Page 1

maj–czerwiec 2012 5–6 [643–644]

Chrześcijanie – sól Europy? Chmielewska, Dymna, Ochojska, kard. Nycz, kard. Ryłko, bp Ryś, Halík, Milerski, Wiśniewski i inni na IX Zjeździe Gnieźnieńskim Bocheński: Smakowite życie Anki Sosnowski: Kryjówka na górze Tabor Pilot: Zbici z pantałyku Freeman: Modlitwa jest kołem Głos katolicyzmu otwierającego Prześcieradło i transcendencja

Indeks 381489 Cena 18,90 zł [w tym 5% vat]


Miesięcznik Warszawa rok LV  nr 5–6 [643–644]

Drodzy Czytelnicy! „Wy jesteście solą ziemi” – mówi Jezus do swych uczniów. Również do uczniów współczesnych. W Ewangelii wg św. Mateusza (5,13) czytamy jednak także przestrogę: „a jeśli sól utraci swój smak, to czym go przywrócić? Nie przydaje się na nic! Wyrzuca się ją z domu i ludzie będą po niej deptać” (wg Biblii Poznańskiej). W ostatnich tygodniach wiele polskich środowisk katolickich za pewnik przyjęło, że mamy do czynienia z nowym prześladowaniem Kościoła. A może to, co niektórzy uznają za przejaw rzekomego prześladowania, jest w rzeczywistości raczej dowodem na to, że sól, jaką mamy być, utraciła swój smak – i już na niewiele się zda, więc po niej depczą? Może trzeba – nawiązując do innego ewangelicznego porównania – szykować nowe bukłaki, bo zmieniają się kultura i sposoby myślenia współczesnych ludzi? Aby potrawa nabrała smaku, nie trzeba wiele soli. Po raz kolejny więc przywołujemy ideę Benedykta XVI, aby chrześcijanie w dzisiejszym świecie byli „mniejszością kreatywną”. Nie chodzi bowiem o to, czy jest nas 95%, lecz czy potrafimy skutecznie być „potężnym zalążkiem jedności, nadziei i zbawienia dla całego rodzaju ludzkiego” (KK 9). Co znaczy: być solą ziemi – to kluczowe pytanie IX Zjazdu Gnieźnieńskiego. Jako współorganizatorzy tego wydarzenia prezentujemy Państwu jedynie cząstkę refleksji z tego ekumenicznego i międzynarodowego spotkania. Jednocześnie zapraszamy na stronę www.zjazd.eu, gdzie stopniowo pojawiają się kolejne materiały. Ponadto w numerze dużo dobrej kultury. Barbara Majewska i Jacek Bocheński występują nie tylko jako autorzy recenzji, ale również jako bohaterowie tekstu o historii „Zapisu”. Piszą dla nas również Jerzy Sosnowski i Jacek Wakar, a Marian Pilot – rzecznik „rozróby w polszczyźnie” – opowiada (nie tylko o niej) językiem „umorusanym w śląskościach i czeskościach”. Zbigniew Nosowski


Spis rzeczy

4

Do Przyjaciół WIĘZI

S. Małgorzata Chmielewska

5

Kościół, który służy

Ks. Tomáš Halík

10

Chrześcijanie – sól Europy?

Kard. Stanisław Ryłko

17

Dobry obywatel – święty obywatel

Kard. Kazimierz Nycz

25

Polak – katolik – obywatel

Ks. Bogusław Milerski

33

Polska wielu kultur

Anna Dymna

41

Radość pomagania

Rafaela Nałęcz FSK

43

Dać nową szansę

Krzysztof Stanowski

45

Nie jesteśmy bezradni

Janina Ochojska

47

Dżinsy za 19 zł

Bp Grzegorz Ryś

51

Jakie chrześcijaństwo jest nadzieją dla Europy?

54

Po Zjeździe Gnieźnieńskim

55 59 61 64 66 69

Czym Zjazd nie był, czym był Rytualne uściski i prawdziwa moc Bogactwo różnorodności Warto przegonić Lulka Powykluczajmy się wzajemnie... Nikogo nie wykluczałem

72

W Galerii WIĘZI Mirosław Kowalski

Chrześcijanie – sól Europy?

Zbigniew Nosowski Jarema Piekutowski Maria Rogaczewska Marek Rymsza Tomasz Wiścicki Ludwik Wiśniewski OP

bilans


Forum

Krzysztof Bieleń

73

Z dziennika niedowiarka, List VI, Odpryski frontowych widoków

Jerzy Sosnowski

76

Kryjówka na górze Tabor

Alfred Marek Wierzbicki

92

Nad jeziorem Minnetonka, Szukanie wyjścia

Monika Waluś

94

Złoty środek Taka sobie robota

o. Laurence Freeman OSB, Anna Bednarkiewicz, Katarzyna Jabłońska

96

Modlitwa jest kołem

Ks. Rafał Dudała

108

Postconcilium Liturgia – czas podarowany

Andrzej Friszke

113

Polski los. Spory ideowe na łamach „Zapisu”

Marian Pilot, Janina Koźbiel

127

Zbici z pantałyku

Jacek Wakar

139

Ta kamienica świat się nazywa

Barbara Majewska

145

Cézanne jak czysty ocean

Jacek Bocheński

148

Smakowite życie Anki

Sławomir Sowiński

153

Głos katolicyzmu otwierającego

Ks. Andrzej Luter

158

Prześcieradło i transcendencja

Jerzy Sosnowski

162

Eks post Dziecko PRL-u

Wiara

rozmowa

Historia

Kultura

Książki

rozmowa


Do Przyjaciół WIĘZI

Nadal gorąco zachęcamy wszystkich naszych Czytelników do opłacenia prenumeraty WIĘZI na rok 2012 oraz propagowania prenumeraty naszego pisma wśród swoich bliskich i znajomych. Prenumerata jest bardzo ważnym sposobem okazania wsparcia dla pisma, a także najkorzystniejszą formą jego regularnego otrzymywania. Informacje o warunkach prenumeraty można znaleźć na końcu tego numeru oraz na naszej stronie internetowej www.wiez.pl. Zmuszeni byliśmy podnieść jednostkową cenę pisma, dzięki opłaceniu rocznej prenumeraty można jednak zaoszczędzić ponad 25 zł. W trosce o przyszłość naszej działalności prosimy Państwa również o dodatkowe dobrowolne wpłaty. Darowizny na rzecz statutowej działalności Towarzystwa „WIĘŹ” mogą być odliczane od dochodu w rozliczeniu podatkowym. Przelewy, także dewizowe, można przekazywać na konto: Towarzystwo „WIĘŹ” ul. Trębacka 3, 00–074 Warszawa PKO BP S.A. XV O/Warszawa nr 79 1020 1156 0000 7702 0067 6866. Serdecznie dziękujemy wszystkim Przyjaciołom, którzy w ostatnim czasie okazali WIĘZI swoją życzliwość. W okresie od 21 marca do 24 kwietnia 2012 r. wsparcia udzieliły nam następujące osoby: Andrzej Biernacki (Warszawa), po raz dwudziesty siódmy, Jan Wyrowiński (Toruń), po raz trzydziesty drugi.


Chrześcijanie – sól Europy?

S. Małgorzata Chmielewska

Kościół, który służy Mam mówić o Kościele, który służy*. Trzeba więc od razu postawić pytanie, jak i komu mamy służyć – my, ochrzczeni? To jest kluczowe pytanie – ostatnie lata i cały wiek XX pokazały przecież, że służyć można również rzeczom strasznym.1 Kiedy Jezus zaczynał swoją publiczną misję, przeczytał w synagodze w Nazarecie tekst z księgi proroka Izajasza, który znakomicie wyznacza kierunek służby: Przyszedł również do Nazaretu, gdzie się wychował. W dzień szabatu udał się swoim zwyczajem do synagogi i powstał, aby czytać. Podano Mu księgę proroka Izajasza. Rozwinąwszy księgę, natrafił na miejsce, gdzie było napisane: Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, * Teksty s. Chmielewskiej, ks. Halika, kard. Ryłki, kard. Nycza i ks. Milerskiego to autoryzowane referaty wygłoszone podczas IX Zjazdu Gnieźnieńskiego „Europa obywatelska. Rola i miejsce chrześcijan”.

 5


S. Małgorzata Chmielewska

abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski Pana. Zwinąwszy księgę, oddał słudze i usiadł; a oczy wszystkich w synagodze były w Nim utkwione. Począł więc mówić do nich: „Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli” (Łk 4,16–21).

Spełniły się wtedy. A chciałoby się powiedzieć: oby się spełniały i dzisiaj. Nasz świat jest piękny, ale jednocześnie i straszny. W Bożych zamiarach nie było cierpienia i odrzucenia. One sprawiają Bogu ból – to widać jasno w ukrzyżowaniu Chrystusa. Jednak po Wielkim Piątku nastał dzień zmartwychwstania. Moc miłości pokonała ciemność i zło. Jezus, który służył

Syn Boży walczył z wszelką izolacją, cierpieniem, złem; z tym wszystkim, co sprawia, że twarz człowieka – która powinna być odbiciem oblicza Boga – tak często jest zdeformowana. I właśnie na tym ma polegać służba Kościoła – taki jej kierunek wyznaczył sam Jezus. On przyszedł po to, żeby służyć, a nie po to, aby Jemu służono. Świadczy o tym całe Jego życie, począwszy od narodzin w Betlejem (nie bardzo się to nam podoba; wolelibyśmy, żeby urodził się trochę lepiej, wówczas nie mielibyśmy, jedząc karpia w Wigilię, takich wyrzutów sumienia). Później cały czas służył – przez zwykłą pracę w Nazarecie, przez to, z kim przebywał jako nauczyciel, aż do kulminacji krzyża i zmartwychwstania. Zadaniem człowieka wierzącego jest przede wszystkim głoszenie Dobrej Nowiny ubogim. A Dobra Nowina to nic innego jak przekaz poświadczony czynami, że Bóg jest Miłością. Bez względu na to, kim jesteś, w jakim jesteś stanie – Bóg cię kocha. To nieprawdopodobne i często trudne do przyjęcia, że ten najgorszy, najbardziej zapity i zawszony łajdak – jest także kimś, kogo Bóg kocha. Co to konkretnie znaczy? To znaczy, że Jezus przeżył wszystko to, co ty przeżywasz, i nadał temu sens. Znaczy to również, że tu, na ziemi, wszystko się nie kończy, ale zaczyna. Każda epoka ma swoje cierpienia, jednak koniec końców okazuje się, że w każdym czasie cierpienie ma to samo oblicze – konkretnego człowieka: głodnego, sponiewieranego, odrzuconego, zabijanego przez nienawiść i chciwość. Pierwszą powinnością wobec tego człowieka jest oczywisty ludzki odruch współczucia i udzielenia mu pomocy: zatroszczenie się o to, żeby nie był głodny i miał się w co ubrać. Do tego może wystarczyć ludzka solidarność, której przejawy obserwujemy w sytuacjach kryzysowych. Nie można tych inicjatyw lekceważyć, Jezus przecież mówi jasno:

 6 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Kościół, który służy

Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie (Mt 25,34–36).

Jeśli Ewangelia nie jest mrzonką

Człowiek, choć powołany do radości, w swoim codziennym życiu doświadcza cierpienia i bólu w najrozmaitszych formach. Do mężczyzn i kobiet dotkniętych rozmaitego rodzaju cierpieniem i bólem Ojcowie synodalni skierowali w swoim Orędziu następujące słowa: „Wy wszyscy, opuszczeni i zepchnięci na margines naszego konsumpcyjnego społeczeństwa, chorzy, ułomni, ubodzy, głodni, emigranci, uchodźcy i więźniowie, bezrobotni, starcy, dzieci opuszczone i osoby samotne, wy, ofiary wojny i wszelkiego rodzaju przemocy rodzącej się w naszym zezwalającym na wszystko społeczeństwie. Kościół uczestniczy w waszym cierpieniu prowadzącym do Pana, który włącza was w swoją odkupieńczą Mękę i pozwala Wam żyć w świetle swojego Zmartwychwstania. Liczymy na wasze świadectwa, aby uczyć

 7

Chrześcijanie – sól Europy?

Ludzka solidarność obowiązuje nas po prostu jako ludzi. Czy jednak nam, chrześcijanom, poprzeczka nie została postawiona wyżej? Od nas, swoich uczniów, Chrystus oczekuje więcej! Płynąca ze zmartwychwstania moc, którą ma każdy ochrzczony, jest zobowiązaniem do przemiany świata w taki sposób, aby wszelkie podziały, nędza i niesprawiedliwość zniknęły z jego powierzchni. Mrzonka? W takim razie Ewangelia też byłaby mrzonką ­– kolejną niemożliwą do realizacji utopią. A jeśli nią nie jest, musimy szukać odpowiedzi, co i jak robić, żeby wcielić w życie owo pragnienie Boga, aby stała się miłość. Dobra Nowina przez nas głoszona ma polegać na przemianie naszego sposobu życia tak, aby człowiek cierpiący znalazł się w jego centrum – dotyczy to zarówno życia osobistego, jak wspólnoty Kościoła i całego społeczeństwa. Wezwani jesteśmy do walki z wszelkiego rodzaju wykluczeniem, nie tylko poprzez ofiarowanie tego, co nam zbywa, ale poprzez tworzenie przestrzeni, w której najsłabszy nie będzie klientem naszej ofiarności, a pełnoprawnym członkiem naszej ludzkiej rodziny. My jednak często pozostajemy na poziomie głoszenia Ewangelii sobie samym, w naszym bardzo dobrym towarzystwie. A przecież dziś wykluczone są całe kontynenty: Afryka, Ameryka Południowa, także ogromne rzesze ludzi w naszym zachodnim świecie. 25 lat temu biskupi, zebrani na synodzie w Rzymie, skierowali właśnie do tych wykluczonych słowa, które zacytował papież Jan Paweł II w adhortacji Christifideles laici. Jest to tekst rewolucyjny:


S. Małgorzata Chmielewska

świat, czym jest miłość. Zrobimy wszystko, co jest w naszej mocy, abyście znaleźli należne Wam miejsce w Kościele i społeczeństwie (Christifideles laici, 53).

Głoszenie Dobrej Nowiny polega więc na tym, że Kościół uczestniczy w cierpieniu wszystkich wymienionych wyżej ludzi. Gdybyśmy nie wiedzieli, pod jakimi adresami ich szukać, to one w cytowanym tekście zostały dokładnie podane. I przez te 25 lat nic się nie zmieniło, te adresy wciąż pozostają aktualne. Uczestniczyć w cierpieniu – to wezwanie trzeba wziąć na serio. I głosić Dobrą Nowinę, że Chrystus zmartwychwstał, a to oznacza, że twoje cierpienie ma sens. To jednak jeszcze nie koniec – nie można tego robić z wysokości wygodnego życia zamkniętego często za bramą z domofonem; z wysokości intelektualnych dysput czy kazań do ściany, mówionych językiem obcym ludzkiemu życiu. Moi bezdomni kompletnie nie rozumieją 90% tego, co księża mówią w kościele. Przyjeżdżam z małej wioski, gdzie życie toczy się zupełnie inaczej niż w wielkim mieście – i tam też jest Kościół. Wykluczony, czyli VIP

W świecie coraz bardziej ogarniętym żądzą zysku często pod pozorem walki z ubóstwem eliminuje się ubogich, nie dając im szans na wyjście z nędzy, czy w ogóle na życie. Tę eliminację spotkać można wszędzie – oznacza ona zabijanie niepełnosprawnych jeszcze przed urodzeniem, straszliwy los pełnej bogactw naturalnych Afryki czy los ubogiej rodziny moich sąsiadów na wsi, którzy mają pięcioro dzieci i żyją w koszmarnych warunkach. Chcieliśmy naszym sąsiadom kupić dwie świnie, żeby je wyhodowali, a potem mieli mięso. Niestety, unijne przepisy wymagają przedstawienia określonych dokumentów przed dokonaniem uboju. Trzeba mieć pieniądze, żeby zapłacić za stosowne badania mięsa i wypełnić mnóstwo dokumentów. A biedak, po pierwsze, nie ma pieniędzy na to wszystko; po drugie, nie będzie umiał tego załatwić. Biedak jest więc zmuszony do kupowania mięsa w supermarkecie, a wszystko to oczywiście w ramach troski biurokratów o dobrostan zwierząt i biedaków… Takich przykładów można przytaczać setki. One dzieją się nie tylko w Polsce. W Belgii mieliśmy proces o wykorzystywanie bezdomnych do niewolniczej pracy w domu naszej wspólnoty. Chodziło o to, że ksiądz, pragnący przywrócić resztki godności bezdomnym, których karmił, zaproponował, żeby posprzątali teren w zamian za posiłek. Ów ksiądz został skazany za zatrudnianie na czarno… Biedak musi mieć swoje miejsce, biedak w naszym systemie musi być zakwalifikowany jako biedak. Powinien dostawać minimum, żeby nie umierał nam z głodu na ulicy, ale odbiera mu się prawo do uczestnictwa w życiu ekonomicznym i kulturalnym, a co za tym idzie – i duchowym. Standardy wymyślone przez urzędników powodują zamykanie domów, do których w całej Europie przyjmowano ubogich. Bo już na sprostanie tym standardom pieniędzy nie ma. Lepsze standardy mają na ulicy…

 8 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Kościół, który służy

Zepchnięcie ubogich na margines i w najlepszym przypadku rzucenie im pieniędzy z pomocy społecznej na przeżycie – to logika systemu, w którym ci, którzy mieli większe szczęście i lepiej się urodzili, pragną mieć święty spokój i widok z okna bez bezdomnego na ulicy. No i porządek w papierach – policzonych biedaków i każdy grosz na nich wydany; a na koniec krzyk, że nas tak dużo kosztują. Naszym zadaniem jest stworzyć przestrzeń w naszych wspólnotach i w naszym życiu, aby ubodzy stali się częścią naszego życia. Kościół jako Ciało Chrystusa jest tą przestrzenią, w której ubogi ma znaleźć nadzieję, ciepło i dom, a także należne sobie miejsce – i to miejsce należne VIP-om. Rewolucyjne słowa biskupów sprzed dwudziestu pięciu lat – „Liczymy na wasze świadectwa, aby uczyć świat, czym jest miłość” – kierują nasze poszukiwania miłości w Jezusie Chrystusie do wszelkich nędzarzy tego świata. Posadźmy ich na katedrze naszego życia i wspólnoty Kościoła. Posłuchajmy, co mają do powiedzenia. Mnie i moich braci ze wspólnoty uczą każdego dnia. Ci nieznośni, krnąbrni i roszczeniowi – uczą cierpliwości i pokory wobec Bożej Miłości, która nad każdym z nich czuwa do końca ich dni. To bywa trudne, ale nie ma innej drogi. S. Małgorzata Chmielewska

S. Małgorzata Chmielewska – ur. 1951. Przełożona Wspólnoty Chleb Życia. Ukończyła

Chrześcijanie – sól Europy?

biologię na Uniwersytecie Warszawskim. Katolicyzmem zainteresowała się po studiach. Pracowała jako katechetka z niewidomymi dziećmi w Laskach, pomagała kobietom z więzienia na Rakowieckiej w Warszawie. W 1990 r. wstąpiła do Wspólnoty Chleb Życia w Bulowicach koło Kęt. Śluby wieczyste złożyła w 1998 r. we Francji. Prowadzi domy i noclegownie dla bezdomnych i chorych oraz domy samotnych matek. Inicjatorka Fundacji „Domy Wspólnoty Chleb Życia”. Fundacja organizuje dla chorych i bezdomnych pracę w manufakturach: szwalni, stolarni i przetwórni oraz wspiera w nauce dzieci z ubogich terenów wiejskich, fundując dla nich stypendia naukowe.

