Page 1

Sławomir Koper | Targi książki w Krakowie | Superniania w Hollywood | Dziecięce zaczytanie | Hemingway i byłe laski

#12

011

rnik 2

ie Paźdz


Co w numerze: WYWIAD

TARGI KSIĄŻKI SĄ WCIĄŻ NAM WSZYSTKIM BARDZO POTRZEBNE

Editorial 5 NEWSY 6 Subiektywny przegląd nowości książkowych 8 Patronaty Literadaru 9 Wywiad Katarzyna Popieluch-Kmiecik Targi książki są wciąż nam wszystkim bardzo potrzebne

13

Wywiad Sławomir Koper Elity, pranie brudów i honor

24

Kropla krwi Nelsona #11 Moja eks i Hemingway

38

Wywiad z KATARZYNĄ POPIELUCH-KMIECIK, komisarz Krakowskich Targów Książki Rozmawia: Piotr Stankiewicz, Zdjęcia: Mateusz Janusz

13 WYWIAD

dziecięce zaczytanie Duże małych fascynacje

Gdyby przyszło panu badać życie prywatne współczesnych sobie osób, miałby pan narzędzia, żeby to robić? Myślę, że tak. Ludzie się wcale nie zmieniają. Nie byłoby listów, ludzie nie piszą już dzienników, pamiętników, natomiast piszą maile. Jeżeli nie chcieliby udostępnić, to na pewno ich znajomi by to zrobili, bo ludzie pozostają tacy sami i wszelkie bolączki swoich bliźnich bardzo chętnie publikują. Pisząc o II RP, zawsze mogę liczyć na dzienniki, czy to będą Nałkowskiej, czy Dąbrowskiej. Mogę liczyć na masę epistolografii. Ostatecznie różnego rodzaju wspomnieniowe rzeczy. Wracając do pytania – byłoby to na pewno trudniejsze, natomiast myślę, że wykonalne.

ELITY, PRANIE BRUDÓW I HONOR

49

Rozmawia: Piotr Stankiewicz, Zdjęcia: Szymon Zając

…którzy byli doborową jednostką, złożoną – dodajmy – wyłącznie z homoseksualistów. Nie wiem, czy pan kojarzy taką doktrynę armii amerykańskiej: „Don’t ask, don’t tell”. Nie pytano żołnierzy o ich preferencje seksualne. Oni zaś nie mieli prawa o tym mówić. Może należałoby zupełnie odwrotnie tę sytuację potraktować: my zapytamy, a ty powiedz… i damy cię do jednostek specjalnych. W Grecji to było zupełnie coś innego. Ciężko by było znaleźć obywatela, który nie byłby pederastą i nie uprawiał miłości greckiej. Owszem, zdarzały się odmienności. Jednakowoż Grecja była jedyną wysoką kulturą, gdzie homoseksualizm został podniesiony do rangi filozofii, w tej najbogatszej, najbardziej inteligentnej grupie społeczeństwa. Nawet czasem władze państwowe starały się ograniczyć pederastię ze względów demograficznych.

Czy jest jakieś archiwum – eldorado, do którego chciałby pan dotrzeć? Takim eldorado było dla mnie Archiwum Filomatów, do którego dotarłem, pisząc książkę o Mickiewiczu. Boże, jakie tam są piękne rzeczy! Naprawdę. No i staram się wybrać takie co smaczniejsze kąski. Na przykład wydawało się nam, że filomaci 24

SŁAWOMIR KOPER

byli tacy poważni, pozowali na to i faktycznie tacy byli, poza samym Adamem. Jak Mickiewicz szambelana Nartowskiego potraktował pięścią, a potem świecznikiem, to nawet Jan Czeczot, który zawsze Adamowi prawił srogie morały, był tym faktem zachwycony. Tym bardziej jak zobaczył, o jaką panią chodziło, bo Karolina Kowalska uchodziła za najpiękniejszą kobietę na Litwie. Rozmawialiśmy przed wywiadem o pederastii, pan w książce o życiu erotycznym w starożytnej Grecji i Rzymie pisze o tych tebańskich dzielnych hoplitach… Bardzo dzielnych.

Z jakich źródeł pan najczęściej korzysta? To, co mnie nawet tak najbardziej interesowało, zostało opisane w dziennikach, w listach, a szczególnie we wspomnieniach. Po latach jesteśmy bardzo wobec naszych bliźnich surowi. Wytykamy im różne rzeczy, szczególnie jak już nie żyją. Weźmy na przykład Irenę Krzywicką. Obsmarowała wszystkie możliwe kobiety, jakie były. Mężczyzn również. Wyjątek zrobiła dla Boya, chyba jedynego. I może dla Słonimskiego.

SŁAWOMIR KOPER przyzwyczaił swoich czytelników do tego, że z pewną regularnością mogą dzięki jego kolejnej książce zanurzyć się w konkretną epokę, poznać jej blaski i cienie, zajrzeć do sypialni i buduarów wielkich tego świata. Aszystko to w znakomitym sosie erudycyjnej gawędy ze szczyptą ironii i odrobiną refleksji.

Męska rzecz, Damskie sprawy 42 Ta druga koza Superniania w Hollywood, czyli kto wysłał kino akcji na karnego jeżyka?!

KATARZYNA POPIELUCH-KMIECIK

24

25

| nr 12 październik 2011 r.

| nr 12 październik 2011 r.

KROPLA KRWI NELSONA

56

Kropla krwi

Recenzje 67

Nelsona

#11

38 37

| nr 12 październik 2011 r.

3

| nr 12 październik 2011 r.


#12 ik ziern paźd 11 20

Literadar jest wydawany przez: Porta Capena Sp. z o.o. ul. Świdnicka 19/315, 50-066 Wrocław Wydawca: Adam Błażowski Redaktor naczelny: Piotr Stankiewicz piotr.stankiewicz@literadar.pl tel. 535 215 200 Współpracownicy: Monika Gielarek, Marta Gulińska, Waldemar Jagodziński, Dorota Jurek, Katarzyna Kędzierska, Marcin Kłak, Iwona Kosmal, Łukasz Kucharek, Katarzyna Lipska, Bartek Łopatka (polter.pl), Katarzyna Malec, Joanna Marczuk, Marek Mydel, Grzegorz Nowak, Marek Piwoński, Ewa Popielarz,

Maciej Reputakowski, Maciej Sabat, Krzysztof Schechtel, Natalia Szpak, Piotr Tomza, Dorota Tukaj, Michał Paweł Urbaniak, Mateusz Wielgosz, Tymoteusz Wronka, Roksana Ziora Dział książek dla dzieci i młodzieży: Sylwia Skulimowska sylwia.skulimowska@literadar.pl Newsy i nowości książkowe: Dawid Sznajder dawid.sznajder@literadar.pl Korekta: Marta Świerczyńska – kierownik zespołu korektorskiego korekta@literadar.pl Projekt graficzny i skład: Mateusz Janusz (Studio DTP Hussars Creation) Okładka: Fot. Shutterstock.com

Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, jednocześnie zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów i poprawek w nadesłanych materiałach.


fot. Mateusz Janusz

Editorial ... Za oknem piękna, złota polska – taka, jakiej dawno nie dane było nam oglądać. Znak to, że lada chwila rozpoczną się w Krakowie Targi Książki – piętnaste, jubileuszowe. W związku z tym prezentujemy Państwu zapis rozmowy z komisarz Targów, Panią Katarzyną Popieluch-Kmiecik, a w nim kulisy targowych przygotowań, rozgrywki między wydawcami, sieć układów i sekrety branży. Zaraz obok sążnisty wywiad z Koprem. Jak to zwykle w Literadarze – trochę o książkach, a trochę o życiu i pasjach autora. Wywiad przeprowadzony został przy udziale publiczności, w czasie spotkania z pisarzem w gościnnych progach Artefakt Café w Krakowie. Stałe działy, tradycyjnie w pełnej gotowości. Kropla krwi Nelsona wyjątkowo mało męska, mimo że Krzysiek dotyka tym razem prozy Hemingwaya. Poczytacie też Państwo o kinie (nie) dla mięczaków i aktualnej ofercie książek dziecięcych. Swoją drogą, dział dziecięcy rozrasta się coraz bardziej pod światłym przewodem Sylwii Skulimowskiej, dostarczając rodzicom naprawdę rzetelnej informacji, co przeczytać swoim pociechom. Poza tym, jak zwykle plethora recenzji – książki, komiksy i gry, czyli wszystko to, co sami wiecie kto lubią najbardziej. Jesień piękna. Sezon myśliwski w pełni. A was, łowców dobrej literatury, pozdrawiam tradycyjnym Darz druk! Piotr Stankiewicz

5

| nr 12 październik 2011 r.


NEWSY

Literacki Nobel dla Tranströmera

Szwedzki poeta Tomas Tranströmer otrzymał tegoroczną literacką Nagrodę Nobla. To on był głównym kontrkandydatem Wisławy Szymborskiej w 1996 r. Poeta otrzymał Nobla za „zwięzłe, przejrzyste obrazy, które dają nam świeży dostęp do rzeczywistości”. W Polsce ukazały się takie zbiorki wierszy jak m.in. Moja przedmowa do ciszy (1992), Muzeum motyli (1994), Gondola żałobna (1996), Późnojesienny labirynt (1997), Niebieski dom (2000), Podsłuchany horyzont (2005).

przyTARGaj KSIĄŻKI

90. urodziny Tadeusza Różewicza

Akcja przyTARGaj KSIĄŻKI skierowana jest do wszystkich, którzy mają w swoim domu książki, do których nie żywią sentymentu i chcą je wymienić na inne. II edycja odbędzie się 25 listopada 2011 r. w Poznaniu, w kawiarni Sweet Surrender przy ul. Krasińskiego 1/1. Start o godzinie 19. Na stołach mogą pojawić się zarówno nowości wydawnicze, jak i książki, które ujrzały światło dzienne kilkanaście lat temu. Każdy będzie mógł zabrać tyle książek, ile przyniósł. Akcja realizowana w ramach projektu

W niedzielę, 9 października, Tadeusz Różewicz skończył 90 lat. W Biurze Literackim świętowanie trwa już od kilku miesięcy, a z okazji urodzin wydawnictwo przygotowało specjalną niespodziankę dla miłośników twórczości poety. W ramach akcji „Różewicz 90” możliwy będzie zakup nawet trzech książek Tadeusza Różewicza w cenie jednej. Dodatkowo wszystkie publikacje wrocławskiego poety w specjalnych cenach.

CZYTELNISKO

6

| nr 12 październik 2011 r.


Nike dla Pilota

W tym roku kapituła Literackiej Nagrody Nike postanowiła przyznać nagrodę Marianowi Pilotowi za powieść Pióropusz. „To nie jest książka miła, ponętna, szykowna, łatwa i glamour. Jest za to szorstka, zuchwała, oszałamiająca, zamaszysta i kunsztowna” – powiedziała o Pióropuszu (cytując Jana Gondownicza) Grażyna Borkowska, przewodnicząca jury.

15. Targi Książki w Krakowie wybrane atrakcje

Piątek 4.11

Spotkanie z Jurkiem Owsiakiem Jerzy Owsiak podpisuje: Róbta co chceta, czyli z sercem jak na dłoni. Historia dwudziestu lat grania Orkiestry 16.00, A13 Graham Masterton Graham Masterton, Piotr Pocztarek i Robert Cichowlas podpisują książkę: Masterton. Mistrz horroru. 16.00-17.00, A43

Sobota 5.11

Lista Goncourtów: polski wybór 2011 Ogłoszenie laureata nagrody i spotkanie z Michelem Houellebecqiem, laureatem polskiego wyróżnienia 2010 11.00-13.00, sala sem. nr 3 Miłosz w samo południe wielki czytelniczy flash mob,  podczas którego Zwiedzający 15. Targi Książki w Krakowie wspólnie przeczytają wiersz Czesława Miłosza Ale książki 12.00 Magazyn Literadar - nowa formuła prasy literackiej prowadzi Piotr Stankiewicz 14.00-15.00, sala sem. nr 2

Spotkanie z Jackiem Dukajem 14.00, A21 Papierowy Ekran 2011 prezentacja najlepszych stron internetowych poświęconych książce i wręczenie nagród dla laureatów 15.00-17.00, sala sem. nr 2

Niedziela 6.11

Każdy szczyt ma swój Czubaszek Spotkanie z Marią Czubaszek i Arturem Andrusem 11.30, A39 Niestety wszyscy się znamy Spotkanie z Bohdanem Smoleniem i Anną Karoliną Kłys 12.00, A47 Spotkanie z Marianem Pilotem laureatem Nagrody Literackiej NIKE 2011 14.00, A21 Zachęcamy do zapoznania się z pełnym programem imprez towarzyszących Targom, na stronie: http://targi.krakow.pl/pl/strona-glowna/targi/15-targi-ksiazki-w-krakowie/ program-towarzyszacy.html

7

| nr 12 październik 2011 r.

Spotkania Klubu z Kawą nad Książką Kraków Książka: Przestępstwo Ferdinand von Schirach Data spotkania: 30 października 2011, godz. 14.00 Miejsce: Cheder Cafe, Kraków ul. Józefa 36 Osoba kontaktowa: Asia, asia@miastoslow.pl, 509 551 161 Poznań Książka: Motyl Lisa Genova Data spotkania: 5 listopada 2011 r., godz. 16.00 Miejsce: Cafe Szpilka, ul. Żydowska 28 Osoba kontaktowa: Anna Kubacka (anna.kubacka@miastoslow.pl), Aneta Rzysko (aneta.rzysko@miastoslow.pl) Wrocław Książka: Klub Dantego Matthew Pearl Data spotkania: 5 listopada 2011 r., godz. 17.00 Miejsce: Księgarnio-Kawiarnia „Nalanda”, Plac Kościuszki 12 Osoba kontaktowa: Kasia, katarzyna.radawiec@miastoslow.pl Warszawa Książka: Król Szczurów Clavell James Data spotkania: niedziela, 6 listopada 2011, godz. 16.00 Osoba kontaktowa: Aga miastoslow@miastoslow.pl Kalwaria Zebrzydowska Książka: Poczwarka Dorota Terakowska Data spotkania: 19 listopada, godz. 15.00 Miejsce: Biblioteka Publiczna w Kalwarii Zebrzydowskiej, Al. Jana Pawła II 24 Osoba kontaktowa: Asia, asia@miastoslow.pl, 509 551 161


Dawid Sznajder

Subiektywny przegląd nowości książkowych pięćdziesięciu esejów wykładowców akademickich, naukowców, pisarzy, przedstawicieli mediów i polityki, którzy opisują powody swojej niewiary.

George R. R. Martin Taniec ze smokami Wszystkich miłośników Pieśni lodu i ognia na pewno ucieszy informacja, że wyczekiwana piąta część cyklu ukaże się pod koniec listopada. Martwić może jedynie „Tom 1” na okładce.

S. C. Hitchcock 101 argumentów za niewiarą. Przewodnik młodego ateisty

Russell Blackford, Udo Schüklenk Dlaczego jesteśmy ateistami Czarna Owca zapowiada ciekawe książki dla ateistów dużych i małych. Pierwsza z nich to zwięzłe wprowadzenie do ateizmu, jako niereligijnego sposobu pojmowania świata i człowieka. Druga to zbiór

Tomek Michniewicz Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów „Poszukiwacze skarbów. Szaleni naukowcy. Ekscentryczni milionerzy. Fantaści i idealiści albo przestępcy ogarnięci rządzą bogactwa, pozbawieni skrupułów i wyrzutów sumienia. Każdy z nich szuka czegoś innego i różne stosuje metody. Ale absolutnie wszyscy są przekonani, że znaleźli drogę na skróty prowadzącą do wielkich pieniędzy”. Lektura obowiązkowa dla miłośników Indiany Jonesa. Tym razem bez dodatku fikcji literackiej.

J. R. R. Tolkien, David Wenzel Hobbit. Komiks Zanim na ekrany kin wejdzie w 2012 roku film Hobbit w reżyserii Petera Jacksona, miłośnicy książek J. R. R. Tol8

| nr 12 październik 2011 r.

kiena mogą podziwiać świat Śródziemia w komiksowym wydaniu znanego ilustratora.

Bohdan Smoleń, Anna Karolina Kłys Niestety wszyscy się znamy Przejmująca i szczera rozmowa ze znanym aktorem i satyrykiem, ale przede wszystkim zwykłym człowiekiem. Jej fragment można przeczytać tutaj.

Antologia Głos Lema „W istocie zaś mamy tu do czynienia z próbą niemalże heroiczną – pisze Jacek Dukaj we wstępie. – Bo, po pierwsze, czy Głos Lema rzeczywiście wykorzystuje znaną markę – czy też raczej stara się ją dopiero stworzyć, odtworzyć? (...) pytanie zdawać się może zgoła absurdalnym (jeśli nie obrazoburczym). Jakże to, przecież każdy słyszał o Lemie! Jasne, każdy słyszał też o Norwidzie czy Orzeszkowej – jednak nie wierzę w tłumy czytelników pędzących po antologię opowiadań à la Orzeszkowa”.


Patronaty Literadaru W tym miesiącu mamy przyjemność polecić następujące tytuły, które ostatnio ukazały się na rynku księgarskim:

Czas zmierzchu Bohater nowej książki Dmitrija Głuchowskiego, zawodowy tłumacz, dostaje zlecenie przekładu z hisz-pańskiego dziennika wyprawy, która w XVI wieku z polecenia franciszkanina Diego de Landy wyruszyła po święte teksty Majów. Lektura dziwnej księgi jest wciągająca, a świat tajemniczych bóstw stopniowo przenika do współczesnej Moskwy. Duszna atmosfera tropikalnej selwy zadomawia się w arbackich zaułkach. A z nagłówków gazet, z dzienników radiowych i telewizyjnych wciąż napływają budzące grozę komuni-katy o kolejnych katastrofach naturalnych… Czy jest jakiś związek między współczesnymi wydarzeniami a wyprawą opisaną na kartach tajemniczego dziennika? Co łączy świat wierzeń Majów z naszym, zdawałoby się, postreligijnym postrzeganiem rzeczywistości? Związek ten dostrzegł jeden człowiek. By się o tym przekonać, trzeba sięgnąć po nową książkę Dmitrija Głuchowskiego, autora bestsellerów Metro 2033 i Metro 2034. Akcja thrillera rozgrywa się na przemian w XVI-wiecznym Meksyku i we współczesnej Moskwie. Zmierzch jest rosyjską odpowiedzią na twórczość Dana Browna; Głuchowski zaś jeśli nie jest nowym Gogolem, to na pewno rosyjskim Stephenem Kingiem. I nie są to porównania przesadzone. 9

| nr 12 październik 2011 r.


Thorgal

Dziecko gwiazd Międzynarodowy bestseller Thorgal. Dziecko z gwiazd to znane z komiksów Grzegorza Rosińskiego dzieje Thorgala, wzbogacone o nowe, nieznane dotąd wątki. Gratka dla fanów nie tylko tych wiernych bohaterowi już od 30 lat. Francuska pisarka Amelie Sarn doceniła bogactwo fabularne scenariuszy komiksów. Na podstawie niewiarygodnych przygód pełnych magii z jednej strony, a emocji i prawdy z drugiej powstała powieść o Thorgalu. Tajemnicze niemowlę Thorgal Aegirsson, syn burz i morza: niezwykły los chłopca przybyłego z daleka… THORGAL kultowy bohater komiksów Grzegorza Rosińskiego teraz w powieści. Miliony fanów na całym świecie czytają od lat komiksy opowiadające o jego losach. Odważny i uczciwy człowiek, wierny i kochający mąż, sprawiedliwy i waleczny przywódca – taki jest Thorgal. Pełna niebezpiecznych przygód północ wikingów, starożytne legendy i zaginione cywilizacje – magiczny świat Thorgala zaskakuje czytelników do dziś. 10

| nr 12 październik 2011 r.


Vlad Dracula Rok Pański 1462. Imperium Osmańskie rośnie w siłę. Sułtan Mehmed II Zdobywca przekroczył Dunaj i z potężną armią stoi u wrót Europy. Lada dzień sto tysięcy tureckich żołnierzy zaleje chrześcijańskie ziemie i zniewoli narody. Okrutni janczarzy zasypią gradem strzał obrońców twierdz, spahisi rozniosą w pył rycerską jazdę, a zagończycy puszczą z dymem miasta i wioski. Na kościelnych wieżach załopocą zielone sztandary, krzyż upadnie zastąpiony przez półksiężyc, a z dzwonnic co rano roznosić się będzie zawodzenie muezinów. Wydaje się, że nie ma już ratunku. Janos Lechoczky, kapitan elitarnej gwardii Czarnych Szeregów, podejmuje się tajnej misji zleconej mu przez króla Węgier. Z dwunastoma zaledwie podkomendnymi wyrusza na Wołoszczyznę, na spotkanie człowieka, który ma ponieść sztandar nowej krucjaty i rozpalić nadzieję w ludzkich sercach. Człowieka na tyle silnego, odważnego i szalonego, żeby postawić się całej tureckiej potędze. Człowiekiem tym jest hospodar Wołoszczyzny Vlad Dracula. Zbrodniarz nabijający swoich wrogów na pal, czy bohater gotowy wszelkimi sposobami walczący z najeźdźcą? Legendarny wampir czy rycerz broniący wiary chrześcijańskiej? Okrutny szaleniec, czy genialny strateg? Kim tak naprawdę jest Vlad Dracula? Kim tak naprawdę jest Vlad Dracula? 11

| nr 12 październik 2011 r.


WYWIAD

Katarzyna popieluch-Kmiecik

Targi książki są wciąż, nam wszystkim, bardzo potrzebne Wywiad z Katarzyną Popieluch-Kmiecik, komisarz Krakowskich Targów Książki Rozmawia: Piotr Stankiewicz, Zdjęcia: Mateusz Janusz


WYWIAD

Katarzyna popieluch-Kmiecik

Dlaczego wydawcy chcą się wystawiać na targach? Na targach generalnie?

Jak dużej liczby wystawców spodziewacie się w tym roku? Około czterystu osiemdziesięciu, może pięciuset. Myślę, że nie więcej niż pięćset, zresztą, ze względu na miejsce, nie jesteśmy w stanie przyjąć w tym momencie większej liczby.

Na pani targach. Myślę, że przede wszystkim targi w Krakowie mają już sporą tradycję i wydawcy na przestrzeni lat przekonali się, że goście, którzy je odwiedzają, to są tak naprawdę ich klienci. Myślę, że kolejnym powodem jest to, że z roku na rok targi są coraz większe. Kiedyś była taka tendencja, żeby wystawiać się wspólnie, na wspólnym stoisku. Kilka wydawnictw pod jednym szyldem, obniżenie kosztów. Z biegiem czasu zaczęliśmy zauważać, że ci wydawcy próbują wyjść z cienia wspólnego stoiska, zaczynają promować swoją własną markę. A co za tym idzie, liczba wystawców zaczęła nam przyrastać.

Zgłoszenia jeszcze napływają? (Rozmawialiśmy w połowie września – przyp. P.S.). Tak, jeszcze cały czas spływają. Natomiast wystawcy, którzy przysłali zgłoszenia niedawno, już są informowani, że są to zgłoszenia rezerwowe. Jeżeli będziemy mieli miejsce, to je przydzielimy. Czy będzie musiała pani odmówić komuś istotnemu, bo się spóźnił? Mam nadzieję, że tak się nie stanie, ponieważ mam jeszcze takie jedno wydawnictwo, które jest bardzo ważnym wydawnictwem (śmiech), a jakoś postanowiło przysłać swoje zgłoszenie na sam koniec. Na razie zakładam, że będę miała dla niego miejsce, ale w tym czasie, kiedy rozmawiamy, równie dobrze już coś mogło zostać sprzedane i może się okazać, że tego miejsca już nie będzie.

A zwiedzających? W zeszłym roku było ich prawie trzydzieści dwa tysiące, więc w stosunku do roku wcześniejszego jest to skok o kilka tysięcy. Targi Książki w Krakowie mają charakter lokalny czy ogólnopolski? Jeśli chodzi o wystawców, absolutnie ogólnopolski. Jeśli chodzi o zwiedzających – podobnie. Wiadomo, że bardzo mocną reprezentacją są goście z województwa małopolskiego, śląskiego, świętokrzyskiego czy podkarpackiego. Jednakże mamy gości ze Szczecina, z Gdańska, z Białegostoku – są to głównie księgarze, bibliotekarze, czasem przyjeżdżają też całe rodziny.

Wracając na chwilę do pytania pierwszego – nie wspomnieliśmy jeszcze o jednym powodzie, dla którego wydawca chciałby się wystawiać. Może liczyć na dobrą sprzedaż w trakcie targów? Wydaje mi się, że w Polsce targi wciąż postrzegane są jako miejsce, w którym dużo 14

| nr 12 październik 2011 r.


A jaki jest koszt stoiska? Nie ma co do tego reguły, ponieważ to zależy od rodzaju powierzchni. Jeżeli jest to powierzchnia zupełnie goła ziemia, to jest zupełnie inaczej wyceniana niż powierzchnia, która ma już zabudowę, ma półki, ma elementy, więc tutaj nie da się tego uśrednić. Natomiast ceny są dostępne na formularzach, które dostępne są na stronie internetowej. Zawsze można to sprawdzić.

się sprzedaje. Część wystawców kalkuluje swoją obecność poprzez sumy zarobione na sprzedaży w ich trakcie. Nie mówię, że to źle, absolutnie. Natomiast wydaje mi się, że za granicą targi mają charakter bardziej wizerunkowy. Wystarczy popatrzeć na przykład na Targi Książki Dziecięcej w Bolonii, gdzie te książki raczej nie są sprzedawane, a pokazywane. Czy prowadzicie statystyki dotyczące obrotów wydawców na waszych targach? Nie prowadzimy takich statystyk, też o to nie pytamy. Natomiast czasami zdarza się, że sami informują nas o tym, że na przykład koszt stoiska się wydawnictwu zwrócił dwukrotnie.

Zapytam inaczej. Jaka jest wartość całej powierzchni targowej? Ciężko jest mi wycenić wartość powierzchni. Ile branża wydaje na targi w Krakowie?

15

| nr 12 październik 2011 r.


WYWIAD

Katarzyna popieluch-Kmiecik

(śmiech) Podana przeze mnie kwota byłaby nieprecyzyjna, dlatego że nie bierzemy pod uwagę bardzo wielu rzeczy. Wystawca, przyjeżdżając na targi, nie tylko kupuje powierzchnię. Musi zapewnić obecność w Krakowie obsłudze swojego stoiska, szefom, którzy przyjeżdżają na targi, spotkać się przede wszystkim w te pierwsze dwa dni branżowe, więc to jest kwestia hoteli, przejazdów. Jeżeli to są duże powierzchnie, które są budowane w sposób indywidualny, to również są to kwoty dla firm standowych. Ciężko jest tak naprawdę odpowiedzieć na to pytanie, ciężko jest oszacować.

nikat, że widzielibyśmy danego wystawcę na targach. Natomiast od jego indywidualnej woli, koncepcji promocji czy planu marketingowego zależy, czy na te targi przyjadą, czy nie. Wiadomo, że są wydawnictwa, o które zwiedzający co roku pytają. Po pewnym czasie przestają pytać. Natomiast jeżeli wydawnictwu zależy na tym też, żeby się na rynku pokazać, to myślę, że na którychś targach pojawiać się powinno. Odnotowujecie co roku dużą liczbę nowych wydawnictw pragnących wziąć udział w targach? Każdego roku jakieś wydawnictwa powstają. To są często małe oficyny, które powstają na skutek wyewoluowania z innych, dużych wydawnictw. Pracownicy odchodzą czy rozchodzą się z danym wydawnictwem, zakładają swoje własne. Najczęściej są to osoby, które już jakieś doświadczenie związane z branżą wydawniczą miały. I to jest niesamowite, że coraz więcej tych wydawnictw czuje potrzebę pokazywania się na targach. To jest też charakterystyczne właśnie dla Targów Książki w Krakowie, że małe oficyny są też na tych Targach obecne, ta cena jest widocznie na tyle dla nich przystępna, że są w stanie ją zainwestować w promocję własnej marki.

Są wydawcy, którzy programowo nie przyjeżdżają na targi? Faktycznie, są wydawnictwa, które się na targach nie pojawiają lub pojawiają się na przykład w cyklu dwuletnim. Zresztą do tej pory był taki dosyć klarowny podział, w jednym roku wydawcy jechali do Krakowa, w drugim do Warszawy. Jest jednak gros wydawnictw, które od lat towarzyszą targom w Krakowie. To jest fantastyczne, ponieważ bez względu na miejsce wystawcy podążają za nami, zresztą, jak patrzymy na statystyki, jesteśmy zaskoczeni, że część z wydawców jest obecna, łącznie z tegoroczną edycją, dokładnie piętnaście lat. Natomiast jeżeli chodzi o wydawców, którzy na targach się nie pojawiają, czasami jest tak, że wydawnictwa mają taką politykę, a czasami z jakichś powodów, bardziej lub mniej nam znanych, na nasze targi po prostu nie przyjeżdżają.

Czy wydawcy mają jakieś specjalne życzenia co do stoiska czy charakteru ich obecności? Bywają roszczeniowi? Generalnie myślę, że słowo „roszczeniowi” jest takim słowem bardzo pejoratywnym. Większość wydawców wie, czego chce, szczególnie, jeśli przyjeżdżają na targi

Walczycie o nich? Zachęcamy, pytamy, każdego roku wysyłamy informację, jasny i klarowny komu16

| nr 12 październik 2011 r.


17

| nr 12 paĹşdziernik 2011 r.


WYWIAD

Katarzyna popieluch-Kmiecik

W okresie przedtargowym, mój telefon praktycznie nie przestaje dzwonić.

Macie państwo w planach zmianę tego stanu rzeczy? Mamy w planie nową inwestycję, zarząd w tym momencie jest w trakcie negocjacji związanych właśnie z samym obiektem. Mam nadzieję, że w przeciągu roku czy dwóch lat będziemy w stanie zaprosić wszystkich wydawców i gości już do nowego obiektu, który będzie spełniał wszelkie standardy, również te związane z parkingiem. Jest to bolączka, z którą borykamy się od lat jako organizatorzy. Jest to nie tylko trudne dla wystawców, ale też dla zwiedzających, którzy docierają na targi różnymi sposobami. Wiadomo, że najgorszym z możliwych jest przyjechanie samochodem, ponieważ stanie w długich kolejkach przy ulicy Centralnej nikomu dobrze nie służy, więc część zwiedzających już nauczyła się i przyjeżdża komunikacją miejską, co jest sposobem szybkim, bezpiecznym i mało konfliktowym

od wielu lat. To jest szczególnie widoczne w wydawnictwach, gdzie jest bardzo mała rotacja w dziale, który zajmuje się promocją. Jeżeli z roku na rok te osoby się zmieniają, muszą one odkopywać historię stoiska z targów wcześniejszych. Nie zawsze ta koncepcja jest spójna, ponieważ w związku z nowymi osobami pojawiają się też nowe pomysły. Wiele osób narzeka na obecną lokalizację, dojazd i małą ilość miejsc parkingowych. Przede wszystkim na początku chyba muszę powiedzieć, że to miejsce nigdy nie było przeznaczone na targi. Hala została do tego adaptowana. Do tej pory Małopolska nie dorobiła się tak naprawdę obiektu, na którym mogłyby się odbywać imprezy targowe. Absolutnie nie jest to docelowe miejsce. 18

| nr 12 październik 2011 r.


pod samym obiektem. Parking jest faktycznie ograniczony. Trzeba zwrócić uwagę, że my jako organizatorzy musimy zapewnić parking chociażby dla autorów, którzy również przyjeżdżają na targi, dla części wystawców, dla osób z władz miasta Krakowa czy województwa małopolskiego, ale również dla osób niepełnosprawnych. Pomimo tych wszystkich mankamentów tabuny ludzi, tysiące zwiedzających, setki wystawców co roku chcą brać udział w Targach Książki w Krakowie. Znaczy to, że widzą efekt swojej obecności.

ten rok jest szczególny. Po pierwsze to piętnastolecie, czyli okrągła rocznica, do której przygotowujemy się już od wielu miesięcy. Po drugie, jest to rok prezydencji Polski w Unii Europejskiej, dostąpiliśmy zaszczytu wpisania do programu kulturalnego chyba jako jedyne Targi Książki, więc to dla nas duża nobilitacja. W ramach tegorocznych Targów wystartował taki nowy projekt związany z Salonem Małe Ojczyzny. Chcielibyśmy na targach promować te tak zwane „małe ojczyzny”. Zaczynamy od Śląska. Chcielibyśmy w jakiś sposób może troszkę odczarować ten krajobraz kopalni i węgla na taki, gdzie jest swoista mikrokultura, własny język czy gwara, którą chcielibyśmy pokazać, zwyczaje i obyczaje. Będzie dużo spotkań nie tylko związanych z literatu-

Jakie atrakcje czekają w tym roku zwiedzających? Jest jeszcze dosyć wcześnie, jeśli chodzi na przykład o autorów, których można by było tu wymienić z nazwiska. Natomiast

Miasto Słów, to miejsce dla ludzi, którzy kochają książki. Jesteśmy organizacją non-profit, zrzeszającą miłośników słowa pisanego oraz wolontariuszy akcji promujących aktywne czytelnictwo wśród dzieci i dorosłych. Jesteśmy otwarci dla wszystkich, którzy lubią książki, rozmowy o nich, a także mają ochotę zaangażować się i poświęcić swój wolny czas innym. Zwłaszcza dzieciom przebywającym w domach dziecka i szpitalach. Miasto Słów prowadzi różne akcje czytelnicze na terenie całej Polski. Naszym nadrzędnym celem jest: „szerzenie wśród dzieci i dorosłych aktywnego czytelnictwa”. 19

| nr 12 październik 2011 r.


