Page 1


Wydawnictwo Znak Krakรณw 2020


Projekt okładki FRYCZ I WICHA Opieka redakcyjna Dorota Gruszka Anna Glac Korekta Artur Czesak Beata Trebel-Bednarz Łamanie Jan Szczurek

Copyright © for the text by Maria Konwicka © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2020 ISBN 978-83-240-6045-0 Kalendarz i klepsydra Wydanie VI poprawione i rozszerzone Ameryka, Ameryka Wydanie II

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Kraków 2020. Printed in EU


Ameryka, Ameryka


Rozbieg na czworakach Najbardziej czcigodny jest podróżnik milczący. Pewien Ang­ lik po powrocie z wyprawy dookoła świata rzekł, wchodząc do swego klubu: – Wróciłem. Czy mogę prosić o szklaneczkę whisky? – Gdy przypominam sobie podróżników z mego dzieciństwa, a niektórzy z nich podróżowali aż do Mejszagoły, Mołodeczna, czy nawet do Woropajewa, widzę ludzi dostojnie milczących, szlachetnie powściągliwych. Jeśli się zdarzyło, że któryś z nich wspomniał półgębkiem o swoich wojażach, to tylko po to, aby przytoczyć jakąś naukę życiową, rozumny morał. I ja także nie lubię gadatliwych globtroterów. Nie dość, że swoim ględzeniem wypełniają obficie gazety i tygodniki, ale jeszcze i w towarzystwie przy kielichu czyhają agresywnie, żeby złapać moment i opowiedzieć coś tasiemcowego z Singapuru albo Las Vegas. W naszych uciążliwych czasach pojawili się faceci, których jedynym zawodem jest jeżdżenie z kontynentu na kontynent i publiczne opowiadanie, co widzieli po drodze. Niektórzy zdradzają nawet tak zwane sekrety warsztatu, to znaczy zwierzają się przy okazji, jak ich męczy jeżdżenie i pisanie. 7


Dzięki brutalnej aktywności „Literatury” wyjeżdżam do Ameryki. Mówiąc ściśle, jeszcze nie wyjeżdżam, jeszcze siedzę w swojej nyży i szczękam zębami. Bo ja jestem antypodróżnikiem. Gwałtowne, kilkugodzinne skoki z kontynentu na kontynent to coś wyjątkowo wbrew naturze, wbrew prawom przyrody. To jakaś nieprzyzwoitość ubliżająca Panu Bogu, który przecież wszystko trochę inaczej pomyślał. Nie interesuje mnie Ameryka i ja nie interesuję Ameryki. Znam Amerykę z setek filmów, z tysiąca książek, z kilometrów kronik filmowych i telewizyjnych. Wiem, co Amerykanie jedzą na śniadanie, jak piorą bieliznę, która opona pęka im zazwyczaj przy dużej szybkości, jak się kładą do łóżka, co noszą w wewnętrznych kieszeniach marynarek, jak wybierają i mordują prezydenta. Znam Amerykę w każdym calu pejzażu o zachodzie słońca, w każdej chwili sennego i szalonego pędu, w każdym odcieniu nastrojów przedwczesnej neurastenii. Amerykę mam już odczarowaną. A przecież kiedyś Ameryka była dla nas, Raskolnikowów z  Mejszagoły, Mołodeczna i  nawet Woropajewa, pięknym i nieziszczalnym marzeniem, była symbolem raju na tym padole, była otuchą dla cierpiących i poniżonych, była ukojeniem dla przeklętych i wyzutych z nadziei. Opłacało się żyć do jutra, opłacało się trwać i wegetować, bo gdzieś tam za oceanem istniała wielka, boska wartość, czysta jak światło gwiazd, ogromna ziemia obiecana dla wszystkich nieszczęśliwych. Potem Ameryka zaczęła się przybliżać, w miarę jak się kurczyły czas i przestrzeń. Usłyszeliśmy jej ciężki, świszczący oddech, poczuliśmy jej dziwny zapach zmęczenia, zobaczyliśmy krople chorobliwego potu. Stanęła na skraju Europy i była już podobna do innych wielkich państw. Tak jak legendarny 8


