__MAIN_TEXT__

Page 1


spis treści / Mój ziomo puszcza teksty bez korekty, mój ziomo robi czarne strony, my to patoredakcja

13

41

51

60

Turkmenistan patrzy w niebo

Berliński stan surowy

Miasto moje, a w nim… socmodernizm

Gruzja – na rozstaju dróg

u Uczelnia

d Muzyka

o Sport

k Technologie

06 08 10

Dobre wampiry Pierwszy dzwonek w szko łach doktorskich Cichy krzk

b Patronaty 12

32 33 34 35

Urobieni

c Polityka i Gospodarka 18 20 21 22 23 24

28 31

łączcie się! A l b u m y r o k u 2 019 Recenzje

Tu r k m e n i s t a n p a t r z y w n i e b o B e r l i n , To k i o Samowolny kurs na skały J a m e s F r a z e r, S a l w a d o r i R o b e r t Biedroń C o je m y w t r a s i e W morzu fake newsów

K o n t r o we r sja n a p a p i e r z e Wo l n o ś ć m i e s z k a n a A l a s c e Konkurs literacki Krzyżówka

36 37 38

Prezes Zarządu:

Dawid Dybuk dybukdawid@gmail.com Adres Redakcji i Wydawcy:

al. Niepodległości 162, pok. 64 02-554 Warszawa magiel.redakcja@gmail.com

40 41

54 56

G d y s c i e n c e m i ja s i ę z f i c t i o n Recenzje

t Człowiek z Pasją 57

Sami swoi

q Reportaż 60

G r u z ja – n a r o z s t a ju d r ó g

i Felieton 63

Bankrucki felieton na Nowy Rok

r Kto jest Kim? 65

p r o f. d r h a b. D a r i us z K u ź m i n a / Szymon Dziewięcki

v Do Góry Nogami 66

g Sztuka

Do Góry Nogami

Recenzje Berliński stan surowy

Jan Kroszka

Katarzyna Kowalska, Urszula Szurko Redaktorzy Prowadzący: Tomasz Dwojak, Weronika Kościelewska, Aleksandra Łukaszewicz Patronaty: Martyna Matusiewicz Uczelnia: Katarzyna Branowska Polityka i Gospodarka: Mateusz Skóra Człowiek z Pasją: Aleksandra Jakubowicz Felieton: Joanna Alberska Film: Tomasz Dwojak Muzyka: Marek Kawka Książka: Aleksandra Dobieszewska Sztuka: Natalia Jakoniuk Warszawa: Katarzyna Kowalewska Sport: Jan Kroszka Technologie: Dominika Hamulczuk Reportaż: Urszula Szurko Kto Jest Kim: Laura Urraca-Makuch, Adam Stelmaszczyk

M i e js k i t o r p r z e s z k ó d W i e ż o wc e Miasto moje, a w nim… socmodernizm

F i l m o we f e s t i w a l e 2 019 Fantasy na tronie Recenzje

Zastępczynie Redaktora Naczelnego:

Stowarzyszenie Akademickie Magpress

47 48 50

e Film

Redaktor Naczelny:

Wydawca:

4 4 Historia pewnej lokomotywy 45 C zy w kadr ze w końcu zabr zęczy 4 6 Nowy, m ł odzieżowy obr az igr zysk

j Warszawa

f Książka

K a l e n d a r z w yd a r z e ń

8 Temat Numeru 13

2 6 G u r b e t e l d e b i r b a ş ı m a n e y l e y i m? 27 S ł u c h a c z e w s z y s t k i c h k r a j ó w,

Do Góry Nogami: Redaktor Nieodpowiedzialny

Jakubiec, Grażyna Jakubowska, Klaudia Januszewska, Julia

Patrycja Świętonowska, Dominik Tracz, Antoni Trybus,

Korekta: Joanna Stocka

Januszyk, Jadwiga Jarosz, Joanna Jas, Michał Jóźwiak, Maja

Julia Uszyńska, Tamara Wachal, Mateusz Wantuła, Klaudia

Kaczyńska, Maria Kadłuczko, Joanna Kaniewska, Marta

Waruszewska, Bogusław Waszkiewicz, Joanna Wąsowicz,

Kasprzyk, Julia Kieczka, Mateusz Klipo, Aleksandra Kłos,

Zofia Wereśniak, Paulina Winiatowska, Alicja Woźnica,

Izabela Kołakowska, Maciej Kondraciuk, Kajetan Korszeń,

Jacek Wnorowski, Jędrek Wołochowski, Wiktoria Wójcik,

Lena Kossobudzka, Jędrzej Koszyka, Alek Kozłowski,

Aleksander Wójcik, Dominika Wójcik, Marta Więsyk, Maria

Weronika Kościelewska, Mateusz Kozdrak, Karolina Kręcioch,

Wróbel, Marek Wrzos, Michał Wrzosek, Paweł Zacharewicz,

Skarbnik Zarządu: Lidia Żurańska

Kacper Kruszyński, Michał Kurowski, Kamil Kusztal, Maurycy

Olga Załęska, Szymon Zapert, Klaudia Zawada, Roman Ziruk,

Dział IT: Paweł Pawłucki

Landowski, Natalia Lewandowska, Anna Lewicka, Zuzanna

Dział PR: Laura Starzomska

Łubińska, Aleksander Łukaszewicz, Alex Makowski, Maciej

Redakcja zastrzega sobie prawo do przeredagowania

Markowski, Aleksandra Marszałek, Martyna Matusiewicz,

i

Współpraca:

Karolina Mazurek, Marlena Michalczuk, Kazik Michalik, Kamil

niezamówiony może nie zostać opublikowany

Mientus, Milena Mindykowska, Sebastian Muraszewski,

na łamach NMS MAGIEL. Redakcja nie ponosi

Marta Musidłowska, Tymoteusz Nowak, Marta Olesińska,

odpowiedzialności za treści zamieszczonych reklam

Michał Orlicki, Bartłomiej Pacho, Marta Pashuk, Marta

i artykułów sponsorowanych.

Dział foto: Aleksander Jura Dział Grafika: Mateusz Nita Dyrektor artystyczna: Zuzanna Nyc Wiceprezes Zarządu: Marta Bolinska

Klaudia Abucewicz, Jan Adamski, Natalia

Andrejuk, Paulina Bala, Aleksandra Bier, Aleksandra Błaszczyk, Martyna Borodziuk, Maciej Buńkowski, Filip Brzostowski, Maciej Cierniak, Piotr Chęciński, Tomasz Chmielewski, Ewa Chojnacka, Kacper Chojnacki, Joanna Chołołowicz, Justyna Ciszek, Karol Czarnecki, Katarzyna Czech, Aleksandra Czerwonka, Ewa Czerżyńska, Aleksandra Daniluk, Marta Dziedzicka, Ewa Enfer, Mateusz Fiedosiuk, Katarzyna Gałązkiewicz, Anna Gierman, Julianna Gigol, Wiktoria Godlewska, Wojciech Godlewski, Bartosz Golec, Cezary Gołębski, Karolina Gos, Michał Goszczyński, Hanna Górczyńska, Oliwia Górecka, Urszula Grabarska, Michał Hajdan, Piotr Holeniewski, Adam Hugues, Kacper Maria

skracania

niezamówionych

tekstów.

Tekst

Pawłowska, Wiktoria Pietruszyńska, Agnieszka Pietrzak, Izabela Pietrzyk, Paweł Pinkosz, Wojciech Piotrowski,

Artykuły, ogłoszenia i inne materiały do wydania

Natalia Piwko, Jakub Pomykalski, Zuza Powaga, Wojciech

marcowego

Pypkowski, Anna Raczyk, Michał Rajs, Karolina Roman,

dostarczyć do siedziby redakcji do 10 lutego.

Maria Rybarczyk, Weronika Rzońca, Natalia Sawala,

Druk pokrywają w całości sponsorzy i reklamodawcy.

Noemi Skwiercz, Marta Smejda, Hanna Sokolska, Daria

Okładka: Zuzanna Nyc, Karolina Gos, Dominika

Sokołowska, Mikołaj Stachera, Rafał Stępień, Paweł Stępniak, Bartłomiej Stokłosa, Marcjanna Szczepaniak, Mikołaj Szpunar, Jakub Szydelski, Anna Ślęzak, Oliwia Świątek,

prosimy

przesyłać

e-mailem

lub

Knap Makieta pisma: Maciej Simm, Olga Świątecka

styczeń–luty 2020


SŁOWO OD NACZELNEGO / wstępniak będzie fajnie, mówili

Witajcie w “nowych” czasach JA N K R O S Z K A R E DA K TO R N A C Z E L N Y

P

Na tych niepewnych fundamentach będziemy musieli budować swoje samodzielne życie

04–05

Nowy rok tradycyjnie przynosi zmiany także w MAGLU. Jednak poza innym zdjęciem na tej stronie oraz kilkoma personalnymi drobiazgami, wszystko pozostaje po staremu. Na czas przygotowań do sesji oraz odpoczynku w trakcie ferii oddajemy w Wasze ręce obszerny i bardzo różnorodny numer. W Temacie Numeru (Urobieni, str. 13) będziecie mogli przeczytać o problemie współczesnego niewolnictwa, wciąż obecnego w wielu miejscach na świecie. Ta skłaniająca do przemyśleń lektura otwiera oczy na wiele zjawisk, o których istnieniu powinniśmy wiedzieć. Innymi trudnymi tematami, które poruszamy w tym numerze, są problemy molestowania na uczelni (Cichy krzyk, str. 10) oraz alkoholizmu w stolicy (Wieżowce, str. 48). Poszukując bardziej optymistycznych akcentów, warto przeczytać reportaż z autostopowej podróży przez Gruzję (Gruzja – na rozstaju dróg, str. 60) oraz tekst poświęcony lekkiemu podejściu twórców science fiction do faktów (Gdy science mija z się z fiction, str. 54). Poza tym – jak co miesiąc – znajdziecie w MAGLU artykuły na bieżące tematy polityczno-społeczne oraz liczne recenzje w działach kulturalnych. Enjoy!

Czekając na pierwszy śnieg...

rys. Aleksandra Czerwonka/zyjmy_ladniej

oczątek roku jest w naszej kulturze nierozerwalnie związany ze zmianami. Społeczny przymus tworzenia noworocznych postanowień, potęgowany przez wszechobecne reklamy i kampanie medialne, sprawia, że zaczynamy naiwnie wierzyć w łatwą poprawę naszej codzienności. Taka wiara w magię dat nie dotyczy zresztą jedynie zmiany jednostkowej. Ileż było już przepowiadanych „końców świata” czy początków „nowych czasów”, związanych tylko z zerwaniem kolejnej kartki z kalendarza. Pod tym względem rozpoczynający się rok także mógłby stać się wyjątkowy – wchodzimy przecież w lata dwudzieste. Dla nas – osób urodzonych na przełomie wieków – brzmi to absurdalnie. Większość świadomego życia spędziliśmy w ostatniej dekadzie, a termin „lata dwudzieste” kojarzył nam się dotychczas wyłącznie z twórczością Skamandrytów i Nowym Jorkiem czasów prohibicji. I choć pojawienie się kolejnej dwójki w dacie samo w sobie nic nie zmieni, trudno oprzeć się wrażeniu, że świat w nadchodzących latach będzie diametralnie inny od tego, który znaliśmy. Niepewność dotyczącą przyszłości doskonale pokazali twórcy wielokrotnie nagradzanego brytyjskiego miniserialu Years and Years (Rok za rokiem). Przedstawiona przez nich wizja najbliższej dekady jest tyleż przerażająca, co realistyczna. Przemiany społeczne, upadki banków, kryzys migracyjny, zmiany klimatyczne oraz wszechobecna technologia wykorzystywana w sposób rodem z antyutopii Orwella to problemy, które już poznaliśmy, a które coraz częściej będą stanowiły naszą codzienność. Wydaje się, że zmiany otaczającego świata w szczególny sposób dotkną nas – pokolenie dwudziestolatków wchodzących właśnie w prawdziwą „dorosłość”. Na tych niepewnych fundamentach będziemy musieli budować swoje samodzielne życie, kończyć proces poszukiwania własnej tożsamości. Dlatego, parafrazując stare chińskie przysłowie (którego korzenie podobno wcale nie sięgają starożytności, a końca XIX w.) – czekają nas prawdziwie ciekawe czasy.


Polecamy: 10 UCZELNIA Cichy krzyk

Problem molestowania wśród studentów

13 TEMAT NUMERU Urobieni

Mechanizmy współczesnego niewolnictwa

fot. Aleksander Jura

24 PIG Wywiad: W morzu fake newsów Jak radzić sobie z dezinformacją

styczeń–luty 2020


UCZELNIA

/ krwawi darczyńcy

stary człowiek i może

Dobre wampiry Styczeń to czas wymyślania najróżniejszych postanowień noworocznych. Warto w tym okresie skupić się nie tylko na stwierdzeniu Nowy rok, nowa ja, lecz także pójść o krok dalej. Najlepiej z Wampiriadą, organizowaną cyklicznie na Uniwersytecie Warszawskim. T E K S T:

W I K TO R I A P I E T R U S Z Y Ń S K A

azwa tego przedsięwzięcia może budzić różne skojarzenia – najczęściej związane z Halloween lub tytułem horroru. Chodzi jednak o  coś zupełnie innego. Wampiriada to studencka kampania honorowego krwiodawstwa corocznie organizowana przez Niezależne Zrzeszenie Studentów. Niejednokrotnie łączona jest z możliwością zapisu do bazy dawców szpiku kostnego. Organizowana jest w prawie wszystkich ośrodkach akademickich na terenie całego kraju, a po raz pierwszy odbyła się na Politechnice Krakowskiej w grudniu 2000 r. Jej misją jest szerzenie idei oddawania krwi oraz zwiększenie świadomości studentów. W niektórych miastach odbywa się wiosną i zimą. Na UW można wziąć w niej udział co najmniej trzy razy w  roku. Pod koniec cyklu akademickiego odbywa się finał akcji organizowany w mieście, które w danym roku jest siedzibą Centrum Krajowego projektu.

N

rają między innymi Pijalnie czekolady Wedel, Costa Coffee, Play czy teatry takie jak Teatr Współczesny (oferuje on honorowym dawcom zaproszenia na sztuki lub podwójne bilety!). Partnerów jest oczywiście o wiele więcej. Warto obserwować fanpage Wampiriady na UW, żeby być na bieżąco z edycjami akcji, ale nie tylko – publikowane są tam też posty na temat osób, które pilnie potrzebują krwi.

Nie trzeba oddawać krwi regularnie – można to zrobić jednorazowo lub raz na kilka lat. Wszystko zależy od chęci i możliwości organizmu.

Nasza edycja

o f. J an na Ch oło ł ow ic z

06–07

gr a

Wampiriada Uniwersytetu Warszawskiego działa od wielu lat. W akcji mogą brać udział nie tylko osoby związane z  uczelnią, lecz także wszyscy zainteresowani spoza UW w wieku od 18 do 65 lat. Studenci, ich znajomi i rodziny chętnie angażują się w  honorowe oddawanie krwi. Podczas jesiennej edycji zatytułowanej Wampiriada albo psikus! zarejestrowano 242 osoby, z których ostatecznie 145 oddało krew. Niezależne Zrzeszenie Studentów ściśle współpracuje z  Regionalnym Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Warszawie. Dzięki temu Wampiriada ma zapewnione krwiobusy, w  których odbywają się badania oraz oddawanie krwi. Organizatorzy projektu decydują o miejscu, które będzie gościło całą akcję. Zawsze uśmiechnięci, wspierają i zachęcają wszystkich do wzięcia udziału w przedsięwzięciu. Gotowi są również pomóc w  przypadku, gdyby ktoś chciał uzyskać szczegółowe informacje dotyczące bezpieczeństwa oddawania krwi, niezbędnych procedur i statystyk. Warto wspomnieć też, że Wampiriada współpracuje z  licznymi partnerami, którzy podczas każdej edycji szykują dla krwiodawców różne gadżety, zniżki czy vouchery. Akcję wspie-

Bezpieczna strata Najczęściej jednorazowo można oddać 450 ml krwi pełnej, która zawiera krwinki czerwone i białe, płytki krwi oraz osocze, a cały proces trwa około 20 minut. Pobiera się ją nie częściej niż co osiem tygodni. Mężczyzna może oddać krew ok. sześciu razy w roku, a kobieta − cztery. Jest to spowodowane menstruacją, przez którą niejednokrotnie czas między jednym a  drugim pobraniem krwi u kobiet wydłuża się. Organizatorzy zapewniają stuprocentowe bezpieczeństwo zarówno dla dawcy, jak i  dla

biorcy. Krwiodawca jest dokładnie przebadany przed pobraniem, a krew podlega precyzyjnej analizie przed podaniem jej biorcy. Cały proces jest w pełni sterylny. Nie ma możliwości, żeby zarazić się wirusem HIV czy inną chorobą, której przeniesienie jest możliwe poprzez kontakt z  igłą. Nie trzeba oddawać krwi regularnie – można to zrobić jednorazowo lub raz na kilka lat. Wszystko zależy od chęci i  możliwości organizmu. Mimo to wiele osób decyduje się na bycie stałym krwiodawcą.

Na pewno mogę? Trzeba pamiętać, że krew mogą oddawać tylko osoby zdrowe. Chorzy na cukrzycę, poważną chorobę układu krążenia, oddechowego, pokarmowego czy nerwowego nie mogą zostać krwiodawcami. Nie wolno zapominać też o sytuacjach, w których chwilowo organizm nie jest w stanie przetrwać ubytku krwi. Chodzi przede wszystkim o momenty, w których chętna osoba przeszła w ciągu ostatnich sześciu miesięcy poważny zabieg chirurgiczny czy badania takie jak gastroskopia lub gdy samemu było się leczonym krwią. Drobny zabieg chirurgiczny czy usunięcie zęba wyłącza możliwość bycia krwiodawcą na siedem dni. Wiele osób zastanawia się, czy posiadacze tatuaży mogą być dawcami. Odpowiedź jest prosta – jak najbardziej mogą, ale musi upłynąć pół roku od wykonania tatuażu. Taka sama zasada dotyczy piercingu − przekłuwanie uszu jest także uwzględnione. Kobiety powinny pamiętać, że w czasie menstruacji i przez trzy dni po jej zakończeniu też należy się wstrzymać. Co za dużo straconej krwi, to niezdrowo. Sportowcy w  dniu oddawania krwi powinni powstrzymać się od aktywności fizycznej, a po pobraniu przez co najmniej kilka godzin unikać intensywnego wysiłku. Oczywiście picie alkoholu przed oddaniem krwi jest niedozwolone. Rzecz najważniejsza – nie jest istotne to, jaką masz grupę krwi. Nawet jeśli to ta, która występuje najczęściej. Najtrudniej jest znaleźć dawców z grupą AB Rh-. Większość populacji ma współczynnik 0 lub A  Rh+. Każda krew jest potrzebna i może przyczynić się do uratowania komuś życia.


krwawi darczyńcy /

Na czczo? Przed zabiegiem pobierania krwi (w celu medycznej analizy poszczególnych wskaźników) nie można jeść – istnieje wówczas prawdopodobieństwo, że wyniki będą nieprawidłowe. Z krwiodawstwem jednak jest inaczej, tutaj wręcz trzeba zgłosić się po posiłku. Jedyne o czym należy pamiętać to to, że jedzenie nie powinno być tłuste. Przed oddaniem krwi zaleca się też wypicie dużej ilości wody lub soku, aby dobrze nawodnić organizm. Wynagrodzenie za ten niewielki wysiłek to aż osiem czekolad! Jest to chyba jedna z nielicznych okazji, kiedy można zjeść więcej słodyczy, nie mając przy tym wyrzutów sumienia!

Mamy przywileje! Krwiodawstwo wiąże się również z pewnymi przywilejami. Po pierwsze, po oddaniu krwi przysługuje czas wolny od pracy lub nauki. Dodatkowo otrzymuje się wyniki badań krwi, jest więc możliwość skontrolowania stanu swojego zdrowia. Istnieje także możliwość odliczenia rocznej darowizny krwi w zeznaniu podatkowym. Kobiety, które oddadzą co najmniej pięć, a mężczyźni sześć litrów krwi, otrzymują tytuł Zasłużonego Honorowego Dawcy Krwi. Upoważnia on do otrzymywania bezpłatnych leków, zarówno tych podstawowych, jak i uzupełniających, a w niektórych przychodniach i aptekach można zostać obsłużonym poza kolejnością.

Nie tylko krew Na UW studenci, we współpracy z Fundacją DKMS, organizują także akcje rejestracji poten-

cjalnych dawców komórek macierzystych. Ostatnie takie przedsięwzięcie miało miejsce na początku grudnia 2018 r. Jest to proces bardziej skomplikowany niż oddawanie krwi, a rejestracja przebiega nieco inaczej. Polega ona na przeprowadzeniu wywiadu medycznego z  potencjalnym dawcą, pobraniu wymazu z  wewnętrznej strony policzka oraz wypełnieniu formularza z  danymi. Jest to oczywiście bezbolesne – wymaz zbierany jest za pomocą patyczka zakończonego watą. Doprowadzenie rejestracji do końca trwa ok. trzy–cztery miesiące. Wynika to z  konieczności dokładnego zbadania pobranego wymazu i wprowadzenia danych do bazy.

Każda krew jest potrzebna i może przyczynić się do uratowania komuś życia. Dawcą może zostać każdy pomiędzy 18 a  55 rokiem życia, kto waży minimum 50 kg i  nie ma zbyt dużej nadwagi. Szpiku nie pobiera się od razu – jeśli wszystko pójdzie pomyślnie, to potencjalny dawca zostaje wpisany do bazy danych Fundacji DKMS. Kiedy znajdzie się osoba chorującą na nowotwór krwi, mająca takie same cechy tkankowe jak dawca, to zostaje on poinformowany przez osoby z  fundacji. Niektórzy od razu znajdują osobę, której mogą podarować szpik – inni czekają całe życie. Są dwie metody pobierania szpiku. Najpopularniejsza to odseparowanie komórek macierzystych

UCZELNIA

z krwi obwodowej. Ma ona podobny przebieg jak oddawanie  krwi, trwa jednak zdecydowanie dłużej. Druga metoda to pobranie szpiku kostnego z talerza kości biodrowej. Jest ona stosowana tylko w 20 proc. przypadków, a mimo to osoby zainteresowane byciem dawcą często się jej boją. Wydaje się bardziej bolesna i inwazyjna, budzi również skojarzenia z poważnym zabiegiem medycznym. Wykonuje się ją jedynie w przypadku przeciwwskazań do odseparowania szpiku z krwi.

Remember that! Decyzja o byciu krwiodawcą lub dawcą szpiku musi zostać dokładnie przemyślana i nie powinna być podjęta pod wpływem impulsu. Nie można zdecydować się na ten krok tylko po to, żeby zaimponować rodzinie, znajomym czy drugiej połówce. Łatwo wyobrazić sobie sytuację, gdy ktoś wpisuje się do bazy dawców szpiku i już po kilku tygodniach dostaje telefon z  informacją, że znalazł się chory w  potrzebie. Decyzja o  wpisaniu się do bazy została podjęta przez taką osobę pod wpływem chwili, gdy jej bliscy również się rejestrowali. Informacja o potrzebującym może ją przerazić, bo panicznie boi się zabiegu pobierania szpiku i  nie zastanawiała się nad tym, czy jest na to gotowa. Jeśli bardzo chcesz pomóc, ale boisz się igieł lub robi ci się słabo w takich sytuacjach, to zawsze możesz znaleźć inny sposób, żeby wesprzeć taką akcję. Jest wiele możliwości – pomoc przy organizacji Wampiriady czy rejestracji do DKMS. Takie gesty wydają się małe, ale mają ogromne znaczenie! 0

graf. freepik.com

styczeń-luty 2020


UCZELNIA

/ przyszłość nauki

fot. uw.edu.pl

Pierwszy dzwonek w szkołach doktorskich

Osoby, które już dziś widzą siebie po drugiej stronie uczelnianej sali – w roli wykładowcy czy badacza – mają od niedawna lepsze szanse na rozpoczęcie kariery akademickiej po ukończeniu studiów. Zawdzięczamy to nowej formie realizowania doktoratu. T E K S T:

M I C H A Ł G O S ZC Z Y Ń S K I

GRAFIKA:

Z U Z A N N A N YC

d trwającego obecnie roku akademickiego obowiązują znowelizowane przepisy dotyczące kształcenia doktorantów. Wprowadzono je tzw. Ustawą 2.0*, która zreformowała system szkolnictwa wyższego w Polsce. Nie ominęło to oczywiście Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie od 1 października 2019 r. funkcjonują cztery szkoły doktorskie: Szkoła Doktorska Nauk Humanistycznych, Szkoła Doktorska Nauk Społecznych, Szkoła Doktorska Nauk Ścisłych i Przyrodniczych oraz Międzydziedzinowa Szkoła Doktorska.

O

w nich stopnia doktora. Kierunek kształcenia zależy tylko od potrzeb kandydatów, którzy zaaplikują i  dostaną się do jednostki. Ideą stojącą za tą szczególną szkołą jest to, aby doktoraty, które w niej powstaną, wykraczały poza obręb jednej dyscypliny naukowej i  dzięki temu mogły

Limity przyjęć były ustanowione na poziomie stu miejsc dla każdej z dziedzinowych szkół doktorskich

Centralizacja Trzy szkoły organizują kształcenie skupione wokół różnych dziedzin nauki. Dwie z nich zajmują się siedmioma dyscyplinami naukowymi, a  jedna aż dziesięcioma. Należą one do wskazanych w  nazwach szkół dziedzin. Wyjątkiem od tej reguły jest Międzydziedzinowa Szkoła Doktorska, w  której reprezentowane mogą być wszystkie dyscypliny. Jedynym warunkiem jest to, że Uniwersytet musi mieć prawo nadawania

08–09

być bronione w ramach dziedziny, co potwierdzi wysoki poziom pracy i jej interdyscyplinarny charakter. Wzmocniony został również, leżący u podstaw nowego modelu, element międzydziedzinowości; zapewnią go wspólne zajęcia i (docelowo) miejsca do pracy oraz integracji pomiędzy doktorantami.

Nowy system centralizuje kształcenie doktorantów, które dotychczas realizowano na 33 kierunkach studiów doktoranckich prowadzonych w trybie stacjonarnym i niestacjonarnym w ponad 25 jednostkach UW. Każda z  nich miała własne zasady rekrutacji i kształcenia.

Przejrzysty system rekrutacji Każda ze szkół doktorskich prowadziła rekrutację na rok akademicki 2019/2020 w oparciu o  podobne zasady. Zostały one wypracowane w gronie ekspertów, mających wspierać powstawanie każdej z czterech szkół**. Oceny kandydatów, którzy deklarowali w rekrutacji chęć realizacji badań w ramach danej dyscypliny, dokonywał zespół złożony w większości z osób ją reprezentujących. Podstawą kwalifikacji był projekt badawczy przygotowany przez kandydata, jego dotychczasowy dorobek naukowy oraz rozmowa kwalifikacyjna. W przypadku nielicznych dyscyplin w ramach Szkoły Doktorskiej Nauk Ścisłych i  Przyrodniczych obowiązywały również dodatkowe elementy oceny. Rozkład 100 punktów na


przyszłość nauki /

poszczególne kryteria był taki sam dla wszystkich kandydatów do danej szkoły, niezależnie od wybranej przez kandydata dyscypliny. Przykładowo w Szkole Doktorskiej Nauk Humanistycznych za projekt badawczy przewidziano maksymalnie 40, za doświadczenie naukowe 20, a  za rozmowę kwalifikacyjną 40 punktów. Limity przyjęć były ustanowione na poziomie 100 miejsc dla każdej z dziedzinowych szkół doktorskich. Następnie poszczególne jednostki dzieliły limit pomiędzy reprezentowane w nich dyscypliny naukowe, w  oparciu o  udział liczby pracowników realizujących badania w danej dyscyplinie w  stosunku do wszystkich pracowników Uniwersytetu. Dla Międzydziedzinowej Szkoły Doktorskiej przewidziano jedynie 35 miejsc, w tym aż 15 dla specjalnego programu Quantitative Psychology and Economics finansowanego ze środków zewnętrznych. Największą nowością dla przyszłych doktorantów była konieczność przedstawienia, już w  czasie rekrutacji, propozycji osoby, która będzie sprawowała opiekę promotorską nad kształceniem i  realizacją pracy doktorskiej. Opiekun nie mógł mieć wcześniej pod opieką więcej niż pięciu doktorantów, którzy otworzyli tzw. przewód doktorski lub rozpoczęli procedurę nadania stopnia naukowego doktora. W przypadku chęci przyjęcia szóstego podopiecznego konieczna była zgoda dyrektora szkoły doktorskiej. Zagwarantowanie współpracy promotora z małą liczbą osób ma za zadanie zwiększyć jego zaangażowanie w pomoc przyszłym doktorom już od pierwszych chwil na uczelni.

Dbając o jakość Kolejną ważną zmianą jest powszechność stypendium doktoranckiego. W  ostatnich latach było ono wypłacane około 50 proc. najlepszych doktorantów na danym etapie. Limit był bardzo rzadko przekraczany. Dodatkowe świadczenia – zwiększenie stypendium doktoranckiego oraz stypendium dla najlepszych doktorantów − mogło otrzymać odpowiednio po 30 i 10 proc. uczestników studiów doktoranckich. Taka forma pomocy finansowej obowiązuje teraz tylko w przypadku osób realizujących doktorat zgodnie z dawnym trybem. W przypadku szkół doktorskich dostępne jest w  tym momencie tylko jedno, wypłacane co miesiąc, stypendium, które nie jest obarczone koniecznością zdobywania punktów i rywalizowania z innymi. Kształcenie doktorskie w  nowym systemie może trwać maksymalnie cztery lata. Szczegóły związane z organizacją nauki, w tym również przerw związanych np. z  urlopem naukowym lub rodzicielskim, określają regulaminy szkół doktorskich – odrębny dla każdej z nich. Regulują one również realizację Indywidualnego ­Planu

UCZELNIA

Badawczego (IPB), który powinien zakończyć się obroną pracy doktorskiej. W IPB doktorant może wpisać plany i oczekiwania z uwzględnieniem podziału na poszczególne etapy. Musi jednak pamiętać, że w  połowie kształcenia będzie on poddawany tzw. ocenie śródokresowej, która sprawdzi, jak skutecznie realizowany jest IPB. W razie pomyślności oceny stypendium zostanie powiększone. W przypadku niespełnienia oczekiwań – kończy swoją przygodę w  szkole doktorskiej. W  pozostałych latach będą sprawdzane określone przez doktoranta (we współpracy z  promotorem), wskaźniki realizacji IPB – np. udział w  odpowiedniej liczbie zagranicznych konferencji naukowych lub liczba publikacji złożonych do druku.

ne moduły dydaktyki szkoły wyższej i metodyki prowadzenia zajęć specyficznych dla danej dyscypliny. Programy są skonstruowane w taki sposób, że przesunięcie zajęć z  jednego semestru na kolejny nie powinno stanowić problemu. Dzięki temu można np. skorzystać z  możliwości wyjazdu do zagranicznego ośrodka naukowego na stypendium lub staż. Przy okazji, w  przypadku chęci przyjęcia doktorantów do realizowanych już projektów badawczych, taka konstrukcja programów otworzyła możliwość bezproblemowej rekrutacji, nawet w trakcie roku akademickiego. Doktoranci przyjęci w  ten sposób rozpoczynają kształcenie już od najbliższego semestru.

Zagwarantowanie współpracy promotora z małą liczbą osób ma za zadanie zwiększyć jego zaangażowanie w  pomoc przyszłym doktorom już od pierwszych chwil na uczelni.

W każdej ze szkół będzie działała Rada Doktorantów (RD) – organ Samorządu Doktorantów Uniwersytetu Warszawskiego. Pierwsze wybory do tej instytucji odbędą się wraz z rozpoczęciem nowej kadencji wszystkich organów Samorządu – w styczniu 2020 r. Nowa RD będzie dysponowała wieloma kompetencjami związanymi z  kreowaniem życia doktoranckiego danej szkoły oraz współpracy z Dyrektorem i Radą, w uzgadnianiu np. jak realnie będzie przebiegała wspomniana ocena śródokresowa albo jak powinien być dokumentowany Indywidualny Plan Badawczy. Będzie ona również aktywnie uczestniczyć w  tworzeniu wewnętrznego systemu zapewniania jakości kształcenia każdej ze szkół. Do czasu pełnego wygaszenia studiów doktoranckich Rady Doktorantów będą współpracowały z innymi organami Samorządu na poziomie uczelni oraz jednostek, które prowadzą dotychczasowe kształcenie przyszłych doktorów. Przyjęte rozwiązania mają być na bieżąco ewaluowane, a  niezbędne poprawki przyjmowane w wyniku oceny. Być może już pod koniec 2019 r. do publicznej wiadomości zostanie podana nowa uchwała rekrutacyjna, która będzie regulowała proces rekrutacji na rok akademicki 2020/2021. Jeśli praca naukowa to coś, co was zawsze interesowało, a wizja czterech kolejnych lat w murach uczelni nie przeraża, to jest to najlepszy moment, aby rozpocząć starania o rozwój swojego dorobku naukowego oraz projektu badawczego, z myślą o kolejnej rekrutacji do szkół doktorskich Uniwersytetu Warszawskiego. 0

Ważnym elementem tej układanki i mechanizmem projakościowym jest ocena nie tylko doktoranta, lecz także jego promotora w  połowie okresu kształcenia podopiecznego. Jeśli opiekun zostanie dwukrotnie źle oceniony, to nie będzie już mógł brać pod swoje skrzydła kolejnych doktorantów. Stanie się tak również jeśli jego podopieczni nie będą przechodzić pomyślnie oceny śródokresowej.

Nie samymi badaniami... Poza realizacją planu badawczego doktoranci będą uczestniczyć w zajęciach przewidzianych w  programie kształcenia, odmiennym dla każdej dyscypliny w  danej szkole doktorskiej. Pojawią się jednak wspólne elementy dostępne dla wszystkich doktorantów. Do tej ostatniej grupy należą przedmioty związane z  budowaniem warsztatu naukowca – prawo autorskie, pisanie wniosków grantowych czy wreszcie rozbudowa-

,,Nowy” samorząd doktorantów

Źródła: * Ustawa z 20 lipca 2018 r. – Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce. ** Uchwała nr 412 Senatu Uniwersytetu Warszawskiego dnia 17 kwietnia 2019 r. w  sprawie warunków i trybu postępowania rekrutacyjnego do Szkół Doktorskich na Uniwersytecie Warszawskim w roku akademickim 2019/2020.

styczeń-luty 2020


UCZELNIA

/ problemy studentów

Cichy krzyk Co piąta Polka doświadczyła przemocy seksualnej, przy czym większość z nich – z powodu wstydu i braku wiary w realną pomoc – nie zgłosiło sprawy na policję. Według badań CBOS nasilenie problemu widoczne jest wśród studentów, a  jego konsekwencje odbijają się na ich dorosłym życiu, kształtując kolejne pokolenia w  strachu i niskim poczuciu własnej wartości. T E K S T:

A N N A R AC Z Y K

GRAFIKA:

olestowanie seksualne […] zawiera każde działanie niepożądane werbalne lub pozawerbalne, naruszające godność osoby; stworzenie wobec niej zastraszającej, wrogiej, poniżającej, upokarzającej lub uwłaczającej atmosfery; sprawca narusza także wolność seksualną i obyczajność […]. Ta długa i  na pozór oderwana od rzeczywistości definicja dotyka znanego i powszechnego problemu. Bagatelizacja, a z drugiej strony medialny, często negatywny rozgłos deprecjonują faktyczny problem, z którym wielu osobom przyszło się mierzyć.

M

Liczby grozy W przeprowadzonym na zlecenie Rzecznika Praw Obywatelskich badaniu 31,2 proc. studentów i studentek zadeklarowało, że doświadczyło przynajmniej jednego zachowania o charakterze molestowania seksualnego od momentu rozpoczęcia studiów. Co ważne, w przeważającej większości były to kobiety. Z całej badanej próby nieco ponad 12 proc. mężczyzn przyznało, że takie zdarzenie miało miejsce, podczas gdy wśród kobiet odsetek ten wyniósł niemal 44 proc. Analizy ogólnej kategorii sprawców/ sprawczyń wykazały, że najczęściej (60,7 proc.) sprawcami/sprawczyniami były osoby spoza uczelni, w drugiej kolejności koledzy/koleżanki

Z U Z A N N A N YC ze studiów (22,7 proc.). Takich zachowań doświadczano również ze strony pracowników naukowych, w tym nauczycieli i promotorów. Dotyczyło to aż 15,6 proc. badanych.

Szara rzeczywistość Zgodnie z art. 70 polskiej konstytucji władze publiczne mają obowiązek zapewnienia obywatelom powszechnego i  równego dostępu do wykształcenia. Brak adekwatnej reakcji na niewłaściwe traktowanie na uczelniach wyższych może prowadzić do ograniczenia prawa do nauki studentów, którzy doświadczają dyskryminacji i przemocy. Dyskryminacja ze względu na płeć, w tym molestowanie seksualne, jest wyraźnie zakazane jedynie w obszarze szeroko rozumianego rynku pracy (art. 11 kodeksu pracy), a także w zakresie dostępu do dóbr i usług oferowanych publicznie. Oznacza to, że studentki lub studenci, którzy ze względu na płeć doświadczyli molestowania na uczelni wyższej, mają utrudnioną drogę sądowego lub pozasądowego dochodzenia swoich praw. Tymczasem wyniki badań potwierdzają, że problem przemocy seksualnej jest obecny na polskich uniwersytetach, a najczęściej wskazywaną przesłanką molestowania była właśnie płeć. Powołując się na badania prowadzone przez Helsińską Fundację Praw Człowieka, jedynie 14 na 94 publicznych

uczelni wyższych w Polsce wprowadziło odrębną procedurę poświęconą przypadkom molestowania, wykraczającą poza model odpowiedzialności dyscyplinarnej. Karami dyscyplinarnymi są: upomnienie, nagana czy nagana z  obniżeniem wynagrodzenia zasadniczego.

Odpowiedni kierunek Na niektórych uczelniach zagranicznych pomoc osobom pokrzywdzonym jest standardem, często powołuje się konsultantów, a nawet całe zespoły zapewniające wsparcie poszkodowanym. Uniwersytet Wiedeński, Oxford, Cambridge, Sussex czy paryska Sorbona powinny być wzorcem nie tylko pod względem kształcenia, lecz także nauki tolerancji i zapewniania studentom szeroko pojętej pomocy. W  Polsce skala przemocy seksualnej jest na szczęście relatywnie niska, według badań „tylko” 19 proc. kobiet doświadczyło bowiem przemocy seksualnej lub fizycznej. Wskaźnik ten jest znacząco niższy niż np. w Szwecji, gdzie ofiarami przemocy padło 46 proc. kobiet. Rozbieżność ta nie wynika jedynie z tego, że Polska jest o  wiele przyjaźniejszym środowiskiem dla kobiet, ale przede wszystkim z  innej metodologii i definicji przemocy seksualnej. Warto również nadmienić, że 91,8 proc. przypadków przemocy seksualnej w Polsce nie jest zgłaszana organom wyższym. Z pozostałych 8,2 proc. zaledwie połowa ofiar jest odpowiednio traktowana, a  sprawca ponosi konsekwencje. Problem nie dotyczy więc tylko i wyłącznie braku narzędzi pomocowych na uczelniach wyższych, lecz także bagatelizacji sytuacji przez organy władzy.

Światełko w tunelu W  SGH dla każdego studenta dostępne są konsultacje z  psychologiem, lecz ich zakres obejmuje pracę nad organizacją, samopomocą, lepszym rozumieniem doświadczanych trudności, własnego zachowania, swoich uczuć i  potrzeb. Nie powołano wyspecjalizowanego organu umożliwiającego zgłoszenie przestępstwa na tle seksualnym. Zapis o  równości płci, tolerancji i  szacunku bez względu na wyznanie

10–11


problemy studentów /

wprawdzie znajduje się w Kodeksie Etyki pracowników uczelni, ale odnosi się do nich samych. Szkoła Główna Handlowa w swoich odpowiedziach na zapytanie Helsińskiej Fundacji Praw Obywatelskich na temat prowadzenia rejestru przypadków molestowania wskazała, że takowy nie istnieje, ponieważ brak do tego podstawy prawnej. Funkcjonuje jednak komisja dyscyplinarna zajmująca się przypadkami wszelkich nadużyć. Sytuacja wygląda nieco inaczej na Uniwersytecie Warszawskim. Nowa Rzeczniczka Praw Studenta – Katarzyna Wardzyńska – z  początkiem tego roku akademickiego powołała konsultantkę ds. przemocy seksualnej, Antoninę Lewandowską. Studentka jest aktywistką i działaczką grupy Ponton oraz Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Od czasu powołania mojego stanowiska, czyli od półtora miesiąca, napłynęło do mnie ponad dziesięć zgłoszeń – nadmienia studentka Kolegium Międzyobszarowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych i Społecznych. Jak widać, problem jest powszechny, w  związku z  czym  istnieje potrzeba utworzenia stosownego stanowiska, które miałoby się nim zająć. Pomysł jest co prawda inicjatywą oddolną, ale władze uczelni wyraziły poparcie i obecnie trwają pracę nad tworzeniem konkretnych narzędzi pomocowych. Antonina formalnie objęła stanowisko niedawno, ale dzięki swojej działalności pozauniwersyteckiej pomocą osobom poszkodowanym zajmuje się de facto od kilku lat. Zgłaszają się do niej studentki i studenci, którzy przez swoje doświadczenia często nie byli w stanie podejść do sesji czy uczestniczyć w zajęciach. Wspomina, że w  wielu przypadkach przemoc nie jest fizyczna, dlatego trudno jest udowodnić wyrządzone szkody. Co zaskakujące, do mnie jako studenckiej konsultantki z UW, odzywają się osoby z Katowic, Łodzi czy innych miejsc niezwiązanych bezpośrednio z uczelnią – opowiada Antonina. Jest to dowodem na to, że polskie placówki wciąż robią w tym kierunku za mało. Nawet jeśli istnieją organy przeciwdziałające dyskryminacji, studenci często nie mają świadomości, że mogą się do nich zgłosić. Ci, którzy się na to decydują, w  wielu przypadkach nie otrzymują odpowiedniej pomocy, a postępowanie zostaje umorzone. Ofiary przemocy są pozostawione same sobie. Ja przede wszystkim słucham, jestem powierniczką i  pośredniczką pomiędzy skrzywdzoną a  psychologami czy władzami uczelni – nadmienia – każdy oczekuje innej pomocy, a ja staram się mu ją zapewnić.

Następstwa krzywd Istnieje szereg możliwych negatywnych skutków przemocy na tle seksualnym. Pierwsza wyróżniona grupa to konsekwencje psychologiczne. Kobiety narażone na molestowanie doświadczają wyższego poziomu lęku, niepokoju, objawów depresji czy zespołu stresu pourazowego. Ponadto mają także obniżony poziom ogólnego zadowolenia z życia. Zdarzenia tego typu znacząco wpływają na poczucie własnej wartości. Kolejną

grupą są skutki organizacyjne, do których należy wycofanie czy zmniejszona wydajność pracy. W trudniejszych przypadkach ofiary muszą zrezygnować z zatrudnienia lub co gorsza, tracą pracę po złożeniu formalnej skargi. Po trzecie, doświadczenie molestowania seksualnego powoduje spadek zadowolenia ze zdrowia fizycznego, spadek odporności oraz występowanie większej liczby stanów zapalnych, bólów głowy, zaburzeń żołądkowo-jelitowych oraz zaburzeń snu. Te wszystkie czynniki popychają młode kobiety do zaprzestania studiów i samorozwoju, a strach przed wyjawieniem prawdy dodatkowo nasila wszelkie symptomy.

