KILOF XI

Page 1


Tomorrow Never Knows Co roku mam z tym problem. Jak opisać dwanaście miesięcy w muzyce, nie pomijając niczego? Przy takim założeniu wszystkie końcoworoczne zestawienia wydają się niekompletne. Oczywiście to fakt, ale pomijając sens przyrównywania jednego wydawnictwa do drugiego, zawsze pozostaje element poznawczy. Przygotowaliśmy w tym numerze cztery różne podsumowania, aby każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Ułożyliśmy także listę dziesięciu polskich i zagranicznych płyt, które w naszym mniemaniu okazały się najciekawsze. Wspominamy zeszłeroczne eventy, a także wyprawę do Holandii. Nadrabiajcie zaległości czym prędzej, bo 2014 rok już daje o sobie znać nowymi albumami!


KILOF XI 3 5 7 9 21 65 75

newsY eventY MIX: KILOF VOLUME Iv PODSUMOWANIE ROKU ALBUMY ROKU KONCERTY ROKU LE GUESS WHO?

OKŁADKA + LOGO: MICHAŁ ZAKRZEWSKI GRAFIKA: SZYMON ZAKRZEWSKI


KILOFOWE NEWSY

Clams Casino wrzucił trzeci, zamykający trylogię mixtape pełen nowych instrumentali. Oprócz niepublikowanych utworów znajdziecie podkłady z kawałków A$AP Rocky’ego, Mikky Ekko czy DOOMa. Album można darmowo pobrać z sieci.

Legenda nowojorskiej sceny no-wave’owej

Glenn Branca

wystąpi 3 sierpnia podczas OFF Festivalu. Performence zatytułowany „Invisible Paintings” będzie opierać się na trzech kompozycjach wykonanych na gitarze akustycznej.

Szef oficyny Sangoplasmo

- Lutto Lento udostępnił pierwszy kawałek z nadchodzącej EP’ki. Tematyka albumu ma się obracać wokół „zbrodni i pożądania”. Brzmi intrygująco, niczym włoskie tagi na chmurze artysty. Sine ira et studio to będzie bardzo dobry materiał.

3


Pamiętacie super trio s / s / s? Teraz Sufjan Stevens, Son Lux oraz Serengeti nagrywają pod nową ksywką. Jako Sisyphus wydadzą 15 marca debiutancki longplay w oficynie Sufjana - Asthmatic Kitty. Pierwszy kawałek nieźle wpada w ucho!

St. Vincent nie tylko rusza w tra-

sę po Europie, ale także wydaje nowy krążek. Nowe dzieło Pani Clark poszukujcie 25 lutego pod zaskakującym tytułem „St.Vincent”. Album promuje singiel „Birth In Reverse”

Tauron Nowa Muzyka rzucił pierwszym zestawem artystów, którzy wystąpią podczas 9. edycji festiwalu. Nas cieszy przede wszystkim występ słynnego nauczyciela jogi z Kalifornii - Gonjasufiego. Oprócz kumpla Gaslamp Killera usłyszmy: Nozinja (Shangaan Electro), Terranova, Kölsch i Elekfantz.

4


KONCERTOWY

MOLLY NILSSON 10.01 11.01

| Szczecin, Hormon

18.01

11.01

| Krak贸w, RE

| Opole, NCPP

19.01

,

SAMARA LUBELSKI + ARTUR MACKOWIAK 21.01

6. CoCArt

| Krak贸w, Piekny Pies ,

|

MUSIC FESTIVAL 21 - 22.02

5

22.01

,

| Torun, CSW

|


ROZKŁAD JAZDY

,

| Łódz, Owoce i Warzywa

12.01

| Warszawa, barStudio

UL/KR

| Kraków, Klub RE

FUNCTION

15.01

| Kraków, Prozak 2.0

,

Warszawa, Pardon, To Tu

23.01

,

| Poznan, Dragon

MATS GUSTAFSSON & PAAL NILSSEN-LOVE 26.01

| Warszawa, Pardon, To Tu

Francisco López, Piotr Kurek, Jason Kahn, Feine Trinkers bei Pinkels Daheim, Innercity Ensemble, Wilhelm Bras

6


KILOF VOLUME IV

ALUNAGEORGE|ARCTIC MONKEYS|ATOM TM|AUTECHRE|AUTRE N

DAVID BOWIE|DEVENDRA BANHART|DISCLOSURE|DRAKE|INC.|J

JOHN GRANT|JON HOPKINS|JULIA HOLTER|JUSTIN TIMBERLAKE|KA

MIKAL CRONIN|MOONFACE|MOVEMENT|MYKKI BLANCO|THE NA

NEVER|POLIÇA|RHYE|RODRIGO AMARANTE|SHY GIRLS|TIM HEC

MORTAL ORCHESTRA| THE WORLD IS A BEAUTIFUL PLACE & I AM NO

7


NE VEUT|BLOOD ORANGE|BOARDS OF CANADA|DARKSIDE

JAMES BLAKE|JENNY HVAL|JENSEN SPORTAG|JESSIE WARE

ANYE WEST|KIXNARE|MAJICAL CLOUDZ|MAZZY STAR

ATIONAL|NICK CAVE & THE BAD SEEDS|ONEOHTRIX POINT

CKER|TORO Y MOI|TORRES|THEE OH SEES|TY SEGALL|UNKNOWN

O LONGER AFRAID TO DIE|ZEBRA KATZ

play

8


PODSUMOWANIE SZYMONA ZAKRZEWSKIEGO

Rok temu wszyscy przecierali oczy ze zdumienia patrząc na listę artystów, którzy mieli powrócić z nowymi wydawnictwami. Czułem się wtedy jak 10 latek, którego każda zachcianka zostaje spełniona. Jednak jak to z dziećmi bywa, nie każdy prezent okazuje się trafiony, a stare zabawki zostają zastąpione nowymi i niestety o nich zapominamy. Działo się w tym roku dużo, nawet trochę za dużo. Poczucie przesytu dość szybko zastąpił niedosyt. Nawet nie chodzi tu o przysłowiowy apetyt, który rośnie w miarę jedzenia, ale o jakość serwowanych dań. Większość albumów okazało się naprawdę niezłych, jednak brakowało mi płyt, w których zasłuchiwałem się bez reszty. W moim zestawieniu znajdziecie tych kilka krążków, przy których upłynął mi ten jakże intensywny 2013 rok.

CH-CH-CHANGES Czym on nas jeszcze może zaskoczyć? Klasyczne pytanie stawiane przed niejedną premierą w tym roku. Jednak czy tak naprawdę oczekujemy tych stylistycznych zmian? Moim zdaniem niekoniecznie. Dowodem na to są wydawnictwa dwóch legendarnych muzyków. Pierwszy z nich to Nick Cave, który powrócił z Bad Seeds z pierwszym od pięciu lat krążkiem. „Push The Sky Away” to dobrze znane nam klimaty z „No More Shall We Part”, ale trochę odświeżone. Utwory Cave’a nie są już tak smutne i osobiste. Owiane zostają tajemnicą, pod którą kryje się pewna rada, wskazówka, mądrość. Drugim ważnym tegorocznym powrotem był album „The Next Day”. To nie tylko doskonałe podsumowanie dorobku z okazji 66 urodzin muzyka, ale także niezwykła podróż dla słuchaczy przez inspiracje Bowiego, miejsca, które go ukształtowały oraz wachlarz rozmaitych artystycznych wcieleń towarzyszących jego karierze.