 9


Ks. Tomáš Halík

Chrześcijanie – sól Europy? Jezus powiedział: wy jesteście solą ziemi. Dla rozważań o sytuacji i misji chrześcijan w dzisiejszej Europie ta wypowiedź może być bardzo interesująca. Przede wszystkim: nie musimy popadać w zakłopotanie, że ludzi uważających się za chrześcijan w Europie ubywa. Soli nie musi być dużo. Ani chrześcijaństwo przesolone, ani przesłodzone

Przyznam się, że czasami nie czuję się zbyt dobrze w przestrzeni „przesolonych chrześcijan”. Podobnie nie czuję się dobrze tam, gdzie chrześcijanie zamiast być słoni – stają się słodcy. Chyba wszyscy spotkaliśmy się z taką przedziwnie ­przesłodzoną postacią chrześcijaństwa. Odpowiednia dawka soli jest koniecznie potrzebna dla ożywczych funkcji każdej komórki w organizmie. Nadmierna ilość soli wprawdzie konserwuje pokarm na zapas, ale żywym organizmom przesolenie szkodzi, a i same żywe komórki może w końcu zabić. Nie przeceniajmy jednak chemicznej strony tej metafory. Bądźmy spokojni – soli nie musi być dużo. Gdy jej z kolei brakuje, pokarm jest niesmaczny, a organizm mizernieje. Nie wiem, skąd wzięło się wyobrażenie, że chrześcijaństwo musi mieć wymiar masowy. Tak, chrześcijaństwo musi być z a p r o s z e n i e m, p r o p o z y c j ą d l a w s z y s t k i c h , a nie ezoterycznym klubem dla wąskiego kręgu wtajemniczonych. W Ewangelii jest wszak oczywiste, że Jezus był w sposób bardzo realistyczny świadomy tego, że nie wszyscy przyjmą Jego propozycje. Wiedział, że oferuje drogę stromą i niełatwą, na której wytrwają tylko nieliczni. Droga szeroka, wygodna dla masowych pochodów, nie prowadzi do uświęconego życia z Jezusem w pełni, lecz ku śmierci. Benedykt XVI mówi o chrześcijaństwie w Europie dzisiaj i jutro jako o mniejszości, która nie ma jednak popaść w mentalność getta, mniejszości zamkniętej – lecz

 10 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Chrześcijanie – sól Europy?

ma być m n i e j s z o ś c i ą k r e a t y w n ą. Papież przypomina, że rzeczy wielkie i najlepszej jakości zawsze pochodziły od mniejszości. Nie bójmy się przyznać, że w większości spraw większość się myli. To, co nowe, co w prorocki sposób ożywiało świat religii, filozofii, nauki i sztuki, najczęściej z początku ledwo przebłyskiwało z popiołów dominujących przesądów i stereotypów. Spotykało się często najpierw z niezrozumieniem, odrzuceniem i prześladowaniem ze strony większości, a także równie często ze strony trzymających władzę. Sprawujący władzę w  większości byli ukierunkowani na przeszłość i starali się raczej zadowolić większościowy, konserwatywny gust. Mniejszość nie może być kreatywna, jeśli jest zamknięta w sobie poprzez strach, a zwłaszcza gdy rekompensuje sobie swój strach i kompleks mniejszości przez apoteozę samej siebie i równocześnie demonizację swego otoczenia. Jest wtedy jak sól, która już nie soli, bo utraciła swój słony smak. I tu jest drugi aspekt przypowieści o soli: sól nie może stracić swego smaku. Chrześcijanie nie mogą stracić swojej tożsamości. Wartość i sens soli jest w jej zdolności solenia, przyczyniania się do lekkostrawności pokarmu, do zdrowia, do żywotności organizmu. Tożsamość chrześcijan wyraża się natomiast w ich misji skierowanej do wszystkich, w służbie na zewnątrz. Jeśli Kościół (i różne instytucje nazywające siebie chrześcijańskimi) ma na względzie przede wszystkim swoje własne instytucjonalne interesy, a chrześcijanie troszczą się tylko o własną wspólnotę – są solą, która straciła swój smak i funkcję. Do niczego się już nie nadają.

Podczas tego naszego spotkania pytamy o misję, jaką mają chrześcijanie w ramach społeczeństwa obywatelskiego. Samo pojęcie społeczeństwa obywatelskiego (a oczywiście też rzeczywistość, która za tym pojęciem stoi) zmienia się w historii, podobnie jak zmieniają się formy religii i sama treść pojęcia religii. „Społeczeństwo obywatelskie” jest najpierw społeczeństwem mieszczańskim, które powstaje w oświeceniu i wyzwala się z jarzma ancien régime’u, z jarzma hierarchii Kościoła i państwa. Jest powiązane z pojawieniem się modernizmu, kapitalizmu, demokracji i pojęciem praw ludzkich i obywatelskich. W latach siedemdziesiątych XX wieku idea społeczeństwa obywatelskiego została ożywiona przez demokratyczną opozycję w walce z komunistycznym totalitaryzmem. Po upadku komunizmu i systemu dwubiegunowego zaczęto mówić o powstaniu „globalnego społeczeństwa obywatelskiego”. Trzeba podkreślić, że właśnie proces globalizacji w znaczący sposób przyczynił się do upadku komunistycznych reżimów – w konkurencji wolnego rynku towarów i idei (poprzez pomoc nowych technik komunikowania w mediach) nie mogły one przetrwać, gdyż były zbudowane na centralnie, państwowo planowanej ekonomii i ideologicznej cenzurze kultury. Według klasyków liberalnej, politycznej filozofii,

 11

Chrześcijanie – sól Europy?

Musimy poczekać na nasze dusze?


Ks . T o m á š H a l í k

zaczynając od Alexisa de Tocqueville’a, społeczeństwo obywatelskie ­– ta gęsta sieć obywatelskich stowarzyszeń, w których ludzie uczą się wzajemnej komunikacji i ponoszenia odpowiedzialności – jest niezbędnym podglebiem (grzybnią) demokracji. Demokratyczny system bez kultury komunikacji, którą wytwarza społeczeństwo obywatelskie, podobny byłby do ciała, które wprawdzie ma wszystkie ważniejsze organy, ale nie funkcjonuje w nim układ krążenia. Ale właściwie co powstaje w przestrzeni dawnego dwubiegunowego systemu świata i na gruzach totalitarnych systemów, które przez dziesiątki lat moralnie korumpowały swoich obywateli? Globalna arena staje się miejscem mobilizacji ponadnarodowych niepaństwowych Chrześcijaństwo musi być aktorów – znajdziemy tam nowe socjalne ruchy, zabiegające o prawa człowieka, zaproszeniem, propozycją ochronę naturalnej przestrzeni życia albo dla wszystkich, a nie ezoterycznym o „globalizację z ludzką twarzą”, a daklubem dla wąskiego kręgu lej – dziś coraz częściej – najróżniejsze wtajemniczonych. ruchy protestacyjne, a także ponadnarodowe, połączone ze sobą, organizacje kryminalne i terrorystyczne. Globalny rynek jest także miejscem nieprzejrzystych ekonomicznych transakcji i korupcji. Polityczna rola niepaństwowych organizacji i obywatelskiej sieci rośnie proporcjonalnie wraz z kryzysem klasycznej demokracji. Polityka traci swą wiarygodność nie tylko z winy stale objawiających się korupcyjnych skandali polityków czy poprzez swoje bliskie związki z biznesem. Istotne decyzje nie są podejmowane w organizacjach, w których ludzie są demokratycznie wybierani, ale w przez nikogo niewybieranych ponadnarodowych korporacjach ekonomicznych. Małe grupy, zwłaszcza młodych ludzi („pokolenie Facebooka”), są dzisiaj w stanie błyskawicznie zorganizować masowe, czasami nawet o światowym zasięgu wspólnotowe akcje. Są one dużo bardziej elastyczne niż ociężałe demokratyczne instytucje, takie jak partie czy parlament. Dzisiaj trudno odgadnąć, jakie owoce przyniosą te alternatywne siły na scenie politycznej. W świecie arabskim na przykład oczywiście przyczyniły się do upadku reżimów, które nie były elastyczne; ale już nie potrafiły wyraźnie wesprzeć wprowadzenia demokratycznej alternatywy. Podobnie jak ciężko by było doszukać się w światowych protestach młodych skierowanych przeciwko współczesnemu kapitalizmowi realnej propozycji rozwiązania obecnego kryzysu. Dotychczasowe, klasyczne postacie demokracji funkcjonowały w ramach państw narodowych. Lecz znaczenie państw narodowych szybko upada w konsekwencji tego, że polityka znalazła się w jarzmie ekonomii i niedającego się zatrzymać procesu globalizacji ekonomicznej, wyraźnie wyprzedzającego proces politycznej integracji. Dla zobrazowania podam jedno z następstw przeżywanej dziś w Europie unii. Jeśli Europa miałaby stawić czoła kryzysowi ekonomicznemu, powinna się bardziej zjednoczyć ekonomicznie, lecz także politycznie – a okazuje się, że do tego zjednoczenia wiele narodów europejskich nie jest przygotowanych kulturowo,

 12 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Chrześcijanie – sól Europy?

moralnie i ze strony psychologicznej. Ta sytuacja przypomina mi opowieść z czasów kolonizacji Ameryki. Indianie, którzy byli przewożeni ze starych do nowych miejsc zamieszkania, żądali chwili na odpoczynek, na przerwę i mówili wtedy: „Nasze ciała są już prawie w tych nowych miejscach osiedlenia, ale nasze dusze są stale w tych starych wioskach. Musimy poczekać na nasze dusze”. Jednak my nie możemy tylko pasywnie czekać, lecz trzeba podejmować wiele ważnych kroków.

Zjednoczona Europa zakłada istnienie europejskiego demos – lecz wytworzenie takiej wspólnoty nie może się odbyć tylko środkami administracyjnymi ani nie powstanie ona jako mechaniczna „nadbudowa” procesu ekonomicznego. Elementy takie jak wspólna waluta oczywiście w znaczący psychologiczny sposób pomagają procesowi zjednoczenia, ale same w sobie nie wystarczą. Europa nie jest w podstawowym znaczeniu pojęciem geograficznym, lecz kulturowym. Integracja europejska nie może pozostać na poziomie polityczno-administracyjnym. Trzeba wytworzyć duchową przestrzeń, w której naturalna różnorodność prowadzić będzie do wzajemnego poszanowania, komunikacji i kompatybilności, a nie do zniwelowania czy niszczycielskich konfliktów. Potrzebne są nowe moralne wizje dla Europy, nowe źródła duchowej i moralnej inspiracji. W poprzednich latach wielokrotnie krytykowałem hasło ulubione w wielu kręgach katolickich: „dać Europie duszę”. Rozumiem, że było wypowiadane w dobrej wierze. Ale takie sformułowanie wydawało mi się jednak obraźliwe dla całego bogactwa europejskiej kultury (czyż Europa jest bez ducha?), jak również naiwne i aroganckie (kto ma możliwość i prawo „dawać duszę”?). Jeśli ktoś mówi „duszę”, a ma na myśli ideologię – czyli religię zamienioną w doktrynę polityczną – proponuje kamień zamiast chleba. Nie dziwię się więc reakcji europejskich liberałów na wysiłki konserwatywnych chrześcijan, inspirowanych w sposób oczywisty amerykańską religijną prawicą, starających się ogłosić „kulturową walkę” przeciwko europejskiemu liberalizmowi i stawiać Unii Europejskiej za wzór ideał „chrześcijańskiej Europy”, wytworzony przez nostalgiczny sen późnego romantyzmu. Tędy naprawdę droga nie prowadzi. Kościół był zawsze globalnym graczem w europejskiej przestrzeni, ale dziś nie można nie dostrzegać rzeczywistości, że Kościół już tutaj nie jest graczem ani jedynym, ani najsilniejszym. Potrzeba pokory i odwagi prowadzącej ku prawdzie. Kościół nie może zachowywać się jak lobbystyczna organizacja między wieloma innymi podobnymi. Kościół raczej miałby upodabniać się do tego, co było wielkim darem w Europie w średniowieczu – do uniwersytetu. Uniwersytet był wspólnotą – życia, nauki i modlitwy – gdzie prawda była poszukiwana w medytacji, w wolnej dyskusji, ważna była formuła: contemplata allis tradere. W taki sposób Kościół miałby być szkołą, w której poszukuje się odpowiedzi na skomplikowane pytania naszych czasów. To poszukiwanie zakłada

 13

Chrześcijanie – sól Europy?

Dawać duszę czy troszczyć się o duszę?


Ks . T o m á š H a l í k

wspólnotę szacunku i wzajemnego wsłuchania się w tych, którzy są poza widzialnymi granicami Kościoła. Miałaby to być nie tylko szkoła idei, ale też szkoła życiowych postaw i cnót. Wystrzegajmy się mesjanizmu, który by chciał – skądś z góry – „dawać Europie duszę”. W miejsce tego zaproponowałbym fundamentalną myśl mojego nauczyciela Jana Patočki: s e n s E u r o p y j e s t w   t r o s c e o   d u s z ę. Patočka w pewnym sensie utożsamia się z konserwatywną krytyką modernizmu, gdy mowa o upadku owej „troski o duszę” (w jej greckiej i chrześcijańskiej postaci). Patočka widzi w modernizmie proces zastępowania „troski o duszę” troską o świat, dążeniem do opanowania zewnętrznego świata. Ta druga troska osiągnęła swój szczyt, według niego, w fizycznym samozniszczeniu Europy w czasie dwóch światowych wojen. Ciekawe, że w  swych wypowiedziach o możliwych zmianach Patočka pod koKościół nie może zachowywać niec swojego życia (krótko przed tym, jak sam stał się ofiarą policyjnego prześlasię jak lobbystyczna organizacja dowania ruchu dysydenckiego) mówił między wieloma innymi o roli „ofiar”, o zadaniach „duchowego podobnymi. człowieka” i o „solidarności wstrząśniętych”, którzy w  nocy kryzysu nauczyli się żyć „autentycznie” – żyć, czerpiąc ze źródła własnego sumienia. Dla Václava Havla i dla wielu z nas ze środowiska dysydenckiego w ówczesnej Czechosłowacji (w czeskiej opozycji chrześcijanie odgrywali rolę raczej nie przywódczą, ale też bardzo inspirującą, nie do zastąpienia przez innych; byli w  rzeczywistości „solą ziemi”) właśnie te słowa Patočki dodawały otuchy w polityczno-moralnej walce, która stawiała sobie za cel „odnowę społeczeństwa obywatelskiego” i „powrót do Europy”. W głąb, a nie wstecz

Czy proces globalizacji, który pomógł w upadku totalitarnych reżimów, a jego częścią jest proces integracji Europy – przyniesie nowy typ „społeczeństwa obywatelskiego”? I czy chrześcijanie w tym społeczeństwie znajdą swoje miejsce i potrafią wypełniać swoje powołanie bycia solą, kwasem i światłem? Czy proces globalizacji stanie się procesem komunikacji, czy potrafi unikać niebezpieczeństwa destrukcyjnych starć? Czy rozwinie się w nim kultura troski o duszę, której sensem jest „wola skierowana ku prawdzie”, bardziej niż „wola skierowana ku władzy”? Do tego potrzeba, abyśmy my, chrześcijanie, wystrzegali się wszelkiego triumfalizmu i nostalgii za imperium przeszłości. Jeśli jesteśmy mniejszością, potrzeba poszukiwać sprzymierzeńców. Papież Benedykt XVI zaproponował (po raz pierwszy, jadąc do Czech) inspirujący model K o ś c i o ł a o t w a r t e g o – Kościoła, który jak kiedyś świątynia jerozolimska zawiera w sobie „dziedziniec pogan”, czyli przestrzeń

 14 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Chrześcijanie – sól Europy?

dla poszukujących, dla tych, którzy czczą Boga jako „Boga nieznanego”. Dodał również, że dialog z nimi może być obustronnie pożyteczny – i my chrześcijanie mielibyśmy się w tym dialogu nauczyć (a potem tym drugim w sposób przekonywający ukazać), że wiara nie jest niczym zdrętwiałym, lecz jest nieustannym poszukiwaniem, ciągłym ruchem, dynamizmem. Nie tyle ruchem „do przodu” w rozumieniu współczesnej ideologii postępu ani ruchem „do tyłu” w duchu nostalgii tradycjonalistów i fundamentalistów, ale r u c h e m w   g ł ą b. Triumfalizm to wielka pokusa, którą Kościół odrzucił na II Soborze Watykańskim. W wielu swoich tekstach diagnozowałem go jako ignorowanie koniecznego „zastrzeżenia eschatologicznego”, jako nieumiejętność odróżnienia Kościoła tu i teraz, wspólnoty będącej w drodze (communio viatorum) od celu, eschatologicznej postaci Kościoła (ecclesia triumphans). Odwrotnością triumfalizmu jest kenoza w odniesieniu do Kościoła. Sól nie traci swojej tożsamości przez to, że pozornie rozpływa się w pokarmie i w organizmie. Podobnie ofiara Chrystusa jest „wyniszczeniem samego siebie” (kenosis). Apostoł Paweł przypomina nam, abyśmy „nie wyniszczali” (nie ignorowali, nie znieważali) krzyża Chrystusa poprzez to, że będziemy przyjmować łatwiejszą, bardziej powierzchowną drogę prowadzącą do zmartwychwstania, niż jest nią właśnie kenoza – bycie przygotowanym do ofiarowania siebie, do wydania siebie samego na służbę drugim.