człowiek spotkany raptem w dalekiej drodze okazuje się zwykłym człowiekiem. Wybieram się w tę niewielką podróż obarczony przymusem pisania korespondencji. Przekroczę to wąskie rozlewisko zatruwanej wody, która kiedyś była oceanem, żeby poznać dobrze znane, żeby opisywać opisane aż do znudzenia. A trzeba jeszcze trafu, że razem ze mną poderwą się na Okęciu do lotu nasze transkontynentalne statki powietrzne wiozące turystów „Orbisu”. Tłumy rodaków spadną razem ze mną na tę umęczoną ziemię obiecaną. Co tu wymyślić nowego? Jak zaskoczyć czytelnika? Czym usprawiedliwić swój trochę żałosny wojaż? Amerykę opisała już szczegółowo duża część ludności naszego kraju. Pisali właściwie wszyscy. Od Sienkiewicza do Wańkowicza i od Putramenta do Passenta. A przecież chciałbym się wyróżnić. Starcza próżność eskaluje moją ambicję. Wykopać się spod tych gór papieru. Zaznaczyć swój ślad na tej wydeptanej drodze. I w tym momencie przychodzi ryzykowna myśl. ­Wszyscy pisali źle, negatywnie o Ameryce. Pisać źle o Ameryce to sprawiać perwersyjną, masochistyczną przyjemność Amerykanom, to zyskiwać ich wdzięczność i miłość. Może by więc na przekór? Nastąpię swojej pieśni na gardło, zacisnę zęby, zadam sobie gwałt i napiszę dobrze o Ameryce. Powodowany chęcią wyróżnienia się, będę pierwszym białym człowiekiem w XX wieku, który napisze dobrze o Ameryce. Siedzę w swojej nyży i szczękam zębami. Geograficznie i politycznie to niewielka podróż, zaledwie spacerek. Ale dla mnie, który przed wyjazdem do miasta Łodzi piszę testament i zastanawiam się, czy nie odbyć ostatniej spowiedzi, to szaleństwo, ostatnie awanturnictwo życiowe. Okropne, przepastne 9


niże jesienne podpełzają z zachodu, wydłużają się dławiące noce bez końca, dzień jest już krótszy chyba o sześć godzin, liście lecą z drzew jak resztka włosów, gdzieś w zaułkach tych nocy październikowych i listopadowych pojawiają się jakieś dawne albo przyszłe mary. Groza. Może więc lepiej ruszyć razem z dniem, razem ze światłem, razem z umierającym latem za wielką małą wodę, tam gdzie stęka w spojeniach hucząca i mrowiąca się wieża Babel? Kiedy Gombrowicz po wieloletnim pobycie w Argentynie wracał do Europy, powtarzał sobie nerwowo w duchu: nie dam się połknąć Francji. Stanę im kością w gardle. Ale Gombrowicz wierzył w siebie, wierzył też w literaturę. Ja im chyba w ogóle spadnę z widelca. Groza. lato 1973

Przez indiańskie lato No i nic się nie stało. Przeleciałem trzydzieści tysięcy kilometrów, zanurzyłem rękę w Atlantyku, umoczyłem nogę w Oceanie Spokojnym, widziałem Góry Skaliste i Manhattan skalisty, poznałem kilku milionerów, uniknąłem bliższej znajomości z „czarnymi panterami”, zwiedzałem muzea i uniwersytety, zagrałem na loterii, spotkałem przyjaciół, którzy okazali się nieprzyjaciółmi, zetknąłem się z obcymi, którzy okazali się przyjaciółmi, stałem na rogu Szóstej Avenue oraz Broadwayu i stałem z drinkiem w ręku w tłoku nowojorskich literatów, wyjaśniałem, dlaczego piszę książki po polsku, a nie po rosyjsku, 10


