Page 1


KAZIMIERZ

KUTZ

PIĄTA STRONA ŚWIATA

Wydawnictwo Znak Kraków 2010


III

delina – drewniana podłoga

Dobrze jest obejrzeć swoje miejsce urodzenia – chociaż nie każdemu to dane – nie po to, aby się rozrzewnić czy coś w tym rodzaju, ale raczej by uzmysłowić sobie przebytą drogę. Ja, z najdalszego miejsca swojego pobytu w ciągu ostatnich dwudziestu lat, mogłem być tutaj w sześć godzin. I jakoś nie byłem. Kiedy kilka dni temu stanąłem przed domem urodzenia, nie miałem żadnych wzruszeń, co z ręką na sercu poświadczam. Po prostu zauważyłem, że nie ma już drewnianej, chłopskiej chaty Kosmalów, którą po przebudzeniu, gdy tylko nos wysforował mi się ponad parapet okna, oglądałem każdego ranka. Dwustuletnia ojcowizna Lucjana, kamienna, o murach grubych do diaska, leżąca nieco w głębi z lewej strony, jest w agonalnej rozbiórce; stoi bez dachu, obcięta horyzontalnie i opuszczona, jak po wybuchu. Ciekawe, nie kojarzyłem żalu – który mnie ogarnął – z osobą Lucjana, a z jego martwą ojcowizną o delinach rozeschniętych ze starości, sękatych i w dotyku zawsze ciepłych. Już przy drugim oddechu doszło do mnie, że w tym domu – i jego obejściu – spędziłem najlepsze chwile dzieciństwa: oto kraina wiejskich czarów dziecka z familoka. Na spadzistym dachu, dachu, którego już nie ma, Okoki, syn szmaciarza – który mieszkał z liczną rodziną w dawnym chlewie – za pięć groszy wypijał kubek gnojówki. Kiedyś, Lucjanowi na złość, przybił kota do szczytu dachu. Jeszcze teraz słyszę nieludzki płacz pręgowanej kotki. 20


Na poddaszu mieszkał ujek Lucjana – jak tu mówi się na wujka. Samotnik. Od świtu do nocy czytał książki i kliszakiem robił fotografie. Człowiek umiłowany przez zwierzęta. Mieszkało z nim stado wiewiórek i wielki pies rasy alzackiej, łagodny i niezależny jak jego pan. I cztery papugi. Ledwo go pamiętam. Chodził ubrany na czarno, w meloniku na głowie, z grubymi okularami na nalanej twarzy i bardziej nieśmiały niż najbardziej nieśmiałe dziecko. Rex, jego pies, nie odstępował go na krok. Toczyli się po nasypie Rawy, jakby świat miał dla nich inną grawitację. Ujek zmarł już bardzo dawno, może miałem osiem lat, jak dziś się domyślam, na pęknięcie serca. Robił nam zdjęcia na swoim kliszowym aparacie i dzięki niemu mam jako takie pamiątki z tamtych lat. Nie byłem na jego pogrzebie, w ogóle osób było niewiele, bo prawie nikt w okolicy go nie znał. Był z innej planety, żył na swoim poddaszu jak w dziupli. Za garstką najbliższych w kondukcie szedł też Rex i nie wrócił z cmentarza. Legł przy grobie swego pana i przyjaciela i tam umarł. Swego czasu zastanawiałem się nad Reksem i jego wielkim uczuciem do ujka Lucjana. Szukałem go na zdjęciach jego pana i nigdzie nie znalazłem. To był skromny pies i całkowicie pozbawiony próżności. Tak sobie mniemam, że chciałoby się spotkać kobietę choć trochę podobną do Reksa. No tak, już mi kobiety wlazły pod blajsztift, więc powiem. Kochałem się wtedy na zabój w Emilce, siostrze Lucjana. Dokładnie pomiędzy trzecim a czwartym rokiem życia. No, może piątym, w każdym razie przed pójściem do szkoły powszechnej. Najpiękniejsze chwile przeżywaliśmy za wychodkiem dla dorosłych, gdzie ojciec Lucjana, człowiek biblijnej łagodności, wybudował nieosłonięty dziecięcy sraczyk z dwoma otworami, mimo że dzieci miał troje. Chyba zakładał, że wszystkie jednocześnie nie będą miały rozwolnienia. Ten maleńki, podwójny tron pod ogromną topolą – szorowany co sobota ryżową szczotką do białości – był miejscem naszych upojnych spotkań. Splątani dozgonnymi uczuciami, ustaliliśmy z Emilką, że bez względu na wielkość potrzeby będziemy spełniać 21

