Issuu on Google+


Tytuł oryginału In the Heart of the Country

Opracowanie graficzne Witold Siemaszkiewicz

Fotografia na okładce Hebena Kvarnström

Fotografia Autora na czwartej stronie okładki Jerzy Bauer

Korekta Katarzyna Onderka

Łamanie Ryszard Baster

© Copyright for the Polish translation by Magdalena Konikowska ISBN 83-240Zamówienia: Dział Handlowy, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Bezpłatna infolinia: 0800-130-082 Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: www.znak.com.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków 2003. Wydanie I Druk: Drukarnia Narodowa S.A., Kraków, ul. Marszałka J. Piłsudskiego 19

4


1. Dzisiaj mój ojciec przywiózł do domu nową, świeżo poślubioną żonę. Nadjechali – klik-klak – przez równinę dwukółką zaprzężoną w konia, któremu nad czołem powiewało strusie pióro, cali zakurzeni po długiej podróży. A może dwukółkę ciągnęła para przystrojonych piórami osłów, to też możliwe. Ojciec miał na sobie czarny frak i cylinder, jego żona szerokoskrzydły kapelusz i białą suknię obcisłą w talii i przy szyi. Nie umiem podać więcej szczegółów, chyba że zacznę koloryzować, ponieważ na nich nie patrzyłam. Byłam w swoim pokoju, w szmaragdowym półmroku późnego popołudnia za zamkniętymi okiennicami, czytając książkę lub, co bardziej prawdopodobne, leżąc na wznak z wilgotnym ręcznikiem na oczach, żeby zwalczyć migrenę. Jeśli chodzi o mnie: siedzę w swoim pokoju, czytam albo piszę bądź walczę z migreną. W koloniach jest mnóstwo tego rodzaju dziewcząt, ale żadna oprócz mnie, jak sądzę, nie wpadła w aż taką skrajność. Jeśli chodzi o mojego ojca: spaceruje z wolna w czarnych butach z cholewami, tam i z powrotem, tam i z powrotem po deskach podłogi. I jeszcze nowa żona: ta do późna się wyleguje. Oto trójka przeciwników. 2. Nowa żona. Nowa żona jest grubokoścista, leniwa i zmysłowa, ma w sobie coś z kota; na szerokich ustach 5


ospały uśmiech. Oczy ma bystre i czarne jak dwie jagody, dwie bystre czarne jagody. Postawna kobieta o ciemnych nadgarstkach i długich, pulchnych, stożkowatych palcach. Je z apetytem. Je, śpi i leniuchuje. Wysuwa długi czerwony język, oblizując z warg słodki tłuszczyk barani. – O, to dobre! – mówi i uśmiecha się, przewraca oczami. Jak zahipnotyzowana przyglądam się jej ustom. Później zwraca ku mnie te szerokie, uśmiechnięte usta i bystre czarne oczy. Z trudem znoszę jej uśmiech. Nie tworzymy razem szczęśliwej rodziny. 3. To nowa żona, a zatem stara nie żyje. Stara żona była moją matką, ale umarła już tak dawno, że ledwie ją pamiętam. Musiałam być wtedy bardzo mała – ot, prawie niemowlę. Z najgłębszych lochów pamięci wydobywam niewyraźny, szary obraz, obraz niewyraźnej, szarej, kruchej i subtelnej kochającej matki skulonej na podłodze, takiej matki, jaką każda dziewczyna w mojej sytuacji najpewniej by dla siebie wymyśliła. 4. Pierwsza żona ojca, moja matka, była kruchą i subtelną kobietą, która żyła i umarła pod mężowskim pantoflem. Mąż nigdy jej nie wybaczył tego, że nie dała mu syna. Jego bezlitosne wymagania seksualne doprowadziły ją do śmierci przy porodzie. Była zbyt krucha i subtelna na to, żeby powić krzepkiego, nieokrzesanego chłopca, następcę, jakiego życzył sobie ojciec, i dlatego umarła. Doktor zjawił się za późno. Wezwany przez posłańca na rowerze, musiał przejechać ponad sześćdziesiąt kilometrów wyboistym traktem, w swoim wózku zaprzężonym w osła. Kiedy dotarł na miejsce, matka leżała już spokojnie na łożu śmierci, cierpliwa, bez kropli krwi, skruszona. 6


5. (Dlaczego jednak nie przyjechał konno? I czy wtedy były już rowery?) 6. Nie patrzyłam, jak ojciec wiezie żonę do domu przez równinę, gdyż siedziałam w swoim pokoju, w mrocznym zachodnim skrzydle, umierając z tęsknoty i czekając stosownej chwili. Powinnam już stać gotowa, żeby ich przywitać uśmiechami i propozycją wypicia herbaty, ale tak nie zrobiłam. Byłam nieobecna. Nikt tego nie spostrzegł. Ojciec nie zwraca uwagi na moją nieobecność. Dla niego byłam nieobecnością przez całe swoje życie. Toteż zamiast promieniować kobiecym ciepłem w sercu tego domu, znaczyłam tyle co nic, zero, próżnia, w którą wszystko się zapada, tyle co bunt, stłumiony, posępny, niczym lodowaty przeciąg wirujący w korytarzach – lekceważona, mściwa. 7. Zapada noc, mój ojciec ze swoją nową żoną baraszkują w sypialni. Ręka w rękę pieszczą łono kobiety, wyczekując, aż zadrży i zakwitnie. Oplatają się nawzajem; ona otula go swoim ciałem. Chichoczą i jęczą. To dla nich piękne chwile. 8. Przez całe życie mieszkałam w domu, mocą przeznaczenia wzniesionym w kształcie litery H, mieszkałam w teatrze z kamienia i słońca ogrodzonym całymi milami drutu, krążąc z pokoju do pokoju, wisząc jak cień nad służbą: ponura córka-wdowa, dziecko posępnego ojca. Dzień po dniu o zachodzie słońca spotykaliśmy się twarzą w twarz nad baraniną, nad kartoflami, nad dynią – prostym jedzeniem przyrządzonym prostymi rękami. Czy to możliwe, żebyśmy rozmawiali? Nie, na pewno nie rozmawialiśmy, tylko stawialiśmy sobie czoło w milczeniu, kęs za kęsem przegryzając się przez czas, a nasze oczy – jego czarne i moje czarne odziedziczone po nim – błądziły obojętnie po włas7


