Page 1

nr 66, jesień 2013


KWAS CHLEBOWY - NAPOJEM MUZYKÓW


Słowa wstępnie pisane

C

zęsto podróżuję na trasie Poznań – Ostrów Wielkopolski, przejeżdżam przez Jarocin. Kiedy dowiedziałem się, że konkurs na dyrektora Jarocińskiego Ośrodka Kultury wygrała osoba spoza tego miasta, z  Bełchatowa postanowiłem podpytać co planuje w najbliższym czasie, i  jaki jest jej stosunek do Rock Festiwalu. Rozmowa przebiegła w  atmosferze życzliwej i  zrozumieliśmy się, co do głównych preferencji nowej pani dyrektor. Okazało się, że spojrzenie z  boku może być bardzo świeże , by nie powiedzieć odkrywcze. To Barbara Kutera- tydzień przed festiwalem rockowym- jako dyrektor Jarocińskiego Ośrodka Kultury postawiła na autorski projekt, aby znalazło się w  JOK-u  miejsce dla historii i  przypomnieć mieszkańcom tej małej Ojczyzny, że startowaliśmy tutaj pod szyldem Wielkopolskie Rytmy Młodych. Przez dziesięć lat współorganizowałem przeglądy i  koncerty muzyczne, które cieszyły się dużą popularnością. Dodam, że w latach 70. podobne imprezy odbywały się m. in. w Chorzowie, Jeleniej Górze, Olsztynie, Płocku, Kaliszu i Szczeci-

nie, jednak tylko Wielkopolskie Rytmy Młodych, przetrwały próbę czasu .Mogę nieskromnie powiedzieć, że dzięki pani dyrektor, Barbarze Kuterze – dalej zagraliśmy właśnie w  Jarocinie! Na estradzie podczas koncertu Wielkopolska Scena Muzyczna albo Jarocin Come Back pojawili się niegdzisiejsi laureaci WRM, zdobywcy Złotych, Srebrnych i Brązowych Kameleonów, którzy przez ponad 40 lat nie tracą formy i grają w tonacji dur i  moll – po prostu, kochają muzykę i  publiczność. Chcieliśmy pokazaći pokazaliśmy – mieszkańcom Jarocina, że „dobre się nie starzeje”. Wśród wykonawców były ciągle w  dobrej muzycznej formie zespoły: Hades z  Wolsztyna, Fan Art z Gniezna, Kasa Chorych(Białystok), Takt z  Poznania, Tandeta Blues band z Krotoszyna, Wóz Harrego z Jarocina. To oni zagrali i zaśpiewali w JOK. Była też okazja do wspomnień, rozmów z  wykonawcami i  zdobywania autografów. Niestety do Jarocina nie dojechała grupa Stress, gdyż jej założyciel Henryk Tomczak uznał ostatecznie, że nic go nie obchodzi tamten okres. Dodam, że właśnie w  czasie Wielkopolskich Rytmów Młodych zaczęła się ich przygoda z  muzyką, która – dla niektórych wykonawców lipcowego koncertu – trwa do dzisiaj. Krzysztof Wodniczak

W numerze: Akordy Kordy  Przewozowy koncert  Dobra muzyka wraca do Jarocina  Dobre granie!  W Jarocinie rock nie zginie Kwiat z Jarocina  Fotoreportaż Hieronima Dymalskiego

2 Jestem ortodoksyjny i już! 3 O korzeniach jarocińskiego festiwalu 4 Syjon 6 List otwarty 6 do Barbary Kutery 7 ROD STEWART Szkot w Rybniku  8 Paul McCartney

12 14 15 16 18 20

Płytoteka Patlewicza 22 „ELEKTROWNIA” W ELEKTROWNI 33 Bulwar Niemena w Warszawie 39 101 edycja „Jazz w muzeum” 43 Rawa Blues Festival!  44 by jacekolechowski 45 Co z tym Woodstockiem? 48 Książka do walizki 50 JAREK ŚMIETANA  54

Magazyn Muzyczny brzmienia

Założony w 1990 roku przez Czesława Niemena Wydrzyckiego i Krzysztofa Wodniczaka Wydawca: VODNIX, Adres redakcji: ul. Turkusowa 3/130, 60-658 Poznań, tel. 61 823 09 22. Redaguje zespół: Krzysztof Wodniczak (redaktor naczelny) wodniczak@poczta. onet. pl, Dominik Górny, Andrzej Patlewicz, Krzysztof Styszyński, Leszek Szambelan, Andrzej Wilowski, Andrzej Wilak. Na okładce Poul Mc Cartney według Victora Moleva


Zdjęcie Niebiesko-Czarni w Jarocinie w 1975 roku

Akordy Kordy T

o zdjęcie, które ilustruje moje wspominki pochodzi z okresu Niebiesko Czarnych kiedy zagraliśmy w Jarocinie.Był rok 1975 i Krzysztof Wodniczak w Agencji Koncertowej Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego w Warszawie „zakontraktował” nasz występ w trakcie Wielkopolskich Rytmów Młodych w Jarocinie. Takich przeglądów jak ten jarociński było w latach siedemdziesiatych wiele, ale nasz impresario Jerzy Schen dał się przekonać, że to wartościowa impreza – i podpisał z organizatorami umowę na nasz koncert.Do Jarocina pojechaliśmy w następującym składzie:Ada Rusowicz i ja – jako wokaliści, Janusz Popławski – gitara, Joachim Rzychoń-gitara basowa, Zbigniew Podgajny -organy, Wiesław Żakowicz-sax, Wiesław Dąbrowski-perkusja. Pamiętam jak podczas koncertu laureatów wraz z Adą wręczaliśmy statuetki Złote, Srebrne i Brązowe Kameleony, jednym z obdarowywanych byli młodzi poznaniacy licealiści ukrywający się pod imionami Hanna i Piotr.Dzisiaj wiem, że to była Hanna Banaszak i Piotr Żurowski.Czy mogę powiedzieć, że z Adą okryliśmy talent Hanny Banaszak?Na pewno nie, uczynili to jurorzy z Krzysztofem Wodniczakiem na czele. Po wręczeniu nagród i wyróżnień zagraliśmy swój koncert wykonując nawet kilka bisów.Po występie zostaliśmy zaproszeni na bankiet jaki odbywał się w miejscowym kasynie.Był jam session

2

magazyn muzyczny

i niestrudzony Wodniczak grywał na kontrabasie, a w wolnych chwilach „obtańcowywał” moją żonę.Byłem nawet zazdrosny, że tak często i namiętnie z sobą tańczyli. Na przełomie lat 1975/76 aktywność Niebiesko Czarnych nieco zmalała i przypuszczaliśmy, że nadchodzi kres, że niebawem zamkniemy nasz rozdział w historii polskiej muzyki rock and rollowej.I tak się stało.Podczas trasy koncertowej w Związku Radzieckim zapadła odgórnie i wewnątrz zespołu decyzja – kończymy działalność artystyczną.Każdy z nas rozpoczął nowy etap swojej muzycznej profesji.Ja z Adą tworzyliśmy różne formy i formacje, byliśmy czynni w studio i na estradzie, ale w latach 80tych nikt z ówczesnych organizatorów festiwali jarocińskich ( nazwy ich zmieniały się jak rękawiczki przysłowiowe) nie zaproponował nam występu.Uważali, że punk jest modny, a prawdziwych rockandrollowców najlepiej nie dostrzegać. Przecież to są stare zgredy, po co nimi się zajmować. Zakończę pytaniem-gdzie są dzisiaj te hordy muzyków punkowych grających niegdyś w Jarocinie?No gdzie?O nich nikt nie pamięta, historia milczy, a nieskromnie powiem, ze JA ciągle jestem na fali.Nagrałem nową płytę, która niebawem ukaże się i niejeden ex punk przyzna, że jest ona wartościowa.

brzmienia

Wojciech Korda fot. Wojciech Pietrzak


Przewozowy koncert W

  ostatnią czerwcową środę zgodnie z  uświęconą już od kilku miesięcy tradycją w  położonym przy poznańskim pl. Wielkopolskim „Tulipanie” odbyło się ostatnie przedwakacyjnie spotkanie członków i  sympatyków grupy PTAAAK. Należało ono do bardzo udanych, gdyż doskonale dopisała publiczność oraz wykonawcy. A mianowicie zaszczyciła nas na zakończenie sezonu swą wizytą szczególnie liczna Gromada Artystów w postaci zespołu o nazwie „Wóz Harrego” prowadzona przez muzyka o takim pseudonimie, a w rzeczywistości lidera zespołu -Bogusława Harendarczyka. Grupa instrumentalna wraz z  kilkunastoosobową grupą wokalistów solowo lub zespołowo śpiewających, którzy towarzysząc zespołowi i wzbogacając jego brzmienie wystąpiła w  środowy, ciepły wieczór radując uszy i  serca słuchaczy. Wszyscy

„Wóz Harrego” w PTAAAK-u Jedzie, jedzie „Wóz Harrego”, pełen muzyków do tego. Harendarczyk nim steruje, Na dobrą drogę kieruje! Ci śpiewają, tamci grają! Prozie życia się nie dają! Aż Jarocin pełen chwały, rozśpiewany przez nich cały! W PTAAAK-u o nich już słyszeli I się do nich uśmiechnęli. Zespół cały poprosili: „Może wieczór im umili?” Zaskrzypiał więc „Wóz Harrego”: „Pokażemy swoje Ego”!!! Do Poznania przyjechali… I wspaniały koncert dali!!!! ;-DDDD Poznań 29.06.2013 Mniszka Brudnica

magazyn muzyczny

brzmienia

muzycy przyjechali do nas gościnnie z  dość odległego Jarocina z tamtejszego jarocińskiego Ośrodka Kultury prezentując swoje dokonania artystyczne i umilając czas piękną muzyką. Czas płynął w miłej i serdecznej atmosferze, co miało pozytywny wpływ na zarówno wykonawców, jak i widownię. Bowiem artyści nie żałowali dla nas swego wysiłku i trudu występując bezinteresownie i  spontanicznie. Wyczuwało się w  tym żywiołowym koncercie ich radość z muzykowania i działalności kulturalnej. Potwierdza to fakt, że muzycy grali absolutnie na żywo, nie podpierając się żadnym playbackiem czy półplaybackiem. Mieliśmy więc kontakt z żywą, świeżą, spontaniczną muzykę ( nie konserwą), co obecnie dość rzadko gości na naszych scenach .Trzeba przyznać, że muzycy z Jarocina, miasta festiwali rockowych -symbolu muzyki młodzieżowej- naprawdę godnie się zaprezentowali i zrobili wielką furorę wśród ptasich człon-

3


ków siedzących na widowni( czyli czytaj przy stolikach w „Tulipanie”). Muzyka, którą usłyszeliśmy była częściowo zbliżona materiałem muzycznym czasami do niektórych piosenek wykonywanych podczas festiwalu jarocińskiego, lecz nie tak ostra i awangardowa w zaprezentowanych przez grupę większości utworów. Zawierała bowiem bardzo wszechstronny repertuar- od rocka poprzez pop, do muzyki środka, wykonywano też m.in. piosenki z repertuaru Edith Piaf. W skład zespołu wchodziły keyboard, perkusja, 3 gitary, a przy aż tak bardzo zróżnicowanym repertuarze w  zależności od potrzeby brzmienie zespołu uzupełniał saksofon i harmonijka ustna. Można powiedzieć, że skład w tym przypadku grupy muzycznej był więc multiinstrumentalny. Na początku pierwszej części spotkania wysłuchaliśmy utwory z  tekstem poznaniaka Andrzeja Silskiego, oraz innego też tekściarza o poznańskich koneksjach Piotra Sznury(obecnie poważnie chorego) „Zmyślona miłość”. Również zostały wykonane utwory Erica Claptona, moje ulubione otwory Mannaamu w tym m.in. „Krakowski spleen”, a także jakże znana i popularna piosenka Skaldów : „Z całego serca życzę ci”. W  „Tulipanie” zagościła też na kilka chwil piosenka francuska jak chociażby „Człowiek w depresji” czy zaśpiewane przez Karolinę „Aux Champs Elysées” z repertuaru należącego do Joe Dassin czy „Viens, Viens”(repertuar Marie Laforet ). Z kolei inna wokalistka dynamicznie, odważnie i czysto z odpowiednim francuskim akcentem zaśpiewała w tymże języku utwór z  repertuaru Edith Piaf „Milord”, które to wykonanie można było uznać za wzorcowe i bez zarzutu. Wystąpił również wokalnie pan Peter Vogels z Holandii śpiewając piosenki z tekstami w angielskim oryginale. Osobiście też zaśpiewała jedną z  piosenkę pani kierowniczka z jarocińskiego ośrodka nazywana Elektryczną Barbarą, a prywatnie posługująca się nazwiskiem Kutera. Po przerwie i  krótkim odpoczynku nastąpiła druga część spotkania o  charakterze podobnym do pierwszej części .Zespół i  wokaliści prezentowali się nadal w  bardzo zróżnicowanym repertuarze. Wykonano również m. in. utwór „Puk, puk do nieba bram”(„Knockin’ on heavens door”)śpiewany też przez czarną wokalistkę Randy Crawford i  Boba Deylana , który został wykonany w  nastrojowy i  refleksyjny sposób przez młodą dziewczynę-Marcelinę Bartkowiak. Ostatnie rytmiczne rockowe utwory mocno rozgrzały publiczność, która żywo i  gorąco klaskała do rytmu i  próbowała nawet trochę tańczyć. W  wykonaniu jednego z  utworów pomogła osoba z  publiczności, która usiadła w  czasie trwania utworu spontanicznie za keyboardem i dołączyła do wspólnej gry wspomagając na nim swą grą muzyków. Na zakończenie grupa w  całości już zgromadzona na scenie zagrała sztandarowy przebój Breakoutów: „ Kiedy byłem małym chłopcem, hej” , w którym znana bluesowa zagrywka była inspiracją do wspólnej improwizacji. Czas niestety szybko płynął przy tak wspaniałej muzyce i spotkanie dla słuchaczy skończyło się aż za szybko w  gorącej i  radosnej atmosferze, a  zespół wyraził chęć powtórnych odwiedzin. Propozycja te została owacyjnie i z aplauzem przyjęta przez publiczność! A „Wóz Harrego” odjechał dalej, aby radować uszy i serca innych, gdzieś indziej czekających na ich występ słuchaczy… Ryszard Włodarczak Fot. Hieronim Dymalski

4

magazyn muzyczny

Dobra muzyka wraca

do Jarocina D

o Jarocina wielkopolskiego miasta znanego z tradycji muzycznych wraca nowy projekt artystyczny pod nazwą „Wielkopolska Scena Muzyczna”. Jest to pomysł nowej dyrektor Jarocińskiego Ośrodka Kultury – Barbary Kutery. Legendy polskiej sceny, które stawiały pierwsze kroki na słynnym jarocińskim festiwalu, będą gwiazdami projektu „Wielkopolska scena muzyczna- Jarocin come back”. Uznani muzycy będą występować na jednej scenie z formacjami, które są dopiero na początku swojej kariery. Dla tych pierwszych będzie to okazja do spotkania po latach, a dla drugich promowanie swoich dotychczasowych dokonań przed publicznością. Projekt ten poparł także znany poznański dziennikarz muzyczny Krzysztof Wodniczak. Stwierdził on , że do Jarocina będą przyjeżdżać zdobywcy Złotych Kameleonów z lat 70-tych. Ich skład się nieco zmienił, ale w każdym jest osoba, która grała, była liderem w swoim zespole w tamtych latach – mówi K. Wodniczak współorganizator Wielkopolskich Rytmów Młodych w tamtym okresie. 11 lipca br. w  Jarocińskim Ośrodku Kultury odbyła się odsłona pierwszego koncertu z  tego cyklu. Gwiazdą pierwszej edycji był zespól Kasa Chorych .Ten czwartkowy wieczór w  sali JOK -u rozpoczął występ muzykującej młodzieży z grupy „Wóz Harrego”. Ten zasłużony już dla jarocińskiej kultury zespół pod wodzą Bogusława Harendarczyka spotkał się z  życzliwym przyjęciem publiczności . Powstały w 1980r. zespól fascynuje rock i jazz rock. Od stycznia br. ponownie jako „Wóz Harrego” gra pod bacznym mecenatem pani dyrektor „ Elektrycznej Barbary energicznej” Barbary Kutery. Wykonuje różne style muzyczne bazując głównie na własnych kompozycjach. Kolejno podczas czwartkowej uczty muzycznej zaprezentowali się jarocińskiej publiczności inne zespoły rockowe. Były wsród nich Artefuckt, Fan Art., Hades, Stress, Takt Tandeta i  Blues Band. Gwoździem wieczoru był występ zespołu Kasa Chorych . Zespół ten to legenda blues-rocka powstały w  1976 r. w  Białymstoku. Muzycy wciąż występują z powodzeniem na polskich i zagranicznych scench. Kluczowym dla rozwoju grupyt był wystep w Jasrocinie w 1978r. tam Kasa Chorych zajęła trzecie miejsce na IX –tych Wielkopolskich Rytmach Młodych, zdobyła nagrodę dziennikarzy, a Ryszard Skibiński dostał nagrodę indywidualną. Tego wieczoru zespół wykonął swoje najpopularniejsze utwory m.in. „ Historia o ptaku, który odleciał do Boga”, „ Jak się czujesz zemną w łóżku” i „Chce cię kochać”. Tego typu cykliczne imprezy muzyczne według zapowiedzi organizatorów mają się odbywać w Jarocinie co kwartał. Czekamy na nie z myślą o dobrej zabawie zarówno muzyków jak i publiczności.

brzmienia

Tadeusz Kujanek


„Wielkopolska Scena Muzyczna”

Trwałość kultury rodzi się z legendy W

ielkopolska Scena Muzyczna ma „wielkie serce“, którego puls odnalazł swoje zdrowie w Kasie Chorych. Pacjentami talentu okazały się zespoły, których brzmienie ujawnia swój rytm w fascynacjach bluesem, rockiem, jazz rockiem i w tym wszystkim, co wywodzi się z kręgu „muzyki niepoważnej“ – jak przewrotnie powiedział Krzysztof Wodniczak, niegdyś współorganizator Wielkopolskich Rytmów Młodych; dziś współtwórca projektu Jarocińskiego Ośrodka Kultury wraz z jego dyrektorką, Barbarą Kuterą, pomysłodawczynią artystycznego projektu „Wielkopolska Scena Muzyczna“. Przekonaliśmy się o tym 11 lipca 2013 roku podczas inauguracji cyklu. Rangę wydarzenia dopełniło wręczenie autorskich statuetek „Wodnika“ – Krzysztofa Wodniczaka, które przyjęli: Barbara Kutera, Bogusław hARRY Harrendarczyk w imieniu zespołu Wóz hARREGO, Lech Ciaban, Jarosław Kowala dla zespołu Takt. „Jarocin Come Back“ powrocił do nas ścieżką szacunku do tradycji muzyki, na której opiera się legenda Jarocina, ale też drogą odnajdującą rytm w dokonaniach współczesnych pasjonatów kultury tego miasta. Było więc legendarnie i na swój sposób młodo (lecz z doświadczeniem). Kasa Chorych – pierwsza nuta koncertu, wystąpiła w finale występów takich formacji jak: Artefuckt, Fan-Art, Hades, Stress, Takt, Tandeta Blues Band, Wóz hARREGO. Obecność takich zespołów podpowiedziała mojej wyobraźni, że skomponuję tego wieczoru piosenkę (ale o tym w ostatnim takcie artykułu). Siedziałem w szóstym rzędzie; mogłem zasiąść w czwartym albo jeszcze bliżej – tak mogły brmieć kolejne słowa do bluesowej kompozycji. Ci, którzy byli, wiedzą, że nie o rząd tutaj chodzi, ale o poczucie wolności, którą ma w sobie „ptak, który odleciał do Boga“ – z nut zrodzony Kasy Chorych, bliski niebu, które podziwiać można „gdzieś tam na wozie“, gdy na scenę, muzyki wozem wjeżdża Wóz hARREGO. Jechał dynamicznie, hARRY w dobrej formie był, kompani jego odważni jak dźwięki rozedrganych gitar... i nie tylko gitar. Pojawiła się później jedna gitara basowa rodzaju żeńskiego, o rudych włosach i rozczochranych myślach, jakie rozogniały nuty – oddechy i wdechy, między ruchem jej dłoni a strunami instrumentu. Tak musiało być. Byłem wtedy nie tylko w przysłowiowym i dajacym nazwę zespołu Hadesie. Naraz przypomniał się rok 1970, który znam z opowieści Krzysztofa, gdy siadamy czasem w poznańskim gnieździe PTAAAKA przy kawie i tęsknoty śmietance w opowieściach o dawnych bardach i ich muzach. Wtedy zagrał jako „Uśmiech Hadesu“, a ja ten uśmiech i dziś widziałem – powiedział mi pewien dziennikarz w dżinsowej kurtce, siedzący tuż obok mnie. Ogarnął nas „Taniec Światowida“ i „Wódki“ nalanej do dna. Piliśmy łykami i chaustami przeżycia muzyczne, które prześcigały się w rytmach. Prawdziwe wrażenie – na scenie JOK-u Brian Adams, Joe Cocker... w wykonaniu Fan-Art grającego głównie kla-

magazyn muzyczny

syki muzyki rozrywkowej – w 1969 roku – amatorsko, dziś – profesjonalnie. Profesjonalnym okazał się też uścisk dłoni „Elektrycznej Barbary“ – bo takim mianem określają ją muzycy jako mecenata Jarocińskiego Ośrodka Kultury. Żebym nie poczuł się tak do końca bluesowo (choć bluesa lubię) i wspomnieniowo (wspomnienia artyzmu także), posłuchałem zespołu Artefuckt, powstałego niespełna 8 lat temu; istniejącego na bazie ciężkich riffów w nastrojach amerykańskiego stoner z tatuażem punku. „Nie porośniemy mchem“ – krzyczały ich dźwięki. Te ich słowa nie są żartem i dobrze oddają zamierzenie organizowania „Wielkopolskiej Sceny Muzycznej“ (w domyśle Rytmów Młodych), która ma promować młode, wyróżniające się zespoły oraz (aby nie odbiegać tak bardzo od tego, co jest legendą) nie pozwalać schodzić ze sceny żywym dinozaurom – tak, podczas wieczoru w JOK-u, przekonałem się, że nie jest to tylko literackie określenie, którym nazywa się m.in. muzyków z minionych epok. Oni naprawdę tak o sobie mówią: a pamiętasz tamte koncerty, dziewczyny, które zaraz po występach do nas podchodziły pod scenę, po autografy... Jeśli nawet klimat nie jest do końca dziś taki jak niegdyś, to tamta epoka trwa w sercach i co ważne – w nutach tych zespołów, które dziś mogą zaświadczyć o istnieniu tego na czym wyrosła tamta, a przecież dziś nasza kultura – jej osobowość, spontaniczność, oparta na trwałych wartościach szczerze granych i śpiewanych nut. I taki jest temat wspomnianej, przyszłej piosenki, do której wtedy słowa napisałem: Mów do mnie – Blues / co kocha, zdradza, sobie wierny jest / Mów do mnie – Rock / co w krzyku duszy trwa / Mów do mnie – Jazz Rock / co na pola wygnany ale dom swój w tobie ma / Bo ty – Muzyko Moja / masz w sobie gitary czułość gniew strach / a ja bez ciebie tylko sam / Uczyń mnie Dominik Górny bluesem swego życia... / Uczyń mnie... 

brzmienia

Fot. Hieronim Dymalski

5


W Jarocinie rock nie zginie

J

W

Dobre granie!

ielkopolska Scena Muzyczna gra bluesem, rockiem, jazz rockiem i… -Tym wszystkim, co wywodzi się z kręgu „muzyki niepoważnej“ – stwierdził Krzysztof Wodniczak, w  latach 1970-1979 współorganizator Wielkopolskich Rytmów Młodych, obecnie współtwórca z Barbarą Kuterą, dyrektorką Jarocińskiego Ośrodka Kultury, pomysłodawczynią artystycznego projektu „Wielkopolska Scena Muzyczna“ 11 lipca 2013 r. udanie zainaugurowali cykl imprez. I to jakich!!! Sentymentalnie, ale i  z  młodzieńczym entuzjazmem zagrali: Kasa Chorych, Artefuckt, Fan-Art, Hades, Stress, Takt, Tandeta Blues Band, Wóz hARREGO. Publiczność znakomicie bawiła się i dodawała czadu wykonawcom, którzy „dali z siebie” najlepsze! Pewnie dlatego tylko Wielkopolskie Rytmy Młodych, przetrwały próbę czasu i… „- W Jarocinie gramy dalej! Na estradzie, widzieliście pokazali „klasę i styl” dawni laureaci WRM – chyba się nie obrażą za takie określenie – zdobywcy Złotych, Srebrnych i Brązowych Kameleonów, którzy przez ponad 40 lat nie tracą formy w tonacji dur i moll – po prostu, kochają muzykę i publiczność! – mówi K. Wodniczak z błyskiem w oku i wzruszeniem. W  czasie koncertu K. Wodniczak wręczył WODNIKI, prywatne nagrody statuetki, (wyk. przez Kazimierza Rafalika). W tym roku otrzymali je: Barbara Kutera, Bogusław hARRY Harrendarczyk w  imieniu zespołu Wóz hARREGO, Lech Czaban, Jarosław Kowala dla zespołu Takt (w rodzinie Wodników są już: Krystyna Prońko, Halina Frąckowiak, Halina Zimmermann, zespół wokalny Affabree Continue, SBB, Wojciech Hoffmann, Wojciech Korda, Grzegorz Kupczyk, Dionizy Piątkowski i  Józef Skrzek) . Podczas Wielkopolskich Rytmów Młodych dla wielu muzyków zaczęła się ich przygoda, która – dla niektórych wykonawców lipcowego koncertu – trwa do dzisiaj. A  publiczność? Trzeba było to widzieć i słyszeć. Zresztą będą kolejne imprezy. Musicie krys tam być. 

6

magazyn muzyczny

arociński festiwal muzyki rockowej poprzedził pięciogodzinny koncert w Jarocińskim Ośrodku Kultury. Wystąpili laureaci festiwali sprzed lat. Koncert zainaugurował imprezy cykliczne, których celem będzie prezentacja młodych zespołów i  przypomnienie dawnych laureatów Wielkopolskich Rytmów Młodych. JOK skupia spore środowisko muzykującej młodzieży, realizującej swoje pasje w  różnych gatunkach, począwszy od klasycznej piosenki, poezji śpiewanej, po rock.Ośrodek stale wspiera osiem zespołów i  wielu solistów.Część z  nich zaprezentowała swoje możliwości na tym koncercie. Barbara Kutera nowa dyrektor Jarocińskiego Ośrodka Kultury przypomniała że tutaj pod szyldem Wielkopolskie Rytmy Młodych przez dziesięć lat (1970-1979) organizowano przeglądy i koncerty muzyczne, które cieszyły się dużą popularnością. W latach 70. podobne imprezy odbywały się w Chorzowie, Jeleniej Górze, Olsztynie, Płocku, Kaliszu i Szczecinie, jednak tylko Wielkopolskie Rytmy Młodych, przetrwały próbę czasu. Na estradzie pojawili na estradzie pojawili się niegdysiejsi Laureaci WRM, zdobywcy Złotych, Srebrnych i  Brązowych Kameleonów, dla których zaczęła się ich przygoda z  muzyką, która dla niektórych wykonawców lipcowego koncertu trwa do dzisiaj. Wśród wykonawców były zespoły: Hades z  Wolsztyna, Fan Art z  Gniezna, Takt z  Poznania, Tandeta Blues Band z  Krotoszyna, Wóz Harrego z Jarocina i Kasa Chorych (Białystok). Jeden z  organizatorów dziesięciu wydań Wielkopolskich Rytmów Młodych i  opisywanego koncertu , Krzysztof Wodniczak postanowił przyznać własnie w Jarocinie swoje prywatne nagrody statuetki WODNIKA wykonane przez znanego rzezbiarza Kazimierza Rafalika. Wodniczak od lat wręcza takie statuetki;otrzymali je już Krystyna Prońko, Halina Frąckowiak, Halina Zimmermann, zespół wokalny Affabre Continue, SBB, Wojciech Hoffmann, Wojciech Korda, Grzegorz Kupczyk, Dionizy Piątkowski, Józef Skrzek.Do tego grona w tym roku dołączyli – Barbara Kutera, Bogusław Harendalczyk, Lech Czaban, Jarosław Kowala. AS Gratuluje wyróżnionym.

brzmienia


Kwiat z Jarocina – wczoraj i dziś

J

arociński zespół muzyczny „Kwiaty” w którym grał i śpiewał młody Zbigniew Schaedel w latach 70 zapowiadał się na czołowy zespół wielkopolski. Mimo trudności sprzętowych, młodzi ludzie swoją ciężką pracą i  wykorzystaniem zdolności muzycznych udowodnili, że zespół brzmiał bardzo dobrze i  zdobywał coraz większą popularność i coraz większe grono sympatyków. Moje przewidywania okazały się trafione. Zespół „Kwiaty” miał dużo koncertów w  różnych rejonach kraju. Ja słuchałem tego zespołu w  poznańskich klubach Teletra, Agroma i kinie Kosmos. W tym okresie dowiedziałem się że zespół „Kwiaty” został laureatem Wielkopolskich Rytmów Młodych – Jarocin 1970. Członkowie zespołu wraz z  ich gitarzystą i  wokalistą Zbyszkiem Schaedel byli współpomysłodawcami i inicjatorami powstania festiwalu Wielkopolskich Rytmów Młodych, które w następnych latach okazały się krajowym wydarzeniem w dziedzinie muzyki rozrywkowej. W 2002 roku nawiązałem współpracę ze Zbigniewem Schaedel nad moimi projektami muzycznymi. Spotkania odbywały się w jego „Tube Studio” w Jarocinie. Jak zwykle ten bardzo skromny, uczciwy i pracowity kolega tworzył razem ze mną z pełnym zaangażowaniem i dużą pokorą do nowości elektronicznych – bacząc ,by powstająca muzyka nie miała charakteru muzyki mechanicznej lecz zawierała w sobie maksymalne poziomy głębi, przestrzeni i nieodzownej „duszy muzyka”. Mówiąc krótko, podczas naszej współpracy tak jak również dzisiaj ,mój kolega zachował temperament i słuch młodzieńca, a dokładając do tego wieloletnią pracę z wieloma instrumentami stał się dojrzałym muzykiem, kompozytorem, aranżerem i  reżyserem dźwięku. Nie będę opisywał szczegółowo instrumentarium i urządzeń znajdujących się w „Tube Studio”, nie wdając się w szczegóły powiem tylko, że jest tu wszystko co pozwoli zagrać i nagrać wszystkie style muzyki rozrywkowej. Z uwagi za zakres prac jakie dokonują się w „Tube Studio” w przemiłej atmosferze i klimacie stworzonym przez właściciela i jego małżonkę Danutę, zaproponowałbym zmianę nazwy na Pracownię muzyczną (lub dźwięku). Wymienię zakres prac jakie dzisiaj wykonuje Zbigniew Schaedel: od pomysłu, poprzez projekt – zapis nutowy, aranżacje, wykonawstwo, prace studyjne do nagrania utworu lub utworów na płytę audio. Bohater tego mini artykułu zademonstrował mi materiały archiwalne projektów, które czekają na wydawnictwo płytowe, swoje utwory gitarowe – to ,co mu w duszy gra jak powiedział. Razem ze Zbyszkiem mamy jeszcze plany nagrać utwory instrumentalne wzbogacające płytotekę muzyki rozrywkowej. Nie jestem pewny czy muzycy z Jarocina i okolic wiedzą o tej „dojrzałej perle” muzycznej, czynnej zawodowo i mogącej służyć pomocą i radą ,a jak trzeba stworzyć i nagrać materiał muzyczny lub słowno-muzyczny. Młodzi ludzie powinni pamiętać, ze nie sławne miejsca i  renomowane nazwiska zapewnią wysoką jakość wykonawczą i nagraniową – tam gdzie w grę wchodzi renoma to zazwyczaj jest brak czasu na „dopieszczenie” szczegółów i pomocnej dłoni korygującej lub proponującej inne rozwiązania muzyczne. Piszę te słowa do młodych muzyków, jako starszy kolega kompozytor Wojciech Dąbrowski i dziennikarz.  www.zbigniewschaedel.jasky.pl

magazyn muzyczny

brzmienia

7


FotoreportaĹź Hieronima Dymalskiego

8

magazyn muzyczny

brzmienia


Jestem ortodoksyjny i już! Z Krzysztofem Wodniczakiem rozmawia Marzena Stempniak Krzysztof Wodniczak opowiada, o  Wielkopolskich Rytmach Młodych, Muzyce Młodej Generacji, Festiwalu Młodej Generacji i Spichlerzu Nie mam zdecydowanego, ulubionego nurtu muzycznego, lecz najbardziej mi odpowiadają formy rockowe, ale instrumentowane większymi formami, czy to keyboardami, czy też prawdziwymi smyczkami – formy połączeniowe: klasyczne z rockowymi. Czy Spichlerz będzie dobrym i godnym miejscem oddającym „cesarskie” Wielkopolskim Rytmom Młodych wobec dokonań muzycznych i  kształtowaniu środowiska przez Muzykę Młodej Generacji/FMR? Kilka osób z  Rytmów zaproszono do udziału w  tym gremium. W  latach 70. takich przeglądów regionalnych było więcej: koło Jarocina, w Kaliszu (Rytmy nad Prosną), wcześniej był festiwal Awangardy Bitowej (zespoły o proweniencji rockowej i znaczeniu ogólnopolskim), w Chodzieży również odbywał się podobny przegląd, tam nawet pamiętam byłem w jury... Zaproszono wówczas bardzo już awangardowy znany zespół Klan, który później występował z Mrowiskiem i dalej, w Olsztynie – festiwal (przegląd) Antałek, Jeleniej Górze czy w Płocku... W Jarocinie, to ważne, zawsze było pięciu jurorów (3. dziennikarzy i 2. muzyków – tylko mężczyźni), którzy wiedzieli, że to fajna impreza. Dziennikarze zawsze odnotowywali to wydarzenie w Świecie Młodych lub nawet w Sztandarze Młodych, w Życiu Warszawy – to miało swoje znaczenie. Pomijam, że w miejscowej prasie czy to w Ziemi Kaliskiej, czy Gazecie Poznańskiej czy Ekspresie czy w Głosie Wielkopolskim też starałem się, żeby, chociaż podać listę laureatów, nazwy zespołów, które otrzymały jakieś trofea czy wyróżnienia. Po latach dopatruje się w tym może nie sukcesu, ale przetrwania WRM. Miejscowe władze, też żywo na to reagowały. Po dziesięciu edycjach WRM powstało w  Poznaniu Poznańskie Towarzystwo Jazzowe i Henryk Frąckowiak, szef tego towarzystwa… W 1980 r. przekonał władze Jarocina i na bazie Rytmów niech powstała ogólnopolska Muzyka Młodej Generacji. Tak, ta nazwa pojawiła się w  Sopocie na Pop Session. Henryk Frąckowiak zaproponował warszawski duet Walter Chełstowski, Jacek Sylwin. I poszło. Pierwsza edycja MMG, nie wiem czy powszechnie wiadomo, zasłynęła z… koniunkturalnego przyjazdu z  Opola zespołu Tajne Stowarzyszenie Abstynentów, czyli TSA. Natomiast z  Wybrzeża przyjechał zespół Doktor Haker Bush z  wokalistą Piekarczykiem i  tam nastąpiło zbratanie się i od pierwszego Jarocina TSA zaczęło funkcjonować, jako zespół stricte rockowy. magazyn muzyczny

Potem niełatwe lata 80. i… Nie jeździłem na te Festiwale. Pojechałem dopiero w 1986 r., kiedy między Turbo, a  Armią wystąpił Czesław Niemen. Jeszcze wtedy nie współpracowaliśmy razem, ale byliśmy w dobrej relacji. Byłem też na koncercie Shakin’ Dudiego. Jednak nie czułem się komfortowo. W latach 1970-1979 był Pan jednym z animatorów Wielkopolskich Rytmów Młodych. Dlaczego nie było Pana przy organizacji MMG? Czy problemem był inny charakter imprezy, w  znacznej części rockowy, czy chodziło o  jakieś uwarunkowania personalne? Personalne nie, akurat dobrze znałem Jacka Sylwina, on też był dziennikarzem w  piśmie Czas, który się ukazywał w  Gdańsku i miał tam rubrykę muzyczną. W latach 80. miałem inne zajęcia, uczestniczyłem w  wielu imprezach, jako obserwator czy recenzent na festiwalach krajowych lub zagranicznych. Nie miałem parcia, by koniecznie zaraz być Jarocinie. W latach 90. władze zaproponowały mi podjęcie reanimacji tego Festiwalu. Przedstawiłem program, ale według własnej wrażliwości rockowej. To zaś, co proponowały grupy punkowe wydawało mi się ubóstwem muzycznym i tekstowym. W latach 80. stworzyłem w Gorzowie Reggae nad Wartą, gdzie były zapraszane nie tylko zespoły reggowe, ale i np. Dżem. Pamiętam, gdy o 4 nad ranem, słońce wschodziło, przy Dżemie, czuliśmy się jak na prawdziwym amerykańskim Woodstocku. Reggae nad Wartą organizowałem 7 lat. Później przygotowywałem trochę mniejsze imprezy tematyczne – Dobry wieczór Mr Blues, gdzie występowali czołowi polscy wykonawcy. Sekundowałem Dudkowi przy pierwszych Rawach. W latach 90. organizowałem koncerty w Poznańskiej Farze w ramach Poznańskie Muzykalia. Potem cykle poznaniacy Pamiętamy Presleya, Urodziny Niemena. Teraz pracuję nad koncertem Klenczonowskim, który zorganizujemy wspólnie z Pod Pretekstem. Ciągle mi się chce, ale twierdzę, że Jarocin i WRM dały mi jakąś pieczątkę. Został Pan zaliczony do grona siedmiu zasłużonych dla historii miasta Jarocina, to znaczące wyróżnienie. Tak, to ważne tym bardziej, że wymieniona też jest tam pieśniarka i sopranistka operowa. Jednak nie poszedłem za ciosem i nie zabiegałem o to, żeby zostać honorowym obywatelem Jarocina. Czy takie Pana wyróżnienie nie powinno mieć swojego przełożenia na większe podkreślenie roli WRM w  historii miasta, W. Chełstowskiego nie znalazł się wśród wyróżnionych… Miałem nawet taki próżny pomysł Jarociny Wodniczaka, prezen-

brzmienia

9


tacja artystów, którzy jeszcze funkcjonują począwszy od Hanny Banaszak, a skończywszy na Mietku, Blues Band czy Kasie Chorych oraz kilku muzykach, którzy zasilają różne zespoły, a przez Jarocin się przewinęli. Uważa Pan, że niedawno obchodzona rocznica imprezy w Jarocinie, powinna być sygnowana: 40 lat czy 30 lat Festiwalu? Powinna być 40 -tka. Natomiast może za 9 lat organizatorzy będą chcieli mieć godny jubileusz, pół wieku to brzmi lepiej i wtedy może połączą to wszystko. Podczas spotkania autorskiego książki Grunt to bunt, G. Witkowskiego, W. Chełstowski przyznał, że błędem było niedocenienie Rytmów i ich roli przy rozwoju Festiwalu. Uderzył się w piersi, jak inne osoby. Wielu, nie tylko Walter, szczególnie młodzi muzycy, myśleli, że od nich zaczął się rock’n’roll, i że wcześniej nie było niczego. Znam chińskie przysłowie, które mówi, że jeśli się nie wie, kim się było, to się nie wie, kim się jest. I to oddaje chyba wszystko. Gdyby od pierwszej edycji lat 80. nazwano MMG, ale np. w nawiasie WRM, to dość łatwo można by rozszyfrować informację, że to 11. edycja i trzymać ciągłość, ale... Ciągłość między WRM a  MMG zapewniła festiwalowi możliwość istnienia? To jedna z hipotez… Władz absolutnie to nie interesowało tym bardziej, że na WRM przyjeżdżali dziennikarze np. z Polityki w związku, z czym rozmawiali i pisali w konsultacji z Jerzym Urbanem, kierownikiem działu krajowego w Polityce – był bardzo skrupulatny i wymagający. Na tym spotkaniu Rady, żona kolegi, który też współtworzył Rytmy mówiła, że jakiś pan Hajdasz się okazał współpracownikiem SB. A teraz udostępnia jakieś materiały i pamiątki. Wy-

