Page 1

nasze miejsca spotkań

czerwiec 2014

portret

Katarzyna „Kombi” Jankowska

Lewituję, nie lewicuję! str. 11-13


483114TRTHA

ZAPRASZAMY DO ŻŁOBKA I PRZEDSZKOLA PRZEDSZKOLE I ŻŁOBEK DELFINEK Bukowa 25, 87-100 Toruń tel. 511-571-984, 56-62-33-444

Wolne miejsca

 czesne z wyżywieniem Bukowa: przedszkole 380 zł, żłobek 274 zł*   czesne z wyżywieniem Łódzka: przedszkole 400 zł, żłobek 324 zł*   diety eliminacyjne  młoda, wykwalifikowana kadra  bezproblemowe przejście ze żłobka do przedszkola   szeroka gama atrakcji w cenie czesnego + odpłatne zajęcia dodatkowe  * Żłobki wystartowały w ministerialnym konkursie Maluch 2014, który polegał na pozyskaniu dotacji z  ministerstwa, a  o  pozyskaną kwotę zostanie zmniejszone czesne za dziecko (wnoszone przez Rodzica). Uzyskaliśmy maksymalną kwotę dofinansowania 176 zł/m-c na dziecko. Co pozwala na przyjęcie obniżonych opłat. Kwoty te obejmują opiekę, pełne wyżywienie, rytmikę, warsztaty muzyczne, przedstawienia teatralne (dot. to starszych grup żłobkowych). Dofinansowanie obejmuje czesne w roku 2014.

Wolne miejsca

PRZEDSZKOLE I ŻŁOBEK DELFINEK 2 Łódzka 44-46, 87-100 Toruń tel. 517-157-996

www.delfinektorun.pl 470614TRTHA


Marta Miłośniczka klasyki, na spotkaniach zdradza triki stylistów!

1

2

STYLIZACJA: LENA KAŁUŻNA, MODELKA: MARTA, FOTOGRAFIE: Marta Pawłowska

Lena Kałużna trenerka wizerunku

W NAGRODĘ UŚMIECH CÓRKI Marta jest mamą dwuletniej Amelki. Jej córka, jak każda mała księżniczka, uwielbia kolor różowy. Marta na ogół chodzi jednak ubrana na czarno. Wraz nadchodzącym latem zapragnęła zmiany. Postanowiłyśmy wpuścić do garderoby radosne kolory, które spodobają się również córeczce. Podczas wspólnych zakupów Marcie szczególnie spodobały się spodnie w ulubionym odcieniu Amelki. Są bardzo wygodne, podobnie jak kurteczka w modnym w tym sezonie pistacjowym kolorze. Do tego klasyczna, pojemna torba oraz bluzka w stylowe granatowe paski. Róż, pastelowa zieleń oraz odcienie niebieskiego świetnie się ze sobą komponują. Marta czuła się w nich wspaniale. Najmilszą nagrodą była reakcja zachwyconego męża i uśmiech córeczki!

3

4 5 6

9 7 8 sprawdź również: 1. Bluzka CUBUS 99,99 zł 2. Sweter QUIOSQUE 119,99 zł 3. Bransoletka SIX 29,90 zł 4. Spodnie RESERVED 129,99 zł 5. Sukienka KAPPAHL 79,90 zł 6. Bluzka MOHITO 39,99 zł 7. Torebka MOHITO 129,90 zł 8. Baletki MOHITO 79,90 zł 9. Marynarka KAPPAHL 229,90 zł

BEZPŁATNIE W KAŻDĄ ŚRODĘ. Wejdź na: www.galeriowaszafa.pl

821014BDBHA

Twoje indywidualne spotkanie ze stylistką

Spodnie KAPPAHL 99,90 zł Żakiet MOHITO 129,99 zł Bluzka TATUUM 69,99 zł Korale TATUUM 49,99 zł Zegarek TCHIBO 129,95 zł Bransoletka SIX 19,90 zł Pierścionek SIX 19,90 zł Torebka ESTILO 162 zł Szalik SIX 54,90 zł Buty RYŁKO 299,90 zł


kobieca perspektywa

ZRÓBMY TO dla siebie

Nasze pokolenie wciąż ma w sobie ten dawny kobiecy gen, predestynujący do bycia w cieniu. Mimo to wszystkie widzimy, jak ten gen stopniowo zanika, dając kobietom coraz więcej odwagi do własnej ekspresji. Emilia Iwanciw, Lucyna Tataruch - redaktorki prowadzące „Miasta Kobiet”

Jeszcze nie tak dawno kobiecie nie wypadało mieć własnych pasji, chyba że pasowały do codziennych obowiązków. Tych, które wiązały się przede wszystkim z wzorowym wypełnianiem zadań pani domu. Jeszcze nie tak dawno też nie do pomyślenia było, aby kobieta z pasją weszła w świat zarezerwowany dla mężczyzny - tworzyła, pracowała, uprawiała jego sporty, tak jak on zarządzała i miała przy tym własny pomysł na siebie. I choć świat dookoła nie zawsze pomagał przełamywać te bariery „nie dla nich”, one i tak to robiły. Pisały książki, malowały dzieła sztuki, liczyły, badały, projektowały wynalazki. Często ukrywając swoje spódnice w szafie, a przydługie włosy chowając pod męskim kapeluszem.

Pod prąd Dziś wiele z nas codziennie udowadnia, że nic nie stoi nam na przeszkodzie. Możemy zdobywać świat i rządzimy już nie tylko kuchnią w swoim domu. Uczestniczki naszego zakończonego właśnie plebiscytu „Kobieta z Pasją” są na to najlepszym dowodem. Każda z nich jest zupełnie inna i śmiało podąża własną drogą. Kobiety z pasją gotują i wydają książki, uczą i dbają o innych, kierują festiwalami i instytucjami kultury, prowadzą własne firmy. Niektóre przecierają lokalne szlaki w tzw. męskich dziedzinach - przewodniczą drużynie piłkarskiej, jeżdżą na żużlu, boksują, zgłębiają chemię

kwantową. Tym samym pokazują nam coś jeszcze - nikt nie może już mówić nam, co powinnyśmy robić. Każda z nas może odnieść sukces tam, gdzie chce, nieważne, czy będzie to zdobycie naukowego grantu, założenie własnego biznesu czy pomoc dzieciom.

Przykład dla innych Dla Pani Czesławy Marciniak, pedagożki, która zwyciężyła w pierwszym plebiscycie „Miast Kobiet”, pasją jest to ostatnie. Od lat wspiera dzieci i rodziców. W tym jest świetna i temu poświęciła największą część swojego dotychczasowego zawodowego i prywatnego życia. Za to też została doceniona przez Czytelniczki i Czytelników w głosowaniach na Facebooku i za pośrednictwem SMS-ów. Historia jaką opowiedziała nam na łamach „Miast Kobiet”, pełna jest autentyczności, dobroci i wiary w to, że oddanie się pasji może prawdziwie zmienić ten świat na lepsze. I to z pewnością się Pani Czesławie udaje, o czym świadczy choćby list naszej Czytelniczki, opublikowany na str. 6. Dziękujemy wszystkim kobietom z pasją, za to, że potrafią być przykładem dla innych, szczególnie tym, które zgodziły się pokazywać to przez dwanaście miesięcy na naszych okładkach. A jak się nie uda? Liczymy na to, że kobiet z pasją w kolejnych wydaniach „Miast Kobiet” nie zabraknie. Są bardzo potrzebne nam wszystkim. Właśnie

WYDAWCA: EXPRESS MEDIA Sp. z o.o. Bydgoszcz, ul. Warszawska 13, tel. 52 32 60 733 Prezes Zarządu: dr Tomasz Wojciekiewicz, Redaktor Naczelny: Artur Szczepański, Dyrektor sprzedaży: Adrian Basa, Redaktorki prowadzące: Emilia Iwanciw, tel. 52 32 60 863, e.iwanciw@expressmedia.pl, Lucyna Tataruch, tel. 52 3260 798, l.tataruch@expressmedia.pl Teksty: Jacek Kowalski, Lucyna Tataruch, Dominika Kucharska, Janusz Milanowski, Lena Kałużna, Jan Oleksy, Kamil Pik Zdjęcie na okładce: Jacek Smarz, Projekt: Iwona Cenkier, i.cenkier@expressmedia.pl Skład: Ilona Koszańska-Ignasiak Sprzedaż: Angelika Sumińska, a.suminska@express.bydgoski.pl, tel. 691 370 521, Michał Kopeć, m.kopec@nowosci.com.pl, tel. 56 61 18 156

4

miasta kobiet

czerwiec 2014

po to, byśmy zawsze pamiętały, że każda z nas ma w sobie to coś, co przy odrobinie chęci pozwoli jej się realizować. Nauczyć nowych rzeczy, spróbować coś stworzyć, zrobić to, na co nigdy nie było czasu. Czasem nawet wbrew temu, co gdzieś w głębi każe nam powtarzać „nie, bo dzieci, bo obiad, bo...”, „ja się nie nadaję”, „a co, jak się nie uda?”, „ja sobie nie poradzę”. Te ostatnie, pełne niepewności słowa słyszymy bardzo często. I to z ust kobiet, które nie mają powodów, by w siebie nie wierzyć.

Niekoniecznie dla pieniędzy Skąd bierze się ta nasza nieśmiałość, niepewność, brak wiary w siebie? Może nasze pokolenie wciąż ma w sobie ten dawny kobiecy gen, predestynujący do bycia w cieniu, lub to wmówione nam przekonanie, że nie mamy się nigdzie wychylać. Mimo to wszystkie widzimy, jak ten gen stopniowo zanika, dając nam coraz więcej odwagi do własnej ekspresji. Mamy cichą nadzieję, że dzięki prezentowanym przez nas sylwetkom kobiet, które realizują się w tym, w czym są dobre, więcej z Was uwierzy, że warto rozwijać swoje pasje. Nie zawsze na gruncie zawodowym, niekoniecznie dla pieniędzy. Rozwijajmy się po prostu dla siebie!

ZNAJDZIESZ NAS NA: www.fb.com/ MiastaKobiet.Nowosci.ExpressBydgoski


4214T4JBA


listy do redakcji jej portret

Nie zapomnę pierwszej rady pedagogicznej, kiedy dostałam od dyrektora długą listę nazwisk chłopców, którzy mieli już na sumieniu poważne przestępstwa. Byłam w szoku, bo mnie się wtedy wydawało, że w szkole podstawowej największym problemem są wagary. Z Czesławą Marciniak* rozmawia Emilia Iwanciw

Trudno było Panią namówić na ten wywiad… Bo wie pani, ja to jestem skromna kobieta, a te wszystkie panie na okładkach to takie zacne osobistości. Gdzie mnie do nich… Kiedy wybieramy bohaterkę numeru, zwracamy uwagę na to, co robi. Każda w pewien sposób jest wyjątkowa. Nad tym też się zastanawiałam przed tym wywiadem, co we mnie takiego wyjątkowego. I do jakich wniosków Pani doszła? Że ludzie do mnie zawsze lgnęli. Może to jest wyjątkowe? Myślę, że nie tylko to. Ilu ludziom pani pomogła, dziś już nie sposób zliczyć. Odwiedzają Panią jeszcze te wszystkie dzieci z bydgoskiego Okola, które udało się uratować od poprawczaka i więzienia? To już dziś są dorośli ludzie, ale tak, wielu wychowanków SP nr 10 mnie odwiedza. W trudnych momentach ich życia byłam czasem jedyną osobą, która w nich wierzyła. Zawsze zadawałam sobie pytanie: dlaczego dziecko tak się zachowuje? Wychodziłam z założenia, że dziecko nigdy samo z siebie nie jest złe. My, pedagodzy, widzimy już tylko konsekwencje, objawy. A to dziecko musiało w życiu czegoś doświadczyć, że zachowuje się tak, a nie inaczej. Pamięta Pani konkretne historie dzieci, które były pani wychowankami? No pewnie. Pamiętam prawie wszystkie. Na przykład Anię (imię zmienione przez redakcję), która przyszła zimą do szkoły zmarznięta, spóźniona i oświadczyła, że przeprasza, ale szła pieszo od cioci, z Fordonu. Proszę sobie wyobrazić - sama szła z Fordonu na Okole pieszo! Musiała w nocy uciec do cioci, bo w domu była awantura. Zapytałam, czemu nie przyjechała tramwajem, a ona na to, że nie miała na bilet. Szła więc wzdłuż torów tramwajowych.

8

miasta kobiet

I co Pani zrobiła? Najpierw ją nakarmiłam, wysłuchałam i puściłam na ostatnie lekcje. W tym czasie szybko załatwiłam postanowienie z sądu, by ją i brata umieścić w pogotowiu opiekuńczym. Udało się, sama ich tam zawiozłam. Potem pojechałam do rodziców - ojciec był oburzony. Powiedziałam, że w takich warunkach nie jest możliwe wychowywanie dzieci. Musimy w tym domu dużo zmienić. Rodzice mogli je odwiedzać, ojciec był długo obrażony, ale później mi dziękował, zrozumiał błąd, dużo zmienił. Umiałam na to czekać. Na koniec naszej współpracy, gdy ta rodzina była już na prostej, powiedział mi, że jestem najlepszym pedagogiem. To musiało być wspaniałe uczucie. Było. Dziś mam kontakt z Anią, wyrosła na wspaniałą dziewczynę. Nie ona jedna, dzięki Pani… Nie zawsze udawało się pomóc. Domyślam się. Okole w czasach kiedy zaczynała Pani pracę pedagoga, to był w dużej mierze światek przestępczy. Kiedy 1 września 1985 roku zaczynałam pracę jako niedoświadczony, nieopierzony pedagog, byłam w szoku. Nie zapomnę mojej pierwszej rady pedagogicznej, kiedy dostałam od dyrektora długą listę nazwisk chłopców, którzy mieli już na sumieniu poważne przestępstwa. Wtedy poczułam odpowiedzialność. Mnie się wówczas wydawało, że w szkole podstawowej największym problemem są wagary. Okazało się, że to, czego nauczyłam się na studiach i rzeczywistość to są dwa różne światy… Nie chciała Pani uciec do jakiejś przyjemniejszej roboty? Nie. Wręcz odwrotnie. Zrozumiałam, że czeka mnie dużo pracy, ale wyciągnę te dzieciaki.

Kiedy zaczęłam poznawać historie tych chłopaków, okazało się, że należą do gangów, które zajmują się kradzieżą samochodów, okradaniem mieszkań i piwnic. Kradli wszystko, począwszy od zapraw, a na rowerach kończąc. W gangach dorośli wysługiwali się dziećmi i płacili im 5 zł za np. stanie na czatach. To byli moi uczniowie. Niektórzy z nich poszli potem do ośrodka resocjalizacyjnego, niektórzy się zmienili… Ich rodzice pili? Nie zawsze. Czasem cierpieli na syndrom wyuczonej bezradności. Niebieskie ptaki. Nie chcieli pracować, już nie potrafili. Brakowało na jedzenie. Szybko dotarło do mnie, że większość tych dzieci kradła, bo były po prostu głodne. Zamiast na lekcje, chłopaki uciekali na rynek przy ulicy Granicznej i kradli owoce. Wzięłam ich na rozmowę, mówię: „Ja wiem, gdzie wyście byli”. A oni: „Skąd pani wie?” Odpowiadam: „Ja jestem waszym aniołem, widzę, co robicie. Kradniecie, ale ja wiem, że wy nie jesteście źli. Dlaczego to zrobiliście?”. „Bo byliśmy głodni”. I ja ich rozumiałam. Oni wszyscy na samym początku nie robili tego dla zabawy. Postanowiłam więc ich karmić na przerwie i w ciepłych warunkach słuchać ich historii. W ten sposób poznawałam mechanizmy dewiacyjnych zachowań. Szłam na wywiad do rodziny. Organizowałam spotkanie rodziców z dyrektorem, wychowawcą i wspólnie zastanawialiśmy się jak pomóc.

kwiecień 2014

9

Nie ma sobie równych Witam, zdecydowałam się napisać w dość nietypowej sprawie, zwłaszcza jako rzecznik prasowy policji. Otóż pragnę podziękować za artykuł w „Miastach Kobiet” o Pani Czesi Marciniak, którą dobry los pod koniec lat 90. zesłał do mojego życia. Pracowałam wówczas w komisariacie na Błoniu jako specjalista ds. nieletnich i w SP nr 10 na Śląskiej byłam częstym gościem. Tak zaczęła się moja najpierw współpraca, a potem nawet bliższa znajomość z Czesią. Brałam udział w realizacji jej pomysłu, o którym zresztą opowiada, gdy pracowałyśmy wspólnie nad problemem jakiegoś ucznia. Ale nie o tym chciałam napisać. Czesia jest najwspanialszą osoba, którą poznałam, pracując od ponad 20 lat w policji. Jej wiara w ludzi, sposób spojrzenia na życie i drugiego człowieka po prostu nie mają sobie równych. Optymizmem i wiarą w to, że się uda, jest w stanie zarazić najbardziej wątpiących. Mnie osobiście pomogła w podjęciu jednej z najtrudniejszych decyzji w  prywatnym życiu. To dzięki niej właśnie dziś jestem szczęśliwą żoną i mamą. Zawsze będzie współautorem mojego szczęścia. Gratuluję Pani wyboru osoby, o której można by napisać jeszcze wiele. Lepiej nie mogła Pani wybrać!! Artykuł jest „do szpiku” prawdziwy. Taka właśnie jest Czesia. Udało się Pani to opisać w 100 procentach. Dziękuję i pozdrawiam. nadkom. Monika Chlebicz

Autorka listu

Uwielbiam dodatek „Miasta Kobiet”. Czytam już od pewnego czasu i jestem zachwycona. Moja mama sądzi tak samo i też czyta. Podoba mi się to, że w waszym magazynie znajdzie coś ciekawego dla siebie każda kobieta w każdym wieku - i młoda, i seniorka. Malwina Kupisz

Słyszałam, że wprowadziła Pani w szkole tradycję „drugich śniadań”. Namówiłam jedną z piekarń, by zostawiała nam drożdżówki, takie ścinki z ciast. Świeże i smaczne, ale mało efektowne, więc nienadające się do sprzedaży. Siadałam z dziećmi na długiej przerwie i rozmawialiśmy, zajadając. Dzieliły się ze mną tym, co je denerwowało, co przeżywały. Dzięki tym spotkaniom stawiałam miasta kobiet

kwiecień 2014

Młoda i seniorka

Nigdy nie jest za późno Postanowiłam napisać do Was, poruszona artykułem o Pani Irminie Ziółkowskiej, która zaczęła życie na nowo i mając 58 lat została instruktorką fitness. Sama jestem w tym wieku, udzielam się na różnych polach i tak jak pani Irmina wcześniej myślałam wyłącznie o innych, a bardzo mało, albo wcale o sobie. Dziś moje spojrzenie na życie się zmieniło. Są momenty, kiedy żałuję swoich wcześniejszych wyborów. Myślę, że mogłam więcej podróżować, więcej się dowiedzieć, więcej się uczyć, bardziej o siebie dbać. Ten czas jednak minął. Byłam skupiona na pielęgnowaniu rodzinnego gniazda: męża alkoholika i dwójki dzieci. Z czasem zrozumiałam, że moje całkowite poświęcenie było błędem. Dziś nadrabiam straty. Chodzę na jogę, do filharmonii, opery, spotykam się z koleżankami, czytam. Planuję też zapisać się na studia. Dziękuję „Miastom Kobiet” za historię Pani Irminy, która dla wielu kobiet może być dowodem na to, że nigdy nie jest za późno, by zacząć od nowa. Mirka

Pasja daje szczęście Piszę do Redakcji „Miast Kobiet”, bo bardzo podobają mi się artykuły w tym miesięczniku. W szczególności te, w których opisujecie kobiety z pasją. Uważam, że posiadanie swojej pasji to klucz do szczęścia w życiu. Niestety, wiele kobiet nie ma zainteresowań. Zajmują się domem, dziećmi, gotują, piorą i brakuje im czasu dla siebie. Szkoda, bo potem, kiedy dzieci odchodzą z domu, pojawia się pustka. Dziś jednak, po waszych artykułach widzę, że młode kobiety myślą inaczej. Zakładają własne firmy, które dobrze prosperują. Ich przykłady dają nadzieję innym kobietom, które nadal nie wierzą w siebie i uważają, że sobie nie poradzą.

otrzymuje ekskluzywny długopis firmy Parker

Piszcie do nas na adres miastakobiet@expressmedia.pl Dla autorek i autorów najciekawszych listów przygotowałyśmy nagrody niespodzianki. Czekamy na Wasze przemyślenia, komentarze i opinie.