i słuchałem rozpaczliwych skarg na koszmar życia amerykańskiego, tęskniłem do domu i śniłem okropne sny o domu, podróżowałem intensywnie i stawiałem bierny opór tej podróży. No i nic się nie stało. Siedzę w  swojej nyży tak jak dwa miesiące temu. Postarzały się tylko drzewa i niebo za oknem. A mnie morzy sen, umieram z senności w ciągu dnia. W nocy za to jestem rześki i pełen energii. Godzinami, aż do rana słucham przyśpieszonego bicia własnego serca. Wygląda, że tak już zostanie na zawsze. Nie muszę pisać źle o Ameryce i to jest demobilizujące. Pisanie wbrew własnemu przekonaniu uruchamia wszystkie rezerwy talentu, forma staje się odkrywcza, wizjonerska, treść szczerzy zęby z wściekłego temperamentu. Rany boskie, jakbym to ja przysolił Ameryce. Ale chorobliwa ambicja popycha w inną stronę. W stronę jałowego, bezpłciowego obiektywizmu. Zobowiązałem się już przecież wobec własnej pychy i  wobec łatwowiernych czytelników, że będę pisał dobrze o ­Ameryce. * No i nic się nie stało. Przejechałem ogromny kontynent jak nierozpieczętowana przesyłka nadana przez kogoś ważnego, ale nie bardzo wiadomo przez kogo i do kogo. Nikt nie był szczególnie ciekaw, co jest w środku. Podawano mnie uprzejmie z rąk do rąk, a ja szeleściłem tyle, ile było trzeba. Wróciłem gładko pod adres zwrotny lekko zmięty, odrobinę zdefektowany, lecz zupełnie taki sam jak przedtem.

11


* Znałem Amerykę na wylot jeszcze w domu, jeszcze w Warszawie, i to od dziecka. Ale znałem ją jakby powiększoną i zdemonizowaną. Każdy, kto do niej jechał, wybierał się niczym na tamten świat. Jawiła się im albo rajem pełnym gór ze złota, albo piekłem, Doliną Jozafata zalaną po brzegi występkiem, nikczemnością, ludzką niedolą. I obie wersje są chyba prawdziwe. Bo jedni widzą w niej zniekształcony obraz własnych tęsknot, inni koślawe odbicie samych siebie, to znaczy starej, zmęczonej, zdeprawowanej Europy. * Za oknem huczy posępny wiatr listopadowej nocy, który przyleciał tu być może z Kalifornii, bo szanujące się wiatry wędrują zawsze z zachodu na wschód. Ja znowu nie śpię. I to niespanie zaczyna już trochę straszyć. To niespanie staje się odrobinę podejrzane. Jakbym przywiózł stamtąd w sobie nieznaną chorobę, tajemniczego wirusa pozaziemskiej cywilizacji. Ale przecież podróżowałem tylko przez Europę. Przez Europę, która wypełzła na inny kontynent, rozrosła się, nabrała biglu w sprzyjających geograficznie warunkach. Przez Europę, która jeszcze dobrze nie zapuściła korzeni w tę ziemię darowaną od Boga pięć wieków temu. Bo Ameryka to powiększona Europa za Atlantykiem, to Ang­losaksonia nadziana podrobami śródziemnomorskimi. * 12


Dostałem czek na podróż. Poszedłem do banku w Waszyngtonie. Urzędnicy już się szykowali do weekendu. Kwaśno-uprzejma kasjerka powiedziała, że muszę podpisać w obecności wyższego urzędnika nazywanego oficerem. Oficer był młody, rosły i dobroduszny. Spojrzał na moje nazwisko. – To polskie? – zapytał. Potwierdziłem. – Ja też jestem Polak – rzekł po angielsku. – Nazywam się Kwiatek. Niech pan tu podpisze. I ja, kompletnie skołowany tą podróżą, tym bankiem, tym oficerem, podpisałem się: Tadeusz Kwiatek. Potem trzeba było się powoływać na podświadomość, należało objaśnić, że w naszej partii szefem od kultury jest Jerzy Kwiatek, a amerykański Kwiatek odprowadzał mnie do drzwi bardzo zadowolony i bardzo dumny, że w starej Europie Kwiatkowie coś znaczą, że amerykańskim Kwiatkom przydają trochę arystokratycznego splendoru. * Podróżowałem na kontrze wobec podroży, pod włos podróży. Dokumentację każdego etapu niszczyłem, opuszczając kolejny hotel. Nie robiłem notatek, nie zapisywałem cyfr ani nazw, nie zbierałem pamiątek, nie wymieniałem z nikim adresów. Nie zostawiłem po sobie jednej nitki i nie przywiozłem na sobie nawet pajęczyny. Chciałem uniknąć rutyny podróżniczej. Chciałem zobaczyć Amerykę bezinteresownie i bezosobowo, właśnie jak lekki wschodni wietrzyk, co mija bez śladu. Moim tłumaczem i przewodnikiem był wysoki dwudziestopięcioletni blondyn o aparycji młodego Chrystusa i Daniela Olbrychskiego. Nazywał się George i pochodził z polskiej rodziny. To on, ten młody charyzmatyk, skupiał na sobie 13


