Page 1

nasze miejsca spotkań

maj 2015

Ochojska

JANINA P

O

R

T

R

E

T

JESTEM POTRZEBNA str. 6-8


kobieca perspektywa

Niezmiennie robią swoje Przedstawiamy Wam kolejne inspirujące bohaterki, które z równą wytrwałością sięgają do swoich własnych gwiazd - tych na naszym regionalnym niebie i tych dużo dalej. LUCYNA TATARUCH, redaktorka prowadząca „Miasta Kobiet”

W

maju mija 125 lat od urodzin jednej z moich ulubionych astronomek, Cecilii Payne Gaposchkin. Zwykle o tej porze roku przypominam sobie o niej za sprawą wiosennej aury i słońca. Patrząc na nie wyobrażam sobie Cecilię, która stoi obok i z uśmiechem mówi wprost: „Hej, to ja odkryłam z czego składa się ta ognista kula w kosmosie. Nie wiedziałaś? Być może uczyłabyś się o mnie w szkole, gdybym była mężczyzną”. Gdyby faktycznie tak było, pewnie wiele rzeczy w jej życiu wyglądałoby inaczej. Mogłaby uczyć się bez przeszkód, tak jak jej brat, który nie słyszał komentarzy, że na edukację dziewczynek szkoda pieniędzy. Na studiach nikt nie mówiłby jej, że powinna zadowolić się posadą nauczycielki. A jej późniejsze odkrycie pojawiałoby się w podręcznikach szkolnych, razem z jej nazwiskiem. W jej czasach opisanie tego, z czego składają się gwiazdy, było absolutnie przełomowe. Nie wszyscy jednak podzielali to zdanie. Astronom Henry Norris Russell otwarcie próbował odwieźć Cecilię od forsowania swoich twierdzeń. Zdanie zmienił po czterech latach, gdy sam powtórzył jej obserwacje. I dopiero po jego publikacji, świat przyznał kobiecie rację. Trzy lata przed śmiercią, Cecilia jako pierwsza astronomka została doceniona przez Amerykańskie Towarzystwo Astronomiczne. Otrzymała nagrodę imienia… Henry'ego Norrisa Russela - tego samego, który wcześniej usilnie przekonywał ją, że się myli i który osta-

tecznie opublikował wyniki jej badań. Co ona na to? Tak podsumowała tę sytuację w swojej autobiografii: „Od strony materialnej, bycie kobietą to ogromna trudność. Nazwałabym to opowieścią o marnym statusie i powolnych postępach. Ale udało mi się osiągnąć najwyższy szczyt, którego nie powinnam nawet zobaczyć z daleka, o którym nie mogłabym śnić 50 lat temu. I nie jest to zwycięstwo najsilniejszego, lecz tej, która była najbardziej wytrwała.” Może powiecie, że czasy się już zmieniły, a ta historia trąci trochę myszką. Może zauważycie też, że nie znacie Cecilii nie dlatego, że była kobietą, ale dlatego, że nigdy nie interesowałyście się astronomią. Myślę jednak, że w tej historii jest kilka uniwersalnych wątków, które przetaczają się przez dzieje kobiet, również tu i teraz. Jednym z nich jest nasza mniej lub bardziej widoczna walka, czasem z silniejszymi od siebie - o marzenia i realizację swoich pasji. To właśnie taka niegasnąca jak słońce pasja Cecilii zaprowadziła ją dosłownie prosto do gwiazd. W każdym nowym numerze „Miast Kobiet” przedstawiamy Wam kolejne inspirujące bohaterki, które z równą wytrwałością sięgają do swoich własnych gwiazd - tych na naszym regionalnym niebie i tych dużo dalej. Puszczają mimo uszu komentarze o tym, że sobie nie poradzą lub że mogłyby zająć się czymś innym. Czy ktoś jeszcze mówi im, że ich pasje nie są odpowiednie dla kobiety? Pewnie i tak się zdarza. One jednak niezmiennie robią swoje.

Na stronie 12 przypominamy Wam sylwetki, działalność i osiągnięcia dwudziestu kobiet - bohaterek naszych artykułów. Wszystko po to, abyście pomogły nam wybrać „Kobietę z Pasją roku 2014/15”. Mamy nadzieję, że ich historie, które z pewnością pamiętacie, przekonują Was za każdym razem, że kobieta z pasją, jeśli tylko wytrwa, może wszystko!

2

miasta kobiet

maj 2015

WYDAWCA: EXPRESS MEDIA Sp. z o.o. Bydgoszcz, ul. Warszawska 13 tel. 52 32 60 733 Prezes Zarządu: dr Tomasz Wojciekiewicz Redaktor Naczelny: Artur Szczepański Dyrektor sprzedaży: Adrian Basa Menedżer produktu: Emilia Iwanciw, tel. 52 32 60 863 e.iwanciw@expressmedia.pl Redaktorka prowadząca: Lucyna Tataruch, tel. 52 32 60 798 l.tataruch@expressmedia.pl Teksty: Justyna Król Jan Oleksy Janusz Milanowski Lucyna Tataruch Dominika Kucharska Dorota Kowalewska Jarosław Hejenkowski Anna Szczepaniak Lena Kałużna Justyna Niebieszczańska Zdjęcie na okładce: Bart Pogoda Skład: Ilona Koszańska-Ignasiak Dagmara Potocka Przygotowanie zdjęć do druku: Kamil Mójta Sprzedaż: Angelika Sumińska, tel. 691 370 521 a.suminska@express.bydgoski.pl Michał Kopeć, tel. 56 61 18 156 m.kopec@nowosci.com.pl CP Jesteś zainteresowany kupnem treści lub zdjęć? Skontaktuj się z naszym handlowcem: Piotr Król, tel. 603 076 449, p.krol@expressmedia.pl

ZNAJDZIESZ NAS NA: www.miastakobiet.pl www.fb.com/MiastaKobiet.Nowosci.ExpressBydgoski

„Miasta Kobiet” ukazują się w każdy ostatni wtorek miesiąca, jako dodatek do „Expressu Bydgoskiego” i „Nowości - Dziennika Toruńskiego”. Przez cały miesiąc są dostępne również w 91 miejscach w Bydgoszczy i Toruniu. Adresy znajdziesz na stronie www.miastakobiet.pl


D O

K L U B U

B I U R A D O

jest

Ramoneska to jedna z rzeczy, którą każda z nas powinna mieć w swojej szafie. W wiosennym wydaniu została połączona z podkreślającą figurę sukienką i ciężkimi, nadającymi pazura butami na wysokim obcasie. Stylizacja została rozjaśniona kopertówką w żółtym kolorze.

Stylizacja biurowa w wersji wiosennej to podkreślająca talię rozkloszowana spódnica, połączona ze zwiewną bluzką i lekkim żakietem. Subtelny charakter zestawu przełamuje duża torba oraz dodatki w kolorze kobaltu. BUTIK spódnica - 89,90 GREENPOINT bluzka - 44,99 / przecena z 59,99 NEW YORKER żakiet - 69,95 NEW LOOK buty - 99,99 C&A bransoletka - 29,90 C&A naszyjnik - 34,90 ORSAY torebka - 119,95

Białe rurki z modnymi w tym sezonie przetarciami zostały połączone z subtelnym T-shirtem i tworzącą kontrast kwiecistą bomberką. Uzupełnieniem stylizacji jest duży plecak - worek oraz modowy must-have wiosny - trampki, które świetnie spisują się nie tylko w sportowych stylizacjach. NEW LOOK jeansy - 129,90 ESPRIT T-shirt - 69,90 MEDICINE kurtka - 149,90 HOUSE trampki - 69,99 HOUSE okulary - 39,99 ORSAY bransoletka - 37,90 DIVERSE plecak - 139,99 HOME & YOU kosz piknikowy - 89,00 HOME & YOU mata/koc - 69,00

Adres: ul. Jagiellońska 39-47, Bydgoszcz

OODJI sukienka - 79,90 OODJI buty - 80,00 NEW LOOK kurtka - 149,90 NEW LOOK torebka - 79,99 NEW YORKER naszyjnik - 22,95 NEW YORKER zegarek - 39,90

Zapraszamy na zakupy do Focus Mall Bydgoszcz!

N A

P I K N I K

MAKEUP 466715BDBHA

ki

Kobieta zmienną


mama

Gdy bywa Na naszym oddziale pewne jest tylko jedno: każdy dzień przynosi nowe wyzwania. O najtrudniejszych chwilach na Oddziale Klinicznym Noworodków, Wcześniaków z Intensywną Terapią Noworodka wraz z Wyjazdowym Zespołem „N” w Szpitalu Uniwersyteckim 2 im. dr. J. Biziela w Bydgoszczy, opowiada wojewódzki konsultant w dziedzinie neonatologii, dr n. med. Piotr Korbal.

10215BDBHA

C

zęsto nie wiemy, czy nasz przypadek będzie łatwy czy trudny. Na naszym oddziale pewne jest tylko jedno - każdy dzień przynosi nowe wyzwania. Na pewno jednym z nich jest opieka nad dziećmi, które urodziły się przed ukończeniem 24. tygodnia ciąży. Pamiętam Ninę, Julię, Oliwię i Amelię. Wszystkie te dziewczynki przebywały z nami od 4 do 8 miesięcy. Dla rodziców nasz oddział stał się drugim domem, a lekarze i pielęgniarki zastępowali im bliską rodzinę. Jesteśmy w stałym kontakcie z tymi dziećmi, obchodzimy ich kolejne rocznice i cieszymy ich postępami. Kolejne trudne przypadki to ciąże mnogie. Wielokrotnie witaliśmy na świecie trojaczki. W ciągu ostatnich dziesięciu lat aż 17 razy przyszły na świat w naszym szpitalu. Trzy razy w ciągu 12 lat urodziły się czworaczki. Wszystkie przeżyły i są zdrowe.

4

miasta kobiet

maj 2015

TRUDNO... BYWAMY BEZRADNI Jeszcze trudniejsze zadanie mamy, gdy rodzą się dzieci zrośnięte jakaś częścią ciała. W fachowej terminologii nazywa się je „zroślakami”. W ciągu ostatnich dwudziestu lat dwa razy opiekowaliśmy się takimi dziećmi. Pierwsze przyszły na świat w 1995 roku. Matka spodziewała się trójki dzieci, dwoje z nich było zrośniętych. Miały wspólne kończyny dolne, narządy jamy brzusznej, wspólne komory serca. Niestety, dzieci te nie przeżyły, umarły w Centrum Matki Polki w Łodzi. Drugie „zroślaki” urodziły się w 2007 i były połączone główkami. Pozostałe organy miały obecne i prawidłowo wykształcone. Dzieci musiały zostać rozdzielone w Bydgoszczy w trybie pilnym, ponieważ jeden z bliźniaków zmarł i zaczynał poprzez wspólne naczynia odbierać krew temu, który żył. Operacja w szpitalu „Jurasza” zakończyła się sukcesem. Drugi bliźniak żyje i jest zdrowy.

Z LEKARZEM DO SAMOLOTU Pamiętam matkę, która przyjechała z Anglii do swojej rodziny. Była w ciąży z trojaczkami i niespodziewanie rozpoczął się poród w 25. tygodniu ciąży. Okazało się, że jeden płód już nie żyje. Urodzili się więc dwaj chłopcy. Bardzo niedojrzali i bardzo chorzy. Niestety, w pierwszych dobach zmarł jeden z nich i pozostał tylko Wiktor. Walka o tego chłopca była ciężka, ale udało się go uratować i przygotować do wyjazdu do domu, czyli do Anglii. Wraz z mamą i dzieckiem do samolotu weszła dr Zajączkowska i pielęgniarka Anna Kędzierska. Skoordynowaliśmy przekazanie dziecka z karetki N (karetka przystosowana do transportu noworodków - przyp. red.) do samolotu. Trochę się pogubiliśmy na lotnisku Heathrow

w Londynie, ale ostatecznie znaleźliśmy angielską karetkę N i dziecko szczęśliwie dotarło od szpitala w swoim mieście, z podwójną obstawą polsko-angielską. Po paru tygodniach jak grom spadła na nas wiadomość, że tuż przed wypisem Wiktorek zmarł w szpitalu w Anglii.

NAJLEPSZE CHWILE Gdy zamykam oczy, widzę dzieci, które spędziły u nas swoje pierwsze tygodnie życia. Lubimy dni, gdy wraz z rodzicami jadą do domu. Z wieloma rodzinami mamy kontakt. Największą radość czuję, gdy taki malec dorasta, jest zdrowy, tryska energią. Nikt by nie powiedział, że tyle osób walczyło o jego życie. I to jest to, co sprawia, że każdego dnia chcemy wykonywać ten trudny, ale dający ogromną satysfakcję zawód.

* Dr n.med. Piotr Korbal Ordynator Oddziału Klinicznego Noworodków, Wcześniaków z Intensywną Terapią Noworodka wraz z Zespołem Wyjazdowym „N”. Staże naukowe w Liverpoolu, Nowym Jorku, Filadelfii i Auckland (Nowa Zelandia) Konsultant Wojewódzki.


10315T4JBA


FOT. BART POGODA JANINA OCHOJSKA PRZY STUDNI W SUDANIE POŁUDNIOWYM

Zmieniamy świat na lepszy

Zmieniamy świat na lepsze

6

miasta kobiet

maj 2015


jej portret Pomoc humanitarna to dosyć niebezpieczne zajęcie, bo trzeba być w oku cyklonu. Ale dokonujemy świadomego wyboru. Z Janiną Ochojską* rozmawia Jan Oleksy

Rozmawiałem niedawno z kobietą, która przeżyła straszną tragedię. W pożarze straciła najbliższych. Założyła fundację dla ludzi zagubionych życiowo. Mając takie doświadczenia jest wiarygodna, rozumie ludzkie cierpienie. Czy z Pani doświadczeniami jest podobnie? Moich przeżyć nie nazwałabym tragicznymi, tak jak w przypadku tej pani. To jednak inaczej wyglądało. W październiku 1992 roku pojechałam do Sarajewa z ciekawości, chciałam zobaczyć, jak wygląda pomoc humanitarna, czym jest wojna. Podjęłam tę decyzję jeszcze w Toruniu. Motywowała mnie chęć ratowania jak największej liczby ofiar konfliktu zbrojnego. Słyszałem kiedyś, że osoby niepełnosprawne mają czegoś więcej, dla innych. To prawda? Nie mogę tego mówić w imieniu wszystkich ludzi niepełnosprawnych. Mogę mówić wyłącznie o sobie, bo nie każdy ma takie odczucia, jak ja. Mam rzeczywiście czegoś więcej niż inni. Dla mnie niepełnosprawność jest darem, a jak otrzymuje się dar, to trzeba się nim podzielić. Byłam tak wychowywana. Joseph Conrad powiedział kiedyś, że „cierpienie daje prędką dojrzałość”. Ale czy zmienia nas na lepsze, uszlachetnia? Wie pan, cierpienie to jest okropna rzecz, ale wierzę w to, że może być takim doświadczeniem, które dodaje sił… Jestem niepełnosprawna, ale mogę coś zrobić dla innych, jestem potrzebna. Z tego cierpienia staram się czerpać moc do dalszego twórczego życia. Proszę przypomnieć moment, w którym zaczęła Pani działać, coś robić dla ludzi. Trudno jest wybrać jedno wydarzenie. Od dawna brałam udział w różnych działaniach, na przykład w opozycji. W 1976 roku podpisałam słynny list protestacyjny, dotyczący poprawek do konstytucji. Można powiedzieć, że to był ten moment, ale było też duszpasterstwo akademickie, a potem Solidarność. Natomiast jeżeli chodzi o działalność humanitarną, to zaczęła się ona od wysłania pierwszego konwoju z pomocą do Sarajewa w 1992 roku. Zmaga się Pani z olbrzymią odpowiedzialnością za innych. To ciążący balast… Tak, to prawda. To bardzo ciąży, ale Ukraina, Syria, Sudan czy Somalia to są kraje, w których toczy się wojna, przez co potrzebują pomocy z zewnątrz. Decydując się na działanie w takich miejscach i kierując taką organizacją, trzeba czuć się odpowiedzialnym za ludzi. Stworzyliśmy procedury bezpieczeństwa, które - mam nadzieję - chronią naszych pracowników. Ale nawet najlepsze procedury i najlepsza ochrona nie wyeliminują całkowicie niebezpieczeństwa. Osoby, które pracują na misjach, są dorosłe, dojrzałe… Każdy bierze także odpowiedzialność sam za siebie. Jak pomagać? Mówi się, żeby dać wędkę, a nie rybę. Dobrze brzmi, ale na ulicy Szerokiej w Toruniu trudno rozstrzygać tę kwestię. Zwłaszcza, gdy ktoś prosi o 2 złote. Co mam zrobić? Zwykle daję, choć nieraz widzę, że na wino… Jeżeli mam do czynienia z osobami proszącymi na ulicach o pieniądze, to nie daję. Pomaganie powinno zmienić sytuację, w której człowiek się znalazł. Dając pieniądze osobie żebrzącej nie wie pan, na co je przeznaczy. Jeżeli to jest dziecko, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że żebrze dla dorosłych, którzy będą zaspokajali swoje potrzeby - i to raczej nie kupując jedzenie, a alkohol albo narkotyki. Prosząca osoba dorosła zwykle potrzebuje pieniędzy na to samo. Żebranie jest dla tych ludzi - poza niewieloma wyjątkami - sposobem miasta kobiet

maj 2015

7


jej portret na życie i z tego trzeba sobie zdawać sprawę. Oczywiście, jeżeli nam jest obojętne, co z tymi pieniędzmi zrobią - to dawać. Ale jeżeli ofiarodawca chce, żeby z jego pomocy wynikło coś dobrego, to nie ma to sensu. Najlepiej dawać w dwóch przypadkach: gdy jest to zbiórka koordynowana przez organizację pomocową, albo jest to żebrząca staruszka, którą znamy i wiemy, że ma niską emeryturę. Ale ja jej również nie dawałabym pieniędzy, tylko zorganizowała pomoc. Każdy sąsiad może codziennie przynieść jej talerz zupy. Czyli trzeba poznać sytuację, żeby skutecznie pomagać. A jak przekonać niedowiarków? Sporo w Polsce przeciwników WOŚP, podejrzliwych, tłumaczących, że kwestujący to oszuści. Słowni przeciwnicy będą zawsze, natomiast uważam, że nikt nie powinien negować takiej działalności. Ja też mam prawo pomagać ofiarom wojen i katastrof naturalnych. Mówię: chcecie mnie wesprzeć, to pomóżcie. Tych, którzy nie chcą, przecież do niczego nie zmuszam! To nie ktoś inny ma mi mówić, co mam robić, to ja muszę zdobyć zaufanie ludzi, żeby organizować pomoc. Jeżeli ktoś uważa inaczej, to niech mnie nie popiera. Mam przed sobą Pani najnowszą książkę „Świat według Janki”. Jaki on jest - zły czy dobry? Wbrew pozorom jest dobry. Ta książka udowadnia, że ludziom można pomóc i to jest dla mnie naprawdę ważne. Nasz świat jawi mi się jako świat pełen dobrych osób, którym zależy na tym, żeby rozwiązać problem umierających z głodu czy z powodu braku dostępu do wody. Trzeba dużej odwagi, by jeździć na wojnę, w niebezpieczne rejony. Pokonywała Pani w sobie różne obawy? Te obawy zawsze we mnie były. Wypadki, które się przydarzyły, pokazały, że niebezpieczeństwo jest bardzo realne. Raz w Sarajewie, z powodu ostrzelania naszego konwoju, samochód, w którym jechałam, wpadł do przepaści. Miałam też bardzo ciężki wypadek, gdy wracałam z Afganistanu. Pomimo tych przeżyć, od 22 lat pomogamy w trudnych regionach. Jak ktoś mnie pyta, czy się boję, to odpowiadam: W Syrii żyją ludzie, dziewięć milionów ludzi, trwa wojna… Niesiemy tam pomoc, więc nasze lęki są takie same jak ich. Pomoc humanitarna to dosyć niebezpieczne zajęcie, bo trzeba być w oku cyklonu. Ale dokonujemy świadomego wyboru… Czy myśli Pani, że dzięki takim ludziom jak Pani i osobom z Pani otoczenia, nasz świat ma szansę stać się odrobinę lepszy? Jestem pewna, że tak. Nie tylko dzięki pracownikom akcji humanitarnych, ale także dzięki tym wszystkim osobom, które nas wspierają. My moglibyśmy chcieć zrobić bardzo dużo, ale bez pieniędzy nic nie zrobimy. Wszystko zawdzięczamy naszym ofiarodawcom. Książka „Świat według Janki” jest trochę takim hołdem dla nich, choć dedykuję ją ofiarom katastrof humanitarnych.