6

miasta kobiet

czerwiec 2014

Anna Budzińska


Papowo Toruńskie, Warszawska 94

TYLKO U NAS ONTAŻ DOSTAWA I M GRATIS!

www.boniek.pl tel. 56 663 10 00

480914TRTHA

Kompleksowo projektujemy i urządzamy wnętrza

APTEKI w Chojnicach w Przychodni Medyk ul.Towarowa 2 a tel. 512 239 242 pn. - pt. 8-18

w Nakle nad Notecią Osiedle B. Chrobrego 16/4 tel. (52) 385 15 36 pn.-nd. 8-21

w Malborku ul. Słowackiego 71/1 tel. (55) 247 62 95 pn.-nd. 8-21

w Brodnicy ul. Zamkowa 19 tel. (56) 474 02 33 pn.-nd. 8-22

w Koninie ul. Chopina 9 tel. (63) 243 70 13 pn.-nd. 8-22

-III w Bydgoszczy ul. Grunwaldzka 71 tel. (52) 347 84 90 pn.-nd. 8-22

w Kwidzynie ul. Korczaka 10b tel. (55) 279 78 43 pn.-sb. 8-20

w Szubinie ul. 3 Maja 23 tel. (52) 371 63 13 pn.-nd. 8-22

-IV

w Koronowie

w Stolnie

ul. Kościuszki 4 tel. (52) 382 28 78 pn.-nd. 8-21

Punkt apteczny Alba STOLNO 112 w Urzędzie Gminy

tel. (56) 686 51 17 pn.-pt. 8-16

w Warlubiu

w Turku

w Chełmnie

ul. 18-tego Lutego 2 tel. (52) 332 64 86 pn.-pt. 8-18, sob. 8-12

ul. Konińska 24 tel. (63) 289 22 49 pn.-nd. 8-22

ul. Dworcowa 18 tel. (56) 686 17 25 pn.-pt. 9-18, sob. 9-14

-V

w Bydgoszczy

ul. Skłodowskiej-Curie 26 / E.LECLERC tel. (52) 346 06 96 pn.-sb. 8-21, nd. 10-16

-VI

w Bydgoszczy

ul. Pielęgniarska 13 (Stary Fordon) w przychodni „Nad Wisłą” tel. (52) 343 98 28 pn.-nd. 8-22

w Bydgoszczy

ul. Wielorybia 109 tel. (52) 349 05 06 pn.-nd. 8-22

Apteki CAŁODOBOWE w Bydgoszczy ul. Skłodowskiej-Curie 1 tel. (52) 346 01 11, 346 12 93 w Inowrocławiu ul. Dworcowa 33 tel. (52) 318 39 99

-bis w Bydgoszczy ul. Gdańska 140 tel. (52) 345 57 57 Apteka „Pod Orłem” z gr. w Świeciu nad Wisłą

we WłocŁawku ul. Wiejska 18a/4 tel. (54) 236 63 65

INFORMUJEMY, IŻ ZAWARLIŚMY AKTUALNE UMOWY Z NFZ

784714BDBRA

ul. Księcia Grzymisława 4 tel. (52) 33 111 80

w Grudziądzu ul. Legionów 37 tel. (56) 46 334 99, 517 108 182

> skuteczne i tanie środki czystości > odkurzacze i maszyny do sprzątania > ręczniki papierowe i czyściwa > chemia samochodowa

Toruń, ul. Polna 129 tel. 56 659-81-21 www.tuden.com tuden@tuden.com

Sprzedaż a n z c i l a t e d i a hurtow 481014TRTHA


jej pasja

ZROBIĘ niezły bałagan Styl Ani z Zielonego Wzgórza mnie nie interesuje.

Z Martyną Drozdowską*, projektantką, właścicielką marki Project MESS, rozmawia Dominika Kucharska ZDJĘCIA: Łukasz Sowiński Dzika z Ciebie dziewczyna! Nie zaprzeczam (śmiech). To, jaką jestem osobą, wyrażam całą sobą. Niespokojną duszę widać też w moich projektach. Szarości, czernie, brązy - jak ja to mówię: styl Ani z Zielonego Wzgórza mnie nie interesują. Od braku wyrazistości uciekam w stronę printów. Sięgasz po te dość odważne. Wzory zwierzęce na ubraniach i dodatkach są kojarzone z kiczem. To prawda, ale ja wykorzystuje je w inny sposób, niż ten kojarzony ze stylem dziewczyny ubranej w panterkę i białe kozaczki. Jeśli taki wzór wykorzysta się tworząc ubranie o innym kroju, do stylizacji wyszuka się oryginalnych butów, dodatków, to o kiczu nie ma mowy. To streetwearowe kolekcje na sportowo, ale z pazurem. Dobrze wyglądają w zestawieniu zarówno z trampkami, jak i szpilkami. Mimo to Twoje ubrania nie są dla każdego. Często spotykam się z opiniami ludzi, że to świetne ciuchy, ale nie dla nich, bo są zbyt odważne. Gdy wystawiam się na targach obserwuję, że moje sukienki bardzo podobają się mężczyznom, bo są dopasowane i trochę drapieżne. Zdarza się, że facet chce kupić swojej dziewczynie taki strój, bo wie, że będzie

8

miasta kobiet

czerwiec 2014

wyglądać seksownie, a ona ma w oczach przerażenie (śmiech). To jednak powoli się zmienia. Chociażby dziś dostałam zamówienie na sukienkę w dalmatyńczyka. Wciąż szyję też ubrania w zebrę. Przyznam, że chciałam skupić się na nowej kolekcji, jednak chętnych na dzikie wzory nie brakuje. Co więcej, wśród moich klientów są też mężczyźni. Jak do bluzy w zebrę chłopak założy ciemne spodnie, to ta stylizacja wygląda genialnie. Staje się po prostu biało-czarna, niewyzywająca, choć na sto procent oryginalna. W modzie o to chodzi. Jakie wzory zobaczymy w Twojej nowej kolekcji? Będą sukienki z motywem biblijnym, rzymskim oraz takie w zwierzaki czy guziki. To wzory graficzne, więc wyglądają prawie jak żywe. Pojawią się też kwiaty. Szyję bluzy i dresy z takim wzorem. Zależy mi, żeby to, co robię, odbiegało od głównego nurtu, który dominuje w danym sezonie na rynku. Na nudę w Project MESS nie ma miejsca. Nudy nie znoszę, ale pojawiają się u mnie też ubrania bardziej stonowane, bo… zakocham się w jakimś materiale, bo spodoba mi się faktura. Ale wzór i tak wygrywa! Moje ciuchy trudniej się sprzedaje od tych „dla każdego”,

ale zauważam, że barwy wkraczają na ulice. Otrzymuję kolejne propozycje współpracy. To dla mnie niesamowite, bo pierwsze rzeczy uszyłam w grudniu, a działalność założyłam w kwietniu. Co się stało, że pod koniec zeszłego roku zaprojektowałaś pierwszą sukienkę? Zaczęło się od bałaganu, więc nazwa marki pasuje idealnie. Złamało mi się trochę życie prywatne i zawodowe. Mieszkałam w różnych miejscach, w Bydgoszczy, w Warszawie, w Gdańsku. W pewnym momencie postanowiłam wyjechać do Niemiec. Myślałam, że tam uda mi się odnaleźć siebie. Wróciłam po miesiącu. Poszukiwania nie wyszły. Chodziło mi po głowie, aby mieć własną linię odzieżową, ale wiedziałam, że potrzebuję na to pieniędzy. Dostałam propozycję pracy w dużej sieciówce, jako dekorator odzieżowy. Tam poznałam dziewczynę, która projektowała poduszki. Ona była dla mnie mentorką. Kupiłam kilka materiałów i pojechałam do krawcowej. Uszyłam pierwsze rzeczy i lawina ruszyła. Postawiłam wszystko na jedną kartę. Odeszłam z pracy, bo wiedziałam, że nie dam rady oddawać się w całości zadaniom zawodowym i jednocześnie projektować. Dostałam dofinansowanie i założyłam firmę.


kobieta przedsiębiorcza Sama też szyjesz? Niestety, nie opanowałam tej sztuki. Zwyczajnie brakuje mi czasu na naukę. Korzystam z usług krawcowych, co bywa kłopotliwe. Jeśli ktoś zamawia ode mnie kilka rzeczy, to nie mogę czekać. Z drugiej strony trudno znaleźć krawcowe, które rzucą wszystko i zajmą się tylko moimi projektami. Dlatego od razu szyję, np. po 20 sztuk danego modelu. Zaprojektowałam spodnie, które są najbardziej rozchwytywane i wiem, że muszę uszyć ich jeszcze więcej. Nie mogę pozwolić na zastój w sprzedaży. Mnie trudno zatrzymać. A podczas tego maratonu przeznaczyłaś etap na kształcenie się w kierunku projektowania? Nie. Mam licencjat z filologii rosyjskiej. Ale pracując jako dekorator odzieżowy zobaczyłam, jak rynek modowy wygląda od kuchni. To był doskonały trening. Wiem, co robią sieciówki, aby rzecz się sprzedawała. To dla mnie cenne doświadczenie, mimo że sama założyłam coś znacznie mniejszego. Taką moją manufakturę. Nie jesteś szarą myszką. Trudno przejść obok Ciebie obojętnie. Futro, torba z kożuszkiem, spodnie własnego projektu… Zawsze taka byłaś? Od zawsze robiłam wokół siebie zamieszanie, ten bałagan. Od zawsze też czułam modę. Lubię się zmieniać. Jednego dnia wyglądam jak nastolatka w czapce z daszkiem, a kiedy indziej zakładam szpilki, sukienkę i kapelusz. Niedawno spotkałam dziewczynę, która po kilku minutach zapytała się, czy jestem stąd, bo mam taki sposób bycia, jakbym pół życia spędziła w Stanach, a pół w Londynie. Myślę, że ta otwartość mi pomaga. Jestem optymistką. Nie biorę pod uwagę opcji, że mi się nie uda, bo najgorszy jest właśnie strach, który blokuje. Wokół jest tyle możliwości, że zawsze znajdę swoich klientów. Marzy mi się własny butik. W Warszawie? Nie. Dla mnie stolica nie jest celem. Warszawa jest już przesycona ludźmi, którzy chcą zaistnieć w branży modowej. Mogłabym otworzyć sklep albo tutaj albo w Trójmieście. Mieszkam w małej wsi między Gdańskiem a Bydgoszczą, więc, aby dotrzeć do obu tych miast, muszę pokonać taką samą drogę. Masz dużo ubrań? Bardzo dużo. Jesteś zakupoholiczką? Już nie. Kiedyś co tydzień buszowałam po sklepach, a od roku nie kupiłam ani jednego ciucha. Chodzę po butikach, ale tylko

po to, żeby zobaczyć, co się dzieje, obejrzeć nowe kolekcje. Każde pieniądze przeznaczam na zakup materiałów, więc teraz chyba mój zakupoholizm tak się przejawia. Po kilku latach wróciłaś do rodzinnego domu. Jak na Project MESS zareagowali rodzice? Mama od początku była przekonana, że to musi się udać i nie zmienia zdania. Żałowała tylko, że zrezygnowałam z pracy. Jest księgową, więc jej pomoc w papierkowej robocie jest bezcenna. W końcu, kto lepiej zajmie się fakturami, jak nie własna mama. Mój tato ma firmę, więc wiem, że po nim odziedziczyłam odwagę do podejmowania ryzyka. Obserwuje moje działania. Gdy wracam do domu i od progu krzyczę, że trzeba zamówić kuriera, bo mam ubrania do wysłania, to słyszę od niego, że się rozwijam. Jestem szczęściarą, taką w czepku urodzoną. Marzyłam o własnym biznesie, o czymś moim i się udało. Chciałabym tylko, żeby doba była trochę dłuższa. A czas dla siebie, czas na miłość? Powiem szczerze, że sfera życia poza moim projektem nie jest mi obecnie potrzebna, chociaż wiem, że tak się nie da w nieskończoność. Wczoraj sama do siebie powiedziałam, że muszę zwolnić. Taka przerwa trwa godzinkę i znów zaczynam coś robić. Jeśli chodzi o miłość, to musiałabym trafić na osobę, która byłaby w stanie odnaleźć się w tym mentalnym i dosłownym bałaganie i nadążyć za mną. Kolejne pomysły i inicjatywy, do tego mój pokój zawalony naklejkami, wizytówkami, kartonami, ubraniami… Zrobię kiedyś zdjęcie i pokażę, że to dosłownie Project MESS.

Nie mam w rodzinie osób związanych z modą, ale to, co moja mama wyprawia w kuchni… Uwielbia chodzić do restauracji, smakować. Potem wraca do domu i już wie, jak zrobić potrawę, którą jadła. Każde przyrządzane przez nią danie jest genialnie podane. Cały czas powtarzam jej, że jak założy restaurację, to ja będę w niej robiła pokazy mody. Czym się inspirujesz? Potrafię spojrzeć na kogoś w pociągu i zainspirować się jego skarpetką. Kocham przeglądać blogi modowe. Podglądam też stylizacje gwiazd. W ubraniach z metką Project MESS widziałabym Rihannę. Chętnie bym jej przesłała kilka ubrań (śmiech). Wierzę, że kiedyś w moich ciuchach zobaczę kogoś sławnego. Trzymam za to kciuki. Wróciłaś z targów mody w Olsztynie. Jak było? Świetnie! Dla mnie bardzo ważny jest kontakt z klientem. To, że mogę z nim porozmawiać, opowiedzieć o tym, jak rodził się pomysł, o materiałach i czasie poświęconym na tworzenie… W sieciówce nie ma takiej możliwości. Poza tym ludzie zaczynają doceniać jakość, zwracają uwagę na obszycia, wytrzymałość tkanin. W tej sferze nie mam się czego wstydzić. Myślałaś może o tym, żeby zgłosić się do programu Project Runway? Nie potrafię szyć, a bez tej umiejętności nie miałabym szans. W tej chwili skupiam się na budowaniu swojej marki i na razie się tego trzymam. Gdybym nie spróbowała, to wiem, nie wybaczyłabym sobie tego.

Więc wszystko jest tak, jak być powinno... Wychodzę z założenia, że można sprzedać tylko coś, co jest prawdziwe. Na przykład, ja nie czułabym się dobrze, musząc projektować stroje dla pań w rozmiarach od 44 do 54. Tego nie czuję. Czyli Twoje ciuchy są nie tylko dla osób odważnych, ale i szczupłych? Przyzwyczaiłam się do tego, że szyję ubrania w rozmiarach M, S i XS, chociaż zaczynam zauważać zapotrzebowanie na elki, więc będę musiała podziałać w tę stronę. Ale to dla Ciebie problem? Nie, żaden. Po prostu od początku projektowałam sukienki w stylu fit. Opinające ciało. Oversize były rzadkością. Skoro jednak klientki proszą mnie o ubrania w większych rozmiarach, to mnie to cieszy. Zabieram się do pracy. Odziedziczyłaś po kimś te artystyczne zacięcie?

* Martyna Drozdowska Rocznik 1989. Niepoprawna optymistka. W Bydgoszczy spędziła cztery lata i wciąż tu wraca. Studiowała filologię rosyjską na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego. Jej ubrania można kupić, między innymi, w conceptshopie Widzimisie w Bydgoszczy.

Rozmowa z Martyną Drozdowską we wtorek (27.05) o godzinie 10 i 15 oraz w czwartek (29.05) o godzinie 9 i 14 na antenie Radia Eska. 94,4 fm (Bydgoszcz) 104,6 fm (Toruń) miasta kobiet

czerwiec 2014

9


Trendy z

5

1

4

2

3

6 8

10

9

7

MODA

na ciepłe

11

13

dni

12

Czujecie już powiew lata? My czujemy, dlatego wybrałyśmy dla Was ubrania, buty i dodatki idealne na ciepłe dni. W modzie są landrynkowe kolory, żółcie, malinowy, pomarańczowy i kwiatowe wzory. Oczywiście, zawsze w trendach jest również miejsce na klasykę. Tego lata postaw na szyk i wygodę. Dwa w jednym. W Toruń Plaza to możliwe!

15

16

Anna Deperas-Lipińska stylistka Toruń Plaza

17

14

18

19

821114BDBHA

1. Bluzka Tatuum - 69,99 zł, Toruń Plaza 2. Zegarek Ice Watch Swiss - 330 zł, Toruń Plaza 3. Kostium kąpielowy Triumph - 429,90 zł, Toruń Plaza 4. Sukienka OCHNIK - 599,90 zł, Toruń Plaza 5. Naszyjnik YES - 199 zł, Toruń Plaza 6. Bransoletki YES - 69-79 zł, Toruń Plaza 7. Sandały Primamoda - 349 zł, Toruń Plaza 8. Torba Venezia - 399 zł, Toruń Plaza 9. Czółenka Wojas - 279 zł, Toruń Plaza 10. Bluzka Orsay - 69,95 zł, Toruń Plaza 11. Torba 4F - 34,90 zł, Toruń Plaza 12. Spodnie Tatuum - 199,99 zł, Toruń Plaza 13. Pasek Orsay - 39,95 zł, Toruń Plaza 14. Spodenki 4F - 119,90 zł, Toruń Plaza 15. Spódnica Tatuum - 129,99 zł, Toruń Plaza 16. Sandały Wojas - 199 zł, Toruń Plaza 17. Kostium kąpielowy 4F - 59,80 zł, Toruń Plaza 18. Torba CCC - 119,99 zł, Toruń Plaza 19. Trampki CCC - 39,99 zł, Toruń Plaza Toruń Plaza: ul. Broniewskiego 90, www.torun-plaza.pl, czynne codziennie od 9 do 21

10

miasta kobiet

czerwiec 2014


Lewituję,

jej portret

nie lewicuję!

Pracowałam z bezdomnymi i z ludźmi, którym się nie powiodło w Anglii, zostali oszukani i wylądowali na ulicy. TEKST: Janusz Milanowski ZDJĘCIA: Jacek Smarz

Kim Pani jest? Artystką? Nigdy nie wiem, co odpowiedzieć na tego rodzaju pytanie… Skończyłam liceum plastyczne, potem były studia na UMK na kierunku ochrona dóbr kultury, ale było na nich zbyt dużo naciąganej teorii, więc przeniosłam się na malarstwo. Kierunek ukończyłam, ale mówię o sobie, że jestem nieczynną malarką. Mam też za sobą podyplomowe studia kuratorskie na UJ w Krakowie, a w zeszłym roku zaczęłam studiować ekonomię społeczną na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu. Jestem fanką nieustającej edukacji. (śmiech) Duży rozrzut tematyczny… Ekonomią społeczną zajmuję się od kilku lat, a zaczęło się to w Poznaniu, gdzie działałam w Fundacji Pomocy Wzajemnej BARKA, pracującej z ludźmi wykluczonymi bądź podatnymi na wykluczenie społecznie. Pomagałam przy zakładaniu spółdzielni socjalnych, brałam udział w procesie budowania partnerstw lokalnych w woj. wielkopolskim. Moimi kolegami byli wówczas na ogół ludzie starsi, bezdomni, alkoholicy. Wrodzony altruizm? Nie znajduję w sobie nic z altruizmu. Przede wszystkim nie pociągała mnie wyłącznie sztuka dla sztuki. Zawsze musiał być jakiś impact socjalny. Co to znaczy? Zawsze interesował mnie aspekt społecznego zaangażowania sztuki, możliwość oddziaływania, spotkania z innym. Ładne, piękne - to niewłaściwe przymiotniki. „Ładna sztuka” nie ma sensu?

Na pewno niezgody na rzeczywistość. O jaką rzeczywistość chodzi? Codzienną i szarą. Nie zgadzam się z taką, a nie inną polityką społeczną, a także na wkraczanie jako takiej polityki tam, gdzie jej być nie powinno. Nie godzę się na nierówne traktowanie kobiet; jestem feministką. Nie godzę się też z nierównością i niesprawiedliwością społeczną. W jakich przejawach? Na przykład nierównego dostępu do edukacji, kultury. Dlatego prowadzimy Domkultury! na Bydgoskim Przedmieściu oraz Kulturhauz - bezpłatne ośrodki kulturotwórcze, prowadzące działania edukacyjne. Domkultury! Na Bydgoskim powstał w wyniku realizacji Projektu Społecznej Rewitalizacji, dofinansowanego przez UE. Kulturhauz utrzymujemy sami, ale jako fundacja wypadamy bardzo słabo finansowo… Nie wiem, czy nie ma sensu. Widzę w tym raczej rzemiosło. A czuje się Pani artystką? Ostatnio malowałam w 2012 r. wraz z chłopakami 60+ ze Schroniska dla Bezdomnych Mężczyzn w Toruniu. Stworzyliśmy mały mural. Zostało dużo farby, więc chłopacy sami zaczęli dalej malować. Cieszę się, że coś z tego wynieśli. Chciałbym dalej drążyć temat… …sztuki? Nie, Pani zaangażowania w przestrzeni społecznej. Czy to efekt wrażliwości, buntu, chęci obrony słabszych?

Przepraszam, ale chcę rozmawiać o Pani niezgodzie na rzeczywistość. Malarz Albert Chmielowski został bratem Albertem, bo coś w nim pękło, gdy zobaczył biedaka na ulicy… Niestety, nie wiem, kim był malarz Albert Chmielowski. Ale wiem, że rzeczywistość jest obłudna, a bezdomni najczęściej przezroczyści. Czy Pani też przeżyła coś, co spowodowało że postanowiła pracować z alkoholikami i bezdomnymi? Nie, nie było żadnego przełomu. Po prostu tak zostałam wychowana na Mazurach, by dzielić się i współpracować. Już od najmłodszych lat kombinowałam, ale nie w celu zdobycia profimiasta kobiet

czerwiec 2014

11


jej portret

Katarzyna Jankowska na podwórku siedziby Kulturhauzu przy ul. Poniatowskiego w Toruniu. Autorem muralu jest hiszpański artysta Borondo, jeden z czołowych twórców murali na świecie. 12

miasta kobiet

czerwiec 2014


jej portret tów, tylko żeby wspomóc - kogoś lub sprawę. Moja babcia była właścicielką lodziarni i w związku z tym mogłam jeść codziennie nieograniczoną ilość lodów, co też robiłam. Na wspólnym podwórku były dzieci, których nie stać było na lody, więc wynosiłam im swoje nieograniczone racje.

