Issuu on Google+

Numer 142 grudzień 2013 ISSN 1506-1714 UW

www.magiel.waw.pl

Niezależny Miesięcznik Studentów

Poza gestem Nieznana historia znanego sportowca

SGH

Misja: Start-Up Jak stworzyć własną maszynkę do zarabiania pieniędzy?

Radio YouTube Użytkownicy portalu, na których warto mieć oko


spis treści / Karol Lewańko czeka na prawe teksty

18

29

42

54

Narkotykowa metropolia

Przyszłość zapisana w książkach

Pochowaj się artystycznie

Hotel Akropolis

a Uczelnia

d Muzyka

j Warszawa

p Czarno na Białym

06 08 09 09 10

N a p i ę c i a i n t e l e k t ua l n e Pora na wolontariat E g z a m i n z j ę z y k a? D o t r z e c h r a z y sztuka Konkurs na 200-lecie Z a s t r z y k g o t ó w k i d l a E r a s m us a

b Organizacje 12

K a l e n d a r z w yd a r z e ń

29 30 31

M isja : St a r t- U p

Narkotykowa metropolia St r a t e g i a z a 55 0 m i l i o n ó w J e s t e m p r z yg o t o w a n y n a b l a c k o u t P r z e s z ł o n o we p o k o l e n i e Kolekcjoner Ruin 2 Pod prąd g łównego nurtu

Stowarzyszenie Akademickie Magpress

Prezes Zarządu:

Dominika Basaj dominika.basaj@magiel.waw.pl Adres Redakcji i Wydawcy:

al. Niepodległości 162, pok.64 02-554 Warszawa tel. (022) 564 97 57

42

Przyszł ość zapisana w książkach A m e r y k a ń s k i s e n p o P o ls k u R e c e n z j e / n o w o ś c i w yd a w n i c z e

P o c h o w a j s i ę a r t y s t yc z n i e

k Po godzinach 45

46

Mobilny kącik / skrót multimedialny Charakter postury

o Sport

Recenzje Z a k o c h a ć s i ę o d d r ug i e g o we jrzenia

48 51 51

35 36 38

57

Po godzinach: Szymon Czerwonka Czarno na Białym: Adela Kuczyńska W Subiektywie: Bohdan Ilasz Do Góry Nogami: Redaktor Nieodpowiedzialny Korekta: Kamil Mucha Dział foto: Ewa Przedpełska Dyrektor Artystyczny: Ewa Widenka Dział Księgowy: Katarzyna Kopycka Dział Promocji i Reklamy: Dominika Basaj Dział WWW: Aleksander Reszka

Współpraca: Robert Bańburski, Agnieszka Bartosiak, Marcin Bator, Tomasz Bielak, Mariusz Dudek, Małgorzata Gawlik, Anna Grochala, Jerzy Gut-Mostowy, Maciej Jabłoński, Piotr Kawczyński, Anastazja Kiryna, Jakub Kopryk, Bartosz Kosiński, Wojciech Kuczek, Weronika Łopieńska, Magda Malec, Emil Marinkow, Kasia Matuszek, Piotr Filip Micuła, Oskar Miller, Zuzanna Napiórkowska, Konrad Obidoski,

R e n a t a N o w a k o w s k a -S iu t a / Bartosz Lewandowski

q Felieton 58 59

St u d e n t i je g o s a m o c h ó d Patriotyzm i niebezpieczeństwo b e z w s t yd u

M a g i a Św i ą t

u Rozrywka 61

Rozrywka: Kamil Osiecki

Hotel Akropolis

r Kto jest Kim?

60

Wielki teatr na małej scenie Recenzje / repertuar Sztuka na szklanym ekranie

Karolina Pierzchała Z-ca Redaktor Naczelnej: Magdalena Gansel, Aleksandra Wilczak Redaktor Prowadzący: Robert Szklarz Organizacje: Mikołaj Tchorzewski Uczelnia: Magdalena Gansel Polityka i Gospodarka: Bartosz Lada Człowiek z pasją: Wojciech Adamczyk Felieton: Karol Kopańko Film: Bartek Bartosik Muzyka: Adrian Szorc Teatr: Dominika Makarewicz Książka: Milena Buszkiewicz Warszawa: Kasia Sitek Sport: Ewa Stempniowska 3po3: Elżbieta Nycz Kto jest Kim: Agnieszka Porzycka

54

t Trzy po Trzy

Poza gestem Uwaga leci! Panda narty

h Teatr

Redaktor Naczelna:

Wydawca:

Gastronomiczny biznes od kuchni

i Człowiek z Pasją

f Książka

32 34

c Polityka i Gospodarka 18 19 20 22 23 24

40

B u r z a n a d c h m u r ą? R a d i o Yo uTub e Recenzje

e Film

8 Temat Numeru 14

26 27 28

Rozrywka

v Do góry nogami 62

Do góry nogami

Bartosz Olesiński, Katarzyna Ozga, Grzegorz Piasecki, Arleta Piłat, Piotr Piłat, Paula Pogorzelska, Adam Przedpełski, Aleksander Pudłowski, Paweł Romański, Paweł Ropiak, Janusz Roszkiewicz, Wojciech Sabat, Agata Serocka, Monika Sikorra, Maciej Simm, Aleksander Stelmaszczyk, Mieto Strzelecki, Maria Toczyńska, Jakub Warnieło, Michał Wrona, Rafał Wyszyński, Michał Zajdel, Piotr Zawiślak, Paulina Żelazowska, Andrzej Żurawski, Sebastian Żwan

Świeże pióra: Judyta Banaszyńska, Sylwia Barć, Paulina Błaziak, Joanna Brzozowska, Weronika Buczkowska, Marcin Czyrdobon, Magda Drezno, Paweł Drubkowski, Ania Elsner, Jakub Gołdas, Hubert Guzera, Adam Hugues, Anna Kalinowska, Maria Kądzielska, Marta Kąpielska, Arkadiusz Kowalik, Natalia Księżarek, Paulina Krogulska, Marta Lis, Maria Magierska, Alex Makowski, Marcin Malec, Kamila Mąsior, Gabi Megiel, Agnieszka Michałek, Michał Moskwa, Jakub Orszulak, Ada Piórkowska, Jakub Pomykalski, Monika Prokop, Anna Puchta, Kinga Skarżyńska, Paweł Trzaskowski, Tomasz Tybuś, Jakub Wanat, Jędrzej Wołochowski, Jana Woronowska, Jan Jakub Zygmuntowski, Patryk Żak, Aleksandra Żelazowska Redakcja zastrzega sobie prawo do

przeredagowania i skracania niezamówionych tekstów. Tekst niezamówiony może nie zostać opublikowany na łamach NMS MAGIEL. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść zamieszczonych reklam.

Artykuły, ogłoszenia i inne materiały do wydania styczniowo-lutowego prosimy przesyłać e-mailem lub dostarczyć do siedziby Redakcji do 8 grudnia Druk pokrywają w całości sponsorzy i reklamdawcy. Nakład: 7000 egzemplarzy Okładka: Marta Lis Makieta pisma: Maciej Simm, Olga Świątecka współpraca: Maciej Szczygielski

Kontakt do członków redakcji w formacie: imie.nazwisko@magiel.waw.pl Jesteś zainteresowany współpracą? Napisz na: rekrutacja@magiel.waw.pl

grudzień 2013


/ wstępniak Teczka jest na stole. A nie, to się tak tylko świeci.

Biznes pożądany K A R O L I N A P I E R ZC H A Ł A REDAK TOR NACZELNA

arzeniem połowy moich znajomych jest otworzenie własnej kawiarni. Często ma być połączona z prywatnym wydawnictwem i księgarnią czy galerią sztuki. Dlaczego posiadanie własnego miejsca spotkań stało się tak niezwykle popularne wśród młodych ludzi? Czy idąc za Tadeuszem Kantorem wszyscy chcemy inicjować rewolucję? Odpowiedź jest chyba jednak trochę prostsza. Kawiarnia jest prywatnym biznesem, który z pozoru wydaje się być mało wymagającym przedsięwzięciem, a do tego kojarzy się z przyjemną atmosferą i smakiem dobrej kawy. Kto nie chciałby zarabiać w taki sposób? Oczywiście w rzeczywistości nie jest to łatwy kawałek chleba, a patrząc na ciągłą fluktuację lokali w Warszawie można stwierdzić, że nawet bardzo ryzykowny. Ale z drugiej strony, dlaczego nie podjąć wyzwania? Z badań Polskiej Agencji Przedsiębiorczości wynika, że zaledwie ok. 3 proc. absolwentów szkół wyższych decyduje się na założenie własnej firmy zaraz po studiach. Wolimy pracować dla innych, zdobywać doświadczenie i dopiero potem stanąć na własnych nogach. To brzmi bardzo sensownie, tylko czy potem nie okaże się, że zdążyliśmy już wpaść w rutynę i nie chcemy lub boimy się zmian? Czy stabilna posada nie będzie bardziej kusząca niż ryzykowne, nowe przedsięwzięcie?

M

Kawiarnia wydaje się być mało wymagającym przedsięwzięciem, a do tego kojarzy się z przyjemną atmosferą i smakiem dobrej kawy. Kto nie chciałby zarabiać

rys. Mateusz Rażniewski

w taki sposób?

O tym jak to się dzieje, że nasze marzenia często przegrywają z przedsiębiorczością oraz czy faktycznie założenie start-upa jest aż tak problematyczne, przeczytacie w Temacie Numeru. Welcome to Miami, niegdyś popularnego Willa Smitha, kojarzy nam się z dobrą imprezą na słonecznej plaży, odpoczynkiem i wiecznymi wakacjami. W skrócie – wszyscy chcielibyśmy tam zamieszkać. Jednak nie każdy zdaje sobie sprawę z ciemnych kart historii tego miasta. Opowieść godną wciągającego filmu sensacyjnego znajdziecie w artykule Narkotykowa metropolia (str. 18). Chyba każdy z nas wie, co oznacza gest Kozakiewicza. Część osób, zwłaszcza tych ze starszych pokoleń, odczuwa rodzaj pewnej dumy na myśl o całym wydarzeniu, bo w końcu pokazaliśmy tym Ruskom! Jednak dopiero teraz, po tylu latach, symbol buntu przeciwko ZSRR postanowił opowiedzieć o sobie, swoim trudnym dzieciństwie i smutnych konsekwencjach życia w komunistycznej Polsce. Aby poznać przejmującą historię ikony polskiego sportu odsyłam na stronę 48. Na koniec, w związku ze zbliżającym się końcem grudnia, chciałabym w imieniu całej redakcji NMS MAGIEL życzyć wszystkim czytelnikom pogody ducha w nowym roku. 0

04-05


Aktualności Podczas X edycji Targów Wydawnictw Ekonomicznych studenci i wykładowcy SGH po raz kolejny mieli możliwość nabycia książek o tematyce ekonomicznej. Każdy mógł znaleźć coś interesującego – począwszy od podręczników, na poradnikach asertywności kończąc. Wszystkim biorącym udział w TWE dziękujemy i zapraszamy już za rok!

grudzień 2013

fot. Tomasz Bielak fot. Katarzyna Matuszek

aktualności /


/ napięcia intelektualne one more to go

Napięcia intelektualne Nietypowa instalacja, która na początku listopada zawisła w holu głównym Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, jest efektem współpracy Fundacji „Nowa Przestrzeń Sztuki”, rzeźbiarki Ludwiki Ogorzelec i dyrekcji biblioteki. W BUW-ie będzie ją można podziwiać do 15 stycznia. O p r a c owa n i e :

M ag da l e n a G a n s e l

Z dj ę c i a :

M a r i a To c z y ń s k a

zeźba-instalacja nosi znamienną dla atmosfery biblioteki nazwę „Napięcia intelektualne”. Praca autorstwa polskiej rzeźbiarki Ludwiki Ogorzelec należy do jej autorskiego cyklu „Krystalizacja przestrzeni i reprezentuje gatunek site-specific. To z kolei oznacza, że została za-

R

06-07

projektowana świadomie z myślą o umieszczeniu jej właśnie w gmachu BUW-u. Realizacja tego projektu zyskała patronaty medialne i uznanie ze strony prestiżowych magazynów polskich oraz zagranicznych (m.in. „Sculpture”, „Artension”) poświęconych zagadnieniom rzeźby, sztuki i kultury.

Adresatami projektu mają być sami czytelnicy biblioteki. Obecność nowego elementu w znanej już wcześniej przestrzeni będzie stanowić dla przychodzących tam osób element zaskoczenia, który z kolei przełoży się na wzmocniony wysiłek intelektualny, spowodowany kreatywną zmianą wystroju wnę-


napięcia intelektualne /

dzie je się / grudzień 4 grudnia

USOSWeb – Rejestracja żetonowa I tura rejestracji na zajęcia ogólnouniwersyteckie w semestrze letnim

4 grudnia

BUW, Kampus Centralny Konferencja naukowa: Peryferyjność krajów i regionów: wymiary zależności i autonomii

4 – 5 grudnia

Sala Kolumnowa, Instytut Historyczny, Kampus Centralny, 9:00 – 17:00 Kiermasz: „Tanie Czytanie” na Uniwersytecie Warszawskim

5 grudnia

Ośrodek Studiów Amerykańskich, Al. Niepodległości 22 Seminarium: American Studies Colloqium Series – The Novel about History: Past, Memory, and Experience

5 grudnia

Pałac Tyszkiewiczów-Potockich, Krakowskie Przedmieście 32, 10:00 – 16:30 Konferencja naukowa: Psychologia a Socjologia: Odmienności, spory, wzajemne inspiracje

6 – 8 grudnia trza. Bezpośrednie oddziaływanie rzeźby na swoich odbiorców może być w pewnym sensie rozumiane jako uczynienie z nich elementu całego projektu. Pracę umysłu mają również stymulować koncepcja i wygląd instalacji. Naprężona pajęczyna przecinających się nawzajem linii celofanu i zgromadzona w niej energia mają w sposób pozytywny pobudzać psychikę oraz rozwój ludzkiej osobowiści. Czy tak faktycznie się stanie, przekonamy się już niedługo podczas nieubłaganie zbliżającej się sesji zimowej. 0

Spała Kongres: X Kongres Kół. Naukowych i Artystycznych. Uniwersytetu Warszawskiego

Ludwika Ogorzelec Polska rzeźbiarka, absolwentka ASP we Wrocławiu oraz paryskiego L’Ecole Nationale Superieure Des Beaux Arts. Od 1990 roku realizuje autorski cykl „Krystalizacja przestrzeni”. W skład jej dorobku artystycznego wchodzą prace pokazane na ponad stu wystawach, w m.in. Paryżu, Nowym Jorku, Pekinie, Barcelonie, Toronto, a także Warszawie, Wrocławiu i Poznaniu. Od 1985 roku mieszka na stałe w Paryżu. Strona internetowa artystki: www.ludwika.ogorzelec.free.fr

6 – 8 grudnia

Zespół Rezydencjalny „Parkowa”, ul. Belwederska 46/50 Konferencja naukowa: University today. Challenges for tertiary education

9 – 10 grudnia BUW, ul. Dobra 56/66 Konferencja naukowa: II Warszawska Konferencja z Geografii Politycznej

12 grudnia Wydział Nauk Ekonomicznych UW, ul. Długa 44/50, 18:30 Debata: Debata Jubileuszowa UW

14 grudnia ul. Lipowa 4 Konferencja: I Ogólnopolska Konferencja Gazet Akademickich i Studenckich

grudzień 2013


/ uniwersyteckie centrum wolontariatu

Pora na wolontariat

tudenci często się zastanawiają, jak i gdzie znaleźć najbliższe miejsce lub organizację, do której można przynależeć. Poszukiwania nie przynoszą czasami zadowalających rezultatów. Potem pojawia się poczucie rezygnacji i przekonania, że i tak nie znajdzie się czasu na działalność studencką. Początkowy entuzjazm szybko zastępuje myślenie o życiu na uczelni wyłącznie w kategoriach niekończącej się nauki. A było już tak blisko! Cóż, może następnym razem.

S

Uniwersyteckie Centrum Wolontariatu Na szczęście mamy dla Was świetną wiadomość. W listopadzie swoją działalność rozpoczęło Uniwersyteckie Centrum Wolontariatu Uniwersytetu Warszawskiego (UCWUW), które ma na celu promowanie i organizowanie wolontariatu wśród społeczności akademickiej. Jego siedziba znajduje się w budynku Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego przy ul. Dobrej 56/66. Dzięki uprzejmości Zespołu Centrum Wolontariatu MAGLOWI udało się zdobyć kilka cennych informacji na temat jego działalności. Centrum Wolontariatu jest projektem Otwartego Uniwersytetu Warszawskiego, który jest skierowany do całej społeczności uniwersyteckiej: studentów, doktorantów, a także wszystkich pracowników i emerytów Uniwersytetu Warszawskiego. Rolą UCWUW jest pośrednictwo między wymienionymi wyżej członkami a organizacjami, które zechcą przyjąć wolontariuszy. Oczywiście, wszystkie organizacje i instytucje są odpowiednio weryfikowane, więc wolontariusze nie muszą się obawiać, że „zaginą w akcji”.

08-09

in Doole

S y lw i a B a rć

Angażowanie się jest super Interesującym aspektem działalności UCWUW jest możliwość uzyskania pomocy przy realizacji własnych pomysłów na projekty wolontariackie. Jeżeli ktoś ma ciekawy koncept, tylko nie wie, jak się do niego zabrać, może przyjść na Dobrą i o nim opowiedzieć, a pracownicy UCWUW na pewno postarają się pomóc. To może być pierwszy krok do zapoczątkowania niepowtarzalnej inicjatywy, a właśnie w ten sposób wolontariusze przyczyniają się do budowy społeczeństwa obywatelskiego. Centrum Wolontariatu jest bowiem miejscem, gdzie można poznać ciekawych i pasjonujących ludzi, porozmawiać o pomysłach, czy wymienić się doświadczeniami. Dzięki zaangażowaniu w wolontariat można więc samemu wiele zyskać, ale przede wszystkim trzeba zdać sobie sprawę, jak wiele zyskują na tym inni ludzie.

Dynamiczny start Pierwszą i niezapomnianą akcją, która została zorganizowana przez UCW w dniach 16 i 17 listopada 2013 roku, był wolontariat podczas Global Landscapes Forum. Siedemnastu wolontariuszy, a wśród nich studenci i absolwenci UW, pomogali zorganizować największe wydarzenie towarzyszące międzynarodowej konferencji klimatycznej COP 19. Poza chwilami skupienia i powagi wolontariusze świetnie się bawili, poznając przy tym ludzi z całego świata oraz biorąc udział w panelach dyskusyjnych. Mieli też niepowtarzalną możliwość, aby spróbować dań kuchni azjatyckiej – kto by się zresztą nie skusił? Najbliższa akcja UCWUW, do której warto się włączyć, to Marzycielska Poczta, którą Cen-

fot. Kev

T e kst:

y, CC BY

2.0

Czy jesteś zainteresowany pomaganiem innym? A może masz ciekawy pomysł na projekt, albo trochę wolnego czasu, którego nie potrafisz odpowiednio spożytkować? Jeżeli tak, to może warto rozważyć zostanie wolontariuszem. To zajęcie, które może sprawić niesamowitą satysfakcję i przynieść korzyści nie tylko ludziom, którym się pomaga, ale też samemu sobie.

trum Wolontariatu organizuje z okazji Międzynarodowego Dnia Wolontariusza 5 grudnia. Czym jest Marzycielska Poczta? To inicjatywa, która narodziła się pod koniec 2009 roku. Jest to akcja ogólnopolska, podczas której wysyłane są tradycyjne kartki i listy do chorych dzieci, które większość swojego życia spędzają w szpitalach. Warto zaangażować się w to wydarzenie. Jest to okazja, żeby wrócić na chwilę do starych dobrych czasów, kiedy zamiast maili pisało się prawdziwe papierowe listy i wykazać się przy tym nieco większą kreatywnością. Nie kosztuje przy tym wiele wysiłku, a dla chorych dzieci jest sympatycznym prezentem i ogromnym źródłem radości. Do 29 listopada kartki będą napływać do siedziby Uniwersyteckiego Centrum Wolontariatu, natomiast 3. i 5. grudnia, także w jego siedzibie, zostaną wspólnie uzupełnione życzeniami świątecznymi. *** Jak łatwo wywnioskować, UCWUW, choć bardzo młode stażem, działa prężnie i na najwyższym poziomie. Jeżeli wciąż nie czujecie się przekonani lub wydaje się Wam, że nie starczy wam na to czasu, warto pamiętać, że im więcej ma się zajęć, tym lepsza organizacja czasu i satysfakcja z wykonywanej pracy. 0

Infomacje o działaniach i akcjach UCWUW są na biężąco publikowane na fanpage’u organizacji na Facebooku: www.facebook.com/UCWUW


skrótem przez uczelnię /

Egzamin z języka? Do trzech razy sztuka Od najbliższej sesji egzaminacyjnej wchodzi w życie zarządzenie Rektora Uniwersytetu Warszawskiego, które umożliwi studentom podejście do egzaminu z języka obcego więcej niż dwa razy. T e kst:

M ag da l e n a G a n s e l

szystkie osoby, które nie zaliczyły egzaminu językowego, a już wykorzystały oba przysługujące im na ten cel żetony, będą zobowiązane do zapisania się na 10-godzinny kurs on-line w ramach powtarzania zajęć z języka obcego z powodu niezadowalających wyników w nauce. Przepis ten obowiązuje od 1 października i został wprowadzony na mocy Zarządzenia nr 20 Rektora Uniwersytetu Warszawskiego z 28 marca 2013 r. (dotyczącego wysokości opłat za usługi edukacyjne roku akademickim 2013/2013). Koszt tego kursu wynosi 300 zł. Rejestracja jest otwarta od 25 listopada i potrwa do 16 stycznia 2014 r. w module rejestracji żetonowej systemu USOS. W dniach 22.12.2013 – 17.01.2014 kurs będzie dostęp-

W

ny na platformie internetowej COME (www. kampus.come.uw.pl). Po zaliczeniu kursu i uregulowaniu za niego płatności, student otrzyma dodatkowy żeton na egzamin certyfikacyjny. Zapisy na egzaminy z języka w najbliższej sesji zimowej trwają do 20 stycznia 2014 r. Zgodnie z obowiązującymi zasadami studiowania na Uniwersytecie Warszawskim, wszyscy studenci studiów I stopnia i jednolitych magisterskich są zobowiązani do posiadania certyfikatu ze znajomości języka obcego co najmniej na poziomie B2. Można to zrobić, podchodząc do wewnętrznego egzaminu certyfikacyjnego, który jest organizowany na uczelni trzy razy w roku (w sesji jesiennej, zimowej i letniej) lub przedstawić zewnętrzny certyfikat językowy akceptowany przez Szkołę Języków Obcych

UW. Jako poświadczenie znajomości języka angielskiego SzJO honoruje m.in. FCE, CAE, CPE oraz TOEFL. Studenci kierunków filologicznych, językoznawczych i kulturoznawczych muszą przystąpić do egzaminu z języka obcego na poziomie B2 innego niż język kierunkowy na swoich studiach. Warto przy tym pamiętać, że obowiązek certyfikacyjny nie wiążę się z koniecznością uczęszczania na lektoraty w ramach przyznanych studentowi żetonów. Nie istnieje również zapis wymagający podejścia do egzaminu z tego samego języka obcego, na zajęcia z którego się uczęszczało. Oferta lektoratów UW jest znacznie bogatsza niż lista dostępnych na UW egzaminów językowych na poziomie B2. 0

Konkurs na 200-lecie Do dwusetnych urodzin Uniwersytetu Warszawskiego zostały co prawda trzy lata, jednak przygotowania do okrągłego jubileuszu ruszyły już pełną parą. Rozpoczęto je nie byle jak, bo od… rozpisania konkursu. t e kst:

M ag da l e n a G a n s e l

roste, nowoczesne, funkcjonalne, oryginalne i przejrzyste – takie powinno być logo promujące 200. rocznicę założenia Uniwersytetu Warszawskiego. Konkurs na jego zaprojektowanie został właśnie ogłoszony i potrwa do 10 stycznia włącznie. Ma on charakter otwarty, co oznacza, że mogą do niego przystąpić również osoby niezwiązane bezpośrednio z UW. Celem konkursu jest opracowanie symbolu, który – oprócz promocji jubileuszu – będzie wzbudzał pozytywne skojarzenia z Uczelnią, przypominał o historii oraz sukcesach Uniwersytetu, jak i również prezentował jego nowe, bardziej uwspółcześnione oblicze. Do projektu logo może zostać do-

P

łączone hasło promocyjne (zaprezentowane w języku polskim i angielskim), które w prosty i łatwy do zapamiętania sposób będzie nawiązywać do grafiki i samego święta. Wskazane jest, żeby projekt zawierał w sobie nazwę Uniwersytetu Warszawskiego i w ten sposób kojarzył się jednoznacznie z Uczelnią. Konkurs ma charakter jednoetapowy, a oceny zgłoszonych projektów dokona Jury Konkursowe. Wyniki zostaną ogłoszone 22 stycznia. Na laureata czeka nagroda pieniężna – autor zwycięskiej pracy otrzyma 12 000 zł. W przypadku braku jednoznacznej wygranej, nagroda zostanie podzielona pomiędzy twórców najlepszego logo (8 000 zł) i hasła (4 000 zł). 0

Konkurs na logo UW Wszystkich zainteresowanych udziałem w konkursie serdecznie zachęcamy do zapoznania się z jego pełnym ogłoszeniem, szczegółowym regulaminem oraz niezbędnymi do załączenia do projektu formularzami, udostępnionymi pod adresem:

www.uw.edu.pl/strony/aktualnosci/logo_reg.pdf

grudzień 2013


/ Erasmus PLUS

Zastrzyk gotówki dla Erasmusa Wraz z początkiem 2014 roku wejdzie w życie odświeżona forma programu wymiany studentów Erasmus. W listopadzie Parlament Europejski przyjął proponowane zmiany w programie. Odmieniony Erasmus dostał nową nazwę (Erasmus+) i potężny budżet wynoszący blisko 15 mld euro. Projekt obejmie wszystkie sektory edukacji, scalając siedem działających do tej pory programów w jeden ogólny. T e kst:

M ag da l e n a G a n s e l

apowiedzi śmierci Erasmusa okazały się na tyle przesadzone, że w ostateczności zupełnie minęły się z prawdą. Budżet nowego „Supererasmusa” na lata 2014-2020 wyniesie o blisko 40 proc. więcej niż w przypadku działających obecnie programów, które od stycznia wejdą w jego skład. W ciągu najbliższych siedmiu lat pieniądze te zostaną przeznaczone na wsparcie mobilności młodzieży, studentów i pracowników edukacyjnych. Dzięki połączeniu kilku programów w jeden, procedura wnioskowania i składania aplikacji na poszczególne wyjazdy zagraniczne zostanie ujednolicona. Erasmus+ będzie bardziej przejrzysty i usystematyzowany niż jego poprzednik. System został podzielony na trzy kluczowe programy: dedykowane młodzieży, edukacyjne i szkoleniowe oraz sportowe. Otrzymają one kolejno 10 proc., 77,5 proc. i 1,8 proc. środków z piętnastomiliardowego budżetu Erasmusa (liczonego w euro).

Z

Więcej pieniędzy z Unii oznacza więcej możliwości kształcenia i rozwoju zawodowego oraz akademickiego, które mają zwiększyć atrakcyjność młodych ludzi na rynku pracy. Szacuje się, że z zorganizowanych w ramach Erasmusa zagranicznych studiów, szkoleń i wolontariatu skorzysta ok. 5 mln

osób, w tym 3 mln studentów europejskich uczelni. Część budżetu Erasmus+ (3,5 proc.) zostanie również przeznaczona na system preferencyjnych pożyczek dla studentów i absolwentów. Ze środków unijnych będą mogły zostać sfinansowane uzupełniające studia magisterskie za granicą. Wielkość takich pożyczek będzie się wahać od 12 do 18 tys. euro, odpowiednio za rok i dwa lata studiów. Dzięki nowemu programowi uczelnie będą mogły również zawierać porozumienia pomiędzy ok. 115 tysiącami instytucji i organizacji pozaakademickich, zajmujących się kształceniem i szkoleniem młodzieży oraz studentów w ramach tzw. „przymierzy wiedzy” i „przymierzy specjalistycznych”. Nawiązanie partnerstwa ma zwiększyć szanse na zatrudnienie młodych ludzi poprzez realizację dostosowanych do rynku pracy kursów i szkoleń. Współpraca uczelni i firm będzie również stymulować promocję oraz wzrost innowacyjności i przedsiębiorczości wśród Europejczyków. 0

Daj nam cynk! Zmiany w szkolnictwie wyższym? Ważne wydarzenie na uczelni? Ciekawa konferencja na Twoim wydziale? Pomóż nam być na bieżąco z tym, co dzieje się na UW!

uw@magiel.waw.pl


/kalendarz wydarzeń

Kalendarz wydarzeń grudzień 2013 11-12 Dzień Dawcy Szpiku na SGH DKMS “Dla Ciebie to 5 minut, dla kogoś to całe życie” 12

Animal Day NZS

13

Kino na Auli SGH SS SGH

17-18 Karierrezeit SGH

18

SKN Gospodarek Państw Niemieckojęzycznych

Świąteczny Koncerty SGH NMS MAGIEL

19

Koncert Chóru SGH Chór SGH

styczeń 2014 9

Youth to Business Forum AIESEC

Youth to Business Forum

Koncert Świąteczny SGH Chociaż wszystkie centra handlowe już od początku listopada próbują rozpalić w nas świąteczny nastrój, wywołują jedynie rozżalenie i tęsknotę za prawdziwą magią świąt. Dzięki VII edycji Świątecznego Koncertu SGH, bożonarodzeniowa atmosfera zostanie rozbudzona wieczorem 18 grudnia w klubie Palladium. Środki zebrane w tym roku zostaną przeznaczone na rehabilitację Animal Day podopiecznych Fundacji Słoneczko oraz Pierwsza taka inicjatywa na SGH! Grupa Fundacji Ewy Chodakowskiej. studentów z Niezależnego Zrzeszenia Studentów Szkoły Głównej Handlowej postanowiła stworzyć Zapraszamy wszystkich serdecznie zupełnie nową akcję charytatywną. Ten projekt ma na naszą stronę: swiatecznie.org na celu zebranie karmy, niezbędnych artykułów i fanpage’a, gdzie regularnie będą oraz funduszy na rzecz schroniska w Celestynowie. się pojawiać aktualności, a na kilka Finał akcji odbędzie się 12 grudnia na Auli dni przed Koncertem także na Aulę Spadochronowej. Na tę okazję przygotowaliśmy Spadochronową, gdzie w ramach wiele atrakcji i konkursów z nagrodami. Dodatkowo Tygodnia Świątecznego będziemy – od 9 grudnia do dnia finału na naszym standzie poprzez konkursy i atrakcje – zachęcać będzie trwała zbiórka karmy i innych artykułów wszystkich osobiście do przyjścia na potrzebnych schronisku. Każda zebrana rzecz Koncert. Nie może Cię tam zabraknąć! pomoże zwierzętom w przetrwaniu zimy. Zachęcamy do odwiedzenia naszej strony internetowej www.animalday.nzssgh.pl. Można nas też znaleźć na Facebooku: www.facebook.com/AnimalDaySGH

Inspiracja. Zaangażowanie. Działanie! Już 9 stycznia 2014 roku Centrum Nauki Kopernik zamieni się w platformę dialogu pomiędzy młodzieżą z ogromnym potencjałem, a specjalistami ze świata biznesu. Czas na Youth to Business Forum! Y2BF to prestiżowy projekt organizacji AIESEC, który od lat odnosi sukcesy na całym świecie. Jest połączeniem konferencji, dyskusji panelowych, specjalistycznych szkoleń i spotkań networkingowych. Uczestnicy Forum wspólnie zdefiniują działania, które pomogąimodważniewkroczyćwświatbiznesu.Sprawdząjakiekompetencjedecydują o sukcesie zawodowym i czy szkoły wyższe uczą jak być przedsiębiorczym. Y2BF to okazja by czerpać z wiedzy i doświadczenia ekspertów. Więcej na www.y2bpoland.pl

Karierrezeit SGH W połowie grudnia odbędzie się pierwszy projekt nowopowstałego SKNu Gospodarek Krajów Niemieckojęzycznych „Wirtschaft”. Większość członków to byli i obecni uczestnicy programu prowadzonego przez Polsko-Niemieckie Forum Akademickie. Pierwszy projekt SKN-u, Karrierezeit SGH, ma na celu przybliżenie szans rozwoju oferowanych przez kraje niemieckojęzyczne – Austrię, Niemcy i Szwajcarię. Przedstawione zostaną czekające na studentów możliwości zarówno zawodowe, jak i edukacyjne. Część wydarzenia skierowana jest także do tych osób, które nie władają językiem niemieckim. Hasło projektu Karrierezeit SGH brzmi: „Sei bereit zur Karrierezeit” (bądź gotów na czas kariery).

12-13

Koncert Chóru SGH Już 19 grudnia o godzinie 18:00 w Filharmonii Narodowej w Warszawie miłośnicy muzyki będą mieli okazję wysłuchać niezwykłego Koncertu Chóru Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Program koncertu będzie składać się zarówno z klasycznych utworów, jak i z tradycyjnych polskich kolęd w unikalnej aranżacji dyrygenta Chóru - Tomasza Hynka. To zdecydowanie najlepszy sposób, aby wprowadzić się w świąteczny nastrój. Koncert ten będzie pierwszym w historii na prestiżowej scenie najważniejszego z miejsc dla polskiej muzyki klasycznej – żaden miłośnik muzyki nie może go przegapić. Bilety na koncert są do nabycia w kasie Filharmonii Narodowej oraz na stronie internetowej www.filharmonia.pl


kalendarz wydarzeń /

Dzień Dawcy Szpiku Studenci SGH przyłączyli się do inicjatywy DKMS Polska, aby pomóc chorym na raka krwi. 11 i 12 grudnia 2013 r. zorganizują Dzień Dawcy Szpiku na swojej Alma Mater. W Polsce co godzinę kolejna osoba dowiaduje się, że ma białaczkę. Dla wielu jedyną szansą na nowe życie jest przeszczep komórek macierzystych od dawcy niespokrewnionego. Tych niestety jest ciągle zbyt mało. Rejestracja zajmuje chwilę, a w przyszłości dawca może uratować życie. Więcej informacji na stronie: www.dkms.pl Rejestracja potencjalnych dawców szpiku w SGH: 11.12 Aula Spadochronowa 12.12 Przy Dziekanacie Studium Licencjackiego Godziny: 11:00 - 18:00 Przyjdź i naszpikuj nadzieją!

Kino na Auli SGH Już 13 grudnia na Auli Spadochronowej odbędzie się kolejna edycja Kina na Auli organizowanego przez Samorząd Studentów Szkoły Głównej Handlowej. Tym razem koordynatorka Gabriela Potępa zaprasza Was na szaloną jednodniową podróż do Las Vegas, podczas której zaproponuje Wam trzy filmy związane z tym znanym amerykańkim miastem. Przenieście się razem z nami na jedną noc do miasta kasyn i neonów. Bilety do nabycia na standzie Samorządu od 10 do 13 grudnia. Pamiętajcie, jeden z filmów zostanie wybrany przez Was. Wszystkie dodatkowe informacje znajdziecie na fanpejdżu „Kino na Auli”. Do zobaczenia w Las Vegas!

Informacja dla organizacji Organizujesz interesującą konferencję? Koordynujesz nowy, ciekawy projekt? Możemy Ci pomóc dotrzeć do społeczności studenckiej SGH i UW. Zapytaj o Patronat Medialny Niezależnego Miesięcznika Studentów MAGIEL, pisząc na: patronaty@magiel.waw.pl Deadline na zgłoszenia: 10.12.2013


/ przedsiębiorczy student

Misja: Start-up

Marzy o niej każdy, realnie planuje niewielu. Własna firma pozwala spełnić marzenia, jednak założenie jej wymaga niemałej odwagi. Jak się jednak okazuje, nie jest to krok nierealny, a wykonać go może nawet student. Czym charakteryzuje się przedsiębiorca i jak zbudować własny Start-Up? T e k st:

M a r ta Z w i e r z

O P R AWA G R A F I C Z N A :

EWA WI D E N K A

uż w wieku ośmiu lat Radek – ku niezadowoleniu nauczycieli – zaczął wydawać komercyjną gazetę szkolną. Po dziś dzień wspomina ją jako swoje pierwsze udane przedsięwzięcie biznesowe. Obecnie student SGH

J

14-15

i absolwent SGGW, jest właścicielem dynamicznie rozwijającego się start-upu Excelling, zajmującego się przetwarzaniem i  analizą danych oraz szkoleniami indywidualnymi w  zakresie wykorzystania arkuszy kalkulacyjnych.