Nie jesteś sam W ramach akcji #MeToo osoby, które spotkały się z  molestowaniem seksualnym lub przemocą seksualną, dzieliły się publicznie swoimi bolesnymi doświadczeniami. Hasztag został rozpowszechniony i  użyty setki tysięcy razy. Na Zachodzie akcja spotkała się z  ogromnym odzewem ze strony celebrytów oraz wielu kobiet, które doświadczyły przemocy. #MeToo bez wątpienia wpłynęło na wzrost społecznej świadomości na temat

UCZELNIA

molestowania seksualnego i przemocy seksualnej, jednak w Polsce dyskusja ta mogła wydawać się ograniczona, a na pewno niedokończona – jedynie pojedyncze organizacje czy fundacje odniosły się do tego zagadnienia. Pierwszym krokiem do rozwiązania problemu jest podzielenie się nim z innymi. Oprócz rozmowy z bliskimi warto zasięgnąć porady specjalisty, np. psychoterapeuty. Można skorzystać także z telefonu zaufania oraz fundacji oferujących pomoc. Najbardziej znanym tego typu portalem jest Instytut Psychologii Zdrowia, udostępniający numer, na który można zadzwonić w  kryzysowych sytuacjach w  godzinach od 14.00 do 22.00. Konsultanci są wyszkolonymi specjalistami, nie oceniają, nie wartościują postaw czy zachowań – wspólnie z  rozmówcą zastanawiają się, co dla niego jest najlepsze w danej sytuacji. Kolejną organizacją sprawnie działającą na terenie Warszawy, Łodzi, Gdańska i  Wrocławia jest Centrum Praw Kobiet, gdzie pracownicy pomagają ofiarom w podjęciu odpowiednich kroków, by ponownie stanąć na nogi. Konsultanci mogą im towarzyszyć w  trakcie przesłuchania na komendzie policji czy podczas rozprawy sądowej. Ponadto Centrum udziela pomocy prawnej i  finansowej. Funkcjonuje również numer, pod którym można kontaktować się w wypadku, gdy siedziba placówki jest zbyt daleko lub gdy klientka chce zachować anonimowość. Jednak uczelnie wyższe jako ośrodki nauki powinny udostępniać również przestrzeń do dyskusji na tematy wrażliwe społecznie oraz pokazywać, że milczenie nie jest rozwiązaniem. Uniwersytet powinien być miejscem stabilnym i bezpiecznym dla wszystkich studentów. Mówiąc o przemocy seksualnej i nagłaśniając problem mobbingu czy molestowania należy pamiętać, aby nie stała się ona jedynie chwytliwym nagłówkiem i  „modnym” tematem. Za każdą sytuacją stoją ludzie, którzy nadal walczą z traumą, dlatego pomoc im powinna być dla uczelni priorytetem. 0

Informacja Jeżeli Ty lub osoby w Twoim otoczeniu potrzebują pomocy, zadzwoń pod numer kryzysowy Instytutu Psychologii Zdrowia 116 123 lub telefon zaufania Centrum Praw Kobiet (22) 621 35 37 Możesz też skontaktować się z Antoniną Lewandowską konsultantka@samorzad.uw.edu.pl

styczeń–luty 2019


PATRONATY

/ kalendarz wydarzeń

soy division

Kalendarz wydarzeń Konferencja Inwestycje Alternatywne 8-10 stycznia Serdecznie zapraszamy na VI edycję konferencji Inwestycje Alternatywne organizowaną przez Studenckie Koło Naukowe Biznesu, która odbędzie się 8-10 stycznia 2020r. Inwestycje Alternatywne to 3 dni wypełnione wykładami, panelami dyskusyjnymi i warsztatami, które przybliżą uczestnikom nietuzinkowe formy inwestowania. Konferencja skierowana jest zarówno do studentów, jak i  osób spoza uczelni. Uczestnicy z  pewnością odnajdą inspirację, jak nietuzinkowo zróżnicować swój portfel inwestycyjny.

Discover Europe 2020 marzec Discover Europe to największy ogólnoeuropejski konkurs fotograficzny dla studentów organizowany przez Erasmus Student Network Polska. Główną ideą Konkursu jest przedstawienie problemów i wizji Europy, by nawiązać dialog międzykulturowy i  otwierać nowe furtki przed aspirującymi fotografami z  całego kontynentu. 17. edycja Konkursu rozpocznie się już 1. marca. Jury wybierze 10 najlepszych zdjęć w trzech kategoriach. Laureaci zostaną nagrodzeni podczas uroczystej Gali Finałowej w Warszawie.

Manufaktura Kultury Nie masz pomysłu na prezent dla bliskiej osoby? Na pomoc wszystkim studentom przychodzi Manufaktura Kultury ESN SGH! Od 2014 staramy się przybliżyć Wam świat kulturalnej stolicy. Regularnie wraz z naszymi Partnerami (m.in. Kino Atlantic, Teatr Studio, Nikodem Szewczyk) na naszym profilu na FB, przygotowujemy dla Was liczne konkursy, w których można wygrać bilety na spektakle, jak i wejściówki do najmodniejszych miejsc w Warszawie (Cosmos Muzeum). Daj się wciągnąć kulturze już dziś!

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31

Projekt stażowy „START do 3D” – II edycja 5 stycznia–31 marca „START do 3D” to projekt stażowy organizowany przez firmę Omni3D specjalizującą się w przemysłowym druku 3D. W terminie 5.12.2019 – 31.03.2020 r. Organizator czeka na zgłoszenia. Wyniki zostaną podane 20.04.2020 r. Dla trzech laureatów przewidziano czterotygodniowy płatny staż. Omni3D czeka na prace pt. „Obszar implementacji druku 3D w branży automotive - nowe zastosowania”. Projekty powinny być merytoryczne. Więcej o konkursie na stronie www.omni3d.pl.

Nowy Folder x Against Gravity styczeń–luty Szukasz regularnej dawki kina dokumentalnego? Weź udział w comiesięcznych, otwartych pokazach na WDIB na UW! Organizatorem spotkań jest magazyn Nowy Folder oraz Fundacja „Centrum Badań i Edukacji” im. R. Kapuścińskiego we współpracy z  Millenium Docs Against Gravity. W  grudniu pokazaliśmy „Bellingcat: prawda w czasach postprawdy”. 15.01 pokażemy „Eating Animals”, 19.02 „Hi, A.I.” a 18.03 „Hail, Satan?”. Po seansie odbywa się dyskusja z gościem. Szczegóły wydarzeniu na Facebooku, zapraszamy!

Przędsiębiorcza Kobieta styczeń Drogie kobiety! W styczniu 2020 roku w  Warszawie odbędzie się wyjątkowe wydarzenie Przedsiębiorczej Kobiety organizowane przez Studenckie Forum Business Centre Club. Spotkanie będzie źródłem inspiracji i  zastrzykiem motywacji do działania! Czekają na Was atrakcje: spotkacie inne przedsiębiorcze kobiety, zainspirujecie się podczas prelekcji oraz będziecie miały szanse wygrać wartościowe nagrody. Jesteśmy na Facebooku: Przedsiębiorcza Kobieta Warszawa, zapraszamy!

Informacja dla organizacji Organizujesz interesującą konferencję? Koordynujesz nowy, ciekawy projekt? Możemy Ci pomóc dotrzeć do społeczności studenckiej SGH i UW. Zapytaj o Patronat Medialny Niezależnego Miesięcznika Studentów MAGIEL, pisząc na: magiel.patronaty@gmail.com. Deadline na zgłoszenia do numeru marzec 2020: 05.02.2020.

12–13


Urobieni

Porzućcie obraz niewolnika jako skutego łańcuchami biedaka z kulą u nogi. Dzisiejszego sługę można wynająć na godziny, a jeden z nich prawdopodobnie mył po Was talerze w którejś z warszawskich restauracji ze śniadaniami za złotówkę. T E K S T:

M AT E U S Z S KÓ R A

Z DJ Ę C I A :

K A R O L I N A G O S, D O M I N I K A K N A P, Z U Z A N N A N YC


/ mechanizmy współczesnego niewolnictwa

iewolnictwo budzi najczęściej skojarzenia ze zjawiskiem mniej więcej tak starym, jak sama cywilizacja. Wraz z postępem technologicznym i globalizacją zmienił się jednak obraz handlarza „żywym towarem”.

N

Od handlarza do oszusta Historycznie niewolnik stanowił własność jego nabywcy. Własność w rozumieniu bardzo podobnym (jeśli nie tożsamym) do rzeczy. Niezależnie jednak od tego, czy sługę nabyto w starożytnym Rzymie, czy na dziewiętnastowiecznym targu w Karolinie Południowej, w momencie zakupu losy nieszczęśnika stawały się nierozerwalnie związane z „panem”. Właściciel zyskiwał wobec takiej osoby możliwość decydowania o prawu do życia i śmierci, ale również przejmował odpowiedzialność za swój „nabytek”. Dla amerykańskiego plantatora niewolnik był bowiem nie lada inwestycją. W 1850 r. średni koszt trzech piątych człowieka wahał się w okolicy równowartości ok. 40 tys. dolarów amerykańskich. Dziś za „żywy towar” można zapłacić ok. 400 dol. (czyli cenę nieco niższą niż koszt iPhone’a 8 na rynku wtórnym). Aczkolwiek, jak pokazuje praktyka, człowieka czasem nawet nie trzeba od nikogo kupować, aby ten stał się uległy. Relacja typu modern slavery różni się od swojego poprzednika właśnie na wpół legalnym charakterem stosunku, jaki łączy wyzyskiwacza z  wyzyskiwanym. Najczęściej zjawisko niewolnictwa można kojarzyć z handlem ludźmi, jednak należy tutaj zaznaczyć różnicę. Tak jak dzisiejsze niewolnictwo nie musi być tożsame z  rzeczywistym rozporządzaniem człowiekiem, tak handel ludźmi nie jest jednoznaczny z  ich przemytem.

14-15

Aby stać się ofiarą pracy przymusowej, nie trzeba nawet opuszczać miejsca zamieszkania.

Pętla, która sama się zaciska W czasach, które znamy z  podręczników szkolnych, to od właścicieli niewolników zależało, czy służący dostaną pożywienie i czy będą mieli gdzie spać. Współczesny handlarz również staje się zatem potrzebny, a wręcz niezbędny do funkcjonowania swojej ofiary. A przynajmniej takie wrażenie chce stworzyć, by uzależnić od siebie osobę przekonaną, że nie ma żadnej drogi ucieczki i  zmiany na lepsze. Najłatwiejszym celem będzie cudzoziemiec, który przyjeżdża w  poszukiwaniu pracy – po ściągnięciu

Zaczyna się generowanie kosztów: za dach nad głową, za możliwość spania w zatłoczonych sypialniach, za posiłek. do kraju docelowego wystarczy zabrać mu paszport, a  przy wszelkich oznakach buntu postraszyć go poinformowaniem odpowiednich służb o nieuregulowanej sytuacji prawnej. Jeżeli to nie pomoże, pracownika można też zobowiązać do spłacania długu za przyjazd. Następnie zaczyna się generowanie kosztów: za dach nad głową, za możliwość spania w  zatłoczonych sypialniach, za posiłek – chociażby miała to być tylko zupa „z wkładką”. Z czasem wypłaty kurczą się, aż nie

wystarcza ich na transport do większego miasta ani nawet na podstawowe przedmioty codziennego użytku. A bez środków do życia na pewno trudniej jest uciec. Bakro wmawiał mi, że reszta [wypłaty – przyp. aut.] idzie na pokrycie kosztów pokoju, jedzenia i  transportu do pracy – mówił Kamil, bohater reportażu Moniki Redzisz o  ofiarach handlu ludźmi w  Wielkiej Brytanii, który ukazał się w „Dużym Formacie” w czerwcu 2018 r. – Środki czystości, papierosy musiałem sobie sam kupować, ale i na to nie starczało. Szczerze? Chodziłem po ulicy i  pety zbierałem, żeby zapalić. Pracowaliśmy czasem po 8, czasem po 12 godzin, „owertajmy” były wypłacane, ale wszystko zabierał Bakro. Cały czas mówił, że wiszę mu za coś pieniądze. Dalszej alienacji służyć może również obojętność funkcjonariuszy publicznych. Tak Kamil relacjonował próbę zgłoszenia kradzieży dowodu osobistego do brytyjskiej policji: Poszedłem na policję – zero zainteresowania. Kazali mi jechać do polskiej ambasady do Londynu i wyrobić sobie dokumenty. Jak miałem do Londynu jechać bez pieniędzy? Z policją angielską nie chciałem już później mieć nic wspólnego. Po pozornym odcięciu wszystkich źródeł pomocy współczesnemu niewolnikowi pozostaje już tylko praca. Najważniejsze wtedy było dla mnie przeżyć – przyznaje Maria z Ukrainy, bohaterka stworzonego przez Fundację La Strada filmu “Trafikoteka”, która przez pośrednika znalazła pracę jako pomoc kuchenna. Jak się okazało, u  oszusta. – Zmęczona byłam tak, że nawet nie miałam siły myśleć o jakichś dokumentach albo o zmianie pracy lub mieszkania.


mechanizmy współczesnego niewolnictwa /

Mapowanie modern slavery Fundacja Walk Free (autorzy Global Slavery Index, przekrojowego raportu o zjawisku współczesnego niewolnictwa) korzysta z  terminu modern slavery jako pojęcia-parasola, pod którym znajduje się zarówno zjawisko wymuszonego małżeństwa, jak i  praca przymusowa. Forced labour dzieli się na trzy grupy. Pierwszy podział odbywa się ze względu na to, czy wyzyskującym był zwykły podmiot fizyczny, czy aparat państwowy. W  tej drugiej kategorii pod względem kryterium liczby niewolników na 100 tys. mieszkańców od lat prowadzi Korea Północna. W  przypadku gdy wyzyskiwaczem nie jest państwo, kolejny podział dotyczy przedmiotu świadczenia , które wyzyskiwany dostarcza ciemiężycielowi. To z  kolei służy kwestiom stricte metodologicznym – w ramach pracy przymusowej wyodrębnia się zjawisko wykorzystywania seksualnego, które w  ponad 99 proc. przypadków dotyczy kobiet. Nie ma jednak dokładnych liczb, które opisywałyby zjawisko współczesnego niewolnictwa. Są tylko szacunki, które powstają na podstawie danych o  wszczętych postępowaniach karnych jak i z ankiet przeprowadzanych przez instytucje zajmujące się problemem modern slavery. Stąd opracowania wiążą się z dużym marginesem błędu. Wydaje się to dość oczywiste – gdyby agencje rządowe dysponowały dokładnym zestawem danych dotyczącym tego kto, gdzie i  w  jakiej formie pozostaje zatrudniony w postaci niewolnika, zwalczanie tego typu zależności nie stanowiłoby tak skomplikowanego problemu. Według raportu Global Estimates of Modern Slavery opracowanego w 2017 r. przez

Międzynarodową Organizację Pracy (ILO) we współpracy z fundacją Walk Free około 40,3 mln osób w skali całego świata pozostawało w  warunkach współczesnego niewolnictwa, w tym niemal 25 mln ludzi w każdej chwili wykonywało pracę wbrew swojej woli. W  Polsce problem może dotyczyć do 128 tys. osób. Wierzymy, że szacowane 40,3 mln [współczesnych niewolników – przyp. aut.] w  skali globalnej to na ten moment najbardziej wiarygodne dane, jakie posiadamy, aczkolwiek jednocześnie wiemy, że to dość ostrożne szacunki – mówił Guardianowi w  lutym 2019 r. starszy statystyk ILO, Michaëlle de Cock. – Nie byliśmy w stanie dotrzeć do milionów ludzi, którzy znajdują się w strefach konfliktów zbrojnych oraz na uchodźstwie, jak i w miejscach, w których nie mogliśmy być pewni zebrania odpowiedniej puli danych (np. w Zatoce Perskiej).

Jest bezpiecznie Jak w ogóle dochodzi do werbunku i  kim jest ofiara współczesnego niewolnictwa? To osoba, która została nakłoniona do podjęcia pracy podstępem – tłumaczy w rozmowie dla „Gazety Wyborczej” Aleksandra z organizacji Hope for Justice. – Najczęściej została oszukana, składano jej fałszywe obietnice. Zaczyna pracę dobrowolnie, jednak nie może z  niej dobrowolnie zrezygnować. Mimo że nie zarabia w ogóle albo zarabia grosze, nie może odejść. Nie ma kontroli ani nad swoimi finansami, ani nad godzinami pracy. Pracuje pod wpływem przymusu fizycznego lub manipulacji psychologicznej. Do Warszawy przyjechałam cztery lata temu. Oczywiście przez agencję, której musiałam za-

płacić pieniądze – to początek relacji Marii z Ukrainy, która przyjechała do Polski w  celu zarobienia pieniędzy dla biednej czteroosobowej rodziny Jej historia otwiera cykl świadectw ofiar handlu ludźmi, który można znaleźć w serwisie YouTube pod tytułem “Trafikoteka”. – Pracownicy agencji gwarantowali zatrudnienie i zamieszkanie, a co najważniejsze – dobre zarobki. Wszystkie pieniądze, które posiadałam, włożyłam w swój wyjazd do Polski. Profil osoby narażonej na handel ludźmi jest złożony. To nie tylko osoby pochodzące z  zagranicy, lecz także niepełnosprawni, ubodzy czy młodzi ludzie uciekający z  domów. Ich wspólny mianownik stanowi bezradność wobec dobrze zorganizowanego przestępcy, który zdobywa kontrolę nad swoją ofiarą. Jest kilka czynników, dzięki którym kwitnie współczesne niewolnictwo – mówił „Guardianowi” Jakub Sobik, członek brytyjskiej organizacji pozarządowej Anti-Slavery. – To bezbronność, dyskryminacja, i bezskuteczność prawa. [Handlarze ludźmi – przyp. aut.] nie muszą być psychologami, chociaż tacy też się zdarzają – opowiada podczas wystąpienia TedX w Lublinie Irena Dawid-Olczyk, prezeska Fundacji La Strada. – Muszą dobrze wiedzieć, gdzie są ludzkie słabości. […] Cały czas sprawdzają, czy jest ktoś, z kogo mogą być pieniądze. Bardzo często w handlu ludźmi uczestniczą rodacy ofiar – to oni rekrutują i sprzedają pracowników – mówiła na początku sierpnia 2019 r. w  wywiadzie dla portalu ngo.pl wiceprezeska Fundacji La Strada, Joanna Garnier. – Sprzyja temu wspólny język i  zaplecze kulturowe. To nie jest [tylko – przyp. aut.] polska specyfika. 1

1


/ mechanizmy współczesnego niewolnictwa

Ludzie od wszystkiego

Wychodząc poza sex trafficking

Do czego wykorzystuje się ofiarę modern slavery? To zależy wyłącznie od inicjatywy wyzyskującego. W warunkach niewolniczych pracę może wykonywać zarówno sprzątacz, kierowca samochodu ciężarowego, jak i robotnik na budowie. Głośną historią z 2017 r. był spór dotyczący pracownic obsługujących członków korpusu dyplomatycznego Kuwejtu. Zatrudnione w  domach dyplomatów Filipinki pracowały jako pomoc po kilkanaście godzin dziennie. Były zmuszane do wykonywania swoich obowiązków mimo chorób oraz miały kategoryczny zakaz opuszczania miejsca pracy. Dzięki wsparciu Fundacji La Strada poszkodowanym pracownicom zostały ostatecznie wypłacone odszkodowania. W raporcie The Typology of Modern Slavery organizacja Polaris Project wyróżnia 25 różnych typów aktywności, które są obciążone ryzykiem wykorzystywania w  ich ramach pracy przymusowej. Mimo że raport ten z natury jest amerykocentryczny, służy on z pewnością lepszemu wyobrażeniu o  formach, w  jakich w  XXI w. może odbywać się zjawisko niewolnictwa. W klasyfikacji Polaris Project nadal dominują różne formy wykorzystywaniu seksualnego, czyli m.in. nadużywanie władczej pozycji pracodawcy w agencjach towarzyskich, nielegalnych salonach masażu czy prostytucji przydrożnej. Polaris Project zebrał również dane o  handlu ludźmi w  sytuacjach, w  których osoba wykorzystywana nie sprzedaje się kupującemu bezpośrednio, co dotyczy m.in. pornografii, a  także transmisji za pośrednictwem webcams. Kiedy zakładałyśmy naszą organizację, byłyśmy nastawione na pomoc kobietom zmuszanym do prostytucji – mówiła Garnier. – Popyt na usługi seksualne się nie skończył, ale zaczął mu towarzyszyć popyt na tanią pracę: w budowlance, fabrykach, przy sprzątaniu czy usługach opiekuńczych.

Współczesnych niewolników często można spotkać w restauracjach – to znany medialnie przykład Mirosława K., którego niezakończona jeszcze sprawa obrazuje obecność modern slavery również w  Polsce. Mirosław K. oferował obywateli Ukrainy na „czarny zmywak” na podstawie leasingu pracowniczego – normalnie uregulowanej w kodeksie pracy formy świadczenia usług na rzecz innego pracodawcy (który nie musi mieć pojęcia o prowadzeniu przez pośrednika procederu handlu ludźmi). Według doniesień prasowych, wśród przedsiębiorstw korzystających z  oferty Mirosława K. miały się znaleźć co najmniej dwa znane warszawskie lokale gastronomiczne. Swoich

16-17

Wszyscy słyszeliśmy historię kobiety, która – zamiast zawieźć pracownika do szpitala – wywiozła go do lasu, gdzie zmarł. pracowników Mirosław K. miał skoszarować w domu przy ulicy Wilanowskiej – sześć minut spacerem od ruchliwej pętli autobusowej. Metody wykorzystywane w  egzekwowaniu posłuszeństwa wobec pracowników zostały już wyżej opisane. Mirosław K. miał zatrzymywać dokumenty tożsamości zagranicznych pracowników, odliczać od wypłat nieproporcjonalne koszty oraz kary, a  także zmuszać cudzoziemców do błagania o  wypracowane przez nich pieniądze. Historia domu przy Wilanowskiej 313A stanowi jeden z głównych wątków spektaklu Bartosza Frąckowiaka pt. Modern Slavery, który znajduje się w  programie Biennale Warszawa.

Według raportu Polaris Project współcześni niewolnicy obecni są również w salonach kosmetycznych, hotelach, ale także w  sztuce i  modelingu. Trudności może nastręczać kwalifikacja żebractwa w  kategorii współczesnego niewolnictwa. Zarówno autorzy Typology of Modern Slavery, jak i  polscy kryminolodzy zwracają uwagę na skomplikowaną kwestię wykorzystywania ubogich w  działalności przestępczej. Z  ekonomicznego punktu widzenia to jedna z  najbardziej zwrotnych metod handlu ludźmi – wymagająca niskich nakładów, a potencjalnie przynosząca znaczne zyski. Moje przychody dochodziły do 80, 90, czasem nawet 120 euro dziennie – opowiada w  ramach Trafikoteki głosem Andrzeja Seweryna Konstantin z  Rumunii, który przez kilka lat był przemieszczany przez romskich handlarzy po całej Europie w celu żebrów. Ściganie tego typu przestępstw jest również o  tyle trudne, że funkcjonariuszom dużo łatwiej jest po prostu ukarać żebraka, mimo że to właśnie on jest w tym przypadku ofiarą zorganizowanego przestępstwa. Według polskiego kodeksu wykroczeń za żebranie w miejscu publicznym mimo zdolności do pracy lub posiadania środków do życia może zostać nałożona grzywna do wysokości 1500 zł. Według raportu Global Slavery Index pięć branży najbardziej zagrożonych wykorzystaniem pracy przymusowej to przemysł zajmujący się produkcją komputerów i  odzieży, rybołówstwo oraz zbieractwo kakao i  trzciny cukrowej. Według obliczeń fundacji Walk Free tylko w krajach grupy G20 w 2018 r. import produktów narażonych na korzystanie z usług handlarzy ludźmi mógł wynieść do 354 mld dolarów amerykańskich.

Nie tylko Ukraina Współczesne niewolnictwo jest zjawiskiem globalnym. Do Polski coraz częściej ściągani są pracownicy z coraz odleglejszych zakątków Azji. Dziać się tak może chociażby z tego


mechanizmy współczesnego niewolnictwa /

powodu, że od pewnego czasu cudzoziemcy z Ukrainy, Gruzji i Mołdawii (czyli dotychczasowi pracownicy spoza Unii Europejskiej) mogą dostać się do Polski w ramach ruchu bezwizowego, przy użyciu paszportu biometrycznego. Nadal oznacza to co prawda konieczność spełnienia przez cudzoziemców innych wymogów przewidzianych przed podjęciem pracy w Polsce. Prawo migracyjne często bardziej służy jednak potencjalnym wyzyskiwaczom niż osobom przyjeżdżającym do pracy. W Polsce podstawowe zasady dotyczące zatrudniania obcokrajowców znajdują się w  dwóch aktach prawnych: Ustawie z  dnia 20 kwietnia 2004 r. o  promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy oraz Ustawie z dnia 12 grudnia 2013 r. o cudzoziemcach. Przy czym pozwolenia trzeba uzyskać dwa: jedno na sam pobyt, drugie na wykonywanie pracy. Polskie prawo nie jest przyjazne pracownikom cudzoziemskim, którzy muszą bardzo długo czekać na pozwolenie na pracę i  nie mogą łatwo zmienić pracodawcy – komentowała Joanna Garnier w wywiadzie dla portalu ngo.pl. – [...] każda taka zmiana wiążę się z koniecznością ubiegania się o nowe pozwolenie. Jeśli więc Ukrainiec w Polsce trafia na nieuczciwego pracodawcę i chce znaleźć nowego, przez pewien czas nie może pracować legalnie. Zaczyna więc pracować na czarno. A wtedy o wykorzystanie i nadużycia jest znacznie prościej. Wszyscy znamy historię kobiety, która – zamiast zawieźć pracownika do szpitala – wywiozła go do lasu, gdzie zmarł. To jest pokłosie pracy na czarno, która sprzyja oszustwom, a także handlowi ludźmi i niewolnictwu. Tak samo działa to w  sytuacji Polaka, który jedzie na przykład do Holandii – dodawała Garnier. – Też nie zna języka, nie rozumie, co się dzieje, nie zna swoich praw. W efekcie godzi się na wiele rzeczy wbrew swoim interesom.

Skąd, dokąd Według raportu Trafficking in Persons Departamentu Stanu Stanów Zjednoczonych

najwięcej współczesnych niewolników spływa do Polski z Białorusi, Ukrainy, Wietnamu i  Filipin. Co więcej, według wspomnianego źródła w polskich portach, na budowach i w rolnictwie zatrudniani są również pracownicy z  Korei Północnej, wysłani do naszego kraju przez tamtejszy rząd. Polska stanowi z  drugiej strony źródło „żywego towaru” dla reszty Unii Europejskiej. Polscy robotnicy trafiają do pracy w  warunkach niewolniczych do Europy Zachodniej (przede wszystkim do Wielkiej Brytanii) oraz do Europy Północnej (tutaj problem najczęściej dotyczy Szwecji). Nasz kraj pośredniczy również w  transferze zwerbowanych przez rosyjskich trafikerów Wietnamczyków. Stąd w klasyfikacji GSI Polska „netto” wysyła więcej współczesnych niewolników niż ich przyjmuje. W materiale z sierpnia 2019 r. Superwizjer donosił o  historii kierowców samochodów ciężarowych, którzy byli ściągani z  Filipin pod pozorem szybkiego zatrudnienia w  krajach europejskich. W  tym wypadku trafikerzy nie musieli nawet kreować sztucznego zadłużenia – wystarczyło przenieść obowiązek pokrycia kosztów przelotu i zapewnienia wizy do Polski na barki niemówiących po polsku mieszkańców Azji Południowo-Wschodniej. Pozbawieni znacznej części oszczędności cudzoziemcy w  obcym kraju byli już w  dużo gorszej sytuacji niż gdyby rozpatrywali oferty u uczciwej konkurencji. Pojawia się tu również jeszcze jeden ciekawy mechanizm. Zdaniem Mortena Halskova, jednego z bohaterów reportażu Superwizjera, zatrudnianie cudzoziemców właśnie przez polskie firmy pozwala na wykorzystanie taniej siły roboczej na innych rynkach Unii Europejskiej, których administracja jest mniej skłonna do ściągania rąk do pracy spoza UE. To dobrze obrazuje fakt, że do walki z współczesnym niewolnictwem nie wystarczy jedynie sprawne działanie jednego kraju czy grupy wspaniałomyślnych

państw. Do skutecznego ograniczenia pracy przymusowej, jak i całego zjawiska modern slavery potrzebne jest skoordynowane działanie na arenie międzynarodowej – co niekoniecznie musi się opłacać z  punktu widzenia globalnego kapitalizmu.

Wstyd Gdyby nawet przez najbliższe lata codziennie uwalniać 11 tys. osób i w  ten sposób do końca 2030 r. zlikwidować „bezpośrednie” niewolnictwo, wciąż pozostanie nieprzebrane grono ludzi pracujących w głodowych warunkach. W najlepszym przypadku będą oni „tylko” pozbawieni kilku tysięcy funtów albo euro zarobku. Dużo częściej będą to jednak osoby, które utraciły zdolność do ufania drugiemu człowiekowi, pozostawione z wyuczoną bezradnością oraz odczuwające wstyd . Ofiary potrzebują również opieki medycznej, a także pomocy prawnej, psychologicznej i socjalnej. Wyjście na prostą jest długim procesem – wymaga on rozwiązywania sieci pułapek, które handlarz ludźmi zastawił na wypadek, gdyby ofierze udało się choć na chwilę wyrwać spod jego zależności, czyli np. pełnomocnictw, o  których istnieniu pokrzywdzony nie zdawał sobie sprawy, a za pomocą których przestępca kształtował stosunki prawne swojej ofiary. Każda z  tych osób mierzy się z  traumą – większą lub mniejszą – mówiła Joanna Garnier. – U  części ofiar handlu ludźmi stwierdza się PTSD, czyli zespół stresu pourazowego. U innych, zwłaszcza u kobiet zmuszanych do prostytucji, zdarza się syndrom sztokholmski. Spotykamy kobiety, które przez długi czas były eksploatowane w  seks-biznesie, bo zgodziły się na to namówione przez mężczyznę, którego kochały. Niektóre z nich wciąż mówią o nich: „mój chłopak”. Przecież pracowałam dobrze – wspomina Maria. – Nigdy nie oszukiwałam ludzi. 0

styczeń–luty 2020


POLITYKA I GOSPODARKA

/ program kosmiczny Turkmenistanu

A clear conscience. When did you acquire this taste for luxuries?

Turkmenistan patrzy w niebo Dla tego ubogiego kraju położonego w  Azji Środkowej wzbicie się na orbitę okołoziemską jest równoznaczne z wywalczeniem autonomii T E K S T:

J E R Z Y A . O L Ę DZ K I , I N S T Y T U T B OY M A

zja Centralna nie gości często w polskiej publicystyce, a  zwłaszcza nie pojawia się w niej Turkmenistan. Ta położona nad Morzem Kaspijskim republika, rządzona nieprzerwanie od 2006 r. przez prezydenta Gurbangułę Berdymuchamedowa, zachowuje polityczną neutralność, izolując się od międzynarodowych rozgrywek mocarstw (Rosji, Chin, Stanów Zjednoczonych). Autorytarny system rządów i izolacjonistyczna polityka Arkadaga („Opiekun narodu”, „Protektor”), bo taki tytuł przyjął urzędujący prezydent, nie sprzyja ani zainteresowaniu światowych mediów, ani ruchowi turystycznemu. Ten relatywnie ubogi kraj (a  właściwie bogaty kraj biednych ludzi), który jeszcze do niedawna borykał się z  ogromnymi problemami finansowymi, potrafi jednak zaskoczyć, i  to w  dziedzinie, która kojarzy się raczej z  państwami zamożnymi i  zaawansowanymi technologicznie. Chodzi o  program rozwijania technologii kosmicznych, który prezydent Berdymuchamedow zapowiedział w  2009 r. I  nie jest to jedynie mrzonka kolejnego dyktatora, program ten jest bowiem z  powodzeniem realizowany przez powołaną w  tym celu w  2011 r. Narodową Agencję Przestrzeni Kosmicznej. Warto tu jednak wspomnieć, że nie był to pierwszy „krok w  kosmos” Turkmenistanu, ponieważ już w 2005 r. ówczesny prezydent Saparmurat Nijazow wysłał z  kosmodromu Bajkonur (na pokładzie rosyjskiego satelity) w przestrzeń międzygwiezdną egzemplarz swojego dzieła Ruhnama (Księga duszy). Faktem jest, że nie była to inicjatywa stricte turkmeńska, a  jedynie ukłon rosyjskich władz w  stronę Turkmenbaszy („Ojciec wszystkich Turkmenów”, oficjalny tytuł Nijazowa).

A

Kosmiczne plany Na co jednak program kosmiczny państwu, w którym poziom zaawansowania technologicznego społeczeństwa jest wciąż daleki od standardów XXI w.? W  założeniu cele tych działań miały być oczywiste: rozwój telekomunikacji, badania kosmosu, śledzenie i  prognozowanie zmian klimatycznych, wsparcie badań geologicznych oraz oczywiście wystrzelenie pierwszego satelity, a  w  dalszej perspektywie

18–19

L E A D I Ś R Ó D T Y T U ŁY P O C H O DZ Ą O D R E D A K C J I

zarządzanie wszystkimi tego typu turkmeńskimi obiektami. Szczególnie istotna z punktu widzenia interesów gospodarczych republiki była możliwość wykorzystania systemu satelitarnego do poszukiwania złóż gazu ziemnego, ten surowiec jest bowiem odpowiedzialny za generowanie 90 proc. PKB. Niewykluczone też, że władze Turkmenistanu dostrzegły szansę na komercyjne wykorzystanie badań kosmosu, ponieważ zdaniem ekspertów od astronomii państwo to ma znakomite warunki do prowadzenia naziemnej eksploracji kosmosu (niski poziom zanieczyszczeń, wysoka przejrzystość nieba przez 200 dni w roku). Potwierdzeniem tego było wybudowanie już w 1994 r. (trzy lata po uzyskaniu niepodległości) obserwatorium astronomicznego na górze Duszak na południu kraju.

Przełomowym momentem turkmeńskiego programu kosmicznego było umieszczenie w 2015 r. na orbicie okołoziemskiej pierwszego satelity telekomunikacyjnego , TürkmenÄlem 52.0E. Satelita został wysłany na orbitę z przylądka Canaveral na Florydzie, a rakietę nośną Falcon-9 dostarczył oczywiście amerykański koncern SpaceX Elona Muska. Jest to o tyle ciekawe, że z  Turkmenistanu jest znacznie bliżej do kazaskiego kosmodromu Bajkonur, a i wykorzystanie rosyjskich rakiet nośnych kosztuje zdecydowanie mniej. Ta sytuacja jest odbiciem wzajemnej niechęci na linii Aszchabad – Moskwa. Zresztą sam satelita także nie był wytworem turkmeńskiej myśli technologicznej, tylko

został zamówiony we włosko-francuskiej spółce Thales Alenia Space (chiński satelita telekomunikacyjny Chinasat-6B to też ich dzieło).

Halo, tu Turkmenistan TürkmenÄlem 52.0E jest wyposażony w trzy anteny i obejmuje swoim zasięgiem obszar Europy i Azji, aż po Środkowy Wschód i Afrykę Północną. Komunikację zapewnia 38 aktywnych kanałów z  transponderami, z  których 26 jest wykorzystywanych przez Turkmenistan, a  12 wydzierżawiono firmie Space Systems International-Monaco S.A.M. Monakijska firma jest światowym dostawcą zintegrowanych systemów satelitarnych, współpracującym m.in. z  projektantami urządzeń orbitalnych, amerykańskim Orbitalem czy wspomnianym Thales Alenia Space, a  także biorącym udział w  planowaniu i projektowaniu systemów dla Norwegii i Azerbejdżanu oraz zapewniającym usługi telekomunikacyjne dla operatorów satelitarnych i  GSM. Turkmeński satelita jest w stanie obsługiwać połączenia telefoniczne i transmisję danych pomiędzy stacjami naziemnymi odległymi od siebie o 10–15 tys. km i stanowi ważny element w strategii Space Systems International, dzięki któremu znacząco zwiększył się zasięg geograficzny usług firmy, obejmujący aktualnie 90 państw o łącznej populacji 1.6 mld ludzi. Własny satelita telekomunikacyjny jest nie do przecenienia z  punktu widzenia władzy, zwłaszcza władzy autorytarnej: umożliwia budowę własnej sieci przesyłowej. Oznacza to, że Aszchabad przestał być zdany wyłącznie na usługi telefonii mobilnej świadczone przez rosyjskiego operatora MTS (2.4 mln abonentów, prawie 50 proc. populacji republiki). Co prawda, MTS utrzymał się na rynku, ale stracił ok. 1 mln abonentów, a liderem została państwowa spółka Ałtan Asyr (ok. 3.4 mln abonentów). Dodatkową korzyścią było objęcie całego kraju dostępem do programów rodzimej produkcji, a więc gwarantujących prawomyślność przekazywanych treści. Równocześnie ograniczało to wpływy rosyjskiej i  tureckiej telewizji, które, jakkolwiek również dalekie są od zachodniego pojęcia wolności, to od czasu do czasu swoimi przekazami zagęszczały atmosferę w pałacu prezydenckim.


program kosmiczny Turkmenistanu /

POLITYKA I GOSPODARKA

Użyteczność satelity jest więc bezsporna, ale już jego rzeczywiste wykorzystanie mocno dyskusyjne. Zacząć trzeba jednak od innego tematu. Przede wszystkim należy wspomnieć, że tak jak w większości państw z  systemem autorytarnym, pojęcie wolności mediów pozostaje utopią. Wg rankingu Komitetu Ochrony Dziennikarzy (Commitee Protect Journalists), Turkmenistan nie zajmuje ostatniego miejsca tylko dlatego, że jeszcze gorzej pod tym względem wypadają  Korea Północna i  Erytrea. Głównym obiektem rygorystycznej kontroli jest oczywiście internet: jakiekolwiek próby korzystania z  narzędzi anonimizacyjnych czy popularnych VPN-ów są zabronione, a wykryte treści niezgodne ideologicznie lub uznane za niebezpieczne dla ustroju skutkują blokowaniem adresów (taki los spotkał np. Wikipedię za zamieszczenie niepochlebnego cytatu z charakterystyką prezydenta). Blokada dostępu do adresu na danym obszarze jest realizowana za pomocą firewalla i  taką właśnie niechlubną rolę odgrywa pierwszy turkmeński satelita. Władzom republiki trzeba jednak przyznać, że nie odsunięto w  kąt prawdziwych celów, dla których powołano agencję. W  październiku 2019 r. zastępca premiera ds. przemysłu i  transportu Bajramgeldi Owezow ogłosił plan wystrzelenia kolejnego satelity, którego przeznaczeniem będzie monitorowanie powierzchni globu, czyli wspieranie badań geologicznych. Wykorzystanie w  tym celu obiektów na orbicie jest kosztownym przedsięwzięciem, ale w zestawieniu z  prowadzeniem badań wyłącznie naziemnych opłaca się finansowo, a ponadto pozwala skrócić ich czas. Turkmenistan bierze też pod uwagę wykorzystanie technologii satelitarnej do stałego monitorowania stanu środowiska, zwłaszcza struktury gazów i stężenia pyłów w atmosferze. Taka działalność pozwala na wczesne wykrywanie nagłego wzrostu zawartości niebezpiecznych substancji w  powietrzu, np. silnie wybuchowego metanu, co ma szczególne znaczenie w  przypadku obszarów o  dużym nasyceniu kopalniami i  rafineriami. O  słuszności takiego podejścia świadczy odkrycie, jakiego w listopadzie 2018 r. dokonała kanadyjska firma GHGSat Inc. W oparciu o analizę danych dostarczonych przez satelitę ustaliła niebezpiecznie wysokie stężenie metanu na polach gazowych i  naftowych Korpezhe w zachodnim Turkmenistanie. Przyczyną takiej sytuacji jest najprawdopodobniej trwający od dłuższego czasu wyciek gazu z  uszkodzonego rurociągu.

Rakieta Falcon9 wynosi satelitę TurkmenÄlem52E na orbitę geocentryczną

Użyteczność satelity jest więc bezsporna, ale już jego rzeczywiste wykorzystanie mocno dyskusyjne. Międzynarodowa współpraca Aktualnie z przyczyn technologicznych republika nie potrafi samodzielnie udźwignąć przedsięwzięcia, jakim jest program s atelitarny, więc ponownie musi zlecić wy­ konanie projektu i  satelity firmie zewnętrznej. Nie znaczy to, że Turkmenistan nie dąży do podniesienia zaawansowania technologicznego. W  kwietniu 2019 r. agencja nawiązała współpracę z  Koreą Południową, podpisując dokument o  współpracy w  zakresie programu budowy satelity do zdalnego wykrywania zagrożeń środowiskowych. Dzięki zawartemu porozumieniu republika zapewniła sobie ­dostęp do zaawansowanej wiedzy i  doświadczeń Koreańskiego Instytutu Badań nad Przestrzenią Kosmiczną oraz usług i  produktów

Satrec Initiative, producenta satelitów obserwacyjnych (ich urządzeń używają m.in. Malezja, Turcja, ZEA). Nie jest to pierwsza próba nawiązania przez Aszchabad międzynarodowej współpracy w zakresie programu satelitarnego. Kilka lat temu miały miejsce rozmowy z Japończykami na temat sprzedaży republice komercyjnego satelity do obserwacji Ziemi, ale ostatecznie zrezygnowano z  tego planu na rzecz wspomnianego zamówienia dla TAS. Turkmenistan jest przykładem zaprzęgnięcia zaawansowanej technologii do wzmocnienia wszechobecnej kontroli, bez której nie przetrwa żaden system autorytarny, czyli osiągnięcia tego, co nam wydaje się abstrakcyjne wobec ogromu źródeł pozyskiwania niezależnych informacji. Jak widać, kształtowanie postaw społecznych w  oparciu o  selektywnie dobrane treści jest jednak możliwe, choć bez wątpienia nietrwałe. 0

styczeń–luty 2020

fot. SpaceX

Oko na kraj


POLITYKA I GOSPODARKA

/ wspólna historia Niemiec i Japonii

Berlin, Tokio Berlin – Tokio. Na mapie oba miasta dzieli prawie 9 tys. kilometrów w linii prostej. Jednak, jak pokazała historia, dwa serca mogą bić jednym rytmem, będąc nawet tak oddalone od siebie. T E K S T:

M AT E U S Z KOZ D R AK

drugiej połowie XIX w. zarówno Niemcy, jak i Japonia niejako się przedefiniowały. Małe niemieckie państwa wpadły wówczas na pomysł zjednoczenia się w  jedną większą federację, która miałaby zostać europejską potęgą. Pomysł ambitny, ale się udał. Prym wiodły Prusy, które dzięki wygranym wojnom z  Danią i  Austrią stały się największą siłą wśród państw niemieckich. Ostatnim krokiem ku zjednoczeniu była wojna z odwiecznym rywalem – Francją. W trakcie jej trwania przejęta została Alzacja i część Lotaryngii, a państwa niemieckie połączyły się w Rzeszę Niemiecką. Powodzenie zjednoczenia wzięło się z dobrej organizacji państwowej oraz silnej i dobrze zmobilizowanej armii. Tymczasem 9 tys. km na wschód od Niemiec pewnej krainie znudziła się już izolacja. Postanowiła ona otworzyć się na świat. Epoka Meiji to czas reform w XIX-wiecznej Japonii – reorganizacja struktury społecznej, przywrócenie władzy cesarskiej, a  przede wszystkim  otwarcie się na Zachód. Misja Iwakury w grudniu 1871 r. wyruszyła w dwóch kierunkach: do Stanów Zjednoczonych i do Europy. Miała ona na celu badanie ustrojów politycznych i praw państw zachodnich w celu ich późniejszego zaadaptowania. Na Japończykach niemiecki sposób organizacji państwa wywarł tak wielkie wrażenie, że postanowili się na nim wzorować. Zatrudniono niemieckich doradców, którzy wprowadzili do modernizacji Kraju Kwitnącej Wiśni militarne podejście, które wcześniej odniosło sukces na ich rodzimym podwórku. Jednym z  nich był Jakob Meckel, weteran wojny francusko-pruskiej, odznaczony Żelaznym Krzyżem za sukcesy na polu walki. Został on zaproszony przez Wojskową Akademię w Tokio jako doradca Sztabu Generalnego Japońskiej Armii. Współpracował z przyszłymi generałami i premierem Japonii. Za jego radą armię podzielono na dywizje i pułki, bazy wojskowe zostały w większości połączone siecią torów kolejowych, a  także wprowadzono artylerię. Co więcej, Meckel wprowadził pruską praktykę gier wojennych, mającą na celu szkolenie taktyczne najwyższych rangą oficerów.

W

Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem W pewnym momencie pojawił się jednak konflikt interesów. XIX w. dla większości świata był okresem intensywnej kolonizacji. Z  uwagi na

20–21

późne wejście do tej rywalizacji, Niemcy i Japonia miały już bardzo okrojoną mapę terenów możliwych do zajęcia lub podbicia. Oba państwa, niezależnie od siebie, weszły na ścieżkę wojenną z Chinami, anektując niektóre tereny nadmorskie. Kością niezgody było nawiązanie przez Japonię bliskich stosunków z Wielką Brytanią. Po sukcesach ententy w I Wojnie Światowej Japonia przejęła niemieckie kolonie w Azji Wschodniej, takie jak np. zatoka Jiaozhou. Wydawałoby się, że po wielkiej wojnie Niemcy i  Japonia nie nawiążą współpracy. Oba kraje ponownie połączyła jednak niechęć do Ligi Narodów. Dla Niemiec liga była symbolem przegranej wojny i upokorzenia wiążącego się z  podpisaniem Układu Wersalskiego. Japonii nie podobała się hipokryzja ligi. Państwa o wyższym statusie w tej organizacji, takie jak Francja czy Wielka Brytania, oskarżały i krytykowały Japonię za przejęcie Mandżurii, podczas gdy same często podporządkowywały sobie kolonie agresją.

Na wojnie Podpisanie paktu trzech 27 września 1940 r. przypieczętowało stosunki niemiecko-japońskie. Sojusz tych dwóch państw miał znaczenie polityczne, określające wspólnego wroga, choć i tu nie zawsze sytuacja była spójna. Japończycy po klęsce w bitwie nad Chałchin-Goł nie odważyli się już zaatakować ZSRR, nawet pomimo nalegań ze strony Hitlera. Co więcej, 13 kwietnia 1941 r. Cesarstwo Wielkiej Japonii podpisało pakt o  nieagresji ze Związkiem Radzieckim. Różne były też miejsca działań wojennych. III Rzesza starała się przejąć kontrolę nad Europą i Afryką, natomiast Japonia walczyła o dominację na Pacyfiku i lądach przybrzeżnych – nie było żadnych wspólnych działań wojennych tych dwóch państw. Skapitulowały również w innym momencie – III Rzesza w maju 1945 r., a Japonia dopiero we wrześniu tego samego roku.

