Page 1

JAKUB ¿ULCZYK INSTYTUT

„BÚdÈ nas tutaj trzymaÊ, dopóki nie oszalejemy do reszty. Oni chcÈ czystej zabawy, chcÈ tego nieokreĂlonego czegoĂ, czego chce kot przerzucajÈcy sobie z jednej ïapy do drugiej jeszcze ĝywÈ mysz ze zïamanym krÚgosïupem”.


JAKUB 呕ULCZYK INSTYTUT

Wydawnictwo ZNAK Krak贸w 2010


M A K A BRYCZNE ZNA L EZISKO W CENTRU M K R A KOWA 19.01.2010

Dzisiaj, około godziny siódmej rano, krakowska policja dokonała makabrycznego odkrycia. W mieszkaniu w kamienicy przy al. Mickiewicza znaleziono osiem ciał. Nieoficjalny informator mówi o jeszcze dwóch znalezionych na strychu kamienicy, ale policja nie potwierdza tej informacji. Policja zjawiła się na miejscu po anonimowym zgłoszeniu; dyspozytorka usłyszała podobno: „Wiem, że tam jesteście, wiem, że to słyszycie, ale nigdy nas nie znajdziecie”. Następnie osoba ta się rozłączyła. Policja dalej próbuje ustalić jej personalia. Nazwiska i wiek znalezionych są na razie nieznane. Jak dowiedzieli się nasi dziennikarze, ciała osób zostały okaleczone i „przekształcone” w sposób utrudniający identyfikację. Policja nie ma wątpliwości, że przyczyną zgonów było morderstwo. Jedną z osób najprawdopodobniej jest właścicielka mieszkania, trzydziestopięcioletnia Agnieszka N., zameldowana w Warszawie. Rzecznik policji Janusz Zagórski odmawia komentarza w sprawie. Policja nie chce na razie podawać żadnych szczegółów w trosce o dobro śledztwa. Wiadomo jedynie, że Agnieszka N. od dwóch 5


tygodni nie dawała znaku życia, nie pojawiała się w pracy ani nie kontaktowała ze swoją zamieszkałą w Warszawie córką. To najbardziej makabryczna sprawa kryminalna w Małopolsce w ciągu ostatnich lat, od czasu słynnej sprawy „Skórnika” i odnalezienia pływającej w Wiśle skóry, zdjętej z ciała młodej studentki UJ. O szczegółach będziemy informować na bieżąco. www.gazeta.pl/krakow * * * Mam na imię Agnieszka. Moje mieszkanie ma na imię Instytut. Dwanaście godzin temu zostałam w nim uwięziona. Jest takie powiedzenie: „mój dom to moja twierdza”. Tak mówią. Jednak od dwunastu godzin mój dom jest moim więzieniem. Nie mogę z niego wyjść. Nikt nie może do niego wejść. Instytut znajduje się na ostatnim, piątym piętrze przedwojennej kamienicy położonej przy jednej z głównych arterii Krakowa. Jego adres to: aleja Mickiewicza 20, mieszkania 12. Ma powierzchnię stu trzydziestu metrów kwadratowych, cztery pokoje, do tego, jak większość mieszkań, kuchnię, ubikację i łazienkę. Teoretycznie, to całkiem spora powierzchnia. Podczas metrażowej licytacji na sobotnim „winie u znajomych”, gdy każda zaproszona para opowiada o dwupokojowym owocu swojego kredytu, „sto metrów” wywołuje zawistne cmokanie, pytania o okazję, przytyki: „to pewnie po salonie możesz jeździć sobie na rowerze, nie?”. Tak naprawdę, powierzchnia nie ma żadnego znaczenia, nawet dom z dziesięcioma sypialniami może stać się ciasny jak cela, gdy czujesz się w nim uwięziony. A w moim przypadku słowo „uwięziona” nie jest żadną zgrabną metaforą, opisem 6