8

miasta kobiet

maj 2015

DZIAŁANIA POLSKIEJ AKCJI HUMANITARNEJ MOŻNA WSPIERAĆ POPRZEZ: • WPŁATĘ DOWOLNEJ KWOTY NA KONTO W BANKU BPH SA 91 1060 0076 0000 3310 0015 4960 • WSTĄPIENIE DO KLUBU PAH SOS, BY REGULARNIE WSPIERAĆ DZIAŁANIA PAH W KRAJACH DOTKNIĘTYCH PRZEZ KRYZYSY HUMANITARNE WIĘCEJ INFORMACJI NA W W W.PAH.ORG.PL Ten „dziwny świat” się zmieni pod wpływem humanitarnych działań? Tak. Inaczej w ogóle bym nie zaczynała. W ciągu tych 22 lat daliśmy stały dostęp do wody pitnej ponad półtora miliona ludziom. To jest konkretna pomoc. Jak widać można ten świat zmieniać, tylko trzeba chcieć to robić. Pomaganie jest Pani sensem życia? Na pewno tak. Myślę, że życie każdego z nas jest oparte na pomaganiu, bo człowiek jest istotą społeczną, funkcjonuje pośród innych ludzi. Bez drugiego człowieka byśmy nie istnieli. Pomagać można na różne sposoby. Czasami może to być rozmowa albo uśmiech. Każde nasze działanie tak naprawdę temu służy. Co, oprócz pomagania, jest dla Pani największą wartością? Odpowiedzialność. Oczywiście, jest wiele wartości, które są istotne, ale poczucie odpowiedzialności za świat i za to, co w tym świecie zrobię, jest dla mnie niezwykle ważne. Bez tej odpowiedzialności nasze istnienie jest pozbawione sensu. Bo życie tylko po to, żeby mieć coraz więcej, nie jest żadną wartością. Żyje Pani bardzo intensywnie. Czy ma Pani jeszcze czas dla siebie, czy całkowicie oddaje się Pani innym? To jest moje życie, to są moje świadome wybory, nikt mi niczego nie narzucał. Tak po prostu chcę żyć. Dla mnie najważniejsze jest to, że czuję się potrzebna innym i chciałabym się tak czuć jak najdłużej… Cieszymy się, że gościmy Panią w Dworze Artusa. Toruń to dla Pani… Astronomia? Przyjaźnie? Duszpasterstwo? Solidarność? Które fakty z Pani życiorysu są najważniejsze i w jakiej kolejności? Powiedzmy, że w kolejności chronologicznej, tak jak pan wymienił (śmiech). W Toruniu dojrzałam do Solidarności, która jest wartością ponadczasową. Astronomia była dla mnie bardzo ważna w pewnym momencie życia, ale potem okaza-

ło się, że jest coś ważniejszego. To się zmienia wraz z dojrzałością psychiczną, moralną, intelektualną i nabywanym doświadczeniem. Ale oczywiście są wartości ponadczasowe… … i osoby, którym bardzo wiele zawdzięczamy. Tych osób w moim życiu było bardzo wiele. Bardzo ważny był i jest dla mnie ojciec Władysław Wołoszyn, jezuita, który prowadził w Toruniu Duszpasterstwo Akademickie. Ważni byli wspaniali ludzie, których poznałam w ośrodku dla niepełnosprawnych w Świebodzinie. Oni nauczyli mnie akceptować swoją niepełnosprawność. Ważni byli przyjaciele z okresu studiów. Ale najważniejszymi osobami, które miały ogromny wpływ na moją dojrzałość społeczną, polityczną, filozoficzną byli ks. Józef Tischner, Jerzy Turowicz i Tadeusz Mazowiecki. Spodobało mi się wspomnienie, że na misjach pokazywała Pani kierowcom gwiazdy. To było wtedy, kiedy jeszcze jeździliśmy z konwojami, ale to już przeszłość. Teraz działamy poprzez stałe misje. Oczywiście, jak jestem w Sudanie Południowym, to wieczorami patrzę w gwiazdy. Nie ma elektryczności, nie ma latarń, nic nie rozświetla mroku, więc niebo wygląda tam wspaniale. Jak długo jeszcze zamierza Pani prowadzić akcje humanitarne? Do emerytury? Myślę, że będę robiła to tak długo, dopóki będę w stanie. Teraz Internet daje ogromne możliwości, nawet jak człowiek jest przykuty do łóżka. Gdy byłam jakiś czas temu w szpitalu, to pracowałam zdalnie i nikt nawet nie zauważył, że nie siedziałam przy biurku. Emerytury nie przewiduję i nie ukrywam, że do końca życia chciałabym czuć się potrzebna, tak jak teraz.CP  napisz do autora j.oleksy@expressmedia.pl

* Janina Ochojska wraz z Polską Akcją Humanitarną od 22 lat dociera z pomocą do ponad 40 krajów. Aby wydobyć z opresji najbardziej potrzebujących, szefowa PAH zdobywa fundusze, zapewnia bezpieczeństwo pracownikom na misjach w krajach ogarniętych konfliktami zbrojnymi, przekonuje innych do robienia rzeczy niemożliwych - z notki wydawniczej książki „Świat według Janki”.


333815TRTHA

527715BDBHC


jej pasja

WALIZKA PO BABCI TO IDEALNY DOM DLA LALEK. NA ZDJĘCIU SYLWIA PIEKUT-BURZYŃSKA.

Magiczne lalki mają wymowne twarze oraz dodatki, które mówią nieco więcej o każdej z osobna. Pierwszym skojarzeniem są filmy Tima Burtona, na przykład „Gnijąca panna młoda”. TEKST: Justyna Król ZDJĘCIE: Tomasz Czachorowski

10

miasta kobiet

maj 2015


jej pasja

Z

aczęło się klasycznie, od szmacianej Tildy. Jak wiele matek, także i pani Sylwia, ubłagana spojrzeniem sześcioletniej córki, kupiła wykrój słynnej norweskiej lalki wraz z materiałami do samodzielnego zszycia jej w domu. - Nie miałam wówczas maszyny, więc całość powstała za pomocą igły i nitki. Efekt był mizerny, ale córce bardzo się spodobał. Postanowiłam więc zgłębić temat lalek z materiału, robionych różnymi technikami. Zdziwiło mnie, że wykorzystuje się tutaj filcowanie, malowanie, tworzenie biżuterii, szycie strojów, różnego rodzaju materiały do scrapbookingu czy haftowania - wspomina Sylwia Piekut-Burzyńska, właścicielka bydgoskiej pracowni „Magiczna Lalkarnia”. Zafascynowało ją to na tyle, że zaczęła sama szyć. Maszynę dostała od męża w 2011 roku. - Początki były trudne. Po dwóch miesiącach stary kosz po bieliźnie do prania zapełnił się nieudanymi korpusami małych postaci. Niejedna osoba dałaby sobie spokój, ale ja od razu wiedziałam, że to jest coś, co chcę robić. Już wtedy czułam satysfakcję, a to zawsze daje kopa do dalszego działania. Komentarze w stylu: „Szyjesz lalki? A kto ci je kupi? Zajmij się lepiej tym, co robiłaś do tej pory”, nie były w stanie mnie zniechęcić. Szycie i projektowanie stały się jak narkotyk - przyznaje.

PRECYZJA NIE W CENIE Szybko zabrała się do tych bardziej skomplikowanych projektów, idąc śladem rosyjskich twórczyń. Zanim stworzyła swój topowy produkt, opanowała tajniki techniczne na wysokim poziomie. Druciany szkielet, ruchome stawy, wyodrębnione paluszki u dłoni i stóp - to była niezwykle drobiazgowa robota. Uszycie jednej lalki zajmowało jej wtedy ponad czterdzieści godzin, a pieczołowitość tej pracy nie była widoczna po zszyciu. Nikt nie wiedział przecież, jak misterna konstrukcja znajduje się w środku. - Zrezygnowałam z tego sposobu, bo było to po prostu nieopłacalne. A choć eksperymentowanie jest bardzo wciągające, w biznesie w pewnym momencie trzeba sobie powiedzieć: stop. Zastanowić się, który produkt wzbudzi zainteresowanie. Stale go udoskonalać, dopasowywać do oczekiwań odbiorcy. Tylko tak można coś sprzedać i w jakimś stopniu zdobyć rynek - tłumaczy. To starała się zrobić, choć polskie realia są raczej niesprzyjające dla twórców, zwłaszcza niszowych. Wiedzę na temat zapotrzebowania na konkretne lalki weryfikowała na targach i kiermaszach rękodzielniczych, zapamiętując, o co pytają potencjalni klienci, jakie tkaniny, wzory, kolory najbardziej im się podobają. Z KRAINY MROKU Postawiła na lalki w wersji mrocznej. - Zwykle przykuwają uwagę, cieszą się zainteresowaniem. I choć pewnie niektóre dzieci się ich boją, jak na przykład moja córka, sprzedają się najlepiej - opowiada pani Sylwia. W oczy od razu rzuca się ogromna dbałość o szczegóły, a pierwszym skojarzeniem

na ich widok niewątpliwie może być popularny z Cartoon Network, serial „Włatcy Móch” czy bohaterowie innych filmów animowanych, np. Tima Burtona, takich jak „Frankenweenie” albo „Gnijąca panna młoda”. - Owszem, trochę się nimi inspirowałam - przyznaje. - Lubię ten klimat. Dużo czasu poświęciłam też przyglądaniu się pracy mistrzyń lalkarstwa, do których zaliczam takie artystki jak: Yana Yahina, Patti Medaris Culea, Barbara Willis czy naszą polską lalkarkę Klaudię Gaugier. Co prawda patrząc na to, ile one potrafią, dostrzegam marność swoich prac, ale właśnie dzięki takim odniesieniom podejmuję kolejne, długotrwałe próby doskonalenia moich lalek. Mówi się o nich lalki z duszą. Mają wymowne twarze oraz dodatki, które mówią nieco więcej o każdej z osobna. W świat tanecznym krokiem poszła już mała Baletnica w różowiutkiej, tiulowej spódnicy. Swą właścicielkę znalazła też Rudowłosa z miniaturowym misiem w rączce i Walentynka, cała w czerwieni, z sercem na dłoni.

WYMOWNE DETALE - Te nieduże elementy miały być takim magicznym symbolem. Każda lalka ma swoje przesłanie, do niektórych załączałam także krótki opis. Była na przykład seria chłopców z muszelkami i procami, takich Jaśków-wędrowniczków, którzy mieli przekazać

w pokojach. Niektóre lalki mają włosy z wełny czesankowej, ale te nie nadają się typowo do zabawy. Są raczej dla dorosłych, jako elementy aranżacji pomieszczeń. Urzekają ich ręcznie malowane twarze, z wykorzystaniem światłocienia. To takie minidzieła, umieszczane w większej całości.

W DOMU Z WALIZKI - Moje lalki nie są zabawkami masowej produkcji, ale staram się, by mimo swego rękodzielniczego pochodzenia, były trwałe. Wymalowane farbami do tkanin rysy twarzy, dodatkowo zabezpieczam fiksatywą, która zwiększa wodoodporność. Czasem poddaję je obróbce termicznej. Kilka lalek wyprałam i nic się nie stało, ale nie mogę dać gwarancji, że można je prać. Dla mniejszych dzieci tworzę więc takie z wyszywanymi buźkami, do czyszczenia - tłumaczy. Klimat całemu przedsięwzięciu dodaje stara walizka, po babci. Przez lata była własnością mamy pani Sylwii, a po jej śmierci trafiła w ręce córki. Lalki znalazły się w niej przypadkiem - została nimi wypełniona, gdy pewnego dnia nie było ich jak spakować na kiermasz. Po jej otwarciu okazało się, że idealnie się w niej prezentują i już tam zostały. A walizka po babci i mamie pani Sylwii dostała nowe życie, jako nowy dom dla lalek i stały elementem ekspozycji.

LEKKO PRZEŚMIEWCZE, OWIANE TAJEMNICZOŚCIĄ LALKI Z ĆMĄ I OCZAMI NICZYM WIDMO, W TEORII MIAŁY KONTAKTOWAĆ SIĘ Z ZAŚWIATAMI, A TAK NAPRAWDĘ UCZYĆ DYSTANSU DO ŻYCIA. swoim właścicielom, że lubią podróżować, obcować z naturą, relaksować się na świeżym powietrzu. Ich wygląd zewnętrzny wyraźnie to sygnalizował. Uszyłam też sporo tzw. Luśków, które mają za zadanie niesienie pozytywnych emocji. Każdy z nich ma wyraźnie zarysowany, promienny uśmiech, wymalowane ząbki. Śmieją się nieustannie i zarażają tym każdego, kto na nie spojrzy - przekonuje autorka. - Powstała też seria takich lekko prześmiewczych lalek, owianych tajemniczością, z ćmą i oczami niczym widmo, które w przenośni miały kontaktować się z zaświatami, a tak naprawdę uczyć dystansu do życia - dodaje. Pracownia pani Sylwii zaciekawia już samą nazwą. Koncepcji na nią było wiele: Stara Lalkarnia, Lalkarium… mąż wybrał Magiczną Lalkarnię. Powstające tu lalki od początku miały mieć charakter indywidualny, taki trochę nieidealny, wyjątkowy i odrobinę magiczny. A ponieważ jest to rękodzieło, nie ma dwóch identycznych Są mięciutkie, powstają z materiałów najlepszej jakości - bawełny i filcu. Ich wnętrza z waty silikonowej sprawiają, że są antyalergiczne. Nic więc dziwnego, że młodsze dzieci upodobały je sobie do spania. Te starsze wieszają je przy szkolnych torbach i plecakach, stawiają

TWORZENIE JAK TERAPIA Z wykształcenia Sylwia Piekut-Burzyńska jest logopedą, doktorem nauk humanistycznych, o specjalności pedagogika. Długo pracowała jako wykładowca jednej z prywatnych uczelni wyższych w Bydgoszczy, ale zrezygnowała na rzecz rozwijania swej rękodzielniczej pasji. Poświęciła półtora roku na projektowanie, szycie, promowanie swej własnej, wymarzonej działalności. Okazało się, że jest jeszcze za wcześnie, by mogła z tego żyć, więc ostatnio podjęła pracę jako logopeda w jednej ze szkół. Dzieciom, które do niej przychodzą, można pozazdrościć, bo uczy je poprawnej wymowy, używając własnoręcznie uszytej pacynki z ząbkami. - Nie rezygnuję z szycia lalek. Za bardzo lubię to robić. Proces ich tworzenia jest jak terapia, to mnie uspokaja, wycisza. Oczywiście będę szukała dróg, żeby je sprzedawać, chociażby po to, by stać mnie było na kolejne materiały i eksperymenty - zapewnia.CP  napisz do autora j.krol@expressmedia.pl

miasta kobiet

maj 2015

11


REGION WYJĄTKOWYCH KOBIET!

PLEBISCYT

KOBIETA Z PASJĄ ANNA APPELT

KOB.1 Położna w Szpitalu Uniwersyteckim nr 2 w  Bydgoszczy, właścicielka pierwszej szkoły rodzenia w  regionie „Vita”. Edukuje na kursach dla położnych, ratowników medycznych i nauczycieli, prowadzi praktyki na UKW.

KRYSTYNA ARCABOWICZ

KOB.2 Biotechnolog, technolog żywności, od 26 lat prowadzi w Bydgoszczy rodzinną firmę kosmetyczną „Apis Natural Cosmetics”. Liderka w  produkcji kosmetyków minerałami z Morza Martwego.

ANNA CIESIELSKA

KOB.3 Socjoterapeutka, mediator rodzinny, przewodnicząca Terenowego Komitetu Ochrony Praw Dziecka w Toruniu. Jest długoletnią dyrektor Ogniska Pracy Pozaszkolnej „Dom Harcerza”.

MAGDALENA CZERWIŃSKA

KOB.4 Aktorka filmowa i teatralna, urodzona 36 lat temu w Toruniu. Jest absolwentką PWST, grała m.in. żonę Zbigniewa Religii w filmie „Bogowie”, w reżyserii Łukasza Pawłowskiego.

KATARZYNA GIERYN

KOB.5 Pracuje w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w  Toruniu. Jest założycielką i  prezesem fundacji Medici Homini oraz organizatorką wypraw medycznych do krajów rozwijających się.

KATARZYNA JANKOWSKA

KOB.6 Absolwentka malarstwa WSP UMK, Muzealniczych Studiów Kuratorskich UJ w Krakowie. Jest przewodniczącą Fundacji Fabryka UTU, członkinią stowarzyszenia Sztuka Cię Szuka i koordynatorką Domukultury!

MARIOLA JĘDRUSIK

KOB.7 Pielęgniarka z 30-letnim stażem, pracuje na Oddziale Intensywnej Terapii Noworodka w  Szpitalu Miejskim im. dr. E. Warmińskiego w Bydgoszczy. Jest założycielką grupy wsparcia rodziców wcześniaków „Calineczki”.

ALEKSANDRA KLEJNOWSKAKRZYWIŃSKA

KOB.8 Sztangistka, zawodniczka Zawiszy Bydgoszcz, w kategorii do 58 kg mistrzyni świata i  Europy oraz była rekordzistka Europy. Ma męża Piotra i  dwóch synów. Uwielbia pisanie i taniec.

JOANNA KORONIEWSKA

KOB.9 Aktorka, urodzona w Toruniu w 1978 r. Znana z występów na scenach warszawskich teatrów Rampa, Bajka i Komedia, a także z wielu seriali, m.in. „M jak miłość”, „Niania”, „Daleko od noszy”. Żona Macieja Dowbora, mama Janiny.

RENATA LESNERSZWARC

KOB.10 Podróżniczka, ukończyła etnologię i antropologię kulturową na UMK oraz teorię tańca na Akademii Muzycznej w Warszawie. Lubi podróże, taniec, jest fanką jogedu, uwielbia cap cay i tempe.

MARIA LORENTOWICZZAGALAK

KOB.11 Lekarz stomatolog, bizneswoman, zaangażowana w rozwój turystyki medycznej i  promocje środowiska lekarskiego z naszego regionu. Jest współwłaścicielką Kliniki Stomatologicznej Zagalak.

JOANNA POCIŻNICKA

KOB.12 Z zawodu analityk, z  zamiłowania nurek, podróżniczka, fotografka, utrwalająca podmorskie obrazy. Posiada stopień nurkowy CMAS P2. Wraz z mężem Pawłem nurkuje w Chorwacji, Meksyku i wielu innych miejscach.

MAGDALENA POLKOWSKA

KOB.13 Solistka, sopranistka w bydgoskiej Operze Nova, absolwentka Wydziału Wokalnego Akademii Muzycznej im. Feliksa Nowowiejskiego w Bydgoszczy. Współpracuje m.in. z Mecklenburgisches Staatstheater ze Schweringa, Filharmonią Pomorską w Bydgoszczy, Orkiestrą im. Johanna Straussa.

Realizują swoje marzenia, zarażają innych pozytywną energią, pomagają potrzebującym, prowadzą przedsiębiorstwa, fundacje, osiągają sukcesy w różnych dziedzinach. Swoje historie przez ostatni rok opowiadały nam w „Miastach Kobiet”.

Wybierz razem z nami bohaterkę „Miast Kobiet”, Kobietę z Pasją roku 2014/15!

Zagłosuj w naszym plebiscycie SMS-owym

OKSANA PREDKO

KOB.14 Wokalistka i autorka tekstów, studentka muzykologii w Instytucie Muzykologii na Wydziale Historii Uniwersytetu Warszawskiego. Wraz z zespołem Toronto była nominowana do Fryderyka.