Co my najlepszego zrobiliśmy Sposób pogodzenia się z przegraną wojną i  wzięcia odpowiedzialności za popełnione zbrodnie był skrajnie różny. Niemcy przyznali się do popełnionych zbrodni, rząd organizował „wycieczki” po obozach koncentracyjnych dla ludności, by pokazać im okrucieństwo tych miejsc. W  późniejszej polityce wyraźnie starano się odejść od zapędów skrajnie prawicowych

i agresywnej polityki zagranicznej. W  Japonii było inaczej. Najpierw trzeba sobie uświadomić, że w kwestii zbrodni wojennych Japończycy wcale nie ustępowali nazistom. Tak zwany azjatycki odpowiednik Holocaustu pochłonął co najmniej tyle ofiar, co europejski. Japończycy jednak na długo wyparli ten fakt z ogólnej, społecznej świadomości. Złożyło się na to kilka czynników. Po pierwsze, Tokijski Trybunał Wojskowy nie był tak surowy jak ten w Norymberdze. Dużo mniejsza liczba zbrodniarzy wojennych otrzymało karę śmierci, a  ci, którym przyznano wyrok dożywocia, często wychodzili z więzienia po kilku latach i czasem wracali nawet na scenę polityczną (jak np. Mamoru Shigemitsu, który w latach 1954–1956 pełnił funkcję Ministra Spraw Zagranicznych). Japonią po wojnie zainteresowane były Stany Zjednoczone, które chciały nawiązać pokojowe i  handlowe stosunki z Krajem Kwitnącej Wiśni. Korzyścią dla Amerykanów była możliwość utworzenia baz wojskowych na terenie Japonii, która pozwalała zdobyć przewagę w zimnej wojnie nad Związkiem Radzieckim.

Nie walcząc też umiemy się dogadać Japonia i Niemcy to dwie z najszybciej rozwijających się gospodarek świata w  następujących po wojnie dziesięcioleciach. Oba kraje rozwijały się w  podobnym kierunku – firmy zajmowały się głównie produkcją elektromaszynową i metalurgią. Społeczeństwa japońskie i niemieckie są nadal zainteresowane sobą kulturowo. W Düsseldorfie istnieje największy w  Europie Japantown, gdzie żyje ponad 8000 Japończyków. Odbywa się tam również coroczny festiwal Japan Day poświęcony kulturze Kraju Kwitnącej Wiśni. Japończycy za to często wplatają niemieckie wątki w najpopularniejszy wyspowy produkt kulturowy, czyli anime. Przykładowo, w produkcji Madoka Magica pojawiają się wersy z  Fausta Goethego, z kolei w Attack on Titan bohaterowie noszą niemieckie imiona i nazwiska, a intra zawierają fragmenty śpiewane po niemiecku. Wspólna historia Niemiec i  Japonii jest fascynująca. Mimo geograficznego i kulturowego oddalenia, ich losy w ostatnich 150 latach wielokrotnie się splatały. Niestety ta historia ma w sobie także dużo tragicznych, przepełnionych okrucieństwem wydarzeń. 0


stare branże, nowe technologie /

Samowolny kurs na skały

POLITYKA I GOSPODARKA

Mimo że świat widział zdecydowanie większe i bardziej spektakularne upadki firm, wrześniowe bankructwo giganta rynku turystycznego – Thomasa Cooka – odbiło się echem we

fot. flickr / Matt Karp

wszystkich mediach. T E K S T:

irmy z branży turystycznej od dawna nie reagowały na zagrożenia, jakie rozwój internetu niesie dla ich tradycyjnej oferty, chociaż mogły być tego świadome. Z  coraz większymi problemami borykają się również przedsiębiorstwa z  innych gałęzi, których sposób sprzedaży usług i  forma docierania do klientów pozostają takie same od dekad. Jednak radykalne przemiany technologiczne w  otaczającym nas świecie nie zaczęły się kilka lat temu. Dlatego, jeśli ktoś nie podjął znacznych działań dostosowujących firmę do nowych realiów na czas, teraz może się zorientować, że jest za późno.

F

Nierozważne kroki Thomas Cook, którego oferta dominowała na rynku przez ponad 150 lat (w Polsce obecny jako Neckermann) miał jednak zbyt długą tradycję, by zrzucić całą odpowiedzialność za upadek firmy na dynamiczne zmiany technologiczne. CEO Peter Fankhauser zdaje się obwiniać sytuację geopolityczną i zasłania się Brexitem. Osoby na wysokich stanowiskach w firmie zwracają natomiast uwagę na rosnący przez ostatnie lata dług, który we wrześniu 2019 r. osiągnął poziom 1,7 mld funtów. Jednym z  głównych czynników, które doprowadziły do takiej sytuacji finansowej Thomasa Cooka, były liczne przejęcia w ciągu ostatnich kilkunastu lat, a także fuzja z firmą MyTravel, która miała doprowadzić do zwiększenia długu spółki do wysokości 1,5 mld. Taka wartość pojawia się w ostatnim dostępnym sprawozdaniu finansowym z maja. Słabe wyniki finansowe spółki były tylko bezpośrednią przyczyną upadku i  mają drugie dno. Poprzez rozrost firmy o  same niezbyt rozwojowe przedsiębiorstwa na początku dekady, w  całej Wielkiej Brytanii dominowały lokale Thomasa Cooka, podczas gdy znaczna część branży i klienteli szybko przenosiła się do internetu. Firmy

K A J E TA N KO R S Z E Ń

oferujące online zdecydowanie szerszy wachlarz rozwiązań turystycznych stały się gwoździem do trumny tzw. package tours, czyli wycieczek zorganizowanych w pełni przez tour-operatora. I pomimo że liczba zainteresowanych taką formą spędzania czasu według statystyk w ostatnich latach wzrosła, to jej udział procentowy w rynku zdecydowanie spadł ze względu na równie szybko rosnącą sprzedaż w internecie. Udział w tym mieli nie tylko odwieczni konkurenci Thomasa Cooka, którzy szybko zareagowali na zmiany, lecz także nowi gracze, wśród których wyróżnia się np. Airbnb. W związku z tym los Thomasa Cooka, pomimo ponownych starań o dodatkowe fundusze ze strony udziałowców, już dawno był przesądzony.

Wszędzie zagrożenia Z groźbą rychłego upadku muszą się zmierzyć firmy działające w wielu innych branżach. Za dobry przykład może posłużyć biznes rozrywkowy z  telewizją na czele. Dynamiczny rozwój przedsiębiorstw oferujących usługi OTT (over-the-top) zdaje się przebijać próby wejścia do internetu weteranów rynku. Na pierwszy rzut oka nie ma różnicy pomiędzy ofertą VOD (w tłum. wideo na żądanie) a tą oferowaną przez firmy takie jak Netflix czy Hulu. Jednak over-the-top zapewnia zdecydowanie wygodniejszy model oglądania treści wideo i audio. Nie dochodzi tutaj do formalnego zakupu tak jak w przypadku VOD, lecz jedynie do dostarczenia treści oferowanych przez inny podmiot niż platforma, którą subskrybujemy. Dlatego można powiedzieć, że Netflix czy inne siostrzane twory są jedynie „dostawcami”. Takie rozwiązanie jest zdecydowanie wygodniejsze dla użytkowników, o  czym świadczy spadająca oglądalność polskich telewizji, której towarzyszą słabnące wyniki finansowe. Dodatkowym sygnałem są coraz większe budżetowe dofinansowania dla TVP pod płasz-

czykiem „rekompensaty za zwolnienie niektórych grup społecznych z płacenia abonamentu RTV”. Również na ulicach Warszawy w  ostatnich latach można dostrzec kroczące zmiany. Firmy takie jak Uber czy Bolt, z których oferty można korzystać znacznie łatwiej i taniej, doprowadziły rynek przewozów taksówkarskich do pilnej potrzeby modernizacji kanałów, którymi taksówkarze docierają do klientów. Pokłosiem prób uchwalenia ustawy dotyczącej form zarobkowego przewozu pasażerów były również protesty taksówkarzy.

Co dalej? Czy obecne zagrożenia dla tradycyjnych ofert w różnych branżach oznaczają, że wiele przedsiębiorstw czeka podobny los, co Thomasa Cooka? Niezupełnie. Istnieje wiele przykładów firm, które reagują na bieżąco na dynamiczny postęp technologiczny. Warto spojrzeć na istniejące od kilku dekad tytuły prasowe. Zarówno w Polsce, jak i na świecie standardem jest posiadanie w ofercie elektronicznej wersji wydania papierowego oraz subskrypcji, w której zawarte są wszystkie publikacje. Opłacalność takiej „walki” z nowymi mediami internetowymi widać w zmniejszaniu nakładu wydań papierowych – „Gazeta Wyborcza”, która była największym wydawcą w Polsce z nakładem nawet miliona egzemplarzy, dzisiaj wydaje ich średnio 88 tys. dziennie, stałych subskrybentów online ma mieć zaś nawet 200 tys. Stare firmy mają jeszcze jedną przewagę nad nowymi graczami na rynku. Są to ich możliwości. Tylko te o  dobrym zapleczu kapitałowym w  obliczu takich zagrożeń mogą łatwiej podejmować decyzje o  przejęciach i  budowaniu solidnej sieci powiązań w  branży. Niestety w przypadku Thomasa Cooka te decyzje nie były przemyślane i skończyły się obraniem kursu wprost na skały. 0

styczeń–luty 2020


POLITYKA I GOSPODARKA

/ ewolucjonizm nasz codzienny

James Frazer, Salwador i Robert Biedroń T E K S T:

od koniec października 2019 r. część europosłów Prawa i Sprawiedliwości zdecydowało się nie poprzeć rezolucji Parlamentu Europejskiego, w  której wyrażono sprzeciw wobec przywrócenia kary śmierci za czynności homoseksualne w Ugandzie. Sprawa przetoczyła się przez media, wzbudzając słuszne oburzenie. Jedną z osób, która wyraziła protest wobec postępowania posłów PiS był Robert Biedroń. Jednak zdanie, które w jego wypowiedzi najbardziej rzuca się w oczy z antropologicznego punktu widzenia, nie miało bynajmniej związku z sytuacją osób LGBT+ w  Ugandzie. Lider Wiosny napisał wówczas o  europosłach PiS, że mentalnie jest im widać bliżej do Ugandy niż europejskich standardów. Przyjrzyjmy się bliżej temu zdaniu. Sugeruje ono bowiem, że najbardziej hańbiącą konsekwencją wynikającą z  tego, że europosłowie PiS nie mają problemu z  zabijaniem ludzi za homoseksualność, jest fakt, że stają się oni mentalnie bliżsi Ugandzie niż Europie. Przez co to „ugandyjskość”, a nie radykalny, niedemokratyczny, prawicowy rząd, staje się źródłem homofobicznej ustawy. Nie oznacza to oczywiście, że wśród Ugandyjczyków nikt nie popiera kary śmierci za homoseksualność, czy że odsetek takich osób w  populacji nie jest wyższy niż np. w  Niemczech. Chodzi raczej o  oczywisty fakt, że homofobia nie wynika z  bycia Ugandyjczykiem, a  więc także nie wynika z  posiadania w  sobie metaforycznej „ugandyjskości”. I  Robert Biedroń na poziomie deklaracji zgodziłby się z  tym. Mimo to użył jednak krzywdzącego, kolonialnego uogólnienia, którego sens sprowadza się do moralnej wyższości Europejczyków. Moralnej wyższości, która jest mocno wątpliwa w  świetle nie tylko ludobójstw II Wojny Światowej czy konf liktu

P

Tu jest Polska, nie Salwador – Uczestniczki Czarnych Protestów

22–23

OLGA ZAŁĘSKA

na Bałkanach, ale także wciąż trwającego wyzysku ekonomicznego innych krajów. Poza aspektem kolonialnym, wypowiedź Biedronia paradoksalnie przyzwala na dyskryminację osób LGBT+ w Ugandzie. Jeśli tolerancja jest utożsamiona z „europejskością” (podkreśloną jeszcze f lagą UE w  kolażu, do którego dołączony był analizowany tekst), a homofobia z „ugandyjskością” (również f laga w  kolażu), to karanie za homoseksualność w  Ugandzie staje się poniekąd naturalne. To przykre i  denerwujące, kiedy osoby, które na swoich sztandarach noszą inkluzyjność i  tolerancję, traktują bycie obywatelem afrykańskiego kraju jako synonim dzikości, ciemnoty i  okrucieństwa. Zwłaszcza, że wypowiedź Roberta Biedronia nie była pierwszym tego typu przypadkiem i  pewnie niestety nie będzie ostatnim. Podczas odbywających się w  2016 r. Czarnych Protestów jednym z  haseł skandowanych przez uczestniczki było: Tu jest Polska, nie Salwador. Już wówczas jedna z  mówczyń zwróciła uwagę na niestosowność tego okrzyku, jednak nie wydaje się, żeby uwaga ta dotarła do najważniejszych portali informacyjnych w  Polsce tak często, jak samo hasło. A  szkoda, bo slogan ten tworzy narrację w  świetle której „ciemny Salwador” może mieć „dzikie prawa”, ale już „oświecona Polska” nie może. Tutaj również działa podobny mechanizm, co przy wypowiedzi Roberta Biedronia. Gdyby spytać uczestniczek protestu, czy sądzą, że Salwadorki nie potrzebują praw reprodukcyjnych, a  prawo aborcyjne w  Salwadorze powinno zostać takie, jakie jest, oczywiście by zaprzeczyły. Jednak na poziomie powtarzania dość chwytliwego, bo opartego na prostym kontraście okrzyku (który niestety, rzeczywiście dobrze się krzyczy), nie miały z tym problemu. Nie bez powodu parokrotnie w tekście użyta została kategoria „dzikości”, która bezpośrednio w żadnym z cytatów nie pada. Stanowi ona sedno problemu oraz wpływa na krzywdzące i rasistowskie formułowanie myśli przez środowiska określające się jako tolerancyjne. Problemem jest wciąż obecny w  powszechnej świadomości dyskurs ewolucjonistyczny.

Mentalnie jest im widać bliżej do Ugandy niż europejskich standardów – Robert Biedroń

Nie chodzi tutaj oczywiście o teorię ewolucji Karola Darwina, a o ewolucjonizm społeczny. Był to nurt w naukach społecznych reprezentowany m.in. przez autora bestsellerowej Złotej Gałęzi (fani kina mogą ją kojarzyć z Czasu Apokalipsy) Jamesa Frazera, święcącego triumfy na przełomie XIX i XX w. Frazer zakładał w skrócie, że wszystkie społeczeństwa przechodzą taki sam „proces rozwoju”: prowadzący od dzikości, przez barbarzyństwo, aż do cywilizacji reprezentowanej rzecz jasna przez angielskiego gentlemana. Koncepcja ta zaczęła tracić popularność w  etnologii czy socjologii już w  latach 20. Spowodowane było to jej uogólniającym charakterem – ewolucjonizm zakładał, że u każdego ludu zmiany przebiegają tak samo – oraz małą wartością poznawczą – bo czemu wyroby grupy X miałyby świadczyć o tym, że jej członkowie są bardziej barbarzyńcami niż dzikimi? Poza tym, teoria Frazera z  perspektywy czasu okazywała się po prostu próbą rasistowskiej legitymizacji kolonializmu. Problemem jest to, że o ile ewolucjonizm przedostał się do głównego nurtu i dalej w nim trwa, o tyle jego krytyka (przyjęta jako pewnego rodzaju norma w  środowisku naukowym) już nie. Co gorsza swoisty ,,miękki” ewolucjonizm nie jest bezpośrednio kojarzony z tą nazwą, co sprawia, że trudniejsze staje się przyjmowanie postawy antyewolucjonizmu. Świadomość istnienia ewolucjonizmu może pomóc w  wyeliminowaniu rasistowskich, kolonialnych elementów z  naszych wypowiedzi. Przecież ani Robert Biedroń, ani „czarnopiątkowe” protestujące nie użyły ich w celu wyrażenia pogardy dla nie-Europejczyków – użyły ich, bo ich nie zauważały. A  przynajmniej taką miejmy nadzieję. 0


kto decyduje o tym, co jemy w podróży /

POLITYKA I GOSPODARKA

Co jemy w trasie? Wielkoformatowe reklamy, małe dziecko na tylnej kanapie samochodu czy zarządca drogi – kto ma największy wpływ na to, gdzie zatrzymasz się na obiad? Nasze nawyki żywieniowe wraz z upływem lat zmieniają się, a jako kierowcy coraz częściej wybieramy burgerownie zamiast restauracji z tradycyjną kuchnią. TO M A S Z C H M I E L E W S K I

ażdy, kto przed 2007 r. jeździł samochodem po Polsce na pewno wie, czym są Krośniewice. Dla tych, którzy nie mieli tej wątpliwej przyjemności, spieszymy z wyjaśnieniem. Krośniewice, do czasu wybudowania węzła autostradowego łączącego A1 i A2 pod Strykowem, były miejscem, przez które musiał przejechać każdy podróżujący z  Gdańska na Śląsk czy z  Poznania do Warszawy. Jednak zamiast wielkich estakad, każda po trzy pasy ruchu w obie strony, Krośniewice oferowały kierowcom skrzyżowanie z sygnalizacją świetlną w samym centrum tego liczącego 4 tys. mieszkańców miasteczka. Duże natężenie ruchu w miejscu do tego nieprzygotowanym musiało wiązać się z kilometrowymi korkami z każdej ze stron. Sytuacja ta miała dla miasta konsekwencje. Mieszkańcy musieli przyzwyczaić się do ciągłego hałasu, smogu i nieprzejezdnych dróg. W ogólnym rozrachunku spaliny to jednak nie wszystko, co przyniosły Krośniewicom samochody. Wraz z  dużym ruchem pojawili się tutaj kierowcy z całej Polski, czyli klienci, którzy chętnie zatrzymywali się na zapiekankę lub pierogi.

K

Czego dusza zapragnie Cała stara droga krajowa nr 2 (dzisiaj DK92) była swego czasu obstawiona barami i restauracjami. Niezwykle długi czas przejazdu ze Świecka do Terespola sprzyjał rozwojowi ówczesnych Miejsc Obsługi Podróżnych (MOP). Stacje paliw, jadłodajnie i inne lokale rosły jak grzyby po deszczu. Dla wielu ludzi mieszkających w pobliżu założenie lokalu było najlepszą szansą na poprawę sytuacji materialnej. Wskutek tego podczas podróży można było zjeść wszystko i znaleźć posiłek na każdą kieszeń. W końcu m.in. stąd wziął się mit o zapiekankach tańszych niż możliwość skorzystania z szaletu. Jednak los czasami daje, czasami zabiera – trwająca nieopodal budowa była początkiem końca Eldorado. Po ukończeniu Autostrady Wolności większość właścicieli nie miała wyboru i musiała zamknąć swoje restauracje. Tych, którzy się na to nie zdecydowali, czekała redukcja zatrudnienia. Przy starej dwójce został już tylko ruch lokalny, a obroty spadły o około 85 proc. Niegdyś przy barze Pod Sosnami stało jednocześnie 14 tirów. Dzisiaj dwa samochody na parkingu to już tłok. Ostatnia faktura wystawiona przez ten lokal jest z lipca 2007 r. na firmę Strabag, która budowała tutejszy odcinek autostrady.

Co zjeść na A2? Dzisiaj podróż między stolicami Polski i Niemiec jest nawet przyjemna. Niektórzy narzekają na bramki i wysokie opłaty na wielkopolskich odcinkach, podczas gdy inni zwracają uwagę na ich zalety – tylko tam kierowcy mają pewność, że w godzinach szczytu pojadą projektową prędkością autostrady. Nie trzeba się już zastanawiać nad tym, którędy pojechać, żeby ominąć korki. Dla wielu korzystających z tej drogi jedna istotna kwestia wciąż pozostaje do rozwiązania – gdzie zjechać na dobre jedzenie?

graf. flickr / camerazn (b&w filter)

T E K S T:

Wydawałoby się, że wybór powinien być jeszcze większy niż przed laty. Rzeczywistość nie jest jednak taka kolorowa. Większość restauracji na MOP-ach przy A2 to typowe fast-foody. 40 proc. z nich ma jednego właściciela – firmę AmRest z Wrocławia (obecnie z siedzibą w Madrycie). Stąd, jeśli nie chcemy kombinować i zjeżdżać do lokalu poza najbliższą okolicą autostrady, to jedyny realny wybór, jaki nam zostaje, to hot-dog ze stacji lub burger z McDonald’s. Jako przyczynę takiego stanu rzeczy większość wskazuje bardzo rygorystyczne zasady dla firm chętnych otworzyć restaurację przy drogach szybkiego ruchu. Ogłaszający przetargi szukają przedsiębiorstw z pewną pozycją na rynku i znacznymi obrotami. Zawężenie pola poszukiwań do największych firm powoduje, że tylko co piąta restauracja nie jest typowym amerykańskim fast-foodem.

Miejsca Obsługi Podróżnych w Polsce W  Polsce za ustanowienie lokalizacji MOP-ów i  znalezienie dzierżawców odpowiada Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i  Autostrad, a  niekiedy właściwi koncesariusze. Rzeczywistość pokazuje, że niezależnie od tego, kto ogłasza licytację i ustala, co może stać przy drodze, mamy do czynienia z praktycznie jednym typem menu. Przetar-

gi na dzierżawę MOP-ów wygrywa bowiem firma, która zadeklaruje możliwość opłacania najwyższego stałego miesięcznego czynszu. Zwycięzca musi za własne pieniądze już tylko wybudować restaurację (w tym celu za zgodą GDDKiA dobrać można poddzierżawcę) oraz przez 20 lat opłacać zadeklarowany czynsz oraz zmienny czynsz wynoszący 4 proc. przychodu. Przez wyśrubowanie wymagań wiele MOPów to miejsca „pierwszej kategorii”, czyli jedynie z  parkingiem i  toaletą. W niedochodowych lokalizacjach stacji można nie znaleźć przez ponad 180 km. Taka sytuacja występuje przy autostradzie A4 między Tarnowem a  wschodnią granicą Polski. Jest to na tyle niebezpieczne, że w 2017 r. zainteresowała się tym Najwyższa Izba Kontroli. Jej badanie wykazało, że na drogach wykonanych w  standardzie A  lub S, spośród 106 oferowanych przez GDDKiA miejsc, obsadzonych było 68, a najgorszy odsetek notują drogi ekspresowe, gdzie dzierżawcy nie znalazła ponad połowa miejsc.

Niech jedzą hamburgery GDDKiA nie ma wielu rozwiązań, aby zaradzić problemowi braku najemców. Ograniczono się więc do ustawiania odpowiednich oznaczeń informujących o odległości do następnej stacji. Na drogach budowanych w  starym szlaku, o  ile jest to możliwe, zezwala się na działanie już istniejącym obiektom w roli przewidzianej dla MOP, ale te często nie spełniają wielu europejskich wymagań. Dla „nowych szlaków” nie istnieje żadna inna strategia niż pozyskanie komercyjnych operatorów na drodze przetargu. Dla niedochodowych miejsc oznacza to brak restauracji i stacji benzynowych. Tam, gdzie żaden potencjalny najemca się nie zgłosił, budowano tylko parking, toaletę i czasami stawiano automat z napojami. Nie tylko kierowcy na tym cierpią. Sytuacja wpływa również na polską kuchnię, której konsumenci z różnych krajów nie mają okazji spróbować. Problem dotyka także dzieci jadących na wycieczkę szkolną – wybór burgerowni to dla nich często jedyna możliwość posiłku. Rozwój infrastruktury drogowej w Polsce to szereg bardzo ważnych inwestycji. Przypilnujmy zatem, aby budowane w Polsce drogi szybkiego ruchu były wygodne i bezpieczne, a ich rozwój wpływał pozytywnie na całe społeczeństwo. 0

styczeń–luty 2020


POLITYKA I GOSPODARKA

/ o dezinformacji z Frontem Europejskim

W morzu fake newsów

Jak dezinformacja wpływa na nasze życie? W internecie co krok mamy do czynienia z sensacją. Niestety, sporo doniesień jest nieprawdziwych. Jak odnaleźć się w gąszczu informacji i odróżnić prawdę od fake newsów? Zapytaliśmy o to Karolinę Bryk, koordynatorkę społeczności internetowej Wojownicy Klawiatury z Frontu Europejskiego oraz studentkę ekonomii w Szkole Głównej Handlowej. R OZ M AW I A Ł A : PAU L I N A M A G I E L : Na czym polega zjawisko dezinformacji? K A R O L I N A B R Y K : Mówiąc najprościej, dezinformacja to celowe działanie ma-

Na czym polega ten projekt? Wojownicy Klawiatury to społeczność walcząca z pojawiającymi się w sieci fałszywymi informacjami na temat polityki i wartości europejskich. Mamy swoją grupę na Facebooku, która liczy prawie dwa tysiące osób. Pomysł na naszą działalność zrodził się ze sprzeciwu wobec sytuacji, w której nasze poglądy na ważne polityczne kwestie kształtowane są przez fałszywe informacje, a nie przez fakty. Grupa osób, z których każda poświęca dziesięć minut dziennie na działanie w sieci, może zmienić internet. Dlatego regularnie reagujemy na fake newsy. Wysyłamy naszym „wojowniczkom” i „wojownikom” link do fałszywego twitta lub posta na Facebooku oraz propozycję odpowiedzi. Dzięki temu każdy, kto zobaczy oryginalny przekaz, będzie wiedział, że zawiera nieprawdziwe informacje. Jesteśmy otwartą i transparentną społecznością, działającą na zasadach wolontariatu. Im będzie nas więcej, tym będziemy skuteczniejsi.

Dlaczego walka z dezinformacją jest dla pani ważna? Rzadko zdajemy sobie z tego sprawę, ale nieprawdziwe informacje bezpośrednio oddziałują na nasze życie. Nie tylko wprowadzają w błąd, lecz także wpływają na nasze poglądy, a w konsekwencji na nasze wybory. W jaki sposób możemy dokonać wyboru czy wypowiedzieć się na jakiś temat, skoro wiedza, którą dysponujemy, oparta jest na kłamstwie? To właśnie fake newsy zniekształcają nasze postrzeganie rzeczywistości. Ich autorzy oczywiście robią to celowo. Chcą wpłynąć na nasze emocje, często wzbudzają w nas także różne lęki. Takie postępowanie jest niemoralne, ponadto ogranicza nasze prawo do rzetelnej informacji. Dotyczy to zwłaszcza osób, które pozyskują informacje tylko z jednego źródła, zamykając się tym samym w bańce informacyjnej.

Jakie działania prowadzi Unia Europejska? W ramach Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych powstała grupa zadaniowa, której celem jest identyfikacja dezinformacji oraz jej przeciwdziałanie. Unia podjęła współpracę z platformami i przedstawicielami branży internetowej, aby zwiększyć przejrzystość komunikacji politycznej oraz zapobiec manipulacji za pomocą oferowanych przez nich usług.

24–25

fot. Front Europejski

jące wprowadzić odbiorców w błąd. To nie tylko tzw. fake newsy, lecz także np. świadome nadawanie rozgłosu tematom mniej istotnym, przypisywanie im nowych znaczeń. Zmanipulowane informacje wywołują określone efekty w postaci błędnych decyzji, zaniechania działania czy nieadekwatnych do rzeczywistości reakcji. Dotyczy to nie tylko samych mediów społecznościowych, lecz także całej przestrzeni publicznej. Czas powiedzieć ,,dość” i wziąć sprawy w swoje ręce. Chcemy zaangażować osoby, które będą bronić prawdy. Dlatego z inicjatywy Frontu Europejskiego powstał projekt Wojownicy Klawiatury. Grupa ta gromadzi osoby z całego kraju, które wspierają się nawzajem w dementowaniu nieprawdziwych informacji i sprzeciwianiu się nieuczciwej narracji.

H U B E R TOW I C Z

Komisja Europejska wspiera wysiłki państw członkowskich na rzecz zapewnienia integralności wyborów i wzmocnienia odporności systemów demokratycznych Unii. Na szczeblu unijnym i krajowym zostały utworzone sieci ds. wyborów, połączone z systemem wczesnego ostrzegania, co wzmocniło współpracę w zakresie potencjalnych zagrożeń.

Dlaczego projekt jest ważny? Fake newsy to nie tylko zjawisko dezinformacyjne, lecz także realne zagrożenie radykalizacją. Odbiorca, do którego docierają wyłącznie negatywne informacje dotyczące danego zjawiska lub grupy społecznej, w którymś momencie może zacząć odczuwać do nich niechęć. Z czasem niechęć ta może przerodzić się w nienawiść. Strategia ta polega na wywoływaniu w obywatelach poczucia zagrożenia w celu kontrolowania ich lub manipulowania społeczeństwem. Osoby stosujące tę strategię nakierowują strach na konkretną osobę lub grupę (np. imigrantów), same zaś stawiają się w  roli „wybawców”, dzięki czemu uzyskują konkretne polityczne korzyści. Co istotne, społeczne poczucie lęku nie ma nic wspólnego z realnym zagrożeniem. Wytworzenie w obywatelach fałszywego przeświadczenia o zagrożeniu ze strony imigrantów pozwala także na ograniczenie swobód obywatelskich dla „wzmocnienia” bezpieczeństwa.

Czy prowadzą państwo działania poza internetem? Współpracują z nami koordynatorki i koordynatorzy lokalni w różnych miastach w Polsce. Przeprowadzają szkolenia, a także warsztaty edukacyjne, ucząc krytycznego pozyskiwania informacji. Jesteśmy obecni także na różnych wydarzeniach, m.in. na obchodach rocznicy 4 czerwca w Gdańsku, Open’erze w Gdyni, a także na Igrzyskach Wolności. Przeprowadziliśmy szkolenia z dezinformacji i rozpoznawania fake newsów m.in. podczas Forum Ekonomicznego Młodych Liderów. 0 Jeśli chcesz zaangażować się w projekt, to zachęcamy do wysłania maila na adres karolina@fronteuropejski.pl Do grupy możesz dołączyć na Facebooku – Wojownicy Klawiatury. Dołącz do nas na fb i działajmy razem!


Trochę kultury

kultura /

Polecamy: 27 MUZYKA Słuchacze wszystkich krajów, łączcie się! Szlagiery państw byłego bloku wschodniego

fot. Alek Kozłowski

37 FILM Fantasy na tronie Rozwój kina fantasy

41 SZTUKA Berliński stan surowy

Drugie życie postindustrialnego Berlina

Pokolenie Frajerów K A M I L K U S Z TA L łęboko wierzę w konieczność rozmowy na ważne tematy, na przykład o ekologii. Niestety w odpowiedzi na moje pytanie: Czy chcesz porozmawiać o katastrofie klimatycznej? najczęściej spotykam się z następującą reakcją: O Jezu… Przyzwyczajony do wymijających reakcji, zazwyczaj drążę dalej: Czujesz ciężar odpowiedzialności za ekologiczne grzechy kilku pokoleń ludzkości? I… Spotykam się bardzo podobną reakcją, chociaż niekoniecznie odwołującą się do sił niebiańskich. Absolutny kryzys ekologiczny jest już właściwie faktem naukowym. Tym trudniej więc o nim dyskutować, a rozmawiać z optymizmem – wydaje się niemożliwością. Pesymizmem przesiąknięta była odbywająca się na Wydziale Dziennikarstwa Informacji i Bibliologii UW debata o globalizacji. 17 października w auli zebrali się dziennikarze i publicyści: Marta Nowak, Rafał Woś oraz Zbigniew Szczęsny. Dyskusja bardzo szybko zeszła na temat katastrofy ekologicznej. Oczywiście brak jakichkolwiek konkretów. Szybko zapanował chaos i potyczka poglądów politycznych. Widzowie nie wydawali się zbytnio zaskoczeni obrotem spraw, ale raczej nie spodziewali się aż tak skrajnych emocji. Jeden z paneli-

rys.: Joanna Chołołowicz

G

Absolutny kryzys ekologiczny jest już właściwie faktem naukowym.

stów nazwał ich, siebie, nas wszystkich: pokoleniem frajerów. Dlaczego? Ponieważ jego zdaniem to idealnie opisuje zjawisko obarczania nas olbrzymią odpowiedzialnością za bałagan, którego nie do końca jesteśmy sprawcami. Niestety, bardzo prawdopodobne jest to, że miał rację. Po latach ignorowania problemu nastał moment, gdy trudno spokojnie obserwować dalszy rozwój wypadków (chociaż wciąż jest to popularne zjawisko). Na nasze barki spadł ciężar niewyobrażalnie trudny do uniesienia. Nie możemy go już przerzucić na następne pokolenia, jak to się odbywało od dziesiątek lat. Nie ma już na to czasu. Czujemy w trzewiach nadejście ostatniej szansy na zmierzenie się z rzeczywistością. Walka nie toczy się już tylko o plastikowe torebki i segregację śmieci, ale o zakwestionowanie obecnego porządku. Nie uchroni nas wiara w rozwój oraz wspaniałomyślność człowieka. Nadszedł czas, by przyjąć dolę reprezentatów Pokolenia Frajerów i przypisać sobie cudze winy wraz z ich konsekwencjami. By na pytanie: Czy czujesz ciężar odpowiedzialności za ekologiczne grzechy kilku pokoleń ludzkości? odpowiedzieć: Tak, czuję, dlatego staram się żyć zero waste. Chociaż wiem, że to za mało. Ale to zawsze jakiś krok. 0

styczeń-luty 2020


/ turecki rock znajdzie się cela dla Leszka Balcera

Gurbet elde bir başıma neyleyim? * *Cóż mogę począć sam? – cytat z utworu Özdemira Erdoğana pt. Gurbet

Przełom lat 60. i 70. jest dla Turcji okresem poszukiwania własnej muzycznej tożsamości – kompozycje tradycyjne mieszają się tutaj z agresywnym, niekiedy zupełnie surowym brzmieniem gitar elektrycznych, by finalnie, na przestrzeni przeszło dekady, stworzyć zupełnie unikalny, pełnoprawny nurt kompozytorski. T E K S T:

ALEKSANDRA MARSZAŁEK

iedy u schyłku lat 50. wspomnienie pierwszego międzynarodowego sukcesu rock and rolla stopniowo zaciera się w świadomości amerykańskiej młodzieży, nastolatkowie z Turcji dopiero rozpoczynają swoją burzliwą fascynację muzyką Zachodu. Relatywnie szeroki dostęp do zagranicznych nagrań sprawia, że młodzi Turcy chętniej sięgają po hałaśliwe płyty popularnych wówczas artystów, a single winylowe Billa Haleya drapane są regularnie na przenośnych analogowych odtwarzaczach. Wzrost popularności takiej muzyki sprawia, że w ciągu najbliższych kilku lat w Stambule powstają niezliczone kapele studenckie, które z mniejszym lub większym powodzeniem pragną naśladować zagranicznych wirtuozów gitar elektrycznych.

K

sie konkurs Altın Mikrofon (pol. Złoty Mikrofon, lata 1965-1968), gdzie na utalentowanych artystów czeka kusząca perspektywa odbycia trasy koncertowej po całym kraju, a także możliwość wydania własnych siedmiocalowych krążków. Finaliści zobowiązani są spełnić pewien odgórnie wytyczony warunek – muzycy mają za zadanie zaaranżować zachodni szlagier w sposób, aby brzmieniem zbliżony był on do tradycyjnych pieśni ludów anatolijskich. Alternatywą jest stworzenie zupełnie nowego utworu łączącego oba te muzyczne dążenia.

Składową jest bunt

Roślina z rodziny bobowatych Nieskomplikowane struktury i banalne teksty piosenek zaczynają z czasem tracić na atrakcyjności wśród mieszkańców obszaru historycznej Anatolii. Momentem zwrotnym dla rozwoju muzyki popularnej w Turcji staje się wówczas występ młodej stambułki, Tülay German, podczas którego artystka zachwyca publiczność 10. Bałkańskiego Festiwalu Melodii nowatorskim wykonaniem jednej z ludowych pieśni, Burçak tarlası. Pamiętne wydarzenie dopełnia w roku 1964 nagranie przez piosenkarkę singla o tym samym tytule (na język polski dosłownie przetłumaczymy go jako Pole wyki). Słowa piosenki zawierają wiele istotnych dla kultury tureckiej anegdot i metafor, zaś język, w jakim jest ona napisana, miejscami odbiega od powszechnie używanego przez Turków. Zestawienie pielęgnowanych przez lata wartości z zastosowanymi innowacjami kompozytorskimi sprawia, że utwór ten wciąż postrzegany jest jako przełomowy, nie tylko w kontekście przemian dotyczących obszaru poszukiwań muzycznych, ale także świadomości przynależności kulturowej młodego pokolenia.

Rock anatolijski Równolegle swój wpływ na kształtowanie się ówczesnych brzmień ma przeprowadzany w tym cza-

w tym albumy pionierów tureckiego rocka. Rezultatem działań zmierzających do stworzenia unikalnego brzmienia jest zauważalna tendencja wzrostowa w zakresie sięgania przez młodych muzyków po tradycyjne instrumenty znane dotąd z kompozycji głównie folklorystycznych. W konsekwencji z głośników częściej wydobywają się charakterystyczne dźwięki bağlamy, a nieregularne i asymetryczne partie rytmiczne odgrywane są na bębnach. Podstawą tworzenia melodii jest w tym czasie skala arabska, chętnie stosowana m.in. przez Neşe Karaböcek czy braci z zespołu 3 Hür-el.

Koncepcja ta znajduje swoich przeciwników, którzy, kwestionując podejrzanie sztywne wytyczne dla uczestników konkursu, zarzucają organizatorom wydarzenia propagowanie idei nacjonalistycznych. Bezsprzecznym pozostaje jednak stwierdzenie, że właśnie to arbitralne obranie ścieżki, którą kierować się ma historia muzyki nowego pokolenia, utożsamiane jest z narodzinami nowego gatunku, rocka anatolijskiego (tur. anadolu rock). Nurt ten, będący scaleniem elementów ludowości z komercyjnymi wpływami Zachodu, sukcesywnie rozwijany będzie szczególnie na początku nadchodzącej dekady.

Brak symetrii Każdego roku wytwórnie płytowe w Turcji wydają coraz więcej nagrań z muzyką rozrywkową – pojawiają się też pierwsze płyty długogrające,

W Turcji, podobnie jak w krajach zachodnich, młodzież także stara się wyrazić poprzez wykonywaną muzykę pewien rodzaj buntu. Przejawia się on głównie w tekstach piosenek. Bunt młodych tureckich artystów skierowany jest przeciwko zanikającej wrażliwości na ludzką krzywdę oraz zmniejszającej się roli miłości w relacjach z drugim człowiekiem. Uzewnętrznia się on z kolei w nadzwyczaj poetyckim, subtelnym ujęciu. Nie bez wpływu na problematykę poruszaną przez muzyków pozostaje jednak masowa migracja mieszkańców tego państwa. Zjawisko to inspiruje cenionego kompozytora Özdemira Erdoğana do nagrania w roku 1972 utworu pt. Gurbet stanowiącego stronę A singla winylowego Gurbet/Elele. Gurbet, czyli nostalgia, to historia człowieka samotnego – takiego, któremu każdego dnia towarzyszy głębokie, niepohamowane poczucie zagubienia. Opuszczając kraj ojców, bohater pozostawia w nim najdroższych swojemu sercu bliskich. Lata 60. i 70. obrazują przede wszystkim sposób, w jaki Turcja radzi sobie z napływem zachodniej muzyki popularnej – to, jakie wnioski wyciąga z obserwacji pewnych tendencji i jak informacje te przyczyniają się do rozwoju własnego, wielopostaciowego nurtu w muzyce. Wzruszające teksty śpiewane są przy akompaniamencie wyjątkowego połączenia instrumentalnego, a wspomnienie nietrywialnych kompozycji pozostaje w pamięci słuchaczy aż do czasów współczesnych. 0

Przygotowana przez autorkę playlista prezentująca wybrane utwory z tureckich lat 60. i 70. znajduje się pod adresem: tiny.cc/magiel-anatolijski

26-27


hity z demoludów /

Słuchacze wszystkich krajów, łączcie się! zy znajomość polskich szlagierów wysysamy z mlekiem matki? Najprawdopodobniej tak – nikt nie pamięta momentu, w którym usłyszał pierwszy raz Autobiografię Perfectu czy Kryzysową narzeczoną Lady Pank. Muzyczni wyjadacze i zwykli zjadacze chleba, którzy pamiętają okres premier tych szlagierów, mogą być zaskoczeni, dowiadując się, że na imprezach millenialsów (tych bardziej cywilizowanych) wciąż pojawiają się te kawałki. Można stwierdzić, że to tradycja międzypokoleniowa. I coś w tym jest. Brak dostępu do oryginalnych wydawnictw zachodniej muzyki w okresie PRL-u (najczęstszą fizyczną formą były rosyjskie bootlegi) stworzył kult muzyki rodzimej i wdrożył ją do świadomości Polaków na kilka pokoleń. Biorąc pod uwagę młodzieżowe playlisty z polskimi klasykami, można dojść do wniosku, że ta muzyka już nigdy nie umrze, a przynajmniej mieć taką nadzieję. Jednak co z innymi hitami z bloku wschodniego? Czy mogą one umrzeć, jeżeli nigdy nie narodziły się w świadomości młodych w naszym kraju?

C

Non omnis moriar Możliwe, że nieświadomie żyją w naszej pamięci. Dla przebojów z bloku wschodniego charakterystyczny był język wykonania całkowicie zależny od narodowości muzyków. Mimo wszechobecnego hasła o łączeniu się narodów, mało kto rozumiał jednocześnie czeski, rosyjski, węgierski czy rumuński. Na pomoc nieuzdolnionym językowo przychodziły specjalne, polskie wersje językowe utworów często w wolnym tłumaczeniu ze zmienionym przekazem. Dzięki tym sprytnym coverom każdy kojarzy dziś takie utwory, jak Gyöngyhajú lany (Dziewczyna o perłowych włosach) węgierskiej Omegi. O dziwo, oprócz oszałamiającej popularności w Polsce, Perłowowłosa zyskała sławę także za żelazną kurtyną za sprawą zachodnioniemieckiej formacji Scorpions, która stworzyła angielską wersję utworu pt. White Dove. Polskie zespoły także chciały zaradzić barierze językowej w bloku wschodnim, wydając całe swoje płyty w obcych językach z nadzieją, że osiągną międzynarodową sławę. Prym w tej metodzie podbijania socjalistycznych rynków wiedli przedstawiciele big-beatu – polskiego zamiennika frywolnego rock’n’rolla. Czerwone Gitary, wydając w NRD album Consuela, zaskarbiły sobie sympatię wschodnioniemieckich słuchaczy, występując na kilku festiwalach, śpiewając takie przeboje jak Solche

Muzyczna interpretacja słynnego komunistycznego sloganu jest podobnie nietrafiona jak oryginał. Blok wschodni nie istnieje od 30 lat, a ówczesne przeboje już nigdy nie trafią do świadomości bratnich, postsocjalistycznych narodów, pozostając popularne tylko w swoich ojczyznach. T E K S T:

J Ę D R Z E J KO S Z Y K A, G R A F I K A : M A R T Y N A B O R O DZ I U K

schönen Augen (Takie ładne oczy) czy Und es regnet (Ciągle pada) w bardzo polsko brzmiącym akcencie niemieckiego. O wiele lepiej z akcentem obcego języka na nagraniu poradzili sobie Skaldowie, udostępniając radzieckiej publiczności płytę Mелодия (Melodia) z przebojami takimi jak: Прелестная виолончелистка (Prześliczna wiolonczelistka) czy Размышления деревенского почтальона (Medytacje wiejskiego listonosza). Skaldowie z pewnością wiedzieli, że na nagraniu można zdziałać językowe cuda. W występach na żywo na terenie ZSRR używali już tylko polskich wersji swoich utworów.

Radziecki bunt W Związku Radzieckim, przewodniczącym blokowi wschodniemu, cenzura kultury stanowiła ważny element indoktrynacji społeczeństwa. We wczesnym stadium socjalistycznego państwa muzyka zachodnia, a szczególnie jazz i rock, była uważana za zepsutą i burżuazyjną. Mimo że grana w podziemiu (stopniowo wchodząc w oficjalny obieg), doczekała się wiernego grona fanów w całym kraju, a najważniejsi przedstawiciele są słuchani w postradzieckiej Rosji do dziś. Utwór Группа крови (Grupa Krwi) rockowego zespołu Кино (Kino) to jeden ze szlagierów pokolenia zapatrzonego w lidera, Wiktora Coja, który zginął tragicznie w wieku 28 lat w wypadku samochodowym (było blisko zachodniego Klubu 27). Ze zgliszczy samochodu wyciągnięto ostatnie teksty frontmana, które przerodziły się w Чёрный Альбом (Czarny Album). Jego postać stała się symbolem buntu, wyjścia spod radzieckiego schematu obywatela, a teksty w jasny, nieskażony cenzurą sposób, ujawniały kulisy życia szarego człowieka we wszechmocnym totalitarnym państwie.

Czy Czesi śmieją się z Jožina z bažin? Nie. Utwór z repertuaru Banjo Band to tylko internetowy mem. Choć nagrany został w 1977 r., popularność w Polsce zdobył około 2008 r., zapewne ze względu na „śmieszność” języka oraz charakterystyczny wygląd i ruch sceniczny wykonawców. Jednak co uznawane jest za hit przez Czechów i Słowaków? Rozdający lody truskawkowe w teledysku do Jahody mražený Jiří Schelinger to jeden z kandydatów do tytułu najpopularniejszego muzyka w CSRS. Wyglądem w wideo przypomina członka zachodniej grupy grającej ostry metal i śpiewającej o śmierci, wojnie i mistrzu marionetek. Nic bardziej

mylnego, Schelinger śpiewa o zapominalstwie swojej dziewczyny, która zostawiła gdzieś truskawki. Pozytywna, rockowa muzyka wykonywana przez pozytywnego gościa – to jest to, co Czesi i Słowacy lubią najbardziej! Jednak to nie do końca prawda. Jiří wykonywał też łapiące za serce ballady, takie jak Šípková růženka czy Holubí dům – te utwory to kwintesencja gatunku. Poetyckie teksty wraz z akompaniamentem klasycznej gitary ukazują arkana czeskiej miłości.