WYWIAD

Katarzyna popieluch-Kmiecik

rą, ale też ze sztuką, historią, właśnie z tą wspomnianą przeze mnie gwarą, strojami, jedzeniem, czyli tak naprawdę ze wszystkim, z czym wiąże się ten region. Myślę też, że warto wspomnieć o Salonie Nowych Mediów, który jest takim beniaminkiem targów. Udało się nam już w zeszłym roku pokazać, że oprócz tej tradycyjnej książki, która jest oczywiście bardzo ważna, bo bibliofile zdecydowanie do tej właśnie formy przywykli i jest im ona najbliższa, nie możemy przymykać oczu na nowe technologie, które się na rynku pojawiają – czytniki, audiobooki, e-booki. W związku z tym na targach będą firmy, które reprezentują właśnie ten kierunek. Można przyjść, zobaczyć. Na terenie targów otworzona zostanie tzw. „kawiarnia e-bookowa”, gdzie będzie dostępnych kilkanaście czytników. Będzie można usiąść przy kawie, zobaczyć, jak to funkcjonuje, jak działa.

to rzeczy, które ułatwiają nawigację, natomiast fakt jest jeden – jest taki ogrom tych spotkań i innych atrakcji, że ciężko będzie wszystko pogodzić. Często spotykamy się z tym, że zwiedzający przychodzą do recepcji targów i pytają, jak oni mają w jednym czasie być na pięciu stoiskach. Zachęcam do obejrzenia strony internetowej. Im bliżej targów, tym ona jest coraz bardziej rozbudowana, tym jest bogatsza. Myślę, że jest punktem podstawowym, zanim człowiek wybierze się na targi. Jakie macie państwo plany związane z najbliższymi latami? Myślę, że nasz rozwój będzie zdeterminowany przez nowy obiekt, a właściwie przez czas, kiedy tym obiektem będziemy mogli dysponować. Chcielibyśmy przede wszystkim, żeby wystawcy mogli mieć takie stoiska, jakie chcą. Nie takie, jakie my możemy im dać ze względu na miejsce, w którym dysponujemy, tylko takie, jakich potrzebują, tyle metrów, na ile ich stać finansowo i są wstanie sobie pozwolić, aby móc zaprezentować swoją ofertę. Najważniejsze tak naprawdę jest dla nas to, aby na targi wydawnictwa przyjeżdżały ze swoją najnowszą ofertą, ponieważ zwiedzający przychodzą po nowości. Myślę, że warto przypominać wydawnictwom o tym, że targi to jest najlepsze miejsce, by pokazać nowość. Pokazać je branży, która te targi odwiedza – bo to są bibliotekarze, to są księgarze, to są hurtownicy – ale też, a może przede wszystkim, czytelnikom. W dobie, kiedy mamy tak dużo

Łatwo się pogubić wśród mnogości atrakcji targowych. Jakie macie państwo udogodnienia, które ułatwią nawigację w tym gąszczu propozycji? Na naszej stronie internetowej, czyli www.ksiazka.krakow.pl, przed targami przygotowujemy zakładki z programem. Oddzielnie jest informacja dotycząca autorów, czyli można będzie sobie wybrać autora, mówiąc brzydko, po nazwisku i wtedy dopasować konkretny dzień na odwiedzenie targów. Mamy podział również na dni, więc jeżeli ktoś ma czas przyjechać tylko w sobotę, może obejrzeć sobie wcześniej to wszystko, co będzie się działo w sobotę. Myślę, że są 20

| nr 12 październik 2011 r.


21

| nr 12 paĹşdziernik 2011 r.


WYWIAD

Katarzyna popieluch-Kmiecik

portali internetowych interesujących się literaturą, prasy, dodatków, w których te informacje o książkach się znajdują, czytelnikom jest ciężko z tego wszystkiego wybrać. Są zasypywani katalogami i informacjami, które się gdzieś tam pojawiają. To widać po bibliotekarzach, którzy mają ogromny problem z tym, jakie książki zakupić do bibliotek.

czytać i trzeba sporo czasu poświęcać na to, żeby wiedzieć, co się dzieje w branży wydawniczej. Dużo jeszcze pracy przed panią i całym zespołem? Ilość pracy przed targami jest ogromna. Dopiero gdy człowiek się styka z taką organizacją, mówiąc kolokwialnie, od kuchni, jest w stanie sobie wyobrazić, ile tak naprawdę rzeczy trzeba zrobić, żeby targi się odbyły. Kiedy tu nie pracowałam i targi były dla mnie jakimś tam wydarzeniem, zawsze wydawało mi się, że je się organizuje w tydzień, ludzie się skrzykują, przyjeżdżają, ustawiane są stoiska, przyjeżdżają książki. A to jest tak naprawdę całoroczna praca. Czasami przygotowania trwają dłużej niż rok, ale jak się okazuje, mam nadzieję, z dobrym skutkiem.

*** Jak zostaje się komisarzem Targów Książki w Krakowie? (śmiech) Z przypadku. Ja trafiłam do targów, tak jak już powiedziałam, przypadkiem. Nie sądziłam, że przyjdzie mi je kiedyś organizować, że to moje prawnicze wykształcenie będzie kiedykolwiek eksploatowane w takim kierunku. Natomiast jest to nadspodziewanie fajna praca. Kontakt z wydawcami i z książką, taką absolutnie żyjącą, jest super! (śmiech).

Nie jest tak, że po całym tym zgiełku targów, po tej ciężkiej harówie można mieć repulsję od książek? Przychodzi taki moment, zaraz po zakończeniu targów, kiedy wydaje się, że człowiek już nie jest w stanie więcej przeczytać i nie jest w stanie więcej na te książki patrzeć, ale to trwa dosłownie dwa dni. Emocje mijają, targi się kończą, wystawcy rozjeżdżają się do domów, hala jest sprzątana, my już przygotowujemy kolejną edycję i człowiekowi wraca znowu miłość do książek.

Trzeba lubić czytać? Myślę, że tak. Ja lubię, dużo czytam, choć nie zawsze mam czas. Czy ktoś panią o to pytał w trakcie rekrutacji? …czy czytam? Tak. Powiem szczerze, że nie pamiętam. Od zawsze dużo czytałam, więc myślę, że sama zdążyłam to powiedzieć bądź wynikało to gdzieś z moich wcześniejszych deklaracji. Natomiast trzeba lubić

Dziękuję bardzo za rozmowę. Ja również i zapraszam na targi. 22

| nr 12 październik 2011 r.


23

| nr 12 paĹşdziernik 2011 r.


Elity, pranie brudów i honor Sławomir Koper przyzwyczaił swoich czytelników do tego, że z pewną regularnością mogą, dzięki jego kolejnym książkom, zanurzyć się w konkretną epokę, poznać jej blaski i cienie, zajrzeć do sypialni i buduarów wielkich tego świata. A wszystko to w znakomitym sosie erudycyjnej gawędy, ze szczyptą ironii i odrobiną refleksji. Rozmawia: Piotr Stankiewicz, Zdjęcia: Szymon Zając

24

| nr 12 październik 2011 r.


WYWIAD

Gdyby przyszło panu badać życie prywatne współczesnych sobie osób, miałby pan narzędzia, żeby to robić? Myślę, że tak. Ludzie się wcale nie zmieniają. Nie byłoby listów, ludzie nie piszą już dzienników, pamiętników, natomiast piszą maile. Jeżeli nie chcieliby udostępnić, to na pewno ich znajomi by to zrobili, bo ludzie pozostają tacy sami i wszelkie bolączki swoich bliźnich bardzo chętnie publikują. Pisząc o II RP, zawsze mogę liczyć na dzienniki, czy to będą Nałkowskiej, czy Dąbrowskiej. Mogę liczyć na masę epistolografii. Ostatecznie różnego rodzaju wspomnieniowe rzeczy. Wracając do pytania – byłoby to na pewno trudniejsze, natomiast myślę, że wykonalne.

Sławomir koper

byli tacy poważni, pozowali na to i faktycznie tacy byli, poza samym Adamem. Jak Mickiewicz szambelana Nartowskiego potraktował pięścią, a potem świecznikiem, to nawet Jan Czeczot, który zawsze Adamowi prawił srogie morały, był tym faktem zachwycony. Tym bardziej jak zobaczył, o jaką panią chodziło, bo Karolina Kowalska uchodziła za najpiękniejszą kobietę na Litwie. Rozmawialiśmy przed wywiadem o pederastii, pan w książce o życiu erotycznym w starożytnej Grecji i Rzymie pisze o tych tebańskich dzielnych hoplitach… Bardzo dzielnych. …którzy byli doborową jednostką, złożoną – dodajmy – wyłącznie z homoseksualistów. Nie wiem, czy pan kojarzy taką doktrynę armii amerykańskiej: „Don’t ask, don’t tell”. Nie pytano żołnierzy o ich preferencje seksualne. Oni zaś nie mieli prawa o tym mówić. Może należałoby zupełnie odwrotnie tę sytuację potraktować: my zapytamy, a ty powiedz… i damy cię do jednostek specjalnych. W Grecji to było zupełnie coś innego. Ciężko by było znaleźć obywatela, który nie byłby pederastą i nie uprawiał miłości greckiej. Owszem, zdarzały się odmienności. Jednakowoż Grecja była jedyną wysoką kulturą, gdzie homoseksualizm został podniesiony do rangi filozofii, w tej najbogatszej, najbardziej inteligentnej grupie społeczeństwa. Nawet czasem władze państwowe starały się ograniczyć pederastię ze względów demograficznych.

Z jakich źródeł pan najczęściej korzysta? To, co mnie nawet tak najbardziej interesowało, zostało opisane w dziennikach, w listach, a szczególnie we wspomnieniach. Po latach jesteśmy bardzo wobec naszych bliźnich surowi. Wytykamy im różne rzeczy, szczególnie jak już nie żyją. Weźmy na przykład Irenę Krzywicką. Obsmarowała wszystkie możliwe kobiety, jakie były. Mężczyzn również. Wyjątek zrobiła dla Boya, chyba jedynego. I może dla Słonimskiego. Czy jest jakieś archiwum – eldorado, do którego chciałby pan dotrzeć? Takim eldorado było dla mnie Archiwum Filomatów, do którego dotarłem, pisząc książkę o Mickiewiczu. Boże, jakie tam są piękne rzeczy! Naprawdę. No i staram się wybrać takie co smaczniejsze kąski. Na przykład wydawało się nam, że filomaci 25

| nr 12 październik 2011 r.


WYWIAD

Sławomir koper

...? Grecja była górzystym, biednym krajem. Ta prokreacja taka u nich niespecjalna była. Dopiero za rządów Aleksandra Macedońskiego można mówić o przeludnieniu Grecji. Kultura helleńska łącznie z homoseksualizmem i miłością grecką popłynęła na Wschód. Powstała fascynująca epoka hellenistyczna, która później podbiła Rzym. Homoseksualizm w Rzymie pojawił się dopiero razem z kulturą grecką.

Wybrane pozycje autora

Ale w Rzymie ta recepcja była inna. Tam to już było wynaturzone. Z czym nam się kojarzy Rzym? Z Kaligulą, Neronem, najgorszymi ekscesami. Natomiast jak najbardziej, był taki cesarz Hadrian, o którym piszę w swojej nowej książce, którą właśnie teraz kończę, który jak najbardziej preferował miłość grecką. Jego piękny Antinous utopił się w Nilu. Nie wiadomo, czy chciał odwrócić złe fatum dla cesarza, czy po prostu miał już lat dwadzieścia i pora była, według greckich przekonań, zakończyć związek z cesarzem. A przed cesarzem Rzymu nie można się schować, niestety. Gdzieś przeczytałem, że tego typu pisarstwo, które pan uprawia, nie ma w Polsce odpowiednika, szczególnie w kontekście starożytności. Od razu pomyślałem o Aleksandrze Krawczuku. On też nie raz zajmował się życiem prywatnym, Peryklesem, Neronem. Pan jest ostrzejszy, bardziej „dogłębny”? Krawczuk jest profesorem, ja tylko magistrem, nie sądzę więc, że możemy się porównywać. Krawczuk przetarł pewne ścież26

| nr 12 październik 2011 r.


ki, natomiast w pewnym momencie, jeżeli chodzi o życie prywatne, on się zatrzymuje. Pozostał, powiedzmy, w latach 80., kiedy o pewnych rzeczach się nie mówiło. Gdzieś delikatnie wspomina rzeczywiście o pederastii Hadriana. Ale czy ktoś w jego biografii Juliusza Cezara przeczyta o związku Cezara z Nikomedesem, królem Bitynii? Dwudziestoletni Cezar ewidentnie w damskich szatach wędrował do sypialni królewskiej. Nie dziwię się, że po powrocie do Rzymu nazwano go spodnią deską łoża królewskiego, bityńską kurtyzaną. Owszem, Cezar był później playboyem i raczej zdecydowanie preferował związki męsko-damskie. Marek Antoniusz z Kurionem to też ciekawa historia. Obaj byli rówieśnikami, czyli nietypowy związek homoseksualny, nietypowy dla

miłości greckiej. Jak ojciec zamknął Kuriona w domu, to Antoniusz przez dach się do niego przedarł. Pewnie pan oglądał serial Rzym. Wizja twórców jest raczej nastawiona na kulturę heteroseksualną. Zgadza się. Jak najbardziej. Czy to jest przekłamanie? Myślę, że tak. Na pewno. Od czasów podboju Grecji, czyli od połowy II wieku p.n.e. homoseksualizm w Rzymie był bardzo popularny. Próbowałem policzyć książki. Ile ich pan napisał? Chyba z piętnaście.

pańskie

Portal cieszący się ogromną popularnością, dedykowany głownie mniejszościom seksualnym oraz osobom heteroseksualnym zainteresowanym kulturą i problematyką środowiska LGBT. Porusza i komentuje problemy przede wszystkim kulturalne, społeczne i lifestylowe, ale również z kręgu zdrowia i urody.

27

| nr 12 październik 2011 r.


WYWIAD

Sławomir koper

Wszystkie się dobrze sprzedają? Jest taka ciekawostka. Pewne duże wydawnictwo, przejęte kilka miesięcy temu przez inne, jeszcze większe, swego czasu odrzuciło moją książkę Życie prywatne elit Drugiej Rzeczypospolitej, stwierdzając, że jest ona nie do sprzedania. Gratuluję. Książka sprzedała się już prawie w stu tysiącach egzemplarzy.

O czym będzie ta książka o Ukrainie? Polskie ślady na Ukrainie. Przewodnik historyczny. W poprzednim przewodniku historycznym, po Chorwacji, jest kilka fragmentów, w których nie oszczędza pan Tity. Trudno go oszczędzać.

Pisze pan od lat. W tym czasie zmieniał się pański warsztat pisarski? Złożyłem teraz w Bellonie przewodnik po Ukrainie. Książka była pięć lat temu skończona. Sądziłem, że potrzebuję dwa tygodnie na przejrzenie tego i poprawki. Dwa miesiące ją przerabiałem, żeby można było to jakoś wydać! Pisałem jakimiś takimi krótkimi zdaniami, pomieszanymi z ciężkimi. Koszmar. Nie wiem, jak za kilka lat będę pisał. Człowiek się po prostu rozwija, uczy.

Pytam o to dlatego, że w Polsce cieszył się i cieszy się pewnie nadal dużą estymą. W Chorwacji, Czarnogórze, Serbii, Słowenii również do dnia dzisiejszego cieszy się autentyczną estymą. Do dziś są ulice i place jego imienia. No właśnie, to był ostatni tego typu autokrata w Europie? Tak. 28

| nr 12 październik 2011 r.


Może jeszcze Enver Hodża? Hodża był bandytą, a Tito cywilizowanym bandytą.

Czy jest jakaś paralela między postępowaniem Tity i Piłsudskiego? Na pewno tak. Tito, tak samo jak Piłsudski, miał poczucie własnej nieomylności i praktycznie był nieomylny, a państwo było najwyższym dobrem. Z tym, że jest jedna zasadnicza róźnica – Piłudski był ascetą, a Tito uwielbiał luksus. Te białe mundury, białe buty, na białym koniu, z białymi pudlami, przecież to zdjęcie jest koszmarne.

Ale stworzył państwo, nowy ład? Tito przez kilkadziesiąt lat potrafił zapewnić Jugosławii w miarę dostatni byt. Przede wszystkim nie było żadnych napięć etnicznych, żadnych wojen. Ale wystarczyło, że go zabrakło. Zresztą pierwszy raz gdy byłem w Jugosławii, chyba w 1984 roku (oczywiście była to handlowa wyprawa), to opowiadano taki dowcip. Ile będzie państw w Europie w roku 2000? Siedem. Sześć państw jugosłowiańskich i zjednoczona Europa (śmiech). I wiele się nie omylili.

Z kolei otoczenie Piłsudskiego już nie miało takiego zamiłowania do ascezy? Najbliższe otoczenie Piłsudskiego miało: Sławek, Prystor, ludzie najważniejsi.

Pan jednak Titę dość mocno punktuje, najdelikatniej mówiąc. Zgadza się. Ale jeżeli w czasie obchodów ku czci Tity młodzież śpiewała: „Tito, jesteś truskawką naszej młodości”...? (śmiech). Poza tym był typowym autokratą, który uwielbiał luksus.

Ale Wieniawa już nie? Wieniawa to był Wieniawa. Jedyny w swoim rodzaju. A Mościcki? To nie jest to ścisłe otoczenie? Takie rzeczy zaczynają się dziać tutaj dopiero po śmierci Piłsudskiego. Wcześniej to raczej ukrywano. Owszem, Piłsudski uważał, że tam, gdzie trzeba, nie ma co żałować pieniędzy. Sam miał niewielkie potrzeby. Co on potrzebował? Trochę krakersów, herbaty i mnóstwo papierosów. I to wszystko.

Ale nie było tam stalinowskiego terroru? Nie było. Był obóz Goli Otok na wyspie Brioni, dziesięć tysięcy ludzi tam siedziało, około tysiąca zginęło. Natomiast prawdopodobnie do końca życia KGB miało agenta bezpośrednio w jego łóżku. Jovanka, jego małżonka, była na żołdzie moskiewskim. Rosjanie byli bardzo dobrze poinformowani. Co więcej, swego czasu Ranković, szef aparatu bezpieczeństwa, założył podsłuch w sypialni Tity. Prawdopodobnie chciał udowodnić, że Jovanka jest sowieckim agentem. Skończyło się to jego dymisją.

No i co jakiś czas nowy szary mundur. Delikatnie mówiąc, to i tak były powycierane mundury. Nie pił alkoholu? Człowiek, który całe życie spędził w mundurze, raz się upił. 29

| nr 12 październik 2011 r.


WYWIAD

Sławomir koper

W PRL też mamy takie przykłady – Jaruzelski, Gomułka? Mówiono o Gomułce, że przyszedł do KC w jednym płaszczyku i w tym samym wyszedł. Gomułka znany był z uczciwości. Ale weźmy na przykład Cyrankiewicza, zupełnie coś odmiennego.

Sławka, pan ją mocno naświetla. Wszyscy przed wojną wiedzieli, co było tam tłem, natomiast po wojnie jakby zapomniano o tym incydencie. Pamiętam mojego historyka, który stwierdził lakonicznie, że koledzy go wykolegowali. No, mocno wykolegowali. Sławek był za uczciwy, on się nie nadawał. Tragedią Piłsudskiego było to, że w jego najbliższym otoczeniu nie było żadnego następcy, nie było człowieka, który mógłby dalej ten wózek pociągnąć. Ale to również była wina Piłsudskiego, bo on oczekiwał wykonawców. Był właściwie tylko z dwiema osobami na ty:

No, ale miał piękną żonę. Musiał o nią dbać... To mu wcale nie przeszkadzało dbać o wiele innych pięknych pań (śmiech). Wracając do Piłsudskiego – chciałem zapytać o sprawę Walerego 30

| nr 12 październik 2011 r.


można było strzelać na granicy, można było strzelać sobie w głowę. Różnie ludzie mają. Wieniawa by sobie strzelił w głowę. Poza tym była taka pani, Marta Thomas-Zaleska, największa miłość i przekleństwo Rydza-Śmigłego, bardzo zła kobieta, która najwyraźniej miała na niego wpływ. Tuż przed wybuchem wojny praktycznie całe wyposażenie domu Rydzów, państwowe i ich własne, wyjechało na Zachód. Marta Zaleska zresztą z tych pieniędzy żyła później na Riwierze i prawdopodobnie stały się one przyczyną jej śmierci. Najnowsza pana książka traktuje o wpływowych kobietach w międzywojniu. Chciałem filozoficznie zapytać, czy to jest tak jak u Krasickiego, że „mimo tak wielkie płci naszej zalety / my rządzim światem, a nami kobiety”? Oczywiście. Jak najbardziej. Jako autor mogę dodać, że czytają mnie głównie kobiety. Inna sprawa, że przez długie lata byłem związany z feministką, więc jestem dość wyćwiczony. Bardzo staram się nic złego nie napisać, żadnych aluzji złośliwych nie czynić, chociaż czasem mi się nasuwają.

z Prestorem i ze Sławkiem. Natomiast ze wszystkimi był na wy, pan, jakoś inaczej. No i nie wiadomo dokładnie, czy naprawdę chciał Rydza-Śmigłego na swojego następcę, jeśli chodzi o Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych. Zresztą Rydz-Śmigły, wbrew pozorom, był dobrym żołnierzem. W kampanii wrześniowej to nikt nie dałby sobie rady.

Nadal jest pan związany z tą panią? Tak.

On nigdy nie spróbował. Trochę jak w tym dowcipie: ile dywizji potrzeba do obrony Paryża? Nie wiadomo, bo nikt nigdy nie próbował. Ja będę naprawdę bronił Rydza-Śmigłego. Było to niewykonalne. Oczywiście,

Rozumiem, że gdyby się pan z nią rozstał, to... To nie ma znaczenia. Po prostu nie będę podcinać gałęzi, na której siedzę. Nie będę pisał złośliwych uwag o kobietach, skoro czytają to kobiety. 31

| nr 12 październik 2011 r.


WYWIAD

Sławomir koper

Ale o niektórych kobietach pisze pan złośliwie? No, o Maryli Wereszczakównie, delikatnie mówiąc, trudno napisać coś pozytywnego. I tak byłem grzeczny.

Chrobry zgwałcił kijowską księżniczkę. Jeden się okazał ludzki (śmiech). Tylko dlatego, że Gall Anonim o tym pisze, to tym zasłynął. Prawdopodobnie napiszę książkę o życiu prywatnym Chopina – na przyszły Konkurs Chopinowski. Byłem mocno zdziwiony, bo pomysł wpadł do głowy jak był Rok Chopinowski. Stwierdziłem, że się nie wyrobię i ktoś to zrobi. Nie ukazało się nic takiego. A temat jest bardzo ciekawy. Począwszy od jego jakichś dziwnych znajomości z Tytusem Woyciechowskim. Znalazłem intrygujące listy. Owszem, egzaltowany młodzieniec może pisać do drugiego egzaltowanego młodzieńca, ale nie aż w taki sposób. O tym się też głośno nie mówiło. Owszem, wiadomo George Sand, jak najbardziej. Szczerze mówiąc, w angielskim filmie o Chopinie, gdzie grał go bodajże Hugh Grant, więcej było prawdy niż we wszystkich naszych polskich książkach czy analizach.

Był pan? To była zła kobieta. Maryla Wereszczakówna? Oczywiście. A Krzywicka? Powiedzmy tak – przystępując do pisania Wpływowych kobiet..., lubiłem Krzywicką, nie lubiłem Nałkowskiej, o Dąbrowskiej nie miałem zdania. W tej chwili nie lubię Krzywickiej, lubię Nałkowską, o Dąbrowskiej nadal nie mam zdania. Autentycznie. Po lekturze pełnej wersji jej Dzienników autentycznie nie wiem nic specjalnego o tej pani. Z tą Marylą pan jakby odwrócił jej obraz. Wszyscy myślą, że to była wielka muza, zwiewna i niedostępna. Właśnie, że była bardzo dostępna.

Sądzi pan, że odkrył niszę w polskim pisarstwie historycznym? Tak. Przypadkowo zresztą. Zamierzałem napisać książkę o życiu prywatnym Piłsudskiego, ale okazało się, że jest to temat na dobry rozdział i on wszedł do Życia prywatnego elit politycznych... Zwróćmy uwagę na to, co jest z tym Piłsudskim. Mamy dwa małżeństwa, dwa samobójstwa kobiet z nim związanych, dwa razy zmieniał religię dla kobiety, dwoje dzieci nieślubnych. Trochę za mało, trochę za uczciwie. Prawda natomiast jest taka, że klasycznych biografii mamy już pełne półki.

W pana książce jawi się wręcz jak taka dziwka... Tak mówią dokumenty, a nie poloniści, więc jest to pewna różnica. Czy pan zwrócił uwagę na to, że nasi wielcy politycy, twórcy literatury nie mają życia prywatnego? Co my właściwie wiemy o życiu prywatnym? Chyba to, że Wanda nie chciała Niemca i rzuciła się do Wisły, a Jadwiga goniła tam kogoś. To były postaci papierowe, akademickie, suche. No kogo mamy? 32

| nr 12 październik 2011 r.


Ta nisza polega na obalaniu pomników? Kossakowie, Mickiewicz, Aecjusz. Na przykład Parnicki pisał zupełnie inaczej o Aecjuszu niż pan. Czy obalanie pomników? Może inne spojrzenie na bazie tych źródeł, których ktoś nie wykorzystał lub nie chciał wykorzystać. Nie ukrywam swojej fascynacji Boyem-Żeleńskim. W ogólniaku znalazłem u siebie na półce, chyba po moim wujku, trochę dzieł Boya i wśród nich było to o Młodej Polsce, o Przybyszewskim. Czytałem, zachwyciłem się tym jak najbardziej. Później w ręce wpadli mi Brązownicy, ci Brązownicy zresztą zawsze byli gdzieś tam w tle. Pisząc tę książkę o Ukrainie, przy okazji w Odessie wpadłem na materiały dotyczące związków Mickiewicza z agen-

tami wywiadu rosyjskiego, czyli z Karoliną Sobańską i Janem de Wittem. Później pisząc książkę, która jeszcze do dziś leży na twardym dysku, Przewodnik historyczny po Litwie, przy Kownie wpadłem na Karolinę Kowalską. Tak dla siebie samego zacząłem szukać i to, co znalazłem, szczególnie jak dopadłem do Archiwum Filomatów, postawiło mi dęba resztę włosów na głowie. To były rzeczy nowe. Wydawało mi się, że byłem zorientowany w temacie, a zupełnie nic takiego nie wiedziałem, nie znałem. Zdarza się, że opisywane przez pana sytuacje spotykają się z negatywnymi reakcjami? Poza pewnym poetą szczecińskim, który uważa się za powinowatego Kossa-

33

| nr 12 październik 2011 r.


ków, to nie. Parę osób zjechało mnie bardzo ostro na jakichś forach internetowych, każdy może wyrażać swoje zdanie. Natomiast tak ogólnie – zaskakująco pozytywny odzew. Teraz w związku z książką Wpływowe kobiety... podejrzewam, że pewna pani, która wydawała Dzienniki Nałkowskiej, będzie chciała mi dokopać.

kto jest gwiazdą, a kto nie, bo nie znam tych ludzi. Co, Pilch pójdzie tańczyć? Bez przesady. A widzi pan choćby cień kandydata na Walerego Sławka, kogoś, kto nie wypełniając czyjegoś testamentu politycznego albo zostając wyeliminowany, wówczas może nawet nie tyle strzela sobie w łeb, bo czasy się zmieniły, ale odchodzi, sam rezygnuje, decyduje się na banicję? Na przykład Cimoszewicz. Uważam, że miał w pewnym momencie takie poczucie honoru, które kazało mu się wycofać. Z tym, że nie będę się wypowiadał, co tam dokładnie było w jego sytuacji. Cimoszewicz, Olechowski też się w pewnym momencie wycofał, natomiast reszta... Dużą popularnością cieszy się u nas były prezydent Aleksander Wielki Kwaśniewski, ale zdarzały mu się rzeczy, które politykom XX-lecia się nie zdarzały w miejscach publicznych. Owszem, mogły zdarzyć się Wieniawie, ale prezydent RP nie wydaje się, żeby mógł się uwalić publicznie, za przeproszeniem.

A dlaczego? Powiedzmy, że strywializowałem Nałkowską. Nie ma tam prawie słowa o jej twórczości, dlatego że zająłem się czymś innym. Jest za to taki długi podrozdział Finanse pani Zofii. Dla mnie to była niesamowita frajda, jak zestawiałem fragmenty Dzienników Nałkowskiej z takim pięknym wspomnieniem Jana Gebethnera po śmierci Nałkowskiej, jak to wspaniale im się współpracowało, jak to wydawnictwo po ojcowsku ją traktowało i dbało o jej finanse. Z kolei Nałkowska: ten złodziej Gebethner, taki i taki! Czy dzisiaj mamy w pana odczuciu do czynienia z elitą w tym rozumieniu sanacyjnym? Kiedyś na studiach pracowałem na przechowalni bagażu na Dworcu Centralnym w Łodzi. Czasem wysyłali mnie na Łódź Fabryczną. Miałem okazję się przekonać, że kloszardzi z Dworca Centralnego byli na znacznie wyższym poziomie niż kloszardzi z tamtej małej stacji. Taka jest mniej więcej różnica między elitą przedwojenną a tą obecną. Wydaje mi się, że śledzę wydarzenia kulturalne, staram się być na bieżąco. Włączam jakiś program telewizyjny, dajmy na to Taniec z gwiazdami. I zastanawiam się,

Jakie tematy planuje pan wziąć na warsztat w kolejnych książkach? Tematów jest dużo, obym zdążył do emerytury. Natomiast jesienią wyjdzie ten przewodnik po polskich śladach na Ukrainie. W tej chwili kończę Tajemnice świata antycznego. Chciałem trochę odpocząć, a potem zajmę sie Londynem. Tytuł roboczy: Polskie piekło. O emigracji 1939-45. Myślę, że za tę książkę na pewno już posypią się na mnie gromy. 34

| nr 12 październik 2011 r.


35

| nr 12 paĹşdziernik 2011 r.


KROPLA KRWI NELSONA

Krop

N


i w r k a pl

a n o s l Ne

#11

37

| nr 12 paĹşdziernik 2011 r.


KROPLA KRWI NELSONA

Moja eks i Hemingway „I wiem, że wspomnienie nigdy nie zginie Tak jak wspomnienie o pierwszej dziewczynie” – Magik, Paktofonika Chwile ulotne

powiedzieliśmy, że nie musi przychodzić. W zasadzie to ona powiedziała – w naszym związku to raczej ona była frontmanem, co jeszcze w tej historii zdąży się okazać. Więc ten kolega miał nie przychodzić, a ja tego samego dnia odwiedzałem moją dziewczynę w jej cudnym domu. Wchodzę, cisza, pusto, ona płacze, matka jej coś wykłada. Po czym zwraca się owa matka do mnie i mówi: „źle zrobiliście”. No jasne – teraz to wiem, tak się kogoś raczej z urodzin nie wyprasza. Ale wówczas nie miałem pojęcia, o co tej pani chodzi. Coś tam oponowałem, ale ona wysłała nas razem do Canossy, czyli do tego kolegi, do mieszkania, żeby go przeprosić i raz jeszcze zaprosić. Więc poszliśmy, ja zostałem naburmuszony na półpiętrze, a moja dziewczyna, jak to ona, wzięła sprawy na swoje barki, przeprosiła i zaprosiła. Cóż, kolega i tak nie przyszedł.

Moją pierwszą dziewczynę poznałem, mając dziewięć lat i uczęszczając do trzeciej klasy szkoły podstawowej, czyli w 1989 roku. Nie chodziliśmy razem za ręce, nie wręczałem jej kwiatów ani nic takiego, niemniej jednak wiedzieliśmy jedno: jesteśmy parą. Raz jeden pamiętam, że moja dziewczyna kręciła się zalotnie wokół mnie z chustą, śpiewając taką piosenkę, gdzie się kogoś na końcu całuje w policzek, lecz ja, mimo tego, że wiedziałem chyba w czym rzecz, i chyba chętnie bym ten policzek nadstawił, to jednak śmiałości nie miałem. Kiedyś moja dziewczyna organizowała urodziny u siebie w domu (a dom, o ile jeszcze potrafię sobie przypomnieć, miała wspaniały). Zaprosiła wiele osób, ale w pewnym momencie, ani mnie, ani jej nie było po drodze z pewnym kolegą. Więc mu 38

| nr 12 październik 2011 r.


Innym razem była lekcja muzyki. To był już schyłkowy okres mojego pierwszego związku. Pani kazała śpiewać piosnkę Na barykady ludu roboczy – nie czuła babka wiatru zmian najwidoczniej, ale nam, dzieciakom, to nie przeszkadzało – darliśmy się, patrząc w elementarz z tekstem, ile wlezie. Nagle moja dziewczyna wstała i krzyknęła: „komunistka!”. Na sali zapadła cisza. Nauczycielka czerwona i skonfundowana. A moja

cia, lecz dla nawiązania do klimatu tekstów ze zbioru 49 opowiadań – książki, którą w tej Kropli pragnę polecić. Książki, która opowiada o prostych uczuciach i emocjach: o przyjaźni, o pierwszych miłościach, o trudzie starości, o docenianiu przebłysku chwili, nawet jeśli kończy ją katastrofa. Słowem polecam talent Ernesta Hemingwaya, o ile jego talent polecać trzeba.

