Page 1


CHARLES STROSS

ACCELERANDO

PRZEŁOŻYŁ WOJCIECH M. PRÓCHNIEWICZ

WYDAWNICTWO MAG WARSZAWA 2009


Tytuł oryginału: Accelerando Copyright © 2005 by Charles Strosss Copyright for the Polish translation © 2009 by Wydawnictwo MAG Redakcja: Joanna Figlewska Korekta: Urszula Okrzeja Projekt graficzny serii: Piotr Chyliński Ilustracja i opracowanie graficzne okładki: Irek Konior Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń ISBN 978-83-7480-115-7 Wydanie I Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax (0-22) 813 47 43 e-mail: kurz@mag.com.pl www.mag.com.pl Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Jacek Olesiejuk Sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz. tel. (22) 721-30-00 www.olesiejuk.pl Druk i oprawa: drukarnia@dd-w.pl


Dla kochanej Feòrag


PODZIĘKOWANIA

Napisanie tej książki zajęło mi pięć lat – to mój osobisty rekord – i nie byłoby możliwe bez wsparcia i zachęty moich licznych przyjaciół oraz paru życzliwych redaktorów. Do osób, które komentowały moje wczesne szkice, należą: Andrew J. Wilson, Stef Pearson, Gav Inglis, Andrew Ferguson, Jack Deighton, Jane McKie, Hannu Rajaniemi, Martin Page, Stephen Christian, Simon Bisson, Paul Fraser, Dave Clements, Ken MacLeod, Damien Broderick, Damon Sicore, Cory Doctorow, Emmet O’Brien, Andrew Ducker, Warren Ellis i Peter Hollo. (Jeśli na liście brakuje czyjegoś nazwiska, winna jest moja pamięć, gdyż neuronowe protezy mam chwilowo wyłączone). Wspomniałem wcześniej o paru życzliwych redaktorach: mogłem polegać na pełnej talentu sztuce akuszerskiej Gardnera Dozois, redagującego wówczas „Asimov’s Science Fiction Magazine”, oraz Sheili Williams, dyskretnie i skutecznie dbającej, aby wszystko grało. Miała w tym swój udział także moja agentka, Caitlin Blasdell; pragnąłbym również podziękować za cenne uwagi i rady moim redaktorom – Ginjer Buchanan z wydawnictwa Ace i Timowi Holmanowi z wydawnictwa Orbit. Na koniec chciałbym także podziękować wszystkim, którzy dopytywali się w e-mailach, kiedy ukaże się książka, oraz głosowali na nominowane do nagród opowiadania. Znakomicie udało się wam skłonić mnie do koncentracji, nawet w chwilach, gdy wydawało mi się, że całe przedsięwzięcie mnie przerasta.


HISTORIA PUBLIKACJI

Fragmenty tej powieści ukazały się pierwotnie w „Asimov’s SF Magazine”, pod następującymi tytułami: Lobsters (06.2001), Troubadour (10/11.2001), Tourist (02.2002), Halo (06.2002), Router (09.2002), Nightfall (04.2003), Curator (12.2003), Elector (10/11.2004), Survivor (12.2004).


CZĘŚĆ I POWOLNE WZNOSZENIE

„Pytanie, czy komputer potrafi myśleć, jest równie ciekawe, jak pytanie, czy okręt podwodny umie pływać”. Edsger W. Dijkstra


ROZDZIAŁ 1 LANGUSTY

Manfred znów jest w trasie: pomaga bogacić się nieznajomym. Jest upalny letni wtorek. Stoi na placu przed dworcem Centraal, ma włączone gałki oczne. Kanał skrzy się słońcem, wokół śmigają skutery i rowerzyści-kamikadze, ze wszystkich stron trajkocą turyści. Plac pachnie wodą, ziemią, rozgrzanym metalem i spalinami z zimnych katalizatorów, jak pierdnięciem; w tle podzwaniają tramwaje, nad głową fruwają ptaki. Zerka w górę, pstryka fotkę gołębiowi, kadruje zdjęcie i wypluwa je na swój blog, żeby pokazać, że dojechał. Mają tu dobre pasmo, zauważa, zresztą, nie tylko pasmo, cała sceneria jest niezła. Amsterdam już sprawia, że czuje się potrzebny, choć dopiero wysiadł z pociągu ze Schiphol. Zaraża się dynamicznym optymizmem innej strefy czasowej, innego miasta. Jeśli ten nastrój się utrzyma, ktoś tu się rzeczywiście nieźle wzbogaci. Ciekawe, kto to będzie. *** Manfred siedzi na stołku na skraju parkingu przy Brouwerij ’t IJ, przygląda się przegubowym autobusom i popija jedną trzecią litra gueuze, tak cierpkiego, że pierzchną wargi. Kanały jazgocą mu w kąciku wyświetlacza 11


