Issuu on Google+

50 książek na 50-lecie Znaku Przedstawiamy najlepszy przewodnik po świecie literatury. Wybitni autorzy, ważne dzieła. Te dobrze znane i te niesłusznie zapomniane. Kultowe, prowokacyjne i refleksyjne. Seria 50 na 50 to książki, które po prostu trzeba znać. Opowieść o niezłomności.

Ponad wiek od ukazania się Lorda Jima przedstawiamy współczesny przekład powieści, którego dokonał Michał Kłobukowski. O swojej pracy tłumacz opowiada w posłowiu. Joseph Conrad, właściwie Józef Teodor Konrad Korzeniowski (1857–1924) – polski pisarz i eseista tworzący w języku angielskim. Jako siedemnastolatek zaciągnął się we Francji na statek, by rozpocząć życie marynarza, podróżnika i awanturnika. Wszystkie jego dzieła oparte są na autobiograficznych motywach. Lord Jim należy do najważniejszych i najbardziej znanych powieści Conrada.

Joseph Conrad • Lord Jim

Jim, brytyjski marynarz, wśród morskich odmętów i na odległych lądach poszukuje okazji, by się sprawdzić. Owładnięty obsesją przetestowania własnego charakteru, chciałby sprostać narzuconym sobie wysokim standardom moralnym. Brutalna rzeczywistość stawia jednak przed nim wyzwania znacznie trudniejsze, niż się spodziewał. Zawieszony między odwagą i strachem, honorem i wstydem, winą i potrzebą odkupienia zmaga się z największym przeciwnikiem: własną słabością. Jego losy opisuje Marlow, zmęczony życiem wilk morski, głęboko poruszony przeżyciami Jima. Snując opowieść, zastanawia się, gdzie przebiegają granice między heroizmem a głupotą, strachem a podłością. Przede wszystkim jednak stwierdza, że Jim jest jednym z nas.

Joseph Cena detal. 39,90 zł

• ISBN 978-83-240-1273-2

Lord Jim

D_Lord Jim_okladka.indd 1

2009-10-14 09:44


Joseph

Conrad Lord Jim

Przełożył Michał Kłobukowski

Wydawnictwo Znak Kraków 2009


Rozdział pierwszy

Niewiele niższy niż metr osiemdziesiąt, mocnej budowy, śmiało wycho-

dził ci naprzeciw, lekko pochylony w barach, z głową podaną do przodu, z nieruchomym spojrzeniem spode łba, które przywodziło na myśl szarżującego byka. Głos miał głęboki, donośny, a w sposobie bycia jak gdyby wytrwale pielęgnowany tupet, wolny jednak od choćby najmniejszej napastliwości. Wydawało się, że nie może się obejść bez tego tupetu, okazywanego nie tylko otoczeniu, lecz i samemu sobie. Nienagannie schludny, od butów po kapelusz ubrany w nieskazitelną biel, cieszył się ogromną sympatią w rozmaitych portach Wschodu, w których zarabiał jako akwizytor dostawców okrętowych. Akwizytor taki nie musi zdawać egzaminów z niczego pod słońcem, winien jednak odznaczać się Ogólną Zaradnością i umieć jej dowieść w konkretnych sytuacjach. W ramach obowiązków służbowych pędzi na wyścigi z innymi akwizytorami łodzią żaglową, parową lub wiosłową w stronę każdego statku, który rzuci niebawem kotwicę; radośnie pozdrawia kapitana, wciska mu do ręki wizytówkę z nazwą i adresem swojego chlebodawcy, a gdy kapitan po raz pierwszy zejdzie na ląd, akwizytor ma go doholować – stanowczo, lecz bez widocznej natarczywości – do ogromnej pieczary, w której mieści się sklep pełen wszystkiego, co jada się i pija na statku; można tam kupić każdą rzecz, jaka potrzebna jest, aby statek nabrał gotowości morskiej i piękna – czy to haki do ­łańcucha 7