Podobno broniłam swojego nocnika i nie pozwalałam rewidującym dotykać moich prywatnych rzeczy. Zatem predyspozycje opozycjonistki miałam na pewno. KATARZYNA „KOMBI” JANKOWSKA

Babcia nie była zła? Nie wiedziała, bo u niej pracowały panie, którym nakazała, że wnuczki mogą brać tych lodów, ile tylko zechcą, więc brałam (śmiech). Taki był początek mojej działalności społecznej. Podkreślam, że jako fundacja dalecy jesteśmy od katolicyzmu, czy też bycia instytucją charytatywną. Przyznam, że nie mam zaufania do społeczników. Poznałem ich wielu i najczęściej w ich działaniach widziałem niezdrową egzaltację, kreowanie siebie na człowieka szlachetnego, pragnienie wzbudzenia podziwu, a nierzadko był to sposób na karierę polityczną. Zgadzam się. Są takie osoby. Ja działam w zespole. Nie mamy szefów, nie cierpimy hierarchii. Tylko ze względów formalnych jestem przewodniczącą zarządu, takie są wymogi prawa. Nie jest łatwo, naturalnie często się spieramy. Owszem, interesujemy się polityką, ale nie do tego stopnia, żeby się w nią angażować. Nigdy! A dla dobra sprawy, nie chciałaby Pani zostać radną? Można być wtedy skuteczniejszym. O, nie (śmiech), choć zdarzały się takie dziwne propozycje. Czytelnik tego wywiadu może stwierdzić, że Pani lewicuje. Nie cierpię szuflad i podziałów politycznych, nie polaryzujmy! Nie interesuje mnie ani lewica, ani prawica, tylko ludzie i możliwość współdziałania. Zdarza się, że do Kulturhauz, gdzie siedzimy w nieogrzewanych pomieszczeniach, przychodzą ludzie i pytają:

„jak wam się żyje lewicowcy?”. W Kulturhauz akurat bardziej jestem skłonna lewitować, niż lewicować. (śmiech) Co to w ogóle znaczy „lewicować”? Wracając do epizodu poznańskiego. Pracowała Pani z alkoholikami... I z bezdomnymi, i z ludźmi, którym się nie powiodło w Anglii, zostali oszukani i wylądowali na ulicy, i wieloma innymi osobami. Czego się można od nich nauczyć? Bardzo wielu rzeczy, na przykład cierpliwości, elastyczności. Nie zdajemy sobie nawet sprawy, że w tych czasach osobą bezdomną można stać się z tygodnia na tydzień. Przykładowo potencjalny prezes dobrze prosperującej firmy zostaje z niczym w ciągu miesiąca; wspólnik go wykiwał, żona zdradziła i odeszła z dziećmi w efekcie człowiek zamieszkał w namiocie nad Jeziorem Maltańskim. Toruń fatalnie wypadł w pewnym rankingu jako miasto przyjazne socjalnie. Za mało żłobków, za mało przedszkoli… Czy Pani się z tym zgodzi? Tak, aczkolwiek w Toruniu najbardziej irytuje mnie taka buńczuczność - jesteśmy stolicą sportu, zieleni, kultury, ptaków, tańca, jesteśmy też podobno „wszechświatem kultury”. Kreowanie miasta jako takiego wszechświata uważam za fatalne. Wystarczy dzisiaj spojrzeć na Stare Miasto, ul. Szeroką, Podmurną - to wizualny koszmar; same banki i sklepy z ofertą „wszystko za 3, 4, 5 zł”. Od dawna mam wrażenie, że Toruń dotknęła stagnacja. Pani pracuje cały dzień? Tak, tak, ale mam podzielność uwagi. Rozmawiam z panem i zastanawiam się, co jeszcze dziś mogę zrobić, przetwarzam, często jest to kilka procesów jednocześnie. A gdzie życie, miłość i takie tam… Aktywne życie prowadzę cały czas. Aktualnie moim motywem przewodnim jest praca, co jednak w takiej pracy jak moja łączy się też z pewnym samorozwojem. A jak Pani widzi swoje życie za kilka lat? No więc, mamy projekt Domu Kultury na Bydgoskim, ale on, niestety, kończy się w listopadzie… Nie „my”, tylko Pani. Tak, tak, rozumiem, ale to się wiążę ze mną, bo mam pracę do listopada tylko i wyłącznie. Natomiast nie wiem, co po listopadzie. Napisaliśmy różne projekty, które mają na celu przedłużenie działalności Domukultury!, bo przede wszystkim chodzi o dzieciaki. Czekamy na wyniki. Nawiasem mówiąc, gdy dowiedziały się, że nasz projekt wygasa w listopadzie, same zebrały podpisy od mieszkańców dzielnicy, żeby wpisać go do budżetu partycypacyjnego na przyszły rok. Nie wiemy też, jakie będą dalsze losy Kulturhauzu, jeśli nie uzbieramy na ogrzewanie. A jeżeli nie wydarzy się nic pozytywnego - czeka mnie pewnie emigracja…

A założenie rodziny? Nie lubię takich pytań oraz częstotliwości, z jaką ono do mnie wraca. Na razie nie mam takich planów. Czy kobieta w tym kraju zawsze musi być definiowana przez rodzinę, najlepiej z pewnością model 2+2? Czy kobieta, która nie założy rodziny jest pariaską? Poza tym ledwie stać mnie na opłacanie comiesięcznego czynszu za wynajmowany pokój, zdolność kredytowa - minus dwieście, więc naprawdę nie wiem, jak miałabym wychować w tym kraju dziecko. Żartując, zawsze powtarzam, że mam bardzo dużo dzieci, od 30 do 40 w porywach (śmiech). I w sumie jest to poniekąd prawdą. W swej dynamice przypomina Pani dawne działaczki antykomunistyczne. Podejrzewam, że w tamtych czasach byłaby Pani jedną z wiodących. Nie mam pojęcia. Byłam wtedy dzieckiem, ale podobno przejawiałam dość dziwne zachowania podczas rewizji w naszym domu. Rodzice nie działali w opozycji, ale nie byli też oczywiście fanami komuny. Niemniej przeszukania zdarzały się. Jakie dziwne zachowania? Podobno broniłam swojego nocnika i nie pozwalałam rewidującym dotykać moich prywatnych rzeczy. Zatem predyspozycje opozycjonistki miałam na pewno. (śmiech) Co by Pani zmieniła w Toruniu? Prezydenta. Wydaje mi się, że czas zmienić model zarządzania miastem. Wszystko, co się dzieje w mieście, podlega ręcznemu sterowaniu. Znam to na przykładzie Centrum Sztuki Współczesnej, gdzie pracowałam dwa lata. Było to w czasach, kiedy CSW współzarządzało Ministerstwo Kultury. Gdy przeszło pod miasto jest fatalnie, a wiem to od pracujących tam znajomych. W ogóle jeśli któryś z pracowników jakiejś toruńskiej instytucji kultury wypowie się niekorzystnie na temat współpracy z samorządem, to wzywany jest na dywanik. Czy tak ma to wyglądać? Z pewnością zaszkodzę sobie mówiąc w ten sposób, ale taka jest prawda. Tylko osoby silne mają zdecydowane opinie i nie boją się ich wygłaszać. Przez to straciłam też poniekąd pracę w CSW. A konkretniej? Bo głosiłam własne poglądy.

*Katarzyna Jankowska Absolwentka malarstwa WSP UMK w Toruniu, Muzealniczych Studiów Kuratorskich UJ w Krakowie, studentka Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu. Przewodnicząca Fundacji Fabryka UTU, członkini Stowarzyszenia SZTUKA CIĘ SZUKA. Kuratorka wielu projektów, koordynatorka Domukultury! miasta kobiet

czerwiec 2014

13


GENY PIĘKNOŚCI HENRI LLOYD mama bluzka 260 zł sweter 445 zł córka sukienka 390 zł sweter 390 zł

Anna Deperas-Lipińska Osobista stylistka i pasjonatka mody. Uczy świadomości kolorystycznej, wskazuje proporcje i odkrywa zalety.

Dwa zgrane duety, laureatki konkursu - mamy i córki - spotkały się w Domu Towarowym PDT, by pod okiem specjalistów przejść niezapomnianą metamorfozę.

BUTIK UNIQUE dzianinowa sukienka LUISA CERANO 1199 zł

Na każdą z Pań czekały trzy różne stylizacje, na trzy różne okazje: przyjęcie rodzinne, bankiet i sportowe popołudnie. Panie zachwycone nowymi kolorami i ciekawymi fasonami bardzo szybko zapomniały o towarzyszącym początkowo stresie. Soczysta barwa limonki, elegancki szmaragd, akademicki granat czy subtelny róż dodały Paniom zarówno energii, jak elegancji. Kolejne stylizacje wywoływały bardzo pozytywne emocje. Nieprzypadkowe były również desenie i wzory. Miękkie pastelowe kwiaty podkreślają nienaganną sylwetkę Pani Agnieszki, a geometryczny wzór na garniturze Pani Ani idealnie współgra z jej osobowością i temperamentem. Spotkanie było nie tylko niezapomnianą zabawą, w której emocje, radość i szczęście wzięły prym. Panie bogatsze o nową wiedzę kolorystyczną, fasonową odkryły zupełnie nowe, inne i często zaskakujące oblicza.

córka BUTIK LUMINELLE

14

miasta kobiet

czerwiec 2014

córka BUTIK UNIQUE sukienka Luisa Cerano 989 zł szal Luisa Cerano 429 zł

mama BUTIK UNIQUE bluzka Luisa Cerano 859 zł spodnie Cambio 670 zł

sukienka XTSY+ 420 zł buty Gloss Shoes 449 zł biżuteria do butów Gloss Shoes 55 zł

ZDJĘCIA WYKONANE WE WNĘTRZACH D’ARTE: KRZYSZTOF FAJGA MAKIJAŻ: KATARZYNA GAŁECKA

TEKST: Anna Deperas-Lipińska*

mama BUTIK LUMINELLE marynarka Young Couture by Barbara Schwarzer 1200 zł cekinowa bluzka Young Couture by Barbara Schwarzer 770 zł spodnie Laurèl 650 zł buty Gloss Shoes 559 zł biżuteria do butów Gloss Shoes 55 zł


486614TRTHA

850514BDDWB

479514TRTHA


tabu

Na przykład Paula… - Zabiłaś mnie - powiedziała jej matka przed śmiercią. - Zabił mnie wstyd i żal, bo moja córka żyje z księdzem. TEKST: Jacek Kowalski

Z

badań przeprowadzonych przez prof. Józefa Baniaka wynika, że 60 procent polskich księży związanych jest z kobietami. Ksiądz w takiej sytuacji zawsze jakoś sobie radzi. Ale co z kobietą? One same siebie nazywają różnie. Kochanka. Żona (to bardzo chętnie; „żona” w jakiś sposób porządkuje to, co nieuporządkowane w sferze seksu i moralności, a osoby wiążące się z księżmi często czują potrzebę takiego uporządkowania). Albo lepiej: niby-żona. Powiernica. Przyjaciółka. Ich mężczyźni w cztery oczy mówią do nich najczęściej po imieniu; unikają określeń. W większym gronie po prostu ich nie zauważają, albo poprzestają na zdawkowych grzecznościach. Parafianie? A to już zależy. Od wielkości parafii, stażu księdza „grzeszącego z kobietą”, tego czy robi to mniej, czy bardziej jawnie. Repertuar zaczyna się od „zwodnic”, kończy na „przebiegłych kurwach”. Najczęściej nie mogą otwarcie mówić o swojej miłości nawet bliskiej rodzinie. Więc piszą blogi. Te blogi są czytane przez inne kobiety związane z duchownymi, i wtedy

16

miasta kobiet

czerwiec 2014

gęsto chwalone. Albo przez pozostałych i znów: wyzwiska, surowe oceny. „Żyjąc w związku z księdzem jestem świadoma, że nigdy moje zachowanie, moje uczucia i moja miłość nie zostaną zaakceptowane przez społeczeństwo, ba! nawet przez najbliższych. Wchodząc w ten związek, ów brak akceptacji pociągał mnie i intrygował.”

PAULINA Nawet wybaczyłaby Jurkowi ten cyrk w pociągu, ale jest przecież jeszcze Marysia. Spotkali się przypadkiem w wagonie pociągu do Poznania. On - proboszcz jednej z dużych, wiejskich parafii w okolicach Inowrocławia. I ona - jego „żona” od siedmiu już lat. I ich wspólna córka, Marysia. Paulina nie rozumie: - Przecież nigdy nie jeździł pociągiem. Gdy tylko trzeba było załatwić coś w kurii, zawsze jechał tam tą swoją wypicowaną toyotą. Dlatego tak pewnie wsiadłam do przedziału. Bo na co dzień w kontaktach z ludźmi Paula nie ma śmiałości ani pewności. Wchodzi na przykład do sklepu w mieście, w pobliżu którego mieszka i pracuje jej ksiądz - i lękli-

wie rozgląda się, czy na niego nie natrafi. Idzie do spowiedzi - sprawdza, czy w konfesjonale nie siedzi choćby któryś z jego wikariuszy. Przecież tak często bywa na plebanii u Jerzego, że chyba i oni już czegoś się domyślili. Więc wchodzi pewnie do przedziału, a tam jej ksiądz: - Niezręczna sytuacja. Nie widziałam, co robić, tym bardziej że jechał w towarzystwie jakichś starszych, najwyraźniej znajomych ludzi. Potem powiedział jej, że to była rada parafialna. Że nie chciał, żeby mu zadeptali auta „buciorami od oprzątku”, więc pojechali pociągiem. Paulina już chciała się przywitać skinieniem głowy, gdy Jurek zasłonił się jakimiś papierzyskami, zawinął się dookoła ramienia i uciekł z przedziału. - Jeszcze ja to jakoś przebolałam, ale Marysia nie rozumiała, dlaczego „wujek” nie poznał ich, nie przywitał się. Bo dziecku kazali mówić na Jurka „wujek”. Potem przepraszał, tłumaczył, że spanikował, ale o moich uczuciach nie chciał słuchać. Może to i lepiej, bo bym mu się rozkleiła, a „żona” księdza proboszcza musi zawsze być silna i czujna.


tabu „Cieszyłam się, że mam swój Sekret, swoją Tajemnicę, swój mały Świat, którego nikt, nigdy nie zrozumie. Być może czułam się na swój sposób wyjątkowa.”

JUREK nie jest wyjątkiem. Mało który z księży związanych potajemnie z kobietami chce słuchać o ich uczuciach. - To znaczy na początku słuchają, bardzo chętnie. Księża to osoby wrażliwe, uduchowione. I to pociąga zazwyczaj młode, romantycznie usposobione dziewczęta. Ksiądz z definicji ma inne spojrzenie na życie, więcej czasu poświęca sferom uczuć, które „zwyczajny” mężczyzna dostrzega z trudem - mówi psycholog Wojciech Skarżyński. - Potem księża słuchają swoich kobiet trochę już mniej chętnie, bo im dalej w związek, tym zaczyna się to wszystko coraz bardziej komplikować. Kobiety takie komplikacje koniecznie chcą omawiać, faceci - nie bardzo. A obarczony problemami i poczuciem winy ksiądz już w ogóle. Trochę dlatego, że osiągnął cel, zdobył kobietę, której pragnął i - jak każdemu mężczyźnie -ździebko przestało już mu zależeć. Co jeszcze ciągnie kobiety do księży? Na przykład inteligencja. Poważne podchodzenie do życia. Paulina: - Mnie pociągała do Jerzego aura zakazanego owocu. Jako mężczyzna Jurek nie był atrakcyjny fizycznie - starszy ode mnie o dwanaście lat, łysiejący i otyły. Tłuszczu nie sposób było przykryć nawet sutanną i ornatem. A jednak w jego twarzy dostrzegałam coś takiego, czego nie widziałam w twarzy innych mężczyzn. Jakąś tajemnicę, jakieś niedopowiedzenie, nieoczywistość, powagę. Strasznie mnie to kręciło. No i ta jego odpowiedzialność. Bardzo uważa na słowa, bierze odpowiedzialność za to, co mówi. Nawet kiedy pierwszy raz mnie pocałował, nie wyznał mi miłości. Pierwszy raz spotkali się - tak naprawdę, wzrokiem i dotykiem - w jej kościele. Paulina była wtedy 22-letnią studentką, Jerzy kończącym posługę w jej parafii wikariuszem. Właśnie szedł na swoją parafię, ona żegnała go

„Panie, Ty jedynie wiesz, jak bardzo mnie boli to, że muszę ukrywać się z tym, co jest we mnie szczere, piękne i prawdziwe.”

PAULINA którejś czerwcowej środy obudziła się z myślą: „Pewnego dnia i tak wszyscy się dowiedzą”. Ta myśl nie dawała jej spokoju ani w czasie porannej krzątaniny wokół Marysi, którą trzeba było ubrać, nakarmić, zawieźć do przedszkola jak co dzień. Ani podczas robienia zwyczajnych zakupów za pieniądze, które - jak co tydzień przesłał jej na konto Jurek. „Niech to będą takie moje ciche alimenty” - powiedział, gdy wysyłał jej pierwszy raz. Teraz regularnie co tydzień śle 300-400 złotych; niedużo, ale na proste potrzeby jej i dziecka starcza. Ta myśl nie opuściła jej także podczas sprzątania grobu mamy, która zmarła z żalu, gdy dowiedziała się o romansie córki z księdzem. - Mamo, pewnego dnia on się ze mną ożeni! Zniosą celibat i ożeni się. Obiecał mi. I w końcu: tak czy inaczej już jestem przed Bogiem jego żoną - wykrzyczała kiedyś matce. Nie wiedziała, że krzyczy w twarz kobiecie w terminalnym stadium raka. - Zabiłaś mnie - powiedziała jej matka na OIOM-ie. Nie było ważne, że tak naprawdę zabił ją rak trzustki. Ważne było, żeby wzbudzić w córce wyrzuty sumienia. - Jak to: zabiłam? - Ja umieram z żalu. I ze wstydu. Że żyjesz z tym księdzem. Że masz z nim dziecko. Przecież wszyscy to widzą, Paulinko. - Mamo, ale to moja miłość, moja sprawa - chociaż wiedziała, że brzmi jak z „Harlequina”, nie znajdowała w tej sytuacji innych słów. Do obelg niektórych parafian Jurka, tych podejrzewających co nieco, przywykła. Na atak ze strony najbliższej osoby nie była przygotowana. Nie opuściła jej ta myśl już do końca dnia. Była, gdy upierała „mężowskie” spodnie i bieliznę - bo przecież gosposia mogłaby się domyśleć, skąd u księdza na slipach plamy po samoopalaczu. A na koszuli zawsze mogą zostać molekuły, ledwo wychwytywalne cząsteczki perfum, jej włosy. Nie wspominając

PIERWSZY RAZ SPOTKALI SIĘ - TAK NAPRAWDĘ, WZROKIEM I DOTYKIEM - W JEJ KOŚCIELE. PAULINA BYŁA WTEDY 22-LETNIĄ STUDENTKĄ, JERZY - KOŃCZĄCYM POSŁUGĘ W JEJ PARAFII WIKARIUSZEM. wraz z innymi osobami z parafialnego zespołu Caritas. - Podałam mu kwiaty, przytrzymał moją dłoń, spojrzał mi w oczy. Wtedy zobaczyła to wszystko na jego twarzy po raz pierwszy. Nowa parafia okazała się być niedaleko jej miasta. Gdy więc pewnego dnia zadzwonił z pytaniem, czy nie pomogłaby mu rozkręcić Caritasu, nawet nie zapytała, dlaczego właśnie ona, najmniej doświadczona z całej grupy. Wsiadła w autobus, pojechała. Zaczęli spotykać się regularnie. Od rozmów o Caritas przeszli do rozmów o życiu. Od spotkań w ciągu dnia do tych wieczornych i wczesno nocnych. Na noc nigdy nie została; są jakieś zasady, jakieś granice.

o banalnej szmince i podkładzie, który z latami zaczęła dobierać coraz ciemniejszy. Żeby przypadkiem nie odznaczał się zbyt mocno na czarnej koszuli, jak już nie uda im się dochować reguł konspiracji i jednak jakieś ślady zostaną. Ta myśl kręciła się też po głowie jak bączek, gdy kładła małą spać, a potem, gdy jak co dzień wysyłała do Jurka SMS-y z opisami, co też dzisiaj ich córka powiedziała, co zmalowała, czym zaskoczyła w przedszkolu. Zazwyczaj nie odpowiada na nie; po prostu czyta, przyjmuje do wiadomości. Przynajmniej taką ma nadzieję. - Od zwykłej kochanki dzieli mnie przepaść. Kochanka musi uważać, żeby w centrum handlowym nie wpaść na żonę face-

ta, z którym się kocha w weekendy. Ja muszę uważać, żeby nie wpaść na gosposię tego faceta, na jego całą radę parafialną, na biskupa, znajomych z roku i w końcu na Pana Boga. Wpadanie na Pana Boga boli najbardziej. „Kiedy to uczucie się we mnie rodziło, nie myślałam o tym, kim jest, nie myślałam o wyrzutach sumienia, nie myślałam o Bogu (…). To wszystko przyszło z czasem, kiedy zaczęłam dostrzegać w nim wady, kiedy pewne sprawy zaczęły mi przeszkadzać, kiedy nastąpiło pewne odrodzenie i umocnienie się mojej wiary.”

