Page 1

Numer 136 Luty 2013 ISSN 1506-1714

SGH

Niezależny Miesięcznik Studentów

Waluta przyszłości Jak na hasło „bitcoin odpowiada Google i czy faktycznie każdy może korzystać z wirtualnego portfela?

UW

www.magiel.waw.pl

Wolność mediów studenckich

czyli IV władza w soczewce

Odyseja filmowa 2012 Hipsterskie podsumowanie minionego roku kinematografii. Co się udało, a co było największym rozczarowaniem?


ARTYKUŁ SPONSOROWANY

listopad 2012


spis treści / Co prawda końca świata nie było, ale MAGLEM rządzi sześć dziewczyn. Nie wiadomo, co gorsze.

06

32

48

60

Wszystko jest w porządku

Odyseja filmowa 2012

Izrael - kraj kontrastów

Czyż nie dobija się koni?

a Uczelnia

h Teatr

m Turystyka

p Czarno na Białym

06 09 10 11 12

29 30

W s z y s t k o je s t w p o r z ą d k u S p o t t e d: N o w y t r e n d ! SGH teatrem stoi Jestę studentę... O b r o n a h u m a n is t ó w?

e Film 32 34 35

b Organizacje 13

K a l e n d a r z w yd a r z e ń

36 38 39

I V w ł a d z a w s o c z e wc e

c Polityka i Gospodarka 18 19 20 22 23 24 25

Z A g r y k o l i n a W i ejs k ą Waluta przyszł ości? E k o n o m i a w o jn y z n a r k o t y k a m i P o z w ó l my t o z r o b i ć l e p s z y m D o B e lg i x Polak w cieniu Brytyjczyka Sy n d r o m h o m o s o v i e t i c us a

Wydawca:

Stowarzyszenie Akademickie Magpress

Prezes Zarządu:

Dominika Basaj dominika.basaj@magiel.waw.pl Adres Redakcji i Wydawcy:

al. Niepodległości 162, pok.64 02-554 Warszawa tel. (022) 564 97 57

D ua l n o ś ć ABC historii muzyki Recenzje

f Książka 40 45

48

Izrael – kraj kontrastów

j Warszawa 50

O d y s e ja f i l m o w a 2 01 2 Krauze o katastrof ie smoleńskiej Recenzje

d Muzyka

8 Temat Numeru 14

Sprawa Makropolis – zapowiedź Recenzje

63

W y r e ż y s e r o w a ć ż yc i e? N i e d a s i ę !

k Po godzinach 56 57

Mobilny kącik Gra z zombie nie o zombie

W poszukiwaniu mił ości

q Felieton 64

(B e z) w o l n i n o w o c z e ś n i

u Rozrywka 65

Rozrywka

v Do góry nogami

o Sport 58

C z y ż n i e d o b i ja s i ę k o n i ?

t Trzy po Trzy

S A S K I 2 01 8

i Człowiek z Pasją 54

60

St a r c i e g i g a n t ó w

66

Do góry nogami

D e b iu t Kokosowa posypka na w yc i ą g n i ę c i e r ę k i 4 6 Recenzje

Redaktor Naczelna:

Czarno na Białym: Maciej Simm

Z-ca Redaktor Naczelnej:

W Subiektywie: Bohdan Ilasz

Karolina Pierzchała Magdalena Gansel, Aleksandra Wilczak Organizacje: Michał Wrona Uczelnia: Anna Grochala Polityka i Gospodarka: Robert Szklarz Człowiek z pasją: Jakub Warnieło Felieton: Karol Serena Film: Emil Marinkow Muzyka: Mieto Strzelecki Teatr: Aleksander Stelmaszczyk Książka: Anita Gadomska Sport: Anastazja Dębowska Turystyka: Agata Frydrych, Marta Maślak 3po3: Piotr Zawiślak Rozrywka: Marlena Tępińska Po godzinach: Szymon Czerwonka

Do Góry Nogami: Redaktor Nieodpowiedzialny Korekta: Urszula Stelmach Dział foto: Ewa Przedpełska Dyrektor Artystyczny: Wojciech Kuczek Dział Księgowy: Katarzyna Kopycka Dział Promocji i Reklamy: Jakub Warnieło Dział WWW: Aleksander Reszka

Współpraca: Wojciech Adamczyk, Robert Bańburski, Bartek Bartosik, Marcin Bator, Tomasz Bielak, Jacek Bisiński, Sylwia Bojar, Adam Dąbrowski, Anna Drwięga, Mariusz Dudek, Piotr Dziadosz, Małgorzata Gawlik, Paulina Głogowska, Natalia Góral, Katarzyna Grabos, Jerzy Gut-Mostowy, Damian Iwanowski, Maciej Jabłoński, Kaja Jankowska, Anna Kalinowska, Piotr Kawczyński, Anastazja Kiryna, Karol Kopańko, Kuba Kopryk, Magdalena Kosecka, Bartosz Kosiński, Ada Kuczyńska, Weronika Łopieńska, Dominika Makarewicz, Kasia Matuszek,

Piotr Filip Micuła, Oskar Miller, Kamil Mucha, Zuzanna Napiórkowska, Tomasz Nisztuk, Elżbieta Nycz, Konrad Obidoski, Danisz Okulicz, Kama Olasek, Bartosz Olesiński, Kamil Osiecki, Krzysztof Pawlak, Arleta Piłat, Piotr Piłat, Paula Pogorzelska, Agnieszka Porzycka, Adam Przedpełski, Michał Puchała, Aleksander Pudłowski, Mateusz Radecki, Patrick Radecki, Marika Roda, Paweł Ropiak, Janusz Roszkiewicz, Maksym Rudnik, Wojciech Sabat, Agata Serocka, Monika Sikorra, Magdalena Skrodzka, Ewa Stempniowska, Alicja Sukiennik, Adrian Szorc, Magdalena Szprądowska, Aleksandra Szydłowska, Kacper Szyndlarewicz, Melania Śmigielska, Przemysław Terlecki, Mikołaj Tchorzewski, Maria Toczyńska, Kuba Torenc, Mateusz Umiastowski, Michał Wiaderek, Ewa Widenka, Katarzyna Wilk, Rafał Wyszyński, Michał Zajdel, Andrzej Żurawski Redakcja zastrzega sobie prawo do przeredagowania i skracania niezamówionych tekstów. Tekst niezamówiony może nie zostać opublikowany na łamach NMS MAGIEL.

Artykuły, ogłoszenia i inne materiały do wydania marcowego prosimy przesyłać e-mailem lub dostarczyć do siedziby Redakcji do 22 lutego. Druk pokrywają w całości sponsorzy i reklamdawcy. Nakład: 7000 egzemplarzy Okładka: Aleksandra Wilczak Makieta pisma: Maciej Simm, Olga Świątecka współpraca: Maciej Szczygielski

Kontakt do członków redakcji w formacie: imie.nazwisko@magiel.waw.pl Jesteś zainteresowany współpracą? Napisz na: rekrutacja@magiel.waw.pl

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść zamieszczonych reklam.

luty 2013


/ wstępniak I gdzie teraz są moje skrzydła?

Z drużyną na szczyt K A R O L I N A P I E R ZC H A Ł A REDAK TOR NACZELNY

to moje własne K2. Postanowiłam wdrapać się na sam szczyt, chociaż jest to ryzykowne, bo z dołu nie widać celu. Podejmuję to wyzwanie, nie mówiąc „Dzięki, spróbuję”, tylko „Dobra, idziemy”, bo wiem, że wytrwam. Skąd ta pewność? Nie wspinam się sama. Są ze mną osoby, na których pomoc i wsparcie mogę liczyć i które zdecydowały, że chcą wspólnie ze mną wybrać się w tę podróż i za to zaufanie dziękuję. Możecie się zastanawiać, po co się tyle męczyć i trudzić, bo zdobywanie szczytu to skomplikowana sprawa. Odpowiedź jest prosta: to niesamowita chęć i świadomość wyznaczenia nowej, nieutorowanej jeszcze przez nikogo, dziewiczej ścieżki dodaje pozytywnej energii i zapału nie tylko mnie, ale całemu zespołowi do posuwania się naprzód. Przynajmniej taką mam nadzieję. I chociaż zawsze znajdą się ludzie małej wiary, którzy będą wątpić w sukces, opadać z sił i zwyczajnie narzekać, to trudno. Ja się nie zniechęcam i uparcie idę dalej. I wciąż wierzę, choć może naiwnie, że nie zostanę sama. Tą nową ścieżką chcemy dalej wspólnie prowadzić MAGLA. Nie oznacza to zerwania z siedemnastoletnią już (!) tradycją bycia Niezależnym Miesięcznikiem Studentów, ale nabra-

O

Podejmuję to wyzwanie, nie mówiąc „Dzięki, spróbuję”, tylko „Dobra,

rys. Mateusz Rażniewski

idziemy”, bo wiem, że wytrwam.

nia nowych sił i świeżych pomysłów, tak, żeby regularnie co miesiąc oddawać w Wasze ręce czasopismo inspirujące i ciekawe, wyczekiwane i spełniające Wasze wymagania. Nowy semestr, nowy Redaktor Naczelny i nowa okładka, a miejmy nadzieję, że to dopiero początek innowacji. Czego możecie się spodziewać, przerzucając kolejne strony tego numeru? Przede wszystkim dowiecie się, jak to jest ze studencką IV władzą. Czy faktycznie może być niezależna, a może pozostaje na usługach swoich żywicieli, jakimi w dużej mierze są władze uniwersyteckie? W szczegóły zagłębił się poprzedni Redaktor Naczelny, a jego przemyślenia znajdziecie w temacie numeru. Ponadto nie zapominajmy, że luty to miesiąc zakochanych, dlatego wszystkim tym, którzy wciąż błądzą po omacku w poszukiwaniu swojej drugiej połówki, wychodzimy naprzeciw sugerując, gdzie można spotkać miłość swojego życia. Na koniec dodam, że mam ogromną nadzieję, że przez najbliższy rok, wraz z kolejnymi numerami MAGLA, będziecie śledzić naszą dalszą wspinaczkę. Kto wie, może ktoś z Was zapragnie do nas dołączyć? Tymczasem, miłej lektury i do zobaczenia na 17. Urodzinach MAGLA! Będzie się działo. 0

04-05


aktualności / Według statystyk KRS, co piąty prezes to kobieta. Pozdrawiamy zarząd Magpressu!.

fot. Ewa Przedpełska

Aktualności Inspiracja roku Po raz kolejny wybieramy Inspiracje Roku – wykładowców, którzy najbardziej zapadli w pamięć studentom naszej Uczelni. To okazja, aby wyróżnić zaangażowanych pracowników naukowych Szkoły Głównej Handlowej. Chcemy, aby ten plebiscyt był przede wszystkim impulsem do dyskusji nad cechami, które powinny charakteryzować dobrego wykładowcę. Rozstrzygnięcie tegorocznej edycji Inspiracji odbędzie się podczas 17. Urodzin Magla. 0 luty 2013


/ wywiad z Dziekanem Studium Licencjackiego Początek semestru. Czas przejść w tryb 007 - zero obowiązków, zero aktywności, siedem posiłków. Dziennie, oczywiście.

„Wszystko jest w porządku” O usprawnieniu pracy Dziekanatu, nieuruchamianych kierunkach i nowym regulaminie studiów opowiada Dziekan Studium Licencjackiego, prof. dr hab. Wojciech Morawski. r o z m aw i a L I :

A N A S TA Z JA D Ę B OW S K A , a l e ksand e r p u d łowsk i

fotografie:

MAGIEL: Czy w momencie, gdy obejmował Pan funkcję Dziekana, był Pan zadowolony z dotychczaso-

wej pracy Dziekanatu? A może należałoby jednak mimo wszystko wprowadzić kilka udoskonaleń? Może ma Pan już jakiś plan wprowadzenia ewentualnych zmian w Dziekanacie?

PROF. DR HAB. WOJCIECH MORAWSKI: Uważam, że Dziekanat pracował bardzo dobrze

i nie sądzę, żeby jakiś gwałtowny program naprawczy był niezbędny. Miałem to szczęście, że przejmowałem Dziekanat z rąk bardzo kompetentnej i sprawnej ekipy. Pewne rzeczy chciałbym oczywiście zmienić. Nie podoba mi się na przykład to, że studenci stoją w kolejkach do okienek. Wygląda to tak, jak na poczcie. Chciałbym dać studentom możliwość załatwienia swoich spraw na

kata r z y na m at u sz e k

siedząco, w trakcie rozmowy przy stole. Takie zewnętrzne okoliczności wytwarzają zupełnie inny kształt relacji. Można na przykład wprowadzić system numerków. Wchodziłoby się z korytarza wtedy, kiedy przychodzi nasza kolej.

Dobiega końca pierwszy semestr Pana kadencji. Czy w tak krótkim okresie udało się już wprowadzić jakieś zmiany? Tak, wprowadzamy zupełnie nowy system wyborów studenckich. Zmusza nas do tego zresztą nowy regulamin. Zobaczymy, jak to będzie działało. Wchodzimy też z nową formą pracy dyplomowej, która polega na jej uproszczeniu. Wiele rzeczy można uprościć. Moim zdaniem, jeśli coś można było zarzucić dotychczasowemu systemowi, to nadmierną komplikację. Więc tam, gdzie można coś uprościć, powyrzucać niepotrzebne regulacje – trzeba to zrobić.

Jeśli chodzi o nowy system deklaracji, czy nie wydaje się Panu, że proces ich składania został utrudniony przez brak podań pisemnych? W poprzednim semestrze było z tego powodu spore zamieszanie. W poprzednim semestrze zamieszanie było związane z tym, że zadrżała nam ręka i pozostawiliśmy tę furtkę otwartą. Okazało się, że ludzie poczuli się wręcz zachęceni do tego, żeby coś zmienić. Wyglądało to tak, jakby ktoś rzucił hasło: „Kto się nie przeniesie, ten za ACTA”. Teraz tego nie będzie. Tak naprawdę, to nie jest nasz pomysł. Nowy regulamin wprowadza taki mechanizm. Regulamin ten ma zresztą dużo wad, jest przeregulowany. Do zmiany skali ocen został dodany system przeliczania średniej wstecz, co jest pomysłem z piekła rodem.

Nowy system wypełniania deklaracji semestralnej, z którym się zmagamy, budzi jednak wiele wątpliwości. Okazuje się, że wiele osób nie zdążyło się zapisać na przedmioty, na które chciało, a w rezultacie nie ma już miejsc i pojawia się problem. Stąd też najwięcej kontrowersji budzi całkowita rezygnacja z formy papierowych podań. Czy uważa Pan, że obecny dwuetapowy system w zupełności wystarczy? Zawsze pojawią się indywidualne przypadki, które będzie należało szczególnie potraktować. Np. ktoś leżał w szpitalu. Właśnie dlatego funkcję Dziekana sprawuje żywy człowiek, a nie jakiś program komputerowy. My chcemy przede wszystkim uszczelnić istniejący system i tych wyjątków mieć jak najmniej. Ale oczywiście one będą się w dalszym ciągu pojawiać.

Porozmawiajmy zatem na temat reformy. Czy wydaje się Panu, że wizja SGH, którą prof. Szapiro zaproponował podczas wyborów, a szczególnie koncepcja trzech szkół, jest możliwa do zrealizowania? Wizja trzech szkół zderzy się z pewnością z partykularnymi interesami pięciu kolegiów. Wiem, że Rektor przywiązuje dużą wagę do tego, by odbyło się to oddolnie, a nie zostało narzucone z góry. Stąd na obecnym etapie ciągle pozostaje wiele niewiadomych. Myślę, że I rok wciąż powinien być wspólny i pozostanie

06-07


wywiad z Dziekanem Studium Licencjackiego /

w gestii DSL. To, co się będzie działo na następnych latach studiów, zostanie nam w pewnym sensie merytorycznie „zabrane” i nie będziemy mieli już w tej sprawie nic do powiedzenia, ale wszelkie kwestie biurokratyczne i logistyczne pozostaną w gestii Dziekanatu. Tworzenie 3 Dziekanatów dydaktycznych (a tak naprawdę, to 6) nie miałoby najmniejszego sensu. Tak to widzę z perspektywy DSL.

Jak Pan sądzi, czy studenci powinni tak, jak teraz, być przyjmowani na Uczelnię, a dopiero potem wybierać kierunek czy też może powinni być przyjmowani na konkretny kierunek od razu? To jest jedno z najbardziej kontrowersyjnych zagadnień. Jest to zarazem kwestia, wobec której staram się jako Dziekan zachowywać neutralność. Wiążą się z nią wielkie emocje i DSL nie powinien się w nie wplątać. Ja w tej sprawie walczę o to, by pierwszy rok był wspólny dla wszystkich studentów. Nawet w przypadku rekrutacji na kierunki. Dopiero potem ich ścieżki powinny się rozchodzić. Powinniśmy mieć świadomość, że planowana reforma uruchomi potężne siły odśrodkowe. Dlatego trzeba dbać o te elementy, które w przyszłości będą stanowić o tym, że mimo wszystko SGH pozostanie jedną instytucją. Trzy szkoły, które zapowiada Rektor nie powinny również rozejść się całkowicie.

Czy ta zmiana w dłuższej perspektywie nie będzie prowadziła do polaryzacji wiedzy, kiedy np. studenci z kierunku polityki społecznej będą słabsi od kolegów z MIESI?

czę jako Dziekan w SGH. Tak naprawdę należy studiować w taki sposób, by się czegoś nauczyć i mieć też z tego przyjemność, bo jest to po prostu najfajniejszy okres życia. Niestety, studenci zazwyczaj dochodzą do takiego wniosku dopiero, gdy już skończą studia… Owszem, ze mną też tak było. Nie należy oczekiwać też od studiów, że przygotują nas bezpośrednio i dosłownie do jakiejś konkretnej pracy. Przecież po studiach mamy przed sobą około 40 lat życia zawodowego. A kto może wiedzieć, cóż się będzie wtedy działo? Nikt nie ma pojęcia. Ale jak ktoś jest obrotny, bystry, to i tak sobie poradzi. Trzeba zatem tę „obrotność” i elastyczność w studentach wyrabiać, a nie konkretne umiejętności.

Ostatnio pojawia się wiele pytań o poziom naszej Uczelni, zwłaszcza w kontekście tegorocznej rekrutacji. Na pierwszy rok można było się dostać, uzyskując 143 punkty z matury, czyli ok. 40 proc. za każdy przedmiot, co nie jest chyba wymarzonym wynikiem dla wykładowcy, który ma poprowadzić takich studentów. Czy nie jest to znak upadku Uczelni, jest - nie bójmy a może nawet całego systemu edukacji?

Nowy regulamin się tego słowa - beznadziejny. Jest przeregulowany i o wiele za długi.

Nie wiem, dlaczego akurat tak, a nie na odwrót. Tzn. z matematyki może i tak, ale za to będą mocniejsi z innych rzeczy. Nawiasem mówiąc, kierunek polityka społeczna wygląda na martwy od dawna, więc nie wiem, skąd taki przykład. Natomiast dawka matematyki w SGH jest zarazem problemem, jak i atutem. Odstrasza kandydatów o bardziej humanistycznych zainteresowaniach, stanowi też przeszkodę we współpracy z podobnymi uczelniami zagranicznymi, gdzie nie znajduje odpowiednika. Moim zdaniem matematyka powinna być opcjonalna w obrębie przeszłych szkół. Są tacy, którzy chcą i powinni mieć jej większą dawkę, ale są też tacy, którzy potrzebują mniej. Widzę to tak, że na pierwszym roku mogłoby być 30 godzin, a następnie kierunki dodałyby na kolejnych latach studiów tyle, ile trzeba.

Jest Pan Dziekanem Studium, na którym prawie połowa kierunków nie zostaje uruchomiana… To planuję zmienić od razu. Za chwilę studenci pierwszego roku będą wybierać kierunki studiów. Mam takie uprawnienie, które pozwala znacznie obniżyć pułap, od którego kierunek zostaje uruchomiony. Nie chcę składać deklaracji na temat pułapu, powiem tylko, że dużo mniej, niż Państwo zakładają. Chciałbym za Państwa pośrednictwem zaapelować do studentów by tym razem wybierali kierunek „od serca”, nie oglądając się na potoczne opinie na temat szans jego uruchomienia. Mam nadzieję, że przynajmniej kilka takich mniejszych kierunków ruszy. Jeśli jednak, na skutek moich zachęt, ktoś znajdzie się w takiej sytuacji, że zapisze się na dany kierunek, który mimo wszystko nie zostanie uruchomiony, niech wie, że znajdzie się pod moją specjalną opieką i w krytycznej sytuacji, kiedy np. będzie miał problemy z dopisaniem się do jakiegoś przedmiotu, może liczyć na ponadstandardową pomoc z mojej strony. Dziekan będzie miał bowiem poczucie, że tym osobom jest coś winien.

Czy takie mniej popularne kierunki można w jakiś sposób zareklamować? Przecież większość wybiera jednak Finanse i Rachunkowość, w mniemaniu, iż „daje to pracę”. Jeśli popatrzymy choćby na to, co się obecnie dzieje w bankach, to ten kierunek niekoniecznie musi gwarantować pracę. Paradoksalnie, dość pewnym pracodawcą jest sektor publiczny. Choć oczywiście pensje są niższe. W mojej opinii sam kierunek nie ma aż tak dużego znaczenia. Istotny jest poziom i prestiż Uczelni. Trochę trzeba też studiować dla przyjemności. A potem pojawiają się rozmaite zbiegi okoliczności. Kiedy decydowałem się studiować historię na Uniwersytecie Warszawskim, to do głowy mi nie przyszło, że skoń-

Przede wszystkim chcę zaznaczyć, że nią będę się włączać w chór głosów, które mówią, że dzisiejsi studenci umieją mniej niż 10 lat temu. Faktyczne może w czymś są słabsi, ale też w wielu aspektach o wiele silniejsi. Uważam natomiast, że nasza rekrutacja spełnia swoją funkcję dobrze, bo do nas wciąż przychodzą dobrzy studenci. Są inteligentni i można z nimi dalej coś robić. Pracowałem na uczelniach prywatnych i wiem, jacy są studenci nieinteligentni… Ważne jest, by pamiętać o tym, że na rekrutację wpływa wiele czynników, np. niż demograficzny. Ja uważam, że na tle tego, co się dzieje wokół kondycja intelektualna naszych studentów jest całkiem niezła.

Jakiej rady mógłby Pan udzielić studentom w kłopotliwej kwestii pisania podań? Moim zdaniem najlepsze, co mógłbym poradzić studentom, to jest to, żeby właściwie wybrać adresata podania. Lepiej kierować je najpierw do mnie, a niekoniecznie od razu do Rektora. Od mojej decyzji bowiem można się odwołać do Rektora, a odwrotnie już nie. Warto mieć dwie instancje. W wojsku, o które wszyscy z mojego pokolenia otarli się na studiach, to się nazywało droga służbowa.

Czy uważa Pan może zatem, że studenci powinni być w większym stopniu świadomi swoich praw i obowiązków, czyli po prostu uważniej czytać regulaminy? Mogę powiedzieć, że miałem jedno bardzo dziwne doświadczenie. Zorganizowałem na początku roku spotkanie ze studentami pierwszego roku, na które przyszło zaledwie 12 osób. Ja tego nie rozumiałem i do dzisiaj nie rozumiem. Dlaczego studentów nie interesuje osobiste spotkanie z Dziekanem, podczas którego można przecież pytać o wszystko? Być może jest to właśnie objaw tego, że wszystko jest w porządku.

Czy są jakieś plany, by zabiegać o nowe możliwości zdobycia podwójnego dyplomu? Jest to obecnie z pewnością utrudnione ze względu na dwustopniowe studia, kiedyś jednak tych możliwości było więcej. Problemem jest podobieństwo programów. Ostatnio rozmawiałem o tym z przedstawicielami Uniwersytetu w Nancy – miałem okazję obserwować, jak nasz wymiar nauczania matematyki odstrasza. Nie mówię tego przeciw naszym matematykom. Bardzo dobrze, że zdecydowaliśmy się na taki sposób nauczania, jednak ciężko znaleźć wspólny program z innymi uczelniami. Wykładowcy SGH powinni wykazać dobrą wolę, elastycznie uznając choćby pewne podobne przedmioty za równorzędne. Aptekarska dokładność nie jest tutaj dobrym doradcą. Np. Francuzi mają dużo przedmiotów, które zawierają w tytule słowo „cywilizacja”, co u nas jest raczej niespotykane. Ważne jest zatem, by elastycznie do tego podchodzić. 1

luty 2013


/ wywiad z Dziekanem Studium Licencjackiego

Wróćmy do kwestii nowego regulaminu studiów. Pojawiają się opinie, iż został on szybko uchwalony przez poprzednie władze na sam koniec kadencji, czym niekoniecznie muszą być zachwycone nowe władze. Jakie ma Pan zdanie na ten temat? Nowy regulamin jest – nie bójmy się tego słowa – beznadziejny. Jest przeregulowany i o wiele za długi. Regulamin studiów powinien mieć ok. 6 stron, a nie 30… Ponadto przewiduje on mnóstwo niekorzystnych dla studentów rozwiązań, jak choćby liczenie średniej wstecz, co może w praktyce oznaczać, że ktoś np. dostawał bezprawnie stypendium. Kryją się w nim pewnie jeszcze liczne tego typu „niespodzianki”. Zdecydowanie nie podoba mi się. Z regulaminem jest jednak tak, że musi on zostać zatwierdzony przez Ministerstwo. Owszem, można go zmienić, ale nowa wersja wejdzie w życie ze sporym opóźnieniem. Wyobraźmy sobie zatem sytuację z tymi felernymi średnimi. Teraz je studentom obniżamy, a za rok zrobimy drugą korektę i one znów idą w górę. W tej sytuacji osoby, którym średnia będzie się liczyć akurat wg zaniżonego licznika, będą zdecydowanie pokrzywdzone. Myślę jednak, że kolejny regulamin będzie szybko uchwalony. Przede wszystkim będzie bardzo uproszczony w stosunku do obecnego. Musi się to oczywiście odbyć w odpowiednim trybie. Powinien zostać napisany jeszcze w tym roku, ale mógłby wejść w życie dopiero w przyszłym.

A co z w takim razie ze średnimi? Nam się to bardzo nie podobało od samego początku. Odsunęliśmy to początkowo w czasie, podejmując decyzję, że poprzednia sesja będzie liczona jeszcze według starych zasad, a nowa średnia wchodzi w życie od 15 stycznia i wtedy powiemy jak przeliczać. Przymierzaliśmy się do tego na różne sposoby, ale wygląda na to, że trzeba po prostu zrobić tak, jak jest zapisane w regulaminie w uchwale Senatu. Nie możemy działać bezprawnie, bo wystarczy choć jeden student, który poczuje się pokrzywdzony, złoży pozew do sądu, oczywiście wygra i cały system upadnie.

08-09

Kończąc już zatem, proszę nam powiedzieć, w jakim stanie zastał pan Dziekanat, a w jakim chciałby go Pan zostawić po swojej kadencji? Będę raczej przyziemny w tej kwestii. Proszę pamiętać, że gdy ten Dziekanat powstawał, to opiekował się studentami przez pierwsze półtora roku, a potem następne 3,5 obecny DSM. I odpowiednio do tego zaaranżowana jest przestrzeń. W tej chwili zaś proporcje są odwrotne. Troszeczkę zatem należałoby to przebudować. I należy również pomyśleć o płacach dla pań pracujących w DSL, bo są one żenująco niskie.

A jakie są Pana własne dalsze plany zawodowe, naukowe? Przekonałem się już, że funkcja Dziekana absorbuje mnóstwo czasu. Na szczęście mam już za sobą kolejne etapy zdobywania tytułów naukowych. Tym się różnię od Prodziekanów, nad którymi ciąży obowiązek zrobienia habilitacji. W imię komfortu pracy Prodziekanów staramy się to zagrożenie trochę zneutralizować. A wracając do moich planów – sprawowanie funkcji Dziekana spowalnia pewne prace, trzeba jednak coś mimo wszystko robić. Nie odpuszczać sobie. Prowadzę także wciąż te same przedmioty. Radziłem się w tej kwestii moich poprzedników i zasugerowano mi, że Dziekanem się tylko „bywa”, a jak się raz „wypadnie z rynku” wyborów studenckich, to powrót po 4 latach może być bardzo trudny.

Czy chciałby Pan jeszcze na koniec coś przekazać studentom? Kiedy przygotowywałem się do spotkania ze studentami I roku, otrzymywałem różne rady. Połowa osób radziła: Powiedz im, że studia to nie tylko zabawa, podczas gdy druga połowa odwrotnie: Powiedz im, że studia to nie tylko nauka. W tej sprzeczności, ale i w tej równowadze jest pewna mądrość. Nie możemy wszystkiego traktować zbyt serio i zbyt utylitarnie. W końcu to jest naprawdę najlepszy okres życia i trzeba z niego po prostu korzystać.0


Spotted: SGH - nowy trend na Facebooku / nowy wykład dotyczący szkoły austriackiej /

Spotted: Nowy trend! Czy ktoś z Was nie słyszał o Spotted: BUW? Ilu z nas śmieje się z Problemów Studentów SGH i SGH Memes? Internetowe fanpejdże podchodzące do życia studentów z przymrużeniem oka to najnowszy fejsbukowy trend. t eks t:

a l i cja s u k i e nn i k pa Magla (wkrótce potem przemienionego na Trolled: Kanciapa Magla, by wyróżniać się jednak nieco z mainstreamu).

esteś teraz w BUW-ie i nie możesz oderwać wzroku od osoby obok? Napisz o tym do nas, a my opublikujemy Twoją wiadomość anonimowo! – reklamuje się Spotted: BUW niczym strona z anonsami towarzyskimi. A czym jest naprawdę? Do faceta w szafirowym pulowerze siedzącego między regałami prawa konstytucyjnego – podciągnij spodnie, bo ci odrobinkę rowa widać – czytamy w jednym z pierwszych spottów. Podobnie obraźliwych postów nie brakuje. Tymczasem fanpage zdobył w przeciągu czterech dni cztery tysiące „lajków”, a po niecałym miesiącu może pochwalić się prawie ośmioma tysiącami.

J

fot. Problemy Studentów SGH

Memy, memy, memy

Fenomen Plotkary Oprócz wiadomości prześmiewczych na stronie pojawiają się także próby flirtu i jednoznaczne propozycje seksualne skierowane do BUW-owiczów. Redakcji nie udało się jednak potwierdzić, czy któryś z tych podrywów okazał się udany. Zapytani o genezę strony, administratorzy milczą jak zaklęci, jednak widzowie pewnego amerykańskiego serialu bez problemu połączą fakty i do-

myślą się, że strona inspirowana jest serialem Gossip Girl – popularną operą mydlaną dla nastolatków. Trudno wyjaśnić fenomen sukcesu plotkarskiej strony BUW-u, jednak naśladowcy wyrastają jak grzyby po deszczu. W krótkim czasie pojawiło się Spotted: SGH oraz Spotted: WPiA i Spotted: WNE UW. Nawet malutka redakcja MAGLA doczekała się swojego, nieco ironicznego, Spotted: Kancia-

Spotted to nie jedyny trend popularny wśród studentów. Facebook dorobił się ostatnio dwóch nowych fanpejdżów skierowanych do studentów SGH: SGH Memes i Problemy Studentów SGH. Obie strony bazują na internetowych memach, emanując humorem dedykowanym studentom Wielkiej Różowej. Czym inspirowali się twórcy SGH Memes? Inspiracją były inne powstałe już strony, jak i coś podobnego, co swego czasu funkcjonowało na London School of Economics – mówi anonimowo jeden z administratorów. Warto wspomnieć, że zdecydowana większość memów to dzieło samych adminów. Czy nowa moda przeminie, czy też uczelniane memy i strony typu Spotted będą zabawiać nas jeszcze przez dłuższy czas? Cóż, życzymy weny twórcom memów, a redaktorom: zdecydowanie mniej wolnego czasu!0

Austriacy w SGH? Studenci SGH wychodzą z inicjatywą uruchomienia wykładu związanego z coraz popularniejszym nurtem: austriacką szkołą ekonomii. t eks t:

r ob e r t szkl a r z

złonkowie SKN-u Myśli Wolnościowej wyszli z inicjatywą uruchomienia przedmiotu zajmującego się austriacką szkołą ekonomii. Celem jest spopularyzowanie tej koncepcji wśród studentów SGH, którzy obecnie nauczani są wyłącznie teorii tzw. głównego nurtu. Nie jest jednak jeszcze pewne, czy przedmiot powstanie i na jakim stopniu studiów będzie nauczany. Konieczne jest dopełnienie odpowiednich formalności. Zajęcia zgodził się już poprowadzić prof. Adam Glapiński - wielki entuzjasta austriackiej szkoły ekonomii. Wymaga on jednak dostatecznej liczby chętnych, by zgłosić wykład do systemu elektronicznego. Następnie przedmiot musi uzyskać akceptację Rektora na podstawie opinii recenzentów –

C

mówi Wojciech Sabat, jeden z inicjatorów przedsięwzięcia. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, już w przyszłym lub kolejnym roku akademickim możliwe będzie uruchomienie przedmiotu. Austriacka szkoła ekonomii opiera się na przekonaniu, że jednostka nie jest w stanie samodzielnie opisać wszystkich procesów zachodzących w gospodarce, a wiedza o niej jest rozproszona pomiędzy przedsiębiorców i nieustannie się zmienia. Jedyną możliwością jej uporządkowania jest niczym nieskrępowany mechanizm ustalania cen, do którego zaistnienia konieczny jest wolny rynek i to właśnie on należy do głównych postulatów Austriaków. Drogą do dobrobytu nie jest interwencja państwa, ale zawsze i wszędzie na świecie: przedsię-

biorczość i praca – dopowiada prof. Glapiński. Dlaczego studenci SGH mieliby uczyć się podejścia stojącego w opozycji wobec głównego nurtu ekonomii, do tego bazującego na zupełnie innym spojrzeniu na przedmiot badań i stosującego odmienną metodologię? – Jednak szkoła austriacka przeżywa obecnie swój renesans zarówno w Ameryce, jak i Europie Zachodniej, co jest wywołane głównie kompromitacją nurtu neoklasycznego przez światowy kryzys gospodarczy – odpowiada prof. Glapiński – Młodzi poszukują nowego języka opisującego otaczającą ich rzeczywistość i coraz bardziej interesują się szkołą austriacką. Być może już niedługo uda się w SGH umożliwić szerszemu gronu studentów poznanie tej koncepcji.0

luty 2013


/ Teatr SGH

SGH teatrem stoi

Wydawać by się mogło, że działalność organizacji artystycznej na uczelni ekonomicznej jest pomysłem co najmniej niekonwencjonalnym. Tymczasem Teatr Scena Główna Handlowa prężnie się rozwija, a ostatnio zwyciężył w Grudniowym Akademickim Przeglądzie Artystycznym. t eks t:

U r sz u l a st e l m ach

nicjatorką powstania tej organizacji była absolwentka SGH – Natalia Słoma. Co ciekawe, nie wzorowała się ona na żadnym innym teatrze. Zadziałała tu chęć stworzenia czegoś od podstaw i, jak to często w życiu bywa, przypadek. Gdy jako wolontariuszka pomagała w Teatrze Konsekwentnym, uświadomiła sobie, że istnieje chęć pomocy przyszłemu teatrowi akademickiemu.

I

Opiekunem Teatru jest Rzecznik Prasowy SGH – Marcin Poznań, wcześniej był nim Pan Tomasz Rusek. Kluczową rolę w działalności organizacji pełni jednak jej mentor – Teatr Konsekwentny, który oddelegował do pracy ze studentami reżysera Jerzego Łazewskiego. PR manager Teatru Konsekwentnego promuje niekiedy spekta-

Teatr Scena Główna Handlowa nie powstał naturalnie z chęci zysku, a czystej pasji. Został założony w 2008 roku, początkowo jako projekt Niezależnego Zrzeszenia Studentów, dopiero później stając się odrębną organizacją. Początki związane są z widowiskową akcją rekrutacyjną, przeprowadzoną na Spadochronie – studentom zachęcającym do działalności w nowopowstałym Teatrze wypożyczono wówczas stroje z Opery Narodowej. Raczkująca organizacja odniosła spektakularny sukces – na spotkaniu informacyjnym pojawiła się ponad setka studentów. Obecnie zespół liczy kilkunastu członków.

fot Archiwum Teatru. SGH

Scena Główna Handlowa

kle studenckiego teatru, a niezwykle ważne jest też udzielane wsparcie koncepcyjne.

Od Rektora do Szekspira Pierwszą okazją do gry przed szerszą publicznością było Święto SGH – aktorzy wystawili na Spadochronie inscenizację pamiętników pierwszego Rektora SGH – Bolesława Miklaszewskiego. Piknik naukowy na Podzamczu stał się kolejną okazją do wystąpienia publicznego – tym razem pod tytułem W rytmie SGH. Pierwszy „dojrzały” spektakl to Po-życie na podstawie tekstów Edgara Lee Mastersa i Samuela Becketta. Prawdziwe wyzwanie dla młodych aktorów stanowiła jednak sztuka Tragedia do śmiechu, komedia do łez – z fragmentami Snu nocy letniej i Hamleta samego Szekspira. Warto wymienić też doskonały spektakl W bagażniku, jakim jest życie. Organizacja prężnie działa – bierze udział w licznych festiwalach teatralnych i przeglądach artystycznych. Teatr Scena Główna Handlowa zwyciężył w Grudniowym Akademickim Przeglądzie Artystycznym, pokonując teatry akademickie z całej Polski.0

Teatr Scena Główna Handlowa, czyli jak być artystą w Wielkiej Różowej O kulisach działalności, scenicznych wpadkach, a nawet budowaniu sceny na kilka godzin

wić, przez zimne sale aż do sytuacji, gdy na jednym z festiwali teatralnych nagle okazało się,

przed spektaklem, MAGIEL rozmawia z Mileną Dąbrowską, pełniącą funkcję Przewodniczącej

że organizator nie zbudował sceny. Zrobiliśmy to własnoręcznie. Mieliśmy też okazję grać w

Teatru Scena Główna Handlowa i aktorami – Anną Kamionowską i Łukaszem Kucharskim.

dość nietypowych miejscach – w Auli Spadochronowej i w Auli Głównej.

M.D. Oczywiście nie wszystkie niedociągnięcia mają nieprzyjemny charakter – przypominam MAGIEL: Żadne z Was nie ukończyło studiów na Akademii Teatralnej. Jak zatem wyglądała praca nad

sobie, kiedy Natalia Słoma, chcąc podziękować publiczności słowami „Jesteście wspaniali”,

warsztatem aktorskim i jak radzicie sobie z wyzwaniami, które stawiają przed Wami kolejne teksty?

przekręciła je na „Jesteśmy wspaniali”.

Łukasz Kucharski: Oczywiście każda grupa teatralna musi się zgrać, a kluczowy jest wybór utworu. Zaczynaliśmy od najprostszych form (etiud), poprzez jednoaktówki, w końcu doszli-

Jak wyglądają finansowe aspekty działalności Teatru? Czy spektakle są biletowane?

śmy do dramatów Szekspira i wciąż się rozwijamy. Zaufaliśmy w pełni naszemu reżyserowi,

Ł.K. Kiedy gramy w Teatrze Narodowym… (śmiech). To zależy głównie od miejsca, w którym je-

Jerzemu Łazewskiemu, który prowadził nas krok po kroku.

steśmy goszczeni. Oczywiście jako członkowie organizacji studenckiej nie możemy zarabiać

Milena Dąbrowska: Oczywiście sami też szukamy tekstów. Jednak kiedy reżyser zobaczył

jako aktorzy, więc zazwyczaj na nasze spektakle obowiązują bezpłatne wejściówki.

przyniesione przeze mnie Opowieści o zwyczajnym szaleństwie stwierdził, że nigdy tego nie

Anna Kamionowska: W ubiegłym roku nie zagraliśmy żadnego biletowanego spektaklu. Dzia-

zrobimy. I zrobiliśmy. Wszystkie teksty, na których pracujemy, albo większość, przerabiamy.