Podkład muzyczny: Chwile ulotne Paktofonika Polecany trunek: Rum prosto z Hawany – to z racji mojego dzisiejszego bohatera. dziewięcioletnia, prawie już eksdziewczyna, wyszła trzaskając drzwiami z sali. Nie do końca wiedziałem, o co jej chodziło, potem jak sobie to przypomniałem, będąc nieco bardziej świadomy, to aż gębę rozdziawiłem z podziwu. W tamtym jednak momencie wiedziałem już jedno – że się nie rozumiemy. I jakoś tak przestaliśmy być parą. W moim życiu niewiele to zmieniło – dalej skakałem na klatce schodowej z całego półpiętra, odbijając sobie pięty, dalej bawiłem się w strzelanki ze stałą ekipą z podwórka. Pamiętam jeszcze potem, jak moja już wówczas koleżanka, a może już nawet i to nie, ponieważ pod koniec podstawówki, to już się niezbyt lubiliśmy, recytowała z pamięci Lilije. Całe. Nie wiem, czy została aktorką, jak jej matka, czy może kimś zupełnie innym. Dla mnie istotne, że była moją pierwszą dziewczyną, której nigdy nie chwyciłem za rękę ani nie dałem się jej pocałować w policzek. Tę zamierzchłą historię przywołuję, nie z chęci pamiętnikarskiego błyśnię-

Więc te teksty to przede wszystkim impresje. Wrażenia. To, co istotne, pozostaje zazwyczaj w sferze niedopowiedzenia. Proste rozmowy i sytuacje, bez wielkich akcentów, bez twista. Nagle po kilku stronach kończą się, niczym urwany hejnał, pozostawiają czytelnika sam na sam z tym, co już niesłyszalne, bo niewypowiedziane. Z innej strony patrząc, te opowiadania są jak fotografie, jak ruchome kadry z fotoplastykonu, na których widać proste ujęcia i sceny. Wydaje się, że każdy mógłby uchwycić takie, a przecież potem nic z tego nie wychodzi. Tymczasem Hemingway potrafił, co więcej, zrobił to tak, żeby z tych prostych scen coś wyzierało. Żeby pozostawiało piętno, wrażenie, odcisk. Żebyśmy czuli jakieś ukłucie – może melancholii, może zadumy? I jeśli pozostaniemy przy fotograficznym porównaniu, to jest on takim starym mistrzem, który nic nie musi, który na nic się nie sili, który nie szuka cudownych ujęć, lecz 39

| nr 12 październik 2011 r.


KROPLA KRWI NELSONA

pospiesznie opróżnić wszystkie okienka i łapczywie pożreć czekoladki. Chcę więcej, więcej i więcej. Bywacie czasami na World Press Photo? Mnie się zdarzało, ponieważ dominują tam efekciarskie ujęcia: śmierć, cierpienie, ból albo przeciwnie – euforia, zwycięstwo. Brakuje zwyczajnej codzienności. Ale pamiętam takie zdjęcie, które wygrało kiedyś główną nagrodę i które zrobił zresztą Polak, Tomasz Gudzowaty. Dwa młode gepardy, obok młodej antylopy. Z dwóch stron. Stoją na granicy dwóch światów – młodości i dorosłości, niewinności i łap krwią zbrukanych. A antylopa pomiędzy swym życiem a przedwczesną i niesprawiedliwą śmiercią. Czy gepardy przekroczą swoją granicę już teraz? Czy antylopa stanie się ich inicjacją? Tego się nie dowiem, ale wiem, że było to absolutnie wielkie zdjęcie – bez rozdartych bebechów, bez krzyku, bólu. Bez wielkich wykrzykników. I takie jest 49 opowiadań Hemingwaya. I dlatego jest tak absolutnie zjawiskowym zbiorem tekstów. Skonstruowany jest nieco dziwacznie, jeśli zagłębić się w szczegóły kompozycyjne. Pierwsze teksty są chronologicznie ostatnimi, zaś od pewnego momentu czytamy najstarsze i dalej w kolejności powstawania. Szczególne wrażenie robią właśnie te teksty ułożone od A do Z, gdy czytamy je kolejno. Korespondują ze sobą, nawiązują, opowiadają historię, coś tu po sobie następuje, ale i nie do końca, bo możemy z całą pewnością sięgnąć po nie na chybił trafił i otrzymać to, po cośmy sięgnąć chcieli. O czym przeważnie pisze Hemingway? O przemijaniu i o cieszeniu się wobec niego chwilą. O miłości i zauroczeniu. O wadze

genialnie eksploruje te zwyczajne, te prawdziwe. Jak kucharz, który zamiast serwować kawior, smaży proste steki, ale robi to lepiej niż ktokolwiek inny. I tak jak opisywany ostatnio przeze mnie Dick, dotyka absolutnie najpoważniejszych spraw i tematów, tak Hemingway opowiada o rzeczach, owszem, najważniejszych, ale przecież tak bliskich, że aż banalnych. I muszę przyznać, że jestem tymi tekstami oczarowany jak dziecko, któremu za komunistycznej szarugi przysłano domek z czekoladkami, którego każde okienko było dedykowane kolejnemu dniu miesiąca. Więc codziennie otwierało się jedno i zjadało, napawając się tym jakże wówczas cudownym smakiem. Podobne mam przeżycia z Hemingwayem, jednak tu jestem bardziej jak dziecko bogate, które dostaje domek, aby 40

| nr 12 październik 2011 r.


przyjaźni i o tym, jaka jej rola miłości względem. O wojnie. Tak, dużo jest o wojnie, ale nie o froncie. Nie, dokładnie na odwrót. O tym zagubieniu tego, co z wojny wraca. O wojennych inwalidach. Ale i o romansach, które podczas wojny zdarzyć się mogą. Na pewno też o wyobcowaniu. Przyjaźń wypierająca miłość, konkurująca z nią. I vice versa – miłość zabierająca miejsce przyjaźni. W innym tekście żołnierz wraca do swego rodzinnego miasta. Wraca z wojny, ale robi to zbyt późno o tyle, że wszyscy inni już wrócili, opowiedzieli, co było do opowiedzenia, odebrali, co było do odebrania. Z nim nikt już nie chce rozmawiać, wspominać, słuchać. Więc ucieka w otępienie, w osamotnienie, coraz bardziej oddala się od rzeczywistości.

To wszystko naprawdę trudno jest poskładać i ogarnąć. Co więcej, tego nie chce się do końca ogarniać, tak jak nie chce sie do końca ogarniać obrazów Picassa i Dalego – niech pozostaną otwarte, niech czarują niedopowiedzeniem. Ten zbiór tekstów jest niczym czarujący uśmiech Audrey Hepburn – opisać go – niepodobna, ale wystarczy zobaczyć, żeby poczuć jego urok. Tym razem obędzie się bez cytatów. Miałbym ogromny kłopot z cytowaniem tych tekstów. Ich nie powinno się skracać, ale cytować w całości – jak Andy Kaufman Wielkiego Gatsby’ego. Zawsze czegoś brakuje, albo wstępu, albo zakończenia, czasem jakiegoś słowa czy zdania. Trzeba sięgnąć do oryginału. I kropka. Kropla. Krwi.

41

| nr 12 październik 2011 r.


Męska rzecz

damskie sprawy

Męska rzecz, Damskie sprawy czyli płciowe dyskusje o książkach toczą Dorota Tukaj i Michał Urbaniak

42

| nr 12 październik 2011 r.


43

| nr 12 paĹşdziernik 2011 r.


Męska rzecz

damskie sprawy

albo pierwsza miłość córki”, kto dostarczyłby jej wzorców najprostszych zachowań, ale przynajmniej nie miałaby poczucia, że matka opuściła ją z powodu rozczarowania macierzyństwem. Paige podświadomie boi się, że sama również okaże się złą matką…

…i rzeczywiście jej przewidywania realizują się co do joty. Zresztą wchodzi w tę rolę w bardzo trudnej sytuacji. Co prawda, jest żoną dobrze zapowiadającego się kardiochirurga, ale nie może realizować swoich ambicji (studia plastyczne), bo w pierwszej kolejności trzeba spłacić zaciągnięte kredyty. W tej sytuacji i z takim bagażem doświadczeń, bohaterka nie sprawdza się jako matka. Jednak czy to wystarczający powód, aby uciec, porzucić męża i nowo narodzone dziecko?

Jodi Picoult w swoich książkach podejmuje odważną i niezwykle trudną tematykę. Masakra w szkole (Dziewiętnaście minut), przemoc domowa (Jak z obrazka), dzieciobójstwo (Świadectwo prawdy), przeżycia dziecka powołanego na świat jako „magazyn części zamiennych” dla chorego rodzeństwa (Bez mojej zgody) lub będącego podmiotem procesu o tzw. „złe urodzenie” (Krucha jak lód). Nie inaczej jest w przypadku jej najnowszej powieści, Linii życia, w której Picoult sięga po temat depresji poporodowej.

Samo poczucie, że nie potrafi się stawić czoła zadaniu, było nie było, wynikającemu z czystej biologii, może nawiedzić niemal każdą kobietę na jakimś etapie długiego okresu wychowywania potomstwa. Ale oczywiście to nie powód do ucieczki, musi istnieć jeszcze jakaś determinanta psychiczna, blokująca zachowania instynktowne. I rzeczywiście, przeżycia Paige – zwłaszcza pierwsza, zbyt wczesna ciąża, zakończona dramatyczną decyzją, później pieczołowicie skrywaną przed mężem, a także nękające ją od dawna rozpaczliwe pragnienie odnalezienia niewidzianej od lat matki i poznania powodu jej ucieczki – stanowią tutaj klucz do zrozumienia jej kroku. Gdyby jeszcze mogła liczyć na jakieś wsparcie, może byłoby inaczej, ale jest z tym wszystkim sama – Nicholas całymi dniami jest nieobecny.

Trzeba jednak powiedzieć, że problem, z którym zmaga się bohaterka, jest nieco szerszy niż sama tylko depresja. Życiorys Paige Prescott skomplikowało przede wszystkim dzieciństwo bez matki, która dla sobie tylko znanego powodu zabrała się w siną dal, zostawiając kilkuletnią córkę z ojcem. Gdyby zmarła, dziewczynie też brakowałoby kogoś, dla kogo ważna byłaby „nauka malowania rzęs, szkolne przedstawienia 44

| nr 12 październik 2011 r.


cą prasę, by się zorientować, że postawa typu „ja daję pieniądze, ty odpowiadasz za resztę” nie należy do wyjątków. I nie ma to nic wspólnego ani z wcześniejszymi osobistymi doświadczeniami danego mężczyzny, ani z pochodzeniem społecznym czy wykształceniem – to stereotyp kulturowy, który przez wieki skutecznie wpajano obu płciom i który do czasu całkiem nieźle się sprawdzał. Być może sprawdziłby się też w przypadku Nicka i Paige, gdyby nie wspomniane wcześniej zaszłości, na skutek których obydwoje mają trudność z akceptacją siebie samych jako rodziców i siebie samych w ogóle.

No, ale przecież jest jedynym żywicielem rodziny, a jego kariera przynosi Prescottom spore dochody. To nie jest bez znaczenia.

Iście po męsku, jak powiedziałaby jedna z najlepszych postaci literackich wykreowanych przed stu laty przez Lucy Maud Montgomery, panna Kornelia Bryant. Zarabia na dom, fakt, że wkładając w to sporo wysiłku, więc czuje się zwolniony ze wszelkich innych obowiązków i po paru dniach od narodzin syna wręcz celowo ucieka do pracy, żeby nie musieć wysłuchiwać krzyków noworodka i narzekań wyczerpanej, obolałej małżonki. A wystarczyłoby naprawdę niewiele, parę ciepłych słów, zabranie malucha na spacer na pół godziny…

Podobnie jak stereotypem jest to, że facet musi być za wszelką cenę twardy i nie płakać… Oczywiście Nicolas pozostaje przez niemal całą powieść „zimnym draniem” i przeciętnym facetem w negatywnym znaczeniu. Na przykład bardzo mu zależy, żeby Paige była dziewicą, choć sam miał wcześniej wiele kochanek... Znowu odzywają się kulturowe konteksty, czyż nie? Szkoda, że tak sztampowo.

Ale Picoult przedstawia tę złożoną przecież historię w dość stronniczy sposób – i dostaje się głównie Nicolasowi. On nawet nie ma prawa głosu – partie opowieści dotyczące historii Paige relacjonuje ona sama, a o jej mężu opowiada narrator zewnętrzny. Główna bohaterka, choćby czyniła źle, zawsze jest w jakiś sposób usprawiedliwiona. Tworząc postać Nicolasa, Picoult poszła w czarne barwy i wykreowała zadufanego w sobie bufona ze skłonnością do draństwa. A przecież on też musiał cierpieć!

Sztampowo czy po prostu realistycznie? To jest naprawdę rzeczywistość, ci mężczyźni, którzy tak rozpaczliwie starają się nie wypaść z roli narzuconej im przez poprzednie pokolenia, że gubią przy okazji coś niezwykle cennego – możliwość prawdziwego partnerstwa w rodzinie, wrażliwość na potrzeby żon i dzieci. Te kobiety, które czują się niedocenione, zepchnięte w kąt, zwłaszcza gdy słyszą: „przecież staram się o to, żebyś miała wszystko, czego jeszcze chcesz?”.

Ja odebrałam to zupełnie inaczej. Wcale nie uważam, że Nick jest aż tak bardzo przerysowany. Wystarczy poprzeglądać kobie45

| nr 12 październik 2011 r.


Męska rzecz

damskie sprawy

nałą analizę dezintegracji więzi małżeńskich i rodzinnych pod wpływem czynnika traumatyzującego, jakim jest przewlekła choroba. Jedyne grzechy autorskie, jakich jestem w stanie się tam dopatrzyć, to motywy metafizyczne, niepotrzebnie udziwniające zakończenia. Jeśli jednak chodzi o Linię życia, muszę się przyznać, że rozwiązanie fabuły też wydało mi się zbyt idealistyczne.

To działa w dwie strony. Kobieta też niejako obligatoryjnie musi być matką i co więcej cieszyć się na dziecko, bo sama ciąża to oczywiście stan błogosławiony… Znowu jakieś sztandarowe wzorce dziś już nieco zwietrzałe albo mające dobrą alternatywę. I tu należałoby pochwalić Picoult za to, że po raz kolejny podjęła się tematu z aktualnej problematyki społecznej, tylko że… po raz kolejny go spartaczyła.

Przyznaj, że po prostu szkoda, że istotna przecież kwestia niechcianego dziecka i problemów psychicznych znika z głównego planu, za to pojawia się inny problem, jeśli nie sztampowy, to na pewno już nie tak spektakularny: para musi odbudować swoje zrujnowane małżeństwo.

Chyba nie twierdzisz, że nie zna się na rzeczy? Konsultacje z całym gronem specjalistów sprawiają, że ona naprawdę wie, o czym pisze. Jest dobrze przygotowana. I pod kątem psychologicznym też temu niczego nie brakuje: żadnych skrótów, żadnych uproszczeń.

Wiesz, samej tej próby pogodzenia Paige i Nicka nie miałabym Picoult za złe, tylko że…

Przygotowanie merytoryczne, którego rzeczywiście Picoult odmówić nie można, to nie wszystko. Autorka poległa natomiast na konstrukcji. Nagle nie wiadomo dlaczego interesująca, niebanalna powieść o depresji poporodowej zamienia się w zwyczajne, niestrawne romansidło. Zresztą to jej stały problem – zawsze musi dorobić jakiś idiotyczny wątek miłosny i wszystko staje się niepotrzebnie rozwlekłe.

… że wszystko pomału zmierza do lukrowanego happy endu rodem z amerykańskich filmów. Paige odnajduje matkę, naprawia relacje z porzuconym ojcem, odnajduje w sobie instynkt macierzyński, a nawet robi karierę jako rysowniczka. Wszystko cacy.

Jak to „zawsze”? W dwóch najlepszych jej powieściach, Bez mojej zgody i Krucha jak lód, o niczym takim nie ma mowy, wręcz przeciwnie, masz tam dosko-

A w prawdziwym życiu taka koncentracja pozytywnych zdarzeń, jaką autorka zafundowała swojej bohaterce, wydaje się niezbyt prawdopodobna. 46

| nr 12 październik 2011 r.


cję – ta scena jest całkowicie zbędna. Naprawdę trudno zrozumieć, co powodowało autorką, gdy wymyślała ten motyw. Bo chyba nie uważała, że podniesie to wartość artystyczną powieści…

Jednak absolutnym szczytem jest nie tyle nawet zaprzyjaźnienie się Paige z teściami (którzy jej przecież nie znosili, uważając, że nie jest odpowiednią partią dla ich wspaniałego syna), ale przeciągnięcie ich na swoją stronę w walce małżeńskiej z Nicolasem.

Właśnie, ten rzekomy artyzm… Zastanawiam się, czy to jest sztuka, czy raczej niestosowność: z książki opowiadającej o prawdziwej tragedii robić świetne czytadło. Bo Linia życia to powieść z gatunku tych, które przez tematykę powinny uderzać w odbiorcę, przytłaczać… a przecież czyta się sama.

Tutaj muszę zaprotestować! Zwróć uwagę, że to nie Paige stara się zjednać sobie Astrid i Roberta, to oni sami powoli dostrzegają drugą stronę medalu, orientując się, że i ich syn nie jest bez winy, a co ważniejsze, chyba zaczynają rozumieć, że również oni po części odpowiadają za ten stan rzeczy. Tylko że ta cała przemiana dokonuje się trochę zbyt gładko.

To prawda, czyta się sama, dostarcza czytelnikowi dostatecznej porcji wzruszeń i zarazem krzepi, niosąc przesłanie, że nawet z bardzo dramatycznej sytuacji życiowej można znaleźć wyjście. Oczywiście, nie można porównywać Picoult z Axelsson czy Oates, ale też trzeba jej przyznać, że spektrum poruszanych przez nią problemów jest znacznie szersze, a waga tych problemów znacznie większa niż w typowej lekkiej literaturze obyczajowej, gdzie wszystko obraca się wokół nieudanych randek, fałszywych przyjaciółek i starć ze zmierzłymi szefami.

Nie może się dokonywać inaczej – musi być nieznośnie pomyślnie. I jak w tych warunkach powszechnej szczęśliwości Prescottowie mają się nie pogodzić? I oczywiście się godzą, a plany rozwodowe stają się przeszłością. Ostatecznie wszyscy muszą żyć długo i szczęśliwie. Co gorsza, Picoult dodała do tego lekką nutkę metafizyki. W złudzeniu optycznym Nicolas widzi swoją żonę jako anioła, on zaś staje się w jej oczach dobrotliwym Bogiem. To przesada, tym bardziej niesmaczna, że dość komiczna.

Może i tak – ale sama ambitna tematyka nie jest w stanie udźwignąć całej książki. Linia życia, podejmująca przecież naprawdę ważny temat, powinna wstrząsnąć czytelnikiem, a tymczasem pozostaje tylko przyzwoitym czytadłem i niestety niczym więcej. A szkoda.

Z tym, że tutaj przynajmniej zdajemy sobie sprawę, że to tylko wyobraźnia bohaterów. Z dwojga złego wolę już coś takiego niż monologi z zaświatów… Ale przyznaję Ci ra47

| nr 12 październik 2011 r.


ta druga koza

Tekst niniejszy jest pró Krew i łzy, który ukazał Stopklatka.pl. Przed le z jego treścią pod tym a http://www.stopklatka

rys. Maciej Dybał

W

łaśnie zobaczyłem fotkę z planu Expendables 2. Uśmiechnięta gromadka na jakimś zadupiu, częściowo pod bronią. Jest tam siedemdziesięcioletni Chuck Norris, sześćdziesięcioletni Arnold, świeci również łysina Bruce’a Willisa, który większość piątego krzyżyka ma za sobą. Są też inni gwiazdorzy pierwszej części. Norris w ostatnich latach jest głównie pośmiewiskiem, ale jeśli go przemilczeć, to raz jeszcze Stallone’owi udało się zebrać mocną ekipę, która, lepiej lub gorzej, pokaże „jak to się kiedyś robiło”.

Superni czyli kt na karne


óbą polemiki z artykułem Ewy Drab ł się 7 października na stronach serwisu ekturą polecam zapoznać się adresem: a.pl/artykuly/artykul.asp?wi=81417

Mateusz Wielgosz

iania w Hollywood, to wysłał kino akcji nego jeżyka?! expendables - Millenium Films 49

| nr 12 październik 2011 r.


ta druga koza

mylnego. Mieli i nie były to obsmarkane żale emo-nastolatków. Żony ich zdradzały, eksżony doprowadzały do szału, córki były zaćpane, puszczalskie albo ktoś je porywał. Bohaterowi kina akcji wszyscy psuli krew, towarzyszyła im butelczyna whisky, a po nocach budziła potworna przeszłość. Lada dzień do kin wkroczy prequel (de facto remake) The Thing. Kto chce się założyć, czy osiągnie choć

kino akcji nie odpowiada jego gustom. Zacznijmy od tego, że gusta nie mają tu wielkiego znaczenia. Praktyka pokazuje, że widownia i tak chodzi do kina, najwyżej narzeka po seansie. Wtedy jednak kiesa jest już pełna, więc nikt się tym nie przejmuje. I tak z założenia film ma zarobić w dwa, góra trzy pierwsze weekendy. Ale to wierzchołek bzdur, jakie zaserwowała pani Drab w swoim tekście. Dawni bohaterowie byli wyidealizowani i nie mieli słabości? Nic bardziej

połowę klimatu filmu Carpentera? Czy główna bohaterka otrze się tak mocno o paranoję, że zabije niewinnego człowieka jak McReady? Czy Kurt Russel grał wyidealizowanego bohatera z banalnymi problemami? Jeśli rzucimy okiem na kino wojenne, jest nie lepiej. Kuriozalne problemy serwują zachwalany Jarhead i Hurt Locker. Jeden opowiada o strasznym losie żołnierza, który nudził się w Iraku, a jego traumą jest to, że sobie nie po-

die hard 4, 3 - 20th Century Fox

I tu zaczyna się problem. Czemu muszą to pokazywać? Dlaczego dzisiejsze kino akcji wygląda tak, a nie inaczej? Dlaczego współcześnie otrzymujemy tak miękką, niemęską, byle jaką papkę? Czemu to nie może być ta dawna, gruboziarnista kasza? Uogólniając, główna teza artykułu brzmi: dzisiejszy odbiorca jest młody i nierealistyczne, niczym nieskrępowane

50

| nr 12 październik 2011 r.


strzelał, drugi film natomiast serwuje nam postać kowboja, który nie radzi sobie z kupnem płatków śniadaniowych, więc postanawia wrócić na iracki front. Ciekaw jestem, co by powiedział, zobaczywszy to Von Dram ze Szczurów tunelowych. A tak… nic by nie powiedział, bo Wietnamczyk wydłubał mu oczy palcami. Jak skomentowaliby to Nick i Mike z Łowcy jeleni, których zmuszono do gry w rosyjską ruletkę. Albo co powiedziałby Ron Kovic, który wrócił z wojny sparaliżowany od pasa w dół (Urodzony 4 lipca). Oczywiście hołdowanie dawnym wzorcom mogłoby podnieść kategorię wiekową filmu z PG13 na R, a to jak wiemy, kompletnie przekreśla szanse na

wielki sukces kasowy. Dzisiejszy bohater kina akcji nie może być brutalny, nie krwawi zbyt mocno, a najlepiej w ogóle. Zamiast tego szklą mu się oczka. Pani Drab stwierdza, że Bruce Willis w czwartej Szklanej pułapce nie jest już wesołkiem. A z czego się tu cieszyć, jeśli musi ciskać samochodami w helikoptery, nie wolno mu pomysłowo zabijać terrorystów, zamiast porządnego mordobicia musi ganiać za jakimś człowiekiem-chomikiem. Nawet nie może soczyście zakląć. Nie mieści mi się w głowie, jak można powiedzieć, że obecne kino nie jest wypolerowane i wyidealizowane, kiedy uderza w nas sterylne CGI (Computer Generated Imagery), nienaganne słow-

Zapisz się i zaczytaj! Będzie fantastycznie! 51

| nr 12 październik 2011 r.


ta druga koza

samochodów, opowieści o doskonałych agentach, z DNA idealnego żołnierza i temu podobnych zabiegów, mogło zmylić autorkę Krwi i łez. Ja wciąż dostrzegam, że w miejscu onelinerów, muszę słuchać tandetnych tekstów nastoletnich „gwiazd” z załzawionymi oczami. Sądzę, że widzowie chętnie zobaczyliby kino akcji z dawnych lat i jedyne, co stoi im na drodze, to MPAA

jarhead - Universal Pictures

born of 4th of july - Universal Pictures

deer hunter - Universal Pictures

nictwo bohatera i jego oseskowa aparycja. Również obsesja równouprawnienia uczyniła Hollywood zakładnikiem poprawności politycznej. Zapomnijmy o damach w opałach. Dzisiejsza kobieta dba o siebie sama i nie znosi ratunku. Terrorystami są biali republikanie, a Stanów Zjednoczonych bronią umundurowani przedstawiciele mniejszości narodowych, religijnych, seksualnych

i rasowych. Najlepiej na przekór własnemu kalectwu, nieuctwu, głupocie i rodzicom. Warto zaznaczyć, że problemem nie są mężne kobiety. Przecież już w 1986 Ripley była twardsza niż rozbeczani sezonowi bohaterowie po solarium. W 1995 Sarah Connor kijem od miotły rozprawiała się z ochroną więzienia dla chorych psychicznie. Porządna action girl jest mile widziana na równi z facetami, którzy pożerają zielone berety na śniadanie. Problemem jest wszechobecne zmiękczenie. Rozumiem, że maskowanie tego za pomocą fruwających

(Motion Picture Association of America), która blokuje szanse mocnego kina w wyścigu po pieniądze. Do szerokiej widowni dotrzeć może jedynie miękkie kino PG13, które trzeba przypudrować absurdalnymi zwrotami akcji czy sekwencjami pościgów, gdzie przemoc i krew maskują cyfrowe kraksy i wybuchy. Pozostają nam tylko okazjonalne odskocznie w kinie niezależnym lub w postaci gromadek weteranów epoki VHS, wspólnie kręcących nostalgiczne obrazki. Nie widzę jednak szans, by w najbliższym czasie wnętrom z Hollywood zstąpiły jądra. 52

| nr 12 październik 2011 r.


53

| nr 12 paĹşdziernik 2011 r.


dziecięce zaczytanie

dziecięce z 54

| nr 12 październik 2011 r.


55

| nr 12 paĹşdziernik 2011 r.

fot. shutterstock.com

zaczytanie


dziecięce zaczytanie

DUŻE MAŁYCH FASCYNACJE Wczoraj dinozaury, dzisiaj księżniczki. Jeszcze niedawno córka biegała z tekturowym mieczem i goniła smoki, teraz krzywi się na widok spodni i uświadamia mnie: „Mamo, bo dziewczynki noszą spódniczki!“. Dziecięce gusta i guściki, oczarowania i upodobania zmienne niczym wiosenna prognoza pogody. Są jednak i fascynacje niezachwiane, głęboko osadzone w wyobraźni dziecka, obwarowane wysokimi murami sympatii. Fascynacje, fundamenty. W moim domu to... Świnka Peppa. Animowana, różowa, czteroraciczna i nieco zarozumiała czterolatka zdetronizowała wszystkich: prehistoryczne jaszczury, muminkowate Muminki, a nawet książeczki o żółwiu Franklinie. Fascynacja trwa od dawna, ma się dobrze i nie słabnie. Co więcej, promieniuje na codzienność. I tak czasami dochodzi do małych dramatów:

Dzisiaj biblioteka już zamknięta. Ale ja baaardzo chcę poczytać o świnkach!!! Dziecięce fascynacje, także te książkowe, potrafią zaskoczyć. To, co interesujące dla dziecka, nie zawsze jest mile widziane przez rodziców. Wielu z nas chętnie podtyka swoim pociechom książki, myśląc głównie o edukacyjnych korzyściach, jakie dziecko wyniesie z lektury. Utylitarne, intelektualne walory stają się najważniejsze. Zapominamy o zwyczajnym czerpaniu radości z czytania. Przygodowe, wesołe książeczki ustępują miejsca tym „ambitniejszym“, ugrzecznionym, obowiązkowo z morałem i przesłaniem. Czasem też w dobrych intencjach nieświadomie wybieramy dla dzieci książki nudne i nieciekawe, bo przecież wilk nie może zjeść Czerwonego Kapturka – maluch się przestraszy. Okrojone, ocenzurowane baśnie pozbawione siły oddziaływania na dziecięcą podświadomość, letnie, ani zimne, ani gorące lekturki o błahostkach, czytadełka uciekające od ważnych dla malucha tematów, jego lęków i problemów, do tego mnóstwo edukacyjnych książeczek, które szybko powszednieją i oto jest – idealny przepis na wychowanie książkofoba. Nie ma co się dziwić. Nuda nie fascynuje.

Mamo, daj mi Mellopsów. Yyy, słucham? – nie skojarzyłam w pierwszej chwili. Daj mi Mellopsów, Przygody rodziny Mellopsów. Aha. Oddałyśmy już do biblioteki. Ale ja chcę poczytać o świnkach. A Ryjek? Wesoły Ryjek też wrócił do biblioteki. Ale ja chcę poczytać o świnkach. 56

| nr 12 październik 2011 r.


Głowa rodziny wie jak domowym sposobem zbudować wieżę wiertniczą, samolot czy destylator alkoholu z trawy, potrafi uratować rodzinę przed osaczającymi płomieniami pożaru, umie kierować parowcem i nurkować w oceanie, odróżnia stalagmity od stalaktytów. Czy jest coś, czego nie potrafi? Zapewne nie piecze tak pysznych tortów jak Mama Mellops. Stereotypowy podział ról i zajęć – ona w kuchni, on zdobywa świat – może irytować, warto jednak spojrzeć na to z przymrużeniem oka. (Na przykład doskonale znana mi czteroletnia czytelniczka Mellopsów ma swój własny sposób na uatrakcyjnienie fabuły - ignoruje płeć synów Państwa Mellopsów i obdarza ich żeńskimi imionami swoich pluszaków.) Cenne i miłe dla czytelnika jest to, że rodzina Mellopsów zawsze trzyma się razem, współdziała. Nie poróżniają ich żadne kłótnie. „Nigdy się nie poddawać! Oto dewiza Mellopsów“. Oprócz garści technicznych informacji, ogromnym plusem książki jest szata graficzna. Paleta barw odmiennie niż w typowych, kolorowych książeczkach dla dzieci jest skromna: biel, delikatny niebieski, blady pomarańcz i czerń. A jednak ilustracje są ciekawe, poruszają wyobraźnię i, co dla dzieci bardzo istotne, jest ich mnóstwo, są na każdej stronie i zdecydowanie dominują nad tekstem. Chwalona i wielkokrotnie nagradzana książeczka Tomiego Ungerera wydaje się idealną lekturą dla dzieci spragnionych przygód, czyli... dla wszystkich. Choć pierwsze obrazkowe historyjki o rodzinie Mellopsów ukazały się w Nowym Jorku

Przygody rodziny Mellopsów Tomi Ungerer Sylwia Skulimowska Mama Mellops piecze torty, Tata Mellops inicjuje niebezpieczne wyprawy, ich czterej synowie – Kazik, Izydor, Feliks i Ferdynand – szukają przygód. A że Pan Mellops nie należy do grona wielkich domatorów, ortodoksyjnych zwolenników ciepłych kapci i sweterka, to nikt nie narzeka na brak wrażeń. Zwłaszcza nie narzeka czytelnik. Wędrując z męską reprezentacją rodziny Mellopsów, maluchy szukają podwodnych skarbów, walczą z przemytnikami, jako grotołazi penetrują głębokie jaskinie, budują samolot, a nawet odkrywają złoża ropy naftowej. Jest bezludna wyspa i dno morza, są podstępni Indianie i prześliczna świniosyrenka. Przygody są takie, jakie być powinny, czyli niebezpieczne. Ich szczęśliwe zakończenie to głównie zasługa wiedzy technicznej i sprytu Pana Mellopsa. 57

| nr 12 październik 2011 r.


dziecięce zaczytanie

w połowie ubiegłego wieku, to nadal ich siła przyciągania najmłodzych czytelników jest duża. Na koniec najważniejsze: rodzina Mellopsów to familia świnek.

przyjemność czytelniczkom w każdym wieku. Dlaczego? To baśń o kobiecie, o jej wewnętrznym bogactwie i duchowym pięknie. Początek troszkę jak w Śpiącej królewnie... Niebiańskie księżniczki narodzone z trzciny i drzewa, śniegu i wiatru, córki gór, sawanny, gwiazd, deszczu i ptaków za każdym razem, gdy narodzi się dziewczynka przybywają, by ją pobłogosławić. Noatah z krainy lodu „pochyliła się nad tobą i szepnęła: Bądź cierpliwa! Być cierpliwym znaczy nieustannie zwracać się ku innym i przyjmować wszystko, co dzieje się wokół (...) śnieg jest twoim bratem“. Armelle, córka ptaków „ujęła twoje ręce niczym maleńkie skrzydełka i powiedziała: Bądź czystego serca! Jeśli twoje serce pozostanie czyste będziesz troszczyć się o innych i pocieszać tych, którzy są smutni (...). Spójrz w górę na niebo i ptaki! Ludzie o czystym sercu są jak one: czują się tak lekko, że mogliby latać! (...). Ptaki są również naszymi braćmi“. Księżniczki pochodzą z różnych zakątków świata, reprezentują rozmaite kręgi kulturowe. Ich życzenia to cenne, moralne wskazówki jak żyć, by żyć pięknie, w harmonii z samym sobą i naturą. Mocne drzewa, wiotkie, ale silnie zakorzenione trzciny, oczyszczający deszcz, żyzne, hojne pola – obserwując z szacunkiem otaczający nas świat, możemy się wiele nauczyć. Narodziny księżniczki stworzył węgierski duet Ildikó Boldizsár, pisarka i bajkoterapeutka, oraz Katalin Szegedi, znana i ceniona ilustratorka książek.

