Skalpel

Page 1

JUDY MELINEK T.J. MITCHELL

AUTORZY

BESTSELLERA

CIAŁO

NIE KŁAMIE

NIGDY NIE LEKCEWAŻ PIERWSZEGO WRAŻENIA...



JUDY MELINEK T.J. MITCHELL

Przełożyła Klaudia Wyrwińska



Dla naszych mam, które uwielbiają dobre kryminały. Pamięci Erica Lundstedta.



PROLOG

Los Angeles Maj Martwa kobieta na moim stole miała bladoniebieskie oczy i długie, niepomalowane rzęsy. Cienka kreska zrobiona eyelinerem zdobiła tylko dolną powiekę. Wprowadziłam igłę o rozmiarze 12G na tyle, żeby przebić jej skośną końcówką źrenicę, a następnie pociągnęłam za tłok, by pobrać próbkę ciała szklistego. To była pierwsza ingerencja w ciało Mary Catherine Walsh podczas standardowej autopsji. Badanie wstępne nie wykazało niczego niezwykłego. Denatka miała powyżej trzydziestu lat, blond włosy z ciemniejszym odrostem, sto sześćdziesiąt cztery centymetry wzrostu, ważyła sześćdziesiąt pięć kilogramów. Po obejrzeniu jej ciała i zarejestrowaniu znaków szczególnych (monochromatyczny tatuaż węzła celtyckiego na lewym boku, blizna po wycięciu wyrostka robaczkowego na brzuchu, dobrze wygojona blizna na prawym kolanie), sięgnęłam po skalpel i cięłam od lewego oraz prawego ramienia w stronę mostka, a następnie w dół brzucha. Odsunęłam warstwy skóry i tłuszczu – w normalnej ilości – z klatki piersiowej, a następnie otworzyłam ją niczym książkę. 7


Podobne nacięcie w kształcie litery „Y” wykonałam na dwustu pięćdziesięciu sześciu innych ciałach w ciągu dziesięciu miesięcy pracy jako patolog w Biurze Koronera w Los Angeles. To było łatwe. Nie zauważyłam urazów. Zdrowe wątroba i płuca. Z sercem też wszystko było w porządku. Jedyne, co znalazłam, to ziarnisty biały materiał w treści żołądka. Były to częściowo strawione tabletki. Gdy otworzyłam jej macicę, okazało się, że była w ciąży. Wnioskując z wielkości płodu, około dwunastego tygodnia. Płód wyglądał jak żywy. Nie dało się jeszcze określić płci. Ułożyłam organy jeden obok drugiego na końcu stołu ze stali nierdzewnej. Właśnie nacięłam skórę na głowie, by dostać się do czaszki, gdy przyszedł Matt, oficer śledczy, który dzień wcześniej badał miejsce znalezienia ciała. – Prosta sprawa – powiedział, kładąc papiery na moim biurku. – Samobójstwo. Zapytałam go, dokąd wybiera się na lunch. Powiedział, że zje jogurt i cholerną sałatkę przy swoim biurku, bo ma złe wyniki cholesterolu i zmartwioną tym żonę. Złożyłam mu z tego powodu kondolencje, a on opuścił prosektorium. Przejrzałam spisane przez Matta notatki i dowiedziałam się, że ciało znaleziono, sztywne i zimne, w zamkniętym pokoju w hotelu Omni w Los Angeles. Policję zawiadomiła sprzątaczka. Dane denatki pochodziły z karty, którą zapłacono za pokój, a potwierdzono je liniami papilarnymi porównanymi z odciskiem znajdującym się w jej prawie jazdy. Na łóżku znaleziono odręcznie napisaną notkę, w koszu znajdowała się fiolka po tabletkach. Nic poza tym. Matt miał rację: Śmierć Mary Walsh nie kryła za sobą żadnych tajemnic. 8