JUREK bardzo ją prosił na początku ich intymności, żeby ta sytuacja nie spowodowała odwrócenia się jej od Boga. - Kochanie, musisz wiedzieć: jest Pan Bóg na niebie, a on jest miłością. Ludzkie ustanowienia, zakazy i nakazy nie mają nad tym mocy - mówił jej. - Dlatego nie uciekaj przed spowiedzią, przed sakramentami. Bądź dalej córką Kościoła. Bycie „córką Kościoła” w tym nowym układzie bardzo ją bolało. Nie od razu, ale z czasem zaczęło uwierać jak piasek w sandałach podczas wspólnego sierpniowego wypadu na plażę, którego Paula nigdy się nie doczekała, mimo tylu obietnic. (Z czasem zrobiła sobie listę rzeczy, których nigdy razem nie zrobią: wspólny przytulany taniec w miejscu publicznym, wspólna organizacja I komunii ich córki, wspólne wakacje nad Bałtykiem.) - Najpierw normalnie przystępowałam do komunii. Podczas spowiedzi pomijałam całą historię z Jurkiem, nie opowiadałam o tym. Jakby nie istniało, albo nie było grzechem. Po prostu nie czułam potrzeby spowiadania się z tego, kogo kocham, kogo obejmuję i całuję. Nie miałam poczucia winy. Poza tym - jak mówią psycholodzy - w oczach zakochanej kobiety ksiądz-kochanek przestaje być osobą duchowną, a zaczyna być po prostu facetem, którego kochają. - Kiedy uprawialiśmy seks, spowiadałam się z tego, nie mówiąc, z kim się kochałam. Ale w końcu wyrzuty sumienia doszły do głosu. Wtedy Paula po prostu przestała chodzić do spowiedzi i komunii. Zaczęła potykać się o Pana Boga. Córkę ochrzciła, ale czy pośle ją do pierwszej komunii - nie wie. - Jaki ma to sens, bez ojca na uroczystości? Może lepiej niech podrośnie i sama podejmie decyzję. Sama nie wie, jak długo jeszcze znajdzie w sobie siłę, żeby odpierać ataki tych, którzy domyślają się prawdy, ale uważają, że „złapała sobie księdza” dla łatwych pieniędzy, z wyrachowania. Albo tych, co plują za jej plecami, bo „takiego dobrego księdza chce im zwieść”. Sama nie wie, ile jeszcze będzie miała siły, żeby potykać się o to wszystko: o ludzi, o Boga i o tę miłość. MARYSIA ma cztery latka. Czasem jeździ z mamą do „wujka księdza”, ale nie wie, że to jej tata. Na razie nie pyta, kto nim jest…

miasta kobiet

czerwiec 2014

17


WYBIERAJĄ Mężczyźni płacą, ale to kobiety wybierają mieszkanie. Z doświadczeń polskich developerów wynika, że nawet jeśli mężczyźni mają odmienne zdanie to i tak wykładają pieniądze na dom lub mieszkanie, które spodobało się partnerce. Mężczyźni zwracają uwagę na kwestie praktyczne: cena, koszty eksploatacji, opłacalność.Chcą wiedzieć, jak wartość nieruchomości będzie wzrastać w kolejnych latach. Najczęściej jednak nie mają zbyt wiele do powiedzenia, bo to i tak kobiety lepiej negocjują warunki kupna. Panie widzą więcej. Ważne jest dla nich wyposażenie, położenie, wygląd okolicy. Mężczyznę interesuje bezpieczeństwo i dobry dojazd, a kobieta zwróci uwagę na obecność obiektów kulturalnych, szkół, przedszkoli, restauracji, parku. Lista wymagań kobiet jest zawsze znaczenie dłuższa niż mężczyzn. Firma Mrozowscy przystąpiła do budowy budynku wielorodzinnego przy ul. Krasińskiego 82 w Toruniu, który spełni oczekiwania najbardziej wybrednej pani domu. Zaprojektowano w nim 20 przestronnych mieszkań o powierzchni od 47 m kw. do 69 m kw. Na najwyższych kondygnacjach ich atutem będą przestronne tarasy. Natomiast na parterze niektóre mieszkania będą wychodziły na zielone ogródki przyległe do budynku. Podziemny parking przewiduje 18 miejsc postojowych oraz 6 wolnostojących miejsc garażowych.

Mieszkania znajdują się w urokliwej i cenionej przez mieszkańców części Torunia - na Bydgoskim Przedmieściu. Niekwestionowane atuty tej lokalizacji to bliskość starówki, sklepów, punktów usługowych, przedszkoli i szkół. A z drugiej strony ponad stuletni Park Bydgoski i zapach jego zieleni, wśród której można spacerować, jeździć rowerem, skorzystać z placu zabaw lub biesiadować nad Martówką.

Budowa potrwa 12 miesięcy Budynek zaplanowano oddać do użytku w czerwcu 2015 roku. Realizuje go firma MROZOWSCY, która zajmuje się działalnością deweloperską od 2006 r. Firma jest współrealizatorem inwestycji Apartamentowca przy ul. Grudziądzkiej 31, Ścieżki Szkolnej oraz Osiedla „Przy Sobieskiego”. Mieszkania przy Krasińskiego 82 można już kupować. Warto sprawdzić jak wyglądają, wchodząc na stronę www.mrozowscy.com

FHU TOP SC MROZOWSCY ul. Królowej Jadwigi 20/7, 87-100 Toruń Biuro Sprzedaży Mieszkań: tel. 56 652 13 13 e-mail: top@mrozowscy.com

www.mrozowscy.com

18

miasta kobiet

czerwiec 2014

476514TRTHA


jej pasja Uwielbiam bigos, żurek i europejską muzykę, ale poza Chinami zawsze będę kimś stojącym trochę obok. Z Huayu Li*, studentką Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, rozmawia Dominika Kucharska ZDJĘCIA: Tomasz Czachorowski

Musisz mnie nauczyć wymawiać swoje imię. OK. Powiem powoli: Li Huayu. Li Huaju… Li Hłaju… Prawie dobrze! Jakiemuś Polakowi udało się to od razu? Jeszcze nigdy (śmiech). Część osób mówi do mnie Li. To moje nazwisko. Większość stara się jednak wymawiać zarówno imię, jak i nazwisko. Od jak dawna mieszkasz w Polsce? Prawie od czterech lat. Profesor Maria Murawska, rektor Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, pojechała do Chin, aby poszukać muzyków, którzy mogliby uczyć się na AM. Przez pięć lat śpiewałam w chórze. Zgłosiłam się na przesłuchanie, zaśpiewałam i udało się. Domyślam się, że decyzja o wyjeździe do tak odległego kraju była niezwykle trudna. I tak, i nie. Ciężko było mi pogodzić się z tym, że nie będę mogła codziennie widywać się z rodzicami, ale odkąd pamiętam, chciałam uczyć się w Europie. Zakochałam się w waszej muzyce klasycznej, operowej. Nie miałam sprecyzowanych planów, co do kraju, więc to przesłuchanie pomogło mi podjąć decyzję. Nie ukrywam, że tęsknię za krajem, chociaż w Bydgoszczy czuję się bardzo dobrze. Znajduję tu wszystko, czego potrzebuję, wszędzie mam blisko.

Chopin NUCI

Pod względem kulturowym, i nie tylko, Chiny i Polska to dwa światy. Trudno było się przystosować? Jak przyjechałam tu pierwszy raz, to najmocniej odczułam różnicę językową. Całe szczęście trafiłam na bardzo pomocnych ludzi. Dali mi duże wsparcie i wciąż mogę na nich liczyć. Polacy są miłym narodem. Różnic między nami jest jednak dużo i wiem, że zawsze będę tu w jakimś stopniu kimś stojącym trochę obok, odstającym od reszty. Mimo że poznałam europejskie życie, to wciąż jestem Chinką. My mamy inną kulturę, mentalność, religię. Na przykład, podoba mi się to, że tak dużą wagę przykładacie do obchodzenia świąt. Ja niestety ich do końca nie rozumiem, jest mi to po prostu obce, nie moje. Na początku nie mogłam się też przyzwyczaić do waszych pór posiłków. W Chinach jemy śniadanie o 8, a obiad jest o 12. Jak mam zajęcia od 11 do 14, to mój żołądek woła o obiad, a na ten trzeba czekać do 15! A co z polską kuchnią? Przypadła Ci do gustu? I to jak. Uwielbiam wasze dania! Sama nauczyłam się robić żurek. Moim faworytem jest bigos. Bardzo smakują mi też gołąbki, sernik i zupy - pomidorowa, ogórkowa… Pycha! Kuchnia to kolejna różnica między naszymi państwami. Chińskie dania serwowane w Polsce mają mało wspólnego z tymi, które można zjeść w Chinach. Większość turystów, którzy nas odwiedzają, ma problemy z żołądkiem. Przede wszystkim gotujemy bardzo dużo. Wiele rzeczy smażymy, mamy inne przyprawy. Wy na obiad zjadacie np. kotlet z ziemniakami. My natomiast na jeden posiłek przygotowujemy kilka rodzajów mięsa, kilka rodzajów warzyw. Jemy miasta kobiet

czerwiec 2014

19


jej pasja wszystkiego po trochu. Dla Europejczyka taki miks może być ryzykowny. Ryzyko było także wpisane w spektakl muzyczny, w którym zagrałaś jedną z głównych ról. W sztuce „Chopin. Niebezpieczne związki” spróbowaliście ugryźć twórczość słynnego kompozytora z zupełnie innej strony. Zaczęło się od tego, że mój nauczyciel, Witold Szulc, przyszedł i oznajmił, że ma świetny pomysł. „Będziemy śpiewać Chopina” powiedział. Pomyślałam „Chopin? Co w tym odkrywczego?”. Ale wtedy dodał, że aranżacje będą klasyczne i jazzowe, a ja już wiedziałam, w czym tkwi genialność tego pomysłu. Poza tym, że jestem klasyczną śpiewaczką, fascynuję się jazzem. Ten gatunek wprowadza świeżość, daje duże możliwości, zawsze mnie inspiruje. Obawiałam się jednak, że muzyka Chopina w klasycznym wydaniu jest na tyle piękna, że nic lepszego nie da się z niej wyciągnąć. Byłam niedowiarkiem, ale… Ale… Trafiliśmy na świetnego twórcę jazzowych aranżacji - Adama Lemańczyka. On sprawił, że utwory Chopina zyskały nowy przekaz. Myślę, że osoby, które nie mają pojęcia o muzyce, nie przepadają za muzyką klasyczną, dzięki takiemu przedstawieniu mogą zakochać się w tej melodii. Każdy z muzyków pracujących nad spektaklem wnosił coś od siebie. Początkowy pomysł rozrastał się o kolejne. Ta muzyka nas pochłonęła, staliśmy się jej częścią. Nieraz gram w operze, gdzie np. wcielam się w rolę czterdziestoletniej pani, wymachującej wachlarzem, siedzącej prawie bez ruchu. Potrafię to odegrać, ale wiem, że to nie do końca ja. W tym przedsięwzięciu śpiewamy utwory Chopina, ale wkładamy w nie bardzo dużo siebie. Jak czujesz się na scenie? Gdy wiem, że będę występowała przed publicznością, to ciągnie mnie na scenę. Nic nie działa na mnie bardziej motywująco. Kocham to uczucie i szybko zapominam o stresie. Zdecydowanie inaczej występuje mi się na konkursie czy egzaminie. Wtedy mam wrażenie, że jury tylko czeka na moje potknięcie. Nie pozwalam jednak, żeby strach zwyciężył. Wyobrażam sobie, że jestem zupełnie sama. To pomaga. W spektaklu „Chopin. Niebezpieczne związki” uwodzisz na scenie. Mam wrażenie, że nie sprawiło Ci to najmniejszego problemu. To prawda. Uczymy się wcielać w takie role. Flirtować, cieszyć się, cierpieć… To część pracy każdej osoby występującej na scenie. Wciąż się uczymy, więc reżyser stawiał nam zadania. Mówił, żeby sobie wyobrazić, że nie stoi przed nami kolega z roku, a coś, na co mamy ochotę, np. deser. Czego słuchasz w domu? Po zajęciach słucham muzyki klasycznej, ale to moje zadanie domowe. Później sięgam po naprawdę zróżnicowane gatunki. Oczywiście nie może zabraknąć mojego ukocha-

20

miasta kobiet

czerwiec 2014

Huayu do perfekcji opanowała polskie słowa pieśni Chopina (na zdj. próba spektaklu „Chopin. Niebezpieczne związki”).

nego jazzu i utworów z musicali. Słucham też reggae, country i muzyki folkowej z różnych miejsc. Usłyszałam kiedyś, jak grają polscy górale i byłam zachwycona. Staram się śledzić najnowsze kompozycje. Jestem fanką muzyki z produkcji Disneya. Teksty tych piosenek bywają zabawne, ale melodie są naprawdę interesujące. Każdemu polecam się w nie wsłuchać. A Lady Gaga czy Justin Biber? Taką muzykę słyszę, jak chodzę po sklepie, albo gdy bawię się w klubie i nie mam z tym problemu. Nie skupiam się jednak na niej, ona po prostu jest gdzieś w tle i tyle. Muzyka to… Dla mnie coś magicznego. Coś, co pozwala mi nawiązać niezwykły kontakt z moją duszą. Dźwięki wpływają na każdą komórkę ciała. Jak słyszę muzykę, to jestem szczęśliwsza. Nie potrafię sobie wyobrazić życia bez tego. To byłaby dla największa tragedia. Gdy jesteś smutna słuchasz… Czegoś głośnego, jak rock. Innym razem wybieram coś symfonicznego, co mnie uspokaja. A gdy jesteś szczęśliwa? Wtedy wybieram jazz albo coś szybkiego, pobudzającego do tańca, jak country. W życiu trzeba szukać pozytywów. To sprawia, że czujemy się lepiej, młodziej. Ale Ty masz zaledwie 22 lata! Być może właśnie dlatego tak mówię i czuję się tak, jak 22-latka powinna się czuć. Za 10 lat moje podejście do życia może być inne i wtedy inaczej odpowiem na to pytanie. Może wtedy będę smutniejsza, bardziej zestresowana, choć mam nadzieję, że tak nie będzie (śmiech). Pochodzisz z Kunming, stolicy prowincji Junnan. To piękne miasto. U nas przez cały rok trwa wiosna, jest ciepło, prawie nigdy nie pada śnieg. Góry i doliny tworzą malowniczy krajobraz. Raz do roku tam wracam. To zdecydowanie za rzadko. W Chinach podejście do kobiet jest inne niż w Polsce? W dzisiejszych czasach trudno mi wskazać takie różnice. Na pewno w Chinach kobiety i mężczyźni są w pewien sposób separowani. Na przykład mamy oddzielne domy studenckie - żeńskie i męskie. Małżeństwo jest

przepustką do tego, żeby na studiach móc zamieszkać razem. Dziś jednak młodzi ludzie na całym świecie mają podobne podejście i te sztywne zasady nie są aż tak sztywne. Zdziwiłam się natomiast, gdy zamieszkałam w domu studenta w Bydgoszczy i okazało się, że łazienki są wspólne dla obu płci. Pomyślałam, że będę wychodziła spod prysznica i natknę się na jakiegoś chłopaka. Całe szczęście okazało się, że tak to nie wygląda i do wszystkiego można przywyknąć. Twoi profesorowie chwalą Cię za pracowitość... O, to miłe. Przykładam się do tego, co robię. Wychodzę z złożenia, że nikt nie jest na tyle utalentowany czy inteligentny, żeby być w czymś najlepszym bez wkładania w to wysiłku. To moja filozofia - 99 procent ciężkiej pracy i 1 procent tego czegoś. Moim zdaniem tylko to prowadzi do perfekcji. Fakt, że nie jesteś Polką sprawia, że masz trudniej? Chwilami to mnie przytłacza. Dorastałam w innej kulturze, mój język to chiński. Osoby stąd po zajęciach, wracają do swoich domów, mają blisko do swojej rodziny. Nie stresuje ich to, że mogą czegoś nie zrozumieć. Używają podobnych skrótów myślowych, generalnie ich mentalność jest podobna. Pod tym względem zawsze będę outsiderem, nigdy nie wtopię się w polskie otoczenie w stu procentach. Nie mogę na wykładzie ukradkiem napisać SMS-a. Muszę być w pełni skupiona. W życiu każdy o coś walczy. Na uczelni chcemy osiągać jak najlepsze wyniki. Trudniej zdobywam informacje, chociaż otrzymuję ich więcej niż polscy studenci. Czasem mam ochotę dać sobie trochę więcej luzu, pozwolić na bycie gorszą, bo przecież jestem Chinką na polskiej uczelni. Jednak gdy do tego dochodzi, czuję, że traci na tym moja ambicja. Wtedy mówię sobie - „wyobraź sobie, że jesteś Polką i wykonaj swoje zadania na najwyższym poziomie”. Tak pozbywam się wymówek. O czym marzysz? Chciałabym być naprawdę dobrą śpiewaczką. Nie chcę stać w miejscu, a wciąż się rozwijać. W sferze osobistej marzy mi się, aby zawsze mieć obok siebie grupę prawdziwych przyjaciół i swoją muzykę. Zamierzasz wrócić do Chin? Tak, ale jeszcze nie wiem, kiedy. Chcę się nadal kształcić. Może spróbować swoich sił w innej części Europy, ale Chiny to mój prawdziwy dom, moje korzenie, a ludzie po każdej podróży wracają do domu. *Huayu Li Ma 22 lata. Pochodzi z Chin. Od czterech lat mieszka w Bydgoszczy, gdzie studiuje na Wydziale Wokalno-Aktorskim Akademii Muzycznej. Zagrała jedną z głównych ról w spektaklu muzycznym „Chopin. Niebezpieczne związki”.


Szpital Uniwersytecki nr 2 im. dr. Jana Biziela

Kobiecość (nie)zbadana Za nami „Biała Sobota”

Z

ponad 40 badań USG na nowoczesnym, wysokiej klasy sprzęcie. Oceniano w ten sposób rozwój ciąży pacjentek, co w kilku przypadkach pozwoliło wykryć nieprawidłowości natury ginekologicznej, które będą wymagały dalszej diagnostyki i leczenia. Ciężarnym proponowano także oceniane przez lekarzy zapisy kardiotokograficzne (KTG). Przyszłe mamy z dużym zainteresowaniem uczestniczyły w warsztatach i lekcjach na temat ciąży i opieki nad niemowlęciem. Nasze położne instruowały także, w jaki sposób dbać o swoje piersi po porodzie i udzielały porad odnośnie problemów z laktacją. Wszyscy chętnie zwiedzali oddział położniczy, noworodkowy oraz blok porodowy. Uczestniczki wydarzenia wychodziły z naszego szpitala z upominkami, brały też udział w losowaniu cennych nagród, takich

jak bon podarunkowy na zakup ubranek dla niemowlaka czy specjalny żel ułatwiający poród. Dodatkową atrakcją „Białej Soboty w Bizielu” był koncert dwóch solistek z Wydziału Wokalnego Państwowego Zespołu Szkół Muzycznych w Bydgoszczy - Anny Chmielewskiej i Magdaleny Bathis - pod batutą prof. Wojciecha Pospiecha. Bardzo duże zainteresowanie całych rodzin raz jeszcze pokazało, że takie działania, jak „Biała Sobota”, mają sens. Pozwalają zaprezentować nie tylko możliwości wysokiej klasy sprzętu medycznego, ale nade wszystko, profesjonalną, stojącą na najwyższym poziomie wiedzę medyczną całego personelu oraz ciągłe zaangażowanie w opiekę nad naszymi Pacjentkami, obecnymi, byłymi i przyszłymi. Lek. Radosław Janicki

miasta kobiet

czerwiec 2014

21

742714BDBHA

okazji dziesięciolecia wstąpienia Polski do Unii Europejskiej w wielu miastach na terenie całego kraju odbyły się Dni Otwarte Funduszy Europejskich. Jedną z najbardziej wyrazistych bydgoskich atrakcji tego ogólnopolskiego przedsięwzięcia była „Biała Sobota”, zorganizowana 10 maja 2014 w Szpitalu Uniwersyteckim nr 2 im. dr. Jana Biziela. Wydarzenie to spotkało się z ogromnym zainteresowaniem mieszkańców naszego regionu. Pod czujnym okiem profesora Marka Grabca swoje umiejętności, nowoczesny sprzęt i wiedzę zaprezentował personel Kliniki Położnictwa, Chorób Kobiecych i Ginekologii Onkologicznej. Nasi specjaliści bezpłatnie służyli radą licznie przybyłym przyszłym mamom oraz pacjentkom z problemami ginekologicznymi. W ciągu dnia wykonano łącznie


intymnie

PARTNER CYKLU

Trzeba

POCZUĆ chemię Wiedziałam, że profilaktyczne badania u ginekologa są czymś normalnym i potrzebnym. Do dziś jestem pewna, że wpływ na to miała szczera rozmowa z mamą i pierwsze wrażenie z gabinetu. Czy jednak wszystkie kobiety mają tyle szczęścia? TEKST: Lucyna Tataruch, Paulina Błaszkiewicz

P

amiętam dobrze dr. Grzegorza Ludwikowskiego, lekarza, u którego byłam na pierwszej w życiu wizycie ginekologicznej. Zaprowadziła mnie na nią mama. W gabinecie zostawiła mnie pod opieką doktora i wyszła. Nie czułam dyskomfortu, strachu czy skrępowania. Pokój był przyjazny, w jasnych barwach, fotel ciepły, a doktor miły i sympatyczny. Wiedziałam też, że profilaktyczne badania u ginekologa są czymś normalnym i potrzebnym. Do dziś jestem pewna, że wpływ na to miała szczera rozmowa z mamą i pierwsze wrażenie z gabinetu. Czy jednak wszystkie kobiety mają tyle szczęścia?