Niezauważona przemknęła Scout Niblett. Niesamowicie charyzmatyczna singer-songwriterka współpracująca niegdyś ze Stevem Albinim nagrała bardzo emocjonalny, intensywny album. Pełne goryczy teksty, zabrudzone grungowym brzmieniem przedstawiają portret dojrzałej, samo nej kobiety. Równie smutny, lecz bardziej subtelny i delikatny krążek napisał Moonface. Spence Krug przy pomocą fortepianu i wokalu stworzył wyjątkowy, przejmujący nastrój na płycie. To naj dziej wysublimowany materiał jaki wyszedł spod ręki Kanadyjczyka.

Natomiast w słoneczne dni przyjemnie było sięgnąć po folkowe kawałki Devendry Banharta. Le cyjne utwory nie zostały pozbawione wirtuozerii i pomysłowości autora. Na „Mali” mamy kawałk sku i po niemiecku, jest przy czym odpocząć, ale także potańczyć. Jeżeli ulegniecie rozkoszy teg odsyłam do jego brodatego przyjaciela z zespołu - Rodrigo Amarante, bo „Cavalo” to także cz słuchania.

9


oter jbar-

ekkie, wakaki po hiszpańgo albumu, to zysta przyjemność

Zmiany nadchodzą dopiero w Kalifornii. Scena garage-rockowa już nie jest taka brudna. Najpierw brzmienie utworów oczyścił Mikal Cronin, uzyskując przy tym niezwykle przebojowy, pełny energii krążek „MCII”. Następnie jego dobry kumpel Ty Segall decyduje się nagrać akustyczny album „Sleeper”, odwołując się do psychodeli i klasycznego rocka lat ’60. Oba te wydawnictwa pomimo sporych zmian, momentalnie przypadły mi do gustu. Jeżeli jednak złapie Was niedosyt garażowego grania to zawsze pozostaje Thee Oh Sees. Przy „Floating Coffin” podłoga już się nie ugina, ona po prostu się łamie. Na dokładkę dorzucę debiut Foxygen i drugi album Unknown Mortal Orchestra, bo miło czasem udać się w małą podróż Volkswagenem Samba pełnym dzieci kwiatów nieprzejmujących się jutrem. MADE IN POLAND Najlepszych płyt tego roku nie musimy szukać daleko, bo większość z nich ukazała się właśnie u nas. W katalogach polskich oficyn znajdziecie paletę najrozmaitszych wydawnictw pozbawionych określonej granicy stylistycznej. Dominującym nurtem okazał się brutalizm magiczny. Delikatne folkowe kompozycje przenikające w potężne drony, wzbogacone o rozmyty wokal Kuby przywodzą na myśl słowiańskie obrzędy owiane mistyczną aurą. Estetykę brutalizmu Ziołek najlepiej uchwycił na wydawnictwie Alamedy Trio „Późne Królestwo” oraz na solowym albumie Starej Rzeki „Cień Chmury Nad Ukrytym Polem”. Równie ciekawy, lecz niestety trochę pominięty w tym roku album wydał znajomy z kolektywu Innercity Ensemble – Artur Maćkowiak. „Before the angels play their trumpets” to kolaż przeróżnych, często skrajnych emocji. Otwiera go pogodna, lekka, folkowa kompozycja, z którą kontrastują ponure mroczne motywy w kolejnych utworach. Usłyszymy tu post-rockowe pejzaże Godspeed You! Black Emperor, apokaliptyczną atmosferę z albumów Swans oraz obezwładniającą melancholię Dirty Three. Do jednych z najbardziej eklektycznych dzieł 2013 roku należy zaliczyć projekt Dwutysięczny. Król wykorzystując tu fragmenty nagrań Wojtka Kucharczyka, Radosława Dziubka oraz Jerzego Mazolla i układa z nich wyjątkowe, spójne kompozycje. Szorstkie, fabryczne tekstury tworzą tło do przydymionego dźwięku saksofonu , a ambient współgra z fabrycznym beatem czy dronami. Równie rozbudowane wydawnictwo skomponował kiRk. Utwory na „Złej Krwi” nie są tak tajemnicze i dziwne jak na „Mszy Świętej W Brąswałdzie”, ale przepełnione grozą, dużo bardziej intensywne, momentami wręcz agresywne. Po tak wymagających albumach, warto zrobić sobie małą przerwę przy pięknym „Liebestod” Stefana Wesołowskiego. Kiedy klasyczne kompozycje się skończą, a głodni będziecie przyjemnych dla ucha melodii to warto sięgnąć po blues-rockowy album Wovoki „Trees Against The Sky”. Mam jeszcze dwie rockowe propozycje w zanadrzu. Najpierw mała podróż z Trupą Trupa po najrozmaitszych stylistycznych zakątkach z nieustającymi zmianami nastrojów. Jeżeli przetrwacie cyklofrenię i nie postawią na Was krzyżyka to zabierajcie się za Kaseciarza. To bezkompromisowa garage-rockowa jazda Harleyem Davidsonem po rozgrzanej Route 66. A jak techno to tylko Kucharczyk i RSS B0YS - Mik. Musik rządzi!

10


STREAM MAINSTREAM Może ten rok nie obfitował w przełomowe dzieła, za to ukazało się wiele, świetnie wyprodukowanych krążków. Nie musicie rozglądać się za przykładami na scenie niezależnej, wystarczy popatrzeć na popowe wydawnictwa. Moim numerem jeden został Dev Hynes ukrywający się pod pseudonimem Blood Orange. Na „Cupid Deluxe” znajdziecie piosenki utrzymane w klimacie r’n’b, garściami czerpiące ze stylistyki lat ‘80, pełne soulowych i hip-hopowych wstawek, momentami przesiąknięte funkiem, a czasami zabarwione muzyką etniczną. Na miejscu drugim ex aequo dwie panie. Pierwsza z nich to Kelela debiutująca mixtapem „Cut 4 Me”. Tutaj panują lata ‘90, za to ze świetnymi podkładami Nguzunguzu, Jam City czy Kingdoma. Obok dziewczyny z Fade To Mind, artystka z wytwórni Hyperdub – Jessy Lanza. „Pull My Hair Back” to wydawnictwo bardziej nastrojowe i intymne. Delikatna elektronika staje się tłem do wokalu Jessy. Podium zamyka nie kto inny jak Justin Timberlake. Miękki, ciepły głos Justina rozczulił z pewnością niejedną dziewczynę w tym roku, a z takimi podkładami to i panom nogi same rwą się do tańca. Król R&B znalazłby się z pewnością wyżej, gdyby nie ta nieszczęsna druga część „The 20/20 Experience”. Wyróżnienia trafiają w ręce Yeezusa i Matangi, bo poza całą szopką wokół tych krążków i ich autorów to naprawdę produkcyjne majstersztyki. Z pozycji mniej „kontrowersyjnych” gorąco polecam debiutanckie krążki Rhye i Blue Hawaii. „Woman” idealne podczas ciepłych zachodów słońca, „Untogether” raczej na smutne wieczory.