Dla Tomka droga do obecnej działalności wiodła przez scenę. Jeszcze na studiach postanowił wykorzystać swoją pasję do aktorstwa i otworzył teatr dla dzieci – działalność wydawałoby się nietypową jak na studenta SGH. Doświadczenia zdobyte


przedsiębiorczy student /

w  pracy nad własnymi projektami zadecydowały o  dalszej ścieżce rozwoju. Dziś tworzy Polską Akademię Biznesu, przedsiębiorstwo zajmujące się szkoleniami, coachingiem i consultingiem, a także planuje utworzenie fundacji, mającej wspierać merytorycznie i finansowo polskich przedsiębiorców. Historia Karola, Andrzeja, Stanisława i  Tomasza zaczęła się na studiach. W  swoim mieszkaniu na Bruna często dyskutowali o pomysłach na własny biznes, aż do dnia gdy jeden z nich natrafił na Grupona – dopiero co powstały amerykański portal zakupowy. Już wtedy zrozumieli wielki potencjał projektu i  postanowili stworzyć portal zakupów grupowych w  Polsce. W  przeciągu kilku miesięcy postawili na nogi polskiego City Deal’a  (poprzednika Grupona). Dziś są właścicielami czterech rozwijających się start-upów: lamoda. pl, travelist.pl, lunchtime.pl oraz Magic Wizards.

Marzenie studenta Słuchając historii młodych przedsiębiorców, którzy odnieśli sukces, trudno jest nie dać ponieść się marzeniom o  własnym przedsięwzięciu. W  końcu kto z nas nie chciałby porzucić pracy w korporacji na rzecz własnego biznesu? Badania Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP) wykazują, że co najmniej 50 proc. studentów rozważa ten krok w przyszłości. Jednak odsetek osób zaczynających coś własnego wcześnie – już w trakcie lub zaraz po studiach – jest bardzo niski i oscyluje w  granicach 2-3 proc. Co jest przyczyną tego zjawiska? Dlaczego nasze plany związane z posiadaniem własnego biznesu pozostają często jedynie w sferze marzeń? Jedną z przyczyn jest mentalność Polaków oraz brak wzorców do naśladowania w najbliższym otoczeniu. Ponad połowa młodych przedsiębiorców wskazuje, że pomysł na ten styl życia zaczerpnęło od rodziców, którzy również prowadzili własny biznes. Jest ich jednak relatywnie niewielu. Panujący w Polsce komunizm przez lata ograniczał wszelkie próby rozwoju własnej działalności oraz innowacyjności w społeczeństwie. Zmiany w sposobie myślenia naszych rodaków były na tyle trwałe, że do dziś próby przedsiębiorczości przejawiane przez młodych są skutecznie tłumione przez ich rodziców. Decyzja o porzuceniu stabilnej i dobrze płatnej pracy w  korporacji na rzecz rozwoju własnej działalności jest często żywo krytykowana przez rodzinę. Trudno się więc dziwić stosunkowo powolnemu wzrostowi liczby osób decydujących się na rozpoczęcie przygody z własnym biznesem. Istotnym problemem jest też polski system edukacji, skutecznie przeciwdziałający wszelkim próbom innowacyjności i wyróżnienia się. Powszechnie obowiązujący, staroświecki model, zmusza nas do bezmyślnej nauki definicji i zniechęca do pracy twórczej. W porównaniu z rówieśnikami z innych krajów wypadamy więc świetnie pod wzglę-

dem szczegółowej, encyklopedycznej wiedzy. Nie potrafimy sobie jednak poradzić z  rozwiązaniem złożonych problemów, wykorzystaniem zdobytych wiadomości w praktyce, czy tworzeniem rozwiązań kreatywnych i  niestandardowych. Szkoła zamiast umiejętności, przekazuje informacje – i to często przeterminowane. W efekcie absolwenci kierunków ekonomicznych nie potrafią zweryfikować rynku na swój produkt ani znaleźć partnera biznesowego. Mogą za to cytować z pamięci definicję oligopolu, albo ubiegłoroczne wpływy budżetowe z tytułu podatku dochodowego – mówi Wojtek, współtwórca portalu Zadanie.pl. Podobnie ma się sprawa z  polskimi uczelniami, promującymi pracę w  korporacji jako jedyny słuszny wybór. Niejednokrotnie w  czasie zajęć słyszymy profesora mówiącego: Kiedy już skończycie studia i pójdziecie do pracy… Znacznie rzadziej profesor skłonny jest dodać: …lub otworzycie własną działalność – mówi Michał Krajewski, twórca inicjatywy

Dziś brak wiedzy lub konkretnych umiejętności nie jest już problemem.

SGH Start-Up Coffee. Kariera przedsiębiorcy, zakładającego własną firmę zaraz po studiach (lub już w ich trakcie), nie jest przedstawiana jako alternatywa do pracy w korporacji. Dla szkół wyższych i większości wykładowców ta opcja praktycznie nie istnieje. Również wśród zajęć dostępnych dla studentów trudno jest doszukać się tych mających pomóc im w założeniu i rozwoju własnej działalności. 95 proc. oferty edukacyjnej to przedmioty skierowane do przyszłych pracowników dużych firm, a  nie osób prowadzących biznes w  początkowej fazie istnienia. Pozostaje zastanowić się, dlaczego wykładowcy pracujący na najlepszych uczelniach w  Polsce, którzy mają ambicje kształcić przyszłą czołówkę polskiej sceny gospodarczej, nie odczuwają potrzeby inspirowania studentów i  zachęcania ich do rozwoju w tym obszarze.

Przedsiębiorczość za granicą Na zagranicznych, w  szczególności amerykańskich, uczelniach od kilku lat obserwujemy coraz silniejszy nacisk na kształcenie przyszłych przedsiębiorców. Prym niewątpliwie wiodą tu prestiżowe uczelnie, takie jak Harvard, Stanford czy MIT. Z roku na rok poszerza się oferta zajęciowa mająca na celu przygotowywanie młodych we wszystkich aspektach związanych z  zakładaniem i  rozwijaniem własnej działalności. Wykłady takie jak: Founders’ Dilemmas, Evaluating the Entrepreneurial Opportunity, Entrepreneurial Finance, prowa-

dzone są nie tylko przez profesorów i specjalistów w  danej dziedzinie, ale przede wszystkim przez praktyków, czyli osoby mające doświadczenie w  budowaniu firmy. Uniwersytety starają się zachęcić studentów, aby spróbowali swoich sił i stworzyli coś własnego. Ma w  tym pomóc m.in. Harvard iLab, ośrodek zbudowany w  2011 roku, przeznaczony dla osób chcących pracować nad rozwojem własnego przedsięwzięcia. iLab to nie tylko przestrzeń co-workingowa, ale również punkt spotkań studentów, wykładowców i przedsiębiorców oraz miejsce organizacji wykładów, warsztatów i konferencji. Do innych ciekawych inicjatyw można zaliczyć chociażby Fundusz Eksperymentalny (zapewniający środki i  wsparcie merytoryczne dla wysoce innowacyjnych przedsięwzięć) czy organizacje takie jak Harvard College Venture Partners (skupiająca inwestorów venture capital zainteresowanych finansowaniem przyszłych przedsiębiorców) i  Harvard Law Entrepreneurship Project (udzielająca wsparcia prawnego nowym przedsięwzięciom). Chcąc wzbudzić zainteresowanie tą ścieżką kariery, Uniwersytet Harvarda co roku organizuje dla studentów wycieczki do Doliny Krzemowej, w ramach których mogą oni spotkać się z osobami tworzącymi najbardziej innowacyjne start-upy na świecie. Liczne amerykańskie uczelnie organizują również konkursy mające na celu wyłonienie najlepszych pomysłów na biznes i zapewniają im środki finansowe na start oraz mentoring. Nasza uczelnia jest jak ogromny inkubator – mówi Linda Welles, dyrektor Stanford’s Center for Entrepreneurial Studies. Wszystko, czego student może potrzebować, żeby zacząć biznes, jest tu, na miejscu. Może z wyjątkiem pieniędzy na start, ale i  to łatwo jest pozyskać, biorąc pod uwagę, że wielu inwestorów Venture Capital wykłada na naszej uczelni. Mamy też dobre relacje z  licznymi Aniołami Biznesu – podkreśla. Podejmowanie tak licznych inicjatyw przynosi z  roku na rok coraz większe efekty. W  swoich sprawozdaniach Stanford informuje, że spośród osób kończących studia MBA obecnie około 15 proc. zakłada swój własny biznes lub decyduje się pracować dla start-upu zaraz po ukończeniu uniwersytetu.

SKN dla biznesmena Nie da się ukryć, że znaczna część polskiej sceny start-upowej, szczególnie związanej z biznesami internetowymi czy innowacyjnymi, to osoby kończące SGH i Wydział Zarządzania UW. Co więc sprawia, że najczęściej studenci właśnie tych uczelni decydują się na rozpoczęcie własnej działalności? Tomasz z Polskiej Akademii Biznesu wskazuje na kluczowe znaczenie organizacji studenckich w promowaniu idei przedsiębiorczości. Należą do nielicznych rzeczy, które zmieniały się na uniwersytetach, i to właśnie one starają się inspirować młodych ludzi. Chociażby poprzez zapraszanie ciekawych 1

grudzień 2013


/ przedsiębiorczy student

gości i organizowanie konferencji próbują pokazywać drogę, którą powinni iść studenci – zauważa. Dodatkowo duże znaczenie należy przypisać samej rozbudowanej sieci kół naukowych, międzyuczelnianych i międzynarodowych projektów oraz wymian studenckich. Tak różnorodne możliwości skłaniają studentów do próbowania nowych rzeczy oraz do wyszukiwania i  wykorzystywania nadarzających się szans – umiejętności kluczowych dla przyszłego przedsiębiorcy. W  społeczności studenckiej powstaje też coraz więcej inicjatyw adresowanych do studentów zainteresowanych tematyką start-upową. Jeszcze do niedawna jedyną opcją dostępną dla osób próbujących poszerzać wiedzę oraz szukających wsparcia merytorycznego w zakresie budowy własnego przedsiębiorstwa były Inkubatory Przedsiębiorczości. Dzisiaj coraz częściej pojawiają się projekty tworzone przez studentów i dla studentów, skupione wyłącznie na promowaniu idei przedsiębiorczości i zachęcające do wystartowania z własnym przedsięwzięciem. Jedną z nich jest SGH Start-Up Coffee, nowo powstała grupa skupiająca się na organizacji spotkań, w ramach których można wymienić się doświadczeniem, zapoznać z  innymi przedsiębiorcami, zdobyć feedback odnośnie swoich pomysłów i, co najważniejsze, ruszyć do przodu z rozwojem własnego biznesu. Byłem zaskoczony bardzo dużym odzewem, jaki otrzymał mój pomysł – mówi Michał Krajewski, student SGH i  UW, twórca inicjatywy. – Już w ciągu kilku pierwszych minut istnienia grupy na Facebooku, zapisało się do niej ponad 50 osób, a ich liczba rośnie każdego dnia. Wskazuje to na coraz większe zainteresowanie studentów tematyką start-upów. W przyszłym miesiącu swoją działalność rozpoczyna też SKN START-UP SGH. Jest to pierwsza organizacja studencka skupiona wyłącznie na promowaniu przedsiębiorczości wśród studentów, m.in. poprzez organizowanie wykładów z przedsiębiorcami, spotkań networkingowych, szkoleń oraz oferowanie wsparcia merytorycznego i mentoringu.

Również poza uczelnią dynamicznie poszerza się oferta wydarzeń skierowanych do młodych przedsiębiorców. Wśród ciekawych wydarzeń można wymienić chociażby Start-Up Mixery (o  których MAGIEL informował w 127. numerze – przyp. red.), czyli spotkania networkingowe dające możliwość nawiązania kontaktu i  rozpoczęcia współpracy pomiędzy osobami o różnych kompetencjach np. marketingowcom z deweloperami. Do innych tego typu imprez należą Start-Up Weekendy, w  czasie których uczestnicy spędzają 24 godziny, próbując w 3-4 osobowym zespole składającym się z pomysłodawcy, programisty, designera oraz osoby odpowiedzialnej za promocję, wprowadzić w życie wcześniej wymyślony i wyselekcjonowany pomysł na biznes internetowy lub mobilny. Ideą tych oraz wielu podobnych wydarzeń jest przede wszystkim stworzenie platformy współpracy dla osób, które już posiadają swój biznes lub są dopiero na etapie tworzenia pomysłu. Dziś brak wiedzy lub konkretnych umiejętności nie jest już problemem. Jeśli masz pomysł na aplikację, ale nie masz pojęcia o programowaniu, możesz spróbować znaleźć dla swojego projektu partnera-dewelopera na jednym z dostępnych spotkań. Są też świetną okazją do promowania swojego projektu. Wiele z  wydarzeń przybiera formułę 3-5 minutowych wystąpień uczestników, w czasie których muszą oni sprzedać swój pomysł publiczności. Najlepsze mają szanse zostać zauważone wśród inwestorów, otrzymać wsparcie merytoryczne czy cenny feedback od pozostałych uczestników spotkania.

Kapitał na start Zgodnie z  Badaniem Przedsiębiorczości Polaków, przeprowadzonym przez Komisję Europejską, brak kapitału jest uważany za jedną z głównych barier utrudniających założenie własnej działalności. Oczywistym jest, że szczególnie osoby poniżej 24 roku życia, niepracujące na pełnym etacie, nie dysponują znacznymi środkami

finansowymi. Tylko czy rzeczywiście są one niezbędne do rozpoczęcia pracy na swoim? Po skalkulowaniu okazuje się, że własną firmę można otworzyć, dysponując kapitałem tak niskim jak 415 zł miesięcznie. Samo zarejestrowanie jednoosobowej działalności gospodarczej od kilku lat jest zupełnie bezpłatne (wyjątek stanowią osoby planujące zostać płatnikami podatku VAT – opłata rejestracyjna wynosi 170 zł). Comiesięcznym kosztem stanie się składka ZUS. Jednak preferencyjna stawka, z  której możemy skorzystać przez pierwsze 24 miesiące działalności wyniesie jedynie wspomniane 415 zł (40 proc. standardowej stawki). Dla naszej działalności mamy możliwość wyboru jednego z czterech dostępnych systemów opodatkowania. Dwa z nich uzależniają wysokość płaconego podatku od dochodów, a jeden od przychodów. Dzięki temu nie ponosimy żadnych dodatkowych kosztów aż do momentu, kiedy nasza firma zacznie rzeczywiście generować przychody. Dalej pojawia się kwestia kosztów operacyjnych. Mogą one być diametralnie różne w  zależności od rodzaju wybranego przedsięwzięcia. Jednak w wielu przypadkach możliwe jest ich ograniczenie praktycznie do zera (brak biura i praca zdalna, marketing wykonywany przy użyciu darmowych lub niskokosztowych kanałów komunikacji, takich jak media społecznościowe, uczestnictwo w  wykładach, konferencjach czy wydarzeniach start-upowych itp.). Koszt ten można jeszcze obniżyć, jeżeli zdecydujemy się na współpracę z Akademickimi Inkubatorami Przedsiębiorczości. W  ramach udziału w  programie AIP, jesteśmy zobowiązani do wniesienia comiesięcznej opłaty w wysokości 250 zł. Nie musimy za to samodzielnie opłacać składek ZUS, a dodatkowo zyskujemy dostęp do co-workingowego biura oraz wsparcia prawnego, księgowego i  mentoringu. Stwierdzenie, jakoby otworzenie własnej działalności było niemożliwe bez posiadania znacznych środków finansowych, wydaje się więc być mocno przekoloryzowane.

47%

50%

3%

16-17

nie wiem

samozatrudnienie

bycie pracownikiem

Źródło danych: Flash Eurobarometr 354, czerwiec 2012

Jeżeli mógłby Pan wybrać między różnymi typami zatrudnienia, co by Pan wybrał?


przedsiębiorczy student /

KARTA PODATKOWA

PODATEK LINIOWY RYCZAŁT

WYBIERZ

WYBIERZ NAZWĘ

1

FIRMY I ZAKRES

NA ZASADACH OGÓLNYCH

JEJ DZIAŁALNOŚCI

W CIĄGU 7 DNI ZGŁOŚ SIĘ DO ZUS, W CELU WYBORU RODZAJU SKŁADKI

FORMĘ

2

OPODATKOWANIA

6 KROKÓW DO 3 4 PRZEDSIĘBIORCZOŚCI

WYPEŁNIJ FORMULARZ CEIDG – WPIS JEST BEZPŁATNY

DOWIEDZ SIĘ JAK ZAŁOŻYĆ JEDNOOSOBOWĄ DZIALALNOŚĆ

GOSPODARCZĄ

5

WYBIERZ

6

ZDECYDUJ SIĘ JAKIM PŁATNIKIEM VAT

PIECZĄTKĘ I OTWÓRSZ KONTO BANKOWE

CHCESZ BYĆ Jednak co zrobić, gdy biznes wymaga wkładu początkowego? Pierwszą instytucją, do której zdecydujemy się zwrócić, powinna być Unia Europejska. Niewiele osób jest świadomych, jak szeroka jest gama programów pomocowych oraz jak korzystne są ich warunki. Liczne programy unijne dla mikroi małych przedsiębiorstw dają możliwość pozyskania praktycznie bezzwrotnych środków na start i  rozwój własnej działalności. Dodatkowo proces aplikacyjny, szczególnie w przypadku niższych dotacji (40 000 zł – 50 000 zł) jest na tyle nieskomplikowany, że student uczelni wyższej bez problemu powinien sobie z nim poradzić. Alternatywą do funduszy unijnych są bezzwrotne dotacje przyznawane przez Urzędy Pracy, umożliwiające pozyskanie kapitału na rozpoczęcie działalności oraz doposażenie stanowiska pracy dla nowego pracownika (od 15 000 do 20 000 zł). Trudniejszym do pozyskania, aczkolwiek atrakcyjnym źródłem kapitału, mogą okazać się inwestorzy. Pomimo możliwości pozyskania znacznych funduszy (od 100 000 do nawet 500 000 zł) jest to wciąż niezbyt popularna forma zdobywania środków w Polsce. Związane jest to z niedużą dostępnością, a  także znacznie mniej korzystnymi (niż w przypadku inwestorów zagranicznych) warunka-

mi oferowanymi przez te podmioty. Model działania tego sposobu finansowania opiera się na przejęciu części udziałów w zamian za udzielone wsparcie finansowe i merytoryczne. W Polsce relacje otrzymanego kapitału do odstąpionego procentowego udziału w przedsiębiorstwie są często niekorzystne dla właściciela przedsiębiorstwa – w zależności od kwoty finansowania, inwestorzy przejmują zazwyczaj od 15 -51 proc. udziałów.

Najlepsze doświadczenie Zgodnie z  powszechnie panującym poglądem, najpierw trzeba iść do pracy, zdobyć trochę doświadczenia, a dopiero później pomyśleć o założeniu własnej działalności. Większość studentów chce piąć się po szczeblach kariery, a pomysł otworzenia czegoś własnego odkłada na bliżej niezidentyfikowany moment w przyszłości. Tymczasem wszyscy pytani przedsiębiorcy zgodnie odpowiadają: nie ma lepszego doświadczenia zawodowego niż praca we własnej firmie. Prowadząc swój biznes, samodzielnie wyznaczasz cele i dbasz o ich realizację. Podejmujesz decyzje, które mają bardzo daleko idące skutki – mogą raz na zawsze zniechęcić użytkowników do powrotu na twój portal, albo wybić go na szczy-

ty popularności. To jest wspaniałe, ale też bardzo wymagające zajęcie. Jednak wielkie emocje i poczucie pracy nad czymś ważnym jest bezcenne – zachęca Wojtek, współtwórca Zadanie.pl. Okres studiów wydaje się być idealnym momentem do sprawdzenia się w  roli przedsiębiorcy. Mało kto narzeka na brak wolnego czasu na studiach. Dodatkowo brak zobowiązań, rodziny, dzieci. To idealne warunki, żeby zacząć eksperymentować z własnym start-upem! – poleca Michał. Przedsiębiorczość nie jest dla każdego. Jednak jeżeli jesteś osobą, która ceni sobie niezależność i masz ambicje, żeby zapisać się na kartach historii rewolucyjnym produktem lub usługą, głowę pełną pomysłów, które konfrontujesz z rzeczywistością, potrafisz zarazić swoją pasją innych i poprowadzić ich do momentu, w którym wizja staje się rzeczywistością. Jeżeli jesteś odporny na stres; patrzysz na przeciwności jak na zadania do rozwiązania, a przy tym jesteś pracowity i skłonny do wyrzeczeń (bo we własnej firmie, szczególnie na początku, pracuje się praktycznie non-stop) to nie ma dla Ciebie lepszej ścieżki kariery niż własny biznes. A dlaczego warto? Bo to najlepsza droga do ułożenia życia po swojemu z ciągłym poczuciem tworzenia czegoś ważnego i wyjątkowego. 0

grudzień 2013


/ Narkobiznes a rozwój Od momentu zmiany na stanowisku minstra finansów nie możemy więcej śmiać się z #korpoSzczurków

Narkotykowa metropolia

W ciągu niecałych trzech dekad Miami z przeciętnego amerykańskiego miasta stało się światową metropolią. Niewielkie sklepy zostały zastąpione wieżowcami. Jaką rolę odegrał w tym wszystkim biznes narkotykowy? T E K S T:

J Ę D R Z E J WO ŁO C H OW S K I

rzez wiele lat Miami było jednym ze średniej wielkości miast, jakich pełno jest w USA. Podczas II wojny światowej służyło jako baza militarna, a  następnie stało się atrakcyjnym miejscem dla weteranów wojennych, którzy zachęceni przez tamtejszy klimat, chcieli w przyjemny sposób spędzić swoją starość. Ospała miejscowość nie przyciągała jednak młodszych turystów zwykle, wybierających plaże na zachodnim wybrzeżu USA i na Hawajach.

P

Jak Fidel Bogu

Narkotykowe Eldorado Lata siedemdziesiąte. Gwałtowny wzrost cen ropy i związany z tym ogólnoświatowy kryzys sieją spustoszenie w gospodarce USA. Ale nie w południowej Florydzie. Tam okazja do zarobku w narkobiznesie pojawia się niemal wszędzie i nie wiąże się z  tym praktycznie żadne ryzyko. Wynagrodzenie za przeładunek kokainy wynosi od 5 000 do 10 000 dolarów za noc. Przetransportowanie towaru samolotem – 50 000 dolarów za noc. Organizujący wszystko handlarze narkotykami w krótkim czasie stają się milionerami i poprzez zakupy limuzyn, jachtów i innych dóbr luksusowych napędzają lokalną gospodarkę. Kwoty zdeponowane w  lokalnych bankach są tak wiel-

fot. Marc Averette CC

Zmiany przyniósł rok 1959, kiedy po objęciu władzy na Kubie przez Fidela Castro rozpoczęła się masowa migracja Kubańczyków na południową Florydę. Znaczną część z nich stanowili ludzie przedsiębiorczy, którzy wykorzystali walory miasta, jakimi są słoneczne lato, krystalicznie czysta woda i plaże, przemieniając je w prężnie działający kurort. Wraz z napływem żądnych wrażeń turystów rosło też zapotrzebowanie na marihuanę. Wiele kilometrów niestrzeżonej linii brzegowej sprawiło, że Miami stało się głównym punktem tranzytowym tego narkotyku w USA. Z kolei kokaina nie budziła na początku większego zainteresowania. Niewielkie jej ilości były transportowane wraz z marihuaną, lecz biały proszek miał wówczas marginalne znaczenie. Był to narkotyk elit, na który mogli pozwolić sobie jedynie najbogatsi. Popyt na niego jednak stopniowo rósł, co nie uszło uwadze handlarzy. Tanią ko-

kainę zaczęto masowo sprowadzać z Kolumbii, co poskutkowało znacznym spadkiem jej cen. Wskutek takiego obrotu spraw, ludzie palący niedrogą wówczas marihuanę szybko przerzucili się na kokainę. Tym sposobem do końca lat siedemdziesiątych narkotyk ten w większości wyparł swojego łagodniejszego poprzednika. Handel kokainą z  czasem staje się potężnym rynkiem. Według DEA, amerykańskiej agencji antynarkotykowej, w południowej Florydzie w roku 1980 jest on wart od 7 do 12 miliardów dolarów (dla porównania – nieruchomości 12 mld, turystyka – 9 mld). W większości klubów kokaina jest używką równie powszechną jak alkohol, często nawet przewyższając go popularnością.

Oto, co powstało, gdy w jednym miejsu znalazło się morze, piękne plaże i... narkotyki

18-19

kie, że w  sejfach brakuje miejsca na składowanie. Pochodzenie tych pieniędzy jest powszechnie znane, ale nikt nie protestuje, bo każdy na tym zarabia. Policjanci zatrzymujący ładunki są, zazwyczaj skutecznie, przekupywani. Podczas tego boomu Miami wydaje się rajem na ziemi. Aż do pewnego upalnego dnia 11 lipca 1979 roku, gdy w centrum handlowym Dadeland Mall dwóch Latynosów rozpoczyna strzelaninę. Ginie dwójka Kolumbijczyków powiązanych z gangiem, co rozpoczyna erę przemocy na ulicach miasta. Od tego czasu codzienne strzelaniny nie robią już na nikim wrażenia. Ofiar jest tak wiele, że zarząd miejskiej kostnicy musi wynajmować od Burger Kinga specjalne ciężarówki-lodówki na przechowywanie ciał. Na domiar złego od 15 lipca do 31 października 1980 roku Fidel Castro wysyła do Miami około 125 tysięcy Kubańczyków. Tym razem nie są to elity, lecz w dużej mierze osoby z marginesu społecznego. Według szacunków, od 7,5 do 40 tysięcy z nich to przestępcy lub chorzy psychicznie.

Imperium kontratakuje Wskutek burzliwej atmosfery i nagonki medialnej w 1982 roku prezydent Ronald Reagan ogłasza powrót do wojny z  narkotykami. W  wyniku zwiększającej się liczby patroli nabrzeża, likwidacji plantacji w Kolumbii i masowych aresztowań handlarzy, kokaina staje się trudno dostępna. Ilość pieniędzy płynących do Miami zostaje znacznie ograniczona. Bankructwo ogłasza kilka banków oraz firm produkujących dobra luksusowe. Większość kapitału pochodzącego z działalności przestępczej pozostało jednak w  gospodarce i spowodowało jeden z największych boomów budowlanych w historii miasta. Wkrótce zaczęły je pokrywać wieżowce, a dzięki pieniądzom z narkobiznesu rozwinęła się tamtejsza infrastruktura. Miami stało się też ważnym miejscem na kulturalnej mapie USA. Policjanci z Miami, serial opisujący m.in. walkę stróżów prawa z  mafią narkotykową stał się jednym z  najpopularniejszych w historii. Tony Montana, którego w filmie Człowiek z  Blizną zagrał Al Pacino, stał się symbolem kubańskiego imigranta szybko zdobywającego silną pozycję w tym specyficznym półświatku. Handel kokainą i marihuaną przekształcił Miami z ospałego miasta w dynamicznie rozwijającą się metropolię. Można wręcz stwierdzić, że to narkotyki stworzyły współczesne Miami. 0


przejęcia Orlenu i Lotosu /

Strategia za 550 milionów Polski biznes notuje niespotykaną wcześniej passę przejęć. PKN Orlen stał się kolejną po KGHM spółką, która poprzez akwizycję stała się firmą prawdziwie globalną. Decyzja o zakupie kanadyjskiego przedsiębiorstwa TriOilRecources może w perspektywie kilkunastu lat zmienić oblicze naszego potentata. tekst:

h u ber t g u zer a

riOilResources to przede wszystkim złoża w  kanadyjskiej prowincji Alberta: Lochend, Kaybob i Pouce Coupe. Skala wydobycia nie czyni z niego potentata, a wycena na poziomie 550 milionów złotych to mniej niż obecna wartość rynkowa producenta farb Śnieżka (621,93 mln). Dla porównania, KGHM zakupił Quadrę FNX za 9,1 mld złotych. Liczby pomagają uświadomić, że płocka firma przejmuje płotkę i na pierwszy rzut oka w transakcji nie ma nic przełomowego.

T

gazu łupkowego znajdują się przy złożach ropy i  ich wydobycie można połączyć, rozszerzając swoją ofertę produktową. Ponadto, co jest wyjątkowo istotne w przypadku Polski,  pozwoli to zmniejszyć zależność od dostawców, którzy nie zawsze grają fair. Rosyjski rurociąg w Możejkach, który popsuł się miesiąc po przejęciu rafinerii przez Orlen, do dzisiaj nie został naprawiony.

graf. Magdalena Krawczyk

Łupkowy know-how Kluczem są wspomniane złoża. Lochend i  Kaybob to pokłady niekonwencjonalne, z których ropę wydobywa się poprzez zastosowanie szczelinowania hydraulicznego. To ta sama metoda, którą musielibyśmy wydobywać nasz gaz łupkowy, jeżeli tylko kiedykolwiek zapragnęlibyśmy z niego skorzystać. W niepozornej spółce znajduje się więc bardzo cenny dla nas know-how. Ale kiedy oczy rynku i  analityków skupione są właśnie na tym aspekcie przejęcia, warto zauważyć też drugie dno transakcji. Dziś bowiem wielką niewiadomą są szanse powodzenia któregokolwiek z  łupkowych projektów. Ale nawet gdyby TriOil poprzestał na ropie, to operowanie w przemyśle wydobywczym jest dla Orlenu nowością. Był on od zawsze skupiony na działalności rafineryjnej, dodatkowo czerpiąc zyski z sieci stacji paliw. Wprawdzie pozwoliło im to zdominować lokalną konkurencję i stać się największą firmą w Europie Środkowowschodniej z blisko 2 miliardami złotych rocznego zysku, ale tak doskonała sytuacja spółki była nielichą łamigłówką dla zarządu. Jak bowiem rozwinąć firmę, która już panuje na rynku? TriOil to odpowiedź. Orlen zdecydował, że rozwiązaniem lepszym niż przejęcia czy rozwój w regionie będzie klasyczny przykład integracji wertykalnej i możliwość zwiększenia marż. Tym bardziej atrakcyjnym, że zazwyczaj złoża

Nie ma co się oszukiwać, że TriOil zrobi z Orlenu koncern na miarę Shella, BP czy Statoila. Dzienne wydobycie na poziomie 2,8 tysiąca baryłek to zaledwie 1 proc. zapotrzebowania koncernu na ropę. Świadczy to jednak o  zmianie strategii Orlenu, który różni się od wspomnianych potentatów właśnie brakiem zaangażowania w  wydobycie. Przejęcie, będące jaskółką zmian, zapewne rozpocznie serię – rynek już teraz spekuluje, gdzie Orlen mógłby zakupić kolejne złoża.

Nowy pomysł Trzeba przyznać, że jest to wybór podyktowany także doświadczeniami przeszłości. Płocki koncern nie ma bowiem dobrych wspomnień z  przejęciami podobnych jemu podmiotów w Europie lub rozwijaniem sprzedaży zagranicą. Inny miał być efekt inwestycji w Możejkach czy ekspansji do Niemiec (4  proc. rynku). Na tym tle dobrze wygląda 14 procentowy udział w  rynku czeskim poprzez Unipetrol, jednak nawet i  tę inwestycję otacza zła aura. Orlen prowadzi otwarty konflikt z  czeskim rządem, tak zażarty, że lokalni politycy sugerowali nawet nacjonalizację Unipetrolu. Praktyka każe więc powściągliwie podejść do lokalnej ekspansji jako źródła wzrostu, tym bardziej, że nie ma na horyzoncie odpowiedniego celu przejęć.

Czy to trend?

Co ciekawe, także i  drugi polski naftowy potentat idzie tą drogą. Lotos poprzez swoją spółkę Petrobaltic, mającą koncesje na wydobycie na morzu Północnym, kupuje złoża w  Europie, na Litwie i  Morzu Bałtyckim. Co więcej, zajmuje się także poszukiwaniami. W  efekcie ma do dyspozycji  blisko 55 milionów baryłek ropy, 4,5 miliarda m 3 gazu oraz jest w  stanie wydobywać 5  tysięcy baryłek ropy dziennie. Łącząc to z  działalnością rafineryjną może uzyskać podobne synergie co Orlen. Póki co mała skala działalności powoduje, że większość produkcji spala się w elektrociepłowni we Władysławowie. Jeżeli polskie rafinerie będą kontynuować przejęcia złóż i  spółek, przy których uda się uniknąć „możejkowych” komplikacji, bez wątpienia doskonale przełoży się to na wyniki. Kursy akcji pójdą w  górę, a  to właśnie głównie z nich rozliczane są zarządy. Dlatego prezesi Jacek Krawiec i  Paweł Olechnowicz muszą szukać strategii, która pozwoli na rozwój satysfakcjonujący właścicieli. Nie mogą przecież biernie czekać, aż w tempie wzrostu PKB będziemy wlewać więcej paliwa do baków. Obecna sytuacja na rynku zamknęła im wiele dotychczasowych dróg rozwoju. W Europie nie ma bowiem dobrych celów do akwizycji, rynek stacji paliw jest już rozwinięty, a branż do ekspansji horyzontalnej jest jak na lekarstwo. 0

grudzień 2013


/ polska energetyka okiem byłego prezsa URE

Jestem

przygotowany na

blackout

R O Z M AW I A Ł :

fot. Dawid Serwatka

Polska coraz bardziej aktywizuje się w energetyce na arenie międzynarodowej, o czym świadczy jej prezydencja Konwencji Klimatycznej ONZ. Nie oznacza to jednak, że rozdajemy karty – w wielu sprawach wciąż musimy oglądać się na światowe mocarstwa i Unię Europejską, wobec czego przyszłość naszych elektrowni węglowych i złóż gazu pozostaje niepewna. JA N U S Z R O S Z K I E W I C Z

magiel: Ma Pan w domu latarkę na korbkę? Adam Szafrański: Nie, nie mam.

Już od roku eksperci i producenci przestrzegają przed kryzysowym dla energetyki rokiem 2016, a MSW opracowało nawet poradnik dla konsumentów, w którym zaleca oszczędne używanie prądu i korzystanie z takiego sprzętu. Unikniemy blackoutu dzięki takim działaniom? Nie, oczywiście że nie. Chociaż ja jestem zwolennikiem bardziej tradycyjnych metod, mam w domu świece, czyli jestem przygotowany na blackout. Pisze się bardzo różne scenariusze, jedni mówią, że rzeczywiście jest ryzyko tego, że może zabraknąć energii elektrycznej. Są też tacy, którzy zapewniają, że nic się nie wydarzy. Należy więc prognozować przede wszystkim zgodnie z tym, jak rośnie popyt. Wydarzenia potrafią nas jednak zaskakiwać, jak np. niespodziewany spadek zużycia energii elektrycznej w związku z kryzysem czy osiągnięcia w zakresie oszczędności energii, na którą rząd kładzie szczególny nacisk.

