Page 1


Siergiej Lebiediew, ur. w 1981 roku w Moskwie. Od 14. roku życia przez osiem sezonów brał udział w ekspedycjach geologicznych na północy Rosji i w Kazachstanie. Dziennikarz, poeta, prozaik. Debiutancka powieść Granica zapomnienia nominowana była do najważniejszych nagród w Rosji, a „The Wall Street Journal” uznał ją za jedną z dziesięciu najlepszych powieści 2016 roku.


Siergiej Lebiediew

Granica zapomnienia Z języka rosyjskiego przełożył Grzegorz Szymczak


III

D

ążenie z mojej młodości, aby potajemnie wyrwać się z domu rodziców, zostało wzmocnione chęcią znalezienia się tam, gdzie nic nie przypominałoby mi o Drugim Dziadku; na ulicach rodzinnego miasta nigdy nie mogłem być tylko sobą – zawsze byłem jeszcze trochę nim: tutaj prowadziłem Drugiego Dziadka do szewca, tutaj szliśmy z dworca, tu kupowaliśmy mu garnitur. Wtedy wybrałem zawód geologa; chciałem pojechać jak najdalej, znaleźć się w obcych krainach, uwolnić się od obciążającego dziedzictwa. Zwiedziłem świat; ale co najważniejsze – zjechałem wzdłuż i wszerz całą ojczyznę. I okazało się, że istnieje przyciąganie losu; istnieje pole, które jest zawsze szersze, niż my sami to dostrzegamy; mój wyjazd, moja praca w odległych miejscach stały się jedynie drogą powrotną do tego, od czego starałem się oddalić. Ale wróciłem już odmieniony – wewnętrznie gotowy, aby przyjąć i pozbyć się ostatecznie dziedzictwa, które przypadło mi w udziale, chociaż nie zdawałem sobie sprawy z tej gotowości do czasu, aż życie mnie nie wezwało.


 110  Wszystko, z czym się spotkałem i zobaczyłem podczas wędrówek, trudno ująć w tekst, połączyć ze sobą, dlatego trzymam teraz w ręce te dwadzieścia pięć rubli z kopalni, gdzie grzebano pieniądze; mam poczucie, że w czasie istnieją tajemne przejścia, które na krótko łączą to, co powinno być poznane i zrozumiane; dla mnie takim przejściem, taką przyciągającą szczeliną był profil Lenina – gdy popatrzy się nie na niego, lecz przez niego. Pierwsze spojrzenie – przez portret – miało miejsce w okresie przed wędrówkami, w ostatnim roku szkolnym. Za szkołą, gdzie się uczyłem, był jednopiętrowy spalony dworek: powalone ściany odgradzały zwały zwęglonych belek i powypaczanej blachy żelaznej; dworek sprawiał wrażenie wygasłego nieszczęścia i właśnie ono przyciągało do środka domu, żeby obejrzeć jego wnętrzności, obejrzeć szpetnie zastygłą agonię rzeczy – bez ryzyka zbliżenia się do stwardniałego oblicza śmierci, która nie jest już zdolna odpowiedzieć spojrzeniem. Wszedłem do tego domu, zniszczenia w środku nie były tak duże, jak się wydawało z zewnątrz. Ale otworzywszy jedne z drzwi w korytarzu, o mało nie zrobiłem kroku w pustkę: drzwi otworzyły się na oścież pod sufitem wielkiego pomieszczenia, dawnej pracowni rzeźbiarskiej. Schody, które prowadziły w dół, runęły; pracownia była zawalona rozmaitym chłamem, który zsypał się, gdy dom płonął, od strony fasady trudno było to zobaczyć: tajemny pokój, sekret spalonego dworku. Na podłodze pracowni stały dziesiątki Leninów: same popiersia. Z gipsu, granitu, metalu, plasteliny, w rozmia-


