Issuu on Google+

Piszemy o tym, co warto przeczytać!

#18 Nowa przestrzeń słowa!

Światowy bestseller w formie audiobooka. Gwiazdorska obsada. Specjalne efekty dźwiękowe i ponad dwie godziny muzyki!

FANTASY 2012 FRAGMENT POWIEŚCI Daniel Abraham

SMOCZA DROGA

SERCE ZIMY

NA WIOSNĘ CZYLI POLACY W AWANGARDZIE POSTĘPU

MĘSKA RZECZ, DAMSKIE SPRAWY


STRONA LITERADARU! www.literadar.pl


Co w numerze: 5 EDITORIAL 6 OD STRONY KSIĄŻKI 10 WYWIAD:

12 14

AGNIESZKA ZIEMIAŃSKA Dyrektor Marketingu Murator EXPO – organizatora wykonawczego Warszawskich Targów Książki

27

SUBIEKTYWNY PRZEGLĄD NOWOŚCI KSIĄŻKOWYCH

SERCE ZIMY NA WIOSNĘ CZYLI POLACY W AWANGARDZIE POSTĘPU

JAROSŁAW BEKSA Telekomunikacja Polska SA, szef projektu Serce Zimy

22 WYWIAD: 27 44

FANTASY 2012

14

MĘSKA RZECZ, DAMSKIE SPRAWY

53 RECENZJE 138 DZIECIĘCE ZACZYTANIE

Przecież to urodziny Jezuska!

152 BIBLIONETKOWICZE PISZĄ SENTYMENTALNIE

154 FRAGMENT POWIEŚCI

Daniel Abraham SMOCZA DROGA

3 | nr 18

53


#18 Literadar jest wydawany przez: Porta Capena Sp. z o.o. ul. Świdnicka 19/315, 50-066 Wrocław Wydawca: Adam Błażowski Redaktor naczelny: Piotr Stankiewicz piotr.stankiewicz@literadar.pl tel. 535 215 200

PR i kontakty z wydawcami. Dział książek dla dzieci: Sylwia Skulimowska sylwia.skulimowska@literadar.pl tel. 792 291 281 Korekta: Marta Świerczyńska – kierownik zespołu korektorskiego korekta@literadar.pl Projekt graficzny i skład: Mateusz Janusz (Studio DTP Hussars Creation)

Współpracownicy: Mateusz Budziakowski, Michał Bryda, Robert Ciombor, Tomasz Chmielik, Piotr Chojacki, Monika Gielarek, Grzegorz Nowak, Marta Gulińska, Waldemar Jagodziński, Mateusz Janusz, Przemysław Klaman, Marcin Kłak, Iwona Kosmal, Katarzyna Lipska, Bartłomiej Łopatka, Katarzyna Malec, Joanna Marczuk, Ania Mazurek, Marek Piwoński, Elwira Poleszczuk (BiblioNETka), Michał Pudlik, Ewa Popielarz, Maciej Sabat, Michał Stańkowski, Dawid Sznajder, Natalia Szpak, Dorota Tukaj, Michał Paweł Urbaniak, Tymoteusz Wronka, Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, jednocześnie zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów i poprawek w nadesłanych materiałach.


Editorial Ach,

te książki. Takie drogie, VAT je męczy, poziom czytelnictwa dręczy, takie one potrzebujące wsparcia i  pomocy. Pozerki! Grzeją się w świetle jupiterów już od dawna. Akcja za akcją, kampania społeczna goni kampanię. Nawet swoje święto mają. Czytanie jest trendy, czytanie jest modne – wszyscy to wiemy. Cała Polska... nieprawdaż? Głośno i z przytupem przypomniała o tym kampania Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka! Bo książki są też seksi. Ale żeby zaraz do łóżka? Może lepiej do wanny, jak Manuela Gretkowska z  książką Trans na kanale TVP Kultura? Ze szklanego ekranu telewidz dowie się też, że Czytanie to awantura. A  jeśli przekaz, zważywszy na nocną porę nadawanie programu, nie dotrze do przeciętnego telewidza, to z  pomocą przychodzi spot Czytaj! Zobacz więcej. Zresztą, jeśli nie telewizja, to internet z  Facebookiem. Książkę widać wszędzie. Mamy 52książki.pl czyli przyzwoity plan roczny bibliofila, jeden tytuł w jeden tydzień. Jest bookcrossing znany u nas jako Wolne Książki, a jeśli zostawianie przeczytanych tomów na parkowych ławkach i autobusowych przystankach nam nie odpowiada, to możemy w sposób kontrolowany wymienić się na papierowe woluminy, na przykład w ramach eventu Drugie życie książki. Jest cykliczna impreza 5 minut dla książki – wspólne, głośne czytanie fragmentów powieści w ważnych punktach różnych miast. O ekonomicznym aspekcie czytelnictwa przypominają nam akcje Czytam – kupuję i Nie karm książkowego potwora. Dodajmy do tego biblioteczne koła dyskusyjne, rosnące jak grzyby po deszczu klubo-kawiarnio-księgarnie i blogi recenzentów. Podsumowując: dzieje się. Kto czytać lubi, ten się nie nudzi. Może i  jesteśmy w mniejszości, jednak jak tu ciekawie! Z  czytelnictwem jest u  nas skrajnie. Ponad połowa Polaków nie czyta. Nie szkoda im pieniędzy na zakup nowego bestselleru (choć to niezła wymówka), ich to zwyczajnie nie kręci. Bibliotek nie odwiedzają. I  tu można się trochę powyzłośliwiać. Czy wspomniane akcje to promowanie czytelnictwa, czy mają szanse na powodzenie wśród nieczytających, czy tylko

konsolidują grupę miłośników literatury. Lub ujmując inaczej, czy moda to promocja? Najtrafniejsze wydaje się hasło jednej z  kampanii: Olej stado! Bądź czarną owcą! Czyli zwyczajnie, na przekór zmieniającym się trendom, czytaj. Najlepiej „Literadar”! Przed Wami numer 18., ponad 150 stron, tym razem w  roli głównej fantasy. O  rozwoju gatunku w  obszernym artykule opowiada redaktor naczelny „Literadaru”, Piotr Stankiewicz. O  kulisach powstania interaktywnej gry audio 1812: Serce Zimy mówią Magda i  Maciej Reputakowscy. Po raz pierwszy prezentujemy miesięczne zestawienie bestsellerów. Do poczytania także fragment powieści Daniela Abrahama Smocza droga. Czytajmy więc! Sylwia Skulimowska


Zebrała Sylwia Skulimowska

OD STRONY KSIĄŻKI Zdarzenia z kraju i ze świata, ze stolicy i z ulicy, nowości, premiery, zapowiedzi. LiteRADAR włączony, wychwytuje, namierza i donosi, że...

Ceny rosną, sprzedaż spada. VAT utrudnia jej życie, a w księgarniach doskwiera samotność. Stop czarnym proroctwom. Z okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich wszystkim papierowym woluminom, audiobookom, ebookom (i sobie samym) życzymy obniżek cen i podatków. Święto można uczcić tradycyjnie, w domowym zaciszu z książką w ręku lub na przykład wybierając się na Małopolskie Dni Książki „Książka i Róża” w dniach 23-24 kwietnia. W  akcji udział bierze kilkadziesiąt księgarń z  całego regionu, jednak najwięcej będzie się działo w  Krakowie, a  konkretnie w  Wojewódzkiej Biblotece Publicznej. Wymiana książek, kiermasz, spotkania autorkie, warsztaty, konkursy dla dużych i małych – zapowiada się interesująco. Księgarze obiecują rabaty i wzorem Hiszpanów, którzy to już w 1930 roku wpadli na pomysł świętowania dnia książki, wręczają klientom czerwone róże. Kwiaciarnie też się cieszą. Wiosnę w Bolonii dobrze wspominać będą autorka Anna Czerwińska-Rydel i ilustratorka Marta Ignerska. Z odbywających się tam 49. Targów Książki dla Dzieci panie wrócily z nagrodą główną w kategorii non-fiction. Ich wspólne dzieło, książka Wszystko gra, wydana przez Wytwórnię i Narodowy Instytut Fryderyka Chopina zachwyciła szatą graficzną i „współbrzmieniem” tekstu z obrazem. Gratulujemy! 27 września, wtedy właśnie dorośli entuzjaści Harry’ego Pottera będą szturmować księgarnie w poszukiwaniu najnowszej powieści J. K. Rowling Casual Vacancy. Wiadomo, że książka będzie dla czytelników co najmniej pełnoletnich i że nie wystapi w niej żaden czarodziej. Reszta owiana jest tajemnicą. J. K. Rowling eksperymentuje, my czekamy. 6 | nr 18


Głośno i  kontrowersyjnie jest wokół książki Wybaczcie mi. Historia Katarzyny Waśniewskiej. Choć Wydawnictwo G+J premierę zaplanowało na maj, to pozycja znalazła się już w ofercie internetowej księgarni Empiku. Po protestach internautów wycofano ją z przedsprzedaży. Książkę, w oparciu o  liczne wywiady i  rozmowy, napisała redaktor naczelna Gali, Iza Bartosz.

Z  okazji 10-lecia kampanii Cała Polska czyta dzieciom, z  pomocą internautów wybrano dziesięć ���������������������������������� szczególnie ważnych książek. Laureatami plebiscytu Fundacji ABCXXI zostały: 1. Bieda – Hanna Gill-Piątek, Henryka Krzywonos 2. Czarny młyn – Marcin Szczygielski 3. Czy wojna jest dla dziewczyn? – Paweł Beręsewicz 4. Detektyw Pozytywka – Grzegorz Kasdepke 5. D.O.M.E.K – Alicja Machowiak i Daniel Mizieliński 6. Dziesięć stron świata – Anna Onichimowska 7. Dżok. Legenda o psiej wierności – Barbara Gawryluk 8. Pan Kuleczka – Wojciech Widłak 9. Kosmita – Roksana Jędrzejewska – Wróbel 10. Wiersze, że aż strach – Małgorzata Strzałkowska

11 maja poznamy szczęśliwego laureata III edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki 2011. Tymczasem jury ogłosiło finałową piątkę: Miedzianka. Historia znikania, Filip Springer, Wydawnictwo Czarne; Palestyńskie wędrówki. Zapiski o znikającym krajobrazie, Raja Shehadeh, Wydawnictwo Karakter; Po Syberii, Colin Thubron, Wydawnictwo Czarne; Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych, Liao Yiwu, Wydawnictwo Czarne; Sztuka politycznego morderstwa, czyli kto zabił biskupa, Francisco Goldman, Wydawnictwo Czarne. Do wygrania jest 50 tys. zł. Jeżeli jury wybierze książkę autora zagranicznego, nagrodzony zostanie róznież tłumacz, kwotą 15 tys. zł. Kto okaże się zwycięzcą? Czarno to widzimy.

Obecnie jednym z  głównych projektów Fundacji ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom jest organizacja głośnego czytania dzieciom przez ich osadzonych w  więzieniach rodziców. Lektura odbywa się w salach widzeń. Akcja, mająca ułatwiać resocjalizację i umacniać rodzinne więzy, prowadzona jest we współpracy z Centralnym Zarządem Służby Więziennej. 7 | nr 18


OD STRONY

KSIĄŻKI

Noc żywych Żydów Igor Ostachowicz Współczesna Warszawa. Zblazowany trzydziestoparolatek, typowy przedstawiciel nowej klasy średniej, dryfuje od kobiety do kobiety, od baru do baru, od przelewu do przelewu. Ale wszystko do czasu. Pewnego dnia, po serii niefortunnych zdarzeń i tajemniczych znaków, nasz bohater znajduje przejście do innego świata. Tego świata, w  którym kilkadziesiąt lat temu rozegrał się dramat warszawskich Żydów. Jak poradzić sobie z przeszłością, która nie chce odejść w zapomnienie?

Mourinho. Anatomia zwycięzcy Patrick Barclay „Nie jestem najlepszy na świecie, ale nie ma lepszego ode mnie” – Jose Mourinho. Od tłumacza i  asystenta sir Bobby’ego Robsona w Barcelonie do zwycięzcy Champions League. Wspierany przez miliardy Abramovicha dokonał paru bystrych transferów i poprawił grę kilku graczy Chelsea. Rezultaty? W  jego pierwszym sezonie zespół z Londynu zwyciężył zarówno w Premier League, jak i zdobył Puchar Carlinga. Patrick Barclay przeprowadził rozmowy z  najbliższymi mu ludźmi, wliczając w  to sir Bobby’ego Robsona i Louisa van Gaala, a  także piłkarzy, aby dociec, co uczyniło z  Mourinho prawdopodobnie najlepszego obecnie piłkarskiego menedżera na świecie.

Potwory. Bestiariusz Dell Christopher „Potwory. Bestiariusz” Christophera Della to przygotowane w  formie albumu kompendium wiedzy na temat potworów z różnych epok i kultur. Znakomite ilustracje wzbogacone są ciekawymi informacjami z  takich dziedzin jak: antropologia, historia sztuki, filozofia i  biologia. Przerażająca kolekcja najdziwniejszych i najbardziej niezwykłych bestii, jakie zna ludzka wyobraźnia. Piękna szata graficzna. 8 | nr 18


Niuch Terry Pratchett Powszechnie uznawana prawda głosi, że kiedy policjant wyjeżdża na urlop, zanim jeszcze zdąży otworzyć walizkę, już znajduje pierwsze zwłoki. Komendant Sam Vimes ze Straży Miejskiej Ankh-Morpork jest właśnie na urlopie na wsi (niewinnej i  wesołej), ale nie dla niego są zwykłe trupy w szafie. Trupów jest więcej, bardzo wiele, a  także pradawna zbrodnia, straszniejsza niż morderstwo. Vimes znalazł się poza swoją jurysdykcją, poza kompetencją, niekiedy zagubiony i poza granicami zrozumienia, pozbawiony kanapek z bekonem, ale nie przebiegłości. Podobno w końcu wszystkie grzechy zostają wybaczone. Ale chyba nie całkiem wszystkie...

Kolejna odsłona antologii klasycznych opowiadań!

Spalony Andrzej Iwan Poruszająca historia człowieka, który tak wiele wygrał, ale jeszcze więcej przegrał. Andrzej Iwan z  przejmującą szczerością opowiada o  uzależnieniach od alkoholu, hazardu, a nawet o próbach samobójczych. Tłem dla jego historii pozostaje piłka nożna – widziana od środka, oczami wybitnego zawodnika, reprezentanta Polski w finałach mistrzostw świata w 1978 i 1982 roku. Iwan oddaje klimat czasów komuny, przedstawia życie całego pokolenia zawodników, których do tej pory – poza nielicznymi wyjątkami – widzieliśmy jako idealnych herosów. 9 | nr 18

Pasjonująca historia science fiction w pigułce


MIAŃSK Ą, Wywiad z AGNIESZK Ą ZIE tor Dyrektor Marketingu Mura nawczego EXPO – organizatora wyko ążki Warszawskich Targów Ksi

Rozmawia Piotr Stankiewicz

Ilu będzie wystawców w tym roku? Statystyki Warszawskich Targów Książki w dniu dzisiejszym (20 kwietnia) nie są jeszcze ostateczne. Na liście wystawców jest blisko pięćset firm z Polski i dziewiętnaście z innych krajów. Czy to oznacza wzrost w  stosunku do roku ubiegłego? Mamy nadzieję osiągnąć wynik ubiegłoroczny, a nawet go przekroczyć. W tej chwili już wiemy, że będziemy mieli więcej stoisk wystawienniczych, co nie oznacza od razu większej ilości wystawców. Życzylibyśmy sobie rokrocznego bicia rekordów w  każdej dziedzinie, niewątpliwie byłoby to oznaką dobrej kondycji polskiego rynku książki. Odczuwacie Państwo zastój na rynku książki? Odbieramy sytuację na rynku wydawniczym jako bardzo zróżnicowaną. Wydawnictwa oferujące dzieła znanych autorów wydają się pozostawać w  zdecydowanie lepszej kondycji niż, jak wynika z naszych rozmów, mniejsi wydawcy czy wydawcy literatury naukowej. Jednak niektórzy nasi wystawcy zwiększyli w tym powierzchnię na targach. Z tego, co się dowiedziałem, obecna będzie szeroka reprezentacja wydawców zagranicznych? Tak, reprezentacja międzynarodowa na tegorocznych targach wypada wyjątkowo ko-

rzystnie. Obok państw, które prezentowały się już w ubiegłym roku, będą też po raz pierwszy z  ofertą zagranicznych wydawnictw: Przedstawicielstwo Walonii-Brukseli, Ministerstwo Edukacji, Kultury i Sportu Królestwa Hiszpanii, Ministerstwo Kultury i Turystyki Republiki Azerbejdżanu, Moskiewski Departament Reklamy i Informacji z ofertą wydawców rosyjskich oraz wydawcy z Turcji i Chin. Będzie też wielu zagranicznych autorów, którzy spotkają się z czytelnikami w stoiskach wydawców, na otwartych dyskusjach i debatach oraz na specjalnie w  tym celu zaaranżowanej „Kanapie Literackiej” (Sala Kopernika). Nie zabraknie gwiazd światowej literatury, do których niewątpliwie należy Jonatan Carroll (Dom Wydawniczy REBIS). Gościem polskiego wydawcy książek Paula Coelho, oficyny Drzewo Babel, i Warszawskich Targów Książki będzie Carl Honoré – kanadyjski dziennikarz i publicysta, jeden z twórców i rzecznik idei ruchu Slow, autor książki Pochwała powolności. Jak zwolnić tempo i cieszyć się życiem. Wydawnictwo Akapit Press zaprosiło Cathy Cassidy, znaną na całym świecie brytyjską autorkę bestsellerowych książek dla dzieci i młodzieży. Wydawnictwo Albatros zaproponuje spotkanie z autorką bestselleru Dom orchidei Lucindą Riley. Gościem Warszawskich


Targów Książki na zaproszenie Zeszytów Literackich będzie Tomas Venclova. No i Festiwal Komiksowa Warszawa – jedyny festiwal w stolicy, pozwalający zanurzyć się w  bogatym świecie narracji obrazkowej. Podczas czterech dni festiwalu będzie można spotkać komiksowych autorów z  Polski (T. Baranowski, G. Rosiński, M. Śledziński, M. Skutnik) i z zagranicy (R. Surżenko, B. Bolland), a także uczestniczyć w panelach dyskusyjnych, prelekcjach i wykładach. Kalendarz wydarzeń Warszawskich Targów Książki pęka w szwach. Nie licząc spotkań autorskich w stoiskach wydawców, jest ich około dwustu z czego około pięćdziesięciu przygotowanych z myślą o dzieciach i młodzieży. Jakie korzyści odnieść może zwykły czytelnik, odwiedzając Warszawskie Targi Książki? Mamy nadzieję, że korzyści są wyjątkowe. Każdy znajdzie na targach coś dla siebie. Po pierwsze, można spotkać ulubionych autorów, uzyskać dedykację, autograf. Można też kupić książki w  bardzo korzystnej cenie, zapoznać się z technologicznymi nowinkami (targom towarzyszy Forum Nowych Technologii), których coraz więcej na rynku książki. Można wziąć udział w  spotkaniach autorskich, publicznych debatach i dyskusjach. Przy tej okazji chciałabym powiedzieć dwa słowa o naszych targowych akcjach promujących czytelnictwo wśród młodych czy-

telników. Od pierwszej edycji dbamy o to, by młodsi i  najmłodsi także znaleźli na targach coś dla siebie, by wykorzystali okazję do polubienia książek i czytania. Tegoroczne wydarzenia dla nie całkiem dorosłych czytelników podzielone zostały na bloki dla dzieci i młodzieży. Wydarzenia dla dzieci odbywają się przez cztery dni w  wyznaczonym targowym sektorze, zlokalizowanym tak, by łatwo było do niego trafić. Sala Sienkiewicza – ze sceną, kącikiem przedszkolnym i sekcją gier planszowych – tętni życiem przez cały czas trwania targów. Warto przy okazji wspomnieć o  organizowanej tu przez Qlturkę akcji Dzielę się książkami. Ponadto proponujemy młodzieży: Lekcje czytania z  „Tygodnikiem Powszechnym”, spotkania z  redakcjami tytułów dla młodzieży szkolnej na temat świata mediów z  bliska czy projekty skierowane do szerokiej publiczności targowej – niecodzienny pokaz mody inspirowany książką oraz wymianę książek organizowaną przez portal Lubimyczytać.pl. Akcję skierowaną do dzieci i  młodzieży na tegorocznych Warszawskich Targach Książki organizujemy pod hasłem „Ja lubię czytać!”. Mamy nadzieję, że m.in. w efekcie takich działań, zwykłych czytelników odwiedzających Warszawskie Targi Książki będzie z roku na rok coraz więcej.


Dawid Sznajder

Subiektywny przegląd nowości książkowych szukiwaniu pomocy wyrusza do Dobrego Maga Humfreya. Jeżeli mu się to nie uda, zostanie wygnany z Xanth.

Terry Pratchett Niuch Książek Terry’ego Pratchetta nie trzeba nikomu przedstawiać ani szczególnie polecać. Wiernym czytelnikom Świata Dysku mogę tylko przypomnieć, że niedawno ukazał się najnowszy tom z cyklu o Straży Miejskiej Ankh-Morpork (mojego ulubionego), który natychmiast trzeba zakupić, bo naprawdę warto. Świetna zabawa i  co najmniej jedna zarwana noc gwarantowana. Prócz tego można się przekonać, że książeczki dla dzieci o  kupkach nie są tak straszne, jak dotąd mi się wydawało.

Anthony Piers Zaklęcie dla Cameleon Wydawnictwo Nasza Księgarnia wznawia kultowy cykl fantasy Xanth w  nowym przekładzie. Xanth to kraina, gdzie każdy ma jakiś magiczny talent bądź sam jest magiczny. Każdy, prócz młodego Binka, który najwyraźniej takiego talentu jest pozbawiony. W  po-

Andrzej Ziemiański Pomnik Cesarzowej Achai. Tom 1 Wiele niezamkniętych wątków Achai przez tysiąc lat domagało się kontynuacji (albo osiem naszego czasu) i wreszcie zarówno wątki, jak i  czytelnicy znaleźli ukojenie. Mam tylko nadzieję, że Pomnik poziomem dorówna raczej pierwszemu tomowi Achai niż ostatniemu.

Sam Harris Koniec wiary. Religia, terror i przyszłość rozumu W  2008 roku ukazał się Bóg urojony Dawkinsa, Odczarowanie Dennetta i  Bóg nie jest wielki Hitchensa. Na książkę ostatniego z  „Czterech Jeźdźców” musieliśmy czekać osiem lat od wydania oryginału. Bynajmniej nie dlatego, że jest to najsłabsza książka z  wyżej wymienionych bądź mniej ważna. Bodźcem do napisania książki 12 | nr 18

były dla Harrisa wydarzenia 11 września 2001 roku, których przyczyn upatruje bezpośrednio w nauce islamu. Harris nie koncentruje się wyłącznie na muzułmanach, krytykuje również chrześcijaństwo i judaizm. Książka Koniec wiary w  roku 2005 otrzymała nagrodę PEN/ Martha Albrand Award for First Nonfiction). W  tym samym roku dostała się na czwarte miejsce listy bestsellerów New York Timesa, pozostając na liście przez trzydzieści tygodnie. Do chwili obecnej na rynku amerykańskim sprzedanych zostało ponad pół miliona egzemplarzy, a książka przetłumaczona została na kilkanaście języków.

Steven Erikson Okaleczony bóg Wieść o  rychłym ukazaniu się zakończenia opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych wzbudziła wśród moich znajomych wzmożone ożywienie, żeby nie powiedzieć podniecenie tym faktem. Ulegając ich namowom, zacząłem czytać Ogrody księżyca, lecz pomimo tego, że w  tej chwili kończę tę część, nie mam pojęcia, o  co chodzi w  opisie na okładce Okaleczonego boga. Cóż, przede mną jeszcze dziewięć grubych tomów i dużo czasu, żeby zrozumieć.


Bestsellery Bestsellery

Bestsellery „Magazynu Literackiego KSIĄŻKI”

kwiecień 2012 kwiecień 2012

Bestsellery „Magazynu Literackiego KSIĄŻKI”

Poz.

1 Poz. 2

Miejsce Liczba w poprzednim notowań notowaniu na liście

Tytuł

Miejsce Liczba 8 2 w poprzednim notowań notowaniu na liście 1 4

Taniec ze smokami, część 2

George R.R. Martin

Zysk i S-ka

978-83-7506-898-6

Tytuł Dzienniki kołymskie

Autor Jacek Hugo-Bader

Wydawnictwo Czarne

ISBN 978-83-7536-292-3

Liczba punktów 359

350 441

Autor

Wydawnictwo

Liczba punktów

ISBN

441

3 1

25 8

2

Tajny dziennik Taniec ze smokami, część 2

Miron Białoszewski George R.R. Martin

Znak i S-ka Zysk

978-83-240-1888-8 978-83-7506-898-6

4 2

3 1

4

Marzenia i tajemnice Dzienniki kołymskie

DanutaHugo-Bader Wałęsa Jacek

Wydawnictwo Literackie Czarne

978-83-08-04836-8 978-83-7536-292-3

334 359

5 3

2 25

3 2

Dziedzictwo. Tom 2 Tajny dziennik

Christopher Paolini Miron Białoszewski

Mag Znak

978-83-7480-229-1 978-83-240-1888-8

297 350

6 4

3

nowość 4

Kobieta wi lustrze Marzenia tajemnice

Eric-Emmanuel Danuta Wałęsa Schmitt

Znak Wydawnictwo Literackie

978-83-240-1679-2 978-83-08-04836-8

283 334

7 5

2

nowość 3

Spadkobiercy Tom 2 Dziedzictwo.

Kaui Hart Hemmings Christopher Paolini

Znak Mag

978-83-240-1674-7 978-83-7480-229-1

257 297

8 6

22

2 nowość

Kwiaty na Kobieta w poddaszu lustrze

Virginia C. Andrews Eric-Emmanuel Schmitt

Świat Książki Znak

978-83-7799-654-6 978-83-240-1679-2

255 283

9 7

7

3 nowość

Drzwi do piekła Spadkobiercy

MariaHart Nurowska Kaui Hemmings

Znak

978-83-240-1875-8 978-83-240-1674-7

239 257

10 8

22

nowość 2

Coco Chanel. Życie intymne Kwiaty na poddaszu

Lisa Chaney Virginia C. Andrews

Znak Książki Świat

978-83-240-1672-3 978-83-7799-654-6

224 255

11 9

5 7

2 3

Passa do piekła Drzwi

Jan Ordyński, Daniel Passent Maria Nurowska

Czerwone i Czarne Znak

978-83-7700-030-4 978-83-240-1875-8

222 239

nowość

Tutaj/Here Coco Chanel. Życie intymne

Wisława Szymborska Lisa Chaney

Znak

978-83-240-1925-0 978-83-240-1672-3

207 224

nowość 2

Kobiety dyktatorów Passa

Diane Ducret Daniel Passent Jan Ordyński,

Znak Czerwone i Czarne

978-83-240-1884-0 978-83-7700-030-4

204 222

Książnica Znak

12 10 13 11

5

14 12

nowość

Przebudzona. Dom nocy 8 Tutaj/Here

P.C. Cast,Szymborska Kristin Cast Wisława

13 15 14

4

nowość 5 nowość

Maria Czubaszek, Diane Ducret Artur Andrus P.C. Cast, Kristin Cast

16 15

6 4

2 5

Każdy szczyt Kobiety dyktatorów ma swój Czubaszek Przebudzona. Dom nocy 8 Dziewczynka w zielonym Każdy szczyt sweterku. W ciemności ma swój Czubaszek

17 16

19 6

2 2

18 17 19

19

nowość 2 nowość

Na fejsie z moim synem Dziewczynka w zielonym sweterku. W ciemności Więzień nieba Na fejsie z moim synem Laska nebeska

18 20 19

18

nowość 2 nowość

Więzień nieba Lew Starowicz o mężczyźnie Laska nebeska

21 20

24 18

2 2

Lew Starowicz o kobiecie Lew Starowicz o mężczyźnie

22 21

24

nowość 2

Pamiętniki wampirów. Księga 5: Fantom Lew Starowicz o kobiecie

204 193 194

978-83-0116-754-7 978-83-7648-950-6

192 193

978-83-63387-01-3 978-83-0116-754-7

184 192

978-83-7758-187-2 978-83-63387-01-3 978-83-268-0705-3

181 184 177

Zbigniew Lew Starowicz, Carlos Ruiz Zafón Krystyna Romanowska Mariusz Szczygieł Zbigniew Lew-Starowicz, Zbigniew Lew Starowicz, Barbara Kasprzycka Krystyna Romanowska

Muza Czerwone i Czarne Agora

978-83-7758-187-2 978-83-7700-032-8 978-83-268-0705-3

181 152 177

Czerwone i Czarne Czerwone i Czarne

978-83-7700-013-7 978-83-7700-032-8

145 152

L.J. Smith Lew-Starowicz, Zbigniew Barbara Kasprzycka Wisława Szymborska L.J. Smith Olga Kwiecińska-Kaplińska, Agata Ziemnicka Wisława Szymborska Urszula Dudziak Olga Kwiecińska-Kaplińska, Stieg Larsson Agata Ziemnicka

Amber Czerwone i Czarne

978-83-241-4193-7 978-83-7700-013-7

141 145

Wiersze wybrane Pamiętniki wampirów. Księga 5: Fantom Rewolucja na talerzu Wiersze wybrane Wyśpiewam Wam wszystko Rewolucja na talerzu Trylogia Millennium - pakiet

a5 Amber Wydawnictwo Literackie a5 Kayax Production & Publishing Wydawnictwo Literackie Czarna Owca

978-83-61298-26-7 978-83-241-4193-7 978-83-08-04881-8 978-83-61298-26-7 978-83-927811-2-7 978-83-08-04881-8 978-83-7554-304-9

137 141 130 137 129 130 118

14

2 nowość nowość 2 nowość nowość 2

27 25

15

2 nowość

Milczenie roślin Wyśpiewam Wam wszystko

WisławaDudziak Szymborska Urszula

Znak Production & Publishing Kayax

978-83-240-1920-5 978-83-927811-2-7

117 129

28 26

14

nowość 2

Tam, gdzie ty Trylogia Millennium - pakiet

Jodi Picoult Stieg Larsson

Prószyński Media Czarna Owca

978-83-7839-013-8 978-83-7554-304-9

116 118

27 29 28 30 29

15

2 nowość nowość nowość nowość

Milczenie roślin Ja, Ibra Tam, gdzie ty Ucieczka na szczyt Ja, Ibra

Zlatan Ibrahimović, Wisława Szymborska David Lagercrantz Jodi Picoult Bernadette McDonald Zlatan Ibrahimović, David Lagercrantz

Znak Sine Qua Non Prószyński Media Agora Sine Qua Non

978-83-240-1920-5 978-83-63248-10-9 978-83-7839-013-8 978-83-268-0688-9 978-83-63248-10-9

117 115 116 113 115

nowość

Lista bestsellerów „Magazynu Literackiego KSIĄŻKI” jest przedrukowywana w tygodniku „Angora”, Ucieczka na szczyt Bernadette McDonald Agora 978-83-268-0688-9 113 który ukazuje się w nakładzie 400 tys. egz.

30

10

194 207

978-83-240-1884-0 978-83-7648-950-6 978-83-245-7991-4

10

Lista bestsellerów „Magazynu Literackiego KSIĄŻKI” jest przedrukowywana w tygodniku „Angora”, Jak powstaje lista bestsellerów „Magazynu Literackiego KSIĄŻKI”? który ukazuje się w nakładzie 400 tys. egz. Zestawienie powstaje na podstawie wyników sprzedaży w ponad 300 księgarniach całego kraju, w tym w sieciach: Empik, Matras, regionalnych Domach Książki. Pod uwagę bierzemy wyniki sprzedaży z 30 dni, zamykamy listę 15 dnia miesiąca poprzedzającego wydanie aktualnego numeru „Magazynu”. O kolejności na liście Jak powstaje lista bestsellerów „Magazynu KSIĄŻKI”? decydują punkty przyznawane za miejsca 1-5 w Literackiego poszczególnych placówkach księgarskich; przy czym za pierwsze miejsce dajemy 5 punktów, za piąte – 1. Zestawienie powstaje na podstawie wyników sprzedaży w ponad 300 księgarniach całego kraju, w tym w sieciach: Empik, Matras, regionalnych Domach Książki. Pod uwagę bierzemy wyniki sprzedaży z 30 dni, zamykamy listę 15 dnia miesiąca poprzedzającego wydanie aktualnego numeru „Magazynu”. O kolejności na liście księgarskich; za2piąte 13 b decydują i b l i punkty o t e przyznawane k a a nzaamiejsca l i z 1-5 wpposzczególnych r z e d s t placówkach a w i a 13 • k przy s i ączym ż kzai pierwsze • miejsce k wdajemy i e c 5i punktów, e ń 0 1– 21.

| nr 18 b i b l i o t e k a

a n a l i z

p r z e d s t a w i a

k s i ą ż k i

k w i e c i e ń

2 0 1 2

13

Lista Bestsellerów Lista– Bestsellerów © Copyright – Biblioteka © Copyright Analiz Biblioteka 2012 Analiz 2012

23 22 24 23 25 24 26

978-83-245-7991-4 978-83-240-1925-0

Znak Prószyński Media Książnica Wydawnictwo Naukowe Krystyna Chiger, Daniel Paisner Maria Czubaszek, PWN Prószyński Media Artur Andrus Janusz L. Wiśniewski, Wielka Litera Naukowe Wydawnictwo Irena Wiśniewska Krystyna Chiger, Daniel Paisner PWN Carlos Ruiz Zafón Muza Janusz L. Wiśniewski, Wielka Litera Mariusz Szczygieł Agora Irena Wiśniewska


SERCE ZIMY

NA WIOSNĘ CZYLI POLACY W AWANGARDZIE POSTĘPU Wywiad z MAGDĄ i MACIEJEM REPUTAKOWSKIMI autorami gry audio Serce Zimy

Literadar: Jako dziecko lubiłem słuchać bajek w  telefonie. Dzwoniło się „na bajki”. Pamiętacie te czasy? Magda Reputakowska: Tak, oczywiście. Maciej Reputakowski: Ja miałem też bajki na kasetach. Pomyślałem sobie, że Serce Zimy jest po części rozwinięciem tej idei – tej i wielu innych – bo także książki audio, gry komputerowej itd. Jak to jest: sami wpadliście na ten pomysł czy zrobił to ktoś inny, a wy podjęliście się realizacji? Maciej: Cała koncepcja została wymyślona przez Jarka Beksę z  Telekomunikacji Polskiej. Nieco później firma ogłosiła konkurs na napisanie fabuły gry. Zgłosiło się dość dużo osób, ponieważ początkowo wydawało się, że chodzi o  scenariusz do komputerowej gry RPG. Później okazało się, że TP SA

nigdy nie interesowała gra komputerowa, lecz projekt przypominający raczej audiobooka. Wiem, że macie duże doświadczenie na gruncie tworzenia gier. Magda: Owszem, ale to nasza pierwsza audiogra. Wcześniej zrobiliśmy jedną planszówkę, ale głównie zajmowaliśmy się tradycyjnymi grami fabularnymi, pisząc własne scenariusze albo oceniając teksty innych osób w  ramach kapituły konkursu Quentin. Maciej: Oczywiście, to była działalność hobbystyczna. Nie ma co ukrywać, że nigdy wcześniej nie braliśmy udziału w tak gigantycznym przedsięwzięciu. Istnieją oczywiście inne audiogry. Nie jest ich tak dużo, żeby mówić o  rynku podobnych tytułów, lecz nasza nie była pierwsza. Natomiast jest to pierwszy tytuł stworzony z tak dużym rozmachem. 14 | nr 18


15 | nr 18


Są polskie gry audio? Magda: Nie, u nas nie robi się takich gier. To przede wszystkim projekty zagraniczne. Maciej: Kiedy opublikowano demo Serca Zimy okazało się, że dowiedzieli się o nim ludzie z  zagranicy, na przykład z  Anglii i  tamtejsi gracze przechodzili je, nie rozumiejąc nawet, o co chodzi. Cieszyli się po prostu, mogąc posłuchać muzyki, różnych

odgłosów i  tak dalej. Oprócz tego funkcjonują fora internetowe poświęcone rozrywce dla osób niewidzących lub niedowidzących. Rozumiem, że byliście świadomi faktu, iż istotną grupę odbiorców stanowią osoby niewidzące. Braliście to pod uwagę, pisząc scenariusz? 16 | nr 18


Magda: Odgórne założenie, przyjęte od samego początku, było takie, że wszelkie zadania czy wyzwania w  grze nie mogą mieć nic wspólnego ze wzrokiem. Oznacza to, że na ekranie nie mogło się pojawić żadne zadanie, a wszystko musiało być oparte na słuchu. Cała idea zasadzała się na całkowitym odcięciu odbiorcy od warstwy wizualnej. Po publikacji Serca Zimy z firmą skontaktowało się wiele osób niewidzących i  niedowidzących, niezwykle zainteresowanych tego typu produktem. Ucieszyło nas także to, co od nich usłyszeliśmy: że gra ich w  żaden sposób nie dyskryminuje, nie obnaża ich słabości, ponieważ jest uniwersalna i skierowana do szerokiego grona odbiorców. W trakcie zabawy wszyscy mają takie same kompetencje. Co więcej, w  nasz tytuł może zagrać nawet ktoś niesłyszący, gdyż obok niezwy-

kle rozbudowanej i  doskonale udźwiękowionej przez zespół TP SA warstwy słuchowej, funkcjonuje niezależna warstwa tekstowa. Maciej: Możesz po prostu patrzeć na ekran, czytać i wybierać opcje.

17 | nr 18


Tekst czyta Piotr Fronczewski? Maciej: Piotr Fronczewski udzielił jednego z głosów. W sumie przy Sercu Zimy pracowało trzydziestu sześciu aktorów. A kto dubbingował Korwina, głównego bohatera? Maciej: Jacek Kopczyński. Mieliście wpływ na dobór obsady? Maciej: Tak. Studio Start International współpracuje z liczną grupą aktorów i dysponuje szeroką bazą głosów. Mogliśmy posłuchać różnych propozycji i zadecydować, które głosy najlepiej pasują do poszczególnych postaci. W kilku przypadkach to były oczywiste wybory, ale chodziło też o udzielenie wskazówek przy kompletowaniu obsady. Do gry dołączono także mapę, ale nie jest ona chyba konieczna do jej ukończenia? Magda: Mapa to tylko dodatkowy smaczek, który przemawia do współczesnych graczy. Mamy świadomość, że część z nich potrzebuje jakiegoś zakotwiczenia. Stąd obecność menu, ładnego logotypu czy właśnie mapki. Jesteście zagorzałymi „gamerami”. Zastanawiam się, czy nie kusiło was, żeby nieco bardziej skomplikować czy urozmaicić zasady Serca Zimy, dając odbiorcom szansę na wybór współczynników, unikalnych cech czy inny zmiennych? Maciej: Podstawowym problemem przy pisaniu audiogry jest konieczność 18 | nr 18


stworzenia silnika, czyli całego oprogramowania. Wymaga to ogromu pracy. Po napisaniu programu, przez rok, w  miarę, jak dostarczaliśmy tekst, równolegle przebiegały testy funkcjonalności. W  pewnym momencie pojawiła się taka siatka zależności, że każdy kolejny element tylko komplikował całość. Poza tym musieliśmy podjąć decyzję, w  jaki produkt celujemy. Mogliśmy od razu założyć, że wykorzystamy współczynniki, a bohater będzie się rozwijał w miarę zagłębiania w fabułę, jednak w  wypadku gry tekstowej musielibyśmy napisać każdą rzecz, jaką chciałby usłyszeć gracz. W  zwykłej grze komputerowej postać wchodząca do pomieszczenia trafia do zaprojektowanej zawczasu przestrzeni, przetwarzanej i  przedstawianej za pośred-

nictwem komputera. Chcąc osiągnąć to samo, musielibyśmy opisać całe otoczenie. To naprawdę niewiarygodna ilość tekstu. W  tym momencie scenariusz Serca Zimy odpowiada mniej więcej trzystustronicowej książce. Gdybyśmy mieli wzbogacić grę o dodatkowe elementy rozwoju postaci, pisalibyśmy ją do dziś. Magda: Albo musielibyśmy dysponować dużo większym zespołem. Jak się czujecie w  tym kontekście: jak pisarze, designerzy, scenarzyści? Wszystkim po trosze? Maciej: Chyba to ostatnie. Wymyśliliśmy pewien scenariusz, następnie dzieliliśmy go na sceny, w których bohater podejmuje decyzje i posuwa fabułę do przodu. Projek19 | nr 18


Dreszcz, Wojownik autostrady albo Wehikuł czasu? Magda: Tak, obydwoje graliśmy w  te gry, Maciek ma ich całą kolekcję. Jednak tworząc podstawy scenariusza, myśleliśmy, że docelowo będą one podstawą dla tradycyjnej gry komputerowej. Nie mieliśmy pojęcia, jak nowatorski będzie to pomysł. Dopiero po zwycięstwie naszego projektu okazało się, że musimy go przerobić. Pierwotnie zadania były raczej typowe – jak to w grach. Dopiero później uświadomiliśmy sobie, że pozbawione warstwy wizualnej będą niezwykle nudne. Dlatego zdecydowaliśmy, że musimy postawić na wartką, wciągającą i spójną fabułę. Siłą rzeczy sam mechanizm bardzo przypomina grę paragrafową. W  warstwie narracyjnej naszym

tując sceny, dodawaliśmy do nich zadania, których niewłaściwe rozwiązanie kończy się śmiercią tegoż bohatera, albo opracowywaliśmy zagadki blokujące dalszy postęp gry. W zamyśle projekt dotyczył gry, nie mieliśmy ambicji napisać powieści. Ostatecznie nasz tekst przybrał formę audiobooka lub gamebooka, czy jak mówią niektórzy gry paragrafowej, ponieważ mechanizm wyboru konkretnej opcji dialogowej przypomina ten typ gier. No właśnie. Jakiś czas temu w „Literadarze” opublikowaliśmy artykuł o grach paragrafowych. Zrobiliśmy to w  przekonaniu, że niewiele osób pamięta dziś tę gałąź rozrywki. Czy inspirowaliście się starymi tytułami, jak 20

| nr 18


W  filmiku promocyjnym jedno z  was powiedziało, że Pan Tadeusz kończy się w  roku 1812, a  wy w  pewien przewrotny sposób kontynuujecie tę historię. Nie jest to chyba typowy pomysł na fabułę gry komputerowej… Maciej: Planowaliśmy naszym pomysłem wygrać konkurs, dlatego pracowaliśmy nad nim, zastanawiając się, co spodobałoby się Telekomunikacji Polskiej. Wiedzieliśmy, że musi to być coś polskiego, a  ponieważ udziałowcami firmy są Francuzi, musiało mieć związek także z nimi. Chcieliśmy też uniknąć klasycznych tematów fantasy czy postapokaliptycznych.

nadrzędnym celem było doprowadzenie do sytuacji, w której gracz nie czuje, że się bawi. Żeby „zawiesił niewiarę”, odcinając się od otaczającego świata – czy to autobusu, czy wnętrza własnego pokoju – i zasłuchał w odgłosy gry. Jaki był podział pracy? Maciej: Po wygranym konkursie, a właściwie po zajęciu drugiego miejsca za Rafałem Sadowskim, którego projekt okazał się zbyt trudny do zrealizowania – Rafał przeszedł ostatecznie do grupy projektantów silnika Serca Zimy – wraz z  Magdą zajęliśmy się scenariuszem. Opracowaliśmy całość fabuły, podzieliliśmy ją na sceny i wymyśliliśmy zadania. Potem do mnie należało spisanie całości, nie licząc kilku scen autorstwa Magdy i wspomnianego Rafała.