mojego życia wewnętrznego, słowo „uwięziona” to prawda. Nie mogę wyjść z własnego domu. Nazwa „Instytut” była na domofonie, gdy po raz pierwszy przyjechałam obejrzeć mieszkanie. Zapytałam prawniczkę, z którą je oglądałam, czemu akurat Instytut, w miejscu, gdzie powinno raczej znajdować się nazwisko mojej babci, jaki Instytut, badający co. Nie miała pojęcia. Później, gdy się wprowadziłam, administratorka zapytała, czy wymienić papierek w domofonie na taki, na którym byłoby moje nazwisko. Odmówiłam. Pomyślałam, że tak będzie łatwiej. W końcu każdemu, kto będzie chciał mnie odwiedzić, nie będę musiała bezskutecznie wbijać do głowy numeru lokalu i swojego nazwiska. Wystarczy powiedzieć: „dzwoń do Instytutu”, pomyślałam, zakładając, że poznam w Krakowie jakichś ludzi, którzy będą chcieli mnie odwiedzać. Po bardzo krótkim czasie chciałam, aby było ich o połowę mniej. Wszyscy, rozmawiając o moim mieszkaniu, mówili: „do Instytutu”, „w Instytucie”, „z Instytutu”, „pod Instytutem”, „niedaleko Instytutu”. Mówili tak ludzie, którzy wpadali tu na kawę, ludzie, którzy wpadali tu trochę częściej, a w konsekwencji się wprowadzali, także ludzie, którzy odwiedzali tych, którzy już się wprowadzili. W Alejach Trzech Wieszczów są setki mieszkań, w całym Krakowie kilkaset tysięcy, ale Instytut stał się tym szczególnym, zaznaczonym na mapie, istotnym. Nie istotnością dobrej restauracji albo zabytkowego kościoła, bardziej zamkniętego klubu, do którego obowiązują zaproszenia, ukrytej w podziemiach galerii, azylu, schronu. Gdy to się stało – a nie potrafię określić, kiedy dokładnie – tym bardziej nie chciałam, aby Instytut, dzięki nowej karteczce w domofonie, został zwykłym mieszkaniem Agnieszki Celińskiej. Nawet gdy w poniedziałek o ósmej rano przebywało w nim czterdzieści omdlałych od wódy i zaślinionych osób, a ja 7


musiałam za dwie godziny wyjść do pracy, nie chciałam, aby stał się takim samym miejscem jak wszystkie inne mieszkania, należące do Nowaków, Paprockich, Daszyńskich, Malickich, Dawidowskich lub przez nich wynajmowane. Tylko że w tym momencie Instytut już nie jest azylem, jest raczej jego przeciwieństwem; jest pułapką. Nie możemy wyjść z Instytutu, bo nie działa stara winda z drewnianymi, dwuskrzydłowymi drzwiami. Naciskanie guzika nic nie daje. Gdy wychodzi się od nas, po prawej ręce znajdują się drzwi do mieszkania naszej sąsiadki, pani Finkiel; winda jest na wprost; a trochę na lewo od windy są schody w dół, które oddziela od klatki masywna, przedwojenna krata, z poskręcanymi w secesyjne supły, gęsto osadzonymi prętami. Ta krata, gdy się tu wprowadziłam, zawsze była otwarta; teraz jest zatrzaśnięta na oba zamki. Nie działają nam komórki. Nie ma Internetu. To nie jest żadna awaria, wypadek, zrządzenie losu. Zostaliśmy celowo uwięzieni. Na ludzi, którzy nas zamknęli, mówimy: „Oni”. W pewnym sensie, tak się przedstawili. Kilka godzin temu znaleźliśmy porzuconą na wycieraczce wydartą z zeszytu kartkę w kratkę, na której ktoś nabazgrał krwistoczerwonym mazakiem: TO N A S Z E MIESZKANIE. Nie wiemy, kim są Oni. Nie potrafimy nawet się domyślać. Na razie są tylko efektami swoich działań – zatrzaśniętymi drzwiami, słyszanymi przez chwilę pośpiesznymi krokami na klatce, stuknięciami, zgrzytami, echem. Mogą być naszymi sąsiadami. Mogą być byłymi znajomymi, których kiedyś niechcący skrzywdziliśmy, byłymi dziewczynami, chłopakami, mężami, rodziną. Mogą być psychopatami w rodzaju tych, którzy wybierają na chybił trafił numer komórki i pastwią się nad tobą przez miesiąc, wydzwaniając 8