HUD, rzucając weń skompresowanymi infopakietami przefiltrowanych informacji dla prasy. Walczą o jego uwagę, migocąc i po chamsku falując na pierwszym planie. Na przeciwnym rogu, przy poobijanych motorowerach, gada sobie i chichocze paru żuli – może lokalnych, choć raczej wędrownych, zwabionych do Amsterdamu przez magnetyczne pole tolerancji, którym Holandia promieniuje na Europę jak pulsar. Na kanale pyrka łódź z turystami; po drodze przemykają cienie skrzydeł ogromnego wiatraka. To maszyna do przepompowywania wody, na XVI-wieczny sposób zamieniająca siłę wiatru w suchy ląd. Manfred czeka na zaproszenie na imprezę, ma tam poznać człowieka, z którym pogada o zamianie energii w przestrzeń na sposób XXI-wieczny i zapomni przy okazji o osobistych problemach. Nie zwraca uwagi na okienka komunikatora, rozkoszując się intensywną, wolnoprzepustową chwilą przy piwie, w towarzystwie gołębi, gdy wtem podchodzi do niego kobieta i pyta: – Pan Manfred Macx? Manfred unosi wzrok. Kurierka jest Efektywnym Cyklistą: same płynnie pracujące, opalone od wiatru mięśnie, obleczone w pean na cześć tworzyw polimerowych – neonowobłękitna lycra i żółty jak osa poliwęglan, upstrzony diodami detektorów kolizji i ciasno zwiniętymi poduszkami powietrznymi. Podaje mu pudełko. Manfred waha się przez chwilę, zdumiony, jak bardzo ta kobieta kojarzy mu się z Pam, byłą narzeczoną. – Jestem Macx – odpowiada, przesuwając wierzchem lewego nadgarstka pod czytnikiem kodów kreskowych. – Od kogo to? – Od FedEksa. – Głos nie należy do Pam. Kobieta rzuca mu pudełko na kolana, przeskakuje przez niski murek i wsiada na rower. Jej telefon już ćwierka. Kurierka znika w obłoku emisji o rozproszonym widmie. Manfred obraca pudełko w dłoniach: jednorazowy telefon z supermarketu, przedpłacony gotówką – tani, skuteczny i nie do wyśledzenia. Ma nawet funkcję telekonferencji – za to tak go lubią wszyscy szpiedzy i rozmaici oszuści. Pudełko dzwoni. Manfred rozrywa wieczko i trochę zły wyciąga aparat. – Słucham? Kto mówi? Głos po drugiej stronie ma silny rosyjski akcent, w epoce tanich usług tłumaczących w czasie rzeczywistym zakrawający niemal na parodię. – Manfred. Miło mnie was słyszyć. Chcecie spiersonalizować swój interfiejs, poznajomić się, nie? Mam wielie do zaoferowania. 12