Włączyłam dyktafon i skierowałam usta w stronę mikrofonu wiszącego nad stołem. – Ciało jest oznaczone identyfikatorem Biura Naczelnego Lekarza Sądowego miasta Los Angeles, przyczepionym do prawego dużego palca, opisane jako LACD-03226, Walsh, Mary Catherine… Zerwałam plombę z plastikowej torby, w której umieszczono butelkę po tabletkach. Była pusta, a wcześniej znajdował się w niej silny lek przeciwbólowy, Oksykodon. – Plastikowa torba dostarczona do prosektorium zawiera pustą fiolkę z lekami na receptę. Nazwisko na etykiecie… Przeczytałam je, ale nie wymówiłam na głos. Włosy na karku stanęły mi dęba. Patrzyłam na swoją poranną pracę – leżące ciało, ubrudzone krwią, oraz rozciętą macicę znajdującą się tuż obok innych organów. Niemożliwe, powiedziałam sobie. To nie może być prawda. Wśród papierów dotyczących sprawy odnalazłam kawałek papeterii hotelowej, zapieczętowany w plastikowej torbie tak, jak opakowanie po lekach. Była to notatka samobójcza, napisana niebieskim tuszem, bardzo kobiecym pismem. Przebiegłam po nim wzrokiem, zatrzymałam się i wróciłam do początku. Przeczytałam jeszcze raz. Usłyszałam, jak torba wylądowała u moich stóp. Chwyciłam za brzeg stołu sekcyjnego. Trzymałam się go mocno, gdy ziemia osunęła mi się spod nóg.



CZĘŚĆ I

San Francisco Lipiec



Rozdział pierwszy

W moim nowym miejscu zamieszkania poranna mgła nie unosiła się ani nie rozpływała: cały czas tam była, lepka i dusząca. Miałam za cienkie ubrania i musiałam włączyć w samochodzie ogrzewanie. Włączanie ogrzewania w lipcu. Co było nie tak z tym miejscem, do cholery? – Masz zieloną strzałkę! – krzyknęłam w stronę srebrnego priusa stojącego przede mną. – R u s z s i ę !* Gdy byliśmy z moim bratem Tommym dziećmi, nasza mama, imigrantka, mówiła do nas tylko po polsku. Czasami jej ojczysty język znajdował miejsce w moim słowniku. Na przykład, gdy siedziałam w warczącym BMW 235i, na zjeździe ze Stanyan Street przy parku Golden Gate. – Światło nie jest dla ciebie wystarczająco zielone? No r u s z s i ę wreszcie! – Kierowca tego nie zrobił. Zatrąbiłam. Spojrzał w lusterko. Miał wymodelowane woskiem wąsy i kozią bródkę, a do tego czapkę jak pieprzony pastuch. Dotarłam do Departamentu Sprawiedliwości z zaledwie pięciominutowym zapasem. Budynek był przedpotopowym, wzniesionym z kruszącego się betonu * Zaznaczone drukiem rozstrzelonym fragmenty wypowiedzi w oryginale zapisane były po polsku (przypisy pochodzą od tłum.).

13


klockiem, wzniesionym na 850 Bryant Street. Mieściły się w nim większa część departamentu policji, sąd, areszt oraz – wciśnięte na tyłach budynku, niczym brudny sekret – moje nowe miejsce pracy. Biuro Naczelnego Lekarza Sądowego miasta San Francisco. Front, ze względu na liczbę okien i to, jak blisko siebie się znajdowały, przypominał plaster miodu. Jeśli dodało się do tego schody prowadzące do olbrzymich drzwi, budynek onieśmielał. Minęłam zaparkowane przed nim radiowozy i wjechałam w alejkę prowadzącą do strefy załadunku, gdzie kazano mi zaparkować. Miejsca były pozajmowane: dwa vany przewożące zwłoki i kilka cywilnych samochodów. Zauważyłam też karawan, przy którym stał ubrany na czarno mężczyzna, pochylony nad pustymi noszami, piszący coś na podkładce. Skorzystałam z okazji i opuściłam szybę. – Przepraszam, zajmuje pan moje miejsce. Przedsiębiorca pogrzebowy podniósł wzrok. – Kim pani jest? – Doktor Jessie Teska. Spojrzał na moją przednią szybę. – Gdzie pani karta parkingowa? Przepustka! Leżała na nieotwartym kartonie na stole w kuchni, razem ze stertą papierów ubezpieczeniowych i innego szajsu, który musiałam przejrzeć i podpisać. – To mój pierwszy dzień. Jeszcze jej nie mam – skłamałam. – Musi być karta – odpowiedział mężczyzna i potoczył nosze na sam koniec ciasnego parkingu. – Moment, chwilę… – prosiłam, ale zagłuszył mnie ryk samochodów jadących wiaduktem zaraz nad moją głową. 14