Sex, drugs and synthpop Nazwa formacji Videosex mająca konotacje z rozwiązłością seksualną, nie dałaby rady sprostać cenzurze w Związku Sowieckim, jednak Jugosławia to inna bajka – zliberalizowany socjalizm pozwalał na takie nazwy i nie tylko. Muzyka synthpopowa i nowofalowa, ewidentnie zachodnia, miała w tej federacji nie tylko rację bytu, lecz także cieszyła się wielką popularnością. Jugosłowianie nieuciskani radzieckim butem pozwolili sobie na odrobinę muzycznej awangardy, uwielbiali takie utwory jak Detektivska Prica wspomnianej grupy Videosex czy Soba 23 formacji Denis & Denis. Synthpopowy przebój brzmiący bardzo zachodnio, sprawiający wręcz wrażenie, że jest podróbką czegoś popularnego. Gdzieś już się to słyszało… No właśnie, często muzyka ze wschodu uchodziła za kopię zachodniej. I tak też było w pozornie autonomicznej Jugosławii, gdzie twórcy lubili, nie zawracając sobie głowy creditsami czy tantiemami, wyciągać wszelkie smaczki z zachodnich produkcji – progresje akordów, poszczególne dźwięki czy beaty dyktujące przebieg melodii. Przykładem jest tutaj kopia utworu legendarnej ABBY Lay All Your Love On Me wykonana przez jugosłowiańską wokalistkę Zanę w utworze Dodirni mi kolena. Twórcy tego ripoffu myśleli chyba, że żelazna kurtyna na zawsze będzie dzielić scenę muzyczną…

Rozdarta kurtyna A że w 1989 r. kurtyna się rozdarła, giganci demoludowych scen odeszli w niepamięć. Zachodni grunge, a potem britpop, wdarły się szturmem do odtwarzaczy młodzieży, czyniąc muzykę z poprzedniego systemu niemodną i nieaktualną. I tak jest do dzisiaj – zagraniczne utwory z bloku wschodniego są nieznane, jedynie rodzime przeboje wpajane z pokolenia na pokolenie bronią bastionu muzycznych archaizmów komunizmu, bo „kiedyś to jednak była muzyka, a dzisiaj to nie ma muzyki”. 0

styczeń–luty 2020


/ zagraniczne płyty roku

Albumy

roku

Weyes Blood Titanic Rising

FKA twigs MAGDALENE

Ikona. Legenda. Królowa. Apoteozom pisanym na cześć Natalie Mering nie ma końca. Licznik katartycznych łez wylanych do Titanic Rising osiągnął już chyba wartości ośmiocyfrowe. Nic dziwnego – płyta to niezwykła. Pod powłoką eklektycznego, barokowego pop-rocku w stylu lat 70. pracuje kilka potężnych songwriterskich silników – muzyka średniowieczna i klasycy wiedeńscy, country i kanon f ilmowego soundtracku. W warstwie tekstowej – miłość, strata, samotność przef iltrowane przez nieożywiony kinowy ekran, który jednym zastąpił rzeczywistość, a innym dał sławę i podziw . Do tego Natalie nie boi się maniery, ma potężny głos i perfekcyjną nad nim kontrolę. Płyta roku dzwoni – już czas, by odebrać.

Od oszałamiającego debiutu LP1 minęło już pięć lat i, wbrew wszelkim spekulacjom, nie otrzymaliśmy wcale LP2. Otrzymaliśmy kobietę – silną, odważną i uwodzicielską, ale też pełną wrażliwości i jakby mistyczną. Artystka, zainspirowana historią biblijnej Marii Magdaleny, stworzyła własny archetyp kobiety, która wcale nie musi pozostawać święta i czysta, nie musi pozbywać się demona, który w niej drzemie. MAGDALENE jest spokojna i refleksyjna, ale na pewno nie nudna i patetyczna. Twigs zaserwowała nam bardzo spójne, ale trudne do zaszufladkowania brzmienie – nikt tak jak ona nie łączy elektro-popu z hip-hopem, awangardą, a nawet operą. Jednak najważniejszym instrumentem na płycie jest głos artystki – czuły, subtelny, znacznie wysuwający się przed instrumentale, nadający tajemniczej i intymnej aury.

M AR E K K AW K A

PAU L I N A W OJ TA L

2019 Świat (wybór subiektywny)

Ride This Is Not A Safe Place

Billie Eilish When We All Fall Asleep, Where Do We Go?

Nick Cave and the Bad Seeds Ghosteen

Od debiutu oksfordzkiej grupy do tegorocznego albumu, na którym radzą strzec się tych miejsc, minęło prawie 30 lat. I choć okładka łudząco przypomina Nowhere, to od szukania podobieństw skutecznie odwiedzie już pierwsze pół minuty płyty, któremu od Seagull bliżej do spokojniejszych momentów z repertuaru Crystal Castles. Następcą pierwszego utworu jest Future Love, które w radosnym tercecie wraz z Clouds of Saint Marie i Jump Jet z powodzeniem mogłyby niezauważone wkraść się w repertuar artystów pokroju Wild Nothing. Eklektyki dodaje płycie akustyczne Dial Up, w którym zespół przy dźwiękach gitary oraz modemu telefonicznego ubolewa nad izolacją w dzisiejszym społeczeństwie. Kto po Ride oczekiwał przyjemnego dream popu, nie będzie zawiedziony; kto natomiast oczekiwał przełomu w szugejzie, ten był zwyczajnie naiwny.

Mówią, że młodość to stan ducha. Jednak za każdym razem, gdy odpalam When We All Fall Asleep, Where Do We Go? mam nieodparte wrażenie, że jestem trochę za stara, by ten album tak bardzo przypadł mi do gustu. Nie mogę o nim nawet pogadać ze swoją młodszą siostrą, bo nawet ona jest już starsza niż jego docelowi odbiorcy. No cóż… W jednym z najciekawszych i zdecydowanie najlepszych debiutów na scenie popowej ostatnich lat Billie z łatwością łączy czasami niemalże pretensjonalną teatralność z niezwykle inteligentnymi emocjonalnie tekstami, które zaskakująco rzadko przekraczają granicę bycia „zbyt edgy”. Na pewno z zaciekawieniem będę śledzić rozwój kariery Billie i Phineasa, bo jednego jestem pewna – ten album jest o niebo (i piekło) lepszy niż połowa rzeczy, których słuchałam w gimnazjum.

Gdyby Ghosteen był f ilmem akcji, jego tytuł mógłby brzmieć Ghosteen: Ku pokrzepieniu serc . Ale tutaj nie ma ani krzty akcji. To kręcone jednym ujęciem godzinne spotkanie w jednym pokoju z ośmiorgiem „dzieci” i trojgiem „rodziców” – tak Nick Cave podzielił i określił kompozycje, które są dziełem człowieka zniszczonego, ale patrzącego z nadzieją w przyszłość. Od początku powolne i ambientowe „dzieci” utwierdzają w przekonaniu, że serce Cave’a po stracie tragicznie zmarłego syna wciąż się nie zagoiło. Na koniec spotkania dziecięca naiwność przerywana jest przez troje dość konserwatywnych kompozycyjnie „rodziców”, którzy upewniają „dzieci” swą dojrzałą rozpaczą, że losu nie da się zmienić i trzeba się z nim pogodzić. Są spokojni, trochę zmęczeni, czyli tacy jak cały Ghosteen .

SZYMON ZAPERT

M A R C J A N N A S Z C Z E PA N I A K

JĘDRZEJ KOSZYKA

28–29


Jai Paul Leak 04-13 (Bait Ones)

Celer Xièxie

Hobo Johnson The Fall of Hobo Johnson

Debiut Jaia Paula to tak naprawdę historia sprzed sześciu lat, która jednak dopiero teraz nabrała pełnego wydźwięku. Obecna forma płyty do produkcyjnego nowatorstwa dodała istotny ludzki pierwiastek – materiał jest wynikiem wieloletnich zmagań Jaia z konsekwencjami niechcianego wycieku materiału, który popsuł jego karierę i zachwiał psychiką artysty. I chociaż album ciągle jest nieukończony, a wręcz pozbawiony kilku trudnych do wyczyszczenia sampli, wciąż da się poczuć radość i beztroskę bijącą z szalonego Str8 Outta Mumbai, pasję napędzającą niekonwencjonalny cover Crush czy ciepło pulsującego tła klasycznego już Jasmine. Jai to złote dziecko eksperymentalnego alt r&b i oby jeszcze w przyszłości udowodnił, że jak nikt zasłużył na to miano.

Field recordings to wyjątkowy gatunek muzycznego tworu. Umiejętnie wykonane nagranie potrafi przekazać więcej detali o miejscu niż niejedna fotografia, a do tego pozwala na chwilowe odpłynięcie w zupełnie inne miejsce. Na Xièxie nagrania terenowe mieszają się z ambientowymi kompozycjami na tyle gładko, że trudno postawić twardą granicę odróżniającą jedno od drugiego, co pozwala na płynne balansowanie pomiędzy fantazją a rzeczywistością. Medytacyjny nastrój przykryty mglistoszarą otoczką urzeka i zachęca do zagłębienia się w ambientowe tekstury. Z początku 1,5 godziny melancholijnego materiału może wyglądać przytłaczająco, jednak lekkość muzyki sprawia, że przesłuchanie przestaje być wysiłkiem, a staje się zarówno błogą przyjemnością, jak i czynnikiem popychającym do eksploracji samego siebie.

Frank Lopes Jr. jest poetą mojego roku 2019. Postać, jaką kreuje w swoich tekstach Frank wychowała się na komediach romantycznych, które raz po raz uczą, że „zawsze trzeba walczyć o własne szczęście”. Prezentuje on urywki z życia człowieka, który, choć w pełni świadomy swojej infantylności, płacząc, śmiejąc się, krzycząc i wyjąc na zmianę, próbuje zrozumieć, co w ogóle dzieje się wokół niego. W niezwykle bezpośredni sposób opisuje lęki i porażki, zamykając je w błyskotliwych frazach, które,zebrane razem mogłyby trafić do jakichś smutnych ciasteczek z wróżbą. Może komuś problemy opisywane przez Hobo Johnsona będą wydawać się błahe, a on sam – zupełnie rozhisteryzowany. Ja oglądałam te same komedie, które oglądał Frank i cieszę się, że nie tylko ja mam dziś ten problem.

J AC E K W N O R O W S K I

A LEX MA KOWSKI

M A R C J A N N A S Z C Z E PA N I A K

E-Saggila My World My Way

Slauson Malone A Quiet Farwell, Twenty Sixteen to Twenty Eighteen

Weatherday Come In

Drugi album E-Saggili to funkcjonalne połączenie wykręcającego uszy industrialu, piekielnego breakcore’u i kontemplacyjnego noise’u. To muzyka ekstremów, w agresywnych momentach mogąca ujarzmić nawet najbardziej żądną krwi publikę, a w tych emocjonalnych pozwalająca zatracić się w swoich dramatycznych dźwiękach. Najlepszym tego przykładem jest Aziza. Apokaliptyczne, wojenne sample ścierają się tu ze ścianami białego szumu, a buzująca gabberowa perkusja przedziera się przez gąszcz zakłóceń radiowych, aż w końcu utwór zmienia się w hardcore’owy banger. Zupełnym tego przeciwieństwem jest closer, który swoim powolnym tempem, industrialnym syntezatorem oraz mrożącym spoken wordem przypomina czarny charakter w filmie akcji. My World My Way to soundtrack do burzliwych, niespokojnych czasów, gdzie zamiast walczyć z naszym strachem, poddajemy się mu.

The world is coming to an end, więc Slauson Malone tworzy eklektyczną, rapowo-jazzową płytę o tym, że świat nie skończył się w 2012 r. Zapętlone bity to cztery uśmiechy w ciągu 32 minut na wspólnej, sierpniowej wycieczce rowerowej, ostatniej w tym sezonie. Sensualny saksofon to soczyste brzoskwinie i lepkie po niej palce, akompaniament dla dni, kiedy efemeryczne poczucie, że jest się w stanie pomuskać niebo nawet swoim najmniejszym palcem u stopy, jest tak samo złudne, co przyjemne. Gdyby jednak wsłuchać się w słowa, ten piknik wysublimowanych sampli zaczyna cieszyć coraz mniej. Jest rok 2019, a życie bez uprzedzeń wciąż wydaje się nieosiągalne. Czy dzięki przemycaniu motywu blaxploitation w warstwie lirycznej plądrofonicznych utworów ktokolwiek usłyszy skowyt mniejszości etnicznych? The world is changing, nadzieja umiera ostatnia.

Come In jest zaproszeniem nie do odrzucenia. Weatherday, znany także pod pseudonimem Sputnik, to 22-letni szwedzki muzyk pochodzenia rosyjskiego. Jego debiutancki album czerpiący z lo-fi indie oraz noise popu zabiera nas w ambitną, emocjonalnie frapującą oraz pełną bólu po rozpadzie relacji z bliską osobą podróż stanowiącą zaproszenie jej do swojego życia. Artysta kreatywnie operuje dźwiękiem: skrzypiące gitary, chropowata perkusja, iskrzące arpeggio i nagłe donośne pianino obrazujące rozdarte serce jednoczą się ze zróżnicowanym głosem Sputnika, od zasmuconego, zrozpaczonego krzyku po anielski śpiew. Szczególną uwagę należy poświęcić My Sputnik Sweetheart, 13 minutowemu utworowi odnoszącemu się do tytułu ulubionej powieści muzyka. Istotna jest klamra kompozycyjna: w ostatniej piosence wraca efektownie ta sama melodia. Wejdź do środka i daj się porwać.

M AC I E J B U Ń K O W S K I

Z U Z A P O WAG A

KAROLINA GOS

styczeń–luty 2020


/ krajowe płyty roku

Albumy

roku

Ciśnienie JazzArt Underground Co to jest? – rzuca się na myśl przy pierwszym odsłuchu JazzArt Underground . Michael Gira założył kwartet jazzowy? A może to Efrim Menuck znudzony Montrealem postanowił przeprowadzić się do Katowic? Kreślenie błyskotliwych porównań do twórczości Ciśnienia jest o tyle satysfakcjonującym zajęciem, że sami muzycy nie pozwalają się łatwo zaszuf ladkować, co pozostawia spore pole do analizy ich inspiracji. Katowicki kwartet wyciąga wiele dobrego z wysłużonego post-rocka i przeciwstawia temu cały jazzowy arsenał, tworząc niekonwencjonalny amalgamat gatunków, który rozkłada na łopatki. To idealna płyta do obserwowania zza okna początku nuklearnej zimy, albo katastrofy klimatycznej – czyli na przeciętny wieczór nadciągającej dekady.

M AT E U S Z S K Ó R A

2019 Polska (wybór subiektywny)

Killed to Death Wszystko Minęło Na swoim trzecim albumie, wydanym przez netlabel Trzy Szóstki, piotrkowski artysta ukrywający się za pseudonimem Killed to Death kontynuuje i rozwija autorską wizję mrocznego i osobliwego uniwersum. Powstały świat jest niezwykle spójny, w kreatywny sposób łączy popową przebojowość z upiorną groteską. Muzycznie można odnaleźć tu wiele odniesień do analogowego synthpopu lat 80., neofolku czy industrialu. Lirycznie zaś autor podejmuje tematy egzystencjalne i emocjonalne. Wiele w tym materiale nihilizmu, turpizmu i beznadziei, ale podanej w przemyślany i poetycki sposób. Ponure teksty w połączeniu z chwytliwymi melodiami dają nową jakość, a całość zachwyca rzadko spotykaną świeżością. Na rodzimej scenie niezależnej wciąż brakuje projektów eksplorujących popowe rejony i eksperymentujących z piosenkową formą, dlatego tego typu albumy są na wagę złota.

PIOTR CHĘCIŃSKI

Mgła Age of Excuse

Bałtyk Self-Help, Pt. 1 i Pt. 2

DJ NABUCHODONOZOR mUZA dO kICHANIA

Rok 2019 przyniósł globalne oziębienie w black metalu. Co za tym idzie, plony były obfite, a najwięksi żniwiarze w gatunku wydawali swoje najnowsze płyty. Pośród tych pługawców znalazła się polska Mgła, która wyrosła do rangi kultowego zespołu w blackmetalowym półświatku. Age of Excuse stylem nie odbiega od reszty – panowie dalej trzymają się swojej metody, przynoszącej najlepsze zbiory. I choć album raczej nie przebija poprzedników, to dalej jest to klasa światowa, a mimo podobieństwa do poprzednich płyt można zauważyć ewolucję z bardziej melancholijnego i subtelnego stylu do bardziej agresywnego, oczyszczającego. Na tle wydawnictw z poprzednich lat widać też większe skupienie na całości niżeli na poszczególnych utworach – płyta jest bardziej mglista i szara aniżeli Exercises in Futility. I to wcale nie jest złe, wręcz przeciwnie: nadaje to charakteru i pokazuje, że formuła Mgły jeszcze się nie wyczerpała.

Na zewnątrz jest mroźnie. Pada śnieg. Na szczęście tym razem jestem wewnątrz, w swojej stref ie komfortu. Siedzę w pokoju i słucham syku kaloryfera. Tak zaczyna się dyptyk Self-Help. To bardzo intymne uczucie, niepowtarzalne, w końcu to moja perspektywa. Podróż po elementach składających się na moją osobę, szczególnie tych sprawiających trudność, niezrozumienie, bezradność. Rozważanie relacji, próba odnalezienia w nich mojego miejsca. Słuchając tych płyt, wychodzę z psem na spacer, doświadczam śmierci, która boli dość specyf icznie tak, jak w (Puppy Story), łapię powrotny autobus, by pogrążyć się w ref leksji. Wtulam się w poduszkę, pragnąc w niej Twojego ciepła, szukając Twojego zapachu. Ciebie.

R A FA Ł S T Ę P I E Ń

Muzyka konkretna z komputerowych bebechów? Plantasia dla płaskich monitorów? Nocne improwizacje modemów i telefonów z ery przedsmartfonowej, porzuconych gdzieś na obrzeżach nigeryjskiego slumsu? To bardziej możliwe, niż myślisz. DJ NABUCHODONOZOR wrzuca nas do niezbyt sprawnie wyrenderowanej gęstwiny, gdzie tylko z rzadka słychać węglowe formy życia. Zamiast kolejny raz odpalać zgrany pendrive vaporwave’owej estetyki gliczu, mUZA dO kICHANIA gliczem jest – tu nie załaduje się tekstura, tam niecierpliwe palce klikną dwa lub trzy razy za dużo i sprawią, że jakiś sampel zacznie obsesyjnie się powtarzać. Nawet jeśli w okolicy mASŁA stojąca za albumem jednostka zauważa intruza w digitalnej puszczy i postanawia umilić twój pobyt fortepianowym numerem prosto z doliny niesamowitości (kURDE…), musisz pamiętać: jesteś tu tylko gościem. By cię wymazać, wystarczy szybki format c://.

A NTEK TRYBUS

M AR E K K AW K A

30-31


xxzzz

ocena:

recenzje /

Kanye West Jesus Is King GOOD Music

Można śmiało powiedzieć, że zeszły rok należał do arty-

krąży wokół tytułowego wyrażenia. Na Boga! Kanye nie daje

sty z Chicago. Wydanie solowego krążka, nagrany z Kidem

spokoju odbiorcy. Powierzchowne katechizmy biją jeden za

Cudim wspólny album o swoich problemach psychicznych

drugim w każdym kolejnym utworze. Nielicznych momen-

czy produkcja wychwalanej wszędzie Daytony to tak na-

tów oddechu wypada się doszukiwać w precyzyjnej grze

prawdę tylko ułamek jego udziału w rynku muzycznym.

samplami, do której jednak każdy zdążył się przyzwyczaić.

Listami przebojów zatrząsł kontrowersyjny singiel I Love

Świetnym przykładem jest Follow God powstały z pocię-

It z gościnnym udziałem Lil Pumpa. Właśnie w tym momen-

cia religijnego Can You Lose By Following God autorstwa

cie coś pękło w sercu Kanyego. Refleksja nad samym sobą

Whole Truth. Akompaniament dopełnia zadziorne flow

i negatywne reakcje na jego poglądy polityczne wywróciły

i historia o  próbach podążania ścieżką życiową zgodną

życie artysty do góry nogami. Z organizatora gali nagród

z kodeksem moralnym. Powtarzane w  kółko: Drivin’ with

znanej strony pornograficznej przekształcił się w propa-

my dad, and he told me, "it ain’t Christ-like” zapewne odno-

gatora życia zgodnego z naukami Jezusa. Nowo zapowie-

si się do kolejnych etapów życia naszej gwiazdy. Wyraz dad

dziana płyta wzburzyła falę szumu, a pikanterii dodawały

w tym przypadku przybiera rolę homonimu – z jednej stro-

pogłoski o zasadach, jakie nowo narodzony wizjoner na-

ny nawiązuje do potomstwa Kanyego, a z drugiej do Boga

rzucał obracającym się wokół niego ludziom. Współpra-

Ojca. Może to troska o dzieci widoczna w  Violent Crimes

cującym artystom zabronił stosunku przedmałżeńskiego,

z albumu Ye zbliżyła chrześcijańskiego rapera do wartości

swojej żonie chodzenia w sukienkach przed kolano. Miał

ojca? Szkoda tylko płynącej z tej zmiany utraty skrupulat-

być gospel. Muzyczny krok w nieznane.

ności w tworzeniu. Projekt bardziej przypomina ostatnie

Zawód. Nadzieja na nowe brzmienie poszła w niepamięć na rzecz sprawdzonych rozwiązań. Sample

sezony superprodukcji telewizyjnej aniżeli przecieranie niezbadanych szlaków.

wokalne czy otwierające Every hour to za mały krok

Nie oznacza to jednak, że samozwańczy najlepszy ar-

w stronę obiecanej muzyki obrzędowej. Sonicznie album

tysta wszech czasów powinien udać się na przedwczesną

przypomina miszmasz całej twórczości Kanyego, koniec

emeryturę. Warto sprawdzić surowe przecieki z Yandhie-

końców tracący smak. Mimo udziału czołowych produ-

go, brzmiące o wiele bardziej złożenie, co nie dziwi, biorąc

centów takich jak Timbaland, Ronnie J czy Pierre Bourne,

pod uwagę czas poświęcony na obywa projekty. Nadzieja

podkład muzyczny często wydaje się albo niedokończo-

nie umarła. Kim nie stawałby się Kanye, zawsze może od-

ny, albo bez wyrazu. Kawałek On God stworzony właśnie

słonić kolejny rewolucyjny projekt.

z Pierre’em kłuje monotonią arkadowego arpeggio i kulawą

FILIP BRZOSTOWSKI

się „afrykańskość” – na przykład w otwierającym płytę

You Ain’t the Problem można wychwycić co najmniej kilka

ugandyjskie nazwisko artysty ubranego na okładce w strój

elementów obcych europejskiej muzyce popularnej.

afrykańskiego księcia, powinien być dość przekonujący.

Ten kontrast nie jest bez znaczenia. Coraz więcej tek-

Choć stylem płyta mocno przypomina poprzedniczkę

stów dotyka tematów społecznych, jak relacje międzyra-

i nadal dominują na niej spokój i  melancholia, przez te

sowe – wcześniej już poruszone w Black Man in a  White

nastrojowe zasłony coraz bardziej przebija duma artysty

World, piosence, którą muzyk dawniej wykreślał z setlist,

ze swej tożsamości. Tożsamości człowieka, który nigdzie

ponieważ nie czuł się wystarczająco pewnie w roli artysty

nie czuł się „u siebie” – w  Ugandzie uważany był za

zaangażowanego. Kiwanuka śpiewa o rzeczach dla siebie

Anglika, w Anglii – za Afrykańczyka z rodziny imigranckiej.

ważnych – oprócz stosunków między białymi a czarnymi

Warstwa muzyczna jest jednocześnie świeża i dobrze

są to miłość, braterstwo czy przyjaźń, pewność siebie,

znana fanom artysty. Zwodniczym okazał się wydany kil-

wiara, szeroko pojęta tożsamość i odnajdywanie swoje-

ka miesięcy wcześniej mocno taneczny (ale wciąż utrzy-

go miejsca w tłumie, a także przezwyciężanie przeszkód

many w klimacie retro) singiel Money nagrany z  Tomem

napotykanych na swej drodze. Z tych tekstów może wyni-

Mischem. Wpływy ważnych dla Kiwanuki rocka i soulu z lat

kać, że choć świat jest zawiłym i momentami strasznym

60. i 70. są tak mocne, że momentami można odnieść wra-

miejscem zmierzającym ku nieuchronnej zagładzie, to nie

żenie obcowania z albumem wydanym w tamtym okresie.

należy tracić nadziei. Nie bez powodu zamykająca album

Artysta połączył delikatne, wręcz filmowe brzmienia

piosenka nazywa się Light. Nie zmienię swojego imienia,

instrumentów smyczkowych i chórów z  mocno przeste-

nieważne jak mnie nazwiecie – ten cytat z wstępu do Hero

rowaną, hendrixowską gitarą elektryczną. I to wszystko

można uznać za motto płyty. Połącz warstwę liryczną

razem działa! Pewnego rodzaju nowością są wplecione po-

z na wskroś „kiwanukowską” muzyką, a otrzymasz dzieło

między utwory krótkie intra i przerywniki, w dużej mierze

szczere i odważne. No i przy okazji bardzo dobry album.

xxxxy

Teza: 1 listopada 2019 r. Michael Kiwanuka wydał światu samego siebie. Dowód: już tytuł albumu, czyli

ocena:

kompozycją. Wokal topi się w motłochu dźwięków, a treść

Michael Kiwanuka Kiwanuka

Polydor/Interscope Records

instrumentalne, mogące kojarzyć się z twórczością Pink Floyd. Obrazu dopełniają piosenki, z  których aż wylewa

MICHA Ł WRZOSEK

styczeń–luty 2020


KSIĄŻKA

/ najbardziej szokujące książki wszech czasów

zbyt cool by odczuwać ból

Kontrowersja na papierze Nikogo nie zabiły, a jednak zakazane. Nie brak w  nich perwersji i  łamania zasad moralnych. Podejmują walkę z systemem oraz sprzeciwiają się powszechnie uznanym autorytetom. T E K S T:

K A R O L I N A OWC Z A R E K

spółczesnych czytelników raczej nie oburzają już niemoralne treści, jednak niżej opisane dzieła potrafiły (a może nadal potrafią) zaszokować niejednego, chociaż większość nich powstała co najmniej kilkadziesiąt lat temu. Trafiały na przeróżne listy literatury zakazanej przez instytucje państwowe oraz religijne. Mimo to znalazły szerokie grono odbiorców – w końcu zakazany owoc smakuje najlepiej.

W

Rzeczywistość z perspektywy pedofila Powieść Vladimira Nabokova o  mężczyźnie w  średnim wieku utrzymującym relację seksualną niedojrzałą nastolatką nie przeszła bez echa skandalu. W 1955 r. Paryż drżał z  oburzenia. Autor książki został utożsamiony z głównym bohaterem i oskarżony o pedofilię. Nabokov prawdopodobnie spodziewał się tego, gdyż początkowo chciał opublikować książkę pod pseudonimem. Pierwszoosobowa narracja prowadzona przez pedofila, niemoralne przemyślenia głównego bohatera oraz szczegółowość opisów stworzyły mieszanką wybuchową, która doprowadziła do tego, że książka została na pewien czas zakazana między innymi we Francji i w Wielkiej Brytanii. Pomimo kontrowersji Lolita cieszyła się i cieszy do dziś poczytnością. Oprócz poczucia humoru jej mocną stronę stanowi także ukazanie możliwych mechanizmów działania zaburzonego umysłu.

czy Zjednoczone Emiraty Arabskie, do dziś jest ona niedostępna dla czytelników. Sytuacja wyglądała inaczej Stanach Zjednoczonych, gdzie po wydaniu książka trafiła do szerszego grona odbiorców i została wybrana na jedną z  lektur szkolnych, aby promować antykomunistyczne poglądy.

pełnoletni Holden nadużywa alkoholu i korzysta z usług prostytutek. Z tego powodu powieść została zakazana w wielu amerykańskich szkołach. Uważa się, że skłania ona młodzież do buntu, nic więc dziwnego, że Holden stał się jego ikoną, a powieść Salingera biblią młodych buntowników.

Porzucenie tradycyjnych schematów

Bolesna prawda czy manipulacja?

Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya przedstawia wizję przyszłości, w której los ludzi jest z góry zaplanowany. Przy narodzinach wybierane są dla nich role społeczne, które różnią się w zależności od klasy, do której należą. Nie wszyscy są z tego faktu zadowoleni, co skutkuje próbą obalenia systemu. Książka została uznana za kontrowersyjną przez próbę przeciwstawienia się t­ radycyjnemu modelowi rodziny oraz religii. W dzisiejszych czasach również nie jest pozytywnie odbierana przez niektórych z powodu rasistowskiego języka, a jej przeciwnicy domagają się zakazania odczytywania jej treści w szkołach.

Przenieśmy się do czasów współczesnych, w których społeczeństwa coraz mocniej uodparniają się na szok. To uczucie wywołało w  XXI w. m.in. Przeżyć, autobiografia Yeonmi Park, uciekinierki z Korei Północnej. Obok słów autorki (czytanych czy zasłyszanych) nie sposób przejść obok nich obojętnie. Jej historia poruszyła wiele serc. Jednak niektórzy zarzucają Park kłamstwo i manipulację, zwracając uwagę na niekonsekwencje w toku książki i dyskusji o niej. Przemowy Koreanki oraz historia opisana w  książce różnią się szczegółami. Wielu specjalistów ds. Korei Północnej uważa, że Park udramatyzowała narracją i celowo spreparowała drastyczne szczegłu, by uwypuklić koszmar, jaki przeżywają ludzie zamieszkali w  tym kraju, oraz by zyskać większy rozgłos. Autorka, broniąc się przed oskarżeniami o  kłamstwo, zrzuca winę na barierę językową. Prawda pozostaje nieujawniona, co tylko podsyca zainteresowanie czytelników. 0

Bluźnierstwo literaturze pięknej Buszujący w zbożu to powieść autorstwa J. D. Salingera opowiadająca o  losach i  przemyśleniach zbuntowanego nastolatka Holdena. Główny bohater bluźni prawie w każdym zdaniu, obrażając wszystkich dookoła. Nie-

George Orwell w Folwarku zwierzęcym opisuje historię zwierząt, które wypędzają swojego właściciela, aby rozpocząć samodzielne rządy. Została ona zinterpretowana jako pamf let na system polityczny ZSRR, a  autor potwierdził to odczytanie. Udało mu się jednak stworzy szerszy obraz totalitaryzmu i  błędnego koła wszystkich rewolucji, które pożerają własne dzieci. W wielu krajach książka została zakazana, m.in. w Polsce, co zapewne nie dziwi, biorąc pod uwagę sytuację polityczną naszego kraju po II wojnie światowej. Co więcej, w niektórych miejscach na świecie, takich jak Kenia

32–33

graf. pxhere.com

Niebezpieczna idea


ksiązki, które warto przeczytać przed śmiercią /

KSIĄŻKA

Wolność mieszka na Alasce W 1992 r. Chris McCandless rozpoczął wędrówkę szlakiem Stampede na Alasce, w okręgu Denali. Potem nikt z rodziny nie zobaczył go już żywego. Kilkanaście lat później dziesiątki osób idą jego śladem, żeby zrozumieć, co stało się w starym, zielonym autobusie porzuconym w samym sercu dziczy. Żródło grafiki: caneo.pl

T E K S T:

palne lato na początku lat 90. Chris skończył właśnie studia na Uniwersytecie Emory’ego i postanowił, że wakacje spędzi w drodze, samotnie. Uprzedził rodzinę o swoich planach, ale nikt nie potraktował go poważnie. Świetne oceny na dyplomie, liczne sukcesy odnoszone na uniwersytecie oraz dobre zaplecze finansowe gwarantowały mu świetlaną przyszłość. Bliskim nie udało się jednak zauważyć, jak radykalnie w ostatnich miesiącach zmieniło się jego podejście do społeczeństwa i kwestii materialnych. Chris coraz wyraźniej zauważał nierówności między ludźmi i sprzeciwiał się rosnącemu materializmowi. Intensywnie czytał książki Thoreau, Tołstoja i  Londona, interesował się apartheidem, kryzysem żywnościowym oraz polityką państw afrykańskich. To wszystko, także fakt, że kilka miesięcy wcześniej zupełnie przypadkowo odkrył mroczne zakamarki historii swojej rodziny, sprawiło, że nie chciał mieć więcej wspólnego z  otoczeniem, w  którym wychowywał się i dorastał. Porzucenie dotychczasowego wygodnego życia miało pozwolić mu na dotarcie do źródeł prawdziwego szczęścia i  ponowne odnalezienie sensu istnienia. Pozornie historia jakich wiele – współcześnie nie brakuje młodych dorosłych, którym coraz mniej podoba się sposób funkcjonowania świata. Coś jednak jest w postaci Chrisa, że nawet kilkanaście lat po jego śmierci nie brakuje chętnych do pokonania trudnego szlaku w sercu Alaski i odwiedzenia autobusu, w którym spędził ostatnie tygodnie życia.

U

Splątane szlaki Wiele osób po raz pierwszy styka się z McCandlessem książce Wszystko za życie autorstwa Jona Krakauera. Reporter stara się jak najdokładniej odtworzyć ostatnie lata życia wędrowcy, zrozumieć jego motywacje i tok myślenia. Zadanie nie

należało do najłatwiejszych – od początku wędrówki Chris starał się zostawiać po sobie jak najmniej śladów, z nikim nie wchodził w  głębsze relacje i nieustannie kłamał na swój temat. Posługiwał się nieprawdziwymi danymi, w  większości sytuacji przedstawiał się jako Alexander Supertramp – włóczęga pozbawiony przeszłości i przyszłości. Często zmieniał miejsce zamieszkania, dłużej pozostawał tylko w  tych miejscowościach, w  których udało mu się znaleźć tymczasową pracę. Pomimo chęci jak największego oderwania się od praw rządzących współczesnym społeczeństwem, potrzebował pieniędzy, żeby przeżyć i dotrzeć do celu ucieczki – najodleglejszych rejonów Alaski. Nie miał żadnych oszczędności, wszystkie zgromadzone fundusze przekazał organizacji charytatywnej Oxfam jeszcze przed wyjazdem, samochód porzucił gdzieś w  lesie, pozostawiając przy nim kartkę zachęcającą do zabrania pojazdu. Krakauer buduje historię Chrisa na podstawie zapisków znalezionych w starym autobusie, który był jego mieszkaniem przez kilka ostatnich tygodni życia. Mężczyzna pisał lakonicznie, ale to, co po sobie pozostawił, pozwoliło na orientacyjne wytyczenie szlaku jego podróży i dotarcie do osób, które spotkał na swojej drodze. Notatki na marginesach książek zdradzają natomiast poglądy i  motywacje, które pchnęły go ku decyzji o ucieczce.

Wbrew polskiemu tłumaczeniu tytułu Chris raczej nie oddałby wszystkiego za życie. Wszystko za życie nie jest jednak zapisem historii tylko jednego uciekiniera. Autor reportażu decyduje się na uchylenie rąbka tajemnicy i w opowieść wędrówce McCandlessa wplata wspomnienia własnych, młodzieńczych lat. Złośliwi mogliby powiedzieć, że przy braku materiałów związanych z głównym bohaterem Krakauer na siłę wydłuża historię, aby objętość książki była odpowiednia. Narracja autora ma jednak sens w sytuacji, kiedy Chris nie

K ATA R Z Y N A B R A N OW S K A

może sam opowiedzieć, dlaczego wybrał taką a nie inną drogę. Reporter robi to za niego, posługując się analogiami własnego życia. Młody Krakauer, tak jak McCandless, oddałby dużo za bezgraniczną wolność. Chwytał się najpodlejszych i najmniej opłacalnych zajęć, żeby tylko zebrać pieniądze niezbędne do zrealizowania kolejnej wyprawy – na Diabelski Kciuk, Cerro Torre czy Ząb Łosia. Tak jakby nie czuł, że ma cokolwiek do stracenia – buntował się przeciwko prawom rządzącym światem. Nie chciał, żeby Chris McCandless był oceniany przez pryzmat swoich wyborów. Pragnął dla niego zrozumienia i  zaakceptowania decyzji, które wprawdzie doprowadziły do fatalnego końca, ale na pewno nie były niedojrzałe czy pochopne.

Happiness is only real when shared W 1996 r., kiedy po raz pierwszy wydano Wszystko za życie, Krakauer był czterdziestokilkuletnim, dojrzałym mężczyzną rozumiejącym, co w życiu jest naprawdę istotne. W chwili śmierci Chris McCandless miał 24 lata i już rozumiał, gdzie powinien szukać sensu. Lata wędrówki, masa kłopotów oraz uporczywa samotność doprowadziły go do przekonania, że prawdziwe szczęście pojawia się wtedy, kiedy możemy się nim dzielić. Nie zdążył osobiście powiedzieć tego bliskim – w wyniku zatrucia niejadalną rośliną zmarł w autobusie przy szlaku Stampede. Wbrew polskiemu tłumaczeniu tytułu (w oryginale – Into the wild) Chris raczej nie oddałby wszystkiego za życie. Być może wydarzenia jego ostatnich dni sprawiły, że żałował kilku podjętych decyzji, chciałby cofnąć wiele wypowiedzianych słów, na pewno wolałby być w otoczeniu bliskich. Udało mu się jednak zrealizować cel, do którego dążył, którego osiągnięcie decydowało o subiektywnej wartości jego dalszego życia. Od początku liczył się z tym, że może nigdy nie wrócić, wiedział, że bez tego kroku kolejne dni byłyby puste, bezsensowne. Chris nie powinien być czyimkolwiek bohaterem ani wzorem do naśladowania, Krakauer nie próbuje przekonywać, że jest inaczej. Chce jednak, żeby głos niezrozumianych, poszukujących sensu, zagubionych został usłyszany, odebrany w odpowiedni sposób. 0

styczeń–luty 2020


KSIĄŻKA

/ twórczość studencka

KONKURS LITERACKI BAS TO CZTERY

Ten taniec nie ma nazwy

Zwinnie stroisz bieg mych spojrzeń I palcami mkniesz po strunach. Tylko cztery, bas to cztery, a przemykasz całą wieczność.

Kiedy tańczycie na imprezach, to jakie tańce tańczycie? – pytała, zaciekawiona, chińska lektorka, wychowana znaczkach krzaczkach, uderzając głową niewidzialny mur kultury – Czy tańczycie tradycyjne polskie tańce? Zaprzeczyłem, oczywiście, na drugie pytanie, ale na jej pierwsze pytanie nie umiałem nijak odpowiedzieć. Odkąd pamiętam, jeszcze wcześniej, żyłem rzeczywistości bardziej definiowanej przez to jaka nie jest, niż jaka jest. Taniec tańczony na imprezach jest bardzo konkretny; gdyby ktoś zatańczył inny, byłoby to wyraźnie widziane jako dziwne, nietypowe. jednak nie ma on żadnej nazwy, którą ktokolwiek by się posługiwał czy ktokolwiek by znał. Najbardziej istotna jest ta wiedza, której nie uczą szkołach; najbardziej głębokie są te emocje tak specyficzne, że trzeba je opisywać wieloma zdaniami; tak samo najbardziej chropowate, łykowate granulowate fragmenty rzeczywistości stanowiły te rzeczy, które były nienazwaną codziennością, które były tak typowe, ogólne czy szeroko przyjęte, niezmienne, bądź takie, którymi nie wchodziło się żaden wart omówienia czy kontrastu kontakt, że nie było sensu ich nazywać, odróżniać od reszty strumienia świadomości. Żyłem więc świecie piaskoptykonów, przesmyków śmierci, balonopęczkarzy, hiperstrumieni sensorycznych, tańców typowych, tych sytuacji, kiedy nie możesz się minąć osobą idącą naprzeciwka na ulicy, bo za każdym razem każde was chce iść tą samą stronę. Misją moją stało się bowiem wyłapanie nienazwanych, oczywistych partii rzeczywistości nazwanie ich, by nic na świecie nie zostało nierozpatrzone, by nic nie zostało normalne oczywiste. Taki świat, skontrastowany fonemicznie każdą możliwą niemożliwą swoją alternatywną, ukazywał, x dążącym do nieskończoności, swoją absolutną jednostkowość, przypadkowość, arbitralność bylejakość, gdyby istniał ogólny termin od słowa „wykolejeniec”, to też bym go tu użył. Istnieje bowiem wiele rzeczy na niebie ziemi, które nie mają nazw, ale też wiele nazw, które nie mają żadnych odpowiadających im rzeczy; na tej samej zasadzie istnieje wiele pytań bez odpowiedzi, ale gdy na nie odpowiemy, okaże się, że istnieje również ogromna liczba odpowiedzi, do których nie ma żadnych pytań.

Ty do przodu ja na lewo, ty do tyłu, a ja w prawo, Marnie ci uciekam wzrokiem, ty kołyszesz się, nielekko. Rozkołyszesz swoje włosy, moje myśli i wieczory, gdy przymykam oczy w zgodzie z wiernym objawieniem tłumu. Ostro schodzisz i rozstrajasz, Sztywną fuzję oczu z palcem. Bas to cztery. Cztery struny, cztery spięcia, cała wieczność. Spięcie oczu, ja do przodu, ty na lewo, Rozstrajamy się powoli w liniejącej dymem sali. Spięcie struny, ja do tyłu, ty na prawo, Nic nie zagrasz, przejście do wzmacniacza pękło.

A M AT O R K A K WA Ś N YC H J A B Ł E K

RGB Mieszam Mordy, katastrofy lotnicze, pobicia, wypadki, wiadomości ze świata Głębokie spojrzenie lamparta i powolny skok antylopy Dolewam kilka łez wzruszenia i presji, charytatywne bale i wakacje na Bali Kartkę zapełnia ponury szkarłat Jest go tak dużo, że wylewa się na mnie i sama przybieram ten kolor Żyłka ozdabia mą skroń Bo teraz władam I mogę krzyczeć co chcę i nikt mi nic nie zrobi i nikt mi nic nie zakaże Wylewa się ze mnie ten szkarłat Zostaje już tylko ponury Świat nie jest czarno-biały, świat ma wiele odcieni szarości Ciemne i jasne kropki chaotycznie biegają labiryntem ulic Z oddali wyglądają jak zepsuty telewizor A ich krzyki i szepty zlewają się w jednostajny szum

M A R I A W R Ó B E L

34-35

KAZIMIERZ MICHALIK

Zgłoszenia Wyciągnij notatnik z szafy i podziel się swoją twórczością! Wyślij wiersz lub fragment prozy* na adres: konkurs.literacki@magiel.waw.pl Na utwory do marcowego numeru czekamy do 16 lutego. *do 1500 znaków


na nudne wykłady /

KSIĄŻKA

KRZYŻÓWKA

Hasło:

Poziomo:

• • • • • • • • •

Najlepsze czasopismo studenckie w Polsce Namalowany dla Graya Kupuje rowerek na Komunię Sztywny ukochany Elizabeth Bennet Obywatel Synczyzny Oprawia książki Narkotyk dzieci z dworca Zoo Ulubiony gatunek muzyczny Beatników Tylu serc Asnyk miał mało

Pionowo:

• • • • • • •

Piotr Włast Odmieniec Najzimniejszy pisarz w Polsce Autor sypkiej, brązowej powieści, którą każdy ma w kuchni Zabity u Lee Pisał o ziele, polski reportażysta Wódka Mickiewicza Przymiotnik Tyrmanda

BONUS! Osoby, które wyślą poprawne hasło na adres: magiel.ksiazka@gmail.com mają szansę wygrać nagrodę! Zapraszamy do udziału w zabawie!

graf. Martyna Borodziuk

styczeń–luty 2020


FILM

/ festiwalove

And more much more than this i did it my way

FILMOWE FESTIWALE 2019

A M E R I C A N F I L M F E S T I VA L

AZJATYCKI FESTIWAL FILMOWY PIĘĆ SMAKÓW

M F F N OW E H O RY ZO N T Y

Dziesiąta, jubileuszowa edycja festiwalu potwierdziła pozycję Wrocławia jako jednego z najważniejszych miast dla miłośników kina. Program zawierał nie tylko najgłośniejsze premiery nadchodzących miesięcy, takie jak Historia Małżeńska, Irlandczyk czy The Lighthouse, ale także hity amerykańskich festiwali filmowych, w tym chociażby genialną komedię obnażającą stereotypową toksyczną męskość – Sztukę samoobrony. Do tego nie zabrakło kina niezależnego i  retrospektyw – pokazywane były przeboje poprzednich edycji festiwalu, a także filmy z aktorem Gregorym Peckiem i dzieła reżysera Marka Webbera .