DLA MŁODEJ PACJENTKI - Na pierwszą kontrolę młoda kobieta powinna udać się w okresie dojrzewania - podkreśla dr Ludwikowski. - Bywa tak, że badanie wewnętrzne budzi w pacjentkach skrępowanie, jednak na samym początku nie zawsze trzeba je wykonywać. Na pewno dobrym specjalistą przy pierwszej wizycie będzie ginekolog dziewczęcy, są tego typu specjalizacje. Taki lekarz powinien wprowadzić młodą pacjentkę we wszystko, co dzieje się w jej organizmie. Ginekolog dr Lech Mizarewicz dodaje, że do jego gabinetu często przychodzą z matkami szesnasto- i siedemnastolatki, a czasem i młodsze dziewczyny. - One przy mamie nie mają problemu z tym, żeby się rozebrać, ale obowiązkiem lekarza i tak jest stworzenie odpowiedniej, przyjaznej atmosfery. Tłumaczę moim młodym pacjentkom, że wziernik jest plastikowy, łatwy do założenia, że nie jest zimny. Można sobie z tym poradzić. MA PRAWO Obydwaj specjaliści mają za sobą dziesiątki lat pracy w zawodzie, dr Ludwikowski jest gineko-

22

miasta kobiet

czerwiec 2014

logiem 30 lat, dr Mizarewicz - 40. Przez ten czas wiele się zmieniło. Duży wpływ na sytuację ma sam postęp cywilizacyjny i dostęp do informacji w mediach. Zwiększa się też grupa wykształconych pacjentek, które mają większą świadomość swojego ciała i potrzeb. Jednak nadal zdarzają się zadziwiające braki w wiedzy na temat fizjologii własnego organizmu. - Pytania pacjentek są zaskakujące - przyznaje dr Ludwikowski. - Pytano mnie np. czy włożenie tamponu podczas miesiączki nie zablokuje odpływu moczu. Może wydawać się szokujące, że ktoś nie zna tego schematu budowy. Ale oczywiście pacjentka ma prawo czegoś nie wiedzieć i do nas należy uświadomienie jej, tak żeby przy okazji nie poczuła się źle.

CZAS SZYBKO LECI Mimo większej wiedzy kobiet, wizyta u ginekologa nadal dla wielu z nas bywa jedynie przykrym, pomijanym często obowiązkiem. O tym, że u specjalisty nie spotka nas nic złego, przekonują kampanie typu „Bezpieczny fotel”. Dr Ludwikowski przyznaje, że z regularnymi wizytami bywa różnie. Przyjmuje pacjentki, które bardzo skrupulatnie przestrzegają wszelkiego rodzaju zaleceń. Czasem nawet starają się wyprzedzić lekarza i przychodzą częściej niż to konieczne. Ale są też takie, które zapominają i zjawiają się po kilku latach. - Mówią wtedy, że nawet nie zauważyły, jak ten czas szybko leci. Zdawało im się, że były rok temu, a tu mijają już trzy lata. Pacjentki pojawiające się u ginekologa po dwudziestu latach od ostatniego porodu wspomina dr Mizarewicz. - To jest bardzo przykre, bo takie kobiety przychodzą do lekarza często już z zaawansowanym nowotworem, np. szyjki macicy, jajnika czy piersi.

Specjaliści podkreślają, że częstotliwość wizyt powinna zależeć bezpośrednio od zaleceń lekarza. Pierwsza kontrola nakreśli nam, kiedy musimy zjawić się u ginekologa ponownie. A dalej to już kwestia pilnowania regularnych wizyt.

Z DYSTANSEM Skąd biorą się te zaniedbania profilaktyki? Często stoi za tym wstyd i strach przed tą specyficzną wizytą. - Zależy to w dużej mierze od lekarza i jego umiejętności nawiązania kontaktu - dodaje dr Ludwikowski. - Badanie ginekologiczne jest naruszeniem strefy intymnej i wejściem w bardzo bliski kontakt. Trzeba zachować przy tym integralność pacjentki. Wiele zależy też od podejścia kobiety do swojego ciała i zdrowia. Tak naprawdę każda jest inna i z każdą trzeba inaczej rozmawiać. Dobry ginekolog to potrafi. Wiele z nas zna przynajmniej jedną opowieść koleżanki o ginekologu, który ją zawstydził, czy pozwalał sobie na niewybredne żarty. Wypytywał o niepotrzebne - naszym zdaniem - rzeczy odnośnie współżycia, wprowadzał atmosferę rodem ze spotkania przy piwie. I choć rozmarzone westchnienie lekarza „Ach jaką ładną ma pani macicę” prędzej wywoła uśmiech niż oburzenie, inne zbyt luźne komentarze mogą nas zniechęcić do badań. Bywa, że już na zawsze. Doktor Ludwikowski zaznacza jednak, że większość lekarzy podchodzi do swoich obowiązków profesjonalnie. - Jeśli komuś zdarzy się jakiś nieodpowiedni komentarz, to podejrzewam, że jest to próba rozładowania atmosfery, stresu pacjentki. Może być tak, że lekarz wybierze sposób postępowania, który sprawdził się z poprzednią pacjentką, ale tej, która przyszła później, już nie odpowiada. Są kobiety, które oczekują, żeby lekarz zachował odpowiedni


PARTNER CYKLU

KOMFORTOWO Wiele problemów, z jakimi kobiety zwracają się do ginekologów, jest dla nich wyjątkowo trudna i osobista. Specjalizacja, jaką zajmuje się dr Ludwikowski, nierzadko wymaga dodatkowych konsultacji psychologicznych. - Kwestia ograniczenia płodności to temat, który jest coraz szerszy, wiele kobiet i mężczyzn ma z tym kłopot. Najważniejsze jest, by wdrożyć prawidłową diagnostykę całej pary. Ale w między czasie często jest tak, że w ludziach narasta ogromny stres, który potrafi rozbić nawet udany związek. Pomoc z zewnątrz jest wtedy bardzo cenna. Specjalista za każdym razem stara się uświadomić pacjentkom, że wszystko można leczyć, niczego nie trzeba się wstydzić. Dobry lekarz zrozumie każdy problem. - Stres zmniejsza skuteczność terapii. Dlatego tak ważny jest komfort kobiety podczas wizyt lekarskich, ciepło i poczucie bezpieczeństwa - dodaje.

DOBRY LEKARZ GINEKOLOG PRZEDSTAWI NAJPIERW CAŁY PROCES POSTĘPOWANIA I JEGO KOLEJNE ETAPY. NAKREŚLI, CO BĘDZIE BADAŁ, PO CO I JAK. RAZEM Z PACJENTKĄ WYBIERZE AKCEPTOWANĄ PRZEZ NIĄ METODĘ. właściwą diagnozę. Jednak w większości przypadków takie badanie nie wywołuje bólu.

dystans, ale są też takie, które się rozluźniają, gdy ginekolog okaże się bardziej bezpośrednim człowiekiem. Nieprzyjemne sytuacje to raczej błąd doboru postępowania, a nie jakaś celowa próba wywołania stresu.

NIĆ POROZUMIENIA Specjaliści podkreślają, że nie ma jednej, uniwersalnej metody, która pozwoli nam powiedzieć od razu, który lekarz będzie odpowiedni dla każdej kobiety. - Trochę jest to kwestia szczęścia, ale w dużej też mierze odpowiedniego wywiadu - dodaje dr Ludwikowski. - Wiadomo, że pacjentki rozmawiają między sobą o wizytach, koleżanki wymieniają się doświadczeniami, matki polecają lekarzy córkom. Każdy musi wyczuć swoją chemię, złapać z lekarzem tę nić porozumienia, czuć zaufanie. Na pocztę pantoflową zwraca uwagę też dr Mizarewicz. - Laik nie rozpozna, który sprzęt w gabinecie jest dobry i który lekarz przepisuje odpowiednie leki. Rozmowy między sobą i nawet fora internetowe są tu przydatnym źródłem informacji. Zarówno zła, jak i dobra opinia o ginekologach bardzo szybko się rozchodzi. Dr Ludwikowski zaznacza, że każdy ginekolog ma swój target. - Każdy w swojej praktyce wybiera jakąś ścieżkę, bo nie da się być dobrym we wszystkim. Można zajmować się położnictwem, medycyną rozrodu, operacyjną itd. I tym też powinny kierować się kobiety przy wyborze lekarza. Ja zajmuję się niepowodzeniami rozrodu, więc siłą rzeczy trafiają do mnie przede wszystkim pacjentki w średnim wieku, które nie mogą zajść w ciążę lub ją straciły. Jeśli uda im się urodzić zdrowe dzieci, to później ta wieść się rozchodzi. I inne kobiety czują, że mają dzięki wizycie dużą szansę na sukces.

U PANI DOKTOR Traumę pacjentek tłumaczy też dr Mizarewicz: - Każdy lekarz, tak samo jak każdy człowiek, jest inny. To prawda, że jeśli ginekolog zbada w sposób niedelikatny dziewczynę, to prawdopodobnie ona więcej do niego nie pójdzie. Jeśli dołożymy do tego gabinet oklejony medycznymi obrazkami, w zimnych kolorach, to uraz gotowy. Wydawać by się mogło, że łatwiej będzie nam pójść do ginekolożki. Dr Ludwikowski dodaje, że kobiety specjalistki częściej są wybierane przez młodsze pacjentki, przy pierwszych wizytach. Jednak większość pań, z którymi rozmawia, woli ginekologów mężczyzn. Gdyby posłuchać obiegowych opinii, to coś w tym jest. Wiele z nas powtarza jak mantrę, że mężczyźni w gabinecie są delikatniejsi. Czy faktycznie? - Nie mogę tego potwierdzić. Widzę, jak koleżanki badają i nie sądzę, aby była jakaś ogólna zasada, że robią to gorzej. Starają się jak najmniej urazić pacjentkę. Oczywiście, badanie musi być przede wszystkim skuteczne, więc czasem jest tak, że jakiś ruch wziernika może zaboleć i wynika to z trudności anatomicznych. Trzeba je pokonać, żeby np. odsłonić szyjkę macicy i pobrać wymaz cytologiczny, czy właściwie ocenić narządy wewnętrzne. Musimy więc starać się być jak najbardziej delikatni, ale też postawić R

E

K

L

intymnie

Z OPTYMIZMEM Co pomoże nam poczuć się pewniej? Rozmowa z dobrym ginekologiem, który przedstawi najpierw cały proces postępowania i jego kolejne etapy. Nakreśli, co będzie badał, po co i jak. Razem z pacjentką wybierze odpowiednią, akceptowaną przez nią metodę. Kobieta musi znać alternatywne sposoby i przede wszystkim ufać swojemu lekarzowi. - Badanie i późniejsze leczenie nie musi być trudne - dodaje specjalista. - Nawet jeśli początkowo wymaga pewnych poświęceń finansowych czy emocjonalnych, to później wszystko się zwraca. Nagrodą jest zdrowie, a przecież nie ma nic cenniejszego. Poza tym, proszę zwrócić uwagę na ściany w gabinetach specjalistów, którzy np. tak jak ja zajmują się leczeniem problemów z płodnością. Wypełnione są zdjęciami dzieci i życzeniami od rodziców. Pacjentki chcą podzielić się z innymi swoim sukcesem, zarazić optymizmem, pokazać, że warto się badać. I że nie taki straszny ten ginekolog, jak go malują.

A

M

A

236614TRTHB

miasta kobiet

czerwiec 2014

23


temat

24

miasta kobiet

czerwiec 2014


kontrowersje

BEZ ZOBOWIĄZAŃ Łączy nas tylko seks - tak o swoich „związkach” mówią przyjaciółki z bonusem. - Nie nadaje się do życia, niech się nada chociaż do łóżka, a z resztą sobie poradzę - mówią. TEKST: Paulina Błaszkiewicz

S

eks jest dla niektórych dorosłych, tych sparowanych - tak myśli większość. Nie masz męża ani chłopaka - nie możesz uprawiać seksu. - Co za bzdury - mówi 28-letnia Aneta. - Nie masz faceta? Znajdź przyjaciela, ale nie takiego zwykłego. Z bonusem. Nie mów, że o tym, nie słyszałaś. Takich kobiet, które na niejednego takiego w życiu trafiły, jest na pęczki. Nie mówi się o tym głośno, bo nie przystoi. Nazwą cię zaraz puszczalską. Wiesz, facet miewa przygody, a ty się puszczasz - taka jest nasza patriarchalna filozofia. - A jaka jest ta matriarchalna? - pytam. - Dla mnie to taka, że możesz robić, co chcesz. Nie musisz być w stałym związku, żeby iść z kimś do łóżka - odpowiada Aneta. Trudno mówić o liczbach, pisząc o zjawisku nazwanym już na zachodzie „friends with benefits” albo „living apart together”, bo nawet badaczom, którzy coraz częściej przekraczają granice, ciężko namówić badanych na tak intymne zwierzenia. Związki krótkoterminowe pod ładnymi nazwami jednak istnieją i jest ich coraz więcej. Kto w nie wchodzi i dlaczego? Zapytałam o to przyjaciółki z bonusem. Ola, Aneta i Malwina - trzy kobiety w różnym wieku. Dzieli je różnica pokoleń, liczba dzieci, wykonywany zawód. Łączy związek z bonusem, który powstał z różnych powodów…

OLA, 22 LATA Tomek - to imię, które przyprawia mnie o zawrót głowy. Moja pierwsza licealna miłość. Przystojny, inteligentny, z pasją i… starszy o dwanaście lat. Ideał. Podkochiwałam się w nim długo. On jednak wolał traktować mnie jak siostrę. To było chore i platoniczne uczucie w jedną stronę. Skończyło się w momencie, kiedy dowiedziałam się, że z kimś jest. Było mi przykro, ale jakoś to przeżyłam. Po trzech latach milczenia odezwał się. Dawne emocje wróciły. Zaczęliśmy pisać… no właśnie, pisać. Dzisiaj takie związki żyją dzięki telefonom komórkowym. Po krótkim czasie bardzo się do siebie zbliżyliśmy, a on coraz częściej zaczął wspominać, że jestem już dorosła. SMS-y z podtekstem. Nie bądź dzieckiem, już nie wypada, bądź kobietą itp. Trudno było się nie zorientować, że chodzi o jedno. Moje tłumaczenia, że traktuję go poważnie i nie chcę przelotnego związku, odbijały się niczym od ściany. „Jeśli sama się nie skrzywdzisz, ja tego nie zrobię”, „Spuść się ze smyczy, będzie fajnie”. W końcu nie wytrzymałam. Powiedziałam sobie: to jest facet mojego życia, niech będzie nawet na chwilę, tylko do łóżka, ale

będzie. Nie było już długich rozmów, randek i flirtów. Był seks. Bez zobowiązań. Przez cały czas łudziłam się, że coś z tego wyjdzie, choć on wyraźnie dawał mi do zrozumienia, o co mu chodzi. Miarka przebrała się pewnego wieczoru, kiedy spotkaliśmy się w jednej knajpie. Udawał, że mnie nie widzi… Byłam dziewczyną do łóżka, z którą nie wypada się pokazywać przy znajomych. Taki bonus dostałam.

ANETA, 28 LAT Jestem po dwóch nieudanych związkach. Mam dość facetów, ale mam swoje potrzeby. Pracuję po dwanaście godzin dziennie i czasem potrzebuję rozrywki. Wyjścia do kina lub na kolację, a czasem wieczoru tylko we dwoje. Nie chcę jednak dostać w pakiecie prania, sprzątania i gotowania albo poznawania poszczególnych członków rodziny. Chcę seksu. A po wszystkim chcę się wyspać. Sama. Jeśli komuś to nie odpowiada, to trudno. Znajdzie się inny. To nie tak, że nienawidzę mężczyzn. Ja po prostu jestem skupiona na sobie. Wiem, że sposób mojego myślenia jest efektem porażek, które poniosłam. Teraz spotykam się z pewnym facetem, którego poznałam na wieczorze panieńskim mojej koleżanki. Było miło. Fajni ludzie, zabawa, alkohol i… on. Wieczór zakończyliśmy w moim mieszkaniu. Po raz pierwszy w życiu było mi po prostu dobrze. Bez zbędnych ceregieli, podchodów itd. Czysty seks. Spotykamy się do dziś. Nie obchodzi mnie, kim jest mój kochanek. A może ma nawet żonę? I co z tego. W poniedziałki i czwartki jest mój. Zdarzają się też tak zwane spontany, kiedy biorę telefon i piszę, żeby do mnie przyjechał. Nikt ze znajomych nie wie, że z kimś jestem. Bo tak naprawdę nie jestem. Rodzina patrzy na mnie jak na zrozpaczoną kobietę. I niech patrzy. Ja w końcu żyję tak, jak chcę. Wiem też, że nie chcę być do końca życia sama, ale obecnie wyznaję zasadą „tu i teraz”. MALWINA, 42 LATA Rok temu, po dwudziestu latach małżeństwa rozwiodłam się z mężem. Powód? Zdrada. Teraz żyję sama. Jestem matką osiemnastolatka. Osiem miesięcy temu spotkałam mężczyznę, z którym spędziłam cudowny wieczór. Po karnawałowej imprezie, na którą on przyszedł z żoną, wylądowaliśmy w hotelu. To był najlepszy seks w moim życiu. Na nowo odkryłam, że jestem kobietą. Pamiętam, jak stałam rano przed łazienkowym lustrem i mówiłam sama do siebie: „ Jak dobrze, że mój mąż mnie rzucił”…

Byłam szczęśliwa nawet wtedy, kiedy telefon mojego kochanka dzwonił bez przerwy. Nie wiem, czy potrzebowałam dowartościowania, czy zrobiłam to z zemsty? Ktoś mógłby powiedzieć, że jestem skończoną idiotką, bo poszłam do łóżka z żonatym facetem. Ja widzę to zupełnie inaczej. Przez kilkanaście lat byłam poniżana w ten sposób przez mojego męża. W ogóle nie było mi żal tamtej kobiety. Uważam, że ja nikogo nie krzywdzę. Ja nie mam nic do stracenia. Jeśli będzie się chciał ze mną spotykać, dlaczego mam z tego rezygnować? Bycie świętą przez większość życia nie odpłaciło mi niczym dobrym. Poza tym dziś inaczej podchodzę do związków. Wcześniej byłam na każde zawołanie. Teraz to ja rozdaję karty. Nie chcę analizować tego, co się stało. Nie mam już dwudziestu lat, ale mam życiową mądrość, która pozwala jasno ocenić sytuację. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby on chciał ze mną być tak na poważnie. Nie zastanawiam się nad tym. Czas pokaże.

SLOGANY I NAUKA „Mam wszystko pod kontrolą”, „To tylko seks”, „Zakochanie mi nie grozi” - to najczęstsze slogany, które idą w parze z przyjaciółmi z bonusem. Dlaczego slogany? Amerykańska antropolożka Helen Fisher mówi o hormonach, które nieźle potrafią namieszać. Wazopresyna i oksytocyna - wydzielane w trakcie orgazmu - mogą sprawić, że królewicz na jedną noc będzie mile widziany także na co dzień. Seks pełni silną rolę więziotwórczą, dlatego myślenie, że przyjaźń z bonusem przerodzi się w związek nie jest żadnym błędem. Finał z happy endem w takich relacjach rzadko się sprawdza, dlatego w związki z bonusem mogą wchodzić ludzie z zimnym sercem albo hedoniści. To na nich zwraca uwagę amerykański socjolog Anthony Giddens, pisząc o miłości współbieżnej. Jego zdaniem to miłość występująca w świecie późnonowoczesnym. Charakterystyczne jest dla niej to, że dla żadnej stron nie jest to miłość męcząca, która wymaga wyrzeczeń i ogromu zaangażowania. Najważniejsze jest wspólne odczuwanie przyjemności i zatracanie w niej. Nic poza tym ludzi nie interesuje. Na miłości współbieżnej kobieta i mężczyzna buduje ze sobą czysty związek, który nie ma nic wspólnego z czystością rozumianą w religijny sposób. Seks jest tutaj głównym czynnikiem, który taką relację tworzy i sprawia, że istnieje dopóki któraś ze stron nie stwierdzi, że jej się znudziło. Pytanie tylko, czy warto ryzykować i sprawdzać tę interesującą teorię w praktyce? miasta kobiet

czerwiec 2014

25


temat

Koło Gospodyń Wiejskich z Czemlewa

Mężowie nawet oczekują od nas, że będziemy miały tu swoje życie. Wtedy nas bardziej szanują. TEKST: Lucyna Tataruch ZDJĘCIE: Tomasz Czachorowski

O

siem godzin w pracy, zakupy w supermarkecie, Internet. W weekendy wyjście do klubu, czasem kino, teatr, siłownia. Pięć przystanków z każdej strony bloku albo własne auto na strzeżonym parkingu. Taka miejska codzienność. Kilkanaście kilometrów za zieloną tablicą „Bydgoszcz”, rzeczywistość trochę się zmienia. Jeśli chcesz gdzieś pojechać, wsiadasz na rower i to nie dlatego, że taka jest moda. W sklepiku na rogu pani skrupulatnie notuje w zeszycie sumy, dla tych, którzy biorą na krechę. Większość osób prowadzi gospodarstwo rolne. Wszyscy się znają i po każdym „dzień dobry” rozmawiają jeszcze przez kilka minut. Na tablicy w centrum miejscowości wisi informacja o szczepieniu psów i dużej, organizowanej przez lokalne gospodynie, imprezie z okazji Dnia Matki.

OD PONAD PÓŁ WIEKU W gminie Dąbrowa Chełmińska między Bydgoszczą a Toruniem działa dziesięć kół gospodyń wiejskich. Longina Tomczyk, obecna sołtys Gzina, do swojego koła wstąpiła w latach 50. - To już ponad pół wieku, koła się zmieniały, gospodynie się zmieniały, zostałam ja - komentuje. - Mam 74 lata. Od 30 lat jestem przewodniczącą Gminnej Rady Kobiet i koła w swojej wsi. I wie pani, co mi tu mówią? Mówią: Musisz być do śmierci. No to chyba tak już zostanę. Zdarzały się momenty, gdy gzińskie koło gospodyń miało przerwy w działalności. Był stan wojenny, ludzie bali się organizować. Ale wszystko wróciło do normy. Obecnie w kole działa 29 kobiet. - Było nas więcej, ale poumierały kobitki, powyprowadzały się. Jakoś tak jest, że te młode nie chcą się zapisywać - dodaje pani Lonia.