blajsztift – ołówek


ją wspólnie. Toteż zawsze jedno czekało na drugie i na wyścigi lecieliśmy do wygódki. Nie wypominaliśmy sobie męki oczekiwań, bo łączyła nas tajemnica wielkiej miłości. Nie wstydziliśmy się posiedzeń pod szemrzącą topolą, bo prawdziwa miłość nie wie, co to wstyd, a wszyscy dookoła przyjęli nasze posiedzenia z europejską życzliwością. Kiedy posiedzenie osiągało swój cel, sadzałem Emilkę na archaicznym siewniku i woziłem dookoła podwórza; potem wjeżdżałem w otwartą stodołę i zakręcałem na klepisku. Przystawałem na środku, brałem Emilkę w ramiona, sadzałem na klepisku i całowałem z wszystkich mocy. W uniesieniu zadzierałem głowę i gapiłem się na dwie trumny, które wisiały na nieheblowanych balaskach pod sklepieniem stodoły. Przezorny ojciec Lucjana trzymał je tam dla siebie i żony na ostatnie chwile. Teraz ojcowizna do połowy rozwalona, a podwórze jest rumowiskiem śmieci i pokiereszowanych narzędzi do uprawy pól. Nie ma śladu po stodole, naszych wychodkach, a nawet po gnojowisku, z którego Okoki popijał za pieniądze. Nie ma wysokiej topoli, zdawało się odwiecznej. Co stało się z trumną przeznaczoną dla matki Lucjana, nie wiem. Matka Lucjana była drobną kobieciną, rumianą i robotną jak polna mysz w czas jesiennej krzątaniny. Emilka wyrosła na przystojną, ale bardzo religijną pannę. Nie rozstawała się z książką do nabożeństwa. Kiedy ją spotykałem, marszczyła brwi i odwracała głowę. Rumieniła się, co zawsze mnie podniecało. Wcześnie wyszła za mąż, bo musiała, za sztygara z mysłowickiej kopalni i urodziła mu czwórkę dzieci. Wspomniany Okoki eksperymentował jeszcze lat kilka, kilkanaście może, i jeszcze przed wojną wsławił się paroma wyczynami. Nie będę wspominał o drobnych incydentach, takich jak nacięcie lin huśtawy o pięciometrowym wymachu i co z tego wynikło, czy o tym, jak w wigilię pierwszego maja – jak co roku – profilaktycznie zamykano jego ojca do aresztu, bo był komunistą. Wtedy Okoki sprzedawał dobytek rodziny i fundował sobie chałwę za 22


