Page 1

magazyn pięknych idei

Nr 8 Jesień 2013  WYDANIE SPECJALNE Łódź Design Festival

otwórz drzwi percepcji WYDANIE SPECJALNE  8

sponsor:


2 Dział

designalive.pl


DZIAĹ 3

designalive.pl


4 spis treści

8

wydanie specjalne Łódź Design Festival

LUDZIE 41 Transparentni przejrzystość jako metafora życia 52 Tabandex współcześni improwizatorzy 58 Syn pastora życiowe ścieżki Maartena Baasa 62 Das Programm Peter Kapos i jego idol Dieter Rams

ŁÓDŹ DESIGN FESTIVAL 2013 32 Po ludzku Michał Piernikowski o Łódź Design Festival 2013 34 Design nie zbawi świata Małgorzata Żmijska o jałowych polemikach i sensie designu 36 Mecenas designu Paradyż w Łodzi 38 Design Alive Awards nagrody za myślenie

RZECZY 46 Nasi tu byli polskie nowości z Gdyni i Berlina 69 Osadnik czego potrzeba, by zapuścić korzenie 87 Nomada rzeczy mobilne 108 NY czym kusi Nowy Jork? 114 KRYSTYNA ŁUCZAK– SURÓWKA Selekcja kawiarenki 120 MUST HAVE Moc słabości wybiera: Przemo Łukasik

MIEJSCA Krucyfiksy Hugo Meerta B.C. Hammer to jaskrawy przykład, jak odniesienia kulturowe przekładają się na praktykę projektową. Ograniczone zaledwie do 12 sztuk krucyfiksy zostały wykonane z porcelany z zastosowaniem bardzo różnych technik pracy z tym materiałem. Następnie twórca pokrył je złotem. Nazwa wskazuje, że przedmiot symbolicznie odnosi się do czasów sprzed naszej ery, gdy młotek w kształcie krucyfiksu nie budził pewnie tak jednoznacznych skojarzeń jak dziś. Na pewno zmusza jednak do zastanowienia nad własnym życiem i odjeścia od powierzchownego postrzegania wszechrzeczy. www.hugomeert.be

79 Między punktami norweska symbioza architektury i przyrody 92 Gaumardżos! Hotel Rooms, ostoja w górach Kaukazu

SZTUKA 48 GRAFIKA Polska zilustrowana Agata „Endo” Nowicka o genezie wystawy „Where I come from” 110 Anish Kapoor poeta wosku i stali

ARCHITEKTURA I WNĘTRZA 66 ARCHIKONY Mały bohater Ludwig Mies van der Rohe i dom nad jeziorem 73 Zbudzić Śpiącą Królewnę jak przygotować nieruchomość do sprzedaży

MODA 102 Wymiary czasu przyszłego Olga Nieścier co dzieje się w modzie w momencie niejasnego jutra 116 13 fetyszy Li Edelkoort o wyrazach tęsknot i fantazji 119 TRENDBOOK co nas czeka? ADHD nie istnieje Synestezja w komunikacji Menu z paproci

ZDJĘCIE: dominique demaseure

13 NEWSLETTER na dobry początek nowości, wiadomości, ciekawostki


preview, © Cyril Lagel, 123RF, Getty Images, Graphic Obsession. SCP © Garath Hacker. Bosa © Tiziano Rossi. Soonsalon © Michiel Cornelissen. © Cinna. © Sentou. Organizator SAFI, Filia Ateliers d’Art de France i Reed Expositions France.

DZIAŁ 5

Open house

24 – 28 stycznia 2014 Paris Nord VillePiNte www.maison-objet.com

Międzynarodowe Targi Wyposażenia Wnętrz i Dekoracji Domu

Targi wyłącznie dla profesjonalistów

designalive.pl


6 edytorial

Otwórz drzwi percepcji Katalog z napisem „ważne” – elektroniczny substytut zdjęciowego albumu. W nim przewijają się twarze, sylwetki, miejsca, widoki nieba z ziemi i ziemi z nieba, skrawki uchwycone i zachowane na kiedyś. Wśród nich to: z 15 października 2010 roku. Coś urzec mnie musiało, skoro zdjęcie trafiło do „ważnych”. Światło, ekumeniczne przesłanie, magia starych budynków i atmosfera przy ul. Tymienieckiego w Łodzi? Wtedy Łódź Design Festival po raz ostatni gościł w pofabrycznych murach przed ich remontem, a my byliśmy na moment przed startem portalu DesignAlive.pl. Rok później na ŁDF przygotowaliśmy pierwsze papierowe wydanie „Design Alive”, miało zaledwie 72 strony i było dopiero zaczątkiem tego, z czym dumnie zawitaliśmy w Łodzi w kolejnym roku – tamten numer, choć dopiero czwarty, okazał się dla nas bardzo ważny – za jego okładkę zostaliśmy wyróżnieni w konkursie Grand Front 2012. Czasem mówimy, że: „rytm pracy redakcji wyznaczają przypływy i odpływy festiwalowych Łodzi”. Tym razem, jako patroni ŁDF, oddajemy w Wasze ręce wydanie specjalne jesiennego numeru „Design Alive”. Nie można go kupić, ma kolekcjonerską okładkę i wywiady z bohaterami ŁDF, którzy zwykle stoją w cieniu. Całość to kompozycja artykułów i niezwykła wizualna uczta dla wrażliwych na piękno, również to nieoczywiste. Wystarczy uchylić okładkę i drzwi percepcji. Sinusoida dziejów kreśli się coraz gęściej. Dzieli czasy na przemian między serce i rozum. Po raz kolejny odkładamy na bok „szkiełko i oko” i wchodzimy w nową erę romantyzmu. Pozwalamy sobie na chwile słabości, oderwania od ziemi, bardziej odczuwamy niż badamy, wolimy tęsknić niż dążyć. Poszukujemy wartości, których nie da się nauczyć. Za mentorów bierzemy własną empatię i percepcję. William Blake, poeta romantyczny jako pierwszy w XVIII wieku namawiał, by uchylić „drzwi percepcji” i wszystko pojąć takim, jakie jest – nieskończone. Po raz kolejny, w 1954 roku na oścież otworzył je Aldous Huxley w eseju o postrzeganiu świata, który stał się biblią ruchów hippisowskich w erze miłości, humanizmu i podboju kosmosu. Na tej romantycznej fali oderwania od ziemi Philip Glass skomponował futurystyczną operę „Einstein on the beach”, która stała się inspiracją dla Maiko Takedy i serii nakryć głowy „Atmospheric Reentry” (s. 22 ). Na okładce zaś, emanacja tego, co zwykle skrzętnie skryte, przejaw ludzkich słabości i dzisiejszych fetyszyzmów, o których otwarcie mówi Lidewij Edelkoort (s. 116 ). Ponowne wejście w atmosferę trwa. Można się sparzyć, spłonąć lub doświadczyć najcudowniejszych przeżyć.

Redaktor Naczelna Numer 9 w grudniu

designalive.pl


DZIAĹ 7

designalive.pl


MAGAZYN PIĘKNYCH IDEI

WYDANIE SPECJALNE ŁÓDŹ DESIGN FESTIVAL

OTWÓRZ DRZWI PERCEPCJI WYDANIE SPECJALNE 8

SPONSOR:

Na Okładce Haftem tatuowany mężczyzna. Projekt rodzeństwa Sibiling z Londynu. Patriotyzm w modzie i inne fetysze, czytaj na s. 116 Zdjęcie: James Ari King

Redaktor naczelna Ewa Trzcionka e.trzcionka@presso.com.pl

Dyrektor wydawniczy Wojciech Trzcionka w.trzcionka@presso.com.pl

Znajdziesz nas w sprzedaży w sieciach Empik, Inmedio i Relay oraz w m.in.:

Dyrektor artystyczny Bartłomiej Witkowski b.witkowski@presso.com.pl

Dyrektor marketingu i reklamy Iwona Gach i.gach@presso.com.pl

Warszawa Vitkac ul. Bracka 9

Redaktor prowadzący on-line Marcin Mońka m.monka@presso.com.pl

International sale Mirosław Kraczkowski mirekdesignalive@gmail.com

Zespół redakcyjny Marcin Mońka, Daria Linert, Angelika Ogrocka, Anna Borecka, Eliza Ziemińska, Olga Nieścier, Róża Kuncewicz, Jarda Ruszczyc, Łukasz Potocki

Reklama reklama@designalive.pl tel./fax: +48 33 858 12 64 tel. kom.: +48 602 15 78 57 Maja Chitro m.chitro@presso.com.pl Kamila Hećman k.hecman@presso.com.pl

Felietoniści Agnieszka Jacobson-Cielecka Krystyna Łuczak-Surówka Janusz Kaniewski Współpracownicy Anna Dudzińska Radio Katowice, Dariusz Stańczuk rmf Classic, Mariusz Gruszka Ultrabrand, Jan Lutyk Logo i layout Bartłomiej Witkowski Ultrabrand Skład i łamanie Ultrabrand Druk Drukarnia Beltrani / Kraków Redakcja designalive® ul. Głęboka 34/4, 43-400 Cieszyn redakcja@designalive.pl tel./fax: +48 33 858 12 64

Prenumerata prenumerata@designalive.pl tel. kom.: +48 602 57 16 37 Wydawca Presso sp. z o.o. ul. Głęboka 34/4, 43-400 Cieszyn NIP 548 260 62 28 KRS 0000344364 Nr konta 59116022020000000153175837 tel./fax: +48 33 858 12 64 e-mail: presso@presso.com.pl Magazyn wydrukowano na papierze

Okładka: Amber Graphic 300 g/m2 Środek: Amber Graphic 120 g/m2

Copyright © 2013, Presso sp. z o.o. Kopiowanie całości lub części bez pisemnej zgody zabronione. Redakcja „Design Alive” nie zwraca materiałów niezamówionych, zastrzega sobie prawo redagowania nadesłanych tekstów i nie odpowiada za treść zamieszczanych reklam. Wydawca ma prawo odmówić zamieszczenia ogłoszenia lub reklamy, jeżeli ich treść lub forma są sprzeczne z charakterem i regulaminem pisma oraz portalu.

Między Nami Cafe ul. Bracka 20 Sklep COS ul. Mysia 3 Cafe d'Arte ul. Asnyka 6 Mito Art.Cafe.Books ul. Waryńskiego 28 Kraków Muzeum Sztuki Współczesnej ul. Lipowa 4 Hotel Copernicus ul. Kanonicza 16 Hotel Stary ul. Szczepańska 5 Hotel Pod Różą ul. Floriańska 14 Poznań Concordia Design ul. Zwierzyniecka 3 Sklep COS Stary Browar ul. Półwiejska 42 Katowice Hotel Monopol ul. Dworcowa 5 Wrocław Hotel Monopol ul. H. Modrzejewskiej 2 Pełna lista miejsc: www.designalive.pl/ magazyn/tu-nasznajdziesz


10 Dział

PRENUMERUJ www.designalive.pl/magazyn/prenumerata roczna prenumerata 70 zł roczna prenumerata studencka 60 zł dwuletnia prenumerata 130 zł dwuletnia prenumerata studencka 110 zł

designalive.pl


DZIAĹ 11

designalive.pl


designalive.pl Newsy opinie galerie Wideo Codziennie

Śląski interes

Geszeft w Katowicach to sklep z produktem lokalnym, niezależny punkt promocji regionu i kawiarnia w jednym. Miejsce, które ma promować młodych śląskich projektantów modowych, dizajnerów, artystów i autorów publikacji.

Nie uznaję stylu narodowego

– Nie przepadam za doszukiwaniem się cech narodowych w projektach polskich projektantów, a już na pewno nie uznaję istnienia czegoś takiego jak styl narodowy w projektowaniu – opowiada Jan Lutyk, fotograf i wschodząca gwiazda polskiego designu.

Laboratorium Modesta Amaro

W nowym autorskim projekcie najlepszego polskiego kucharza można poczuć się jak w laboratorium, w którym mistrz na nowo definiuje i kreuje polskie smaki. Model kuchni powstał we współpracy Amaro, architekta Adama Pulwickiego oraz firmy ZAJC.

Willa wśród plaż

Z dziewiczej plaży do futurystycznego kina? To już możliwe. Takie atrakcje czekają na wszystkich tych, którzy zdecydują się odwiedzić Willę Sapi na malowniczej indonezyjskiej wyspie Lombok.

Śledź nas na Facebooku i Twitterze


newsletter 13

Asystent: Piotr Kroschel, stylizacja: Elwira Rutkowska, makijaż: Ewa Dobrogowska, fryzura: Marcin Kasper, Modelka: Magdalena Roman, Agencja: D’Vision

1

Melancholia

dzianiny Łucji Wojtali

W tej kolekcji używam wysokiej jakości przędz sprowadzanych z Włoch, które są następnie dziane i szyte w naszej rodzinnej firmie dziewiarskiej z blisko 30–letnim doświadczeniem. Jakość jest dla mnie bardzo ważna, staram się, żeby była na najwyższym poziomie. Pozdrawiam, Łucja Wojtala. Co do tego nie ma wątpliwości. Cały proces powstawania nowej kolekcji projektantka poznała od podszewki u największych. Ma za sobą staż w paryskim studio Johna Galliano. Wiele zawdzięcza też rodzinnej tradycji: jest trzecim pokoleniem związanym z dzianiną, a do dyspozycji ma profesjonalne zaplecze: dziewiarnię, szwalnię i potężne doświadczenie. Jej jesienno–zimowa kolekcja to nie tylko feeria ciepłych, przygaszonych barw i kalejdoskop deseni, z których jest znana. To nastrój kreacji, który z upalnego lata wprowadza w rześką jesienną melancholię. Jej stroje wyłamują się na polskich wybiegach wyjątkowością i odwagą. Nie ma ucieczki w prostotę i bezpieczny minimalizm. Jest dobry warsztat i nieograniczona fantazja. Dobór barw, autorskie wzory i ich pozornie przypadkowe mariaże tworzą obietnicę swobody w kreowaniu własnej sylwetki, dowolności w mieszaniu elementów kolekcji i nieulegania szablonom. Ubrania Wojtali, to gotowe do noszenia, niezwykle mięsiste swetry, kamizele, legginsy, czy sukienki. Praktyczne i romantyczne zarazem. Kobiece. Doskonałe na bieg po miejskiej dżungli i spacer po mglistej dolinie, www.lucja.com Tekst: Daria Linert Zdjęcie: Bartek Sejwa


3

14 newsletter

Długość krzesła

To nieprawdopodobne, że gdyby rozłożyć elementy tworzące fotel 2 450 w jednym ciągu, osiągnęłyby długość kilometra! Zestawione w niezwykłej, zwartej konstrukcji utworzą stabilne i wygodne siedzisko. Nazwa fotela autorstwa Junpei Tamaki pochodzi od ilości tworzących go elementów. Każdy z 2 450 fragmentów powstał z akrylu. I choć osobno to bardzo kruche i delikatne „patyczki”, zespolone tworzą silną strukturę. Nie trafił jeszcze do sprzedaży, www.junpei-tamaki.com Anna Borecka

w jodełkę

Domańska w wiedeńskiej galerii

2

Projektantka Patrycja Domańska musiała długo przyglądać się wiedeńskim podłogom. I na tyle intensywnie, że stały się dla niej inspiracją dla Cube, czyli mebla, który może zarówno pełnić rolę stolika, jak i podnóżka czy taboretu. W niemal każdym starym budynku austriackiej stolicy natrafimy na parkiet z litego drewna. Wykorzystanie takiego materiału do stworzenia mebla okazało się przejściem z dwuwymiarowej płaszczyzny do trójwymiarowego obiektu, a Cube umieszczony na wiedeńskiej podłodze „w jodełkę” sprawia wrażenie, jakby się z niej wyłaniał i dopiero co materializował. Wraz z Domańską pracował nad nim Felix Gieselmann. Obiekt powstał dla Fox House Off – Space Gallery. www.patrycjadomanska.com Anna Borecka

designalive.pl

zdjęcia: materiały prasowe, paris tsitsos

Konstrukcja Junpei Tamaki


4

Z jednego kawałka

bujanie by Brodie Neill

Cowrie Rocker – mebel jak hybryda, lokujący się gdzieś pomiędzy fotelem, szezlongiem i hamakiem. Jego autorem jest Brodie Neill, londyński projektant znany z obiektów przypominających dzieła sztuki. Nie inaczej dzieje się z Cowrie Rocker, wykonanym z jednego kawałka formowanej sklejki. – Nasze projekty opierają się na idei ruchu, modułowości, a każdy z nich może mieć wiele rożnych zastosowań – przyznaje Neill. Jego nowy obiekt nie tylko przypomina rzeźbę, którą można eksponować, lecz przede wszystkim jest ergonomicznym i wygodnym meblem, który można także rozbujać. Nie trafił jeszcze do cennika marki, www.madeinratio.com Marcin Mońka

Vivere alla Ponti W hołdzie geniuszowi

Gio Ponti to jeden z najsłynniejszych włoskich architektów i projektantów. Poza świetnymi realizacjami architektonicznymi (m.in. wieżowiec Pirelli w Mediolanie) wpisał się równie mocno w historię światowego designu. Teraz wiele z jego projektów, powstałych od połowy zeszłego stulecia, można oglądać na specjalnych ekspozycjach, krążących po miastach całego świata. Kolekcja obejmuje: siedziska, fotele, regały, stolik kawowy, ramki do zdjęć, a nawet dywan. Wszystkie jego projekty, często prototypowe, współcześnie zostały poddane analizom i badaniom, a także na nowo opracowane. Nad całością przedsięwzięcia pod nazwą „Vivere alla Ponti” czuwają spadkobiercy wybitnego twórcy oraz Studio Cerri & Associati. Wszystko po to, aby złożyć mu hołd oraz ujawnić niezwykłą aktualność jego pomysłów, www.gioponti.com Anna Borecka

5


16 newsletter

6

Pavilion Rygalika

Design na Open’erze

Wielką atrakcją tegorocznego Heineken Open’er Festival, największej letniej imprezy muzycznej w kraju, był Pavilion zaprojektowany specjalnie na tę okazję przez Tomka Rygalika. W obiekcie odbywały się spotkania oraz warsztaty. Relacja ze strefy designu na Open’erze i fotoreportaż z wydarzenia na www.designalive.pl Daria Linert

Berlin zauroczony

7

Jedenaste już berlińskie święto designu DMY upłynęło pod polską banderą: nasz kraj był gościem specjalnym czerwcowego wydarzenia, o rodzimych wystawach mówiono, że są najlepsze ze wszystkich, pokazaliśmy doskonałe nowości i zgarnęliśmy kilka nagród i wyróżnień. O Polakach wreszcie przestano mówić w Berlinie jako biedniejszym sąsiedzie ze Wschodu. A wszystko to dzięki wystawie Instytutu Polskiego w Berlinie „Polish Design Focus” pod kuratelą Ake Rudolfa. Ekspozycja, rozrzucona po dwóch festiwalowych hangarach dawnego lotniska Tempelhof, doskonale promowała polskie wzornictwo i Polskę jako kraj innowacyjny, z dynamicznie rozwijającą się branżą kreatywną. Jeden z niemieckich dzienników skomentował nawet, że definitywnie zakończyła się era drwienia z Polaków znanych stereotypowo z kradzieży niemieckich samochodów. Relacja z DMY na www.designalive.pl Łukasz Potocki

designalive.pl

ZDJĘCIa: wojciech trzcionka

Polska na DMY


promocja 17

Dobry Design po polsku Projektuje się z myślą o człowieku, mając na względzie rolę, jaką dana rzecz ma spełniać w jego życiu. Zadanie jest trudniejsze, jeśli dotyczy przedmiotu codziennego użytku. Rzeczy przede wszystkim praktycznej, która jednocześnie powinna właściwie się prezentować. Nie można mówić o dobrym designie, kiedy coś jest tylko ładne lub gdy użyteczność została osiągnięta kosztem jej wyglądu. Umiejętne łączenie piękna i funkcjonalności jest jednym z najważniejszych celów projektowania, nie jest to jednak jego cel ostateczny. Jest nim bowiem dawanie przyjemności. Posłużmy się prostym przykładem z rodzimego rynku – spójrzmy na szklankę do piwa. Design w przypadku tego trunku ma duże znaczenie. Należy dobrać szkło o odpowiednim kształcie, aby z danego typu piwa wydobyć wszystkie jego walory smakowe i  zapachowe. Ponadto, dobrze zaprojektowana szklanka stanowi dla niego szlachetną oprawę. Tak istotne połączenie piękna formy z wysoką praktycznością osiągnięto w nowej szklance marki Żywiec, zaprojektowanej przez Janusza Kaniewskiego, idealnej dla piwa typu lager. Jej bryła posiada zagłębienie, które nie tylko przełamuje schemat myślenia o formie, ale również odznacza się wysoką użytecznością. Punktem wyjścia w procesie tworzenia była funkcja. Wzięto pod

Design często jest kojarzony z niedostępnymi, niepraktycznymi rzeczami. ogólne postrzeganie bywa całkowitym zaprzeczeniem jego istoty. Dobry design powinien być na wyciągnięcie ręki, musi umiejętnie łączyć piękno formy z praktycznością zastosowania. Dobry design powinien przede wszystkim sprawiać przyjemność. Jak w tym świetle prezentują się polskie projekty?

uwagę potrzeby dwóch użytkowników – barmana oraz konsumenta. Dzięki wprowadzonemu zagłębieniu, pierwszy zawsze wie, jak należy chwycić szkło, aby ustawić je pod kątem 45 stopni względem nalewaka – niezbędnym do zbudowania idealnej piany, pozwalającej podkreślić smak i aromat piwa. Drugi z kolei czuje, kiedy szklanka wygodnie leży w ręce. Dalsze prace nad modelowaniem pozwoliły określić kolejny ważny element – ciężkość. Przy odpowiednim wyważeniu otrzymano szklankę lekką w kształcie, ale przyjemnie ciężką, dającą poczucie solidności, prestiżu. Ostatnim aspektem projektu było nadawanie kształtu całości. Szklanka nie może być ładna dla samej formy, musi skupiać uwagę na piwie, sprawiać, że będzie ono wyglądać apetycznie. Współgrając z funkcjonalnością, wyjątkowość kształtu nadaje obcowaniu ze złocistym trunkiem nowego wymiaru, podnosząc kulturę jego picia. Dbając o szczegóły, takie jak sięganie po dobrze zaprojektowaną, przemyślaną szklankę, konsument świadomie wskazuje na rodzaj doświadczenia czy wrażeń, na jakich mu zależy. Nowa szklanka Żywca dopełnia smak piwa. Każdy, kto po nią sięgnie, zrozumie, na czym polega dobry design. Na nadawaniu prostym rzeczom niezwykłego znaczenia i dawaniu ich użytkownikom przyjemności.


18 newsletter

Na styku

Unikalna edycja gdd „My piece of sea” to jeden z projektów zaprezentowanych na wystawie „Na Styku” podczas szóstej edycji Gdynia Design Days pod patronatem „Design Alive”. Surowa, gięta stal, ukrywająca wewnątrz akwarium z minihodowlą roślin bałtyckich to projekt grupy Sokka – Katarzyny i Wojciecha Sokołowskich, rodzeństwa ze Śląska, którzy w ten sposób chcieli pokazać styk ginącej przyrody i społeczeństwa industrialnego. – Temat „Na Styku” dawał wiele możliwości, ale też wiele ograniczeń. Trzeba było podjąć tematykę problemów Pomorza. I choć robienie czegoś z wodą wydawało się banalne, to postanowiliśmy pokazać, co dzieje się w tym temacie na styku człowieka i natury. To nas zaprowadziło do Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego. Kiedyś dno bardzo czystego Bałtyku pokrywały łąki wodorostów. Obecnie kurczą się ze względu na działalność człowieka, która zanieczyszcza wodę, czyniąc ją nieprzezroczystą. Turystom może wydawać się, że wodorostów jest sporo, oglądają je tuż przy plaży, gdzie światło jeszcze dociera, jednak im dalej w głąb, tym przezroczystość wody maleje. Giną bardziej wartościowe gatunki, to dalej powoduje spadek zarybienia i deregulację ekosystemu. Nasz projekt nie jest użytkowy, jest manifestacją problemu – opowiadała Katarzyna Sokołowska. Paweł Pomorski z grupy Malafor, kurator wystawy i całego festiwalu, zaprosił do udziału w GDD głównie twórców z Pomorza, a pozostali, jak Sokołowscy, spoglądając z zewnątrz, musieli stworzyć projekty bezpośrednio nawiązujące do nadmorskości. – Ta edycja robiona jest przez ludzi stąd i dla mnie to najwyższa wartość. Hasło „Na styku” to motor tej edycji. Nasza nadmorskość jest ważna i nas identyfikuje. Warto być dumnym z tego, co się ma. Nie trzeba szukać dalej. Jesteśmy unikalni. I jako tacy, będziemy płynąć dalej w świat – powiedział Paweł Pomorski. – GDD jest twardą rzeczywistością, a nie ulotnym marzeniem. To, co tu prezentujemy, to efekt roku pracy Pomorskiego Parku Naukowo–Technologicznego i Centrum Designu Gdynia – mówił Wojciech Szczurek, prezydent miasta. Choć nowoczesne, szklane obiekty PPNT były mózgiem imprezy, serce festiwalu biło głównie w kontenerowym Terminalu Designu zaprojektowanym przez grupę Tabanda, gdzie projektanci pokazali m.in. wystawę „Współczesne improwizacje”. www.gdyniadesigndays.eu

Rozrywka kontrolowana

Sposób na kable

Wszystko to, co tworzy niepożądaną kompozycję z kabli i dekoderów wokół telewizora, można zastąpić jednym, niewielkim urządzeniem. Stworzona przez studio Fuseproject aplikacja Fan TV, współpracująca z iOS, pomoże nawigować po kanałach, wybierać listę programów w drodze do domu i zapisywać ulubione pozycje. A wszystko to we współpracy z niewielkim, przypominającym gładzony kamień, dotykowym pilotem, zaprojektowanym przez znanego projektanta Yves’a Behara. Prostota, a zarazem intuicyjność urządzenia całkowicie odmienia sposób korzystania z wielokanałowej telewizji, minimalizując ilość przycisków, bez utraty funkcjonalności. Cena jeszcze nieznana, www.fuseproject.com Eliza Ziemińska

9 8

ZDJĘCIa: materiały prasowe

Wojciech Trzcionka

designalive.pl


LAMY 2000 ze stali szlachetnej Klasyka i nowoczesność Pióro wyłonione do konkursu Dobry Wzór 2013 organizowanego przez Instytut Wzornictwa, pod patronatem Ministra Gospodarki.