Przedsiębiorca pogrzebowy podsunął rampę pod metalowe szare drzwi, po czym stanął z boku, a te otworzyły się. Ze środka wyszła kobieta – Azjatka o czarnych, grubych włosach, z długimi, umięśnionymi nogami. W jednej ręce trzymała książki. W drugiej? Kluczyki do samochodu. – Przepraszam! – krzyknęłam, wokół mnie kłębił się syf lecący z autostrady. – Ma pani szczęście – powiedziała, zanim zadałam pytanie. – Moje jest subaru, alejkę dalej. Mogłabym ją pocałować, o czym zresztą ją poinformowałam. Uśmiechnęła się szeroko i wskazała na kobaltowe sportowe auto, odpicowane cacko, którym najchętniej przejechałby się każdy chłopak studiujący na UCLA . Wycofałam i zaparkowałam beemkę na zwolnionym miejscu. Pierwszy dzień pracy i od razu pięć minut spóźnienia. Gdy weszłam na salę konferencyjną, wszyscy, poza jedną osobą, patrzyli na mnie oskarżycielsko. Tą jedną osobą był zastępca naczelnego patologa, Michael Stone. Przywitał mnie wylewnie i podszedł, żeby wprowadzić mnie dalej. Pierwszy raz spotkałam Mike’a pięć albo sześć lat temu, gdy byłam rezydentem patologii na UCLA. Prowadził projekt badawczy i przyleciał z San Francisco do Los Angeles, żeby zebrać niezbędne próbki. Poraził mnie jego entuzjazm i widoczne powołanie. Od razu próbował mnie zwerbować na stanowisko patologa sądowego. – Diagnostyka laboratoryjna zanudzi cię na śmierć – powiedział wtedy. – Chcesz cały dzień siedzieć w piwnicy, wpatrując się w mikroskop i powoli ślepnąc? Nie… Nie chcesz tego. 15


Doktor Stone wyglądał jak przerośnięty nerd. Błyskotliwy, uparty i bezpośredni. Lubiłam nerdów, w dodatku wiele razy – ale to naprawdę wiele – mówiono mi, że powinnam panować nad językiem. Mój nowy przełożony był wysoki i lekko zaokrąglony, męski, ale nie przystojny – miał bulwiasty nos, pociągłą twarz, krzaczaste brwi i krzywe zęby. Miał olbrzymie, umięśnione ręce, bardziej jak spawacz, a nie lekarz. Jego jabłko Adama żyło własnym życiem, jakby wiedziało lepiej, co ma robić. Za każdym razem, gdy był z grupą, mówił zdecydowanie za głośno, zwłaszcza gdy przebywał wśród studentów. Połowa zebranych na sali miała na sobie białe kitle, jeden z mężczyzn siedział w zielonym fartuchu przeznaczonym do wykonywania zabiegów. Pozostali byli ubrani w typowo biurowe stroje. Na ścianie wisiał obraz olejny jednego z byłych naczelnych lekarzy sądowych. Patrzył na pomieszczenie z góry, niczym oceniający nas Bóg, przypominając o lepszych latach, kiedy biuro dostawało fundusze i nie miało braków w personelu. Teraz się rozpadało. Przyjrzałam się podrapanemu stołowi, krzesłom nie do kompletu, oświetleniu, które w większości nie działało. Zadrapania i niedociągnięcia mi nie przeszkadzają. Potrzebuję tej pracy. Doktor Stone obszedł stół i przedstawił mi wszystkich. Jedno nazwisko sprawiło, że coś mi zadźwięczało w głowie: doktor Theodore Nguyen, asystent głównego patologa, ubrany w zielony uniform. Wyglądał na znudzonego. Studenci medycyny z UCSF mieli na sobie fartuchy laboratoryjne. Na końcu stołu siedział drobny mężczyzna i potężna kobieta. On był łysy, z rumianą twarzą. Ona miała 16