MAGDALENA SIKORSKACUPA

KOB.15 Bydgoska fotografka, w tym roku realizuje swój projekt „Siła jest kobietą”, który ma na celu ukazanie mocy drzemiącej w kobietach. Uwielbia pracę przy świetle zastanym.

BARBARA SZYPERSKA

KOB.16 Bydgoszczanka, w październiku została wybrana pierwszą w Polsce Miss po 50-ce. Ma dwie córki i syna, kocha jazdę na motocyklu, piwo i aktorstwo. Marzy jej się domek na wsi i trochę lepsza maszyna.

KATARZYNA ŚMIGIELSKA

KOB.17 Prezes Fundacji Feniks, mówi o sobie „twórca nieszkolony”. Jest współautorką projektu „Byłam, kim jesteś - jestem, kim być możesz”.

KATARZYNA WACŁAW

KOB.18 Mama Oli i Jasia, absolwentka Wydziału Matematyki na UKW, blogerka. Jest założycielką inicjatywy „Wózkowe Czytają”. Pisze dla serwisów duzarodzina.pl, mamywsieci.pl, egodziecka.pl, dzielnicarodzica.pl, i  wielu innych

AGATA WIŚNIEWSKA

KOB.19 Wielokrotna mistrzyni Polski w prowadzeniu i bulderingu, instruktorka wspinaczki sportowej Polskiego Związku Alpinizmu. Ukończyła romanistykę, obecnie studiuje budownictwo.

MAŁGORZATA WITKOWSKA

KOB.20 Aktorka Teatru Polskiego w Bydgoszczy, niedawno obchodziła 25-lecie pracy na scenie. Poza teatrem lubi filmy Antonioniego, słodycze u Sowy, ludzi, zwierzęta i strome górskie ścieżki.

W treści SMS-a wpisz KOB.numer kandydatki, na którą głosujesz i wyślij go pod numer 7248 (koszt 2,46 z VAT). Głosowanie trwa do 24.05.2015 r. do godziny 23.59. Prosimy nie wpisywać nic po numerze kandydatki. Zakończenie plebiscytu i uhonorowanie Kobiety z Pasją województwa kujawsko-pomorskiego nastąpi podczas Święta Miasta Torunia, w dniu 27 czerwca 2015 r.


Hybrydowy Yaris - idealny dla kobiet

H

ybrydy są znakiem rozpoznawczym Toyoty, odkąd w 1997 roku firma wprowadziła na rynek Priusa. Od tamtej pory na rynki całego świata trafiło ponad 25 modeli hybrydowych japońskiego producenta,

jednak Prius pozostaje najlepiej sprzedającą się hybrydą na świecie. Europejczycy wolą jednak auta zaprojektowane na Starym Kontynencie, dlatego w naszych stronach najbardziej popularnymi hybrydami są Auris HSD i Yaris HSD. Obecnie co drugi Auris kupowany w całej Europie ma napęd benzynowo-elektryczny, a w Polsce - co czwarty. Dużą popularnością cieszy się też hybrydowy Yaris. To dziś najtańsza hybryda dostępna w Polsce. Podstawowa wersja kosztuje 63900 zł. Nie jest to mało, ale też moc, komfor t i wyposażenie daleko wyprzedzają najtańszą trzydrzwiową wersję Yarisa z silnikiem 1.0 l za 39900 zł, która wbrew pozorom o wiele rzadziej znajduje nabywców niż komfortowo wyposażony Yaris Premium. Za co płacimy, kupując hybrydę Najtańszy Yaris Hybrid to 5-drzwiowy dynamiczny samochód oŽ mocy 100 KM, płynącej z silnika benzynowego 1,5 l i silnika elektrycznego. Wyposażenie Hybrid Life jest wbrew nazwie bardziej zbliżone do wyposażenia Premium dla Yarisów benzynowych i diesli. Ma kurtyny powietrzne, poduszkę kolanową iŽdostępny tylko w wersji hybrydowej system wspomagający pokonywanie podjazdów. Oprócz tego eleganckie wnętrze wykończone miękkimi materiałami,chromowane elementy i światła projektorowe. Radio co prawda nie ma ekranu dotykowego ten dostępny jest w wersji Hybrid Premium, ale

za to klimatyzacja jest automatyczna, dwustrefowa. Benzynowy Yaris może na taką liczyć tylko w najdroższej wersji Prestige lub w pakiecie specjalnym. Wartość dodana napędu hybrydowego Dochodzimy teraz do wyposażenia, które nie poddaje się łatwym porównaniom. Napęd hybrydowy daje możliwości, jakie kierowcom standardowych samochodów trudno sobie wyobrazić. Jest banalnie prosty w obsłudze, zwinny i - co najważniejsze - niezwykle oszczędny. Jego zalety szczególnie docenia się w miejskich korkach - które są zmorą niemal każdego kierowcy i samochodu. Kierowca wŽkorku się męczy, a przeciętny samochód osiąga rekordy zużycia paliwa. W hybrydowym Yarisie - na odwrót: kierowca wypoczywa wŽciszy, bo w pojeździe pracuje tylko bezszelestny silnik elektryczny, a obsługą biegów zajmuje się automatyczna skrzynia e-CVT. Samochód natomiast - owszem - też osiąga rekordy, ale w ograniczaniu zużycia paliwa, w mieście schodząc nawet do poziomu 3,1 l/100 km. Oszczędności jest jednak więcej, gdyż napęd hybrydowy okazuje się, wbrew powszechnemu mniemaniu, tańszy w serwisowaniu iŽ znacznie trwalszy od rozwiązań klasycznych. Warto też wiedzieć, że kierowcy aut z napędem hybrydowym nie płacą za parkowanie wŽ centrach niektórych miast Polski. Również na toruńskiej starówce hybrydowego Yarisa można zaparkować REKLAMA za darmo.

WIĘCEJ INFORMACJI SZUKAJ W LOKALNYCH SALONACH JAWORSKI AUTO W BYDGOSZCZY ORAZ TOYOTA BEDNARSCY W TORUNIU

285615TRTHA

Hybrydowa Toyota Yaris to samochód wprost stworzony do miasta. Wbrew pozorom nie jest droższy od aut z innymi nowoczesnymi napędami, takimi jak silniki turbodoładowane benzynowe i wysokoprężne. Jeśli uwzględnić wszystkie atuty hybrydy, może się okazać, że jest to nie tylko jeden znajwygodniejszych, ale też najbardziej korzystnych samochodów w segmencie.


Aby zorientować się, w jakim stanie zdrowia jesteśmy, nie wystarczy sprawdzić, czy mieścimy się w normach podanych przez laboratorium. Jak więc odczytywać parametry morfologii krwi i podstawowych badań lekarskich? TEKST: Dorota Kowalewska

N

iemal każda z nas wie, jak ważne są badania profilaktyczne. Nie każda o nich pamięta, ale od czasu do czasu, w trosce o swoje zdrowie, np. szukając przyczyn złego samopoczucia, prosimy lekarza o skierowanie np. na morfologię krwi. Odbierając wyniki następnego dnia, sprawdzamy, które parametry mieszczą się w normach. Bywa, że wpadamy w panikę, gdy coś wykracza poza podane przez laboratorium widełki.

14

miasta kobiet

maj 2015

Co mogą oznaczać te odchylenia od normy? - Musimy pamiętać o tym, że normy dla niektórych badań są ustalane na podstawie wielu parametrów, takich jak: wiek, płeć czy choroby, na które cierpimy, a nawet miejsce zamieszkania - tłumaczy dr n. med. Paweł Rajewski. - Tak naprawdę to nigdy nie bierze się pod uwagę pojedynczych wyników bez analizy innych wartości. Dlatego zawsze należy skonsultować się z lekarzem.

312015TRTHA

BEZ PANIKI po wyniki

Kompleksową obsługę w tym zakresie zapewniają laboratoria VITALABO. Tutaj możesz wykonać wszystkie badania, nawet bez skierowania. Dla większej wygody pacjenta stworzono pakiety tematyczne, ułatwiające ukierunkowanie badań na konkretne schorzenia lub profilaktykę. Badania w ramach nich objęte są 11-procentowym rabatem. Dodatkowo co tydzień można liczyć na jeden z pakietów z rabatem 20 procent. Zgłoś się do jednego z punktów pobrań (wszystkie adresy na www.vitalabo.com. pl) lub - jeśli masz bardzo mało czasu i nie jesteś w stanie zgłosić się do punktu - skorzystaj ze sklepu online, gdzie można zamówić wybrane badania. Nowa jednostka LABDRIVE specjalizuje się w pobieraniu materiału do badań w domu pacjenta. Wystarczy z jednodniowym wyprzedzeniem zamówić usługę i bez wychodzenia z domu wykonać sobie, a nawet i całej rodzinie, komplet wybranych badań. Wyniki dostępne są online, natychmiast po wykonaniu i zatwierdzeniu ich przez wykwalifikowany personel. Nie trzeba sprawdzać skrzynki co chwilę - w usłudze dostępne jest także powiadomienie SMS-em.


z

a

W zależności od metody i jednostek laboratoryjnych, wskaźniki i podawane widełki mogą się różnić. Na wydruku z laboratorium, przy nazwie badanego parametru, znajdziemy informacje o zakresie, jaki według przyjętych jednostek uznany jest za normę. Co oznaczają zbyt wysokie lub zbyt niskie wartości?

a

.

ERYTROCYTY - RBC

- czerwone krwinki, transportują tlen do wszystkich tkanek w organizmie. Żyją 120 dni, jednak w miejsce starych nieustannie napływają nowe, prosto ze szpiku kostnego.

HEMOGLOBINA - HGB, Hb

- stężenie czerwonego barwnika krwi, niezbędnego do transportu tlenu do tkanek organizmu.

ZA DUŻO

Zbyt wysokie wartości mogą świadczyć o odwodnieniu organizmu, czerwienicy.

ZA MAŁO

Zbyt niskie wartości są oznaką anemii i mogą być powiązane z przyczynami zbyt niskich wartości erytrocytów, zdarzają się w stanach przemęczenia.

HEMATOKRYT - Ht, HCT

- stosunek objętości czerwonych krwinek do całej objętości krwi.

ZA DUŻO

Zbyt wysokie wartości występują przy czerwienicy, zapaleniu otrzewnej, ale także przez utratę osocza po oparzeniach, odwodnieniu organizmu, po ciężkich biegunkach i wymiotach, nadmiernym poceniu się.

ZA MAŁO

Zbyt niskie wartości sugerują anemię, niedobory żelaza, witaminy B12, choroby szpiku kostnego, pojawiają się także w drugiej połowie ciąży.

MCV

- średnia objętość krwinki czerwonej.

ZA DUŻO

Zbyt wysokie wartości występują przy niedoborach witaminy B12 lub kwasu foliowego, u osób nadużywających alkohol (niedokrwistość makrocytarna z niedoboru wit. B12 lub/i kwasu foliowego).

ZA MAŁO

Zbyt niskie wartości występują przy niedoborze żelaza (niedokrwistość mikrocytarna z niedoboru żelaza).

ZA DUŻO

Zbyt wysokie wartości zdarzają się to rzadko, np. u osób przebywających wysoko w górach, odwodnionych czy chorujących na czerwienicę lub poliglobulię.

312015TRTHA

ZA MAŁO

Zbyt niskie wartości to objaw anemii. Mogą być skutkiem utraty krwi, np. z wrzodu żołądka lub dwunastnicy, obfitych lub przedłużających się miesiączek, nieprawidłowej diety, chorób przewlekłych, np. nerek, czy schorzeń reumatologicznych, ale także chorób nowotworowych. Każda niedokrwistość powinna być diagnozowana przez lekarza.

zdrowie

PODSTAWOWE BADANIE LABORATORYJNE DLA KOBIET

LEUKOCYTY - WBC

- białe krwinki, odpowiedzialne za działanie układu odpornościowego; wyszukują i niszczą wirusy i szkodliwe bakterie.

ZA DUŻO

Zbyt wysokie wartości świadczą o stanie zapalnym w organizmie, infekcji. Znacznie podwyższony wynik może wskazywać na białaczkę - ale nie wpadajmy w panikę, podwyższone wskaźniki pojawiają się również przy intensywnym wysiłku fizycznym, długotrwałym, nadmiernym stresie, nawet po dłuższym opalaniu się i przy stosowaniu przewlekle sterydoterapii.

ZA MAŁO

Zbyt niskie wartości mogą być spowodowane niedoborem granulocytów, limfocytów lub wszystkich komórek jednocześnie, uszkodzeniem szpiku przez chorobę, skutkiem ubocznym leczenia lub infekcji wirusowych. Liczba leukocytów to jeden z wyraźniejszych przykładów na to, że nie wolno interpretować wyników badań bez spojrzenia na inne parametry i ogólny stan zdrowia.

LIMFOCYTY - LYM, LYMPH

- rodzaj białych krwinek, służą do obrony organizmu przez zakażeniami.

ZA DUŻO

Zbyt wysokie wartości mogą świadczyń o chłoniaku, przewlekłej białaczce limfocytowej, szpiczaku mnogim, nadczynności tarczycy, ale także występować przy grypie, gruźlicy, różyczce, mononukleozie czy ospie wietrznej; wynik podwyższają również niektóre leki.

ZA MAŁO

Zbyt niskie wartości mogą być objawem zakażeń wirusowych lub innych chorób krwi.

EOZYNOFILE - Eo

- krwinki kwasochłonne.

ZA DUŻO

Zbyt wysokie wartości mogą wiązać się z zakażeniami pasożytniczymi, astmą, chorobami autoimmunologicznymi; pojawiają się także przy takich chorobach jak reumatoidalne zapalenie stawów, ziarnica złośliwa, złuszczające zapalenie skóry; na wzrost wpływać mogą też niektóre leki przeczyszczające, uspokajające, antybiotyki, Interferon.

ZA MAŁO

Zbyt niskie wartości mogą być spowodowane zatruciem alkoholowym, alergiami, nadczynnością kory nadnerczy, stresem, urazem czy dużym wysiłkiem fizycznym. Nieprawidłowe wartości występują najczęściej w chorobach alergicznych czy pasożytniczych.

miasta kobiet

maj 2015

15


Nieprawidłowe wartości występują też przy infekcjach bakteryjnych i zakażeniach, mogą być związane ze stosowaniem wielu leków.

TROMBOCYTY - PLT

- płytki krwi, odgrywają kluczową rolę w krzepnięciu krwi i skurczu naczyń krwionośnych, żyją od 8 do 12 dni, a na miejsce starych napływają nowe ze szpiku kostnego.

ZA DUŻO

Zbyt wysokie wartości pojawiają się w przewlekłych zakażeniach, po wysiłku fizycznym, po usunięciu śledziony, w ciąży, w nadpłytkowości samoistnej, mogą także wystąpić w chorobach nowotworowych.

ZA MAŁO

Zbyt niskie wartości mogą być skutkiem upośledzonego wytwarzania ich w szpiku (z powodu przerzutów raka do szpiku lub ostrych białaczek), chorób autoimmunizacyjnych, niszczenia płytek przez toksyny bakteryjne, działania leków przeciwbólowych, przeciwpłytkowych, heparyny, niektórych antybiotyków.

ODCZYN BIERNACKIEGO - OB

Zbyt wysoka wartość może świadczyć o stanie zapalnym, chorobach autoimmunologicznych, chorobach nowotworowych (zwłaszcza gdy wskaźnik wynosi powyżej 100 mm/h) i innych, ale zdarza się także w okresie przedmiesiączkowym, podczas krwawienia, w ciąży, do 6 tyg. po porodzie, przy zażywaniu hormonalnych środków antykoncepcyjnych. To niespecyficzny wskaźnik procesu chorobowego - nie wskazuje na konkretną chorobę.

ZA DUŻO

Zbyt wysoka wartość wskazuje często na uszkodzenie komórek (jest zależna od jego rodzaju i rozległości), uszkodzenie wątroby różnego pochodzenia (stłuczenie, wirusowe zapalenie, toksyczne uszkodzenie i inne).

●C  HOLESTEROL CAŁKOWITY - całkowita ilość tłuszczu we krwi

ZA DUŻO

Wzrost stężenia cholesterolu całkowitego występuje we wrodzonej wzmożonej syntezie cholesterolu (hipercholesterolemia rodzinna), przy niewydolności nerek, cukrzycy, łuszczycy, alkoholizmie, zespole nerczycowym, niedoczynności tarczycy, zastoju żółci lub przy spożywaniu pokarmu bogatego w cholesterol.

TRÓJGLICERYDY - TG

- podstawowy w organizmie.

substrat

energetyczny

WARTOŚCI PRAWIDŁOWE: do 150 mg/dl

ZA MAŁO

ZA DUŻO

Zbyt wysokie wartości mogą być związane z chorobami sercowo-naczyniowymi, występują przy dyslipidemii aterogennej cukrzycy typu 1 i 2, zapaleniu trzustki, niedoczynności tarczycy, niewydolności nerek, zespole nerczycowym i innych; mogą występować u osób mało aktywnych fizycznie, otyłych, pijących nadmierną ilość alkoholu, ale także u tych ze skłonnościami genetycznymi.

GLUKOZA - CUKIER

- główne źródło energii dla organizmu. Podstawowymi regulatorami poziomu glukozy we krwi są: insulina, działające przeciwstawnie hormony (glukagon, hormon wzrostu, adrenalina, kortykosterydy, tyroksyna)

Spadek stężenia cholesterolu całkowitego wywołują choroby wątroby, takie jak zaawansowana marskość, ostra i podostra martwica, toksyczne uszkodzenie wątroby, infekcje związane z uszkodzeniem narządu, poza tym stan głodzenia, posocznica, nadczynność tarczycy, niedokrwistość i choroby nowotworowe.

wartości prawidłowe dla kobiet: 40-80 mg/dl lub 1,0-2,1 mmol/l

ZA DUŻO

wyższe stężenie HDL uważa się za bardzo zdrowe. Dobry cholesterol pełni funkcje ochronną i zabezpiecza przed chorobami serca.

WARTOŚCI PRAWIDŁOWE GLIKEMII (stężenia glukozy we krwi): 3,9-6,4 mmol/l lub 70-100 mg/dl

ZA MAŁO

niższe stężenie HDL stwarza zagrożenie występowania chorób sercowo-naczyniowych.

ZA DUŻO

Zbyt wysokie wartości mogą wskazywać na cukrzycę typu 1, cukrzycę typu 2, cukrzycę kobiet ciężarnych, zaburzenia tolerancji glukozy, zaburzenia funkcji przysadki i nadnerczy, zespół Cushinga i inne; często też po leczeniu sterydami.

ZA MAŁO

Zbyt niskie wartości występują przy przedawkowaniu doustnych leków przeciwcukrzycowych, wyspiaku trzustki (insilinoma), niedoczynnośći hormonalnej przysadki, nadnerczy, wrodzonych blokach metabolicznych, alkoholizmie, toksycznym uszkodzeniu wątroby.

C  HOLESTEROL HDL (dobry cholesterol)

C  HOLESTEROL LDL (zły cholesterol)

WARTOŚCI PRAWIDŁOWE: poniżej 135 mg/dl lub poniżej 3,5 mmol/l (u osób z dużym ryzykiem chorób sercowo-naczyniowych norma jest odpowiednio niższa).

ZA DUŻO

wyższe stężenie LDL jest bardzo groźne, stwarza zagrożenie powstania miażdżycy.

Jeśli nie wiesz, jakie badania będą w Twoim przypadku niezbędne i nie czujesz się na siłach, by samodzielnie o tym decydować, skorzystaj z pomocy wykwalifikowanego personelu centrum medycznego AWIMED. Na zaplanowanej wizycie, lekarz pomoże Ci stworzyć indywidualnie dobrany zestaw badań, a na kolejnej - kontrolnej - wyniki zostaną omówione przez specjalistę (www.awimed.pl).

WYJAŚNIAŁ: DR N. MED. PAWEŁ RAJEWSKI

- szybkość opadania krwinek czerwonych (u kobiet poniżej 60. roku życia norma wynosi do 12 mm/h, u kobiet starszych do 20 mm/h)

- enzym wewnątrzkomórkowy

CHOLESTEROL

produkowany jest w wątrobie, ale również dostarczany wraz z pożywieniem; jest niezbędny do prawidłowego funkcjonowania organizmu, jednak jego zbyt wysokie wartości są niebezpieczne dla zdrowia.