– Kto mówi? – podejrzliwie powtarza Manfred. – Ja, organizacja znana dawniej jako KGB kropka RU. – Pana translator chyba źle działa. – Manferd delikatnie trzyma telefon przy uchu, jakby był zrobiony z wątłego jak dym aerożelu, kruchego jak zdrowie psychiczne osoby po drugiej stronie. – Niet... nie, przepraszam. Przepraszam, że nie korzystam z kommiersyjnego tłumacza. Oni są idieologiczno podejrzane, u nich przeważnie kapitalistyczna semiotyka i tylko płatne API. Czyli muszę sobie lepiej zaimpliemientować angielski, tak? Manfred dopija piwo, odstawia szklankę, wstaje i rusza główną ulicą, z telefonem przyklejonym do głowy. Owija swój mikrofon krtaniowy wokół tandetnej plastikowej obudowy, puszcza na fonię prosty proces nasłuchu. – Pan twierdzi, że sam nauczył się języka tylko po to, żeby ze mną rozmawiać? – Da, eto łatwo: wyhodować sieć neuronową na miliard węzłów, pościągać sobie Teletubisie i Sezamkowu Ulicu. Przepraszam, że nakładam taką entropię ze złą gramatyką. Ja boję się cyfrowych odcisków palca, ukrytych steganograficzno w moich-naszych materiałach do nauki. Manfred przystaje w pół kroku, przy czym omal nie rozjeżdża go jadący na GPS rolkarz. Robi się coraz dziwniej, na tyle dziwnie, że zapala mu się w głowie ostrzeżenie o odczapiastości – a ono nie reaguje na byle co. Całe życie Manfreda rozgrywa się na granicy pomysłów od czapy, wyprzedza o piętnaście minut czyjąkolwiek inną przyszłość – i zwykle on spokojnie to kontroluje, jednak w takich chwilach czuje drgnienie strachu, przeczucie, że właśnie przeoczył jakiś zakręt podczas podejścia do lądowania w rzeczywistości. – Eee... chyba nie do końca rozumiem. Podsumujmy: mówi pan, że jest pan jakimś typem AI, pracuje dla KGB kropka RU i boi się pan procesów o naruszenie praw autorskich przez warstwę semiotyczną pana translatora? – Już się mocno sparzyłem na wirusowych licencjach użytkownika. U mnie nie ma chęci eksperymentować z patentowymi firmami-wydmuszkami należącymi do czeczeńskich infoterrorystów. Wy człowiek, u was nie ma strachu, że firma od płatków zajmie panu jelito cienkie za trawienie w nim nielicencjonowanego jedzenia, prawda? Manfred, musisz mnie-nam pomóc. Ja chcę zdezerterować. Manfred staje jak wryty. 13


– Człowieku, rozmawiasz nie z tym handlowcem wolną przedsiębiorczością. Ja nie pracuję dla rządów. Tylko i wyłącznie dla firm prywatnych. Jakaś dzika reklama przebija mu się przez antyśmieciowe proxy i rozlewa po migającym okienku nawigacyjnym jaskrawym kiczem z lat pięćdziesiątych, na chwilę, zanim proces-fag jej nie ubije i nie ustanowi nowego filtra. Manfred opiera się o witrynę sklepu, masując czoło i przyglądając się wystawie starodawnych mosiężnych kołatek. – A próbowałeś z Departamentem Stanu? – Nie ma sensu. Departament Stanu to wróg Nowowo SRR. Departament Stanu nam nie pomożet. To się robi już zbyt odjechane. Manfred nigdy za dobrze się nie orientował w staro-nowej, nowo-starej europejskiej metapolityce: już lawirowanie po staro-starej, walącej się biurokracji jego amerykańskiego dziedzictwa przyprawia go o ból głowy. – No, gdybyście go nie orżnęli w drugiej połowie lat zerowych... – Manfred postukuje lewym obcasem w chodnik, rozglądając się za sposobem zakończenia rozmowy. Kamera mruga doń z latarni. Macha do niej, zastanawiając się machinalnie, czy to KGB, czy drogówka. Czeka na namiary imprezy, które powinny przyjść za pół godziny, i ten przekwalifikowany zimnowojenny Eliza-bot wkurza go. – Rozumiesz, nie robię biznesu z rządowcami. Nie cierpię kompleksu wojskowo-przemysłowego. Nienawidzę tradycyjnej polityki. To wszystko kanibale w grze o sumie zerowej. – Nagle coś przychodzi mu do głowy. – Posłuchaj, jeśli zależy ci na przetrwaniu, możesz wypuścić swój wektor stanu do którejś sieci peer-to-peer: wtedy nikt nie będzie mógł cię skasować... – Niet! – Sztuczna inteligencja jest tak przerażona, jak tylko da się przenieść łączem VoIP. – My nie open-source! Nie chcemy tracić autonomii! – Skoro tak, to nie mamy o czym gadać. – Manfred uderza w przycisk rozłączający rozmowę i wrzuca komórkę do kanału. Aparat uderza w wodę, słychać pyknięcie palących się litowych ogniw. – Pieprzone niedobitki z kacem po zimnej wojnie – klnie pod nosem Manfred, wściekły, trochę na siebie, że stracił spokój, a trochę na namolną istotę kryjącą się za anonimowym telefonem. – Jebane kapitalistyczne agenty. Rosja od piętnastu lat znajduje się pod butem aparatczyków, krótki flirt z anarchokapitalizmem zastąpiło breżniewowskie ręczne sterowanie i putinowski purytanizm, nic więc dziwnego, że mur się kruszy – ale wygląda na to, że nie wyciągnęli żadnych wniosków z problemów trapiących 14