Tytuł: Przygody rodziny Mellopsów Autor i ilustrator: Tomi Ungerer Tłumaczenie: Dorota Hartwich Wydawnictwo Format, 2010 Liczba stron: 176 Cena: 34,90 zł Oprawa twarda

Narodziny księżniczki Ildikó Boldizsár, Katalin Szegedi Sylwia Skulimowska Książka nastrojowa i refleksyjna. Pisana z myślą o kilkuletnich dziewczynkach, jednak jej lektura sprawi 58

| nr 12 październik 2011 r.


Nostalgiczny, baśniowy tekst znakomicie komponuje się z przepięknymi podobiznami niebiańskich cór. Wykorzystując swoją ulubioną technikę kolażu, łącząc biżuterię, koronki, rośliny i tkaniny o ciekawej fakturze, węgierska artystka tchnęła w książkę odrobinę magii. Intensywne kolory, mnogość wzorów i detali, kulturowe nawiązania, wszystko to sprawia, że prace Katalin Szegedi można kontemplować długo i z zachwytem. W księgarniach książeczek o królewskich córkach jest mnóstwo. Dziewczynkom oczarowanym cukierkowym przepychem zamkowych komnat, brokatem różowych sukni i sukieneczek spodoba się obrazkowa książeczka Mój sen o... księżniczce wydawnictwa Olesiejuk. Do bardziej zuchwałych czytelniczek adresowana jest książka wydawnictwa Zakamarki – Księżniczki i smoki. Tytułowe bohaterki nie czekają biernie na ratunek rycerzy, same biorą sprawy w swoje delikatne rączki i żadne smoczyska im nie straszne. Na tle konkurencji opublikowane przez wydawnictwo Namas Narodziny księżniczki wypadają bardzo ciekawie i oryginalnie. Przypominają, że każdy jest wyjątkowy – każda dziewczynka jest księżniczką.

Smoki Gry – zabawy – wycinanki – układanki Sylwia Skulimowska Z myślą o maluchach zafascynowanych światem legend i baśni Wydawnictwo Wilga stworzyło kolorową i wesołą serię Gry – zabawy – wycinanki – układanki. Dotąd ukazały się tytuły: Rycerze, Syrenki i Baletnice i właśnie Smoki. W środku każdej książeczki mali czytelnicy znajdą naklejki, grę planszową, tekturową zabawkę do wycięcia, np. maskę smoka lub figurkę rycerza wraz z jego wiernym rumakiem. Jest też troszkę łamigłówek dla dzieci w różnym wieku – od trudniejszych takich jak labirynty, wykreślanie słów, tworzenie rysunków przez łączenie kropek lub rysowanie tak zwanego lustrzanego odbicia po łatwiejsze na przykład proste dodawanie lub wskazywanie największego spośród trzech smoków. Książeczki zawierają dużo pomysłów na prace pla-

Tytuł: Narodziny księżniczki Tekst: Ildikó Boldizsár Ilustracje: Katalin Szegedi Tłumaczenie: Marta Bręgiel-Benedyk Wydawnictwo Namas, 2010 Liczba stron: 36 Cena: 34,90 zł Oprawa twarda 59

| nr 12 październik 2011 r.


dziecięce zaczytanie

styczne na przykład pojemnik na przybory szkolne w kształcie zamkowej wieży, smoczy kapelusz lub rycerski hełm, kukiełki na palce, ozdobną ramkę na zdjęcie czy witraż z baśniową ognistą bestią. Niestety, do ich wykonania najczęściej niezbędna jest kalka techniczna, cierpliwość i czas. Na stronach książeczki na cieniutkim papierze narysowane są kolorowe szablony. By zbudować papierowe zabawki najpierw trzeba je odbić na kalce i odrysować na sztywnej kartce, a następnie pokolorować. Dopiero wtedy można wycinać, składać i kleić. Przyjemniejsze byłoby wycinanie gotowych wzorów przygotowanych na pogrubionym papierze bezpośrednio z książeczki (a raczej zeszytu, zważywszy na skromną liczbę szesnastu stron). Kreatywni rodzice i cierpliwe, entuzjastycznie nastawione dzieci spędzą z serią Gry – zabawy – wycinanki – układanki wiele bardzo miłych chwil, niecierpliwi wyeksploatują książeczki ze wszystkiego, co najlepsze, w ciągu niespełna pół godziny.

Mały rycerz Trenk Kirsten Boie Marta Gulińska „Urodziłeś się poddanym chłopem, to i chłopem poddanym umrzesz. Poddanym chłopem będziesz przez całe życie!”. Słowa te często słyszał mały Trenk, przynajmniej do czasu, gdy sam został rycerzem. Kirsten Boie roztacza przed czytelnikiem barwną i niezwykle wciągającą historię chłopca z biednej rodziny, który postanawia odmienić swój los. Trenk nie mógł znieść surowych rządów rycerza Wertolta Okrutnika, który za najmniejsze przewinienie zamykał swych poddanych w ciemnym lochu. Szczególnie często trafiał tam ojciec małego bohatera. Za każdym razem karano go upokarzającą karą chłosty, przez co nadano mu przydomek – od Tysięcy Batów. Trenk postanowił więc wyruszyć w świat. Chciał stać się wielkim rycerzem,

Tytuł: Smoki Tłumaczenie: Agnieszka Frejlich Seria: Gry – Zabawy – Wycinanki – Układanki Wydawnictwo Wilga, 2009 Liczba stron: 16 Cena: 10,99 zł

60

| nr 12 październik 2011 r.


zdobyć sławę i uznanie. Jego towarzyszem w dalekiej wyprawie został... prosiaczek. Dzięki odwadze i uczciwości mały bohater trafił na dwór Hansa od Wielkiej Chwały. Nauczył się tam trudnego, rycerskiego fachu. Przeżył chwile grozy, stawił czoła niebezpieczeństwu, doświadczył wielu przygód z rozbójnikami i Groźnym Smokiem na czele. Historia dzielnego malca, który z chłopa poddanego przeistacza się w prawdziwego rycerza, została opowiedziana z dbałością o średniowieczne realia. Autorka przybliża młodemu odbiorcy ówczesne obyczaje i poglądy, często podkreśla jednak, że w dany sposób myślano i postępowano dawno temu, że jest to raczej ciekawostka niż wzór do naśladowania. Czytelnik poznaje feudalną strukturę społeczną i ogromną rolę pochodzenia człowieka. Dowiaduje się też, że dawniej dziewczęta mogły co najwyżej zostać żonami rycerzy, a ich głównym zajęciem była gra na harfie, haftowanie i gotowanie. Całe tło obyczajowe zostało jednak pokazane w sposób przewrotny i humorystyczny, okazuje się bowiem, że Trenk jest lepszym rycerzem od wielu wysoko urodzonych, a mała Tekla przewyższa sprytem i odwagą każdego mężczyznę. Duże znaczenie dla powodzenia różnych przedsięwzięć mają przymioty charakteru. Łaskawość, uczciwość, odwaga, przyjaźń i zrozumienie dla drugiego człowieka to cechy, którymi autorka obdarzyła małego rycerza. Bez nich przygody bohaterów mogłyby nie mieć happy endu. Wszystko to czyni Małego rycerza Trenka zabawną i wartościową propozycją dla młodych czytelników.

Tytuł: Mały rycerz Trenk Autor: Kirsten Boie Ilustrator: Barbara Scholz Tłumaczenie: Hanna Tomaszewska-Ujma Wydawnictwo KIKA, 2011 Liczba stron: 280 Cena: 46,00 zł Oprawa twarda, kredowy papier

Zeus & Spółka. Mity dla dzieci Grzegorz Kasdepke Ewa Popielarz Na początku był wielki bałagan. A potem pojawiła się Gaja – pierwsza matka, która, jak każda matka, nie mogła znieść nieporządku i postanowiła cały ten bałagan posprzątać. Tak rozpoczyna się druga część mitów dla dzieci autorstwa Grzegorza Kasdepke zatytułowana Zeus & Spółka. Autor znany między innymi z cyklu książek o Kubie i Bubie czy Detektywie Pozytywce po61

| nr 12 październik 2011 r.


dziecięce zaczytanie

nownie pokusił się o sprowadzenie mitów na ziemię. Zeus robiący kupę w pieluszkę czy bogowie krzyczący „łaaał” na widok pięknej Afrodyty to tylko drobna namiastka tego, co można znaleźć na kartach książki. Każde z dziesięciu opowiadań zaczyna się nawiązaniem do codziennego, współczesnego życia – zazdrości o dziewczynę czy komputer (mit o Pandorze), łobuzerstwa i płatania psikusów (mit o Hermesie) czy lepienia figurek z piasku (mit o Prometeuszu). Takie odniesienia czynią historie o greckich bóstwach bardziej przystępnymi, a przy okazji pozwalają wydobyć z nich uniwersalny morał, na przykład przypomnieć o potędze miłości lub o istocie bohaterstwa: „Bohaterowie również się boją. A bohaterami są dlatego, że potrafią ten strach pokonać”. Grzegorz Kasdepke nie unika w swojej książce trudnych tematów. Pisze o zazdrości, o zemście i rozwodach, o tym, że Kronos połykał swoje dzieci, a Minotaur żywił się ludzkim mięsem. Zło jest wyraźnie skrytykowane, jasno nazwane i odpowiednio wartościowane. Również w warstwie obrazowej. Ilustracje Ewy Poklewskiej-Koziełło przypominają malunki z greckich waz, przerysowane przez... dzieci. Szczególnie charakterystyczne są oczy – duże „łezki” z długimi, prostymi rzęsami. Młode, niewinne dziewczęta mają zazwyczaj długie blond włosy, piękne loki i zwiewne, białe sukienki. Za to „złych” można od razu rozpoznać po ostrych rysach twarzy, czarnych włosach i czarnych strojach; nawet ich konie są czarne! Rysunki współistnieją z tekstem i doskonale go uzupełniają.

Nieraz zajmują całą rozkładówkę, czasem wręcz „wychodzą” z kart książki (widzimy wtedy na przykład tylko ogon uciekającej krowy). Groźny Zeus patrzy na nas zza chmur u góry strony, podczas gdy zatroskani ludzie tłoczą się przy jej dolnej krawędzi. Również kolory przemawiają do młodego czytelnika – zazwyczaj ciepłe, w odcieniach żółci i pomarańczu, jakby skąpane w południowym słońcu. Kiedy jednak z podziemi wyjeżdża Hades albo kiedy widzimy Prometeusza przykutego do skał, karty książki powlekają się czernią, granatem i ciemną czerwienią. Grzegorz Kasdepke i Ewa Poklewska-Koziełło dokonali rzeczy niezwykłej. Bo tak należy nazwać próbę (zwieńczoną sukcesem) przybliżenia młodym czytelnikom tematyki tak przecież trudnej i tak wieloznacznej. Autorzy wydobyli z każdego mitu to, co w nim najważniejsze, i w przystępny sposób przełożyli opowieść na język dziecięcy. Tylko czekać, aż ktoś w ten sam sposób „przełoży” Pana Tadeusza czy Trylogię Sienkiewicza. Choć pewnie wcześniej ukaże się trzecia część Mitów dla dzieci. Grzegorz Kasdepke – zamierzenie czy nie – dał w swej książce podstawę do takich oczekiwań, kończąc pewne wątki lakonicznym „Ale to już zupełnie inna historia...”. Tytuł: Zeus & Spółka. Mity dla dzieci Autor: Grzegorz Kasdepke Ilustrator: Ewa Poklewska-Koziełło Wydawnictwo Literatura, 2011 Liczba stron: 96 Cena: 24,90 zł Twarda oprawa 62

| nr 12 październik 2011 r.


wśród nich można już odnaleźć – równie piękne – czarno-białe zabawki, jak chociażby karuzele z kartonikami w kontrastowych barwach. Specjaliści twierdzą, że dziecko świadomie ogląda książki dopiero około pierwszego roku życia. Co nie znaczy, że nie należy wprowadzać go w świat literatury – choćby obrazkowej – już wcześniej. Na początku będzie biernie wpatrywało się w kartki, później wyciągnie w ich kierunku rączkę, następnie sprawdzi ich smak i konsystencję, sprawiając przy okazji ulgę obolałym dziąsłom, aż w końcu spróbuje zjeść jabłko, które zobaczy na obrazku – i to będzie przełomowy krok w procesie dojrzewania młodego czytelnika. Warto zacząć już od pierwszych miesięcy, pokazując niemowlakowi to, co będzie mu najłatwiej dostrzec – rysunki o wyraźnych konturach, w kontrastowych barwach. Oczami maluszka to seria trzech tekturowych książeczek przeznaczonych dla dzieci, które nie ukończyły szóstego miesiąca życia. Każda z nich zawiera dwanaście dużych obrazków, w schematyczny sposób przedstawiających rozmaite zabawki, zwierzęta czy przedmioty codziennego użytku. Jedna z książeczek składa się wyłącznie z czarnych obrazków na białym tle, druga z białych ilustracji na czarnym tle, a trzecia łączy w sobie te dwie opcje. Jak przystało na produkt dla najmłodszych, strony są z grubego kartonu, a rogi zaokrąglone. „Czytanie” książeczek z serii Oczami maluszka to świetny sposób na spędzanie czasu z malcem. Nie tylko będzie stymulowało rozwój zmysłów niemowlęcia, ale też pogłębi więź między nim a rodzicami i stworzy rytuał wspólnego czytania, który oby trwał przez długie lata.

Oczami maluszka. Pierwsza książeczka twojego dziecka Ewa Popielarz Ta niepozorna książeczka na pewno przyciągnie uwagę każdego, kto choćby przelotnie spojrzy na barwną, ociekającą kolorami sklepową półkę z książkami dla dzieci. Czarno-białe grzbiety serii Oczami maluszka rzucają się w oczy, budzą zdziwienie i zaciekawienie. Przecież nie tak wyobrażamy sobie lektury dla dzieci. A już na pewno nie dla niemowlaków, które uwielbiają wielobarwne obrazki. No właśnie – czy uwielbiają? Dolnej granicy wieku nie ma. Dr Bożena Kociszewska-Najman, pediatra i neonatolog, która objęła nadzór merytoryczny nad serią Pierwsza książeczka dla twojego dziecka, tłumaczy, że noworodek widzi świat jak przez zamarzniętą szybę. Dostrzega przedmioty znajdujące się blisko jego twarzy i rozróżnia przede wszystkim kontrastowe barwy, na przykład biel i czerń. Tym tropem idą coraz częściej współcześni producenci zabawek. Rynek artykułów dla dzieci wciąż jeszcze co prawda zalewają kolorowe przytulanki, grzechotki i gryzaki, ale 63

| nr 12 październik 2011 r.


dziecięce zaczytanie

Tytuł: Oczami maluszka. Pierwsza książeczka twojego dziecka Wydawnictwo Sierra Madre, 2011 Liczba stron: 12 Cena: 19,90 zł Twarda oprawa Kartonowe strony

chy, które to finalnie zajmują się własną, prostszą i trwalszą budową. Przygody rodziny Różyczków ociekają specyficznym humorem, czyta się je szybko i przyjemnie. Perypetie zawsze zapracowanego Taty, zabieganej Mamy oraz Olafa, Konstantego i Anny Marii, trójki energicznych i pomysłowych dzieciaków wywołają uśmiech u każdego dziecka. Nawet dorosły czytelnik zapewne nie raz wybuchnie niepohamowanym śmiechem. Dużą zaletą książki jest rozbudowana rola ojca, która często w literaturze dziecięcej bywa umniejszana lub pomijana. Tata darzy swoje dzieci głęboką i bezwarunkową miłością. Mimo zmęczenia i przepracowania znajduje czas i siłę na zabawę z dziećmi. Nie najlepszym pomysłem wydaje się nazwanie w książce dla małych dzieci domku na drzewie ‘Okiem Śmierci’. Podobnie nieodpowiednie wydają się wspomnienia sąsiada Rurki o kradzieży desek na budowę, którą sam prowadził w dzieciństwie. Pomimo to Tato, zbudujmy domek to książeczka, która powinna spodobać się dziecku. Miłe dla oka, charakterystyczne ilustracje i pełne humoru przygody rodziny Różyczków z pewnością porwą zarówno malucha, jak i rodzica. Ciepła wymowa całej historii z pewnością pozwoli rozgrzać serca podczas zbliżających się chłodnych, jesiennych wieczorów.

Tato, zbudujmy domek Markus Majaluoma Marcin Kłak Prosto z Finlandii przywędrowała do nas książeczka Tato, zbudujmy domek. Jest to druga wydana w Polsce pozycja z cyklu o Tacie i jego małych szkrabach. Tym razem autor, Markus Majaluoma, postanawia skonfrontować Tatę z budową domku na drzewie. Dość szybko okazuje się, że rodzic wraz z sąsiadem, Panem Rurko, odnajdują w zabawie więcej przyjemności niż malu-

Tytuł: Tato, zbudujmy domek Autor i ilustrator: Markus Majaluoma Wydawnictwo Bona, 2011 Tłumacz: Iwona Kiuru Liczba stron: 40 Cena: 24 zł Twarda oprawa 64

| nr 12 październik 2011 r.


POD LUPĄ

Ocena

5

4,5

3

5

5

6

3,5

Dla dzieci w wieku:

4+

3+

4+

6+

7+

0-6 m

3+

Bawi

!!

!!

!

!!!

!!!

!!

!!

Uczy

!

!

!

!!

!!

!!!

Cieszy oko - szata graficzna

!!

!!!

!

!!

!!!

!!!

!!

Z krainy Fantazji

Z życia wzięte - Autor o codzienności

Autorytet o życiu i śmierci - poważne tematy

Autor przybliża historię

Dodatkowe atrakcje - nietypowe dekoracje

Dorosły też Polubi

!!

!!

!

!!

!!!

!!

!!

65

| nr 12 październik 2011 r.


Recen

Ciemności, weź mnie za rękę 68 | Pinokio 70 | Moja wojna 74 | Siedem szklanek 76 | Amerykański wa Klaudyna w szkole 88 | Kamuflaż 90 | Zamiast. O twórczości Czesława Miłosza 92 | Więzień 94 | Necros północy 104 | Król Demon 106 | Uśmiech Machiavellego. Biografia 108 | Heretycy i inkwizycja w średniow 66 Romek i A’tomek Księga XXXI: Tytus Kibicem 124 Wiersze wszystkie 120 | Niosący latarnie 122 | Tytus, | nr 12 październik 2011 r. Trans 138 | Schizma 140 | Manuskrypty z Qumran 142 |


enzje

ampir 78 | Rakietowe szlaki 1 82 | Samo ostrze Nim zawisną na szubienicy 84 | Tajemnice Watykanu 86 | sis: Przebudzenie 96 | Trolle z Troy: Trolle w szkole 98 | Król Demon 100 | Krew, którą nasiąkła 102 | Pałac wieczu 110 | Pretorianin 112 | Zaginiona księga z Salem 114 | Rosyjska kochanka 116 | Przebudzenie 118 | 67 niedźwiedzia jaskiniowego 134 | Inne okręty 136 | | Słonie na Neptunie 128 | Touch of evil 130 | Klan | nr 12 październik 2011 r.


Ciemności, weź mnie za rękę Dennis Lehane

Tytuł: Ciemności, weź mnie za rękę Autor: Dennis Lehane Tłumaczenie: Andrzej Leszczeński Wydawnictwo: Prószyński i S-ka Liczba stron: 406 Cena: 36,00 zł

Oto krótka instrukcja obsługi tej książki. Należy ją zupełnie przypadkiem kupić w księgarni, zabrać do domu, zrobić herbatę i, nie mając absolutnie żadnych oczekiwań, zacząć czytać. Ostrzeżenie: w trakcie lektury należy pamiętać o toalecie i przyjmowaniu płynów. Nie poleca się rozpoczynania lektury powieści w środ68

kach komunikacji miejskiej w trosce o bezproblemowe dotarcie na miejsce destynacji z powodu ryzyka minięcia właściwego przystanku. Powieść wciąga jak diabli, a zasugerowany tytułem, mroczny klimat ze strony na stronę przenika czytelnika coraz bardziej. Fabuła zasysa i nie chce puścić, a jeśli jakimś cudem się

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

od niej oderwiemy, będzie nam stale towarzyszyła, wypełniając niezagospodarowane procesy myślowe. Jeśli ktoś jednak myśli, że siadając ponownie do przerwanej lektury, wróci tak, jak wraca się do miłego towarzystwa w pubie pozostawionego z powodu pełnego pęcherza, to jest w niemile zaskakującym błędzie. Będzie to raczej wyjście do czekających pod knajpą zbirów, którzy sprawią, że na nowo zdefiniuje on słowa takie jak ból, strach i upokorzenie. Taka książka. Pozornie niewinne śledztwo prowadzi parę detektywów (a zarazem czytelnika) coraz głębiej i głębiej w otchłań zła, każąc im doświadczać ohydy ludzkich czynów, brukając i znakując ich nią, tak jak znakuje się bydło. To nie jest historia, w której energiczny śledczy w meloniku, kompletnie pozbawiony emocjonalnego zaangażowania, mierzy się z kolejną intelektualna zagwozdką. Fabuła bez pardonu penetruje prywatne życie głównych bohaterów, sprawiając, że prędko z myśliwych stają się zwierzyną, do tego zaszczutą i bezbrzeżnie zaskoczoną obrotem spraw. Nie jest to także historia, w której kryminalna zagadka jest głęboko ukryta, a główny bohater z determinacją wydziera kolejne skrawki prawdy i układa z nich misterne puzzle. Ta zagadka chce być odkryta, wykonuje wręcz swoisty striptease, zrzucając kolejne łachmany, by w końcu odsłonić wstrętną całość. Tu niemal każdy dzień wita bohaterów kolejnym tropem lub wątkiem prowadzonego śledztwa. Nie będą mieli wielu okazji, aby popisać się swym detektywistycznym geniuszem, raczej uporem, odwagą i nieszablonowym podejściem do klientów i zleceń.

Postacie pojawiające się na kartach powieści odmalowane są z różnym stopniem szczegółowości. Niektórzy to zwyczajne „osobowe źródła informacji”, przechodnie, którym autor nie poświęca zbyt wiele uwagi. Z kolei w przypadku sporej części, z pietyzmem oddana została ich psychologia, wzbogacona o szereg ukrytych motywacji. Źli są naprawdę źli, dobrych jest niewielu, wszyscy zaś koronkową pracą połączeni wzajemnymi powiązaniami, których często nie są świadomi. Tu zresztą autor zastawia na czytelnika pułapkę, myląc trop i zmuszając do skupiania uwagi na niewłaściwych osobach, zaskakując co rusz już zaskoczonego czytelnika. Akcja pędzi z zawrotną szybkością, w kontraście niejako do leniwego i słonecznego października w sennym, zdawałoby się, Bostonie, prowadząc do satysfakcjonującego zakończenia. Za nie zresztą należą się brawa, rozwiązanie zagadki w żadnym stopniu nie jest banalne, a sam finał, mający miejsce nieco później, jest do końca emocjonujący. To książka o złu w czystej postaci, w której dobro nie może zwyciężyć, ponieważ zawsze jest o krok do tyłu, reaguje zawsze po fakcie. Nawet jeśli zwycięża, jest to gorzkie zwycięstwo pozostawiające blizny stanowiące memento nieuchronnej klęski w przyszłości. Jeśli jednak jest jakieś przesłanie, wartość która wyłania się po przeczytaniu powieści Lehana, to będzie nią przyjaźń. Więzi łączące głównych bohaterów, te kilka osób, na które mogą w tym strasznym świecie liczyć w każdych okolicznościach, sprawiają, że odkładamy książkę mimo wszystko z uczuciem ulgi. 69

| nr 12 październik 2011 r.


Pinokio Vincent Paronnaud, ps. Winshluss

Tytuł: Pinokio Autor: Vincent Paronnaud, ps. Winshluss Tłumaczenie: Katarzyna Koła Wydawnictwo Kultura Gniewu 2011 Ilość stron: 192 Cena: 99.90 zł Oprawa twarda, papier kredowy, kolor

Najprostszą receptą na sztukę współczesną jest chyba cytat z Nakręcanej pomarańczy: „Braciszkowie moi, po prostu horror szoł!”. I tak właśnie dzieje się w nowej, bardzo brzydkiej i złej, wersji opowieści o drewnianym chłopczyku, który bardzo chciał stać się prawdziwym dzieckiem. Oryginał Collodiego zostaje wykręcony 70

w patologiczny sposób, zglanowany i obity sztalkapą boot-boya, nowoczesnego artysty. Początek jest jak we włoskim oryginale: samotny starszy pan tworzy mechanicznego chłopczyka. Ale zaraz okazuje się, że Gepetto wcale nie jest taki znowu samotny (ani starszy), a Pinokia stworzył z myślą o sprzeda-

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

niu go do armii. Dodajmy, że całkiem nieźle mu to wyszło – bojowe zdolności robota są imponujące, na pewno przydałby się wojskowym, gdyby nie to, że w jego głowie siedzi zapijaczony, zdegenerowany karaluch, pokrętne alter ego mądrego świerszcza z dziecięcej opowieści. W ogóle wszystko w Pinokiu jest cholernie brudne i plugawe. Nie ma tu miejsca na moralizatorskie pointy Collodiego, nie ma szans, żeby z zimnego, metalowego robota wyrósł dobry chłopiec. Robot milczy i apatycznie poddaje się kolejnym perypetiom. Los ciska nim, gdzie chce, a zło, którego źródłem we włoskiej powieści był niegrzeczny chłopczyk i które było karą, przynoszącą naukę etyczną, w komiksie jest tylko ponurym zbiegiem okoliczności, okrutnym żartem z piekła rodem. Siedmiu zboczonych krasnali i ich seksualna niewolnica, Królewna Śnieżka. Gliniarz z tendencją do nadużywania przemocy wobec innych i wobec siebie. Zmutowana ryba, pingwin majordomus i śle-

piec-sekciarz. Ani kawałka normalności, bo i niby po co? Winshluss pokazuje nam świat Pinokia przefiltrowany przez pierwsze strony brukowców, przesyconych Fritzlami, Najwyższą Prawdą i cyckami Elektrody. Co najciekawsze, historia opowiedziana a rebours wcale nie kończy się opacznie. Tu jednak

71

| nr 12 październik 2011 r.


72

| nr 12 paĹşdziernik 2011 r.


rządzi prawo najwyższe – prawo opowieści. Wszystko rozgrywa się zgodnie z filozofią bajkową – ostatni będą pierwszymi, dobro zostanie wynagrodzone, a zło surowo ukarane. I nie czuć w tym fałszu, bo ten happy end wcale nie jest taki hollywoodzko-cukierkowy, jak mogłoby się wydawać. Nadal podstawową warstwą wszechświata jest brud i szaleństwo. W parze z moralną zgnilizną i etyczną kloaką idzie rynsztokowa estetyka rysunków. Forma współgra z treścią w doskonały sposób. Graficzny styl opowieści zmienia się wiele razy, ale niemal przez cały czas nawiązuje do crumbowskiego undergroundu. Nie jest jednak kopiowaniem czy fanatycznym hołdem dla jedynie słusznej konwencji – rysunki to popis komiksiarskiej erudycji autora, są miarą zanurzenia w kontekście kultury komiksu. Jednocześnie brak tu undergroundowego zacięcia na Wielką Sztukę, niemalże widać, jak zza graficznej orgii postmodernistycznej intertekstualności wyłania się autor i mówi: „Hej, to tylko komiks, historyjka z mojej głowy”. Historyjka na tyle dobra, że zgarnęła prestiżową nagrodę za najlepszy album w Angouleme – komiksowego Pulitzera. Jakość wydania tej pozycji robi wrażenie. Twarda oprawa, lakierowany papier, albumowy format. Kiedy trzyma się ten komiks w rękach, ciężko myśleć na poważnie o zarzutach lekkomyślności i pustoty, stawianych „kolorowym zeszytom”. Pinokio to elegancka cegła, która przyda każdemu inteligenckiemu stoliczkowi na kawę charakteru i sznytu. Niebywale estetyczny, nawet dla wrogów komiksowego medium, będzie pełną miodu pułapką. To naprawdę dobra książka, w pełni warta swojej ceny. 73

| nr 12 październik 2011 r.


Moja wojna Waldemar Skrzypczak, Michał Majewski, Paweł Reszka

Tytuł: Moja wojna Autor: Waldemar Skrzypczak, Michał Majewski, Paweł Reszka Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2010 Liczba stron: 304 Cena: 29,90 zł

Jest taka książka (Normana Podhoretza, istotne, że Amerykanina, i istotne, że ze znanym nazwiskiem) pod tytułem Dlaczego byliśmy w Wietnamie. Właśnie o tym. Nieważne nawet, jaki punkt widzenia przedstawia, ważne, że w ogóle jakiś. Po odpowiednio dziesięciu i ośmiu latach miło byłoby przeczytać cokolwiek jakiegoś polskiego autora na temat, dlaczego jesteśmy/byliśmy w Afganistanie/ Iraku. Niestety nikt się do pisania o tym 74

nie garnie. Generał Waldemar Skrzypczak też nie, chociaż jemu akurat trudno robić z tego powodu zarzut. Jako wojskowy nie wyznaczał kierunków polityki zagranicznej, tylko ją realizował – w najbardziej dosłownym i odartym z ozdobników znaczeniu: właśnie na wojnie, dowodząc wielonarodową dywizją w Iraku oraz odpowiadając, jako dowódca Wojsk Lądowych RP, za kontyngent w Afganistanie. Pisze, że szło mu nieźle, i nie ma

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

powodów, by mu nie wierzyć (nawet jeśli być może trochę przesadza). Samo pisanie udało mu się zresztą też nie najgorzej, tym bardziej że z pomocą dwóch znakomitych dziennikarzy. Historię życia Skrzypczaka (bo Moja wojna to opowieść nie tylko o dwóch polskich konfliktach zbrojnych ostatniej dekady, ale o całej wojskowej karierze generała) czyta się bardzo dobrze, płynnie, bez zgrzytów. Od razu znać fachową rękę przy klawiaturze. Są anegdoty, są mocne, jednoznaczne oceny i komentarze, jest bohater. Nie tyle nawet wojenny, co pełnokrwisty – w sam raz na scenariusz. W dodatku – mniej więcej jak Forrest Gump – z rzadkim talentem do pojawiania się wszędzie tam, gdzie dzieje się duża Historia. We własnej osobie albo prawie. Grudzień’70 – w Gdańsku jest jego ojciec; w Grudniu’81 już on sam osobiście, w dodatku w płonącym czołgu; Irak i Afganistan – wiadomo. Komu mało: Kukliński i jego ojciec się znali. Itd. Ujmując rzecz inaczej – kto lubi historię najnowszą, naprawdę ma o czym czytać. Do tego dochodzi bardzo udany zabieg wydawcy (autorów?), polegający na wyróżnieniu w tekście fragmentów, które opowieści Skrzypczaka nadają kontekst – krótkich biogramów osób przewijających się w niej oraz rozszerzonych przypisów o istotnych wydarzeniach, procesach czy miejscach. Taki chwyt powszechnie stosowany w artykułach prasowych. Tutaj także pasuje świetnie. Świetnie, dobrze, znakomicie. To co jest nie tak? Bo czuć, że coś nie styka. Niestety. Jest bohater w sam raz na scenariusz, ale nie ma w sam raz scenariusza. Dobry tekst o dobrym generale, napisany przez dobrych dziennikarzy, to jednak trochę za mało na dobrą książkę. Przydałby się też jakiś pomysł na całość, jakieś zwroty, jakieś zaskoczenia, kulminacje. A jest wyłącznie chronologia, opowiada-

nie od kołyski aż do dzisiaj (książka jest z roku 2010, więc powiedzmy, że do wczoraj). To oczywiście nie musi być złe, ale może być ograniczające. I w tym przypadku jest. Jakby to ujął pan Schechtel: brakuje twista. Drugi zarzut, już mniejszego kalibru, dotyczy pewnego zabiegu formalnego. Pierwszy się udał (ten z przypisami), drugi nie. Otóż: historia generała opowiadana jest w trzeciej osobie, czyli o Skrzypczaku mówią Reszka z Majewskim. Ponieważ jednak robią to, cytując wyłącznie jego, brzmi to jakby narratorem był sam generał (coś jak wywiad). I wszystko dobrze, nie ma problemu, tyle tylko, że raz po raz tekst przecinają wstawki oznaczone nagłówkiem „Z notatnika generała”, będące już oczywiście w całości pierwszoosobową narracją Skrzypczaka. Po co te wyróżnienia, skoro i poza nimi generał też przecież mówi za siebie? Gdyby był to zapis „na gorąco”, fragmenty jakiegoś autentycznego notatnika, dziennika prowadzonego przez Skrzypczaka na przestrzeni lat, wtedy jasne: pomysł znakomity, dodatkowa perspektywa, komentarze, których ostrza nie stępił dystans. Ale nie. „Notatnik generała” niczym się nie różni od tego, co generał mówi dziennikarzom. Trochę szkoda. No i tyle, więcej nie ma co narzekać (można jeszcze na podpisy pod zdjęciami, które dublują anegdoty przytaczane też w głównym tekście, oraz na zielone marginesy; zielone marginesy? że niby wojsko?). Tym bardziej że lepiej nie ryzykować. O Waldemarze Skrzypczaku w polskim życiu publicznym będzie pewnie jeszcze głośno, więc po co się niepotrzebnie narażać. Zwłaszcza że choćby kawałek o tym, jak po rozwiązaniu Układu Warszawskiego Skrzypczak jedzie na wycieczkę do północnych Niemiec i Danii i mimo że jest tam po raz pierwszy w życiu, odwiedza stare kąty, jest naprawdę znakomity. 75

| nr 12 październik 2011 r.