323815TRTHA

ZA MAŁO

Niskie wartości mogą występować w niektórych nowotworach i po przedawkowaniu niektórych leków.

AMINOTRANSFERAZA ALANINOWA - ALAT, AIAT, ALT, GPT, SGPT

.CP

312015TRTHA

zdrowie

NEUTROFILE - NEUT

- chronią organizm przed drobnoustrojami, żyją od 2 do 4 dni


NOWY DZIAŁ ZOOLOGICZNY zaprasza W naszej ofercie:

323815TRTHA

 RYBKI, ROŚLINKI, AKWARIA, POMPY, FILTRY I POKARMY DLA RYBEK  CHOMIKI, MYSZKI, SZCZURY, ŚWINKI MORSKIE, KRÓLIKI, PAPUGI ORAZ AKCESORIA KLATKI, POKARMY I PRZYSMAKI  KARMY SUCHE I MOKRE ORAZ AKCESORIA DLA PSÓW I KOTÓW

Centrum Ogrodnicze Ostaszewo tel./fax. 56 674 03 65, dział zoologiczny tel. 56 674 00 10 Czynne : pn.-pt. 9-19, niedz. 10-17,

www.co-ostaszewo.pl

szukaj nas na

498115BDBHA

CP


temat

18

miasta kobiet

maj 2015


tabu

Ania głaskała się po brzuchu, mówiła do niego troskliwie i dałaby sobie rękę uciąć, że czuje, jak dziecko w nim rośnie… A brzuch wciąż był pusty. TEKST: Dominika Kucharska - Poznałam to już w dzieciństwie - zaczyna nieśmiało. - Suczce mojej koleżanki powiększyły się piersi. Sutki zrobiły się tak duże, że szorowała nimi po trawniku. U jamnika od razu było to widać. Cieszyłyśmy się - jak to małe dziewczynki. Losowałyśmy, która będzie się pierwsza bawić ze szczeniaczkami, ale po miesiącu nasza radość się skończyła. „Jej się tylko wydaje, że będą szczeniaczki, bo to ciąża urojona” - rodzice powiedzieli bez wchodzenia w szczegóły. My też nie dopytywałyśmy. Pomyślałam, że zwierzęta tak mają i już - wspomina.

OCIĘŻAŁY JAMNIK Teraz Ania ma 31 lat, choć równie dobrze mogłaby usiąść w licealnej ławce i nie odstawać od reszty. Mówi cicho, jakby obawiała się, że głośniejszy ton przywoła wydarzenia, o których stara się na co dzień nie myśleć. Wcześniej historię z dzieciństwa odłożyła w dalekich partiach pamięci, w szufladzie „mniej istotne”. Ociężały jamnik stanął jej przed oczami dopiero w chwili, gdy znów usłyszała hasło „ciąża urojona”. Tym razem to, co było częścią świata zwierząt, brutalnie wkroczyło do jej życia - względnie ułożonego, toczącego się w fabryce na trzy zmiany i w domu, w maleńkiej miejscowości pod Bydgoszczą, gdzie mieszkała z mężem i teściami. O dziecko starali się od dnia, gdy na ślubnym kobiercu wypowiedzieli słowa przysięgi. Wszystko tak, jak to być powinno, z błogosławieństwem. - Czy liczyłam, że po miesiącu zajdę? Może aż tak to nie, ale też nie spodziewałam się, że będzie tak ciężko. Miałam 29 lat i tym to tłumaczyłam - że nie jestem już jak osiemnastka. Miesiące mijały i nic. „Działacie? Idzie wam, czy nie wiecie, jak się do tego zabrać?” - słyszałam od koleżanek z pracy. Z czasem coraz mniej mnie to bawiło. Teściowie też nie pozostawali w tyle. Przy każdej możliwej okazji między zdania wciskali, że jeszcze nie mają wnuka, a kuzynka już w drugiej ciąży, a kuzyn to już ma trzecie… Czułam się winna. Chciałam krzyknąć, żeby się zamknęli, ale nie potrafiłam. Chodziłam z taką gulą żalu w gardle - mówi. Zaczęła płakać co ranek. Po jakimś czasie płakała też wieczorami, gdy mąż oglądał telewizję albo szedł się myć. - Tak sobie teraz myślę, że tę ciążę sobie wymyśliłam na pocieszenie. Że moje myśli chciały uciec tam, gdzie jest szczę-

ście, a tym szczęściem było dziecko. Dobrze pamiętam ten dzień. Obudziłam się rano z przekonaniem, że coś się zmieniło. Nie zdążyłam zalać kawy, a już miałam mdłości. Byłam przejęta. Wyjątkowo tego ranka nie płakałam - wspomina.

MIAŁAM CZY NIE MIAŁAM… Ania przestała miesiączkować, a to w połączeniu z porannymi nudnościami utwierdziło ją w przekonaniu, że jest w ciąży. Testu nie robiła. Potem zaczęły puchnąć jej stopy. Może to przez upalne lato, choć dla Ani był to kolejny sygnał. - Zaczęłam mieć zachcianki, to znaczy dziś nie jestem w stanie powiedzieć, czy rzeczywiście je miałam czy po prostu wiedziałam, że kobiety w ciąży je mają, więc i ja powinnam je mieć. Po czekoladzie sięgałam po kiełbasę i mąż rzucił żartem, że chyba coś tam jednak zmajstrował. Wtedy podzieliłam się z nim dobrą nowiną. - Byłaś u lekarza?! - pytał uradowany. - Jestem w ciąży, przecież kobieta to czuje - zapewniałam. Na wizytę u ginekologa mąż nie naciskał. - Jest z tych, co do babskich spraw wolą się nie wtrącać. Było mi to na rękę, bo to był okres, kiedy ginekologa bałam się jak diabeł święconej wody. A szkoda… Może skończyłoby się to szybciej… W każdym razie głaskałam brzuch, mówiłam do niego. Mąż i rodzina się cieszyli. Płakałam rzadziej. Gdy teściowa i kuzynki podsuwały mi numery do lekarzy, dziękowałam, a potem wyrzucałam je do śmieci. Pewnego dnia mąż Ani wrócił z pracy, kazał jej się ubrać i wsiąść do samochodu. Kolega polecił mu lekarza, który jeszcze w tracie ciąży wykrył u jego dziecka rzadkie schorzenie. Dzięki temu malec urodził się zdrowy. Mąż Ani natychmiast umówił wizytę, jeszcze na ten sam dzień. - Mówiłam, że źle się czuję, że już byłam na badaniu, że nie chcę… Mąż się uparł i tłumaczył, że ten lekarz znajdzie dla nas czas tylko teraz i trzeba skorzystać. Krzyki nie pomogły… Nie było wyjścia. W gabinecie lekarz stwierdził brak ciąży. Ania zaprzeczała, przekonywała, że to pomyłka, ale nie była w stanie powiedzieć, u jakiego ginekologa była wcześniej. Gdy się ubierała, doktor wziął męża na stronę, polecił znajomego psychiatrę i życzył powodzenia. Kobiecie zawalił się świat, czuła, jakby właśnie straciła dziecko. Terapia pomogła jej wyjść na prostą.

WYBIÓRCZA RZECZYWISTOŚĆ - Przypadki ciąży urojonej są dość rzadko spotykane. Zazwyczaj to zaburzanie psychiczne dotyka kobiety niewykształcone, które nie mają wystarczającej wiedzy, związanej z ciążą i ludzką fizjologią - wyjaśnia Danuta Byczyńska, specjalista psychiatra. - Często wystąpienie ciąży urojonej poprzedza nerwica i stany depresyjne, których przyczyny mogą być bardzo złożone. Z jednej strony może to dotknąć tych kobiet, które panicznie boją się zajścia w ciążę, często wykonują testy ciążowe, częściej niż to konieczne odwiedzają ginekologa. Z drugiej strony - takich, które marzą o dziecku i w pewnym momencie zaczynają wybiórczo traktować rzeczywistość, wybierając z niej te elementy, które pokrywają się z objawami ciąży. Nie biorą pod uwagę tego, że brak miesiączki może być wynikiem, na przykład anemii z niedoboru żelaza lub wzmożonego stresu, a ten z kolei może być wywoływany presją chęci posiadania dziecka. Te kobiety podświadomie unikają także wizyt u ginekologa, z obawy, że lekarz stwierdzi, że jednak nie są w ciąży. Jak sobie z tym radzić? Kobiety, które odpowiednio szybko trafią na leczenie, są w stanie dojść do siebie bez większych trudności. Wskazane jest oczywiście wsparcie bliskich. - Czasem pacjentce, która w wyniku leczenia uświadomi sobie, że jej ciąża była urojona, jest zwyczajnie wstyd i trudno jej samej uwierzyć, że doszło do czegoś takiego - dodaje doktor Byczyńska. Natomiast już zaawansowany stan ciąży urojonej jest bardzo ciężki. - To psychoza. Występuje zupełnie nieprawidłowa interpretacja rzeczywistości, w której kobieta jest przekonana o istnieniu ciąży, mimo ewidentnych dowodów, że ciąży nie ma, np. mimo badania USG brzucha czy negatywnego wyniku testu ciążowego. Chora zaczyna podejrzewać rodzinę czy nawet lekarza o złe intencje. Na tym etapie pojawiają się inne urojenia: poczucie bycia okłamywaną, manipulowaną, poczucie zagrożenia. Niepodjęcie leczenia na tym etapie choroby może się wiązać z bezpośrednim zagrożeniem życia kobiety lub osób z otoczenia, próbujących perswadować jej rzeczywistość. Taki stan trzeba rozpatrywać w kategoriach choroby psychicznej - ostrzega psychiatra.CP  napisz do autora d.kucharska@expressmedia.pl


felieton

Dziesięć do charyzmy Mięśnie łydek zaznaczają swoją obecność. Uda uwydatniają swój kształt. Kręgosłup wygina się, aby nadać tę kuszącą wypukłość pośladkom. Ach, i jeszcze biust - od razu wydaje się większy. Anna Szczepaniak* Nogi. Z pewnością atut niejednej kobiety. A na stopach to, co wielu sprawia problem. Coś, co czasem przyprawia o ból i cierpienie, ale i sprawia, że tyłek jest zgrabniejszy. Szpilki - czarne, czerwone, cieliste, kolorowe, ze skóry, zamszu, nubuku czy materiału bez nazwy. Znam przeciwniczki katowania stóp wysokością obcasa. Mało tego, nawet panom zdarza się głośno pytać, o cel tych męczarni (serio, panowie?). Ortopedzi straszą zmianami w kręgosłupie i stawach. Jednak z drugiej strony znam mnóstwo kobiet, które z noszenia ich zrobiły religię.

Mój feblik Mnie zdecydowanie bliżej do tej drugiej opcji. Uwielbiam je. To mój feblik, taka niegroźna fascynacja. I to rodzinna. Moja mama zawodowo zajmowała się butami, stąd wiem, co to jest stalka i jak sprawdzić, czy but jest dobrze wyważony, a obcas stabilny i nie będzie żył własnym życiem, obierając inną drogę niż ja. Przy tym potrafię odmówić sobie wiele na rzecz posiadania pięknych butów. Stawiam na jakość. Gdy spotykam kobietę w pięknym obuwniczym odzieniu, nie mam oporów, by wyrazić uznanie. Kiedyś, dawno już, miałam szczęście być w Paryżu. Ta mekka modowego świata objawiła się wieżą Eiffla, pięknym budynkiem Sorbony, Luwrem, katedrą Notre Dame i Musse d'Orsay… ale też blichtrem, luksusem, z ekstrawaganckimi witrynami, pełnymi szpilek. Chciałam je przymierzyć, wszystkie. Odważyłam się wejść i wziąć jedną z par w ręce. Były piękne, wysokie, lekkie. Delikatnie pachniały cielęcą skórą. Przymierzyłam - nigdy nie miałam takiego cudu na stopach. Stać było mnie co najwyżej na fleczek, ale to absolutnie nie zepsuło mi tej chwili szczęścia. Jak to się zaczęło? Noszenie wyższych obcasów zapoczątkowali… mężczyźni. Ich stopy

20

miasta kobiet

maj 2015

w takich butach lepiej trzymały się w strzemieniu. A niegrzeszący wzrostem Ludwik XIV przywłaszczył sobie obcas, celem zdobycia kilku centymetrów. Pod damskie stopy obcasy trafiły najprawdopodobniej za sprawą Katarzyny Medycejskiej. Oczywiście zrobiła to, aby zachwycić mężczyznę, w tym przypadku Henryka II, króla Francji. Od tego czasu ten zachwyt i wysoki obcas tak już sobie wiodą wspólny żywot. Skąd ten zachwyt w męskim oku? Co dają dodatkowe centymetry obcasa? Czy dodadzą dziesięć do chryzmy? Pewnego dnia postanowiłam na własnych stopach dokładnie sprawdzić, co tak naprawdę zmienia wysoki obcas. Stojąc na boso spojrzałam w lustro - w zasadzie nic nadzwyczajnego, wzrost 170 cm, jakaś tam waga… Wyjęłam więc z szafy najwyższe szpilki, jakie posiadam, dziesiątki. Włożyłam je i przyjrzałam się temu cudowi przemiany.

Im wyższy obcas… Stopa, umieszczona w bucie o obcasie wyższym niż 5 cm, zmienia swe naturalne położenie (a co dopiero, gdy mierzy się z dziesięcioma). Mięśnie łydek napinają się i delikatnie zaznaczają swoją obecność. Kolana automatycznie się prostują, a uda uwydatniają swój kształt. Kręgosłup siłą rzeczy wygina się w części lędźwiowej, aby nadać tę kuszącą wypukłość pośladkom. Gdy zrobisz parę kroków, poczujesz, że biodra zaczynają inaczej pracować, kołyszą się. Ach, i jeszcze biust! Prostując plecy ściągasz łopatki, więc i on od razu wydaje się większy. Ta krótka obserwacja dała mi coś jeszcze - przekonanie, że lubię siebie i swoje szpilki. A siebie w szpilkach jeszcze bardziej. Mimo że nie są szczytem wygody, że śródstopie cierpi, że można skręcić kostkę, a stan chodników nie ułatwia życia… to ta odrobina próżności bardzo mi pasuje.CP

*Ania Szczepaniak Fotografuje, pisze, słucha, a to wszystko amatorsko.


kobieca perspektywa

Pierwsze kroki

owania Wierzę, jak Brendą Ueland, że każdy ma coś ciekawego do powiedzenia. Jeżeli Ty też piszesz i zastanawiasz się nad założeniem bloga, ten artykuł jest dla Ciebie. TEKST: Justyna Niebieszczańska

D

zisiaj każdy może pisać. Każdy może zostać swoim wydawcą. Każdy może znaleźć oddanych czytelników albo nawet fanów. Nie ma barier technicznych i finansowych, jak kiedyś. Blogowa strefa dla każdego stoi otworem.

TWÓJ BLOG A KORZYŚĆ Pisanie bloga łączy w sobie m.in. dwa aspekty - poznawanie siebie (poprzez pisanie) i odnajdywanie siebie w otaczającym nas świecie (poprzez dzielenie się z innymi). To trening obserwacji, klarownego wyrażania się, samodyscypliny i identyfikowania potrzeb swoich oraz innych. Jakikolwiek cel Ci przyświeca, pamiętaj, aby w dzieleniu się wiedzą i informacją nie zabrakło emocji - w wyrażaniu opinii, w budowaniu relacji, w opowiadaniu o swojej pasji. Pisanie to doświadczenie bardzo osobiste, które zbliża nas do zrozumienia siebie. To takie wyjątkowe SPA, do którego wybieramy się wtedy, kiedy chcemy i w którym przeżywamy rodzaj odnowienia, szczególniej motywacji. Coraz więcej osób docenia ten przystanek przed wyzwaniami następnego dnia. PASJA, WIEDZA, PRACA Czytasz blogi o modzie albo zdrowym odżywianiu? Jeżeli masz takie blogi w ulubionych, to wiesz, że tworzą je ludzie z pasją. Gromadzą wokół siebie czytelników tak samo zainteresowanych tematem. Budują społeczności, które czerpią radość i motywację, dzięki wymianie informacji i konkretnych wskazówek. Czy masz pasję, którą chcesz dzielić z innymi? Opowieść o niej zapewni Ci rozwój w danej dziedzinie i stanie się oknem na świat - poznasz ludzi

i zyskasz kontakty, które mogą zaowocować wyjątkowymi relacjami międzyludzkimi. Zapewne zauważyłaś, że wielu ekspertów tworzy blogi i w ten sposób dzieli się swoją wiedzą. Niewątpliwie jest to jeden ze sposobów przedstawienia się i umocnienia swojej pozycji na rynku. To uwiarygodnia osobę jako kogoś, kto naprawdę zna się na rzeczy. Blog jest również źródłem pozyskania potencjalnych klientów. Wartość tego narzędzia promocji wzrasta, szczególnie w czasach, kiedy koszty efektywnych kampanii reklamowych są coraz wyższe.CP

OD CZEGO ZACZĄĆ? Jak mawiał nasz wieszcz narodowy: „w słowach tylko chęć widzim, a w działaniu potęgę”. Zatem zabierzmy się do tego od zaraz. Jak?

1. Napisz Na początek 2-3 wpisy. Podziel się nimi z bliskimi - z tymi, którzy potrafią pozytywnie patrzeć na świat i powiedzą o plusach Twoich tekstów.

2. Opublikuj

* Justyna Niebieszczańska Specjalistka PR. Od ponad 5 lat pisze blog o komunikacji i PR. Właścicielka Agencji Public Relations BRIDGEHEAD PR. Manager kanadyjskiej firmy SciCan na Polskę i kraje nadbałtyckie. Współorganizatorka Charmsów Biznesu. Zachęca do pobrania darmowego „Przewodnika pisania bloga cz.1 Od czego zacząć?” ze strony www.bridgehead.pl

Nie musisz od razu zakładać bloga, aby wpis opublikować. Weź udział w Blogowym Karnawale kobiet. Co miesiąc masz szansę dzielenia się wiedzą, doświadczeniem, opinią. Mam przyjemność organizować II edycję, której temat brzmi: „Priorytety w życiu”. Jestem przekonana, że masz cenne spostrzeżenia na ten temat. Zapraszam: karnawalblogowykobiet.pl

3. Załóż swój blog Wykorzystaj darmowy serwis blogowy, np. blogger. W kilka minut sama utworzysz bloga. Oczywiście możesz wykorzystać szablony Wordpressa lub zaplanować z fachowcem wygląd strony, ale najpierw lepiej spróbować - przeprowadzić eksperyment, zanim zacznie się angażować znaczne środki finansowe.

miasta kobiet

maj 2015

21


kobieca perspektywa

Cieszę się codziennie

Masajowie potrzebują wsparcia, ale wcale nie w duchu: wspaniały Zachód pomaga biednej Afryce. Myślę, że to bardzo zła postawa. Z Magdą Poros* rozmawia Lucyna Tataruch ZDJĘCIA: Magda Poros Wiem, że wielu ludzi pyta Cię o to, dlaczego pomagasz dzieciom w Afryce, skoro tu w Polsce też są potrzebujący… Jasne, pojawiają się takie pytania. Co ja mogę na nie odpowiedzieć? Nie powinno się chyba rozliczać ludzi z tego, komu chcą pomagać. Zresztą, moja przygoda z Masajami z Kenii wcale nie zaczęła się od jakiejś wielkiej chęci, by pomagać komuś na drugim końcu świata, tylko od pasji. Spodobały mi się ich obyczaje, historia, to, jak są związani ze swoimi tradycjami. I owszem, potrzebują wsparcia, ale wcale nie w duchu: wspaniały Zachód pomaga biednej, bezradnej Afryce - myślę, że to bardzo zła postawa. Buduje w nas przekonanie, że jesteśmy lepsi? Tak. A nie jesteśmy, obecnie mamy jedynie większe możliwości i wspaniale, gdy wykorzystujemy je wspólnie. Tam jest niebywale dużo bardzo inteligentnych i kreatywnych osób. Chodzi o to, by pomóc im zbudować odpowiednią drogę, korzystając z wiedzy, zarówno naszej, jak i tej lokalnej. Twoja fundacja „Mogę się Uczyć” buduje tę drogę, m.in. przez budowanie szkół? Myślę, że tak, jest to jednak dopiero początek. Ale zanim do tego doszło, też minęło dużo czasu. Mój pierwszy wyjazd do Kenii - z perspektywy czasu - widzę jako taki pseudowolontariat. Skończyłam studia, stwierdziłam, że uzbieram jakieś pieniądze i pojadę pomieszkać z Masajami. Nie łączyło się z jakimś wyższym celem, nie oszukujmy się. Znalazłam organizację z Nowej Zelandii, International Volunteer HQ, która organizuje odpłatne wolontariaty, m.in. właśnie w tych rejonach. Dlaczego „pseudowolontariat”? Bo tak realnie to nie ma w tym dużej wartości dodanej dla tych społeczności. To bardziej podróżowanie, poznawanie tego miejsca, ludzi. I OK, nie ma w tym nic złego, tyle że realny wolontariat polega na czymś innym. Pojechałam tam bez żadnych kwalifikacji. Najpierw trafiłam do stolicy Kenii, Nairobi, i przyznam, że na początku bałam się wyjść na ulicę… Czego się bałaś?