 111  rach od wielkości głowy niemowlaka aż do połowy wzrostu dorosłego człowieka. Leniny patrzyły jeden na drugiego, światło latarki było słabe i w dalszych kątach rzeźby już lekko zlewały się z ciemnością, jak upiory, odcieleśnione posągi byłych czasów, cienie pomników. Powietrze pachniało spalenizną, kamieniem, pyłem; pył leżał na głowach, na podłodze, na porozrzucanych narzędziach rzeźbiarza; nie domowy, miękki i lekki, lecz gęsty pył, który mógłby być prochem gipsowej rzeźby; zbyt ciężki, żeby zwiało go nawet podczas silnego przeciągu. Gdyby przynajmniej jedno z popiersi było nieukończone lub chociażby wybrakowane, z wyraźnym ubytkiem, chwila ta miałaby inny posmak. Ale wszystkie Leniny, bez modyfikacji, powtarzały jeden drugiego, wszystkie były nawet nie kopiami, lecz kopiami kopii; mnożyły się tutaj, w kanciapie zapomnienia, około stu metrów od Sadowego Pierścienia, dzieliły się na dwie części, jak ameby, już w żaden sposób nie odnosiły się do realnego Lenina. Każdy z nich był monumentem monumentu, popiersiem popiersia. Nagle dostrzegłem, że pył leżący wszędzie jest suchą pozostałością czasu, który wietrzał i osypał się tutaj, bezpłodny, nie mogący pokonać samego siebie. Zdawało mi się, że duże Leniny powstały wcześniej, a mniejsze – później: w potajemnej szczelinie odbywała się reakcja łańcuchowa degeneracji, czas, umierając, usiłował się odrodzić, zachować – i nie tylko nie mógł zrodzić czegoś nowego, lecz nawet czegoś porównywalnego z tym, co było poprzednio.


 112  To tutaj, a nie na placu Czerwonym, było prawdziwe mauzoleum; tutaj zrozumiałem, czym tak naprawdę jest agonia – człowiek umiera nie od razu, lecz w rozciągłości umierania wszystkich jego „ja”. Pomniki też starały się umrzeć, ale niebyt nie przyjmował do siebie rozmnożonego rzeźbiarskiego wizerunku, który nigdy w roli wizerunku nie był żywy, powstał jako martwy twór i tylko zmniejszał się, zmniejszał i zmniejszał. Gdyby zejść na dół i rozejrzeć się gdzieś pod meblami, pod stołem warsztatowym, pod stertami gazet, pod szmatami, to prawdopodobnie można by wypatrzeć szczurzego Lenina, mysiego Lenina i tak aż do samych cząstek pyłu, najpewniej składającego się, podobnie jak kreda, ze skamieniałych promienic, z mikro-Leninów, wapiennych rzeźb widocznych wyłącznie pod mikroskopem. Śmierć-w-śmierci, martwy czas – pozostały dla mnie właśnie mnóstwem popiersi na zapylonej podłodze porzuconej pracowni; chociaż dworek już dawno zburzono, rozpad ten jest nieskończony i wciąż gdzieś trwa. Drugie spojrzenie – przez portret Lenina – miało miejsce podczas moich lat pracy na Północy, w górach, gdzie ekspedycja badała stare złoża, które zaczęto wydobywać dzięki pracy więźniów, a później porzucono. W górach była wówczas mgła; we mgle wszystkie przedmioty jakby tracą swą materialność, stają się bardziej obrazem niż rzeczą; mgła przeistacza zewnętrzny świat w coś podobnego do świata wewnętrznego, zasiedlonego bezcielesnymi istotami w widmowym środowisku; co byś nie