LAMY 2000 Nowa odsłona kultowego pióra z 1966 r. zaprojektowanego przez Gerda A. Mullera. Ręcznie szczotkowana stal szlachetna, 14k złota stalówka pokryta platyną.

Dołącz do nas na

www.lamy.com Autoryzowane salony sprzedaży: KATOWICE: Kaligraf C.H. Silesia, tel. 32 605 03 66, KRAKÓW: Kaligraf Galeria Kazimierz, tel. 12 433 02 07, LĘDZINY: FerDex, ul. Lędzińska 175, tel. 691 884 446, PIŁA: Pentap, ul. Rogozińska 11c, tel. 67 210 49 20, POZNAŃ: IQ C.H. King Cross Marcelin, tel. 61 886 03 74, WARSZAWA: Autograf C.H. Klif, tel. 22 531 45 65 oraz Galeria LIM w hotelu Mariott, tel. 22 826 43 34, Kaligraf Galeria Mokotów, tel. 22 541 33 46, Tompi C.H. Panorama, Wariackie Papiery Galeria Mokotów, tel. 604 617 230, Pióroteka, ul. Złota 69, tel. 22 624 25 94, Fabryka Form, ul. Spokojna 7, tel. 22 112 16 18, WROCŁAW: Stalówka ul. Szewska 44-46 lok. 1A tel. 71 396 37 90

Lamy Polska


Europa na śniadaniu

Projektowa uczta w Tbilisi

11

10

Na przełomie czerwca i lipca w gruzińskiej stolicy odbywało się prawdziwe Europejskie Śniadanie. W scenerii odrestaurowanego pałacyku, należącego do stowarzyszenia pisarzy, pokazano zaaranżowane stoły śniadaniowe, które wypełniły przedmioty wyprodukowane w Austrii, Czechach, Polsce, Gruzji oraz na Słowacji i Węgrzech. Każdy stół był przygotowany przez narodowego kuratora. W ten sposób opowiedziano pewną historię. Na stołach mieszały się więc inspiracje rzemiosłem i modernizmem, prostotą i zabawą, tym, co prywatne i społeczne. Stół z Polski reprezentowali m.in. Marek Cecuła i Daga Kopała z projektami dla Porcelany Ćmielów, Bartek Mejor dla Vista Alegre, Agnieszka Bar, marka Vzór, Bartosz Mucha czy Maria Jeglińska i Tomasz Walenta dla marki Kristoff. Kuratorkami były: Anna Pietrzyk–Simone oraz Kasia Jeżowska z Creative Project Foundation. Anna Borecka

7

zdjęcia: marta szostek, materiały prasowe

20 newsletter


Nośniki jedzenia

Art Food marka cecuły

W projekcie uczestniczyli studenci School of Form w Poznaniu oraz Royal College of Art w Londynie. Ich zadaniem było stworzenie ceramicznych nośników jedzenia, czyli tego, co zwykliśmy nazywać naczyniami, jednocześnie łącząc sztukę z wiedzą humanistyczną. Wśród rozmaitych zajęć badali kulturowy wymiar spożywania posiłków oraz sposób, w jaki smak i receptura przyrządzania wpływają na formę ich podawania do stołu. – Art Food jest projektem międzynarodowym, w którym integrujemy wiele obszarów: świat projektowania z przemysłem ceramicznym, edukację z realiami zawodowymi, a także metody pracy i doświadczenia konkretnych kultur. „Wyjmujemy” rzeczywistość szkolną i wprowadzamy ją w prawdziwe życie – mówi światowej sławy ceramik Marek Cecuła, lider projektu. Na miejsce realizacji projektu wybrano Ćmielów Design Studio, nowoczesną pracownię wzorniczą Polskich Fabryk Porcelany Ćmielów i Chodzież, która powstała, aby łączyć kilkuwiekową tradycję produkcji najpiękniejszej polskiej porcelany ze współczesnym designem. W finale projektu udział wzięło 12 studentów, po sześciu z każdej ze szkół. Jarda Ruszczyc

reklama

reklama

designalive.pl


Ezoteryczne kapelusze

kosmiczna kolekcja takedy

12

Ponoć każdy człowiek ma ją wokół siebie. Choć nie jest to udowodnione, niektórzy uważają, że aurę można zobaczyć. Japońska projektantka Maiko Takeda zmaterializowała ją w postaci niezwykłych kapeluszy czy masek złożonych z setek kolorowych kawałków akrylu. Impulsem do stworzenia kolekcji była futurystyczna opera „Einstein on the Beach" Philippa Glassa, natomiast bezpośrednią wizualną inspiracją było spektakularne zjawisko wejścia obiektu kosmicznego w atmosferę Ziemi. Kolekcja „Atmospheric Reentry” zaprezentowana po raz pierwszy w Royal College of Art przypomina czasem misterne fryzury, a czasem maski, dając noszącej je osobie niezwykłe schronienie. Każdy model ma inny kolor i kształt, nadając sylwetce wygląd rajskiego ptaka lub tajemniczego morskiego koralowca. Najszybciej zakochała się w nich islandzka wokalistka Björk, która w tym elemencie stroju pojawia się od niedawna na koncertach. Na zamówienie, www.maikotakeda.com Tekst: Eliza Ziemińska Zdjęcie: Bryan Huynh

12

designalive.pl


newsletter 23

Magia rodzi się po zmroku Ubrania dla dzieci oderwanych od ziemi

Kids on the Moon to marka niszowa, nonszalancka, bezpretensjonalna. W kolorach delikatnie zamglonych, nieoczywistych, jak światło księżyca. Ubrania w sam raz na nocne spacery po dachach czy zabawy w gwiezdnym pyle. Najnowszy projekt Kids on the Moon – Moon Moth, jest efektem współpracy z uznaną artystką, ilustratorką oraz projektantką Agatą „Endo” Nowicką. Dzięki jej niezwykłemu rysunkowi, ćma księżycowa nabrała delikatnie mrocznego, onirycznego charakteru i usiadła na najnowszej sukienkobluzie z limitowanej kolekcji. Skrzydlata forma sukienki również nawiązuje do nocnego motyla. Stworzona z myślą o dzieciach, które po zmroku rozwijają skrzydła. I, tak jak ćma, najlepiej czują się oderwane od ziemi. Premiera kolekcji przewidziana jest na jesień. Cena jeszcze nieustalona, www.kidsonthemoon.com Tekst: Łukasz Potocki Zdjęcie: Marta Pruska

13 Niezamierzone piękno

Alastair Philip Wiper prezentuje

14

Kiedy w XIX wieku okazało się, że wysiłek konstruktorów i techników stał się tak ceniony jak praca architektów, zaczęto dostrzegać piękno i kunszt wykonania nie tylko w pałacach i kościołach, ale także w mostach, maszynach i fabrykach. W ramach kopenhaskiego festiwalu fotografii zorganizowano wystawę prezentującą wdzięk ukryty w konstrukcjach służących projektom badawczym. Brytyjski fotograf Alastair Philip Wiper odwiedził cztery piece solarne, w tym największy na świecie w Pirenejach oraz komorę bezechową (bezodbiciową) w Kopenhadze. Zebrane fotografie prowokują analizę nieograniczonej inwencji człowieka oraz wpływ form architektonicznych i inżynierskich na rozwój ludzkości i poczucie piękna, www.etagegallery.bigcartel.com, www.alastairphilipwiper.com Eliza Ziemińska

designalive.pl


24 newsletter

15

Stateczne disco lampa rodem z Akwizgranu

Do projektu może napędzać także... dyskoteka. A ta, która stała się punktem wyjścia dla marki Mashallah i Xaviera Manosy jest szczególna. Scotch Club była bowiem pierwszą dyskoteką w Europie! Swoją działalność rozpoczęła w 1959 roku w Akwizgranie i działała do początku lat 90. zeszłego wieku. Nie dziwi więc, że projekt lampy nazywa się Scotch Club, a swoją formą nawiązuje do dyskotekowej kuli. Lampa jest wykonana z ceramiki. Odbija wewnętrzne światło od 72 powierzchni, rozrzucając je w wielu kierunkach. Jest dostępna w kilku kolorach i trzech rozmiarach. Cena ok. 2 000 euro, www.mashallah.nu Marcin Mońka

designalive.pl


16

Jasna strona mocy

Laser we wnętrzach

Czy można przenieść dziecięce marzenia o mieczu świetlnym w świat dorosłych? Nie jest to takie trudne. Wystarczy tylko znaleźć pokojowe rozwiązanie. I takie właśnie, wyjątkowo wnętrzarskie wyjście z sytuacji, odnalazł tandem projektantów: Paweł Buszko i Dawid Korzeniewski. W oparciu o akrylowe, podświetlane pręty i niewielkie elementy ze stali stworzyli modułową lampę, która daje wrażenie rozpięcia wiązek lasera w przestrzeni. Od 229 euro, www.designworks.pl Eliza Ziemińska

18 Buty w składzie porcelany

Mogą utrzymać do 260 kg

Dowodem na to, że inspiracja pochodzi czasem z najmniej oczekiwanych źródeł, są buty zaprojektowane przez Laurę Papp. Zafascynowana naciekami skalnymi i skomplikowaną konstrukcją wież barcelońskiej katedry Gaudiego, projektantka przekuła te struktury w nietypowe koturny. To nie koniec niespodzianek. Oprócz wykorzystania tradycyjnego materiału, jakim jest skóra, buty skonstruowane są z białej porcelany. Choć to kruchy materiał, mogą utrzymać wagę do 260 kg, choć same ważą tylko 1 kilogram. Prototyp, www.laurapappportfolio.blogspot.com Róża Kuncewicz

Składak 2.0 Na nowo odkryty

Miała go każda babcia, wujek, a nawet „sąsiad spod szóstki”. Klasyczny, ponadczasowy składak. Dzięki ekipie z Pan Tu Nie Stał, do łask powraca w pełnej krasie: odmłodzony, lśniący, wyposażony w chromowane błotniki i skórzane siodełko. Jeszcze niedawno wstydliwie wymieniany na górale z przerzutkami, potem na „amsterdamki” i „ostre koła”, teraz na nowo odkryty dla miasta. Idealny do małych mieszkań i schowków w piwnicy, zmieści się prawie wszędzie. A inne rowery mogą mu tylko zazdrościć. 1 199 zł, www.pantuniestal.com Eliza Ziemińska


26 newsletter

19 Brzmienie rogów

OMA dla audiofila

Większość dostępnych na rynku głośników potwierdza tezę, że design i doskonałość akustyczna rzadko występują w tym samym opakowaniu. Głośniki Oswalds Mill Audio to wyjątek. Są tak wizualnie pociągające, że niejeden wielbiciel dobrego wzornictwa, mógłby pokochać je za sam wygląd. Jednak za uroczą powierzchownością, skrywa się także wartościowe wnętrze. Każdy z głośników posiada indywidualną tożsamość wynikającą z wymagań akustycznych. Dzięki zastosowaniu rogów – tradycyjnej, najmniej zniekształcającej dźwięk konstrukcji, sprzęt OMA spełnia wymagania najsurowszego audiofila. Od 21 000 dolarów za parę głośników, www.oswaldsmillaudio.com Róża Kuncewicz designalive.pl


28 newsletter

20

Domek dla kolczyków

projekt Zoë Mowat

Stojak na biżuterię umożliwi nie tylko dobry dostęp do kolczyków, łańcuszków czy pierścionków, ale także pozwoli na eksponowanie cennych precjozów. Kanadyjska projektantka zainspirowana konstrukcją domków dla ptaków przeniosła pomysł do wnętrz kobiecych toaletek. I tak Arbor – stojak wykonany ze stali, drewna orzechowca, mosiądzu oraz filcu, to prawdziwy skarbczyk z lusterkiem i niewielkimi półkami. Dostępny na zapytanie. www.zoemowat.com

1

Marcin Mońka

Korona kwiatowa

Zamiast wazonu

Crown Vase to projekt Lamberta Rainville’a, pochodzącego z Montrealu, a mieszkającego w Londynie studenta Royal College of Art. Jego pomysł umili życie wszystkim tym, którzy kochają się otaczać kwiatami. Korona jest wykonana z tworzywa sztucznego, nie przypominając tradycyjnego naczynia. To bardziej szkielet, w którym umieszcza się kwiaty, a ich łodygi tworzą olśniewające układy. Wodę zaś czerpią choćby z klasycznego talerza. Bez wątpienia to projekt przeznaczony nie tylko dla pań, ale i panów, często niezorientowanych w sztuce układania kwiatów. Prototyp, lambertrainville.wordpress.com Jarda Ruszczyc

designalive.pl


DZIAĹ 29

designalive.pl


22

30 newsletter

Daj spokój. Dizajn to frajda Wystawa Ikea

„Daj spokój. Dizajn to frajda” to tytuł wystawy IKEA, którą obejrzymy podczas Łódź Design Festival (17-27.10). Nawiązuje on do tematu przewodniego imprezy „It’s all about humanity” oraz do długofalowego podejścia IKEA „Ty tu urządzisz” zachęcającego ludzi, aby odważyli się postępować po swojemu. IKEA przedstawi w Łodzi cztery symboliczne obszary odpowiadające różnym aspektom aranżacji domu: kreowanie przestrzeni, gdzie będzie można zobaczyć, jak łatwo dopasowuje się ona do indywidualnych potrzeb dzięki różnego rodzaju rozwiązaniom; kreowanie przedmiotu, gdzie każdy będzie mógł poczuć się jak projektant, realizując swoje wizje i zmieniając „zwyczajne” rzeczy w wyjątkowe dzieła; spożywanie, gdzie pokazany zostanie proces przygotowywania posiłków od pomysłu po gotowe danie wraz ze wszystkimi akcesoriami, które mogą nam w tym pomóc; empatia – przytulne miejsce do relaksu, przynoszące ukojenie i działające na zmysły poprzez kolor, światło i fakturę. Wszystkie obszary ekspozycji łączy idea wspólnego spędzania czasu w domu i nawiązywania bliskich relacji między ludźmi. IKEA zachęca: „Pragniemy dodać każdemu odwagi do kreowania swojego najbliższego otoczenia, jakim jest dom. Najłatwiej przychodzi to dzieciom, dlatego warto czasami spojrzeć na dom ich oczami, czyli jak na najlepszy plac zabaw”. www.ikea.com/pl Jarda Ruszczyc

Sposób na brzozę Pfleiderer w Łodzi

Od wspólnego projektu firm Interprint, Pfleiderer i WFM Kuchnie „Living in contrasts, taste of inspirations” aż po warsztatowe próby studentów wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych. Rok po premierze kolekcja dekorów płyt meblowych „Brzoza Polska!” wraca do Łodzi! Festiwalowi goście będą mogli się przekonać, jakie możliwości daje w praktyce wykorzystanie tej inspirowanej ojcowską brzozą kolekcji. „Brzoza Polska!” tym razem zawita na ŁDF jako rozwiązanie wykorzystywane zarówno przez renomowanych producentów, jak i młodych projektantów. „Living in contrasts, taste of inspirations” to ekspozycja, której centralnym punktem będzie projekt kuchni – nowoczesnej, a jednocześnie przyjaznej. Jej prezentacji na terenie festiwalowego centrum przy ul. Targowej będą towarzyszyć kulinarne niespodzianki! Natomiast w łódzkiej galerii Praxer będzie można obejrzeć wystawę „Ćwiartka” – siedzisk stworzonych przez studentów wrocławskiej ASP przy wykorzystaniu płyt meblowych „Brzoza Polska!”. www.pfleiderer.pl Wanda Modzelewska

ZDJĘCIA: MATERIAŁY PRASOWE IKEA ORAZ PFLEIDERER

23


DZIAĹ 31

designalive.pl


Michał Piernikowski dyrektor Łódź Design Festival

Po ludzku Łódź Design Festival 2013

G

dy w 2007 roku ruszał Łódź Design Festival, w jego programie znajdowało się kilka wystaw, spotkań i warsztatów. Po sześciu latach, to najważniejszy festiwal poświęcony designowi w Polsce i jeden z ważniejszych w naszej części Europy. W zeszłym roku 11-dniową imprezę odwiedziło 45 tys. osób, gdzie w ponad 20 lokacjach na terenie Łodzi mogło obejrzeć ponad 1 100 obiektów stworzonych przez 640 projektantów. O tegorocznej edycji designalive.pl

festiwalu, a także jego przyszłości mówi Michał Piernikowski, dyrektor ŁDF. Każda kolejna edycja festiwalu ma swoje hasło przewodnie. Co będzie nim w tym roku? 
Będzie nim sentencja „It’s all about humanity”. Co roku hasło przewodnie próbuje wyrazić obowiązujące trendy w projektowaniu. Ale nie tylko – siłą festiwalu niezmiennie pozostaje otwartość na to wszystko, co dzieje się w designie, ale także poza jego, granicami, czyli w wielkiej wspólnocie

doświadczeń. Skupiamy się na procesach istotnych w wymiarze społecznym, zarówno w kraju, jak i na świecie. Jedną z najmocniejszych stron festiwalu są wystawy główne. Jakie ekspozycje przygotowujecie z myślą o tegorocznej edycji?
 Skupiamy się wokół trzech głównych bloków, które są rozwinięciem hasła przewodniego. I wokół nich budujemy pewną historię. Głównymi tematami programu przygotowanego przez dyrektor programową festiwalu, Małgorzatę


Łódź design festival 33

Żmijską będą: Zamieszkanie, Empatia oraz Spożywanie. Ostatnia z nich to tematyka, której dotąd jeszcze szerzej nie poruszaliśmy, tutaj swoje miejsce odnajdą wszystkie kwestie związane z food design oraz szeroko pojętą tematyką „wokół stołu”, w której skupimy się nie tylko wokół obiektów, ale też poszukamy odpowiedzi na pytania: jak jemy, jaką rolę jedzenie pełni w społeczeństwie? Uwzględnimy też punkt widzenia współczesnej antropologii, postaramy się dotrzeć do źródeł, obserwując związki pomiędzy kształtem naszych kuchni a kulturowym wymiarem spożywania posiłków. Oczywiście opiszemy także rolę projektanta w kontekście odżywiania. W kategorii Empatia chcemy się koncentrować na roli, jaką w trakcie projektowania pełni „wczuwanie się” w odbiorcę, osobę, dla której tworzymy. Czyli wszystko to, co odróżnia projektanta od artysty. Ten pierwszy powinien mniej wyrażać siebie, a bardziej odpowiadać na potrzeby ludzkie. W Zamieszkiwaniu chcemy opowiedzieć, jak mieszkamy – będzie to najszersza spośród wszystkich tegorocznych kategorii. Wiele osób odwiedzających festiwal ceni sobie sekcję wykładów i paneli, która udowadnia, że nie tylko chcecie pokazywać sposób, w jaki design zmienia świat, ale także chętnie o zmianach rozmawiacie. Kto w tym roku już potwierdził przyjazd do Łodzi? W tym roku zdecydowaliśmy się, aby głównymi tematami tej części festiwalu stały się wszelkie zjawiska związane ze spożywaniem. Oddajemy tą część w ręce duetu Honey & Bunny, który jednocześnie przygotowuje jedną z głównych ekspozycji festiwalowych. W tym roku zapewne czeka nas zmiana: pragniemy, aby ta sekcja była mniej wykładowa, a bardziej obfitowała w dyskusje, także z udziałem uczestników. Swój udział potwierdzili między innymi Gabriele Sorgo z Austrii – wykładowczyni na uniwersytetach w Wiedniu, Innsbrucku i Grazu. Zajmuje się badaniami rytuałów konsumenckich, antropologią historyczną w społeczeństwie konsumpcyjnym, semiotyką żywności czy Beate Koller z Austrii – założycielka inicjatywy Arche Noah, działającej na rzecz bioróżnorodności i ochrony nasion. Ponad osiem tysięcy członków

stowarzyszenia zajmuje się popularyzowaniem wiedzy dotyczącej świadomości konsumpcji i technologiczno-politycznego zaplecza produkcji żywności. Czy, startując przed siedmioma laty, przypuszczaliście, że festiwal aż tak bardzo się rozrośnie?
 To jest chyba najfajniejsze, że nie. Gdy organizowaliśmy pierwszą edycję, niewielką, z kilkoma wydarzeniami nikt nie przypuszczał, że w przyszłości impreza nabierze takich kształtów. Dość szybko okazało się, że design jest zjawiskiem, którym ludzie bardzo się interesują. Ponadto ta tematyka jest także bliska miastu, które współtworzy festiwal i zarazem coraz mocniej stawia na rozwój branż kreatywnych. Festiwal więc z jednej strony się rozrasta, a drugiej staramy się nie nadawać mu jakichś sztywnych ram, nie chcemy organizować wydarzenia, które za każdym razem będzie powielało schemat: wystawa, warsztat, spotkanie. Staramy się, aby festiwal mógł się rozwijać i żyć. Jesteśmy wciąż otwarci na różne propozycje, dlatego zapraszamy kuratorów z różnych krajów, specjalizujących się w wielu, czasami odmiennych od siebie, dziedzinach. Chcemy, aby festiwal nie był wyłącznie wydarzeniem odbywającym się jesienią w Łodzi. Tak naprawdę ma żyć przez cały rok, stąd wszystkie inicjatywy, także poza granicami kraju, a więc np. wystawy, które powstają w ramach festiwalu jak projekt Must Have from Poland prezentowany w tym roku w Mediolanie i Berlinie. Mamy też mnóstwo planów związanych z naszą jeszcze większą aktywnością na terenie Łodzi i województwa łódzkiego. Festiwal wychodzi w miasto. Jak mocno wpisuje się w tkankę miejską? Stymuluje np. zmiany? Łódź Design Festival jest imprezą, która inspiruje. Zauważamy, że wraz z rozwojem festiwalu wzrasta także świadomość mieszkańców. Oczywiście nie ma prostej relacji, że to festiwal jest jedyną siłą sprawczą tego procesu, ale na pewno stymuluje rozwój pewnych ruchów miejskich w Łodzi, związanych z przestrzenią publiczną i jej kształtowaniem. Najlepszym przykładem jest choćby Off Piotrkowska, miejsce, w którym swoją siedzibę mają projektanci. Tak naprawdę jednak sądzę, że dzięki rozwojowi

wielu podobnych inicjatyw stworzył się specyficzny rodzaj synergii, korzystny dla wszystkich, w tym dla samego miasta. Na pewno pośrednio przyczyniliśmy się do rozwoju kilku innych miejskich akcji i festiwali, tworząc choćby dobry klimat wokół Łodzi jako miasta potrafiącego wytworzyć energię do pracy. Staramy się, aby festiwal skupiał się wokół wystaw głównych, które organizujemy i zarazem produkujemy. Czyli powstają specjalnie dla festiwalu. W zeszłym roku takich wystaw było aż osiem. Jednak istnieje także możliwość prezentacji w tzw. Open Programme, gdzie dokonujemy wyboru spośród propozycji, które otrzymujemy od projektantów czy kuratorów chcących w Łodzi zaprezentować swoje ekspozycje. I wciąż zapraszamy różne działające w mieście organizacje, stowarzyszenia, grupy czy instytucje, aby włączały się czynnie w festiwal. Czy ambicją festiwalu jest, aby stać się jedną z najważniejszych europejskich imprez poświęconych designowi?
 To rzeczywiście się już dzieje, w każdym roku mamy coraz więcej sygnałów zarówno od osób ze środowiska, jak i festiwalowych gości, że dołączamy do grupy najistotniejszych wydarzeń. Oczywiście trudno oceniać, czy tak jest naprawdę. Na pewno pragniemy być wydarzeniem znaczącym, liczącym się na mapie wydarzeń światowych. Może nawet nie ze względu na skalę, lecz poruszaną tematykę. Po raz trzeci Centrum Festiwalowe będzie zlokalizowane przy ul. Targowej 35. Czy kiedykolwiek powrócicie do Strefy Tymienieckiego, przestrzeni, która tak mocno jest wiązana z imprezą, gdzie odbyło się kilka jej edycji? Powrócimy tam w przyszłym roku, ponieważ kończy się proces jej rewitalizacji. Powstaje też nowy obszar aktywności Fabryki Sztuki Art Inkubator, która w szerszej perspektywie będzie wspierać rozwój łódzkich festiwali. Ta instytucja będzie również udostępniała sale warsztatowe oraz przestrzeń do organizowania wydarzeń o zbliżonym profilu. I, choć powrócimy do odnowionych przestrzeni, pozostaniemy wierni zasadzie wychodzenia w miasto. Centrum Festiwalowe powróci jednak na ulicę Tymienieckiego. Rozmawiał: Marcin Mońka designalive.pl