jastrzębie rysy i krótkie, kręcone włosy z rozjaśnionymi końcówkami. Stone przedstawił ich jako Camerona Blake’a i Donnę Griello, „naszą nocną zmianę dwa-pięćsiedem-osiem” – co w administracyjnym kodzie oznaczało policyjnych techników. Stone zajął dla mnie krzesło, a że nie było ich wystarczająco dużo, większość studentów stała pod ścianami. Wyglądali na podekscytowanych, a ja wiedziałam, dlaczego. Gdy studiujesz medycynę i masz praktyki w szpitalu, większość czasu spędzasz na staniu nad łóżkami pacjentów, słuchając lekarza prowadzącego praktyki. Gdy ja studiowałam, nienawidziłam całego tego gapienia się i nicnierobienia. A o pracy z martwymi można było powiedzieć jedno: nie było w niej czasu na stanie. – Proszę, powitajcie ze mną nową asystentkę głównego patologa, doktor Jessie Teskę – powiedział Stone. Wszyscy zaczęli mruczeć powitania, a ja przybrałam odpowiedni dla podziękowań wyraz twarzy. Po chwili Stone odwrócił się do studentów i podjął temat, który przerwałam. – Dzisiaj zobaczycie pierwszą autopsję. Nie będzie tak jak na zajęciach z anatomii. Będzie krew, będą odchody. Mogą się zdarzyć drastyczne przypadki, obejmujące wypatroszone narządy czy rozczłonkowane ciała. Niektórym może się zrobić słabo. To nie będzie nic niezwykłego, zwłaszcza że będziecie mieli na sobie dużo odzieży ochronnej, a w niej robi się gorąco i duszno. Jeśli poczujecie się źle, nie bójcie się o tym powiedzieć i wyjść z pomieszczenia. Wolę to, niż żebym musiał przerywać pracę i zbierać was z podłogi. Stone poczekał, aż ucichnie nerwowe mamrotanie, a potem zajął miejsce przy stole konferencyjnym. 17


– W porządku. Bierzmy się do pracy. – Odwrócił się do techników. – Cam…? Cameron Blake, 2578, otworzył teczkę z aktami i zaczął bez żadnego wstępu: – Sprawa SFME-0727. Dwudziestoczteroletnia kobieta, znaleziona przez personel ośrodka leczenia uzależnień Bodwell House. Kobieta leżała na łóżku, na wznak, z wymiocinami wokół nosa i ust. Podczas przeszukania pomieszczenia, gdzie znajdowała się denatka, znaleziono pudełko po papierosach, a w nim saszetkę z białym proszkiem. Na miejscu nie znaleziono strzykawek, podgrzewaczy ani innych oznak, że ktoś zażywał tam narkotyki. Ciało było wciąż ciepłe, nie nastąpiło stężenie pośmiertne, skóra miała jednolity kolor. Nie było widać zewnętrznych urazów. – Okej – powiedział Stone. – Następna. Cam odłożył jedną teczkę i otworzył kolejną. – Sprawa SFME-0728. Mężczyzna, lat osiemdziesiąt sześć. Wiemy, że miał zastoinową niewydolność serca, chorobę wieńcową i nadciśnienie tętnicze, w roku 2002 założono mu by-passy. Jego żona zadzwoniła pod dziewięćset jedenaście, gdy zakrztusił się podczas śniadania. Ratownicy, po dotarciu na miejsce, zaintubowali go. Pozostawał nieprzytomny i… – Znaleźli coś w jego tchawicy? – Nic o tym nie napisano. W szpitalu żył jeszcze przez dziesięć godzin, a zgon nastąpił wczoraj o osiemnastej. Tomografia głowy wykazała uszkodzenie mózgu wskutek niedotlenienia. – Następna sprawa. Cameron przedstawiał kolejne sprawy, opisując brutalne i nagłe śmierci, do których doszło w San Francisco przez 18