 113  zobaczył – izbę, trójnóg geodezyjnego znaku – wszystko najpierw pojawia się w znaczeniu symbolu, wypływającego z kołowrotu mglistej zawiesiny; mgła jak gdyby ujawnia to, co zwykle jest ukryte – ten w istocie konkretny kształt, duszę rzeczy, tak jakby była ona przejawem świadomości. I świadomość odbiera już rzecz inaczej: niedosłownie, krok po kroku odczytując całą jego potencjalną obrazowość i sensy. Właśnie jak przez rozprucie we mgle dostrzegłem baraki na przełęczy. Ledwie można je było dostrzec zza białawego szronu, wydawały się czymś nienależącym do konkretnego miejsca. Wycięte z pejzażu, rozmyte, znikające na granicy wzroku baraki przybliżały się, nie stając się bardziej wyraźnymi; ale szczegóły nie były ważne. Zza mgły wyłaniały się obrysy, kontury, nie obciążone szerokością linie – i najważniejsze było właśnie w tych liniach. Zarysy baraków jakby odsunęły na drugi plan same baraki; nie można było powiedzieć, że widzisz jakieś budowle, ludzkie mieszkania. Baraki stały jak sklejkowe pudełka na przesyłki, gdzie wkłada się ludzi; nienaturalnie wyciągnięte, długie – taka proporcja długości i szerokości zdarza się tylko w trumnie. I te właśnie zarysy wyglądały jak przeciągły lament, lament kształtu, który niespodziewanie przeraził się samym sobą. W tym obozie rozpoznałem cechy wielu innych miejsc, które to cechy są w nich obecne w sposób utajony, a tutaj ujawniają się w otwartości absolutu. Nie były to dosłowne,


 114  fizyczne cechy – prędzej cechy tego emocjonalnego wrażenia, które wywiera na nas to lub inne miejsce; cechy jego uczuciowego i mentalnego portretu. W oborach kołchozowych ferm, w chruszczowkach4 miejskich przedmieść, w magazynach przy stacjach kolejowych, w wiejskich jednopiętrowych domach i w domach na osiedlach robotniczych, w szopach, w prowincjonalnych hotelach, w biurach obsługujących spław drewna, w wojskowych internatach, w szpitalach rejonowych, w mnóstwie innych budynków rozrzuconych po kraju rozpoznawałem te łagrowe baraki. One skrywały się jakby wewnątrz budynków, przebierały się w ich ubogą architektoniczną odzież i tak samo ukazywały się w ogólnych zarysach, kątach, a co najważniejsze, ujawniały się poprzez wrażenie śmiertelnego, w dosłownym sensie, smutku. Kiedyś byłem w gościach u górnika; z okien jego mieszkania odsłaniał się widok na hałdy przy kopalniach węgla – ogromne stożki skały płonnej. Hałdy pyliły, dymiły; zamarłem wewnętrznie: człowiek żyje z widokiem na daremność swojej pracy – oto skała płonna, wiatr roznosi z niej pył, roznosi daleko, nawet pomnik górnika z centrum miasta stoi z czarną posypką na twarzy: górnik żyje tutaj, ale ten widok wypala go jak kwas, nawet gdyby o tym nie myślał. Stąd bierze się smutek, śmiertelny smutek czło-

4

Nieformalna nazwa budynków wielorodzinnych (najczęściej z wielkiej płyty), które masowo zaczęto budować w ZSRR, gdy partią komunistyczną kierował Nikita Chruszczow.


 115  wieka, który stał się zaledwie materiałem lub narzędziem wielkiej budowy. Takiego właśnie uczucia – tylko wielokroć pomnożonego – doświadczyłem tam, w górach, i nie tylko pomnożonego, ale zamienionego w jakościowo inny poziom; łagrowe baraki, zwały przy sztolniach na zboczu grzbietu – wszystko to wyrażało pewien wielki zamysł, było częścią gigantycznego planu, ale w odniesieniu do osobistego losu służyło jako środek pozbawiający sensu ową ludzką egzystencję. Niewolnicza praca, z której żyło to miejsce, była anachronizmem dla dwudziestego wieku, anachronizm zawsze przecież „wypada” ze swojego czasu, nie uczestniczy w nim, jakby imitacja uczestnictwa nie była skuteczna, a jedynie kontynuuje sam siebie. Ale oprócz czasowego rozdarcia było też rozdarcie przestrzenne. Zrozumiałem, jaki był sens w wysyłaniu ludzi do tajgi, tundry: wykreślano ich z ogólnego bytu ludzi, wysyłano z historii, a ich śmierć zdarzała się nie w historii, lecz w geografii. Wszystko tam było zorganizowane tak, aby miejsce, gdzie żyli i umierali ludzie, nie wchłonęło w siebie nic z ich życia, żeby nie powstało nawet najsłabsze przyciąganie tego miejsca. Ktoś może mnie oskarżyć, że postrzegam to z perspektywy obcego – ale tam nie było czemu współczuć, nie było o co zaczepić się uczuciom – i na tym polegał ów nieodwracalny krach. Wokół były tylko drewno i kamień; szary, obrośnięty rozmiękczonymi od deszczu porostami, łupki, szare deski


