Page 1

Pod dobra‘ gwiazda‘


Bator Bieñczyk Bonowicz Brzeziñska Chwin Grzegorczyk Huelle Kutz ’oziñski Onichimowska OrïoĂ Pilch Podsiadïo Rylski Szczepkowska Szostak Varga

Wydawnictwo Znak Kraków 2009


Kazimierz Kutz

CELTYCKIE WDOWY

Teraz ujawniam istotę rzeczy: wielką chwilą w życiu Lucjana i Adeli był dzień, w którym obydwie matki na peryferiach Roździenia pokumały się w trosce o ich przyszłość. I założyły przymierze. Moment ten jest możliwy do ustalenia z dokładnością do kilku dni: był to dzień, w którym do świadomości Czornynożki i Chrobokowej dotarło znaczenie urzędowego powiadomienia o przyjęciu Lucjana na studia medyczne w Rokitnicy. Wtedy ich matczyne instynkty stanęły w płomieniach i obydwie wdowy niezależnie od siebie poczuły wolę, jakiej wcześniej nie doświadczyły. Los je wzywał! Były jak odcumowane parostatki po długim postoju. Pierwszy ruch należał do Chrobokowej, wszak jej sytuacja była gorsza, bo gorzej jest mieć dorastającą córkę niż syna. Nie po to wylegiwała się latami na parapecie w kuchni i baczyła na świat, by nie mieć planu na szczęście córki. Była wdową na swoim majątku po przedwojennym uchodźcy z Niemiec do Polski, a uroda i zalety Adeli plus murowany dom z cegieł pierwszej klasy były jej kapitałem na lepszy żywot samotnej matki z córką. Chrobokowa była dobrą żoną i jest porządną wdową, chciała, by córka była taka sama, bo wiedziała, jak to się robi. Miała to po matce, jej matka po swojej i tak dalej, idąc w najstarsze skiby Płużnicy Wielkiej. W owo – znamienne 5


w skutki – sobotnie popołudnie Chrobokowa z gotowym planem w głowie poszła wcześniej niż zwykle oporządzić sklep Marianny. Obydwie wdowy krzątały się w sklepie, klientów już ledwo co, Chrobokowa w odpowiedniej chwili podjęła temat Adeli i zaprosiła Mariannę na bonkawa do siebie, bo chciała – jak nadmieniła z płaczem – porady Marianny w sprawie córki. Marianna, czuła na ludzkie sprawy, pocieszyła ją i przystała na zaproszenie, bo lęki o Lucjana i jego odnajdywanie się w nowym świecie stały się jej codziennym utrapieniem. Ona także miała potrzebę rozmowy z Chrobokową, jak to matka z matką. Zwłaszcza że w ostatnim półroczu Lucjan pojechał dwa razy do Katowic, a kiedy oderwał oczy od książki, zorientował się, że tramwaj stoi pod mysłowickim kościołem w tym samym miejscu, w którym rekrut Paulek polował na niemieckiego oficera. Jego „ici cici – German w rzici!”, kiedy chlastał się w goły tyłek na oczach gawiedzi, jest dawno umarłą przeszłością, ale kiedy dziś rozmyślam nad Chrobokową, pięć lat temu pochowaną na komunalnym cmentarzu w Hanowerze u boku swojej matki, jawi się w mojej hipotezie w roli głównej. Mam podejrzenie bliskie przekonaniu, że Weronika Chrobokowa przez lata wylegiwania się na parapecie swojego szopienickiego królestwa rozmyślała nad tym, jak nową rzeczywistość chlasnąć w tyłek. To nie była tuzinkowa persona! Kiedy Adela wróciła pod wieczór do domu z kąpieliska nad ewaldem, było już po ptokach. Chrobokowa przesunęła krzesło na środek kuchni i kazała córce usiąść. Wdowy patrzyły na Adelę, a ona na nie. Adeli zrobiło się głupio, myślała o grzechu, którego nie popełniła, ale nie miała odwagi otworzyć ust, oblizywała wargi spieczone słońcem i patrzyła w podłogę. Chrobokowa zapytała Mariannę: „Musicie przyznać Marie, że mom piykno cera”. Marianna uśmiechnęła się do Adeli: „No, Chroboczko, mocie w doma bardzo piykno cera”. Wstała, podeszła do niej i pocałowała ją w czoło. Oto sekunda, w której zapadła klamka dziejowa! W chwili tej Lucjan był w centrum Katowic, trzymał studencką legitymację w kieszeni, 6