Upadek granic w Europie i powstanie globalnego społeczeństwa obywatelskiego jest dla nas chrześcijan okazją i wezwaniem do tego, abyśmy j a k o p o s z u k u j ą c y (nie jako pyszni „właściciele prawdy”) byli wiarygodnymi i spolegliwymi partnerami i towarzyszyli wielu duchowo poszukującym w naszych czasach. Tylko jako w s t r z ą ś n i ę c i (tj. do głębi osadzeni w cierpieniu świata, jako „błogosławieni płaczący”) możemy nawiązać solidarność z wstrząśniętymi, ubogimi, z ludźmi marginesu (nie tylko marginesu społeczeństwa, ale i Kościoła). Jest naszym zadaniem wsłuchiwać się – pośrodku hałaśliwego wrzasku „zwycięzców, którzy piszą historię” – w głos wstrząsających opowieści o losie ofiar. To one mogą obudzić nasze sumienia z dogmatycznego snu i pobudzić nas do tego, abyśmy się stawali głosem tych, których menedżerowie władzy nie słuchają. Nie chodzi przede wszystkim o to, abyśmy postawili na swoim i wprowadzili zewnętrzne symbole naszej wiary jako ozdobny ornament istniejącego systemu władzy. W jednej z książek cytuję opowieść o śnie cesarza Konstantyna. Cesarz zobaczył znak krzyża i usłyszał głos: „W tym znaku zwyciężysz”. Nakazał umieścić krzyż na chorągwiach swoich wojsk i zwyciężył w bitwie. Postawiłem sobie pytanie: jak wyglądałaby historia Kościoła i Europy, gdyby wtedy cesarz Konstantyn zrozumiał sens tego snu w sposób nieco bardziej inteligentny? Możliwe, że w dzisiejszych

 15

Chrześcijanie – sól Europy?

Wiara jako droga


Ks . T o m á š H a l í k

sporach o Europę mamy podobną możliwość zrozumienia, że krzyż nie jest tylko zewnętrznym symbolem – ale metodą (methodos – droga). Że wiara nie jest ideologią, ale drogą. Że Kościół nie jest tylko organizacją, lecz drogą (wspólnota drogi – communio viatorum). Że ewangelizacja nie jest indoktrynacją, ale zaproszeniem do drogi. Chodzi raczej o to, abyśmy w tym systemie byli tymi, którzy wnoszą otwartość na stale niespokojne wezwania Ewangelii. Tylko tak zachowamy smak i jakość soli – mamy być pokorni, ale nie konformistyczni, bez wyrazu czy też uniżenie słodcy. Podobnie jak ziarno, które bałoby się obumrzeć w sobie i swojej obecnej postaci, nie może wydać owoców i przynieść plonów, tak też i sól – jeśli przestaje solić – nie nadaje się już do niczego. Tę przestrogę Chrystusa musimy traktować bardzo poważnie. Ks. Tomáš Halík Tłum. Tomasz Dostatni OP

Ks. Tomáš Halík – ur. 1948. Czeski ksiądz katolicki, filozof, psycholog i teolog. W latach 1972–1989 psychoterapeuta w przychodni antyalkoholowej, w 1978 r. tajnie wyświęcony na księdza w NRD. Studiował socjologię, filozofię, psychologię i teologię. Habilitował się z socjologii w Pradze i z teologii we Wrocławiu. Prezydent Czeskiej Akademii Chrześcijańskiej, profesor socjologii i filozofii na praskim Uniwersytecie Karola, rektor kościoła akademickiego, gościnny wykładowca licznych uniwersytetów zagranicznych. Laureat wielu nagród i wyróżnień. Autor kilkunastu książek, tłumaczonych na wiele języków, w tym wydanych po polsku: Dotknij ran. Duchowość nieobojętności; Drzewo ma jeszcze nadzieję. Kryzys jako szansa; Cierpliwość wobec Boga. Spotkanie wiary z niewiarą; Teatr dla aniołów. Życie jako religijny eksperyment.

 16 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Kard. Stanisław Ryłko

W dzisiejszych debatach o Europie coraz częściej powraca kwestia miejsca i roli chrześcijan. Czy w nowoczesnym społeczeństwie obywatelskim jest jeszcze dla nas miejsce? A jeśli tak, to na jakich warunkach? Co właściwie my – jako chrześcijanie – mamy do zaofiarowania Europie i światu? Jaka winna być nasza odpowiedź na głęboki kryzys nękający współczesny świat? Jaka jest przyszłość chrześcijaństwa w Europie i w świecie? Temat mojego wystąpienia – zaproponowany przez organizatorów IX Zjazdu Gnieźnieńskiego – wpisuje się w ten właśnie kontekst refleksji nad Europą i nad Polską w Europie, a jego sformułowanie – co warto zaznaczyć – niesie w sobie sporą dozę prowokacji. Dla przeciętnego katolika samo pojęcie świętości wydaje się dzisiaj perspektywą bardzo odległą, by nie rzec: nierealną. A cóż powiedzieć o połączeniu słowa „obywatel” z przymiotnikiem „święty”? Dla wielu wierzących być chrześcijaninem i być obywatelem to dwa odrębne światy, które zazwyczaj rzadko miewają punkty styczne. Tutaj rozłam pomiędzy wiarą a życiem mocno rzuca się w oczy, stając się formą antyświadectwa. Dlatego warto przypomnieć przykład postawy chrześcijańskiej trzech wielkich Europejczyków, uznawanych za ojców i założycieli zjednoczonej Europy: Roberta Schumana, Alcide De Gasperiego i Konrada Adenauera. Wszyscy trzej byli praktykującymi katolikami, a w przypadku dwóch spośród nich zostały otwarte i toczą się procesy beatyfikacyjne. Oczywiście nie zapominamy, że dzisiejsza Europa jest rzeczywistością na wskroś pluralistyczną pod względem kulturowym i religijnym. Podejmując temat roli i miejsca chrześcijan na naszym kontynencie, nie chcemy w żaden sposób – jako katolicy – zawłaszczać sobie sfery życia publicznego. Nasza postawa jest postawą służby. Jesteśmy przekonani, że chrześcijaństwo ma wiele do zaoferowania dzisiejszemu społeczeństwu obywatelskiemu. Jego misja na Starym Kontynencie wcale się nie skończyła! Co więcej, bez naszego wkładu – jako chrześcijan – Europa, która

 17

Chrześcijanie – sól Europy?

Dobry obywatel – święty obywatel


Kard. Stanisław Ryłko

wyrosła z korzeni chrześcijańskich, byłaby niepomiernie zubożona i boleśnie okaleczona w swym wymiarze duchowym. Wysoka miara zwyczajnego życia

Na tym tle przed chrześcijanami w dzisiejszej Europie rysują się trzy bardzo konkretne zadania, które krótko postaram się przedstawić. Na pierwszy plan wysuwa się troska o naszą własną chrześcijańską tożsamość. Chodzi o to, by rzeczywiście być tym, kim jesteśmy z racji chrztu świętego, także w życiu publicznym. Św. Ignacy Antiocheński prosił swoich wiernych: „Módlcie się za mnie, abym nie tylko nosił imię chrześcijanina, ale abym był nim rzeczywiście”. W społeczeństwie pluralistycznym, w którym panuje niepodzielnie relatywizm, bardzo łatwo swoją chrześcijańską tożsamość rozcieńczyć, zniekształcić, a nawet zupełnie utracić. Zamiast świadectwa dajemy wówczas antyświadectwo. Kwestia chrześcijańskiej tożsamości jest w swej istocie kwestią świętości. Innymi słowy: świętość to nasze chrześcijańskie „być albo nie być”. Dlatego na progu trzeciego tysiąclecia bł. Jan Paweł II postawił przed nami jako pierwsze zadanie właśnie świętość, która nie jest niczym innym jak „wysoką miarą zwyczajnego życia chrześcijańskiego”. Papież wyjaśniał: skoro chrzest jest prawdziwym włączeniem w świętość Boga poprzez wszczepienie w Chrystusa i napełnienie Duchem Świętym, to sprzeczna z tym byłaby postawa człowieka pogodzonego z własną małością, zadowalającego się minimalistyczną etyką i powierzchowną religijnością. Zadać katechumenowi pytanie: „Czy chcesz przyjąć chrzest?” znaczy zapytać go zarazem: „Czy chcesz zostać świętym?”. Znaczy postawić na jego drodze radykalizm Kazania na Górze: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5,48) 1.

Świat potrzebuje chrześcijan, ale chrześcijan autentycznych, którzy żyją pełnią Ewangelii – czyli potrzebuje świętych. Świętość jest niezbędną pieczęcią autentyzmu naszego chrześcijańskiego świadectwa w świecie. W życiu katolików świeckich „surowcem”, z którego buduje się świętość, jest ich zwyczajna egzystencja: życie rodzinne, zawodowe, obywatelskie. Tam ich Bóg powołuje, aby kierując się światłem wiary, przemieniali świat w duchu Ewangelii. Starożytny autor pisał na ten temat: Czym jest dusza w ciele, tym są w świecie chrześcijanie. Duszę znjadujemy we wszystkich członkach ciała, a chrześcijan w miastach świata. Dusza mieszka w ciele, a jednak nie jest z ciała; i chrześcijanie w świecie mieszkają, a jednak nie są ze świata. […] Tak zaszczytne stanowisko Bóg im wyznaczył, że nie godzi się go opuścić2.

1 Jan Paweł II, list apostolski Novo millennio ineunte, 31. 2 List do Diogneta, VI, w: Pierwsi świadkowie. Wybór najstarszych pism chrześcijańskich, tłum. A. Świderkówna, opr. M. Starowieyski, Kraków 1988, s. 365–366.

 18 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Galeria WIĘZI: Mirosław Kowalski

 19


Kard. Stanisław Ryłko

Wybiła godzina chrześcijan

Powyższy tekst, zaczerpnięty z Listu do Diogneta (II wiek!), wskazuje na kolejne zadanie, o jakim chciałbym wspomnieć, a jest nim aktywne uczestnictwo chrześcijan w życiu publicznym. Niestety, aktualny model demokracji liberalnej usiłuje zamykać religię w sferze wyłącznie prywatnej i odmawiać jej prawa do obecności w przestrzeni publicznej. Ludzie wierzący bardzo często czują się z tego powodu wykluczeni, pozbawieni możliwości wpływania na kształt życia społecznego. Wiele mówi się o tolerancji, lecz nadaje się jej dzisiaj bardzo specyficzny sens. Benedykt XVI przestrzega przed tzw. tolerancją negatywną, w imię której na przykład usuwa się z życia publicznego symbole i znaki religijne, aby nie raziły inaczej wierzących lub niewierzących. W ten sposób w imię tolerancji, paradoksalnie, eliminuje się tolerancję3. Sprawa czynnego uczestnictwa w życiu publicznym ma jednak jeszcze głębsze, kulturowe podłoże. Współczesna kultura konsumpcyjna szerzy postawy skrajnie indywidualistyczne i osłabia społeczną wrażliwość na dobro wspólne. Znaczna część społeczeństwa zamyka się w wąskim kręgu własnych, bezpośrednich interesów i korzyści, wybierając wygodną postawę biernych obserwatorów sceny życia publicznego, zamiast być jej aktywnymi współtwórcami. Tymczasem nasze chrześcijańskie powołanie zobowiązuje nas do czynnego i odpowiedzialnego uczestnictwa w życiu publicznym. Można nawet powiedzieć, że w dzisiejszej Europie pod tym względem wybiła „godzina chrześcijan”. Kryzys, jaki przeżywa nasz kontynent, nie jest bowiem tylko i wyłącznie kryzysem ekonomicznym, ale dotyczy w nie mniejszym stopniu sfery wartości, moralności i sensu. I tu otwiera się dla nas szerokie pole działania. Potrzebne jest więc dzisiaj jakieś wielkie przebudzenie chrześcijan. W adhortacji apostolskiej Christifideles laici czytamy: Nowe sytuacje – zarówno w Kościele, jak w życiu społecznym, ekonomicznym, politycznym i kulturalnym – domagają się dzisiaj ze szczególną siłą zaangażowania świeckich. Bierność, która zawsze była postawą nie do przyjęcia, dziś bardziej jeszcze staje się winą. Nikomu nie godzi się trwać w bezczynności4.

A Chrystus nie przestaje nas napominać: Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? […] Wy jesteście światłem świata. […] Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie (Mt 5,13–16).

Oto samo sedno powołania świeckich jako „soli ziemi”, „światłości świata” i „ewangelicznego zaczynu”. 3 Por. Benedykt XVI, Światłość świata. Papież, Kościół i znaki czasu, Kraków 2011, s. 63. 4 Jan Paweł II, adhortacja apostolska Christifideles laici, 3.

 20 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


II Sobór Watykański naucza: „zadaniem ludzi świeckich, z tytułu właściwego im powołania, jest szukać królestwa Bożego, zajmując się sprawami świeckimi i kierując nimi po myśli Bożej” (KK 31). Nie jest to zadanie łatwe. Wymaga ono nierzadko zdecydowanego pójścia pod prąd przeważającym opiniom, presji społecznej oraz odwagi bycia w świecie „znakiem sprzeciwu”; wymaga stawania w obronie godności osoby ludzkiej i jej niezbywalnych praw („chodzi tu o prawa naturalne, uniwersalne i nienaruszalne: żadna jednostka, żadna grupa, władza ani państwo – nikt nie może ich zmienić, a tym bardziej znieść, gdyż prawa te pochodzą od samego Boga”5); wymaga konkretnego podejmowania odpowiedzialności za dobro wspólne; wymaga obrony ładu moralnego, który jest fundamentem życia każdego człowieka i całego społeczeństwa. Wielką pomocą w tej dziedzinie jest dla nas społeczna nauka Kościoła. W tym miejscu nie możemy pominąć sprawy naszego stosunku do polityki i naszego miejsca – jako chrześcijan – w życiu politycznym. W Europie obserwujemy dzisiaj bardzo niebezpieczne dla demokracji zjawisko dewaluacji polityki. Na skutek niekompetencji, arogancji czy korupcji politycy i partie polityczne tracą swoją wiarygodność społeczną, zaufanie i autorytet wśród obywateli. W tej sytuacji znaczna część społeczeństwa z poczuciem rozczarowania odwraca się od polityki. Coraz częściej zaczyna przeważać „antypolityka”. Jednak pomimo swych ograniczeń i słabości polityka pozostaje nadal istotnym składnikiem życia obywatelskiego. Dlatego sama krytyka i demaskowanie zła i nadużyć nie wystarczają. Przed świeckimi katolikami staje dzisiaj pilne zadanie ponownego odkrycia p r a w a i   o b o w i ą z k u czynnego i odpowiedzialnego udziału w życiu politycznym własnego kraju, regionu czy wspólnot lokalnych. Warto podkreślić, że struktury lokalne i samorządowe są dzisiaj doskonałymi szkołami obywatelskiego zaangażowania. Benedykt XVI mówi o pilnej potrzebie „nowego pokolenia katolików w polityce”, czyli obywateli konsekwentnie kierujących się w życiu publicznym zasadami wiary i wysokimi ideałami etycznymi, ludzi o nieposzlakowanej uczciwości, o głębokiej kulturze osobistej, o uznanej kompetencji zawodowej i żywej pasji bezinteresownej służby dla dobra wspólnego6. Mówiąc o czynnej obecności chrześcijan w życiu publicznym, należy wspomnieć wreszcie o delikatnej kwestii sumienia i obowiązku pracy nad nim, aby jasno i bezbłędnie wskazywało granice między dobrem a złem, których przekraczać nie wolno. Jak nie przywołać w tym momencie pamiętnych słów bł. Jana Pawła II wypowiedzianych w Skoczowie w roku 1995: Polska woła dzisiaj nade wszystko o ludzi sumienia! Być człowiekiem sumienia to znaczy przede wszystkim w każdej sytuacji swojego sumienia słuchać i jego głosu w sobie nie zagłuszać, choć jest on nieraz trudny i wymagający; to znaczy angażować się w dobro

Jan Paweł II, Christifideles laici, 38. Por. Benedykt XVI, Ai partecipanti alla Plenaria del Pontificio Consiglio per i Laici, w: Insegnamenti IV, 2(2008), s. 673.