o trzeciej nad ranem i grożąc, że spalą ci dom. Mogą być administracją budynku. Mogą być policją. Właścicielami warzywniaka naprzeciwko. Dziwną grupą ubranych w znoszone garnitury ludzi trzymających skórzane nesesery i widocznie zużyte papierowe teczki, którą minęliśmy na ulicy parę dni temu. Nie mamy zielonego pojęcia. W tej sytuacji możemy tylko czekać, siedząc albo kursując pomiędzy czterema pokojami, kuchnią i łazienką. Jest nas tutaj siedmioro – Weronika, Iga, Ja, Sebastian, Jacek, plus dwoje znajomych Weroniki, przypadkowych więźniów – Robert i Anka. Przemieszczamy się z pokoju do pokoju, aby odrobinę rozrzedzić poczucie uwięzienia, jednak ono zamiast niknąć, potężnieje z każdą sekundą, wchodzi w każdy zakamarek naszych ciał, w każdą strunę każdego mięśnia, jak rosnący w ekspresowym tempie nowotwór. Czujemy je najmocniej w tych momentach, gdy na sekundę stajemy w miejscu, zatrzymani przez dochodzący z zewnątrz szmer, dźwięk, stuknięcie, pisk parkującego pod oknem samochodu. Czekamy kilkanaście sekund, wyglądamy na klatkę, patrzymy przez okno na ulicę. Jednak żaden z tych dźwięków, jak na razie, nie ma dalszego ciągu. Jest tylko pojedynczym klekotem, stuknięciem, piskiem hamujących opon. Jedyne, co nam zostaje, to ruszać z powrotem, siadać i wstawać, zapalać papierosy i je gasić, gotować wodę na kolejne herbaty, odkręcać wodę i ją zakręcać, zdejmować i wkładać ubrania, w kółko, w kółko, w kółko. Zorientowaliśmy się, że jesteśmy zamknięci, w niedzielę około dwudziestej drugiej. Być może byliśmy zamknięci już od popołudnia, ale nikt nie był w stanie tego stwierdzić ze względu na specyfikę dnia. Niedziela to w Instytucie dzień człapania z wysiłkiem do łazienki, wyganiania ostatnich niedobitków po sobocie, a wieczorem wspólnego spożywania pizzy i oglądania całego 9


pasma upośledzonych programów o tańczących, śpiewających i stających na rękach aktorach z polskich seriali i polskich piosenkarkach. Niedziela to dzień, w którym trzeba przez pół godziny akumulować w sobie energię, aby napuścić wody do wanny, nie mówiąc już o wyjściu z domu. Niedziela to dzień, którego z reguły się nie pamięta. Zwłaszcza ta niedziela. Poprzedniego dnia ja i Iga stałyśmy za barem w Brzydkim Kocie. Papa, właściciel, wypuścił nas wpół do dziesiątej rano; jeszcze o ósmej trwały cokolwiek patologiczne resztki sobotniego wieczoru. Na barze, do puszczanej w kółko Lambady, tańczyły nieprzytomne czterdziestoletnie kobiety o wyglądzie dewizowych prostytutek z polskiego filmu z lat osiemdziesiątych. Sebastian z Yogim i Papą zbierali leżących na stolikach z twarzami w popielniczkach serwetkowych poetów, malarzy teoretyków oraz nieprzytomnych studentów, wszystkich tych, którym nie udało się pozabierać do domu roześmianych studentek ASP i kierunków filologicznych. Podłogę przykrywała chrzęszcząca i śliska kołdra błota, szkła, szlamu i niedopałków. Wyszliśmy we trójkę – ja, Iga, i Sebastian. Pamiętam, że ze zmęczenia przytrzymywaliśmy się ścian. Papa w nagrodę za żołnierską postawę wręczył nam dwa kartony papierosów. Gdyby nie grudzień i poranny, dziesięciostopniowy mróz, zasnęlibyśmy na ławce na Plantach. Gdy w końcu udało nam się dojść do domu, wlokąc się Karmelicką jak procesja na relanium, po prostu padliśmy na nasze łóżka, tracąc przytomność. Gdy ją traciliśmy, w pokoju u Rumuna trwało jeszcze coś w rodzaju wizyty znajomych; Jacek głośno rozmawiał z jakąś bełkoczącą parą, z którą planowali jakąś sensowną, inteligentną rozrywkę w rodzaju wybiegnięcia nago na ulicę i rzucania jogurtami w radiowozy. 10