26

miasta kobiet

czerwiec 2014

Inaczej widzi to Beata Niedziela, 36-letnia przewodnicząca koła i sołtys wsi Czemlewo. - U nas jest trochę więcej młodszych dziewczyn, ale przedział wieku to 30 - 65 lat. Obecnie zapisało się 19 kobiet. Czemlewskie koło powstało w 1954 roku. Pani Beata pokazuje zapiski i stare fotografie, na których kobiety z jej rodziny uczestniczą w spotkaniach gospodyń. - Babcia opowiadała, że w tamtych czasach kobiety co tydzień organizowały zabawy w naszej Dolinie Miłości. Na drzewach zawieszano lampiony, w dole grała orkiestra, a ludzie tańczyli - wspomina. - Mam też zdjęcia mojej prababki, jak uczestniczy w kursach kroju i szycia. Działo się. Teraz u nas też się dzieje.

PRÓBUJEMY Dzień Dziecka, Dzień Kobiet, świętojańskie noce, babskie lato, wystawy - te i inne imprezy dla mieszkańców wsi, organizowane są przez kujawsko-pomorskie koła gospodyń wiejskich. Panie wyjeżdżają też na jarmarki ze swoimi wyrobami. - Trzy razy z rzędu byłyśmy na podium w konkursie na lokalną markę - wspomina Beata Niedziela. - Doceniono nasze ciasto orzechowe z sadzonym jajem, masło swojskie, a w zeszłym roku kluchy ziemniaczane. Potem te nasze produkty są w folderach reklamowych regionu, a panie dostają fajne nagrody do domu. Członkostwo w kole wiąże się z jedną roczną składką. Panie spotykają się, kiedy jest taka potrzeba. - Wysyłam SMS-a, maila czy osobiście powiadamiam i wtedy się widzimy - tłumaczy pani Beata. - To nie jest nic aż tak zobowiązującego. Wiadomo, że każda ma swoje sprawy. Niektórym dziewczynom koło gospodyń wiejskich kojarzy się jednoznacznie - ze starszymi kobietami w fartuchach, które pieką placki i plot-

kują. - Gdyby ktoś wymyślił teraz lepszą nazwę, to od razu byłoby inne spojrzenie - stwierdza przewodnicząca z Czemlewa. - My tu po prostu próbujemy sobie jakoś to życie zorganizować, bo tutaj kobiety często mają tylko swoje domowe obowiązki i w ogóle nigdzie nie wychodzą. A z nami mogą coś zrobić, poczuć, że wieś też jest nasza.

KTO INNY? Co mogą robić? Np. co miesiąc jeździć do kina, do Bydgoszczy. Zimą kilkanaście pań z Czemlewa skrzyknęło się i zorganizowało takie cykliczne wycieczki wynajętym autokarem. - Wiadomo, że sama to żadna z nas by do tego kina nie pojechała i miałaby milion wymówek - dodaje pani Beata. A tak to zawsze jakaś rozrywka już zaplanowana. Jeździła z nami pani, która trzydzieści lat nie była w kinie. Ostatni raz poszła z mężem jak wchodził na ekrany film„Walka o ogień”. Na początku pytała nas, jak się zachować. Jak tylko seans się zaczął, to opadły emocje i już dobrze się bawiła. Dwa lata temu pani Beata zorganizowała w świetlicy aerobik dla kobiet. Zdarzało się, że przychodziło czterdzieści pań naraz. Najstarsza uczestniczka miała 60 lat i radziła sobie lepiej niż niejedna trzydziestka. - Jak się chce, to wiele można tu zrobić. Kobiety spotykają się też na rowerach, nordikach, są aktywne. Tylko, że takie rzeczy łatwiej organizować nam przed wiosną, bo potem rodziny mają więcej pracy na gospodarstwie. - Wszystkie my tu się znamy - dodaje pani Lonia. - Jak u nas jednej spalił się dom w pożarze, to robiłyśmy, co się dało. Tapczany, pokoje, wszystko świeżo wybudowane spalone, a tu troje dzieci. Wiadomo, że my pieniędzy nie mamy dużych, ale żeśmy jej dołożyły kilkaset złotych na pierwszą pomoc.


kobieca perspektywa Potwierdza to pani Beata. Koło czasem służy jako grupa wsparcia. Bywa, że wystarczy rozmowa o problemach, bolączkach w domu. - Radzimy sobie na tyle, na ile potrafimy. Bo kto inny nam pomoże?

NAM SIĘ NALEŻY Wiele kobiet, mieszkających obecnie w Czemlewie, przeprowadziło się tu całkiem niedawno z miasta. Wspominają, że wcześniej zwykle wracały z pracy do mieszkania w bloku i tyle. Czasem tylko wyjście do klubu czy rozmowa z koleżanką. Tu na co dzień mogą spotkać się z sąsiadami, mieć wpływ na życie, które toczy się dookoła. Kto by w mieście pomyślał, że można zaangażować się w organizację imprezy typu Sołtysiada i spotykać się dwa razy w tygodniu na próbach skeczy, które chce się zaprezentować na scenie? Nie wszystkie jednak czują, że to im się w ogóle należy. Pani Beata wskazuje, że często mają z tym problem kobiety starsze, przyzwyczajone do tradycyjnego podziału obowiązków. - Mieliśmy jakiś czas temu dużą imprezę dla kobiet, na której radni z Urzędu Gminy nam usługiwali do stołu, w fartuchach, czapkach kucharskich. Śmiesznie było - wspomina. - Zaprosiliśmy kabaret z Bronisławia ze sztuką „Klimakterium”, taką typową dla kobiet. Impreza była przewidziana do godziny 24, a o 20 już część z pań zaczęła się zbierać do domu. Pytałyśmy, czy coś się stało? Odpowiadały że wszystko w porządku, ale mąż siedzi sam w domu, więc gdzie ja tu będę się bawić One czasami jeszcze tak czują, że nie powinny. Nie biorą pod uwagę tego, że ich mężowie wychodzą codziennie do pracy, mają przerwy, rozmawiają z ludźmi, nawet droga pociągiem to już jakaś rozrywka. A one siedzą non stop w domu. I nie mieści im się w głowie, że ten jeden wieczór, raz na jakiś czas może być tylko dla nich. Czasy jednak się zmieniły i młodsze dziewczyny z Czemlewa wiedzą to dobrze. Większość z nich pracuje, uczy się w szkołach zaocznych. Musiały wciągnąć swoich mężów do prac domowych. To już nie jest ten stereotypowy podział ról. - Myślę, że mężowie nawet oczekują od nas, że będziemy miały tu swoje życie - dodaje pani Beata. - Wtedy nas bardziej szanują. Jak kobieta sobie pozwoli wmówić, że ma siedzieć w domu i nic jej się nie należy, to potem jest tak traktowana. A mężczyzna z czasem przestaje czuć, że ma przy sobie partnerkę. NA NASZYCH BARKACH Inne, dawne czasy wspomina pani Longina. Pamięta dobrze, gdy żadna kobieta we wsi nie szła szukać pracy, bo było jej wystarczająco dużo na gospodarce. - Jak byłam z pierwszym dzieckiem w ciąży, to z brzuchem jeszcze snopki wiązałam. A zanim urodziłam najmłodszego syna 14 czerwca, to w Dzień Dziecka jeszcze miałam 25 ton węgla do zwalenia w piwnicy. Jak sadziliśmy półtorej hektara tytoniu, a pani pewno nie wie, ile przy tym jest roboty, to dzieci też musiały pracować. Teraz to mi mówią: Mamo, ty nas wykorzystywałaś (śmiech). Ale nie wyrabialiśmy. Z czego byśmy żyli? I nie było tak, że dziecku nic nie można kazać, jak teraz.

Pani Longina wychowała pięcioro dzieci. - Taka nasza wieś, jakby pani się przeszła dawniej, to tu pięć, tam siedem, gdzie indziej jedenaście dzieci. A dzisiaj? Ludzi nie stać. Ale kobiety choć mniej dzieci chowają, to i tak mają wszystko na swoich barkach. Na wsi trzeba wszystko „oblecieć”. Na dodatek, jeśli praca jest tylko z gospodarki, to wcale nie ma co miesiąc pensji. - Ja wiem, że taka pani, co pracuje w mieście i ma co miesiąc pieniądz, to ona też utrzymuje rodzinę. Ja nie powiem, broń Boże, że ona ma lekko i nie ma co robić. Bo mąż napracowany - to telewizor i leży, a kobitka wróci z pracy i musi ogarnąć dom. Ale mają na przykład te supermarkety, gdzie mogą dużo tańszego jedzenia kupić. My musimy wyprodukować sami.

CHAŁUPA SIĘ WALI Przewodnicząca z Gizina mówi krótko - pracy na wsi nie ma. - Nasze rolniki to utrzymują się ze sprzedaży swojej ziemi. U nas ta wieś jest piaskowa, licha, lasów dużo, nie ma co sadzić - martwi się pani Longina. - Wszystkim jest ciężko. Kobiety poszłyby pracować, bo one wiedzą, że muszą sobie radzić i rodzinę trzymać razem. Ale często nie mają gdzie iść. Kiedy Pani Lonia wyszła za mąż i przyszła na gospodarstwo męża, miała 18 lat. Jej teściowa, która wcześniej doglądała wszystkiego, była już schorowaną siedemdziesięciolatką. Wszystko, co miała przed sobą, to dom w ruinie. - Musiałam to odbudować - wspomina. - Mąż w chorobie przez 10 lat, potem umarł. Moje rodzeństwo przyjeżdżało czasem do pomocy, ale tak to sama wszystko robiłam, z dzieciakami. Nie miałam ubezpieczenia, a one chorowały, więc zatrudniłam się jako woźna w szkole. Przepracowałam tam później 22 lata. Dyrektor na początku się dziwił, że ja z gospodarki do szkoły chcę iść. Powiedziałam mu, że nie mogę wyrobić, chałupa i stodoła się walą, nie mamy z czego żyć. Zgodził się. Ale kręgosłup mi wysiadł i w 1992 roku już przeszłam na rentę chorobową. Ziemię pani Longina podzieliła między dzieci, obecnie mieszka z córką i nie prowadzi już gospodarstwa. Wie, że nie dałaby rady, szczególnie, że dodatkowych obowiązków we wsi ma bardzo dużo. GDZIE JA? Sołtysa wszyscy we wsi znają, choćby dlatego, że muszą przychodzić do niego płacić podatki. Można to zrobić przez Internet, ale w Gzinie nie wszyscy jeszcze mają komputery. Jak jest możliwość, to pani Lonia jeździ do mieszkańców rowerem, tak samo jak na spotkania z członkiniami koła. - Na te wszystkie sprawy urzędowe czy zebrania to też rowerami jeździmy. Mnie może i by było jakoś stać kupić samochód, ale nie mam prawa jazdy. Jak żeśmy gospodarzyli, to było bardzo ciężko - wspomina kobieta. - Syn dorósł, chciał prawo jazdy, potrzebne też było na ciągniki, no to zrobili. Dużo nas to kosztowało. Gdzie to wtedy człowiek pomyślałby, że kiedyś moglibyśmy mieć samochód. Teraz to inaczej, jeszcze się dzieciak nie urodzi, a już samochód na niego czeka. Kobieta pamięta kurs prawa jazdy, organizowany w szkole, w której była woźną. - Kobitki

jeździły po boisku. To była okazja, ale dopiero co kupiliśmy traktor, synowi dałam na motór, no to gdzie ja? Żałuję, bo pewnie do dziś bym jeździła. Pani Beata prawo jazdy zrobiła po urodzeniu dziecka i teraz nie wyobraża sobie żyć bez tego. - Dzięki temu mam pewną niezależność. Namawiam też panie od siebie z koła, żeby zapisywały się na kurs, dwie już mi się udało. Niektóre mogą jeździć, bo kończyły szkoły rolnicze, a tam był obowiązek. 20, 30 lat nie siedziały za kółkiem, ale jeżdżą. Dla nich wystarczające jest już to, że pojadą na zakupy, do gminy. Rowerem jednak jest ciężko, czasem zimno, czasem też coś boli.

DOWIADUJEMY SIĘ Mobilność pomaga pani Beacie załatwiać wiele spraw dla swojego koła. Obecnie starają się, by założyć stowarzyszenie. Wtedy będą mogły pozyskiwać fundusze unijne. Na razie mogą zwrócić się jedynie do Gminnej Rady Kobiet lub sprzedać na festynach coś, co same wyprodukują. Przeszkodą może być urząd skarbowy, jednak - jak zapewniała urzędniczka na szkoleniu w Przysieku - jeśli sprzedaż jest okazjonalna, czyli do 6 razy w roku i odbywa się na imprezach okolicznościowych integracyjnych, a nie masowych, to można. Beata Niedziela podkreśla, że wszystko szłoby sprawniej, gdyby przy urzędzie czy domu kultury był ktoś, kto pomógłby załatwiać formalności związane z założeniem stowarzyszenia. - Są panie, które to wiedzą, ale może nie umieją do nas dotrzeć. A takie fundusze na działalność czekają i szkoda, że się marnują. W urzędach to nas raczej zniechęcają. Najlepiej, żebyśmy nic nie chciały, bo to dużo załatwiania. U nas wiele kobiet by zawiązało takie stowarzyszenie, ale wszystkie jesteśmy trochę zagubione. Kiedy jakaś pani słyszy, że trzeba po sądach jeździć, to od razu jest przerażona. Ale powolutku się dowiadujemy i w końcu nam się uda. TAKA NATURA Co by się zmieniło, gdyby było więcej pieniędzy? Beata Niedziela po pierwsze wymienia remont miejsca, w którym się spotykają. Longina Tomczyk wie, że też mogłaby dużo zrobić. - Ja pani powiem, jestem społecznikiem od młodych lat. Wszędzie byłam, najpierw ZMP, w komitecie, potem się ożeniłam i dzieci były malutkie, to przerwa. Ale teraz stale się angażuję i ludzie mnie w tym widzą. Taka natura. No i mogłybyśmy z paniami tu dużo więcej robić, bo ile my możemy za tę nasza roczną składkę? Mimo trudności, nie można powiedzieć, że panie z kół źle sobie radzą. Pani Beata podkreśla, że wszystko idzie zrobić, jeśli się chce. Załatwić transport, uporządkować sobie teren czy zorganizować boisko dla dzieci z pomocą mieszkańców. Na podobne wsparcie u siebie też może liczyć pani Longina. Kiedy mieszkańcy lokalnych wsi się zbiorą, są w stanie zdziałać cuda. Wiedzą, że robią dla siebie. - A z kobiet schodzi chociaż część odpowiedzialności - dodaje. - Bo to też nie może być tak, że one same muszą mieć wszystko na głowie. Od tego tu wszystkie jesteśmy.

miasta kobiet

czerwiec 2014

27


kobieca perspektywa

WONDER WOMAN

FEMINISTKA

Po latach seksistowskich komiksów, dzięki rewolucji obyczajowej, kobiety zaczęły opowiadać o sobie, rysować dla siebie i na swoich zasadach. Z dr. Marcinem Jaworskim* z Wydziału Sztuk Pięknych UMK rozmawia Kamil Pik

Czy można postawić tezę, że komiks to męski świat? Taka tendencja utrzymywała się przez dziesięciolecia. Pierwsze komiksy, które pojawiły się pod koniec XIX wieku, miały charakter ludyczny. Jak oceniają badacze, mniej więcej do lat dwudziestych XX wieku w komiksach dominowały postaci męskie i tzw. upiorne dzieci,

28

miasta kobiet

czerwiec 2014

robiące psikusy dorosłym. Kobiety im jedynie towarzyszyły. Kiedy pojawiły się pierwsze dorosłe bohaterki komiksów? Stało się to właśnie w latach dwudziestych XX wieku, gdy kobiety powoli zaczynały myśleć o emancypacji. Jedną z pierwszych takich-

postaci była Connie, stworzona przez Franka Godwina, pierwszoplanowa bohaterka komiksu przygodowego. Pojawiła się też Tillie The Toiler, postać Russa Westoversa, samodzielnie pracująca sekretarka oraz Blondie, rysowana przez Chica Younga. Te komiksy były raczej humorystyczne, a żeńskie postaci nie wychodziły poza patriarchalny model społeczny.


kobieca perspektywa kilka. Ewenementem była klasyczka polskiego komiksu Szarlota Pawel, autorka serii „Jonka, Jonek i Kleks”, „Piekielny Kubuś”, współpracująca ze „Światem Młodych”. Od męskich rysowników odróżniało ją to, że operowała w większym stopniu wyobraźnią. Tę samą zdolność mają współczesne młode polskie rysowniczki.

W 1937 roku pojawiła się także superbohaterka Sheena Królowa Dżungli - chyba w największym stopniu odpowiadała ona męskim fantazjom seksualnym na temat kobiet. Kobieta jako dodatek dla mężczyzny albo obiekt eksponujący walory cielesne - to chyba typowe dla komiksów z tamtych lat? Zgadza się, ale z biegiem lat zaczęło to inaczej wyglądać. Wraz ze zmianami społecznymi komiks też zaczął ewoluować. W pierwszej kolejności pojawiły się samodzielne kobiety, jak wspomniana Tillie The Toiler. Emancypacji pomogła II wojna światowa. Wielu mężczyzn wyjechało na front, Stany Zjednoczone pełne były kobiet, które musiały przejąć role swoich mężów. Kolejną bohaterką komiksową na tej drodze była Wonder Woman, narysowana w latach czterdziestych przez Williama Moultona Marstona. I ona miała już feministyczny wydźwięk. Co ją wyróżniało spośród innych? Od lat czterdziestych towarzyszyły jej zmiany społeczne, które sprawiły, że kobiety przestawały być jedynie dodatkiem, a w zamian za to stawały się równorzędnymi postaciami. Wonder Woman rysowana przez mężczyznę oceniana jest jako postać reprezentująca cechy kultury matriarchalnej. Co więcej, w 1986 roku rysowanie tej postaci przejęła Trina Robbins, ikona ruchu feministycznego. Poza tymi kilkoma postaciami, do lat pięćdziesiątych włącznie kobiety pojawiające się w komiksach były bardzo podobne do siebie... Tak, dlatego że bohaterki były widziane męskim okiem i rysowane męską ręką. Komiksów w tamtym czasie na amerykańskim rynku były setki. Z dzisiejszej perspektywy moglibyśmy powiedzieć, że w wizerunku tych postaci dominuje seksistowskie postrzeganie kobiety. Pamiętajmy jednak, że w tamtym czasie inaczej na te sprawy patrzono. Prawdziwym przełomem w sferze obyczajowości, co wpłynęło także na komiks, były dopiero lata sześćdziesiąte. Wtedy nastąpiła zmiana w postaciach kobietach i co najważniejsze, kobiety zaczęły same opowiadać o sobie. Komiks undergroundowy i wspomniana Tina Robbins odegrały w tym okresie kluczową rolę. Skąd się wziął i na czym polegał komiksowy underground? W Stanach pewnym momencie powstał swoisty kodeks etyki komiksu, pewnego rodzaju cenzura obyczajowa. Stało się to między innymi przez napływ brutalnego włoskiego komiksu. Prace, które nie mieściły się w standardach tej nieformalnej cenzury, nie miały szansy na publikację w szerokim obiegu. W takiej atmosferze zrodził się underground. Był to nurt komiksu podziemnego, drugi obieg. Były to czasy, gdy ruchy kontrkulturowe emancypowały nową grupę społeczną - młodzież (przejawem tego był rock and roll, James Dean, protesty studenckie). To wszystko wpłynęło także na odwrócenie relacji w świecie komiksu, dotąd postrzegane-

Da się zauważyć, że choć polska scena komiksu kobiecego rozwija się krótko, jest już niezwykle prężna. Tak, dzisiaj w polskim komiksie mamy bardzo wiele kobiet, które wzorem swoich koleżanek z lat sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych, zaczynają podejmować tę samą tematykę. Jeśli chodzi o chronologię wydarzeń, jesteśmy więc opóźnieni. Ale pod względem jakości tych prac, to wcale nie ustępujemy amerykańskim rysowniczkom.

