Page 1


Był sobie król… Poczet Piastów Copyright © Mariusz Wollny & Zuza Wollny isbn 978-83-939004-9-7 Wydawca: jama Mariusz Wollny Kraków 2018

Patroni: Miasto Kraków & Fundacja Szablą i Piórem


Mariusz Wollny (tekst) Zuza Wollny (ilustracje)

by ł sobie k ról… Poczet królów wybieranych dla początkujących miłośników historii ojczystej część i

  wydanie i —

— Kraków 2018


o prawdziwym sarmacie   W przeciwieństwie do swych poprzedników, Wazów i króla Michała, Jan III hołdował krajowej modzie i zwyczajom, które określa się mianem sarmackich. Za jego panowania niemal wyszły z mody peruki. Nosił się bowiem tylko po polsku – głowa podgolona, wielkie wąsy, strój tradycyjny: spodni żupan i wierzchni kontusz przepasany pysznym pasem tureckim, perskim lub słuckim (wyrabiane w „persjarni” w Słucku na Polesiu, miały ponad 4 m długości i szerokość od 30 do 40 cm), u boku ozdobna szabla-karabela. A że był przystojnym, postawnym mężczyzną, stanowił wzór prawdziwego Sarmaty.   Szlachta polska wierzyła (co było wierutną bzdurą), że wywodzi się od tego wymarłego ludu starożytnego, który rzekomo podbił słowiańskich prostaczków-kmiotków. Sarmaci mieli przechować wszystkie cnoty starożytnych Rzymian, zwłaszcza waleczność. Wierzono, że wygnany przez cesarza z Rzymu sławny poeta starożytny Owidiusz przybył do kraju nad Wisłą i nauczył tubylców łaciny. Dlatego szlachta mawiała dumnie: Eques Polonus sum, latine loquor – jestem polskim szlachcicem, mówię po łacinie. Chętnie chwaląc się swym męstwem i uważając za jedynych obrońców ojczyzny, nie chciała płacić podatków na zawodowe wojsko, ale do walki się nie kwapiła, miłując z czasem pokój tak bardzo, że wrogowie bezkarnie pustoszyli Rzeczpospolitą. Siedzenie w domu na wsi, doglądanie gospodarstwa i pędzenie chłopów do niewolniczej pracy uważano za jedyne godne szlachcica zajęcia. W wolnych chwilach ucztowano z zapałem, zrywano sejmy, krytykowano króla i strzeżono pilnie „złotej wolności” jak źrenicy oka. 5


Uważając się za tak wyjątkowych, gardziła szlachta nie tylko mieszczanami i chłopami, ale też wszystkim co obce, ponad wszystko wynosząc własne obyczaje, strój i sposób życia, a także ustrój państwa oparty na wolnych elekcjach i liberum weto, jedyny taki w świecie. A że tak dziwaczny i szkodliwy, iż śmiali się z niego i wykorzystywali inni, tego już nie chciano widzieć. Uparcie też pokutowało przekonanie, że „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”, choć od dawna (a bodaj nigdy) nie odpowiadało ono prawdzie. Wierzono, że każdy „szlachetnie” urodzony (nawet skończony głupiec i nieudacznik) z tejże racji może i powinien oczekiwać królewskiej łaski. Jednak za króla Sarmaty i takie cuda czasami się zdarzały… Imaginacja 18   Pewien szlachetka z Podlasia, ufając, że szlachcic na zagrodzie (jak on) równy wojewodzie, umyślił sobie wystarać się u króla jeśli nie o urząd wojewodziński, to choć wójtostwo albo i jakąś wioszczynę w dzierżawę.   Udał się zatem do stolicy (w innej wersji – do Jaworowa). Nieopodal Marymontu ustała mu nędzna szkapa, której dosiadał, a i jej pan postanowił się wzmocnić. Wstąpił tedy na popas do przydrożnej karczmy. Wszystkie miejsca zajmował wszak ze swą świtą jakiś możny pan, widać bawiący na łowach, bo z myśliwska szaro odziany. Jednak grzecznie pozwolił gościowi dosiąść się do siebie. Przekonał się zatem ubogi szlachcic, że porzekadło o równości nie kłamie. Wprawiło go to w dobry humor, a w jeszcze lepszy – ochotnie wychylane garnce syconego miodu, fundowanego przez hojnego kompana.   – Dokąd to, panie bracie? – spytał go uprzejmie przygodny towarzysz.   – Do Warszawy.   – Do kogo i po co?   – Do króla. Jestem ubogi szlachcic, mam kilkoro dzieci. Będę prosił, żeby mi król też dał jakąś królewszczyznę, to jest wioskę. Albo i wójtostwo w Łukowie, bom z Łukowskiego rodem.   – A jak król nie da nic? Toć prosi go wielu i choćby chciał, wszystkim nie wygodzi – zauważył wielmoża.   – To mu powiem, żeby moją kobyłę pod ogon pocałował! – zuchowato odparł zaperzony szarak, trzaskając w zawieszoną na sznurku szablę i tupiąc energicznie w glinianą polepę, aż mu się słoma z dziurawego buta wysypała.   W izbie karczemnej zaległa nagle cisza i wszyscy popatrzyli na postawnego magnata, gdy jednak ten podkręcił sarmackiego wąsa i pierwszy zaczął 6