11


ELEKTRONIKA, MROK, A NAWET POP Nie przesłuchałem w tym roku niezliczonej ilości wydawnictw z kręgu elektroniki, ale trafiłem na parę naprawdę interesujących albumów. Moim faworytem 2013 roku okazał się Matthew Barnes szerzej znany jako Forest Swords. Nieregularny beat, rozmyte wokale, tajemnicze sample oraz cała masa orientalnych ozdobników przydymionych dubowym brzmieniem sprawiły, że debiut Brytyjczyka towarzyszył mi niemalże przez cały czas od jego premiery. Z drugiej strony nie mogłem uciec od nowego albumu Boards Of Canada. Szkoci nagrali soundtrack do powolnej, dusznej drogi w pustynnym klimacie. Pomimo ospałego tempa nie czujemy dłużyzn. Każdy kawałek staje się oazą. Niepokój i mrok usłyszymy natomiast na wydawnictwie Tima Heckera. Klasyczne kompozycje zostają zapętlone lub lekko przetarte szorstkimi teksturami. Atmosfera opuszczonego domu na „Virgins”, to nic przy apokaliptycznym „Excavation” Haxana Cloaka. Tu musimy zmierzyć się z ogromną przestrzenią atakowaną fabrycznymi uderzeniami i ścianą dźwięku. Przy wszystkich tych dziełach wpadałem w głęboki trans, ale tylko przy jednym zapominałem o wszystkim dookoła i zaczynałem tańczyć. Był to album „You Are Eternity” włoskiego duetu Dadub. Utwory w stylistyce dub-techno przesiąknięte tropikalnymi motywami puszczone z głośników to jedynie namiastka tego co się dzieje podczas ich setów na żywo. Poza tym James Blake powrócił z o wiele dojrzalszym albumem od debiutanckiego krążka. „Immunity” Hopkinsa wpada w ucho, można potańczyć albo pochillować. Gesaffelstein zostaje ogłoszony idealnym bangerem na każdy before. Julia Holter bardziej popowa, ale nadal uwodzi i czaruje. W przeciwieństwie do Festiwalu Malta, który odwołuje koncert Atoms For Peace parę godzin przed jego rozpoczęciem. Jednak po parumiesięcznej żałobie powróciłem do „AMOKa” i nadal tańczę przy nim jak Thom Yorke. To chyba byłoby na tyle. W nowym roku (jak co roku) czekamy na nowy album Ścianki i… come back Michała Wiśniewskiego.

12


PODSUMOWANIE TOMASZA KUBICKIEGO

Ten rok był dla mnie pierwszym, podczas którego tak naprawdę śledziłem na bieżąco nowości i interesowałem się w miarę możliwości wszystkim, co działo się w muzyce. Czy to sensowne i dobre dla zdrowia, nie wiem. Zamykanie się tylko i wyłącznie na albumy wydane w ciągu ostatnich kilku miesięcy, kiedy historia muzyki liczy sobie tysiące lat, to z pewnością słaby pomysł. Gdy jednak zachować rozsądną proporcję między zgłębianiem tego, co było, a “nadążaniem”, jest już całkiem w porządku.

Przejdźmy już jednak do tego, co ze świeżynek przykuło na dłużej moją uwagę w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Działo się dużo, zarówno pod względem powrotów uznanych gwiazd i klasyków, jak i debiutów czy też nowych płyt młodych artystów. W pierwszej kategorii emocje budzili m.in. Daft Punk, My Bloody Valentine, Boards of Canada, Mazzy Star czy w końcu wielki David Bowie. Z wiadomych względów ich płyty były tymi najczęściej omawianymi i najbardziej roztrząsanymi. Kwestie czysto muzyczne przesłaniał nierzadko marketing i hype. Żadna z nich nie spowodowała jednak rewolucji ani nie wniosła wiele nowej jakości. Niektórzy, jak Bowie i Mazzy Star nagrali bardzo dobre, porządne płyty z łatwością wpasowujące się w katalog ich wcześniejszych dokonań. Ukrywający swoje twarze w hełmach Francuzi zasługują na pochwałę za wykorzystanie na “Random Access Memories” żywych instrumentów i zaproszenie wspaniałych gości. Powstała w ten sposób mieszanka disco, funku i house’u, mimo kilku mielizn, naprawdę daje radę. Pochodzącym ze Szkocji Boards of Canada należy się bez wątpienia nagroda za najbardziej intrygującą kampanię promocyjną tego roku, a ich znajomym zza morza My Bloody Valentine chyba jednak za największe rozczarowanie, zarówno płytą, jak i katowickim koncertem podczas OFF Festivalu. Summa summarum jednak, cały szum wokół tych, wyczekiwanych przez lata, powrotów z pewnością skłonił wielu do sięgnięcia po wcześniejsze dzieła rzeczonych artystów. I ja właśnie w tę stronę chciałbym popchnąć Waszą uwagę, wszakże nie jest tak, że im płyta nowsza, tym lepsza. Oj nie.

Zdecydowanie nie są już nowicjuszami Justin Timberlake, James Blake czy Kanye West. Ci trzej pan swoich tegorocznych wydawnictwach (jakże dalekich od siebie stylistycznie) nie poszli w stu proce łatwiznę. Każdy z nich zmodyfikował nieco swój warsztat i wykorzystawszy nowe środki wyrazu, odd ręce zbiór świetnych piosenek. Ostatni z nich z różnych, niekoniecznie stricte artystycznych, względ najbardziej kontrowersyjną postacią pojawiającą się w moim podsumowaniu. Jako że nie jest ono dmuchane dysputy na temat samego Kanye i “Yeezusa”, odsyłam do odsłuchu, a także do zapoz trycznymi artykułami, chociażby na portalach Screenagers i Lineout.

13


Inni weterani nie potrzebowali praktycznie żadnych zmian w brzmieniu, żeby zaserwować słuchaczom kolejne, stojące na bardzo wysokim poziomie albumy. Świetne kompozycje, charyzmatyczny frontman i melancholijno-refleksyjny klimat to znaki rozpoznawcze zarówno The National, jak i zespołu Nick Cave and the Bad Seeds. Kolejnym, łączącym ich faktem było pojawienie się na tegorocznym festiwalu Open’er w Gdynii. Jednak to dzięki koncertowi Australijczyka i załogi nie żałowałem ani przez chwilę pieniędzy wydanych na kilkudniowy pobyt nad morzem. Rozczulać na temat tego wydarzenia będę się pewnie jeszcze nie raz przy piwie ze znajomymi, tu jedynie napomknę, że było magicznie, intensywnie i jak do tej pory niepowtarzalnie. Jeśli macie ochotę na koncert życia - polecam łapać Nicka Cave’a, kiedy tylko będzie w okolicy. W pierwszej połowie roku pojawiło się kilka bardzo miłych propozycji z okolic bezpretensjonalnego indie, a że mam słabość do tego typu rzeczy, muszę o nich wspomnieć. Lata minione udanie przywoływali Foxygen i Unknown Mortal Orchestra. Mark Everett z Eels przestał być wyłącznie smutny, a jego rolę w chamber popowym biznesie przejęli po części Daughter i Woodkid. Płytą, która zdała się przejść prawie niezauważona, a która mnie osobiście zachwyciła i kazała głębiej zainteresować się kobiecym songwritingiem jest debiutancki album Torres. Przy okazji przypomnę też, opisywane już przeze mnie na łamach Kilofa, świetne, gitarowe krążki The World is a Beautiful Place & I am No Longer Afraid to Die oraz Kelley Stoltz. Moimi faworytami, do których albumów będę z pewnością często wracał zostali w tym roku Autre Ne Veut, czyli Arthur Ashin ze swoim, dekonstruującym R&B, drugim długograjem “Anxiety” oraz Spencer Krug, który pod pseudonimem Moonface wydał w tym roku “Julia With Blue Jeans On”, na którym za pomocą jedynie pianina i wokalu zdaje się przenosić góry. Nie tak odległym skojarzeniem z dziełem Kruga jest monolityczna opowieść o zamglonych polach i jeziorach, jaką snują na “Field of Reeds” These New Puritans. To album bardzo złożony, ale jednocześnie bardzo naturalny; niełatwy w odbiorze, jednak wciągający z niesamowitą siłą. Nie mogę go jeszcze nazwać swoim ulubionym, jednak wiem, że również będę się z nim jeszcze spotykał.