Zmieńmy temat. Polska objęła właśnie prezydencję Konwencji Klimatycznej ONZ. Jakie cele powinna sobie wyznaczyć? Staram się śledzić przede wszystkim to, co jest przedmiotem działania ministra Korolca (został odwołany 20 listopada – przyp. red.). Jestem pod wrażeniem jego konsekwencji, gdyż stara się uczynić z Polski znaczący podmiot na arenie międzynarodowej i  m.in. dlatego postanowił zgłosić nasz kraj do roli organizatora szczytu klimatycznego. Nie mam jakichś szczególnych oczekiwań, bo nie jestem zwolennikiem działań na rzecz ochrony klimatu w tym kształcie, w jakim mają one obecnie miejsce. Wiara w to, że ograniczenie emisji CO2 doprowadzi do zmiany klimatu, jest hipotezą naukową. Są inne, które temu przeczą. Wydawanie pieniędzy na ogromnie kosztowną politykę klimatyczną w sytuacji, w której ryzykujemy bardzo dużo, bo stawiamy na hipotezę naukową, mija się z regułą rozsądku. Myślę, że minister Korolec zdaje sobie z tego sprawę, dlatego nazywa go się „hamulcowym”. On jednak nie chce być tak postrzegany (i słusznie) – mówi, że jeśli najwięksi emitenci, tzn. Chiny, Indie i Stany Zjednoczone dojdą do porozumienia, to Polska również przystąpi do ogólnoświatowych rozwiązań.

20-21

Jak w tym kontekście ocenia Pan postulat KE, by zwiększyć poziom redukcji emisji CO2 z 20 do 30 proc. do 2020 roku? To wychodzenie przed szereg ogólnoświatowy. Polska linia jest od lat ta sama – jesteśmy krajem, który zredukował emisję CO2 w stosunku do 1990 o 30 proc. przy dwukrotnym wzroście PKB. Jest niewiele krajów na świecie, które osiągnęły taki cel. Z drugiej strony mamy cały czas duży problem z punktu widzenia ochrony klimatu, gdyż elektrownie w Polsce w 90 proc. wykorzystują węgiel kamienny i brunatny. Włączanie nas w działanie, byśmy redukowali jeszcze więcej, to krok idący zbyt daleko.

Czyli Polska powinna zabiegać o to, by nie zwiększać tego poziomu redukcji? Te negocjacje nie toczą się na poziomie Unii Europejskiej, ale światowym. Polskim celem jest wypracowanie jakiegokolwiek porozumienia ogólnoświatowego. Także poczekajmy na to, co zrobi świat, a my dostosujemy się do postanowień największych emitentów. Bo dopiero wtedy będzie to rzeczywiście sprawiedliwe traktowanie. Zwłaszcza że tak zwany carbon leakage, czyli ucieczka przemysłu z państwa ograniczającego emisję, jest realnym zagrożeniem.

Czy rzeczywiście carbon leakage to realne zagrożenie, skoro wg najnowszego raportu PwC, w krajach redukujących emisję, takich jak Niemcy czy Szwecja, odnotowuje się konsekwentny wzrost gospodarczy? Nie słyszałem o tym raporcie. Na pierwszy rzut oka ten związek między ograniczaniem emisji a wzrostem gospodarczym wydaje mi się dość przypadkowy.

Wyobraża Pan sobie polską energetykę bez węgla za 40 lat? Prognozowanie wydarzeń w perspektywie 40 lat jest niezwykle trudne. Gdyby nagle został wynaleziony jakiś odnawialny i tani nośnik energii, to nie jest wykluczone, że mielibyśmy energetykę pozbawioną węgla. To musiałby być przełom na miarę Stanów Zjednoczonych, które jakiś czas temu zdawały się być skazane na postępujące uzależnienie od gazu i ropy z zewnątrz, gdy niespodziewanie okazało się, że da się je wydobyć ze złóż krajowych niekonwencjonalnymi metodami.


polska energetyka okiem byłego prezesa URE /

Ostatnio PE pozytywnie odniósł się do nowelizacji dyrektywy oddziaływania na środowisko. Jak ocenia Pan postulat włączenia gazu łupkowego do procedury oceny oddziaływania na środowisko? Dbałość o środowisko – tak, ale nie przy procedurach, które będą ograniczały wydobycie gazu z  łupków, aby je maksymalnie utrudnić. To tak jakby w  Polsce, lub innych krajach decydujących się na wydobycie gazu łupkowego, zupełnie nie liczono się ani z mieszkańcami, ani ochroną środowiska. Jakbyśmy tylko czekali na to, żeby zatruć swoje wody i powietrze. Ta nadgorliwość ze strony Unii Europejskiej przeczy zasadzie pomocniczości – wkraczać tam, gdzie państwa same sobie nie radzą. Pozwala ona parlamentom narodowym, mam nadzieję że także w tym przypadku, wetować tego typu decyzje, o ile doszłoby do jakiegokolwiek porozumienia w Radzie. Pamiętajmy, że na takie rozwiązanie musi ona wyrazić zgodę.

Czy w tym kontekście można powiedzieć, że Polska w ogóle potrzebuje Unii Europejskiej w energetyce? Tak, tylko że w innych obszarach. Kiedy negocjowaliśmy w 2009 roku umowę z  Gazpromem, została ona podpisana z  naruszeniem przepisów prawa europejskiego. Wtedy włączyła się do negocjacji Komisja Europejska i zażądała rewizji kontraktu. Co ważne, była to rewizja na korzyść Polski, a nie tylko ogólnie rozumianego interesu europejskiego, gdyż chodziło konkretnie o używanie i administrowanie gazociągiem jamalskim. Druga sprawa to dochodzenie Komisji wszczęte przeciwko Gazpromowi w  sprawie nadużywania dominującej pozycji na rynku europejskim. Z praktykami monopolistycznymi na poziomie polskim z pewnością byśmy sobie nie poradzili. Gdyby Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta stwierdził, 2 że Gazprom nadużywa w Polsce swojej dominującej pozycji i wymierzył mu karę, skończyłoby się prawdopodobnie blamażem, bo Rosjanie pewnie by nawet jej nie zauważyli. Natomiast z Unią Europejską jako całością muszą się liczyć.

jak się prawo tworzy. Do tego potrzeba wyspecjalizowanej kadry legislatorów, którzy zarazem znają się na sektorze. To nie jest prosta rzecz za pieniądze rządowe. Ponadto stworzenie jakiegokolwiek aktu prawnego w energetyce wiąże się z ogromną liczbą podmiotów zaangażowanych: przedstawicieli silnych związków zawodowych, całej grupy stowarzyszeń branżowych, czy to odbiorców energochłonnych, czy to energetyki odnawialnej czy też węglowej. Dzięki temu za każdym razem może powstać cała książka uwag strony społecznej do przepisów projektu ustawy. Wiem z doświadczenia, że podkomisja ds. energetyki pod przewodnictwem posła Andrzeja Czerwińskiego rzeczywiście stara się posłuchać każdego przy pisaniu tego typu projektów ustaw. Nie jest łatwo zawrzeć jakikolwiek kompromis – zwłaszcza, że trójpak ma określić wysokość i podział wsparcia finansowego na energetykę odnawialną. I tu można postawić zarzut, że trzeba by twardej ręki i jasnej decyzji, które podmioty i regiony wspierać.

Jak ćwiczeniowiec od prawa gospodarczego został szefem Urzędu Regulacji Energetyki? Minister gospodarki Piotr Woźniak szukał osoby młodej, po doktoracie, która zajmowała się prawem gospodarczym i była spoza branży. Czyli kogoś, kto jest w stanie spojrzeć na rzeczywistość inaczej niż osoby, które siedzą tam od lat i podjąć odważniejsze decyzje. Po 2-3 rozmowach z panem ministrem i całkiem szczerym określeniem możliwości, pan Woźniak zaryzykował i zdecydował się powierzyć mi ten urząd.

Polska linia jest od lat ta sama – jesteśmy krajem, który zredukował emisję CO w stosunku do 1990 o 30 proc. przy dwukrotnym wzroście PKB.

Jak Pan ocenia znaczenie gazu łupkowego dla polskiej gospodarki? Bliżej Panu pod tym względem do szefa Gazpromu, który uznaje go za „chwilową modę”, czy do wicepremiera Piechocińskiego uważającego go za przyszłość energetyki? Politycy są od wypowiadania entuzjastycznych sądów. Z tego co wiem nie jest tak różowo, jak na początku myślano. Sądzono, że zrobi się metodami amerykańskimi parę odwiertów i będzie można wydobywać gaz łupkowy tak jak w USA. Po pierwsze, należy poszukać własnych metod dotarcia do surowca, a po drugie trzeba naprawdę sporo zainwestować, by mieć pewność, ile tego gazu mamy. Czy gaz łupkowy ma przyszłość, to się jeszcze okaże, ale gdybyśmy mieli podejmować teraz decyzję o inwestycji w poszukiwania, to jestem na tak. Łupki umożliwią nam rozwiązanie wielu problemów– z punktu widzenia uzależnienia od kierunku wschodniego zapewnią dywersyfikację dostaw, a ze strony polityki klimatycznej mniej emisyjną energię elektryczną i cieplną. W ten sposób moglibyśmy wybudować siłownie zasilane przez gaz ziemny. Zresztą zapowiedzi o sprowadzaniu błękitnego paliwa do portu w Świnoujściu już doprowadziły do powstania planów budowy elektrociepłowni gazowych w Polsce.

Pomówmy teraz o prawie. Reforma sektora firmowana jako trójpak energetyczny od kilku lat stoi w miejscu. Rządowi udało się przygotować i przeforsować nowelizację, ale w praktyce ustawa nie działa, bo brakuje przepisów wykonawczych. Tak wygląda prawidłowy proces stanowienia prawa? Pewnie, że nie. Ale biegunka związana z legislacją w zakresie energetyki jest narzucana nam przez przepisy unijne. Trochę będę usprawiedliwiał powolność działań legislacyjnych, bo byłem kiedyś z drugiej strony i widziałem,

W 2007 roku, jako Prezes URE, zwolnił Pan sprzedawców energii elektrycznej z obowiązku przedstawiania do zatwierdzenia taryf dla gospodarstw domowych. Pański następca natychmiast cofnął tę decyzję. Jak to się skończyło dla gospodarki?

Przede wszystkim spowodowało to spowolnienie rozwoju konkurencji na rynku. Z jednej strony warunkiem liberalizacji, czyli zwolnienia wszystkich przedsiębiorstw z  obowiązku zatwierdzania taryf energii elektrycznej, jest konkurencja. Pod względem ilości podmiotów ona występowała, zwłaszcza, że istniała już możliwość zmiany sprzedawcy. Z  drugiej strony niewiele osób zmieniało sprzedawców energii, a  to dlatego, że ceny były usztywnione w taryfie. Brakowało impulsu, żeby przedsiębiorstwa energetyczne zaczęły ze sobą konkurować. Z tego co wiem obecny szef URE, mimo uchwalenia małego trójpaku energetycznego zawierającego gwarancje dla odbiorców wrażliwych, też uważa, że nie ma warunków dla uwolnienia cen.

Wspomniał Pan o obligu giełdowym. Od niedawna powoli zaczyna ono funkcjonować również na rynku gazu. Jaki to ma sens przy obowiązywaniu taryf zatwierdzanych przez URE? Przede wszystkim taki, żeby powoli ten rynek czynić rynkiem. Na tym polega obligo giełdowe – zresztą wprowadzane stopniowo. Przepis art. 49 prawa energetycznego mówi, że można uwolnić ceny gazu dla podmiotu koncesjonowanego wtedy, gdy istnieją warunki konkurencji. W przypadku gazu to jest o tyle trudna decyzja, że na rynku hurtowym, detalicznym i dystrybucji występuje jeden gracz – PGNiG. Kto miałby w chwili obecnej z nim konkurować? Rozsądna polityka idąca ku dywersyfikacji źródeł gazu oraz rozwijająca obligo giełdowe może powoli doprowadzić do liberalizacji rynku. 0

Adam Szafrański (ur. 1978) – doktor prawa, pracownik Zakładu Administracyjnego Prawa Gospodarczego i Bankowego Uniwersytetu Warszawskiego. Wcześniej ekspert ds. legislacji w Biurze Analiz Sejmowych. W 2007 roku pełnił funkcję Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki.

grudzień 2013


/ Marsz Niepodległości

Już po raz czwarty Marsz Niepodległości przeszedł głównymi arteriami stolicy. Narodowcy ogłosili go sukcesem, niemniej krytyczne głosy przeciwników nie milkną. W komentarzach mediów i polityków brakuje tylko jednego: odniesienia się do samej manifestacji i przekazywanych przez nią treści. tekst:

g rze g orz pi a secki

zczególnie duże kontrowersje wywołały wydarzenia towarzyszące pochodowi, zwane przez część obserwatorów „incydentami”, przez innych – „zamieszkami”. Organizatorzy demonstracji podkreślają, że rozruchy miały charakter poboczny. Eksponują również wartość pokojowego pochodu i  towarzyszących mu przemówień politycznych. Nie można jednak zupełnie zbagatelizować niepokojących zdarzeń, które wywołały reakcje aż na szczeblu dyplomatycznym.

S

W oceanie flag Po raz kolejny dziękujemy stutysięcznej rzeszy uczestników Marszu Niepodległości, w tym delegacjom zagranicznym, za dumne oraz godne manifestowanie na ulicach naszej stolicy – oświadczyli organizatorzy. Pochód rozpoczął się kapłańskim błogosławieństwem i  wystąpieniami zaproszonych organizacji prawicowych z Węgier, Włoch, Francji i Stanów Zjednoczonych. Obecność licznych zagranicznych delegacji nadaje wydarzeniu – zaskakująco – międzynarodowy charakter. Biało-czerwona demonstracja przeszła niemal bez przerw ulicami Warszawy i  po ponad trzech godzinach zakończyła się wiecem w parku Agrykola. W tym roku obyło się bez kontrmanifestacji skrajnej lewicy. Warte odnotowania są osobne, krakowskie obchody PiSu – w latach ubiegłych kluby Gazety Polskiej brały bowiem udział w Marszu. Robert Winnicki, jeden z liderów Ruchu Narodowego, oświadczył w  swym przemówieniu: Żeby ten marsz był skuteczny, musimy zacząć od siebie. Dlatego szanowny przyjacielu, szanowna koleżanko, szanowny kolego, jeśli nie jesteś zaangażowany, jeśli nie działasz, jeśli nie poświęcasz tych hasłowych czterech godzin tygodniowo dla oj-

22-23

czyzny, to chciałbym, byś z  tego naszego spotkania, manifestacji, święta, wyjechał z  poczuciem winy. Po chwili dodał: Zadaniem jest: odzyskać Polskę, odzyskać Europę. Nie można być dobrym Polakiem, nie można być dobrym aktywistą narodowym jeśli się nie szanuje, nie respektuje tysiącletniej katolickiej, chrześcijańskiej tożsamości Polski i to musi być bardzo wyraźnie powiedziane.

Wszystko płynie, wszystko płonie Pochód ochraniała specjalna formacja licząca blisko tysiąc ochotników – Straż Marszu Niepodległości. Mimo jej wysiłków doszło do incydentów na obrzeżach trasy manifestacji. Pierwszym był atak na pobliski squat przy ul. Skorupki, przeprowadzony przez chuliganów, którzy odłączyli się od Marszu. Napastnikom nie udało się wejść do środka, gdyż zostali zatrzymani przez zamaskowanych anarchistów. Obie strony konfliktu były uzbrojone w  bruk i koktajle Mołotowa. Policja interweniowała wyjątkowo opieszale. Drugim nieprzewidzianym wydarzeniem było spalenie instalacji „Tęcza” na placu Zbawiciela. Komizmu dodaje fakt, iż kilka dni wcześniej odbudowana konstrukcja miała być – zgodnie z zamówieniem publicznym – zabezpieczona przy pomocy materiałów niepalnych. Władze miasta już zapowiedziały odbudowę struktury. I tu znów zdziwienie komentatorów wzbudził absolutny brak reakcji policjantów znajdujących się nieopodal. Złamanie prawa, szczególnie, gdy szkodzi ono Polsce na arenie międzynarodowej i  nam samym, przeszkadza w  świętowaniu – warto karać srogo – tak Prezydent Bronisław Komorowski skwitował ostatni z ekscesów, jakim było spalenie budki wartowniczej pod ambasadą Rosji, połączone

z obrzuceniem jej terenu petardami. Następstwem aktu wandalizmu była ostra reakcja Kremla i oficjalne przeprosiny najwyższych władz Rzeczpospolitej. Sama manifestacja, mimo że po tym zdarzeniu została rozwiązana, doszła bez większych problemów do celu i  zakończyła się spokojnie. W wypowiedzi dla MAGLA, zachowania Straży broni współorganizator Marszu, Krzysztof Bosak: Zniszczenia budki wartowniczej udałoby się uniknąć, gdyby w tym miejscu była wystarczająca ilość ludzi ze Straży Marszu. Niestety, zabrakło ich tam, gdyż zareagowaliśmy na wcześniejszy apel przekazany nam przez Policję, aby ich przerzucić w punkt zapalny przy ul. Skorupki. Później okazało się, że już w  tym czasie stało tam bezczynnie ponad stu funkcjonariuszy.

Gdy opadną emocje Jakie są dalsze plany narodowców? Dokąd „Idzie nowe pokolenie” – jak głosi hasło przewodnie Marszu? W  ostatnie dwa weekendy listopada i  pierwszy weekend grudnia trwają wojewódzkie zjazdy Ruchu Narodowego – wyjaśnił MAGLOWI Krzysztof Bosak. – Na nich odbywa się wewnętrzne referendum, które rozstrzygnie o tym, czy będziemy wystawiać listę w wyborach do Europarlamentu. Jeśli tak, to od stycznia ruszamy z pracą wyborczą, jeśli nie, to pozostajemy głównie na polu społecznym. Tegoroczne wydarzenia pokazały, że Ruch Narodowy może liczyć na silne zaplecze organizacyjne. Być może zmobilizuje to jego członków do podjęcia decyzji o starcie w najbliższych wyborach. Praktyka podpowiada jednak, że okres jednego roku może być zbyt krótki, by nowy szyld polityczny zdążył zagościć w świadomości Polaków i  wynieść inicjatywę ponad próg wyborczy. 0

fot. Rafał Staniszewski

Przeszło nowe pokolenie


znikające tytuły Gremi Media /

Kolekcjoner Ruin 2

Kim jest Grzegorz Hajdarowicz? Jakim cudem zebrał 135 milionów złotych na wykup spółki Presspublica? Jedni mówią, że dzięki grze na giełdzie, inni – że dzięki zyskom z produkcji jakichś filmów w Hollywood. Jak jest naprawdę? seb a s t i a n m a k a r u k

yć może w 140. numerze MAGLA nie poświęciliśmy należytej uwagi miłości krakowskiego biznesmena do filmów. Mimo że Hollywood Hajdarowicza nie przyjęło, powinniśmy napisać kilka zdań o jego przygodzie z przemysłem filmowym.

B

Jazda w wagonie filmowym Wszystko zaczęło się w roku 2005 od Zakochanego Anioła z Krzysztofem Globiszem. Mówiąc najprościej, nie było to dochodowe przedsięwzięcie. Jednak podejście reżysera zupełnie nie uległo zmianie i  krakowianin szczodrze wykładał środki na kolejne produkcje. Pod powierzchnią z Tomaszem Karolakiem i Magdaleną Różczką zrealizowane w przeciągu zaledwie 3 tygodni, też nie odniosło sukcesu. W grudniu 2006 roku ruszyły zdjęcia do Hani wyreżyserowanej przez laureata dwóch Oskarów – samego Janusza Kamińskiego (z  muzyką Jana A.P. Kaczmarka, również zdobywcy Oscara). Tutaj musimy przyznać, że jest to film całkiem udany. W 2007 roku powstał też oryginalny Nightwat-

ching w reżyserii Brytyjczyka Petera Greenawaya. Nie były to produkcje kasowe, lecz Hajdarowicz postanowił jechać dalej w wagonie filmowym. Tak jakby straty finansowe miał wliczone w grę, a zarobkiem były kontakty, które udało się nawiązać – tak sformułowali to na łamach „Dziennika Polskiego” Włodzimierz Knap i  Rafał Stanowski. Prawdziwy sukces zapowiadał obraz z  2009 roku: City Island w  roli głównej z  kapitalnym Andym Garcią. Owy komediodramat zgarnął nagrodę publiczności na „Tribeca Film Festival”, co było nie lada wyróżnieniem. Następnym głośnym filmem miało być Imperium zbrodni dla opornych z  Borysem Szycem i... Garym Oldmanem. Ostatecznie ze względów finansowych produkcja nigdy nie doszła do skutku, a Grzegorz Hajdarowicz obrał kurs na „Rzeczpospolitą” i rynek mediów drukowanych.

Kurs na „Rzepę” O  tragicznych wynikach sprzedaży i  utracie zdecydowanej większości czytelników przez tytuły „Rzeczpospolita” i „Uważam Rze” pisaliśmy przeczytać w październikowym numerze MAGLA. Dzisiaj powszechnie wiadomo o  przeobrażeniu „Uważam Rze” w miesięcznik i  upadku tygodnika „Przekrój”. Jeszcze pod koniec sierpnia słychać było ironiczny śmiech oponentów Hajdarowicza, kiedy dowiedzieliśmy się o  masowych zwolnieniach (157 osób) i  przeniesieniu redakcji „Uważam Rze” i „Uważam Rze: Historia” do nowej (przypuszczalnie tańszej w  utrzymaniu) redakcji w  Raszynie. Było to związane z  głęboką restrukturyzacją w  Grupie Gremi. Słabo radzący sobie „Przekrój” miał trafić do Fundacji Przekroju i zacząć niebawem prosperować na wyższych obrotach, dostosowując się do sytuacji na rynku. Wtedy, 18 listopada, do Internegraf. Bartosz Lada

tekst:

tu przedostała się informacja o przekształceniu „Uważam Rze” w miesięcznik. Ostatni rok dla tego tytułu nie był łatwy. Pojawiła się silna konkurencja w segmencie tygodników opinii. Jednak zespół, którego tworzenie rozpocząłem 28 listopada 2012 r. zyskał swoich sympatyków i czytelników. To z myślą o nich będziemy wydawać miesięcznik, w którym będziemy robić to samo, co do tej pory. – tak brzmiał akt kapitulacji kiedyś bardzo poczytnego (130 tys. egzemplarzy) tygodnika. Zgoła inny, bo gorszy scenariusz czeka „Przekrój”. Niecałą godzinę przed oficjalnym ogłoszeniem powołania fundacji Hajdarowicz po prostu z niej zrezygnował. Musiało to być duże zaskoczenie dla Jarosława Knapa, który myśląc o  reorganizacji tygodnika w  miesięcznik, wspominał o  gazecie czasu wolnego dla inteligenta. Ćwierknięciom na Twitterze mówiącym, że „Hajdarowicz zarżnął Przekrój” nie było końca.

Nieodkryte karty? Seria nieudanych inwestycji filmowych zaktywizowała krakowskiego biznesmena na rynku medialnym. Jednak jego działania na tym polu wzbudziły kontrowersje. Nawet Dominika Wielowieyska, publicystka „Gazety Wyborczej”, wspierała swoich kolegów po fachu z  „Uważam Rze” i  „Rzepy”: Hajdarowicz nie powinien cofać ochrony prawnej swoim dziennikarzom. Złamał bardzo ważną niepisaną zasadę, że wydawca odpowiada za teksty swojego autora nawet, jeśli go zwolnił. Decyzja Hajdarowicza jest bardzo złym sygnałem, będzie zniechęcać dziennikarzy do podejmowania trudnych tematów.

„Przekrój” w trumnie Grzegorz Hajdarowicz ma na koncie sukcesy związane z handlem nieruchomościami czy spółką Jupiter, jednak koncentrując się na zakładkach „prasa” z biznesplanów i podbojach przedsiębiorcy nie sposób zakończyć tekstu innym niż ten cytatem: „Przekrój” to nie jest projekt na rok - chcę, żeby do trumny włożyli mi świeży numer mojego „Przekroju.”(16.08.2010, G. Hajdarowicz w wywiadzie dla„GW”). Póki co nad trumną chwieje się „Uważam Rze”, a „Przekrój” spoczywa w grobie samotnie. 0

grudzień 2013


/ indoktrynacja na uniwersytetach

Pod prąd głównego nurtu Kryzys gospodarczy to dobra okazja do sprawdzenia, czego uczą się przyszłe elity świata finansów. Studenci z Harvardu i Manchesteru zaprotestowali przeciwko pomijaniu mniej popularnych nurtów na zajęciach. Czy w Polsce możemy spodziewać się podobnych akcji? tekst:

Wojciech S a b at

wa lata temu słuchacze wykładu autora popularnego podręcznika do mikroekonomii – Grega Mankiwa – wyszli z  zajęć, aby zaprotestować przeciwko „wypaczeniom” w  sylabusie przedmiotu. Nie przebierała wtedy w  słowach inicjatorka protestu, Rachel J. Sandalow-Ash, która stwierdziła, że przedmiot jest silnie indoktrynujący i nie przedstawia różnych poglądów. Studenci sporządzili list otwarty, w  którym podkreślili, że absolwenci Harvardu zajmują eksponowane stanowiska w świecie finansjery i od ich edukacji zależy kondycja globalnego systemu finansowego. W  akcji wzięło udział niespełna 70 osób (ok.  10  proc. zapisanych na przedmiot), a  w  ramach kontrprotestu dawni studenci prof. Mankiwa weszli wysłuchać tego wykładu. Moją pierwszą reakcją była nostalgia. Studiowałem pod koniec lat 70., gdy pamięć wojny w Wietnamie była jeszcze żywa, a  aktywizm studentów bardziej powszechny – komentował wydarzenie profesor. Zarzuty uznał on za chybione, ponieważ kurs jest szerokim przeglądem głównego nurtu ekonomii, a materiał po-

D

dobny do tego na większości uniwersytetów. Protest nie wywołał żadnych istotnych skutków.

Sygnał z Manchesteru Zdenerwowali się też przyszli ekonomiści z uniwersytetu w  Manchesterze. Zwrócili uwagę na fakt, że bańkę na rynku nieruchomości przewidzieli głównie przedstawiciele alternatywnych nurtów ekonomii, więc chcieliby się z takimi koncepcjami zapoznać. Tymczasem – jak twierdzą – uczą się w przeważającej mierze teorii, które nie pomogły zauważyć nadciągającej katastrofy. Brytyjski „The Guardian” nazywa ich działania cichą rewolucją przeciwko nauczaniu wolnorynkowej ortodoksji. Swoje cele usiłują realizować za pomocą Towarzystwa Ekonomii Postkryzysowej (Post-crash Economics Society), organizując dyskusje z ekonomistami z mniej znanych nurtów. Planują w listopadzie wydać manifest wzywający władze wydziału do przebudowania programu kształcenia. Wielu uczonych ubolewa nad jeszcze jednym faktem. Wraz z postępującą matematyzacją współczesnej ekonomii, spłyceniu uległa debata o zjawiskach gospodarczych. Alternatywne szkoły ekonomii zostały dawno wyrugowane z większości wydziałów – twierdzi dr Tony Lawson z  Cambridge. Martwi go brak debat, zanik nauczania historii myśli ekonomicznej i zdominowanie programu studiów przez matematykę.

fot. Public Domain

Polacy nie chcą zmian

Hayek – nie warto czytać?

24-25

W Polsce na akcje podobne do tych z  Harvardu czy Manchesteru się nie zanosi. Znacznie częściej słyszy się od studentów opinie, że przerabiany materiał powinien odpowiadać na potrzeby rynku pracy niż troskę o przedstawienie zróżnicowanej palety szkół ekonomicznych. Niektórzy wykładowcy widzą jednak potrzebę włączenia innych nurtów do sylabusów. Obecny program nauczania ekonomii na SGH nie jest wystarczająco różnorodny, ale studenci raczej nie zażądają zmian. – uważa prof. Marek Garbicz. W podobnym tonie wypowiada się

dr Paweł Drobny z  Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Uważam, że program nauczania na mojej uczelni – i nie tylko na mojej – nie jest różnorodny – twierdzi. Inne spojrzenie ma dr hab. Joanna Tyrowicz z  WNE UW. Z  ekonomią jak z teatrem: jest albo dobra, albo zła. Podział na heterodoksję i  ortodoksję jest przestarzały, bo na dziś i w makro, i w mikro większość koncepcji, może nawet niegdyś negowanych, już ma swoje bardzo poczesne miejsce. Trzeba uczyć całej i współczesnej ekonomii – przekonuje.

Niezbędne oryginały Być może aprobata polskich studentów dla zastanej sytuacji wynika z przeświadczenia nabranego na początku przygody z uczelnią – podręczniki Mankiwa, Samuelsona czy Begga posługują się podobnym aparatem pojęciowym i  wyraźnie sugerują, że nie ma poważnej alternatywy dla tzw. ekonomii głównego nurtu. Szkoły takie jak: postkeynesowska, instytucjonalna, feministyczna, społeczna, marksistowska czy austriacka są prezentowane późno albo wcale, co stawia je na gorszej pozycji startowej. W tym stanie rzeczy szersze spojrzenie na teorię gospodarczą będzie udziałem nielicznych hobbystów, którzy czytają w wolnym czasie o Hayeku czy Marksie. Słabością rodzimego kształcenia ekonomicznego jest minimalny kontakt studentów z oryginalnymi tekstami wielkich ekonomistów. Obecnie – patrząc na przykład SGH – nasze przyszłe elity życia gospodarczego w czasie trzech lat studiów licencjackich nie muszą przeczytać nawet jednego rozdziału „Bogactwa narodów” Adama Smitha. Jasną stroną protestów studenckich jest pokazanie, że nauczanym zależy na czymś więcej niż tylko dyplomie. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy akcja – jak na Harvardzie – jest jednorazowym wydarzeniem i nie zostaje poparta żadną pracą u podstaw. W Polsce nie życzmy sobie takich akcji – wystarczy prawdziwa i poważna dyskusja. 0

Masz uwagi do autorów? Chcesz napisać swój tekst? Zapraszamy do kontaktu!

pig@magiel.waw.pl


kultura / Wyszło z worka szydło, my jesteśmy po prostu kulturalne bydło.

Kultury

Nie taki straming fajny jak go malują

34 FILM Zakochać się od drugiego wejrzenia Sequele lepsze od oryginałów

38 TEATR Sztuka na srebrnym ekranie Teatr (w) telewizji

Warszafka płonie A r k a d i u s z kowa l i k o było wieki temu, Fisz Emade jako Tworzywo Sztuczne i płyta „F3”. Nie będę nawet udawał, że słuchałem wtedy Fisza. Za cienki w uszach byłem na takie elokwentne rapsy i zdecydowanie później braci Waglewskich, wraz z tym kawałkiem, odkryłem. A jednak przypomniałem sobie o nim teraz, w listopadzie 2013, 11 lat po premierze, bo nagle w bardzo dosłownym aspekcie strasznie stał się aktualny. W dosłownym dlatego, że sens tego utworu jest oczywiście głębszy i tytułowym ogniem trawiącym Warszawę jest wszelkiej maści „celebryctwo” i reszta klasy próżniaczej. A aktualnym jest podwójnie, bo celebrytów bynajmniej nie ubyło, a dodatkowo parę rzeczy w stolicy ostatnio istotnie płonęło. Na pierwszy rzut, wiadomo, tęcza. W tym temacie tyle już zostało napisane, że nawet z nędznych wierszówek redakcyjnych stażystów starczyłoby na wybudowanie kilku nowych kwiecistych tęcz i rozstawienie ich po całym mieście, żeby każdy warszawiak miał pirotechniczne show na wyciągniecie ręki. Swoją drogą, któżby się mógł spodziewać, że co najmniej pięć razy już podpalana instalacja, znów zajmie się ogniem? No nikt. Dlatego na kilka dni przed 11 listopada zaczęto przyczepiać do czarnego szkieletu kwiatki. Niespodzianka, kwiatków już nie ma. I szkoda tylko, że na posterunku zabrakło reportera TV Republika (któremu akurat deptano kable w najgorszym miejscu, jakie można sobie wyobra-

T

Ogniem trawiącym Warszawę jest wszelkiej maści „celebryctwo” i reszta klasy próżniaczej

zić) i zadaniu sprostał tylko Polsat News, relacjonując pierwsze w historii odpalanie szluga od tęczy. Drugi, istotny listopadowy pożar miał miejsce w metrze. Nie było nam dane zbyt długo pojeździć dumą ZTM, supernowoczesnym pociągiem Inspiro, bo ten wziął i się złośliwie zapalił. Jeśli wierzyć relacjom części mediów, towarzyszyły temu apokalipsa, krew na ścianach i Ku Klux Klan. Jeśli wierzyć faktom, to trzy osoby zatruły się niegroźnie dymem, a Inspiro nie zobaczymy, aż do wyjaśnienia sprawy. Czyżby Dreamliner wjechał na tory? Ostatni pożar jest z całości najśmieszniejszy. Bobby Burger na Żurawiej, zdarzenie jeszcze z października, ale ostatnio właściciele burgerowni wrzucili do Internetu filmik ukazujący je. Jak sami opisali, podpalacz nie był profesjonalistą. Trudno się nie zgodzić. Zakapturzony jegomość nadpalił lokal nawet skutecznie (szkody na szczęście nie były duże), jednak przy okazji podpalił i siebie. Warszawski Human Torch rodem z Fantastycznej Czwórki (biedniejszy o nadludzkie moce i mózg), uciekając pozostawił po sobie tylko smugę ognia. Nawet szalik po nim nie został. Wracając na koniec do Fisza i wyśmiewanych przezeń celebrytów, może to i lepiej, żeby chodzili sobie w modnych kurteczkach na trendy imprezy i do wódki i zagrychy śpiewali swoje kichy. Niech Warszafka płonie, a Warszawa niech pozostanie spokojna. 0

grudzień 2013

fot. Kasia Matuszek

Trochę

Polecamy: 28 MUZYKA Burza nad chumurą


/ strumień z chmury This suit is for leisure. But many times I wear it to get down to business.

Burza nad chmurą?

Cały świat zwariował na punkcie stramingu i słuchaniu muzyki z chmury. Jednak po początkowym zachłyśnięciu się technologicznymi nowinkami rzeczywistość zaczęła obnażać wady tego systemu.

T E K S T:

A L E X M A KOW S K I

d momentu powstania serwisów streamingowych wiele osób zwiastowało narodziny nowego etapu w rozpowszechnianiu muzyki. Założenia są obiecujące – dzięki takim stronom jak Spotify czy Deezer, muzycy mogliby zwiększyć swoje zyski oraz zdobyć nowych fanów. Niektórzy idą o  krok dalej i  przekonują, że w  ten sposób będzie możliwe wyplenienie piractwa – przynajmniej muzycznego aspektu. Dla przeciętnego użytkownika takie serwisy są niezwykle opłacalne finansowo – koszt konta premium, dzięki któremu zyskujemy dostęp do wysokiej jakości dźwięku oraz możliwość korzystania z  zasobów serwisu na urządzeniach mobilnych, jest zamknięty w granicy 20 złotych miesięcznie. Niemal każda osoba może pozwolić sobie na taki wydatek bez konieczności kupowania płyt po 50-60 złotych. Dzięki temu użytkownik ma czyste sumienie że wspiera artystów, nie wydając przy tym majątku, a muzycy otrzymują za to godziwe wynagrodzenie. Czy jednak jest aż tak różowo?

O

Ułamek centa dla twórcy Coraz częściej słyszy się o  artystach wycofujących swoją twórczość ze streamingów. Do niedawna byli to muzycy niszowi, jednak w lipcu tego roku do bojkotu dołączył Thom Yorke – wokalista zespołu Radiohead. Jego decyzja o  usunięciu ze Spotify całej solowej dyskografii oraz albumu Amok projektu Atomes For Peace (którego jest współtwórcą), połączona z niepochlebnymi tweetami i wywiadami nt. wyżej

26-27

wymienionego serwisu, wywołała burzliwą dyskusję na temat traktowania muzyków przez serwisy streamingowe. Zespół Uniform Motion opublikował dane, z  których wynika że za jeden utwór „wystrumieniowany” w  Spotify artysta otrzyma 0,003 euro, natomiast za cały album – 0,029 euro. Sytuacja wygląda niewiele lepiej w  przypadku Deezera – jeden utwór to 0,006 euro, a  album – 0,052 euro. W  porównaniu z  cenami na serwisach takich jak iTunes czy Amazon Music, gdzie ceny płyt oscylują w  granicach 10 dolarów, są to naprawdę niewiele znaczące kwoty. Serwisy odpowiadają, że choć wydają się one niewielkie, to po wysłuchaniu utworu czy albumu przez kilkadziesiąt tysięcy osób artyści otrzymają spory zarobek. Problem polega na tym, że to stwierdzenie jest prawdziwe wyłącznie dla muzyków, którzy już mają wyrobioną markę i są szerzej znani w przemyśle muzycznym. Zespoły dopiero wchodzące na rynek lub te, które nie należą do szeroko rozumianego „mainstreamu”, nie mają szans uzyskać ze streamingu godnego zarobku za pracę i pieniądze włożone w przygotowanie materiału. Jednak paradoksalnie, w serwisach streamingowych o wiele łatwiej jest znaleźć niszowe kapele niż międzynarodowych gigantów muzycznych. Na próżno tam szukać dyskografii takich zespołów jak Led Zeppelin czy The Beatles – jeśli pojawiają się jakiekolwiek płyty z repertuaru tego typu grup, to są nimi najczęściej kompilacje utworów lub albumy koncertowe (te drugie o wiele rzadziej).