Siedem szklanek Magdalena Zych

Tytuł: Siedem szklanek Autor: Magdalena Zych Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2011 Liczba stron: 264 Cena: 28,00 zł

Współcześni polscy pisarze podejmujący tematykę związaną z mniejszościami seksualnymi zazwyczaj opisywali homoseksualną postać i jej problemy czy frustracje wynikające z braku akceptacji ze strony własnej oraz społeczeństwa. Wszystko zasadniczo miało sprowadzać się do stwierdzenia: dyskryminacja ze względu na 76

orientację seksualną jest niesłuszna, a homoseksualiści nie różnią się od heteroseksualistów – wybierają tylko innych partnerów życiowych. Wydaje się, że era tej literatury przemija. Przed pisarzami decydującymi się dziś na sięgnięcie po problematykę dotyczącą LGBT stoi nowe wyzwanie – trzeba pisać tak, żeby nie powielać

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

pewnych gotowych schematów, stworzyć coś zupełnie świeżego. Siedem szklanek to – najogólniej ujmując – opowieść o relacji dwóch młodych mężczyzn. Kuba, wycofany, zamknięty w sobie student anglistyki, spotyka Emila, wyzwolonego artystę, ciągle łamiącego normy społeczne. Początkowa niechęć Kuby wobec ekscentrycznego znajomego stopniowo przeradza się w mimowolną fascynację. Wbrew pozorom powieść nie jest kolejną gejowską love story. Oczywiście nie da się zaprzeczyć, że zarówno wątek miłości męsko-męskiej, jak i motywy nieodłącznie z nim związane (odkrywanie swojej seksualności, pobicie za „odmienność”, coming out) są w tej powieści obecne, a jednak nie stanowią jej trzonu, przewijają się jedynie gdzieś w tle. Jak zatem należy odczytywać Siedem szklanek? Kluczem do rozumienia tej książki wydaje się motto zaczerpnięte z Akademii Pana Kleksa Jana Brzechwy. W onirycznej wizji pan Kleks rozpada się na tysiące drobnych, roześmianych cząsteczek, a Adaś Niezgódka umieszcza jedną z nich w szklance. Na płaszczyźnie Siedmiu szklanek Emil to owa niejednoznaczna, wymykająca się postać, a Kuba jest tym, który chce go za wszelką cenę okiełznać czy może po prostu zrozumieć. Jest to przede wszystkim wyjątkowy „pamiętnik z okresu dojrzewania”. I bynajmniej nie chodzi o dojrzewanie do akceptowania swej orientacji seksualnej (jak można by się spodziewać), a raczej o kształtowanie osobowości. Zych stworzyła dwóch zupełnie przeciwstawnych bohaterów. Emil fizycznie jest mężczyzną, ale przeważnie po-

zwala sobie na zachowania kulturowo zarezerwowane dla kobiet (nosi sukienki, robi sobie makijaż). Poprzez swoje działania chce uniknąć jakiegokolwiek zaszufladkowania. Przy nim Kuba wypada dosyć blado i nijako. Dopiero konfrontacja z ekscentrycznym Emilem sprawia, że niejako odżywa i musi przewartościować swój światopogląd, otworzyć się na zupełnie nowe uczucia i doświadczenia, a w konsekwencji zyskuje osobowość czy raczej zostaje mu ona niejako narzucona. Zmienia swój świat i całkowicie oddaje się narcystycznemu mentorowi. Jednak cena, którą przyjdzie mu za to zapłacić, okaże się bardzo wysoka. Siedem szklanek to zaskakująco udany debiut. Autorka stworzyła przekonującą, niebanalną historię, przede wszystkim autentyczną pod względem psychologicznym, ale też wyrafinowaną literacko (powieść wzbogaca naprzemienna narracja z onirycznymi wtrętami, szczyptą ironicznego humoru i groteski). To powieść o trudnym dojrzewaniu do samego siebie oraz obronie swej osobowości. Wydawałoby się, że polska literatura LGBT, choć na dobre nie zdążyła się rozwinąć, już się wypaliła, a jej współcześni twórcy nie umieją znaleźć przekonującej alternatywy wobec dawnego sposobu ujęcia tematu. Dowodem na to mogą być niezbyt udane ostatnie powieści Zygmunta czy Żurawieckiego. Zych udowadnia, że taka alternatywa istnieje – Siedem szklanek to dojrzały debiut właśnie przez nowe spojrzenie na problematykę mniejszości seksualnych oraz wyeksponowanie niemal nietkniętych literacko obszarów z nią związanych. 77

| nr 12 październik 2011 r.


Amerykański wampir Scenariusz:  Stephen King, Scott Snyder Rysunek:  Rafael Albuquerque

Tytuł: Amerykański wampir Scenariusz:  Stephen King,  Scott Snyder Rysunek:  Rafael Albuquerque Wydawnictwo: Egmont 2011 Liczba stron: 200 Cena: 89,99 zł Oprawa twarda, pełny kolor, lakier

Jeśli czytasz te słowa, drogi czytelniku, istnieje duże prawdopodobieństwo, że ocierasz się o dokonania współczesnej kultury masowej. Istnieje zatem – mam nadzieję! – kolejne prawdopodobieństwo, iż mierzi Cię korowód tworów 78

eksploatujących do granic wytrzymałości papieru (który ponoć znosi wszystko) motyw wampira. Jak wyznaje we wstępie do Amerykańskiego wampira Stephen King, on również miał tego dość. Dlatego razem ze Scottem Snyde-

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

rem i Rafaelem Albuquerque postanowili oddać wampirowi co wampirze – jego kły i żądzę krwi. Ta część misji zakończyła się powodzeniem. Amerykański wampir nie jest bajką dla niegrzecznych dzieci, lecz raczej dla ich spragnionych porządnego horroru rodziców. Główną bohaterką jest Pearl Jones, młoda aktorka, która marzy o karierze w Hollywood lat 20. minionego wieku. Jej pech polega na tym, że za wielką machiną świata rozrywki kryją się osobnicy pragnący dosłownie wyssać soki z ludzi podążających za marzeniami. Osuszona z krwi Pearl mogłaby mieć szczęście i dokonać żywota, ale jej drogi krzyżują się z tajemniczym Skinnerem Sweetem, wampirem innym niż wszystkie. I gdy ona zaczyna poznawać swoje niezwykłe moce oraz planować zemstę, czytelnik równolegle cofa się w czasie, by dowiedzieć się, kim jest Sweet. Na pokaźny albumik składa się pięć dwuczęściowych rozdziałów. Snyder i King podzielili się epizodami po po-

łowie, ale całość pozostała spójna. Akcja rozgrywa się na przemian w kilku okresach, a fabułę spaja opowieść jednego z drugoplanowych bohaterów, który zdaje relację podczas spotkania autorskiego. Motyw „książki w książce” (tudzież w komiksie) nie jest może zbyt oryginalny, ale zagrał doskonale. Dzięki przeplataniu opowieści naocznego 79

| nr 12 październik 2011 r.


groteskowo, a palce przekształcają w ostre szpony, po czym kończyny wrogów zaczynają fruwać w powietrzu. Jest krwawo i brutalnie. Znaczek „tylko dla dorosłych” nie bez powodu znajduje się na wszystkich okładkach serii Obrazy grozy. Jednak na krwawej uczcie dla oka się kończy. King i Snyder nie mają wiele nowego do powiedzenia o istocie wampiryzmu, o ucieleśnionych przez postać krwiopijcy złu i seksualności. Przy okazji wpisują się zresztą w trend wyprowadzania wampirów na światło dzienne i znajdowanie dla tej rewolucji ewolucyjnych wyjaśnień. W ich wizji bowiem amerykański wampir, walczący ze starymi, pochodzącymi z Europy krewniakami, to potwór nowego typu. Odporny na słońce, słabnący jedynie w czasie nowiu, zbuntowany przeciwko staremu porządkowi, skłonny do ożywczej anarchii. To w zasadzie wampir o prawdziwie amerykańskiej duszy i właściwych Amerykanom mitycznych cechach, które chętnie sami sobie przypisują. Taki oto antybohater w kolejnych epizodach zmierzy się z historią Stanów Zjednoczonych lat 30. i 40. Nie ulega wątpliwości, że będzie krwiście.

świadka z wydarzeniami pozostającymi poza jego wiedzą, udało się uniknąć monotonii. Pod względem prowadzenia narracji scenarzyści pokazali światową klasę. Czy udało im się rzeczywiście przywrócić wampirom należne miejsce i szacunek? Połowicznie. Potwory rysowane przez Albuquerquego są rzeczywiście przerażające i krwiożercze. Kiedy stają do walki, ich twarze wykrzywiają się 80

| nr 12 październik 2011 r.


Nasze teksty się nie

starzeją!

Zobacz archiwalne numery Literadaru ... ZA DARMO! 81

| nr 12 październik 2011 r.


Rakietowe szlaki 1 antologia, wybór Lech Jęczmyk

Tytuł: Rakietowe szlaki 1 Autor: antologia, wybór Lech Jęczmyk Wydawnictwo: Solaris 2011 Liczba stron: 468 Cena: 52,40 zł Oprawa twarda

Rakietowe szlaki to w założeniu antologia przybliżająca kolejnemu pokoleniu polskich czytelników opowiadania klasycznej science fiction. Dotychczas ukazały się dwie części, a kolejne dwie mają pojawić się jeszcze w tym roku. Pierwszy tom zdecydowanie wskazuje na to, że warto zapoznać się z cyklem. Prawidłowo skomponowana antologia powinna posiadać jasną i wi82

doczną dla czytelnika myśl przewodnią. W wypadku pierwszego tomu Rakietowych szlaków tym rdzeniem wydaje się pytanie: „Czym jest science fiction?”. Zaprezentowany zbiór opowiadań dość dobrze na to pytanie odpowiada, ale pozostawia kolejnym tomom miejsce na dokończenie raz podjętej myśli. Doboru opowiadań podjął się Lech Jęczmyk. On też opatrzył cały

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

zbiór wstępem. Tom zawiera dwadzieścia opowiadań o zróżnicowanej tematyce i długości (najkrótsze ma niecałą stronę!), a wśród autorów wymienić można takie sławy jak Ursula K. le Guin, Brian W. Aldiss, Roger Zelazny czy Gene Wolfe. W zasadzie każde z opowiadań jest dobre i razem komponują się w doskonałą całość. Niemniej dokonując wyboru, selekcjoner nie ustrzegł się drobnych potknięć. Dwa

– nas samych. Takie podejście z pewnością czyni z Rakietowych szlaków pozycję wartą polecenia nie tylko fanom gatunku, ale także (a może przede wszystkim) osobom, które na co dzień z literaturą fantastyczną się nie stykają. Dodatkowo czytelnik ma okazję poznać sylwetki najważniejszych twórców, a to dzięki notkom, które poprzedzają i kończą każde opowiadanie. Wizualnie książka prezentuje się dobrze. Grafika okładkowa nie pozostawia

Trzeci tom Rakietowych szlaków już niebawem trafi do księgarń. wątpliwości co do gatunku opowiadań, ale jednocześnie nie epatuje (jak to czasem bywa w fantastyce) kiczem. Twarda oprawa oraz spora grubość gwarantują, że wolumin będzie się dobrze prezentować na półce, a cała seria będzie zapewne bardzo cieszyć oko. Rakietowe szlaki 1 to doskonały zbiór opowiadań fantastycznych, mający szansę trafić do szerokiego spectrum odbiorców. Młodsi fani będą mogli zapoznać się z historią gatunku, starsi zaś przypomnieć sobie opowieści, które ich kształtowały. Przypadkowy czytelnik zyska z kolei okazję, aby poznać dwudzieścia bardzo dobrych tekstów, które stanowić mogą swoisty almanach i przewodnik po gatunku i który przez wielu odbiorców traktowany jest jako infantylny i bezwartościowy. Zmiana takiego postrzegania fantastyki naukowej to jeszcze jeden cel, który z pewnością antologia ta pomoże osiągnąć.

z opowiadań nie mieszczą się w powszechnie przyjętym kanonie science fiction i, pomimo ich wysokiego poziomu, nie powinny znajdować się w zbiorku. Zresztą sam Jęczmyk zwraca uwagę na fakt, że Tajemniczy dom nie mieści się w definicji gatunku, ale został umieszczony w zbiorku w nadziei, iż spodoba się czytelnikom fantastyki. Jakie jest zatem science fiction przedstawione w pierwszym tomie Rakietowych szlaków? Jest to gatunek szeroki, nie bojący się meandrować pomiędzy radosnym humorem a poważnymi tematami. Czytelnik zauważy, że autorzy mają odwagę podchodzić do typowych problemów z zupełnie innej strony (np. Ubranie na miarę opowiadające o kontakcie z obcą cywilizacją). Po zapoznaniu się z wszystkimi historiami można skonstatować, że science fiction to jedynie maska, pod którą autorzy prezentują nam swoje wyobrażenie o świecie, jego naturze i wreszcie o jego mieszkańcach 83

| nr 12 październik 2011 r.


Samo ostrze Joe Abercrombie

Nim zawisną na szubienicy Joe Abercrombie Tytuł: Samo ostrze Autor: Joe Abercrombie Tłumaczenie: Jan Kabat Wydawnictwo: ISA, 2008 Liczba stron: 576 Cena: 39,90 zł Tytuł: Nim zawisną na szubienicy Autor: Joe Abercrombie Tłumaczenie: Jan Kabat Wydawnictwo: ISA, 2011 Liczba stron: 576 Cena: 38,90 zł

Proces wydawania w Polsce cyklu Pierwsze prawo Joego Abercrombie’ego jest rozciągnięty w czasie. Samo ostrze ukazało się przeszło trzy lata temu, ale tom drugi – Nim zawisną na szubienicy – ujrzał światło dzienne dopiero niedawno. Na zamknięcie cyklu przyjdzie nam prawdopodobnie poczekać do końca roku, chociaż 84

i to nie jest pewne. Niemniej w oczekiwaniu na trzecią część, warto zapoznać się z dwiema wcześniejszymi książkami, gdyż są one doskonałym przykładem nowoczesnej, soczystej fantasy. Abercrombie przyznaje, że przy tworzeniu swego cyklu inspirował się twórczością George’a R. R. Martina,

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

a przede wszystkim jego słynną Pieśnią lodu i ognia. Podczas lektury jest to zauważalne, aczkolwiek nie jest to bezmyślna imitacja, a raczej twórcze wykorzystanie dobrych wzorców. Autor w Pierwszym prawie umiejętnie łączy pomysły podpatrzone u Martina z klasycznymi rozwiązaniami obecnymi w fantasy od lat, a jednocześnie potrafi dodać nieco od siebie. Najmniej wyróżniającym się elementem cyklu jest jego miejsce osadzenia akcji, czyli tzw. setting. Dosyć typowe a’la średniowieczne realia z odrobiną (acz istotną) magii pojawiały się już w dziesiątkach książek fantasy. Również ogólny zarys fabularny nie zaskakuje. Ileż to razy czytaliśmy o królestwie zagrożonym z każdej strony, któremu ratunek może przynieść grupa złożona z wybitnych jednostek? Niemniej Abercrombie stara się twórczo wykorzystywać te wątki i ograniczać ich sztampowość. Stąd też dużą rolę odgrywają intrygi i zakulisowe rozgrywki (widać tutaj inspirację Pieśnią…), a posttolkienowskie wątki (m.in. wyprawy) są marginalne i znaczenia nabierają dopiero w Nim zawisną na szubienicy, lecz i wtedy nie zawsze konstruowane są według utartego schematu. Inspirowanie się twórczością Martina widać przede wszystkim w kreacji i sposobie prezentowania postaci. Poszczególne rozdziały poświęcone są konkretnym bohaterom, pozwalając czytelnikowi zajrzeć w ich myśli i uczucia. Narracja nie jest liniowa, ale zdarzają się retrospekcje budujące tło i uwiarygodniające poczynania zróżnicowanych postaci. Występuje tu typowe dla nowoczesnego fantasy kreowanie postaci niejednoznacznych charakterolo-

gicznie; dominują różne odcienie szarości. Abercrombie preferuje postaci twarde i do pewnego stopnia bezlitosne, ale pojawiają się również bohaterowie ulepieni z nieco miększej gliny. Osiąga też ciekawy efekt polegający na tym, że niektórym postaciom, które same z siebie nie budzą sympatii, czytelnik mimo wszystko, z racji pełnionej przez nie funkcji w fabule, kibicuje. Kolejną mocną stroną obu powieści jest powszechnie stosowany humor; i to ten z gatunku najczarniejszych. Najlepszym przykładem jest ciężko okaleczony inkwizytor Glokta, zgorzkniały i cyniczny, pozbawiony złudzeń dotyczących otaczającego go świata i swojej roli w wydarzeniach. Czytanie jego rozdziałów każdorazowo przysparza licznych momentów rozbawienia. Glokta jednocześnie jest najlepszym przykładem kreowanych przez Abercrombie’ego bohaterów – niesympatycznych typów, za których ściska się kciuki… A jest za kogo ściskać, bo los się z nimi nie patyczkuje. Krew, pot i łzy to integralna część fabuły. Powyższe elementy byłyby jednak niczym, gdyby amerykański pisarz nie potrafił sprawnie władać piórem. Nie należy się spodziewać językowych fajerwerków, ale jest to solidna literacka robota. Narracja jest żywa, dynamika tekstu właściwa, dialogi naturalne. W połączeniu z niezłą fabułą i interesującymi postaciami sprawia to, że od książek ciężko się oderwać. Czyni to z Pierwszego prawa obowiązkową lekturę dla wszystkich miłośników pełnokrwistego, współczesnego fantasy. Pozostaje jedynie czekać na tom trzeci i mieć nadzieję, że finał będzie godzien opowiedzianej do tej pory historii. 85

| nr 12 październik 2011 r.


Tajemnice Watykanu Bernard Lecomte

Tytuł: Tajemnice Watykanu Autor: Bernard Lecomte Tłumaczenie: Michał Romanek Wydawnictwo: Znak 2010 Liczba stron: 380 Cena: 39.90 zł

Lat temu pięćdziesiąt Tadeusz Breza opublikował swoją słynną Spiżową Bramę. Złowrogiemu ustrojowi, który naonczas zapadł od Szczecina nad Bałtykiem do Splitu nad Adriatykiem, nie do końca przychylne opowieści o państwie Watykan i jego ówczesnych sekretach bardzo przypasowały. Nie od dziś wszakże wia86

domo, że wrogowie naszych wrogów są naszymi przyjaciółmi. Przy okazji rzecz była dobrze napisana i naprawdę ciekawa, więc przypadła do gustu również i czytelnikom. Dziś troszkę o niej zapomniano – i na pewno nie dlatego, że po transformacji ustrojowej w Polsce do rządu dusz przedstawiciele szlachetnego stanu

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

duchownego dołączyli zwyczajną władzę, której użyto, aby „zniknąć” książkę Brezy z bibliotek. Jakiś czas później Dan Brown nagrafomanił książczynę o dziatkach Chrystusa, Graalu i morderczym Opus Dei. Teorie spiskowe od czasów genialnego Oka w piramidzie są w modzie, więc nie dziwi fakt, że tego sortu fabuła, podana w formie strawnej dla kucht i pomywaczek, sprzeda-

komuszka – katolikożercy (tak, duchu pana Brezy! To o panu!) czy zboczeństw o Marii Magdalenie w ciąży (!) z Jezusem (!) i mordercach (!) z Opus Dei. Trzeba wydać książkę ładną, grzeczną i uczesaną, a w trybie marketingowym przerobi się ją na zawierającą (cytat z blurba) „największe tajemnice z dziejów państwa papieskiego z okresu minionych stu lat”. Tajemnice takie jak ta, że to Mussolini doprowadził do powstania państwa Watykan

Tajemnicze tajemnice z Wikipedii. ła się w osiemdziesięciu milionach egzemplarzy – żeby nie wspomnieć o kasiorce, jaką zgarnięto w Hollywood za ekranizację. Nawet popłuczyny po popłuczynach grafomaństwa (czyli pewien amerykański magazyn o trawieniu czytelników, którego nazwy, z wiadomych przyczyn, nie wymieniamy) od czasu do czasu wypuszczają „powieść” utrzymaną stylistyce odkrywania sekretów Świętej Matki Kościoła, jej brudnych interesów, dziwkarskich przygód, spisków, skarbów i kontrowersji. Nic dziwnego zatem, że wydawnictwo Znak (Misja! Kultura! Literatura! Ideały! Nigdy Kasiora!) postanowiło skorzystać na tej fali popularności i również wypuściło na rynek coś, jak to się młodzieżowo określa, w temacie. Ale pamiętać należy, że wydawnictwo Znak to „elegancki dom wydawniczy” z Krakowa, który to z kolei jest Kolebką oraz Miastem Papieskim. Nie wypada zatem publikować tu rzeczy pokroju wspomnień

(w ściśle tajnych Traktatach laterańskich, o których nikt nie wie. No, może oprócz paru historyków i… Wikipedii) czy treść absolutnie sekretnej trzeciej tajemnicy fatimskiej (w sekrecie ujawnionej przez Jana Pawła II w 2000 roku). Czego się spodziewać po autorze biografii Wojtyły? Katolickim dziennikarzu z „La Croix”, synu Polki, ożenionym z Polką? Obiektywnego podejścia do papieża Hitlera? A może potępienia afery Banco Ambrosiano? Chyba nie. Lecomte podaje czytelnikowi danie mdłe, odgrzewane wielokrotnie, bez przypraw i ledwo ciepławe. Skuszony tabloidowym tytułem konsument srodze się zawiedzie. Klient bogoojczyźniany przełknie bez problemu. Tertium non datur. Szkoda, że skok na kasę robiony jest tak tanimi sztuczkami, ale to chyba wilcze prawa rynku... I takie właśnie są te Tajemnice Watykanu. Grzeczne, oszukańcze, uczesane i po krakowsku zapyziałe, z kompleksem JP2 wbudowanym na wieki, wieków. Amen. 87

| nr 12 październik 2011 r.


Klaudyna w szkole Sidonie Gabrielle Colette

Tytuł: Klaudyna w szkole Autor: Sidonie Gabrielle Colette Tłumaczenie: Krystyna Dolatowska Wydawnictwo: W.A.B 2011 Liczba stron: 307 Cena: 39, 90 zł Twarda oprawa, obwoluta

Sidonie Gabrielle Colette można postawić na równi z Coco Chanel i Marią Skłodowską-Curie, które starały się wyzwolić kobietę z kulturowych uprzedzeń. Choć ich działalność – na różnych płaszczyznach życia – uchodziła w czasach im współczesnych za głęboko skandalizującą, to ich odwaga i bez88

ceremonialność w głoszeniu haseł feministycznych stanowiły asumpt do kształtowania się modelu kobiety świadomej siebie i pozbawionej kompleksów. Cykl powieści o Klaudynie, zawierający pierwiastki autobiograficzne, ukazał się drukiem w latach 1900-1903. Na tamte czasy dzieło

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

okazało się nazbyt śmiałym i frywolnym. Publikowanie kolejnych tomów opowiadających historię odważnej dziewczynki (w kolejnych częściach już kobiety), nieskrępowanej konwenansami i przejawiającej skłonności homoseksualne, wywołało obyczajowy skandal i przyniosło autorce niebywały rozgłos. Jednak w atmosferze dekadenckiego fin de siècle’u świeży powiew afirmującej życie, zabarwionej nutką pikanterii literatury spotkał się z całkowitą dezaprobatą odbiorców. Colette stworzyła arcyciekawą postać – Klaudynę. Uwodzi ona czytelnika za pośrednictwem swego pamiętnika, z którego wyłania się jej niepokorna natura. Impertynencka psotnica i przebiegła spryciula to najłagodniejsze epitety, jakimi określić można bohaterkę serii. Korzystając z nikłego zainteresowania rodzonego ojca własną osobą oraz dezorganizacją życia szkolnego spowodowaną rozbudową placówki, płata figle całemu ciału pedagogicznemu i koleżankom z ławki. Za nic ma dobre obyczaje, nosi rozpuszczone włosy i zbyt mocno wydekoltowane sukienki. Autorytet, jakim cieszy się wśród rówieśnic za sprawą atrakcyjnego połączenia urody, nieprzeciętnej inteligencji, ciętego języka i odwagi graniczącej z bezczelnością, nie wystarcza jej do zaspokojenia własnych ambicji. Mała lolitka idzie krok dalej – uwodzi swoją nauczycielkę, kompletnie nie obawiając się konsekwencji swego czynu, wszak rozpoczęła ostatni rok nauki w szkole dla panien. Niespodziewanie obiekt ciepłych uczuć Klaudyny odtrąca zakochaną smarkulę na

korzyść... dyrektorki szkoły. Czy dziewczyna odnajdzie swoje miejsce w miłosnym trójkącie? Poczynania tej rezolutnej nastolatki przeszło sto lat temu mogły oburzać i gorszyć czytelników. Dominowały wtedy konserwatywne normy obyczajowo-społeczne. Współcześnie jest na odwrót. Dlatego książka jest dziś odbierana w odmienny sposób. Związek dwojga partnerów tej samej płci już dawno stracił status kuriozum, choć nadal (przynajmniej w Polsce) wywołuje skrajne emocje. Wątek homoseksualny podany przez Colette w naprawdę strawnej formie już dzisiejszych czytelników nie odstręcza, a wręcz stanowi wabik. Intryguje i przyciąga, a także prowokuje do przemyśleń. Bo ile w zachowaniu Klaudyny jest gry aktorskiej, pozerstwa i czystej prowokacji, a ile prawdziwego uczucia? Czy swawolne obyczaje nauczycielek to tylko pretekst do czerpania wzajemnych korzyści czy żar występnego uczucia? Colette pisała bezpardonowo, bezpośrednio, bez ważenia słów. Wrzucała do swoich tekstów wszystko, co było piętnowane przez tzw. dobre towarzystwa, pomijane milczeniem, co nie przystawało do ogólnie przyjętych norm obyczajowych ówczesnego społeczeństwa francuskiego. Przełamywała tabu. Buta i hardość jej bohaterki zamiast złościć czynią z tej kreacji postać niezwykle barwną, dynamiczną, a przede wszystkim sympatyczną i pełną uroku. Niech w kolejnych tomach to nieskromne dziewczątko nadal majstruje psikusy, bo tyle przy tym radości i uciechy dla czytelnika. 89

| nr 12 październik 2011 r.


Kamuflaż Ewa Ostrowska

Tytuł: Kamuflaż Autor: Ewa Ostrowska Wydawnictwo: Oficynka 2011 Liczba stron: 384 Cena: 34,49 zł

Ewa Ostrowska dała się poznać czytelnikom przede wszystkim jako autorka powieści obyczajowych, świetnie ukazujących tkwiące w człowieku zło i małość. Ma w swoim dorobku również kilka thrillerów kryminalnych, z których najnowszym jest Kamuflaż. Tym razem postanowiła osadzić akcję w egzotycznej scenerii amerykańskiego stanu Iowa. W miasteczku Nevada wszyscy się znają, jeśli nie osobiście, to przynaj90

mniej z widzenia. Tu nie ogradza się domów wysokimi murami, nie trzyma złych psów, nie instaluje alarmów, bo i po co, skoro miejscowi policjanci pewnie nawet nie pamiętają, kiedy mieli do czynienia z ostatnim prawdziwym przestępstwem. Gdy podczas krótkiej chwili nieuwagi ojca znika chłopczyk bawiący się w piaskownicy pod domem, policja podejrzewa porwanie dla okupu. Patrick jest przecież dzieckiem znanego kardiochirurga,

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

pracującego w pobliskim ośrodku akademickim, wnukiem jednego z najbogatszych w kraju chirurgów plastycznych. Ale kiedy po kilku dniach w tej samej piaskownicy pojawia się znalezisko tak potworne, że matka chłopca na jego widok traci zmysły, hipoteza upada. A gdy w jeszcze bardziej niewiarygodny sposób znika kolejny sześciolatek – jest już całkiem pewne, że zbrodniarz jest kimś stąd. Na sielankowym pejzażu Nevady zaczynają pojawiać się coraz to nowe rysy, a to, co ukazuje się pod powierzchnią, jest o wiele bardziej mroczne i przerażające, niż mógłby sobie wyobrazić prowadzący śledztwo szeryf Haig i jego współpracownicy. Za samą warstwę psychologiczną (ukazanie toku myślenia Haiga i kilku innych postaci), za przedstawienie, jak zmieniają się zachowania ludzi w obliczu zagrożenia, za demonstrację szerokiego zakresu możliwych reakcji posttraumatycznych i przejawów instynktu stadnego małych społeczności – należą się autorce najwyższe wyrazy uznania. Sama intryga wydaje się nieco przerysowana, choć nie nieprawdopodobna. Trochę gorzej przedstawia się natomiast strona techniczna. Pisarka nie do końca orientuje się w realiach szkolnictwa medycznego w USA i tamtejszej służby zdrowia. Według swego listu ojciec zaginionego chłopca specjalizację z kardiochirurgii zrobił w ciągu czterech lat, gdy w rzeczywistości potrzeba na to siedmiu lub ośmiu, zaś w późniejszym okresie swojej kariery był ordynatorem oddziału, którego to stanowiska w amerykańskich szpitalach nie ma. Z wiedzą tematyczną – niezbędną, jeśli się chce wykorzystać w fabule motywy medyczne – też nie jest najlepiej. Drobne omyłki w nazwach leków („Clonozepam”,

„Nitrozepam”, „Ketanol”) mogą być dziełem przypadku. Ale nie ma na świecie patologa, który na podstawie pojedynczego narządu zakonserwowanego w formalinie byłby w stanie określić czas zgonu denata z tak niezwykłą precyzją: „Skonał o godzinie dwudziestej trzeciej”. Żaden też nie użyje sformułowań: „Serce typowe jak na sześciolatka. Wielkości piąstki” i „Precyzyjnie wyciął serce z gąbczastej tkanki płuc”. Nie najlepiej udała się także autorce stylizacja językowa dialogów. Szeryf Haig z komisarzem Petersem w przerwach między inwokacjami religijnymi („Jezu”, „Chryste”, „o mój Boże”) zwracają się do siebie per „koleś” i „dupku”. I może nie należałoby im mieć tego za złe, bo przynajmniej pierwszy z nich to prosty chłopak z małego miasteczka, ale ten sam Haig w pełnej emocji rozmowie posługuje się językiem bardziej niż literackim: „… ponieważ widzę wtedy trzepoczące po kołdrze w agonii białe dłonie Emily, które pokrywały się krwawymi wybroczynami”, zaś sprzątaczka, która zakończyła edukację w wieku czternastu lat, rzuca: „I od razu pojawiające się pytanie, równe oskarżeniu”. Właścicielka marketu, tłumacząc Haigowi użycie „wulgarnego słownictwa”, zdradza swoje pochodzenie ze slumsów. W dalszym ciągu jej monologu wśród słów takich jak „zarabiać dupą”, „rżnął”, „kutas”, zdanie „Twoja zbyt szczera twarz wyraża zmieszanie oraz straszliwą udrękę” wygląda jak groteskowa kpina. To najbardziej spektakularne przykłady, ale znalazłoby się ich więcej. Szkoda, bo takie niedoróbki drażnią i psują wrażenie, a ostateczna ocena jest wyraźnie niższa, niżby się należało za samo tło psychologiczno-socjologiczne i rozwiązanie intrygi. 91

| nr 12 październik 2011 r.