Trzynasta edycja festiwalu okazała się szczęśliwa dla organizatorów. Pięć Smaków zgromadziło w tym roku rekordową liczbę widzów. W  programie festiwalu jak co roku znalazły się dzieła z  krajów Azji Wschodniej i  Południowo-Wschodniej. Tegoroczna edycja obfitowała w  akcenty związane z  HongKongiem, także pozafilmowe. Głównym gościem Pięciu Smaków i bohaterem retrospektywy był hongkoński reżyser Fruit Chan, a kwestia protestów przewijała się w przemowach na otwarcie i zakończenie festiwalu.

Tegorocznym hasłem przewodnim wrocławskiego festiwalu było „Kino, które dotyka”. Wiele filmów poruszało tematykę ciała, w ykraczając poza samą seksualność, ale skupiając się również na kontekstach społecznych i kulturow ych. Rekordowa liczba premier (142) zawierała w yczekiwane tytuły takie jak Parasite czy Mowa Ptaków, w której zrozumieniu na pewno pomogła retrospekty wa Andrzeja Żuławskiego. Jury i publiczność jako najlepszy film w yróżnili jednogłośnie Przynętę Marka Jenkina.

HANNA SOKOLSKA

T O M A S Z D W OJ A K

URSZULA SZURKO

WA R S Z AW S K I F E S T I WA L F I L M OW Y Warszawski Festiwal Filmowy rokrocznie przedstawia widzom najnowsze trendy światowego kina. W tym roku mogliśmy zobaczyć 180 filmów z ponad 120 krajów. Zwycięzcą konkursu głównego okazała się gruzińska produkcja ­Shindisi (reż. Dito Tsintsadze). Laureatem Nagrody Wolny Duch był film Stracone wakacje (reż. Michael Kerry Matthews i Thomas Matthews). Polskim filmem, który zdobył pierwsze miejsce w  Plebiscycie Publiczności oraz wyróżnienie w  konkursie debiutów, był dokument Wszystko dla mojej matki (reż. Małgorzata Imielska). Warto czekać na premiery! GRAŻYNA JAKUBOWSKA

36–37

M I Ę DZ Y N A R O D OW Y F E S T I WA L F I L M ÓW K R Ó T KO M E T R A ŻOW YC H Ż U B R O F F K A

M F F WATC H D O C S

Tegoroczny festiwal filmów krótkometrażowych ŻubrOFFka wywoływał u odbiorców przeróżne emocje. Śniadania filmowe zachwycały i  filmami, i jedzeniem. Okna na Wschód poszerzały spojrzenie na problemy nie tylko Wschodu, ale i całej ludzkości, dodatkowo robiąc wrażenie wywołującymi konsternację animacjami (np. Sh_t Happens Michaela Mihályi i Davida Štumpfa). Z kolei Zona, czyli wschodnie kino Sci-Fi skłoniło część sali do wyjścia. Nie można jednak zaprzeczyć, że odbywający się w  Białymstoku festiwal umożliwił wymianę myśli. Zwłaszcza że nic tak nie skłania do dyskusji jak kontrowersje.

Organizowany przez Helsińską Fundację Praw Człowieka Watch Docs to jeden z największych międzynarodowych festiwali filmów dokumentalnych. Podczas tygodnia wyświetlanych jest ponad 50 filmów dokumentalnych skupionych wokół problemu łamania praw człowieka. Wstęp na wszystkie projekcje jest bezpłatny, a  dodatkowo, poza pokazami, organizatorzy oferują także spotkania z twórcami, aktywistami i  obrońcami praw człowieka. Tegoroczna 19. już edycja była kolejną okazją do obejrzenia światowej klasy dokumentów, m.in. Zatoki Cieni, czyli wyprodukowanego przez Leonarda DiCaprio i National Geographic eko-thrillera, który już zyskał uznanie wśród światowej publiki.

WERONIKA KOŚCIELEWSKA

PAW E Ł Z AC H AR E W I C Z


kino fantasy /

FILM

Fantasy na tronie

W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien Hobbit – od tego wszystko się zaczęło. Cały wspaniały i nieustannie ewoluujący nurt sztuki fantasy. Ciekawe co dzisiaj powiedziałby J.R.R. Tolkien, widząc jak na wielkim ekranie orkowie docierają pod Samotną Górę transportowani w brzuchach wielkich czerwii, a niesamowity Legolas skacze nie tylko po hollywoodzko zawalającym się moście, lecz także pomiędzy różnymi powieściami. T E K S T:

B AR T ŁO M I E J PAC H O

iestety, pisarz nie doczekał najsłynniejszych ekranizacji swoich dzieł. Trudno się dziwić. Fantasy bardzo długo pojawiało się w kinematografii jedynie jako specyficzna nisza. Jednakże, wraz z rozwojem technologii, zbierało siły i  szykowało się do podboju świata filmu jedną, potężną falą. Po ekranizacjach Gry o Tron oraz hitów Petera Jacksona można mieć już pewność: oto nadeszła era filmów i seriali fantasy. Ze wszystkimi tego następstwami.

N

Era mroku, kiczu i barbarzyńców Trudno powiedzieć, kiedy ktoś po raz pierwszy wpadł na pomysł przeniesienia opowieści o smokach, potworach i herosach na wielki lub srebrny ekran. Fantasy to bardzo szerokie i  niełatwe do zdefiniowania pojęcie łączące w  sobie elementy baśni, mitu i horroru. Filmowy świat szerzej usłyszał o jego tradycyjnej formie w latach 80. dzięki dziełom Conan Barbarzyńca i Conan Niszczyciel. Reprezentowały one prąd tzw. mieczy i sandałów, czyli historii o walecznych, umięśnionych barbarzyńcach. I choć odziany w przepaskę biodrową Conan (czyli Arnold Schwarzenegger za swoich najlepszych lat) zdobył pewną rzesze fanów, nie przekonał do siebie szerszej publiczności, a już na pewno nie wydaje się atrakcyjny dla dzisiejszego widza. Podobnie rzecz ma się z emitowanymi w  latach 90. serialami Xena: wojownicza księżniczka, Przygody Herkulesa, Władca Zwierząt czy Nowe Przygody Robin Hooda. Wszystkie opierały się na jednym schemacie: grupa bohaterów przemierza świat, walcząc z potworami i złoczyńcami. Na ekranie dominowały słaba gra aktorska, którą próbowano rekompensować atrakcyjnymi ciałami herosów i heroin oraz wołające o pomstę do nieba efekty specjalne. Po dodaniu do tego płytkiej fabuły i drewnianych dialogów otrzymuje się kicz w najczystszej postaci. Twór mogący przyciągnąć do siebie geeków, ale niezdolny do zaistnienia w masowej świadomości. A co najważniejsze, niewykorzystujący magii i  potencjału leżącego w fantasy. W  krainach wolnych od tyranii mieczy i  sandałów rodziły się również produkcje dobre albo przynajmniej posiadające intrygujący klimat, takie jak Ciemny Kryształ (1982), Willow (1988),

Niekończąca się opowieść (1984). Należały jednak do rzadkości. Dopiero z nastaniem nowego millenium coś drgnęło. Zza morza nadszedł wybraniec o  imieniu Peter Jackson. Uzbrojony w  ekranizacje Władcy Pierścieni zstąpił do krainy ludzi, podbijając serca fanów i zagarniając kolejne Oscary. W  krok za nim podążyli Andrew Adamson z pierwszą częścią Opowieści z Narnii, saga o Harrym Potterze i kilka innych produkcji, które odniosły w boju mniejsze lub większe sukcesy. We wszystkich tych filmach dało się dostrzec ogromny skok jakości względem tworów ze schyłku XX w. Wydaje się, że scenarzyści nareszcie zdecydowali się rzucić w kąt komiksy o barbarzyńcach, a w dłonie ujęli klasykę światowej fantastyki. Ekranizacji swoich książek doczekali się Terry Pratchett, Neil Geilman czy Philip Pullman. Wykreowane w ich głowach pomysły ożyły dzięki postępującemu rozwojowi technologii, a widz w końcu mógł chłonąć magię, zanurzyć się w świecie wróżek i elfów albo poczuć na twarzy żar smoczego oddechu.

Era światła, seriali i animowanych smoków Ktoś mógłby powiedzieć, że ambicje tego gatunku zostały spełnione. Jednak jakiś czas temu stacja HBO postanowiła zaryzykować i  zekranizować, szerzej wtedy nieznaną, książkę ­George’a  R.R. Martina. Osiem lat później, gdy finał Gry o Tron jest już za nami, żyjemy w rzeczywistości zdominowanej przez seriale, które właśnie ekranizacja Pieśni Lodu i Ognia posadziła na Żelaznym Tronie rozrywki. Przez większość drugiej dekady XXI w. wydarzenia osadzone w świecie fantasy były na językach fanów i dyskutowano o nich przy wszystkich okazjach: od rodzinnych obiadów i spotkań przyjaciół, po akademickie korytarze i przerwy na kawę w korporacjach. Świat wyobraźni zawładnął umysłami śmiertelników na niespotykaną dotąd skalę. Nic dziwnego, że inne platformy streamingowe dostrzegły potencjał kryjący się w  terminie „fantasy”. W  ostatnich latach Netflix wypuścił produkcje takie jak Wiedźmin czy Upadek Królestwa, prequel Ciemnego Kryształu. AXN pokusił się o adaptację Kronik Shannary, a Amazon uraczył nas udanym Carnival Row. Lecz to tylko awangarda nadciągającej armii seriali fantasy. Scenarzyści eksploatują gatu-

nek, jak się da: w drodze na ekrany są już kolejne produkcje i nierzadko, jak np. kolejne ekranizacje Tolkiena na Amazon Prime Video, szykowane są na flagowe tytuły matczynych platform. Nim jednak fani fantasy popadną w  euforię, warto zastanowić się, czy po drodze do potęgi ich ukochany gatunek nie zgubił cząstki własnej duszy? Oglądając coraz lepiej animowane orki i  smoki, można mieć wrażenie, że więcej mają już w  sobie z  Transformersów niż z  baśniowych istot. Gdzie w  całym tym filmowym przepychu miejsce na wyobraźnię, na zamknięcie oczu i  wykreowanie własnego obrazu przedstawionego świata? Gdzie magia i  klimat, które odróżniają klasyczne fantasy od historii spod znaku Marvela? Dzieła J.R.R. Tolkiena, na których zbudowano niemal cały gatunek, są w  istocie wypadkową rozmaitych europejskich mitów, które poznał autor. Bije z  nich mistycyzm i  siła pradawnych wierzeń, które pozwalają czytelnikowi na pełną immersję. Lektura dobrego fantasy daje nam odpocząć od pędzącej współczesności i  przenieść się w  znacznie prostszy, prymitywniejszy świat, w  którym wszystko może się zdarzyć. Na moment pozwala poczuć się jak małe dziecko zasłuchane w fascynującą baśń. To stan jedyny w swoim rodzaju i każdy, kto pokłada choć odrobinę wiary w siłę swojej wyobraźni, powinien spróbować wsiąknąć w jakiś niestworzony świat. Ukazanie odbiorcy tej fantastycznej rzeczywistości w  formie filmu często psuje cały efekt. Bez możliwości wyobrażenia sobie krain, postaci i  wydarzeń sens fantasy staje pod znakiem zapytania. Im więcej efektów specjalnych, im dokładniejsze modele stworów, tym bardziej wspomniany mistycyzm ulatuje z dzieła, pozostawiając suchą rozrywkę. W ten sposób gatunek cofa się do czasów Conana, tyle że zamiast Arnolda widza uwodzi CGI. Gatunek fantasy osiadł na tronie i  zaczął gnuśnieć. Trudno powiedzieć, czy jego dalsza popularyzacja wyjdzie mu na dobre, czy złe. Na pewno podaruje nam jeszcze kilka wspaniałych historii. Pytanie jednak, czy nie odbierze czegoś znacznie cenniejszego? 0

styczeń–luty 2020


FILM

/ recenzje

Między Warszawą a Hanoi wychowuje dziesięcioletnią córkę Maję. W życiu głównego bohatera pojawiają się zmiany. Aby zachować pracę, Long musi porzucić tradycyjną wietnamską kuchnię na rzecz bardziej opłacalnych finansowo potraw z Japonii. Jego restauracja zyskała bowiem nowego właściciela. Pracodawca chce zamienić obskurną knajpę, gdzie na każdym stoliku leży sos ­słodko-kwaśny w butelce i paczka chusteczek wyciąganych pojedynczo, na wytworną restaurację z designerskim wnętrzem i japońskimi obrazami na ścianach, w której serwuje się sushi. Twórcy i twórczynie filmu ciekawie ukazują problemy tożsamościowe głównych bohaterów. W bardzo przejmujący sposób przedstawiona została relacja między Longiem a Mają. Ojciec stara się podtrzymywać tradycje ze swojego kraju – codziennie przygotowuje córce wietnamskie śniadanie i prasuje jej tradycyjną spódnicę. Maja jednak wyrzuca do kosza posiłki gotowa-

fot. materiały prasowe

ne przez Longa, a przed wejściem do szkoły zakłada jeansy.

Smak pho (reż. Mariko Bobrik) Premiera: 21.02.2020

Smak pho jest zatem także uniwersalnym portretem relacji między rodzicem a dzieckiem, w której oboje nie potrafią zrozumieć siebie nawzajem. Symbolami niezrozumienia są drobne rzeczy, takie jak zepsuta pralka, którą ojciec usilnie chce naprawić, a córka wymienić. Niestety wiele bardzo dobrze napisanych konfliktów rozbija się o drętwe dialogi, słabo zagrane przez aktorów, z których większość to naturszczycy. Z kolei kadry i scenografia cały czas balansują na cienkiej granicy między naturalizmem a niskobudżetowością. Szkoda, bo film miał dużo większy potencjał. Rzadko kręci się u nas produkcje, w których w tak dużym stopniu zaangażowani są przedstawiciele mniejszości narodowych. Smak pho to dzieło przełomowe

Bary szybkiej obsługi to najbardziej widoczny wpływ azjatyckich mniejszości na polski krajobraz. Rzadko jednak zastanawiamy się, kto stoi po drugiej stronie lady. Smak pho, wyświetla-

dla polskiej kinematografii, niestety nie do końca pod względem artystycznym.

T O M A S Z D W OJ A K

ny w ramach Festiwalu Filmowego Pięć Smaków, pozwala poznać inną perspektywę. Film skupia się na problemach mniejszości narodowych zamieszkujących Polskę, tematyce nietypowej jak na współczesne polskie kino. Dzieło w reżyserii Mariko Bobrik – japońskiej artystki, absolwentki łódzkiej filmówki – przed-

88877

stawia historię Longa, wietnamskiego kucharza mieszkającego w Warszawie, gdzie ­samotnie

ocena:

Druga pierwsza miłość Choć nie jest to komedia science f iction, niektóre elementy fabuły przyklejone są „na ślinę”, a postacie nierzadko są kreskówkowo wręcz przerysowane. Nie jest jednak tajemnicą, że dobra komedia ma być przede wszystkim generatorem okazji do śmiechu i ciepłych wrażeń. Poznajmy się jeszcze raz z nawiązką spełnia to założenie i pozwala przymknąć oko na wszelkie roszczenia względem konstrukcji świata przedstawionego. Przede wszystkim, scenariusz pełen jest dynamiki w  relacjach między bohaterami i ciętych dialogów wypuszczanych z prędkością pocisków z karabinu maszynowego. Koncepcja przedsiębiorstwa odtwarzającego konkretne historyczne wydarzenia nieraz stwarza okazje do salw śmiechu i niecodziennych pytań typu:

Co zrobiłbym, gdybym spotkał Adolfa Hitlera?.

fot. materiały prasowe

Aktorski prym wiedzie Daniel Auteuil. Kreuje on bohatera zapatrzonego

Poznajmy się jeszcze raz (reż. Nicolas Bedos) Premiera: 31.01.2020

w przeszłość, sceptycznego wobec świata opierającego się głównie na technologii. Z gracją wypowiada krytyczne i cyniczne wobec rzeczywistości one-linery. W istocie jednak jego bohater to wrażliwy perfekcjonista tęskniący za młodością, a Auteuil w głównej części f ilmu bezbłędnie pokazuje beztroską radość z ponownego jej przeżywania. Oddanie na ekranie ukrytych marzeń i tęsknot bliskim wielu widzom jest wspaniałą aktorską umiejętnością. Reżyser Nicolas Bedos, równolegle do warstwy komediowej, umiejętnie prowa-

Od czasu do czasu w polskiej dystrybucji pojawia się uznana na rodzimym ryn-

dzi wątki dotyczące międzypokoleniowych różnic i przemijania. To tylko dopełnia

ku francuska komedia. Filmy takie jak Nietykalni czy Za jakie grzechy, dobry Boże?

obrazu Poznajmy się jeszcze raz nie tylko jako f ilmu niezmiernie zabawnego, lecz

okazały się frekwencyjnym sukcesem także w Polsce. Poznajmy się jeszcze raz

także ciepłego i ludzkiego. Słowa o najprzyjemniejszym f ilmie tej zimy, jakimi ob-

może niebawem dołączyć do tego grona.

raz Bedosa określany jest w materiałach prasowych, nie są rzucone na wiatr.

MICHAŁ KUROWSKI

Victor (Daniel Auteuil) i Marianne (Fanny Ardant) większość życia mają już za sobą. Mężczyzna z rozrzewnieniem wspomina swoją młodość sprzed internetowej rewolty. Z kolei jego żonie wcale nie brak ochoty na dalsze szaleństwa i korzystanie z technologicznych nowinek. Po kłótni wyrzuca gderliwego męża z domu. Ten, nie wiedząc, co począć, kieruje się do f irmy swojego syna, która może pomóc mu w ponownym przeżyciu najpiękniejszych życiowych chwil...

38–39

ocena:

88887


recenzje/

FILM

Beztroskie dryfowanie u progu nowego etapu życia (zaczyna się dla nich dojrzała dorosłość, czas pierwszych naprawdę znaczących wyborów), których spokój mąci niespodziewany wybuch uczuć, i krzątające się wokół nich nieliczne kobiety, chyba niewymagające zbyt wiele, a na pewno, mimo tego samego wieku co męscy bohaterzy, niezmagające się z podobnymi co oni egzystencjalno-tożsamościowymi problemami. Fabuła zawiązuje się mało wyszukaną sceną aranżowanego pocałunku dwóch dobrych kumpli i w swej miałkości prowadzi widza do samego końca. Możliwe, że właśnie dlatego tak łatwo jest odpłynąć, koncentrując się na estetycznych, delikatnych kadrach i  przyjemnej ścieżce dźwiękowej. Skoro bohaterowie nowego obrazu Xaviera Dolana (który jest nie tylko reżyserem, lecz także odtwórcą jednej

fot. materiały prasowe

z głównych ról) nie mają zbyt wiele do zaoferowania, zamiast na znaczeniu widz

Matthias i Maxime (reż. Xavier Dolan) Premiera: 21.02.2020

mimowolnie koncentruje się na emocjach. Może nie byłoby w tym nic złego, gdyby ostatecznie wyjściu po zakończonym seansie towarzyszyła satysfakcja. Zamiast tego głowa pełna jest myśli, które starają się jakoś ten rozdźwięk między doznaniami zawdzięczanymi sferze audiowizualnej a niedosytem związanym ze strefą znaczeń załatać, złożyć w spójne odczucie. To się niestety nie udaje, bo obie warstwy zwyczajnie do siebie nie przystają. Po wstępnym zauroczeniu f ilmem nie przychodzi zaangażowanie, a zobojęt-

Matthias i Maxime to obraz, w którym można się zanurzyć i spokojnie dryfować

nienie. Bo to jedna z tych produkcji, o których można wraz z przekroczeniem progu

dla przyjemności i rozluźnienia, aż do napisów końcowych. Potem niestety pojawia

kina raz na zawsze zapomnieć.

ANNA GIERMAN

się pytanie, czy nie nazbyt beztrosko przeminął nam seans. Podobno jest to f ilm o grupie znajomych. Jeśli jest się kobietą, warto jednak zachować czujność, bo paczka znajomych to w istocie grupa mężczyzn, a odchodzące od tej normy przypadki to postacie, na które oko twórcy patrzyło albo z politowaniem, albo bez większego zainteresowania. Mamy zatem egzaltowanych mężczyzn

ocena:

88777

Zabawy z bronią podejmie próbę zdef iniowania swojej pozycji w oddziale. Nowa sytuacja obudzi też indywidualne pragnienia wciśniętych w zbiorową tożsamość nastolatków. Film dzieli się na dwie części. Pierwsza rozgrywa się w górach, gdzie życie toczy się według zasad, a bohaterowie tworzą coś na kształt dysfunkcyjnej, ale jednak rodziny. Potem naturalistyczne kadry przenoszą nas z chłodnych gór w lepki, tropikalny zaduch, gdzie ustalony porządek zaczyna drżeć w posadach. Tempo akcji przyspiesza. Dzieło Alejandro Landesa, kolumbijski kandydat do Oscara, jest pełne sprzeczności. Opiera się na brutalnym realizmie, ale pozostaje gdzieś w sferze alegorii – bohaterowie są członkami nienazwanej organizacji, nie wiemy, gdzie dokładnie się znajdują, nie poznajemy ich prawdziwych imion. Może ich zresztą nie posiadają.

fot. materiały prasowe

Bo kolejnym niejednoznacznym elementem dzieła, oprócz fabuły, są sami boha-

Monos – oddział małp (reż. Alejandro Landes) Premiera: 07.02.2020

terowie – momentami to dzieci pozostawione same sobie gdzieś wśród mglistych szczytów, bawiące się w dom, tworzące związki, odprawiające własne rytuały. W  innych scenach to żołnierze z  krwi i  kości, podporządkowani rozkazom, przestrzegający surowej dyscypliny. A ktorzy wypadają w swoich rolach niezwykle naturalnie. Większość z  nich to debiutanci, nieopatrzone twarze. Wyjątki stanowią Julianne Nicholson, grająca uwięzioną doktor Sarę Watson, oraz Moises A rias, znany głównie z roli Rico w Hannie Montanie. Ten ostatni zaskakuje – jego dziecię-

Otwierający f ilm kadr przedstawia dwie młode dziewczyny zaplatające włosy

ca aparycja kontrastuje z bezwzględnością i brutalnością granej postaci. Nie two-

starszej od siebie kobiecie. Dookoła rozpościera się okryty mgłą górski krajobraz

rzy to jednak niewygodnego dysonansu, ale stawia pytania. Czy da się wychować

Ameryki Południowej. Spokój jest jednak pozorny – nastolatki należą do oddziału

do brutalności? A może taka jest prawdziwa natura człowieka, ujawniająca się już

ośmiu młodocianych partyzantów, a kobieta jest ich amerykańską zakładniczką.

w najmłodszym wieku?

Zadanie pilnowania jej otrzymują od tajemniczej Organizacji, z którą kontaktują

URSZULA SZURKO

się przez krótkofalówkę lub za pośrednictwem kuriera. Podczas jednej z jego wizyt zostaje im podarowana krowa Shakira, której śmierć rozpocznie szereg dramatycznych wydarzeń. Ich kontynuacją będzie atak wojsk rządowych, który zmusi bohaterów do ucieczki z dobrze znanych im gór w samo serce amazońskiej dżungli. Doprowadzi to do eskalacji wewnętrznych konf liktów – każdy z  partyzanów

ocena:

88887 styczeń–luty 2020


SZTUKA

/ w teatrze

Ja, genau!

O gustach się (nie) dyskutuje?

Sztuka (reż. Marcin Sławiński) Teatr Kwadrat

Trzech facetów w średnim wieku. Przyjaźnią się od lat – łączą ich piękne wspomnienia,

Tak jak aktorzy na scenie, przyjmujemy w życiu określone role. Różnią się one między

młodzieńcze ideały, przygody ze studenckich czasów, dzieli zaś tylko jedno: białe paski na

sobą w zależności od sytuacji i  naszego towarzysza – można wysnuć podejrzenie, że

białym płótnie.

nigdy nie jesteśmy tak naprawdę sobą. To chyba najważniejsze zagadnienie poruszane

Taką właśnie historię (w dość telegraficznym skrócie) możemy zobaczyć na deskach Teatru Kwadrat w reżyserii Marcina Sławińskiego. Przedstawienie o enigmatycznym tytu-

przez Yasminę Rezę w Sztuce – komedia przeplata się z trudnymi problemami z pogranicza filozofii i socjologii.

le Sztuka wyszło spod pióra Yasminy Rezy – francuskiej dramatopisarki i aktorki, autor-

Na Sztukę do Teatru Kwadrat powinien wybrać się każdy widz doceniający satyrę, wy-

ki słynnego Boga Mordu ( jego najbardziej znana interpretacja to film Romana Polańskiego

rafinowaną ironię i przede wszystkim wybitne aktorstwo. Monologi są bez wątpienia

pt. Rzeź). Sztuka wystawiona po raz pierwszy w 1994 r. w Paryżu przyniosła Rezie sławę

najlepszą częścią spektaklu, a przez „scenę” (kawałek podłogi) zlokalizowaną wśród

i od tamtej pory została przetłumaczona na 35 języków.

krzeseł, czuć niesamowity przepływ emocji między aktorami. Nie wahają się oni patrzeć

Dzieło sztuki – białe pasy na białym tle – staje się przedmiotem ognistego sporu między dwójką przyjaciół, natomiast trzeci − stara się załagodzić kłótnię i przyznawać „po trochu”

prosto w oczy publiczności (pierwszy rząd jest oddalony o niecały metr od sceny!), grają całym sercem i duszą, świecąc się od potu i niejednokrotnie „zagotowując” ze śmiechu.

rację pozostałym, czym doprowadza ich do szewskiej pasji. Oczywiście w grę wchodzi jesz-

Jest to spektakl naładowany emocjami, natomiast wszystko inne ograniczone jest do

cze niebotyczna cena „dzieła” – zdecydowanie dolewa ona oliwy do ognia. W trzech skłó-

absolutnego minimum. Scenografia jest prosta – składa się z białej kanapy, podłogi oraz

conych przyjaciół wcielają się: Bartosz Opania (Marc, inżynier, tradycjonalista i pragmatyk),

wyżej wspomnianego przedmiotu sporu, białego obrazu. Kontrastuje to z przebogatą

Andrzej Nejman (Serge, nabywca obrazu, wzięty dermatolog) oraz Michał Lewandowski

treścią merytoryczną przedstawienia. Ten przemyślany i wymowny minimalizm sprawia,

(uważany za nieudacznika, całe życie zatrudniony w handlu tekstyliami, pantoflarz).

że bez reszty koncentrujemy się na aktorach oraz treści sztuki.

Z początku cały ten spór nas bawi, wydaje się zupełnie niepotrzebny i  szkodliwy, ale

Jeśli więc, czytelniku, przejadła ci się tradycyjna forma spektaklu w teatrze – aktorzy

w drugiej połowie spektaklu atmosfera zmienia się, stawiane są trudne i kłopotliwe pyta-

oddaleni gdzieś w głębi sceny, bogate, przykurzone scenografie – absolutnie powinieneś

nia. Cała idea przyjaźni zdaje się chwiać w posadach – pojawia się często poruszana w lite-

kupić bilet na Sztukę. To nie tylko spektakl w nowoczesnym stylu, ale szansa zarówno

raturze kwestia tożsamości, a raczej Gombrowiczowskiej „gęby”. Absurdalny spór o war-

na zabawę, jak i głęboką refleksję na temat przyjaźni, tożsamości, kondycji człowieka.

tość białego obrazu przeradza się w debatę światopoglądową. Mężczyznom ewidentnie

A trzeba przyznać, że takie połączenie nie zdarza się często!

puszczają nerwy, są wyczerpani, ale nie mogą przestać się kłócić. Gorzkie przemyślenia po mistrzowsku przeplatane są z komedią, co pozostawia u widza pewien mętlik w głowie,

ZOFIA WEREŚNIAK

pytania bez odpowiedzi, może nawet inspirację do przewartościowania relacji z niektórymi

źródło: needpix.com

ludźmi. Czy jestem teraz mną tylko dlatego, że ty jesteś sobą? – pyta zrozpaczony Ivan.

Jej Wysokość Słodko–Kwaśna Na widownię sali im. Gustawa Holoubka napływa fala widzów. Wyszukani krytycy teatralni w skupieniu czekają na rozpoczęcie spektaklu, ludzie zadowoleni z  miejsc

Księżniczka Turandot (reż. Ondrej Spišák) Teatr Dramatyczny jednocześnie mieszają szyki bajki i na proscenium, przed zasłoniętą kurtyną, zapowiadają kolejne sceny.

w pierwszych rzędach z uśmiechem się na nich rozsiadają, a część po prostu wyczekuje

W bardzo klasyczne przedstawienie dzieła Gozziego Ondrej Spišák wplótł nawiązania do

miłego i sympatycznego wieczoru spędzonego w  teatrze. Kto będzie rozkoszować się

znanych wszystkim skandali na tle politycznym. Kolejnym elementem, wybijającym sztukę

chińskimi specjałami, a kto rozgryzie ziele angielskie?

z klasycznej konwencji, jest cała warstwa choreograficzno-muzyczna. Syntetyczne odgło-

Postacie czterech Arlekinów wprowadzają nas w odległy wschodni świat, w którym

sy walki czy synchroniczny taniec po odgadnięciu zagadki przez księcia Kalafa potęgowały

rozgrywa się akcja dzieła Carla Gozziego. Owiany legendą portret księżniczki Turandot

wrażenie kiczu. Cała choreografia i ruch sceniczny były bardzo precyzyjne, a aktorzy wyka-

ma godzić strzałą amora każdego, kto tylko rzuci na niego okiem. Zauroczenie księżnicz-

zywali się akrobatyczną zwinnością. Muzyka na żywo odgrywała niesamowicie ważną rolę,

ką pozornie nie miało w sobie nic zgubnego i złego – spotykało się bowiem z ogromną

harmonizując z klasyczną bajką i przełamując ją elektronicznymi brzmieniami.

aprobatą ze strony jej ojca Altuma, który jak najszybciej chciał wydać córkę za mąż. Jed-

Przyjemnie i słodko jest oglądać tak dopracowany spektakl, a jednak niektórzy wy-

nak uparta Turandot skutecznie odtrącała wszystkich adoratorów prostym, acz bardzo

chodzą z niego z  kwaśną miną, ponieważ padła w  ich stronę krytyka lub pokusili się

skutecznym sposobem. Aby zdobyć jej rękę, każdy śmiałek musiał rozwiązać trzy zadane

o skonfrontowanie scenicznego zamętu z polityczną codziennością.

przez nią zagadki, lecz jeśli zawiódł – mógł pożegnać się z życiem.

W trakcie Księżniczki Turandot ze sceny pada pytanie: Po co w dzisiejszych czasach

Patrząc na wierzchnią warstwę sztuki można by uznać, że jest ona zbyt przerysowa-

teatr? Może ono sugerować, że teatr jest zbytecznym dodatkiem do codziennego życia.

na i nie ma w niej za grosz realizmu. Klasyczne, wyraźne kostiumy, postacie nakreślo-

Czy nie lepiej jednak traktować o nim jako o miejscu do podejmowania, jakże potrzebnego

ne grubą kreską oraz pomieszanie niemal wszystkich konwencji teatralnych w jednym

w dzisiejszych czasach, dialogu?

przedstawieniu daje wrażenie przesycenia groteską. Wspomniane wcześniej błazny

40–41

MARIA WRÓBEL


architektura Berlina /

SZTUKA

Berliński stan surowy Wykorzystywanie opuszczonych budynków jako miejsc kultury zyskuje popularność. Dlaczego Berlin, słynący z kwitnącej sceny artystycznej, stał się centrum tego trendu? M A R I A RY B A R C Z Y K

październiku 2019 r. odbyły się targi fotograficzne Berlin Photo Week. Odwiedzający, stojący na pełnym słońcu w kolejce do wejścia, mogli podziwiać górujący nad nimi ogromny, pokryty metalową powłoką budynek bez okien. Po wejściu bocznymi drzwiami do ciemnego wnętrza ich oczom ukazywała się przestrzeń kompletnie oderwana od letniego dnia na zewnątrz – wielopoziomowy labirynt betonowych kolumn, platform i zakamarków. Miejsce oświetlone było jedynie neonowymi instalacjami w  rozmaitych kolorach, wypełnione stoiskami z  najnowszymi gadżetami fotograficznymi. Budynek, o  którym mowa, to Kraftwerk, gigantyczna opustoszała elektrownia Mitte, niegdyś zasilająca dużą część Berlina Wschodniego. Dzisiaj mieści się tam jeden z  najpopularniejszych berlińKraftwerk, Berlin skich klubów techno – Tresor – i  sąsiadująca z  nim otwarta przestrzeń wystawowa monstrualnych rozmiarów. Może się wydawać, że trudno o bardziej wyjątkowe centrum kulturalne. Kraftwerk to jednak jeden z  niezliczonych przykładów trendu adaptowania postindustrialnych nieużytków na siedziby instytucji artystycznych. W  Berlinie to zjawisko jest szczególnie zauważalne – większość modnych barów, galerii i klubów znajduje się we wcześniej opuszczonych budynkach. Jednak to, co w  innych europejskich miastach zazwyczaj nazywamy rewitalizacją architektury, tutaj odbywa się na zgoła innych zasadach. Najpierw jednak warto odpowiedzieć na pytanie – skąd w  Berlinie tyle nieużytków?

W

Początek 9 listopada 1989 r., ponad 30 lat temu, runął mur berliński, który przez 28 lat rozdzielał wschodnią i zachodnią część miasta. To wydarzenie pociągnęło za sobą ogromne przemiany ekonomiczne i społeczne. Berlińczycy masowo migrowali, powstawały nowe przedsiębiorstwa,

Pierwsze co przychodzi na myśl to kontekst. Budynki galerii lub muzeów są zazwyczaj z założenia projektowane tak, żeby nie dekocentrowały odwiedzającego. Ściany w neutralnym kolorze; światło rozproszone, jeśli dzienne to zawsze północne, nigdy bezpośrednie; szerokie sale. Ma to oczywiście swoje dobre strony – cała nasza uwaga jest skupiona na sztuce, interpretujemy ją w  oderwaniu od otaczającej ją rzeczywistości. Jedynym kontekstem są dla nas inne prace wokół. Natomiast jeśli sztuka umieszczona zostanie w  przestrzeni, która nie jest do końca neutralna, możemy zacząć się zastanawiać, jaka jest relacja pomiędzy obiektem a  otoczeniem. Możliwe jest, że industrialne budynki z  XIX w. stanowią dobre tło dla sztuki, dlatego że pozostają w  kontraście z  tradycyjnym medium takim jak malarstwo czy rzeźba. Galeria Feurle Collection na Kreuzbergu, w której można zobaczyć starożytną sztukę azjatycką, funkcjonuje właśnie według tej zasady. Budynek, w  którym się znajduje, to zaadaptowany bunkier z czasów II wojny światowej. Surowe betonowe ściany, nieodmalowane i  nieodnowione, stanowią interesujące tło dla rzeźb, które większość z  nas wyobrażałaby sobie raczej jako stojące w tradycyjnej sali muzealnej. Istnieje również teoria opisana przez Helen Searing mówiąca o tym, że wystawianie tradycyjnej sztuki w  postindustrialnych wnętrzach oferuje potrzebny, antykapitalistyczny kontekst do interpretacji. 1 fot. Maria Rybarczyk

T E K S T:

stare zaś upadały. Budynki przemysłowe pozostałe po firmach bloku wschodniego oraz opustoszałe kamienice zaczęli okupować squatersi i artyści. Przez bardzo długi czas stolica Niemiec była znana właśnie ze squatów i z rozwijającej się alternatywnej sceny artystycznej i klubowej.

Dlaczego to działa? Dlaczego wystawianie dzieł sztuki w przestrzeni zaprojektowanej docelowo do czegoś innego potrafi oddziaływać na widza w  podobny sposób co ekspozycja w galerii lub muzeum? Co sprawia, że postindustrialne przestrzenie tak dobrze sprawdzają się w formie tła dla prac fotograficznych, obrazów i instalacji?

styczeń–luty 2020


/ architektura Berlina

fot. Natalia Jakoniuk

SZTUKA

możliwa dzięki tej przestrzeni, była wręcz nią zainspirowana, dostosowana do pomieszczenia. Powyższe przykłady pokazują, że unikatowe wnętrza, mimo że przekształcone i dostosowane do potrzeb wystawy, jednocześnie mocno na nas oddziałują. Od samego wejścia mamy bowiem poczucie, że doświadczamy czegoś specjalnego. Wbrew pozorom wnętrza nie rozpraszają, ale sprawiają, że odczuwamy sztukę bardziej intensywnie niż w konwencjonalnej przestrzeni.

stalacji inspirowanych atmosferą tego wnętrza jest praca kolektywu SUPERFLEX It’s not the end of the world poruszająca tematykę katastrofy klimatycznej. Artyści całą podłogę pomiędzy betonowymi łukami pokryli kilkucentymetrową warstwą wody, w której odbijało się słabe neonowe światło. Odwiedzający mieli okazję doświadczyć instalacji, przechadzając się po tej przypominającej kościół przestrzeni w niemal całkowitej ciemności. Moda na odnawianie pofabrycznych budynków obecna jest też w  Warszawie. Ostatnio odnowiony Fort Mokotów, kiedyś mieszczący Zakłady Radiowo-Telewizyjne „Zarat”, jest bazą dla niezliczonej liczby instytucji artystycznych, pracowni projektowych i studiów graficznych, a także dla Instytutu Fotografii Fort i działającej przy nim galerii. Soho Factory, Koneser oraz budynek Nowego Teatru to również industrialne budynki zaadaptowane na siedziby instytucji kultury. Tym jednak, co różni te budynki od berlińskich, jest ich nieskazitelność. Przez to pojęcie rewitalizacji obiektu ma inne znaczenie w  kontekście Warszawy, gdzie proces przemiany polega głównie na odnowieniu, wyczyszczeniu. Tymczasem zarówno w Kraftwerku, w Feurle Collection, jak i w Cisterne to właśnie oznaki użytkowania: zacieki na ścianach czy nierówno wykończony beton stanowią integralną część atmosfery tych miejsc. Nie zaciera się historii budynku, lecz sprawia, że jest ona widoczna gołym okiem. I  być może to właśnie dzięki temu te miejsca tak mocno oddziałują na zwiedzających. 0

Międzynarodowy trend Oczywiście Berlin nie jest jedynym miejscem, gdzie zjawisko rewitalizacji nieużytków jest obecne. Najbardziej znanym przykładem takiego obiektu jest pewnie Tate Modern w Londynie. Stara elektrownia, którą archi-

Kraftwerk, Berlin Przestrzeń, która nie ogranicza

42–43

Kraftwerk, Berlin

fot. Emilie Chirico Indrebø

Cisterne, Kopenhaga tekci Herzog & De Meuron przekształcili w jedno z najbardziej znanych muzeów sztuki nowoczesnej na świecie, słynie przede wszystkim z tak zwanej Hali Turbin, czyli gigantycznego podłużnego pomieszczenia o  wysokości 35 m w centrum budynku. Wystawiane są tam prace, które trudno byłoby umieścić w jakiejkolwiek innej części muzeum, jak na przykład The Weather Project Olafura Eliassona, czyli ogromne pomarańczowe słońce oświetlające całą salę. W  nieużywanych podziemnych cysternach w  Kopenhadze także stworzono przestrzeń do wystaw – Cisterne, zbliżoną atmosferą do tych w Berlinie. Jedną z niezapomnianych in-

fot. Michael Chan

Bez wątpienia duży wpływ na to, że postindustrialne budynki cieszą się takim powodzeniem jako galerie, ma także to, że dają one kuratorom i organizatorom dużą wolność, jeżeli chodzi o  zagospodarowanie przestrzeni. Otwarte, wysokie pomieszczenia sprawiają, że nie ma problemu z umieszczeniem w nich dzieł o niekonwencjonalnych kształtach i  rozmiarach. Właśnie dzięki temu artystka Haegue Yang mogła wystawić swoją instalację w  Centrum Sztuki Współczesnej KINDL, byłej browarni. Budynek Centrum, wybudowany w latach 20., dzisiaj oferuje artystom różnorodne pomieszczenia do zagospodarowania – w  jednej z  sal zachowano i odnowiono oryginalne miedziane kotły, w innej o wysokości 20 m znajdował się kiedyś bojler. Yang wystawiła tam swoją pracę Silo of Silence – Clicked Core, rozwieszone na całą wysokość pomieszczenia różnokolorowe żaluzje. Ekspozycja tego typu instalacji w konwencjonalnej przestrzeni muzealnej byłaby praktycznie niemożliwa. Jednym z  najbardziej niezwykłych wydarzeń artystycznych, jakie odbyły się w  Kraftwerku, był pokaz instalacji świetlnej Deep Web Christophera Baudera i  Roberta Henkego. Dzięki specyficznej architekturze kompleksu udało się całkowicie odciąć dostęp światła dziennego. Na górnej platformie w  przestrzeni 20 m nad publicznością, w całkowitej ciemności, artyści odpalali półgodzinny pokaz laserowy zsynchronizowany z  muzyką. Instalacja nie tylko była


lifestyle /

Styl życia Polecamy: 44 SPORT Historia pewnej lokomotywy

Sylwetka gwiazdy światowych bieżni

47 WARSZAWA Miejski tor przeszkód

Jak stolica pomaga niewidomym?

50 WARSZAWA Miasto moje, a w nim... socmodernizm

fot. Julia Januszyk

Drugie życie socrealistycznej architektury

Literacki sukces i społeczna porażka E WA C Z E R Ż Y Ń S K A ziesiąty grudnia 2019 r. – historyczna data dla polskiego społeczeństwa. Olga Tokarczuk trafia do grona Polaków nagrodzonych literacką Nagrodą Nobla, do którego należą już: Wisława Szymborska, Czesław Miłosz, Henryk Sienkiewicz i Władysław Reymont. Akademia Szwedzka docenia twórczość autorki Biegunów m.in. za wyobraźnię narracyjną, która z encyklopedyczną pasją prezentuje przekraczanie granic jako formę życia. Chwila podniosła – nie tylko dla samej pisarki, lecz także dla całej Polski. Wiele znanych osób – od polityków, na czele z prezydentem Andrzejem Dudą, po artystów takich jak Krzysztof Krawczyk, celebrytów czy też influencerów – gratulowało Tokarczuk w social mediach spektakularnego sukcesu. Wyrazy szacunku i dumy mieszały się z falą krytyki skierowanej zarówno przeciw pisarce, jak i osobom, które doceniały jej twórczość. Część komentujących, w których odezwały się hejterskie instynkty, nie przebierała w słowach. Pojawiło się mnóstwo wyzwisk czy nawet gróźb. Znalazły się tam m.in takie stwierdzenia, że Tokarczuk to grafomanka, lewaczka; trzeba ją spalić na stosie, zabrać polskie obywatelstwo, powiesić na latarni. Sukces polskiej pisarki stał się jednocześnie porażką polskiego społeczeństwa – podzielonego, skonfliktowanego, ogarniętego walką różnych partii. Ujawnił naszą skłonność do nienawiści oraz zawiści wobec osób, które osiągnęły w życiu więcej

D

Sukces polskiej pisarki stał się jednocześnie porażką polskiego społeczeństwa

niż my. Podział polityczny sprawia, że w starciu literackiego osiągnięcia na skalę światową z potrzebą zaznaczenia nadrzędności swoich powierzchownych ideologicznych racji, to pierwsze przegrywa z kretesem. Odkładając jednak kwestie polityczne na bok, według badań przeprowadzonych przez SW Research ponad połowa polskich internautów spotkała się z hejtem w sieci, natomiast co dziesiąty przyznaje się do hejtowania, pozostając online. Badania pokazują sytuację w ten sposób, ale w rzeczywistości w każdym z nas jest i zawsze była odrobina hejtera. Swobodny, a przede wszystkim anonimowy dostęp do internetu daje możliwość ujawnienia hejterskich skłonności. Możemy to zauważyć na przykładzie ostatnich wydarzeń. Temat nagrody Tokarczuk niewątpliwie w dalszym ciągu budzi zainteresowanie. Nazwisko laureatki, wspominane prawdopodobnie w większości rozmów odnoszących się do ostatnich wydarzeń ze świata kultury, prowokuje nieustające dyskusje. A jednak wciąż można podać w wątpliwość czynniki warunkujące taki obrót spraw: patriotyczna duma jednostki w obliczu narodowego sukcesu czy ponowna próba zrealizowania egoistycznej potrzeby rozgłosu bazującego na „chodliwym newsie”? Godne uhonorowanie autorki czy pomyłka uzasadnionego krytycyzmu z pospolitym krytykanctwem? Zestawione skrajności pokazują, w jak błędnym kole zamyka się współczesne społeczeństwo. 0

styczeń–luty 2020


SPORT

/ legenda biegów długodystansowych

NMS Magiel informuje, że rozpowszechniane doniesienia o zmniejszaniu nakładu przez naszą redakcję są tylko fuck newsem

Historia pewnej lokomotywy Są sportowcy, którzy stali się legendarni nie tylko z powodu rezultatów na arenach, lecz także dzięki swojej codziennej postawie. Oto opowieść o jednym z nich. ługodystansowcy to twardzi ludzie. Bieg przez kilka(dziesiąt) kilometrów wymaga wytrwałości, odporności na ból i żelaznej kondycji. Najlepsze, przełomowe występy przytrafiają się nie na gładkich i elegancko przygotowanych bieżniach, ale w znacznie gorszych okolicznościach. W znoju, krwi lecącej spod stóp i hektolitrach przelewanego potu.