wracał z Rokitnicy do Roździenia, a jeszcze godzinę temu Adela moczyła nogi w starym ewaldzie i łowiła dłońmi kijanki, a Lucjan zwiedzał toalety swojej uczelni. Pakt matek wyznaczył Adeli i Lucjanowi prostą drogę na całe ich przyszłe, szczęśliwe życie. Przez uprawnienia, jakie sobie nadały, ich postanowienia miały dostojeństwo i wymiar: objawiły się w nich celtyckie korzenie, bo prakultura Śląska stoi na matriarchacie – na nim zbudowane jest wielowiekowe trwanie Ślązaków. Tradycja celtyckiego matriarchatu jest podłożem naszej inności, bo magiczna władza kobiet nigdzie w Europie nie przejawia się z intensywnością taką jak w wypadku naszych matek. Może Kazimierz Wielki, wyrzekłszy się Śląska, pobudził stare matriarchalne geny i one trwają po dzień dzisiejszy: sam jestem przykładem tej energii i my wszyscy z budki. Milionowy exodus Ślązaków w powojennych latach także dowodzi tej pierwotności, podobnej do ptasiego instynktu. Po amputacji narodu żydowskiego na ziemiach polskich w Auschwitz – trzydzieści trzy kilometry od naszej budki – śląski wyciek może być umykaniem przed pożogą, która pełza od wschodu. U nas każdy ród od zawsze był hodowlą pod władaniem matek. One były boginiami naszej codzienności – od tego są. Nie mieć ojca jest źle – ale nie mieć matki? Tego niy do sie do niczego przyrównać. Kiedy stawał się opisany obrządek matek, Adeli brakowało dwóch lat do pełnoletniości. Tyle czasu miały wdowy do rzymskiego ślubu w kościele pod wezwaniem Świętej Jadwigi, patronki Roździenia i Śląska. W niedzielny poranek poszły wspólnie na mszę, wyspowiadały się, przyjęły komunię, oczyściły swoje czyste sumienia z niepopełnionych grzechów, potem weszły w nisze pamięci po mężach i z nimi uzgodniły związek dzieci. Drugi ruch należał do Marianny. W sobotę upiekła u Chęcińskich – dojechały z Bydgoszczy dwie jego tęgie siostry, czyli interes chyciył! – trzy blachy kołocza z serem, makiem i musem jabłkowym, wszystkie z grubą posypką, tak jak nauczyła ją matka, i zaprosiła Chroboczki na bonkawa z cykorią w niedzielne popołudnie. 7