O dwudziestej drugiej wszyscy, oprócz Weroniki, jeszcze spaliśmy. U Weroniki byli znajomi, jak się okazało, ci, którzy byli u nas również w poprzednią niedzielę, Robert i Anka; to właśnie oni, chcąc wyjść z Instytutu, odkryli, że nie można go opuścić. Akurat wstawałam, gdy Weronika weszła do mojego pokoju. – Agnieszka, stało się coś dziwnego – powiedziała. Zrzuciłam z siebie kołdrę i oba koty, podniosłam się i podreptałam do drzwi. Wnętrze moich ust było jak po zjedzeniu dwóch szklanek piasku. Półmrok mnie oślepiał. Jakieś niezidentyfikowane, tępe narzędzie rytmicznie łomotało o wewnętrzną stronę mojej czaszki. Weronika pokazała mi kartkę z zeszytu. Wzięłam ją do rąk i przysunęłam blisko do nosa, jak staruszka rozszyfrowująca rachunek za telefon. – Leżało na wycieraczce. – Wskazała palcem przestrzeń rozpościerającą się za otwartymi drzwiami do mieszkania. – Chodź. Może wiesz, o co chodzi. – To nasze mieszkanie – przeczytałam kilka razy w myślach i raz na głos. Rzeczywistość dochodziła do mnie tępymi, szarpiącymi falami. Wysilałam się jak sterydziarz na siłowni, aby traktować stojącą przede mną Weronikę i jej słowa jako rzeczywiste. Tu, w Krakowie, zajmuję się różnymi rzeczami, robię makijaże dla telewizji, dekoruję ludziom mieszkania, ale głównie jestem barman ką. Jak każdy barman i każda barmanka, piję w pracy. Barman pracuje średnio dwanaście godzin, w międzyczasie popijając małe piwa i okazjonalne wódki ze znajomymi, po to, aby na koniec schlać się z okazji fajrantu. Skoncentrowanie się następnego dnia na prostych, wypowiadanych do ciebie zdaniach to wysiłek porównywalny z przenoszeniem w zębach wiader z cementem. 11


Do tego mam trzydzieści pięć lat. Niektórym przechylonym przez bar facetom zdarza się mnie odmładzać. To dlatego, że mam krótko ścięte czarne włosy, odpowiednio ostry i maskujący makijaż, że każda, dowolna kombinacja moich butów, spodni, sukienek i bluz przypomina katalog farb akrylowych, a do tego przed wyjściem z domu okutuję się w pięćdziesiąt chust. I przede wszystkim − pracuję w miejscu o ograniczonym oświetleniu. Fakty są faktami. Mam trzydzieści pięć lat. W swoim mniemaniu zaczynam być starą babą; możliwości mojego ciała maleją z dnia na dzień. A każdy barman z pięcioletnim stażem jest alkoholikiem. W każdym razie tamtego wieczoru musiałam się bardzo skupiać, aby zrozumieć to, co mówi i pokazuje Weronika. – Ktoś się pomylił, Weronika – powiedziałam po jakiejś minucie głosem umierającego bluesmana. – To jest moje mieszkanie. – Chodź ze mną na korytarz. – Weronika machnęła ręką. Na korytarzu stali jej znajomi, szczupły, wysoki i skrzywiony chłopak, którego zdjęcie można byłoby zamieścić w encyklopedii przy haśle student – sztruksowa kurtka z podpinką, szary sweter, rogowe okulary, włosy myte raz na trzy dni – i drobna blondynka okutana w indyjską chustę, o twarzy i dłoniach koloru starej porcelany, w przewiązanej pod biustem ciążowej sukience w kwiaty. – No dobrze, ale poza kartką o co chodzi, Weronika? – zapytałam, dalej robiąc uniki przed świadomością, przed tymi taranującymi falami głosów, wydarzeń, sytuacji i osób. Z powrotem do łóżka, myślałam jeszcze wtedy. Nakryć się kołdrą. Spać. – Nie można wyjść – odparła Weronika. – Winda nie działa. Krata jest zamknięta. Oni nas tutaj zamknęli. – Jacy oni? – zapytałam, Weronika jeszcze raz pokazała mi kartkę, a ja jeszcze raz przeczytałam: „To nasze mieszkanie”. 12


W końcu dotarłam do poziomu względnej przytomności. Pomogło mi stanie boso na nieogrzewanej klatce schodowej; na dworze musiało być jakieś dziesięć stopni mrozu. Machnęłam im ręką, aby weszli za mną z powrotem do środka, wróciłam do pokoju i zaczęłam powoli wygrzebywać telefon ze zbitej sterty ubrań. Nie chciał się włączyć. Zaczęłam szukać ładowarki, ale po chwili uświadomiłam sobie, że będzie to trwało następną godzinę. Ruszyłam do pokoju Igi, żeby ją obudzić. Iga spała na brzuchu, ze zwisającą smętnie głową, w ubraniu; wyglądała, jakby spadła na łóżko z kilkupiętrowej wysokości. – Iga, ktoś zamknął kratę na schody i zostawił jakąś durną kartkę na wycieraczce – zaraportowałam. Iga podniosła głowę o kilka centymetrów, otworzyła jedno oko, wydusiła z siebie zachrypniętym głosem „Jezus Maria” i wstała. Wręczyłam jej list z wycieraczki. – Kurwa, to ci kretyni, którzy siedzieli rano u Rumuna. – Pokręciła głową. – Oni robią takie rzeczy. Raz na czyichś urodzinach zwędzili klucze do knajpy i zamknęli wszystkich w środku. Wstała, wyminęła mnie, przeczłapała przez korytarz i zaczęła bębnić pięściami w szybę w drzwiach pokoju Jacka. – Rumun – wrzasnęła – powiedz swoim upośledzonym kolegom, żeby już przestali, bo są, kurwa, zabawni jak Maraton uśmiechu. Jacek, bardziej znany w Instytucie jako Rumun, otworzył drzwi po dobrej minucie. Przypominał mocno zgniecioną w dłoniach i następnie rozprostowaną kartkę. Pokazałyśmy mu palcem wyjście z domu. Powoli, człapiąc, mijając nas, jakbyśmy byli słupkami, a on zawodnikiem startującym w Corocznym Slalomie Alkoholików, wyszedł na klatkę. Stanęłam w drzwiach. Rumun szarpnął kratę, raz, drugi, trzeci. 13