łalność Teatru jest finansowana z budżetu Uczelni. Rekwizyty i stroje sceniczne ograniczamy

Na początku organizowaliśmy odrębne warsztaty (np. z dykcji), a aktualnie ćwiczymy już na

jednak do niezbędnego minimum – tak, aby bez potrzeby nie napinać budżetu organizacji.

konkretnych sztukach. A jakie niespodzianki przygotowujecie jeszcze dla widzów? Co szczególnie utkwiło Wam w pamięci w trakcie działalności artystycznej?

M.D. Aktualnie pracujemy nad spektaklem na pięciolecie istnienia Teatru. Prosimy o chwilę cier-

Ł.K. Przeżyliśmy już niejedno – od grania w trakcie choroby, kiedy to prawie nie mogliśmy mó-

pliwości – niedługo będzie o nim głośno.

10-11


subiektywnie o studiach (i nie tylko) słów kilka /

Jestę studentę... Kolejna sesja dobiegła końca. Czyżbyśmy stali się mądrzejsi? t e k s t:

u r s z u l a s t e l m ac h

ff, skończyła się. Kolejna sesja egzaminacyjna za nami. Teraz, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, możemy oddać się upojnym rozrywkom przez kolejne 4 miesiące. I tylko jakieś małe „ale” przeszkadza mi w odczuwaniu tej powszechnej studenckiej radości. Co dał mi ten semestr, notabene - pół roku mojego życia? To pytanie spędza mi sen z powiek, a analizując proces uczenia się do egzaminów, trudno nie zgodzić się z wszechobecną krytyką naszego „straconego” pokolenia. Nie ma już nauki bez kompulsywnego sprawdzania nowości na bardzo popularnym serwisie społecznościowym. Bez oglądania memów, spottowania i podążania za serialowymi nowościami. Bez opowiadania wszystkim dookoła o wielkiej dziejowej niesprawiedliwości, jaką jest sesja. Paradoksalnie, tygodnie, w których przyrost wiedzy powinien być największy, stają się czasem ogłupiania się na własne życzenie. W końcu jednak, w przerwie od

U

tych pochłaniających czynności, musimy znaleźć chwilę na coś, co nazywamy nauką. I co? Przejrzymy slajdziki, kseróweczki i skrypciki – byle więcej, byle szybciej, byle się mimo wszystko nie zmęczyć. Zaliczymy jeden po drugim egzamin, czasem na-

Jesteśmy produktami systemu edukacyjnego, który, co tu ukrywać, jest po prostu niewydolny. wet w sposób uwłaczający ludziom inteligentnym. Mamy jednak mnóstwo argumentów na swoje usprawiedliwienie: bo to nielogiczne; w rzeczywistości tak nie jest; a tak naprawdę to sucha teoria, która nigdy nie przyda mi się w praktyce zawodowej. Czy jednak całą winą za konieczność wkuwania kolejnych regułek w przypadkowy sposób można obar-

czać nas, studentów? W pewnym sensie jesteśmy produktami systemu edukacyjnego, który, co tu ukrywać, jest po prostu niewydolny. Od najmłodszych lat nacisk kładzie się na przygotowanie do egzaminów, swoista testomania jest doskonałym określeniem orientacji systemu edukacji w Polsce. Programy nauczania są bezlitośnie selekcjonowane – mniej, mniej, mniej materiału… W wieku kilkunastu lat podejmujemy decyzje, które w większości przypadków zdeterminują całe nasze życie i często chybiamy z wyborami. W rezultacie spory odsetek młodych ludzi nie jest swoimi studiami najzwyczajniej w świecie zainteresowany. Ilu z nas zastanawia się nad sensem swojej edukacji? No tak, zapomniałam, że aktualnie ona niewiele znaczy, pomyślimy o tym później albo wcale – w końcu zaliczyliśmy sesję… Brawo. Oto kolejny milowy krok ku zdobyciu wykształcenia wyższego został poczyniony. Nie myślę, więc jestem.0

...Studiowałabym I znów kolejny semestr – czyżby czekały nas nowe wyzwania? t e k s t:

N

Wielu z nas, niemalże jak w Sylwestra, podejmie nowosemestralne postanowienia – a to zapisanie się na fitness, salsę, nowy język, może angaż w jakąś działalność studencką, no i, oczywiście, nieśmiertelna dewiza – od dzisiaj będę uczyć się systematycznie. Nic dziwnego. Sesyjne posiedzenia w bibliotece – nawet w erze niezmiernie umilającego czas Spot-

ted – dają niewątpliwie w kość. Jednak nie łudźmy się. Nasza motywacja, choć jak najbardziej słuszna, ma niestety nikłe szanse powodzenia. Może przez kilka pierwszych tygodni uda się nam wykonać prezentację lub zakupić nieodzowne ksera „na zapas”. W praktyce jednak, w kolejnej sesji ponownie czeka nas 8 egzaminów, zamiast 2, bo tak ciężko wybrać się na „zerówkę”… Gdy już w końcu uświadomimy sobie, że studia po prostu nie spełniają naszych oczekiwań, tak właściwie, to nie odkryliśmy Ameryki, a wielkie idee czekają na wybrańców, cóż mamy robić, by nie dać się ogłupić (przez nas samych…) reszty? Być może najbanalniej w świecie potrzebujemy odskoczni. Czy zaś będzie się to przejawiać w żonglowaniu cytrynami, czy też w tańcu brzucha – nieistotne.0 rys. Anna Grochala

o tak, kolejna sesja za nami. Tymczasowy koniec naszego małego studenckiego piekiełka. Znów jakoś się udało… Czas na chwilowe katharsis. Cóż, przy sprzyjających wiatrach i braku poprawek czeka nas tydzień (a niektórych szczęśliwców nawet dwa!) hulanki i swawoli. Wypad na narty, szybkie podładowanie akumulatorów w domowych pieleszach, słoiczki do plecaka i… Warszawo, witaj ponownie! Zakładając, iż nasza edukacja wciąż trwa, czeka nas kolejny emocjonujący semestr - nowe przedmioty, nowi wykładowcy… A nuż poznamy jeszcze kilku nowych współtowarzyszy niedoli? Chwilowy optymizm ogarnie nas może na miesiąc.

Anna Grochala

luty 2013


/ o współczesnych studiach humanistycznych

Obrona humanistów? Nowoczesne szkolnictwo wyższe wtłacza młodych ludzi w okowy systemu, z którego wyjście jest niemal tak beznadziejne, jak sama sytuacja, w której się znaleźli. t e k s t:

j UL I A STU D N I ARZ

a uczelni renomę. Pracodawca wiedział, czego mógł spodziewać się po absolwencie. Zdawano sobie sprawę, że taki magister może równie dobrze spełniać oczekiwania pracodawcy na stanowisko niekoniecznie ściśle związane z ukończonym kierunkiem. Zakładano (zresztą słusznie), że absolwent po elitarnych studiach jest ambitny, szybko się uczy, ma rozległą ogólną wiedzę. W dzisiejszych czasach, pracodawca jest nieufny i trudno mieć o to pretensje. Przez progi uniwersyteckie przetaczają się bowiem tabuny młodych ludzi, którzy nie mają nic wspólnego z etosem studenckim. Są tam po części z przypadku, wielu z nich chce tylko zdobyć „papier”. Nie interesuje ich nic poza wąskim spektrum własnych wątpliwych aspiracji. Nie uczestniczą aktywnie w życiu studenckim, lokalnym, społecznym, politycznym.

pływ na zmiany kształcenia w naszym kraju miał nie tyle rok 1989, co przystąpienie Polski do procesu bolońskiego. Jak każdy, system ten ma swoje wady. Spotkał się z uzasadnioną krytyką za widoczną u nas komercjalizację wykształcenia wyższego, które obecnie można zdobyć już po trzech latach. Powoduje to powstawanie negatywnego zjawiska „studiów dla mas”. Cierpią na tym najmocniej studia humanistyczne.

W

Więcej nie znaczy lepiej

fot. jimforest (Flickr)

Naturalnym wynikiem tej ekspansji jest niemożność pogodzenia przyjmowania znacznej liczby studentów I stopnia z ich rzetelnym kształceniem i jednocześnie poświęceniem należytej uwagi studiującym. Czy dzisiejszy student ma możliwość osobistego kontaktu z wykładowcą? Niewątpliwie jest to trudSamodoskonalmy się? ne choćby na Wydziale Prawa Czas przestać udawać, że stui Administracji Uniwersytetu dia masowe spełniają swoją rolę, Warszawskiego, gdzie zaleda w szczególności, iż potrzebujewie w tym roku przyjęto 750 Erazm z Rotterdamu - jeden z czołowych humanistów renesansu, my aż tylu studentów – humaniosób tylko na studia niestanazywany także księciem humanistów. Uważał, iż człowiek z natury stów. Sama humanistyka nigdy cjonarne. nie straci na wartości, a może jest dobry, zło zaś pochodzi jedynie z niewiedzy. W Polsce współczynnik nawet rozbłyśnie na nowo. Jest Kariera – Twój Wybór” przewidziano bony skolaryzacji brutto wzrósł z 13 proc. w roku wszakże absolutnie niezbędna dla rozwoju dla pracodawców, którzy zdecydują się na zaakademickim 1990/91 do poziomu 54 proc. kultury, co winno przejawiać się silniej niż trudnienie... absolwenta wyższej uczelni. w roku akademickim dwie dekady później. do tej pory. Patrząc jednak na obecny poPonadto, w dalszym ciągu pula dostępnych ziom szkolnictwa wyższego z zakresu nauk miejsc jest systematycznie zwiększana, niehumanistycznych, trudno pozbyć się wrażePozorna renoma malże do granic możliwości. A problem ten nia, iż pierwotny sens tego pojęcia został zaWydaje się, że najlepsze uniwersytety nie jest tylko niewinną zabawą liczbami. w kraju powinny zdać sobie sprawę, że to, tracony. Tymczasem wszystkim humanistom O sile wykształcenia wyższego świadczy co kiedyś było ich największym atutem, dziś można zadedykować słowa Hermanna Hesnowy projekt Ministerstwa Pracy i Politystaje się przekleństwem. To prestiż, któsego: Nie powinieneś tęsknić za doskonalą naki Społecznej. W ramach programu „Twoja ry niegdyś absolwentom przynosił chlubę, uką, lecz za doskonaleniem samego siebie.0

12-13

luty 2013


kalendarz wydarzeń / Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść.

Kalendarz wydarzeń luty 2013 17. Urodziny MAGLA

21 — Rozpoczyna się Akademicki Konsensus Ekonomiczny

Mosty Ekonomiczne 2013

Jak co roku MAGIEL zaprasza wszystkich

Już 6 marca rozpoczną się w Warszawie

studentów i czytelników na swoje 17. uro-

Mosty Ekonomiczne 2013 – dziewiąta edycja

dziny. Jest to najwi ksza impreza klubo-

jednej z najpopularniejszych inicjatyw Samorzą-

wa organizowana przez nasz miesi cznik.

du Studentów SGH. W tym roku projekt otworzy

Już 26 lutego o godzinie 21 w klubie 1500m2

konferencja przybliżająca uczestnikom obecną

do wynaj cia czeka na Was b dzie czerwony

sytuację gospodarczą Polski oraz los absolwen-

dywan, wielki tort urodzinowy i 3 DJ-ów: duet

tów uczelni wyższych. Jeśli chcesz wziąć udział

SKN Biznesu

Sound Rebelion oraz znakomity DJ Boogie

w debacie, a po niej w przyjemnej atmosferze

Co wi cej, imprezie towarzyszy prestiżowy

porozmawiać z prelegentami w czasie bankie-

26 — 17. Urodziny Magla

konkurs: Inspiracja Roku, w którym studenci

tu, koniecznie zarejestruj się poprzez stronę

wybieraj wykładowc lub wiczeniowca, który

www.mostyekonomiczne.pl i obserwuj

S K N F i n a n s ó w M i ę d z y n a r o d o w yc h

25 — Zapisy na Tydzień Kobiet Sukcesu ZSP SGH

26 — Targi dla Mikrobiznesu

NMS MAGIEL

najbardziej pobudził ich do działania. Najlepsze

fanpage Mostów Ekonomicznych:

26-28 — Konferencja Celuj w przyszłość

uzasadnienie również zostanie nagrodzo-

www.facebook.com/mostywarszawa

SKN Negocjator

ne Bilety b dzie można kupi na terenie SGH i przez Internet, cena: 15 zł. Wi cej informacji:

27 — Targi firm outsourcingowych

www.facebook.com/mamo.wroce.pozniej

ESN SGH

Tydzień Kobiet Sukcesu Tydzień Kobiet Sukcesu powraca! W tym

Outsourcing Market Leaders Academy outside-resource-

cej, jeszcze bardziej kobiecych atrakcji. Cykl

using) to niezwykle dynamicznie rozwijająca

warsztatów i szkoleń, spotkania z kobietami ze

się branża w Polsce, oferująca szerokie moż-

świata biznesu czy też konkurs fotograficzny to

liwości rozwoju osobom zainteresowanym

tylko zapowiedź tego, co czeka na Was między

finansami, HR-em czy IT. Już 27 lutego na Auli

4- 8 marca. Podczas VII edycji TKS-u zachęcimy Was

Spadochronowej podczas targów firm outsour-

do realizowania swoich ambicji i pasji, pokażemy

cingowych będziemy gościć liderów tej branży

jak świadomie zarządzać karierą i profesjonalnie

w Polsce, m.in. Accenture, Aon Hewitt, Genpact,

budować swój wizerunek. Po raz kolejny udowod-

UBS, UCMS Group. Szukasz praktyk, stażu lub

nimy, że Sukces jest Kobietą! Więcej informacji:

pracy w największych międzynarodowych

www.tydzienkobietsukcesu.pl, szukaj nas

korporacjach? Sprawdź, czy za skrótami BPO

też na Facebooku. Zapisy już od 25 lutego!

Outsourcing

marzec 2013 4-8 — Tydzień Kobiet Sukcesu ZSP SGH

6 — Mosty Ekonomiczne SS SGH

20 — Deadline na zgłoszenia do XV OKFS NZS SGH

roku przygotowujemy dla Was jeszcze wię-

(z

ang.

bądź SSC kryje się klucz do Twojego sukcesu! Więcej informacji: www.omla.pl

XV OKFS Robisz zdjęcia? Masz w sobie wiele twórczej

FMC SGH

Informacja Koordynujesz projekt? Organizujesz konferencję albo event? Możemy Ci pomóc dotrzeć do społeczności studenckiej SGH oraz UW. Napisz do nas, krótko (do 700 znaków ze spacjami) przedstawiając swoją inicjatywę. Na pewno zaproponujemy Ci miejsce w kalendarzu wydarzeń. Dłuższe teksty możemy zamieścić na naszej stronie: www.magiel.waw.pl. W MAGLU za kontakt z organizacjami odpowiada Michał Wrona. Aby dowiedzieć się więcej, napisz: patronaty@magiel.waw.pl. Teksty przesłane inną drogą mogą nie zostać opublikowane. Deadline na notki do następnego numeru: 18.02.2013 r.

energii? Jeśli tak, to XV Ogólnopolski Konkurs

FMC SGH to organizacja zrzeszająca stu-

Fotografii Studenckiej jest właśnie dla Ciebie.

dentów, których pasją jest moda. Od 2009

Prace w trzech różnych kategoriach można prze-

roku organizuje m.in. Swap Day, Fashion

słać lub przynieść osobiście do siedziby NZS SGH,

Days czy Fashion Is My Passion . Podczas

pok. 61a do 20 marca 2013 r. Motyw przewodni

tych wydarzeń odbywają się warsztaty i wy-

to dialog. Tematy, z którymi w jego ramach mo-

kłady ekspertów ze świata mody m.in takich

żecie się zmierzyć, to „Mowa ciała” (portret),

marek jak H&M, Simple czy BOHOBOCO. Wraz

„Na styku kultur” (reportaż) oraz „W cha-

z nowym rokiem rozpoczyna się kolejny

osie/spokoju” (cityscape). Udział w Konkursie

cykl wydarzeń organizowanych przez FMC.

to szansa na zdobycie atrakcyjnych nagród

Niebawem wystartuje także blog FMC, gdzie

ufundowanych m.in. przez Warszawską Szko-

będzie można znaleźć najnowsze infor-

łę Filmową, Warszawską Szkołę Fotografii,

macje o świecie mody. Więcej informacji:

Kadratowo oraz Digital Camera. Więcej informacji:

www.facebook.com/fmc.sgh

www.okst.art.pl

luty 2013


/ wolność mediów studenckich Buzie mam może nie w tamburyn, ale mam zasady

IV władza w soczewce

T e k s t:

PIOTR FILIP MICUŁA

z dj ę c i a :

A l e k s a n d ra W ilc z a k

rudno jest wskazać moment, w którym określenie „IV władza” na stałe przylgnęło do mediów. Początkowo posługiwano się nim dość ostrożnie – o media jako „IV władzę” zadawano pytania, nie stawiano jeszcze tez. Tymczasem bardzo szybko określenie to zostało wręcz bezrefleksyjnie przyjęte przez same media. Nie zwrócono jednak uwagi na to, że pisząc bowiem o „IV władzy” nie tylko podkreślamy jej wpływ na naszą rzeczywistość społeczną i polityczną, ale zrównujemy jej status z pozostałymi trzema władzami. Ale przecież przenikanie się wszystkich władz celem wzajemnej kontroli jest we współczesnych systemach demokratycznych czymś naturalnym. Gdy jednak określenie „IV władza” staje się powszechnie akceptowane, przyjmuje się milcząco założenie,

T

14-15

że w jakiś sposób wpływa ona na pozostałe trzy. Od rozważań tych nie zwalnia nas funkcjonowanie w środowisku akademickim. Każda uczelnia jest soczewką, która skupia rzeczywistość społeczną w skali całego kraju. Na uniwersytetach odbywają się wybory (mniej lub bardziej demokratyczne), a członkowie zarządów organizacji podlegają kontroli ze strony prawa. Dookoła kwitną media studenckie – czasopisma, radia, telewizje czy profile społecznościowe i, podobnie jak na „dużym podwórku politycznym”, dochodzi do starć na liniach nakreślonych przez tzw. medialną niezależność. Kiedy i jakimi środkami należy wobec tego o tę „niezależność” walczyć? Czy niezależność zwalnia nas z odpowiedzialności? W ramach poszukiwań odpowiedzi na te pytania posłużymy się przykładem.

Trotyl w redakcji BIS Sytuacja miała miejsce pod koniec ubiegłego roku w Akademii Górniczo-Hutniczej. W czasopiśmie Biuletyn Informacyjny Studentów (BIS) opublikowany został artykuł pt. IV władza na śmietniku, który ironicznie opisywał złe warunki, w których przyszło funkcjonować mediom studenckim na uczelni. Artykuł wywołał burzę – numer grudniowy BIS-u nie ukazał się w formie papierowej na uczelni, a wkrótce doszło też do zmiany całego zarządu czasopisma. Przykład prezentuje się modelowo, stanowi idealny materiał do wywieszenia na sztandarach walki o niezależność mediów studenckich. Taką też narracją prawie posłużyło się popularne czasopismo studenckie MANKO, które nagłośniło całą sprawę za pośrednictwem artykułu Dymisja


wolność mediów studenckich /

za opublikowanie prawdy?. Myśl przyświecająca dziennikarzom MANKO podana została czytelnikom na talerzu – dziennikarze BIS-u, którzy chcieli ujawnić niewygodne informacje, stali się przedmiotem represji ze strony władz uczelnianych. Artykuł zakończono deklaracją poparcia dla byłego zarządu czasopisma oraz apelem o zachowanie niezależności instytucji mediów studenckich. Historia wciąż brzmi doskonale – koledzy po fachu ruszyli na barykady i stawili się w obronie uciskanych dziennikarzy z AGH. W tym punkcie cała historia mogłaby się skończyć. I skończyłaby się, gdyby nie to, że pozwolono sobie nie tyle na nadużycia, co kłamstwa. Na warsztat wystarczy wziąć pierwszy akapit apelu opublikowanego w MANKO: Z po-

wodu publikacji jednego artykułu zostaje zawieszona działalność redakcji gazety studenckiej BIS, wstrzymany druk grudniowego wydania, a naczelna miesięcznika poddana dymisji. Decyzja ta została podjęta przez przewodniczącego samorządu studenckiego w porozumieniu z przedstawicielami mediów studenckich. Tymczasem opis ten okazał się mieć niewiele wspólnego z rzeczywistością. Czasopismo nigdy nie zostało zawieszone. Pod auspicjami zastępcy redaktora naczelnego, redakcja podjęła decyzję o wstrzymaniu druku grudniowego numeru czasopisma, ale ukazało się ono w wersji elektronicznej. Styczniowy numer został opublikowany już planowo i przygotowany przez nowy skład zarządu – tłumaczy sprawę MAGLOWI rzecznik prasowy Akademii Górniczo-Hutniczej, Rafał Dembiński.

Jego wersję potwierdza przewodniczący samorządu studentów AGH, Damian Żurawski: Decyzja o odwołaniu redaktor naczelnej nie została podjęta przeze mnie – kadencja ustała w wyniku powołania nowej osoby na wniosek redakcji, reprezentowanej przez z-ce redaktora naczelnego. Do kwestii wykorzystania materiałów przez MANKO w sposób nieodpowiedni odniosła się także obecna redaktor naczelna BIS, Diana Drobniak. Potwierdza ona wersję wydarzeń, które w przekonaniu rzecznika i przewodniczącego miały miejsce w ciągu ostatnich miesięcy: MANKO posłużyło się wnioskiem, skierowanym do Przewodniczącego Samorządu. W artykule uznano to za wiążące, a była to tylko prośba i przewodniczący nie musiał się na nią zgodzić. MANKO umotywowało swoje stwierdze-

luty 2013


/ wolność mediów studenckich

nie faktem, że w regulaminie czasopisma zawarto przepis o możliwości odwołania naczelnego przez przewodniczącego samorządu i brnęło dalej: Oczywiście wszystko odbyło się w oparciu o regulamin, na mocy którego przewodniczący samorządu może w każdej chwili, praktycznie bez podania przyczyny, odwołać redaktora naczelnego. Nie pomylono się – rzeczywiście taki zapis istnieje. Co ciekawe, według wszystkich zaangażowanych w sprawę został on wprowadzony… na zasadzie porozumienia między mediami a samorządem. Naczelna BIS komentowała już sprawę tłumacząc, że wniosek o odwołanie miał charakter prośby i przewodniczący nie miał obowiązku stosować

Dookoła kwitną media studenckie – czasopisma, radia, telewizje czy profile społecznościowe i podobnie jak na „dużym podwórku politycznym” dochodzi niekiedy do starć na liniach nakreślonych przez tzw. medialną niezależność

tego przepisu ani przychylać się do prośby. Potwierdza to sam Żurawski: Zwrócono się do mnie z wnioskiem o odwołanie redaktor naczelnej. Według regulaminu przysługuje mi takie prawo. Nie podpisałem tego wniosku – został przeze mnie potraktowany jako mniej lub bardziej uzasadniony manifest braku zaufania współpracowników. Narracja zastosowana przez MANKO szczyty swoich możliwości osiągnęła w końcówce artykułu. A może Pan przewodniczący uważa, że gazeta studencka, wzorem PRL-u, powinna być tubą propagandową władzy? I jeśli chce istnieć, ma pisać, że władza jest jedna, wielka, wspaniała i bezbłędna? Tego chcemy uczyć młodych dziennikarzy? Lizusostwa i układania się z decydentami? – napisano. Tekst opublikowany w MANKO dotyczący sytuacji BIS-u w AGH był kompletnym nieporozumieniem – podsumowuje całość artykułu rzecznik prasowy AGH. I dalej opisuje sytuację, która zaistniała w BIS: Decyzje personalne podejmowane były za porozumieniem władz czasopisma z przedstawicielami innych organizacji studenckich – opisuje Dembiński. Skądinąd wiadomo też, że w sprawie funkcjonowania BIS-u dochodziło już wcześniej do nieporozumień personalnych. Sam tekst prawdopodobnie przelał tylko czarę goryczy – dodaje. Nie potwierdza jednak tej wersji obecna redaktor naczelna BIS-u, która wcześniej

16-17

działała w radiu studenckim: Jako radiowiec nie miałam żadnych nieprzyjemnych doświadczeń z BIS-em. Nigdy też nie dochodziło do żadnych spięć personalnych. Według przewodniczącego samorządu oraz rzecznika prasowego wszystko odbyło się na zasadzie porozumienia stron. Przedstawiciele mediów mieli dojść do porozumienia. Podjęto rozmowy. Nowego redaktora wybrała redakcja Biuletynu, tym samym odwołując byłego naczelnego – potwierdza tę wersję redaktor naczelna BIS. Okazuje się więc, że zmiana zarządu BIS-u żadnym zamachem na wolność mediów nie była. MANKO rozdmuchało sztucznie sytuację, w której większość problemów została rozwiązana za porozumieniem stron. Ale czy na tym polega niezależność mediów? Może to tylko przypadek, że władze nie chciały akurat zastosować bardziej radykalnych form represji?

Dziennikarska cnota Wobec wydarzeń dookoła BIS-u, które mimo wszystko wywołały pewne kontrowersje, poruszono sprawę samej istoty niezależności dziennikarskiej. Dziennikarze, którzy powszechnie uznawani są za niezależnych, zyskują powszechny szacunek ze strony społeczności, w której się obracają. Na ile jednak niezależne mogą być media studenckie? Ostatecznie żadne czasopismo nie jest przecież zawieszone w próżni – każde otoczone jest rzeczywistością polityczną i społeczną, pod tym względem nie ma wśród nich żadnego wyjątku. Rafał Dembiński, rzecznik prasowy AGH, jako pierwszy postanowił udzielić MAGLOWI odpowiedzi na pytanie o niezależność mediów studenckich: Wniosek płynący z rozmów z redaktorami czasopism studenckich z całej Polski był kilka lat temu taki – i wierzę, że tak jest nadal – że w rzeczywistości nie ma bardziej wolnych i niezależnych mediów niż właśnie media studenckie. Pytamy jednak dalej – jak wobec tego można mówić o niezależności w sytuacji, gdy czasopismo otrzymuje od uczelni środki na swoje funkcjonowanie? Dembiński reprezentuje uczelnię jako rzecznik, ale sprawę widzi dość jasno: Nawet jeżeli są finansowane przez uczelnię, nie powinna ona mieć prawa do wymagania czegokolwiek więcej ponad zachowaniem zasad etyki dziennikarskiej. W AGH ta zasada jest rzeczą naturalną – dodaje. MAGIEL postanowił dodatkowo zapytać przewodniczącego Samorządu Studentów w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, Michała Lubasia, o to, jak w jego przekonaniu powinna wyglądać prawdziwa niezależność mediów studenckich. Powinna być oparta na obustronnej relacji – my nie ingerujemy w wolność mediów studenckich, natomiast przedstawiciele IV władzy nie ingerują w obszary prowadzonej przez Samorząd

polityki – mówi Lubaś. Nie wyczerpuje to jednak odpowiedzi na pytanie, w którym momencie aktywność dziennikarska na uczelni może podchodzić już pod działalność polityczną. Choć granica jest bardzo płynna, przede wszystkim unikać należy sytuacji, w której dochodzi do konfliktu ról między redaktorami a działaczami samorządowymi – uzupełnia przewodniczący samorządu SGH. Co wobec tego w sytuacji, gdyby uczelnia jednak wymagała od czasopisma studenckiego publikacji bądź usunięcia określonych treści ze względu na ważny interes np. wizerunkowy? Takie pytanie zadano Agnieszce Ponieckiej, redaktor naczelnej wydawanego na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego czasopisma Lexus. Według niej na pewno większe uprawnienia w tej materii przyznałaby władzom wydziału, a nie Samorządowi Studentów: Zgadzam się, że taka próba byłaby naruszeniem wolności mediów. Jeżeli mielibyśmy być zależni od jakiejkolwiek instytucji, to prędzej należałoby wskazać władze wydziału, z uwagi na podległość organizacyjną, a nie samorząd – mówi Poniecka. Co ciekawe, Rafał Dembiński, rzecznik prasowy AGH, jeszcze kilka lat temu sam pełnił funkcję redaktora naczelnego wspomnianego już czasopisma BIS. Opowiedział też MAGLOWI o swoich doświadczeniach w pracy w mediach studenckich. Gdy sam byłem studentem i pełniłem funkcję redaktora naczelnego tego czasopisma, nigdy nie dochodziło do nacisków ze strony władz – mówi Dembiński. Nawet gdy zdarzało nam się poruszać tematy bardzo niewygodne dla uczelni – na przykład jakości obsługi studentów przez dziekanat – dodaje. Swoje trzy grosze dodaje też Michał Lubaś. Kładzie silny nacisk na rozróżnienie osób pełniących na uczelni funkcje związane z niezależnymi mediami od osób pełniących funkcje polityczne. Gdybym miał do czynienia z czasopismem niezależnym na uczelni, nie przyznawałbym sobie żadnego prawa do ingerowania w wolność mediów studenckich. Inaczej sytuacja wyglądałaby, gdyby czasopismo w rzeczywistości stanowiło organ Samorządu – mówi Przewodniczący Samorządu Studentów SGH. Według niego zasadniczą kwestią jest wobec tego odpowiedź na pytanie, czy czasopismo studenckie ma stanowić organ informacyjny samorządu, czy też niezależne medium na uczelni. Lubaś odpowiada również, do czego doszłoby w sytuacji, gdyby redaktor naczelny podlegał kontroli ze strony przewodniczącego samorządu: Wówczas działam jako „ja”, jako Przewodniczący, który zmuszony jest zdyscyplinować podlegające mi osoby. Tutaj również rozważałbym postawienie kogoś takiego przed sądem koleżeńskim, za szkalowanie i działanie wbrew interesowi uczelni – tłumaczy. Choć większość czasopism studenckich sprawia


wolność mediów studenckich /

wrażenie znajdujących się pod samorządową kuratelą, ich redaktorzy zamierzają bronić swojej niezależności. Według redaktor naczelnej Lexusa nie istnieje możliwość, aby przewodniczący samorządu odwołał ją ze stanowiska. Istnieje owszem takie przekonanie, że jako czasopismo studenckie na Wydziale Prawa i Administracji podlegamy pod samorząd wydziału – mówi Poniecka. Jednak jesteśmy gazetą niezależną i hierarchicznie ani faktycznie samorządowi nie podlegamy – dodaje.

Niezależni i odpowiedzialni Redaktor naczelna czasopisma Lexus przyznaje, że choć niezależność mediów powinna być zagwarantowana, nie należy wyjmować ich spod odpowiedzialności za publikowane treści. Jeżeli artykuł jest niewygodny, ale poparty argumentami, redakcja ma prawo opublikować go z uwagi na niezależność prasy – mówi. Natomiast jeśli okaże się, że czyjeś prawa zostały w artykule naruszone, to autor lub redaktor powinni ponieść odpowiedzialność odpowiednio do stopnia winy przed właściwym organem – dodaje. Z takim stanowiskiem zgadza się także Michał Lubaś, który przywołuje sytuację, w której do naruszenia praw mogłoby dojść: Nie ma miejsca na Uczelni dla publikacji obrażających społeczność akademicką – mam tu na myśli zwłaszcza wszelkie teksty o charakterze nietolerancyjnym oraz dyskryminującym na tle religii czy pochodzenia – podkreśla.

Każda uczelnia jest soczewką, która skupia rzeczywistość społeczną w skali całego kraju.

Powróćmy do sprawy związanej z BIS-em w AGH. Wszyscy pytani rozmówcy byli zgodni, że w publikacji artykułu w tym czasopiśmie doszło do naruszenia standardów etyki dziennikarskiej. Artykuł, który pojawił się w BIS-ie, był krzywdzący. Gdyby rzeczywiście opisywałby sytuację, która panuje na uczelni, zapewne nikt nie miałby zastrzeżeń – tłumaczy sprawę rzecznik prasowy AGH. Wtóruje mu obecna redaktor naczelna BIS-u: Gdy przeczytałam ten artykuł, zrobiło mi się przykro. Byłam również zszokowana nierzetelnością tego tekstu. Przewodniczący samorządu Damian Żurawski przyznaje, że zarząd BIS-u sam przyznał się do błędów podczas tworzenia artykułu. Niezależność nie zwalnia wobec tego z odpowiedzialności. Natomiast większość zapytanych przez MAGLA osób zgadza się, że wiele konfliktów można w pierwszej kolejności rozwiązać na gruncie koleżeńskim. Zainicjowałem spotkanie

i liczyłem na rozstrzygnięcie sporu w gronie zainteresowanych – opisuje Przewodniczący Samorządu AGH sytuację związaną z publikacją niefortunnego artykułu w BIS. Obecna naczelna BIS nie widzi problemu w delikatnej kontroli ze strony samorządu. Nie przeszkadza mi, aby samorząd miał pewne formalne środki do podejmowania tego rodzaju działań. Dla mnie wszystko powinno być oparte na zaufaniu oraz przekonaniu, że robimy coś razem. Najważniejsze są ludzkie chęci dogadania się i wypracowania kompromisu – mówi Drobiak. Dodaje też, że współpraca na linii samorząd-media jest konieczna, aby móc rzetelnie informować studentów o sprawach zwią-

zanych z uczelnią. - Dla mnie Samorząd Studentów jest fantastycznym źródłem informacji. Dobrze jest być „obok” nich. Do tej pory nie czułam żadnych nacisków z ich strony – podkreśla. Prawdopodobnie nie ma prostej odpowiedzi na pytanie, gdzie powinna przebiegać granica niezależności i w jaki sposób ma iść ona w parze z odpowiedzialnością. Wątpliwe natomiast jest to, czy powinna być nakreślana tylko przez prawo i środki formalne. Jest bowiem trwalsza i znacznie lepsza instytucja, która może zagwarantować ład w relacjach między władzami samorządowymi i mediami studenckimi. Tą instytucją jest koleżeństwo. 0

luty 2013


/ ruch narodowy Warto czytać PiG, ale tylko przy innych, bo wtedy można dostać trochę propsów.

Z Agrykoli na Wiejską

Trawestując brygadiera Józefa Piłsudskiego, tramwaj Marszu Niepodległości zatrzymał się na przystanku Agrykola. Z pewnością nie jest to jednak stacja końcowa – jego motorniczowie wywiesili na nim szyld Ruchu Narodowego. Jakimi torami pojedzie dalej? t e k s t:

g r z e g o r z m a r e k p i a s ec k i

ubiegłoroczne Święto Niepodległości prezes Młodzieży Wszechpolskiej, Robert Winnicki, wraz z Przemysławem Holocherem, liderem Obozu Narodowo-Radykalnego, ogłosili powstanie Ruchu Narodowego. Kilkadziesiąt tysięcy – głównie młodych – osób zebranych w Parku Agrykola zareagowało na tę wieść sporym entuzjazmem. Zgodnie z zapowiedziami organizatorów marszu, nowa formacja miałaby być szeroką inicjatywą społeczną odwołującą się ideowo do spuścizny endeckiej i narodowo-radykalnej. Działalność stricte polityczną stawiają na drugim planie.

W

Marsz – ale w jakim kierunku? Jak dotąd liderzy Ruchu Narodowego nie wydali oficjalnej deklaracji programowej. Jednakże Rafał Zgorzelski, publicysta związany z  tą inicjatywą, zaprezentował kilka politycznych celów nowej formacji. Po pierwsze, postuluje „kontrrewolucję kulturową”, mającą obudzić w Polakach potrzebę samoorganizacji i solidarności, umocnić pozycję rodziny i  szacunek do tradycji. Kolejnym postulatem jest przywrócenie w Polsce praworządności i uwolnienie jej od wpływów różnych grup interesu. W sferze ekonomii Ruch Narodowy stawia na rozwój przedsiębiorczości (zwłaszcza rodzimej wytwórczości) oraz likwidację nawisu biurokratycznego. Podjęta ma być zdecydowana kontrakcja dla socjalizmu

i socliberalizmu oparta o zasady wolnego rynku. Wreszcie, narodowcy pragną przywrócić Polsce silną pozycję na arenie międzynarodowej, przeciwdziałać zmniejszaniu roli rządów krajowych w ramach Unii Europejskiej i rozwijać współpracę gospodarczą z Rosją oraz krajami azjatyckimi. Czy jednak wobec sporego zróżnicowania poglądów wśród osób deklarujących poparcie dla tej inicjatywy, narodowcom uda się wypracować spójny program gospodarczy? Spytaliśmy o to Krzysztofa Bosaka, posła na Sejm RP V kadencji i  do niedawna wicedyrektora Centrum Analiz Fundacji Republikańskiej (zrezygnował z  tej funkcji na rzecz pracy w  ramach Ruchu Narodowego). Nie sądzę, by rozbieżności w  podejściu do spraw gospodarczych mogły zagrozić jedności RN – większość ludzi ma świadomość, że można się w pewnych kwestiach różnić, ale warto pracować wspólnie. Już w tej chwili w kręgu RN są ludzie, którzy kiedyś wspierali inicjatywy o profilu konserwatywno-liberalnym, jak również wywodzący się z  MW czy ONR. Współpraca układa się bardzo dobrze. Były prezes Młodzieży Wszechpolskiej dodaje: W  RN rozpoczęliśmy prace nad sformułowaniem nowoczesnego programu gospodarczego, który łączyłby rozwiązania ułatwiające rozwój gospodarczy Polski z ochroną ekonomicznych interesów państwa. Ja osobiście najchętniej nawiązuję do wolnorynkowych ekonomistów związanych z przedwojennym RN, takich jak Grabski czy Rybarski, jak również do niemieckich ordoliberałów, takich jak Eucken.

fot. Wiktor Baron CC

Chłodne powitanie

Czy ruch wywodzący się z Marszu Niepodległości pomaszeruje na Wiejską?

18-19

Tymczasem posłowie PiS bez większych emocji zareagowali na zapowiedź pojawienia się konkurenta na scenie politycznej. Joachim Brudziński skomentował ją na łamach „Gazety Wyborczej”: Sam fakt powstania ruchu nie bulwersuje mnie, takie są zasady demokracji. Ale to PiS jest jedyną realną siłą na prawicy. A ta próba reaktywowania LPR jest tak samo realna jak marzenie o powrocie do polityki byłej Unii Demokratycznej pod nazwą Partii Demokratycznej. Idea zjednoczenia się środowisk narodowych wywołała natomiast spore poruszenie wśród le-

wicy. SLD wraz z Ruchem Palikota w odpowiedzi na Marsz Niepodległości zorganizowały spotkanie pod hasłem „Razem dla Europy, przeciw faszyzmowi”. Lider Sojuszu stwierdził, że wydarzenia z  11. listopada pokazują gwałtowną aktywizację ugrupowań skrajnych, nacjonalistycznych czy faszyzujących, czemu wraz z Januszem Palikotem postanowił się czynnie przeciwstawić. Wyrazem tego miał być wiec w  90. rocznicę zamachu na Gabriela Narutowicza. Jednakże, wbrew oczekiwaniom polityków lewicy, wydarzenie zgromadziło niewiele ponad dwieście osób.

Luka na prawicy Najbliższe miesiące powinny pokazać, czy, wbrew początkowym zapowiedziom, Ruch Narodowy przekształci się ze społecznej inicjatywy w zorganizowaną partię. Jest to wysoce prawdopodobne, zważywszy, że na scenie politycznej zdaje się powiększać nisza powstała na prawej flance PO. Podczas gdy Solidarnej Polsce nie udało się zostać „drugim płucem prawicy”, tak w  mediach, jak i  w  kuluarach krążą plotki o budowie nowego centroprawicowego stronnictwa przez Radosława Sikorskiego, Romana Giertycha i  Michała Kamińskiego. Także przewodniczący PSL Janusz Piechociński rozważa utworzenie wspólnego bloku z  mniejszymi ugrupowaniami o  charakterze chadeckim. Na tle tych projektów inicjatywa narodowców jawi się jako zdecydowanie bardziej radykalna programowo, ale częściowo skierowana do tego samego elektoratu – Polaków niezadowolonych z posunięć koalicji rządzącej. Krzysztof Bosak zapytany o przyszłość Ruchu podchodzi jednak ostrożnie do kwestii budowy nowego ugrupowania: Przełomowe dla polskiej polityki jest samo powstanie RN. Jeśli ruch zdoła się umocnić i będzie w stanie działać mimo braku wsparcia finansowego dużych grup interesu i mimo braku wsparcia liczącego się ośrodka medialnego, to będzie to wielki sukces. Wówczas, gdy Ruch okrzepnie, a  ludzie nabędą doświadczenia wspólnej pracy społecznej, będziemy myśleć o polityce. Na razie chcemy się trzymać od niej na pewien dystans, żeby nie popaść w partyjniactwo. 0


czym jest bitcoin /

Waluta przyszłości?