całą uwagę. To jego pytano, skąd przyjeżdża i jak mu się podoba Ameryka. To jemu podsuwano lepsze kąski i noszono za nim walizki. Ja sunąłem dyskretnie za nim, niezauważony starzec w warszawskim sakpalcie i w  kaszkiecie, tej polskiej czapce niewidce. Ni to skromny guwerner, ni to nieśmiała osoba do towarzystwa. I wytrzeszczałem bezkarnie oczy, chcąc nie prześlepić tej Ameryki, która jednym śni się po nocach, a drugim nie daje spać. * Mój wuj był swego czasu słynnym i  wziętym znachorem. Mieszkał pod Wilnem w wykwintnej willi. Wracając z Chin, zajechałem do Wilna, żeby odwiedzić słynnego wuja. Ciotki moje, które zawiadywały interesem, wprowadziły mnie bocznymi drzwiami do pokoju zielarza cudotwórcy. Wujek leżał na łóżku okryty czarnym kożuchem, choć to był koniec maja. Na głowie miał czarną baranią czapkę, jaką nosili tutejsi chłopi przed pół wiekiem. Wszedłem więc do wuja pachnący dalekim światem, modnie elegancki, z żółtą skórzaną walizką w ręce. I od razu zrozumiałem, że zanosi się na jakąś pozornie absurdalną, a w gruncie rzeczy dość głęboką rywalizację. Wuj popatrzył bez życzliwości na mnie, popatrzył przeciąg­ ­le ze swego łoża. Wtedy jedna z ciotek, już trochę znarkotyzowana leczniczą nalewką, zaczęła pośpiesznie zagadywać wujka. 14


– Widzi Józef, Tadzia po świecie całym jeździ. Teraz aż w Chinach przebywał – usiłowała zaimponować znachorowi. Wuj popatrzył jeszcze posępniej, wreszcie rzekł świszczącym głosem:  – Jedni jeżdżą, drudzy nie jeżdżą. I sięgnął ręką pod poduszkę, gdzie trzymał amerykańskie pigułki na swoją astmę. * Każdy podróżnik usiłuje zamknąć swoje wrażenia w jednym wyrazistym zdaniu, pragnie opisać nieznany kraj albo kontynent w krótkiej złotej czy pozłacanej myśli. Ja także biedziłem się długo, patrząc z różnych stron na tę dziwną, a właściwie wcale nie dziwną ziemię, aż wreszcie przyszła mi do głowy trochę koślawa sentencja, za co przepraszam: na mój gust to Ameryka przypomina trochę gigantyczny, smacznie, lecz pośpiesznie usmażony hamburger, który los położył na wspaniałej bułce dziewiczego kontynentu. Ani ta bułka nie przesiąkła hamburgerem, ani hamburger nie przyległ do niej na zawsze. Ameryka to asfaltowa autostrada rozścielona na piaszczystej wydmie. Ta wielka cywilizacja leży niedbale na wierzchu, nie zapuściła korzeni, nie zrosła się z ziemią i w ogóle z niej jakby nie wynika. Stale w tej podróży towarzyszyło mi uczucie tymczasowości. Że w tych cudownych mieszkaniach ludzie mieszkają przejściowo jak w hotelu, że już jutro przeprowadzą się gdzieś indziej, że te wieżowce za tydzień przemienią się w coś zupełnie innego, że tych ludzi już nigdy nie zastanę w tym samym miejscu. 15