10

magazyn muzyczny

mieniła jego nazwisko, wskazując, że tacy ludzie też się pojawiali dopiero w latach 80. Może współpracował jakby na dwa fronty, starał się przekazywać jakieś konflikty jednej i drugiej stronie. W tamtych latach dwie, trzy osoby rozpoznałem. A czy w latach 70. cenzura, inwigilacja „dawała jakieś sygnały” a później? Raczej nie. Mimo, że np. zaprosiłem zespół Anawa, a wtedy Grechuta nie mógł i zamiast niego przyjechał Andrzej Zaucha. Były teksty Leszka Moczulskiego, on był na indeksie jak Zagajewski, Kornhauser i… Wtedy były pewne kłopoty. Przypomina mi się, że ten krakowski zespół nie mógł wszystkiego śpiewać. Gdy zapraszałem rockowy zespół Romuald i Roman czy Niebiesko – Czarnych, to zespoły te grały swoje przeboje. W tym czasie nie odnosiłem wrażenia, że ktoś może tym jakoś manipulować. Może, dlatego, że wówczas najważniejszy był naczelnik, sekretarz komitetu powiatowego, szef powiatowy w ZSMP. Czy jarociński festiwal lat 80. można określić, jako formę oporu i  manifestacji światopoglądowych młodych. Czy jednak chodziło tam tylko o kontrolowane odkręcenie Młodym kurka bezpieczeństwa, szaleństwa? Może. Wychowałem się na ideologii ‘68 roku… W  Paryżu studenci buntowali się, potem okres Dzieci Kwiatów, hipisów. Natomiast to, co działo się niedawno na ulicach Londynu i innych miast… to powiem brutalnie, chodziło tylko o konsumpcję i rabunek. W latach 80. Federacja Związków Młodzieży Polskiej była jednym z  głównych organizatorów, także trudno tutaj powiedzieć, że to był bunt. Jeśli bunt miał się wyrażać, to tylko w tańcu pogo. Może to była jakaś forma buntu. Czy jako organizator wielu imprez muzycznych, obser-

brzmienia


wując reaktywowany F., uważa Pan, wszystko idzie tam w dobrym kierunku? Firma, która to organizuje muszą się zgadzać słupki finansowe. Z tego, co mi wiadomo Węgorzewo zajęło miejsce Jarocina. Jeśli konfrontować to z ilością ludzi na tegorocznym przystanku Woodstock, czy Openerze, czy Węgorzem – może tak być. Obecnym edycjom F., często zarzuca się zaniedbanie Małej Sceny, promocji młodych, początkujących zespołów. Obecni organizatorzy odpierają te ataki twierdząc, że impreza bazująca na Małej Scenie nie jest w  stanie się utrzymać finansowo, Pana doświadczenie, co podpowiada w takiej sytuacji? Tam po prostu brak pomysłu. Dlaczego w  tym roku zrobiono akurat jubileusz Armii, notabene fajnego zespołu. Ale dlaczego nie pomyślano o trzech bardzo ważnych rocznicach: 10. rocznicy śmierci Cichowskiego, 20. rocznicy tragicznego odejścia Ady Rusowicz (występowała w Jarocinie) i 30. śmierci Krzysztofa Klenczona. Można było fajnie taki wspominkowy koncert zorganizować, chociażby w małym pomieszczeniu dla „rówieśników” Klenczona, Ady Rusowicz czy Cichowskiego. Jurek Owsiak przypominał o Cichowskim w Kostrzynie, . Wszyscy mówią, że najlepszy koncert w  życiu Republika zagrała w  Jarocinie wówczas, kiedy została obrzucona, dlaczego o tym zapomniano?

magazyn muzyczny

Czy Spichlerz upatruje podniesie rangę WRM dla całego Festiwalu? Miejsce na 50. lecie polskiego rock’n’rolla jest w  Trójmieście. Tam 5 lat temu powstała bardzo subiektywna wystawa Franciszka Walickiego. Przedstawił on artystów, z którymi współpracował, czyli Niebiesko – Czarnych, Breakout, Czerwone Gitary, Klenczona i Niemena. Zebrał dużo zbiorów, to jego osobiste pamiątki. Spichlerz ma merytorycznie tworzyć duet Leszek Gnoiński i Robert Jarosz, koordynatorem ma być Robert Kaźmierczak. Najbardziej podobała mi się prezentacja, Mirka Makowskiego. Kilka trafnych uwag miał Walter Chełstowski. Kurator Kaźmierczak zdecydował się na ten duet, może i dobrze. W Gdańsku funkcjonuje również muzeum polskiego rocka, autorstwa Skiby i Konja. To zupełna partyzantka! Tam są tylko 3 gitary, dwa kapelusze, około 10 płyt analogowych, 12 plakatów i 3 afisze. Niech Jarocin ma swój Spichlerz, niech koncentruje się wokół WRM. W takim muzeum jest też miejsce na zbiory pasjonatów, którzy mają prywatne archiwa. Tutaj niech decyduje „lokalność” WRM i MMG i dalszy rozwój tej imprezy, a nie od razu apetyty na ogólnopolskie. Publiczność z  latach 80. Jaka była widownia Rytmów? Tańczono pogo? Nie, tym bardziej, że te imprezy były w JOK-u albo kinie Echo. To była publiczność miejska, w dwóch czy trzech przypadkach widziałem przyjechała jakaś ekipa autobusem, fani jakiegoś zespołu, wycieczka z Żar czy z innej miejscowości, bo zagrał ich zespól, który był przypuszczam przy Zakładowym Domu Kultury. Zakład miał swój autokar i  przywiózł ludzi i  po koncercie wracali. Także była to raczej publiczność stricte jarocińska plus dziennikarze, obserwatorzy, którzy przyjeżdżali do Jarocina. Przyjeżdżali późniejsi managerowie Nalepy, Grechuty czy też Skowrońskiego żeby posłuchać tych muzyków i  ewentualnie im zaproponować pracę. Frekwencja raczej zawsze była 100%, szczególnie na koncertach galowych. Nawiązywały się też miłe kontakty. A  moment przejścia z  WRM na MMG? Czy publiczność zmieniła się? Szczególnie dużo osób z  Wielkopolski przyjechało na pierwsze MMG. Nie było internetu, ale pocztą docierało, że jest taki festiwal, warto przyjechać. Nie wiem czy na pierwszym, czy może drugim Festiwalu były pola namiotowe. W tych 10. latach WRM nie myśleliśmy, żeby wyjść tak szeroko. W  Jarocinie wszystkie początkowe imprezy były raczej adresowane do miejscowych. A  gdyby Pan działał przy organizacji festiwali, po ‘79, jaki starałby się Pan nadać im kierunek muzyczny? Zachowałbym formę eklektyczną. Nie mam zdecydowanego, ulubionego nurtu muzycznego, lecz najbardziej mi odpowiadają formy rockowe, ale instrumentowane większymi formami, czy to keyboardami, czy też prawdziwymi smyczkami – formy połączeniowe: klasyczne z rockowymi. Dopuszczałbym, prawie wszystkich, ale dystansowałbym się od punkowych form, tak jak teraz zupełnie bym nie dopuszczał rapu czy hip hop-u. Robiłem festiwale z przesłaniem, festiwale muzyki chrześcijańskiej. I zapraszałem nawet zespoły rapujące ku chwale Pana. Jestem ortodoksyjny, jeśli gospel , to w  formie korzennej, jak reggae to także, chociaż zdarzały się wyjątki, jak Dżem – akurat mieli dwa czy trzy utwory reagujące! Znając siebie: jestem osobą obiektywną i tolerancyjną, ale zachowawczą i konserwatywną.

brzmienia

Fot. Wojciech Pietrzak

11


O korzeniach

jarocińskiego festiwalu

Jacek Chudzik 1944– 2013 wspomina a Hie_RONI_m Ścigacz słucha, wtrąca się i notuje

Jacek Chudzik, wrzesień 1970 r.

Przybycie Kiedy pytają mnie, skąd jesteś? Z Ursynowa – mówię. Trzydzieściiii...trzy lata tu mieszkam Ale najczęściej mówię, z Jarocina. Z tego Jarocina, co tam te rockowiska? Tak, z tego! Ale urodziłem się, mieszkałem w Bydgoszczy. Tam Liceum plastyczne ukończyłem i w koszykówkę nauczyłem się grać. A do Jarocina przyjechałem mieszkać jesienią. W 65. Dla jasności sprawy: 1965. Z Jurkiem Stykowskim – jest w Jarocinie do dziś**). Jarocin znałem już wcześnie, pacholęciem będąc do kuzynostwa na wakacje przyjeżdżałem. Przyjechaliśmy grać w  koszykówkę w  Victorii Jarocin. I  nawet nieźle nam to wychodziło. Krótko mówiąc sprzedałem się Victorii za, nawet jak na tamte czasy, całkiem niezłe pieniądze. Mieszkanie. Stówa dziennie na dożywianie – sportowiec musi się odpowiednio odżywiać. Jarocin w tamtym czasie wyglądał tak: 2 kościoły, 3 knajpy, jedna, może dwie kawiarnie, o – i bar mleczny. Z Jurkiem Stykowskim**), po śniadanku, wychodzimy z hotelu Polonia wprost na rynek. Przedpołudniowa pora – ciepło – wrzesień. Na rogu przy Polonii na takich barierkach buja się jakichś dwóch oklapniętych gości. Fryzjer przed zakładem siedzi, czyta gazetkę. Na postoju taksówek stoi jakaś „warszawa”. W  kiosku kupiliśmy gazetkę. Pani z pania tu, \pani z pania tam, oparci o rowery pan z panem – gwarzą. Wszyscy się oglądają za nami. Cisza-sza, Spokój. Słychać jak przelatują muchy. Zegar na wieży robi: bom! Spokój. Takim ujrzeliśmy Jarocin. Zaczęliśmy poznawać ludzi.

Wrastanie Niebawem przy rynku powstała kawiarenka. „Młodzieżowa” się chyba nazywała czy coś takiego. Salka większa i salka mniejsza.

12

magazyn muzyczny

Któregoś dnia taki Wojtek, jak on miał na nazwisko, Cielepiński,, Czelepiński (?) – aktywista taki, człowiek z zetemesu mówi: w kawiarence klub robimy, w mniejszej salce, może byś jakiś wystrój zrobił – plastykiem jesteś. Zrobione. Na otwarcie program słowno-muzyczny „Wielcy muzycy w  anegdocie”, Skądś pożyczony gramofon „bambino”, płyty i komentarz Sławka Pietrasa, którego studentem w Jarocinie poznałem i znacznie później rozpoznałem jako dyrektora Teatrów Muzycznych w Łodzi, Warszawie, Poznaniu. Kilkanaście osób przyszło. Na drugim spotkaniu trzeba było już krzesła z  sali kawiarnianej dostawiać. Na trzecim, w salce dużej nie było nikogo, bo nie było na czym siedzieć. Wtedy kultura w Jarocinie to były: Chór Barwickiego, Chór profesora Kowalskiego w liceum, raz po raz spotkania z pisarzami w bibliotece w parku, której ówczesny dyrektor, starszy już pan, od razu zaczął klubikowi kibicować. Wnet powołaliśmy G.Z.I.K.A. czyli Gazetę Zupełnie Inną Koniecznie Aktualną – formę kabaretu. To o czym się mówiło w mieście, portrety ludzi, muzyka, nawet żywa krzyżówka. Powodzenie tego przeszło najśmielsze oczekiwania. Co miesiąc nowa edycja. Być na niej było wymogiem towarzyskim. Co by nie powiedzieć – WYDARZENIE. Na każdej imprezie klubowej szpilki nie można było wetknąć – tak to się rozrosło.

Ludzie Jarocina Mówię kiedyś: nie da się tak dalej. Tego wszystkiego jest tak dużo, radę klubu trzeba utworzyć. Pewnie – mówią. – Już jesteś jej przewodniczącym. Miałem wychodzić, wydeptywać, wybłagać. Wciąż czegoś brakowało,… Nikt nam nie nakazywał, nie narzucał niczego, nawet robienia jakichś akademii ku czci...Może mieliśmy szczęście, do ludzi również. Może trafiliśmy na właściwe miejsce w  czasie. Chciało nam się...ja mam dwadzieścia lat, ty masz dwadzieścia lat, przed nami siódme niebo... Wtedy za kulturę i oświatę w miejskiej radzie odpowiedzialny był – zdaje mi się – Marian Szurygajło. – Ludzie, dajcie wy mi spokój z tym waszym klubem – oganiał się od nas, bo tygodnia nie było, żebym z jakąś listą życzeń miejskiej rady nie nawiedzał. Raz Marian mówi: chcecie mieć więcej miejsca – dostaniecie, ale musicie wziąć wszystko. No i dostajemy salę, potocznie bursę, bo przy internacie była – 500 osób tam się mogło zmieścić. Scena. Proscenium – w  którym big band się mieścił. Do tego garderoby, zaplecze gospodarcze z kuchnią włącznie. W zespole śpiewała Krystyna wtedy Rykowska, później Obara. Zespół był formalnie podwiązany pod Liceum i miał baczną kuratelę Alfonsa Kowalskiego nauczyciela chemii i dyrygenta chóru. Jaja na tym weselu...ale to temat na osobną historię. My byliśmy chałturnikami w  porównaniu z  autentyczną muzyczną gwiazda tamtego Jarocina – Kwiatami, które założył Włodek Jankowski (bas, wokal),

brzmienia


Zbyszek Jankowski – bębny, wokal, Lech Stawski (gitara), Zbyszek Schaedel (gitara, wokal). Zespół w kompleksy wprawiał innych zawodowców. Zbyszek – gitarzysta wybitny – Czerwonym Gitarom odmówił – bo...w Jarocinie posadę dyrektora Domu Kultury Kolejarza objął. Teksty, nie wiem ile do muzyki Kwiatów, ale do G.Z.I.K.A  - skecze, monologi – tworzył taki Andrzej Liebich – nauczyciel wf . Program kabaretu kończył się żywą krzyżówką. Jej autorem był Feliks Pietrzak – sekretarz KS Victoria, poza tym dobry duch „Olimpu”. Fantastyczni ludzie tam byli: Ewa Molczyk – sekretarz klubu, siostra Czesława, podobno w owym czasie w  Polsce najmłodszego naczelnika miasta. Nieoceniony Geniu „Alex” Aleksander – inspicjent, na co dzień serwisant w zakładzie naprawczym sprzętu RTV, rodzeństwo Biegańscy, Geniu Szmytkowski, Andrzej Walorczyk, Wojtek Kubiak – może nawet jarociniacy ich nie pamiętają. Krzychu Grodzki – catering, powiedziałoby się dzisiaj, Romuald Sip – fotografik, mecenas kultury de facto, animator JAR-u czyli Amatorskiego Klubu Filmowego, czegoś co było autonomiczną częścią „Olimpu”. I - prawdziwa dama – jego żona Zosia. I wielu, wielu innych, który nazwisk i  imion przytoczyć nie jestem w  stanie, ale to oni mnie odkryli i oszlifowali. Jarocin mnie ukształtował jako człowieka.

Kolebka Festiwali Zagraconej „bursie” wspólnym wysiłkiem wielu ludzi w  miarę przyzwoitą estetykę przywróciliśmy. Wreszcie znalazło się godne miejsce dla szyldu: Klub „Ωlimp”. Któregoś dnia, jest środa – fajf, muzyka gra, pary tańczą, wchodzi do „Olimpu” gość, krok za nim idzie drugi. Chodzi, rozgląda się. W  czymś pomóc? Syna, córki pan szuka? – pytam. Szydlak. Jan Szydlak. Przejazdem jestem – przedstawia się. Nic mi to nie mówi. – Gówno wy tu macie, towarzysze, w tym klubie – słyszę. Ktoś mnie woła na bok: – K...a, toż to Pierwszy z Komitetu Wojewódzkiego w Poznaniu. Gościa do biura. Poczęstunek. Na odchodnym mówi – Bądźcie u mnie w poniedziałek o 8. Coś się załatwi. I załatwił: meble-stoliki, krzesła. pierwsza klasa. Dla klubu było bardzo dobrze. Dla mnie, jak się później okazało, mniej. Rozmowy na nazbyt wysokim szczeblu i bez pośrednictwa. Hm, nie tak. Ale póki co, para poszła w ruch. Były warunki, żeby zagrali tacy, na przykład, Niebiesko-Czarni. Utarło się, że jak przyjechali – dajmy na to – Trubadurzy, to a po koncercie był mały poczęstunek i  spotkanie z  ludźmi Olimpu – fanami. Autografy, pytania. Stopniowo ubraliśmy to w  ramy: Muzyczny Fanclub Kameleon w „Olimpie”. I znowu w jakimś rankingu najlepszych fanclubów – Kameleon najlepszy w Polsce. [Z tego wzięła się nazwa nagrody przyznawanej do dziś na jarocińskich festiwalach]. Najlepszy zawodowy kabaret amatorski czyli G.Z.I.K.A., małe formy teatralne, fajfy – tak się mówiło na imprezy taneczne, rozchwytywany zespół Kwiaty. Gdyby mieli grać wszędzie tam, gdzie ich chcieli, musieliby przestać do domów zaglądać. Redaktor taki, redaktor owaki przyjeżdża. To z telewizji, to z gazety. Co to jest w tym Jarocinie? Ktoś pyta: co by tu jeszcze zrobić w tym Jarocinie. No to pada ni to postulat ni to pytanie: A może by tak jakiś festiwal?. Jakiś przegląd ogólnopolski – warunki mamy. No to do roboty! Chyba do wszystkich domów kultury w Polsce posłaliśmy wieść, że odbędzie się przegląd. Nie żaden tam lokalny. Przeciwnie, bez ograniczeń. Zgłoszenia przysyłać..., od rana będą przesłuchania przez jury, wieczorem jurorzy ogłoszą kto tym razem najlepszy, a trzy najlepsze zespoły zagrają. Ale nazwa jest wielkopolskie. No i  co z tego? Wielkopolskie bo jest w Jarocinie, a Jarocin jest w Wielko-

magazyn muzyczny

Jacek Chudzik, sierpień 2013 polsce, bałwanie. Żeby przegląd miał prestiż, trzeba wciągnąć w to dziennikarzy – do jury, do rozpropagowania, dziś powiedziano by do promocji. Mieli nie tylko oceniać, ale też pełnić rolę takiego dyrektoriatu artystycznego. Krzysztof Wodniczak, wtedy chyba w Gazecie Poznańskiej był i wymyślił nazwę Wielkopolskie Rytmy Młodych. Bardzo dużo zrobił dla tej imprezy. Od tej strony on to wszystko „zalatwiał”. Kontakty z dziennikarzami nam wyrabiał. Bardzo cenionego Zygmunta Kiszakiewicza (z Panoramy Śląskiej) mieliśmy. Dariusza Michalskiego z niezawodnego Sztandaru Młodych, Adama Ciesielskiego (z  Życia Warszawy), Wacława Panka (z Jazzu), Jana Poprawę (ze Studenta). Mocny człowiek z Estrady Poznańskiej Andrzej Kosmala był też w jury oraz Andrzej Karpiński z Polskich Nagrań. Wojciech Skowroński bardzo sobie upodobał Jarocin. Jego Blues Trio było tu częstym gościem. Na pierwszych WRM, po długiej naradzie jurorzy mówią: Złotego Kameleona powinny dostać jarocińskie Kwiaty – nie mają sobie równych. Ja mówię: nie wypada, w ogóle. Jakąś pochwałę tylko. Oni ogłaszają, że Złotego dostaje, nota bene świetny, Sekwens z  Poznania a  Brązowego kapela z  Kępna [Truwerzy]. Srebrnego Kameleona dostają jednak Kwiaty. W drugiej edycji WRM już mieliśmy zalew chętnych do zagrania i to z c a ł e j Polski. Nagłośnienia na I  i  II WRM użyczyły niezawodne Kwiaty. Na III mieliśmy już sprzęt w  wrzesińskiego Tonsilu. W  ogóle z  ludźmi z Wrześni mieliśmy bardzo dobre kontakty. Stamtąd była zawsze liczna widownia. Podobne desanty widzów były z pobliskich miast: Krotoszyna, Ostrowa, Kalisza, Gostynia, Środy, Konina. To miał być wydarzenie obliczone na jakość, a nie na ilość. Bardziej dla grających niż dla widowni. Trzeba mieć świadomość, że to było czterdzieści temu, w zupełnie innych warunkach niż 10 lat później. Uruchomiliśmy pewien mechanizm, który potem był tylko oliwiony. Wielkopolskie Rytmy Młodych to były mocne podstawy pod to co jest w Jarocinie teraz. Może mieliśmy szczęście wtedy, do ludzi również. Może trafiliśmy na właściwe miejsce w czasie. Chciało nam się... – ja mam dwadzieścia lat, ty masz dwadzieścia lat, przed nami siódme niebo....

brzmienia

*) Tekst opublikowany został pierwotnie w lipcu 2010 r. przez „Gazetę Jarocińską” **) Jerzy Stykowski zmarł w 2013 r. ***) Jacek Chudzik zmarł 22 września 2013 r.

13


J

Gramy dalej

Syjon

P

est rok 1986. W Jarocinie powołany do życia zostaje zespół SYJON. Będą grać reggae – muzykę, którą 3 lata wcześniej wprowadzili na festiwalowe sceny m.in. IZRAEL, BAKSZYSZ i GEDEON JERUBBAAL. Pierwszy raz usłyszałem ich na żywo podczas koncertu w  Jarocińskim Ośrodku Kultury w 1989 roku. Kilka miesięcy wcześniej grupa odniosła sukces na Festiwalu Muzyków Rockowych, gdzie dostała się na tzw. Dużą Scenę. Tam zagrała m.in. utwór „Maraton”, który znalazł się na winylowej składance JAROCIN 88. Uzbrojony w znajomość tej piosenki udałem się więc na koncert, który odmienił moje muzyczne pasje na kolejne 25 lat. Puls muzyki reggae i bogate aranżacje nie mogły pozostawić słuchacza obojętnym. Rozbudowana sekcja dęta, obowiązkowe congi, delikatny flet i niezły wokal tworzyły spójną muzyczną całość. Chwytliwe melodie i refreny wpadały w ucho, więc wracając z koncertu śpiewałem pod nosem dopiero co poznane utwory. Nawet po latach brzmią one całkiem dobrze i z wielką przyjemnością, także dziś, powracam do nagrań z tamtego okresu. Śmiem nawet twierdzić, że gdyby SYJON działał w Warszawie, lub wydał swój materiał w formie ogólnodostępnej płyty, mógłby dziś należeć do czołówki zespołów reggae tamtego okresu. Niestety, jedna kaseta demo i sporadyczne tylko koncerty na większych imprezach utrudniły wybicie się poza lokalny rynek. Tu jednak SYJON miał duże i wierne grono miłośników. Każdy z ich występów przyciągał tłumy. Komu było mało, mógł także posłuchać grupy podczas porannych weekendowych prób w JOK-u. Sam jako 14 letni chłopak wstawałem wcześnie rano, by móc w nich uczestniczyć i przyglądać się pracy twórczej „dorosłych” wtedy kolegów. W czasach braku dostępu do nowych nagrań i ograniczonej ilości płyt oferowanych w sklepach, takie bliskie obcowanie z ulubioną muzyką było wyjątkowym przeżyciem. Szkoda, że te czasy minęły bezpowrotnie. Dzięki Syjonowi pozostały jednak wspomnienia. Syjon tworzyli: Andrzej Tomczak (git.), Sławomir Rybarczyk (bas), Radosław Piątka (perk.), Jacek Makarewicz (git.), Arkadiusz Leonhard (wok., saksofon), Agnieszka Pilarczyk (saksofon), Sebastian Ślusarczyk (trąbka), Grzegorz Stachura (instr. klaw.). W  zespole grywali też Sebastian Wasilewski (perk.), Zbigniew Stachura (instr. perk.) i Zbigniew Mikołajczyk (instr. perk.). Zespół zagrał między innymi na „Reggae nad Wartą” w  Gorzowie Wlkp. (1987 r.) oraz trzy razy w ówczesnym Związku Radzieckim (m.in. w Dniepropietrowsku). Jedyny wydany oficjalnie materiał to taśma demo z 1991 roku, która zawierała 10 kompozycji – 8 własnych oraz cover Boba Marleya „Zimbabwe” i „Kalashnikov” z repertuaru Alpha Blondy. Niestety zabrakło nagranego, na jednej z wcześniejszych sesji, utworu „Moje miasto”, który przez wielu uważany jest za najciekawszą kompozycję grupy. Syjon zakończył działalność wkrótce po wydaniu kasety. Powodów było wiele. Jedni muzycy musieli odbyć obowiązkową wtedy służbę wojskową, inni rozpoczynali studia, jeszcze inni zakładali rodziny. Jedyna jak dotąd reaktywacja Syjonu miała miejsce podczas PRL Festiwalu w Jarocinie w 2005 roku. Ze starego składu zagrały 4 osoby. Resztę formacji stanowili muzycy innej jarocińskiej grupy reggae – Za Zu Zi. To w niej do dziś gra saksofonista Syjonu Arek Leonhard. W repertuarze Za Zu Zi znaleźć można też kilka numerów Syjonu – między innymi „Zielono w głowie”. Piotr Owczarek Zdjęcie Gazeta Jarocińska

14

magazyn muzyczny

brzmienia

ierwsza odsłona Wielkopolskiej Sceny Muzycznej Jarocin Come Back nastąpiła jak zapowiadano: w  czwartek 11 lipca. Prócz zespołu Stress stawili się wszyscy anonsowani goście – laureaci odbywających się w  Jarocinie w  latach 1970 – 1979 Wielkopolskich Rytmów Młodych czyli jest prapoczątku dzisiejszego Jarocin Festiwalu. Kilkugodzinną prezentację rozpoczął jarociński zespół zaistniały na początku lat 80. – Wóz Harrego – w styczniu 2013 na nowo powołana do życia kapela „Harrego” Harendarczyka, który objął w  niej instrumenty klawiszowe. Głównie kompozycje Harrego zagrała w  baaardzo odmłodzonym składzie: Grzegorz Cybok – harmonijka, Marian Derwich – saksofony, „Harry Junior” czyli Jakub Harendarczyk – bas, Sławek Owczarek – gitara, Jakub Martuzalski – bębny. Wokalnie udzielili się: Marcelina Bartkowiak, Julia Bażant, Mirka Kochanowska, Bartosz Paluszkiewicz, Peter Vogels. Druga istniejąca od 8 lat jarocińska formacja – obecnie trio Artefuckt: Długi (g, voc), Zadyma (b) – efektowne scenicznie ze względu na perkusistką Justynę – dała próbkę swoich możliwości przedstawiając, jak sama mówi „nacechowane ciężkimi riffami utwory z  pogranicza stoner i  punk rocka. Zza miedzy, z Koźmina Wielkopolskiego przyjechał też niedawno odrodzony Tandeta Blues Band, który tworzą Leszek Sworowski (b, voc), Tomek Gajewski (g) i Tomek Świca (dr). Wbrew swej nazwie tercet zagrał bluesa kompetentnie, entuzjastycznie. Laureat WRM ’72 i  ’73 Takt przedstawił się w  repertuarze wyłącznie instrumentalnym stanowiącym swoisty hołd dla the Shadows – ikony lat 60. Reaktywowany w gnieźnieńskim eSTeDe Fan Art trzykrotny laureat WRM (‘72, ‘73, ’74) i Hades z  Wolsztyna – zdobywca Złotego Kameleona w 1976 udowodnili, że laury zdobyte na Wielkopolskich Rytmach Młodych są zasłużone i, że poziomem nie odbiegają od gwiazdy tego wieczoru Kasy Chorych, która jednakże na chłodno zakończyła I (miejmy nadzieję, że będą kolejne) edycję Wielkopolskiej Sceny Muzycznej. Beznamiętny występ białostoczan może być uzasadniony obecnością na widowni kilkudziesięciu zaledwie osób w większości przybyłych spoza Jarocina. Toteż nazwę przedsięwzięcia zrealizowanego przez ekipę JOK pod przewodnictwem Barbary Kutery przy dużym wkładzie poznańczyka Krzysztofa Wodniczaka należałoby zmodyfikować. Zamiast WSM Jarocin Come Back (powrót Jarocina) pisać Jarocin, come back! (Jarocinie, wróć!). Jarocińska publiczności, wróć tam gdzie się coś dzieje! Piosenka, z której uczyniłaś swój hymn „Nic się nie dzieje, na na na na/ Nikt się nie bawi, na na na/Wszyscy się nudzą, na na na na…” nie powinna mieć zastosowania do Jarocina! Hie_RONI_m Ścigacz




Poznań, 20.08.2013r.

List otwarty do Barbary Kutery Wielce Szanowna Pani Barbaro! Z ogromnym zainteresowaniem i radością odebrałem informację o Pani działalności w jarocińskim środowisku kultury, a w tym w kontynuowaniu tradycji Wielkopolskich Rytmów Młodych. Jestem jednym z tych, którzy w początkach lat siedemdziesiątych brali udział w roli wokalisty w składzie jednego z wielu zespołów istniejących na wielkopolskim rynku (i nie tylko, biorąc pod uwagę udział poznańskiego zespołu Bardowie na Festiwalu Muzyki Młodzieżowej w Chorzowie w 1975r.) . Wiele ówczesnych potencjalnych sław muzycznych różnych rodzajów muzyki dzisiaj istnieje już w roli rencistów, pogrywających gdzieś po kątach na już bardzo nielicznych imprezach środowiskowych itp. Wszystko idzie w „dobrą” stronę. Jak powiedział Tomasz Mosz w audycji „EKG” w radiu „Tok-fm” rencistów jest coraz mniej, ale jeszcze za dużo. Zespół Bardowie, wcześniej Takt i Vademecum wystąpił dwukrotnie w Jarocinie zajmując podczas drugiego startu trzecie miejsce, otrzymując wszystkie pozostałe nagrody, w tym za kompozycję, vocal, i parę innych. Dzisiaj już nie pamiętam za co jeszcze, ale były to wszystkie nagrody, którymi dysponowało Jury. Nie będę wymieniał nazwisk muzyków ówczesnego składu mego zespołu, gdyż obecne czasy nie pozwalają na ujawnianie danych personalnych bez zgody wymienianego w kontekście. Faktem jest, że symboliczną statuetkę brązowego KAMELEONA przejął nasz najmłodszy członek zespołu gitarzysta solowy Sławek S. Między nim, a gitarzystą solowym zespołu „Alfa-Centauri, a  później Stres-u  Mariuszem R. trwała cicha rywalizacja „kto lepszy”. Jakoś tak miło pomysł Pani współgra mi z myślą Konfucjusza, mianowicie „badaj przeszłość, jeśli chcesz kształtować przyszłość”. Tę myśl chcę poświęcić memu ociemniałemu koledze, klarneciście jazzowemu Markowi A., który dwukrotnie poświęcił po 400 zł za wykład jakiegoś południowo-amerykańskiego fachowca od nowych ideologii, twierdzącego, że to co było jest bez znaczenia. I tu ponownie zacytuję Konfucjusza, który powiedział, że „Historia jest dziewicą, którą możesz przyodziać w każde wybrane przez siebie szaty”. I tak po roku 1989 nowi „starzy” trzymający władzę” starają za wszelką cenę wykorzystywać ową myśl Konfucjusza czyniąc z tchórzy i zdrajców Polskiego Narodu bohaterów, a bohaterów zdrajcami. Dla tych, którzy będą mi mieli za złe, że tchórzem nazwę Prezydenta na uchodźctwie Koczorowskiego przypomnę, że gen. Anders oświadczył, że wszyscy ci, którzy namawiali do Powstania Warszawskiego winni być postawieni przed Trybunałem Stanu. Podobnie twierdził ówczesny Premier rządu Sikorski, któremu jacyś ciemno-ciemni pomogli rozbić się nad Zatoką Gibraltarską. Wychwalany pod niebiosa Józef Piłsudzki, który w Berezie Kartuskiej utworzył więzienie dla wszelkich swych przeciwników, szczególnie komunistów, będących odwiecznymi niewolnikami jaśniepanów, którzy dzisiaj „powyciągali z szaf” śmierdzące naftaliną, a nawet zwietrzałe ideologie i „zamordyczne” sposoby „utrzymywania władzy bezwzględnej”. Jeszcze od czasu do czasu słychać pozostałości po grupie „Aspekt”, „Fan-Art”, „Centrum”, „Dlaczego. Niestety nie pozostało po tych młodych wytrwałych dźwiękowych śladów, gdyż z reguły studio radiowe okupowała ówczesna specjalistka od poziomek Urszula Ś. Ja, oraz Krzysio Wodniczak, który jest głównym redaktorem Muzycznych Brzmień” i dzięki któremu mogę na łamach tego pisma zamieścić swe już bardzo zgorzkniałe przemyślenia udzielamy Pani jak najszerszego poparcia dla kontynuowania podjętego przez Panią zamysłu przypominania starych myśli i pomysłów, aby Konfucjuszowi stało się zadość. Włodzimierz Janowski magazyn muzyczny

brzmienia

15


ROD STEWART – mam ciekawe i szczęśliwe życie

7

maja 2013r. na Polski rynek czytelniczy trafiła oczekiwana Autobiografia Roda Stewarta legendy świata muzycznego ( w tym samym dniu fani RODA dostali nową płytę (»TIME«).Rod Stewart a właściwie Roderick David Stewart ur. Się 10 stycznia 1945r. w Londynie.Jego Rodzice to Robert i Elsie. Był piątym dzieckiem szkockiego mistrza mularskiego i jego angielskiej żony- ma dwóch braci Dona i Boba oraz dwie siostry Mary i Peggy urodzeni w Szkocji. Rod do zdjęć pozuje często w spódnicy w Szkocką kratę(na koncercie w Gdańsku,scena była obłożona materiałem w szkocką kratę).Jest zagorzałym kibicem szkockiej drużyny Celtic Glasgow(piłka nożna).(ciekawostka-w swojej posiadłości ma pełno wymiarowe boisko piłkarskie,które na potrzeby drużyny oraz reprezentacji Szkocji, użycza na treningi). Mimo to uważa się za Anglika. Rod wspomina swoje dzieciństwo jako szczęśliwe.Przyszedł na świat pod koniec II Wojny Światowej w katolickiej ubogiej, wielodzietnej i kochającej Rodzinie, jako „niedopatrzenie w sferze planowania rodziny,ale ze wszystkich pomyłek Taty ten okazał się wyjątkowo korzystny”.Narodziny nastąpiły wieczorem na piętrze wynajmowanego szeregowca pod nr.507 przy Archway Road w północnym Londynie.Edukacje szkolną zakończył w wieku 15lat.Pierwsze kroki dotyczące przyszłej kariery wiążą się z prezentem z okazji 15 lat.Tata podarował Rodowi hiszpańską gitarę z czerwonym paskiem z frędzlami,chociaż marzył o modelu stacji kolejowej. Co ciekawe ,do dnia dzisiejszego,najwiekszą pasją obok muzyki są modele kolejek,torów kolejowych i całej infrastruktury. Rod już w wieku 15 lat założył pierwszą kapele –Kool Kats o składzie 7 –miu gitarzystów. Oprócz tego Rod przejawiał zainteresowania rysunkami , ale okazało się, że jest daltonistą(nie odróżnia zbyt dobrze koloru brązowego,niebieskiego i fioletowego).Rod oprócz ww. zainteresowań przejawiał od dzieciństwa zainteresowania piłką nożną. Zaczynał okazjonalnie w klubie piłkarskim Brentford(Anglia). Potem jako środkowy obrońca tj.stoper występował w kalifornijskim słynnym klubie Exiles.Rok 1961 to udział w roli słuchacza na festiwalu jazzowym w Beaulieu(hrabstwo Hampshire)Tam przeżył pierwszą”miłośc”.Echa tych wydarzeń zawarł w jednym z największych swoich przebojów »Maggie May« Piosenka stała się przepustką do sławy Roda.W życiu muzycznym Roda pojawił się Bob Dylan,który „wyznaczył moje muzyczne horyzonty”.W tym czasie pracował w sklepie Taty,i każdą wolną chwilę poświęcał na nauce gry na gitarze i co zabawne ,ale bardzo charakterystyczne u Roda zaczął przywiązywać wielką uwagę do fryzury.Baczny obserwator kariery piosenkarza