Właśnie nie wiem (śmiech). Że wyjdę i wydarzy się coś. Coś złego. Zostawiono nas samych i wtedy dopiero poczułam, jak to jest mieć wiedzę tylko z książek, gazet i filmów. Ten strach był irracjonalny i bardzo obezwładniający. W końcu trzeba było wyjść na zewnątrz i nagle okazało się, że nic złego się nie dzieje, nikt na mnie nie zwraca uwagi. Ze stolicy pojechałam już mieszkać do masajskiej rodziny i zaczęło się takie regularne życie w ich realiach. Masajskie rodziny chcą przyjmować gości w ten sposób? Akurat w Kenii to działa w porozumieniu z małymi lokalnymi organizacjami, które się znają z tymi rodzinami. Rodziny dostają dodatkowe środki, a szkoła, w której uczą się ich dzieci, wsparcie. W państwowych szkołach brakuje niestety podręczników, przyborów, podstawowych rzeczy. Nauczyciele są źle opłacani, przez co poziom jest niski i najbardziej tracą na tym dzieci. Poza tym domy i szkoły często są od siebie bardzo oddalone i niektórym dzieciom trudno jest do nich dotrzeć. Te kulisy poznałam w jakimś stopniu podczas pierwszego pobytu w Kenii. Przy drugim, w 2011 roku, pracowałam w domu dziecka, ale to właśnie wtedy wydarzyło się to coś - pojawił się pomysł, by otworzyć społeczną szkołę. Brzmi to jak rzucenie się na głęboką wodę. To prawda, ale gdy się widzi, jak to wszystko funkcjonuje i ile jest możliwości, to nic nie jest głęboką wodą. Prezeska lokalnej organizacji, mając początkowy budżet - ok. 100 tys. szylingów, czyli jakieś 4-5 tys. złotych - zbudowała trzy klasy z blachy falistej. Proste budynki z małymi oknami, żeby nie było zbyt kurzawo w środku. Pozostał jeszcze problem, jak utrzymać tę szkołę. Zebrać pieniądze w Polsce? Właśnie. Takie postawiłam sobie dość spontanicznie zadanie. Po moim powrocie najpierw zbieraliśmy coś na własną rękę ze znajomymi i rodziną. Potem dostałam pozwolenie na zbiórkę publiczną, korzystałam z crowdfundingu „Polak Potrafi”, szukałam kontaktów, żeby jakoś ten cel nagłośnić. I udało się. Kiedy w lutym 2014 roku po raz trzeci poleciałam do Kenii, mogliśmy już wybudować pięć kolejnych pomieszczeń dla


ki do prania, zakłada kapcie. Ten typ rodziny jest stricte patriarchalny. Są wyjątki, ale jednak życie kobiet i dzieci jest tam trudne. Szczególnie dla dziewczynek.

nauczycieli, którzy codziennie przez godzinę szli do nas z sąsiedniego miasteczka. Kupiliśmy panel słoneczny czy drukarkę, żeby nie musieli ręcznie przepisywać kilkudziesięciu kopii ćwiczeń. Swoją drogą, udało nam się ściągnąć do tej szkoły naprawdę dobrą kadrę. Wystarczającym argumentem było dla nich to, że możemy im zapewnić sensowną pensję. Mają mnóstwo pomysłów, tak jak i cała ta społeczność. Wszyscy się bardzo angażują w działania tej szkoły. Kiedyś to wszystko będzie się kręcić samo, bez wsparcia z zewnątrz? Do tego zmierzamy. Naszym dalekosiężnym celem jest stworzenie modelu, który uniezależni całkowicie te społeczności od pomocy. Będą mogły same sobie wszystko zorganizować, zarobić na to. Na początku w grę wchodzą różne minidotacje, np. dla kobiet, przygotowanie miejsc pracy, warsztatów. Nie obędzie się bez wybudowania studni. Dobrze by też było zorganizować tam taką małą klinikę. Wciągasz w te działania inne osoby z regionu? Staram się. W najbliższym czasie organizuję w bydgoskiej Strefie spotkanie, na którym będziemy prezentować całą działalność fundacji, nasze plany, możliwości, ale przede wszystkim Masajów i Kenię - jako ciekawy kraj bardzo kreatywnych ludzi w takiej stosunkowo rzadkiej perspektywie. Będą goście stąd i stamtąd. Zapraszam serdecznie, 9 maja, od godz. 15! Będziemy także kontynuowali nasze spotkania w szkołach. Myślę, że jest bardzo dużo tematów do omówienia, jeśli chodzi o powody, dla których warto pomagać komuś, gdzieś tam daleko.

MAGDA POROS PODCZAS POBYTU W KAJIADO (KENIA) jest zielono. To daje im spokój. Równie ważna jest na pewno rodzina. A z czego cieszą się dzieci? Ze szkoły? Tak, bardzo się cieszą, że mogą się uczyć. Ale chyba największą radość sprawiają im cukierki. W ogóle Masajowie uwielbiają słodycze. Mam parę takich zdjęć z przejażdżek busikiem, na których widać na przykład dorosłego pana z lizakiem, babcie z lizakiem. W domach nie mają małych łyżeczek, słodzą wielkimi. Sam cukier jest dla nich bardzo ważny. Jak gościowi poda się herbatę bez mleka i cukru, to znaczy, że w domu jest bieda.

A dlaczego warto? Bo jesteśmy współzależni, choć może nie czujemy tego, siedząc tutaj. Wystarczy jednego dnia zwrócić uwagę na to, jak wiele rzeczy zużywamy z tego, co jest produkowane na globalnym południu lub w zupełnie innych częściach świata. Ja też już inaczej podchodzę do konsumpcjonizmu, do tego, co faktycznie jest potrzebne, z czego możemy się cieszyć…

Co jeszcze jest w takim masajskim domu? W mieście jest podobnie jak u nas. Poza miastem nie ma prądu, więc raczej nie będzie tam pralki, lodówki i innych sprzętów. Jeśli ktoś jest bardziej majętny, to ma swój generator prądu i często też telewizor, DVD. Komputery są rzadkością, ale każdy ma za to telefon komórkowy. Popularne są takie typu Nokia 3310, w których bateria trzyma 7 lub 8 dni. Jak się rozładuje, to trzeba pojechać ją naładować do miasta. Ale młodzi mają już modele podobne do naszych.

I z czego się cieszysz? Cieszę się codziennie, z wielu rzeczy. Doceniam to, ile mam. A od jakiegoś czasu staram się funkcjonować w takim bardziej minimalistycznym trybie. Cały ten ciąg zakupowo-konsumpcyjny nic nie przynosi, a zabiera bardzo dużo czasu i myśli…

Gdy zapada zmierzch w świecie bez prądu, to wszyscy idą spać? Zapala się wtedy lampę naftową lub żarówkę zasilaną energią z panelu słonecznego, je się kolację i faktycznie idzie się spać. Kobiety zwykle wstają bardzo wcześnie, więc tym bardziej siedzenie do późna jest bez sensu.

Myśli nieznanych Masajom? Ich życie jest proste, nie ma tam zbyt wielu przedmiotów i przez to też można się skupić na zupełnie innych rzeczach. Z mojej perspektywy - na tym, co jest ważne.

Co robią masajskie kobiety? Opiekują się domem i rodziną. Zawodowo bardzo rzadko pracują, bo w większości są niepiśmienne, niewykształcone. Niektóre skończyły kilka klas szkoły, potem zostały wydane za mąż, zaszły w ciążę. Nie mają obecnie alternatywy, chcemy razem to zmienić. Z kolei panowie zawsze twierdzą, że są bardzo zajęci. Wracają do domu późno, często także pijani. Siadają, a żona podaje im kolację, córka zdejmuje im buty, zabiera skarpet-

Co jest najważniejsze dla Masajów? Bydło (śmiech). Jeśli ktoś ma krowy, owce i kozy, to jest szczęśliwym człowiekiem. Cieszą się też, gdy jest dobra pogoda, gdy pada deszcz i gdy

Patrzysz na to ze swojej europejskiej perspektywy, oceniasz? Mam duży szacunek dla tej społeczności. Gdy tam jadę, to czuję, że przyjmują mnie z pełną serdecznością. Uważam, że nie na miejscu by było, gdybym oceniała, negowała czy przekonywała ich do czegokolwiek, jako człowiek z zewnątrz, który sobie przyjeżdża i chce coś narzucać. Raczej po prostu z nimi rozmawiam. Pytam te kobiety o różne rzeczy, interesuje mnie to, jakie one mają zdanie na temat tych spraw. I widzę też, że różne zmiany do nich docierają. Do kobiet i do mężczyzn. Wiedzą jak wygląda świat, z którego Ty przyjeżdżasz? Nie wiedzą, ale są bardzo ciekawi. Zadają mnóstwo pytań, oczywiście takich, które pasują do ich perspektywy i realiów. Np. „A jak u was jest tak zimno w zimie, to co wtedy uprawiacie, jak jeździcie na motorach, jak radzą sobie zwierzęta?”. Bardzo fajne są też pytania o nasze różnice w budowie. To są czasem takie rozmowy, które u nas od razu byłyby odebrane jako rasizm. Tam jest to zwykła ciekawość, bo choć dzieci mają dużo obrazków z białymi ludźmi, to nikt im nie mówi, że np. jak jest gorąco to nasze białe stopy puchną i robią się różowe. Często jest przy tym dużo śmiechu. Kolorowe koraliki, które nosisz, są stamtąd? Tak, to podstawowa ozdoba kobiet. Same je robią, wymieniają się różnymi pomysłami, bo moda oczywiście się zmienia. Masajowie zmieniają nawet swoje kolory. Teraz na przykład fiolet jest modny, bardziej niż czerwony. Zwracają uwagę na fasony ubrań. I to dotyczy też panów. Jeśli ubierają się w zachodnie ubrania, to rzadko są to dżinsy. Prędzej można spotkać kogoś w koszuli i spodniach garniturowych. Kobiety z kolei, szczególnie na wsi, nie powinny chodzić w spodniach. Spódnice muszą być odpowiedniej długości, czyli do kolan. Ramiona i dekolt zakryte. Kobiety lubią też lakiery do paznokci w krzykliwych kolorach, pomadki. I jest jeszcze jedna częsta rzecz, której ja strasznie nie lubię - peruki. Podobają im się europejskie, gładkie włosy, dlatego chcą zakrywać swoje.CP  napisz do autora l.tataruch@expressmedia.pl

*Magda Poros Bydgoszczanka, założycielka i prezes Fundacji „Mogę się Uczyć”. Podczas pierwszego pobytu wśród Masajów nadano jej imię Nashipae, oznaczające radość. Z wykształcenia informatyk.

Rozmowa z Magdą Poros we wtorek (28.04) o godzinie 9 i 12 oraz w środę (29.10) o godzinie 6 na antenie Radia Eska. 94,4 fm (Bydgoszcz) 104,6 fm (Toruń) miasta kobiet

maj 2015

23


uroda

Złuszczaj regeneracji, a w tym celu należy dostarczyć mu substancji odżywczych. Gdzie ich szukać? W naturze, czyli w owocach oraz warzywach. Mnóstwo witamin, antyoksydantów i innych substancji nawilżających niewątpliwie dostarczy nam awokado. Zaopatrzą nas w nie także banan czy gruszka, które są równie bogatym źródłem substancji odżywczych. - Już sama ich konsystencja sprzyja stworzeniu papki na maskę. Wystarczy wybrany owoc rozgnieść widelcem i wymieszać z jogurtem naturalnym. Jeżeli chodzi o jogurt, wybierzmy taki, który ma 1-2 procent tłuszczu, nigdy beztłuszczowy, gdyż takowy jest całkowicie wyjałowiony z substancji, które są dla maseczki najcenniejsze, czyli m.in. tłuszczu - tłumaczy pani kosmetolog.

TEKST: Justyna Król

Z

ima to czas, gdy nieco swoje ciało zaniedbujemy. Wydawałoby się, że kremy stosujemy częściej niż zwykle, mimo to nasze dłonie i stopy, narażane na wiatr czy mróz, cierpią. Wiosna jest takim momentem w roku, kiedy należałoby je zregenerować, odbudować ich naturalne piękno. Jak się do tego zabrać? Niewątpliwie zmęczonemu zimą ciału przyda się peeling, aby złuszczyć martwy naskórek i później zaaplikować odżywiającą maskę kremową. Znakomity peeling można wykonać samemu, w domowych warunkach. - Polecam przygotowanie peelingu z brązowego cukru lub soli morskiej. Świetnie nadadzą się do tego również ziarna kawy - opowiada Anna Maria Adamska, mgr kosmetologii z Gabinetu Kosmetycznego APIS.

E

WALKA ZE SKÓRKĄ Warto też pomyśleć o całych nogach, niestety często okraszonych mniejszym lub większym cellulitem. - Ekstraktów antycellulitowych szukać należy w bluszczu pospolitym, ananasie, guaranie oraz gorzkiej pomarańczy. Dobrze od czasu do czasu, poza maskami naturalnymi, skorzystać z zabiegów przygotowanych przez specjalistów. Wyszczuplająco zadziałają na nas choćby te na bazie czarnego błota z Morza Martwego, z domieszką ekstraktu z czerwonej herbaty lub kofeiny. W przeciwieństwie do tego, co możemy sobie przygotować w domu, gabinet kosmetyczny zapewni nam preparaty o wysoce skoncentrowanych substancjach aktywnych lub kosmetycznych. Popularne są maski zielone, algowe, kremowe - każda działa inaczej, ma określone cele do spełnienia. Oddanie się w ręce profesjonalisty, który dobierze i wykona nam określone zabiegi, to zawsze też czas relaksu i odstresowania się - mówi pani kosmetolog. Po zimie warto również dopieścić swe włosy. Najważniejsze to obciąć ich końcówki, wzmacniając je przed niszczącym wpływem letnich promieni słońca. Wcierać w nie zaś można olej arganowy lub kokosowy. - Pamiętajmy, że najlepszy efekt uzyskamy, jeśli na co dzień będziemy o siebie dbać, a więc serwować sobie odpowiednią ilość ruchu i dietę, pić wodę. Gdy to zaniedbamy, żadne zabiegi kosmetyczne nie wystarczą - podkreśla Anna Maria Adamska.CP  napisz do autora j.krol@expressmedia.pl

MŁODOŚĆ W WITAMINACH Dostarczać należy witamin A, E, C oraz tych z grupy B, które znajdziemy w większości owoców i warzyw. Bogatym źródłem A i E, które nazywane są witaminami młodości, są m.in., kiełki pszenicy czy owsa, które można i dodać do maseczki, i po prostu zjeść dla zdrowia. Substancje odżywcze czekają też na nas w winogronach czy limonce. Każda naturalna maska, owocowa lub warzywna, posłuży wszelkim partiom naszego ciała, także twarzy. Tę jednak należy wcześniej poddać peelingowi enzymatycznemu, bo mechaniczny - z soli czy cukru - do skóry twarzy jest niewskazany. - Dla osób, które po zimie narzekają, że ich skóra jest szara i bez życia, proponuję maskę na bazie świeżego ogórka z dodatkiem kilku kropel cytryny i odrobiną miodu - polecam dodawać go do wszelkich masek, gdyż jedno-

REGENERUJ INTENSYWNIE Po takim zabiegu znakomitym rozwiązaniem będzie nałożenie maski, którą także z powodzeniem możemy sami przyrządzić. Naskórek po zimie i po złuszczeniu, wymaga intensywnej R

cześnie nawilża i odżywia - mówi Anna Maria Adamska.

K

L

A

M

A

521215BDBHA

Peeling możemy zrobić same - na bazie cukru lub soli, a na domową maseczkę świetnie nadają się owoce, takie jak gruszka, banan czy awokado.

i odżywiaj


319815TRTHA

Atrakcyjne ceny MAKIJAŻE: Ślubne Okolicznościowe Fotograficzne Wieczorowe

558215BDBHB

521215BDBHA

Sylwia Pikul tel. 606 332 731

328915TRTHA

-


kobieca perspektywa

To papiery się starzeją,

O tym, ile mam lat, przypominam sobie tylko wtedy, gdy kupuję krem do twarzy z napisem „czterdzieści plus”. TEKST: Justyna Król ZDJĘCIA: Tomasz Czachorowski

przez myśl, by sobie chirurgicznie skorygować tzw. worki chomicze na szyi, ale to były tylko chwile. Na co dzień się nie maluję, potrafię bez makijażu iść na ważne, biznesowe spotkanie, a znam kobiety, które nieumalowane nie wychodzą z domu już w wieku dwudziestu lat, choć młoda cera jest naturalnie promienna. Czasem zazdroszczę im tej młodości, ale wiem, że choć moja uroda gdzieś powoli przemija, mam w zamian coś innego - przekonuje Asia.

- Kryzys wieku? To nie dla mnie - mówi Joanna Gajownik. - Wkrótce kończę 46 lat. Nigdy sobie ich nie odejmuję, bo każdy kolejny rok niesie ze sobą jakaś mądrość - opowiada bydgoszczanka. Asia jest graficzką, przez 20 lat zajmowała się projektami reklamowymi, prowadziła własną działalność. - Zawsze jednoosobową. To chyba przez wrodzony perfekcjonizm. Długo uważałam, że jestem niezastąpiona, nie dopuszczałam nikogo do moich projektów. Dopiero mając stałych klientów i regularne zlecenia, przy mniej ważnych zadaniach prosiłam o pomoc. Dziś profesjonaliście jestem w stanie nawet w całości coś zlecić, jeśli brakuje mi czasu - mówi 45-letnia Joanna.

