Page 1

h

Podziękowania

K iedy podpisywaliśmy umowę na  napisanie tej książki,

zdawało nam się, że zdążymy ją ukończyć w terminie. Potem wkroczyło prawdziwe życie. Różne sprawy jedna za drugą przeszkadzały nam w  pracy, aż w  końcu zaczęliśmy beznadziejnie spóźniać się z  terminami. Jesteśmy winni podziękowania Jimowi Buickowi, Scottowi Bolinderowi i Johnowi Sloanowi z wydawnictwa Zondervan. Jim i Scott patrzyli, jak mijają kolejne terminy, i  reagowali bardzo taktownie. John po raz kolejny okazał się przenikliwym i cierpliwym redaktorem; wiedząc, jak kluczowe są relacje między redaktorem a autorem, dziękujemy za niego Bogu. W czasie wszystkich naszych kontaktów z  wydawnictwem Zondervan czuliśmy, że jesteśmy wśród przyjaciół. Podczas pisania często czuliśmy konieczność ucieczki w spokojne miejsce, gdzie mogliśmy pomyśleć, porozmawiać i popracować bez przeszkód. Bob i Linda Buford, Rich i He-


len DeVos, Jack i Clara Mains oraz Ed i Elsa Prince wspaniałomyślnie udostępniali nam piękne miejsca, gdzie mogliśmy się ukryć. Babcia i dziadek Barry oraz Greg i Corinne Ferguson troskliwie opiekowali się naszym domem, kiedy nas nie było. Buster również nam pomagał. Jim Dethmer, Greg i Corinne Ferguson oraz Russ Robinson ogromnie nam pomogli, czytając nasz rękopis, nie szczędzili ani słów zachęty, ani konstruktywnej krytyki. Dzięki ich skrupulatności ta książka wiele zyskała. Chociaż bardzo chcielibyśmy, nie możemy przypisać sobie zasługi za pomysłowy tytuł. Uznanie należy się Barbarze McLennan, która zasugerowała Więzi i więzy jako nazwę dla cyklu kazań, na podstawie których powstała ta książka. W ostatnich miesiącach napisaliśmy wiele rzeczy o naszym małżeństwie. Dodamy jeszcze jedno: dzięki niemu przyszło na świat dwoje wspaniałych dzieci. Każdego wieczoru kiedy kładliśmy Todda do łóżeczka, on  modlił się, „żeby Mamie i  Tacie dobrze wyszła książka”. A  dociekliwe pytania Shauny o  to, „jak to  naprawdę było”, kiedy chodziliśmy ze  sobą, wskrzesiły wiele wspomnień, które przelaliśmy potem na papier.


h

Wprowadzenie

Romans na huśtawce J

– edziesz za szybko jak na te warunki. – Mam wszystko pod kontrolą. Musieliśmy podnosić głos, żeby przekrzyczeć pospieszne szuranie wycieraczek. Godzinami deszcz ze śniegiem uderzał w szybę. Godzinami siedzieliśmy w gorzkim milczeniu. Dzięki Bogu za ciemność. Dzięki Bogu za to, że dzieci spały cicho z tyłu naszego niebiesko-szarego suburbana. Dzięki Bogu, że prawie byliśmy już w domu. To miały być wspaniałe święta. Nasze kwatery w  Waszyngtonie, zarezerwowane i opłacone przez hojnego przyjaciela, były wygodne i  przestronne. Dzieci, które czuły się bardzo dorośle w  wieku lat jedenastu (Shauna) i  ośmiu (Todd), cieszyły się ze  swobody włóczenia się samotnie po wielkim, starym hotelu, prawie pustym z powodu świąt. Zachwycone, pozwalały mamie i  tacie pospać dłużej, podczas gdy same schodziły na  dół, aby zamówić sobie śniadanie.