7


się śmiać na całe gardło, gruchnął śmiech tak wielki, że aż zarżała kobyłka uwiązana przed gospodą.   – Chciałbym to widzieć – rzekł możny pan, podnosząc się do wyjścia.   – To bądź waść jutro na zamku! – rzucił za nim szlachciura.   Nazajutrz wczesnym rankiem zgłosił się na królewskich przedpokojach i ustawił na końcu kolejki oczekujących na audiencję. W końcu się doczekał. Wszedł do gabinetu i zdębiał, ujrzawszy za biurkiem… wczorajszego kompana od dzbana.   – No i jesteśmy, mój panie. Wiemy już, czego chcesz od króla. Strasznieśmy ciekawi, co będzie, gdy ci odmówimy – powitał go Jan iii, skrywając uśmiech pod wąsem.   Jegomość stracił cały animusz, zaczął drżeć jak osika i miąć w rękach czapkę, którą zdjął z uszanowaniem, ale przełykając ślinę, odparł rezolutnie:   – Słowo się rzekło, Najjaśniejszy Panie – kobyłka u płota. Może Wasza Królewska Mość sam sprawdzić. Podszedł król Jan do okna i faktycznie – na zamkowym dziedzińcu, uwiązana do ogrodzenia, smętnie sterczała chabeta mociumpana, akurat wypiąwszy zadek w stronę patrzącego. Roześmiał się na ten widok dobry król tak głośno jak wtedy w karczmie i obrócił łaskawe oblicze w stronę wystraszonego szlachcica.   – Mój panie, rad pleciesz, co ci ślina na język przyniesie. Ale też nie wypierasz się swych słów, choćby cię to miało na nasz królewski gniew narazić. Umiesz dotrzymywać słowa i jesteś odważny, a nie o każdym wyżej od ciebie postawionym da się to samo powiedzieć. Masz swoje wójtostwo.   Rymsnął do nóg królewskich wdzięczny szlachcic, który ponoć nazywał się Jakub Zaleski. On zyskał, co chciał, a my nowe porzekadło: Słowo się rzekło – kobyłka u płota. Dlatego trzeba zawsze zważać na to, co się mówi i nie pleść byle czego, bo potem trzeba słowa dotrzymać, a nie każdy rozmówca jest tak łaskawy jak dobry król Jan.   Coraz bardziej zadowolona z siebie szlachta zaczęła lekceważyć rzetelną wiedzę, czemu sprzyjał upadek Akademii Krakowskiej. Zaś szkoły jezuickie wypuszczały fanatyków religijnych i nie uczyły myślenia, zamiast tego – klepanie z pamięci mów na różne okazje. Popsuła się też łacina. Coraz częściej mieszano język polski z łacińskim przekręcając oba, co nosi miano makaronizmu. Magnaci nie udawali się już za granicę odbywać poważne studia, jak to bywało w „złotym wieku”, ale raczej by pokręcić się trochę po obcych dworach i poduczyć języków. 8


Obecny w stroju, w piśmie, występował też sarmatyzm w sztuce barokowej (taki styl, pełen przesadnego przepychu, wciąż obowiązywał w całej Europie), czego najlepszym przykładem są galerie przodków w dworkach szlacheckich, malowane przez podrzędnych artystów na jedno kopyto. A także nieznane gdzie indziej portrety trumienne przedstawiające nieboszczyka (w stroju narodowym), malowane na blasze i umieszczane w szczycie trumny, aby zmarły mógł się przyjrzeć, kto i jak oddaje mu ostatnią posługę, a potem wpasowywane w płyty nagrobkowe lub zawieszane w kościele.   Szerzyła się dewocja i prześladowanie innowierców, a także palenie na stosach heretyków i „czarownic”, co na szczęście nigdy nie doszło w Polsce do takich rozmiarów (za to trwało najdłużej) jak na Zachodzie, gdzie całymi dziesiątkami potrafiono palić lub topić nieszczęsne kobiety, oskarżane o konszachty z szatanem. 