Problem z czasem Dużą wadą serwisów streamingowych jest brak płyt tuż po premierze. W dzisiejszych czasach, kiedy szybki przepływ informacji i  danych jest standardem, wiele osób nie będzie chciało czekać na pojawienie się płyty ulubionego wykonawcy np. na Spotify, tylko zdecyduje się na kupno albumu lub też ściągnięcie go nielegalnie z Internetu. Coraz częściej można usłyszeć opinie muzyków, że lepiej jest udostępnić muzykę za darmo na Youtubie czy Soundcloudzie niż na „streamach”. Dzieje się tak ze względu na brak możliwości sprawdzenia ilości odsłuchań danego utworu, co wbrew pozorom jest istotną sprawą. Gdy zespół chce zagrać koncert musi przekonać do tego organizatora, a informacja o 70 tysiącach wyświetleń utworu na Youtubie wygląda bardziej imponująco niż czek na nieco ponad 200 euro od serwisu streamingowego. Choć system dopiero wchodzi na rynek muzyczny, nie można mu odmówić rewolucyjności oraz tego, że może skutecznie odwieść ludzi od odwiedzin „zatoki piratów”. Istnieje jednak parę wad, przez które wymaga on jeszcze dopracowania. Kluczową sprawą jest znalezienie złotego środka jeśli chodzi o  wynagrodzenia dla muzyków, co wcale nie jest przeszkodą nie do pokonania. Jeśli obie strony dojdą do porozumienia, to istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że streaming w  dużym stopniu wyprze tradycyjną sprzedaż płytową, rewolucjonizując przemysł muzyczny. 0


co tam Panie na jutubach? /

Radio YouTube Zastanawia Was, co to za nowa moda na share’owanie zdjęć ładnych pań zakamuflowanych pod nazwami kanałów i chilloutowymi nutkami? Nas też to zastanowiło i okazało się, że jednak chodzi o coś więcej. T E K S T:

A D R I A N S ZO RC

wadzieścia lat temu nasi rodzice z nabożnym skupieniem nagrywali listę przebojów Trójki na kasety. Z tego jedynego źródła wiedzieli, co było na czasie. Niczego Markowi Niedźwieckiemu nie odejmując (a wręcz przeciwnie!), można odnieść wrażenie, że w  tamtych czasach było łatwiej. Dzisiejszy przeciętny słuchacz ma prawo trochę się zagubić w gąszczu dostępnych na wyciągnięcie ręki platform, podgatunków i  nośników. W  świecie, gdzie kolejne instytucje albo wyrastają jak

D

grzyby po deszczu (streaming), albo obumierają jak stare próchna, którym odcina się kroplówkę (Winamp R.I.P.), ciężko wskazać króla dżungli. Nie oznacza to jednak, że nie warto próbować. Na gruncie najżyźniejszej gleby w  Internecie (2. miejsce w  globalnym przesyle danych, niedaleko za Netflixem) – YouTubie – jeśli chodzi o  muzykę, dzieje się wiele. Największe labele publikują tam klipy, samozwańcy zostają gwiazdami światowego formatu, a teraz można nawet obejrzeć transmisję live

z festiwalu. Tu jednak nie o tym. Od względnie krótkiego czasu zaczęły, na rzeczonym, popularnym jutubie dziać się rzeczy dość nowe. Tradycyjną metodę wrzucania piosenek z  jakimiś obskurnymi kwiatkami czy chmurkami zastąpiono starannie wyselekcjonowanymi zdjęciami mało znanych fotografów, a na to wszystko doklejono nazwę kanału. I  tak – voila! – powstała garść twórców i kompilatorów muzycznego contentu, bez których ciężko byłoby się obejść. Oto kilka z nich. 0

MrSuicideSheep Jeden z dłużej istniejących kanałów, skupiający się głównie na muzyce elektronicznej. Pozostający anonimowym Mr. Sheep wyrobił sobie markę jednej z głównych internetowych instytucji jeśli chodzi o promowanie nieznanej wcześniej muzyki.

Delicieuse Musique Francuski label, który prowadzi również webzine’a i ma swoją aplikację. Na ich kanale dzieje się mnóstwo ciekawych rzeczy, dlatego warto obserwować na bieżąco, co się dzieje, gdyż w każdej chwili może ukazać się Wasza piosenka tygodnia.

Majestic Casual Tu ostatnio dzieje się najwięcej. Muzyka, którą możemy znaleźć to głównie EDM (modny skrót na electronic dance music). Znajdzie się też jakiś house, czy rap. Generalnie jest grubo i  leniwie. Dużo remixów utworów znanych artystów w wykonaniu tych mniej znanych. Nic w tym dziwnego – przy ponad milionie subskrybentów i bazie wiernych fanów, każdy utwór zaraz po wrzuceniu zostaje odtworzony setki tysięcy razy. Warto również nadmienić, że w tym miesiącu na iTunes pojawił się album Majestic Casual – Chapter I, na którym znajdziemy ponad 40 utworów z rzeczonego kanału.

Etonmessy Działa na podobnej zasadzie, jak Majestic Casual, prezentując głównie EDM. Co ciekawe, jeśli mieszka się w UK, można wybrać się na promowaną przez nich trasę koncertową.

The Sound You Need Kolejny kanał wyglądający jak klon MC, jednak często wrzucają ciekawe elektroniczne brzmienia, zyskując bardzo szybko nowych subskrybentów.

dancefreak66: The Peruvian government cuts down 1,300 acres of forest every day. Click here to stop them.

EARGASM music blog Popek521: Tu Polska, przejmujemy ten film!!!1111

Patrycja95: Przy tej piosence poznałam swego chłopaka, 100 lat misiaczku!! :*:*:*

Najmniej znany z przedstawionych tu kanałów, jednak prezentuje szeroki wybór różnorodnej muzyki o delikatnie elektronicznym zabarwieniu, który publikuje, segregując je w miesięczne sety.

grudzień 2013


/ recenzje płyt

Niemniej widocznych jest kilka motywów przewodnich.

m.in. David Bowie, za produkcję odpowiada mistrz tanecznej

Mit o  Orfeuszu i  Eurydyce i  ich prawdziwej, ale nieuchwytnej

elektroniki James Murphy z  LCD Soundsystem, a  w  jednym

miłości, świetnie opowiedziany w  kawałkach Awful Sound

z promujących płytę wideo wystąpił Bono. Lider zespołu, Win

(Oh Eurydice), a  także It’s Never Over (Oh Orpheus). Odnoszę

Butler, wśród swych inspiracji wymienia muzykę haitańską, no-

też wrażenie, że zespół trochę przedawkował Kierkegaarda,

wofalowy francuski film Czarny Orfeusz i twórczość duńskiego

bo sporo jest o  miłości współczesnej, sztucznej i  fałszywej

egzystencjalisty Kierkegaarda. Brzmi aż na wyrost poważnie

(np. w kawałku Porno, które z prawdziwą miłością łączy jedynie

i  ambitnie. Czy jednak potężne, dwupłytowe wydawnictwo

współistnienie narządów płciowych).

spełniło pokładane w nim oczekiwania?

Merge (US), Sonovox (UK)

się scena, w  której Win Butler spycha ze sceny irlandzkiego

ny podkład Murphy’ego przeplata się z rozedrganym woka-

gwiazdora (swoją drogą, brawa za dystans do siebie). Czy

lem Butlera, francuskimi partiami Régine Chassagne i boga-

jednak Arcade Fire rzeczywiście mają szanse zastąpić U2?

tą warstwą tekstową. Nie chcę wchodzić w tym momencie

Wątpię, ale nie jest to niczym negatywnym. Nie są tak popowi

w  przesadne analizowanie, bo tak jak w  przypadku po-

jak Irlandczycy, a  sam rock już od dawna nie jest w  muzyce

przednich albumów Kanadyjczyków, interpretacja jest

mainstreamem, ustępując miejsca tworom, naśladującym rap

bardzo otwarta a  zarazem subiektywna. Wracając do

czy R’n’B. Warto zauważyć, że Kanadyjczycy, mimo ogromnej

samego utworu, konia z rzędem temu kto wskaże, gdzie

popularności, wciąż poruszają się w świecie muzyki alterna-

konkretnie w Reflektorze pojawia się pan Bowie. Mimo wie-

tywnej, sami wyznaczając trendy. Oby tak pozostało.

lokrotnego przesłuchania, wciąż nie jestem stuprocento-

A R K A D I U S Z K O WA L I K

Wojciecha Waglewskiego nie trzeba chyba nikomu przed-

ciec. Ostatni kawałek to mój zdecydowany faworyt. Surowy,

stawiać. Muzyk, znany ze swojej działalności w zespole Vo-

rytmiczny i  lekko bluesowy singiel opowiada o  śmierci oraz

oVoo oraz kariery solowej, zarażał muzyką Bartka i Piotrka,

pożegnaniu ojca z synem. Zupełnie inny klimat panuje nato-

czyli Fisza i Emade, już od dzieciństwa. Początkowo bracia nie

miast w Trupku, który przypomina piosenki młodszych człon-

poszli jednak dokładnie drogą ojca. Zaangażowali się przede

ków klanu i  poświęcony jest krytyce szukających sensacji

wszystkim w  alternatywny hip-hop, by potem powrócić do

mediów. Reszta piosenek także trzyma wysoki poziom, głów-

korzeni przy okazji rockowego projektu Kim Nowak.

nie ze względu na znakomite teksty napisane przez Fisza.

Najnowszy, także rockowy album Matka, Syn, Bóg trzech

Choć płyta jest dobra, nie przypadnie do gustu każdemu.

panów Waglewskich to, według samych autorów, kompo-

Matka, Syn, Bóg to nie album do słuchania gdziekolwiek. Do

zycja bardziej dojrzała i  osobista niż nagrana pięć lat temu

najnowszego krążka Waglewskich trzeba podejść na spokoj-

Męska Muzyka. Trudno nie zauważyć również, że płyta jest

nie, a najlepiej wysłuchać go w domu i to od razu w całości.

spójna, zrównoważona, a  klimat piosenek raczej posępny.

W jednym z wywiadów Wojciech Waglewski powiedział, że

A  to dlatego, że muzycy śpiewają o  sprawach bardzo waż-

nie interesują go recenzje najnowszego albumu. Nie świadczy

nych. Oczywiście nie obyło się bez charakterystycznego dla

to jednak o lekceważeniu słuchaczy, a o tym, jak wiele osią-

nich dystansu.

gnął już na polskiej scenie muzycznej. Tym razem też nie ma

Najlepsze utwory na płycie to właśnie te o najpoważniej-

xxxzz

ocena:

szej tematyce, a więc tytułowe: Matka, Syn, Bóg, a także Oj-

Waglewski Fisz Emade Matka, Syn, Bóg Agora SA

A N N A P U C H TA Trzynaście lat, które dzieli dopiero co wydany sequel od

i fikcyjnym podmiotem lirycznym, obnażając się w pełen au-

pierwszej części The Marshall Matters, to w muzyce już cała

tokrytyki, a także szczery sposób. Następnie (6:50), głos

epoka. W międzyczasie powstały setki rappłyt (sam Eminem

przejmuje obecne „ja” rapera, wyjaśniając, dlaczego zrobił

nagrał cztery), a starzejącego się już nieco rezydenta Detroit

to, co musiał zrobić. Autobiografia w pigułce, wow!

wielu zaczęło wysyłać na muzyczną emeryturę. Dlatego już

Poza tym, wartym wspomnienia jest usunięcie się

samo ujawnienie nazwy płyty wywołało spore emocje. Nie

w cień Dr. Dre, którego zastępuje np. człowiek-instytucja

bez powodu – Em postanowił zmierzyć się z chyba najlepiej

Rick Rubin. Mariaż z  Eminemem nie do końca się jednak

przyjętą przez publikę płytą ze swojego dorobku.

sprawdza. Bo o ile patenty wykorzystane w  Berserk, czy

daniem? Ciężko powiedzieć. Ale po kolei.

Aftermath, Shady, Interscope

28-29

się czego wstydzić.

Czy poradził sobie z tym własnoręcznie narzuconym za-

Eminem The Marshall Matters LP2

We wspomnianym wcześniej wideo z cameo Bono pojawia

Album otwiera promujący płytę singiel Reflektor. Tanecz-

xxxxz

Arcade Fire Reflektor

wo pewny, które dokładnie są to momenty.

ocena:

xxxxz

ocena:

Po świetnym The Suburbs z 2010 roku światło dzienne ujrzał kolejny album Arcade Fire. Na płycie gościnnie występuje

So Far…, w  erze Beastie Boys brzmiały świeżo, to tutaj brzmią jakby zaplątały się przypadkiem z  innej epoki.

Oczywistym następstwem bycia sequelem jest mnogość

Dodatkowo płycie można mieć za złe okropne refreny

związków z  poprzednikiem. Z  tego też powodu na płycie

(zwłaszcza ten Rihanny, który brzmi dokładnie tak samo,

znalazły się liczne odniesienia do The Marshall Matters LP 1.

jak każda inna piosenka tej artystki), czy wciągnięcie

I tak w otwierającym płytę, siedmiominutowym potworze

Kendricka Lamara do współpracy w  całkiem obscenicz-

Bad Guy zostajemy zabrani w  dalszą podróż, będącą kon-

nym Love Games. Mimo to, nie można nie zauważyć, jak

tynuacją nagrania Stan – tym razem z  perspektywy jego

Eminem, pomimo tylu lat w  grze, wciąż koncentruje

młodszego brata. Utwór zaczyna się od megagresywne-

się głównie na muzyce, jak mistrzowski jest jego styl

go, nie do końca poskładanego flow, charakterystyczne-

i flow, a także kilku mocnych numerów, jak np. Headlights,

go dla najwcześniejszej twórczości Eminema. Następnie,

czy Brainless.

w okolicach 5:10, głos przejmuje ktoś „pomiędzy” raperem

ADRIAN SZORC


Literatura a nowe media / Różne oblicza książki

Przyszłość zapisana w książkach

fot. materiały prasowe

Współczesna książka zmienia się tak szybko, że aby być na bieżąco ze wszystkimi nowościami, trzeba się stale dokształcać. Co wybrać dla siebie spośród rynkowych ofert? Nie ma na to jednej i sprawdzonej odpowiedzi, ale warto poznać wszystko, co ma do wyboru czytelnik – szczególnie gdy przychodzi czas wybierania prezentów.

T e k s t:

j u dy ta B a n a s z y ń s k a

rudniowy wieczór, za oknem zimno, robi się biało – nie chce się wychodzić z domu. Podręczniki i notatki spokojnie leżą w  bezpiecznej odległości, gorąca czekolada stygnie obok. Idealne warunki by sięgnąć po dobrą książkę i zanurzyć się w jej świat. Pozostaje pytanie: jaką książkę wybrać? A raczej: jaką formę książki wybrać? Rynek wydawniczy oferuje wiele możliwości delektowania się czytaniem. Przede wszystkim coraz popularniejsze stają się e-booki, dzięki którym można czytać książki czy czasopisma na tabletach, czytnikach oraz smartfonach. Plusem takiego rozwiązania jest wygoda – czytać można wszędzie bez dźwigania dodatkowych kilogramów, a jeden czytnik pomieści setki książek.

G

Czytanie uchem Dla chcących dać odpocząć swoim oczom idealnym rozwiązaniem są audiobooki, które umożliwiają słuchanie książek i  nierzadko dzięki nim można poznać interpretacje znakomitych aktorów. E-booki i audiobooki często są tańsze od papierowych wersji książek, niektóre z  nich można uzyskać za darmo. Coraz popularniejsze stają się także internetowe biblioteki elektronicznych wersji utworów, gdzie można je wypożyczyć na kilka dni. Warto zwrócić uwagę na indywidualne ustawienia w  ich użytkowaniu – głośność, wielkość czcionki czy jasność stron, które są zaletą szczególnie dla osób starszych lub słabowidzących. Zdecydowanie

minusem jest brak wszystkich książek w zbiorach elektronicznych i stosunkowo mały wybór w porównaniu z tradycyjnymi księgarniami. Jedno z  nowszych odkryć rynku czytelnictwa – podcasty, to nic innego jak odcinkowe historie, nagrane i  opublikowane w  Internecie, które docierają do szerokiego grona odbiorców. Dotyczą często publicystyki i  aktualnych wydarzeń, nawet Biały Dom za kadencji George’a  Busha wydawał przemówienia prezydenckie w  wersji elektronicznej.

Zaangażuj zmysły Jednak żadna z powyższych form nie zadowoli prawdziwych moli książkowych, dla których czytanie to nie tylko słowa, ale cały rytuał związany ze wszystkimi zmysłami – zapach książki, podkreślenia, notatki na marginesie czy po prostu przewracanie stron z możliwością szybkiego powrotu do wybranego fragmentu. Liczy się nie tylko rodzaj książki, ale także forma w  jakiej jest przekazana jej treść – pod tym względem przoduje liberatura, nazywana „literaturą totalną”, w której każdy element ma znaczenie, gdyż jak twierdzi Bogdan Zalewski: Pisarz nie pisze całej książki, umieszcza w  niej jedynie tekst, czytelnik też nie czyta całych książek, on czyta tylko druk. Jest to artystyczna wizja książki, która angażuje wszystkie jej elementy, mające stanowić integralną całość oddaną do konsumpcji czytelnikowi.

Obrazkowa literatura Papier jest też wdzięcznym materiałem dla innych form książek, nie tylko poezji czy prozy. Komiksy wciąż przeżywają swoją drugą młodość, a  w  wielu miejscach można znaleźć ich wartościowe kolekcje. Opowiadania te podobno wywodzą się ze średniowiecza, jednak czasy ich świetności przypadają na XIX wiek, gdy stały się popularne wraz z  rozwojem prasy i  utrzymały sławę dzięki kultowi popkultury w  XX wieku. Organizowane są festiwale komiksów, będące prawdziwą gratką dla ich wielbicieli, jednym z  nich jest odbywający się w  Łodzi Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier – największa tego typu impreza w Europie Środkowo-Wschodniej. Wbrew opinii, że w literaturze nic nowego nie da się wymyślić, okazuje się, że czytanie może być jeszcze ciekawsze. Przykładem na potwierdzenie tej tezy jest książka Archetyptura czasu autorstwa Andrzeja Głowackiego. Zasadniczo różni się ona od innych utworów literackich, gdyż składa się wyłącznie z kodów QR, do których rozszyfrowania niezbędne są… smartfon i odpowiednia aplikacja. Nowoczesne czytelnictwo ma przed sobą ogromną przyszłość i nie jesteśmy w stanie przewidzieć tego, jak rozwinie się w kolejnych dekadach. Niezależnie od tego, którą z  powyższych form czytania wybierzemy, to wciąż najważniejsza jest treść. I oby tak pozostało. 0

grudzień 2013


/ wywiad z Katarzyną Klimasińską

Amerykański sen po polsku O tym, jak zmienia się życie po wyprowadzce za wielką wodę, jak to jest żyć bez nogi w Teksasie i jak podbić serca Amerykanów pisze w swojej debiutanckiej książce Katarzyna Klimasińska, była dziennikarka MAGLA i absolwentka SGH. R o z mawia ł : Paw e ł T r z a s k o w s k i

Dlaczego zdecydowałaś się wydać te wspomnienia? Co wyróżnia je spośród innych amerykańskich dzienników?

fot. materiały prasowe

Myślę, że Pannę Huragan poniosło w wiele miejsc, w których Polacy rzadko bywają - do Point Hope za biegunem północnym na Alasce, w biedne zakątki Luizjany czy Alabamy. Poza tym Panna Huragan nie jest typowym podróżnikiem – jest obserwatorem, ale staje się też członkiem amerykańskiego społeczeństwa, przez co może zobaczyć i  opisać życie, myślenie i  zwyczaje Amerykanów od kuchni.

MAGIEL: Twój debiut, Panna Huragan,

ma formę listów, które wysyłasz do najbliższych zza Atlantyku. Czy rzeczywiście wysyłałaś takie wiadomości? A może to tylko dziennik, który był pisany do szuflady i  w  końcu, przypadkowo, przerodził się w większą całość? Katarzyna klimasińska: Książka została napisana

na podstawie maili, które faktycznie wysyłałam do rodziny i przyjaciół, choć część treści została zmieniona. Podczas pierwszych dni pobytu w  Stanach bardzo tęskniłam za najbliższymi i  za wszelką cenę chciałam utrzymać z  nimi kontakt. Wysyłałam więc maile opisujące moje przygody, licząc na ciepłe słowo odpowiedzi. Zresztą do dziś utrzymuję tę korespondencję, bo nadal wyjątkowo ważny jest dla mnie kontakt z  rodzicami i  przyjaciółmi w Polsce.

30-31

Czytelnik Panny Huragan konfrontowany jest z  wieloma amerykańskimi stereotypami – że Teksańczycy są grubi, że wszystko w Stanach jest duże, no i w ogóle że bez samochodu to jak bez nogi. Jakie były dla Ciebie najbardziej zaskakujące obserwacje po przybyciu do Stanów?

Bez samochodu jak bez nogi! Tak, to świetne porównanie. To chyba jednak do dziś najbardziej mnie przeraża – że w  Stanach auta są po prostu niezbędne do przeżycia. Czy ktoś ma 10 lat czy 100, musi mieć dostęp do samochodu, bo w przeciwnym razie nie dostanie się do sklepu, restauracji czy hali sportowej. Bez auta obyć się mogą chyba tylko nowojorczycy. Ale nie brakowało też zaskoczeń pozytywnych. Przede wszystkim Amerykanie są niesłychanie otwarci, pomocni, przyjaźni, gadatliwi. Na ulicy każdy mówi ,,dzień dobry” i nikt dla nikogo nie jest nieznajomy. W windzie, przy ladzie w sklepie zawsze toczy się jakaś rozmowa. Wystarczy, że zmarszczę czoło, a  zaraz pojawia się koło mnie ktoś, kto szczerze pyta, czy może mi pomóc.

Czy myślisz, że da się żyć polskim snem? Jeśli nie, to jakie są cechy, których nam brakuje, żeby powtórzyć amerykański sukces?

Im dłużej mieszkam w Stanach, tym większy mam szacunek do Polski, którą kocham i doceniam. Myślę, że w Polsce też każdy może spełnić swoje marzenie. To duży kraj, pełen pomysłowych i  ambitnych ludzi. Polacy lubią kombinować, zrobić coś inaczej, po swojemu, i to jest bardzo cenne. Absolutnie nie uważam, że trzeba podróżować, żeby osiągnąć sukces.

Opisywane przez Ciebie amerykańskie życie wydaje się dość bezproblemowe, nie piszesz o  trudnych chwilach. A przecież tęskniłaś za domem. Starałam się być optymistyczna! W  końcu sama podjęłam decyzję o wyjeździe do USA… Ale wielokrotnie miałam momenty kryzysu, kilka z nich zostało opisanych w książce. Często to właśnie świadomość, że będę mogła opisać tę podróż w książce, dodawała mi otuchy. Myślałam: może przynajmniej ktoś to przeczyta i nauczy się czegoś na moich błędach. Może komuś innemu pomogę uniknąć kłopotów.

Jak przystało na amerykańską historię, Twoja kończy się happy endem. Ostatni wpis jest z końca 2011. Co się zmieniło u Panny Huragan od tamtego czasu? Zmieniło się bardzo dużo, bo życie pędzi do przodu! Może napiszę o tym w następnej książce.

Jesteś niecałe 10 lat po ukończeniu SGH. Czy masz jakieś myśli, którymi chciałabyś się podzielić ze studentami? Jeżeli macie jakieś marzenia, walczcie o  ich spełnienie. Niech wasze życie nie będzie niczym innym niż to, czego chcecie. Jak to mówią w Ameryce reach for the stars! 0

Katarzyna Klimasińska Urodzona w 1981 roku w Krakowie. Absolwentka V Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie i Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Jeszcze jako licealistka odbyła praktyki w „Dziennikau Polskim” i „Gazecie Wyborczej” w Krakowie. Podczas studiów na SGH pisała dla MAGLA i „Sukcesu”, pracowała w Radiu PiN oraz w Polskiej Agencji Prasowej, skąd zrekrutował ją „Bloomberg”. Współpracowała z „Bloombergiem” w Warszawie, Houston i Waszyngtonie, gdzie mieszka do dziś.


recenzje / nowości wydawnicze /

charakteryzuje się olbrzymią wyobraźnią,

Czterech Liści, czyli organizacji czarnych

z której potrafi zrobić dobry użytek, two-

magów z przedwojennej Warszawy, który

niej dekady. Wprowadza na rynek średnio

rząc genialne wątki, postaci, czy też całe

moim zdaniem należy do czołówki najlep-

dwie nowe książki rocznie. Premiera jego

światy. Ale nawet wybitne uniwersum

szych tworów umysłu Pilipiuka.

ostatniego dzieła przypadła na koniec

można zepsuć kiepską historią. Manier-

Na wielki plus należy zaliczyć wydanie.

listopada, więc miałem okazję dorwać się

ka, opowiadanie otwierające antologię to

Jest po prostu cudowne. Posiada wszyst-

do książki świeżutkiej, pachnącej farbą

niestety najsłabszy tekst z całego zbioru.

ko, co powinna mieć dobra książka: jest

drukarską i  cieplutkiej niczym pieczywo

Historia jest zwyczajnie nudna i  łudzą-

porządnie zszyta, ma wydruk na dobrej

kupione prosto w  piekarni o  poranku.

co podobna do pierwszego tomu innego

jakości papierze, solidną okładkę udeko-

W dodatku również smakowitej literacko.

dzieła autora, a  mianowicie Norweskiego

rowaną w  sposób przyciągający oko. Za

Carska manierka to zbiór ośmiu opo-

dziennika. Zamiast książki o  budowaniu,

to ostatnie wielkie pochwały należą się

wiadań w  większości poświęconych oso-

remontowaniu rudery mamy opowieść

Piotrowi Zdanowiczowi, który odpowiada

bie Roberta Storma i  jego perturbacjom

o  poszukiwaniu złota we współczesnej

za grafikę w tym wydaniu.

historycznym. Jest on antykwariuszem,

Polsce, co wbrew pozorom nie jest takie

Carska manierka jest ciekawą propozy-

człowiekiem

zagadki

interesujące. Kolejne opowiadania są na

cją dla osób poszukujących lekkiej i przy-

przeszłości, a przy okazji wplątującym się

szczęście z  wysokiej półki i  zacierają

jemnej lektury, bardzo dobrej na te nasze

mimo woli w intrygi powiązane z nadprzy-

fatalne pierwsze wrażenie. Co ciekawe,

zimne grudniowe dni.

rodzonymi zjawiskami. Andrzej Pilipiuk

wśród opowiadań powraca wątek Bractwa

pat r y k ż a k

rozwiązującym

xxxxz

Andrzej Pilipiuk jest jednym z  najbardziej pracowitych polskich pisarzy ostat-

ocena:

Zagadki czasu

Carska manierka Andrzej Pilipiuk Fabryka Słów 39,90 zł

Stylem się to załatwia! Gdy ukazał się Dziennik Pilcha, „Dzien-

xxxxz

ocena:

nik pierwszy”, zdziwieniom nie było końca.

Drugi dziennik

Jerzy Pilch Wydawnictwo Literackie 39,90 zł

nie z samym dziełem pozostawia uczucie

tak obiecującym początku, całość za-

niedosytu.

czyna nużyć. Koncepty autora stają się

Jak to się stało, że z tekstów publikowa-

Pilch rozpoczyna brawurowo. Pierwsze

coraz bardziej płaskie, rzecz gubi swój

nych w  Przekroju, tekstów w najlepszym

kilkadziesiąt stron to tour de force autora

rytm. Pilch traci czar, jakby diarystyczna

razie umiarkowanie dobrych, choć styli-

Pod Mocnym Aniołem. Charakterystyczna

swoboda zamiast uskrzydlać, krępowała

stycznie wyśmienitych, powstała pozycja

fraza skrzy się ironią, to znów zionie

go. Pozostaje styl, niemal niepodrabialna

tak frapująca? Dokonał się cud przemia-

smutkiem. Pilch snuje historię swej walki

fraza autora Miasta utrapienia, zawsze

ny wątłych felietonów w  dzieło zwarte

z  chorobą, wspomina tych, którzy ode-

intrygująca, a w ostatnich latach budząca

i  doskonale skomponowane. Lecz gdy,

szli, opowiada o  rodzinnej Wiśle, wadzi

najwyższy podziw.

po wydaniu Wielu demonów, wiślanin

się z  Bogiem, rozprawia o  piłce nożnej...

Drugi dziennik to pozycja ciekawa,

deklarował, że są one prawdopodobnie

Oczywiście, prywata nie zdominowała

lecz nierówna. Początkowo błyskotliwa,

jego ostatnią powieścią, bardziej bowiem

całego Dziennika. Znaczne partie to roz-

potem znów miałka i jednostajna – zwo-

odpowiada mu swobodna forma ekspresji

ważania o literaturze. Powracają Thomas

lenników twórczości Pilcha to nie odstra-

dziennikowej, zaczęły rodzić się obawy:

Mann, Vladimir Nabokov...

szy, krytycy i  tak w  większości po nowe

Czy autor diarystycznie nie rozochocił się

Najnowszy dziennik Pilcha przeczytać

dzieło wiślanina nie sięgną. Może szkoda

nazbyt? Wydany przez Wielką Literę Drugi

warto choćby dla fragmentu, w  którym

– trudno o  pisarza, którego styl miałby

dziennik częściowo rozwiewa te strachy

pisarz udziela lekcji sztuki diarystycz-

tak uwodzicielską moc.

– choć sukces to połowiczny, a  obcowa-

nej… Günterowi Grassowi. Niestety, po

m a r c i n cz a r dy bo n

Nowości wydawnicze grudzień 2013 Wołanie kukułki

Dziewięćdziesiąte

Bum!

Galbraith Robert (J. K. Rowling) Wydawnictwo Dolnośląskie 39,90 zł

Sławomir Shuty Korporacja Ha!Art 24,00 zł

Mo Yan Wydawnictwo W.A.B. 49,90 zł

grudzień 2013


/ recenzje

Wieżowce wstydu wewnętrznej niezgody odkrywa pociąg do innych mężczyzn, gdy poznaje Michała (Bartosz Gelner). W tym momencie wielu filmowców ulega pokusie zrobienia z bohatera niemego męczennika, który w głowie toczy walkę ze swoją „słabością”. Wasilewski jednak nie odcina Kuby od świata, każe mu funkcjonować dalej. Wewnętrzna niezgoda Kuby na odkrycie

x x yz z

Ocena:

swojej prawdziwej tożsamości seksualnej przenosi się na działania. Mimo tego, że ulega wdziękom przedstawicieli tej samej płci, na przykład koledze z drużyny, stara się wmówić sobie, że wszystko jest po staremu. Usiłuje uprawiać seks lub zaspokoić oralnie we śnie swoją dotychczasową dziewczynę, Sylwię, która nota bene nie oddaje swojego chłopaka bez walki. Na plus filmu przemawia też fakt, że odkrycie homoseksualizmu bohatera nie jest efektem zapałania wielkim uczuciem do innego chłopaka, tylko czystym pożądaniem, jasną i nagłą konstatacją, co go w życiu „kręci”. Pomimo dość jednoznacznej tematyki Wieżowce starają się być uniwersalną opowieścią

Płynące Wieżowce (Polska, 2013) Reż. Tomasz Wasilewski

Premiera: 22 listopada 2013

o tolerancji, dojrzewaniu i towarzyszącemu mu zagubieniu, a także o konieczności noszenia masek, nadanych przez społeczeństwo, rodzinę i bliskich. Próba tak szerokiego ujęcia tematu sprawia, że zyskuje nieco ogół, ale traci szczegół filmu.

