Page 1

i u, a n k e i w ia , i spraw ma a n i e ę i i s n ść. w ia tór y ha , k . Poja aśnie miło c u u k d o r r an o wł a k i st e js c c z y p ó tko. T s y Jest t i z s m ich na w w iedn eś gotowa o p d o st gle je ż e na





Nigdy nie kieruj się tylko logiką, metafizyką wypełnij dzień. A gdy rozsądku głos gdzieś zaginie, to większe ryzyko czasem ma sens. Mrozu Poza logiką



L AT O



1.

Ech, wszystko byłoby dobrze, gdyby nie te komary! Co prawda władze miasta regularnie zlecały odkomarzanie Wrocławia z powietrza i małe samoloty przelatujące nad drzewami były niczym zwiastuny dobrej nowiny, ale w parkach komarza gadzina wydawała się niezniszczalna. Zwłaszcza w starych, z wielkimi drzewami, które niejednokrotnie zasługiwały na miano pomników przyrody. Zwłaszcza gdy te drzewa rosły w pobliżu Odry i gdy siedziało się blisko wierzchołka jednego z nich. A niech to jasna cholera! Kaśka odsunęła aparat fotograficzny od oka i położyła go na kolanach, by podrapać się po plecach. Och, jakim to geniuszem błysnęła i niezwykłą inteligencją, kiedy ubierała bluzeczkę na ramiączkach, bo przecież panowało typowo wrocławskie trzydzieści dwa i pół w cieniu. Nobla jej, do diabła, i jeszcze jednego a konto przyszłych pomysłów. Jak można było nie założyć 9


tak prostych rzeczy, że po pierwsze, w cieniu drzewa będzie ciut chłodniej, po drugie – wynikające z pierwszego – będą się tam kryły wszelkie stworzenia latające? Te pożądane, czyli ptaki, i te zupełnie niechciane, czyli bezkręgowce. Efekt działania błyskotliwego umysłu był taki, że dziewczyna zajmowała górne partie okazałego platana, pogryziona od stóp do głów. Dodatkowa nagroda należała się za krótkie spodenki, choć trzeba oddać sprawiedliwość i przyznać, że w tym upale ktoś mający na sobie ubranie zajmujące większą powierzchnię niż skromne paski w strategicznych rejonach ciała z miejsca wzbudzał niezdrowe zainteresowanie, a tego przecież wolała uniknąć. Bo w końcu chciała wdrapać się na swoje ulubione drzewo i usiąść na ulubionej gałęzi, skąd roztaczał się świetny widok na park, a to i wszystko pozostałe sprawiało, że można było bezkarnie oddać się swojemu hobby, czyli fotografowaniu przyrody. A nie jest tak prosto wleźć na drzewo, kiedy od czasu do czasu ktoś się po tym parku szlaja i wynurza na ścieżce w najmniej oczekiwanym momencie. Poza tym człowiek jednak ma na sobie ten nie najmniejszy plecak, w którym trzyma trzy obiektywy i lustrzankę. I monopod, nie zapominajmy. Ale tę bluzę z długim rękawem to jednak mogła zabrać. Niech to szlag! Platan został przez Katarzynę Małopolską namierzony już jesienią i bardzo przypadł jej do gustu za sprawą swej rozłożystości i grubych gałęzi, które znajdowały się stosunkowo nisko. Ktoś zwinny i sprawny, 10


jak na przykład szczupła dziewczyna w klasie maturalnej, która nie uciekała z lekcji wuefu, mógł bez problemu na niego wejść. Kaśka więc pewnego razu odważyła się i weszła. Weszła i prawie natychmiast uznała, że to jest właśnie to, o co jej chodziło. Jasne, można z powodzeniem trzaskać fotki ptaszków, kiedy się spaceruje parkową alejką ramię w ramię ze swoim przyjacielem statywem, można też zaszyć się w krzakach w odzieży o deseniu typu „nie zobaczysz mnie”, można położyć się w trawie, ale kiedy siedzi się na drzewie i ten ptak, co to się na niego bezkrwawo poluje, siedzi sobie na tym samym drzewie i tak się akurat szczęśliwie składa, że tuż obok na gałęzi on sobie siedzi, no to, drodzy państwo, to jest zupełnie co innego, prawda? No. Perspektywa. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a w przypadku Katarzyny należało to rozumieć dosłownie. Z biegiem czasu platan został stuningowany za sprawą grubej liny z supłami, którą to zdobył i własnoręcznie przymocował klasowy kolega Katarzyny, zapalony żeglarz. Jego największym przekleństwem życiowym był fakt, że przyszło mu mieszkać pięćset kilometrów od Bałtyku, jedynej miłości życiowej. Papiery złożył więc do Akademii Morskiej w Gdyni, co połowa żeńskiej populacji Liceum Ogólnokształcącego numer jeden przy ulicy Poniatowskiego przyjęła rozpaczą i zapowiedzią prób samobójczych. Katarzyna (po dwóch nieśmiałych i bardzo nieudanych podrywach – beznadziejna sprawa, musiałaby być bardzo duża, bardzo mokra i porządnie zasolona, 11