16

magazyn muzyczny

brzmienia


na pewno to potwierdzi.Lata 1962 to postanowienie wyjazdu za granicę,najpierw do Francji gdzie przed Cafe’Les Deus Magots zagrał na ulicy »You’Re No Good,It Takes a Woried Man to Sing a Worried Song i Rock Island Line,dzięki czemu zarobił trochę franków na jedzenie.Następnie do Hiszpanii gdzie pod trybunami stadionu Camp Nou,zgarnęła Roda policja i odesłała do domu.W 1962r. –mając 17 lat-ożenił się z Susannah Boffey .Po roku przyszła na świat córka –Sarah-,niestety Rodzice rozwiedli się. Życie jak to zwykle bywa dodało zakończenie.Otóż na płycie »TIME« Rod zadedykował Sarah utwór »Brighton Beach« w którym przeprasza córkę.Po latach znowu ich drogi się spotkały.W Rozdziale 4 Nasz bohater spotyka na dworcu kolejowym człowieka ( Long John Baldry),który odmienił jego artystyczne życie (1962-63r.).Dworzec,to Twickenham(na zachód od Londynu).Ulubionym miejscem Roda był legendarny pub Eel Pie Island Hotel.Tam też poznał Erica Claptona(wówczas z zespołem Yardbirds)oraz Micka Jaggera z zespołem Rolling Stones. Ale przejdźmy do dworca w Twickenham.Rod czekając na pociąg do stacji Waterloo,zaczął grać riffy (na harmonijce ustnej)» Smokestack Lightnin« Howlin Wolfa,wtedy podszedł do niego Long John Baldry( znany muzyk i kompozytor w świecie muzycznym Anglii) i zaproponował udział w roli wokalisty wspierającego w nowo tworzonym zespole o nazwie Long John Baldry and The Hoochie Coochie Men(za 35 funtów tygodniowo).Dla Roda to majątek oraz duże wyróżnienie.Pierwszy występ i pierwsze próby brania narkotyków.(Rod nie pali papierosów ,nie pije kawy tylko nieźle drinkował,a jeżeli chodzi o narkotyki to szybko z nich zrezygnował).Pierwsze piosenka to »The Night Time is Right Time«,i sukces.Wkrótce napis na afiszach »Long John Baldry and The Hoochie Men z udziałem Roda »Moda« Stewarta.Jak się domyślacie »Moda« dotyczy fryzury Roda.” W tym okresie poznałem jedną z ważniejszych prawd dotyczących stosunków męsko-damskich:dziewczynom bardzo podobają się wokaliści- wokalista działa na nie jak-magnes”.Życie Roda obfitowało w bardzo wiele przygód z kobietami(4-y małżeństwa oraz 8-ro dzieci).Rok 1964 w Londyńskim klubie »Marguee«, Rod poznaje swoich menadżerów: Johna Rowlandsa oraz Geoff Wright. Pierwsze przesłuchanie solowej płyty-druzgocące.” Mówiąc wprost,ich zdaniem miałem do zaoferowania przede wszystkim zachrypnięty wokal i wydatny nos”Pomimo tego menadżerowie przekonali Mike”a Vernona z firmy» Decca Rekord«,ażeby dał mi szansę” (firma Decca wydawała w tym czasie płyty Stonesów).16.10.1964r. pierwszy singiel Roda z piosenkami»Good Morning Little School girl , na stronie B: J’m Gonna Move to The Outskirts of Town«-bez echa,ale dzięki temu Rod wystąpił w ITV popularnym programie» Ready Steady Go!« i poznał dozgonnego przyjaciela Roni Wooda(aktualny gitarzysta Stonesów).Rok 1964- rozpad zespołu Long i Coochie Men. Występ w zespole »Ad Lib«, następnie w zespole »Soul Agent« Dzięki Logowi zapoznaje Briana Augera i rozpoczął występy w Jego zespole o nazwie» Brian Auger Trinity«.Menadżerem Augera był Georgio Gomelsky,jedna z najpotężniejszych postaci świata muzycznego Anglii. I tak powstał zespół »Steampacket«(nazwa statku parowego) o składzie (Auger na organach,Brown i Waller(perkusja) ,Rod i Julie Driscoll-wocal). Po rozpadzie zespołu ,Rod dołączył do kapeli »Shotgun Express« z Peter Bardem-klawisze, Beryl Marsden-wokalistka.W 1966r. Rod wraz z Rodzicami przenosi się do domu komunalnego nr.24 w Kenwood Road (Anglia). Wytwórnia »Columbia« zezwoliła

magazyn muzyczny

Rodowi nagrać taneczny numer »Shake«(bez echa).W tym czasie Stewart doszedł do wniosku ,że aby coś osiągnąć musi wykonywać swoje piosenki. Przy Cromwell Road mieścił się znany klub Londyński, »Cromwellian«,w którym poznaje Jimmiego Hendrixa,a w 1967r. legendę rocka Jeffa Becka,gitarzystę i kompozytora.Po dołączeniu do zespołu »Yardbirds«gitarzysty Jimmiego Page(później Led Zepellin),Jeff zakłada swój zespół »Jeff Beck Group«,do grupy dołączył za rekomendacją Roda – Roni Wood-na gitarze basowej.W 1968r. ukazał się ich pierwszy album »Truth« z przebojem »J Ain’t Superstitious«.(drugi album to »Ola«).W sumie pięć albumów.Ciekawostka ,nagrania dokonano w studio zespołu »The Beatles« przy Abbey Road. Czerwiec 1968r. ,pierwsza wyprawa Roda z zespołem Jeffa do Ameryki –z dużym sukcesem. 1969r. z zespołu odchodzi Roni, w jego miejsce Dugo Blake ,od którego Rod nauczył się wielu ruchów i gestów z mikrofonem jakie wykonuje do tej pory w czasie licznych koncertów.Należy nadmienić,że wraz z Jeffem ,Rod nagrał utwór »People Get Ready« Curtisa Mayfielda oraz »Infatuation«,które stały się wielkimi przebojami. Rod przeżywa ciężkie chwile,rozważa koniec kariery.W maju 2000 r. w szpitalu Cedars Sinai w Los Angeles przeprowadzono Rodowi rutynowe badania lekarskie. Wyniki badań wykazały,że tarczyce zaatakował nowotwór złośliwy.”Ogarnęło mnie tak ogromne przerażenie i bezradność,jakich nigdy dotąd nie doświadczyłem”. Na szczęście leczenie rozpoczęto tak szybko,że wszystko zakończyło się pomyślnie.Operacja trwała 4–y godziny i wymagała interwencji chirurga dosłownie milimetry od strun głosowych ,jedno drgnięcie i mógłbym pożegnać się z karierą piosenkarza”.Ponieważ nie była potrzebna chemioterapia,minęło drugie zagrożenie dla Roda-zachował włosy.(Jak wiecie nos i włosy Roda,to nieodłączne atrybuty jego scenicznej urody,oczywiście poza „chrypką”).Po tej operacji głos Roda nabrał odpowiedniej barwy ,dzięki czemu mógł nagrywać kolejne hity z cyklu »The Great American Songbook«I jak tu nie wierzyć w celność przysłowia „nie ma tego złego,co by na dobre nie wyszło .”Należy tu wymienić postać o nazwisku Nate Lamb(kantor z synagogi),który za pomocą gam,pasaży i arpeggiów doprowadził głos Roda do użytku.Polecał abym nucił.Trudno wyrazić ile mu zawdzięczam. Tą technikę stosuje do dziś.” Nasz bohater ubolewa,że nie ma wielkiego przeboju by już za chwilę mieć przebojów na pęczki. Pomysł na nagranie płyt ze standartami amerykańskimi(Np. Cole’a Portera,Jrvinga Berlina,Rodgersa i Harta),narodził się u Roda w czasie spotkania z Arnoldem w restauracji »Morton’s«na Melrose Avenue w Los Angeles. Było to w 1983r. Arnold dopiero niedawno przejął obowiązki menadżera-rzekł”odłóż plany na 20-lat” Czas pokazał,że miał rację.Ostatni album »Human«(2001r.) sprzedał się słabo.Była to pierwsza płyta,na której nie znalazła się ani jedna piosenka autorstwa Roda.Ostatnia piosenka autorstwa Roda ,która odniosła sukces to »Forever Young«(1998r.).Na albumie »A Spanner In The Works«,który ukazał się w 1995 roku,były tylko dwie moje kompozycje,zaś album »When We Were The New Boys« z roku 1998 zawierał zaledwie jedną piosenkę-tytułową.Jak zwykle i tym razem szczęście Roda nie ominęło. Spotkał na swojej muzycznej drodze Richarda Perrie’go,który zachęcił go do projektu wydania albumu z standartami amerykańskimi.Tak zrodził się tytuł pierwszego z pięciu albumów »It Had to Be You: The Great American Songbook«(JRecords).Macierzysta firma fonograficzna »Atlantic Records« należąca do »Warner Bros«;odrzuciła pomysł „”To okropne,nig-

brzmienia

17


dy się nie sprzeda. Tylko zaszkodzi karierze Roda”. Rod rozwiązał umowę ,i związał się z prawdziwą legendą w branży muzycznej,byłym prezesem wytwórni »Columbia Records«-Clivem Davisem,który w 2000r. założył firmę »J.Records«.Rod wprowadził do nagrań kilka korekt,dodał instrumenty orkiestrowe np.smyczki,usunął syntetyzatory, programowaną perkusję. Credo Davisa utwory muszą być „melodyjne,melodyjne do zatańczenia,przytulenia,wprowadzić słuchacza w miły nastrój”. Premiera w hotelu St. Regis w Los Angeles,później TV nagrała koncertowe wykonanie standartów w Nowym Yorku-»Sony Studio«. Występ Roda ubranego we fraku ,orkiestrą w pełnym składzie przed publicznością.Na pulpitach muzyków –logo R.S. -po prostu szyk.(nagranie na DVD). Album (2002r.) uzyskał statut platynowej płyty w Wielkiej Brytanii i podwójnej platynowej płyty w Stanach Zjednoczonych. Sprzedano 5 mln. egzemplarzy co zapoczątkowało całą serię. Drugi wydany w 2003r. album zatytułowany »As Time Goes By….. The Great American Songbook 2«,również okazał się sukcesem.W sumie sprzedano (do tej pory) 22 mln. płyt z ww. serii. W końcu nagroda (2005 r.) Grammy za najlepszy wokalny album w kategorii »Tradycyjny POP« za wydany w 2004r. »Stardust…The Great American Songbook 3« z światowym przebojem »WHAT A WONDERFUL WORLD « geniusza jazzu Luisa Amstronga(autorzy to: George D. Weiss &Robert Thiele).Była to 13-sta nominacja Roda do tej nagrody,począwszy od 1980r.” W 2001r.,zanim do tego doszło,myślałem sobie:No cóż,było miło,ale może już czas zabrać swój płaszcz i przyjąć do wiadomości,że impreza skończona”No cóż Rod,złe myśli mają to do siebie,że mijają. Nadszedł rok 2002 i ogromny sukces. .W 2006r.,Rod został komandorem» Orderu Imperium Brytyjskiego«(CBE).Odznaczenie to przyznawane jest obywatelom Wielkiej Brytanii za szczególne zasługi dla kraju.”Gdy znalazłem się z przodu odebrałem gratulacje od księcia Karola,który wręczył mi order z jedwabną wstążką,spoczywającą jednak w wyłożonym aksamitem pudełku”.W 2013r. ukazuje się pierwszy po 20-stu latach album»TIME«- rewelacyjny.Rod jesteś jak przysłowiowe wino,im starsze tym bardziej smakuje. Rod dziękuje za dotychczasowe Twoje płyty i koncerty (Gdańsk, Toruń szykuje się Rybnik) oraz za moje spotkanie z Tobą w studio TV w Warszawie z okazji promocji twojego albumu»It Had to Be You: The Great American Songbook«(J Records).( Z autografem na płycie i zaproszeniu).Czytając twoją» Autobiografię«,odniosłem wrażenie ,że pomimo wielkiej sławy i pieniędzy, jesteś facetem z którym można wypić lampkę dobrego wina ,pogadać o życiu. Moje spotkanie z Tobą w studiu TV potwierdza to wrażenie. Bogusław Wziątek

P.S. Książka zawiera Dyskografie,a pomiędzy Rozdziałami Dygresje z których dowiadujemy się więcej o Rodzinie Roda jego zamiłowaniu do budowy kolejek i całej infrastruktury kolejowej,kolekcji samochodów szczególnie Lamborghini,kolekcji dzieł sztuki, oraz przeżyć związanych z bycia sławnym człowiekiem ( Np. napad rabunkowy w restauracji podczas mistrzostw świata w piłce nożnej w Argentynie(1978r.). Na koniec mała dygresja: szata graficzna książki bardzo efektowna,udane zdjęcia i dobry druk ,z tym że, niefortunnie dobrany cytat z magazynu muzycznego »Rolling Stone« zamieszczonego na awersie okładki.Uzasadnienie pozostawiam w gestii czytelnika. Życzę przyjemnej i owocnej lektury.

18

magazyn muzyczny

Szkot w Rybniku -Live The Life Tour-

J

eden z  najbardziej popularnych piosenkarzy przełomu XX i XXI wieku zagrał koncert w Rybniku.Koncerty Roda to zawsze dobre muzyczne show z  inowacjami i  atrakcjami.Dużym atutem występów Roda są świetni muzycy,z saksofonistką Katją. Rybnik to po Warszawie,Gdańsku i  Toruniu,kolejne spotkanie 68-letniego Roda Stewarta z Polską publicznością.15000 fanów po raz kolejny przekonało się o wielkiej klasie Roda,jest świetny zarówno wokalnie jak i wizualnie. Zaprezentował nowe aranżacje starych przebojów oraz nowe piosenki z płyty »Time«.Ciekawostką w porównaniu z poprzednimi koncertami był udział sporej młodzieżowej widowni.Z ciekawości zapytałem stojącej obok mnie pary nastolatków.Co skłoniło Was do przyjścia na koncert?»Lubimy Roda ,ma świetne melodyjne i taneczne piosenki oraz fajne teksty« Godz.20:10 .Na początek,,This Old Hart of Mine’’,potem,,Having a Party,,,który świetnie rozruszał widownie(padał deszcz,było chłodno),,Tonight’s The Night’’.Poprawa pogody i  szybki numer rokowy,,Sweet Little Rock and Roller’’,,Some Guys Hale All The Luc’’Przy utworze ,,Rythm of My Heart’’zmiana stroju Roda ,oraz popis wokalny urodziwych chórzystek.Następnie,,Baby Jane’’z  solówką saksofonistki oraz perkusisty.Po tym utworze solowy popis talentu 26-letniej córki Roda-Ruby.Utwór,,The First Cut Is The Deepest’’otworzył część akustyczną koncertu z  udziałem skrzypaczek z  poznańskiej szkoły L’Autunno oraz urodziwej harfistki.Utwory,,J don’t want to talk about’’oraz hit,,Have J Told You Lately’’ roztkliwiły publicznośc zwłaszcza liczne fanki.,,Can’t Stop Me Now’’oraz ,,She Makes Me Happy’’ to utwory z najnowszej autorskiej płyty Roda ,,Time’’.świetnie wkomponowały się w koncert Roda.Na 8 telebimach w czasie koncertu wyświetlały się zdjęcia oraz filmy o  życiu i  Rodzinie piosenkarza.Każda piosenka była zatytułowana wraz z  obrazem okładki płyty z  której pochodziła. Bardzo udana inowacja.Kolejny utwór to hit,,Maggie May’’,po nim,,Hot Legs’’połączony z wykopywaniem piłek z autografem Roda w stronę publiczności.Na zakończenie występu przebój nad przebojami,,Da Ya Think J’m Sexy’’.Na pożegnanie z fanami( w różnym przedziale wiekowym) Rod wraz z całą ekipą zaśpiewał,,Sailing’’) przy aktywnym udziale widowni.Ten utwór to prawie hymn. Na rynku Rybnickim zamiast tradycyjnego hymnu,w czasie pobytu Roda, rozbrzmiewał utwór ,,Sailing’’ grany na saksofonie w Ratuszu. Bogusław Wziątek.

P.S. Jako bezpośredni uczestnik wszystkich koncertów Roda w Polsce,stwierdzam ,że ten w Rybniku był najlepszy.

brzmienia


Na jedynym koncercie w Polsce przedstawi się amerykańska grupa SEX MOB, jedna z najważniejszych formacji nowojorskiego jazzu. Liderem kwartetu jest Steven Bernstein – wirtuoz trąbki suwakowej, kompozytor, aranżer, lider wielu zespołów i artystycznych projektów daleko wykraczających poza muzyczne konwencje. Związany z wydawnictwem Johna Zorna ( Tzadik Records), w którym opublikował kilka płyt w cyklu Semitic Diaspora. Na początku w lat dziewięćdziesiątych trębacz był filarem The Lounge Lizards – legendarnej, nieistniejącej już formacji nowojorskiej awangardy – wielkiej kuźni artystycznych osobowości, które w znaczący sposób wpłynęły na brzmienie współczesnej muzyki improwizowanej i jazzu. Grupę SEX MOB Bernstein założył w 1995 roku. Brzmienie zespołu, niemal od razu, przypadło do gustu wielu dawnym fanom Lounge Lizard- rekomenduje zespół Dionizy Piątkowski, szef Ery Jazzu .Spodobało się też poszukiwaczom nowych muzycznych form , jak i fanom bardziej tradycyjnych odniesień. Po wydaniu sześciu płyt czerpiących głównie z repertuaru innych artystów (włączając w to Duke ‚a Ellingtona i Johna Barry’ego autora muzyki do Jamesa Bonda ), SEX MOB zrealizował album Sexotica , z oryginalnym , autorskim repertuarem. W 2006 roku płyta była nominowana do Grammy Award jako Najlepszy Album Współczesnego Jazzu . Najnowszy album zespołu to Circus, Cinema and Spaghetti – SEX MOB plays Fellini: The Music of Nino Rota . To wspaniały przegląd muzycznych ilustracji Nino Roty do filmów sławnego włoskiego reżysera Federico Felliniego. To motywy przewodnie pochodzące m.in. z takich filmów Felliniego, jak Amarcord , La Dolce Vita , I Vitelloni czy La Strada . Sex Mob ponownie sięga po muzykę filmową (w 2001 roku ukazała się SEX MOB Does Bond dedykowana kompozycjom Johna Barry’ego do filmów o słynnym agencie). Circus, Cinema and Spaghetti – SEX MOB plays Fellini: The Music of Nino Rota – jest natomiast pierwszym (od 2005 roku) studyjnym albumem kwartetu, nagranym wyłącznie w podstawowym składzie z liderem na trąbce, saksofonistą Brigganem Kraussem, basistą Tonym Scherr’em i Kenny Wollesenem- perkusistą grającym m.in. na jubileuszowym John Zorn @60 w Kongresowej. magazyn muzyczny Koncert Ery Jazzu (Palladium -7.10) to premiera albumu i jedyny koncert kultowego SEX MOB w Polsce ! 19

brzmienia


Paul McCartney w Warszawie J

ako mały chłopak biegałem po domu z gitarą i śpiewając piosenki Fab Four zasłyszane z winyli, kaset, kompaktów odgrywałem sceny z „A Hard Day’s Night” i „Help!”. Już wtedy marzyłem sobie, że kiedyś pojadę na koncert Paula... To marzenie stało się rzeczywistością. W upalny wieczór 22 czerwca 2013, wszedłem z siostrą na Stadion Narodowy. Wcześniej wraz z innymi wziąłem udział w akcji śpiewania piosenek The Beatles na ul. Lennona (akcja skrzyknięta przez fanów w Internecie – choć gdybym wiedział więcej, pewnie czatowałbym pod hotelem Bristol). Radosne wyczekiwanie i rosnące napięcie narastało z każdym kawałkiem, który wybrzmiewał z głośników przed koncertem. Tylko wtedy korzystałem z ustawionego dla mnie krzesełka. Kilka minut po 21:00, gdy muzykę wyciszono i dało się słyszeć pierwsze piski zachwytu, a po chwili na scenę wkroczył ON. Wybuch radości, festiwal szczęścia – marzenia się spełniają. Mimo, że przeglądałem setlisty z trasy i wiedziałem mniej więcej czego się spodziewać, co rusz myliłem się w „zgadywaniu”, który to kawałek będzie następny Na początek mocny zestaw – “Eight Days a Week”, „Junior’s Farm” i „All My Loving”. Jakoś w międzyczasie w moich oczach pojawiają się łzy szczęścia. Dociera do mnie, że oto mogę przybić piątkę z małym chłopcem, który nadal we mnie siedzi – udało się stary, spełniamy swoje marzenie! Pamiętam jak klaskałeś przy „Birthday”, jak szczekałeś przy „Hey Bulldog”, jak śpiewałeś „na, na, na, na” w „Hey Jude”. Dziś razem spełniamy swój sen. Już rozumiem, co czują sportowcy, którzy stają na olimpijskim podium, na które pracowali wiele lat. Czuję to samo. Po „All My Loving” mała niepewność – czy uda się zaśpiewać „Happy Birthday”? Nie słysząc dokładnie pierwszych rzędów, sam zaczynam śpiewać, ile sił w płucach. Wreszcie, wszyscy się synchronizują i udaje się. Paul: „Oh, you know it’s my birthday?”. Wielka radość i duma, że udało się zwrócić uwagę Sir Paula. Paul zapowiada kawałek Wings i rękami formuje literkę „W”. Owacja. „Listen To What the Man Said”. Zaraz potem „Let Me Roll It”, podczas którego też grałem na gitarze (tyle, że tej niewidzialnej), połączone z „Foxy Lady” Hendrixa. Prawdziwa petarda! (a niektórzy wokół siedzą). „Paperback Writer”! Ile razy tańczyłem przed telewizorem, gdy leciał ten teledysk. Jeden z częściej granych na VH1, kiedy wyszła składanka „1”. Poza tym mam kolegę – początkującego pisarza, któremu przesyłam sms-em pozdrowienia z koncertu. Dostaję zwrotne: „Zazdroszczę. Baw się dobrze – Dance Tonight!”. Gość wie, o co chodzi. Paul zasiada do fortepianu. Myślę : „Long and Winding” albo „Maybe I’m Amazed”, ale jeszcze nie, choć obie za chwilę usłyszymy. Na początek magazyn muzyczny „My i 20Valentine” dla Nancy (w tle wideo z Natalie Portman i Depp’em)

Wings po raz kolejny – „1985”. Większość wokół mnie siada na tych kawałkach, ja nie daję za wygraną (choć raczej kołyszę się niż skaczę). Paul gra „The Long and Winding Road” – ku mojej radości tego wieczora brzmi bardzo podobnie do wersji z „Good Evening NYC”. Genialnie zaśpiewane, jak zresztą wszystko tego wieczora. Kto narzeka na formę Paula – czas pozbyć się much w nosie. W “Maybe I’m Amazed” lekko zdzieram gardło przy „Baby, I’m a man, maybe I’m a lonely man/Who’s in the middle of something”. Lekko, by mieć siły na więcej. „I’ve Just Seen a Face” mnie zaskoczyło. I bardzo ucieszyło. Śpiewam wszystkie kawałki, choć z wrażenia mylę słowa. „And I Love Her” od razu przywodzi mi na myśl sceny z mojego ukochanego filmu „A Hard Day’s Night”. Podest na scenie podjeżdża w górę. Pozostali muzycy odpoczywają, zaś Paul opowiada o powstaniu piosenki „Blackbird” i za chwilę perfekcyjnie ją wykonuje. Każdą nutę słychać krystalicznie. „Here Today” brzmi wzruszająco. Zapowiedź po polsku – „Ta piosenka jest dla Johna” – i już wielu ma w oczach wodospad, który „wylewa” się z ekranów. Na „Your Mother Should Know” widzimy na ekranach wszystkich Beatli radośne maszerujących i tańczących. I znane postacie ze swoimi matkami – Czterej Chłopcy z Liverpoolu (choć nie pamiętam, czy byli wszyscy), Książę Harry i William z Lady Dianą, Michelle Obama z córkami. Tuż potem „Lady Madonna” – na telebimach m.in. Aretha Franklin i Marylin Monroe. Podczas wersu „See how they run” fragmenty biegów sprinterskich i meczów piłki nożnej – perfekcyjne dopasowanie, które szczególnie mnie urzekło. Skaczące uśmiechnięte kręgle podczas „All Together Now” rozczulają i tworzą sielankową, beztroską aurę. „Lovely Rita”, czyli jeden z moich faworytów z „Sierżanta”. Podskakuję wraz z całym stadionem na „Ho, hey, ho” w trakcie „Mrs. Vandebilt”. „Eleanor Rigby” brzmi bardzo donośnie i słychać, ze jest świetnie przyjmowana. Podczas „Mr. Kite’a” Siostra zwraca moją uwagę na taniec laserowych świateł na dachu z tyłu płyty. Magiczna aura, przypominają mi się wizyty z rodziną w cyrku, gdy byłem mały. Przed „Something”, gdy Paul chwyta za ukulele, nie wiedzieć czemu myślę „Dance Tonight”. Ale zaraz, nie, nie gra tego tej trasie... a może? Nie, to „Something”. Paul po raz kolejny po polsku: „ta piosenka jest dla Dżordża”. Chciałem sobie zostawić jakąś niespodziankę, więc nie słuchałem jej w tej wersji. I brzmi pięknie, inaczej, przy „You’re asking me...” wracając na znane z wersji płytowej tory. „Ob-La-Di, Ob-La-Da” lubiłem jako szkrab, potem ten kawałek zwykle lekko mnie wkurzał. Na koncercie, zgodnie z moimi przewidywaniami, wywołuje u mnie eksplozję radości! Gdzieś na facebook’u czytałem potem: „Nie lubię tego, więc wyszedłem na fajkę”... Nie rozumiem! Ja ba-

brzmienia


wiłem się znakomicie, wyciągając wszystkie nuty (przepraszam wszystkich dookoła). Przy „Band On the Run” ciarki mam nawet słuchając w domu, na słuchawkach. A tam... a plecach „chłodny świt”, jak śpiewał Muniek z T.Love (zresztą spotkałem go na koncercie; spotkałem też Tymona Tymańskiego, który na koncert przyszedł razem z synami). Uwielbiam ten kawałek i cóż – wypadł doskonale. Tu Wings chyba rozwijają swoje skrzydła najmocniej. Potem „Back in the U.S.S.R.” (animacje średnio mi się podobały, co nie przeszkadzało mi się świetnie bawić przy tym kawałku), „Let It Be”, które jak całą płytę cenię szczególnie i „Live and Let Die”. Do tego kawałka miałem najwięcej pytań. Jak wypadnie? Pewnie świetnie. Będzie szał? Na pewno? A co z fajerwerkami? Zamknęli dach! Usmażymy się na stadionie? Ale przecież to Sir Paul, na pewno wszystko jest świetnie przygotowane... I było. Może ktoś chciałby spotkać Jamesa Bonda, ale zdecydowanie lepiej jest spotkać Paula. I „Hey Jude”, na które czekali wszyscy. Ci z kartkami, i ci bez. Tu należy się słowo wyjaśnienia – na Polskim Forum The Beatles pojawił się pomysł, by podczas wykonania tego kawałka zmienić refren na „Hey Paul” i podnieść w górę kartki z tymi napisami. Ja i Siostra podnosimy kartoniki, które misternie przygotowałem – starannie naklejone na tekturkę, wraz z tysiącami innych tworzą obraz – morze kartek – zapamiętamy to na zawsze. Akcja wyszła kapitalnie, brak słów by to opisać. Czapki z głów przed pomysłodawcami z Polskiego Forum The Beatles. Mina sir Paula – bezcenna. Coś wyjątkowego. Mimo pewnych zachowań, które ekscytują, ale powtarzają się na trasie jako element show, to jest tylko dla nas, dla Polaków, dla Warszawy. Za tyle lat czekania, za wytrwałość, za tę miłość, która pielęgnowana przez lata, tego wieczora wydała piękny owoc. Jeśli z tej trasy wyjdzie DVD, „Hey Jude” z Warszawy będzie niewątpliwie jedną z głównych atrakcji. Niektórzy wychodzą, bo nie wiedzą, że MacCa wyjdzie jeszcze dwa razy. A jeśli tylko raz? Bo raz na pewno wyjdzie... Trzeba go przekonać! Dłonie od oklasków nabierają pęcherzy, gardło odmawia posłuszeństwa, ale walczymy. Wychodzi Paul z polską flagą łopoczącą na wietrze! I drugi Paul – „Wix” Wickens z flagą Wlk. Brytanii.

magazyn muzyczny

Soczyste gitary w „Day Tripper” rozkręcają karuzelę od nowa. Przypomina mi się wspólne wykonanie tego kawałka na ul. Lennona tego samego dnia. Dalej – radosne „Hi, Hi, Hi” i „Get Back”, które przez film „The Rutles: All You Need Is Cash” już zawsze będzie mi się kojarzył z technicznym, którego „John” strąca kopniakiem ze sceny na dachu... Paul i jego Magicy znów dziękują i schodzą ze sceny. Niepokonani, ale chcemy, by pokonali nas jeszcze raz. Oklaski, okrzyki i...SĄ! „Yesterday” nigdy nie był moim absolutnym faworytem, ale zwyczajnie nie da się nie lubić tej piosenki. Pamiętam zresztą, że śpiewaliśmy ją na lekcji angielskiego w szkole... jakieś 10 lat temu. Paul pyta „You Want To Rock?!”„YEAH!”„OK, Let’s Rock!”. Skoro mówi to Paul, nie ma żartów... Choć humorem tryska przez cały koncert, m.in. naśladując taneczne ruchy dzikiego kota (lepszej nazwy nie znalazłem). „Helter Skelter” miażdży, zamiata. Kolejna okazja by zedrzeć gardło i sięgnąć po „niewidzialną” gitarę... Przy TAKIM riffie... A za chwilę... to już ostatnie... nie tango, ale ostatnie dźwięki w Warszawie... Dziękujemy brawami dźwiękowcom, oświetleniowcom, Abe’iemu (perkusja), Paul’owi Wickens’owi (klawisze), Brianowi (gitara), Rusty’emu (gitara) i Paulowi. Żywa legenda w towarzystwie znakomitych muzyków świetnie bawią się na scenie a człowiek patrzy, słucha i ledwo wierzy własnym oczom... Koncert zamknął medley z „Abbey Road” z moim ulubionym „Carry That Weight”. Tu wszystko jest na swoim miejscu. Wyciąganie nutek w „Golden Slumbers”, chóralny śpiew w „CTW” i dobrze znane, popisowe solo perkusji otwierające „The End” które Abe gra jednak po swojemu... I bardzo dobrze! „Love You! Love You!” – śpiewa cały Narodowy. Długa solówka, którą dzielą się między sobą Paul, Rusty i Brian. Czyste szaleństwo! Za chwilę ostatnie ukłony, zebranie przez Paula postaci, które „przyleciały” z widowni (Bocian, Miś i serduszko „Love You, Paul”). Lato, Warszawa, wrzawa. Skończył się koncert, o którym śniłem, marzyłem, na który czekałem. Paul mówi „See You Next Time”. Trzymamy za słowo! I dzięki za wszystko! Dzięki, Polacy! Świetnie się spisaliśmy. Tak zgranej drużyny Narodowy jeszcze nie gościł! Mateusz Zawadka

brzmienia

21


Płytoteka Patlewicza Płyty

RENE MARIE – „I Wanna Be Evil ( With Love To Eartha Kitt)” wydawnictwo: Motema Music/ Membran Media GmbH

N

iemal każda płyta tej amerykańskiej wokalistki jest inna. Można zaryzykować stwierdzenie, że Rene Marie wskrzesza stary jazzowy śpiew, ten z  najbardziej chropawych dokonań Billie Holiday czy Elli Fitzgerald. Większość tych swoich nagrań w niezwykły sposób przesącza go w  cudownie chaotyczny sposób przez swoją wizjonerską osobowość. Kultura śpiewu, nieskazitelna skala głosu kojarzy się za to z Sarah Vaughan. Mimo tych kalk Artystkę najczęściej porównuje się do Niny Simone a ona sama poświęciła swego czasu autorską kompozycję „O Nina”, który to ten korzenny blues stał się znakiem firmowym wokalistki. W jej utworach słychać pasję talent do opowiadania muzyką poruszających historii – tak przynajmniej dostrzec można było na wcześniejszej płycie „Experiment In Truth”. Dla muzyki Artystka poświeciła rodzinne życie. Śpiew stanowił integralną część jej wychowania w ubogiej wielodzietnej rodzinie. Stał się dla niej synonimem wolności. Rene Marie ze skromnej urzędniczki bankowej zmieniła się w wokalistkę jazzową, która w wieku 44 lat podpisała lukratywny kontrakt z prestiżową wytwórnią MaxJazz. Nie bez powodu nadmieniam o tym wszystkim ale każda część jej osobowości zawarta jest w  jej kolejnych podejściach do sztuki wokalnej. Najnowszą płytę zadedykowała jeszcze innej ciemnoskórej wokalistce Earthcie Kitt – częściej kojarzonej z Francją ( Paryżem) niż rodzinnymi Stanami.To właśnie Eartha Kitt rozsławiła słynną kompozycję „C’est Si Bon” napisaną przed laty przez spółkę Betti/Hornez/Seelen. Ten na poły jazzowo/rozrywkowy standard wykonuje Rene Marie. Rozległa skala głosu, improwizacyjna swoboda oraz specyficzny tembr pojawia się w niemal każdym z 10 utworów, które wykonuje wokalistka począwszy od otwierającego album – standardu „I’d Ratler Be Burned As A Witch” aż po zamykający „Weekend” napisany przez samą Rene Marie. To jedyna jej autorska kompozycja jaką pomieściła na krążku „I Wanna Be Evil ( With Love To Eartha Kitt)”.Pozostałe to znane Cole Porter’owskie tematy „Let’s Do It”, „My Heart Belongs To Daddy” i nieco mniej znane „Oh, John”, Peel Me A Grape”, „I Wanna Be Evil”, „Come On – A My House”, „Santa Baby”. W każdym z tych utworów łączy surową głębię interpretacji ze zmysłowym liryzmem. Wokalny potencjał Rene Marie tkwi w  samym rozumieniu swingowego śpiewu, który jest na tej płycie zaskakująco świeży. Rasowy swingowy żywioł demonstruje zarówno w standardach jak i w tych nieco już zapomnianych utworach. Głębokim i lekko schrypniętym głosem o niezwykłym brzmieniu prze-

22

magazyn muzyczny

wierca na wskroś wielopiętrowe kompozycje, by zakończyć je łkaniem a nawet szeptem. Muzyka, choć osadzona w tradycyjnej formule grana jest przez sekstet wyśmienitych jazzmanów: puzonistę Wycliffe’a  Gordona, trębacza Etienne Charlesa, który sięga też po instrumenty perkusyjne, tenorzystę Adriana Cunninghama, pianistę Kevina Bales’a, kontrabasistę Elias’a Bailey’a i perkusistę i perkusjonistę w jednej osobie Quentin’a Baxtera. Odwołując się do wcześniejszych interpretacji Earthy Kitt, Rene Marie znakomicie oddaje klimat tamtych lat stopniowo dokonując redukcji aranżacji na wskroś rozbudowanego akustycznego składu.

MAVIS STAPLES – „ One True Vine” wydawnictwo: Anti – Records/ Sonic Records

K

ariera tej ciemnoskórej wokalistki i  bojowniczki o  prawa obywatelskie w  Stanach Zjednoczonych rozpoczęła się w 1950 roku, kiedy to występowała z rodzinnym zespołem Staple Singers. Sześć lat później jako The Staples wylansowała pierwszy wielki hit „Uncloudy Day” . Podróżowała wraz z rodzinnym zespołem Staple Singers dając szereg koncertów wykonując muzykę gospel. Swoją solową karierę rozpoczęła od podpisania kontraktu z wytwórnią Epic Records, która wypuściła w 1960 roku na rynek udanego singla „Crying In the Chapel”. Mavis Staples już jako ugruntowana wokalistka soulowo – rhythm and bluesowa nagrywała dla Stax „Only for the Lonely”, realizując też nagrania na potrzeby innych labeli. Uczestniczyła w  powstawaniu dwóch ciekawych albumów „A  Piece of the Action” Curtisa Mayfield’a oraz „Spirituals & Gospels: A Tribute to Mahalia Jackson” z udziałem keyboardzisty Lucky Petersona.W 2007 roku nagrała 11 – ty album „We’ll Never Turn Back” z udziałem producenta Ry Coodera. Jej najnowsza płyta „One True Vine” przynosi mroczniejszą, surowszą muzykę, zaaranżowaną akustycznie i przynoszącą najszczersze wyznania muzyczne w całej jej karierze. Wokalistka pomieściła na„One True Vine” 10 piosenek z czego część z  nich zostało napisanych specjalnie dla niej. Twórcami utworów są Jeff Tweedy, który po raz kolejny podjął się tutaj produkcji płyty oraz Nick Lowe. Album otwiera kompozycja „Holy Ghost” po której pojawia się „Every Step”. Oba utrzymane w stylistyce soul z zachowaniem nowoczesnej przestrzeni dźwiękowej. „Can You Get To That”, „Jesus Wept”, „Far Celestial Shore” to typowe gospelowe utwory z upiększonymi partiami wokalnymi. W “What Are They Doing In Heaven Today”, “Sow Good Seeds”, “I Like The Things About Me” i “Woke Up This Morning ( With My Mind On Jesus)” słychać tutaj wyraźnie jak bardzo ukształtował się głos tej ponad 70-cio letniej wokalistki. Nie jest to żaden zarzut a  wręcz przeciwnie. Mimo pokaźnej tuszy głos

brzmienia


Mavis Staples jest nadal silny, przenikliwy i  momentami wzruszający. Artystka należąca do American Soul Music wyraziła na tym albumie najbardziej osobistą i emocjonalną deklarację „amerykańskiego skarbu”.