Płynące Wieżowce są bardzo odważnym obrazem w kwestii ukazywania seksualności, zarówno hetero-, jak i homoerotycznej. Uniknięto jednak przesady, sceny mimo swojej

Tematyka LGBT na dobre zadomowiła się w polskim kinie, ba, powoli zaczyna być dominująca. Z jednej strony mówi się, że co za dużo, to niezdrowo, ale z drugiej lepiej, że twórcy poruszają najbardziej palące współczesne problemy, zamiast w kółko wałkować martyrologiczną przeszłość.

wulgarności i dosłowności, nie rażą. Zresztą cała warstwa formalna filmu stoi na wysokim poziomie, reżyser bardzo dobrze opanował tajniki audiowizualnego rzemiosła. Film Wasilewskiego doskonale pasuje do prądu, z którym płynie obecnie młode polskie kino. Autor nie boi się podjąć kontrowersyjnych lub ważnych tematów, ubierając treść

W nurt ten wpisują się Płynące Wieżowce młodego polskiego reżysera Tomasza Wasi-

w ciekawe wizualnie, minimalistyczne formy. O ile Płynące Wieżowce nie staną się klasy-

lewskiego, film, który został nieźle przyjęty podczas swojej światowej premiery na presti-

kiem, o tyle sztandarowym przykładem kierunku, w którym zmierza polskie kino, do tego

żowym Tribeca Film Festival. Obraz opowiada historię na pozór heteroseksualnego do bólu,

dobrze zrealizowanym, jak najbardziej.

aspirującego pływaka Kuby (Mateusz Banasiuk), który ku swojemu zaskoczeniu i pomimo

BARTEK BARTOSIK

Przyszłość Endera się kandydatem na przyszłego dowódcę. Niewątpliwie dużym plusem calego f ilmu jest dokładne trzymanie się fabuły, bez wprowadzania dodatkowych wątków lub też pomijania istotnych wydarzeń. Zawdzięczamy to autorowi sagi, który współuczestniczył w pisaniu scenariusza,

x x x yz

Ocena:

aby upewnić się, że f ilm nie rozmieni się na drobne. Dzięki temu ci, którzy nie mieli jeszcze szansy zapoznania się z prozą Carda, zyskają dobry obraz tego, jak wygląda historia. Natomiast fani, którzy czytali książkę, nie będą narzekać na zawartość f ilmu. Oczywiście znajdą się osoby, które będą zwracać uwagę na niewyjaśnienie niektórych szczegółów, ale ciężko jest tego oczekiwać od f ilmu trwającego ok. półtorej godziny. Niestety, momentami można mieć wrażenie, że twórcy mogli użyć więcej efektów specjalnych. Dużo mogłoby wnieść 3D, które po Grawitacji udowodniło, że ma jeszcze naprawdę wiele do zaoferowania. Co do gry aktorskiej – wszyscy

Gra Endera (USA, 2013) Reż. Gavin Hood

Premiera: 31 Października 2013

Premiera pierwszej części serii Orsona Scotta Carda o Enderze była z pewnością jedną z najbardziej wyczekiwanych przez fanów wszelkiego science f iction. Akcja

grają poprawnie, najlepsze wrażenie sprawia Harrison Ford w roli pułkownika Graffa. Ciężko się tu spodziewać jakichkolwiek nominacji do nagród f ilmowych, ale z drugiej strony nie jest to żadne zaskoczenie. Końcówka f ilmu zostawia pewne kwestie niewyjaśnione, co jest ewidentnym sygnałem, że w bliżej nieokreślonej przyszłości powstaną dalsze części sagi. Jednak na pewno fani serii będą z tego powodu zadowoleni, bo jeśli kolejne ekranizacje utrzymają poziom Gry Endera, to można się spodziewać wielu godzin dobrej rozrywki.

f ilmu rozgrywa się w roku 2070, po nieudanej inwazji kosmitów zwanych formidami

Całość f ilmu jest naprawdę dobra, jednak nie można powiedzieć, że jest on za-

lub potocznie robalami. Po stratach poniesionych przez Ziemię, zadecydowano że

chwycający jak np. Władca Pierścieni – to porządnie zrobiona produkcja SF nasta-

będzie się wyszukiwać najinteligentniejsze dzieci i szkolić je na wypadek kolejne-

wiona na szeroką widownię. Jest dobrą propozycją dla kogoś, kto szuka odpoczynku

go ataku. Jednym z nich jest Andrew „Ender” Wiggin, dziesięcioletni Trzeci (takim

przed ekranem kinowym i nie szuka przeintelektualizowanych tematów, a zarazem

przydomkiem określano każde trzecie dziecko z rodziny – w przyszłości na Ziemi

chce obejrzeć w wolnym czasie coś ambitniejszego niż Warsaw Shore .

obowiązuje polityka dwójki dzieci), który okazuje się być najlepiej zapowiadającym

ALEX MAKOWSKI

32-33


recenzje inaczej /

Polsat w kinie iście powalająca: widzieliśmy więc reklamy komercyjne, ale i społeczne, spoty firm znanych na całym świecie i tych lokalnych, oparte na kanwie popularnych żartów oraz utrzymane w poważniejszej tonacji. Niektóre reklamy mogłyby z powodzeniem być wystawiane na konkursach krótkich form filmowych, prezentowane w nich opowieści były bardziej złożone niż niejedna książka.

xxxzz

Ocena:

Pomysłodawcą Nocy jest Jean Marie Boursicot. Początkowo planował stworzyć bazę reklam dla studentów marketingu, zaczął więc szukać źródeł finansowania swojego pomysłu. W ten sposób w 1981 roku powstała Noc Reklamożerów. Trasa pokazu po ponad 30 latach istnienia obejmuje już 100 miast w 40 państwach na całym świecie, oferując rozrywkę dla 300 tys. miłośników reklam. W warszawskich Złotych Tarasach odbyły się aż trzy seanse. Sala początkowo wypełniona po brzegi zaczęła jednak dość szybko pustoszeć. W 3 godziny po rozpoczęciu została już tylko połowa widzów. Być może powodem była dość rygorystyczna kontrola na wejściu mająca na celu zapobiec wnoszeniu szklanych butelek. A jak wiadomo – kino bez alkoholu to nie kino… Mimo tej

Noc Reklamożerców (Cały świat, 2013) 15 listopada 2013

podstawowej niedogodności można było się dobrze bawić, czego indykatorem były wybuchające co chwilę salwy śmiechu. Części reklam, szczególnie japońskich, nijak nie dawało się zrozumieć, większość jednak miała bardzo dobrze przygotowane polskie napisy. Najwięcej spotów wybranych zostało z branży motoryzacyjnej i te też powalały kreatywnością. Filmiki mniej znanych marek często budziły po-

Oglądając telewizję w domu, podczas reklam wychodzimy zrobić sobie kawę, herbatę, zadzwo-

litowanie, ale i pośród nich pojawiło się kilka perełek. Na szczególne uznanie zasługują reklamy

nić do znajomych czy też zapalić papierosa. Tym bardziej dziwić więc może frekwencja na 22. już

kleju Sekunda z szopem praczem, Mercedesa ze zgubionym dzieckiem, a także Carlton Draught

edycji Nocy Reklamożerców w Polsce. Dobrowolne obejrzenie 300 reklam trwających w sumie

z pościgiem.

pięć godzin jest wysiłkiem na poły heroicznym, a jednak 15 listopada fani tej nowej formy kultury

Całe wydarzenie jest jak najbardziej godne polecenia. Daje możliwość sprawdzenia wytrzyma-

byli goszczeni przez kina w pięciu polskich miastach: Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Gdańsku

łości, choć wbrew pozorom wcale nie nudzi. Tej długości film byłby zabójczy dla widza, reklamy

oraz Łodzi.

jednak zmuszają nas do ciągłej uwagi, a non-stop zmieniająca się fabuła sprawia, że przez cały

Spoty reklamowe zebrane z całego świata bardzo jaskrawo pokazywały różnice kulturowe, wyrażone w sposobie trafienia do potencjalnego klienta. Feeria zaprezentowanych klipów była

czas oglądamy zafascynowani.

JAKUB ORSZULAK

Perła z lamusa nym źródłem komizmu. W dziele przewija się cała galeria mniej lub bardziej groteskowych postaci, od niezaspokojonego generała, przez pozostającego w przyjaźni ze „śmiertelnym wrogiem” prezydenta USA, aż po karykaturalnego tytułowego doktora, który starym zwyczajem woła do prezydenta „Mein Fuhrer!”. Wszystkie te postaci skonstruowane zostały w ten sposób, że praktycznie każde ich zachowanie ma wpływ na odbiór filmu.– od drobnych zachowań, mimiki, aż po kompleksy, których suma doprowadzić może do końca świata.

Dr Strangelove pokazuje niekompetencję ludzi mających dostęp do mitycznego „czerwonego guzika”, głupotę tychże, a więc i w konsekwencji naiwność obywateli, którzy powierzają swoje być albo nie być w ręce takich ludzi. Konkluzja wyłaniająca się po obejrzeniu filmu nie jest pokrzepiająca – oddanie losu ludzkości w ręce jednostki musi prowadzić do katastrofy. Tradycyjnie dla Kubricka film jest perfekcyjny od strony technicznej – zarówno sce-

Dr Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę (USA, 1964) Reż. Stanley Kubrick

nografia, aktorstwo, jak i montaż stoją na najwyższym, zarezerwowanym dla reżysera, poziomie. Warunkiem powstania filmu było obsadzenie Petera Sellersa w poczwórnej roli, jednak sam zainteresowany uznał, że jako rodowity Brytyjczyk, nie będzie w stanie przekonująco zagrać Teksańczyka – Majora Konga. Mimo tytanicznego wysiłku, jakim wykazał

Który z filmów uznać za najważniejszy antywojenny manifest? Metaforyczny Czas Apo-

się Sellers grając trzy role, niekiedy show kradną mu George C. Scott i Sterling Hayden,

kalipsy? A może pokazującego spustoszenie, jakie w życiu czyni wojna Łowcę Jeleni? O ile

wcielający się odpowiednio w role generała Turgidsona i odpowiedzialnego za wszystko

są to oczywiste i pierwsze skojarzenia, być może należałoby się zastanowić, czy nie lepiej

generała Jacka D. Rippera.

zapobiegać niż leczyć, i czy palma pierwszeństwa nie należy się niepozornie wyglądające-

Wytarty frazes mówi, że film nie stracił nic ze swojej aktualności. O ile można znaleźć

mu na tle wyżej wymienionych filmów-posągów Doktorowi Strangelove (czyli jak przesta-

w nim analogie do współczesnych napiętych stosunków międzynarodowych, to nie spo-

łem się martwić i pokochałem bombę) w reżyserii Stanleya Kubricka.

sób porównać skali owych napięć do Zimnej Wojny, kiedy wzrokiem mierzyły się dwa naj-

Genialna farsa traktująca o zdarzeniach prowadzących niemal do Armageddonu,

większe mocarstwa na świecie. Z całą pewnością można jednak powiedzieć, że jako film,

bezlitośnie wyśmiewająca zimnowojenne realia czerpie swoją wartość tak z legendarnej

Dr Strangelove, mimo upływu prawie 50 lat, w ogóle się nie zestarzał.

kubrickowskiej dbałości o detal, jak i doskonale zarysowanym postaciom, które są głów-

BARTEK BARTOSIK

grudzień 2013


/ sequele lepsze od oryginałów

fot. materiały prasowe

Zakochać się od drugiego wejrzenia

Wchodzenie dwa razy do tej samej rzeki nie jest mądrym pomysłem, jak mówi stara mądrość ludowa. Każdy kij ma dwa końce – taką prawdę przekazuje inna. Jak chłop baby nie ubije, to jej wątroba gnije, zdradza kolejna. Gdyby tak pożenić ze sobą dwa z przytoczonych przysłów, okazałoby się, że ludźmi, którzy nic nie robią sobie z mądrości płynącej z lat doświadczenia są różnej maści filmowcy. Bardzo często zdarza się bowiem, iż po sukcesie filmu rzucają się po raz kolejny do tej samej rzeki z kijem w ręku, nie upewniwszy się, czy ktoś trzyma drugi koniec, na wypadek, gdyby nurt okazał się zbyt silny. Wielu już w ten sposób utonęło, istnieje jednak pewna grupa twórców, którzy z kija zrobili sobie tratwę i radośnie dryfują wspomnianą rzeką. T E K S T:

B A R T E K B A R TO S I K

ieczęsto obserwować można sytuację, w której sequel okazuje się być filmem lepszym od części pierwszej, zwłaszcza, jeśli obraz obrósł kultem i wychował sobie wierną rzeszę wyznawców. Nie jest to jednak sytuacja zupełnie niespotykana, czego dowodem poniższe zestawienie najbardziej spektakularnych przykładów triumfu sequela nad pierwowzorem.

N

Let me Entertain you Stworzenie dobrego buddy movie to nie lada wyzwanie. Wykreowanie odpowiedniej chemii między bohaterami, nie zapominając przy okazji o głównej osi fabularnej filmu przerosło wielu twórców. Sztuka ta udała się jednak Richardowi Donnerowi, reżyserowi klasycznej Zabójczej Broni. Banalne połączenie niezrównoważonego Mela Gibsona ze statycznym i doświadczonym Dannym Gloverem zaowocowało jedną z najpopularniejszych komedii sensacyjnych lat 80. Zgodnie z prawidłem, rządzącym przemysłem filmowym – jeśli chcesz, by film był lepszy od poprzedniego, zatrudnij Joe Pesciego. Tak też zrobili twórcy, czego efektem była Zabójcza Broń 2, która była właściwie tym samym, co część pierwsza, tylko zdecydowanie bardziej. Identycznie wyglądała sprawa z Terminatorem Jamesa Camerona. Pierwsza część sprawiła, że ludzie przecierali oczy ze zdumienia. Nieziemskie efekty specjalne i świetny jak na Camerona kli-

34-35

mat zapewniły Terminatorowi miejsce wśród klasyki SF. Jeśli przy pierwszej części widzowie przecierali oczy ze zdumienia, podczas seansu drugiej zbierali swoje szczęki kilka pięter niżej. Efekty specjalne zaprezentowane w Dniu Sądu powalają nawet dziś, do tego ikoniczne I’ ll be back, wypowiedziane z granitowym akcentem Arnolda Schwarzeneggera. Rozrywka najwyższej próby. Inaczej, bo przez woltę o 180 stopni Sam Raimi pobił swoje Martwe Zło. Pierwsza część filmu była niskobudżetowym horrorem, urzekającym kampową otoczką, zabawą konwencjami i niezwykle kreatywnym podejściem do ograniczonego budżetu. Sequel zrzucił z siebie ostatnie skrawki powagi i zaprezentował unikalną estetycznie jazdę po domu strachów w wersji gore. Dzięki takiemu bezkompromisowemu zabiegowi nie tylko przebił część pierwszą, ale także zasilił szeregi klasyków mocno skrzywionego kina grozy.

Dorastanie Są też obrazy, których ambicje wykraczały poza rzetelną, rzemieślniczą robotę kina gatunkowego, a sequel był szansą na rozwinięcie idei pierwowzoru. Takim filmem jest na pewno Milczenie Owiec. Pierwsza część filmu, Łowca a.k.a. Czerwony Smok, była sprawnie zrealizowanym i trzymającym w napięciu thrillerem, jednak pod wzgledem popularności i poklasku krytyków nie mogła równać się z nakręconym sześć lat póź-

niej Milczeniem Owiec, gdzie Hannibala Lectera w absolutnie wirtuozerski sposób zagrał Anthony Hopkins. Film został okrzyknięty jednym z najlepszych thrillerów wszechczasów, a o Łowcy mało kto obecnie pamięta. Co jednak zrobić, gdy film, który chce się kontynuować, sam uznawany jest za arcydzieło? Odpowiedź na to pytanie zna najwyraźniej Francis Ford Coppola, twórca wielu z uznawanych za najwybitniejsze obrazów w historii kina. Druga część jego trylogii Ojca Chrzestnego jest arcydziełem skończonym, z każdym elementem dopracowanym do graniczącej z obłedem perfekcji. Coppola, chcąc przebić fenomenalną część pierwszą, musiał porwać się na zadanie porównywalne z pogłębianiem Rowu Mariańskiego i o dziwo wyszedł z tego zadania obronną ręką.

„Głupich zawsze będzie więcej niż mądrych” Przytoczone tu przykłady to rzecz jasna tylko czubek góry lodowej, której niestety tylko niewielki ułamek wystaje ponad poziom ustalony przez część pierwszą, częstokroć beztrosko taplając się dużo niżej, na poziomie żenady. Dobre kontynuacje można jeszcze mnożyć, jednak nawet w przypadku bardzo udanych filmów przedłużanie serii na siłę nigdy nie kończy się dobrze. W końcu, jak powiada staropolskie przysłowie – jak chłop baby nie ubije, to jej wątroba gnije. 0


Wielki teatr, mała scena / Teatr powoli wynosi się ze wschodu..

Wielki teatr na małej scenie Domy kultury czasem są utożsamiane z tanią sztuką i artystami, o których mało kto słyszał, a docenia ich wąska grupa odbiorców – przecież gdyby byli zdolni przyciągnąć tłumy, występowaliby na wielkich scenach! Nic bardziej mylnego. Inne możliwości i bliskość aktorów potrafią zupełnie zmienić perspektywę i pokazać nowy sposób patrzenia na sztukę teatralną. T E K S T:

KO N R A D O B I D O S K I

o drzwi sali podchodzi mężczyzna wyglądający na dobrze wstawionego. Zatacza się, jest niedogolony, a  koszulę ma wymiętą i wyciągniętą ze spodni. Nie może znaleźć właściwego klucza i klnie pod nosem. Dookoła niego stoją widzowie, którzy od dłuższej chwili czekają na spóźniony spektakl i z rosnącą konsternacją przyglądają się tej godnej pożałowania scenie. Zapomnieli, że ma być przedstawienie? Gdzie aktorzy? Co to za typ? Dyrektor? Reżyser? W końcu, wtoczył się. Wewnątrz stoją krzesła ustawione w czterech grupach dookoła zaimprowizowanego łóżka, na którym legł ten gbur. O, więc to jednak część sztuki. A to, że od dziesięciu minut się z niego nie podnosi, też? Budzi go dziewczyna, może żona? Ma obrączkę. A  wszyscy już się bali, że może ten nieszczęśnik czeka na interakcję… I  tak, krok po kroku, niczego nieświadoma publiczność jest wprowadzana w  życie dwójki ludzi, do ich mieszkania. Zza weneckiego lustra widzi ich problemy, słabości i kłótnie, które narastając, prowadzą do wielkiego finału. Aktorzy dookoła widowni chodzą, tańczą, a  nawet wieszają pranie. Robią wszystko, żeby nie być aktorami, a  postaciami – walczą o  autentyczność i  zrozumienie, nawet jeśli scenariusz już ma ich rolę przewidzianą w swoich kartach. Odbiorcy jest coraz bardziej niezręcznie, patrzy na wskroś bariery intymności. To dodaje emocji, których ciężko doświadczyć bez tych scenicznych udziwnień, niedostępnych w zwykłej sali. To nie teatr Witkacego, gdzie aktor nagle szarżuje w stronę foteli z siekierą. Ale widz dalej jest obserwatorem, mimo zburzenia czwartej ściany. Widza siedzącego między aktorami, ale będącego zupełnie dla nich niewidzialnym, stawia się w głupiej sytuacji – podglądacza.

D

Skąpe środki dla wielkich celów Nie były to wyobrażenia na temat tego jak stworzyć widowisko, a fragment relacji ze sztuki wystawianej niedawno w Domu Kultury Rakowiec. Za scenografię służył kawałek blatu przykrytego prześcieradłem i  sznurki, na których wisiało parę białych szmat. Mimo to widownia wychodziła z  wypiekami na twarzy,

a  potem jeszcze przez szereg dni w  myślach przeżywała obejrzane sceny i usłyszane kwestie. Wiele wniosła także dyskusja z autorką scenariusza i  aktorami, która odbyła się po zakończeniu spektaklu. Skąd pomysł, dlaczego takie wykonanie, jakie znaczenie? Każdy mógł ułożyć w głowie treść i przeanalizować ją z pomocą artystów. Wrażenia spowodowane sztuką na pewno były spotęgowane przez ciekawy zbieg

Warto (...) uświadomić sobie, że wielka sztuka nie zawsze jest wyłączną domeną wielkich teatrów. okoliczności – pewna kobieta z  widowni opowiedziała historię swojego małżeństwa trwającego przeszło dwadzieścia osiem lat, a  zakończonego alkoholizmem i  gorzkim rozstaniem. I  znowu życie napisało historię, o  jakiej twórcom się nie śniło. Wszystko to ma tylko zwrócić uwagę na inność teatru dostępnego w  domach kultury. Na ubogość środków, ale bogactwo wyrazu. Na możliwości spowodowane szansą rozmowy, która powie nam „co poeta miał na myśli”. Nie obejrzymy tu klasycznych pozycji pojawiających się w  repertuarach od dziesiątek lat, ale dotkniemy korzeni inspiracji, zobaczymy coś świeżego, a przede wszystkim wyjdziemy z bezpiecznego schronienia, jakie daje nam ciemność audytorium. To przecież wtedy sztuka może nas zaatakować, zawstydzić, spowodować nasz udział w  dramacie – zmusić do myślenia i przeżywania. A czy nie taki właśnie cel ma sztuka?

Szeroki wachlarz wyboru za cenę małego piwa W  Warszawie jest wiele domów kultury lub innych niewielkich ośrodków kulturalnych, gdzie znajduje się teatr. Na stronie www.domykultury.waw.pl można szukać placówek i sprawdzać repertuar większości z nich lub dowiedzieć się, gdzie można go znaleźć. Mnóstwo przed-

stawień jest wystawianych tam po raz pierwszy, więc dla niektórych przeszkodą może okazać się niemożliwość skonsultowania swojego wyboru, przed wyruszeniem na spektakl. Warto jednak pozostać w niepewności, ponieważ w ciągu wielu spektakli nawet zmęczona i szukająca relaksu osoba może stać się aktywnym uczestnikiem wydarzeń rozgrywających się na scenie. Oczywiście, nie można nastawiać się na wywindowany poziom, do którego pięt nie dorastają mizerne deski Teatru Narodowego. W głowie zawsze należy mieć odrobinę sceptycyzmu. Dzięki szerokości wachlarza jaki oferują domy kultury zawsze trafić można na gniot lub gorszy dzień. Zdarzą się sztuki przeciętne i niezłe, słabe i doskonałe, ale zawsze trochę inne w wyrazie i zazwyczaj bliższe odbiorcy niż w wielkiej sali, w olbrzymiej przestrzeni między kulisami, a rzędami foteli. Ktoś mógłby powiedzieć, że koszt takiej uczty kulturalnej będzie adekwatnie wysoki. Na szczęście dla widza, domy kultury walczą o  każdą złotówkę dofinansowania z  samorządów. Rzadko dysponując znanymi nazwiskami czy dużą możliwością reklamy, muszą przyciągać widzów między innymi niską ceną. Często artyści wystawiają tam swoje dzieła tylko w zamian za możliwość korzystania ze sprzętu, a przede wszystkim sceny. Wysokość opłaty za ich oglądanie zazwyczaj zamyka się w cenie małego piwa. Nierzadko stosowana jest forma abonamentu upoważniającego do przychodzenia na kilka różnych spektakli w miesiącu. Wynosić może ona na przykład osiem złotych za miesiąc – wystarczy na jednym z cotygodniowych wypadów do pubu na piwo zaszczędzić i wypić jedno mniej.

Wielka sztuka na małej scenie Nie trzeba drzeć swojego biletu na Jezioro łabędzie w Teatrze Wielkim, ani odwracać się od wszystkiego co stare i sprawdzone. Warto tylko uświadomić sobie, że wielka sztuka nie zawsze jest wyłączną domeną wielkich teatrów. Można się rozglądać za nią w różnych miejscach, ale znaleźć w  niewielu. Na przykład na małej scenie. 0

grudzień 2013


/ recenzje / repertuar grudzień

Repertuar

warszawskich teatrów:

Chopin umarł po raz kolejny

Grudzień 2013

W  listopadzie w  Teatrze Polskim odbyła się druga (a właściwie trzecia – licząc tę londyńską) premiera spektaklu, tym razem w  formule zmienionej na komediową i  ze znaczną zmianą obsady. Niestety, mimo potencjału

TEATR ATENEUM

Sceny niemalże małżeńskie...

zostawia wiele do życzenia. Słabo wypadają dialogi – jak

Kabaretto

na komedię, śmiech na widowni pojawiał się stosunkowo

Kasta la vista

rzadko. Część scen jest wręcz przegadana, a wciągnięcie

Nie jesteś sama

W progu

Mesjasz

Osmin. Historia strażnika w Seraju

ocena:

WARSZAWSKA OPERA KAMERALNA

Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku

plus należy uznać oprawę muzyczną – utwory śpiewane przez Natalię Sikorę były dopracowane i  świetnie wyko-

Ożenek

Goła baba

Koniec to nie my

Łauma. Bajka zbyt straszna dla dorosłych

oglądalności, które mają zapewnić Chopin i  Michał Chorosiński. Aktor wypadł znakomicie w  roli zagubionego

na fortepianie. Oszczędna scenografia i skontrastowanie nowoczesnych ekranów z XIX-wiecznym pokojem Chopina dodają obiecywanej futurystyczności, jednak kolejnym

Anarchistka

ADHD i inne cudowne zjawiska

jako szefowa telewizji nastawiona na wysokie wyniki

tyczności przez osobiste wykonywanie utworów mistrza

Reż. Marcin Wrona Te a t r P o l s k i Rachatłukum

nane. Na pochwałę zasługują też: Agnieszka Wosińska

w nowoczesnym świecie muzyka, nadając postaci auten-

Chopin musi umrzeć

TEATR STUDIO Wiśniowy sad – premiera

w  medialną machinę pokazano dość schematycznie. Za

fot. materiały praoswe

Pocałunek

pomysłu i obiecujących zapowiedzi, kilka elementów poKolacja dla głupca

x x x yz

Nastasja Filipowna – premiera

Co robiłby Chopin gdyby został wskrzeszony przez naukowców i żył w naszych czasach? To pytanie zainspirowało twórców spektaklu Chopin musi umrzeć do stworzenia

słabym punktem okazuje się być zakończenie, nieco rozczarowujące niejasnością. Mimo starań, pozostaje wiele do zrobienia, aby sztuka

widowiska muzycznego o losach mistrza w nowoczesnym

była godna jej tytułowego mistrza.

świecie przepełnionym komercją i kultem telewizji.

JUDYTA BANASZYŃSKA

Rak w teatrze

TEATR DRAMATYCZNY

cioletnią dziewczynę, lubianą, ładną, mającą ambitne

Cudotwórca

Młody Stalin

Absolwent

Nosorożec

plany na przyszłość? Czy ma to jakikolwiek sens? Sztuka „Gry ekstremalne” w  reżyserii Joanny Grabowieckiej opowiada o  walce Ewy Gawlikowskiej-

Romantycy

Wolff

z  nowotworem mózgu. Z  chorobą, która ją

w  końcu zabija, zmieniając jednak wcześniej cały jej

TEATR NA WOLI

świat – relacje z  rodzicami, z  mężem, z  przyjaciółmi. Dramat składa się z  dwóch części; pierwszej napisa-

zaprasza studentów! Bilety na spektakle we wtorki i środy można rezerwować w specjalnej cenie 25 zł.

36-37

Laboratorium Dramatu (działającego od dziesięciu lat w ramach Teatru Dramatycznego) i drugiej autorstwa Elżbiety Chowaniec – która sama jest absolwentką fot. materiały praoswe

Teatr Powszechny

nej przez samą Ewę podczas uczestnictwa w  Szkole

x x x yz

Exterminator

ocena:

Kamasutra

Gry ekstremalne Reż. Joanna Grabowiecka Te a t r D r a m a t yc z n y

wspomnianej Szkoły Laboratorium Dramatu. Są to części zupełnie różne, ale równie poruszające, bo starające się wyrazić to, co tak trudno powiedzieć: strach przed śmiercią, niezrozumienie, irracjonalność do jakiej prowadzi choroba oraz miłość, która okazuje się bardzo wymagająca. W  rolę Ewy wcieliła się Anna Gorajska, a  jej męża zagrał Rafał Fudalej. Oszczędna dekoracja, sugestywne dialogi i codzienne stroje podkreślają aktualność rozgrywanych wydarzeń. Nieła-

Nie jesteśmy stworzeni do tego, aby umierać

two jest siedzieć w teatrze i oglądać ten spektakl: to

– mówił Czesław Miłosz. Nie po to wszystkie nasze

tak, jakby się siedziało przy łóżku umierającej osoby.

wysiłki, starania, marzenia, aby zginęły wrzucone

Bez wątpienia jednak warto, bo trzeba zobaczyć he-

do dołu i  zasypane ziemią. Śmierć jest zawsze nie-

roizm zwykłych ludzi oraz przypomnieć sobie, że i my

sprawiedliwa, zabiera kogoś, tworząc pustkę nie do

nie jesteśmy nieśmiertelni.

wypełnienia. A  co, gdy wybiera dwudziestodziewię-

M A R I A K Ą DZ I E L S K A


recenzje / repertuar grudzień /

Sen nocy jesiennej

Repertuar

warszawskich teatrów: Grudzień 2013

Teatr Wielki zaprezentował balet Johna Neumeiera na podstawie komedii Williama Szekspira Sen nocy letniej. Miał on swoją premierę w 1977 i od tamtej pory jest uważany za jedną z najpiękniejszych współczesnych inscenizacji.

TEATR WIELKI-OPERA NARODOWA

Sen nocy letniej to komedia o prawdziwym życiu pełnym namięt-

Czajkowski Bartók Preludium – premiera

ności i tęsknot oraz o tajemniczym świecie elfów. W sztuce Szek-

rodzaje muzyki. Bohaterom arystokratycznym towarzyszą kompozycje Feliksa Mendelssohna-Bartholdy’ego, elfom – współczesna muzyka elektroniczna György’ a  Ligetiego, zaś rzemieślnikom – tradycyjne dźwięki katarynki. snością, romantyczną muzykę poważną z elektronicznymi wariacjami, balet klasyczny z tańcem nowoczesnym. Ogromne wrażenie robią tak-

ocena:

John Neumeier w umiejętny sposób połączył tradycję z nowocze-

graficzna: wspaniałe kostiumy, przestrzenna dekoracja oraz doskonała Na uwagę i  szczególne uznanie zasługują również kreacje

Wariat i zakonnica

Nieskończona historia ...jesteś piękne, mówię życiu...

MP4 Smażone zielone pomidory Lokomotywa

TEATR CAPITOL

stworzone przez tancerzy, wcielających się w rolę postaci dramatu Szekspira. Mimo wielu (często drastycznych) zmian, jakich dokonał

spira, nie da się go zwyczajnie opisać, ale trzeba zobaczyć

Nuemeier w bohaterach Snu nocy letniej , z takim samym zaciekawie-

i przeżyć. Niestety, widzowie będą mieli najbliższą okazję do

niem podziwiamy ich miłosne perypetie.

tego dopiero w lutym, ale już teraz zachęcam zarezerwować

się być nieadekwatne. W  odróżnieniu od sztuki Szek-

Romeo i Julia

Kolorowa, czyli białoczerwona

C h o r e o g r a f i a i k o n c e p c ja ś w i a t e ł : John Neumeier Te a t r W i e l k i – O p e r a N a r o d o w a

gra świateł tworzą atmosferę pełną oniryzmu i tajemniczości.

Pisząc o  balecie Neumeiera wszelkie słowa wydają

Klara

Sebastian X

Sen nocy letniej

że plastyczne obrazy pozaziemskiego świata elfów. Ich oprawa sceno-

Zamek Sinobrodego

TEATR POWSZECHNY fot. materiały praoswe

pozaziemski i ludowy. Są one reprezentowane przez trzy odmienne

xxxxx

spira przeplatają się ze sobą trzy światy: świat arystokratyczny,

Jolanta

sobie czas na to widowisko.

Zdrówko! – premiera Następnego dnia rano Sceny dla dorosłych, czyli sztuka kochania

Kabaret Moralnego Niepokoju – „Pogoda na suma” Klimakterium... i już Klub mężusiów

JOANNA BRZOZOWSKA

Kamasutra bez fajerwerków

TEATR SYRENA Dzieci z Bullerbyn – premiera

Fatalnie. Po prostu najgorzej. Pan obok zaczął chrapać po 20 minutach – tak wyglądałaby moja recenzja spekta-

Obłomow- antyromans

klu Kamasutra. Nauka rozkoszy, gdybym miała zamieścić

Zamach na MoCarta

Śpiewnik pana Wasowskiego Waldemar Malicki Naga Prawda o Klasyce

ją na Twitterze. Ale na szczęście w MAGLU swoje rozczarowanie mogę wyrazić w więcej niż 140 znakach.

TEATR NARODOWY

Rzekomo Kamasutra jest jak Pismo Święte: wszyscy

Łysa śpiewaczka

naprawdę . Tak przynajmniej reklamuje swoją sztukę Te-

Tango

namiczna. Pamiętacie Jasełka? Albo Pasję? Ileż to potrafi wzbudzić emocji! A  Kamasutra bezpłciowo recytowana przez grupkę aktorów (m.in. Małgorzatę Rożniatowską czy Zdzisława Wardejna) przechadzających się z  jednej I senność. W osiągnięciu tego mało rozkosznego stanu pomaga też nazbyt wyrafinowany, archaiczny język, za którym trudno nadążyć. Byłam całkowicie zagubiona póki chrapanie nie wyrwało mnie z  letargu. Reżyserka Aldona Figura próbowała zrównoważyć poetyckość „Kamasutry”

ocena:

strony na drugą wzbudza co najwyżej zażenowanie.

Sprawa

fot. materiały praoswe

atr Dramatyczny. Ale Biblia ma jedną przewagę – jest dy-

xzzzz

mają o niej jakieś wyobrażenie, ale nikt nie wie, czym jest

Kamasutra. Nauka rozkoszy Reż. Aldona Figura Te a t r D r a m a t yc z n y

nowoczesną, minimalistyczną, a  wręcz ubogą scenografią złożoną zaledwie z centralnie ulokowanego łóżka

szy. Zawiodłam się. Po raz kolejny dostałam lekcję, że

i  z  barku z  alkoholami ustawionego w  kącie. Ale dzięki

rzeczy nie zawsze są takie jakimi wydają się być. Teraz

temu śledzenie nudy na scenie wcale nie stało się dla

już wiem, że jeśli ktoś gloryfikuje Kamasutrę, to znaczy,

mnie łatwiejsze...

że ograniczył się do przejrzenia obrazków. Albo zna ją

Idąc do teatru oczekiwałam scen pełnych namiętności, pewnego rodzaju pobudzenia, prawdziwej nauki rozko-

Kotka na gorącym blaszanym dachu

Chciałbyś pisać o teatrze? A może podzielić się komentarzem? Zapraszamy do kontaktu: teatr@magiel.waw.pl

tylko z opowiadań.

ANNA KALINOWSKA

grudzień 2013


/ Teatr (w) Telewizji

Sztuka na szklanym ekranie Dla jednych jest czymś zupełnie nieznanym, dla innych, nie tylko koneserów sztuki, to stały element co najmniej kilku wieczorów w miesiącu. Bez wątpienia – fenomen na skalę europejską, a nawet światową. Teatr Telewizji (a może raczej: teatr w telewizji?) nie jest zwykłą formą przekazu spektakli teatralnych poprzez masowe media. To coś znacznie więcej. Największa widownia w kraju przecież zobowiązuje. T E K S T:

PAU L I N A B Ł A Z I A K

od koniec października nastąpiła zmiana kierownika Redakcji Teatru w Telewizji Polskiej – został nim Wojciech Majcherek, krytyk teatralny, wykładowca akademicki. Wiąże się to z objęciem przez niego stanowiska dyrektora Teatru Telewizji, największej narodowej sceny, jedynej, przed którą zasiadają Polacy z różnych zakątków kraju, a nawet spoza jego granic. O tym historycznym dla kultury polskiej wydarzeniu poinformowało zaledwie kilka portali internetowych. Czyżby teatr stawał się passé? Nic bardziej mylnego. Sztuka jest teraz w cenie; obecnie należy czekać nawet kilka miesięcy, aby zająć najlepsze miejsca na widowni. Jednocześnie zapomina się, że w zaciszu własnego domu można być widzem zupełnie za darmo. Teatr Telewizji nie zapewni nam tych samych wrażeń co teatr na żywo. Nie usłyszymy dzwonków, nie spotkamy odświętnie ubranych widzów, nie będziemy na stojąco wyrażać aplauzu. Łączy je coś innego – sposób ukazania losów postaci spektaklu. Jak pokazuje historia, Teatr TV ma swoich wiernych (tele)widzów, dla których poniedziałkowe wieczory z Jedynką są niczym święty obowiązek. Co takiego ma w sobie ów cykl spektakli, że nie potrafimy obejść się bez niego od 60 lat?

P

Zaczęło się niewinnie… Historia cotygodniowych spotkań przed odbiornikami telewizyjnymi sięga 1953 roku – wtedy to, z małego studia telewizyjnego przy ulicy Ratuszowej w Warszawie, wyemitowano pierwszą sztukę Okno w lesie w interpretacji Józefa Słotwińskiego. To właśnie ten reżyser stał się twórcą niezwykle popularnej Kobry, czyli cyklu spektakli teatralnych o tematyce sensacyjnej. Od tej pory Teatr TV na stałe zagościł w ramówce stacji Telewizji Polskiej i sukcesywnie zdobywał popularność, również tam, gdzie odbiorników było jak na lekarstwo. Od 1958 roku wokół jednego telewizora skupiało się nierzadko kilka rodzin, by w poniedziałki śledzić losy postaci wystawianych dramatów, w czwartki zaś czekać na wspomnianą Kobrę. Widzowie nie bez powodu polubili spotkania z aktorami, szczególnie, że do-

38-39

stęp w owych czasach do mediów i kultury wyższej nie był powszechny. Niezwykle ważnym czynnikiem popularności był też fakt, iż spektakle odgrywano na żywo, co znacznie podnosiło rangę programu.

Sztuka dla mas Popularność Teatru TV miała również swoje ekonomiczne podstawy. Skoro możemy się ukulturalnić, oglądając spektakl w domach, po co zasiadać na prawdziwej widowni? Dzięki tej możliwości coraz więcej obywateli mogło pochwalić się znajomością choćby kilku sztuk, nazwisk aktorów czy reżyserów. Wielu twórców ówczesnej kinematografii np. Wajda, czy Kieślowski, stawiało swe pierwsze kroki właśnie tu.

(...) w Polsce ani na świecie nie ma innego teatru, który jednocześnie skupiałby setki tysięcy, a czasem nawet miliony widzów jednocześnie. Co ciekawe, w Polsce ani na świecie nie ma innego teatru, który jednocześnie skupiałby setki tysięcy, a czasem nawet miliony widzów jednocześnie. Dlatego nie bez powodu aktorzy mogą mówić o możliwości wystąpienia przed taką publicznością jako o wyjątkowym wyróżnieniu.

Jeszcze teatr, czy już film? Spór o „zawartości teatru w Teatrze” zdaje się nie mieć końca, ponieważ TTV nie jest typowym wystawieniem sztuki. Aktorzy grają przed kamerą, sceny są dublowane, akcja czasem toczy się w kilku pomieszczeniach, a nie na jednej scenie. Wszystko rozgrywane jest jednak tak, by widz miał poczucie, iż ogląda spektakl, nie klasyczną ekranizację. Skupia się on na słowach, gestach, emocjach, a nie zmieniającej się scenografii, efektach dźwiękowych czy komputerowych. I właśnie dlatego widz, choć może, nie chce odrywać się od telewizora, wyjść do innego pokoju – ma poczucie, że ogląda nie film, serial, program rozrywkowy, ale „coś więcej”.