Zamiast. O twórczości Czesława Miłosza Marek Zaleski

Tytuł: Zamiast. O twórczości Czesława Miłosza Autor: Marek Zaleski Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie Liczba stron: 308 Cena: 39, 90 zł

Rok 2011 – ze względu na setną rocznicę urodzin Czesława Miłosza uczyniony jego rokiem – przyniósł ze sobą pewne charakterystyczne, a zarazem dość przewidywalne zjawiska. I tak to w naszym pięknym kraju nastąpił nagły wzrost zainteresowania osobą wielkiego poety i jego życiem, w nieco mniejszym zaś stopniu samą 92

twórczością. Pojawiły się więc na rynku wydawniczym biografie i zapisy wspomnień, tomy, tomiki i antologie wierszy, czasem wzbogacone o interpretacje. Ostatnio dołączył do nich także zbiór esejów Marka Zaleskiego. Jest to przykład publikacji, w której mamy do czynienia z próbą przybliżenia czegoś innego niż tylko życia

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

noblisty. Eseje Marka Zaleskiego skupiają się przede wszystkim – jak zresztą sugeruje sam tytuł – na twórczości Miłosza, której elementy poddane są tutaj gruntownej analizie. Niestety bez pobieżnej nawet znajomości jego tekstów, nie tylko poetyckich, eseje Zaleskiego okazują się dla przeciętnego czytelnika pozbawione punktów odniesienia. To z kolei czyni je momentami niejasnymi, a w dalszej mierze utrudnia pełne

jak Heidegger, Bachelard, Życiński, ale również te rzadziej obecne w powszechnej świadomości. Okazuje się, że tytuł zbiorku stanowi nawiązanie do pewnej (i jak to często bywa u Miłosza, niezwykle pesymistycznej) konstatacji poety, według której tragedią człowieka jest świadomość jego zagubienia oraz całkowitej nieumiejętności życia. Tym bardziej gorzka jest to świadomość, że wiąże się

Dla tych, którzy w szkole przespali Miłosza. ich zrozumienie. Problemem dla nieprzygotowanych do lektury może okazać się także specjalistyczny język, jakim posługuje się autor (nie każdy przypadkowo zatrzymany przechodzień będzie wiedział, co oznacza łacińska sentencja Video meliora proboque, deteriora sequor lub też czym zajmuje się eschatologia). Zakładając jednak, że czytelnik dysponuje odpowiednim aparatem pojęciowym, można śmiało założyć, że wyniesie z lektury wiele nowych i interesujących informacji. W swoich rozważaniach autor odwołuje się nie tylko do zagadnień związanych z teorią czy historią literatury, ale również do filozofii, teologii, a nawet elementów nauk przyrodniczych (nawiązania do osoby Newtona i jego koncepcji z eseju Ziemia Ulro). Na kartach omawianej Zamiast pojawiają się nazwiska tak słynne,

z nią wiedza o tym, że jedyne co człowiek może próbować robić, to wyrażać siebie – swoje pragnienia, lęki i uczucia – poprzez literaturę i sztukę. Niestety, choć wszelkie próby podejmowane w tym kierunku są oczywiście odważne i potrzebne, nadal stanowią tylko marną namiastkę życia. Są one kulawe, nie realizują bowiem do końca powziętego celu – wyrażają wewnętrzne „ja” człowieka w sposób niepełny, są więc „zamiast”. I te właśnie pesymistyczne wnioski przyjmuje Marek Zaleski za myśl spajającą wszystkie swoje – pisane w różnym miejscu i czasie – eseje. Autor bez wątpienia przelał na karty swojej książki lata pracy i wiele wysiłku. A patrząc na wymienione wyżej powody wydaje się, że Zamiast ze wszech miar zasługuje na to, żeby znaleźć się w prywatnej biblioteczce polskiego inteligenta. 93

| nr 12 październik 2011 r.


Więzień Jesus Sanchez Adalid

Tytuł: Więzień Autor: Jesus Sanchez Adalid Tłumaczenie: Magdalena Adamczyk Wydawnictwo: Bellona, Warszawa 2011 Liczba stron: 670 Cena: 43 zł

Przyzwyczajona do maksymalnie skracanych tekstów informacyjnych, podających najważniejsze wiadomości w telegraficznym skrócie, współczesna młodzież opasłe tomy najczęściej omija szerokim łukiem. Mało więc prawdopodobne, że Więzień, pierwsza część trylogii Jesusa Sancheza Adalida, stanie się popu94

larną wśród młodych ludzi lekturą. A szkoda... Stylizowana na średniowieczne chansons de geste opowieść o szesnastowiecznej Hiszpanii widzianej z perspektywy młodego szlachcica nadspodziewanie absorbuje dzięki wielowątkowemu ujęciu tematu. Autor przedstawia świat oczami Luisa

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

Marii Monroya de Villalobos, kastylijskiego rycerza z szanowanej rodziny z tradycjami, szczegółowo opisując jego życie od najmłodszych lat aż do chwili dostania się w niewolę Maurów podczas wojny w Afryce. Nawet czytelnik nie do końca przekonany do powieści historycznych powinien znaleźć na stronach Więźnia coś dla siebie. Mamy tu wszak zarówno sielskie krajobrazy południowej Hiszpanii, gdzie Luis spędził dzieciństwo, dogłębną charakterystykę bardzo ważnych dla jego życiowych decyzji osób (ojca i dziadka), opowieści o zabawach z braćmi, o żmudnej nauce podstaw sztuki rycerskiej, jak i historie z życia nastolatka, pierwsze fascynacje, poważne przemyślenia w kwestiach etycznych. Warsztat pisarski Sancheza Adalida nie rozczarowuje, choć pozostawia sporo do życzenia. Niewątpliwym plusem jest bogactwo wątków, przy którym zachowuje autor pełną spójność fabuły, jest przy tym niesamowicie zdyscyplinowany i logiczny. Niezbyt dynamiczna pierwszoosobowa narracja odpowiada obranej formie powieści – niespiesznej gawędzie rycerskiej podzielonej, niczym średniowieczne „pieśni o czynach”, na księgi poprzedzone kilkuzdaniowym streszczeniem opisanych w nich wydarzeń. Jeśli chodzi o aspekt merytoryczny, nie można autorowi nic zarzucić – to wnikliwy badacz historii swojego kraju, opisujący losy faktycznie żyjącego w XVI wieku hiszpańskiego rodu Monroyów, solidnie i rzetelnie do tego zadania przygotowany, o czym dowiadujemy się z załączonego do powieści posłowia. Zawodzi jednak styl pisarza – jest prosty, co mogłoby wprawdzie

być poczytane za zaletę, gdyby nie to, że z biegiem opowieści staje się zbyt prosty. Powtarzające się konstrukcje gramatyczne, nadmiar zdań pojedynczych mimowolnie odzierają historię z emocji i uczuć zachowanych jedynie w szczątkowych fragmentach. Sprawia to, że momentami opowieść staje się mało porywająca. Możliwe jednak, że w przypadku Więźnia to kwestia niedociągnięć w tłumaczeniu, szczególnie jeśli zostało potraktowane równie pobieżnie, co proces edytorski. Z technicznymi niedopatrzeniami mamy tu do czynienia co kilka stron; co ciekawe, podobnie jak styl, tak i jakość edytorska tekstu w miarę przewracania kolejnych stron spada. Napotykamy wiele literówek, błędów interpunkcyjnych czy ortograficznych, co razi nawet niewymagającego czytelnika. Może, jak i wyżej wspomnianą młodzież, także redaktorów przerosła objętość dzieła. Pomimo uczynionych wyżej zarzutów warto sięgnąć po tę pozycję. Zanurzyć się w pięknym, poukładanym, mimo wojennych niepokojów, rycerskim świecie, gdzie każdy aspekt życia przesiąknięty jest niezachwianą wiarą w Bożą Opatrzność, a granice między dobrem i złem rysują się bardzo wyraźnie. To świat odważnych, silnych mężczyzn i pięknych, dzielnych kobiet. Miła to ucieczka od jesiennej szarówki, melancholii i egzystencjalnych wątpliwości. A przy okazji pokaźna dawka wiedzy o przeszłości kraju Cervantesa, jakże popularnego celu wakacyjnych wypraw – ciepłego, kolorowego marzenia na długie, październikowo-listopadowe wieczory. 95

| nr 12 październik 2011 r.


Necrosis: Przebudzenie Jacek Piekara

Tytuł: Necrosis: Przebudzenie Autor: Jacek Piekara Wydawnictwo: Fabryka Słów 2011 Liczba stron: 347 Cena: 35,90 zł

Jesienna, deszczowa aura odbiera chęć do przebywania na powietrzu dłużej, niż zmusza konieczność, ale zarazem zachęca do odwiedzin w księgarni i wybrania lektury na długie popołudnie lub zimny wieczór. Wbrew pozorom klient zwraca uwagę na opakowanie nie tylko w hipermarkecie. Stąd coraz częściej także księgarnie przyciągają wzrok pstrokacizną nowych tytułów, od których uginają się półki. 96

Czytelnik może dostać oczopląsu i ataku epilepsji. Albo też zachłannie pożerać wzrokiem coraz bardziej barwne okładki, co stanowić może wysublimowaną formę gry wstępnej przed dokonaniem właściwego zakupu. Okładka Necrosis: Przebudzenie przyciąga z pewnością uwagę nieco kiczowatym wizerunkiem postaci mnicha w kapturze na czarnym (mrocznym!) tle. Przywodzi na myśl poetykę okładek Kata,

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

popularnego niegdyś polskiego zespołu heavy metalowego. Kojarzy się też z popularną serią Piekary o Mordimerze Medderdinie, jest to jednak zupełnie niezwiązana z nią historia. Jacek Piekara to znana postać wśród polskich autorów fantasy. Debiutował w 1983 roku w „Fantastyce” opowiadaniem Wszystkie twarze szatana. Ten niezwykle płodny pisarz przyzwyczaił swoich czytelników, że kolejne

tylko dzięki potężnym czarodziejom i tajemniczym inkwizytorom, którzy zniknęli bez wieści. Na książkę składają się cztery rozdziały, z których każdy stanowi oddzielną całość. Losy głównych bohaterów zostają w sposób mniej lub bardziej przypadkowy splecione z losami nekromantów. Słabe ludzkie charaktery muszą stawić czoła pokusom i żądaniom istot, które pragną znów wrócić do życia i zrobią to za wszelką cenę.

Gdyby nie kilku innych zawodników, Piekara byłby najlepszy w swojej wadze. książki wychodzą spod jego pióra, tudzież palców uderzających w klawiaturę, bardzo regularnie. Pozwoliło mu to też zdobyć niemałą grupę wiernych fanów, którzy z zainteresowaniem sięgają po kolejne tytuły. To już trzecie wydanie Necrosis, pierwsze ujrzało światło dzienne w 2005 roku. Akcja toczy się w mrocznych czasach pseudośredniowiecza. Świat odetchnął i trwa we względnym spokoju po krwawych wydarzeniach wojny między nekromantami i czarodziejami sprzed tysięcy lat. Jak można się domyślić, ci pierwsi byli czarnymi charakterami, a drudzy musieli bohatersko stawić im czoło w imieniu dobra. Na szczęście dla wszystkich zaangażowanych po stronie dobra, obronną ręką z konfliktu wyszła frakcja czarodziejów, jednak niedobitkom ich przeciwników udało się ukryć. Niegdyś pokonani teraz wracają , ponownie stając się zagrożeniem dla ludzkości. Czy ta jest odpowiednio przygotowana na tak groźnych przeciwników? Wcześniej udało się wygrać

Nie można odmówić Piekarze interesujących pomysłów. Mimo że fabuła wydaje się schematyczna, pojawiające się zwroty akcji potrafią zaskoczyć znudzonego niezbyt szybką akcją czytelnika. Szkoda jednak, że nie jest ich więcej. Kolejne opowiadania kończą się na tyle szybko, że nie ma czasu, aby polubić bohaterów lub choćby poznać ich bliżej. Rozwiązaniem mogłaby być rezygnacja z niektórych wątków na rzecz rozbudowania tych bardziej istotnych. Pozostaje niedosyt wynikający z pragnienia pogłębionego obcowania z wykreowaną przez autora rzeczywistością. Necrosis nie jest pozycją, do której warto wracać, ale za to godną polecenia na wieczór przy herbacie i kruchym ciastku lub dla zabicia nudy w czasie długiej podróży pociągiem. Jak wspomniano wyżej, Piekara ma swoich oddanych czytelników i tych z pewnością książka przyciągnie. Dla osób omijających fantasy szerokim łukiem będzie to kolejny tytuł, który może tylko skutecznie zniechęcić ich do tego rodzaju literatury. 97

| nr 12 październik 2011 r.


Trolle z Troy: Trolle w szkole Scenariusz Christophe Arleston Rysunki Jean-Louis Mourier

Tytuł: Trolle z Troy: Trolle w szkole Scenariusz: Christophe Arleston Rysunki: Jean-Louis Mourier Wydawca: Egmont Polska 2011 Liczba stron: 48 Format: A4, druk: kolorowy, papier: kredowy Cena: 35 zł

My, oddani fani, wielki i fantastyczny świat Troy znamy już niemal jak własne podwórko. Najpierw zwiedzaliśmy go z kowalem Lanfeustem (który poleciał nawet w kosmos), a następnie z sympatycznymi, krwiożerczymi trollami. W serii o kudłatych potworach lubujących się w ludzkim mięsie doszliśmy już 98

do etapu, w którym na scenę wkracza młodsze pokolenie bohaterów. Główne postaci, jak Waha i Tetram, zostały w domu, a teraz śledzimy perypetie dzieci – Gnompoma i jego towarzyszki zabaw, Tyneth. Jeśli dwunasty album z serii Trolle z Troy byłby pierwszym, na jaki natraficie, otrzymacie dobrą wizytówkę

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

cyklu. To klasyczna pozycja dla dzieci w stylu francuskim, czyli obliczona również na zainteresowanie starszych czytelników. Jest więc i odrobina przemocy (w tym wypadku wręcz odrobineczka, gdyż małe trolle nie są w stanie robić szaszłyków z ludzi), i szczypta erotyki w postaci bujnych, wydekoltowanych kształtów lady Giertyndy. Całości obrazu dopełniają liczne gagi sytuacyjne związane ze zderzeniem powierzchowności

edukacyjne (czytaj: terror) wypróbować na Gnompomie i Tyneth. Zderzenie cywilizacyjne jest dość gwałtowne, a swój finał znajdzie zapewne w kolejnym tomie. Na szali leży nie tylko prawo małych trolli do dorastania w zgodzie ze swoimi przekonaniami i kulturą (czytaj: z dala od wody i w otoczeniu much), lecz także los innych mieszkańców domu dziecka. Zwłaszcza że lady Giertyndą nie kierują wyłącznie szlachetne pobudki.

i stylu bycia trolli ze standardami białego człowieka. W roli czarnego charakteru występuje lady Giertynda. Bezwzględna matrona prowadzi sierociniec i wyznaje zasadę, że każdego da się wychować. Kosa trafia na kamień, gdy nachodzi ją fantazja, by swoje metody

Wierni fani sięgną po Trolle w szkole z rozpędu, znajdując dobrze sobie znane motywy i styl. Pozostali mogą ocenić, czy komiks Arlestona i Mouriera im odpowiada, a następnie cofnąć się do początku i przeczytać Opowieść o trollu. 99

| nr 12 październik 2011 r.


Król Demon Cinda Williams Chima

Tytuł: Król Demon Autor: Cinda Williams Chima Tłumaczenie: Dorota Dziewońska Wydawnictwo: Galeria Książki 2011 Liczba stron: 552 Cena 38,99 zł

Pod koniec czerwca ukazał się Król Demon – pierwszy tom skierowanego do młodzieży cyklu fantasy Siedem Królestw. Autorka, Cinda Williams Chima, nie była wcześniej znana w Polsce, natomiast w USA już w 2006 roku ukazał się pierwszy tom jej poprzedniego młodzieżowego cyklu. Książka zdecydowanie zachęca 100

swoim wyglądem, do czego zdążył nas już przyzwyczaić wydawca (Galeria Książki) innymi swoimi tytułami. Lekko utwardzana okładka z prostą, ale atrakcyjną grafiką umieszczoną na białym tle. Lekko kremowy papier zdecydowanie ułatwia czytanie. Całość książki jest szyta i sprawia wrażenie mocnej i wytrzymałej.

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

Akcja utworu skupia się na losach szesnastoletniego Hana Alistera – byłego herszta gangu z Łachmantargu, oraz księżniczki i następczyni tronu królestwa Fells – Raisy z rodu Szarych Wilków. Społeczeństwo kraju, w którym przyszło im żyć, jest podzielone na trzy zależne od siebie grupy, pomiędzy którymi panuje zdecydowana niechęć. Nie jest to jednak, jak można by zakładać, szlachta, mieszczaństwo i chłopi, a górskie klany,

wreszcie ukrywana przed ludźmi tajemnica to motywy wykorzystywane w bardzo wielu książkach z gatunku. Jednocześnie Król Demon to pozycja skierowana do młodego odbiorcy, więc nie znajdziemy tu głębokich przemyśleń. Postacie stworzone przez autorkę mają niestety dość prostą konstrukcję, pozbawioną głębi czy psychologicznej wiarygodności. Bohaterowie kierują się często szlachetnymi pobudkami, ale czy-

Druga recenzja Króla Demona na stronie 106. czarownicy oraz ludzie nizin. Najsilniej zarysowana jest rywalizacja między przedstawicielami klanów a magami. Poznając wykreowany świat, dowiadujemy się, że jedynym powodem, dla którego nie wybuchła jeszcze wojna domowa, jest starożytna umowa regulująca koegzystencję poszczególnych grup. Bohaterowie powieści, którzy są przekonani o tym, iż znają prawa rządzące ich światem, przekonują się, że nie wszystko jest takie, jak im się wydawało, a prastare porozumienie nie zawsze jest przestrzegane. Książka jest wciągająca i czyta się ją szybko. Natomiast fabuły z pewnością nie można uznać za odkrywczą. Zagrożenie dla świata, żądni mocy magowie, bohater wywodzący się spośród prostego ludu, dobra i nieposłuszna księżniczka, która chętniej widzi siebie na koniu niż na tronie i

telnik odnosi wrażenie, że ich zachowanie nie jest logicznym wynikiem doznanych przeżyć i doświadczeń, co w połączeniu z pewną infantylnością fabuły nadaje powieści charakter nieco zbyt bajkowy. Niemniej, pomimo pewnej wtórności, pierwszy tom cyklu Siedem Królestw jest książką, która może dostarczyć solidnej rozrywki – wartka akcja oraz dobry styl autorki pozwalają na szybkie przebrnięcie przez ponad pięćset stron, pozostawiając ochotę, by sięgnąć po kolejny tom. To prosta historia, która może zaciekawić, ale z pewnością nie zostanie w pamięci na lata. Można ją śmiało polecić młodzieży, bardziej wyrobiony miłośnik fantasy może Króla Demona traktować jedynie jako formę prostego, niezobowiązującego wypoczynku. 101

| nr 12 październik 2011 r.


Krew, którą nasiąkła Asa Larsson

Tytuł: Krew, którą nasiąkła Autor: Asa Larsson Tłumaczenie: Beata Walczak-Larsson Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie 2011 Liczba stron: 424 Cena: 34,90 zł

Można śmiało stwierdzić, że kryminał skandynawski święci triumfy na naszym rynku. Ogromna popularność fenomenalnej trylogii Millennium Stiega Larssona sprawiła, że do polskich księgarń trafiły książki wcześniej nieznanych autorów, którzy, jak na przykład Camilla Lackberg, Ake Edwardson, Liza Manklund, Mons Kallentoft czy Hakan Nesser, zostają okrzyknięci przez wydawców potę102

gami skandynawskiego kryminału. Również Asa Larsson zebrała bardzo entuzjastyczne recenzje za cykl o prawniczce Rebece Martinsson. Kolejne części tej kryminalnej sagi doczekały się ekranizacji z Izabelą Scorupcco w roli głównej. Czy jednak zachwyty nad twórczością poszczególnych pisarzy nie są nieco przesadzone? W przypadku Asy Larsson jest tak na pewno.

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

Krew, którą nasiąkła to druga część kryminalnych perypetii utalentowanej prawniczki. Rebeka Martinsson powoli dochodzi do siebie po traumatycznych przeżyciach związanych z ostatnim śledztwem (opisanym w powieści Burza z krańców ziemi). Podczas podróży służbowej trafia do Jukkasjarvi, gdzie ma nadzieję odzyskać spokój i pokonać demony przeszłości. Jednak to miejsce naznaczone jest ponurą zbrodnią – niedawno została tu okrutnie zamordowana kontrowersyjna pastor Mildred Nilsson. Czy zabójstwo duchownej to dzieło szaleńca, seryjnego mordercy, który wzoruje się na zbrodni popełnionej na charyzmatycznym przywódcy religijnym w pobliskiej Kirunie (Burza z krańców ziemi)? A może to któryś z mieszkańców miasteczka? Jakie tajemnice kryją mieszkańcy Jukkasjarvi? Rebeka Martinsson wikła się w kolejne dochodzenie. Przywiązywanie dużej wagi do przedstawienia warstwy obyczajowo-społecznej to prawdziwy atut i znak rozpoznawczy skandynawskich kryminałów. Tak jest również w tym przypadku. Asa Larsson tworzy postaci niesztampowe i skomplikowane, czy chodzi o duchownych, policjantów prowadzących śledztwo, czy też członków lokalnych społeczności. To pozwala na poruszenie całej gamy problemów, jak porzucenie, samotność, kryzys małżeński czy konflikt pokoleń. Takie ujęcie sprawia, że Krew, którą nasiąkła to coś więcej niż po prostu. Jednak rozległe tło obyczajowe nie świadczy jeszcze o tym, że druga część cyklu o Rebece Martinsson jest dobrym kryminałem; ba, nie świadczy nawet o tym, że jest dobrą książką. Asa Larsson najwyraźniej pogubiła się w proporcjach – płaszczy-

zna obyczajowa jest nazbyt rozbudowana i w konsekwencji przytłacza kwestię samej zbrodni. Można założyć, że czytelnik, który sięga po kryminał, oczekuje zazwyczaj napięcia i wartkiej akcji, a nie rozległych dywagacji o tym, jak Rebeka Martinsson radzi sobie ze swoimi traumami. I niestety Krew, którą nasiąkła przepełniają podobnie niepotrzebne dłużyzny, co jest zabójcze dla każdego thrillera czy kryminału. Pomijając już tło obyczajowe, kwestia samej zbrodni również pozostawia wiele do życzenia. Naprawdę nie jest sztuką mnożenie makabry najgorszego sortu, skoro nie umie się zapanować nad podstawowymi składnikami dobrej intrygi kryminalnej. Brutalność popełnionej zbrodni nie uratuje niedociągnięć warsztatowych. Mało jest wskazówek, które mogłyby sprowadzić czytelnika na właściwy trop (aż chciałoby się zawołać – gdzie szkoła Agathy Christie?!), pojawiają się też zjawiska paranormalne, które raczej wzbudzają konsternację niż zaciekawienie, a wreszcie wątek podróżującej samotnie wilczycy pasujący do kryminału jak kwiatek do kożucha. Jednak największym (i niewybaczalnym) błędem, jaki popełniła Asa Larsson, jest mało przekonujące wyjaśnienie motywacji mordercy. Wydawca przytacza rozmaite informacje, które mają świadczyć o tym, że warto sięgnąć po tę książkę (m.in. przytoczenie entuzjastycznej opinii profesora kryminologii i pisarza Leifa G. W. Perssona). Jednak te wszystkie peany nie zmieniają faktu, że powieść po prostu rozczarowuje. Pozostaje pokusić się o konkluzję, że nie każdy szwedzki pisarz kryminałów jest kolejnym Stiegiem Larssonem. 103

| nr 12 październik 2011 r.


Pałac północy Carlos Ruiz Zafon

Tytuł: Pałac północy Autor: Carlos Ruiz Zafon Tłumacz: Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodan Casas Wydawnictwo: Muza 2011 Liczba stron: 288 Cena: 34,99 zł

Zanim Carlos Ruiz Zafon zasłynął jako autor dwóch bardzo poczytnych powieści: Cień wiatru i Gra anioła, miał już na swoim koncie cztery inne książki, które jednak nie przyniosły mu światowego rozgłosu. Popularność zyskana dzięki wspomnianym wyżej tytułom stała się okazją do przypomnienia innych powieści tego 104

autora. Pałac Północy jest drugą książką w jego dorobku i zdecydowanie różni się od późniejszych bestsellerów. Mając tego świadomość, Zafon już na początku powieści we wstępie zaznacza, że w ręce czytelnika oddaje tym razem zupełnie inną książkę. Po pierwsze jest to powieść pisana o młodzieży i dla młodzieży, choć pisarz ma nadzieję,

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

iż przypadnie do gustu także starszemu czytelnikowi. Po drugie twierdzi, że należy zaliczyć ją do gatunku fantastyki. Odmienne jest też miejsce, w którym autor umieścił akcję swojej powieści. Tym razem nie spotykamy bohaterów na ulicach Barcelony, ale w o wiele bardziej egzotycznej Kalkucie. Kilku wychowanków domu dziecka, w dniu osiągnięcia pełnoletniości, po raz ostatni wybiera się do tytułowego Pałacu

Inne książki Zafona:

rozwlekłych opisów i to należy poczytać mu za plus. W wypowiedziach bohaterów przemyca jednak sporo taniej filozofii (jak sam twierdzi, tylko ona jest tak naprawdę coś warta). Nie udaje mu się też uniknąć w niektórych momentach banału – szczególnie w odniesieniu do przyjaźni – a występujący w powieści demon wcale nie jest straszny. Książkę czyta się szybko i przyjemnie. Pisarz zastosował pewien ciekawy zabieg.

Północy na tajne zebranie. Zabierają oni ze sobą także dziewczynę o imieniu Sheere, która zdradza im pewien sekret z przeszłości. Przyjaciele postanawiają rozwiązać tę zagadkę. Powoli odkrywając przerażającą tajemnicę sprzed lat, bohaterowie trafiają na opuszczony peron, na którym pojawia się płonący pociąg widmo, a na ich drodze staje morderca, którego nie będzie im łatwo pokonać. Pałac Północy to wciągająca i dobrze napisana powieść. Tak jak w innych książkach Zafona, jest ciekawa historia i tajemnica. Jest i bohater, który musi zawiłą zagadkę rozwiązać. Powieść nie nudzi, w zasadzie cały czas coś się dzieje. Autor unika

Narratorem jest Ian, jeden z bohaterów, ale tylko część powieści została napisana w pierwszej osobie. I właśnie te fragmenty, wspomnienia Iana, służą przedstawieniu bohaterów i wprowadzeniu w akcję. Dzięki temu pisana w trzeciej osobie, główna część powieści, zawierająca najistotniejszy wątek, jest dynamiczna i emocjonująca. Problemem wydaje się czasem to, że czytelnik z dużą łatwością może domyślić się kolejnych wydarzeń, ale wielce prawdopodobne, że taki właśnie był cel autora. Z pewnością zaś ta frapującą książka rzeczywiście spodoba się osobom w różnym wieku. 105

| nr 12 październik 2011 r.


Król Demon Cinda Williams Chima

Tytuł: Król Demon Autor: Cinda Williams Chima Tłumaczenie: Dorota Dziewońska Wydawnictwo: Galeria Książki 2011 Liczba stron: 552 Cena 38,99 zł

Nastolatek wychowany w nieświadomości co do prawdy o swoim pochodzeniu i o drzemiących w nim możliwościach. Dziewczyna z utytułowanego rodu, pragnąca pokierować swoim losem w sposób cokolwiek inny, niż oczekują jej bliscy. Głowa państwa otumaniona podszeptami osobnika grającego we własną grę, a lekceważąca zdanie 106

osób, którym dobro kraju leży na sercu. Magiczny artefakt o niewyobrażalnej mocy, dla zdobycia którego przedstawiciele „ciemnej strony” nie cofną się przed żadną zbrodnią, w rękach przypadkowego użytkownika. Legenda, w której tkwi więcej prawdy, niż ktokolwiek przypuszczał, a skutki opisanych w niej wydarzeń nadal determinują losy pewnych ludzi.

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

Brzmi znajomo? Każdy miłośnik fantasy z pewnością znajdzie w zestawie swoich dotychczasowych lektur co najmniej po jednym przykładzie każdego z powyższych motywów. Ale powiedzmy sobie szczerze – znacznie łatwiej było być oryginalnym, gdy na całym światowym rynku książki krążyło w najlepszym razie kilkadziesiąt tytułów tego gatunku niż dziś, kiedy autor pragnący sprawdzić, czy przypadkiem ktoś

w którym Chima osadziła swoją opowieść, też nie powiela schematów znanych z popularniejszych cykli fantasy, chociaż jakieś elementy wspólne z tym czy innym zawsze mogą się znaleźć (np. quasi-średniowieczne obyczaje i struktura społeczeństwa feudalnego, opozycja osobników „magicznych” i „niemagicznych”). Nastoletni wiek głównych bohaterów, znikoma ilość scen krwawych i brutalnych

Choć Martin to nie jest, przyjemnie się czyta. przed nim nie wpadł na podobny pomysł, mógłby parę lat spędzić na lekturze dzieł wydanych tylko w jego własnym języku… Nie w tym więc rzecz, czy nie powtórzyło się motywu już przez kogoś wykorzystanego, lecz czy potrafi się go w twórczy sposób obudować własnymi koncepcjami. Autorka Króla Demona poradziła sobie z tym całkiem nieźle. Jej Han nie przypomina w niczym tych czasem naiwnych i prostodusznych, czasem psotnych i żądnych przygód, ale zawsze z gruntu prawych chłopaczków, których legendy czy proroctwa wyznaczają na wykonawców zadania wielkiej wagi. To, jakby się dziś powiedziało, dzieciak z marginesu, który z niejednego pieca chleb jadł i niejedną kolizję z prawem zdążył zaliczyć, by móc utrzymać siebie, matkę i siostrę, wciąż gotów walczyć o swoje każdym dostępnym orężem. I choć niemal od pierwszych chwil budzi sympatię czytelnika, pozostaje jednak ziarno niepewności: a nuż ta gorsza strona jego natury da o sobie znać? Budowa świata,

oraz lekka narracja predestynują Króla Demona do roli lektury mogącej zadowolić młodego czytelnika – powiedzmy takiego, który dopiero co skończył przygodę z Harrym Potterem. Ale czy to oznacza, że starsi wiekiem lub stażem miłośnicy fantasy odłożą powieść z niechęcią jako zbyt uproszczoną czy naiwną? Robin Hobb, autorka m.in. cyklu Skrytobójca, w zacytowanej na okładce wypowiedzi zaprzecza podobnej możliwości. Rzeczywiście, przygody nastoletnich bohaterów wciągają, a dalszy los potężnego amuletu i jego przypadkowego właściciela trzyma w niepewności na tyle, że gdyby tylko były pod ręką kolejne tomy cyklu, zaraz chciałoby się po nie sięgnąć. Jedyne, co można by autorce wytknąć, to rozciągnięcie ponad miarę niektórych scen, zwłaszcza w środkowej partii powieści i stosunkowo mało wyrazisty finał. Królem Demonem nie powinniśmy być rozczarowani (niezależnie od wieku czytelnika), jeśli tylko nie nastawimy się, że będzie to drugi Władca Pierścieni czy Pieśń lodu i ognia. 107

| nr 12 październik 2011 r.


Uśmiech Machiavellego. Biografia Maurizio Viroli

Tytuł: Uśmiech Machiavellego. Biografia Autor: Maurizio Viroli Tłumaczenie: Krzysztof Żaboklicki Wydawnictwo: W.A.B. Liczba stron: 288 Cena: 39, 90 zł

Musicie bowiem wiedzieć, że dwa są sposoby prowadzenia walki: jeden – prawem, drugi – siłą (…) Trzeba przeto być lisem, by wiedzieć, co sidła i lwem, by postrach budzić u wilków. Autora tak słynnej wypowiedzi nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Są to prawdopodobnie najczęściej cytowane słowa Niccolo Machiavellego, a zarazem fragment jego traktatu po108

litycznego Książę. W tym swoistym „podręczniku rządzenia” zawarł on większość swoich poglądów na temat właściwego prowadzenia polityki przez władców, tworząc jednocześnie kompendium wiedzy i doświadczeń, które zebrał w trakcie swojej wieloletniej działalności dyplomatycznej. Niestety, między innymi ze względu na kontrowersyjną wymowę dzieła,

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

treści w nim zawarte uległy w znacznej mierze uproszczeniu, co rzuciło cień także na funkcjonujący w powszechnej świadomości obraz Machiavellego. W ten sposób powyższy cytat wraz z uogólnioną zasadą, iż „cel uświęca środki”, stały się dla wielu ludzi podstawą dla skrajnie negatywnych opinii na temat owego florentczyka – rzekomo cynicznego i pozbawionego wszelkich zasad wielbiciela demonicznego Cezara Borgii.

menty, kiedy to narrator pozwala sobie na pewne refleksje natury ogólniejszej. Najczęściej dotyczą samego Machiavellego czy jego uśmiechu, który jest motywem luźno spajającym poszczególne rozdziały biografii. Czasem jednak rozmyślania na temat postaci historycznej okazują się pretekstem do tego, by przyjrzeć się z namysłem kolejom ludzkiego życia, szczególnie w określonych realiach. Skrajnie osobisty ton wspomnia-

Ludzkie oblicze politycznego cynika. Wszystko to spowodowało, iż Maurizio Viroli, pisząc biografię Machiavelleg, obrał sobie za cel rehabilitację i „oczyszczenie oskarżonego z zarzutów”. Robi to Viroli w sposób wdzięczny i niewymuszony, posługując się językiem jasnym i nieskomplikowanym. Taka forma przekazu opowiadanej historii znacznie ułatwia jej odbiór – co oczywiście nie zwalnia ewentualnego czytelnika z pewnych przygotowań do lektury. Nie musi być on oczywiście szalonym entuzjastą historii, dobrze byłoby jednak, gdyby posiadał wiedzę wykraczającą nieco poza umiejętność poprawnego zdefiniowania pojęcia „renesans”. Do zalet tej pozycji należy zdecydowanie zaliczyć niegasnący entuzjazm, z jakim autor poddaje krytyce kolejne przekłamania dotyczące Machiavellego. Nie sposób nie zauważyć osobistej fascynacji autora jego osobą, chwilami eksponowanej wręcz z pewną przesadą. Często występują mo-

nych refleksji nie każdemu czytelnikowi może przypaść do gustu. Uśmiech Machiavellego jest doskonałym przykładem obecnej wśród zachodnich autorów tendencji do tego, by popularyzować różnego rodzaju wiedzę poprzez tworzenie przystępnych w odbiorze dzieł, a więc filmów, seriali, książek czy albumów. Taka egalitaryzacja ma swoje plusy, ale i minusy. Z jednej strony rośnie atrakcyjność przekazywanych informacji i ich dostępność dla potencjalnych odbiorców (Machiavelli, sam przecież pochodzący z gminu, na pewno by się z tego ucieszył). Z drugiej jednak strony nie można przesadzać z nadmiarem dobrych chęci. Zbytnie upraszczanie, mające na celu dotarcie do wszystkich, może uczynić tego typu dzieła wręcz prymitywnymi. Należy uważać, by przypadkiem nie skręcić w tym niebezpiecznym kierunku – a już zwłaszcza w przypadku książek traktujących o wielkich intelektualistach. 109

| nr 12 październik 2011 r.