5 6

 21

Chrześcijanie – sól Europy?

Dobry obywatel – święty obywatel


Kard. Stanisław Ryłko

i pomnażać je w sobie i wokół siebie, a także nie godzić się nigdy na zło, w myśl słów św. Pawła: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj!” (Rz 12,21). […] to znaczy także podejmować odważnie odpowiedzialność za sprawy publiczne; troszczyć się o dobro wspólne, nie zamykać oczu na biedy i potrzeby bliźnich, w duchu ewangelicznej solidarności; „Jeden drugiego brzemiona noście” (Ga 6,2)7.

O takich ludzi sumienia woła dzisiaj nie tylko Polska, ale i cała Europa. Kryzys Kościoła to kryzys wiary

I tak dochodzimy do samego jądra problemu, jakim jest k w e s t i a B o g a w dzisiejszej Europie. Tutaj wszystko to, co dotychczas powiedziałem, skupia się jak w soczewce. Podstawowym powołaniem chrześcijan jest bowiem dawać światu Boga. Kard. Joseph Ratzinger mówił z naciskiem: „Kto nie daje Boga, daje zawsze zbyt mało, i kto nie daje Boga, kto nie pomaga Go odnaleźć w obliczu Chrystusa, nie buduje, lecz niszczy”8. Europa jednak coraz bardziej oddala się od Boga. Według bł. Jana Pawła II, robi ona wrażenie „«cichej apostazji» człowieka sytego, który żyje tak, jakby Bóg nie istniał”9. A Benedykt XVI, jeszcze jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary, mówił: Prawdziwy problem naszych czasów polega na „kryzysie Boga”, na „nieobecności Boga”, ukrytej pod warstwą pustej religijności. […] Unum necessarium dla człowieka jest Bóg. Wszystko się zmienia, jeśli Bóg istnieje albo Go nie ma10.

Według papieża Benedykta XVI, kwestia Boga powinna się stać dla nas, chrześcijan, naprawdę centralną kwestią w życiu. Jest wiele problemów, które można by wyliczać i które powinny być rozwiązane, lecz nie będą rozwiązane, jeśli Bóg nie powróci do centrum, jeśli nie stanie się na powrót widzialny w świecie, jeśli nie zajmie decydującej pozycji w naszym życiu i poprzez nas w świecie11.

Kryzys Boga prowadzi nieuchronnie do kryzysu człowieka: Żyjemy w czasach, w których kryteria człowieczeństwa stały się niepewne. […] Wobec tego wyzwania my chrześcijanie musimy bronić godności człowieka. […] „Tylko ten kto zna Boga, zna człowieka”, powiedział kiedyś Romano Guardini. Bez poznania Boga człowiek

Jan Paweł II, Pielgrzymki do Ojczyzny 1979, 1983, 1987, 1991, 1995, 1997, 1999. Przemówienia, homilie, Kraków 1999, s. 844. 8 J. Ratzinger, Ringraziamo il Signore per il dono di questo presbitero, fedele servitore del Vangelo. Omelia rito funebre Don Giussani, w: „L’Osservatore Romano”, 26 lutego 2005. 9 Jan Paweł II, adhortacja apostolska Ecclesia in Europa, 9. 10 J. Ratzinger, La nuova evangelizzazione, w: „L’Osservatore Romano”, 11–12 grudnia 2000, s. 11. 11 Benedykt XVI, La concelebrazione eucaristica con i vescovi della Svizzera, w: Insegnamenti, II, 2(2006), s. 575. 7

 22 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Dobry obywatel – święty obywatel

daje się łatwo manipulować. Wiara w Boga musi się skonkretyzować w naszym wspólnym zaangażowaniu na rzecz człowieka12.

W dzisiejszej Europie wiara przestała być faktem oczywistym. Benedykt XVI zwraca na to często uwagę: „Zwykle bardzo zabiegamy w duszpasterstwie o społeczne, kulturowe i polityczne konsekwencje wiary, zakładając, że wiara ta istnieje, co niestety staje się dziś coraz mniej realistyczne”13. Kryzys Kościoła w świecie zachodnim polega właśnie na kryzysie wiary. Bez odnowy wiary wszelkie reformy strukturalne będą skazane na niepowodzenie. Benedykt XVI powtarza z naciskiem: „To nie jakieś taktyki uratują nas i chrześcijaństwo, lecz wiara przemyślana i przeżyta w nowy sposób, dzięki czemu Chrystus, a wraz z Nim żywy Bóg, wejdzie w nasz świat”14. Troska o miejsce Boga w życiu człowieka i świata jest tym, co łączy wszystkich wyznawców Chrystusa i jest ważnym czynnikiem ekumenicznym. Na kilka tygodni przed wyborem na Stolicę Piotrową kard. Joseph Ratzinger mówił w Subiaco o Europie w dobie kryzysu kultur i zakończył swoje wystąpienie słowami: Tym, czego najbardziej potrzebujemy w obecnym momencie historii, są ludzie, którzy poprzez wiarę głęboko przeżytą uczynią Boga wiarygodnym w dzisiejszym świecie. Antyświadectwo chrześcijan, którzy mówili o Bogu, a życiem Mu zaprzeczali, przesłoniło obraz Boga i otworzyło drzwi do niewiary. Potrzebujemy ludzi, którzy mając wzrok utkwiony w Bogu, uczą się w Nim prawdziwego człowieczeństwa […]. Tylko poprzez ludzi dotkniętych przez Boga może Bóg powrócić do ludzi15.

Jako chrześcijanie mamy do przekazania Europie i światu coś, czego nikt inny dać nie może – wiarę w Jezusa Chrystusa, źródło nadziei, która nie zawodzi, dar, który jest u początków duchowej i kulturalnej jedności ludów europejskich i który także dzisiaj i w przyszłości może stanowić istotny wkład w ich rozwój i integrację16. Jestem głębo­ko przekonany, że Zjazdy Gnieźnieńskie dają znaczący impuls w tym właśnie kierunku.

Wobec wielkich wyzwań, jakie świat dzisiejszy rzuca misji chrześcijan, papież Benedykt XVI zachęca nas do podjęcia pilnego zadania nowej ewangelizacji, zwłaszcza w krajach, które coraz bardziej odwracają się od swych chrześcijańskich korzeni.

Benedykt XVI, Non disperdiamo il dono dell’unità, w: „L’Osservatore Romano”, 25 września 2011, s. 9. 13 Benedykt XVI, Lisbona – La concelebrazione eucaristica al Terreiro do Paço, w: Insegnamenti, VI, 1(2010), s. 673. 14 Benedykt XVI, Il grande compito dell’ecumenismo, w: „L’Osservatore Romano”, 25 września 2011, s. 8. 15 J. Ratzinger, L’Europa nella crisi delle culture, Cantagalli 2005, s. 28. 16 Por. Jan Paweł II, Ecclesia in Europa, 18. 12

 23

Chrześcijanie – sól Europy?

Sól nie może stracić smaku


Kard. Stanisław Ryłko

Równocześnie przypomina, że nowa ewangelizacja to nie tylko i nie tyle kwestia metod mniej lub bardziej skutecznych, ile przede wszystkim sprawa prawdy i autentyzmu naszego świadectwa o Chrystusie w sercu współczesnego świata. Trzeba powrócić do tego, co najbardziej istotne, czyli do kwestii Boga i wiary w nowy sposób przemyślanej i przeżytej. Temu celowi ma służyć Rok Wiary, jaki wkrótce rozpocznie się w Kościele17. Wszyscy musimy się uczyć nowego stylu bycia chrześcijanami i bycia Kościołem, pełnego entuzjazmu i radości wiary oraz misyjnego zapału, czego przykład dają nam kolejne Światowe Dni Młodzieży. W dzisiejszym świecie, po dwóch tysiącach lat, jako chrześcijanie jesteśmy ciągle statystyczną mniejszością. Znany włoski dziennikarz Vittorio Messori zauważył jednak, że dla nas, chrześcijan, nie to jest najważniejszym problemem18. Sól jest przecież „mniejszością” w pokarmach, a nadaje im wyrazisty smak. Naszym podstawowym problemem jest natomiast ryzyko zdrady własnej tożsamości: sól, która utraciła swój smak; pochodnia, która nie świeci – czyli uczeń Chrystusa, który stał się kiepską kopią „mentalności tego świata”. To jest najważniejsze wyzwanie, przed którym staje każdy z nas, wierzących. Nie wolno nam zgubić w życiu tego, co stanowi fascynującą nowość Ewangelii, zdolną przemieniać świat także i w naszych czasach. I oto sam Duch Święty przychodzi nam z pomocą, wzbudzając w Kościele nowe charyzmaty, z których rodzą się tak liczne dzisiaj ruchy kościelne, nowe wspólnoty i stowarzyszenia. Są to miejsca, w których rzesze kobiet i mężczyzn, młodych i dorosłych, spotykają Chrystusa, pozwalając Mu się prowadzić i przemieniać; odkrywają piękno powołania chrześcijańskiego, które wypływa z sakramentu Chrztu Świętego; odnajdują w sobie ukryte dotąd talenty ewangelizacyjne i radość świadczenia o Chrystusie, także w życiu publicznym. Dla Benedykta XVI są to owe „mniejszości kreatywne” (Arnold Toynbee), decydujące dla przyszłości chrześcijaństwa. Jest to jakiś ważny „znak czasu”, którego przesłanie należy właściwie odczytać. A jest to przesłanie nadziei, którego Kościół w Europie i sama Europa tak bardzo potrzebują. Kard. Stanisław Ryłko Kard. Stanisław Ryłko – ur. 1945. Przewodniczący Papieskiej Rady ds. Świeckich. Doktor

nauk społecznych. Był wykładowcą teologii pastoralnej i socjologii. W 1987 r. zaczął pracować w Watykanie jako kierownik biura Sekcji Młodzieżowej Papieskiej Rady ds. Świeckich. W latach 1992–1995 pracował w Sekcji Polskiej Sekretariatu Stanu. Od 1995 r. sekretarz Papieskiej Rady ds. Świeckich. W 2003 r. został mianowany arcybiskupem i przewodniczącym Papieskiej Rady ds. Świeckich. Odpowiada za organizację Światowych Dni Młodzieży.

Por. Benedykt XVI, motu proprio Porta fidei. Por. V. Messori, Confessori della fede nel nostro tempo: segni dello Spirito e attese degli uomini, w: Pontificium Consilium pro Laicis, Riscoprire la Confermazione, Vaticano 2000, s. 22.

17 18

 24 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Kard. Kazimierz Nycz

Poproszono mnie o wystąpienie na temat: Polak – katolik – obywatel. Można powiedzieć, że chodzi o opisanie napięcia istniejącego pomiędzy elementem religijnym, narodowym i obywatelskim w ramach indywidualnej tożsamości. Czy zatem dla mnie jako jednostki najważniejszym punktem odniesienia jest wspólnota polityczna z jej „konstytucyjnym patriotyzmem”, wspólnota narodowa (etniczna lub kulturowa), czy też osoba Jezusa Chrystusa? Można pytać, dlaczego w tytule terminy te padają w takiej właśnie kolejności. Czy odzwierciedla ona hierarchię ważności spraw? Czy to próba socjologicznego opisu polskiego społeczeństwa? A może owoc przekonania o historycznym następstwie tych trzech typów wspólnoty? W przypadku pozytywnej odpowiedzi na pierwsze pytanie, należałoby wyjaśnić, czy jest to chrześcijańska hierarchia wartości. Gdybyśmy uznali drugą odpowiedź za poprawną w skali makro, należałoby natychmiast dodać, że w tym samym społeczeństwie z łatwością odnajdziemy grupy ludzi, które porządkują te terminy według innej hierarchii. W przypadku przyznania racji trzeciej opcji należałoby zapytać, ile ma ona wspólnego z heglowską czy marksistowską wizją determinizmu dziejowego, które nie tak dawno odesłaliśmy do lamusa historii? W naszych rozważaniach jednak możemy pójść także innym tropem – nie przeciwstawiając z zasady tych pojęć, lecz próbując je ze sobą uzgodnić. Katolik, czyli otwarty na wszystkich

Mówimy niekiedy: „Polak-katolik”. Czy jest coś złego w takim zestawieniu pojęć? Czy oznacza ono, że ktoś, kto nie jest katolikiem, nie może być także „prawdziwym” Polakiem? Ciekawe, że pytanie postawione odwrotnie całkowicie pozbawione jest sensu. Słowo „katolik” oznacza wszak „uniwersalny”, otwarty na wszystkich.

 25

Chrześcijanie – sól Europy?

Polak – katolik – obywatel


K a r d . K a z i m i e r z N y cz

Dobrze oddaje to angielskie wyrażenie catholic education, które nie odnosi się do absolwenta szkoły katolickiej, ale do człowieka o szerokich horyzontach myślowych. Słowo „katolik” zatem w zestawieniu z polskością otwiera koncepcję narodu i chronić go powinno przed ryzykiem nacjonalizmu. „Naród (bowiem) – jak pisał Norwid – składa się nie tylko z tego, co wyróżnia go od innych, lecz i z tego, co go z innymi łączy”. Sformułowanie „Polak-katolik” zawiera w sobie zarazem coś, co łączy, i coś, co wyróżnia. Bł. Jan Paweł II podczas pierwszej wizyty w Warszawie mówił: Kościół przyniósł Polsce Chrystusa – to znaczy klucz do rozumienia tej wielkiej i podstawowej rzeczywistości, jaką jest człowiek. [...] Nie można też bez Chrystusa zrozumieć dziejów Polski – przede wszystkim jako dziejów ludzi, którzy przeszli i przechodzą przez tę ziemię. [...] Otóż tego, co naród polski wniósł w rozwój człowieka i człowieczeństwa, co w ten rozwój również dzisiaj wnosi, nie sposób zrozumieć i ocenić bez Chrystusa. [...] Trzeba iść po śladach tego, czym – a raczej kim – na przestrzeni pokoleń był Chrystus dla synów i córek tej ziemi. I to nie tylko dla tych, którzy jawnie weń wierzyli, którzy Go wyznawali wiarą Kościoła. Ale także i dla tych, pozornie stojących opodal, poza Kościołem. Dla tych wątpiących, dla tych sprzeciwiających się. [...] Jeślibyśmy odrzucili ten klucz dla zrozumienia naszego narodu, narazilibyśmy się na zasadnicze nieporozumienie. Nie rozumielibyśmy samych siebie.

Adam Mickiewicz wyraził to w często przywoływanych słowach: „Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem – Polska jest Polską, a Polak Polakiem”. Jeśli te słowa rzeczywiście rozumiemy po katolicku, wyrażają one podobną ideę, jak przytoczona przed chwilą myśl Jana Pawła II. Charakterystyczne, że papież-Słowianin, przemawiając w Santiago de Compos­ tela w 1982 r., użył niemal identycznych słów jak w Warszawie: Historia kształtowania się narodów europejskich rozwija się równolegle z ich ewangelizacją do tego stopnia, że granice Europy pokrywają się z zasięgiem przenikania Ewangelii. Po dwudziestu wiekach historii [...] trzeba stwierdzić, że tożsamości europejskiej nie można zrozumieć bez chrześcijaństwa i że w nim właśnie znajdują się te wspólne korzenie, z których wyrosła i dojrzała cywilizacja Starego Kontynentu, jego kultura, jego dynamika, jego przedsiębiorczość, jego zdolność do konstruktywnej ekspansji także na inne kontynenty, jednym słowem to wszystko, co stanowi o jego chwale.

W tym kontekście można powiedzieć, że stosunek do chrześcijaństwa – wraz ze wspomnianym przez wieszcza krzyżem – jest tym, co wyróżnia Polaków (w znaczeniu: głęboko naznacza), ale jest zarazem tym, co czyni ich (w sensie kulturowym) częścią europejskiej wspólnoty. Kto walczy z krzyżem, walczy także z polską i europejską historią, kulturą, tożsamością. Joseph Weiler, amerykański prawnik, który bronił w Trybunale Europejskim w Strasburgu prawa do obecności krzyża we włoskich szkołach, powiedział: „Żaden kraj nie może obnażyć się ze swego dziedzictwa kulturowego dlatego, że pochodzi

 26 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Polak – katolik – obywatel

ono z tożsamości religijnej”1. Jego zdaniem, „laickość nie jest bardziej neutralna niż religia. We Francji mury szkół są puste, we Włoszech są krzyże. Francja bez pustych murów nie byłaby Francją, a Włochy bez krzyży nie byłyby Włochami”2. 19 października 2011 r. prof. Weiler mówił w Belwederze podczas konferencji „Myśl europejska Jana Pawła II”: Europa bez chrześcijaństwa jako swojej wartości kulturowej nie jest prawdziwie Europą. Mówię te słowa jako praktykujący Żyd. Taka jest Europa, a jestem przekonany, że wielu praktykujących muzułmanów odczuwa podobnie. Europa, która ma poszanowanie dla własnej tradycji chrześcijańskiej, własnej chrześcijańskiej tożsamości, jest w stanie także szanować inne tożsamości religijne. Europa, która nie szanuje własnej tożsamości, własnej kultury czy dziedzictwa religijnego, nie będzie szanowała innych. [...] Nie można mieć szacunku dla innych, o ile nie szanuje się siebie3.