o naśladowcy króla słońce i mecenasie kultury   Pielęgnując swojskie zwyczaje, a zwłaszcza modę, był przy tym król prawdziwym światowcem. Chętnie naśladował sławnego króla francuskiego Ludwika XIV, zwanego Królem Słońce, który stał się wzorem dla wszystkich monarchów europejskich. Nie małpował jednak Jan bezmyślnie obcych wzorów, gdyż poza naturalną u władcy ambicją uświetnienia swej osoby i panowania, naprawdę był miłośnikiem nauki, sztuki i w ogóle kultury.   Na wzór Wersalu zbudował sobie pod Warszawą (za którą nie przepadał i sejmy walne wolał zwoływać do Grodna na Litwie) wspaniałą letnią rezydencję – pałacyk myśliwski w Wilanowie (Villa Nova), dzieło spolszczonego Włocha Augustyna Locci. Był to istny „mały Wersal”, najpiękniejszy pałac barokowy w Polsce. Pewien zachwycony Francuz nazwał go miniaturowym „polskim Wersalem”, „pięknym jak małe cacko”. Cieszył się nim jednak Jan zaledwie parę lat i to pod koniec życia, gdyż w stolicy i jej okolicy źle się czuł, o wiele chętniej bawiąc w rodzinnych stronach – Jaworowie i Żółkwi. Ozdobą pałacyku były wspaniałe dywany i opony (zasłony) zakupione po angielskim królobójcy Kromwelu, ale krótko, bo wnet padły łupem złodziei.   Przebudował też pałac w ulubionym Jaworowie, zamki w rodzinnej Żółkwi i we Lwowie, wnętrza na Zamku Królewskim w Warszawie (głównie salę sejmową) i na Wawelu. Na wzgórzu w podwarszawskim Pólkowie postawił dla żony siedzibę nazwaną Marymontem, a sama Marysieńka zbudowała sobie na dzisiejszym placu Teatralnym pałacyk Marywil, pierwszy polski supermarket. Za sprawą króla powstał w Warszawie przy Miodowej


kościół Kapucynów (których sprowadził do Polski po wiktorii wiedeńskiej, zaś krakowskim kapucynom jego syn Jakub podarował piękny ojcowski sekretarzyk, przerobiony na boczny ołtarz w Kaplicy Loretańskiej) oraz kościół sióstr sakramentek, ufundowany przez Marysieńkę jako wotum dziękczynne za wiktorię wiedeńską. Przebudowano katedrę św. Jana. Za panowania króla Jana ksiądz Papczyński założył w Polsce zakon marianów, którzy oprócz oddawania czci Matce Boskiej zajęli się oświatą wśród prostego ludu, czego nie czynili jezuici ani pijarzy.   Wspierał król rozmaitych uczonych i artystów, z których najwybitniejszy był Tylman z Gameren, Holender zadomowiony w Polsce i zwany swojsko Gamerskim, mianowany królewskim architektem jeszcze przez króla Michała. To on pobudował wspaniałe budowle barokowe – kościół Bernardynów na warszawskim Czerniakowie, ów kościół Sakramentek na rynku Nowego Miasta czy przepiękny akademicki kościół św. Anny w Krakowie, a także pałac Krasickich w Warszawie oraz pałace w Puławach i Nieborowie.   Popierał Jan zdolnego inżyniera i architekta, Krzysztofa Mieroszewskiego herbu Ślepowron, który chciał przy Akademii Krakowskiej założyć instytut inżynierii wojskowej, ale akademiccy mędrcy nie życzyli sobie żadnych nowinek w omszałych murach. Na dworze królewskim przebywał wybitny matematyk i bibliotekarz, wileński jezuita Adam Kochański (pierwszy w Polsce znał rachunek różniczkowy i całkowy, projektował łódź podwodną i samolot), a szeroko czytana na zachodzie The History of Poland O’Connora rozsławiła imię polskiego króla. Wspierał hojnie Jan astronomiczne prace sławnego gdańszczanina Heweliusza (odwiedzając Gdańsk zawsze zaglądał do pracowni astronoma i prowadził z nim długie dyskusje), który z wdzięczności jeden z gwiazdozbiorów nazwał Scutum Sobiescianum (Tarczą Sobieskiego), zadedykował królowi jedno ze swych dzieł, a swój atlas nieba nazwał Firmamentum Sobiescianum.