całe pieniądze, bo marzył o niej od dzieciństwa. I nażerał się chałwą na cały rok. Leżał potem z nadętym brzuchem trzy dni w trawach pod wałem Rawy i wrzeszczał co jakiś czas: „Sakra! Sakra! Jes raj na ziymi!!”. I rzygał fontannami chałwy. To wszystko są drobnostki, łącznie z łapaniem szczurów i podtykaniem ich pod koła lokomotyw pędzących w stronę Krakowa. Największym wyczynem Okokiego było strącenie najmłodszego Wilimowskiego z okrągłego mostu kolejowego do Rawy, rzeczki po pępek głębokiej, już wtedy ugrowej od gówna i sosów przemysłowych z całego Śląska. Leciało dziecko dobre piętnaście metrów spod nieba, nikt tego nie widział, ono nie krzyczało i wyłowili je po tygodniu pod Oświęcimiem. Widywałem Okokiego podczas okupacji. Zazwyczaj siedział na buforach między tramwajami, bo lubił świat i jeździł tam i z powrotem, od Mysłowic do Bytomia, nie ruszając tyłka. Potem, jak większość tutejszych karlusów, wciągnięto go do Wehrmachtu. W Afryce, bodaj pod Tobrukiem, przeszedł na drugą stronę, powalczył po właściwej i znormalniał. Po wojnie pierwszym okrętem wrócił z Anglii, w domowe pielesze. Zamieszkał w elwerhauzie, w ajncli po ojcu, bo rok przed wybuchem wojny gmina wybudowała ten dom i rodzina przeniosła się z chlewika do domu dla bezrobotnych. Elwer to znaczy bezrobotny, od niemieckiego elf, czyli jedenaście, bo dawniej w cechhauzie sztygarzy wybierali dziesięciu do pracy na dół. Liczono po niemiecku, dlatego jedenastego nazywano elwrem. Zaś ajncla oznacza kawalerka, od słowa einz, czyli jeden. Okoki jeszcze do niedawna pracował na kopalni w Mysłowicach, ale okazało się, że jest złodziejem. Okradał górników; zdemaskowany przez nich, dostał na dole za swoje, wywieźli go klotą na górę, ale zmarł na noszach przed bramą szpitala. Zresztą mógł to być zwyczajny wypadek, jak to na kopalni. Dziwnych ludzi było tu sporo, bo stałe bezrobocie jest jak ulewa, drąży w ludziach dziwne koryta. Choćby taki Lebel, który napłodził dwanaścioro dzieci, żył z nimi w nędzy strasznej, do tego stopnia, 23

karlus – kawaler


gardina – firana

że do roboty – jak mu się jaka trafiła – chodził boso, a mimo to małpę hodował na strychu, bo była jego marzeniem. Kupował jej pomarańcze, ale wszędzie ją obgadywał, bo bydlę nie chciało żreć pomarańcz, tylko trzęsło się nieustannie. Kiedy z pierwszymi mrozami afrykańskie zwierzę pożegnało się ze światem, cała rodzina Lebla i jego kumple zrobili małpie pogrzeb. Szli na bosaka po pierwszym śniegu, trzymali zapalone świeczki w dłoniach i polami zmierzali ku Rawie, by w nasypie rzeki pogrzebać zdechłe marzenie Wincentego Lebla. On kroczył na czele konduktu elwrów i szmaciarzy, trzymał w ramionach wielkie papendeklowe pudło wymoszczone sianem i kolorowymi bibułkami. W nim spała snem wiecznym Kundzia, bo tak ją nazwali na cześć babki Lebla, Kunegundy, z domu Warzycha, która przyciągnęła w te strony spod Miechowa, niedługo po wojnie francusko-pruskiej. Nad Rawą odbył się iście pogański obrzęd. Wykopali w nasypie dziurę i gdy kładli człekokształtną w ziemię, rozległy się ich żałobne, bardzo rzewne pienia. W tych żałobnych zawodzeniach – a dziś jeszcze je słyszę – można było doszukać się resztek chóru gregoriańskiego. Stali zwartym kołem wokół mogiłki, osłaniali dłońmi płomienie świec i śpiewali na cztery głosy. Zapadał zmierzch, ciemne chmury nadciągały od Sosnowca i zwiastowały pierwszą burzę śnieżną. Kiedy pięty zaczęły im przymarzać do ziemi, puścili się biegiem do swoich klitek. Tylko stary Lebel wlókł się żałobnym krokiem, popłakując z cicha, w stronę Wilii Buchtig, gdzie żona nadsztygara Schynkwasnego w tajemnicy przed mężem obiecała mu co drugi dzień talerz zupy dla dzieci. Nie ma już tego wszystkiego. Ani kolorowych zaprzęgów konnych z lodami, ani wykopków kartofli i jesiennych ognisk, ani szmaciarzy wymieniających wszystko na garnki, ani żydowskich domokrążców, u których można było kupić najtańsze na świecie gardiny, a nawet radio firmy Philips z magicznym oczkiem, które łyskało zielonym, nieco pozaziemskim światłem. Wszystko można było kupić na raty albo na borg. 24