teraz Stany Zjednoczone. Neokomuchy wciąż myślą kategoriami dolarów i paranoi. Manfred jest tak wściekły, że chciałby kogoś wzbogacić tylko po to, żeby zagrać na nosie temu ewentualnemu dezerterowi: „No widzisz! Na dawaniu się zyskuje! Idź z tym programem! Przetrwają tylko hojni!”. Ale KGB tego nie zrozumie. Miał już kiedyś do czynienia z dawnymi komunistycznymi słabymi AI, umysłami wyhodowanymi na marksistowskiej dialektyce i austriackiej szkole ekonomii – są tak zahipnotyzowane krótkoterminowym zwycięstwem globalnego kapitalizmu, że nie potrafią dać się ponieść nowemu paradygmatowi, dostrzec dłuższej perspektywy. Idzie dalej, zamyślony, z rękoma w kieszeniach. Zastanawia się, co by tu teraz opatentować. *** Apartament Manfreda w hotelu Jan Luyken opłaciła wdzięczna międzynarodowa organizacja ochrony praw konsumenta, a nieograniczony bilet na transport publiczny szkocka grupa sambapunkowa w rewanżu za świadczone usługi. Ma karty pracownicze sześciu największych przewoźników lotniczych, choć nigdy żaden go nie zatrudniał. W jego kurtkę safari wszyto, dzięki uprzejmości niewidzialnego college’u, który chce zostać następnym Media Labem, sześćdziesiąt cztery klastry superkomputerów. Natomiast bezrozumne elementy ubrania uszył na miarę e-krawiec z Filipin, którego Manfred nie widział na oczy. Kancelarie prawne zajmują się gratis jego wnioskami patentowymi – człowieku, ile on patentuje – choć prawa zawsze przekazuje Fundacji na rzecz Wolnego Intelektu, w zamian za możliwość korzystania z ich wolnej od jakichkolwiek zobowiązań infrastruktury. W kręgach magików od Własności Intelektualnej Manfred jest żywą legendą: to on opatentował praktykę biznesową polegającą na przenoszeniu e-firmy w jakieś miejsce o łagodnych przepisach regulujących własność intelektualną, żeby uniknąć obciążeń licencyjnych. To on opatentował wykorzystanie algorytmów genetycznych do patentowania wszystkiego, co da się wypermutować z początkowego opisu problemu – nie po prostu lepszą pułapkę na myszy, ale zbiór wszystkich możliwych lepszych pułapek. Mniej więcej jedna trzecia jego wynalazków jest legalna, jedna trzecia nielegalna, reszta

15


zaś legalna na razie, ale stanie się zabroniona, gdy tylko legislatozaur się zbudzi, zwęszy pismo nosem i spanikuje. Niektórzy adwokaci od patentów z Reno przysięgliby, że Manfred Macx to pseudonim, alias bandy pieprzniętych anonimowych hackerów uzbrojonych w Algorytm Genetyczny, Który Pożarł Kalkutę: taki Serdar Argic własności intelektualnej1, albo kolejny matematyczny borg w rodzaju Nicholasa Bourbakiego2. Niektórzy prawnicy z San Diego i Redmond przysięgliby na wszystko, że Macx jest ekonomicznym sabotażystą pragnącym podkopać fundamenty kapitalizmu, a pewni komuniści z Pragi myślą, że jest bękartem Billa Gatesa i papieża. Manfred jest u szczytu kariery zawodowej, polegającej w skrócie na wymyślaniu dziwacznych, ale nadających się do użytku pomysłów i rozdawaniu ich ludziom, którzy dorabiają się na nich fortun. Robi to bezpłatnie, gratis. W zamian zyskuje niemal pełną niezależność od tyranii pieniądza; pieniądz jest w końcu symbolem biedy, a Manfred nigdy nie musi za nic płacić. Ma to jednak pewne wady. Zajęcie patologicznie ufnego handlarza memami sprawia, że nieustannie pali go szok przyszłości – tylko żeby nie wypaść z obiegu, musi codziennie wchłonąć ponad megabajt tekstu i parę giga audio-wideo. Skarbówka ma go nieustannie na oku, bo po prostu nie może uwierzyć, że taki styl życia da się utrzymać bez przekrętów. Do tego dochodzą jeszcze kwestie, których nie kupi się za pieniądze, na przykład, szacunek rodziców. Nie rozmawia z nimi od trzech lat: ojciec uważa go za cygana-darmozjada, a matka nigdy mu nie wybaczyła, że rzucił tani kurs emulujący Harvard. (Wciąż tkwią w tym nudnym, mieszczańskim, XX-wiecznym paradygmacie „studia-praca-dzieci”). Narzeczona, a niekiedy domina, Pamela, zostawiła go sześć miesięcy temu; Manfred wciąż nie do końca rozumie dlaczego. (Pamela, paradoksalnie, jest w Urzędzie Skarbowym łowcą, lata po całym świecie na koszt podatnika i próbuje przekonywać zglobalizowanych przedsiębiorców, żeby dla dobra Departamentu Skarbu płacili podatki). A na domiar wszystkiego, Południowe Konwencje Baptystów potępiły go jako Szatana na wszystkich swoich stronach internetowych. Byłoby to nawet zabawne – bo Manfred, jako nawrócony ateista, w Szatana nie wierzy – gdyby ktoś mu ciągle nie przysyłał zdechłych kotów.