10

Więzy i więzi

Nasz plan zwiedzania był niespieszny i dostosowany do zachcianek dzieci: dla nich idealne popołudnie składało się z dwóch godzin w  muzeum Smithsonian i  dwóch na  hotelowym basenie. Do zabytkowego Georgetown można było dotrzeć na piechotę, każdego wieczoru przechadzaliśmy się więc pod oknami urokliwych sklepików i wybieraliśmy coś z  szerokiej oferty ciekawych jadłodajni. Jednego wieczoru, podczas gdy chłopcy „kręcili się” po mieście, dziewczęta śmiały się i płakały na Opowieści wigilijnej Dickensa w Ford Theater. Brzmi wspaniale, prawda? Dla dzieci było – taką mamy nadzieję; staraliśmy się, jak mogliśmy, aby zapewnić im niezapomniane przeżycia. Ale dla nas był to koszmarny tydzień. Wygodne noclegi i dobrze przygotowany plan zajęć nie mogły złagodzić bólu, jaki sprawiał nam nasz burzliwy związek. Zachęcające łoże małżeńskie w  sypialni nie było w  stanie pomóc nam przekroczyć przepaści między oziębieniem stosunków a  intymnością. Frustracja, samotność, beznadzieja, strach, rozpacz, smutek przyćmiewały wszelką potencjalną radość i  opierały się wszelkim wysiłkom podejmowanym, by je przełamać. Podczas gdy dzieci włóczyły się beztrosko, my rozmawialiśmy, ale każda rozmowa oddalała nas od  siebie jeszcze bardziej. Stawaliśmy się coraz bardziej niezadowoleni z  siebie i  źli na  siebie nawzajem. Czuliśmy się uwięzieni, podobnie jak wielekroć w  przeszłości. Nasze zobowiązania wobec dzieci, Kościoła i Boga sprawiały, że trzymaliśmy się kurczowo małżeństwa, które nader często łamało nam serca. Zajechaliśmy do domu pierwszego dnia nowego roku. Szczęśliwego Nowego Roku.


Romans na huśtawce

11

– Nigdy nie widziałem tylu gwiazd. – Niebo wygląda jak aksamitna kopuła wysadzana brylantami. Łagodne fale powoli sunęły w  górę piaszczystej plaży, a potem z powrotem toczyły się w ciemne wody oceanu. Leżeliśmy na plecach na piasku, rozmarzeni od hipnotycznego rytmu spokojnego szumu. W  nocnym powietrzu nie było nawet śladu zimna. Jak wspaniale jest spoczywać w czułych objęciach wszechświata. Jedyne, co dorównywało doskonałości tej nocy, to dzień, który ją poprzedzał. Kiedy się obudziliśmy, mżyło; popijaliśmy herbatę z  cytryną w  malutkim wynajętym domku, a  potem spacerowaliśmy po plaży w  stronę tęczy, której łuk widoczny był na południu. Obserwowaliśmy, jak kolory stawały się coraz bardziej jaskrawe, a potem bladły, kiedy poranne słońce wysysało wilgoć z powietrza. Chodziliśmy po pas w  wodzie, a  potem zanurkowaliśmy pod jej migotliwą powierzchnię. Pływaliśmy, aż zaczęły nas boleć mięśnie, a potem pozwoliliśmy, żeby nośne fale wyrzuciły nas na  brzeg. Małe, srebrzyste ławice rybek prześlizgliwały się tuż pod powierzchnią wody obok nas, aby błysnąć w słońcu, a potem nurkowały i ścigały się na podwodnym placu zabaw z konch, małży i muszli ślimaków. Odświeżeni pływaniem zmyliśmy sól z włosów i ubraliśmy się na resztę dnia w odpowiedni strój wakacyjny – kolejne kostiumy kąpielowe. Zjedliśmy późne śniadanie składające się z  musli z  owocami, a  potem każde z nas złapało po książce, ugnietliśmy piasek i ręczniki plażowe na  kształt foteli i  wystawiliśmy wysmarowane kremem ochronnym twarze do słońca.