Może powiecie w  takim razie kilka słów na temat fabuły? Magda: Jak wspomniał Maciek, bardzo chcieliśmy połączyć fabułę z  historią, ale również z baśniami rosyjskimi. Maciej: Co do samej fabuły, to mamy rok 1812. Armia Napoleona prze na Rosję, a główny bohater siedzi w swoim majątku nad Niemnem zmęczony wojaczką – walczył pod Napoleonem w  Hiszpanii, wsławiając się w  słynnej szarży kawalerii pod Somosierrą. Choć nie ma już ochoty się bić, jest namawiany na wzięcie udziału w ofensywie. Na początku jest przeciwny, lecz ostatecznie niezależne wydarzenia, a konkretnie poszukiwania porwanej siostry, zmuszają go do wyruszenia do Rosji. Zaplątuje się w  wydarzenia częściowo magiczne, a  częściowo historyczne, w pewnym momencie bierze nawet udział w bitwie pod Borodino. Z  kolei sam tytuł gry, Serce Zimy, odnosi się do Królowej Zimy, złej władczyni, stojącej na wszystkimi wydarzeniami w świecie

Przez większość czasu pracowaliście we dwójkę? Magda: Tak. Tworząc scenariusz, omawialiśmy na bieżąco wszystkie szczegóły. Maciej: Dodatkowo projektując fabułę i  dzieląc ją na sceny, rozpisywaliśmy to w formie siatek i grafów, tworząc powiązania między liniami dialogowymi. Jak rozwiązywaliście różnice zdań? Magda: Ja miałam zawsze rację (śmiech). Maciej: Rzeczywiście, Magda ma świetne pomysły, zazwyczaj lepsze niż ja, ale nawet gdy mieliśmy obmyślony jakiś rozdział i  siadałem do spisywania kolejnych scen, często okazywało się, że trzeba coś zmienić. Przychodziły mi do głowy nowe pomysły, wymagające czasem wprowadzenia modyfikacji lub usunięcia niektórych fragmentów. 21

| nr 18


magicznym. Bohater musi stawić jej czoła, żeby odzyskać siostrę, a jednocześnie historia zmusza go do otarcia się o  przyziemne sprawy, takie jak wojna.

Wywiad

z JAROSŁAWEM BEKSĄ z Telekomunikacji Polskiej SA, szefem projektu Serce Zimy

Rozumiem, że w  waszej wersji historia w pewnym momencie skręca w innym kierunku. Okazuje się, że to, co funkcjonowało wyłącznie w baśniach i folklorze, jest faktem, ale faktem do pewnego momentu nieznanym głównemu bohaterowi? Maciej: Dokładnie. Podczas gdy Napoleon walczy z  carem, w  tle toczą się rozgrywki magiczne. Gracz odkrywa świat magii stopniowo, wraz z głównym bohaterem. Magda: Takie posunięcie było konieczne, ponieważ – z całym szacunkiem dla graczy – raczej niewiele wiedzą oni na temat folkloru rosyjskiego i tę wiedzę trzeba najpierw zbudować. Ponadto takie rozwiązanie jest znacznie ciekawsze. Tajemnica i stopniowe zanurzanie się w  magiczną stronę fabuły bardziej zaskakuje niż powiedzenie od początku, że świat baśniowy jest prawdziwy i dotykalny.

Jest pan pomysłodawcą i  koordynatorem projektu związanego z  interaktywnym audiobookiem. Proszę powiedzieć, jaka jest geneza tego przedsięwzięcia? Wszystko zaczęło się pięć lat temu, kiedy trafiłem do zespołu Krzysztofa Majewskiego, kierownika Pracowni Multimodalnych Interfejsów Dialogowych w  Centrum Badawczo-Rozwojowym TP. Pracownia zajmowała się wtedy badaniami z  dziedziny interfejsów użytkownika, a  także syntezy i  rozpoznawania mowy. Bezpośrednią inspiracją było zetknięcie się z audiogrą dla osób niewidomych – ta gra nie posiadała żadnej grafiki, tylko dźwięki. Pierwsze wrażenie było niesamowite. Takie gry bardzo pobudzają wyobraźnię. Kolejnymi krokami było opracowanie pomysłu, przygotowanie prototypu gry, testy oraz konkurs na jej fabułę. Co sprawiło, że wybraliście scenariusz Serca Zimy? Serce Zimy zajęło II miejsce w  naszym konkursie, jednak właśnie ta fabuła najbardziej pasowała do pierwszej produkcji. Spodobało nam się połączenie historii z elementami fantasy oraz sylwetka głównego bohatera.

W grze pojawia się Kościej? Maciej: Tak. Jest sługą Królowej Zimy. Czyli kimś w  rodzaju Rocheforta z Trzech muszkieterów? Magda: Tak. Pojawiają się też inne kanoniczne postaci, jak Baba Jaga.

Czy uważa Pan, że tak oryginalny i nietypowy produkt miał wystarczającą promocję? Według mnie nie. Tak często bywa w przypadku nowatorskich projektów, że ich

Zakładam, że musieliście coś doczytać i specjalnie się przygotować? Maciej: Owszem, ale bez przesady. Dla mnie największą inspiracją przy pisaniu 22 | nr 18


była Wojna i pokój. Po jej przeczytaniu miałem pewien wgląd w charakter epoki, choć oczywiście jako saga rodzinna miała mniejsze przełożenie na fabułę Serca Zimy.

wdrożenie wiąże się z pewnym ryzykiem. Po za tym powiedzmy sobie szczerze – produkcja gier nie jest główną działalnością TP/Orange. Projekt został potraktowany jako swego rodzaju eksperyment, który w  mojej opinii zakończył się bardzo pomyślnie.

Czytałem kiedyś książkę Eustachego Rylskiego zatytułowaną Warunek. To mroczna opowieść o  dwóch nienawidzących się polskich szlachcicach, którzy ruszają na Rosję z  Napoleonem i po wielu trudach wracają spod Moskwy do domu. Są swego rodzaju niechętnymi sprzymierzeńcami, zmuszonymi do współpracy przez okoliczności. Grając w  Serce Zimy zachodziłem w głowę, czy ją znacie? Maciej: Akurat tej pozycji nie znamy, choć sięgnęliśmy po inne źródła. Chcieliśmy, aby gra była osadzona w  tle historycznym i wiarygodna. Zazwyczaj gry komputerowe bazują na światach fantasy… Magda: Które są, nawiasem mówiąc, często głupie i zupełnie pretekstowe. Maciej: Niemniej wszystko zasadza się na tym, aby w dany świat uwierzyć. W naszej grze uczestnik dowiaduje się, że mieszka nad Niemnem i  już mniej więcej kojarzy, o co chodzi. Wie chociażby, że fabuła Pana Tadeusza rozgrywa się w tamtych okolicach. Kiedy później trafia do Moskwy, także wie, gdzie ona leży. Dlatego przy szukaniu źródeł chodziło nam o  książki opisujące ten okres kampanii napoleońskich, a następnie o  przeniesienie fragmentów tej wiedzy na grunt gry. Na samym początku stworzyliśmy kalendarium i osadziliśmy wydarzenia z naszej fabuły w prawdziwej historii. Magda: Nie jesteśmy specjalistami od wojen napoleońskich, ale doprowadziliśmy do

Pytam dlatego, że wydaje się, iż gra przeszła trochę bez echa w dużych mediach. Nie ma pan wrażenia zmarnowanego potencjału PR-owego ze strony wydawcy, czyli TP SA? Trochę tak. Jednak jak wspomniałem wcześniej, był to dla naszej firmy eksperyment – TP SA nigdy wcześniej nie zajmowała się tego typu projektami. Jednak mam nadzieję, że ta sytuacja ulegnie zmianie. Jako przykład mogę podać naszą wspólną inicjatywę z Programem Czwartym Polskiego Radia. 10 kwietnia wystartowała pierwsza w  Polsce interaktywna audycja, w  której słuchacze mogą grać w Serce Zimy na antenie radia. Jaki jest rynkowy odbiór gry? Bardzo pozytywny. Już testerzy pierwszych wersji beta bardzo wysoko oceniali Serce Zimy. Recenzje i oceny na Appstore i Android Market mówią same za siebie. Ukazało się też wiele pozytywnych recenzji na portalach poświęconych grom komputerowym oraz fantastyce. Na jakie platformy gra najlepiej się sprzedaje? Zdecydowanie najlepiej sprzedaje się wersja na PC. Potem iOS oraz Android. Były zdaje się jakieś zawirowania z ceną? Rzeczywiście pojawiły się pewne zawirowania cen, jednak ustabilizowały się i obecnie są na bardzo przystępnym poziomie (audiobook 9,90 zł, audiogra 19,90 zł).

23 | nr 18


sytuacji, w której fabuła styka się z  warstwą rozpoznawalną dla graczy. Myślę, że każdy z nas ma zakorzenioną ze szkoły, filmów, książek czy obrazów Kossaka wizję oddziałów zamarzających w drodze spod Moskwy. Przypomina mi się film Ridleya Scotta Pojedynek, na podstawie opowiadania Josepha Conrada. Magda: Dokładnie o  ten rodzaj klimatu nam chodziło. Z  drugiej strony – musieliśmy się zainteresować bajkami rosyjskimi i rozważyć, jak je najlepiej wykorzystać. Wiele razy się zdarzało, że coś idealnie pasowało. Przykładowo nasz bohater posiada autentyczny rodowód – jego rodzinę, Giedyminowiczów, można odnaleźć na Ukrainie, a wywodzi się ona od pierwszych książąt litewskich. Maciej: Miało dla nas znaczenie, że nie jest to osoba przypadkowa, że ma związek z pierwszymi władcami Litwy. Magda: Nie staraliśmy się jednak za pośrednictwem Korwina odtworzyć mentalności ludzi tamtych czasów. To bohater nowoczesny, myślący jak gracz. Maciej: Oznacza to, że musi być trochę cyniczny, trochę ironiczny. Ma być zarazem nieco staroświecki i jednocześnie cool.

Jak wygląda przyszłość tego typu realizacji? Naszym celem było zbadanie, czy taka forma rozrywki spodoba się użytkownikom. Cel został osiągnięty. W tej chwili pracujemy nad kolejnym tytułem. W dalszej perspektywie rozważamy wejście na rynek międzynarodowy z jednym ze znanych polskich tytułów. Będzie kontynuacja Serca Zimy? Nagrania do kolejnej części są już przygotowane. Chwilowo prace nad ich implementacją zostały wstrzymane. Jeszcze w tej połowie roku ukaże się kolejna produkcja oparta na tym silniku. Dopiero po jej wdrożeniu i analizie wyników sprzedaży pierwszej części Serca Zimy podejmiemy decyzję o  kontynuacji prac nad częścią drugą. Ktoś na świecie robi już podobne rzeczy? Mieliście się na kim wzorować czy czujecie się pionierami audiogier? Naszą inspiracją były paragrafówki oraz gry dla osób niewidomych. To, co powstało, jest połączeniem e-booka, audiobooka oraz gry przygodowej. Nie znaleźliśmy podobnego produktu na rynku międzynarodowym, mam zatem cichą nadzieję, że byliśmy pierwsi.

Jest bardziej cyniczny czy ironiczny? Maciej: Przede wszystkim to bohater romantyczny i celowo go takim stworzyliśmy. Oparliśmy się na romantyzmie, epoce literackiej bardzo istotnej dla polskiego dzie24 | nr 18


dzictwa kulturowego i  działającej na ludzi w kolejnych epokach – na dobre lub złe. Magda: Pytałeś wcześniej, czemu nasz bohater się nie rozwija, nie zyskuje nowych cech i  umiejętności. Otóż właściwie udało nam się zawrzeć ten element w bardziej zawoalowany sposób, ponieważ zdobywa on dusze kolejnych zwierząt. Tak jak w  bajce rosyjskiej, po wykonaniu zadania dla jakiegoś stworzenia, ono obiecuje mu, że będzie mógł skorzystać z jego pomocy. Stosując ten schemat, zakamuflowaliśmy w grze zdobywanie doświadczenia.

produkcjami. RPG to nasza pasja, a Serce Zimy okazało się spełnieniem naszych marzeń. Maciej: Bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że jakościowo stworzyliśmy coś wyjątkowego. Nie chodzi mi wyłącznie o fabułę, bo ją można ocenić dopiero po przejściu całości, ale raczej o projekt, którego wielkość oraz poziom zaawansowania jest nieporównywalny z  czymkolwiek innym na rynku. Natomiast nie wydaje mi się, że stworzyliśmy nową jakość, raczej dodaliśmy nowej głębi do czegoś, co już funkcjonowało. To trochę jak z 3D w kinie – nie mamy do czynienia z  nowym medium, ale ulepszeniem starego.

Czy macie wrażenie, że otworzyliście nowy rozdział w  game-designie lub w literaturze? Magda: Nie jestem pewna, choć chcielibyśmy zajmować się nadal podobnymi

25 | nr 18


G

dyby profesor Tolkien miał możliwość zobaczyć, co stało się z  gatunkiem, o  którego stworzenie jest niekiedy posądzany, z  pewnością byłby co najmniej zaskoczony. Zapewne uniknąłby szoku tylko dzięki wrodzonej angielskiej flegmie. W ciągu kilkudziesięciu lat po jego śmierci fantasy diametralnie zmieniło swoje oblicze pod wieloma względami. Jeszcze głębszy dysonans spowodowałoby zapoznanie się z kolejnymi tytułami, które z okładek krzyczą, że są stworzone na miarę jego twórczości lub przynajmniej z nią porównywane. Być może jednak szacowny oksfordczyk nie dziwiłby się aż tak bardzo, sam był w końcu literaturoznawcą. Wszak nieco wcześniej podobną ewolucję przeszły inne gatunki, takie jak romans czy powieść historyczna. Tam też wraz z  latami zmieniały się akcenty, optyka i  sposób konstrukcji fabuły, co ważne jednak zawsze pozostawał ten element, który niezbicie świadczył o przynależności gatunkowej. Fantasy w ciągu tych lat dorobiło się kilku czy nawet kilkunastu podgatunków, obszernych dzieł krytycznych, milionów oddanych fanów na całym świecie, a także stało się fabularną kanwą rozlicznych filmów, gier RPG (wręcz dało im początek), zarówno papierowych, jak i  komputerowych, a także wielu innych przedsięwzięć. Istotne jednak, że fantasy jest bezdyskusyjnie najważniejszym gatunkiem literackim XX wieku.


Piotr Stankiewicz

FANTASY 2012 27

| nr 18


Luke, I am your father

obok autora Władcy pierścieni. Będą to z  pewnością Clive Staples Lewis, którego nota bene łączyła z Tolkienem bliska znajomość, a jego cykl o Narni również doczekał się hollywoodzkiej ekranizacji, Amerykanin Robert E. Howard – twórca postaci Conana Barbarzyńcy (i  wielu innych profesji), czy wreszcie Lord Dunsany, mający ponoć ogromny wpływ na twórczość wielu sobie współczesnych i późniejszych pisarzy fantasy i horroru. Niektórzy, zapytani o ka-

Przywołując jeszcze na chwilę J. R. R. Tolkiena, rzeczywiście wiele osób utożsamia go z  ojcem gatunku. W  tym kontekście należałoby jednak stwierdzić, że to w  dużej mierze nadużycie lub przynajmniej uproszczenie. Do utrwalenia takiego przekonania niewątpliwie przyczyniła się popularność filmowej trylogii Petera Jacksona, jak również fakt, iż wielu gigantów współczesnej fantasy elegancko wskazuje Tolkiena jako swojego niedościgłego mistrza, żeby wspomnieć chociażby w  tej liczbie George’a  R. R. Martina. Gdyby pokusić się choćby nawet o  pobieżną analizę, nie mającą absolutnie literaturoznawczych ambicji, pojawią się kolejne nazwiska, które śmiało można stawiać

noniczne pozycje fantasy jednym tchem wymieniają cykl Ziemiomorze Ursuli LeGuin, powstawał on jednak nieco później i  na przestrzeni ponad dwudziestu lat, a  ostatniej jego części (Tehanu) bliżej chyba do powieści feministycznej niźli klasyczne28 | nr 18


go fantasy. Przy okazji można nadmienić, że między innymi z  uwagi na twórczość Tolkiena i  Howarda wielu badaczy uważa fantasy za gatunek skażony mizoginią i  seksizmem. Jakiś czas temu modne było dopatrywanie się źródeł współczesnej fantasy w  baśniach. Te zaś zrodziły się na kontynencie europejskim w  XVII wieku, mając swoje źródło oczywiście folklorze i  przekazywanych ustnie opowieściach ludowych. Za jednego z  twórców europejskiej baśni literackiej uważa się Charles’a  Perraulta, choć wydaje się, że

nieco wcześnie baśnie tworzyła francuska dama dworu Marie-Catherine d’Aulnoy, której to dziełu Les Contes des Fees język angielski zawdzięcza słowo oznaczające baśń – fairytale – czyli opowieść wróżek.

29 | nr 18


W  polskiej klasyce brakuje niestety luminarzy podobnego pokroju. Mamy, co prawda, Marię Konopnicką i jej O krasnoludkach i sierotce Marysi, ale i to zaklasyfikowalibyśmy dzisiaj jako podgatunek – urban, a raczej rural fantasy. Wydaje się jednak, że polscy pisarze do pewnego momentu mieli nieco inne wyobrażenie o roli swojej twórczości, dźwigając historycznie na barkach cały naród i jego wolność, rzadko zbaczali w  rejony literatury błahej, za jaką może być uznana twórczość o wyimaginowanych światach i  jego mieszkańcach.

Marcin Zwierzchowski, szef działu zagranicznego „Nowej Fantastyki” Czy w twoim odczuciu fantasy wraca do łask i  stanie się znowu dominującym rynkowo gatunkiem? Jeśli zaś wraca, to w  jakiej formie? Tradycyjnej, ponowoczesnej? Co wyznacza współczesne trendy? Fantasy, a  raczej fanta� styka jako całość, nie zdomi� nuje rynku. Owszem, poje� dyncze tytuły szturmują listy bestsellerów, nie wpływa to jednak na popularność gatunku. Świetnie sprzeda� wały się powieści Martina, Collins, Lyncha, Paoliniego, Canavan, wciąż na topie jest Pratchett, ale zastanówmy się, co stoi za ich sukcesem. Czytelnicy „głównonurto� wi” nagle doznali olśnienia i  stwierdzili, że fantasy jest jednak dla nich? Nie. Po� pularność Gry o  tron wynika z  popularności serialu na jej podstawie, Pratchett to uznane nazwisko i solidna firma, Cana� van to dziesiątki tysięcy złotych włożonych w  promocję, Igrzyska śmierci – choć i  wcześniej sobie radziły – przeżywają drugą młodość dzięki filmowi. Paolini zaś sukces zawdzięcza dziwnemu przeniesieniu ame� rykańskiego szaleństwa na punkcie jego książek na nasz rynek (co nie zawsze jest regu� łą). Setki tysięcy, a  po zsumo�

Zemsta Sithów i Atak klonów Lata 90. to w Polsce eksplozja rynku wydawniczego i  zarazem triumfalny pochód fantasy przez księgarniane półki. Było to związane w  dużym stopniu z  nienasyceniem Polaków literaturą zachodnią, głodem kolorowych okładek i  repulsją na przaśność otaczającej ich rzeczywistości. A  trzeba przyznać, że okładki książek spod znaku magii i  miecza były podówczas bardzo atrakcyjne 30 | nr 18


wizualnie. Kolorowe, z  rozbuchaną wizualnością i pobudzające wyobraźnię (najczęściej młodych mężczyzn), ocierały się o  granicę kiczu, niejednokrotnie przekraczając ją z  nonszalancją i  odwagą. To wówczas w naszym kraju popularność zyskali tacy rysownicy jak Chris Achilleos, Luis Royo czy Boris Vallejo. Dzięki takim wydawnictwom jak Amber, Rebis, Prószyński i  S-ka, Zysk mo-

waniu pewnie i ponad milion sprzedanych egzemplarzy tych hitów w  żaden sposób nie przełożył się na sprzedaż innych książek fantastycznych. Można by sądzić, że gdy ktoś skończy Pieśń lodu i  ognia, sięgnie po inną powieść fantasy. Błąd. Kupi kolejny be� stseller, nie oglądając się na gatunek. Scott Lynch to wyjątek, bo za nim nie stoi ani film, ani serial, ani specjalne sza� leństwo marketingowe. Niecni dżentelmeni to po prostu świetne książki, jedne z  tych, które sprzedały się dzięki recenzjom i  po� lecaniu znajomym. Co jest jednak ich siłą? Czy na pewno fantastyczność? Otóż nie. Z  wyjątkiem Paoliniego, wszyscy wyżej wymienieni autorzy są popularni, bo w ich historiach było coś więcej niż fantastyka, coś uniwersalnego. Igrzyska śmierci są tak popularne nie z uwagi na wizję świata, ale dzięki postaci Katniss i uczuciu, jakim darzy ją Peeta. Reszta jest drugorzędna������� , przy� najmniej dla czytelników. Cała fantastyka, zwłaszcza na polu opowiadań, idzie właśnie w tym kierunku – na pierwszym miejscu sta� wia się opowieść i  bo� haterów, na drugim ele� menty nadprzyrodzone. Dzięki temu czytelnicy niefantastyczni również mogą docenić dany tekst. Tak więc fantasy czy fantastyka jako gatunek nie opanuje księgarń. Raczej będą to pojedyncze hity, naj� częściej związane z pre� mierami filmów. Przy� kładem niech będzie zbliżająca się premiera ekranizacji Gry Endera, która na pewno wywin� duje książkę na szczyty list bestsellerów.

gliśmy poznać wielkie i  znaczące dla gatunku światowej fantasy serie i  pisarzy. Wspomnieć można tu chociażby cykl Xanth Piersa Anthony’ego, Elenium Davida Eddingsa, Czarną Kompanię Glena Cooka (stanowiącą bezpośrednią inspirację dla Stevena Eriksona) czy Dragonlance (w  szczególności tomy napisane przez autorski duet Margaret 31 | nr 18


Krótka rozmowa

Robertem M. Wegnerem,

autorem cyklu fantasy

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Rozmawia Piotr Stankiewicz.

Pisze pan fantasy, bo..... Lubię. Tak najprościej mogę odpowiedzieć na to pytanie. Ale piszę też w  innych podgatunkach fantastyki, bo nie wszystkie opowieści pasują do sztafażu fantasy. Czym współczesny twórca fantasy winien się inspirować? To pytanie w  stylu: „jak napisać dobrą książkę”. Nie istnieje na nie dobra odpowiedź, bo każdy zbie� ra własny bagaż doświadczeń, nie tylko literackich, po czym przelewa je na papier. Oczywiście powinien znać trochę klasyki, by nie wywa� żać otwartych drzwi, ale sądzę, że nie istnieje jakiś kanon inspiracji obowiązujący przy pisaniu nie tyl� ko fantasy, ale i  każdego innego gatunku literatury. Mówi się, że nie pisze pan jak Polak, tylko Amerykanin. Z czego to wynika? Nie mam bladego pojęcia, z czego wynika to, że się tak mówi. Najbledszego. Chyba troszkę z tego, że lubimy sobie porównywać, prawda? A  moje książki są porównywane do książek Andrzeja Sapkowskie� go, co mi schlebia, Feliksa Kresa, co również mi schle� bia i... No i tu się kończą polscy autorzy, którzy mają na koncie duże cykle fantasy. No, a jak się kończą, to do porównań, trzeba sięgnąć po zagranicznych. Jakich współczesnych pisarzy fantasy pan ceni? Ale dlaczego tylko fanta� sy? Czytałem i czytam SF, hor� ror, książki przygodowe, kry� minały, powieści podróżnicze, awanturnicze, opracowania i  rozprawki historyczne i  tak dalej. Właściwie wszystko, co mnie zaciekawi. To są podsta� wy. No, a  gdybym miał wy� mienić ulubionego twórcę, to chyba padłoby na Terry’ego Pratchetta.

Sądzi pan, że fantasy jako gatunek wraca do łask? A  kiedyś z  nich wypadł? Musiałem przegapić ten moment. Owszem, była taka chwila, że wieszczono już koniec klasycznej fantasy, i  wszyscy mieli już pisać jak China Mieville albo Catherynne M. Valente. Ale fantasy ma rdzeń, który odwo� łuje się do naszych ulubionych, najpierwotniejszych historii – opowieści rycerskiej, awantur� niczej, przygodowej, a  nawet romansu. I  dopóki będziemy chcieli dzielić się tymi historia� mi, dopóty fantasy będzie się mieć nieźle. A jak przestaniemy się nimi dzielić, to upadnie ja� kieś 95% literatury. Skoro triumfalny pochód fantasy trwa od lat, to czy oznacza to, że jest pan koniunkturalistą? Musiałbym umieć prze� widywać trendy na kilka lat wprzód. Ale wtedy na� pisałbym te kilka lat temu powieść o  wampirze i  wilko� łaku rywalizujących o  jakąś niezbyt rozgarniętą licealistkę i zgarniał teraz kasę za ekrani� zację kolejnych tomów. Całe szczęście moje pisanie to hobby i  zabawa, rodzinę utrzymu� ję z  normalnej pracy, więc nie muszę się za� stanawiać, co się sprze� da, tylko piszę, co chcę. 32 | nr 18


czenia sagi, zaś wdowa po pisarzu zdecydowała o wyborze kandydata na kontynuatora pracy męża. Został nim Brandon Sanderson, można rzec wschodząca gwiazda amerykańskiej fantasy, co ważniejsze nie ze względu na kontynuację Koła czasu, a na własne dokonania literackie na tym polu. Spośród jego książek w  Polsce ukazały się na przykład: Elantris, Z mgły zrodzony czy Bohater wieków. Weis i  Tracy’ego Hickmana). Nie można zapominać o hurtowo wydawanych kontynuacjach Conana, pisanych przez różnych, często znanych później pisarzy. Niestety, wraz ze wzrostem popularności fantasy i  wyczerpywaniem się dobrych zachodnich tytułów (lub oszczędnościami przy zakupie praw autorskich), w celu zapewnienia stałego dopływu świeżych tytułów na półki księgarskie zaczęły trafiać pozycje coraz pośledniejszego sortu. Na większość z nich należy spuścić zasłonę litościwego milczenia, choć trzeba przyznać, że nawet największe gnioty znajdowały w tym czasie nabywców, jak sądzić można po fakcie wydawania kolejnych tomów wbrew, wydawałoby się, racjonalnym przesłankom dotyczącym jakości tej literatury. W  tym czasie trafia do nas na szczęście mąż opatrznościowy z  Zachodu – Robert Jordan. Jego cykl Koło czasu na długie lata stanie się pozycją obowiązkową każdego fana gatunku i jedną z najdłużej wydawanych serii książek fantasy. Ostatni tom wciąż się nie ukazał w Polsce, Robert Jordan (prawdziwe nazwisko James Oliver Rigney) umarł w  2007 roku, zdążył jednak podyktować swoje sugestie dotyczące zakoń-

A tymczasem w odległej galaktyce… Andrzej Sapkowski to niekwestionowany król polskiej literatury fantasy lat 90. Jego cykl o  wiedźminie Geralcie kojarzą niemal wszyscy, mało tego, często ci, którzy czytali, nie byli świadomi, że oto mają do czynienia z fantasy. W  pewnym momencie do dobrego tonu w towarzystwie ludzi młodych należało „znanie” Sapkowskiego. Jest to chyba wielkim wyróżnieniem dla pisarza, choć trzeba zaznaczyć, że grunt przygotował mu kilka lat wcześniej Władca pierścieni. Ten okres jest ciekawy jeszcze z  innego względu. Oto tzw. „główny nurt” przeżywa kryzys, na 33 | nr 18


rynek wchodzi inny rodzaj czytelnika, mniej wybredny i wyrobiony, za to głosujący portfelem, nie zważając na zaszłości historyczne i  dokonania poszczególnych, hołubionych dotąd literatów. Fantasy, czy też fantastyka w  ogólności, zaczyna rynkowo wygrywać i  szturmować z  góry i  od dawna upatrzone pozycje. Od lat 80. ukazuje się najpierw „Fantastyka”, potem „Nowa Fantastyka”, a środowisko skupione wokół niej tylko czeka, aby objawić polskiemu czytelnikowi kolejnych istotnych twórców. Polska fantastyka to już nie tylko Stanisław Lem, który zresztą otwarcie pogardzał gatunkiem fantasy. Obok Sapkowskiego pojawiają się kolejne nazwiska: Feliks W. Kres, Ewa Białołęcka, Konrad Lewandowski, Eugeniusz Dębski, Jacek Piekara, Tomasz Bochiński, Andrzej Ziemiański, Piotr Witold Lech. Z czasem do tej listy dołączyła Anna Brzezińska, tworząc wraz z Sapkowskim i  Kresem (patrz ramka) czołówkę polskich twórców fantasy. Romans z  tym gatunkiem miał nawet Rafał Ziemkiewicz, pisząc Skarby stolinów.

Niestety, poza kilkoma wyjątkami polskie fantasy w tym okresie jest ubogie i mikre. Polskim twórcom ewidentnie brakuje rozmachu charakterystycznego dla książek zachodnich. Co więcej, nawet w  środowisku krajowego fandomu ta gałąź fantastyki jest mniej popularna i  mniej szanowana. Brak rodzimej oferty z prawdziwego zdarzenia uzupełniają amerykańskie trzecioligowe produkcyjniaki, bądź to stanowiące popłuczyny po pomysłach zdolniejszych kolegów, bądź to bardziej lub mniej świadomie eksplorujące fabuły rodem z sesji RPG. Ku uciesze swoich krytyków fantasy staje się literaturą drugiej kategorii dla niewyrobionego literacko czytelnika i  poczyna kojarzyć się z  zakompleksionymi nastolatkami nurzającymi się w  eskapistycznych wizjach. Nie zraża to bynajmniej wydawców, wciąż dostrzegających w  tym potencjał rynkowy. Sytuację zmieni dopiero przełom wieków 34 | nr 18


lipiec

wrzesień

Legendarna seria Xanth w nowym przekładzie. Już w księgarniach! 35 | nr 18


Feliks W. Kres (właściwie Witold Chmielecki)

Jest to bez wąt� pienia jeden z naj� bardziej orygi� nalnych twórców polskiej fantasy. W historii gatunku zapisał się przede wszystkim książ� kami osadzonymi w  świecie Szereru,

Kres zasłynął również jako mentor i  nauczyciel młodych adeptów sztuki pi� sarskiej. Na łamach nieistniejącego już czasopisma „Feniks” prowadził Kącik złamanych piór, w którym ra� dził, jak zabierać się do pisania, czego unikać i co jest najważniejsze w pracy twórczej. Wie� lokrotnie podkreślał, że to niezwykle ciężki kawałek chleba. W  ramach tego cyklu zaj� mował się również oce� ną nadsyłanych tekstów, nie szczędząc ostrych słów tym, którzy na nie zasługiwali. Sporym po� wodzeniem cieszyły się również jego felietony publikowane między in� nymi w piśmie „Science Fiction, Fantasy i  Horror”. Teksty o  charakterze publicystycznym zostały zebrane w  dwóch to� mach wydanych przez Fabrykę Słów.

krainie stworzonej nie przez bogów, a  bezmyślną, po� zbawioną świadomości siłę sprawczą, która obdarzyła rozumem trzy gatunki: ludzi, koty i sępy. Kolejne tomy Księgi Całości odznacza niezwykłe przywiązanie do szczegó� łowej wizji świata, twardzi i „męscy” bohaterowie (wśród których są również kobiety), mroczny nastrój i  pokaz prawdziwego rze� miosła literackiego. Sam autor potępiał wy� korzystywanie w literaturze fantasy klasycz� nych ras, takich jak elfy i krasnoludy, uznając ten proceder po prostu za plagiat Tolkiena. Z tego powodu przez pewien czas przyzna� wano mu nawet prymat w polskiej fantasty� ce przed Andrzejem Sapkowskim.

Niestety, podobnie jak niektóre książki Kresa, ten epizod polskiej fan� tastyki nie kończy się happy endem. Autor, wierny swoim zasadom mówią� cym, żeby nie pisać, jeśli nie sprawia to satysfakcji, postanowił zrezygno� wać z  kariery literackiej, kiedy okazało się, że „nie ma weny twórczej i nic już więcej nie napisze”. W  ten sposób zawiódł wszystkich fanów, którzy od wielu lat gorąco oczekiwali zakończenia cyklu szererskiego zapowiada� ną powieścią (czy jak twierdzili niektórzy try� logią) zatytułowaną Wieczne Cesarstwo. Grzegorz Nowak 36 | nr 18


i  pojawienie się dwóch cykli, które zaskarbią sobie sympatię nowych rzesz czytelników, oczekujących od ulubionego gatunku czegoś więcej niż powielania utartych schematów.

w  zamian ekstrakt o  mocnym, wyrazistym smaku����������������� , pełen egzotycznych przypraw. Pozostając przy tym porównaniu, okazuje się jednak, że niejednokrotnie mieszanka ta bywa mało zjadliwa dla nienawykłego podniebienia. Krytycy Eriksona wskazują na to, �������������������������� ż������������������������� e rzuca on swoich czytelników na bardzo głęboką wodę, oczekując dużego samozaparcia w  śledzeniu własnej wizji. Martin z  kolei, zanim zaczął pisać fantasy, zdobył szlify w  różnych gatunkach fantastyki, otarł się o  Hollywood i  pracę nad scenariuszami filmowymi. Nie kryje, jak wspomniano wyżej, inspiracji twórczością Tolkiena, ale również powieścią historyczną. Można powiedzieć, że do pisania swojego cyklu zasiadł jako twórca dojrzały i  dokładnie wiedzący, czego się od niego oczekuje. Zdaje się, iż odkrył przepis na to, jak pisać pasjonujące powieści fantasy, które jednocześnie pokocha cały świat, niekoniecznie dotychczas

„Dwóch zawsze ich jest. Nie mniej, nie więcej” O  ile polskie fantasy praktycznie w  tym czasie nie istnieje, pierwszą dekadę XXI wieku dominują dwa nazwiska: Steven Erikson i George R. R. Martin. Ich cykle, odpowiednio Malazańska księga poległych oraz Pieśń lodu i  ognia, elektryzują czytelników do tego stopnia, że ci nie dość, że z  utęsknieniem wyczekują kolejnych tomów, to jeszcze gotowi są spierać się między sobą o  to, który z  nich jest lepszy. Malazańska księga poległych to mozaikowy, skomplikowany fresk, z  wielopoziomową fabułą rozciągającą się tysiące lat, w  którą wplątani są ludzie oraz bóstwa. Wymaga od czytelnika skupienia i zaangażowania, oferując 37

| nr 18


Pratchett płynie na wzbierającej od lat siedem� dziesiątych fali popularności literatury fantasy? A może jest to tylko słynne angielskie poczucie humoru? Może chodzi o ogromną erudycję au� tora? Każdy z tych trzech argumentów na pew� no znajdzie swoich zwolenników i – zaprawdę – niewielu oponowałoby przeciwko któremu� kolwiek z  nich. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Jeżeli chcemy odnaleźć i w pełni zana� lizować fenomen sir Terry’ego, to – jak powie� dział poeta – plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi. Wspomniany wyżej Dywan niemal od razu zyskał sobie dużą popularność. Gatunek fan� tasy przeżywał wówczas renesans, zapocząt� kowany przez sukces Władcy pierścieni. Biorąc pod uwagę koniunkturę, niemal każda tego typu pozycja była skazana na sukces. Z drugiej strony przeniesienie świata baśni i  demonów między futro dywanu – to był powiew świeżo� ści. Tak absurdalnie nie pisał nikt – może poza wielebnym Lewisem Carrollem z jego genialną Wyprawą na Żmirłacza. Jeśli chodzi o  słynne angielskie poczucie humoru, to śmiało można postawić Pratchetta w jednym rzędzie ze wspo� mnianym opiumistą lub z  członkami trupy Monty Pythona. Swoją drogą: znacie jeszcze ja� kichś innych naprawdę zabawnych Anglików? W  gruncie rzeczy nie dziwota – trudno prze� cież wymagać pozytywnego nastawienia od mieszkańca szarej wyspy, gdzie na określenie deszczu znane jest około pięciuset słów (nie� mal żadne nie nadaje się do druku). W pewien sposób samo to już świadczy o  wyjątkowości pisarza. Pratchett to przede wszystkim satyryk. Przy tym niewątpliwie wielki erudyta, co tak rzadko się zdarza w dzisiejszych czasach. Świat Dysku nie bawiłby tak bardzo, gdyby nie to, że widzimy w nim odbicie otaczającej nas rzeczy� wistości, naszych zwyczajów i historii – wszyst� ko w krzywym zwierciadle absurdu i cynizmu. To ledwie wycinek obrazu skomplikowa� nego niczym wyrafinowane kurczaki. Warto zejść jeszcze głębiej i spróbować znaleźć sedno sprawy... Jan Kołakowski

Terry Pratchett Od trzydziestu z górą lat fascynuje i przy� ciąga czytelników w różnym wieku serią książek o płaskim jak galaktyczna pizza Świecie Dysku. Sir Terry Pratchett urodził się w roku 1948 w Be� aconsfield. Jako młody chłopiec zainteresował się astronomią, ale ze względu na nieporozu� mienia między nim a matematyką, ograniczyć się musiał do czytania literatury science fiction. Wówczas – w wieku lat 13 – napisał pierwsze opowiadanie – The Hades Bussiness. W wieku 15 lat opublikował swoją pracę komercyjnie. Dwa lata później porzucił szkołę na rzecz dziennikar� stwa. Pierwsza powieść – Dywan – ukazała się w roku 1971. Od tamtej pory napisał 51 kolej� nych, dwie kolejne są w  drodze, i  do tej pory fani nie zdradzają najmniejszych objawów znu� dzenia. Można powiedzieć więcej – odwrotnie niż w  przypadku większości autorów, kolejne książki zyskują sobie coraz większą popular� ność. Wśród fanów Pratchetta znajdują się za� równo kilkunastoletnie podlotki, jak i  liczący sobie pół wieku i więcej „matuzalemowie”. Co stoi za takim magnetyzmem jego książek? Czy 38

| nr 18


fascynujący się wyimaginowanymi krainami czy smokami. Przepis ten moż-

my szukać w  wywiadzie, jakiego udzielił Daniel Abraham przy okazji publikacji swojej najnowszej książki pt. Smocza droga (ukaże się w  Polsce niebawem, jej autor do tej pory dał się poznać jako

na streścić w jednym zdaniu. Należy zaczerpnąć ze skarbca i  doświadczeń powieści historycznej, umieścić fabułę w  fantastycznym anturażu, jednocześnie tak dobierając proporcje, aby każdy czuł się swojsko – zarówno zagorzały miłośnik fantasy, jak i niczego nieświadomy przypadkowy czytelnik. Powieści z  cyklu Pieśń lodu i  ognia czyta się świetnie, trzeba więc dodać, że wszystko to należy obficie podlać sosem niebywałego talentu literackiego i wyczucia fabuły. Ciekawostką może być to, że obaj panowie nie cenią zanadto wzajemnie swojej twórczości. Z  ich wypowiedzi można wywnioskować, iż mają diametralnie różne zapatrywania na to, co stanowi istotę uprawianego przez nich gatunku literackiego.

wierny uczeń i  współpracownik samego George’a  R. R. Martina). Otóż Abraham wspomina spotkanie towarzyskie, jakie odbyło się w  pewnej rezydencji z  widokiem na pustynię w  pobliżu Sanat Fe. W  spotkaniu wziął udział szereg znanych pisarzy (oprócz Abrahama m.in. wspomniany Martin, S. M. Stirling, Walter Jon Williams). Dyskutowali na temat fantasy w  jej epickiej odmianie i  tego, co napędza tam fabułę. W wywiadzie stwierdza, że choć oczywiście spierali się co do wielu kwestii, co do kilku byli zgodni. Po pierwsze bardzo istotną rolę odgrywa nostalgia i  zaklęta w  treści

Niech moc będzie z nami No właśnie. Co tak naprawdę czyni fantasy? Odpowiedzi na to pytanie może39

| nr 18


książki tęsknota za złotą erą, mityczną lub prawdziwą, ale też poczucie pewnej dojmującej straty. Po drugie, bez względu na to czy uznamy J. R. R. Tolkiena za założyciela gatunku, czy nie, większość powieści fantasy stanowi w jakimś kontekście reakcję na Władcę pierścieni, albo w  formie powielania pewnych klisz, albo zaprzeczenia. Ostatnim wspólnie uzgodnionym elementem był duża rola natury i jej interakcje z bohaterami.