czyli miałaby znacznie większe szanse jako samica tuńczyka) wyprosiła na nim zawiązanie porządnych, marynarskich węzłów na swoim ulubionym drzewie oraz na drugim, też przez nią wykorzystywanym, które rosło w innej części parku i było równie zachęcającym do eksploracji starym dębem. Od tej pory Jej Wysokość Kasienda, jak nazywali ją znajomi, którzy wiedzieli o jej zamiłowaniach, wdrapywała się na drzewa znacznie szybciej, znacznie łatwiej i znacznie bezpieczniej, a co najważniejsze – w sposób znacznie mniej ryzykowny i inwazyjny dla sprzętu, który ze sobą zawsze targała. Westchnęła. Upał nie był sprzymierzeńcem obserwacji, to pewne. Wszystko, co żyło, chowało się w dziuplach, pod liśćmi, w krzakach, czyli wszędzie, gdzie można było znaleźć choć namiastkę cienia. Jak na złość prognozowano cudną pogodę i zapewne wszyscy spędzający urlop nad Bałtykiem zawstydzają pięknem śpiewu chóry anielskie, wielbiąc Opatrzność, która w swojej łaskawości pozwoliła im (właśnie im, a nie tym, co pojadą za dwa tygodnie!) cieszyć się na północy Polski piękną aurą i tak wysokimi temperaturami, które nawet dramatyczne, typowo bałtyckie wietrzysko każą traktować jako przyjemny zefirek, a co odważniejsi zrezygnowali nawet z rozstawiania parawanów (nie może być!). Nad morzem naród zawsze radośnie rujnował się w powodu lodów i piwo, ale mieszkańcy miast, a zwłaszcza najcieplejszego w Polsce Wrocławia, zaczynali już zupełnie otwarcie marzyć 12


o ulewnym deszczu lub nawet porządnym gradobiciu, które obniży temperaturę o jakieś dziesięć czy piętnaście stopni. Ponadtrzydziestostopniowe upały w dużym mieście przywodziły na myśl życie w przedsionku piekła, zwłaszcza jeśli ktoś miał zwyczaj poruszać się komunikacją miejską. Dochodził wtedy do wniosku, że najlepszym prezentem urodzinowym, imieninowym czy jakimkolwiek innym dla większości jego rodaków byłoby zwyczajne mydło z nakazem codziennego stosowania, pod groźbą, powiedzmy, braku dostępu do zimnego piwa i meczu w TV. Nic dziwnego, że wszelka fauna (z wyjątkiem komarów, oczywiście) chowała się w rejonach trudno dostępnych i trzeba było nie lada cierpliwości, żeby coś bezkrwawo upolować. Nie żeby Kaśka miała wracać z pustymi rękami, o nie. Na to ma zbyt duże doświadczenie i zbyt szeroko otwarte oczy. Zawsze można coś zauważyć, zawsze! Przyroda nie jest statyczna. Katarzyna rozejrzała się jeszcze raz dookoła, oparła plecami o pień i zamachała od niechcenia nogami, cały czas siedząc okrakiem na okazałym konarze. Plecak wisiał koło niej na złamanej gałęzi, wprost stworzonej do umieszczenia tam sprzętu. Rozwiązanie było bardzo wygodne. Ciężki i sporych rozmiarów plecak nie krępował ruchów i nie utrudniał utrzymania równowagi, a jednocześnie można było bezpiecznie sięgać po obiektywy. No dobrze, posiedzi tu sobie jeszcze ze dwadzieścia minut i pójdzie. Z parku Szczytnickiego do domu ma kawałek, a choć mieszka w samym centrum, tuż na progu 13