34 ŁÓDŹ DESIGN FESTIVAL Małgorzata Żmijska dyrektor programowa Łódź Design Festival

Design nie zbawi świata W jaki sposób design może poruszać, docierać do ludzkiego wnętrza? Organizatorzy Łódź Design Festival już dawno przyzwyczaili publiczność, że wciąż ważne pozostają kategorie ergonomii czy funkcjonalności, jednak mobilność, dynamika a jednocześnie oczekiwania współczesnego życia sprawiają, że nieustannie musimy pytać o sens. Nie tylko o sens designu Marcin Mońka pyta dyrektor programową festiwalu, Małgorzatę Żmijską Zdjęcie: Michał Chojnacki


Embrace Infant Warmer śpiworek z funkcją inkubatora zaprojektowany przez Jane Chen i jej zespół w 2007 r. Celem projektu było stworzenie inkubatora dla krajów rozwijających się

W

jaki sposób uczyć odbiorcę stawiania pytań o sens designu? Nie zawsze przecież „rzeczy są takimi, jakie się nam wydają…”. A „rzeczy” to przecież zaledwie początek... Design to zbiór, mgławica różnych wytworów, twórców, szkół odwołujących się do różnych stylistyk, założeń estetycznych społecznych czy filozofii i działających w różnych obszarach wzornictwa a nawet w różnym czasie. A zatem można i warto pytać o sens, ale mając przed oczyma wytwór konkretnego projektanta. W innym wypadku pytanie to przypomina pytanie o sens sztuki czy religii w ogólności, czyli może prowadzić do jałowych polemik, gdzie za stanowiskami stoją konkretne światopoglądy dyskursantów i porozumienie nie jest możliwe, gdyż dochodzi do konfliktu wartości. „Docieranie do ludzkiego wnętrza”, odwoływanie się do sfery emocji, empatia – a zatem zrozumienie ludzkich potrzeb i dążeń to, wg mnie, podstawowy cel, jaki projektant stawia sobie do zrealizowania w odniesieniu do swoich prac. Od tego, czy ten cel osiągnie, zależy w dużej mierze jego przetrwanie i powodzenie na rynku. Jednak w każdym przypadku droga do osiągnięcia tego celu może być zupełnie inna i inna może być motywacja do jej realizacji. Kolejna stawiana kwestia dotyczy aspektu edukacji – nie jest jasne, kto miałby wypełniać ten obowiązek uczenia odbiorcy „stawiania pytań o głębię designu”? Sami dizajnerzy czy organizatorzy festiwalu? A może systemy edukacyjne współczesnych państw? W jaki sposób z tą problematyką mierzy się festiwal? Łódź Design Festival głównie zajmuje się prezentowaniem wytworów, zorganizowanych wokół konkretnego,

corocznego hasła przewodniego w sposób przystępny. Zapraszamy do współpracy kuratorów, którzy nadają im konkretne znaczenia i pokazują możliwe sposoby interpretacji. Nie aspirujemy jednak do miana „edukatora”. Cieszy nas ogromnie, kiedy nasza publiczność odnajduje w ekspozycji inspirujące wątki, rozwija swoją wrażliwość estetyczną, poszerza spektrum swojej wiedzy w sposób praktyczny czy rozwija sieć kontaktów. I tak się dzieje! Realizujemy kilka działań z nastawieniem na edukowanie, m.in.: Edukreacja – dedykowana najmłodszym, różnorodne warsztaty i wykłady, międzynarodowe debaty. Wynikają one z dostrzegania u naszego odbiorcy potrzeby rozwijania swojej wiedzy i kontaktu z praktykami. Jest to jednak działanie poboczne. W tym roku festiwalowa publiczność będzie się poruszać po kluczowych zjawiskach, jakie każdy z nas, chcąc nie chcąc, wpisuje we własny los. Festiwal jednak unika mentorskiej perspektywy, wskazując raczej na potencjalne drogi i stojące za nimi wybory. Zapytam przewrotnie – czy w pani odczuciu design może zbawić świat? Pojęcie zbawienia jest rodem z dziedziny religii i dotyczy przede wszystkim religii objawionych, np. katolicyzmu. Zastosowanie go do designu czy nawet sztuki jest bezprzedmiotowe, ponieważ nie mają one charakteru religijnego i ich przesłaniem nie jest oczyszczanie, naprawianie skażonego świata. Warto zauważyć, że sztuka w epoce nowoczesnej oddzieliła się już od religii, a design ukształtował się już po tym oddzieleniu. Poszczególna działalność konkretnych projektantów dąży do poprawienia jakości naszego codziennego życia, do jego usprawnienia bądź po prostu sprawia, że żyjemy w coraz ładniejszym

świecie. W ramach tegorocznych wystaw na Łódź Design Festival nie zabraknie takich konceptów. Osiemnaście rozwiązań „poprawiających jakość codziennego życia” odnaleźć będzie można na wystawie z Programu Głównego „DEEP NEED Projektowanie i empatia” kuratorowanej przez Magdę Kochanowską i Agę Szóstek. Wszystkie pokazane na niej obiekty powstały w procesie zorientowanym na użytkownika (user centered design) – zgodnie z zasadą, według której projektant nie może projektować zamknięty w swojej pracowni, musi postawić się na miejscu drugiej osoby, żeby jak najwięcej dowiedzieć się o życiu, motywacjach i emocjach tych, którzy mają stać się odbiorcami jego rozwiązania. Jedną z prac, które powstały właśnie w takim procesie jest The Embrace Infant Warmer – śpiworek z funkcją inkubatora zaprojektowany przez Jane Chen i jej zespół w 2007 r. Celem projektu było stworzenie inkubatora dla krajów rozwijających się. Projektanci odwiedzili oddział neonatologiczny szpitala w Kathmandu, stolicy Nepalu a następnie wyjechali do obszarów wiejskich, żeby zobaczyć jak tam matki opiekują się noworodkami. Okazało się, że większość wcześniaków rodzi się z dala od szpitali. Jane i jej koledzy zrozumieli, że nawet najlepszy inkubator nie pomoże, dopóki będzie dostępny w oddalonym o setki kilometrów szpitalu. Na bazie swoich obserwacji zaprojektowali rozwiązanie, które może być wykorzystywane zarówno w domu, jak i w szpitalu. Przytoczony przykład rozwiązuje konkretny problem, niemniej dalekie jest to od „zbawiania świata”. Choć nie da się wykluczyć, że jakiś projektant może mieć przekonanie, że jego działalność służy zbawianiu świata, ale to jego indywidualna misja. www.lodzdesign.com


Łukasz Kardas, Prezes Zarządu Spółek Grupy Paradyż wręcza nagrodę główną w konkursie „Make Me!” (2012 rok) Janowi Lutykowi za projekt stołka Ribbon

Grupa Paradyż i Łódź Design Festival – od lat w imię dobrego designu

M

iędzynarodowy Łódź Design Festival to największe przedsięwzięcie tego typu w Środkowo-Wschodniej Europie. Co roku prezentuje najnowsze międzynarodowe trendy w zestawieniu z polskim wzornictwem. Jedna z głównych idei to również inspirowanie się pięknem przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii we współczesnym designie użytkowym – są one jednocześnie zbieżne z ideami Mecenasa Głównego festiwalu – Ceramiki Paradyż.

Wspólne działania na rzecz designu

O nawiązaniu współpracy, kilka lat temu, zadecydował nowatorski charakter festiwalu oraz tematyka wzornictwa, niezwykle ważnego w branży płytek ceramicznych. Początkowo działania festiwalu skupione były na projektowaniu produktowym oraz grafice użytkowej. Jednak formuła imprezy szybko uległa rozwojowi skupiając się designalive.pl

również na projektowaniu przemysłowym, modzie, architekturze wnętrz itp. Zaangażowanie Grupy Paradyż w Łódź Design Festival wzrasta z roku na rok. W 2008 roku firma współpracowała z Tomkiem Rygalikiem i przygotowywała projekt artystyczny „Fotel miejski”. Była to propozycja mebla, który wpisywał się w przestrzeń miasta i łączył sztukę współczesną z projektowaniem użytkowym. Miejskie siedziska – ozdobione płytkami z rzeczywistymi grafikami trawy, siana oraz kamieni – w przewrotny sposób pozwalały odbiorcy zbliżyć się do natury. Od 2009 roku Ceramika Paradyż jest Mecenasem Głównym festiwalu, który daje firmie ogromne możliwości zaprezentowania się z innej perspektywy – poprzez pokazanie nowoczesnych rozwiązań, możliwości technologicznych i designu, który zadziwia niejednego zwiedzającego. Ceramika Paradyż nie ukrywa, że festiwal to również miejsce pełne inspiracji do przygotowywania nowych kolekcji.

Konkursy, wystawy, wywiady, prezentacje multimedialne to przedsięwzięcia, które przez lata współpracy w ramach Łódź Design Festival były realizowane przez Ceramikę Paradyż, np. wspomniany „Fotel miejski”. Kolejny udział Mecenasa pokazał uczestnikom możliwości technologiczne związane z materiałem ceramicznym oraz najnowsze trendy. „My Way – nowe drogi”, poświęcona kolekcjom marki My Way Paradyż Group, pozwalała odwiedzającym szczegółowo poznać proces produkcji płytek ceramicznych przy zaangażowaniu najnowszych rozwiązań m.in. zdobieniu płytek z wykorzystaniem drukarek cyfrowych. Firma organizuje i patronuje przedsięwzięciom edukacyjno–warsztatowym, cieszącym się dużym powodzeniem wśród słuchaczy, dzięki różnorodności tematów oraz ukazywaniu tego, co dzieje się na styku ludzkiej wizji oraz wprowadzania innowacyjnych technologii. W 2010 roku firma zaprezentowała absolutnie nowoczesne rozwiązanie, które umożliwia oglądanie wnętrz w skali 1:1, czyli Multimedialne Studio Projektowania 3D. Nowoczesnej technologii, w oparciu o którą działa studio, poświęcony był również wykład pt. „światło, cień – realizm prezentacji projektów w programie CAD Decor Paradyż”. W 2010 roku wszyscy fani fanpage’a Ceramiki Paradyż na Facebooku (wtedy ok. 20 tysięcy osób) zostali zaproszeni do wspólnej zabawy w projektowanie dowolnego wzoru

Zdjęcia: materiały prasowe Grupy Paradyż

Mecenas Designu

Festiwalowe działania Ceramiki Paradyż


promocja 37

Stoisko Grupy Paradyż podczas ubiegłorocznej edycji Łódź Design Festival było oblegane przez uczestników wydarzenia

dla największego w naszej ofercie formatu płytki ceramicznej tj. 32,5 × 97,7 cm. Zgłoszonych zostało ponad 2000 prac! Trzy zwycięskie prace oraz kilkanaście innych, najciekawszych zdaniem jury konkursowego, zostały zaprezentowane w formie wystawy stałej towarzyszącej festiwalowi pt. „Ceramika do kwadratu” . Ubiegłoroczna, szósta edycja festiwalu była rekordowo duża zarówno pod względem ilości wystaw jak i odwiedzających. W ciągu jedenastu dni festiwal odwiedziło pond 45 000 osób, którym zaprezentowano 1 100 obiektów aż 640 projektantów w ramach wystaw zgromadzonych nie tylko w głównym Centrum Festiwalowym przy ulicy Targowej 35, ale także w ponad 20 innych lokalizacjach w całej Łodzi. Grupa Paradyż, jak co roku zaprezentowała wiele atrakcji dla uczestników. Centrum wydarzeń mieściło się na stoisku firmy, gdzie w niekonwencjonalny sposób zostały zaprezentowane płytki ceramiczne. Odwiedzający mieli sposobność zagrać w gry, takie jak sudoku, scrabble, szachy, warcaby czy domino, które zostały przygotowane z płytek ceramicznych, a także wielkoformatowy wydruk maskotki festiwalu – małpy – zaprezentowany na ogromnych taflach szkła.

Paradyżowa Kraina

Grupa Paradyż nie zapomina o najmłodszych odwiedzających Łódź Design Festival i dobrze wie, że oswajanie dzieci z tematyką sztuki i designu jest naprawdę ważne. Dlatego, w tym roku po raz trzeci, firma

prowadzić będzie warsztaty dla najmłodszych pt. „Paradyżowa Kraina”. Są one prowadzone w trzech grupach wiekowych i zaplanowane tak, aby wyzwolić w dzieciach kreatywność, a także zainteresować je tematyką projektowania i designu. Oprócz ciekawych zadań przygotowanych przez prowadzących warsztaty (najczęściej są to architekci wnętrz, dziennikarze, a także projektanci mody), dzieci mogą wyostrzyć swoje zmysły przy pomocy nowoczesnych technologii, takich jak dotykowe ekrany, czy interaktywna podłoga, które są wykorzystywane przy przygotowywaniu zajęć i zabaw dla młodych uczestników warsztatów.

Konkurs „make me!”

To jeden z filarów festiwalu – w tym roku odbędzie się po raz szósty i skierowany jest do projektantów w wieku 20–30 lat, których zadaniem jest zaprezentowanie swoich pomysłów oraz poddanie ich ocenie i krytyce jury. Prace można składać indywidualnie lub grupowo. Konkurs ma na celu odkrywanie talentów ze świeżym spojrzeniem na design. Zamierzeniem organizatorów jest dotarcie do środowiska młodych projektantów z całego świata i uczynienie z konkursu wydarzenia o zasięgu międzynarodowym. Grupa Paradyż jest sponsorem głównej nagrody w konkursie. Podczas tegorocznej kampanii reklamowej marki My Way Paradyż Group, firma zaprezentowała film oraz layouty prasowe ze zwycięzcami i uczestnikami poprzednich edycji konkursu „make me!”

Zapraszamy do Łodzi!

Każdego roku stoisko przygotowane przez Grupę Paradyż nawiązuje do hasła przewodniego Łódź Design Festival. Nie inaczej jest w tym roku. Zgodnie z hasłem „It’s all about humanity” stoisko będzie przypominać przestrzeń mieszkalną, podzieloną na poszczególne pomieszczenia. Zaprezentowane mieszkanie nie będzie jednak zwykłym wnętrzem – będzie to „Dom Iluzji”. Głównym motywem przenikającym przez kolejne pokoje będzie złudzenie optyczne – błędne postrzeganie przez nas obrazu, w wyniku którego widzimy coś, co tak naprawdę nie istnieje. Przy wykorzystaniu specjalnie zaprojektowanych produktów Grupy Paradyż odwiedzić będzie można różne pomieszczenia (pokoje), w których pojawiać się będą między innymi złudzenia deformujące kształt obrazów, czy pokazujące rzeczy, które tak naprawdę nie znajdują się we wnętrzach tych pomieszczeń. Wystawa Ceramiki Paradyż ma na celu uświadomienie, że nasz wzrok - chociaż tak doskonały – można dość łatwo oszukać. Wynika to z błędnego rozpoznania obrazów, do którego dochodzi na skutek niepełnej lub celowo zmienionej informacji. W trakcie trwania festiwalu Łódź Design 2013, odwiedzający wystawę Ceramiki Paradyż będą mogli sami przekonać się jak łatwo jest zmienić postrzeganie obrazu i zmylić nieco nasz wzrok.

www.paradyz.com www.myway-paradyz.com


38 DESIGN ALIVE AWARDS

Nagrody za myślenie

D

esign Alive Awards Exhibits & Talks on Tour to całoroczny projekt promujący polską kreatywność w Polsce i za granicą. Wystawa zeszłorocznej edycji konkursu przez rok odwiedzała najbardziej interesujące targi i festiwale w Polsce i na świecie. Ekspozycja projektu studia Ultrabrand to ujmująca, skromna w formie prezentacja sensu Design Alive Awards i polskiego potencjału, który według nas, tkwi w ludziach. Zorganizowaliśmy dziesiątki inspirujących spotkań, wykładów i dyskusji, z Design Alive Awards designalive.pl

miało okazję zetknąć się ponad 500 tys. widzów. – To pokazuje, jak bardzo ważne jest pokazywanie ludziom wzorców, liderów zmian i ich ponadprzeciętnych dokonań – mówi redaktor naczelna Ewa Trzcionka. – W tym roku, oprócz nagród głównych przyznawanych przez międzynarodową Kapitułę, postanowiliśmy także oddać głos naszym czytelnikom i wręczyć w ich imieniu nagrody wybranym w plebiscycie nieprzeciętnym osobowościom – dodaje. Plebiscyt czytelników będzie trwał w drugiej połowie października, a laureatów głównych nagród Design Alive Awards 2013 wybierze Kapituła w międzynarodowym

ARENA DESIGN POZNAŃ, 5–8.03 Na premierowe spotkanie z cyklu Design Alive on Tour przybyło blisko 600 osób. Rozmowa z Robertem Koniecznym, laureatem Design Alive Awards Kreator 2012 okazała się niezwykle inspirująca, a samą wystawę odwiedziło blisko 15 tys. gości

składzie: Ewa Trzcionka (przewodnicząca), redaktor naczelna magazynu „Design Alive”, dr Krystyna Łuczak-Surówka, krytyk designu, Zuzanna Skalska, trendwatcher w VanBerlo (Holandia), Andreas Dornbracht, dyrektor zarządzający Dornbracht (Niemcy), Robert Konieczny, architekt KWK Promes, Wojciech Trzcionka, dyrektor wydawniczy „Design Alive”, Piotr Voelkel, właściciel Grupy Kapitałowej VOX, Oskar Zięta, projektant i naukowiec (Polska, Szwajcaria). Do publicznej wiadomości nazwiska laureatów zostaną podane 21 listopada podczas uroczystej gali Design Alive Awards 2013, która odbędzie się w Warszawie.

Tekst: Daria Linert, Zdjęcia: Eliza Ziemińska i Wojciech Trzcionka

Design Alive Awards to nagrody za kreatywne myślenie i oryginalną umiejętność odpowiadania na potrzeby współczesnego człowieka. To odszukiwanie i nagradzanie ludzi: Kreatorów, Strategów i Animatorów zmian powstałych z synergii projektowania, technologii, ekologii i biznesu ze świadomością zmieniającego się świata i społeczeństwa


DMY BERLIN, 5–9.06 Jako partner berlińskiego święta designu pokazaliśmy wystawę Design Alive Awards oraz otworzyliśmy strefę DMY Open Talks rozmową z laureatką Design Alive Awards Animator 2012 Agnieszką Jacobson–Cielecką oraz grupą Tabanda

W ubiegłorocznej edycji konkursu unikalną statuetkę Design Alive Awards projektu Oskara Zięty przyznano architektowi Robertowi Koniecznemu (Kreator 2012 ), kuratorce i dziennikarce Agnieszce Jacobson-Cieleckiej (Animator 2012 ) oraz prezydentowi Gdyni, Wojciechowi Szczurkowi (Strateg 2012 ). To z nimi będzie można stanąć „twarzą w twarz” na wystawie, która podczas Łódź Design Festival ( 17–27.10 ) zakończy roczne tournée Design Alive Awards 2012. Natomiast w cyklu spotkań Design Alive Talks, w ramach ŁDF, ( 18.10 ) porozmawiamy o pracy, życiu i marzeniach z bohaterami, którzy zwykle stoją w cieniu. www.designalive.pl/awards


Werdykt 21 listopada 2013 www.designalive.pl/awards

Mecenas:

Sponsorzy:

Partnerzy:

Patroni medialni:

Współpraca redakcyjna:

Partner PR:


styl życia 41

zdjęcia: dzięki uprzejmości GIT EU

transparentni „Szkło jest przyszłością” – tak mogli powiedzieć do siebie kupcy feniccy, wytapiający je przypadkowo z kamieni przed tysiącami lat. Dziś przypuszczenie powraca. Ponownie docenimy jego prostotę, transparentność, trwałość i kruchość jednocześnie. Dla wielu z nas jest także metaforą życia TEKST: MARCIN MOŃKA


T

ermin „transparentność”, zapożyczony zarówno z języka francuskiego, jak i angielskiego to nic innego, jak nasza polska „przejrzystość”. Od kilkunastu lat spotykamy się z nim właściwie wszędzie: w polityce, ekonomii, handlu, relacjach międzyludzkich, produkcji. Dziś wystarczy rzucić okiem na pierwszą z brzegu gazetę, by natrafić na hasła: „przejrzystość polityki” czy „przejrzyste zasady handlu”.

Czystość serca

Gdyby sięgnąć głębiej, szybko okaże się, że termin ten był bliski myślicielom sprzed lat. W ich wyobrażeniach posiadał specjalny, metafizyczny wymiar. Znakomitym przykładem jest Jan Jakub Rousseau, który z przejrzystości uczynił cnotę, a jej

umiłowanie i przejrzystość serca uznał za jedną z podstawowych zasad funkcjonowania społeczeństwa. „Moje serce jest przezroczyste niby kryształ” – pisał przecież w swoich „Dialogach”. Przez kolejne kilkaset lat „przejrzystość” definiowała nie tylko myślenie o jednostkowym życiu („mam czyste, przejrzyste serce, więc nie mam nic do ukrycia”), ale także funkcjonowaniu wielkich grup („zaufajcie nam, mamy czyste, jasne zamiary”). Sporo namieszał dopiero Freud – skrywane głęboko motywy i pragnienia, oczywiście nieuświadomione, przestały być tak transparentne.

Ludzki diament

Oczywiście od lat transparentność ma też swój wymiar materialny. Doszło nawet do tego, że niemiecki fizyk Joachim Becher postawił śmiałą tezę, że człowiek powstał ze szkła i do szkła może powrócić. Zakładał,


styl życia 43

GLASS IS TOMORROW O transparentności szkła wiemy od dawna i możemy tą zasadę potraktować dogmatycznie – w ten sposób myślą o nim artyści i projektanci stykający się z tym materiałem. „Glass is tomorrow” („Szkło jest przyszłością”) to cykl warsztatów i wystaw, w których uczestniczą europejscy projektanci m.in.: Werner Aisslinger, Lena Bergström, Tina Bunyaprasit, Studio Bystro Design, Pierre Favresse, Verena Gompf, Alfredo Häberli, Mendel Heit, Sebastien Herkner, Arik Levy, Cecilie Manz, Studio Olgoj Chorchoj, Maxim Velčovský, Hubert Verstraeten, Heikki Viinikainen czy Dan Yeffet. Wszyscy współpracują z rzemieślnikami specjalizującymi się w dmuchaniu szkła. Na każdym ze spotkań warsztatowych powstaje kilkadziesiąt obiektów, świadczących o możliwościach tego materiału. Wystawy były prezentowane w m.in. Paryżu oraz Mediolanie www.glassistomorow.eu


że ludzkie ciało po śmierci wystarczy poddać specjalnym zabiegom i otrzymamy piękne szkło. Minęło kilkaset lat i... za sowitą opłatą z naszych prochów poddanych obróbce można uczynić przejrzysty skarb. Wprawdzie nie szkło, ale coś jeszcze bardziej kuszącego – najprawdziwszy diament. W dobie baroku łączono szkło z kruchością ludzkiego życia, a jeden z ówczesnych myślicieli, Robert Burton powołał do życia termin „melancholików lękliwych”, czyli tych, którzy są cali ze szkła, a w zbyt bliskich kontaktach z innymi mogą się pokruszyć, rozsypać. Jednak wciąż pozostają „przejrzyści”, mimo przyrodzonego poczucia vanitas. Dziś równie łatwo można człowieka zniszczyć, „stłuc” w sensie metaforycznym. Czyjaś „śmierć” publiczna może dokonać się w ułamku sekundy, a jej konsekwencje mogą być bardzo bolesne.

Ekshibicjonizm

Współcześnie obserwujemy powrót do znaczenia transparentności. Leży to przecież w interesie polityków, firm, celebrytów, niestety, przewrotnie, nie zawsze czystym. Chcemy pokazać jak najwięcej, bo czystość wnętrza stała się cnotą. Ktoś, kto ukrywa zbyt wiele, w najlepszym razie zostanie skazany na środowiskowy ostracyzm. Zaczął się więc mentalny ekshibicjonizm. I handel cnotą czystości. Odsłanianie, także w wymiarze duchowym, naprawdę jest w modzie – wystarczy kilka minut spędzonych na Facebooku, by prześwietlić nawet osoby, których w życiu nie widzieliśmy. I nie chodzi tylko o to, że uwielbiamy podglądać innych – gdyby było inaczej, wszelka kolorowa prasa celebrycka straciłaby rację bytu. Lubimy się też pokazywać. Architekci i projektanci wnętrz przez ostatnie dziesięciolecia usuwają firanki, poszerzają okna, tworzą na nasze życzenie konstrukcje ze szkła. Tymczasem firmy, projektanci i szefowie marketingu wszem i wobec głoszą o swojej przejrzystości: zrównoważonym rozwoju, ekologii, zrównoważonym handlu, zdrowych składnikach, bezpiecznych dla dzieci, kobiet w ciąży i zwierząt i wszelkich innych „jasnych” zasadach wytwarzania.