GERI ALLEN – „Grand River Crossings – Motown & Motor City Inspirations” wydawnictwo: Motema Music / Membran Media

T

a ciemnoskóra pianistka jazzowa swoją poprzednia płytą “A Child Is Born” nagraną ze stepistą i wsamplowanymi głosami kobiet z Alabamy udowodniła, iż jazz może nadawać się do tańca. Już jako małe dziecko trenowała taniec, dlatego ma szacunek dla tej dziedziny sztuki. Geri Allen jednak kojarzona jest z  bardziej wyrafinowanym jazzem. Wśród swoich mistrzów wymienia Cecila Taylora – to jemu zadedykowała swego czasu jeden z utworów, chciała oddać mu hołd. Uważa go za jednego z innowatorów pianistyki jazzowej. Grała z  Ornette’m Colemanem a  także z  jego synem Dennardem. To było duże doświadczenie. Pierwszy wspólny koncert zagrała z  Ornettem bez żadnej próby. Weszła na scenę i zaczęła improwizować. Nauczyła się od niego więcej niż od kogokolwiek. Z  innym legendarnym muzykiem – perkusistą Paul’em Motianem nagrała kilka ważnych płyt, które weszły do kanonu muzyki jazzowej. Poza współpracą z wielkimi legendami jazzu lubi też nowe wyzwania .Współpracując z Robertem Hurst’em tworzyła z nim grupę D3 grającą muzykę inspirowaną ethno jazzem. Ta muzyka jest jej bliska, sama zresztą studiowała jazz i ethno muzykologię. Jako rasowa pianistka jazzowa nie zapomina o dokonaniach Theloniousa Monka, które są ważną częścią historii jazzu. Ważnym Monk’owskim akcentem w grze Geri Allen jest specyficzne traktowanie akordów, które brzmią bardzo perkusyjnie. Pianistkę zainspirowała także przed laty muzyka Jimi’ego Hendrixa. Nagrała płytę z jego kompozycjami z elementami bluesa. W jej grze słychać ludzki głos a te głosy są dla pianistki pewnymi metaforami. Solowe dokonania wybitnej pianistki i kompozytorki brzmią bardzo wyraźnie cechuje ich wyrazistość i  jasność brzmienia. Muzyka, którą Geri Allen proponuje na swojej najnowszej czwartej wydanej dla oficyny Motema Music płycie to inspiracje muzyką spod znaku Tamla Motown. Tematycznie nawiązuje do Detroit, miasta w którym artystka dorastała i z którym łączą ją nadal silne związki. To właśnie Detroit – znane z produkcji samochodów dzięki Barry’emu Gordy’emu Jr. urosło do rangi stolicy muzyki soul i RnB. Dzięki dziedzictwu Tamla Motown Geri Allen zawdzięcza tak wiele, jak inspiracjom twórczym, które odnalazła później w  muzyce jazzowej. W  nagraniu albumu „Grand River Crossing: Motown and Motor City Inspirations” poza pianistką uczestniczyli jeszcze dwaj inni wytrawni jazzmani trębacz Marcus Belgrave i saksofonista altowy David McMurray znakomicie wpasowując się w klimat soulowych utworów. Płytę otwiera jeden z  utworów Michaela Jacksona „Wanna Be Startin’ Somethin’” w którym słychać wyrazisty puls fortepianu.”Tears of a Clown” to kompozycja Smokey Robinsona, którą z  powodzeniem wyko-

magazyn muzyczny

nywał Stevie Wonder a  wersja Geri Allena jest nadzwyczaj przejmująca. Poza sztandarowymi utworami zabarwionymi czarnym soulem ,wonderowskim „That Girl”, „Baby I Need Your Lovin” , „Itching In My Heart” spółki Holland – Dozier – Holland z brawurową grą na alcie Davida McMurray’a mamy też świetne interpretacje utworów innych soulowych mistrzów Marvina Gaye’a – „Inner City Blues”, „Save The Children”, Gerarda Wilsona – „Nancy Joe”,Franka Wilsona – „Stoned Love” czy Roy’a Brooks’a – „ The Smart Set”. Geri Allen znakomicie łączy bogactwo piosenek pop z nieograniczoną wyobraźnią artystki odkrywającej wciąż nowe muzyczne terytorium. Chcąc dorównać wyobraźnią i muzycznym kunsztem spróbowała zaadaptować na płycie dwie własne autorskie kompozycje: „In Appreciation” i „Grand River Crossings II”, który posłużył jednocześnie za tytuł albumu. Jedynym utworem nie pasującym do całości jest Beatlesowska przeróbka utworu napisanego przez Paula McCartneya – „Let It Be”. Szkoda że zabrakło na tej płycie wspaniałych soulowych głosów. Na usprawiedliwienie Geri Allen wyznała, iż „muzyka może wyrażać wiele różnych spraw. Może opowiadać o intelekcie. Może celebrować ciało i jego poruszanie się. Może mówić o poszukiwaniu, może dawać wewnętrzną siłę, tworząc doskonałe miejsce do spokojnej egzystencji. Wszystko to, czego oczekuję od muzyki, to mieć w niej to wszystko razem”. Próba łączenia muzyki soulowej z jazzem miała już miejsce w latach 60 i 70. Artystka z bagażem doświadczeń przenosi nas tym razem w czasy, kiedy ze stajni Tamla Motown wypływały nieskazitelne dźwięki, które pod palcami Geri Allen nabierają innego znaczenia doskonale urzeczywistniając całościowy zamysł tego albumu.

JAMIE CULLUM – „Momentum” wydawnictwo: Island Records, Ltd, / Universal Music Polska

N

ajnowszą płytę Jamie Culluma można określić jako pop w  jazzowym stylu. Nie on jeden balansuje na granicy jazzu i  muzyki popularnej. Już znacznie wcześniej próbował zjednać sobie szersze uznanie wśród słuchaczy Kanadyjczyk Michael Buble czy też dwaj inni amerykańscy młodzi croonerzy – Harry Connick Jr. i Matt Dusk. W tym towarzystwie Jamie Cullum nie pasuje do stereotypu i jako jedyny ma innowacyjne zacięcie. Mimo, iż początkowo sięgał po klasykę to też wychodząc naprzeciw podejmował współpracę z  Pharrellem Williamsem, zespołem Radiohead a  nawet Clintem Eastwoodem. Atutami młodego brytyjskiego wokalisty i  pianisty jest nie tylko wrodzony talent ale też niebywała skuteczność ( zmierzwiona fryzura, trampki, wytarte dżinsy ) dzięki czemu utożsamia się z młodą publicznością i trafia do nich przekraczając po drodze różne style. Już wcześniejszymi albumami: „Pointless Nostalgic”, „Twentysomething” czy „ The Pursuit” spowodował totalne zainteresowanie jego osobą. Podpisany kontrakt z wytwórnią Universal Classic and Jazz na sumę miliona funtów mówi za siebie. Od razu Jamie Cullum zjed-

brzmienia

23


Płytoteka Patlewicza nał sobie ogromną rzeszę fanów poprzez włączanie do swego repertuaru popowych i  rockowych utworów wzbogacając je o  jazzowe frazy. Tak też dzieje się na najnowszym albumie „Momentum” na którym pomieścił 12 własnych kompozycji ale też pisanych wspólnie z  Ben’em Cullum’em, Stevem Booker’em czy Darren’em Lewis’em. Płytę otwiera jego kompozycja „The Same Things” z pulsującą perkusją niczym wyjętą ze studia Tamla Motown.W tle trochę elektroniki i powtarzający się motyw śpiewany przez Culluma i wspomagający go chórek (Natalie Williams, Janet Ramus i  Vanessę Haynes). „Edge of Something” – to jeden z najbardziej przebojowych numerów na tym krążku, pełen nowoczesnej motoryki i pulsującego rytmu. W podobnym klimacie utrzymany jest „Everything You Didn’t Do”. Cullum bardziej spokojniej traktuje swój śpiew w  „When I  Get Famous”. Wspomagająca sekcja dęta (Rory Simmons – trabka),Tom Richards ( saksofon barytonowy), Jamek Allsap (saksofon tenorowy) i  Nichol Thomson (puzon) nadaje utworowi nieco jazzowy charakter. Dobrze znany Cole Porter’owski klasyk „Love For Sale” potraktował w  sposób nu- acid – jazzowy.W  wokalnych częściach tego utworu pojawia się głos rapera Roots Manuvy dobrze znanego z hip hopowych dokonań. W nieco łagodniejszym i spokojniejszym tonie utrzymany jest „Pure Imagination” autorstwa Leslie Bricusse z  wykorzystaniem ogromnej partii instrumentów smyczkowych. Słychać dodatkowo nieskazitelną grę na fortepianie Yahmaha samego Jamie Culluma. Powrotem do nieco popowego grania jest utwór „Anyway” napisany przez Culluma oraz Richarda i  Roberta Poindexterów i  Jackie Poindexter. W  nieco dubowym klimacie utrzymany jest „Sad, Sad World” z charakterystyczną grą na basie z podwójnym gryfem Christophera Hill’a. Cztery ostatnie piosenki na płycie to jego autorskie pełne ekspresji kompozycje „Take Me Out ( Of Myself)”, „Save Your Soul”, „Get A Hold of Yourself” i „You’re Not The Only One”. Mimo iż nieźle daje sobie radę grając na fortepianie i śpiewając to wyszukuje przy tym akordy wprowadzając niepokój i nieco nostalgiczny klimat. Jest to pewnego rodzaju element zaskoczenia. Te najbardziej przebojowe utwory z płyty już polubiła młodsza publiczność. Czy spotka się z przychylnym przyjęciem jazz fanow?.Będąc po części spadkobiercą Franka Sinatry – tak przynajmniej było na początku kariery to teraz wykonując popowe piosenki zachował przywilej muzyka jazzowego. Jamie Cullum na okładce sierpniowego numeru stricte jazzowego pisma Jazz Thing) wiele wyjaśnia.

BILL FRISELL – „Big Sur” wydawnictwo: Sony Classical/Okeh Records/ Universal Music Polska

W

ielki kolorysta gitary wychowywał się w Denver w latach 50. Kiedy dorastał otaczały go dźwięki pochodzące z Delty Missisippi.Ta muzyka wywarła spory wpływ na jego dalszą karierę. Muzyka country i  rhythm and blues to gatunki muzyki amerykańskiej wypływające z jednego źródła, które pobudziły jego muzyczną wyobraźnię. Ogromny wpływ na rozwój muzyki

24

magazyn muzyczny

amerykańskiej miał kataklizm – wielka powódź w 1927 roku na obszarach Missisippi, co spowodowało ogromną emigrację z tych rejonów Ameryki. Na przełomie XII i  XIX wieku formy folkowe inspirowały czarnych pianistów. Po latach zainteresowali się również biali wykonawcy. Niewielu muzyków jazzowych w późniejszych latach sięgało w  swoich nagraniach po muzykę country, którą zainteresował się Bill Frisell. Jego album „Tennessee Firebirds” z  1968 roku utrzymany był w  klimacie country. Na płycie znaleźli się wybitni instrumentaliści, perkusista Roy Haynes i wibrafonista Gary Burton, który wiele lat wcześniej wywarł spory wpływ na Frisella.Gary Burton był jednym z  pierwszych muzyków, których zobaczył na żywo Bill Frisell. W jego muzyce sporo było z country and western. Największą bronią Frisella jest brzmienie jego gitary. Podobnie dzieje się na jego najnowszej płycie „Big Sur” na której gitarzysta pomieścił 19 autorskich kompozycji, które powstały w malowniczych przestrzeniach regionu Glen Deven Ranch w  Big Sur w  Kalifornii. Już od pierwszego utworu „The Music of Glen Deven Ranch” słychać jak dźwięki wydobywane ze strun długo wybrzmiewają – nie milkną przez długi czas. Pojawiają się wątki łączenia muzyki białej i  czarnej zarówno w „Sing Together Like a Family”, „A Good Spot”, „Going to California”, „The Big One”, „Somewhere”, „Gather Good Things”, „Cry Alone”, „The Animals”. „Highway 1”. Słychać jak bardzo inspiruje go sztuka ( malarstwo i  grafika) wyraźnie dostrzec można i to wyraźnie w  utworach:„A  Beautiful View”, „Big Sur”, „On the Lookout”czy „Shacked Up”. Jak sam mówi: „muzyka jest formą komunikacji a on sam łatwiej wypowiada się za pomocą muzyki niż słowami”. Frisell jako rozpoznawalny gitarzysta robi w utworze „We All Love Neil Young” ukłon w stronę znakomitego kanadyjczyka Neil’a Young’a, którego ceni w sposób szczególny. Frisell specjalnie adresuje swoje kompozycje też innym „Walking Stick ( for Jim Cox)” czy „Song for Lana Weeks”. Za brzmienie i  całą produkcję albumu odpowiedzialny jest długoletni producent płyt Frisella, Lee Townsend, którego możliwości poznaliśmy w 2001 roku na płycie „Blues Dream”. Wszystko, co zawarł na płycie Bill Frisell odbywa się bez komputera, bez dodatkowych urządzeń wspomagających. Duża w tym zasługa zarówno producenta Lee Townsenda jak i wyśmienitych muzyków: skrzypaczki Jenny Scheinman, altowiolisty Eivinda Kanga, wiolonczelisty Hanka Robertsa i perkusisty Rudy Roystona. Cały album wieńczy urokliwa kompozycja „Far Away”.

NATALIE COLE – „En Espanol” wydawnictwo: Verve Music/ Universal Music Polska

N

atalie Cole potrafi jak mało, która inna wokalistka rozsiewać w swoich utworach niezwykły rodzaj magii. Jej wrodzo-

brzmienia


na swoboda, nieodłączna lekkość, nieomylny instynkt i  artyzm wielkiej miary bezsprzecznie maja swój pełny wyraz.. Z  jej muzyki emanuje zarówno drapieżny rhythm and blues, soul i  jazz. Jako artystka, której dokonania mają wpływ na świat muzyczny od debiutu w 1975 roku. Wokalistka wniosła do muzyki nietuzinkowe dokonania, które przyniosły jej poważne osiągnięcia. Będąc córką jednego z najważniejszych wokalistów, od najmłodszych lat miała styczność z muzyką jazzową i soulową. Jej muzyczne dziedzictwo, w połączeniu z miłością do muzyki popularnej, rockowej, R & B i gospel, złożyły się na wysoce charakterystyczny i osobisty styl wokalny.W latach 80. przeżywała poważny kryzys uzależnienia narkotykowego z którego wyszła po długich terapiach odwykowych. Przełomowym okresem był rok 1987, wtedy artystka nagrała jeden z najlepszych albumów w  historii jazzu – „Everlasting”, który rozszedł się na całym swiecie w  ilości 2 milionów egzemplarzy. To z niego pochodzą chociażby takie hity, jak: „Jump Start”, „I  Live For Your Love” czy Springsteenowski „Pink Cadillac”. Spory sukces odniosła piosenka „When I Fall In Love” z repertuaru jej ojca, dzięki której dwa lata później nagrała płytę życia „Unforgettable…”With Love” w którym wirtualnie zaśpiewał legendarny Nat „King” Cole. Wachlarz wyspiewany mruczącym głosem Natalie najsłynniejszych kompozycji ojca przyniósł wokalistce aż 7 nominacji do Grammy Award a sam album rozszedł się w ponad 5 milionów kopii i to tylko za oceanem. Późniejsze nagrania nie były już tak zaskakujące. W kolejnej dekadzie artystka nagrała kolejne albumy: „Ask A  Woman Who Knows” (2002) oraz „Leavin” ( 2007), gdzie zmierzyła się ze standardami muzyki pop, soul i rock sięgając po kompozycje z repertuaru Kate Bush, Arethy Franklin i  Neila Younga. Tytuł najnowszej płyty „En Espanol” powstałej przy udziale latynoskiego pianisty , keyboardzisty i zarazem producenta albumu Rudy Pereza już wiele wyjaśnia. Podobnie jak jej słynny ojciec tak i Natalie Cole sięgnęła po latynoski repertuar śpiewając je w tamtejszym języku. Już po pierwszym utworze „Frenesi” autorsta Alberto Borrasa Domingueza słychać wyraźnie jak oddaliła się od soulowego klimatu do którego przyzwyczaiła nas przez lata. W podobnej konwencji utrzymane są niemal wszystkie utwory, choć z  małymi wyjątkami. Cole zgrabnie połączyła dwa tematy autorstwa Armado Manzanero „Voy A Apagar La Luz” i „ Contigo Aprendi” wykonując go jako Medley. Sięga po znane utwory z klasycznego latynoskiego repertuaru począwszy od kompozycji Luiza Bonfy „Manana De Carnaval”, Osvaldo Farresa „Quizas, Quizas, Quizas”, Carlosa Sardela i  Alfredo Le Pera „El Dia Quo Me Quieras”.Dzięki producentowi Rudy Perez’owi w  czterech utworach śpiewa w  duetach: z  Juan’em Luis’em Guerrą jego autorską kompozycję(„Bachmata Rosa”), z Arthur’em Hanlon’em wykonuje słynny temat legendarnego kubańskiego muzyka Tito Puente(„Oye Como Va”)w który wplata cztery inne tamaty „La Ultima Noche” Bobby’ego Collazo, „Quien Sera” Pablo Beltrana Ruiza, „Yo Quiero Contigo Bailar” Rudy’ego Pereza i „Guajira” Davida E. Browna. Ciekawostką jest duet z Andreą Bocelli’m z którym śpiewa klasyk Consuelo Velazquez „Besame Mucho” ( Kochaj mnie czule ). Nie mogło zabraknąć w tym zestawie tego najważniejszego duetu (wirtualnego) z własnym ojcem Nat King Cole’em („Acercate Mas”) autorstwa Osvaldo Far-

magazyn muzyczny

resa z  przepiękną grą na kontrabasie Chucka Bergerona. I  udziałem Miami Symphonic Studio Orchestra p/d Alfredo Oliwa. Wśród tych znanych i  mniej znanych postaci muzyki latynoskiej ze swoją nieodzowną trąbką pojawił się Chris Botti w utworze „Yo Lo Amo” bardziej znanym jako „And I Love Him” spółki Lennon/ McCartney, który jak zawsze fantastycznie rozbujał ten temat wspólnie z saksofonistą Mike’em Brignolą. Natalie Cole zamyka swój latynoski album kompozycją Josepha Maria Lacalle „Amapola” z udziałem gitarzysty Briana Monroneya. Płyta „Es Espanol” ma swoje plusy i minusy. Jak sama mówi o tym krążku „jest wyrazem ciągłej potrzeby odkrywania nowych dróg muzycznej ekspresji”.

STING – „The Last Ship” wydawnictwo: Universal Music Polska

J

est to pierwszy autorski album Stinga od prawie dekady, tj. od wydania płyty „Sacred Love”. Na krążku znalazły się częściowo kompozycje z  musicalu pod tym samym tytułem, na którym muzyk pracował przez ostatnie trzy lata. Musical „The Last Ship” ( ostatni Statek) zadebiutuje na Broadwayu w przyszłym roku – w  sztuce zagrają amerykańscy aktorzy słowa które padną z  ich ust zabrzmią trochę inaczej. „The Last Ship” opowiada inspirowaną osobistymi doświadczeniami twórcy historię upadku przemysłu stoczniowego w Newcastle, który miał kluczowe znaczenie dla rozwoju tego miasta. Czerpiąc z własnych doświadczeń dorastania w cieniu stoczni Swan Hunters w Wallsend, Sting przekazuje bardzo uniwersalne prawdy – złożoność ludzkich relacji, upływ czasu, ważność rodziny i lokalnej społeczności, tworząc z nich swoistą parabolę naszych czasów. Nad brzmieniem albumu czuwał Rob Mathes, który wcześniej współpracował z  Erickiem Claptonem, Eltonem Johnem, Lou Reedem i Carly Simon. Pozostałe utwory na płytę Sting napisał zainspirowany tym samym tematem, ale nie pojawią się one na Broadwau. Były lider The Police zaprosił do współpracy autora tekstów i scenarzystę Johna Logana, który razem z Adele otrzymał Oscara za piosenkę do najnowszego Bonda – „Skyfall”. Współautorem tekstów jest także amerykański dramato pisarz Brian Yorkey, laureat nagrody Pulitzera, współautor musicalu „Next to Normal”. Temat tytułowy został napisany w tempie walca, a zaśpiewany przez Stinga w dialekcie północnej Anglii. Utwór pełen symboliki nawiązuje do ostatniego statku na który nie można się spóźnić – to tak jak w przypadku Arki Noego.W tej symbolice jest zawarta jej uniwersalność. W utworze „And Yet” odnajdujemy motywy jazzowe i funkowe . Utwór „Dead Man’s Boots” jest dialogiem pomiędzy ojcem pracującym niegdyś w  stoczni a  synem próbującym znaleźć nową drogę w swoim życiu. Towarzyszą temu niebywałe emocje będące odwieczną walką pokoleń. Ojciec uważał go za marzyciela. Do chwili śmierci Sting nie znalazł z nim nici porozumienia. Teraz po latach ma z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia i to wszystko przekazuje w swoich tekstach. „The Last Ship” jest opowieścią o zwykłych ludziach, którzy żyją Andrzej Patlewicz swoim codziennym życiem.

brzmienia

25


tak słyszałem

– andrzej chylewski

Wieczór sześciu królów

P

rzybyli do Poznania po raz piąty i znów zachwycili. Być może w stopniu najwyższym z dotychczasowych. Bo zachwycają od czterdziestu pięciu lat. A nawet kilku więcej, bo początek oficjalnej działalności datują od momentu wcześniejszego zachwytu, który wzbudzili u Sir Neville’a Marinera, wybitnego skrzypka i dyrygenta, założyciela zespołu Academy of St Martin in the Fields (1959). Potwierdzili, że lubią tu przyjeżdżać, bo jest w Poznaniu coś z atmosfery King’s College w Cambridge koło Londynu, gdzie powstali, gdzie mieści się kolebka brytyjskiej, a może i europejskiej chóralistyki. Bo mają w Poznaniu wielu przyjaciół, jak choćby poznański sekstet „Affabre Concinui”, czy choćby... niżej podpisanego. „The King’s Singers”, bo o nich mowa, budzą zachwyt w całym świecie – rocznie dają około 150 koncertów – ponieważ potrafią idealnie połączyć piękno wszelakiej muzyki – jak powiedział pewien krytyk „od Johanna Sebastiana Bacha po Michaela Buble’a”, wirtuozerię wykonawczą i inteligentny humor w jedną porywającą całość. Ich oferta brzmi „cieszmy się poprzez muzykę”. I dali tego dowód 4 czerwca w poznańskiej Auli UAM. Kiedy z pierwotnego składu postanowił odejść pierwszy śpiewak Alastair Thompson, wydawało się, że grupa przestanie istnieć. Ale po zastąpieniu go przez Billa Ivesa zespół nadal miał się dobrze, więc i kolejnych 17 zmian nie było już takim dramatem. Mało tego, w Poznaniu pojawił się chyba najmłodszy – uśredniając – skład Kingsów, ale jak się szybko okazało rewelacyjnie zbalansowany i sprawny. Zaledwie dwóch „weteranów” z około dwudziestoletnim stażem – kontratenor David Hurley i tenor Paul Phoenix, ale za to jakich. Reszta to żółtodzioby o kilkuletnim stażu, ale znów, jakich wspaniałych! Poznański koncert Brytyjczycy potraktowali jak zwykle, czyli w pełni profesjonalnie – poważnie i z humorem. Rozpoczęli katalońskimi pieśniami ludowymi w fantastycznym opracowaniu Goffa Richardsa. Potem wykonali cykl utworów Camille’a Saint-Saënsa, chyba kulminację koncertu w aspekcie interpretacyjnym. Pierwszą część wieczoru wypełniły do przerwy madrygały czołowych kultur Europy z Thomasem Morleyem, Orlandem di Lasso i Alessandrem Striggio na czele. Tego ostatniego madrygał „Il gioco di Primiera” to uteatralniona – w wersji „Kingsów” – partia starej gry w karty o nazwie „Premiera”! Mieli kompozytorzy wenę przed wiekami! Drugą część wieczoru rozpoczęły brytyjskie limeryki przyobleczone w zabawną muzykę przez Goffreda Petrassiego (1904-2003), w młodości chórzystę, później czołowego włoskiego dodekafonistę. Kiedy oglądało się i słuchało w inter-

26

magazyn muzyczny

pretacji jednego z nich zramolałego staruszka – tenora Paula Phoenixa, z piersi wyrywał się okrzyk: „Oscar!”, a z oczu leciały łzy śmiechu. Pointą wspaniałego koncertu były utwory z „The Great American Songbook”, takich gwiazd jak Nat King Cole, Cole Porter, Richard Rogers & Lorenz Hart (musical „Babes in Arms”) i innych. Zachwyciły wdziękiem zwłaszcza „Begin the Beguine” i „Let’s Misbehave” Portera. Równie wiele radości jak wykonany perfekcyjnie repertuar przyniosło pokoncertowe spotkanie z wokalistami – przesympatycznymi ludźmi – we foyer Auli UAM. Organizator koncertu – Towarzystwo Muzyczne im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu – mógł odczuć satysfakcję.

W Wirach organy brzmią wspaniale

Z

akończył się VIII Ogólnopolski Festiwal Muzyki Organowej i Kameralnej Komorniki 2013. Zakończył się w pięknych wnętrzach kościoła pod wezwaniem Św. Floriana w Wirach. Jest bowiem regułą tego festiwalu, że każdy z jego czterech odbywających się zazwyczaj co dwa tygodnie koncertów rozbrzmiewa w innym z kościołów, w których znajdują się instrumenty umożliwiające swą techniczną jakością grę wirtuozowską, nie zaś jedynie obrzędową. Pierwszy koncert odbył się w siedzibie organizatora festiwalu – Gminnego Ośrodka Kultury – w Komornikach. Muzyka organowa Paula Rosomana – i trębacza Pawła Hulisza z Gdańska rozbrzmiała w kościele pod wezwaniem Św. Andrzeja Apostoła. Drugi koncert w kościele pod wezwaniem Św. Faustyny w Plewiskach stał się okazją do ukazania umiejętności kanadyjskiego skrzypka Mariusza Monczaka i koszalińskiego organisty Bogdana Narlocha. Komornicki festiwal zahaczył także o Poznań. W kościele pod wezwaniem Św. Jadwigi Śląskiej na Junikowskim Osiedlu Kwiatowym zaprezentowało się toruńskie małżeństwo Anny – sopran i Marcina Łęckich – organy. Na finałowy koncert festiwalu w Wirach, podobnie jak w poprzednich kościołach, przybyło bardzo dużo miłośników muzyki, nie tylko miejscowych. Byli także proboszczowie wymienionych parafii i przedstawiciele władz z wyjątkowo wiernym festiwalowi wójtem Janem Brodą z Urzędu Gminy Komorniki na czele. Informacyjna stronę koncertów zapewniła dziennikarka Radia „Merkury” Alina Kurczewska, prowadząca spotkania z muzyka i starannie – notki o organach! – wydany program festiwalu. Atrakcją wieczoru okazał się Krakowski Kwintet Blaszany, równie sprawny w „stereofonicznie” zaprezentowanej Canzonie Giovanniego Gabriellego, jak i w uroczym jazzowo-

brzmienia


oratoryjnym medleyu „All Saints Halleluyah” Georga Friedricha Händla i Luthera Hendersona. Festiwalowa publiczność na koniec mogła przekonać się o imponujących możliwościach dyrektora artystycznego przedsięwzięcia i jednocześnie organisty Krzysztofa Czerwińskiego, który zaprezentował całą paletę barw chyba najlepszych z festiwalowych organów. Żegnający publiczność i wykonawców dyrektor Antoni Pawlik i proboszcz ks. Kazimierz Szachowicz – też muzyk! – mogli być zadowoleni – z minionej, jak i z obiecanej kolejnej edycji festiwalu.

Wszystko, czyli za dużo

P

oznański Teatr Wielki im. Stanisława Moniuszki kontynuuje kolekcjonowanie repertuarowe dzieł Giuseppe Verdiego. Po upływie ćwierćwiecza od poprzedniej realizacji powraca do ostatniej jego opery, opartej na dziełach scenicznych Williama Szekspira. Osiemdziesięcioletni kompozytor przyoblekając w muzykę znakomicie skonstruowane libretto Arriga Boito pisze komedię! 120 lat temu publiczność i krytycy przyjęli dzieło bardzo pozytywnie, zwłaszcza za jego „wyrafinowany smak”. Czy „Falstaff” Anno Domini 2013 zasługuje na takie same reakcje? Reżyser Tomasz Konina przed premierą uzmysławiał dziennikarzom paralele szekspirowskiej postaci z Gerardem Depardieu i współczesne rozumienie postaci. Nie trudno skojarzyć ją z przywodzącą na myśl Sienkiewiczowskiego Zagłobę i Fredrowskiego Papkina. Ale owe priorytety forsowane w zamysłach nie zrealizował do końca, albo – niestety – utopił w wielu jeszcze innych pomysłach, które odarły tytułowego bohatera z typowych jego cech. A więc z rubaszności, którą zastąpił cynizm lub jak kto woli „współczesny luz”, z dowcipu, ze sprytu, który zastąpiło pozorne, wewnętrznie sprzeczne cwaniactwo, z życzliwości, znów ten luz i schowane poczucie humoru, z lekkości i dystansu, miast których przeważa realizacja poważnie traktowanej fabuły. Tę wyliczankę można kontynuować dość długo. Zbyt długo! Na dodatek do osłabienia wyrazistości postaci Falstaffa przyczynia się mocno próba uwspółcześnienia czasu i miejsca akcji oryginału libretta. Wystarczy opatrzyć pytajnikami tak generalia (przedszkole? wątek celebrycki?) jak i ogromną listę detali (choćby realizm lub nierealność, czytaj niekonsekwencja w budowie poszczególnych postaci, konfrontacje tekstu z rzeczywistością lub nierzeczywistością III aktu wykreowaną przez reżysera). Tęsknota do żołnierza samochwały z „Wesołych kumoszek z Windsoru” Williama Szekspira przegrywa z powierzchownym wszystkoizmem ziejącym z koncepcji reżysera Koniny (dodatkowo jest on autorem scenografii i współprojektantem kostiumów). Systematyczna praca Gabriela Chmury z orkiestrą Teatru Wielkiego zaczyna dawać efekty. Zaskakujący był wysoki stopień precyzji i przejrzystości realizowanej muzyki. I choć we współpracy orkiestry choćby z ansambla-

magazyn muzyczny

mi wokalistów można jeszcze sporo dopracować to generalnie odbiór wysmakowanej muzyki mistrza Verdiego dawał sporo satysfakcji. Podobnie jak wokalne popisy kilku solistów. Rewelacyjny okazał się młody baryton Stanisław Kuflyuk (Ford), tak wokalnie, jak i postaciowo. Z dwóch bardzo dobrych, lecz jakże odmiennych postaciowo, ale i wokalnie Falstaffów, optuję za Jerzym Mechlińskim (II obsada, na premierze – Mark Morouse), równie atrakcyjnym jak 25 lat temu. Wśród pań prym wiodła Helena niegdyś Baranowska, obecnie Zubanovich (Mrs Quickly), o soczystym, niemal altowym w barwie, mezzosopranie. Pozytywnie ocenić należy Galinę Kuklinę jako Mrs Alice Ford. Nieczęsto zwraca się uwagę na książkę programową spektaklu. Tym razem trzeba – autorem tego cacka jest Michał J. Stankiewicz.

Muzyka dawna – muzyka piękna

K

ult muzyki dawnej w Poznaniu nie jest zjawiskiem nowym, nie jest zjawiskiem zaskakującym. Na jego istnienie i rozwój złożyły się lata działalności i regularnie odbywające się koncerty poznańskiej orkiestry kameralnej Arte dei Suonatori oraz rozliczne festiwale muzyki dawnej. Rosnący poziom prezentacji pereł muzyki tamtych wieków gwarantują od lat również zagraniczni – od Hiszpanii po daleką Japonię – artyści współpracujący z orkiestrą. Poznańska publiczność zasmakowała w muzycznych starociach i poczęła domagać się więcej i więcej. Realia organizacyjne i finansowe nie zawsze mogły temu głodowi sprostać. Dobrze więc, że sobotni wieczór (10 sierpnia) w pięknych wizualnie i akustycznie wnętrzach kościoła Franciszkanów na Wzgórzu Przemysła znów rozbrzmiał muzyką Händla, Vivaldiego i mniej znanych twórców jak Hasse, Torelli, czy Perotti. Wśród publiczności pojawiły się wierne od lat postaci. Orkiestra Arte dei Suonatori wciąż międzynarodowa, ale z tymi samymi polskimi liderami, nieco nabrała liczebności. No i od dekady znany doskonale w Poznaniu francuski dyrygent, organista, klawesynista, pedagog, lecz przede wszystkim legendarny twórca Le Parlement de Musique, Martin Gester. Solistami wieczoru byli: 32-letnia sopranistka brytyjska Ruby Hughes i 30-letni niemiecki, czarnoskóry cymbalista oraz gitarzysta Komalé Akakpo. Oboje mimo młodego wieku mają już w dorobku mnóstwo sukcesów międzynarodowych i swoje możliwości w pełni potwierdzili w Poznaniu. Hughes dysponuje przepięknym głosem i muzykalnością wymarzoną do dzieł Händla. Akakpo mimo miłości do jazzu i popu nie zatracił muzykalności i wrażliwości charakterystycznych w liryce śpiewnego Vivaldiego. Poznańscy kameraliści są aktualnie w wybornej formie brzmieniowej (na przykład concerti grossi Händla), czego po koncercie nie omieszkali zauważyć wspomniani soliści i w gromkich brawach wyrażająca swą opinię licznie przybyła publiczność.

brzmienia

Andrzej Chylewski

27


Rozśpiewane uniwersytety P

oznański fenomen chóralny systematycznie daje znać o sobie. Nic to, że kultura polska, a więc i poznańska, biednieje z dnia na dzień, że spychana jest do coraz bardziej peryferyjnych już nie kątów, lecz kącików, że efektywnie zagłuszana jest przez wrzaskliwe medialnie i  decybelowo przedsięwzięcia nie mające nic wspólnego z kulturą, już nie tylko wysoką, ale i jakąkolwiek. W Poznańskiem chóralistyka wciąż ma się dobrze, jeśli nie weźmie się pod uwagę malkontentów wspominających setki chórów istniejących w tym rejonie przed II wojną światową i marniejący w oczach wizerunek wszelkich odmian Polskiego Związku Chórów i Orkiestr. Statystycznie może i mają rację, ale nie dostrzegają owi sceptycy przemian, jakie gołym okiem lub raczej uchem dostrzec można choćby właśnie w  Poznaniu i  w  Wielkopolsce w dziedzinie tak zwanego zbiorowego śpiewania. Rodzą się nowe grupy, rodzą się i  imponująco adaptują do wymogów reprezentanci stylów już uznanych w wielkim świecie, a obcych w Polsce (vocal play, czy beatbox), powstają bardzo aktualne i nowoczesne kompozycje polskich twórców i wykonywane są one obok wszelkich najnowszych dzieł z szerokiego świata. Obok licznych, już istniejących festiwali chóralnych, powstają nowe i można być pewnym, że na dobre zakorzenią się one w panoramie kulturalnej grodu Przemysła i  w  regionie. Wystarczy wspomnieć młodziutki, rewelacyjnie przyjęty A  Cappella Festival, czy planowany na wrzesień 2014 roku Międzynarodowy Festiwal Chórów Dziewczęcych. Powyższe, zaledwie zdawkowo odnotowane konstatacje nawiedziły mnie podczas koncertów zakończonego właśnie – 26 – 29 czerwca – Międzynarodowego Festiwalu Chórów Uniwersyteckich UNIVERSITAS CANTAT 2013 w Poznaniu.