Od kiedy tylko istnieje rozwój gospodarczy, ewoluuje także środek płatniczy używany w transakcjach. Czy po wymianie bezpośredniej, złotych monetach, pieniądzu zabezpieczonym w złocie oraz fiducjarnym nadchodzi czas na waluty zabezpieczone technologią? t e k s t:

m at e u s z kowa lc z y k

ryptowalutami nazywamy formy pieniądza wirtualnego oparte na kryptografii. Powstały one, ponieważ coraz więcej ludzi ma większe zaufanie do technologii niż do państw, czyli dzisiejszych gwarantów wartości walut. Pierwszą i najpowszechniej używaną kryptowalutą jest bitcoin. Każda jego jednostka dzieli się do ósmego miejsca po przecinku. Waluta ta nie ma centralnego wydawcy, a emitować ją może każdy na własnym komputerze. Mniejszą lub większą część całości „wydobycia” uzyskać można w zależności od mocy obliczeniowej naszego procesora. Tempo emisji bitcoina spada co cztery lata o połowę. Daje to po 130 latach 21 milionów, powyżej których nie jest możliwe dalsze „dodrukowanie”. Najważniejsze jednak jest to, że nie można go stłamsić ani zamknąć tak jak dotychczasowych niezależnych walut. Nie da się również zmienić zasad jego funkcjonowania, bowiem aby to zrobić, należałoby zamknąć cały Internet. Czyni to tę walutę całkowicie niezależną od interwencji jakiegokolwiek państwa. Bitcoin jest łatwo wymienialny w  kantorach internetowych na wszystkie popularne klasyczne waluty. W  momencie pisania tego artykułu kurs wynosił około 52 BTC/PLN. Przy obecnie wyemitowanych dziesięciu milionach bitcoinów daje to rynek o łącznej wartości około 120 milionów dolarów.

z bitcoina, możemy nie tylko zagrać w pokera, zamówić usługę u  hakera czy kupić bazę danych, która wyciekła z  dużego portalu, ale także zrobić coś zupełnie legalnego, jak opłacenie noclegu w  hotelu, zamówienie sobie piwa w  berlińskim barze czy zat r ud n ien ie freelancera z  drugiego końca świata, który za atrakcyjną cenę przygotuje grafikę do naszej strony internetowej. Bitcoiny możemy przechowywać w  cyfrowym portfelu na telefonie komórkowym, płacić nimi pokazując tylko kod QR na wyświetlaczu, a większe oszczędności przechowywać w  kilku kopiach zabezpieczonych znanym tylko nam hasłem – w ten sposób są chronione przed każdym złodziejem czy klęską żywiołową.

Naprawdę wolny rynek

Gospodarka bitcoina dynamicznie rośnie, co przy ograniczonej emisji skutkuje nieustannym wzrostem wartości pieniądza w odróżnieniu od systemu monetarnego z centralnym emitentem powiązanym z państwem. Tam, na skutek ustalania stóp procentowych i manipulowania emisją pieniądza, ustala się akceptowalny poziom inflacji, który często traktowany jest jako rodzaj podatku. Czy nie wydaje się oczywiste, że skoro technologia idzie do przodu i  coraz efektywniej produkuje się mąkę, chleb, meble itp., to wszystko to powinno być coraz tańsze, a  nie coraz droższe? Emitenci walut pod pozorem stymulowania gospodarki dodrukowują pie-

K

Dzięki oferowaniu możliwości zawierania nieodwracalnych, niemożliwych do zablokowania i praktycznie darmowych transakcji, jest to rynek idealnie sprzyjający anonimowości, umożliwiający swobodne działanie szarej strefy i  tworzący absolutnie wolną, cyfrową gospodarkę bitcoina, niepodlegającą regulacji. Skutkiem tego jej głównymi częściami są teraz szary i  czarny rynek. Największym elementem tego zjawiska jest tzw. Silk Road, czyli detaliczna i anonimowa giełda, na której handluje się wszystkim, od narkotyków przez leki, sterydy, aż po nielegalne urządzenia, jak np. nowoczesne noktowizory. Jednak korzystając

Pieniądz bez inflacji

niądze dla własnej korzyści, nazywając to „luzowaniem ilościowym”, i wyciągając w  ten sposób wartość z  pieniędzy zebranych w  naszych portfelach. Waluta taka jak bitcoin uniemożliwia im takie działanie. Europejski Bank Centralny już to zauwa żył, w  opublikowanym na jego stronach obszernym raporcie na temat k r yptowa lut można przeczytać, że stanowią one rz a l problem, utrudniając zk rt S obe R . nadzór i  kontrolę instytur ys cjom centralnym. Pytanie, czy nie jest możliwe funkcjonowanie wolnego całkowicie nieregulowanego rynku? Czy naprawdę potrzebujemy banków centralnych i czy korzystne jest dla nas ponoszenie olbrzymich kosztów związanych z ich utrzymaniem? Kosztów, które ponosimy właśnie poprzez podatki i narzuconą sztucznie inflację.

Bajka czy rzeczywistość? Sto milionów dolarów to niedużo w skali światowej gospodarki. Wartość ta powstała zaledwie w  okresie ostatnich dwóch lat. Dziś Google na hasło „bitcoin” odpowiada ponad dziewięcioma milionami trafień, a  tygodniowy obrót tylko w jednym z kantorów od ponad roku nie spadł poniżej miliona dolarów. Ponad milion użytkowników czyni z bitcoina coś zdecydowanie więcej niż tylko ciekawostkę. Wiele osób narzeka na kontrolę rządów nad pieniędzmi, ale niewielu coś z tym robi. Dzięki technologii, jaką jest Bitcoin, każdy może w łatwy sposób uniezależnić swoje finanse od państwa. 0

luty 2013


/ legalizacja narkotyków?

Ekonomia wojny z narkotykami Przez ponad 40 lat polityka bezwzględnej walki z handlem narkotykami i ich spożyciem urosła do rangi jednego z dogmatów świata zachodniego. Tymczasem w listopadzie wyborcy w dwóch amerykańskich stanach zdecydowali o pełnej legalizacji marihuany. Przeciw prohibicji protestuje też coraz więcej polityków i światowej sławy ekonomistów, popierając swoje stanowisko mocnymi argumentami. t e k s t:

p i o t r p i ł at

rancji dla narkotyków? Na to pytanie coraz czękosztów w postaci konfliktów zbrojnymi z karściej jasnej odpowiedzi udzielają uznani na świetelami. cie ekonomiści. Raport zwraca też uwagę na wzrost liczby więźniów. Od 1971 roku zwiększyła się ona w Stanach Zjednoczonych ponad 4-krotnie, do Ekonomia prohibicji prawie 800 skazanych na 100  000 obywateli. Można zaryzykować stwierdzenie, że ekonomiści to od lat najliczniejsza grupa zawodoW 1994 roku wyliczono, że bezpośrednim skutwa głośno powątpiewająca kiem wojny z narkotykami był coroczny wzrost liczby w  skuteczność i  zasadność osadzonych w więzieniach delegalizacji obrotu substancjami psychoaktywAmerykanów o  milion. Specjalizujący się w  dzieTyle wynoszą roczne światowe nymi. Do przeciwników obecnej polityki można zadzinie ekonomiki zakazu koszty wojny z narkotykami liczyć m.in., obok już wyobrotu narkotykami ekomienionego Jeffreya Mironomista z  Uniwersytetu Katastrofalne skutki „wojny z narkotykami” Harvarda, Jeffery Miron, na z  Harvard University, szacuje bezpośrednie koszPo raz pierwszy terminu „wojna z narkotykaszereg ekonomistów najty prohibicji ponoszone przez wszystkie szczeble częściej kojarzonych ze szkołą austriacką, jak mi” („War on Drugs”) użył w  1971 roku preamerykańskiej administracji na 41,3 mld dolaśrodowisko amerykańskiego Instytutu Misesa, zydent USA Richard Nixon, inicjując tym sarów rocznie. czy ekonomistów chicagowskich, jak chociażmym oficjalny rządowy program rozwiązania Jednocześnie ciężko znaleźć badania, któby nobliści Milton Friedman czy Gary Becker. problemów rosnącej konsumpcji narkotyków To właśnie ten ostatni jest pionierem badań nad wśród Amerykanów i walki ze światowym hanre wskazywałyby na sukces w  redukcji wielkotzw. racjonalnymi modelami zachowań krymidlem substancjami psychoaktywnymi. Na areści handlu bądź konsumpcji narkotyków, mimo nie międzynarodowej polityka ta znalazła oparzaangażowania ogromnych sił policyjnych wenalnych. Według niego, przestępcy w racjonalcie w  uchwalonej 10 lat wcześniej Konwencji wnątrz kraju i wojskowych poza jego granicami. ny sposób kalkulują potencjalne zyski z podjęcia o Handlu Narkotykami ONZ i otworzyła droParadoksalnie, na wręcz odwrotny efekt wskanielegalnej działalności w oparciu o koszty, rogę do wprowadzenia całościowej prohibicji narzują nawet raporty przygotowywane na zlecezumiane jako prawdopodobieństwo aresztu, sukotykowej i międzynarodowej wojny z handlem nie administracji rządowej. W 1986 roku amerowość kary i dostępne legalne alternatywy zarykański think thank RAND Corporation, narkotykami. Celem takich działań miał być robku. W oparciu o to rozumowanie, związany ogólnoświatowy spadek produkw  opracowaniu na zlecenie Pentaz  Instytutem Misesa ekonomista Mark Thorngonu, stwierdził, iż zorganizowane cji i  spożycia substancji psychoton, w swojej książce The Economics of Prohibimiędzynarodowe działania zbrojne aktywnych. tion, w klarowny sposób wyjaśnia, dlaczego promające na celu zmniejszenie prze40 lat po tych wydarzeniach hibicja narkotykowa nie spełnia nie tylko swoich mytu kokainy do kraju mają niedziałająca przy ONZ Światowa podstawowych założeń, jak ograniczenie dostępwielki bądź żaden efekt na wielkość Komisja ds. Polityki Narkotykoności i konsumpcji narkotyków, ale prowadzi też wej opublikowała raport, w któTyle ofiar pochłonęła przemytu i  mogły w  rzeczywistości do wzrostu przestępczości i  bogacenia się grup rym stwierdziła kompletne fiasko wojna z narkotykami, nawet zwiększyć przychody karteli przestępczych. Thornton uważa, iż ograniczenie podaży narrealizacji tych celów. W raporcie, od początku jej trwa- i producentów twardych narkotyków. kotyków poprzez oficjalny zakaz prowadzi do w którego przygotowaniu uczestnia, w samym tylko Eksperci z  tego ośrodka wyliczyli wzrostu ich cen, co powoduje obniżenie siły naniczył m.in. były szef ONZ KofMeksyku również, że legalizacja marihuany bywczej osób już uzależnionych. Brak środków fi Annan, stwierdzono, że wojna w  samej Kalifornii, przy swobodna zaspokojenie uzależnienia zwiększa skłonność nym jej przepływie wewnątrz kraju, obniżałyby z  narkotykami poniosła klęskę, przynosząc opłado podejmowania działań przestępczych jako łaroczne dochody meksykańskich karteli narkotykane skutki dla obywateli i społeczności na całym świecie. Oprócz braku sukcesów w redukcji ilokowych z tytułu nielegalnego importu o około twego źródła zarobku. Statystyki z okresu ameści narkotyków na świecie, Komisja wskazała na rykańskiej prohibicji alkoholowej (1910-1933) 20 proc. Jak można wytłumaczyć te, na pierwszy generowane przez nią 100 mld dolarów rocznych najlepiej potwierdzają tę zależność. Choć ogólna rzut oka, kuriozalne skutki polityki zerowej tole listopadzie 2012 roku wyborcy w Kolorado i  Waszyngtonie zdecydowali o legalizacji rekreacyjnego spożycia marihuany. Oba stany dołączyły tym samym do kilku państw europejskich, jak Czechy, Portugalia czy Holandia, które w ostatnich latach wyłamały się z bloku państw toczących tzw. „wojnę z  narkotykami”. Praktyka polityczna i  nastroje społeczne coraz częściej zaczynają iść w parze z wygłaszanymi od wielu lat opiniami szerokiej rzeszy ekspertów i  ekonomistów, wyliczających ogromne koszty ekonomiczne i społeczne, jakie przyniosła ze sobą polityka narkotykowej prohibicji.

W

40 tys.

20-21

fot. Images of money CC

100 mld USD


legalizacja narkotyków? /

liczba przestępstw spadła w tym okresie o około 37 proc., to o ponad 13 proc. wzrósł wskaźnik ciężkich pogwałceń prawa powiązanych z przemocą i kradzieżą – liczba zabójstw wzrosła w  badanym okresie o  16,1 proc., a  włamań o ponad 83 proc. Powiązane było to z rozwojem przestępczości zorganizowanej, zahamowanym w 1933 roku zniesieniem prohibicji na alkohol. Wskaźnik przestępstw ponownie zaczął gwałtownie rosnąć w latach 60. W tym okresie rosła również konsumpcja narkotyków, co tłumaczyć można społecznymi skutkami wojny w Wietnamie (psychiczne urazy żołnierzy skłaniały ich do sięgnięcia po substancje odurzające). Mimo zdecydowanych działań amerykańskiej administracji od początku lat 70., liczba czynów karalnych rosła również w latach 80. i 90. i w coraz większym stopniu powodowane było to rosnącą skalą działania grup zorganizowanych zajmujących się przemytem narkotyków. Thornton w  swojej książce konkluduje, że argument prohibicjonistów, jakoby konsumpcja używek była główną przyczyną wzrostu przestępczości, jest trudny do uzasadnienia. Wręcz przeciwnie, według statystyk spadała ona w  latach nieprohibicyjnych mimo wzrostu konsumpcji środków odurzających per capita. Kolejnym niebezpiecznym efektem jest nasilenie działań siłowych w  „walce” z  miękkimi narkotykami, jak marihuana, co może prowadzić (poprzez substytucję) do zwiększenia obrotu narkotykami twardymi i coraz to nowszymi i bardziej niebezpiecznymi syntezami. Dzieje się tak na skutek zmian relatywnych cen narkotyków miękkich w  stosunku do twardych poprzez wzrost cen tych pierwszych. Thornton podaje przykład, jak w 1984 roku działania policji w  Miami praktycznie wyeliminowały podaż marihuany na skutek czego drastycznie spadły ceny kokainy, gdyż przemytnicy marihuany szybko „przebranżowili się” na handel kokainą. W  10 lat po rozpoczęciu agresywnej prohibicji w USA, cena marihuany wzrosła prawie czterokrotnie (z 0,63 do 2,5 dolara za gram), a cena kokainy spadła w  prawie takim samym stosunku (z 440 do 110 dolarów za gram). Bezpośrednim kosztem prohibicji jest również wzrost korupcji wśród funkcjonariuszy państwa, w  szczególności policjantów wydziałów narkotykowych i sędziów. Indukowany prohibicją wzrost opłacalności narkobiznesu czyni racjonalnym próby przekupienia urzędników w celu zagwarantowania bezpieczeństwa dostaw. Korupcja jest transakcją korzystną dla obu stron – dla handlarza to po prostu koszt prowadzenia udanego biznesu na czarnym rynku, a dla urzędnika, na skutek malejących kosztów alternatywnych korupcji, okazja do lukratywnego zarobku. Ze statystyk Departamentu Sprawiedliwości

USA wynika, że 75 proc. udokumentowanych przypadków korupcji w stanowych i federalnych służbach porządkowych jest bezpośrednio powiązanych z rynkiem narkotykowym.

Korzyści „pokoju narkotykowego” Wśród proponowanych, i w coraz większej liczbie krajów wdrażanych w życie, rozwiązań w dziedzinie polityki narkotykowej można wyróżnić te mniej radykalne, dążące do depenalizacji konsumpcji i  produkcji i  traktowania ich w  formie wykroczeń, czy też przyjmowanie jasno deklarowanej polityki nieegzekwowania prawa prohibicyjnego, aż po częściową lub pełną legalizację rynku narkotykowego. f ot Najczęściej wystę. Ch r is top pują jednak rozwiązahe rT ho ma nia pośrednie, przyjmujące s( C C) też równy stopień liberalizacji strony podażowej i  popytowej. Dla przykładu, przyjęte w stanach Waszyngton i Kolorado rozwiązania kończą prohibicję w  obszarze posiadania ograniczonej ilości marihuany, a po stronie podażowej wprowadzają licencjonowaną przez państwo legalną produkcję. W Europie w dziedzinie konsumpcji narkotyków najdalej poszły Czechy, dopuszczając na początku 2010 roku (pod groźbą zwykłego mandatu) posiadanie przy sobie nie tylko 15 g marihuany, ale również określonych ilości narkotyków twardych (1,5 g heroiny i 1 g kokainy). Jednak handel wszystkimi narkotykami pozostaje nielegalny, mimo że zezwolono na uprawę marihuany na własny użytek. Pionierem rozwiązań „tolerancji narkotykowej” mimo oficjalnego nielegalnego statusu używek była Holandia, w której wbrew powszechnej percepcji nigdy nie doszło nie tylko do legalizacji, ale nawet do depenalizacji używek. Holandia przyjęła (potwierdzoną licznymi wyrokami sądowymi) zasadę „tolerancji miękkich narkotyków” , według której posiadanie do 5 g miękkich narkotyków nie jest ścigane z  urzędu, tylko podlega grzywnie. Holenderski obyczaj prawny toleruje również istnienie tzw. „coffee shopów”, czyli lokali legalnie sprzedających lżejsze używki. Drogą prawnej depenalizacji substancji psychoaktywnych poszła z  kolei Portugalia. Posiadanie narkotyków pozostało wprawdzie nielegalne, ale zaczęto je traktować jako wykroczenie, podlegające grzywnie od 25 do 150 euro. Impulsem do zmiany polityki prohibicyjnej był fakt, że w  momencie przyjęcia reformy w  1999 roku, w Portugalii odnotowywano największy odsetek zachorowań na HIV w Europie. Reformą nie tylko zdepenalizowano narkotyki, ale jednocześnie podwojono wydatki na leczenie w  klinikach re-

habilitacyjnych. Według amerykańskiego Cato Institute polityka ta przynosi skutki, gdyż w przeciągu 12 lat obowiązywania obecnych przepisów zwiększyła się liczba osób w placówkach (45 proc. uzależnionych leczy się), odsetek zarażeń HIV u  narkomanów spadł o  17 proc., a  liczba zgonów spowodowanych zażywaniem heroiny spadła o połowę. Depenalizacja przyniosła też oszczędności publiczne i odciążyła sądy. Postulujący zakończenie „wojny narkotykowej” ekonomiści wskazują również na mniej zauważalne efekty wprowadzenia „pokoju narkotykowego”. Gary Becker uważa, że koszty prohibicji ponoszą również inne gospodarki świata, szczególnie żyjące w dużym stopniu z  handlu narkotykami społeczności Ameryki Łacińskiej: Legalizacja narkotyków zwiększy ilość absolwentów szkół, gdyż zredukuje możliwości nielegalnego źródła zarobków. To spowoduje, że zmniejszy się liczba młodych słabo wyedukowanych ludzi zamieszanych w przemyt narkotyków, wzrosną ich kwalifikacje i  szanse na lepiej płatną legalną pracę.

Prawo popytu i podaży Legalizację (poprzez ustanowienie państwowej produkcji i  dystrybucji) marihuany rozważa również głośno rząd Urugwaju, jako jeden z  pierwszych w  Ameryce Łacińskiej oficjalnie krytykujących amerykańską „wojnę z  narkotykami”. Zresztą w całej Ameryce termin ten jest coraz mniej popularny i  jego użycia w  oficjalnych wypowiedziach zaprzestała nawet administracja prezydenta Obamy. W  Europie warto z kolei śledzić walkę nowego burmistrza Kopenhagi, Franka Jensena, z  rządem w  sprawie legalizacji handlu używkami w  słynnej „wolnej dzielnicy” miasta, Christianii. Mimo lokalnego referendum, w którym mieszkańcy stolicy Danii wypowiedzieli się za legalizacją, rząd nie zamierza pozwolić na wprowadzenie na terenie dzielnicy przepisów legalizacyjnych, a policja kontynuuje naloty na Christianię, i to mimo wypowiedzi burmistrza, że jedynym skutkiem takiej polityki jest rozprzestrzenienie się handlu na inne rejony miasta. Obecny konflikt skomentował z  resztą zdaniem, które w najlepszy sposób podsumowuje argumenty przeciwników prohibicji narkotykowej: Jak długo istnieje popyt na jakieś dobro, tak długo znajdzie się ktoś, by go zaspokoić. 0

Nie zgadzasz się z autorem? Masz pytania? Napisz do nas! pig@magiel.waw.pl

luty 2013


/ outsourcing

Pozwólmy to zrobić lepszym W czasach, gdy ciężko znaleźć w gazetach czy na portalach internetowych pozytywne sygnały dotyczące obecnej sytuacji gospodarczej, zaskoczenie budzi fakt, jak prężnie rozwija się outsourcing, branża szerzej jeszcze w naszym kraju nieznana. Woj c i ec h K ac z m a rc z y k

nigmatycznie brzmiący termin outsourcing (ang. outside-resource -using ) oznacza korzystanie z zasobów zewnętrznych. W  praktyce jest to powierzanie przez firmy zadań z  konkretnych dziedzin innym podmiotom specjalizującym się w danej działalności. To naprawdę znany sposób na obniżenie kosztów, gdyż, jak twierdził wybitny biznesmen Henry Ford: Jeśli jest coś, czego nie potrafimy zrobić wydajniej, taniej i lepiej niż konkurenci, nie ma sensu, żebyśmy to robili i powinniśmy zatrudnić do wykonania tej pracy kogoś, kto zrobi to lepiej niż my. Takie podejście, często tańsze, a na pewno bardziej efektywne, zyskuje na popularności w czasach dekoniunktury. Dzisiejszy rynek outsourcingu podzielony jest na liczne gałęzie. Pierwszą z nich jest BPO (Business Process Outsourcing), czyli outsourcing procesów biznesowych, które zlecane są zewnętrznemu dostawcy usługi. Głównym przedmiotem tego typu outsourcingu są obsługa księgowa, płacowa, płacowo-kadrowa, IT czy call-center. Dotyczy to głównie obszarów kluczowych dla funkcjonowania firmy, które pozwalają jej działać na rynku, nie zapewniają jednak konkurencyjnej przewagi i atrakcyjności. Outsourcowanie tego rodzaju procesów pozwala na skoncentrowanie się na właściwej działalności firmy i nie zmusza do dzielenia sił i  środków wewnątrz przedsiębiorstwa. Kolejnym typem outsourcingu jest KPO (Knowledge Process Outsourcing). Polega on na pomocy, jaką zapewniają wysoko wykwalifikowani pracownicy umysłowi w  procesach decyzyjnych, a  także doradztwie z zakresu interpretacji oraz szeroko pojętej analizy rynku. To część outsourcingu powstała w dalszym etapie jego rozwoju. Dotyczy już organizacji i planowania podstawowej działalności firmy. Budziła dużo większe opory, ponieważ coraz większa część działalności zależała od zewnętrznych specjalistów. Obecnie jednak staje się to coraz popularniejsze, gdyż zleceniodawcy przekonali się, że opracowywanie ekspertyz przez zewnętrznych specjalistów jest korzystne z punktu widzenia firmy.

E

22-23

Outsourcing w Polsce Wspomniana odporność branży outsourcingowej na nieprzyjazny klimat kryzysu ekonomicznego jest imponująca. Wg badań aż 2/3 przedstawicieli branży nie odczuwa spowolnienia gospodarczego, a  większość firm ma kłopoty związane z  niedostatkiem pracowników. Problemy te nie są podyktowane nieatrakcyjnymi płacami, gdyż przeciętne miesięczne wynagrodzenie w  centrach usług BPO przekraczało w 2009 roku średnią krajową o 1000zł. Obecnie w outsourcingu pracuje ok. 100 000 osób, a liczba ta nadal rośnie. Najczęściej zatrudniani są ludzie z wykształceniem z obszaru finansów i IT. Fakt, iż śred-

Rokiem przełomowym okazał się rok 2009, kiedy to nad Wisłą ulokowały się znaczące przedsiębiorstwa międzynarodowe. Co jednak powoduje, że outsourcing zyskuje takie znaczenie akurat w Polsce? Niewątpliwym atutem jest tutaj relatywnie młode oraz lepiej niż w krajach Europy Zachodniej wykształcone społeczeństwo. Specjaliści zajmujący się branżą outsourcingu podkreślają wysoki poziom znajomości języków obcych. Dużą rolę odgrywa też niskie ryzyko inwestycyjne, zachodnia kultura prowadzenia biznesu, a także członkostwo w Unii Europejskiej. Polska jako rynek dla inwestycji offshoringowych stoi w jednym szeregu z krajami gwałtownie się rozwijającymi: Brazylią, Chinami, Indiami i Filipinami. Badania dowodzą naszej globalnej pozycji lidera. Prawie połowa centrów outsourcingowych mieszczących się w  Polsce obejmuje swoją działalnością cały świat. Udział branży IT w rynku wynosi prawie 34 proc., kolejne miejsca zajmują doradztwo, bankowość i  finanse. Głównymi zleceniodawcami są przedsiębiorstwa z  sektora FMCG, farmacji oraz finansów.

Szanse i perspektywy rys. lumaxart CC

t e k s t:

Dzięki rozdzieleniu zadań na podwykonawców z całego świata outsourcing pozwala na znaczne ograniczenie kosztów

nia wieku dla tego sektora wynosi 29 lat, a 81 proc. ogółu zatrudnionych ma wykształcenie wyższe, wskazuje na zainteresowanie zatrudnianiem studentów i absolwentów. Sam outsourcing nie jest w  Polsce nowinką, pojawił się już w  latach dziewięćdziesiątych, lecz początkowo dotyczył takich dziedzin jak utrzymanie czystości czy ochrona, nie odgrywał więc większej roli w gospodarce. Prawdziwy rozwój rozpoczął się przed niecałymi dziesięcioma laty, lecz przełom nastąpił dopiero pod koniec ubiegłej dekady.

Szybki rozwój w czasie kryzysu to z  pewnością dobra prognoza dla tej branży, zwłaszcza, że nie zanosi się na rychły koniec spowolnienia w  najbliższym czasie, a  wewnętrzny rynek BPO nadal się rozwija. Obecnie roczny wzrost tego rynku w naszym kraju osiąga, niebagatelną w czasach recesji, wartość 8-10 proc. Co więcej, wzrost przychodów istniejących firm może sięgnąć nawet jednej trzeciej. Tak optymistyczne perspektywy z  pewnością powinny wzbudzić zainteresowanie dzisiejszych studentów, którzy mogą wkroczyć na rynek pracy jeszcze przed zakończeniem niechcącego się z  nami rozstać kryzysu. Świetną okazją do poznania perspektyw kariery w  tym dynamicznym sektorze będzie Outsourcing Market Leaders Academy (www.omla.pl), mająca miejsce w drugiej połowie lutego w Szkole Głównej Handlowej. 0


podatek dla najbogatszych /

DoBelgix

Symbole nigdy nie są tylko symbolami. Przekonuje się o tym boleśnie prezydent Francji François Hollande, który próbuje przeforsować 75-procentowy podatek dochodowy dla garstki najbogatszych obywateli. t e k s t:

B a r to s z L a da

omysł drakońskiego opodatkowania najbogatszych obywateli stanowił jedno z głównych haseł Hollande’a przed wiosennymi wyborami prezydenckimi i  wtedy nie otaczało go jeszcze tyle kontrowersji. Myślano najwyraźniej, że to tylko populistyczny chwyt kandydata Partii Socjalistycznej, skierowany w dużej mierze ku nie tak marginalnym wyborcom radykalnej lewicy. Problemy rozpoczęły się wraz z faktycznymi próbami wprowadzenia projektu w życie – wielu najbogatszych Francuzów zaczęło się po prostu buntować. Nawet pomimo zapewnień, że ma to być tylko rozwiązanie doraźne.

P

Czy jest o co walczyć? Determinacja władz jest tym mniej zrozumiała, że chodzi o zaledwie 1500 osób i dodatkowe wpływy do budżetu w wysokości około 200 mln euro. Zmiana miałaby bowiem dotyczyć tylko tych podatników, których roczny dochód przekracza milion euro. Tak mocny cios wizerunkowy w zamian za zaledwie cząstkę z 10 mld deficytu i długu publicznego wynoszącego 90 proc. PKB kraju nie wydaje się być przystępną ceną. Można więc odnieść wrażenie, że prezydent wraz z rządem niepotrzebnie zabierają się za drobiazg, mogący kosztować ich utratę wizerunku i zaufania zagranicznych inwestorów, tak przecież potrzebnych w tych trudnych czasach. Szczególnie, że planowane jest także zniesienie części ulg podatkowych dla przedsiębiorstw oraz większe obciążenie zysków kapitałowych i dywidend.

Depardieu wiodący lud na barykady Nieformalnym liderem przeciwników tak drastycznego ruchu (obecnie najbogatsi Francuzi oddają fiskusowi 41 proc. dochodów) został znany aktor Gérard Depardieu. Jeszcze zanim zmiana została zatwierdzona, artysta przeprowadził się do belgijskiego miasteczka Néchin, położonego zaledwie kilkanaście minut drogi od leżącego po francuskiej stronie Lille. Miejscowość tą już wcześniej upodobało sobie wielu innych zamożnych Francuzów, jak chociażby właściciele sieci Auchan czy rodzina Mulliez, a o belgijskie obywatelstwo wystąpił najbogatszy Francuz, Bernard Arnault. Obecnie już co czwarty mieszkaniec Néchin pochodzi znad Sekwany. Jakby tego było mało, znany między innymi z roli Obeliksa Depardieu, zrzekł się francuskiego obywatelstwa, na co już kilka dni później zareagował Władimir Putin, oferując mu rosyjski paszport. Na samym początku roku prezydent Federacji Rosyjskiej spełnił swoją obietnicę i po wyrażeniu przez Depardieu chęci, podpisał odpowiedni dekret. Można to odczytać jako kolejny symbol, mający ukazać Moskwę jako wiarygodnego partnera dla zamożnych obcokrajowców. W końcu obowiązuje tam liniowy podatek dochodowy w  wysokości zaledwie 13 proc. Czerwony dywan przed francuskimi biznesmenami rozkłada także premier Wielkiej Brytanii, David Cameron.

Obecnie już co czwarty mieszkaniec belgijskiego miasteczka Néchin pochodzi znad Sekwany.

fot. kremlin.ru CC

Wóz albo przewóz

Dzięki przyjaźni z Władimirem Putinem Gerrard Depardieu otrzymał także rosyjski paszport

większym rozruchom społecznym i ochłodzenia nie najlepszych nastrojów Francuzów, które potwierdza bardzo wysokie poparcie dla radykałów z prawej i lewej strony w zeszłorocznych wyborach prezydenckich. Z  drugiej strony, gospodarka Francji wymaga gruntownych reform mających przywrócić jej konkurencyjność, a kroki zmierzające ku zwiększeniu obciążeń podatkowych dla najlepiej zarabiających osób fizycznych, przedsiębiorstw i inwestorów przynoszą zgoła odwrotne skutki. Podobnie ostro jak w przypadku Depardieu, środowiska rządowe zareagowały na decyzję stalowego potentata – ArcelorMittal – o zamknięciu dwóch hut; krytykowały też w  podobnej sytuacji koncern Peugeot. Na pewno nie tak kreuje się klimat do tworzenia miejsc pracy – jest to kwestia tym ważniejsza w  sytuacji, gdy sektor publiczny ma, z racji na ciężki do dopięcia budżet, niewielkie pole manewru.

Na aktora i jego zwolenników szybko posypały się gromy. Premier Jean-Marc Ayrault użył nawet słowa „żałosny”, a  intelektualista André Glucksmann oznajmił, że wstydzi się za niego. Padają może nieco wytarte, ale wiecznie żywe i  wciąż chyba potrzebne argumenty dotyczące solidarności społecznej oraz konieczności przeniesienia chociaż części kosztów kryzysu z  dotkniętej w  coraz większym stopniu bezrobociem klasy średniej na – pozostając we francuskich klimatach – burżuazję. Być może motywacją Hollande’a  była też chęć zapobieżenia

Czas decyzji Póki co cała sprawa utknęła w martwym punkcie – pod koniec grudnia, na wniosek opozycji, francuski Trybunał Konstytucyjny unieważnił wprowadzenie podatku. Premier Ayrault zdążył już jednak zapowiedzieć, że planuje przeformułowanie odpowiedniej ustawy tak, aby zawrzeć ją w  przyszłym projekcie budżetu. Być może jednak sytuacja gospodarcza zmusi go do zmiany zamierzeń i skupienia się na pilniejszych reformach. Po krótkiej euforii wywołanej zwycięstwem przed prezydentem i  rządem z  Partii Socjalistycznej, nadchodzi pora na trudne, niepopularne decyzje. Z  podobnymi problemami poradził sobie na początku obecnego wieku, także socjaldemokratyczny, rząd Gerharda Schrödera, który, liberalizując niemiecką gospodarkę, postawił ją z  powrotem na nogi. Tylko jak jednocześnie poprawić konkurencyjność, stworzyć miejsca pracy i zrównoważyć budżet, aby w jak najmniejszym stopniu rezygnować z  systemu świadczeń społecznych? Odpowiedzi na mnożące się pytania niełatwo jest znaleźć. Pozostaje zadać jeszcze jedno – Quo vadis, Francjo? 0

luty 2013


/ Michał Kalecki

Polak w cieniu Brytyjczyka Zapisał się na kartach historii jako znany i ceniony na całym świecie pionier i współtwórca myśli ekonomicznych. Kim był Michał Kalecki i czym zasłużył sobie na zainteresowanie Telewizji Polskiej, która 43 lata po jego śmierci postanowiła nakręcić o nim film? K a m i l o s i ec k i

ichał Kalecki (ur. 22 VI 1899r., Łódź, zm. 17 IV 1970r., Warszawa) to jeden z najwybitniejszych polskich ekonomistów. Wykładał w  Szkole Głównej Planowania i  Statystyki (dzisiejszej Szkole Głównej Handlowej) oraz pracował na tak znamienitych i  renomowanych uczelniach jak London School of Economics, Uniwersyt Cambridge czy Oksford. W  późniejszych latach był zatrudniony w Departamencie Ekonomicznym Sekretariatu ONZ, gdzie sprawował rolę zastępcy dyrektora. Był ekspertem ekonomicznym kilku rządów m.in. Izraela, Kuby, Indii czy Meksyku. W  Polsce zajmował stanowisko doradcy ekonomicznego w  Centralnym Urzędzie Planowania oraz urzędnika w  Ministerstwie Finansów, był członkiem Polskiej Akademii Nauk.

M

Niespodziewane odkrycie Swojego największego sukcesu Kalecki nie osiągnął jednak w żadnej z  wyżej wspomnianych instytucji. Po skończeniu gimnazjum w  Łodzi w  1917 r. przeniósł się do Warszawy, aby rozpocząć studia mechaniczne na Politechnice Warszawskiej. Lata 19191921 spędził w  szeregach Wojska Polskiego, a  następnie rozpoczął studia na Politechnice Gdańskiej. Jednak po 4 latach, z  powodu braku pieniędzy musiał przerwać naukę. Żeby się utrzymać, wykonywał prace dorywcze m.in. parał się publicystyką. Jego artykuły dotyczyły rynków surowcowych i  międzynarodowych stosunków gospodarczych i  właśnie nimi przyciągnął uwagę innego wybitnego ekonomisty, Edwarda Lipińskiego. Dzięki niemu dostał pracę w  Instytucie Badań Koniunktur i  Cen. Właśnie tam w 1933r. Kalecki napisał małą książeczkę pt. Próba teorii koniunktury. Właśnie ta publikacja miała się wkrótce okazać przełomowa w historii myśli ekonomicznej. Jego dzieło opisywało kwestię wpływu popytu globalnego na rozmiary i  strukturę dochodu narodowego, wskazując na decydującą rolę inwestycji. Aby nieco przybliżyć koncepcję, wyobraź-

24-25

my sobie taką sytuację: jeśli wiele osób nagle zrezygnuje z usług fryzjera, to mając pomniejszony dochód, będzie on mniej kupował w  okolicznych sklepach, te zaś zamówią mniej towarów w hurtowniach, co wpłynie ostatecznie na rozmiary produkcji. Jeśli zaś wszyscy zaczną ograniczać wydatki na usługi, to doprowadzą w  ten sposób do redukcji swych dochodów w  przyszłości. Taki jest mechanizm nakręcania spirali recesyjnej albo też mechanizm ożywiania gospodarki – nie poprzez duszenie popytu drogą zmniejszania wydatków, lecz przez zwiększanie wydatków inwestycyjnych lub konsumpcyjnych. Właśnie to, między innymi, Kalecki opisał w  swojej książce, co było przełomowym odkryciem ekonomicznym tamtejszego wieku. Jak się wkrótce miało okazać, teoria ta doprowadziła do rewolucji keynesowskiej. Tutaj każdy zadaje sobie pytanie – co z Polakiem miał wspólnego ekonomista John Keynes? Mianowicie Brytyjczyk w  1936r. wygłosił prawie te same prawdy co Polak, tylko że… po angielsku.

Wielki sukces czy wielka przegrana? Nasz świat jest niestety tak skonstruowany, że aby być słuchanym, najpierw trzeba nauczyć się mówić. Kalecki wydał swoją książkę po polsku i nawet 3 lata nie wystarczyły, aby przełomowe myśli dotarły dużo dalej niż za Bałtyk. Prawdę mówiąc, świadomość tego, że to Polak był pionierem (a przynajmniej współtwórcą) tych teorii dotarła do historyków myśli ekonomicznych  już po śmierci autora. Całe odkrycie świetnie podsumował przyszły laureat nagrody Nobla, Lawrance Klein, który w  1951r. powiedział o Polaku tak: Kalecki stworzył system, który zawiera wszystko, co ważne w systemie keynesowskim (...). Jestem przekonany, że jego teoria zatrudnienia jest równorzędna do Keynesa (...).W  pewnym sensie, teoria Kaleckiego przewyższa teorię Keynesa, gdyż jest wyraźnie dynamiczna. Uwzględnia ponadto podział dochodu oraz jego poziom, a także odróżnia decyzje inwestycyjne od ich re-

rys. Manuel García Jódar CC

t e k s t:

Michał Kalecki był jednym z największych polskich myślicieli XX wieku alizacji. Niestety, Kaleckiemu zabrakło reputacji Keynesa i zdolności do zwrócenia na siebie uwagi opinii światowej. Dlatego jego teoria pozostała mało zauważona. Ciężko się oprzeć poczuciu niesprawiedliwości. Jednak jedno jest pewne – mieliśmy w  naszym kraju wybitnego uczonego, który stworzył w  naszej teorii ekonomicznej jedną z  trzech szkół naukowych,  zainspirował i pozostawił po sobie ogromny zastęp uczniów i kontynuatorów. 0

Wydarzenie Film dokumentalny Krzysztofa Miklaszewskiego Kalecki – geniusz zapomniany będzie miał swoją premierę na terenie kampusu Szkoły Głównej Handlowej. Odbędzie się ona we wtorek 19 lutego 2013 roku o godzinie 19:00, oczywsićie w Auli VII im. Michała Kaleckiego w budynku „G”. Organizatorem premiery jest Dyskusyjny Klub Filmowy „Overground”. Będzie to pierwsza możliwość obejrzenia obrazu, jeszcze zanim zostanie on wyemitowany na antenie Telewizji Polskiej.