Szczerość

Transparentność, czy tego chcemy czy nie, to już nie tylko modne hasło, a styl życia. Oby szczery i uczciwy. I w tym sensie wszyscy jesteśmy mieszkańcami „szklanych domów”, o których rozpisywali się klasycy. Może wspomniana początkiem „przyszłość szkła” to nie tylko kolejne, atrakcyjnie prezentujące się przedmioty, ale manifestacja określonej filozofii. Tak czy inaczej – zastanawiając się nad własną „przejrzystością”, dobrze otoczyć się jej materialnym wcieleniem.


styl życia 45 Water Circles. Projekt stworzony przez Cecilie Manz we współpracy z Matteo Gonetem


46 rzeczy

Nasi tu byli Świeże, rodzime towary wypatrzone na festiwalach w Berlinie i Gdyni Opracował: Marcin Mońka współpraca: Daria Linert

designalive.pl


Hoax

Stworzone przez jeźdźców dla jeźdźców – to istota marki Hoax Longboards. Deski powstają w oparciu o nowoczesne techniki produkcyjno–materiałowe oraz doświadczenia z wieloletniej jazdy na zwykłej desce, snowboardzie i tej do kitesurfingu. Dziś Hoax to już prawdziwa miejska legenda. Na ulicach nie tylko polskich miast jeźdźcy korzystają m.in. z modeli: Manelo, TwinDrop, Zouza czy B1. Od ok. 300 zł www.hoaxlongboards.com

Yacht Collection

Dmuchana kolekcja pomorskiej formacji Malafor stale się powiększa o kolejne obiekty, np. stołek i fotel Yacht. W obydwu stelaż z rurek można składać do płaskiej, łatwej do transportu i przechowywania formy. Zaś charakterystyczne dla marki, nadmuchiwane worki zostały schowane w pomarańczowym pokrowcu z nieprzemakalnego dakronu, materiału doskonale znanego amatorom sportów wodnych. Dostępne na zapytanie www.malafor.co

Lampy Shinoi

Kolekcję tworzy 12 lamp – po cztery warianty kolorystyczne dla każdego z trzech modeli. Gdy są zgaszone, abażury mają kolor biały, po zapaleniu stają się pastelowo kolorowe. Dzięki temu idealnie wpisują się we wnętrza zmieniające charakter w ciągu doby. Kolekcja składa się z modeli: Shinoi Diamond – klasyczna lampa wisząca, Shinoi Star – wiszący lampion nadający pomieszczeniom unikalny charakter, Shinoi Little Star – odważna, a zarazem delikatna stojąca lampka. Od 900 do 1 340 zł, www.shinoi.eu

Recto-Verso

Projekt Pawła Grobelnego został zrealizowany wspólnie z francuskimi rzemieślnikami Claudem Aiello (ceramik pracujący m.in. z braćmi Bouroullec) i Jeanem-Claudeem Charpignonem. Kolekcja składa się z obiektów dwustronnych, po obróceniu zmienia się ich funkcja, np.: wazon / miska, popielniczka / wazon, wyciskarka do pomarańczy / kubek. Każdy obiekt został zrealizowany tylko w trzech egzemplarzach.

Sleeping Mice

Puff marki Monomoka jest obiektem unikatowym i częścią większej całości. Kolekcja składa się z 13 obiektów. Trio projektowe (Katarzyna i Monika Gwiazdowskie oraz Piotr Saladra) tworzy nieprawdopodobne konstrukcje, osiągając efekt organiczny poprzez multiplikację 1 500 drobnych, niemal identycznych elementów z lnianej dzianiny, które łączą się w określoną strukturę. Puff powstaje aż cztery miesiące. 10 000 euro, www.monomoka.com

Lightbuoy

Charakterystyczna ekspresja lamp Pawła Jasiewicza jest wynikiem połączenia dwóch skrajnie różnych materiałów i nadania im przeciwstawnej geometrii. Zestawienie ażurowej konstrukcji z masywną bryłą klosza powoduje, że lampa jest mocnym, lecz niedominującym znakiem we wnętrzu. Lampy o trzech wysokościach są produkowane w małych seriach. 780 zł www.paweljasiewicz.com

Buty

Mateusz Przybysz był jednym z uczestników akcji „Zawodowcy”, polegającej na współpracy studentów i absolwentów Wydziału Wzornictwa ASP w Warszawie z lokalnymi rzemieślnikami. Rolą projektanta było dodatkowo przekonanie rzemieślnika, by zechciał podjąć z nim współpracę. Przybyszowi udało się i wraz z zakładem mistrza Jana Kamińskiego stworzył obuwie męskie. Wszystkie jego elementy zostały wykonane ręcznie. Prototyp.

Plastry

Sprytne łączniki w formie przypominające plastry to odpowiedź na potrzebę samodzielnego majsterkowania np. z łatwo dostępnych, drewnianych kantówek. Zwykle te detale traktowane są niezwykle technicznie, Beza Projekt proponuje, aby były najistotniejszym elementem konstrukcji i dodawały charakteru oraz uroku. Siedem rodzajów łączników pozwala na różne połączenie kantówek, co pozwala puścić wodze fantazji. Prototyp. www.bezaprojekt.pl

Space Invaders

Dwuwarstwowe tkaniny Agnieszki Chowaniec są wykonane w technice żakardowej, w osnowie zbudowane z bawełny, w wątku z wełny. Powstają ręcznie na zabytkowym krośnie. Tworząc wzór, projektantka posłużyła się motywem z dobrze znanej gry z końca lat 70. – Space Invaders. Pomimo wieku ma ona nadal wiernych fanów, a logotypy z niej stały się klasyką, używaną często w nowych kontekstach. Tkanina została wykonana w Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi, jako pokazanie potencjału w tradycyjnych metodach wytwarzania tekstyliów. Ok. 4 000 zł, www.agnieszkachowaniec.com

Majesty

Niszowa, w pełni polska i niezwykle pożądana na stokach marka nart freestylowych. Łączy najnowsze rozwiązania technologiczne z ręcznym wykończeniem i unikalnym projektowaniem graficznym, a wręcz sztuką ilustratorską. Nie stroni od radykalnych rozwiązań i wizjonerskich pomysłów. W kolekcji znajduje się wiele modeli, m.in: Knife, Dirty Bear czy Velvet, przeznaczonych do rozmaitych sposobów jazdy. Od ok. 1 800 zł, www.majestyskis.pl


designalive.pl


Polska zilustrowana Czy istnieje jeszcze polska szkoła plakatu? Skąd czerpie inspiracje pokolenie współczesnych polskich ilustratorów? I czy mają wspólny mianownik? Odpowiedzieć postanowiły Agata „Endo” Nowicka oraz Maria Zaleska, kuratorki ekspozycji „Where I come from” prezentowanej podczas berlińskiego festiwalu Illustrative TEKST: Marcin Mońka

designalive.pl


K 50 grafika

onferencja Typo Berlin, festiwal DMY, teraz Illustrative – wszędzie byli Polacy w mocnym składzie i trudno nie oprzeć się wrażeniu, że w tym roku w Berlinie mocno zaakcentowaliśmy swoją obecność. Illustrative to międzynarodowy festiwal współczesnej sztuki ilustratorskiej odbywający się w stolicy Niemiec po raz 13., w cyklu dwuletnim. Tym razem na przełomie sierpnia i września, na specjalnych prawach gościli twórcy z Polski, prezentując międzynarodowej publiczności obszerną ekspozycję „Where I come from” w ramach inicjatywy Polish Illustration Focus. Wielu pamięta polską szkołę plakatu i wybitnych twórców, takich jak: Henryk Tomaszewski, Waldemar Świerzy czy Jan Młodożeniec. Jeśli do tego dodamy ilustracje Janusza Stannego, Józefa Wilkonia czy Jana Marcina Szancera, na których wychowały się całe pokolenia, nie tylko Polaków, rysuje się przekonujący obraz wieloletniej tradycji polskiej sztuki ilustratorskiej. Jak wygląda recepcja prac dawnych mistrzów oraz współczesny obraz polskiej grafiki, wyrastającej z tego źródła? – o tym opowiadało kilkadziesiąt prac zgromadzonych na jednej wystawie, nam kulisy powstania wyjawiła jedna z kuratorek, Agata „Endo” Nowicka. Prezentujecie prace 20 twórców. Czy coś ich łączy poza tym, że pochodzą z Polski? Ekspozycja jest reprezentatywna i ogniskuje najważniejsze zjawiska na przestrzeni ostatnich lat? Kiedy dostaliśmy zaproszenie, żeby pojawić się na festiwalu, razem z Marią Zaleską zastanawiałyśmy się, czy możemy w ogóle znaleźć jakiś wspólny mianownik, coś, co byłoby tematem przewodnim tej wystawy, a nie tylko „prezentacją polskich ilustratorów”. Pierwszym problemem, który zdefiniowałyśmy i z którym próbujemy zmierzyć się jako fundacja Illo, jest to, że współcześnie polska ilustracja praktycznie nie istnieje na świecie. Owszem, polscy twórcy komiksowi są doceniani na festiwalu w Angoulême, a ilustratorzy książek dla dzieci na targach książki dziecięcej w Bolonii, ale jeśli weźmiemy do ręki pierwszy lepszy album z ilustracją opublikowany designalive.pl

zagranicą, najprawdopodobniej nie będzie w nim Polaków. Oczywiście, nadanie naszej wystawie narodowego mianownika wydawało nam się zbyt banalnym i niemodnym rozwiązaniem. Hasło „dobre, bo polskie” raczej nie zrobi wrażenia na wytrawnej, międzynarodowej publiczności. Co więc jest w polskiej ilustracji takiego, co mogłoby ich zainteresować? Jeśli w ogóle pojęcie „polska ilustracja” ma sens? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musiałam sięgnąć do swojego dzieciństwa. Przypomniałam sobie obrazy, które robiły na mnie największe wrażenie, plakaty „Cyrk”, ilustracje w trzytomowym wydaniu „Baśni” Andersena, nostalgiczne prace Jana Marcina Szancera i pełne uroku i zakazanego erotyzmu rysunki Mai Berezowskiej. Pomyślałyśmy, że to być może doświadczenie wspólne dla obecnego pokolenia polskich ilustratorów, zaczęłyśmy rozmawiać z artystami, u których zauważałyśmy ślady tych inspiracji. Ta wystawa jest w pewnym sensie powrotem do dzieciństwa, próbą znalezienia śladów wspólnych korzeni – stąd jej tytuł: „Where I come from”. Skoro świat od kilkudziesięciu lat ceni polską szkołę plakatu i ilustracji, przekornie pytamy – czy nie jesteście ciekawi, co było dalej? Możemy obecnie mówić jeszcze o pewnym poczuciu grupowości? Czy w ogóle byłyby możliwe grupy programowe? Myślę, że na pewno można mówić o środowisku, które jest dość zintegrowane i potrafi się wspierać. Artyści są ciekawi siebie nawzajem, przyglądają się i żywo interesują tym, co robią inni. W ciągu ostatnich kilku lat miały miejsce wystawy takie jak „Ilustracja PL”, organizowane w trakcie festiwalu KTR (Polski Festiwal Reklamy Klubu Twórców Reklamy – przyp. red.), dzięki którym wielu ilustratorów poznało bliżej nie tylko prace innych twórców, ale także osoby, które za nimi stoją. Powstaje dużo inicjatyw, które skupiają środowisko – wystawy, publikacje (np. „Zeszyt” czy „Zwykłe Życie”), wspólne pracownie, a także kolektywy i nowe agencje, co daje im odczuć, że, działając wspólnie, mogą nie tylko uczyć się dzięki doświadczeniu innych, ale także tworzyć rynek na nowo, walcząc o to, żeby bardziej przyjazny dla twórców. Kiedyś mówiło się np. o polskiej szkole plakatu. Czy dziś takie zjawisko byłoby możliwe? W pani

Na wystawie „Where I come from” zgromadzono grafiki z ostatnich lat, które stworzyli m.in. Ada Buchholc, Agata Dudek, Agata Bogacka, Anna Goszczyńska, Anna Niesterowicz, Bożka Rydlewska, Daniel Horowitz, Dawid Ryski, Jan Estrada Osmycki, Alek Morawski, Maciej Sieńczyk, Magda Wolna, Magdalena Karpińska, Magda Estera Łapińska, Marcelina Jarnuszkiewicz, Marianna Sztyma, Marta Ignerska, Marta Sławińska, Mirosław Gryń, Ola Cieślak, Ola Niepsuj, Paweł „Pejot” Jońca, Rafał Szczepaniak, Tomasz Walenta czy Zuza Miśko. Polish Illustration Focus to projekt Fundacji Współpracy Polsko–Niemieckiej, Stowarzyszenia Twórców Grafiki Użytkowej i Agencji Illo. Współpraca: Rene Wawrzkiewicz, projekt ekspozycji: Centrala, projekt graficzny: Jakub Jezierski

odczuciu twórcy z Polski, zajmujący się m.in. ilustracją, mogliby mówić tzw. wspólnym głosem? Polska szkoła plakatu charakteryzowała się tym, że nie była to szkoła w sensie podobieństwa stylu, ale raczej zjawisko skupiające indywidualności. Tak jest i teraz – każdy z twórców, których prezentujemy na wystawie ma swój niepowtarzalny, charakterystyczny styl, a jednak cechą wspólną ich ilustracji jest to, że powstają tu i teraz – w tych okolicznościach i w tym kraju. Czy twórcy młodszego pokolenia, w pani odczuciu, czerpią z doświadczeń swoich poprzedników? Czy raczej starają się odcinać od tradycji? Prawie każdy z nas wychowywał się wizualnie na dziełach mistrzów polskiej ilustracji i plakatu, i o tym m.in. jest ta wystawa. Ten wpływ jest zdecydowanie widoczny w pracach wielu współczesnych ilustratorów i plakacistów, chociaż często w zupełnie nowej interpretacji. Jednak pewne wartości pozostały niezmienne: kompozycja, przemyślana kolorystyka, lapidarność i trafność wypowiedzi, żart i intelektualna gra z widzem. W jaki sposób osoby zajmujące się grafiką trafiają w Polsce do zawodu? Czy warunkiem koniecznym jest ukończenie Akademii Sztuk Pięknych? Doświadczenia wielu osób i ich historie udowadniają, że energię i umiejętności niezbędne do pracy można czerpać z wielu źródeł. ASP daje warsztat oraz możliwość uczenia się bezpośrednio od doświadczonych i szanowanych twórców. Ale w dobie nowych mediów, narzędzi, które ułatwiają pracę oraz zaprezentowanie swojego talentu szerszej publiczności, osoby, które nie zdecydowały się pójść tradycyjną drogą, mają dużo łatwiejszy start. Są tacy twórcy, jak: Arobal (Bartłomiej Kociemba – przyp. red.) czy Tymek Jezierski, którzy nigdy nie studiowali na kierunku związanym ze sztuką, a jednak potrafili konsekwentnie rozwijać się jako artyści i zbudować ciekawe portfolio oraz mocną pozycję na rynku. Ja, po pięciu latach w liceum plastycznym czułam, że nie mam siły na kolejne pięć lat na uczelni, potrzebowałam znaleźć własną przestrzeń. Spędziłam kilka lat z dala od sztuki i wróciłam do rysowania dopiero wtedy, kiedy rzeczywiście poczułam, że mam na nie jakiś pomysł.


Agata „Endo” Nowicka (z lewej) i Maria Zaleska, kuratorki wystawy ”Where I come from"


Przedsiębiorstwo Projektowania Fajnych Rzeczy U nas podział zasadniczy jest na: Filipa, Tomka i Megi. I staramy się tych granic nie przekraczać TEKST: Ewa Trzcionka, Zdjęcia: Wojciech Trzcionka


ludzie 53 Tabanda od lewej: Tomek Kempa, Megi Malinowska, Filip Ludka


Berlin Hangary byłego lotniska Tempelhof. Geometryczna, kamienna manifestacja niegdysiejszej potęgi III Rzeszy. Wewnątrz gwar i nieład. Niebawem wyrosną stoiska, wystawy i instalacje. Małgosia Malinowska ( 31 lat), Tomek Kempa ( 33 ) i Filip Ludka ( 31 ) na berlińskim festiwalu designu DMY są po raz pierwszy. Wyjadą stąd z nagrodą Pappel za najlepszą wystawę „Współczesne improwizacje”. W głowach montaż stoiska, a w dłoniach wkrętarki i młotki. Tabanda, jak się nazwali cztery lata temu, to wielka improwizacja, entuzjazm, żywioł, energia i nieustająca zabawa. – Widziałeś konstrukcję dachu? Genialna! – zachwyca się, zadzierając głowę ku górze Filip. – A mury jakie… – No. Dobrze, że ich nie docieplili – kwituje Tomek. Salwa śmiechu. Jedna, druga i kolejna. W towarzystwie tej trójki nie da się nie śmiać. Utwierdzili nas w tym kilka tygodni później. – Będziecie w lipcu na Gdynia Design Days? Zepniemy się z remontem i może urządzimy parapetówkę w nowym studio. Odwiedźcie nas!

Gdańsk Parapetówki nie było, za to była inspekcja placu budowy i niemal mistyczny spacer po okolicy. Zapomniana dzielnica Gdańska, Dolne Miasto. Rzędy ceglanych kamienic, stare zakłady, opuszczony szpital. Na murach świeże plakaty festiwalu teatrów ulicznych „Feta”. Środkiem ul. Łąkowej, pod rzędami zwyrodniałych drzew grochowca ciągną się przysypane pyłem tramwajowe tory – dowód dawnej świetności. Według Małgosi, świetność designalive.pl

jednak ma tu wrócić: – Kiedy zlikwidowali tramwaje, ta dzielnica zupełnie podupadła. Zostały jednak zakłady Batyckiego i siedziba LPP. Rano mamy tu niesamowity widok. Niedorobieni pijaczkowie szukają azylu przed światłem dziennym, a masy młodych ludzi ciągną do pracy projektować nowe torebki u Batyckiego i ciuchy dla Mohito i Reserved. Ta dzielnica jest niesamowita, ma potencjał. I wszyscy to czujemy. I choć jesteśmy z Gdańska, to odkryliśmy ją dopiero dwa lata temu przy okazji festiwalu audiowizualnego „Narracje”. Każdy z nas wtedy poczuł, że fajnie byłoby tu być. I wynajęli pierwsze wspólne biuro. Na początku to było 40 mkw. przy Reducie Miś i to dzielonych z kolegą na pół. Teraz przenoszą się na powierzchnię 12-krotnie większą, do byłej fabryki amunicji. Białe i czarne ściany, na podłodze zaimpregnowany beton. Przez spore fabryczne okna wpadają ostatnie promienie słońca. Tu będą biura projektowe. W prototypowni stoi już „ona”, maszyna CNC do cięcia sklejki. Mechaniczne serce Tabandy. – Widzisz te spawy? – wskazuje czarne „blizny” na stalowych drzwiach Filip. – Myśleliśmy, że się zmieści. Ale okazało się, że część bramy się nie otwiera. No to ucięliśmy kawałek drzwi i pospawaliśmy z powrotem. Nikt z Tabandy nie boi się ubrudzić rąk, co później potwierdzą. Tymczasem na środek wielkiej hali Tomek wnosi stół, Filip z zakamarka, który ma być niedługo niewielką kuchnią, wyciąga czerwone wino: – Wody nie mamy, ale gość w dom, Bóg w dom… Dwa-trzy toasty. I czas ruszać w drogę. Robi się ciemno, a dzielnica, wbrew pozorom kusi kulturą. – Zaraz zaczyna się niezły spektakl – namawia Megi. – Idziemy teraz grzbietem wałów obronnych z XVI wieku. Ta fosa opływa bastiony fortyfikacji Dolnego Miasta. Patrz, tak to wygląda z góry – Filip wyciąga iPhone’a, na którym zdążył wyszukać starą rycinę z zygzakowatym rysem Opływu Motławy, części nowożytnych obwarowań Gdańska. – Podobno z braku pieniędzy Gdańsk nie dorobił się innych.

Potem okazało się, że to jedne z niewielu tego typu fortyfikacji, jakie zachowały na świecie. Mówię Ci, tu będzie pięknie. Bez zadęcia, rozmawiając o Gdańsku, muzyce, sporcie, życiu, o wszystkim i o niczym, z piwem w ręce zwiedziliśmy magiczne miejsce, z którego Megi, Tomek i Filip czerpią energię. Z kroku na krok przybywało spacerowiczów, zapaliły się latarnie, tłum gęstniał. Dotarliśmy. Przypadkiem trafiliśmy na jeden z najlepszych spektakli tegorocznej „Fety” – „Symfonię Hutniczą” (Furnace Symphony) niemieckiej grupy Titanick. Błyskało, grzmiało, lśniło między ceglanymi murami starego podwórka a stokiem wału fortyfikacji. – Głośno, co? – rzuca Tomek – Widzimy się jutro? Z przyjemnością.

Gdynia Jakie były początki Tabandy? Filip Ludka: To było zaraz po studiach (Politechnika Gdańska – przyp. red.). W międzyczasie Tomek wrócił z Londynu. Pierwsze wspólne rzeczy, zanim jeszcze byliśmy marką, były prezentami dla znajomych. Wpierw, obłożony sklejką, styropianowy Fotello, później leżaki, bujane fotele. Szło nieźle, ale zastanawialiśmy się, czego nam brakuje. Była to maszyna. Zdecydowaliśmy się na technologię CNC. Megi Malinowska: To był pełny spontan. Od czynu do czynu: trzeba zrobić tamto, trzeba wymyślić nazwę, trzeba wziąć dofinansowanie na maszynę. Samą sklejką zainteresowaliśmy się podczas naszych zagranicznych wycieczek, które odbyliśmy na studiach. Może nieco wcześniej, kiedy swoją pracownię pokazał nam Roland, nasz trójmiejski sklejkowy mentor, trochę dobry wujek, artysta–eksperymentator, który odpala wszystkie okoliczne maszyny CNC. I u niego pierwszy raz zobaczyłam, jak działa taki sprzęt. To był mój pierwszy styk i pamiętam, że byłam konkretnie podkręcona. Potem wyjazd do Londynu, gdzie pracowałam i przez pół roku studiowałam w West Minster University of Architecture. FL: Tę samą szkołę skończył


ludzie 55

Nie mamy klasycznych zapędów architekta, by postawić największy „klocek” w mieście, żeby wszyscy go widzieli Tomek. A ja miałem podobną przygodę ze szkołą w Grenoble we Francji. Oprócz przyjaźni jednak powiązał nas bardzo sport. Właśnie w Grenoble, gdzie jeździliśmy na stokach, postanowiliśmy, żeby działać razem. Kiedy pierwszy raz pokazaliście swoje prace publicznie? Pamiętam pierwsze spotkanie z wami na Remade Market podczas festiwalu designu w Łodzi w 2010 roku. Tomek Kempa: Wpierw była Gdynia Design Days. To było w czerwcu 2010 roku, a my ruszyliśmy w grudniu 2009. Zimą w te kilka miesięcy powstały pierwsze modele np.: Falon, Poduszak i lampa Stołowo. Potem była Łódź. Tak naprawdę połowa naszych bestsellerów to są te pierwsze projekty. Nie czujecie, że proza życia: faktury, rozliczenia, naprawy maszyn odbierają wam czas na kreatywność? MM: Bardzo. TK: Zdecydowanie. FL: Wszystko zabiera nam czas na kreatywność. Dlatego podstawą naszej oferty są pierwsze projekty. Dopiero teraz udało nam się wszystko porządnie ogarnąć. Dojść do tego, jak produkować, jak sprzedawać? TK: Oprócz tego, że stworzyliśmy markę, to sami intuicyjnie opracowaliśmy technologicznie nasze produkty. Zdecydowaliśmy, że tniemy ze sklejki, potem pojawiło się mnóstwo pytań: jak szlifować, czy fazować? Co po lakierowaniu, co przed? To była cała seria eksperymentów. FL: Elementy, gdy są wycięte, to jest wszystko ładnie i elegancko. Ale potem przychodzi czas ich łączenia. Wszystko musi idealnie pasować. Potem trzeba redukować ilość odpadów, a jednocześnie, starać się, by np. elementy miały w odpowiednią stronę ułożone usłojenie. Czy którykolwiek z was pracował wcześniej w stolarskim warsztacie, by się tego nauczyć? TK: Właśnie o to chodzi, że nie. Jasne, w domu każdy z nas coś tam majsterkował, z rodzicami dzióbał, dłubał. Potem zaczęliśmy robić ze sklejki longboardy. Takie nieustanne ZPT (Zajęcia Praktyczno–Techniczne, niegdyś przedmiot

w szkołach podstawowych – przyp. red.). FL: Dużo mi dały studia w Grenoble. Rok był podzielony na projekty wykonywane w czterech materiałach: w drewnie, w stali, w laminatach i w ziemi pod różnymi postaciami: od gliny aż po beton. Z każdego materiału robiło się oddzielny projekt w skali 1:1, ręcznie, w wielkiej pracowni. W jaki sposób dostaliście się na zagraniczne studia? Poprzez stypendia, programy typu Erasmus, czy sami opłacaliście naukę? TK: Za naszych czasów Erasmusów jeszcze nie było. FL: Co ty mówisz? Ja byłem z Erasmusa. TK: Acha… Ja płacić musiałem, ale miałem też dofinansowanie z rządu brytyjskiego. Zanim w Londynie zaczęliście studia, to czym się zajmowaliście? Klasyczną „pracą na zmywaku”? TK: Nie! No ja, to byłem najprawdziwszym barmanem! MM: A ja owszem, zasuwałam na zmywaku. TK: No dobra, gdzieś, kiedyś, zaliczyłem jakiś zmywak, ale głównie byłem barmanem, przez ładne cztery–pięć lat. I wtedy się wydarzyło bardzo wiele, bardzo ciekawych rzeczy… I to, że dzisiaj tu jesteśmy i robimy to, co robimy, to jest zasługa tych wyjazdów za granicę. Inaczej każdy z nas zasuwałby w jakimś nudnym biurze. MM: Wszystko, co tam się wtedy wydarzyło to wspomnienie dość harcore’owe z dobrymi konotacjami. Bardzo intensywne, mocne. Przeżyłam tam naprawdę wszystko: od euforii po totalną załamkę. Ale, z perspektywy czasu, to był najbardziej pouczający rok, jeśli chodzi o samodzielność, organizację pracy, rozwój osobowości, szukanie planu na siebie i odkrycie projektowania itd. Wszyscy jesteście po architekturze, a zajmujecie się małymi formami, nie żal wam trochę architektury? MM: No, przecież zbudowaliśmy Terminal! (kontenerowe miasteczko, tzw. Terminal Designu na Gdynia Design Days – przyp. red.) TK: Takie rzeczy chcielibyśmy

najbardziej robić. To jest stale architektura. Niewielka, ale jest. Nie mamy klasycznych zapędów architekta, by postawić największy „klocek” w mieście, żeby wszyscy go widzieli. To dziś już jest uważane za bezwstydne i trochę jak kupowanie samochodu terenowego, by jeździć nim po mieście. FL: Małe formy architektoniczne są tylko przerywnikami, między mebelkami, które jednak kręcą nas najbardziej. Każdy z nas za granicą miał swój pierwszy większy projekt. Po Grenoble wyjechaliśmy do Innsbrucku na rok, gdzie pracowaliśmy na stokach jako instruktorzy. A mi się przytrafił projekt wnętrza sklepu snowboardowego. Wszystkie meble robiliśmy sami. Potem Tomek zrobił dla klienta stoisko na ISPO (największe międzynarodowe targi sportowe w Monachium – przyp. red.), teraz znów robiliśmy tam stoisko dla marki Majesty. Wielu projektantów nie lubi albo nie chce brudzić sobie rąk w warsztacie. U was jest zupełnie inaczej. TK: Dla nas to podstawa od samego początku. W okresie insbruckowym wpadła mi nawet do głowy myśl, że nie chcę już być architektem, tylko stolarzem. Myślałem poważnie, żeby pójść do szkoły zawodowej i nauczyć się pracy z drewnem. FL: Mnie w pracę z drewnem wprowadził tata. Jest projektantem, uczy na ASP w Gdańsku (dr Krzysztof Ludka – przyp. red.). Z nim, od 16. roku życia wyjeżdżałem do Francji i tam np. budowaliśmy dom. Nosiłem pustaki, murowałem, robiłem więźby dachowe z drewna. Tam spodobał mi się ten brud i praca z materią. TK: To były „więźby rodzinne”! Wspólnie prowadzicie biznes, przedsiębiorstwo… TK: …Przedsiębiorstwo Projektowania… MM: …Przedsiębiorstwo Projektowania Rzeczy… TK: …Fajnych Rzeczy! O! Przedsiębiorstwo Projektowania Fajnych Rzeczy. Zapisuję! FL: …P.P.F.R. Tabandex! Chciałam zapytać, czy macie w firmie jakiś podział obowiązków? TK: Podział zasadniczy jest na: Filipa,