W świecie muzyki elektronicznej od jakiegoś czasu dzieje się prawdopodobnie najwięcej, jednak żeby wyłowić z morza albumów i EP-ek coś naprawdę wartościowego, potrzeba sporo wysiłku. W przedzieraniu się przez zarośla techno, house’u i pochodnych nie jestem jeszcze mistrzem, jednak kilka wydawnictw, które przebiły się bardziej do mainstreamu, moim zdaniem, zdecydowanie na to zasłużyły. Jedne z najciekawszych płyt tego roku wydali Forest Swords i Jon Hopkins. Ten pierwszy został nieco skrzywdzony przez dźwiękowców w czasie Unsoundu, nowie na drugi z kolei zagrał znakomity, zaskakujący rozmachem set entach na podczas drugiego z osadzonych w Dolinie Trzech Stadał w nasze wów festiwali - Tauron Nowa Muzyka. Tych, którzy nie dów jest chyba boją się ciemności, zapraszam do zapoznania się o miejscem na rozteż z wydawnictwami The Haxan Cloak i Samueznania się z Westo-cenla Kerridge’a.

14


W tym roku odwiedziłem, podobnie jak cała redakcja, kilka polskich festiwali. Z żadnego z nich nie wróciłem zawiedziony. Najbardziej eklektycznym pozostaje OFF, na którym drugie z moich tegorocznych największych przeżyć zapewnili Bohren & der Club of Gore. Gdyński Open’er mimo pompowania cen i “odgrzewania kotletów” w tym roku po raz kolejny miał do zaoferowania kilka naprawdę ciekawych koncertów i przedsięwzięć. Po relacje z Unsoundu odsyłam do poprzedniego numeru Kilofa. Polscy wykonawcy nie próżnowali w czasie ostatnich dwunastu miesięcy. Na naszej, stosunkowo niewielkiej, scenie alternatywnej pojawiło się kilka naprawdę wartościowych, odważnych i bardzo dobrych albumów. Człowiekiem-orkiestrą, o którym pisze i mówi się ostatnio najwięcej okazał się Kuba Ziołek, który maczał palce w co najmniej czterech tegorocznych krążkach. O najlepszym z nich pisałem już kilka tygodni temu - “Późne królestwo” Alamedy 3 potrzebuje prawdopodobnie czasu, żeby wyjść z “Cienia chmury nad ukrytym polem”, jednak zdecydowanie zasługuje na miejsce w gronie najwybitniejszych albumów ostatnich lat. Wciągające obrzędy, nieco innego rodzaju niż te “brutalno-magiczne” Ziołka, odprawili członkowie grupy Wovoka na “Trees Against the Sky”. Solidne propozycje przedstawili również Wojciech Kucharczyk, Trupa Trupa i działający już jako trio Kaseciarz, który jest jedną z mocniejszych koncertowych petard, jakie dane mi było ostatnio oglądać. Podsumowując, miniony rok obfitował w przeróżne zjawiska muzyczne. Pytaniem, które zadaję sobie jednak częściej niż “co było najlepsze?” jest obecnie “czy warto być wszędzie/ słuchać wszystkiego?”. Prześladuje mnie świadomość, że wielu albumom nie poświęciłem wystarczająco dużo czasu, a przecież każdy z Was pewnie nie raz przekonał się, że ta sama muzyka może mieć różne oblicza i objawiać je niekoniecznie przy pierwszym spotkaniu. Ale cóż, pozostaje teraz powziąć porządne postanowienia noworoczne i czekać na to, co przyniesie 2014.

15


PODSUMOWANIE ALICJI PACANOWSKIEJ

MY BLOODY VALENTINE mbv Nie wiem czy wy też tak macie, ale ja do autorów określonych mianem klasycznych, podchodzę z dużą dozą zaufania i oddaje się tak jakby pod opiekę ich dzieł. Tak mam z książkami, np. po Reymonta sięgam po raz sety, kiedy wiem, że mam ochotę poczytać coś dobrego, z filmami, kiedy po raz setny wałkuję Hitchcock’a czy amerykańskie kryminały z lat 80, tak też jest z muzyką. My Bloody Valentine to niezaprzeczalnie jedni z największych w historii muzyki alternatywnej. Może ktoś inny powiedziałby ‘siema, sprawdzimy czy dziadkowie nadal dają radę, poszukamy jakichś niedociągnięć’, ale ja myślę raczej ‘wiem, że będzie dobrze, sprawdźmy jak bardzo’. Uważam, że m b v to zamknięcie pięknej trylogii, uzupełnienie, dopełnienie dwóch poprzednich płyt, jednak autonomicznie też stanowiące przepiękną, perfekcyjną historię. Płyta obfituje w różnorodność, miejscami spokojne rozmyte dźwięki i wokale, dalej już charakterystyczny dla MBV głośny, chropowaty noise, wszystko to jednak niebywale koherentne i właściwe. Jest pierwsze miejsce, zwycięstwo, najwyższy stopień podium, jednak myślę, że gdyby nie magiczny koncert na offie, album MBV w tym roku uplasowałby się oczko lub dwa niżej. Te godziny spędzone na wsłuchiwaniu się w każdy pojedynczy dźwięk sprawiły, że po powrocie do domu m b v i jej poprzedniczki były najczęściej zapętlanymi przeze mnie płytami. Ta porywczość i nieprzewidywalność muzyki Schields’a i spółki w jakiś magiczny i paradoksalny sposób niesie ukojenie i wpisuje się idealnie w moje poczucie estetyki w muzyce. Nazwa My Bloody Valentine to marka i jej członkowie wiedzą, ze własną marką nie wolno nieprzemyślanie szastać.

JENSEN SPORTAG STEALTH OF DAYS Muzyka, która przyciąga. Muzyka, która porywa, zaciekawia, nie daje odetchnąć ani na chwile, pozostawia w radosnym skupieniu, wyzwala zdumienie i szczery uśmiech. Wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach, zapominamy o bożym świecie, mamy przed oczami przestrzeń, ferie barw, rozedrganą ze wszystkich stron rzeczywistość. Dźwięki, przy których żałujesz, że nie jesteś synestetykiem, bo obrazy które mogłyby powstać w Twojej głowie podczas słuchania ich, byłyby z pewnością magiczne. Jensen Sportag, nazwa, która pewnie mało komu cokolwiek mówi, bo ich popularność duetu z pewnością nie jest wprost proporcjonalna do zajebistości muzyki jaką ci goście tworzą. Stealth of Days to płyta, która chyba najbardziej zaskoczyła mnie w 2013 roku. Wprawdzie epką Pure Wet stworzyli już sobie w mojej głowie pewną dość mocną kategorię, wiedziałam że ich mix r’n’b i elektro to coś bardzo fajnego, ale to, do jakich efektów doszli na płycie, to naprawdę fenomenalne dokonanie. Żeby zapoznać się z tą płytą, z pewnością

16


musicie sobie zarezerwować wolne pół godziny, ponieważ warto wybrać się na dziką rundkę po nieposkromionej dżungli dźwięków, jaką serwuje nam duet Jensen Sportag i nie dać się rozproszyć czemuś innemu. Wiem, wiem, leję wodę, ale trudno mówić o takich płytach jak ta. Trudno przypisać ten majstersztyk do jakiejkolwiek kategorii bez dyskryminowania pomysłów muzyków. To wydawnictwo to po prostu genialna skrzynia skarbów, pełna różnorakich drogocennych świecidełek, ozdobników, perełek. Kurcze, po prostu żeby zrozumieć fenomen tego dzieła, trzeba się znaleźć w jego wnętrzu, oddać się temu, co oferuje nam duet z USA. Fajnie, że było mi dane to usłyszeć, bo to jedna z lepszych rzeczy która ostatnio mnie przy obcowaniu z muzyką różnoraką spotkała. Na prawdę gorąco wam polecam ten krążek, u mnie w 2013 wspaniały numer 2.