28

magazyn muzyczny

To już XI edycja tego festiwalu powstałego w 1998 roku, początkowo corocznego, a od roku 2003 odbywającego się jako biennale. Jego organizatorem jest Uniwersytet imienia Adama Mickiewicza w  Poznaniu, a  w  zasadzie cały zespół Chóru Kameralnego UAM, kierowanego od powstania w  1992 roku przez profesora Krzysztofa Szydzisza. Formuła festiwalu jest prosta: w ciągu środy, czwartku i piątku każdy zespół prezentuje się w trakcie koncertu w Auli UAM i w którymś z miasteczek Wielkopolski, a w sobotę raz jeszcze wykonuje jeden utwór, następnie w wielkim finale wszystkie połączone zespoły – około 500 osób – wykonują jeden utwór, zwykle z orkiestrą, specjalnie skomponowany na tę okazję, do uprzednio bardzo starannie wybranego przez profesora Sylwestra Dworackiego tekstu – fragmentu większej całości -w języku łacińskim. Dotychczas kompozytorami festiwalowymi byli: Zbigniew Kozub (dwa razy), Wojciech Kilar, Marek Jasiński (2), Krzesimir Dębski (2), Paweł Łukaszewski, Romuald Twardowski, Miłosz Bembinow, Jacek Sykulski. Tegoroczna kompozycja tego ostatniego z  wymienionych twórców nosi tytuł „Origo Mundi”. Powstała do fragmentów epickiego poematu „Metamorfozy” Owidiusza i  przeznaczona jest na chór i kotły. Każda z trzech części utworu jest muzycznym opisem procesu kreacji, od chaosu po powstanie człowieka. Decydującą ideą w tym procesie jest Słowo, a więc i Dźwięk. Trudny wykonawczo – kilkanaście splatających się głosów, ale fascynujący w odbiorze utwór jest pełen niesłychanej energii, witalności, orgiastycznej niemal pasji tworzenia. Premierowe wykonanie tak wykonawcy, jak i  publiczność, praktycznie w  komplecie wypełniająca Aulę UAM, przyjęli entuzjastycznie. Podobne reakcje towarzyszyły, o  czym było głośno w  relacjach

brzmienia


świadków, koncertom w  Czempiniu, Grodzisku Wielkopolskim, Wągrowcu, Obornikach, Szamotułach, Kórniku, Dąbrówce i Murowanej Goślinie. Poznaniacy, a także goście spoza miasta, równie tłumnie oklaskiwali wykonawców w Auli UAM. Jak w  każdym tego rodzaju festiwalu, mimo wcześniejszej selekcji, poziom prezentacji był różny. Wynikał wszak z roli zespołu w ramach reprezentowanej uczelni, wielkości uczelni i tradycji muzycznych uczelni i reprezentowanego kraju. Wynikał także z  celów stawianych sobie przez poszczególne zespoły. Skądinąd sympatyczni Brazylijczycy, zespół wokalny „Luiz de Queiroz” z  uczelni w  São Paulo – dyrygentka Cintia Pinotti, czy Hiszpanie z  Alicante – dyrygent Angel Luis Fernando Morales – na plan pierwszy wysuwają zabawę i „wspólną” prezentację rodzimej muzyki, bez specjalnej troski o emisję głosów, ich artykulację, czy niuansowość narracyjną i dynamiczną. Przy owych profesjonalnych niedoskonałościach jest jednak w ich wykonaniach urok autentyku i egzotyki. Zupełnie inne cele mają przed sobą oba zespoły UAM. Gospodarz festiwalu, Chór Kameralny UAM, inaugurujący środowy koncert, zaproponował cykl kompozycji, będących każdorazowo prezentem dla nacji, którą chór reprezentował. A więc dziewięć jakże różnych kulturowo i muzycznie utworów plus dziesiąty – Leonarda Cohena „Hallelujah” we wspaniałej aranżacji Philipa Lawsona, jednego z King’s Singersów. Była więc i bardzo odmieniona, wręcz jazzowa „Kalinka”, były bardzo stylowe „Napadly pisně” Antonina Dvořaka, wreszcie porywające „Besame mucho” Consuelo Velazquez. Była precyzja, wirtuozeria techniczna i teatralizacja wykonań oraz humor. Wystarczyło posłuchać entuzjazmu, jakim kwitowały wykonania poznaniaków zespoły obdarowane, entuzjazmem długim, krzykliwym i na stojąco. Zespołem kończącym przegląd był Chór Akademicki UAM, przez lata kierowany przez Jacka Sykulskiego, obecnie przez jego asystentkę Beatę Bielską. Po przejęciu batuty w 2010 roku stanęła przed arcytrudnym zadaniem, nie będąc kompozytorem i  prezentując inna osobowość muzyczną. Wszechstronnie wykształcona rozpoczęła pracę z zespołem i nad sobą „od początku”. I w ów piątek wygrała. Sympatycy odetchnęli z ulgą. Wróciło „stare”, wróciło znakomite. Wielki, zróżnicowany – od „A Boy and a Girl” Erica Whitacre’a i „Prelude” Oli Gjeilo po „Dancing Queen” zespołu ABBA – roztańczony, uteatralniony show. Brawa na stojąco! Nie tylko poznaniacy zaimponowali publiczności. Mimo bardzo trudnego i  specyficznego repertuaru zachwycił Studencki Chór Uniwersytecki Meksyku, stolicy tego kraju. To klasyczny przykład chóru autorskiego tym razem Marca Antonia Ugalde. Xtoles, czyli pieśń Majów, ludowe „El cascabel” i „Naranjitay” z jednej strony, a z drugiej „Tangueando” Oscara Escalady, natchnione „Benedictio” Estończyka Urmasa Sisaska i „Libertango” (wokalne!) Astora Piazzolli wywołały burzę braw i podziw dla wirtuozerii wokalnej grupy przy całej dbałości o precyzję intonacji. Jeszcze większą precyzję intonacji (idealną?) i  wyrównanie brzmieniowe pokazał znakomity Żeński Chór Kameralny Uniwersytetu Karola w Pradze. I – jak zwykle Czesi dbający o promocję własnej twórczości – przegląd muzyki od dawnej Josefa Myslivečka, poprzez Smetanę, Dvořaka, rewelacyjny „Lament opuszczonej Ariadny” Veroslava Neumanna po bardzo współczesnego Petra Ebena. Pewien zawód sprawiły chóry z  dawnego ZSRR (Ukraina – Kijów, Rosja – Irkuck, Białoruś – Mińsk). Chóry te wciąż prezentują ogromną kulturę muzyczną, wspaniałe głosy i szacunek dla

magazyn muzyczny

rodzimej kultury. Ale jednocześnie jakby zatrzymały się w  czasie, zwłaszcza w takim elemencie jak formy prezentacji utworów, co przy zaciemnionej, introwertycznej emisji głosów, prowadzącej do łatwej utraty właściwej intonacji, daje obraz nostalgiczny, refleksyjny, by nie rzec smutny. Zaskakującą niespodzianką, na razie nieco nieśmiałą, było zastosowanie przez młodzieńców z Irkucka paru prób efektów beatboxu. Tegoroczny Festiwal UNIVERSITAS CANTAT trafił do imponująco licznej publiczności. Powody były trzy: ustalona już marka i organizacja festiwalu, lecz także – signum temporis – wytrwała, cierpliwa promocja festiwalu, medialna i ulotkowa oraz internetowa, wreszcie darmowy wstęp na koncertowe prezentacje. Gratulacje!

brzmienia

Andrzej Chylewsk

29


Już 7 października, zapraszamy Was na wielkie wydarzenie multimedialne w Teatrze Ludowym w Krakowie. Koncert Bohatera&Styly oraz premiera ich najnowszej płyty JaZzEwoLucJe. Obok liderów projektu, zagrają czołowi przedstawiciele polskiej sceny jazzowej. Projekt można śmiało nazwać nowością nie tylko na polskiej scenie muzycznej. To zderzenie gitary Ryszarda z wokalem (i wiertarką! ) Pawła Bohatera. Dzięki połączeniu olbrzymiego doświadczenia Ryśka (współpracował m.in. z Laboratorium, Andrzejem Zauchą, Wolną Grupą Bukowina) z energią i pomysłami Bohatera duet stworzył swój indywidualny styl. W ostatnich latach zagrali na wielu ważnych jazzowych festiwalach. Koncerty są niezwykle żywiołowe, jest miejsce na improwizację i dużo, dużo energii, a publiczność uwielbia moment pojedynku gitary z najprawdziwszą wiertarką i wokalem Bohatera. Jest jazz, wiersze, covery w zaskakujących wykonaniach, dużym walorem są mocne teksty wokalisty. Muzycy są bardzo dobrze przyjmowani przez publiczność zarówno młodą jak i zaawansowaną. Duet często jest zapraszany do innych projektów. „ „Inspiruje nas zaskakujące i nieprzewidywalne przeżywanie chwil na naszej planecie czyli życie. Gramy po swojemu, najlepiej jak umiemy, mimo kryzysu i ogólnego zastoju.” Ryszard Feliks Styla.Zaliczany jest do najbardziej wszechstronnych polskich gitarzystów. Kompozytor. Koncertuje pomiędzy Polską, Kanadą i USA. Jest częścią krakowskiej sceny jazzowej nieprzerwanie od ponad 30-tu lat.W 1980 roku rozpoczął trwającą pięć lat współprace z polska legendą jazz – rocka, zespołem Laboratorium. W pierwszej połowie lat 80-tych brał udział w projektach Witolda Reka, Adama Kawończyka i Tomasza Stańki. Od 1986 roku prowadził własny zespół „Spectrum Session”.Współpracował z muzykami: Januszem Muniakiem, Jarkiem Śmietaną, Andrzejem Cudzichem, Jorgosem Skoliasem, Markiem Bałatą, Robertem Kubiszynem, Leszkiem Szczerbą, Janem Pilchem, Krzysztofem Ścierańskim, Piotrem Wojtasikiem, Cezarym Konradem, Mateuszem Pospieszalskim, Marcinem Pospieszalskim, Antonim Dębskim, Grzegorzem Sznajderem, Andrzejem Poniedzielskim, Wojtkiem Bellonem, Irkiem Dudkiem, Ewą Bem, Marylą Rodowicz, Krystyną Prońko, Andrzejem Zauchą, Zbigniewem Wodeckim i Ryszardem Rynkowskim. Grał z muzykami amerykańskimi, takimi jak: Carlos Johnson, Billy Dickens, Ernie Adams, James Cammack, Steven Hooks czy Derrick Jones. Wiele lat spędził w Kanadzie i USA koncertując i komponując. Powrócił do Polski. Mieszka w Krakowie. Paweł Bohater – wokalista, autor tekstów, performer, kompozytor. Grywa na wiertarce. Nowohucki artysta, współtwórca awangardowych projektów takich jak „ZGNIATACZ DŹWIĘKÓW”, nieformalnej grupy NHP i niezależnej produkcji ciuchów UNICUT. Założyciel Orkiestry Bohatera. Działa takze w przestrzeni teatralnej i filmowej. 30

magazyn muzyczny

brzmienia


ANNA SERAFIŃSKA

- „Groove Machine” wydawnictwo: Polskie Radio S.A.

A

nna Serafińska zaliczana jest do naszych czołowych wokalistek jazzowych, która kontynuuje rodzinne tradycje. Jej babcia Carmen Moreno to legendarna wokalistka jazzowa. Obie artystki dały szereg koncertów m.in. podczas Jazz nad Odrą prezentując program „Śpiewając Jazz”. Swoją wysoką pozycję w  branży muzycznej zawdzięcza dzięki dużym umiejętnościom w  zakresie techniki wokalnej.Jest laureatką licznych nagród i  wyróżnień ( m.in. I  nagrody na Międzynarodowych Spotkaniach Wokalistów Jazzowych – Zamość’94, Grand Prix w Szwajcarii – Montreux Jazz Festival’04, I nagrody na Lady Summertime Jazz w Finlandii’06). Współpracowała ze znakomitościami polskiej sceny jazzowej. W  2000 roku czytelnicy „Jazz Forum” przyznali jej tytuł „Nowej Nadziei Polskiego Jazzu”.Zajmuje się niemal wszystkimi odcieniami wokalistyki jazzowej. Jej najnowsza płyta – to szósty krążek w jej dorobku . To jednocześnie album koncertowy zarejestrowany „na żywo” 7 kwietnia 2013 roku w studiu im. Agnieszki Osieckiej w Programie Trzecim Polskiego Radia. Wokalistka prezentuje na płycie z etykietką „Koncerty w Trójce” wybuchową mieszankę nowoczesnego jazzu, łącząc utwory multijęzyczne i multistylowe, zarówno z tekstem jak i w pełni instrumentalne. Jej styl wokalny można określić jako Vocal Fusion, który idealnie wpasował się w ramy nowoczesnego grania towarzyszącego jej zespołu Groove Machine składającego się z  czołowych muzyków młodego i  średniego pokolenia: Rafał Stępień ( instrumenty klawiszowe, programowanie), Michał Barański – gitara basowa, Andrzej Gondek – gitara i Cezary Konrad – perkusja. Główne partie wokalne należą do Ani Serafińskiej ale podczas zarejestrowanego koncertu towarzyszą jej w  chórkach dwie młode uzdolnione śpiewające dziewczyny Ola Nowak i Kasia Dereń. Album otwiera wspólna kompozycja ( Serafińska/R.Stępień) „Groove Machine”, który jest jednym z mocniejszych utworów w tym koncertowym zestawie. Wokalistka porusza się w lekko jazzującej, zwiewnej i nieinwazyjnej estetyce. Jej głos o silnej barwie wysuwa się na plan pierwszy we wszystkich kompozycjach m.in. „Po ślubie ( po próbie)”, „O górach, dolinach i niebie” ( tym razem z muzyką Marcina Partyki), „Mgła (

magazyn muzyczny

ty na mnie patrz)”, „Aniele Panie”, „Miracle of Everyday’s Life”, Geisha”, „Anglia” czy „Saturday Evening”. Zarówno muzycy ( Michał Barański zamienił swój kontrabas na gitarę basową)jak i sama wokalistka dość udanie podeszli do znanego utworu Eddie Cooleya i Otisa Blackwella zatytułowanego „Fever” zagranego w smooth – jazzowej wersji. Okazuje się iż znane i już wytarte na wskroś przeboje sprzed lat mogą nadal się podobać. Zmiany aranżacyjne i zupełne inne podejście do tego utworu otworzyło zespołowi nowe muzyczne horyzonty. Większość utworów zagranych na tym Trójkowym koncercie nie ma wersji studyjnych, co było dla zespołu (łącznie z ekipą realizującą koncert dźwiękowo – dużym wyzwaniem).

brzmienia

Opr. Andrzej Patlewicz

31


M

yślę, że możemy skoncentrować się na albumie numer 9 – wyznał niedawno wysłannikowi „Guardiana” Ralf Hütter; jeden z liderów grupy Kraftwerk. Zapowiedź nowej płyty zespołu wzbudziła ekscytację. Bo premierowych nagrań po Niemcach chyba nikt się już nie spodziewał. W końcu Kraftwerk to bardziej pomnik niż żywy organizm. Legenda, kanon i symbol w jednym. Technokraci, którzy zdefiniowali brzmienie współczesnej muzyki. Właściwie równi Beatlesom pod względem wpływu na historię popkultury. Jeśli powrócą z nowym materiałem, będzie to wydarzenie na miarę co najmniej dekady. Na razie zespół tylko koncertuje. Pod koniec czerwca jego robotyczne show zawita na poznański Malta Festival. To świetny pretekst do zapoznania się z biografią zespołu. Książka o Kraftwerk nie może w żaden sposób przypominać innych biografii popowych gwiazd. Muzycy z Düsseldorfu zawsze chronili i swoją prywatność i tajniki pracy w studiu. O ile więc dorobek kwartetu zyskał dogłębne analizy (od kraut-rockowych koligacji do pionierskich produkcji electro i techno), o samym zespole wiadomo niewiele. Czy raczej tyle, ile Hütter i Schneider zdecydowali się ujawnić mediom. A ponieważ są przemyślnymi strategami, ujawniają mało. Historię zespołu próbowało już zgłębiać wielu dziennikarzy. David

32

magazyn muzyczny

Buckley jest chyba najbardziej kompetentnym z nich. To nie tylko wyborny znawca muzyki popularnej (pisze dla magazynu „Mojo”), ale też wykładowca akademicki o głębokiej znajomości historii kultury. Co w przypadku grupy Kraftwerk ma niebagatelne znaczenie. W końcu Hütter i Schneider byli uczniami Stockhausena, a płytom zespołu zawsze towarzyszyły artystowskie odniesienia. „Kraftwerk Publikation” jest niejako echem wcześniejszych zainteresowań autora. Były one związane z karierą Davida Bowiego. W trakcie pisania biografii muzyka, Buckley miał szansę prześledzić koneksje między wokalistą a niemieckim zespołem. Jego książka o Kraftwerk to aczkolwiek nie tylko opis wpływu grupy na zachodnią pop- kulturę. Wiele miejsca Buckley poświęca samym Niemcom Zachodnim. Tłumacząc, jak ówczesna modernizacja państwa oddziaływała na poczynania muzyków. Przede wszystkim jednak autor dotarł do członków zespołu. I tych najważniejszych i tych, którzy epizod w Kraftwerk mają za sobą. Jeden z nich – Karl Bartos napisał do książki przedmowę. Publikacja Buckley’a miała premierę wydawniczą w ubiegłym roku. Autorem polskiego tłumaczenia jest Maciej Szymański. Książka trafi do księgarni 18 czerwca, nakładem Domu Wydawkil niczego Rebis. 

brzmienia


„ELEKTROWNIA” W ELEKTROWNI O

statnio zainteresowałem się tym, jak działa elektrownia. Otworzyłem karty jednej z popularnych encyklopedii i szczególną moją uwagę zwróciły dwie definicje, które brzmiały w ten właśnie sposób – „elektrownia to zakład przemysłowy wytwarzający energię

elektryczną przez przetwarzanie innych rodzajów energii” i „elektrownia to obiekt techniczny składający się z jednego lub kilku zespołów urządzeń służących do wytwarzania energii elektrycznej”. Owe twierdzenia są rzeczowe i wykorzystują zasób słów i wiedzy potrzebny do zrozumienia zasad działania elektrowni; jednak jako osoba, nie związana na co dzień z techniką, czułem wyraźny niedosyt emocjonalny – odpowiedź, którą uznałem za satysfakcjonującą, usłyszałem w sercu koncertu zespołu Kraftwerk, którego nazwa w tłumaczeniu z języka niemieckiego, oznacza właśnie „elektrownię”. Ten zespół-legenda – tak jest on określany przez wielu znawców tematu (zaznaczam, nie tylko inżynierów techniki) wystąpił w czerwcu br. w ramach Malta Festival Poznań w Starej Gazowni. Stylistyka brzmienia i prezentacji zespołu na poznańskiej scenie ciekawie wpisała się w idiom tegorocznego Festiwalu – „Oh Man, oh machine; człowiek – maszyna”. Publiczność przybyła na to wydarzenie z całej Polski nie była tylko widownią bądź słuchaczami. Po kilku taktach, które usłyszeliśmy ze sceny, staliśmy się częścią tego przedstawienia – teatru na nuty, obraz i wyobraźnię. Nie tylko za sprawą trójwymiarowych okularów, które otrzymał każdy z „aktorów”. Graliśmy w teatrze dźwięków, których taniec z każdym krokiem wyobraźni, przekonywał nas jak bardzo potrafimy być w swoich reakcjach ludźmi prostolinijnymi, a na ile maszynami. Tak też w mechanice uczuć przeżyliśmy ponad dwie godziny zmagań z tym, co domaga się w nas nieustannego odkrywania – tak jak spełnia się to w przypadku sztuki i techniki (nawiązując do myśli Martina Heideggera „O źródle dzieła sztuki”). Dla Kraftwerk takie „odkrywanie” rozpoczęło się w 1970 roku w Düsseldorfie i od tej pory jest ważnym „dźwiękiem” dla kolejnych pokoleń twórców i odbiorców elektronicznej muzyki. Ona zaś, jak słyszymy w sercach Kraftwerk, jest rytmem konkretnym, wręcz minimalistycznym, bez zbędnych uczuć które rozpraszają najważniejsze, emocje. Brzmienie (nie trzeba odnajdywać związku z tytułem tego czasopisma) zaś odbieramy jako szczere, choć przetworzone (tak jak wokale) przez syntezatory. Droga, którą przebyli nasi artyści jest wystarczająco długa jak szosa – tak realna, którą do nas przez czas pewien jechali jak i tytuł ich płyty z 1974 roku pt. „Autobahn”. Można w niej usłyszeć idiom „Mensch Maschine”, by przenieść się do „Computer World” – tego świata, który nie tylko w 1981 roku, jako nazwa płyty, stał się komputerowy; a jego dźwięki opisać miały przyszłość, w której maszyna stanie się ważniejsza od człowieka. Czy w rzeczywistości Malta Festiwal Poznań „maszyna stała się ważniejsza od człowieka” nie tylko ze względu na idiom festiwalu? Widziałem podczas koncertu futurystyczne kostiumy, prezentacje video i słuchaczy – jakby społeczeństwo informatyczne… i nie chcę odpowiedzieć na tak przedstawioną wątpliwość. Przywołam za to alternatywną definicję „muzycznej elektrowni” – otóż, Ralf Hütter, założyciel grupy mówi, że „kraft to energia, dynamika, a werk to praca, dzieło artysty”. Jakkolwiek można te słowa uznać za prawdziwe i zgodne nie tylko z festiwalową rzeczywistością, takiej definicji wierzę najbardziej. magazyn muzyczny

brzmienia

Dominik Górny

33


czytelnicy piszą *** Podziwiam Pana Krzysztofa Wodniczaka wytrzymałość w  tej walce bez końca. Kobieta Czesławowi „nie wyszła” i konsekwencje tego mamy na co dzień i od święta. Niestety nie widać nawet promyczka nadziei, że cokolwiek w  tej kwestii ulegnie zmianie w jakiejkolwiek odległej czy bliskiej przyszłości. No cóż – samo zycie...Biorę się więc za lekturę i choć wiem, że nie mogę się spodziewać optymizmu „w temacie Niemena”, to jednak lektura całego Magazynu zawsze przynosi mi dużo satysfakcji. A  komu trzeba oczywiście prześlę go dalej. Rataj Pozdrawiam i dziękuję

SOPOCKIE KORZENIE W BERLINIE Fundacja Sopockie Korzenie współorganizowała 18 maja br. uroczyte wydarzenie skierowane Głównie dla miejscowej Polonii na zaproszenie Ambasady Polskiej w Berlinie, a animatorem Tego był Marek Szlachcic i jego Stowarzyszenie i wydawnictwo ROCKINBERLIN. Impreza pod tytułem „Big Beat&Rock..in Berlin” odbyła się przy szczelnie wypełnionej sali klubu „Hause of life” w dzielnicy Kreuzberg i  trwała bite 4 godziny w  szampańskiej i  rock&rollowej atmosferze. Chyba nikt nie żałował, Że pojawił się tego wieczoru w  tym miejscu. Program był niezwykle bogaty. Moderatorami byli dziennikarze, wydawcy i promotorzy w osobach Krzysztofa Wodniczaka z Poznania i Wojciecha Korzeniewskiego z Sopotu. Oprawę scenograficzną przygotowała Fundacja Sopockie Korzenie w  postaci kilkudziesięciu wielkoformatowych zdjęć gwiazd polskiego rocka autorstwa słynnego fotografika, laureata ubiegłorocznych Fryderyków 2012 – Marka Karewicza, który osobiście wraz z  Wiesławem Śliwinskim oprowadzał po swojej wystawie i opowiadał o swojej pracy, podróżach po świecie i przyjażni z wielkimi gwiazdami światowego jazzu i rocka. Były też osobiste wspomnienia , anegdoty i  kulisy dotyczące wielu legendarnych wydarzeń i koncertów w których Pan Marek brał udział. Jednym z elementów wystawy była też odrestaurowana gitara akustyczna przywieziona z  Kuby, która należała do lidera Czerwonych Gitar Seweryna Krajewskiego. W swoich zbiorach posiada ją Marek Szlachcic, a renowacji dokonał jeden z  „rockberlinczyków” wszechstronny artysta, malarz Edmund Gunsch. Wystawę uzupełniało stoisko Fundacji Sopockie Korzenie na którym prezentowane były niedawno wydane książki „Epitafium na śmierć rock&rolla” Franciszka Walickiego i prezentowana osobiście przez autora Marcina Jacobsona ksiązka o pobycie zespołu The Rolling Stones w  Polsce w  1967 roku. W  trakcie trwania pierwszej części wieczoru nastąpiła niespodzianka w postaci niezapowiedzia-

34

magazyn muzyczny

nej wizyty Wojciecha Kordy z towarzystwem. Aplauz widowni spowodował, ze pan Wojtek dał się natychmiast namówić I zaśpiewał kilka swoich największych przebojów. Po kolejnych owacjach zaśpiewał m. innymi swoją premierową piosenkę napisana przez Andrzeja Kosmalę, a poświęconą pamięci Ady Rusowicz /żony/ i 50-cio lecia kultowej grupy Niebiesko Czarni, której Pan Wojtek był liderem. Tak zakończyła się pierwsza część , ale tylko na scenie. W kuluarach rozmowy, wspomnienia, wspólne zdjęcia, udzielanie autografów, spotkania po latach i wielokrotne toasty na cześć organizatorów. Ta niezwykła atmosfera powodowała, ze nikt nie opuścił sali i wszyscy czekali na ciąg dalszy i proszę uwierzyć, było warto. W nastrój przebojów Czesława Niemena z lat 60-70-tych wprowadził nas Jarosław Królikowski. Natychmiast porwał widownię swoim perfekcyjnym wykonaniem, czym udowodnił, że słusznie uważa się go za najlepszego interpretatora piosenek Niemena. W  znakomitych nastrojach doczekaliśmy się do koncertu, który stal sięwydarzeniem muzycznym tego udanego wieczoru. To był koncert zespołu „After Blues” z solistką Agnieszką Twardowską, którzy wykonali przeboje grupy „Breakout” oraz swoje własne kompozycje. Waldemar Baranowski i  Leszek Piłat jako After Blues sa już razem na scenie 33 lat!. Przez wiele lat towarzyszyli na scenie m.innymi Mirze Kubasinskiej i Tadeuszowi Nalepie. Stworzyli swój własny , niepowtarzalny wizerunek muzyczny. To co we dwójkę wyczyniają na gitarach i  elementach perkusyjnych nie da się opisać. To trzeba zobaczyć i usłyszeć. To najwyższy stopień bluesowego wtajemniczenia. Kultowe przeboje króla polskiego bluesa zabrzmiały fantastycznie. W finale na scenie dołączyła do zespołu młoda utalentowana wokalistka – Agnieszka Twardowska i „powaliła” nas wykonaniem przebojów Miry Kubasińskiej. Osobiście gratulował jej Marek Karewicz przepowiadając jej wielką karierę. Naprawdę warto było być w Berlinie tego wieczoru. To sukces organizatorów i Polskiej Ambasady. Miejsowi przedstawiciele Poloni bawili jeszcze długo w  podgrupach do białego rana. Wśród nich prym wodzili m. innymi pochodzący z  Gdańska dziennikarz Krzysztof Lipowicz,gdynianin Wieslaw Dzielinski i sopocianin Grzegorz Korzeniewski z rodzinami. Nad całością czuwał i rejestrował fotograficznie Marek Szlachcic z grupą swoich rockberlinczyków, wśród których wyróżniał się Bartek Bukowski gwiazdor Opery z Magdeburga. Jestem przekonany, że to wydarzenie przejdzie do historii, a  miejscowa Polonia długo będzie miała co wspominać. Cieszy nas również to, że Fundacja Sopockie Korzenie brała w tym udział i otrzymała następne zaproszenia do współorganizacji tego typu wydarzeń w innych ośrodkach polonijnych na terenie Niemiec.

brzmienia

Antoni Wieloszewski


J

eleniogórska publiczność już po raz 12 – ty rozsmakowywać się będzie w drugiej połowie października br. przepięknymi jesiennymi odcieniami jazzu. To wszystko będzie pulsować w  barwach Krokus Jazz Festiwal. Nazwa festiwalu już na dobre zadomowiła się na polskiej scenie jazzowej. W ten pełen elegancji, niepowtarzalny klimat wprowadzą Państwa wyjątkowe światowe Gwiazdy jazzu, które od wielu lat cieszą się niekwestionowanym sukcesem na międzynarodowych estradach. Mimo iż na festiwalu wystąpiła licząca się czołówka polskiego jazzu to wciąż na rynku pojawiają się nowe jazzowe Gwiazdy. Jedną z  nich jest Atom String Quartet – jedyny w Polsce jazzowy kwartet smyczkowy, który zaprezentuje podczas festiwalu premierowy materiał przygotowany wspólnie z Grzechem Piotrowskim. Oni otworzą tegoroczny festiwal Atom String Quartet jest jednym z nielicznych na świecie i pierwszym w Polsce kwartetem smyczkowym grającym jazz. Muzycy to laureaci wielu prestiżowych nagród, na co dzień prowadzą własne zespoły oraz występują z  wybitnymi polskimi artystami, m.in. z  Januszem Olejniczakiem, Tomaszem Stańko, Krzesimirem Dębskim. Zespół wykonuje głównie własne kompozycje, które dzięki zastosowaniu tak nietypowej dla muzyki jazzowej obsady wykonawczej, brzmią bardzo nowocześnie i oryginalnie. Gwiazdą drugiego dnia (26 października) będzie legendarny amerykański kontrabasista Buster Williams . Jego najnowszy kwartet noszący nazwę Buster Williams Quartet „Something More” to supergrupa naszpikowana gwiazdami współczesnego jazzu. To jeden z  najciekawszych kontrabasistów nowoczesnego jazzu, fenomenalny artysta grający bez twórczych i technicznych ograniczeń. Ostatni dzień festiwalu będzie należał do super grupy wokalnej SLIXS. Szóstka akrobatów wokalnych ma na koncie udział na największych światowych festiwalach jazzowych (Jarazum Jazz-Festival / Korea; Montreux Jazz Festival / CH, Hong Kong Jazz Festival, Jazzkaar / Tallinn etc.). Wokaliści bawia się swoim głosem z  niebywałą lekkością. Ekwilibrystyka wokalna grupy Slixs pretenduje ich do ścisłej światowej czołówki i stawia w jednym rzędzie obok Manhattan Transfer, New York Voices czy Bobby Mc Ferrina z którym w ostatnim czasie mieli przyjemność współpracować. Muzycy sami określają swoją muzykę jako „wokalny bastard”. Jak wciągające są ich perfekcyjnie zaaranżowane koncerty nie trzeba nikogo przekonywać. Ale nie tylko na tych wielkich Gwiazdach będzie bazował tegoroczny festiwal.Szczególnie ważną rolę odgrywa od 12 lat Międzynarodowy Konkurs Młodych Zespołów Jazzowych odbywają-

magazyn muzyczny

cy się pn. „Powiew Młodego Jazzu”. Przez dwa dni ( 26 – 27 .10.) )przewinie się przez scenę główną 16 zespołów . Poza polską obsadą pojawią się również muzycy z Niemiec, Czech i Słowacji. Zespoły występujące w konkursie będą konkurować o laur w postaci „Złotego Krokusa” głównej nagrody festiwalu. W  klubie festiwalowym „Kwadrat” przez trzy festiwalowe wieczory będą Państwo świadkami jazzowych odkryć a także interesujących koncertów z udziałem niemieckiej wokalistki Pascal von Wróblewsky piątek), laureata zeszłorocznego konkursu Michał Kapczuk Trio (sobota) oraz interesującego skrzypka o jeleniogórskich korzeniach Tomka Muchy i jego Collective’u.z gościnnym udziałem fantastycznego pianisty Pawła Kaczmarczyka. To muzyk młodego pokolenia, mający już w  swym dorobku nagranie dla prestiżowej wytwórni ECM (jako 1 z 3 Polaków, po Tomaszu Stańce i Marcinie Wasilewskim, którzy dostąpili tego zaszczytu) a także dla wytwórni ACT. W tegorocznej ankiecie Jazz Forum zajął 3 miejsce w kategorii fortepian po Leszku Możdżerze i Marcinie Wasilewskim. Występuje na całym świecie. Atrakcją koncertów klubowych będą też nocne jam sessions z udziałem młodych muzyków jak również znanych koryfeuszy polskiego jazzu. Festiwalowi towarzyszyć będzie wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju projekcja filmów o tematyce jazzowej „ Round Midnight”, „Bird” oraz „ Clint Eastwood at the Carnegie Hall. Rolę konferansjera pełnić będzie Tomasz Tłuczkiewicz, który poprowadzi wszystkie koncerty festiwalowe zarówno te na scenie głównej jak i w klubie festiwalowym „Kwadrat”. W oczekiwaniu na zaskakujące i pełne wrażeń propozycje w/w artystów już teraz wspólnie z Państwem przygotujmy się do tej muzycznej uczty w  ramach której będziemy wraz z  Państwem smakować różnorodność serwowanych jazzowych dań, które jak sądzimy zaspokoją gusta nawet najwybredniejszych słuchaczy. Udział tych wszystkich artystów podczas tegorocznego XII Międzynarodowego Krokus Jazz Festiwal będzie gwarancją wielkiego wydarzenia artystycznego. Atrakcją koncertów klubowych będą też nocne jam sessions z  udziałem młodych muzyków jak również znanych koryfeuszy polskiego jazzu. Festiwalowi towarzyszyć będzie wyjątkowa i jedyna w  swoim rodzaju projekcja filmów o  tematyce jazzowej „ Round Midnight”, „Bird” oraz „ Clint Eastwood at the Carnegie Hall o XII Międzynarodowego Krokus Jazz Festiwal będzie gwarancją wielkiego wydarzenia artystycznego.

brzmienia

Andrzej Patlewicz

35


U

c

h

e

m

A

TOMASZ STAŃKO –„WISŁAWA” – CHRIS RAFAEL WNUK

M

ariaż poezji z jazzem w polskiej tradycji ma już swoją kilkudziesięcioletnią historię. Długo by wyliczać tylko te koncerty i nagrania (nie zawsze utrwalone na płytach) dokumentujących co bardziej zacne osiągnięcia. Z reguły była i  jest to muzyka pisana do gotowych utworów literackich, lub też tworzona pod ich wpływem. W pamięci odbiorców na przestrzeni niemalże kilku pokoleń wyryły się nazwiska Andrzeja Kurylewicza, Wandy Warskiej, Andrzeja Trzaskowskiego oraz Krzysztofa Komedy (już w  1960 r. zaprezentował program pn. »Jazz i Poezja« w klubie Stodoła, potem powtórzył go w Filharmonii Narodowej). Tu warto odnotować nagrania Kwintetu Komedy (już z udziałem Tomasza Stańki) dokonane w  1967 r. w  Baden Baden na których muzyka lidera została skojarzona z  tłumaczonymi na niemiecki wierszami, m.in. Miłosza, Herberta i Szymborskiej. Okazuje się, iż Stańko w powszechnej opinii uchodzący za najbardziej oczytanego naszego muzyka jazzowego, swój romans z  poezją rozpoczął dość dawno – przykładem album „Balladyna” (inspirowany Słowackim) czy „Witkacy Peyotl” (Witkiewicz-Witkacy). Już w 2000 r. Stańko na Zaduszkach podczas Krakowskich Spotkań Poetów w Teatrze Starym grał na trąbce swoje interludia, nadto kilka razy improwizował na wieczorach autorskich Wisławy Szymborskiej, część z  tych nagrań znalazło się na płycie dołączonej do tomiku noblistki pt. „Tutaj”. W  swojej autobiografii <Desperado> (2010) tak to skomentował: „Głos Szymborskiej robił na mnie największe wrażenie (…) Jej frazowanie, jej interpunkcje powodowały, że jak kończyła, to dźwięki same wydobywały mi się z instrumentu. Musiałem być tylko przygotowany”. Kiedy muzyk, rezydujący w  Nowym Jorku, od dłuższego czasu przygotowywał materiał na nowy album dla ECM dotarła do niego wiadomość o śmierci poetki zdecydował, iż nowy album zatytułuje „WISŁAWA”, a także część repertuaru Jej dedykuje. Rzeczywiście – „Tutaj – Here”, „Mikrokosmos” czy też „Metafizyka” są bardziej rozbudowanymi impresjami granymi przez Stańkę, ale i  inne utwory nawiązują wprost do wierszy. Album jest dwupłytowy – pierwszy krążek nieco nieśmiały, w drugim kompozytor i lider wyraźnie się rozkręca – głównie za sprawą amerykańskiej sekcji: – pianista David Virelles, Thomas Morgan – kontrabas oraz Gerald Cleaver – perkusja. Całość zarejestrowano w  słynnym Studio Avatar latem ub. roku. Ktoś może powiedzieć, że nasz czołowy jazzman gra ciągle to samo czy tak – samo. Jest w tym stwierdzeniu nuta prawdy, co Stańko potwierdza: „Cały czas gram to samo – gram życie”. Druga dzisiejsza płyta „A  TOUCH OF LIGHT” (Universal) jest pewnego rodzaju gratką dla sympatyków pianistyki. Jej twórca i  wykonawca Rafał Krzysztof Maria Wnuk (ps. art. Chris Rafael Wnuk) pierwsze swe kompozycje zaczął tworzyć w  wieku lat 8, potem grał koncerty solowe, kameralne (tria

U 36

c

h

e

a

m

a

fortepianowe) oraz z  orkiestrą. Zazwyczaj grał na nich swoje kompozycje. Lista owych kompozycji – płyt, seriali i występów (głównie z  muzyką współczesną) jest dość obszerna. Tu musimy dodać, że Wnuk jest znakomicie wykształconym pianistą, ale na jego warsztat miały głównie wpływ Międzynarodowe Mistrzowskie Konkursy Pianistyczne p/k Ryszarda Baksta, Wiktora Mierżanowa, Tatiany Szebanowej oraz Barbary Hesse-Bukowskiej, zaś jego talent został rozpoznany przez Annę Żurawlewową. Współcześni kompozytorzy rzadko są dobrymi wykonawcami swoich dzieł – Wnuk należy tutaj do wyjątków, o czy możemy się przekonać słuchając z uwagą jego albumu. Autor (42 l.) zadedykował go swojej muzie – poetce Bożenie Intrator, płyta miała premierę w Studio Muzycznym PR w Lublinie 15 marca. Oba wydawnictwa polecamy – miłośnikom poezji i dobrej muzyki.

NATALIE COLE – „EN ESPANOL” MARIA JOAO PIRES – „SCHUBERT”

D

wie gratki na wrzesień – dla sympatyków latynowskich rytmów zestaw standardów w  wykonaniu Natalie Cole i jej gości oraz dwie cenione sonaty Schuberta w świetnej interpretacji stałego bywalca sierpniowych Festiwali „Chopin i jego Europa” – Marii Joao Pires. Natalie (właściwie Stephanie Natalie Maria, ur. 6 lutego 1950) to jedna z  córek słynnego śpiewaka Nata Kinga Cole’a, godnie kontynuująca rodzinne tradycje muzyczne. Wychowana w  klimacie jazzu – soulu i  bluesa, śpiewać zaczęła w  wieku 11 lat, lecz jej debiutancki album „Insperable” (z singlem „This Will Be »An Everlasting Love«”) wyszedł dopiero w  1975 r. Niemniej uzyskał nagrodę Grammy w  kategorii R&B i tym samym zdetronizował Arethę Franklin. Największym sukcesem okazał się album „Unforgettable… with Love” (1991) hitów jej ojca w aranżacjach Natalie. Dzięki trickowi technicznemu zaśpiewała w ducie z tatą, co stało przyczyną natrętnej mody. Teraz, po niemal 5-letniej przerwie, ukazał się jej PIERWSZY HISZPAŃSKI album „EN ESPANOL” (Verve-Universal) i  od końca czerwca już odniósł sukces. Raptem 44 minuty, zawiera 12 ścieżek – bardzo starannie przygotowanych przez znaczną ekipę muzyków, realizatorów a  nawet prawników z  różnych studiów i  wytwórni. Najważniejszy w tym gronie jest Rudy Perez – kompozytor, muzyk (nawet wokalista!), a przede wszystkim wspaniały aranżer i  dyrygent, tu: Miami Symphonic Studio Orchestra. Album rozpoczynają „Frenesi” i medley „Voy a Apagar la Luz/ Contigo Aprendi”, potem Natalie śpiewa z  ojcem „Acercate Mas”, następnie idzie nieśmiertelna „Manana de Carnaval” z ciekawym fletem Nadine Asina. W równie starym, ale jarym „Besame Mucho” Natalie śpiewa z Andrea Bocelli. Sekcja salsy w wykonaniu Rudy Pereza wprowadza nas w „Quizas, quizas, quizas” by przejść do „Solamente Una Vez”. W kolejnym

m

A magazyn muzyczny

d

brzmienia

d

a

m

a


U

c

h

e

m

A

medleyu „Oye Como Va” w chórkach słyszymy siostry wokalistki – Timolin i Casey, Rudy Pereza i Ane Cristinę. Jest też „Yo Lo Amo” czyli utwór Beatlesów „And I Love Him”. W kolejnym „Bachata Rosa” słyszymy kompozytora utworu i gitarzystę Juana Luisa Guerrę w duecie ze śpiewaczką, płytę kończy „Amapola”. Mimo latynoskich standardów, płyta ma charakter balladowy, pięknie i delikatnie zaśpiewana przez Natalie, smaku całości dodają świetne aranżacje i wspaniała orkiestra z Miami – tam też nagrana lecz masterowana w Nowym Jorku. Cena polskiego wydania w sieci EMPiK – 32 zł. Jedna z  gwiazd pianistyki, Portugalka Maria Joao Pires, regularnie przyjeżdża do naszego kraju. Tym razem na Festiwalu „Chopin i jego Europa” wystąpiła dwukrotnie: 23 sierpnia w  koncercie kameralnym wraz z  wiolonczelistą Antonio Menesesem oraz dwa dni później na koncercie symfonicznym -wspólnym z Janem Lisieckim, on grał III Koncert fortepianowy, a ona – IV Koncert Ludwiga van Beethovena (z Orkiestrą Aukso). Od kilku dekad artystka żywo interesuje się wpływem sztuki na życie, społeczeństwo i edukację. Aktywnie wdraża nowe sposoby teorii pedagogicznych w życie codzienne – poszukuje też nowych sposobów komunikacji respektujących rozwój jednostki. Ostatnia jej płyta jest poniekąd pokłosiem jednego z  jej projektów „Schubertiade”. Zatytułowana „SCHUBERT” (DGG) zawiera dwie Sonaty: Nr 16 a-moll (D 845) i Nr 21 B-dur (D-960) tego zmarłego w wieku 31 lat kompozytora. Jej wykonania Schuberta są wysoko oceniane, jako odkrywcze i wnoszące dużo do nowej interpretacji dziel kompozytora. Z  pozoru nużąca 84 min. gra Pires wciąga i  zmusza do rewizji dotychczasowych wykonań. Nagrań dokonano w hamburskiej Friedrich-Ebert-Halle w lipcu 2011r. przez ekipę DGG Helmuta Burka (inżynier dźwięku) i Matthiasa Spindlera (producent) a zmasterowano w Emil Berliner Studios.