Sztuka na żywo i jej przyszłość To właśnie spektakle odgrywane na żywo przesądzają o wyjątkowej roli Teatru w ramówce telewizyjnej. Spektakl za darmo? Proszę bardzo. Jest jedno „ale” – brak środków finansowych. Koncepcję stworzenia Teatru TV oparto początkowo właśnie na tworzeniu sztuk dosłownie przed oczami zasiadających przed telewizorami Polaków. Jednak szybko okazało się, że wymaga to sporych nakładów pieniężnych, na które nie można było sobie pozwolić. W 2011 roku, aż po 50 latach, na ekrany powróciły transmisje na żywo. Skrojona na szeroką skalę kampania reklamowa przyciągnęła przed ekrany prawie 2,8 mln widzów – był to rekord oglądalności od 11 lat! Wystawiany spektakl Boska! z Krystyną Jandą w roli głównej dowiódł, iż widzowie nadal chętnie wybierają sztukę zamiast np. równolegle prowadzonej politycznej debaty. Od tego czasu zorganizowano kilka transmisji na żywo, choć ich realizacja nie należy do najtańszych. Na ten krok decydują się najczęściej teatry, które mają w swoim stałym repertuarze sprawdzone sztuki i chcą się nimi podzielić z szerszą publicznością. Stworzenie od podstaw nowego scenariusza, próby, przygotowania całkiem nieznanego przedstawienia pod kątem wystawienia go na żywo, mogłoby okazać się zupełnie niepotrzebne, bo nieopłacalne. Miłośnicy teatru mogą się tutaj poczuć urażeni, jednak polityka w mediach kieruje się swoimi żelaznymi zasadami. Przyszłość Teatru Telewizji nie jest jasno i ściśle określona. W planach jest stały rozwój telewizyjnej sceny, kolejne premiery, spektakle na żywo, zwiększenie jej roli w TVP Kultura. Wszystko jednak zależy od zainteresowania – a z tym bywa różnie. W zależności od promocji spektaklu, tematyki, a nawet pory roku, popyt na kulturę może się diametralnie różnić. Większość o tym zapomina, jednakże naprawdę warto dołączyć do ścisłego grona polskiej telewidowni, by zasmakować raz na jakiś czas sztuki. Warto, bo Teatr TV nierzadko zabiera nas w świat naszych marzeń, idei i walki o wyznawane wartości. 0


styl życia / Lewańko

Styl

Polecamy: 40 WARSZAWA Gastronomiczny biznes od kuchni 42 CZŁOWIEK Z PASJĄ Pochowaj się artystycznie Klementyna Kot o swojej miłości do gliny

48 SPORT Poza gestem Znasz go, bo pokazał Ruskim wała

Ekipa z wiejskiej A da m P r z e d p e ł s k i

B Y ŁY R E D A K T O R N A C Z E L N Y

d ponad czterech lat nie mam żadnego związku z telewizją, pomijając okazjonalne romanse związane z piłką nożną. Czasami pojawiają się jednak widowiska, które zmuszają mnie do poszukania jakiegoś zaprzyjaźnionego właściciela wielocalowego odbiornika. Na przykład ostatnio, niedzielne wieczory poświęcam na Warsaw Shore. Ekipa z Warszawy. Niesamowite jak szeroki wachlarz emocji wywołuje we mnie ta mutacja Big Brothera, od niepochamowanej wesołości, po bezbrzeżne poczucie beznadziei. Ma ona również właściwość, która chyba nie była celem scenarzystów – skłania do refleksji. Oglądanie poczynań Pawła Naganiacza i przyjaciół skłoniło mnie do konstatacji: choćbyśmy nie wiem jak próbowali, zawsze pozostaniemy pod wpływem fabryki chemicznej, jaką jest ludzki organizm. Wzrost produkcji melatoniny na wykładzie z ekonometrii to reakcja organizmu, z którą trudno walczyć. Podobnie z testosteronem, którego nadmiar odpowiedzialny jest za produkty ludzkie klasy Trybson. Homo erectus, który w człowieku siedzi, w sposób naturalny i niezauważalny kieruje naszymi postępowaniami. Hormony są do tego niezwykle demokratyczne. Choć ludzie są różni, mają różne potrzeby

O

Homo erectus, który w człowieku siedzi, w sposób naturalny i niezauważalny kieruje naszymi postępowaniami.

i pragnienia, to pewne psychologiczne zależności są powtarzalne, niezależnie od statusu materialnego czy poziomu inteligencji. Skłonność do uganiania się za gąskami ujawnił zarówno wspomniany Paweł Trybson, bohater Ekipy z Warszawy, jak i Joseph Schumpeter, którego ambicją było jakoby zostanie największym ekonomistą na świecie, najlepszym jeźdźcem w Austrii i najlepszym kochankiem w Wiedniu (podobno stwierdził, że spełnił dwie z trzech, a jeźdźcem był przeciętnym). Równie pospolite są pragnienia dotyczące władzy i pnięcia się do góry po szczeblach społecznych. W kraju na dorobku, jakim jest Polska, tego typu zachowania są szczególnie widoczne. Nawet Lidl, drugi za Biedronką filar Polaka Cebulaka, wprowadził na Święta ofertę deluxe z homarem w cenie 29,99 zł za 325-gramowe opakowanie czy też carpaccio z łososia z parmezanem (cena 7,77 zł za 100 gramów). Dlatego nie dziwi mnie ani skłonność Sławomira Nowaka do drogich zegarków, ani trudności Adama Hofmana z wyjaśnieniem nieudokumentowanych przypływów gotówki. Obaj mogliby wystąpić w drugim sezonie Warsaw Shore, a nie zauważylibyśmy różnicy. Przynajmniej wyjaśniłyby się plotki na temat naganiacza Hofmana. 0

grudzień 2013

fot. Kasia Matuszek

życia

Wywiad z Wojciechem Modestem Amaro


Warszawa

Gastronomiczny biznes od kuchni Część z Was z pewnością ma wielki apetyt na rozkręcenie własnej działalności gospodarczej. Czy Warszawa jest dobrym miejscem na założenie biznesu gastronomicznego? Na jaki typ knajp będzie popyt? Czy będąc kompletnym laikiem w dziedzinie kulinariów można osiągnąć spektakularny sukces? Odpowiedzi zasięgamy u człowieka, który został wyróżniony przez międzynarodowe gremium, Wojciechem Modestem Amaro, właścicielem restauracji, która jako pierwsza, i jak na razie jedyna w Polsce, zdobyła prestiżową Gwiazdkę Michelin. r o z m aw i a ł a :

Kasia Sitek

MAGIEL: Jakby Pan określił swoją drogę do zdobycia Gwiazdki? Wojciech Modest Amaro: Na pewno była ciężka, ponieważ zajęła mi dobre dwa lata,

czyli dokładnie od momentu, kiedy wstąpiłem po raz pierwszy do profesjonalnej kuchni w Londynie.

Pana kariera nie była od razu ściśle sprecyzowana i ukierunkowana na gastronomię. Skończył Pan przecież technikum elektroniczne. W czasach, kiedy dokonywałem wyboru swojego zawodu, gastronomia była raczej zsyłką dla nieuków. Jestem nawet wdzięczny za to, że rodzice mieli swoje zdanie i w rozsądnej wymianie argumentów wytłumaczyli mi, że to może nie jest to. Tym samym ominęła mnie gastronomia w polskim wydaniu lat 90., a to oznacza, że przede wszystkim nie nauczyłem się błędnego podejścia do pracy, które później trudno z siebie wyrzucić. Następnie moje drogi poprowadziły mnie w kierunku politologii. Kiedy natomiast nadarzyła się okazja wyjazdu do Anglii, pod pretekstem nauki języka, skierowałem swoje pierwsze kroki do kuchni i tam zostałem.

thony’ego Bourdaina: Jeśli nazwisko właściciela jest napisane dwa razy większą czcionką niż szefa kuchni, to spieprzaj! Trzeba stawiać szefowi kuchni wymagania, ale przede wszystkim należy mu dać swobodę i skorzystać z wiedzy, jaką udało mu się zdobyć przez lata praktykowania. Podpisując dania swoim nazwiskiem, obliguje się do trzymania odpowiedniej jakości. Na Zachodzie jest to standard.

Czyli dobry biznesplan i sam pomysł są ważniejsze niż brak wykształcenia oraz doświadczenia gastronomicznego? Uważam, że tak. Jeżeli ktoś wpadł na pomysł prowadzenia własnej knajpy, to najpierw powinien to ułożyć sobie na papierze. Co to będzie? Jaki będzie miało profil? Czym się będzie ten lokal zajmował? Wbrew pozorom, nie jest to łatwy kawałek chleba. Wymagana jest tu pewna konsekwencja. Według mojej oce-

Dlaczego polska kuchnia została tak późno doceniona? Wiele polskich knajp dostało już wyróżnienie, a nie zdobyło jeszcze tej wisienki w postaci Gwiazdki. Nie odmawiam wielu moim kolegom po fachu braku umiejętności kulinarnych, podobnych do tych posiadanych przez kucharzy z zagranicy, ale uważam, że problem tkwi w utrzymaniu jakości.

Absolutnie jest to możliwe. Inwestor, który ma kapitał, chęci i  pasję musi wiedzieć o  tym, że jeżeli nie jest kucharzem, to nie powinien narzucać karty, czy sam jeździć po zakupy. Jest pewna grupa restauratorów z  zaszłościami, którym nie przeszkadza we włoskiej pizzerii wstawić w  kartę żurku, bo idzie. Każda restauracja może działać świetnie, niezależnie od jej charakteru, jeżeli będzie prowadzić spójną politykę i wprowadzi czytelną kartę dań. Po transformacji mieliśmy do czynienia z  popularnymi kuchniami tzw. międzynarodowymi, gdzie było dosłownie wszystko i nie były to produkty najwyższej jakości. Zatrudniając profesjonalistę musimy przede wszystkim dać mu trochę swobody oraz zapewnić odpowiednie zaplecze do pracy. Czasy, kiedy restauracje ociekały złotem są już dawno za nami, obecne trzygwiazdkowe lokale mają gołe drewniane stoły, nie ma przepychu. Kuchnie natomiast są wyposażone rewelacyjnie. Odniosę się tutaj do konkretnego cytatu z jednej z książek An-

40-41 magiel

fot. Atelier Amaro

Sporo młodych ludzi rozważa założenie własnej działalności gospodarczej, nierzadko związanej z gastronomią. Czy jest możliwe, aby osoba bez żadnego gastronomicznego doświadczenia prowadziła z sukcesem knajpę, bazując jedynie na własnym pomyśle i dobrym szefie kuchni?


Warszawa

ny restauracja, by zaczęła się rozwijać, żeby w ogóle została zauważona i zaczęła dobrze funkcjonować, potrzebuje dwanastu miesięcy. Trzeba to uwzględnić w swoim biznesplanie. Należy więc posiadać rezerwę funduszy, które pozwolą dźwignąć knajpę, bez przymusowego „dorzucania kawałka pizzy”.

Spalona restauracja, z jakimiś przebojami, ze złymi opiniami, sprawia, że klienci później omijają ją szerokim łukiem. Ten kij ma niestety dwa końce.

Jak Pan wybrał lokalizację dla swojego Atelier?

Nie, według mnie nie jest to trudne. Największą oglądalność, jeżeli chodzi o programy kulinarne, ma kuchnia polska. Oczekiwana klientów związane z polską kuchnią też są największe i sądzę, że to właśnie ją powinniśmy doskonalić. Uważam też, że ktoś powinien się pokusić o porządne zdefiniowanie polskiego street-food’u, bo tego nie mamy, nie mylmy tego z karkówką i kiełbasą z grilla. Tego typu biznes mógłby być trafiony w  naszym kraju. Potrzeba tylko koncepcji, czym miałoby to być oraz bazowanie na polskich produktach. Przed otworzeniem Amber Roomu robiliśmy przegląd restauracji w hotelach. W żadnym nie było restauracji polskiej, a goście wychodzący na miasto pytali o nasze narodowe potrawy, gdyż 90 proc. z nich nie przyjechało do Polski, żeby zajadać się kuchnią tajską czy meksykańską. Sądzę, że w kuchni polskiej na każdym poziomie jest jeszcze dużo do zrobienia i do tego bym zachęcał.

Zupełny przypadek. Długo poszukiwałem w Warszawie miejsca odpowiadającego naszej polityce. Miejsca, gdzie natura spotyka się z nauką. Niestety to nie były miłe historie, kiedy udawało mi się wygrywać przetargi na moje wymarzone lokale, po czym okazywało się, że jednak ktoś inny je otrzymuje. To było typowo polskie. Faktycznie jedną nogą byliśmy już w Barcelonie. Jednak przechodząc kiedyś ulicą, zauważyłem nowy, niewielki budynek. Udało mi się uzyskać kontakt do właścicieli i wynająć go. Z jednej strony to był przypadek, a z drugiej uważam, iż jest to idealna lokalizacja. Jesteśmy de facto w samym środku parku, w centrum Warszawy.

Jeżeli mamy już budżet, mamy pomysł, mamy plan, to na jaką kuchnie powinniśmy się zdecydować? Na co będzie popyt? Czy jest to trudne do zdefiniowania?

Jeśli nazwisko właściciela jest napisane dwa razy większą czcionką niż szefa kuchni, to spieprzaj!

Czy rynek gastronomiczny w  Warszawie można porównać do rynków europejskich? Patrząc na to, co się dzieje, sądzę, że pomału można zacząć porównywać oba te rynki. Restauracje, czy to jest Charlotte, czy Mąka i Woda, dbają by to, co jest istotą restauracji, ciągle było na takim samym wysokim poziomie. Tak też wygląda gastronomia na świecie. Tylko potrzeba nam trochę więcej czasu, żeby robić to na taką skalę, jaką możemy obserwować za granicą. Powstaje również coraz więcej targów, bazarów. Nawet jeżeli byliśmy świadomi tego ruchu slow-food’owego, oraz podstaw zdrowego żywienia, to sam dostęp do tych produktów nie był łatwy. Całe zamieszanie wokół gastronomii niewątpliwie sprzyja powstawaniu takich miejsc i propagowaniu ich idei.

Czy stolica jest odpowiednim miejscem na zakładanie biznesu gastronomicznego? Czy nie jest zbyt hermetyczna? Łatwo jest się przebić w gąszczu konkurencji? Traktuję konkurencję w kategoriach, że nic lepszego nie może się przytrafić. Nie przestajemy ciężko pracować, staramy się. Czy Warszawa jest dobrym miejscem? Uważam, że tak. Ta konkurencyjność paradoksalnie pomaga. Żyjemy w środowisku, w którym przetacza się fala gastronomiczna, w niej zawierają się programy kulinarne i blogi, których powstało już w sumie 2500, mniejszych czy większych. Jeżeli więc otwiera się choćby mały punkt gastronomiczny gdzieś na mapie Warszawy, to automatycznie pojawia się wokół niego zamieszanie. Choć konkurencja jest spora, według mnie porządnych restauracji jeszcze nie ma, więc ja bym nie przesadzał. Jest miejsce dla nowych konceptów. To wszystko traktowałbym raczej jako wyzwanie. Osoba planująca założenie własnej knajpy powinna to uwzględnić w swoim biznesplanie, czyli w jaki sposób i z kim chce konkurować. I tych założeń się trzymać. W Warszawie jest jeszcze sporo miejsca na podnoszenie poziomu.

Jak duży wkład powinno się posiadać, zakładając własną restaurację? Patrząc moimi oczami, największy koszt będzie skupiał się na sercu miejsca, czyli kuchni. Niestety ona jest tu dość kosztowna. Urządzenia nie są tanie. Ciężko jest określić jednolicie koszt. Gdyby to miała być restauracja konkurująca z obecnymi, potrzebny kapitał oscyluje w granicach 500 000 zł. Inaczej się to rysuje, gdy mówimy o punkcie gastronomicznym. Należy wszystko dokładnie przeliczyć, przewidzieć tak, jak na ten wzorcowy scenariusz, czyli sytuację, gdy mamy komplet. Odbudowywanie pozycji w gastronomi jest absolutnie trudne.

Co było najtrudniejsze, kiedy zakładał Pan własny biznes gastronomiczny? Formalności? Budżet? Najtrudniejszy jest element ludzki, czyli znalezienie odpowiedniego zespołu. Wszystko inne można przelać na papier. Ale jeżeli nie znajdzie się ludzi, którzy będą to realizować, to nawet mając dobry biznesplan niewiele uda się zdziałać. U mnie pracują studenci, którzy nigdy wcześniej nie byli kelnerami. Ja dobieram swój zespół na podstawie czystej chemii i rozmowy. Na przykład jeden z moich kelnerów studiuje inżynierię jądrową.

Jakie ma Pan rady dla studentów, którzy chcieliby założyć własną restaurację? Przede wszystkim nie bójmy się, postawmy sobie jakiś wzór. Jeżeli go nie ma w Polsce, poszukajmy za granicą. Przygotowując się, musimy przewidzieć wszystkie możliwe scenariusze. Wydaje mi się, że najcenniejszą radą jest posiadanie realnej oceny sytuacji. Określmy pułap, na którym chcemy się poruszać. Polecam krótki wyjazd z kraju, by przyjrzeć się jak wyglądają tego typu miejsca na Zachodzie. Problem polega na tym, że w Polsce biznes gastronomiczny budowany jest na krótkich dystansach. Chciałbym, aby ludzie, którzy będą wchodzić na drogę zakładania własnego biznesu gastronomicznego, mieli świadomość, z czym to się wiąże. To pozwoli im ominąć miliony błędów po drodze. 0

Wojciech Modest Amaro Jego restauracja jako pierwsza w Polsce została wyróżniona Gwiazdką przewodnika Michelin. Absolwent Technikum Elektronicznego w Sosnowcu. Po szkole średniej przygotowywał się na ASP – kierunek malarstwo, ostatecznie zdecydował się na politologię na Uniwersytecie w Katowicach. W 1993 r. wyjechał do Anglii pod pretekstem nauki języka angielskiego. Swoją przygodę z pracą w kuchni rozpoczął w jednej z londyńskich knajp, by następnie szkolić się u najlepszych szefów kuchni na świecie. Atelier Amaro zdobyło uznanie inspektorów Michelina, dzięki ciekawym smakom i nowatorstwu oferowanym przez szefa kuchni, który jest uznany za jednego z reprezentantów kuchni molekularnej.

grudzień 2013


/ Klementyna Kot wszyscy umrzemy

Pochowaj się artystycznie Jej życiem pokierowały zbiegi okoliczności, w których sama dopatruje się drogowskazów. Ma duszę społecznika. Pragnie, aby ludzie patrzyli na śmierć bardziej pozytywnie. Zajmuje się tworzeniem urn. O swojej pasji, rozwoju duchowym i radości z życia opowiada Klementyna Kot. R o z m aw i a ł :

Woj c i ec h A da m c z y k

Z DJ Ę C IA :

E WA P R Z E D P E Ł S K A

m a g i e l : Dlaczego tworzenie urn? Czy na tę decyzję wpłynęła artystyczna przeszłość? K l e m e n t y n a k o t: Nie, choć w  przeszłości robiłam na drutach sweterki.

W  naszej rodzinie są właśnie takie tradycje. Zarówno moja mama, jak i babcia zawsze coś szydełkowały. Byłam pracownikiem socjalnym, ale po urlopie macierzyńskim nie wróciłam już do tej pracy. W  międzyczasie, pod koniec urlopu, poszłam uczyć się malować na jedwabiu, u pewnego mistrza, niezwykłego człowieka – Stanisława Tworzydło. Później zaczęłam lepić z gliny. Raczej dla przyjemności. Lecz to była miłość od pierwszego dotyku. I tak wszystko się zaczęło.

Skoro nie planowała Pani rezygnacji z pracy, to skąd nagła zmiana zajęcia? Zakochałam się w glinie. Praca zawodowa to był inny wątek. Zrezygnowałam z niej, bo w Polsce stanowisko socjalne to niezbyt dochodowe zajęcie. Pracuje się normalnie na pełen etat, a zarobki są bardzo niskie. Nie ma również szans na awans, bo można zostać co najwyżej kierownikiem Ośrodka Opieki Społecznej. Próbowałam działać, pracowałam zarówno w Warszawie, jak i w ośrodku pomocy społecznej poza stolicą, chciałam naprawiać świat. Był jednak opór materii. Nie wiem jak jest teraz, bo to było ładnych kilkanaście lat temu. Obecnie jest pewnie inaczej, bo powstają fundacje, może jest więcej pieniędzy. Kiedy ja zaczynałam i opowiadaam o stołówce dla bezdomnych, to widziałam krzywe spojrzenia. Poza tym

42-43

urodziłam już trzecie dziecko, więc stwierdziłam, że po urlopie nie wracam do pracy. Zajmowałam się swoimi pociechami oraz domem. Glina mnie coraz bardziej pochłaniała. Na szczęście mój mąż pracował, więc nie musieliśmy martwić się o pieniądze. Później chciałam jednak wrócić do pracy, bo dzieci dorastały, zaczynały chodzić swoimi drogami. Bycie w domu jest fajnym zajęciem, ale już nie do końca mi ono pasowało.

Czyli to splot różnych zdarzeń zadecydował o zmianach w Pani życiu? Tak, to wszystko jest zbiegiem okoliczności. Zdarzały się różne sytuacje, które popychały mnie w  tym samym kierunku. Najpierw razem z najstarszym, niewidomym synem robiliśmy okaryny. Nazywam go „poszukiwaczem dźwięków”, ponieważ jak był mały, to po prostu wszystko nagrywał. Wszystko, co tylko było możliwe. Pewnego razu ten mistrz od ceramiki pokazał mi okarynę i mówił, że się całe życie zastanawia jak nastroić ją tak, żeby grała. Ponieważ miałam swojego „poszukiwacza dźwięku”, pomyślałam, że może jemu się to uda. Przez rok uczyliśmy się lepić i stroić ten instrument, choć ja do tej pory tego nie zgłębiłam. Gdy okaryna jest jeszcze niewypalona, kształtuję ją sobie z gliny, lepię ustnik i kiedy instrument zacznie wydawać dźwięk, to syn mówi mi jakiej wielkości powinny być otwory, jakim wiertłem zrobić dziurkę. Bada kiedy dźwięk jest idealny. W międzyczasie zaczęły pojawiać się propozycje poprowadze-


Klementyna Kot /

nia warsztatów ceramicznych w przedszkolu i prywatnych świetlicach dla dzieci. Z roku na rok liczba ofert się powiększała i w tej chwili głównie prowadzę warsztaty w społecznych i  prywatnych szkołach. Jest to moje podstawowe źródło utrzymania. Kolejna ścieżka to rozwój duchowy. Każdy zetknął się kiedyś ze śmiercią. Miałam kiedyś bardzo poważny wypadek, który odebrałam jako przestrogę. Właściwie to nic nam się nie stało, ale z samochód został doszczętnie zniszczony. Taki jakby cud, że wyszliśmy z tego właściwie bez szwanku (jedynie drobne siniaki). Po tym zdarzeniu zaczęłam poszukiwać swojego miejsca w jakiejś tradycji religijnej. Katolicka nie do końca mi odpowiadała. Zaczęłam czytać książki o tematyce buddyjskiej. Śmierci bałam się cały czas, a rozmowy o niej były dla mnie jakoś nieprzyjemne. Kiedyś przeczytałam w wierszu, że ciało to stara suknia, którą w pewnym momencie porzucamy i to, łącznie z tradycją buddyjską, w której dusza oddziela się od ciała, pozwoliło mi się oswoić ze śmiercią i stwierdzić, że nie jest taka straszna. To był przełom. Zdecydowałam całkowicie poświęcić się swojej pasji.

Zaczęła więc Pani lepić, ale dlaczego akurat urny? Na początku robiłam naczynia, to co większość ceramików. Jednak ani nie sprawiało mi to przyjemności, ani się dobrze nie sprzedawało, a ciągle gdzieś wracałam myślami do urn. Półtora roku temu pierwsza osoba zgłosiła się do mnie z prośbą żeby zrobić urnę dla umierającej żony. Po wykonaniu jej zdałam sobie sprawę, że to właśnie ten moment, kiedy powinnam się tym zająć.

Czy na rynku jest popyt na takie gliniane urny?

w malarstwie. Łatwiej jest mi coś ulepić niż namalować. Dla mnie sama glina jest ciekawa, lubię ją międlić. Biorę kawałek i tak sobie macam, dotykam, bawię się nim. Glina ma różne kolory, faktury, jedne są bardzo gładkie, inne mają szamot – wypaloną glinę, zmieloną i  dodaną do takiej plastycznej.

Czyli nie liczy się sam efekt końcowy, lecz proces tworzenia? Tak. I liczy się też dopasowywanie rodzaju gliny, który ma swoją strukturę, do kształtu. Odpowiednia obróbka, szkliwienie. Także bawię się troszkę samym materiałem.

Czy w tej chwili robi Pani coś więcej oprócz urn? W  tym momencie tylko urny, gdyż codziennie prowadzę warsztaty, ucząc, można powiedzieć, bogate dzieci. Wydaje mi się, że zajęcia są bardzo ciekawe, rozwijające, twórcze i tutaj wychodzi ze mnie ten pracownik socjalny, nutka społeczna. To dowód, że nie zapomniałam o swojej przeszłości i wciąż mam potrzebę ulepszania świata. Chyba fajnie mi to wychodzi, bo dzieci są zadowolone. Nie uczę ich tylko ulepienia zwierzątka, miseczki, ale także kreatywnego myślenia. Tworzą kompozycje na przykład z niepotrzebnych rzeczy, które przynoszą z domu i łączą je z gliną. Jest to trudne dla dzieci z pierwszej lub drugiej klasy podstawówki, ale radzą sobie i to jest ważne. Jeśli człowiek jest otwarty, łączy coś, co teoretycznie nie powinno się połączyć np. wstążeczka z gliną i coś fajnego z tego wychodzi, to może mu się to przełoży na dalsze życie, w którym nie będzie myślał schematycznie. Bywam czasami na wschodzie Polski, gdzie dzieciaki nie mają zbyt wielu możliwości rozwoju i  pomyślałyśmy z  koleżanką, która też prowadzi takie zajęcia, żeby stworzyć coś dla nich. Założyłyśmy fundację. Ta sprawa jest jednak nadal na etapie przygotowań, bo brak czasu uniemożliwia zaangażowanie się. Mam taki wewnętrzny problem, a jest to fajna możliwość do działania.

Jeśli człowiek jest otwarty, łączy coś, co

W czerwcu byłam z moimi urnami na targach pogrzebowych. I przebicie się z nimi nie jest prostą sprawą. Wszyscy byli zachwyceni, właściwie jest tylko jedna osoba, która również robi urny, lecz z brązu. Jednak jest problem, by je wstawić do zakładu pogrzebowego. Jedni biorą wszystkie od hurtowni i mają mniej roboty, inni znowu mają małe zakłady – jeśli pogrzeb ma być za dwa, trzy dni, to z katalogu zamawiana jest trumna i hurtownia ją dostarcza. Przyszło mi również do głowy, żeby promować to wśród ludzi. Niekoniecznie jako samą urnę, lecz raczej bardziej zindywidualizowany pogrzeb. Aby ludzie zaczęli się nad tym zastanawiać wcześniej, jeszcze gdy żyją. Chciałabym temat śmierci rozluźnić, by nie był taki ciężki. Ażeby podczas pogrzebu ludzie się cieszyli, że ten człowiek był z nimi i mieli okazję go poznać, a nie wyłącznie cierpieli z powodu jego straty. W jednym zakładzie pogrzebowym opowiadano, że mieli pogrzeb za życia. Dziewczyna umierała na białaczkę i urządziła stypę, zaprosiła gości, wybrała sposób pochówku. Kiedyś po śmierci ciało trzymano w domu, były świece, czuwania, nikt nie zabierał zmarłego do chłodni albo kaplicy. Potem niosło się na cmentarz. Dopiero później powstały zakłady pogrzebowe. Nie mówię, że za rok, dwa, ale może kiedyś i do Polski przyjdą nowe tradycje.

teoretycznie nie powinno się połączyć(...)

to może mu się to przełoży na dalsze życie, w którym nie będzie myślał schematycznie.

Skąd czerpie Pani inspiracje? Traktuje to jako swój wyraz artystyczny. Raczej myślę o tym, co człowiek lubił, jakie było jego podejście do życia, czy był energiczny, szalony, czy też może miłował naturę. Próbuję zawrzeć w urnie cząstkę zmarłego.

Ta praca nie wydaje się być zbyt interesująca – zwykłe uklepanie gliny, potem włożenie jej do pieca. Pani jednak znajduję w tym coś pasjonującego? Ja nie uważam się za wielką artystkę. Robię to dla własnej przyjemności. Chyba czuję jakieś medium. Na przykład nie bardzo odnajduję się

Jak ludzie reagują, kiedy opowiada Pani o swojej pracy, lepieniu urn? Różnie. Wielu moich znajomych już się przyzwyczaiło i traktują to normalnie. Stąd w listopadzie zrobiłam wystawę zdjęć moich prac w Galerii Wyjście Awaryjne. To były różne wizje na ten temat. Powstały zdjęcia moich rąk, gliny, oraz trzy duże zdjęcia urn. Nie chcieliśmy nachalnie pokazywać, że robię urny, liczyliśmy, że każdy może coś sobie do tego dopowie, przemyśli. Specjalnie została skomponowana muzyka, czytane były fragmenty Tybetańskiej Księgi Umarłych, tak żeby ludzie mogli się z tym tematem zmierzyć.

Jak wygląda proces tworzenia takiego naczynia? Najpierw lepię sam kształt. Potem trzeba poczekać do następnego dnia, aż glina stężeje. Później dopracowuję szczegóły i urna schnie zależnie od wielkości, skomplikowania wzorów i temperatury powietrza. Wszystko co się robi z gliny, trzeba zrobić od razu. Nie może wyschnąć, bo do suchej gliny nic się nie da dolepić. Potem się to wypala około 8 godzin. Następnie szkliwię i wypala się to raz jeszcze. Kolor i połysk uzyskuje się dopiero po kolejnym wypale. Czasem jest tak, że mówi się o kurczę ale beznadziejne, i trzeba powtórzyć proces jeszcze raz .

To w którym etapie wtłacza się tę duszę do urny? Cały czas! Urny podzielone mam na cztery żywioły – wody, ziemi, ognia i powietrza. Można tam dorobić teorie o czterech charakterach ludzi. 1

grudzień 2013


/ Klementyna Kot

Wyobraża sobie Pani zmienić obecne zajęcie na inne? Teraz już nie. Czuję, że jestem tu osadzona, że to moja ścieżka. Nie wiem, czy wydarzy się coś, co spowoduje, że zmienię to, co robię. Mogę sobie jedynie ułatwiać pracę poprzez zlecanie robienia tych urn, gdyż jest to ciężka praca fizyczna. Myślę też o  tym, żeby towarzyszyć ludziom w samym momencie śmierci. Do tego jednak trzeba mieć wiedzę fachową i psychologiczną oraz mocne oparcie duchowe.

Czuje się Pani spełniona? Czy sama pasja i pomysł na jej rozwój wystarczają do osiągnięcia sukcesu?

Jeśli robię urnę czerwoną, to człowiek tradycjonalista o spokojnym usposobieniu sobie takiej nie kupi. Zdarzają się jednak tacy, którzy są zwariowani i  taka będzie do nich pasować. Poznałam mężczyzn, którzy prowadzą zakład pogrzebowy i są fanami motocykli. Oni zrobili pierwszy w Polsce motocykl do przewozu trumny i mieliśmy współpracować, żeby robić urny dla motocyklistów. Wysłali mi projekt z  trupimi czaszkami. To nie jest dla zwykłego człowieka, lecz dla pewnej kategorii ludzi, którzy to zrozumieją i będą się cieszyć, że to nie jest „gorący kubek”- czyli takie metalowe urny, które wyglądają jak termos.

Nie czuje się czasami Pani nieswojo przy wykonywaniu takiej pracy? Przestałam się bać! To jest coś takiego, że – może to dziwnie zabrzmi – jestem gotowa, by umrzeć. Nie mam tak, że: o Boże co się stanie, jak ja umrę. Zbyt dobrze to przerobiłam, rozmawiając i spotykając się z  ludźmi z  zakładów pogrzebowych. Podobnie półtora roku temu z dnia na dzień przestałam jeść mięso. Nie dlatego, że na drodze intelektualnej stwierdziłam, że jest niezdrowe. Uznałam, że zwierzęta mają duszę i  przestałam je jeść. Nie mówię, że ludzie, którzy jedzą mięso są źli, ale ja tego nie robię. Zaczęłam dostrzegać takie rzeczy i  łatwiej jest mi funkcjonować w  świecie. Posiadam mniej, zwracam większą uwagę na to, co kupuję. Nadal nie jestem związana z konkretną religią, bo trudno jest mi się gdzieś zakotwiczyć. Próbuję w każdej znaleźć coś dobrego i dochodzę do wniosku, że to wszystko ma taki sam początek, tylko forma jest inna. Chodzę na takie kobiece kręgi w tradycji indiańskiej i to też przyczynia się do rozwoju mojej osobowości.

Nie wydaje się Pani, że takie zainteresowania są bardzo oryginalne jak na kobietę? Słyszał pan o Elisabeth Kübler-Ross? Była jedną z pionierek badań nad tematem śmierci i napisała kilka książek. Ta niezwykła kobieta zaczęła promować wśród społeczeństwa istnienie śmierci w ogóle. Bo w naszej kulturze trochę wypieramy ten fakt. Wiadome jest, że ktoś umiera, a do końca mówi się, że wszystko będzie dobrze. Ona zaczęła się tym tematem zajmować.

44-45

Chciałabym zacząć się utrzymywać z lepienia urn. Natomiast zdałam sobie ostatnio sprawę, iż dla mnie sukcesem jest już samo zajmowanie się tym. Urna jest efektem końcowym, a tak naprawdę jest to pasja i miłość do gliny. To, że robię urny, pokryło się z poszukiwaniem zakątka w tym świecie ceramiki przez te siedem lat lepienia plus około trzy lata nauki. Ceramika jest pasją. Jednak jest to bardzo trudna ścieżka. W  pewnym momencie stanęłam przed kłopotami finansowymi z racji tego, że nie byłam przygotowana pod względem znajomości marketingu i mnóstwa innych rzeczy, które są potrzebne są do prowadzenia firmy. Teraz wiem, że produkowanie to tylko 10 proc. – albo i mniej – całego biznesu. Wchodzę na jeden stopień wyżej, rozglądam się i badam. Okazuje się, że muszę się nauczyć wielu rzeczy, ale opanowuję je i wchodzę na kolejny schodek. To też jest fajna zabawa.