Powrót Jedi Po średnio pomyślnym okresie dla fantasy, wszystko wskazuje na to, że powoli zbliża się czas, kiedy zno-

może się okazać, że będziemy mieć do czynienia ze stałą nadreprezentacją tytułów nie��������������������� pozostawiających wątpliwości co do swojej przynależności gatunkowej. Jest

wu zawładnie niepodzielnie powierzchnią wystawową w  księgarniach. Na dobrą sprawę nigdy nie oddała zbyt wiele pola. Jeśliby nawet prześledzić listy bestsellerów Empiku lub dowolnej księgarni internetowej z ostatnich kilku lat, 40 | nr 18


szansa, że tym razem będzie lepiej i  ilość przejdzie w jakość. Na rynku pojawiają się kolejne nazwiska, które dają nadzieję na przyszłość. Powoli kończą się trzy wielkie cykle: Pieśń lodu i ognia, Malazańska księga poległych i Koło czasu. Nadchodzi czas zmiany warty, zwłaszcza że wspomniane cykle wyczerpały już, zdaje się, swój potencjał, a  potrzeba odświeżenia pewnych koncepcji i nadania im nowej nośności fabularnej pojawi się naturalnie wraz z  powstałą luką. Tym bardziej że chociażby popularność Martinowskiej Gry o  tron, potwierdzona

wynikami oglądalności serialu HBO na jej podstawie, każe sądzić, że fantasy przestało już być literaturą niszową, traktowaną przez krytyków z  wyraźną dezynwolturą. Jej twórcy nie grają tylko na własnym boisku. Swego czasu mieliśmy do czynienia z podobną zmianą optyki w stosunku do horroru, a to za sprawą samego Stephena Kinga, który udowodnił, że straszne historie mogą być czymś więcej niż tylko urlopową lekturą dla zabicia czasu i zapychaczem półek.

Nowa nadzieja Kogóż zatem można i należy wskazać? Na pewno Patricka Rothfussa i  jego Kroniki królobójcy. Na Zachodzie obsypany nagrodami, w  Polsce mozolnie wspinający się na listy bestsellerów. Znawcy są zgodni – to świetna lektura, nawet jeśli można zarzucić autorowi w  pewnej mierze marysuizm, polegający na nadmiernej idealizacji głównego bohatera. Rothfussowi po piętach depcze Joe Abecrombie, którego dwa cykle dzieją41 | nr 18


ce się w tym samym świecie wydają niezależnie dwa wydawnictwa: MAG i ISA. Tak kilka numerów temu Tymoteusz Wronka podsumowywał jeden z  nich: „Autor (…) umiejętnie łączy pomysły podpatrzone u  Martina z  klasycznymi rozwiązaniami obecnymi w fantasy od lat, a jednocześnie potrafi dodać nieco od siebie”. I  dalej: „Czyni to z Pierwszego prawa obowiązkową lekturę dla wszystkich miłośników pełnokrwistego, współczesnego fantasy”. Nic dodać, nic ująć, może poza tym, że ten drugi cykl (wydawany przez MAG) jest uważany za lepszy. Wspomniany wyżej Brandon Sanderson udowodnił też już swoją war-

się godny swojego mistrza i czy opisywane w wywiadzie sympozjum pozwoliło mu nabrać pewności twórczej na tyle, aby zająć poczesne miejsce obok obecnych tam autorów. Ponieważ czytałem fragmenty jego Smoczej drogi, mogę zdradzić, że zapowiada się intrygująco. Warto wspomnieć o inicjatywie wydawnictwa Erica, które pokusiło się o  sprowadzenie do Polski gwiazdy fantasy z sąsiedniej Słowacji – Juraja Cervenaka, który, nie kryjąc fascynacji Andrzejem Sapkowskim, zaproponował swoją wizję fantastycznej słowiańszczyzny. Recenzja pierwszej powieści w  tym numerze, pióra Macieja Sabata. Na koniec zaś wielka nadzieja Polaków, czyli Ro-

tość, choćby powieścią Elantris, wciąż jednak zapowiada kolejne, stale doskonaląc warsztat. Czeka nas w  najbliższym czasie Daniel Abraham – zobaczymy, czy okaże 42

| nr 18


bert M. Wegner (miniwywiad w  ramce). Trzy lata temu zadebiutował Opowieściami z  meekhańskiego pogranicza. Północ – Południe. Niedawno ukazała się jego trzecia książka z tego cyklu: Niebo ze stali. Wszystkie trzy pozycje zostały gorąco przyjęte i obsypane nagrodami. Jak dowiedziałem się od wydawcy, sprzedają się świetnie, a sam Wegner ma już rozpisane kolejne odsłony. Historie, które oferuje, mają wiele wspólnego z  tym, co już gdzieś można było przeczytać. Tu jednak nie chodzi o  to, czym zaskoczyć czytelnika, ale o  to, jak mu podać danie, które zdawało się, że zna. I  w  tym pisarz ten jest niezrównany – to męskie i pełnokrwiste opowieści, skierowane do każdego, kto chociaż raz zapragnął urodzić się w innym świecie. Nawet jeśli to tylko eskapistyczna wizja.

kazał się poznański Rebis, publikując pierwszy z  trzech tomów zebranych dzieł Roberta E. Howarda traktujących o  najbardziej znanej postaci w  jego twórczości, czyli Conanie. Wszystko zgodne z  oryginalnymi tekstami, w  nowych przekładach. Niedawno Rebis też wydał tom opowiadań Miecze i mroczna magia, który ma ambicję zaprezentować to, co najlepsze aktualnie we współczesnej fantasy. Nie można zapominać o  wydawnictwach, trudniących się głównie wydawaniem tego typu literatury, jak MAG, ISA, Fabryka Słów, z  Galerią Książki na czele i jej bestsellerową Australijką – Trudi Canavan. „A droga wiedzie w przód i w przód…”, moglibyśmy powtórzyć za Johnem Ronaldem Reuelem Tolkienem, pamiętając jednak o  tym, co ustalili pisarze w  Santa Fe – w fantasy najważniejsze jest to, co było.

*** Nie wiadomo jeszcze, czy najbliższe lata będą należeć niepodzielnie do fantasy, można się tylko domyślać na podstawie skromnych bądź co bądź danych i  doprawiać je nadzieją godną fana. Potencjalne możliwości dostrzegają na pewno wydawcy, opierając się zapewne na bardziej miarodajnych analizach. Wystarczy spojrzeć – Nasza Księgarnia rozpoczęła wydawanie cyklu Xanth. Po dwudziestu latach od czasu pierwszej publikacji i w zupełnie nowym tłumaczeniu. Historia w  pewien sposób zatoczyła koło. Skoro Christopher Tolkien przegrzebał do cna szuflady ojca, należało się zwrócić w  inną stronę. Refleksem wy43

| nr 18


MĘSKA RZECZ, DAMSKIE SPRAWY czyli płciowe dyskusje o książkach toczą Dorota Tukaj i Michał Urbaniak

44 | nr 18


MĘSKA RZECZ

45 | nr 18

DAMSKIE SPRAWY


MĘSKA RZECZ

DAMSKIE SPRAWY

Autobiografia Danuty Wałęsy Marzenia i  tajemnice okazała się zeszłorocznym bestsellerem Empiku.

Toż to historia jak ze świetnej powieści dla kobiet! Ona – prosta dziewczyna z mazowieckiej wsi – przybywa do Gdańska, aby spełnić swoje marzenia. Wkrótce wychodzi za mąż i  nieoczekiwanie dla siebie wpada w centrum politycznych zawirowań. W  tych trudnych czasach prowadzi dom, wychowuje ośmioro dzieci, a w końcu zostaje Pierwszą Damą.

No cóż, liczba sprzedanych egzemplarzy odzwierciedla chyba powszechną ciekawość, jakie też tajemnice ukrywała małżonka pierwszego wyłonionego w wolnych wyborach prezydenta III RP. Czy się to przekłada na liczbę zachwyconych czytelników, to inna sprawa – zależy, kto się czego spodziewał…

Ale trzeba przyznać, że książka ta jest nie tyle wydarzeniem literackim – przynajmniej nie w dobie, w której tylu celebrytów pisze swoje biografie, udziela wywiadów-rzek, wydaje poradniki – co niezłym skandalem obyczajowym. Po publikacji Marzeń i tajemnic Wałęsowie trafili na pierwsze strony rozmaitych brukowców, biorąc udział w  jakiejś małżeńskiej telenoweli.

I cały czas żyje w cieniu męża! Chociaż nie, to jeszcze zbyt słabe określenie. Niby razem, a osobno. I nie dlatego, że jego sprawy jej nie interesują czy są dla niej zbyt trudne do pojęcia, tylko dlatego, że on nawet nie zadaje sobie trudu, by ją z  tymi sprawami zapoznać. Jak w  średniowieczu! Pan małżonek dostarcza środków na utrzymanie, a ona ma wykonywać polecenia, nie zadawać pytań i nie protestować, kiedy decyzje zmieniające życie całej rodziny podejmowane są bez jej udziału…

Skandalem można określić te brednie wypisywane w brukowcach i plotkarskich portalach, ale nie samą książkę! Treść szczerych do bólu, choć w  żadnym miejscu nieprzekraczających granic ekshibicjonizmu, wyznań pani prezydentowej to przede wszystkim świadectwo wielkiej odwagi. Odwagi, jakiej potrzeba, by trochę zachwiać idealnym wizerunkiem rodziny Wielkiego Człowieka i  trwającej u  jego boku Matki-Polki.

No tak, do tej pory znaliśmy Wałęsę polityka, a  nie Wałęsę męża. Ten portret nie jest zbyt chwalebny. Były prezydent w życiu prywatnym jawi się jako osoba zimna, nieprzystępna i dość apodyktyczna. Nigdy nie przynosił żonie kwiatów, całe życie dyktował warunki, którym była ślepo posłuszna, a w końcu „zamienił ją na komputer”. Czyta się to z  pewną przykrością, tym bardziej że prezydentowa naprawdę daje się lubić. 46 | nr 18


To rzeczywiście się czyta z  przykrością, ale nie tylko dlatego, że mamy do czynienia z osobą znaną i sympatyczną. Ta historia uświadamia nam, że przedmiotowe traktowanie kobiet wciąż stanowi poważny problem, nawet w krajach aspirujących do miana cywilizowanych. Że nawet ktoś, kto od wielu lat obcuje ze środowiskiem ludzi postępowych, kto czyta książki, prasę, korzysta z Internetu, potrafi być ślepy i głuchy na potrzeby emocjonalne najbliższej mu osoby i  popisywać się twierdzeniem, że „żona jest własnością męża, który powinien trzymać ją w kieszeni, ażeby jej świat nie widział”.

Otóż to! Nieprzypadkowym zabiegiem wydaje się zabieg, który wywołuje wrażenie, jakby Danuta Wałęsa opowiadała o  swoim życiu w  jakichś prywatnych warunkach. Nie ma tu przesadnej literackości, uderza prosty język, nie brakuje chaosu (jak to przy wspomnieniach).

Oto owoce przekonania, że męską rzeczą jest zarabiać pieniądze, a kobiecą prowadzić dom i zajmować się rodziną. Danuta Wałęsa tkwiła całe lata w takim schemacie. Wydaje mi się, że jej książka wzbudziła entuzjazm, gdyż jest bardzo wyrazistym głosem buntu przeciwko podobnym schematom, wpisującym mężczyzn i kobiety w określone z góry role społeczne.

Jednak takie ujęcie narażało na pewne pułapki – i autorom (czy może raczej Piotrowi Adamowiczowi, który opracował Marzenia i  tajemnice) nie udało się ich uniknąć. Chodzi o kulawą stylistykę (tandetne metafory, powtórzenia, słowotok), która naprawdę bywa irytująca. Przykłady pierwsze z  brzegu: „Poza tym, że pomagałam w  domu, w  gospodarstwie, spędzałam czas na marzeniach i nikt w tych marzeniach nie uczestniczył. Były tylko moje. Z nadzieją, że się spełnią. Człowiek musi marzyć! Wtedy wzbudza w  sobie nadzieje, że marzenia się spełnią”, „Zazwyczaj intuicyjnie wyczuwałam, kto jest dobrym człowiekiem, a kto nie. Może dlatego nie zbłądziłam, nie wpadłam w złe towarzystwo, wyczuwałam, co jest dla mnie dobre, a co złe”, „Modlić się o to, by otrzymać coś od pana Boga, zaczęłam jakoś tak niedawno. Kilkanaście miesięcy temu za-

I  to jest zupełnie naturalne! Czytelnik czego innego oczekuje od wspomnień wybitnego pisarza czy filozofa, a czego innego od zwierzeń „żony przy mężu”, która mimo czasowego wyniesienia na eksponowaną pozycję pozostała nadal kimś zwyczajnym, takim jak my wszyscy.

Tak, i  to głosem dobiegającym ze swego rodzaju wyżyn – i dzięki temu mającym szansę na wysłuchanie. Bo choć kobiet w  podobnej sytuacji są tysiące, ileż z  nich odważy się domagać zmian, a  spośród tych domagających się, ilu będzie dane zrobić to publicznie, i to w ćwierćmilionowym nakładzie? 47

| nr 18


MĘSKA RZECZ

DAMSKIE SPRAWY

częłam się modlić, tak prawdziwie się modlić”. Do tych kwiatków można się przyzwyczaić, ale nie powinno ich być aż tylu.

o tym, czego się nie pamięta, czy po prostu daną kwestię w ogóle pominąć.

Pierwsze rozwiązanie jest na pewno uczciwsze, ale – jak widać – niekoniecznie zadowalające... Innym mankamentem Marzeń i  tajemnic jest rozdział poświęcony wspomnieniom o znanych ludziach, którzy pojawili się na drodze Danuty Wałęsy. W większości opinie pani prezydentowej nic nie wnoszą, nie rzucają nowego światła na przedstawiane postacie. Czasem opis został wręcz ograniczony do stwierdzeń typu: „trudno mi powiedzieć, jakim typem człowieka jest ten pan. […] Miałam do niego dystans, nie starałam się go bliżej poznać”, „rzadko się z nim spotykałam. Rozmawiał tylko na tematy polityczne”.

A ja miałam wrażenie, że to celowa stylizacja na język mówiony. Bardzo łatwo sobie wyobrazić autorkę siedzącą w  studiu telewizyjnym czy radiowym i  w  taki zupełnie niewymuszony sposób zwracającą się do słuchaczy. Tak jakbyśmy słuchali opowieści sąsiadki czy przyjaciółki. Nie zwracamy wtedy uwagi na powtórzenia czy niezręczności, tylko na treść, prawda?

Ale treść też może rozczarowywać, zwłaszcza pobieżność, skrótowość i kwitowanie wielu rzeczy (na przykład dotyczących zdarzeń politycznych, w których pani prezydentowa uczestniczyła) stwierdzeniem: wszystkie szczegóły uleciały mi z pamięci.

Szczerze mówiąc, moim zdaniem doskonale obeszłoby się bez wyodrębniania tych ludzi jako osobnej części wspomnień. Zwłaszcza że o  tych, którzy mieli rzeczywiście istotny wpływ na życie państwa Wałęsów, powiedziano już we wcześniejszych partiach tekstu. A  gdy się chce opisywać kogoś, kogo się z jakiegoś powodu nie lubi czy nie ceni, granica między obiektywizmem a niepotrzebnym podsycaniem zadrażnień jest bardzo płynna...

Jasne, czytelnik chętnie poznałby bardziej drobiazgowe relacje z  niektórych sytuacji, tylko że działanie tak skomplikowanego mechanizmu, jakim jest nasz mózg, niekoniecznie jest w stanie sprostać tym oczekiwaniom. Pewne rzeczy i zdarzenia pamięć zachowuje tak wiernie, że za każdym razem odtwarza je jak z taśmy filmowej, kadr po kadrze, ze wszystkimi szczegółami, a inne zacierają się, rozmywają, mylą z innymi. Podejrzewam, że z takim problemem zmaga się każdy, kto próbuje spisywać swoje wspomnienia. Pytanie brzmi natomiast, czy należy napomykać

Gdyby chociaż umiało się opowiadać trochę ciekawiej o  swojej rodzinie, która wszak jest dla autorki najważniejsza... Portrety dzieci są karygodnie płaskie i  zu48 | nr 18


pełnie pozbawione wyrazu. Tego bym się nie spodziewał!

Ale na zdrowy rozsądek można to jakoś wytłumaczyć. Reminiscencje dzieciństwa i młodości całej ósemki z konieczności muszą być nieco fragmentaryczne – mając na głowie taką gromadkę i  mało kiedy kogoś do pomocy, musiało być niełatwe zapamiętanie czegoś więcej poza nieustannym harmiderem i własnym zmęczeniem. A  później... No, cóż... Między wierszami da się wyczytać trochę rozczarowania życiowymi wyborami dzieci, jednak trudno się spodziewać, że matka dla dodania barwności swoim zwierzeniom bez zahamowań wyliczy, co któremu z potomków nie wyszło i dlaczego.

No tak, własne brudy pierze się w swoich czterech ścianach… Przynajmniej niektóre.

I słusznie, bo – jak powiada autorka – prócz marzeń każdy powinien mieć i tajemnice.

Ale na pewno sporą niezręcznością jest uzupełnienie Marzeń i  tajemnic swoistym aneksem, w  którym rozmaici krewni i znajomi wypowiadają się o autorce, jaka to ona jest wspaniała i wyjątkowa. Często opisują przy tym zdarzenia, które czytelnik zna już z jej wspomnień. Wydaje mi się to w  pewien sposób niesmaczne,

a  laurki w  takiej ilości po prostu nudzą i  irytują. A  przecież Danuta Wałęsa swoją opowieścią broni się sama.

Tu przyznam ci zupełną rację – redaktor Adamowicz powinien był oddać głos samej pani prezydentowej, a nie akcentować swój wkład w publikację zbieraniem wypowiedzi, które z góry wiadomo, że i tak nie zmienią naszego postrzegania.

Cóż, nie jest tajemnicą, że celebryci korzystają z pomocy tzw. ghost-writerów. Duży plus dla Pani Danuty, że przyznała się do wsparcia ze strony Adamowicza. Tym bardziej że w  efekcie tej współpracy powstała książka, która stanowi bardzo ważny głos w dyskusji o emancypacji kobiet, tak ważny, że w  ostatecznym rozrachunku jej pozytywne przesłanie przeważa nad niedoskonałościami czysto literackiej natury.

Zresztą nieszczególnie wyrafinowana oprawa może – wbrew pozorom – też być atutem. Bo ambitne rozprawy pióra Agnieszki Graff czy prof. Magdaleny Środy dotrą tylko do określonej grupy kobiet – najczęściej tych, które i  tak już osiągnęły pewien stopień niezależności. A zwierzenia Danuty Wałęsy jest w  stanie przeczytać i zrozumieć nawet zahukana i niewykształcona gospodyni domowa. A w konsekwencji uwierzyć, że kobieta to nie jest jakiś gorszy gatunek człowieka i że ma swoje prawa, niezależnie od tego, czy jest żoną małorolnego chłopa, czy prezydenta.


50 | nr 18


zencie Mikołajkowym Najbliższym” (ortografia oryginalna). Ciekawe zjawisko!

No i przyszło nam omawiać kawał prawdziwie męskiej prozy! Kto wie, może za jakiś czas pojawi się u Krzysztofa Schechtela?

Męska proza, której entuzjastyczne recenzje piszą głównie anonimowe osoby płci żeńskiej, i to chyba dość młode, biorąc pod uwagę treść tekstów zamieszczonych na stronie wydawcy! „Książka jest dobrą rozrywką i ciekawym materiałem dydaktycznym, ponieważ doskonale przystosowuje nas do zaistniałej sytuacji. Czytelne opisy pozostałości po przyrodzie, potwornie uderzają w nasz obraz o jej pięknie”, „trafiła się niezła perła, kupię ją w pre-

51 | nr 18


RECE

Gra o tron 54 | Władca wilków 56 | Miastowi: Slow food i aronia losu 58 | Teoria bezwzględności, czyli ja Sprawdzone w boju strategie dowodzenia, motywowania i zwyciężania 66 | Brak wiadomości od Gurba 6 Stulecie 1969 74 | Głos Lema 78 | Skrzydła gołębicy 80 | Forteca. Oblężenie Gawilghur 1803. 82 | Uderz p 90 | Fatum 92 | Słyszałem, że malujesz domy... 94 | Dobry człowiek 96 | Biuro Wszelkiego Pocieszenia 98 Gambit 106 | Studium w szkarłacie, Znak Czterech 108 52 | Dziecko Emmy 110 | Kupiliśmy zoo 112 | Diabłu o 118 | Fidelada. Podróż w czasie politycznym 120 | Życie prywatne dyktatorów XX wieku 122 | Moja babc | nr 18 | Wpływowe kobiety Drugiej Rzeczypospolitej 132 | Kingdoms 134 | James Bond. Szpieg, którego kocha


ENZJE

ak uniknąć końca świata 60 | Vlad Dracula 62 | Dziewczyna z sąsiedztwa 64 | RozGROMić konkurencję. 68 | Fajnie być samcem! 70 | Oskar. Kot, który przeczuwa śmierć 72 | Liga Niezwykłych Dżentelmenów. pierwszy! 84 | Tytus Groan 86 | Rewolucja rocka. Semiotyczne wymiary elektronicznej ekstazy 88 | Skrzaty 8 | Baśnie z Maluli 100 | Kto zabił panią Skrof? 102 | Świadkowie. Zapomniane głosy. Bitwa o Anglię 104 | ogarek. Czarna wierzba 114 | Demon ruchu i inne opowiadania 116 | Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić 53 cia z Rosji i jej odkurzacz z Ameryki 124 | Wilcze tropy –| nrZygmunt 126 | Oksa Pollock. Ostatnia nadzieja 130 18 amy. Kulisy najdłuższego serialu w dziejach kina 136


Gra o tron George R. R. Martin

Tytuł: Gra o tron Autor: George R. R. Martin Wydanie audio: Audioteka.pl, 2012 Czyta: zespół aktorów Reżyseria: Krzysztof Czeczot Czas trwania: ponad 30 godz. Cena: 59,90 zł

Jednostajny szum wiatru, szmer koron drzew poruszanych powiewami, dochodzące z  oddali jękliwe odgłosy zamieci, pohukiwanie puszczyka, szelest rozgarnianych liści i cichy stukot kopyt. Parsknięcie, brzęk metalu, skrzypnięcie skórzanego siodła. Coraz silniejsze podmuchy. Nagła fraza muzyczna, przenikliwa, 54 | nr 18

wywołująca dreszcz. To tylko odgłosy tła, pośród którego rozbrzmiewa głęboki głos narratora. Słychać gniewne głosy mężczyzn pewnych siebie, ale powoli zdradzających przestrach i  przerażenie. Wycie wilka przeradza się w  przeciągły skowyt. Tajemnicze dźwięki i  nagły świst metalu. Zawodzący zgrzyt. Powietrze cięte lodo-


RECENZJE

wym ostrzem świdruje w  uszach. Chrzęst kości. Pulsujące, mroczne tony powoli cichną. Słuchanie pierwszego rozdziału Gry o tron dobiega końca. To jedynie muzyka, dźwięki i  efekty specjalne. To tylko odgłosy tła. Prawdziwa akcja książki toczy się pomiędzy aktorami odgrywającymi poszczególne postacie, przerywana bądź prowadzona przez narratora. Spokojny, głęboki, ale bardzo wyrazisty głos, dynamicznie dopasowujący się do nastroju i  przebiegu zdarzeń. Głos dobrze znany miłośnikom audiobooków. Krzysztof Banaszyk, to właśnie on prowadzi słuchacza w głąb świata lodu i ognia. Kolejne rozdziały. Producent Gry o  tron udostępnia co kilka dni następne części audiobooka, choć prace nad całością nie zostały jeszcze zakończone. Słuchacze z niecierpliwością oczekują kolejnych fragmentów, jak kolejnych odcinków serialu. Zaczynają pojawiać się dobrze znane miłośnikom książki postacie. Lord Eddard Stark w  aktorskiej interpretacji Roberta Więckiewicza, Catelyn Stark, której głosu udziela Agata Kulesza i król Robert Baratheon odgrywany przez Mariana Dziędziela. Trzeba kilku chwil, czasem kilku rozdziałów, aby przyzwyczaić się do ich głosów i  do ich sposobu interpretacji postaci, tak silny jest wpływ serialu telewizyjnego na wyobrażenie o  bohaterach powieści. To jednak nie koniec, jest jeszcze blisko stu innych aktorów, których głosy można usłyszeć. Aktorzy znani, po mistrzowsku odgrywający odpowiednie role barwą i tonem swego głosu (np. Jacek Braciak w  roli Tyriona), a  także artyści młodzi, w  naturalny i  pełen ekspresji sposób

przekazujący właściwe emocje (np. Pola Bychawska jako Arya). Słuchacz trafia na dziedziniec zamku Winterfell wśród odgłosu parskania koni, stukotu kopyt i skrzypienia toczącej się karocy. Schodzi do krypty, słuchając odbijającej się echem od sklepienia rozmowy. Zasiada za stołem w gwarze rozmów i odgłosów kuchni. Towarzyszy Daenerys, słysząc pobrzękujące dzwoneczki w warkoczach khala Drogo. Skacze po dachach zamku otaczany świstem wiatru i krakaniem wron, po czym spada z wieży z głuchym łoskotem. Dobiega do niego wycie wilków i śmiechy bawiących się dzieci. Przerażeniem napawa go tubalny głos Ogara wydobywający się spod hełmu jak z  głębokiej studni. Wsłuchuje się w  skrzypienie drzwi, w  każdej komnacie inne, i  w  zatrzaskujące się z  łoskotem zasuwy. Docierają do niego nawet odgłosy uciech z miejsca, w którym potajemnie spotykają się Ned i Catelyn. Wszystkiemu zaś, od czasu do czasu, towarzyszą dźwięki muzyki. Dźwięki łagodne, ostre lub jeśli trzeba zabawne, jak przy tańcu z mieczem Syrio Forela. Dźwięki, odgłosy, muzyka, efekty – wszystko to stanowi o  uroku superprodukcji audio Gry o tron zrealizowanej przez Audiotekę. Jest to jednak tylko tło, subtelne otoczenie dla właściwej gry aktorskiej i dla podstawowej narracji. Nie przeszkadza, nie utrudnia słuchania, lecz potęguje doznania i  wzmacnia wrażenie znalezienia się w  samym środku fantastycznej krainy, w wirze zdarzeń i w sieci intryg. Sprawnie wyreżyserowana całość stanowi miłe w  odbiorze, nowoczesne słuchowisko. 55 | nr 18


Władca wilków Juraj Červenák

Tytuł: Władca wilków Autor: Juraj Červenák Wydawnictwo: Erica 2012 Liczba stron: 368 Premiera: 15 maja

Jakoś tak się utarło, że jak Słowianin pisze trylogię z  antybohaterem, którego profesją jest mordowanie potworów, a towarzyszem wilk (czasem żywy, a  czasem noszony na sznurku jako medalion), to mu się ta trylogia rozrasta. Sapkowskiemu zrobiło się tomów pięć, a  wschodzącej (za pięć minut) gwieździe z bratniej Słowacji, 56 | nr 18

cztery. Na cykl o  czarnowniku składają się trzy tomy powieści i  jeden opowiadań, więc trylogia pozostaje zasadniczo trylogią, ale Sapkowskiego trzeba do tablicy przywołać. Oczywiście, starczyłoby napisać, że červenákowy bohater, o  wdzięcznym imieniu Rogan, to nic innego, jak słowacka riposta na wiedźmina.


RECENZJE

Ba, sam autor we wstępie przyznaje się, że powieść napisał zainspirowany historią o  Geralcie. Na szczęście dla czytelnika Władca wilków kopią Wiedźmina nie jest, co więcej – jest od niego zwyczajnie ciekawszą i  lepiej napisaną książką. I  niech plują na recenzenta hordy fanatyków Sapka, niezdolnych stawić czoła przykrej prawdzie. Jak mawiali starożytni Rzymianie: psy szczekają, karawana jedzie dalej. Władca wilków to naprawdę pełnokrwiste, brutalne i mocne fantasy, solidnie umocowane w  słowiańszczyźnie, wypełnione po brzegi mięsistą narracją. Bardzo dobrze napisane, szczególnie sceny walk i rzezi, które czyta się rewelacyjnie. Bohaterowie są wyraziści i ciekawie skonstruowani, drugoplanowe postaci nie są wyłącznie tłem dla Rogana i  jego Gorywałda, budzą sympatię i nie dają się zredukować do roli dekoracji. Przez całą powieść obserwujemy, jak zawiązuje się „Drużyna” – samotnicze przyzwyczajenia Rogana pękają pod naporem prawa opowieści. To rzecz, której ewidentnie brakowało u Sapka – wiedźminowi nikt nie jest partnerem, wszyscy, łącznie z Jaskrem i Yennefer, są tylko tymczasowymi towarzyszami. Remis jest w  konceptach – zarówno Červenák, jak i  Sapkowski kreują ciekawe i  sensowne światy. Obaj inkorporują do swoich uniwersów elementy słowiańszczyzny. W  Wiedźminie jest to przyprawa do klasycznego fantasy. Červenák idzie inną drogą – te drobiny historii Słowian, które nijak nie starczają na odtworzenie pełnego obrazu, skleja lepiszczem fantastyki. Tworzy neverland, który niczego nie udaje – i dzięki temu broni się doskonale. Autor

jest doskonałym fachowcem. Konstruuje fabułę gęsto naszpikowaną wydarzeniami, nie pozwala czytelnikowi nawet na chwilę nudy. Akcja pędzi do przodu, nierzadko zaskakując nieoczekiwanymi zwrotami. Nie ma tu miejsca na filozoficzne rozważania i dywagacje, nudne dłużyzny i rozwlekanie – tu kolejna przewaga słowackiego autora nad polskim koryfeuszem. Dwa do zera, a jak wiadomo, gol strzelony na wyjeździe liczy się podwójnie. Wydawnictwo Erica robi świetną robotę. Po pierwsze – wznowiło przepiękne Crimen Józefa Hena. Po drugie – wydaje Bernarda Cornwella, bezdyskusyjnego króla powieści historycznej. Po trzecie – wypuszcza pyszne książki wojenne Kirsta oraz Hassela. A  teraz do tej sporej listy zasług dołącza sprowadzenie na polską ziemię Czarnego Rogana. Miejmy nadzieję, że ten nowy, lepszy Geralt stanie się ulubionym bohaterem czytelników spragnionych porządnego, mocnego fantasy.

57 | nr 18


Miastowi: Slow food i aronia losu Anna Kamińska

Tytuł: Miastowi: Slow food i aronia losu Autor: Anna Kamińska Wydawnictwo: Trio 2011 Liczba stron: 316 Cena: 39 zł

Powiedzmy sobie prawdę: wieś specjalnie nie kocha „miastowych”. Bo i  za co? Przyjadą, posnują się tu i  ówdzie, jedni ponarzekają na niewygody, inni pozachwycają się albo zdziwią rzeczami dla stałych mieszkańców zupełnie oczywistymi i wrócą do swojej betonowej dżungli, zostawiając wieś samą sobie ze wszystkimi 58 | nr 18

trudami codzienności i  całoroczną harówką. A  jeśli mieszczuchom zachce się przypadkiem bawić w gospodarowanie, miejscowi patrzą na nich z mieszaniną rozbawienia i niedowierzania: oho, zobaczymy, jak długo wytrzymają! W dwudziestu jeden reportażach, zebranych w  tomie Miastowi: Slow


RECENZJE

food i aronia losu, Anna Kamińska przedstawia tych, którzy jednak wytrzymali. Nawet jeśli nie wszystko od razu poszło zgodnie z oczekiwaniami. Nawet jeśli na wstępie się okazało, że tak ładnie dopracowany pomysł na życie w nowym środowisku jest raczej pomysłem na jego utrudnienie. Dlaczego właśnie im się udało? Niełatwo znaleźć wspólny mianownik dla wszystkich opowiedzianych tu historii. Są osoby żyjące w pojedynkę i pary. Bezdzietni, z małymi dziećmi albo z odchowanym już potomstwem. Czasem z  wykształceniem rolniczym czy ogrodniczym (choć niekoniecznie z  praktyką w  zawodzie), częściej artyści albo przedstawiciele profesji zupełnie miejskich: bankowcy, marketingowcy, filolodzy, szukający swojego miejsca po jakichś życiowych zakrętach bądź też po prostu pragnący zmiany. Trafiający na wieś śladem przypadkowego oczarowania lub pracowicie realizując hodowane od lat marzenia. Chwytający się sprawdzonych sposobów na gospodarowanie albo podejmujący ryzyko, na jakie nikt tutaj dotychczas się nie odważył. Ilu ludzi, tyle ścieżek. Ale każda konsekwentnie prowadząca do konkluzji: „życie tutaj jest prawdziwe”, „tu jest nasze miejsce”, „my tu mamy kawał własnego nieba”. Skoro ze wszystkich opowieści płyną wnioski tak jednolite, czy nie należy się obawiać monotonii i znużenia? Tego autorka stara się uniknąć, różnicując w poszczególnych tekstach proporcje między narracją i wypowiedziami bohaterów i kładąc nacisk na rozmaite aspekty wiejskiego bytowania; twórca amatorskiego teatru lalkowego opowiada o radości z budzenia emocji u swoich

rówieśników-seniorów, pasjonaci uprawy aronii – o pomysłach na przetwory, właściciele zrujnowanego pałacu – o trudach remontu i satysfakcji z kolejnych jego etapów, a para, która odnalazła się po latach – o odkrywaniu szczęścia we dwoje przy tworzeniu skansenu na mazurskim odludziu. Warto jednak zauważyć, że naświetlenie sytuacji z  jednej tylko strony zawsze prowadzi do pewnego zafałszowania obrazu. Bo przecież oprócz tych, którym się udało, są i tacy, których miejscowa społeczność nie przyjęła z  otwartymi rękami i  nawet nie z  rezerwą, lecz z  nieukrywaną wrogością; których przerosły wyzwania związane z  urządzaniem się w  obcym środowisku; którym po fiasku pierwszego pomysłu na zarabianie pieniędzy nie starczyło już funduszy na realizację kolejnego; których organizm nie zniósł spania w wilgoci albo których bliscy kategorycznie zażądali powrotu do miasta… Bo opcja „chcesz i masz” dostępna jest tylko dla nielicznych, którzy oprócz marzeń mają jeszcze szczęście, silną wolę i  jakiś zapas środków materialnych. Niemniej jednak lektura jest bardzo ciepła i sympatyczna, i jeśli będziemy ją postrzegali jako tylko opisującą wycinek rzeczywistości, a  nie dostarczającą gotowego sposobu na życie, na pewno nikomu nie przyniesie szkody. Drobne minusy to słaba czytelność znacznej części fotografii i błędy w pisowni słów obcojęzycznych. A jeśli takimi drobiazgami się nie przejmujemy, nic nie stoi na przeszkodzie, by w  ślad za Janem z  Czarnolasu, dobrze znającym uroki wiejskiego życia, westchnąć z tęsknotą: „Wsi spokojna, wsi wesoła…”. 59 | nr 18


Teoria bezwzględności, czyli jak uniknąć końca świata Beata Pawlikowska

Tytuł: Teoria bezwzględności, czyli jak uniknąć końca świata Autor: Beata Pawlikowska Wydawnictwo: G+J 2012 Liczba stron: 336 Cena: 26,90 zł

Pisarz, podróżnik, łowca – tak opisuje samą siebie Beata Pawlikowska na swojej stronie internetowej. Bliżej znana jako Blondynka, przybliżająca polskim czytelnikom swoje spotkania z  dalekimi cywilizacjami, tym razem pokusiła się o  dogłębną analizę ludzkiej kondycji. I to w obli60 | nr 18

czu końca świata. Nie od dziś wiadomo, że podstawą wszelkiej wiedzy jest zdziwienie. To właśnie ono powodowało Pawlikowską, gdy pisała Teorię bezwzględności, czyli jak uniknąć końca świata. Z  tym, że autorka twierdzi, że tylko ona jedna potrafi w dzisiejszych czasach dziwić się świa-


RECENZJE

tu. A dalej, z niesłabnącą zarozumiałością, tłumaczy, że pragnie w swojej książce wyjaśnić, dlaczego świat, jaki znamy, się kończy. Autorka dość mozolnie zbiera się do przedstawienia swojej teorii. Początkowo wydaje się, że książka będzie zbiorem wspomnień z  dalekich podróży. Te charakterystyki odmiennych od naszej kultur nazwać by można najciekawszą częścią Teorii bezwzględności…, gdyby nie drażniąca konwencja ukazywania wszystkiego z ironicznej perspektywy głupiutkiej Europejki, która wyjeżdża w dalekie kraje, gdzie na każdym kroku przekonuje się, że Jej Wysokość Europa wcale nie jest „lepsza” od innych. W końcu jednak, zahaczając po drodze o elementy fizyki i teorię reklamy, autorka dociera do meritum, z  którego jasno wynika, że największym grzechem cywilizacji jest fakt, iż obudziła w ludziach strach i zakłóciła pierwotne poczucie bezpieczeństwa. Kiedyś Adam i Ewa żyli w zgodzie z naturą. Nadszedł jednak dzień, w  którym ich sąsiad wpadł na pomysł stworzenia pierwszych narzędzi. Zaangażowani w ten proces pierwsi małżonkowie nie zauważyli, że ich syn, Jakub, potknął się w  mroku o  stertę kamieni, z  których miały powstać kolejne narzędzia. Zgromadzone w  tym miejscu materiały zakłóciły naturalny porządek tak znanego Jakubowi świata. W  jego życie wkradł się strach przed przestrzenią – odtąd coraz bardziej mu obcą. Lęk i  brak poczucia bezpieczeństwa od tysięcy lat uzależniają człowieka, który stara się wypełniać pustkę, jaką odczuwa, przeróżnymi substytutami. Mogą to być używki, seks, gromadzenie przedmiotów, zakupy. Kres takiego świata nadejdzie 21

grudnia 2012 roku. Wówczas „[…] ludzkość ma szansę ocknąć się z trwającego od pokoleń uzależnienia i  zamiast kreować nowe kłamstwa, iluzje ukojenia i szybkich sposobów zaspokojenia, ponownie znaleźć prawdę i zacząć żyć zgodnie z nią”. Uniwersalną Prawdą nazywa Pawlikowska to, co chrześcijaństwo zna pod pojęciem przykazania miłości. Tej zasady przestrzegają też inne kultury i religie. Majowie mają swoje In Laak’ Tech („Ja jestem innym ty”), Inkowie – ayni, czyli „kocham”, a  Toltekowie z Ameryki Środkowej – „ścieżkę miłości”. Mimo wyraźnych starań, by stworzyć spójną teorię kresu ludzkości, książka Beaty Pawlikowskiej pozostawia wiele do życzenia. Nawet warstwa czysto techniczna woła o pomstę – jeśli by już nawet pominąć monotonne wyliczenia stosowane co rusz jako zabieg stylistyczny, nie da się nie zauważyć literówek i  nagminnie wręcz „zjadanych” przecinków. Koniec świata jako pierwszy dotknął właśnie interpunkcji. Autorka usiłuje na koniec od razu odeprzeć zarzuty, jakie może jej stawiać krytyka, między innymi przedstawiająca jako kontrargument wartościowe aspekty naszej cywilizacji, chociażby wiedzę medyczną. Pawlikowska odpowiada: „[…] cywilizacja zaczęłaby się rozwijać także bez faktu utraty poczucia bezpieczeństwa, czyli nie w odpowiedzi na strach i niepokój, ale w harmonii z tym, co istnieje dookoła”. W jaki sposób miałby nastąpić ten rozwój, autorka nie wyjawia. Być może dowiemy się tego po 21 grudnia 2012 roku.

61 | nr 18


Vlad Dracula Dariusz Domagalski

Tytuł: Vlad Darcula Autor: Dariusz Domagalski Wydawnictwo: (koedycja) Bellona, Runa 2011 Cena: 35 zł Liczba stron: 340

Jeśli ktoś po przeczytaniu tytułu Vlad Dracula przestraszył się, że to kolejna książka poświęcona wampirom, może odetchnąć z  ulgą. Bohaterem tej powieści historycznej jest bowiem autentyczna postać. Jeśli natomiast na to liczył, wcale nie musi czuć się rozczarowany. W  pewnym stopniu była ona przecież pierwowzo62 | nr 18

rem stworzonego przez Brama Stokera hrabiego Draculi. Dariusz Domagalski jest miłośnikiem historii. Na swoim koncie ma już cykl powieści o wojnie z Zakonem Krzyżackim. Najnowsze jego dzieło traktuje o  latach 1462-1463, w których toczyły się walki pomiędzy wojskami Mehmeda II a pospolitym


RECENZJE

ruszeniem zorganizowanym przez Vlada Draculę. Jego odziały, przy całkowitym braku wsparcia ze strony innych państw chrześcijańskich miały w  zasadzie za zadanie obronę Europy przed najazdem armii tureckiej. Nie brak więc w  powieści scen bitew i  potyczek. Dochodzą do tego jeszcze naturalistyczne opisy gwałtów i tortur, z którymi autor poradził sobie bardzo dobrze. Jest w  nich rzeczywiście sprawny, są realistyczne i  przekonujące. Jednocześnie, na kartach powieści stara się też odtworzyć klimat tamtych czasów i odmalować ówczesną sytuację polityczną. Głównym bohaterem jest rycerz Janos Lechoczky. Wysłany na Wołoszczyznę przez króla Macieja Korwina, ma za zadanie przyjrzeć się z bliska panującej tam atmosferze i przekazać królowi najważniejsze informacje. Jednak z czasem na pierwszy plan wysuwa się przede wszystkim postać wołoskiego hospodara – człowieka, o którym krążą legendy. Jego słynne krwawe zemsty spowodowały, że posądzano go o konszachty z diabłem. Zadaniem Lechoczky’ego jest również odkrycie prawdy o  Draculi. I  już sama wyprawa w tamte rejony, utrzymana w  mrocznym klimacie i  obfitująca w  niebezpieczeństwa, stopniuje napięcie i rozbudza ciekawość czytelnika, szczególnie tego, który nie spotkał się wcześniej, czy to na lekcjach historii, czy kartach innej książki, z osobą wołoskiego hospodara. Takiego czytelnika tym bardziej zaintryguje jego postać. Z  jednej strony, mściwego i  bezlitosnego okrutnika, z  drugiej – obrońcy kraju i  bohatera, nieustraszonego żołnierza, sprawnego dowódcy i  stratega, znienawidzonego przez politycznych wrogów.

Ocenę tego bohatera autor pozostawia odbiorcy. To od niego zależy, które z tych cech uzna za dominujące i najistotniejsze. Jak to zazwyczaj bywa, gdzie wojna, tam i miłość. W tym wypadku również pojawia się kilka wątków romantycznych. Ale amatorzy choćby powieści historycznych Sienkiewicza mogą się poczuć zawiedzeni. To pewnie znak czasu, że nawet w powieści historycznej miłość nie jest już subtelnym uczuciem i walką rycerza o serce damy dworu. W zamian tego autor raczy nas kilka razy opisem scen łóżkowych, na szczęście nie nazbyt wulgarnym. Podobnie rzecz się ma z  obszernością Vlada Draculi. Zaskakujące jest, że na stosunkowo niewielu stronach, zdołało się zmieścić aż tyle wątków. Powieści wspomnianego wcześniej Sienkiewicza liczyły sobie przecież po kilka tomów. Trzeba przyznać, że Dariusz Domagalski solidnie przygotował się do pracy nad powieścią, czego dowodem jest zamieszczona na końcu książki bibliografia. Plusem jest także znajdujący się w  niej słownik wyrazów trudnych czy przestarzałych, ułatwiający zrozumienie treści. Zresztą stylizacja językowa nie bardzo się autorowi udała, archaizmy pojawiają się tylko od czasu do czasu. Minusem może być dla niektórych umieszczenie tego słownika na końcu książki, bo wiąże się to z częstym jej kartkowaniem i utrudnia śledzenie fabuły.