*** 16


Manfred wpada do hotelowego apartamentu, rozpakowuje swego Aineko, wtyka do ładowania świeży zestaw ogniw i wkłada do sejfu większość prywatnych kluczy. Potem rusza prosto na imprezę, która odbywa się u De Wildemanna, o dwadzieścia minut piechotą, a jedyne zagrożenie stanowią tramwaje, podkradające się do niego pod osłoną wyświetlanej na HUD-zie ruchomej mapy. Po drodze okulary informują go o najnowszych wydarzeniach. Europa po raz pierwszy w historii osiągnęła pokojową polityczną unię i korzysta z tego bezprecedensowego stanu, żeby zharmonizować krzywiznę bananów. Na Bliskim Wschodzie, no cóż, kiepsko jak zawsze, lecz wojna z fundamentalizmem niespecjalnie Manfreda interesuje. W San Diego naukowcy zgrywają langusty do cyberprzestrzeni, zaczynając od zwoju podprzełykowego, po jednym neuronie na raz. W Belize palą modyfikowane genetycznie kakao, a w Gruzji książki. NASA wciąż nie umie wyprawić człowieka na Księżyc. W Rosji komuniści znów wygrywają w wyborach, zyskując jeszcze bardziej przytłaczającą większość w Dumie; tymczasem w Chinach krążą gorączkowe plotki o zbliżającej się rehabilitacji Mao i jego powtórnym przyjściu na świat, żeby ocalić kraj przed katastrofalnymi skutkami Tamy Trzech Przełomów. Z doniesień ekonomicznych: amerykański Departament Sprawiedliwości oburza się – paradoksalnie – na działania Baby Bills3. Rozparcelowane oddziały Microsoftu zautomatyzowały swoje prawne poczynania – rodzą spółki zależne, emitują im akcje i wymieniają się tytułami własności w cudacznej parodii wymiany plazmidów u bakterii, tak szybko, że gdy pojawiają się zobowiązania podatkowe, ich adresaci już nie istnieją, choć w bombajskich farmach biurowych ci sami pracownicy dalej siedzą nad tym samym oprogramowaniem. Witamy w dwudziestym pierwszym wieku. Nieustająca i wędrowna impreza w realu, na którą chce się wbić Manfred, stanowi dziwny atraktor dla niektórych amerykańskich wygnańców, zaludniających w tym dziesięcioleciu miasta Europy – ci nie żyją z funduszy rodziców, ale są autentycznymi politycznymi dysydentami, ostatecznymi ofiarami outsourcingu albo uciekają przed poborem. To miejsce, w którym nawiązuje się dziwaczne znajomości, a wymieszanie otwiera drogi na skróty w przyszłość, jak szwajcarskie kawiarniane ogródki, gdzie przed II wojną światową zbierali się uchodźcy z Rosji. Tym razem impreza zlokalizowała się na tyłach De Wildemanna, trzystuletniej brązowej knajpy, w której karta piw liczy szesnaście stron, a drewniane ściany zdobią 17