Kiedy rozmawiamy, jest jeszcze listopad, jednak ludzie przeczytają ten wywiad już w grudniu. Ten miesiąc chyba większości kojarzy się z narodzinami i radością. Jak można taki trudny temat, związany ze śmiercią podsumować? Śmierć jest początkiem czegoś nowego. Każda idea, myśl, a nawet rozstanie z drugą osobą też są swego rodzaju śmiercią, ale na bazie tego tworzy się coś nowego, więc koło życia i śmierci się zamyka. To, co jest po śmierci, to jest to, w co wierzymy. Tak naprawdę nikt z nas nie wie co się wtedy dzieje. Można to sprawdzić dopiero osobiście. Ja lubię średniowiecze i myśl memento mori. U nas w szkole mówi się o tym negatywnie. Pamiętaj o śmierci! Kara boska Cię spotka! A przecież można to też rozumieć inaczej. Mając świadomość, że człowiek ma jedno życie, fajnie byłoby wykorzystać je dobrze. I to jest pozytywna myśl. Skoro mamy jedno życie, które kończy się zawsze tak samo, tylko szybciej lub później, to wykorzystajmy je odpowiednio. I nie może być tak, że coś zrobimy kiedyś. Nie wiadomo, czy człowiek będzie żył tydzień, dwa lata, pięćdziesiąt czy piętnaście. Realizujmy swoje pasje. 0

Klementyna Kot Ceramiczka i rzeźbiarka. Prowadzi swoją autorską pracownię ceramiki na warszawskiej Pradze. Bierze udział w pokazach, wystawach i targach. Prowadzi warsztaty dla dzieci, a jej głównym ceramicznym produktem są urny. Interesuje się średniowieczem i buddyzmem.


mobilny kącik / skrót multimedialny /

PO GODZINACH Wojciech Adamczyk i poszukiwacze zaginionej Belki – już wkrótce w kinach

Mobilny kącik T E skt i zdj ę cia :

Skrót multimedialny

A r l e ta p i ł at

Cień Mordoru

Angry Birds Star Wars II

Stick Tennis

Co robił jeden z  najlepszych tenorów lirycznych świata – Piotr Beczała – przed swoim występem na otwarcie sezonu nowojorskiej Metropolitan Opera? Oczywiście grał w  Angry Birds. Po tym, jak kilka miesięcy temu świat Gwiezdnych Wojen opanowały dwa groźne wirusy: ptasiej i świńskiej grypy, fani serii mogli zagrać w Angry Birds Star Wars. I choć ptasie wersje Hana Solo czy Lei miały swój urok, to wielu marzyło o walce po stronie Wieprzowej Federacji. Ich pragnienia zostają ostatecznie spełnione w nowej odsłonie – Angry Birds Star Wars II. To w niej wreszcie pojawia się możliwość opowiedzenia się zarówno po jasnej, jak i ciemnej stronie mocy. Pojawia się tylko jedna wątpliwość, jak świński Darth Vader może być ojcem ptasiego Luke’a? Liczymy na to, że studenci nauk przyrodniczych wkrótce rozwiążą tę zagadkę…

Podczas gdy największe gwiazdy tenisa odpoczywają, grają w pokazówkach lub zacięcie trenują do nowego sezonu, kibicom nie pozostaje nic innego, jak zagrać w Stick Tennis. Mimo,że gra ustępuje konkurencji chociażby pod względem grafiki, potrafi zapewnić świetną zabawę. Tylko w niej oprócz tradycyjnych turniejów możliwe są pojedynki Sereny z Nadalem zakończone wygraną tej pierwszej. Na tym nie kończy się jednak poczucie humoru twórców Stick Tennis. Co jakiś czas raczą użytkowników również starciami spoza tenisowego świata, zabawnie nawiązując do bieżących wydarzeń sportowych i  politycznych. I  tak na smartfonowym korcie Merkel z  Obamą rozstrzygali kwestię podsłuchów, a Alex Ferguson stanął w szranki z Davidem Moyesem. Werdykt? Stick Tennis to rozrywka dla wszystkich, nie tylko kibiców znudzonych przesiadywaniem na profilu Troll Tennis.

Rovio Mobile dostępność: Android, iOS, Windows Phone 8

Stick Sports dostępność: Android, iOS, Blackberry

Na początku listopada zapowiedziano nową grę osadzoną w  realiach Śródziemia. Tworzony przez studio Monolith (twórców m.in. F.E.A.R.-a) Middle-Earth: Shadow of Mordor opowiadać będzie historię Taliona, samotnego strażnika, i osadzonya będzie w okresie między Hobbitem a  Władcą Pierścieni. Gra ukaże się na wszystkie wiodące platformy (PC, Xbox One, 360, PS4, PS3) w bliżej nieokreślonym terminie.

Blizzcon 2013 W dniach 8 i 9 listopada miał miejsce kolejny konwent poświęcony grom tworzonym przez Blizzard, na którym najbardziej zagorzali fani jako pierwsi mogli poznać plany firmy na najbliższy rok. Zapowiedziano pierwszy oficjalny dodatek do Diablo III – Reapers of Souls, który trafi również na PS4 (a  prawdopodobnie także na Xbox One). Ponadto przedstawiono nowy dodatek do World of Warcraft – Warlords of Draenor (trwają już także prace nad kolejnym). Wreszcie ogłoszono prace nad nową grą MOBA, w której gracze pokierują bohaterami z gier Blizzarda – Heroes of the Storm.

Comodo Mobile Security

W ostatnich latach znacząco poprawiła się świadomość internautów co do zagrożeń istniejących sieci. Dlatego trudno znaleźć dziś komputer, na którym nie byłby zainstalowany choćby prosty program antywirusowy. Tym bardziej dziwi, że często ci sami użytkownicy tak lekkomyślnie podchodzą do ochrony swoich urządzeń mobilnych. A przecież najbardziej popularni producenci jak Symantec czy Kaspersky opublikowali specjalne wersje swoich pakietów bezpieczeństwa dedykowane tabletom i smartfonom. Ich wadą jest jednak to, że bez zakupu pełnej wersji aplikacji nie można cieszyć się w pełni ich funkcjonalnością. Na tym tle pozytywnie wyróżnia się pakiet mobilny Comodo, który oferuje te same funkcje za darmo. Oprócz antywirusa, modułu antykradzieżowego czy menadżera autostartu, użytkownik otrzymuje możliwość zarządzania uprawnieniami innych aplikacji oraz monitorowania transferu danych. Takich opcji nie posiadają nawet niektóre komercyjne programy, a  to tylko niektóre w oferowanych przez Comodo funkcji. Z pewnością jest to pakiet, którego instalację warto rozważyć.

Comodo Security Solutions dostępność: Android, iOS

Przyszłość Apple Według danych przedstawionych przez IDC w 3. kwartale tego roku dochody wygenerowane ze sprzedaży tabletów z Androidem na pokładzie, po raz pierwszy przewyższyły te z iOS-em. Nie powinno być to jednak zmartwieniem dla fanów tej korporacji, gdyż indywidualnie wciąż jest parę długości przed każdym konkurentem. Ponadto na konferencji podsumowującej wyniki finansowe z  3. kwartału Tim Cook (dyrektor generalny Apple Inc.) potwierdził, iż Apple planuje produkcję zupełnie nowych urządzeń z kategorii, jakiej obecnie próżno szukać w ich ofercie.

Najlepsze smartfony Sketch Guru – Handy Sketch Pad

Studenci, jako jednostki niezwykle zaradne, znają wiele sposobów na przetrwanie Doodle Joy Studio mało inspirujących wykładów. Jedną z nich dostępność: Android, iOS jest szkolna i uczelniana klasyka, czyli rysowanie. Teraz, dzięki aplikacji Sketch Guru, doprowadzenie jej do perfekcji staje się jedynie kwestią czasu. Liczba dostępnych pędzli oraz ich różnych konfiguracji już na wejściu umila tworzenie pierwszego rysunku. Jeszcze okazalej wypada druga funkcja aplikacji, jaką jest edycja zdjęć. Program oferuje imponującą liczbę filtrów i dodatkowych opcji. Z jednej strony wystarczy to w zupełności do szybkich poprawek fotografii wrzucanych na Facebooka. Z drugiej mnogość opcji zachęca do bardziej zaawansowanych edycji i czerpania radości z odkrywania możliwości aplikacji. Jedno jest pewne – Sketch Guru w idealny sposób łączy przyjemne z pożytecznym.

Ponieważ do końca bieżącego roku nie przewidziano już premier nowych modeli smartonów, Business Insider na początku listopada opublikował wytypowaną przez siebie listę najlepszych spośród nich w 2013 roku. Na pierwszym miejscu znajduje się, jak można się spodziewać, iPhone 5S. Pozostałe dwa miejsca na podium okupują telefony produkcji HTC: One Google Edition i One. Warto zwrócić również uwagę na depczącego im po piętach smartfona od Motorolli – Moto X, który może zwiastować nadejście lepszych czasów dla tego producenta.

grudzień 2013


PO GODZINACH

/ zdrowy charakter

Charakter postury

Wiele osób nieraz słyszało od swoich rodziców słowa „wyprostuj się!” Chcąc dobrze pewnie nie wiedzieli, że mogły one wywołać dokładnie odwrotny efekt. Postura nierzadko bywa tylko skutkiem ubocznym tego, co dzieje się w układzie nerwowym, a co często nazywane jest charakterem. T E skt:

Ko n rad Obid o ski

ostawę można naprawiać na setki sposobów – wzmacniając mięśnie, rozciągając je, śpiąc na odpowiednim materacu, myśląc dniem i  nocą o  pozycji głowy, łopatek, bioder, cały czas mając w głowie prawidłową pozycję ciała. Ćwiczenia fizyczne są niezbędne do osiągnięcia prawidłowej sylwetki, ale jest to najbardziej oczywiste i  powierzchowne rozwiązanie. To, w co terapeuci się nie wgłębiają, a  ludzie przyjmują sceptycznie, to ogromny wpływ systemu nerwowego na posturę.

P

Odbiór i znaczenie W  naszym organizmie jest kilka najważniejszych „kłębków” nerwowych (nie chodzi tu o  sploty), które odpowiadają za różne funkcje emocjonalne i fizjologiczne. Tym, który ma największy wpływ na całość organizmu, jest oczywiście mózg. Idąc niżej – od rdzenia kręgowego – nerwy rozchodzą się na całe ciało, ale najważniejsze z nich znajdują się w postaci kłębków na wysokości szyi i obojczyków oraz mostka i splotu słonecznego. Rola mózgu w  kształtowaniu pozycji naszego ciała jest mniej oczywista niż się może wydawać. Nie chodzi tu o świadomy ruch i napinanie mięśni, a o  podświadomość. Nic tak naprawdę nie ma znaczenia, dopóki mózg mu go nie nada. Jeśli widzi się celebrytę reklamującego zegarki, wywrze on na nas większe wrażenie niż zwykły Kowalski, ponieważ przypisujemy większą wartość zwykłemu produktowi. Zamiast kupować urządzenie do mierzenia czasu, kupujemy odrobinę luksusu i poczucie dobrego wyboru, mimo że w obu przypadkach widzimy tylko mężczyznę z kawałkiem metalu lub nawet plastiku na ręce. Cokolwiek wchodzi nam do głowy i  jest przetworzone przez mózg, wpływa na nasze myślenie i ciało, z czego korzystają specjaliści od marketingu. Wniosek: nawet widząc zgarbionych ludzi albo wyobrażając sobie, że jest się w środku mroźnej zawieruchy, możemy skulić ramiona, schować głowę i  zgarbić się. Stajesz się tym, co widzisz.

Następna grupa jest związana przede wszystkim z odczuwaniem strachu. Serce, płuca i mięśnie obręczy barkowej to jedne z najważniejszych elementów. Kiedy dowolne zwierzę, w tym człowiek, jest wystraszone, zaczyna oddychać płytko, a  rytm jego serca przyspiesza. Osoby o  takich predyspozycjach często mają zaciśnięte mięśnie obręczy barkowej, powodując niemożność rozszerzenia klatki i  oddychania „pełną piersią”. Ludzie, którzy nie odczuwają strachu lub są w  stanie działać mimo niego, oddychają głęboko i  swobodnie, przez co nie powodują nadmiernej aktywności mięśni z przodu ciała i zaokrąglania się karku i górnej części pleców.

Poczucie własnej wartości (3) Ostatni kłąb odpowiada za mięśnie brzucha znajdujące się poniżej klatki piersiowej, a  psychologicznie za poczucie wartości i wiarę w siebie. W naszym społeczeństwie, w którym mówi się o możliwościach i przekraczaniu granic, wiele osób czuje się zaszczutych i bez większych perspektyw, szczególnie biorąc pod uwagę neurotyczność, z  jaką gonione są kolejne awanse i nagrody. Osoba, która czuje, że jej cele są poza zasięgiem, stawia sobie niższe lub w ogóle przestaje wierzyć w budowanie przyszłości na swoich zasadach i  wyznawanie własnych wartości. Nie jest to oczywiście reguła, ale warto zwrócić uwagę na równoległe występowanie przesadnie małego ego i  napiętych górnych mięśni brzucha, ściągających całą cały tors do środka, znowu powodując zginanie się sylwetki. Jak widać, nad każdą rzeczą dotyczącą funkcjonowania naszego organizmu możemy zastanawiać się wielopłaszczyznowo. Nie wszystko wyżej opisane jest aksjomatem odnoszącym się do całości populacji, ale jeśli ktoś walczy z problemami kręgosłupa, używa ćwiczeń przypisanych mu przez lekarzy, a mimo to nie czuje wyraźnej poprawy – może powinien zastanowić się nad innymi przyczynami, które można wyeliminować.0 f ańs

ka

46-47

Strach i odwaga (2)

a Ste

Pierwszy z  „wirów” (ang. nerve vortex) związany jest z  mięśniami karku,

wysuniętą do przodu głowę i „zero karku”, czyli podniesione go góry ramiona, chroniące okolice twarzy.

. A nn gr af

Komunikacja (1)

szczęki, górną częścią ramion, a także z komunikacją, czyli otrzymywaniem informacji z  pomocą oczu i uszu, jak również przekazywaniem ich otoczeniu, głównie przy pomocy ust i mowy. Dlaczego osoby skulone i  zgarbione często są odbierane jako introwertycy, którzy rzadko mówią co mają na myśli i  często chodzą „z  głową w  chmurach”, czyli mają problem z  odbiorem? Często wynika to z niemożności wypowiedzenia się lub bycia wysłuchanym. Natomiast jeśli człowiek nie chce czegoś słuchać albo widzieć, na przykład kiedy matka trzeci raz mówi Nie garb się!, albo kiedy ogląda horror i zamyka oczy przy strasznej scenie – chowa głowę w  ramionach, garbi się. To wszystko pozostałość po prymitywnych instynktach, które przygotowują organizm do ucieczki lub walki przy pierwszych oznakach zagrożenia. Ludzie agresywni, co może wynikać też ze strachu, często mają napięte mięśnie,


Wciel się w rolę dyrektora marketingu i weź udział w konkursie innym niż wszystkie www.brandstorm.loreal.com Zarejestruj zespół do 15.01.14

Co mówią finaliści Co zachęciło Cię do udziału?

Wydawało mi się, że to może być świetna przygoda, a dodatkowo bardzo cenne doświadczenie. (Jak się potem okazało nie myliłem się ). Wojtek Kozłowski, Brandstorm Polska Winner 2012 obecnie Junior Product Manager Garnier

Co dał Ci Brandstorm?

Przede wszystkim – niesamowitą przygodę! Fantastyczną możliwość żeby zderzyć to czego uczymy się na salach wykładowych z tym czego oczekują doświadczeni specjaliści marketingu. Bardzo cenne były również pierwsze kroki we współpracy z agencjami kreatywnymi, to doświadczenie jakiego nie zdobędziemy w żadnej szkole. Gosia Dzisiewska, Brandstorm Finalist 2012 obecnie Junior Merchandising Manager L'Oréal Paris

Co najbardziej podobało Ci się w Brandstormie?

W końcu mogłem wykorzystać swoją kreatywność w praktyce. Dumny jestem z tego, że prezentując swoje pomysły przed doświadczonymi menedżerami marketingu udało mi się ich pozytywnie zaskoczyć. Oscar Krysik, Brandstorm Finalist 2012 obecnie HR Coordinator

Co Twoim zdaniem decyduje o zwycięstwie?

Sama pasja, która daje siłę do pracy czy teamspirit, który pomaga wypracować najlepsze rozwiązania nie wystarczą. Na dzień prezentacji przydaje się "show", który pozwala się wybić/ być zapamiętanym wśród dziesiątek innych zespołów. Ania Tworek, Brandstorm Polska Winner 2013

„Ten konkurs jest absolutnie nieporównywalny do żadnego projektu studenckiego, to coś zdecydowanie więcej”. www.brandstorm.loreal.com


/ Władysław Kozakiewicz Fuck the fruit!

Poza

gestem

Wstrząsająca. Książka, która wzbudza podziw, ale i wywołuje ból, zmusza do refleksji, nie pozwala na obojętność. W pełni prawdziwa, przejmująca opowieść. Wśród zasypu miałkich, upudrowanych historii jest to autobiografia inna niż wszystkie. Autor, niczym aktor, pragnie zerwać z wizerunkiem ukształtowanym przez jedną najbardziej zapamiętaną rolę, jaką w tym przypadku był spontaniczny gest. Znasz go, bo pokazał Ruskim wała. Życie pokazywało mu go jednak zdecydowanie częściej. Pragnąc wyrwać się ze schematu, udowadnia, że poza słynnym wydarzeniem z olimpiady istnieje osoba o niewiarygodnej historii. Nieznany dotąd Władysław Kozakiewicz, mistrz olimpijski, człowiek. T E K S T:

PAW E Ł D R U B KOW S K I , TO M A S Z T Y B U Ś

ILUSTRACJE:

ezsenność. Moskwa, noc z 29 na 30 lipca 1980 roku. Jak? Dlaczego? Byłem nie do pobicia. Myśli zatruwa wspomnienie sprzed czterech lat. Faworyt do złotego medalu, lider światowych list, w trakcie finału zrywa torebkę stawową. Bolesna utrata sportowych szans nie jest jednak tym, co doskwiera najmocniej. Bieda, tyrania ojca – tak najkrócej można by opisać dzieciństwo późniejszego rekordzisty świata w skoku o tyczce. Pierwsza część, dotycząca życia osobistego, to element zdecydowanie odróżniający tę pozycję od innych. Wydarzenia spisywane są co prawda przez Michała Pola, ale osobisty charakter wspomnień warunkuje pierwszoosobowa narracja. Tytuł drugiego rozdziału – Kat – wbrew pozorom nie jest wysublimowanym synonimem sportowej jakości. O poruszanych sprawach i wydarzeniach można nie mówić nawet najbardziej zaufanym osobom. Opisy domowych kłótni, mieszkanie pod jednym dachem z oprawcą, wszystko to przedstawione ze szczegółami wywołuje uczucie szoku. Podczas wywiadu Kozakiewicz wspomina, że od decyzji o zawarciu tej prawdy w książce próbowała go odwieść nawet żona. Dlaczego to mówisz? Dlaczego to piszesz? Przecież to jest twój ojciec! – oponowała. Odpowiedział: Nie, to był jakiś człowiek, który nas maltretował. Nieśmiertelność wspomnień w przypadku dzieciństwa Kozakiewicza nieraz staje się dla niego przekleństwem. Zapytany o wpływ publikacji na stosunek do tamtych dni odpowiada, że mimo pełnej szczerości kamień nie spadł mu z serca. Miałem już 15 lat i trenowałem skok o tyczce. Wróciłem z treningu, potwor-

B

48-49

M A R TA L I S

nie zmęczony i padłem odpocząć na łóżko siostry w kuchni. Wszedł, stwierdził, że mam już za długie włosy, dał mi pięć złotych i kazał iść do fryzjera. (...) „U tego i tego byłeś?”– zapytał. Odpowiedziałem, że u innego, bo kosmiczna kolejka, a ja, zmęczony, nie chciałem czekać. I uwaliłem się z powrotem na łóżko. A on zerwał się od stołu i gardłuje: „Oż ty kur..., jakim prawem to małe gówno nie słucha moich poleceń?! Widziałeś ty, co za bezczelny sukinsyn? Mówiłem, że masz iść tam. Co za gnój mały...” – i tym podobne. Leżąc na plecach na łóżku, odparłem, że przecież cena ta sama. Na to wparował do kuchni, chwycił z blatu wielką drewnianą deskę od krojenia chleba ze sznurkow ym uchwytem i jak nie zdzieli mnie kantem prosto w twarz. Trafił w samą nasadę nosa, krew trysnęła na całą kuchnię. Matka w rozpacz,

ja w takim szoku, że nawet nie od razu poczułem ból, chociaż nos złamany, prawie wbity do środka. Jakby trafił w czoło albo skroń, to by zabił. Sytuacja, którą przeżył nie złamała go, wręcz przeciwnie – zahartowała. Sam mistrz doszedł do wniosku, iż to, co miało miejsce przed karierą sportową, pomogło mu, dawało siłę. Jeśli dał sobie radę z czymś takim, to przecież nic nie jest w stanie nim zachwiać.

Dzieło przypadku Pierwszy raz na stadion wybiera się, by towarzyszyć bratu w sześciokilometrowym marszu na lekkoatletycznym obiekcie Bałtyku Gdynia. Przygląda się skaczącemu o tyczce Edkowi i nieumiejętnie naśladuje jego ruchy. Tyczkarza to z ciebie nie będzie – słyszy. Dla zabicia czasu chodzi z nim na treningi coraz częściej, aż w końcu zostaje przyjęty do klubu jako najmłodszy z grupy. Przypadek rozpoczyna wspaniałą przygodę, przypadek, za który uznać można spontaniczny gest w Moskwie, daje mu dożywotnią sławę. Gest, który wpisał się w mitologię narodu, a w rzeczywistości był odwetem wobec publiczności gwiżdżącej na Polaka, walczącego o olimpijskie złoto z radzieckim tyczkarzem. Popularny wał był powodem oficjalnej noty ambasady radzieckiej, sprawa przyjęła międzynarodowy obrót. Sowieci naciskali nawet na dyskwalifikację i odbiór medalu. Wszystkie te okoliczności wykreowały herosa, stworzyły symbol, który w latach osiemdziesiątych dla Polaków był nadzieją na lepsze dni. Sam Kozakiewicz, nie bez przyczyny, porównuje specyfikę gestu ze słynnym utworem zespołu Scorpions Wind of change. Symbole sprzeciwu i pragnienia wolności, których autorzy, dziełem przypadku, mieszkają dziś w jednej miejscowości (muzycy Scorpions uczęszczają na reha-


Władysław Kozakiewicz /

bilitację prowadzoną przez żonę Kozakiewicza). Kombinacja zrządzeń losu, sam fakt rozpoczęcia wielkiej sportowej kariery i zyski z niej płynące, spotęgowane sytuacją z moskiewskiej olimpiady, były z pewnością przyczyną wielu ułatwień w życiu mistrza. Ludzie chętniej pomagali takiej ikonie kraju, co zaobserwować można chociażby podczas szukania przez naszego złotego medalisty materiałów do budowy domu czy zwykłych kontroli drogowych. Może życie, za sprawą przypadku, chciało zrekompensować bolesne chwile z dzieciństwa?

ty sportowe – żaden z organizatorów wyjazdu nie pomyślał bowiem, że przesiadka w USA wiąże się z koniecznością ponownej odprawy na lotnisku… Mimo całej wesołości polskiego baraku w komunistycznym obozie, nieraz dochodziło do sytuacji niezrozumiałych. Władze lekkoatletyczne lubiły „bawić się w Boga”, przeforsowywać najbardziej absurdalne i krzywdzące zawodników decyzje. Biorąc pod uwagę te okoliczności trochę mniej dziwi fakt, że Kozakiewicz wypisał się z PZLA. Wymagania ludzi ze związku i potrzeby zawodników stały w opozycji do siebie.

Dwa światy

Zdrajca

Uwagę z pewnością przyciąga tytuł autobiografii. Słowa Nie mówcie mi jak mam żyć są w dużej mierze skierowane do związkowych działaczy, którzy decydowali o wszystkim. System, w którym o zarządzeniach personalnych informował magazynier, niejednokrotnie prowadził do kuriozalnych posunięć wobec zawodników. Kozakiewicz wspomina okresową dyskwalifikację za rzekomą odmowę reprezentowania narodowych barw w rocznicę wybuchu II wojny światowej. Oblicza groteski dopełnia fakt, że na ówczesnych zawodach zawodnicy występowali w klubowych trykotach, a wspomnianym elementem „narodowych barw” były buty słynnego niemieckiego producenta. Być może niezrozumiałym wydawało się, że pobranie miary przez samego Adiego Dasslera było dla Kozakiewicza niczym wobec opiewającego na 10 tysięcy dolarów indywidualnego kontraktu z japońskim producentem obuwia. Kontraktu gwarantującego kwotę, za którą wówczas można było żyć w dostatku do końca życia.

Miał już ponad 30 lat, ogromną międzynarodową sławę i nie mógł dłużej wytrzymać niezrozumiałych poleceń władz. Pewnego dnia, wobec kolejnych zakazów zagranicznych startów, ze świadomością rodziny na utrzymaniu, pojechał na cykl międzynarodowych mityngów, rezygnując jednocześnie ze współpracy z PZLA. To wywołało lawinę. Związek natychmiast zdyskwalifikował zawodnika, a władza ludowa zabrała mu wszystko. Ograbiony z majątku, posądzony o oszczerstwo podatkowe, w jednej chwili został bez niczego. Wyjeżdżał z zamiarem rychłego powrotu, nie opróżniając nawet zawartości sypialnianej szafy. Po kilku tygodniach jego mieszkanie było już domem dla obcych ludzi. Skala reperkusji przewyższyła jego oczekiwania. Narodowy bohater stał się dla społeczeństwa zdrajcą. Zaczął się niemiecki etap, który trwa do dziś. Przyjęcie niemieckiego obywatelstwa i starty z czarnym orłem na piersi to chyba jedna z największych kontrowersji

Kozakiewicz jako człowiek mający swoje zdanie często popadał w konflikty z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki (PZLA). W rezultacie było to jednak źródłem licznych anegdot i niesamowicie spajało polskich sportowców, nauczyło ich zwinnie poruszać się w oparach absurdu. Soczystość sportowych opowieści mistrza olimpijskiego jest urzekająca. Na kartach książki otwarcie przyznaje, że rekord Europy pobił na kacu, a reprezentacja do doskonałości doprowadziła szmuglowanie fińskiej wódki przez granicę. Nadmienia, że pewnego razu polskim atletom za amerykańską wizę służyły gaze-

iść – wyznaje szczerze podczas rozmowy. To, że był mistrzem olimpijskim, wielokrotnym medalistą najważniejszych imprez na świecie, nie zapewniło mu spokojnego życia po okresie startów. Zakończywszy karierę zawodniczą podejmował się przeróżnych zajęć, nie omijając nawet propozycji politycznych na krajowym poziomie. Świadomość nagle następującej pustki popchnęła go do zaangażowania się w aktywizację ludzi starszych. Nie stracił siły do działania, nadal jest gotowy coś robić. Dziś uczy wychowania fizycznego w niemieckim gimnazjum. Nie można z pełną świadomością stwierdzić, że jest to historia, którą chciałoby się przeżyć. Jest to jednak opowieść, którą bez wątpienia chciałbyś znać. Autorski debiut Michała Pola to efekt prawdziwego, męskiego zaufania ze strony Władysława Kozakiewicza. Obaj podczas spisywania tej historii nie powstrzymywali się od łez. Pisząc książkę, w której momenty wzruszające przeplatają się z chwilami radosnymi, pełną soczystych sportowych anegdot, odkryli Kozakiewicza – kogoś więcej niż autora tego gestu. 0

w historii mistrza. Decyzja ta jest tym bardziej łyżką dziegciu, gdy okaże się, że ani najlepszy przyjaciel sportowca, Jacek Wszoła, słynny skoczek wzwyż, ani współautor książki, Michał Pol, nie wykazują zrozumienia wobec tego posunięcia.

Przepaść Sport się kiedyś kończy. Spadasz w przepaść, zatrzymujesz się na dnie wąwozu i nie wiesz dokąd

grudzień 2013


ultimate frisbee /

fot. Paweł Wojtaszek

Uwaga, leci!

Pewnie nieraz widzieliście, jak ludzie w parku czy na plaży rzucają niewielkim dyskiem. Jednak ostatnimi czasy frisbee stało się czymś więcej niż zabawką dla psa – urosło do rangi popularnej na całym świecie dyscypliny sportowej. W samej Polsce istnieje już ponad 50 drużyn biorących udział w profesjonalnych rozgrywkach ultimate frisbee. Co więc skrywa ten latający przedmiot, że tak przyciąga ludzi? T E K S T:

K A M I L O S I EC K I

mo tego, że reguły w ciągu tych kilkudziesięciu yskiem rzucają wszyscy i wszędzie Hurraoptymizm lat uległy zmianie, to te dwie pozostały wciąż – w Afryce, Azji, obu AmeNa czym polega wyjątkowość frisbee ultimatakie same. Ultimate do Polski trafiło za rykach, Australii, a nate? Po pierwsze, zasada fair play wygląda zusprawą Geoffa Schwartza – Amerywet na Polu Mokotowskim. pełnie inaczej niż w pozostałych dyscyplinach. kanina, który przyjechał do naI nie chodzi tu tylko o akW ultimate nie ma sędziów, gracze sami decyduszego kraju wykładać na UAM tywność fizyczną zwiąją o tym, czy był faul czy nie. Wbrew pozorom 5 stycznia na boisku przy w Poznaniu. Geoff, dzisiaj dozaną z tym plastikobrak rozjemcy nie oznacza ciągłego przekrzykiulicy Koncertowej 4 na brodusznie nazywany dziadwym kółkiem – ważne wania się i nieustannych kłótni. ZaUrsynowie odbędą się kiem, zaszczepił w Polajest to, co mniej namawodnicy potrafią sami dojść do finały Warszawskiej Ligi kach miłość do tego calne i co trudno dokonsensusu poprzez dyskuUltimate. Start o godzinie sportu. Był załostrzec gołym okiem. sję, a końcowy werdykt 18:00! W Warszawie jest 8 życielem pierwOdstawmy więc na bok zależy od uczciwości drużyn ultimate, z czego szej polskiej zasady gry oraz wymiary graczy. Sytuacje sporjedna z nich Grandmaster drużyny „Uwaboisk i dowiedzmy się, czym ne najczęściej końFlash zdobyła ga Pies” i aż do 2006 ten sport tak bardzo różni się od czą się wycofaniem w październiku tego roku roku wspierał popularyzację ulinnych. faulu i przyznaniem mistrzostwo Polski timate, które wówczas dopiero się do błędnej ocew kategorii mieszanej. w Polsce raczkowało. Etymologia ny zagrania lub zaakTrochę historii nazwy tego zespołu jest dość prozaceptowaniem popełnioWszystko zaczęło się prawie 50 lat temu od poiczna – zawodnicy, chcąc uchronić dysnego przewinienia. Nie ma mysłu młodych Amerykanów. Szukali nie tylki przed pogryzieniem przez czworonogów, znaczenia, czy faul miał miejko adrenaliny związanej ze sportową rywalizaużywali ostrzegawczego okrzyku „Uwaga pies!” w cją, lecz także gry opartej na żelaznej zasadzie sce w polu punktowym czy też nie. momencie, gdy zwierzęta pojawiały się na boisku. fair play i pozytywnym spirit of the game. PomiZwykle dochodzi do szczerych przeprosin 1

D

grudzień 2013


/ ultimate frisbee / panda narty

i podania ręki. I to jest w ultimate najpiękniej- nieodłączną częścią każdego meczu – spirit circ- żyny ostro rywalizują, płynie pot i łzy. Jednak le. Pod koniec meczu gracze obu drużyn zbie- kiedy ostatni mecz dobiegnie końca, wszyscy zasze! Niewyobrażalne jest, aby rają się w kółku stając na przemian. W ta- wodnicy wspólnie świętują i bawią się do rana. piłkarze we własnym grokiej formie kapitanowie i zawodnicy Tak tworzy się wielka drużyna, w której podzianie decydowali o syopowiadają o meczu – mówią co im ły nie mają znaczenia i do której każdy, jeśli tyltuacjach spornych. W ultimate gramy się podobało w zagraniach przeciw- ko chce, może należeć. Mecze wyglądaw trzech kategoriach nika, co powinni poprawić; wyjaUltimate frisbee nie jest tylko sportem. Ludzi łyby wówczas jak zwanych dywizjami śniane są jednostkowe spory, do różnych środowisk, w różnym wieku i o różnych konkurs rzutów – mieszanej (mixed), których doszło podczas meczu oraz zainteresowaniach łączy jedna pasja, miłość do lakarnych. męskiej (open) i damskiej podsumowuje się spotkanie. Taki tającego dysku i do wartości, jakie są z nim zwiąDruga zasa(women). feedback jest bardzo cenny dla każzane. Może się wydawać, że taka sielanda, czyli spirit of dej z drużyn, ponieważ dzięka nie ma prawa bytu, ponieważ the game, dotyczy ki uwagom i pochwałom człowiek nie jest doskonakwestii ogólnego zauświadamiają sobie popełły, a przy zaciętej sportochowania się na boisku niane błędy, których często wej rywalizacji fair play i poza nim. Wzajemny szacuW tym roku poznańskoczasem musi odejść na nek i czerpanie przyjemności z gry są najważniej- sami nie dostrzegają. warszawska, męska drużyna bok. Tak też się zdaszymi aspektami. Najcenniejsze jest jednak to, „Uprising” jako pierwsza w rza – ktoś się wściekże nie są to tylko puste słowa. Zasada ta wynika Jedna drużyna historii Polski dostała się na nie, ktoś przeklnie, a z realnego zachowania zawodników, a nie na odTo, co wyróżnia ultiklubowe mistrzostwa Europy ktoś się obrazi. Ktoś wrót. W ultimate nie ma sztucznych uśmiechów mate spośród innych sporw grupie Elite, co jest większym zagra nieuczciwie, czy utarczek słownych – wszystko jest szczere, tów, to także życie poza bosukcesem niż awans Legii do ktoś będzie próbował prawdziwe i proste. Na porządku dziennym jest iskiem. Różnica jest najlepiej Ligi Mistrzów. oszukać. Tak, czasem to, że przeciwnicy gratulują sobie dobrego zagra- widoczna podczas turniejów. tak bywa. Ale na szczęście nia czy skutecznej obrony. W ciągu dnia wszystko wygląda tylko czasem. 0 Warto też wspomnieć o zwyczaju, który jest zwyczajnie – różnokolorowe dru-

Panda Narty

Wystarczy odrobina inicjatywy, grupa pozytywnie nastawionych przyjaciół i chęć niesienia pomocy dzieciom, by powstała naprawdę inspirująca akcja charytatywna. Z ramienia Fundacji Pomóż Dorosnąć entuzjaści sportów zimowych prowadzą zbiórkę nart zalegających w naszych piwnicach. T E K S T:

KINGA SKARŻYŃSKA

aczęło się skromnie. W 2011 roku Krzysztof Tabiszewski dzięki pomocy znajomych zebrał w swoim garażu kilka par nart, które następnie oddał do domu dziecka. W kolejnym roku inicjatywa eskalowała do rozmiarów ogólnopolskiej akcji zbierania sprzętu narciarskiego dla rodzinnych domów dziecka. Nie wystarczyło jednak samo zorganizowanie zbiórki nart. Należało jeszcze skontaktować się z domami dziecka, by otrzymać dane dzieci dotyczące rozmiarów sprzętu i odzieży, skompletować dla nich odpowiednie buty, narty, kaski. W tym samym garażu, od którego wszystko się zaczęło, w grudniu pracowało około dziesięciu osób, każda nad swoim zadaniem – szukaniem sponsora oraz chętnych do organizacji zbiórek w innych miastach, magazynowaniem sprzętu, przewożeniem zebranych rzeczy do bazy w Warszawie, a następnie transportem do dzieciaków. To wszystko wymagało porządnej logistyki pracy i dużego zapału uczestników akcji.

Z

52-53

Nauka na stoku Sam sprzęt to za mało, żeby dzieci mogły w pełni korzystać z uroków narciarstwa i snowboardingu. Organizatorzy stanęli przed wyzwaniem zorganizowania szkoleń z podstawowej techniki jazdy, co wiązało się z ogromnymi kosztami. W ubiegłym roku fundusze pomogli zebrać artyści, między innymi z ASP, którzy odnawiali i dekorowali stare, zniszczone narty. Następnie sprzęt ten można było wylicytować w czasie specjalnej aukcji. W tym roku licytowane będą oprawione plakaty autorstwa artystów, a także beneficjentów akcji, czyli dzieci z domów dziecka. Zebrane w ten sposób środki przeznaczane zostaną na wyjazdy szkoleniowe. W naukę dzieci i promowanie akcji zaangażowało się wielu znanych polskich sportowców, także tych niezwiązanych ze sportami zimowymi. Swoje poparcie dla inicjatywy wyrazili między innymi Zuzanna Bocian, Marcin Bocian, Piotr Janosz i Mateusz Ligocki.