nym polu widzenia. Później szliśmy spać, aby wyśnić alegorie niezaspokojonego pożądania, których szczęśliwie nie potrafimy zinterpretować; po czym każdego ranka, pełni lodowatego ascetyzmu, rywalizowaliśmy o to, kto wstanie pierwszy, kto roznieci ogień na zimnym palenisku. Życie na farmie. 9. W cienistej sieni dzień i noc tyka zegar. To ja go stale nakręcam i raz w tygodniu reguluję według słońca i almanachu. Czas na farmie to czas szerokiego świata, ani o krztynę mniej czy więcej. Stanowczo kiełznam ślepy, subiektywny czas serca z jego wybuchami podniecenia i wlokącą się nudą: moje serce będzie biło do niezmiennego, jednosekundowego taktu cywilizacji. Pewnego dnia jakiś nie narodzony jeszcze uczony uzna, że ze wszystkich urządzeń właśnie zegar ujarzmił głuszę. Czy jednak kiedykolwiek pozna pustkę godziny sjesty, godziny wybijanej w chłodnych zielonych domach o wysokim stropie, w których córki kolonii leżą z zamkniętymi oczami, licząc uderzenia zegara? Ta ziemia jest pełna smętnych starych panien takich jak ja, zapomnianych przez historię, granatowych niczym karaluchy w naszych rodowych gniazdach, polerujących do blasku miedziane rondle i robiących zapasy dżemu. Napastowane przez władczych ojców, kiedyśmy były małe, stałyśmy się zgorzkniałymi westalkami, okaleczonymi na całe życie. Gwałt w dzieciństwie: ktoś powinien zbadać jądro prawdy w tej fantazji. 10. Żyję, cierpię, jestem tutaj. Przebiegłością i zdradą, jeżeli trzeba, walczę o to, by się nie stać jedną z tych istot zapomnianych przez historię. Jestem starą panną, która trzyma pamiętnik pod kluczem, lecz także czymś więcej. Jestem niepewną świadomością, ale i to nie wszystko. Kie8


dy gasną ostatnie światła, uśmiecham się w ciemności. Zęby mi lśnią, chociaż nikt by w to nie uwierzył. 11. Zachodzi mnie od tyłu, w smudze woni kwiatu pomarańczowego i rui, bierze mnie za ramiona. – Proszę cię, nie bądź zła. Rozumiem, że się niepokoisz i martwisz, ale nie ma powodu. Chciałabym, żebyśmy byli razem szczęśliwi. Zrobię wszystko, naprawdę wszystko, żeby to się udało. Czy mi wierzysz? Wbijam wzrok w uskok komina; nos mi nabrzmiewa i czerwienieje. – Chcę stworzyć szczęśliwą rodzinę – mówi ona, krążąc – z nas trojga, razem. Chcę, żebyś mnie uważała za siostrę, nie za wroga. Obserwuję pełne wargi tej zaspokojonej kobiety. 12. Niegdyś wyobrażałam sobie, że jeśli tylko będę mówić dostatecznie długo, objawi mi się wreszcie, co to znaczy być gniewną starą panną w samym sercu pustki. Chociaż jednak obwąchuję każdą anegdotę jak pies lubą suczkę, nie trafiam na żaden gwałtowny rozrost w sferę „gdybania”, co dałoby początek prawdziwie podwójnemu życiu. Pragnąc nade wszystko złożyć słowa, które przeniosą mnie żywcem na ziemię mitów i herosów, oto nadal tkwię we własnej nędznej jaźni pośród tępego letniego skwaru, a ta nie chce sama siebie przerosnąć. Czego mi brakuje? Płaczę i zgrzytam zębami. Czy tylko pasji? Czy zaledwie wizji drugiego życia na tyle żarliwej, żeby mnie przenieść z doczesności bytu w podwójność znaczeń? Czyżby każda żyłka nie drżała we mnie z żarliwego wzburzenia? Czy może mojej pasji brakuje woli? Czy jestem gniewną, a mimo wszystko poniekąd zadowoloną z siebie wiejską starą panną, którą pochłania i trzyma w uścisku 9