DOJRZAŁOŚĆ W KAWAŁKACH Asertywność, zwłaszcza ta zawodowa, przyszła do niej z wiekiem. - Jako dwudziestoparolatka brałam wszystkie zlecenia i całkowicie dopasowywałam się do wizji klienta. Po trzydziestce nabrałam odwagi, by wyrażać swoje zdanie, dyskutować, nadal biorąc wszystko. Obecnie, gdy nie czuję jakiegoś projektu, potrafię odmówić. Znam wartość swojej pracy - zapewnia. Asia przyznaje, że był czas, gdy żyła wg pewnych stereotypów. Miała poczucie, że przed 30. należy wyjść za mąż, urodzić dziecko. Tak też się stało. - Dojrzała czułam się już przed osiemnastką, którą świętowałam, tocząc z przyjaciółmi dysputy filozoficzne. Trochę mnie dziś bawi, gdy patrzę na mojego niemal osiemnastoletniego syna i myślę, że czuje się już dorosły jak ja kiedyś. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że dojrzałość przychodzi w kawałeczkach, po trochu i w każdym wieku. Dla mnie nie ma punktu, który zakończyłby ten proces. Życie i ludzie kształtują mnie cały czas - mówi Asia. Swoich okrągłych urodzin nie pamięta. Ani dwudziestki, ani trzydziestki, ani czterdziestki…

26

miasta kobiet

maj 2015

JOANNA GAJOWNIK, LAT 45, Z PASJĄ DBA O KOMPOZYCJE FLORYSTYCZNE W BYDGOSKIEJ RESTAURACJI WARZELNIA

Z DEKADY W DEKADĘ - Choć co roku świętuję urodziny, nie celebruję szczególnie konkretnych dat. Myślenie kobiety zmienia się z wiekiem. Jako nastolatka byłam bardzo zakompleksiona. Dopiero gdy miałam lat 28, po narodzinach syna, u boku kochającego męża, poczułam się w pełni kobietą. Trochę zdołował mnie czas ciąży, gdy ciało tyło i puchło, ale uznałam, że to nieuniknione. Po trzydziestce powiedziałam sobie: kobieto, weź się za siebie. Zapisałam się na fitness i bardzo poprawiłam kondycję. Po czterdziestce odpuściłam. Nie mam prawa jazdy, więc dużo chodzę, jeżdżę po mieście rowerem. Z moim wyglądem zaś, choć pewnie czas zrobił swoje, jest mi całkiem nieźle. Widzę zmiany w swej fizyczności. Wyprostowałam zęby. Przeszło mi

TWIGGY BYŁA JEDYNA Asia widzi różnicę między dzisiejszymi dwudziestolatkami a sobą, gdy była w tym wieku. - Moje roczniki chyba lepiej znoszą swój wiek. Być może to kwestia mediów i Internetu, które kreują wizerunek współczesnej kobiety - idealnie gładkiej, perfekcyjnie umalowanej, uczesanej i ubranej. Kiedyś tego nie było. Twiggy była jedna! Kobiety, które poddają się takiemu myśleniu, mogą być za dwadzieścia lat bardzo nieszczęśliwe, bo czasu oszukać się nie da, grawitacja robi swoje. Ja jestem w stanie pogodzić się z tym, że w pewnych miejscach jest mnie coraz więcej, że skóra na brodzie trochę wisi - zapewnia Asia. Zaznacza jednak, że i jej się zdarzają takie poranki, gdy nie może na siebie patrzeć w lustrze. Ale szybko mijają. - Kiedyś ulegałam presjom, próbowałam się zmieniać na różne modły. Tuż przed czterdziestką doszłam do wniosku, że w ten sposób w końcu gdzieś zgubię siebie. I wróciłam. Aktualnie tylko zdanie najbliższych się dla mnie liczy. Ubieram się tak, jak lubię, by czuć się dobrze we własnej skórze. To bardzo poprawia samoocenę - zapewnia Asia. SPEŁNIONE MARZENIA Po czterdziestce Joanna uznała, że przyszedł czas, by trochę zwolnić, robić więcej dla siebie. - Kiedyś, jako dwudziestoparolatkowie, siedzieliśmy z mężem nad rzeką, w miejscu gdzie dziś jest Warzelnia. Maciej powiedział: Fajnie


KRYZYS ISTNIEJE Często słyszy, że wiek jej służy. Sama również powtarza, że to papiery się starzeją, nie ona. O zjawisku kryzysu wieku mówi jednak bez skrępowania. - Mnie aż tak nie dotyka, ale nie powiem, że nie istnieje - przyznaje Edyta. - Zresztą raz i mnie dopadł, gdy zaczęłam pracę w zespole samych młodziutkich dziewczyn o pięknej, gładkiej cerze. Nagle zobaczyłam wszystkie moje zmarszczki wokół oczu i zdołowałam się, ale na chwilę. Dziś ukrywam je za okularami i jest OK. Kobiety bardzo przeżywają swój wiek, zwłaszcza moment przekroczenia czterdziestki, potem pięćdziesiątki. Bywa, że są podłamane. Wiele moich koleżanek w ogóle nie obchodziło czterdziestki. Jakby udawały, że to się nie wydarzyło. Przeżywały żałobę po swojej młodości. Nie chciały zaznaczania tych urodzin w kalendarzu, nie przyjmowały prezentów ani życzeń.

EDYTA JASCHECK-WYPORKIEWICZ, LAT 41, OD NIEDAWNA ZAJMUJE SIĘ BEZSTRESOWYM STRZYŻENIEM YORKÓW byłoby mieć takie miejsce. Po latach okazało się, że mamy właśnie to miejsce. Prowadzimy tam restaurację - nie jest to jednak żadna gonitwa. Kiedyś potrafiłam siedzieć nad jednym projektem po trzydzieści godzin bez przerwy, zarywając noce. Dziś wiem, że zmęczona jestem mniej efektywna i stawiam na zdrowie. Gdy potrzebuję więcej snu, pozwalam sobie na to. Szukam wewnętrznego spokoju. Realizuję się twórczo, podróżuję, czytam, chodzę do kina. Chciałabym też dzielić się swą wiedzą artystyczną z innymi. Marazm mi nie grozi. Nie lubię się skupiać na bzdurach, takich jak strzykanie w kręgosłupie - opowiada.

CZAS NA PLUS Edyta Jascheck-Wyporkiewicz od zawsze wychodzi z założenia, że człowiek ma tyle lat, na ile się czuje. A ona czuje się na trzydzieści parę… - O tym, ile mam lat, przypominam sobie, gdy kupuję krem do twarzy z napisem „czterdzieści plus” - mówi 41-latka z Wilcza pod Bydgoszczą. - Kobieta zmienia się wraz z upływem czasu też na korzyść. Jako licealistka zaplanowałam, że w roku 2000 chcę mieć już męża i dwoje dzieci, a później obserwując koleżanki, które tuż po ślubie przestawały dobrze wyglądać, obiecałam sobie, że ja zawsze będę o siebie dbać, dla siebie. Jedno i drugie mi się udało. Ale po trzydziestce złapałam się na tym, że stałam się niewolnicą rodziny. Nagle poczułam, że czas zrobić coś dla siebie. Powiedziałam moim bliskim wprost: Wy macie swoje zabawki, ja będę miała swoje, uszanujcie to. I tak się zaczęły kursy, szkolenia - fotograficzne, kosmetyczne, z projektowania ogrodów, florystyki, masażu - oraz podróże, czasem nawet samotne! Z pożytkiem dla wszystkich. Ja nauczyłam się jak naładować baterię, a dzieci, jak robić pewne rzeczy w domu, gdy mamy nie ma. Mąż także bardzo mnie wspiera - mówi Edyta.

ŚMIECH ZAMIAST BOTOKSU Część z kobiet poprawia sobie humor, wybierając się do SPA, na upiększające bądź relaksujące zabiegi kosmetyczne. Inne decydują się na bardziej inwazyjne kroki - sięgając na przykład po botoks. - Wstrzykiwanie go tu i ówdzie w tym wieku to dziś normalna sprawa - poprawianie owalu twarzy, redukowanie zmarszczek. Ja wieku nigdy tak niwelować nie planowałam, ale był moment, gdy chciałam sobie powiększyć biust. Ostatecznie uznałam, że taka ingerencja w naturę, to nie dla mnie. Wybieliłam kiedyś zęby, to tyle. Na co dzień dbam o siebie, wmasowując w twarz dobrze dobrany krem. Gdy ktoś pyta, ile mam lat, muszę chwilę pomyśleć. Urodzin zwykle nie obchodzę. Trzydziestki nawet nie pamiętam, ale czterdziestkę - owszem. Jakiś etap się skończył, jakiś zaczął, więc zorganizowałam sobie z tej okazji party i było przednio. W gronie moich znajomych była taka fala czterdziestek, te chwile trzeba przeżyć na wesoło - dodaje Edyta. BABCIA JAK NASTOLATKA Z wiekiem kojarzy jej się też słowo „babcia”. - Kobieta po czterdziestce zaczyna mieć wizję, że kiedyś - i to może całkiem niedługo - zostanie nazwana babcią, a to ją postarza. Ja nie boję się tej łatki. Z pasją zajmuję się bezstresowym strzyżeniem yorków. Mam swoje własne psiaki oraz kilku stałych podopiecznych - na tej płaszczyźnie już dawno sama ochrzciłam się i babcią, i prababcią. Myślę, że gdy zostanę nią naprawdę, też będę czuła się młodo. Z natury jestem głośna, energiczna, wszędzie mnie pełno. I choć doświadczenia życiowego mi nie brakuje, często miewam też szalone pomysły niczym nastolatka. Nie nazwałabym siebie dojrzałą w stu procentach i wcale na taki etap nie czekam - śmieje się.CP  napisz do autora j.krol@expressmedia.pl

Rozmowa o kryzysie wieku średniego w sobotę (2.05) i niedzielę (3.05) o godzinie 7.40 w Radiu ZET Gold 92,8 fm oraz na www.zetgold.pl

W WIEKU AKCEPTACJI Według koncepcji Erika Eriksona, na każdym etapie rozwoju człowiek buduje swoją tożsamość i staje przed specyficznymi dla danego okresu wymaganiami, które mogą być związane z kryzysem. Zadania, które stawia przed nami wiek średni, są szczególne, bo znajdujemy się na tzw. półmetku. Może być to np. wspomaganie dorastających dzieci tak, aby stały się odpowiedzialnymi i szczęśliwymi dorosłymi, uzyskanie i utrzymywanie zadowalającej pracy zawodowej, rozwijanie pasji i zainteresowań czy akceptowanie i dostosowanie się do fizjologicznych zmian wieku średniego. To czas, kiedy odpowiadamy sobie na pytania: Kim jestem? Czy jestem zadowolony z tego, co mam? Jakie są moje pasje? Czy mogę coś w swoim życiu jeszcze zmienić? Kobietom jest szczególnie trudno zmierzyć się z tym okresem życia, ponieważ przemija to, co jest dla nich bardzo ważne: uroda, atrakcyjność fizyczna, zmienia się gospodarka hormonalna, następuje okres przekwitania. Pojawia się zaprzeczenie, niezgoda na przemijanie i bunt, który wywraca bardzo często życie do góry nogami. Wiek średni nazwałabym wiekiem akceptacji: swojej fizyczności, partnera, tego, że dzieci się już usamodzielniły, że jestem tym, kim jestem. W momencie niezadowolenia, pewnego dysonansu poznawczego, pojawia się przysłowiowy kryzys. Jednak to od nas zależy, w którą stronę on nas zaprowadzi. Nasze życie składa się z przewrotów, które mogą być konstruktywne. Dlatego niech towarzyszy nam myśl, że jest to okres normalny i przejściowy, jak każdy w naszym życiu. Cieszmy się nim i wykorzystujmy na wielopłaszczyznowy rozwój - fizyczny, psychiczny, społeczny.

* Magdalena Markowska Absolwentka psychologii UKW oraz Modernizacji Zaawansowanej Szkoły Trenerów Biznesu. Doktorantka na Wydziale Psychologii Polskiej Akademii Nauk. www. lekert-szkolenia.pl miasta kobiet

maj 2015

27

444415BDBHA


kobieta smakuje

ZWYCIĘSKI PRZEPIS W KONKURSIE

Pobite gary

Wybuchowa

pierś z granatem

Zdrowe, lekkie i jednocześnie sycące danie w 25 minut? O skorzystanie z tego przepisu pokuszą się nawet te z nas, które na co dzień kuchnię omijają szerokim łukiem!

R

ozstrzygnęliśmy już nasz kwietniowy konkurs kulinarny „Pobite gary”! Z kilkuset nadesłanych wiosennych przepisów, jury wybrało propozycję Marty Weinert, autorki bloga www.ugotuj-z-marta. blogspot.com. Za przepis „Wybuchowa pierś z granatem” Pani Marta otrzymuje zestaw kuchenny marki Zepter (MixySy do mielenia, rozdrabniania, miksowania i ubijania; patelnię do smażenia, pieczenia, duszenia i gotowania bez tłuszczu; lasaghnerę ze stali szlachetnej do pieczenia i serwowania dań). Serdecznie gratulujemy! Ta propozycja urzekła nas z kilku powodów. Po pierwsze to potrawa, którą bez trudu przyrządzi

każda z nas. Po drugie jest daniem uniwersalnym - nadaje się zarówno na stół rodzinny jako lekki obiad, jak również na romantyczną kolację dla dwojga czy przekąskę w gronie przyjaciółek. Po trzecie to posiłek odżywczy i niskokaloryczny zarazem. A po czwarte jego wykonanie zajmuje mniej niż pół godziny. Lubiana przez wszystkich pierś kurczaka tym razem występuje w ciekawym towarzystwie granatu, co nadaje jej wyjątkowo wybuchowy smak. Sprawdziłyśmy i potwierdzamy! To idealny sposób na to, by małym kosztem urozmaicić sobie codzienny posiłek. Polecamy więc tę zielono-czerwoną, iście wiosenną kompozycję. Zatem: do dzieła i smacznego!

P R Z E P I S

SKŁADNIKI

SPOSÓB WYKONANIA MARYNUJEMY MIĘSO, ZAWIJAMY W FOLIĘ ALUMINIOWĄ I WKŁADAMY DO ROZGRZANEGO DO 180 STOPNI PIEKARNIKA. PIECZEMY PO 8 MINUT Z KAŻDEJ STRONY. W CZASIE GDY MIĘSO SIĘ ROBI, MOŻEMY ZAJĄĆ SIĘ SAŁATKĄ.

2 PIERSI Z KURCZAKA

Marynata: 1/2 LIMONKI ZIOŁA PROWANSALSKIE SÓL MORSKA PIEPRZ CZOSNEK

PRZYGOTOWUJEMY SOS, MIESZAJĄC OLIWĘ Z WODĄ, SOKIEM CYTRYNY I ODROBINĄ ZIÓŁ - ZGODNIE Z PODANYMI PROPORCJAMI.

Sałatka:

ABY SPRAWNIE DOSTAĆ SIĘ DO KWAŚNO-SŁODKICH PESTEK ZE ŚRODKA GRANATU, MUSIMY OWOC PRZEKROIĆ DOOKOŁA. PRZEKRĘCIĆ, LEKKO PONAGINAĆ I UDERZAĆ OD STRONY SKÓRKI NOŻEM, ŁOPATKĄ LUB CZYMKOLWIEK INNYM, CO AKURAT MAMY POD RĘKĄ.

1/2 PACZKI ROSZPONKI 1/3 PÓŁ TŁUSTEGO SERA FETY 1 GRANAT

Sos: 2 ŁYŻKI OLIWY Z OLIWEK 1 ŁYŻECZKA BAZYLII 1 ŁYŻECZKA OREGANO 1 ŁYŻKA WODY 1/2 ŁYŻECZKI SOKU Z CYTRYNY

28

miasta kobiet

maj 2015

CZAS PRZYGOTOWANIA: około 25 minut

NA TALERZE WYKŁADAMY ROSZPONKĘ, PO KILKA KOSTEK SERA FETA ORAZ TROCHĘ PODZIELONEGO JUŻ GRANATU. POLEWAMY POWYŻSZE SKŁADNIKI WCZEŚNIEJ PRZYGOTOWANYM SOSEM I POMIĘDZY NIMI UKŁADAMY UPIECZONE PIERSI KURCZAKA, POKROJONE W PASKI.


kultura w sukience NA ZDJĘCIU RZEŹBA EMILII BOGUCKIEJ

Miłość na wiosnę niejedno ma imię. Artystycznych doznań z nutką romantyzmu szukajmy więc w galerii, operze, teatrze i kinie…

To będzie gorący pościg!

Senne rzeźby

Przyjaźń czy kochanie?

HELIOS, BYDGOSZCZ GALERIA POMORSKA 27 MAJA, GODZ. 20.00

GALERIA WSPÓLNA W BYDGOSZCZY, UL. BATOREGO 1/3 30 KWIETNIA, WERNISAŻ, GODZ. 18.00

TEATR IM. W. HORZYCY W TORUNIU 1 MAJA, GODZ. 19.00

Już 27 maja w bydgoskim kinie Helios wyświetlony zostanie film pt. „Gorący pościg”, a że będzie to projekcja w ramach „Kina Kobiet”, więc okraszona wieloma innymi atrakcjami. Środowe wieczory filmowe w Heliosie to bowiem zawsze nie lada gratka dla wszystkich pań. Przed seansem liczyć można nie tylko na iście babskie pogaduszki i wesołą atmosferę, ale też rozmaite degustacje, gratisowe próbki kosmetyków, porady eksperckie. Każda z pań ma możliwość wzięcia udziału w konkursach, a tym samym wygrania nagród. A wszystko po to, aby goszczące w Heliosie panie poczuły się naprawdę wyjątkowo i miały z tego wieczoru jak najwięcej dla siebie. Nic więc dziwnego, że cykl „Kino Kobiet” zjednał sobie już tyle stałych bywalczyń. Właśnie rusza konkurs, w którym wygraną jest nowy fiat 500X! Będzie to nagroda za dobre parkowanie! By spróbować szczęścia, wystarczy wysłać nagranie z parkowania auta oraz skany trzech biletów z „Kina Kobiet”. Mile widziane są też zabawne komentarze. Filmiki nadsyłać można do 26 listopada 2015 - szczegóły www.helios.pl.

Emilia Bogucka tworzy w półprzezroczystej żywicy, wydobywając z niej z pasją elementy ludzkiej cielesności, zwłaszcza kobiecej. Abstrakcyjności dziełom dodają fragmenty tkanin, a materiał żywiczny sprawia, że prace przepuszczają światło. Wystawę pt. „Sen” oglądać możemy w Galerii Wspólnej od 30 kwietnia. Wstęp wolny.

R

E

Teatr im. W. Horzycy pamięta nie tylko o swoich widzach, ale i słuchaczach - tym razem będzie głównie muzycznie. Koncert pt. „Czy to jest przyjaźń? Czy to jest kochanie?” to kwintesencja piosenek z mistrzowskiej półki melancholii i romantyzmu. Zetkniemy się z tekstami poetyckimi i muzyką autorstwa Marka Grechuty oraz Jana Kantego Pawluśkiewicza. Tylko się zasłuchać i rozmarzyć. Bilety od 20 do 30 złotych.

Efekt domina

W operowym klimacie

TEATR POLSKI IM. H. KONIECZKI, ALEJE ADAMA MICKIEWICZA 2 W BYDGOSZCZY 24 MAJA, GODZ. 19.00

OPERA NOVA, UL. MARSZAŁKA FOCHA 5 W BYDGOSZCZY 8 MAJA, GODZ. 19.00

W ramach cyklu „Kino bez granic”, który jest nowym, iście filmowym projektem Teatru Polskiego oraz Stowarzyszenia Koloroffon, prezentującego w Bydgoszczy kino autorskie, zobaczymy film pt. „Efekt domina”, w reżyserii  Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego. Rafael i Natasza właśnie rozpoczynają wspólne życie w naznaczonym wojną domową państwie. Wybuchowa mieszanka dramatu i absurdu powoduje, że romantyzm w ich relacji szybko pęka jak bańka mydlana… Zaczyna się „Efekt domina”. K

L

Trwa Bydgoski Festiwal Operowy. Największa impreza w regionie, w klimacie artystycznym. Jednym z gościnnych pokazów będzie opera w dwóch aktach, w języku słowackim, pt. „Krutniawa”, którą wykonają: orkiestra, chór i balet Państwowej Opery w Bańskiej Bystrzycy. Historia miłości i nienawiści rozgrywa się na słowackiej wsi, po zakończeniu I wojny światowej, a rozpoczyna od odnalezienia w górach zamordowanego narzeczonego Katřeny… A

M

A

77615BDBHA

444515BDBHA

Justyna Król


kobieta w podróży 1. TAM NIGDY NIE BĘDZIESZ SIĘ NUDZIŁ Kanaryjczycy nazywają Gran Canarię „kontynentem w miniaturze”. To absolutna prawda. Wyspa zachwyca bogactwem natury. Jej krajobraz pełen jest niespodzianek, takich jak wulkan wznoszący się na wysokość 2000 n.p.m. i prawie 60 km plaż, skąpanych niemalże przez cały rok w promieniach słońca.

2. POWĘDRUJESZ PO WYDMACH NA WIELBŁĄDZIE Playa del Inglés jest rajem na ziemi z powodu malowniczych wydm Maspalomas. Wiatry wiejące znad Sahary utworzyły tu gigantyczne wydmy. Plaża ze złocistym piaskiem, w przeciwieństwie do większości czarnych, wulkanicznych plaż, jest długości aż sześciu kilometrów. Miłośnicy surfingu znajdą dla siebie odpowiednie fale, a ci, którzy wolą stąpać po ziemi, mogą wybrać się na egzotyczną wyprawę na wielbłądach.