plamy w kolorze skisłego piwa. Powietrze jest tu ciężkie od tytoniu, drożdży piwnych i melatoniny w sprayu – połowa gości pielęgnuje potężnego kaca spowodowanego zmianą stref czasowych, a druga połowa, pracując nad nim, bełkocze mieszanym dialektem europejskiej socjety. – Ej, widzieliście go? Wygląda jak Demokrata! – wykrzykuje jakiś konserwatywny bywalec, aktualnie podpierający bar. Manfred wślizguje się w lukę obok niego i natrafia na wzrok barmana. – Jedno berliner weisse – mówi. – Pijesz to coś? – pyta bywalec, w obronnym geście osłaniając dłonią swoją colę. – Gościu, co ty robisz?! W tym jest pełno alkoholu! Manfred szczerzy się do niego. – Trzeba podnieść sobie poziom drożdży. Ten szajs zawiera od cholery prekursorów neuroprzekaźników, fenyloalaniny i glutaminianu. – A ja myślałem, że zamawiasz piwo... Manfred jest nieobecny, jedną dłoń trzyma na polerowanej mosiężnej rurze, którą przypływają z beczek na zapleczu popularne gatunki piw: któryś z nowocześniejszych klubowiczów przylepił na niej pluskwę kontaktową, więc teraz w kolejce do jego zainteresowania tłoczą się vCardy wszystkich nosicieli osobistych sieci bezprzewodowych, którzy odwiedzili bar przez ostatnie trzy godziny. W powietrzu kłębi się od ultraszerokopasmowych dialogów WiMaksem i Bluetoothem, a Manfred ekspresowo przewija obłędnie długą listę zapisanych kluczy, szukając jednego konkretnego nazwiska. – Proszę. – Barman podaje mu nieprawdopodobnie wyglądający puchar z błękitnym płynem zwieńczonym czapą skłębionej piany i ze słomką wetkniętą pod absurdalnym kątem. Manfred bierze go i wycofuje się na tyły piętrowego baru, idzie schodkami na górę, do stolika, gdzie jakiś facet z dredami gada z garniturem z Paryża. Bywalec przy barze nagle rozpoznaje go, wpatrując się weń wytrzeszczonymi oczyma. Rzuca się ku drzwiom tak pośpiesznie, że omal nie wylewa coli. Cholera, myśli Manfred, chyba trzeba dokupić sobie pasma na serwerze. Potrafi rozpoznać pierwsze objawy: jego strona webowa zaraz zwali się od nawału gości. Wskazuje na stolik. – Wolne tutaj? – Zapraszam – odpowiada gość z dredami. Manfred odsuwa krzesło, po czym uświadamia sobie, że drugi facet – nieskazitelny dwurzędowy garnitur, porządny krawat, krótko ostrzyżone 18


włosy – jest dziewczyną. Kiwa do niego głową, lekko uśmiechając się na tę spóźnioną reakcję. Pan Dred też kiwa głową. – Pan Macx, prawda? – pyta. – To chyba najwyższa pora, żebyśmy się poznali. – Jasne. – Manfred wyciąga dłoń do uścisku. Jego asystent dyskretnie wymienia cyfrowe odciski palców, potwierdzając, że dłoń należy do Boba Franklina, magika od nowych firm w Trójkącie Naukowym ze sporymi osiągnięciami inwestycyjnymi, ostatnio wchodzącego w obróbkę mikroskopową i technologię kosmiczną. Franklin zdobył pierwszy milion dwadzieścia lat temu i teraz jest specjalistą od inwestycji ekstropianistycznych. Działa wyłącznie za granicą, odkąd pięć lat temu IRS, starając się zaszyć bulgocącą ranę w piersi federalnego budżetu, zaczął urządzać przedsiębiorcom jesień średniowiecza. Manfred zna go od prawie dziesięciu lat z zamkniętej listy mailingowej, ale na żywca widzi go pierwszy raz. Garniturzyca w milczeniu przesuwa po stole wizytówkę: mały, czerwony diabełek macha ku niemu trójzębem, wokół jego nóg buchają płomienie. Bierze kartę, unosi brwi. – Annette Dimarcos? Miło mi poznać. Chyba jeszcze nigdy nie spotkałem nikogo z marketingu Arianespace. Dziewczyna się uśmiecha. – Nic nie szkodzi. Ja też nie miałam przyjemności spotkać słynnego altruisty od inwestycji wysokiego ryzyka. – Mówi z mocno paryskim akcentem, takie wyraźne przypomnienie, że samą rozmową wyświadcza mu uprzejmość. Klipsy z kamerami przyglądają mu się ciekawie, rejestrując wszystko do korporacyjnej pamięci. Jest autentyczną nową Europejką, nie to, co większość tłoczących się w barze amerykańskich wygnańców. – No więc... – Ostrożnie kiwa głową, niepewny, jak się wobec niej zachować. – Bob, rozumiem, że ty jesteś w grze? Franklin również kiwa głową; grzechoczą koraliki. – No pewnie. Odkąd pospadały Teledesiki, wszystko trochę wzięło... no wiesz, na wstrzymanie. Jeśli masz coś dla nas, wchodzimy. – Hm. – Rój satelitów Teledesica załatwiły tanie balony i trochę mniej tanie, napędzane energią słoneczną stratosferyczne automaty z przekaźnikami laserowymi o rozproszonym widmie: od tego zaczęła się poważna recesja w satelitarnym interesie. – Kryzys musi się kiedyś skończyć, ale... – tu skinienie ku Annette z Paryża – ...z całym szacunkiem, nie wydaje mi się, żeby któryś z istniejących przewoźników miał mieć udział w tym przełomie. 19