D

Siła interwału Czeski Żnin, rok 1940. Osiemnastoletni chłopak ciężko pracuje w fabryce Baty. Trwająca wojna utrudnia wyżywienie dziewięcioosobowej rodziny, co wpływa negatywnie na wagę Zatopka. Tymczasem spada na niego kolejny problem – ma wziąć udział w dorocznym biegu na 1500 m. Młody Emil próbuje różnych sztuczek w celu uniknięcia tego obowiązku; udaje się nawet do lekarza, ale nie udaje mu się uciec od biegu. Jego styl był, delikatnie mówiąc, beznadziejny. Nikt wtedy nie przypuszczał, że kiedyś nerwowe ruchy głową, ramionami oraz głośne sapanie i  dyszenie zobaczy cały świat. Dźwięki, jakie wydawał podczas biegu, przypominały ruszający pociąg. Emil Zátopek dobiegł na metę drugi. I odkrył, że ten na pierwszy rzut oka bezsensowny sport mu się spodobał. Zaczął trenować codziennie. Nie były to zwykłe, spokojne biegi. Jako jeden z pierwszych stosował treningi interwałowe. Sprinty przeplatał krótkimi przebieżkami. Wciąż było mu mało wysiłku. Uwielbiał biegać na bezdechu, w  zimie i  w  ciężkich butach. Również z  przyczepionymi

ciężarami. Ciężka praca przyniosła efekty. Szybko stał się najlepszym biegaczem Czechosłowacji. Pierwszy międzynarodowy triumf odniósł w 1946 r. na zawodach państw alianckich w Berlinie, na które dojechał rowerem.

Biegacz, pływak, przyjaciel Na igrzyska w Londynie jechał jako faworyt i… młody narzeczony. Podczas jednego z  mityngów wiosną 1948 r. pogratulował pobicia rekordu życiowego oszczepniczce Danie Ingrovej. Tydzień później doszło do odwrotnej sytuacji, na co Zátopek zareagował oświadczynami. Para wzięła ślub w  dzień swoich wspólnych urodzin, 19 września. Czech mógł już wtedy szczycić się mianem mistrza olimpijskiego. W Londynie okazał się najlepszy w biegu na 10 km, na dystansie, na którym nigdy wcześniej nie startował. Pobił rekord olimpijski, który należał do Janusza Kusocińskiego. Wieczorem, w trakcie celebracji triumfu i spotkania z żoną, złoty krążek wpadł do wody. Zátopek szybko wyłowił zdobyte trofeum. Cztery dni później w  dramatycznym deszczowym biegu na 5 km zajął drugie miejsce, przegrywając o ułamek sekundy z Belgiem Gastonem Reiffem. Zátopek wciąż zachowywał imponującą formę. W następnym roku pobił rekord świata w biegu na 10 km. Pozostawał niepokonany na światowych bieżniach . Dwukrotnie został uznany przez agencję prasową ISK za najlepszego sportowca świata. Jego renoma dawno już wyszła poza mały, środkowoeuropejski kraj. Postanowił wykorzystać tę pozycję w celu pomocy innym. Jeden z jego kolegów, Stanislav Jungwirth, został wyrzucony przez działaczy z reprezentacji olimpijskiej. Powód był polityczny: zaangażowanie opozycyjne ojca. Zátopek zdecydował się zaszantażować władze. Jeśli Jungwirth nie jechałby do Helsinek, on również zrezygnowałby ze startu. Ten ruch świadczył o wielkiej odwadze biegacza; mało kto mógłby sobie na to pozwolić w epoce stalinizmu. Ostatecznie Zátopek i Jungwirth przylecieli jednym samolotem do stolicy Finlandii.

fot.: wikipedia commons

Najsilniejsze państwo świata – państwo Zátopkowie Letnie igrzyska olimpijskie w 1952 r. Czech traktował jak dobrą zabawę. Przepuszczał na chwilę rywali w kwalifikacjach, biegł na totalnym luzie – porównywalnym jedynie z  występami Usaina Bolta 60 lat później. Na 10 km – obrona tytułu, pobicie rekordu świata. Na dwukrotnie krótszym dystansie nie było już tak łatwo. Pierwsza próba oderwania się od czołówki nie przyniosła powodzenia, dopiero

44–45

T E K S T:

SEBASTIAN MURASZEWSKI

drugi atak zakończył się sukcesem i kolejnym złotym medalem. Godzinę później mistrzostwo olimpijskie w rzucie oszczepem zdobyła jego żona Dana. Małżeństwo przekomarzało się na konferencji prasowej. Emil skomentował, że jego triumf zainspirował Danę. Lekkoatletka odgryzła się stwierdzeniem, że w takim razie powinien zainspirować inną dziewczynę i zobaczyć, czy rzuci 50 m oszczepem. Biegacz nie pozostał dłużny. Powiedział: Na razie wynik rywalizacji w rodzinie Zátopków to 2 : 1. To zbyt mała różnica, dlatego, żeby odzyskać prestiż, postaram się zdobyć jeszcze jeden medal w maratonie. Nie byłoby to tak trudne zadanie, gdyby nie to, że Czech nigdy wcześniej nie brał udziału w biegu maratońskim. Faworytem był Jim Peters. Nadzieja Wielkiej Brytanii na olimpijskie złoto, ówczesny rekordzista świata. Wyszedł na czoło biegu, po pewnym czasie dobiegł do niego Czech. Na 15. km Brytyjczyk usłyszał od Zátopka nietypowe pytanie: Przepraszam, nie biegałem dotychczas maratonu, ale czy nie moglibyśmy biec odrobinę szybciej?. Peters odpowiedział, że tempo jest za wolne. Czechowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Tak popędził do mety, że zdobył kolejny złoty medal. Brytyjczyk z kolei nie dobiegł do mety. Trzy tytuły mistrza olimpijskiego na najdłuższych dystansach w czasie jednych igrzysk. Nikt ani wcześniej, ani później tego nie dokonał.

Ponad granicami Cztery lata później Zátopek skończył swoją przygodę z igrzyskami biegiem maratońskim. Do Australii leciał tuż po operacji przepukliny. W Melbourne zajął szóste miejsce, ale nie odebrało mu to dobrego humoru. Na mecie zasalutował zwycięzcy i  swojemu przyjacielowi, Francuzowi Alainowi Mimounowi. Czech był niezwykłym człowiekiem, nie tylko na bieżni. Utrzymywał przyjacielskie relacje z wieloma rywalami; jednemu z australijskich biegaczy podarował swój złoty medal olimpijski. Przyczynił się do małżeństwa czeskiej dyskobolki i  amerykańskiego młociarza, ubiegając się u władz o zgodę na ten związek. Państwo Zátopkowie byli świadkami na ceremonii ślubnej pary. Za poparcie Praskiej Wiosny biegacz został ukarany przez partię. Przez kilka lat pracował ciężko w kolonii karnej, w odosobnieniu od żony i przyjaciół. Został również wyrzucony z wojska. Po rehabilitacji pracował w Czechosłowackim Związku Kultury Fizycznej. Zmarł w 2000 r. Na pogrzebie zjawiło się wiele sław światowego sportu. Sław, które chciały uczcić pamięć dobrego człowieka. 0


Biało-Czerwoni pół roku przed Euro 2020 /

SPORT

Czy w kadrze w końcu zabrzęczy? W czerwcu reprezentacja Polski zagra na EURO 2020. „Mecz otwarcia, mecz o wszystko, mecz o honor” czy powtórka z poprzedniego turnieju i historyczny wynik? Jak będzie wyglądał zbliżający się rok dla naszej kadry?

T E K S T:

A DA M S T E L M A S ZC Z Y K

eżeli wstaniemy pewnego dnia i coś nam przeskoczy w  głowie, to będziemy mieli drużynę, która sięgnie po puchar w  zbliżających się mistrzostwach Europy. Brzmi to prawie tak absurdalnie, jak sama formuła zbliżających się rozgrywek. Reprezentacja Polski zagra w turnieju UEFA, który odbędzie się w aż dwunastu (!) państwach. Zmierzymy się z  Hiszpanią, Szwecją oraz zwycięzcą ścieżki barażowej nr B (Słowacją, Bośnią i Hercegowiną, Irlandią lub Irlandią Północną). Czego możemy się spodziewać po podopiecznych Jerzego Brzęczka?

J

Bezbarwny sukces Wróćmy jeszcze na chwilę do eliminacji. Słaby styl. Brak charakteru i pomysłu. Wymęczone zwycięstwa z Macedonią Północną w Skopje (1 : 0) i Łotwą na Stadionie Narodowym (2 : 0) oraz porażka z niżej notowaną Słowenią w Lublanie (0 : 2). Dodatkowo taktyka preferowana przez Brzęczka nie odpowiadała samym piłkarzom. Trudno mi mówić o  pomyśle selekcjonera, jestem pierwszy raz u niego na zgrupowaniu. Wiemy, że styl nie podoba się kibicom i  dziennikarzom. Nam też nie – mówił w czerwcu doświadczony reprezentant, Maciej Rybus. Z  drugiej strony wygraliśmy osiem meczów, z  czego sześć bez straty bramki. Zakwalifikowaliśmy się na EURO jako jedna z  pierwszych drużyn, dwie kolejki przed końcem eliminacji. Ostatnie jesienne zgrupowanie dało nam małe światełko w  tunelu. W  meczach z  Izraelem na wyjeździe i  ze Słowenią na Stadionie Narodowym nasza gra wyglądała lepiej. Graliśmy odważniej i z pomysłem, lecz dalej to nie jest szczyt możliwości. Daje nam to jednak nadzieję, że wszystko powoli będzie szło w dobrym kierunku. Dodatkowo, warto pochwalić największych „wygranych” ostatnich zgrupowań. Na pewno do tego grona zaliczymy Sebastiana Szymańskiego.

Jeszcze rok temu mało kto się spodziewał, że będzie ważnym zawodnikiem dla kadry Jerzego Brzęczka, jednak swoimi ostatnimi występami w reprezentacji Szymański przekonał nas, że zasługuje na wyjazd na EURO. Wśród wygranych znajdziemy również Grzegorza Krychowiaka. Swoją świetną formę z Lokomotiwu Moskwa utrzymywał też w  meczach reprezentacji. Na początku eliminacji mogliśmy spotkać się z opinią, że jego przygoda z poważną piłką powoli dobiega końca, lecz „Krycha” udowodnił, że dalej będzie ważnym ogniwem w układance Brzęczka. Na pochwałę zasługuje także Krystian Bielik. Bez kompleksów wszedł do dorosłej reprezentacji, notując dobre występy. Pokazał, że Jerzy Brzęczek nie musi się obawiać o obsadę pozycji defensywnego pomocnika oraz środkowego obrońcy (Bielik może pełnić obie te funkcje).

Ogromne wyzwanie Możemy wiele zarzucać Brzęczkowi, lecz będą broniły go wyniki. Trzeba jednak coś zmienić. Na EURO zmierzymy się z o wiele lepszymi drużynami i trudno będzie o pozytywne rezultaty ze stylem, jaki prezentowaliśmy w eliminacjach. 15 czerwca w Dublinie zagramy nasze inauguracyjne spotkanie w turnieju ze zwycięzcą ścieżki barażowej nr B. Rywala poznamy dopiero w  marcu, będzie to drużyna Bośni i Hercegowiny, Irlandii, Słowacji bądź Irlandii Północnej. Wymienione wyżej reprezentacje solidnie prezentowały się w  eliminacjach i  zagrają ze sobą o przepustkę na turniej. Mimo że to będzie nasz teoretycznie najsłabszy rywal, na pewno nie będzie to łatwa przeprawa. Następnie, 20 czerwca, udamy się do paszczy lwa. Zagramy z reprezentacją Hiszpanii na ich terenie (w  Bilbao). Pojedynki Biało-Czerwonych z  drużyną z  Półwyspu Iberyjskiego mają gorzką historię. Ostatnia potyczka z  zespołem „La Furia Roja” zakończyła się haniebnym

wynikiem 0 : 6. Co więcej, wygraliśmy z Hiszpanami tylko jedno spotkanie i to 40 lat temu! Zwyciężyliśmy 2 : 1 w meczu towarzyskim, po dwóch bramkach Andrzeja Iwana. Przed naszą kadrą niewątpliwie bardzo trudne zadanie. Plusem będzie to, że nie wyjdziemy na to spotkanie jako faworyt, co powinno lekko odciążyć psychicznie naszych piłkarzy. Możemy pojechać tam bez kompleksów i pokazać się z jak najlepszej strony. Swoje ostatnie grupowe spotkanie zagramy 24 czerwca (ponownie w  Dublinie) z  reprezentacją Szwecji. Wiele wskazuje na to, że to będzie nasz najważniejszy mecz na tym etapie turnieju. Podopieczni Janne Anderssona są na fali wznoszącej po tym, jak pokazali swoją siłę na ostatnich mistrzostwach świata. W Rosji doszli aż do ćwierćfinału. Po starciu ze Szwedami (miejmy nadzieję) poznamy swoich rywali w dalszej fazie rozgrywek. Szanse na awans są duże, choć grupa nie należy też do najłatwiejszych. Jednak ze stylem prezentowanym w eliminacjach trudno będzie nam powtórzyć historyczny wynik sprzed czterech lat, czyli awans do ćwierćfinału. Aby to osiągnąć, powinniśmy zagrać jak drużyna, a nie tylko polegać na Robercie Lewandowskim.

Quo vadis, kadro? Mimo pozytywów, takich jak wprowadzanie młodych zawodników do zespołu, stoi przed nami jeszcze wiele pytań, które pozostają bez odpowiedzi. Przed EURO zagramy cztery mecze towarzyskie (27 marca z Finlandią, 31 marca z Ukrainą, 2 czerwca z  Rosją i  9 czerwca z  Islandią), które pokażą nam, na czym tak naprawdę stoimy. Pod koniec roku, po (miejmy nadzieję) udanym turnieju wystąpimy w dywizji A w Lidze Narodów. Czy tę kadrę poprowadzi Jerzy Brzęczek? Zobaczymy. Z  pewnością czeka nas ciekawy i pełen emocji rok z naszą reprezentacją. 0

styczeń–luty 2020


SPORT

/ nowe dyscypliny na igrzyskach

Nowy, młodzieżowy obraz igrzysk Każde igrzyska niosą za sobą szereg nowych dyscyplin. Nie inaczej będzie w Tokio, gdzie zobaczymy sześć konkurencji wybranych przez członków Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego podczas sesji plenarnej w Rio de Janeiro. T E K S T:

Zdecydowanie najbardziej popularna konkurencja z całej szóstki. Osiąga rekordy oglądalności w Japonii, gdzie jest postrzegana jako dyscyplina narodowa, co z pewnością miało duży wpływ na ponowne włączenie jej do składu igrzysk. Ponowne, ponieważ baseball mogliśmy obserwować już na olimpiadzie sześć razy – po raz ostatni w roku 2008 w Pekinie. Sama dyscyplina prawdopodobnie wywodzi się z innego sportu opartego na uderzaniu piłki kijem – brytyjskiego „rounders”. Baseballowy pierwowzór sięgał szczytów swojej popularności w  XVIII w., kiedy bawił rzesze Anglików oraz Szkotów. Ze względu na nikłe zainteresowanie baseballem w naszym kraju, jego zasady mogą wydawać się dosyć skomplikowane, jednak nie taki diabeł straszny, jak go malują. W każdym meczu tej dyscypliny udział biorą dwie drużyny składające się z dziewięciu zawodników. Rozgrywka podzielona jest na tury – ofensywne oraz defensywne. Oba zespoły znajdują się w każdej z ról po dziewięć razy. Atakując, jeden z zawodników uderza kijem w nadlatującą ze strony drużyny broniącej piłkę. Jego zadaniem jest zaliczenie wszystkich baz, to znaczy obiegnięcie kwadratu wyznaczonego przez białe płytki umieszczone w  jego narożnikach. Dotykając dowolną częścią ciała wspomnianej bazy, zawodnik jest bezpieczny, nie może zostać wyrzucony z  gry. Drużyna przeciwna stara się więc dostarczyć piłkę do bazy szybciej, niż zdąży znaleźć się w niej on sam. Kiedy trzech graczy zostanie wyeliminowanych z  rozgrywki, następuje koniec tury. Celem gry jest zdobycie jak największej liczby punktów. Takowe możemy uzyskać za zaliczenie wszystkich czterech baz. Softball niewiele różni się od samego baseballu, dlatego też nie został zakwalifikowany jako osobna dyscyplina olimpijska. Główne różnice to mniejsze boisko oraz wymiary i sposób rzucania piłki. Zobaczymy go w Tokio jedynie w wykonaniu kobiet.

konkurencji, ale nie tylko! Karate jest bowiem niezwykle widowiskową sztuką walki, która pozwala zawodnikom na uderzanie, kopanie oraz używanie ciosów kolanami czy łokciami. Dwie odmiany karate wejdą w skład igrzysk olimpijskich w  2020 r. Są to Kata – najbardziej sformalizowana forma pojedynku oraz Kumite – mniej ograniczona zasadami, za to bardziej widowiskowa walka.

za trendami, aby móc przyciągać do siebie coraz to nowsze pokolenia. Co ciekawe, pomimo licznych basenów ze sztucznymi falami, rozgrywki odbędą się na plaży Shidshita, aby zachować tradycyjny przebieg zawodów. Uczestnicy będą punktowani, podobnie jak w dyscyplinach skateboardingowych, za wykonane akrobacje. Liczyć się będą szczególnie prędkość, płynność, różnorodność oraz trudność sztuczek.

Skateboarding

Wspinaczka sportowa

Wprowadzenie skateboardingu do harmonogramu igrzysk jest, bez dwóch zdań, próbą zdobycia młodszej widowni. Postacie takie jak Tony Hawk oraz światowe marki (Vans czy Thrasher) sprawiły, że jazda na deskorolce przyciąga do siebie wielu młodych adeptów próbujących swoich sił na czterech kółkach. Możemy być pewni, że nie zabraknie na zawodach w Tokio efektownych sztuczek oraz powietrznych akrobacji – będziemy bowiem mieli możliwość śledzić aż dwie konkurencje – „park” oraz „street”.

Zapewne niewiele osób spodziewało się zobaczyć wspinaczkę sportową na igrzyskach olimpijskich. A jednak! Do terminarza japońskich igrzysk dołączają aż trzy konkurencje z nią związane. Są to kolejno: Bouldering – wspinaczka po wolnostojących, kilkumetrowych blokach skalnych. Wymaga ponadprzeciętnej techniki, gdyż zawodnicy startują bez zabezpieczenia linami. Celem jest dotarcie do wyznaczonego celu w  jak najmniejszej liczbie podejść, które ograniczone są oderwaniem wszystkich kończyn od ścianki i upadkiem na ścielące podłogę materace. Każdy startujący ograniczony jest dodatkowo limitem czasowym. Lead Climbing – konkurencja, w której zawodnicy zabezpieczeni są linami. Celem każdego z nich jest osiągnięcie jak najlepszego czasu lub – w przypadku, gdy nikt nie osiągnie szczytu – dojście dalej niż pozostali uczestnicy zawodów. Speed Climbing – zdecydowanie najbardziej widowiskowa część wspinaczkowego świata. Uczestnicy zawodów ścigają się ze sobą, starając się wspiąć po 15-metrowej ścianie szybciej niż oponent.

fot.: wikipedia commons

Baseball/Softball

M I C H A Ł J ÓŹ W I A K

„Park” opiera się na jeździe na trasie przypominającej skatepark przystosowany konkretnie do jazdy na deskorolce. Zawodnicy będą zdobywali punkty za wysokość skoków z rampy, osiąganą prędkość oraz, oczywiście, za wykonywane sztuczki. „Street”, jak sama nazwa wskazuje, bazować będzie na trasie imitującej uliczne zakątki. Znajdziemy na niej liczne ławki, schody czy innego rodzaju przeszkody, które skateboardziści będą musieli wykorzystać do wykonania jak najtrudniejszych manewrów, za co będą oceniani.

Karate

Surfing

To dosyć szokujące, że karate będziemy mogli oglądać na igrzyskach po raz pierwszy dopiero w 2020 r., biorąc pod uwagę fakt, że sztuki walki takie jak judo, zapasy, boks czy taekwondo widywaliśmy na olimpiadzie od dekad. Jest to bez wątpienia niezwykła gratka dla wszystkich miłośników tej

Obecność surfingu na igrzyskach olimpijskich wydaje się naturalnym następstwem dodania do terminarza imprezy skateboardingu. Jest to decyzja korzystna zarówno dla świata surfingowego, który zyska szerszy dostęp do publiki, jak i dla samych igrzysk olimpijskich, które muszą podążać

46–47

Koszykówka 3x3 Dyscyplina, w której realne szanse medalowe ma reprezentacja Polski. Po brązowym medalu na tegorocznych mistrzostwach świata oczekiwania kibiców znacznie wzrosły. Możemy spodziewać się dobrego występu naszej ekipy na przyszłorocznej imprezie. Koszykówka 3x3 to uliczna forma jednego z najbardziej popularnych na świecie sportów, która wpisuje się w  ramy „młodzieżowości”, do czego dąży MKOl (Międzynarodowy Komitet Olimpijski). Zasady są względnie proste. Gra toczy się do 21 punktów lub do upływu regulaminowych 10 minut (przy każdej przerwie w rozgrywce czas jest zatrzymywany). Każdy rzut oddany zza łuku liczony jest za dwa punkty, sprzed – za jeden. 0


WARSZAWA

Miejski tor przeszkód Zamknij oczy, wstań i przejdź się. Wydaje się to odrobinę niewdzięczne, prawda? A teraz – z zamkniętymi, przez cały czas, oczami – wyjdź z budynku na spacer. Bez wątpienia dla ciebie przeprawa przez miejski tor przeszkód brzmi jak

Mission Impossible. Niewidomi temu wyzwaniu stawiają czoła codziennie. T E K S T:

K L AU D I A Z AWA DA

godnie z informacjami pochodzącymi z  oficjalnego portalu Miasta Stołecznego Warszawy, co roku na likwidację małych barier architektonicznych w stolicy samorząd wydaje ok. 1,2 mln zł. Miasto inwestuje w udogodnienia, które każdy z nas bez problemu dostrzega – m.in. w pasy prowadzące złożone z  płyt chodnikowych z  rowkami (czyli ciąg elementów z  wypukłościami, który jest oznaczeniem trasy i  doprowadza niewidomego do konkretnego miejsca), pasy ostrzegawcze przed wejściem na jezdnię czy sygnalizacja dźwiękowa przy przejściach dla pieszych. Dodatkowo, jednostki i spółki miejskie na każdym etapie tworzenia infrastruktury muszą dostosowywać się do obowiązujących od 2017 r. standardów dostępności. Jest to dokument, który stanowi zbiór wymagań i  wytycznych, dotyczących tego, jak projektować i realizować inwestycje, aby dzięki nim przestrzeń miasta stała się dostępna dla wszystkich mieszkańców. Wprowadzenie standardów to jedno z wielu działań, które świadczy o tym, że władze miasta starają się, by jak najlepiej przystosować przestrzeń Warszawy do potrzeb wynikających z wieku i sprawności jej mieszkańców. Nie wszystkie udogodnienia spełniają jednak odpowiednio swoje role.

Z

FOTOGRAFIA:

przez co korzystanie ze wspomnianych plansz staje się wyjątkowo niekomfortowe, a w godzinach szczytu – wręcz niemożliwe. Chociaż Rafał dostrzega słabe strony wielu rozwiązań stosowanych przez miasto, w ogólnym rozrachunku docenia działania stolicy. Przedstawiciel Polskiego Związku Niewidomych stwierdza, że udogodnienia pojawiają się nie tylko w miejscach często odwiedzanych przez osoby niewidzące (jak na przykład wokół budynku Polskiego Związku Niewidomych), ale również w  pozostałych częściach miasta – na przykład w okolicy domu pana Rafała. Sąsiedzi myśleli, że są one przygotowane specjalnie dla mnie! – żartuje rozmówca. Niestety przed władzami jeszcze długa droga, aby Warszawa stała się dostępna dla wszystkich, nie tylko w hasłach wyborczych.

Z U Z A N N A N YC

wiązaniem mogłoby być zwiększenie świadomości mieszkańców; przypomnienie i podkreślenie tego, że z przestrzeni publicznej korzystają również inni, a ich potrzeby mogą być odmienne od naszych. Ta zmiana to nie rewolucja – wystarczy przecież parkować hulajnogi tak, aby nie przeszkadzały w bezpiecznym korzystaniu z chodników czy nie korzystać ze ścieżek przeznaczonych dla niewidomych.

Kultura w zasięgu dotyku

Działania władz samorządowych to jedna kwestia, równie duże znaczenie ma zachowanie pozostałych użytkowników przestrzeni publicznej. Od kilkunastu miesięcy poważny problem stanowią pozostawione – a wręcz porzucone! – na chodnikach hulajnogi elektryczne. Najgorszym okresem

Nadzieją napawają inicjatywy różnych instytucji kultury. Muzeum Uniwersytetu Warszawskiego udostępnia osobom niewidzącym foldery tyflograficzne (dotykowe) z opisem ekspozycji muzeum w alfabecie Braille’a oraz organizuje oprowadzanie po terenie uniwersytetu z  odpowiednio przygotowanym przewodnikiem. Książki z  tyflografikami obiektów na wystawach czy wsparcie wolontariuszy w dotarciu do instytucji i poruszaniu się po niej to kilka z przykładowych inicjatyw stosowanych przez Muzeum POLIN. Oferta kulturalna dla niewidomych to nie tylko usprawnienia w korzystaniu z twórczości artystycznej. Przykład stanowi Niewidzialna Wystawa, która daje możliwość sprawdzenia jak poradzilibyśmy

był początek bieżącego roku, kiedy bezpańskie hulajnogi leżały prawie wszędzie. Sytuacja poprawiła się po akcji informacyjnej Polskiego Związku Niewidomych oraz „zarekwirowaniu” nieprzepisowo zaparkowanych hulajnóg przez Zarząd Dróg Miejskich. Działania te nie zlikwidowały jednak problemu całkowicie. Wydaje się, że skutecznym roz-

sobie bez pomocy wzroku w codziennych sytuacjach. Przewodnicy to osoby niewidome i słabowidzące, przez co przybliżają odwiedzającym swój świat. Warto się do tego miejsca wybrać, by przez godzinę zwiedzania uczestniczyć w przejściu przez tor przeszkód i dzięki temu stać się bardziej świadomym użytkownikiem przestrzeni publicznej. 0

Porzuceni na ulicy

Oznaczenia oderwane od rzeczywistości Rafał Kanarek z Polskiego Związku Niewidomych, który sam jest osobą niewidzącą, zauważa, że jednymi z najefektywniejszych udogodnień są oznaczenia na poręczach schodów na stacjach metra. Są one zapisane alfabetem Braille’a i informują o kierunku, w którym prowadzą schody. Niestety nieświadomi warszawiacy nagminnie odrywają napisy, przez co stają się one niemożliwe do odczytania. Na stacjach metra można również spotkać tabliczki z  wyrytymi planami stacji oraz opisami w  alfabecie Braille’a. Ich funkcjonalność trzeba jednak podać w  wątpliwość. Rafał Kanarek krytykuje brak odpowiedniego ich rozmieszczenia. Tablice często znajdują się na środku stacji i osoba niewidoma musi pokonać znaczną odległość, by do nich dotrzeć. Ponadto w tej części peronu panuje największy tłok,

styczeń–luty 2020


WARSZAWA

/ stolica alkoholizmu

Wieżowce Alkoholizm przypomina budowanie wieżowców. Z tym, że codziennie jedno piętro się zapada. Pojawia się pytanie – co jeśli da się budować szybciej? Co jeśli w ten sposób – wiecznym wyścigiem z czasem – da się stworzyć całą stolicę? T E K S T:

la wielu ucieleśnieniem alkoholika jest trzęsący się Nicolas Cage i jego kilka butelek wódki dziennie. Życie sprowadzone do picia i  śmiania się ze swoich żartów, ciągła intoksykacja i groźba niechybnego delirium tremens wydają się wystarczająco poetyckie, żeby umieścić je na ekranie, chociaż jednocześnie oczywiście zbyt okropne, by je przeżyć. Tymczasem alkoholizm to tak naprawdę pewnego rodzaju balansowanie między kolejnymi stanami zapaści oraz względnej trzeźwości. Jest ono osobnicze, personalne i nie do podrobienia. Stanowi swoisty podpis na sposobie funkcjonowania w  okrutnym, pozbawionym ambrozji świecie – oczywiście poza tą odrobiną siedzącą w butelce i ratującą życie. Zatem, wbrew pozorom, poszukiwanie nałogu nie może i nigdy nie powinno skończyć się na ulicy. Wielkie pragnienie odnalezienia spokoju w sobie rodzi dążenia o równie wielkiej mocy – dlaczego w takim razie miłość między tym dwojgiem – alkoholem i człowiekiem – nie miałaby zapewnić pieniędzy, sławy i dobrobytu?

D

Widok na spokój W The View wystarczy zamówić butelkę dobrego alkoholu i poczekać – mówi Marek [imię zmienione – przyp. aut.]. Dziewczyny przyjdą same, a przy odrobinie szczęścia rano obudzisz się nawet z  dwiema. Wtedy – rzecz jasna – nie będą już takie piękne i  trzeba się będzie z  nimi podzielić piwem. Na szczęście Marek ma sposób na niechcianych porannych gości: telefon z firmy, który skutecznie wykurzy ich z twojego pola widzenia. Według bohatera seks schodzi na dalszy plan: nie chcesz kobiet, bo przecież i tak je zapomnisz. Dla Marka ważne jest za to karmienie własnego ego, pełniącego rolę muru, który oddziela cię od wszystkich bezdomnych żebrzących o Kuflowe Mocne pod Żabkami.

MICHAŁ RAJS

O swoim nałogu bohater opowiada tak: twoim jedynym celem jest praca – pracujesz zaś po to, żeby pić. Parę tysięcy w tę czy we w tę w spokojny sobotni wieczór to mała cena za to, żeby zrobić sobie krótką przerwę, przeleżeć całą niedzielę i wrócić do kochanki wieczorem w poniedziałek, kiedy ośmio- albo dziesięciogodzinny sztorm przemknie najpierw przez wszystkie zamknięte markety a później – przez wściekłe spojrzenia kasjerów. Zmiany ekspedientów Marek już zna na pamięć. Oni także zapamiętali jego wizyty, co skutkuje obustronną niechęcią. Za każdym razem oczekujesz tego pełnego pogardy spojrzenia, że oto to, chodzący trup, kupujesz alkohol za więcej niż oni mogą sobie wyobrazić. I to kolejny tydzień z rzędu.

Liczy się tylko to słodkie zapomnienie, które kocham jak dziecko. Dla dziecka człowiek zrobi wszystko. Podobnie dla alkoholu. Boję się, mamo Dla Marty ze wszystkiego najgorsze są lęki oraz społeczny stygmat. Każdy wokół wyczuwa tę delikatną resztkę zmetabolizowanego alkoholu – mówi bohaterka. Każdy patrzy na podkrążone oczy, napuchłą twarz i, nawet jeśli nie wie, to się domyśla, że to coś więcej niż weekend w górach z wujkiem pijaczyną. O  swoim codziennym dniu Marta opowiada tak: Idziesz na Domaniewską bez niczego. Jednak zaraz myślisz o tym, że jednak trzeba było pojechać do weterynarza i powiedzieć, że kot potrzebuje diazepamu, bo zwariował. Na szczęście w co drugiej aptece rozumieją i przy dobrej rozmowie przepuszczą nawet neuroleptyki bez recepty. Marta oświadcza, że owszem, mogłaby pójść do lekarza, ale wtedy musiałaby zmierzyć się z wyzwaniem: co mu powiedzieć? Potrzebuję leku na kaca, ale przestać pić nie zamierzam, bo w  zasadzie nawet nie pamiętam, dlaczego piję? Mąż, który zostawił mnie dziesięć lat temu to przecież tak naprawdę żadna wymówka. Liczy się tylko to słodkie zapomnienie, które kocham jak dziecko. Dla dziecka człowiek zrobi wszystko. Podobnie dla alkoholu.

Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Dla Pawła najpiękniejsze i być może najokropniejsze są sklepy z używkami. Kiedy widzisz tych wszystkich nastolatków ustawiających się w kolejce po pół litra czarnej żubrówki, myślisz sobie, że tak

48–49

to się zaczyna – opowiada o początkach nałogu. Stojąc za licealistami nawet nie muszę na nich patrzeć. Wiem, co się stanie. Najpierw imprezujesz, później żałujesz. Dlatego pijesz częściej i  więcej. Tak wyglądały początki nałogu dawnej dziewczyny Pawła. Zdaniem mężczyzny to pierwsze piwo w  wieku czternastu lat było podwaliną pod dzisiejszą gonitwę za spokojem. Winą o to częściowo obarcza sprzedawców: Sprawdzenie dowodu w co trzecim sklepie w momencie, w którym klient nie ma jednego włosa na brodzie to coś jak gra w Teatrze Powszechnym. Gdyby nie sprzedawali wszystkim, nie zarabialiby. Moralność schodzi na dalszy plan. Przecież zaraz wyjdą i nie zostanie po nich nic poza

delikatnym zapachem Marlboro Goldów, które wypalili ze strachu przed odczytaniem rocznika z pomiętej legitymacji szkolnej. Zdaniem Pawła bezdomni zaludniający wejścia przed sklepami monopolowymi rzadko okazują się wiarygodnymi nabywcami napojów wyskokowych. Wbrew pozorom metody w stylu zatrudniania bezdomnych należą do rzadkości. Zazwyczaj dlatego, że pan Mietek nie kalkuluje długoterminowo i za dwadzieścia złotych zamiast jednego piwa dla siebie i  wódki dla „pana kierownika”, będzie wolał kupić litr denaturatu. Paweł wcale się temu nie dziwi. Przyznaje, że nie posiadając pieniędzy, zrobiłby dokładnie to samo. Zdaniem mężczyzny, który dziś bezskutecznie zmaga się z  nałogiem, oprócz sprzedawców współwinne są również media, ponieważ nie udzielają wystarczających informacji o uzależnieniach od alkoholu, a ponadto często promują pozytywne obrazy celebrytów z  drinkami w ręku. Skąd dzieci mają czerpać informacje o  tym, jak picie wpływa na ich zdrowie? – pyta Paweł i kontynuuje: Kto o tym mówi? Kto im powie, że pijąc przez trzy dni, czwartego nie jesteś żadnym Liamem Cunnighamem z  High Hopes, tylko trzęsiesz się jak świnia, która zobaczy elektrycznego pastucha i wie, że to nie niebo, ale rzeźnia? Kto im powie, że wkrótce ten piątek nie będzie dla przyjaciół, ale dla jedynego kochanka,


stolica alkoholizmu /

WARSZAWA

wiecznego i nieśmiertelnego etanolu? Kto im przekaże, że wszystkie alimenty i bóle porodowe, które ich czekają to tylko przystawka?

Ponad 10 proc. warszawiaków jest uzależniona od alkoholu.

pixabay.com

Z wypowiedzi uzależnionych, którzy mimo wszystko odnaleźli drogę pomiędzy zespołami abstynencyjnymi i  alkoholowym niedosytem wyłania się pewnego rodzaju granica. Ta granica spycha w jedną albo w drugą stronę – do grupy alkoholików czatujących od rana pod kolejną w  okolicy Żabką i tłumaczących się niedowierzającym sprzedawczyniom, że to tylko kac, albo do grupy alkoholików z wiecznie pełnym barkiem ale mających w  sobie na tyle samokontroli, że widzą zależność między ilością zarabianych pieniędzy a ilością konsumowanych napojów wyskokowych. Natomiast z całą pewnością łączy ich jedna rzecz: możliwość. Zapewniają ją: praktycznie nieskończona liczba sklepów z alkoholem, zbyt oczywiste rotacje załogi, które umożliwiają bezkarne wizyty w tym samym sklepie dwa razy dziennie, liczba klubów odpowiadająca liczbie szarych komórek w mózgu, kwitnące o wieczornej porze promocje na drinki. Wszystko po to, by się dobrze bawić. Na zawsze.

pixabay.com

Równowaga

Na zawsze, bo w tym jednym cyrku tygrys będzie skakał przez płonącą obręcz, dopóki ma się pieniądze na wejście do środka nadmuchiwanego namiotu. Zwyczajna pomoc w  postaci spostrzeżeń o pogarszającej się morfologii nie działa w mieście, w którym pracę zdobędzie każdy, kto po nią sięgnie. Zapewniający kalorie alkohol wystarczy na dwadzieścia lat pracy niewykwalifokowanego piekarza, a  spotkania AA czasami tylko rozjuszą swoją bezpośredniością. Tak, wydaje się, że największy problem alkoholu tkwi w tym, że da się z nim funkcjonować. Zwłaszcza w miejscu, które – tak samo jak ty, kiedy wypijesz – żyje tym samym życiem. Podobno ponad 10 proc. warszawiaków jest uzależnionych od alkoholu. Ilu z  nich odpowiada za to, czy rano będzie można wypłacić pieniądze z konta? Ilu z nich odpowiada za to, że rano metro zdąży dojechać na Pola Mokotowskie? Wreszcie, ilu z nich to my sami, nieświadomi głupcy? 0

pixabay.com

Bilet do cyrku

styczeń–luty 2020


WARSZAWA

/ czy Warszawa wyrzekła się dziedzictwa PRL-u?

Miasto moje, a w nim... socmodernizm Cały Naród odbudował, ale i przebudował swoją stolicę. Czy w 75. rocznicę należy ją zmodernizować? T E K S T:

JA K U B S Z Y D E L S K I

arszawa przejrzała się w lustrze Wisły. Modernistyczna suknia cała postrzępiona. Zdarta do krwi zabudowa mieszkalna. Włosy jak ulice w  nieładzie. W  1945 r. ruszyła odbudowa stolicy po zniszczeniach II Wojny Światowej. Dawny Paryż Północy chciano przechrzcić na Moskwę Zachodu. Architekci stworzyli jednak całkiem odmienną kreację dla Warszawy. Jak dziś radzą sobie budynki z PRL-owskim rodowodem?

W

Warszawski koszmar czy sen? Nowa Warszawa nie może być powtórzeniem dawnej – grzmiał Bierut z mównicy. – Nowa Warszawa ma stać się stolicą państwa socjalistycznego. Plany architektoniczne Biura Odbudowy Stolicy zakładały budowę miasta nowego, będące wyrazem naszych czasów, naszych postulatów społecznych [przyp. red.: socjalizmu]. Dlaczego więc Dom Partii [Nowy Świat 6/12] siedzibę Komitetu Centralnego – zbudowano w  stylu modernistycznym? Geometryczna, monumentalna forma. Zamiast socrealistycznych zdobień – proste okiennice. Wypisz wymaluj jak fasada wieżowca Prudential z  1934 r. Architekci Domu Partii (grupa „Tygrysy”) odebrali wykształcenie w  II RP. Co więcej – w  pierwszych latach odbudowy kontynuowano tradycje przedwojenne np. modernizm czy neohistoryzm (odbudowa Starego Miasta).

Adios socialist i żywioł wolności Władze Polski Ludowej obrały sobie za siedzibę budynek nawiązujący do poprzedniego ustroju. Jeszcze większym dowcipem wykazali się kolejni włodarze Warszawy. Dom Partii uczynili siedzibą Giełdy Papierów Wartościowych, a wpływy z wynajmu przeznaczono na budowę nowej biblioteki UW na Powiślu. Dzisiaj na głównym dziedzińcu ludzie ustawiają leżaki i urządzają kino plenerowe. Fasady odzyskały dawną biel, a pomiędzy filarami ulokowano

50–51

Dom Partii. Na zdjęcie z lat 60. nałożone elementy z 2016 r. Źródła: Narodowe Archiwum Cyfrowe i Wikimedia Commons

cztery bary i restauracje. Dawną siedzibę komunistycznych dygnitarzy przemianowano na Centrum Bankowo-Finansowe „Nowy Świat”.

Recepta na Plac Aptekarza? Jak się przeprowadziłam z Marszałkowskiej, to mi się wydawało, że w  Łazienkach zamieszkałam, tu był wielki ogród. Pani Jadzia, udzielając tej wypowiedzi Wyborczej, pamiętała czasy dawnego Placu Hallera. Praskie ZOO dosłownie za rogiem, kina, restauracje. Osiedle Praga II, nazywane praskim MDM-em [Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa] spełniało postulaty socjalne Partii, ale bez nadmiernego patosu oraz ideologicznego zadęcia.

Dziś Plac Hallera jest cieniem siebie sprzed lat. Malowniczy skwer zamarł w letargu między dwoma szpalerami parkujących samochodów. Remont placu ciągnie się już pięć lat, a  ma potrwać drugie tyle. Mieszkańcy skarżą się na rozsypujące się chodniki i ubogi wybór knajp. Apteki remisują z gastronomią 5:5. Wynik wyrównała pod koniec ubiegłego roku nowa kawiarnio-księgarnia. Tu Mi Wolno – pomyśleli zapewne aktorzy Teatru XL, założyciele kawiarni, którzy w  nowej lokalizacji wystawiają komediowy repertuar. Może to śmiech stanie się najlepszym lekarstwem na chandrę aptekarza.


czy Warszawa wyrzekła się dziedzictwa PRL-u? /

Pasaż Wiecha Powstała ona [przyp. red.: Ściana Wschodnia], i tak została powszechnie przyjęta, jako „antysymbol” Pałacu Kultury i  Nauki i  MDM – pisał Józef Sigalin, Naczelny Architekt Warszawy. Naprzeciwko socrealistycznego PKiNu – wzdłuż Marszałkowskiej – stanęły trzy modernistyczne domy towarowe. Szklane konstrukcje ukryły Pasaż Wiecha. Dzisiaj, patrząc na bezduszny betonowy plac z gigantycznymi lampami, trudno wyobrazić sobie pierwotne założenie kameralnej alei spacerowej z rabatami kwiatowymi i fontanną. Dramat rozpoczął się podczas renowacji w  2006 r. i  jak dotąd nie doczekał się happy endu. Pasaż stał się martwą przelotówką między Chmielną a  Marszałkowską. Potencjał zmiany tego nędznego stanu rzeczy mają dwa ostatnie remonty w pobliżu.

żeniu lekkiej konstrukcji ze szkła i nie zmienili charakteru budynku. Odtworzono też kultowy neon „Zodiak” i  mozaikę „Kosmos” na klatce schodowej. Do 23 lutego można tu zwiedzać wystawę „Iconic Ruins?” o zabytkach modernizmu krajów wyszehradzkich. Z  kolei ikoniczny okrąglak [Marszałkowska 100/102], który od samego początku (lata 60.) jest placówką banku PKO, był odbudowywany dwukrotnie. Pierwszy raz – po katastrofie wybuchu gazu w  1979 r. Efekty drugiej renowacji ukazały się w listopadzie poprzedniego roku. Na pierwszym ogólnodostępnym piętrze urządzono kawiarnię. Białe wnętrze z minidrzewkami jest stylowe, ale też kameralne. Faktycznie ma szansę stać się deklarowanym miejscem spotkań dla warszawiaków. Zresztą warto tu przyjść dla samej panoramy centrum zza przeszklonych ścian Rotundy.

Koło horoskopu

W starym ciele nowy duch

Oryginalny pawilon Zodiak [Pasaż Wiecha 4] mieścił bar szybkiej obsługi i kawiarnię. Po renowacji przekształcił się w warszawskie centrum wiedzy o architekturze, które organizuje wystawy i wykłady. Architekci pozostali wierni zało-

Warszawa nie jest nastolatką. Jest raczej dojrzałą kobietą po przejściach. Mimo to okres młodzieńczego buntu stolica przeżywała już nie raz. Ostatnie 75 lat wywołało wiele turbulencji i zmian. Ślady widać jak na dłoni na tkance

WARSZAWA

miejskiej. Neohistoryzm Krakowskiego Przedmieścia. Socrealizm PKiNu. Wreszcie Ściana Wschodnia i Dworzec Centralny. Modernistyczne budowle zrosły się z  centrum i  dziś trudno wyobrazić sobie bez nich śródmieście. Zaniedbane przez ostatnie lata budynki wciąż psują aparycję stolicy. Niszczeje fasada „Młotka” na Smolnej 8. Parokrotnie amputowano perełki architektoniczne, a  w  zamian stawiano protezy. Taki los spotkał Supersam, na gruzach którego postawiono Plac Unii City Shopping. Socmodernizm to styl unikatowy na skalę europejską, ale niestety w  zbiorowej świadomości Polaków wciąż funckjonuje jako przeżytek PRL-u. Na szczęście istnieją odremontowane konstrukcje, które dodają Warszawie blasku. Większość z tych budowli z czasem zatraca swoje pierwotne znaczenie ideologiczne. Tę niszę mogłyby wykorzystać zwłaszcza instytucje kultury; właściciele mogliby zręcznie wykreować nowy wizerunek dawnego lokalu. Wpuszczone ponownie w  miejski krwioobieg zabytki PRL-u  mogłyby dzięki nim ożyć na nowo i zredefiniować swoją pozycję w świadomości warszawiaków. 0

Rotunda PKO. Po lewej scena z 1978r. Po prawej widok współczesny. Źródła: Narodowe Archiwum Cyfrowe i zdjęcie Jakuba Szydelskiego.

styczeń–luty 2020


TEKST SPONSOROWANY helpunku, nie umiem składać

Międzydziałowy Program Talentowy Wiele działów – jeden rozwój to program Kompanii Piwowarskiej, który daje szansę młodym, utalentowanym osobom na intensywny rozwój w strukturach firmy w kraju i za granicą. T E K S T:

T E K S T S P O N S O R OWA N Y

wycięzcy rekrutacji przez 18 miesięcy będą mogli aktywnie uczestniczyć w projektach 3 działów dopasowanych do ich indywidualnego planu rozwoju. W  ramach programu, KP oferuje 18 miesięczną umowę o pracę, w trakcie której, uczestnik ma szansę zdobyć unikatową wiedzę w  maksymalnie trzech różnych działach (po 6 miesięcy w jednym dziale). Dodatkowo, kandydat otrzymuje dostęp do wszystkich benefitów, jakie firma oferuje. Są to m.in. opieka medyczna, system MyBenefit, deputat produktów KP, czy dostęp do pubu pracowniczego. Po zakończeniu programu, najlepsi mają szansę na kontynuację współpracy w strukturach Kompanijnej Społeczności w Polsce lub poza granicami kraju.