Kanary przez rok cały 10 powodów, dla których warto odwiedzić Gran Canarię. TEKST: Jan Oleksy

3. POZNASZ HISTORIĘ KOLUMBA Stolicę wyspy Las Palmas warto odwiedzić dla całej starej, historycznej dzielnicy. Idąc wąskimi uliczkami należy dotrzeć do Casa de Colón, renesansowego budynku, mieszczącego obecnie muzeum poświęcone Kolumbowi, który przed wyprawą do Ameryki zawitał na Wyspy Kanaryjskie. Poznamy tam dzieje marynistyki, zobaczymy lokalne dzieła sztuki, a także spotkamy się z dwiema fotogenicznymi… papugami, zamieszkującymi ten budynek.

4. ODWIEDZISZ OGRÓD KAKTUSÓW 5. ZJESZ POTRAWY Z SOSEM MOJO Na wyspie należy jeść ryby i owoce morza, a także tropikalne owoce i wszystkie dania tradycyjne. Warto spróbować papas arrugccadas, czyli ziemniaków gotowanych w łupinach w bardzo słonej wodzie, podawanych z niesamowitym sosem mojo, albo conejo en salmorejo czyli królika marynowanego w czosnku, pietruszce, oregano, tymianku i occie, potem ugotowanego w winie, podawanego w kamionkowym naczyniu.

30

miasta kobiet

maj 2015

Zwiedzanie Park Palmitos to pozycja obowiązkowa. Park oferuje przechadzkę wśród tropikalnej roślinności, w otoczeniu ponad tysiąca palm, w ogrodzie kaktusów czy domu orchidei. Niepowtarzalnych przeżyć dostarczy zapierające dech w piersiach przedstawienie w wykonaniu ptakówbandytów czy relaksujące show papug. Niezapomniane wrażenia wywoła pobyt w domu motyli, w którym zgromadzone zostało ponad sto gatunków z całej Europy.

A A w

ul. w tel ul. 34 tel 34


494415BDBHA

APTEKI APTEKI

w Nakle nad Notecią w Nakle Osiedle B. Chrobrego 16/4 nad Notecią tel. (52) 385 15 36 Osiedle Chrobrego 16/4 pn.-nd. B. 8-21 tel. (52) 385 15 36 pn.-nd. 8-21 w Koninie

w Brodnicy

w Kwidzynie

w Koronowie

w Przychodni Medyk w Chojnicach ul.Towarowa 2 a w Medyk tel.Przychodni 512 239 242 ul.Towarowa pn. - sb. 8-212 a tel. 512 239 242 pn. - sb. 8-21 w Malborku

ul. Zamkowaw 19Brodnicy tel. (56) 474 02 33 ul. Zamkowa pn.-nd. 8-22 19 tel. (56) 474 02 33 pn.-nd. 8-22

ul. Korczaka 10b w Kwidzynie tel. (55) 279 78 43 ul. Korczaka pn.-sb. 8-20 10b tel. (55) 279 78 43 pn.-sb. 8-20

ul. Kościuszkiw4Koronowie tel. (52) 382 28 78 ul. Kościuszki pn.-nd. 8-21 4 tel. (52) 382 28 78 pn.-nd. 8-21

w Szubinie

w Warlubiu

w Turku

ul. Słowackiego 71/1 w Malborku tel. (55) 247 62 95 ul. Słowackiego 71/1 pn.-nd. 8-21 tel. (55) 247 62 95 pn.-nd. 8-21

ul. Chopina 9w Koninie tel. (63) 243 70 13 ul. Chopina pn.-nd. 8-229 tel. (63) 243 70 13 pn.-nd. 8-22

ul. 3 Maja 23w Szubinie tel. (52) 371 63 13 ul. 3 Maja 23 pn.-nd. 8-22 tel. (52) 371 63 13 pn.-nd. 8-22

ul. 18-tego Lutego 2 w Warlubiu tel. (52) 332 64 86 ul. 18-tego 2 pn.-pt. 8-18,Lutego sob. 8-12 tel. (52) 332 64 86 pn.-pt. 8-18, sob. 8-12

ul. Konińska w 24Turku tel. (63) 289 22 49 ul. Konińska pn.-nd. 8-22 24 tel. (63) 289 22 49 pn.-nd. 8-22

-III -III

w Bydgoszczy

ul. Grunwaldzka 71 w Bydgoszczy tel. (52) 347 84 90 ul. Grunwaldzka 71 pn.-nd. 8-22 tel. (52) 347 84 90 pn.-nd. 8-22

-IV -IV

w Bydgoszczy

ul. Skłodowskiej-Curie 26 / E.LECLERC w Bydgoszczy tel. (52) 346 06 96 ul. Skłodowskiej-Curie pn.-sb. 8-21, nd. 10-1626 / E.LECLERC tel. (52) 346 06 96 pn.-sb. 8-21, nd. 10-16

Apteki CAŁODOBOWE Apteki CAŁODOBOWE

-bis -bis

w Bydgoszczy

w Bydgoszczy

ul. Skłodowskiej-Curie 1 w Bydgoszczy tel. (52) 346 01 11, ul. Skłodowskiej-Curie 1 346 12 93 tel. (52) 346 01 11, 346 12 93

ul. Gdańska 140 w Bydgoszczy tel. (52) 345 57 57 ul. Gdańska 140 tel. (52) 345 57 57

-V -V

ul. Dworcowaw18 Chełmnie tel. (56) 686 17 25 ul. Dworcowa 18 pn.-nd. 8-21 tel. (56) 686 17 25 pn.-nd. 8-21

w Bydgoszczy

ul. Pielęgniarska 13 (Stary Fordon) w Bydgoszczy w przychodni „Nad Wisłą” ul. 13 (Stary Fordon) tel.Pielęgniarska (52) 343 98 28 w przychodni pn.-nd. 8-22 „Nad Wisłą” tel. (52) 343 98 28 pn.-nd. 8-22

w Stolnie Punkt apteczny Alba w Stolnie STOLNO 112 w Urzędzie Gminy Punkt apteczny tel. (56) 686 51 Alba 17 STOLNO 112 w Urzędzie Gminy pn.-pt. 8-16 tel. (56) 686 51 17 pn.-pt. 8-16 w Chełmnie

-VI -VI

w Bydgoszczy

ul. Wielorybia 109 w Bydgoszczy tel. (52) 349 05 06 ul. Wielorybia pn.-nd. 8-22 109 tel. (52) 349 05 06 pn.-nd. 8-22

Apteka „Pod Orłem” w Inowrocławiu ul. Dworcowa 33 w Inowrocławiu tel. (52) 318 39 99 ul. Dworcowa 33 tel. (52) 318 39 99

z gr. Apteka „Pod Orłem” w Świeciu nad Wisłą z gr. ul. Księcia Grzymisława 4 w Świeciu nad Wisłą tel. (52) 33 111 80 ul. Księcia Grzymisława 4 tel. (52) 33 111 80

w Grudziądzu

we WłocŁawku

ul. Legionów 37 w Grudziądzu tel. (56) 46 334 99, ul. Legionów 517 108 18237 tel. (56) 46 334 99, 517 108 182

ul. Wiejska 18a/4 we WłocŁawku tel. (54) 236 63 65 ul. Wiejska 18a/4 tel. (54) 236 63 65

I N F O R M U J E MY, I Ż Z AWA RL I Ś MY A K T UAL N E U M O W Y Z N F Z I N F O R M U J E MY, I Ż Z AWA RL I Ś MY A K T UAL N E U M O W Y Z N F Z

401015BDBRA

w Chojnicach


temat

JEST KOBIETĄ Zaczynają pracę, gdy miasto jeszcze śpi. Kończą, gdy zasypia. Jak wyglądają kobiety, które codziennie tysiące ludzi budzą swoim głosem? Czym jest dla nich magia radia? TEKST: Jacek Kowalski, Janusz Milanowski ZDJĘCIA: Tomasz Czachorowski, Janusz Milanowski

32

miasta kobiet

maj 2015


jej pasja

BEATA KORZENIOWSKA RADIO ZŁOTE PRZEBOJE, BYDGOSZCZ Budzik dzwoni codziennie o 4.20, już szesnaście lat. Jestem totalnie niewyspana. Jednak innej pracy sobie nie wyobrażam. Zresztą, ja zawsze lubiłam słuchać radia, choć nigdy nie marzyłam o tym, że będę radiowcem. Po maturze szukałam pracy i trafiłam na przesłuchanie do radia EL. Po trzech miesiącach trafiłam do Elity i tam już zostałam. Kiedy przeczytałam przygotowany przez siebie pierwszy w życiu serwis, wiedziałam, że to jest to! Potem przez kilka lat z fantastycznym Wojtkiem Musiałem prowadziłam poranny program. Mieliśmy znakomity kontakt ze słuchaczami. Głosem trzeba przekazać emocje, ale z drugiej strony sztuką jest niektóre z nich ukryć. Kiedy się kogoś widzi, jego emocje mamy na talerzu, tu w radiu należy nad tym popracować. Na to składa się też podstawowy warsztat: dykcja, emisja głosu. Jednak ów przekaz trzeba mieć we krwi. Zawsze uśmiecham się do słuchaczy. Podobno to słychać, a mi dzięki temu łatwiej się pracuje. Raz nie opanowałam emocji na antenie. Płakałam, kiedy umarł papież… Moi słuchacze są niesamowici. Gdy jestem chora, a mój głos przypomina skrobanie marchewki, piszą maile z babcinymi sposobami na chrypkę. Kiedy nie ma mnie w pracy, piszą, że się martwią. Dwa razy w roku dostaję kwiaty z okazji imienin, bo Beaty jest w marcu i we wrześniu. Przysyłają też czekoladki, książki. Jednak nikt nie jest nachalny. Nigdy nie dostałam propozycji matrymonialnej, zaproszeń na kawę. Myślę, że traktują mnie jak swoją, dobrą znajomą. Ja ich też - każdego z osobna i wszystkich razem. I to jest magia radia, dzięki której mam mnóstwo dobrych znajomych.

BOGUMIŁA WRESIŁO RADIO PIK, BYDGOSZCZ Pracuję w radio 17 lat. Zawsze bardzo lubiłam bawić się w prezenterkę. W czasach mojego dzieciństwa w telewizji pracowała pani Bogumiła Wander. Ja też jestem Bogumiła, więc jako dziecko bawiłam się w panią Wander albo prowadziłam festiwal w Sopocie. Pisałam sobie jakieś bazgroły na kartkach, kładłam się na brzuchu, udawałam, że czytam wiadomości. Kiedy zdałam maturę, spotkałam Adama Droździka. Zaprosił mnie na swoją audycję, żebym sobie posłuchała i popatrzyła, jak to jest. Wiedział, że jestem zafascynowana dziennikarstwem. Przyszłam na jego program - raz, drugi… Potem pomogłam mu w tłumaczeniu tekstu jakiegoś zespołu. Przedstawił mnie Kasi Rodziwicz - i tak już zostałam. Zaczynałam jako reporterka. Do dziś uwielbiam biegać z mikrofonem po ulicy. Wiele osób się dziwi, jak można na przykład lubić sondy uliczne - a ja bardzo lubię je robić. To zaskakujące, jak różne padają w nich odpowiedzi. No i spotykam rozmaitych ludzi. Lubię jeździć w teren, ale też prowadzę audycję dla dzieci. Nigdy jeszcze nie zdarzyło się, żeby rozpoznano mnie po głosie. Raz w rozmowie prywatnej ktoś mi powiedział: „w radiu brzmisz zupełnie inaczej”. Inny tembr głosu. Jednak nie robię tego świadomie. Może trochę obniżam głos, ale to jest tak: siedzisz w studiu, jest specyficzna atmosfera, słuchawki, mikrofon, współprowadzący, a w tyle głowy wielki szacunek dla słuchacza. Może wtedy rzeczywiście trochę bardziej się spinam, ale nie sztywnieję. W radiu codziennie dzieje się coś innego. Jednego dnia możesz być na Camerimage i nagrywać Agnieszkę Holland, a za miesiąc jesteś w małym miasteczku i rozmawiasz z przesympatycznym rolnikiem, który „zrobi ci” pięciominutowy materiał. I on tak ci opowie o swoim życiu, że zostanie w pamięci do końca. Za to właśnie kocham swoją pracę.

AGATA GAJEWSKA RADIO KULTURA, BYDGOSZCZ Na studiach miałam przedmiot dziennikarstwo radiowe. Na zaliczenie trzeba było przygotować audycję i poprowadzić ją na żywo przed grupą. Moim pomysłem był program o śpiewających kobietach i czarnych głosach. Sprawiło mi to taką frajdę jak nigdy nic. Potem słyszałam od wielu ludzi, że powinnam pracować w radiu. Magia radia w moim przypadku raczej nie przejawia się w kontakcie ze słuchaczami. Co prawda, często otrzymuję od nich różnego rodzaju wiadomości i rozmawiam podczas audycji, jednak nie jest to aż tak bezpośredni kontakt. Magiczna jest ta pełna swoboda z jaką mogę się z ludźmi podzielić całą sobą, a oni z kolei mogą tego słuchać. W swojej autorskiej audycji „Burza” stawiam na dziewczyńskie brzmienia. Bez względu na to, jaki to rodzaj muzyki - ważne, żeby śpiewały dziewczyny. Nocami wyszukuję perełki wokalne, a potem obdarowuję nimi ludzi. To niezwykle emocjonujące. Mogę zarażać innych pasją do muzyki, a przy okazji promować wokalistki, zespoły muzyczne, mające niezwykle silny przekaz, których często w mainstreamowych listach przebojów nie słychać. Przy okazji umilam komuś wieczory i staram się dodawać energii na następny dzień. Często proponuję słuchaczom kieliszek dobrego, czerwonego wina. Na odstresowanie po całym dniu, jako towarzysza do słuchania burzowych, dziewczyńskich brzmień. Podobno czasami rozbrzmiewają podczas babskich, wieczornych plotek. Wino jest więc jak najbardziej na miejscu.

miasta kobiet

maj 2015

33


jej pasja

AGNIESZKA CHMIELEWSKA MAGDALENA WITT-RATOWSKA RADIO WAWA, TORUŃ Moja przygoda z mikrofonem rozpoczęła się 17 lat temu. Czysty przypadek. Do ówczesnego Radia Toruń weszłam niemal z ulicy, bez przygotowania, bez CV. „Siadaj, czytaj, OK”. Zostałam reporterką, a czytania wiadomości uczyłam się w nocy - na żywo, na antenie. Jednak o magii radia z pozycji dziennikarki informacyjnej mówić trudno. To od prezenterów zależy, czy słuchacz zechce pić poranną kawę w ich towarzystwie, czy podziela ich poglądy i czy ma ochotę poczytać książkę przy muzyce, którą mu proponują. Przez pewien czas prowadziłam programy - pasmo poranne lub wieczorne - muzyka, gadanie mniej lub bardziej poważne, rozmowy, goście, konkursy. Nie unikałam dyżurów w święta - trafiali się słuchacze chętni do śpiewania kolęd na antenie czy składania życzeń noworocznych - od północy niemal do rana. Owszem, zdarzały się wtedy listy. Miłe, z podziękowaniami, zwierzeniami, nawet z zaproszeniem do kina. Bywała też krytyka. Jednak kiedy stanęłam przed decyzją - programy czy informacja - wybrałam to drugie. I tak jest do dziś. Jestem tam, gdzie coś się dzieje, pracuję o różnych porach, czasem spokojnie, czasem w biegu. Przede wszystkim mam bezpośredni kontakt z ludźmi, a nie tylko przez sitko. To jest mi bliższe. Z hasłem „magia radia” zawsze kojarzą mi się dwie sytuacje. Pierwsza - kiedy tuż po przyjęciu do pracy literowałam swoje nazwisko, z zaznaczeniem "przez dwa t". Padł tekst: „Nieważne, w radiu nie widać". I druga, gdy spotykałam się z zaskoczeniem rozmówców na mój widok. Kilka osób myślało, że jestem wysoką i postawną brunetką.

34

miasta kobiet

maj 2015

RADIO ZET GOLD, TORUŃ Magia radia to czarujący głos, który wprawia słuchacza w dobry nastrój. To świetna muzyka i rzetelne informacje. Słuchacz musi czuć, że niesiemy mu prawdę. Prezenter i odbiorca stwarzają własny intymny świat, w którym mogą sobie wzajemnie zaufać. Mnie można opisać dwoma słowami: radość i energia. Słuchaczom nawet gradową pogodę zapowiadam z uśmiechem, żeby później mieć pewność, że poprawiłam im humor. Cenię też każdą osobę, z którą przeprowadzam wywiad. To od niej dowiaduję się wielu cennych informacji o świecie. Radio to trochę taki uniwersytet w pigułce, a ja uwielbiam uczyć się czegoś nowego. Nie lubię bezczynności i stania w miejscu. Grałam na gitarze, próbowałam curlingu i jazdy konnej. Uczyłam się tańców ludowych, a teraz postawiłam na salsę. W ostatnie wakacje zdałam egzamin i zdobyłam patent żeglarski. Pojawiam się też na planach teledysków. Wszystko dzięki marzeniom, ciekawości świata i ludziom, których poznaję. Radio daje wręcz nieograniczone możliwości, bo jeśli się zapragnie, można zrealizować dowolny temat na świecie. To w radiu śledziłam od środka pracę policji wodnej, jeździłam autem z klatką w środku, z mistrzami driftu, pływałam z żeglarzami, tańczyłam polki, mazury i oberki, podróżowałam po Europie, zdając emocjonujące relacje z Belgii, Niemiec, Szwecji, Ukrainy. Kocham też kontakt z publicznością. Największe wydarzenia, jakie dotąd miałam przyjemność prowadzić, to Wielka Rozgrzewka Lata ZET i Dwójki na Motoarenie w Toruniu oraz Slime Cup telewizji Nickelodeon na Polach Mokotowskich w Warszawie. Energia, którą daje publiczność na długo, zostaje w sercu. Najważniejsze jednak są dla mnie te momenty, w których udaje się pomóc słuchaczom: spalony dom odbudować, zapadającą się drogę wyremontować, a chore dziecko zawieźć na rehabilitację. Do usłyszenia!