 116  i kłody. Ten szary kolor drzewa – z odcieniem atłasowej siwizny, który występuje w drogim suknie na płaszcz – był mi już znany; drzewo usycha jak mięśnie starca, wyraźnie uzewnętrzniają się jego włókna, a z wierzchu tworzy się patyna szarości: zwyczajny połysk śmierci. Takie deski widziałem w porzuconych wsiach i teraz ponownie widzę je w górach Północy. Były podobne – i nie ma w tym ani na jotę bluźnierstwa – do drzewnych mocy: nawet gdyby zaatakował mróz, nie użyłbym ich do rozpalenia ogniska. Chodziłem od baraku do baraku: budowano je w pośpiechu, oszczędnie, a zamiast gwoździ wykorzystywano drewniane kliny; drzewo i kamień, żadnej blachy, żadnego odcienia ochry od rdzy. Miejsce umierało nienaturalnie czysto, starając się w całości zniknąć w przyrodzie. I tylko w jednej kłodzie znalazłem gwóźdź, kuty, o czterech krawędziach, z rozpłaszczoną od licznych uderzeń główką. Gwóźdź dawał nadzieję, że miejsce nie przepadnie do końca, pozostanie ślad, pozostanie pamięć; gwóźdź pokazywał, że te baraki nie są omamem ani widmową osadą wiatru i mgły, że byli tu ludzie. Gwóźdź łatwo wyszedł ze spróchniałej kłody i osunął się w dłoń. Sam jego kształt – kształt kropki, która posiada głęboki korzeń, której nie da się wyrwać z tego miejsca, gdzie została postawiona zgodnie z sensem wypowiedzi – o coś mnie prosił. I patrząc na gwóźdź, na kłody, na deski nagle zrozumiałem to, czego nie rozumiałem wcześniej: jak łączy się wiara polegająca na samej sobie z tym, co wydawało mi się odmianą przesądu wymagającego przed-


 117  miotowych dowodów, czyli pieczołowite przechowywanie gwoździa z Krzyża Zbawiciela lub szczapki z tegoż Krzyża. Zrozumiałem, że nie chodzi tu o dowody ani literalne, muzealne przechowywanie rzeczy – na te przedmioty, które wydają się nam nieożywione, które były orężem lub po prostu świadkami cierpień, mąk, pada groźny odblask; przedmioty te otrzymują jak gdyby drugi byt, na podobieństwo głosu przedzierają się przez własną ułomność mowy – sama dusza wydarzenia, kwintesencja jego prowidencjalnego znaczenia zamieszkuje w przedmiocie i przemawia do nas. Oto stojąc z gwoździem w ręce, poczułem, że bardzo mizernie odzywa się do mnie miejsce, gdzie w danej chwili przebywam. Pośród kamieni niekiedy trafiały się małe wysepki gleby, na tyle cienkiej, że nawet mech nie mógł się w niej zakorzenić. I nagle zrobiłem krok prowadzący z samego siebie i ujrzałem to miejsce przesunięte, umieszczone poza mną, wzrokiem zobaczyłem, że te garstki ziemi, których unikały rośliny, to ludzki proch; a bardziej precyzyjnie to, w co zamienił się proch; co było prochem, a stało się ziemią. Zobaczyłem coś, co wydarzyło się tutaj, wydarzyło się ostatecznie; śmierć nie składa się z jednej chwili, ona trwa jakby po samej sobie: umiera człowiek, odchodzą ci, w czyjej pamięci był żywy; wypłukują się ślady jego istnienia, znikają rozsiane jak cząstki rudy w skale. Ta wyczekująca praca śmierci, wiele wiedzącej o wyrokach odpuszczonych ludziom i rzeczom, w przewidywalnym czasie rzadko