56 ludzie

Ciągle do mnie nie dochodzi, że ludzie podziwiają nasze rzeczy, chcą je mieć, kupują! Tomka i Megi. I staramy się tych granic nie przekraczać. A, poza tym, Filip świetnie dogaduje się z panią księgową. Megi ma najwięcej do czynienia z klientem. Jest po prostu najładniejsza. My z Filipem też próbowaliśmy i nie chcieli z nami gadać. MM: Moje obowiązki wynikają również z tego, że miałam najmniejsze doświadczenie warsztatowe. Jeszcze w Sopocie, w pierwszej siedzibie, wszyscy na równi pracowaliśmy przy naszej manufakturze. Ale mi wychodziło najgorzej. FL: Coś ty?! Projekt Poduszak tylko ty potrafiłaś zrobić. Nikt inny nie miał do niego cierpliwości. TK: Poza tym, te nasze pierwsze projekty były mocno aprodukcyjne. Nikt poniżej wykształcenia technicznego, wyższego nie był w stanie tego zmontować. MM: Faktycznie i miałam wrażenie, że już zawsze będziemy siedzieć w tym warsztacie, bo nikomu nie będziemy w stanie wytłumaczyć, jak zrobić nasze produkty. Początek taki był, w warsztacie – sercu tętniącym odgłosem maszyny. Cieszyło nas, że możemy coś wyciąć, złożyć, wyszlifować i, że to działa. To był totalny zapłon! Potem pokazaliśmy publicznie projekty i zaczęły się schody: zapytania, zamówienia, wystawy. I co dalej? Jak to sprzedawać, promować, wytwarzać w większych ilościach? Jestem pewna, że, gdybyśmy wtedy mieli świadomość, jak to profesjonalnie powinno wyglądać, to byśmy się tego szaleństwa nie podjęli. Ale krok po kroku zaczęliśmy ogarniać. Samo zaczęło się krystalizować: co, kto ma robić? I tak się po prostu stało, że to ja najwięcej siedzę przy komputerze. Z kolei Tomek z Filipem są już zmęczeni siedzeniem w warsztacie. Ale mam nadzieję, że niebawem nasz warsztat stanie się czymś na kształt prototypowni, a produkcja wyjedzie na zewnątrz. FL: Nauczeni na błędach z przeszłości, tak teraz projektujemy, by produkty były łatwe w wytworzeniu. Najnowszy stół Maciek i krzesło Diago właśnie takie są. Przy tych produktach jesteśmy w stanie wytwarzać większe ilości, bez nadzoru. MM: Gdy teraz nas słucham, to widzę, że jesteśmy przykładem ludzi, którzy designalive.pl

przechodzą wszystkie etapy. Od totalnej euforii, od pomysłów, które, umówmy się, nie były do końca dobrze przemyślane. Od zupełnej niewiedzy o tym, co to jest firma i jak to się prowadzi? Wskoczyliśmy w to bez opamiętania. Teraz przychodzą kolejne etapy. Uczymy się na błędach, cały czas się rozwijamy i wychodzi nam to coraz lepiej. A początek, to był zupełny klasyk z początkiem w garażu. Twarze Tabandy są trzy. Kto jeszcze z wami pracuje? FL: Jest z nami Łukasz Milanowski, którego poznałem w Grenoble. Zajmuje się promocją i sprzedażą w kraju i za granicą. W warsztacie wspomaga nam nasz przyjaciel Jarek. Jest z nami też stażystka, Maryśka, która działała mocno przy wystawie „Współczesne Improwizacje”. Teraz jeszcze szukamy odpowiedniego pracownika na stałe. Patrząc na wasze produkty, profesjonalnie przygotowane cenniki, katalog, sieć sprzedaży, aż trudno uwierzyć, że jest was taka garstka. TK: Dziś wiele firm tak działa i tak wygląda. Wiele marek już popartych na rynku to firmy, które składają się z trzech–czterech osób, a sprzedają na cały świat. To marki, które są niszowe i zawsze będą niszowe, bo taki jest ich cel. Jak widzicie siebie za kilka lat? MM: Teraz mamy nową lokalizację. Osobiście czuję, że tam wiele się wydarzy. Szkoda, że nie widzieliście naszego starego biura. Jeszcze rok temu to była nasza wielka duma i krok milowy, bo dorobiliśmy się miejsca, gdzie normalnie przychodzi się codziennie rano do pracy. Z perspektywy roku to jest już dla nas przeszłość. Nowa pracownia jest dużo większa, zakłada łączenie sił i dzielenie miejsca z innymi kreatywnymi ludźmi. Część z nich zajmuje się pokrewnymi rzeczami, część nie i czasem z tego braku pokrewności może wyjść coś naprawdę ekstra. TK: Teraz mijają cztery lata od naszych początków. Nie mogę uwierzyć, że jest tak, jak jest! A najbardziej zaskakujące jest to, że jako ludzie jesteśmy dokładnie tacy sami, jak wtedy: normalni znajomi,

którzy mają swoją pasję i robią, co lubią. Ciągle do mnie nie dochodzi, że ludzie podziwiają nasze rzeczy, chcą je mieć, kupują! A to po prostu samo się dzieje: wstaję rano, idę do pracy, zaczynam projektować, robić krzesła, sprzedawać, organizować i to jest kompletnie normalne. Tomek i Megi jesteście parą i przebywacie z sobą niemal 24 godziny na dobę. Wytrzymujecie? FL: Ja nie odczuwam w pracy tego, że oni są parą. MM: Tabanda to nasze zadanie do wykonania i to kolejna rzecz, która wyszła i wychodzi bardzo naturalnie. A każdy z nas ma swoje sportowe uzależnienie i azyl. Ja obecnie najintensywniej gram w tenisa, ale zdarzało mi się robić przeróżne rzeczy. TK: Przykładowo Małgosia w 1997 roku była Mistrzynią Polski w Kung Fu, dlatego ja jestem taki skryty i zamknięty w sobie. FL: Tak naprawdę wszyscy mamy swoje sportowe odskocznie i one zdecydowanie pomagają odpocząć od siebie. Ja z Tomkiem zimą mamy snowboard, a teraz mocno jeździmy na rowerach. Gdzie nad morzem jeździ się na desce? TK: Tam gdzie na rowerach, downhillowych oczywiście, nie w jakichś tam obcisłych lycrach. Całe Trójmiasto schowane jest wśród morenowych pagórków. W promieniu 60 km mamy sześć stacji narciarskich, tam jeździmy zimą na desce, a latem na rowerze. Odpoczywamy od pracy i od siebie. Ten rok jest wasz. Jedna za drugą przychodzą wyróżnienia, nagrody, zlecenia i dobre recenzje. Do tego macie na głowie remont, przeprowadzkę, produkcję. Projektowanie leży. Nie czujecie presji, by na fali sukcesu wpuszczać kolejne nowości? TK: Nie… Tak… Trochę. MM: Bez sensu jest tworzyć na ilość, na tym nam nie zależy i taka postawa na przekór konsumpcji jest argumentem. TK: Jednak, jeśli przestaniemy projektować nowe rzeczy, produkować je i sprawdzać, jak zachowują się na rynku, czy się podobają, to przekreślimy sens naszego istnienia. Ej… strasznie padać zaczęło, wracajmy na imprezę.


DZIAŁ 57

diago krzesło w produkcji

designalive.pl


zdjęcie: dzięki uprzejmości maarten baas studio


ludzie 59

Syn pastora

Grał na gitarze, nosił długie włosy i pisał wiersze. Długo, instynktownie szukał swojej ścieżki. Zachęcony przez ojca, by próbował sam odnaleźć swój sposób na życie, stał się jednym z najciekawszych europejskich projektantów młodego pokolenia. Maarten Baas w rozmowie z Ewą Trzcionką

N

iezwykle miło spotkać chłopaka, którego kreatywność wyrosła w miłości i rodzinnym zrozumieniu. Nie była efektem buntu, nie była sposobem na udowodnienie światu, że jednak potrafię. Nie była eksplozją skrywanego, bo nierozumianego, talentu. Wręcz przeciwnie. Wspierany, uczony od dziecka otwartości szukał własnej ścieżki i sposobu na życie. Spokojny, uśmiechnięty. Maarten Baas ma urodę chłopczyka i opinię awangardzisty, choć wcale się na nią nie sili. Zwyczajnie, robi to, co robił od zawsze, a świat właśnie do niego powoli dobiega. Pracuję już ponad 10 lat. Nigdy nie zmierzałem w stronę ilości, zawsze najważniejsza była jakość. Nie zastanawiam się teraz, w jaką stronę zmierza świat i rynek, tylko podążam swoją drogą. Małe ilości, ręczna robota, unikalność. Może to dziś globalny trend, ale ja w taki sposób pracowałem od zawsze. Może teraz będzie ci łatwiej być rozumianym i kupowanym?

O tak, z pewnością. Choć, jest coś, co niełatwo zmienić. Coś czego ludzie nie rozumieli i nadal nie rozumieją. Stale słyszę o porównywaniu. I choć wszyscy już akceptują, że obiad w restauracji z gwiazdką jakości Michelina jest droższy od bułki w McDonaldzie, to nadal nie są w stanie pojąć, że są krzesła znacznie droższe od tych z Ikei. Że kosztują 800 euro a nie 50. Tego przestawienia w mentalności jeszcze nie widzę. Szkoda, bo różnica jest logiczna. Moje krzesło wymaga wiele atencji, ręcznej pracy, jak w dobrej restauracji. Tworzenie obiektów z pogranicza sztuki i rzemiosła jest w jakiś sposób szczególne? Kiedy zacząłem pracować w glinie, główną myślą było tworzenie naiwistycznych form w bardzo dziecinny, prosty sposób. Nie było mowy o jakichś przygotowaniach, wstępnych szkicach, czy komputerowych renderach. Nie było form. Po prostu zaczęliśmy w warsztacie bawić się gliną. Wyszły pierwsze modele, które potem próbowaliśmy reprodukować. Projektując, pracujesz sam, czy masz pracowników?

To rzadko spotykane, ale u mnie granica pomiędzy projektowaniem a wytwarzaniem jest płynna. Pracuję z rzemieślnikami, wiele się od nich uczę. Taka kooperacja zwykle jest bardzo interaktywna. Dowiadujemy się wiele o ograniczeniach i możliwościach techniki i materiału. Słuchamy się i potem dalej improwizujemy. To zupełnie inny proces niż w klasycznym przemysłowym wdrożeniu nowej formy. Kiedy współpracowałem z producentem przemysłowym, historia zawsze była taka sama, mówili: „Daj nam rysunki, a my to dla ciebie zrobimy”. Zwykle wtedy byłem troszkę zmieszany. Mówiłem, że nie mam rysunków, że chciałbym poznać technologię, dowiedzieć się, jak wszystko tu działa. Zadawałem mnóstwo pytań, o materiał, o procesy, o możliwości. Chciałem wszędzie zaglądnąć i współdziałać na bieżąco. Byłem zwykle kłopotliwy, bo niewiele producentów lubi, czy umie w taki sposób pracować. A my tak właśnie działamy: tworzymy na bieżąco, próbujemy, łączymy moje umiejętności z umiejętnościami fachowych designalive.pl


Tym projektem Maarten Baas dołączył do projektu charytatywnego „Chair for Charity”. Krzesło zostało zlicytowane na aukcji designu w Hadze

designalive.pl


ludzie 61

rzemieślników. Ale nigdy nie rysujemy. Działamy zawsze na żywo w kontakcie z materiałem. Rzemiosło nowej ery. Bardzo lubię tak o sobie myśleć. Choć przyznam, że sam nie jestem zbyt zdolny manualnie. Pracuję z ludźmi, którzy są w tych technicznych sprawach zdecydowanie lepsi ode mnie. To dlatego tak często mówisz w liczbie mnogiej. „Maarten Baas” to nie tylko ty, ale to zespół? To praca podobnie, jak przy robieniu filmu. Jest reżyser, który decyduje o rolach bohaterów, nakreśla ogólny klimat, ale są też aktorzy, którzy mają wpływ na ich ostateczny wyraz i charakter. I tak pracuję w naszym zespole z rzemieślnikami. Ja daję pomysł, jak coś powinno wyglądać, ale wiele potem zależy od nich, więc to proces bardzo wspólny. Jak wyglądała twoja droga do bycia projektantem. Olśnienie? Marzenie z dzieciństwa? Przypadek? Trochę mi to zajęło, zanim dowiedziałem się o takiej profesji jak projektant. Widzisz, być strażakiem czy pilotem to są dla dzieciaka sprawy bardzo oczywiste. Te zawody są jasne i czytelne. Kiedy byłem mały, nie miałem pojęcia, że istnieje zawód projektanta. Wiedziałem natomiast, że chcę iść w stronę tworzenia. Trochę grałem na gitarze w kilku zespołach. Nie byłem chyba w tym najlepszy… w każdym razie moi koledzy byli lepsi! Potem zajmowałem się słowem, pisałem. Dopiero po czasie odkryłem, że istnieje zawód projektanta. Miałem wtedy około 15 lat i pomyślałem, że to by było coś dla mnie. Czy Maartena Baasa można gdzieś posłuchać? Istnieją może jakieś nagrania? (Śmiech) O rany, mam nadzieję,

że nie! Lepiej oglądać moje prace, niż słuchać grania, uwierz! Skąd u ciebie ta kreatywność? Co cię zainspirowało – otoczenie z dzieciństwa, a może kreatywni rodzice? Pewnie wszystko po trochę. W zasadzie nie ma jednego miejsca, które mogłoby mi się kojarzyć z dzieciństwem i dorastaniem, to zlepek wspomnień wielu miejsc. Moi rodzice są Holendrami, ale urodziłem się w Niemczech, gdzie akurat wtedy mieszkali. Potem przenieśliśmy się na południe Holandii, następnie bardziej w centrum kraju. Kiedy zacząłem studia w Akademii Projektowania, zamieszkałem w Eindhoven. Rodzice natomiast nie mają nic wspólnego z kreatywnymi zawodami. Mama jest nauczycielką w szkole podstawowej. Uczyła swego czasu również mnie. Specjalizuje się w nauczaniu indywidualnym, szczególnie lubi uczyć dzieci z problemami. Zawsze dawała z siebie więcej niż inni. A tata jest pastorem w kościele protestanckim. Więc co niedzielę musiałem chodzić do kościoła i słuchać tych wszystkich… historii. Mówisz, jak byś nie był wierzący. Nie jestem. Ojciec mocno wpłynął na mnie swoją życiową postawą, ale nie w sensie religijnym, lecz tym, jaki był jako człowiek. Miał niezwykle otwarty umysł. To, że był pastorem zawsze nakreślał nam, dzieciom jako zawód, który wykonuje. Oczywiście w praktyce miało to pewne przełożenie na nasze życie. Zwłaszcza w małych miasteczkach nasza rodzina była pod lupą. Ludzie dziwili się na przykład, że syn pastora nosi długie włosy. Ale nie wzrastaliśmy z Biblią. Nie byliśmy wychowywani przez ojca według

nakazów i zakazów płynących z Pisma Świętego. W tej kwestii był bardzo wyluzowany i powiem więcej, stymulował nas byśmy umieli szukać własnych teorii na temat Boga i religii. Dlatego uważam, że wychował nas bardzo dobrze, niestety już odszedł. Co myślał na temat tego, co robisz? Nie wolałby, byś miał tzw. porządną pracę? Nie, absolutnie. Wręcz przeciwnie, bardzo wierzył we mnie i wspierał w tym, co robię. Podobnie jak mama, która ma w swoim salonie kilka moich mebli, m.in. czarny stolik kawowy, który powstał właśnie dla niej. Bardzo lubi słuchać o tym, co akurat robię i co planuję. A nam zdradzisz swoje plany? Pracuję nad kilkoma projektami, również nad sporym projektem architektonicznym. Projektuję cały budynek z przeznaczeniem publicznym w Holandii. To, co rozwijam w projektowaniu mebli, chciałbym również wdrożyć w tym projekcie. By rygorystyczne zasady funkcji pozornie ustąpiły pierwszeństwa organicznemu nieładowi. To był wyjściowy pomysł do pracy nad budynkiem. Szukam jednak balansu. Sam zadałem sobie pytanie, jak bym się czuł, gdyby wszystkie ściany były takie płynne i szalone jak krawędzie moich krzeseł. Zrobiło mi się niedobrze od samego myślenia o tym (śmiech). Dlatego tak ważne będzie wyważenie proporcji. Moim ideałem jest coś, co jest bardzo funkcjonalne, a wygląda jak jeden wielki bałagan. Przyznam się, że jestem obsesyjnie uprzedzony do rzeczy, które wyglądają ascetycznie i porządnie, a są totalnie niefunkcjonalne. Ja zrobię odwrotnie!


62 ludzie Braun RT20 Dieter Rams 1961

DAS programm Nigdy go nie spotkał, choć o jego projektach wie wszystko. Na co dzień korzysta z produktów jego autorstwa: adapteru, zapalniczki, kalkulatora. Peter Kapos, obsesyjny kolekcjoner oraz jego idol, Dieter Rams TEKST: ANGELIKA OGROCKA, ZDJĘCIA: das programm


Peter Kapos czyli połowa Das Programm, a także badacz naukowy i kolekcjoner

P

rzechadzając się po jednym z europejskich festiwali designu, przesyceni już nieco krzesłami z gładzonego drewna i odwołującymi się do estetyki modernizmu lampami, natrafiamy na małe stoisko i ciekawą postać w szarym laboratoryjnym uniformie. Olśnienie. Okazuje się, że ten niepozorny punkt to kawałek historii jednego z największych przedsiębiorstw europejskich, która opowiedziana jest... produktami. Wszystko to za sprawą Petera Kaposa, londyńskiego badacza, naukowca

oraz zapalonego kolekcjonera. Zafascynowany projektami Dietera Ramsa tworzonymi dla marki Braun rozpoczął ich gromadzenie, potem wymianę i sprzedaż pod szyldem Das Programm. Skąd taki pomysł? Ojciec Kaposa, architekt, w czasach studenckich zakupił od znajomego adapter SK 5 Phonosuper. Jego wartość, późniejszy piewca Ramsa dostrzegł, gdy nastały czasy kultu walkmanów. Przy jaskrawożółtych odtwarzaczach Sony i jemu podobnych, projekt marki Braun zdecydowanie się wyróżniał. Następnym krokiem było zbieranie braunowskich zegarków. By w końcu, po obronie pracy

doktorskiej na temat idealizmu niemieckiego i Kanta, zagłębić się w filozoficznej historii Brauna oraz wpływu funkcjonalizmu szkoły designu w niemieckim Ulm. Ulubionym okresem z kolekcji zebranej przez Kaposa są lata 1955–1969, choć obejmuje ona okres od 1955 do 1995 roku, kiedy to projekty były odkrywcze, a przy tym uniwersalne. – To był złoty czas – jak sam podkreśla. Kolejne realizacje trochę zatraciły swój charakter, ponieważ przejęcie części firmy przez Gillette spowodowało, że zaczęto obniżać koszty produkcji. Stopniowo jakość produktów pogarszała się, a one same były tylko redefinicją poprzednich. designalive.pl


64 ludzie Braun Lectron System Jurgen Greubel 1967

Braun dlc 20 Dieter Rams i Dietrich Lubs 1976

Braun mach 2 Dieter Rams i Florian Seiffert 1971

Braun et 22 Dieter Rams i Dietrich Lubs 1976

Dekalog Ramsa oraz maksyma: „mniej, ale lepiej” to obowiązkowy pacierz każdego projektanta Dieter Rams początkowo studiował architekturę i dekorację wnętrz w Werkkunstschule w Wiesbaden, którą zawiesił, wyjeżdżając, by zdobyć praktykę stolarską. W 1953 roku ukończył studia z wyróżnieniem, a już dwa lata później pracował w firmie Maxa Brauna wytwarzającej wzmacniacze, radioodbiorniki i gramofony, która konsekwentnie powiększała swoją ofertę. Najpierw projektował wnętrza, później produkty, by w końcu stać się dyrektorem wykonawczym marki. Trafił tam w czasie, gdy potrzebowała stworzenia spójnego stylu. – Rams miał kompletną wizję, przed nim Braun produkował ciekawe rzeczy, jednak designalive.pl

o różnorodnym stylu – zaznacza Kapos. A wszystko to stosując zasadę: „mniej, ale lepiej”, co obrazują ascetyczne projekty o surowej estetyce, ale łatwej obsłudze, które zachwycają kolejne pokolenia. Drugim przedsiębiorstwem, z którym równolegle współpracował Rams, była firma meblowa Vitsœ prowadzona przez Nielsa Wiesa Vitsœ oraz krótko przez Otta Zapfa. Do najbardziej charakterystycznych realizacji znanego projektanta należy 606 Universal Shelving System, czyli modułowy system regałów. Charakteryzuje się tym, iż może być zmieniany i regulowany w zależności od potrzeb użytkownika – niezwykle

innowacyjny, jak na tamte czasy. Rok temu w czasie przyjęcia z okazji osiemdziesiątych urodzin Rams ogłosił, że od 2013 roku wyłączną licencję na wzory mebli jego projektu ma owa marka. Kapos traktowany jest jako znawca projektów Ramsa, a przy tym Brauna i Vitsœ. Jego wąska specjalizacja zaczęła być dostrzegana i rozumiana, gdy na fali popularności sprzętów marki Apple w ich estetyce zaczęto dopatrywać się mocnych inspiracji projektami Brauna. Kolekcjoner, odnosząc się do sprzętów spod znaku „Jabłka”, nazywa je swego rodzaju frankensteinowską rekonstrukcją, gdyż wykorzystała ona tylko


Braun g12 Hans Gugelot 1955

Braun sk 61 Hans Gugelot i Dieter Rams 1961

606 universal shelving system Dieter Rams 1960

Przełomowe było potraktowanie radia jako mebla, nieodłącznego elementu życia codziennego kilka elementów idei pierwowzoru, łącząc je w znany użytkownikom na całym świecie layout. Łączenie bieli z czernią i szarością, opływowe, proste kształty, łączenie estetycznej strony z tą funkcjonalną – to wszak wizytówki stworzone w Niemczech kilkadziesiąt lat wstecz. Kolekcja Das Programm powstaje poprzez przeszukiwanie aukcji internetowych, wymiany z innymi pasjonatami. Podobno domy, nie tylko niemieckie, pełne są eksponatów w doskonałym stanie. Na potwierdzenie Kapos otwiera jedno z licznych pudełek na stoisku i wyciąga solidną, stołową zapalniczkę z czarnego tworzywa

i szczotkowanej stali. – To oryginalne opakowanie zawiera sprzęt, który nigdy nie był używany, choć ma ponad 40 lat. W całych Niemczech można spotkać wiele takich produktów, często nienadgryzionych zębem czasu – zapewnia. Zapytany, z czym nie mógłby się rozstać, z czułością wskazuje gramofon G 12, jedno z pierwszych urządzeń Brauna oraz ścienny systemem audio TS 45 / L 450. Pomimo tego, prócz zgłębiania się w filozofię projektów, zajmuje się także sprzedażą oraz wypożyczaniem tychże produktów. Wystarczy tylko skontaktować się z nim lub Chrisem Iresonem, twórcami strony Das Programm,

by uzyskać dalsze informacje na ten temat. Rzadko można spotkać kogoś o takiej determinacji. Pasja Petera Kaposa nawiązuje do dawnego kolekcjonerstwa, lecz on nadaje jej nowy charakter. Nie chowa produktów, lecz pokazuje ich piękno przez, nota bene, wirtualna witrynę. Zbiory mnoży, wymienia się nimi i dzieli. Zaprzecza tym samym idei muzeów czy galerii, które pozwalają tylko patrzeć na eksponaty ze sporej odległości. Oddaje hołd samemu Diterowi Ramsowi, który przecież nie tworzył eksponatów dla elit, lecz demokratyczne sprzęty dla ludu. www.dasprogramm.org , www.braun.com designalive.pl