Heretycy i inkwizycja w średniowieczu Jörg Oberste

Tytuł: Heretycy i inkwizycja w średniowieczu Autor: Jörg Oberste Tłumaczenie: Grzegorz Rawski Wydawnictwo: WAM 2010 Liczba stron: 239 Cena: 39,00 zł

Na początku należy napisać, iż jest to książka trudna, zarówno do sklasyfikowania, jak i w odbiorze. Zawiera pokaźną liczbę dat, cytatów ze średniowiecznych źródeł, faktów przytaczanych jako przyczyny bądź też skutki innych faktów, bez dodatkowego tłumaczenia niuansów epoki, którą się zajmuje. Dla miłośnika po110

pularnonaukowych książek historycznych czy też powieści historycznych książka może okazać się zwyczajnie za trudna. Heretycy… opisują istotę zjawiska herezji, historię najważniejszych ruchów heretyckich, formy reakcji Kościoła Katolickiego, w szczególności powołanie inkwizycji, a także

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

historię tej ostatniej. Okres przedstawiony w książce wykracza nieco poza tradycyjnie przyjmowane historyczne ramy średniowiecza. Nie powinno to zresztą dziwić, jako że pierwsze herezje pojawiły się krótko po zaakceptowaniu chrześcijaństwa w Cesarstwie Rzymskim, a największą herezję zrodziły już czasy nowożytne. Tematyka książki obejmuje okres od drugiej połowy czwartego wieku aż do drugiej połowy wieku szesnastego, czyli źródeł i początków reformacji. Rozważania autora skupiają się zarówno na opisie poszczególnych herezji, czynników decydujących o ich powstaniu i upowszechnieniu, jak i na analizie poszczególnych zjawisk, formułowaniu ogólniejszych wniosków na temat przyczyn takich, a nie innych postaw ludzkich i procesów historycznych. Zapewne po lekturze Heretyków… runie wiele zakorzenionych w umysłach czytelników, obiegowych opinii o heretyckich ruchach w średniowieczu, a szczególnie o działalności inkwizycji. Autor opiera się z dużą dyscypliną na średniowiecznych źródłach, przytacza z nich fakty i liczby, m.in. dotyczące ilości wytaczanych kacerzom procesów i ilości wyroków skazujących na poszczególne, przewidziane prawem kary. Obraz wyłaniający się z tego opisu nie do końca pasuje do przyjętych, najczęściej bezrefleksyjnie, popularnych do dziś poglądów na temat działalności inkwizycji. Innym niezwykle ciekawym elementem książki są opisy relacji pomiędzy inkwizycją, a lokalnym klerem, funkcjonującym na terenie, na którym przyszło działać inkwizytorom. Imponuje skrupulatność, z jaką autor przytacza i podaje źródła swojej pra-

cy. Pod względem bibliografii i liczby źródeł Heretycy… bliżsi są akademickiej rozprawie naukowej niż temu, czego zazwyczaj można oczekiwać po książce popularnonaukowej. Każda przywoływana postać historyczna czy wydarzenie opatrzone są stosowna datą. Obszerne przypisy zawierają cytaty z podawanych źródeł, dzięki czemu czytelnik może na bieżąco weryfikować myśl autora tudzież oceniać we własnym zakresie poprawność jego wniosków. Dodatkowo, każdy rozdział rozpoczyna się czytelnym, chronologicznym zestawieniem najważniejszych dla danego okresu wydarzeń. Część postaci historycznych, ruchów społecznych czy prądów filozoficznych i społecznych autor Heretyków… uznał za stosowne opisać szerzej w specjalnym słowniku, umieszczonym na końcu książki. O ile jest to z pewnością rzecz przydająca tej pozycji czytelności, o tyle można mieć wątpliwości, co do trafności w doborze poszczególnych haseł. Czytelnik, który zdecyduje się sięgnąć po tak ambitną pozycję, nie wymaga chyba objaśniania mu, kim był św. Franciszek z Asyżu czy też św. Augustyn. Z drugiej strony, jest co najmniej kilka pojęć występujących w książce, których w słowniku brakuje, a powinny się tam znaleźć. Z cała pewnością książka ta skierowana jest raczej do dość wąskiego grona głęboko zainteresowanych tematem czytelników. Niemniej jednak ci, którym trudny język i historyczna, a nie literacka narracja nie przeszkadzają, nie będą zawiedzeni. Lektura z pewnością będzie cenna, choćby dla lepszego zrozumienia procesów, które odpowiadają między innymi za dzisiejszą sytuację Kościoła Katolickiego nie tylko w Europie. 111

| nr 12 październik 2011 r.


Pretorianin Bartłomiej Misiniec

Tytuł: Pretorianin Autor: Bartłomiej Misiniec Wydawnictwo: WAM 2008 Liczba stron: 292 Cena: 29,90 zł

Wybierając na temat swojej pierwszej książki historię rzymskiego legionisty, trzeba się liczyć z tym, że archetypiczny wojownik to jeden z najpopularniejszych motywów w przygodowej literaturze historycznej. Powieści opartych na podobnych założeniach można było przeczytać już wiele i nie łatwo sprostać wyma112

ganiom obeznanego z tematem czytelnika. Pretorianin pod wieloma względami wpisuje się w kanon literatury rozrywkowej dla młodzieży, której scenerią są w tym wypadku realia starożytnego Rzymu. Autor przenosi czytelnika do połowy I wieku n.e. Na tronie cesarskim zasiada Klaudiusz, jest to jednocześnie okres umacniania

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

podwalin Cesarstwa Rzymskiego, rozwoju gospodarczego i militarnego. Jednak nad starym władcą wisi cień zdrady – podstępna żona Agrypina z całego serca pragnie na tronie widzieć swojego syna, Nerona. Zanim to nastąpi, czytelnik pozna tytułowego bohatera powieści, Proximusa Decypiusza. Na początku powieści jest on małym chłopcem, który pracą w kamieniołomach pomaga w utrzymaniu rodziny. Jego

trygami, w które uwikłany będzie główny bohater. W warstwie historycznej nie można autorowi niczego zarzucić. Udaje mu się odmalować żywy obraz epoki widziany oczami przeciętnego rzymskiego obywatela. Akcja powieści jest wartka i potrafi zainteresować czytelnika, choć chwilami można odnieść wrażenie, że niektóre wątki zostały zanadto rozwinięte, a inne z kolei aż proszą

Udany debiut spadkobiercy tradycji młodzieżowej powieści historycznej. życie zmieniają dwa wydarzenia – urodzinowy prezent w postaci psa (wkrótce jego najwierniejszego przyjaciela) oraz omyłkowy pobór do wojska. W ten sposób dorastający chłopak z biednej rodziny zostaje legionistą, wielki świat z dnia na dzień staje przed nim otworem. Choć życie obozowe nie należy do najłatwiejszych, Proximus wkrótce okaże się jednym z najzdolniejszych rekrutów, którego szanować będą nie tylko towarzysze, ale także przełożeni. W ciągu kilku kolejnych miesięcy szybko awansuje, a także odnajduje odwzajemnioną miłość. Można czynić zarzut z tego, że jest to bohater krystalicznie czysty i „posągowy”. Postać Proximusa uosabia jednak młodość też w czystej postaci – przepełnioną ideałami, dla której nie ma rzeczy niemożliwych. Wkrótce jednak zostanie ona wystawiona na próbę w zetknięciu z szarą rzeczywistością i pałacowymi in-

się o szersze potraktowanie. Z pewnością autor powinien popracować nad dialogami, które momentami wydają się nieco infantylne, nawet jak na powieść dla młodzieży. Jest to udany debiut, a prawdziwą jego wartość odkrywa się wraz z wytrwałą lekturą kolejnych rozdziałów. Na niemal trzystu stronach udało się zmieścić naprawdę dużo – młodzieńczy idealizm, przyjaźń, klimat obozowego życia, ale także tajne misje, spiski, bezlitosny świat polityki i okrucieństwo osób posiadających władzę. Być może powieść zyskałaby na innym rozplanowaniu całości fabuły. Akcja podzielona na trzy tomy sprawiła, że o ile drugi tom, zatytułowany Gladiatorzy i piraci, jest już dostępny na rynku, to trzeci wciąż czeka na wydanie. Zresztą autor ma możliwość, dopracowując kilka rzeczy, pokazać się od jeszcze lepszej strony w kolejnych książkach, na co miłośnicy literatury przygodowej zdecydowanie powinni liczyć. 113

| nr 12 październik 2011 r.


Zaginiona księga z Salem Katherine Howe

Tytuł: Zaginiona księga z Salem Autor: Katherine Howe Tłumaczenie: Rafał Olboromski Wydawnictwo: niebieska studnia Liczba stron: 413 Cena: 38,00 zł

Świat naukowy widziany oczami doktoranta zdecydowanie różni się od tego widzianego oczami studenta studiów magisterskich czy licencjackich. Doktorant uzyskuje bowiem niepowtarzalną możliwość spojrzenia za kurtynę stosunków panujących na uczelni. A te niewątpliwie są dość skomplikowane. Jedni z za114

wiścią patrzą, jak młoda doktorantka dzięki romansowi z promotorem stara się osiągnąć szczyty kariery naukowej, inni muszą uważać, by ich wyniki badań nie zostały wykorzystane przez mniej zdolnych promotorów. Nie brak i takich, którzy na ołtarzu kariery naukowej gotowi są złożyć ofiarę z życia prywatnego,

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

by móc bez reszty poświęcić się pracy badawczej. Wymienione przypadki to niewątpliwie sytuacje patologiczne, jednak z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością można założyć, iż każdy człowiek nauki może wskazać kilka takich patologii w swoim otoczeniu. Nie inaczej jest też w przypadku powieści Katherine Howe Zaginiona księga z Salem. W bardzo interesujący sposób przedstawiono w niej naukowy świat Cambridge widziany oczami Connie Goodwin – świeżo upieczonej studentki studiów doktoranckich. Akcja powieści biegnie dwutorowo – osadzona jest w XVII wieku, w okresie procesów czarownic z Salem oraz w wieku XX. Dzięki takiemu zabiegowi autorce udaje się przekonać czytelnika, że magia rządziła nie tylko życiem mieszkańców Salem, ale jest stosowana do dziś. Zaraz po zdaniu egzaminów na studia doktoranckie Connie przeprowadza się do starego domu swej nieżyjącej babci, który musi przygotować do sprzedaży. Dom jest dość niezwykły – położony w trudno dostępnym miejscu, bez prądu i telefonu, za to z ogrodem pełnym różnorodnych ziół i roślin, wśród których można znaleźć nawet mandragorę. Już pierwszego dnia, przeglądając babciny księgozbiór, bohaterka przez przypadek odkrywa w Biblii klucz, w którego pustym trzpieniu znajduje się kartka z tajemniczym imieniem i nazwiskiem. Dzięki pasji badawczej Connie udaje się ustalić, że osoba, której nazwisko zapisane było na kartce, była jedną z czarownic spalonych na stosie w Salem. Idąc dalej tym tropem, młoda doktorantka odkry-

wa, iż ta kobieta posiadała księgę zaklęć, której odnalezienie stanowiłoby istotny postęp w pracy nad rozprawą doktorską. Nic zatem dziwnego, że bohaterka stara się ją odszukać. W trakcie poszukiwań okazuje się, iż czary nie są wymysłem ludowej ciemnoty, lecz faktycznie mogą być uprawiane, jeżeli dysponuje się odpowiednią wiedzą i techniką. Katherine Howe w swej powieści przyjmuje pogląd wieśniaków z Salem, wychodzi z założenia, że czary są elementem świata rzeczywistego. Zabieg ten sprawia, iż możemy obserwować nie tylko rzucanie zaklęć, ale także rozterki, które miotają czarownicami. Co ciekawe, autorka ukazuje czary nie jako wrodzony talent, lecz jako rzemiosło, a kobiety posługujące się nimi jako obdarzone ponadprzeciętną inteligencją, która umożliwia obserwowanie otaczającego świata i wyciąganie odpowiednich wniosków. Jednocześnie w ciekawy sposób opowiada o trudnościach pojawiających się w trakcie studiów doktoranckich, jak i o skomplikowanych relacjach panujących w świecie akademickim. I choć miejscami trudno oprzeć się wrażeniu, że po raz kolejny eksploatowane są ponadczasowe wątki, a morale bohaterów znacznie przewyższa morale zwykłego śmiertelnika, powieść wciąga już od pierwszej strony i należy do tych książek, które można przeczytać jednym tchem. Do lektury zachęcają również liczne ciekawostki historyczne, które autorka zgrabnie wplotła w akcję, dzięki czemu dowiedzieć się można mnóstwa interesujących szczegółów na temat życia i kultury XVII-wiecznego Salem. 115

| nr 12 październik 2011 r.


Rosyjska kochanka Michael Wallner

Tytuł: Rosyjska kochanka Autor: Michael Wallner Tłumaczenie: Barbar Tarnas Wydawnictwo: Albatros, 2011 Liczba stron: 400 Cena: 33,00 zł

Rosyjska kochanka jest najnowszą powieścią Michaela Wallnera, znanego polskiemu czytelnikowi dzięki wydanemu w 2007 roku romansowi wojennemu pt. Kwiecień w Paryżu. Przedstawiana przez wydawców i dystrybutorów jako książka niezwykła, intrygująca czy wręcz doskonała, jest jednym z – niestety 116

– wielu przykładów całkiem przeciętnych pozycji, które nie dorastają do oczekiwań wzbudzonych przez kreatywnych specjalistów od marketingu i za sprawą których pojęcie bestselleru jest dzisiaj mocno zdewaluowane. W komunistycznej Moskwie, pod koniec lat 70., mieszka blisko trzydziestoletnia Anna Nieczajewa,

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

w której nudnym, dzielonym z ojcem, kilkuletnim synem i często nieobecnym mężem, życiu, pojawia się inny mężczyzna. Jest wiceministrem, członkiem komisji, mającej zatwierdzić wykonanie przez ekipę, w której pracuje bohaterka, prac remontowych przed pierwszomajowymi obchodami. Od razu zwraca uwagę na młodą robotnicę i po niedługim czasie proponuje jej spotkanie. Czy to za sprawą silnie wpojonego przymu-

przez KGB wiceministrem jest zupełnie bezbarwny, miłość – która ma ich w końcu połączyć – mało przekonująca. Znacznie lepiej wyszło autorowi przedstawienie męża bohaterki i jego fascynacji syberyjską lekarką. Jest to jedyny pełen emocji i napięcia wątek w tej książce, co może świadczyć o niewykorzystanych możliwościach pisarskich w jej pozostałej części. Konflikt wewnętrzny i wielopoziomowa zdrada były polem do po-

My w redakcji uważamy jednak, że: „najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny!” su posłuszeństwa osobie tak wysoko postawionej, czy zwykłej ciekawości i pragnienia wyrwania się z monotonii codzienności, Anna przyjmuje propozycję i nawiązuje romans. Sytuacja się komplikuje, kiedy zostaje zwerbowana przez KGB i zmuszona do współpracy. Zaczyna prowadzić podwójną grę, czerpiąc wymierne korzyści z protekcji wpływowych osób, a jej życie małżeńskie ulega rozkładowi. Powieść, chociaż zapowiada się ciekawie, nie wykorzystuje możliwości, jakie daje podjęta przez Wallnera tematyka. Napięcia jest niewiele, zarówno romantycznego między głównymi postaciami, jak i tego, które mogłoby wynikać z niebezpiecznej rozgrywki, w którą Anna zostaje uwikłana. Jej życie wewnętrzne, uczucia czy przemyślenia nie są zbyt głębokie, raczej bierze ona życie takie, jakim jest, nie dając wiele od siebie. Jest postacią wręcz nijaką. Związek Nieczajewej z inwigilowanym

pisu dla głębokich przeżyć, rozterek, pokazania czegoś niebanalnego, a wszystkich tych rzeczy w Rosyjskiej kochance zabrakło. Jedną z niewielu mocnych stron tej pozycji jest tło wydarzeń. Realia komunistycznej Rosji oraz sposób myślenia i życia jej mieszkańców są przedstawione w sposób tak przekonujący, że powieść robi pod tym względem wrażenie wręcz dokumentalnej. Dzięki temu ma swój specyficzny klimat, co zdecydowanie podnosi jej wartość. Rosyjska kochanka to niestety książka jakich wiele i raczej nie pozostawi po sobie ani głębszej refleksji, ani niezapomnianego przeżycia emocjonalnego. Można ją przeczytać dla zabicia czasu czy z braku ciekawszych lektur pod ręką. Prawdziwej przyjemności może dostarczyć głównie miłośnikom pełnej sprzeczności, absurdów i niezaprzeczalnie wyjątkowej epoki, w której rozgrywają się losy bohaterów. 117

| nr 12 październik 2011 r.


Przebudzenie Kelley Armstrong

Tytuł: Przebudzenie Autor: Kelley Armstrong Tłumaczenie: Jerzy Łoziński Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2010 Liczba stron: 328 Cena: 29.90 zł

Przebudzenie to druga część serii Najmroczniejsze moce. Przedstawia przygody nastoletnich uciekinierów z ośrodka o nazwie Lyle House. Nie są to jednak zwyczajni nastolatkowie. Wszyscy dysponują paranormalnymi zdolnościami, przez które ich życie znajduje się w niebezpieczeństwie. A Lyle House 118

jest najgorszym miejscem, w którym mogą teraz być. Główną bohaterką powieści jest piętnastoletnia Chloe Saunders, która całkiem niedawno odkryła, że nie tylko widzi duchy i może z nimi rozmawiać, ale także umieścić je w ich martwych ciałach. Niestety zwykle nie kończy się to dobrze, bo nastolat-

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

ka jeszcze nie wie, jak panować nad swoja mocą. W tej części Chloe dowiaduje się, że jej niesamowite zdolności są wynikiem eksperymentu, któremu poddali ją naukowcy z Grupy Edisona zaraz po jej narodzinach. Nie spodziewali się, że jej moc będzie tak silna i teraz Chloe staje się dla nich zagrożeniem. Nastolatka wie, że nie może dłużej czuć się bezpieczna. Musi znaleźć kogoś, kto pomoże jej ukryć się przed bezdusz-

romansu paranormalnego. Nie obyło się niestety bez wad. Jedną z nich jest to, że autorka stara się używać języka typowego dla nastolatków, który ma chyba dodawać autentyzmu, ale zamiast tego raczej drażni. Tym bardziej że młodzieżowy slang czasem wygląda na dodany na siłę. Niektóre wątki są nieco naiwne i wbrew zamiarom autorki nie trzymają czytelnika w napięciu, czasem wręcz przeciwnie – są przewidywalne, a ich

Młodzieżowo, „straszno i przewidywalno”. nymi naukowcami, którzy postanowili zlikwidować wszystkie efekty nieudanego eksperymentu. W ucieczce i poszukiwaniach pomogą jej przyjaciele, którzy tak jak Chloe chcą wyrwać się z łap naukowców. Bohaterka próbuje zapanować nad swoimi zdolnościami, które przysparzają wszystkim wielu kłopotów. Poznaje życie na ulicy, walczy też z wilkołakami w mrocznych miejskich zaułkach. Wszystko to w drodze do jedynej osoby, która może jej pomóc. Musi się jednak spieszyć, bo bezlitosna Grupa Edisona cały czas depcze im po piętach. Przebudzenie jest jedną z tych książek, które czyta się w jeden wieczór – napisana sprawnie, żywym językiem, z wartką akcją. Znajdziemy w niej elementy nie tylko thrillera i sensacji w młodzieżowym wydaniu, ale też, a może przede wszystkim, święcącego triumfy na księgarskich półkach

zakończenie zdaje się jasne od samego początku. Postaci są dość płytkie, przerysowane i jednowymiarowe. Wiadomo, czego można się po nich spodziewać: Chloe będzie miła i każdemu pomoże, Tori będzie działać wszystkim na nerwy, Derek uratuje resztę z opresji. Fabuła również nie zachwyca oryginalnością i polotem. Rozdziały są na szczęście krótkie, przez co wątki szybko się rozwiązują. Czasem sprawiają jednak wrażenie urwanych albo skróconych, żeby tylko nie spowalniać akcji. Mimo wszystko trzeba przyznać, że jest to całkiem dobra książka dla młodzieży, idealna zwłaszcza na lato, które niestety się skończyło. Ma bowiem jedną niezaprzeczalną zaletę: akcja pędzi na złamanie karku i pomimo niedociągnięć nie sposób oderwać się od lektury, co może być szczególnie ważne w przypadku książek dla współczesnych nastolatków. 119

| nr 12 październik 2011 r.


Wiersze wszystkie Czesław Miłosz

Tytuł: Wiersze wszystkie Autor: Czesław Miłosz Wydawnictwo: Znak 2011 Liczba stron:1406 Cena: 64,90 zł Oprawa twarda

Nawet komuś, kto jest przekonany, że Nobel dla Miłosza wynikał bardziej ze względów politycznych niż z uznania jego poezji za wybitną i uniwersalną, trudno będzie zaprzeczyć, że jest to poezja nieprzeciętna. Owszem, miejscami trudna, ciężka, nawet mało zrozumiała, ale niemająca nic wspólnego z tym rodzajem niezrozumiałości, który budzi w czytelniku podejrzenie, że autor zakpił 120

sobie z niego, komponując wiersz z fraz zupełnie ze sobą niepowiązanych, za to w miarę możności zawierających spory ładunek obsceny i turpizmu. Tego u Miłosza nie znajdziemy. Zdania długie i gęste, które może dobrze byłoby wypisać na osobnym karteluszku i dopiero tam zacząć je rozplątywać na poszczególne elementy, a te rozkładać na czynniki pierwsze – to już prędzej. Chociaż i to

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

nie jest regułą, bo jeśli zaczniemy się przekopywać przez prawie tysiąc czterysta stron wierszy i poematów, napotkamy też utwory w stylistyce zupełnie „nie-Miłoszowej”. I nie tylko we wczesnym okresie twórczości autora, kiedy ten najwyraźniej dopiero poszukiwał własnego stylu, raz zbliżając się do Broniewskiego, innym razem do Czechowicza, awangardzistów krakowskich czy Gałczyńskiego. Eksperymenty z uproszczoną formą, czasem dość ryzykowne, zdarzały się i Miłoszowi czterdziestoparoletniemu. Stosunkowo łatwo zauważyć, że cokolwiek częstochowskie rymy i nieskomplikowana wersyfikacja pojawiają się tylko w tekstach najbardziej przesyconych ironią, których notabene nie jest zbyt wiele; tam, gdzie nie ma przymrużenia oka, rytm robi się bardziej majestatyczny, a rymy – jeśli w ogóle są – przybierają postać znacznie bardziej wyrafinowaną. Zdecydowana większość zawartych w tomie utworów daje się zaliczyć do podzbioru, którego charakter najlepiej opisuje przymiotnik „kunsztowny”. Kunsztowny, ale nie jak jajko Fabergé, śliczne cacko będące właściwie czystą formą – raczej jak ołtarz Wita Stwosza czy freski w Kaplicy Sykstyńskiej, którym możemy przyglądać się godzinami, wciąż dopatrując się nowych szczegółów, a przez to i nowych znaczeń. A tych jest co niemiara, bo poeta najwięcej uwagi poświęca tematom uniwersalnym – samotności, starości i przemijaniu, misji poety, moralności człowieka i jego stosunkowi do religii, natury, historii. Nie odkryjemy Ameryki stwierdzeniem, że w treści wielu utworów odnajdziemy wyraźne echa przeżyć autora: wojna, tęsknota za utraconą z wyroku historii ro-

dzinną Wileńszczyzną, a potem jeszcze za porzuconą z powodów politycznych Polską, pogodzenie się z codziennością emigranta, śmierć pierwszej żony, powrót do kraju w wieku już mocno podeszłym, śmierć drugiej żony, wreszcie bezsilne zmagania ze starością, odbierającą po trochu sprawność ciała… Ale gdy porównamy proporcję wierszy z akcentami biograficznymi do wierszy ich niezawierających, nie będzie ona wcale taka pokaźna. Momentami odnosi się wrażenie, jakby poeta próbował się wręcz zdystansować od swoich uczuć, jednych w ogóle nie przekładając na język poezji (zwróćmy uwagę, że wśród ponad tysiąca wierszy praktycznie nie znajdziemy erotyków!), inne starając się opisać w sposób bardziej intelektualny niż emocjonalny. Mimo to co jakiś czas napotykamy na wiersze prostsze w formie, a do głębi przejmujące, lapidarne, a jednak równie wymowne, jak te zajmujące kilkadziesiąt czy kilkaset wersów. Na samo spisanie cytatów zawierających ważne prawdy albo obrazów najbardziej zapadających w pamięć trzeba by pewnie kilkunastu stron… Oczywiście, trudno się spodziewać, że krótkie podsumowanie przyciągnie czytelnika, który w ogóle poezji nie lubi, czy też takiego, który gustuje wyłącznie w utworach młodych poetów awangardowych. Ale może przynajmniej zwróci uwagę tych, którzy po wiersze tego poety nie sięgali na przykład z obawy, że okażą się dla nich niezrozumiałe. Dla nich możliwość prześledzenia ewolucji twórczej Miłosza będzie cennym doświadczeniem, które – choć nie można zawyrokować, że poznanie będzie tożsame z polubieniem – szkoda byłoby ominąć. 121

| nr 12 październik 2011 r.


Niosący latarnie Rosemary Sutcliff

Tytuł: Niosący latarnie Autor: Rosemary Sutcliff Tłumaczenie: Dariusz Kopociński Wydawnictwo: Telbit 2011 Liczba stron: 318 Cena: 36,00 zł Oprawa twarda

Miłośnicy historycznej powieści przygodowej nie mają ostatnio powodów do narzekania. Na polskim rynku wydawniczym pojawia się bardzo wiele tytułów, które zadowolą nawet wymagającego czytelnika. Wśród nich na uwagę z pewnością zasługuje seria Orzeł, która z dużym opóźnieniem względem oryginału trafiła nad Wisłę. Rosemary Sutcliff to autorka, 122

która w połowie ubiegłego wieku zasłynęła z pisania przygodowych książek dla młodzieży. Wielokrotnie nagradzane powieści ukazały się w milionowych nakładach, do Polski dotarły jednak zaledwie pojedyncze jej dzieła. Dzięki wydawnictwu Telbit polski czytelnik może się zapoznać z najbardziej poczytną serią autorki (akcja osadzona jest w czasach staro-

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

żytnej Brytanii). Niosącego latarnie uważa się za najlepszą książkę z całej serii. Sutcliff po raz kolejny przenosi czytelnika na Wyspy Brytyjskie, tym razem do V wieku po Chrystusie, kiedy ostatni rzymscy żołnierze zmuszeni są do opuszczenia straconej prowincji. Wśród nich znajduje się główny bohater, dekurion Akwila, który pod wpływem impulsu postanawia zdezerterować i wrócić na rodzinną farmę.

ne osady, które dopełniają obrazu przemijającej epoki. W tej ponurej scenerii dokonują się ostatnie próby utrzymania rzymskiej kultury i przedłużenia nieuchronnej agonii opuszczonej prowincji. To smutna powieść, jednak autorce udaje się pomiędzy obrazami upadającego świata starożytnego przemycić nową nadzieję. Przecież to właśnie z połączenia rzymskiej tradycji, religii chrześcijańskiej i barbarzyńskich wpływów

W „Literadarze” recenzowaliśmy już dwie pierwsze części cyklu: Dziewiąty legion (recenzja w numerze 9-10) oraz Srebrną gałąź (recenzja w numerze 11). Niestety w walce z saskimi najeźdźcami ginie jego rodzina, a młodemu oficerowi pozostaje jedynie pragnienie zemsty i odnalezienia porwanej przez barbarzyńców siostry. Bohaterem po raz kolejny jest oficer armii rzymskiej, potomek Marka Flawiusza Akwili. Jednak Akwila z Niosącego latarnie jest zupełnie inną postacią niż te, znane z poprzednich książek autorki. To prawdziwy bohater tragiczny, dla którego los nie jest łaskawy. Utrata rodziny jest jedynie początkiem bolesnej tułaczki przez życie, walki z najeźdźcami i próby odnalezienia własnego miejsca na świecie. Podobnie jak w przypadku Srebrnej gałęzi fabuła oddalona jest od poprzedniej części o wiele lat, przez co czytelnik może obserwować jak bardzo zmieniło się w tym czasie oblicze Brytanii. Niegdyś dumna prowincja rzymska, dziś jest zalewana przez barbarzyńskich najeźdźców. Na każdym kroku widać opustoszałe miasta i zrujnowa-

powstała Anglia królów, a w konsekwencji Imperium Brytyjskie i Wielka Brytania, jaką znamy dzisiaj. Trzecia część serii Orzeł zdecydowanie zasługuje na miano najlepszej, co zostało potwierdzone wręczeniem autorce w 1959 roku nagrody Carnegie Medal. Książka jest nie tylko pasjonującą, trzymającą w napięciu lekturą, ale również metaforą śmierci starej oraz narodzin nowej Brytanii. Dzięki talentowi autorki wielkie przemiany społeczne i historyczne stały się wspaniałą, literacką przygodą. Pomimo tego, że Niosący latarnie to w zasadzie powieść dla młodzieży, dorosły czytelnik znajdzie w niej sporo dla siebie. Łączy ją z poprzednimi tomami bardzo niewiele, więc może być z powodzeniem czytania oddzielnie. Pozostaje mieć nadzieję, że wydawnictwo Telbit pójdzie za ciosem i już wkrótce na księgarskich półkach będziemy mogli zobaczyć kolejne książki Rosemary Sutcliff. 123

| nr 12 październik 2011 r.


Tytus, Romek i A’tomek

Księga XXXI: Tytus Kibicem Henryk Jerzy Chmielewski

Tytuł: Tytus, Romek i A’tomek Księga XXXI: Tytus Kibicem Autor: Henryk Jerzy Chmielewski Wydawnictwo: Egmont Polska 2011 Cena: 17,99 zł Liczba stron: 47

Każdy z nas ma jakieś wspomnienia z lat młodzieńczych – ukochany film, ulubioną książkę, pluszowego dinozaura albo smak wody z syfonu pomieszanej z sokiem malinowym. Im jesteśmy starsi, tym tęsknota bardziej rośnie do punktu, kiedy decydujemy się przeżyć jeszcze raz jedną z dziecięcych fascynacji. Jednak wszystko posuwa się do przodu i okazuje się, że 124

ukochany film obfituje w denne efekty specjalne, książka fabułą zachwyca co najwyżej dwunastolatka, pluszowemu dinozaurowi odgryzł głowę pies, którego zakopaliśmy w ogródku pięć lat wcześniej, a wodę z syfonu skutecznie zastępuje sok ze świeżych pomarańczy. Innymi słowy, w dziewięciu przypadkach na dziesięć lepiej poprzestać na sentymentach i sublimować własne

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

niezaspokojone potrzeby, kupując dzieciom drogie zabawki. To twierdzenie potwierdza się w dwójnasób, gdy sięgnąć po XXXI księgę serii komiksowej Tytus, Romek i A’tomek, opatrzoną podtytułem Tytus Kibicem. W czasach PRL-u i na początku lat 90. nie było zbyt wielkiego wyboru – czytało się niemal wszystko, co pojawiało się na rynku. Pośród szeregu marnych komiksowych adaptacji książek lub opowieści historycznych seria o wiecznie uczłowieczającej się małpie oraz jej dwóch nastoletnich przyjaciołach robiła wrażenie pomysłowością, stanowiła kopalnię zabawnych tekstów i rozwijała wyobraźnię. W czasie, kiedy ludzie z Zachodu oglądali Scooby-Doo, Polacy mogli fascynować się niesamowitymi przygodami ferajny Tytusa, nawet jeśli oznaczało to wyprawę w wannolocie na zjazd komunistycznej młodzieży. Niestety potem tematy zaczęły się kurczyć, a rynek zaoferował dziesiątki nowych tytułów komiksowych – świetnie wydanych, ślicznie ilustrowanych, trafiających do sta-

rzejącego się wiekiem odbiorcy znacznie lepiej niż wiecznie młoda para byłych harcerzy, próbująca oswoić gadającą małpę. Niemniej Papcio Chmiel nie porzucił swoich bohaterów, próbując ukonstytuować ich w nowej rzeczywistości, w której nikt już nie 125

| nr 12 październik 2011 r.


dopłacał do nakładów wychodzących z drukarni. Efekty opisanej powyżej sytuacji widoczne są doskonale w księdze XXXI, sięgającej po jakże chodliwy temat kibiców. Jak się można domyślić Tytus kolejny raz staje się ofiarą eksperymentów swoich przyjaciół i profesora T’alenta, próbujących uczynić go bardziej ludzkim za pomocą szeregu terapii. Tematyka kibicowska jest jednak potraktowana po macoszemu i kompletnie pretekstowa – równie dobrze szympans mógłby być kompulsywnym fanem wąchania damskich fig, bo tak pomysły na kurację, jak również rozwiązania fabularne są niespójne i oderwane od oczekiwań czytelnika. Kreska Chmielewskiego nie zmienia się od lat, co dla jednych może być plusem, dla innych wadą. Niemniej można by spodziewać się chociaż jednolitej kolorystyki i przyzwoitej jakości wydania. Zamiast tego barwy różnią się ze strony na stronę, rysunki są rozmazane, a komiks zatrzymuje się na rozdrożu pomiędzy wczesnym koloryzmem, a niedbalstwem drukarzy. Od lat najmocniejsza strona „Tytusów”, czyli zabawne teksty i lekko grafomańskie, lecz słodko absurdalne wierszyki, także mocno kuleje. Czytając XXXI księgę nie sposób się zaśmiać. Od pierwszej do ostatniej strony wieje nudą, a autor sili się kilkukrotnie na rymowanki, których poziom kojarzy się z nowymi zwrotkami pieśni do Matki Boskiej Zielnej, tworzonymi w trakcie spotkań wiejskiego kółka różańcowego.