kotwicznego, czy to arkusiki złotej folii do renowacji rzeźb na rufie; w sklepie tym dostawca okrętowy wita kapitana jak brata, choć kapitan nigdy w życiu go nie widział. Przyjmuje klienta w chłodnym salonie z przepastnymi fotelami, podaje napitki, cygara, przybory do pisania, księgę przepisów portowych, otacza przyjaznym ciepłem, rozpuszczając sól, którą podczas trzymiesięcznego rejsu obrosło serce żeglarza. Póki statek stoi w porcie, zadzierzgniętą tym sposobem więź podtrzymują codzienne wizyty akwizytora. Okazuje on kapitanowi wierność przyjaciela i synowską atencję, cierpliwość Hioba, bezinteresowne oddanie kobiety i wesołość dziarskiego kompana. Potem zaś przychodzi rachunek. W sumie jest to zajęcie piękne i ludzkie. Dobrzy akwizytorzy trafiają się zatem rzadko. Kiedy Ogólnie Zaradny akwizytor ma zarazem tę zaletę, że obyty jest z morzem, chlebodawcy opłaci się nagradzać go hojną gażą i niejakim pobłażaniem. Jim zawsze dobrze zarabiał, a pobłażano mu tak, że można by za to kupić wierność samego diabła. A jednak z czarną niewdzięcznością rzucał nagle posadę i znikał. Powody, jakie podawał, bynajmniej nie przekonywały pracodawców. „Przeklęty dureń!” – stwierdzali, skoro tylko odwrócił się do nich plecami. W ten to zwięzły sposób recenzowali jego wybitną wrażliwość. Białym z kręgów portowych i kapitanom statków znany był jako Jim – po prostu. Prócz imienia miał oczywiście nazwisko, dokładał jednak wszelkich starań, żeby go nigdy nie wymieniano. Jego incognito, dziurawe jak durszlak, skrywać miało nie osobowość, lecz pewien fakt. Ilekroć pryskało pod naporem tego faktu, opuszczał nagle port, w którym akurat przebywał, i wyruszał do następnego – zazwyczaj dalej na wschód. Trzymał się portów morskich, był bowiem żeglarzem wygnanym z morza i odznaczał się Ogólną Zaradnością, przydatną jedynie w zawodzie akwizytora portowego. W składnym odwrocie wycofywał się ku wschodzącemu słońcu, a wspomniany fakt doganiał go jakby mimochodem, lecz nieuchronnie. Toteż z biegiem lat poznano Jima kolejno w Bombaju, w Kalkucie, w Rangunie, w Penangu, w Batawii – a na każdym z tych postojów był po prostu Jimem-akwizytorem. Kiedy uwrażliwienie na ową Nieznośną Sprawę całkiem go wreszcie wygnało z portów i spośród białych ludzi w dziewiczą dżunglę, Malajowie z leśnej wioski, w której postanowił ukryć ten swój pożałowania godny rys, do 8


jednozgłoskowego kryptonimu dodali drugi wyraz i stąd powstał Tuan Jim – rzec by można, Lord Jim. Wychował się na probostwie. Wielu dowódców znakomitych statków handlowych pochodzi z takich właśnie oaz pobożności i spokoju. Ojciec Jima dysponował pewną dozą niezbitej wiedzy o Niewiadomym, w sam raz wystarczającą, żeby utrzymać na ścieżce prawości mieszkańców chat, nie bulwersując zarazem tych, którym nieomylna Opatrzność pozwala mieszkać we dworach. Kościółek na wzgórzu był mszystoszary niczym skała widziana przez postrzępiony parawan z liści. Stał tam od wieków, ale rosnące wokół niego drzewa zapewne pamiętały, jak kładziono kamień węgielny. W dole fasada probostwa odbijała ciepłą czerwienią od otaczających budynek trawników, klombów i jodeł; z tyłu był sad, po lewej brukowany dziedziniec przed stajnią, a do ceglanego muru przylegał szereg cieplarń o pochyłych szklanych daszkach. Prebenda ta od pokoleń pozostawała w rękach rodziny Jima. Miał on jednak czterech braci, więc gdy po serii lekkich wakacyjnych lektur odezwało się w nim powołanie do służby na morzu, natychmiast wysłano go na „statek szkolny dla oficerów marynarki handlowej”. Liznął tam trochę trygonometrii i nauczył się chodzić po bramrejach. Cieszył się powszechną sympatią. Był trzeci z nawigacji i pełnił funkcję wzorowego wioślarza w pierwszej szalupie. Nie miewał zawrotów głowy i był bardzo sprawny fizycznie, więc doskonale spisywał się na masztach. Wyznaczono mu stanowisko manewrowe na marsie fokmasztu, skąd ze wzgardą, jaką żywić może człowiek, któremu sądzone jest błyszczeć pośród niebezpieczeństw, często spoglądał na spokojne mrowie dachów rozdzielone brązową wstęgą rzeki, podczas gdy na obrzeżach dookolnej równiny strzelały w brudne niebo kominy fabryczne, smukłe jak ołówki, a każdy z nich rzygał dymem niby wulkan. Widział wyruszające z portu ogromne statki, nieustannie kursujące promy o szerokich kadłubach, pływające hen, w dole łódeczki, zamglony w oddali splendor morza, w sobie zaś czuł nadzieję barwnego życia w świecie przygód. Na dolnym pokładzie, w harmidrze dwustu głosów zapominał się i zawczasu odgrywał w wyobraźni sceny z morskiego życia, inspirowane lekką literaturą. Już widział, jak ratuje ludzi z tonących statków, rąbie maszty podczas huraganu, z liną w zębach płynie przez fale przyboju 9