Kupiliśmy takie radio na raty, bo na szczęście ojciec nigdy nie zaznał smaku bycia elwrem. Podczas wojny zrobiliśmy dziurę w ceglanej ścianie na poddaszu obok komina. Powstał schowek. Tam ukryliśmy nasz niespłacony skarb, bo rychło wybuchła wojna i po Żydzie nie było śladu. W głębokiej tajemnicy przed sąsiadami, na palcach, wchodziło się na poddasze, wyjmowało cegły. Czołgaliśmy się na brzuchu do naszego filipsa. Schowany był w starej pierzynie po prababce. Słuchaliśmy bum-bum-bum z Londynu. Magiczne oko radia pulsowało seledynowym światłem i patronowało nieszczęściu świata. To wszystko minęło. Nie ma przedwojennych trzeciomajowych capstrzyków; kwiatów i śpiewów, petard i czuwania przy grobie Chrystusa. Nie ma już tamtej radości życia. Dlatego dobrze jest stanąć przed domem, od którego poczęła się nasza droga, by spojrzeć na domy sąsiednie – nawet jeśli ich już nie ma – by poprzez zmiany dostrzeżone na cudzym móc dostrzec zmiany własne. Mój dom jest nieciekawy, dwupiętrowy i czarny od dymów, ziejących nieprzerwanie od lat co najmniej stu z kilkudziesięciu kominów pobliskiej huty cynku Utheman. Leży dokładnie na linii demarkacyjnej między strefą cywilizacyjną a jeszcze do niedawna chłopską. Przestrzeń ta rozdzielona jest czymś, co miało przeobrazić się w ulicę, dawno przestało być wiejskim gościńcem i ostało się zdewastowanym klepiskiem. Od naszych okien, wprost na północ za drogą, stara ziemia zaczynała się polem uprawnym, drewnianą, obielaną wapnem zagrodą Kosmalów, za nią nieco z lewa leżała kamienna ojcowizna Lucjana, a za nią dwa morgi pola Lucjana sięgały do wału Rawy, a jeszcze dalej, za burymi prądami Rawy, widniały jasne połacie ewaldów, czyli zalewowych stawów po ziemi skatowanej, pożartej łapczywie przez kopalnię. Teren ten jest krzemowym pobagrowiskiem, zalanym podskórnymi wodami, dość czystymi, zdatnymi do kąpieli, porosłymi odświętnie pachnącym tatarakiem. Gdy wyrwać go od korzenia i przytknąć do nosa, pachnie jak przedwojenne mydło Palmolive. Używana nazwa na te tereny, zresztą wyłącznie u nas – ewald – jest 25