Nadodrza*, na ulicy Oleśnickiej, to jednak jazda tramwajem przy tak wysokiej temperaturze równałaby się próbie samobójczej, dlatego ona serdecznie podziękuje, ale pójdzie na piechotę. No bo, umówmy się, nie ma się do czego spieszyć, co nie? W końcu ma wakacje. No i w końcu nikt na nią nie czeka. Wilga pojawiła się dosłownie znikąd. Jak gdyby nigdy nic, jakby Katarzyna była jeszcze jedną zupełnie przyzwoitą gałęzią. Przysiadła sobie w odległości około czterech metrów na tym samym drzewie, na wprost dziewczyny. Kaśka zaklęła w duchu i zaczęła powolutku podnosić aparat do oka, starając się, by jej ruchy były jak najbardziej płynne i jak najmniej podejrzane. W parku panowała senna, popołudniowa cisza, z oddali dobiegał szum aut mknących po ulicach i wydawało się, że nawet ptakom nieszczególnie chce się ćwierkać. Aparat miała już przy oku, jeszcze tylko ustawić ostrość. Bzzzzzz… Niech to szlag, zapomniała, że silniczek w tym obiektywie nie jest najcichszy na świecie! * Nadodrze jest owiane mniej więcej tak złą sławą jak słynny Trójkąt, czyli Przedmieście Oławskie, rejon starych kamienic, zamknięty między ulicami Kościuszki, Traugutta i Pułaskiego. O Trójkącie Lech Janerka śpiewał: „strzeż się tych miejsc”, i miał rację. Gdyby mieszkał na Nadodrzu, pisałby o tym, żeby i tutaj uważać. Jeśliby – jakimś cudem – przeprowadził się na Brochów, miałby już całą listę miejsc, które warto omijać i których mieszkańcy doceniają szczególnie te dni w miesiącu, kiedy idą do pracy na pierwszą zmianę. Zarówno Przedmieście Oławskie, jak i Nadodrze to też zgrupowanie przepięknych, secesyjnych kamienic i klimatycznych klatek schodowych (najczęściej zapuszczonych), co jakoś osładza mankamenty sąsiedzkie. W przypadku Brochowa pozostaje po prostu się strzec tego miejsca.

14


Wilga przez ułamek sekundy spojrzała prosto w soczewkę, po czym odfrunęła. Kurde. Kurde, kurde, kurde! Katarzyna spojrzała na wyświetlacz i powiększyła fotografię. No, może coś z tego będzie. Dobra, wystarczy na dziś. Musiałaby tu siedzieć do wieczora, a nie bardzo jej się chce, tak po prawdzie. Pasja pasją, ale istnieją pewne granice. Poza tym w poniedziałek drugiego lipca, czyli już pojutrze, zaczyna pracę jako dziewczynka od wszystkiego (przynieś, podaj, pozamiataj) w jednej z wrocławskich knajp. Pieniądze z nieba nie spadają i jeśli chce mieć kolejny, wymarzony obiektyw, musi na niego zarobić, nie ma opcji. A do tego przyda jej się jakieś pierwsze doświadczenie zawodowe. Odłączyła obiektyw od korpusu aparatu, a następnie jedno i drugie umieściła na odpowiednich miejscach w plecaku, a plecak założyła na ramiona. Powoli, trzymając się liny, zsunęła się z drzewa i stanęła na wyschniętej na wiór pożółkłej trawie. Ruszyła ścieżką w stronę mostu Zwierzynieckiego. Zatrzymała się na chwilę, bo z pobliskiej przystani odbijała właśnie grupa kajakarzy. Wyjęła telefon i zrobiła zdjęcie. O wiele więcej możliwości dawała jej lustrzanka, ale nie chciało jej się wyciągać wszystkiego i skręcać na nowo. Uwieczniła barwne kajaki i eksploratorów Odry, którym – jak komarom – najwyraźniej niestraszne były upały, a przy okazji zauważyła wiadomość, że znajomi z jej licealnej klasy spotykają się dzisiaj wieczorem na Wyspie Słodowej (tak niezobowiązująco, może gdzieś pójdziemy, wiesz, jakieś piwo czy coś tam) i pytają, czy do nich dołączy. Oczywiście, że dołączy, w końcu tworzą coś w rodzaju paczki i lubią 15