JANE MONHEIT – PIOTR BECZAŁA

N

a lipcowe dni, do posłuchania na werandzie czy w ogrodzie polecamy parę znakomitych śpiewaków, mało znanych w naszym kraju. Ona – Jane Monheit reprezentuje amerykańską kulturę muzyczną, On – z pochodzenia Polak, tutaj popisuje się w ariach z oper i operetek oddając hołd wielkiemu Austriakowi Richardowi Tauberowi (ur. w  Linzu 1891- zm. w Londynie 1948). Nie do wiary, album „THE HEART OF THE MOTHER” (EmArcy-Universal) to już 11 płyta wielokrotnie nominowanej do nagrody Grammy Jane Monheit. Jest swoistym uznaniem dla wielkich twórców muzyki popularnej. Album, gdzie wszystkie utwory wybrała artystka, w  tym jedna jej kompozycja + słowa „Night Night Stars”. Wokalistka zastrzega się, iż nie dzieli, nie szufladkuje muzyki na gatunki, itp. – interesuje ją tylko przesłanie (treść) utworu, który chce przekazać słuchaczowi. Skupienie się na lirycznej, poetyckiej stronie in-

U

c

h

e

a

m

a

terpretacji było marzeniem od lat i tym samym ten CD różni się od dotychczasowym jej płyt. Pokrewna stylistycznie i wykonawczo Jane do Diany Krall, Madelaine Peyraux, Norhy Jones, LaVeme Butler czy nawet Michaela Buble na album wybrała dwie o brazylijskim rodowodzie kompozycje: „Depende De Nos” i „A Gente Merece Ser Feliz” – tu współautorem jest Ivan Lins; utwór „Until It’s Time For You To Go” zapomnianej Buffy Sainte-Marie; „Two Lonely People” Billa Evansa; „Golden Slumbers/Long and Winding Road” Beatlesów; popularny „When She Loved Me” Randy Newmana z „Ulicy Sezamkowej” czy „Born Be Blue” Mela Torme lub mojego ulubionego organisty Larry Goldingsa „Close”. Związanej z  nowojorską sceną jazzową 36-letniej Jane w Studio Avatar (nagrania w  listopadzie ub. roku) akompaniują wyborni studyjni muzycy jazzowi oraz kameralni (wspaniałe wiolonczele). Także mąż piosenkarki, perkusista Rick Montalbano. Autorem aranżacji i producentem tej nieprzeciętnej płyty jest Gil Goldstein. Album „TWOIM JEST SERCE ME” (Deutsche GrammophonUniversal) wypełniony śpiewem Piotra Beczały (tenor liryczny) honoruje pamięć i osiągnięcia austriackiej sławy – Richarda Taubera. Oczywiście, tytuł tego wydawnictwa pochodzi z operetki „Kraina uśmiechu” Franza Lehara, i był największym przebojem W CAŁEJ KARIERZE Taubera. Był to śpiewak w  stylu bel canto „konsekwentnie przełamujący granice między lżejszym repertuarem a wielkimi dziełami muzyki klasycznej” (Evelyn Steinthaler – booklet płyty). Kompozycje pomieszczone na tym albumie pochodzą z  różnych okresów kariery Taubera. Jedną z ciekawostek płyty jest duet Beczały z Tauberem (sic!). Wykorzystano wiedeńskie nagranie z 1934 „Du bist die Welt fur mich” czyli Marzenie śpiewu. „ Nagranie (…) było dla nas wzorem – mówi Beczała – wraz z orkiestrą pozwoliliśmy prowadzić się Tauberowi, dostosowaliśmy się do jego tempa i ozdobników. Poza tym, to on jest autorem tej piosenki, więc tylko on miał prawo obchodzić się z nią wedle własnego uznania. To było wielkie doświadczenie – zaśpiewać w jednym utworze z Richardem”. Poza tym materiał nagrywano w tym samym studio w Londynie (Angel Recording Studios, październik 2012), używano tych samych mikrofonów i innego sprzętu, ale nie była to rekonstrukcja, tylko zbliżenie się do klimatów z  tamtych czasów. Inną ciekawostką jest włączenie do płyty polskiej wersji „Brunetki, blondynki” (kto jest polskim autorem tekstu?) spopularyzowanej przez Jana Kiepurę, zresztą przyjaciela Taubera. Utwór pochodzi z filmu „Ich liebe alle Frauen” (1935) – tekst oryginalny Ernst Marischka. Nagrania Beczały (jego pierwsza płyta dla DGG) to wielkie i wspaniałe spotkanie z Franzem Leharem, Rudolfem Sieczynskim, Emmerichem Kalmanem, Robertem Stolzem, Ralphem Erwinem, Sigmundem Rombergiem i Carlem Bohem. Royal Philharmonic Orchestra dyryguje Łukasz Borowicz – solistą w wielu nagraniach jest skrzypek Duncan Riddell. Dla Czytelników okazja by bliżej poznać Piotra Beczałę – rzadkiego gościa w kraju, na stałe od lat mieszkająceAdam St. Trąbiński go w Zurychu.

m

A magazyn muzyczny

d

brzmienia

d

a

m

a 37


E I N I L O R A

OK

W

okalistka, skrzypaczka, autorka tekstów i  muzyki. Laureatka wielu prestiżowych konkursów i  festiwali. Swój głos rozwija na różne sposoby, trenowała śpiew klasyczny, oraz tzw. „biały głos”, chłonęła także wrażliwość muzyczną i specyfikę śpiewu orientalnego w Turcji. Kiedy śpiewa, ma duszę na dłoni. Wszechstronnie wykształcona muzycznie. Uczyła się w Państwowej Szkole Muzycznej I  i  II stopnia, uczestniczyła w  licznych warsztatach i klasach mistrzowskich (Charlotte Lehmann). Od najmłodszych lat brała udział w wielu koncertach na terenie Polski i  Europy. Jako nastolatka występowała na deskach Gliwickiego Teatru Muzycznego, odgrywając główne role w musicalach młodzieżowych. W tym roku ukończyła studia teatrologiczne z  wyróżnieniem na Uniwersytecie Jagiellońskim, otworzyła przewód doktorski. W trakcie studiów powołała teatr „Bez Maski”. Do tej pory wraz z innymi studentami udało jej się zrealizować swój autorski spektakl poetycko-muzyczny, oparty na życiu i twórczości Tadeusza Nowaka, o tytule „Jeszcze go widzę, słyszę jeszcze”. Skupia się na pracy artystycznej, koncertuje. Prowadzi zajęcia muzyczno-teatralne dla dzieci i młodzieży. Doskonale również czuje się przed kamerą prowadząc program w telewizji Canal +. Prócz rozwijania własnych pasji chętnie udziela się charytatywnie. Występowała m.in. na Gali Finałowej akcji Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta lub w czasie obchodów Światowego Dnia Serca na rynku głównym w Krakowie. Razem z Szkołą Podstawową nr 134, podczas koncertu, zbierała na pomoce dydaktyczne. Była wolontariuszką w Fundacji Anny Dymnej „Mimo Wszystko”, pomagała przy prowadzeniu teatru dziecięcego przy fundacji „Hipoterapia” w  Krakowie. W  2008 roku zdobyła licencję hipoterapeuty, specjalizuje się w pracy z dziećmi dotkniętymi autyzmem, stosując autorskie metody łączące terapie poprzez sztukę z terapeutyczną jazdą konną. W ODDALI To tytuł pierwszego albumu Karoliny, zawierającego 11 autorskich piosenek. Krążek powstaje w prestiżowym Studiu 7 w  Piasecznie, pod okiem Błażeja Domańskiego – producenta odpowiedzialnego za sukcesy brzmieniowe wielu płyt (6 nominacji do Fryderyka i jedna statuetka – DagaDana) oraz za brzmienie m.in. muzyki filmowej Krzesimira Dębskiego (Bitwa Warszawska 1920). „W oddali” to produkcja wyjątkowa, w której powstanie zaangażowali się czołowi muzycy polscy i europejscy – klasyczni, etniczni, rozrywkowi – którzy razem z  Karoliną udowadniają, że muzyka nie zna granic stylowych i kulturowych. Wśród nich znaleźli się: Royal String Quartet – jeden z najlepszych kwartetów smyczkowych w  Europie, odnoszący sukces fonograficzny i  koncertowy na świecie. Maciej Szczyciński

38

magazyn muzyczny

– kontrabasista i basista, wybitny muzyk sesyjny, współpracujący m.in. z Michałem Bajorem, uczestniczący w wielu nagraniach muzyki filmowej („Essential Killing” Skolimowskiego, „Lejdis”, „Dlaczego nie!”). Marta Maślanka – cymbalistka, santurzystka. Na stałe współpracująca z  Michałem Lorenzem i  Krzesimirem Dębskim. Wykonawczyni jednej z  najpiękniejszych partii cymbałowych w historii muzyki filmowej w filmie „Bandyta” z muzyką Michała Lorenza. Robert Siwak – bębny obręczowe, dundun. Muzyk etniczny i klasyczny. Na stałe współpracujący z Michałem Lorenzem. Remek Zawadzki – producent muzyczny, perkusista odnoszącego niebywały sukces medialny Afrokolektywu. Krzysztof Poliński – legendarny perkusista rockowy. Można usłyszeć go na płytach i koncertach Urszuli, Edyty Bartosiewicz, Lipnickiej i Portera. Leszek Matecki – jeden z najbardziej cenionych gitarzystów polskich, który współpracuje m.in. z  Brodką, Nosowską, Ewą Bem, Robertem Chojnackim, Ryszardem Rynkowskim oraz przy wielu nagraniach muzyki filmowej („1920 Bitwa Warszawska”, „Kołysanka”, „Ranczo”). A  także: Urszula Stosio (gitara), Maciek Cierliński (lira korbowa), Mateusz Szemraj (oud), Jan Kubek (tabla, cajon), Mateusz Pliniewicz (skrzypce). Za aranżacje partii orkiestrowych (5, 7, 8, 9) odpowiadali Tomasz Łuc i Nikola Kołodziejczyk. NIEKTÓRE KONCERTY I FESTIWALE: • Międzynarodowy Festiwal Kobieca Transsmisja – Karolina jako gość specjalny obok Reginy Parasol • Piwnica pod Baranami – koncert z zespołem, z  rekordową ilością publiczności • Dni Serca – Rynek Główny w Krakowie • Zamek Książąt Pomorskich w Szczecinie, Zamek w  Dębnie – Karolina w  koncercie Muzyki Filmowej, w  kompozycjach Zygmunta Koniecznego • Piostur Gorol Song – Czesław Mozil, Antonina Krzysztoń i  Karolina Skrzyńska z  zespołem • Studio im. A. Osieckiej, Polskie Radio Trójka – Festiwal Twórczości „Korowód” • Sala im. W. Lutosławskiego, Polskie Radio

brzmienia


Bulwar Niemena w Warszawie C

zesław Niemen, wielki artysta i  kompozytor doczekał się w Warszawie ulicy swojego imienia. Jest nim Bulwar Czesława Niemena na warszawskim Żoliborzu na którym mieszkał ponad dwadzieścia lat. Nadanie bulwarowi imienia Czesława Niemena, a  w  bliskiej perspektywie upamiętnienie w  nazwach ulic i kolonii mieszkalnych innych nieżyjących twórców żoliborskich, to inicjatywa Anny Nehrebeckiej, przewodniczącej komisji nazewnictwa Rady m. st. Warszawy i środowiska „Projekt Żoliborz”. Godną pochwały inicjatywę podchwyciła firma Dom Development, która w ciągu pięciu lat zbuduje osiedle mieszkaniowe zwane Żoliborzem Artystycznym przy ulicy Powązkowskiej. Żoliborz Artystyczny zajmie teren dziesięciohektarowy na południowo-zachodnim zacisznym, zielonym skraju Żoliborza w  którym zamieszka ponad pięć tysięcy osób. Na uroczystym, 15 maja 2013 roku, nadaniu bulwarowi imienia Czesława Niemena i  rozpoczęciu inwestycji, udział wzięli przedstawiciele władz dzielnicy, członkowie rodzin twórców którzy będą upamiętnieni, grono reprezentujące środowiska artystyczne oraz biskup warszawsko-praski Kazimierz Romaniuk. Utwory Czesława Niemena w mini recitalu zaśpiewała Natalia Niemen, wykonując między innymi Sen o Warszawie. Bulwar Czesława Niemena o  długości około 75 i  szerokości 52 metrów, to główna aleja spacerowa Żoliborza Artystycznego, prostopadła do ulicy Powązkowskiej na osi planowanego przedłużenia ul. Rydygiera. Jego obecny stan i widoczną wizualizację prezentuje zdjęcie. Bulwar wyłożony jest granitowymi płytami, posiada oczko wodne, osiem wodotrysków i dwie jednokierunkowe jezdnie. Żoliborz przedwojenny cechowała nowoczesna urbanistyka, niska zabudowa i dbałość o tożsamość mieszkańców. Dzielnica po-

magazyn muzyczny

dzielona była na rejony: Żoliborz Centralny, Oficerski, Urzędniczy, Dziennikarski i  Spółdzielczy symbolizujące powstanie niepodległego państwa. Żoliborz Artystyczny będzie współczesną niezwyczajną częścią Żoliborza, nawiązującą w założeniach, stylem i  nazewnictwem do najlepszych międzywojennych wzorców rozwoju dzielnicy. Osiedle tworzyć będą kameralne kolonie mieszkalne o  przestronnej niskiej zabudowie. Najwyższy siedmiopiętrowy budynek – dominanta usytuowana będzie na końcu Bulwaru Czesława Niemena od której rozchodzące się półkolem dwie ulice, imieniem Kaliny Jędrusik i Zbigniewa Zapasiewicza, otoczą pozostałą część osiedla. Kolonie mieszkalne przylegające wzdłuż bulwaru, to kolonia Andrzeja Kurylewicza i Jerzego Ficowskiego, które będą zawierały liczne placówki kulturalne – miejsca wystaw, wernisaży, studyjnych oraz kameralnych koncertów. Pozostałe kolonie mieszkalne upamiętnią Barbarę Zbrożynę, Zofię Nasierowską, Jerzego Mierzejewskiego, Edwarda i Monikę Piwowarskich a najbardziej wysunięte w kierunku południowym kolonie Jerzego Kawalerowicza, Janusza Morgensterna i Hilarego Krzysztofiaka. Od strony ulicy Powązkowskiej zlokalizowane zostaną głównie lokale handlowo-usługowe. Z Żoliborza Artystycznego dojdziemy, w kilka minut, do cmentarza na Starych Powązkach, na którym spoczywa między innymi w Katakumbach Czesław Niemen i Andrzej Kurylewicz. Poza obszarem osiedla, idąc wspomnianą ul. Rydygiera w kierunku Żoliborza Urzędniczego i  Centralnego, napotkamy żoliborski fragment ulicy Burakowskiej, której niebawem patronem będzie Anna German. Parafrazując tekst piosenki Sen o Warszawie można powiedzieć – gdybyś ujrzeć chciał Żoliborz Artystyczny, już dziś wyruszaj tam.

brzmienia

tekst i zdjęcie Krzysztof Kąkol

39


Jedyna autoryzowana biografia Stinga, której autorem jest wieloletni przyjaciel artysty – James Berryman, dostępna jest już w przedsprzedaży internetowej. „Sting: Opowieści z Newcastle” to pełna humoru opowieść o przygodach dwóch przyjaciół, na przestrzeni ostatnich 40 lat. Przedstawia czasy młodości Stinga, do których artysta nawiązuje w pierwszym od dziesięciu lat studyjnym albumie „The Last Ship”. Z „Opowieści z Newcastle” można dowiedzieć się m.in. o tym, któremu z Beatlesów Sting wyrwał garść włosów, dlaczego był goniony przez nauczyciela po klasie oraz czyj słynny obraz wisi u niego w kuchni. „W chwili słabości kazałem Jimowi napisać książkę o mnie. Wszystko, co się w niej znalazło, to oczywiście wymyślne kłamstwa, ale mocno ja polecam, bo jest po prostu wspaniała.” Sting „Wciągające anegdoty z czasów szkolnych i przełomowych momentów życia frontmana The Police. James Barryman nie tylko przybliża nam prywatne życie Stinga-gwiazdy, ale pokazuje także jak to jest mieć sławnego celebrytę za przyjaciela...” Outlandos, oficjalny fanklub Stinga Renata Łukaszewska

40

magazyn muzyczny

brzmienia


U

la Poturniak opisuje swoje wrażenia z  sobotniego koncertu Gorana Bregovicia, który odbył się w zajezdni MPK przy ulicy Grabiszyńskiej we Wrocławiu. Zobaczcie Jak Ula definiuje fenomen wokalisty. Wrocławianie mają za sobą weekend pełen folkowych wrażeń – i  bynajmniej nie chodzi tu o  kobierzyckie dożynki, największe na Dolnym Śląsku i  sławne w  całej okolicy. W  minioną sobotę nie trzeba było bowiem wybierać się za miasto, by zanurzyć się w ludowych klimatach – i tych trochę obcych, ale jednak bliskich sercu, bo bałkańskich, i tych znanych z tatrzańskich wycieczek. W  zajezdni MPK przy ulicy Grabiszyńskiej było głośno i  radośnie, a to wszystko dlatego, że scena została oddana we władanie najpierw zespołowi Zakopower, potem zaś pojawił się na niej nie kto inny, jak tylko Goran Bregović. Postaci tej nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. To niekwestionowany geniusz, twórca tak charakterystyczny i  głęboko zapadający w pamięć, że bez wahania można rzec: unikatowy. Goran Bregović jak mało kto potrafi czerpać z rodzimego folkloru – takie stwierdzenie tkwiło w  mojej głowie już dawno temu. I  faktycznie, koncert, który Artysta dał w sobotę we Wrocławiu, był oczywiście świetny. Przyznam jednak, że dopóki nie zobaczyłam Bregovića na deskach sceny we własnej osobie, nie potrafiłam wyjaśnić, na czym właściwie ten jego fenomen polega. I choć po sobotnim występie nadal nie mam pewności, jestem gotowa podjąć się próby jego nieśmiałego zdefiniowania. Przede wszystkim, mimo wszelkich możliwych przesłanek – ludowych strojów zespołu, źródeł inspiracji i, w wielu wypadkach, wcale nie najnowocześniejszych aranżacji – materiał, który gra Goran Bregović nie jest muzycznym skansenem. W sobotę wrocławska publiczność miała okazję usłyszeć zarówno utwory sprzed lat kilkunastu, jak i te pochodzące z najnowszej płyty Artysty. Żadna z piosenek nie zabrzmiała staroświecko ze względu na swoje muzycz-

magazyn muzyczny

ne korzenie, żadna też nie została nadgryziona zębem czasu przez lata minione od swojego powstania. W jakiś tajemniczy sposób każdy z  utworów Bregovića brzmiał świeżo, a  nawet odkrywczo. Co więcej, wydawało się, że chwilami odkrywczo nie tylko dla samej publiczności, ale i dla samego Artysty, autentycznie cieszącego się z wybrzmiewających dźwięków i bawiącego się wraz z widzami. Właśnie – bawiącego się. Ci, którzy mieli kiedykolwiek okazję zobaczyć Muzyka na jakimś koncercie, wiedzą, że Goran Bregović podczas każdego swojego występu tańczy. Dokładniej: tańczy na siedząco, podrygując stopami i unosząc dyrygujące publicznością dłonie. A dyrygentem tłumu jest naprawdę niezłym. I ja, i wszyscy znajdujący się wokół, cały koncert przetańczyliśmy, pomimo niesamowitego ścisku i duchoty pod sceną. Nie wiem, na co trudniej było zostać obojętnym – na samą muzykę, czy na dowodzącego nami Gorana… No dobrze, Bregović jest więc bałkańskim muzycznym czarodziejem i masowym hipnotyzerem. Istnieje jednak jeszcze jedno określenie, które, mimo typowo polskiej etymologii, wyjątkowo do niego pasuje: to człowiek z przysłowiową ułańską fantazją. Jego muzyka przywodzi na myśl cygańskie życie pełne podróży i bijatyk, życie obfite w przyjacielskie popijawy i pełne miłości do utraty tchu. Życie odważne i – tak, to chyba to słowo – romantyczne. Nie w wyświechtanym i hollywoodzkim, XXI-wiecznym znaczeniu, zakładającym hurtowy zakup czerwonych róż i pierścionków z brylantami. Mam tu raczej na myśli romantyzm definiowany przez pragnienie przygody i poszukiwanie szczęścia w rzeczach prostych i prawdziwych. Wydaje mi się, że Czarodziej Goran przypomina nam o istnieniu takiej egzystencji. Swoją niesamowitą muzyką i płynącą ze sceny energią wzbudza tęsknotę za czymś, po co nie mielibyśmy już odwagi sięgnąć. Pobudza naszą wyobraźnię. I to jest chyba ten fenomen.

brzmienia

Ula Poturniak

41


Sułtani Swingu przed Koziołkami P

o raz piąty, Stary Rynek rozbrzmiał muzyczną polifonią. Blisko 250 gitarzystów wzięło udział w happeningu odgrywając razem przebój Dire Straits – Sultans of Swing. Zdarzenie odbyło się w ramach VI edycji Festiwalu Polskiej Akademii Gitary, w niedzielę 25 sierpnia tuż przed południem pod poznańskim Ratuszem. Happening gitarowy, czyli wspólna gra gitarzystów konkretnego utworu to muzyczny manifest bez względu na wiek, płeć czy doświadczenie biorących w nim udział. Idea grania w kilkuset osobowym tłumie muzyków nie jest obca dla wydarzeń Polskiej Akademii Gitary. Podobne zdarzenia odbywały w ubiegłych latach, począwszy od roku 2009, kiedy wspólnie zagrano przebój Beatlesów – When I`m 64. W późniejszych latach mogliśmy posłuchać w trakcie tego gitarowego szaleństwa piosenek Stinga, Tadeusza Nalepy czy Bryana Adamsa. Tegoroczny happening gitarowy dedykowany jest Jarosławowi Śmietanie – wybitnemu polskiemu jazzmanowi, przyjacielowi festiwalu, który walczy z poważną chorobą. To właśnie on poprowadził dwa lata temu happening, podczas którego gitarzyści wspólnie zagrali Kiedy byłem małym chłopcem Tadeusza Nalepy. W tym roku wydarzenie poprowadzili muzycy zespołu The Colors w składzie: Krzysztof Ścierański – gitara basowa, Marek Raduli – gitara, Przemysław Kuczyński – perkusja oraz Wojciech Horna – gitara klasyczna. Na happeningu nie zabrakło młodzieży obojga płci. Młodzi muzycy stanowili większość osób biorących udział w manifeście. Na tegoroczną, VI edycję Festiwalu Polskiej Akademii Gitary złożyło się 50 wydarzeń, w 40 miejscach, w 25 miastach Wielkopolski. Oprócz happeningu gitarowego mogliśmy od 15 sierpnia do 1 września uczestniczyć w licznych warsztatach muzycznych oraz koncertach światowych mistrzów gitary. W tym roku gwiazdą Festiwalu był Manuel Barrueco – urodzony na Kubie, a obecnie mieszkający w Stanach Zjednoczonych wirtuoz gitary klasycznej. Ponadto mogliśmy posłuchać koncertów Łukasza Kuropaczewskiego, Marcina Wyrostka oraz wielu innych muzyków i zespołów grających nie tylko klasycznie. Historia Festiwalu sięga roku 1990. Wtedy profesor Piotr Zaleski powołał do życia i przeprowadził kurs gry na gitarze w Szczawnie-Zdrój. Zmęczony coroczną organizacją, w roku 2007 poprosił jego wieloletniego uczestnika i ucznia Łukasza Kuropaczewskiego o przejęcie opieki nad warsztatami. Od tego czasu, wraz z Przemysławem Kieliszewskim i Marcinem Poprawskim wspólnie pracują nad organizacją i rozwojem idei profesora Zalewskiego. Począwszy od roku 2008 kameralny kurs gitarowy został przekształcony w ciągle poszerzający zasięg swoich działań Festiwal Polskiej Akademii Gitary. Z edycji na edycję Festiwal odbywa się w nowych miejscach w Wielkopolsce, stanowiąc jedno z najważniejszych tego typu wydarzeń w Europie.  Oskar Jernas

42

magazyn muzyczny

brzmienia


Gitarzystów było wielu... Dla mnie to dzień wyjątkowy Ten happening gitarowy! Kiedy podczas niego grali Gitarzyści duzi, mali! Jak z gitarą każdy spieszy. Aż się Stary Rynek cieszy! I koziołki na Ratuszu Bodą pełne animuszu! A czcigodna Prozerpina W takcie hołubce wycina! Neptun się uśmiecha z góry, Kiedy dźwięki lecą w chmury! Co rok w sierpniową niedzielę Tutaj się wydarza wiele! Gitarzyści spotykają I wybrany utwór grają. Zawodowcy, amatorzy Na happening biegną skorzy Do zabawy i do grania, Gdy z wieży zegar wydzwania.

101 edycja „Jazz w muzeum”

6 strun , osiemnaście progów Daje dźwięki , jak dla bogów! To Akademia Gitary! Chodzi na nią młody, stary.

NIGEL KENNEDY MEETS BACH Bach:Sonata Kennedy: Sonata for Acoustic Band

Są koncerty i spotkania, mnóstwo rzeczy do słuchania! Każdy znajdzie coś dla siebie, będąc w gitarowym niebie!

Nigel Kennedy – skrzypce Rolf Bussalb – gitara Yaron Stavi – kontrabas Krzysztof Dziedzic – perkusja

Na poznańskim Rynku Starym Raz w roku grają gitary! Każdy uczestniczyć może. Ten co lepiej gra i ...gorzej.

2 października (środa)2013 r godzina 19.00 Kino Komeda Ostrów Wielkopolski

Ja także w tym udział brałam I certyfikat dostałam! (tak wspomina tegoroczny happening gitarowy Mniszka Brudnica)

Serdecznie zapraszam Jerzy Wojciechowski magazyn muzyczny

brzmienia

43


Bluesowa

a n u k o r a k t s y art

Rawa Blues Festival!

5

października w katowickim Spodku jedną z gwiazd 33 edycji Rawa Blues Festival będzie Ruthie Foster. Urodzona w  rodzinie wykonawców gospel, wokalistka, gitarzystka i  kompozytorka z Austin właśnie została uhonorowana niezwykle nobilitującym tytułem Bluesowej Artystki Roku w plebiscycie poczytnego magazynu Living Blues. Mieliśmy okazję porozmawiać z Ruthie tuż przed opublikowaniem wyników tego plebiscytu... W jej muzyce dominuje blues i soul, „wybuchający w pełnym wymiarze”, jak napisał magazyn Blues Revue. Swój talent potwierdziła kolejnym albumem „Let it Burn”, nominowanym do Grammy Awards, „w  którym zabiera słuchacza w  jakże osobistą podróż (…), a  jej głęboko uduchowiony śpiew tworzy dźwiękowy pejzaż wspierający tę opowieść”.

RB: Twoi rodzice śpiewali gospel. Ty zaczynałaś śpiewać w kościele. Dla wielu bluesowych śpiewaków to pierwszy krok w świat muzyki. Co dał on Tobie? RF: Śpiewanie w kościele dało mi solidne muzyczne fundamenty. Było także wprowadzeniem w to, jak muzyka potrafi poruszać i uzdrawiać ludzi. RB: Zaciągnęłaś się do marynarki. Byłaś w obsłudze technicznej helikopterów, ale grałaś w zespole U.S. Navy. Później w różnych zespołach, również jazzowych. Taka kręta droga najlepiej przygotowuje muzyka na wielką scenę? RF: Zdecydowanie. To przygotowało mnie do mojej przyszłej kariery. Na początku nie miałam naprawdę swojego głosu czy stylu, więc praktykowanie w tylu różnych gatunkach, umożliwiło mi odnalezienie mojego własnego, prawdziwego głosu. RB: Kategorie „Traditional Blues Female Artist” czy „Contemporary Blues Album”, do których byłaś nominowana to wytwory show biznesu. Jaka jest według Ciebie różnica między tradycyjnym a  współczesnym bluesem? Można przeprowadzić wyraźną granicę? RF: Jako artystka bluesowa, sadzę, że nie ma to dla mnie żadnej różnicy; chociaż może ona istnieć w opiniach krytyków. Wszystko to jest blues i wszystko to jest dla mnie dobre. RB: Kobieta to wciąż druga po mężczyźnie osoba w bluesie. Uważasz siebie za spadkobierczynię kobiet – emancypantek, które śpiewały klasycznego bluesa? RF: Jeśli to, co robię sprawia, że powstaje jakiś ruch, dzięki któremu kobiety mogą realizować się w pełni, wtedy wiem, że dołożyłam swoja cegiełkę. RB: Dziękuję za rozmowę. Do zobaczenia w Polsce na Rawie Blues!

33. Rawa Blues Festival – sobota, 5.10.2013 Główną gwiazdą tegorocznej 33 edycji Rawa Blues Festival jest Keb’ Mo’, trzykrotny laureat oraz pięciokrotnie nominowany do Grammy Awards. Jego utwory wykonują m.in. B.B. King, Buddy Guy i Joe Cocker. Podczas koncertu finałowego wystąpią również: Otis Taylor, Heritage Blues Orchestra, Ruthie Foster, The Stone Foxes, specjalny duet – James Blood Ulmer & Irek Dudek Duo, a ponadto Hoodoo Band oraz The Jan Gałach Band. Bilety na festiwal można kupić poprzez sieć sprzedaży Ticketpro – są one dostępne w kilkuset punktach w całej Polsce, oraz w internecie poprzez system online Ticketpro.PL. Szczegółowe informacje o biletów można znaleźć na RawaBlues.com. Rawa Blues Festival to najstarszy festiwal bluesowy w Polsce, jeden z najbardziej uznanych w Europie i największy na świecie odbywający się „in-door” (pod dachem). Jest laureatem nagrody Keeping The Blues Alive 2012 w kategorii Festiwal Międzynarodowy. Szczegóły na temat festiwalu można znaleźć w oficjalnym serwisie rawablues.com, a także na facebook.com/rawablues.

44

magazyn muzyczny

brzmienia


by jacekolechowski rock w rok Magical Mystery Tour! Łezka Panie i Panowie! Magical Mystery Tour! Wstęp na pokład: łezka wzruszenia, łezka wspomnień. Całe życie z Paulem McCartney’m. “Lady Madonna”, ”Yesterday” ; słowa piosenek budzą się po pierwszych dźwiękach gitary Paula. Łza. Żal. Wspomnienie Lennona. Naszego przyjaciela. “Give peace the chance”! Łza. “Something”: George. Łzy: “Let It be”… Żalu,smutku, wspomnień i …radości. Siły, piękna muzyki. Potęgi i magii rock & rolla. Wielkości i sławy The Beatles” Tak było w grudniu 2011 w Sztokholmie, tak (i jeszcze bardziej ) w czerwcu 2013 na Stadionie Narodowym w Warszawie. Blisko trzy godziny niesamowitego czaru Wielkiego Maga (“Macca”), cudownych piosenek, mistrzostwa sceny, pejzaży nastrojów! Perfekcyjnie wymyślony i zrealizowany show, od samego początku porywający publiczność, wciągający do wspólnej radosnej zabawy. Mistrzostwo świata!

Cóż… Paul McCartney jest Wielki. To była absolutnie odlotowa podróż. Magią radości, tajemnicą wzruszenia… Piękna!

1, 2, 3…Cuda / ki Rogera Watersa mistrzostwo świata: zrobił ze swoich obsesji i fobii , paranoi i złości znakomity produkt komercyjny, który przetrwał różne czasy i mody, znacząc z początku co innego, do nich się plastycznie dostosowywał . Kiedyś pojawili się punkowcy i powiedzieli: hej Roger, spadaj ze swoimi Pink Floydami, my bardziej nie lubimy, bardziej nienawidzimy… W efekcie dziś w Babilonie R. Waters liczy sto osiemdziesiąty któryś milion baksów, a punk’s not dead w obrzyganych piwnicach i smętnych świetlicach. Były hale, są stadiony. Nie zdziwię się, jak za rok ruszy trasa klubowa… Damy radę, The Show Never Ends!

magazyn muzyczny

brzmienia

45


RUBBAAL oraz specjalnie reaktywowany na ten festiwal legendarny zespół ROKOSZ, z którego później powstał Big Cyc.

30 lat minęło

w Polsce w Ostrowie

Jubileusz był motywem przewodnim, który przewijał się przez cały festiwal. Ponieważ nie sposób wskazać jednego wydarzenia, od którego rozpoczęło się to zjawisko w naszym kraju, organizatorzy przyjęli rok 1983, jako symboliczną datę początku tej muzyki w Polsce. To w tym roku miała miejsce prawdziwa eksplozja popularności reggae w Polsce: zaczęły się odbywać duże koncerty, powstała większość najważniejszych zespołów tworzących pierwszą falę polskiego reggae. To wreszcie w 1983 roku zawitał do Polski pierwszy oryginalny zagraniczny zespół reggae – Misty in Roots, którego trasa koncertowa po Polsce była prawdziwym katalizatorem popularności reggae na długie lata.

Studio na żywo Historia i początki reggae w Polsce były głównym tematem internetowego studia festiwalowego, które na żywo, przed i  w  trakcie koncertów, transmitowało rozmowy z zaproszonymi artystami. Gośćmi Jarosława Mikołajczyka i jego syna Tymoteusza byli między innymi: Jarosław Kowalczyk – wokalista Bakshishu, Jacek Jędrzejak z Big Cyca i Rokosza, Krzysztof Ruciński z Gedeonu, czy Robert Brylewski – założyciel i podpora Izraela. Transmisję na żywo realizowała na żywo na łączach niezawodnego Info – Netu telewizja internetowa ok24.tv.

„Hol sław” polskiego reggae Gdy tematem jubileuszu polskiego reggae zainteresowały się ogólnopolskie branżowe media, patronat honorowy nad festiwalem objęło Muzeum Polskiej Piosenki w Opolu. Zwieńczeniem jubileuszu była niecodzienna akcja „Polish Reggae Hall of Fame” czyli swoisty „hol sław polskiego reggae”. W ten szczególny sposób organizatorzy specjalnie docenili dorobek i  wkład konkretnych ludzi w  powstanie i  rozwój zjawiska kulturowego, jakim jest polskie reggae. Głosowanie odbywało się na konkretne osoby: artystów, menadżerów, promotorów, dziennikarzy muzycznych oraz innych osób, które wywarły pozytywny wpływ na rozwój polskiego reggae (nie na zespoły). Na festiwalu w kulminacyjnym momencie odsłonięto wielki baner upamiętniający to dodatkowe wydarzenie.

Koncertowa sobota

Reggae rozkołysało Ostrów Przez dwa dni serce polskiej muzyki reggae biło w  Ostrowie Wielkopolskim. Miłośnicy reggae z całej Polski bawili się w sobotę i niedzielę w Ostrowie Wielkopolskim na kolejnym Festiwalu Reggae na Piaskach, na którym świętowano jubileusz 30 lat muzyki reggae w Polsce. Wydarzeniem specjalnym była reaktywacja ostrowskiego Rokosza. W niedzielę najlepsze młode zespoły wzięły udział w Konkursie Młodych Talentów im. Ryszarda Sarbaka. Festiwal w Ostrowie to był powrót do korzeni reggae w Polsce. Wszystko dlatego, że w  tym roku w  koncercie pod hasłem „30 LAT REGGAE W  POLSCE” publiczność zobaczyła najważniejsze, zaczynające w latach 80. i działające do dziś zespoły tego gatunku: IZRAEL, VAVAMUFFIN, BAKSHISH, GEDEON I  JE-

46

magazyn muzyczny

Trzeba przyznać, że protoplaści gatunku w Polsce stanęli na wysokości zadania. Sobotni koncert z  okazji jubileuszu polskiego reggae rozpoczął doskonale znany w Ostrowie Gedeon Jerubbaal. I  choć to było już trzeci koncert tego zespołu na Piaskach, to w  godnej opinii słuchaczy było to koncert najlepszy. Wokalista Krzysiek Ruciński pokazał, że wciąż jest w świetnej formie. Z  oryginalnego składu wspierał go Mariusz Wawrzyniak na instrumentach klawiszowych i w kilku piosenkach Tomasz Senger na perkusji. Muzycznie Gedeon wsparli członkowie poznańskiej formacji Inity Dub Mission, którzy wzbogacili stare utwory Gedeonu o nowe dźwięki bogatej sekcji dętej. Znakomity koncert zagrał w Ostrowie słynny Izrael. Najważniejszy chyba zespół w historii polskiego reggae przyjechał w swoim

brzmienia


najmocniejszym składzie, z  Robertem „Afą” Brylewskim, Pawłem „Kelnerem” Rozwadowskim i  Włodzimierzem „Kiniorem” Kiniorskim i Darkiem „Maleo” Malejonkiem. Repertuar też był specjalny, bo złożony głównie z  najstarszych i  najbardziej znanych utworów zespołu. Po 30 latach „Wolny naród”, czy „Płonie Babilon” nadal robiły piorunujące wrażenie, nawet – a może nawet zwłaszcza – na publiczności, której gdy te piosenki powstawały nie było jeszcze na świecie. Zagrany na bis „Psalm 125” był przepiękną kropką nad „i”’ tego niezwykłego koncertu. Kulminacją pierwszego dnia był jednak koncert reaktywowanego specjalnie na ostrowski festiwal Rokosza. Cały koncert był zadedykowany pamięci nieżyjącego już wokalisty Rokosza Sławka „Pontona” Przybylskiego. Jego byli koledzy z zespołu dziękowali również z imienia i nazwiska wszystkim, którzy przewinęli się przez skład Rokosza – a było to kilkanaście osób. To był ten sam Rokosz, którego utwory zabrzmiały jednak zupełnie inaczej, ale zostały wręcz entuzjastycznie przyjęte. To było już na pewno reggae 21. wieku, wzbogacone o sporo elektroniki smakowicie serwowanej ze sceny przez synów perkusisty z oryginalnego Jarka Lisa, Pawła i Piotra. Piosenki Rokosza zaśpiewało kilku wokalistów: Jacek „Dżej Dżej” Jędrzejak oraz zaproszeni goście: Jarek Kowalczyk z Bakshisha i Krzysztof Ruciński z Gedeonu Jerubbaal. W sobotę wiele dobrze znanych piosenek ostrowskiej formacji, z której wywodzą się dzisiejsze gwiazdy Big Cyca i Czarno Czarnych, śpiewał też tłum znajomych, przyjaciół, a nawet członków rodzin, którzy przyszli posłuchać ich w dobrze znanym repertuarze. Nie zabrakło również absolutnej premiery. Tytuł piosenki napisanej i wykonanej specjalnie na ostrowski festiwal „Mamy moc” najlepiej opisuje to, co działo się na scenie… Zupełnie inny był krótki występ Ras Luty. Wokalista East West Rockers wystąpił z  akustycznym recitalem, w  którym towarzyszył mu były gitarzysta Starguardmuffin, Szymon Chudy. Obaj zapowiedzieli, że wrócą do Ostrowa już za rok, z pełnym koncertem i składem.

magazyn muzyczny

Inny był też koncert Bakshihu, który mimo, że przyjechał do Ostroiwa w nieco ograniczonym składzie, to nie zawiódł publiczności. Podobnie, jak Vavamuffin. Formacja nawijaczy z Warszawy, mimo bardzo już późnej pory, rozkołysała ostrowską publiczność i wycisnęła z niej ostatnie pokłady energii.