Osiemdziesiąt osiem lat, które stuknęło Papciowi Chmielowi, to piękny wiek, pięćdziesiąt cztery wiosny Tytusa także. Trudno zaprzeczyć, że Chmielewski był, jest i będzie dla polskiego komiksu tym, czym Wedel dla polskiego cukiernictwa. Na nieszczęście czas dogonił tak komiksiarza, jak i jego małpkę, a każda kolejna próba odgrzewania tematu uczłowieczania rzuca się cieniem na doskonałe, stare zeszyty serii. Można zrozumieć, że emerytura niewielu starcza dziś na godne życie, ale nie usprawiedliwia to dna, jakie osiągnął XXXI album. Wielka szkoda i nauczka, żeby zostawić młodzieńcze sentymenty w spokoju. 126

| nr 12 październik 2011 r.


127

| nr 12 paĹşdziernik 2011 r.


eca

ę pol

Książk

Słonie na Neptunie Mike Resnick

Mike Resnick to jeden z najbardziej płodnych pisarzy fantastycznych – ma na swoim koncie kilkadziesiąt powieści oraz mnóstwo opowiadań. Nie oznacza to jednak, że jest masowym wytwórcą – jego teksty zdobywały najważniejsze nagrody branżowe, wielokrotnie też były do nich nominowane. Jego 128

„the best of ” krótkiej formy wydawnictwo Solaris zebrało w zbiorze opowiadań Słonie na Neptunie. Zasadniczo całą książkę można podzielić na trzy części: opowiadania różne, te poświęcone Teddy’emu Roosveltowi oraz Kirinyadze. Najbardziej zróżnicowana oraz interesująca jest ta pierwsza. Czter-

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

dzieści trzy dynastie ankaryjskie traktują o przemijaniu, szacunku i pogardzie. To fatalistyczny obraz niegdyś dumnej, a obecnie złamanej cywilizacji. Podróże z moimi kotami jest bardzo nostalgicznym tekstem o miłości i poszukiwaniu sensu życia. Siedem spojrzeń na Wąwóz Olduvai ukazuje ludzkość w siedmiu etapach rozwoju, jest niejako próbą rozliczenia ze złem, do jakiego jako ludzie jesteśmy zdolni, ze wskazaniem cech, które nas wyróżniają i jednocześnie na zło skazują. Łowy na Snarka to opowiadanie o niemożności porozumienia z obcą rasą i o tym, jak niezrozumienie to potrafi być destrukcyjne. W podobnym tonie utrzymane są tytułowe Słonie na Neptunie, które jednocześnie piętnują ludzką ekspansywność oraz bezmyślność. Także Barnaba na wybiegu pozwala spojrzeć na naszą cywilizację z innej perspektywy; z niego też najmocniej emanuje nostalgia. Bardzo smutne Zimowe przesilenie jest z kolei ujęciem legendy króla Artura z perspektywy pozbawionego mocy Merlina. Czerwona kaplica oraz Kapitalna zabawa to historie, w których głównym bohaterem jest Theodore Roosvelt. Pierwsza, opowiadająca o śledztwie w sprawie Kuby Rozpruwacza, stylem nawiązuje do Conan Doyle’a, z nagłym zwrotem akcji pod koniec i rozwiązaniem, którego uważny czytelnik domyśli się znacznie wcześniej. Druga to przygody byłego prezydenta USA w Kongo, gdzie próbuje wprowadzić demokrację. Te obyczajowe de facto utwory należą niestety do najsłabszych w zbiorze. Interesująca jest w nich jedynie scenografia, są jednak nie-

potrzebnie rozwlekłe. Szczególnie w drugim opowiadaniu, jeżeli nie fascynują nas kwestie odrębności i niezależności kulturowej, nie znajdziemy nic pociągającego. W trzecim podzbiorze (Kirinyaga) akcja rozgrywa się na planecie, na której sztucznie odwzorowano warunki panujące w Afryce przedkolonialnej, a wszyscy jej mieszkańcy starają się żyć w zgodzie z prawami rdzennego plemienia kenijskiego – Kikujów. I tu pojawiają się wątki o niezależności kulturowej, ale poruszane są także inne problemy: izolacja społeczna, różnice i brak zrozumienia pomiędzy pokoleniami, tolerancja czy konflikt pomiędzy tradycją a rozwojem technologicznym. Wszystkie teksty w Słoniach na Neptunie są nad wyraz refleksyjne, zmuszają czytelnika do szeregu przemyśleń, grając niejednokrotnie na jego emocjach. I choć może nie stanowią w większości wyjątkowego wyzwania intelektualnego ani nie zawierają wysublimowanych gier i zabiegów literackich, to jednak poruszają. Problemy są bliskie, a uczucia mocne. Słonie na Neptunie są zbiorem, w którym fantastyka jest zaledwie elementem tła. Resnick wykorzystał ten sztafaż, aby uwypuklić sprawy ważkie dla człowieka. I robi to w naprawdę świetnym stylu – piękny język, interesujący bohaterowie, mnogość różnych kreacji światów i realiów. Ten zbiór udowadnia niezbicie, że fantastyka jest, a na pewno może być literaturą z najwyższej półki. Bartek Łopatka (redaktor naczelny działu książkowego serwisu polter.pl) 129

| nr 12 październik 2011 r.


Kup w

Touch of evil Gra planszowa

Powoli nadchodzi jesień. Oczywiście Eddard Stark powiedziałby, że zima, ale na nią przyjdzie jeszcze czas. Póki co czeka nas okres długich wieczorów, wzmożonego spożycia herbaty z cytryną i spacerów po pełnym liści parku, dla jednych – romantycznych, dla innych – nostalgicznych. Jednym słowem klimat. Nastrój schyłku towarzyszący tej 130

porze roku oraz kalendarz przypadających na ten czas świąt (Wszystkich Świętych, Zaduszki, Halloween w przypadku zamerykanizowanej części społeczeństwa) wywołują u wielu osób skojarzenia z horrorem i strasznymi opowieściami. I bardzo słusznie. Wcześniej skojarzenia te eksploatowali Edgar Alan Poe, młodopolscy poeci czy Stephen King.

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

Touch of evil z pewnością nie jest grą, obok której warto przejść obojętnie. Zwłaszcza że w kontekście tego, co powyżej, doskonale wpisuje się w postulat idealnej propozycji na nadchodzące tygodnie. Skutecznie zapełni pustkę nudnych wieczorów intrygującą fabułą, zanurzoną po szyję w dekoracjach gotyckiego horroru, dodając do tego emocje związane z rozgrywką, która jest o tyle ciekawa, że zmusza graczy do współpracy, każąc im wspólnie stawiać czoła zagrożeniom pojawiającym się w toku gry. Kilka słów o czym jest ta gra. Rzecz dzieje się na przełomie wieków XVIII i XIX w Nowej Anglii, w małym miasteczku o uroczej nazwie Shadowbrook (co moglibyśmy przetłumaczyć jako Cienisty Ruczaj). Wstrząsają nim tajemnicze wydarzenia, a gdzieś tam czai się siejący powszechną grozę potwór (który za każdym razem może być inny, o tym jednak za chwilę). Gracze wcielają się w bohaterów, którzy z takich lub innych powodów znaleźli się w tym czasie w miasteczku. Ich zadaniem jest dowiedzieć się możliwie najwięcej o całej sprawie i na końcu, jeśli będą sprytni i szczęście im dopisze, pokonać zło, pragnące zawładnąć całą okolicą. Wędrują więc w tym celu po ulicach Shadowbrook i otaczających je bezdrożach, zbierając kolejne informacje i kolekcjonują przydatne przedmioty. Każdy z nich dysponuje także unikalnymi zdolnościami i cechami. O wyjątkowości tej gry stanowi niesamowity klimat, który uwidacznia się już po pierwszej partii. Spowite mgłą miasteczko, mokra kostka brukowa i zastraszeni mieszkańcy. Tajemnicza okolica z ruinami wiel-

kiej posiadłości, starym młynem i wrzosowiskami pełnymi niebezpieczeństw. Gracze z kolei stanowią jedyną nadzieję mieszkańców na ocalenie, muszą jednak wspierać się w kolektywnym wysiłku, aby do niego doszło. To, co jest z konieczne, aby czer-

pać maksymalną przyjemność z zabawy, to chwilowe „zawieszenie niewiary”, próba poddania się nastrojowi niesamowitości i wczucie w wyznaczoną sobie rolę. Trochę jak w grach fabularnych, z tym wyjątkiem, że tu nie potrzeba mistrza gry, gdyż wszystkim „zarządza” plansza i dość dobrze pomyślane zasady. Touch of evil czerpie pełnymi garściami ze stylistyki i tradycji powieści gotyckiej i romantycznej grozy (Washington Irving, Sheridan LeFanu), ale też z takich filmowych obrazów jak Jeździec bez głowy Tima Burtona czy Dracula Coppoli. Również Wilkołak z Benicio del Toro z tamtego roku jest świetnym przykładem zastosowania podobnego sztafażu i scenografii. Porównania filmowe są dodatkowo uzasadnione tym, że część zastosowanej szaty 131

| nr 12 październik 2011 r.


graficznej jest wybitnie filmowa. Otóż wynajętych aktorów przebrano w stroje z epoki, a następnie zrobiono im mnóstwo zdjęć ilustrujących poszczególne zdarzenia, osoby i etapy rozgrywki. Można wręcz dojść do przekonania, że oto mamy przed oczami fotosy z kostiumowego filmu grozy. Efekt przechodzi najśmielsze oczekiwania, dając wrażenie wizualnej świeżości i realizmu. Elementem wzmagającym doznania z gry jest dodana do niej płyta CD z nastrojową ścieżką dźwiękową nagraną specjalnie

na potrzeby tej produkcji. Stylizowana plansza przywołuje na myśl szkicowaną na pergaminie mapę miasteczka i jego okolic, z zaznaczonymi na niej najważniejszymi lokacjami. W pudełku znajdziemy także mnóstwo kart, żetonów i figurek odwzorowujących poszczególne postaci. Ogromną zaletą gry jest jej mała powtarzalność. Każda rozgrywka może być inna. Dzieje się tak dlatego, że przed każdą partią losujemy potwora, z którym przyjdzie nam tym razem się zmierzyć. Raz może być to 132

| nr 12 październik 2011 r.


Jeździec bez głowy, innym razem Wilkołak lub Wampir. Gracze mają także do wyboru kilkunastu bohaterów, którymi mogą grać. Również zdarzenia losowe, mające miejsce podczas zabawy, są bardzo różnorodne i mogą diametralnie zmienić bieg wydarzeń. Mnogość możliwości oczywiście multiplikuje dodatkowo odmienny styl różnych graczy czy choćby ich podejście do wzajemnej współpracy. Prawdopodobnie będzie to ważny argument dla tych, którzy polubiwszy grę, pragnęliby do niej często wracać. Opublikowano też dwa dodatki, które (szczególnie jeden z nich) ogromnie ubarwiają rozrywkę, dodając masę nowych elementów, w tym kolejną planszę. Zdecydowanie jest to pozycja dla osób gotowych spędzić dłuższy czas nad planszą

z przyjaciółmi czy znajomymi. Na pewno nie będą to trzy kwadranse „mózgożernej rozkminy”. Niestety dużą wadę stanowić może fakt, że gra wydana jest po angielsku i brak podstawowej znajomości tego języka może sprawić, że nie będziemy się bawić tak dobrze jak powinniśmy. Na szczęście w Internecie można znaleźć pełne polskie tłumaczenie zasad i kart występujących w grze, co ułatwi z pewnością pierwszy z nią kontakt. Touch of evil wynagradza wszystkie ewentualne mankamenty ogromną dawką klimatu i wyjątkowo starannym wykonaniem. Jeśli zatem jesień, towarzyszący jej nastrój i spodziewane długie wieczory stanowić będą bodziec do sięgnięcia po tą planszówkę, pozostaje tylko cieszyć się, że skończyło się już lato.

133

| nr 12 październik 2011 r.


Klan niedźwiedzia jaskiniowego Jean M. Auel

Tytuł: Klan niedźwiedzia jaskiniowego Autor: Jean M. Auel Tłumaczenie: Jan Jacuda Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2011 Liczba stron: 630 Cena: 39,90 zł

Klan niedźwiedzia jaskiniowego jest pierwszym tomem wznowionej w tym roku przez Zysk i S-kę serii Dzieci Ziemi Jean M. Auel. Akcja wszystkich części rozgrywa się w Europie czasów prehistorycznych, które stanowią raczej niezwykłe – jak na powieść – tło wydarzeń, bohaterami są ludzie 134

pierwotni, a akcja rozgrywa się wokół typowych dla ich życia czynności. Jest to książka pod wieloma względami niezwykła, napisana z ogromną pieczołowitością, jeżeli chodzi o szczegóły egzystencji naszych odległych przodków, oraz wnikliwością w przedstawieniu trudnych relacji między główną

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

bohaterką a społecznością, w której przychodzi jej dorastać. Ayla, pięcioletnia dziewczynka, która straciła rodziców w wyniku trzęsienia ziemi, cudem przeżywa atak lwa jaskiniowego, po którym – nieprzytomną – znajdują ją członkowie tytułowego klanu. Mimo że należy do innego gatunku ludzi (ewolucyjnych następców neandertalczyków), po wielu wątpliwościach zostaje przez nich przygarnięta i staje się członkiem plemienia. Jest do tego stopnia odmienna, że przystosowanie się do życia wśród swoich wybawców, nauczenie się ich sposobu porozumiewania oraz zasad współżycia przychodzi bohaterce z wielkim trudem. Często jest karana za niesubordynację, a jej zachowanie i upodobania są dla osób, z którymi się wychowuje, niezrozumiałe. Sposób, w jaki autorka przedstawia zderzenie kultur, różniących się nie tylko sposobem polowania, obróbki skór i krzemienia, wierzeniami czy organizacją życia społecznego, ale odmiennych w tak pierwotnym elemencie jak funkcjonowanie mózgu, jest wręcz genialny. Ludzie klanu, bardziej pierwotni niż Ayla, są w stosunku do niej ograniczeni w sferze myślenia abstrakcyjnego, a co za tym idzie twórczości i możliwości wprowadzania innowacji. Posiadają tzw. nieświadomość kolektywną, która pozwala na szybkie, polegające raczej na przypominaniu niż nabywaniu nowej wiedzy, uczenie się wszystkiego, co jest potrzebne do przetrwania i co osiągnęły poprzednie pokolenia. Dziewczynka nie ma tej zdolności, potrafi za to myśleć niestandardowo, wprowadzać zmiany,

ulepszenia, kwestionować status quo. Ponieważ plemię przestrzega niezwykle sztywnych zasad, które mała bohaterka nieustannie narusza, spotkanie tych dwóch światów prowadzi do pełnych napięcia sytuacji, dzięki którym książka naprawdę wciąga. Pomiędzy często dramatycznymi wydarzeniami autorka umieściła wiele niezwykle szczegółowych opisów przedmiotów, roślin i zwierząt, obrzędów i rytuałów, stanów emocjonalnych czy wyglądu zewnętrznego, w których można dostrzec ogrom pracy, jaki wykonała, przygotowując się do napisania tej powieści. Poza czystą przyjemnością czytania lektura jest również okazją do przyjrzenia się całkiem aktualnym problemom społecznym, takim jak konformizm, brak tolerancji dla odmienności czy dyskryminacja ze względu na płeć, przemoc czy wykluczenie ze zbiorowości. Jean Auel umieściła bowiem w czasie przedhistorycznym tematy aktualne współcześnie i przedstawiła je w sposób przejaskrawiony i przez to wzbudzający silne uczucia i sprzeciw – efekt z pewnością przez autorkę zamierzony. Pełna emocji, refleksji i scen trzymających w napięciu oraz bogata w piękne, drobiazgowe opisy jest pozycją, z którą z pewnością warto się zapoznać. Klan niedźwiedzia jaskiniowego to opowieść o ludziach, których czas na ziemi się kończy, oraz o dziewczynce uważanej przez nich za dziwną, brzydką i nieprzystosowaną, która, podczas gdy oni odchodzą w przeszłość, okazuje się przyszłością ludzkości. 135

| nr 12 październik 2011 r.


Inne okręty Romuald Pawlak

Tytuł: Inne okręty Autor: Romuald Pawlak Wydawnictwo: Erica 2011 Liczba stron: 368 Cena: 34,90 zł

Umiejscowienie akcji w dalekim Peru, niepodbitym przez Pizarra (którego koń miał się potknąć w decydującej bitwie), w przeddzień wielkiej wojny między Inkami a Koroną Hiszpańską, nie powoduje szczególnych dreszczy na skórze miłośnika historii. Owszem, pomysł jest, przyznajmy, oryginalny. Opie136

ra się bowiem o motyw nieuchronnego starcia dwóch cywilizacji i duszną atmosferę rosnącego napięcia, jednak czegoś w nim wyraźnie brakuje. Kuleje przede wszystkim postać głównego bohatera – kapitana hiszpańskiego i kupca, który tak dalece wybiega poza stereotyp, że jest aż niewiarygodny. Z kolei

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

postacie drugoplanowe są bite od sztancy i nie wyróżniają się kompletnie niczym. Nikt więc nie budzi naszej sympatii na tyle, aby przykuć uwagę do swoich przygód. Te zaś podane są czasem jak zapis sesji gry fabularnej, snują się bez ikry i werwy. Motywacje głównego bohatera są nieprzekonujące i alogiczne. Na przykład stara Indianka mówi mu (w języku którego prawie nie zna), że ukochana uciekła daleko w góry. On bohatersko w te góry idzie, opierając się tylko na machnięciu ręką babinki. Poszczególne wydarzenia są pretekstowe i nie układają się w logiczny związek przyczynowo-skutkowy. Nieustająco mamy do czynienia z deus ex machina, a część wydarzeń ma charakter wybitnie pretekstowy, służący tylko ukazaniu jakiejś mniejszej czy większej ciekawostki z państwa Inków. Witze historyczne i puszczanie oczka do czytelnika nie mogą zastąpić dobrze przemyślanej koncepcji historii alternatywnej. I tu leży największy problem Innych okrętów. Już samo założenie, że śmierć Pizarra w bitwie miałaby ocalić państwo Inków jest, delikatnie mówiąc, paradna. Podobnie jak w przypadku Azteków w starciu z Cortezem, interwencja z zewnątrz uaktywniła wewnętrzne problemy, charakterystyczne dla tworów powstałych ze świeżego podboju. Pamiętajmy, że Wielki Inka objął władztwo nad Peru raptem sto lat wcześniej i od tego czasu imperium targały krwawe wojny domowe. Bez współpracy z tubylcami i bez wykorzystania ich wzajemnych konfliktów do żadnych z hiszpańskich konkwist by nigdy nie doszło. Los inkaskiego

królestwa był przypieczętowany, gdy na horyzoncie pojawiły się pierwsze hiszpańskie żagle. Niezła organizacja społeczna i dość wysoki poziom kultury Inków, którym poświęca Pawlak sporo zainteresowania, raczej nie doprowadziłyby do przejmowania zdobyczy zachodniej techniki, a to ze względu na kolosalne różnice w mentalności. Tym bardziej że sam Pawlak podkreśla świadomy izolacjonizm inkaskiego państwa. Choć wizja koegzystencji handlowej przyczółków hiszpańskich i Inków ma dużo uroku, jednak historia pokazuje, że nigdzie taka współpraca się Hiszpanom nie udawała. W końcu groteskowym pomysłem jest umieszczenie w tym wszystkim polskiej jazdy walczącej po hiszpańskiej stronie (ucharakteryzowanej zresztą na szwoleżerów spod Somosierry). Gorzej, że ich obecność jest efektem zawarcia przez Jagiellonów sojuszu antyhabsburskiego z sułtanem tureckim. Pretekst ten podany został półgębkiem, ale i tak rodzi podejrzenie albo niefrasobliwości autora, albo ogromnej ignorancji historycznej. Historia alternatywna może być bardzo wdzięcznym tematem, i dla czytelnika i dla pisarza. Dobrze skrojona dostarczy intelektualnej podniety, będzie wspólną zabawą i grą w odkrywanie znaczeń. Takich pozycji, wystarczy popatrzeć na krajową literaturę, jest sporo. I często są to dzieła wybitne, bądź bardzo sugestywne, z mocnym, podskórnym przekazem. Na szczęście Inne okręty Pawlaka nie próbują jednak udawać, że są czymś innym niż czystą i niestety słabej próby literaturą rozrywkową. 137

| nr 12 październik 2011 r.


Trans Manuela Gretkowska

Tytuł: Trans Autor: Manuela Gretkowska Wydawnictwo: Świat Książki 2011 Liczba stron: 285 Cena: 34,90 zł

Manuela Gretkowska jest uznawana za jedną z największych skandalistek współczesnej literatury polskiej. Jej książki są odważne pod względem tematycznym i kontrowersyjne przez niejednokrotnie łamane w nich tabu (wystarczy wspomnieć choćby Polkę, w której zostaje zdesakralizowany mit ciąży 138

jako stanu błogosławionego). Najnowsza powieść Gretkowskiej Trans również wydaje się przede wszystkim prowokacją obyczajową. Zasadniczą osią fabularną Transu jest toksyczny związek uznanego reżysera Laskiego i oczarowanej nim młodej, obiecującej scenarzystki. Rosnąca fascynacja Mistrzem

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

(jak narratorka nazywa Laskiego) prowadzi do całkowitego podporządkowania jego wymaganiom. Bohaterka przyjmuje narzucone reguły gry, bo w imię miłości potrafi wiele znieść. Biernie znosi kaprysy swego wymagającego partnera, toleruje jego zmienne nastroje, chce naiwnie wierzyć w jego wierność, nieustannie pozwala się poniżać. Sama czuje się w tym związku niepewnie, przeżywa rozmaite huśtawki nastrojów, a jednak zawsze wraca do swego Mistrza, dając mu kolejne szanse. Gretkowska z dużym wyczuciem opisuje stan emocjonalnego uzależnienia od partnera oraz wychodzenie z tego specyficznego tytułowego „transu”. Na uwagę zasługują pełnokrwiste, niejednoznaczne postaci. Destrukcyjny, podły i bezwzględny Laski jest w gruncie rzeczy kalekim psychicznie (ze względu na nieszczęśliwe dzieciństwo) narcyzem, nieustannie potrzebującym zapewnień o swoim – jak się okazuje dość wątpliwym – geniuszu. Równie ciekawą postacią jest narratorka Transu. Marysia (jak nazywa ją Laski na cześć sierotki z książki Marii Konopnickiej) opowiada o swoim dość szczęśliwym dzieciństwie, silnej relacji z kochającym ojcem, przedstawia walkę z systemem komunistycznym, pospieszne, nieudane małżeństwo i próbę poukładania sobie życia w obcym kraju, czy może ogólniej szukania swego miejsca w świecie. Takie ujęcie nie tylko wzbogaca problematykę Transu (stąd sprowadzanie tej powieści wyłącznie do historii o toksycznym związku nie wydaje się właściwe), ale również pozwala zrozumieć dlaczego bohaterka stała się ofiarą Laskiego.

W powieści odnaleźć można stałe cechy pisarstwa Gretkowskiej – erudycyjność, łamanie tabu (na przykład poprzez szczegółowe opisy scen erotycznych), godzenie w świętości (wkładanie opłatka komunijnego do pochwy), poruszanie w błyskotliwy sposób ważnych problemów społecznych oraz poważny ton przerywany wstawkami satyrycznymi. Ponadto Gretkowska po raz kolejny balansuje między jawnością i kreacją, między autobiografizmem i fikcją, a wszystko zostaje w pewnej mierze obliczone na prowokację obyczajową. Trans stanowi swoistą skandalizującą powieść z kluczem i literackie przetworzenie związku Gretkowskiej z reżyserem Andrzejem Żuławskim. Ten łatwy do odczytania autobiograficzny kontekst (na przykład powieściowa współpraca bohaterów nad filmem Wiedźma odwołuje się do realizacji filmu Żuławskiego Szamanka) sprawia, że książka staje się obiektem życiowo-literackich porachunków między dwoma znanymi osobistościami. To na pewno dodaje najnowszej powieści Gretkowskiej nieco specyficznego smaczku, ale z drugiej strony naraża Trans na zbyt powierzchowne odczytanie, pominięcie drugoplanowych kontekstów, nie mniej przecież istotnych dla całości. Taka lektura niewątpliwie byłaby dla tej powieści krzywdząca, jednak być może to jest cena, jaką trzeba zapłacić przy odwoływaniu się do autentycznych postaci czy zdarzeń. Pomijając kwestię odczytania tej powieści, należy stwierdzić, że Manuela Gretkowska poprzez Trans udowadnia nie tylko swoją świetną formę, ale również znajomość praw rynku – wszak skandal zawsze się dobrze sprzedaje. 139

| nr 12 październik 2011 r.


Schizma Jesús Bastante Liébana

Tytuł: Schizma Autor: Jesús Bastante Liébana Tłumaczenie: Karolina Stangel Wydawnictwo: Esprit 2010 Liczba stron: 311 Cena: 34,90 zł

Czytanie powieści historycznych ma to do siebie, że osoby zainteresowane historią od początku lektury często znają już zakończenie. W dużo lepszej sytuacji są niewątpliwie ci czytelnicy, dla których historia skrywa przed sobą liczne tajemnice. Jednakże sięgając po Schizmę, obie grupy czytelników będą niewątpliwie usa140

tysfakcjonowane. Autorowi udaje się bowiem przedstawić w sposób trzymający w napięciu do końca jedno z najważniejszych wydarzeń w historii Kościoła – historię jego podziału. Akcja powieści rozwija się trójtorowo. Przedstawione są losy Karola V, Marcina Lutra oraz kilku papieży, którzy ponieśli klęskę w starciu z jego

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

poglądami. Ani Leon X, ani Hadrian VI, ani Klemens VII nie byli w stanie powstrzymać szerzącej się w Niemczech reformacji. Wszystkich bohaterów przedstawia autor w sposób nader ludzki – ukazuje problemy, rozterki i dylematy, z którymi przyszło im się zmierzyć. Na przykład znany z kart historii potężny cesarz niemiecki zostaje ukazany jako odarty ze swej potęgi zwykły śmiertelnik, lawirujący między papieżem

otoczeniem. Jak to często bywa, ten który powinien być najlepiej poinformowany, z powodu intryg i spisków wie najmniej. Liébana pokazuje, jak mocno są ze sobą związane wiara i polityka. Krytykuje hierarchię kościelną oraz panujące w XVI-wiecznym Rzymie obyczaje. Wybór papieża okazuje się nie dziełem natchnienia Ducha Świętego, lecz efektem mniej lub bardziej udanych intryg politycznych. Niewygod-

Starcie dwóch idei, które na zawsze zmieniło oblicze Kościoła. i książętami niemieckimi. Kwestią czasu pozostaje, komu będzie musiał się narazić. Luter, zakonnik niemiecki, również nie ma łatwego zadania – otwarcie krytykuje zepsucie kurii, w tym sprzedaż odpustów, za co naraża się papieżowi i książętom Kościoła. Ekskomunikowany przez Leona X, wbrew zdrowemu rozsądkowi, udaje się do Wormacji, by bronić swych tez i poglądów. Jak się ma okazać, trud to daremny, gdyż wyrok znany jest od samego początku, a Lutrowi nie pozostaje nic innego, jak tylko stamtąd uciekać, by następnie zostać porwanym i odizolowanym od świata. Była to bowiem jedyna możliwość zapewnienia mnichowi spokoju i odpowiednich warunków do rozwoju własnych poglądów. Bohater zbiorowy to papiestwo wraz ze swoim

nego się usuwa, podając mu zatruty pokarm, a czyni to, o zgrozo, jego następca. I jeśli jeden z papieży, widząc szerzące się zepsucie kurii, miał wolę położyć temu kres, to zabrakło mu sprzymierzeńców. Podobnie jak zabrakło mu ich w walce z reformacją. Mottem zaś może być wyryty na nagrobku Hadriana VI napis: Skutki cnót nawet najlepszego z ludzi w wielkim stopniu zależą, niestety, od czasów, w jakich przyszło mu żyć. Schizma była wydarzeniem, które wywarło ogromny wpływ na losy Kościoła. Czy Kościół wyszedł z tego kryzysu obronną ręką? Czy będzie w stanie wyjść z innych kryzysów, jeśli do nich dojdzie? Warto przeczytać powieść Liébany, choćby po to, by zastanowić się nad odpowiedzią na te pytania i by zrozumieć pewne zakulisowe mechanizmy wpływające na dzieje tej instytucji. 141

| nr 12 październik 2011 r.


Manuskrypty z Qumran Vendyl Jones

Tytuł: Manuskrypty z Qumran Autor: Vendyl Jones Tłumaczenie: Olgierd Iwanczewski Wydawnictwo: Świat książki 2011 Liczba stron: 189 Cena: 32,90 zł

Pewnie niewielu z nas przychodzi na co dzień do głowy, że naród, który wycierpiał tak wiele podczas ostatniej wojny i który jest wpisany na stałe w naszą kulturę, w sposób dziwny i dwuznaczny, był kiedyś wielki i wspaniały. Żydzi stworzyli w starożytności jeden z najbardziej oryginalnych organizmów państwowych. Budowali 142

go wielcy mężowie stanu, mędrcy, budzący postrach we wrogach wodzowie i wojownicy. Ich dzieje są zapisane w Starym Testamencie, który jest częścią i naszej spuścizny. To, co tam przeczytamy, nie bardzo pasuje do wizerunku pejsatego Szmula, uwijającego się po sklepie, lub pokornego i rozśpiewanego Tewjego Mleczarza.

| nr 12 październik 2011 r.


RECENZJE

Ta książka może tylko pogłębić nasz dysonans, gdyż jej autor wprost odnosi się do czasów świetności Izraela, kiedy ten pozostawał pod opieką Jedynego Boga i był Mu wierny. To także zapis drogi życiowej, przygód i perypetii człowieka zafascynowanego Biblią i jej przekazem. Wszystko zaczyna się od uważnej lektury Pisma Świętego w dzieciństwie i rodzącego się przeświadczenia, że to nie są tylko słowa, a prawdziwe informacje i wskazówki zachowane dla potomnych po to, aby odkryli zawarte w nich tajemnice. Na kartach książki autor analizuje wraz z czytelnikiem poszczególne zapisy, nie ograniczając się jednocześnie tylko do ksiąg kanonicznych, żywiąc przekonanie, że również tzw. apokryfy mogą zawierać istotne z punktu widzenia jego poszukiwań informacje. Najważniejszym dokumentem są zaś tytułowe manuskrypty z Qumran, jeden z najbardziej tajemniczych tekstów XX wieku. Celem profesora Jonesa jest odnalezienie Arki Przymierza, ukrytej przed wrogami w górach Judei. Ani przez chwilę nie wątpi, że jest to możliwe, opiera się przy tym na analizie poszczególnych tekstów, ale też swojej mocnej wierze w Boga. Czytając Manuskrypty z Qumran śledzimy losy tych poszukiwań, ale też losy samego autora, gdyż jest to również zapis jego duchowej podróży. Spędził lata na badaniach okołobiblijnych, długie miesiące na wykopaliskach archeologicznych na pustyni, związał swoje życie na dobre i złe ze swoimi głębokimi przekonaniami i, co ważne, nigdy nie utracił wiary w sens tego, co robi.

Książka zbudowana jest na rzetelnym fundamencie faktograficznym, zawiera mnóstwo informacji, o które trudno, słuchając tylko co niedzielę czytania w kościele. Dla zainteresowanych tematyką starożytnego Izraela z pewnością stanowić będzie świetne źródło wiedzy. Dla osób wierzących będzie być może dodatkowym argumentem potwierdzającym prawdziwość i autentyczność Biblii. Wreszcie dla tych, którzy mają mieszane uczucia w stosunku do Żydów czy państwa Izrael, może być sporym wyzwaniem. Nie sposób nie dostrzec, że Vendyl Jones jest skrajnym filosemitą, co jest akcentowane w wielu miejscach. Bierze nawet udział w wojnie sześciodniowej w 1967 roku. Przyznać trzeba, że może być to irytujący element książki. Jones nawet na chwilę nie zająknął się na temat różnych sposobów postrzegania kwestii arabsko-żydowskich. I nawet jeśli pamiętać, że jest Amerykaninem, a w Ameryce te sprawy postrzegane są dość jednoznacznie, to i tak z pewnością należałoby go zaliczyć do fanatyków jednego toku myślenia. Ta gorliwość w dążeniu do prawdy i odkrywaniu tajemnic służy obu tym celom, niestety nie służy wiarygodności i klarowności pobudek im towarzyszących. Chybiony wydaje się też podtytuł: Historia prawdziwego Indiany Jonesa. Zbieżność nazwisk i obiektu poszukiwań działa być może na korzyść takiego porównania. Jednak po przeczytaniu książki można skonstatować, iż autor to taki Indiana Jones jak świnka morska – ani świnka, ani morska. 143

| nr 12 październik 2011 r.


Literadar nr 12  

Kolejny numer magazynu o ksiazkach Literadar

Advertisement
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you