63 | nr 18


Dziewczyna z sąsiedztwa Jack Ketchum

Tytuł: Dziewczyna z sąsiedztwa Autor: Jack Ketchum Tłumaczenie: Łukasz Dunajski Wydawnictwo: Papierowy Księżyc 2011 Liczba stron: 307 Cena: 33,90 zł

Wyprodukowany kilkanaście lat temu przez BBC świetny film dokumentalny Pięć kroków do tyranii pokazuje wyraźnie, jak niewiele trzeba, by w  pozornie zwyczajnym, zdrowym społeczeństwie skutecznie i  bez większego oporu, wykorzystując współpracę z  obywatelami, zaprowadzić krwawe rządy. Ułatwiają 64 | nr 18

to zwykłe ludzkie słabości, fizjologia, która sprawia, że tak łatwo ulegamy sugestiom i  nakazom. Szczególnie pod wpływem strachu, ale – jak się okazuje – nie tylko. Tyranię w skali mikro prezentuje w  swojej najgłośniejszej książce Jack Ketchum. Tytułowa Dziewczyna z  sąsiedztwa, Meg Loughlin, z  nie-


RECENZJE

jasnych przyczyn staje się wrogiem całej społeczności przedmieścia, na które wraz z siostrą przybywa po tragicznej śmierci swoich rodziców. Początki życia pod jednym dachem z daleką krewną, Ruth Chandler, i trójką jej synów w  wieku szkolnym, choć trudne, nie zapowiadają niczego nadzwyczajnego. Ot, normalny w takich sytuacjach dystans, który zmniejszy z pewnością czas spędzony razem... Z  tym światem od początku coś jest jednak nie tak. Wraz z  rozwojem akcji obraz przypomina coraz bardziej antyutopijną Mechaniczną pomarańczę Anthony’ego Burgessa. Szokujące, rażące i, jak się okazuje, fatalne w  skutkach dopuszczenie dzieci do czynności zarezerwowanych dla dorosłych, takich jak dozwolone w domu Ruth nieskrępowane picie piwa przez dwunastolatków, palenie papierosów czy oglądanie brutalnych filmów, nie mogą pozostać bez wpływu na ich zachowanie. Brutalne zabawy, jak na przykład znęcanie się nad małymi zwierzątkami, mają swoje przedłużenie w  mało zabawnej „grze”, jak narrator – David, kolega młodych Chandlerów – nazywa późniejsze wypadki. Relatywizm moralny dorosłych w tej powieści sięga szczytu, kiedy na pytanie Davida: „czy można bić dziewczyny?”, jego ojciec odpowiada w  iście gombrowiczowskim tonie: „Nigdy nie wolno uderzyć kobiety, nigdy! (...) Jednak czasami nie ma innego wyboru”. Dodając do tego rozwijającą się niezidentyfikowaną chorobę psychiczną Ruth (w  posłowiu pisarz przyznaje się do fascynacji mechanizmami socjopatii), można sobie wyobrazić kierunek, w którym zmierza ta historia. Jak nietrudno się domyślić z  samego tylko tytułu i  opinii zamieszczonych na

okładce, ofiarą tej skrzywionej rzeczywistości pada Meg. Nadzorowana i napędzana przez Ruth „gra”, polegająca na coraz brutalniejszym krzywdzeniu czternastolatki, pociąga i fascynuje młodych chłopców, których okrucieństwo wydaje się nie mieć granic. Książka napisana porządniej, lepszym stylem, mniej nastawiona na sensację, prawdopodobnie skłaniałaby do refleksji, dlaczego tak się dzieje. Autor niestety bezlitośnie spłyca temat i  sprowadza go do opisów kolejnych tortur, jakim poddaje się dziewczynkę. Nie są to obrazy przyjemne, wrażliwszych czytelników mogą wytrącić z  równowagi niektóre detale, ale zapowiadanego szumnie przerażenia ze świecą szukać. Najbardziej drastyczne momenty zdradza bowiem we wstępie Stephen King. I  właśnie tych kilka akapitów, napisanych przez niekwestionowanego mistrza powieści grozy, okazuje się najlepszym fragmentem tej publikacji. Z punktu widzenia czytelnika – szkoda, że King firmuje swoim nazwiskiem tak mierną literaturę, z  punktu widzenia Jacka Ketchuma – dobrze, bo dzięki wsparciu bardziej znanego kolegi udało się zainteresować tą pozycją szersze audytorium. Specjaliści od marketingu wykonali w tym przypadku naprawdę świetną pracę. Gdyby odrzeć współczesnego człowieka ze wszystkich zdobyczy cywilizacji ostatnich dwóch tysięcy lat, okazałby się on ni mniej, ni więcej, tylko żądnym krwi mieszkańcem starożytnego Rzymu, z groźnym panem et circenses na ustach. To chyba główny powód, dla którego książki takie jak Dziewczyna z sąsiedztwa osiągają szczyty na listach sprzedaży. 65 | nr 18


RozGROMić konkurencję. Sprawdzone w boju strategie dowodzenia, motywowania i zwyciężania gen. Roman Polko dr Paulina Polko

Tytuł: RozGROMić konkurencję. Sprawdzone w boju strategie dowodzenia, motywowania i zwyciężania Autor: gen. Roman Polko, dr Paulina Polko Wydawnictwo: Helion, 2012 Liczba stron: 224 Cena: 44,90 zł

Roman Polko (komandos, dowódca, strateg, bohater, trener oraz doradca biznesowy w  największych korporacjach, mistrz self PR-u  oraz autopromocji) wraz z  żoną Pauliną (socjologiem i  politologiem), oddają w  nasze ręce poradnik leadershipu o  tym, jak RozGROMić konkurencję. Książka jest bogato ilustrowana 66 | nr 18

zdjęciami z  prywatnego archiwum generała oraz agencji shutterstock, zawiera wiele (dla cywila zupełnie nieczytelnych) schematów i  wykresów. Posiada kredowy papier w środku i schludną okładkę z wytłoczonym tytułem i  zdjęciem generała Polko wystylizowanego na Napoleona (co z jednej strony wygląda nieco zabaw-


RECENZJE

nie, z drugiej natomiast dobitnie wskazuje na fakt obcowania z genialnym strategiem, dzięki któremu nasz biznes rozwinie skrzydła i przetrwa nawet najgorszy kryzys). I to chyba tyle dobrego na temat tej pozycji. Jak piszą autorzy: „trzymasz w  ręku pierwszy i jedyny na polskim rynku podręcznik operacyjny, zawierający aktualne zasady wojskowe (…)”. Niestety RozGROMić konkurencję podręcznikiem na pewno nie jest, co najwyżej przewodnikiem bądź jeszcze lepiej poradnikiem w  prostej, żołnierskiej formie przedstawiającym niezbyt innowacyjnie sposoby zarządzania zasobami ludzkimi z  wojskowego punktu widzenia. Z  poradnika RozGROMić konkurencję dowiemy się o  tym, jak być leaderem, zbudować zespół, działać w sytuacjach kryzysowych, rozwiązywać konflikty, zwalniać ludzi, prowadzić negocjacje czy doceniać zwycięstwa. Przeczytamy o tym, jak motywować zespół w czasie kryzysu, ale również jak budować „plan B” na przyszłość w czasie dobrobytu. Konstrukcja książki opiera się na tekście głównym napisanym przez dr Paulinę Polko, przerywanym wtrąceniami męża w formie zapisków z zeszytu szkolnego (co wygląda średnio dobrze i schludnie). Niestety, w znacznej większości ramki będą ciekawsze dla osób zainteresowanych działaniami bojowymi GROM-u, niż tych pragnących dowiedzieć się czegoś więcej o  przełożeniu strategii wojennej na zarządzanie. Roman Polko wyśmienicie kreuje w  nich swój wizerunek niezłomnego dowódcy, walczącego z  bezmyślną biurokracją, nie raz, nie dwa ratując naszą reprezentacyjną jednostkę antyterrorystów przed

widmem upadku bądź rozwiązania formacji i odejścia wybitnych specjalistów do cywila. Idea przenoszenia do biznesu strategii oraz zasad wojennych nie jest nowa. Takie książki jak Team Secrets of the Navy Seals czy The Art of War Sun Tzu, szczególnie po drugiej stronie oceanu, biją rekordy sprzedaży i  są z  chęcią wykorzystywane przez team leaderów i praktyków zarządzania. W Polsce takich podręczników brakuje i  należy z  uznaniem przyjąć podjęcie próby stworzenia czegoś autorskiego, dopasowanego do polskich realiów. Próba ta jednak nie do końca się udała, ponieważ największy nacisk został postawiony tu na przedstawienie historii jednostki GROM (skądinąd bardzo ciekawej i wciągającej), postaci gen. Romana Polko oraz historii największych majstersztyków strategii wojennej (z odwołaniami do źródła w  Wikipedii!). Brakuje zaś treści ściśle odnoszących się do biznesu i zarządzania. Dlatego też RozGROMić konkurencję można polecić co najwyżej początkującym startupowcom, którzy stawiają pierwsze kroki w  zarządzaniu zespołem i  potrzebują zmotywować siebie i  innych do walki o  przychody i  budowania pozycji leadera na rynku.

67 | nr 18


Polter poleca

Brak wiadomości od Gurba Eduardo Mendoza

Tytuł: Brak wiadomości od Gurba Autor: Eduardo Mendoza Tłumaczenie: Magdalena Tadel Wydawnictwo: Znak 2012 Liczba stron: 164

Tym razem kosmici wyjątkowo nie atakują USA z ich wielbioną Statuą Wolności, lądują za to w Barcelonie, stanowiącej kwintesencję specyficznej hiszpańskiej mentalności oraz węzeł łączący wiele zróżnicowanych kultur i poglądów na świat. Bohaterowie Braku wiadomości od Gur68 | nr 18

ba Eduardo Mendozy, składający się pierwotnie z  czystego intelektu, wchodzą między ludzi, próbując zrozumieć ich zwyczaje, a to okazuje się zadaniem bardzo trudnym. Absurd początkowej sytuacji rozwija się wraz z  upływem akcji, gdy protagonista wyrusza w  głąb Barce-


RECENZJE

lony w  poszukiwaniu tytułowego Gurba. Na swojej drodze napotyka niezliczone remonty, objazdy, wykopy, niefrasobliwych i  niekompetentnych pracowników, pijaków, obwoźnych sprzedawców miejscowych przysmaków i  wiele innych atrakcji. W  ten, może niezbyt subtelny, ale zdecydowanie zabawny sposób Mendoza wytyka i obśmiewa przywary Hiszpan (a zwłaszcza Katalończyków) oraz przedstawia całkiem szeroki zakres ich stereotypowych cech. Pisarz wypełnia karty powieści mnóstwem sztandarowych wyobrażeń mieszkańców Półwyspu Iberyjskiego – leniwych, łasych na pochlebstwa i łapówki ludzi, którzy jednocześnie kochają swój kraj. To wszystko oraz obsadzenie w głównej roli hiperinteligentnego kosmity pozwala Mendozie sprawnie i  precyzyjnie wykazać śmieszność poszczególnych ludzkich zachowań (na przykład wiarę w to, że pieniądze dają szczęście). Wesołość czytelnika mogą wywołać także próby interakcji kosmity z  Ziemianami, które często rozbijają się o  niezrozumienie zasad rządzących życiem człowieka i  ich brakiem logiki. Nie wspominając o  tak durnych nawykach jak oddychanie czy chodzenie na dwóch nogach, do których musi się przybysz przyzwyczaić – czysto pythonowska komedia. Efekt ten potęguje forma powieści – to dziennik z wyszczególnioną datą i godziną poszczególnych wydarzeń. Dla przykładu główny bohater zostaje przejechany przez różne samochody o  godzinie 8:03, 8:04 i 8:05, w podobny sposób odnotowane są kolejne prozaiczne, zdawałoby się, wydarzenia: wpadanie do rowów będących pokłosiem wszechobecnych remontów czy

wielokrotne wizyty w  muzeum. Wszystko to nadaje zwyczajnym sytuacjom atmosfery absurdu i  wywołuje mimowolny uśmiech na twarzy czytelnika. Książka jest bardzo specyficzna, ironiczna i kpiąca, na podobieństwo wspomnianej wyżej brytyjskiej grupy komediowej, przez co osoby o zanadto wysublimowanym poczuciu humoru mogą poczuć się miejscami zniesmaczone. Nie oznacza to jednak, że Brak wiadomości od Gurba jest napisany w  sposób grubiański lub prymitywny, wręcz przeciwnie: Mendoza świetnie posługuje się językiem, nie odmawiając sobie w  kilku miejscach zabaw słowotwórczych, a  jego obserwacje i  uwagi są inteligentne. W rezultacie pozycja ta świetnie nadaje się na odprężające popołudnie z literaturą rozrywkową na wysokim poziomie. Bartłomiej Łopatka

69 | nr 18


Fajnie być samcem! Dmitrij Strelnikoff

Tytuł: Fajnie być samcem! Autor: Dmitrij Strelnikoff Ilustrator: Dmitrij Strelnikoff Wydawnictwo: Iskry, 2011 Liczba stron: 503 Cena: 29,90 zł

„Samiec ma w sobie głowę, ręce, nogi i  to coś”. Taki napis widnieje na jednej ze stron książki Dmitrija Strelnikoffa, rosyjskiego dziennikarza i biologa, żyjącego w Polsce. Rubaszne stwierdzenie. Abstrahując od dosłownego znaczenia cytatu, czy autor, wywołując żartobliwy uśmiech na twarzach czytelników, świadomie nie pozostawia nas z głębszą refleksją? No właśnie. Co takiego ma mężczyzna, a czego nie ma kobieta, co sprawia, że samcom żyje się 70 | nr 18

łatwiej, prościej, a  w  obiegowej opinii wielu narodów i  kultur funkcjonuje przekonanie, że urodzić się chłopcem to jak wygrać los na loterii? Fajnie być samcem! to gatunkowa hybryda. Ni powieść, ni poradnik, obfituje w  informacje zoologiczne, aforyzmy i  nie gardzi plotkami ze świata „szoł biznesu”. A może właśnie trudność w zaklasyfikowaniu stanowi o jej wartości? Otrzymujemy nietypowy produkt, ciekawy, inny, frapujący


RECENZJE

– oddający naturę mężczyzny, nie banalizujący go, poddający analizie z rozmaitych stron. Narracja prowadzona jest na dwóch płaszczyznach, pierwszą stanowi cykl wykładów o  przymiotach, upodobaniach i zrachowaniach samca – w analogii do życia erotycznego świata przyrody. Druga to powołanie do życia postaci, mającej pewien zestaw cech autora, a także niebywały problem w postaci kota o wdzięcznym imieniu Włodzimierz i  jego samczej tendencji do znaczenia własnego terytorium moczem. Męska solidarność, która uchroniła kocura przed kastracją, to dopiero początek przygód bohatera, specyficznego Wykładowcy, pielęgnującego swe dziwactwa: słoik z  hodowlą wymoczków, seanse psychoterapii z profesorem Męczyworem i wspólne noce z  współlokatorem o  znanym skądinąd nazwisku – Fiodor Dostojewski. Początkowy entuzjazm i rozbawienie przechodzi w zdziwienie, w trakcie lektury opowieść staje się coraz bardziej absurdalna i... coraz mniej strawna, jeśli bierzemy ją na trzeźwo. Zmaskulinizowana rzeczywistość to treść odrębnych rozdziałów nazywanych wykładami. Każdy z  nich ma temat przewodni: „Samiec w świecie zwierząt”, „Świat samca”, „Samica” itd. Znajdziemy wśród nich odpowiedź na wiele dręczących ludzkość pytań, w  tym m.in.: Dlaczego mężczyźni plotkują? Dlaczego kupują seks za prezenty? Jaki jest związek między samcem a alkoholem? Jednym słowem te fragmenty zapewniają czytelnikowi źródło czystej rozrywki i  garść popularnonaukowych anegdot. Filozofia życia samca przedstawiona w  schemacie seks, piwo i  „pornosajty” w analogii do życia przyrody ożywionej wy-

pada zadziwiająco podobnie. Studenci wykładowcy podrapią się w głowę i zapytają: Zaraz, zaraz a więc to znaczy, że nami, najdoskonalszymi, najinteligentniejszymi i jedynymi posiadającymi skłonność do refleksji i  autoanalizy istotami, które stąpają po ziemskim padole, którą to ziemię zagarnęliśmy, uciemiężyliśmy i całkowicie udomowiliśmy, też rządzą prymitywne instynkty, będące spadkiem po małpich przodkach? Ano, w rzeczy samej. To, co uderza (mając świadomość, że książkę w języku polskim napisał Rosjanin), to niesamowite wyczucie słowa, wykorzystywanie jego dwuznacznego brzmienia, błyskotliwy żart językowy, bazowanie na niemal nieuchwytnych dowcipach leksykalnych, zestawianie znaków prowadzące do efektu komicznego, nieskrępowana zabawa językiem. Dowodzi to świetnego opanowania naszej mowy ojczystej przez cudzoziemca, i  stosowanie nie tylko dosłownych, ale często ambiwalentnych znaczeń. Książki tej nie można odbierać całkiem serio. Ale kiedy spojrzeć na nią z przymrużeniem oka, dyrdymały Strelnikoffa, jak zapewne zechcą je lekceważąco nazwać ludzie śmiertelnie poważni, wnet nabiorą nowego sensu i staną się wszechogarniająca prawdą o  całym męskim świecie. Dmitrij Strelnikoff uderza też z celnością snajpera w naszą narodową przypadłość – bigoterię. Śmieje się i pokazuje język polskiej pruderyjności, przygląda się tematom tabu, homofobiom i  życiu seksualnemu w  ogóle. Fajnie być samcem! to popis humoru autora i  niezwykłego dystansu do własnej osoby, jako przedstawiciela gatunku męskiego. Czy ciebie też na to stać? 71 | nr 18


Oskar. Kot, który przeczuwa śmierć David Dosa

Tytuł: Oskar. Kot, który przeczuwa śmierć Autor: David Dosa Tłumaczenie: Agniesz� ka Maria Wrońska Wydawnictwo: Świat Książki 2011 Liczba stron: 238 Cena: 32,90 zł

W  ostatnich latach na polskim rynku da się zauważyć istny wysyp książek obyczajowo-biograficznych, w których rolę główną odgrywa pies, kot lub inne domowe zwierzę. Popularność tych książek pokazuje, że czworonożni ulubieńcy z  powodzeniem wypełnili rynkową niszę. Pełne ciepła, wzruszające, a  niekiedy dramatyczne „zwierzęce” opowieści zde72 | nr 18

cydowanie podbiły serca czytelników. Wśród najbardziej znanych książek tego specyficznego nurtu można wymienić między innymi: Marley i  ja: Życie, miłość i  najgorszy pies świata Johna Grogana, Życie na trzy psy Abigail Thomas, Odyseję kota imieniem Homer Gwen Cooper, Dewey, wielki kot w  małym mieście Vicki Myrron i  Bretta Wittera, Dziewięć wcieleń


RECENZJE

kota Deweya (swoista kontynuacja poprzedniego dzieła), Misję szczeniak: Pozdrowienia z Bagdadu Jaya Kopelmana i Melindy Roth, a z rodzimych przykładów Opowieści Druida Małgorzaty i  Edwarda Gardasiewiczów oraz Świat według psa: Opowieść jamnika Bolka Doroty Sumińskiej. W 2011 roku na polskim rynku ten całkiem pokaźny zbiór wzbogaciła jeszcze jedna pozycja: Oskar. Kot, który przeczuwa śmierć autorstwa Davida Dosy. Oskar jest jednym z  kotów zamieszkujących Steer House – Ośrodek Pielęgnacyjno-Opiekuńczy zlokalizowany w  centrum Providence. Obecność zwierząt ma pomóc pacjentom w  znoszeniu chorób. Autor – doktor Dosa – pracuje na oddziale geriatrycznym, gdzie znajdują się przede wszystkim osoby dotknięte starczą demencją lub cierpiące na Alzheimera. Jednak Oskar posiada niecodzienną właściwość. Kiedy czuje, że któryś z  pensjonariuszy odchodzi, czuwa przy nim do samego końca. Jego kocia intuicja prawie nigdy nie zawodzi i  zawsze wyprzedza o  krok obecnych w  ośrodku medyków. David Dosa – lekarz o duszy naukowca – postanawia zbadać fenomen niezwykłego czworonoga. Początkowo sceptyczny wobec zadziwiających umiejętności Oskara, stopniowo, w toku niecodziennego śledztwa znajduje coraz to nowe dowody talentu mruczącego podopiecznego i  zaczyna szanować jego specyficzną „pracę”. Ostatecznie uznaje, że naukowe wyjaśnienie tego zjawiska pozostaje sprawą drugorzędną. Tym, co odróżnia tę książkę od większości pozycji tego nurtu, jest postać tytułowego bohatera. Jamnik Bolek z powieści Sumińskiej, Dewey (utwór Myrron i Wittera) czy ślepy Homer (Odyseja kota imie-

niem Homer...) stanowiły centralne postaci tamtych historii. Biblioteka publiczna (gdzie rezydował Dewey), perypetie rodziny (która przygarnęła Bolka) czy biografia Gwen Cooper stanowiły jedynie tło dla opowieści o danym zwierzątku. W książce Dosy to wcale nie Oskar – wbrew tytułowi – wysuwa się na pierwszy plan, choć pozostaje istotny z  uwagi na prowadzone „dochodzenie”. Wydaje się, że głównym problemem, jaki porusza Dosa jest właściwie demencja starcza oraz choroba Alzheimera, ze wszystkimi ich konsekwencjami. Nie ma tu jednak medycznego żargonu, trudnych terminów i  łacińskiej nomenklatury. Dosie chodzi o  pojedynczego człowieka, jego ból, cierpienie, osamotnienie i smutek. To właśnie pacjenci Steere House, ich rodziny i  dramatyczne opowieści o  zmaganiu się z  chorobą stanowią centrum fabularne Oskara... Niezwykły kot pojawia się zawsze w końcowym etapie, towarzysząc umierającemu w  jego ostatnich godzinach, wspierając milcząco jego najbliższych. O dziwo, obecność czworonoga potrafi podnieść na duchu i przynieść choćby śladowe ukojenie, opowieści autentycznych osób (lub postaci zbudowanych w  oparciu o  realne pierwowzory) stanowią tego świadectwo. To nie tylko piękna czy wzruszająca, ale i  mądra książka. Powieść Davida Dosy to naprawdę wartościowa, dająca do myślenia pozycja. Warto po nią sięgnąć, nie tylko dla uroczego kociego bohatera, którego z  łatwością można polubić, ale również – a może przede wszystkim – ze względu na warstwę ludzką, dotyczącą człowieka i jego heroicznej (choć ostatecznie zawsze przegranej) walki z potworną chorobą. 73 | nr 18


Liga Niezwykłych Dżentelmenów. Stulecie 1969 Scenariusz: Alan Moore Rysunki: Kevin O’Neill

Tytuł: Liga Niezwykłych Dżentelmenów. Stulecie 1969 Scenariusz: Alan Moore Rysunki: Kevin O’Neill Tłumaczenie: Paulina Braiter Wydawnictwo: Egmont 2011 Liczba stron: 80 Cena: 49,99 zł

Redaktor naczelny „Literadaru” ma wizję. Nie, nie słyszy głosów i nie objawia mu się Najświętsza Panienka. Nie jest to również objawienie w rodzaju tych, jakie po spożyciu grzybów miewał pewien mieszkaniec wyspy Patmos. To raczej święte i niepodważalne przekonanie, że recenzja ma być przezroczysta, pozbawiona autorskie74 | nr 18

go sznytu, raczej elegancka i wyważona niż osobnicza, stronnicza i kopiąca w jaja. No dobra, z tym ostatnim jest trochę inaczej, pismo (i  niżej podpisany pismak) ma na koncie kilka buciorów, sprzedanych, oględnie mówiąc, gównianym książczynom. I  ja generalnie tę wizję Naczelnego popieram i piszę tak, jak linia programowa


RECENZJE

magazynu zakłada. Ale teraz przyszło mi zrecenzować kolejny tom Ligi Niezwykłych Dżentelmenów autorstwa Alaana Moore’a i Kevina O’Neilla. I tym razem za cholerę nie dam się z  tej recenzji usunąć. Bo Alan Moore potęgą jest i  basta. Uważam go za najlepszego twórcę komiksowego, jaki kiedykolwiek chodził po ziemi. W  jego pracach bezapelacyjnie i  niepodważalnie czuć geniusz. Gdyby Moore chciał mieć przed kominkiem dywanik w kształcie literadarowego recenzenta, jutro pakuję się w samolot i idę posłusznie leżeć przed fotelem Mistrza. Proszę mi zatem powiedzieć, jakim cudem mam napisać recenzję przezroczystą i wyważoną? Wchłonąłem historię o Alisterze Crowleyu, który magicznym rytuałem próbuje przenieść swojego ducha do ciała Micka Jaggera z  Rolling Stones dokładnie w czasie, gdy tamten śpiewa swoje Sympathy for the Devil na legendarnym koncercie w  Hyde Parku w  1969 roku. Przy czym wcale nie ma tu Crowleya ani Jaggera, ani nawet Stonesów. Moore pokrywa wszystkie postaci i wydarzenia czekoladowym lukrem popkultury (z  Powolnie Badanej Czekolady, należy dodać, hehe). Tak oto naprawdę (ale co tu jest naprawdę?) mamy do czynienia z  Olivierem Haddo – bohaterem The Magician z 1908 roku, napisanej przez W. Somerseta Maughama, który jest niczym innym, jak tylko parodią Crowleya właśnie! Dzięki mistycznemu rytuałowi duch Haddo wcielony jest w ciało Cosmo Galliona, czarnoksiężnika z jednego z odcinków brytyjskiego serialu Rewolwer i melonik (tego, w  którym Steed ma pilnować przepisu na nowe, rewolucyjne paliwo, którego odkrywca leży w śpiączce, a w całą sprawę zamie75 | nr 18


szany jest zakon czarnych magów). Cosmo, pod zmienionym nazwiskiem, wchodzi w  komitywę z  rockowym artystą, ćpunem i  okultystą Ternerem (głównym bohaterem filmu Przedstawienie Davida Camella z  1968 roku, rockowym artystą, ćpunem i  okultystą, którego gra rockowy artysta, ćpun i okultysta Mick Jagger), tylko po to, żeby przejąć jego ciało, tak jak kilkanaście kolejnych do tej pory. Rytuał ma zakończyć się, gdy Terner/Jagger będzie recytował ze sceny wiersz upamiętniający zmarłego niedawno Basila Fotheringtona-Thomasa (czyli członka Rolling Stones – Briana Jonesa). W oryginale była to elegia Adonais – elegia na śmierć Johna Keatsa, autora Hyperiona, Endymiona, etc. którą w 1821 napisał Percy Bysshe Shelley. W  wersji Moore’a  to Oda na śmierć Osjana autorstwa Thomasa Rowleya – wielki erudycyjny żart, związany powieścią Miłość i  szaleństwo autorstwa Herberta Crofta z 1780 roku, która w znaczącej części odnosi się do problemu fałszerstwa oraz osób Jamesa Macphersona i Thomasa Chattertona, dwóch największych fałszerzy literackich angielskiego (pre)romantyzmu. Na szczęście Lidze (zwanej Grupą Murray, w odróżnieniu od, na przykład, Ligi Wilhelminy, która operuje w pierwszym tomie Ligi) udaje się pokrzyżować plany okultysty, głównie dzięki nieświadomemu wsparciu Jacka Cartera (tego z  kultowego filmu Mike’a  Hodgesa Dopaść Cartera, nakręconego w  1971 roku), wynajętego przez gangstera z East Endu, Vica Dakina (granego przez Richarda Burtona w klasycznym obrazie gangsterskim Michaela Tuchnera Złoczyńca, również z 1971 roku). Duch Haddo, odcięty od martwego ciała, ścigany w świecie astralnym

przez naćpaną po uszy wampirzycę zmuszony jest do ucieczki do ciała młodego człowieka, którego imię brzmi Tom, a nazwisko jest zagadką. Zostawię Czytelnikom radość rozwiązania tej zagadki – dla ułatwienia dodam, że jest 1969 rok, a nasz tajemniczy młodzieniec uczy okultyzmu w  szkole na północy. No i  pod sam koniec albumu przechodzi przez ścianę peronu dziewiątego na dworcu King’s Cross... Czytanie Moore’a jest dla mnie niesamowitym doznaniem. Tropy, które doskonale plącze, erudycyjne zagadki pułapki, pokręcona wizja popkultury to jedna strona medalu. Ale nawet czytelnik ignorant uzna historię okultystycznego śledztwa, rozgrywającego się przed jego oczyma, za ciekawą. Wielość poziomów odczytań tego komiksu przypomina mi Spider-Mana narysowanego na palimpsestach z Borgesa i Cortazara. Genialny komiks. Poza tym Egmont bardzo ładnie go wydał. Grzech nie mieć. Ja mam, nie jestem głupi. 76 | nr 18


77 | nr 18


Głos Lema Antologia

Tytuł: Głos Lema Autor: Antologia Wydawnictwo: Powergraph 2011 Liczba stron: 552 Cena: 39,00 zł

Stanisław Lem to z  pewnością jeden z  najbardziej rozpoznawanych w  Polsce twórców fantastyki naukowej. Wydawać się więc może, że jego nazwisko w  tytule antologii Głos Lema jest próbą zwabienia czytelników poprzez wykorzystanie znanej marki. Jednak w  swoim wstępie do rzeczonego zbioru Jacek Dukaj wska78 | nr 18

zuje, że Lem, pomimo tego że jest powszechnie znany, nie stanowi marki gwarantującej sukces. Autor Perfekcyjnej niedoskonałości ma rację. Rozpoznawalność nazwiska pisarza nie gwarantuje jego poczytności. Zgodnie zatem z  myślą zawartą w  przedmowie Głos Lema należy traktować raczej jako hołd dla wielkiego pisarza


RECENZJE

i  próbę zachęcenia kolejnych pokoleń do jego twórczości, a  nie jako formę wykorzystania nazwiska dla sprzedaży kolejnego tomiku. Ocena antologii nigdy nie jest rzeczą łatwą. Opowiadania zwykle prezentują rozmaity poziom i  odmienny styl swoich autorów. Hipotetycznie można by się pokusić o  ocenienie Głosu Lema przez pryzmat jego „lemowatości”. Jednak ocena taka nie byłaby ani prosta, ani sprawiedliwa, gdyż każdy pisarz inspirujący się twórczością Stanisława Lema zauważa w niej co innego. Jednocześnie sam Lem pisał w  różnorodnym stylu, co we wstępie podkreślił Dukaj, pisząc, że „nie ma jednego Lema, z którego dałoby się zdjąć taki obiektywny wzorzec”. Zatem zawartości „cukru w  cukrze” jednoznacznie ocenić się nie da. Ponieważ zaś czytelnicy, tak jak i pisarze, zachwycają się różnymi twarzami autora Solarisu, to każdy zapewne wybierze inne opowiadanie jako to, które najbliższe jest jego twórczości. Antologia zawiera dwanaście utworów. Część z autorów jest dobrze znana, z innymi z kolei większość czytelników zetknie się po raz pierwszy lub drugi. Teksty prezentują rozmaite style. O ile Księcia Kordiana księżycowych przypadków część pierwsza i  najprawdopodobniej ostatnia Rafała W. Orkana przywodzi na myśl opowiadaną z  przymrużeniem oka bajkę, to Trzynaście interwałów Iorii Krzysztofa Piskorskiego czy Zakres widzialny Wawrzyńca Podrzuckiego są zdecydowanie typową science fiction. Bardzo ciekawym tekstem jest Rychu pióra Jakuba Nowaka. Czytelnik zaznajomiony z  biografią Philipa Dicka z  pewnością doceni to opowiadanie odnoszące się do tego,

co „Dostojewski Science Fiction” myślał o  Lemie. Z  kolei Opowieści kosmobotyczne Dominika Vidmara napisane przez Filipa Hakę przyjmują interesującą formę haseł encyklopedycznych. Ich dodatkową zaletą są liczne odniesienia do twórczości autora Bajek robotów. Chociaż samo opowiadanie jest długie i  momentami nużące, to jednak warto się z  nim zapoznać właśnie dla wspomnianych odwołań, a  także dla jego nietypowej formy. W  całej antologii tylko jeden tekst napisała kobieta. Joanna Skalska w Płomieniem jestem ja porusza między innymi problem pierwszego kontaktu z obcą cywilizacją. Jej wizja tego wydarzenia jest dość ciekawa, a  zarazem na swój sposób niepokojąca. Publikację, wydaną w  roku 90. rocznicy urodzin Lema, należy potraktować jako hołd dla niego. Dwunastu twórców zainspirowanych jego twórczością i życiem stworzyło opowiadania, które być może przyczynią się do ponownego wzrostu zainteresowania dorobkiem zmarłego pisarza i filozofa. Teksty zaprezentowane tutaj pokazują różne oblicza fantastyki naukowej i w związku z tym istnieje szansa, że niemal każdy czytelnik znajdzie wśród nich coś dla siebie.

79 | nr 18


Skrzydła gołębicy Henry James

Tytuł: Skrzydła gołębicy Autor: Henry James Tłumaczenie: Ludwik Stawowy, Anna Kłosiewicz Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2011 Liczba stron: 672 Cena: 55 zł Oprawa twarda

Henry James jakoś nie miał szczęścia do polskich czytelników. Nawet ekranizacje kilku powieści nie spowodowały eksplozji zainteresowania jego twórczością; w żadnym z dwóch największych polskich portali czytelniczych żaden z jego utworów nie został oceniony przez więcej niż czterysta osób (a  większość przez mniej niż pięćdziesiąt). Recenzje napotykane w prasie i w sieci nakazują sądzić, 80 | nr 18

że tak wysokiej próby literatura winna znajdować więcej amatorów. Czy może zmienić tę sytuację inicjatywa podjęta przez wydawnictwo Prószyński i  S-ka – wzbogacenie polskiego rynku książkowego o kolejne, nietłumaczone dotąd na polski, powieści Jamesa? Przyjrzyjmy się bliżej jednej z nich, czyli Skrzydłom gołębicy. Londyn, koniec XIX wieku. Kate Croy nie ma ani majątku (strwonione-


RECENZJE

go swego czasu przez ojca hulakę i niegospodarną matkę), ani zawodu (co w przypadku panny z jej sfery jest raczej regułą niż wyjątkiem), tylko wdzięk i  urodę, które podbiły bez reszty serce Mertona Denshera, początkującego dziennikarza. Maud Lowder, zamożna ciotka sprawująca nad nią opiekę po śmierci matki, nie ma zamiaru zgodzić się na małżeństwo siostrzenicy z  równie ubogim młodzieńcem, upatrzywszy dla niej dużo stosowniejszą partię w  postaci próżnego i nieciekawego lorda Marka. I właśnie wtedy do Londynu zjeżdżają dwie Amerykanki, które Merton poznał podczas krótkiego pobytu w ich ojczyźnie. Jedna z nich, Milly Theale, jest nieprzyzwoicie bogata i poważnie chora. A  przy tym najwyraźniej zakochana w  Mertonie. Gdy Kate orientuje się w uczuciach swej nowej przyjaciółki, wpada na kontrowersyjny pomysł, który powinien zostać zrealizowany podczas wyprawy całego towarzystwa do Wenecji… Z tego scenariusza Agatha Christie stworzyłaby perfekcyjny kryminał, Jane Austen – romans z lekkim przymrużeniem oka, a jak rozwinął go James? Gdyby chcieć wyliczyć wydarzenia istotne dla całej fabuły, zajęłoby to niewiele więcej miejsca niż powyższe wprowadzenie. Bo Skrzydła gołębicy są powieścią niezwykle statyczną. Oczywiście, bohaterowie od czasu do czasu przemieszczają się tu i ówdzie, rozmawiają ze sobą, ale przede wszystkim myślą: nazywają i analizują swoje odczucia, śledzą i rozpatrują zachowania innych, spekulują na temat możliwych wariantów przyszłości, a  dokładnie – czyni to w  ich imieniu narrator zewnętrzny, od czasu do czasu przypominający czytelnikowi o swoim istnieniu i próbujący zawrzeć z nim

komitywę za pomocą uroczo staroświeckich wtrętów („interesująca nas młoda kobieta”, „jak już zauważyliśmy”, „przynajmniej dla naszych potrzeb”). Ich aparycja, ubiór, otaczające ich przedmioty – czasem scharakteryzowane pobieżnie, jednym zdaniem, czasem w ogóle pomijane – wydają się prawie zupełnie nie mieć dlań znaczenia, podobnie jak niektóre elementy fabuły. Milly jest chora? Wiemy, że odwiedziła lekarza, wiemy, że wszyscy wokół szepczą, iż choroba jest poważna, domniemywają jej natury (może to suchoty? może coś wymagającego operacji?), ale bez żadnych przesłanek, bo zmian w wyglądzie i  zachowaniu dziewczyny nie widać, poza tym, że raz czy dwa nie wychodzi z przyjaciółmi, nie schodzi na kolację – i tyle. Jakże to nieprecyzyjne w porównaniu z, powiedzmy, tak wiarygodnie opisaną uremią babki narratora u Prousta czy choćby z wadą serca Sienkiewiczowskiej Litki! Ale w zamian otrzymujemy analizy stanu psychiki Milly (wyłączając myśli i odczucia dotyczące choroby – te są ledwie zasygnalizowane w dialogach z Susie, Kate i doktorem), po każdej krótkiej scence czy dialogu rozwijające się w kilkustronicowe nieraz relacje. I to samo dotyczy Kate, Mertona, Susie. Mało konkretów, dużo obszernych i zawiłych wywodów (tu należą się wyrazy uznania tłumaczom, dzięki którym ta ciężka, gęsta proza daje się przełknąć). To nie jest ten rodzaj literatury, który pochłania się z wypiekami na twarzy, który rozwija przed czytelnikiem barwne obrazy, jak kolejne kadry filmu. To prawie siedemset stron prozy skondensowanej, kunsztownej… i chłodnej. Imponującej, ale nie porywającej. Wartej poznania, choć niełatwej do polubienia. 81 | nr 18


Forteca. Oblężenie Gawilghur 1803. Bernard Cornwell

Tytuł: Forteca. Oblężenie Gawilghur 1803. Autor: Bernard Cornwell Tłumaczenie: Domikika Kurek Wydawnictwo: Erica 2011 Cena: 34,90 zł Liczba stron: 447

Richard Sharpe… Parszywe dziecko londyńskich doków w  swej epopei przez przekrój kastowego, arystokratycznego światka „porządnych oficerów”, wciąż walczy o  swą, nieotrzymaną przez urodzenie, pozycję. Przecież tylko dzięki zrządzeniu losu, osobistej odwadze oraz emocjonalnej decyzji Arthura Wellesleya, trafił do 82 | nr 18

środowiska, które najchętniej by się go pozbyło. Ten wątek, powiedzmy, socjologiczny, stanowi chyba najważniejszy aspekt cyklu Kampanie Richarda Sharpe’a  Benarda Cornwella. Nie inaczej będzie w Fortecy, która przedstawia nam dalszy przebieg błyskotliwej indyjskiej kampanii późniejszego


RECENZJE

księcia Wellingtona. Nasz świeżo awansowany podporucznik boryka się zatem nie tylko z  poczuciem alienacji, ale także mniej lub bardziej niechętnym stosunkiem swoich „kolegów” (których nie przestaje tytułować odruchowo „sir” – jak prosty żołnierz), skutkującym zesłaniem na upokarzające stanowisko zarządcy poganiaczy wołów w taborach. Tylko więc zbliżające się oblężenie i szturm Gawilghuru – berarskiej fortecy nie do zdobycia, może mu dać kolejną okazję do wykazania się i ugruntowania swojej pozycji. Nie obejdzie się też bez śmiertelnej konfrontacji z nowymi i starymi wrogami z szeregów brytyjskiej armii… Sceny batalistyczne wypełniają bez mała trzecią część powieści, na co skądinąd narzekać nie sposób, ponieważ są poprowadzone zgrabnie i  widowiskowo. Obraz zwartych szyków odważnej i sprawnej szkockiej piechoty wyrąbującej sobie zwycięstwo pomimo przewagi wroga, przyprawia o dreszcze. Porównywalne dla polskiego czytelnika byłyby sceny np. szarż husarskich pod Kircholmem. Nie dziwna jest zatem szalona popularność cyklu w  Wielkiej Brytanii, skoro poniekąd gloryfikuje czasy angielskiej supremacji. Interesującą obserwacją autora, czy wręcz jego wkładem w ocenę historii swojego kraju, jest zwrócenie uwagi na to, ze największy klejnot Korony Brytyjskiej zdobyły męty i  szumowiny pokroju Sharpe’a. To on i jemu podobni, a nie szlachetni wymuskani dżentelmeni wykroili największe imperium w  dziejach naszego globu. Do pewnego stopnia jest to przytyczek w  nos imperialnej spuściźnie Wielkiej Brytanii, która zapomniała już o  doktrynie „dzie-

dzictwa białego człowieka”, firmującej angielskie podboje. Pomimo sporej objętości, akcja książki sprawia wrażenia krótkiej i  wyzbytej wątków pobocznych. Można by nawet pomyśleć, że jest nudna ze względu na brak zaskakujących zwrotów akcji czy oczywistość niektórych rozwiązań fabularnych. Lecz czyta się ją wartko i zaskakująco szybko się kończy, nawet z  niedosytem. Nie przeszkadzają pewne nielogiczności bądź eksploatowanie kolejnych wariantów tego samego schematu obecnego w  całym cyklu: konfrontacja z  osobistym wrogiem, zawód miłosny przełamany nowym romansem, odważny czyn bitewny. Nawet częste podkreślanie rozdźwięku klasowego między Sharpem a innymi oficerami nie nuży, a wręcz prowadzi do konstatacji, że jednak kultura wyższych sfer jest bardzo atrakcyjna skoro nasz podporucznik z takim zapałem chce się okazać jej godnym. Nie ma w nim ducha rewolucyjnego, nie tylko jest pogodzony z panującym porządkiem ale uważa go za w miarę uczciwy. Forteca jest ostatnim tomem dziejącym się w Indiach, następne rzucą nas do Europy w wir wojny napoleońskiej, a sam Sharpe dołączy do elitarnej (i kojarzonej z nim z uwagi na cykl filmowy) formacji 95. Pułku Strzelców. Będziemy śledzić z  uwagą pańskie poczynania, panie Sharpe!