własna furia? Czy naprawdę chcę siebie przerosnąć? Historia mojej wściekłości i jej straszliwe następstwa: czy mam wsiąść do tego wehikułu i pozwolić się unieść z prądem, przez bystrzyny i wzburzoną wodę, aby na koniec obudzić się odświeżona w spokojnym ujściu rzeki? Cóż to za automatyzm, jakie mi przyniesie wyzwolenie – a bez wyzwolenia jaki właściwie sens ma moja historia? Czy w najgłębszą furię wprawia mnie los starej panny? Kto stoi za moim uciemiężeniem? Ty i ty, mówię, kuląc się wśród popiołów, dźgając palcem w stronę ojca i macochy. Ale dlaczego od nich nie uciekłam? Dopóki istnieje jakieś inne miejsce, gdzie mogę żyć, również i na mnie wskazują niebiańskie palce. Czy też, czego dotychczas nie wiedziałam, lecz teraz niestety wiem, przypisano mi bardziej złożony los: ukrzyżowanie głową w dół, w charakterze przestrogi dla tych, którzy się lubują we własnej wściekłości i w żaden sposób nie dostrzegają innego wątku? Ale jaki mi pozostaje inny wątek? Małżeństwo z drugim synem sąsiada? Nie jestem radosną wieśniaczką. Jestem nieszczęsną, ponurą dziewicą, a moja historia jest moją historią, nawet jeżeli to nudna, czarna, ślepa, głupia i nieszczęsna historia, nie znająca swojego znaczenia i swoich wielu możliwych, niewykorzystanych radosnych wariantów. Ja jestem ja. Charakter to los. Historia to Bóg. Uraza, uraza, uraza. 13. Anioł – tak ją czasem nazywają, Czarny Anioł, który przybywa, żeby ocalić ich brązowoskóre dzieci od krupu i gorączki. Kiedy przychodzi do opieki nad chorymi, cała jej domowa surowość zmienia się w niesłabnące współczucie. Noc po nocy, odpędzając sen, czuwa przy kwilących dzieciach albo rodzących kobietach. – Anioł z nieba! – mówią, łypiąc gorliwie tymi swoimi oczami pochlebców. Serce jej rośnie. Podczas wojny pewno by rozjaśniała ostat10


nie godziny rannym. Umieraliby z uśmiechem na ustach, wpatrzeni w jej oczy, ściskając ją za rękę. Ma w sobie niewyczerpane pokłady współczucia. Musi się czuć potrzebna. Jeśli nie widać nikogo, kto by jej potrzebował, jest zakłopotana i zbita z tropu. Czy to nie tłumaczy wszystkiego? 14. Gdyby mój ojciec był słabszym człowiekiem, miałby lepszą córkę. Ale on nigdy niczego nie potrzebował. Zniewolona przez własną potrzebę bycia potrzebną, krążę wokół niego jak księżyc. Tylko na ten jeden, śmiechu wart sposób zapuszczam się w psychologię naszego débâcle. Wytłumaczyć znaczy przebaczyć, być wytłumaczonym znaczy uzyskać przebaczenie – lecz ja, jak myślę z nadzieją i lękiem, jestem niewytłumaczalna, nie do wybaczenia. (Cóż to jednak takiego we mnie cofa się przed światłem? Czy naprawdę ukrywam jakąś tajemnicę, czy cały ten wewnętrzny zamęt mierzy tylko w moją lepszą, poszukującą połowę? Czy naprawdę wierzę, że gdzieś w szczelinie pomiędzy łagodną matką a mną-dzieckiem leży klucz do tej ponurej, znudzonej starej panny? Wyjdź poza siebie, wyjdź poza siebie – taki szept słyszę w swoim najtajniejszym wnętrzu). 15. Inna strona mojej natury – skoro już mówię o sobie – to umiłowanie przyrody, zwłaszcza życia owadów, rozbieganego, celowego życia, które się toczy wokół każdej kulki łajna i pod każdym kamieniem. Kiedy byłam małą dziewczynką (snuj wątek, snuj!) w ozdobionym falbankami czepeczku, podobno całymi dniami siadywałam w piasku, bawiąc się ze swoimi przyjaciółmi żukami – szarymi i brązowymi, i dużymi czarnymi, których nazwy zapomniałam, ale bez trudu mogłabym odnaleźć w encyklopedii – i z przyjaciółmi mrówkolwami, budującymi te małe, wy11


tworne lejkowate pułapki z piasku: po ich bokach toczyłam w dół pospolite czerwone mrówki, a czasem pod płaskim kamieniem znajdowałam też młodego skorpiona, bladego, ogłupiałego, sflaczałego, którego miażdżyłam patykiem, bo już wtedy wiedziałam, że skorpiony są złe. Nie boję się owadów. Zostawiwszy gospodarstwo za plecami, idę boso korytem rzeki, gorący, ciemny piasek skrzypi pod stopą i wciska się między palce. Przy brodzie siadam, rozpościerając spódnicę, czując na udach ciepły dotyk czarnoziemu. Na pewno bym się nie zawahała, gdyby w nagłej potrzebie – chociaż nie mam pojęcia, jak mogłabym w takiej potrzebie się znaleźć – przyszło mi zamieszkać w glinianej chacie czy nawet w szałasie z gałęzi, gdzieś na stepie, i żywić się dosłownie byle czym, rozmawiać z owadami. Już w małej dziewczynce musiały przebłyskiwać cechy szalonej staruchy; czarni, którzy chowają się po krzakach i wiedzą wszystko, na pewno śmiali się w kułak. 16. Dorastałam razem z dziećmi służby. Mówiłam jak one, zanim się nauczyłam mówić tak jak teraz. Bawiłam się z nimi patykami i kamykami, zanim się dowiedziałam, że mogę dostać dom dla lalek z Tatą, Mamą, Piotrusiem i Janeczką śpiącymi każde we własnym łóżku i z czystymi ubrankami przygotowanymi w komódce, której szuflady wysuwają się i wsuwają, podczas gdy suka Nan i kot Feliks drzemią przy ogniu w kuchni. Z dziećmi służby buszowałam po stepie w poszukiwaniu kłączy khamma, karmiłam krowim mlekiem osierocone jagnięta, zawisałam na wrotach, przyglądając się pławieniu owiec i zabijaniu świni na Boże Narodzenie. Wdychałam kwaśną woń zakamarków, gdzie wszyscy oni spali bez ładu i składu niczym króliki, siadywałam u stóp starego, ślepego dziadka, a on strugał spinacze do bielizny i opowiadał o minionych 12