inc. no world

Pościelowe granie. Te dwa słowa chyba najtrafniej określają to, co w tym roku dostaliśmy na płycie inc. Krążek no world cechuje się niebywałym minimalizmem i sensualnością. Delikatne aranżacje, oparte na pulsującej gitarze, podszyte subtelnymi, zamglonymi wokalami i nutką tajemnicy to coś, co braciom Aged na pewno w tym roku wyszło. Bez ściemy, gdy słucham no world nie mam ochoty prawie nic w tym wydawnictwie zmienić, niczego wyrzucić, całkowicie mogę skoncentrować się na doznaniach czysto estetycznych, nie zastanawiając się czy kolejny kawałek nie zaskoczy mnie czymś denerwującym albo złym. Tutaj właśnie pojawia się czasem zarzut w stronę duetu inc., najczęściej oparty na tym, że płyta operuje prawie do perfekcji formą, ale nie niesie za sobą żadnej treści, przez co nie jest czymś, co dobrze zapada w pamięć. Niby jak taki ślicznie opakowany cukierek, który jednak w środku jest najzwyklejszym karmelkiem, którego jemy z przyjemnością, ale za minutę nie pamiętamy, że w ogóle jedliśmy cukierka. Ogólnie na pierwszy rzut ucha mogłabym się z tym stwierdzeniem może i nawet zgodzić, bo płyta otula nas przyjemnością słuchania, ale przez swoją delikatność nie jest łatwa do odtworzenia w głowie. Jednak gdy zapętlimy krążek dalej i dalej, to okaże się, że teksty w które się wsłuchiwaliśmy wracają, a kawałki takie jak The Place czy 5 days nie będą chciały odczepić się od nas na długo. Zresztą, nawet jeśli płyta nie niosłaby ze sobą jakichś głębszych treści, to kurcz dla samej przyjemności słuchania tego, jak przestrzennie i umiejętnie operują formą muzycy, jes te kliknięcia play, polecam.

17


ę ę ze, st war-

JAMES BLAKE OVERGROWN Kryzys, bankructwa, smutek oplatający świat każdej strony, ciemne chmury, ogólne przygnębienie, niepewna przyszłość. Takie i nie tylko takie strachy towarzyszą nam na co dzień. Myśląc logicznie, człowiek przy zdrowych zmysłach nie szukałby jeszcze niepokoju w sztuce, w rozrywce, na którą może sobie pozwolić w wolnej chwili. Jednak im jestem starsza, tym bardziej doceniam w muzyce tą właśnie nutkę niepokoju, rozedrgania, lekkiej niezgodności. Jednakowoż zawsze zwracałam uwagę na indywidualizm i koncept artysty, a tego Jamesowi i jego longplayowi z pewnością nie brakuje. Zdawałoby się, że Overgrown coś w rodzaju szkicownika pełnego zatartych linii, po pierwszym przesłuchaniu tak właśnie mi się wydawało, jednak gdy przesłuchałam płytę jeszcze i jeszcze raz, doszłam do tego, że jednak Blake serwuje nam dokończone i kompletne obrazy, jednak dokończone w jego stylu. Co takiego hipnotyzującego jest w stylu tego mało rzucającego się w oczy, młodego jeszcze chłopaka? Z pewnością delikatność, mglistość, niebywale porywające rozedrgane dźwięki, przyprawiające o dreszczyk tricki artysty. Niebywały kunszt, uspokajający głos, krucha emocjonalność, intymna przestrzeń, którą daje słuchaczowi Blake, to coś co skłania mnie do wałkowania tej płyty dalej i dalej. Myślę, że warto obserwować poczynania tego artysty z bardzo wnikliwą uwagą, bo serio mamy tutaj do czynienia z narodzinami nowej, bardzo ciekawej jakości w muzyce. W tym roku James ląduje na zaszczytnym miejscu tuż poza podium, ale mam wrażenie, że kolejne jego krążki mogą znaleźć się nawet na pierwszym miejscu. Polecam!

DRAKE NOTHING WAS THE SAME Graham w tym roku jest moim faworytem jeśli chodzi o rap. Może to wydawać się dziwne, gdy wszyscy na jarają się Westem, który też mocno zagrał, ale jednak chyba nie do końca trafił w moją wrażliwość. Za to Kanadyjczyk odwalił pod tym względem kawał dobrej roboty i wydał trzeci świetny krążek, czym uklasował się w to trzy moich ulubionych raperów w ogóle. Co takiego fajnego w najnowszym wydawnictwie Drake’a? Na pewno świetnie dopracowane podkłady, porywający flow, oszczędne, ale dobrze dobrani goście, szczere teksty. Długo by wymieniać, jednak dla mnie najważniejsze w muzyce Drake’a jest umiejętność balansowania pomiędzy pełnokrwistym rapem a podszytą nutką r’n’b rytmicznością i zabawą. Fajnie jest przeskakiwać z kawałka na kawałek i widzieć coraz to innego artystę, który chce pokazać się słuchaczowi z coraz to nowej strony. Świadczy to tez o dużej utylitarności muzyki, jaką serwuje nam Drake, dobra będzie na spokojne wieczory jak i na te dni, kiedy mamy ochotę potańczyć, zależnie od tego w jaki numerek klikniemy ( i do tańca i do różańca, heheszki ). Nie lubię się powtarzać, wiec po tym ogólnym zarysie dóbr jakie na was czekają zachęcam do słuchania i klikania w 10 numer Kilofa, gdzie czeka na was pełna recenzja owego wydawnictwa. POLECAM!

18


PODSUMOWANIE A G N I E S Z K I

Ł Y S A K

Koniec grudnia to najwyższy czas na roczne podsumowanie

rynku muzycznego. Ciężko jest wybrać najlepsze albumy, spośród tylu tak dobrze prezentujących się. Wyróżnieni przeze mnie artyści należą do grona przedstawicieli muzyki elektronicznej. Nie chciałam tworzyć listy, stawiającej jedną płytę wyżej od innych, bo pierwsze miejsce na podium należy się im wszystkim. Mam nadzieję, że kolejny rok będzie równie obfity w tak dobre albumy jak 2013.

BOARDS OF CANADA TOMORROWS HARVEST Za jedną z płyt roku w moim zestawieniu uznałam najnowsze wydawnictwo Boards Of Canada. Bracia Michael Sandison i Marcus Eoin udowodnili, że warto było czekać aż osiem lat na ich wspólne dzieło. „Tomorrows Harvest” jest elektryzującą podróżą po tajemniczych zakątkach odrealnionego świata. Zlepione z dźwięków przestrzenie sennych miraży, budzą nieustający niepokój i napięcie. Z albumu wyłaniają się kłęby nihilistycznej mgły, która zaakcentowana została już w samych tytułach poszczególnych utworów („Sick Times”, „Collapse”, „Come To Dust”, czy też „Nothing is Real”). Płyta została dopracowana w najmniejszym szczególe. Utwory płynnie balansują na granicy mistycznyczności gwarantując niesamowite przeżycia.