lub jako samotny rozbitek, bosy i półnagi, chodzi po rafach w porze odpływu, szukając skorupiaków, żeby ratować się przed głodem. Stawiał czoło dzikusom na tropikalnych wybrzeżach, tłumił bunty na pełnym morzu, a w małej łódce pośród oceanu dodawał otuchy zrozpaczonym, zawsze świecąc przykładem ofiarnej obowiązkowości, niezłomny jak bohater powieści.  – Coś się stało. Chodźcie. Zerwał się na równe nogi. Chłopcy gęsiego wspinali się po drabinkach. Z góry słychać było pospieszną bieganinę i okrzyki, a kiedy Jim wydostał się wreszcie na pokład, stanął bez ruchu, zbity z tropu. Zapadał zimowy zmierzch. Wichura, która zerwała się w południe, wzmogła się tymczasem, zatrzymując wszelki ruch na rzece, i wiała teraz z mocą huraganu, w narowistych porywach, z takim hukiem, jakby ciężkie działa strzelały salwami ponad oceanem. Zacinający deszcz rozwieszał w powietrzu migotliwe, rzednące chwilami płachty, a w przerwach między nimi oczom Jima ukazywały się w złowrogich przebłyskach zbałwanione fale przypływu, wśród których łodzie i kutry podskakiwały i szamotały się u brzegu, budynki stały w mknącej mgle, szerokie promy szarpały się ociężale, jakby próbowały urwać się z kotwicy, a ogromne pomosty przystani na przemian unosiły się i opadały, tonąc w bryzgach piany. Kolejny podmuch uderzył z taką siłą, jakby miał porwać z sobą to wszystko. Powietrze pełne było fruwających kropel. Wichura dęła z zajadłym rozmysłem, skrzeczała z żarliwą furią, obecną także w brutalnym tumulcie ziemi i nieba, wymierzonym jak gdyby osobiście przeciwko Jimowi, któremu aż dech zaparło z nabożnego lęku. Znieruchomiał. Wydawało mu się, że jakaś siła obraca nim w koło. Ktoś go potrącił.  – Osada do łodzi! Kilku chłopców minęło go biegiem. Jakiś kabotażowiec, szukając schronienia w porcie, staranował zakotwiczony szkuner, a jeden z instruktorów na szkolnym jachcie zauważył tę kolizję. Chłopcy całym tłumem wdrapywali się na relingi i tłoczyli wokół żurawików.  – Zderzenie. Zaraz przed nami. Pan Symons wszystko widział. Ktoś popchnął Jima, aż ten zatoczył się, zawadził o bezanmaszt i uchwycił się liny. Stary statek szkolny szarpał się na kotwicy i cały aż 10


dygotał, lekko ustawiając się dziobem do wiatru, a skąpy takielunek głębokim basem, resztką tchu nucił cichą pieśń o młodości spędzonej na morzu.  – Szalupę spuść! Widząc, że szalupa z pełną osadą szybko opada poniżej relingu, Jim rzucił się w jej stronę. Usłyszał plusk.  – Odbijaj! Uprzątnij talie! Wychylił się za burtę. Wzdłuż niej rzeka kipiała spienionymi smugami. W zapadającym zmroku widać było, jak szalupa we władzy nurtu i wiatru, które na chwilę całkiem ją powstrzymały, miota się, tkwiąc wśród fal dziób w dziób ze statkiem. Jim ledwie usłyszał, że w łodzi ktoś wrzeszczy:  – Równo, szczeniaki, jeżeli w ogóle chcecie kogoś uratować! Trzymaj rytm! I oto nagle szalupa wysoko zadarła dziób i z wzniesionymi wiosłami przeskoczyła nadciągającą falę, wyrywając się spod władzy czaru, którym spętały ją wicher i nurt. Jim poczuł, że ktoś mocno chwyta go za ramię.  – Za późno, chłopcze. – Kapitan położył mu dłoń na ramieniu, żeby powstrzymać młodzieńca, który sprawiał takie wrażenie, jakby miał lada chwila skoczyć za burtę, a Jim z bólem spojrzał na dowódcę, świadom porażki. Mężczyzna uśmiechnął się ze współczuciem.  – Na drugi raz lepiej ci się poszczęści. Będziesz miał n ­ auczkę. Przenikliwy okrzyk triumfu powitał szalupę, gdy wróciła, tańcząc po falach. Widać było, że nabrała sporo wody, a po jej dnie przetaczają się z boku na bok dwaj wyczerpani mężczyźni. Cały złowrogi tumult wichru i morza wydawał się teraz Jimowi nędzną błahostką, chłopiec tym bardziej więc żałował, że tak go onieśmieliła ta czcza groźba. Teraz już wiedział, co o niej sądzić. Czuł, że za nic ma wichurę. Potrafił sprostać większym niebezpieczeństwom. Wiedział, że im sprosta – lepiej niż ktokolwiek. Nie pozostała w nim ani odrobina strachu. Ale wieczorem trzymał się na uboczu, zasępiony, a tymczasem dziobowy szalupy – chłopiec o dziewczęcej twarzy i wielkich szarych oczach – był bohaterem dolnego pokładu. Koledzy tłoczyli się wokół niego, skwapliwie wypytując. On zaś opowiadał: 11