83 | nr 18


Uderz pierwszy! Aleksander Nikonow

Tytuł: Uderz pierwszy! Autor: Aleksander Nikonow Tłumaczenie: Witold Stefanowicz Wydawnictwo: Bellona 2011 Liczba stron: 392 Cena: 36,00 zł

Nauka historii, przynajmniej w Polsce, jest z zasady nudna – przez co nieefektywna. Nuda wynika głównie z  mało atrakcyjnej metody prezentacji: suche fakty, daty i wydarzenia nie zainteresują nikogo, zwłaszcza gdy prezentowane są drętwym, encyklopedycznym językiem. O  ileż ciekawsze są historie opowiadane językiem żywym, historie kompletne, mające swoje uzasadnienie i  wy84 | nr 18

jaśnienie. Niestety, polska szkoła – ale i wielu polskich historyków – rzadko kiedy uczy historii „z  krwi i  kości”. Nie jest lepiej jeśli chodzi o historyków zagranicznych, zwłaszcza brytyjskich. Z założenia poważny wydźwięk wzmocniony jest w  dodatku tłumaczeniem. Tu drobna dygresja: w  obliczu toczącej się obecnie dyskusji społecznej warto dodać, że powyższe uwagi nie są uzasadnieniem obniża-


RECENZJE

nia liczby lekcji historii – należy po prostu podnieść ich poziom, a zarazem zwiększyć zakres, chociażby o II połowę XX wieku. Jakże więc miło sięgnąć po książkę napisaną nie przez historyka, a  publicystę. Uderz pierwszy! Hitler i Stalin: kto kogo przechytrzył? to publikacja omawiająca II wojnę światową z  perspektywy dwóch totalitarnych mocarstw, a  konkretnie motywacji ich przywódców. Pierwszą rzeczą, na którą czytelnik w trakcie lektury zwróci niewątpliwie uwagę, jest soczysty język felietonisty, wychowanego w dodatku w kulturze sowiecko-rosyjskiej (stąd dosadne czasem określenia i sformułowania, aż po „taką waszą mać” wobec oponentów włącznie). Tłumaczenie nie jest najzręczniejsze – wyczuwa się melodykę języka rosyjskiego, niektóre translacje słów są dosłowną kalką…, ale to właśnie dodaje książce uroku, i jeśli był to zabieg zamierzony, to tłumaczowi należą się wielkie brawa. Istotnie, ma się wrażenie rozmowy z  Ruskim, który prosto i bez pardonu opowiada pa duszam o tym, co mu leży na wątrobie. Leżą mu zaś przede wszystkim radzieccy i  postradzieccy historycy, którzy mitologizują Wielką Wojnę Ojczyźnianą (sowieckie określenie II wojny światowej), zwąc ją wojną obronną, wykazując, że Stalin o ataku na III Rzeszę nie myślał, że wojnę planował Hitler, że przecież Niemcy zaatakowali pierwsi, a towarzysz Soso nie bez powodu tytułowany był Chorążym Pokoju. Słyszeć nie chcą ci historycy o  tezach, które zakładają, że było dokładnie odwrotnie: że to Stalin dążył do wojny, że nie rozbudowywał infrastruktury obronnej, wręcz przeciwnie – zbroił się do inwazji na Zachodnią Europę.

Autor w swych analizach przede wszystkim bierze w  obronę Wiktora Suworowa, najgłośniejszego chyba krytyka sowieckiej drugowojennej mitologii. Ten były oficer wojsk pancernych i  wywiadu wojskowego GRU (za ucieczkę na Zapad skazany na grożącą mu do dziś karę śmierci) od wielu lat popularyzuje tezy o planowanym przez Stalina rozpoczęciu działań wojennych, czy mówiąc prościej – inwazji na Zachód. Wyklęty w  swoim kraju, zyskał popularność w Ameryce, szczególnie książką Lodołamacz (prezentującą identyczne tezy). Książka może być polecana nie tylko „fanom” drugiej wojny, ale też – a  może nawet zwłaszcza – laikom. Z pozoru nudny temat, jakim jest historyczna polityka, w dodatku prowadzona przez państwa totalitarne, zaprezentowany został bardzo przystępnie, momentami dowcipnie, a  autor z lekkością i humorem rozprawił się z kolejnymi sowieckimi mitami. PS Na samym końcu autor załącza rozdział nowej, nieposiadającej jeszcze tytułu książki Wiktora Suworowa, poświęconej oczywiście II wojnie światowej, a dokładnie marszałkowi Żukowowi. Ten radziecki dowódca, wychwalany i obsypywany zaszczytami, popełnił według Suworowa masę błędów, wynikających głównie ze stosowanych równolegle sprzecznych doktryn, co kończyło się zazwyczaj bezsensowną śmiercią własnych żołnierzy. Hipokryzja historyków, głosi autor, jest bastionem pamięci o  Żukowie, jednak łatwo wykazać sprzeczność w  ich rozumowaniu. Nawet jeśli miałoby się to skończyć publiczną anatemą i otrzymaniem miana zdrajcy. 85 | nr 18


Tytus Groan Mervyn Peake

Tytuł: Tytus Groan Autor: Mervyn Peake Tłumaczenie: Jadwiga Piątkowska Wydawnictwo: Literackie 2011 Liczba stron: 543 Cena: 44,90 zł

Mervyn Peake swoją karierę artystyczną rozpoczął nie na polu literatury, ale plastyki, zasłynął bowiem między innymi jako autor ilustracji do Alicji w  Krainie Czarów. Polscy czytelnicy mogą poznać go na nowo także jako wybitnego pisarza, którego proza zapada w pamięć równie głęboko, co fantastyczne rysunki. Otwiera86 | nr 18

jąca serię książek o  dziedzicu zamku Gormenghast powieść Tytus Groan ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego w setną rocznicę urodzin artysty, którą obchodzono w zeszłym roku. Czytelnik poznaje ogromną twierdzę z  perspektywy bohaterów, którzy stają się przewodnikami po


RECENZJE

nieskończonych korytarzach, przepastnych komnatach oraz po nietypowej osadzie Kolorowych Rzeźbiarzy leżącej u stóp wzgórza Gormenghast. Mieszkańcy budowli stanowią galerię indywiduów, lecz chociaż to dokumentni ekscentrycy, to jednak w sposobie kreacji nie odbiegają przesadnie w kierunku fantastyki. W książce autor dzieli się swoimi groteskowymi fantazjami, ale warto zwrócić uwagę na swoiste uporządkowanie fabuły, dalekie od, jakby się mogło pozornie wydawać, puszczania wodzy wyobraźni. Można wyróżnić w tekście trzy części, odpowiadające kolejnym rytualnym obrządkom w  związku z  narodzinami, chrztem i  „uhrabieniem” Tytusa, potomka rodu Groan. Podczas drugiej ceremonii akcja zagęszcza się w miarę wprowadzania w życie intrygi Sterrpike’a, czyli czarnego bohatera powieści. Aczkolwiek podział na dobrych i  złych nie jest tu jednoznaczny i  oczywisty. Książka została spięta klamrą kompozycyjną, którą jest historia pana Rottcodda (opiekuna jednej z  sal), od niego zaczyna i na nim kończy się opowieść o zamku Gormenghast. Niezaprzeczalnie najmocniejszą stronę Tytusa Groana stanowi oryginalny, poetycki styl pisarza. Misterny szyk zdań wielokrotnie złożonych przywodzi na myśl starą, dobrą XIX-wieczną prozę. Dopracowany pod względem gramatycznym język zwraca uwagę sam na siebie. W wielu fragmentach to on staje się bardziej wyeksponowany niż wątki fabularne. Tak wyraźny element literackości i wysokiej estetyki pojawia się w  literaturze popularnej rzadko i  świadczy o  doskonałych zdolnościach literackich (także tłumacza). U Mervyna Peake’a  ta stylistyka dodatkowo wzbogacona

jest ironią i angielskim poczuciem humoru, co najlepiej da się zauważyć, gdy narrator dystansuje się do świata przedstawionego. Należy zaznaczyć, że wbrew zapewnieniom wydawcy utwór nie do końca przystaje do gatunku. Co bardziej konserwatywni fani fantasy mogą czuć się zawiedzeni. Bliżej jej do powieści grozy, ze względu na ponure zamczysko i  sensacyjne wątki, ale znowuż brak jej typowej drastycznej fantastyki i nagłych zwrotów akcji, jak w klasyku gatunku, czyli Zamczysku w Otranto Walpole’a. Niezmiernie ważnym elementem książki jest wpisana w nią symbolika. Począwszy od nietuzinkowych postaci i  ich nazwisk (jak choćby nazwisko rodowe Groan, co dosłownie znaczy „jęk”), a skończywszy na biblijnej symbolice liczb: Tytus to siedemdziesiąty siódmy potomek rodu, intrygant Steerpike ma siedemnaście lat. Wszystko to w  połączeniu z  niebanalnym językiem i  metaforyką zamku-labiryntu czyni powieść ponadczasową i  sprawia, że można ją interpretować na wiele sposobów, także jako metaforę współczesności i  szalejącego postmodernizmu. Przemawia za tym brak porozumienia między bohaterami, których rozmowy przypominają dialogi ze sztuk teatru absurdu Becketta. W tym zamkniętym świecie kamiennej twierdzy ludzie żyją jakby obok siebie. Przejawia się to w lakonicznym, pozbawionym treści języku. Pisarz przedstawia ponurą wizję świata, w którym mieszają się pierwotne instynkty, gorączka władzy, a  niezrozumiała już tradycja staje się niepotrzebnym ciężarem. Potrzeba nie lada talentu, by w tak wysublimowany sposób poprzez baśń dla dorosłych ukazać metaforę kondycji ludzkości. 87 | nr 18


Rewolucja rocka. Semiotyczne wymiary elektronicznej ekstazy Marcin Rychlewski

Tytuł: Rewolucja rocka. Semiotyczne wymiary elektronicznej ekstazy. Autor: Marcin Rychlewski Wydawnictwo: Oficynka 2011. Stron: 250 Cena: 35,00 zł

Czy wnikliwe analizy naukowe powinny być zarezerwowane tylko dla tak zwanej kultury wysokiej? Albo czy – mówiąc szerzej – wszystko, co opatrzone etykietką „popularne”, musi być niejako automatycznie traktowane jako gorsze? Otóż nie. Udowadnia to Marcin Rychlewski w  swojej najnowszej książce Rewo88 | nr 18

lucja rocka. Semiotyczne wymiary elektronicznej ekstazy. Ta specyficzna publikacja stanowi swoisty hołd złożony muzyce, która zmieniła oblicze świata, a  obecnie (jak widać niesłusznie) przez niektórych uważana jest za martwą. Na pierwszy plan w  tej publikacji wysuwa się – podkreślone już przez


RECENZJE

tytuł – semiotyczne spojrzenie na charakter rocka. Rychlewskiego interesują przede wszystkim skomplikowane relacje, jakie zachodzą na linii dźwięk-słowo-obraz, czyli, inaczej mówiąc, związki między muzyką rockową, tekstami piosenek i  okładkami płyt czy wizerunkiem scenicznym danego artysty. Wydaje się, że to właśnie przez pryzmat tej specyficznej triady badacz analizuje rozmaite zjawiska muzyczne: dokonuje periodyzacji rocka i precyzuje terminologię, opowiada o jego korzeniach, opisuje doniosłą rolę nośników w muzyce rockowej (od singla przez płyty winylowe, albumy, płyty kompaktowe, aż po pliki mp3), wskazuje na rozmaite odniesienia kulturowe, podnosi kwestie ideologiczne, zwraca uwagę na złożoność gatunku, jego rozpięcie między początkowymi założeniami ideologicznymi a  postępującą komercjalizacją. W  swojej książce Rychlewski z  wnikliwością godną najlepszych badaczy ukazuje temat w  naprawdę szerokim kontekście, na tle zmiennych warunków historycznych, społecznych, technicznych czy artystycznych, i  dzięki temu dochodzi do interesujących wniosków (jak choćby stwierdzenia, że kultura rocka jest rozpięta na zasadzie kontrastu między konserwatyzmem a awangardyzmem, między estetyzmem i egalitaryzmem a  elitaryzmem, komercją i  artystycznym natchnieniem), a  swoje wywody popiera rozlicznymi przykładami. Nie pomija również – choć przedstawia raczej na marginesie – kwestii polskiego rocka, co wydaje się dobrym uzupełnieniem całości. Jednak to, co w  Rewolucji rocka… wydaje się najlepsze, to wcale nie szereg odważnych, zawsze dających się uzasad-

nić tez, rzetelne poparcie w odwołaniu do rozmaitych źródeł ani nawet wieloaspektowe spojrzenie na poruszaną tematykę. Te wszystkie czynniki choć bardzo istotne nie miałyby aż takiej siły wyrazu, gdyby nie były nasycone niewątpliwą pasją, z jaką Rychlewski przedstawia swoje spojrzenie na muzykę rockową. To właśnie owa zaraźliwa fascynacja sprawia, że książka z nudnej rozprawy naukowej (jaką z łatwością mogłaby się stać) przemienia się w niezwykłą czytelniczą przygodę. Mimo wszystko publikacja nie jest pozbawiona wad (choć ze wszystkich niedociągnięć Rychlewski stara się wytłumaczyć). Pierwszym problemem wydaje się tu objętość – trudno zmieścić bogatą historię rocka na nieco ponad dwustu stronach w formacie zeszytowym. Z  konieczności pewne ciekawe zjawiska muszą być omówione skrótowo, inne ledwie wzmiankowane (jednak trzeba przyznać, że autor świetnie odnajduje się w zwięzłym, rzeczowym opisie). Z  tych ograniczeń wynika kolejny, chyba najpoważniejszy minus: Rewolucja rocka… nie jest książką dla wszystkich. Jeśli ktoś ma słabe pojęcie o muzyce rozrywkowej, pogubi się w  namnożonych przykładach grup muzycznych, tytułów piosenek czy okładek płyt, które zostają tylko wymienione dla poparcia określonych tez, ale już nie omówione. Innymi słowy, publikacja ta powinna zostać wzbogacona o  zdjęcia czy fragmenty tekstów piosenek, aby zjawiska czy metamorfozy, które opisuje Rychlewski dały się przekonująco uzasadnić. Przy takim oszczędnym ujęciu gubi gdzieś triadę dźwięk-słowo-obraz, do której ciągle powraca w swych rozważaniach. 89 | nr 18


Skrzaty Wil Huygen, ilustracje Rien Poortvliet

Tytuł: Skrzaty Autor: Wil Huygen Ilustracje: Rien Poortvliet Tłumaczenie: Barbara Durbajło Weryfikacja przekładu z oryginałem holender� skim: Joanna Borycka-Zakrzewska Wydawnictwo: Bona 2011 Liczba stron: 220 Cena: 79 zł Oprawa twarda

Gdy jest się dzieckiem, wiele słyszy się o skrzatach. Te małe stworzenia pojawiają się w  nieprzebranej ilości baśni, bajek, legend i podań, rzadko jednak grając role pierwszoplanowe. Ze strzępów różnych historii trudno dowiedzieć się, kim one naprawdę są. Na szczęście dwaj Holendrzy, Wil Huygen i Rien Poortvlier, zadali sobie ogromny trud i zebrali całą dostępną wiedzę o tych stworzeniach w jednej księdze, tworząc jedyną w swoim rodzaju skrzacią encyklopedię. 90 | nr 18

Skrzaty już na pierwszy rzut oka zwracają uwagę. Jest to duży, gruby i ciężki tom, bliższy formą albumowi niż typowej książce dla dzieci. Piękne ilustracje na okładce zachęcają by zajrzeć do środka, a kiedy już to uczynimy, trudno się będzie oderwać od lektury. O ile w ogóle zaczniemy czytać – obrazy z życia skrzatów, którymi to dzieło jest sowicie okraszone, są tak interesujące i wymowne, że gdyby nawet całkowicie usunąć z książki treść, nadal mielibyśmy przed ocza-


RECENZJE

mi piękną publikację. Dzięki temu nawet małe dzieci z zainteresowaniem przeglądają książkę i pytają o szczegóły, same wybierając fragmenty, które w  danym momencie rodzic ma przeczytać. Byłoby jednak ogromną niesprawiedliwością, gdyby umniejszyć znaczenie treści. Choć oprawa plastyczna zasługuje na najwyższe uznanie, to dopiero wczytując się w barwne i bogate w szczegóły opisy życia skrzatów, zrozumiemy, jak niezwykłymi są one stworzeniami. Książka została wystylizowana na rozprawę naukową, a  napisana jest z  powagą, która natychmiast przywodzi uśmiech na twarz czytającego. Kolejne rozdziały są poświęcone historii i występowaniu skrzatów, ich wyglądowi i budowie, zwyczajom, rytuałom i  życiu rodzinnemu. Dowiemy się jak zbudowane są ich domostwa, jakich narzędzi używają, jakie są ich główne zajęcia i  ich znaczenie dla świata zwierząt. Nie zabrakło opisów innych stworzeń, które często są mylone ze skrzatami, jak np. trolle i krasnoludy, a dziewięć skrzacich legend zawartych w  książce, pomoże zrozumieć, jak mądre są to stworzenia i dlaczego bez nich życie byłoby o  wiele trudniejsze. Czytając można odnieść wrażenie, że sposób, w jaki żyją, jest dużo mądrzejszy i szlachetniejszy od tego, w jaki na co dzień żyją ludzie. Skrzaty mają ogromny szacunek dla wszystkich istot, świadomie nie czynią nikomu krzywdy, dbają o to, żeby oszczędnie gospodarować zasobami naszej planety. Książka Holendrów przypadnie do gustu każdemu – małemu i dużemu dziecku, młodzieży i  dorosłym. Ukazany w  niej świat jest tak barwny i  pełen szczegółów, że nikt nie powinien się nudzić. Niestety

wydawca poskąpił czytelnikom spisu treści, nie ma też numerów stron, co powoduje, że chcąc znaleźć interesujący nas fragment, trzeba przeglądać całość. Pewnym mankamentem polskiego wydania jest również to, że tłumaczenie nie odbyło się na podstawie niderlandzkiego oryginału, ale francuskiego przekładu. Trudno ocenić, czy to zaszkodziło książce, jednak ten sposób tłumaczenia przypomina nieco dziecięcą zabawę w głuchy telefon. Na szczęście książkę czyta się dobrze i  płynnie, nie ma językowych potknięć, ani logicznych wpadek. Ostatni rozdział zawiera wywiad z  Tomtem Haroldsonem, 397-letnim skrzatem, który postanowił porozmawiać z  autorami opisywanego dzieła. Wyznaje, że jego pobratymcy są bardzo zaniepokojeni tym, w jaki sposób ludzie traktują siebie oraz Ziemię i inne istoty ją zamieszkujące. Skutki działań człowieka są coraz bardziej odczuwalne. Na pewno jego słowa zapadną w pamięć niejednemu dziecku, które przeczyta tę książkę, i  kto wie, może jego postępowanie wobec przyrody i innych ludzi stanie się odrobinę lepsze? 91 | nr 18


Fatum Piotr Rowicki

Tytuł: Fatum. Autor: Piotr Rowicki Wydawnictwo: Oficynka 2011 Cena: 25 zł Liczba stron: 230

Kolejne duże miasto w  Polsce zyskało na modzie na kryminał historyczny. Tym razem scenerią krwawych porachunków został staropolski Gdańsk, sportretowany w  zbiorze opowiadań Fatum. Perła Bałtyku i polskie „okno na świat” nie doczekało się do tej pory należytej atencji w kulturze popularnej. A przecież ten 92 | nr 18

przepotężny twór miejski trwał wiele stuleci, opierając się nie tylko wrogom, ale i próbom ścisłej kontroli ze strony Rzeczpospolitej. Akcję swoich dziesięciu opowiadań Piotr Rowicki osadził w  XVII wieku, próbując wprowadzić czytelnika w egzotyczny świat morderców, kupców, psychopatów, ladacznic,


RECENZJE

służących i gospodarnych patrycjuszy. Czyli wszystkiego tego, co duże miasto portowe, prowadzące intensywny handel, może zaofiarować na budulec zręcznemu pisarzowi. Nie należy się jednak przywiązywać szczególnie do etykiety kryminału, którą posługuje się wydawca. W  gruncie rzeczy częściej można mówić o  tych nowelkach jako o  opowieściach „z  dreszczykiem”, bo intryga kryminalna jest dozowana oszczędnie, choć trup ścieli się gęsto. Nie wdając się w  szczegóły dotyczące poszczególnych fabuły opowiadań, zwrócić można uwagę, że autor przedkłada zamiłowanie do makabreski nad kryminał. Ociera się wręcz momentami nawet o  styl burleskowy (np. w opowiadaniu Czerwony Kapturek). Nie przestaje tym samym prześladować czytelnika wrażenie, że ogląda zabawę formą. Tym bardziej że pomysły autora – choć niezłe – wyglądają bardziej jak zaczyny fabuły. Szkoda tego potencjału, ponieważ to nieprzyzwoite marnotrawstwo. Każda z  tych historii mogłaby być śmiało dwa razy bardziej rozbudowana. Jeżeli spodziewamy się barokowej stylizacji to jej tu nie znajdziemy. Staropolszczyzna jest stosowana oszczędnie, co nie jest samo w sobie zarzutem. Jednak w połączeniu z  niepełnym wyzyskaniem scenografii Gdańska i  jego specyficznego klimatu nie pozwala zakotwiczyć czytelniczej wyobraźni. Zdaje się, że część z opowiadań mogłaby się dziać w  jakimkolwiek mieście tego okresu. Nie czuć atmosfery tygla narodów i kultur, za mało jest wątków handlowych, światka kupców i  kryminału właśnie. Zupełnie na pograniczu fabuł występują postacie historyczne, a  przecież i  z  nimi

związane są różne ciekawostki. Gdański astronom Jan Heweliusz, którego wspomnienie pojawia się w  jednym opowiadaniu, nie przynosi satysfakcji. Dziwnym jest też, że autor reklamowany jako zawodowy historyk popełnia sporo gaf. Na przykład każąc jednemu z  bohaterów obciąć głowę ofiary jednym cięciem tureckiego kindżału, co jest raczej karkołomnym wyzwaniem. No, chyba że miał to być jatagan… Gdańsk na kartach Fatum nie stał się pełnoprawnym bohaterem, raczej dekoracją spoza której wystają mielizny fabuły. Nie poznamy go bliżej, a  szkoda. Miasto wciąż zatem czeka na swojego odkrywcę.

93 | nr 18


Słyszałem, że malujesz domy... Charles Brandt

Tytuł: Słyszałem, że malujesz domy... Autor: Charles Brandt Tłumaczenie: Jacek Barczyński Wydawnictwo: Świat Książki 2012 Liczba stron: 381 Cena: 36,90 zł

„(...) Tak, sam załatwiam też roboty stolarskie (...)”. Taka odpowiedź padła na sugestię zawartą w  tytule książki, wypowiedzianą przez Jimmy’ego Hoffę, osławionego przywódcę związku zawodowego, jednego z  najpotężniejszych ludzi swoich czasów w Stanach Zjednoczonych. Człowieka, za którego potęgą stała mafia, nazywana od lat sześćdziesiątych „cosa nostra”. Człowieka, który nie cofnął się przed niczym, byle tylko osiągnąć swoje zamierzone cele. Po drugiej stronie słuchawki odpowiedzi udzielał mu Frank Sheeran, wykonujący dla 94 | nr 18

swych chlebodawców różne zadania, w tym tak zwaną mokrą robotę. W sytuacjach, gdy trzeba było baczyć na słowa, używano terminologii ukrywającej prawdziwe zamiary rozmówców. Po odłożeniu słuchawki, Jimmy Hoffa wiedział, że ma komu zlecić morderstwo. I nie będzie miał też problemu z pozbyciem się ciała... Historia zawarta na kartach książki to opowieść o życiu Franka Sheerana. Od pierwszych bójek, tańców i  smakowania kobiet, przez okrutne wydarzenia z  frontów drugiej wojny światowej, aż po nielegalne interesy, ka-


RECENZJE

rierę w  związku zawodowym kierowców ciężarówek oraz działalność w strukturach mafii. W  tle widzimy wydarzenia kształtujące USA XX wieku i wpływ na nie ludzi związanych ze zorganizowaną przestępczością. A skala zjawiska jest wprost porażająca. Właściwie można odnieść wrażenie, że nie ma żadnej dziedziny życia, w której sznurków nie pociągaliby mafiozi. Czytając kolejne rozdziały, czujemy się jakbyśmy rozłożyli gigantyczne puzzle na mapie zdarzeń powojennej Ameryki, układające się w  bardzo logiczną całość. Prezydentura i śmierć Kennedy’ego, próba zabójstwa Fidela Castro i  lądowanie w  Zatoce Świń, fundusz emerytalny związku zawodowego Teamsters i kariera Jimmy’ego Hoffy. Poznajemy struktury i zależności osławionej cosa nostry od środka, ze wszystkimi zależnościami, hierarchią, interesami i  honorem. Poznajemy sławnych donów – capo di tutti capi – i ich upodobania, sposoby prowadzenia spraw, w zależności od miasta czy specyfiki regionu. Wszystko przesiąknięte brutalnością i pieniędzmi, władzą i śmiercią, zapachem prochu i dobrej zabawy. I dbaniem o najbiedniejszych, co na swym terenie czynili nawet najtwardsi i najwięksi. Jest to też opowieść o przyjaźni. Mocnej i męskiej. Której na drodze stanąć może tylko jedno – brak lojalności. Mimo że Frank Sheeran przez lata przyjaźnił się z Jimmy Hoffą, to gdy jego mentor – szara eminencja świata przestępczego, bez którego nie zapadała właściwie żadna decyzja – Russell Bufalino przekazał mu, że „to jest to” i zamieszanie wokół Hoffy musi zakończyć się definitywnie, wiedział, co musi zrobić. Nie zadrżała mu ręka i choć do końca życia miał nie pogodzić się z tym, wykonał zadanie. Wraz z  opowieścią odkrywamy kulisy i  tajemnice

związane ze zniknięciem największego przywódcy związkowego, którego ciała nie odnaleziono do dziś. Wszystko widziane z  bliska, spisane z  paroletnich rozmów ze świadkiem i uczestnikiem tamtych wydarzeń. W oparciu o historie związków mafijnych w  Stanach Zjednoczonych powstało wiele książek i filmów. Wystarczy wspomnieć książki Mario Puzo i  nakręconą na ich podstawie filmową trylogię w reżyserii Martina Scorsese. Dalej – tegoż twórcy Dawno temu w Ameryce, Chłopcy z ferajny czy Cassino (dwie ostatnie na podstawie książek Nicholasa Pileggi), serial Rodzina Soprano czy Donnie Brasco: My Undercover Life in the Mafia napisana przez Josepha Pistone’a, na podstawie której nakręcono film z Johnnym Deppem. Niemniej, do tej pory nie było chyba tak głęboko osadzonej w  realiach pozycji, jak opowieść mafijnego zabójcy Franka Shereena – świadka i wykonawcy rozkazów swych mafijnych przełożonych. Książki, która w  tak otwarty sposób ukazywałaby powiązania i zależność amerykańskiej historii i polityki od zorganizowanej przestępczości, no bo któż wiedział, że ojciec Johna i Roberta Kennedy’ego był jednym z największych przemytników alkoholu w czasach prohibicji...? Pozycja obowiązkowa dla każdego, nie tylko miłośników Ala Capone i  Vita Corleone. Napisana językiem prostym, gęstym, niepozbawionym brutalności i dosłowności. Jednak dająca możliwość, by zajrzeć za kulisy świata, tak skrzętnie skrywanego przed wzrokiem i wiedzą zwykłych ludzi. I uświadamiająca czytelnikowi, że historia jednego z  największych mocarstw naszego świata od zawsze jest pisana przez zbrodnie, interesy i chęć posiadania władzy. Władzy, która w tym przypadku deprawuje absolutnie. Rewelacja. 95 | nr 18


Dobry człowiek Andrew Nicoll

Tytuł: Dobry człowiek Autor: Andrew Nicoll Wydawnictwo: Nasza Księgarnia 2011 Tłumaczenie: Anna Studniarek Stron: 448 Cena: 39,99 zł

Nie od dziś wiadomo, że książki po okładce oceniać nie wolno. Zdecydowanie jednak nie można też ufać okładkom, które obiecują za dużo, a tak jest w przypadku Dobrego człowieka Andrew Nicolla. Po okładce tej książki czytelnik wiele się spodziewa, zwłaszcza że ta nie tylko krzyczy o  najlepszym debiucie roku 96 | nr 18

i  klimacie jak w  Amelii. Najpierw działa obrazem: pięknym, utrzymanym w  odcieniach sepii zdjęciem pary trzymającej się za ręce, przypominającym stare romantyczne fotografie, które oglądamy zawsze z wielkim sentymentem i które przywodzą wspomnienia, marzenia o  miłości i  magii pierwszego dotyku dłoni.


RECENZJE

Czy to pozwala ufać, że Doby człowiek jest dobrą książką? Gdzieś na bałtyckich wyspach w  małym miasteczku o  nazwie Kropka żyje Tibo Krovic. Tibo jest burmistrzem Kropki, a wszyscy jej mieszkańcy mówią o nim „dobry burmistrz Krovic”. I  mają rację. Tibo jest nie tylko dobrym burmistrzem, ale i  dobrym człowiekiem, bardzo oddanym mieszkańcom swojego miasta. Zawsze ma dla nich czas, dobre słowo, starając się wszystkich uszczęśliwić. Tylko siebie samego uszczęśliwić jakoś nie potrafi. Od lat kocha swoją piękną i  zamężną sekretarkę, Agathe Stopak. I  chociaż mąż Agathe od lat nie zwraca na nią najmniejszej uwagi, a  czułości unika jak ognia, Tibo nie ma odwagi wyznać jej swoich uczuć. Wszystko zmieni się pewnego wiosennego dnia, gdy pudełko z  lunchem pani Stopak wpadnie do fontanny, a burmistrz bez wahania pobiegnie jej na pomoc. Wszystko opowiada nam niezwykły narrator – Święta Walpurnia, patronka miasteczka, obserwująca jego mieszkańców z setek swoich obrazów, rzeźb i herbów ze swoją podobizną, dzięki czemu zawsze doskonale wie, co się dzieje w całej Kropce. Akcja Dobrego człowieka rozgrywa się w nieistniejącym miasteczku, w nieokreślonym czasie. Równie dobrze dziś, jak i sto lat temu. Dzięki temu Andrew Nicoll przedstawia nam historię, która może zdarzyć się wszędzie i  zawsze. Czas płynie wolno, tak też rozwija się uczucie Tiba i Agathe – niespiesznie, dzień po dniu. Bez wielkich namiętności, ale w  przelotnym dotyku rąk, długich rozmowach i marzeniach o wspólnym domu w Dalmacji.

W tej historii miała być magia, ale paradoksalnie to właśnie jej tam brakuje. Magii, która nie pozwala odłożyć książki i każe czytać dalej. Która oczaruje czytelnika i pozwoli oderwać mu się od codzienności wzbudzającej tęsknotę po skończeniu lektury. Miała być włoska czarownica – niby jest, ale Mamma Cesare przez większość czasu tylko wróży z  fusów. Miał być potężny prawnik – jest on po prostu monstrualnie gruby, tak bardzo, że na festynie zajmuje siedem krzeseł, bo tylko dwadzieścia osiem drewnianych nóg jest w  stanie utrzymać jego ciężar. Miało być też romantycznie. Szczególnie irytujący jest sposób mówienia o sekretarce. Nicoll przedstawia ją bowiem jako rubensowską piękność i co kilka stron podkreśla, jaka jest bujna, krągła, piersiasta i  dorodna. Przez kilka stron opisuje ją w  kąpieli, gdzie te przymiotniki odmienia na wszystkie możliwe sposoby. Trzeba jednak przyznać, że narracja ma jeden duży atut. Narrator (Walpurnia) często odnosi się bezpośrednio do czytelnika, jak gawędziarz – żartuje, czasem ironizuje, wciągając w  opowiadaną przez siebie historię, a  powolna i nudna akcja książki zmierza do absurdalnego finału, po którym można tylko odetchnąć z ulgą, że to już koniec. I cicho westchnąć z rozczarowania, że uwierzyło się okładce. Przecież każde dziecko wie, że tego robić nie wolno.

97 | nr 18


Biuro Wszelkiego Pocieszenia Wojciech Zimiński

Tytuł: Biuro Wszelkiego Pocieszenia Autor: Wojciech Zimiński Wydawnictwo: Helion 2011 Liczba stron: 248 Cena: 32,90 zł

Dziś piszą wszyscy – od piosenkarzy, przez gwiazdy sportu i  mediów, aż po polityków, a  nawet ich żony. Co więcej, ich książki sprzedają się w  zadziwiająco dużych nakładach, zapewne w wielu przypadkach większych niż niejedna obowiązkowa lektura szkolna. Nic więc dziwnego, że o  wydanie swojej publikacji pokusił 98 | nr 18

się także satyryk, który – bądź co bądź – z pisania przecież żyje. O  gustach podobno się nie dyskutuje. Tym bardziej o gustach w zakresie poczucia humoru. I  na tym powinna się skończyć recenzja książki Wojciecha Zimińskiego. Być może komuś nawet udałoby się znaleźć w niej (książce, nie recenzji) elementy


RECENZJE

komiczne. Trzeba przyznać, że autor bardzo się starał urozmaicić czytelnikowi lekturę. Pytanie tylko, czy nie doprowadził w  ten sposób do przerostu formy nad treścią. Nie dowiemy się tego na pewno od autora wstępu – Artura Andrusa, który już w  pierwszych słowach zastrzega, że książki jeszcze nie czytał. Niczym Stanisław Tym w słynnej scenie z Rejsu, kiedy obwieszczał: „Nie słyszałem piosenki, aczkolwiek chciałem powiedzieć na jej temat kilka słów”. Andrus jest w o tyle lepszej sytuacji, że zamieszczone w  książce teksty w  większości zna. Satyryk prezentuje je bowiem w  Urywkach z  rozrywki Programu Trzeciego Polskiego Radia. Wydaje się, że na potrzeby publikacji teksty uległy tylko niezbędnej obróbce redakcyjnej, ale co do zasady pozostały niezmienione – wciąż najlepiej brzmią, gdy czyta się je na głos. Pocieszenie, jakie oferuje biuro Wojciecha Zimińskiego, polega w  znacznej mierze na prezentowaniu czytelnikom (słuchaczom) sytuacji, które nas wszystkich co jakiś czas spotykają, jak chociażby święta w gronie rodzinnym, kupno nowego łóżka, remont mieszkania, naprawa samochodu… A co cieszy człowieka najbardziej w  takich momentach? Oczywiście przekonanie, że inni mają gorzej lub przynajmniej równie źle jak my. Podchodząc do sprawy zdroworozsądkowo, trzeba by się jednak zastanowić, jak długo przeciętny człowiek będzie potrafił skoncentrować swoją uwagę na czytaniu skeczy. Nawet jeśli by przyjąć optymistyczne założenie, że będą go bawić do łez, to gdzieś w  okolicach pięćdziesiątej strony po prostu pęknie ze śmiechu. W  przeciwnym przypadku zaśnie albo zi-

rytowany rzuci książkę w kąt. Wojciech Zimiński poniekąd przewidział takie reakcje i dodał do Biura Wszelkiego Pocieszenia liczne elementy urozmaicające. Przede wszystkim rzuca się w  oczy bogata szata graficzna. Kolorów nie ma tu wiele, jest za to sporo grafiki i  ciekawego kształtowania tekstu. Linie nie są justowane, pojawia się kilka rodzajów czcionki, jeden z  tekstów (o tematyce świątecznej) ułożono w kształt pisanki, inny przecięty jest w prawym górnym rogu brzytwą! Autor bynajmniej nie oszczędza papieru – zdarza się, że swój wywód zaczyna mniej więcej w jednej trzeciej wysokości strony i  za moment go kończy, by kontynuować już na stronie następnej. Monologom towarzyszą dodatki w postaci limeryków, rysunków satyrycznych i myśli irlandzkiego rabina. O nich również można by powiedzieć: de gustibus non disputandum est. Choć zdarzają się perełki, jak np. rabinacka myśl: „Życie jest jak żelazko z duszą – zaczyna się na «ż»”. Pewnie warto czasem sięgnąć po Biuro Wszelkiego Pocieszenia i  liczyć na to, że trafi się akurat na opis konkretnej sytuacji, w  której komuś powiodło się gorzej niż nam. W  najgorszym przypadku po prostu trzeba będzie zamknąć książkę i  odstawić na półkę, chwaląc się znajomym, że posiada się w  domowej biblioteczce wycinek „kultowej” radiowej Trójki. Dobrze mieć w domu coś modnego.