Konkursowa niedziela Niedziela była już znacznie spokojniejsza. W ramach Konkursu Młodych talentów im. Ryszarda Sarbaka zagrało pięć zespołów: Ayarise, Ferendżi. Los Grandes Rudebous, Yelram i Roots Rockets. Laureata wybrała publiczność. Nagrodę główną, ufundowaną przez Muzeum Polskiej Piosenki w Opolu zdobył zespół Roots Rockets. Niewiele brakowało, a późniejsi zwycięzcy w ogóle nie wystartowaliby w konkursie, dzięki czemu doszło do niezwykłej sytuacji. Tuż przed wyjściem na scenie okazało się, że młodzi muzycy po prostu… zapomnieli swoich wzmacniaczy i nie mieliby na czym grać. Z szybką pomocą przyszli im koledzy z innej konkursowej kapeli, Ayarise. Mimo że razem rywalizowali o jedną nagrodę, bez chwili wahania pożyczyli kolegom potrzebny sprzęt. W rewanżu, gdy Roots Rockets dowiedzieli się, że to właśnie oni wygrali, postanowili … oddać im dopiero co odebraną z rąk wiceprezydent Ostrowa Wielkopolskiego Marleny Maląg piękną statuetkę. Takich pięknych chwil było na festiwalu w Ostrowie więcej. Nie bez powodu Reggae na Piaskach nazywany jest często „najbardziej rodzinnym festiwalem reggae w Polsce”. Tak było również w tym roku. Wiele osób przyjechało z dziećmi w różnym wieku, a  najmłodszy uczestnik festiwalu, Kubuś Owczarek z  Murowanej Gośliny, liczył sobie zaledwie ok. 3 miesięcy. Uczestnicy z całej Polski chwalili sobie piękne otoczenie na Piaskach, mnóstwo dodatkowych atrakcji rekreacyjnych, zabierając do swoich domów (jw) dobre wspomnienia z Ostrowa Wielkopolskiego. 

brzmienia

Foto: Piotr Owczarek

47


Co z tym

Woodstockiem? Z

 okazji 19-tego , ale jeszcze nie jubileuszowego, Przystanku Woodstock Jurek Owsiak w telewizji reklamował sieć telefonii komórkowej PLAY. Natomiast głównym sponsorem Festiwalu, od bodajże kilku lat, jest producent piwa Calsberg! A z ogromnej estrady praktycznie zniknęło tradycyjne hasło „Miłość, muzyka, przyjaźń”. Bardzo interesuje mnie duchowa przemiana nie kwestionowanego lidera Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy – chociaż należy jednoznacznie stwierdzić, że bynajmniej nie jej twórcy. Fakt, że rockmani, czyli pogardzani przez establishment „szarpidruty” postanowili zawstydzić dwadzieścia lat temu nową, demokratyczną władzę i  wykazać jej brak należytej opieki zdrowotnej nad bezradnymi niemowlakami, jest wyłącznie zasługą Waltera Chełstowskiego. To on, jako intelektualista wynajął Jurka Owsiaka na „showmana” i  tyle… Bezspornym faktem jest, że Owsiak – już samodzielnie – perfekcyjnie rozwinął tą ideę. Ale pytanie jest proste. Czy to samo udało mu się w kwestii muzycznej? Ze względu na doświadczenie, trochę większe od doświadczenia Jurka Owsiaka, postawię tezę, że nie! Jeśli postaramy się w  miarę obiektywnie spojrzeć na stronę muzyczną, czyli artystyczną Przystanku Woodstock, to zauważymy, że w swej historii ma on dwa oblicza. Pierwszym jest okres od początku do ostatniego Festiwalu w Żarach. No może jeszcze jeden, albo dwa w Kostrzynie. Pamiętam, że w tamtym okresie Owsiak był rewelacyjnym wychowawcą młodzieży. Nie tylko ze sceny dyskretnie wpajał im zasady tolerancji i  wyzbycia się agresji wobec otoczenia. Poszedł znacznie dalej. Już wówczas nauczał młodzież m.in. segregacji śmieci. Na terenie Przystanku Woodstock postawił sku-

48

magazyn muzyczny

py plastikowych butelek oraz puszek po piwie. Dzięki temu wielu uczestników festiwalu miało pieniądze na śniadanie, a nawet na kolejne piwo… I nagle kilka lat temu, gdy coraz mniej osób przyjeżdżało do Kostrzyna Jurek Owsiak zdecydował się zreformować Przystanek Woodstock. Wówczas powstał pomysł zorganizowania Akademii Sztuk Przepięknych. I fajnie – nagle młodzi ludzie mogli spotkać się na żywo z ważnymi postaciami życia publicznego. Przyjechał nawet Lech Wałęsa, a ostatnio Grzegorz Miecugow, który został spoliczkowany przez nawiedzonego młodzieńca. Tyle, że w tym samym czasie na opłacanej już przez korporacje estradzie zaczęły występować wątpliwej jakości artystycznej zespoły muzyczne. W  tym roku chwilami podglądałem w  Internecie bezpośrednią transmisję. Niestety nie miałem szczęścia natrafić na wybitnych artystów. Ktoś tam pukał w bębenek, albo w tamburino i tyle… I wcale to mnie nie dziwi, bo doskonale wiem, że Owsiak realizuje autorski festiwal – który z definicji jest autorski! Ale żenującym jest fakt intonowania piosenki „Sto lat” na koniec występu każdego zespołu. A szczytem samouwielbienia Jurka Owsiaka są publicznie wypowiedziane w finale imprezy słowa „Kurwa, nikt nie robi takiego festiwalu na świecie”. A ja znam ciekawsze festiwale rockowe, na których w finale nikt nie śpiewa harcersko – chrześcijańskich pieśni typu „Barka” i nie wciska rockopodobnych kitów młodym ludziom… I  w  ogóle poważnie traktuje publiczność – z każdego kontynentu !!! A na dodatek wcale nie potrzebuje do tego pieniędzy od znienawidzonych korporacji, bo prawdziwa sztuka potrafi się przecież sama obronić.

brzmienia

Jerzy Jernas


Odsłuchane w zaciszu domowym P

rzede mną kilka płyt CD z zapisem muzycznym zespołów i  wykonawców nie z  pierwszych stron gazet . Moim zadaniem jest recenzowanie tych różnorodnych muzycznie zespołów i  wykonawców. Przyznaję, że odsłuch i napisanie kilku zdań o każdej płycie to zderzenie z potężną dawką różnorodnej w stylach muzyki rozrywkowej. Spróbuję sprostać temu zadaniu.

Okolice Bluesa 100%

Live

Album 4 płytowy wydany poprawnie edytorsko , zawiera wszystkie dane dotyczące utworów, wykonawców i  producentów. Album jest prawnie chroniony przez ZAIKS. Materiał muzyczny nagrany na czterech płytach jest archiwalnym zapisem audycji muzycznych „Okolice Bluesa” zrealizowanych przez studio Radia Center w  Kaliszu. Wymienię kilka nazw zespołów z albumu:MOO MOO MILK, BLUES FERAJNA,HOODOO BAND, AROUND THE BLUES, OUTSIDER, KAJETAN DROZD TRIO, WIELEBNY BLUES, WŁODEK SOBCZAK TRIO. Tak duża dawka muzyki, różni muzycy i wykonawcy, różnice w jakości nagrań nie pozwalają na jednoznaczną ocenę całego albumu. Napiszę krótko dla koneserów Bluesa- jest to duża dawka dobrej muzyki a dla fonoteki dobrze zebrany i zarchiwizowany materiał. Duże brawa należą się pomysłodawcom i producentom tego albumu. Szkoda tylko, że tych utworów nie emituje się w innych rozgłośniach.

Katy Carr – Paszport Płyta CD wydana poprawnie pod względem edytorskim, zawiera wszystkie dane dotyczące utworów, wykonawców i producentów. Utwory słowno-muzyczne na płycie w  większości mają charakter pieśni patriotycznych .Skromne i czyste aranżacje (szkoda, że nie brzmią współcześnie) pozwalają na ukazanie pełnej gamy artystycznej wokalistki. Artystka sama sobie akompaniuje na instrumentach klawiszowych. Ciekawy tembr głosu Katy Carr najlepiej wybrzmiewa z tekstem w języku angielskim. Ciekawa jest jest również geneza powstania płyty i jej patriotyczny charakter. Do strony audio nie mam żadnych zastrzeżeń, proporcje instrumentów i  wokalu prawidłowe, daje się odczytać profesjonalne przygotowanie i realizację dźwięku. Na portalu www.katycarr.com wokalistkę określono jako: Katy – brytyjska ambasadorka polskości.

Blues Forever Album 3 płytowy wydany poprawnie edytorsko ,zawiera wszystkie dane dotyczące utworów, wykonawców i producentów. Nie zauważyłem by płyty były prawnie chronione przez

magazyn muzyczny

ZAIKS. Album jest zbiorem archiwalnych nagrań zespołu Blues Forever dedykowany pamięci gitarzysty Janusza Szkudlarka. Materiał muzyczny mimo nagrań z różnych okresów poprawnie zrealizowany cyfrowo. Partie instrumentalne i  wokalne brzmią prawidłowo z zachowaniem właściwych proporcji. Album prezentuje prawie całkowity koloryt stylu bluesa i  profesjonalnie podany. Jedynym zauważalnym mankamentem jest brak w aranżacjach barw organów Hammonda. Bo jak wskazuje praktyka w stylu FOLK BLUES występuje harmonijka ustna, natomiast w innych rodzajach bluesa często organy Hammonda. Duże podziękowania za wydanie tego albumu należą się Ostrowskiemu Ośrodkowi Kultury. Polecam go miłośnikom Bluesa, a rozgłośniom radiowym do popularyzacji rodzimych artystów.

Polish Jazz i  Privilege Dwie płyty CD z wokalistką Marianną Wróblewską i wyśmienitymi muzykami Włodzimierzem Nahornym i  Henrykiem Miśkiewiczem na czele. Płyty wydane skromnie edytorsko nie ma na nich informacji o wydawcy, studiu nagrań i brak hologramu ZAIKS. Pierwsze wrażenie: płyta zawiera stare nagrania analogowe przekopiowane na dyski CD. Wszystkie utwory nagrane są z niską dynamiką i podciętymi pasmami niskich i średnich tonów. Nie wiem czy nagrano specjalnie „trzaski” zdartej płyty, czy też pochodzą one z bezpośredniego zgrania ze starej płyty analogowej. Jest to tak duża przeszkoda w odsłuchiwaniu płyty, że nie mogę nic napisać o wokalistce i towarzyszących jej muzykach. A przecież pamiętam Mariannę Wróblewską w doskonałej formie jazzowej z nieodległej przeszłości.

AFTER BLUES – Proszę bardzo Płyta CD wydana poprawnie pod względem edytorskim, zawiera wszystkie dane dotyczące utworów, wykonawców i producentów. Nie zauważyłem hologramu ZAIKS.Z dużym smakiem wykonana muzyka Bluesowa, podana w większości jako Ballad Blues. Profesjonalnie i czysto wykonane partie wokalne. Wszystkie proporcje jak również panorama instrumentów i  centralne wybrzmiewający wokal świadczy o dużej praktyce i wiedzy realizatora dźwięku. Oszczędne a zarazem czyste w wykonaniu aranżacje dają poczucie świeżości i lekkości całego materiału. Trochę „pazurka” dodała by w roli podpowiadacza i podprowadza cza harmonijka ustna i barwy Hammonda. Pod względem nagrań audio płyta prezentuje się wzorcowo. Wielbicielom Bluesa polecam zespół After Blues oraz Wojciech Dąbrowski omawianą płytę.Świetne!

brzmienia

49


Książka do walizki W

1969 roku Hells Angels przejęli pełną kontrolę nad festiwalem w Altamont. Choć imprezą formalnie zawiadywał zespół The Rolling Stones. Jagger i Richards bezradnie prosili motocyklowy gang o spokój. Po występie odlecieli helikopterem, pozostawiając za sobą rozpętane na ziemi piekło. Rok później podobnie zapowiadał się koncert Deep Purple w Szwajcarii. Tyle, że frontman zespołu nie zamierzał nikogo prosić o spokój. Ian Gillan był wściekły na zamieszki pod sceną, podejrzewając komunistyczną prowokację (!). Wykrzyczał więc w stronę motocyklistów swe pretensje. Po prostu kazał im się wynosić. Wynieśli się. A potem czekali na zespół po koncercie, aby wyrównać rachunki. Purplom udało się uciec, ale bynajmniej nie stchórzyli. Historia, którą w swej książce przytacza Dave Thompson, coś mówi o brytyjskich gigantach hard -rocka. Deep Purple można bowiem nie szanować za „napuszone” akordy i megalomańskie aspiracje. Trudno jednak odmówić grupie charakteru. Charakteru, który nie zawsze cechuje rockowych herosów. Thompson na kartach biografii zespołu często o tym przypomina. Opisując np. awanturę wokół występu w Melbourne, gdy nagle okazało się, że to AC/DC, a nie Purple są główną gwiazdą. Albo ezoteryczne zainteresowania Richie Blackomore’a. Black Sabbath mógł siać grozę i szokować sataniczną symboliką. Tyle, że był to tylko „cyrkowy” element wymuszonego image’u. Blackmore tymczasem nie afiszował się z czarną magią, tylko ją rzeczywiście zgłębiał. W towarzystwie szalonego Joe Meeka. Deep Purple to ponad cztery dekady zawirowań składu, personalnych animozji i stylistycznych wahnięć. W liczącej blisko 400 stron książce, Thompson radzi sobie zarówno z bogatą listą obecności, jak też ogólną ewolucją muzyki rocko-

50

wej. Niestety ceną za pełną rekonstrukcję kariery jest znikoma ilość towarzyskich anegdot. „Deep Purple” pod tym względem nie może się równać np. ze sławetnym „Młotem Bogów” Stephena Davisa (o Led Zeppelin). Dla każdego pasjonata rockowej historii będzie jednak lekturą co najmniej pouczającą. Thompson zaczął pisać o rocku jeszcze w latach 70. Jego nieco górnolotny styl doskonale oddaje nabożność, z jaką do popularnej muzyki podchodziła niegdyś brytyjska prasa. Wpisując dźwięki młodzieńczego buntu w szerszy kontekst kulturowy. Tak też jest z historią Deep Purple. U Thompsona bierze ona początek na długo przed erupcją hard- rocka. W dziejach pokolenia, dorastającego tuż po wojnie i odnajdującego tożsamość w bezkompromisowym rock& rollu, „importowanym” z USA. Thompson śledząc dzieje zespołu, jednocześnie odsłania kulisy powstawania epokowych płyt. Ciekawie czyta się fragmenty poświęcone „Concerto for Group and Orchestra”, z Jonem Lordem piszącym symfonicznego rocka właściwie na akord i niesubordynowaną orkiestrą. Po lekturze książki Thompsona nowego znaczenia nabiera również odwieczny spór fanów o najlepszą płytę zespołu („progresywne” „In Rock” czy „skondensowane” „Machine Head”?). Polska jest krajem, w którym Deep Purple zawsze mogą liczyć na odzew publiczności. 30 lipca zespół ponownie wystąpi nad Wisłą, tym razem we wrocławskiej Hali Stulecia. Wybierając się na koncert, warto poświęcić książce Thompsona kilka chwil. Oddać cześć grupie, która nie zlękła się nawet piekielnych motocyklistów. Książka „Deep Purple. Smoke On the Water: Opowieść o dobrych nieznajomych” ukazała się nakładem wydawnictwa Sine Qua Non. Autorem polskiego przekładu jest Jarosław Rybski.  kol

magazyn muzyczny

brzmienia


T

aj Mahal był w Niemczech i była okazja, by pokazać w Polsce tego wybitnego bluesmana. Decyzję podjąłem natychmiast i po kilku dniach miałem pewność, że Mahal będzie gwiazdą „odrodzonego” Folk Blues Meeting’95. Mimo formalnych uzgodnień z niemieckim managerem, Taj Mahal okazał się artystą całkowicie ignorującym wszelkie ustalenia. Kiedy wyszedłem na dworzec PKP w Poznaniu by przywitać i odebrać legendarnego bluesmana , miast artysty z wagonu wygramolił się jego manager i zapytał mnie beztrosko : Taj jest już w Poznaniu ? Przez kolejne godziny wychodziłem na kolejne pociągi z Berlina, aż gdzieś przed wieczorem z ostatniego wagonu wychylił się facet z gitara i powitał mnie wesoło „ what’s surprice ! „ Tym gestem natychmiast zjednał moją sympatię, nerwy i złość minęły. Wspaniały koncert ( Mahal solo, taniec ze słuchaczami oraz wielogodzinny jam sessions do białego rana z Hot Water) pokazał ,że dla artysty najważniejsza jest muzyka. Wszystko inne jest wypełniaczem jego życia. Kiedy o piątej rano odprowadzałem go do hotelu ,totalnie zmęczony zaproponował : Poznań to jest chyba fajne miasto, pokaż mi jakieś knajpy ! Zakończyliśmy w słynnym „ ścieku „ przy ul. Ratajczaka, jedynej wówczas knajpie w mieście czynnej na okrągło. Panopticum towarzyskie: niedopici bohaterowie mijającej nocy, jakieś szemrane panienki, elegancki facet w garniturku ( to ja) i wesoły Murzyn. Pijąc piwo w „ścieku” pilnowałem Mahala ,jak oka w głowie. Wróciliśmy na moment do hotelu po bagaże i wsadziłem muzyka do ekspresu Berolina 9.11 Poznań – Berlin. Taj opowiedział mi wtedy historyjkę, która stała się swoistą blues – anegdotą. Otóż, gdy wyczekiwałem muzyka na dworcu PKP ten jechał (a jakże ) pociągiem z Berlina do Poznania. Kiedy w okolicach Frankfurtu do przedziału weszła straż graniczna i celnicy, Mahal pokazał im paszport, który przypominał wymiętą serwetkę. Artysta piorąc spodnie nie zawsze wyciągał dokument z tylnej kieszeni. Zbulwersowani DDR-celnicy wpadli w szał. Rozbawiony i nie bardzo rozumiejący problem Mahal pragnął rozładować atmosferę: próbował częstować DDR-celników dobrą whisky. Tym przyjaznym gestem wydał na siebie wyrok. Został wysadzony wraz z instrumentami i bagażem z pociągu i pozostawiony sam sobie na dworcu kolejowym we Frankfurcie.Przez kolejne godziny telefonicznie przekonywałem polskich i niemieckich celników, by pozwoli amerykańskiemu artyście pojechać dalej, do Poznania. Już dzisiaj nie pamiętam po której próbie i na jakim szczeblu uzyskałem zgodę. Pod jednym warunkiem – Taj Mahal musi wrócić do Niemiec w określony dzień i o określonej godzinie przekroczyć naszą granicę, by trafić na celników, którzy teraz wspaniałomyślnie pozwolili mu wjechaćmagazyn do Polski. muzyczny Byłem zakładnikiem tego ustalenia, a Taj Mahal moim gwarantem. Być 51 b r zbez m iważnego e n i apaszportu. Po kilku miesiącach napisał mi : to była wspaniała może był to pierwszy przypadek legalnego przekroczenia granicy zabawa; macie wspaniałych celników ,w Szwajcarii trzymali mnie na granicy aż dwa dni !!! .Ponownie zaprosiłem Taj Mahala na koncert Ery Jazzu latem 2006 roku ( więcej : http://erajazzu.eu/site/index.php/archiwum/80 ).  Dionizy Piątkowski


Ballada o Andrzeju P

rzeżył w  Pile ponad ćwierć wieku. Ale niewielu wiedziało o tym, że to właśnie on zapisał jedną z bardziej intrygujących kart w historii polskiego jazzu. W  1967 roku 23-letni Andrzej Brzeski wraz z  kilkoma kolegami z Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Warszawie założył zespół Paradox. Krytycy lubowali się w szufladkowaniu muzyki, a Paradox – z nietypowym instrumentarium (fagotem, puzonem, wiolonczelą, kontrabasem) oraz stylistyką z  pogranicza jazzu tradycyjnego i jazzu nowoczesnego, elementami muzyki ludowej i  baroku, a  później z  free-jazzem – tak łatwo sklasyfikować się nie dał. Nietuzinkowa muzyka zespołu została szybko zauważona – i doceniona. Grupa zapisała na koncie wiele sukcesów na festiwalach jazzowych w  kraju i  zagranicą. W1971 roku nagrała debiutancki album ,,Drifting Feather” (,,Lotne piórko”), za jednym wyjątkiem autorski materiał Brzeskiego. Muzyka Paradoksu wypełniła także jedną stronę płyty ,,Byle bym się zakochała” Marianny Wróblewskiej. Sam Brzeski został zaproszony do realizacji płyty ,,Studio Jazzowe Polskiego Radia pod dyrekcją Jana Ptaszyna Wróblewskiego”, na której zagrała cała ówczesna śmietanka polskiego jazzu: Muniak, Szukalski, Seifert, Urbaniak, Nahorny, Makowicz, Karolak, Stańko, Namysłowski, a  także albumu dokumentującego Festiwal Jazzowy w  Pradze ’70, gdzie wszedł w skład sformowanego na tę imprezę międzynarodowego big-bandu. Paradox przestał istnieć w 1974 roku. Andrzej Brzeski na kolejne 17 lat wyjechał do Skandynawii, grając w hotelach i na statkach. Od czasu do czasu wracał do kraju. W  1979 roku wziął udział

52

magazyn muzyczny

w  ostatniej trasie koncertowej po Polsce – w  składzie zespołu Krzysztofa Klenczona.

* Na początku lat 80. głos serca sprowadził go do Piły. Jeszcze wyjeżdżał na grania do Norwegii, ale tu już coraz bardziej zapuszczał korzenie. Tadeusz Bogucki, lider Blues Menu, na przełomie lat 80. i  90. wokalista grupy Bluesdorf Orchestra: – Szykując się do ożenku z Eweliną Andrzej szukał zespołu „weselnego” i tak trafił do mnie – chałturnika, który zapewniał „oprawę” muzyczną. Wesele odbyło się w zajeździe „Mściwój”, wśród gości było wielu znamienitych muzyków jazzowych, których katowałem swoimi weselnymi produkcjami: tangami, polkami, walczykami. Na początku Andrzej z  Eweliną wynajmowali mieszkanie w  10-piętrowym bloku przy Śniadeckich. Ja mieszkałem blisko, przy alei Powstańców Wielkopolskich. Nasze bloki łączyła betonowa ścieżka, mogliśmy do siebie chodzić w kapciach. Co ciekawe, fundamentem naszej prawie 30-letniej przyjaźni nie stała się początkowo muzyka, ale… telefon. Pracowałem wówczas w  Wojewódzkim Urzędzie Telekomunikacji i miałem jako jedyny w klatce służbowy telefon stacjonarny – na owe czasy oznakę luksusu, rarytas techniki osiągalny dla nielicznych. Andrzej w latach 80. często grywał w Norwegii, załatwiał te kontrakty telefonicznie dzwoniąc właśnie ode mnie. Znajome panie z „międzymiastowej” łączyły go za darmo o każdej porze dnia i nocy. A ja przy tej okazji coraz bardziej go poznawałem prowadząc długonocne rozmowy nie tylko przy herbatce. W prze-

brzmienia


rwach między kontraktami w Norwegii wciągnąłem Andrzeja do big bandu Zbyszko Band, który działał przy Wojewódzkim Domu Kultury w Pile – „jechał” tam na dwa puzony z Kaziem Hamerskim. Zbyszek Starzyński, szef bandu, był niezwykle zadowolony, kiedy puzon Andrzeja („instrument miłosny” – jak mawiał Andrzej – „bo nadaje się do dmuchania i  posuwania”) wydawał z siebie charakterystyczne dźwięki porównywalne do „darcia portek” (określenie Zbyszka). Z czasem, gdy nasza znajomość przeszła w  przyjazną zażyłość, odważyłem się przedstawiać Andrzejowi swoje bluesy. Był bardzo czuły na słowo, potrafił zaingerować w mój tekst konstruktywnie krytykując i z reguły miał rację. Henryk Szopiński, szef festiwalu ,,Blues Express”: – Andrzeja Brzeskiego poznałem na początku 1988 roku. Przyjechał z Tadeuszem Boguckim na jedną z prób mojego zespołu. Graliśmy jeszcze w rockowym Kraterze, ale coraz bardziej ciągnęło nas do bluesa. Kiedy Andrzej wyjął puzon i  pociągnął kilka fraz wiedziałem, że to jest muzyka, którą chcę grać. Andrzej był muzykiem jazzowym, a nam do jazzu było naprawdę daleko, ale to jak grał i jak mówił o muzyce, bardzo wpłynęło na naszą decyzję o założeniu grupy bluesowej. Kiedy w następnych miesiącach urodziła się z tego Bluesdorf Orchestra, miał w niej stałe miejsce. Kiedy wyjechałem z nim na swój pierwszy kontrakt do Norwegii, byłem zaskoczony jego wiedzą, znajomością języków i ogromnym światowym repertuarem, który grał ot tak, „z kapelusza”. Później graliśmy w Norwegii jeszcze kilka razy i to tam, w długie zimowe wieczory, snuliśmy plany na przyszłość. Tam powstawały koncepcje budowy naszych domów, mojego w Zakrzewie i Andrzeja w Głowaczewie, czy festiwalu ,,Blues nad Piławą”.

* W 1987 roku Andrzej Brzeski kupił działkę w Głowaczewie koło Wałcza, schodzącą łagodnym stokiem w stronę rzeki Piławy. - Jak zobaczyłem ten naturalny ,,amfiteatr” od razu pomyślałem, że to idealne miejsce na robienie koncertów. A że grałem wówczas w zespole Bluesdorf Orchestra, zupełnie naturalnym wydało mi się zorganizowanie festiwalu bluesowego – wspominał po latach. Mariusz Szalbierz, redaktor naczelny Faktów Pilskich: – Wiosną 1990 roku Andrzej zapytał, czy wspomógłbym go w  organizacji festiwalu bluesowego. Miał już jego wizję, w plenerze, w Głowaczewie, gdzie budował pensjonat, ja miałem już trochę kontaktów w środowisku bluesowym. On zajął się sprawami organizacyjnymi, ja stroną artystyczną. ,,Blues nad Piławą” zyskał miano ,,małego Woodstocku”. W ciągu czterech lat przez niewielką scenę nad rzeką Piławą przewinęła się niemal cała czołówka polskiego bluesa (m.in. Dżem, Jan ,,Kyks” Skrzek, Nocna Zmiana Bluesa, Free Blues Band, Zdrowa Woda, Easy Rider, Leszek Winder), ale także wykonawcy zagraniczni. Ostatnia odsłona ,,Bluesa nad Piławą” miała miejsce w  1993 roku. Mariusz Szalbierz: – Rok później dość niespodziewanie zapadła decyzja, że festiwalu nie będzie. Nie było jeszcze komórek, Internetu, więc w drugi weekend lipca, siłą przyzwyczajenia, zjechała jeszcze do Głowaczewa setka nieświadomych niczego fanów bluesa. Strasznie żałowali tej imprezy. Przez następne lata Andrzej Brzeski usunął się z muzyczną działalnością w cień. Od czasu do czasu w pensjonacie ,,Nad Piławą” organizował kameralne koncerty dla przyjaciół. Śladem po jednym z nich jest płyta ,,Mike Russell – Blues Party Nad Piławą”.

magazyn muzyczny

Tam też w 2008 roku 40. urodziny świętował reaktywowany na tę okazję Paradox. W ostatnich kilku latach zaczął regularnie pojawiać się na koncertach w pilskim pubie Classic. I coraz częściej z puzonem, włączając się do wspólnego grania. W  2009 roku zorganizował w  Pile Blues Party Festival. O  rok późniejszą edycję wszyscy zapamiętali choćby ze wspaniałego koncertu grupy Mike Russella i Mfa Kery. Tadeusz Bogucki: – Podziwiałem Andrzeja za jego aktywność, za jego pomysły, które realizował pomimo – czasami wydawało się – małej szansy powodzenia. Mariusz Szalbierz: – Nabrał chęci do działania. Miał wizję, by ożywić działaniami kulturalnymi Wyspę, czy park miejski. Na 23 października 2010 roku przygotowywał koncert ,,Tango Argentyny”. Chodził niemal na wszystkie koncerty, bluesowe, rockowe, jazzowe, muzyki klasycznej. Regularnie podsyłał mi z nich relacje na portal i do gazety. Ostatnia ukazała się w październikowym numerze Faktów Pilskich. Było widać, że to, co dzieje się w mieście na niwie kultury nie jest mu obojętne. Zresztą, poza Piłą także, był np. zachwycony imprezami w pubie Opera w Wyrzysku. Przy tym wszystkim był bardzo skromny. Nawet kiedy chciał zagrać, nie pchał się na scenę, lecz stawał skromnie z boku i czekał na swoją kolej. Dla mnie – nomen omen – paradoksem jest fakt, że taki człowiek od ponad ćwierć wieku mieszkał w Pile i tak niewielu kojarzyło jego bogatą jazzową przeszłość. Tadeusz Bogucki: – Dzięki niemu poznałem i miałem wielką satysfakcję współpracować z tak wybitnymi muzykami jak Andrzej Nowak (Niemen Aerolit), Sławek Piwowar (Paradox, SBB), czy Włodek Halik (Hagaw). W listopadzie 2008 roku w obornickim klubie ,,Bajka” nagraliśmy materiał live z  okazji 10-lecia działalności Blues Menu. Oczywiście, Andrzej był wówczas z  nami i swoim puzonem czarował publikę.

* Mariusz Szalbierz: – W czwartek 14 października 2010 roku był akurat jam session w Classicu, kiedy ktoś przyniósł wiadomość, że Andrzej jest w szpitalu. Wykręciłem numer jego komórki. Odpowiedziała cisza, żadnego sygnału. Dzień wcześniej muzyk skarżył się, że chyba łapie go grypa. W nocy ze środy na czwartek żona znalazła go nieprzytomnego w łazience. Nazajutrz umieszczono go na oddziale intensywnej terapii. Rozpoznanie: bakteryjne zapalenie pnia mózgowego i mózgu. Nie odzyskał już przytomności. Ostatnie trzy dni życia spędził w stanie śpiączki farmakologicznej. Zmarł 19 października ok. drugiej w nocy. Mariusz Szalbierz: – Zadzwonił z tą informacją Tadek Bogucki. Usiadłem do komputera i napisałem krótki tekst zakończony słowami, że kiedyś wszyscy razem zagramy w tej Wielkiej Niebiańskiej Orkiestrze. Później zatelefonował Waldek Pająk: ,,Wiesz, nawet nie to, że jest mi smutno. Ja jestem po prostu zły!”. Małgorzata Chwiłkowska-Kępczyńska, przyjaciółka rodziny Brzeskich: – Andrzej nie chciał się zestarzeć, dbał o siebie, biegał, utrzymywał kondycję. I to mu się udało. Tylko że ta przeklęta choroba działa podstępnie i bez uprzedzenia. Na kogo wypadnie, na tego bęc! Niestety, wypadło na niego… Tadeusz Bogucki: – Nasz jubileuszowy koncert w klubie „Bajka” w Obornikach Śląskich z okazji 10-lecia działalności zespołu wydaliśmy na płycie. Ostatniej, na której słychać Andrzeja. Tę płytę zadedykowaliśmy właśnie jemu. Dobremu i ciepłemu człowiekowi.

brzmienia

Mariusz Szalbierz

53


JAREK ŚMIETANA – niedokończona rozmowa, niespełnione plany…

W

iadomość o  śmierci Jarka Śmietany, jak każda zła, rozeszła się lotem błyskawicy. Zalała media, była gorącym newsem. Zastanawia mnie dlaczego „dobry” news musi wiązać się nierozerwalnie z katastrofą, rozpaczą, cierpieniem… Takie czasy, ktoś powie. Nie bardzo zgadzam się z takim podejściem i  takim rozumieniem roli przekazu wiadomości. Informacja tragiczna, a taką bez wątpienia była puszczona w eter wieść o zgonie Jarka, wymaga choćby chwili refleksji, jakiegoś szczególnego rodzaju uszanowania majestatu śmierci, może nawet próby prezentacji krótkiego szkicu związanego z osobą, której już między nami nie ma, a przecież wiedząc o jego wielomiesięcznym zmaganiu się z chorobą, można było z tą myślą powoli się oswajać. Każdy, kto znał pozytywne nastawienie Jarka do życia, jego wiarę i hart ducha w tych trudnych miesiącach, był myślami z  nim i  odsuwał czarne myśli w kąt – zgodnie z zasadą – że nadzieja umiera ostatnia. Wbrew rokowaniom, liczyliśmy na jego wygraną w tej nierównej walce. Informacje były początkowo lakoniczne, kolejne prezentowały już encyklopedyczny skrót biograficzny: „W  poniedziałek, 2 września, w  wieku 62. lat zmarł w  Krakowie Jarosław Śmietana. Wybitny gitarzysta jazzowy, kompozytor i wykładowca muzyki jazzowej. Swoją zawodową przygodę z muzyką jazzową rozpoczął od współpracy Dżamble. Wcześniej grał w amatorskim zespole bluesowym Hall, z  którym uzyskał wyróżnienie na festiwalu Jazz nad Odrą w 1972 roku. W latach 1975 – 1987 był liderem legendarnej grupy Extra Ball, później występował w zespole Sounds, Symphonic Sound Orchestra, zespole Namysłowski/Śmietana Quartet i  w  przedsięwzięciu skupiającym czołówkę polskiego jazzu Polish Jazz Stars. Wydał ponad 30. autorskich płyt, ponad 50. ukazało się z jego udziałem …i niezliczona ilość kon-