– Zobaczyłem tylko samą jego głowę, jak się co chwila wynurza i zaraz znów idzie pod wodę, więc dźgnąłem bosakiem. Zaczepił o spodnie, a ja już myślałem, że wylecę za burtę, ale stary Symons puścił ster i złapał mnie za nogi, a łódź o mało nie zatonęła. Stary Symons to wspaniały gość. W ogóle mi nie szkodzi, że nas tak obtańcowuje. Trzymał mnie za nogę i bez przerwy mnie klął, ale tak naprawdę chodziło mu o to, żebym nie puścił bosaka. Stary Symons strasznie łatwo się podpala, co? Nie, ja wcale nie tego małego blondynka zahaczyłem. Mówię o tym brodatym drabie. Jak go wciągnęliśmy, to jęczał: „Oj, moja noga! Oj, moja noga!” – i przewracał oczami. Macie pojęcie? Żeby taki kawał chłopa mdlał jak dziewczyna. Zemdlelibyście, jakby was ktoś kujnął bosakiem? Bo ja na pewno nie. Wbił mu się w nogę o, tyle. – Tu pokazał bosak, który specjalnie w tym celu zniósł pod pokład, i wywołał sensację. – Nie, głupku! Nie zahaczył się ciałem, tylko portkami. Krew się lała, ma się rozumieć. Jim uważał, że jest to żałosny pokaz próżności. Wichura dała szansę bohaterstwu równie pozornemu jak jej własna groza. Był zły, że brutalny tumult ziemi i nieba zaskoczył go znienacka i skrzywdził, stawiając tamę jego wielkodusznej gotowości do straceńczych eskapad. W sumie raczej się cieszył, że nie zdążył wskoczyć do szalupy, skoro czyjś pomniejszy wyczyn najzupełniej wystarczył w tej potrzebie. Wzbogacił swoją wiedzę bardziej niż ci, którzy wykonali robotę. Kiedy wszyscy zadrżą, wtedy – nie wątpił – on jeden będzie umiał stawić czoło rzekomej groźbie wiatru i morza. Wiedział, co o niej sądzić. Pod beznamiętnym spojrzeniem wydawała się godna pożałowania. Nie znajdował w sobie ani śladu emocji, a owocem całego tego oszałamiającego zdarzenia było to, że przez nikogo niezauważany, trzymając się z dala od hałaśliwej zgrai chłopców, ze świeżo nabytą pewnością napawał się własną żądzą przygód i poczuciem wszechstronnej odwagi.


