Page 1



MAREK STELAR

Upadek



AKT I: POCZĄTEK a właściwie tego wieczoru, „Bella” zabija po Tego dnia, a właściwie raz pierwszy. Nie własnymi rękami, ale to bez znaczenia, bo ile razy ktoś, kto to robi, robi to na jej wyraźne polecenie. II ile w przyszłości, zrobi to słowami, a nie a nie „Bella” zabije kogoś w przyszłości, w nich trzyma. Czasem nawet swoimi dłońmi czy czymś, co w nich potrafią zabić, a słów a słów „Belli” się słucha. Tak już jest. słowa potrafią „Bella” naprawdę ma na imię Bożena. Tego dnia, tego wieczoru, kiedy zabija po raz pierwszy, ma dwadzieścia dwa lata. „Bellą” została kilkanaście dni wcześniej, we Włoszech. Keli Wieśkowi, zachwycił się piękną ner, który podawał kawę jej i Wieśkowi, dziewczyną przy kawiarnianym stoliku: słowiańską buzią, błęi grubym warkoczem w kolorze w kolorze zboża. „Que kitnymi oczami i grubym a Bożenie bella!” – krzyknął, pokazując ją klientom kafejki, a Bożenie długo zajęło, by odwieść Wieśka od zamiaru zaczajenia się i spuszczenia mu wpierdolu za to, że na Włocha wieczorem i spuszczenia ośmielił się ją wytykać palcem, nieważne po co. „Jesteś moja”, a ona tłumaczyła mu cierpliwie: „To Włoch, a Włosi a Włosi warczał, a ona a Wiesiek już tak mają, daj spokój, Wiesław…”. Tak mówiła, a Wiesiek jej posłuchał. I tak właśnie została „Bellą”. – Błagam was, oddam wszystko, co do grosza… – jęczy – Błagam zakrwawiony mężczyzna, skulony na podłodze zachlapanej krwią, jego krwią. z Wieś„Bella” patrzy na to bez zmrużenia oka. Jest tu z Wieśi Sebastianem, przybocznym Wieśka. To się w zasaw zasakiem i Sebastianem, 105


dzie nie zdarza, żeby kobiety gangsterów chodziły z nimi na takie akcje, ale tu się zdarzyło. Życie. Wiesiek chciał, żeby z nimi poszła, a Wieśka się słucha, tak jak kiedyś, za kilkanaście lat, będzie się słuchać „Belli”. Bo Wiesiek to „Kirkor”, tak, TEN „Kirkor”. Sebastian, który teraz trzyma w jednej dłoni maczetę, a w drugiej pistolet, to „Skiera”, mięśniak od mokrej roboty. Wszyscy wiedzą, kim są „Kirkor” i „Skiera”. Człowiek leżący na podłodze to „Bankier”. „Bankier” również wie, kim są stojący nad nim ludzie. A może nie wie, bo gdyby wiedział, nie zrobiłby tego, co zrobił i za co teraz płaci? – Moja żona zmarła w zeszłym roku na raka, mam małe dzieci, zrozumcie… – tłumaczy „Bankier”. Krwawe łzy płyną mu z zamglonych bólem oczu, ale on nie może ich otrzeć, bo ma związane z tyłu ręce. Właściwie jego los jest już przesądzony i on to wie, nie wie tylko jeszcze, że przesądzi o nim właśnie „Bella”. Gdyby „Bankier” mógł myśleć jasno i miałby szansę w ogóle tę kwestię rozważyć, ostatnia rzecz, jaka przyszłaby mu do głowy, to to, że zabije go „Bella”. Nikt by się po niej tego nie spodziewał. Nawet ona sama. Nie w tej chwili, w której patrzy na „Bankiera” , a Wiesiek stoi obok niej. Tylko on wie, co się stanie. – Co z nim robimy? – pyta „Skiera”. – Jeśli darujemy mu życie, następni nie będą się tak bali i też będą lecieć z nami w człona – mówi „Bella”. Wiesiek kiwa głową. „Bella” ma rację. – Co ty byś zrobiła? – pyta żony. – Dała przykład innym. Dobry przykład. 106