Plansza z komiksu „Obywatel w palącej potrzebie” (scen. Jerzy Szyłak, rys. Jacek Michalski)

go jako prosta rozrywka, najczęściej dla dzieci. Młodzież postanowiła wykorzystać kulturę popularną, w tym komiks, do głoszenia zupełnie innych treści niż do tej pory. W jaki sposób? Prekursorem undergroundu był Robert Crumb, który pewnego dnia zaczął rysować komiksy - wykorzystując cały panteon dziecięcych, disneyowskich postaci - i umieszczając w nich zupełnie inne treści, obrazoburcze historie, negatywne obrazy rzeczywistości, seks. Kobieta była jednak u niego w dalszym ciągu przedmiotem pragnień seksualnych. Rysował czarno-białe, antyestetyczne plansze. Co ciekawe, inspirował się nimi Andrzej Mleczko na początku swojej kariery. W czasie rewolucji obyczajowej musiało się to spotkać z odpowiedzią ze strony kobiet. Tak, w odpowiedzi na to przedmiotowe traktowanie kobiet, w tamtym czasie zaczęły powstawać rysowane przez kobiety komiksy feministyczne - o kobietach, dla kobiet i na kobiecych warunkach. Trina Robbins założyła nawet swoistą komunę, w której tworzono takie prace. Poruszano w nich wątki autobiograficzne, co było bardzo ważne dla późniejszego komiksu. Kobiety stworzyły dla siebie własną przestrzeń, zarówno jako autorki, jak i bohaterki. Później nie było już tak dynamicznych zmian obyczajowych, a więc i komiks nie zmieniał się tak wyraźnie. W Polsce panował wówczas głęboki PRL. Komiks kobiecy miał zatem czerwone światło? U nas ta komiksowa feministyczna dyskusja dopiero obecnie nabiera rozpędu. W powojennej Polsce świat komiksu był zdecydowanie męski i do tego cenzurowany od strony ideologicznej. Kobiecych wyjątków było raptem

Kto na tej scenie odgrywa kluczowe role? Trudno byłoby wymienić wszystkie najważniejsze nazwiska w polskim kobiecym komiksie. Warto na pewno zwrócić szczególną uwagę na znaną z ilustracji w „Gazecie Wyborczej” Agatę Endo Nowicką - jedną z najwybitniejszych rysowniczek. Jeden z jej komiksów to opis doświadczeń z ciąży artystki. Kolejną osobą na tej liście będzie Marzena Sowa, autorka komiksu „Marzi”, autobiograficznego cyklu, w którym kobieta wraca do dzieciństwa i rzeczywistości PRL-u. Należy wspomnieć także o Joannie Karpowicz, współautorce mrocznego komiksu „Szminka” (drugim autorem jest Jerzy Szyłak). Uwagę warto poświęcić również pracom takich świetnych rysowniczek jak: Aleksandra Czubek-Spanowicz czy Monika Powalisz, a to tylko kilka spośród rysujących polskie komiksy pań. Jak widać, środowisko polskiego komiksu kobiecego jest dzisiaj bardzo liczne. Jaka jest specyfika polskiego komiksu kobiecego? Cechą charakterystyczną tych rysowniczek jest ich bardzo duży potencjał. Wiele z nich to wykształcone artystki - graficzki, malarki, ilustratorki. Część z nich robi także filmy animowane, zajmuje się reżyserią teatralną. Potrafią snuć opowieść i jednocześnie funkcjonują w obiegu sztuki. Innowacyjnie podchodzą do samego komiksowego medium. Np. prace Aleksandry Czubaj są niezwykle wysmakowane, często czarno-białe z jakimiś dominantami, np. czerwieni. Z kolei Joanna Karpowicz stosując techniki malarskie tworzy komiksy, które wyglądają jak obrazy. Mamy naprawdę wielkie bogactwo potencjału artystycznego. Zachęcam zatem do sięgnięcia po polski komiks kobiecy. Może to być niezwykle interesujące doświadczenie. *doktor Marcin Jaworski pracuje w Zakładzie Edukacji Artystycznej Wydziału Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, komiks jest jednym z jego zainteresowań - także w ramach pracy naukowej. miasta kobiet

czerwiec 2014

29


kontrowersje

E Szefie, DAJ ZAROBIĆ kobiecie!

ksperci od lat tłumaczą, że zarobki są nierówne, bo takie mamy uwarunkowania historyczne i kulturowe. - Mamy w nosie uwarunkowania. Jesteśmy lepiej wykształcone, a zarabiamy gorzej od facetów - odpowiadają panie. I mają rację. Bo owe „uwarunkowania” to myślowy wytrych, a przyczyny są znacznie bardziej złożone. Zresztą to niejedyny przejaw dyskryminacji: w całym kraju kobiety wolniej też awansują. A tego nie da się racjonalnie wytłumaczyć.

Kobiety w regionie zarabiają o jedną piątą mniej niż mężczyźni na tych samych stanowiskach. No, chyba że są szefami - wtedy zarabiają nawet o jedną trzecią mniej. Tylko raz w roku, z okazji 8 marca, politycy zapowiadają wyrównanie płac. Potem zapominają. TEKST: Jacek Kowalski

30

miasta kobiet

czerwiec 2014

MARIO, MARIO… - Przecież pani wie, jak bardzo panią wszyscy cenimy, a ja najbardziej - kiedy Maria Szwaniecka, specjalistka do spraw obsługi klienta w jednej z dużych firm w Toruniu słyszy z ust szefa ten wstęp, wie, że za chwilę spadną na nią dodatkowe, niepłatne obowiązki. - Zwykle są to obowiązki, których nikt z kolegów nie chciał wziąć. Czasem takie, którym panowie w moim dziale nie sprostali. Zawsze spadają na mnie, a ja nie jestem dość asertywna, aby odmówić. Maria ma 32 lata; wygląda jak młodsza wersja Grażyny Wolszczak. Czarna spódnica, biała bluzka, włosy puszczone lekką falą na plecy. - O te włosy szef czasem ma pretensje. Że nieprofesjonalnie. Ale myślę, że po prostu chce wywołać we mnie poczucie winy, żebym nie domagała się podwyżki. - Normalna metoda - mówi Andrzej Kwietniewski, psycholog pracy. - Poczucie winy wywołuje u kobiet znacznie więcej konsekwencji niż u mężczyzn. W 2007 roku w Kanadzie przeprowadzono badania, dotyczące wpływu nowych technologii i przenoszenia pracy do domu na samopoczucie pracownika. Okazało się, że stała dostępność dla pracodawcy, jaką daje telefon komórkowy, internet itp., powoduje u pań nieustające poczucie winy. Że się nie odebrało służbowego maila, albo telefonu od klienta po godzinach. Co ciekawe, u mężczyzn nie zanotowano podobnych odczuć. Kobieta zazwyczaj ma wyższe poczucie obowiązku i w związku z tym łatwiej wywołać u niej poczucie winy. Cyniczny szef, niestety, czasem to wykorzystuje. - Mario, Mario - mówi szef Szwanieckiej, gdy ta, przywalona obowiązkami, nie wyrabia się z czymś. - Mario, a tak na panią wszyscy w zespole liczyliśmy… Nie mówi tego nawet z wyrzutem, tylko z jakimś smutkiem, jakby koleżanka z pracy zawiodła jego najgłębsze, prywatne nadzieje. I Maria ma doła. A gdy przychodzi koniec roku i czas budżetowania, wspomina wszystkie swoje zawalone (choć dodatkowe) obowiązki, i nie prosi o podwyżkę. - Czuję, że na nią zasługuję, bo pracuję dwa razy więcej niż koledzy. Ale mam też poczucie, że w wielu sprawach nawaliłam, albo przynajmniej tak to wyglądało. WSKAŹNIKI A ZUPA W lutym Główny Urząd Statystyczny podał, że kobiety w Kujawsko-Pomorskiem zarabiają średnio o 20 proc. mniej niż mężczyźni, zatrudnieni na tych samych stanowiskach. Mężczyzna na rękę średnio dostaje trochę ponad trzy tysiące złotych (3026 zł), kobieta


kontrowersje KOBIETA ZAZWYCZAJ MA WYŻSZE POCZUCIE OBOWIĄZKU I W ZWIĄZKU Z TYM ŁATWIEJ WYWOŁAĆ U NIEJ POCZUCIE WINY. CYNICZNY SZEF, NIESTETY, CZASEM TO WYKORZYSTUJE.

- 2533 zł netto. W tym samym czasie podobne badania przeprowadziła firma Sedlak & Sedlak. Z ich danych wynika to samo: panie zarabiają o jedną piątą mniej. No, chyba że chodzi o panie pracujące na najwyższym szczeblu w firmie. Te zarabiają jeszcze mniej: „Największe różnice między wynagrodzeniami kobiet a mężczyzn zaobserwowano na szczeblu dyrektora/zarządu. Kobiety zarabiały przeciętnie o 3200 zł mniej. Połowa mężczyzn zatrudnionych na stanowisku kierownika zarabiała od 4400 zł do 10.000 zł. Kobiety otrzymywały pensję na poziomie 5800 zł” - czytamy w raporcie. Skąd te dysproporcje? Najłatwiej byłoby powiedzieć, że wynikają z „kulturowych i historycznych uwarunkowań”. - Czytam takie zdanie w co drugiej prasowej notatce, i prawdę mówiąc nie kupuję tego. Co to w ogóle znaczy? - denerwuje się Maria Szwaniecka. Kwietniewski: - Ano znaczy to tyle, że kobiety przez długie lata nie pracowały. Poszły do firm stosunkowo późno, w porównaniu z mężczyznami, i nie wyrobiły sobie jeszcze w pełni mechanizmów walki o swoje. Tyle o historii. Kulturowo zaś przyjęło się w Polsce, że słaba płeć jest gorzej wynagradzana, że więcej zniesie, jest bardziej skłonna do poświęceń, a więc także do pracy za niższą pensję. Czasem szef motywuje to np. słabszymi wynikami firmy. Mówi: „Proszę zrozumieć, ja bym chętnie pani dołożył kilka stów, ale nie mogę, bo rynki nam się załamały i wskaźniki lecą”. I kobieta godzi się na to. Mężczyzna już gorzej, ten częściej zawalczy o swoje. Tyle, że kobieta potem wraca do domu i musi z czegoś ugotować zupę mężowi i dzieciom. - Wskaźników ekonomicznych do garnka przecież nie włożę… - denerwuje się Szwaniecka.

BO NIE JEŻDŻĄ TIREM… Analitycy rynku pracy wskazują jednak, że te dwie przytaczane przyczyny niższych zarobków kobiet są zaledwie wierzchołkiem lodowej góry. Kancelaria Senatu RP w 2013 roku przygotowała raport „Dyskryminacja w zatrudnieniu ze względu na płeć”. Wynika z niego, że w sektorze prywatnym różnice płacowe między płciami są większe niż w publicznym. Luka płacowa w Polsce wynosi 5,3 proc. Autorzy raportu wskazują kilka możliwych przyczyn niższych zarobków pań. Piszą o tym, że kobiety często wybierają gorzej płatne zawody z sektorów opiekuńczych, edukacji i zdrowia. Korespondowałoby to w pewien sposób z „uwarunkowaniami kulturowymi” (kobieta

poświęcająca się z natury wybierze raczej zawód pielęgniarki lub nauczycielki, mimo że jest gorzej opłacany). Komisja Europejska za przyczynę niskich zarobków pań podaje segregację zawodową. Kwietniewski: - Oznacza to, że są dobrze płatne zawody, w których jest znacznie więcej mężczyzn, niż kobiet. Na przykład kierowca TIR-a, czy hutnik. Oczywiście nie zakazuje kobietom jeździć TIR-em i zarabiać znakomitych pieniędzy. Są nawet głośne przypadki pań jeżdżących ciężarówkami. Jednakże większość kobiet decyduje się na inną pracę.

ZA GRĘ W SIECI - PODWYŻKA Polak spędza w firmie średnio 39,4 godziny tygodniowo - podaje GUS. Mężczyźni pracują o cztery godziny dłużej od kobiet. Panie poświęcają pracy 37,1 godziny w tygodniu, a panowie - 41,3 godziny. A im dłuższa praca, tym (czasami) wyższa płaca. - Jednak należy pamiętać o dwóch kwestiach. Pierwsza: długie siedzenie w pracy wcale nie oznacza lepszej wydajności - komentuje Marzena Świątek, specjalista z jednej z bydgoskich firm z sektora HR. - Przecież można po godzinach oglądać fotki na Facebooku, grać z kolegami w  sieciowe gry. Mam znajomego grafika, któremu urodziło się dziecko. I on od tego momentu praktycznie nie wychodzi z pracy. Żonie tłumaczy, że ma nawał nowych obowiązków, a tak naprawdę ukrywa się tam unikając nowych obowiązków domowych. Kwestia druga: kobiety rzeczywiście częściej wychodzą prędzej z pracy, bo wzywają je rozmaite domowe obowiązki. Ale przecież większość znanych mi pań bierze pracę do domu. Wieczorami odpowiada na maile, wysyła instrukcje współpracownikom, przygotowuje prezentacje - opowiada. Pointa jest jednak gorzka: szef docenił grafika, ukrywającego się przed żoną i potomkiem w pracy, i dał mu pięcioprocentową podwyżkę. Świątek: - Kobiet zazwyczaj się w ten sposób nie nagradza. Pracują w domu, niewielu szefów widzi to, a rozliczane są z efektów, nie z czasu pracy. Mężczyźni rzadziej też chodzą na chorobowe i na urlopy wychowawcze. Kwietniewski: - Ma to podwójne znaczenie. Raz - na chorobowym przecież dostaje się mniejszą pensję. Dwa - polski szef promuje (mniej lub bardziej jawnie) pracownika, który nie ucieka mu na zwolnienia. Taki szef nie liczy się z tym, że kobieta bardzo często nie idzie na chorobowe z powodu kataru czy jakiejkolwiek swojej dolegliwości, ale wybiera tzw. opiekuńcze na dziec-

ko. Ale czasami niższa pensja to swoisty rodzaj rekompensaty dla firmy za okres potencjalnego urlopu macierzyńskiego albo zwolnień branych na opiekę. Summa summarum w polskim przedsiębiorstwie prywatnym liczy się zysk, choć z przyjemnością muszę odnotować, że coraz więcej jest takich przełożonych, którzy ponad niego stawiają komfort i bezpieczeństwo pracownika.

I TAK JEST W CAŁEJ UNII Portal Ofeminin.pl pisze, że niższe zarobki kobiet w porównaniu z mężczyznami są nie tylko dyskryminacją, ale czynem zabronionym prawem Unii Europejskiej, a także prawami poszczególnych krajów członkowskich. Co jednak z tego, skoro działy HR nawet największych firm stosują sprytny wybieg i obejmują wynagrodzenia pracowników klauzulą poufności. - Dopiero odchodząc z pracy po czternastu latach dowiedziałam się, że mój kolega, pracujący na identycznym stanowisku, wypalający latami moje papierosy i naciągający mnie na lunche pod pozorem słabiutkich zarobków, zarabiał tak naprawdę o półtora tysiąca więcej ode mnie. I to bez żadnej przyczyny, a nawet wbrew wszystkiemu. Ja miałam skończone studia i pewien staż pracy, on nie ukończył studiów i był bez żadnego doświadczenia. To ja siedziałam dłużej w pracy, a  on, gdy tylko mógł, śmigał do domu albo z kumplami na piwo. Mimo wszystko szefostwo jego lepiej wynagradzało i w życiu bym się tego nie dowiedziała, gdyby nie moja pożegnalna impreza, na której się upił i wypaplał wszystko - mówi Jola, jeszcze do niedawna redaktorka w jednym z ogólnopolskich dzienników. Na pociechę: z polskimi dysproporcjami w zarobkach nie jest jeszcze najgorzej. W 2012 roku, jak podaje Eurostat, tzw. luka zarobków kobiet wobec mężczyzn wynosiła 6,4 procent, podczas gdy uśredniona unijna - 16,4 proc. A najciekawsze, że te sama badania wskazują: w całej Unii kobiety są lepiej wykształcone od mężczyzn, to one biorą na siebie więcej obowiązków i sumienniej je wypełniają… - Cała nadzieja w szybko awansujących kobietach. Kobieta-szef nie tylko potrafi twardo negocjować dla siebie wyższą płacę, ale sprawiedliwie docenia zespół ze względu na jakość i ilość pracy, i nie ma oporów przed wyrównywaniem pensji mężczyzn i kobiet. Im więcej pań w zarządach firm, tym dysproporcje płacowe będą mniejsze - konkluduje Marzena Świątek.

Rozmowa o zarobkach kobiet w sobotę (31.05) i niedzielę (01.06) o godzinie 8.00 w Radiu ZET Gold 92,8 fm oraz na www.zetgold.pl miasta kobiet

czerwiec 2014

31


PROSTO Z ŻYCIA: rodzina w kryzysie

Czarna owca i bohater W reakcji na kryzys w rodzinie dzieci nieświadomie wchodzą w pewne role, które ułatwiają im przystosowanie się do panujących reguł. Powoduje to niszczące zmiany w ich psychice. TEKST: Czesława Marciniak

W

wielu rodzinach pojawiają się okoliczności, które wywołują kryzys. Ktoś traci pracę, ktoś zdradza, umiera, ktoś popada w uzależnienie. Życie i funkcjonowanie w takiej rodzinie zaczyna się kręcić głównie wokół źródła problemu. To kryzys decyduje o planach na dziś i jutro. Zabiera spokój, opiekę, zdrowy sen, niszczy zdrowie i nerwy. Szczególną uwagę warto zwrócić na dzieci i młodzież, wychowującą się w takich rodzinach. Dzieci żyją w ustawicznym chaosie, napięciu, stresie, w poczuciu odrzucenia i zagrożenia. Uczą się trzech zasad: „nie odczuwać”, bo to, co czują, bardzo mocno boli i trudno to dźwigać, „nie ufać”, bo obietnice i umowy nie są dotrzymywane i „nie mówić” nikomu na zewnątrz o tym, co się dzieje w domu. W ten sposób zanika komunikacja zarówno w rodzinie, jak i poza nią, a puchnie bagaż nieprzyjemnych emocji, który jest coraz trudniej unieść. To z kolei sprawia, że dziecko przyjmuje postawę obronną, cierpi na zaburzenia emocjonalne. Ich przejawami w sferze kontaktu z dorosłymi są trudności w komunikowaniu się, roszczenia i gwałtowność, kłamstwa, manipulacje, wagary. Dziecko w relacji z rówieśnikami stosuje rywalizację, agresję, przemoc albo izoluje się i odrzuca jakąkolwiek znajomość. W reakcji na kryzys w rodzinie dzieci nieświadomie wchodzą w pewne role, które ułatwiają im przystosowanie się do panujących reguł. Powoduje to niszczące zmiany w ich psychice. Są to cztery podstawowe role: bohatera, czarnej owcy, maskotki i dziecka we mgle. Bohater rodzinny to najczęściej najstarsze dziecko, które broni dobrego wizerunku rodziny. Przyjmuje na siebie prawie całą odpowiedzialność. Pomaga, wyręcza, troszczy się o rodzeństwo i pozostałych domowników. Ciągle nieświadomie ma nadzieję, że w ten sposób poprawi się sytuacja w rodzinie. Pułapką jest to, że poprawa nie następuje, a dziecko myśli, że za mało się starało i podnosi sobie poprzeczkę. Czarna owca to dziecko, które czuje się bezradne i nieważne w domowym kryzysie. By

32

miasta kobiet

czerwiec 2014

zwrócić na siebie uwagę, zachowuje się prowokacyjnie, agresywnie i buntowniczo. Przyjmując taką postawę, nie jest właściwie zrozumiane i akceptowane, dlatego szuka środowiska dla siebie na zewnątrz rodziny. Mocną stroną tej grupy dzieci jest siła i energia, płynąca z przejawianej agresji, przebojowość i bezkompromisowość. Niestety, przez niezrozumienie jest najczęściej za to krytykowana, co powoduje, że wkracza na drogę ryzyka. Maskotka to dziecko, które odkryło, że skutecznym sposobem na przetrwanie w trudnej sytuacji jest rozśmieszanie i likwidacja napięcia w trudnych momentach. Bardzo szybko nauczyło się, jak rozbawiać ludzi, by w ten sposób odsuwać i odraczać konflikty. Z takich dzieci najczęściej wyrastają dusze towarzystwa. Mają jednak kłopot z odróżnieniem sytuacji, które są do śmiechu, a które wymagają powagi i skupienia. Dziecko we mgle przyjmuje strategię wycofania się. Tworzy swój świat wyobrażeń i zamyka się w nim. To świat nierealny, ale za to bezpieczny. Staje się nierealne-nieobecne, ale w ten sposób unika trudnych i bolesnych momentów. Kontakt z takimi dziećmi jest bardzo trudny, ponieważ perfekcyjnie wypracowują w sobie strategię unikania. Wejście w ich świat wymaga cierpliwości i wysiłku.

POMOC BYWA POTRZEBNA Scharakteryzowane role w zależności od różnych czynników mogą zmienić się lub łączyć u jednego dziecka. Opisują one zachowania, a nie cechy danej osoby, bo nie odzwierciedlają rzeczywistych cech dziecka. Są odgrywane z konieczności i będą miały konsekwencje w życiu dorosłym. Najczęściej takie osoby wchodzą w dawne role na nowo, w trudnych dla siebie sytuacjach. Nie potrafią żyć tu i teraz. Mają problemy w relacjach z innymi ludźmi, bo powielają stare schematy. Np. są przesadnie kontrolujące czy też zbyt odpowiedzialne. Bieżące sytuacje widzą przez pryzmat tego, co się działo w ich domu rodzinnym. Bywa, że niepoprawnie interpretują zacho-

wania czy zamierzenia innych. Np. uważają, że ktoś je atakuje, a w rzeczywistości tak nie jest. Nie wszystkim osobom , które wychowywały się w rodzinach w kryzysie, jest niezbędna pomoc, ale często bywa potrzebna. Czasem zdarza się, że dziecku w okresie dorastania udzieliły wsparcia osoby spoza rodziny. Wypełnienie tych luk może zminimalizować konsekwencje i pomóc dzieciom odnaleźć się w dorosłej rzeczywistości.

ODREAGOWAĆ EMOCJE Trudne zachowanie dziecka to nie powód do ciągłego napominania, narzekania, lecz zatrzymania się i refleksji nad jego losem. Warto zachęcić je do udziału w zajęciach socjoterapeutycznych, których celem jest wymazywanie zniekształconych sądów dzieci o sobie i świecie, a także pomoc w odreagowaniu nagromadzonych przykrych emocji. BORPA od 12 lat oferuje i realizuje pomoc w tym zakresie zarówno na terenie ośrodka przy ul. Przodowników Pracy 12, jak też na terenie miasta, prowadząc rozległą sieć świetlic socjoterapeutycznych. Pomaga również całym rodzinom w poradzeniu sobie z kryzysem.