66 archikony

Mały bohater

Chcemy mały, skromny dom – takie słowa na początku lat 30. XX wieku usłyszał Ludwig Mies van der Rohe od państwa Lemke. Dziś berliński domek jest zaliczany do grona najważniejszych realizacji słynnego architekta


Ten niepozorny dom w Berlinie ma swoją historię. Zaprojektowany przez Miesa van der Rohe na początku służył jako prywatna posiadłość państwa Lemke. Po wojnie przez kilkadziesiąt lat wykorzystywały go enerdowskie służby bezpieczeństwa. Dziś jest udostępniany w zdecydowanie bardziej przyjaznych celach: mieści się w nim ceniona galeria, prezentująca sztukę najnowszą również tą inspirowaną osiągnięciami Bauhausu

designalive.pl


68 archikony

I

TEKST: MARCIN MOŃKA ZDJĘCIA: WOJCIECH TRZCIONKA

nwestorami, jak powiedzielibyśmy dziś, było małżeństwo Karla i Marthy Lemke. Karl był cenionym grafikiem i przedsiębiorcą związanym z firmą poligraficzną Mühlenstraße w berlińskiej dzielnicy Friedrichshain i często realizował zamówienia muzeów czy innych instytucji związanych ze sztuką. Miłośnik malarstwa i nowoczesnej architektury, właściciel niemałej kolekcji dzieł sztuki, a także zegarków, był też biznesmenem świadomym roli miejsca, do którego zaprasza kontrahentów. Prócz miejsca do mieszkania, potrzebował otoczenia, w którym nawet najtrudniejsze negocjacje wydadzą się przyjemne. Niemal malarską scenografią dla domu miała stać się działka nad berlińskim jeziorem Obersee. Gdy ceniony już wówczas architekt, Mies van der Rohe (w tym czasie szefował przecież Bauhausowi) spotkał się z małżeństwem Lemke usłyszał, że pragną małego i skromnego domu, którego przedłużeniem mógłby stać się ogród. Van der Rohe, współpracujący ze specjalistą od projektowania zieleni, Karlem Foersterem, potraktował więc funkcje ogrodowe jako strefę przejściową, łączącą

designalive.pl

dom z Obersee. Projekt ogrodu pozostaje w dialogu z formą budynku, łącząc płynnie podstawę domu z otaczającym krajobrazem. Przejście z parterowego domu do dwupoziomowego ogrodu prowadzi przez taras z drzewem orzechowca, które wyznacza centrum całej zabudowy. Dom o powierzchni 160 mkw. przy Oberseestrasse 60 powstawał na przełomie 1932 i 1933 roku. Architekt miał przygotowane wstępne szkice, ostatecznie zdecydował się, m.in. ze względów ekonomicznych na projekt zabudowy w kształcie litery „L”. Ten pomysł okazał się mocną stroną realizacji, podobnie jak ogromne przeszklenia na fasadach budynku, które zapewniały dużo naturalnego światła. Powstała mała, a zarazem efektowna rezydencja. Także wyposażenie wnętrz leżało w gestii van der Rohe. Słynny architekt zaprojektował je wraz z Lilly Reich, nie tylko współpracowniczką, ale i towarzyszką życia. Duet stworzył m.in. wszystkie elementy sypialni. Były jednak miejsca, w których inwencję pozostawiono właścicielom i tak meble do salonu państwo Lemke przywieźli ze sobą z wcześniejszego domu. Obecnie większość ówczesnego wyposażenia wnętrz można oglądać w berlińskim Kunstgewerbemuseum

(Muzeum Sztuki Dekoracyjnej). Dom był gotowy w marcu 1933, małżeństwo Lemke mieszkało w nim do 1945 roku. Wtedy zajęła go Armia Czerwona, a następnie, przez kilkadziesiąt lat, pełnił rozmaite funkcje „w służbie systemu”, były tu: garaż, magazyny czy kuchnia na potrzeby tajnej policji. Po rozmrożeniu z NRDowskiej hibernacji i zjednoczeniu Niemiec został udostępniany wraz z ogrodem dla zwiedzających. Kompleksowy remont przeszedł w latach 2000‒2002, wtedy przywrócono mu historyczny, znany z planów, charakter. Dziś dom nazywa się po prostu Lemke Haus i służy m.in. prezentacji sztuki nowoczesnej, w tym twórców znajdujących się pod wpływem Bauhausu i niemieckiego modernizmu. Za dobrowolne datki można swobodnie zwiedzić dom i trwającą wystawę, przejść się z salonu nad jezioro, zwiedzając proporcjonalny ogród. Choć niewielki, a może właśnie dlatego, dla architekta był szczególnym wyzwaniem. Oprócz formy budynku, musiał też zaprojektować ogród oraz znaleźć pomysł na ciekawe i funkcjonalne połączenie obu stref. Berliński dom był ostatnim powstałym w ojczyźnie obiektem przed emigracją van der Rohe do Stanów Zjednoczonych.


OSADNIK Zmęczony gonitwą, refleksyjny, dojrzały. Szuka miejsca, by zapuścić korzenie. Syn, dom, drzewo. Może cały sad? Opracowanie: Daria Linert, Zdjęcia: Mariusz Gruszka Ultrabrand

Kirsten RIM oprawki, Lindberg, 1 450 zł, www.lindberg.com | Series 7 krzesło–klasyk proj. Arne Jacobsena, skórzana tapicerka, Republic of Fritz Hansen, 2 680 zł, www.fritzhansen.com, www.inspiratique.com | Na przykład. Nowy dom polski katalog do wystawy prezentującej współczesne polskie domy jednorodzinne (na sąsiedniej stronie otwarty na Domu Arce projektu Roberta Koniecznego); 11 lipca–25 sierpnia Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, 5 września–13 października Muzeum Architektury we Wrocławiu. Zdjęcia: Juliusz Sokołowski, projekt graficzny: Edgar Bąk, teksty: dr Paweł Kraus, Joanna Kusiak, kuratorki wystawy: Agnieszka Rasmus-Zgorzelska, Aleksandra Stępnikowska, Wydawca Centrum Architektury, 2013, 35 zł, www.centrumarchitektury.org


70 rzeczy


Papa fotel, Skandiform (Grupa Kinnarps), od 2 114 zł, www.kinnarps.pl | Sweter na zamek, Łucja Wojtala 620 zł, www.lucja.com | Sweter pomarańczowo-niebieski, Łucja Wojtala, 420 zł, www.lucja.com | Ridges tweedowa marynarka, Boss, 1 790 zł, www.hugoboss.com | Mokasyny z zamszu i dakronu, Krzysia Staniszewska OD, prototyp, www.theOD.pl | Papa stolik, Skandiform (Grupa Kinnarps), od 1 660 zł, www.kinnarps.pl | Acetanium 1143 oprawki, Lindberg, 1 760 zł, www.lindberg.com | Tomaszów spodek / salaterka, Modelarnia Ceramiczna Bogdan Kosak, 20 zł, www.ceramikakosak.pl | Mops unikatowy porcelanowy kubek. Etap przejściowy do kubka 250 ml z kolekcji Single Set, Mops Design, www.mopsdesign.pl | Kawiarka na dziewięć espresso, Bialetti, 164 zł, www.bialetti.pl | 8555 okulary słoneczne, Lindberg, 1 740 zł, www.lindberg.com | Zaczyn o Zofii i Oskarze Hansenach Głęboki reportaż o niebanalnej parze architektów, którzy projektowali w latach PRLu. Niezwykła lekkość pióra i dziennikarska rzetelność Springera wprowadzają czytelnika w pełen odcieni szarości obraz złożonego świata polityki, ludzkich losów i społecznej mentalności. W tle kawał historii polskiej architektury. Autor: Filip Springer, projekt: Przemek Dębowski, wydawca: Karakter i Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, 49 zł, www.ksiegarnia.karakter.pl | TR Laszuk. Dizajn i rewolucja w teatrze Obrazkowa opowieść o fenomenie współpracy grafika Grzegorza Laszuka z Teatrem Rozrywki Warszawa, których plakaty stały się autonomicznym głosem, czasem politycznym, agresywnym, dalekim od narcyzmu tradycyjnego plakatu polskiego. Spora warstwa wizualna uzupełniona o klika treściwych artykułów to przy okazji próba przyjrzenia się polskiemu projektowaniu graficznemu na przełomie tysiącleci. Autorzy: Grzegorz Jarzyna, Maciej Landsberg, Roman Pawłowski, Agata Szydłowska, Agnieszka Tuszyńska; redaktor prowadząca: Agata Szydłowska; wydawcy: Fundacja Bęc Zmiana i TR Warszawa, 2013, 48 zł, www.sklep.beczmiana.pl | A Delicious Life: New Food Entrepreneurs Na 250 stronach autorzy ujawniają najciekawsze ich zdaniem zjawiska, obecne we współczesnym myśleniu o jedzeniu i kulturze stołu. Autorzy: Sven Ehmann, Robert Klanten, Marie Le Fort, wydawca: Gestalten, 2013, 38 euro, www.shop.gestalten.com | Symphony for Beloved Sun. Anish Kapoor Album wydany z okazji wystawy artysty w Martin-Gropius-Bau w Berlinie. Obszerna, szlachetnie wydana prezentacja prac artysty poparta analitycznymi rozprawami Normana Rosenthala, Horsta Bredekampa i Barbary Segelken. Redaktor wydania i kurator wystawy: Sir Norman Rosenthal, projekt graficzny: Brighten the Corners i Anish Kapoor Studio, wydawca: Verlag der Buchhandlung Walther König, wersja angielska, 48 euro, www.buchhandlung-walther-koenig.de

designalive.pl


72 rzeczy Al-star pióro wieczne, edycja limitowana, Lamy, 125 zł, www.lamy.com | Diamaster zegarek męski, Rado, 14 890 zł, www.rado.com | 3.9116 Nóż sadowniczy, Victorinox, 124 zł, www.victorinox.com  |  Kalendarz 18-miesięczny 13 × 21 cm, twarda oprawa, edycja limitowana, Moleskine, 75 zł, www.moleskine.com

designalive.pl


zbudzić śpiącą królewnę Portfolia agencji nieruchomości – jak niskobudżetowy film dokumentalny z życia tubylców. Choć mamy w sobie coś z podglądacza, to kiepski kadr ze stertą prania w tle odbiera wizję nowego, upragnionego domu. Nie starcza wyobraźni nawet, gdy mieszkanie ma niezwykły potencjał. Ukryty, uśpiony. Jak obudzić i… sprzedać? TEKST: ELIZA ZIEMIŃSKA, ZDJĘCIA: FANTASTIC FRANK

Pozostawione w sprzedawanych mieszkaniach bibeloty stwarzają wrażenie intymności, pobudzając wyobraźnię kupującego

designalive.pl


74 wnętrza

D

uże okna, mięsiste zasłony, światło delikatnie rozlewające się po pokoju. Przy kominku fotel i lampa, a pod stopami ręcznie tkany dywan. Na niewielkim stoliku ktoś przed chwilą położył tacę z parującą filiżanką, konfiturą pomarańczową i rogalikiem. Spokój i dyskretny luksus. Zamykasz oczy i zanurzasz się w miękkim oparciu, niemal czujesz smak kawy. Czy to niedościgniony, wymarzony dom idealny? Tak. Tu chcę żyć. Kupuję. Dom to coś więcej niż suma powierzchni, rozkład pokoi i lokalizacja. Bardziej zwracamy uwagę na kolory, dźwięki i faktury. Czujemy się dobrze, gdy wnętrze nas inspiruje, kiedy harmonizuje z marzeniami. Patrząc na dom przed kupnem, wyobrażamy sobie samych siebie w środku. Wnętrze jest tak naprawdę emanacją naszych potrzeb, tłem i oprawą codzienności, dlatego dom z charakterem wzbudza emocje. Wydobycie tego uroku to niełatwe zadanie, ale za to bardzo pożyteczne. Szwedzko–niemiecka agencja nieruchomości Fantastic Frank, założona w 2010 roku w Sztokholmie znalazła ciekawe rozwiązanie. Zamiast obmyślania kolejnych strategii biznesowych, przygotowuje wnętrze do sprzedaży tak, by poszukujący nowego domu mogli poczuć atmosferę miejsca, w którym być może zamieszkają. Traktując każdy dom, jakby to była śpiąca królewna, którą trzeba zbudzić ze snu. Wprowadzane są drobne zmiany i przeróbki znacznie polepszające odbiór miejsca. Następnie, przy pomocy fotografów i stylistów, dla każdej nieruchomości tworzone jest osobne portfolio eksponujące uroki miejsca. Nie chodzi o to, by przestrzeń

Dom to coś więcej niż suma powierzchni, rozkład pokoi i lokalizacja designalive.pl


DZIAŁ 75 Zapach świeżego chleba przywołuje wspomnienia, angażując zaniedbanie podczas oglądania kolejnych ofert zmysły

designalive.pl


Już niebawem w każdym portfolio Fantastic Frank znajdą się także kinografiki, czyli ruchome zdjęcia, wzmacniające emocjonalny przekaz kadru

designalive.pl


78 wnętrza

W naszej pracy nie staramy się ukrywać wad, bo to jest nieuczciwość

podobała się wielu. Chodzi o to, by ta jedna osoba po prostu zakochała się w niej na zabój. – Przecież koniec końców właściciel może być tylko jeden – mówi Tomas Backman, szef działu kreatywnego FF. I nawet jeśli przeróbki są kosztowne, to nie ma wątpliwości, że korzystają na tym obydwie strony. Kupujący ma pewność, że znalazł wymarzone miejsce, a sprzedający podwyższa wartość nieruchomości. W efekcie Fantastic Frank może poszczycić się wyższą o 50 proc. oglądalnością ofert. Nazwa szwedzkiej agencji nie jest przypadkowa. Fantastic Frank oznacza z języka angielskiego „nadzwyczajną szczerość”. To pochwała uczciwości we wnętrzach, która wnosi ciepło i smak realności do przestrzeni. Jest to również manifestacja niezgody na surrealistyczne podejście magazynów wnętrzarskich, które ślady codziennego życia usuwają na rzecz nienagannie i nienaturalnie urządzonych domów. Można mieć jednak wątpliwości, czy takie upiększanie domu na pewno jest uczciwe. – Przygotowywanie domu, owszem, musi być opłacalne, dlatego robimy tylko takie zabiegi, które pozwolą lepiej i szybciej sprzedać mieszkanie lub dom. W naszej pracy jednak nie staramy się ukrywać wad, bo to jest nieuczciwość. Przygotowując mieszkanie do sprzedaży, wiem, że muszę wpłynąć na te same ośrodki w mózgu, które decydują o zakochaniu – potwierdza Maria Semczyszyn zajmująca się przygotowywaniem polskich mieszkań i domów na sprzedaż. Tworzy nastrój i scenografię, tzw. home staging, dla widza, jakim jest potencjalny kupiec. I to nie tylko z chęci większego zysku, ale też z szacunku dla nowego właściciela. www.fantasticfrank.se designalive.pl


Między punktami 2 036 kilometrów, 18 szlaków, kilkanaście dni mocnego tempa, by pokonać pełny dystans. Stop. Zwolnij i doznaj tego, co pomiędzy punktami na mapie. Niech wiodą cię szlaki Norwegii przez piękno krajobrazów i mądrą architekturę

ZDJĘCIA: dzięki uprzejmości NST

TEKST: MARCIN MOŃKa

Dzień polarny widziany z punktu widokowego Tungeneset na trasie Senja. Ten szlak o długości 90 kilometrów znajduje się pomiędzy Gryllefjord i Botnhamn na wyspie Senja, w Norwegii designalive.pl Północnej


W otoczeniu brzóz rozpościera się punkt widokowy (m.in. na wodospad połyskujący na wzgórzu) w Lillefjord na szlaku prowadzącym do Havøysundw

designalive.pl


miejsca 81

H

istoria tego przedsięwzięcia sięga połowy lat 90. Norwegowie postanowili stworzyć alternatywę dla kierowców, którzy gnali z punktu A do punktu B drogą najkrótszą i najszybszą. Pomyślano o tym, by przemieszczanie się z miejsca do miejsca połączyć z przyjemnością odkrywania piękna krajobrazów i uroków architektury, a także z wypoczynkiem. Tak rozpoczęła się misja pod kryptonimem Nasjonale Turistveger, czyli Narodowe Szlaki Turystyczne (NST). Dzięki nim mamy szansę odkrywać najbardziej charakterystyczne dla Norwegii miejsca, zobaczyć fiordy i góry, podróżować wzdłuż wybrzeża leniwie i bardzo dokładnie. W sumie do 2020 roku, gdy zostaną zakończone wszystkie prace, tras będzie osiemnaście. Rząd norweski, jako główny inwestor, nie szczędzi grosza – w sumie przedsięwzięcie pochłonie trzy i pół biliona koron. Ale nie zostaną one utopione w asfalcie. Racjonalni Norwegowie zamiast budować nowe drogi, postanowili wykorzystać już istniejące, a także skorzystać z bogactwa, jakim hojnie obdarowała ich kraj natura.


Szlak Geiranger–Trollstigen rozciąga się na długości 106 km między jeziorem Langvatnet w Strynefjell a mostem Sogge w Romsdal

designalive.pl


miejsca 83

N

ależące do programu trasy są znakomicie oznakowane tablicami z kierunkami, mapami i informacjami o miejscu i najbliższych atrakcjach. Siłą projektu jest to, że obejmuje on cały kraj. W Norwegii Północnej, możemy doświadczać niezwykłej różnorodności: od księżycowego krajobrazu (np. Varagner) po nieregularne szczyty Lofotów. Swoich tras doczekała się także tzw. Norwegia Fiordów. Jednak jedną z najbardziej obleganych jest wspinająca się w zieleni, zakręt po zakręcie, droga Geiranger – Trollstigen wpisana wraz ze swoimi 11 serpentynami na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Trollstigen to po norwesku „drabina trolli”, dawka adrenaliny więc nie dziwi. Dla odpoczynku na trasie natrafimy na kilka ciekawych punktów architektonicznych m.in. platformy widokowe i wtopiony w krajobraz hotel Juvet Landscape, składający się z niewielkich kubicznych, drewnianych obiektów z potężnymi przeszkleniami. Miłośnicy mostów swoją enklawę odnajdą na Drodze Atlantyckiej. Szlak jest rozpięty pomiędzy Kristiansund i Molde. Aby pokonać ten odcinek, przemierzymy osiem znajdujących się na trasie mostów. Z kolei szlaki w Norwegii Południowej to przede wszystkim góry. Jedna z tras przebiega wzdłuż najstarszego w kraju Narodowego Parku Rondane.


84 miejsca

M

alownicze widoki to jedno, ale liczy się też pomysł, jak uczynić z nich miejsca, do których będą chcieli przyjeżdżać turyści. Nawet jeżeli oznacza to pokonywanie tysięcy kilometrów, czasami bardzo wąskimi i krętymi drogami. Dlatego w sukurs naturze przyszli architekci. Rząd norweski, będący głównym inwestorem NST, zaproponował współpracę znakomitym biurom architektonicznym: Snøhetta (laureaci prestiżowego konkursu im. Miesa van der Rohe), Reiulf Ramstad (stworzyli m.in. obiekty trasy Geiranger – Trollstigen), Jensen & Skodvin (Hotel Juvet Landscape) czy Todd Saunders (punkt widokowy Stegastein), o którego projekcie na wyspie Fogo pisaliśmy w jednym z poprzednich numerów. Każdy z architektów zdawał sobie sprawę z wagi wyzwania, którego naczelną zasadą stało się poszanowanie środowiska naturalnego i jak najmniejsza w nie ingerencja.

designalive.pl


NST Havøysund to trasa licząca 66 km, rozciągnięta pomiędzy Kokelv i Havøysund w hrabstwie Finnmark w Norwegii Północnej. W Selvika natrafimy na miejsce wypoczynkowe, wyposażone m.in. w toalety, szopę na rowery i ruszt. W Zatoce Selvika pomiędzy Snefjord i Havøysund znajdziemy piaszczystą plażę


86 miejsca Platforma widokowa Stegastein na trasie NST Aurlandsfjellet, położona 650 m n.p.m. Platformę, wyrastającą ponad 30 m nad fiordem zbudowano z klejonego drewna i stali

Z

aangażowanie norweskiego rządu, z naszej polskiej perspektywy, wydaje się niewyobrażalne. Architekci dostają wsparcie niemal na każdym kroku, a ich decyzje są szanowane na równi z wielkimi analizami specjalistów z dziedzin ekonomii czy gospodarki. To zapewne jedna z przyczyn tego, iż to właśnie Norwegowie wyznaczają kierunek architekturze, postrzeganej jako ogromny kapitał społeczny. Architektura powstająca w duchu zrównoważonego rozwoju i szacunku dla ekosystemu, którego elementem jest również człowiek. www.nasjonaleturistreger.no


no ma da

DZIAŁ 87 Maciek stół do szybkiego, samodzielnego montażu, cięty z jednego arkusza sklejki (na sąsiedniej stronie rozłożony) 175 × 85 × 75 cm, Tabanda, 2 119 zł, www.tabanda.pl | Fidro torba podróżna z syntetycznego materiału, BOSS Green, 1 050 zł, www.hugoboss.com

Materialny dobytek mieści w jednej torbie. Bogaty za to w doświadczenia, wspomnienia, relacje, emocje chłonie świat wszystkimi zmysłami. Przenosi się bez sentymentów. Zawsze może przecież wrócić. Bogatszy Opracowanie: Daria Linert, Zdjęcia: Mariusz Gruszka Ultrabrand

designalive.pl


88 rzeczy Kamizelka na rower, H&M, ok. 130 zł, www.hm.com | 1 J3 aparat fotograficzny, obiektyw 10–30 mm, Nikon, 2 000 zł, www.nikon.pl | Oczy skóry Architektura to nie tylko funkcja i wizja. To zapach, odgłos, cisza, dotyk, to bodziec dla naszej pamięci i wyobraźni. Wymagający autor zmusza do skupienia zarówno czytelnika na niełatwej, acz pasjonującej lekturze, jak i architekta na tworzeniu kolejnych projektów dla człowieka i wszystkich jego zmysłów. Autor: Juhani Pallasmaa, projekt graficzny: Anna Zabdyrska, wydawca: Instytut Architektury, 2012, 37 zł, www.sklep.beczmiana.pl | Free Flyknit buty do biegania, Nike, od 629 zł, www.nikestore.com | Leuchtturm1917 kalendarz 2014 z notesem, medium 14,5 × 21 cm, 144 str., 69 zł, www.sklep.beczmiana.pl  | Psycho Dress hiper lekka sukienka, UEG, 280 zł, www.ueg-store.com | Portfel podróżny Muji, 63 zł, www.muji.com.pl | Masai Checks szal, Louis Vuitton, 1 533 zł, www.louisvuitton.com | Classic Traveler bidon 0,6 l, Sigg, 62,90 zł, www.sklepsigg.pl | Seattle Space Needle model z klocków, limitowana edycja, Lego Architecture, 75 zł, www.architecture.lego.com | ATIV Book 9 Lite laptop z dotykowym wyświetlaczem, Samsung, 3 099 zł, www.samsung.com | Maciek stół, patrz s. 87

designalive.pl


90 rzeczy

designalive.pl


Maciek stół, patrz s. 87  |  Safari Neon pióro wieczne, edycja limitowana, Lamy, 85 zł, www.lamy.com | Alpanach Mechanical Chronograph zegarek, Victorinox, 9 200 zł, www.victorinox.com | John Hancock Center w Chicago model z klocków, limitowana edycja, Lego Architecture, 280 zł, www.architecture.lego.com | Dizajn dla realnego świata – Istnieją co prawda dziedziny działalności bardziej szkodliwe niż wzornictwo przemysłowe, ale jest ich bardzo niewiele. (…) Projektowanie może i powinno stać się dla młodych ludzi formą uczestnictwa w zmieniającym się społeczeństwie – tak, nie stroniąc od autoironii zapisał autor, który był projektantem, nauczycielem i teoretykiem designu. Autor: Victor Papanek, projekt okładki: Weronika Spodenkiewicz, wydawca: Recto Verso, 2012, 59 zł, www.rectoverso.pl | NWZ–W273 Walkman odtwarzacz MP3 z możliwością nurkowania do 2 m, Sony, 369 zł, www.sony.pl | Black Audace okulary przeciwsłoneczne, Louis Vuitton, 1 286 zł, www.louisvuitton.com | Possession okulary przeciwsłoneczne z włókien oktanowych, Louis Vuitton, 1 764 zł, www.louisvuitton.com | Free Flyknit buty, patrz str. 78 | Black Tyvek Paper Pop Dress podróżna, papierowa mała czarna, UEG, 270 zł, www.ueg-store.com | Field Notes wodoodporne notesy do badań terenowych, limitowana edycja w kropki dla projektantów i architektów, 3 szt., 32 zł, www.sklep.beczmiana.pl | Pico składany długopis, Lamy, 170 zł, www.lamy.com | Cadet scyzoryki, seria limitowana „5 kolorów”, Victorinox, 184 zł, www.victorinox.com | Burj Khalifa w Dubaju model z klocków, limitowana edycja, Lego Architecture, 100 zł, www.architecture.lego.com | Wiener Alpen Viewer prosty kalejdoskop, przystawka do aparatu multiplikująca widok, 80 zł, shop.walking-things.com | Fidro torba, patrz s. 87


Gaumardżos!