ATOM™ HD ATOM™ to jedno z wcieleń niemieckiego producenta i kompozytora elektronicznej muzyki Uwe Schmidt’a. Znany jest także jako Atom Heart, czy Señor Coconut. Lista jego dokonań jest bardzo długa i interesująca. Nie sposób byłoby wszystkiego wyliczyć. Z pewnością za kolejny sukces można uznać najnowszą płytę. Nazwa „HD”, kojarzyć może się z monopolizującym rzeczywistość „High Definition”, jednak w rzeczywistości jest to skrót od „Hard Disc”, który odgrywa niemałą rolę w procesie twórczym Schmidt’a. Nagrywając nowy materiał w oparach glitchu i mechaniki, Uwe zaprezentował ciekawy pomysł ujęcia estetyki pop. Polega on na zabawie, dystansie i lekkiej drwinie („Stop (Imperialist Pop)”). Utwory są swoistego rodzaju dźwię współczesności. Przebija przez nie krytyka konsumpcyjnego stylu życia, a przede wszystkim pustej m ki produkowanej dla mas. Wszystko to zostało oprawione w ramy pierwszorzędnej elektroniki, w dod świetnie przygotowanym wokalem.

19


n ękiem muzydatku ze

TIM HECKER VIRGINS Tim Hecker należy do znanych postaci świata muzyki elektronicznej. Płytą „Virgins” zdecydowanie potwierdził swoją wysoką pozycję wśród ambientowych kompozytorów. Bogactwo instrumentów, harmonijność i przede wszystkim złożoność to są główne cechy jego najnowszego albumu. Utwory przepełnione są delikatnością, ale niejednorodną. Ujawnia się w niej niepokój, ciekawość i melancholia. Materiał przypomina chaos myślowy, wywołany silnymi, skomplikowanymi emocjami. Dźwięk ewoluuje wraz z sentymentalnym wahaniem nastroju. Cały proces charakteryzuje jednak logiczna ciągłość. Dzięki wyobraźni Heckera płyta jest trzymającą w napięciu historią opowiedzianą przez mistrza gatunku. JON HOPKINS IMMUNITY Wyróżnioną przeze mnie płytą jest również „Immunity” Jona Hopkinsa. Młody muzyk o nienagannym warsztacie praktyczno – teoretycznym, współpracował z poważanymi artystami i przez wielu okrzyknięty został nadzwyczaj utalentowanym. Trudno się z tym nie zgodzić, szczególnie wsłuchując się w utwory z najnowszego albumu. Wyraźnie zarysowuje się na nim podział na energetyczne brzmienia, z tymi nastawionymi na odprężenie. Całość zbudowana została z ośmiu utworów. Pierwsze dwa: „We Disappear” i „Open Eye Signal”, elektryzują pulsującym dźwiękiem, prowadząc do całkowitego scalenia się z nim. Z pewnością są jednymi z najlepszych na płycie. Następna para to przystanek by chwilę odetchnąć i zanurzyć się w brzmieniach, jednak przy aktywnych zmysłach. Z kolei całkowicie odpłynąć pozwala dalsza część płyty, w tym „Abandon Window” przywodzący mi na myśl surowy krajobraz pełen gór i lodowców. AUTECHRE EXAI Autechre są prawdziwymi kolosami jeżeli mowa o muzyce elektronicznej. Duet działa od 1987 roku i pochwalić się może kilkonastoma bardzo dobrymi wydaniami płyt i EP’ek. Rob Brown i Sean Booth nie oszczędzali swoich umiejętności również na najnowszym materiale. Siedemnaście kompozycji o łącznej liczbie stu dwudziestu minut. Czysto muzyczna przyjemność. Utwory są długie, wymagające, ale za to jakie przyjemne. „Exai” to istna eksplozja dźwięków. Każda pozycja jest wewnętrznie zróżnicowana. Wariacje brzmieniowe przypominają mowę maszyn, próbę ich dialogu z ludźmi. Detale budują aurę albumu. Gęstą, intensywną, na pozór chaotyczną. To właśnie pobudza krążenie krwi i hipnotyzuje słuchacza. ONEOHTRIX POINT NEVER R PLUS SEVEN Ostatnią wybraną przeze mnie płytą jest album Oneohtrix Point Never „R Plus Seven”. Daniel Lopatin swoją muzyką dokonał doskonałej kreacji przestrzeni. Album jest wyprawą do innego świata, pozwala zrelaksować się i naprawdę należy uważać na to, żeby za bardzo nie odpłynąć. Pierwszy utwór „Boring Angel” przywodzi mi na myśl powoli startującą rakietę, która rozpędza się i mknie w kierunku tajemniczych zakątków wszechświata. Kolejne pozycje na płycie są jak zwiedzanie planet. Każda inna, jednak do siebie podobna. Tak samo intrygująca. Dźwięki budują plastyczne pejzaże od których nie sposób się oderwać. Mnogość brzmień zdecydowanie przyciąga, stanowiąc atut albumu. Zdecydowanie galaktyka stworzona przez Lopatina jest warta zapoznania.

20


ALBUMY 2013 ROKU



KANYE WES YEEZUS


ST

X


MAZZ

SEASONS O


IX

ZY STAR

OF YOUR DAY



III

DEVENDRA BANHART MALA

VIII



JAMES BLAKE OVERGROWN

VII


JON HOPK IMMUNITY

V


KINS

VI



FOREST SWORDS ENGRAVINGS

V


NICK CAVE AND THE BAD SEE PUSH THE SKY AWAY


EDS

IV


BOA


ARDS OF CANADA TOMMOROW’S HARVEST

III


II

AUTRE ANXIETY


I

E NE VEUT


27


MOONFACE

I

JULIA WITH BLUE JEANS ON

28



X

POLSKICH ALBUMÓW 2013 ROKU


KIRK

Zナ、 KREW

X




WILHELM BRAS

WORDLESS SONGS BY THE ELECTRIC FIRE

IX



VIII STEFAN WESOŁOWSKI LIEBESTOD



TRUPA TRUPA ++

VII


VI WOVOKA TREES AGAINST THE SKY



29


DWUTYSIECZNY , JEDWABNIK

V



IV

KASECIARZ MOTÖRCYCLE ROCK AND ROLL


ALAMEDA TRIO , PÓZNE KRÓLESTWO

III



STARA RZEKA , CIEN CHMURY NAD UKRYTYM POLEM

II



KUCHARCZYK CHEST EP

I




KONCERTY 2013 ROKU

66


11 II

MOLLY NILSSON Kraków, Piękny Pies

15 II Gnučči Kraków, Prozak 2.0

28 II kiRk

zła krew tour Kraków, Klub RE

67


ZERWIEC STYCZEŃ-C

20 VI LXMP Kraków, Bomba

24 V dadub Kraków, Alchemia

r

68


PIEŃ -SIER WIEC CZER

6-9 VI GREEN ZOO FESTIVAL Kraków

8-9 VI LDZ MUSIC FESTIVAL

Łódź, Bajkonur schnAAk Piotr Kurek Enchanted Hunters

69

Piotr Kurek Kapital


3-6 VII

1-4 VIII

open’er festival

OFF FESTIVAL

Gdynia, Lotnisko Kosakowo

Katowice, Dolina Trzech Stwów

Nick Cave & The Bad Seeds

Bohren & Der Club Of Gore

Blur

Thee Oh Sees

The National

AlunaGeorge

Devendra Banhart

Gówno

22-25 VIII tauron

nowa muzyka Katowice, Dolina Trzech Stwów LFO Jon Hopkins Iron Noir

Fire!

70


26-27 IX FRENCH WAVES FESTIVAL Berlin, Bi Nuu

Lescop

27 IX / 3-5 X musica privata Łódź, Bajkonur WUT Trio

71

1X barn owl Kraków, Klub RE


13-20 X unsound festival Kraków

Stellar OM Source DJ Richard RSS B0YS Demdike Stare & Andy Stott

6 XI KASECIARZ Łódź, DOM

WRZE

SIEŃ-

LISTO

PAD

Pantha Du Prince & The Bell Labortory

72


UDZIEŃ AD-GR LISTOP

14 XI forest underground Kraków, Klub RE

15 XI RSS B0YS Warszawa, Brzozowa 37

2

w

Łó

73


24 XI

wovoka

ódź, Niebostan

28 XI -1XII LE GUESS WHO?

Holandia, Utrecht

King Khan & The Shrines

5 XII niechęć

Łódź, Łódż Kaliska

Moonface Matt Elliott Ty Segall Scout Niblett The Thing

74



le guess who

?