Homo Sovieticus /

Syndrom homo sovieticusa Homo sovieticus, czyli człowiek radziecki. Kim jest i czy w dalszym ciągu, ponad 20 lat po odzyskaniu wolności, egzystuje w polskim społeczeństwie? Drogi Czytelniku, może Ci się wydawać, że będąc urodzonym po 1989 r., ten temat Cię nie dotyczy. Czy aby jednak na pewno? K ata r z y n a w i l k

utorem omawianego pojęcia jest rosyjski socjolog i filozof, Aleksandr Zinowiew, natomiast w  Polsce termin ten został spopularyzowany przez ks. Józefa Tischnera, który opisał homo sovieticusa w  eseju o takim samym tytule. W skrócie, jest to człowiek stworzony przez poprzedni system, silnie podporządkowany władzy, ale w zamian za to oczekujący pracy, opieki socjalnej, zdrowotnej itd. Homo sovieticusa można rozpoznać poprzez obserwację pewnych cech i postaw życiowych. Przede wszystkim, jest on człowiekiem nie potrafiącym myśleć krytycznie, ubezwłasnowolnionym i  nie wykazującym inicjatyw. Nieustannie przybiera postawę roszczeniową oraz oczekuje wszystkiego od państwa. Jest często agresywny i nieufny, a nade wszystko – zniewolony intelektualnie. Winą jego wszelkich niepowodzeń są bliżej niesprecyzowani „Oni”.

A

Ewolucja Wraz z rozpoczęciem procesu rozpadu systemu komunistycznego, homo sovieticus przyłączył się do buntu pragnącego obalić stary ustrój. Nie oznacza to jednak, że w  zmienionym środowisku jego gatunek wyginął na dobre. W nowych czasach egzystuje dalej, zapadłszy na swego rodzaju chorobę sierocą. Wywalczył on pełne półki sklepowe, nie spodziewał się jednak nowych reguł gry, do których nie jest w stanie się dostosować. Po odzyskaniu wolności nie chce jej wykorzystać i w dalszym ciągu oczekuje bezwa-

runkowej opieki państwa. Można więc powiedzieć, że dokonała się swego rodzaju ewolucja. Powstaje nowy homo postsovieticus, produkt uboczny transformacji. Kwestią zasadniczą wydaje się być określenie liczebności takich jednostek, jak również ich wpływ na kondycję społeczeństwa. Jak wielu homo sovieticusów jest wśród nas i czy mogą się swoiście „rozmnażać”? Z  oczywistych względów podanie konkretnych liczb jest niemożliwe. Jest to byt abstrakcyjny, a  wyróżnia go posiadanie specyficznych cech omówionych powyżej. Analizując jednak jakość życia politycznego w Polsce, można zaryzykować tezę, że homo sovieticusów jest wystarczająco dużo, aby zapewnić przetrwanie niektórych partii politycznych, wpłynąć na niezdrowy kształt związków zawodowych itd. Przyczyną tego są nabyte przez takiego człowieka specyficzne przyzwyczajenia. Czynią one z  niego sprawny odbiornik populistycznych, a  niekiedy zupełnie fantastycznych haseł rzucanych bez opamiętania przez wszystkie opcje polityczne. Szczególnie degenerujący wpływ na społeczeństwo ma podkreślanie podziału na „Nas” i „Ich”. To właśnie „Oni” są przyczyną wszelkich niepowodzeń, niedociągnięć, wypadków i wad systemu. Innym hasłem, robiącym zawrotną karierę w  naszym kraju, jest „należy się”. Nie ma znaczenia, czy chodzi o sprawy dotyczące każdego obywatela, takie jak darmowy dostęp do opieki zdrowotnej, szkolnictwa wyższego, czy te odnoszące się do zawężonej grupy jednostek. „Należy się” działa na wyborcę jak magnes, bez głębszego zastanowienia się nad dalszymi konsekwencjami wprowadzenia w  życie wymaganych postulatów.

Nowe odmiany?

rys. Anna Grochala

t e k s t:

Niestety wydaje się, że omawiany problem dotyczy również młodych ludzi. Homo sovieticus może się w pewnym sensie rozmnażać. Człowiek jest silnie ukształtowany przez środowisko,

w którym obraca się na co dzień. Dla przykładu, wyobraźmy sobie dwoje młodych ludzi. Pierwszy z nich pochodzi z domu inteligenckiego, w którym wartością było zdobywanie wiedzy, a  jego rodzice dobrze przystosowali się do nowego rynku pracy, być może nawet uczyli go aktywnego uczestniczenia w  życiu społecznym. Drugi pochodzi z rodziny, która przegrywa wyścig w nowej wolnorynkowej gospodarce i  często słyszy od niej, że za komuny było lepiej. Te dwa skrajne przykłady pokazują, że z  dużym prawdopodobieństwem absorpcja cech typowych dla homo sovieticusa będzie przebiegać sprawniej w przypadku drugiego osobnika. Oczywiście, młody człowiek kształtowany jest również poza podstawową komórką społeczną, jaką jest rodzina. Dużą rolę odgrywa szkoła, która niestety nie uczy analitycznego myślenia, nie promuje indywidualności, a  raczej preferuje jednakowość. Często króluje w niej standaryzacja poglądów. Wreszcie, Drogi Czytelniku, często i my sami wykazujemy cechy homo sovieticusa, ulegając lenistwu i odrzucając odpowiedzialność za swoje decyzje. Bliskim dla każdego z nas przykładem może być wybór studiów. Setki młodych ludzi skazują się na bezrobocie, kończąc kierunki, które nie zapewnią im pracy i stabilnej przyszłości. Nie chcą ponosić konsekwencji swoich wyborów, raczej wysuwają roszczenia i hasła „należy się”.

Co dalej? Aby zahamować to niekorzystne zjawisko, niezbędne są zmiany w mentalności społeczeństwa. Podstawowym problemem pozostaje fakt, że ludzie nie rozumieją pojęcia wolności. Wolność to nie możliwość robienia wszystkiego, na co ma się ochotę. Wolność to możliwość robienia tego, co robić należy. Na początek warto przyjrzeć się sobie – bo każdy z nas może cierpieć na „syndrom homo sovieticusa”… 0

Masz pytanie do autora? A może chcesz napisać swój tekst? Zapraszamy! pig@magiel.waw.pl luty 2013


kultura / Czy 8 Hobbitów to jeden Hobbajt?

Trochę

Kultury

Polecamy: 29 TEATR Sprawa Makropulos

Opera Narodowa we współpracy z Salzburger Festspiele

32 FILM Odyseja filmowa 2012 Kinowe wzloty i upadki minionego roku 36 MUZYKA Dualność

fot. Maria Toczyńska

Wywiad z Grabkiem

Ogarnijmy się! M a rc i n B ato r ożemy być z siebie dumni. Przez ponad sto lat nasz naród był rozbity pomiędzy trzema zaborcami, którzy z wyjątkową zaciekłością starali się wyplenić resztki polskości. Potem, wzięci w kleszcze dwóch mocarstw, wywalczyliśmy, by biało-czerwona flaga mogła dumnie powiewać nad naszymi głowami. Sielanka nie trwała jednak długo, po chwili tonęliśmy już w otchłani czerwonej fali, przeistaczającej wschód starego kontynentu w jednorodną szarą masę. A jednak udało się! Przetrwaliśmy! Zwyciężyliśmy! My, Polacy! Jak to wzniośle brzmi, prawda? Szkoda, że szastając ignorancją, zaprzepaszczamy dziedzictwo pozostawione nam przez poprzednie pokolenia. Każdego roku w listopadzie ulice Warszawy spowijane są przez opary gazu pieprzowego, a miejsce dwubarwnych sztandarów zajmują przelatujące nad zaciśniętymi pięściami kamienie. To chyba ewenement na skalę europejską, o ile nie światową, że w wolnym kraju w dniu Święta Niepodległości rodzic nie może zabrać swojego dziecka na uroczystości państwowe w obawie przed tym, że zostaną pobici przez zamaskowanego bandytę. Trudno jednak oczekiwać od obywateli poszanowania wartości narodowych, kiedy politycy w trakcie słownych potyczek obrzucają się inwektywami. Szanując na-

M

Szastając ignorancją, zaprzepaszczamy dziedzictwo pozostawione nam przez poprzednie pokolenia

wet bardzo radykalne poglądy światopoglądowe trudno zaakceptować fakt, że słowa „zdrajca” i „morderca”, niosące za sobą tak dramatyczny przecież przekaz, na stałe zagościły już w obrazie debaty politycznej. W gruncie rzeczy należy chyba mówić nie o debacie, a o pozbawionej wszelkiego poziomu pyskówce, w której przytaczane argumenty mają niewiele wspólnego ze zdrowym rozsądkiem. Czas wreszcie zrozumieć, że aprobując taki stan rzeczy, sami siebie pogrążamy. Potrafiliśmy stanąć w szeregu przeciw czołgom, aby bronić wspólnej tożsamości. Drzemie w nas niepohamowana siła, którą razem możemy wydobyć. Dbajmy więc o tradycję i spuściznę kulturową, ponieważ, choć zabrzmi to górnolotnie, to one właśnie nas kształtują. Nie niszczmy ich pospolitym malkontenctwem i obojętnością, bo w najlepszym wypadku zamienimy się w rzeszę modnych ostatnio lemingów, którzy poza spłatą kolejnej raty kredytu hipotecznego nie dostrzegają w swojej egzystencji większego sensu. Natomiast jeśli nasze dzieci wciąż będziemy wychowywać w atmosferze bitwy miedzy „Polakami” a „zdrajcami”, jeśli nie pokażemy im, że stanowimy jedność, możemy być pewni, że czeka nas najstraszliwsza z wojen. Wojna nienawiści, w której nie zostanie wystrzelony ani jeden pocisk, ale w której nie będzie już komu bronić narodu. 0

maj - czerwiec luty 2013 2010


RIHUWDRERZLรฃ]XMHZRNUHVLHLQDZDUXQNDFKRNUHฤณORQ\FKQDZZZWIOVFRPSO

56 ]ฤŸ

+drugi kurs Gratis! *

9 9 5]DVHPHVWU

* * . z d o 78 g

XO+Rล‘D

&HQWUXP(J]DPLQDF\MQH

22 622 20 58 22 622 20 59 22 622 24 75

JRG] JRG]NXUVXQLHRERZLฤ…]NRZ\FKEH]SรกDWQ\FKNRQZHUVDFML]MฤŠ]DQJLHOVNLHJR QDZDUXQNDFKRNUHฤžORQ\FKZRIHUFLHGRVWฤŠSQHMQDZZZWIOVFRPSO

.856<-รถ=<.2:(


zapowiedź opery Janácka / Nie płacz, kiedy odjadę.

Sprawa Makropulos - zapowiedź

Fot. Walter Mair;Zdjęcie z festiwalu w Salzburgu

Już 17 lutego premiera Sprawy Makropulos, opery autorstwa Leoša Janácka. Czy spektakl Teatru Wielkiego – Opery Narodowej (w koprodukcji z Salzburger Festspiele) dosięgnie poprzeczki ustanowionej w Salzburgu?

T E K S T:

A R L E TA P I Ł AT

est kilka rzeczy, w których Czesi są od nas lepsi. Jak słusznie zauważyła przyszła prawniczka, Ewa Farna, jedną z nich jest stan tamtejszych dróg. Trudno też nie wspomnieć o ich dokonaniach sportowych. Petra Kvitova nie tylko wystąpiła w finale Wimbledonu, ale go wygrała. Później polscy piłkarze przegrali z Czechami mecz decydujący o awansie z grupy w czasie Euro. A w czasie Igrzysk w Londynie Czesi zdobyli 2 razy więcej złotych medali, mimo iż ich kadra była o 1/3 mniej liczna od naszej. Niestety melomani doskonale zdają sobie sprawę, że również w kwestii opery zostajemy w tyle. Czesi mają bowiem m.in. Janáčka, którego kilka dzieł trafiło do stałego repertuaru operowego. Jedno z nich – opera Sprawa Makropulos zagości w lutym w Operze Narodowym. Będzie to inscenizacja Christopha Marthalera, powstała w koprodukcji z festiwalem w Salzburgu. Wystawiona w 2011 roku w Szwajcarii zebrała bardzo dobre opinie zarówno wśród krytyków, jak i publiczności. Janáček w swojej operze, opartej na sztuce Karela Čapka, dotyka problemu wiecznej młodości. Swego czasu Woody Allen stwierdził, że nie chce zdobyć nieśmiertelności dzięki swoim dziełom. Chce po prostu nigdy nie umrzeć. Najwyraźniej nigdy nie obejrzał on Sprawy Makropulos, która dostarcza przekonujących argumentów, dlaczego ludzie nie powinni jednak żyć wiecznie. Przede wszystkim, życie nieuchronnie zaczyna przypominać operę mydlaną. Z czasem trudno odnaleźć się w gąszczu powiązań rodzinnych, co dodatkowo komplikuje sprawy spadkowe. I tak stało się właśnie w przypadku bohaterów opery Janáčka. Tutaj spór toczy

J

się od blisko stu lat między rodzinami Prusów i Gregorów. Józef Ferdynand Prus miał ze śpiewaczką Ellian MacGregor nieślubnego syn – Ferdynanda, który stał się protoplasta rodu Gregorów. Gregorowie nie posiadają jednak wystarczających dowodów na potwierdzenie tego faktu przed sądem. Niespodziewaną rolę w całej sprawie odegra primadonna Emilia Marty, ciesząca się niemałym powodzeniem wśród płci przeciwnej. Emilia nie

Jest kilka rzeczy, w których Czesi są od nas lepsi. (...) Jedną z nich jest stan tamtejszych dróg. Niestety melomani doskonale zdają sobie sprawę, że również w kwestii narodowej zostajemy w tyle. tylko wykazuje duże zainteresowanie toczącą się sprawą spadkową, ale również podejrzanie dobrze orientuje się w jej niuansach. Czyżby Emilię łączyło z Ellianą coś więcej niż inicjały i wykonywany zawód? Kluczem do rozwiązania zagadki okaże się stary grecki dokument zawierający przepis na tajemną miksturę… Sprawa koligacji rodzinnych w operze jest tak zagmatwana, że samo czytanie synopsisu może przyprawić o ból głowy. Tym większe uznanie dla Janáčka, który potrafił przedstawić całą historię w sposób nie tylko zrozumiały, ale i atrakcyjny dla widza. Udało mu się

Sprawa Makropulos Reż. Christoph Marthaler D y r. G e rd S c h a l l e r Te a t r W i e l k i – O p e r a N a r o d o w a Koprodukcja: Salzburger Festspiele S p e k t a k l e : 17, 19 , 2 1 , 2 3 lu t e g o

przy tym w dużej mierze zachować bogate dialogi charakteryzujące sztukę Čapka. Poza walorami dramatycznymi i muzycznymi opery, warszawskie przedstawienie warto zobaczyć również ze względu na reżyserię Marthalera. W Salzburgu jego wizję dopełniła dobrze dobrana obsada i Filharmonicy Wiedeńscy. Czy spektakl w Operze Narodowej pokona tak wysoko ustawioną poprzeczkę? Przekonamy się o tym już 17. lutego! 0

luty 2013


/ recenzje / repertuar luty

Repertuar

warszawskich teatrów:

Nie taka gwiazda idealna, jak ją malują

Luty 2013

Zapowiadana na krótko wizyta przeradza się w dłuższy pobyt, podczas którego następuje konfrontacja między prawdziwą i sceniczną osobowością aktorki. Kobieta również poza szklanym ekranem ma potrzebę kon-

TEATR ATENEUM

przyjaźnie nastawieni do niej ludzie, tak jak goszcząca

Siła przyzwyczajenia

ją Elisabeth.

Kolacja dla głupca

Merylin Mongoł Kabaretto

Recital Mistrzowski – W. Kłosiewicz

Muzyka dla Króla

ocena:

WARSZAWSKA OPERA KAMERALNA

Zarówno Magdalena Zawadzka (Bette), jak i Anna Gornostaj (Elisabeth) spisały się doskonale w swoich rolach, nierzadko wywołując wśród widzów salwy śmiechu. Niestety, nie w pełni wykorzystano oryginalfot. materiały teatru

La Boheme

trolowania sytuacji, nawet jeśli of iarami jej działań są Ja, Feuerbach

xxxxz

Sceny niemalże małżeńskie

gospodynię wszystkich pozostałych ról w spektaklu – m.in. swego syna, przyjaciółki czy męża. Reżyser Cezary Morawski postanowił sam odegrać role męskie, nie występując jednak osobiście na scenie – w zamian oglą-

Gwiazda i ja

TEATR NARODOWY

ną koncepcję spektaklu, zakładającą odgrywanie przez

damy nagrane wcześniej projekcje wideo. Zabieg ten

Reż. Cezary Morawski Te a t r C a p i t o l

wywołuje efekt przeciwny do zamierzonego – sceny, w których „bierze udział” Morawski, rażą sztucznością,

Tartuffe

Pożegnania

Tango

Sprawa

Kobieta z zapałkami

W mrocznym mrocznym domu

Gwiazda i ja to komedia ośmieszająca nasze bezgra-

Pomimo tego dość nieprzemyślanego konceptu,

niczne uwielbienie do gwiazd srebrnego ekranu. Jedna

spektakl wywołuje przyjemne odczucia. Jeśli szuka-

Dozorca

z nich, Bette Davies, zatrzymuje się na „dzień lub dwa”

cie lekkiej, ale też skłaniającej do rozmyślań komedii,

Bezimienne dzieło

u niedawno poznanej Amerykanki, Elisabeth Fuller. Go-

Gwiazda i ja jest odpowiednim wyborem.

spodyni jest zafascynowana swoim sławnym gościem.

DOMINIKA MAKAREWICZ

Śluby panieńskie Lekkomyślna siostra Taniec Delhi

TEATR NA WOLI Iluzje

Koziołek Matołek

Kamasutra

Madame

zamiast uatrakcyjniać komedię.

Bliski Daleki Wschód została okrzyknięta spektaklem bliskim idealnemu. To dzięki Madame Butterfly Mariusz Treliński zdobył mię-

TR WARSZAWA Anioły w Ameryce

dzynarodową sławę, a jego dzieło zagościło na scenach m.in. Washington Opera czy Teatru Maryjskiego.

Portret Doriana Graya

Opera jest historią nastoletniej japońskiej gejszy zmuszonej poślubić starszego od siebie Amerykanina. Cio-Cio-San zakochuje się w mężu, dla którego jednak

TEATR DRAMATYCZNY Złoty smok

Szczęśliwe dni

W imię Jakuba S.

Chciałbyś pisać o teatrze? A może podzielić się komentarzem? Zapraszamy do kontaktu: teatr@magiel.waw.pl

cza Japonię. Przez następne trzy lata Butterfly czeka na swojego małżonka, który niespodziewanie pojawia się w Japonii i rozbudza nadzieje dziewczyny na miłość. Tym razem jednak towarzyszy mu nowa żona – Amerykanka. fot. materiały teatru

Rekonstruktor

młoda żona jest jedynie rozrywką i który szybko opusz-

xxxxz

Persona. Marilyn

ocena:

Operetka

Madame Butterfly R e ż . M a r i us z Tr e l i ń s k i D y r yg e n t : Ta d e us z K o z ł o w s k i Te a t r W i e l k i – O p e r a N a r o d o w a

Treliński postarał się, by była dziełem ponadczasowym oraz ponadkulturowym – historia Cio-Cio-San mogłaby wydarzyć się w każdym miejscu na świecie. W operze wszystkie elementy współgrają ze sobą, poczynając od libretta, poprzez muzykę, aż do doskonałej scenografii Borisa Kudlicki.

Madame Butterfly jest spektaklem bardzo dobrym, momentami ocierającym się o doskonałość. Koniec II aktu

Rzadko kiedy zdarza się, by w operze sceny nieme

zapiera dech w piersiach widzów, a krzyk Pinkertona

robiły na publiczności wrażenie większe niż śpiewane.

– Butterfly! w ostatniej scenie opery jeszcze długie se-

Chyba właśnie temu zjawisku swoją wyjątkowość za-

kundy rozbrzmiewa w Sali Moniuszki, by następnie osiąść

wdzięcza Madame Butterfly. Premiera opery miała miejsce w 1999 roku i od razu

30-31

Pomimo upływu lat i pozornie banalnej fabuły, opera nie rozczarowuje i wciąż wywiera spore wrażenie.

w głowach słuchaczy.

JAKUB TORENC


recenzje / repertuar luty /

Repertuar

Miłość w czasach PRL

warszawskich teatrów: Luty 2013

Książkę Antoniego Libery, będącą inspiracją dla twórców spektaklu, czyta się niemalże jednym tchem. Po cichu liczyłam więc, że wystawiana w Teatrze na Woli sztuka Madame pozwoli powrócić wrażeniom to-

TEATR WIELKI-OPERA NARODOWA

warzyszącym lekturze. Choć pierwsze minuty sprawi-

Opowieści biblijne

tylko lepiej.

Miłość i lęk

w humanizmie i romantycznych ideach (Waldemar Barwiński). Głębokim uczuciem obdarza on tajemniczą panią dyrektor, nazwaną przez brać uczniowską Madame sesją, nieosiągalnym celem, który mimo wszystko usilnie stara się osiągnąć. Jednak dla twórców spektaklu jest to tylko pretekst do pokazania przeżyć młodego człowieka, pełnego złudnych nadziei i zbyt wrażliwego, aby w pełni wkroczyć w dorosłe życie. Buntuje się on przeciwko przygnębiającej rzeczywistości, która go otacza i stąd właśnie bierze się jego fascynacja nieprzeciętną kobietą. Mimo powagi poruszanych tematów, Jakub Krofta stworzył spektakl lekki i pełen dobrego humoru.

ocena:

(Aleksandra Bożek). Kobieta staje się dla chłopca ob-

Sprawa Makropolus

TEATR POWSZECHNY fot. materiały teatru

Fabuła skupia się wokół perypetii ucznia dwujęzycznego warszawskiego liceum, który rozkochał się

x x x yz

ły zawód niewybrednym humorem, to później było już

Madame Reż. Jakub Kof ta Te a t r n a Wo l i Spektakle: 21, 22, 23 lutego

Nieskończona historia

Oskar i Ruth

Faza delta

Dzień Walentego

Sebastian X

Lokomotywa

MP 4

Kieszonkowy atlas kobiet

Zbrodnia i kara

Rewolucja Balonowa

TEATR CAPITOL Szwedzki stół

KLIMAKTERIUM ...i już

Gwiazda i ja

Klub mężusiów

Własność znana jako Judy Garland

Dwie połówki pomarańczy

Goło i wesoło

Bożyszcze kobiet

Rewelacyjny Waldemar Barwiński w roli głównego bohatera oczarowuje publiczność i wydaje się, że naprawdę jest dziewiętnastoletnim, aspirującym dandysem.

TEATR SYRENA

Całości dopełniają dobrze przemyślane kreacje drugo-

Królowa śniegu

Klub Hipochondryków

planowe, których gra pokazuje rzeczywistość PRL-u

Boski romans

Hallo Szpicbródka

w krzywym zwierciadle. Codzienna rozmowa pasa-

Kot w butach

Pajęcza sieć

żerów komunikacji miejskiej czy dyskusja głównego

Trener Życia

Zamach na MoCarta

bohatera z pracowniczką dziekanatu nosi znamiona groteski i jednocześnie oddziałuje na emocje widzów

TEATR STUDIO

– każdy, nawet jeśli nie pamięta czasów Polski Ludowej, ma do czynienia z absurdami codziennego życia. O kunszcie twórców Madame świadczy również stworzenie atmosfery erotyzmu bez epatowania nagością

Anna Karenina

Józef i Maria

Goła baba

Sąd Ostateczny

UFO, Kontakt

Zaklęte rewiry

czy wulgaryzmami, co ostatnio spotyka się coraz rzadziej. Po wyjściu z teatru widz doświadcza przyjemnego stanu odprężenia i uczucia beztroski. Paradoksalnie, reżyserowi udało się stworzyć sztukę traktującą

Teatr Powszechny

o sprawach poważnych w lekki i niezobowiązujący sposób. Wybierając się na Madame , warto więc pamiętać, że teatr to nie tylko kilkugodzinne spektakle podczas których twórcy chcą wywołać u widza burzę emocji. Nawet sztuka wyższa zasługuje czasami na odrobinę popkultury.

DOMINIKA BASAJ

zaprasza studentów! Bilety na spektakle we wtorki i środy można rezerwować w specjalnej cenie 25 zł.

luty 2013


/ odyseja filmowa 2012 Chciałabym, żeby to była ostatnia niedziela

Odyseja filmowa 2012 Jeśli jest luty, to czas na hipsterskie, filmowe podsumowanie minionego roku. Hipsterskie nie dlatego, że znajdują się w nim undergroundowe filipińskie dramaty inicjacyjne, tylko dlatego, że pisane jest nawet nie przed, ale już po tym, kiedy takie podsumowania były modne. B A R T E K B A R TO S I K

DEBIUT

AKTOR/AKTORKA

T E K S T:

Wśród panów bezkonkurencyjny oka-

niej w pamięci zapadła Tilda Swinton, któ-

zał się Michael Fassbender, który w tym

ra rok otworzyła niezwykłą, emocjonal-

roku próbował (bez skutku) dźwigać ca-

ną rolą w Musimy porozmawiać o Kevinie,

łego Prometeusza, gdzie grał androida,

a zakończyła udziałem w najlepszym fil-

który, paradoksalnie, był najbardziej ludz-

mie roku – Moonrise Kingdom. Jest ży-

ki spośród całej plastikowej załogi. W bez-

wym dowodem na to, że seksualność to

pośrednim pojedynku z Ryanem Goslin-

w zawodzie aktora jedynie dodatek, który

giem, Fassbender zdaje się wysuwać na

może pomóc, ale nie powinien być funda-

delikatne prowadzenie. Wśród pań najsil-

mentem kariery.

Nie obrodziło w tym roku w głośne de-

NRD. To doskonały film o sprzeciwie i pasji

biuty, ale kilka z nich z pewnością wartych

do deskorolki, na której z łatwością moż-

jest zapamiętania. Na trzecim miejscu

na było przeskoczyć mur berliński. Bez-

próba zmierzenia się z legendą Jima Jar-

dyskusyjnie najlepszym debiutem 2012

muscha. Robert Mitchum nie żyje to w du-

roku okazały się być Bestie z południowych

żym stopniu udane antykino drogi, gdzie

krain, będące w istocie trzema filmami

bohaterowie przegrani są już na star-

w jednym, dodatkowo wymieszanymi

cie i tak naprawdę nie mają sensu w ży-

w doskonałych proporcjach. Po pierwsze,

ciu. Podróż, w przeciwieństwie do roman-

Bestie... to smutny obrazek słodkiej Hu-

tycznego ujęcia amerykańskiego, nie ma

shpuppy żyjącej w dysfunkcyjnej rodzi-

im w niczym pomóc. Po prostu się przy-

nie. Po drugie to niezbyt nachalne kino

darzyła. Kolejnym przykuwającym uwa-

katastroficzne. Po trzecie wszystko to

gę debiutem jest fenomenalny dokument

doprawione zostało wielką garścią reali-

To nie Kalifornia prezentowany w ramach

zmu magicznego. Film kompletny, który

tegorocznego Warszawskiego Festiwa-

uwodzi subtelną narracją, poczuciem hu-

lu Filmowego. Film opowiada o narodzi-

moru i pewnym nieśmiałym optymizmem

nach skateboardingu w szarych realiach

przebijającym się przez beznadzieję.

ROZCZAROWANIE

W zeszłym roku rozczarowań było za-

32-33

skrawie

przerysowanymi

postaciami.

skakująco niewiele. Gdy jakiś f ilm wy-

Nawet stuprocentowo gwiazdorska ob-

kazywał potencjał, w większości przy-

sada i jej niezłe aktorstwo nie sprawi-

padków wykorzystywał go, gdy jednak

ły, by Rzeź awansowała z przeciętnego

f ilmy zawodziły, to przeważnie zawodzili

na f ilm niezły. Największym rozczaro-

też mistrzowie, którzy za nimi stali. Jed-

waniem, bo prawdopodobnie związane

nym z największych rozczarowań roku

z nim były największe oczekiwania, oka-

były Mroczne Cienie Tima Burtona, które,

zał się Prometeusz Ridley’a Scotta. Zało-

zamiast na szaloną przejażdżkę kolejką

ga statku pod tytułową nazwą wyrusza,

górską, zabierały widza raczej na karu-

by odnaleźć początki ludzkości. Znajduje

zelę z plastikowymi konikami. Film kon-

jednak coś, co może być jej końcem. Film,

tynuuje ideę trzymania dzikiej wyobraźni

który nawet jeśli nie miał być stuprocen-

na wodzy, jak to miało miejsce w przy-

towym prequelem Obcego, odbierany był

padku Alicji w krainie czarów. Drugim mi-

jako jego duchowy następca - Scott tym-

strzem, który w 2012 roku „ popsuł się”,

czasem zaserwował widzom doskonałe

był Roman Polański, którego Rzeź okazała

technicznie, słabe klimatycznie i nielo-

się być nieskomplikowanym teatrem te-

giczne widowisko, które do legendy Ob-

lewizji z niezłymi dialogami, ale i przy-

cego ma się jak Dirty Dancing do Wirują-

krą psychologiczną płycizną i zbyt ja-

cego Seksu. Czyli nijak.


FILM ROKU

GUILTY PLEASURE

odyseja filmowa 2012 /

Najprzyjemniejsza z kategorii, choć

z których żadnego nie powinno oglądać

w tym roku nie obrodziło we wspaniale

się po odejściu od wigilijnego stołu – są

nieambitne filmy, a przynajmniej niewie-

to Niezniszczalni 2 i Pirania 3DD. W pierw-

le z nich przebiło się do głównego nurtu.

szym z tych hołdów dla starego, dobrego,

Na najniższym stopniu podium uplasował

grindhouse’owego kina, stężenie trupa na

się Artysta, który choć był tylko banalną

minutę i testosteronu na kilogram hero-

opowiastką, był równocześnie filmem lek-

sa przekracza wszystkie dopuszczalne

kim, bardzo zabawnym, urokliwym, a tak-

normy, a całość pokazano z gigantycznym

że oryginalnym, bo pokazuje, że formuła

przymrużeniem oka i tonami autoironii.

filmu niemego wbrew pozorom nie wyczer-

W drugim zaś inwazja krwiożerczych,

pała się. Drugie miejsce zajmują Muppe-

zmutowanych piranii na park wodny za-

ty, które triumfalnie przypomniały o so-

mienia studenckie święto w krwawą walkę

bie nieco starszej widowni, a efektownie

o przeżycie. Jako dodatkową rekomenda-

przedstawiły się młodszej. Prawda jednak

cję warto napomknąć, że w Piranii gra Da-

jest taka, że podczas seansu każdy na sali

vid Hasselhoff, a 3DD bynajmniej nie ozna-

miał 8 lat. Tytuł The Guiltiest Pleasure roku

cza żadnej futurystycznej technologii,

2012 należy się ex aequo dwóm filmom,

a rozmiar staników bohaterek.

W 2012 roku najwięcej emocji wzbu-

a także najgorszego tłumaczenia tego roku,

dzało delikatne, bardzo uczuciowe i sub-

należy się najnowszemu dziecku Wesa An-

telne kino. Miejsce trzecie zajmują niesły-

dersona – Moonrise Kingdom (Kochankowie

chanie optymistyczni Nietykalni Oliviera

z księżyca). Słowo „dziecko” zostało uży-

Nakache i Erica Toledano. Nietykalni to bar-

te nieprzypadkowo, bowiem oglądając ten

dzo pozytywna, zabawna, ale i wzruszają-

film widać, ile Anderson włożył w niego pa-

ca opowieść o nietypowej przyjaźni spa-

sji i miłości. Każda scena jest nietypowa,

raliżowanego milionera i opiekującego się

często formalnie przewrotna, chciałoby

nim czarnego imigranta, która szturmem

się powiedzieć że „fikuśna”, jak wspomnia-

zdobyła nie tylko szczyty box office’u,

ne dziecko. Fabuła nie jest skomplikowana

ale i wdarła się na filmwebowe podium fil-

– lata 60. XX w., para nastolatków ucieka

mów wszechczasów. Drugie miejsce przy-

z domu, a dorośli organizują poszukiwa-

pada filmowi nastrojowo mieszczącemu

nia zakochanych – naprawdę nie trzeba

się na przeciwnym biegunie. Miłość Micha-

zaskakujących zwrotów akcji czy otocz-

ela Hanekego jest dziełem przygnębiają-

ki psychologicznej, by stworzyć doskonały

cym, choć w pewien hipnotyzujący spo-

film. Kochankowie... w sferze emocji odwo-

sób pięknym. Skazana na przegraną walka

łują się do takich dzieł jak Duża ryba czy In-

starszego mężczyzny z postępującą cho-

terstate 60. Łączy go z nimi również pew-

robą ukochanej żony została perfekcyjnie

na cudowna naiwność, lekka nierealność

sportretowana przez mistrza, emocjonal-

i fakt, że zarówno w trakcie, jak i po sean-

nego odpowiednika rozjechania walcem, Mi-

sie nie można z twarzy zmazać gigantycz-

chaela Hanekego, autora takich sielskich

nego uśmiechu. Warto napomknąć również

obrazków jak Funny Games czy Video Ben-

o genialnej obsadzie z Brucem Willisem i Bil-

ny’ego. Tytuł najlepszego filmu A.D. 2012,

lem Murray’em na czele.

W tej kategorii top 3 mógł być tylko jeden, wątpliwa jest tylko

tego filmu nie jest dobra gra aktorska, ciekawy scenariusz i na-

kolejność tytułów na podium. W ciemności, Róża i Pokłosie abso-

pięcie towarzyszące widzowi, ale spór o to, czy twoja prawda

lutnie zamiotły konkurencję pod dywan. Dzieło Agnieszki Holland

jest mojsza od mojej, bo moja jest najmojsza i o ostracyzm wobec

ląduje na miejscu trzecim, bo choć jako całość oraz jako przejmu-

wszystkich twórców, z Maciejem Stuhrem na czele. Najlepszym

jąca historia lwowskiego cwaniaczka z narażeniem życia poma-

polskim filmem ubiegłego roku była Róża Wojciecha Smarzow-

gającego podczas wojny grupce Żydów prezentowała się dosko-

skiego, reżysera, którego każdy film urasta do rangi wydarze-

nale, to brakowało jej czegoś, co charakteryzuje dwa pozostałe

nia. Gdyby polskie kino współczesne miało wystawić swój okręt

wyróżnione filmy. Czyli pewnej autentyczności, „brudu”, a nawet

flagowy, byłyby to skrajnie depresyjne, mroczne i brutalne filmy

upodlenia ludzi zmuszonych do krycia się w kanałach. Takiego

Smarzowskiego, który w każdej kolejnej produkcji obnaża to, co

upodlenia aż w nadmiarze mają Róża i Pokłosie. Drugi z tych fil-

w ludziach jako jednostkach, ale także i w nas, Polakach, jest naj-

mów, który wyszedł spod ręki mistrza polsko-amerykańskiego

gorsze. U Smarzowskiegwo trudno jest znaleźć uśmiech, peł-

kina, Władysława Pasikowskiego, traktuje o całej palecie złych

no jest za to cynizmu. Róża to historia trudnej relacji żołnierza

emocji i uczynków między mieszkańcami zapadłej polskiej wsi

i wdowy po niemieckim wojskowym rozgrywająca się na polskiej

na tle mordu w Jedwabnem. Jako film gatunkowy z pogranicza

wsi świeżo po formalnym zakończeniu wojny. W Róży wszyscy

kryminału i thrillera jest kolejnym przykładem na kunszt twór-

zostali przez wojnę bardzo pokryci brudem, którego nie da się

cy Psów. Jednak tym, o czym mówiło się najwięcej w kontekście

zmyć, a który rzuca się w oczy w pierwszej kolejności.

POLSKA

luty 2013


/ film o katastrofie smoleńskiej

Krauze o katastrofie smoleńskiej - A jak pan odpowiada na pytanie, czy to był zamach? – pytają bracia Karnowscy. – Odpowiadam wprost, że to był zamach („Uważam Rze”, nr 47). Są to słowa, które mnie zaskakują i niepokoją. A wypowiedział je uznany reżyser, twórca znakomitego Czarnego czwartku – Antoni Krauze, który obecnie planuje nakręcenie filmu o katastrofie smoleńskiej. T ekst:

S ebastian M akaruk

ILUSTRACJA :

J U L I A G O L AC H OW S K A

ilm rozpocznie się charakterystycznym wyciem syren z miejsca katastrofy i samą chwilą tragedii, prawdopodobnie pokazaną od wewnątrz samolotu. Dotyczyć jednak będzie w dużej mierze również tego, co działo się w Polsce od 2005 roku. Główną bohaterką będzie dziennikarka Ewa, która intensywnie angażuje się w wyjaśnienie przyczyn katastrofz, ale bardzo szybko – w związku z naciskami – zostaje wysłana przez redaktora naczelnego swojego pisma do Stanów Zjednoczonych. Jednak uciszanie finalnie zda się na nic – pani redaktor wróci do Polski w okresie rozgrywanych Mistrzostw Europy i nadal będzie drążyć czuły i stale wywołujący kontrowersje temat katastrofy prezydenckiego samolotu. Dziennikarka rozpocznie też pracę nad filmem o świętej pamięci prezydencie. Na początku wcale nie będzie zagłębiała się w samą katastrofę. Z czasem, dostrzegając masę błędów, które nawiedziły dwutorowe śledztwo, dziennikarka zacznie zanurzać swój umysł i swoje życie w tajemnicy rozbicia się samolotu. Być może będzie musiała okupić to swoim życiem prywatnym, zerwaniem z otoczeniem, a nawet rozłąką z najbliższymi. Scenarzysta zapewnia, że bohaterowie będą zróżnicowani. Jednym z nich ma być mężczyzna wzorowany na Rosie z Ukrytego Wildsteina – człowiek, który po pamiętnym 10. kwietnia zmieni salonową ścieżkę na tę „trudną i stromą”.

F

Zderzenie obrazu z rzeczywistością Wywiad braci Karnowskich z Antonim Krauze w 47. numerze tygodnika „Uważam Rze” dał mi dużo do myślenia. Przypomniał o wielu zaniedbaniach i błędach naszej władzy w sprawie katastrofy prezydenckiego samolotu. Przypomniał o wraku. Przypomniał o rzekomo pijanym generale Błasiku szturmującym kabinę pilotów, o dziwnie wybrakowanych rosyjskich stenogramach (choć niektórzy – o dziwo – nadal uparcie podpierają się wersją MAK). Chwilę później pojawiło się pytanie o sens powstania tego filmu. Jeżeli miałby on wypunktować elementy „przemysłu pogardy” – znakomicie. Taki obraz otworzyłby wielu osobom oczy, zwłaszcza tym, które jeszcze kilka lat temu kompletnie nie przywiązywały do spraw politycznych

34-35

żadnej wagi, a dziś chętnie komentują i dyskutują. Jeżeli całość przedstawiłaby obecny podział społeczeństwa polskiego wskutek katastrofy i tak, a nie inaczej prowadzonego śledztwa – zdecydowanie poparłbym inicjatywę. Jednakże kiedy czytam, że Antoni Krauze otwarcie stwierdza: „to był zamach”, w słuszność kręcenia filmu zaczynam powątpiewać.