12

Więzy i więzi

Niebo było bezchmurne, a  pogoda nie mogłaby być lepsza; co ważniejsze, my nie moglibyśmy być lepsi. Dni niespiesznego życia odprężyły nas i złagodziły napięcia między nami. Rozmawialiśmy spokojnie i swobodnie się śmialiśmy. Wymienialiśmy się książkami, nalegając, żeby to drugie koniecznie spojrzało na ten „świetny fragment”, który właśnie przeczytało pierwsze. Dzieliliśmy się notatkami i pomysłami. Wspominaliśmy i  rozmawialiśmy o  przyszłości. Odsłanialiśmy obawy, przyznawaliśmy się do słabości, dyskutowaliśmy o marzeniach i dzieliliśmy się tajemnicami. A przyjemności tego dnia otworzyły drogę do romantycznej przygody pod gwiazdami. Rozpacz na  przednich siedzeniach chevy suburbana? Czy romantyczna przygoda pod brylantowym niebem? Co z tego naprawdę opisuje małżeństwo Hybelsów? Jedno i drugie. Tak naprawdę te dwa epizody wydarzyły się w odstępie kilku miesięcy. Wydaje się to niemożliwe, ale przeskakiwanie między tymi dramatycznymi kontrastami charakteryzowało nasz związek, od  kiedy poznaliśmy się w  wieku siedemnastu lat. Najlepsze chwile zapierały dech w  piersiach swoją wspaniałością; najgorsze były druzgocące. W czasie tych najlepszych uważamy, że nasze spotkanie było najcudowniejszą rzeczą, jaka mogła się nam przydarzyć; w czasie najgorszych z żalem wspominamy dzień, kiedy nasze drogi się skrzyżowały. Opowiemy zatem, jak się to wszystko zaczęło... Wiosna 1969 roku. Tor do jazdy na wrotkach J & D w Portage, w stanie Michigan. Panie proszą panów.


Romans na huśtawce

13

Ona obserwuje jego, tak jak przyglądała się kilku innym działaczom chrześcijańskiej grupy młodzieżowej Youth for Christ. Jest przystojnym, niebieskookim blondynem, emanującym pewnością siebie, która ją intryguje. Zastanawia się, czy ją zauważył. Zauważył. I ciekawi go osoba kryjąca się za tytułem Miss Juniorek stanu Michigan. Podczas gdy ona zastanawia się, czy poprosić go do jazdy, on spogląda na nią ukradkiem w nadziei, że tak właśnie zrobi. Zaprasza go i wspólna jazda to nie jedyne, co dzielą ze sobą tego wieczoru. Po zakończeniu zabawy rozchodzą się każde w swoją stronę, ale niewątpliwie „osiągnęli porozumienie”. – Wiesz, mamo, poznałam pewnego chłopaka, Billa Hybelsa. Naprawdę go lubię. Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy. Bill swojej matce nie mówi niczego podobnego, ale zdecydowanie ma zamiar zobaczyć się jeszcze z Lynne Barry – i to już wkrótce. Parę dni później na  parkingu kościelnym w  Kalamazoo grupa licealistów zbiera się, aby wspólnie dojechać na rekolekcje Youth for Christ w Spring Arbor College. Są przypisani do poszczególnych samochodów i jakimś dziwacznym zrządzeniem losu ona trafia na przednie siedzenie jego samochodu. On, jako fan muzyki country, włącza w radio nosowy wokal zespołu Alabama. Ona, flecistka o klasycznych upodobaniach, strofuje go za tak pospolity gust. Śmieją się z tej małej różnicy i przez następne dwie godziny rozmawiają bez przerwy, ignorując pasażerów siedzących z tyłu. Zajęcia weekendowe sprawiają, że spotykają się na  konkursie muzycznym – ona w trio flecistów, on w małej kapeli,