Aby być narodowym – być nadnarodowym

Ach, ja pamiętam czasy, kiedy do ojczyzny Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny! Gdy raptem paniczyki młode z cudzych krajów Wtargnęli do nas hordą gorszą od Nogajów! Prześladując w ojczyźnie Boga, przodków wiarę, Prawa i obyczaje, nawet suknie stare. Żałośnie było widzieć wyżółkłych młokosów, Gadających przez nosy, a często bez nosów, Opatrzonych w broszurki i w różne gazety, Głoszących nowe wiary, prawa, toalety. Miała nad umysłami wielką moc ta tłuszcza; Bo Pan Bóg, kiedy karę na naród przypuszcza, odbiera naprzód rozum od obywateli. I tak mędrsi fircykom oprzeć się nie śmieli;

1 Zob. depesza KAI z 7 grudnia 2010 r.: http://ekai.pl/wydarzenia/z_prasy/x35989/wywiad-z-zydowskim-adwokatem-obronca-krzyza. 2 Zob. depesza KAI z 30 czerwca 2010 r.: http://ekai.pl/wydarzenia/x30718/krzyz-czeka-na-wyrok-trybunalu. 3 Zob. http://ekai.pl/biblioteka/dokumenty/x1287/wystapienie-prof-josepha-weilera-podczas-kon ferencji-mysl-europejska-jana-pawla-ii-pazdziernika-r.

 27

Chrześcijanie – sól Europy?

Te słowa odnoszą się również do Polaków. Z jednej bowiem strony istnieje ryzyko ciasnego rozumienia polskości i ciasnego rozumienia katolickości. Z drugiej jednak strony, istnieje także ryzyko podszytego niewiarą w swoją wartość deprecjonowania własnej narodowej kultury czy własnej wiary. Pisał o tym Adam Mickiewicz w Panu Tadeuszu w Księdze I, w przemówieniu Podkomorzego:


K a r d . K a z i m i e r z N y cz

I zląkł się ich jak dżumy jakiej cały naród, Bo już sam wewnątrz siebie czuł choroby zaród. Krzyczano na modnisiów, a brano z nich wzory: Zmieniano wiarę, mowę, prawa i ubiory. Była to maszkarada, zapustna swawola, Po której miał przyjść wkrótce wielki post – niewola! (w. 416–434)

Kościół przyniósł Europie i Polsce klucz do zrozumienia człowieka, jego godności i jego powołania. Wciąż przypomina mu, że człowiek nieskończenie przerasta człowieka, gdyż stworzony jest „na obraz i podobieństwo” Boga i powołany do stawania się, poprzez codzienny trud, istotą podobną Bogu. Inny wieszcz, Cyprian Norwid, podkreślał, że ludzkość bez heroizmu, ludzkość, która chce „tylko: pieniędzy!...” (Larwa), „do samej siebie twarzą poniżona [...], Ludzkość bez Boskości, sama siebie zdradza” (Rzecz o wolności słowa). Myśl tę komentował bł. Jan Paweł II: Ogół społeczeństwa nie zdoła przeciwstawić się pustoszącej go nieheroicznej filozofii obecnych dni, jeśli nie będzie w nim ludzi żyjących Norwidowym pytaniem: „Aby być narodowym – być nad-narodowym! / I aby być człowieczym, właśnie że ku temu / Być nad-ludzkim... dwoistym być a jednym – czemu?”4.

I dalej mówił papież-Polak: Człowiek to kapłan, jeszcze „bezwiedny i niedojrzały”, którego życiowym zadaniem jest od samego początku budowanie mostów (ponti-fex) łączących człowieka z człowiekiem, a wszystkich z Bogiem. Marne są społeczeństwa, w których zanika ów kapłański charakter osoby ludzkiej. [...] Z wielkim bólem mówił Norwid Polakom, że nie będą nigdy dobrymi patriotami, jeśli wpierw nie będą pracowali na swoje człowieczeństwo.

Wielki naród, żadne społeczeństwo?

Pora, by przejść do trzeciego terminu zawartego w temacie – pytania o obywatelstwo czy też obywatelskość. W jakim stopniu ten, kto stara się być wiernym wartościom ojczystym czy religijnym, jest zarazem dobrym obywatelem sumiennie wypełniającym codzienne obowiązki? Obowiązki, „trud to jest właśnie z tego duży, że codzienny”. Norwid, wyraźnie odróżniając te dwa wymiary – patriotyczny i obywatelski – zanotował wiele ciepłych słów pod adresem Polaków jako narodu i wiele krytycznych słów pod adresem Polaków jako obywateli. W liście do pani Michaliny z Dziekońskich Zaleskiej w listopadzie 1862 r. pisał:

4 Ten i kolejne cytaty Jana Pawła II o Norwidzie pochodzą z przemówienia wygłoszonego przez papieża 30 czerwca 2001 r. w 180. rocznicę urodzin poety. Zob. http://ekai.pl/wydarzenia/ wydarzenia/x225/slowo-jana-pawla-ii-o-norwidzie.

 28 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Galeria WIĘZI: Mirosław Kowalski

 29


K a r d . K a z i m i e r z N y cz

Oto jest społeczność polska! – społeczność narodu, który, nie zaprzeczam, iż o tyle jako patriotyzm wielki jest, o ile jako społeczeństwo jest żaden. Wszystko, co patriotyzmu i historycznego dotyczy uczucia, tak wielkie jest i wielmożne w narodzie tym, iż zaiste że kapelusz zdejmam przed ulicznikiem warszawskim – ale – ale wszystko to, czego nie od patriotyzmu, czego nie od narodowego, ale czego od społecznego uczucia wymaga się, to jest tak początkujące, małe i prawie nikczemne, że strach wspominać o tym! [...] Jesteśmy żadnym społeczeństwem. Jesteśmy wielkim sztandarem narodowym. Może powieszą mię kiedyś ludzie serdeczni za te prawdy, których istotę powtarzam lat około dwanaście, ale gdybym miał dziś na szyi powróz, to jeszcze gardłem przywartym chrypiałbym, że Polska jest ostatnie na ziemi społeczeństwo, a pierwszy na planecie naród. Kto zaś jedną nogę ma długą jak oś globowa, a drugiej wcale nie ma, ten – o! jakże ułomny kaleka jest! Gdyby Ojczyzna nasza była tak dzielnym społeczeństwem we wszystkich człowieka obowiązkach, jak znakomitym jest narodem we wszystkich Polaka poczuciach, tedy bylibyśmy na nogach dwóch, osoby całe i poważne – monumentalnie znakomite. Ale tak jak dziś jest, to Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł – i jesteśmy karykatury, i jesteśmy tragiczna nicość i śmiech olbrzymi… Słońce nad Polakiem wstawa, ale zasłania swe oczy nad człowiekiem...5

Myślę, że tych gorzkich słów nie wolno nam puszczać mimo uszu. Należą one do skarbca polskiej kultury i pozostają przestrogą dla obecnych i przyszłych pokoleń Polaków. Ale nie wolno także popadać w pesymizm. Urodziłem się w czasie, gdy nad naszą częścią Europy dominował złowrogi cień Józefa Stalina. Dziś żyjemy w wolnej Polsce, która uczestniczy na równych prawach w strukturach politycznych, ekonomicznych i wojskowych zachodniego świata. Ta wielka przemiana, nie tylko w Polsce, ale w całej naszej części Europy, dokonała się w dużym stopniu za sprawą Polaków, którym przewodniczył, jako duchowy autorytet, bł. Jan Paweł II. Także patrząc na ostatnie dwadzieścia trzy lata, które były w dużym stopniu sprawdzianem obywatelskości, możemy powiedzieć z dumą, że poczyniliśmy znaczące postępy. Badania socjologiczne zaś ukazują, że ludzie głęboko wierzący byli w tym czasie zarazem bardziej patriotycznie i obywatelsko zaangażowani niż ludzie, którym wiara religijna jest obojętna. Polacy są dzisiaj coraz zamożniejsi, a zarazem cenieni w Europie jako pracownicy. Nie obyło się, oczywiście, bez błędów, próżnych swarów i bolesnych wydarzeń. Tragiczna śmierć prezydenta Rzeczypospolitej Lecha Kaczyńskiego – choć doszło do niej w zupełnie innych okolicznościach niż w przypadku prezydenta Gabriela Narutowicza – naznaczyła początki III Rzeczypospolitej. Powinniśmy być także dobrymi obywatelami, sumiennie wypełniającymi codzienne obowiązki wobec naszych najbliższych, wobec naszych rodaków, wobec tych, z którymi jesteśmy powiązani europejskim obywatelstwem, wreszcie wobec całej ludzkiej wspólnoty. Pojęcie obywatelstwa przypomina nam o obowiązkach wobec

5 C.K. Norwid, List do Michaliny z Dziekońskich Zaleskiej, 14 listopada 1862 r., w: C.K. Norwid, Pisma wszystkie, zebrał, tekst ustalił, wstępem i uwagami krytycznymi opatrzył J.W. Gomulicki, tom IX, Warszawa 1971, s. 63–64.

 30 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Polak – katolik – obywatel

tych, którzy należą do tej samej wspólnoty politycznej, niezależnie od tego, jakiej są narodowości w sensie etnicznym. Przypomina nam o tym, że nie tylko „serce”, ale również prawo nakłada na człowieka obowiązki, które moralnie zobowiązują. Niektórzy uważają, że te prawne obowiązki są dzisiaj jedynymi, jakie jeszcze pozostały w epoce, którą nazywają posthistoryczną czy posttożsamościową. Unia Europejska – czy szerzej: zachodnia cywilizacja – jeszcze kilka lat temu bywała traktowana niczym Słowo „katolik” oznacza „kryształowy pałac”, gigantyczna cieplarnia poświęcona „pogodnemu, acz gorączko„uniwersalny”, otwarty na wszystkich. wemu kultowi Baala, który XX wiek zaproZatem w zestawieniu z polskością ponował nazywać konsumpcjonizmem”6. otwiera koncepcję narodu i chronić go Kryzys uświadamia nam, jak złudne były powinno przed ryzykiem nacjonalizmu. to obietnice. Dotyczy to w jakimś stopniu również przekonania, że „zimne”, posttożsamościowe obywatelstwo będzie w stanie utworzyć stabilną, konstytucyjną wspólnotę. Jeśli chcemy być dobrymi Europejczykami, musimy odwołać się do czegoś więcej niż konsumpcjonizm. Nie zawaham się stwierdzić, że poza bezpośrednimi przyczynami związanymi z błędnymi decyzjami ekonomicznymi dzisiejszy kryzys ma swoje głębsze źródła, które związane są z postępującą w Europie sekularyzacją. Sekularyzacja zmienia nastawienie człowieka do życia, zmienia jego postrzeganie ważności spraw i rozumienie świata. W ten sposób kult Chrystusa zastępowany jest przez kult Baala, ale na kulcie Baala nie da się zbudować nie tylko trwałej cywilizacji, ale nawet stabilnej ekonomii. Zaszczyt bycia człowiekiem

Znamienne, że według Norwida, krzyże powinnyby być bez postaci Chrystusa, bo wtedy ukazywałyby wyraźniej miejsce, na które ma wejść chrześcijanin. Tylko ci bowiem, w których wnętrzu codziennie rozgrywa się dramat Golgoty, mogą powiedzieć: Krzyż „stał się nam: Bramą”. Norwid nie zazdrościł nikomu rzeczy posiadanych ani honorów. Jego Boże ubóstwo błyszczy w zakończeniu jednego z wierszy: „Kto inny ma laur i nadzieję, Ja – jeden zaszczyt: być człowiekiem”. Zaszczyt bycia człowiekiem, nie do pojęcia „na ziemi”, jest „zrozumialszy w niebie”, dokąd droga wiedzie właśnie przez bramę krzyża. Przechodząc przez nią, człowiek dostrzega, że prawda jego bycia człowiekiem przerasta go nieskończenie. Z niej jest jego wolność. „Wszystko – bierze żywot z Ideału”.

6 P. Sloterdijk, Kryształowy pałac. O filozoficzną teorię globalizacji, Warszawa 2011, s. 213.

 31

Chrześcijanie – sól Europy?

Na zakończenie powróćmy jeszcze raz do refleksji bł. Jana Pawła II nad twórczością Cypriana Norwida:


K a r d . K a z i m i e r z N y cz

Próba uzgodnienia trzech słów tematu i stojącej za nimi rzeczywistości wybrana jako sposób poprowadzenia refleksji okazuje się słuszna. Podjęcie bowiem trzech wstępnych pytań byłoby pewnie heurystycznie ciekawe, ale zatrzymałoby naszą refleksję na poziomie sporów wielokrotnie już toczonych przez historyków, socjologów, historiozofów i teologów. Początek trzeciego tysiąclecia, a zwłaszcza ostatnie lata w Europie, uzasadnia sens powrotu do refleksji nad pojęciami: naród, państwo, katolik, obywatel – i szerzej: chrześcijanin czy Europejczyk – oraz nad wzajemną relacją między nimi. Owoce tej dyskusji to nie tylko dziedzictwo historii, ale też naszej gorącej współczesności. Kard. Kazimierz Nycz

Kard. Kazimierz Nycz – ur. 1950. Arcybiskup metropolita warszawski. Po święceniach ka-

płańskich pracował jako wikariusz w Jaworznie-Szczakowej, a następnie w Raciborowicach. Doktor teologii, specjalista w dziedzinie katechetyki. W latach 1988–2004 biskup pomocniczy archidiecezji krakowskiej. Organizował trzy ostatnie pobyty Jana Pawła II w Krakowie. W latach 2004–2007 biskup koszalińsko-kołobrzeski. Od 2004 r. jest członkiem Rady Stałej Konferencji Episkopatu Polski. Od kwietnia 2007 r. metropolita warszawski. W 2010 r. papież Benedykt XVI powołał go do kolegium kardynalskiego.

Nowość Raïssa Maritain Dziennik Wydany przez Jacques’a Maritaina w 1962 r. dziennik jego żony Raïssy odbił się we Francji głośnym echem, ujawniał bowiem jej doświadczenia mistyczne, ukrywane nawet przed najbliższymi. Dziś jest nie tylko świadectwem niezwykłej osobowości autorki i jej życia wypełnionego kontemplacją, ale także przyczynkiem do poznania I połowy XX w. jako czasu odrodzenia katolicyzmu we Francji. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

256 s., cena 39,90 zł tel./fax (22) 828 18 08  www.wiez.pl

 32 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Ks. Bogusław Milerski

Wielokulturowość stanowi element historii Polski. Jest ona niewątpliwie związana z rozwojem Rzeczypospolitej epoki Jagiellonów, państwa wielu nacji, którego zwieńczeniem była unia lubelska 1569 roku, sankcjonująca Rzeczpospolitą Obojga Narodów, państwo federacyjne. Przesłanki politycznej koncepcji Rzeczypospolitej są związane z początkami państwowości polskiej. Istotną rolę w tym zakresie odegrał Zjazd Gnieźnieński. Niektórzy badacze przytaczają dodatkowe argumenty na rzecz genezy państwa jako przede wszystkim projektu politycznego, a nie etnicznego, na co miałoby wskazywać używanie przez zagranicznych mnichów nazwy Polonia bez konotacji z plemieniem Polan (teza Przemysława Urbańczyka). Istotną rolę w podtrzymywaniu obrazu państwa wielu kultur odegrał wiek XVI, tzw. złoty wiek historii Polski. To wówczas ukształtował się pozytywny stereotyp polskiej tolerancji, kraju bez stosów i państwa będącego schronieniem dla innowierców uciekających przed prześladowaniami (bracia czescy, mennonici). Tolerancja ta była w oczywisty sposób rozumiana na miarę tamtych czasów, a kolejny wiek – z perspektywy mniejszości wyznaniowych – przyniósł liczne sankcje oraz ograniczenie praw i wolności. Restrykcje te, których symbolika przetrwała w świadomości członków grup mniejszościowych do dnia dzisiejszego, nie miały jednak tej skali jak wojny religijne w Europie Zachodniej. Okres utraty niepodległości, w wyniku ekspansji i agresji obcych mocarstw, był zarazem czasem ruchów migracyjnych i dalszego różnicowania kulturowego ziem polskich. Odrodzona w 1918 roku Rzeczpospolita pozostała państwem wielokulturowym, co potwierdziły spisy powszechne z 1921 i 1931 roku. Według tego ostatniego, Polska liczyła ok. 31,9 mln mieszkańców, z czego wyznanie rzymskokatolickie deklarowało 20,7 mln, greckokatolickie – 3,3 mln, prawosławne – 3,8 mln, ewangelickie różnych wyznań – 0,8 mln, a judaizm – 3,3 mln obywateli. Zróżnicowanie konfesyjne korespondowało ze zróżnicowaniem językowym. Język polski deklarowało 21,9 mln, a więc 2/3 mieszkańców. Dla pozostałych 10 mln obywateli

 33

Chrześcijanie – sól Europy?