Garniturzyca wzrusza ramionami. – Arianespace patrzy daleko. Rzeczywistość jest, jaka jest. Z samych rakiet się nie wyżyje. A transmisja danych to nie jest jedyna siła rynkowa w kosmosie. Musimy badać nowe możliwości. Osobiście pomagałam firmie zdywersyfikować się w kierunku konstruowania reaktorów dla okrętów podwodnych, produkcji nanotechnologii w mikrograwitacji oraz usług hotelarskich. – Gdy tak recytuje oficjalne materiały, jej twarz przypomina nieskazitelną maskę, choć kiedy dodaje: – Jesteśmy elastyczniejsi niż amerykański przemysł kosmiczny... – Manfred wyczuwa sardoniczne rozbawienie. – Może i tak – odpowiada i powoli pociąga berliner weisse. Ona wdaje się w długą, sztywną opowieść, o tym, jak to Arianespace jest zdywersyfikowanym dot-comem, mającym aspiracje orbitalne, szereg firm handlujących pełnym asortymentem pamiątek, dekoracje do filmów z Bondem i obiecującą sieć hoteli na niskiej orbicie okołoziemskiej. Twarz odgrywa w odpowiednich momentach znudzenie, niewiarę, przy czym jest o wiele bardziej wyrazista niż głos – to sygnał poza pasmem, niewidzialny dla służbowych klipsów. Manfred wchodzi w rolę, sporadycznie potakuje, stara się sprawić wrażenie, że traktuje to poważnie: jej zabawna, przewrotna gra przykuła jego uwagę o wiele skuteczniej niż sama handlowa gadka. Franklin wsadził nos w piwo, drżą mu ramiona – stara się nie ryknąć śmiechem na gesty, którymi Annette wyraża swoje zdanie o ofensywnych, przedsiębiorczych działaniach pracodawcy. Choć faktycznie, w opracowanym przez marketingowców pieprzeniu kryje się ziarno prawdy: dzięki tym hotelom i turystycznym wycieczkom orbitalnym Arianespace nadal osiąga zyski, w przeciwieństwie do LockMartBoeinga, który po odłączeniu Pentagonowej kroplówki zbankrutowałby w pół sekundy. Do stolika podchodzi chyłkiem kolejna osoba: przysadzisty facet w denerwująco jaskrawej hawajskiej koszuli, z przeciekającymi długopisami w kieszeni na piersi i najgorszym oparzeniem od dziury ozonowej, jakie Manfred widział od lat. – Cześć, Bob – mówi. – Co tam słychać? – Spoko. – Franklin wskazuje Manfreda. – Manfred, poznaj Ivana MacDonalda. Ivan, Manfred. Siądziesz? – Nachyla się ku niemu. – Ivan to artysta od publicznych instalacji. Głównie sztuka ekstremalnie konkretna. 20

Accelerando. Charles Stross  

W Accelerando Stross przedstawił wizję przyszłości człowieka wygenerowaną w oparciu o ekstrapolację nie tylko poziomu nauki, ale przede wszy...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you