dniach, gdy ludzie i zwierzęta wędrowali z zimowych pastwisk na letnie i żyli sobie razem na szlaku. U stóp starego człowieka wchłonęłam mit przeszłości, kiedy to zwierzę, człowiek i pan wiedli zwyczajne życie, tak niewinni jak gwiazdy na niebie – i wcale mi nie do śmiechu. Jakże mam znieść ból utraty, cokolwiek utraciłam, bez snu o pierwotnej erze, być może zaprawionego fiołkową melancholią, i bez mitu o wygnaniu, w którym znalazłabym wytłumaczenie swojego bólu? Moja mamo, moja łagodna, pachnąca, kochająca mamo, co jak narkotykiem oszołomiłaś mnie mlekiem i drzemką w puchowych piernatach, a potem, przy dźwięku dzwonów nocą, zniknęłaś, zostawiając mnie samą pośród szorstkich rąk i twardych ciał – gdzie jesteś? Mój utracony świat to świat mężczyzn, zimnych nocy, płonących polan i błyszczących oczu, a także długa opowieść o martwych bohaterach, w języku, którego się nie oduczyłam. 17. W domu, gdzie żyją dwie gospodynie-rywalki, służący krzątają się przygarbieni, uchylając się przed resztkami złości, które niechybnie ktoś na nich ciśnie. Znudzeni harówką, wyglądają kłótni, z ich barwnością i dramatyzmem, chociaż wiedzą, że dla służby nie ma chyba nic lepszego niż zgoda. Jeszcze nie nadszedł dzień, gdy olbrzymy toczą między sobą wojnę, a karły umykają w noc. Doznając wszelkich uczuć nie kolejno, falami przeciwieństw, lecz równocześnie, jako mieszaniny wściekłości, żalu, urazy i wesołości, odczuwają zawrót głowy, który sprawia, że tęsknią za snem. Chcą być w wielkim domu, a zarazem chcą zostać we własnej izbie, udając chorobę, drzemiąc na ławce w cieniu. Filiżanki wyślizgują im się z palców i tłuką na podłodze. Szepczą pospiesznie po kątach. Bez wyraźnej przyczyny karcą dzieci. Mają złe sny. Psychologia służących. 13


18. Nie żyję ani samotnie, ani w społeczności, lecz jak gdyby wśród dzieci. Mówią do mnie nie słowami – te brzmią dziwacznie i niejasno – lecz znakami, konfiguracją twarzy i rąk, postawą ramion i stóp, subtelnością melodii i tonu, przerwami i lukami, których gramatyki nigdy nie spisano. Rozszyfrowując czarnych, szukam po omacku, tak samo jak oni rozszyfrowując mnie: także bowiem dla nich moje słowa są przytłumione, wsłuchują się więc w alikwoty głosu, w niuanse brwi, które powiedzą im, o co mi naprawdę chodzi. „Uważaj, nie rozzłość mnie”, „To, co mówię, nie wychodzi ode mnie”. Oddzieleni wieloma dolinami przestrzeni i czasu, ze wszystkich sił staramy się pochwycić blady dym wzajemnych sygnałów. Właśnie dlatego moje słowa są inne niż te, które człowiek wypowiada do drugiego człowieka. Samotna w swoim pokoju, kiedy obowiązki mam już za sobą, a lampa pali się równym płomieniem, wpadam we własny zgrzytliwy rytm, potykam się o kamienie słów, jakich dotąd nie słyszałam w żadnych innych ustach. Stwarzam się w słowach, które stwarzają mnie, ja, co żyjąc pomiędzy nieszczęśliwymi, nigdy nie uważałam siebie za taką, jaką widzieli mnie inni, nigdy nie uważałam drugiej osoby za taką, jaką ja ją widziałam. Dopóki wolno mi być sobą, nic nie jest niemożliwe. W tym pokoju, w mojej klasztornej celi, jestem szaloną wiedźmą, tak jak mi pisane. Ubranie zlepia mi cieknąca ślina, garbię się i skręcam, na stopach wykwitają zrogowaciałe odciski, a ten pedantyczny głos, bez powodu rozciągający zdania, zionący nudą, bo na farmie nic się nigdy nie dzieje, łamie się i sączy zrzędne, wariackie myśli, co przynależą do głuchej nocy, gdy cenzor chrapie, do szalonej polki, którą tańczę sama ze sobą. 19. Jaką pociechą są cyzelowane paradoksy w zamian za miłość cielesną? Obserwuję pełne wargi zaspokojonej 14