14

Więzy i więzi

w której śpiewa, gra na gitarze i kontrabasie. Jest jednak dużo wolnego czasu, który dobrze wykorzystują – na ciche rozmowy w  opuszczonym saloniku dla uczniów, w  czasie długich spacerów po wiejskich drogach, w czasie „sprzecznej z zasadami” wycieczki do pobliskiego miasta. Wydaje się, że mają ze  sobą wiele wspólnego: oboje uwielbiają sporty wodne – pływanie, narty wodne, a przede wszystkim żeglarstwo. Ojcowie ich obojga pilotują samoloty i jeżdżą na motocyklach. Ona nie traci ani słowa z jego opowieści o żeglowaniu przez Jezioro Michigan w czasie szalonego sztormu. On śmieje się z jej komicznych przygód, gdy uczyła się jeździć motorem – i uderzyła w pojemnik na śmieci. Rozmawiają też o bardziej istotnych sprawach: o wspólnej wierze, poświęceniu się dla pracy duszpasterskiej, planach na studia, wartościach, rodzinach. Wydaje się, że ten związek ma tak wielki potencjał – i  to  nie tylko dlatego, że mają tak wiele wspólnego. Jest też coś więcej. Objawia się to w śmiechu, który okrasza każdą rozmowę, w przyjemności, która wiąże się z każdym spotkaniem, w cieple, które wypełnia cały weekend. Coś między nimi iskrzy. Jest magia. Chemia. Weekend kończy się zbyt szybko. Ale następnego wieczoru on do niej dzwoni. Ona prowadzi prywatną lekcję gry na flecie, więc prosi go, by odezwał się kiedy indziej. Kiedy znów wykręca jej numer, ona jest właśnie w towarzystwie innego młodego mężczyzny, z którym się spotyka, więc mówi mu, żeby spróbował następnym razem. Zły z  tego powodu, postanawia zadzwonić raz jeszcze. Jeśli tym razem nie będzie chciała rozmawiać... Chce. Planują swoją pierwszą oficjalną randkę.


Romans na huśtawce

15

W  piątkowy wieczór jadą na  zachód autostradą M-43 w stronę South Haven, małego kurortu na wschodnim brzegu jeziora Michigan. Po drodze zatrzymują się na aukcji, bez konkretnego powodu, może tylko po to, by posłuchać muzyki country ryczącej z  prymitywnych głośników przymocowanych z  przodu rozpadającego się magazynu. Wracają do samochodu i jadą dalej nad jezioro, parkują przy plaży South Beach, boso idą przez piasek na molo. Siadają pod czerwoną latarnią morską, która błyska ostrzegawczo, i obserwują paradę łódek przemykających pomiędzy dwoma betonowymi falochronami, aby zacumować na noc. Daleko na zachodzie rysują się ostre sylwetki żagli na tle różowego i fioletowego zachodu słońca. Gdy siedzą i  rozmawiają, zaczyna wiać chłodna bryza. Przysuwają się bliżej siebie, żeby odpędzić zimno, wdzięczni za pretekst, który pozwala im przełamać oddzielającą ich rezerwę. Ponieważ poprzedni weekend był tak przyjemny, ten wieczór nie okazuje się niekomfortowy, jak zwykle bywa na  pierwszej randce. Ale wciąż pojawiają się nieuniknione pytania. Czy ona się dobrze bawi? Czy on się dobrze bawi? Czy mam chwycić ją za rękę? Dlaczego on  nie trzyma mnie za rękę? Prawda jest taka, że oboje dobrze się bawią, i chociaż ona jest trochę zawiedziona, że nie poprosił o pocałunek na dobranoc, oboje wiedzą, że zobaczą się jeszcze wiele razy. Spotykają się regularnie przez całe lato. Co najmniej dwa razy w tygodniu on podjeżdża pod jej dom pick-upem, którego używa, kiedy pracuje na  farmach należących do firmy rolniczej jego ojca. To wymagająca praca wakacyjna – długie godziny zginania karku w upale i kurzu. Ale pracował ciężko dla ojca, od kiedy skończył pięć lat, i nie zraża się. Jej imponuje jego poczucie odpowiedzialności, poświęcenie dla ciężkiej