54

certów. Prezenter pominął wprawdzie ważną, wieloletnią współpracę z Adamem Czerwińskim i Wojtkiem Karolakiem i kilka innych istotnych przedsięwzięć, które Jarek inicjował i nadawał im ton, ale to należy położyć na karb konieczności dokonania skrótów charakteryzujących tego typu informacje. Pierwsze opinie jakie się pojawiły, to były wypowiedzi Tomasza Stańki i redaktora naczelnego „Jazz Forum” Pawła Brodowskiego – stonowane, refleksyjne i takich należało się spodziewać, bo oddawały to, co na temat Jarka sądzą muzycy i krytycy, niezależnie od stopnia wzajemnej bliskości, zażyłości prywatnej i muzycznej. T. Stańko: To niepowetowana strata. Jarek był to jeden z  bardziej ciekawych gitarzystów i cały czas nasze drogo się krzyżowały w  Krakowi. Nie graliśmy za często, ale grywaliśmy naturalnie na jamach i jakichś różnorodnych, nietypowych sytuacjach. Ja go bardzo ceniłem. To był bardzo inteligentny muzyk. Był bardzo jazzi – typowy jazzowy muzyk – osłuchany, grał z największymi muzykami. P. Brodowski: Śmierć Jarka to strata nie tylko dla polskiego jazzu ale i  światowego. Jarek nagrywał i  koncertował z  wielo-

magazyn muzyczny

brzmienia

ma muzykami światowej sławy [wymienię kilku: Freddie Hubbard, Eddie Henderson, David Gilmor, Joe Zawinul, Art Farmer, Gary Bartz, Joe Lovano, John Abercrombie, Steve Logan, Mike Stern, Jerry Goodman, Bennie Maupin, Lee Konitz, Nigel Kennedy, Zbigniew Seifert… – przyp. aut. B.R.] . Był muzykiem europejskiej klasy, jednym z  najlepszych w  Europie, absolutnie najlepszym gitarzystą w  Polsce i  to od wielu lat. Przeprowadzaliśmy w  „Jazz Forum” taką ankietę „Jazz Top” na najpopularniejszych muzyków w  roku i  niezmiennie, zawsze z przytłaczająca przewagą głosów, zwyciężał Jarek Śmietana, nie dając nikomu szans. Patrzę na stos płyt analogowych, kompaktowych i dopiero teraz zdaję sobie w pełni sprawę z jak wielkiej skali muzykiem mieliśmy do czynienia. Nie będę przytaczał szczegółowej biografii czy dyskografii Jarka, bo to zajęłoby kilka stron. Wszystko to znajdzie czytelnik w  encyklopediach muzycznych lub na stronach internetu. Precyzyjnie rozpisane w  latach, skatalogowane, usystematyzowane. Zapewne możemy spodziewać się wkrótce (i na to mocno liczę) wydania jego monografii. Należy się mu taka jak każdemu, zasłużonemu dla rozwoju polskiej sceny jazzowej. Nie bardzo wiem, kto i jak tę wyrwę, którą po sobie pozostawił, będzie mógł wypełnić muzyczną treścią na poziomie wykonawczym, do jakiego przez te wszystkie lata swej aktywności nas przyzwyczaił. Gdy ten teks dotrze do czytelnika, prochy Jarka będą już spoczywały w Alei Zasłużonych na krakowskim Cmentarzu Rakowickim, my zaś – każdy na swój sposób – przeżywać będziemy kolejną, bolesną stratę, jaka dotknęła w ostatnich latach polskie środowisko jazzowe. Przeżywać, słuchając muzyki, jaką nam pozostawił, przysłuchując się wspomnieniom bli-


skich, znajomych, przyjaciół… Kilka z nich już poznaliśmy dzięki audycji Tomasza Szachowskiego w PRII „Summertime – jazz na lato”. Adam Czerwiński, Wojciech Karolak, Antoni Krupa czy Paweł Brodowski opowiadali w jakich okolicznościach Jarek pojawił się w ich życiu i na muzycznych przykładach, wybranych z setek nagrań, próbowali go ocenić zarówno jako gitarzystę jazzowego – niekwestionowany od lat Number One pośród polskich gitarzystów – jak i człowieka o charyzmatycznej osobowości, wulkanie energii, ogarniętego pasją twórczą. Tak kompozytorską jak i  wykonawczą, mającego przy tym rzadko spotykany wśród muzyków zmysł organizacyjny. Był w tym naprawdę niedościgniony – a to także wielki walor i zaleta – ważna w trudnych czasach komercjalizacji i prywatyzacji rynku wydawniczego. W  tym miejscu przejdę do ważnego dla mnie spotkania z Jarkiem – tu nasuwa mi się nieodparcie wzorzec rejestracji płyty „Phone Consultations” z 1996 roku, nagranej z Karolakiem, Czerwińskim i gościnnie Szukalskim, czy sposób nagrywania w 2009 roku znakomitej płyty „A  Tribute To Zbigniew Seifert”, dedykowanej Zibby’emu w  30. rocznicę śmierci naszego genialnego skrzypka jazzowego – o czym będzie jeszcze mowa. Mam na myśli nasze „spotkania” na odległość. Dzięki kilku telefonicznym rozmowom, których treść w koniecznym skrócie zaprezentuję, pokazując czy potwierdzając kolejne cechy charakteru Jarka. Chodzi o otwartość na innych, zrozumienie potrzeb drugiego człowieka, mającego do rozwiązania jakiś problem oraz zatroskanie sprawami polskiej kultury w ogóle. Po raz pierwszy zadzwoniłem do Jarka 24 listopada 2010 roku – ostatnia rozmowa to w zasadzie kurtuazyjne złożenie wzajemnych życzeń noworocznych w  przeddzień 2011 roku. Pretekstem do tych rozmów były prace nad organizowaną przeze mnie imprezą: „Dni Zbigniewa Seiferta w Trzciance”, jaką planowałem na początek 2011 roku. Było to wydarzenie muzyczne „Violin Summit – A Tribute To Zbigniew Seifert” 18-19 lutego z udziałem dwóch zespołów czołowych polskich skrzypków młodego pokolenia: Adama Bałdycha – Damage Control oraz New Trio – Mateusza Smoczyńskiego. Ale także wystawy gromadzącej oryginalne archiwalia (partytury, listy, plakaty, nagrody, zdjęcia…), otrzymane od siostry Zbyszka – Gosi Seifert, biografki – Anety Norek, kilku innych przyjaznych mi i projektowi osób oraz instytucji, ale także właśnie od Jarka Śmietany. I  tu szybko przechodzę do tych

rozmów. Broń Boże nie negocjacji, bo już pierwsze zdania pokazały, jak przyjaźnie do mojego projektu Jarek był nastawiony. Bogdan Ratajczak: Panie Jarku, czy mógłbym zająć pięć minut? Jarek Śmietana: Tak, tak słucham. B. R.: Przygotowuję imprezę poświęconą Zbyszkowi Seifertowi. To będzie wystawa z pamiątkami po Zbyszku, połączona z promocją jego monografii autorstwa Anety Norek, a  także koncertami Mateusza Smoczyńskiego i  Adama Bałdycha, którzy zagrali na pańskiej płycie poświęconej Seifertowi. J. Ś.: Świetny pomysł, godzien pochwały, ale w czym mógłbym pomóc? B. R: Chodzi o  informacje oraz materiały zdjęciowe związane właśnie z  tą płytą, a  także wspomnienia na temat okoliczności wykonania zamieszczonych na okładce zdjęć z koncertu w Jaszczurach, który znamy z  płyty Seiferta „Kilimanjaro”, zarejestrowanej live 14 listopada 1978 roku. Chodzi też o  możliwość uzyskania tych zdjęć, które chciałbym wykorzystać jako eksponaty na planowaną wystawę. J. Ś: Co by pana szczególnie interesowało? B. R: Na przykład o  informacje dotyczącą muzyków, którzy są na zdjęciach, a  nie znajduję ich pośród grających wspomniany i  zarejestrowany wówczas koncert. Widzę, że na perkusji gra Adam Bronikowski z Extra Ball, a nie Mieczysław Górka z Laborki. Skąd wziął się Tomek Stańko, przecież na „Kilimanjaro” go nie słychać? J. Ś: Dokładnie tego już nie pamiętam. To była minitrasa grana w  różnych składach. Koncert nagrany w Jaszczurach był jednym z  nich. Były także jamy, grane po koncertach. Tylko pierwszy koncert na bębnach grał Górka, a potem do końca Bronikowski. Pamiętam też drugi koncert w Jaszczurach

magazyn muzyczny

brzmienia

i wtedy dołączył do nas Stańko. To jam sessions mogło być równie dobrze po koncercie z Mieciem Górką, albo jest to drugi koncert innego dnia. Taka alternatywa… B. R: Rozważmy tę alternatywę jam sessions. Zbyszek był chory, czy on miał tyle sił, aby grać jamy? J. Ś: Tak, tak, był chory, ale był w  bardzo dobrej formie. Jest więc możliwość, że to zdjęcie wykonano podczas jamu. Niech pan sprawdzi jak jesteśmy ubrani – ja i  on. Ja tego teraz nie sprawdzę, bo mnie nie ma w domu i jeszcze kilka dni mnie nie będzie. B. R: Pan ma długi szal, inne fotografie koncentrują się na postaci Zbyszka, a ja nie mam możliwości porównania zdjęć z jamu z tymi, wykonanymi podczas koncertu płytowego. To zdjęcie ze Stańką jest wyrwane z kontekstu. Zbyszek jest ubrany w t-shirt z  napisem Northwestern-University… To była czerwona koszulka, która jest widoczna na rewersie okładki płyty „Passion”. J. Ś: Wyciągam z  tego wniosek, że jest to jam grany po koncercie i  na pewno są to Jaszczury. Tak to zostawmy na tę chwilę, bo trudno jest mi jednoznacznie rozstrzygnąć na odległość te wszystkie faktograficzne detale. B. R: Mam prośbę związaną z  tymi zdjęciami. Powiększyłem te, zamieszczone na okładce „A  Tribute To Zbigniew Seifert”, ale one wówczas tracą na jakości, poza tym nachodzą na siebie, są fragmentaryczne. Zależałoby mi na oryginałach, które po powiększeniu mógłbym wykorzystać jako eksponaty wystawiennicze. Czy mógłbym otrzymać je do tych celów od wydawcy lub producenta? Zależy mi na tym, bo nic tak dobrze nie robi na wystawie jak obraz, film czy dźwięk. Skora nie mamy zbyt wielu zdjęć z tego koncertu, każde jest na wagę złota. Chciałbym, aby ta wystawa przybli-

55


żyła mieszkańcom Trzcianki postać Seiferta, który w tej chwili funkcjonuje tu na zasadzie nota enigma, nazwiska, hasła. Mało kto wie kim był, o jakiej skali muzyku mówimy. Chciałbym więc to hasło zamienić w ucieleśnioną postać genialnego skrzypka i wspaniałego człowieka. J. Ś: Nie widzę problemu, gdyż to ja jestem wydawcą, pomysłodawcą…Chętnie panu pomogę, Muszę jednak z góry powiedzieć, że problem jest w tym, że te zdjęcia są w  bardzo słabej kondycji. Użyłem zdjęć jaki mam a one są, jakie są. Myśmy je „rasowali” i na okładce są „jako takie”, ponieważ są pomniejszone, natomiast w oryginale są bardzo słabe i blade. Ja te zdjęcia oczywiście mam, ale od razu mówię, że trzeba je bardzo ”podrasować”, aby były powiększone do formatu A-4. No i termin… Jeśli się panu nie pali tak strasznie, proszę się nie niepokoić, uzbroić się w  cierpliwość i  spokojnie czekać. Muszę powiedzieć, że tej jesieni mam coś niebywałego, jestem w ciągłej trasie. Wpadam do domu na jedno popołudnie żeby zmienić rzeczy i na drugi dzień wyjeżdżam. I tak mam zaplanowane aż do Wigilii. Natomiast potem następuje jakaś dziwna przepaść i nie mam nic. Gdyby zechciał pan do mnie zadzwonić po świętach, będę gotowy na spokojna rozmowę, będę spokojnie siedział w  domu kontemplował święta, odpoczywał nigdzie nie będę wyjeżdżał w trasy. Proszę jedynie przypomnieć się, nawet następnego dnia po świętach. Odnajdę te zdjęcia i panu wyślę. Nie ma z tym żadnego problemu, chodzi jedynie o to, abym miał spokojna głowę. W  trasie wprawdzie mam komputer, ale odpowiadam jedynie na najpilniejsze sprawy, a tego rodzaju korespondencję muszę robić na spokojnie. B. R: To mnie całkowicie uspakaja i  zadawala. Mnie ten czas zupełnie zadawala i daje mi komfort dalszego planowego działania. Bardzo dziękuję za tę deklarację i życzę, żeby po świętach nie było jednak tego spokoju zbyt wiele, bo w życiu muzyka koncertującego tego spokoju nie może być… J. Ś: To fakt, ale jednak pragnę spokoju choćby do Sylwestra. Potem niech się znowu zacznie coś dziać. Wie pan co, nie uwierzy pan, ale od 6 sierpnia do 23 grudnia mam tylko dni wolne w  postaci „przerzutu” tzn. jazdy, transportu…Nie ma takiego dnia, abym nie był w pracy. B. R: Jeśli jeszcze mogę zająć chwilkę, zapytam o Zbyszka Seiferta. Bo z pewnością to nie przypadek, że dedykował mu pan swoją ostatnią płytę w całości z jego kompozycjami? Mam naprawdę duży wybór rzadkich, często nigdzie niepublikowanych na-

56

grań Zbyszka. Czy to mogłoby pana zainteresować, chciałbym w  drodze podziękowania przekazać panu to, co pana interesuje, a czego nie posiada? J. Ś: Ależ naturalnie, z ogromnym zaciekawieniem o  tym porozmawiam, ale w  trakcie naszej kolejnej rozmowy, bo teraz naprawdę nie mam głowy, aby o  tym pomyśleć, poza tym muszę sprawdzić co mam, W tej chwili z pamięci tego nie powiem, bo ja mam rzeczy aktualne, do których zaglądam, kiedy mi przyjdzie na to ochota. Oczywiście bardzo chętnie skorzystam z  wszelkich materiałów, bo Zbyszek był moim przyjaciele, powiem więcej, gdyby nie on, pewnie nie grałbym jazzu, znaliśmy się bardzo blisko więc jestem zainteresowany tą propozycją i faktem żeby jak najwięcej ludzi pamiętało o nim. B. R: Tu się zgadzamy, bo dokładnie dlatego ja to robię na swoim terenie. Bo gdy kilku znajomym zadałem pytanie, kim dla nich jest Seifert, obaczyłem wielkie oczy i  pytanie, a  kim on jest? Czy to producent lodówek, czymże innego, markowego sprzętu gospodarstwa domowego. Przykre to co mówię, ale taka jest świadomość o Zbyszku w tzw. „terenie” i smutna prawda. J. Ś: No właśnie, w takich czasach żyjemy. Ja mam to samo. Wyprodukowałem płytę za własne pieniądze Kosztowało mnie to naprawdę bardzo dużo i  muszę powiedzieć, że jestem mocno rozczarowany, bo myślałem, że sprzedam tę płytę i  wrócą mi się koszty. Dzisiaj mogę stwierdzić,, że daleka do tego droga. Nie ma większego zainteresowania, a wydawać by się mogło, że to powinno być naturalne wśród fanów jazzu. B. R: Niech wiec pan zwróci uwagę, na co ja się porwałem w małym miasteczku, w którym w ogóle nie ma tradycji słuchania jazzu, a nazwisko Seifert znaczy tyle, co… opisałem tę sytuację w poprzednim pytaniu. Poprosiłem Adama Bałdycha i Mateusza Smoczyńskiego, aby wpisali mnie w  swoje trasy. Szukam środków pośród znajomych, wykładam – podobnie jak pan – własne pieniądze, miasto się odwraca (udostępnia mi jedynie sale i sprzęt), ale za chwilę będę miał problem finansowego spięcia budżetu i odpowiedź typu: „chciałeś to rób”. Nie chodzi o to, aby się skarżyć, bo ja gotów jestem dla promocji Seiferta uczynić wiele, bo niezwykle cenię i kocham jego muzykę i wiem, że nie ma innej drogi, aby krzewić kulturę wysoką i przypomnieć naszego zapomnianego geniusza skrzypiec. J. Ś: Pełna zgoda. Dodam, że robimy to przede wszystkim dla siebie i własnego do-

magazyn muzyczny

brzmienia

brego samopoczucia. Jest pan człowiekiem o pewnych horyzontach i o pewnym poziomie intelektualno-etycznym, więc podobnie jak ja, robimy to dla siebie. To tak już jest. Dobre rzeczy robi się głównie dla siebie. To nie jest komercyjne i na tym się nie zarabia. Natomiast my mamy zaspokojona swoją świadomość, że robimy coś dla dobrej sprawy. B. R: To świadomość tego, że zrobiło się dobrą rzecz, ten wewnętrzny imperatyw pozytywnego działania. J. Ś: Absolutnie, ma pan racje, żadne pieniądze tego nie zastąpią, ale też wielu ludzi tego „nie czuje”. B. R: Nie chciałbym przedłużać. Mam jednak jeszcze pytanie o skład muzyków, których pan zaangażował do swego Seifertowskiego projektu. Pierwotnie planował pan, że na płycie zagra Urbaniak. J.Ś.: Właściwie nie powinienem tego mówić, ale… panu powiem: Urbaniak najpierw się zgodził, a potem odmówił. Powiedział mi to w  takiej formie, że zrobiło mi się przykro. Stwierdził, że nigdy nie lubił specjalnie muzyki Seiferta i się wycofuje. Nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć, bo wytrącił mi wszelkie argumenty. Planowałem jego udział, ale wówczas już nie walczyłem o to i specjalnie się nie martwiłem, choć nadal uważam, że on powinien tam być jako Polak, jako znany skrzypek. Coś złego chyba się stało, bo mam z nim dość dobre układy, może przyjacielskie, to zbyt mocno powiedziane, ale jesteśmy bardzo dobrymi, bliskimi znajomymi. I gdy on się zgodził na udział w tej płycie, widziałem sens jego uczestnictwa. Gdy doszło już do konkretów i  zaczęliśmy nagrywać, wtedy niespodziewanie się wycofał, mówiąc to, co powiedziałem przed chwilą. B.R,: No tak, trudno dyskutować z  kimś, kto określa się jednoznacznie: „to nie moja muzyka”. Ale jest cała plejada znakomitości wiolinistyki jazzowej. Mogę jedynie powiedzieć chapo ba, bo dobrał pan elitę pośród skrzypków. Oni zapewne nie dojechali na nagrania, myślę o tych z Europy i Stanów? J.Ś.: Takiego budżetu nie mieliśmy, a więc nie było na to szans. Oni po prostu dostali nagrania i nagrywali to w swoich studiach. Każdy swoja partię. B.R.: Naszła mnie taka refleksja. Walczymy z tak oporną materią przy okazji upamiętniana człowieka, który oddał życie muzyce, żył z pasą dla jej tworzenia J.Ś.: To jest straszliwa ubogość tego kraju, gdzie zajmują się głównie piłka nożną – to jest ich główny plan, a kultura i sztuka jest na zupełnym ostatku. W tym kraju przeznacza się miliardy na zbrojenie, na ar-


mię, na piłkę nożną, a na kulturze oszczędza. W związku z tym nie ma ludzi, którzy przy kulturze pozostają, bo nie ma pieniędzy. Pozostają skrajni pasjonaci, którzy to robią. Natomiast w  ogóle nie ma profesjonalistów, bo z tego nie ma pieniędzy i ciężko jest powiązać koniec z końcem. To jest absolutna wina sposobu rządzenia nami. Wypaczenia demokracji… B.R.: W przypadku kultury nie ma prostego przełożenia na demokratyczną większość, decydującą o  jej kształcie. Jeśli mi ktoś w  gminie mówi, że my miastu musimy zapewnić popową kulturę a nie sztukę i kulturę pisaną z dużych liter, bo tak jest w demokracji, gdyż to większość ma rację, to ja się na to nie godzę. Twierdzę, że nie może być zgody na takie postawienie sprawy, gdyż w ten sposób nie byłoby n..p. Warszawskiej Jesieni, Kantora, teatru eksperymentalnego, muzyki klasycznej… J.Ś.: Oczywiście. Niczego by nie było. Nie byłoby J. S. Bacha, Mozarta, Beethovena, Czajkowskiego… Wielkie dzieła powstawały na zamówienia dworu, który był wykształcony i  byli to mądrzy ludzie, będący mecenasami – odpowiednikiem naszego rządu, a demokratyczny lud pewno chciałby uciechy i zabawy ludycznej. B.R.: Zdajemy sobie z tego sprawę. Zatem – pańskim zdaniem – co lub kto jest hamulcowym i  decyduje o  takiej sytuacji w  naszej kulturze? Przecież to są rozumni ludzie i widzą co się dzieje? J.Ś.: Żyjemy w  takim kraju, który dopiero przeszedł metamorfozę i  u  nas jest ciągłe ścieranie się poglądów na każdą sferę życia. Jest nieustająca walka polityczna i  to jest główny temat życia w mediach. Myśmy jeszcze się nie ustabilizowali i  nie dorośliśmy do takiej formy debaty, żeby odejść od tej przepychanki, żeby nie było straszenia nas Rosją albo innymi sprawami. Chodzi o to, abyśmy w końcu stali się normalnym krajem, średniozamożnym, który może zająć się także kulturą. A tymczasem ci, którzy żądzą, to są ludzie i w pewnym momencie walczyli o  wolność. Teraz dorwali się do władzy i realizują swoje chore projekty. Przy całym szacunku dla nich, to nie są ludzie, których widzimy w  teatrze, na Konkursie Chopinowskim czy koncercie jazzowym. B.R.: Ale ministra kultury mamy chyba na poziomie? J.Ś.: Tak, ale budżet jaki on dostaje od rządu, na niewiele pozwala. Mamy owszem kulturę, ale piłki nożnej. To są przede wszystkim piłkarze. To jest niedopuszczalne. Dla mnie to jest swołocz. Na potwier-

dzenie przytoczę fakt z zakończonego Konkursu Chopinowskiego. Nie było żadnego z decydentów, których widzę na stadionach. Prezydent Komorowski, dzięki Bogu, pojawił się na samym finale konkursu. Zachowujemy się, jakbyśmy byli krajem, który stoi na piłce nożnej, a my jesteśmy na jakimś 170 miejscu w rankingach. Daleko za Afryką. Pieniądze jakie łoży się na kulturę są śmieszne w stosunku do tych inwestowanych w stadiony. Filharmonii nie ma w Krakowie, sali koncertowej nie ma. W Warszawie rozsypuje się wszystko. Na to pieniędzy nie ma, natomiast stadiony powstają. B.R.: Opisuje pan rzeczywistość Polski w  skali makro – globalną. Natomiast proszę sobie przenieść ją na prowincję, to zobaczy pan realia z jakimi my musimy się borykać, przy organizacji najmniejszego programu artystycznego z ambicjami. To przysłowiowe walenie w  mur obojętności, tumiwisizm, do-emeryckie etaty „z  urzędu” w  jednostkach kultury, pozoranctwo, dyletantyzm, brak dobrej woli…No i brak bazy – oświetlenia, małych scen czy choćby fortepianu. O czym mówimy? O realiach, w których – z pozoru – ponoć wszystko gra, a samorządowcy mają świetne samopoczucie. J.Ś.: To dopiero jest dramat. Jak już mówiłem, priorytet ma piłka nożna a nie kultura. Można mieć różne zdanie na temat posła Palikowa, ale jeden z  postulatów jego partii brzmi: przeznaczyć 1 % budżetu na kulturę. Rozumiem, że te pieniądze mają iść nie na pop, ale na popieranie sztuki wysokiej. Pop ma bronić się sam i samofinansować, bo to przedsięwzięcia stricte komercyjne. [Tu niestety Jarek nie okazał się dobrym prorokiem: prawie 6 mln. zł przeznaczyło Min. Sportu na dofinansowanie koncertu Madonny – przyp. aut. B.R.] B.R.: Uczestniczy pan od samego początku w  festiwalu Jazz w  Lesie w  Sulęczynie. Mam ubiegłoroczny plakat z tej imprezy i  on jest dla mnie argumentem w  rozmowach z  władzami miasta, że można robić wydarzenia w małej społeczności. Grał pana zespół z  występującym gościnnie, światowej sławy skrzypkiem – ex Mahavishnu Orchestra – Jerry Goodmanem, grał Zbigniew Namysłowski, Leszek Kułakowski…czyli można, ale trzeba chcieć. Musi być przyjazna atmosfera i ludzie nastawieni pozytywnie. To wszystko nie tkwi nawet w  braku środków, a  w  mentalności tych, którzy o tym decydują. J.Ś.: Wie pan co, nie do końca tak jest. Ponieważ ten festiwal robimy sami. Adam Czerwiński, podobnie jak pan, przez cały rok zbiera pieniądze po sponsorach i  nikt

magazyn muzyczny

brzmienia

mu w tym nie pomaga. Ani gmina, ani powiat. Oni natomiast dokładają się w znikomym procencie i bardzo chętnie się pod tym podpisują, chwaląc się, że mają międzynarodową imprezę. Gdyby nie determinacja kilku ludzi, którym na tym zależy, to by tego nie było. Proszę mi wierzyć. B.R.: Wierzę i  odczuwam to na co dzień z  być może naiwną nadzieją, że z  czasem te działania muszą przynieść zmianę w stosunku do takich inicjatyw. Trzeba być dobrej myśli. I z takimi przystępuję do organizacji „Dni Seiferta w  Trzciance”, a  później, gdy to wypali i  nie stracę lub stracę niewiele, to będę myślał być może i o panu. Chciałbym, aby do Trzcianki zawitały zespoły, które znaczą coś w kulturze jazzowej Polski. Mam tęsknotę do dużych nazwisk: Jarka Śmietany, Zbyszka Namysłowskiego, Wojtka Karolaka, Włodzimierza Nahornego… Dlaczego nie? Ale o tym porozmawiamy przy następnej okazji. Na teraz wielkie dzięki za rozmowę przesyłam pozdrowienia świąteczne i noworoczne. J.Ś.: Dziękuję, proszę się odezwać w  sprawie zdjęć, a  jeśli chodzi o  pańskie plany, wrócimy do tej rozmowy, gdy zacznie się coś krystalizować. Jestem jak najbardziej na tak. Porozmawiamy dłużej w Trzciance. Pozdrawiam serdecznie. Epilog. Zdjęcia Jarka z Jaszczurów z koncertu ze Zbyszkiem Seifertem otrzymałem w styczniu 2011 roku. Kilkanaście nigdzie nie publikowanych. Pokazałem je na wystawie. W  roku 2012 zorganizowałem kolejna imprezę: „Dni Krzysztofa Komedy w  Trzciance”. Wypadły znakomicie, relacjonowałem to w  „Brzmieniach”. Zwieńczeniem tego wydarzenia był trzcianecki koncert nowojorskiego kwintetu Komeda Project w  ramach ich polskiej trasy, którą w  jakimś stopniu współtworzyłem. Jednym z  etapów tournee był ich koncert w ramach „Jazzu w Lesie” w Sulęczynie. Zagrali obok zespołu Śmietany, a ja otrzymałem zapewnienie Adama Czerwińskiego, że w  ramach naszej współpracy, dojdzie do koncertu Jarka z  zespołem w Trzciance. Szykowałem się na rok 2013, jednak życie skorygowało te plany w sposób okrutny. Seria koncertów Śmietana & Olejniczak Kwartet zakończyła się w  poznańskim „Blue Not” 12 styczniu 2013 roku. Trzcianka niestety była zbyt odległa. W czasie i przestrzeni. Nie doszło do planowanej rozmowy Face To Face. Ciąg dalszy napisało życie. Bogdan Ratajczak Zdjęcia Macieja Dyląga i Andrzej Wilak

57


ODSZEDŁ RAY DOLBY 12

września 2013 r.w swoim domu w Kalifornii zmarł osiemdziesięcioletni inżynier Rey Dolby. Nastolatek z Pasadeny zainteresował się techniką zapisu dzwięku. Rezultatem tej pasji było w 1949 roku udoskonalenie pierwszego magnetofonu. Urządzenie miało liczne wady; zniekształcenia dzwięku, wynikające z nierównomiernego przesuwu taśmy, szumy i zakłócenia wynikające nie tylko z  niedoskonałości dzwięku, ale właściwości taśmy. Mimo wszystko był przekonany, że zapis dzwięku, a w przyszłości i obrazu na taśmie magnetycznej ma ogromną przyszłość. Rezultatem tej pasji były studia inżynierskie i kontynuowane w Cambridge teoretyczne z dziedziny fizyki. Szybko Rey Dolby daje się poznać jako zdolny inżynier i wynalazca. Współpracuje przy skonstruowaniu pierwszego urządzenia do zapisu obrazu na taśmie magnetycznej Ampex w 1956 roku. Rozpoczyna się epoka wideo. Tymczasem Rey kontynuuje studia, a  następnie odbywa podróż do Indii. Po powrocie do Anglii, w 1965 roku w Londynie zakłada firmę Dolby Systems Inc. Firma jest raczej czymś w rodzaju laboratorium naukowego i miejscem testowania wynalazków, niż typowym przedsiębiorstwem z dynamicznie rozwijającej się branży elektronicznej. Pierwsze zlecenia płyną z telewizji i branży filmowej, chodzi o rozwiązywanie problemów studiów nagraniowych i emisyjnych. Jednak prawdziwą sławę i  ogromne zyski przynosi wynalazek znajdujący zastosowanie w masowej produkcji. W 1969 firma opatentowała filtr szumów znany jako „Dolby A”. W latach siedemdziesiątych każdy audiofil, posiadacz sprzętu klasy Hi-Fi marzył, aby na panelu wzmacniacza znajdował się przycisk z napisem „Dolby”. Tajemniczy układ elektroniczny eliminował szumy. Kiedy odtwarzało się płytę winylową, czułe przetworniki magneto-dynamiczne przenosiły nie tylko wiernie zapisane w rowkach czarnego krążka

58

magazyn muzyczny

dzwięki, ale też dodawały szumy i trzaski, wynikające z niedoskonałości nośnika. Do tego dochodziły szumy samego sprzętu. Zastosowanie filtra „Dolbby A” poprawiało w stopniu radykalnym wrażenie, dawało złudzenie bliskości oryginału. Firma inżyniera Dolby rozwijała technologie „czyszczenia dzwięku”, pozbywania się nie chcianych zjawisk akustycznych już na etapie rejestracji w studiach nagraniowych. Mimo popularności filtra, w epoce elektroniki analogowej, stosowanie go w popularnych urządzeniach domowych nie było opłacalne. Do drogich zestawów audiofilskich wkrótce trafił udoskonalone filtry B i C. Tymczasem firma Dolby zdobywa nowe kontrakty, związane z przemysłem filmowym. W latach siedemdziesiątych technika filmowa przechodzi prawdziwą rewolucje, ale towarzyszący tym obrazom dzwięki nie oferują nowych doznał. Firma opracowuje nowy sprzęt do rejestracji dzwięku dla kamer, liczne urządzenia do efektów specjalnych.W  salach kinowych panoramiczny ekran i dzwięk stereofoniczny stał się standardem w latach siedemdziesiątych. Prawdziwa rewolucja w dziedzinie reprodukcji dzwięku towarzyszącego obrazowi nastąpi w 1987 roku. W kinach pojawia się tajemniczy wynalazek znany jako „Dolby S”, czyli „dolby Seround”; dżwięk otaczający w systemie Dolby. Percepcje obrazu wyznacza kadr, proporcje ramki, już dawno wprowadzono szeroką taśme i skutkiem tego ekran panoramiczny. Jednak dzwięk mógł docierać do widza z różnych punktów. Iluzja była tak doskonała, że miało się wrażenie bycia w środku sceny. Firma Kodak wprowadziła standard w fotografii, taśmie filmowej, ale nowe stulecie, to epoka cyfrowego zapisu obrazu i dzwięku. Przestała istnieć, a w epoce cyfrowej standard „dolby S” jest ciągle obowiązujący nie tylko w kinie, ale i w video.

brzmienia

Andrzej Wilowski


J. J. CALE – ulubieniec gitarzystów (1938 – 2013)

Ś

mierć tego amerykańskiego gitarzysty i wokalisty poruszyła wielu muzyków a także odbiorców jego rozleniwionej do granic możliwości muzyki – określanej przed laty jako „laid back”. To beztroskie, swobodne granie było znakiem rozpoznawczym J.J. Cale’a. Muzyk urodził się 5 grudnia 1938 roku w Oklahoma City jako John Weldon Cale i już od najmłodszych lat przejawiał zainteresowania muzyczne a z biegiem lat zainteresowania amerykańskim folkiem i bluesem. Mimo, iż nigdy nie traktował swego powołania poważnie to zawsze podchodził do swojej twórczości z pewnym dystansem. Debiutował w Oklahomie w miejscowości Tulsa. Jako domorosły talent nigdy nie stronił od nowych technologii w przemyśle nagraniowym. Pracując w studiach Nowego Jorku i Los Angeles uczestniczył w sesjach nagraniowych Briana Hylanda i formacji Blue Cheer. Już jako ukształtowany muzyk w 1965 roku dostąpił zaszczytu występu w  słynnym klubie „Whisky A  – Go – Go” w Los Angeles. Początkowo jego koncerty były zastępstwem innego muzyka Johnny’ego Riversa i to właśnie tam narodziła się jego charakterystyczna ksywka, którą wymyślił właściciel klubu Elmer Valentine. Aby odróżnić dwóch muzyków o tym samym imieniu nazwał Cale’a J.J. a on bez wahania przystał na to. Inni twierdzą iż drugie J zapożyczył od muzyka z  grupy Velvet Undergroud, Johna Cale’a. W tym samym roku’65 nagrał pierwszego singla „After Midnight”, który okazał się niewypałem. Wersja tej piosenki była zdecydowanie szybsza od tej, którą nagrał ponownie, kilka lat później. Charakterystyczny sposób grania na gitarze spowodował, iż zaczął być coraz bardziej znany. Uwielbiał grać dla małej widowni, która doceniła jego muzykę i jego autorskie teksty i urokliwe kompozycje. Nigdy nie zabiegał o popularność, sława nie była dla niego rzeczą najważniejszą. W prasie muzycznej brakowało wywiadów a trasy koncertowe uważał za zbyt uciążliwe. Z chwilą nagrania w 1972 roku utworu „Crazy Mama” stał się bardziej rozpoznawalny. Utwór w którym jako jeden z pierwszych zastosował automatyczną perkusję wskoczył z  miejsca na liczącą się w  Stanach listę Gorącej Setki Billboardu – Hot 100. Jego kariera zaczęła się rok wcześniej, kiedy J.J.Cale mając 33 lata nagrał swoją pierwszą płytę „Naturally” ( 1971). To właśnie na tym krążku znalazła się poprawiona wersja utworu „After Midnight”. Zaistniała jakby w odróżnieniu od tego, co proponował w swojej wersji Eric Clapton. Bóg gitary ( jak nazywała Claptona londyńska prasa) w 1975 roku sięgnął po jeszcze jedną kompozycję J.J. Cale’a – „Cocaine”, którą umieścił na płycie „Slowhand” i która po dziś dzień stanowi żelazną pozycję w koncertowym repertuarze tego znakomitego gitarzysty o czym mogliśmy się przekonać podczas ostatniego koncertu Claptona w Polsce. Oba te utwory rozsławił Clapton na cały świat a młodzi adepci gitary wręcz zaczynali swoją na-

magazyn muzyczny

ukę od tych tematów. W 1973 roku ukazuje się kolejny krążek Cale’a „Really”, rok później wychodzi „Okie” (74) w 1976 „Troubadour” w 1979 „Numer 5”, w 1981 „Shades” w 1982 „Grasshopper” w 1983 „Number 8”, w 1984 „Special Edition” , w 1990 „Travel – Log”, w 1992 „Number 10” w 1994 „Closer to You”, w 1996 „Gitar Man”, w 1997 „Anyway the Wind Blows”, w 1998 „The Very Best of J..J. Cale”, w 2000 „Universal Master Collection”, w 2001 „Live”, w 2004 „To Tulsa and Back” ( jest nawiązaniem do początków kariery artysty), w  2006„The Road to Escondido” za który otrzymał nagrodę Grammy. W 2007 ukazuje się album „Rewind” w 2009 „Roll On”. Jego dość bogatą dyskografię zamyka wydany 2011 roku album “The Silvertone Years”. Urokliwymi kompozycjami Cale’a zachwycili się również muzycy z Lynyrd Skynyrd nagrywając jego kompozycję „Call Me The Breeze”, która weszła na stałe do repertuaru zespołu. Do kompozytorskiej teki J.J. Cale’a zaglądali też inni wykonawcy m.in. Johnny Cash, Maria Muldar, Pat Travers, Joe Cocker,Allman Brothers, ZZ Top, Carlos Santana, który z powodzeniem wykonywał „Sensitive Kind”, George Thorogood & the Destroyers – oddał hołd Cale’owi wykonując jego kompozycję “Devil In This Guys” jak również John Mayall , Spencer Davis Group i Nazareth. Muzyką Cale’a zachwycił się po drugiej stronie Atlantyku równie utalentowany gitarzysta – samouk Mark Knopfler. To właśnie sposób gry Cale’a przeniósł Knopfler do swoich kompozycji granych bardzo oszczędnie, delikatnie jakby od niechcenia. A  sam Cale, którego nigdy nie udało się zaprosić do Polski a i w Europie bywał dość rzadko powodował swoją grą dobre wibracje. Muzyka J.J.Cale’a potrafiła również rozpalać.Czasami potrafił zaskoczyć jak w utworze „For Darina” ( cokolwiek miałoby to oznaczać poszalał – 4 różne gitary różne przestery, dziwne przestrzenie).Jego kompozycje, które weszły na stałe do katalogu rockowo/balladowych standardów są swoistymi miniaturkami, bezpretensjonalnymi historyjkami opowiedzianymi przy akompaniamencie gitary i jego niepowtarzalnego głosu. W pozostawionych przez Cale’a piosenkach m.in. „Call the Doctor”, „Super Blue”, „Reality”, „Let Me Do It to You”, „Bringing It Back”, „Magnolia”, „Cajun Moon” czy „Changes” słychać ten niespotykany luz, radość i niepowtarzalny klimat Tulsa Sound .Swoimi piosenkami granymi prostymi środkami zawsze wprawiał słuchaczy w znakomity nastrój. Zdawałoby się że jego szlachetna i nie podnosząca ciśnienia muzyka może być relaksująca i  taka też była ale nie dla samego artysty. J.J. Cale zmarł 26 lipca 2013 roku w Scripps Hospital w La Jolla w Kalifornii na atak serca mając 74 lata. Pozostawił po sobie 22 albumy i mnóstwo cudownych gitarowych dźwięków.

brzmienia

Opr. Andrzej Patlewicz

59


WU.HAE

poszukuje spadkobierców

K

rakowski zespół WU.HAE, znany chociażby z przebojów „Ludzi masa”, „Pacan”, „Po co ja się męczę” czy poprzedniego albumu „Opera Nowohucka” przygotowali nową płytę – POECI WYKLĘCI. Znajdą się na niej teksty: Ireneusza Iredyńskiego, Rafała Wojaczka, Stanisława Grochowiaka, Andrzeja Bursy i Kazimierza Ratonia. Problem polega na tym, że zgodnie z obowiązującym prawem, zespół by wydać tę płytę musi uzyskać zgodę autorów lub ich spadkobierców, a ich miejsca pobytu nie zna żadna z instytucji zajmujących się ochroną praw autorskich i pokrewnych. Dlatego zespół WU.HAE zwraca się z apelem pomoc w ich odnalezieniu. „Poeci Wyklęci” jest określeniem grupy twórców, w takim samym stopniu, będącymi outsiderami i życiowymi skandalistami, co bacznymi ale i krytycznymi obserwatorami rzeczywistości. Ich poezja była niedoceniana lub wręcz odrzucana za życia, a po śmierci stawała się przedmiotem kultu. Życiorysy i twórczość tych ludzi odsłaniają obraz zbuntowanych, szalenie wrażliwych jednostek, które bez zahamowań, w sposób poruszający i dema-

60

magazyn muzyczny

skatorski, komentowały rzeczywistość, płacąc z to wysoką, często najwyższą cenę. Ich tragiczne i poplątane losy wydały się muzykom WU.HAE bardzo bliskie ze względu na podobne doświadczenia życiowe. Bzyk i Guzik, liderzy zespołu, często świadomie przekraczali normy, manifestując swój bunt przeciwko przyjętym zasadom społecznym. W ich życiorysach znajdziemy alkohol, używki, pobyty w zakładach psychicznych i konflikty z prawem. Tak jak Poeci Wyklęci, solidnie zapracowali na opinię nieprzystosowanych, wyrzutków społecznych Nowa płyta WU.HAE jest subiektywnym wyborem utworów Poetów Wyklętych – Ireneusz Iredyński, Rafał Wojaczek, Stanisław Grochowiak, Andrzej Bursa i Kazimierz Ratoń – oraz napisanych specjalnie na tę okazję tekstów własnych. Na płycie nie zabraknie też nowoczesnej, rockowej muzyki o tradycyjnym, nowohuckim brzmieniu. Całość, tak jak zawsze wywoła pewnie kontrowersje i skrajne emocje, na co wszyscy zainteresowani liczą. Płyta ma się ukazać jeszcze w tym roku!

brzmienia


ZAPRASZAM w imieniu Stowarzyszenia

JIMIWAY- TABiR70

na 22 edycję Jimiway Blues Festival w dniach 18 i 19 października 2013


Magazyn muzyczny "Brzmienia"  

Kolejne wydanie ciekawego magazynu muzycznego "Brzmienia" redagowanego przez Krzysztofa Wodniczaka z Poznania

Advertisement
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you