o głowie nie od parady   Lekarz i biograf króla Irlandczyk Bernard O’Connor w swojej znakomitej historii Polski napisał o Janie, że „jest bardzo przyjemny, wielce dla wszystkich przystępny, wielu świetnymi ozdobiony przymiotami, nie tylko w sztuce wojennej, lecz w naukach, literaturze niepospolicie biegły”. A pewien Francuz dodał: „Jest on bez wątpienia po królu [Ludwiku xiv] najlepiej wykształconym monarchą Europy, ma wiele dzieł literackich, mówi znakomicie po łacinie, francusku i turecku”. A także niemiecku i włosku. 10


Miał Jan naprawdę otwarty umysł i wyborną pamięć. Posiadał ogromną bibliotekę, liczącą aż 1390 dzieł w 7000 tomach, w tym wiele rzadkich i cennych, kupionych i odziedziczonych po pradziadku Stanisławie Żółkiewskim oraz Karolu Chodkiewiczu. Były tam dzieła z wszystkich dziedzin wiedzy (geografii, astronomii, nawet medycyny) i kultury, ale najwięcej historycznych: 370 ksiąg z dziejów starożytnych i współczesnych, a 70 ksiąg o wojskowości, w tym najnowsze, jakie wtedy wyszły. Co więcej, Jan nie tylko zbierał książki, ale czytał je namiętnie i wszędzie – w domu i podróży, na wojnie i podczas pokoju, w zdrowiu i chorobie. Najczęściej romanse, ale poważniejsze też. Ku podziwowi Francuza Duponta po przekroczeniu pięćdziesiątki zabrał się do nauki hiszpańskiego, żeby móc czytać w tym języku. Miał też zwyczaj podkreślania ołówkiem w książce co bardziej zajmujących fragmentów, co wskazuje, że nie robił tego „po łebkach”.   Interesowały go wszelkie nowinki, odkrycia, wynalazki, zawsze był gotów o czymś nowym się dowiedzieć (np. o pszczelarstwie), z wiekiem coraz bardziej gorączkowo. Pociągały go nowe pomysły, zagadki, osobliwości różnego rodzaju. Znano tę jego pasję i obdarowywano go rozmaitymi dziwami: w Jaworowie po dziedzińcach spacerowały strusie, inne egzotyczne zwierzęta trzymano w klatkach, a pan Pasek musiał królowi podarować swą oswojoną wydrę. Z tą wydrą to była cała historia, z początku wcale ucieszna… Imaginacja 19   Jan Chryzostom Pasek, człek wojenny i od polityki nie stroniący, na stare lata zaszył się na wsi, pisał pamiętnik, doglądał jak mu zboże rośnie i z upodobaniem oswajał dzikie zwierzęta. Chowały się pospołu w jego domu, krzywdy sobie nie czyniąc. Dziwowali się ludziska, że liszka (lisica) bawi się z psami, zając włazi psu na łeb i lisicy paraduje koło nosa, hasa po domu oswojona kuna i jaźwiec (borsuk). W czasie łowów ułożony kruk zamiast latać wolał wozić się na psie, a domowy zając razem z psami gonił swych dzikich pobratymców. Ale najukochańszym stworzeniem pana Paska była oswojona wydra Robak.   Woził ją ze sobą pan Chryzostom w podróży, bo gdzie tylko była woda, zaraz łapała i przynosiła mu ryby na zwołanie: Robak, hul! hul!, więc mógł zaoszczędzić na wyżywieniu albo post nakazany zachowywać, gdy w karczmie akurat brakło śledzi. Tak samo, gdy pana Paska odwiedzali goście i trzeba było świeżą rybę podać na stół. Sypiała często ze swym panem w jednym łóżku, nikomu nie pozwalając do niego podejść. Załatwiała się tylko do wyznaczonego naczynia. Stołowała się przy pańskim stole