goziol – okrągły krzemowy kamień

przyswojonym germanizmem od ehe Wald, czyli gdzie „dawniej był las”, „po lesie” po prostu, co dowodziłoby, że kiedyś chodziło się tu na grzyby. Nasze ewaldy wypełnione wodą są jak zetlała szczerba po kosmicznym meteorycie. Były naszym chłopięcym rajem. Łapaliśmy w nich koszami wodne szczury i tłukli się od wiosny do jesieni na goziole z gorolami – to znaczy z tymi z Sosnowca – bo za ewaldem płynęła Brynica, która do 1922 roku, a więc do przyłączenia Śląska do Polski, była sześćsetletnią granicą dzielącą Śląsk od Polski. Dlatego Brynicę nazywaliśmy potocznie Jordanem. Dla nas – tutejszych – od wieków ojczyzna zawsze była daleko. W ogóle jej nie było. Od zarania, od pierwszego oddechu aż do dziś, choć była niedalekim horyzontem, bo w zasięgu oczu, granica ta istniała, choć nie kartograficznie, bo antagonizm pomiędzy nami a tymi z Altreichu (ze „starej ojczyzny”) jest nadal silny. Może z latami nieco słabnie. Chociaż dziś na ewaldach zadomowiły się mewy i łabędzie, to jeszcze w czterdziestym szóstym roku, kiedy AKS Chorzów wkopał RKU Sosnowiec 1:0 na ich terenie, doszło do wielogodzinnej bitwy, nazwanej potem czwartym powstaniem śląskim. Ale to gorole zaatakowały kormeli, jak oni nas wtedy pomiędzy sobą nazywali. Nie ma co ukrywać, określenie „gorol” jest obraźliwe, pochodzi od górala, chłopa nie tylko ze wsi, ale i z gór, a więc ciemniaka i prymitywa w pojęciu tych, którzy od dwóch, trzech pokoleń odpisani od ziemi przeobrazili się w proletariat: z chłopów stali się w mniemaniu własnym czymś lepszym i mądrzejszym. Słowo to wzięte jest z południa Śląska, z Beskidu, i w celach użytkowych przeniesione na północ. Przez to przeniesienie słowo „gorol” skrystalizowało się i spotęgowało swą negatywną zawartość. Stało się obelgą. Gorol to obcy, który przyjechał, by nas wykorzystywać lub nami rządzić. Na pochodzenie słowa „kormel” mam też swoją hipotezę. Pewien jestem, że powstało pomiędzy rokiem 1905 a 1918, w latach największego głodu w okręgu przemysłowym. Głód był wtedy taki, 26


że obdzierało się korę z drzew, mełło i piekło z niej chleb, a lebioda zastępowała mięso. To okres dzieciństwa moich rodziców (roczniki 1903 i 1906) i znam ten problem z opowieści babki, matki mojej matki, która już dobrze po dziewięćdziesiątce, mieszkając na trzecim piętrze na ulicy 11 Listopada numer 6, nad Rawą, opodal cmentarza, codziennie chodziła o własnych siłach na pierwszą mszę do kościoła i biada temu, kto by jej wszedł w paradę. W tamtych czasach nasze babki, zazwyczaj obarczone licznym potomstwem, odpowiadały przed mężem i panem, choć to górnik albo hutnik był najwyżej, za żywienie i wychowanie rodziny. Z powszechnej biedy przeprawiały się tedy stadnie przez zieloną granicę do Polski, choć była to Rosja, i tam u modrzejowskich Żydów skupywały tanią żywność, głównie kartofle i Kornmehl, czyli śrutówkę żytnią, podstawę zalewajki lub żuru. Na Modrzejowie, dzielnicy Sosnowca nad samą granicą, Żyd na Żydzie siedział i handlował, czym się dało; tam słowo Kornmehl musiało często padać pomiędzy Żydami i naszymi babkami. Odbijało się rezonansem u miejscowych i widać gniewało tamtejszych gojów, bo stało się przezwiskiem, skrótem bardziej obelżywym od naszego, oględnie określającym Ślązaków jako Niemców. Kormele i gorole to jakby dwie nacje skazane na siebie od stuleci. I może na zawsze. I do dziś nie jest to sprawa przyschnięta. Dam przykład. Onegdaj motocyklista słabo wziął zakręt na naszym koślawym rynku pod kościołem w Szopienicach, wykrzesanym systemem gospodarczym dzięki przesunięciu kaplicy przykościelnej, rzymskokatolickiej z jednej, a szaletu miejskiego ze strony drugiej, i gdy zobaczył tramwaj w przeciwległym zakręcie rynku, zgłupiał i zamiast przyhamować, dodał gazu. Poniosło go prosto w witrynę narożnego MHD z galanterią damską, trzepnął w szybę chyba na setce, bo zostawił po sobie dokładny kontur, który do tej pory widywałem w rysunkowych filmach Disneya. Trzasnął w piec kaflowy pod ścianą i było po nim. Ludzie, jak to ludzie, zbiegli się i krzyczeli: „Człowiek się zabił! Człowiek się zabił!”. Któryś sięgnął po dowód osobisty 27


motocyklisty, zajrzał do środka i powiedział całkiem zwyczajnie – „Niy, to gorol”. No! Nie są to, jak widać, sprawy nadające się tylko do żartów. Ale drugą stronę tego medalu uzmysłowiłem sobie nie dalej jak wczoraj. Pod nowiutkim budynkiem gminy w Tychach przejeżdżał człowiek na składanym rowerku, co wzbudziło sensację wśród wyrostków, bo zaczęli pokrzykiwać: – O! Składane koło! Niymieckie abo angelskie! Kiedy właściciel odkrzyknął: – Nie, polskie! – jeden z chłopców, chyba Acik od Pielorzów, zawołał za nim: – Brawo, gorole! Czuję się uprawniony do stwierdzenia, że niedaleko miejsca, w którym ujrzałem światło dzienne, jakieś tysiąc pięćset metrów na północ od naszego kafloka na drugim piętrze, przebiega wielowiekowa granica pomiędzy Niemcami a Rosją, dziś pomiędzy Czerwonym Zagłębiem a Czarnym Śląskiem. Do dziś idzie tym śladem głębokie pęknięcie ziemi, mało zbadane, choć Ślązacy z własnej woli doczołgali się do Macierzy, gdy Polska powstała. Pokolenie mojego ojca powstańca dało początek zasypywaniu tego pęknięcia, ale nie jest to praca na jedno pokolenie. Ja zabrałem się do tego mozołu, nie oglądając się na nikogo, choć mogę wystawić się na pośmiewisko, ale człowiek bez wiary na tyle silnej, by sprostać kpinom, niegodzien jest życzliwego uścisku dłoni. Stoję na skraju niewidocznej przepaści, jeszcze ufnie wpatrzony ku Północy, tu, po tej stronie, z której wyruszałem w Polskę, a po dwudziestoletniej tułaczce wróciłem. Stoję po tej stronie świata, na skrawku mojej ziemi. W niej spoczywają moi przodkowie i ci dwaj chłopcy – Lucjan i Alojz – moi przyjaciele, których przepaść ta zmogła. Swoje tajemnice zabrali do grobów. Wszystko, czego nie powiedzieli nikomu i czego wypowiedzieć nie byli w stanie. Nie mogli dojść do wewnętrznego ładu i ugrzęźli w rowie, o którym tu mówię. Tego jestem pewien. Lucjan przez to, że zbyt pochopnie chciał go przeskoczyć, a Alojz przeciwnie, dlatego że nie wierzył w przebrnięcie. Może wyparował z nich śląski dystans, może, ale walczyli i ich życie miało wymiar. Pamięć po nich po28


trzebna jest jak pacierz w języku wiadomym wszystkim stąd, tym, co sto, dwieście, a nawet trzysta lat temu już tu biedowali. W miejscu, gdzie teraz stoję. Oto dlaczego warto stanąć przed domem swojego urodzenia, po to by podreperować umysł i serce, ocknąć się do życia, jak po letargu, przewartościować porządek w środku i oczyścić sumienie z wszelakiego świństwa. Mogę się jednak mylić. Ale gdyby nawet miało się okazać, że prawda o ich śmierci jest inna, niż mniemam, że stawiam mylną hipotezę, warto ku niej zmierzać, bo prawda, jakakolwiek by była, zawsze jest ostoją. Jest busolą, bez której nie da się żyć.


W serii PROZA ukazały się m.in.:

Wilhelm Dichter, Koń Pana Boga Antoni Libera, Madame J.M. Coetzee, Hańba Paweł Huelle, Mercedes-Benz. Z listów do Hrabala Michał Olszewski, Do Amsterdamu Joyce Carol Oates, Amerykańskie apetyty Gene Brewer, K-Pax Jhumpa Lahiri, Tłumacz chorób Zadie Smith, Białe zęby Bohumil Hrabal, Auteczko Zadie Smith, Łowca autografów Tatiana Tołstoj, Kyś Zbigniew Mentzel, Wszystkie języki świata Zadie Smith (red.), Poparzone dzieci Ameryki Paweł Huelle, Weiser Dawidek Ismail Kadare, Pałac snów Mikołaj Łoziński, Reisefieber Wiesław Myśliwski, Traktat o łuskaniu fasoli Wiesław Myśliwski, Widnokrąg Wiesław Myśliwski, Kamień na kamieniu Zadie Smith, O pięknie John Banville, Morze Judy Budnitz, Gdybym ci kiedyś powiedziała Kiran Desai, Brzemię rzeczy utraconych Kiran Desai, Zadyma w dzikim sadzie Santiago Roncagliolo, Wstyd Margaret Atwood, Moralny nieład John Banville, Mefisto Santiago Roncagliolo, Czerwony kwiecień


Judy Budnitz, Ładne duże amerykańskie dziecko Zadie Smith (red.), Księga innych ludzi Wilhelm Dichter, Szkoła bezbożników Junot Díaz, Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao Junot Díaz, Topiel Mohammed Hanif, Wybuchowe mango Dariusz Żukowski, Miłość morderców Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Rzeczy pierwsze

W najbliższym czasie ukażą się: Mariusz Sieniewicz, Miasto szklanych słoni Juan Marse, Dziewczyna w złotych majtkach Margaret Atwood, Rok potopu John Banville, Niedotykalny


Odbiyï mi dekel, chyba mom ptoka i niy wiym, jak pisze sie ksiÈĝka. Ida na to, ale niy byda chcioï nikogo zbawiÊ ani za duĝo fanzoliÊ o zïym losie… ¥lÈsk, piÈta strona Ăwiata, to miejsce, gdzie zacierajÈ siÚ granice, a historia bawi siÚ luděmi i narodami. Nie sposób zamknÈÊ go w sztywne ramy ani opowiedzieÊ od poczÈtku do koñca. Moĝna tylko próbowaÊ odsïaniaÊ po kawaïku, zestawiÊ z tysiÈca zabawnych, tajemniczych i fascynujÈcych ludzkich historii. Kazimierz Kutz w swojej pierwszej powieĂci, wsïuchujÈc siÚ w lokalne anegdoty i maïe rodzinne epopeje, stworzyï barwnÈ, miÚsistÈ opowieĂÊ o pokoleniach ¥lÈzaków. Przedstawia jÈ we wspomnieniach czïowieka próbujÈcego rozwiÈzaÊ mrocznÈ rodzinnÈ tajemnicÚ. Tak autor, jak bohater poszukujÈ wïaĂciwego jÚzyka do zrozumienia i wyraĝenia zmieniajÈcych siÚ czasów – lawirujÈ miÚdzy polszczyznÈ i dosadnoĂciÈ ĂlÈskiej gwary. Kutz to niezrównany opowiadacz. Portretuje ludzi – Ămiesznych, strasznych, wzruszajÈcych, heroicznych i bezbronnych – którzy ĂcierajÈ siÚ z losem, walczÈ i emigrujÈ, ğlozofujÈ i bawiÈ siÚ ĝyciem. Sïowem, szukajÈ swojego miejsca na ziemi.

Kazimierz Kutz

(ur. w 1929 r. w Szopienicach na Górnym ¥lÈsku) jest wybitnym reĝyserem, eseistÈ, publicystÈ i politykiem. Do jego najbardziej znanych ğlmów naleĝÈ Sól ziemi czarnej, ¥mierÊ jak kromka chleba, Krzyĝ Walecznych, Perïa w koronie, Puïkownik Kwiatkowski. W swoich dzieïach, zawsze bezkompromisowo szczerych, portretuje piÚkno i dylematy ĝycia zwykïych ludzi.

Ceeena deta Cen C deta etal.l.l. 36 6,9 , 0 zï z ISBN 978-83-240-1311-1

JeĂli siÚ czïowiek gdzieĂ urodzi, to trzeba z tego czerpaÊ, bo to jest jak statecznik pod ïodziÈ, który nie pozwala jej siÚ wywróciÊ. Kazimierz Kutz w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”

9 788324 013111


Piąta strona świata  

Kazimierz Kutz - Piąta strona świata

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you