16

Więzy i więzi

pracy i  dyscyplina. Jest kompetentny, zmotywowany i  skupiony na celu, a ona to szanuje. Dla niego ich  randki nie są  bagatelą. Nierzadko zdarza mu się harować od wschodu do zachodu słońca; w dni, kiedy mają się spotkać, musi pracować jeszcze ciężej, żeby móc wyjść z  pracy przed zmrokiem. Droga z  farmy pod jej dom trwa godzinę i jeszcze zanim siada za kierownicą, jest wykończony. Często przyjeżdża do niej spocony, zakurzony, prosto z pola, a ona jedzie z nim do jego rodziców, gdzie czeka, gdy on bierze prysznic i ubiera się na wieczór. Odebranie jej przed powrotem do domu oszczędza trochę czasu, a liczy się każda dodatkowa chwila. Jest coś takiego w tej dziewczynie, co sprawia, że chce walczyć o każdą chwilę, jaką może z nią spędzić. Docenia jej inteligencję i głębię, łagodność i wrażliwość. Być może najbardziej przyciąga ich do siebie to, że postrzegają się jako równych sobie. Żadne z nich nie czuje się w tym związku „kierownikiem”. Odczuwają wzajemny szacunek i uznanie, które daje im jednakową pozycję i różni ich związek od tych, które znali z przeszłości. Do końca lata wiedzą, że to  poważna relacja. Niestety we wrześniu ona wyjeżdża do Wheaton College koło Chicago; on zostaje w Kalamazoo, żeby skończyć liceum. Ich znajomość zmienia się w ciąg nerwowych wypraw do skrzynki pocztowej, wieczornych telefonów i  weekendowych wizyt, który to  schemat ciągnie się przez pięć kolejnych lat. No cóż, właściwie się nie ciągnie. W rzeczywistości zaczyna się i  przerywa – i  znowu zaczyna – regularnie na przestrzeni tych lat. Są dobrowolnymi ofiarami typowego przerywanego związku, łącznie z zerwanymi zaręczynami i trwającym półtora roku rozstaniem.


Romans na huśtawce

17

Nie muszę wytrzymywać tych wszystkich zmartwień, myśli ona, kiedy wyrzuca listy i  wpycha jego zdjęcie maturalne w wyściełaną kopertę. Mogę być szczęśliwszy z kimś innym, mruczy on, kiedy przegląda listę studentek Dordt College w Sioux Center w stanie Iowa. Ale ona nie potrafi zapomnieć tych wspaniałych momentów, kiedy nie było zmartwień. A on odkrywa, że nie jest szczęśliwszy z kimś innym. Tak więc próbują jeszcze raz i orientują się, że dorośli przez te półtora roku odosobnienia. Jako jednostki stali się bardziej dojrzali, a ta dojrzałość przekłada się na bardziej stabilny, satysfakcjonujący związek. Pobierają się 18 maja 1974 roku. Uroczystość jest naprawdę wyjątkowa, ze wszystkimi tradycyjnymi ceremoniami – i jeszcze paroma na dokładkę. Do tego czasu dwudziestodwuletni pan młody jest już pastorem rosnącego duszpasterstwa młodzieżowego i „dzieciaki” opanowują wesele. Przez swój młodzieńczy entuzjazm nadają nieco karnawałową atmosferę temu zazwyczaj oficjalnemu wydarzeniu. Państwo młodzi niecierpliwie witają gości na przyjęciu, chcąc zostawić fetę za sobą i ruszyć na Florydę w podróż poślubną. Powinni byli zostać na  karnawałowym weselu; miesiąc miodowy miał o  wiele mniej świąteczną atmosferę. Swoją drażliwość, częste spory i  dystans emocjonalny zrzucają na karb spalonej od słońca skóry, ale prawdziwym problemem jest dla nich nieumiejętność rozwiązywania konfliktów. Kilka miesięcy później wybierają się na wycieczkę kempingową na  północ Michigan i  spędzają wspaniale czas. Siedzą przytuleni pod wodospadami rzeki Tahquamenon. Szarżują przez lasy na  motocyklach. Wędrują po piaszczy-