Cała rodzina Czornynogów ubrała się odświętnie, Chroboczki też, a Adela po raz pierwszy w życiu poszła do fryzjera. Z modenheftu wybrała fryzurę à la Shirley Temple i zakwitła dziewczęcymi dałerwelami, lok na loku, mimo to wyglądała na starszą, bo wiosną spęczniał jej biust i wszystkie inne powaby kobiecości. Nie ma co mówić – była piękna! Posadzili ją obok Lucjana i tak się zaczęło ich słodkie życie. Lucjan co na nią spojrzał, to rumienił się, bo nigdy jeszcze nie przeżył podobnej sytuacji, choć był jej sprawcą, o czym nie miał się nigdy dowiedzieć. Byli odświętni: Adela niczym monstrancja wystawiona przed kościół, a on jak robaczek świętojański przed godami, siedzieli na starych krzesłach po dziadkach kupionych swego czasu we Wiedniu przez pociotków Mieroszewskich. Dziadek Lucjana znalazł je na rumowisku po ostatnim pożarze w dworze, poskładał, pędzlem przejechał trzy razy fernajzem i są. Dobry mebel jest odpryskiem minionych dziejów, narzeczeni deseczką na kładce wieczności, a ja – w swoim mozole – literką w księdze kosmosu. Od tamtej niedzieli rodziny oswajały się ze sobą, odwiedzały się z okazji świąt, urodzin matek, aż przyszła kolej na Adelę. Chrobokowa na siedemnaste urodziny Adeli urządziła bums z muzyką. Przemeblowała duży pokój, posypała podłogę w kuchni startą świeczką, Adela po raz drugi poszła do fryzjerki, pożyczyła od Chęcińskich patefon z kompletem nie tylko śląskich szlagierów, przeważnie w rytmach walców angielskich, bo są wolne, najbardziej kojące dla partnerów i mają osobliwą właściwość: jeśli ktoś nigdy przedtem nie tańczył, może uratować swój honor. Kiedy Lucjan dojadł drugi kawałek kołocza i odłożył łyżeczkę, Chrobokowa spojrzała znacząco na córkę, wtedy Adela podeszła do patefonu, nałożyła płytę, pokręciła korbką i uruchomiła urządzenie. Orkiestra smyczkowa podjęła sentymentalną melodię, Adela stała z pochyloną głową nad patefonem, wdowy zastygły w oczekiwaniu, a Lucjan wyjął z kieszeni zadrukowaną kartkę, założył okulary i zaczął studiować ulotkę o zjednoczeniu partii. Adela odwróciła się 8


od patefonu, przetarła spocone dłonie, podeszła do Lucjana i dygnęła przed nim, on zaniemówił, spojrzał w popłochu na Mariannę, ale ona odwróciła głowę, Adela sięgnęła po jego dłoń, potem po drugą i podniosła go z krzesła. „Adela, jo niy umia tańcować” – wyszeptał, a ona na to: „Jo tyż niy, ale spróbujemy, bo kiedyś trzeba zacząć”. Pociągnęła go przez próg do kuchni i przejęła inicjatywę w tańcu, przygarnęła go bliżej siebie, była wyższa o głowę, miał pod brodą jej rozległe piersi, pachniały lawendowo, a kiedy wprowadzała go w obrót i włożyła swoje udo pomiędzy jego nogi, zdawało mu się, że traci przytomność, poddał się jej całkowicie, a gdy odważył się podnieść głowę, zobaczył jej zmysłowe, jeszcze przez nikogo nie tknięte usta. Kotwica osiadła na dnie, ogień na dachu, świat się zakręcił, Lucjan markotniał z dnia na dzień, jeszcze bardziej wsiąkał w książki, choć nie w domu, a w bibliotece swojej uczelni. Wychodził z niej ostatni o ósmej wieczorem, w tramwaju odnajdywał w aktentasi po Walterze matczyne sznitki z kiełbasą i zjadał je, by Mariannie nie robić przykrości. W ciemnościach mijał dom Chroboków, ale od drugiej strony Męki Pańskiej, tej odleglejszej, i ukradkiem, nie przystając, zaglądał w ich kuchnię, potem wspinał się na swoje poddasze i opadał na krzesło przy biurku. Kiedy słyszał kroki Marianny na schodach, zapalał lampę i otwierał książkę. Przynosiła mu kolację, pytała o to i tamto, przyglądała się synowi ukradkiem, ale nie napraszała się, choć otoczyła go troskliwością większą niż onegdaj. Powiem językiem ze słownika wojskowego: na zapleczu frontu następowało przemieszczanie sił sojuszniczych. Zacne wdowy pochodzenia chłopskiego posiały ziarno i czekały, aż wzejdzie ozimina, a instynkt podpowiadał im, że natury nie należy popędzać, choć wyobraźnia macierzyńska też ma swoje prawa. Chrobokowa rozmyślała nieustannie nad wyposażeniem Adeli w przyszłym nowym stanie. Według wielkopłużnickiej tradycji córka powinna mieć wszystko razy cztery: ręczników, pościeli, bielizny spodniej 9