– Czyli? – Nie wiesz? – Dziwi się. – Po prostu powiedz mi, co mam zrobić. Zdecyduj. „Skiera” uśmiecha się pod nosem, a „Bankier” płacze. – Skurwysyny – szepcze, ale nikt go nie słyszy. „Bella” w zasadzie już podjęła decyzję. Chodzi o interesy Wieśka, a jego interesy to jej interesy. To proste. „Bankier” już wie, że zaraz zginie. Desperacka nadzieja umarła, ale mimo to postanawia walczyć, bo nie ma nic, koszmarnie nic do stracenia. – Błagam was, litości – sepleni przez powybijane zęby, a łzy mieszają się z krwią. – Miejcie litość, przecież też macie dzieci, kurwa, ludzie… – Nie mamy – rechocze „Skiera”. – Nie ma nic bardziej żałosnego niż błaganie o litość – mówi zniesmaczona „Bella”, krzywiąc pełne, kształtne wargi, i pyta „Kirkora”, marszcząc brwi: – Mam skierować kciuk w dół czy coś takiego? „Kirkor” uśmiecha się lekko. – Nie – mówi do niej. – Wystarczy, jak mi powiesz, że ma umrzeć. – Zabij go. – „Bella” wzrusza ramionami. To nie tak, że „Bella” nic teraz nie czuje. Czuje. Drżą jej kolana, coś ściska ją w żołądku, pocą się jej ręce. Ale tak trzeba, skoro Wiesiek tak uważa. Ufa Wieśkowi. Tylko sobie ufa bardziej. „Kirkor” i „Skiera” celują w głowę „Bankiera” i niemal równocześnie naciskają spusty. Pistolety z tłumikami szarpią 107


im się w dłoniach, a głowa „Bankiera” podskakuje, kiedy penetrują ją pociski. „Kirkor” schyla się i zbiera gorące łuski. Parzą nawet przez skórzaną rękawiczkę. „Bankier” żyje w momencie, w którym „Skiera” polewa go benzyną, na szczęście niczego nie czuje, bo jest nieprzytomny. Zaczął się proces powolnej i nieuchronnej śmierci, spowodowanej uszkodzeniem organów wewnętrznych i przede wszystkim mózgu, przyśpieszony i definitywnie zakończony działaniem pożaru, który wybuchnie za kilka minut, ale „Bankier” jeszcze żyje. I nie oznacza to, że „Bankiera” zabił tlenek węgla i ogień, bo nie zdążyły tego zrobić pociski. Nie. Zabiła go „Bella”. Stało się to rękami „Kirkora” i „Skiery”, ale zabiła jednak „Bella”. „Bella” nie jest typową „dżesiką”. „Bella” jest całkiem mądrą dziewczyną, tylko bezwzględną. Niektórzy tak mają. „Bella” tak ma. Kiedy poznała czterdziestoletniego Wieśka na imprezie w klubie, studiowała historię sztuki. Zawaliła trzeci rok, tak bardzo się w nim zakochała. Gdy poprosił ją o rękę, rzuciła studia, choć zamiłowanie do piękna zostało jej i miało zostać do końca życia. „Bella” nie ma pojęcia, że miłość, którą zwykle darzy rzeczy piękne, w końcu spowoduje katastrofę. W tej chwili jest szczęśliwa z Wieśkiem, gangsterem, ale gangsterem krańcowo odmiennym od stereotypowego modelu tego gatunku. Bo Wiesiek kocha ją i ufa jej. „Bella” wie, że będą razem, choćby walił się świat. A nawet jeśli się zawali, to oni razem z nim, ale trzymając się za ręce. Do końca. 108