18

Więzy i więzi

stych brzegach Jeziora Górnego. Nazywają to swoim „prawdziwym miesiącem miodowym” i zapominają o fiasku na Florydzie. Widzą przed sobą same słoneczne dni. Ale burzowe chmury znowu się zbierają. Praca młodego męża okazuje się tornadem, które wiruje coraz szybciej i porywa ze sobą wszystko, co stanie mu na drodze – beztroskie spacery wiejskimi drogami, niespieszne rozmowy przy śniadaniu, piątkowe wyjścia na kolację, małżeństwo... Pojawiają się więc urazy i wrogość. Pojawia się ponure milczenie i wybuchy gniewu. Pojawiają się łzy, strach i żądania. A  na  koniec przychodzi załamanie. Przeprosiny i  zapewnienia o najlepszych intencjach. Nadzieja. Romantyzm. Powraca znowu seria wspaniałych chwil. A  po niej kolejna seria chwil najgorszych. Nie tylko wymogi zawodowe wpędzają ich w  spiralę kryzysu. Przez lata różnice między nimi stają się wyraźne i  irytujące. Oczywiście wciąż mają wspólne wartości: wciąż oddają cześć temu samemu Bogu i mają te same cele życiowe. Ale jakże inaczej postrzegają świat. Jak inaczej odnoszą się do innych ludzi. Jak inne są ich poglądy na małżeństwo i życie rodzinne. Jak inaczej podchodzą do konfliktów. Jak inaczej wyrażają miłość. I jak nie rozumieją się i wzajemnie osądzają. On czuje, że ona stara się go uformować, aby stał się dla niej łatwiejszy do zaakceptowania. Ona ma wrażenie, że musi być kimś, kim nie jest, żeby zyskać jego aprobatę. Oboje tracą nadzieję, że kiedykolwiek będą się czuli stale kochani i akceptowani. I tak toczy się ta historia. Od wspaniałego do najgorszego – i znów od początku. Wzloty i upadki przeplatane płaskowyżami tęsknoty i obawy: tęsknoty za następną piękną chwilą, obawy przed następnym upadkiem.


Romans na huśtawce

19

Opisanie naszego małżeństwa w trzeciej osobie to coś więcej niż zabieg literacki. To próba uzyskania nowego punktu widzenia poprzez stanięcie z  boku i  obiektywne spojrzenie z zewnątrz. Przez lata zmienna natura naszego związku stanowiła dla nas zagadkę. Dlaczego czuliśmy do siebie taki pociąg w pełne kurzu wakacje roku 1969? I dlaczego, mimo tylu trudności w naszym związku, zawsze decydowaliśmy się próbować znowu, nawet zanim trzymał nas razem obowiązek małżeński? Z drugiej strony, dlaczego nasz związek tak łatwo popada w  kryzysy? Dlaczego stajemy się tak sfrustrowani i tak często utykamy w bolesnym impasie? Jeśli tak bardzo się kochamy, dlaczego tak często się ranimy nawzajem? Wiele godzin przemyśleń, modlitw i  rozmów o  tych sprawach rozwiązało część tajemnicy. Teraz widzimy, że przyciągały nas pewne silne podobieństwa, ale niemal jednocześnie byliśmy odpychani przez bardzo silne niepodobieństwa. Na szczęście obszary łączących nas podobieństw należą do tych absolutnie kluczowych – to przekonania, cele, wartości i cechy charakteru związane z samą esencją tego, kim jesteśmy: punkty wspólne, bez których żaden związek nie może się rozwijać. Plusem naszego małżeństwa jest to, że czego by nie powiedzieć, wybraliśmy dobrze. Wybraliśmy sobie partnerów życiowych, których potrafimy szanować i do których umiemy odnosić się jak do równych sobie. Na początku obszary zgodności były tak oczywiste i podnoszące na duchu, że nie byliśmy nawet świadomi wielu różnic czających się pod powierzchnią. Na  szczęście niezgodności były drugorzędnej natury: to  różnice w  temperamencie