 118  zdąża z zakończeniem: ludzie mogą już niczego nie pamiętać, ale śmierć jest bardziej wymagająca wobec czystości i kompletności zapomnienia. W tym miejscu śmierć doprowadziła swoją pracę do końca – i nawet sama wywietrzała. Myślowe lub uczuciowe zwrócenie się do umarłych możliwe jest wtedy, gdy coś może odpowiedzieć echem: gdy byt jest odciskiem obecności, symbolicznie odbijanym w pośmiertnej masce. A jeśli śmierć rozbiła również „pośmiertną maskę”, to nikt i nic już się nie odezwie. Właśnie takie wrażenie wywoływało we mnie tamto miejsce, wśród kamieni; wrażenie straty, którego nie da się przemóc ani czuciem, ani myślą. Ziemia była zbyt czysta i w cienkości swojej warstwy zbyt widoczna, żeby można było spróbować utworzyć więź między nią i ludźmi, którzy tu umarli. I tylko gwóźdź – dosłownie on jeden zachował się z całego domu – pozostał w mojej ręce; posiadający całą rozumność kształtu, ale reprezentujący sobą jednostkę, liczbę pojedynczą przedmiotu, i właśnie dlatego znaczący i bezużyteczny zarazem. Mgła rozwiewała się, rozganiał ją wiatr. Szedłem do sztolni po ścieżce wśród kamieni, powtarzałem tę drogę, którą szli w górę więźniowie. Nie było w tym próby wczucia się w ich rolę; niekiedy ważne jest, aby po prostu powtórzyć za kimś jego drogę, pójść ślad za śladem; tu, na wąskiej ścieżce prowadzącej stromo w górę, tam, gdzie nad pustką wisiały zardzewiałe tory, z których zrzucano skruszoną skałę na hałdę, tory, które nawoływały do rzucenia


 119  się w dół – tutaj, przeze mnie, takiego jakim byłem, dokonywało się coś, co powinno się dokonać w tym miejscu. Hałdy przy sztolni nagle oświetliło słońce: rozłupane fragmenciki górskiego kryształu wypełniające osypisko prysnęły w odpowiedzi lodowatymi, złudnie odświeżającymi wzrok błyskami. I tak dziwny był widok góry, tak przepięknie czysty, blask bez kolorowych odcieni, że zatrzymałem się: to idealne, jasne światło uosabiało nieożywione życie przyrody, działanie jej zasad, w swojej odwróconej wspaniałości odrzucających wszystko, co ludzkie. Na hałdach przy sztolni leżała skała, która wchłonęła w siebie śmiertelne wysiłki ludzi, uderzenia kilofem, krew i ciepło rąk zranionych kamieniem – i teraz ta skała chłodno iskrzyła się pod słońcem; jej piękno nie osłabło, nie wyblakło, i dlatego wydawało się niebezpieczne, obezwładniające jak połysk cienkiego, wiosennego lodu, pod którym znajduje się martwa, pozbawiona powietrza, pełna zgnilizny zdechłych ryb zimna woda. Żeby przełamać, odrzucić wrażenie, odwróciłem się. Słońce wypełniło światłem jezioro u podnóża grzbietu; jego wypukły, jak kropla na szkle, obrys uderzył w źrenice. Zły dowcip przyrody – dowcip czekający na swój moment kilka milionów lat: jezioro miało rysy profilu Lenina, zaszczepionego każdemu z nas na orderach, odznakach, znaczkach, statuach, rysunkach w książkach. Jezioro, w gęstej, niemal cukierniczej pozłocie słonecznego światła wydawało się potwornym pomnikiem, potwornym dlatego, że przyrodnicze kształty lekko i zgodnie