Może się to bierze z dawnej, lecz ciągle żywotnej tradycji pionierskiej? Nawet na Manhattanie życie przemieszcza się nieustannie. Bez widocznych powodów jakieś dzielnice, jakieś uliczki zaczynają raptownie umierać. Ludzie z nich uciekają w popłochu do innych, które raptem jednego dnia wchodzą w okres świetności, w epokę gwałtownej prosperity. W sercu ogromnej metropolii rozpadają się domy, gasną latarnie, pękają jezdnie. I nikt ich nie żałuje, nikt nie próbuje ratować, nikt nie podpiera stemplami ścian, nie wstawia wybitych okien, nie zamiata jezdni. Ta cząstka współczesnego Babilonu ugoruje lata, zanim ktoś jej na nowo nie odkryje i nie zacznie budować nowej, doskonalszej cywilizacji. To paniczne porzucanie miast, dzielnic, ulic przypomina bezrozumne miotanie się stada zwierzęcego. Ale socjologowie widzą w tym ruchu męczarnię społeczeństwa ulepionego z różnych ras i kultur, społeczeństwa jeszcze młodego, a już starzejącego się w zatrważającym tempie. * Świat przeżywa jakąś epilepsję zwiedzania, jakąś manię muzealniczą, jakiegoś fioła dotykania wzrokiem tego, co kiedyś stworzył człowiek albo Pan Bóg. Oczywiście to szaleństwo najbardziej rzuca się w oczy w krajach największych, to znaczy w Związku Radzieckim i w Ameryce. Miliony ludzi samolotami, pociągami, autokarami krążą po świecie i zwiedzają, czyli zaliczają w stanie esencjonalnym, pigułkowym te wszystkie emocje, których doznawali dawni odkrywcy, konkwistadorzy, uczeni. Kupują jakieś miejscowe pamiątki-fetysze, przywożone zresztą przez kupców z dalekich ośrodków przemysłowych. Kupują, żeby udowodnić bliźnim, że gdzieś byli, że 16


coś przeżyli, ale sąsiedzi mają już takie same pamiątki-fetysze i cały pracowity zachód traci sens. Fotografują się zapamiętale na tle frontonów, wodospadów, wiekowych sekwoi. Ale nikt już później nie ma czasu oglądać albumów. To, co kiedyś było przygodą, losem, przeznaczeniem, teraz stało się rutyną, skrupulatnym przemysłem turystycznym, wielkim bluffem żerującym na jakimś dziwnym ludzkim niespełnieniu, na jakiejś melancholijnej tęsknocie, na zwykłym atawizmie. I ja włączyłem się w ten smutny pochód zwiedzających. Kucałem w muzeach przed tabliczkami z nazwiskiem malarza i tytułem obrazu. Przeczytałem tysiące takich tabliczek, ale zapamiętałem tylko trzy albo cztery obrazy. Patrzyłem z Empire State Building na panoramę Nowego Jorku i starałem się ją utrwalić w przekornej pamięci, bo nie wiadomo dlaczego jest to bardzo ważne i wszyscy będą mnie o to pytać. Spoglądałem z zatoki na profil San Francisco o pierwszym zmroku i zerkałem na operowe niebo nad nim, niebo pełne złowieszczych chmur jak u starych Flamandów, niebo przypominające o Sądzie Ostatecznym i o Bogu. Zwiedziłem wszystko co trzeba i właściwie nic nie zwiedziłem, bo czyniła ze mną to samo ogromna rzesza ludzka, wielki pochód człowieczy, a więc nie oderwałem się od nich, by samotnie przeżyć wielką przygodę życiową, lecz dreptałem w miejscu, nic nie widząc i nie słysząc, albo widząc i słysząc to samo, co miliony innych, dreptałem w eksplozjach lamp błyskowych, w wielkiej chmurze pyłu, we wrzawie organicznych i nieorganicznych gidów. * 17


Nieustannie pytano mnie o mój stosunek do afery Watergate. Pytali mnie intelektualiści, kupcy, farmerzy, a nawet taksówkarz łamistrajk. Przykro było wyznać, że niewiele mnie obchodzi ten skandal, którym żyje od rana do nocy cała Ameryka. Więc bąkałem niejasno, że my w Europie – czytając gazety – przywykliśmy do podsłuchów, że jakoś się wyrabiamy mimo tych aparatów, że w końcu jeden polityk ma chyba prawo podłożyć niewielką świnię innemu politykowi. Potem milkłem i czekałem, co będzie dalej. A oni potrząsali z troską głowami. Nam się zdaje – mówili – że to w końcu wyjdzie Ameryce na zdrowie. Jak pan myśli? Myślę, że wyjdzie. Amerykę wymyślili i zbudowali protestanci. Surowa, bezwzględna moralność protestancka jeszcze trzyma w gorsecie osłabiony kręgosłup społeczny. Ale dwie wojny związały szerokimi mostami starą i nową ziemię. Podłączyły nowy świat do starego tysiącem różnych kabli, przewodów i rurociągów. Europa przetacza nimi swoje histerie, narowy, bziki. Europa demoralizuje Amerykę i upodabnia ją do siebie. listopad 1973

Wielkie zwiedzanie Nie wiem dlaczego, ale podczas całej tej amerykańskiej podróży ciągle myślałem o Europie, a właściwie o owej dziwnej jej części, w której się urodziłem i wyrosłem, w której nabrałem smaku do życia. 18