„Bella” ma dwadzieścia dwa lata, Wieśka obok siebie i cały świat przed sobą. Cała trójka opuszcza dom „Bankiera” i wychodzi na niemal pustą ulicę. Jeszcze nic się nie dzieje. „Skiera” wsiada do swojego samochodu i odjeżdża z piskiem opon. „Kirkor” spokojnie otwiera drzwi bmw, zajmuje miejsce za kierownicą i czeka na „Bellę”. Mężczyźni otwierają kobietom drzwi samochodów tylko w filmach. „Kirkor” i tak nie ogląda filmów, ma lepsze rzeczy do roboty. „Bella” wsiada do auta i zamyka drzwi. Siedzą spokojnie i czekają. Okna domu „Bankiera” zaczynają migotać na pomarańczowo; najpierw jedno, potem drugie, po kilku minutach następne. Kiedy zajmują się rolety, migotanie zmienia się w pełny blask. „Kirkor” obserwuje przez chwilę żonę, a potem wraca wzrokiem przed siebie. Teraz wpatruje się znad kierownicy w płomienie, ale po chwili jego wzrok lekko mętnieje: patrzy na pożar, ale nie widzi go. Widzi przyszłość. Nie jest wróżbitą, nie ma nadnaturalnych mocy, on widzi ją tak, jak widzą ją zwykle ludzie inteligentni i przewidujący. – Być może kiedyś mnie wsadzą – mówi z namysłem do „Belli”. – Za kilka lat, może za kilkanaście… – Wiesiek, co ty mówisz? – Nie przerywaj mi. – Podnosi rękę, a ona milknie, zaskoczona wyrazem jego twarzy. – Te wszystkie napakowane sterydami mutanty, trzęsące innymi dzielnicami, to półgłówki. Ich umysły nie ogarniają przyszłości dalej niż do najbliższej imprezy w klubie, na której wciągną więcej proszku i zaru109


chają lepsze laski niż zwykle. To idioci, wyniesieni na szczyt przypadkiem, któremu trochę pomogli swoją bezwzględnością. – „Kirkor” odwraca wzrok od pożaru i głaszcze żonę po policzku. – I nie mają kogoś takiego jak ty. Zakładanie, że szczęście potrwa wiecznie, jest czystą głupotą, Bożena. Ja będę kiedyś na samym szczycie, na wierzchołku, na którym nie będzie miejsca dla nikogo innego. Będę robił wszystko, żeby żaden z nich mnie z niego nie strącił, ale przyjdzie kiedyś taki czas, że mnie wsadzą. Moja przewaga nad nimi, nad resztą mutantów, polega na tym, że ja jestem tego świadomy. Ja wiem, że wsadzą mnie, że wsadzą nas wszystkich, a oni tego nie wiedzą. Nie są tego świadomi, bo to kretyni, rozumiesz? – Wiesiek opiera głowę o zagłówek i zamyka oczy. – Mam nadzieję, że wykpię się kilkoma latami. Dam radę, ryzyko wliczone w cenę sukcesu. Wyjdę i dalej będę na szczycie, a wiesz dlaczego? Bo w tym czasie, kiedy będę garował, zastąpisz mnie ty. I wiem, że zrobisz to dobrze… „Bella” czuje, jak w gardle rośnie jej jakaś miękka kula i wilgotnieją jej oczy. – Wiesiek… – szepcze z czułością. – Ty i ja. Razem na zawsze – mówi poważnie „Kirkor”, otwierając oczy, a po chwili dodaje: – To, co stało się przed chwilą, było testem, który zdałaś celująco. Ufam ci teraz jak nikomu innemu, ale zaufanie też się dewaluuje. Po prostu nigdy nie próbuj mnie orżnąć, Bożena. Nie przeżyjesz tego, rozumiesz? „Bella” kiwa głową. Rozumie doskonale. Weszła do tej rzeki i musi płynąć z jej prądem, to też rozumie, bo nie zrobiła tego 110