PARTNEREM CYKLU JEST:

Bydgoski Ośrodek Rehabilitacji, Terapii Uzależnień i Profilaktyki

POROZMAWIAJ Z NAMI!

tel. 52 375 54 05, 52 361 76 82 ul. Przodowników Pracy 12 poniedziałek - piątek: godz. 8.00 - 20.00 Filia BORPA Fordon, ul. J. Porazińskiej 9 poniedziałek - piątek: godz. 8.00 - 20.00


Biała elegantka

felieton

Kobieca wersja białej koszuli traci cały zadziorny charakter. Najfajniejsza jest właśnie ta luźna, nieco za duża, ukradziona z szafy Twojego faceta. Lena Kałużna* Egzaminy, rozmowa kwalifikacyjna, praca w korporacji, większe święta, np. Boże Narodzenie. To przykładowe okazje, kiedy zakładamy białą koszulę. Kojarzy się nam przede wszystkim z elegancją, dlatego jeśli nie pracujesz w banku lub nie zdajesz aktualnie matury, nie nosisz jej zbyt często. Prawdopodobnie wisi w Twojej szafie i czeka na swoje pięć minut. Poprzedzone 20 minutami prasowania, którego raczej nikt nie lubi.

Biały kłopot Koszula to kłopot. Nie tylko dlatego, że musi być idealnie wyprasowana, ale również dlatego, że jest biała. A białe, wiadomo, się brudzi. Trzeba więc uważać, jakoś ostrożniej się zachowywać. Dlatego na ogół, po tej wyjątkowej okazji, np. po egzaminie, wracasz do domu i natychmiast ją zdejmujesz. Nie spakujesz jej do walizki wyjeżdżając na wakacje i nie wpadniesz na pomysł, by założyć ją, gdy wybierasz się na spacer czy zakupy. Sztywny kołnierzyk nie należy przecież do najbardziej wygodnych. Filmowe oblicze Biała koszula ma także drugie oblicze, znane nam z niejednej romantycznej komedii. Scena jest zwykle podobna. Dwoje ludzi zaczyna się spotykać. Czują się w swoim towarzystwie wspaniale, między nimi wyraźnie iskrzy. W końcu ona zostaje u niego na noc. Rano przeciąga się obudzona pierwszymi promieniami słońca i zapachem kawy, którą on już szykuje. Nie ma się w co ubrać, dlatego zakłada na siebie… Oczywiście, że znasz odpowiedź - jego koszulę! Podwija mankiety i boso, kręcąc biodrami, powolutku kieruje się w stronę kuchni, aby tam wtulić się w silne ramiona… W takiej odsłonie pokazała się Julia Roberts w „Pretty Woman”. Bogaty biznesmen pod krawatem, w konserwatywnej białej koszuli

i piękna kobieta w jej frywolnej wersji! Pamiętna scena, w której Edward (Richard Gere) zabiera Vivian (Julia Roberts) do sklepu na lekcję „posługiwania się kartą kredytową”. Kobieta ubrana w krótkie niebieskie szorty i luźną, nieco rozpiętą białą koszulę, wygląda bosko. Choć przechodzi tego dnia metamorfozę w eleganckiego motyla, jej dusza i charakter wciąż pozostają takie, jak poranna stylizacja - bezpośrednie i swobodne.

Jeśli chcesz zobaczyć sceny z naszych ulubionych filmów, w których męska biała koszula zmysłowo zakrywa kobiece ciało, zajrzyj 9 czerwca na nasz facebookowy profil.

Jak ją nosić Białą elegantkę możesz nosić latem do szortów, zwykłych jeansów i sportowego obuwia. Sprawdź też, jak wygląda w towarzystwie kolorowej spódnicy. Pamiętaj tylko, że prawdziwie kobieca wersja białej koszuli, czyli dopasowana i wcięta w talii, traci cały zadziorny charakter i jest o wiele, wiele mniej seksowna. Najfajniejsza jest właśnie ta luźna, nieco za duża. Może nawet ukradziona z szafy Twojego faceta. Jeśli martwisz się, że możesz ją zniszczyć, poszukaj jej w sklepie z używaną odzieżą, zapłacisz za nią grosze. I w takim wydaniu, nie musi być wcale idealnie wyprasowana. Mężczyzna w koszuli wygląda biznesowo. Staje się szefem, menedżerem, facetem z zasadami. Dokładnie ta sama biała koszula, nałożona na kobiece ciało, całkowicie zmienia swój charakter. Jest swobodna, lekko zsuwa się z ramion. Budzi zainteresowanie i może powodować maleńką zazdrość wśród Twoich koleżanek…

*Lena Kałużna Socjolożka, trenerka wizerunku. Szczegóły na: www.kobiecaperspektywa.pl www.facebook.com/perspektywakobiet

miasta kobiet

czerwiec 2014

33


temat

3

MIESIÄ„CE

samotności

34

miasta kobiet

czerwiec 2014


kobieta w podróży MOŻNA NAWET POWIEDZIEĆ, ŻE INDIE URATOWAŁY JEJ MAŁŻEŃSTWO. TEKST: JAN OLEKSY ZDJĘCIA: ELIZA ŁOPACIŃSKA

G

dy Eliza Łopacińska wybierała się na samotną wyprawę, znajomi mówili jej: zgwałcą cię, pobiją, okradną, a na koniec zachorujesz na wszelkie możliwe choroby. Tak się jednak nie stało. Wróciła cała i zdrowa. Szczęśliwa, odmieniona i uskrzydlona. Z pomysłem na życie. Różne są powody wypraw w pojedynkę. - Czasy się zmieniły, a my kobiety zaczęłyśmy podróżować same. I chwała nam za to! Zostawiamy wtedy domy, dzieci, mężów, narzeczonych, koty i psy, i… ruszamy na podbój świata. Zresztą to nie nowość. W sieci możecie same poczytać blogi, fora podróżnicze, gdzie o swoich samotnych wojażach opowiadają przedstawicielki naszej płci - opowiada pani Eliza.

WYJECHAĆ JAK NAJDALEJ Tak też zrobiła nasza bohaterka, mając nadzieję, że daleka i długa wyprawa w nieznane ją odmieni. - Byłam w złej kondycji psychicznej, życie mnie znudziło, wszystko przestało cieszyć, chciałam czegoś nowego, czułam, że potrzebuję zmiany - wyznaje pani Eliza. Nie cieszyły mnie oceny moich dzieci, ani to, że są zdrowe, że mam to, czego chcę, że żyję w dobrobycie. Miałam też kryzys w małżeństwie, nawet mąż zaczął mi się nudzić. Uważałam, że nasz związek już nie pójdzie do przodu, tylko będzie coraz gorzej, będziemy się uwsteczniać, a nie rozwijać. Chciałam zaznać prawdziwego, samodzielnego życia! Mąż Wojtek, choć był zapatrzony we mnie, też widział, że się od niego oddalam. Sam namawiał mnie do zmiany otoczenia - wspomina podróżniczka. Pani Eliza zawsze interesowała się buddyzmem, jej marzeniem było poznanie Indii, więc wybór kierunku był oczywisty. - Mój kolega, wiedząc, że przeżywam kryzys, doradził mi medytacje, które mu bardzo pomogły. „Jedź tam, a spojrzysz zupełnie inaczej na całe swoje życie” - powtarzał. Postanowiłam spróbować - wyjaśnia pani Eliza. SAMA, NIE ZNACZY SAMOTNA Wysiadła na lotnisku w Kalkucie. Najgorsze było pytanie, co dalej? Taksówka, hostel, kontakty od kolegi… Teraz była zdana wyłącznie na siebie. - Ale na szczęście samotna podróż wcale nie oznacza spędzania czasu tylko z samą sobą. W trakcie wędrówki spotykasz ludzi, którzy jak ty podróżują i stajecie się przyjaciółmi, powiernikami, towarzyszami doli i niedoli - mówi pani Eliza. Tak poznała grupę wolontariuszy od Matki Teresy z Kalkuty, z którymi wspólnie pracowała w pralni szpitala psychiatrycznego dla kobiet. Po tygodniu ciężkich doświadczeń z chorymi, postanowiła

wyruszyć do Dharmasali, by tym razem zająć się swoją schorowaną duszą.

JEDZ, MÓDL SIĘ, KOCHAJ W Dharmasali zamknęła się na 12 dni w klasztorze buddyjskim. To taki drugi Tybet, gdzie mieszka Dalajlama, znane miejsce medytacji, studiowania jogi, buddyzmu i kultury Wschodu. - Pragnęłam spokoju wewnętrznego - wyjaśnia pani Eliza. W klasztorze obowiązywała zasada milczenia, nie wolno było nawet nawiązywać kontaktu wzrokowego. Mnich siedział z nimi i nic nie mówił. Sala była podzielona na pół, w jednej części przebywali mężczyźni, a w drugiej kobiety. Dzień w klasztorze był długi. O 4.30 pobudka i medytacja, o 7 śniadanie, potem znowu medytacja, o 12 kolejny posiłek, medytacja i kolacja, a o 9 szło się spać. - Cały dzień medytowałam, ćwiczyłam swoje ciało i pracowałam nad umysłem - wspomina podróżniczka. - Po tych kilkunastu dniach czujesz się świetnie, wychodzi z ciebie cała złość, nienawiść do świata i do ludzi, te wszystkie twoje problemy blakną, stajesz się zdolna do zmian. Czułam się tak, że mogłabym wszystkich przytulać i kochać, wszystko wybaczać. Byłam wyciszona i oczyszczona! Nauczyciel powiedział nam na koniec, że teraz wiele pozytywnych rzeczy będzie się w naszym życiu działo, a optymizmem zarazimy swoje otoczenie. Nim minie rok… Rzeczywiście dużo się zmieniło w moim życiu, ja się zmieniłam i mój mąż się zmienił. Odnalazłam szczęście. Hindusi sobie żartują, że ich kraj dlatego jest brudny, bo tu wszyscy przyjeżdżają się oczyszczać - śmieje się pani Eliza. REFLEKSJA PRZYCHODZI Z CZASEM - W tej podróży zaczęłam naprawdę żyć wyznaje pani Eliza. - Czymże był mój codzienny kierat w Polsce w porównaniu z życiem kobiet w Indiach, czy z dzieci, które na oczy nie widziały czekolady. Kobiety tam nie mają lepiej od nas… Zobaczyłam wiele rzeczy inaczej, jak żyją ludzie, jak małe dzieci pracują w polu… Nabierałam do wszystkiego dystansu, zaczęłam doceniać swój kraj, stwierdziłam, że wcale nie miałam tak źle, jak mi się wydawało przed wyjazdem. W porównaniu z Hinduskami jesteś jak dama. Masz prysznic, masz pralkę, zrobisz sobie paznokcie, rodzina cię akceptuje, wszyscy ci mówią, byś rozwijała swoje zainteresowania, idziesz na kawkę z koleżankami. I co? Źle ci? - zaczęłam pytać samą siebie. Wyprawy dają przekonanie, że dom to coś fajnego i nie ma co narzekać na nudę. Inni mają gorzej!? Niejedna Hinduska chciałaby takie zwyczajne pranie w rzece wrzucić po prostu do pralki i chętnie zamienić się ze mną rolami. W pewnym momencie Indie zaczęły mnie męczyć: wszechobecny brud, spanie w śpiworach, bo pościel w hostelach była niezmienio-

W porównaniu z Hinduskami jesteś jak dama. Masz prysznic, masz pralkę, zrobisz sobie paznokcie, rodzina cię akceptuje, wszyscy ci mówią, byś rozwijała swoje zainteresowania. ELIZA ŁOPACIŃSKA

na od wieków. Po prostu zaczęłam doceniać dawne życie. To był sygnał do powrotu.

CO DAJE SAMOTNOŚĆ? Samotna wyprawa ma jednak sporo plusów. Dzięki takiej podróży, człowiek staje się bardziej samodzielny. - Wszystko musisz sobie sama załatwić, zdobyć bilet na pociąg, wynająć nocleg, nosić ciężki plecak - wylicza pani Eliza. Stajesz się bardziej otwarta. Gdy się nie możesz dogadać, bo wokół ciebie nikt nie zna angielskiego, a gesty nie wystarczają, to wymyślasz coś, by się porozumieć - zaczynasz być kreatywna. Zachwycasz się ciszą, poznajesz piękne miejsca, mając czas na ich podziwianie, przeżywanie, na refleksję. Nikt cię nie popędza, nikt nie przeszkadza. Widząc panujące wokół ubóstwo, zaczynasz doceniać to, co masz w domu, zaczynasz tęsknić za rodziną. Nabierasz skromności i pokory wobec całego świata. Wystawiasz się na wiele prób, walczysz ze sobą i wiesz, że możesz liczyć tylko na siebie. Nagle okazuje się, że o wszystkim decydujesz i że wszystko możesz zrobić. Dzięki tej samotnej podróży, teraz wiem, co jest dla mnie w życiu ważne, a na co nie warto tracić czasu. Mogę spełnić każde swoje marzenie.

*Eliza Łopacińska Historyczka, pracuje w Urzędzie Marszałkowskim w Toruniu, żona Wojtka, mama Łucji (10 lat) i Wojtka juniora (12 lat). Uwielbia podróże, bieganie i czytanie. Już 15 czerwca wyrusza w roczną rodzinną podróż dookoła świata. Pierwszy etap - Madryt - Gwatemala Belize - Meksyk. miasta kobiet

czerwiec 2014

35


dziecięca perspektywa Dzień Dziecka będzie wyjątkowo radosny i kolorowy. W tym nastroju pozostaniemy przez cały miesiąc! Lucyna Tataruch

Poznaj Calineczkę

Z lalkami

Z kosmosu

TORUŃ, TEATR BAJ POMORSKI, 1 CZERWCA, GODZ. 12, CENA: 20 ZŁ

BYDGOSZCZ, MCK, CZERWIEC, GODZ. 10/14, CENA: 13/16 ZŁ

TORUŃ, CENTRUM NAUKI KOPERNIKA, 1 CZERWCA, GODZ. 10 CENA: 11-64 ZŁ

Niesamowity Dzień Dziecka spędzimy rodzinnie w Toruniu. Zapraszamy na spektakl „Historia Calineczki” oraz na wyjątkowy piknik rodzinny w teatralnym ogrodzie. Tam czekają na wszystkich liczne warsztaty, cukiernicze eksperymenty Adama Sowy, a także nawiązujący do przygód Calineczki „Ogród doświadczalny” toruńskiego Młyna Wiedzy. Podczas gdy dzieci będą się bawić, rodzice zrelaksują się w specjalnej strefie, gdzie wypoczną w bajecznym klimacie.

Zapraszamy na niezwykłe spektakle Bydgoskiego Teatru Lalek „Buratino”. W repertuarze odnajdziemy najbardziej popularne i ponadczasowe bajki i baśnie. W czerwcu obejrzeć możemy „Koziołka Matołka”, „Brzydkie kaczątko”, „Śpiącą królewnę”, „Czerwonego Kapturka” i przedstawienie „Ach, ta Mysia”. Wszystkie historie zaprezentowane zostaną w konwencji lalkowego teatru z aktorami. Dodatkowo teatr prowadzi lekcje i warsztaty dla najmłodszych. Zachęcamy do udziału!

Rodzicom i dzieciom w wieku 3-7 lat proponujemy miły poranek w toruńskim Centrum Nauki Kopernika. W Dzień Dziecka o godzinie 10 odbędzie się pokaz na żywo „Zając Franek i gwiezdna przygoda”. W programie zaplanowano także film „Niezwykła przygoda Trelka”, sympatycznego ptaszka, który pokaże najmłodszym Ziemię z kosmicznej perspektywy. Razem z Trelkiem dzieci zobaczą dżunglę i głębię oceanu, poznają tajemnicze stworzenia i usłyszą górskie echo. Polecamy!

LiterObrazki To jedyny taki festiwal w Polsce, na którym co roku możemy poznać niezwykły świat ilustrowany w książkach dla dzieci. W trakcie wydarzenia odbywa się wiele warsztatów, spotkań z ilustratorami i autorami, wspólne czytanie książek, koncerty i wiele innych atrakcji dla dzieci. Ten czas z pewnością spędzimy w bajkowym, kolorowym klimacie. Ostatniego dnia festiwalu na dziedzińcu Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej im. dr. Bełzy wystąpi tajemniczy zespół - Jerz Igor. R

E

K

Dawno temu

Bajkowe ulice

TORUŃ, MUZEUM OKRĘGOWE, 1 CZERWCA, GODZ. 11/13, CENA: 4 ZŁ

BYDGOSZCZ, WYSPA MŁYŃSKA, 1 CZERWCA, GODZ. 12, WSTĘP WOLNY

Z okazji Dnia Dziecka w dawne czasy przeniosą nas imprezy, organizowane przez Muzeum Okręgowe w Toruniu. Dla najmłodszych od godz. 11 przewidziano gry w Domu Eskenów, wzorowane na zabawach, znanych z obrazów dawnych mistrzów, sprzed kilkuset lat. Dodatkowo liczne atrakcje przewidziano o godz. 13 w kamienicy Pod Gwiazdą. Dzieci będą mogły poznać uzbrojenie samuraja, zaprojektować kimono lub stworzyć oryginalne japońskie nakrycie głowy.

Przed nami druga edycja „Bajkowej Bydgoszczy”. Ponownie weźmiemy udział w barwnej paradzie ulicami miasta. Królewna Śnieżka, Pszczółka Maja i Bob Budowniczy byli z nami rok temu. Kto tym razem odwiedzi nasze miasto? Od godz. 12 zabawa będzie trwać w czterech strefach na Wyspie Młyńskiej. Imprezie towarzyszyć będą zabawy i konkursy z nagrodami. Nie zabraknie występów gwiazd i jeszcze większej ilości niespodzianek. Zapraszamy!

L

A

466514TRTHA

BYDGOSZCZ, BIBLIOTEKA PUBLICZNA, 9-15 CZERWCA, GODZ. 10, WSTĘP WOLNY

M

A

455614BDBHA


844814BDBHA

850914BDBHA


męskim okiem

Nie można

żyć

bez miłości...

We wtorki, piątki i niedziele kontrola lęku przed samotnością zwana wizytą u kosmetyczki, albo komedie romantyczne, do oglądania których na pewno się nie przyzna. Janusz Milanowski*

R

E

Paulina zmaga się z bólem sumienia, że swoją miłością zabiła matkę, choć sprawcą był rak trzustki. Jednocześnie musi „potykać się o Boga” i o rzeczy, których nigdy razem nie zrobią, jak choćby przytulany taniec w miejscu publicznym. Nie wiemy, jaką cenę płaci Jurek. Wiemy tylko, że nie odrzuca Pauliny, że jakoś o nią dba i to wszystko. Nie rozumiem, dlaczego nie rzuci Kościoła, ale wyobraźnia podsuwa mi takie zakończenie tej historii… Jurek przychodzi na dożynkową zabawę, gdzie jest Paulina. Ściąga koloratkę, rzuca ją za siebie i na środku parkietu przytula Paulinę i tańczą jak mąż i żona, których już nic nie rozłączy… „No se puede vivir sin amar” - jak napisał Malcolm Lowry w „Pod wulkanem”. Tłumaczy się to wprost: nie można żyć bez miłości.

się motyw seksu jako nigdy niespełnionej potrzeby bliskości, ale pod woalką „mam swoje potrzeby”. Gdy czytam przejmującą (sic!) historię zakazanego związku księdza Jurka i Pauliny, przypomina mi się to, co gdzieś napisał Marek Hłasko, że „sensem życia mężczyzny jest silne uczucie do kobiety”. Scena w pociągu z tekstu Jacka mówi wszystko o tragicznej samotności Pauliny; kobiety, która pierwszy raz z najważniejszym mężczyzną spotkała się bez słów - tylko „wzrokiem i dotykiem”. Paulina wsiadła z ich córką do przedziału, w którym Jurek siedział w towarzystwie matron z rady parafialnej. Skinęła mu dyskretnie głową, a on… zasłonił twarz gazetą. Kochająca księdza kobieta i matka jego dziecka żyje w podinowrocławskiej parafii jak w Gręboszowie pod Tarnowem - wsi z „Klątwy” Wyspiańskiego. Bohaterka tego dramatu, Młoda, miała dwójkę dzieci z księdzem. Żyła w przeświadczeniu, że jej/ ich grzech sprowadził na wieś plagę suszy.

Co łączy kobiety z tekstów Jacka Kowalskiego („Żony księży”, str. 16-17) i Pauliny Błaszkiewicz („Bez zobowiązań proszę”, str. 24-25)? Odcienie samotności. Z tekstu Pauliny dowiedziałem się o takim wynalazku nauk społecznych, jak „miłość współbieżna”, czyli taka korzystająca tylko z nakładki seksu. Kontrolowany hedonizm, po tym, jak „byłam dziewczyną do łóżka”, albo po rozwodzie spowodowanym zdradą, czy po nieudanych dwóch związkach. Przypadek poznania i trochę alkoholu. „Nie obchodzi mnie kim jest mój kochanek. A może ma nawet żonę? I co z tego. W poniedziałki i czwartki jest mój. (…) Nikt ze znajomych nie wie, że z kimś jestem. Bo tak naprawdę nie jestem. Rodzina patrzy na mnie jak na zrozpaczoną kobietę” - wyznaje 28-letnia Aneta. A co we wtorki, piątki, soboty i niedziele? Kontrola lęku przed samotnością zwana wizytą u kosmetyczki, albo komedie romantyczne, do oglądania których na pewno się nie przyzna. Między wersami wyznań Anety, Malwiny i Oli przewija K

L

*Janusz Milanowski Dziennikarz, publicysta, fotograf. Miłośnik długodystansowego pływania i jazzu.

A

M

A

491414TRTHA


833314BDBHA 847014BDBHA

LOKALE NA WYNAJEM - BYDGOSZCZ - BARTODZIEJE, ul. Marii Curie-Skłodowskiej 33 Otwarcie: 2014/2015 Powierzchnia najmu: 4400 mkw Miejsca parkingowe: 153

Kontakt: Joanna Kumkowska • tel. 518 015 219 • joanna.kumkowska@polomarket.pl

624814BDBHA

APTEKA • PRASA • ODZIEŻ • BEAUTY • MEDICAL • FITNESS • BIURA • RTV/AGD


479214TRTHA

Miasta Kobiet czerwiec 2014  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you