Dociekając prawdy To mógł być zamach. Będąc na tak zwanym cenzurowanym (po publikacji Gmyza), prokuratura czeka na wyniki badań próbek zwłok ofiar, osławionej brzozy, a także samego wraku. Nad ewentualnymi motywami debata trwa nawet w niektórych poważniejszych blogosferach. Tezy doktora Grzegorza Szuladzińskiego do tej pory nie zostały nawet delikatnie podważone. Co śmieszniejsze, w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Maciej Lasek z komisji Millera, dziwnym trafem nie odniósł się do naczelnego argumentu doktora Szuladzińskiego, czyli charakterystycznej dla wybuchu ogromnej ilości odłamków. Tekst Cezarego Gmyza o obecności TNT w prezydenckim TU (po medialnym tajfunie) obronił się. W dziwnych okolicznościach popełniło samobójstwo lub zostało zamordowanych kilka naprawdę ważnych dla całej sprawy osób, między innymi: Krzysztof Knyż – operator „Faktów TVN”, który był jedną z pierwszych osób na miejscu katastrofy, sfilmował lądowanie samolotu, ale materiał zniknął. Remigiusz Muś, technik pokładowy Jaka, który wylądował przed tupolewem na lotnisku w Siewiernyj, a także ważny świadek w całej sprawie, popełnił samobójstwo. Grzegorz Michniewicz, dyrektor generalny Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, miał dostęp do wysoce poufnych danych państwowych. Powiesił się w nocy z 22 na 23 grudnia 2009 roku.

W oczekiwaniu na napisy końcowe To wszystko ma prawo i wręcz powinno siać w umysłach Polaków różne wątpliwości. Nie zmienia to jednak faktu, że zrobienie filmu o zamachu na prezydencki samolot byłoby przedsięwzięciem nieusprawiedliwionym. Antoni Krauze twierdzi, że „to był zamach”. Skoro reżyser jest o tym przekonany, oczekiwałbym przedstawienia materiału, który go na tak śmiało stawianą diagnozę na-

, lens

smo

k 20 10

prowadził. Nie zgodzę się, że w świetle zarysowanych przeze mnie powyżej informacji, pokusić się można o założenie, że „nie ma innego logicznego wyjaśnienia tego wszystkiego niż zamach”. Uspokoił mnie nieco tekst Magdaleny Rigamonti połączony z wywiadem ze scenarzystą powstającego filmu – Marcinem Wolskim („Wprost”, nr 50), a także nieco świeższy wywiad z Wolskim braci Karnowskich w nowym tygodniku „w Sieci” (nr 3). Z tego, co powiedział pisarz, wnioskować można, że obraz będzie skonstruowany bez banalnych odniesień. Bohaterem powszechnie znanym ma być, oprócz ofiar katastrofy, „mniej lub bardziej anonimowe społeczeństwo”, co – w moim przekonaniu – jest niezmiernie istotne. Bowiem zachowanie różnych mas społecznych na tle tej tragedii nie zostało należycie zbadane i wystarczająco wielostronnie (czyli uczciwie) pokazane przez wiodące media. Cieszyć może powieść Ukryty, która wyraźnie zahacza o tych pokrzykujących: „chcemy Barabasza!”, nie do przyjęcia natomiast jest retoryka redaktorów Kurskiego, Wrońskiego i wielu innych o „serialu smoleńskim” czy „smoleńskiej sekcie”, składająca się z kpin i wyssanych z palca stwierdzeń zamiast jakiejkolwiek analizy. Jednak to właśnie oni – prędzej czy później – na tym stracą. Stanie się to jednak tylko wtedy, kiedy coś wypełni tę wyraźną, analityczną lukę. Antoni Krauze, Marcin Wolski i Maciej Pawlicki mają na to szanse, nawet ryzykowną – bo fundacyjną – formą gromadzenia pieniędzy. Pomysłodawcy liczą na ofiarność ludzi, a ja liczę na to, że tylko raz użyty w scenariuszu wyraz „zamach”( jak zapewnia w wywiadach Marcin Wolski) nie będzie odpowiedzią na pytanie, na które odpowiedzi na dzień dzisiejszy nie znamy. 0


recenzje /

Smarzowski nadal w formie czątku pokazuje jedynie ich codzienność w pracy i czasie wolnym, relacje między nimi oraz, momentami bardzo zabawne, próby przekupstwa przez zatrzymanych kierowców. Sytuacja komplikuje się, gdy pewnego ranka jeden z nich zostaje znaleziony w Wiśle, a oskarżony o morderstwo zostaje jego kolega „Król” (Bartosz i intryg w miarę jak główny bohater będzie próbował udowodnić swoją niewinność. Jednak to, co odkryje, sięga o wiele głębiej niż początkowo przypuszczał. To, z czego znane są f ilmy Smarzowskiego, to nie treść, ale forma, wizja rzeczywistości przedstawiona w obrazie. Wszechobecny brud, odrapane ściany i mocno ograniczona paleta kolorów sprawiają, że z ekranu bije chłodem i beznadzieją fot. NEXT FILM

xxxxz

ocena:

Topa). Od tego momentu widz uraczony świetnym kinem akcji, pełnym pościgów

Drogówka (Polska 2012)

otoczenia. Duża w tym zasługa zdjęć Piotra Sobocińskiego Jr., wykorzystującego nagrania z telefonów komórkowych i kamer monitoringu, dzięki czemu udało się uzyskać f ilm realistyczny i dynamiczny. Bohaterowie przedstawieni są jako ludzie cyniczni, interesowni i kierowani

Reż. Wojciech Smarzowski

przez prymitywne rządze. Wszechobecny alkohol, seks i zepsucie moralne postaci

Premiera: 1 lutego 2013

oraz ostateczne rozwiązanie akcji pozostawiają w widzu wrażenie, że „człowiek” wcale nie brzmi dumnie. Jednak z całego tego morza brudu prześwieca promyk

Wojtka Smarzowskiego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Reżyser i scenarzysta Wesela (2004), Domu złego (2009) i Róży (2011) w ostatnich latach zdołał

nadziei, bo okaże się, że gdy od „Króla” odwrócą się już wszyscy, znajdzie się ktoś, kto będzie gotowy mu pomóc, bezinteresownie, w odruchu dobrego serca.

wyrobić sobie mocną markę dzięki niepowtarzalnemu stylowi i umiejętnej grze ele-

Drogówka nie jest lekkim f ilmem na niedzielne popołudnie, a widz po wyjściu

mentami negatywnymi rzeczywistości, takimi jak ohyda, brzydota i ludzka natura.

z kina będzie się czuł źle jako człowiek. Fani Smarzowskiego zdecydowanie nie będą

Drogówka pod tym względem nie wprowadza niczego nowego i jest podobna do

rozczarowani, bo obraz trzyma poziom poprzednich jego dzieł. Z kolei ta część wi-

poprzednich f ilmów. Tym razem jednak reżyser eksperymentował z sensacją. Jak

downi, która go nie zna, będzie miała okazję zapoznać się z jego oryginalnym sty-

mu to wyszło?

lem – bo warto.

Film opowiada historię siódemki funkcjonariuszy warszawskiej drogówki. Z po-

ROBERT SZKLARZ

Hymn hipsterów i zapewnić jej poczucie bezpieczeństwa. Katarzyna Rosłaniec nie raz podkreślała fakt, że ten przypominający bloga film jest historią o egoistach. Każdy bohater myśli wyłącznie o sobie, począwszy od głównej bohatercy kod kolorystyczny. Sceny można podzielić na niebieskie (bardzo realistyczne, kręcone

x x yz z

kamerą z ręki), pomarańczowe (o charakterze reklamowym), różowe (pokazujące świat mody z miękkim światłem), czerwone (surrealistyczne), zielone (sceny na deskorolce – filmowane przy pomocy bardzo szerokiego obiektywu) oraz czarne klatki. Te ostatnie fot. Łukasz Niewiadomski

ocena:

ki, a skończywszy na sąsiadce z bloku. Tym, co na pewno rzuca się w oczy, jest zaskakują-

Bejbi blues (Polska 2012) Reż. Katarzyna Rosłaniec Premiera: 4 stycznia 2013

symbolizują wyrwane urywki z rzeczywistości, wycięte fragmenty jakiegoś zdarzenia i sygnalizują upływ czasu. Koncepcja jest bardzo ciekawa, jednak bombardowanie widza taką feerią barw i nagromadzenie atrybutów dzisiejszego hipsterstwa sprawiają w efekcie wrażenie kiczu i przesadności. Próba pokazania rzeczywistych problemów dzisiejszych nastolatków, którzy zostają rodzicami, przerodziła się w przesadzony, upstrzony kolorami obraz zagubionej Natalii i jej najbliższego otoczenia, w którym każdy dostrzega jedynie czubek własnego nosa. Widzowi trudno będzie wynieść z filmu konkretne wnioski.

Doczekaliśmy się polskiego odpowiednika Juno. Jednak podstawową różnicą jest to,

Warto jednak dodać, że reżyserka, podobnie jak w Galeriankach, postanowiła dać

że historia Katarzyny Rosłaniec nie opowiada o tym, jak młoda dziewczyna zachodzi w

szansę młodym i nieznanym dotąd aktorom, ponieważ aż czworo głównych bohaterów po

ciążę, tylko co dzieję się potem.

raz pierwszy pojawiło się na ekranie. Najwyraźniej była to dobra decyzja, ponieważ Bejbi

17-letnia Natalia bezskutecznie próbuje wcielić się w rolę dobrej matki, chociaż nie

blues miał swoją światową premierę podczas jednej z prestiżowych imprez poświęconych

trudno zauważyć, że dziecko jest dla niej tak naprawdę kolejnym gadżetem w kolorowym,

kinematografii – Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Toronto 2012 – i zakwalifiko-

nastoletnim świecie. Początkowo kosztem spotkań ze znajomymi i imprezowania zajmuje

wał się do oficjalnej selekcji 63. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie.

się małym Antosiem, jednak przychodzi moment, w którym stawia swoje dobro na pierw-

Jak podkreśla autorka, jej dramat obyczajowy wcale nie stawia diagnozy młodemu

szym miejscu. Bardzo wyraźnie zarysowany jest w filmie wpływ przeszłości dziewczyny na

pokoleniu, ale pokazuje wykreowany przez nie świat. Jest również zderzeniem dwóch

jej podejście do obowiązków, rodziny i podstawowego systemu wartości. Jej chłopakowi,

życiowych sytuacji: samotności i zagubienia, co być może przez swój przygnębiający cha-

Kubie, równie trudno jest nagle odegrać rolę przykładnego ojca, do której nie miał czasu się

rakter sprawi, że będzie to typowy film „na jeden raz”.

przygotować. Nie wie, jak zajmować się dzieckiem, ani tym bardziej jak wesprzeć Natalię

ALEKSANDRA WILCZAK

luty 2013


/ Grabek Ĺ osie w kosmosie, beton w bigosie, zÄ&#x2122;by w termosie.

36-37 30-31


Grabek /

Dualność

Przeglądając rozmaite zestawienia najlepszych polskich albumów roku 2012, prawdopodobnie natkniemy się na Duality. Tak właśnie nazywa się druga płyta poznańskiego multiinstrumentalisty Grabka, stworzona jakby w oderwaniu od wszystkiego, co polski rynek muzyczny oferuje. Subtelnymi połączeniami elektroniki, skrzypiec i wokali zostajemy wprowadzeni w dziwny, egzotyczny świat, w którym nie wiadomo co jest, a czego nie ma. R O Z M AW I A Ł :

JUREK GUT

Z DJ Ę C I E :

JA S M I N A JA S I Ń S K A

MAGIEL: Zanim przesłuchałem Duality odświeżyłem sobie Twoją debiutancką 8, co tylko wzmo-

gło apetyt. Czy czułeś na sobie tę presję, która pojawia się przed drugim krążkiem artysty?

cyjne regiony? Nie marzysz o zapełnionych stadionach?

przeżywał za każdym razem. Po prostu liczę się z tym, jak moją muzykę odbiera publiczność i zawsze chcę robić rzeczy na wysokim poziomie.

Oczywiście, że marzę, przy czym nie tyle o zapełnionych stadionach, co pękających w szwach dużych salach koncertowych czy klubach, które są mi o wiele bliższe. Myślę jednak, że niekoniecznie trzeba być komercyjnym, żeby to osiągnąć.

Skąd pomysł na płytę konceptualną? Szukałeś natchnienia, czy zdałeś się na dajmonion?

Planujesz ekspansję za granicę?

GRABEK: Syndrom drugiej płyty oczywiście odczułem, ale znając mnie będę to

Faktycznie, płyta jest konceptualna, ale tylko w warstwie słownej. Natchnienia specjalnie nie szukałem. Samo przyszło… z wnętrza. Nota bene, moi przyjaciele, którzy świetnie mnie znają, często pytają, skąd takie depresyjne teksty i cmentarne historie. Jestem mega pogodnym człowiekiem, a w tekstach nieszczęśliwa miłość, szaleństwo, śmierć, deprecha, myśli i próby samobójcze. Zawsze im odpowiadam, że muzyka i pisanie tekstów to dla mnie swego rodzaju wentyl bezpieczeństwa przez który uchodzi ze mnie głęboko skrywany smutek, jakiego na co dzień nie uzewnętrzniam. Po pierwsze, nie mam na to czasu, a po drugie, nie czuję takiej potrzeby. Sztuka to zupełnie inna bajka. Jest dla mnie czasem intensywnego przeżywania skrajnych emocji. I tak jak w życiu prywatnym nie znoszę stawiać się w sytuacjach ekstremalnych, tak tutaj mogę sobie pofolgować, puścić wodze fantazji.

Na inżynierii dźwięku kompletnie się nie znam, więc po raz drugi oddałem tę działkę w ręce Bartka Franka. I jak patrzę, co on tam wyprawia za konsolą w studio, to widzę sztukę. Natomiast z mojej perspektywy inżynieria dźwięku czy praca w studio to tylko środek. Zresztą trzecia płyta będzie tego dowodem… Zabrzmiało tajemniczo? (śmiech)

Dlaczego po angielsku?

Czyżby coś już się działo w temacie trzeciej płyty?

Po pierwsze, dlaczego nie? W końcu jesteśmy globalną wioską, a zatem po co mam z góry zamykać sobie drogę do szerszego grona odbiorców. Po drugie, angielski jest bardzo plastyczny i teksty buckle up let’s take a ride brzmią w nim o wiele lepiej niż po polsku. A po trzecie, angielski jest moim drugim (a czasami pierwszym) językiem - posługuję się nim na co dzień w domu i w pracy.

Coś się dzieje. Materiał jest częściowo naszkicowany, dużo dzieje się w głowie. Jak na razie, trzymam się sztywno planu „co rok płyta”.

Wydaje mi się, czy na Duality słychać minimalizm? Minimalizm na pewno. To było też założenie drugiej płyty – zrobić coś prostego, dobitnego, bez zbędnych udziwnień. Chyba wewnętrznie potrzebowałem takiej płyty po debiucie

Twoja kariera rozwinęła się dosyć szybko. W ciągu dwóch lat udało Ci się pokonać drogę od własnego wydawnictwa do kontraktu z Kayaxem i występów na najważniejszych scenach w kraju. Czy przebywanie z czołowymi artystami polskiej sceny muzycznej jakoś Cię zmieniło? Nie bardzo. Może dlatego, że niewielu z nich poznałem (śmiech).

To o którym polskim artyście myślałeś “Chciałbym, żeby zadzwonił do mnie z tekstem – Cześć Grabek, nagrajmy coś”? Bardzo ciekawe pytanie. Pierwsza postać, jaka przychodzi mi do głowy, to Jan A.P. Kaczmarek.

Sam mówisz o swojej muzyce, że jest „niemedialna”. Nie ciągnęło Cię może w bardziej komer-

Od lat. Mam nadzieję, że wkrótce się to uda.

Jakieś konkretne plany, marzenia z tym związane? Chciałbym zagrać w Skandynawii, szczególnie w Danii, gdzie spędziłem piękne lata swojego życia, odwiedzić muzycznie Islandię. Wydaje mi się, że emocjonalnie blisko mi do tych rejonów.

Nagrywanie to dla Ciebie tylko środek do przekazywania treści czy sztuka sama w sobie?

Jak oceniasz polską scenę elektroniczną? Jestem chyba ostatnią osobą, która powinna brać się za ocenę sceny elektronicznej – nie tylko polskiej, ale w ogóle. Mogę natomiast powiedzieć, co mi się na polskiej scenie elektronicznej podoba. Bardzo interesujące rzeczy robią Krojc czy An On Bast.

To skąd wzięła się decyzja „zamieniam skrzypce na syntezator”? Od początku założenie było takie, że GRABEK będzie projektem jednoosobowym. To projekt zbyt osobisty, bym mógł się nim na dłuższą metę dzielić. W związku z tym potrzebowałem czegoś, co da mi pełną kontrolę, a elektronika nadaje się do tego idealnie. I tak w moim życiu pojawił się syntezator/stacja robocza i looper w jednym.

Myślisz, że projekt GRABEK istniałby, gdyby nie szkoła muzyczna? Zabawne, bo na to pytanie po części odpowiedziała moja mama. Po wysłuchaniu mojej płyty zadzwoniła do mnie i powiedziała: „Zachodzę w głowę, że po ośmiu latach kompletnego lenistwa w szkole muzycznej i piętnastu latach przerwy w grze na instrumencie, nagle usiadłeś i stworzyłeś własny, ciekawy muzyczny świat. Ty chyba po prostu miałeś tę muzykę w sobie.” 0

luty 2013


/ historia muzyki, dekada po dekadzie

ABC historii muzyki Zapraszamy na podróż wehikułem czasu w tempie ekspresowym. Prezentujemy krótką lekcję historii muzyki, na której zapoznacie się z płytą, którą trzeba znać, zespołem, który wypadało znać, ale niedawno się rozpadł, odwiedzicie dansingowy koncert i przeżyjecie rozterki rewelacyjnych debiutantów. Tegoroczne zestawienie sponsoruje cyferka trzy.

1973

Pink Floyd Dark Side Of The Moon

1983

Tears For Fears The Hurting

1993

Pearl Jam Vs.

2003

The Mars Volta De-Loused in the Comatorium

Są płyty, o których trudno napisać cokol-

The Hurting był pierwszym albumem

Doskonały debiut może nie tylko

De-loused In Comatorium to prawdopo-

wiek odkrywczego. Recenzowano je dzie-

i jednocześnie pierwszym sukcesem na

wynieść artystę na szczyt, ale również

dobnie jeden z najlepszych koncept albumów

siątki tysięcy razy, dogłębnie analizując

globalną skalę Tears for Fears, a single

okazać się jego największym przekleń-

w historii muzyki. Metaforyczna opowieść

każdą sekundę. The Dark Side of the Moon

z debiutanckiej płyty jak Mad World, Chan-

stwem. Pearl Jam, tworząc Ten, ustawił

o przebywającym w śpiączce Carpin Taxcie,

to właśnie jedno z tych dzieł. Album, któ-

ge czy Pale Shelter do dziś święcą triumfy

sobie poprzeczkę na niebotycznej wy-

wzorowanym na tragicznie zmarłym przy-

ry leży u podstaw kultury masowej. Jego

i zajmują wysokie miejsca na listach prze-

sokości. Z dnia na dzień z małej kapeli

jacielu założycieli zespołu. Historia ujęta

recenzja powinna zawierać się w jednym

bojów na całym świecie.

stał się zespołem wyprzedającym każdą

w formę, jakiej wcześniej nie było – zupełnie

Płyta przypadnie do gustu zarówno nam

arenę. Natychmiastowa sława przytło-

inna wizja muzyki, sposób jej postrzegania

jak i naszym rodzicom. Wszystko dlatego,

czyła zespół, szczególnie Eddie Vedde-

i tworzenia. Ciężko wpisać The Mars Volta

8. krążek Pink Floyd stanowił przełom

iż słuchając tego platynowego krążka, nie

ra, który wbrew sobie stał się głosem

w jakiekolwiek ramy, określić dokładnie

dla brytyjskiego zespołu. Rozpoczął erę

sposób nie teleportować się na dyskotekę

Generacji X. Presja ze strony fanów,

gatunek, jaki grają. Całość kręci się wokół

wielkiego komercyjnego sukcesu grupy.

rodem z lat 80’. Zabawa na dansingu nie po-

środowiska muzycznego i mediów była

rocka progresywnego, jednak bogactwo

Do dzisiaj sprzedano ponad 50 milionów

trwa jednak długo- po kilku sekundach mamy

ogromna. Vs . oddaje rozterki muzyków

stylów i inspiracji uniemożliwia zaszuflad-

sztuk Ciemnej strony Księżyca, co plasuje

wrażenie, że jesteśmy z powrotem w 2013

i napięcia towarzyszące im w tamtym

kowanie ich muzyki. Tworząc ją, nigdy nie

ją wśród trzech najlepiej sprzedających się

roku na koncercie naszego kolegi, grające-

okresie. To płyta ostrzejsza i surowsza

ograniczali się w żaden sposób, słychać to

płyt wszechczasów.

go razem z zespołem na synthie w offowej

w brzmieniu niż Ten . Dominują mocne rif-

już na tym debiucie. Nie jest to łatwa muzy-

The Dark Side of the Moon jest albumem

klubokawiarni na Pradze. To właśnie synte-

fy, którym towarzyszy drący się prawie

ka, jednak pod każdym względem zachwy-

koncepcyjnym, utwory łączą się na nim

zator jest kluczowy dla brzmień The Hurting,

do utraty tchu Vedder. Na Vs. znajdziemy

cająca, porywająca, a nawet hipnotyzująca.

w jedną opowieść, której tematem są

a sam gatunek reprezentowany przez muzy-

jednak rownież piękne ballady. Świetną

De-loused to album, który nie tylko jest

ponadczasowe problemy - chciwość, ludz-

ków Tears for Fears nazywamy synthpopem.

warstwę muzyczną wspierają dorów-

muzycznym przełomem, ale również płytą,

kie lęki, szaleństwo, sława, przemijanie.

W 1983 były to nowoczesne, interesujące

nujące jej poziomem teksty (niesamo-

która zapoczątkowała zjawisko, jakim była

Wydźwięk płyty jest niesłychanie pesy-

dźwięki, dzisiaj to modne i oldschoolowe

wite Indifference !). Wszystkie utwory

The Mars Volta. Po rozpadzie zespołu, jego

mistyczny i doskonale podsumowuje go

brzmienie, do którego powraca coraz więcej

składają się na trzymającą od początku

założyciele – Omar Rodroguez-Lopez i Cedric

zdanie zamykające dzieło: „There is no dark

młodych, niezależnych zespołów. Jednak

do końca wysoki poziom spójną całość

Bixler-Zavala, którzy praktycznie całą ka-

side in the moon, really. As a matter of fact

spuścizną Tears For Fears nie jest jedynie

i jeden z najlepszych albumów rockowych

rierę muzyczną grali razem (wcześniej m.in.

it’s all dark”.

instrument, ale także charakterystyczny,

ostatnich dwóch dekad. Vs. , mimo że mu-

w At the Drive-in) – podążają swoimi droga-

Ciemna strona Księżyca jest arcydzie-

powściągliwy i zarazem prosty sposób śpie-

zycy zrezygnowali z promocji płyty, pobił

mi (Omar z zespołem Bosnian Rainbows, Ce-

łem zarówno pod względem muzycznym

wania Rolanda Orzabala, który pozostaje

rekordy sprzedaży w USA i potwierdził

dric solowo) i czas pokaże, czy oddzielnie są

jak i lirycznym, a jej nieznajomość powinna

inspiracją dla współczesnych frontmenów

klasę zespołu, który niezmiennie utrzy-

w stanie stworzyć tak porywającą muzykę,

wiązać się z degradacją społeczną. Ponad-

niezależnych grup muzycznych.

muje ją do dziś.

jaką wydawali pod szyldem The Mars Volta..

MELANIA ŚMIGIELSKA

M I K O Ł A J TC H O R Z E W S K I

P I O T R Z AW I Ś L A K

zdaniu rozkazującym – „włącz, zamknij oczy i słuchaj”.

czasowy klasyk.

M I K O Ł A J TC H O R Z E W S K I

38-39


recenzje /

xxxxz

ocena:

Nie bez kozery w profesjonalnej definicji laptopowego

Toro Y Moi Anything In Return

Carpark

this można było podjarać się nowym brzmieniem electro. Przy

chillwave’u zawierają się: niski budżet, chwytliwe melodie,

Underneath The Pine Chaz pokazał, że można pięknie bawić się

kiepski głos i łebski artysta. Tak bowiem została nazwana

linią melodyczną, otrzymując kapitalne brzmienia. W przypad-

muzyka płodzona przez Chazwicka Bundick’a – dwudziesto-

ku trzeciej płyty artysty sprawa nie jest już taka prosta.

siedmioletniego artystę, którego twórczość nie wpisywała się

Anything In Return to mozaika dźwięków z konwencji chil-

w dotychczasowe standardy. Bundick, pod pseudonimem

lwave’u i elementów typowych utworów tanecznych. Album,

Toro Y Moi, przeciera szlaki zardzewiałemu już deam-popowi,

zgodnie z zapowiedzią artysty, jest dużo bardziej popowy, nie

z kolei, jako Les Sins nagrywa obnażoną z kiczowatej powłoki

traci jednak przymiotów utożsamianych z muzyką Toro. We

muzykę disco i sprowadza do swoich korzeni gatunek house.

wszystkich utworach atakują nas syntezatory, którym towa-

House, dance, pop? Pozornie brzmi to jak rewia konkretne-

rzyszą ciężkie basy. Do tego dołączają kobiece wokale tworzą-

go gówna. Jednak komu, jak nie Bundickowi, można by zaufać

ce tło dla śpiewającego Bundicka. Wyrazisty rytm, zapętlone

w kwestiach tworzenia muzyki. Zaczynający w indie punku

sample i powtarzające się frazy sprawiają, że aż chce się tań-

Toro Y Moi od początku kariery wyznacza swoim słuchaczom

czyć, a przynajmniej delikatnie tupać nóżką. Może brakuje tro-

gusta muzyczne, powoli edukuje i otwiera ich umysły na nowe

chę leniwych melodii z wyraźną linią klawiszy i gitarami, ale jak

doznania, pozbawiając ich wszystkich muzycznych fobii.

mówi ostatni utwór na Anything In Return – How’s it wrong?

Pierwsze zetknięcie się z Anything In Return pozostawia

jakże szybka wpadka z Ease Your Mind. Bit jest za ciężki, a słowa odbiegają daleko od innych kawałków z tego mate-

skich porachunków czy fascynacji kobietami z olbrzymimi

riału. W kolejnych 15 utworach można usłyszeć pełne prze-

walorami. Hulanki z zachodniego wybrzeża przerodziły się

myśleń Maybe One Day o destrukcyjnej sile pieniądza, czy

w ambitne przemyślenia i życiowe wnioski, a jednocześnie

duchowy O Heaven i A Man. Na płycie nie brakuje też humoru

nie tracą nic z klimatu Miasta Aniołów i jego okolic. Jednym

na tle jazzowym, jak w I Am Jean, czy funkowym Money o

z przedstawicieli tego trendu jest Johnson „Blu” Barnes.

historii cwaniaka, który ma za dużo Benjamin’ów. Zamiast

Wspólnie z utalentowanym producentem Aleksandrem

bezpośrednio mówić o miłości Blu inteligentnie zahacza o nią

„Exile” Manfredi, 5 lat po debiucie Below The Heavens, który

w Don’t Be Jelly i magicznym Good Morning Neighbor. Z kolei

z miejsca stał się nieoficjalnym klasykiem roku 2007, wrócili

w świetnym Growing Pains wspólnie z Fashawn’em i Johazem

z drugim LP zatytułowanym Give Me My Flowers While I Can

rapuje o niecodziennych wspomnieniach z dzieciństwa, od-

Still Smell Them,.

dając klimat kalifornijskich dzielnic. Bit brzmi tu, jakby ktoś

Nowa płyta wydaje się dojrzalsza od poprzedniej szcze-

potknął się o sampler, ale jest sztosem.

gólnie od strony lirycznej. Po licznych kolaboracjach (m.in.

Blu & Exile kolejny raz potwierdzili, że są na szczy-

z Sene’m) i solowych projektach (głębokie Her Favouri-

cie amerykańskiego podziemia. Lekkie i spokojne flow

te Colo(u)r i Jesus), teksty Blu przeszywają przekazem

rapera, jakby nagrywał o trzeciej nad ranem, połą-

i różnorodnością tematów. Album rozpoczyna klimatyczne

czone z fantastycznymi bitami mają niepowtarzalprzynieśli są świeże, ale mogą nie przetrwać jutra.

charakter kolejnym utworom. Potem następuje jedyna, ale

PAT R I C K R A D E C K I

xxxxz

ny efekt dla słuchacza. Gorąco polecam, kwiaty które

ocena:

A Letter, w którym Exile świruje samplami z jazzowego klasyka Moody’s Mood For Love, natychmiast nadając właściwy

Medium Graal

Asfalt

xxxxz

Kalifornijskie podziemie zaczęło robić się coraz bardziej interesujące. Trudno już w nim spotkać tematykę gangster-

PA U L I N A G Ł O G O W S K A

ocena:

w nas ważenie ogólnego zakłopotania. Po debiucie Causers of

Blu Exile Give Me My Flowers While I Can Still Smell Them Dirty Science, Fat Beats Records

Na każdym kroku naszego życia spotykamy społecznych

ceniem chrześcijaństwa. Z równą siłą rażenia traktuje GMO,

banitów, obserwatorów życia codziennego. Skutecznie

globalizacje i tak dobrze znanych nam korporacyjnych lemin-

została im przybita łatka pier***niętych tylko i wyłącznie

gów. Medium nie stanie na barykadzie i nie rozpocznie rewo-

dlatego, że nie przyjmują bliskich nam codziennych postaw,

lucji, dlatego wszystkie bóle wylewa w manifeście artystycz-

norm życia. Unikają zajawek, na których my spędzamy całe

nym. Prawicowym manifeście. Bo jak inaczej można nazwać

godziny. Co zobaczymy, jeśli podzielą się z nami fragmenta-

utwory takie jak Rządy dusz czy Kim jesteś?, gdzie wprost

mi ich postrzegania wydarzeń, świadomości? Podzielą się

padają wersy „je**ć komunę’” czy „wszyscy jesteście Chry-

swoim Graalem? Medium nie pokazuje nam już z zewnątrz

stusami, no to cierp, sierp i młot wybiją Ci z zębów śmiech ”.

swojego własnego świata, tak jak to miało miejsce w Teorii

Jasno wyraża swój sprzeciw wobec aborcji i związków ho-

równoległych wszechświatów, a wprowadza nas w samo

moseksualnych. Dobrze, że słowa Bóg, honor, ojczyzna znów

jego centrum. Na dwóch półkulach, słońca i księżyca, bo tak

przenikają środowiska artystyczne i podawane są nam

nazywają się płyty będące częściami płyty Graal, bezprece-

w bardziej elitarnej formie, niż wykrzykiwanie w okolicach

densowo walczy z absurdami życia, w którym straciliśmy

stadionów piłkarskich. Graal to album naprawdę ciężki i wy-

człowieczeństwo. Stawia się na pozycji swoistego Illuminati

magający uwagi, więc jeśli jesteś lemingiem to uważaj, bo

ponad tłumem masowo wyhodowanych ludzi.

może zaboleć. Jeśli szukasz czegoś lekkiego i ,,fajnego’’, żeby

W pogmatwanym świecie Mediuma luźne metafory, abs-

leciało w tle, kiedy Ty będziesz pisał na fejsbuczku ze swo-

trakcyjne formy czy podstawy filozofii przeplatają się

imi znajomymi, to nawet nie próbuj. Tak, Coldplay może być.

z krwawymi wojnami, Eurobiznesem i kompletnym odrzu-

PAWEŁ ŻUK

luty 2013


/ debiut

Sukienka T E K S T:

PAU L A

Kiedy leży się długo w wannie, stopy i dłonie zaczynają się marszczyć. Coraz bardziej chce się spać. Mokre włosy wychodzą z kucyka i przylepiają się do szyi. Piany już dawno nie ma. Znudzonym wzrokiem zaczynasz szukać ręcznika. Najpierw było ciepło, teraz jest coraz zimniej. Coraz trudniej wstać i wyjść. Czasami myśli są tak daleko, że ma się wrażenie, że już nigdy nie wrócą. Czy można radzić innym, kiedy ma się życie jak najbrudniejsza kuchnia w najbrudniejszym barze z najtańszym kebabem? Pewnie. Wystarczy, że nikomu nie powiem. Zakrwawione ramiona można przykryć bluzką. Najlepiej drogą i modną – pomyślą, że masz styl i smak. Jak umyjesz włosy, ułożysz i umalujesz się, powiedzą, że o siebie dbasz. Jeśli do tego będziesz mieć świeży manicure i nienaganną sylwetkę, pozazdroszczą, że poświęcasz sobie czas. Na spotkaniu pij zieloną herbatę i kiwaj głową ze skupieniem – będziesz wyglądać na zrelaksowaną i zasłuchaną. Czego trzeba więcej? – Boże, wyglądasz jak gwiazda. Jak ty to robisz? – Co? – Zawsze świetnie wyglądasz. A ja? Pewnie dlatego jestem sama – powiedziała Luiza, która ma imię Izabela, ale uważa, że Luiza brzmi bardziej seksownie i bardziej stylowo. Dlatego, ku niezadowoleniu matki, ojca i babki, przedstawia się imieniem, w jej mniemaniu, bardziej glamour. Luiza szybko zlokalizowała lustro i nieświadomie zaczęła robić dziwny ruch ręką, próbując dodać włosom objętości. – Siadaj. Kawa? Herbata? Obiad? – Mam wino. Usiadła naprzeciwko mnie i od razu wypiła pół lampki wina. Ja w swojej ledwo zamoczyłam usta. Nie chciałam, żeby od razu zauważyła, że nie piję. Wino było stanowczo za słodkie. Mówiła wolno, najpierw starannie dobierała słowa, jakby sprawdzała, ile może mi powiedzieć. Badała moją reakcję. Nie chciała wypaść źle w moich oczach. – Wtedy powiedział, że nie chce mieć nikogo na stałe. I co teraz? – Jak to? Nic teraz. Wykasuj jego numer z komórki i przestań go codziennie podglądać na fejsie. – Pytam serio, co radzisz? – To było serio. Olej go. To nie jest tak, że on nie chce nikogo na stałe. Po prostu nie przypadłaś mu do gustu i niczym tego nie zmienisz. Nie jest tobą zainteresowany. ¬– Nie podobam mu się? Jestem brzydka? Nie jestem dość fajna? – Patrzysz na każdego faceta, który według ciebie się nadaje, jak emerytka na przecenioną o pięćdziesiąt procent szynkę drobiową w markecie. – Jak patrzę?

40-41

– Z boku możesz wyglądać na napaloną na związek i desperacko poszukującą faceta. – Przecież niczego mi nie brakuje. – Luiza, rozumu ci brakuje! Opanuj się w końcu. – Dobra. Zamówiłam nową sukienkę. Odpal laptopa, pokażę ci. Będzie w sam raz na naszą piątkową imprezę. A ty w czym idziesz? – No… Ładna. Zdąży dojść? – Bez obaw. A ty, w czym idziesz?. – W tym – wskazałam podbródkiem na nowiutką, wiszącą na drzwiach szafy czarną, skórzaną sukienkę w kształcie tuby. – Aha. – Luiza pokiwała głową.– I to ja desperacko szukam faceta? Jednym łykiem dopiłam wino. Dolałam sobie do pełna. – Jeszcze nie widziałaś szpilek! **** Większość normalnych ludzi nie lubi poniedziałkowych poranków, ja nie lubię piątkowych wieczorów. Po tygodniu pracy i zakupach w hipermarkecie (tak, należę do tych idiotów, którzy największe zakupy robią w piątek po pracy i klną, tkwiąc w gigantycznych kolejkach) nie mam nawet siły, żeby zmyć makijaż, a co dopiero gdzieś wyjść. Uzależnienie od darmowych filmów z sieci i żarcia na wynos sprawia, że na hasło: „Jest piątek. Wyjdźmy gdzieś” mój żołądek zaczyna robić piruety. Nienawidzę tłumów, spędów w klubach. Nie rozumiem idei wydania połowy pensji, żeby się napić w publicznym miejscu i dwa kolejne tygodnie analizować, czy aby na pewno nie zrobiłam z siebie większej idiotki niż zwykle. Niestety, facebook nigdy nie śpi… A gwiazdą Internetu można stać się tak szybko, że zanim się zorientujesz, filmiki obejrzą już wszyscy twoi kuzyni ze wsi pod Krosnem, o której istnieniu nie wie nikt poza jej mieszkańcami. Spoceni i już trąceni faceci, którzy nawet nie skasowali z tapet komórek zdjęć swoich dziewczyn, będą robić wszystko, żeby załapać się na szybki, niezobowiązujący seks. Laski z perfekcyjnym makijażem i idealną fryzurą będą siedziały znudzone przy stolikach i obgadywały każdego, na kogą będą mogły popatrzeć dłużej niż trzy sekundy. I ten hałas. Ten okropny hałas, bit, który całą sobotę będzie mi siedział w głowie i irytował bardziej niż wydzwaniająca co wieczór matka, która niezmiennie od trzydziestu lat dzwoni zapytać, czy dziś coś w ogóle jadłam… Właściwie po cholerę ja się dziś umówiłam? – Luiza… – Jeśli dzwonisz powiedzieć mi, że nie idziesz, to nawet nie zaczynaj, bo mnie wkurzysz. I wiem, że nie masz żadnej pracy i na pewno nie jesteś chora.

– Nie, to znaczy tak. To znaczy… Dobra. To będę u ciebie o dwudziestej. Czekaj, czekaj, to co mam napisane na tej kartce, która wisi na lustrze w łazience…? A, już wiem – „Bądź bardziej asertywna”. Luiza jak zwykle otworzyła mi wciąż nieubrana i dopiero w połowie umalowana. – Wyglądasz super. – Ty nie. Idziemy? – Przecież tak nie pójdę. Daj mi dwadzieścia minut. Chcesz coś do picia? – Nie. – Wiesz co, tak sobie pomyślałam, że jak będzie fajnie, to możemy zostać dłużej. – Co to znaczy dłużej? Do poniedziałku? – Widzę, że imprezowy nastrój ci dopisuje. – Luiza uśmiechała się, jakby nie mogła się zdecydować czy coś ją boli, czy usłyszała właśnie głupi dowcip. – Wypij to. Poprawi ci humor, a potem coś ci powiem. – Super. Jak na studiach. Nawalmy się w domu. Impreza będzie i tańsza, i bardziej udana. – Bardzo śmieszne. Pij. Wolno zaczęłam przechylać szklankę z drinkiem. Właściwie czuć było tylko wódkę. I od razu pożałowałam, że ostatni posiłek jadałam o piętnastej. – To co takiego masz mi do powiedzenia? – Gadałam z Anią, no i ona też dziś będzie. – Nie lubię jej aż tak bardzo, żebyś musiała mnie upijać, zanim mi o tym powiesz. – Bo to nie jest koniec… – Luiza zrobiła zmieszaną minę, po czym rozchmurzyła się i kontynuowała – Bo Ania gadała z Zuzką, tą, która chodzi z Darkiem. I ona powiedziała jej, że będą Darka kumple, bo Wojtek robi kawalerski… – Luiza skrzywiła się, bo wie, że najbardziej na świecie nienawidzę za ciasnych butów, golonki i ślubów – No i na tym kawalerskim będą jego kumple z pracy. No wiesz? – Nie, nie wiem. Czemu tam mają być Darka kumple z pracy? – Jezu… Pij, bo nic nie łapiesz. Nie Darka, tylko Wojtka! Przecież to jego kawalerski. – I co? – I to, że może nie wiesz, ale Wojtek od trzech miesięcy pracuje w nowej firmie, tam gdzie Tomek, z którym sypiałaś jeszcze pół roku temu i który… – Nie idziemy nigdzie. Nigdzie, słyszysz?! – powiedziałam głośniej niż chciałam – Polej, trzeźwa tam nie pójdę. 0


ARTYKUŁ SPONSOROWANY

/ Reckitt Benckiser

Każdy żyje ze sprzedawania czegoś O roli działów sprzedaży, optymalnych ścieżkach kariery i przyszłości branży FMCG rozmawiamy z Pawłem Bajorkiem – Dyrektorem działu Shopper Marketing & Business Development oraz Tomkiem Dziubkiem – Channel Key Account Managerem w firmie Reckitt Benckiser. T E K S T:

JUSTYNA ZAPOLNIK

M A G I E L : Sprzedaż w branży FMCG niejedno ma imię.