bezmyślnie. Nie uległa czarowi chwili, nie zaćmiło jej ani nic takiego: ona wszystko zrobiła świadomie. Przemyślała starannie każdy krok oraz możliwe konsekwencje. I godziła się na nie. Wiesiek chodził z siostrą „Belli”, Alinką. Alinka nie była zbyt lotna, za to Wiesiek tak, podobnie jak „Bella”, więc „Belli” nie zajęło dużo czasu, żeby zamienić się z siostrą miejscami u jego boku. Alinka wściekła wyjechała do Anglii i tam została, zrywając z siostrą kontakt. I tak nigdy nie były ze sobą blisko. Rywalizowały niemal o wszystko i od zawsze. O Wieśka też. Tym razem to „Bella” wygrała. Stało się i już… Kiedy pożar zauważają sąsiedzi i na ulicy zaczyna robić się zbiegowisko, a gdzieś w oddali słychać jęk syren, „Kirkor” i „Bella” wracają do domu. Właśnie skończyli go budować. W dobrej dzielnicy, z ogrodem, z widokiem na jezioro. Niektórzy dziwią się, jak człowieka bez pracy stać na budowę domu, nikt nie wie, że Wiesiek zdobył kapitał początkowy, kradnąc elektronarzędzia na dużych budowach w Niemczech. Później przemyt, w porozumieniu z celnikami: najpierw fajek, potem amfetaminy: najpierw w skrytkach w baku starego opla kadetta, potem w TIR-ach. Za zmianą tonażu poszły zmiany w stawkach dla pograniczników, ale Wieśka było stać. Na dom też. I na „Bellę”. Sprawa zabójstwa „Bankiera”, ochrzczonego przez gazety „księgowym mafiosów”, pozostaje nierozwiązana. Wszyscy na mieście wiedzą, kto za tym stoi, ale to jeszcze niczego nie oznacza. Wymiar sprawiedliwości jest bezsilny. Policyjni informatorzy przebąkują coś o „Kirkorze”, a nawet „Belli”, ale wtedy ginie generał Papała i wszyscy mają co innego na głowie. 111


A „Kirkor” robi się coraz potężniejszy i coraz bardziej bezwzględny. Ma głowę do interesów, zmysł taktyczny i jest również niezłym dyplomatą. W ciągu następnych prawie dwóch dekad udaje mu się wyjść cało z dwóch zamachów na siebie. Sam organizuje ich kilka, wszystkie skuteczne. Dzieli i rządzi, a „Bella” jest zawsze u jego boku. Szacunek, jakim darzą ją ludzie z grupy „Kirkora”, jest niemal równy temu, jakim cieszy się jej mąż. Świat wciąż się nie wali. Świat wciąż jeszcze jest ich. Przychodzi jednak taki czas, kiedy okazuje się, że Wiesiek tam, pod domem „Bankiera”, nie pomylił się. Wsadzają go osiemnaście lat po tym zdarzeniu na następne osiem, z opcją wcześniejszego wyjścia za dobre sprawowanie. Nie udowodniono mu niczego grubego: ani żadnego z zabójstw, o które był podejrzewany, ani udziału w zorganizowanej grupie przestępczej. O tym, że śmierć „Bankiera” jest dziełem „Kirkora”, wciąż pamięta wielu na mieście. Pamiętają nawet, że to właściwie „Bella” wydała wyrok, ale nikt nie powie tego głośno. Znajduje się taki, który chce powiedzieć, i to prokuratorowi, ale zmienia zdanie, kiedy znika jego żona. Potem znika i on. Koniec końców „Kirkor” dostaje wyrok za pobicie właściciela kantoru skutkujące ciężkim uszkodzeniem ciała i napad z użyciem niebezpiecznego narzędzia. Odsiaduje go w Sztumie, jednym z najcięższych więzień w Polsce. Dziwne, bo to jego pierwszy wyrok, ale taka karma. „Kirkor” to nie malwersant, damski bokser ani sklepowy złodziejaszek, którego wsadza się do zakładu półotwartego, tylko zatwardziały przestępca i sąd nie ma co do tego cienia wątpliwości. 112


„Bella” zostaje sama. „Kirkor” wydaje jej instrukcje, jak ma pilnować interesów, ale „Bella” wie to i bez niego. Przez prawie dwadzieścia lat u jego boku zdążyła nauczyć się wszystkiego. Odwiedza Wieśka co miesiąc, jako żonatemu przysługuje mu prawo widzeń w celi spotkań intymnych, z czego skrzętnie korzysta. Zawsze wygląda to tak samo. Identycznie. Przez pierwszy kwadrans zaspokaja się nią, bo do tego właściwie sprowadza się akt, który ma miejsce między nimi, na czymś, co tylko przypomina łóżko. No, ale są ze sobą ponad dwadzieścia lat i „Bella” nie oszukuje się, że jeszcze Wieśka podnieca. Wciąż jest wyjątkowo atrakcyjną i zadbaną kobietą, ale dwadzieścia lat to sporo czasu, by znudzić się nawet nią. Przez następne trzy kwadranse Wiesiek wypytuje ją, co słychać na mieście, i instruuje, jak ma postępować. Gdzie, co, komu. Sprzedać, zabrać, wpierdolić. Zlikwidować. Piętnaście minut monotonnego skrzypienia materaca i czterdzieści pięć minut szeptu. Jak w zegarku. Raz w miesiącu. Dwanaście razy w roku. Plus rozmowy telefoniczne, pełne aluzji, półsłówek i zawoalowanych określeń. Tak jest przez ponad dwa lata. Tak jest przez ponad dwa lata, a potem pojawia się „Fabio”.