się. Dała znać, że przyjdzie, schowała telefon do kieszeni i opuściła most Zwierzyniecki, kierując się ku placowi Grunwaldzkiemu. „Grunwald” bardzo się zmienił. Zyskał nowe rondo z przejściem podziemnym, a wszędzie, gdzie się tylko dało, stanęły biurowce. Nawet „Manhattan” został odnowiony, przez co stał się na nowo pożądanym obiektem fotograficznym*. Przeszła pod rondem Reagana i ruszyła ulicą Szczytnicką. Patrzyła na stopniowo odnawiane elewacje starych kamienic i na nowoczesne biurowce postawione na miejscu dawnego budynku Liceum Ogólnokształcącego numer czternaście. Żółte wieżowce przy Wyszyńskiego wydawały się jedynym niezmiennym elementem okolicy. Straszyły jak zawsze. Katarzyna przeszła koło katedry, skręciła w Kanonią i wyszła na plac Bema obok kościółka Świętego Marcina. Minęła Polish Lody (oczywiście gigantyczna kolejka), skręciła w Poniatowskiego, spojrzała na masywny gmach swojego liceum i opustoszały dziedziniec przed * „Manhattan” to wyjątkowe wieżowce, które stanęły na placu Grunwaldzkim w epoce PRL. Wyjątkowe, bo ciekawe architektonicznie. Twórca jakimś cudem przeforsował pomysł nietypowych okien i balkonów, co nadało wieżowcom rys futurystyczny i lekko odrealniony. Z biegiem czasu mocno straciły na urodzie, a zyskały na brzydocie, mówiło się nawet o ich zburzeniu, jako że podobno nie spełniały norm mieszkalnych, o dziwo jednak nie tylko stoją dalej, ale i zostały odświeżone i „wyładnione” na tyle, na ile to możliwe. Szczytem lansu jest takie zbajerowanie mieszkańców, by zechcieli wpuścić człowieka na klatkę schodową, a następnie udanie się na dach (przejście wyłącznie dla wtajemniczonych) i sfotografowanie panoramy Wrocławia. Na Instagramie i Facebooku fotki zrobione z „Manhattanu” biją rekordy popularności.

16


nim, a następnie skręciła w Oleśnicką. Co tu dużo gadać, kiedy w mieście panują upały jak w przedsionku piekła, człowiek docenia, że mieszka w starej, przedwojennej kamienicy. Nawet jeśli ktoś znowu rozwalił domofon i najwyraźniej załatwił swoje potrzeby fizjologiczne wcześniej, niż dotarł do toalety, o czym świadczył niedający się z niczym pomylić zapach. Na klatce schodowej panował chłód wręcz piwniczny. Tego jej było trzeba! Drewniane schody trzeszczały, gdy wchodziła na drugie piętro. Wyjrzała przez okno. Na odrapanym podwórku dzieciaki sąsiadów wydzierały się przy krzywym trzepaku. Otworzyła masywne drzwi i weszła do mieszkania, na którego widok jakiś pomysłowy Dobromir doznałby dreszczy rozkoszy (cztery metry wysokości, można zbudować antresolę, można wszystko!). Home, sweet home. Niech żyją stare kamienice!


2.

– Nie jest dobrze, żeby piwo było samo – stwierdził filozoficznie Mateusz, a jego głos wręcz ociekał przekonaniem o słuszności wygłaszanych sądów. – Dlatego rzekł Pan: „Idźcie i łączcie się w grupy, a na piwo chodźcie wspólnie, będzie weselej”. Witam was serdecznie, bracia i siostry. Odpowiedział mu chór prychnięć i parsknięć, dołączono szturchnięcia w ramię i śmiech. Pięć osób siedziało przy jednym ze stołów w zaimprowizowanym ogródku piwnym ulokowanym na Wyspie Słodowej. Na wyspie w porze letniej wiecznie się coś działo, jak nie festyn, to koncert, jak nie koncert, to inna impreza, jak nie impreza, to festyn i tak w kółko. Nawet kiedy zupełnie wyjątkowo nie organizowano niczego, na wyspie zawsze był tłum ludzi w przeróżnym wieku, odwiedzających to miejsce w rozmaitym celu. Rodziny ciągnęły do ogromnego i świetnie wyposażonego placu zabaw, gdzie mogły uczciwie i po bożemu przeczołgać 18