wdowy, słyszę skrzypienie podłogi na zamilkłej farmie, ciepły szept z wielkiego łoża, czuję na sobie balsam kochającego ciała, zasypiając, pogrążam się w parujących cielesnych woniach. Lecz jak wypuścić z rąk to, co rzeczywiste, na rzecz tak pożądanej mrocznej otchłani? Stoję w drzwiach – kostropata dziewica, naga, pytająca. 20. Do tych pełnych, ciemnych warg zaspokojona wdowa podnosi palec w wieloznacznym geście. Czy mnie ostrzega, żebym była cicho? Czy moje jasne ciało ją bawi? Przez rozsunięte firanki promienie księżyca w pełni padają jej na ramiona, na pełne, ironiczne wargi. W cieniu bioder leży uśpiony mężczyzna. Ona podnosi do ust tę wieloznaczną dłoń. Czy jest rozbawiona? Przestraszona? Przez rozchylone firanki tchnie nocny podmuch. W pokoju ciemność, sylwetki śpiących są tak spokojne, że w dudnieniu własnego serca nie słyszę ich oddechów. Czy powinnam do nich pójść ubrana? Czy to zjawy, które znikną pod moim dotknięciem? Ona przygląda mi się pełnymi, ironicznymi wargami. Przy drzwiach upuszczam ubranie. W blasku księżyca kobieta taksuje moje biedne, błagalne ciało. Płaczę, chowając oczy, pragnąc historii życia, która przewali się nade mną spokojnie, jak to się dzieje u innych kobiet. 21. Kiedy ojciec wracał zgrzany i brudny po całym dniu pracy, oczekiwał, że zastanie przygotowaną kąpiel. Do moich obowiązków w dzieciństwie należało rozpalenie ognia na godzinę przed zachodem słońca, żeby można było nalać gorącej wody do emaliowanej nasiadówki, gdy tylko ojciec ciężkim krokiem wejdzie przez drzwi frontowe. Potem się wycofywałam w cień, za parawan w kwiaty, aby wziąć od ojca ubranie i wyłożyć czystą bieliznę. Wymykając się na palcach z łazienki, słyszałam chlupot, kiedy wcho15


dził do wanny, cmokanie wody pod pachami i między pośladkami, wdychałam też słodkie, wilgotne, ciężkie wyziewy mydła i potu. Później ten obowiązek ustał. Lecz ilekroć myślę o męskim ciele – białym, masywnym, niemym – czyje to ciało, jeśli nie jego? 22. Obserwuję ich przez szparę w firankach. Biorąc go za rękę i unosząc spódnicę, ona zsiada z dwukółki – jeden krok, drugi. Rozpościera ramiona, uśmiecha się, ziewa, z palca obciągniętego rękawiczką zwisa mała zamknięta parasolka. On stoi tuż za nią. Wymieniają ciche słowa. Wchodzą po stopniach. Jej oczy są syte i szczęśliwe, to oczy z gatunku tych, które nie zauważają palców na koronkowych firankach. Nogi kroczą rytmicznie, bez wysiłku, w zgodzie z resztą ciała. Przestępują próg i znikają, idąc bez pośpiechu: mężczyzna i kobieta wracający do domu. 23. Pod wieczór, kiedy cienie najpierw się wydłużają, a potem okrywają wszystko, stoję w oknie. Hendrik przecina podwórze w drodze do składziku. Z koryta rzeki dobiega coraz głośniejszy, połączony w jeden chór świergot ptaków, potem cichnie. W ostatniej poświacie jaskółki pikują do gniazda pod okapem, przemykają pierwsze nietoperze. Ze swoich najróżniejszych nor wyłaniają się drapieżniki: muishond, meerkat. Co robią ból, zazdrość i samotność w afrykańskiej nocy? Czy cokolwiek znaczy kobieta spoglądająca przez okno w mrok? Opieram wszystkie dziesięć palców o chłodne szkło. Rana w piersi otwiera się gładko. Jeżeli jestem emblematem, to trudno. Czegoś mi brakuje, jestem istotą dziurawą w środku, coś znaczę, ale nie wiem co, jestem niema, wpatruję się przez szklaną taflę w ciemność, której niczego nie brak, która żyje sama w sobie – z nietoperzami, zaroślami, drapieżnikami i całą resz16


tą – która na mnie nie zważa, która jest ślepa, która nic nie znaczy, a jedynie jest. Jeśli nacisnę mocniej, szkło pęknie, pocieknie krew, cykanie świerszczy na chwilę umilknie, potem rozlegnie się znowu. Żyję wewnątrz skóry, wewnątrz domu. Nie znam żadnego uczynku, który mnie wyzwoli i wyprowadzi w świat. Nie znam żadnego uczynku, który wprowadzi świat we mnie. Jestem potokiem dźwięków rwącym w głąb wszechświata, całymi tysiącami cząsteczek łkających, jęczących, zgrzytających zębami. 24. Pocą się i męczą, cały dom trzeszczy jak noc długa. Nasienie z pewnością zostało już posiane, wkrótce ona zacznie polegiwać rozwalona, grzejąc się bezmyślnie, zacznie pęcznieć i dojrzewać w oczekiwaniu, aż zastuka jej różowe prosiątko. Natomiast moje dziecko, zakładając, że takie nieszczęście mogłoby mi się kiedykolwiek przytrafić, byłoby chude i blade, płakałoby bez ustanku, boby je bolała główka i brzuch, dreptałoby z pokoju do pokoju na chwiejnych nóżkach, ściskając troki matczynego fartucha i chowając buzię przed obcymi. Ale kto by mi dał dziecko, kto by się nie zamienił w bryłę lodu na widok moich kościstych kształtów w ślubnym łożu, tej sierści zarastającej aż po pępek, pach jak kwaśno pachnące jamy, tej czarnej kreski wąsika, oczu czujnych, wciąż w defensywie, oczu kobiety, która nigdy się nikomu nie oddała? Ile by trzeba dyszenia i sapania, zanimby się zawaliła moja forteca? Kto by obudził moje drzemiące jajeczka? Kto czuwałby przy mnie w połogu? Mój ojciec, gniewny, z batem? Czarni – zastraszeni słudzy – przyklękający, żeby mi ofiarować porwane jagnię, pierwsze owoce i miód dzikich pszczół, chichoczący z powodu tego cudu dzieworództwa? Oto wysuwa ryj ze swojej jamy, syn swego ojca, Antychryst z pustyni, który przybył, aby poprowadzić roztańczone hordy 17