ADRIANA ANDRZEJEWSKA RADIO PIK, TORUŃ W moim rodzinnym domu odbiornik radiowy był (i nadal jest) w każdym pomieszczeniu - nawet w łazience. Można powiedzieć, że jestem przykładem na to, że marzenia się spełniają. Jako kilkunastoletnia dziewczynka przechodziłam z tatą obok siedziby Polskiego Radia PiK i stwierdziłam, że chciałabym pracować w tej rozgłośni. Dziś właśnie tu pracuję. Na studiach udało mi się odbyć tu praktykę. Trafiłam do redakcji sportowej, bo wtedy to była moja główna oś zainteresowań. Pamiętam, że zakochałam się w radiu od razu i byłam pewna, że to jest właśnie to, co chcę robić. Nie gazeta, nie telewizja, a właśnie radio. To jest to medium, które ma największą magię. Nie mamy do dyspozycji obrazu, więc wszelkie emocje, to, co widzimy na miejscu nagrań, musimy przekazać słuchaczom głosem, wypowiedzią, różnymi odgłosami, muzyką. To niesamowicie działa na wyobraźnię. Właściwie to, że mogę przed słuchaczami malować te dźwiękowe obrazy, jest dla mnie dużym szczęściem. W radiu, zwłaszcza publicznym, niesamowite jest to, że oprócz codziennych newsów można też skupić się na reportażach. To właśnie w trakcie tego typu nagrań poznałam wielu fantastycznych ludzi. Z niektórymi do dziś się przyjaźnię. Radio jest jak narkotyk. Zdarza mi się zarywać noce, zaniedbywać przyjaciół, wychodzić z uroczystości rodzinnych, bo montaż czeka… Jeszcze nigdy przez 7 lat pracy nie poczułam znudzenia. Każdy dzień jest inny. Zdarzają się też zabawne sytuacje, zwłaszcza przejęzyczenia. Kiedyś przeczytałam w serwisie informacyjnym, że została zawiązana „kolacja” zamiast „koalicja”, a w rozmowie z dyrektorem Miejskiego Zarządu Dróg spytałam: „To po co państwo prowadzą konsultacje, skoro kromka zapadła”. Cóż, uwielbiam jeść - może dlatego wpadki językowe związane są z tą sferą. .CP


felieton

SK ARPET Y

w miłosnym uniesieniu Porozrzucane po mieszkaniu brudy - najczęściej przez mężczyzn - są jednym z najpowszechniejszych ognisk zapalnych kłótni i rozstań. Lena Kałużna* Ze skarpetami są tylko problemy. Kiedyś już pisałam na łamach „Miast Kobiet” o gubieniu się pojedynczych sztuk w bębnach naszych pralek. Nie wiadomo, jak to się dzieje. Znikają i już. Wkładasz dwie, wyciągasz jedną. Ale nawet jeśli masz obie do pary, skarpety kłopotliwe są również w noszeniu. Teraz zbliża się ciepła pora roku i lada chwila wylegną na ulice białe skarpeteczki, zakładane do sandałów. Znów będziemy o tym mówić, chociaż wydawać by się mogło, że absolutnie wszystko w tej dziedzinie zostało powiedziane. No i te nasze kobiece, wszechobecne antygwałtki…

Ataki paniki i szału Skarpety jakby uparły się, żeby nam uprzykrzyć życie, zakłócić wewnętrzny spokój i zburzyć domową harmonię. Można by nawet stwierdzić, że działają w zorganizowanych szajkach, sterowanych jakąś złą siłą… Przekopałam się przez rozmaite sondaże na temat nieporozumień w związkach oraz rozwodów. Brałam pod uwagę te polskie, jak i zagraniczne. Otóż okazuje się, że skarpety porozrzucane po mieszkaniu

- najczęściej przez mężczyzn - są jednym z najpowszechniejszych ognisk zapalnych kłótni i rozstań. Powodów nerwicowych ataków paniki i szału kobiet, na widok rzuconych skarpet, mężczyźni upatrują w napięciu przedmiesiączkowym lub ogólnym byciu zołzą (po mamusi).

Palce pięta, pięta palce Kobietom natomiast ciąży nie tyle nieład, co nierównomiernie rozłożone obowiązki domowe. Miejsce na brudy gdzieś w domu przecież jest. Prawdopodobnie mamy odpowiedni kosz w łazience. Wrzuca się do niego noszone i nieświeże ubrania. Proza życia codziennego. Mężczyzna kosza zwyczajnie jeszcze nie odnalazł. Być może nawet nie ma pojęcia o jego istnieniu? Siada na kanapie, wyciąga nogi na podnóżku i sprytnym ruchem „palce - pięta, pięta - palce”, ZNIKA skarpety ze stóp. Nie zdejmuje, nie zsuwa. To są metody dla mięczaków i maminsynków. „On je znika”. Robi to niczym błyskawica! Ten szybki ruch jest jak dotknięcie magicznej różdżki. Aż dziwne, że my kobiety nie wzdychamy i nie klaszczemy z zachwytu.

Porozrzucać to wszystko Niestety. Jak wynika z badań TNS OBOP, aż 68 proc. Polaków kłóci się z partnerem właśnie o takie drobiazgi. Wspaniale, że los poniewieranych skarpet, wykorzystanych i porzuconych przez swego pana i władcę, nie jest nam obojętny. Wspaniale, że mamy takie dobre serduszka. Sama nie jestem fanką bałaganu, uważam jednak, że dom jest do mieszkania, a nie do oglądania. Dlatego myślę, że pozostaje przypomnieć sobie, jak bardzo tego dzikusa kochamy i do skarpet partnera dorzucić własne. Później spodnie, koszulkę. Jego i własną. Porozrzucać to wszystko w miłosnym uniesieniu! Ale, ale… zanim na dobre rozkręcisz pikantną atmosferę, zdradź mu tajemną drogę do kosza na brudy. CP

*Lena Kałużna Socjolożka, trenerka wizerunku. Pomaga kobietom odnaleźć własny styl. Szczegóły na: www.kobiecaperspektywa.pl www.facebook.com/perspektywakobiet miasta kobiet

maj 2015

35


ZDJĘCIE: archiwum Pani Genowefy

atlas kobiet

BYŁY TYLKO OKLASKI Jeździliśmy przy biurowej lampce i latarkach, umieszczonych w magnetofonie na bandzie. Ważne było, że nikt nam nie przeszkadzał. TEKST I ZDJĘCIE: Jarosław Hejenkowski

G

racja, płynność, piękna muzyka. Kto z nas nie lubi oglądać telewizyjnych transmisji z łyżwiarstwa figurowego. Słynne „Bolero”, w wykonaniu brytyjskiej pary Jayne Torvill i Christopher Dean z 1984 roku na igrzyskach w Sarajewie, ma na serwisie YouTube kilka milionów odsłon. Inowrocław nigdy nie miał i pewnie już nie doczeka się sztucznego lodowiska, ale miał taką parę - mistrzów tańca na lodzie.

TO NIE MASKOTKI Na Kujawach tradycje sportów zimowych nie istnieją. Przed laty chłopacy zimą grali, co prawda, w hokeja w jakimś klubie (jego nazwy nikt już nie pamięta), ale emocje kończyły się, gdy nadchodziła odwilż. Tym bardziej fascynująca jest opowieść o kujawskiej parze, którą można by porównać do Erica

36

miasta kobiet

maj 2015

GENOWEFA MALCZAK I PIOTR JANKOWSKI, ZDOBYWCY TRZECH MISTRZOSTW POLSKI W TAŃCU NA LODZIE

Moussambani z Gwinei Równikowej. Na igrzyskach w Sidney widział on po raz pierwszy w życiu 50-metrowy basen, a 100 metrów kraulem przepłynął prawie w 2 minuty. Bliskie skojarzenia nasuwają się też z bobslejową czwórką z Jamajki, która do igrzysk w Calgary przygotowywała się, ślizgając na torze wyłożonym skórkami od bananów. Jednak tu porównania się kończą. Bowiem tamte przykłady to „maskotki”, jak przed laty walczący z lękiem wysokości skoczek narciarski Eddie „Orzeł” Edwards. Natomiast Genowefa Malczak i Piotr Jankowski to zdobywcy trzech mistrzostw Polski, w które nikt w wielkich ośrodkach łyżwiarskich nie mógł uwierzyć.

DESECZKA Z KÓŁKAMI Pani Genia (jak każe o sobie mówić, gdyż twierdzi, że Genowefa brzmi okropnie) miesz-

ka dziś w inowrocławskim bloku na osiedlu Rąbin. Mimo osiągnięcia tzw. wieku emerytalnego, jest niezwykle energiczna i uśmiechnięta oraz trochę zakłopotana faktem, że ktoś chce rozmawiać o wydarzeniach sprzed pół wieku. Wszystko zaczęło się od… wrotek. Było lato, kiedy 10-letnia dziewczynka usłyszała, że jest jakaś sekcja, w której jeździ się na wrotkach. Już sama nazwa była dla niej tajemnicza, czegoś takiego nigdy wcześniej nie widziała. - Poszłam tam z ciekawości. To były zupełnie inne wrotki niż dzisiaj. Tylko deseczka i kółka, które przyczepiało się do butów. Trener traktował to już jako szkolenie przed jazdą na łyżwach i skonstruował wrotki, które miały łożyska, żeby można było na nich robić piruety - opowiada późniejsza trzykrotna mistrzyni Polski.


atlas kobiet GENOWEFA MALCZAK I PIOTR JANKOWSKI TO ZDOBYWCY TRZECH MISTRZOSTW POLSKI, W KTÓRE NIKT W WIELKICH OŚRODKACH ŁYŻWIARSKICH NIE MÓGŁ UWIERZYĆ. NA LODOWISKU NOCĄ Okazało się, że pani Genia na wrotkach radzi sobie bardzo dobrze. Trener Remigiusz Jankowski namówił ją do stałych ćwiczeń. Wpadła w to po uszy, a sportowy opiekun znalazł jej znakomitego partnera, swojego syna Piotra. - On było ode mnie starszy i znacznie lepiej jeździł. Często się kłóciliśmy, on był takim terrorystą. Mówił, że coś „mamy zrobić tak i tak” i nie było dyskusji - śmieje się pani Genia. - Byłam wtedy chyba najbardziej zapracowanym dzieckiem w Inowrocławiu. Nasza sytuacja była specyficzna. Potrzebna nam była tafla lodu, a więc mróz, którego często brakowało. Dojeżdżaliśmy więc trzy razy w tygodniu do Torunia lub Bydgoszczy, na sztuczne lodowisko. Oboje byli młodzi i wychowani w epoce, w której się nie narzekało. Dziś pewnie niewielu młodych ludzi byłoby stać na kilka treningów tygodniowo, gdy w dni powszednie jechało się pociągiem na lodowisko zaraz po lekcjach, a do domu wracało po 21. W soboty i niedziele pociąg był o 6. Na dodatek żadnego nauczyciela w ich szkołach nie interesowało to, że ktoś ma jakiś trening. - Mojego klubu, Goplanii, nie było stać na opłacenie, na przykład „Torbydu”, dla mnie i partnera. Zdarzało się, że szef lodowiska wyrażał zgodę, żebyśmy mogli trenować nocą, ale bez oświetlenia. Nie przeszkadzało nam to. Jeździliśmy przy biurowej lampce i latarkach, umieszczonych w magnetofonie na bandzie. Ważne było, że nikt nam nie przeszkadzał - mówi pani Genia. NIERAZ MIAŁAM DOŚĆ Zimą największą radością dla inowrocławskich łyżwiarzy był mróz. Wtedy nie musieli dojeżdżać i trenowali w niecce miejscowego basenu. Był strach, bo obiekt ma 5 metrów głębokości i jest jednak mniejszy, niż sztuczne lodowisko. Na szczęście lód się pod nikim nie załamał i nikt o betonową krawędź się nie poharatał. Były jednak inne, typowo młodzieńcze problemy. - Nieraz miałam wszystkiego serdecznie dość. Zazdrościłam koleżankom, które - poza nauką - miały czas do swojej wyłącznej dyspozycji. To, że pozostałam wierna tyle lat tej dyscyplinie, zawdzięczam jedynie trenerowi. On potrafił mnie zarazić wielką pasją do tańca na lodzie. Sam zawsze przygotowywał mi wrotki i ostrzył łyżwy. Gdy wyjeżdżaliśmy na zawody czy obozy, zabierał nas do muzeum czy teatru. Wtedy mówiłam, że to nuda. Dziś wiem, że był znakomitym wychowawcą - wspomina mistrzyni.

- Za dużo się kłóciliśmy. On miał dziewczynę, a ja chłopaka, też sportowca, Janka Kobuszewskiego (skoczka w dal, reprezentanta kraju - przyp. red.). Mordercze treningi, czyli nie tylko łyżwy i wrotki, ale też lekkoatletyka oraz zajęcia baletowe, zaczynały tymczasem przynosić rezultaty. Pod koniec lat 50. trener Remigiusz Jankowski uznał, że jego para taneczna jest już gotowa, aby rywalizować z najlepszymi. Pojechał z nimi na mistrzostwa Polski juniorów. - Tam byli zawodnicy z wielkich miast i my, z Inowrocławia. Niektórzy nie wiedzieli, gdzie to jest. Byli zadziwieni, że ktoś tam trenuje. Traktowali nas jak ubogich krewnych. Nawet taki specjalny dyplom zrobili, że zdobyliśmy pierwsze miejsce poza okręgiem warszawskim i śląskim - śmieje się pani Genia.

JAK DO TEATRU Jak się okazało, takich terytorialnych rozgraniczeń nie trzeba było robić. W 1961 roku para okazała się najlepsza w kraju wśród juniorów, a 2 lata później zdobyła mistrzostwo Polski w konkurencji tańców na lodzie wśród seniorów. Genowefa Malczak i Piotr Jankowski mistrzostwo zdobywali jeszcze dwukrotnie. Zaczęła się sława, wywiady, pokazywano ich czasem nawet w głównym wydaniu telewizyjnych wiadomości sportowych, co dla małego Inowrocławia było nobilitacją porównywalną z wizytą ówczesnego I sekretarza, Władysława Gomółki, w jakimś miejscowym zakładzie pracy. Niestety, nie udało się im wyjechać na igrzyska olimpijskie. Polska była wtedy kopciuszkiem w tańcach na lodzie. W 1964 r. w Innsbrucku nie było żadnego polskiego łyżwiarza

figurowego. 4 lata później w Grenoble tylko para sportowa. Ale inowrocławianie jeździli za granicę, choć tylko do krajów zaprzyjaźnionego bloku wschodniego. - Pieniędzy z tego nie było żadnych. Na dobre łyżwy nie było nas też stać i kupił je nam dopiero prezes spółdzielni spożywczej. Ale za to mogliśmy jeździć za granicę i później opowiadać w szkole, jak było - wspomina pani Genia. - Braliśmy nawet udział w zawodach na Syberii. Na zewnątrz było -50 stopni, a w hali +20. Ludzie przyszli ubrani jak do teatru. W ogóle byli przemili. Nikt nie gwizdał, gdy coś się nie udało. Były tylko oklaski - wspomina pani Genia.

NIE DO POMYŚLENIA Sukcesy tanecznego duetu skończyły się nieoczekiwanie, po trzecim tytule mistrzowskim, gdy przyszedł czas na wybór dalszej drogi życiowej. Piotr Jankowski nawet jeden rok celowo „zawalił”, aby pozostać w Inowrocławiu i trenować, ale później zaczął studia w Poznaniu. Jego partnerka zdecydowała się na naukę w innym miejscu. I tak kujawscy multimedaliści zakończyli lodowe kariery. Pani Genia ze swoim tanecznym partnerem wciąż się jednak spotyka. Piotr Jankowski mieszka w Poznaniu, ale o Kujawach nie zapomniał. Gdy przyjeżdża, jest czas wspominać stare czasy i sukcesy, które w dzisiejszym wyczynowym sporcie byłyby nie do pomyślenia. Jest jeszcze jedna rzecz, w którą trudno uwierzyć. Pani Genia od jakichś 40 lat nie jeździła na łyżwach. Śmieje się, że na zwykłym lodowisku boi się, bo za ciasno: - Może gdyby mi dali puste lodowisko, to bym się zdecydowała. Do dziś jestem zresztą uczulona na zimno. W pociągu było zimno, na dworcu też i na lodowisku podobnie. Za dużo tego lodu było w młodości - dodaje z uśmiechem. Ale tańce na lodzie wciąż lubi oglądać. Choć telewizja puszcza je coraz rzadziej.CP  napisz do autora j.hejenkowski@expressmedia.pl

GENOWEFA MALCZAK OD OKOŁO 40 LAT NIE JEŹDZIŁA NA ŁYŻWACH. NA ZDJĘCIU ZE SWOJĄ FOTOGRAFIĄ Z MŁODOŚCI.

UBODZY KREWNI Prawie zawsze gdy dwoje nastolatków płci przeciwnej spędza ze sobą dużo czasu, pojawia się pewna więź. Wtedy różnie się dzieje. Jednak nie tym razem. - My z Piotrem nie moglibyśmy być parą - komentuje rozbawiona pani Genia. miasta kobiet

maj 2015

37


męskim okiem

Zerowy stopień męskości Nie chodzi o seksizm, tylko o pewną energię życiową i nonszalancję, o ten kwiatek zerwany z klombu dla draki, żeby zobaczyć, jak kobieta się cieszy. Janusz Milanowski* Opowiedziała mi moja koleżanka, jak do jej męża przyszli koledzy na mecz. Oczywiście, wiadomo, że tydzień wcześniej wszystko było ustalone, że nie ma zmiłuj tego wieczoru - facet wszystko może. Zdawałoby się, że zapanuje rytuał męskiego święta, że poleje się wódka i piwo, a ona chętnie poda im zakąski i w drugim pokoju usiądzie sobie cichutko, gdy oni będą krzyczeć w obojętny telewizor coś o złamasach, fajansiarzach, cieniasach, „strzelaj debilu”, itd. I wiadomo, że sami ten mecz rozegrają z piwem w ręku, lepiej niż goście na ekranie. Zdawałoby się…

Oni się ciebie boją Koleżanka się tego spodziewała i czekała na ten wieczór jak na komedię, która dostarczy tematu do rozmów w pracy. Nadaremno. Koledzy męża (powyżej 30 l.), owszem, wódkę pili, ale próżno było nasłuchiwać wspomnianych didaskaliów. Nawet, gdy któryś rzucił mięsem, to urywał sylaby, jakby niewidzialna ręka zatkała mu usta. Ona ze swej strony starała się być miła i choć, za przeproszeniem(!), nie obchodzi ją Legia, Real, Manchester, to podając kanapki, okazywała ciepłe zainteresowanie, by chłopaki czuli się dobrze w ich domu. Zapytała w końcu męża, dlaczego koledzy zachowują się tak wstrzemięźliwie. - Bo oni się ciebie boją - usłyszała.

38

miasta kobiet

maj 2015

Jaka Zosia jest piękna Z kolei ja zapytałem ją o następujące kwestie: czy koledzy męża ucieszyli się na jej widok, pochwalili kanapki, czy któryś przyszedł z kwiatkiem z klombu, czy z błyskiem w oku powiedział jej, że wygląda bosko, czy wyściskali ją na pożegnanie? - Nie, absolutnie nie - odpowiedziała z pewnym smutkiem. A ja poczułem zdumienie. Gdy do mojego ojca koledzy przychodzili na mecz, to obowiązkowo z kwiatami dla mojej mamy ustawiali się w kolejce, żeby całować rączki, a ojciec aż pęczniał z dumny, słuchając, jaka Zosia jest piękna. Zosia śmiała się tak, że nigdy tego nie zapomnę. A potem panowie długo dziękowali za sałatkę, za grzybki, za galat, a przede wszystkim za to, że jest. Następnego dnia ten i ów potrafił był zadzwonić i przeprosić, że może za głośno śpiewał albo klął: „bo się trochę wypiło, ale wiesz, jak to jest”. Męskość jest przerośnięta I było pięknie, bo nikt się nie bał kobiety. W księgarniach jest ciekawa książka, którą napisał włoski antropolog Franco La Cecla - „Szorstkim być. Antropologia mężczyzny”. Traktuje o męskiej tożsamości, a wychowany na Sycylii pan La Cecla (wśród mężczyzn o wąsach rozjaśnionych dymem papierosów) przekazuje ciekawe spostrzeżenia i rozprawia

się z niektórymi feministycznymi frazesami. Tłumaczy m.in., że męskość, jej przejawy, to jest coś przerysowanego w sposób naturalny. I tu dochodzimy do tak odsądzanych od czci i wiary macho: „Mężczyźni muszą wykazać, że są prawdziwymi mężczyznami, aranżując hałaśliwe przedstawienie: huk harleya dawidsona, pisk opon hamującej vespy, odpowiednio dobrany tembr głosu”. Dalej dowodzi, że nie ma czegoś takiego, jak „zerowy stopień męskości”. „Męskość jest zawsze nadmierna, przerośnięta, przesadnie uwydatniona. Maczyzm to jedyny sposób dla mężczyzny, by zostać dostrzeżonym”. Nie chodzi więc o seksizm, tylko o pewną energię życiową i nonszalancję, o ten kwiatek zerwany z klombu dla draki, żeby zobaczyć, jak kobieta się cieszy. „Macho żyje, a tchórzowi wydaje się, że żyje” - jak mówi meksykańskie porzekadło. To jest jak seksapil, czyli Wasza wiosenna broń kobieca.CP

*Janusz Milanowski Dziennikarz, publicysta, fotograf. Miłośnik długodystansowego pływania i jazzu.


485515BDBHA 102015BDBHE 558215BDBHC

Bydgoszcz, ul. Modrzewiowa 7, tel. 52 360 25 60, fax 52 320 93 95 Chojnice, ul. Gdańska 68, tel. 52 395-00-45 www.uni-car.com.pl

558215BDBHA


236915TRTHC

Miasta Kobiet maj 2015  
Miasta Kobiet maj 2015  
Advertisement