Godzina 09:50. Klasycznie na ostatni moment dojeżdżamy na lotnisko. To nic, że za 10 minut zamykają bramki i tak udaje nam się jeszcze zanurzyć po polskie specjały w strefie bezcłowej. Po jednym głębszym na dobry lot i widok zza okna zaczyna powoli tracić swoje szczegółowe kontury. Nie będę psioczył na tysiące ofert od mydełek po losy w loteriach, w końcu to tanie linie lotnicze. Bardziej zaskoczyło mnie, że w Eindhoven wylądowaliśmy 45 minut przed czasem – w Polsce nie do pomyślenia! Jak w szwajcarskim zegarku punktualnie stajemy na dworcu centralnym w Utrechcie. W tym momencie zaczynają się nasze tygodniowe wakacje. Utrecht to niesamowicie urokliwe miasto, pełne wąskich uliczek, starych kamienic, które co chwile przecinają pasma kanałów. W każdym zakamarku znajdziecie rowery, są one dosłownie wszędzie. Nie chcieliśmy być gorsi i też wypożyczyliśmy trzy holenderki. Przed wyjazdem udało nam się znaleźć wolny host w całkiem niezłej lokalizacji, zaledwie pół godziny od DOMu (największego kościoła w samym centrum miasta). Pierwszego dnia festiwalu dołączył do nas przyjaciel ze Szwecji - Robin, który dopiero co wrócił z ostatniej edycji ATP w Camber Sands. Całym składem w czwórkę udaliśmy się na rowerach na pierwszy koncert do Tivoli. Lekko błądząc w znalezieniu punktu z wymianą opasek przegapiliśmy psychodeliczne rockabilly Dirty Beaches. Na szczęście na występ King Khan & The Shrines byliśmy już przed czasem. Kanadyjczyk w swoich czarnych skórzanych, błyszczących butach, bokserkach ozdobionych złotymi wzorami i niesamowitej gwieździstej pelerynie oczarował publikę bez reszty. Było bardzo garażowo, ale sekcja dęta nie dała o sobie zapomnieć. Saksofon krążył po całej scenie podczas dzikich tańców Khana. Trochę kabaret, trochę show, ale z ogromną dawką energii i pełny muzycznych wariacji. Po koncercie udało mi się porozmawiać przez chwilę z Arishem. Zdradził, że zagości u nas w nowym roku. Trzymam kciuki, bo King Khan to koncertowy pewniak. Główną gwiazdą dnia miało być legendarne The Fall. Podobno poziom ich występów jest kwestią odpowiedniego upojenia Marka - może też dlatego spory zawód. Ludzie chcieli poskakać do swoich ulubionych post-punkowych kawałków z młodości, ale wokalista był naprawdę zmięty, a zespół nie potrafił tego zbytnio zatuszować. Umykając przed totalną katastrofą, udaliśmy się na występ świeżo upieczonego członka Warp Records. Patten zaprezentował ciekawe muzyczne pejzaże, do których przyjemnie było się pobujać. Utwory wzbogaciły kolorowe wizualizacje,

77


78


79


nadające interesujący charakter setowi. Klub zapełnił się dopiero przed samym koncertem Lopatina. Właściciela Software Records widziałem na żywo parę razy i za każdym jest to całkowicie inne przeżycie. Tym razem wygaszono dookoła światła puszczając jedynie punktowy promień na twarz muzyka. Oneohtrix Point Never zaprezentował bardzo psychodeliczny set. Bez większych używek z łatwością można było przy tym odpłynąć. Z transu wybudził mnie dopiero „Sleep Dealer” z „Replici”. Poczułem dziwny zastrzyk adrenaliny, który nakazał mi tańczyć. Niestety był to już koniec występu. W tym miejscu pojawia się pierwszy mankament festiwalu – odległości. Będąc mobilni dzięki naszym jednośladom docieraliśmy na koncerty w granicach 10-20 minut. Niestety to i tak za mało, zważywszy, że kluby miały ograniczoną liczbę miejsc i trzeba było przyjść 15- 20 minut przed danym występem. Jak na złość wszyscy artyści zaczynali punktualnie, a w programie nie pokrywało się dwóch, ale czterech, a czasami ośmiu artystów. Głupie uczucie, kiedy z kwitkiem odprawia was kelnerka stojąca przy drzwiach knajpy, w której właśnie gra Night Beats. Drugiego dnia festiwalu odpuściliśmy sobie maratony i zaczęliśmy się zastanawiać, co jest dla nas priorytetem. Z zestawu: Braids, Linda Perhacs, Daughn Gibson, Ty Segall wygrał Kalifornijczyk, który zaprezentował na żywo akustyczny album „Sleeper”. Przemoczeni do suchej nitki weszliśmy do Tivoli de Helling w tym samym momencie, kiedy Segall grał pierwsze akordy z tytułowego kawałka. Pomimo, że klub pękał w szwach, udało nam się przedrzeć pod samą scenę. Nie wiedzieliśmy czego mamy się spodziewać po tym koncercie, będąc przyzwyczajeni do szaleńczego pogo, brudnych, szybkich kawałków oraz crowdsurfingu muzyka. Koncert początkowo przybrał trochę inny charakter. Publika znała kawałki ze „Sleeper” i po ich minach można było wywnioskować, że naprawdę podobały im się w wersji live. Obawy, że cały występ spędzimy w jednym miejscu zostały dość szybko rozwiane. Ty postarał się trochę podkręcić aranżacje paru utworów, co momentalnie dało sygnał fanom do rozruszania atmosfery. Kiedy materiał z nowego albumu się wyczerpał, sięgnął po klasyk z „Melted” -„Girlfriend”. Na sam koniec, aby trochę ostudzić emocje widowni zagrał utwory Davida Bowiego i Love. Może to nie największy rozpierdziel na jakim w życiu byłem, ale spontaniczność i świetna reakcja publiki nie pozwoli mi na długo zapomnieć o tym koncercie.