i nie ruszyła niczego surowego – wszystko musiało być odpowiednio przyrządzone z jarzynami. Przyjaźniła się z pokojowym pieskiem, ale innych czworonogów za próg nie puszczała.   O tej wydrze dowiedział się król Jan i koniecznie postanowił ją zdobyć. Przysłał więc do pana Paska dworzanina Straszowskiego z prośbą, ponieważ wiedział jak niechętnie pan Chryzostom pozbyłby się ulubienicy: Qui cito dat, bis dat (kto prędko daje, dwa razy daje). Chcąc nie chcąc, podarował zacny szlachcic królowi wydrę razem z instrukcją, jak z nią postępować. I nie przyjął dwóch pysznych koni tureckich z bogatymi rzędami ofiarowanych w zamian.   Jednak podkrakowska wydra źle się czuła w Warszawie i gryzła każdego, kto próbował jej dotknąć. W końcu zdecydował się zaryzykować sam król, nieustraszony pogromca Turków, Tatarów i wszelkiej dziczy, mówiąc zuchowato, jak na bohatera przystało:   – „Marysieńku, odważę się ja pogłaskać ją”.   Próbowała mu królowa perswadować, ale Jan się uparł:   – „To sobie będę miał za dobry znak, jeżeli mię nie ukąsi; jeżeli też ukąsi, o to mniejsza, pisać tego nie będą po gazetach”.   I proszę!, wydra dała się Janowi pogłaskać. Ucieszył się więc, dał jej posłanie ze złotogłowiu i nawet zdołał sprawić, że trochę zjadła. Na trzeci dzień rzekł król do królowej:   – „Marysieńku, nie będę jutro jadł ryby, tylko co mi ta wydra ułowi; pojedziemy jutro, da Pan Bóg, do Wilanowa i tam ją będziemy próbować, jeżeli się tam pozna z rybami”.   Pojechali więc, ale nie zastosowali się do instrukcji pana Paskowej – źle przywiązali wydrze smycz, ta zrzuciła obrożę i wybrała się na wycieczkę. Jednak nie znała okolicy i błąkała się, nie mogąc trafić do domu. Rano spotkał ją jakiś żołnierz i myśląc, że dzika, zabił, po czym na futro sprzedał Żydowi.   Wkrótce słudzy królewscy, wysłani na poszukiwanie wydry, schwytali winowajców i razem ze skórką biednego Robaka przywiedli do króla. A ten ryczał jak zarzynany w strasznym gniewie:   – „Zabij, kto cnotliwy! Zabij, kto w Boga wierzy!”   Taki zwykle dobrotliwy, wpadł w szewską pasję i kazał rozstrzelać pechowego dragona, ale na prośbę biskupów zmienił wyrok i „ułaskawił” nieboraka, każąc mu przejść 15 razy przed szpalerem 1500 żołnierzy, którzy zatłukli nieszczęśnika kijami, bijąc „nad prawo” mocno, chyba wbrew intencjom króla. Tak to smutno skończyła się ta historia, którą pan Pasek opisał pod datą: Rok Pański 1680. 12


13


Lubił Jan towarzystwo uczonych mężów (wykorzystywali to różni wygadani pseudouczeni, zwłaszcza Włosi i Francuzi, których sporo pętało się na dworze) i znajdował przyjemność w dysputach z nimi, a i sam często wszczynał takie dyskusje. Na takie posiedzenia naukowe zwykle bywał zapraszany królewski ulubieniec O’Connor, biskupi i pomniejsi duchowni, w tym szara eminencja na dworze królewskim, bystry jezuita, spowiednik i sekretarz króla oraz wychowawca jego młodszych synów, ojciec Vota, tajny agent austriacki.   Jan, zupełnie nie jak Sarmata i prawy Polak, uczył się i kształcił niemal do końca życia. Doskonale znał się także na gospodarowaniu. Mimo że bardzo pochłaniały go obowiązki najpierw hetmańskie, potem monarsze, zawsze znalazł czas, by dopilnować swych licznych dóbr. Bo i był skrzętny nad podziw (Sobek!), żeby nie rzec – wręcz chciwy i pazerny na pieniądze (ale i tak nie bardziej od Marysieńki). Ponoć zdołał zgromadzić niesamowitą sumę 10 czy 11 milionów zł (rocznie oszczędzając, a nie marnotrawiąc jak inni!, po pół miliona), co było wówczas sumą niewyobrażalną i z czego zawistni nie omieszkali mu czynić wyrzutów, gdyż takim bogaczem (zresztą jak na króla przystało) nie dało się pomiatać jak biednym niczym mysz kościelna Michałem Korybutem.   Poza tym hetman, a potem król Jan nigdy nie wahał się sięgnąć do własnej szkatuły, gdy ojczyzna tego potrzebowała i często opłacał wojsko z własnej kieszeni. Jak przystało na prawdziwego patriotę, których nawet wśród magnatów jeszcze się spotykało, choć rzadko.


Profile for Kacper Ryx

Był sobie król... Poczet królów wybieranych cz.2 (fragment)  

Zapraszamy do wsparcia wydania książki: www.wspieram.to/bylsobiekrol4

Był sobie król... Poczet królów wybieranych cz.2 (fragment)  

Zapraszamy do wsparcia wydania książki: www.wspieram.to/bylsobiekrol4

Profile for kacperryx
Advertisement