– Powiedz im, żeby przestali się wydurniać. – Iga zdążyła już wrócić do swojej naturalnej pozycji: podniesiona głowa, ręce na biodrach, rozkazujący ton. – Wiem jedno, te downy już więcej tutaj nie przyjdą. – To nie oni. – Rumun pokręcił głową. – Tak, to nie oni, Rumun, to twoja matka. – Nie wiem, skąd mieliby klucz do tej kraty, skoro my go nigdy nie mieliśmy. – Rumun przeciągnął dłonią po prętach, po czym podszedł do windy. Nacisnął guzik, raz, drugi, trzeci. – Nie działa – oznajmiła Weronika. – Dziwne byłoby, gdyby działała. – Wzruszył ramionami. – Wczoraj był facet od naprawiania wind – Iga podeszła do drzwi windy i sama zaczęła naciskać guzik, ale ten nadal nie działał – zaczepił mnie, gdy wracałam ze sklepu, i pokazywał mi przez pół godziny, że teraz winda śmiga jak TGV. Przez chwilę nikt nic nie mówił. Koleżanka Weroniki zapytała: – Czy u was często dzieją się takie rzeczy? Rumun pokręcił głową, patrząc na własne buty, jak zawsze, gdy rozpoznawał kogoś o ograniczonym refleksie umysłowym. – Nie, nie – odpowiedziałam po kilku sekundach. Chciałam się uśmiechnąć, ale nie byłam w stanie. Po prostu pokazałam wszystkim ręką, żeby z powrotem wrócili do mieszkania. – Iga, daj mi telefon, bo mój nie działa – poprosiłam. – Zadzwonię do administratorki, żeby otworzyła kratę. Iga cofnęła się do swojego pokoju i po chwili wróciła z telefonem. – Dziwne – podała mi go – nie chce się włączyć. Otworzyłam swój, aby dać jej kartę SIM, i wtedy się obudziłam. 14


To było nagłe otrzeźwienie, w rodzaju tych, gdy wraca się kompletnie natrzaskanym z knajpy o piątej rano i nagle przed tobą, niczym za sprawą trzymanego przez wyjątkowego skurwysyna zaczarowanego ołówka, wyrasta policja; a gdy jest już narysowana do końca, uświadamiasz sobie, że godzinę temu dostałaś na urodziny piękny prezent w postaci dwudziestu gramów trawy, które, szczęśliwe z powodu ocalenia przed spaleniem, właśnie wypadły ci z kieszeni prosto pod nogi policjantów. Takie otrzeźwienie to uczucie, jakby ktoś obudził cię, wbijając ci ostry pręt w kręgosłup. W moim telefonie nie było ani karty SIM, ani baterii. Na jej miejscu znajdował się mocno zgnieciony, spełniający funkcję obciążnika kawałek papieru. Popatrzyłam na Igę. Pokazałam jej telefon. – Nie wyjmowałaś karty w pracy – powiedziała Iga, po czym otworzyła swój. Gdy podniosła klapkę, odruchowo zrobiła spory krok do tyłu, na chwilę tracąc równowagę. Gdy oparła się o ścianę, powolnym gestem, jak syn pokazujący rodzicom list o usunięciu z listy studentów, odwróciła telefon do nas. Zaczęłam robić to samo co ona. Cofać się. W aparacie Igi, tak samo jak w moim, miejsce po baterii i karcie było puste. – Spokojnie, spokojnie. – Rumun stał w miejscu, drapiąc się po głowie i międląc swoją twarz jak plastelinę; przypominał osobę z wyciętym błędnikiem, którą ktoś przybił gwoźdźmi do ściany, aby nie runęła na twarz. – Byłyście w pracy, chlałyście, zamieniłyście się pewnie na karty, potem się próbowałyście odmienić, obie zostały na barze, razem z bateriami, spokojnie. – Rumun, idź po swój telefon. – Iga starała się mówić jak najspokojniej, jakby w jej brzuchu siedziało spanikowane zwierzę, które trzeba uśpić jednostajnym szeptem, bo inaczej rozdrapie ci żołądek. 15