80


Po nadrobieniu zaległości w strefie merchandise, postanowiliśmy wykonać plan-mistrz. Polegał on na przedarciu się przez stare miasto i udanie się na jego drugi koniec, aby trafić do klubu Ekko. Trwał tam już koncert Forest Swords, więc im szybciej byśmy dojechali, tym więcej udałoby nam się go zobaczyć. Jedynie z małą przerwą na pączki pędziliśmy niczym liderzy Tour de France. Bez większych pomyłek dotarliśmy do festiwalowego punktu na mapie. Co więcej udało nam się nawet zdążyć na występ Brytyjczyka szkoda, że był to już ostatni utwór z setlisty. Czując gorycz porażki poszliśmy wyrównać jego poziom kolejnym piwem. Poczekaliśmy na Robina i na kolejny występ w Ekko, tym razem Visionista. Przegapiłem jego koncert na Unsoundzie, dlatego byłem ciekaw co zaprezentuje Louis Carnell na żywo. Jego set to sporo dawka trapów, grime’u i future garage’u – po prostu kawał dobrego materiału to tańca. Dzień skończyliśmy tak jak zaczęliśmy - w Tivoli de Helling. Przejechaliśmy całe miasto oczekując występu Jacuzzi Boys, jednak pozytywnie zaskoczyła nas pierwsza festiwalowa obsuwa. Na scenie pojawił się J.C. Satàn serwując garage-rockowe piekło. Głośna, szaleńcza piątka połączyła to co najpiękniejsze w brudnym garażu i szaleństwie punk rocka. Światła na scenie atakowały niczym intro do filmu Gaspara Noé, a poniżej widać było tylko ten kręcący się młyn ludzi. To jeden z tych koncertów, kiedy nie ma mowy o zwolnieniu tempa, a publika w swojej euforii do końca nie traci sił. Kolejny dzień zaczęliśmy od smarkania i planowania wyprawy do Amsterdamu. Po udanej wycieczce po stolicy Holandii udaliśmy się prosto na koncert Scout Niblett. Grungowe, gorzkie kawałki artystki przyprawiały o ciarki na plecach. Utwory Scout przepełnione są melancholią, ale na żywo nabierają kobiecego, wręcz zmysłowego charakteru. Pełny emocji koncert był jednym z najpiękniejszych momentów festiwalu. Jednak to nie ostatni świetny występ tego dnia. Pojechaliśmy prosto do kościoła Janskerk, aby zobaczyć Ólafura Arnaldsa. Na początku przywitała nas niekończąca się kolejka przed wejściem. Na szczęście udało mi się ją ominąć akredytacją prasową. Dopiero co zachwycony występem brytyjskiej songwriterki momentalnie uległem ambientowym kompozycją Islandczyka. Atmosfera panująca w kościele była wręcz metafizyczna. Ciepłe światła rzucone na sklepienie, całkowita cisza i muzyka. Przestałem robić zdjęcia czując, że zakłócam tą harmonie.

81


82


83


Najbardziej ujęło mnie zachowanie ludzi. Nie chodzi mi tylko o wzajemny szacunek, ale o podejście do miejsca. Wiele osób samotnie siedziała w nawach bocznych, sporo osób zajęła główne przejście do ołtarza. Wszyscy zapomnieli o sakralnym wydźwięku, a każdy starał się w osobisty sposób przeżyć ten moment. Ten piękny ład skutecznie zakłóciło skandynawskie trio The Thing. Wariacje Gustafssona nabierają potęgi dopiero na żywo. W sali wypełnionej niezliczoną ilością kul dyskotekowych odbijała się cała gama złotych odcieni saksofonu Matsa. Jeżeli miałbym zobrazować Wam ten występ, to wybrałbym jedną z abstrakcji Jacksona Pollocka. Pomimo melanżu barw stawianych dość przypadkowo i instynktownie, ostatecznie otrzymujemy całkowicie przemyślane dzieło. Podczas występu odniosłem wrażenie, że Szwed przez cały czas prześciga się w pomysłach z Ingebrigtem grającym na podwójnym basie. Walka była zacięta i panowie nie dawali za wygraną. Finalnie nie wiem czy wirtuozeria Haker-Flatena nie przypadła mi nawet bardziej do gustu. Bez względu na ostateczny wynik pojedynku, The Thing to jazzowi wymiatacze i nie ma co się zastanawiać, kiedy po raz kolejny odwiedzą Polskę. Jeżeli chcecie poczuć namiastkę tego szaleństwa to odsyłam Was do świetnej fotorelacji Eli Radzikowskiej, którą znajdziecie na naszym flickru. W planach była grungowa zabawa z Metz, tańce z Laurel Halo i Stellar OM Source, ale my niczym emeryci i renciści udaliśmy się po północy w kierunku mieszkania. Jeżdżenie na rowerach w deszczu dało nam w kość, a jeszcze został jeden festiwalowy dzień. To ostatnia niedziela… Smutek i nostalgia trochę nas chwyciła. Poza tym nie było o to trudno, kiedy jednego dnia grali Matt Elliott, Moonface i Destroyer. Koncert rozpoczął muzyk z Bristolu. Przy skromnej oprawie Matt swoimi akustycznymi utworami stworzył niezwykle kameralną aurę. Melancholię Elliotta czuć było w każdym zakątku średniowiecznej kaplicy kościoła Vredenburg Leeuwenbergh. Po krótkiej przerwie na scenie pojawił się Spencer Krug. Na początku wyjaśnił, że jego gra na fortepianie nie jest najlepsza i nie obrazi się jak będziemy wychodzić podczas występu. Jednak pierwsze utwory z „Julia with Blue Jeans On” mówiły zupełnie coś innego. Miałem mieszane uczucia podczas słuchania nowego albumu w domu, ale na żywo kompozycje Kanadyjczyka wzbogacone jedynie czystym wokalem całkowicie ścięły mnie z nóg. Niezwykle pociągające, pełne skrajnych emocji utwory sprawiły, że zapomniałem o wszystkim dookoła.

84


Wzniosła atmosfera po każdym kawałku kończyła się wraz z kolejną anegdotką muzyka. Wspominał o koncercie w Lizbonie, z którego zapamiętał jedynie niefortunne spotkanie z gołębiem, mówił o urokach Utrechtu, a także prosił o lekkie wygaszenie świateł, bo krępowały go wszystkie oczy skierowane tylko na niego. W klimacie „pół żartem, pół serio” Moonface zakończył ten wyjątkowy występ, a zaraz na scenie miał pojawić się jego dawny znajomy ze Swan Lake – Dan Bejar. Na tle czarnej kurtyny w swoich białych spodniach i koszuli z zarzuconą czerwoną, lśniącą gitarą akustyczną Destroyer wręcz odbijał rzucone światło na scenę. Dan zagrał solo mnóstwo ciepłych piosenek i tych z „Kaputt” i też tych starszych. Nie były może nudne, ale bardzo spokojne przez co posłużyły nam jako błogie kołysanki. Ostatni koncert festiwalu należał do legendarnego indie-rockowego trio Yo La Tengo. Myślałem, że usłyszę parę lekkich, delikatnych utworów. Jednak Amerykanie naprawdę mile mnie zaskoczyli prezentując eksperymentalne oblicze rocka. Było dream-popowe, trochę indie, ale większość kawałków wybrzmiała bardzo shoegaze’owo! Występ wciągał i uzależniał kolejnymi warstwami, rozmytymi pejzażami. Publice udało się wywołać zespół na bis i to w towarzystwie Glenna Jonesa i Michaela Chapmana, którzy kilka godzin wcześniej grali w jednym z klubów podczas Le Guess Who?. Po prostu piękny koniec niepowtarzalnego festiwalu. Fascynujące w tym festiwalu jest to, że sami mieszkańcy za dużo o nim nie wiedzą. Do Utrechtu przylatują ludzie z całego świata, aby zanurzyć się przez te kilka dni w niszowej muzyce. Udało nam się spotkać także Polkę, która przyjeżdża tu już na kolejną edycję z rzędu. Mam nadzieję, że Le Guess Who? nie zatraci tego klimatu miejskiego festiwalu. Nie ważne czy uda się zobaczyć pięć czy sześć artystów więcej, dzięki skupieniu wszystkich koncertów w jednym klubie. Cudowne jest właśnie to ciągłe zmierzanie do celu, nocne spacery po mieście i przejażdżki rowerowe pod osłoną nocy. To miejsce, w którym chciałbym spędzić po raz kolejny chociaż jeden listopadowy tydzień 2014 roku. Tekst: Szymon Zakrzewski Zdjęcia: Ela Radzikowska, Szymon Zakrzewski

flickr


86


K I L O F

XII

S T. V I N C E N T C U R R E N T 9 3 S U N O))) U LV E R WA R PA I N T EMA ANGEL OLSEN LIARS SPOON CLOUD NOTHINGS L U T T O L E N T O ED WOOD BECK K U C H A R C Z Y K INNERCITY ENSEMBLE