Jak ją objaśnić Amerykanom? Jak wyrazić w kilku zdaniach jej wiekowe komplikacje? Jak opisać swoją mentalność przez los swojej ziemi? Z gór kalifornijskich, z okien samolotów, z wieżowców chicagowskich przyglądałem się chciwie Wielkiej Niedźwiedzicy podczas pogodnych nocy. To była rzeczywiście amerykańska Wielka Niedźwiedzica. Niby podobna w kształcie do naszej, ale odwrócona do góry nogami. I ona jedna zostanie tak na zawsze. Ostatni znak tej dawnej, innej, samoistnej, legendarnej Ameryki. Bo komplikacja, ten podstawowy pierwiastek europejskiej egzystencji, ta prostota naszej codzienności, zaczyna podmywać kolorowy gmach gigantycznego Disneylandu. * Zbliża się czas, kiedy mowy nasze staną się podobne, kiedy zaczniemy się rozumieć. Amerykanie budują albo domy parterowe, albo drapacze chmur. W parterowych lubią mieszkać, natomiast wieżowce są laickimi świątyniami biznesu, wieżowce uosabiają naiwną tęsknotę nieba, wieżowce to wyciągnięte ręce do nieba, wieżowce to wyciągnięte ręce do Boga. Zamiłowanie do wiejskich chat, luksusowych i klimatyzowanych, upodobanie do strzelistych kościołów, zapełnionych dziś tłumem urzędników, to chyba dziedzictwo chłopskiego rodowodu, to pamięć o starej ziemi, o rodzinnej Europie. Ta anachroniczna chłopskość tuła się jeszcze w obyczaju, w przyzwyczajeniach, w gustach kulinarnych i artystycznych. Kiedy wysiadłem z samolotu w Cheyenne w bezludnym stanie 19


Wyoming, osaczył mnie smród ogromnej stajni lub gigantycznego chlewu. Ten zaduch wiejskiego obejścia wisiał nad odrzutowymi samolotami, nad betonowym splotem autostrad, nad supernowoczesnymi motelami. A następnego dnia jeździłem samochodem po farmie hodowlanej wielkości sporego powiatu. Kilku kowbojów podobnych do bohaterów Gron gniewu wpędzało włochate krowy do ogromnych przyczep samochodowych, które przypominały pulmanowskie wagony. Te zdziczałe krowy wybierały się na zimę do cieplejszych stanów. Kowboje, ubrani tak jak powinni być ubrani prawdziwi filmowi kowboje, żuli tytoń i sprawiali wrażenie zrezygnowanych. Widać było od razu, że wiedzą już, iż są ostatnimi kowbojami. W ogóle ta niewiarygodnie kolosalna farma jakoś dziwnie przygnębiała mnie, a i moich przewodników również. Ziało beznadziejną melancholią z opuszczonych, chylących się ku ruinie chlewów, z zawalających się płotów, z wysychających studni. Kilka miesięcy wcześniej podobne widoki oglądałem na wsi w innym kraju – bezludne domy z zakurzonymi starymi sprzętami, krzywe stajnie, z których konie wyszły na zawsze, zdziczałe ogrody, których już nigdy nie będzie plewić ludzka ręka. A przyczyna jest wszędzie ta sama. Ludzie uciekają z prowincji do wielkich miast. Co się stało w drugiej połowie XX wieku, że młode pokolenia zdjął jakiś niewytłumaczalny strach i ten strach wygnał ich spomiędzy odwiecznych drzew, spomiędzy przyjaznych traw, ze swobodnych przestrzeni i kazał im zamknąć się dobrowolnie w nieludzkich, kamiennych obozach koncentracyjnych? 20


Spis treści Ameryka, Ameryka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  5 Kalendarz i klepsydra  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  49 Nota do wydania, Przemysław Kaniecki  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  477


Profile for SIW Znak

Kalendarz i klepsydra  

Gdy w 1976 roku książka „Kalendarz i klepsydra" pojawiła się na rynku, ustawiały się po nią długie kolejki. Dziś to pozycja klasyczna, ale n...

Kalendarz i klepsydra  

Gdy w 1976 roku książka „Kalendarz i klepsydra" pojawiła się na rynku, ustawiały się po nią długie kolejki. Dziś to pozycja klasyczna, ale n...

Profile for znak