Niby tak daleko, a jednak tak blisko. Już prawie Azja, ale jeszcze Europa. Kazbek, Kaukaz, Gruzja TEKST I ZDJĘCIA: WOJCIECH TRZCIONKA WSPÓŁPRACA: IWONA GACH, ELIZA ZIEMIŃSKA


U stóp Kazbeku, Hotel Rooms góruje nad wioską Kazbegi (inaczej Stepantsminda). Świetna baza wypadowa, by ruszyć w góry pieszo, rowerami, czy na quadach


94 miejsca

D

o Tbilisi, stolicy Gruzji, docieramy bladym świtem po niespełna czterech godzinach lotu z Warszawy. Miasto jeszcze śpi, gdy taksówką mkniemy pustymi drogami w kierunku gór. W dolinach soczysta zieleń. W górach wciąż jeszcze leży śnieg. Z kilometra na kilometr drogi są coraz gorsze. Docierając na przełęcz położoną na 2 500 m n.p.m., już wiemy, że nasza podróż przeciągnie się z dwóch do czterech godzin. Na jednym ze wzniesień taksówkę zatrzymuje policja i każe czekać, bo trasę pomiędzy lodowcami zakorkowały tiry. Kierowca wysiada, wzrusza ramionami i z uśmiechem na ustach częstuje nas papierosem: – Pakurim? Podróż ze stolicy Gruzji do Ka-

designalive.pl

zbegi, wioski położonej u stóp góry Kazbek ( 5 033  m n.p.m.) w centralnym Kaukazie, ok. 20 km od granicy z Rosją, to niezła przygoda. Droga na przełęczy nie jest utwardzona i w czasie roztopów przejeżdżające tędy dziesiątki tirów grzęzną w błocie po osie, blokując ją na wiele godzin. Wyciągają je stare radzieckie ciężarówki. Pomiędzy nimi przeciskają się jaguary i lexusy rosyjskich bogaczy. Tunele są nieoświetlone. A dziury czy koleiny czasami mają po pół metra głębokości. – Choć to bardzo ważna trasa tranzytowa, w zimie droga bywa zamykana nawet na kilka dni, ale tym się tutaj nikt nie przejmuje – opowiada, zaraz po serdecznym przywitaniu, Andrey Vlasov, dyrektor hotelu Rooms. Hotel powstał na granicy wsi, na wysokości 1 700 m n.p.m. W pierwszym dniu odczuwa się

Region został nazwany na cześć poety Aleksandra Kazbegi, który mieszkał tu przez siedem lat. Zajmując się pasterstwem, pisał wiersze o pięknie i bogactwie gór

tu pewne dolegliwości związane z wysokością, ale szybko o nich zapominamy. Z każdego okna rozpościera się panorama na szczyty i doliny Kaukazu oraz średniowieczną monastyr przy szlaku na górę Kazbek. W sezonie letnim przyjeżdżają tu setki turystów spragnionych czystego powietrza i górskich wędrówek. Wyludniona zimą wioska, w lecie ożywa. To jedyny czas w roku, gdy miejscowi mogą zarobić kilka groszy. Wkoło nie ma żadnego przemysłu, panuje wielka bieda. Hotel Rooms to jedyny taki obiekt po tej stronie gór. Oaza luksusu w krainie biedy, ale też jedyny ważny pracodawca w regionie. – Należy pamiętać, że jeszcze kilka lat temu mieliśmy tutaj wojnę, potem przewrót. To wszystko, w różny sposób, ale jednak dotknęło każdego z nas – opowiada Andrey, który studiował za Oceanem, potem pracował w korporacji


designalive.pl


96 miejsca Dział Hotel Rooms to autorski projekt i nie znajdziemy tu ikonicznych mebli. Projektantki czerpały inspiracje z natury oraz lokalnych tradycji

designalive.pl


DZIAĹ 97

designalive.pl


98 Dział

designalive.pl


miejsca 99

Nakrywają się kocami i z książką zasypiają pomiędzy regałami biblioteki, zapatrzeni na Kazbek w nocnej poświacie w Tbilisi, aby teraz zarządzać hotelem. Do domu w stolicy Gruzji wraca tylko na weekendy. – Jeżeli praca pozwala – zastrzega. Właścicielem hotelu jest jeden z najbogatszych Gruzinów. Prosił, aby nie podawać jego nazwiska. Ale nawet jak byśmy je podali, nie wygooglujecie go, nie dowiecie się niczego więcej na jego temat. W internecie biznesmen nie istnieje. I woli, żeby tak pozostało. Prowadzi liczne interesy z rządami, rosyjskimi oligarchami, ma sieć hoteli i kasyn, dwie fabryki mebli poza granicami kraju. Miejsce pod hotel dostał od władz Gruzji za przysłowiową złotówkę, byle tylko ożywić gospodarkę w regionie. A przy tym bywa… na targach designu w Mediolanie i świetnie zna się na projektowaniu. Ten hotel to po części dzieło jego i projektantek z grupy Rooms założonej w 2007 roku. Tworzą ją Nata Janberidze oraz Keti

Toloraia, które oprócz hotelu w Kazbeku, projektowały też Holiday Inn, restauracje 11/11 i Vong, sklepy: Prive, Dirk Bikkembergs, Grato i Zarapxana, bar Iveria, czy loft w Tbilisi. A od tego roku działają też poza granicami Gruzji, projektując mieszkania we Francji oraz promując swoje meble i biżuterię. Hotel Rooms od otwarcia w zeszłym roku cieszy się ogromnym powodzeniem wśród turystów z całego świata. Angielski miesza się tu z rosyjskim, flamandzkim, hebrajskim, francuskim, polskim i niemieckim. Ludzi przyciągają nie tylko wspaniałe widoki, wyborna kuchnia, znakomite wino, niesłychanie przyjaźni Gruzini i przystępne ceny, ale też rodzinna atmosfera tego miejsca. – To nie jest standardowa przestrzeń hotelowa. Naszym celem było zaprojektowanie miejsca, w którym każdy gość będzie czuł

Doba hotelowa w Rooms kosztuje od 290 do 480 zł w zależności od standardu i dnia tygodnia

się jak w domu. Zależało nam na tym, aby wnętrza były przytulne. Dlatego użyłyśmy lokalnych i naturalnych materiałów. Mamy tu wielkie lobby z wieloma kanapami, otwartą bibliotekę, bar, dwa kominki i dużą restaurację z wyjściem na piękny taras widokowy – opisuje Nata Janberidze. Wieczorami goście hotelowi biesiadują do późnej nocy, zajadając przysmaki gruzińskiej kuchni, pijąc wino i wznosząc toasty: „Gaumardżos!”. Potem na kanapach nakrywają się kocami i z książką zasypiają pomiędzy regałami biblioteki, zapatrzeni na Kazbek w nocnej poświacie. Cały hotel, z zewnątrz i od wewnątrz, utrzymany jest w drewnie. Nawet w łazienkach nie ma kafelek. Wszędzie króluje olcha, którą pozyskano z rozbiórki wiekowych domów. Z zewnątrz drewnianą konstrukcję czteropiętrowego

designalive.pl


100 miejsca

Biesiadowanie to tutaj część kulturowego dziedzictwa, wspaniała tradycja oparta na zasadzie: „zróbmy stół” budynku dopełniają stalowe balkony i schody. Zawsze w czerni. Drewniane podłogi, z wielkimi sękami, przykrywają wiekowe, tkane dywany pochodzące od mieszkańców okolicznych wiosek. Hotel je skupował i naprawiał w Tbilisi. Ściany zdobią sowieckie plakaty. Sentyment, mimo wszystko. Meble, tapicerowane skórą lub ręcznie tkanymi materiałami, powstały na specjalnie zamówienie właściciela w jego fabrykach. Do budowy regałów na książki wykorzystano stare okucia i stalowe koła. Żyrandole to stylizowane poroża albo wielkie okręgi z lampami przypominającymi duże świece. Część tego wystroju zaprojektowały dziewczyny z Rooms. – Chodzi o eksperymentowanie, tworzenie, zabawę. Łączenie różnych stylów i okresów. Zależy nam na improwizacji. W każdym wnętrzu zostawiamy odcisk własnej

designalive.pl

osobowości, to nie jest tylko kolejChinkali to pierożki z mięsnym farszem. ny projekt – tłumaczą Nata i Keti. Ich jedzenie to Również pokoje są bardzo przyprawdziwa sztuka! tulne. Każdy ma balkon i piękny Bierzemy w palce widok. Rankiem budzi nas pianie „ogonkiem” w dół i ostrożnie wysysakoguta, a za dnia słychać ryczenie my aromatyczny sos, krów. W piwnicach od lipca dzianie roniąc ani kropli łają spa i baseny. Kuchnia serwuje wyłącznie gruzińskie specjały. Wszystkie potrawy przyrządzane są z lokalnych produktów. Gruzini uwielbiają ucztować. W Rooms jemy właściwie od rana do wieczora. Biesiadowanie to tutaj część kulturowego dziedzictwa, wspaniała tradycja oparta na zasadzie: „zróbmy stół”, a więc zasiądźmy razem i stwórzmy niezwykłą wspólnotę rozmową, smakami i toastami. Ugoszczeni przez Andreya delektujemy się lokalnymi owczymi serami, aromatycznymi piklami i soczystymi jagnięcymi stekami. Miłośnicy zieleniny także będą tu wniebowzięci: różnorodność

grillowanych warzyw, sałatek oraz świeżych ziół przyprawia o zawrót głowy. Królową dodatków jest w gruzińskiej kuchni pasta z orzechów włoskich, którą dodaje się do wielu sałatek, mięs i sosów. Miss zieleniny to z kolei kolendra. Ale nie zapomnijmy o absolutnych gruzińskich szlagierach: smakowitych pierogowych sakiewkach zwanych chinkali, czy chaczapuri – chrupiącym chlebie wypiekanym w oryginalnych piecach, do których surowe ciasto rzuca się na rozgrzaną ścianę. W karcie znajdziemy też wszystkie najlepsze gruzińskie wina. A wszystko to serwują młodzi kelnerzy i kelnerki. Zawsze ubrani na czarno, zawsze w trampkach. I zawsze uśmiechnięci. Nawet, jak nie rozumieją ani słowa po angielsku. Sakartwelos gaumardżos! Za Gruzję! www.rooms.ge, www.roomshotel.ge


designalive.pl


wymi ary czasu przysz łego

Relacja z upływającym czasem to esencja i jakość naszego życia. W modzie żyjemy w nieustającym czasie przyszłym wyprzedzającym rzeczywiste życie i wiecznie pędzącym do przodu, do lepszego jutra. Teoretycznie jutro zawsze jest lepsze od dziś. Co zatem dzieje się w momencie, kiedy ta pewność lepszej, ciekawszej przyszłości poddana jest wielu wątpliwościom? Zaczynamy szukać innych wymiarów czasu TEKST: OLGA NIEŚCIER*

zdjęcie: vassilis karidis dapper dan magazine numer 01, marzec 2010

czyli, co dzieje się z modą w momencie niejasnej przyszłości


continuous Czas bez ograniczeń, przenikanie przestrzeni i kultur Eksploracja jako „mindset”. Poszukiwanie, podróże rzeczywiste i wirtualne, w przestrzeni i w czasie. Stan podróży jako sposób na życie. Tożsamości złożone, patchworki kulturowe dawne i nowe, bez klucza geograficznego lub historycznego. Indywidualizm jednostek znajdujących własną drogę, mieszających tradycję z nowoczesnością, poddających w wątpliwość obyczaje, tworzących nowe, własne. Wygoda i osobowość, ubiór manifestujący doświadczenia, poglądy, przygody, pokonane fizycznie lub mentalnie odległości. Wygląd jednocześnie etniczny i miejski, złożony z funkcjonalności i symboli, „zużytych” materiałów i kolekcjonowanych ornamentów. Wolność i współczesny nomadyzm. Niedoskonałość i osobiste rytuały. Ten sam wygląd znakomity na podróż przez stepy Mongolii, technoparty w Berlinie czy operę w Paryżu. Esencję tego podejścia do mody reprezentuje jeden z najciekawszych i najgłośniejszych „new entry” ostatnich lat – Damir Doma (na zdjęciu). Jak nikt inny kreuje nowoczesnego podróżnika wszelkich kulturowych czasoprzestrzeni. Sylwetka współczesnego kolonialisty, mieszającego to, co odziedziczone, wyszukane i zdobyte. Niestrudzenie temat eklektycznej, lekkiej etniczności drąży Dries Van Noten. Najbardziej luksusową wersję proponują siostrzane Hermes i Shang Xia. Klasykę gatunku w jego bardziej salonowej odsłonie, co sezon, pogłębia Etro. Wśród nowości genialna dzika kolekcja Inaisce. A do tego zaskakuje Tom Ford, bawiąc się i prowokując niespodziewanym u niego lekkim i gęstym jednocześnie użyciem motywów etnicznych, jak i popkulturowych w nowej, pełnej dynamiki i ruchu sylwetce.

designalive.pl


104 moda

timeless Estetyka otwartych nieograniczonych przestrzeni i ciszy, zanurzenia we własnym umyśle. Głębia światła i cienia, atmosfera refleksji, mistycyzmu i duchowości. Pejzaże Północy: kolory zastygniętej lawy wulkanicznej i kilkudziesięciu odcieni śniegu. Kontrast wielowymiarowych bieli i czerni, ich łagodne spotkania poprzez rozmycie lub wypalenie. Harmonia ascetycznych form. Uroda czasu i zniszczenia. Świadomość wyborów modowych wychodzących z sezonowych przemian. Sylwetka okryta, owinięta, lekka i majestatyczna jednocześnie. Minimalizm korzystający z bezkompromisowych efektów plastycznych u Qiu Hao (na zdjęciu). W jesienno–zimowych kolekcjach klimat ponadczasowej tajemnicy mody odkrywają mistrzowie awangardy. Haider Ackermann swoim modelkom ubranym w szare, sztywne, surowe futra maluje włosy na piękny siwy kolor i układa je w fale, niczym potargane ostrym polarnym wiatrem. Gareth Pugh rozbudowuje swoją dynamiczną sylwetkę w długie szerokie suknie rodem z gotyckich legend w ultranowoczesnym wydaniu – zimna czerń i zimna biel, na której haftuje wspinające się nagie gałęzie drzew. Rick Owens, podobnie do Ackermanna, owija modelki w surowe kożuchowe skóry i filcowe wełny. Rygorystycznie w bieli i czerni buduje sylwetkę jednocześnie modlitewną, jak i dziką, zamykaną przeskalowanymi, ogromnymi szwami. Alexander Wang, debiutując dla Balenciagi, używa efektów popękanych skalistych powierzchni i żył marmuru. Ann Demeulemeester ponownie eksploruje symbolikę yin i yang w swojej kolekcji zbudowanej na kontrastach miękkości i konstrukcji, delikatności i siły, kobiecości i męskości, poszukując prawdy uniwersalnej.

designalive.pl

zdjęcie: matthieu belin, dzięki uprzejmości carson fox

Wymiar bez czasu lub ponad czasem


neverever Zawsze obecne, choć, być może, utajone odczucie niespełnienia Patrzenie w przeszłość, chęć zatrzymania i wiecznego utrwalenia chwili. Nieuzdrawialny mroczny romantyzm, poezja, dramat i głębokie przeżywanie. Niespełnione miłości, ból istnienia i jego celebracja. Pasja i wirtuozeria objawiająca się misternością tkanin, haftów i koronek z przeszłości. Delikatność i wrażliwość. Wyrafinowanie i inspiracje arystokratyczne. Heroizm i samotność. Kolory mroczne, królewskie, głębokie: śliwy, brązy, stare złoto i szarość pokrywającego kurzu. Tego lata nie można było przeoczyć wystawy „The Angel of the Odd. Dark Romanticism from Goya to Max Ernst” w Musée D’Orsay w Paryżu. O ciemnej poetyckiej estetyce romantyzmu w sztuce i modzie pisze Lidewij Edelkoort na stronie prognozowania trendów trendtablet.com. Maria Grazia Chiuri i Pierpaolo Piccioli w kolejnych genialnych kolekcjach dla Valentino pokazują mistrzostwo stylu. Inspiracje flamandzkimi mistrzami, ceramiką i koronką z Delft tworzą kobietę ulotną, niewspółczesną, zachwycająco delikatną. Sarah Burton dla Alexander McQueen czerpie garściami inspiracje zarówno z brytyjskiego dworu, jak i strojów elit religii katolickiej, tworząc ich współczesną, artystyczną, prowokującą interpretację. Przesyt ornamentów aż do atmosfery zepsucia i dekadencji. Jeden z najciekawszych magazynów modowych „Revs” w kolejnych edytorialach i filmach modowych pogłębia temat poszukiwania przeszłości, atmosfery pełnej napięcia i emocji, niespełnienia i pasji. Bolesne miłosne wyznania w pajęczynach z przędzy tworzy Carson Fox (na zdjęciu). Oniryczną, na granicy snu i śmierci wizję romantyzmu opowiada w swoich zdjęciach i baśniach Laura Makabresku na swoim magnetycznym blogu, pełnym martwych zwierząt, sennych wspomnień i introwertycznej miłości do ulotnego piękna.

designalive.pl


106 moda

back & forward patrzenie w przyszłość i przeszłość jednocześnie

designalive.pl

* Autorka mieszka i pracuje w Toskanii we Włoszech. Jako konsultantka i projektantka związana z takimi markami, jak: Giorgio Armani, Fratelli Rossetti, Burberry, Valentino. Absolwentka ASP w Łodzi oraz Instytutu Polimoda we Florencji, w którym obecnie pracuje. W Polsce pochłania ją współtworzenie Szkoły Wyższej Viamoda Industrial (Projektowanie, technologia i zarządzanie modą) oraz Polsko-Włoskiego Instytutu Designu i Zarządzania Viamoda, gdzie jako dyrektor programowy odpowiada za studia podyplomowe www.olganiescier.it

ilustracja: dee mon cheel dren, jordan clark

W przyszłość z perspektywy przeszłości. Kolaż punktów widzenia, metodologia wytnij–wklej. Kreowanie nowego z minionego oraz oczekiwanego. Wyjście ze schematów i reguł. Procesy agregacji. Nieustające komponowanie i dekomponowanie, składanie i rozkładanie. Kontrasty form i kolorów, niespodziewane kombinacje, koegzystencja niespójnych elementów. Błąd cyfrowy i analogowy, glitch art. Kreatywny chaos. Budowanie tożsamości poprzez sklejanie zaskakujących fragmentów. Niepokój i wielozadaniowość. Doskonale widać to w orzeźwiającej kolekcji Givenchy. Riccardo Tisci wirtuozersko i prowokacyjnie w swoją religijną, chłodną elegancję wkleja elementy cyganerii, animowanych filmów dla dzieci, kostiumów kąpielowych z lat 20. i przemysłowych akcesoriów. Nic nie pasuje, a wszystko gra. W męskiej kolekcji panują agresywne nadruki vintage technologii przeplecione z doskonale skrojonymi czarnymi koszulami z białymi kołnierzami. Acne swoje minimalistyczne sylwetki tnie na fragmenty zaskakującymi wstawkami kosmicznych płaszczyzn. Kris Van Asche także bezlitośnie tnie w poziome pasy dopasowane garnitury oraz sportowe dzianiny i brawurowo skleja je ze sobą w logiczną i świeżą całość. Podobnie bawi się z geometrią w męskiej kolekcji dla Diora. Totalny kolaż inspiracji retro i futurystycznych co sezon serwują siostry Rodarte. Genialnie bawi się tematem Prada w serii filmów „Real Fantasies”, łącząc wpływy lat 60. i fascynacji podbojem kosmosu z dawną Rosją, uzyskuje doskonale współczesną stylistykę modową zawieszoną między wstecz i do przodu.


To prawda, że Tydzień Designu w Nowym Jorku jest bardzo międzynarodowy. Prawdą jest również, że ogniskują się tu produkty wyraziste, opatrzone sygnaturą „made in USA”, balansujące na pograniczu sztuki i designu WYBRAŁ: MARCIN MOŃKA

In Your Eyes

Bardzo „prywatna” inspiracja. Axel Yberg, widząc we fragmencie sekwoi naturalne otwory, metaforycznie dostrzegł w nich oczy swojej żony. I tak deski połączył z m.in. miedzianymi rurkami, które tworzą podstawę mebla. Teraz rurki symbolizują tańczącego, wraz z żoną, projektanta. Unikat. www.akkefunctionalart.com

Stella Triangle

Lampa zaprojektowana przez Rosie Li. Źródło tej formy pochodzi z wczesnych prac malarza Franka Stelli, pod którego wpływem znalazła się projektantka. Lampa sprawia wrażenie nieskończonej objętości w skończonej przestrzeni. Gdy świeci, ujawnia mnóstwo geometrycznych kształtów. 3 250 dolarów, www.rollandhill.com

Corliss Chair

W Stanach o tym krześle nie mówi się inaczej, niż „rewolucyjne”. Inteligentne połączenie tradycyjnej amerykańskiej produkcji meblowej, opartej o drewno klonowe, z komfortem użytkowania aluminium – oba harmonijnie łączą się ze sobą wzdłuż zakrzywionej powierzchni. Krzesło projektu studia Dunn jest hołdem złożonym George’owi Corlissowi, twórcy silników parowych. Dostępne w różnych kolorach elementu aluminiowego (m.in. niebieskim i czerwonym). 950 dolarów, www.studiodunn.com

Parabola Chair

Choć mebel ma zaledwie kilkanaście miesięcy, to już amerykańskie magazyny określiły go mianem współczesnego „klasyka”. Nagrodzone nagrodą International Contemporary Furniture Fair (ICFF) krzesło zdążyło trafić na ekspozycję do sklepu Bergdorfa Goodmana przy nowojorskiej Piątej Alei. Powstało ze stali nierdzewnej w studiu Carlo Aiello jako rzeźbiarska forma wpisana w minimalną strukturę. Prototyp, www.carloaiello.com

Crest Bottle Openers

Kolekcja otwieraczy do butelek tandemu Fort Standard (Gregory Buntain i Ian Collings). Obu panom towarzyszy przekonanie o nieśmiertelności mosiądzu jako surowca, który potrafi przetrzymać niejedną próbę czasu. Ich otwieracze w formie wzorów graficznych, budzą skojarzenia się z tajemną symboliką. Są jednak w pełni funkcjonalne i mogą pełnić również role dekoracyjne. Od 44 do 60 dolarów, www.fortstandard.com

Helix

zdjęcia: materiały prasowe

Stoliki z kolekcji tworzonej przez Chrisa Hardy’ego dla Design Within Reach. Helix to wariacja na temat klasycznych amerykańskich wzorów. Powstają z drewna orzechowego, mosiądzu oraz szkła. Mosiężny odlew jest podstawą, a zestawione ze sobą nieregularnie nogi mają w istocie nawiązywać do pierwotnych źródeł każdego tworzenia, czyli ruchu, gdzie symetria nie jest wcale taka oczywista. 1 400–2 200 dolarów, www.chrishardydesign.com

designalive.pl


Accretion

Kalin Asenov, wykorzystuje kulturowe archetypy, by w przedmiotach oddać mity stworzenia. Wśród nich jeden z najważniejszych: relacje pomiędzy światłem a ciemnością. Lampy mają formę pełnego okręgu, a mity symbolicznie są wpisane w jego strukturę. Samo światło koncentruje się w kręgu, dodatkowo podkreślając ideę zamknięcia w ramach całości. Jego źródłem są diody ledowe, a ich pozycje odpowiadają gwiazdom w konstelacjach zodiakalnych. Złote przewody kreślą ideę wzajemnych powiązań pomiędzy mitami. Cena jeszcze nie ustalona, www.kalinasenov.com

The Rivet table lamps

Rodzina lamp o bardzo podobnej strukturze. Ich osią jest podstawa wykonana z syntetycznego kamienia. Estetykę wyraża jednak klosz, który jest nim właściwie tylko z nazwy. Nie przepuszcza strumieni światła, ponieważ wykonano go z mosiądzu. Zamiast tego tłumi je, działając również jako dyfuzor, regulujący jego strumień. Tylko od użytkownika zależy, jakie będzie jego natężenie. Dla marki Juniper Design zaprojektował je David Irwin. Niedługo w sprzedaży, www.juniper-design.com

Branch

Kolekcja lamp tria Rich Brilliant Willing (Theo Richardson, Charles Brill i Alexander Williams). Perforowane, metalowe powłoki w połączeniu z rozpraszającymi światło soczewkami to podstawa całej rodziny Branch Sconce. Są dostępne w wielu ciepłych kolorach, i idealnie wpisują się nie tylko w korytarze. Kinkiety powstają z aluminium bądź mosiądzu i są produkowane ręcznie. Od 660 do 1 700 dolarów, www.richbrilliantwilling.com