Niespodziewany rozwój akcji Obecnie Panda Narty działa w kilku miastach Polski, takich jak Gdańsk, Wrocław, Poznań, Kraków czy Bielsko-Biała. Szybki rozwój akcji zmusił ogranizatorów do zmiany struktury działalności. Od tego roku będzie można odwiedzić nową stronę internetową, na której znajdą się potrzebne dla konkretnych dzieci wymiary sprzętu oraz odzieży. Każdy, kto posiada jeszcze zbędne narty, snowboard, buty, kaski, gogle, czy odzież zimową, może wysłać je na adres odpowiedniego domu dziecka. Poszukiwani są także entuzjaści, którzy zajmą się nauczaniem dzieci. By zaangażować się w akcję, wystarczy napisać maila na adres: pandanarty@gmail.com A Pan? Pan da narty? 0


varia / Pięć na dziesięć

Na

Polecamy: 54 CZARNO NA BIAŁYM Hotel Akropolis 58 FELIETON Student i jego samochód Jesteś tym, czym jedździsz?

60 3PO3 Magia świąt All I want for Christmas is... śnieg, choinka i Mikołaj.

fot. Anna Puchta

koniec

Ateny non fiction

Dyktat 140 znaków Hubert Guzera witter i inne serwisy społecznościowe to, podobno, przyszłość mediów. Błyskawiczny obieg informacji, unikalna możliwość wyboru treści, które śledzimy, i sposobność podjęcia dyskusji z każdym – nawet premierem. Czy to nie brzmi wspaniale? A referencje w postaci przypisania Twitterowi zasługi w rozpaleniu Arabskiej Wiosny to już wisienka na torcie, argument, po którym mało kto zaprzeczy, że media społecznościowe mają olbrzymi wpływ na rzeczywistość. Rozważa się nawet, czy w przyszłości „nowe media” będą potrzebowały dziennikarzy, jakby z automatu stwierdzając, że gazety i telewizja są już skazane na porażkę, waży się tylko los żurnalistów . Mam jednak wątpliwości, czy jeśli taka ma być przyszłości dziennikarstwa, to wyjdzie nam to wszystkim na dobre. Dyktat 140 znaków na Twitterze powoduje, że trzeba całą wypowiedź zamknąć w jednym – dwóch zdaniach. Złotą zasadą dziennikarstwa jest fraza, że „nie ma takiego tekstu, którego nie da się skrócić”. Ale w większości przypadków zagadnienia poruszane przez dziennikarzy wymagają przemyśle-

T

Hałas, który powstaje w mediach społecznościowych często odciąga nas nie tylko od innych ważnych zagadnień, ale też kluczowych problemów.

nia, szerokiego spojrzenia na problem, staranną argumentację. Niemożliwe w paru słowach. W teorii nie przeszkadza to, żeby staranne analizy istniały obok i niezależnie od tweetów. Ale niestety, w erze szumu informacyjnego nie możemy usłyszeć wszystkiego. Percepcja człowieka, a co za tym idzie, percepcja społeczna jest ograniczona, może się skupić tylko na paru tematach. A hałas, który powstaje w mediach społecznościowych często odciąga nas nie tylko od innych ważnych zagadnień, ale też kluczowych problemów. Bo jeśli to, ile osób zobaczy informację, zależy od retweetów i followersów, to niestety, najwięcej odbiorców zdobędą twórcy treści popularnych, populistycznych lub kontrowersyjnych. Jeszcze nie tak dawno kilka mądrych osób usiadłoby w fotelach i napisałoby, dlaczego coś się stało i co możemy na to poradzić. Inni by się nie zgodzili i zaproponowali coś innego. Zrodziłaby się dyskusja społeczna. Teraz? 140 znaków wypełnionych emocjami. Jeśli tak ma wyglądać przyszłość dziennikarstwa, to rysuje się w czarnych barwach. 0

grudzień 2013


/ Ateny

Hotel Akropolis TEKST i Fotografie:

M ac i e j S i mm

ieczorem na skale Aeropagu robi się spokojnie. Stąd rozpościera się widok na całą północną część Aten. Słońce zaszło za górą Dasos Kesarianis. Na południu, gdzieś w okolicach portu w Pireusie, mieni się linia morza. Niedaleko usiadła para z czterema ratlerkami. Gdzieś z boku głośno rozmawia grupa Holendrów. Miasto leżące u stóp wzgórza pogrąża się w coraz większym cieniu. Tylko z prawej strony góruje oświetlone jeszcze ostatnimi promieniami słońca wzgórze Akropolu i masywna bryła Partenonu.

W

54-55

Echa demokracji Podobno tu, na Aeropagu, kiedyś obradowała rada najwyższych urzędników starożytnych Aten. Ubrani w chitony, zbierali się i decydowali o najważniejszych dla miasta sprawach. Ciekawe czy starożytna demokracja, jaką znamy z podręczników historii, rzeczywiście wyglądała tak nieskazitelnie. Ateny zamieszkiwało wówczas ok. 120 tysięcy osób, z tego ok. 30 tysięcy miało prawo do głosu. Głównym organem było Zgromadzenie Ludowe. Oznacza to, że kilkanaście – kilkadziesiąt razy do roku zbierało się


Ateny /

zgromadzenie kilkunastu tysięcy osób, które miało podjąć wspólną decyzję. Jakkolwiek to pięknie brzmi – przychodzi mi tylko jedna myśl – z technicznego punktu widzenia to niemożliwe! To nie ma prawa działać! Szczególnie dziwne wydaje się to w kontekście współczesnej sytuacji politycznej Grecji. Wręcz każde nawiązanie do antycznej demokracji wydaje się być groteskowe. A może kiedyś również nie wyglądało to tak różowo…

W cieniu Akropolu Idąc ulicami współczesnych Aten można poczuć klimat typowo południowej metropolii. Wąskie ulice dają zbawienny cień, choć jednocześnie

sprawiają wrażenie, że wszystko jakby dusiło się we własnym sosie. Życie toczy się z dnia na dzień, leniwie. Zaczynając od porannej kawy i papierosa, na obfitej kolacji kończąc. W cieniu drzewa oliwnego leży pies, w krzakach czai się chmara bezdomnych kotów. Ale spokojne życie w rytmie porannych kaw i wieczornych kolacji dla wielu skończyło się pięć lat temu. W Grecji żyje nieco ponad 10 milionów ludzi. W samych Atenach – ponad cztery. Według oficjalnych danych bezrobocie wynosi tu dziś ponad 25 proc. – trzykrotnie więcej niż przed rozpoczęciem kryzysu. Nawet w polskich realiach ciężko to sobie wyobrazić. Jedynym ratunkiem dla wielu jest turystyka. Niezliczona ilość hoteli-

grudzień 2013


/ Ateny

ków, pensjonatów, restauracji i kafejek stanowi bezpieczne źródło dochodu dla wielu rodzin. Napięta sytuacja w kraju nie przeszkadza rozwojowi turystyki. Ateny odwiedzane są przez kilka milionów turystów rocznie. Ścieżki większości koncentrują się w bezpiecznym ścisłym centrum, z dala od zgiełku miasta. Wąskie, piesze uliczki oferują wszystko czego potrzeba. Popiersia greckich bogów, imitacje antycznych waz oraz greckie specjały. Tylko ci handlarze, jacyś tacy jakby nieobecni.

Powrót do korzeni Demonstracje które od 2008 roku regularnie przetaczają się przez ulice Aten, doprowadziły do tego, że centrum wygląda jakby niedawno skończyła się tu mała wojna. Nawet przy głównych ulicach pełno jest opuszczonych bloków, zamkniętych sklepów i witryn zamalowanych przez graffiti. Niektóre dzielnice, będące niegdyś całkiem nor-

56-57

malne, nagle opustoszały. Zamieszkiwane są dzisiaj tylko przez imigrantów. Po rozpoczęciu kryzysu ludzie spróbowali wziąć sprawy w swoje ręce. Może wrócić do korzeni demokracji? Ta piękna wizja, w której każdy ma prawo do decydowania o własnym losie, w dzisiejszych czasach już chyba nie ma szans. O losie Greków zdecydowano bez ich udziału. Może dlatego dzisiaj w greckim parlamencie jednym z najszybciej rosnących w siłę ugrupowań jest skrajna lewica. Trudno się temu dziwić. Podobne scenariusze znamy z historii, kiedy to właśnie ciężka sytuacja ekonomiczna napędzała radykalne idee. Kryzysy przychodzą, odchodzą, targają dużymi gospodarkami, pogrążają małe. Tylko gdzieś tam na szarym końcu są ludzie. W Atenach siedzą, w spokoju popijają czarną kawę i przegryzają ciastko z serem, czekając aż zły los się od nich odwróci. 0


Renata Nowakowska-Siuta / Bartosz Lewandowski /

Kto jest Kim? Renata Nowakowska-Siuta

Uniwersyteckie Kolegium Kształcenia Nauczycieli Języka Angielskiego

W i e k: 43 lata T y t u ł N au kow y: Dr hab. prof. UW P r owa dzo n y P r z e d m i o t: Polityka oświatowa Unii Europejskiej, przedmioty modułu psychologiczno-pedagogicznego

H o b by: Kino. Niestety coraz bardziej brak mi na nie czasu N a j w i ę k s z a z a l e ta : Spostrzegawczość, pamięć osób i zdarzeń N a j w i ę k s z a wa da : Spostrzegawczość, pamięć osób i zdarzeń P o dz i w i a n a O s o b a : Dr Wanda Błeńska. Od 1950 roku opiekuje się trędowatymi w Ugandzie. Cicha, wielka praca. W 1934 r. ukończyła Wydział Lekarski Uniwersytetu Poznańskiego. W czasie wojny wstąpiła w szeregi Armii Krajowej. Po wojnie wyemigrowała z Polski na Zachód, by studiować w Londynie medycynę tropikalną. Studiowała

Bartosz Lewandowski Instytut Nauk o Państwie i Prawie

W i e k: 25 lata M i e j s C e U r o dz e n i a : Świnoujście T y t u ł N au kow y: Mgr P r owa dzo n y p r z e d m i o t: Doktryny polityczno-prawne H o b by: Historia, sport N a j w i ę k s z a z a l e ta : Rzetelność N a j w i ę k s z a wa da : Spóźnialstwo – to po Mamie :) P o dz i w i a n a O s o b a : Mój Dziadek U lu b i o n a P o s tać : Podkomisarz Sławek Desperski „Despero” z PitBulla U lu b i o n a K s i ą ż k a : Wspomnienia z domu umarłych – F. Dostojewski U l u b i o n y F i l m : Do widzenia, do jutra… w reż. Janusza Morgensterna

w Hamburgu i Liverpoolu. W roku 1950 r. udało jej się wyjechać do Afryki. Ma 101 lat

(1960 r.) ze wspaniałym Zbigniewem Cybulskim

i ogromną życiową energię. Fascynujące! Metafizyczne opowieści Jorge L. Borgesa, Edgara A, Noce i dnie

U lu b i o n a G A z e ta : Za starych dobrych czasów „Odkrywca”. Obecnie brak ;) U lu b i o n y a r t y s ta : Od lat jestem zasłuchany w tekstach Jacka Kacz-

Marii Dąbrowskiej jak i książki Ingi Iwasiów, Romy Ligockiej, Stefana Chwina. Ostatnio duże wraże-

marskiego, Jaromira Nohavicy, Włodzimierza Wysockiego oraz utworach

nie wywarła na mnie książka Wojciecha Tochmana Eli, Eli ze zdjęciami Grzegorza Wełnickiego

skomponowanych przez Przemysława Gintowskiego

U lu b i o nE k s i ą ż k i : U lu b i o n y F i l m :

Jestem, Wrony, Pora umierać, Jutro będzie lepiej – Doroty

N a j w i ę k s z y s u kc e s :

Pierwsze miejsce w konkursie recytatorskim ( w II

Kędzierzawskiej, Joanna – Feliksa Falka, Róża – Wojciecha Smarzowskiego,

klasie szkoły podstawowej (1996 r.) ;)

Ida – Pawła Pawlikowskiego, niesamowity jest Młyn i krzyż Lecha Majewskiego

N i e s p e ł n i o n e m a r z e n i e : Podróż na Syberię

U lu b i o n a g a z e ta : : Od wielu lat te same: „Polityka” i „Gazeta Wyborcza” U lu b i o n y a r t y s ta : Johannes Vermeer N a j w i ę k s z y s u kc e s : Moja córka Ż yc i ow e m o tto : Dobro jest towarem deficytowym, ale osiągalnym dzięki osobistemu wysiłkowi

N i e s p e ł n i o n e m a r z e n i e : Kilka godzin w Rijksmuseum

Dlaczego wybrała Pani karierę nauczyciela akademickiego? Z prozaicznego powodu: lubię ludzi, lubię się uczyć, wolniej się starzeję ;-)

Co Panią razi u studentów?

Dlaczego wybrał Pan karierę nauczyciela akademickiego? Z egoizmu, sadyzmu i zakochania w sobie ;) A tak poważnie, to zawsze chciałem się rozwijać i zdobywać wiedzę w dziedzinach, które mnie interesowały. Praca naukowa na tyle mi się spodobała, że postanowiłem skorzystać z indywidualnej oferty rozwoju zaproponowanej przez moich Naukowych Mentorów. Jako że praca naukowa wiąże się – z reguły – z dydaktyką, spełniam się i na tym polu.

Co Pana razi u studentów?

To dziwne, ale niewiele jest takich rzeczy. Mam dużą dozę wyrozumiałości – tak sadzę.

Chyba najbardziej mnie denerwuje chamstwo, buta i bezczelność. Ale to cechy spotykane nie tylko u studentów. Na szczęście występują rzadko.

Co należy zmienić na UW?

Co należy zmienić na UW?

Moim zdaniem zbyt mało uwagi poświęca się tworzeniu społeczności akademickiej. Nie docenia się w stopniu należytym mądrych, zdolnych i ambitnych studentów

Póki co nie dostrzegłem specjalnej konieczności zmian na UW.

Jaką radę dałby Pan studentom?

Kiedyś jeden ze studentów napisał podczas egzaminu, że narzędzia intelektualne w koncepcji Lwa Wygotskiego to np. młot i kowadło. Inny ukrył ściągę w skarpetce, jeszcze inny student napisał na teście: „Nie wiem o co chodzi, proszę o wybaczenie.” – i jak tu nie wybaczyć?

Korzystajcie z programów wymiany międzynarodowej, programów Work & Travel i innych, które pozwolą Wam zobaczyć trochę tego pięknego Świata. I nie zapominajcie o korzystaniu ze studenckiego życia w innych formach ;) Ale oprócz tego nie zawalajcie egzaminów i rozwijajcie się, abyście nie opuścili murów Uniwersytetu jedynie z wiedzą wbitą do głowy podczas studiów na danym kierunku!

Jaką radę dałaby Pani studentom?

SPROSTOWANIE: Bardzo przepraszamy Panią dr Danutę Oborską za podanie

Trzeba czytać mądre książki, na inne szkoda czasu.

błędnego wieku w wydaniu 141 MAGLA. Prawidłowy wiek to 27 lat.

Najciekawszy kwiatek z egzaminu?

grudzień 2013


/ wyboista droga na SGH belka, belunia

Student i jego samochód M a r c i n M a l ec

decydowana większość mediów ciągle podkreśla, że Warszawa stanowi ogromne wyzwanie komunikacyjne dla ludzi pracujących. Dotyczy to nie tylko przyjezdnych, ale także rodowitych warszawiaków. Rzadko, jeżeli w ogóle, wspomina się o studentach, którzy stanowią w Warszawie niemałą rzeszę użytkowników zarówno komunikacji publicznej, jak i prywatnych środków transportu. Szczególny przypadek stanowi rower, który jeszcze nie zaskarbił sobie dostrzegalnej pozycji wśród studentów i dlatego pozostawmy go na boku. Komunikacja miejska w praktyce nie przejawia żadnych zalet poza masow skalą usług. Za to wad posiada bez liku. Choćby stale rosnące ceny biletów, zatłoczone do bólu autobusy i tramwaje oraz skrajne temperatury: latem jak w piekarniku a zimą jak w lodówce; czy w końcu wątpliwy komfort jazdy, gdy przy nagłym hamowaniu przeciążenia porównywalne są z tymi z Formuły 1. Cóż więc pozostaje w tej sytuacji (nie zawsze) „biednemu” studentowi? A no własny środek lokomocji. Dla jednych jest to kupiona za ostatnie, marne grosze „padaczka”, która co prawda nie wymaga wielkich nakładów finansowych na ubezpieczenie i niewiele pali, ale wymaga ciągłych remontów i nigdy nie ma pewności, czy dojedzie do „mety”. Dla innych jest to „wypasiona fura”, która przyciąga spojrzenia nawet niewidomych, a co dopiero płci pięknej czekającej na podryw i zaproszenie na przejażdżkę po naszej cudnej, zatłoczonej Warszawie – a najlepiej w plener za miasto. W pierwszym przypadku posiadacze pojazdów z silnikami o pojemności porównywalnej do kosiarek z pewnością stanowią zdecydowaną większość studenckiej braci. Argumenty są proste i względnie przekonywujące, szczególnie ze studenckiego punktu widzenia. Oszczędności są najważniejsze, a i tak w końcu chodzi o to,

Z

Mariaż student – samochód może podnosić ego posiadacza, ale też stanowić codzienną konieczność.

58-59

żeby jakoś dojechać na uczelnię, nie będąc zdanym na komunikację miejską. Zaoszczędzone pieniądze można przeznaczyć na lepsze lokum lub na bardziej imprezowe życie. W końcu wszyscy powtarzają, że to najpiękniejszy okres w życiu człowieka. Drugi przypadek – samochody kosztujące tyle, co mieszkanie w centrum Warszawy lub dom na jej obrzeżach – jest znacznie bardziej złożony. Tu na kasę nie zwraca się uwagi. Trzeba jedynie uważać na to, by pasażer nie usiadł na tylnym siedzeniu, bo podczas gwałtownego przyspieszania wir spowodowany ogromnym zużyciem paliwa mógłby go wciągnąć do zbiornika. Poza tym minusów nie ma żadnych. A pieniądze? No cóż, dżentelmeni o nich nie rozmawiają. Po prostu trzeba je mieć. Z taką furą nie tylko łatwiej zjednać sobie towarzystwo, szczególnie płci przeciwnej, ale w ogóle można sobie na więcej pozwolić, a uwielbienie otoczenia gwarantuje już sam pojazd. Oba wspomniane przypadki stanowią dziś już rzeczywistość i trudno naszemu pokoleniu uwierzyć, że gdy jeszcze kilkanaście lat temu studiowali nasi rodzice, nie stać ich było (poza nielicznymi wyjątkami) nawet na przysłowiowego fiata Seicento czy leciwego Volkswagena Polo, który rdzą był przeżarty jak sito. Świat idzie jednak do przodu i wystarczy spojrzeć dzisiaj na parkingi, by przekonać się, że miejsc na nich jest zdecydowanie za mało ze względu na to, że stoją tam setki „padaczek”, a wśród nich trzy wypasione fury. Wydaje się więc, że mariaż student – samochód jest z jednej strony świadomym wyborem, podnoszącym własne ego w przypadku tych, których stać na luksus, a jednocześnie codzienną koniecznością ułatwiającą życie w przypadku tych, którzy z trudem muszą wiązać koniec z końcem, by dotrwać do kolejnego roku studiów. 0


patriotyzm odczytany na nowo /

Patriotyzm i niebezpieczeństwo bezwstydu A l e k s a n d e r s t e l m a s zc z y k

śród określeń, których używa się do opisywania człowieka, jest wiele takich, których chyba nikt nie chciałby użyć w odniesieniu do własnej osoby. Kto bez wstydu przyznałby się, że jest gburem albo oszustem? Istnieje jednak także druga grupa określeń: takich, których nikt (jak wierzę) by się nie wyparł. Należy do nich „jestem dżentelmenem” – tak pewnie powiedziałby o sobie gbur, gdyby go ktoś zapytał. Choć dobre wychowanie, jeden z atrybutów dżentelmena, w większości kręgów wyszło z mody, wciąż samo określenie „dżentelmen” trzyma fason i w powszechnej świadomości utrzymało pozytywne znaczenie. Nie jest to jedyne słowo, które spotkała taka historia. Drugim – co może budzić zdziwienie – jest „patriota”. Patriotyzm, bez dwóch zdań, stracił popularność. Oczywiście nie wszędzie i nie na zawsze, ale to, co stanowi o istocie postawy patriotycznej, a więc duma z osiągnięć społeczności i chęć dbania o wspólne dobro, przegrywa z fałszywie rozumianymi „międzynarodowością” (bezkrytycznym podziwem zagranicy) i ,,własnym interesem”. Tak samo dobre wychowanie dżentelmena traci na rzecz „praktycznego podejścia”. Mimo to konia z rzędem temu, kto znajdzie ludzi jawnie twierdzących, że nie są patriotami lub dżentelmenami. Wciąż szanowane są dawne cnoty, dlatego ludzie starają się szczycić ich posiadaniem, ale sam szacunek nie pociąga za sobą potrzebnego działania. Widać więc sprzeczność między ambitnymi deklaracjami (skutek przyzwyczajeń z dawnych czasów) i rozczarowującymi czynami (rezultat obecnego chaosu etycznego, który usprawiedliwia lenistwo). Groteskowym przejawem tej sprzeczności jest stanowisko pewnej grupy, która zdaje się atakować każdą z narodowych wartości, w tym religię . Mogłoby się wydawać, że kto jak kto, ale jej członkowie przyznają, że patriotami nie są. Próżna nadzieja. Są, tylko wybierają taką definicję, aby postawa patriotyczna nie wymagała żadnego wysiłku od człowieka, który zachowującego minimum przyzwoitości. Otóż bycie patriotą oznacza – ich zdaniem – sprzątanie psich ekskrementów, płacenie za bilety i inne oczywiste czynności. Pogląd, że patriotyzm na tym się kończy, to absurd będący rozpaczliwą próbą zamaskowania lenistwa.

W

A więc mamy patriotyzm, postawę niedzisiejszą, oraz ludzi, którzy próbują wciąż się patriotami nazywać, mimo że z krajem łączy ich niewiele więcej niż dokumenty. Część tych ludzi stanowią emigranci, i to nie polityczni, którzy wbrew swej woli opuścili kraj i pielęgnują rodzinną kulturę na obczyźnie, ani nawet nie tacy, których za granicę gna pozytywna ciekawość świata. Przeciwnie, to emigranci wiecznie niezadowoleni z ojczyzny, którzy dobrowolnie wyjeżdżają, gdyż (wiadomo!) poza Polską mają szansę na godne warunki życia (większa pralka?) i, oczywiście, bo tam trawa jest bardziej zielona. Tak mówią, ale trudno uwierzyć, że ktoś z takich powodów decyduje się na zawsze opuścić kraj lub, jeśli jeszcze nie wyjechał, wypiera się ojczystego języka (przez ciągłe wtrącanie zapożyczeń) oraz historii i religii (z pomocą krytyki znalezionej w prasie). Jeśli ktoś tak postępuje, to raczej dlatego, że przyczyny własnego braku szczęśliwości upatruje w kraju pochodzenia, mimo iż jego problemy mają naturę wewnętrzną. Taki człowiek, nawet jeśli przed wyjazdem o tym nie wie, będzie równie nieszczęśliwy i w Anglii, i w Polsce – szczęście w życiu nie zależy od PKB per capita. Zacząć trzeba od własnych słabości – to gorzka prawda. Tymczasem łatwiej jest zmienić miejsce pobytu niż swoje życie i łatwiej wyrzec się obowiązków wobec Boga, ojczyzny i rodziny niż zostać i je wypełniać. „Szerokiej drogi” – chciałoby się rzec. Nie ma przepisu, który zmuszałby do bycia patriotą, nie ma też takiego, który nakazywałby być dżentelmenem. Nie znaczy to, że nie należy nimi być. Kto nie jest, powinien się wstydzić. Właściwie to wstydzi się, czego wyrazem jest mówienie o sobie „patriota” i „dżentelmen”, mimo że to nieprawda. Istnieje jednak niebezpieczeństwo pójścia dalej niż pozostawanie w nieporadnym rozkroku między dawnymi wartościami i współczesnym lenistwem – całkowite odcięcie się od wartości. Jeśli ktoś stanie się dumny z bycia gburem i zacznie cieszyć się z tego, że nie jest patriotą – wyjedzie niechybnie, a osobom, które zostały, będzie śmiać się w twarz i nazywać je tchórzami, to wyzbędzie się tym samym wstydu powodowanego przez własne słabości i zacznie chełpić się tym, co jest godne pożałowania. Do tej pory podobna bezwstydność była wyjątkiem. Czy przekształci się w przykrą normę? To zależy od tych, którzy jeszcze nie wyjechali i nadal stoją w rozkroku. 0

Nie ma przepisu, który zmuszałby do bycia patriotą. Nie znaczy to, że nie należy nim być..

grudzień 2013


/ Magia świąt Kotek zdechł nam

Magia świąt Uwaga! Uwaga! Zbliżają się święta! Nietrudno zauważyć mamę lepiącą w nocy pierogi, brata debila, który wiecznie śpiewa Last Christmas i sąsiada, który próbuje upodobnić swój dom do domu publicznego z subtelnym dodatkiem reniferów i dzwoneczków. No i jeszcze tych Mikołajów, śniegu i gołej choinki.

Brzoza

Chilliński

Cwany Lis

Mikołaje

Śnieg

Choinka

OCENA: 88888

OCENA: 88777

OCENA: 88877

Gdy słyszę słowo „Mikołaj”, od razu przypominam sobie bale

Według moich doświadczeń, w  większości przypad-

Jak co roku, przychodzi mi przeżywać choinkową

choinkowe. Te niezapomniane imprezy w  rytm Smerfnych

ków miłość do śniegu spada wprost proporcjonalnie

gehennę, czyli ubieranie drzewka. Nie mogę pojąć,

hitów i Fasolek, podczas których dzieciaki niczym w średnio-

do wieku. Po prostu przychodzi taki czas, że na sanki

jak to możliwe, że po roku leżenia w  szafie zawsze

wiecznym danse macabre tańczą w kółku, z tą różnicą, że

jesteśmy za starzy, na narty w  Alpach nas nie stać,

znajdzie się splątany do granic możliwości łańcuch,

bez kościotrupa. Niestety czasy się zmieniły i teraz brodaci

a  na łyżwach możemy się co najwyżej upokorzyć. Ale

czy też przepalona lampka (to ta ostatnia którą

dziadkowie atakują nas z  każdej witryny sklepowej krzy-

gdy nadchodzą święta, każdy czeka w  swoim ciepłym

sprawdzam). Do tego każdy z  domowników ma inną

cząc: „Kup ten nadzwyczajny czajnik, aby poczuć magię

domku aż spadnie ten piękny, bo taki... świąteczny

koncepcję i radę: a to najpierw wiesza się lampki, co

świąt!”. I pomyśleć, że do niedawna najstraszniejszą rzeczą,

i nastrojowy – śnieg. Jednak gdy po obfitych świętach

tak mało tych bombek, jeszcze może by gwiazdę na

jaką mogłam usłyszeć od Mikołaja, było „No chodź na kolanko

trzeba odśnieżyć samochód, przeklinamy dzień kiedy

na czubek zaczepić? Jak jesteście tacy mądrzy, to

i zaśpiewaj piosenkę, bo nie dostaniesz cukiereczków!”.

tak wesoło prószył.

sami się kłujcie!

OCENA: 88887

OCENA: 88889

OCENA: 88877

Znowu zaczyna się sezon na zaczepianie przez star-

Cieszę się, że jeszcze go nie ma, ale czuję, że już niedłu-

Bombki, łańcuchy, światełka znowu zagoszczą na

szych, grubszych panów z białym wąsem, w czerwo-

go nadejdzie. Znowu będzie zimno, mokro, ślisko, trzeba

drzewkach w  naszych domach. Kolejny raz zaczną się

nym płaszczu, podających się za Świętych Mikołajów.

będzie odśnieżać chodniki i samochody. Z perspektywy

wątpliwości, jaki kolor bombek będzie odpowiedni?

Rozdają cukierki, życzą „Wesołych Świąt”, zabawiają

ciepłego domu wszystko wygląda pięknie, wszędzie

Gdzie je zawiesić? Jaką choinkę wybrać? Żywą, czy

dzieci, ale oszukują nas, bo przecież ten jedyny miesz-

jest biało. Gorzej wyjść na zewnątrz. Zasypane drogi,

sztuczną? Ta pierwsza „się sypie”, a  druga „pachnie”

ka daleko stąd. Chyba. Chociaż to kolejna ściema, bo

pociągi i  autobusy, które się spóźniają – to wszystko

plastikiem. Dla mnie zapach lasu wygrywa. Drzewko

przecież jeden człowiek nie podłożyłby w jeden dzień

jego wina. Nie jest jednak taki zły, gdy ma się wolny

powinno być skromne, najlepiej jak znajduje się na nim

tylu prezentów pod choinki na całym świecie. Dobre

czas. Dzięki niemu można przecież jeździć na nartach,

niewiele bombek. Całe szczęście, że ozdoby są wielo-

jest to, że sprawia tyle radości dzieciom, które w nie-

dzieci mogą ulepić bałwana, zrobić na nim „orzełka”.

krotnego użytku i nie trzeba ich co roku zmieniać. Samo

go wierzą. Ja zdecydowanie wolę Panią Mikołajową.

Jednak najważniejsze, aby był obecny podczas Świąt

„ubieranie” choinki nie jest takie złe, jeśli Twoje kon-

i dodał im magii.

cepcje podobają się reszcie domowników.

OCENA: 88887

OCENA: 87777

OCENA: 88777

Na początek mocne wyznanie: nie mam telewizora. I cho-

Pierwszy śnieg jest po pierwsze biały. Po drugie,

Ubieranie choinki to cudowny świąteczny zwyczaj,

ciaż nie zobaczę nieodłącznego elementu Świąt, jakim jest

zawsze zachwyca. Po trzecie, jest jak hiszpańska

gdyby nie to, że drzewko kłuje i że stoi krzywo, że

reklama Coca-Coli z Mikołajem, to przynajmniej ominą mnie

inkwizycja – nikt się go nie spodziewa. Wraz z nim

lampki się plączą albo nie działają, że trzeba założyć

zastępy Mikołajów buchających ekspresją i uczuciem przy

rozpoczyna się białe szaleństwo: robienie bałwa-

gwiazdę na czubek, a przy tym się nie połamać. Co

reklamowaniu 3 litrów oleju, konta z podwyżką, pralki, czy

nów i aniołków, jeżdżenie na sankach, odśnieżanie

więcej, po świętach jest jeszcze gorzej – Styczeń,

łopatki wieprzowej bez kości. Co ciekawe, pomimo że są

i nacieranie (pamiętacie podstawówkę?). A i Święta

pora śmierci choinek. Trupy rozebrane z  łańcu-

starzy, grubi i  zarośnięci, zawsze możemy ich spotkać

bez śniegu są jakby mniej nastrojowe. Bo jak tu

chów i ozdóbek. Mnóstwo bohaterów porzuconych

w centrach handlowych z młodymi i pięknymi śnieżynka-

świętować słuchając Let it snow, gdy za oknem

w śniegu (M. Świetlicki).

mi. A tak z zupełnie innej beczki, taki Mikołaj może wycią-

pada deszcz?

gnąć w grudniu nawet 4000zł netto.

60-61 magiel


Na Alasce prawo zabrania rozmawiania z niedziwiedziem Bo ma adresy wszystkich niegrzecznych dziewczynek.

Dlaczego Mikołaj jest taki wesoły?

W XVII w. w Londynie można było się ubezpieczyć od trafienia do piekła.

Już 24 XII jest Boże Narodzenie!

W Malezji kąpią niemowlaki w piwie, by ochronić je przed chorobami.

Spełnienia marzeń!

Sudoku

Trudne

Rybki hoduje Niemiec

Kto hoduje rybki?

- Norweg zamieszkuje pierwszy dom - Anglik mieszka w czerwonym domu - Zielony dom znajduje się po lewej stronie domu białego - Duńczyk pije herbatę - Palacz Rothmansów mieszka obok hodowcy kotów - Mieszkaniec żółtego domu pali Dunhille - Niemiec pali Marlboro - Mieszkaniec środkowego domu pija mleko - Palacz Rothmansów ma sąsiada, który pija wodę - Palacz Pall Malli hoduje ptaki - Szwed hoduje psy - Norweg mieszka obok niebieskiego domu - Hodowca koni mieszka obok żółtego domu - Palacz Philip Morrisów pije piwo - W zielonym domu pija się kawę

Możliwa jest tylko jedna odpowiedź!

Pięć osób zamieszkuje pięć domów (domy stoją w linii obok siebie, patrzymy na nie tak, jak byśmy stali przed nimi) w pięciu rożnych kolorach. Wszyscy palą papierosy pięciu rożnych marek i pija pięć rożnych napojów. Hodują zwierzęta pięciu rożnych rodzajów.

Zagadka logiczna

Humor w poziomie

Średnie Szatańskie


i m a g o N y r ó Do G

orządu ziałowych Rad Sam tym, yd w do h ac or yb świadczy ona o spomni już o w m numerze nie w unastoprocentowej frekwencji, gdyż racji od przyszłej ty w ny ial dz ie ow w porywach kilk nna lekcja demok Redaktor Nieodp za to o powalającej, cy znowu mieli te wybory gdzieś. Ce ni om sp W w. tó en ys Stud wsz e stało się zadość i że tradycji ponowni tego kraju. elity intelektualnej

PR Z YG

O D P O W IE D Z IA IE N R O T K A D E R Ł: O TO W A

chci ałby pow ie dz ia lny ed ak tor Nie od no ścią poin formow ać , m za to z pr zy je do ud zi ał u w konk ursię a rz ie m że pr zy 20 0-le cie sło promując e ha i go lo ju ż na sie dr ug ie zd ąż ył m a m ater. To al j ne . ha 16 oc 18 uk dą od swojej : U W – w ie je nu nawet w ymyś lić

R Z

d r ug i e j st ro ny, t r z eb a ać , zy je dn ak pr zn na ra fe os m że at się Ucz el ni zrobiła e ni ow sł do io os tatn akbombow a. R ed ie w po od ie N tor ałby dz ia lny chci e ci w ty m momen ulogorą co pogr at im w ać śród m iejsk om sz iu fu nk cj on ar ew aek spre sowej puam K ku acji ne go al tr en C su ny, w pe w ien pięk ią #p y w do pa lis to ze pr ję kc te cz ek . A k ta no zo ad prow nie, sz ybko i spraw en ud st ć ęś cz że te w h yc tów m ając amK na a ci ję za dy ia ła pu sie dow ie dz art po z ej ni o się sz aar W lu T V N po y in dz go ł Pó w a. fa kcie.

666

LNY

u in form acie pr zepł yw oz os tają c w te powoł an iu M ar iu sz a po m acji, za ra z rt u fin anweg o sz ef a re so no na ka ur cz ojej w ySz likow ało na sw sów W N E opub w ając ym du m ą ta mpa olwent nie notk ę o na dz ia łowej st ro w i pr ac ow ni ków ty tu le: A bs zbie tó m en ny ud w st zi tejs zych fin an sów. D em tr is oś ci in zn m ic okol W N E zo st ał giem niej w o an zapom ni nte że w sp om nieć , E N W t en lw że ab so e ni ec ob w yk ła da j ne w łó G le w Sz ko H andlowej.

P

a za kończenie radosna wiadoSpraw moś ć z Biur a de dyh ic ck St uden tk im ys sz kow an a w po za zy ór kt ty m, ac h ci ię dp m niel i o po ju ż i ie SSO w U lu ce w ść pr ze st al i je 30 ch ty a ni op ła ce EC TS niep odpięt yc h uje, rm fo in SS B -ów. ow, ty io że pr ze dm oż na m ie dz bę , sz em ć. Z ła je sz cz e po dpią ta ka , st je ć oś m w ia do oś by pr ie że w sz ys tk dz ie bę ie ac m te m w ty kaie dz ał ro zpat ry w ecie oż m li zy C nat. j. głodow ać da le

N

L MISH: neverending LO


READY TO INNOVATE? Join the

L'ORÉAL

3FHJÄ‹F

SCZ

1 5.01.14

MARKETING COMPETITION

WWW.BRANDSTORM.LOREAL.COM

Turning ideas into products since 1992.


Numer 142 (UW) (grudzień 2013)