swoje dzieci, by przez chwilę mieć święty spokój, kiedy te padną wreszcie ze zmęczenia. Starsi ludzie przychodzili na spacery, zakochani umawiali się na randki, studenci dołączali z okazji i bez okazji, a nierzadkie były też sytuacje, kiedy ktoś zostawał do rana, o czym się sam przekonywał niezmiernie zdumiony, kiedy już spadł w końcu z ławki służącej mu za łóżko, najczęściej lżejszy o portfel i telefon. Tym razem na wyspie trwał festyn rodzinny, ale ponieważ pora była już wieczorowa, rodziny przeprowadziły sprawną ewakuację, by zakończyć dzień kąpielą dzieci i zwyczajowym zaśnięciem na napisach początkowych przypadkowego filmu w telewizji. Pozostała reszta narodu albo dzieci jeszcze nie miała, albo owszem, miała, ale już na etapie całkowitej samoobsługi. Na niewielkiej scenie jakaś kapela cięła niezobowiązujący folk, niezbyt ambitnie, by nie przeszkadzać w degustacji płynów, a inni zajmowali się sobą, ot jak na przykład pięcioro maturzystów. – Ty to, Mati, jednak pajac jesteś – prychnęła Aśka. – Pajac, zaraz pajac! – oburzył się Mateusz. – Wskaż mi, gdzie błądzę. Czyżbym powiedział coś nieprawdziwego? Lepiej jest iść na piwo z paczką niż żłopać samemu, co nie? – Dobrze wiesz, o co mi chodzi – kontynuowała Aśka, ale już wyraźnie łagodniej. – Oj, daj spokój, dziewczyno – wtrąciła się Ola. – Powiedział, jak powiedział. Jesteśmy tu razem, cieszmy się, potem nie będzie już tak wesoło. Zacznie się praca, studia i tak dalej. 19


TO WŁAŚNIE NAJLEPSZA MIŁOŚĆ! – O właśnie,PORA idzie Jej NA Wysokość Kasienda – zawołał

Patryk, widząc zbliżającą się Katarzynę – która nam posię, że na nicASP. nie jest w stanie połączyć wie,Zdawałoby czy złożyła papiery karierowiczki z banku ze starą panną z kotami, świeżo – Nie złożyła. Cześć wszystkim – powiedziała Kaśka i przysiadła się do stołu. – Po ile piwo? upieczoną maturzystką i gospodynią domową. – Po siedem. Jednak życie pisze swoje przewrotne scenariusze. – To nieźle. Idę kupić. – Siedź, Gregorio pójdzie, potem się rozliczycie – poWśród urokliwych ulic Wrocławia coś burzy spokój wiedział Patryk, a Grzegorz zwany Gregoriem, czterech niezwykłych kobiet. nie odezwawszy się ani słowem, podniósł posłusznie swoje sporych rozmiarów ciało,kończy które było niezwykle skutecznym Magda traci pracę, czterdziestkę i kolejny słoik argumentem, kiedy człowiek chciał się przepchać przez nutelli. Julia pnie się po szczeblach kariery, podczas tłum i nieco niż inni uzyskać to, poo wnuka. co przyszedł. gdy prędzej jej teściowa wznosi modły Gregorio po prostu szedł, a reszta albo się odsuwała, albo Kaśka podgląda wrocławian z parkowych drzew szybko żałowała, ich że tego nie zrobiła.a Aniela rozsiewa i uwiecznia na zdjęciach, – Drodzy bracia i siostry, zebraliśmy się tutaj, tym żeby optymizm na prawo i lewo, doprowadzając pogadać – zauważył Mateusz. do szału wszystkie sąsiadki. – O czym? – spytała Aśka. – O wszystkim! Zawsze o czymś można. Na przykład Jej Nieoczekiwany punkt zwrotny w życiu każdej z nich Wysokość Kasienda mogłaby nam zdradzić, gdzie zamierza sprawia, że muszą zweryfikować swoje dotychczasowe się wybrać, skoro już tak pięknie zdała maturę w naszym życie. Bo gdy los mówi „sprawdzam”, przychodzi czas liceum i nie rozproszył jej nawet Krzyś od historii. na decyzje, które będą mieć swoje konsekwencje. – Krzysia to ty zostaw w spokoju – odezwała się Ola. – Swój chłop. Czy wybiorą słusznie? wybrną z tego zwycięsko? – No swój, swój, bardzoCzy swój! – potwierdził gorliwie Czy zdadzą egzamin? Mateusz. – Wszystkie na historii zawsze wyglądałyście tak, jakbyście były jednym wielkim, zbiorowym zaproszeniem do łóżka. – Oj, nie przesadzaj – oburzyła się Asia. – Ładny pan cena 36,90 zł i tyle. ISBN 978-83-8075-459-1

20

9 788380 754591


Millions discover their favorite reads on issuu every month.

Give your content the digital home it deserves. Get it to any device in seconds.