Polska wielu kultur


Ks . B o g u s ł a w M i l e r s k i

Rzeczypospolitej językami rodzimymi były: ukraiński, ruski, białoruski, rosyjski, czeski, litewski, niemiecki, hebrajski i żydowski. Około 700 tys. osób jako główny wskazało „język tutejszy”1. Polska jednej kultury?

W wyniku zmian demograficznych i terytorialnych, będących konsekwencją tragicznych wydarzeń II wojny światowej, Polska stała się państwem o wiele bardziej homogenicznym kulturowo. Według powszechnego spisu ludności z 2002 roku narodowość polską zadeklarowała zdecydowana większość obywateli – blisko 37 mln, natomiast narodowość niepolską – 471,5 tys. osób (w przypadku 775 tys. osób narodowość nie została ustalona). Opublikowany niedawno raport wstępny ze spisu z 2011 roku potwierdza wysoką homogeniczność demograficzną w Polsce. Na ogólną liczbę ludności Polski (38,5 mln) wyłącznie polską narodowość zadeklarowało 35,25 mln osób (91,6%). W przypadku 1,86 mln mieszkańców objętych spisem nie można było ustalić narodowości, co w większości przypadków wiązało się ze zjawiskiem migracji. Można przypuszczać, że znacząca część tych osób również zadeklarowałaby narodowość polską. Dwie narodowości – polską i niepolską – zadeklarowało 834 tys. osób, a wyłącznie niepolską – 554 tys. Łącznie deklarację odmienności narodowościowej złożyło więc 1,388 mln osób, a więc 3,6% mieszkańców naszego kraju2. W tym miejscu pomijam szczegółowy rozkład deklaracji narodowościowych i jego możliwe interpretacje. Dane Głównego Urzędu Statystycznego potwierdzają również wysoką homo­ geniczność wyznaniową – z łącznej liczby ponad 38 mln mieszkańców Polski ponad 34 mln osób jest ochrzczonych w tradycji rzymskokatolickiej i obrządkach z nią związanych3. W tym miejscu pomijam kwestię bardzo powolnej, ale konsekwentnej sekularyzacji i zmieniającej się świadomości konfesyjnej Polaków, odnotowanych w cyklicznych badaniach CBOS oraz w innych studiach, m.in. w Diagnozie społecznej4. Powyższe dane statystyczne wskazują na wysoki poziom homogeniczności narodowej Polaków. Powstaje więc pytanie o społeczne, a nie tylko historyczne znaczenie pojęcia „Polski wielu kultur”. Niewątpliwie ma ono uzasadnienie z perspektywy wspólnot mniejszościowych i ich członków. „Polska wielu kultur” jest projektem GUS RP, Drugi powszechny spis ludności z dn. 9 XII 1931, Statystyka Polski, Seria C, Zeszyt 94a, Warszawa 1938, s. 15 (tabl. 10). 2 GUS, Wyniki Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań 2011. Podstawowe informacje o sytuacji demograficzno-społecznej ludności Polski oraz zasobach mieszkaniowych, opracowanie przygotowane na Kongres Demograficzny, Warszawa 2012, s. 17n. 3 GUS, Mały Rocznik Statystyczny Polski 2011, s. 133 (tabl. 20/80). 4 CBOS, Dwie dekady przemian religijności w Polsce. Komunikat z badań, Warszawa 2009; CBOS, O religijnym i społecznym zaangażowaniu Polaków w lokalnych parafiach. Komunikat z badań, Warszawa 2011 (dostępne: www.cbos.pl); Diagnoza społeczna 2009, red. J. Czapiński, T. Panek, Warszawa 2009, s. 200nn. 1

 34 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Polska wielu kultur

pożądanym przez mniejszości. Jest ona również ważna z perspektywy integracji europejskiej i procesów globalizacji. Wydaje się jednak, że idea wielokulturowości ponosiła porażkę tam, gdzie prezentowano jej znaczenie z perspektywy zewnętrznych interesów, rozmijających się ze świadomością i autoidentyfikacją większości obywateli. Zasadniczym zadaniem w realizacji idei „Polski wielu kultur” jest więc zmiana świadomości Polaków, zwłaszcza przynależących do kultury większości. Specyfika polskiej tożsamości

Rozpocznijmy od wskazania kilku wybranych czynników ograniczających proces rewaloryzacji wielokulturowości. Mam świadomość, że takie czynniki występują w różnych krajach. Tutaj skoncentrujemy się na sytuacji rodzimej. Do czynników tych zaliczyłbym m.in.: postfiguratywny, etnocentryczny i autoapologetyczny charakter tożsamości społecznej Polaków, stosunkowo niską mobilność i przywiązanie lokalne. Mówimy tutaj oczywiście o obrazie statystycznym, a nie o charakterystyce konkretnych jednostek. Tożsamość grup społecznych powinna opierać się na równowadze między identyfikacjami historycznymi i własną wizją przyszłości. Polska tożsamość preferuje natomiast orientację przeszłościową ze specyficzną komponentą treściową. Nie jest nią jednak wielokulturowość. W monografii podsumowującej badania empiryczne dotyczące tożsamości narodowej czytamy:

Postfiguratywny charakter koresponduje ze specyficzną matrycą treściową pamięci społecznej, w której dominantę stanowią nie tyle „Polska wielu kultur”, zwycięstwo nad komunizmem czy sukcesy gospodarcze, ile przede wszystkim pamięć wojny. Według sondażu CBOS, wykonanego 70 lat po wybuchu II wojny światowej, dla 72% Polaków wojna ta jest ciągle żywą częścią historii i po wydarzeniach związanych z papieżem Janem Pawłem II zajmuje najwyższe miejsce w hierarchii wydarzeń godnych upamiętnienia6. Tak ukształtowana pamięć jest następnie pragmatycznie odnoszona do współczesności. J. Błuszkowski, Stereotypy a tożsamość narodowa, Warszawa 2005, s. 144 i 147. CBOS, Siedemdziesiąt lat od wybuchu II wojny światowej. Komunikat z badań, Warszawa 2009. Por. P.T. Kwiatkowski, Czy lata III Rzeczypospolitej były „czasem pamięci”?, w: Pamięć zbiorowa jako czynnik integracji i źródło konfliktów, red. A. Szpociński, Warszawa 2009, s. 160.

5 6

 35

Chrześcijanie – sól Europy?

Wyniki przeprowadzonego badania świadczą o wyraźnie wykrystalizowanym poczuciu odrębności narodowej Polaków. […] Przypisujemy sobie wyjątkowe cechy wyróżniające nas spośród narodów zamieszkujących w Europie Środkowo-Wschodniej. Jesteśmy przywiązani do tradycyjnych wartości wspólnotowych – religijnych, narodowych i rodzinnych. […] Zasoby aksjologiczno-symboliczne tożsamości narodowej Polaków mają orientację postfiguratywną: przeszłość stanowi wzorzec dla teraźniejszości i przyszłości5.


Ks . B o g u s ł a w M i l e r s k i

Zgodnie z badaniami historyków pamięci, pamięć społeczna nie odzwierciedla jednak przeszłości w sposób obiektywny, lecz ma charakter pragmatyczny – jest funkcją tego, jak dane społeczeństwo chce obecnie postrzegać siebie i swoje relacje z innymi7. W tym sensie jest ona rozumiana jako element współczesnej tożsamości danego społeczeństwa. Koncentracja na cierpieniu i sukcesie oręża polskiego prowadzi do „narodowej”, postfiguratywnej interpretacji rzeczywistości, której cechami są: unifikacja narodu jako całości i preferowanie binarnych opozycji „swój–obcy”. W czasie konfliktu naród to jednocząca się całość, w której wewnętrzne różnice powinny być niwelowane. W taki sposób wzorce z przeszłości mogą dostarczać schematów dla percepcji świata dzisiejszego. Proces otwierania się na odmienność jest hamowany przez stosunkowo niską mo­bilność Polaków oraz przywiązanie lokalne. Pomijając uwarunkowania samej mo­bilności, należy stwierdzić, że 65% Polaków nigdy nie zmieniło swojego miejsca zamieszkania, a spośród tych, którzy to uczynili, 71% zamieszkało w obrębie swojego województwa8. Proces transformacji ustrojowej, a następnie integracja europejska Polski w sposób istotny wpłynęły na zmianę dotyczącą bardziej pozytywnego postrzegania wielu nacji oraz samego członkostwa Polski w Unii Europejskiej. Polacy w tej ostatniej kwestii stali się wręcz awangardą unijną. Szczegółowa analiza poczucia związku ze Wspólnotą ujawniła dominację tożsamości lokalno-regionalnej nad tożsamością regionalno-krajową i krajowo-europejską. Większość Polaków (61%) czuje się najbardziej związanych przede wszystkim ze społecznością lokalną i miejscem zamieszkania. Preferowanie lokalnego genius loci jest bardzo ważnym elementem tożsamości wielu społeczeństw. Otwartym pytaniem jest natomiast, jak poczucie przynależności do oswojonej lokalności przekłada się na gotowość integracji odmienności kulturowych9. Wielokulturowość staje się faktem

Dostrzegając zjawiska hamujące otwarcie wielokulturowe, obecnie spróbuję przytoczyć kilka argumentów uzasadniających sens urzeczywistnienia „Polski wielu kultur”. Pierwszy z nich dotyczy wieloaspektowej przynależności kulturowej współczesnego człowieka. Za Antoniną Kłoskowską możemy stwierdzić, że każdy uczestnik narodowej wspólnoty buduje pełną tożsamość swojej osoby z uwzględnieniem identyfikacji narodowej dokonywanej w swoisty sposób. Nikt na przykład nie jest Polakiem po prostu, i tylko Polakiem. Ale każdy Polak jest na swój sposób związany

Por.: J. Le Goff, Historia i pamięć, Warszawa 2007. CBOS, Mobilność i preferencje migracyjne Polaków. Komunikat z badań, Warszawa 2010. 9 CBOS, Małe ojczyzny – poczucie przynależności Polaków. Komunikat z badań, Warszawa 2009. 7 8

 36 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Polska wielu kultur

Co więcej, w dzisiejszych czasach owa mozaika kulturowa coraz częściej przestaje się układać w spójną, hierarchiczną strukturę, tworząc konglomerat, przypominający kulturowy patchwork. W tym sensie międzykulturowość przestaje być jedynie projektem spotkania i integracji wyodrębTak jak nie można wyobrazić nionych grup społecznych i reprezentowasobie religii relatywizującej nych przez nie kultur, lecz zaczyna być prowłasną prawdę, tak też nie może blemem relacji międzyludzkich jako takich. istnieć obszar neutralnego Z tej perspektywy „Polska wielu kultur” to spotkania kultur. nie tylko Polska różnych grup etnicznych, regionalizmów i wyznań religijnych, lecz również, a może przede wszystkim Polska obywateli, których jednostkowe tożsamości w coraz wyższym stopniu ulegają indywidualizacji kulturowej. Drugi argument jest związany z zapoczątkowanym przez transformację ustrojową 1989 roku procesem dowartościowania specyfiki kulturowej poszczególnych regionów i powolną dekonstrukcją jednej dominującej w  całym kraju narracji historyczno-kulturowej. Mimo ciągle bardzo wysokiego przywiązania do lokalnej wspól­noty i miejsca zamieszkania wzrasta w niektórych regionach Polski świadomość włas­nej tożsamości. W tym kontekście „Polska wielu kultur” staje się faktem, który wy­maga nie tylko kształcenia regionalnego, lecz również edukacji obywatelskiej polegającej na alfabetyzacji różnic kulturowych. Trzeci argument jest związany z otwarciem granic, mobilnością rynku pracy, integracją europejską, a szerzej – procesami globalizacji. Jego częścią składową jest również polityka humanitarna wobec uchodźców. Z tego względu spotkanie z odmiennością kulturową, narodową, etniczną czy religijną zaczyna towarzyszyć nie tylko Polakom wyjeżdżającym za granicę, lecz również spotykającym cudzoziemców na terenie własnego kraju. „Chcieliśmy sprowadzić z zagranicy pracownika, a przyjechał człowiek...” – to znane stwierdzenie obrazuje nie tylko wymiar socjalny migracji, lecz również jej kontekst kulturowy. Przybysz to człowiek, który nie tylko przebywa na terytorium Polski, lecz również realizuje potrzeby w zakresie pielęgnowania własnego języka, obyczaju czy religii. W tym miejscu dochodzimy do podstawowej kwestii, a mianowicie aksjologii kultur. Kultury nie są neutralne aksjologicznie i dlatego nie można ich zunifikować czy sprowadzić do wspólnego mianownika. „Polska wielu kultur” to Polska wielu normatywności! Na ogół nie są to normatywności wzajemnie się wykluczające, tym niemniej nie można ich traktować synonimicznie. Stwierdzając istnienie różnych

A. Kłoskowska, Kultury narodowe i narodowa identyfikacja: dwoistość funkcji, w: Oswajanie wielkiej zmiany, red. I. Krzemiński, J. Raciborski, Warszawa 2007, s. 439–440.

10

 37

Chrześcijanie – sól Europy?

z jednostką narodowej kultury, a z tą więzią łączy ponadto przynależność do wielu innych wspólnot kulturowych i subkulturowych10.


Ks . B o g u s ł a w M i l e r s k i

kultur, należy zarazem podkreślić, że każda z nich wysuwa roszczenie do własnej normatywności, a kultury religijne formułują wręcz ekskluzywny postulat wyłącznej prawdziwości. Takie roszczenie przynależy do istoty każdego wyznania religijnego. Tak jak nie można wyobrazić sobie religii relatywizującej własną prawdę, tak też nie może istnieć obszar neutralnego spotkania kultur. Żadna z kultur nie może bowiem zrezygnować z własnej normatywności, a wszelkie próby ustanowienia normatywności zewnętrznych i obiektywnych będą formą przemocy symbolicznej realizowanej w imię arbitralnego interesu politycznego. Wielokulturowość jako zadanie

Na czym polega więc urzeczywistnienie wielokulturowości? Odpowiedź na to pytanie jest bardziej skomplikowana, aniżeli jeszcze niedawno wydawało się to jej orędownikom. Wielokulturowość jako idea poszerzania własnej tożsamości w relacjach z innymi kulturami ma, niestety, ograniczone możliwości urzeczywistnienia. Tak więc „Polska wielu kultur” to kraj, w którym znacznie więcej uwagi niż dotychczas poświęcimy prawnym gwarancjom współistnienia kultur i prawom człowieka, określimy zasady i granice urzeczywistniania własnej kultury, zintensyfikujemy programy alfabetyzacji odmienności kulturowych, sformułujemy pytania o kształt społeczeństwa przyszłości oraz uznamy, że w praktyce społecznej ścierają się interesy normatywne poszczególnych kultur. W tym sensie wielokulturowość opiera się na kulturze rozmowy i dyskursu społecznego. W świetle powyższego „Polska wielu kultur” staje się zagadnieniem nie tylko prawnym, lecz również etycznym i edukacyjnym. Dyskurs społeczny opiera się bowiem na etosie i kształceniu. Stanowi on przedmiot odpowiedzialności państwa i Kościołów za kształt życia społecznego. Nawiązując do ostatnich pytań dotyczących legitymizacji nauczania religijnego w szkole publicznej, chciałbym podkreślić, że zredefiniowane lekcje religii mogą stać się podstawową formą alfabetyzacji religijnej, kulturowej i aksjologicznej społeczeństwa, w której uznaje się normatywność własnej tradycji, a zarazem konfrontuje się ją z obiektywnie przedstawioną aksjologią i wykładnią rzeczywistości propagowaną przez inne wspólnoty. Lekcje religii jako wsparcie edukacji obywatelskiej i przestrzeń rozmowy o wartościach kulturowych mogą stać się fundamentem rozwoju społeczeństwa pluralistycznego jako pojednanej różnorodności. Z perspektywy chrześcijańskiej edukacja urzeczywistniająca „Polskę wielu kultur” jest sui generis edukacją ekumeniczną. W 2003 r. Kościół Ewangelicki Niemiec wydał kolejne memorandum edukacyjne Maße des Menschlichen [„Miara człowieczeństwa”]. Jego głównym celem było ukazanie perspektywy ewangelickiej w dyskusji nad kształtowaniem w społeczeństwie wiedzy, która m.in. jest związana z rewaloryzacją kształcenia ekumenicznego i międzykulturowego:

 38 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Galeria WIĘZI: Mirosław Kowalski

 39


Ks . B o g u s ł a w M i l e r s k i

Kształcenie, jakiego potrzebujemy, nie powinno być rozumiane wyłącznie jako reakcja na globalizację, ale jako inicjatywa globalizacji o innym obliczu. […] W istocie jednak oczekuje nas […] wyzwanie, którego strukturalny charakter zaledwie sobie uświadamiamy: interkulturowość jako wewnętrzne nastawienie w społeczeństwie. Zadanie to jest trudne, gdyż dotyka głębokich poziomów. […] Nie jest bowiem łatwo odnosić się do innego w jego inności, do obcego w jego obcości, dopuszczając zarazem to, co odmienne11.