Rozdział drugi

Po dwuletnim szkoleniu wypłynął na morze, a wkraczając w rejony,

które tak dobrze znała jego wyobraźnia, stwierdził, że duch przygody jest w nich dziwnie nieobecny. Odbył wiele rejsów. Poznał magiczną monotonię bytowania między niebem a wodą: musiał znosić krytyczne uwagi ludzi, srogie rygory morza i surową prozę codziennej harówki, która owszem, zapewnia chleb powszedni, lecz poza tym wynagradza ją jedynie bezgraniczne umiłowanie pracy. Ale nagroda ta jakoś mu się wymykała. Nie mógł jednak zawrócić, nic bowiem tak nas nie czaruje, rozczarowuje i zniewala jak życie na morzu. Miał zresztą przed sobą niezłe widoki. Był dobrze wychowany, zrównoważony, ustępliwy i dokładnie znał swoje obowiązki; z czasem więc, w bardzo jeszcze młodym wieku, został starszym oficerem na znakomitym statku, nigdy nie będąc poddanym próbie tych morskich zdarzeń, które wydobywają na światło dzienne wewnętrzną wartość człowieka, ostrość jego charakteru, naturę tworzywa, z jakiego jest uformowany, walor odporności i prawdę ukrytą pod warstwą pozorów, ujawniają zaś to wszystko nie tylko innym ludziom, lecz i jemu samemu. Jeden jedyny raz w ciągu całego tego czasu błysnęło mu w przelocie, jak bardzo serio potrafi gniewać się morze. Prawda ta przejawia się rzadziej, niż można by mniemać. Niebezpieczeństwo, jakie niosą z sobą przygody i burze, miewa wiele różnych odcieni, i tylko niekiedy 13


na p ­ owierzchnię zdarzeń wypływa złowroga gwałtowność zamiaru – coś, co wymyka się wszelkim określeniom, a umysłowi i sercu człowieka narzuca przeświadczenie, że splot wypadków albo furia żywiołów naciera nań z rozmyślną złośliwością, z niepohamowaną mocą, z nieokiełznanym okrucieństwem, które zamierza wyżąć zeń całą nadzieję i trwogę, ból znużenia i pragnienie spoczynku; strzaskać, zniszczyć, unicestwić wszystko, co w życiu widział, znał, kochał, lubił czy znienawidził; wszystko, co bezcenne i nieodzowne: słońce, wspomnienia, przyszłość; zmieść mu raz na zawsze sprzed oczu całą drogocenną rzeczywistość tym prostym i przerażającym sposobem, że pozbawi go życia. Poturbowany przez spadające drzewce na początku tygodnia, o którym jego kapitan Szkot mawiał potem: „Nie mam bladego pojęcia, jakim cudem łajba wyszła z tego cało!” – Jim wiele dni przeleżał na wznak, oszołomiony, potłuczony, bez nadziei, w męczarniach, jakby na dnie otchłani niepokoju. Nie dbał o to, jaki spotka go koniec, a w rzadkich momentach pełnej przytomności przeceniał własne zobojętnienie. Niebezpieczeństwo w chwilach, gdy się go naocznie nie widzi, ma niedoskonały, rozmyty kontur ludzkiej myśli. Trwoga przybiera postać cienia; tymczasem Wyobraźnia, nieprzyjaciółka ludzi, matka wszelkich zgróz, z braku bodźców pogrąża się w kojącym zmętnieniu wyczerpanych emocji. Jim widział tylko bałagan, jaki panował w jego miotanej burzą, szczelnie ­zamkniętej kajucie. Leżał w tym cokolwiek zrujnowanym w ­ nętrzu i skrycie się cieszył, że nie musi wychodzić na pokład. Chwilami jednak nieopanowany paroksyzm udręki przeszywał jego ciało, aż Jim zaczynał dyszeć i skręcać się pod kocami, wtedy zaś tępa brutalność istnienia narażonego na taką mękę budziła w nim rozpaczliwe pragnienie ucieczki za wszelką cenę. Lecz potem znów się wypogodziło i więcej już o tych sprawach nie myślał. Wciąż jednak lekko utykał, musiał więc udać się do szpitala, gdy statek zawinął do jednego ze wschodnich portów. Rekonwalescencja postępowała wolno, toteż go tam ­zostawiono. Na oddziale dla białych byli prócz niego tylko dwaj pacjenci: płatnik z pewnej kanonierki, który wpadłszy do luku, złamał nogę, i bliżej nieokreślony budowniczy kolei z sąsiedniej prowincji, nękany jakąś tajemniczą chorobą tropikalną; ten ostatni uważał lekarza za osła, nato14