Z

Człowiek to podstawa Stawiamy na ludzi bez względu na płeć, wiek, wykształcenie czy doświadczenie, oferując możliwości ich rozwoju w naszej firmie, bo pracownicy są najcenniejszym zasobem każdej organizacji. – mówi Agnieszka Żmuda-Kleśta, dyrektor ds. zarządzania talentem w Kompanii Piwowarskiej. – Dla wielu studentów i  absolwentów nasze programy są początkiem kariery w  strukturach KP. Programy rozwojowe przynoszą obopólne korzyści – pracownikom dają możliwość rozwoju na miarę swojego potencjału, firmie zaś większą elastyczność, uczenie się nawzajem od siebie i  możliwość kształtowania przyszłych liderów – uzupełnia. Kompania Piwowarska niezmiennie ceni swoich pracowników, bez względu na wiek, płeć, etc. i  chętnie pozyskuje je różnymi metodami, tworząc odpowiednie projekty, które umożliwiają coraz bardziej efektywne drogi rozwoju. Dlatego, z  myślą o  nich, powstają w  KP tego typu programy – są one okazją do tego, żeby podjąć pracę dla lidera branży browarniczej i  jego topowych marek jak np. Tyskie, Żubr, czy Lech. Międzydziałowy Program KP o nazwie Wiele działów – jeden rozwój skierowany jest do studentów i absolwentów ostatnich lat (osoby, które ukończyły studia wyższe nie wcześniej niż w  2017 roku). To inicjatywa dla wszystkich otwartych na rozwój, zmotywowanych do działania, którzy chcą poszerzyć swoją wiedzę oraz kompetencje i  są gotowi do

52-53

relokacji (Warszawa, Poznań, Tychy) w trakcie odbywania praktyki w Kompanii Piwowarskiej.

Zamień stypendium na pensję w Kompanii Piwowarskiej! Relacja uczestnika edycji 2018/2019 Piotr Smosarski – Młodszy Kierownik Obszaru Sprzedaży: Udział w  Programie Rozwoju Talentów był dla mnie niezwykłym przeżyciem. Miałem przyjemność i niepowtarzalną okazję zobaczyć i „dotknąć” pracy w trzech różnych działach Kompanii Piwowarskiej. Zacząłem od Zespołu ds. zarządzania przychodami, gdzie moim zadaniem było poprowadzenie innowacyjnego projektu rozliczeń bezpośrednich z naszymi klientami detalicznymi. Kolejne pół roku spędziłem w  Dziale Marketingu, gdzie w  ramach Zespołu marek międzynarodowych zajmowałem się działaniami PR dla dwóch marek czeskich – Kozel i  Pilsner Urquell. Było to dla mnie wyzwanie, bo jestem absolwentem kierunku studiów finanse i  rachunkowość, a  podczas programu współorganizowałem dwa duże eventy oraz wspólnie z  redakcją Onet stworzyłem niepowtarzalny dokument o  marce Pilsner Urquell. Moim ostatnim etapem był pobyt na Browarze w Poznaniu i pra-

ca w Dziale technicznym, gdzie pomagałem przy inwentaryzacji zaworów – wiem, brzmi to abstrakcyjnie, ale dzięki wsparciu obecnych tam osób, przechodząc bramę przy Szwajcarskiej 11, człowiek przenosi się do innego świata i  zdaje sobie sprawę, że warzenie piwa to prawdziwa sztuka. Podsumowując, Program pozwolił mi poszerzyć perspektywę na to, jak wygląda biznes Kompanii Piwowarskiej, dzięki czemu na wiele kwestii staram się teraz patrzeć z kilku punktów widzenia. Nabyłem wiele cennych umiejętności i kompetencji, a zawiązane znajomości w każdym z działów przyczynią się do lepszej komunikacji i  wymiany wiedzy w moich przyszłych rolach.

Co trzeba zrobić by wziąć udział w programie? Jeśli uważasz, że jest to program dla Ciebie – aplikuj przez stronę kariery Kompanii Piwowarskiej: www.kp.pl/kariera/oferty-pracy-i-praktyk. Oferta: Międzydziałowy Program Talentowy. Nie jest to jedyny program Kompanii Piwowarskiej. Z  myślą o  rozwoju biznesu i  stwarzania szansy innym, firma od lat wdraża różne programy m.in. Płatne Staże, Bezpłatne Praktyki Letnie, Staże Unijne czy Dni Otwarte dla Kobiet. Dzięki nim można poznać świat piwa, zobaczyć jak wygląda praca w browarach KP, podczas stażów zdobyć cenne doświadczenie i dowiedzieć się, jakie ścieżki kariery oferuje firma. Aktualne oferty znajdują się na stronie: www.kp.pl/kariera. 0


varia /

Varia Polecamy: 54 TECHNOLOGIE Gdy science mija z fiction Filmy wbrew prawom fizyki

60 W SUBIEKTYWIE Gruzja na rozstaju dróg Z plecakiem przez Gruzję

fot. Alek Kozłowski

64 FELIETON Bankrucki felieton na Nowy Rok

Internetowi złodzieje czasu

Intuicja PAU L A W I N I ATOW S K A ntuicja. Czy to abstrakcyjne narzędzie może być traktowane na równi z liczbami, faktami i wszystkim innym, co mierzalne i powszechnie wiarygodne? Niemalże na każdym kroku stajemy przed szeregiem wyborów. Czasami jesteśmy przytłoczeni ilością dostępnych informacji, nie do końca wiemy, jak je złożyć w spójną całość i zaczyna narastać w nas zmęczenie. Nie mamy pojęcia, która decyzja będzie dla nas najlepsza. Zdarza się jednak, że drzemie w nas cichy głos, który zdaje się znać odpowiednie rozwiązanie. Intuicja jest ściśle związana z naszą podświadomością, koduje znacznie więcej wniosków, niż mogłoby się nam wydawać, a także powtarzanych schematów, na które nawet nie zwracamy uwagi w codziennym życiu. Nie zawsze jesteśmy jednak na tyle odważni, by jej zaufać. Wszyscy stawaliśmy niejednokrotnie przed trudnymi wyborami. Niektóre decyzje były mniej lub bardziej przemyślane, to samo tyczyło się ich skutków. Mniej lub bardziej satysfakcjonujących. Przykładowo o wyborze uczelni czy pierwszej pracy. Jednak większość z nas zdołała wyciągnąć wnioski z przemyślanego przebiegu wydarzeń, a im więcej tego typu doświadczeń, a zarazem procesów poznawczych, tym większa siła i adekwatność naszych przeczuć. Nasz mózg może służyć za swoistą bazę danych kolekcjonującą informacje i doświadczenia, a następnie przekształcającą je w gotowe produkty, takie jak odczucia. To swego rodzaju analityczne narzędzie, które, jeśli będzie odpowiednio zarządzane za pomocą autorefleksji, może służyć jako doskonałe dopełnienie

I

Zdarza się jednak, że drzemie w nas cichy głos, który zdaje się znać odpowiednie rozwiązanie.

procesu decyzyjnego. Więc nasze wrażenie odnośnie każdej alternatywy powinniśmy traktować nie mniej poważnie niż liczby i fakty. Problemy mogą natomiast wystąpić podczas próby uzasadnienia naszego punktu widzenia - jak opisać stan równie faktyczny, lecz nieokreślony za pomocą liczb? Intuicja działa wszędzie. Ile razy już podpowiedziała Ci, czy nowo poznana osoba ma dobre intencje lub czy powinieneś odbyć teraz wyjazd zagraniczny bądź zmienić dotychczasową pracę. Ale są też ciekawsze przykłady. Przypuśćmy, że czekasz na autobus, ale coś ci podpowiada, żeby poczekać na kolejny. A w kolejnym spotykasz znajomego, o którym myślałeś tydzień wcześniej; w trakcie podróży zmieniasz trasę na całkowicie sprzeczną z początkowymi ustaleniami i trafiasz do niezwykłego miejsca, które dodaje charakteru całej Twojej wyprawie. Albo na miłość swojego życia. Takie rzeczy się zdarzają. Powinniśmy zwracać na intuicję szczególną uwagę przy podejmowaniu decyzji biznesowych. Jako osoby na wyższych stanowiskach powinniśmy zastanowić się, czy w obliczu niezliczonej liczby danych możliwe jest skompletowanie takiego zestawu informacji, który pomoże nam w znaczący sposób w podjęciu decyzji, bądź czy stracimy na całej tej operacji czas i pieniądze. Warto wtedy rozważyć, czy już mieliśmy do czynienia z podobnym przypadkiem i przywołać na myśl konsekwencje tamtego wyboru, a następnie skonfrontować z tym, co czujemy obecnie. Czasami od podjęcia trafnej decyzji dzieli nas tylko wspomnienie o doświadczeniu, które już kiedyś nam dało do myślenia. 0

styczeń-luty 2019


TECHNOLOGIE

/ science fiction

Sen? Co to takiego?

Gdy science mija się z fiction Nikomu jeszcze nie udało się złamać praw fizyki, jednak dzięki wspaniałej wolności płynącej z licentia poetica możliwe staje się ich widowiskowe uniknięcie. T E K S T:

PAW E Ł Z AC H AR E W I C Z

o łączy Księżyc z wielkim działem? Co ma wspólnego kilka bomb atomowych oraz ogromna asteroida lecąca w  kierunku Ziemi? I  w  końcu, jak to jest z tą prędkością światła? Odpowiedzi na te pytania to tylko przedsmak tego, co przygotowali dla nas twórcy gatunku science fiction. Elementów fantastyki naukowej można doszukiwać się jeszcze przed powstaniem kinematografii u  takich twórców jak choćby Jules Verne (Z  Ziemi na Księżyc) czy nawet Voltaire, który dzięki swojej powiastce filozoficznej Mikromegas stał się jednym z prekursorów s.f. Te i wiele innych wiekowych przykładów literackich wydaje się jednak niczym specjalnym w  obliczu współczesnych tekstów, choćby tych autorstwa Lema, czy też jeszcze bardziej rozpoznawalnych produkcji kinowych jak 2001: Odyseja kosmiczna albo Marsjanin. Jednak dzięki licentia poetica nie wszystkie dzieła tego typu stoją na tak wysokim poziomie prawdopodobności oraz zgodności z prawami fizyki i to właśnie one często stanowią źródło najciekawszych sporów i dyskusji o fikcji, która omija naukę.

C

GRAFIKA:

M A R L E N A M I C H A LC Z U K

gą jeszcze w atmosferze. Jednak gdyby osoby na pokładzie przeżyły wystrzał, to z całą pewnością zabiłoby ich „lądowanie” na Księżycu, które nastąpiłoby z prędkością około 2,5 km/s. 117-letniej produkcji można oczywiście wypomnieć jeszcze ogromną liczbę sfer, w których science nie jest zgodne z fiction i finalnie przyznać, że właściwie cały ten film omija szerokim łukiem zdobycze nauki. Byłoby to jednak sporym nadużyciem, gdyż w 1902 r. nie było mowy o wiedzy, którą zdobyliśmy w ciągu ostatnich stu lat. Potraktujmy zatem Podróż na Księżyc jako pierwowzór kina s.f. i przypatrzmy się, nieco bardziej krytycznie, popularnym produkcjom tego gatunku, które powstały później.

fot. NASA

Science fiction: 1902 Siedem lat. Tyle czasu minęło od prezentacji pierwszego kinematografu do premiery pierwszego „poważnego” filmu science fiction, czyli Podróży na Księżyc w reżyserii Georges’a Mélièsa. Dziś właściwie nie jest to już żadna fantastyka naukowa, gdyż na Księżyc z powodzeniem wysłaliśmy aż 12 osób. W 1902 r. sama idea takiego lotu była czymś na miarę dzisiejszych planów podróży międzygwiezdnych. Szokuje jednak forma odbywanej przez filmowych uczonych podróży. Nie używają oni niczego w rodzaju rakiety ani samolotu, gdyż pierwszy lot braci Wright miał miejsce pod koniec 1903 r., a  pierwszy start rakiety jeszcze później. Méliès postanowił, że jego bohaterowie zostaną wysłani na Księżyc w  wielkim pocisku wystrzelonym z jeszcze większej armaty. Wtedy prawdopodobnie nie był świadomy, jak mocno należałoby wystrzelić pocisk, żeby faktycznie doleciał na Księżyc, ale dziś ta wiedza jest powszechnie dostępna. Przybliżona prędkość, jaką trzeba by nadać załogowemu pociskowi, to bez mała 11,2 km/s. Do tego dochodzi jeszcze kwestia przeciążeń sięgających ponad tysiąckrotność siły przyciągania ziemskiego oraz to, że taki obiekt prawdopodobnie spaliłby się wraz z zało-

54-55

Hollywood Bezsprzecznie takim filmem jest wyreżyserowany przez Jona Favreau Iron Man. Opowieść o Tonym Starku – filantropie z naukowym zacięciem – nie jest pozbawiona naukowych nieścisłości. Pomimo tego, że często produkcję wpisuje się jako kanon filmu o superbohaterach, to protagonista jest raczej zwykłym człowiekiem z  niezwykłym atrybutem, który nagina znane nam prawa nauki. Największy zarzut stawiany Iron Manowi to zasilanie jego zbroi. Obecnie nie jest znane nauce żadne źródło energii, które byłoby tak wydajne, aby podtrzymać wszystkie jej funkcje i jednocześnie tak niewielkie, aby mieściło się w dziurze na piersi. Tony Stark używa do tego zmniejszonego reaktora łukowego, który co prawda zużywa paliwo, wciąż jest jednak nad wyraz wydajny.

Pełna wersja tego wynalazku stanowi w dodatku, zgodnie z uniwersum Marvela, perpetuum mobile, czyli maszynę, która wbrew drugiej zasadzie termodynamiki może pracować w nieskończoność. Drugim z  szeregu fantastycznonaukowych problemów jest pokonywanie przez Iron Mana bariery dźwięku. O ile lecąc odpowiednio skonstruowanym samolotem można przekroczyć prędkość dźwięku bez szwanku, o  tyle próba przekroczenia jej przez człowieka pozbawionego jakiejkolwiek osłony skończy się rozerwaniem na kawałki ze względu na opory powietrza. Co prawda Stark dysponował niezwykłą zbroją, jednak jej aerodynamika pozostawia wiele do życzenia, a brak jakiejkolwiek formy stateczników ani trochę nie poprawia sytuacji. Zatem nawet jeśli w  cudowny sposób uchroniłaby swojego pilota przed rozerwaniem, to nie ma żadnych podstaw ku temu, aby lot w niej był tak idealnie stateczny i łatwy, jak to wygląda na ekranie. Pozostając jeszcze w temacie zdolności do latania rzeczonej zbroi, naukowy problem stanowią napędzające ją elementy, którymi, zgodnie z zasadami uniwersum, są silniki odrzutowe. Lista trudności generowanych przez taką koncepcję jest równie długa jak napisy końcowe filmu Clerks – Sprzedawcy II, w  których można naliczyć, bagatela, 163 070 nazwisk. Do potencjalnych problemów związanych z silnikami należą m.in. ich ciąg, źródło paliwa i temperatura. Powszechnie jednak wiadomo, że w  filmach Marvela nie zwraca się uwagi na prawa fizyki, tylko na fabułę.

Nieważkość Tym razem na dłużej opuszczając Ziemię, warto przyjrzeć się temu, jak stosunkowo nowe filmy o podróżach kosmicznych traktują prawa fizyki, a  ogólniej – całą naukę. Zaczynając od najmniej rażących produkcji, trzeba wspomnieć o wizji Alfonso Cuaróna z 2013 r., czyli Grawitacji. Większość filmu stoi w  zgodzie z  tym, co wiemy. Kontrowersje budzi jednak scena, w której dwoje bohaterów po brawurowej przeprawie ze swojego uszkodzonego statku do ISS (International Space Station) wpada w tarapaty. Od początku filmu panująca w  przestrzeni kosmicznej nieważkość przedstawiona jest zgodnie z  prawami fizyki, aż nagle, w najbardziej dramatycznym momencie, postać grana przez Sandrę Bullock nie może przyciągnąć za pomocą liny swojego towa-


science fiction /

rzysza. Z niewiadomych przyczyn tajemnicza kosmiczna pustka zdaje się ciągnąć go w przeciwną stronę. W pewnym momencie udało jej się nawet go zatrzymać, ale gdy bohater odpiął od swojego skafandra linę asekuracyjną, ponownie zaczął odlatywać w  przeciwnym kierunku niż w  tym, w  którym jeszcze przed chwilą był ciągnięty. W  rzeczywistości siły działające w  przestrzeni kosmicznej są tak marginalne, że praktycznie nie mają wpływu na zachowanie znajdujących się w  niej ciał, więc astronauta powinien kontynuować swój lot w kierunku Sandry Bullock. Gdyby podobnych sytuacji było w Grawitacji więcej, ta jedna być może nie byłaby aż tak widoczna. Jest to jedyny tak wyraźnie naginający prawa fizyki moment w całej produkcji – nie ma więc możliwości, aby nie budził kontrowersji.

Science fiction 1998 – rok, w którym miała miejsce premiera powszechnie uznawanego Szeregowca Ryana oraz kultowego dziś Big Lebowskiego. Ten rok przyniósł także jedno z  największych pośmiewisk s.f. Mowa oczywiście o Armageddonie Michaela Baya. Liczba błędów merytorycznych w filmie podobno wynosi dokładnie 168 i służy jako element rozmowy rekrutacyjnej w  NASA, podczas której kandydat musi je wszystkie wskazać. Sama koncepcja scenariusza jest dosyć ciekawa: w stronę Ziemi zmierza ogromna asteroida, znacznie większa od tej, która spowodowała wymarcie nieptasich dinozaurów, a  powstrzymać mają ją odpowiednio zdetonowane ładunki nuklearne. Rzeczywistość jednak okazała się dużym problemem dla twórców, którzy musieli zapomnieć o obowiązujących we wszechświecie prawach fizyki i skupić się jedynie na produkcji filmu. W efekcie fizyka w filmie działa dokładnie w  taki sposób, jaki akurat w  konkretnym momencie jest potrzebny. Najlepszym przykładem jest chyba ciążenie na rzeczonej asteroidzie. Po tym jak naukowcom udaje się jakimś cudem wylądować na pędzącej z  ogromną prędkością skale, zazwyczaj poruszają się po niej w sposób wyrażający panowanie tam przyciągania zbliżonego do ziemskiego. Na szczęście w momentach, gdy konieczne jest przeskoczenie na bardziej odległe występy skalne asteroidy, jej przyciąganie zapomina o swojej ziemskiej sile i staje się na tyle słabe, że pozwala na niemal idealne zrealizowanie założonego skoku. Taka asteroida ze zmienną siłą ciążenia to jednak tylko drobnostka w porównaniu z tym, że naukowcy zaobserwowali ją dopiero 18 dni przed szacowanym uderzeniem w Ziemię. Jeszcze bardziej interesujące jest to, że porusza się ona z  prędkością przekraczającą 152 km/s, co stanowi około połowy czwartej prędkości kosmicznej (prędkości potrzebnej do opuszczenia

naszej galaktyki), podczas gdy najszybsze znane nam obiekty tego typu nie przemieszczają się szybciej niż 85 km/s. Innym zabawnym faktem jest to, że w mniej niż 18 dni NASA była w stanie przygotować całą misję kosmiczną, która miała umieścić na asteroidzie ładunki nuklearne, mające wysadzić zbliżające się zagrożenia. Biorąc jednak pod uwagę, że podana w  filmie średnica tej planetoidy to ok. 800 km, a głębokość, na jakiej bohaterowie umieścili ładunki, wynosi 250 m, to szanse na uratowanie Ziemi były raczej bliskie zeru. No chyba że jako ładunku użyto by reaktora łukowego Tony’ego Starka, który jako perpetuum mobile mógłby wybuchać w nieskończoność.

May the science be with you Tak jak i w  życiu, tak i  w  Maglu najlepsze zostawia się na koniec, więc po tych wszystkich znanych, choć niekoniecznie kultowych produkcjach, przyszła pora na coś naprawdę porywającego, czyli uniwersum Star Wars. Ze względu na bardzo dużą liczbę produkcji Gwiezdne Wojny dostarczają niebywałej liczby scen, w których fiction bardzo dobrze czuje się bez science. Oglądając dowolną część Star Wars, można przekonać się, że tamtejsze statki kosmiczne przy pomocy hipernapędu mogą wejść w  nadprzestrzeń. Zgodnie z  pomysłem George’a  Lucasa jest to przejście do innego wymiaru, które dodatkowo zostaje urozmaicone podróżą z prędkością większą niż prędkość światła, która bez trudu jest osiągana w  zaledwie kilka sekund, a  pasażerowie zdają się zupełnie nie odczuwać powstającego przeciążenia. Co prawda w  naszym świecie osiągnięcie prędkości światła wiąże się z wydatkiem nieskończonej ilości energii, istnieją jednak koncepcje takie jak wormhole (tunel czasoprzestrzenny), zgodnie z  którą mogą istnieć pewnego rodzaju „skróty” czasoprzestrzenne. Ich zasada działania jest podobna do zwykłych skrótów – tyle że zamiast przez trawnik przechodzi się przez inny wymiar. Podobną niespójnością są nieprzerwanie włączone silniki dosłownie wszystkich lecących statków. Miałoby to sens, gdyby te jednostki przyspieszały, ale zwykle poruszają się one ze stałą prędkością. Ze względu na brak sił oporu w próżni, zgodnie z  drugą zasadą dynamiki Newtona, do utrzymania ruchu jednostajnego prostoliniowego w przestrzeni kosmicznej nie jest konieczne nic, jeśli dane ciało już zostało w taki ruch wprawione. Faktem jest jednak, że świecąca się dysza silnika zawsze wygląda bardziej futurystycznie niż taka pozbawiona energetycznego blasku. Abstrahując od sposobu podróżowania, przypatrzmy się czemuś znacznie ciekawszemu, a  mianowicie różnego rodzaju broniom używanym przez bohaterów Gwiezdnych Wojen,

TECHNOLOGIE

zarówno tym osobistym, jak i taktycznym. Najbardziej charakterystyczne dla całego uniwersum są bez wątpienia miecze świetlne, które zgodnie z ideą George’a Lucasa mają wytwarzać ostrze energetyczne, korzystając z wbudowanego w rękojeść kryształu. W rzeczywistości stworzenie choćby odrobinę podobnego urządzenia jest praktycznie niemożliwe. Prototypy, które można oglądać między innymi na YouTubie, są bardzo drogie i energochłonne (wykonane ze stopów rzadkich metali pręty podłączone do źródła prądu) lub też całkiem pozbawione istotnych cech filmowej broni (miecze wykorzystywane podczas zawodów w walce na repliki mieczy świetlnych). Równie ciekawym elementem jest najbardziej niszczycielska broń całego uniwersum, czyli Gwiazda Śmierci, która na dobrą sprawę nie jest gwiazdą, a  co najwyżej sztucznym satelitą. Jej ogromna moc może doprowadzić do wybuchu całej planety, a  wiązka niezwykłego promienia uzyskiwana jest przy pomocy najpotężniejszych generatorów całej galaktyki. Jeden z amerykańskich astronomów wyliczył, że energia potrzebna do wysadzenia Ziemi, a więc do przezwyciężenia jej siły grawitacji, jest równa ok. 2*10^32J, czyli mniej więcej tyle, ile produkuje całe Słońce… w ciągu jednego tygodnia. Nie są to oczywiście wszystkie przykłady filmów, w których fikcja omija naukę, jednak zdają się one najbardziej znane szerokiemu gronu odbiorców, a część z nich stanowi niemalże obiekt kultu. Można z  tego wywnioskować, że o  ile opowieść broni się fabularnie, o  tyle mniejsze lub większe nieścisłości merytoryczne związane z  obowiązującymi prawami natury nie są przeszkodą dla zdobycia ogromnej sławy oraz szeregu nagród. I nawet w przypadku produkcji tak słabych jak Armageddon, niedociągnięcia nie były przeszkodą do osiągnięcia boxoffice’u  prawie czterokrotnie wyższego niż budżet. 0

styczeń–luty 2020


TECHNOLOGIE

/ recenzje

Fallout na jakiego zasługujemy OCENA:

88889 The Outer Worlds fot. maeriały prasowe

P R O D U C E T: O B S I D I A N E N T E R TA I N M E N T P L AT F O R M A: P C , P S 4, X B OX O N E

P R E M I E R A : 25 PA Ź DZ I E R N I K A 2019

Najnowsza gra Obsidian Entertainment – producenta znanego z dopracowanych

kwencje stanowią ważną oś całego systemu gry. Już pierwsze duże zadanie posta-

gier RPG, w tym jedynej w ostatniej dekadzie gry z uniwersum Fallout niestworzonej

wi nas w obliczu niezwykle trudnej decyzji – musimy wybrać to, co będzie w naszym

przez Bethesda Softworks, Fallout New Vegas – na pierwszy rzut oka wygląda na dale-

mniemaniu „mniejszym złem”.

kiego kuzyna postnuklearnego środowiska spod znaku Pip-Boya. Tym razem mamy do

Do pomocy w rozwiązywaniu konfliktów lub pokonywaniu napotkanych potworów

czynienia jednak z zupełnie nowym światem The Outer Worlds, który potencjalnie ma

służy nam kilkadziesiąt rodzajów broni, które możemy rozbudowywać, korzystając z na-

szanse rywalizować z okrzepłym już Falloutem.

szych umiejętności mechanika lub rozwijać je, dopasowując do poziomu naszej postaci.

Podobnie jak w New Vegas historię poznajemy z  perspektywy pierwszej osoby. Mamy więc do czynienia z  mieszanką strzelanki FPP oraz gry RPG. Lądujemy jednak

Możliwości eksterminacji przeciwników jest naprawdę sporo i łatwo będzie nam dobrać odpowiedni sprzęt do rodzaju starcia.

nie na alternatywnej wersji Ziemi, a na skupisku planet Halcyon Cluster. Trafiamy

Wszystko to dostarczono w pięknej i kolorowej oprawie, oczywiście dużo zyskującej na

tam po tym jak pewien szalony naukowiec dostał się na nasz statek, który wiele lat

Xbox One X, która wraz z dobrze komponującą się z otoczeniem muzyką i udźwiękowieniem

wcześniej zaginął wraz ze wszystkimi zahibernowanymi kolonistami. Okolicznymi

spełnia wszystkie aktualne standardy w branży. Twórcy, dysponując znacznym kapitałem od

planetami władają megakorporacje, a pod ich rządami ludziom nie żyje się najlepiej.

nowego właściciela – Microsoftu – mieli spore możliwości w dopieszczaniu swojego tytułu.

W to wszystko wplątuje się nasz bohater lub bohaterka, których możemy stworzyć w bardzo rozbudowanym edytorze postaci.

Jest to z pewnością jedna z  najciekawszych gier w  swojej kategorii, jakie pojawiły się w tym roku. Dla fanów RPG o rozbudowanej i wielowątkowej fabule lub tych, którym

Następne kilkadziesiąt godzin gry będziemy wykonywać zadania, lawirując pomiędzy licznymi frakcjami występującymi w grze, starając się rozegrać fabułę w najlepszy

brakuje porządnej gry będącej następcą Fallout 4, The Outer Worlds stanie się „dobrym kompanem” na kilka lub kilkanaście wieczorów.

MICHAŁ GOSZCZYŃSKI

dla nas sposób. Jak wiele innych gier stworzonych przez Obsidian wybory i ich konse-

Mróz uderzył również w konsole OCENA:

88889 Frostpunk: Console Edition fot. maeriały prasowe

W Y DAW N I C T W O : 1 1 B I T S T U D I O N P L AT F O R M A: P C , P L AY S TAT I O N 4, X B OX O N E

P R E M I E R A : 1 1 PA Ź DZ I E R N I K A 2019

Frostpunk to najnowsze dziecko warszawskiego producenta i wydawcy gier 11 bit

U podstawy jest to jednak nadal symulator miasta. Rozbudowujemy je, starając się

studios. Wersja PC zadebiutowała w kwietniu 2018 r., ale już od początku plotkowano

zapewnić odpowiednią temperaturę mieszkańcom. Dbamy o ich zdrowie, dajemy im moż-

o możliwej wersji konsolowej, która ukazała się w końcu kilkanaście miesięcy po właści-

liwość poszukiwania nowych rozwiązań technologicznych, a kiedy przyjdzie najgorsze –

wej premierze gry.

możemy zdecydować o metodzie zajmowania się ich doczesnymi szczątkami. Nie jest to

Frostpunk to połączenie gry strategicznej z budowaniem miasta oraz gry typu survival, w którym to gatunku twórcy This War of Mine specjalizują się od lat. Przemodelowane

łatwe zadanie, ale właśnie poziom trudności oraz nieliniowe podejście do rozgrywki daje satysfakcję z budowania kolejnych, coraz lepiej zarządzanych miast.

na potrzeby pada sterowanie z łatwością pomaga lawirować pomiędzy ekranami ukazu-

Gra została właściwie zoptymalizowana pod konsole obecnej generacji. Wygląda

jącymi informacje na temat naszego miasta znajdującego się w środku lodowej pustyni,

obłędnie szczególnie na mocniejszych wersjach konsoli – Xbox One X – a doskonałą opra-

gdzieś w dotkniętej katastrofą klimatyczną Wielkiej Brytanii.

wę graficzną dopełnia świetny soundtrack autorstwa Piotra Musiała.

Podobnie jak This War of Mine, najnowsza gra 11 bit studios ma swoistą funkcję edu-

Frostpunk z pewnością nie jest grą dla każdego. Mnogość możliwych scenariuszy

kacyjną – pokazuje, jak wielki wpływ mają nasze rządy na grupę osadników i jak łatwo

rozgrywki, frustrujące zdarzenia losowe i niejednokrotnie przygnębiająca sytuacja bu-

ich życie może zostać zagrożone przez warunki pogodowe lub zdarzenia losowe. Często

dowanego miasta może odstraszyć wielu graczy. Jest to zarazem jeden z ciekawszych

stajemy przed dylematem – czy możemy poświęcić zdrowie lub życie części naszych pod-

reprezentantów swojego gatunku, szczególnie na rynku konsolowym, i warto chociaż

opiecznych, by reszta mogła przeżyć? Albo czy powinniśmy wprowadzić do naszej Księgi

spróbować zapoznać się z dziełem 11 bit studios.

Praw obowiązkową pracę dla dzieci naszych osadników?

56–57

MICHAŁ GOSZCZYŃSKI


z wizytą w Zjednoczonym Królestwie /

CZŁOWIEK Z PASJĄ oh boy those election results

Sami swoi O tym, jak uczy się na ósmym najlepszym uniwersytecie na świecie, co w eseju o Wajdzie napisze Polak, a co wykładowczyni literatury i kultury polskiej w Wyższej Szkole Studiów Slawistycznych na University College London. R O Z M AW I A Ł A :

A L E K S A N D R A JA K U B OW I C Z

MAGIEL: Oprócz wykładania na University College London [UCL] udziela się pani rów-

nież literacko. Swoje wiersze drukowała pani m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Odrze”, „Zeszytach Literackich”, pisze pani również po angielsku. Jak obie te działalności (naukowa i artystyczna) oddziałują na siebie? KATARZYNA ZECHENTER: Powiedziałabym, że konkurują ze sobą, a  wręcz w  niektórych aspektach kolidują. Sposób myślenia jest zupełnie inny. Moje zadanie jako naukowca polega na krytycznej analizie tekstów i  zjawisk kulturowych. Taki „analityczny trening” może zabijać kreatywność i spontaniczność. Pisanie tekstów naukowych to nie spontaniczna akcja, w  przeciwieństwie do tworzenia poezji, która często zaczyna się od sekundy czy chwili, która nie jest do końca określona. Do tego dochodzi jeszcze kwestia muzyki języka. Pochodzę z Krakowa, wychowałam się w pewnej muzyce polszczyzny. Pisałam doktorat o Konwickim, bo zachwyca mnie melodia jego języka zlepionego z  melodii polskiego, rosyjskiego czy białoruskiego. Jednocześnie od dwudziestu kilku lat przebywam za granicą – z tego powodu powoli tracę tę melodię, przestaję ją czuć. Rażą mnie wyrażenia, które stały się już akceptowalną częścią obecnego polskiego; dajmy na to „nie czuję się tutaj komfortowo”. To jest żywcem kalka z angielskiego, ale dla mnie, a nie dla młodszych Polaków. Albo ogłoszenia o treści „miejsce na twoją reklamę”. Dla pani pokolenia brzmi to normalnie, prawda? Za moich czasów zwracanie się do osoby nieznajomej per „ty” było nie do zaakceptowania. A „miejsce na Pana/Pani reklamę” nie brzmi dobrze. To wynik zmian, które zaszły w języku, kiedy Polska szybko wchłaniała wszystko co zachodnie. Nie chodzi nawet o to, że konkretne słowa zostały przejęte, ale o cały styl wypowiedzi, jej agresywność. To olbrzymie zmiany kulturowe. Więc mimo że bardzo często jeżdżę do Polski i bardzo dużo czytam po polsku (zajmuję się w końcu polską literaturą i filmem), to jednak nie jest to w stanie zastąpić codziennego obcowania z językiem. I dlatego czasami sprawia mi to trochę kłopotu jako poetce.

Jak potoczyła się pani kariera? Jak to się stało, że trafiła pani właśnie na UCL? Wyjechałam na studia do Stanów, bo chciałam pisać doktorat o Miłoszu.

Ale Miłosz w międzyczasie opuścił USA, co skomplikowało znacznie moje plany. Ostatecznie napisałam doktorat o  Konwickim, a  później zaczęłam wykładać na uniwersytecie w Kansas. Na UCL przyjechałam z wykładem i pod koniec wizyty zapytano mnie, czy nie chciałabym złożyć podania w  ramach przyszłego konkursu na stanowisko wykładowcy. Złożyłam i... wygrałam konkurs. Było to wszystko skomplikowane, znów zaczynanie od nowa, bo moje amerykańskie życie było jednak jakoś ułożone. Ale tak często jest w życiu.

Czy dostrzega pani różnice w sposobie przekazywania wiedzy studentom w Wielkiej Brytanii i w Polsce? Wszystkie eseje, które tu oceniamy, są anonimowe. Muszą być napisane na komputerze, nie są podpisane, mają jedynie numer. Więc, żeby nie wiem co, nie mam pojęcia, kto jest autorem danej pracy. Mimo to w ciągu pierwszych 30 s często potrafię odgadnąć, czy została napisana przez Polaka, czy nie. Powiedzmy, że temat zadanego eseju brzmiał „Omów techniki montażu w filmach Wajdy”. Praca polskiego studenta często zacznie się tak: „Andrzej Wajda urodził się…”. Treść eseju jest często bezpośrednim odwzorowaniem tego, czego się nauczono. Angielski esej ma inny schemat. Student chce w nim udowodnić, że owszem, wie, ale także, że ma opinię na dany temat. Czyli angielski esej zacząłby się inaczej, np.: „Technika Wajdy jest unikalna, w jakimś stopniu podobna do techniki Kurosawy, dlatego że...”. I być może w eseju byłoby bardzo niewiele o ściśle polskich elementach filmów, ale student by argumentował, pokazywał, że ma taki punkt widzenia i próbował go udowodnić. A często to tradycyjne polskie uczenie, które widać np. po studentach Erasmusa, sprowadza się do tego, żeby znać fakty. Oczywiście fakty są niezbędne, nie można zadawać pytań, nie znając faktów, prawda? Mogę sprawdzić w internecie, którego dnia dokładnie zaczęła i skończyła się II wojna światowa, ale żeby być w stanie to zrobić, muszę wiedzieć, że w ogóle wybuchła. Czyli owszem, fakty są istotne, ale wiedza powinna czemuś służyć. Dzięki niej próbujemy zrozumieć pewne tendencje, pewne konfiguracje, trendy... Wydaje mi się, że jedynie połączenie tych dwóch podejść ma sens: solidna wiedza plus podejście teoretyczne.

styczeń-luty 2020

fot. wikipedia

Anglik i jaki jest klucz do skutecznej międzynarodowej promocji polskiej kultury opowiada dr Katarzyna Zechenter,


CZŁOWIEK Z PASJĄ

/ z wizytą w Zjednoczonym Królestwie

Większość przedmiotów dotyczących Polski oferowanych przez SSEES [Wyższą Szkołę Studiów Slawistycznych] w ramach UCL-u związana jest z wojną lub traumą powojenną. Czym jest to spowodowane? Angielskie uczelnie wymagają, żeby student chodził przede wszystkim na zajęcia ze swojej dziedziny. Każdy przedmiot ma określoną liczbę punktów i  w  ramach toku studiów nie można zdobyć ich ani więcej, ani mniej niż jest wymagane. W  ciągu czterech lat student może zwykle wybrać jeden czy dwa przedmioty spoza swojego kierunku. A tych zajęć też trochę jest. I to w pewien sposób odpowiada na pani pytanie, dlaczego tyle z nich porusza temat wojny: muszą jak najskuteczniej przyciągnąć zainteresowanych. Dochodzi do tego jeszcze charakter SSEES-u: jesteśmy największym tego typu wydziałem w całej Europie i jednym z największych tego typu na świecie. Oferujemy Eastern European Studies ze specjalizacją w  kulturze oraz języku wybranego kraju: Polski, Czech, Słowacji, Słowenii, Finlandii, Serbii, Chorwacji lub Węgier no i oczywiście Rosji. Paradoksalnie tak szeroki wybór działa w  pewnym sensie na niekorzyść każdej ze specjalizacji: studenci rozdzielają się pomiędzy wszystkie dostępne języki i ostatecznie na konkretne zajęcia trafia niewiele osób. Potrzeba tu pewnej dozy realizmu – nie jesteśmy w stanie zaoferować przedmiotu dotyczącego np. wyłącznie filmu fińskiego, bo zjawią się na nim dwie osoby. Nie możemy sobie na to pozwolić. Wobec tego mamy w ofercie zajęcia, które są ciekawe zarówno dla nas, jak i dla studentów.

ni jako część Europy Wschodniej, a co za tym idzie, według ówczesnej opinii, brudni, niewykształceni, po prostu prymitywni. Dam pani przykład: w 1831 r. wychodziło w Londynie czasopismo o nazwie „The Mirror”. Oczywiście w  gazetach nie było wtedy jeszcze zdjęć, zamiast tego używano rycin. I artykuł, o którym mówię, miał śliczną rycinę pokazującą dziedziniec Collegium Maius Uniwersytetu Jagiellońskiego. A  w  drugim czy trzecim zdaniu mowa o Primitive Splendor of the Cracow University, czyli prymitywnym splendorze czy też przepychu Uniwersytetu Krakowskiego. Czyli z perspektywy kolonialnej nawet jeśli mamy uniwersytet, to jest on prymitywny. Nie byliśmy właścicielami naszej narracji. Nie mogliśmy mówić o sobie Zachodowi. Najpierw, kiedy nie było nas na mapie, mówili za nas Rosjanie, Niemcy, Austriacy. I nie mówili dobrze. Później przyszła wojna, komunizm, bieda i kartki. Dopiero teraz, od 1989 r., mamy możliwość wykreowania własnej narracji. Każdy kraj musi jakąś stworzyć, prawda? I  powinniśmy to zrobić w  ciekawy sposób, tak, żeby nasza narracja się przebiła, konkurujemy w końcu ze wszystkimi innymi istniejącymi narracjami. A jednocześnie musimy się ustosunkowywać do wielu, często negatywnych, stereotypów o Polakach, które tu istnieją. No i  musimy sobie także odpowiadać na trudne pytania z naszej przeszłości. Naprawdę trudne pytania, kiedy nie zachowywaliśmy się dobrze ani nawet odpowiednio.

Jeleń nilgau w mieście Delhi

Pomiędzy wysokim murem a ulicą z sześcioma pasmami ruchu na skrawku wyschłej ziemi pod suchym drzewem stoi jeleń w samym centrum New Delhi. Oddycha brudem je brud śpi w brudzie pije brud.

Czyli uważa pani, że wojna przyciąga? Przyciąga, bo to jest też wydarzenie, z którym Europa Wschodnia jest silnie identyfikowana. W  końcu Holocaust odbył się głównie na ziemiach okupowanej Polski.

Czy w ten sposób nie powielamy stereotypów o  patrzeniu wyłącznie w  przeszłość, zamiast spojrzenia wreszcie w przyszłość?

Jeleń nilgau w mieście Delhi stoi i patrzy na zachwyconych turystów robiących mu zdjęcia, na samochody, na mur.

Nie, nie sądzę. Przykładowo na zajęciach z literatury polskiej na trzecim roku w pierwszym semestrze staramy się zrozumieć, w jaki sposób należy, można, powinno pisać się o Zagładzie, jak zmienił się język już w czasie wojny. Podczas tych rozważań trzeba sobie zadać podstawowe pytania: czy to była aberracja, wydarzyło się coś strasznego, ale już się więcej nie powtórzy? Czy może, tak jak sugeruje Bauman, Zagłada była efektem modernizmu, wykształcenia i biurokracji Niemiec choć nie tylko? Czy patrzymy na to z punktu widzenia Hanny Arendt, że to kwestia „banalności zła”? Bez odpowiedzenia sobie na te pytania nie zrozumiemy kultury powojennej. Nie można analizować kultury współczesnej Europy bez odwołania się do tego, co stało się w czasie II wojny światowej i zmian kulturalnych i politycznych, które zaszły po niej.

Czy jest to wobec tego próba opowiedzenia naszej historii obcokrajowcom? Proszę do tego podchodzić na takiej zasadzie: przez wieki ktoś za nas mówił. Mówił, jacy jesteśmy. Od czasów oświecenia byliśmy postrzega-

58–59

Emigracja. I jest to bardzo skomplikowana kwestia. Jeśli chodzi o obecność Polaków w Wielkiej Brytanii, pierwsza prawie zauważalna, ale bardzo mała migracja nastąpiła po powstaniu listopadowym. Kolejna – również bardzo mała – po powstaniu styczniowym. W tych przypadkach mówimy o  naprawdę małych grupach, po których pozostały przepiękne grobowce na cmentarzu HiK ATAR Z Y N A Z E C H E N T E R ghgate. Pierwszą większą emigracją była ta powojenna. Wzięli w niej udział ci, którzy walczyli w armii angielskiej czy w innych armiach, a potem nie mogli wrócić do Polski, więc zostali tutaj [w Wielkiej Brytanii – przyp. red.]. Ta emigracja objęła ok. 80 tys. ludzi. Dostali oni pomoc od rządu angielskiego, aby mogli się utrzymać i studiować, co było wtedy zdecydowaną rzadkością. Emigranci kładli duży nacisk na wychowanie swoich dzieci w polskiej tradycji. Ich dzieci były bardzo często nie tylko dobrze wykształcone, lecz także dwujęzyczne. Można wśród nich znaleźć osoby takie jak profesor Leszek Borysiewicz, były rektor Cambridge, czy profesor Jerzy Kołankiewicz z UCL. Wciąż zdarza mi się uczyć wnuki tego pokolenia, które czują się jednocześnie Polakami i Brytyjczykami, więc kultywują obie tradycje. Niektórzy z nich wracają do Polski i tam podejmują pracę. Ta grupa była i jest zainteresowana polską kulturą w przeciwieństwie do młodych ludzi, którzy pochodzą z emigracji ekonomicznej, do której doszło po 2004 r. W SSEES-ie mamy bardzo niewielu studentów należących do tej grupy. Przynajmniej na naszym wydziale. Ci ludzie studiują różne kierunki, ale bardziej niż polska kultura czy historia interesuje ich zdobycie licencjatu w dziedzinach, które dadzą im lepszą pracę.

Muru nie przeskoczy ulicy nie przebiegnie. Żyje.

Czy jest jakiś element tej narracji, o którym często się zapomina, mimo że odgrywa dużą rolę w kształtowaniu międzynarodowej opinii o kraju?


z wizytą w Zjednoczonym Królestwie /

Jaką reputację zdobyła w Wielkiej Brytanii najnowsza migracja? Tutaj, w  Anglii, nie ma ona opinii emigracji, która się za bardzo kształci. Za przykład weźmy chociaż popularne plakaty o ślusarzu Polaku czy pani Agnieszce, która świetnie sprząta, ale mówi łamanym angielskim. Znalazło to nawet swoje odbicie w brytyjskich operach mydlanych. Gdyby zapytała pani kogoś ze starszego pokolenia, osobę, która ma obecnie 70–80 lat, co wie o Polakach, to odpowiedziałaby pani, i mogę to powiedzieć ze stuprocentową pewnością, że byłoby to: walczyli dzielnie w II wojnie światowej. W końcu na okładce „War Illustrated”, czasopisma wydawanego w czasie wojny, widywali zdjęcia Polaków – „Polish Hero of London’s Battle”. Ale obecnie przez wielu Anglików Polacy postrzegani są głównie jako dobrzy fachowcy, chociaż poważne czasopisma, jak np. „The Economist”, mowiły o Polsce bardzo dobrze i w bardziej złożony sposób.