 120  przejęły cechy kształtów stworzonych przez człowieka, i w tym przejęciu – bez przymusu – nagle wyraźnie uwidoczniła się obojętność przyrody wobec procesów pamięci, którą to przyrodę zbytnio zwykliśmy uczłowieczać. I widząc tę zdradę materii – zdradę w stosunku do tych, którzy każdego dnia szli z baraków w górę do sztolni, patrząc na profil zmarłego wodza, którego imieniem zmuszano ich do pracy – wyrzekłem się uczucia bliskości z tymi górami, tej kanwy wyobrażenia, która nadawała im pewne antropomorficzne cechy. Powstało we mnie coś innego, znacznie starsze wrażenie: że możliwe uczłowieczenie przyrody to jedynie kpina, demoniczny uśmieszek; człowiek nie ma na kogo liczyć w przyrodzie – oprócz samego siebie. Wkrótce – ekspedycja kontynuowała prace na obrzeżach porzuconego łagru – udałem się na samotną wyprawę. Po dwóch dniach mojej drogi na górach osiadły gęste chmury, padał deszcz, wiatr pchał krople równolegle do ziemi i nawet ja, ubrany w porządną, nieprzemakalną odzież, czułem dreszcze. Niepogoda przyszła na długo, górska tundra przemokła, wszystko, co nadawało się na ognisko – struchlałe kłody, chrobotek reniferowy i witki brzozy karłowatej – zawilgotniało; od zachodu szedł ciężki front i było jasne, że w nocy deszcz przejdzie w opady śniegu, północną letnią purgę, a kamienie w przełęczach będą oblodzone. Chciałem już zawrócić, ale zauważyłem daszek z desek i papy smołowej nad starą zakopuszką, jedną z jam, który-


 121  mi były zryte górskie stoki w promieniu kilku kilometrów wokół łagru – więźniowie wykopywali ziemię i drobne kamienie, żeby dostać się do skały w głębi i pobrać próbki. Daszek zbudowano całkiem niedawno, w przeciwnym razie wiatr i śnieg zniszczyłyby go: ktoś, kto nie miał namiotu, schował się tam przed niepogodą. Pod daszkiem leżał zbiegły więzień; buszłat, tatuaże, ogólny wygląd – wszystko go zdradzało; od kirzowych5 butów przewiązanych drutem odleciały zelówki, nogi miał zdarte do krwi od kamieni; nie był już w stanie iść bez butów, dlatego rwał buszłat i owijał nogi kawałkami materiału, ale tkanina z watowanym wypełnieniem rozpadała się od deszczowej wilgoci; widział nad skrajem jamy śniegowe chmury i z pewnością przeczuwał, że tej nocy umrze. Wyobrażałem sobie, co by ze mną zrobił, gdyby zastał mnie śpiącego w namiocie; uciekinier był bardzo chudy, jego twarz była zarośnięta gęstymi włosami, utkwiły w nich nitki mchu, liście, drzazgi i brud; miesiąc lub dłużej błąkał się po tajdze, najwidoczniej ryzykując ucieczkę nie w kierunku linii kolejowej, lecz przez góry do zupełnie innego regionu kraju, gdzie nie będą go szukać. Wiercił się w jamie skulony, ściskając trójgraniaste, zrobione z pilnika ostrze – już nie człowiek i nawet nie istota człekopodobna; leśny diabeł, duch, który wylazł spod ziemi. Przez miesiąc miał kontakt wyłącznie z drzewami, nie był podobny nawet do zwierzęcia; tak jakby pod ziemią, 5

Wym: kir-zowe (ros.: kirzowyje sapogi, kirzacze); buty z cholewą z kirzy – imitacji skóry, bardzo popularnej w Rosji.