99 | nr 18


Baśnie z Maluli Rafik Schami

Tytuł: Baśnie z Maluli Autor: Rafik Schami Tłumaczenie: Elżbieta Zarych Wydawnictwo: WAM 2011 Liczba stron: 240 Cena: 24 zł

Dawno, dawno temu (tak dawno, że nie pamiętają tego nawet najstarsi mieszkańcy), w  maleńkiej osadzie u  podnóży gór Antyliban (Malula się zwała) ktoś zaczął snuć pierwszą opowieść. Czy była to wdowa po sprzedawcy oliwy, czy może najstarszy mężczyzna w wiosce, tego nikt już nie wie, ale i nie jest to takie ważne. 100 | nr 18

Pamięć o  opowiadającym zaginęła, zaś historia przetrwała, inspirując do opowiadania kolejnych i  kolejnych, i  kolejnych... I  tak pojawiały się następne – odnajdywane w  domach, łapane podczas spotkań, zrywane prosto z  malulańskiego powietrza, które zdawało się od nich pęcznieć. Nawlekano je na swoisty kołowrotek


RECENZJE

mówiącego, nadawano im kształt; czasem intensyfikowano barwę, a  czasem wręcz przeciwnie, wybierano jasne, niemal wyblakłe nici, oddające spalony słońcem krajobraz osady. Historia jednak tkała się sama; czasem łatwiej, innym razem bardziej opornie, w zależności od dnia i opowiadającego. Dziś nie sposób zliczyć wszystkich opowieści, które przez stulecia powstały w Maluli; jest ich zbyt wiele. Nie tylko wypełniają każdy dom i  każdą ulicę w  miasteczku, ale i wychodzą poza jego granice. Wędrują z  mieszkańcami podróżującymi do Damaszku, wciskają się w  bagaże turystów i niemal niezauważenie przekraczają granice kolejnych państw i kontynentów. Mimo swojego wieku (niektóre są już naprawdę sędziwe!) tchną świeżością i  nowością, w  niczym nie przypominając czy to baśni zachodnich, czy opowieści Szeherezady; są po prostu inne. Trudno powiedzieć, jakim cudem uniknęły wpływów arabskich, faktem jest jednak, że jeśli ktoś szuka oryginalnie opowiedzianych historii, poczuje się Baśniami z  Maluli usatysfakcjonowany. Proste w  formie, z  nieskomplikowanym, zawsze jasnym przekazem, zaskakują treścią i przede wszystkim pomysłowością opowiadających. Choć tak naprawdę można by zadać sobie pytanie, ile w tym zasługi opowiadającego, a  ile historii, która go odnalazła i pozwoliła się opowiedzieć właśnie w taki, a nie inny sposób. W  dzisiejszym świecie literackich eksperymentów z formą i treścią Baśnie z Maluli działają jak odważnik na drugiej szalce wagi, przywracając niezbędną równowagę. Wszak każdy potrzebuje od czasu do czasu zagłębienia się w zwyczajną opowieść, która

pozwoli zrelaksować się zmęczonemu umysłowi i wyprostować to, co zbyt mocno się skomplikowało i  za bardzo zapętliło. I  nie chodzi wcale o  to, że Baśnie z  Maluli to niewymagające myślenia historyjki. Zdecydowanie nie – to opowiedziane w przystępny sposób prawdy o nas samych, o naszych dobrych i złych cechach, bardzo uniwersalne. Bo choć akcja zazwyczaj rozgrywa się w Maluli lub w jej okolicach, w obcym nam kulturowo i  także czasowo środowisku, to jednak dana historia zawsze jest tylko swego rodzaju pokrywką, nakładką, pod którą kryją się ponadkulturowe i  ponadczasowe normy i  wartości. Odnajdą się w  nich i dzieci, i dorośli – i każda z tych grup wyciągnie dla siebie z baśni coś innego. Trudno stwierdzić, czy to kwestia opowieści samych w sobie, czy wynik pracy Rafika Schamiego, który je zebrał i opracował, ale czytając te historie, czytelnik przenosi się niemal natychmiast w ich świat. Czuje pustynne słońce na swojej skórze, słyszy zgiełk targowiska w  Damaszku, widzi tumany kurzu wzbijane przez wędrujące wojsko. W  pewien magiczny sposób znika na jakiś czas ze swojej rzeczywistości i towarzyszy bohaterom baśni niemal ramię w ramię. Nie każdemu autorowi i nie każdej książce udaje się doprowadzić do takiej sytuacji, co czyni Baśnie z  Maluli jeszcze bardziej atrakcyjnymi. Na pewno nie rzucą one nikogo na kolana niezwykłym poziomem literackim czy zawiłością intryg, ale może sprawią, że choć na chwilę oderwiemy się od codziennego pędu i  zagościmy w  dalekiej Syrii, gdzie czas płynie inaczej i powoli tworzy kolejne opowieści. 101 | nr 18


Kto zabił panią Skrof? Mika Waltari

Tytuł: Kto zabił panią Skrof? Autor: Mika Waltari Tłumaczenie: Sebastian Musielak Wydawnictwo: Literackie 2011 Liczba stron: 294 Cena: 34,90 zł

Skandynawia do niedawna rodziła głównie trolle zwane Muminkami, jednak od paru lat wydaje na świat przede wszystkim autorów kryminałów. Okazuje się, że ten gatunek literacki ma na Północy długie tradycje, tyle że niemal zupełnie u nas nieznane. Dobrze więc, że możemy poznać starszą powieść, otwierającą trzytomowy cykl o policjancie z Helsinek, Fransie Palmu. Autorem tego klasy102 | nr 18

ka jest Mika Waltari, który zasłynął przede wszystkim ze znakomitych książek historycznych. One przyćmiły inne jego dokonania, a  szkoda – jak pokazuje wydana w  Polsce po raz pierwszy w  (dodajmy bardzo dobrym) przekładzie z  fińskiego powieść Kto zabił panią Skrof? (niegdyś ukazała się w tłumaczeniu z niemieckiego jako Krwawy ślad). W  helsińskiej kamienicy, na


RECENZJE

skutek zatrucia gazem, umiera właścicielka domu, Alma Skrof. Prawdopodobnie wykipiała owsianka, która zgasiła płomień kuchenki – ot, nieszczęśliwy wypadek. Przybyły jednak na miejsce komisarz Frans Palmu nie spieszy się z  ferowaniem wyroków. I  słusznie. Pies zmarłej ma bowiem skręcony kark, przepadła gdzieś podopieczna staruszki, a prawnik pani Skrof wyjawia, że była ona milionerką, która dzień przed śmiercią nagle zmieniła testament. W kręgu podejrzanych znajduje się młoda Kristi Skrof, pasierbica denatki, jej bratanek, złoty młodzieniec Kaarl Lankela, oraz pastor Mustapää, którego przeszłość jawi się mało chwalebnie. Cień podejrzeń pada też na prawnika pani Skrof, przyjaciela Lankeli – wesołkowatego malarza Kuurne i rozwiązłą tancerkę Iiri Salmi. O  śledztwie zaś opowiada nam stażysta Toivo Virta, towarzyszący krok w krok swemu przełożonemu i  obarczany mało wdzięcznymi zadaniami w  rodzaju stenografowania zeznań. Komentuje poczynania komisarza Palmu niczym doktor Watson, chociaż trzeba przyznać, że odnosi się do starszego policjanta nieco mniej bałwochwalczo niż emerytowany lekarz wojskowy do Sherlocka Holmesa. Pozwala sobie nawet na lekko złośliwe lub ironiczne uwagi pod jego adresem, gdyż doświadczony śledczy nie ma zamiaru korzystać z  psychologicznych sugestii Virty, chociaż nader chętnie pozwala, by podwładny fundował mu taksówki. Jednak krok po kroku gromadząc i analizując fakty, Palmu nieuchronnie zbliża się do wykrycia zbrodniarza. Pomagają mu w tym zresztą wyniki badań kryminalistycznych, a przede wszystkim doskonała

znajomość ludzkiej natury, rzecz, której Virta jeszcze długo będzie się uczył. Fabuła skonstruowana jest klasycznie, czytelnik razem z komisarzem poznaje kolejne wydarzenia, tropy, hipotezy. Policjanci niezmordowanie przemierzają Helsinki, chociaż realia pozostawiają duży niedosyt – akcja równie dobrze mogłaby się rozgrywać w dowolnym mieście, bohaterowie też tworzą dość stereotypową galerię: stara, apodyktyczna sknera, obłudny pastor, lekkomyślny młodzieniec, typ sportowca ryzykanta, egzotyczna tancerka i  na pozór chłodna młoda panna. Nie zabrakło też niezbyt pracowitego dozorcy i  wścibskiej sąsiadki. Komisarz Palmu z  upodobaniem odgrywa niedorajdę, żeby zmylić podejrzanych, w  rzeczywistości jednak ma bystry umysł i wiele doświadczenia, a jego asystent to typowy żółtodziób, przekonany, że książkowa wiedza pozwoli mu zaimponować policyjnemu wydze. Mimo iż wszystkie te elementy są mało oryginalne, Waltari bardzo sprawnie nimi żongluje. Powieść jest wciągająca, a  także nieodparcie zabawna – mamy sarkastyczne komentarze Palmu, którymi kwituje co bardziej fantastyczne teorie Virty, oraz zeznania podejrzanych i świadków, a także kwieciste tyrady Kuurny, pełne wisielczego humoru. Kto zabił panią Skrof? odbiega atmosferą od raczej ponurych współczesnych kryminałów, zapewniając wytchnienie i przyjemną rozrywkę na dobrym poziomie zamiast krwawych opisów i pesymistycznych analiz kondycji skandynawskiego społeczeństwa. Wielbiciele Agathy Christie nie będą zawiedzeni, fani Mankella będą mieli okazję się uśmiechnąć. 103 | nr 18


Świadkowie. Zapomniane głosy. Bitwa o Anglię Joshua Levine

Tytuł: Świadkowie. Zapomniane głosy. Bitwa o Anglię Autor: Joshua Levine Tłumaczenie: Marcin Kowalczyk Wydawnictwo: RM 2011 Liczba stron: 476 Cena: 39,90 zł

Latem 1940 roku, po kapitulacji Francji, Wielka Brytania pozostała jedynym aliantem, który, choćby symbolicznie, opierał się Niemcom. W nadchodzących miesiącach jej obywatele mieli przekonać się, nawet jeśli tylko w  postaci nalotów, co oznacza współczesna wojna i potęga hitlerowskiej machiny wojennej. Po ewakuacji 104 | nr 18

Brytyjskich Sił Ekspedycyjnych spod Dunkierki Niemcy rozpoczęli przygotowania do inwazji na Albion, której pierwszym i niezbędnym etapem było zniszczenie brytyjskiego lotnictwa i obniżenie morale narodu brytyjskiego. Rozpoczęła się bitwa o Anglię. Bitwa… jest nie tyle książką historyczną o  tym wydarzeniu, co


RECENZJE

unikalną kompilacją opowieści i  opinii jego uczestników i  świadków. Każda część i  rozdział rozpoczynają się krótkim i  dość oszczędnym opisem fragmentu bitwy o Anglię albo też konkretnego jej aspektu, jak działania w powietrzu, działania obrony cywilnej itp. Po takim opisie następuje treść właściwa i  najbardziej interesująca – tytułowe „zapomniane głosy”. Mają one formę zazwyczaj krótkich, jedno lub kilku zdaniowych wypowiedzi osób, patrzących na to samo z różnych punktów widzenia, czasami z przeciwnych stron konfliktu. Zdarzają się wypowiedzi dłuższe, nawet kilkustronicowe, ale stanowią raczej mniejszość. Autorzy poszczególnych komentarzy powtarzają się, czasami w  tym samym rozdziale, czasami w kilku kolejnych, dzięki czemu opowieść, mimo nierzadko tuż obok siebie zestawionych sprzecznych ze sobą opinii, zachowuje pewną ciągłość, wrażenie obserwacji fragmentu historii z  bardzo bliska, z  różnych punktów widzenia. Największą zaletą Bitwy… jest dobór i  zestawienie ze sobą poszczególnych fragmentarycznych wypowiedzi, niewątpliwie części dłuższych wywiadów. Reprezentują one ogromną rozpiętość brytyjskiego, i nie tylko, społeczeństwa. Od wysokich rangą oficerów o wyższym pochodzeniu, po prostych żołnierzy i cywili, pilotów brytyjskich i niemieckich. Od wypowiedzi rozważnych, kompleksowych, po zwykłe jednozdaniowe proste komentarze, pokazujące, o  czym i  jak myślała w  tamtym czasie londyńska ulica. Opisy najzwyklejszego codziennego życia w  bombardowanym mieście, jak i  dramatyczne historie tragedii, jakie były udziałem ludzi podczas bombardowań, czy

opowieści o tym, jak naprawdę z perspektywy pilota wyglądała walka w  powietrzu. Wszystko z pierwszej ręki i saute. Drugą mocną stroną książki są same słowa i  język rozmówców, czy raczej też przebijający z  nich ton wypowiedzi. Zapewne ludzie wypowiadający się na potrzeby nagrania starali się brzmieć możliwie grzecznie i spokojnie, prawdopodobne jest tak, że tylko Anglicy potrafią tak spokojnie mówić o rzeczach tak dramatycznych. Ten właśnie spokój, w słowach pilota opowiadającego jak na skutek okoliczności startował sam na spotkanie ponad stu maszyn wroga, w słowach angielskiej dziewczyny, na której oczach bomba zmiotła z powierzchni ziemi całą jej ulicę wraz z sąsiadami i znajomymi, podkreśla jeszcze bardziej tragedię i  heroizm tamtych dni. Polski czytelnik może sobie zadać pytanie, jakież to tragedie, w  porównaniu chociażby z  losem polskiego społeczeństwa w  tym samym czasie. Ale nie jest to wrażenie przeszkadzające podczas lektury. Bitwa… to zagregowana mnogość indywidualnych ludzkich opowieści, żołnierzy, ojców, żon, dzieci. Siła każdej z tych historii płynie właśnie z  tej indywidualności. Jeśli cokolwiek może przeszkadzać, to tylko to, że nie ma dziś podobnej książki o Polakach, spisanej ich własnym głosem.

105 | nr 18


Gambit Michał Cholewa

Tytuł: Gambit Autor: Michał Cholewa Wydawnictwo: ENDER 2012 Liczba stron: 314 Cena: 34,90 zł

Jest rok 2211, Sztuczne Inteligencje zwariowały od Chińskiego Wirusa. Galaktyczne imperium człowieka upadło, kiedy zbuntowane komputery odpaliły nuklearne pociski, zamieniając Ziemię w pogorzelisko. Banki pamięci systemów nawigacyjnych zostały wyczyszczone, odcinając dziesiątki systemów i kolonii od kontaktu 106 | nr 18

z  cywilizacją. Po śmierci Ziemi wybuchła wojna, w której życie straciło dziewięć dziesiątych ludzkości. Unia Europejska podejmuje desperacki krok w obliczu nadciągającej klęski w trójstronnej wojnie ze Stanami Zjednoczonymi oraz Imperium Azjatyckim. Żołnierze Unii zajmują wysuniętą placówkę górniczą Ame-


RECENZJE

rykanów na planecie New Quebec, pieszczotliwie zwanej Bagnem. Jednak okupacja nie kończy się dobrze – konflikt między wojskiem a górnikami błyskawicznie się zaognia, aż w końcu dochodzi do buntu i regularnej bitwy z  cywilami. Tylko dosłanie posiłków ratuje korpus okupacyjny. Duma Amerykanów każe im za wszelką cenę – i w amerykańskim stylu – odbić zagarniętą planetę. Błyskawicznie do niedawna odległa i  nieważna górnicza kolonia staje się polem bardzo nierównej walki. W piekielnym ogniu wojny, w  obliczu trzykrotnie silniejszego wroga, grupa żołnierzy straceńców ma do wykonania ostatnie zadanie dla Unii... Debiut Michała Cholewy to sprawnie skonstruowana i napisana powieść w rzadkim na naszym rynku nurcie militarnego science fiction. Na Zachodzie rzeczy w podobnym klimacie produkuje się sporo, żeby wspomnieć tylko osławioną Kawalerię kosmosu Roberta Heinleina lub serie Honor Harrington autorstwa Davida Webera czy też Dorsaja Gordona Dicksona. Na takim tle polski akcent może cieszyć – akcent podwójny, jako że autor patriotycznie umieszcza w samym sercu akcji rodaka, na dodatek czyniąc z  niego bohatera sympatycznego i dającego się lubić. Marcin Wierzbowski, żołnierz w  służbie Unii, malutki trybik w wielkiej maszynie wojennej, kolejna cyferka w  statystyce zabitych, zaginionych, rannych i ocalałych. Być może będzie to doszukiwanie się na siłę sensów i  znaczeń tam, gdzie ich nie ma, ale powieść jest ewidentnie antywojenna. Jasne, heroizm pięknych pancerzy i  karabinów, wielki duch wojskowego Ka-

meradschaft jest tu obecny, jednak ukazanie całego mechanizmu operacji pułkownika Brisbane’a  ewidentnie świadczy o  wymowie tekstu. W całym swoim pięknie walki, wojna pozostaje li tylko ekonomią, prostą kalkulacją zysków i strat. Na koniec eksperyment. Wytnijmy z  powieści Michała Cholewy całe science fiction. Zamiast września 2211 roku wstawmy tam wrzesień 2021 – przyszłość naprawdę nieodległą. Nietrudno wyobrazić sobie wielkiego azjatyckiego tygrysa, USA rozszerzone o  parę dodatkowych stanów i Unię, ściśniętą w federację strachem i kryzysem. W takim eksperymencie myślowym Gambit zaczyna pobrzmiewać trochę jak scenariusz przyszłych wydarzeń, opracowany gdzieś w głębokich lochach pod Pentagonem czy Kremlem. Brr...

107 | nr 18


Studium w szkarłacie, Znak Czterech Arthur Conan Doyle Tytuły: Studium w szkarłacie, Znak Czterech Autor: Arthur Conan Doyle Tłumaczenie: Ewa Łozińska-Małkiewicz Wydanie audio: Biblioteka Akustyczna, 2012 Czyta: Janusz Zadura Czas trwania: 5 godz. 31 min., 6 godz. 7 min. Cena: 29,90 zł

Książka, film, serial i  audiobook. Sherlock Holmes powraca, szokuje, zachwyca lub rozczarowuje na wszystkich frontach. Jedni zachwycają się nowymi, niezwykle ekspresyjnymi kreacjami Benedicta Cumberbatcha jako współczesnego Sherlocka w  serialu telewizji BBC, inni zawiedzeni są 108 | nr 18

kolejnymi pełnometrażowymi adaptacjami filmowymi. Wielu miłośników wciąż chętnie sięga po kolejne wznowienia kanonu Arthura Conan Doyla, gdy tymczasem Biblioteka Akustyczna zaoferowała realizację audio dwóch klasycznych powieści: Studium w szkarłacie oraz Znak czterech.


RECENZJE

Obydwie powieści przygotowano w bardzo podobnej konwencji. Taka sama forma graficzna, to samo nowe tłumaczenie Ewy Łozińskiej-Małkiewicz oraz ten sam lektor, Janusz Zadura. O  samych powieściach nie trzeba wiele pisać, gdyż jak na klasykę przystało, znane są wszystkim miłośnikom angielskiego detektywa. Studium w  szkarłacie to pierwsza powieść z cyklu kilku utworów, w której czytelnik, a  w  przypadku audiobooka słuchacz, ma okazję poznać Sherlocka Holmesa oraz jego przyjaciela doktora Watsona. Znak czterech to ich kolejna wspólnie rozwiązywana zagadka detektywistyczna. Nowe tłumaczenie wykorzystane przy nagraniu tej realizacji zachowuje w  pełni klimat i  charakter powieści o  Anglii XIX wieku. Dorożki, błotniste ulice i szybki pościg łodzią parową to jedne z  wielu drobnych elementów budujących nastrój Londynu tamtych lat. Najmocniejszym jednak atutem i  najsilniejszym bodźcem przenoszącym słuchacza w odległą epokę jest sam lektor. Janusz Zadura swoim głosem, jego barwą, akcentem i  swoją wyrazistą grą aktorską wspaniale potęguje wrażenie, że nagle przenosimy się w inne miejsce i w inny czas. Nie są dla lektora przeszkodą role kobiece, nie jest przeszkodą nastrój postaci, ich wiek, zachowanie, uczucia. Wszystko to da się odebrać i usłyszeć w jego głosie. Charakterystyczne brzmienie każdej postaci jest tak dobrze rozpoznawalne, że bez wysiłku słuchać można dialogów między bohaterami. Powieści Conan Doyle’a  mają jednak też i  swoje słabsze strony – słabsze pod względem ich realizacji w formie nowoczesnych audiobooków. Pisane w innej epoce

z  pewnością nie były przystosowane przez wybitnego pisarza do słuchania ich w erze szybkiego życia. Rozwlekłe i  patetyczne opisy, charakterystyczne zapewne dla epoki wiktoriańskiej, powodują niestety znużenie podczas ich słuchania. Trudno porównywać najszybszy choćby pościg przy pomocy łodzi parowych z  powieści Znak czterech z jakimkolwiek pościgiem, do którego przyzwyczaiło nas kino i  ekscytować się jego przebiegiem. Film i serial stosują więc odpowiednie zabiegi, aby wprowadzić więcej dynamiki i więcej zwrotów akcji do swoich realizacji, na co niestety audiobook pozwolić sobie nie może, pozostawiając odbiorcę z koniecznością powolnego słuchania przedłużających się fragmentów. Kanon cyklu o Sherlocku Holmesie to cztery powieści i  wiele opowiadań. Dwie pierwsze z  nich, zostały właśnie wydane w postaci audiobooków. Trzecia Pies Baskerville’ów realizowana była już kilkukrotnie w  postaci nagrań audio różnych wydawnictw, ale pozostaje mieć nadzieję, że Biblioteka Akustyczna dokończy rozpoczęty cykl i  nagra kolejne utwory i  koniecznie w  niezrównanej interpretacji Janusza Zadury.

109 | nr 18


Dziecko Emmy Abbie Taylor

Tytuł: Dziecko Emmy Autor: Abbie Taylor Tłumaczenie: Agata Kowalczyk Wydawnictwo: Amber 2011 Cena: 35,80 Ilość stron: 320

Abbie Taylor jest brytyjską lekarką, która swoją pisarską drogę rozpoczęła właśnie od Dziecka Emmy. Zadebiutowała książką poruszającą bardzo trudny i  jednocześnie ważny temat – porwanie dziecka. Temat ważny, bo kidnaping nie jest wcale taką rzadkością, a  opowiedziana w książce historia może stać się prze110 | nr 18

strogą dla innych rodziców, by nie spuszczali swoich dzieci z  oka i  nie ufali naiwnie obcym, którzy zbyt chętnie oferują pomoc. Główną bohaterką powieści jest młoda kobieta, tytułowa Emma wychowująca samotnie swojego trzynastomiesięcznego synka Ritchie’ego. Chociaż nieraz sfrustrowanej i  zmę-


RECENZJE

czonej brakuje już cierpliwości do dziecka, naprawdę bardzo je kocha. Jednak jak ważny jest dla niej Ritchie, przekonuje się dopiero wtedy, gdy pewnego dnia obca kobieta porywa go ze stacji metra. Zrozpaczona matka szuka pomocy, ale nikt nie chce jej wierzyć, głównie ze względu na wypowiedziane kiedyś w  roztargnieniu słowa. Kobieta postanawia odnaleźć synka za wszelką cenę, nawet gdyby musiała zrobić to sama. Pomocną dłoń wyciąga do niej poznany przypadkowo mężczyzna. Niewątpliwie główną zaletą książki jest sam temat, intrygujący i  poruszający. Autorce udaje się przykuć uwagę czytelnika od pierwszej strony i  skłonić do przeczytania Dziecka Emmy od deski do deski. Osiąga to dzięki sprawnie poprowadzonej narracji, wartkiej akcji i  ciekawym bohaterom. Pisarka komplikuje fabułę, potęguje napięcie, mnożąc trudności, jakie Emma musi pokonać, najpierw, by ktoś wreszcie zaczął jej wierzyć, i  później, by odnaleźć syna. Częstym zabiegiem są retrospekcje. Dzięki nim poznajemy przeszłość głównej bohaterki oraz przyczynę, dla której nikt nie chce wierzyć w  jej wersję wydarzeń. Możemy też spojrzeć na Emmę, nie tylko jak na matkę uprowadzonego dziecka, ale też jak na zupełnie samotną i  pozbawioną jakiegokolwiek wsparcia osobę. I chociaż została ona dobrze zaprezentowana, w książce jest za mało psychologii. Abbie Taylor nie przedstawia stanów emocjonalnych Emmy, jej rozterek, wrażeń, ogranicza się raczej do powierzchownych opisów i nazwania kilku towarzyszących jej w  tym czasie odczuć. Opisy te są jednak na tyle dobre i sugestywne, że skutecznie budują atmosferę tajem-

niczości i  zagrożenia, w  jakim znalazła się Emma. Drugim ważnym wątkiem książki jest rodzące się uczucie pomiędzy główną bohaterką a  spotkanym przypadkowo mężczyzną. Rafe to jedyny człowiek, który naprawdę stara się jej pomóc, Emma podejrzewa jednak, że nie robi tego bezinteresownie. Niestety autorce nie udaje się stworzyć odpowiedniego napięcia pomiędzy tą parą. Prowadzone przez nich dialogi są raczej kiepskie, a wątpliwości Emmy wypadają bardziej niestosownie niż dramatycznie. Ogólnie wątek ten nie należy do udanych, jest banalny i  przewidywalny. Potwierdza to tylko, że dobrze pisać o miłości damsko-męskiej jest naprawdę trudno. Dziecko Emmy to bez wątpienia książką wciągająca, którą czyta się z  niesłabnącym zainteresowaniem. Mimo to są w niej pewne braki. Narracja poprowadzona jest w  czasie teraźniejszym. Na bieżąco śledzimy losy bohaterów, gdy tymczasem kilka ważnych dla powieści scen rozgrywa się „poza okiem kamery”. Czytelnik dowiaduje się o nich z opowieści i relacji innych bohaterów. Błędem autorki jest też nadmierne przyspieszenie tempa akcji pod koniec książki, wszystko dzieje się nagle, akcja w  zasadzie rozwiązuje się błyskawicznie i  zbyt gładko zmierza do finału. Szkoda, że zakończenie nie zostało przez pisarkę trochę bardziej dopracowane, a  wymagający czytelnik może się poczuć nieco rozczarowany, szczególnie że znajdujące się na okładce opisy rozbudzają apetyt i  każą się spodziewać wyjątkowo satysfakcjonującej lektury. 111 | nr 18


Kupiliśmy zoo Benjamin Mee

Tytuł: Kupiliśmy zoo. Niesamowita, lecz prawdziwa historia podupadającego zoo i dwustu zwierząt, które na zawsze odmieniły pewną rodzinę Autor: Benjamin Mee Tłumaczenie: Kamila i Robert Sławińscy Wydawnictwo: W.A.B. 2011 Liczba stron: 344 Cena: 44,90 zł Oprawa twarda

Benjamin Mee, dziennikarz pisujący o majsterkowaniu i zwierzętach, wraz z żoną Katherine i dziećmi znalazł swe miejsce na Ziemi w  południowej Francji. Najwyraźniej jednak nie satysfakcjonowała go tamtejsza sielanka, gdyż niemal bez namysłu wrócił do Anglii, by wraz z wiekową matką i  rodzeństwem podjąć próbę 112 | nr 18

kupienia podupadającego zoo. Motywy tego kroku wyjaśnione są dość mgliście i  niezbyt przekonująco marzeniami o  ratowaniu dzikich zwierząt, szansą prowadzenia badań nad rzadkimi gatunkami i reminiscencjami z  serialu Elza z  afrykańskiego buszu. Cały ten idealizm i  romantyzm słabo jest widoczny w początkowych


RECENZJE

partiach książki, które skupiają się na zażartej walce o realizację rodzinnego planu. Ryzykując cały majątek, wygodne życie i posady, bohaterowie starają się przełamać najpierw niechęć właściciela ogrodu do odstąpienia go właśnie im, a  potem niechęć banków do skredytowania tego kaprysu. Długotrwałe korowody finansowo-prawne ostatecznie kończą się pomyślnie. Rodzina nabywa zoo, by natychmiast rozpocząć kolejną walkę: o uratowanie przedsiębiorstwa, któremu grozi zamknięcie – nie spełnia bowiem nowoczesnych wymogów stawianych parkom zoologicznym, zwierzęta są w kiepskim stanie, a infrastruktura się wali. Jakby tego było mało, u żony Benjamina odnawia się guz mózgu, więc mężczyzna musi poświęcić się nie tylko pracy, ale i  opiece nad Katherine, którą z  oddaniem pielęgnuje aż do śmierci. Osobisty dramat przeplata się z ciężką pracą nad przywróceniem ogrodowi świetności, w czym nie pomagają topniejące zasoby finansowe i  wygórowane wymagania formalne. Jak na książkę o  ogrodzie zoologicznym, to zwierzęta zdecydowanie zajmują w niej za mało miejsca. Widzimy je głównie usypiane i przenoszone do furgonetek, które zabiorą je do nowych domów albo do kliniki weterynaryjnej, gdzie poddane będą niezbędnym zabiegom. Każdej takiej akcji towarzyszy przypływ adrenaliny u jej uczestników, zdarzało się bowiem, że niewłaściwy środek usypiający przestawał działać w  najmniej spodziewanym momencie. Czasem też alarm wywołuje ucieczka niebezpiecznego ssaka ze źle zabezpieczonego wybiegu. Do tego dorzucono garść ciekawostek zaczerpniętych z prac biologów i re-

fleksji o tym, jakie pierwotne mechanizmy uruchamia w człowieku ryk lwa – niezbyt to satysfakcjonujące. Lepiej udało się Benjaminowi Mee scharakteryzować ludzi, którzy z  nim współpracowali: opiekunów zwierząt, pracowników technicznych, ekspertów – ich doświadczenie, wiedza, zaangażowanie i wytrwałość pozwoliły przetrwać najgorsze i  doprowadzić do otwarcia ogrodu. Dość interesująco przedstawił też najrozmaitsze prace niezbędne, by placówka funkcjonowała: od rozbioru mięsa do wymiany słupków ogrodzeniowych, od projektowania logo do czyszczenia pojemników z gnijącymi odpadkami rzeźnymi. Są w tej książce partie naprawdę ciekawe, choćby te, dzięki którym poznajemy ukryte przed oczami zwiedzających mechanizmy funkcjonowania zoo, i  zdecydowanie słabsze i  przegadane – czytelnikowi nie są potrzebne aż tak szczegółowe opisy zmagań z  bankami i  biurokracją, chociaż niewątpliwie podkreślają determinację rodziny w  dążeniu do wytyczonego sobie celu. Benjamin Mee nie ma też talentu gawędziarskiego, cechuje go raczej gadatliwość i nadmierna chęć dzielenia się swymi przemyśleniami, często niezbyt oryginalnymi. Często tekst aż się prosi o usunięcie nadmiaru niepotrzebnych słów z  kwiecistych, rozbudowanych zdań. Autorowi daleko do pełnej uroku stylistyki Jamesa Herriota, posługuje się raczej językiem kolorowych tygodników. I  po lekturze jego książki pozostaje równie niewiele jak po lekturze takich magazynów.

113 | nr 18


Diabłu ogarek. Czarna wierzba Konrad T. Lewandowski

Tytuł: Diabłu ogarek. Czarna wierzba Autor: Konrad T. Lewandowski Wydawnictwo: RM 2011 Liczba stron: 270 Cena: 29,90 zł

Autor Lewandowski to persona dobrze znana fanom literatury fantastycznej. Dał się zauważyć jako pisarz dobry – głównie dzięki przeuroczej wizji Polski jako supermocarstwa (a  przynajmniej dzielnego kraiku, spuszczającego superwciry całemu światu) w Notece 2015 oraz intrygującemu fantasy z  zacięciem 114 | nr 18

historiozoficznym (Most nad otchłanią). Czytelnicy mieli również okazję poznać go z  całej reszty jego dzieł – sporej masy książek co najwyżej przeciętnych i  o  dużym rozrzucie gatunkowym. Znaleźć można w jego dorobku i kryminał, i fantasy z kotołakiem, czy (post)cyberpunka, a nawet i science fiction.


RECENZJE

A  teraz sięga autor po modny gatunek nowoczesnej powieści historycznej, mocno eksploatowany przez kolegów po piórze – Jacka Komudę, Andrzeja Pilipiuka czy Marcina Mortkę. Jak wypada Diabłu ogarek na tle reszty polskiego historical fiction? Słabo i nijako. Stylistycznie poprawne, przeciętne czytadło z uczciwego środka peletonu. Fabularnie – mogło być gorzej, jest jakaś tam intryżka, coś się dzieje, dialogi się trafiają, błąkają się jakieś postaci. Trochę to przypomina polski film – niby jest, a go nie ma. Na początek „Mary Sue” – ewidentne porte parole autora, woźny sądowy Stanisław Lawendowski (nie mylić z Lewandowskim pod żadnym pozorem). Jest to postać kryształowa, weteran wojenny kampanii smoleńskiej, doskonały żołnierz, zacny rycerz, chwat jakich mało. W  dodatku dobry chrześcijanin, co ślubów złożonych przez przodków dotrzymuje, za tragicznie zmarłych na mszę daje i przestępców ściga, zachowując przy tym honor i  dobrosąsiedzkie układy. Jasne, można takiego bohatera kupić, zawiesić niewiarę na kołeczku i poczytać co nieco o jego przygodach. Dopóki autor nie zapomni, że dobrą praktyką jest trzymać się norm gatunkowych, i nie wrzuci do powieści historycznej całej hordy diabłów, otwartych bram Piekieł, podróży w czasie i przestrzeni, czarów i całej masy elementów rodem z fantasy. Pies musi być pies, jak mawiali Rzymianie. To, co prezentuje Lewandowski, koło psa nawet nie stało. Wykorzystuje znane sobie fragmenty historii, postaci, kostiumy i rekwizyty, dobrane nieszczęśli-

wie zapewne z braku znajomości realiów historycznych (nunczaku w  XVII wieku, muszkiety wożone pod czaprakami koni), umieszcza je w jakiejś wymyślonej rzeczywistości, do której, celem uzupełnienia oczywistych braków fabularnych i  faktograficznych, wciska elementy fantasy. Z  tego wszystkiego powstaje obraz ułomny, niewymagający od czytelnika żadnej wiedzy, bo skoro to magiczny wiek XVII, to nunczaku i inne utensylia rodem z chłopskich powstań w feudalnej Japonii (koromysło bojowe, żeby nie być gołosłownym) mają w tym „uniwersum” rację bytu. Stanisław Lem pisał kiedyś, że powieść nie jest science fiction, jeśli po usunięciu wszystkich elementów rodem z katalogu sf nadal pozostaje ona spójna i logiczna. Trawestując Lema, jeśli po usunięciu z powieści historycznej całej historyczności nadal mamy logiczną i spójną całość, to z historią niewiele ma tekst wspólnego. Spójrzmy w taki sposób na Diabłu ogarek – szabelki i szlachtę z powodzeniem można zastąpić wyobrażeniem gimnazjalisty o średniowiecznych rycerzach z mieczami, profesję woźnego zamienić na, przykładowo, inkwizytora, a  diabłów na demony z  Warhammera. I  taka powieść nadal byłaby fabularnie spójna. Przed statusem gniota powieść ratuje li tylko językowa kompetencja autora. Mimo uproszczeń intelektualnych (porzucenie realizmu na rzecz fantasy), Diabłu ogarek da się przeczytać. Pozostaje tylko jedno pytanie – po co?

115 | nr 18


Demon ruchu i inne opowiadania Stefan Grabiński

Tytuł: Demon ruchu i inne opowiadania Autor: Stefan Grabiński Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2011 Liczba stron: 544 Cena: 39,90 zł Oprawa twarda

Literatura grozy bazuje w  swej istocie na ludzkich lękach, a te ulegają zmianom wraz z  upływem lat. I  chociaż istnieje kilka uniwersalnych tematów wywołujących wśród czytelników przynajmniej uczucie dyskomfortu, to coraz mocniejsze epatowanie horrorem i  przemocą sprawia, że coraz trudniej wzbudzić wśród odbiorców prawdziwy strach. Pisarze tacy jak Stefan Grabiński mieli łatwiej – wystarczyło dodać odro116 | nr 18

binę niesamowitości, wykorzystać pradawne lęki i nowe zagrożenia, by tworzyć utwory poruszające ludzi. Obecnie teksty te, zawarte m.in. w Demonie ruchu i innych opowiadaniach nie wywołują większych emocji, ale podczas ich lektury warto się zastanowić, co też mogli odczuwać nasi antenaci. Określenie twórczości Grabińskiego mianem horroru czy też literatury grozy, jest obecnie zdecydowanie na


RECENZJE

wyrost. Bliższa rzeczywistości jest nazwa zaczerpnięta ze zbioru Edgara Alana Poe, czyli opowieści niesamowite: historie dziwne, nierzeczywiste i anormalne, ale jednocześnie niewywołujące dreszczy tak charakterystycznych dla współczesnego horroru. Opowiadania z  Demona ruchu… pokazują rzeczywistość jedynie lekko wykrzywioną, anormalną poprzez wprowadzenie jednego – często bardzo drobnego – nadnaturalnego elementu. Obecnie zabieg ten, chociaż stosowany, nie należy do powszechnych narzędzi twórców tego gatunku, a  jeśli nawet jest wykorzystywany, to część nierzeczywista jest znacznie mocniej eksponowana. Tymczasem u  Grabińskiego w niektórych utworach można się wręcz zastanawiać czy on w ogóle istnieje. Zawarte w  zbiorze opowiadania poruszają kilka grup tematów. Najwięcej tekstów – w tym tytułowy – poświęconych jest kolei i związanych z nią zagrożeniom. Mamy więc pociąg widmo, nadprzyrodzone siły dążące do powodowania katastrof kolejowych, tajemniczych pasażerów czy wreszcie opowiadania, w  których pędzące wagony są tylko scenerią dla innych wydarzeń. W  czasach Grabińskiego (1887-1936) kolej nie była już nowością na ziemiach polskich, ale autor bazował w swych utworach na obawie przed nieznaną lub niezrozumiałą dla zwykłych ludzi technologią, nadając jej nadnaturalny wymiar. Wykorzystał nie tyle zabobon i tradycję, ile wybiegł w  przyszłość, ku nowoczesności (zresztą przynajmniej jedno opowiadanie ze zbioru można uznać za futurystyczne). Dla kontrastu w Demonie ruchu… znalazło się też miejsce dla tekstów bazujących na czymś zupełnie innym: instynktach i atawistycznych lękach. W  tej części przeważają

fabuły związane z  obawami lub fascynacją najpotężniejszym z  żywiołów, czyli ogniem. Pojawiają się również opowiadania o ludzkim pożądaniu, gdzie bohater zmuszony jest opierać się – nierzadko nieskutecznie – zakusom pięknej i demonicznej femme fatale, co przeważnie doprowadza do tragicznego końca. Mimo pozornego urozmaicenia poruszanych wątków i  różnorodnej tematyki, teksty Grabińskiego charakteryzuje dosyć duża schematyczność. Podobnie jak to czynił H. P. Lovecraft, tak i  polski pisarz bazował na kilku szkieletach fabularnych, w  których zmieniał postaci, scenerię czy kolejność zdarzeń. W  efekcie po początkowym zaintrygowaniu, z  czasem lektura zbioru zaczyna być nużąca. Zbiór Grabińskiego stanowi interesującą, chociaż nie na dłuższą metę, wycieczkę w  przeszłość. Pozwala wejrzeć w  odlegle już czasy i  umożliwia przynajmniej częściowe zrozumienie mentalności ówczesnych ludzi, szczególnie na polu ich obaw i lęków. Jest to także możliwość zapoznania się z powolną, ale jednak zachodzącą ewolucją języka polskiego – część używanych przez autora zwrotów zmieniła znaczenie, wyszła z obiegu lub uznawana jest obecnie za dziwaczne. Twórczość Grabińskiego nie do końca wytrzymała próbę czasu. Chociaż poruszana tematyka nadal potrafi być wykorzystywana przez twórców, to środki jej przekazu się zmieniły. Przy lekturze nie odczuwa się dreszczu emocji czy niesamowitości, która zapewne towarzyszyła współczesnym autorowi czytelnikom. Demona ruchu i  inne opowiadania można obecnie traktować głównie jako ciekawostkę, gdyż o ekscytacji płynącej z czytania należy zapomnieć. 117 | nr 18


Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić Federico Moccia

Tytuł: Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić Autor: Federico Moccia Tłumaczenie: Karolina Stańczyk Wydawnictw: Muza 2011 Cena: 34,99zł Liczba stron: 560

Zaręczyny to niewątpliwie bardzo ważny moment dla zakochanych. W  końcu od podjętej wtedy decyzji zależy w  dużej mierze późniejsze życie. Jedni marzą o  romantycznych wyznaniach, inni o szalonych pomysłach, a  dla niektórych liczy się po prostu sam fakt. Często ważna w tym wszystkim jest też forma oświadczyn, 118 | nr 18

która spowoduje, że albo zapadną one w pamięć na zawsze, albo zostaną szybko zapomniane. Ci, którzy mają je już za sobą, wiedzą najlepiej, jak bardzo emocjonujący może być to czas. To właśnie zaręczyny i  przygotowania do ślubu oraz pojawiające się w  związku z  nimi rozterki składają


RECENZJE

się w  większości na treść książki Federico Mocci. Głównymi bohaterami są dwudziestoletnia Niki i dwadzieścia lat od niej starszy Alex. Początki ich znajomości i miłości czytelnicy mogli poznać w  poprzedniej części – Wybacz, ale będę ci mówiła skarbie. Jej nieznajomość nie ma większego znaczenia, ponieważ istotne informacje dotyczące przeszłości autor przemyca za pomocą retrospekcji. Na szczęście nie jest ich w książce zbyt dużo. Za to pełno w niej przemyśleń bohaterów i ich wątpliwości, wałkowanych po kilka razy i dotyczących ciągle tego samego, nieustannych wyrzutów sumienia, a  to z  powodu wyłączenia telefonu, a  to rozmowy i  spotkania z  inną kobietą czy mężczyzną lub po prostu niezdecydowania oraz wiecznej zazdrości o siebie nawzajem. Wygląda na to, że poza swoją miłością nie mają oni żadnych większych „problemów”. Co prawda, Alex pracuje, ale tam wiedzie mu się świetnie, Niki natomiast jest studentką, zdaje się jednak nie przejmować zbytnio swoimi studiami. Najwięcej czasu i  energii poświęcają na bycie ze sobą, seks i  zabawę oraz rozmowy o  niczym. Gdyby więc byli to jedyni bohaterowie tej książki, wyłaniałby się z  niej obraz pustych i  płytkich młodych mieszkańców Rzymu, z błahymi problemami i nudnymi przemyśleniami, ale za to niewątpliwie „zajebistych”, jak często sami o sobie mówią. Punktem kulminacyjnym są wspomniane już wcześniej zaręczyny. Autor wpadł na ciekawy pomysł oryginalnych oświadczyn, które mają być zapewne uznane za romantyczne, niestety wypadają raczej kiczowato. Tak jakby inspiracji do stworzenia tej sceny Moccia szukał w latynoskiej telenoweli

lub kiepskim romansidle. Problemem jest głównie przerost formy nad treścią, ale też nadmiar słodyczy, który towarzyszy większości sytuacji związanych z parą głównych bohaterów. Błahość ich problemów stwarza pozory życia lekkiego, łatwego i  przyjemnego. Na szczęście w  powieści pojawiają się też inne postacie, przyjaciele Alexa i przyjaciółki Niki. Dzięki nim perspektywa czytelnika zostaje nieco poszerzona. Pojawiają się poważniejsze zagadnienia, dotyczące młodzieży, poszukiwania pracy, nieplanowanej ciąży, kryzysu wieku średniego i  rozwody, dotykające czterdziestolatków. Te historie, przeplatające się z głównym wątkiem i toczące się równolegle do siebie, pojawiają się jak migawki, przez co kojarzą się z obrazem filmowym. Trzeba przyznać, że autor sprawnie posługuje się językiem, który jest prosty i przystępny, choć nie obywa się bez mądrości życiowych rodem z kalendarza. I chociaż poszczególne wątki bywają interesujące, to jednak całość jest dosyć nudna. Być może ze względu na zbyt rozwlekłe przemyślenia bohaterów, które często niewiele wnoszą. Ich zachowania są zresztą w  większości przewidywalne, a  przydługie opisy nadmiernie spowalniają akcję i  powodują, że czytanie staje się męczące.

119 | nr 18


Fidelada. Podróż w czasie politycznym Krzysztof Mroziewicz

Tytuł: Fidelada. Podróż w czasie politycznym Autor: Krzysztof Mroziewicz Wydawnictwo: Zysk i Ska 2011 Liczba stron: 470 Cena: 42,90 zł

Autor znany jest w Polsce przede wszystkim jako dziennikarz i komentator spraw zagranicznych, a  więc i  wieloletni podróżnik. A  Fidelada to jego swoiste opus magnum: zbiór reportaży oraz formalnie nieco luźniejszych notatek i  obserwacji, które Krzysztof Mroziewicz kompletował przez 35 lat, począwszy od swojego 120 | nr 18

pierwszego pobytu na Kubie w  charakterze robotnika budowlanego. Książka dzieli się na dwie części. Pierwsza to niemal całościowy przedruk tego, co autor napisał w  akcie urzeczenia tzw. eksperymentem kubańskim w latach 1976-1977. Teksty te, wydane pod koniec lat 70. pod tytułem Guantanamera. Korespondencja


RECENZJE

z Hawany, w tym przypadku wzbogacono o wiele mówiący podtytuł: czyli fascynacje. Część druga obejmuje refleksje z  późniejszych, krótszych lub dłuższych, pobytów dziennikarza na Kubie, włącznie z  opisem sytuacji dzisiejszej oraz bazującej na całym wspomnianym materiale prognozie dotyczącej przyszłości, jaka może czekać wyspę. W  Fideladzie fascynująca jest nie tylko egzotyczna tematyka i opisy rozgrywek politycznych, ale i ukazana pośrednio metamorfoza, jaką autor przeszedł podczas swojej wieloletniej przygody z  Karaibami. Już sam tytuł pierwszej części, …fascynacje, ukazuje charakter, w jakim utrzymane jest spojrzenie pisarza, więc dość łatwo domyślić się, w jakiej tonacji brzmi Mroziewicz w  Irytacjach. Mówi się tu o  wydarzeniach politycznych z naprawdę różnych perspektyw – jest i  spojrzenie młodego Polaka zauroczonego magiczną atmosferą wyspy, i  rzut oka naukowca, który z  lotu ptaka obserwuje wydarzenia historyczne targające losami narodu kubańskiego. Znajdujemy tu wizualizację procesów myślowych polityków większego i  mniejszego kalibru oraz krytyczne spojrzenie, jakim obdarza człowiek doświadczony swoje obserwacje z  młodości. Ale jest i  próba przypatrzenia się problemowi Rewolucji (szczególnie w  pierwszej części pisanej wielką literą) z  punktu widzenia przeciętnego Kubańczyka, czasem tylko mającego w tyle głowy myśli opozycyjne. Prawdziwym smaczkiem są wtrącone tu i  tam ciekawostki, jak te o pierwszych na świecie obozach koncentracyjnych czy kubańskim Kościuszce. Oprócz fragmentów wymagających ugruntowanej wiedzy historycznej można znaleźć w Fide-

ladzie także rozdziały nie aż tak naukowe, wciągające też mniej zapalonego historyka, np. ten o  Erneście Hemingwayu, Kuwejcie cukru, a  zwłaszcza przytoczony prawie w  całości wywiad amerykańskiej dziennikarki Barbary Walters z Fidelem Castro. Bo to właśnie El Presidente jest jedną z  najważniejszych, a  wręcz centralną sylwetką spajającą treści zawarte w  książce. Mroziewicz nakreśla w  Fideladzie dokładny portret psychologiczny człowieka, który z  młodego idealisty przeobraził się w  praktycznie wszechwładnego dyktatora. Dyktatora charyzmatycznego i  elokwentnego, dodajmy, bo nawet na papierze jego wypowiedzi tchną nieprawdopodobną nutą spokoju i  pewności siebie. Z  przywódców Rewolucji to jemu poświęca się tu najwięcej miejsca, choć i Ernesto Guevara nie może narzekać na brak zainteresowania. Warto rozłożyć sobie czas na czytanie tej książki. Jej początki datuje się na rok 1976 – pisana była długo, herezją byłoby przekartkowanie jej w  parę tylko wieczorów.