do Ziemi Obiecanej. Wirują i biją w bębny, potrząsają siekierami i widłami, podążają w ślad za dzieckiem, podczas gdy matka w kuchni odprawia czary nad ogniem albo wyrywa wnętrzności kogutom, albo śmieje się dziko, usadowiona w zakrwawionym fotelu. Umysł na tyle szalony, żeby wymyślić ojcobójstwo i pseudomatkobójstwo, a kto wie, jakie jeszcze okropności, z pewnością może objąć także führera epileptyka i zgraję bezczelnych niewolników maszerujących na miasteczko, na którego srebrnych dachach migocze słoneczny ogień i z którego okien zostaną bezzasadnie porozrywani kulami na strzępy. Leżą w pyle, synowie i córki Hotentotów, muchy pełzają im po ranach; potem ich się wywiezie i pogrzebie w jednej stercie. Uginając się pod ciężarem ojca, wytężam siły, by dać życie światu, ale rodzę chyba tylko śmierć. 25. W świetle latarni sztormowej widzę, że śpią snem błogo zaspokojonych, ona na plecach, z koszulą sfałdowaną wokół bioder, on twarzą w dół, wtula lewą rękę w jej dłoń. Nie wzięłam ze sobą tasaka do mięsa, tak jak myślałam, tylko topór, broń walkirii. Wzbogacam siebie w tej ciszy niby prawdziwa miłośniczka poezji, oddycham ich oddechem. 26. Ojciec leży na plecach, nagi, palce prawej ręki splótł z palcami jej lewej, szczęka mu obwisła, ciemne oczy, z całym ich ogniem i błyskawicami, ma zamknięte, z gardła wydobywa się płynne rzężenie, znużona ślepa ryba, przyczyna mojej niedoli, zwisa w kroczu (oby już dawno temu wydarto to do ostatniego korzenia i ostatniej bulwy!). Siekiera sunie łukiem ponad mój bark. Przede mną robili to już najróżniejsi ludzie – żony, synowie, kochankowie, spadkobiercy, rywale – nie jestem sama. Jak kula na sznurku 18


topór spada na końcu ręki, zagłębia się w gardło – i nagle wszystko jest jednym tumultem. Kobieta się podrywa i siada wyprostowana, rozgląda się z furią, cała zakrwawiona, zdezorientowana gniewnym charkotem i chluśnięciem przy swoim boku. Jakie to szczęście, że w takich chwilach wypadki zaczynają toczyć się same i wymagają od sprawcy tylko przytomności umysłu! Ona skromnie obciąga koszulę nocną na biodra. Pochylając się w przód i coś chwytając, zapewne jedno z ich czterech kolan, wymierzam o wiele lepszy cios, głęboko w czubek jej głowy. Kobieta opada do przodu, w kołyskę kolan, a potem skulona przewraca się na lewo; wciąż w niej tkwi mój dramatyczny tomahawk. (Kto by pomyślał, że taiłam w sobie takie ciosy?) Jednakże z tej strony łóżka coś mnie drapie, tracę równowagę, muszę zachować zimną krew, muszę oderwać palce, jeden po drugim, odzyskać (z niejakim wysiłkiem) siekierę i ze wstrętem rąbać te ręce, te ramiona, aż wreszcie mam wolną chwilę, aby naciągnąć prześcieradło na całe to dygotanie i waleniem wymusić spokój. Oto tłukę w równym rytmie, być może dłużej niż to konieczne, ale jednocześnie staram się uspokoić, przygotowując się do niewątpliwie nowego etapu w życiu. Bo też już dłużej nie muszę się martwić, czym wypełnić dni. Złamałam przykazanie, a winni nie odczuwają nudy. Muszę się pozbyć dwóch masywnych ciał, oprócz wielu innych śladów przemocy, jakiej się dopuściłam. Muszę przybrać odpowiedni wyraz twarzy, wymyślić stosowną historię – a wszystko to jeszcze przed świtem, zanim Hendrik przyjdzie przed udojem po wiadro! 27. Pytam siebie: Dlaczego od chwili kiedy nadjechała – klik-klak – przez równinę dwukółką zaprzężoną w konia, którego uprząż przystrojono strusimi piórami, cała 19


zakurzona po długiej podróży, w swoim szerokoskrzydłym kapeluszu – dlaczego odmawiałam jej rozmowy, uparcie i ze wszystkich sił pragnąc zachować dla siebie monolog, monolog mojego życia? Czy potrafię sobie wyobrazić, jak by to było, gdybyśmy razem odwracały stronice poranków nad parującymi filiżankami herbaty – na podwórzu popiskiwałyby kurczęta, w kuchni cicho paplała służba – nieważne, w jakim nastroju, mając się na baczności albo całkiem spokojne? Czy potrafię sobie wyobrazić, jak wycinamy wspólnie wykroje albo spacerujemy po sadzie, trzymając się za ręce i chichocząc? Czy to możliwe, że nie jestem więźniem tej samotnej farmy i kamiennej pustyni, tylko własnego kamiennego monologu? Czy moje ciosy miały na celu zamknąć te przenikliwe oczy, czy uciszyć jej głos? Czy nie mogłyśmy, pochylone nad swoimi filiżankami, nauczyć się gruchać jak dwa gołąbki albo przepływając obok siebie w ciemnym korytarzu, zgrzane i niezdolne zasnąć w porze sjesty, dotknąć się, objąć i przytulić? Czyżby te drwiące oczy nie mogły złagodnieć, czyżbym ja nie mogła się ugiąć, czyżbyśmy nie mogły całe popołudnie leżeć objęte i szeptać, dwie dziewczyny razem? Głaszczę ją po czole, ona trąca nosem moją rękę, ogarniają mnie mroczne głębiny jej oczu i nie mam nic przeciwko temu. 28. Pytam siebie: Cóż takiego siedzi we mnie, co mnie zwabia do zakazanych sypialni i każe popełniać zakazane czyny? Czy całe życie na pustyni, uwikłane w ten lej z czarnej materii, skręciło mnie w taki zwój nienawistnej energii, że byle domokrążca albo daleki kuzyn przybyły w odwiedziny ma się spodziewać trucizny w jedzeniu bądź ciosu toporem, kiedy leży w łóżku? Czy życie sprowadzone do swoich podstaw wypala w ludziach wszystko prócz stanów najprostszych – czystego gniewu, czystej żarłoczno20