– Nie znajdę go teraz. – Idź po swój telefon – powtórzyła Iga. Z pokoju wyszedł Sebastian. Stanął na środku korytarza, świecąc swoją klatką piersiową o rozmiarach bankowego sejfu, ubrany w dół od dresu z wydrukowaną gotycką czcionką na lewej nogawce nazwą firmy: BANDA. – Co jest? – zapytał. – Ktoś robi nam bardzo słaby dowcip – powiedziałam, a on podrapał się po głowie, obrzucił wzrokiem Roberta, który na jego widok skurczył się o jakieś dziesięć centymetrów, i powiedział: – Zaraz go zajebię. Tylko wypiję kawę. Robert lekko podskoczył, jakby w stopę kopnął go prąd o małym napięciu. – Nie ciebie, Komando. – Sebastian klepnął go w ramię i poszedł do kuchni. W tym samym czasie Rumun wyszedł z powrotem z pokoju, trzymając swój telefon, a raczej jego połowę, bez baterii, bez karty SIM, bez klapki. Nasze oddechy robiły się coraz szybsze, szybsze, szybsze. Rzeczywistość wróciła już w pełni, świadomość, że to nie śni się nikomu z nas, zdążyła już zdrowo i mocno nas kopnąć. Tylko każdy wmawiał sobie, że to dowcip. – Jacek, zadzwoń do tych cymbałów – powtórzyła Iga. – Właśnie. To debile. Nie wymyśliliby czegoś takiego. – Rumun usiadł na kanapie i zaczął międlić twarz dłońmi. – Matko Boska, oddam nerkę za kawę. – Już się skończyła – krzyknął z kuchni Sebastian – ale zrobię czaju. – Ktoś tutaj był – powiedziałam po dłuższej chwili, gdy już usiadłam na podłodze, zamknęłam oczy i policzyłam w myślach 16


do dziesięciu. – Weronika, ty nie spałaś cały dzień tak jak my. Przecież usłyszałabyś, gdyby ktoś wchodził. – Nie było mnie w domu – powiedziała. – Dzisiaj byłam w pracy. O osiemnastej umówiłam się z Robertem i Anią pod Bagatelą i przyszliśmy tutaj. – I wtedy jeszcze nie było żadnej kartki. – Nie, wtedy jeszcze nie było żadnej kartki. – Drzwi były otwarte? – Tak – odparła Weronika bez zastanowienia – drzwi były otwarte. – Tyle razy, kurwa, mówiłam, żeby zamykać drzwi. – Iga już zaczęła podnosić głos, ale przerwałam jej ruchem dłoni. Wskazałam palcem najpierw na siebie, a potem na nią. – To właśnie my o tym zapomniałyśmy, stara – przypomniałam jej. – Agnieszka, ten pajac zbastuje, a wtedy obskoczy taki wpierdol, że mu się oranżadą z komunii odbije. – Sebastian wyszedł z kuchni i stanął obok mnie, poklepując mnie w plecy i siorbiąc herbatę z wielkiego kubka. Zapaliłam papierosa; papierosy powinny uspokajać, ale tym razem nic takiego się nie zdarzyło. Jakbym z dymem połknęła jakąś metalową drobinę poruszającą się po całym moim ciele, rozcinającą je od środka drobnymi szarpnięciami. Popatrzyłam na Weronikę i przypomniałam sobie, co powiedziała, wchodząc do mojego pokoju, a wtedy szarpnięcie w moim brzuchu kazało mi odłożyć papierosa i złapać się obiema dłońmi za żołądek. – Powiedziałaś, że to jest dziwne. Że stało się coś dziwnego. – Odwróciłam się do niej. – Tak. – Weronika popatrzyła na mnie pytająco. – Tak, powiedziałam coś takiego. 17


– Znam cię pół roku, stara. Ty nigdy nie powiedziałaś, że coś jest dziwne. Nigdy nie użyłaś tego słowa. − Weronika popatrzyła na mnie z wyrazem twarzy kogoś, komu obca osoba powiedziała na ulicy „cześć” i kto teraz usilnie stara się sobie przypomnieć, skąd może ją znać. Tak naprawdę w jej twarzy, jak zwykle, pracowały tylko oczy, dwa paraliżujące, zielone tunele. Patrząc w nie, czułam się, jakby ktoś robił mi rentgen. Nic nie odpowiedziała. – A ty widziałaś w swoim życiu najwięcej dziwnych rzeczy ze wszystkich osób, które znam – dodałam, zgasiłam papierosa, już prawie pewna, że to nie jest żaden żart. – Internet – krzyknęła Iga – Internet. Napiszę do kogoś. Zadzwonię na Skype’a. Internet. Iga zniknęła w swoim pokoju. Po chwili przebiegła z powrotem przez korytarz, wpadając z kolei do mojego pokoju. Zaraz jednak wróciła i oparła się o ścianę, próbując unormować oddech. – Kabel jest przecięty – oznajmiła – tuż przy oknie. I znowu staliśmy przez dłuższą chwilę bez ruchu, czując stopniowo przyśpieszający puls. Gdy ta chwila minęła, Iga podeszła do kraty, zaczęła nią szarpać i wrzeszczeć na całą kamienicę. Ja i Jacek zaraz do niej dołączyliśmy. Wykrzykiwaliśmy „pomocy”, „halo”, „proszę otworzyć”, „ratunku”, potem po prostu wrzeszczeliśmy, zdzierając gardła na papier ścierny. Jacek rzucił przez kratę jakąś pustą butelką. Trzask szkła rozszedł się po całym pionie, ale bez rezultatu. Nie otworzyły się żadne drzwi, nie zapaliło żadne światło, nikt nie wyszedł i nie krzyknął nic o jadącej już policji. Jakby z naszej kamienicy wszyscy nagle uciekli, wygnani przez jakiś przespany przez nas alarm. Sebastian szarpnął kratą z całej siły, ale to było, jak łatwo się domyślić, bezcelowe. Jedynym efektem był klekot idący echem na niższe piętra. 18


Wróciliśmy do mieszkania i zaczęliśmy bardzo głośno tupać, skakać po podłodze, wrzeszczeć. Walić w drzwi naszej jedynej sąsiadki, pani Finkiel – bez żadnej reakcji. Włączyliśmy muzykę, równocześnie w każdym pokoju, na całą głośność, czekając, aż do drzwi zapuka policja z gotowym wezwaniem do sądu grodzkiego. Darliśmy się przez okno, chociaż na dole nie było ani jednego przechodnia. Zajmowaliśmy się tym wszystkim, aby nie spanikować, chociaż strach rósł w nas jak przyśpieszona ciąża, wypełniając nam brzuchy gęstym, mdlącym śluzem, rozkręcając serca jak celowo przegrzewane silniki. Około pierwszej w nocy przestaliśmy. Nie mieliśmy już siły na podskakiwanie. Zostawiliśmy muzykę w moim pokoju, zamknęliśmy drzwi i przeszliśmy do kuchni. Próbowaliśmy rozmawiać o tym, kto to mógł zrobić. Po co? Sąsiedzi. Z wyjątkiem pani Finkiel z sąsiadami mieliśmy całkiem dobre stosunki. Nie było żadnych problemów, uwag, zgłoszeń na policję. Każdy z nas szybko i w milczeniu przekartkowywał swój rachunek sumienia – byłych znajomych, starych wrogów, ludzi, którym nie oddaliśmy pieniędzy lub z których dziewczynami lub chłopakami się przespaliśmy − ale nie potrafiliśmy znaleźć zupełnie nic. Nikt z nas nie zrobił niczego, za co powinien zostać uwięziony we własnym mieszkaniu. Siedzieliśmy i sączyliśmy na zmianę ostatnie dwa znalezione w lodówce piwa, i czekaliśmy, na cokolwiek, jakiś sygnał, ruch, pukanie do drzwi, szelest, zabijając czas i strach wymianami coraz mniej sensownych zdań. O drugiej w nocy jeszcze raz próbowaliśmy wydzierać się wychyleni przez okna, krzycząc w stronę pustej, zimnej i ciemnej 19