ostatnie dwadzieścia cztery godziny. Ostatecznie było tego sporo. Doktor Nguyen wziął na siebie wisielca i ofiarę wypadku motocyklowego. Stone zdecydował się na starszego pana i ofiarę morderstwa, która zginęła od strzału w plecy. Poinstruował mnie, żebym wdrożyła się w pracę przy denatce 0727, prawdopodobnej ofierze przedawkowania. W szatni dla kobiet była Donna Griello, sznurując błyszczące martensy. Razem z Camem schodzili z nocnej zmiany, a ona przebierała się ze swojego poliestrowego stroju roboczego w dżinsy i skórzaną kurtkę z napisem Rocket Dyke na plecach. Była w stylu motocyklowym, ozdobiona ćwiekami. Wskazała mi szafkę pełną środków ochronnych, uśmiechnęła się wesoło i pozdrowiła, życząc powodzenia. Założyłam strój ochronny, niebieski, plastikowy fartuch ze ściągaczem przy rękawach, papierowe osłony na buty sięgające łydek, trzy różne rodzaje rękawiczek oraz wkładek, a także maskę z filtrem N95. Musiałam schować włosy pod czepkiem, a do tego wsunąć osłonę na twarz. Już zdążyłam się w tym wszystkim spocić, a dopiero wchodziłam do prosektorium. Rozejrzenie się po moim nowym miejscu pracy nie pomogło we wdrożeniu. Wyglądało jak żywcem wyjęte z muzeum. W kostnicy w Los Angeles pracowałam na wyposażeniu ze stali nierdzewnej. W San Francisco moim oczom ukazały się stoły sekcyjne z obskurnej, miejscami wyszczerbionej porcelany. Wyglądały jak toalety i działały na tej samej zasadzie, a wyposażone były w pedał do spłukiwania płynów i odpadów do miski podłogowej. Na jego końcu stały brązowe szklane słoiki, gotowe, by wypełnić je 19


NAJWAŻNIEJSZE JEST PIERWSZE ludzkimi tkankami i rozbić na podłodze, co stwarzałoby zagrożenie biologiczne w miejscu pracy. Byłam WRAŻENIE. CIAŁO NIGDY NIEprzerażona. KŁAMIE. Kobieta w średnim wieku, mierząca zaledwie metr pięćdziesiąt, tak jak ja ubrana w strój ochronny, podeszła do mnie i przedstawiła się jako Yarina Marchenko, laborantka Dlasekcyjna. młodej lekarki medycyny sądowej, doktor Jessie Teski, Jedna jedyna laborantka sekcyjna. Narzekała, miał to tym być stanowisku świeży start. Nowapracować praca wtrzy nowym że na powinny osoby,mieście. ale mieli pieniądze na jedną. przez przeszłości. trzydzieści sekund Ucieczka od jejYarina mrocznej zdążyła wspomnieć, że w swoim domu na Ukrainie była licencjonowanym lekarzem. Udało jej się też w tym czasie Zamiast tego mierzy się z przerażającym odkryciem, zlustrować mnie spojrzeniem znad maski, oszacować mój gdy wiek i uznać, ledwie sięgam jej standardów. okazuje się, żeżeza sprawą związaną z przedawkowaniem W odległej części pomieszczenia stali studenci, opioidów kryje się coś o wiele straszniejszego. Przełożeni obserwując doktora Stone’a, który właśnie otwierał Jessie naciskają na nią, by zamknęła sprawę, ale gdy na jej klatkę piersiową denata, głośno przy tym tłumacząc. Na stole ląduje stanowisku więcej ciał,pracował odkrywadoktor związek między zgonami. kolejnym Nguyen, robiąc to szybko i w ciszy. Po nierówno ułożonych kończynach Autopsja znaczy „zobaczyć na własne oczy”, a Jessie Teska wywnioskowałam, że zaczął pracę od ofiary wypadku. nie spocznie, póki nie zobaczy wszystkiego – nawet jeśli Moje narzędzia zostały ułożone obok szklanych słoików. oznacza że następne ciało, które na stole, Zrobiłamto, szybki przegląd i znalazłam tamwyląduje wszystko, czego będzie niewybaczalnym jej własnym. wyjątkiem. potrzebowałam. Z jednym – Potrzebuję skalpela dwudziestki dwójki – powiedziałam do Yariny. Kiwnęła głową i sięgnęła dozrozumieć kieszeni, to, skąd wyjęła Judy Melinek pomaga lepiej czego się najbardziejpudełko, obawiamy. A wciąż boimy się tego samego. eleganckie które wyglądem przypominało – SUZANNE NOSSEL, DYREKTOR PEN AMERICAże CENTER wymyślny pokrowiec na pióro. Powiedziała, jest to jej prezent dla mnie. Wewnątrz znajdował się różowy uchwyt i zestaw ostrzy dwudziestek dwójek. – Jest różowy – zauważyłam. cena 42,90 zł – Dla pani doktor – odpowiedziała Yarina.ISBN 978-83-8195-246-0 mrocznastrona.pl wydawnictwofilia.pl

20

9 788381 952460