ści, czystego lenistwa? Czy przez swoje wychowanie nie jestem zdolna przeżywać bardziej złożonych uczuć? Czy właśnie dlatego nigdy nie opuszczam farmy, obce mi jest miejskie życie, gdyż wolę się pogrążyć w symbolicznym krajobrazie, gdzie proste namiętności mogą wirować i kłębić się dookoła własnego środka, w przestrzeni bez granic, w nieskończonym czasie, wypracowując własne formy potępienia? 29. Pytam siebie: Czy jednak oddaję sprawiedliwość miastu? Czy nie można wyobrazić sobie miasta, nad którego dachami ciągną wstęgi tysiąca sekretnych ogni, z którego ulic wzbija się szmer tysiąca trajkoczących potępionych głosów? Możliwe; ale to zbyt malarskie, a ja nie jestem malarką. 30.

Pytam siebie: Co zrobię z ciałami?

31. Głęboko pod ziemią płyną podskórne rzeki, przez ociekające kryształową wodą mroczne groty, przez groby – gdyby tylko dało się do nich dotrzeć – wszystkich rodzinnych sekretów świata. Wchodzę w letnią wodę, szukając ponika, który w naszych marzeniach kiwa na nas z głębokości i prowadzi do podziemnego królestwa. Spódnica faluje i unosi się na wodzie wokół mojej talii niczym czarny kwiat. Czerwony szlam i zielona rzęsa koją mi stopy. Z brzegu przyglądają się moje buty, jak porzucone bliźnięta. Samobójstwo to najbardziej literacka z przygód, pod tym względem przerasta nawet morderstwo. W miarę jak się zbliża kres opowieści, wyzwala się potok naszej ostatecznej, kiepskiej poezji. Rzucam spokojne, długie pożegnalne spojrzenie na niebo i na gwiazdy, które prawdopodobnie też odpowiadają spokojnym, długim i bezmyślnym spoj21


rzeniem, wypuszczam ostatni luby oddech (żegnaj, duchu!) i nurkuję w otchłań. Po czym mija elegijny trans – a reszta to zimno, wilgoć i farsa. Bielizna wydyma się w wodzie jak balon. Zbyt prędko uderzam o dno, mityczny wir jest równie odległy jak zawsze. Pierwszy rozmyślny haust wody w nozdrza wywołuje kaszel i atak ślepego przerażenia organizmu, który chce żyć. Nogami i ramionami winduję się ku powierzchni. Głowa wynurza się w nocne powietrze, dyszę i pluję. Próbuję się ułożyć płasko, ale jestem znużona, taka znużona. Może jeszcze raz czy dwa walę drewnianymi rękoma. Może ponownie tonę, smakując teraz wodę z mniejszym obrzydzeniem. Może znowu wypływam na powierzchnię, wciąż się miotając, lecz także oczekując spokojnego interludium, by wystawić na próbę i pokosztować ospałość mięśni. Może tłukę o wodę już tylko w jednym miejscu, dobijając ostatniego targu, rezygnując z oddechu w zamian za jedno słowo, na pół wodę, na pół prośbę do nieobecnych, do wszystkich nieobecnych, którzy teraz zbierają się na niebie niczym trąba powietrzna nieobecności, usunięci, ślepi – proszę, żeby przywołali psy, żeby odwo��ali ten żart, aż wreszcie znów tonę i przystępuję do gruntownego zgłębiania swoich ostatnich chwil. 32. Co ja jednak wiem o zgłębianiu takiej bezdni, ja, popychadło, które spędzało dni nad garnkami w czarnym od sadzy kącie, a nocami wciskało pięści w oczy, obserwując świetlne kręgi, ich wiry i kaskady, czekając na wizje? Podobnie jak zabójstwo, umieranie to zapewne bardziej ponura historia od tej, którą tu opowiadam. Wyobcowana z ludzkiej gromady, nieuchronnie przeceniam wyobraźnię i oczekuję, że dzięki niej doczesność rozjarzy się w aureoli własnej transcendencji. Lecz po co, pytam siebie, te wspaniałe zachody słońca, jeżeli przyroda nie przemawia do 22