20

Więzy i więzi

i sprzeczne oczekiwania, które można załagodzić z pomocą negocjacji, kompromisów i wysiłku. Problem polega na tym, że tego nie robiliśmy. Nie wykorzystaliśmy okresu zalotów, aby wybadać różnice między nami i znaleźć sposób, jak sobie z  nimi radzić. Dopiero kilka lat temu nauczyliśmy się, jak stawiać czoła konfliktom, nie wykańczając się przy tym. Minusem naszego małżeństwa było to, że pozwoliliśmy niezliczonym pomniejszym niezgodnościom dzień w dzień nadgryzać nasz związek. Na dodatek oboje sabotowaliśmy i tak trudne zadanie budowania małżeństwa przez dokładanie do tego wszystkiego naszych własnych grzechów i  słabości: od  pracoholizmu, przez niepewność, wypaczony sposób myślenia, słabe umiejętności komunikacyjne, po niezrozumienie prawdziwej duchowości. W końcu nauczyliśmy się, że istotnym elementem układanki małżeńskiej jest uporządkowanie własnego życia, tak abyśmy byli zdrowymi, pełnowartościowymi ludźmi. Wszystko, co umniejsza nas jako jednostki, umniejsza też potencjał naszego małżeństwa. Oboje musieliśmy stawić czoła dużej ilości wewnętrznej brzydoty i  dokonać radykalnych zmian w swoim sposobie życia, aby stać się „odpowiednimi” współmałżonkami. Lata szybkiego tempa życia i presji sprawiły, że staliśmy się ludźmi, z którymi naprawdę trudno żyć na co dzień. Małżeństwo to podróż, która uczy pokory. Pisaniu tej książki przyświeca dwojaki cel. Po pierwsze chcemy pomóc samotnym ludziom mądrze wybrać współmałżonka; chcemy pomóc im znaleźć partnera, z  którym będą dzielili absolutnie kluczowe wartości. Po drugie, chcemy pomóc parom pozostać w  małżeństwie. Przedstawiamy dwu-


Romans na huśtawce

21

punktowy plan, który obejmuje: po pierwsze, poradzenie sobie z pomniejszymi niezgodnościami, które przeszkadzają w  pokoju i  obustronnej satysfakcji, a  po drugie, uczenie się zdrowych schematów życia i codziennych relacji. Czasami istotne będzie, aby jedno lub drugie z nas opowiedziało jakąś historię lub przedstawiło swój punkt widzenia na daną sprawę. Tak więc aby nie mylić czytelnika, używamy inicjałów naszych imion na marginesie, zaznaczając, kto jest narratorem danego fragmentu. Nie jesteśmy ekspertami w sprawie małżeństwa. Kwalifikacje do napisania tej książki daje nam jedynie fakt, że cierpieliśmy w  naszym małżeństwie. Nie raz życzyliśmy sobie, aby się z niego wydostać. Zastanawialiśmy się, jak Bóg mógł nam pozwolić popełnić tak straszliwy błąd. Czuliśmy się pozbawieni nadziei i uwięzieni. I w rzeczywistości byliśmy uwięzieni – przez nasze poważnie traktowane zobowiązania. Robiliśmy więc jedyną rzecz, która zdawała się właściwa. Pracowaliśmy nad tym. Pracowaliśmy więcej. I jeszcze trochę. Pracujemy nadal. Nasz związek wciąż przeżywa wzloty i  upadki i  tak będzie prawdopodobnie do końca życia. Jednak wspaniałe chwile stają się coraz wspanialsze i  częstsze, a te straszne są mniej druzgocące i rzadsze. A nić dni i miesięcy, na których zawieszone są te kontrastowe chwile, jest coraz silniejsza, wciąż wzmacniana wspomnieniami i doświadczeniami, które są coraz przyjemniejsze, bo wypełnione pokojem i satysfakcją.


Więzy i więzi. Jak stworzyć udany związek?  

Poradnik psychologiczny dla par

Advertisement
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you