121 | nr 18


Życie prywatne dyktatorów XX wieku Anna Poppek

Tytuł: Życie prywatne dyktatorów XX wieku Autor: Anna Poppek Wydawnictwo: G+J RBA 2012 Ilość stron: 304 Cena: 34,90 zł

„Każda władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje absolutnie”. Słowa Lorda Actona z końca XIX wieku mogą odnosić się do każdej epoki w historii świata, nie tracąc na aktualności i dziś. Przeciętnych ludzi, będących najczęściej obserwatorami życia społecznego czy politycznego, zawsze fascynowało, jak możni tego świata żyją w otoczeniu 122 | nr 18

bliskich, jakie mają pasje, namiętności, zainteresowania. Lubimy podglądać innych, a postacie ze świecznika podgląda się tym chętniej, że chce się dostrzec ich słabości, normalności, podobieństwa do nas samych. Za tę kotarę próbuje zajrzeć Anna Poppek, znana wcześniej z wywiadów ze znanymi osobistościami polskiej polityki (Szaszłyk po polsku),


RECENZJE

wywiadu ze Zbigniewem Herbertem (Pojedynki Pana Cogito) czy rozmów z wybitnymi postaciami polskiego kościoła katolickiego (Mój ulubiony święty). Czy udało jej się odkryć skrzętnie skrywane tajemnice władców, których rządy odcisnęły krwawe piętno na historii wielu ludzi i narodów? Na książkę składają się historie piętnastu postaci. Od tych „największych”, jak Hitler, Lenin, Stalin czy Mao Tse-tung, a  także bohaterów naszych czasów – Husajna i  Kaddafiego – przez rządzących Koreą Północną Kim Ir Sena i Kim Dzong Ila, Europejczyków, Mussoliniego, Titę czy „naszego” Bieruta, po rewolucjonistę Castro, męża słynnej Evity Juana Perona oraz afrykańskich satrapów Amina i Bokasse. Mamy okazję poznać ich relacje z kobietami i dziećmi, często ekstrawaganckie zachowania, słabości i upodobania. Poznajemy ich drogę do władzy i  momenty, w  których ona ich pochłonęła, doprowadzając do tragedii wielu niewinnych ludzi. Mord i bestialstwo miały w  ich przypadku różne twarze, jednak zawsze z bezwzględnością wytyczały drogę, po której kroczyli. Coraz bardziej oderwani od rzeczywistości, podążali wprost ku nieuchronnemu upadkowi. Co gorsza, liczba ofiar, które pochłonęły ich rządy, jest zatrważająca. Autorce udało się uchwycić klimat, w jakim poszczególni bohaterowie jej książki dochodzili do władzy – pełny nadziei i oczekiwania zmian – jak i stosunek wielu mocarstw i  krajów o, wydawać by się mogło, ugruntowanej demokracji, które nie tylko pobłażały coraz to nowym ekscesom, dalekim od jakichkolwiek standardów, ale i  próbowały czerpać korzyści z  rządów zdemoralizowanych i  krwawych władców. Wielu tragedii zapewne można było uniknąć, gdyby nie za-

chowawczość czy wręcz gnuśność i pazerność możnych tego świata, niechcących rozdrażniać swych adwersarzy i mieszać własne kraje w  niepotrzebne konflikty. Bo przecież gdy np. Kaddafi był przyjmowany we Włoszech przez Berlusconiego, oczywiście w otoczeniu setek półnagich młodych dziewcząt, doskonale wszyscy wiedzieli, jak on i jego synowie postępują z własnym narodem, a zwyrodniałe zachowania i brutalny aparat bezpieczeństwa pozostawał tajemnicą poliszynela. Ale Europa, a  w  szczególności Włochy, potrzebowały libijskiej ropy, więc jakikolwiek konflikt z ekscentrycznym satrapą z północnej Afryki nie wchodził w grę. Po prostu nikomu się nie opłacał. Tu rodzi się też pytanie, jak daleko od krwawych władców są obecni przywódcy demokratycznych państw, którzy zza pudru i sloganów o wolności i pokoju niemo aprobowali dyktatury i krzywdy, których się dopuszczali. A gdy tylko pojawiała się okazja do zrobienia z nimi interesu, ochoczo doń przystępowali... Książka Anny Poppek jest bardzo ciekawym uzupełnieniem podręcznikowej wiedzy na temat dyktatorów XX wieku. Choć wiele szczegółów wręcz mrozi krew w  żyłach, pozwala lepiej poznać sylwetki tak ważnych dla historii ludzkości postaci. Pozycji można zarzucić brak obszerności, pewne błędy w druku i  niewielką liczbę zdjęć. Zabrakło też próby odkrycia, co powodowało bohaterami książki w  ważnych momentach ich rządów. Więcej można by też napisać o sile ich oddziaływania na tłumy i własny naród, zanim przerodziło się ono w bezwzględność i terror. Jednak w oczekiwaniu na nieco bardziej rozbudowane opracowanie o tej tematyce, ta pozycja jest ze wszech miar ciekawą i wartą polecenia lekturą. 123 | nr 18


Moja babcia z Rosji i jej odkurzacz z Ameryki Meir Shalev

Tytuł: Moja babcia z Rosji i jej odkurzacz z Ameryki Autor: Meir Shalev Tłumaczenie: Magdalena Sommer Wydawnictwo: Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA 2011 Liczba stron: 222 Cena: 29,99 zł

Temat budowy metra w  Tel Awiwie nie od dziś przewija się w  rozlicznych żartach mieszkańców Izraela, czemu trudno się dziwić, skoro jedyna powstała jak dotąd stacja znajduje się w  miejscu, którego nie obejmują aktualne plany inwestycji. Tym samym jedynym izraelskim miastem, po 124 | nr 18

którym można się przemieszczać koleją podziemną, pozostaje Hajfa. Jednak na długo przed tym, jak pierwsi pasażerowie wsiedli do podziemnych wagonów Carmelitu, w  połowie lat trzydziestych XX wieku na dworcu kolejowym w  tym nadmorskim mieście pojawił się niecodzienny pasażer...


RECENZJE

Pasażerem tym okazał się ogromny, starannie zapakowany sweeper, odkurzacz amerykańskiej firmy General Electrics – przesyłka z  Los Angeles zaadresowana do babci Toni z Nahalal. Uznany prozaik izraelski, a zarazem wnuk adresatki paczki zza oceanu tym razem proponuje czytelnikom prozę typowo wspomnieniową i  bardzo osobistą. To zbiór smakowitych i momentami wręcz niewiarygodnych anegdot z życia rodziny izraelskich pionierów, „dumnych rolników z Nahalal”, jak określa pisarz siebie i najbliższych. Początkowo wydawać się może, że Shalev pisze głównie dla samego siebie, że z obawy o ulotność pamięci pragnie utrwalić na papierze obrazy ze świata, którego już nie ma. Nawet najpiękniejsze wspomnienia z  upływem czasu mogą w  końcu nam umknąć, a  spisanie gwarantuje przedłużenie ich żywota. Każda kolejna strona staje się jednak cegiełką tworzącą pomnik babci Toni – dzielnej, ale i  dziwacznej kobiety, która z  podziwu godnym uporem i  cierpliwością starała się utrzymywać w  ryzach liczną rodzinę i sprawy gospodarskie. Autor spełnia tym samym jedno z  największych marzeń babci, które artykułuje ona w jednej z historii: „chcę, żeby mnie uwieczniono”. Dokonuje jednak rzeczy niezwykle trudnej – udaje mu się bowiem uciec zarówno od często spotykanego w podobnych publikacjach patosu, jak i, dzięki ciekawej kompozycji, od monotonii. Rozdziały opisujące obsesję głównej bohaterki na punkcie czystości i  dyscypliny (kto inny byłby w stanie codziennie wstawać przed świtem i myć podłogi, aż woda z wyciskanej ścierki będzie czysta!) i historię amerykańskiego

odkurzacza przeplata z  innymi, pełnymi humoru i  izraelskiego słońca opowiastkami z  różnych okresów swego dorastania. To wszystko, napisane w  lekkim, lecz nie błahym stylu, nadaje opowieści kameralny klimat gawędy, niebywale pobudzającej wyobraźnię. Chociaż Izrael występuje tu jedynie w  charakterze tła, goszcząc wśród swoich malowniczych rolniczych krajobrazów czy przestrzeni robotniczych blokowisk Jerozolimy opisywane postaci, dla niezaznajomionych z  historią i  rzeczywistością społeczno-polityczną tego kraju książka stanowić może punkt wyjścia do własnych edukacyjnych poszukiwań. Nie sposób wszak czytać o  pionierach na palestyńskiej ziemi, nie znając terminów takich jak Alija, Mandat Brytyjski czy nie rozumiejąc różnicy między kibucem a  moszawem. Sama lektura, choć nie da szkolnych definicji, bez wątpienia pomoże zgłębić charakter tworzącego się w pierwszej połowie dwudziestego wieku społeczeństwa izraelskiego. Trudno powiedzieć, kiedy wreszcie Tel Awiw doczeka się upragnionego metra. Opieszałym pomysłodawcom i  wykonawcom tej konstrukcji niewątpliwie przydałby się energiczny i nieustępliwy kierownik. Gdyby tylko na tym stanowisku zatrudniono babcię Tonię! Cała konstrukcja powstałaby w dwa lata. A potem byłaby z pewnością najczystszym metrem świata.

125 | nr 18


Wilcze tropy – Zygmunt Scenariusz: Sławomir Zajączkowski Rysunki: Krzysztof Wyrzykowski

Tytuł: Wilcze tropy – Zygmunt Scenariusz: Sławomir Zajączkowski Rysunki: Krzysztof Wyrzykowski Wydawnictwo: Instytut Pamięci Narodowej 2012 Ilość stron: 40 Cena: 26 zł

Wilcze tropy rozczarowują. Niestety. Po dobrym otwarciu inicjatywy wydawania komiksów historycznych, IPN wyraźnie spoczął na laurach. Pierwsze trzy albumy – historia ataku na areszt UB w Brzozowie, opowieść o „Pługu” i cichociemnych z „Ospy” były naprawdę dobrymi komiksami. Wilcze tropy są tylko poprawne. Ich lektura nie od126 | nr 18

ciska piętna na czytelniku – ot, obrazkowe przedstawienie faktów historycznych, emocjonalnie pusty dokument. To niedobra cecha – atuty albumu, czyli świetna kreska, historia oddziału „Zygmunta” która jest kanwą scenariusza, wsparcie potężnego wydawcy, jakość wydania, to wszystko zostaje zaprzepaszczone słabym scenariuszem.


RECENZJE

Najgorsze jest to, że album zapowiada się naprawdę nieźle; otóż dwie młode dziewczyny zaciągają się do oddziału „Zygmunta” jako sanitariuszki. W ich rozmowie z żołnierzami odmalowany zostaje obraz dowódcy – doświadczonego żołnierza, obdarzonego zaufaniem dowództwa i  szacunkiem podkomendnych. To doskonały początek dla opowieści widzianej jakby zza pleców „Krystyny” i  „Danki”. Historia AK-owskiego oddziału widziana oczami kobiet, stojących niejako poza męskim światem przemocy i  wojny – tak, to byłoby ciekawe. Lecz zamiast tego czytelnik dostaje streszczenie losów „Zygmunta” i jego oddziału. Zamiast intrygującej opowieści – kawałek podręcznika do historii, suchego i pozbawionego emocji. Ale, trzeba oddać sprawiedliwość, bardzo dobrze wykonanego podręcznika. Rysunki Wyrzykowskiego są świetne. Dynamiczne, pełne akcji i  emocji. Mocna, zdecydowana kreska, którą na przykład wykonana jest scena spotkania „Zygmunta” z  kapitanem Cynkiem z  Ludowego Wojska Polskiego zamienia się w starannie

wypracowaną niechlujność, oddającą chaos i  gwałtowność walki, jak choćby plansze z  bitwą w  Miodusach Pokrzywnych. Osobne pochwały należą się rysownikowi za okładkę, niezwykle dynamiczną i  pełną napięcia, a do tego przepięknie namalowaną. Ale to rzecz znamienna dla wszystkich IPN-owskich produkcji, bo okładki mają świetne. Dobrze się dzieje, że IPN wydaje swoje komiksy. Specyfika medium na pewno uła127 | nr 18


twia dotarcie z historią do tych, do których podręcznik czy wykład akademicki niekoniecznie trafią. Jeszcze lepszą rzeczą jest to, że Instytut zajmuje się tymi fragmentami naszych dziejów, o których jeszcze niedawno nie można było mówić ani pisać. Opowieści takie jak Wilcze tropy mają szansę naprostować (lub stworzyć zupełnie od nowa) prawdziwy, odkłamany obraz historii Polski. Trzeba jednak pamiętać, że to nie może być lektura chłodna, pozbawiona emocji. Jest przecież w komiksie „wkładka historyczna” – ostatnie strony zajmują artykuły dra Tomasza Łabuszewskiego i  Kazimierza Krajewskiego. Tam jest doskonałe miejsce na fakty i  wydarzenia pokazane z dystansu naukowca. Pozostaje mieć nadzieję, że następny tom, poświęcony Marianowi Bernaciakowi pseud. „Orlik” będzie lepszy, mocniej chwytający za serce, w  końcu to rola literatury. Ale na razie seria Wilcze tropy nie przekonuje do siebie.

128 | nr 18


Magazyny tradycyjne: magazyny wewnętrzne, magazyny zewnętrzne ||| Magazyny interaktywne: magazyny na iPad, Kindle, do publikacji w internecie Katalogi: prestiżowe katalogi drukowane i interaktywne, katalogi produktowe, foldery ||| Raporty roczne: bogate graficznie raporty roczne w formie tradycyjnej oraz cyfrowej ||| Publikacje okolicznościowe: książki, magazyny, katalogi, gazetki i inne ||| Sprawdź całą naszą ofertę na www.hussars.pl.

129 | nr 18

Sprawdź cennik usług wydawniczych oraz reklamowych na hussars.pl


Oksa Pollock. Ostatnia nadzieja Anne Plichota, Cendrine Wolf

Tytuł: Oksa Pollock. Ostatnia nadzieja Autor: Anne Plichota, Cendrine Wolf Tłumacz: Karolina Sikorska Wydawnictwo: Czarna Owca 2011 Liczba stron: 640 Cena: 39,90 zł

Jeśli ktoś szuka powieści oryginalnej, wnoszącej powiew świeżości do literatury młodzieżowej, może się zawieść. Jeśli natomiast ma ochotę na znakomitą rozrywkę, książkę w  której można zatonąć po uszy – to Oksa Pollock spełni swoje zadanie. Oksa to trzynastolatka, która po dość niespodziewanej przeprowadz130 | nr 18

ce z  Paryża do Londynu odkrywa u  siebie niesamowite zdolności. Potrafi strzelać kulami ognia, przenosić przedmioty siłą woli, a  nawet zadawać ciosy, nie dotykając przeciwnika. Na dodatek na jej brzuchu pojawia się dziwne znamię. Na jego widok babcia dziewczynki wpada w euforię i na pospiesznie zwołanym zgromadzeniu


RECENZJE

rodziny i  przyjaciół Oksa dowiaduje się prawdy o  swoim pochodzeniu. Pollockowie przybyli z krainy Edefii, ukrytej gdzieś na Ziemi. Opuścili ją w  dramatycznych okolicznościach, gdy Wiarołomcy przejęli władzę. Nastolatka ma pomóc wygnańcom w powrocie do ojczyzny, gdyż nie tylko dysponuje niezwykłymi mocami, ale jest też potomkinią rodu Najłaskawszych, władających We-Wnętrzem. Zanim jednak Oksa przystąpi do działania, musi nauczyć się kontrolować swe talenty i odkrywać nowe, których nawet nie podejrzewała. Stopniowo poznaje historię Edefii i swojej rodziny, zachwyca się nieznanymi odmianami roślin i  zwierząt, które uchodźcy zdołali ze sobą zabrać. Dziewczyna od razu też musi zmierzyć się z  przeciwnościami: w  szkole ma kilkoro wrogów wśród uczniów, czeka ją też walka z prześladującym Pollocków i ich przyjaciół Wiarołomcą, który również pragnie przedostać się do Edefii. Anne Plichota i Cendrine Wolf napisały książkę wciągającą od pierwszych stron, trzymającą w  napięciu, rozładowywanym niekiedy dawką humoru. Trudno uwierzyć, że ponad sześciusetstronicowy tom to zaledwie wstęp: poznajemy Oksę i  jej najlepszego przyjaciela Gusa, towarzyszymy im w nowej szkole, przeżywamy z dziewczynką jej przemianę i  stopniowe zgłębianie rodzinnych sekretów. Oksę wspiera Gus, poznajemy też jej ekscentryczną babcię, pełnych niepokoju rodziców i  całą galerię krewnych i  przyjaciół domu. Nie brakuje też momentów pełnych dramatyzmu, gdy trzynastolatka musi przeciwstawiać się niebezpiecznemu i bezwzględnemu przeciwnikowi.

Autorki tak sprawnie posługują się zestawem mało oryginalnych elementów, że trudno wytykać im wady książki: na ich rozważanie nie pozostawia czasu wartka fabuła. Z  recenzenckiego obowiązku trzeba jednak wspomnieć o  nasuwających się skojarzeniach z  historiami o  Harrym Potterze – nagłe odkrycie tajemniczych mocy u  nastoletniej bohaterki, powolne zgłębianie rodzinnych sekretów, nowa szkoła, prześladowcy, poważne zadanie czekające ją w przyszłości. Plichota i Wolf przesadziły nieco z wprowadzaniem do fabuły licznych roślin i zwierząt, których charaktery i właściwości użytkowe są szeroko omawiane. Na szczęście sceny z ich udziałem mają zwykle charakter humorystyczny, dzięki czemu nie są nużące. Polski przekład, poza kilkoma drobiazgami, nie pozostawia wiele do życzenia. Naturalnie brzmią nazwy magicznych przedmiotów, umiejętności, roślin i  zwierząt, a styl wypowiedzi postaci jest umiejętnie różnicowany (szczególne uznanie należy się za Bzikusków). Rażą jednak nieco angielskie wtręty i  nadużywanie wykrzyknika „wow!”. Obszerność tomu sugeruje, że dzieje Oksy są zaplanowane z  dużym rozmachem i że raczej nie osiągnie ona swego celu już w tomie następnym. Należy mieć nadzieję, że autorek nie zawiedzie wyobraźnia i dalsze przygody Młodej Najłaskawszej będą równie ciekawe i  zapewnią równie wiele zabawy.

131 | nr 18


Wpływowe kobiety Drugiej Rzeczypospolitej Sławomir Koper

Tytuł: Wpływowe kobiety Drugiej Rzeczypospolitej Autor: Sławomir Koper Wydawnictwo: Bellona 2011 Liczba stron: 415 Cena: 35,00 zł

To już kolejna publikacja, w której Sławomir Koper przybliża czytelnikowi mniej znane epizody z  życia znanych ludzi. Tym razem obiektem swych zainteresowań autor uczynił, jak mówi tytuł, wpływowe kobiety okresu Drugiej Rzeczypospolitej. Książka składa się z  dziewięciu rozdziałów, przy czym w  pierwszym 132 | nr 18

ogólnie omówiona została sytuacja kobiet w  okresie międzywojennym. Pisze tu autor m.in. o  sufrażystkach i  o  polskich ruchach emancypacyjnych. Jest to interesujące wprowadzenie do poruszanej w dalszych częściach problematyki. Jak na książkę popularnonaukową przystało, autor nie posługuje


RECENZJE

się naukowym żargonem, dzięki czemu omawiane zagadnienia są bez trudności zrozumiałe dla laika. Na uwagę zasługuje sprawność, z jaką wplata w tok narracji fragmenty materiałów źródłowych. Nie przerywają ani nie zakłócają one toku wywodu, lecz umiejętnie go uzupełniają lub kontynuują. Czytelników innych dzieł Kopra styl ten na pewno nie rozczaruje. Warto zauważyć też pewną zmianę w tym stylu pisania. O ile pisząc o związkach z kobietami w  życiu Adama Mickiewicza, autor starał się unikać taniej sensacji, to w  przypadku wpływowych kobiet trudno oprzeć się wrażeniu, że wyciąganie różnorodnych brudów na światło dzienne (nawet jeżeli są one zaczerpnięte z pamiętników bohaterek) uczynił sobie za punkt honoru i cel sam w sobie. W ten sposób książka niewątpliwie zyskuje na atrakcyjności, ale czy nie można zainteresować czytelnika ciekawszymi sprawami niż podboje łóżkowe? Ze względu na dość barwną plejadę postaci pojawiających się „przy okazji”, można by się zastanowić, czy w kolejnej publikacji tego typu (a jak wynika ze wstępu, autor ma już kolejne w planach) znalazłoby się miejsce na indeks osób, które w życiu głównych bohaterów lub bohaterek odegrały ważniejszą rolę. Pomógłby on niewątpliwie w dokonaniu przynajmniej pobieżnej oceny zawartości książki, tym bardziej że z tytułów i  podtytułów poszczególnych rozdziałów nie zawsze dokładnie wynika, o kim będzie mowa tym razem. W  książce wielokrotnie pojawiają się cytaty. Wziąwszy pod uwagę wykształcenie autora, można by spodziewać się odnośnych przypisów, zwłaszcza w  dobie wy-

krywania kolejnych plagiatów prac naukowych i dyskusji o poszanowaniu własności intelektualnej. Niestety, w  całej publikacji nie pojawia się ani jeden przypis. Czytelnik zainteresowany zgłębieniem życiorysu wybranej postaci jest skazany zatem na własne kwerendy biblioteczne, jako że bibliografia zamieszczona na końcu to jedynie wykaz najważniejszych dzieł (głównie podane są materiały źródłowe). Choć praca została skierowana do szerokiego grona czytelników, być może dzięki zastosowaniu odpowiedniego aparatu naukowego miałaby szansę zaistnieć również w  świecie naukowym – jeśli nie dostarczając nowych wyników badań, to przynajmniej ułatwiając poszukiwania odpowiedniej literatury. Tak jak dotychczasowe książki tego autora, tak i  recenzowana tu publikacja, pomimo pewnych mankamentów natury głównie technicznej, stanowi wciągającą lekturę, dzięki której można dowiedzieć się mnóstwa ciekawostek (mniej lub bardziej pikantnych) ż życia osób wyniesionych na piedestał w okresie międzywojennym i później.

133 | nr 18


Kup w sklepie:

Kingdoms

Reiner Knizia to dla osób grających w gry planszowe osobistość pokroju Umberto Eco. Jest on od wielu lat najlepszym projektantem abstrakcyjnych gier logicznych, czyli takich, w których otoczka fabularna schodzi na dalszy plan, na rzecz doskonale przemyślanej mechaniki rozgrywki. Kingdoms to wznowienie jednego 134 | nr 18

z jego wczesnych hitów, który ukazał się pierwotnie w 1994 roku w Niemczech, gdzie nosił tytuł Auf Heller und Pfennig. Co ciekawe, mimo swoich blisko dwudziestu lat, tytuł ten w ogóle się nie zestarzał. Stało się tak głównie z tego powodu, że w  przypadku gier logicznych nie ma się w  zasadzie co zestarzeć.


RECENZJE

Jeżeli zasady gry zostały dobrze przemyślane, to niezależnie od zmieniających się na rynku mód, będzie ona wciąż tak samo grywalna. Najlepszym przykładem na prawdziwość tej tezy są szachy, które od wielu wieków królują na polu gier strategicznych i  nie wydaje się, aby w  najbliższym czasie miały odejść do lamusa. Podobnie jest z  Kingdoms, kolejne reedycje to bowiem jedynie zmiany w  jakości wykonania poszczególnych elementów, grafikach i  – co ciekawe – w  samych założeniach fabularnych. Pierwotnie Auf Heller und Pfennig opowiadał o  rywalizacji pomiędzy kupcami, rozstawiającymi swoje kramy na średniowiecznym rynku. Zapewne taka tematyka okazała się dla amerykańskiego wydawcy zbyt mało interesująca, ponieważ zdecydował się on przenieść zmagania na o  wiele wyższy poziom – walkę pomiędzy feudalnymi władcami (stąd też wzięła się nowa nazwa dla gry). Władcy czy kupcy, nie ma to żadnego znaczenia dla przebiegu rozgrywki, ta opiera się bowiem na znajomości elementarnych działań matematycznych i  przemyślanym dokładaniu na planszę kolejnych żetonów. Plansza składa się z trzydziestu pól, podzielonych na pięć szeregów i  sześć kolumn. Podczas kolejnych tur gracze dokładają nań żetony o wartości od -1 do +6 (z pominięciem zera), żetony specjalne (modyfikujące zasady podstawowe) lub figurki zamków. Celem gry jest uzbieranie podczas trzech kolejnych rozdań jak największej ilości złota. Wygrywa oczywiście ten z graczy, który uzbiera go najwięcej. Zasada punktowania jest prosta. W momencie, w którym na planszy nie pozostały

już żadne wolne pola, podlicza się kolejno wartości liczbowe wszystkich szeregów i kolumn (w  ten sposób każde pole punktuje dwa razy). Każdy gracz posiadający w ich obrębie swój zamek otrzymuje określoną ilość złota. Zamki, które można umieścić na planszy różnią się od siebie liczbą wież – od jednej do czterech. Każda wieża to mnożnik uzyskanej przez gracza sumy lub różnicy. Dla przykładu, jeżeli gracz posiada zamek z czterema wieżami w kolumnie, której wartość wynosi dwa, otrzyma osiem sztuk złota (2*4=8). Mechanika Kingdoms jest na tyle prosta, że bez problemu można ją wytłumaczyć każdej osobie, która przerobiła w szkole podstawy matematyki. Prosta mechanika nie oznacza jednak banalnej rozgrywki, ponieważ ta stanowi niezwykle wymagające wyzwanie intelektualne. Poprzez zastosowanie zasady losowego doboru kolejnych dokładanych na planszę żetonów, Knizia uniemożliwił pełną kontrolę nad każdym ruchem (chociaż istnieje tego typu wariant). Gra stała się przez to bardziej taktyczna i  wymagająca ciągłego reagowania na kolejne posunięcia przeciwników. Dzięki temu zabiegowi Kingdoms pełne jest dramatycznych zwrotów akcji, które nie pozwalają się nudzić. Jedyne, co w  przypadku tego tytułu może razić, to jego pretekstowa fabuła. Równie dobrze moglibyśmy w nim bowiem sadzić sałatę lub budować odcinki autostrad na Euro (zapewne z  lepszym rezultatem, niż ma to miejsce w rzeczywistości). Jest to jednak zarzut sformułowany nieco na siłę, ponieważ podczas zabawy i tak nie zwraca się uwagi na otoczkę fabularną – liczy się wyłącznie maksymalizacja zysków. 135 | nr 18


James Bond.

Szpieg, którego kochamy. Kulisy najdłuższego serialu w dziejach kina Michał Grzesiek

Tytuł: James Bond. Szpieg, którego kochamy. Kulisy najdłuższego serialu w dziejach kina. Autor: Michał Grzesiek Wydawnictwo: Bukowy Las Liczba stron: 582 Cena: 59,9 zł

Nie jaram się Bondem. Nie należę do grona fanatycznych wielbicieli Agenta Jej Królewskiej Mości, więc do książki Michała Grześka James Bond. Szpieg, którego kochamy zajrzałam z pewną rezerwą. Pomysł jest niezły: zamiast kolejnej, klasycznej monografii dostajemy pięćset osiemdziesiąt stron naszpikowanych informacjami, anegdotami i ciekawostkami, o  których mogą nie wiedzieć 136 | nr 18

nawet najgorętsi wyznawcy 007. Konstrukcja książki też nie przypomina klasycznej rozprawy: wstęp, rozwinięcie, zakończenie. To raczej zbiór cytatów, obudowanych scenami i  historiami z i spoza planu. Zdecydowanie najsłabszą stroną tej pozycji jest jej warstwa graficzna. Książka Grześka, żeby nie było wątpliwości, traktuje o filmowych adaptacjach kryminałów Iana Fleminga. A te przyzwy-


RECENZJE

czaiły nas do zawrotnych budżetów kolejnych produkcji, coraz bardziej widowiskowych scen wybuchów, pościgów i  oczywiście pięknych kobiet. Mamy więc prawo liczyć na to, że to opasłe tomiszcze będzie zawierać coś więcej niż tylko kolorową, 12-kartkową wszywkę. Sama treść, choć bez wątpienia ciekawa dla miłośników Bonda, chwilami znuży, szczególnie tych mniej zaangażowanych. Natłok anegdot i  wesołych dykteryjek, płynący w  powodzi nazwisk i  faktów może przyprawić o  zawrót głowy. Zwłaszcza u  kogoś niezorientowanego w temacie, dla kogo nie ma większego znaczenia, czy agenta 007 gra Sean Connery, czy Daniel Craig, i komu jest wszystko jedno, jaka piękność tym razem pojawia się u jego boku, kto i  dlaczego jest jego największym antagonistą ani jakie gadżety najsłynniejszy brytyjski agent będzie miał tym razem na podorędziu. Jeśli lubicie patrzeć na całą serię z przymrużeniem oka i specjalizujecie się w  wyszukiwaniu niedorzeczności w  scenariuszach poszczególnych filmów, sięgnijcie po tę książkę, żeby nadrobić i  uzupełnić wiedzę potrzebną do kolejnego prześmiewczego seansu. Jeśli zaś zaliczacie się do grona „bondofilii”, to dla Was pozycja obowiązkowa. Przeczytajcie ją zatem sumiennie, od deski do deski, żeby przekonać się, jak mało jeszcze wiecie o  ulubionym agencie dżentelmenie. 137 | nr 18


DZIECIĘCE ZACZYTANIE

DZIECIĘCE Z 138 | nr 18


fot. shutterstock.com

ZACZYTANIE

139

| nr 18


DZIECIĘCE ZACZYTANIE

PRZECIEŻ TO URODZINY JEZUSKA!

R

ozbił się. Nie w drobny mak, ale jednak nieodwracalnie i  ostatecznie. I zaczęło się tłumaczenie. Nie, to tylko pomnik Marii, jej samej nic się nie stało, nic ją nie boli, może co najwyżej jest jej trochę przykro. Było i nie ma. Stała sobie stara figura Matki Boskiej na rogu ulic. Zwyczajna niezwyczajna, dla moich dzieci ważna, bo spotykana codziennie. Można było usiąść blisko niej na drewnianej ławeczce, pomachać nogami, popatrzeć na zapalone świece, porozmawiać. Kierowca nie wymierzył – pomnik rozbity (samochód też). Rozżalone pytania, a  dlaczego Maria tak ciągle porozbijana leży na ziemi, wkrótce przeszły w pomysły, a może sprytny tata ją poskleja, a może te kawałki da się złożyć jak układankę? Emocje trochę opadły, gdy okazało się, że dookoła nas jest całkiem sporo podobnych figurek Marii w biało-niebieskiej szacie. Duże i małe, na ulicy, na podwórkach, przed domami, wystarczy trochę się porozglądać. Więc jednak

to pomnik, coś jak rysunek czy zdjęcie. Ale gdzie w  takim razie jest prawdziwa Maria? I co ona właściwie robi w tym niebie? Proste pytania dzieci, jak zawsze dotykają spraw najistotniejszych. Im krótsze, tym dłuższa odpowiedź. To, co dla nas oczywiste, dla nich często jest co najmniej dziwne. I  tak, w  grudniu, z  nienacka może zaskoczyć nas pytanie: Mamo, a dlaczego ja dostanę prezent na Boże Narodzenie? Przecież to urodziny Jezuska! Tym razem szukając dobrych książek dla maluchów, rozglądamy się w  Dziecięcym zaczytaniu szczególnie za wartościowymi książkami religijnymi. Sylwia Skulimowska

140 | nr 18


W  wielu książkach tego typu autorzy poprzestają na wycięciu jednego owalnego otworu i  wypełnieniu go barwnym puszkiem. To samo „futerko” widzimy wówczas na wszystkich stronach. Arka Noego – jak przystało na opowieść o  łodzi, na której znalazły schronienie wszystkie zwierzęta świata – idzie nieco dalej. Możemy dotknąć futerka królika, grzywy lwa, ale także szorstkiej skóry słonia czy nawet ciemnej gradowej chmury. Trzeba szczerze przyznać, że faktury inne niż futerka nie są już tak spektakularne – chmura na przykład to kawałek szarej tektury. Barwne rysunki z zabawnymi zwierzakami rekompensują jednak te (wątpliwe zresztą) niedociągnięcia. Wraz z Arką Noego maluchy otrzymują pokaźną porcję doznań wzrokowych i niesamowite wrażenia z  zakresu kinestetyki. Brakuje jedynie dźwięków. O  nie muszą zatroszczyć się zapobiegliwi rodzice, czytając pociechom krótką historię o arce, którą zbudował Noe, i zastanawiając się, jaki właściwie odgłos wydaje królik…

Arka Noego

Caroline Jayne Church Rec.: Ewa Popielarz Naukowcy dzielą ludzi na wzrokowców, słuchowców i czuciowców. Zazwyczaj zapominają jednak dodać, że chodzi im o ludzi dorosłych. Maluchy odbierają rzeczywistość wszystkimi zmysłami, a  im więcej bodźców otrzymują, tym ciekawszy wydaje się im świat. Książeczka, która już na okładce kusi nie tylko kolorowymi obrazkami, ale także puszystą grzywą lwa, którą można pogłaskać i zmierzwić (bez ryzyka, że ręka znajdzie się zaraz w  paszczy wielkiego kota), ma zatem ogromne szanse zaskarbić sobie zainteresowanie małego czytelnika. Arka Noego autorstwa Caroline Jayne Church to wydawnictwo z serii Dotknij i poczuj – krótka opowieść o potopie, zwierzętach i tęczy, która wprowadzi dziecko nie tylko w  barwny świat zwierząt, ale także pomoże zapoznać je z pierwszymi historiami biblijnymi.

Tytuł: Arka Noego Autor: Caroline Jayne Church Tłumaczenie: Krzysztof Pachocki Wydawnictwo: Święty Wojciech, 2011 Liczba stron: 12 Cena: 19,90 zł Twarda oprawa, kartonowe strony

141 | nr 18


DZIECIĘCE ZACZYTANIE

ciekawe wiadomości, których moc kryje się na każdej stronie. Informacje ujęte są w  rozmaite formy, np. instrukcji budowania namiotu, wiele z nich jest wypunktowanych, jak chociażby rodzaje przyrządzanych w dawnych czasach deserów: ciastek słodzonych miodem, pączków w kształcie zwierząt czy sucharów z… szarańczy. Do opisów rysunków dodano charakterystyczne zwroty do czytelnika, kierujące jego uwagę na ważne elementy. Nie brak także pytań, sprawdzających nabytą wiedzę i zachęcających do jej poszerzania. Bardzo interesujące jest połączenie rysunków przedstawiających dawne dzieje ze współczesnymi zdjęciami. Widzimy chociażby targ w Beer-Szebie w południowym Izraelu, gdzie dotąd handluje się owcami, albo rybaków z sieciami na Jeziorze Galilejskim. Jak inaczej brzmią wtedy fragmenty Pisma Świętego o Jezusie wypływającym na jezioro ze swoimi uczniami! Odnośniki do fragmentów biblijnych umieszczone są niemal na każdej stronie książki. Dzięki temu można połączyć czytanie Pisma z poznawaniem dawnych zwyczajów. Bohaterowie ksiąg i Ewangelii ożywają na naszych oczach. Nie są już tylko postaciami, których imiona wyczytuje się z kościelnej ambony. Są ludźmi z krwi i kości, w których życiu możemy choć przez krótką chwilę uczestniczyć.

Życie w czasach Jezusa. Praca, zwyczaje, religia Anne Adams

Rec. Ewa Popielarz Jaki prezent kupić dziecku na chrzest albo Pierwszą Komunię? Oczywiście Biblię w  obrazkach. Księgarskie półki dosłownie uginają się pod ciężarem ich przeróżnych wydań. A  gdyby tak postawić na oryginalność i sięgnąć po książkę, która ma z Pismem Świętym wiele wspólnego, ale Biblią nie jest? Czytając ewangeliczne historie, sami pewnie nieraz zastanawialiśmy się, jak żyli ludzie w tamtych czasach. Niewiele się o tym mówi, dlatego rodzic zasypywany podobnymi pytaniami przez dociekliwego malucha często rozkłada bezradnie ręce. I wtedy w sukurs przychodzi najnowsza książka wydawnictwa Jedność Życie w czasach Jezusa. Praca, zwyczaje, religia. Trudno powiedzieć, co w  tym albumie jest ważniejsze – piękne, wielobarwne zdjęcia, rysunki, schematy czy może niezwykle

Tytuł: Życie w czasach Jezusa. Praca, zwyczaje, religia Tekst: Anne Adams Tłumaczenie: Ryszard Zajączkowski Wydawnictwo: Jedność, 2011 Liczba stron: 128 Cena: 29 zł Twarda oprawa 142 | nr 18


Ciekawość to pierwszy stopień do piekła? Nakładem Wydawnictwa Święty Wojciech ukazały się dwie książki dla dzieci szczególnie ciekawych świata i  jego stwórcy: A czy Boga można o coś zapytać? oraz Czy Bóg istnieje?. W pierwszej amerykańska katechetka Kathryn Slattery, bazując na swych zawodowych doświadczeniach, opowiada o podstawach wiary chrześcijańskiej. Mnóstwo dziecięcych pytań doczekało się rzetelnej, opartej na Piśmie Świętym odpowiedzi. Autorami książki Czy Bóg istnieje? jest zespół naukowców. W formie wykładów miniatur zajmująco opowiadają o fundamentalnych zagadnieniach dotyczących Boga i wiary. Obie książki warto potraktować jako całość – ich treść wzajemnie się uzupełnia. Czy Bóg istnieje? wymaga od czytelnika nieco więcej uwagi i skupienia. Czy Biblia mówi prawdę, czy dziś zdarzają się cuda, co jest po śmierci i skąd się wziął świat – o tym wszystkim eksperci odpowiadają z  punktu widzenia nauki. Czynią to tak zajmująco, że nie jeden dorosły z chęcią sięgnie po tę książkę. A  czy Boga można o  coś zapytać? utrzymana jest w  swobodniejszym stylu. Obok pytań poważnych np. o  pochodzenie Boga, istotę Ducha Świętego czy Trójcę Świętą pojawiają się też zaskakujące (przynajmniej dla dorosłego czytelnika): czy Jezus żył na ziemi przed pojawieniem się dinozaurów, czy po ich wyginięciu, czy Bóg kiedykolwiek śpi, czy Duch Święty naprawdę jest duchem, jakim dzieckiem był Jezus, czym jest grzech, dlaczego mówimy „Alleluja” w Wielkanoc, czy Jezus nosi nazwisko Chrystus... i wiele, wiele innych. Życzliwy

A czy Boga można o coś zapytać? Odpowiedzi biblijne na pytania ciekawskich dzieci. Kathryn Slattery

Rec. Sylwia Skulimowska

Czy Bóg istnieje? Wielkie problemy religii. Dzieci pytają – naukowcy odpowiadają. Albert Biesinger Helga Kohler-Spiegel

Rec. Sylwia Skulimowska 143

| nr 18


DZIECIĘCE ZACZYTANIE

ton odpowiedzi i  liczne odnośniki do Biblii to atuty tej książki. Czytanie ułatwia też klarowny podział tematyczny. Obie książki stanowią znakomitą pomoc dla rodziców i opiekunów, wzbogacają i uzupełniają wiedzę dzieci. Tytuł: A czy Boga można o coś zapytać? Odpowiedzi biblijne na pytania ciekawskich dzieci. Autor: Kathryn Slattery Tłumaczenie: Marcin Nowicki Wydawnictwo: Święty Wojciech, 2010 Liczba stron: 239 Cena: 25 zł

Moja pierwsza Biblia Rec. Sylwia Skulimowska

Tytuł: Czy Bóg istnieje? Wielkie problemy religii Dzieci pytają – naukowcy odpowiadają. Red.: Albert Biesinger, Helga Kohler-Spiegel Ilustracje: Mascha Greune Tłumaczenie: Katarzyna i Kamil Markiewiczowie Wydawnictwo: Święty Wojciech, 2010 Liczba stron: 144 Cena: 29,90 zł Oprawa twarda

Biblia – dla dorosłego lektura trudna i  wymagająca, w  wersji dziecięcej, by znaleźć w maluchu wiernego czytelnika, musi kusić tajemniczością i piękną szatą graficzną. Taka właśnie jest Moja pierwsza Biblia. Od razu zwraca na siebie uwagę. Złote litery tytułu na twardej okładce, błyszczące gwiazdy na ciemnym niebie, a  w  środku, na każdej stronie mnóstwo bajecznie kontrastowych kolorów. Arka Noego wypełniona po brzegi zwierzakami, szarańcza jako jedna z egipskich plag, Jonasz w morskich głębinach ... ilustracje na długo przykuwają uwagę dziecka. Dobór słów i  sposób snucia opowieści wskazuje, że to raczej druga lub trzecia Biblia dziecka, a nie pierwsza, jak podpowiada tytuł. Książka adresowana jest dla dzieci powyżej pięciu lat. Słowa wyjaśnienia ze strony rodziców są niezbędne – to lektura do wspólnego czytania. Tematy trudne, jak 144 | nr 18


na przykład śmierć Jezusa na krzyżu ukazane są taktownie i z wyczuciem.

audiobooka pt. Anioł i Stróż, czytanego przez Wojciecha Malajkata. Prawie godzinne rozważania o  mieszkańcach nieba rozpoczynają się od „analizy” modlitwy do Anioła Stróża. Ks. Twardowski na prostych przykładach udowadnia maluchom, że nie jest to zwykły wierszyk, który wystarczy wyrecytować przed snem. Każde słowo jest tu ważne, każdemu autor poświęca uwagę. Ks. Twardowski potrafił dostrzec w  świecie to, co najmniejsze, najbardziej niepozorne. Uczył, że nie trzeba wielkich znaków i cudów, by dojść do Boga. Prowadzi nas do niego już samo niepojęte piękno przyrody, piękno „dzięcioła co nie śpiewa tylko woła / koguciego ogona w którym jest pięć kolorów […] / motyla co porusza skrzydłami pięć tysięcy na minutę”… W opowiastkach o aniołach kapłan przekonuje, że niebiescy posłańcy wcale nie muszą być majestatyczni i  wyglądać jak mityczni herosi. Nawet niepozorny osiołek ze stajenki betlejemskiej jest jak anioł stróż – nie ma aureoli, jest zwyczajny i mały, a zdołał wykiwać potężnego Heroda. Niczym prawdziwy Osiołek Stróż! To chyba najważniejsze i  najpiękniejsze przesłanie tekstów ks. Jana – aniołem może być każdy z nas. Mama, na co dzień poważna lekarka albo pani profesor, w domu usługuje – gotuje, sprząta, jak prawdziwy anioł nie boi się służby. Każde dziecko jest aniołem, kiedy śpi. Sztuka polega na tym, by pozostać nim po obudzeniu.