Konkludując, można stwierdzić, że wielokulturowość była wpisana w historię naszego kraju. „Polska wielu kultur” to jednak nie tylko fakt historyczny, lecz również współczesny i zarazem wyzwanie dotyczące przyszłości Polski i Europy. Wielokulturowość nie jest czymś danym w sposób aprioryczny, lecz zadanym. Współistnienie i rozmowa kultur (a nie konflikt kulturowy) wymagają kształtowania umiejętności dyskursu, jak i etosu postrzegania innego w jego inności i dopuszczania tego, co odmienne. W „Polsce wielu kultur” kształtowanie wielokulturowości jako wewnętrznego nastawienia w społeczeństwie nie jest jednak możliwe bez udziału reprezentantów poszczególnych normatywności, a mianowicie Kościołów. Realizując tego typu działania, Kościoły urzeczywistniają ewangeliczną ideę pojednania i jednocześnie przyczyniają się do budowania społeczeństwa obywatelskiego. Ks. Bogusław Milerski

Ks. Bogusław Milerski – ur. 1967. Duchowny luterański, prof. dr hab., prorektor Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie. Habilitował się w zakresie teologii i pedagogiki. Jest kierownikiem Katedry Pedagogiki Religijnej oraz prorektorem ds. studenckich i dydaktycznych ChAT. Autor wielu publikacji z zakresu teorii wychowania religijnego i humanistycznego, redaktor naukowy wielotomowej encyklopedii religioznawczej PWN.

11

 40 

Maße des Menschlichen. Evangelische Perspektiven zur Bildung in der Wissens- und Lerngesellschaft. Eine Denkschrift, Gütersloh 2003, s. 77–78.

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Anna Dymna

Czy fundacje powinny i mogą działać wspólnie?* Mojej fundacji w ogóle by nie było, gdyby nie inne fundacje. Ja „wypączkowałam” z Fundacji im. Brata Alberta prowadzonej przez ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, bo zajęłam się częścią jego podopiecznych i nadal razem współpracujemy. Korzystam też z mądrości i doświadczenia mistrzów – takich jak Janka Ochojska, Jurek Owsiak czy Ewa Błaszczyk. Wspieramy się, dzwonimy do siebie, gdy mamy jakiś problem, pomagamy sobie, radzimy się, co robić. Bez życzliwości innych fundacji w ogóle bym sobie nie poradziła i chyba bym w ogóle nie odważyła się założyć swojej.1 Nasza współpraca nie jest jednak prosta. Przepisy prawne nieraz utrudniają czy wręcz uniemożliwiają współpracę. Organizuję na rynku w Krakowie Festiwal Zaczarowanej Piosenki i zawsze mam jeden koncert w niedzielę transmitowany przez telewizję. Zdaję sobie sprawę z tego, że są fundacje, którym trudno się przebić do mediów, a ja mam akurat tę okazję. Podczas koncertu „Razem Mimo Wszystko” promuję inne fundacje. Każda ma tam swoje pięć minut. Wymyśliłam, że zrobię akcję SMS-ową podczas tego koncertu, wybierając fundację, którą będziemy promować. Jakąś najbiedniejszą. Myślałam np. o fundacji „Kruchy Dotyk”, zajmującej się osobami genetycznie chorymi na odklejanie się naskórka; ci ludzie wyglądają jak trędowaci. Okazało się jednak, że nie ma takiej prawnej możliwości, bo każda fundacja musi indywidualnie rozliczyć się z każdej wydanej przez nią złotówki, takie nałożono na nas obowiązki prawne. Musiałam z tego zrezygnować i pomóc im inaczej. Przede wszystkim musimy działać spokojnie i  nie ścigać się. Trzeba wiedzieć, komu chce się pomagać, trzeba widzieć cel. Ja może bym nie miała takiej siły – bo przecież jestem aktorką, pracuję w teatrze, mam studentów oraz jestem

* Teksty A. Dymnej, s. R. Nałęcz, J. Ochojskiej, K. Stanowskiego i bp. G. Rysia zostały opracowane w oparciu o wypowiedzi w dyskusjach panelowych podczas IX Zjazdu Gnieźnieńskiego „Europa obywatelska. Rola i miejsce chrześcijan”.

 41

Chrześcijanie – sól Europy?

Radość pomagania


Ann a D y mn a

wolontariuszką w fundacji – ale wyraźnie widzę mój cel. Wiem, dla kogo utworzyłam tę fundację: dla osób niepełnosprawnych intelektualnie. Jeżeli taki człowiek jest szczęśliwy choćby przez chwilę, jeżeli jest uśmiechnięty, wtedy wiem, po co to wszystko robię, i wiem, że warto. Pomaganie sprawia mi taką radość, że z tego rodzi się cierpliwość. Zrozumiałam, że gdy chce się zachęcić ludzi do pomagania innym, nie można epatować nieszczęściem, nie można straszyć, nie można mówić: „jesteś zły”. Nic na siłę. Życie to droga i każdy idzie po niej inaczej, bo inaczej dojrzewa. Zawsze mówię: „Będzie taki czas, że pan przyjdzie i pomoże”. I kiedy ludzie widzą, jaką radość sprawia mnie osobiście, moim wolontariuszom i moim pracownikom to, że pomagamy innym – to ich naprawdę przyciąga. To radość przyciąga. Jeżeli pokazujemy, jak wiele radości daje nam dawanie czegoś innym, a nie tylko otrzymywanie – to krąg ludzi pomagających rośnie. Jest naprawdę lepiej i świadomość pomagania jest coraz większa. Nie wolno się poddawać zniechęceniu. Otrzymuję czasem anonimy w stylu: „Gdyby pani faktycznie chciała pomagać, to by się pani tym publicznie nie chwaliła”. Ale przecież my mamy prawny obowiązek publikowania rozliczeń. A zresztą prawda jest taka, że najpiękniejsze są chwile, gdy komuś pomagam, a nikt na to nie patrzy – na przykład gdy jestem wśród swoich podopiecznych i robię z nimi spektakle. Wtedy jestem naprawdę szczęśliwa. Anna Dymna

Anna Dymna – ur. 1951. Aktorka, założycielka i prezes Fundacji „Mimo Wszystko”. W ży-

ciu zawodowym związana z Narodowym Starym Teatrem im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie. Ma w dorobku ponad 250 ról teatralnych i filmowych oraz współpracę z najwybitniejszymi polskimi reżyserami. Pracuje jako pedagog w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Ludwika Solskiego. Pomysłodawczyni Ogólnopolskiego Przeglądu Twórczości Teatralno-Muzycznej Osób Niepełnosprawnych „Albertiana” oraz Festiwalu Zaczarowanej Piosenki im. Marka Grechuty dla uzdolnionych wokalnie osób niepełnosprawnych. Jej fundacja pomaga wielu osobom chorym i niepełnosprawnym w całej Polsce, a także buduje dwa nowoczesne ośrodki rehabilitacyjno-terapeutyczne.

 42 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Rafaela Nałęcz FSK

Należę do Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża − zgromadzenia, którego zadaniem jest niesienie pomocy osobom niewidomym fizycznie i duchowo. Nasza założycielka, matka Elżbieta Czacka, mianem „niewidomi duchowo” określała ludzi, którzy mają dobry wzrok fizyczny, ale z różnych przyczyn – przez niewiarę lub grzech − żyją daleko od Boga. Odkąd wstąpiłam do zgromadzenia, wydawało mi się, że moim powołaniem jest pomoc niewidomym fizycznie w Polsce. Stało się jednak inaczej. Po pewnym czasie zrozumiałam, że Pan Bóg oczekuje ode mnie czegoś więcej. A życie dopisało dalszy ciąg za sprawą s. Reginy, urszulanki – pracując w Indiach, s. Regina spotkała wiele osób niewidomych, które w wyniku swego inwalidztwa pozbawione są możliwości nauki i żyją na marginesie społeczeństwa. Siostra Regina zwróciła się do naszego zgromadzenia z prośbą o zajęcie się niewidomymi w Indiach. Zgromadzenie mnie powierzyło to zadanie. Po kilku latach przygotowań – w PRL wyjazd na misje nie był rzeczą prostą − w 1989 roku wyjechałam do Indii i tam, mimo trudnych warunków, udało się otworzyć szkołę dla niewidomych i dwie placówki zgromadzenia. Obecnie dzieci w naszej szkole przygotowują się do dalszej edukacji lub uczą się zawodu, aby zacząć samodzielne życie. Po kilku latach wyjechałam do Afryki, gdzie niewidomi żyją w opłakanych warunkach, są izolowani w swojej społeczności, nie mają możliwości nauki. Okazało się, że w Rwandzie, gdzie żyje 20 tysięcy niewidomych dzieci, ma szansę uczyć się tylko niewielka – stuosobowa – grupa w jedynej szkole integracyjnej. Otrzymałyśmy zaproszenie od władz kościelnych, aby rozpocząć pracę w Rwandzie. Przełożeni dali mi zgodę na podjęcie tego nowego wyzwania z zastrzeżeniem, że zgromadzenie nie jest w stanie zapewnić mi pomocy finansowej. I to był moment na szczególne zawierzenie Bogu. W 2006 roku wyjechałam do Rwandy właściwie bez żadnych środków materialnych, ale z przekonaniem, że jeżeli jest to dzieło Boże – to na pewno powstanie. Pan Bóg wskazywał mi za pośrednictwem różnych osób środki

 43

Chrześcijanie – sól Europy?

Dać nową szansę


R a f a e l a N a ł ę cz F S K

realizacji, a ja coraz wyraźniej widziałam, że rzeczywiście to nie jest tylko dzieło ludzkie. Gdzieś na dnie serca ciągle kołatało zakończenie przypowieści o miłosiernym Samarytaninie, w którym na pytanie Jezusa o to, kto jest twoim bliźnim, uczony w Prawie odpowiada: „ten, który okazał swe miłosierdzie pobitemu przez zbójców”. I Jezusowa rada: „idź, i ty czyń podobnie”. To zdanie było jeszcze jednym bodźcem, by mieć ufność i siłę do prowadzenia rozpoczętego dzieła. Dziś nasza szkoła (pierwsza szkoła dla niewidomych w Rwandzie) liczy 96 dzieci, które przyjeżdżają tu z całego kraju. Potrzeby są jednak daleko większe. Staramy się zapewnić im nie tylko naukę w szkole podstawowej, ale też przygotować do samodzielnego życia. Trafiają do nas nie tylko dzieci, ale i mające 15–16 lat nastolatki. Staramy się dać im podstawową edukację w trybie przyspieszonym. Przygotowujemy się do uruchomienia szkolenia zawodowego. Najbardziej istotne jest jednak to, że każde dziecko odzyskuje radość dzieciństwa, odzyskuje miłość. Trzeba wiedzieć, że są to dzieci często odrzucone, nawet przez najbliższych, bo ślepota jest w ich kraju znakiem przekleństwa ciążącego na rodzinie. Poza tym większość rodzin naszych dzieci żyje poniżej granicy ubóstwa. Rwanda to mały kraj wielkości Belgii. A żyje tu 11 milionów mieszkańców – w niektórych rejonach przypada 1000 mieszkańców na 1 km². Nie ma przemysłu, nie ma zakładów pracy, ludzie utrzymują się z uprawy małych poletek. Być może trudno to sobie wyobrazić, ale ci ludzie jedzą raz na dzień, a niekiedy jeden posiłek musi im wystarczyć na 2–3 dni. Na chorobę głodową narażone są dzieci z rodzin najuboższych, ale przede wszystkim niepełnosprawne: niewidome lub obarczone innym kalectwem. Naszym celem jest dać im nową szansę. Wychowanków naszej szkoły – mimo że nie pochodzą z rodzin katolickich – staramy się wychować według wartości chrześcijańskich, według tego, czym same żyjemy. W przyszłości ma się to stać podstawą ich moralnego kośćca. Naszym wielkim pragnieniem jest, by dzieci po ukończeniu szkoły mogły powrócić do społeczeństwa jako ci, którzy zaakceptowali swoją sytuację – by przez swoją postawę życiową stali się wzorem dla ludzi widzących. Rafaela Nałęcz FSK

Rafaela Nałęcz FSK – ur. 1934. Misjonarka ze Zgromadzenia Franciszkanek Służebnic Krzyża. Pracowała w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym w Laskach. Po wprowadzeniu stanu wojennego zaangażowana w prace Prymasowskiego Komitetu Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom. W 1989 r. utworzyła w Indiach pierwszą placówkę misyjną swojego zgromadzenia. Od 2002 r. pracuje w Afryce, najpierw w RPA. W 2006 r. założyła w Kibeho w Rwandzie placówkę misyjną z ośrodkiem szkolno-wychowawczym dla niewidomych. W 2011 r. została laureatką nagrody „Pontifici – Budowniczemu Mostów” przyznawanej przez warszawski Klub Inteligencji Katolickiej.

 44 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Krzysztof Stanowski

Gdy w 1993 roku znalazłem się w Uzbekistanie, zrozumiałem jedną ważną rzecz: nie jest tak, że niektórym wolny rynek, prawa człowieka czy trochę wolności po prostu się należy, a innym – tym, którzy ich obecnie nie posiadają – już nie, i to już ma być ich własny problem… Jeżeli ktoś mówi „chcemy zmienić swoje życie”, to nie mamy prawa powiedzieć „to jest wasz problem”. Gdy po latach objąłem stanowisko wiceministra spraw zagranicznych, próbowałem reprezentować Polskę podczas prezydencji i zwracałem szczególną uwagę na kwestie, które my w Polsce, z powodu naszej historii i kultury, rozumiemy, a które w Unii Europejskiej nie zawsze będą rozumiane. Nie ma na przykład takiego prawa, które by akceptowało głód. Jeżeli w Somalii jest głód, to nie dlatego, że brakuje jedzenia. To jest kwestia wyłącznie polityki, kwestia decyzji, które podejmują konkretni ludzie, bo tuż obok, w kraju sąsiednim, ludzie żyją biednie, ale masowo nie umierają. Nie jesteśmy bezradni wobec nieszczęść w świecie. Kiedy po kilku latach udało mi się po raz pierwszy uporządkować kwestię pomocy udzielanej przez Polskę na wschodzie i na południu – przykładowo: i na Białorusi, i w Somalii – rząd zdecydował o stworzeniu Fundacji Solidarności Międzynarodowej, która będzie przekazywać polskim organizacjom pieniądze na walkę z głodem czy brakiem demokracji. Rząd zgodził się również na to, by tej fundacji użyczyć logo polskiej prezydencji – zaakceptowany przez Jerzego Janiszewskiego znak solidarności, ze strzałkami do góry. Znak ten jest dobrze pamiętany − w przeciwieństwie do innych, bo kto dziś pamięta logo prezydencji szwedzkiej czy czeskiej? – i to on będzie znakiem polskiej pomocy na świecie świadczonej za pośrednictwem istniejących w Polsce fundacji. Polska ma ciekawe doświadczenia, jest jednym z nielicznych krajów na świecie, który rozwija innowacyjny mechanizm finansowy – przekazywanie 1% podatku dla organizacji pożytku publicznego. Stworzenie tego mechanizmu było polityczną decyzją o sposobie wydawania pieniędzy budżetowych. Skandalem jest to, że

 45

Chrześcijanie – sól Europy?

Nie jesteśmy bezradni


K r z y sz t o f S t a n o w s k i

niektóre media mówią, że danie jednego procenta nic nie kosztuje. W ten sposób dezawuują decyzje podjęte przez obywateli – nie przez ministrów czy parlament, a przez indywidualnych ludzi. 79% naszych obywateli popiera polską pomoc zagraniczną i chciałoby, żeby Polska pomagała innym. Często jednak media zakłócają ten proces. Po trzęsieniu ziemi w Japonii, czyli jednej z pięciu najbogatszych gospodarek świata, jako wice­ minister byłem poddawany naciskom – wywołanym relacjami medialnymi – by koniecznie jej pomóc. Musiałem wtedy tłumaczyć: wyślemy tam samolot, który będzie miał pięć międzylądowań, a potem dodatkowo Japończycy będą musieli się nim zajmować – znaleźć tłumaczy, opłacić ich, przygotować lotnisko... Natomiast o tym, że będzie głód we „wschodnim rogu” Afryki, wiedzieliśmy rok wcześniej. Cała społeczność międzynarodowa wiedziała rok wcześniej i przygotowywała się do tego, ale informacja w mediach pojawiła się dopiero w momencie, gdy ONZ ogłosił klęskę głodu, a polski minister pojechał do Afryki… To było o rok za późno! I nie obecność ministra powinna być powodem przesądzającym, że media zaczynają mówić głośno o czymś, co było znane dużo wcześniej! Innym przykładem ambiwalentnego zachowania mediów jest uczestnictwo w promocji pewnych produktów czy działań, również fundacji, zwłaszcza tych, które są z mediami związane. Gdy media w agresywny sposób promują należące do nich fundacje, to w zasadniczy sposób naruszają godność innych organizacji pożytku publicznego, które próbują coś zrobić, mimo braku potężnych kampanii, mimo braku własnych programów telewizyjnych. Takie zachowanie mediów narusza rynek tak samo, jak niesprawiedliwy handel! Krzysztof Stanowski

Krzysztof Stanowski – ur. 1959. Prezes Fundacji Solidarności Międzynarodowej, były

podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. W latach 1989–1990 pełnił funkcję pierwszego naczelnika, a następnie Sekretarza Generalnego Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej. Od 1989 roku jest związany z Fundacją „Edukacja dla Demokracji”, w latach 2001–2007 był jej prezesem. Prowadził kilkaset warsztatów i seminariów, m.in. z dziedziny edukacji obywatelskiej, na terenie Polski oraz Europy Wschodniej, Zakaukazia i Azji Centralnej. W latach 2007–2010 piastował urząd podsekretarza stanu w Ministerstwie Edukacji Narodowej, a następnie podsekretarza stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.