nas ognistymi językami? (Nie przekonuje mnie wywód o zawieszonych drobinkach pyłu). Po co świerszcze jak noc długa i ptasia piosenka o świcie? Ale robi się późno. Jeśli jest czas na przemyślenia, jest również czas na to, żeby wrócić do kuchni, a w tej chwili muszę się zająć poważną sprawą, mianowicie usunięciem zwłok. Wkrótce bowiem Hendrik otworzy drzwi od podwórza i chociaż to prawda, że samą esencją kondycji służącego jest jego zażyłość z brudami pana, i chociaż w istocie z pewnego punktu widzenia zwłoki można uznać za brudy, Hendrik to nie tylko esencja, lecz także substancja, nie tylko służący, lecz również ktoś obcy. Najpierw przyjdzie Hendrik po wiadro, potem, nieco później, Anna, żeby pozmywać naczynia, zamieść podłogę, żeby zasłać łóżka. Co pomyśli, kiedy zastanie cały dom cichy, prócz miarowego odgłosu szorowania dobiegającego z małżeńskiej sypialni? Waha się nasłuchując, nim zapuka. Wykrzykuję w przestrachu, przez masywne drzwi Annę dochodzi mój przytłumiony głos: – Nie, dzisiaj nie! Anno, to ty? Dzisiaj nie... przyjdź jutro. A teraz proszę, idź już. – Odchodzi. Stojąc z uchem przy szparze, słyszę, jak zamykają się za nią tylne drzwi, a później, choć powinna już być poza zasięgiem słuchu, szybki tupot jej stóp po żwirze. Czyżby wywęszyła krew? Czy pobiegła donieść? 33. Kobieta leży na boku, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Jeżeli się nie pospieszę, stężeje w tej pozycji. Włosy opadają jej na twarz, podobne do lepkiego ciemnoczerwonego skrzydła. Mimo że ostatnim ruchem uchylała się od straszliwej siekiery, zaciskając powieki, zaciskając zęby, teraz twarz jej się odprężyła. Natomiast mężczyzna, tak przywiązany do życia, przesunął się. Jego ostatnie doznania z pewnością nie należały do przyjemnych – to szu23


kanie na oślep, wiotczejącymi mięśniami, złudnej strefy bezpieczeństwa. Leży z głową i ramionami zwieszonymi przez krawędź łóżka, czarny od zgęstniałej krwi. Byłoby dla niego lepiej, gdyby oddał łagodnego ducha, podążając za nim jak najdalej w wędrówce z ciała, unosząc pod powiekami obraz jaskółki, która pikuje, wzbija się w niebo, szybuje wysoko. 34. Co za szczęście, że w takich chwilach istnieje tylko jeden problem, problem czystości. Dopóki nie znikną te krwawe resztki porodowe, nie ma dla mnie nowego życia. Pościel cała nasiąkła, trzeba będzie ją spalić. Trzeba też spalić materac, ale już nie dzisiaj. Na podłodze grzęzawisko krwi; kiedy poruszę ciała, tej krwi przybędzie. Co z ciałami? Można je spalić albo pogrzebać, albo zatopić. Żeby je grzebać lub topić, muszę opuścić dom. Jeżeli zakopać, to tylko tam, gdzie ziemia jest miękka, czyli w korycie rzeki. Jednakże zwłoki pogrzebane w korycie rzeki woda wypłucze przy najbliższym – czy też drugim z kolei – przyborze i wrócą do świata objęte zgniłymi ramionami, trącając leniwie ogrodzenie, tam gdzie przecina ono rzekę. Jeśliby je obciążyć i zatopić w zbiorniku, zatrują wodę, a podczas najbliższej suszy pojawią się znowu, skute łańcuchem szkielety szczerzące zęby w stronę nieba. Czy jednak zostaną pogrzebane, czy zatopione, trzeba je ruszyć z miejsca, bądź w całości taczkami, bądź w paczkach. Jak jasno pracuje mój umysł, zupełnie jak u maszyny. Czy mam dość siły, żeby bez niczyjej pomocy przewieźć trupa na taczkach, czy też muszę go pociąć na poręczne kawałki? Czy zdołam unieść choćby jeden nie podzielony tułów? Czy można taki rozebrać na części bez popadania w sprośność? Powinnam była zwracać baczniejszą uwagę na sztukę rzeźniczą. A jak przykuć ciało do kamienia, nie wiercąc 24


dziur? I czym drążyć? Świdrem? Korbą z wiertłem? A może, wybierając inne wyjście, porzucić zwłoki na mrowisku lub też ukryć w grocie gdzieś w odległym zakątku farmy? Może stos pogrzebowy na kuchennym podwórzu? Może podpalić dom, aż nam wszystkim się zawali na głowę? Czy dam radę tego dokonać? 35. Oczywiście, prawdę rzekłszy, dam radę zrobić wszystko, jedynie onieśmiela mnie ta swoboda; takie zadania wymagają tylko cierpliwości i skrupulatności, których, podobnie jak mrówka, mam w nadmiarze, mam też niewrażliwy żołądek. Jeśli wybiorę się na wzgórza, z pewnością dostatecznie prędko znajdę głazy z dziurami na wylot, wydrążonymi przez krople wody w minionej erze lodowcowej albo wykutymi podczas wulkanicznego kataklizmu. W szopie na pewno są całe metry opatrznościowego łańcucha, dotychczas niewidoczne, teraz nagle rzucające się w oczy, a także baryłki prochu i wiązki drewna sandałowego. Ale właśnie zaczynam się zastanawiać, czy już nie czas znaleźć silnego, muskularnego wspólnika, który o nic nie pytając, zarzuci sobie zwłoki na plecy i ruszy żwawo, żeby się ich pozbyć w jakiś szybki, skuteczny sposób, na przykład wepchnie ciała do wyschniętej studni i przykryje ją potężnym głazem. Bo przyjdzie taki dzień, kiedy nie będę mogła się obejść bez drugiego człowieka, kiedy będę musiała słyszeć inny głos, nawet obrzucający mnie wyłącznie obelgami. Monolog mojego „ja” to słowny labirynt, z którego się nie wydostanę, póki ktoś mi nie pokaże jak. Przewracam oczami, sznuruję usta, nastawiam uszy, ale twarz w lustrze jest i będzie moja, nawet jeśli potrzymam ją w ogniu, aż zacznie topnieć. Obojętne, jak gorączkowo przeżywam sprawę śmierci bądź nurzam się we krwi i mydlinach, obojętne, jakie wilcze wycia miotam 25


W sercu kraju