North American Wildlife

Kolekcja przedmiotów pod wspólną i znamienną nazwą. Tworzy ją Christine Facella, kiedyś modelatorka i ilustratorka w Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku. Dziś projektuje obiekty, które nawiązują do tych doświadczeń. Czaszki przeróżnych gatunków zwierząt występujących w Ameryce Północnej wykonuje z porcelany. Często w obiektach pojawiają się elementy ze szlachetnych kruszców, jak np. złoto. Unikaty, dostępne na zapytanie, www.beetleandflor.com


designalive.pl

zdjęcie: jens ziehe, dzieki uprzejmości anish kapoor / vg bildkunst, bonn, 2013

Symfonia do Ukochanego Słońca, 2013. Żywy, narastający w czasie hołd złożony w berlińskiej galerii Martin-Gropius-Bau


Anish Kapoor Poeta wosku i stali

Umiejętnie łącząc przeciwstawne estetyki, potrafi w jednym dziele zawrzeć idee doskonałości i chaosu, monumentalności i intymności, życia i śmierci. W Berlinie trwa wystawa jednego z najbardziej wpływowych artystów na świecie. Anish Kapoor: Symphony for a Beloved Sun TEKST: ELIZA ZIEMIŃSKA


U

rodzony w Bombaju w 1954 roku, a wychowany w Bagdadzie, Kapoor jest jednym z najbardziej reprezentatywnych rzeźbiarzy brytyjskich. Jego matka była Żydówką, a ojciec Hindusem. Zanim rozpoczął studia w Hornsey College of Art, spędził kilka miesięcy w kibucu i właśnie tam, przed ucieczką do Londynu, zdecydował, że zostanie artystą. Pierwsza duża wystawa Kapoora w Berlinie prezentuje blisko 70 obiektów powstałych od 1982 roku, kiedy otrzymał prestiżową nagrodę Turnera, aż do dzisiaj. Choć wystawa jest przeglądem prac z ostatnich 30 lat, artysta przyznaje, że jest za młody na retrospektywę. Ponad połowa rzeźb została stworzona specjalnie z myślą o przestrzeni muzeum Martin– Gropius–Bau, bo jak mówi, nie można przejść obojętnie koło budynku pamiętającego nazistowską przeszłość Belina. Już jedna z jego wczesnych prac, znana jako „1000 Names” składająca się ze stosów sypkiego pigmentu, wskazuje na rewolucyjne podejście do rzeźby.

designalive.pl

Te inspirowane indyjskimi tradycjami sypania barwników kopce, bardziej niż formą, przykuwają uwagę kolorem. I to początkowo właśnie kolor stał się bardzo ważnym nośnikiem znaczeń dla brytyjskiego artysty. Poszerzając swój artystyczny słownik, Kapoor zaczął używać także innych materiałów, takich jak: kamień, stal, wosk i sztuczne skóry. Ta różnorodność pozwoliła mu na nieskończoną inwencję i sięganie po abstrakcyjne, poetyckie metafory. Choć niektóre jego prace można zaklasyfikować jako land art, trudno jednoznacznie określić kierunek, w jaki wpisuje się Kapoor. To, co charakterystyczne dla jego prac, to nieustające próby ciągłego przekraczania języka sztuki i zacierania granic między malarstwem, rzeźbą i architekturą. – Jestem rzeźbiarzem, a w rzeźbie chodzi o odnalezienie statusu przedmiotu. My również jesteśmy przedmiotami. Na tej wystawie prezentuję z jednej strony obiekty, które są tak doskonale uformowane, że niemal się dematerializują, a z drugiej przedmioty, które ulegają stałym przekształceniom, aż do destrukcji – mówi. Ponieważ wystawa ingeruje w strukturę

Wystawa „Anish Kapoor: Symphony for a Beloved Sun” potrwa do 24 listopada 2013 roku w Martin– Gropius–Bau, Berlin. www.berlinerfestspiele.de

zdjęcia: nic tenwiggewnhorn i jens ziehe (z prawej), dzięki uprzejmości anish kapoor / vg bildkunst, bonn, 2013

112 sztuka


Strzelając w róg 2008–2009. Odwrócenie ról: woskowe pociski wykrwawiają się na niewzruszonej ścianie Kiedy jestem w ciąży 1992. Pusta forma niosąca ogromny ładunek. – Postanowiłem pozbawić przedmiot całej jego zawartości i zrobić po prostu coś, co jest puste. To wcale nie odbiera mu treści. Jest ona w nim obecna w bardziej zaskakujący sposób, niż gdyby był pełen – mówi artysta Apokalipsa i tysiąclecie 2013. Niepokojąco stabilna rzeźba zatrzymana w momencie destrukcji

galerii, także architektura, ze względu na swoją historię, zostaje wciągnięta w grę między materią a dematerializacją. Nie bez znaczenia jest to, że duchowym przewodnikiem Kapoora jest Joseph Beuys, który w 1982 roku w ramach słynnej wystawy Zeitgeist, odbywającej się w tym samym budynku, zdecydował się przenieść zawartość swojej pracowni w przestrzeń galerii. Końcowym efektem jego pracy była sześciometrowa wieża z gliny. Podobnie jak Beuys, Kapoor wykorzystuje zarówno teatralne, jak i rzeźbiarskie gesty, by odnieść się do pamięci historycznej budynku i samego Berlina. Miękkie bloki wosku spadają na podłogę, wydając przy tym stłumione odgłosy, a nad wszystkim czuwa wielkie, czerwone koło. Będąc widzem takiego przedstawienia, trudno nie pomyśleć o krwawej historii masowych mordów, która przez ostatnie stulecie była udziałem nie tylko Berlina, ale całej Europy. Czerwony to kolor krwi, kolor triumfu, miłości, wschodzącego i zachodzącego słońca. Z drugiej strony całą instalację można odczytać jako komentarz do stale upływającego czasu, który, choć nie ma materialnej struktury, to jednak istnieje.

Tak jak spadające, czerwone bloki, roztrzaskując się na oczach widzów, powolnie budując woskowe stosy, tak nienamacalny czas płynie, nieuchronnie przyczyniając się do unicestwienia materii. – W tej wystawie chodzi z jednej strony o granicę między tym, co materialne, a tym co niematerialne, a z drugiej o dwa różne stany materii: doskonałość i entropię – mówi Kapoor. Perfekcyjnie wypolerowane stalowe lustra są tak idealne, że niemal zatraca się w nich naturalny porządek czasu i przestrzeni. Odbicia w ich wklęsłych i wypukłych powierzchniach dosłownie stawiają świat na głowie. Widz obserwuje siebie w zbliżeniu, jakby przez soczewkę okularów, a jednocześnie z dużej odległości. Nagle wyłania się kilka perspektyw po to, by zaraz zniknąć za rozmazanym obrazem. Takich zagadkowych przedmiotów można obejrzeć w Berlinie więcej i choć z pozoru nic ich nie łączy, to jednak wszystkie te poetyckie obiekty zdają się zadawać to samo pytanie. Pytanie o status materii. O cienką granicę między tym, co żywe, jeszcze namacalne i martwe, niedostępne, o przenikanie doskonałości z zepsuciem.


114 Krystyna Łuczak–Surówka SELEKCJA

KAWIARENKI

Od czasów nowożytnych kawa, zwana „winem Arabii”, zyskuje uznanie w Europie, a wraz z nią również i miejsca spożywania jej poza domem. W lustrze historii widzimy zróżnicowany obraz kawiarni: miejsca picia kawy, scenerii miejskich rozrywek, schronienia zakochanych, oazy finalizacji interesów, ucieczki przed samotnością

K

awiarnie pojawiają się w Polsce, w stolicy w wieku XVIII. Pierwsza, w okolicach Parku Saskiego, zbankrutowała. Kolejnej, otwartej po kilku dekadach na Rynku Starego Miasta, udało się przekonać gości do publicznego picia kawy. Nowy zwyczaj rozwijał się począwszy od mniej pruderyjnych elit i dziś jest już w pełni demokratyczny, zwłaszcza latem, kiedy to najliczniej gościmy w kawiarniach. Po II wojnie światowej, wraz z opartą o nacjonalizację polityką władz, kawiarnie, jako miejsca prywatnego handlu, konsekwentnie likwidowano. Powróciły triumfalnie wraz z „odwilżą” połowy lat 50., by wytworzyć swoisty klimat wolności. Stały się synonimem, tak pożądanego, zachodniego stylu życia oraz poligonem doświadczalnym nowoczesnego wzornictwa. We wnętrzach i ogródkach „poodwilżowych” lokali najwcześniej pojawiły się organiczne formy mebli z wikliny, sklejki, metalu i tworzyw sztucznych. Tu królowały tkaniny w kolorowe abstrakcyjne wzory, stożkowe żyrandole i malowidła na ścianach. Fotel autorstwa Teresy Kruszewskiej jest jednym z mebli zaprojektowanych na zlecenie Centrali Przemysłu Ludowego i Artystycznego pod koniec lat 50. Moda i popyt na nowoczesne wzory były tak silne, że nawet instytucje, których asortyment bazował na tradycji (Cepelia, DESA), nie mogły się jej oprzeć. Fotel Kruszewskiej (konstrukcja

*Historyczka i krytyczka wzornictwa. Wykłada na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Specjalistka od polskiego designu

z zespawanych metalowych rurek i siedzisko uformowane z oplotu igelitową linką) był jedną z gwiazd oferty Cepelii. Grą geometrycznych figur i graficznych linii doskonale wpisuje się w stylistykę lat 50., zachowując jednocześnie ponadczasowy charakter. Nowoczesny i wygodny. Po prostu dobrze zaprojektowany. Upłynęło pół wieku, a on nie stracił ani świeżości, ani urody. Siedziska łupinowe trafiały do domów prywatnych, jednak przede wszystkim stanowiły wyposażenie polskich kawiarń w dużych miastach. Widzimy to na archiwalnych zdjęciach oraz wizerunkach zatrzymujących klimat tego czasu

w innym, niż fotograficzny, kadrze. Narysowana igłą w szkliwie (przed wypałem) scena na tle architektury miasta: para przy stoliku kawiarnianego ogródka, ktoś przechodzi obok, w oddali za płotem suszy się pranie… to jeden z częściej powielanych motywów na paterach dekoracyjnych Zakładów Porcelany Chodzież. Picie kawy było w Polsce lat 50. synonimem luksusu, choć trudno byłoby powiedzieć to samo o pitej wówczas kawie. Najlepsza na rynku była kawa Marago (od kolumbijskiej odmiany Maragogype), która dała nazwę wielu barom kawowym. W nich Polacy, siedząc w kubełkowych fotelikach przy niskich stolikach, pili kawę w filiżankach. W latach 50. i 60., zanim nadeszła era kawy w szklankach z koszyczkami, obowiązkowy był serwis do kawy. Projektanci stworzyli wiele udanych wzorów. Jedną z najpiękniejszych reprezentantek tej mody jest serwis Dorota projektu Lubomira Tomaszewskiego. Produkowana do dziś przez Zakłady Porcelany w Ćmielowie, zaklęta w formach wypukło–wklęsłych niczym sylwetka kobiety. Picie kawy z jej organicznych kształtów jest przyjazne dla wzroku, dotyku i smaku. Cenię chwile, kiedy piję kawę wraz z gośćmi i Dorotą. Jak każdy miłośnik kawy, wiem, że nie bez znaczenia jest, w czyim towarzystwie ją pijemy. Mam tu na myśli i ludzi, i przedmioty. Kilkusetletnia historia kawy to niezliczone ilości projektów filiżanek, dzbanków, ekspresów, kawiarń. „Czarne złoto” nieustannie płynie, tak jak i kawiarniane lata.

portret: rafał placek

tekst: dr Krystyna Łuczak–Surówka* zdjęciE: jan lutyk


115 Krzesło proj. Teresy Kruszewskiej dla Cepelii, serwis Dorota Lubomira Tomaszewskiego dla Zakładów Porcelany w Ćmielowie i patera z kawiarnianą scenką z Zakładów Porcelany Chodzież definiowały polskie kawiarnie lat 50. i 60.

designalive.pl


116 trendbook

Przejaw infantylizmu. Niels Peeraer, projekt Tweed Sleep Suit, który jest opowieścią o japońskim chłopcu i jego wymarzonym ukochanym

zdjęcie: Dirk Alexander

fetys


Każdy z nas jest fetyszystą. Stajemy się nim w momencie, gdy jako niemowlę zaczynamy ssać pierś matki tekst: wojciech trzcionka

szy

Z

czasem ten stan się pogłębia i kieruje w różne strony – zaczynamy szukać fetyszy w naszym dalszym i bezpośrednim otoczeniu, np. wśród partnerów, przyjaciół, w rodzinie. Wiele z naszych pragnień i obsesji pochodzi z naszego dzieciństwa, a później przekształca się w fascynacje bielizną, skórą, aksamitem lub butami. Tworzymy fetysze przez wybory, komponując połączenia między sobą i światem wokół nas. W świecie mody nigdy dotąd nie było tylu fetyszy. Pokazuje to nieokiełznaną kreatywność nowej generacji projektantów – mówi Lidewij Edelkoort, światowej sławy trendforecaster, która tego lata była kuratorką wystawy „Fetyszyzm w modzie” podczas 13. Biennale Mody w holenderskim Arnhem. Edelkoort, która jest dziś również mentorką School of Form w Poznaniu, zdefiniowała trzynaście fetyszy w modzie. To nudyzm, sadomasochizm, japonizm, spirytualizm, absurdyzm, romantyzm, legendyzm, konsumpcjonizm, regionalizm, patriotyzm, nomadyzm, szamanizm, czy infantylizm. To ostatnie zjawisko, to jedna z najnowszych tendencji w modzie. W projektach Holendra Nielsa Peeraera oglądamy kobiety i mężczyzn w śpioszkach, w pieluchach, ze smoczkami w ustach i w kojcach, jakby nigdy nie mieli zamiaru dorosnąć, oczekując stałej opieki. A przy tym prezentują się w bardzo dwuznacznych pozach. – Kuratorka zwraca uwagę na to, że moda bardzo silnie związana jest z dziejową sytuacją człowieka. Przy użyciu mody, pokazuje najważniejsze cywilizacyjne tendencje, które zestawiła z fetyszyzmem. Modowe fetysze to nie tylko wariacje na temat gorsetu, pejcza albo porno–maski, czyli gadżetów prowadzących do orgazmu. Fetyszem może być tendencja, która fascynuje, pobudza fantazję i podnieca, nie tylko erotycznie. Fetysz daje zapomnienie, odzwierciedla i kumuluje lęki, pomaga je też przepracowywać. Fetysz cywilizacyjny, podobnie jak ten seksualny, przenosi w inną rzeczywistość – komentuje na Qelement.pl Marcin Różyc, dziennikarz i krytyk mody. www.fetishisminfashion.com designalive.pl


nudyzm sadomasochizm japonizm spirytualizm absurdyzm romantyzm legendyzm konsumpcjonizm regionalizm patriotyzm nomadyzm szamanizm infantylizm Luke Brooks tworzy w trendach spirytualizmu, konsumpcjonizmu i patriotyzmu. Kolekcja 2013 Dazed Digital powstała po podróży do USA, podczas której projektant odwiedzał najstarsze amerykańskie groby i zdejmował z nich teksturę, którą następnie przenosił na papier i dzianiny. Jak potem tłumaczył Luke Brooks, kolekcja powstała po to, aby upamiętnić zmarłych podczas codziennnego użytkowania ubrań

designalive.pl

ZDJĘCIE: Bryan Huynh

118 trendbook


trendbook 119 edukacja

komunikacja

Synestezja Na początku były ogniska i znaki dymne. Potem gołębie pocztowe. Dopiero wynalezienie telegrafu wprowadziło nową jakość w sposób przesyłania wiadomości w bardzo odległe miejsca. Kolejnym krokiem w ewolucji komunikacyjnej był telefon, który jeszcze skrócił dystans między nadawcą i odbiorcą wiadomości. Dzisiaj, dzięki internetowi, możemy się nie tylko słyszeć, ale i widzieć w realnym czasie. I wydawać by się mogło, że to już szczyt komunikacyjnych możliwości. Naukowcy i konstruktorzy z grupy PanGenerator, zastanawiając się, jak zaangażować kolejne zmysły w kontakcie na odległość, zaprojektowali Tactilu – bransoletkę transmitująca dotyk. W razie rozłąki, podłączona do smartfona opaska, umożliwi przekazywanie i odbieranie przez internet fizycznych zaczepek czy zmysłowego gładzenia. Pomysłów na zastosowania i miejsca noszenia przekaźnika jest mnogość. Dzięki temu związki na odległość będą się miały jak jeszcze nigdy. Tylko, po co wracać, skoro właściwie już nie będzie za czym tęsknić? Prototyp Tactilu będzie prezentowany w czasie Łódź Design Festival już tej jesieni.

ADHD nie istnieje ADHD to fikcyjna choroba – taką deklarację, na niedługo przed śmiercią w 2009 roku, złożył naukowiec i lekarz Leon Eisenberg, często określany jako jeden z jej „odkrywców”. Eisenberg sformułował definicję i określił syndromy choroby, określanej fachowo jako zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi, gdzie decydujące są uwarunkowania genetyczne. W jego ślad poszli inni, zalecając dzieciom dotkniętym zespołem rozmaite formy leczenia. Przez lata setki tysięcy dzieci na całym świecie poddawano terapiom, także farmakologicznym, a w wielu krajach stosowano nawet specjalną szczepionkę. Dziś firmy wytwarzające leki już zaczynają liczyć straty, bo dla nich ADHD to był potężny biznes. Demistyfikacja przede wszystkim ma humanistyczny wymiar: nadpobudliwe dzieci przestały być uważane za chore. Jednak czy odnajdą się w przestarzałym systemie edukacyj-

nym, nie będąc stymulowane terapeutycznie? Czy to system powinien się zmieniać? Niezwykle powolna fala zmian nadchodzi. Czy jednak system edukacji jest w stanie odejść od swoich paradygmatów? Czy nadal, mechanicznie, jak w erze maszyny parowej, będzie dzielił dzieci według wieku, a lekcja będzie trwała, trudne do wysiedzenia 45 minut? Czy przez medycynę i społeczeństwo nadpobudliwość oraz deficyt uwagi zostaną potraktowane normatywnie? Na takie pytania będą próbować lekarze, rodzice, psychologowie i specjaliści z dziedziny edukacji świadomi, iż nadpobudliwość jest efektem działania czynników współczesnego życia takich, jak: żywność, nowe media, komunikacja, prędkość zmian, rozrywka. Czyżby wystarczyło w kolejnych pokoleniach po prostu trochę zmienić styl życia i przyzwyczajania? Może w ten sposób „fikcyjne” okażą się i inne współczesne choroby... Marcin Mońka

Eliza Ziemińska

jedzenie

Naleśniki z paprocią, raz proszę! Wodna paproć to jedna z najszybciej rosnących roślin na świecie. W warunkach idealnych rozwija się niemal „w oczach”, podwajając swą masę w ciągu 48 godzin. Azolla, czyli jeden z jej rodzajów, zawiera wiele składników odżywczych, dlatego używa się jej jako paszy dla zwierząt. Niestety do tej pory jeszcze nie próbowano przystosować jej jako produktu spożywczego dla ludzi. By zmienić ten stan rzeczy, szwedzki artysta i naukowiec Erik Sjodin, wraz z grupą farmerów, ogrodników i kucharzy rozpoczął badania nad możliwością przystosowania wodnej paproci do celów kulinarnych. Opis zmagań, nadziei i wniosków z obiecującego eksperymentu zgromadzono w książce dostępnej on–line „The Azolla Cooking and cultivation project”. Może już za parę lat bary mleczne poszerzą swoje menu o paprociowe przysmaki? www.eriksjodin.net ELIZA ZIEMIŃSKA

designalive.pl


moc słabości

120 Dział

W kilku punktach, to, co mnie dookreśla i ma znaczenie. Szczerze opisany, mój świat przedmiotów i nie tylko Przemo Łukasik architekt Medusa Group

Okulary

Korekcyjne i słoneczne, zawsze patrzą na mnie z wystaw i, choć mam ich w nadmiarze, to zawsze oglądam się za nimi. Lubię, te bardzo wyraziste, o mocnych i zdecydowanych ramkach. Unikam popularnych i rozreklamowanych, szukam mniejszych manufaktur i tych, których włożenie wiąże się z pewnego rodzaju odwagą. Aktualnie noszę oldskulowe, z czarnymi, ogromnymi ramkami. Kupiłem je w jednym z nowojorskich małych butików z rzeczami używanymi. Przypominają pewien generalski, popularny w stanie wojennym, znienawidzony model. Zakładając je, czuję, jakbym nosił na nosie sporych rozmiarów rower, ściągam gdy zakładam kask. Kask POC Tempor Time Trial, 1 596 zł, www.pocsport.com

Zegarki

Ich funkcjonalność zepchnięta została przez wszędobylski smartfon. Są dziś bardziej męską biżuterią, dodatkiem. Kocham ich kształty, wielkość, materiał, z którego są wykonane. Nie mam na myśli, drogocennych, udekorowanych kopert i ręcznie robionych mechanizmów, ale nagi nadgarstek mi przeszkadza. Nie wierzę w to, że prezentują autentyczny stan posiadania właściciela, a jak pokazały ostatnie miesiące bywają zmartwieniem samego Premiera. Mam ich wiele, ale nie klasyfikuję ich okazjami, dla jakich należy je włożyć. Zmieniam nierytmicznie, często przewrotnie, kontrastując z ubiorem i okazją. Mój ukochany Bell & Ross najczęściej opina nadgarstek, ale często jego miejsce zajmuje kolorowy, plastikowy Casio czy Suunto, mój treningowy przyjaciel. Bell & Ross Aviation BR 01–92 46 mm, 10 200 zł, www.bellross.com

Walizki

To służbowy niezbędnik architekta–podróżnika, w który zapakować trzeba niezbędne minimum. Waga, sztywność i charakter aluminiowej kubatury, gdzieniegdzie już z widocznymi zarysowaniami i wgnieceniami, utożsamia się z użytkownikiem. Podobnie jak aluminiowa Rimowa, na której odciskane są wszystkie trudy podróży, tak też jej posiadacz, nie zawsze ogolony i wyspany, nie przejmuje się życiowymi zmarszczkami. Rimowa Topas Multiwheel, 1 850–3 100 zł, www.rimowa.de

Aparat fotograficzny

Przedmiot, o którym często myślę, który często mam przy sobie. Jest jak szczoteczka do zębów, zawsze zapakowany do walizki. To hobby, zabawa, czasem na poważnie. To kadr, w którym zamykam ukochane miejsca, ludzi (moje dzieciaki, ukochaną żonę), ale też kadr, przez który zdradzam swoją zawodową pasję do kubatury, koloru, kompozycji. Pozwala utrwalić wspaniałe chwile, nie zawsze przechowane przez pamięć. To oczywiście instrument o określonym kształcie, ciężarze i historii. Od kilku lat rozkochany jestem też w dalmierzu. Jest nieduży, mało rzuca się w oczy (większości), nie jest za lekki, czasem bywa mało praktyczny, ale jest… kultowy. Jak to Leica. Tak, jestem Leica–maniakiem. Leica M9 z obiektyw Summarit 50 mm, 22 000 + 5 000 zł, www.leicastore.pl

Rower

A może bardziej rowery! Tak, to oczywista choroba, na którą zapada się nagle i nie ma na nią antidotum. Kocham je za prostotę i złożoność zarazem. Te najbardziej skomplikowane – z zawieszeniem pneumatycznym, hamulcami tarczowymi i amortyzatorami tłumiącymi największe głazy podczas szaleńczego zjazdu. Te precyzyjne – najlżejsze, z technologicznymi rarytasami, same z siebie odessane, które podmuch wiatru wymiata spod kolarza; cienkie jak żyletka, na które nie wypada wsiadać bez ogolonych nóg. Oraz te najprostsze – purystyczne, które są najczystszą syntezą, gdzie napęd jest zarazem hamulcem, a źle naciągnięty łańcuch śmiertelnym zagrożeniem. Mam je wszystkie! Od zjazdówki, „koła do dirtu”, szybkiej szosówki i anorektycznej czasówki, aż po „ostre koło”. Lecz dzisiaj kocham się bez reszty w czasówce, na której próbuję walczyć z samym sobą w zawodach Iron Man. Cervélo P5 Three Sram Red, 25 000 zł, www.cervelo.com

zdjęcia: przemo Łukasik, portret: jacek Poremba

Buty do biegania

Jeżdżą ze mną wszędzie. Są oczywiście sposobem na budowanie kondycji, niezawodnym trenażerem, pigułką na kaca, rozgrzeszeniem za kulinarne grzechy, ale przede wszystkim sposobem na pozbieranie myśli. Kiedy rano wychodzę pobiegać, moim jedynym celem jest dopilnować, aby rozpisany przez trenera wysiłek dokładnie zaliczyć, aby utrzymać odpowiednie tempo, puls. Ale podczas biegu, niezamierzenie rozwiązuję krzyżówki swojego życia, układam plany, wpadam na ciekawe pomysły, modlę się. To nie wszystko, choć i tak dużo, jak na poranek. Buty do biegania pozwalają mi zwiedzać, zaglądać w miejsca, w których nigdy nie byłem, które mijałem, a które były tuż obok. Kiedy pakuję je do walizki, zawsze wspominam mojego starszego kolegę – zmarłego tragicznie Stefana Kuryłowicza. To Funio, któregoś dnia, podczas wieczornej kolacji na krakowskim Kazimierzu, doradził mi tą zdrową filozofię. Dziękuję Stefan! Newton Distance, 520 zł, www.newtonrunning.com


must DZIAĹ have 121

designalive.pl designalive.pl


124 Dział

designalive.pl

Design Alive 2013 Collector's Edition/Lodz  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you