Jak przekłada się to na nasz wizerunek za granicą? Każda emigracja wpływa na sposób, w jaki Polacy są później postrzegani. Jeśli spojrzy pani na programy BBC, to jest w nich dużo o Polsce w kontekście wojny, sporo o polskiej polityce, obecna jest także polska kuchnia i kultura, sporo muzyki. Stajemy się coraz bardziej widoczni, ale wciąż, szczególnie czasopisma z niższej półki, przedstawiają Polaków głównie jako siłę roboczą. Tak jak wspominałam wcześniej, do tej pory nie mogliśmy mówić w swoim imieniu, a teraz mamy szansę, ale często zupełnie ją marnujemy. Na szczęście tłumaczymy literaturę, pokazujemy nasze filmy na Zachodzie. 90 proc. literatury, która ukazuje się po angielsku, jest tworzona przez anglojęzycznych pisarzy. Reszta to tłumaczenia. Polska literatura musi być tłumaczona, aby mogła zaistnieć. Musimy sponsorować te tłumaczenia i mamy wspaniałych tłumaczy na angielski, np. Antonia Lloyd-Jones, Jennifer Croft, Lillian Vallee, żeby wspomnieć tylko kilka nazwisk. Nie można do tego podchodzić na zasadzie, że jak książka będzie dobra, to ludzie przyjdą i ją przeczytają. Codziennie na światowy rynek trafia mnóstwo dobrych książek – żeby miały szansę się przebić, trzeba je nieustannie promować w  gazetach, internecie, mówić o nich, zaciekawiać nimi anglojęzycznych krytyków, zajmujących się literaturą, wysyłać im bezpłatne egzemplarze. To musi być skomasowana akcja państwa.

CZŁOWIEK Z PASJĄ

typu Polak musi zostać Polakiem, musi się skupić na własnej kulturze i wykorzystać wszystkie możliwe sposoby, by zachować polską kulturę, ta postawa, która miała sens w momencie, gdy emigracja była biletem w jedną stronę, już się skończyła. Myślę, że obecnie młodzi Polacy, którzy tu mieszkają, powinni starać się funkcjonować w obu kulturach. To oczywiście bardzo trudne, ale z punktu widzenia pracy czy potencjalnego biznesu jest to niesamowicie przydatne, bo pozwala na rozwijanie kontaktów. Wydaje mi się, że ten element polskiej tradycji, gloryfikujący skupianie się na naszej malutkiej polskości, stracił w obecnym świecie rację bytu. A mimo to wciąż jest kultywowany. Jakie opowiadanie czyta się często w polskiej szkole podstawowej? Latarnika. To było aktualne wtedy, kiedy powstawało, ale gdy widzę polską książkę, to nie dostaję już podobnych dreszczy, bo mogę otworzyć komputer i przeczytać mnóstwo polskich książek i to zupełnie bezpłatnie. Ale znowu wielu pisarzy, którzy piszą o swoich doświadczeniach emigrantów zarobkowych w Wielkiej Brytanii po 2004 r., odwołuje się do opowiadania Za chlebem, co naprawdę nie ma sensu. Czyli jakby wracamy do tych wzorców, które dawno się zdewaluowały. Z drugiej strony mówimy jednak o najnowszych pisarzach, którzy są zresztą tłumaczeni, chociażby Stasiuk, Huelle, Libera, Tokarczuk czy Lipska. Mamy dużo świetnej młodej literatury. Rzeczywistość jest taka, że polska literatura konkuruje z książkami z całego świata. Jako Polacy nie jesteśmy niestety na tyle egzotyczni, żeby każdy chciał o nas przeczytać. Nie jesteśmy też jednak klasycznie zachodni. To jest nasza siła. Chociaż obecny świat zmienia się tak szybko, ze może nic już nie ma znaczenia.

Obserwuje pani, że większość zainteresowanych przedmiotami o Polsce to osoby polskiego pochodzenia, z polskimi korzeniami? Nie, już nie. Statystyka ma zresztą sens tylko wtedy, kiedy mówimy o większych liczbach, a nie o kilku studentach. Powiedziałabym, że może połowa zainteresowanych studentów miała jakieś polskie korzenie, a drugą połowę coś po prostu zaciekawiło. Jeśli chodzi o  osoby z  polskimi korzeniami, to były to głównie dwujęzyczne wnuki pokolenia emigracji powojennej, które czują się Polakami i Anglikami albo Polakami i Brytyjczykami. Chociaż mamy obecnie sporo ludzi, których po prostu coś interesuje w naszej kulturze, literaturze, ale wciąż nie są to duże liczby. Zresztą trzeba przyznać, że z ekonomicznego punktu widzenia nie ma to za wiele sensu. Powiedzmy, że Brytyjczyk, który ma brytyjski paszport, jest zainteresowany literaturą polską – czy nie bardziej opłaca się mu pojechać do Polski? Tam za pół darmo, przynajmniej w  porównaniu do wysokości angielskich opłat, będzie mógł skończyć studia, które mają w ofercie całą gamę zajęć z literatury polskiej do wyboru. Może też oczywiście rozpocząć płatne studia w Anglii, podczas których na pierwszym roku będzie miał przedmiot dotyczący literatury Europy Wschodniej, dopiero na drugim literatury stricte polskiej, a na trzecim i tak pojedzie do Polski w ramach obowiązkowego roku za granicą. Czy wybór nie jest oczywisty?

Co ze stereotypem, że Polacy trzymają się razem? Czy w przypadku studentów znajduje on potwierdzenie? Studenci owszem, jest spore polskie koło na UCL. Ale to tradycyjne podejście

Katarzyna Zechenter Urodziła się w Krakowie, ukończyła studia filologiczne na UJ. Zadebiutowała w „Tygodniu Powszechnym” wierszem, który się nie ukazał – zastąpiony adnotacją: ocenzurowano „zgodnie z ustawą o stanie wojennym”. Wyjechała na studia doktoranckie do USA, obecnie wykłada literaturę i kulturę na University College London, w Wyższej Szkole Studiów Slawistycznych (UCL SSEES). Ogłosiła monografię o T. Konwickim, pisze o dwujezycznosci, literaturze polsko-zydowskiej, traumie kulturowej i roli cierpienia. Tworzy wiersze po polsku i po angielsku. Publikowała je m.in. w „Zeszytach Literackich”,Kulturze”, „Tygodniku Powszechnym”, „Przekroju”, „Odrze” oraz w czasopismach amerykańskich, indyjskich a nawet w Bhutanie (Tashi Delek). Jej najnowszy tomik, Tam i tutaj, ukaże się na dniach w Poznaniu

styczeń-luty 2020


REPORTAŻ

/ autostopem przez Gruzję

sto lat sto lat

Gruzja - na rozstaju dróg Gruzja to barwny kraj, który poza zachwytem budzi nieraz kontrowersje. Targany jeszcze do niedawna wieloma wojnami leży na granicy Europy i Azji. Mówią, że czasem przypomina Polskę sprzed 30 lat, że jest zacofany i odbiega od standardów. Ma to swój urok. Mimo to na siłę chce dogonić Europę, zapominając, że nie da się zrobić tego tak szybko.

T E K S T I Z DJ Ę C I A :

J U L I A JA N U S Z Y K

ysiadamy, mały port lotniczy wita nas na nieznanym lądzie, wokoło jakby inne powietrze. W Polsce było ponuro i  deszczowo, tutaj wciąż pełno ciepłych barw, a  ziemia wypalona jest słońcem. Idziemy pieszo po skromnej płycie lotniska do kontroli paszportowej, na horyzoncie rysują się mgliste szczyty gór. Przewodnik miał rację – Gruzja umie oczarować. To pierwsza wyprawa, podczas które właściwie nie znam ani języka, ani obyczajów kraju, do którego przyjeżdżam. Mimo że podróż samolotem nie trwała dłużej niż lot do Hiszpanii, od pierwszego kroku czuję, że nie jestem już w Europie. Atmosfera jest inna. Ludzie polecają wyjazd do Gruzji jako tę pierwszą podróż w  nieznane. Podobno jest idealna na start dla tych, którzy chcą eksplorować świat z plecakiem. Zaraz się przekonamy. Nasz pierwszy cel – zdobyć stolicę. Jedziemy do Tbilisi, droga wije się niczym serpentyna, kierowca wyprzedza na czwartego. Za oknem – przepaść. Co do jazdy samochodem, nie obowiązuje tu zbyt wiele zakazów czy nakazów. Jeśli uczestnik ruchu drogowego chce kogoś wyprzedzić, to po prostu trąbi. Po ulicach może jeździć wszystko, nie ma przepisów dopuszczających pojazd do ruchu. Nie dziwi więc nikogo widok samochodów bez zderzaków, jadących środkiem drogi z  prędkością 100 km/h. Dzikie zasady, a często nawet ich brak to cecha tego kraju.

W

Stolica W Tbilisi wynajmujemy apartament na kilka nocy. Za nocleg w  dużym, nowoczesnym mieszkaniu dla czterech osób, zlokalizowanym w  centrum starego miasta, zapłaciliśmy około 30 zł za osobę. Nierealne? Nie, to po prostu jedna z  wielu rzeczy, którymi potrafi zaskoczyć Gruzja. Zanim jednak udaje nam się znaleźć nocleg, dawno robi się ciemno,

60–61

a my pozbawieni lokalizacji GPS, błądzimy. Nocne spacerowanie po uliczkach starego Tbilisi budzi grozę. Stare miasto w  żadnym przypadku nie przypomina tego w  Warszawie. Zniszczenia wojenne dają się tu we znaki. Tynk odpada od ścian domów, brakuje szyb w  oknach. Krzywe fasady, dziurawe dachy, uklepane podłogi. Na samą myśl o  tym, jak musi to wyglądać w  chłodniejszą porę roku, przeszywa mnie dreszcz. Zima w  Gruzji nieraz bywa sroga, ludzie mieszkający w centrum miasta nie mają ogrzewania, a  ich domy wyglądają tak, jakby w  każdym momencie mogły zawalić im się na głowę. Wystarczy pójść jednak 10 minut dalej i można natknąć się na modernistyczne szklane apartamentowce. Jak w każdym mieście, dzielnice Tbilisi różnią się między sobą, jednak tutaj kontrasty są większe. W wielu miejscach tradycja zaczyna przegrywać z  kiczem i  zachodnią modą. W  sercu Gruzji mieszka ponad 1,5 mln mieszkańców i jest tu też największy odsetek ludzi bogatych. Tbilisi wielu urzeka, we mnie jednak wzbudza mieszane uczucia. Z jednej strony to egzotyczne i  ciekawe miasto, punkt mieszających się wpływów kulturowych. Z  drugiej jest to miejsce, które nauczyło się już patrzeć chciwym okiem na turystę i dostosowywać do niego atrakcje. Ludzie na ulicach są przyzwyczajeni do obecności obcokrajowców, jednak nie jestem pewna, czy patrzą na nich życzliwie. Czemu się dziwić, skoro zalewa ich coraz większa fala zwiedzających? Na pierwszy rzut oka, idąc po ulicy, można czuć się nieco niepewnie. Ciemne oczy i  ostre rysy twarzy nie wyglądają zbyt przychylnie. Kiedy napotka się przypadkowo czyjś wzrok, to człowiek momentalnie zaczyna się zastanawiać, czy nadszedł już czas na ucieczkę. To wynika jednak wyłącznie z  naszych uprzedzeń. Lokalnych kobiet na ulicach nie

widziałam dużo, ewentualnie staruszki sprzedające owoce na straganach. Jeśli już poszłam do centrum miasta, to prędzej spotkałam grupy mężczyzn niż młodych kobiet. To sprawiało, że czułam się nieswojo i przez pierwsze dwa dni nie chciałam chodzić sama do sklepu. Mimo że mieszkamy w  jednym z  najbardziej postępowych miast w  Gruzji, to jednak poczucie wyobcowania i  inności towarzyszy mi tutaj dość często. Może dlatego, że to sam początek?

Gruzini O tym narodzie mówi się, że jest niezwykle życzliwy, bardzo honorowy i  odważny. Rodzina stanowi tu podstawową wartość. Czytając jakikolwiek przewodnik, zetknąć się można z  określeniem, że Gruzini to niezwykle gościnny naród. Kierując się zasadą gość w domu, Bóg w domu , Gruzin powinien przyjąć u siebie nowego przybysza w jak najlepszych warunkach, bo to przyniesie mu szczęście. A  jak się dowie, że to Polak? Olaboga, to już będzie całować go po stopach. Takie głosy słyszałam przed wyjazdem. Czy to prawda? No, może 10 lat temu. Często po rozpoczęciu rozmowy ludzie są sympatyczni, a nawet pomocni. Jednak nie biegną do każdego z  otwartymi ramionami. Nauczyli się tego, kim jest turysta i że można na nim zarobić. Mówienie o mieszkańcach Gruzji, że zawsze są ciepli i  serdeczni, jest dużą generalizacją. Świat się zmienia i  młode pokolenie Gruzinów również zachowuje się już inaczej. Widoczne są wpływy zachodniego indywidualizmu. Nie ulega wątpliwości, że nadal można zetknąć się w  tej części świata z  niespotykaną nam dotąd hojnością. Prędzej doświadczy się tego jednak w  małych miejscowościach, gdzie ludzie, mimo że nie posiadają dużo, to i tak wiele od siebie dają.


autostopem przez Gruzję /

W Tbilisi jest pewne specyficzne miejsce, do którego mimo wątpliwości postanowiliśmy zajrzeć. Czytaliśmy, że jest to wręcz konieczne, jeśli chcemy poczuć tę lokalną, prawdziwą atmosferę miasta. Tego było nam potrzeba, więc poszliśmy do publicznych łaźni nr 5. Strefa miasta, w której one się znajdowały, zniechęcała już na kilometr wyczuwalną wonią siarki i  zgniłego jajka. No, ale podobno kąpiele są bardzo zdrowe, a przeżycia ciekawe – to też niedługo okaże się prawdą. Postanawiamy odwiedzić to miejsce o 7.00. To pora, kiedy turystów nie ma jeszcze na ulicach, a miasto budzi się już do życia. Łaźni jest wiele, niektóre są publiczne, niektóre prywatne, różnią się wielkością i  wyposażeniem. Można nawet wynająć sobie prywatną przestrzeń na kąpiel. My decydujemy zachować się jak lokalni mieszkańcy i pójść do najpopularniejszej łaźni publicznej. Za bilet płacimy około 10 zł. Obowiązuje podział na część damską i  męską. Na miejscu witają nas zardzewiałe szafki, przebieralnia wygląda jak wnętrze opuszczonej fabryki. Udajemy, że nie robi nam to różnicy, nie chcemy tak szybko się zniechęcać. Wyczytałyśmy, że w łaźniach można kąpać się nago, ale nikt nie zabrania bycia w kostiumie. Nieco skrępowane wybieramy tę drugą opcję. Gotowe otwieramy żelazne drzwi do sauny. Widok nas zaskakuje. Spodziewałyśmy się przestrzennego basenu ozdobionego mozaikami z  kafelków, takiego jak na pocztówkach. Nic z  tych rzeczy, chciałyśmy jak lokalni, to mamy. Naszym oczom ukazuje się grupa nagich, starszych kobiet, kapiących się pod niszczejącymi prysznicami. Wspomnianego basenu brak. Pośpiesznie stajemy pod pierwszym lepszym strumieniem wody, żeby prędko mieć to za sobą. Starsza pani obok zaczyna wymachiwać w  naszą stronę rękami i  coś wykrzykuje. W  Gruzji na niewiele zda się język angielski,

bez znajomości rosyjskiego trudno jest się porozumieć. Początkowo myślimy, że naga kobieta chce nam pokazać, jak działa prysznic. Jednak nie o to chodzi. Pani tymi dziwnymi ruchami wygania nas spod natrysku, który rzekomo zajęła sobie już wcześniej. Jedno wielkie niezrozumienie. Chcemy wtedy już tylko zapaść się pod ziemię, a  jako jedyne osoby w  strojach kąpielowych stajemy się atrakcją dla innych. Czujemy się jak naiwne turystki. Speszone zaczynamy szybko się myć. Inna Gruzinka pokazuje w  naszą stronę przepraszające gesty za zachowanie swojej koleżanki, urzeka nas to, więc również składamy ręce niczym do modlitwy. Po chwili obrażona pani obok wskazuje na mój szampon – domyślam się, że chce go pożyczyć, nakładam jej trochę na rękę. Gruzinka uśmiecha się. Wszystko kończy się dobrze, mimo że bariera językowa jest dla nas praktycznie nie do zniesienia. Porozumiewamy się gestami i  myjemy jak najprędzej pod wrzącą wodą cieknącą z  zardzewiałych rur. Samo to miejsce wydaje się nam absurdalne, ale ma coś w  sobie. Tak jak cała ta sytuacja. Mimo niezbyt zachęcającego zapachu i  mało estetycznego wyposażenia, nieodrestaurowane łaźnie posiadają niepowtarzalny klimat. Niedostosowane pod turystów, są bardziej wyraziste i  autentyczne niż niejeden zakątek Tbilisi.

Cza cza cza Kuchnia gruzińska jest bardzo rozmaita, zależnie od regionu zaskakuje jakimś innym, dotąd niespotykanym smakiem. Domowe jedzenie sprzedawane jest na każdym kroku. Pyszny ręcznie wypiekany chleb, lokalne pomidory czy wino można dostać w wielu domach. Bardzo popularną potrawą są małe, charakterystycznie zawijane pierogi khinkali, które zjada się, wysysając najpierw bulion, aby dopiero później delektować się farszem. Innym

znanym daniem jest khachapuri, placek z ciasta drożdżowego zapiekany z  serem, sprzedawany dosłownie wszędzie na ulicy. Można go jeść na obiad, śniadanie czy kolację, a cena nie jest wysoka. W  Gruzji bardzo głęboko zakorzeniona jest kultura wspólnego biesiadowania, a  taka wspólna uczta nazywana jest suprą. Oczywiście Gruzini nie omijają toastów. Najczęściej piją wino lub czaczę. To drugie to bardzo mocny alkohol, jakby wino poddawane dalszym etapom destylacji. Podobno w  nadmorskim mieście Batumi raz w  tygodniu, w  ramach promocji rodzimego trunku, czacza wypływa z  miejskiej fontanny. Trzeba przyznać, że ten naród ma wyobraźnię. Dla Gruzinów pora nie ma znaczenia, można napić się wspólnie i do śniadania, i do kolacji. Jeden z naszych gospodarzy wypija z nami dwie butelki wina do jajecznicy o 8.00, no cóż, nie wypada nam odmawiać. Alkohol i jedzenie zachwala każdy turysta, również i my robimy to od początku. Jednak i ten aspekt zostaje poddany próbie. Jesteśmy świadomi, że w  Gruzji sanepid działa dopiero od niedawna, jednak nie myślimy, jakie może to pociągać za sobą konsekwencje. Odwiedzając Gori, postanawiamy zjeść obiad w  polecanej restauracji w centrum miasteczka. Zamawiamy wiele dań i  nasz stół ugina się od rozmaitości. Kończąc jedzenie zauważamy, że w  jednym z  półmisków pod kawałkiem pomidora coś się rusza. Okazuje się, że chowa się tam sporej wielkości robak. Wywołuje to niemałe obrzydzenie. Decydujemy się odnieść felerną miskę do obsługi, kelner bierze ją bez słowa. Po negocjacji nie musimy płacić za sałatkę. Po tym incydencie jesteśmy nieco mniej entuzjastycznie nastawieni do jedzenia w restauracjach.

W drodze na szczyt Skoro góry to chluba Gruzji, postanawiamy przekonać się, czy rzeczywiście są tak imponujące. Chcemy pojechać do Kazbegi i  odwiedzić 1

fot. Julia Januszyk

Relikt przeszłości

REPORTAŻ

styczeń–luty 2020


REPORTAŻ

/ autostopem przez Gruzję

klasztor Cminda Sameba. Dowiadujemy się, skąd odjeżdżają lokalne autobusy albo raczej ich wraki, tak zwane marszrutki. Można dotrzeć nimi w prawie każdy zakątek kraju i  co ważne – są tanie. Trzy godziny podróży kosztują nas około 20 zł. Znalezienie busa, który jedzie w dobrym kierunku, nie jest takie proste, na każdym widnieje tabliczka z nazwą miasta napisaną w  alfabecie gruzińskim. Nie rozumiemy absolutnie nic. Skąd ani o  której godzinie odjazd – nie wiadomo. Zaczynamy pytać lokalnych na targowisku o busa do Kazbegi. Tym sposobem poznajemy gruzińskich taksówkarzy. Każdy z  nich mówi nam, że dzisiaj marszrutki nie jeżdżą lub że były przepełnione, więc wszystkie odjechały. Ma to przekonać nas do skorzystania z  ich usług. Warto zaznaczyć, że taksówki w Gruzji działają nieco inaczej, nie trzeba mieć żadnej licencji – aby móc wykonywać ten zawód wystarczy posiadać samochód. Kierowcy są w stanie zawieźć turystę bardzo daleko, nawet w  pięciogodzinną trasę. Cena ich usług nie jest przesadnie wygórowana. Można byłoby się skusić, gdyby nie to, że taksówkarze to najwięksi naciągacze w  tym kraju, którzy kłamią jak z nut, żeby zarobić. Zdecydowanie nie mamy ochoty wybierać się z  nimi w  tak długą wyprawę. Dopiero po odmówieniu dziesięciu osobom, bliscy poddania się, dostajemy wskazówkę, gdzie szukać. Wsiadamy uradowani do zardzewiałej, poobijanej marszrutki i ruszamy w podróż tak zwaną gruzińską drogą wojenną. Na wysokości 2000 m n.p.m widoki są niesamowite, trasa niebezpieczna, a  bus ledwo wjeżdża pod górkę. O  zmroku udaje się nam dotrzeć pieszo pod klasztor na wzgórzu. Wiatr jest tak silny, że prawie nie możemy ustać na nogach. Szukamy w ciemności miejsca na rozbicie namiotu, w  którym nie odleciałby on w  powietrze. Nocą postanawiamy wyjść po

62–63

wodę do źródła. Ukazuje się nam zapierający dech w piersiach widok. Pomimo ciemności wszystko lśni, a nasze sylwetki rysują cień na ziemi. Księżyc w pełni oświetla grań Kazbeku. Śnieżnobiały szczyt pięciotysięcznika góruje nad ciemnymi przepaściami i sprawia, że czujemy się bardzo mali. Wieje niesamowicie, a my stoimy i patrzymy, nawet nie czując zimna. Nie jest się w stanie przewidzieć, czym zaskoczą góry.

Czarna wołga Mówią, że Gruzja to idealny kraj do podróżowania autostopem. Tak samo jak i do spania w  namiocie, który można rozbić bezkarnie praktycznie wszędzie. My też z tego korzystamy, początkowo z  lekką obawą, ale i ekscytacją idziemy łapać pierwszego stopa. Po wyjściu na autostradę sprawa staje się prosta. Dzielimy się na dwa zespoły i  uśmiechnięci zaczynamy wymachiwać do kierowców kartonową tabliczką. Nawet nie zauważamy, kiedy zatrzymuje się obok nas biała furgonetka. Dwóch młodych Gruzinów zaprasza nas gestem do środka. Uzależniamy się od podróżowania w ten sposób. Każdy przejazd to nowa przygoda i ciekawa wymiana myśli, zaskakujemy samych siebie, ile potrafimy wydukać po rosyjsku. Tym sposobem poznajemy duszę tego kraju. Zaczynamy ufać jego dzikim zasadom, a  on odwdzięcza nam się, stawiając na naszej drodze niesamowitych ludzi. Każdy przejazd ma inny charakter. Raz jedziemy skuleni w samochodzie dostawczym, a  towarzysze częstują nas sokiem i  uczą podstawowych gruzińskich słówek. Innym razem pokonujemy kilometry luksusowym jeepem z  niezwykle inteligentnym kierowcą. Rozmawiamy po angielsku. Opowiada nam o swoim kraju, w którą stronę zmierza i w jakie pułapki wpada. Mówi nam też o  rzeczach przyziemnych, np. jak robi się czaczę. Jedzie

na drugi koniec kraju, pomaga tam przy projekcie budowy szpitala. Uświadamia nam, że pomimo tego, że radziecka agresja na Gruzję miała miejsce 10 lat temu, to Rosja nadal okupuje regiony Abchazji i Osetii Południowej, a  ich gruzińscy mieszkańcy są prześladowani, nie mają dostępu do właściwej edukacji i  opieki medycznej. Historia nami wstrząsa. Ten człowiek o złotym sercu nakłada sobie godzinę drogi, odwożąc nas wprost do miasta Borjomi. Stąd po jednej nocy czeka nas do pokonania największy dystans. Mamy zamiar rozbić namiot na plaży nad Morzem Czarnym, przed nami sześciogodzinna podróż. Tego dnia okropnie pada, zabezpieczamy więc nasze plecaki workami na śmieci. Wyglądając co najmniej śmiesznie, korzystamy z  okna pogodowego i  rozpoczynamy łapanie stopa do Batumi. Początkowo decydujemy się stać razem we czwórkę. Wiemy, że szanse, aby ktoś zabrał nas razem na tak długi dystans są bliskie zeru. Śmiejąc się, stoimy 15 minut, powoli ogarnia nas zwątpienie i  chcemy się rozdzielić. Może będzie łatwiej. W  tej chwili jednak zatrzymuje się obok nas samochód nie z tych czasów. To czarna wołga – mówi Wojtek – symbol czarnej strony mocy. Wysiada młoda para w  naszym wieku. Są z  Rosji. Jadą nad morze, niedaleko Batumi. W dodatku też mają karimaty i namiot, a co się z tym wiąże – pełny bagażnik. Miejsca na tylnym siedzeniu są trzy, ale chłopak mówi, że jak bardzo nam zależy, to upchniemy się wszyscy. Nie zastanawiamy się ani chwili. Wsiadamy. Tak zaczyna się nasza najgorsza i  najlepsza przejażdżka. Najgorsza, bo podróż jest długa i  wyczerpująca, a  my nie jesteśmy w  stanie ruszyć ręką czy nogą. Nie mówiąc już o  tym, że samochód przez nasz ciężar porusza się znacznie wolniej. Najlepsza, bo z  parą z  Rosji udaje nam się nawiązać najbliższą relację, rozmawiamy praktycznie o wszystkim. Zaczynamy patrzeć


autostopem przez Gruzję /

podróż kontynuuję wzbogacona nie tylko o rubla w kieszeni.

Batumi, na granicy dwóch kultur Nad morzem czujemy się jak przeniesieni w czasy PRL-u, o których opowiadali nam rodzice. Początkowo mieszkamy w  namiocie na plaży w Kobuleti, nocą boimy się tam wszystkiego. Od szczekających bezpańskich psów po tajemniczą mgłę oddzielającą morze od lądu. Miasto jest jakby zatrzymane w czasie, jak stary nadmorski kurort po sezonie, do którego nikt już nie chce przyjeżdżać. Przy plaży jest wiele opuszczonych budynków, nieraz pozostawionych w  trakcie budowy. To liczne nieudane inwestycje. W  kontraście do Kobuleti stoi Batumi, gdzie kicz wylewa się na każdym kroku, skrywając tym sposobem lokalne piękno. Nad wybrzeżem pełno jest krzykliwych kolorów i fikuśnych wieżowców. Tradycja przegrywa. Stoi tam wiele bezsensownych budynków

czy rzeźb, jak wieża alfabetu czy pomnik japonek na jajkach. Od tego roku zakazano w całym mieście rozstawiania namiotów, ma ono stać się bardziej „cywilizowane”. Jednak jest ono do tego stopnia przerysowane, że zatraca swoją tożsamość. Mamy nadzieję, że cała Gruzja nie zacznie zmierzać w tym kierunku. Po powrocie do Polski, na lotnisku w  Poznaniu, czeka nas kolejka do kontroli paszportowej. Przed nami stoi wielu Gruzinów. Trochę zniecierpliwieni, ale też zaniepokojeni tak dużą liczbą osób, obserwujemy, jak straż graniczna dokładnie sprawdza dokumenty nowych przybyszów i  pyta, do kogo i  po co przyjechali. Co tak ich do nas przyciąga. Standardy życia w  Polsce są dużo lepsze niż w  ich rodzimym kraju. Dla Gruzinów jesteśmy zachodnim państwem, które jednak ma w sobie coś wschodniego, coś im bliskiego. Czują się oni u  nas nawet lepiej niż na tym „właściwym” zachodzie. 0

for. Jan Kroszka

na świat z innej perspektywy. Słuchamy razem rosyjskich hitów muzycznych. Anna i  Viktor odrobinę mówią po angielsku. Wymieniamy zdania na rozmaite tematy. Mówimy o  zwyczajach, ruskich pierogach, Zbrodni i  karze. Opowiadają nam też o  stosunkach między Gruzją a Rosją, o propagandzie w ich kraju i o tym, jak bardzo chcieliby podróżować i  mieć łatwy dostęp do państw europejskich jak my. Chyba z  zasady nie mamy do Rosji najlepszego nastawienia, w  Gruzji szczególnie nie jest to lubiany kraj. Ta para jednak przeczy temu, co dotąd o  nim myśleliśmy. To bardzo empatyczni i  otwarci ludzie, mający nawet trochę hipisowskie nastawienie do życia, chcący wykorzystać każdą chwilę. Docieramy w nocy do nadmorskiej miejscowości Kobuleti, wciąż pada, znajdujemy nocleg w  hostelu. Rano jemy wspólne śniadanie i  wymieniamy się monetami z  naszych krajów. Oni obiecują odwiedzić Warszawę, a my Petersburg. Dalszą

REPORTAŻ

styczeń–luty 2020


/ pozytywna ambiwalencja

Bankrucki felieton na Nowy Rok trząśnięcie się z tej matematyczno-wizerunkowej tragedii dla wielu nie należy do najłatwiejszych, zwłaszcza że jej pokłosie wciąż kole w oczy i serce: Cóż zostało nam, co nic już nie wiemy, dla których najważniejszy z wskaźników jest już niewidoczny? Społeczność instagramowa stanęła przed wyzwaniem: ocenić zawartość, gdy nie wyświetla się pod nim liczba lajków. Chyba że już w ogóle nie chodzi o ocenę. Jednak, skoro nie o nią, to o co? Spośród domysłów dwa wydają się najbardziej prawdopodobne. Pierwszy (idealistyczny): Instagram postawił na budowanie wspólnoty. A także na ocieplenie wizerunku marki, która może się teraz pochwalić: W erze konsumpcjonizmu, kiedy królują liczby, odcinamy się od wartościowania ludzi przez bezduszną matematykę. Drodzy użytkownicy, publikujcie cokolwiek chcecie, bez obawy o małą liczbę lajków. Druga odpowiedź (cyniczna) brzmi następująco: chodzi o czas. Pod przykrywką społecznikowskich aspiracji kryje się strategia nakłonienia użytkowników do dłuższego korzystania z aplikacji. Skoro nadal wyświetla się liczba komentarzy (a także followersów), to znaczy, że influencerzy muszą skupić się na aktywizowaniu społeczności użytkowników, by ci poświęcili swój czas i zamiast dodania lajka (szacowany czas: 0,5 s) napisali komentarz (szacowany czas: od 1 s do kilku minut, nie licząc sytuacji ekstremalnych). Zatem handel wartościami niematerialnymi kwitnie i  – jak pokazuje przykład Instagrama – osiąga kolejne stadia. Sformułowanie czas to pieniądz zyskuje coraz dosłowniejsze znaczenie, a wizja społeczeństwa ukazana w Wyścigu z czasem Andrew Niccola wcale nie odbiega tak mocno od współczesności, jak mogłaby sugerować etykietka science fiction. Dla dzisiejszych producentów wciąż oczywiście liczy się to, ile mamy na koncie pieniędzy, które moglibyśmy wydać na produkty/ usługi (ewentualnie jaką zdolność kredytową posiadamy). Równie cenny jest jednak także nasz czas, który inwestujemy mniej lub bardziej świadomie w promowanie marki (komentowanie, udostępnianie, podsyłanie virali znajomym). Na szczęście dla PR-owców opóźnienia autobusów, powolne kołatanie się tramwajów po torach, kursy Kabaty–Trocka o 17.30 stanowią idealną okazje do tego, by nad wyraz chętnie ulec izolacyjnej hipnozie mediów społecznościowych. Zupełnie jak gdyby sprzysięgły się z nimi środki publicznego transportu, urzędy oraz szpitale (szczerze wierzę, że to bardzo dobry materiał na teorię spiskową). W  erze konsumpcjonizmu i  nadprodukcji czas pozostaje zaś czymś, co trudno wyprodukować, chociaż można go zaoszczędzić (samogotujące roboty, samoprasujące żelazka,

O

64–65

zakupy pod drzwi domu, szybsze drogi, szybsze samochody; tylko hulajnogi zwolniły). Jeśli analizować jednostki, stanowi raczej niestabilną walutę (nie znamy dnia ani godziny itp.), jeśli brać pod uwagę masy – jest dobrem cennym, odnawialnym i bardziej przyszłościowym niż ledwo dychające złoża węgla. Super! Ślicznie! <3<3<3 to kolejny komentarz na koncie dowolnie wybranego influencera czy jakiegokolwiek autora niekoniecznie działającego komercyjnie. A także: 4 s pisania komentarza + 3 s zapoznawania się z zawartością = 7 s w statystykach sytuujących aplikację jako jedną z najczęściej używanych (frekwencyjne dane dodatkowo podkręcają tzw. u-booty). Oczywiście gusta posiadaczy czasu są zmienne i tak jak przeminęła Nasza-klasa (zastrzelona przez dogorywającego dzisiaj Facebooka, którego szyję dociska butem do ziemi uśmiechający się chytrze Twitter) czy Snapchat (dobity szybkim, celnym strzałem funkcji tworzenia relacji na Instagramie), tak może przeminąć popularność ikonki aparatu na żółto-pomarańczowo-różowo -fioletowym tle. Czy przyczyni się do tego zabieg ukrycia liczby lajków – dopiero się okaże – zweryfikuje to rok 2020. Tymczasem 1 stycznia o godz. 00.00 otrzymaliśmy (potencjalne) miliony do zainwestowania. Zaokrąglając do dziesiątek: 30 mln sekund. Hipotetycznie, gdybyśmy nie spali, nie jedli i nie wykazywali innych czynności życiowych uniemożliwiających, bądź utrudniających korzystanie z mediów społecznościowych, daje to 60 mln lajków lub 30 mln krótkich komentarzy – typu XD – pisanych przez wprawnego internautę. Nie istnieją jeszcze statystyki (lub przynajmniej nie ma do nich dostępu szary obywatel ziemski taki jak ja), które potrafiłyby precyzyjnie przełożyć sekundy na niewirtualne relacje z  ludźmi, wiedzę i  euforię z  przeżywania wspaniałych chwil. Niemniej wierzę, że w tych dziedzinach warto regularnie pozwalać sobie na rozrzutność. I bankrutować z niewielką pomocą mediów społecznościowych. Ostatecznie i  tak codziennie to robimy, bo przecież nie jesteśmy w stanie odłożyć żadnej z wydawanych dziennie 86,4 tys. sekund. 0

Katarzyna Kowalewska Marzy o lepszym, piękniejszym świecie, w którym doba ma więcej niż 24 godziny, a zjedzenie ciastka nie wyklucza jego posiadania. Chętnie przyjmie wskazówki, jak to pragnienie zrealizować.


prof. dr hab. Dariusz Kuźmina / Szymon Dziewięcki /

Kto jest Kim? Prof. dr hab. Dariusz Kuźmina

Prodziekan ds finansowych Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii

Szymon Dziewięcki Prezes Koła Naukowego PR

MIEJSCE URODZENIA: Skierniewice PROWADZONE PRZEDMIOTY: Historia Polski, historia powszechna,

MIEJSCE URODZENIA: Wrocław KIERUNEK I ROK STUDIÓW: Dziennikarstwo i Medioznawstwo spec. PR

Naukoznawstwo

i marketing medialny, II rok

NAJWIĘKSZY SUKCES ŻYCIOWY: Szybkie zrobienie stopni naukowych. Poczucie bezpieczeństwa.

ULUBIONA KSIĄŻKA: Baudolino Umberto Eco,

Społeczeństwo otwarte i jego

wrogowie Karl Raimund Popper

ULUBIONY ARTYSTA: Krystyna Janda ULUBIONY FILM: James Bond KTÓRA CZĘŚĆ? - zawsze ostatnia ULUBIONA PIOSENKA: aktualnie Ona by tak chciała Ronnie Ferrari ULUBIONY CYTAT: czas to miłość

WEDŁUG ZNAJOMYCH JESTEM: Dobrze zorganizowany GDYBYM NIE BYŁ TYM, KIM JESTEM: Osiągnąłbym znacznie mniej ULUBIONY AUTOR: Yuval Noah Harari ULUBIONA KSIĄŻKA: Wieża Gustawa Herlinga-Grudzińskiego(to opowiadanie, bo do książek rzadko wracam) ULUBIONY FILM: Gladiator NAJWIĘKSZE HOBBY: Tenis NAJWIĘKSZA ZALETA: Obowiązkowość NAJWIĘKSZA WADA: Overthinking ULUBIONY CYTAT: Lepiej być niezadowolonym Sokratesem, niż zadowolonym głupcem - J.S. Mill

Gdzie Pan pracował, zanim rozpoczął pracę na UW?

Nawiązując do tematyki PR, jak dbasz o własny wizerunek?

Od początku jestem tylko na UW, kiedy byłem studentem, krótko pracowałem w Muzeum Historii Ruchu Ludowego.

Staram się być oszczędny w pokazywaniu siebie. Z natury jestem introwertykiem. Lubię być postrzegany jako osoba zorganizowana i uporządkowana. Nie chcę wprowadzać zbędnego chaosu wokół siebie.

Czy zawsze chciał Pan zostać profesorem i uczyć młodzież? Dokładnie tak, spełniam swoje marzenia. Jest to bardzo miła praca, studenci się starają, a jak się nie starają, to trzeba ich zachęcić. Uwielbiam to, co robię, choć brakuje mi wykładów, bo coraz więcej zarządzam.

Co nazwałbyś największym sukcesem twojego Koła Naukowego?

Jeżeli nie byłby Pan profesorem, to kim?

O „Kole Naukowym PR” mało kto wie, że...?

Księdzem. Jest to bardzo podobny zawód, też edukacyjny. Myślę, że chyba mam dar mówienia i słuchania, więc tu i tu bym się sprawdził.

Udało nam się nawiązać współpracę z Polskim Stowarzyszeniem Public Relations, czyli największym stowarzyszeniem branżowym w kraju.

Co lubi Pan robić w wolnym czasie?

Dlaczego działasz w tym kole?

Poza moimi zainteresowaniami typowo naukowymi, czyli historią kościoła, zajmuję się dziedzictwem narodowym i stworzyłem w 2012 roku Polonijną Bibliotekę Cyfrową, która ma około 13 tysięcy tytułów. Dlatego jeździłem po świecie - żeby digitalizować. W wolnym czasie lubię oglądać mecze Legii Warszawa. Lubię też jeździć na wieś i zajmować się zarządzaniem obszarów zieleni - ciąć, rąbać, etc.

Tematyka związana z kołem, czyli komunikacja czy budowanie relacji nie jest mi obca – zajmuję się tym od 5 lat. Działałem (i nadal działam) w strukturach ogólnopolskiego przeglądu piosenki licealisty “Wybryk” – wrocławskiego przeglądu muzycznego. Tematyka na tyle mnie pochłonęła, że zdecydowałem się kontynuować moją styczność z PR.

Jak wyglądałaby Pańska podróż marzeń?

Mamy ambitne plany, m.in. spotkania z PSPR, których celem będzie poszerzenie wiedzy i zdolności, których jeszcze nie nabyliśmy. Mogę zdradzić, że mamy projekt w planach, który mam nadzieję, odbije się dużym echem w branży PR.

Nie mam takiej, chyba wszędzie już byłem. Z krajów które odwiedziłem najbardziej lubię Włochy i Francję.

Myślę, że sam fakt że udało się nam wystartować, ponieważ działaliśmy już o wiele wcześniej, tylko nie pod szyldem koła naukowego.

Jakie masz plany związane z twoim kołem?

styczeń–luty 2020


Do Góry Nogami

na naszej Alma ale nie dziwi się liczbie zdarzeń wc lny zia ied ow odp Nie or akt W tym numerze Red łowe pierwsze rsyjnością przebiły te nudne i ja we tro kon oją sw sie cza m tni Mater, które w osta USOS-a. Wcale. cale nie narzeka po raz setny na tygodnie roku akademickiego. I w PR ZY GO TO WA Ł:

LN Y RE DA KT OR NI EO DP OW IE DZ IA

prowadzącego. Trz ebem na zdener wowa nie największ e wra żenie ba jed nak prz yznać, że do niej (w innym rót ow i p robi wy jście z sali epu skl !) tyl ko po to, ubraniu i  to z  metką ze kładowcę. Redakwy ć azi aby publicznie obr z niecierpliwością czetor Nieodpow ied zia lny ępnym semest rze poast w n ka na osobę, która ebicia tego absolutnie dejmie się wy zwania prz kto by się ma rtw ił Bo nu. czy brawu rowego wy m z listy studentów? dyscyplinarnym skreślenie si sta ć się zaemest ral nej tra dycji mu at ten już tem że ej dzi bar doś ć, tym ny. Rejeoła yw prz zos tał wc ześniej zył a stukoc zas sze zaw jak str acja na ogu ny nie ż Re rów yła ycz dentów. W  tym rok u dot zapisów ry któ go, lne zia ied dak tor a Nieodpow by ingo Ko jął. pod na ogu ny nawet się nie we kcja kon i  na bal glo ika teresowa ła tek ton et (po zdrow ien ia dla w p łas zcz u Ziemi i plan !)?. Do prz edm ioów irk św ws zys tkich geo prz ygotow yw ał się tów hu ma nis tyc znych skończ ył, ucz estia zen koc tyd zie ń i  bez zas ii ter ws zys tkich stunic ząc w  zbiorowej his era ch nas zej Alm a erw o s t rzu dentów UW. Za mn zie iak u, który po Mater pos taw ionych na nie ż sturów y zał ebo okowych grup, szc Fac opu z  nej nie mocje jaw ił się na jed n ogu na ych y. Cudow na frając wn dentów ucz ęsz cza nie wydaje się bezpod sta ianistysav var . Spr óbuj póź nie j wie ona naz iąż ej obc czn jest o  wd zię za Ba za danych i byl a ast mi dn iowego wie ego gru kn o pię ka. Amatorzy naszego uk azując a się teg o jed neg sta ło się co edł uża ła tylto, prz ząc w wid anó i ekr zen koc ach rzeczy wiście zas czorua na tysiąc Nie tor nie ud ało dak Re rym . któ dów podcza s jed nego z  wykła ko cierpieni a ws zys tkich, dok ładNiew ielać a. syw ęci zaj opi ne zie rzo będ ma nie wy odpow ied zia lny się dos tać na jest i sta ła nie acj dob str opo reje wd tej pra w nie całej syt uacji, która ka grupa szc zęś liwców spo łec zZa sta naą na. zon zna wid rze ena dob zni ć ej doś dzi Wa m wsz yst kim się chy ba najbar rze , że Re dak tor Nieże wsz yst kie działa nia wiając e jest jed nak to, no ści ą na UW. Jak dob ną jed (z  tek den stu nie jes t i b ędz ie mógł ych iej aln w n gin dwóch doś ć ory odp ow ied zia lny alurd abs tak się ą daj ow y prz edm iot za 2 z nich w roli głównej) wy pła kać , idą c na swój los ł tak ieaża obr wy enie poś wię ci wię nie ie icz zal sob o by reg ne, że nik t nigdy EC TS , na któ ęć. zaj k wie kol ich jak prz edm iot u na swoim go zachowania podcza s cej cza su niż na zda nie mawiaroz i  ze edr kat 0 . ej TS sam EC Siedzenie prz y kierun ku za 10 ć oryginalnym sposonie prz ez telefon jest doś

lny z przeeda ktor Nieodpowiedzia ce się poiają aw poj tał czy rażeniem rek z  himo cho sty na grupie DS Mu pomimo I  zu. dac glą pod storią o  ser yjnym quaadoFar wi rdo Lo tego, że Cia stek zeznał i  Muchoa irk Żw h sac ere int wi o  ciemnych tecka wersja nie ma morka, to nasza uniwersy ia. Nocne wizyien arw zab aż tak bajkowego pokojach przyprach ski żeń w  za dac glą ty pod zia lnego o  gęsią ied ow odp Nie wiają Redaktora ne wta rgnięlicz że skórkę. Trzeba przyznać, ckim mogą den stu u dom w  cia do pokojów odpowiedz  to na się nie dziwić, gdy spojrzy rzy histektó nie nie dob opo niej strony. Prawd ny postaogu na cji ryc y po nieuda nej rejestra ytrudne arc je swo na i atk not nowili wykra ść Redakco ie, ażn pow przedmiot y. A tak już na nie zdasię zej rac mu lne zia ied torowi Nieodpow kim mieszkańcom DS rza, wa rto posłać wszyst ia, aby akceptacja pearc wsp nr 1 szczere słowa trwała tak długo jak tycji o  monitoringu nie Browa rnej w  drodze ul. na czerwone światło BU W-u. Trzymajcie z K ampusu Głównego do ! rku mo się w t ym Mucho

R

E

S


Profile for NMS MAGIEL

Numer 185 (UW) (styczeń-luty)  

Numer 185 (UW) (styczeń-luty)  

Profile for magiel
Advertisement