Co własciwie kryje się pod pojęciem sprzedaży FMCG?

T. D. : Zacznijmy od tego, że dział sprzedaży w większości firm FMCG w Polsce zwykle składa się z kilku części: sprzedaż w kanale nowoczesnym, czyli Key Accounts Team odpowiedzialny za prowadzenie kluczowych klientów; sprzedaż w kanale tradycyjnym i team operacyjny, czyli Przedstawiciele Handlowi, odpowiedzialni za sprzedaż i egzekucję priorytetów firmowych na danym terenie. Jest jeszcze jedna komórka sprzedażowa – Trade Marketing (zwany też często Customer lub Shopper Marketingiem), który jest odpowiedzialny za komunikację między działem marketingu i działem sprzedaży oraz przygotowanie odpowiednich narzędzi wspierających sprzedaż. Mimo że nazwa działu (Trade Marketing) wskazywałaby na jego przynależność do struktur marketingowych, to w rzeczywistości jest to część struktur sprzedażowych. Warto jednak pamietać, że nawet gdy jest się odpowiedzialnym za – np. prowadzenie danego klienta – praca polega nie tylko na negocjowaniu kontraktów czy pojedynczych transakcji, ale również na organizowaniu promocji, analizie danych rynkowych, estymowaniu wolumenu i wartości sprzedaży oraz ścisłej współpracy praktycznie ze wszystkimi działami w firmie.

Jak zaczęła się Wasza przygoda z branżą FMCG i działem sprzedaży? Czy od początku wiedzieliście, że to „Wasza droga”? P. B . : W moim przypadku droga do sprzedaży była dość kręta. Jeszcze w czasie studiów zdecydowałem się odbyć praktyki w jednej z dużych korporacji rozwijających biznes w Polsce. Co ciekawe, przygodę z FMCG rozpocząłem od działu... HR i okazała się ona niepowtarzalną okazją do zetknięcia się z niemal wszystkimi działami firmy – od marketingu, poprzez sprzedaż i trade marketing, a nawet działy produkcji i zakupów. To był moment w którym zobaczyłem ten błysk w oku u ludzi zajmujących się sprzedażą. Zaraziłem się ich kreatyw-

42-43

nością, innowacyjnością, otwartym podejściem, nastawieniem na osiąganie celów. Zrozumiałem, że to oni w dużej mierze decydują o tym jak funkcjonuje organizacja, jak firma jest postrzegana przez partnerów w biznesie oraz środowisko zewnętrzne. Postanowiłem, że chcę być częścią tej społeczności i tak już od kilkunastu lat sprzedaję, zarządzam projektami lub sprzedażą i buduję strategie. Obecnie mam szczęście realizować się w organizacji, która daje olbrzymią swobodę działania, rozliczając za osiągane efekty. T. D. : Moja pierwsza praca to Program Rozwoju Managerów w jednej z firm FMCG. Pierwszym etapem programu była praca w dziale Trade Marketingu, w którym byłem odpowiedzialny za całościowe wsparcie kanału tradycyjnego. Po roku przeszedłem drugą rotację bezpośrednio na „froncie”, czyli w dziale sprzedaży terenowej. Rozpoczynając ten program nie miałem pewności, czy praca w Sprzedaży oraz Trade Marketingu to będzie właśnie to „coś”, ale niewątpliwie właśnie te dwa pierwsze lata i masa pozytywnych doświadczeń jakie wyniosłem z tego programu sprawiła, że poszedłem tą drogą, a co najważniejsze ciągle podoba mi się to co robię.

Jakich ludzi szuka branża FMCG? P. B . : Liczy się przede wszystkim talent, motywacja i zdolność do szybkiej absorbcji wiedzy. Do tego dodałbym zaangażowanie, umiejętność pracy w zespole oraz nastawienie na realizację celów. Nie mogę nie wspomieć tu o kompetencji, która jest szczególnie ważna w fimie Reckitt Benckiser, czyli o przedsiębiorczości. Stawiamy na ludzi otwartych, rozumiejących otaczającą nas rzeczywistość, którzy strategicznie patrzą na biznes i jednocześnie potrafią budować taktyki, które stanowią o naszej przewadze konkurencyjnej.

Jaka jest idealna, optymalna ścieżka kariery w sprzedaży? Czy w ogóle istnieje? T. D. : Idealnej chyba nie ma, ale można pokusić się o pewne rekomendacje. Bazując na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że warto zacząć od

Trade Marketingu, a następnie skierować swoje kroki w kierunku sprzedaży terenowej i zobaczyć jak biznes wygląda „u źródła”. Takie możliwości zapewniają Programy Menadżerskie, także Reckittowy Graduate Development Program. Poznanie wielu obszarów, którymi zajmuje się sprzedaż jest kluczowa, aby móc podjąć świadomą decyzję czy chce się rozwijać w Trade Marketingu, w sprzedaży prowadząc kluczowych klientów czy może pójść w kierunku zarządzania zespołem jako np. Regionalny Kierownik Sprzedaży. Oczywiście wszystkie te obszary mogą się przeplatać. Ktoś, kto zaczyna pracę w dziale Trade Marketingu, może po jakimś czasie spróbować sił w dziale KAM lub w sprzedaży terenowej, po czym wrócić do Trade Marketingu z bagażem nowych doświadczeń i umiejętności. Pamiętajmy też, że w sprzedaży obecnie pracuje bardzo wiele osób, które zaczynały pracę jako Merchandiser, Hostessa, Brand Manager – tu nie ma reguły, liczą się przede wszystkim kompetencje, zdolności przywódcze i chęć do ciągłego doskonalenia własnych umiejętności.

Wróćmy do Was. Czym konkretnie zajmują się działy w których pracujecie? Jaka jest ich rola w całej organizacji? P. B . : Obecnie piastuję stanowisko Shopper Marketing & Business Development Director. W pierwszej kolejności jestem odpowiedzialny za stworzenie i implementację strategii sprzedażowej we wszystkich kanałach sprzedaży, w których działa Reckitt Benckiser, tj. rynek nowoczesny (m.in. hipermarkety, dyskonty, drogerie), rynek tradycyjny oraz rynek farmaceutyczny. Jestem odpowiedzialny za takie obszary jak marketing konsumenta, zarządzanie kategorią, strategie kanałowe, rozwój biznesu, systemy wsparcia sprzedaży i raportowanie. Posługując się metaforą motoryzacyjną można powiedzieć, że jeżeli przyjmiemy, iż firma to zaawansowany technologicznie samochód, który potrzebuje wyjątkowego silnika, to moja rola polega na zdefiniowaniu i dostarczeniu takiego silnika, który jest niezbędny, by wygrać wyścig, w którym uczestniczymy.


Reckitt Benckiser /

Dodatkowo codziennie wraz z zespołem świetnych fachowców dbamy o dostarczenie najlepszej jakości paliwa, smarów, a także wymieniamy opony, rozrząd i zapewniamy sprawnie działającą klimatyzację, ABS, ESP, a wolnej chwili instalujemy dobry sprzęt audio. T. D. : Dział Kluczowych Klientów to jeden z najbardziej istotnych pionów w organizacji. Jego rolą jest współpraca z najważniejszymi klientami firmy. W przypadku naszej organizacji wachlarz kluczowych klientów jest bardzo szeroki, a jest to spowodowane bardzo bogatym portfolio produktowym, jakim operujemy. Współpracujemy ze wszystkimi sieciami hiper i supermarketów, drogeriami, aptekami, dyskontami, sieciami Cash&Carry, ale także ze stacjami benzynowymi, sieciami convenience (np. Żabka), a nawet salonami sprzedaży prasy i sieciami WGS (white good stores – np. Mediamarkt) oraz DIY (do it yourself – np. Castorama). Rolą Key Accountów jest kompleksowa współpraca z daną siecią, która ma przekładać się na sprzedaż i być zyskowna dla obu stron. Można powiedzieć, że nasza praca to bardzo strategiczne zadania takie jak np. negocjowanie kontraktów rocznych i przygotowywanie długofalowych strategii dla danego klienta, a z drugiej strony to także tak podstawowe zadania jak wyjaśnianie dlaczego nagle zmienił się kod na opakowaniu produktu lub dlaczego dostawa do klienta nie przyjechała na czas.

Wśród studentów i absolwentów bardzo dużym zainteresowaniem cieszy się Brand Marketing, jednak niewiele osób wie, że najcześciej w takich międzynarodowych organizacjach, często sprowadza się on do implementacji globalnych projektów. Jak to jest w komórkach sprzedażowych? T. D. : Samodzielność i decyzyjność w dużej mierze wynika z kultury organizacyjnej danej firmy, ale w 100% się zgadzam, że działy sprzedażowe mają zdecydowanie większą samodzielność oraz możliwość podejmowania decyzji. Marketing w dużej mierze musi polegać na globalnych projektach, które później są implementowane we wszystkich krajach, na których operuje dana firma. Dlatego też jego wpływ na rozwój nowych produktów albo produkcję reklam jest często niewielki. Oczywiście sprzedawców także obowiązuje firmowa strategia, ale mamy zdecydowanie dużo większe pole manewru i sami decydujemy jakimi narzędziami oraz metodami chcemy osiągać cele. Praca na tak konkurencyjnym rynku wręcz wymaga niestandardowych działań i rozwiązań – inaczej ciężko byłoby osiągnąć sukces. W tym miejscu warto też wspomnieć o dwóch najważniejszych wartościach jakie panują w Reckitt Benckiser – Entrepreneurship i Ownership – czyli otwartość na nowe pomysły i inicjatywy oraz możliwie największa samodzielność i decyzyjność, której nie spotkacie w żadnej innej organizacji.

ARTYKUŁ SPONSOROWANY

Stawiamy na ludzi otwartych, rozumiejących otaczającą nas rzeczywistość, którzy strategicznie patrzą na biznes i jednocześnie potrafią budować taktyki, które stanowią o naszej przewadze konkurencyjnej.

steśmy bombardowani informacjami o zbliżającym się kryzysie ekonomicznym. Już dzisiaj obserwujemy zmiany postaw konsumenckich prowadzące bądź do ostrej walki cenowej wśród detalistów, bądź do komodyzacji wielu kategorii. To z kolei wytwarza dodatkową presję na rachunek zysków i strat producentów produktów markowych. Znaczenia nabierają zmiany w handlu wielkoformatowym, a ostatnie przejęcie sieci Real przez sieć Auchan, to z pewnością nie ostatnia duża akwizycja na naszym, wciąż bardzo rozdrobnionym, rynku. Szalenie istotnym jest i będzie w najbliższym czasie zrozumienie tempa rozwoju e-commerce. Nie chcę nikogo zniechęcać do wejścia w świat FMCG pokazując jak wiele pracy przed nami. Dodam tylko, że dzięki tym i wielu innym wyzwaniom, mamy dodatkową motywację do działania, możemy pokazać jak jesteśmy innowacyjni, kreatywni i skuteczni.

Ostatnio dużo słyszy się o działach Shopper Marketingu. Dział Trade Marketingu w Reckitt Benckiser również zmienił nazwę na Shopper Marketing & Bu- Informatyk to zawód przyszłości – czytamy i słysiness Development. Co stoi za tymi zmianami? szymy o tym już od kilku lat. Co myślicie o przyP. B . : Patrząc dzisiaj na rynek FMCG możemy zaszłości działów sprzedaży? Czy to dobra inwestyobserwować wiele istotnych zmian. Dotyczą one cja dla kogoś kto za chwilę kończy studia i będzie zarówno zachowań konsumenckich, jak i struktu- decydował o swojej przyszłości zawodowej? ry handlu. Pojęcie niezagospodarowanej kategorii, a nawet niewielkiej niszy właściwie nie istnieje. Na każdym kroku i na wielu poziomach obserwujemy walkę o klienta. Nakładając na to bardzo konkurencyjny i nasycony rynek producentów dochodzimy do ściany i na usta ciśnie się pytanie „Panie Premierze, jak żyć?”. Dział Shopper Marketing & Business Development musi te wszystkie zmienne wziąć pod uwagę, przygotować strategię działania oraz upewnić się, że najlepsze rozwiązania doczekają się najlepszej egzekucji. Tak zdefiniowana rola w znacznym stopniu odbiega od tradycyjnego, znacznie węższego, postrzegania Trade Marketingu. Inne zachowania konsumenckie obserwujemy w hipermarkecie, a inne w małym sklepie osiedlowym. Inne znaczenie ma półka w dyskoncie, a inne w drogerii. Innego asortymentu konsument oczekuje w supermarkecie, a innego na stacji benzynowej. Konsument jest coraz bardziej wymagający, a rynek coraz bardziej kompleksowy. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że tylko holistyczne patrzenie na marki, konsumenta i rynek ma przyszłość.

W poprzednim artykule pisaliśmy, że branża FMCG szuka ludzi, którzy nie tylko rozumieją ją dzisiaj, ale też potrafią przewidzieć co się w niej wydarzy za jakiś czas. Przed jakimi wyzwaniami Waszym zdaniem stoi dzisiaj branża FMCG? P. B . : Teza, którą postawiliście jest absolutnie słuszna. Działania reaktywne w dzisiejszych warunkach rynkowych pozwalają jedynie przetrwać. Ci, którzy potrafią antycypować rzeczywistość, a w wielu przypadkach samemu ją kreować decydują o sile firmy i jej powodzeniu dzisiaj i w przyszłości. Wyzwań przed nami jest bardzo wiele. Niemal ciągle je-

T. D. : „Każdy żyje ze sprzedawania czegoś” – powiedział kiedyś jeden z guru marketingu i trudno się z nim nie zgodzić. Jak wspominał Paweł, handel w Polsce jest jeszcze w małym stopniu skoncentrowany i z pewnością będziemy jeszcze świadkami kilku konsolidacji na rynku, ale to nie powinno negatywnie wpłynąć na liczbę potrzebnych specjalistów z obszaru sprzedaży. Warto zaznaczyć, że w przypadku działów Marketingu można zaobserwować tendencje do tworzenia jednej regionalnej struktury obsługującej kilka krajów. Takie rozwiązanie w sprzedaży na pewno nie jest możliwe.

Sprzedażowiec – to brzmi dumnie? Czy praca w sprzedaży jest prestiżowa? T. D. : Może ktoś powie, że jestem w tym przypadku mało obiektywny, ale moim zdaniem to najbardziej prestiżowy dział w każdej firmie. Jego rola była zawsze bardzo ważna, a w ostatnich latach zdecydowanie wzrosła, z racji dużego wpływu na poziom zysków jakie osiąga dana firma. Zresztą mówi się, że jest to jedyny dział który generuje dla firmy przychody, w przeciwieństwie do innych działów które tylko wydają pieniądze na kampanie reklamowe, współprace z agencjami, zakup samochodów, wynajmowanie magazynów czy też wypłacanie pensji pracownikom. A biznes to przecież właśnie zarabianie pieniędzy. 0

Chcesz rozwijać się w sprzedaży w branży FMCG? Aplikuj na nasz Program Managerski Graduate Development Program Sales! www.rb.com/pl

luty 2013


wywiad z Dawidem Kainem /

Kokosowa posypka na wyciągnięcie ręki Rozmowa z Dawidem Kainem – prozaikiem, tłumaczem. Absolwentem prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim i podyplomowego edytorstwa na Uniwersytecie Pedagogicznym. Autorem m.in. powieści Prawy, lewy, złamany (2007), Gęba w niebie (2010), Za pięć rewolta (2011) oraz Punkt wyjścia (2012), a także zbioru opowiadań Makabreski (2010). MILENA BUSZKIEWICZ

MAGIEL: Przy wydawaniu swojej pierwszej powieści Prawy,

lewy, złamany powiedziałeś mi, że stać Cię co najwyżej na przyzwoity pucharek lodów. Obecnie jesteś po wydaniu czterech powieści i tomiku opowiadań, czy sytuacja się zmieniła?

DAWID KAIN: Sytuacja zmieniła się diametralnie:

oprócz lodów zamawiam teraz też kawę, a wiem, że mógłbym i ciastka, tylko nie chcę. Gdybym na dodatek nie dostawał przelewów z kilkumiesięcznym opóźnieniem, czuję, że zamawiałbym do lodów kokosową posypkę. Bo po tylu udanych publikacjach nawet ona jest na wyciągnięcie ręki.

Jak oceniasz rynek księgarski i współpracę z poszczególnymi wydawnictwami? Rynek księgarski zawsze oceniałem raczej nisko, teraz oceniam go skrajnie nisko. Oczywiście ten rynek, jak każdy inny, dopasowuje się do klientów, więc to z ich preferencji wynika fakt, że sukcesy odnoszą książki, które już nawet nie starają się osiągnąć poziomu wypracowań z podstawówki. I tak największym tegorocznym sukcesem w świecie książki stał się erotyczny fanfik innej dennej serii powieści, oczywiście pociągając za sobą falę naśladowców tyleż cynicznych, co głupich. Jeśli chodzi o nasz krajowy rynek, czyli skarłowaciałą wersję rynku światowego, to od paru lat widać wyraźną dominację prozy obyczajowej i kryminałów, co w sumie mi nie przeszkadza, bo żaden z tych gatunków mnie nie interesuje. A moje doświadczenia z własnymi publikacjami? Współpracę z każdym wydawnictwem oceniam inaczej, choć w przyszłych działaniach okołowydawniczych będzie dominował u mnie subtelny sceptycyzm.

Czy można utrzymać się z pisarstwa, zwłaszcza idącego w kierunku tak oryginalnym jak Twoje teksty? Nie ma na to żadnych szans. Wyłącznie z pisania prozy utrzymuje się w Polsce niewielka grupa autorów, a tak naprawdę większość z nich pisze tony publicystyki, żeby nie musieć szukać jedzenia po śmietnikach.

Co skłoniło Cię do napisania Prawego, lewego? Już w sumie nie pamiętam, ale chciałem napisać powieść, która skomentowałaby zjawi-

sko reality show i jednocześnie była utrzymana w klimacie książek, filmów i płyt, którymi się wtedy – w 2006 roku – zachwycałem.

Jak zmieniała się Twoja twórczość na przestrzeni ostatnich lat? Zmieniała się w niej zawartość groteski. Na początku (przy Prawym, lewym, złamanym) było jej tylko trochę, później, tak od czasu Gęby w niebie, już bardzo dużo. Mam też wrażenie że mój język stał się bardziej wyrazisty i teraz już każdy po przeczytaniu kilku zdań będzie w stanie wskazać autora. Gdy ponownie zajrzałem do mojej pierwszej powieści, to ten charakterystyczny język już tam był, tylko ja nie skupiałem się na nim aż tak jak teraz.

fot. materiały prasowe

R O Z M AW I A Ł A :

Skąd tak mroczna tematyka? Na co dzień zdajesz się być bardzo spokojnym i pogodnym człowiekiem. Taka tematyka interesowała mnie od bardzo dawna. Chciałem, żeby literatura mną wstrząsała, więc głównie takiej szokującej szukałem. Twórczość „letnia” i wszystkie te „ciepłe, podnoszące na duchu powieści” wyprowadzają mnie z równowagi.

Jaką funkcję pełni w Twoim życiu literatura? Kluczową, ponieważ doprowadziła do zmiany mojej osobowości i sposobu widzenia świata. Czytaniem można się przeprogramować w dowolny sposób. Niektóre teksty działają jak wirusy komputerowe i bardzo mi się to podoba. Dopasowuję więc swoje lektury do tego, jak sam chcę się zmieniać i jak chcę zmieniać to, o czym i w jaki sposób piszę.

Jakie są Twoje inspiracje, jak ewoluowały? W skrócie można powiedzieć, że zawsze ceniłem książki, które wpływają na sposób myślenia – czasami dzięki dziwnej treści, czasami dzięki dziwnej formie, czasami dzięki jednemu i drugiemu. Na początku do głównych inspiracji zaliczali się Philip K. Dick i Kurt Vonnegut, ale też np. Franz Kafka, Kathe Koja. Później doszli tacy twórcy jak Beckett czy Burroughs. Ostatnio jestem z kolei pod sporym wpływem Danielewskiego, Ligottiego i Halla. Czy tych pisarzy coś łączy? Chyba tylko to, że każdy jest

jedyny w swoim rodzaju. Są tutaj klasycy, eksperymentatorzy, autorzy piszący science fiction, horror, groteskę… Wszystko to w jakiś sposób wpłynęło na to, co sam tworzę.

Wiem, że zajmuje Cię nowy gatunek literacki – bizarro. Czy możesz przybliżyć naszym czytelnikom, czym się on charakteryzuje? Bizarro-fiction to nowy gatunek literacki, który wyłonił się wprawdzie kilka lat temu, ale jego korzenie sięgają daleko i w różnych kierunkach. Jego autorzy inspirują się np. Alicją w krainie czarów, tekstami Burroughsa i Kafki czy filmami Lyncha. Jest to prawdopodobnie gatunek najtrudniejszy do zdefiniowania, jednak wśród charakterystycznych cech można wskazać duże stężenie wszelkich „dziwności”, surrealizm, groteskę i czarny humor. Jest to też gatunek jakby z założenia kultowy, to znaczy książki do niego należące często są odpowiednikiem filmów uznawanych za kultowe – np. niektórych produkcji wytwórni Troma. Bizarro powstało w Stanach Zjednoczonych, ale i w innych krajach zdobywa coraz większą popularność. W Polsce reprezentują go pisarze i publicyści zorganizowani wokół bloga Niedobre Literki. I tam właśnie odsyłam wszystkich zainteresowanych. 1

luty 2013


/ wywiad z Dawidem Kainem / recenzje

Czy bizarro pojawia się też w Twoich książkach? Większość moich tekstów zawiera jakiś dziwny, czy nawet bardzo dziwny element, ale tylko niektóre z nich można by uznać za należące do bizarro-fiction. Na pewno do tego gatunku należy mikropowieść Dziwna strona miasta, opublikowana w zbiorze „Makabreski”. To historia pisarza, który jest tak podatny na wpływ otoczenia, że przekształca swoje dzieło według tego, co poradzą mu napotkani ludzie. Stara się pisać to co modne i w ten sposób nieustannie deformuje własny tekst. Powieść Gęba w niebie też należy według mnie do

bizarro-fiction, ponieważ ma dwie kluczowe cechy: jest antyutopią i pojawia się w niej element skrajnego absurdu (prorok z wysypiska śmieci chrzci ludzi węglem, który daje ludziom duszę).

zaginionego ojca. Jej ojciec był pisarzem, nagle zniknął, została po nim tylko dziwna eksperymentalna powieść. Dziewczyna nie może wychodzić z mieszkania, więc musi szukać ojca w jego tekście.

Czy obecnie coś piszesz?

Kiedy możemy się spodziewać publikacji?

Jakiś czas temu skończyłem powieść Kotku, jestem w ogniu, a teraz bardzo powoli pracuję nad niesamowicie skomplikowaną powieścią pt. Fobia. W skrócie można powiedzieć, że jest to książka o dziewczynie cierpiącej na specyficzną, wymyśloną przeze mnie odmianę batofobii (lęku przed głębią), która szuka

Kotku, jestem w ogniu pojawi się pewnie w przeciągu najbliższego roku, może dwóch, natomiast jeśli chodzi o Fobię to postęp prac oceniam na jakieś 50 proc. O wydaniu jeszcze więc nawet nie myślę. Ale jak będzie, to na pewno będę o tym głośno krzyczał. 0

xxxzz

ocena

Kartograf ludzkich istnień Wiele pozycji literackich bywa od-

wojenne listy ukazują osobowość ich

są prawdopodobnie kolejnymi inkar-

krywanych ponownie przez szerszą

opętanego muzyką autora. W powieści

nacjami jednej duszy.

publiczność przy okazji ich ekranizacji.

sensacyjnej o niewygodnym odkryciu

Choć konieczność kilkukrotnego

Tak było z Atlasem chmur, który niepo-

dziennikarki, trup ściele się gęsto,

oswajania się z sytuacją może wydać

strzeżenie pojawił się w Polsce w 2006

tymczasem autobiograf ia starszego

się dość sporym utrudnieniem, nie

roku, by sześć lat później powrócić

dżentelmena tryska ironią. Do tego

należy się poddawać – jeśli pierwszy

w chwale drugiego wydania związa-

futurystyczny wywiad ze zbuntowaną

narrator nas nie zachwyci, mamy do

nego z premierą f ilmu. Jego autor ma

sklonowaną usługującą oraz bajania

poznania jeszcze pięciu kolejnych!

na koncie pięć powieści, dzięki któ-

pasterza Zachariasza o świecie po

Mitchell błyskotliwie przeplata ko-

rym w 2007 roku pojawił się na liście

upadku ludzkości.

lejne rzeczywistości, nie szczędząc

„100 najbardziej wpływowych ludzi na

Kompozycja książki przypomina ma-

wyrazistych charakterów, dynamicz-

trioszkę – każda historia przerywana

nej akcji i ref leksji: zestawia ideały

Atlas chmur składa się z sześciu

jest w kluczowym momencie i rozpo-

i moralność ze zniewoleniem ludzkości

opowieści, z których każda to inny

czyna się kolejna, aż po przytoczoną

przez nienasycony głód siły, w którym

gatunek, język narracji i protagoni-

w całości opowieść Zachariasza, po

wyczuwa dążenie ku samozagładzie.

sta, a także miejsce i czas – od cza-

czym dopowiadane i zamykane są po

Być może stąd wyróżnienie magazynu

sów kolonialnych po kres cywilizacji.

kolei pozostałe części. Z poskładanych

„Time”, a także moje przekonanie, że

XIX-wieczny pamiętnik zabiera nas

opowieści wysnuwa się spójna, ponad-

jest to pozycja warta polecenia.

w podróż przez Pacyf ik, a między-

czasowa historia, której bohaterowie

ANNA FILIPEK

świecie” magazynu „Time”.

Atlas chmur

David Mitchell Wydawnictwo Bellona 35,99zł

nych morderstw zdaje się nie mieć końca.

wiać uszu i czekać na następną katastrofę.

Opowieść Carla Steratora została wzbo-

W tym wszystkim ludzkość o wywróconej

pojawiła się również na polskim rynku

gacona o takie postaci jak Helen Hoover

moralności otrzymuje w posiadanie grymu-

wydawniczym. Tytuł zdobył w 2003 roku

Boyle, agentkę nieruchomości zarabiającą

ar, dzięki któremu każdy może być panem

nagrodę Pacific Northwest Association

na sprzedaży nawiedzonych domów, czy

życia i śmierci, a władza jest najbardziej

Award Booksellers oraz był nominowany do

newage’owych eko-terrorystów jak Mona

pożądanym atrybutem od wieków.

nagrody Bram Stoker za najlepszą powieść

i jej chłopak Ostryga, bawiących się magią.

Dużym atutem powieści, poza charak-

w 2002 roku. Nie bez przyczyny, bowiem

Osobowości te spotykają się w świecie

terystycznymi dla autora grami słownymi

autor po raz kolejny daje czytelnikowi do-

hałasu, chaosu i demoralizacji, w którym

i pełną makabry oraz ironii erudycją, jest

skonale skonstruowany horror, obfitujący

policjant jest nekrofilem lubującym się

jej konstrukcja. Palahniuk buduje całość

w makabryczne, ale i przepełnione satyrą

w nowo umarłych modelkach, dziennikarze

na zasadzie „historii w historii”, czytelnik

obrazy.

to ludzie pozbawieni zasad moralnych, że-

zmuszony jest wysłuchać wszystkich opo-

Kołysanka jest historią reportera za-

rujący na emocjach czytelników tylko dla

wieści, poskładać je w całość i zrekonstru-

trudnionego do napisania cyklu artykułów

własnej korzyści, a każdy, kto ma możliwość

ować zdarzenia tak, by w pełni zrozumieć

na temat zespołu nagłej śmierci niemowląt.

bezkarnie mordować - wykorzysta taką

działania bohaterów, a dzięki wielokrotnie

Bohater odkrywa, że jego żona i dziecko

szansę bez mrugnięcia okiem. Rzeczywi-

stosowanemu suspensowi, robi to z dzien-

zmarli po tym, jak przeczytał im „usy-

stość, gdzie słowa nie kamienie, nigdy nas

nikarskim zacięciem i wciąż szybciej biją-

piankę”, afrykańskie zaklęcie pozwalające

nie zranią, ale zostaliśmy sprowadzeni do

cym sercem.

zabijać. Od tego momentu lawina seryj-

roli wiernej publiczności. Mamy tylko nasta-

MILENA BUSZKIEWICZ

46-47

xxxxy

Po dziesięciu latach od wydania amerykańskiego, Kołysanka Chucka Palahniuka

ocena:

Kołysanka na wieczność

Kołysanka

Chuck Palahniuk Wydawnictwo NiebieskaStudnia 32,49zł


styl życia / Cześć Tymek!

Styl

życia

Polecamy: 50 WARSZAWA SASKI 2018

Założyciele Stowarzyszenia o odbudowie Pałacu Saskiego

54 CZŁOWIEK Z PASJĄ Wyreżyserować życie? Nie da się! 56 PO GODZINACH Mobilny Kącik Co nowego w świecie gier na smartfony

Noski eskimoski A da m p r z e d p e ł s k i

Trudno namierzyć moment, w którym nasze wewnętrzne dziecko milknie.

Pamiętacie eskimosów? Legendarny lud zamieszkujący lodowe krańce świata był ważnym elementem dziecięcych marzeń każdego 10-latka, który zdołał przeczytać „Anaruka, chłopca z Grenlandii”. Niezwykła kultura, zaprawiona mrozem i wiatrem, przetrwała nietknięta nawet do połowy XIX wieku. Po czym wyrżnęła z hukiem o cywilizację, aby szybko i boleśnie odejść w zapomnienie. Pocierając nosek mojego nowonarodzonego syna przypomniałem sobie o biednych eskimosach, którym jest tak zimno, że nie mogą się całować. Zabawne, że charakterystyczna pieszczota jest jedną z niewielu rzeczy, którą potrafimy połączyć z plemieniem zamieszkującym największą wyspę świata. Inuitami mało kto zawraca sobie dziś głowę. Małoletnia fascynacja ich obyczajami i stylem życia szybko zniknęła, tak jak znika naiwna ciekawość świata, zdolność cieszenia się z rzeczy prostych, ochota do przeżywania każdego dnia inaczej. Wyrasta się z nich, jak ze starej pary przetartych na kolanie spodni. Trudno namierzyć moment, w którym nasze wewnętrzne dziecko milknie. Po prostu w pewnym momencie przestajemy zwracać uwagę na

ścigające się ze sobą krople deszczu na szybie. Czas nagle staje się zaplanowany od rana do wieczora i do doskonałej zabawy nie wystarcza już kawałek kija. Taki jest naturalny porządek rzeczy, społeczna norma od której nie da się uciec. Jednak „noski, eskimoski” z synkiem utwierdziły mnie również w przekonaniu, że nasze wewnętrzne dziecko nigdy nie znika doszczętnie. Przyczaja się po prostu, czekając na lepsze czasy, kiedy obowiązków będzie jakby mniej, a pieniędzy na dziecinne zachcianki nieco więcej. Cóż z tego, skoro moment ten nadchodzi, gdy brakuje już zdrowia. Ironia losu - aby móc pozwolić sobie na bycie dzieckiem, trzeba najpierw zostać dziadkiem. Obyczaje Anaruka i jego pobratymców są już nie do uratowania. Przedstawiciele eskimoskiego plemienia wybrali wygodniejsze życie, bez surowego mięsa wielorybów i fok. Nie znaczy to jednak, że ich legenda musi odejść wraz z nimi. Nie da się również cofnąć czasu i na powrót stać się przedszkolakiem. Lecz jeśli uda nam się czerpać przyjemność z tego co robimy, często się śmiać i znajdować w tym sens, to także nasze wewnętrzne dziecko pozostanie zdrowe. 0

luty 2013

fot. Ewa Przedpełska

Rozmowa z Grzegorzem Dziemidowiczem


/ podróż do Izraela

Izrael - kraj kontrastów

T

Dla kogo Ziemia Święta? Żaden inny kraj na świecie nie jest tak ważny w życiu religijnym dla tak dużej liczby ludzi, dlatego nie bez powodu bywa nazywany Ziemią Świętą – zarówno przez chrześcijan, żydów, jak i muzułmanów. Jerozolima, będąca ośrodkiem kultu trzech wielkich monoteistycznych religii, dzieli się na cztery dzielnice. Na Starym Mieście, pośród uliczek Dzielnicy Muzułmańskiej, rozpoczyna się Via Dolorosa, czyli najprawdziwsza droga krzyżowa. Jej pięć ostatnich stacji znajduje się w Bazylice Grobu – najważniejszym miejscu Dzielnicy Chrześcijańskiej, gdzie złożone zostało ciało Chrystusa oraz znajdować się miała Golgota. Wyznawcy Jezusa tłumnie pielgrzymują także do Betlejem, aby na własne oczy ujrzeć wapienną grotę, w której urodził się Chrystus. Jeden z najlepiej znanych i rzucających się w oczy punktów Jerozolimy to Kopuła na Skale, która wraz z meczetem Al-Aksa jest trzecim najważniejszym miejscem świętym dla wyznawców islamu. Dzielnica Żydowska to z kolei najbardziej zadbana i najspokojniejsza część miasta. Poza licz-

48-49

nymi synagogami znajduje się w niej Ściana Płaczu, czyli najświętsze miejsce judaizmu, zwane także Zachodnim Murem. To jedyna zachowana do naszych czasów pozostałość Świątyni Jerozolimskiej. Podzielona jest na dwie strefy, 48metrową dla mężczyzn i jedynie 12-metrową dla kobiet, pomiędzy którymi znajduje się wysokie ogrodzenie, dzięki czemu mężczyźni i kobiety nie widzą się wzajemnie. Po stronie przeznaczonej dla pań nie usłyszymy ani słowa – nie mogą one modlić się na głos. Aby móc podejść i z bliska poczuć niesamowitą atmosferę, jaka tam panuje, mężczyźni obowiązkowo powinni mieć nakrycie głowy (na miejscu można dostać kipę), a kobiety muszą zakryć ramiona. Według tradycji żydowskiej, przed podejściem pod samą Ścianę Płaczu należy trzykrotnie umyć każdą rękę. Jeśli w „zapełnionym po brzegi” murze znajdziemy chociaż odrobinę wolnego miejsca, możemy zostawić kar-

teczkę z naszą prośbą do Boga. Odchodząc od Zachodniego Muru, należy iść tyłem, będąc cały czas skierowanym twarzą w jego stronę. Szczególnie pięknym przeżyciem jest obecność pod Ścianą Płaczu w czasie, gdy zaczyna się szabat. Na tę szczególną okoliczność przybywa tu wielu Żydów, aby wspólnie cieszyć się z cotygodniowego święta. Odświętnie ubrani, młodzi i starsi – tańczą, śpiewają, całkowicie niewymuszenie radują się, że znów mogą mieć czas dla bliskich i razem z nimi spędzać dzień wolny. Niesamowitego wrażenia, jakie wywołuje obecność w tym niepowtarzalnym miejscu, już nigdy nie da się wymazać z pamięci.

Kraj czterech mórz Czy tak mały kraj, który stale cierpi na niedostatek wody, może mieć dostęp aż do czterech mórz? Izrael jest przykładem, że jest to możliwe.

fot. Małgorzata Gawlik

akiej różnorodności nie znajdziemy w żadnym innym miejscu na świecie. Chociaż Izrael to głównie państwo Żydów, zamieszkiwany jest także między innymi przez Arabów, chrześcijan, Ormian oraz Druzów. Wielu jego mieszkańców przybyło tu z najróżniejszych zakątków świata. Każdy z nich ma odmienną historię, prezentuje inną kulturę i obyczaje. Wielotysięczna historia Ziemi Izraela pozostawiła ślad, który przetrwał aż do czasów współczesnych. Wbrew pozorom, najciekawsze miejsca to nie tylko te stanowiące cel większości wycieczek, ale także powszechnie nieznane i nieodwiedzane zakątki.

fot. Małgorzata Gawlik

Powstał późno, bo dopiero w 1948 roku i jest zaledwie 144. krajem na świecie pod względem powierzchni. Jednak ogromu bogactwa kulturowego, tak wielu świętych miejsc i czterech mórz może mu pozazdrościć niejedno państwo. Chociaż na jego terytorium brakuje pokoju, jest coraz chętniej wybieranym przez turystów celem podróży. Nie bez powodu! T E K S T : M A Ł G o r zata G aw l i k


Pierwsze z nich to właściwie Jezioro Tyberiadzkie, zwane Morzem Galilejskim. Znajduje się w północnej części Izraela, w pobliżu Wzgórz Golan. Dzięki takiemu położeniu, odpoczywając nad jego brzegiem, możemy podziwiać przepiękny widok na czerwone wzniesienia, będące miejscem spornym, położonym nie tylko na terenie Izraela, lecz także Syrii i Libanu. Na Wzgórzach można nierzadko spotkać groźnie wyglądające, stacjonujące tam oddziały wojskowe oraz zwiedzić nieczynne już bunkry. Zza przerażająco wyglądających, drucianych płotów, położonych w większości na zaminowanych terenach, rozciąga się panorama sąsiadujących krajów. Wzgórza Golan licznie zamieszkują Druzowie – grupa etniczna i wyznaniowa, która poza islamem cechuje się również wpływami innych religii. Specjalizują się oni w doskonałej kuchni, dlatego zwiedzając ich wioski, koniecznie należy spróbować pysznego hummusu, soku z daktyli, bakłażanów oraz innych lokalnych specjałów. Podobnie jak reszta Izraelczyków, Druzowie również służą w armii. Jest to obowiązek każdego Izraelczyka i nikogo w tym kraju nie dziwi widok idących przez ulicę bądź odpoczywających w knajpce umundurowanych młodych ludzi z bronią w ręku. Na wschodzie kraju znajduje się najniżej położony punkt na świecie i jednocześnie najbardziej zasolony zbiornik wodny na świecie – Morze Martwe. Stężenie soli jest tam tak wysokie, że nie można w nim utonąć. Niektórzy mają nawet problem, aby normalnie stanąć na nogach, ponieważ woda silnie wypycha do pozycji leżącej, dlatego spokojnie może służyć kąpiącym się turystom za wygodny, niewywracający się materac. Po zażyciu słonej kąpieli punktem obowiązkowym powinien być płaskowyż Masady. Chociaż w czasie wakacji ciężko wstać, gdy jest jeszcze ciemno, zdecydowanie warto wybrać się tam z samego rana, aby ujrzeć najpiękniejszy na świecie widok wschodzącego słońca, odbijającego się w Morzu Martwym. Eljat – najbardziej wysunięta na południe część Izraela – to raj dla wszystkich uprawiających sporty wodne i nurkowanie. W miasteczku tym, położonym nad Zatoką Akaba nad Morzem Czerwonym, obserwować można cudowne rafy koralowe oraz stada delfinów i lwów morskich. Jest to też najbardziej nasłonecznione miejsce w kraju i chętnie odwiedzany przez turystów kurort, mimo że do terytorium Izraela należy zaledwie 7 km plaż tego akwenu. Ostatnim i najważniejszym zbiornikiem wodnym jest oczywiście Morze Śródziemne, którego wody oblewają większość zachodnich granic kraju. Nad nim położona jest Hajfa – główne miasto portowe w Izraelu oraz nowoczesny ośrodek przemysłowo-handlowo-naukowy. Wjeżdżając tu, koniecznie musimy zatrzymać się przy świąty-

fot. Berthold Werner, CC

podróż do Izraela /

ni Bahaistów. To jeden z dwóch najważniejszych na świecie ośrodków bahaizmu, religii posiadającej obecnie ponad 5 mln wyznawców. Otaczają go przepiękne i wypielęgnowane ogrody, z których podziwiać można port oraz otwarte morze.