Tytuł: Moja pierwsza Biblia Ilustracje: Mandy Field, Maria Pearson Tłumaczenie: Paulina Zaborek Wydawnictwo: Jedność, 2010 Liczba stron: 144 Cena: 27,30 zł

Anioł i Stróż

ks. Jan Twardowski Rec. Ewa Popielarz Jak wytłumaczyć maluchowi, kto to jest anioł? Ba, jak opowiedzieć mu o diabłach? Przychodzi taki moment, że każdy rodzic musi sobie postawić te pytania. Na szczęście nie trzeba już niepotrzebnie gimnastykować szarych komórek. Z pomocą przychodzi ksiądz, który potrafił jak nikt inny mówić językiem dzieci. Pewnie dlatego, że całe życie widział świat ich oczami. Wybór wierszy, homilii i  opowieści ks. Jana Twardowskiego, dzięki staraniom wydawnictwa WAM, został opublikowany w formie

Tytuł: Anioł i Stróż Autor: ks. Jan Twardowski Czyta: Wojciech Malajkat Wydawnictwo: WAM, 2011 Cena: 24,90 zł Audiobook 145 | nr 18


DZIECIĘCE ZACZYTANIE

Literatura spaja pokolenia. Mijają lata, przemijają ludzie, a  dobre książki nadal trwają i  cieszą się ogromnym powodzeniem. Któż nie pamięta małych książeczek z  serii Poczytaj mi mamo? Przygód małej i zarozumiałej łyżeczki, Piotrusia, który kochał konie i babci latającej aeroplanem nie sposób nie wspominać z  rozrzewnieniem. Teraz, dzięki wydawnictwu Nasza Księgarnia, ulubione bajki rodziców i  dziadków, mogą posłużyć także ich dzieciom. Poczytaj mi mamo to wznowione wydanie dobrze znanych bajek. Książka z pozoru różni się od starych edycji – ma twardą oprawę i inny format, jednak w jej wnętrzu kryją się przedruki starych wersji w  niezmienionej formie. Odnajdziemy w  niej oryginalne okładki i ilustracje. Wydane na

Poczytaj mi mamo. Księga druga Rec. Marta Gulińska

146 | nr 18


pięknym papierze są o wiele bardziej barwne niż te, które opublikowano lata temu. W  Księdze drugiej znalazły się bajki wzruszające i  zabawne, w  każdym razie z  odpowiednim morałem. Mimo upływu lat i wrażenia, że świat tak bardzo się zmienił od czasu, gdy to my sami wpatrywaliśmy się w  rysunki Wandy Orlińskiej czy Mirosława Tokarczyka, jest to publikacja ponadczasowa i  aktualna. Znajdziemy tutaj opowiadania Małgorzaty Musierowicz, Elżbiety Szeptyńskiej, Danuty Wawiłow, Wandy Chotomskiej, Marii Łastowieckiej, Heleny Bechlerowej, Juliana Tuwima, Tadeusza Kubiaka, Sławomira Grabowskiego i  Marka Nejmana. Wiele z  nich mówi o  sprawach ważnych dla każdego dziecka – przyjaźni, rodzinie, marzeniach i  ciekawości w stosunku do otaczającego świata. Kiedy sięga się po Poczytaj mi mamo jest zupełnie tak, jak w  opowiadaniu Danuty Wawiłow Kiedy byłam mała, należącego do tego zbioru. Wszyscy stajemy się dziećmi ze swoimi marzeniami i snami. To książka mogąca łączyć pokolenia. Z czytania opowieści zawartych w tej serii ucieszą się dzieci, rodzice i dziadkowie.

Sto wierszy na każdą okazję Rec. Katarzyna Malec Dziecko, jako najmłodszy użytkownik języka, najpierw przysłuchuje się rozmowie starszych, treści bajek i  książeczek czytanych ciepłym, kojącym głosem matki, intuicyjnie naśladuje mowę dorosłych, poznaje litery, następnie składa zdania, by wreszcie samodzielnie przeczytać tekst. Niestety, w  tym wielopoziomowym procesie kształcącym sprawne posługiwanie się polszczyzną, przedstawianie liryki jest pomijane bądź traktowane po macoszemu. Nasze czasy – szybkie tempo życia, era komputeryzacji, a co za tym idzie schematyzacji informacji i uproszczenia komunikatu – także nie zachęcają do posługiwania się wierszem, językiem pełnym ekspresji, poetyckim. Świadomie prowokując, można uznać, że nawet zdania wielokrotnie złożone w dzisiejszym świecie powoli stają się reliktami. Zmieniająca się funkcja języka wymusza na nas, użytkownikach tego kodu, po-

Tytuł: Poczytaj mi mamo. Księga druga. Wydawnictwo: Nasza Księgarnia, 2011 Liczba stron: 280 Cena: 49,90 Oprawa: twarda

147 | nr 18


DZIECIĘCE ZACZYTANIE

niekąd dostosowanie się do obowiązujących norm w pewnych sytuacjach, np. w biurze. Tam język rządzi się swoimi prawami, na podobieństwo dress code wykształcił się swoisty language code. W  zaciszu domowym pozwólmy sobie i dzieciom odpocząć od tego współczesnego bełkotu, będącego zlepkiem anglicyzmów, skrótów, nieraz błędów fleksyjnych, którymi karmią nas mass media. Zróbmy wszystko, co w naszej mocy, by nasze dzieci nie posługiwały się językiem zaczerpniętym ze sloganów reklamowych. Dlatego tak ważna jest w dzisiejszych „ciekawych czasach” edukacja polonistyczna, zwłaszcza upowszechnianie liryki. Antologia Sto wierszy na każdą okazję to uzupełniający podręcznik szkolny, wspomagający naukę w  klasach I-III. Oprócz wierszy przeznaczonych dla dzieci, stanowi doskonałe kompendium wiedzy o polskich zwyczajach, nie tylko uwzględnionych przez kalendarz liturgiczny. Książka zawiera wiersze, ćwiczenia edukacyjne, scenariusze lekcji i  uroczystości szkolnych. Powinna zainteresować nauczycieli nauczania zintegrowanego, może być także pomocna dla polonistów kształcących starsze klasy szkoły podstawowej. Każdy z  dwudziestu pięciu rozdziałów podejmuje inną tematykę, związaną z ważnymi datami w  kalendarzu, np.: święta religijne, uroczystości świeckie tj. Dzień Kobiet, Dzień Ojca, Święto Edukacji Narodowej, walentynki. Obok wierszy adekwatnych do okazji, autorka prezentuje tzw. „stronę edukacyjną”– zestaw rozwijających intelektualnie i kształcących zdolności manualne zabaw dla dzieci. Ta bogato ilustrowana książka ze względu na swą wartość

merytoryczną, a  dla wielu rodziców także sentymentalną (pojawiają się tam wiersze znane już w  ich dzieciństwie) powinna na stałe zagościć na półce kilkulatka. Tytuł: Sto wierszy na każdą okazję Wybór i opracowanie: Aleksandra Michałowska Ilustracje: Artur Piątek Wydawnictwo: Siedmioróg, 2010 Liczba stron: 170 Cena: 30,99 zł Twarda oprawa

Wakacyjny koncert

Agnieszka Sikorska-Celejewska Rec. Michał Paweł Urbaniak Narratorką Wakacyjnego koncertu – debiutanckiej książki Agnieszki Sikorskiej-Celejewskiej – jest sympatyczna ośmioletnia Iga. Poznajemy ją, gdy wyjeżdża na wakacje do zamieszkałych na wsi dziadków. 148 | nr 18


Wakacje to specyficzny czas – stanowi oderwanie od codziennej rutyny, otwiera na nowe przygody i przeżycia. Tak jest również w  przypadku tej grupki dzieci, które są – cytując Igę – „prawdziwą mieszanką wybuchową”. Mali bohaterowie mają mnóstwo fantastycznych pomysłów na spędzenie wolnego czasu: budują domek, organizują koncert, spacerują w poszukiwaniu przygody, bawią się nad jeziorem, zakopują butelki z mapami pokazującymi drogę do ukrytych skarbów. Uciechom nie ma końca! Przy lekturze Wakacyjnego koncertu dziecko nie tylko będzie się dobrze bawić, kibicując sympatycznym bohaterom, ale również zrozumie, że nie potrzeba wcale nowoczesnych gadżetów (komputer, Internet, telefon komórkowy), aby wspaniale spędzić wolny czas – do dobrej zabawy wystarczy tylko dobrane towarzystwo i  odrobina inwencji. Dodatkowym plusem książki jest promowanie czytelnictwa wśród najmłodszych. Iga mówi: „Do swojego wakacyjnego plecaka zawsze wkładam książki […] w trakcie roku szkolnego dużo czytam”. Również i dorosły znajdzie coś dla siebie w  Wakacyjnym koncercie. Poprzez konwencję autorka nawiązuje do Dzieci z Bullerbyn, powieści znanej i lubianej przez kolejne pokolenia czytelników. Podobnie do Astrid Lindgren, Sikorska-Celejewska przedstawia dzieciństwo w arkadyjskiej konwencji – świat jest miejscem przyjaznym i  bezpiecznym, pełnym życzliwych osób, a  jego odkrywanie to wspaniała przygoda. Dzięki takiemu ujęciu i  dorosły odbiorca może poczuć się znowu dzieckiem. Właśnie dlatego Wakacyjny koncert jest odpowiednią lekturą do wspólnego czytania.

Postaci w tej powieści są przekonujące, sposób myślenia dziecka dobrze oddany, a wszystko napisane nie tylko przystępnym, ale również kunsztownym pod względem literackim językiem. Natomiast zdecydowanie słabą stroną są ilustracje – nie jest to urocza dziecięca kreska, którą pamięta się choćby z Dzieci z Bullerbyn. Postaci dziecięce są dość nieforemne, żeby nie powiedzieć zwyczajnie brzydkie, a  same obrazki nie przyciągają oka, rzadko stanowią dobre dopełnienie dla tekstu. Mimo wszystko warto wziąć udział w  Wakacyjnym koncercie Agnieszki Sikorskiej-Celejewskiej. Może się okazać, że będzie to jedna z ulubionych lektur dziecka. Tytuł: Wakacyjny koncert Autor: Agnieszka Sikorska-Celejewska Wydawnictwo: Akapit Press, 2011 Liczba stron: 135 Cena: 12,90

149 | nr 18


POD LUPĄ

Ocena: 5

Ocena: 5

Ocena: 4,5

Ocena: 5,5

DLA DZIECI W WIEKU

1-3

7+

7+

9+

BAWI

!!

!

!

!!

UCZY

!

!!!

!!!

!!!

CIESZY OKO – SZATA GRAFICZNA

!!

!!

!

!!

CIESZY UCHO – EFEKTY DŹWIĘKOWE

-

-

-

-

WIERSZEM PISANE

-

-

-

-

Z KRAINY FANTAZJI

-

-

-

-

Z ŻYCIA WZIĘTE – AUTOR O CODZIENNOŚCI

-

-

-

-

AUTOR BAJKI OPOWIADA

-

-

-

-

AUTORYTET O ŻYCIU I ŚMIERCI – POWAŻNE TEMATY

-

-

AUTOR PRZYBLIŻA HISTORIĘ

-

-

-

AUTOR STRASZY

-

-

-

-

DODATKOWE ATRAKCJE – NIETYPOWE DEKORACJE

dotykowe elementy

-

-

-

DOROSŁY TEŻ POLUBI

!

!

!!

150

!!| nr 18


Ocena: 4,5

Ocena: 5

Ocena: 5

Ocena:5

Ocena:5

6+

6+

3+

6+

7+

!

!!

!!!

!!

!!!

!!

!!

!!

!!!

!!!

!!!

-

!!!

!!!

!

-

!!

-

-

-

-

!!!

-

-

-

-

-

-

-

-

-

-

-

-

-

-

-

-

-

-

-

-

-

-

audiobook

-

-

-

!

!

!!

!!!

!!!

151

| nr 18


BIBLIONETKOWICZE PISZĄ SENTYMENTALNIE

20

marca rozpoczęła się astronomiczna wiosna. Kalendarzowa nie chciała być gorsza i przyszła tylko jeden dzień później. A ja, zimą skryta pod kołdrą, przy kaloryferze, z kubkiem herbaty w ręce, postanowiłam wyjść z  ukrycia i  sprawdzić, co dzieje się na zewnątrz. Dzieje się dużo. Katowickie autobusy zwariowały, tramwaje zeszły z  utartych torów, nawet dworzec kolejowy zmienił miejsce pobytu, meldując się tymczasowo na miejscu starego. Całe miasto jest rozkopane. Z  daleka słychać warkoty koparek, ostrzegawcze dźwięki spychaczy, stuk ubijarek, które wykopują, usypują, ubijają i  przewalają tony ziemi. Wydaje Wam się, że wiecie dlaczego? Uwierzyliście pogłoskom o  nowym dworcu i  nowym rynku? Nic bardziej mylnego. Stosy ziemi wydobywanej z  jednego miejsca i  przesypywane pieczołowicie w  inne miejsce skojarzyły mi się z  Henrykiem Schliemannem. Pierwszy raz zobaczyłam to nazwisko, gdy chodziłam do piątej klasy szkoły podstawowej. Wtedy na lekcjach historii zaczęliśmy zajmować się

antykiem, a  mama podsunęła mi książkę Zenona Kosidowskiego „Rumaki Lizypa”. Dość obszerna jej część poświęcona została właśnie Henrykowi Schliemannowi, człowiekowi, który, będąc urodzonym w  skromnej rodzinie, powinien zajmować skromną posadę i zadowolić się skromnym wynagrodzeniem. Był jednak na tyle upartym młodzieńcem, by nie pozwolić wtłoczyć się w  przyjęte ramy i  sięgnął dalej.���������������������������������������� I  głębiej. Jego zainteresowania�������� skierowały się ku starożytności, nie miał jednak czasu ani środków, by studiować. Czytał natomiast Homera. I, jak wielu z  nas, dał się porwać lekturze, więcej nawet, postanowił uwierzyć, że napisana przez Homera „Iliada” nie jest mitem, lecz książk�������� ą������� historyczną, opartą na faktach. Wtedy to wyznaczył sobie jeden cel, do którego zmierzał z wrodzonym uporem. Postanowił odkopać Ilion. Nie jestem pewna, czy książka „Rumaki Lizypa” Kosidowskiego przeznaczona jest wyłącznie dla starszych dzieci, ja czytałam ją w  wieku, gdy wszystko wydawało się prostsze, a trudności piętrzące się na życiowej drodze były przygodą raczej, niż uciążliwością. Inaczej odebrałam już kolej152 | nr 18


ną, o  wiele bardziej wyczerpującą, książkę o  Henryku Schliemannie – „Sen o  Troi” autorstwa Henryka Stolla, mitologizującą wręcz bohatera i  pokazującą, jak trudna była jego droga do spełnienia marzeń. Żeby realiz���������������������������� ować pasj������������������� ę, trzeba mieć pie���� niądze. Schliemann zarobił je, parając się handlem i  odnosząc na tym polu znaczne sukcesy. Zajęło mu to jednak sporo czasu. Po raz pierwszy do Grecji pojechał w wieku czterdziestu sześciu lat. Jest to ważne, zwłaszcza dla tych, którym wmawia się, że przekraczając czterdziestkę wchodzą w „smugę cienia”. Henryk Schliemann dopiero w drugiej połowie życia odkopał Troję i Mykeny. Zanim jednak tego dokonał, narażony był na kpiny wykształconych archeologów, zarzucających mu wiarę w  bajki. Nie uległ jednak miażdżącej krytyce. Po odkryciu oskarżany był o fałszerstwa i kradzieże. (Wątek ten szerzej przedstawiony został w  książce Irvinga Stone’a  „Grecki skarb”, która stara się Schliemanna odmitologizować; może dlatego������������������������ właśnie���������������� ujęła mnie najmniej, że darzę bohatera szczerą sympatią i podziwem.) Niewątpliwie jednak Henryk Schliemann był postacią kontrowersyjną. Mnie, germanistce, szczególnie imponują jego zdolności językowe. Opanował ponad 10 języków opracowaną przez siebie metodą – zamykał się w pokoju i czytał książki w obcym języku tak długo, aż ów przestał być dla niego obcy. Czyli znowu upór i żelazna konsekwencja. Jest przykładem, że nie należy zapominać o dziecięcych zauroczeniach, że warto mieć marzenia i  że wytrwałość pomoże nam je zrealizować. Że z  podniesionym czołem należy przyjmować krytykę,

rozważyć jej zasadność, ale nie pozwolić się jej odwieść od wytyczonych celów. I  dlatego trzymam kciuki za koparki, spychacze i  ubijarki. Być może odkopią miasto prasłowiańskiego plemienia Tuneloryjów, ba, może znajdą nawet Atlantydę? Elwira Poleszczuk Czytatnik autorki: „Czytatnik feministyczny”

153 | nr 18


FRAGMENT POWIEŚCI DANIEL ABRAHAM

SMOCZA DROGA

154 | nr 18


Fragment powieści

Daniel Abraham Smocza droga

Sir Geder Palliako Spadkobierca tytułu wicehrabiego Rivenhalm Gdyby Geder Palliako nie rozmyślał nad swoim przekładem, zapewne by się uratował. Książka, o której mowa, stanowiła spekulatywny esej na temat Utopionych napisany przez na wpół zdyskredytowanego filozofa z księstwa C’Annaldé. Geder znalazł ją w skryptorium w  Camnipol i, przygotowując się do długiego marszu na południe do Wolnych Miast, postanowił zostawić zapasową parę butów, by zrobić dla niej miejsce. Język w  jakim ją napisano był archaiczny i niejasny. Skórzana obwoluta nie pochodziła z oryginału, karty księgi przybrały niemal brązową barwę ze starości, a tusz wyblakł. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Woskowana tkanina, z której wykonano jego namiot, była tańsza niż jej skórzane odpowiedniki, ale powstrzymywała najgorszy chłód. Nogi i plecy bolały go po długiej jeździe. Wnętrza ud miał poobcierane. Na dodatek musiał rozchełstać dół kamizeli, by zrobić brzuchowi nieco miejsca. Odziedziczył sylwetkę po ojcu. Zwykł powtarzać, że to wynik rodzinnej klątwy. Miał w najlepszym wypadku godzinę, zanim będzie zmuszony ułożyć się do snu. Cały ten czas spędził na składanym zydlu, pochylony nisko nad książką, odcyfrowując kolejne słowa i całe wyrazy. „W przeciwieństwie do dzikich zwierząt, ludzkość nie musi odnosić się do abstrakcyjnego, mitycznego Boga, by zrozumieć powód swego istnienia. Za wyjątkiem niezmienionych, zwierzęcych Pierworodnych, każda ludzka rasa jest wyrazem dążenia do jakiegoś celu. Wschodnie rasy – Yemmurowie, Tralgurowie i Jasurowie – zostały ewidentnie stworzone jako narzędzia wojny; Raushadamowie to trefnisie i artyści; Timzinejczycy – najmłodsza z ras – to lud parający się pszczelarstwem i innymi lekkimi pracami; Cinnejczycy, w tym ja, stanowią natomiast świadome skupisko mądrości i filozofii, i tak dalej. Lecz co z Utopionymi? Jako jedyna ludzka rasa, Utopieni wydają się posiadać formę bez celu. Popularna teoria stawia to nasze młodsze rodzeństwo na równi z roślinami i powolnymi istotami z zachodnich kontynentów. Ich sporadyczne zgromadzenia w basenach pływowych wskazują raczej na działanie prądów morskich aniżeli przejaw ludzkiej woli. Niektórzy romantycy sugerują, że Utopieni realizują jakiś głęboki plan zainicjowany przez smoki, który wcielany jest w życie nawet po śmierci jego autorów. To na wskroś romantyczna myśl, którą można sobie darować. 155 | nr 18


Mnie natomiast wydaje się jasne, że Utopieni stanowią najczystszy przejaw człowieczeństwa jako środka wyrazu artystycznego i jako taki...” A może intencja estetyczna byłaby trafniejszym określeniem niż wyraz artystyczny? Geder potarł oczy. Było późno. Za późno. Jutro czekał go cały dzień jazdy na południe, a potem jeszcze jeden. Jeśli Bóg będzie im sprzyjał, w ciągu tygodnia dotrą do granicy, gdzie poświęcą dzień, a w najgorszym wypadku dwa, na wybór dogodnego pola bitwy, kolejny na zmiażdżenie miejscowych sił i  w  końcu będzie mógł położyć się do prawdziwego łóżka, zjeść prawdziwą strawę i napić wina, które nie smakuje skórzanym bukłakiem. Jeśli tylko uda mu się dotrzeć tak daleko. Geder odłożył książkę na bok. Przeczesał palcami włosy, zadowolony z  braku wszy. Obmył twarz i  ręce, po czym na nowo zasznurował kamizelę przed krótką wyprawą do wychodka będącego ostatnim przystankiem na drodze do łóżka. Tuż przed namiotem jego giermek – kolejny dar od ojca – spał zwinięty w kłębek na dartinejską modłę. Oczy pod powiekami lśniły mu bladoczerwonym blaskiem. Za nim rozciągało się wojskowe obozowisko przypominające ruchome miasto. Okoliczne pagórki znaczyły ogniska, wypełniając powietrze zapachem gotowanej soczewicy. Wszystkie wozy ustawiono na środku obozowiska, natomiast muły, konie i niewolników umieszczono w przylegających zagrodach. Z północy wiał zimny wiatr. Był to dobry znak. Oznaczał brak deszczu. Księżyc wisiał nisko na niebie, a jego wąski sierp oferował niewiele światła, dlatego Geder posuwał się naprzód bardzo ostrożnie. Wciąż obracał w głowie słowa eseju. Żałował, że nie podróżuje z nim ktoś, z kim mógłby przedyskutować jego treść, jednak tego typu rzeczy nie uważano za dostatecznie męskie. Poezja. Jazda konna. Łucznictwo. Fechtunek. Nawet historia, jeśli opisywało się ją odpowiednimi słowami. Jednak czytanie spekulatywnych esejów było czymś w rodzaju grzesznej przyjemności, którą lepiej skrywać przed współtowarzyszami. Wystarczyło, że naśmiewali się z rozmiarów jego brzucha. Nie było sensu dawać im do rąk kolejnych argumentów. Lecz jeśli nie intencja estetyczna... to czy cinnejski autor naprawdę twierdził, że Utopieni zostali stworzeni wyłącznie jako ozdoba dla wybrzeża? Wychodek – niewielki, materiałowy namiot z  dwiema prostymi deskami przerzuconymi nad dołem kloacznym – był pusty. Geder ściągnął rajtuzy, wciąż rozmyślając nad subtelnościami przeczytanego tekstu. Poczuł słodkawy zapach przebijający się przez smród odchodów, ale nie przypisał temu żadnego znaczenia. Usiadł gołym tyłkiem na deskach, westchnął i o sekundę za późno zaczął zastanawiać się, dlaczego wychodek pachniał trocinami. Deski załamały się pod jego ciężarem. Geder krzyknął, lecąc w tył, prosto w cuchnące bagnisko łajna i szczyn. Jedna z desek odbiła się od ścianki dołu kloacznego, uderzając go w ramię. Upadek sprawił, że na chwilę stracił oddech. Leżał w śmierdzącej ciemności, podczas gdy jego kurta i rajtuzy nasiąkały ściekową wilgocią i chłodem. 156 | nr 18


Fragment powieści

Daniel Abraham Smocza droga

Z góry doszły go śmiechy. A potem rozbłysło światło. Ściągnięto osłony z czterech latarni, które teraz zawisły nad jego głową. Światło skrywało twarze trzymających je mężczyzn, ale jemu wystarczyły głosy. Jego tak zwanych przyjaciół i towarzyszy broni. Jorey’a Kalliama, syna barona Wzgórz Osterling. Sir Gospey’a Allintota. Sodaia Carvenallina, sekretarza Arcymarszałka. I, co najgorsze, sir Alana Klina, kapitana kompanii, jego bezpośredniego przełożonego i człowieka, któremu powinien raportować nieprzyzwoite zachowania swoich kompanów. Geder wstał. Jego głowa i ramiona ledwie wystawały ponad dół, tymczasem pozostali mężczyźni głośno wyrażali swoje rozbawienie. – Bardzo śmieszne – rzekł Geder, wyciągając w  górę poplamione gównem dłonie. – A teraz pomóżcie mi stąd wyjść. Jorey chwycił go za ramię i wyciągnął na górę. Trzeba mu było oddać, że nie cofnął się, pomimo syfu, w  który go wpakowali. Rajtuzy Gedera wisiały na wysokości jego kolan, przemoczone i cuchnące. Chłopak stał przez chwilę w świetle latarni, zastanawiając się, czy założyć je z powrotem czy też wyjść z namiotu obnażonym od pasa w dół. Z westchnieniem naciągnął je wreszcie z powrotem na tyłek. – Byłeś naszą ostatnią nadzieją – powiedział Klin, klepiąc Gedera po ramieniu. Po policzkach ciekły mu łzy rozbawienia. – Wszyscy inni zauważyli, że coś jest nie tak. Cóż, może poza Sodaiem, ale on jest za chudy, żeby połamać deski. – Doprawdy, wspaniały dowcip – odparł kwaśno Geder. – A teraz pozwolicie, że znajdę coś czystego do... – Ach, nie – rzekł Sodai ze swoim nosowym, wielkopańskim akcentem. – Proszę, przyjacielu. Nie psuj tej nocy. To jedynie żart! I tak to potraktuj. – To prawda – zawtórował mu Klin, obejmując Gedera ramieniem. – Musisz pozwolić nam ci zadośćuczynić. Chodźcie, przyjaciele! Do namiotów! Czterej mężczyźni wytoczyli się na zewnątrz, ciągnąc Gedera za sobą. Z całej czwórki jedynie Jorey wydawał się okazywać mu jakiekolwiek zrozumienie, a i to jedynie dlatego, że milczał. Przez całe dzieciństwo Geder zastanawiał się, jak będzie wyglądać jego służba dla króla, gdy wyruszy na wojnę, by dowieść swej przebiegłości oraz siły ramienia. Czytał o dumnych wojownikach z dawnych czasów i słyszał zakrapiane winem anegdoty swego ojca o przyjaźniach i towarzyszach broni. Rzeczywistość go rozczarowała. Namiot kapitana wykonany został z  ciężkich skór rozpiętych na metalowym stelażu. Wnętrze urządzono z większym przepychem niż dom rodzinny Gedera. Z sufitu zwisały jedwabie. W palenisku płonął wielki ogień, a cały dym uciekał przez komin z poczerniałej skóry zawieszony na pięknie kutym łańcuchu. Bijący od niego żar przywodził na myśl najgorętsze dni lata, ale za to tuż obok przygotowano balię z wodą, dzięki czemu Geder nie zmarzł, gdy ściągał z siebie cuchnące ubrania. Pozostali zdjęli rękawice i kurty, zabrudzone pod wpływem kontaktu z Gederem, po czym wszystko zostało zabrane przez timzinejskiego niewolnika. 157 | nr 18


– My, moi przyjaciele, jesteśmy chlubą i nadzieją Antei – powiedział Klin, napełniając głęboki dzban winem. – Za króla Simeona! – krzyknął Gospey. Kapitan wcisnął naczynie w dłoń Gedera, a sam został z bukłakiem. – Za królestwo i cesarstwo – rzekł. – I mór na tych parweniuszy z Vanai! Wszyscy poderwali się na równe nogi. Geder stał w balii, ociekając wodą. Pozostanie w pozycji siedzącej w takiej sytuacji oznaczałoby pomniejszą zdradę stanu. Był to pierwszy toast z wielu. Wiele można byłoby zarzucić sir Alanowi Klinowi, lecz nie to, że skąpił wina. A jeśli Geder miał wrażenie, że w jego dzbanie jest przez cały czas nieco więcej trunku niż w naczyniach pozostałych, to bez wątpienia był to znak skruchy kapitana, forma przeprosin za wcześniejszy żart. Sodai zaczął recytować swój ostatni sonet, sprośny hołd dla jednej z  bardziej popularnych dziwek, które ciągnęły za taborem. Klin dopełnił jego występ, wymyślając na poczekaniu przemowę na temat męskich cnot w postaci siły ramienia, wyrobionego smaku i jurności w alkowie. Jorey i Gospey zagrali wesołą piosenkę na bębenku i fujarce z trzciny. Ich głosy pięknie się zgrywały. Gdy przyszła kolej Gedera, mężczyzna wstał ze stygnącej kąpieli, wyrecytował niedwuznaczny wierszyk i wykonał króciutki taniec, który się z nim łączył. Było to coś, czego nauczył go ojciec, gdy pewnego razu zajrzeli głębiej do kielicha. Geder nigdy nie podzielił się tym z nikim spoza rodziny. Dopiero, gdy skończył i zobaczył, że jego kamraci pokładają się ze śmiechu, zaczął zastanawiać się, jak bardzo pijany musiał być, żeby powtórzyć to tutaj. Uśmiechnął się, by ukryć nagłe zażenowanie. Czyżby właśnie stał się współwinny własnemu poniżeniu? Jego uśmiech wywołał u pozostałych nowy napad śmiechu, dopóki Klin, z trudem chwytając powietrze, nie poklepał dłonią podłogi, pokazując Gederowi, że może już usiąść. Był ser, kiełbasy i więcej wina. Podpłomyki, korniszony i jeszcze więcej wina. Rozmawiali o rzeczach, za którymi Gederowi trudno było momentami nadążyć, nie mówiąc nawet o ich spamiętaniu. W pewnym momencie złapał się na prowadzeniu mętnego wywodu na temat Utopionych jako środka wyrazu artystycznego lub intencji estetycznej. Obudził się w  swoim namiocie z  woskowanej tkaniny. Był zmarznięty, obolały i  nie mógł przypomnieć sobie drogi powrotnej. Do środka próbowały wedrzeć się słabe, ale nieustępliwe promyki światła świadczące o nadciągającym poranku. Na zewnątrz gwizdał wiatr. Geder naciągnął koc na głowę niczym przekupka chustę i zmusił się do przymknięcia powiek jeszcze na kilka minut. Macki powracającego snu dosięgły już jego umysłu, kiedy odgłos sygnału na zbiórkę uciął wszelkie nadzieje na dalszy wypoczynek. Geder podniósł się z trudem, założył świeży mundur i ściągnął włosy z tyłu głowy. Jego trzewia głośno protestowały. W głowie toczyła się wewnętrzna walka pomiędzy bólem a nudnościami. Gdyby zwymiotował wewnątrz namiotu, nikt by tego nie zauważył, ale jego giermek musiałby posprzątać bałagan, zanim wyruszyliby w dalszą drogę. Gdyby natomiast postanowił wyjść na zewnątrz, ktoś na pewno by go dostrzegł. Zaczął zastanawiać się, ile wypił poprzedniej 158 | nr 18


Fragment powieści

Daniel Abraham Smocza droga

nocy. Rozległ się drugi sygnał. Nie było na to czasu. Zacisnął zęby i  ruszył w  kierunku namiotu kapitana. Kompania stała w karnych szeregach, Kalliam, Allintot i dwa tuziny innych rycerzy, spośród których wielu zdążyło już przywdziać paradne zbroje. Za nimi tłoczyli się sierżanci oraz pięć rzędów zbrojnych. Geder Palliako starał się stać na baczność, wiedząc, że ludzie za jego plecami będą oceniać szanse na zwycięstwo i przeżycie na podstawie jego kompetencji. Dokładnie tak samo, jak on polegał na kapitanie i wyżej od niego postawionym lordzie Terniganie, arcymarszałku dowodzącym całą armią. Sir Alan Klin wyszedł przed swój namiot. W chłodnym świetle poranka wyglądał niczym ucieleśnienie idealnego wojownika. Blade włosy ściągnął z tyłu. Jego mundur miał barwę tak głębokiej czerni, że wydawał się być skrojony z ciemności. Barczyste ramiona i  sterczący podbródek przywodziły na myśl ożywiony posąg. Dwaj obozowi niewolnicy przynieśli podium, które ustawili u stóp mężczyzny. Kapitan wszedł na podwyższenie. – Żołnierze – powiedział. – Wczoraj otrzymaliśmy od lorda Ternigana nowe rozkazy. Vanai zawiązało sojusz z Maccią. Nasi zwiadowcy donoszą, że sześciuset piechurów jest już w drodze, by wzmocnić garnizon Vanai. Kapitan zrobił pauzę, pozwalając, by nowa wiadomość dotarła do wszystkich. Geder zmarszczył brwi. Maccia nie była naturalnym sojusznikiem Vanai. Oba miasta od dawna skakały sobie do gardeł, walcząc o kontrolę nad rynkami przypraw i tytoniu. Czytał, że Vanai wzniesiono z drewna, głównie dlatego, że Maccia kontrolowała kamieniołomy, podczas gdy drewno spływało rzeką z północy. Z drugiej strony być może gra toczyła się o stawkę, o której on nie miał bladego pojęcia. – Te posiłki nie uratują Vanai – rzekł Alan. – Przede wszystkim dlatego, że gdy dotrą na miejsce, zastaną tam nas. Geder jeszcze mocniej zmarszczył brwi, czując, że w żołądku narasta mu nieprzyjemne uczucie. Podróż z Maccii do Vanai drogą wodną zajmowała około pięciu dni. Oni natomiast znajdowali się o przynajmniej tydzień drogi od granicy. By dotrzeć do Vanai przed posiłkami musieli... – Dziś zaczynamy forsowny marsz – powiedział Alan. – Będziemy spać w  siodłach. Będziemy jeść w drodze. A za cztery dni, uderzymy na Vanai z zaskoczenia i pokażemy im, co znaczy potęga Rozdartego Tronu! Za króla! – Za króla! – krzyknął Geder w chórze z innymi, unosząc dłoń do salutu, choć w rzeczywistości miał ochotę się rozpłakać. Wiedzieli. Wiedzieli już zeszłej nocy. Geder czuł ból wzbierający w kręgosłupie i udach. Łupanie w skroniach podwoiło siłę. Gdy wszyscy powoli zaczęli się rozchodzić, Jorey Kalliam posłał mu krótkie spojrzenie, po czym odwrócił wzrok. To na tym polegał żart. Wrzucenie go do dołu kloacznego stanowiło jedynie początek. Potem wystarczyło zmusić durnia, żeby przyjął przeprosiny. Zafundować mu ciepłą kąpiel. Napełnić jego brzuch winem. Zachęcić do tańca. Wspomnienie tego, jak recytował sprośny 159 | nr 18


wierszyk swojego ojca i tańczył w balii pełnej wody wróciło do niego niczym cios nożem w plecy. A wszystko po to, by mogli wydać rozkaz o forsownym marszu, podczas gdy gruby idiota Palliako będzie próbował nie zrzygać się, stojąc w szeregu. Odebrali mu ostatnią noc snu i przez kilka kolejnych dni będą mogli patrzeć, jak cierpi. Towarzysze broni. Bractwo wojenne. Ciepłe, nic nieznaczące słowa. Tutaj było tak samo jak w domu. Silni naigrywali się ze słabych. Piękni gardzili brzydkimi. Zawsze i wszędzie to ci, którzy posiadali władzę, decydowali o tym, kto dostąpi łask, a kogo można traktować z góry. Geder sztywnym krokiem wrócił z powrotem do namiotu. Jego giermek przygotował już grupę niewolników gotowych do złożenia całego dobytku. Mężczyzna zignorował ich i  skrył się we wnętrzu konstrukcji, chcąc zaznać ostatnich chwil prywatności przed bitwą, wciąż oddaloną o kilka dni. Sięgnął po książkę. Nie znalazł jej tam, gdzie ją zostawił. Wzdłuż kręgosłupa przebiegł mu lodowaty dreszcz, który nie miał nic wspólnego z jesienną pogodą. Był pijany, gdy wrócił. Mógł ją przełożyć. Mógł próbować ją czytać przed snem. Geder przeszukał swój barłóg, potem sprawdził pod łóżkiem. Przejrzał wszystkie mundury, a potem drewniane i skórzane skrzynie, w których trzymał inne rzeczy. Książki nigdzie nie było. Czuł swój przyspieszony oddech. Policzki zaczęły go palić, choć nie był w stanie powiedzieć, czy powodem był wstyd czy gniew. Wyszedł z namiotu. Niewolnicy natychmiast zerwali się na równe nogi. Resztę obozowiska pakowano już na muły i wozy. Nie było czasu. Geder skinął dartinejskiemu giermkowi. Na ten znak niewolnicy zabrali się za sprzątanie. Następnie ruszył przez obóz, choć strach paraliżował mu nogi. Musiał jednak odzyskać swoją książkę. Namiot kapitana został już zwinięty. Skórę zdjęto z rusztowania, zaś całą konstrukcję rozmontowano i ułożono na wozie. Pusta przestrzeń w miejscu, gdzie zeszłej nocy Geder wywijał hołubce, jawiła mu się niczym wyjęta z baśni dla dzieci, magiczny zamek, który zniknął wraz z nadejściem poranka. Z tą różnicą, że sir Alan Klin wciąż tam był, okryty ciężką, skórzaną peleryną jeździecką i  z  mieczem przy boku, świadczącym o  sprawowanym urzędzie. Mistrz furażerów, zwalisty pół krwi Yemmur, odbierał od kapitana rozkazy. Z technicznego punktu widzenia ranga Gedera pozwalała mu przerwać tę rozmowę, ale nie uczynił tego. Czekał. – Palliako – rzekł w końcu Klin. Serdeczny ton z zeszłej nocy zniknął bezpowrotnie. – Mój panie – powiedział Geder. – Wybacz, że cię niepokoję, ale gdy obudziłem się dzisiejszego ranka... po wczorajszej nocy... – Wykrztuś to z siebie, człowieku. – Miałem w posiadaniu pewną książkę, sir. Sir Alan Klin zamknął swoje szlachetne oczy okolone długimi rzęsami. – Myślałem, że już z tym skończyliśmy. – Skończyliśmy, sir? Wie pan o książce? Pokazałem ją panu? 160 | nr 18


Fragment powieści

Daniel Abraham Smocza droga

Kapitan rozwarł powieki i powiódł wzrokiem po uporządkowanym chaosie składanego obozu. Geder czuł się jak uczeń zawracający głowę swojemu nauczycielowi. – Spekulatywny esej – rzekł Klin. – Palliako, doprawdy. Spekulatywny esej? – Tak w zasadzie to potrzebny był mi on do ćwiczeń nad przekładami – skłamał Geder, czując nagłe ukłucie wstydu za swoje prawdziwe zainteresowania. – Postąpiłeś naprawdę... dzielnie, przyznając się do tej słabości – ciągnął Klin. – Myślę też, że podjąłeś słuszną decyzję, niszcząc tę książkę. Serce Gedera załomotało o żebra. – Niszcząc ją, sir? Alan spojrzał na niego ze zdziwieniem. Bardzo możliwe, że udawanym. – Spaliliśmy ją zeszłej nocy – powiedział kapitan. – Spaliliśmy ją we dwóch, wkrótce po tym jak odprowadziłem cię do twojego namiotu. Nie pamiętasz? Geder nie miał pojęcia, czy jego przełożony kłamie. Zeszła noc przypominała wielką, rozmazaną plamę. Niewiele z niej pamiętał. Czy było możliwe, że zatraciwszy się w pijaństwie, wyparł się swej wyrafinowanej strony i pozwolił na spalenie książki? A może sir Alan Klin, jego kapitan i dowódca, kłamał mu prosto w twarz? Żadna z tych opcji nie wydawała się prawdopodobna, ale któraś z nich musiała być prawdziwa. Z drugiej strony ujawnienie, że niczego nie pamiętał byłoby równoznaczne z przyznaniem się do słabej głowy. Tym samym znów dowiódłby, że jest pośmiewiskiem dla całej kompanii. – Przepraszam, sir – odparł Geder. – Musiało mi się coś pomieszać. Teraz już wszystko rozumiem. – Na przyszłość lepiej uważaj. – To się więcej nie powtórzy. Geder zasalutował, po czym, nie czekając na odpowiedź kapitana, ruszył sztywno w stronę swojego wierzchowca. Był nim siwy wałach, najlepszy na jakiego stać było jego rodzinę. Wdrapał się na siodło i szarpnął za wodze. Koń obrócił się gwałtownie, zaskoczony jego brutalnością. Pomimo palącego gniewu, Geder poczuł ukłucie żalu. To nie była przecież wina zwierzęcia. Obiecał sobie, że da koniowi źdźbło trzciny cukrowej, gdy się zatrzymają. Jeśli się zatrzymają. O ile ta po dwakroć przeklęta kampania nie będzie się ciągnąć aż po kres dni, kiedy to powrócą smoki. Wkroczyli na trakt. Armia poruszała się w miarowym tempie ludzi, którzy wiedzieli, że ich marszruta nieprędko dobiegnie końca. Rozpoczęli forsowny marsz. Kolejne szeregi żołnierzy posuwały się naprzód gościńcem ze smoczego jadeitu. Geder siedział wysoko w siodle, trzymając prosty kręgosłup samą siłą woli, podsycaną gniewem. Poniżano go już w przeszłości. Podejrzewał też, że to nie ostatni raz. Jednak sir Alan Klin spalił jego książkę. Poranne słońce pięło się coraz wyżej. Ciepło jego promieni zmusiło żołnierzy do zrzucenia opończy z ramion. Obserwując piękne, jesienne liście, które złociły się wszędzie wokół, Geder zdał sobie sprawę, że właśnie poprzysiągł komuś zemstę. I uczynił to, stojąc przed swoim nowym, śmiertelnym wrogiem. To się więcej nie powtórzy, powiedział. I zamierzał dotrzymać słowa. 161 | nr 18


STRONA LITERADARU! www.literadar.pl

162 | nr 18


Literadar nr 18