AKT II: FABIO (I) „Fabio” pojawia się właściwie znikąd. Poleca go „Belli” z chłopaków, „Słowak”. „Fabio” nie jest jeszcze „Fajeden z chłopaków, biem”, tylko po prostu Mariuszem. Zwraca na siebie uwagę posturą, aa także także nieprzeciętnymi zdolnościami. swoją twarzą ii posturą, i ciało wzbudzają podziw kobiet, umiejętności zaś – Twarz i ciało mężczyzn. ciągu kilMariusz potrafi potrafi wystrzelać cały magazynek w w ciągu ku sekund. Każdy to potrafi jego przypadku wszystkie potrafi,, ale w w jego pociski docierają do celów: kilku naraz, w kilku w kilku kierunkach ii w niewiarygodnym w niewiarygodnym skupieniu. Takich umiejętności nie da się zdobyć samemu, to kwestia wielu lat profesjonalnego treningu, ale Mariusz nie chce powiedzieć, gdzie je nabył. Zbywa pytających tajemniczym uśmiechem, nawet wtedy, kiedy ktoś prosto w twarz mówi mu, że jest gliniarzem. Żeby go sprawdzić, w twarz „Skiera” bierze go ze sobą na robotę. Jeden z mniej z mniej znaczących członków grupy, zwany „Słoniem”, zaczął sypać. Widziano go zz pewnym pewnym przykrywkowcem, któremu tylko wydawało się, że jest anonimowy. –– Skopiesz Skopiesz mu ryj ii nerki, nerki, ma wyć z bólu. z bólu. Dopiero jak poczuje i zacznie i zacznie żałować, co zrobił, rozwalisz go. Jasne? – mówi „Skiera”, ściskając kierownicę ii patrząc patrząc na Mariusza. Mariusz obojętnie kiwa głową. Siedzi w milczeniu na miejw milczeniu scu pasażera. Kiedy zatrzymują się przed kamienicą, w której w której mieszka ofi ara, „Skiera” daje mu broń z tłumikiem. z tłumikiem. Wchodzą ofiara, do mieszkania bez problemu, „Słoniu” nawet nie zdaje sobie sprawy, że oni wiedzą ii że że został wydany na niego wyrok. 114


Już przeszłość zamknięta W grobach... Ja sama panią tajemnicy. Juliusz Słowacki, „Balladyna”, Akt V, Scena IV

Balladyna ma wiele oblicz. Raz odcina głowę, bo taki ma kaprys; innym razem potrafi zabić po cichu, a winę zrzucić na kogoś innego. Jest pełna nienawiści i nie przebiera w środkach w dążeniu do realizacji swoich planów. Manipuluje, kłamie, oszukuje, zabija. Zło kusi ją od dziecka. Ma bardzo dobrą pamięć i nie zna litości. Czasem skrywa się pod innym imieniem. Bella, Beata, B., Sandra, Waleria, a nawet Al Bandyn. Nieważne jakie imię by przybrała, prędzej czy później da się ją rozpoznać po charakterystycznej bliźnie na czole. Jednak nie każdy jest na tyle rozsądny, by zejść jej z drogi. Ośmiu wybitnych polskich autorów odsłania współczesne oblicze Balladyny! cena 44,90 zł mrocznastrona.pl wydawnictwofilia.pl

115

ISBN 978-83-8075-693-9

9 788380 756939


Millions discover their favorite reads on issuu every month.

Give your content the digital home it deserves. Get it to any device in seconds.