„Jerozolima się modli, Hajfa pracuje, a… …Tel-Awiw imprezuje.” – to znane przysłowie, które choć w trochę wyolbrzymiony sposób, to jednak zgodnie z prawdą oddaje urok trzech największych miast Izraela. Tel-Awiw jest nigdy niezasypiającą metropolią położo-

ną na wschodnim brzegu Morza Śródziemnego. Po kulturowo-religijnych wojażach każdy Europejczyk może wreszcie poczuć się tu jak u siebie. Czyste, szerokie i piaszczyste plaże, ciepła woda, restauracje, knajpki i nocne życie w najpiękniejszej, portowej dzielnicy miasta Jaffie co roku przyciągają rzesze turystów. Jednak ta moc doznań i widoków to nie wszystko, co oferuje Izrael. Tego kraju, jego atmosfery i kultury nie można opisać słowami. Izrael trzeba dotknąć, zobaczyć, przeżyć i samemu wyciągnąć wnioski… 0

Porady dla odwiedzających Izrael 1. Izrael to kraj nastawiony na turystów i wszystko można

bardzo wysokie. Aby nie przepłacać w upalne dni,

w nim kupić, mając jedynie dolary? Nieprawda! Chyba,

których tu nie brakuje, warto wziąć ze sobą bidon

że planujemy jedynie wycieczkę do kilku najbardziej

na wodę, która nawet prosto z kranu jest zdatna do

znanych miejsc, bez zagłębiania się w najbardziej

picia. W miejscach często odwiedzanych znajdują się

urokliwe zakątki kraju. Jeśli chcemy zobaczyć i kupić

specjalne krany, z których można ją pobrać bez opłaty.

więcej, koniecznie należy zabrawć ze sobą szekle. 6. W Izraelu częstym celem turystów są miejsca 2. Pamiętajcie, że nawet najmniejszy stragan to dla

święte, dlatego mężczyźni zawsze powinni mieć przy

kogoś biznes życia, dlatego zrobi on wszystko, żeby

sobie nakrycie głowy, a kobiety bluzkę z rękawkami

za swoje towary otrzymać jak największą sumę. Nie

(ewentualnie szal do przykrycia ramion). Ponieważ

dajcie się zbyt łatwo skusić. Targowanie się jest w

zakrywanie tych części ciała jest surowo egzekwowane,

Izraelu powszechnie znane (szczególnie u arabskich

przy wejściu do miejsc religijnych można otrzymać

sprzedawców), a cena potrafi spaść nawet o ponad połowę.

te rzeczy, ale zalecane jest korzystanie z własnych.

3. Jeśli planujecie imprezę alkoholową, nie zapomnijcie

7. Polacy, nie posiadając wizy, mogą przebywać na terenie

zaopatrzyć się w napoje przed 23:00. Po tej godzinie sklepy

Izraela do 90 dni, ale aby przekroczyć granicę należy mieć

mają zakaz sprzedaży alkoholu i jest on ściśle przestrzegany.

paszport ważny jeszcze przynajmniej trzy miesiące. Jeśli posiadacie w nim pieczątki krajów arabskich,

4. Planując podróż, zwiedzanie albo zakupy nie zapomnijcie,

w których wcześniej byliście, przygotujcie się na pytania

że w Izraelu szabat (sobota) to dzień wolny. Z tego powodu

związane z pobytem w nich. Podobnie jest w drugą

od piątku wieczorem nie kursuje tam komunikacja miejska

stronę – posiadając pieczątkę Izraela, nie dostaniemy się

( jedynie taksówki), a większość sklepów i obiektów

na przykład do takich krajów jak Arabia Saudyjska, Liban

żydowskich jest zamknięta (także informacje turystyczne).

czy Zjednoczone Emiraty Arabskie. Jest jedno wyjście z tej sytuacji – przy wjeździe do Izraela możemy poprosić

5.

Niektórzy

mawiają,

że

woda

w

Izraelu

jest

o przybicie pieczątki na dodatkowej karteczce, której

cenniejsza od benzyny – jej ceny rzeczywiście są

natomiast nie wolno nam zgubić w czasie całego pobytu.

luty 2013


Warszawa

SASKI 2018

Mówi się, że marzenia utrzymują nas przy życiu, za to próba ich spełnienia nadaje mu sens. Przywrócenie do życia Pałacu Saskiego z pewnością wpasowuje się w kategorię pobożnych życzeń i mrzonek. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że odbudowy i renowacji Saskiego po prostu nie da się zrobić. Ale czy na pewno? Ludzie ze Stowarzyszenia „Saski 2018” są zgoła innego zdania. R oz mawiali :

D o m i n i ka B asaj, E m i l M a r i nkow

MAGIEL: Kim są ludzie tworzący Saski 2018? Marta Szczeblewska- Korkus: Warszawa to nie tylko moje miejsce zamieszkania, ale dosłownie moje miejsce pracy, bo z zawodu jestem przewodnikiem. Chciałabym zmienić wizerunek Warszawy nie tylko w oczach mieszkańców, ale także ludzi do nas przyjeżdżających. Ludzie patrzący na Warszawę tak jak my – oczami pasjonatów także mogą się w niej zakochać. Michał Wons: Z zawodu jestem radcą prawnym zajmującym się nieruchomościami i wiedzę tę wykorzystuję w Stowarzyszeniu. Uwielbiam moje miasto, interesuję się jego przeszłością. Jestem estetą – nic na to nie poradzę, że jak idę ulicą Mokotowską lub Lwowską, to mi się podoba, a jak jadę KEN-em, to już niekoniecznie.

W takim razie zacznijmy od początku. Jak się zaczęła Wasza inicjatywa i dlaczego celem jest Pałac Saski? MW: Trochę przypadkowo. Na stronie poświęconej dyskusji nad architekturą i urbanistyką miasta (www.skyscrapercity.com) jest wątek poświęcony rekonstrukcjom historycznym. Co jakiś czas ludzie wzdychają jaka piękna była Warszawa, jakie piękne miała budynki i ile razy Pałac Saski próbowano odbudowywać, a nigdy nie doszło to do skutku. Jeden z internautów – student, który na co dzień mieszka w Oslo, założył na Facebooku fanpage Saski 2018. Napisałem do niego, chcąc się przyłączyć do inicjatywy. Nie mogę patrzeć na ten niezagospodarowany, brzydki plac. Poparł mój pomysł mówiąc, że to osoby przebywające w Polsce powinny zaangażować się w sprawę. Doszliśmy do wniosku, że aby ktoś nas traktował poważnie musimy być stowarzyszeniem rejestrowym. Puściliśmy wici wśród naszych znajomych – miłośników Warszawy i razem z nimi założyliśmy Stowarzyszenie Saski 2018.

Nie jest to pierwszy pomysł odbudowy Pałacu Saskiego. Dlaczego inwestycja została brutalnie zakończona w 2006 roku? MW: Z inicjatywy miasta. Pałac Bruehla, Pałac Saski i wszystkie kamie-

nice przy ul. Królewskiej miały zostać odbudowane pod siedzibę Ratusza. Tam się miały scalić stołeczne komórki organizacyjne, które obecnie są rozsiane po całym mieście. W prasie wygląda to tak, że projekt upadł ze względu na zachowane piwnice dawnego Pałacu. Miało to spowodować zmiany w projekcie i generalny wykonawca odstąpił od umowy z miastem. To nieprawda. Wszystko rozbiło się o to, że nie powstały

50-51 magiel

na czas plany tych budynków. Oprócz tego prace archeologiczne trochę się przedłużyły i ze względu na wykopaliska trzeba było te zmiany do projektu wprowadzić. Kryzys finansowy spowodował, że podjęta została decyzja polityczna o alokacji środków z Pałacu Saskiego na budowę Mostu Północnego.

Ale kryzys nadal trwa i nie widzę sposobu, aby inicjatywa znalazła poparcie miasta. Projekt przez Was proponowany w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego wymaga dużego zaangażowania ze strony Warszawy. MW: Powiem więcej – wchodzimy prawdopodobnie w najgorszą fazę kry-

zysu. Pieniędzy jest coraz mniej, ale to nie o to chodzi. Uważamy, że mówienie, iż nie ma środków i rozkładanie rąk to trochę za mało. Potrzebne jest bardziej konstruktywne podejście. PPP (partnerstwo publiczno - prywatne - przyp. red) jest tutaj pracochłonnym, ale doskonałym rozwiązaniem. Powinny zostać powołane w ratuszu osoby od przygotowania inwestycji, jako pewnego rodzaju produktu rynkowego. Mamy warunki zabudowy, mamy przeprowadzone badania archeologiczne i tak naprawdę można by dokończyć projekt budowlany oraz uzyskać pozwolenie na budowę. Ratusz powinien reklamować taki produkt i promować go jako prestiżową inwestycję miejską. Przekazanie części budynków na własność pod funkcje komercyjne, pozostawienie zysków z najmu z obowiązkiem odkupu budynków przez miasto po 30 latach, funkcja bycia operatorem parkingu podziemnego, dostanie innej nieruchomości miasta jako wynagrodzenie to realne zyski, jakie inwestor może czerpać z budowy Pałacu Saskiego.

W takim razie na czym konkretnie miałaby polegać Wasza praca? Zajmiecie się szukaniem potencjalnego inwestora, pobudzicie miasto do działania, czy tylko będziecie propagować pomysł? MW: Żeby przywrócić pamięć o Pałacu Saskim idea musi zatoczyć jak najszersze kręgi. Dopiero zaczynamy rundy spotkań z magistratem, bo przed zarejestrowaniem 28 grudnia, jako niepełnoprawny partner do rozmowy, nie mieliśmy takiej możliwości. Chcemy ich przekonać, zaproponować pomoc, pomysły. Pragniemy, aby urzędnicy się tym zajęli, ponieważ mieszkańcy miasta tego oczekują.

Ale czego oczekują? Pamiętając, że budżet nie jest elastyczny, w jaki sposób jesteście w stanie określić, czego chcą warszawiacy: Pałacu Saskiego czy Mostu Południowego?


Warszawa

MW: Uważamy, że należy zbudować i to, i to – tak samo odpowiem na każde porównanie. Stolica dużego europejskiego kraju może realizować kilka sporych inwestycji na raz. Ważne są inwestycje w infrastrukturę, obiekty użyteczności publicznej, ale też w kulturę i tożsamość Warszawy. MS-K: Można też na tym oszczędzić. Ratusz jest rozproszony w wielu miejscach w Warszawie i wydaje olbrzymie pieniądze na wynajem pomieszczeń – ok. 4 mln złotych. Dlatego przekonani jesteśmy, że wydatki na odbudowę Pałacu to w dalszej perspektywie nie wydatek, ale oszczędność. Miasto zleciło kiedyś firmie consultingowej obliczenie okresu zwrotu inwestycji, ale rachunki te przepadły gdzieś w Ratuszu. Odkopanie i zasypanie piwnic, wynagrodzenia dla architektów, wynagrodzenie dla generalnego wykonawcy to na razie puste, niewykorzystane wydatki rzędu 15 mln złotych. Skoro wydało się takie pieniądze to można także wydać i więcej, aby tych 15 mln złotych nie zmarnować. Warszawa będzie miała piękną pierzeję, salon warszawski rozszerzy się na tę okolicę, będzie to walor turystyczny, a partner prywatny zarobi na tym. To wszystko się zazębia.

W takim razie będzie to dosyć trudne i czasochłonne. Jest rok 2013, data ukończenia inwestycji to 11.11.2018 r. Mówicie, że w 6 lat można znaleźć inwestora i sfinansować prawie każdą inwestycję budowlaną. Na pewno? MW: Tak, trzy lata na przekonywanie miasta, uzyskanie decyzji środowiskowej, pozwolenia na budowę i szukanie pieniędzy w ramach PPP, a trzy lata na zwykły proces budowlany. Nawet jeśli w 2018 r. będą trwały prace wewnątrz to będziemy usatysfakcjonowani.

Zostawmy kwestie formalne. Wiem, że macie poparcie aktywnej części Warszawy, nastroje są po Waszej stronie, ale co z ludźmi, którzy chcą zachować status quo placu Piłsudskiego? Ms-k: Pamiętamy o tym, że plac ma znaczenie symboliczne i historyczne dla

wielu Polaków. Szanujemy to, co powstało po wojnie, ale argumentacja, że sam Grób Nieznanego Żołnierza jest wystarczającym symbolem jest niekompletna. Równie dobrze można by powiedzieć, że niepotrzebne było odbudowywanie Zamku Królewskiego. Tak samo potrzebna jest odbudowa Pałacu Saskiego. Ten plac to niezagospodarowana przestrzeń w ścisłym centrum stolicy. Dajmy szansę przyszłym pokoleniom żyć w otoczeniu Saskiego, tak jak pokolenia przeszłe.

W budżecie miasta na rok 2013 przewidziane jest przeszklenie tych piwnic, co kosztować będzie 10,5 mln złotych. Czy nie oznacza to, że miasto jednoznacznie rezygnuje z planów zagospodarowania tego terenu?

Jeśli wspominacie o władzy to pewnie macie też na myśli administrację centralną. Będziecie w takim razie zabiegać o wsparcie rządowe?

MS-K: To plotka medialna, która wyrosła po wypowiedzi rzecznika mia-

przed rejestracją stowarzyszenia otrzymywaliśmy wyrazy poparcia nie tylko od radnych, ale także od osób z administracji rządowej. W każdej grupie społecznej i na każdym szczeblu władzy są osoby, które pragną odbudować Pałac i którym wygląd Warszawy nie jest obojętny.

sta w jednym z programów informacyjnych. Według wykonawcy tego projektu przeprowadzona ma być jedynie wymiana powierzchni placu Piłsudskiego, natomiast piwnic mają nie ruszać. Nic co jest własnością miasta, czyli miejsce gdzie stał Pałac Saski nie będzie remontowane ani wymieniane.

Jak ma wyglądać Pałac Saski Waszych marzeń? MS-k: Chcemy, aby wyglądał tak, jak tuż przed wybuchem II Wojny Światowej. Ówcześnie znajdujące się tam budynki były wizytówką Warszawy, wryły się w pamięć warszawiaków. Stanowią część tożsamości miasta i, abstrahując od opinii czy to była dobra architektura czy nie, była to architektura Warszawy. Zależy nam na tym, aby były to budynki najwyższej jakości, wierna rekonstrukcja tego, co stało tam przed wojną. W przypadku Saskiego decyzja o warunkach zabudowy wprost nakazuje zachowanie wszystkich elewacji i podziału na kondygnacje, zgodnie z wiedzą historyczną.

MW: Nie możemy już teraz zdradzić wszystkiego. Powiem tylko, że nawet

Co jeśli spotkania i wspomniane wcześniej przez Was metody zawiodą? MW: Mamy plan B. Jeśli nie uda się pozyskać inwestora metodą PPP pozostaje

metoda składek. Najwięcej maili zawiera pytanie, gdzie trzeba wpłacać pieniądze. Pamiętajmy, że w ten sposób odbudowano Zamek Królewski. Spróbujemy również przekonać land Saksonii, aby dołożył się do tego projektu traktując pałac jako część swojej historii.

Oprócz Saskiego, macie jakieś inne pomysły na Warszawę? M W : Chciałbym zobaczyć wiele kiedyś istniejących budynków, które uzupeł-

niłyby dziurawą w wielu miejscach tkankę miasta. Ponadto 20 lat po upadku komunizmu przykre jest to, że nie powstała ani jedna pełna ulica w Warszawie, którą można przejść i zachwycić się spójną architekturą. 0

fot. CC

luty 2013


Rozstrzygnięcie plebiscytu odbędzie się podczas Urodzin Magla 26 lutego w klubie 1500 m2.


Grasz o staż /

Laureaci 17. edycji „Grasz o staż”. Fot. pwc

Zapraszamy na „osiemnastkę” konkursu „Grasz o staż”! 4 lutego rozpoczęła się kolejna, pełnoletnia już edycja konkursu „Grasz o staż”. W gronie fundatorów praktyk, którzy latem przyjmą do siebie stażystów z całej Polski znaleźli się pracodawcy z poprzednich edycji oraz nowe organizacje. T E K S T:

P wC

tym roku studenci i absolwenci po raz kolejny odbędą płatne praktyki w renomowanych firmach, organizacjach rządowych i pozarządowych, agencjach reklamowych i domach mediowych. Wszyscy chętni do udziału w „Grasz o staż” powinni zarejestrować się na www.grasz.pl i rozwiązać case study. Poniżej znajdziecie zestaw cennych wskazówek, które pomogą Wam odnieść sukces w konkursie.

W

Jak grać, żeby wygrać? • www.grasz.pl – zapamiętaj adres tej strony! To tutaj znajdziesz szczegółowe opisy oferowanych praktyk, listę zadań i wypełnisz kwestionariusz CV. • Twój profil – kwestionariusz, który uzupełniasz to Twoje wirtualne CV! To te informacje trafią do Fundatora, w przypadku zaproszenia na rozmowę kwalifikacyjną! • Wybierz zadanie, które jest związane z interesującą Cię dziedziną i której może dotyczyć Twoja praktyka. • Rozwiązując zadanie – szukaj inspiracji w różnych źródłach i myśl kreatywnie, ale nie zapomnij o przeczytaniu instrukcji i sprawdzeniu limitu znaków i formatu rozwiązania! • Wybierz minimum 1, a maksymalnie 3 zadania. Szansa na wygranie nagród dodatkowych rośnie wraz z ilością rozwiązanych zadań! • Wypełnij kwestionariusz CV, ankietę i wgraj zadania – masz czas do 8 kwietnia do godziny 23:59. • Przygotuj się do rozmowy rekrutacyjnej, poznaj firmę do której zostałeś zaproszony i zadania na oferowanej praktyce. Zdobądź wymarzony staż!

O czym warto pamiętać w trakcie rozwiązywania zadań konkursowych? • Wybierasz zadanie? Wybierz obszary, które najbardziej Cię interesują. Twój kierunek studiów nie ma tu znaczenia! – Najważniejsze, aby zadanie odzwierciedlało nasze zainteresowania. Warto wyjść z pudełka

i właśnie taką strategię przy wyborze zadania polecam najbardziej! – Małgorzata Samojłowicz, laureatka 15. edycji. • Zadbaj o strukturę graficzną rozwiązania! – Z pewnością mogę stwierdzić, że przy rozwiązywaniu zadań konkursowych najważniejsza jest przejrzysta i logicznie zbudowana struktura rozwiązania. Ze względu na ograniczoną ilość znaków, starałam się możliwie zwięźle opisywać poszczególne pomysły, oszczędzając miejsce na kolejne – Magda Piątek, laureatka 15. edycji. • Kreatywność wskazana! – Warto zwrócić uwagę, czy po zapoznaniu się z zadaniem jesteśmy w stanie wpaść na nieszablonowy pomysł, coś, co odróżni naszą pracę od innych. Myślę, że główną rolę przy rozwiązywaniu zadań pełni kreatywność. – Radosław Wyrzykowski, laureat 16. edycji. • Uwierz w siebie! Wygrana leży w zasięgu Twoich możliwości!

Kolejny etap „Grasz o staż”: rozmowa rekrutacyjna Mogłoby się wydawać, że w dobie Internetu nie ma nic prostszego niż przygotować odpowiednie dokumenty aplikacyjne. W sieci można znaleźć setki wzorów, poradników i pomocy. Tymczasem rekruterzy zauważają, że wiele CV i listów dyskwalifikuje kandydatów już na wstępie. Ci, którzy przejdą pierwszy stopień rekrutacji, często mają problemy z dobrą prezentacją podczas rozmowy kwalifikacyjnej.

Przygotowania do rozmowy Gdy nadejdzie wymarzona chwila i zadzwoni telefon z zaproszeniem na rozmowę - połowa sukcesu została osiągnięta. Teraz należy wykonać resztę ciężkiej pracy i przygotować się do rozmowy.

Co warto zrobić? • przeczytaj ze zrozumieniem informacje zawarte na firmowej stronie internetowej, • poszukaj w sieci publikacji, artykułów dotyczących interesującej nas firmy, • odśwież wiedzę ze studiów, o którą możesz być zapytany, a która może być istotna ze względu na charakter stanowiska, o jakie się ubiegamy, • zapisz na kartce adres firmy, telefon, oraz imię i nazwisko osoby, z którą się spotkasz, • odpowiedz sobie na pytanie: Dlaczego chce Pani/Pan pracować w naszej firmie?, • poproś kogoś, aby odegrał rolę osoby rekrutującej (możecie najpierw wspólnie przygotować listę pytań). Dzięki temu nie tylko „oswoisz” się z sytuacją wywiadu, ale dodatkowo przygotujesz się na niektóre pytania, • przygotuj właściwy strój – uprasuj koszulę, spódnicę, sukienkę, krawat. Na rozmowę lepiej przyjść ubranym „za dobrze” niż źle (nie dotyczy to sytuacji, gdy idziemy na rozmowę np. na plac budowy, wtedy ani garnitur, ani wysokie szpilki nie są wskazane). Warto dowiedzieć się, jaki dress code i standardy obowiązują w firmie do której aplikujemy, aby dopasować nasz ubiór do wymogów pracodawcy, • pamiętaj o byciu punktualnym! • zastanów się nad pytaniami, które chcesz zadać pracodawcy. W „Grasz o staż” dobrze ocenione zadanie konkursowe oraz pomyślnie przebyta rozmowa rekrutacyjna wiążą się z przyznaniem tytułu laureata konkursu i zaproszeniem na letnie praktyki. Każdą edycję „Grasz o staż” wieńczy uroczysta Gala Finałowa, na której zwycięzcy spotykają się z pracodawcami, a także otrzymują pamiątkowe dyplomy. Udział i wygrana w konkursie to dla każdego ogromna satysfakcja, dlatego warto spróbować swoich sił w grze o jedno z najważniejszych doświadczeń zawodowych. Więcej informacji: www.grasz.pl i www.facebook.com/graszostaz. 0

luty 2013


/ Grzegorz Dziemidowicz Góralu, czy ci nie żal

Wyreżyserować życie? Nie da się! Kiedy student może poczuć się naprawdę bogaty? Co kiedyś łączyło Polskie Radio i strażaków? Kto najwięcej plotkuje i dlaczego należy to robić? Czym powinien się zajmować ambasador na placówce zagranicznej? Szukając odpowiedzi na powyższe pytania, MAGIEL postanowił porozmawiać z Grzegorzem Dziemidowiczem, zasłużonym ambasadorem w Grecji, Egipcie i Sudanie. r o z maw ia ł a :

N ATA L I A G Ó R A L

Z DJ Ę C I A :

A d ri A n G Ó R A L

W Pana karierze można śmiało zauważyć kilka prawdziwie filmowych zwrotów akcji. Czy jeden z nich, a mianowicie studia orientalistyczne na Uniwersytecie Warszawskim, był czystym przypadkiem czy raczej marzeniem z dzieciństwa? MAGIEL:

Grzegorz Dziemidowicz : Ach, to był absolutny przypadek! Początkowo złożyłem papiery na medycynę po czym zaledwie na tydzień przed egzaminem wstępnym, wycofałem je. A wszystko to za sprawą wspaniałej książki, która właśnie wtedy się ukazała. Publikacja pt. Bogowie, groby i uczeni Ceram’a C. W. dotycząca odkryć archeologicznych, wywarła na mnie tak ogromne wrażenie, że zaraz po zorientowaniu się, że akurat jest nabór na egiptologię – a ten miał miejsce raz na cztery lata – wycofałem papiery z medycyny i złożyłem je na orientalistykę. Na wybrany przeze mnie kierunek – czyli właśnie egiptologię – przyjęto 5 osób, w tym mnie.

Ale przecież to były lata 60. z przaśnym socjalizmem na czele. Czyli problemy z wyjazdem do dalekich krajów, takich jak właśnie Egipt. Ogromne! Nie było tutaj mowy o specjalnej pracy życia, natomiast kraj oczywiście był bardzo ciekawy. Po uzyskaniu dyplomu, praktycznie jednego dnia, dostałem trzy, niesłychanie atrakcyjne propozycje. Pierwszą była oferta profesora Michałowskiego – wyjazd na stypendium do Egiptu i udział w wykopaliskach archeologicznych. Druga propozycja dotyczyła pracy w charakterze asystenta na uniwersytecie w Szwecji. Wynikało to z tego, że podczas pisania pracy licencjackiej korespondowałem z tamtejszym profesorem. Natomiast trzecią było

54-55

zaproszenie na dziennikarstwo na Uniwersytet Warszawski. Pamiętam, że poczułem się wtedy rzeczywiście niesłychanie bogaty. Odrzuciłem Szwecję, dziennikarskiemu zacięciu kazałem zaczekać, a sam wybrałem egipską przygodę. Spędziłem dwa lata w fantastycznym miejscu na Bliskim Wschodzie, w wielkim kolorowym świecie, który jest tak odmienny od naszej szarej rzeczywistości, że właściwie do tej pory jestem zafascynowany dalekimi krajami, miejscowymi ludami i ich obyczajami.

Jaką cechę charakteru lub obyczaj wspomina pan najmilej z pobytu w Egipcie? Na pewno na samym początku szokuje gościnność.

Gościnność? Przecież my, Polacy, również jesteśmy bardzo gościnni! Tak. Przynajmniej tak o sobie myślimy i mówimy. Gościnność arabska jest nieporównywalnie dalej idąca. Gościowi oferuje się wszystko to, co w domu jest najlepsze. Nawet w bardzo biednym gospodarstwie domowym takie zachowanie to absolutna norma – coś na zasadzie zastaw się, a postaw się.

Czyli nie tylko jedzenie… Dotyczy to jedzenia i pomocy w różnego rodzaju sytuacjach życiowych. W Kairze było bardzo podobnie jak w latach trzydziestych czy dwudziestych w Londynie – gdy zatrzymywało się zagubionym na ulicy, ludzie sami podchodzili i pytali, czy mogą w czymś pomóc.


Grzegorz Dziemidowicz /

To niesamowite… Oczywiście jest mnóstwo ludzi, którzy widząc cudzoziemca, podchodzą i żebrzą, ale jest również bardzo wiele osób, które chcą po prostu pomóc. To właśnie było dla mnie uderzające, ta radość życia mimo trudnych warunków finansowych.

Później zamienił Pan saharyjskie wydmy na korytarze Polskiego Radia. Wtedy dziennikarze pracowali albo w gazetach, których było raptem kilka, albo właśnie w Polskim Radiu. Bardzo miło wspominam ten okres. Chyba największą zaletą tej pracy było to, że napotkałem tam wiele osób pamiętających czasy przedwojenne, z odpowiednim kodeksem zachowań, manierami i sposobem ubierania się.

Czy to się zachowało? Niestety nie. Ale proszę sobie wyobrazić, że pamiętali jeszcze spikerów przedwojennych o głosach powszechnie znanych w Polsce. To była najwyższa kasta dziennikarstwa. To byli bogowie, jak chociażby Władysław Szpilman. To rzeczywiście była grupa zupełnie nieporównywalna z tymi, którzy teraz tam pracują. Po prostu życie jest inne i odmienne są teraz wymagania. Ja jestem szczęśliwy, że mogłem poznać te dwa światy. Ten jeden już kompletnie odchodzący w cień. Obyczaje, przede wszystkim szacunek.

Korektor to była Pańska pierwsza posada? Absolutnie pierwsza. Jako dziennikarz radiowy prowadziłem korektę i sprawdzałem teksty idące na antenę serwisu informacyjnego. Potem sam zaczynałem pisać, a gdy wprowadzono modę na dziennikarstwo bezpośrednio antenowe, czyli tzw. „na żywo”, zacząłem wchodzić na antenę z programami autorskimi.

To wszystko brzmi tak łatwo, prosto i przyjemnie. Czyżby obyło się bez nieoczekiwanych wyzwań? Jeżeli chodzi o żywą antenę, to miałem z nią dużo kłopotu. Z jednej strony byłem doceniany jako autor dzienników. Specjalizowałem się w sprawach międzynarodowych. Rzeczywiście miałem tutaj pole do popisu i nikt mi tego nie blokował. Jednak z drugiej strony, radio nauczyło mnie pokory. Myślałem, że jeśli już pracuję w radiu, to udzielanie się na żywej antenie będzie naturalną koleją rzeczy. A tu się okazało, że – z uwagi na wadliwą budowę moich strun głosowych, tzw. nosowość – nic z tego!

Niemożliwe! Przyznam, że nie zauważyłam. Pewnie dużo Pan ćwiczył … Zgadza się. Miałem wątpliwą przyjemność skorzystać z długich, momentami bardzo nieprzyjemnych, zabiegów i ćwiczeń, takich jak np. elektryzowanie dróg oddechowych.

Robił Pan naprawdę wszystko. Tak, robiłem wszystko i to zwróciło się z nawiązką, bo nie tylko zostałem upoważniony do wygłaszania własnych tekstów na antenie, ale również dostałem kanał lektorski, tzn. mogłem czytać teksty innych. Miałem cały czas do czynienia z tym, co jest w radiu najwspanialsze – znakomitymi głosami moich współpracowników i bardzo koleżeńską atmosferą. Audycja radiowa opiera się na pracy zespołowej. Indywidualizm zdobywa się w zupełnie inny sposób. Jeśli się pisze, trzeba mieć łatwość i lekkość pisania – wtedy w dziennikarstwie pisanym można bardzo łatwo zyskać uznanie. W telewizji wystarczy dobrze wyglądać, zgrabnie sformułować pytania lub umiejętnie poprowadzić program. W radiu jest bardzo trudno. Ono działa przede wszystkim na wyobraźnię, więc trzeba umieć przekonać słuchaczy, że ma się coś do powie-

dzenia. Takie pustosłowie praktycznie nic nie daje. Dlatego, zwłaszcza w tamtym czasie, ceniono dobry warsztat.

Co wspomina Pan najmilej z pracy w radiu? Pracowałem w redakcji informacji. Fakt, że wchodziło się na antenę na żywo, dawał niesamowitą adrenalinę. Potrafiliśmy z kolegami rozmawiać całymi godzinami, nawet już po wyjściu ze studia – zaczynaliśmy o 4:30, kończyliśmy o godzinie 20:00. Niekiedy siedzieliśmy do północy albo i dłużej. Zdecydowana większość naszych rozmów koncentrowała się wokół pracy. To było niesamowite.

A ja myślałam, że mężczyźni nie plotkują tak jak kobiety … Oj, są nawet większymi plotkarzami niż kobiety!

Kolejną Pana pasją jest dyplomacja. Na czym właściwie opiera się ta sztuka? Przede wszystkim trzeba starać się wykreować intelektualne horyzonty i systematycznie je rozszerzać. Czyli po prostu dużo czytać, obserwować i jak najwięcej dyskutować …

… czyli tak sobie plotkować. O! Ale to ma być mądre plotkowanie. Nie np. o ostatnich stylizacjach jakiejś topowej piosenkarki, ale dlaczego tak a nie inaczej przebiega ostatnia afera Güntera Grassa, który napisał wiersz bardzo źle przyjęty w niektórych państwach i kołach politycznych. To jest właśnie istotne. W moim głębokim przekonaniu dyplomata powinien mieć wykształcenie jak najwszechstronniejsze. Po trochu znać się na wszystkim, a w niektórych dziedzinach być ekspertem.

Jakie jest Pana pierwsze skojarzenie, wspominając pracę w Egipcie i Sudanie, a jakie, gdy myśli pan o Grecji? Chodzi mi tutaj o specyfikę pracy. Grecja kojarzy mi się z wielkimi zawodowymi wyzwaniami. Przede wszystkim to był okres finalizacji naszych starań o członkostwo w Unii Europejskiej i właśnie na szczycie w Atenach – podczas greckiej prezydencji – podjęto decyzję o przyjęciu Polski. Placówka, którą wtedy obejmowałem, uchodziła za dość zaniedbaną. Na całe szczęście udało się wyjść na prostą, by podołać tym niesłychanie ważnym dla kraju wyzwaniom politycznym.

W Egipcie było trochę lżej? Sytuacja była na pewno dużo łatwiejsza od strony politycznej. Natomiast sama praktyka placówkowa była dla mnie szeregiem emocjonujących odkryć. Wszystko robiłem po raz pierwszy, np. składanie listów uwierzytelniających. Nadal pamiętam to ciągłe napięcie, żeby nie było blamażu i ciężar odpowiedzialności przy podejmowaniu ważnych decyzji w odległości od kraju i centrali. Sprawowałem urząd ambasadora Egiptu przez 5 lat i doprawdy zostawiłem w tym niesamowitym kraju mnóstwo potu, ale i serca oraz przyjaciół, z którymi utrzymuję kontakt do tej pory. 0

Grzegorz Dziemidowicz Orientalista, archeolog, dziennikarz i dyplomata, ambasador RP w Egipcie i Sudanie (1994–1999) oraz w Grecji (2001–2005). Absolwent egiptologii w Instytucie Orientalistycznym Uniwersytetu Warszawskiego oraz Podyplomowego Studium Dziennikarstwa UW. Po ukończeniu studiów uczestniczył w misjach archeologicznych w Egipcie i Sudanie, a następnie pracował jako dziennikarz w Polskim Radiu. Na przełomie lat 80. i 90. był redaktorem, a następnie szefem działu zagranicznego w Wiadomościach TVP. Od 1991 pracował w strukturach Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W latach 1991– 1994 był rzecznikiem prasowym i wicedyrektorem Gabinetu Ministra. Obecnie wykłada w Collegium Civitas i na Wydziale Nauk Humanistycznych Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

luty 2013


PO GODZINACH / skrót multimedialny / mobilny kącik jednoosobowy skład w piątek, do czego to doszło!

Skrót multimedialny

Mobilny kącik T E skt i zdj ę cia :

Konsola od Nvidii Firma Nvidia ujawniła informacje o Project Shield. Będzie to nowa konsola przenośna pod kontrolą Androida, wyposażona w potężny układ graficzny Tegra 4. Umożliwi on wyświetlanie obrazu w HD na nowoczesnych telewizorach. Ponadto pozwoli na streamowanie gier z PC za pomocą WiFi. Bateria ma wystarczyć na 10 godzin gry lub 24 oglądania filmów. Cena na razie nie jest znana, a premiera jest zapowiedziana na drugi kwartał 2013 roku, aczkolwiek tylko w Ameryce.

Aliens: Colonial Marines 12 lutego miała miejsce długo oczekiwana i wielokrotnie przekładana premiera gry − Aliens: Colonial Marines. Akcja rozgrywa się kilka tygodni po wydarzeniach z Obcego 3 i ma miejsce w wielu znanych z serii lokacjach takich jak statek USS Sulaco czy kolonia Hadley’s Hope na księżycu LV-426. W trakcie gry pokierujemy Marines, ale podczas zabawy w  multiplayerze będziemy również mieli okazję wejść w skórę Obcych.

A r l e ta p i ł at

Angry Birds Star Wars

Burger

Rovio

Magma Mobile

dostępność: Android, iOS

dostępność: Android

Sezon wzmożonych zachorowań na grypę trwa. Wirusy zawitały nawet do świata Gwiezdnych Wojen. Szczególnie aktywnie dwa z nich: ptasia i świńska grypa. Infekcje okazały się brzemienne w skutkach – przedstawicielom jasnej strony mocy wyrosły dzioby, z kolei ich wrogowie zamienili się w prosiaki. Na razie Disney milczy w sprawie ewentualnych opóźnień w pracach nad VII epizodem gwiezdnej sagi. Z kolei właściciele smartfonów zacierają ręce, mogąc wcielić się w  ptasią wersję Hana Solo w  najnowszej odsłonie Angry Birds. Fanów Gwiezdnych Wojen na pewno ucieszy fakt, iż Leia z piórkami nadal posiada obwarzanki.

Obecna sytuacja na rynku pracy nie wygląda najlepiej, a prognozy również nie nastrajają optymistycznie. Bezrobocie wśród absolwentów szkół wyższych rośnie. Czas zadbać o  umiejętności, które po zakończeniu edukacji pozwolą nam zdobyć swoją pierwszą pracę. Z  pomocą przychodzi w  tym gra Burger, w  której mamy szansę wcielić się w  rolę pracownika baru typu fast food. Sprawdź, jak szybko jesteś w  stanie serwować burgery, frytki i  napoje. Wytrwale trenuj, a  kto wie: może w  przyszłości dostaniesz wymarzoną pracę  w rzeczywistej restauracji?

Pou

Zakeh

dostępność: Android, iOS

Najlepsze mody Wybrano najlepsze modyfikacje gier zeszłego roku. Na pierwszym miejscu znalazła się długo oczekiwana Black Mesa. Jest to remake pierwszego Half-Life’a na najnowszej wersji silnika Source. Drugą pozycję zajął za to ogromnie popularny mod do gry Arma II pod tytułem DayZ, który zamienia rozgrywkę w  walkę o  jak najdłuższe przetrwanie w świecie opanowanym przez zombie.

Project Fiona Project Fiona jest zapowiedzianym rok temu gamingowym tabletem oo kodowej kodowej nazwie Razer Edge. Działający pod kontrolą Windows 8 tablet zasilany jest procesorem Intel Core i5 lub i7. Posiada również dwie karty graficzne: Intel HD 4000 oraz Nvidia GT640M LE. Project Fiona, o przekątnej 10,1 cala 1366x768 ma i rozdzielczości 1366x768, ma wejść do sprzedaży jeszcze w tym kwartale, ale można je kupować już teraz w przedsprzedaży. Cena urządzenia zaczyna się od 999 dolarów.

56-57

Kolejna podróż do przeszłości, ale tym razem do lat 90 -tych. To właśnie wtedy triumfy święciły tamagotchi. Dzięki tym małym urządzeniom każdy mógł posiadać na własność wirtualne zwierzątko. Karmił je, bawił, mył i sprzątał po nim. Zabawka ta była idealnym rozwiązaniem dla jednostek społecznie nieodpowiedzialnych, którym nikt w realnym świecie nie powierzyłby opieki nad żadnym żywym stworzeniem. O wirtualnym zwierzaku można było bowiem bezkarnie zapomnieć, nie sprzątać po nim, a nawet zagłodzić go na śmierć. Te szczęśliwe dni powróciły dzięki aplikacji Pou. Dostajemy w niej pod opiekę gruszkowatego stworka zwanego Pou. Za zajmowanie się nim otrzymujemy wirtualną walutę, którą możemy wymienić na jedzenie, ubrania i  inne akcesoria. Mimo prostych założeń, gra jest niezwykle wciągająca. Jednostki zaburzone ucieszy ponadto fakt, że Pou jest nieśmiertelny.

Pixlr express

Autodesk Inc.

dostępność: Android, iOS Współczesne telefony mobilne, oprócz swojej podstawowej funkcji związanej ze szpanem, doskonale sprawdzają się również jako przenośne aparaty fotograf iczne. Pozwalają uwiecznić wiele niezapomnianych chwil z naszego życia. To dzięki nim świat mógł rozkoszować się niezapomnianym widokiem ośnieżonej ubikacji w  pociągach PKP. Miłośnicy smartfonowej fotograf iki powinny zapoznać się z  aplikacją Pixlr Express – darmowym mobilnym kombajnem do obróbki zdjęć. Liczba dostępnych w nim funkcji jest naprawdę imponująca i przypomina aplikacje komputerowe. Należy również docenić rolę programu w usprawnianiu procesu lansowania się w Internecie. Dzięki dodatkowym f iltrom wystarczy tylko kilka ruchów palcem, by nasze słit focie nabrały nowego blasku.


the walking dead: the video game /

PO GODZINACH

Gra z zombie nie o zombie Zombie-apokalipsa wzięła nas z zaskoczenia, zagrała na emocjach i nie chce przestać o sobie przypominać. Wraz z przygodówką Telltale Games wracamy do uniwersum The Walking Dead, aby przekonać się, że „homo homini lupus”.. K a r o l ko pa ń ko

Z

Dead Man Walking Powiedzieć, że kluczem do zrozumienia tryumfu tej gry jest nietuzinkowa, fascynująca fabuła, nie do końca oddawałoby faktyczny stan rzeczy. To nie meandry opowieści albo szczególne bogactwo charakterystyki bohaterów sprawiły, że od gry nie można było się oderwać. W tych dwóch przypadkach nie wychodzi ona bowiem przed szereg większości produkcji, gdyż mamy tu do czynienia z toposami postaci i  historii, które wielokrotnie zapisywały się w  annałach doświadczeń graczy. Zbieranina zdesperowanych indywidualności z  dosyć pokrętną i  zagmatwaną przeszłością, zrządzeniem losu połączona wspólną walką o przetrwanie. Na przekór osobistym konfliktom, mocno ograniczonym zasobom i  zagrożeniom otoczenia nieustannie człapiącego w poszukiwaniu bijącego serca. Istota prawdziwego uroku gatunku jest przez jego miłośników często dyskutowana. Jeśli chodzi o konkretny przykład The Walking Dead , najważniejszym powodem, dla którego ludzie „kochają” zombie, są myśli pojawiają-

ce się w czasie doświadczania widowiska. Dotyczą one tego, jak my zachowalibyśmy się na miejscu bohaterów, kiedy desperacja bierze górę i nie ma czasu na myślenie, a śmierć czai się na każdym kroku. Czy należy walczyć o życie dziecka, jeśli spowalnia ono grupę? Czy możemy pozwolić sobie na obecność chimerycznej, samolubnej osoby, która jednak posiada mięśnie potrzebne w  codziennej walce o przetrwanie? Czy zachowasz znalezione jedzenie dla siebie, a  może jak dobry Samarytanin, podzielisz się nim z innymi? Jeśli ktoś wydaje się być chory, to czy będziesz starał się mu pomóc, nawet kiedy nie masz pewności, czy choroba za chwilę nie przemieni go w zombie?