i obrusów, wszystko ze lnu, który choć twardawy, zawsze dobrze się nosi. Kiedy rozmyślała nad szczęściem córki, trzepotało jej serce, często doznawała palpitacji i musiała w pośpiechu kłaść się na sofie, bo miękła w kolanach. Marianna otoczyła syna dyskretną czułością i udawała, że nie widzi jego miłosnego utrapienia. Po zamknięciu sklepu raz na dwa tygodnie zachodziła z Chrobokową do jej domu, by poprzyglądać się Adeli i wypić bonkawa, którą sama przynosiła w papierku, z krążkami cykorii dla dodania smaku. Adela zwykle siedziała w kuchni przy stole i przeglądała niemieckie modenhefty, panie wszczynały rozmowę o modzie, szyciu czy heklowaniu i bezwiednie przechodziły na język niemiecki. Dla Weroniki był to język matczyny, dla Marianny pół na pół – Muttersprache – pierwszy, wyssany z piersi matki, potem w nim liczyły i spowiadały się w konfesjonale. Drugim językiem była gwara, a po powstaniach uczyły się polszczyzny, kiedy było już po wszystkim, a Górny Śląsk przedzielono na pół. Moim zdaniem ci, co tego dokonali, nie mieli wszystkich w doma, dziś widać to coraz wyraźniej, a przecież nie wiemy, co nam jeszcze komuniści wyszmerglują. „Die Bolschewiken sind wie Einsetzungs Brigaden, i jest sicher, że nojgorsze dopiero przed nami” – mawiał studwuletni Joachim Rzepka; jego ojcowizna stałaby dziś w środku starego ewaldu, umarł na Wilhelminie minionej wiosny u swojej wnuczki Fridy Harbaź, która wdała się w dziadka, bo jak zdradził ją mąż, podłożyła lewą dłoń pod koła pociągu Katowice – Kraków, zaroz po ćmoku, i straciła ją na zawsze. Wtedy Emil, ten istny małżonek, przestraszył się i przestał cudzołożyć. W mojej rodzinie gwara była pierwszą mową, moje babki nie znały języka niemieckiego, a czysta polszczyzna nie była im do niczego potrzebna. Ta od ojca żyła czasem minionym, nie przyjęła do wiadomości dwudziestego wieku z jego wszystkimi paskudztwami, choć zeszła dopiero w 1946 roku, a urodziła się w 1860! Ale trzech synów zginęło po polskiej stronie w trzecim powstaniu, a wnuk Bolek, prawie ksiądz, zatracił się w Wehrmachcie. Ta 10


od matki – droższa mi – przeciwnie, we wszystkim uczestniczyła, była społeczniczką, uwiedziona książkami księdza Karola Miarki, potem przez Wojciecha Korfantego, była całym jestestwem za Polską, dla Korfantego żywiła kultowe uwielbienie, znała go osobiście, toteż kiedy wtrącono go do twierdzy w Brześciu, straciła do Polski serce. Po jej osobistej tragedii z ojcem, potem z córką rozczarowanie Polską było jej tragedią trzecią. Nie mogła w sobie stłumić złości, stąd jej głęboka religijność: w modlitwach, w Różańcu odmawianym w każdej wolnej chwili szukała ukojenia, bo nie radziła sobie z nienawiścią do otaczającego ją świata i wyrzutami sumienia po samobójczej śmierci najukochańszej córki, dlatego wieczorem, po ostatniej modlitwie, często rozmawiała na głos z piękną Rozalką. Opowiadała jej, jak życie leci pod jej nieobecność. Poświęciła też wiele dla Polski: najstarszy Johan, trzykrotny powstaniec, ledwo uniknął śmierci w pierwszym powstaniu, bo dostoł niemiecką kulką w podstawę czaszki. A Rozalka położyła się pod pociąg. Maszynista, który ją przejechał, niejaki Gerard Żogała z Nowego Bytomia, przyjeżdżał co roku w dzień jej śmierci na jej grób, kładł kwiatki ze swojego ogródka na mogiłce, siadał na ławeczce obok babki i popłakiwał. Pocieszała go, ale z małym skutkiem. W roku 1938, pierwszego dnia jesieni, pojechała na jego pogrzeb. W on czas, 14 grudnia, Lucjan kończył dwudziesty drugi rok życia i wypadało zrewanżować się Czornynogom za urodziny Adeli. Marianna przejęła lejce w swoje dłonie i „celtyckie wdowy” z dwumiesięcznym wyprzedzeniem doszły do porozumienia w sprawie przeniesienia uroczystości urodzinowych Lucjana na święta Bożego Narodzenia: postanowiły wspólnie spożyć wigilijną wieczerzę! Uzgodnienia nastąpiły w dwa tygodnie po tym, jak Lucjan przyznał się Mariannie do miłości do Adeli. Tamtego dnia jak co dzień przyniosła mu kolację na poddasze, kiedy weszła do pokoju Lucjana, zastała go na krześle z głową odchyloną do tyłu, położyła talerz i szolkę z herbatą na biurku, potem uchyliła okna, a kiedy była już na progu, usłyszała głos swojego syna: „Mamo...”. Przystanęła, 11


wtedy on zgasił lampę i usłyszała jego stłumiony głos: „Mamo... pomóż mi”. Sięgnęła po drugie krzesło i siadła przy nim. Milczeli przez chwilę. „Mamo, jo niy moga żyć bez Adeli. Co jo mom robić?” „Hm... Lucek, zastanów się, czy jest tak na pewno, niy śpiesz się, bydziesz mioł w grudniu dopiero dwadzieścia dwa lata, ale pytom cie jak matka: czy ty, jak o niej myślisz, widzisz ją przy swoim boku przez przyszłe lata? Myślołeś o tym?” „Ja... widza ją przez całe moje życie przy sobie”. Mariannę ogarnęło silne wzruszenie, sięgnęła po chusteczkę i wysmarkała się głośno. „Jeźli jest tak, jak ci się zdowo...” „Mnie się nie zdowo, mamo! Chodza z tą kołatką w sercu już sto dni. To jest miłość. Jo to czuja i wiym”. Zamilkli. Lucjan jednym haustem wypił pół szolki herbaty, Marianna przetarła okulary brzegiem fartucha. „Dobrze. Teroz zadom ci inksze pytanie: czy chciołbyś jej to wyznać?” „Ja. Ino niy wiym, jak to sie robi, przez to prosza cie, mamo, o pomoc”. „Jak pojmuja, tyś jest gotowy Adeli sie oświadczyć, ja? To mosz na myśli?” Przytaknął. Marianna zamilkła, Lucjan czekał w napięciu na jej odpowiedź. „Dobrze. Pomyśla nad tym i jutro ci powiym, co i jak”. „Dziynkuja ci, mamo”. Chwycił dłoń matki i pocałował jej nadgarstek, a ona pogłaskała jego głowę. Marianna nie przespała pół nocy, bo słowo się rzeknie i rodzina Chroboków wejdzie w familię Czornynogów. Podskórnie nie miała do Chrobokowej zaufania, była ciągle nieoswojona z Roździeniem, jakaś obca, choć tyle lat tkwiła w sąsiedztwie. Dlatego nie dopuściła do spoufalenia: tu jest robota, tu jest godanie i tyla. Pomogła jej, bo została wychowana wedle zasady: pomagaj innym, to i tobie pomogą. Dwudziestu siedmiu rodzinom, staroszopyniokom, odpuściła borg, dawała elwrom datki na śluby i pogrzeby, Erice Bauer, która wpadła pod banka i straciła lewo stopa, zafundowała sztuczno noga, mo teraz sztajfno i się nie skarży. I latami dokarmiała dzieci Wilimowskich. Chrobokowa też zaznała jej dobroci, ale to nie powód, żeby zaroz z nią chodzić pararm do kościoła. W nocnym pobudzeniu wpadło jej do głowy, by urodziny Lucjana przełożyć na Święta, zaprosić Chroboczki na wspólną wigilię 12


i wtedy, najlepiej po kołoczach, Lucjan bydzie się oświadczoł, ale bez uprzedzynio drugiej strony; niech Chroboczki będą zaskoczone, wtedy bydzie wyraźniej widać, czym kaczka nadziana. Z drugiej strony miała pewność, że Lucjan znajdzie w Adeli żonę, jaka mu się od Boga należy: wierną, opiekuńczą i łagodną. Lucjan bydzie zawsze półdzieckiem, bo taki jest, a Adelę zna od maleńkości, ostatnio przyglądała się jej bliżej i nie może o niej nic złego nawet pomyśleć. Jest czysto, dba o siebie, mało godo i jest robotno: wiy, co do kobiety należy, zwłaszcza w domu. Adela może niy mo wiela w gowie, ale przemądrzałe kobiety są jak dwugarbne kamele: nie wiadomo po co majom drugi pukel. Już śląpała w półśnie, kiedy przyszło jej jeszcze do głowy, by na Święta wymalować kuchnię na biało razem z yjlzoklym, całej rodzinie sprawić na Święta czarne odzienia, na stole wigilijnym postawić dużo białych świeczek, zawiesić na choince anielskich włosów bez liku, bo też są białe i dają pozaziemski blask. Zgodziła się ze samą sobą oddać syna pod pieczę Adeli. Zasypiała z lżejszym sercem. I prawie byłoby tak, jak Marianna chciała, gdyby nie niezaplanowane zaskoczenie. Kuchnia była wymalowana, stół rozciągnięty, bielutki, bo obrus był wyszkrobkowany przez ciotkę Leokadię, choinka w anielskich włosach, Lucjan wyrychtowany, z berlińskim ślipsem po ujku Walterze, kwiotki stoły w kryształowym wazonie pod schodami w sieni i czekały na wypielęgnowane dłonie Adeli: kryształ rżnięty wedle włoskiej szkoły z Murano był jednym ze ślubnych prezentów Marianny od chrzestnego z Sadzawek. Teraz Marianna postanowiła dać wazon – jak przyjdzie ta godzina – Adeli na ślub z jej synem. Z przeznaczeniem dla pierworodnego. Kuzyn chrzestnego przywiózł go z Italii po pierwszej wojnie światowej, ale skąd go miał, nie chciał powiedzieć. Co tam! Wrócił bez lewej ręki, więc coś mu się należało. A niejaki Albin Szołtysek z Morawy przywiózł z tamtej wojny żonę z Neapolu, Carlę Ilabillę, malutką i chudą kobiecinę jak pościelowa poszczyca, ale bardzo wesołą. Wszyscy za nią przepadali. Zajęła się pędzeniem 13


wina, bo na tym się znała. Moczyła owoce dzikiej róży zebrane na cmentarzu z czerwonymi burakami, śliwkami, jabłkami i powstawał płyn w kolorze szkarłatnym, wytrawny i dość słodki jednocześnie. Wino Carli w całej okolicy dolewano do bryny, która przybierała szlachetny smak stocka. Ci, co popijali ta mieszanka, byli przekonani, że Carla ma zapewnione miejsce wśród aniołów na najwyższym piętrze nieba. Chroboczkowa wigilijne zaproszenie przyjęła z nieukrywaną radością i zaproponowała podział kosztów: Czornynogi ryby i kust, Chroboki kołocze i bonkawa, ale Marianna wybiła jej to z głowy jednym zdaniem: „Einladung ist Einladung, Frau Chroboczek, niy ma o czym godać!”. Chroboczkowa znała Mariannę na tyle, by wiedzieć, że kiedy ona miesza niemiecki z gwarą, to niy spuści na paznokieć. Nieraz była świadkiem, jak targowała sie jeszcze przed wojną z dostawcami, a jak Żydzi z Sosnowca zajeżdżali furką pod sklep, wypraszała klientów, kiedy oni wnosili towar, szła z wiadrem napoić konia, chudego jak nieboskie stworzenie, potem przekręcała klucz w zamku, stawała za ladą, a oni w trójkę z jarmułkami na głowach po drugiej stronie. Kładli na ladzie kartkę, po którą sięgała. Ona czytała, a oni stali w trwodze. I zaczynało się: „Powiym wom, że Boga w sercu niy mocie i mieć niy możecie, bo jak sie go zabijo, to w sercu na niego miejsca ni ma, jo to rozumia, ale zaś żeście zawyżyli cyna o dwadzieścia jedyn procent, co jest do diaska! Była umowa czy niy?”. „Paniusie Czornynogo kochane, już Żydzi poszli foraus pani mądrości, potargować jest żydowska przyjemność, już zechcejn procent is erledig”. Marianna stawiała przed nimi trzy kufelki, napełniała je zeltrem, oni sięgali po nie i pili łapczywie, wtedy przechodziła do drugiej rundy: „Koń pije, wy pijecie, ale zawsze tak niy bydzie. Kto wos poi, hę? A teroz pytom po katolicku o wasze szachrajstwa!”. Żydzi odchodzili pod drzwi, stawali tyłem do Marianny, zaciągali chałaty na głowy, szemrali pomiędzy sobą, potem stawali przed nią i najstarszy oznajmiał: „Jest glajchgewicht między starozakonnymi, paniusia nasza, zeks procent is 14


fiume!”. Marianna czytała raz jeszcze spis przywiezionych towarów, potem zaglądała im w oczy. Żydzi wstrzywali oddech. „Myszegene, git do pięciu procent!”, wyciągała ku nim otwartą dłoń, najstarszy przyklepywał i kupcy z Modrzejowa radośnie chichotali. Na wigilię Chrobokowa i tak przyniosła swoje opolskie potrawy: siemioniotkę, moczkę, makówki, żur z grzybami i struclę z miodem; były nieco inne w smakach niż nasze, czasem w ogóle nie do przełknięcia. Choć żur, makówki i strucla mogły być. Lucjan siedział odsztyftowany za stołem, przez nie zapalone jeszcze świeczki widział sień i drzwi na dwór. Czekał na nią, wybrankę swoją. Ciotka Leokadia wyjmowała z buncloka kostkę granitu, potem płaty karpia z cebulowej bejcy, topiła je na chwilę w rozfyrlanych jajkach, obtaczała w pszenicznej mące i kładła na tłuszcz rozgrzany, na największej patelni w domu; skwierczało i rozchodziło się po dwustuletnim domu wigilijne tchnienie. W końcu, obsypane śniegiem, pojawiły się Chroboczki, Adela miała głowę założoną „Trybuną Robotniczą”, która chroniła jej dałerwele à la Shirley Temple; była w heklowanej, bladoróżowej sukni w duże oczka na podbiciu z białej satyny i wyglądała, jakby przed chwilą zeszła z ekranu amerykańskiego filmu w kinie Helios. Lucjan znów siedział obok niej, patrzył na Mariannę vis-à-vis jak pies na pana, choć co i rusz zerkał na Adelę, bo profil miała ładny, by nie powiedzieć smaczny. W świetle świec weszli w koleiny starego rytuału wigilijnego, w majestacie choinki łamali się opłatkiem, składali życzenia i śpiewali za kolędą w radiu „Bóg się rodzi, moc truchleje”. Kiedy Lucjan zbierał z obrusu okruszki kołocza, nadeszła niezapomniana chwila: Marianna umyślnie potrąciła szklankę, herbata wylała się na obrus, ciotka Leokadia poleciała po ścierkę, Lucjan spojrzał z przerażeniem na matkę i wymsknął się do sieni. Po chwili stanął na progu z bukietem kwiatów w dłoniach, a gdy wszyscy skupili się na jego osobie, podszedł do Chrobokowej, skłonił przed nią głowę i powiedział cicho: „Pani matko, prosza o ręka waszej córki Adelajdy”. Ją zatkało, wyciągnęła ramiona do Lucjana, podniosła się, ale nogi 15


zaczęły jej mięknąć i jęła osuwać się na ziemię, chwyciła się brzegu stołu, poleciała w dół, a za nią wszystko co na stole: całe jadło, cały bysztek, talerze i szklanki, Adela zaczęła piszczeć, Leokadia dała nura pod stół, by gasić świece, Lucjan z bratem skoczyli na ratunek omdlałej Chrobokowej, z największym wysiłkiem ułożyli jej stukilowe ciało na łóżku ciotki Leokadii, bo sypiała w kuchni. Marianna nacierała wodą twarz Chrobokowej, Lucjan sprawdzał jej bicie serca, a kiedy poleciał na poddasze, Adela przysiadła u wezgłowia łóżka i pocierała matce skronie. Marianna otworzyła okno w kuchni, drzwi na dwór i luftowała dom. Kiedy Lucjan zjawił się z pigułką w palcach, Chrobokowa akurat otworzyła oczy, wsunął jej tabletkę w usta: „Dejcie ta tabletka pod język i zaroz wom bydzie lepi” – ale ona usiadła energicznie, sięgnęła po dłoń córki, podała ją Lucjanowi i dramatycznie wyrzuciła z siebie słowo przyzwolenia: „Sie ist deine!!!” – położyła czoło na ich dłoniach i rozpłakała się rzewnie, potem wtuliła się w ramiona Marianny, bo ogarnął ją szloch. Lucjan stanął przed Adelą i zapytał: „Adela, jo cie kochom, chciałabyś zostać mojom żoną?”. Adela ocierała łzy nadgarstkami i potakiwała: „Lucjan, jo jest twoja. Jo jest na zawsze twoja”. I przylgnęli do siebie, radiowe kolędy mieszały się z płaczem kobiet, tekturowy anioł w pozłotce na ukoronowaniu choinki rozpościerał ramiona nad zaręczonymi, ona nadstawiła mu swoje usta, on pocałował jej dawno wyśnione wargi, potem sięgnął do kieszeni i złożył na jej dłoni puzderko z zaręczynowym pierścionkiem, wtedy ona z wszystkich sił przycisnęła go do swoich obfitych piersi i Lucjan przestał oddychać. „In excelsis Deo”, powiedzieć można.


Spis treści

Kazimierz Kutz * Celtyckie wdowy * 5 Paweł Huelle * Do kresu * 17 Jacek Podsiadło * Che tienne longo verso * 51 Jan Grzegorczyk * Makatka * 74 Anna Onichimowska * Jezioro * 96 Joanna Bator * Odlot * 116 Jerzy Pilch * Tysic przeszkód * 153 Eustachy Rylski * Szara lotka * 162 Marek Bieńczyk * Klinika nad jeziorem * 184 Mikołaj Łoziński * Restauracja * 209 Wojciech Bonowicz * Oblubieniec * 221 Kazimierz Orłoś * Ludek * 229 Wit Szostak * Plac w Iraklionie * 246 Anna Brzezińska * Rzeka * 262 Joanna Szczepkowska * Jedna krótka historia * 281 Stefan Chwin * Róa Zbawienia * 294 Krzysztof Varga * Sindbad si starzeje * 316


Znakomity prezent na Święta. Opowiadania najlepszych polskich pisarzy!

Pod dobrą gwiazdą to siedemnacie nowych opowiadań znanych polskich pisarzy. Opowieci Kutza, Pilcha, Grzegorczyka, Szczepkowskiej i Łozińskiego przenoszą nas w wigilijny wieczór. Pozwalają poczuć atmosferę Świąt, które jak adne inne zachęcają do wanych spotkań, szczerych rozmów i spojrzenia w przeszło. Huelle, Chwin, Bator czy Rylski stworzyli historie o poszukiwaniu siebie, o mierzeniu się z wyzwaniami, o wydarzeniach, które zmieniają ludzkie ycie. Opowiadaniaa wzruszające i skłaniające do zadumy, a zarazem lekkie i zabawne przedłużą świąteczny nastrój. To idealna książka dla tych, którzy uwielbiają w długie zimowe wieczory zatopić się w lekturze, zajrzeć w głąb ludzkiej duszy i pomyśleć o tym, co najważniejsze. Cena detal. 42,90

Pod dobrą gwiazdą  

Pod dobrą gwiazdą

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you