ulicy i w ciemną plamę parku Krakowskiego po drugiej stronie, ale to nic nie dało, nasz krzyk odbijał się przez chwilę po mieście i zanikał, wyłączony, bez odzewu. Gdy przejechał policyjny samochód, Sebastian rzucił w jego kierunku butelką i wrzasnął coś w rodzaju: – Kurwy! Jednak oni tylko przyśpieszyli. Około czwartej położyliśmy się spać. Rozłożyliśmy na podłodze materace i koce dla Roberta i Anki, sami walnęliśmy się na łóżka w ubraniach. Jak dorwę tego palanta, przejadę mu po nogach samochodem, a potem zrzucę ze Skałek, powtarzał Sebastian. Ale ja już wiedziałam, że to nie jest żart. Bardzo szybko upewniła się o tym cała reszta. Około wpół do szóstej usłyszeliśmy łomot. Jakby w kratę na klatce ktoś trzasnął metalowym, grubym prętem. Potem było wbieganie po schodach, a następnie mocne, milicyjne kopnięcie drzwi, które rozeszło się rezonansem po wszystkich szybach i framugach w mieszkaniu. Pierwszy z łóżka zerwał się Sebastian, wydając z siebie gardłowy ryk, który zrozumiałam jako „skurwysyny”. Miał w ręku gotowy, przyniesiony z kuchni nóż. Pobiegliśmy za nim wszyscy. Ale zanim szarpnęliśmy klamkę od drzwi wejściowych, nastąpiło jeszcze jedno głośne trzaśnięcie. To zamknęły się drzwi windy. Za drzwiami nie było już nikogo. Klatka była tak samo pusta, ciemna i chłodna jak kilka godzin wcześniej. Zobaczyliśmy tylko sznur zjeżdżającej w dół windy. Usłyszeliśmy, jak dwa piętra niżej ktoś z niej wychodzi. Naciskaliśmy przycisk, jakbyśmy chcieli odzyskać złotówki z zepsutego automatu do kawy, ale winda już nie wróciła. 20


Usłyszeliśmy jeszcze powolne, miarowe odgłosy butów uderzających o schody, dwóch par, cichnące z dźwięku na dźwięk, ze stopnia na stopień. Spokojne kroki bezkarnych ludzi, którzy mają w sobie spokojną pewność, że nikt nie będzie próbował za nimi biec, wymuszać reakcji, zadawać pytań. Kroki strażników więziennych. Popatrzyłam pod nogi, na wycieraczce leżała kolejna kartka. Taka sama; wyrwana ze szkolnego zeszytu w kratkę. Podniosłam ją ostrożnie, wzięłam w dwa palce, odwróciłam i przeczytałam wiadomość nabazgraną takim samym czerwonym mazakiem, takim samym koślawym, gwałtownym pismem. MIESZKANIE JEST NASZE. DOPÓKI GO NIE ODDACIE, BĘDZIECIE TU ZAMKNIĘCI. CZAS DZIAŁA NA WASZĄ NIEKORZYŚĆ. Chciałam już coś powiedzieć, chciałam krzyknąć, ale ubiegł mnie Sebastian. Podskoczył do kraty, chwycił jej pręty i zaczął wrzeszczeć na całą klatkę: – Skurwysyny! Gówno wam oddamy, słyszycie, chuje? Gówno, kurwa! Będziecie robieni, kurwa, będziecie tak robieni, że odechce się wam żyć, cwele! Słyszycie? Słyszycie? Jednak nawet jeśli ktoś słyszał, nikt mu nie odpowiedział. Kroki już dawno zniknęły w wejściowej bramie kamienicy. Klatka była cicha, była zimna, była ciemna i pusta.


„Mam na imiÚ Agnieszka. Moje mieszkanie ma na imiÚ Instytut. DwanaĂcie godzin temu zostaïam w nim uwiÚziona. Mój dom jest moim wiÚzieniem. Nie mogÚ z niego wyjĂÊ. Nikt nie moĝe do niego wejĂÊ”. Kamienica w centrum Krakowa. Siedem osób, które nie mogÈ siÚ z niej wydostaÊ. Krwawy napis: „To nasze mieszkanie”, jest jedynÈ wskazówkÈ, jakÈ otrzymujÈ. Wkrótce rusza lawina makabrycznych zdarzeñ. Czy komukolwiek uda siÚ uciec? Przeraziïy ciÚ ğlmy CUBE czy THE RING? Po lekturze INSTYTUTU nie bÚdziesz mógï zasnÈÊ! „Przeczytaïem! Na jednym oddechu. Mocna rzecz. To najlepsza z powieĂci ¿ulczyka”. Borys Lankosz, reĝyser REWERSU

Jakub ¿ulczyk (ur. 1983) w 2006 roku zadebiutowaï powieĂciÈ ZRÓB MI JAKk¥ KRZYWD}, w 2008 wydaï RADIO ARMAGEDDON, okrzykniÚte „najbrutalniejszÈ i najuczciwszÈ polskÈ powieĂciÈ mïodzieĝowÈ”. Uznawany za polskiego Stephena Kinga. Magazyn „MaleMen” umieĂciï go na liĂcie trzydziestu facetów przed trzydziestkÈ, którzy bÚdÈ rzÈdziÊ krajem. blog: http://jakubzulczyk.ownlog.com

Cena detal. 32,90 zï

Instytut  

Jakub Żulczyk: Instytut

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you