Amerykańska masakra fabułą W okolicznościach, gdy każdy zasób – czy to jedzenie, broń czy nienamacalne umiejętności survivalowe – ma niebagatelne znaczenie, każdy z nas uwielbia zastanawiać się, jak poradzilibyśmy sobie z daną sytuacją. Palimy się do wyobrażania sobie apokalipsy zombie w realnym świecie. Jaką rolę odgrywalibyśmy w  grupie? Jak zachowaliby się nasi znajomi? Popatrz na lewo – pierwszy przedmiot, który zauważysz będzie Twoją bronią. Jak go użyjesz? Co zrobisz? Co jest dla Ciebie naprawdę ważne, gdy świat się kończy? Nie było do tej pory gry, która by tak dobrze skupiała się na sednie przytoczonych wyżej wywodów. Byliśmy przyzwyczajeni do fizycznych konfliktów i przebijania się siłą przez tabuny nieumarłych. Sceny akcji w  The Walking Dead są bardzo oszczędnie dawkowane, a skutecznie zasiewana panika służy zwiększeniu poczucia zagrożenia, które wzrasta z każdą minutą. Gameplay jest tylko pretekstem do wzmacniania lęku przed koniecznością bezzwłocznego podejmowania decyzji, które mogą zaważyć na dalszych losach opowieści − wybieraniu sojuszników, strategii, dystrybucji zasobów. Musisz decydować, ile ze swojej przeszłości zdradzisz kompanom, kogo ocalisz w krytycznym momencie, gdy na zastanowienie się będziesz miał kilka sekund. A  wreszcie kim Ty sam staniesz się w nowym świecie – zdolnym do poświeceń graczem zespołowym, tajemniczym samotnikiem, czy posuwającym się do manipulacji liderem.

Didaskalia w twoich rękach Za pomocą kilku kliknięć gra pozwala Ci wybrać określony sposób zachowania czy odpowiedzi w wielu różnych sytuacjach. Musisz być jednak pewien, że nie pozostanie to bez wpływu na zachowania towarzyszy. Wybory są znaczącym i bezustannym sposobem tworzenia w graczu przeświadczenia, że to on tu jest prawdziwym narratorem wydarzeń. Każdy z nich podejmowany jest pod presją czasu, co z początku może wydawać się rozwiązaniem nieco ograniczającym. Dlaczego nie dać graczowi czasu do namysłu? Tu decyzję podjęli sami twórcy, podkreślając znaczenie presji i desperacji jako newralgicznych składowych świata opanowanego przez zombie. Pogląd Telltale Games na produkcję gier survivalowych, wydaje się najlepszy z możliwych. Istotą uwielbienia, jakim ludzie darzą ten gatunek jest – paradoksalnie – sprowadzenie go do podejmowania skomplikowanych i złożonych w swych konsekwencjach wyborów. To wszystko wprzęgnięte w jeden, dobrze naoliwiony kierat, wynosi zombie fiction do rangi trendu mogącego zmienić postrzeganie branży, tak przez twórców, jak i graczy. Myślenie o konsekwencjach nowatorstwa rozwiązań zawartych w The Walking Dead samo w sobie jest ekscytujące i może doprowadzić do tego, że inni developerzy zaczną naśladować to podejście do opowiadania historii. Ja, osobiście, już rozpływam się na myśl o kolejnych sezonach. 0

k xxxxx

całą pewnością można powiedzieć, że The Walking Dead był najbardziej niespodziewanym hitem roku 2012. Na rynku wypełnionym po brzegi grami survivalowymi dzieło niepozornego studia Telltale Games, dbającego do tej pory jedynie o swoją oldschoolową niszę, z  błahej przygodówki urosło niemal do głównego kandydata na grę roku. We wszelkich podsumowaniach pochwałom i aplauzom nie było końca, a krytyka praktycznie nie istniała. Konkurencyjne studia developerskie przecierały oczy ze zdumienia, przekonując się, że pieniądze wrzucone w  produkcję i  marketing to nie wszystko. Jak to się stało, że kolejny raz Dawid pokonał Goliata? Wszyscy chcemy grać we wciągające produkcje, gdzie nasze wybory w jak największym stopniu determinują świat przedstawiony, który nie pozwala nam o sobie zapomnieć nawet długie godziny po wyłączeniu komputera/ konsoli. Są jednak wciąż studia przedkładające zalety efekciarskiego, nabuzowanego wodotryskami gameplay’u nad wszystko inne. Jak pogodzić oba te poglądy? Sukces The Walking Dead zdaje się odpowiadać na to pytanie.

ocena :

T E skt:

The Walking Dead Telltale Games

cena: 59.90 zł (PC), 15$ (iPad, iPhone), 2000 Microsoft Points (XboX 360), 69 zł (PS3) język: angielski gatunek: gra przygodowa

luty 2013


SPORT

/ piłkarskie emocje

To ostatnia niedziela, dzisiaj się rozstaniemy, dzisiaj się rozejdziemy na wieczny czas,

Starcie gigantów Losowania nie zawsze są sprawiedliwe – często są przypadkowe. Taki właśnie przypadek sprawił, że w 1/8 finału Ligi Mistrzów będziemy świadkami wielkich szlagierów oraz meczów drużyn niekoniecznie uznawanych za światową czołówkę. Na brak emocji nie powinniśmy jednak narzekać. Czekają nas pojedynki sławnych piłkarzy, znaczących klubów, a gdzieś poza boiskiem staną naprzeciw siebie wielcy trenerzy. K ata r z y n a S z y m a ń sk a

ormuła losowania wydaje się sensowna – drużyny, które wygrały grupę, teoretycznie dostają w nagrodę słabszego rywala z miejsca drugiego. Patrząc jednak na tegoroczne pary, trudno oprzeć się wrażeniu, że niekoniecznie słabsi zmierzą się z mocniejszymi. Nawet kibic amator jest w stanie stwierdzić, że co najmniej trzy z tych meczów mogłyby być równie dobrze starciem finałowym. Piłkarski świat nie pogardzi ani pojedynkiem Bayernu z Arsenalem, choć ten drugi klub od kilku lat nie osiągnął żadnych sukcesów, ani meczem Barcelona vs. Milan, choć złośliwi twierdzą, że Milan lata świetności ma już dawno za sobą. Nikt nie śmiałby też narzekać, gdyby w  finale LM naprzeciw siebie stanęły zespoły z Madrytu i Manchesteru. Przyjdzie im jednak zmierzyć się już w 1/8 finału i któraś z tych piłkarskich potęg odpadnie. Będzie to nie tylko pojedynek dwóch wielkich klubów naszpikowanych piłkarskimi gwiazdami, ale też walka personalna, walka dwóch gigantów – sir Alexa Fergusona i  Jose Mouhrinio. Niełatwo porównać te dwie postaci albo wskazać, która z nich jest większa i czyja filozofia futbolu lepsza. Pewne jest, że są jedyni w  swoim rodzaju i bez nich piłkarski świat nie byłby taki sam.

F

Trafford sławę zdobywali tacy piłkarze jak: Beckham, Schmeichel, Giggs, Rooney czy Cristiano Ronaldo. Co prawda Ferguson wielu osobom wydaje się już statecznym starszym panem z tytułem szlacheckim, jednak ani w szatni, ani na boisku nie brakuje mu temperamentu. Nie przebierając

fot. Paolo Camera,cc BY 2.0

T E K S T:

Ktoś więcej niż trener Sir Alex Ferguson to ikona Manchesteru United. Od prawie 27 lat nieprzerwanie stoi na czele klubu z Old Trafford jako trener, menadżer, „pan i władca”. Nie od samego początku jego metody przynosiły sukcesy, ale odkąd wzniósł Manchester na szczyt zarówno w Anglii, jak i na arenie międzynarodowej, na tym szczycie pozostaje. Nawet w przypadku niepowodzeń nikt nie wyobraża sobie Czerwonych Diabłów bez Fergusona. Sezony bez żadnego trofeum, wielkie przegrane czy nietrafione transfery zostają mu bardzo szybko wybaczone i zapomniane. Wszyscy pamiętają tylko zdobyte tytuły oraz gwiazdy, które za jego panowania rozbłysnęły pełnym blaskiem. Ferguson opanował do perfekcji sztukę wynajdywania młodych talentów, szlifowania ich w MU, a później zarabiania na transferach. To właśnie na Old

58-59 magiel

Cristiano Ronaldo na zdjęciu jeszcze w barwach Manchesteru United. Czy wyeliminuje byłego pracodawcę? w  środkach potrafi dogryźć zarówno dziennikarzom, jak i  swoim podopiecznym. Przez lata przysporzył sobie wielu zwolenników, lecz przede wszystkim zapracował na ogromny szacunek, nawet wśród wrogów. Pozostaje więc tylko kwestia kiedy on sam powie sobie – dość.

Urodzony zwycięzca Zupełnie inaczej wygląda historia Jose Mouhrinio. Można go kochać albo nienawidzić, jednak to grupa sceptyków wydaje się zdecydowanie

liczniejsza. Od początku swojej indywidualnej trenerskiej kariery prowadził 6 klubów. Na pewno nie da się utożsamić go z jednym miejscem: Porto, Londyn, Mediolan, Madryt – to tam odnosił największe sukcesy. Jego praca została doceniona, kilkukrotnie bywał okrzyknięty najlepszym trenerem na świecie. Zawsze nienasycony sukcesami, głodny kolejnych trofeów z kolejnymi klubami. Skromność wydaje się słowem dla niego nieistniejącym. Od swoich piłkarzy wymaga perfekcji, zaufania i podporządkowania. Jego osobista koncepcja piłki jest świętością i  często słyszy się, że to właśnie wpaja swoim zawodnikom. Słynne są jego gwałtowne reakcje i niewyparzony język, potyczki słowne z dziennikarzami i humorzastość. Zdaje się nie zważać na opinie innych, gdy postanowi odejść do klubu większego, podjąć się nowego wyzwania, jest nieugięty i nie zatrzymają go nawet największe pieniądze. Inaczej też niż Ferguson podchodzi do piłkarzy, nie ma czasu na szlifowanie talentów, potrzebuje ukształtowanych gwiazd, które od razu zawalczą o największe trofea. Jednak nie zawsze to wszystko funkcjonuje prawidłowo, czasami zarzuca się mu, że zabija piękno futbolu, hołdując zasadzie „cel uświęca środki”. Obecnie coraz częściej pojawiają się plotki o problemach w szatni Realu. Jednak czy jest to prawdziwy kryzys i czy czas Jose Mouhrinio w Realu Madryt dobiega końca? A jeśli tak, to gdzie znajdzie on większy klub i wyzwania, które sprostają jego ambicji? Pewne jest, że nie można mu odmówić charyzmy i tego jak urozmaica piłkarski świat.

Zysk dla kibiców Nam pozostaje zastanowić się, który z klubów ma większe szanse i  który z  trenerów okaże się lepszy. Te rozważania każdy powinien przeprowadzić już osobiście. Niewątpliwie 13 lutego staną naprzeciw siebie wielkie kluby i wielcy piłkarze, ale za ich plecami stoczy się mała bitwa dwóch trenerskich gigantów i  dwóch filozofii. Oby z tej walki zwycięsko wyszli kibice i doczekali się widowiska na miarę Realu Madryt i Manchesteru United. 0


varia / Are we dating? I thought we were just sleeping together - Carrie Bradshaw.

koniec

Polecamy: 60 CZARNO NA BIAŁYM Czyż nie dobija się koni? Ciemna strona jarmarku w Skaryszewie

63 TRZY PO TRZY W poszukiwaniu miłości Wybieramy najlepsze miejsce na podryw

64 FELIETON (Bez)wolni nowocześni Gdyż nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę

Seks? Przereklamowane Karol serena ształtna, skąpo ubrana brunetka reklamująca trumny? Czemu nie! Naga modelka, namawiająca hasłem „Chroń swojego buraka” do zakupu herbicydu „Akord”? Proszę bardzo! Zarabianie brudnego szmalu na kojarzeniu wszystkiego z seksem to przykład cynizmu lub, co gorsza, bezmyślności (matki zła), który mnie przerasta. W takiej reklamie nie ma miejsca na promocję jakichkolwiek obiektywnych walorów produktu – dostaję jasny komunikat, że reklamodawcy zależy wyłącznie na grze najniższymi instynktami i ordynarnej manipulacji moimi decyzjami zakupowymi. Gołe ciało z trudną do porównania skutecznością odwraca uwagę od tego, czym się zajmuję. Lubieżne treści bombardują moje oczy, gdy wychodzę na ulicę, otwieram strony internetowe lub czasopisma; praktycznie wszędzie i na okrągło. Jeżeli wbrew rozpowszechnionemu poglądowi zapomnę pomyśleć o słodkich igraszkach co kilka minut, na każdym kroku reklama czegokolwiek spieszy mi o tym przypomnieć – wszystko na koszt firmy „Iks”, choćby produkowała pampersy dla psów. Na naszych oczach nagość i akt seksualny tracą kompletnie związek z miłością i intymnością. Swobodne pogrywanie pierwotnymi instynktami prowadzi w rezultacie do zobojętnienia i odarcia niegdysiejszego tabu z jakichkolwiek pozostałości sacrum. Tak jak przemysł spożywczy do wodzenia nas za nos bezwzględnie wykorzystuje cukier (mamy zakodowane, że to, co słodkie nie jest tru-

K

Na naszych oczach nagość i akt seksualny tracą kompletnie związek z miłością i intymnością.

jące i trzeba tego zjeść „ile wlezie” – wszak dostatek żywności to wynalazek ostatniego półwiecza), tak agencje reklamowe do tej samej roli zaprzęgają wszystko, co dwuznaczne/ obnażone/ ostentacyjnie wyuzdane (skreśl niepotrzebne). Możemy być odporni na tego rodzaju zagrywki, jednak podobnie jak dzięki wszechobecności cukru, niedługo co trzeci z nas będzie otyłą beczką, omniseksualizacja, czyli wszędoseksobylskość, może cofnąć nas w rozwoju człowieczeństwa do poziomu królików. Już teraz traktujemy siebie nawzajem jak jednorazówki, sprzęty, które zamiast naprawiać, wyrzuca się do kosza. Jest dobrze, póki jest dobrze. Korzyści bez nakładów, prawa bez obowiązków. Bilans zysków i strat musi być zawsze na plusie. Rachunek ekonomiczny przenika wszystko, bo wszystko ma swoją cenę. I trudno się od tej pokusy uwolnić, przecież na poważniejsze rzeczy zawsze będzie czas. Kiedyś, dawno, dawno temu, trzynastolatki były już mężatkami, a mężowie dzielnie w wieku nastoletnim trudnili się wojaczką i kuli lemiesze lub miecze (daleko mi od popierania takiego stylu życia!) – obecnie żyjemy w świecie dwudziestoi trzydziestokilkuletniej dzieciarni. Rozpusta, rozpasanie; brak skromności, wyuzdanie. Rozwiązłość, niemoralność; cudzołóstwo, porno, nagość. Bezwstyd i znieprawienie; zbydlęcenie i zgorszenie. Orgiazm i wszeteczeństwo; cudzołóstwo i lubieżność. Zastanawiam się tak razem z Grzegorzem Ciechowskim, gdzie w tym wszystkim miejsce na miłość? 0

luty 2013

fot. Zuzanna Napiórkowska

Na


/ targ koni

Czyż nie dobija

się koni?

T E K S T I F o t o g r a fie :

M ac i e j S i mm

Na horyzoncie widać łunę wschodzącego słońca. Ze strony pola wieje mroźny, zimowy wiatr. Przy drodze ustawiony jest rząd TIR-ów. Panującą ciszę co jakiś czas przerywa stukot kopyt i nerwowe rżenie.

60-61

karyszew to miejscowość jak wiele innych w Polsce, ok. 15 kilometrów na południe od Radomia. Skrzyżowanie dwóch dróg wojewódzkich, urząd gminy, niewielki ryneczek, kościół parafialny, cmentarz i zabudowania mieszkalne. Jest też klasztor Sióstr Klarysek. Łącznie około 4 tys. mieszkańców. Dawniej życie w takim miasteczku przebiegało w innym rytmie, ściśle powiązanym z porami roku. Siew zbóż przypadał na wiosnę. Żniwa

S

w sierpniu. Po długiej zimie, kiedy w lutym na polach zazwyczaj jeszcze leżał śnieg, chłopi szykowali swoje konie do orki.

Wstępy Dlatego właśnie zazwyczaj w lutym odbywają się Wstępy, czyli Skaryszewski Jarmark Koński. Od ponad dwustu lat przypadają co roku w pierwszy poniedziałek po Środzie Popielcowej. Tradycja jarmarku sięga Bitwy pod


targ koni /

Proces sprzedaży konia zachował coś z rytuału. Po demonstracji, zainteresowani przystępują do licytacji. Zwieńczeniem transakcji jest litkup – tradycyjny poczęstunek kończący sprzedaż. Grunwaldem. Legenda głosi, że Władysław Jagiełło w podzięce za dostarczenie koni na pole bitwy nadał Skaryszewowi prawo do organizowania cotygodniowego targu oraz jarmarków dwa razy do roku (w niedzielę Krzyżową – majowy oraz w Św. Jakuba – lipcowy). Skaryszew był wtedy

niewielką mieściną przy trakcie królewskim prowadzącym z Krakowa w stronę Litwy. Później Władysław IV w 1633 r. oficjalnie nadał Skaryszewowi przywilej targowy, ustanawiając pierwszy („wstępny”) poniedziałek Wielkiego Postu jako ruchomą datę dorocznego jarmarku.

Organizacje obrońców zwierząt twierdzą, że część niesprzedanych koni trafia na rzeź, najczęściej do Włoch, Belgii i Holandii. Na Zachodzie konina jest cenionym mięsem. Według nieoficjalnych statystyk co roku z Europy Środkowo-Wschodniej eksportowanych jest około 100 tys. koni. luty 2013


/ targ koni Fundacji Tara. Według obrońców zwierząt, część koni sprzedawanych w Skaryszewie przewożona jest prosto do włoskich rzeźni. Jarmarków podobnych do Skaryszewskiego jest w Polsce jeszcze kilka. Można wymienić choćby ten w Bodzętyniu, Pajęcznie czy Sochaczewie. Imprezy te jednak nie mają wiele wspólnego z licytacją koni, jaką można sobie wyobrazić przywołując choćby słynną aukcję w Janowie Podlaskim. W Skaryszewie wystawiane są głównie konie pociągowe i robocze. Spotykają się tam ludzie, których głównym celem jest ubicie interesu. Zwierzęta schodzą na dalszy plan. 0

Zazwyczaj podczas Wstępów wystawianych jest około 1 – 1,5 tys. koni. Na jarmarku pojawia się do 10 tys. osób.

Obrońcy zwierząt Jest też ciemniejsza strona jarmarku w Skaryszewie. Od kilku lat co raz silniejszy staje się ruch obrońców zwierząt, którzy podkreślają, że część, szczególnie starszych lub niezdolnych do pracy zwierząt sprzedawana jest na rzeź. Skanda-

liczne są warunki pr z e t r z y my w ania i przewożenia koni. Podczas jarmarku organizowana jest akcja protestacyjna STOP Skaryszew kierowana przez wolonta riu sz y

Z roku na rok koni w Skaryszewie jest co raz mniej. Rok temu doliczono się 700 sztuk. Ceny wywoławcze wahały się w granicach od 2 do 9 tys. złotych.

62-63


Podrywy/ Obecny szef działu się żegna i przy okazji przeprasza za wszystkie nieśmieszne teksty w tym dziale! Następca może wcale nie jest śmieszniejszy, ale na pewno ładniejszy (obczajcie ją!), więc 3po3 trochę zyska! // Cmoki smoki Paula!

W poszukiwaniu miłości Walentyki tuż tuż! I po raz kolejny spędzisz je na oglądaniu słodkich do porzygu par, które twierdzą, że wcale nie obchodzą tego komercyjnego święta, ale przypadkiem zachowują się gorzej niż króliki w okresie godowym. Wydaje się, że w tym dniu nie pozostaje nic innego jak rozwalić się przed kompem lub telewizorem z miską lodów czekoladowych i zapłakać gorzko nad swym marnym losem. Czas więc na zmianę! Jeśli jesteś sam, to albo naprawdę wybrzydzasz, albo zwyczajnie nie jesteś specem od podrywu! Dlatego opisujemy trzy najprostsze sposoby na znalezienie miłości, chociaż może niekonieczne najlepsze i na pewno nie jedyne!

fot. Krzul, cc

fot. Kerriganbrian, cc

fot. Lars Olsson, cc

Nerdowska Ela Romantyczny Adi Przebojowa Agata

W BUWie

W Internecie

Na papierosie

OCENA: 88877

OCENA: 88777

OCENA: 88887

Dość kontrowersyjne miejsce na poznanie drugiej połów-

Idealny sposób na nawiązanie nowych znajomości

Ostatnio bardzo popularne miejsce za sprawą spottin-

ki. Niby łatwo można nawiązać znajomość, porozmawiać

i niewinnego flirtu, gdy za oknem panuje srogi mróz,

gu, dzięki któremu nieśmiali mają szansę na podryw.

o pogodzie, ponarzekać na rosnące ceny papierosów, ale

a my jesteśmy przykuci do łóżka bądź biurka, zakuwa-

Wystarczy tylko napisać bardzo szczegółowy opis

mężczyźni zazwyczaj szukają kobiet idealnych, a te w ich

jąc do kolejnego egzaminu. Niezobowiązujące, niewin-

danej osoby, np. „dziewczyno w blond włosach i o nie-

mniemaniu palić nie powinny. Z drugiej strony, można po-

ne rozmowy prowadzone przez czaty mogą znacząco

bieskich oczach, ubrana w jeansy” i mamy randkę mu-

czuć się niczym Marlene Dietrich (chyba wszyscy widzieli

poprawić nasz nastrój dzięki czemu zdobędziemy siły

rowaną. Zresztą, czy można wyobrazić sobie bardziej

jej cudowne zdjęcia z papierosem) i kokietować mężczyzn

i chęci do nauki!

romantyczne miejsce niż ciche zakątki wśród tysięcy

podczas tej krótkiej konwersacji. Pamiętajmy, że hodując

zakurzonych książek?!

raczka trzeba też dać mu szanse popływać, dlatego po papierosie warto wybrać się na wspólne piwko.

OCENA: 88897

OCENA: 87777

OCENA: 88777

Ludzi połączyć mogą najdziwniejsze rzeczy. Przykład

XXI wiek: poczciwy stary Internet – mamy go ze sobą

A więc mówisz, że przyszedłeś się uczyć? Jasne.

wspólnej śmierci na raka płuc wydaje się świadczyć

w każdej chwili na smartfonie, a czas spędzony przed

Teraz opowiedz mi, jak ciężko jest na wieczorowym

o tym najdobitniej. I może nawet nie chodzi o to – za-

moniterem na fejsbuniu każdego dnia zapewne prze-

prawie. Pewnie nawet bardziej hardkorowo niż przed

ciąganie się dymem w pobliżu palących osobników płci

wyższa długość naszych rozmów twarzą w twarz. Ale

maturą z polskiego, gdy odkryłeś, że naprzemienne

przeciwnej tworzy platformę porozumienia, z której

jakoś nie widzę tego obczajania i klikania, stalkowania

obczajanie fejsika/okolicznych studentek i wychodze-

mało kto nie chce skorzystać. Jakoś tak już jest, że

i zaczepiania jako rzetelnej podstawy przyrostu natu-

nie na kiepa absolutnie uspokaja mamę jeśli chodzi

takie naprzemienne wciąganie i dmuchanie daje akurat

ralnego. Nazwijcie mnie staroświeckim, zablokujcie i nie

o twoje edukacyjne perspektywy. I choć niektórzy rze-

tyle czasu, by w oderwaniu od przykrej codzienności

zapraszajcie na „eventy”, ale nie przekonacie mnie, że

czywiście jeszcze są w stanie się czegoś tu nauczyć, to

być może zacząć nowy rozdział życia? Podpowiedź dla

poznacie miłość swego życia np. na Chatroulette. I nie,

nie ukrywajmy, że nie jest to proste. Ale wiecznie sami:

początkujących poszukujących miłości: Na dobry po-

przypadek brata wybuchowego Napoleona się nie liczy.

uszy do góry – te wszystkie studentki, z pewnością

czątek lepiej poprosić o ogień niż o kiepa.

tylko czekają, aż zabierzecie je na kawę/oranżadę.

OCENA: 88887

OCENA: 88777

OCENA: 88877

Klasyk nad klasykami. Kulturalne i nieśmiałe pytanie

Dawno, dawno temu, żeby poznać przyszłego partne-

Sesja sesją, ale warto by upiec dwie pieczenie na jed-

o ogień czy fajkę jest super sposobem na poznanie nie

ra/męża/konkubenta trzeba było angażować swatkę,

nym ogniu – dlatego BUW czy inne uczelniane biblioteki

tylko przyszłego partnera/partnerki, ale także na po-

która aranżowała przypadkowe (bądź też nie) spo-

to również dobre miejsce, żeby poznać miłość. Dla nie-

znanie nowych znajomków na uczelni, czy gdziekolwiek

tkanie. Dzisiaj w necie, poza oglądaniem zdjęć mopsów

śmiałych z natury jest zawsze opcja anonsu towarzy-

indziej. Polecam serdecznie.

i googlowania zadań, można na przeróżnych czatach

skiego na Spotted: BUW, który ostatnio osiąga szczyt

poznać kogoś nowego. Nie jest to jednak niezawodna

popularności.

metoda, bo jak widać po profilówkach wielu osób – w Internecie każdy jest ciekawszy niż w rzeczywistości.

luty 2013


/ co nas dziś zniewala? Jak nazywa się kosztowny dowcip? Kawał drogi.

(Bez)wolni nowocześni K a r o l Ko pa ń ko grudniowym felietonie Roberta Szklarza mogliśmy przekonać się, jak przypinanie nam łatek, czyli urabianie Gombrowiczowskiej „gęby”, potrafi krępować nas w procesie odkrywania własnej tożsamości. Niestety okazuje się, że w naszych wyzwoleńczych dążeniach jesteśmy z góry skazani na porażkę, gdyż akt stwarzania „gęby” w większej mierze zależy od otaczających nas ludzi niż od nas samych. To, jaką etykietką zostaniemy obdarzeni, wpływa także na nasze własne zachowanie, bo „od gęby nie da się uciec”. Samostanowienie i autonomia jednostki są więc jedynie kruchą iluzją naszego umysłu, silącego się na wykreowanie zadowalającego nasze ego ideału. W interesującym świetle stawia ów problem film American Beauty, który daje przykład tego, że ucieczka od „gęby” jest jednak możliwa. W jednej ze scen główny bohater (grany przez Kevina Spacey) odsłania przed widzem całą prawdę o swoim życiu: „it’s only for show”. Słowa te są przyczynkiem do zmiany postrzegania własnej roli w społeczeństwie i odrzucenia wszelkich moralnych zahamowań, a więc de facto ucieczką od „gęby”. Bohaterowi przestają sprawiać problem takie „błahostki” jak szantaż fikcyjnymi oskarżeniami o tle erotycznym, czy zgoda na utrzymywanie siebie przez żonę-pracoholiczkę. Nadrzędnym celem i wartością jego życia staje się realizowanie popędu seksualnego do koleżanki swojej córki. Jest w tym miejscu pewna analogia wobec filozofii Zygmunta Freuda, który potrzeby natury erotycznej uważał za główny motor naszego gatunku, napędzający całą naszą egzystencję, każdą czynność i działanie. W American Beauty tylko on mógł wyrwać apatycznego 40-latka z agonicznej senności i przynieść mu szczęście. Czy to oznacza, że oddając się wyłącznie zaspokajaniu zwierzęcych instynktów i zadbawszy o przetrwanie gatunku, możemy osiągnąć radość? Czy tylko wyspani i z pełnym brzuchem, leżąc bezczynnie w bezpiecznym miejscu, czerpiemy satysfakcję z życia? Na pierwszy rzut oka takie podejście może wydać się pretensjonalne. Żyjemy przecież w epoce nieustającego wyścigu szczurów, mającego wypisaną na sztandarach samorealizację. Uczestnicy tego wyścigu marginalizują wszystko, co znajduje się choćby milimetr poza czubkiem ich nosa i nie może pomóc w awansie. Za nic mając wartości rodzinne i rozrywkę, uważane przez nich za irracjonalną stratę czasu. Wybierają więc sami -

W

Czy tylko zadbawszy o przetrwanie gatunku, wyspani i z pełnym brzuchem, leżąc bezczynnie w bezpiecznym miejscu, możemy czerpać satysfakcję z życia?

64-65

lub jest im ona odgórnie przydzielana - etykietkę bezwzględnych karierowiczów. Czy takie życie daje szczęście? Można mieć wiele wątpliwości. I będzie ich zapewne jeszcze więcej, jeśli zamiast o szczęście, zapytamy o wolność. W celu „złapania” kontrastu wyobraźmy sobie ludy wyjęte spod wszechogarniającej ręki cywilizacji, będące na niewiele wyższym poziomie rozwoju niż nasi protoplaści z okresu epoki lodowcowej. Wojciech Cejrowski powiedział kiedyś, że w czasie pobytu u jednego z dzikich plemion Amazonki zdarzyło mu się zapomnieć o Bożym Narodzeniu. Jak to świadczy o miejscu, w którym przebywał? Wyobraźmy sobie wygodny bujany leżak pod błękitnym niebem, Indiankę przygotowującą w hipnotyzująco powtarzalny sposób cziczę, a wokół dziewiczą puszczę. I gdyby tylko nie zwierzęta, z których większość chce ci zrobić krzywdę, niewybredna osoba mogłaby takie miejsce uznać za raj na ziemi. Kiedy każdy dzień jest tak samo gorąco-parno-duszno-wilgotny i codziennie wykonuje się podobne czynności, łatwo o popadnięcie w rutynę i utratę poczucia czasu. W takiej pierwotnej komórce społecznej nie wykształcają się „gęby” znane z naszego otoczenia. Jedynie wybrani członkowie (np. szaman) przyjmują przy okazji różnych uroczystości określone wzorce zachowań, oprócz nich każdy może robić to, co mu się żywnie podoba. A jeśli akurat pada deszcz, może nie robić absolutnie nic. Człowiek, żyjący zgodnie z zachodnim modelem, też może, ale ze strachu złapać się za głowę. Jak to nic nie robić? Przecież praca jest dla wielu sensem życia. Zaryzykuję stwierdzenie, że oprócz niej wielu nie ma nic lub bardzo niewiele. Jest to paradoks, gdyż żyjąc na terenie Wspólnoty Europejskiej, wznoszącej peany na cześć wszelkich swobód, tolerancji i autonomii, jej mieszkańcy stali się tak naprawdę niewolnikami. Ujarzmiające przypinanie etykietek, absorbująca obecność w świecie wirtualnym, konieczność zadowalania swoim zachowaniem otoczenia, wreszcie przymus uczestniczenia w bezdusznym systemie wyzysku biednych przez bogatych... to tylko fragment niewidzialnych kajdan, które ograniczają wolność tzw. nowoczesnego człowieka. Może więc taki Indianin ma prawo czuć się naprawdę wolnym? Wszak w wielu słownikach jako synonim słowa „dziki” można znaleźć hasło „wolny”. I rzeczywiście trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to nieprzypadkowe powiązanie. 0


A rle ta P i ł a t

W aptece stoi nieśmiały chłopak. Gdy wszyscy klienci wyszli, aptekarz pyta: - Co, pierwsza randka? - Gorzej - odpowiada chłopak - pierwsza gościna u mojej dziewczyny. - Rozumiem - mówi aptekarz - masz tu prezerwatywę. Chłopak się rozochocił. - Panie, daj pan dwie, jej mama podobno też fajna dupa! Chłopak trafia do domu swojej dziewczyny. Zostaje przedstawiony rodzinie. Siadają przy stole i następuje poczęstunek. Po godzinie dziewczyna nie wytrzymuje, przeprasza i prosi gościa ze sobą: - Gdybym ja wiedziała, że ty taki niewychowany... Cały wieczór nic nie powiedziałeś tylko patrzyłeś w podłogę. Nigdy więcej cię nie zaproszę! - A gdybym ja wiedział, że twój ojciec jest aptekarzem, nigdy bym do was nie przyszedł.

Po długiej, upojnej nocy on zauważył na jej stoliku przy nocnej lampie zdjęcie faceta. Zaczął się niepokoić. - Czy to jest twój mąż? - nerwowo zapytał. - Nie głuptasie - odpowiedziała przytulając się do niego. - Czy to twój chłopak? - kontynuował. - Nie, coś ty - odpowiedziała. - Czy to twój ojciec lub brat? - pytał. - Nie, nie, nie - odpowiedziała delikatnie gryząc go w ucho. - A więc kto to jest? - nalegał. - To ja przed zabiegiem chirurgicznym.

Płaci pani mandat! - mówi policjant, zatrzymując samochód, jadący z nadmierną prędkością. - A czy nie mogłabym zapłacić w naturze? - Co to znaczy: “w naturze”? - No, wiecie, musiałabym zdjąć majtki i wam dać... Policjant odwraca się do kolegi i pyta: - Potrzebne ci są majtki? - Nie! - Mnie też nie.

Sudoku

Trudne

P r z yg o t o w a ł a :

Zagadka Który sławny polski uczony urodził się w roku hfbc?

Obrazek logiczny

Humor w poziomie

Średnie Szatańskie


i Do Góry Nogaom ma zamiar zmienić na-

tym, że Sala Kolumnowa podobn yW tym numerze nie piszemy o w w kserze właśnie przekrocz usó wir ba licz że , tym o a, zwę na Sauna Kolumnow ek Wiśniewski... w Samorządzie odnalazł się Jan że , tym o ani , SGH tów den ła liczbę stu PR ZY GO TO WA Ł:

LN Y RE DA KT OR NI EO DP OW IE DZ IA

za ka markach Internetu, po o niezw ykłej wolstrocza rnej ty doszło niedawaodn e’a, tub nie You no w MAGLU. Gdy ofilm hit y ejn kol się ł laz typo odejściu PiS -owskiego wy ze studentem SGH iadarana, Piotra M., zapow ej w roli głównej. Tym radzi ło się, iż niebo będzie bar zem jest to rek lama janiebieskie, słońce jeszcze światowej karty ze zniża zdo śniejsze, a dział Turystyk kami, a główną rolę gra ika będzie pierwszego czy teln przedstawiciel światoweNową nagle wszystko runęło. go, a jak że, CEMS Cluboredaktor naczelną została bu. Z mimiką twa rzy na rolina wiem zna na aktork a, Ka poziomie Sylvestera Sta lko staP. Znana oczywiście tyl lone’a i dziewczyną na w tałym widzom progra mó drugim pla nie nasz boSękich jak Sąd Rodzinny czy , hater mówi, że w Par yowska dzia Anna Ma ria Wesoł żu odnala zł niezłą sztuia się gdzie regula rnie pojaw kę, po czym z modulacją obójw roli młodocia nej dzieci głosu godną syntezatosię poczyni. Jeśli pot wierdz ą sy, cza e żki cię ły esz ra mowy Ivona i krową nad wierW MAGLU głoski, iż rola ta jest odz w tle oznajmia, że w Pol, to ciedleniem jej poglądów myśleliście, że najgorsze już ła ruje się światowo. A czu sce niedługo powsta nie sta ć dzi wa pro a u. nią poradzić?”, żarty był y dwie strony tem bryka “Ciąż a - jak sobie z k. sze uba Cz ria Ma ją będzie ażdy z nas prz yw yk ł nadarto już do byiż mienić, mowa nym spa cia kontrk andyna fejsbuku evendatem rzeczonej dzietami ciekaw ymi jak ciobójczyni był katowykład z rachunlick i fundamentalista, kowości. Zupełnie który chciał podcza s nową jest jednak swojej kadencji wysytuacja, w któjechać na Era smusa rej autorem spa mu do Berlina. Podobno jest kadra naukojego nieoficjalnym hawa – w tym wy padsłem wyborczym było ku panie Dziek an, “Skoro nikt nie czy ta które przez tydzień MAGL A, to ja go nie prosiły o żebrosmbędę robił”. Niestet y, sy w konkursie na jego chy try pla n sanajlepszego bloga botażu naszego maga– wiroku. Ma rny był skutek EMS - vol.II odroC zynu się nie powiód ł Ag nie an iek Dz ie pan e kozni ły eję doc prz gu. i pełnię władzy (6 osób) tin rke ma z a robiły zadani Nieodpobiety. Jak kolwiek Redaktor prolny zia ied ow odp stą Nie ini tor m fem Na stępnym razem Redak wiedzialny jest zagorzały nazłożenia podania o dopisato obawia się, iż poziom ponuje obiecać możliwość i cieszy się z tej zmiany, wo spo że mo iet za jednego SMS-a – wykob ść iot ez sze /wy pisanie z przedm u nie pięcia wprowadzony prz cho nie I S. naz wę na PM gra na gwara ntowa na! dować, iż MAGIEL zmeni system. ent em nag ma t jec pro o dzi tu

D

W

666

W

K


Kończysz studia? Masz ambicje? Dojrzewalnia Talentów to program menedżerski realizowany w Jeronimo Martins w Polsce od 1995 roku. Chcemy, aby trafiali do niego ludzie, którzy w przyszłości będą zdolni tworzyć i realizować strategię rozwoju firmy.

Wejdź na naszą stronę i dowiedz się więcej

www.karierawJM.pl

Władek – Management Trainee 2012


GJ?9FAR9LGJRQ

Zagraj o staż 1. 2. 3. 4.

Zarejestruj się na www.grasz.pl Do 8 kwietnia rozwiąż zadanie Wybierz fundatora Twojej praktyki Zabłyśnij na rozmowie kwalifikacyjnej

Wygraj płatną praktykę oraz atrakcyjne nagrody dodatkowe

80%

laureatów konkursu ocenia, że udział w „Grasz o staż” pomyślnie wpłynął na przebieg ich kariery zawodowej.

Aneta Wójcik Laureatka „Grasz o staż”. Prywatnie stale w podróży. Uwielbia podejmować nowe wyzwania.

www.facebook.com/graszostaz

H9LJGF@GFGJGOQ

H9LJGFAE=<A9DFA

Profile for NMS MAGIEL

Numer 136 (SGH) (luty 2013)  

Niezależny Miesięcznik Studentów "MAGIEL"

Numer 136 (SGH) (luty 2013)  

Niezależny Miesięcznik Studentów "MAGIEL"

Profile for magiel
Advertisement

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded