Page 1

Było ich 300. NAJLEPIEJ WYSZKOLONA FORMACJA W HISTORII. Byli gotowi poświęcić wszystko dla idei „Wywalcz Polsce wolność lub zgiń!”. Doskonale wyszkoleni, bezgranicznie odważni, desperacko zdeterminowani, bezkompromisowi.

„wywalcz polsce wolność lub zgiń!” dewiza cichociemnych

Najlepsi z najlepszych – starannie wyselekcjonowani spośród tysięcy kandydatów. Musieli porzucić wszystko, zapomnieć, kim byli, bez słowa opuścić kobiety, które kochali. Poddani morderczemu szkoleniu, przygotowywali się, aby w pojedynkę zmienić bieg historii. Zrzuceni na spadochronach do okupowanej Polski, podejmowali samobójcze misje. Nieliczni, którzy przeżyli, trafili po wojnie do piekła komunistycznych więzień. Jednak nigdy się nie poddali. Do końca marzyli o wolnej Polsce.

Prawdziwe losy polskich bohaterów, przy których bledną historie o amerykańskich komandosach. Kacper Śledziński – autor książek historycznych. W 2011 roku ukazała się jego bestsellerowa Czarna kawaleria poświęcona żołnierzom generała Maczka.

Cena detal. 49,90 zł

Sledzinski_Cichociemni_okleina_druk.indd 1

2012-09-03 15:28:22


Kacper Śledziński

Cichociemni Elita polskiej dywersji

Wydawnictwo Znak Kraków 2012


Spis treści

Dramatis personae Prolog 17

11

CZĘŚĆ PIERWSZA Rozdział pierwszy. Sojusznicy 21 Rozdział drugi. Gangsterschule 33 Rozdział trzeci. Pionierzy 45 Rozdział czwarty. Cichociemni 52 Rozdział piąty. Paraszutyści 64 Rozdział szósty. Aliant i wróg 78 Rozdział siódmy. Operacja „Jacket” 92

CZĘŚĆ DRUGA Rozdział ósmy. Kryptonim „18” 105 Rozdział dziewiąty. Raport Operacyjny nr 154 Rozdział dziesiąty. Kanał Królewski 131 Rozdział jedenasty. Kryptonim „Targi Mińskie” Rozdział dwunasty. Improwizacja 156 Rozdział trzynasty. Wyrok 165 Rozdział czternasty. Audley End 178 Rozdział piętnasty. Pińsk 196 Rozdział szesnasty. „Kirunek” 218 Rozdział siedemnasty. Zamek Sapiehów 234

117 141

CZĘŚĆ TRZECIA Rozdział osiemnasty. Kierownictwo Dywersji Rozdział dziewiętnasty. Otwarcie 269 Rozdział dwudziesty. Cichociemny „Robot”

251 287


10

spis treści Rozdział dwudziesty pierwszy. Zamach 311 Rozdział dwudziesty drugi. „Ponury” 332 Rozdział dwudziesty trzeci. Operacja „Bagration” Rozdział dwudziesty czwarty. Powstanie 374 Rozdział dwudziesty piąty. Biada zwyciężonym Zakończenie 413 Wybrana literatura Indeks osób 423

419

358 395


Prolog

Surkonty, 21 czerwca 1944 roku, godz. 14.00

S

ilniki ciężarówek pracowały cicho na niskich obrotach. Samochody jechały powoli jeden za drugim i tak też zatrzymywały się między drzewami, schowane przed niepożądanym wzrokiem. Kiedy jednak ze skrzyń zaczęli zeskakiwać pierwsi żołnierze, z pobliskich krzaków wyskoczył mały, może kilkunastoletni chłopiec. Wypadł na bitą drogę i tupiąc bosymi stopami, pędził, najszybciej jak mógł, ku wsi. – Sowieci! Sowieci! Przeraźliwy krzyk chłopca poderwał oficera z krzesła. Potrącony kolanem kubek spadł na ziemię i rozpadł się na kawałki, zmiażdżony ciężkim butem. Chrzęst pękającego fajansu zlał się z basem salwy. Oficer, major, biegł w stronę chałupy, przy której stało kilku partyzantów. Coś do nich wołał, ale jego głos ginął w narastającej wrzawie świszczących pocisków i eksplozji. Z domu wybiegła kobieta i w kilka sekund była przy nim. Nie pytając o pozwolenie, zaczęła mu zapinać guziki munduru. On zaś wykrzykiwał rozkazy, wskazując lewą ręką miejsca, gdzie miały przypaść drużyny. W mgnieniu oka partyzanci rozsypali się wokół chutoru. Przycupnęli na przygotowanych zawczasu stanowiskach oraz w miejscach dogodnych do obrony. Lecz żaden strzał nie poleciał w stronę nieprzyjaciela, choć palce nerwowo dygotały na spustach broni. Tylko lornetki oficerskie celowały w długie szeregi krasnoarmiejców. Karne wojsko czekało na rozkaz dowódcy – cichociemnego.


18

prolog

A cichociemny rozłożył już szerokim wachlarzem swoich siedemdziesięciu partyzantów i właśnie sam prowadził kilku ludzi ku małej reducie. Zza domu wybiegli we czterech, cztery pary oczu prześlizgnęły się po długiej tyralierze ruskiej piechoty, cztery pary nóg zadudniły na wyschniętej ziemi, cztery ciała rzuciły się za osłonę ręcznego karabinu maszynowego. Wyćwiczone ręce płynnie odbezpieczyły broń, po czym z lufy wyleciała krótka seria niczym uwertura koncertu. Bitwa wybuchła niespodziewanie huraganowym ogniem i to przygasając, to wzbudzając się na nowo, grzmiała nad Surkontami kilka długich godzin. Szły ataki radzieckie jeden za drugim, lecz nagle podrywane, tak samo nagle gasły i łamały się po kilku celnych strzałach polskich obrońców. Niekarni żołnierze radzieccy poganiani do ataku rozkazami oficerów zatrzymywali się przerażeni widokiem drgających trupów towarzyszy. Więc nie ćwiczeniem wojskowym, lecz masą Rosjanie mogli zmóc obrońców. Ta przewaga stała się w końcu widoczna. Kiedy od strony atakujących Rosjan coraz więcej luf paliło pociskami, po polskiej stronie raz po raz milkł pistolet lub karabin. Wreszcie i broniący prawego skrzydła erkaem w pół taktu urwał swój koncert. A wówczas do cichej reduty poczołgała się drobna postać dziewczyny, która przekrzykując świst kul, wołała: – Major Kotwicz! Major Kotwicz! Nikt nie odpowiadał.


CZĘŚĆ PIERWSZA (...) dobierać należy ludzi o twardym, nieugiętym charakterze, dzielnych, zdecydowanych, ideowych, umiejących w sposób bezwzględny dochować tajemnicy, zdolnych do odegrania roli emisariuszy politycznych i wojskowych. ściśle tajne pismo generała dywizji Władysława Sikorskiego z 28 listopada 1939 roku


1

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Sojusznicy

zima 1939 – wiosna 1940 roku

Z

imą 1939 roku Paryż nie stracił nic ze swojego uroku. Uliczne caffé pękały w szwach. Teatry rywalizowały o publiczność, prześcigając się w wyszukanym repertuarze. Kabarety, cóż, te nigdy nie narzekały na brak gości. Tym razem jednak na każdym spektaklu widownia zlewała się w nieregularne plamy szarych, błękitnych i zielonych mundurów. Mundur zresztą przylepił się do Paryża ostatnimi tygodniami niczym nowa wizytówka miasta. Piechota, kawaleria, piloci, a z rzadka i marynarze wypełniali autobusy i metro oraz ulice, skwery i place. Gwar, bywało – uciążliwy, bywało – zabawny, poprzedzał kilku- lub nawet kilkunastoosobowe grupki. Od wczesnego poranka do późnej nocy trajkotała ulica. Anglicy, Polacy i oczywiście Francuzi przekrzykiwali się, czy to chwaląc smak win, które lały się strumieniami, czy poruszając poważniejsze tematy. Zresztą Francuzi wiedli prym w tym młynie. „Spotykany na ulicach Paryża żołnierz francuski podważał z miejsca książkowe wyobrażenie o armii, która podbiła pod wodzą Napoleona Europę i zwyciężała w pierwszej wojnie światowej. Czyż mogło budzić zaufanie wojsko obwieszone bidonami, pod ustawicznym rauszem i wiecznie rozdyskutowane?”1 Atmosfera „dziwnej wojny” opanowała armię i wkradła się w życie miasta olbrzymimi plakatami głoszącymi: „Nous vaincrons parce que nous sommes les plus forts”. 1

R. Nuszkiewicz, Uparci, Warszawa 1983, s. 13.


22

część pierwsza

– „Zwyciężymy, ponieważ jesteśmy najsilniejsi” – powtórzył szeptem kapitan saperów Maciej Kalenkiewicz. I nie śmiał w to wątpić. Właśnie przyjechał do Paryża. Jeszcze nie docierała do niego prawda o morale Francuzów, jeszcze się nie przyzwyczaił do hałaśliwego miasta. Przecież zaledwie kilka tygodni wcześniej jako „Kotwicz” walczył u boku majora Henryka Dobrzańskiego „Hubala” w okupowanym kraju. Teraz, idąc ulicami w wigilię Bożego Narodzenia, chłonął paryską atmosferę świąt. Kamienica, której szukał, stała przy rue d’Assas. Kalenkiewicz odnalazł właściwy numer mieszkania. Zza drzwi dochodziła przytłumiona rozmowa prowadzona po polsku. Nacisnął dzwonek. Nie czekał długo na otwarcie drzwi. W przestronnym pokoju od drzwi do okien ciągnął się stół nakryty białym obrusem i zastawiony nieregularną bryłą waz, mis i półmisków. Wszedł. Obce i znajome twarze obróciły się w jego stronę, a zaraz też co poniektórzy zaczęli wołać: „Maciej! Maciej!”. Inni znów pytali: „Kto to jest?”. Szeptano więc jego nazwisko, tłumacząc przy okazji, że to przyjaciel kapitana Jana Górskiego. Jakoż Górski, który rozpoznał Kalenkiewicza jako pierwszy, wstał i witał się z przyjacielem, zapraszając go do stołu. Starym polskim zwyczajem na niespodziewanego wędrowca czekało miejsce przy stole. Górski zyskał w osobie Kalenkiewicza upartego sojusznika. Znali się jeszcze z czasów szkolnych. Razem zdawali maturę w Korpusie Kadetów wiosną 1924 roku. Rozumieli się w pół zdania, tak że kilka słów wystarczyło Górskiemu, aby zarazić Kalenkiewicza pomysłem wojsk spadochronowych. – Na razie nie mamy nic, ani regulaminów, ani programu ćwiczeń – mówił Górski. Lecz przede wszystkim brakowało otwartych na nowości umysłów. Sztab był zajęty bieżącymi sprawami. W hotelu Regina przy rue Rivoli panowała atmosfera bezdyskusyjnej ufności w siłę francuskiego sojusznika. Frankofil generał Władysław Sikorski przewidywał zwycięstwo aliantów w ciągu kilku miesięcy, a najwyżej roku. Nie wyobrażał sobie jednak, by kampania mogła się odbyć bez udziału polskiej armii. Sojusznik nie spieszył się bynajmniej z dostarczaniem mundurów, broni czy sprzętu. Toteż w lutym 1940 roku gotowa była tylko jedna dywizja, z której i tak na gwałt wyciągano ludzi do brygady podhalańskiej. Szykowano aliancki korpus ekspedycyjny. Celem miała być walcząca ze Związkiem Radzieckim Finlandia.


1. Sojusznicy

23

Sikorski nieustannie dopominał się o zaopatrzenie. Zasypywał Francuzów lawiną próśb lub żądań. Rozbijały się one jednak o mur ignorancji. Brak dobrej woli był aż nadto widoczny. Jedynie Sikorski zdawał się go nie dostrzegać. Otoczył się wyimaginowaną wizją polskiej armii wyposażonej w nowoczesny sprzęt i starał się innych do niej przekonać2. Generał Sikorski, autor Przyszłej wojny..., rozumiał istotę nowoczesnego konfliktu. Kilka stron w swojej książce poświęcił jednostkom wyborowym, „wojskom gruntownie wyszkolonym, posiadającym wypróbowaną zwartość wewnętrzną i wysokie walory moralne”3. Wierzył, że we Francji ma możliwość zrealizowania przynajmniej części swych postulatów. Sytuacja w Polsce sprzyjała inicjatywie generała.

W środę 27 września 1939 roku, po dwóch „piekielnych” dobach, kiedy „eksplozje stopiły się w nieprzerwane grzmienie”4, generał-pułkownik Johannes Blaskowitz szykował Wehrmacht do szturmu miasta. Podziemia gmachu Pocztowej Kasy Oszczędności, zamienione na sztab obrony Warszawy, rozświetlał płomień lamp naftowych i świec. Dym z papierosów kołysał się pod sufitem szarą mgłą. Oficerowie w zabrudzonych mundurach kręcili się po izbach. Dzwoniły telefony, stukały klawisze maszyn do pisania. Generał Juliusz Rómmel wolnym krokiem obchodził stół, dyktując adiutantowi treść oświadczenia: „Dane mi przez Naczelnego Wodza w porozumieniu z Rządem pełnomocnictwo dowodzenia w wojnie z najazdem na całym obszarze Państwa, przekazuję generałowi brygady Michałowi Tadeuszowi Tokarzewskiemu-Karaszewiczowi z zadaniem prowadzenia dalszej walki o utrzymanie niepodległości i całości granic. J. Rómmel, generał dywizji”5. Decyzja o zorganizowaniu zbrojnego oporu przeciw okupantom nie była wymuszona na Tokarzewskim. To on sam złożył taką propozycję, uważając, że „jest to nie tylko naszym obowiązkiem wobec Polski, ale ma szansę udania się”6. 2

O. Terlecki, Generał Sikorski, t. 1, Kraków 1986, s. 184. W. Sikorski, Przyszła wojna, jej możliwości i charakter oraz związane z nim zagadnienia obrony kraju, Warszawa 1984, s. 132. 4 W. Szpilman, Pianista. Warszawskie wspomnienia 1939–1945, Kraków 2003, s. 25. 5 Armia Krajowa w dokumentach. 1939–1945, t. 1, Wrocław 1990, tekst pełnomocnictwa (przypis), s. 2. 6 Tamże, relacja gen. Tokarzewskiego o utworzeniu armii podziemnej, s. 2. 3


24

część pierwsza

Na najwyższych stanowiskach państwowych nastąpiły zmiany, które odbiły się echem w Dowództwie Głównym Służby Zwycięstwu Polski. Internowanie władz II RP groziło wyrzuceniem Polski na margines spraw europejskich. Zareagowano błyskawicznie. W ciągu kilku dni Ignacy Mościcki wyznaczył następcę w osobie Władysława Raczkiewicza. W tym samym dniu prezydent powołał rząd. Premierem mianował Władysława Sikorskiego, naczelnego wodza. Na efekt tych zmian czekano ponad miesiąc. 13 listopada 1939 roku w Paryżu zapadła decyzja o likwidacji Służby Zwycięstwu Polski. Od tego dnia „przygotowania do walki czynnej z okupantami leżą w kompetencji Związku Walki Zbrojnej, ściśle tajnej organizacji wojskowej, której powstanie i zależność służbową zatwierdziła Rada Ministrów”7. Komendantem nowej organizacji został Kazimierz Sosnkowski, rezydujący nad Sekwaną. W kraju jego zastępcami mianowano Stefana Roweckiego w strefie niemieckiej i Karaszewicza-Tokarzewskiego w radzieckiej. „To nonsens! – mówił Rowecki. – Czyż oni nie wiedzą w Paryżu, że Tokarzewski dowodził we Lwowie armią przed samą wojną?”8 Tokarzewski również miał zastrzeżenia do rozkazu, aczkolwiek przyjął go spokojnie: „Przeniesienie swoje uważam za wielki nonsens, o ile nie za złośliwość. Ale jestem żołnierzem, rozkaz jest dla mnie święty, pomimo że się z nim nie zgadzam. Mam jednak dziwne przeczucie, że tam nie dotrę, i to wbrew swojej woli”9. Tokarzewskiego złapano w nocy z 6 na 7 marca 1940 roku, po tym jak przeszedł San pod Jarosławiem. W łapy NKWD wpadł również pułkownik Leopold Okulicki. Okulickiego przeprowadzał przez granicę radziecko-niemiecką podporucznik Władysław Zymon, wówczas Waldy Wołyński, gorliwy współpracownik NKWD. Pułkownik Okulicki dojechał do Lwowa, ponieważ miał w tym interes generał NKWD Iwan Sierow. To prawdopodobnie on kierował polskim ruchem oporu w radzieckiej strefie okupacyjnej! Żadna decyzja nie mogła zapaść bez jego wiedzy10. Okulicki we Lwowie spędził tylko trzy miesiące. W nocy z 21 na 22 stycznia 1941 roku do mieszkania 7

8 9 10

Tamże, decyzje gen. Sikorskiego dotyczące kierownictwa politycznego i wojskowego dla spraw kraju, s. 4. W. Gieysztor, Tajna misja do Polski, „Kierunki” 1958, nr 30, s. 11. Cyt. za: T. Szarota, Stefan Rowecki „Grot”, Warszawa 1985, s. 147. A. Przemyski, Ostatni komendant generał Leopold Okulicki, Lublin 1990, s. 43–45.


1. Sojusznicy

25

przy Zadworzańskiej 117 włamali się żołnierze NKWD. „Mrówka” jeszcze tej samej nocy stanął przed Sierowem. „Z miejsca powiedzieli mi, kto jestem i co robię – meldował Okulicki dziewięć miesięcy później. – Sierow zaproponował mi dalsze dowodzenie ZWZ pod kontrolą NKWD”11. „Ja waszym agentem nie będę”, miał odpowiedzieć „Mrówka”. Rowecki nie wiedział, co się dzieje we Lwowie. Jego uwagę zajmowały wówczas inne zadania: „Mam rozkaz połączenia wszystkich [organizacji wojskowych] pod moim dowództwem – mówił do pułkownika Tadeusza Komorowskiego. – Ale nie mam żadnych środków, by narzucić wykonanie tego rozkazu. Wszystko, czym rozporządzam, to pełnomocnictwo Rządu Polskiego za granicą, a to jest tylko autorytet moralny (...)”. „Rząd gen. Sikorskiego jest władzą jedyną, którą wszyscy uznają – odpowiedział Komorowski. – Tylko komuniści mogą próbować stworzenia organizacji konkurencyjnej. Jest ich jednak niewielu, a od czasu sojuszu niemiecko-sowieckiego zachowują całkowite milczenie i dotychczas żadnego działania przeciw Niemcom nie podjęli. (...) nie wyobrażam sobie rozłamu w narodzie, (...) zespolenie kraju pod względem wojskowym powinno się całkowicie udać”12. Jak się okazało, optymizm Komorowskiego był uzasadniony, natomiast do pełnego zjednoczenia ruchów podziemnych nie doszło aż do końca wojny.

A w Paryżu Wódz Naczelny nakazywał „zorganizować do dyspozycji generała Sosnkowskiego stałą tajną komunikację lotniczą z głównymi centrami okupowanego kraju (Lwów, Warszawa, Kraków – ew. jeżeli możliwe, i Poznań)”. Wymienił szczegółową „listę personelu obsługującego powyższą komunikację”, a na koniec dodał: „dobierać należy ludzi o twardym, nieugiętym charakterze, dzielnych, zdecydowanych, ideowych, umiejących w sposób bezwzględny dochować tajemnicy, zdolnych do odegrania roli emisariuszy politycznych i wojskowych”13. Rozkaz pozostał bez odzewu.

11 12 13

Armia Krajowa w dokumentach, dz. cyt., t. 2, s. 62–66. T. Bór-Komorowski, Armia podziemna, Warszawa 1994, s. 37–38. Armia Krajowa w dokumentach, dz. cyt., t. 2, s. 9.


26

część pierwsza

Kapitan Górski chodził po pokoju tam i z powrotem od kilku minut. Jego cień to rósł, to malał. Wreszcie zatrzymał się i wskazując palcem maszynę do pisania, powiedział szybko: – Proszę pisać. „Przedstawiam zgłoszenie grupy oficerów, wychowanków wyższej Szkoły Wojennej, pragnących wziąć udział w desantach spadochronowych w Kraju. Załączam podstawowe uzasadnienie pomysłu”. Tu umilkł i słychać było tylko szybki stukot maszyny do pisania. Zaraz jednak dyktował dalej: –  „Melduję, że wyżej wymieniona grupa posiada wystarczającą ilość oficerów fachowo przygotowanych do opracowania szczegółowego projektu wstępnego... – Mówił płynnie, treść bowiem miał przemyślaną. Już po raz trzeci pisał do sztabu. Jak dotąd bez odzewu. – Sprawa jest pilna, bo kwestia uzgodnień z M.S. Wojsk. i z władzami alianckimi wymaga co najmniej paru tygodni, uzyskanie zaś sprzętu, prace rozpoznawcze i uzgodnienie z władzami organizacji niepodległościowej w Kraju oraz szkolenie wymaga czasu 2–3 miesięcy”14. Proszę pokazać. Wziął kartkę z rąk sekretarki i przebiegł treść oczyma. – W porządku – zwrócił się do siedzącego obok Kalenkiewicza. Pochylił się nad biurkiem i złożył podpis. Następnie podał pismo przyjacielowi. – Jeszcze tylko trzeba przygotować listę szesnastu oficerów gotowych do skoku w kraju – powiedział Kalenkiewicz. Górski przytaknął skinieniem głowy.

List trafił do rąk generała Sosnkowskiego, który przesłał go generałowi Zającowi. Po dwóch miesiącach przyszła odpowiedź, którą można było streścić jednym słowem: Nie! Ponowna odmowa generała Zająca wynikała z problemów technicznych. Francuzi nie chcieli przeznaczyć na egzotyczny dla nich cel samolotów bombowych dalekiego zasięgu. Szukano więc innego rozwiązania. Zastanawiano się nad wykorzystaniem trzech LOT-owskich lockheedów L-14H super electra o zasięgu 3100 kilometrów lub nad wypożyczeniem, a nawet zakupem samolotów od Brytyjczyków bądź Amerykanów. Ponieważ działaniom dowództwa lotnictwa brakowało ikry, nic konkretnego w tej sprawie nie 14

J. Tucholski, Cichociemni, Warszawa 1988, s. 19.


1. Sojusznicy

27

załatwiono. Obiektywnie trzeba jednak przyznać, że generał Zając i jego sztab mieli na swojej głowie zorganizowanie dywizjonów myśliwskich i bombowych. Tym zajmowali się w pierwszej kolejności, a że pracy było dużo, nie starczyło czasu na ekstrawagancje grupy szaleńców. Tymczasem grupa szaleńców nazywana „chomikami” nadgryzała problem w Sztabie Głównym, kaptując sobie wpływowych sprzymierzeńców. Przede wszystkim gorącym orędownikiem Kalenkiewicza i Górskiego został oficer Komendy Głównej Związku Walki Zbrojnej kapitan dyplomowany Jan Jaźwiński, który służył swoim doświadczeniem i pomocą w przekonaniu do pomysłu generała Sosnkowskiego. Z kolei Zofia Leśniowska drążyła temat w rozmowach z ojcem, generałem Sikorskim. Obaj generałowie poparli pomysł „chomików” i... nic się nie zmieniło. W maju kapitanowie przenieśli się do Paryża, gdzie w KG ZWZ zajęli pokój numer 500 na piątym piętrze hotelu Regina. Zanim wygoniła ich stamtąd wiadomość o postępach armii niemieckiej, opracowali pierwszą w obozie alianckim kompleksową koncepcję działania wojsk powietrzno-desantowych15, nazywanych w dokumencie Polskim Korpusem Wojsk Powietrznych. Raport imponował szczegółami nie tylko w części dotyczącej szkolenia kadry. Oficerowie dokładnie określili liczbę batalionów piechoty w „dywizji powietrznej” (sześć) oraz liczbę samolotów potrzebnych do ich przetransportowania (po pięćdziesiąt na batalion, w sumie trzysta, do tego następnych sto dla dowództwa i zaopatrzenia). Tak więc od wiosny 1940 roku, czyli od chwili kiedy na biurku generała Sosnkowskiego znalazł się projekt z numerem dziennika podawczego 1487/40, Polska dysponowała konkretnym planem organizacji wojsk powietrznodesantowych.

A tymczasem na pokonanej, lecz nie złamanej Polsce zaciskała się pętla okupantów. 25 października 1939 roku był ostatnim dniem kontroli Wehrmachtu nad okupowaną Polską. Bierne przyglądanie się ekscesom Einsatzgruppen 15

„Użycia lotnictwa dla łączności i transportów wojskowych drogą powietrzną do Kraju oraz dla wsparcia powstania. Stworzenie jednostek wojsk powietrznych”. Następnie zredagowali „Instrukcję dla pierwszych lotów łącznikowo-rozpoznawczych” i tekst „Zapoczątkowanie rozpoznania lotnisk w Kraju”, by w końcu przejść do „Planu wsparcia i osłony powstania w Kraju. Część I. Przygotowanie”.


28

część pierwsza

czy SS-Totenkopf, a nade wszystko udział żołnierzy Wehrmachtu w egzekucjach postawiły wojsko niemieckie w jednym szeregu z SS i policją16. Dywizje wracały do koszar lub pędziły nad granicę francuską, aby włączyć się w Sitzkrieg. Ich miejsce zajmowała Schutzstaffel SS, organizacja odpowiadająca za Ordnung w Generalnym Gubernatorstwie. Szef SS Heinrich Himmler przejmował kontrolę nad okupowanym krajem. Agenci IV Wydziału RSHA17 ruszyli w kraj. Za nimi krok w krok szło osławione Gestapo18. Rozpoczynało się polowanie. Niemieccy myśliwi krótko jednak czuli się bezkarni. Osaczeni szybko pokazali kły. Walkę z podziemiem rozpoczęła Gruppe IV A, której trzy wydziały brały na cel między innymi ruch oporu i miały zwalczać sabotaż, akcje zbrojne i dywersję19. „W SS znaleźć można było »lepszy rodzaj ludzi«, a przynależność do tej organizacji przynosiła znaczny prestiż i spore korzyści towarzyskie”, pisał Walter Schellenberg20. Adolf Hitler życzył sobie, by SS skupiło się na sprawach bezpieczeństwa wewnętrznego. Dodajmy – bezpieczeństwa dość specyficznie rozumianego. Sporządzona w 1934 roku przez Reinharda Heydricha kartoteka SD „obejmowała wszystkich opozycjonistów różnych politycznych odcieni. Wkrótce dokumentacja stała się tak obszerna, że trudno się nią było posługiwać (...). Po prostu było zbyt wielu Niemców nastawionych niechętnie do nowego reżimu”21. Heydrich zmienił kryteria, decydując się na wpisywanie do kartoteki najgroźniejszych przeciwników NSDAP. W nowej kartotece znaleźli się decydenci z SA i grupa oficerów Reichswehry, a od 1935 roku – Wehrmachtu. Skoro na listę trafiali oficerowie SA, można powiedzieć, że nikt nie mógł czuć się bezpieczny w III Rzeszy. We wrześniu 1939 roku SS rzuciło się na nowe ofiary  – społeczeństwo pokonanej Polski, a głównie na jej inteligencję. Kiedy 20 października 1939 roku w Berlinie Hitler wydawał dyspozycje w kwestii polityki względem Generalnego Gubernatorstwa, zaznaczył, że „należy zapobiec temu, 16

J. Böhler, Zbrodnie Wehrmachtu w Polsce. Wrzesień 1939. Wojna totalna, przeł. P. Pieńkowska-Wiederkehr, Kraków 2009, s. 253. 17 Reichssicherheitshauptamt – Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy. 18 Geheime Staatspolizei – Tajna Policja Państwowa. 19 Wstęp R. Majewskiego do: W. Schellenberg, Wspomnienia, przeł. T. Rybowski, Warszawa 1987, s. 22–23. 20 W. Schellenberg, Wspomnienia, dz. cyt., s. 30. 21 E.L. Blandford, Tajne służby SS, przeł. S. Kędzierski, M. Snarska, Warszawa 2002, s. 53.


1. Sojusznicy

29

aby polska inteligencja stała się warstwą kierowniczą. W kraju tym ma być utrzymana niska stopa życiowa, chcemy stamtąd czerpać tylko siłę roboczą. (...) Generalny gubernator winien narodowi polskiemu dać tylko skromne warunki egzystencji i zapewnić podstawy bezpieczeństwa wojskowego”. Te ostatnie słowa dotyczyły raczej Niemców zamieszkałych na terenie Generalgouvernement oraz samego gubernatorstwa jako terenu ważnego strategicznie, gdyż, jak mówił dalej Hitler, „należy zapewnić, aby teren ten, który jako wysunięty przyczółek posiada dla nas znaczenie wojskowe, mógł być wykorzystany do koncentracji wojskowej. W tym celu należy utrzymać w dobrym stanie i wykorzystać linie kolejowe, drogi, sieć łączności”22. Powodem decyzji podejmowanych w Berlinie, ale również w Moskwie i Londynie, była tak znienawidzona przez Polaków geografia. Rozumiano bowiem strategiczne znaczenie GG, które było bramą Europy, w zależności od atakującej strony wykorzystywaną albo podczas Drang nach Osten, albo w marszu k zapadu. Po agresji III Rzeszy na ZSRR znaczenie obszaru Polski jeszcze wzrosło, a gubernatorstwo z prowincji podległej Hitlerowi stało się zapleczem frontu. Wszystkie bezpośrednio zainteresowane rządy i sztaby rozumiały rolę, jaką na tym terenie może odegrać dobrze zorganizowany ruch oporu. On też doprowadzał do wściekłości obu dyktatorów. Jesienią 1939 roku Gestapo i NKWD zainaugurowały cykl spotkań, podczas których omawiano plany eksterminacji narodu polskiego i strategię zwalczania polskiego ruchu oporu. Terminy i miejsca spotkań trzymano w ścisłej tajemnicy. „W marcu 1940 roku – pisał Komorowski – sztab mój otrzymał wiadomość, że do Krakowa przybyła specjalna komisja NKWD, aby uzgodnić z Gestapo wspólne działania przeciwko polskiemu ruchowi podziemnemu. (...) Narady w Krakowie trwały kilka tygodni. Dostarczano mi nawet czasem sprawozdań z tych zebrań, nazwiska uczestników i ich adresy”. 16 maja 1940 roku doktor praw Hans Frank, nazywany przez prominentów III Rzeszy König von Polen, zauważył, że „w kraju narasta organizowany przez Polaków na wielką skalę ruch oporu; należy się w najbliższym czasie spodziewać 22

Protokół konferencji A. Hitlera z szefem naczelnego dowództwa Wehrmachtu gen. płk W. Keitlem w dniu 17 X 1939 r. w sprawie polityki III Rzeszy wobec GG oraz likwidacji zarządu wojskowego i przekazania władzy administracji cywilnej, w: Okupacja i ruch oporu w „Dzienniku” Hansa Franka 1939–1945, t. 1, red. Z. Polubiec, przeł. D. Dąbrowska, M. Tomala, Warszawa 1970, s. 119.


30

część pierwsza

wybuchu większych, gwałtownych zamieszek. Tajne stowarzyszenia obejmują już tysiące uzbrojonych Polaków (...). Wszędzie kolportuje się, a nawet po części rozlepia buntownicze, nielegalne ulotki, toteż nie ulega wątpliwości, że stan bezpieczeństwa przedstawia się bardzo groźnie”23. Rezultatem spotkania była decyzja podjęcia Nadzwyczajnej Akcji Pacyfikacyjnej (Ausserordentliche Befriedungsaktion). Akcja AB, bo pod taką nazwą została zapamiętana, trwała trzy miesiące, lecz nie rozbiła polskiego podziemia. W radzieckiej strefie okupacyjnej działało NKWD, spadkobierca Czeka, mające dwudziestoletnie doświadczenie w inwigilowaniu obywateli. O jego efektywności świadczył nie tyle długi staż, ile idąca w miliony liczba ofiar skazanych na śmierć lub zesłanych do gułagu (co zazwyczaj znaczyło to samo). Jak podał radziecki urząd ewidencji ludności, od 1929 roku do wybuchu wojny przepadło siedemnaście milionów osób24. Często nawet sami kierownicy NKWD padali ofiarą działania służb bezpieczeństwa. Oficerowie NKWD działali znacznie sprawniej niż Gestapo, ale też innymi kryteriami się kierowali. Najważniejsze były dla nich kryteria klasowe, a nie rasowe. Mogli przy tym liczyć na życzliwość Ukraińców i Białorusinów, a ci często denuncjowali swoich polskich sąsiadów. Summa summarum, duża grupa tzw. biało-Polaków mogła się bać o swoją przyszłość. Arystokraci i właściciele ziemscy wcale nie zajmowali na liście NKWD pierwszego miejsca. Wyżej był personel Czerwonego Krzyża, co może wydawać się dziwne. Natomiast nikogo nie powinno zaskakiwać umieszczenie na pierwszym miejscu trockistów i mienszewików, a dalej członków nadal działających partii politycznych. Wysoko znaleźli się również policjanci i „oficerowie byłej Armii Carskiej oraz innych wojsk antybolszewickich z lat 1918–1921”25. Na tym lista się nie kończyła – była taka długa, jak pociągi ze skazańcami wlokące się tygodniami na wschód. Okupant radziecki działał szybko, metodycznie i z punktu widzenia polskiej racji stanu – niestety, skutecznie. 5 marca 1940 roku Stalin wydał 23

Konferencja w sprawie zastosowania nadzwyczajnych środków w celu zdławienia ruchu oporu społeczeństwa polskiego w GG, w: Okupacja i ruch oporu w „Dzienniku” Hansa Franka 1939–1945, dz. cyt., t. 1, s. 185. 24 Za: N. Davies, Powstanie ’44, przeł. E. Tabakowska, Kraków 2004, s. 51. 25 Rozkaz nr 0054 z 28 XI 1940 r. podpisany przez Gusevitiusa, komisarza Ludowego Litewskiej SRR do spraw wewnętrznych, cyt. za: N. Davies, Boże igrzysko. Historia Polski, t. 2, przeł. E. Tabakowska, Kraków 1990.


1. Sojusznicy

31

rozkaz rozładowania obozów w Miednoje, Ostaszkowie i Starobielsku. Świat o tym jeszcze nie wiedział. Usłyszał 13 kwietnia 1943 roku i nie chciał uwierzyć, bo tak było wygodniej. Niewypowiedziana wojna między Związkiem Radzieckim i Rzecząpospolitą Polską komplikowała stosunki polsko-brytyjskie aż do 1945 roku. Przyczyn można szukać w brytyjskiej racji stanu. I trzeba zaznaczyć na wstępie, nie można mieć o to do Brytyjczyków pretensji. Pewien żal jednak pozostał, a wynikał on z braku szczerości strony brytyjskiej. Cóż, można powiedzieć – polityka. A jednak choćby umiarkowana przyzwoitość byłaby w tych trudnych chwilach wskazana. Umowa zawarta 25 sierpnia 1939 roku gwarantowała wzajemną pomoc obu sygnatariuszy w razie agresji „jednego z mocarstw europejskich”. W dołączonym do dokumentu tajnym protokole konkretnie zaznaczono, że chodzi o III Rzeszę. Dodano jeszcze kilka innych sformułowań, które można uznać za gwarancję pomocy w razie ataku ze strony ZSRR. Przede wszystkim dopisano, że „w razie akcji (...) ze strony mocarstwa europejskiego innego niż Niemcy umawiające się strony będą się konsultować co do środków, które mają być wspólnie zastosowane”26. Nie ma tu żadnych konkretów, pozostawiono jednak wpółotwartą furtkę. Nadchodzące wydarzenia miały pokazać, czy zostanie ona otwarta czy zatrzaśnięta. Kolejny fragment gwarantował nienaruszalność granic27. Otwierał więc furtkę szerzej, tak przynajmniej sądził ambasador RP przy rządzie Jego Królewskiej Mości Edward hrabia Raczyński. Bardzo się zawiódł, kiedy 18 września 1939 roku minister spraw zagranicznych Edward Wood, znany jako lord Halifax, wyjaśnił, że sojusz odnosi się tylko do agresji niemieckiej: „Co się tyczy agresji radzieckiej, mamy swobodę podjęcia decyzji i zdecydowania, czy wypowiemy wojnę ZSRR czy też nie”. Gwarancje dla Polski dotyczą jej niepodległości, nie zaś nienaruszalności terytorialnej. Rząd JKM nie mógł i nie chciał narażać swoich obywateli na konsekwencje wmieszania Wielkiej Brytanii w spór o polskie Kresy Wschodnie. Tymczasem polscy politycy nie chcieli zrozumieć, że Polska była tylko pionkiem na szachownicy europejskiej dyplomacji. Dopóki obok brytyjskiego skoczka nie stanęła radziecka wieża i amerykański hetman, wydawało się im, 26

27

Lord Halifax do premiera Chamberlaina, w: J. Łojek, Agresja 17 września 1939. Studium aspektów politycznych, Warszawa 1990, aneks, s. 188. N. Davies, Powstanie ’44, dz. cyt., s. 53, 57.


32

część pierwsza

że Polska odegra ważną rolę. Brytyjska Realpolitik wylała im kubeł zimnej wody na głowy i postawiła w sytuacji bez wyjścia. Po pięciu latach ta sama Realpolitik, coś zupełnie naturalnego w stosunkach międzynarodowych, postawiła osamotnioną Polskę twarzą w twarz z zaborczym „sojusznikiem”. I ta sama Realpolitik kazała cichociemnym zmierzyć się jednocześnie z niemieckimi Soldaten i radzieckimi sołdatami.


Było ich 300. NAJLEPIEJ WYSZKOLONA FORMACJA W HISTORII. Byli gotowi poświęcić wszystko dla idei „Wywalcz Polsce wolność lub zgiń!”. Doskonale wyszkoleni, bezgranicznie odważni, desperacko zdeterminowani, bezkompromisowi.

„wywalcz polsce wolność lub zgiń!” dewiza cichociemnych

Najlepsi z najlepszych – starannie wyselekcjonowani spośród tysięcy kandydatów. Musieli porzucić wszystko, zapomnieć, kim byli, bez słowa opuścić kobiety, które kochali. Poddani morderczemu szkoleniu, przygotowywali się, aby w pojedynkę zmienić bieg historii. Zrzuceni na spadochronach do okupowanej Polski, podejmowali samobójcze misje. Nieliczni, którzy przeżyli, trafili po wojnie do piekła komunistycznych więzień. Jednak nigdy się nie poddali. Do końca marzyli o wolnej Polsce.

Prawdziwe losy polskich bohaterów, przy których bledną historie o amerykańskich komandosach. Kacper Śledziński – autor książek historycznych. W 2011 roku ukazała się jego bestsellerowa Czarna kawaleria poświęcona żołnierzom generała Maczka.

Cena detal. 49,90 zł

Sledzinski_Cichociemni_okleina_druk.indd 1

2012-09-03 15:28:22

Cichociemni.Elita polskiej dywersji  

Kacper Śledziński: Cichociemni. Elita polskiej dywersji Było ich 300. Najlepiej wyszkoleni sabotażyści w historii. Byli gotowi poświęcić wsz...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you