miast z rozkoszą nadużywał ukradkiem specyfików, które z niezmordowanym oddaniem przemycał dlań tamilski służący. Opowiadali sobie nawzajem o swoim życiu, trochę grali w karty lub też w piżamach gnuśnieli przez cały dzień, zapadnięci w fotele, ziewając i nie odzywając się ani słowem. Szpital stał na wzgórzu, a łagodny wietrzyk wpadający przez okna, zawsze szeroko otwarte, wnosił między gołe ściany miękkość nieba, omdlałość ziemi, czarowne tchnienie wschodnich wód. Były w tym powiewie aromaty, zapowiedzi nieustającego spoczynku, podarunek bezkresnych snów. Jim codziennie spoglądał ponad gąszczem ogrodów, dalej niż dachy miasta, nad koronami palm porastających wybrzeże patrzył na redę, tę drogę na Wschód, usianą girlandami wysepek, rozświetloną odświętnym słońcem, pełną statków małych jak zabawki, ożywioną krzątaniną, która przypominała świąteczny korowód, podczas gdy w górze panował wiekuisty spokój wschodniego nieba, a uśmiechnięte ukojenie wschodnich mórz władało przestrzenią aż po horyzont. Gdy tylko mógł znów chodzić bez laski, zszedł do miasta, chcąc znaleźć sposobność powrotu do kraju. Nic mu się jednak nie nadarzyło, toteż czekając okazji, naturalną koleją rzeczy spędzał czas w porcie z kolegami po fachu. Reprezentowali oni dwa typy. Niektórzy – bardzo nieliczni i jedynie z rzadka tam widywani – wiedli tajemniczy żywot, zachowawszy nienaruszone zasoby energii, a zarazem temperament bukanierów i rozmarzony wzrok. Sprawiali wrażenie, że żyją w obłędnym labiryncie planów, nadziei, niebezpieczeństw, przedsięwzięć, wyprzedzając cywilizację, w mrocznych zakątkach morza; w całej tej fantastycznej egzystencji ich własna śmierć wydawała się jedynym faktem, który miał jako tako pewne widoki urzeczywistnienia. W większości byli to jednak ludzie, którzy – tak samo jak Jim rzuceni w to miejsce ręką przypadku – pozostali jako oficerowie na tubylczych statkach. Zgrozę budziła w nich perspektywa służby w ojczystej marynarce, w trudniejszych warunkach i w surowszej dyscyplinie, na ryzykownie wzburzonych oceanach. Przystosowali się do wiekuistego spokoju wschodniego nieba i morza. Polubili krótkie rejsy, wygodne leżaki, liczne załogi złożone z krajowców oraz to, że sama przynależność do białej rasy jest wyróżnieniem. Wzdragali się na myśl o ciężkiej pracy i prowadzili karkołomnie łatwe życie, wiecznie o krok od utraty posady, wiecznie o krok 15


od nowego kontraktu, służąc Chińczykom, Arabom, Metysom. Służyliby choćby samemu diabłu, gdyby zapewnił im dostatecznie lekkie warunki. Nieustannie rozmawiali o tym, jak komuś z ich znajomych się poszczęściło: ten a ten dostał pod komendę statek żeglujący wzdłuż wybrzeża Chin – bułka z masłem; inny miał ciepłą posadkę gdzieś w Japonii, a trzeciemu nieźle się powodziło w marynarce wojennej Syjamu; we wszystkim zaś, co mówili – w ich postępkach, prezencji, osobach – dawał się dostrzec pewien słaby punkt, ognisko rozkładu, niezłomna wola, aby bez ryzyka gnuśnieć przez resztę życia. Jimowi ta rozplotkowana hałastra, gdy patrzył na nią jak na żeglarzy, wydawała się początkowo mniej realna niż tłum cieni. Lecz z czasem zafascynował go widok tych ludzi, jak również fakt, że choć unikali niebezpieczeństwa i mozołu, dobrze im się wiodło. Prócz wzgardy, którą zrazu do nich żywił, z wolna zbudziło się w nim inne jeszcze uczucie; i oto nagle, porzuciwszy myśl o powrocie do kraju, zaciągnął się jako starszy oficer na „Patnę”. Nazwę tę nosił miejscowy parowiec, stary jak świat, smukły jak chart, zżarty rdzą bardziej niż przeznaczona na złom cysterna. Jego właścicielem był Chińczyk, armatorem Arab, a kapitanem wynarodowiony Niemiec z Nowej Południowej Walii, który z wielką ochotą klął publicznie swój kraj ojczysty, zarazem jednak – zapewne natchniony zwycięską polityką Bismarcka – pomiatał każdym, kogo się nie bał; był typem zaiste „z krwi i żelaza”, o fioletowym nosie i rudych wąsach. Kiedy „Patna”, pomalowana od zewnątrz i wybielona wewnątrz, stanęła z kotłami pod parą przy drewnianej kei, na jej pokład zapędzono mniej więcej ośmiuset pielgrzymów. Wchodzili po trzech trapach, gęsiego, nagleni wiarą i nadzieją raju, z nieprzerwanym tupotem i szuraniem bosych stóp, bez słowa, bez choćby szeptu czy spojrzenia wstecz; a kiedy już wychynęli spomiędzy barierek, rozeszli się po całym pokładzie, zalewając dziób i rufę, schodząc na dół przez ziejące luki, wypełniając zakamarki we wnętrzu statku jak woda wpływająca do cysterny, napełniająca szczeliny i szpary, bezgłośnie wznosząca się aż po wrąb. Osiem setek mężczyzn i kobiet pełnych wiary i rozmaitych nadziei, ożywianych uczuciami i wspomnieniami nadciągnęło z północy, z południa i z peryferii Wschodu, krocząc po ścieżkach 16


dżungli, spływając rzekami, żaglówkami przebywając płycizny, przeprawiając się małymi czółnami z wyspy na wyspę, zaznając po drodze wielu cierpień, napotykając przedziwne widoki, stawiając czoło przedziwnym lękom. Wiedzeni jednym pragnieniem, przybyli z samotnych chat pośród dzikiej głuszy, z ludnych, warownych wsi, z nadmorskich wiosek. Posłuszni wezwaniu wspólnej idei, porzucili swoje lasy i poręby, opiekę władców, dobrobyt i biedę, rodzime środowisko i groby ojców. Przyszli okryci kurzem, spoceni, zbrukani, w łachmanach – krzepcy mężczyźni na czele całych rodzin, a obok nich wychudli starcy, którzy parli naprzód bez nadziei powrotu; młodzi chłopcy o nieustraszonych, ciekawskich spojrzeniach, zawstydzone dziewczynki z potarganymi długimi włosami i okutane sukniami od stóp do głów nieśmiałe kobiety, które przyciskały do piersi uśpione niemowlęta, opatulone końcami brudnych zawojów, bezwiednie pielgrzymujące w imię rygorystycznej religii.  – Pacz pan na to bidlo – rzekł niemiecki kapitan do swojego nowego zastępcy. Na samym końcu nadszedł Arab, który przewodził tej pobożnej wędrówce. Wolno wkroczył na pokład, przystojny i poważny, w białej szacie i wielkim turbanie. W ślad za nim służący szli szeregiem, dźwigając jego bagaż; „Patna” odbiła od nabrzeża i odpłynęła. Wziąwszy kurs między dwie wysepki, przecięła skosem kotwicowisko żaglowców, zatoczyła półkole w cieniu wzgórza i z bliska minęła pasmo spienionych raf. Arab, stojąc na rufie, odmówił modlitwę za tych, co podróżują morzem. Wzywał łaski Najwyższego, błagając go, aby zechciał sprzyjać wyprawie, aby pobłogosławił ludzki trud i utajone w człowieczych sercach zamysły; parowiec młócił wśród zmierzchu spokojną wodę cieśniny; daleko za rufą zamocowana na palach śrubowych latarnia morska, którą niewierni ustawili na zdradzieckiej mieliźnie, zdawała się mrugać płomienistym okiem w stronę pielgrzymiego statku, jakby drwiła z jego religijnej misji.  „Patna” wypłynęła z cieśniny, przecięła zatokę i ruszyła szlakiem wiodącym nieopodal Maledywów, w okolicach pierwszego równoleżnika. Kierując się prosto na Morze Czerwone, płynęła pod pogodnym niebem, prażącym i bezchmurnym, spowita słonecznym żarem, który zabijał wszelką myśl, dręczył serce, paraliżował każdy przypływ siły i energii. 17


A pod złowrogim splendorem nieba morze, błękitne i otchłanne, trwało nieporuszone, bez drgnienia, bez zmarszczki, bez choćby najdrobniejszej fali – lepkie, zastygłe, martwe. „Patna” z cichym sykiem przemierzała tę świetlistą, gładką równinę, rozwijając na niebie czarną wstęgę dymu, a na wodzie pozostawiając za sobą białą wstęgę piany, która natychmiast znikała jak widmo śladu nakreślonego na martwym morzu przez widmo parowca. Każdego ranka słońce, jak gdyby dostosowując tempo swych obrotów do postępów pielgrzymki, wyłaniało się, bezgłośnie eksplodując światłem dokładnie w tej samej odległości za rufą, a koło południa doganiało statek i chlustało skoncentrowanym żarem promieni na bogobojne zamiary ludzi, po czym chyląc się ku zachodowi, mijało parowiec i co wieczór tajemniczo tonęło w morzu, zawsze w tej samej odległości od dziobu „Patny”. Pięciu białych z jej załogi mieszkało na śródokręciu, z dala od ludzkiego ładunku. Rozpięty od dziobu aż po rufę tent z białego płótna osłaniał pokład i tylko cichy pomruk, nikły szmer smutnych głosów zdradzał obecność tłumu ludzi na rozprażonym ogromie oceanu. Tak zatem mijały dni – nieruchome, skwarne, ciężkie, kolejno odchodziły w przeszłość, jak gdyby spadały w przepaść, która nieustannie zionęła za rufą; „Patna” zaś, samotna pod pasmem dymu, wytrwale dążyła naprzód i pośród świetlistego bezmiaru tliła się czernią, jakby płomień z bezlitosnych niebios smagnął ją i osmalił. Noce spływały na nią niczym błogosławieństwo.


Spis treści

Rozdział pierwszy  7 Rozdział drugi  13 Rozdział trzeci  19 Rozdział czwarty  28 Rozdział piąty  33 Rozdział szósty  51 Rozdział siódmy  69 Rozdział ósmy  79 Rozdział dziewiąty  89 Rozdział dziesiąty  98 Rozdział jedenasty  111 Rozdział dwunasty  116 Rozdział trzynasty  124 Rozdział czternasty  135 Rozdział piętnasty  147 Rozdział szesnasty  152 Rozdział siedemnasty  158 Rozdział osiemnasty  162 Rozdział dziewiętnasty  171 Rozdział dwudziesty  177 Rozdział dwudziesty pierwszy  189 371


Rozdział dwudziesty drugi  196 Rozdział dwudziesty trzeci  202 Rozdział dwudziesty czwarty  210 Rozdział dwudziesty piąty  216 Rozdział dwudziesty szósty  224 Rozdział dwudziesty siódmy  230 Rozdział dwudziesty ósmy  236 Rozdział dwudziesty dziewiąty  243 Rozdział trzydziesty  248 Rozdział trzydziesty pierwszy  254 Rozdział trzydziesty drugi  261 Rozdział trzydziesty trzeci  267 Rozdział trzydziesty czwarty  276 Rozdział trzydziesty piąty  284 Rozdział trzydziesty szósty  290 Rozdział trzydziesty siódmy  296 Rozdział trzydziesty ósmy  303 Rozdział trzydziesty dziewiąty  311 Rozdział czterdziesty  318 Rozdział czterdziesty pierwszy  326 Rozdział czterdziesty drugi  332 Rozdział czterdziesty trzeci  339 Rozdział czterdziesty czwarty  346 Rozdział czterdziesty piąty  351 Michał Kłobukowski, Brzemię mgły  361


50 książek na 50-lecie Znaku Przedstawiamy najlepszy przewodnik po świecie literatury. Wybitni autorzy, ważne dzieła. Te dobrze znane i te niesłusznie zapomniane. Kultowe, prowokacyjne i refleksyjne. Seria 50 na 50 to książki, które po prostu trzeba znać. Opowieść o niezłomności.

Ponad wiek od ukazania się Lorda Jima przedstawiamy współczesny przekład powieści, którego dokonał Michał Kłobukowski. O swojej pracy tłumacz opowiada w posłowiu. Joseph Conrad, właściwie Józef Teodor Konrad Korzeniowski (1857–1924) – polski pisarz i eseista tworzący w języku angielskim. Jako siedemnastolatek zaciągnął się we Francji na statek, by rozpocząć życie marynarza, podróżnika i awanturnika. Wszystkie jego dzieła oparte są na autobiograficznych motywach. Lord Jim należy do najważniejszych i najbardziej znanych powieści Conrada.

Joseph Conrad • Lord Jim

Jim, brytyjski marynarz, wśród morskich odmętów i na odległych lądach poszukuje okazji, by się sprawdzić. Owładnięty obsesją przetestowania własnego charakteru, chciałby sprostać narzuconym sobie wysokim standardom moralnym. Brutalna rzeczywistość stawia jednak przed nim wyzwania znacznie trudniejsze, niż się spodziewał. Zawieszony między odwagą i strachem, honorem i wstydem, winą i potrzebą odkupienia zmaga się z największym przeciwnikiem: własną słabością. Jego losy opisuje Marlow, zmęczony życiem wilk morski, głęboko poruszony przeżyciami Jima. Snując opowieść, zastanawia się, gdzie przebiegają granice między heroizmem a głupotą, strachem a podłością. Przede wszystkim jednak stwierdza, że Jim jest jednym z nas.

Joseph Cena detal. 39,90 zł

• ISBN 978-83-240-1273-2

Lord Jim

D_Lord Jim_okladka.indd 1

2009-10-14 09:44


Lord Jim