 122  dusząc się nawzajem, przeplotły się korzenie różnych drzew, drzewa zmarniały, a węzeł z korzeni jest nie do rozplątania i żyje wciąż życiem zjaw; rozrósł się, wypchnął na powierzchnię, przetaczał się, krył po wąwozach, kępinach, pod pniami przewróconych drzew; zabił człowieka, założył jego ubranie, naciągnął buty na drewniane kikuty, ale nie stał się człowiekiem i tylko dowiedział się, jak łamią się kości i pękają mięśnie w uścisku gruboskórnych, pomarszczonych rąk-kłączy; gdybym miał broń, zastrzeliłbym go i zawalił kamieniami – ze strachu, w przekonaniu, że przede mną rzeczywiście objawił się podziemny stwór, który zabił zbiegłego więźnia. Ale nie miałem broni; zszedłem do jamy. Uciekinier odepchnął od siebie ostrze; był zbyt słaby, żeby mnie teraz zabić z pożytkiem dla siebie. Mogłem po prostu odejść, jakbym w ogóle nie zauważył daszka, i uciekinier zamarzłby tam na śmierć; któż wie, za co został skazany, jak uciekł, czy byli z nim jacyś inni zbiegowie i gdzie są teraz; czym się żywił – grzybami czy ludzkim mięsem; wszedłem do jamy, rozpaliłem gazową kuchenkę i zacząłem gotować bulion z kostek. Zdawałem sobie sprawę, że ratuję potencjalnego zabójcę, być może gwałciciela, złodzieja, ludojada; zbyt długo chodził po tajdze, żeby zachować w kieszeniach buszłatu jedzenie na tak długi okres, patrzył zbyt zdziczałym wzrokiem – jakby widział mnie oprawionego ze skóry z rozprutym brzuchem. Powinienem odejść, wrócić do łagru, wywołać przez krótkofalówkę milicyjny helikopter, ale nie mogłem tego zrobić; starałem się wyobra-


 123  zić sobie tych, którzy przez niego ucierpieli, którzy byliby gotowi go zabić, wziąć odwet – ale to wszystko nie miało bezpośredniego związku z jamą, z lodowatym deszczem i nadchodzącą śnieżycą. Uciekinier wypił bulion prosto z kociołka; blacha powinna była parzyć palce, ale nie parzyła, bo stwardniały, pokryły się zrogowaciałą skórą. Nie mieliśmy o czym rozmawiać, wiedział, o co mogę zapytać, ja wiedziałem, że mnie okłamie. Zostawiłem uciekinierowi górskie buty, kociołek, jedzenie, zapałki, dwie paczki papierosów, swoją zapasową odzież i apteczkę. Wiedziałem, że jeśli przeżyje, będzie sobie kpił z zadziwiającego głupca, którego napotkał, i pożałuje, że nie spotkał mnie wcześniej, gdy był na tyle silny, żeby mnie obrobić i zabić, żebym go nie wydał. Wezwać helikopter z milicją – tę myśl wałkowałem częściej od innych, od czasu do czasu wydawało mi się, że gdzieś tam w deszczu dudni śmigło, że akurat odbywa się jakiś lot, że zaraz wyląduje maszyna, że inni zdecydują za mnie, wtaszczą uciekiniera na pokład „Mila”. Ale co innego samemu pójść za przełęcz i powiedzieć radiooperatorowi „wzywaj śmigłowiec” – tutaj, na obrzeżach dawnego łagru wszystko miało inną cenę; tutaj echo zbyt chętnie odezwałoby się na szczekanie owczarków, na wystrzały, gdyby uciekinier starał się ukryć; tutaj w zasadzie nie wolno było odwoływać się do władzy, do państwa, jego sądów i sprawiedliwości; to miejsce miało swoją historię, i ona bardzo surowo określała, co wolno, a czego nie.


 124  Wyszedłem z jamy, by popatrzeć, jak daleko są chmury; za plecami zazgrzytał metal – uciekinier otwierał konserwy. Odwróciłem się; bulion dodał mu nieco sił – wystarczająco, żeby wziąć ostrze i skierować je w moją stronę; nie powinienem wskakiwać do jamy – zabiłby mnie, pomyślałby, że chcę zabrać mu jedzenie; mimo wszystko wskoczyłem, żeby zabrać plecak, a on rzucił we mnie kamieniem; próbowałem odciągnąć go od konserw, ale uciekinier wymachiwał ostrzem, ryczał, szamotał się, chwycił mnie wolną ręką, przygniótł kolanem; uderzyłem go, byłem silniejszy, ale siła nic tu nie znaczyła – on był oszalały, pilnował jamy, pilnował jedzenia; przewróciłem go, ale się podniósł, rzucił mi się pod nogi, wbił się zębami w nogawkę, ostrzem głęboko poharatał mi łydkę, wydostałem się z jamy, a on zaczął wyrzucać stamtąd kociołek, ubrania, buty, bandaże – wszystko oprócz jedzenia; nie wiedział już, co znaczą rzeczy, i tylko pożywienie jego rozum rozpoznawał jako pożywienie. Przewiązywałem sobie nogę, a on ryczał i dławił się, mlaskał tuszonką, pił mleko zagęszczone z podziurawionej puszki, żarł herbatniki z opakowania; sam siebie zabijał – po długotrwałym głodzie czekał go skręt kiszek – ale nie mógł się powstrzymać. Umarł po godzinie; nawet w konwulsjach nie pozwolił do siebie podejść; nawet gdy umierał – próbowałem mu nadepnąć na brzuch, wsunąć palce w usta, żeby zwymiotował – uderzył mnie i ugryzł; w kieszeni jego buszłatu znalazłem potem puste pudełko po zapałkach i trzy okopcone na ognisku palce; mięso przypiekło się i nie zaśmierdło.


 125  Mój rozum tak osłabł, uczucia tak wyschły, że nawet się nie zastanawiałem, czy pochować te palce oddzielnie, czy razem z nim w jednym grobie; potem dotarło do mnie, że ten drugi, zjedzony uciekinier, jest już z nim nierozłączny; obrzuciłem trupa kamieniami i nasypałem saperką ziemi; puste puszki i opakowania pozostawiłem – nie mogłem już zejść w dół. Padał śnieg; front cyklonu rozgonił małe chmury mgły i za purgą, cichą jeszcze i przejrzystą, widniały ruiny łagru; promień przebił się przez chmury, podświetlił ruiny i wydawało się, że one – tak jak światło przepada we wnętrzu tornada – pochłaniają zimny blask śnieżnego słońca i w tej przestrzeni zniekształceń oraz zniknięć nieskuteczny jest czynnik ludzki, nie zdarzają się ani troska, ani dar, ani uczestnictwo – zniekształcenia wciągają je w swoje orbity i zamieniają w mimowolny współudział w niegodziwości. Tak właśnie widzę tamten łagier, jezioro w skalnej kotlinie; tam zrozumiałem wszystko, co w konsekwencji posłużyło mi jako nić drogowa. Po powrocie z ekspedycji dowiedziałem się, że zmarła gosposia Drugiego Dziadka; mieszkanie, zgodnie z jego wolą, stanowiło teraz moją własność. Długo zwlekałem, zanim tam pojechałem; zdawałem sobie sprawę, że przyczyną nie było samo mieszkanie, nie mogłem przyjąć tych metrów kwadratowych, one nie należały i nie mogły należeć do mnie – to życie zawróciło mnie do tego, co było powodem mojego wyjazdu: do osoby Drugiego Dziadka.


Granica zapomnienia  

Debiut Siergieja Lebiediewa to opowieść o utracie pamięci narodowej i o jej moralnych konsekwencjach dla jednostki. Geolog udaje się na dale...

Granica zapomnienia  

Debiut Siergieja Lebiediewa to opowieść o utracie pamięci narodowej i o jej moralnych konsekwencjach dla jednostki. Geolog udaje się na dale...

Advertisement