 46 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Janina Ochojska

Polska Akcja Humanitarna wzięła się ze sprzeciwu wobec rzeczywistości i nie powstała dzięki mnie, a dzięki tym, którzy nas wspierali. Dzisiaj większość naszych środków pochodzi z datków prywatnych. Polskie społeczeństwo w taki właśnie sposób wspiera akcje pomocowe, a ten mechanizm pokazuje, jak wielką rolę odgrywa w nim jednostka ludzka – to pojedynczy ludzie chcą pomagać najbiedniejszym tego świata. W październiku 1992 roku przypadkiem byłam w Sarajewie – choć przypadków nie ma − i wtedy po raz pierwszy zobaczyłam wojnę i ludzi, którzy bez zewnętrznej pomocy nie mogliby przetrwać. W grudniu 1992 roku wyjechał pierwszy konwój. Byliśmy wtedy kompletnie nieznaną organizacją, a w ciągu miesiąca zorganizowaliśmy konwój, wróciliśmy z Sarajewa i już były następne dary – ludzie bardzo żywo reagowali. Dziś już nie jeździmy z konwojami, choć ciągle jesteśmy z tym kojarzeni, tylko działamy przez stałe misje, które zakładamy w różnych krajach. Każda organizacja humanitarna opiera się na ofiarodawcach instytucjonalnych czy prywatnych. W Polsce chyba w ogóle nie ma organizacji pomocowych, istniejących dzięki pieniądzom fundatora, który ma ich tak dużo, że nie potrzebuje wsparcia od innych. Dlatego tak ważne – choć jednocześnie tak trudne – jest budowanie świadomości. W 1993 roku do obiegu wprowadziliśmy pojęcie edukacji humanitarnej, edukacji rozwojowej i już dziś widać jej owoce – to młodzież, która jest o wiele bardziej otwarta i świadoma problemów dotyczących nie tylko nas, ale i całego świata. Im takich ludzi będzie więcej, tym większa będzie świadomość naszej siły, a wtedy zmiany dokonają się szybciej. Zastanawiam się często, jak to możliwe, by w świecie, w którym produkuje się o wiele więcej żywności, niż ludzkość jest w stanie spożyć, ludzie nadal umierali z głodu? Codziennie ponad miliard ludzi kładzie się spać głodnych. W świecie, w którym posługujemy się najnowszymi technologiami komunikacyjnymi, to nie do zaakceptowania! Kiedyś wierzono, że XX wiek rozwiąże te problemy ­– i nie udało się. Nie tracę jednak nadziei, że ludzkość upora się z tym hańbiącym problemem.

 47

Chrześcijanie – sól Europy?

Dżinsy za 19 zł


J a n i n a Oc h o js k a

Wbrew pozorom, przeszkodą są media. W zeszłym roku mniej więcej w tym samym czasie działy się wydarzenia w Libii, klęska suszy w Sudanie i trzęsienie ziemi w Japonii. O pomocy dla Japonii myśleliśmy w kategoriach symbolicznych, uznając, że nie można takiego kraju pozostawiać bez gestu solidarności – nie liczyliśmy na dużą zbiórkę pieniędzy. W mediach ta tragedia została jednak pokazana w taki sposób, by zadziałać na wyobraźnię ludzi – i w efekcie nagle zebraliśmy aż 1,2 mln zł. To pokazuje, jaką siłę mają media, ale czy mądrze ją wykorzystują? Wolałabym rzadziej występować w mediach, zależy mi tylko, by były one rzetelnym przekaźnikiem informacji o świecie, miejscem, które przybliża ludziom różne problemy i podpowiada, jak można je rozwiązać. A ludzie już sami by sobie znaleźli tych, którzy to zrobią. Nie chodzi o to, by nasza organizacja była w mediach, ale o to, by poruszały one problemy, które są istotne, by wychowywały społeczeństwo do tego, byśmy wspólnie i świadomie mogli podejmować pewne akcje pomocowe. Każdy ma swoje miejsce w życiu. Nie należy frustrować się tym, że jestem urzędniczką na poczcie i dlatego jestem gorsza. Tu chodzi o wrażliwość – urzędniczka na poczcie może wiedzieć tyle samo o problemach w Rwandzie czy Somalii, co człowiek, który tam pracuje. Każde działanie poszczególnych osób jest dobre – można zarabiać pieniądze i dzielić się nimi, można zakładać organizacje, a pomiędzy tym jest jeszcze cały wachlarz różnych możliwych działań. Gdybyśmy wszyscy zaczęli pracować w organizacjach pozarządowych, to musielibyśmy ze świecą szukać kogoś, kto by nas wsparł… Od 2006 roku PAH działa w Sudanie Południowym, gdzie zajmujemy się budowaniem i reperowaniem studni. Najistotniejszą kwestią jest nadal wiedza – to ona jest najważniejszym elementem świadomości społecznej. Dotyczy ona relacji między krajami najbiedniejszymi i bogatymi, dotyczy wpływu, jakie te kraje na siebie wywierają. Już nie jest tajemnicą to, że kraje najbogatsze żyją kosztem krajów biednych, że wiele towarów luksusowych jest produkowanych w krajach najbiedniejszych, gdzie ludzie zarabiają bardzo mało albo wcale. Każdy z nas chciałby kupić dżinsy za 19 zł, ale trzeba sobie zdać sprawę z tego, z czym to się wiąże – że wykorzystujemy pracę dzieci. Żebyśmy mogli dostać komórkę za złotówkę, ktoś ją musi bardzo tanio wyprodukować – jego praca zostanie potraktowana niesprawiedliwie. Dzisiaj jest możliwość zdobycia takich informacji. Od każdego z nas zależy, czy będziemy wspierać wielkie koncerny, czy też będziemy kupowali na przykład czekoladę ze sprawiedliwego handlu. Warto to robić, pomimo że te produkty są czasem nieco droższe – kupując je w większej ilości, sprawimy, że stanieją. Świadomość, wiedza i myślenie o tym na co dzień pozwalają nam wpływać na sytuację ludzi z biednych krajów przez swoje codzienne wybory! Bez odpowiedniej wiedzy, chcąc pomóc, można zaszkodzić – tak bywa z funkcjonowaniem pomocy międzynarodowej. Gdy mieliśmy do czynienia z głodem w Somalii, ludzie uciekali, skupiali się w jakichś miejscach, gdzie uważali, że będzie jedzenie. Tam przyjeżdżały organizacje pomocowe i ratowały ich od śmierci głodowej – i to należy bezwzględnie robić. Ratowanie ludzkiego życia jest pierwszym

 48 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Galeria WIĘZI: Mirosław Kowalski

 49


J a n i n a Oc h o js k a

naszym obowiązkiem, ale zaraz za tym musi pójść refleksja. Nie można postępować tak, by ludzie w obozach pozostawali zbyt długo, nie można im tworzyć tam zbyt dobrej infrastruktury – bo to na nich samych wpływa destrukcyjnie. Społeczność międzynarodowa powinna skupić się bardziej na wysiłku mobilizowania ofiar do powrotu do swoich miejsc zamieszkania, a tego się niestety nie robi. Ma to także swój wymiar finansowy. Gdyby wziąć pieniądze tylko z jednego dnia przeznaczane na utrzymanie wielkiego obozu dla uchodźców, to można by wywiercić kilkaset studni, które by rozwiązały problemy tych ludzi. Można dorzucić jeszcze zachętę do rozwoju rolnictwa, zaopatrzyć tych ludzi w narzędzia, potrzebne materiały i w końcu wyzwolić ich z pewnego sposobu działania, który ma w sobie dużo naleciałości biurokratycznych, przyzwyczajeń z lat 60. i 70., które powodują, że my sami sobie co roku „produkujemy” nowych ludzi, których trzeba wyżywić… Janina Ochojska Janina Ochojska – ur. 1955. Założycielka i prezes Polskiej Akcji Humanitarnej. Ukończyła

studia na wydziale astronomii na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu. Od 1984 r. była wolontariuszką francuskiej organizacji humanitarnej EquiLibre. W 1992 r. z jej inicjatywy powstała Polska Fundacja EquiLibre. W 1994 r. założyła Fundację Polska Akcja Humanitarna. Zorganizowała pierwszą polską misję pomocy w Kosowie, potem w Czeczenii, Iraku, Iranie, Libanie, na Sri Lance, w Afganistanie, Sudanie, Darfurze i Autonomii Palestyńskiej. Jest laureatką wielu nagród i odznaczeń polskich i zagranicznych.

Nowość Dorota Szczerba Nowe wspólnoty w Polsce. ­Przewodnik subiektywny Czym są nowe wspólnoty? Jak powstały? Jaki jest ich cel i sposób funkcjonowania na co dzień? Czy wnoszą coś ważnego do teologii i życia Kościoła? W swojej książce Dorota Szczerba szuka odpo­ wiedzi na te pytania. Wśród opisanych przez nią wspólnot znalazły się m.in.: Wspólnoty Jerozolimskie, Arka, Chleb Życia, Emmanuel, Chemin Neuf, Focolari, Cenacolo i Wspólnota Błogosławieństw. Niemal każdy rozdział poza opisem danej wspólnoty zawiera  rozmowę z osobami, które mają doświadczenie życia w niej.

160 s., cena 29,40 zł tel./fax (22) 828 18 08  www.wiez.pl

 50 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Bp Grzegorz Ryś

Czytając teksty społecznego nauczania Kościoła, widzę, że niezwykle niepokojącą sprawą we współczesnym świecie są podziały – w różnych wymiarach. Papieże wskazują też na dwa podstawowe źródła tych narastających napięć, które mogą prowadzić nawet do konfliktów. Pierwsze z nich to model rozwoju, w którym nie rozwija się każdy człowiek i cały człowiek. Tej formuły użył najpierw Paweł VI, a powtórzył ją Benedykt XVI. Obaj papieże podkreślają, że rozwój jest tylko wtedy poprawny, gdy może się rozwijać każdy człowiek i cały człowiek, we wszystkich swoich wymiarach. Wadliwy rozwój produkuje właśnie napięcia, konflikty i podziały. Jeśli bowiem nie rozwijają się wszyscy, to ci, co mają więcej, zbroją się przeciwko tym, co mają mniej. A ci, co mają mniej, zbroją się, żeby zrobić np. rewolucję. Podobnie jest, gdy nie rozwija się cały człowiek – wówczas powstają konflikty wynikające z niepełnej wizji człowieka, np. z niedojrzale przeżywanej religii. Kwestią jeszcze bardziej niepokojącą jest fakt, że na te głębokie podziały w świecie (a także w Kościele) nie znajdujemy odpowiednio głębokiej recepty. W adhortacji Reconciliatio et paenitentia papież mówi, że pojednanie nie może być mniej głębokie niż sam podział. Uważam to zdanie za jedno z najbardziej genialnych stwierdzeń Jana Pawła II. Próbujemy bowiem często rozwiązywać napięcia na poziomie struktur, a rzeczywiste problemy są na poziomie osoby. Dopóki nie zejdziemy na ten poziom, nie rozwiążemy problemu, nie zlikwidujemy źródła konfliktu. Bez zejścia w głąb – na poziom osoby – nie rozwiążemy w świecie niczego. Być może jest to nawet poważniejszy problem niż same podziały. Bo podziały istnieć mogą, natomiast ich jedynie powierzchowne rozwiązywanie to tak jak zamalowywanie popękanego muru, który w efekcie pęka coraz bardziej – bo trzeba go reperować zupełnie inaczej.

 51

Chrześcijanie – sól Europy?

Jakie chrześcijaństwo jest nadzieją dla Europy?


Bp Grzegorz Ryś

Zmieniać Europę, zmieniać siebie?

Chrześcijaństwo stworzyło Europę, jej tożsamość kulturową, również poprzez syntezę dziedzictwa, które istniało wcześniej – mówię to jako historyk, nie jako biskup. Ale czy chrześcijaństwo nadal jest nadzieją Europy? Budowanie tożsamości Europy dokonało się oczywiście w średniowieczu. Nieraz słychać w kręgach katolickich pewną tęsknotę za christianitas, za tym średniowiecznym modelem Europy. Reaguję na to z pewnym dystansem, bo christianitas to była Europa, w której obywatelem mógł być tylko chrześcijanin, i to ortodoksyjny chrześcijanin. Granice były tam bardzo jasno wyznaczone. Do tak rozumianej Europy nie należeli ani Żydzi, ani muzułmanie, nawet jeżeli tu mieszkali i współtworzyli tę kulturę. Oni tu nie mieli pełni praw. Nie chodzi więc zatem o to, aby teraz zrobić kalkę struktur modelu średniowiecznego, bo to nie są rozwiązania do przyjęcia dzisiaj. Myśląc o przyszłości chrześcijaństwa i Europy, sądzę, że najważniejsze – niezależnie od tego, co się dzieje w samej Europie – jest pytanie o chrześcijaństwo. Warto pytać nie tyle, co zmienić w Europie, ale przede wszystkim: co zmienić w Kościele, aby był on naprawdę ożywczą siłą w dzisiejszej Europie, zdolną do przemieniania oblicza naszego kontynentu? Najważniejsze jest to, czy my w Kościele potrafimy się tak odnawiać i nawracać, by mieć Europie coś do zaproponowania. Jakie warunki powinniśmy spełniać? Po pierwsze, musimy się skoncentrować na osobie (Osobie!). Religia tylko wtedy ma twórczy wpływ, gdy jest skoncentrowana na osobie, personalistyczna. Jeśli nie przeżywamy swej religii przede wszystkim w odniesieniu do Boga, który jest Osobą; jeśli jest ona urzeczowiona, odpersonalizowana, zredukowana do struktur czy wartości, choćby najświętszych (Benedykt XVI nazywa to zbiurokratyzowanym chrześcijaństwem), to bardzo łatwo użyć jej jako sztandaru w każdej wojnie, bo jest ona łatwo podatna na ideologizację i pada ofiarą fanatyzmu. W tym właśnie sensie Kościół ciągle mówi o potrzebie nowej ewangelizacji. Otwartość, czyli posłanie

Po drugie, możemy stać się nadzieją dla Europy, jeśli będziemy Kościołem otwartym, czyli posłanym. Otwartość to właśnie świadomość bycia posłanym do świata. Nie możemy zakładać, że jesteśmy wspólnotą będącą celem sama dla siebie. Kościół wcale nie służy najlepiej Ewangelii, gdy służy najpierw sobie, lecz wtedy, gdy jest otwarty na świat, do którego jest posłany. W tym posłaniu bardzo ważny jest element świadectwa. Paweł VI w adhortacji Evangelii nuntiandi mówił o trzech warunkach, które muszą być spełnione, jeśli dla kogokolwiek mamy być przekonujący: ubóstwo, umiarkowanie (wstrzemięźliwość)

 52 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Jakie chrześcijaństwo jest nadzieją dla Europy?

i wolność. W tym ostatnim przypadku chodzi o wolność od wszystkich struktur doczesnych, zwłaszcza od władzy, państwowej czy samorządowej. Ta wolność wynikać ma z tego, że Kościół zna swoje własne środki i metody działania przekazane przez Chrystusa i na nich się skupia. Jeśli mamy być Kościołem otwartym, czyli posłanym, to nasze reakcje na świat współczesny nie mogą ograniczać się do lęku i oszołomienia. Nie możemy się tylko bać tego, co się dzieje w świecie. Dzisiejsze przemiany świata są szybkie, my ich często nie rozumiemy, więc reagujemy oszołomieniem i strachem: zamykamy się we własnym kręgu i boimy się, żeby nas świat nie połknął. Dość często też w Polsce w ten właśnie sposób reagujemy na wszystko, co się stało od roku 1989, a przecież stało się także bardzo wiele dobrego. Nie przeciwko, ale naprzeciw

Jesteśmy w Gnieźnie, przypomina mi się zatem historia o tym, jak św. Wojciech natknął się na opór ze strony Prusów. Poczuł się nieakceptowany, obcy kulturowo, po prostu nie stąd – on miał tonsurę i był ogolony, a oni mieli brody i długie włosy… Stwierdził zatem, że trzeba tu zamieszkać, zapuścić włosy, zacząć pracować wspólnie z tymi ludźmi, a wtedy przyjdzie okazja, by głosić Chrystusa. To postawa człowieka, który ani nie chce, aby się go bano; ani sam nie poddaje się lękowi. On wcale nie rezygnuje z tego, co dla niego najważniejsze: głoszenie Dobrej Nowiny. Ma jednak, jako średniowieczny misjonarz, poczucie duchowego pokrewieństwa z ludźmi, do których przyszedł. Zakłada, że anima naturaliter christiana, że dusza ludzka jest w głębi chrześcijańska. Jest więc przekonany, że wiele wartości, które on chce głosić, jest obecnych głęboko w ludziach, do których został posłany. Nie występuje więc przeciwko nim, lecz wychodzi im niejako naprzeciw. Rozumie, że nie trzeba się z tymi ludźmi kłócić ani spierać, lecz trzeba im pomóc odkryć te wartości, które mają w sobie. Takiej postawy nam dzisiaj potrzeba w  Kościele. Jeśli tacy będziemy jako chrześcijanie, to Europa zrozumie i odczyta z nas, co trzeba.

Bp Grzegorz Ryś – ur. 1964. Biskup pomocniczy krakowski (od 2011 r.), przewodniczący Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji przy Konferencji Episkopatu Polski. Doktor habilitowany w dziedzinie historii Kościoła, wykładowca Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II i Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie. W latach 2007–2011 rektor Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Krakowskiej. Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Pracował w komisji historycznej podczas procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II. Autor wielu publikacji, m.in. książek: Pobożność ludowa na ziemiach polskich w średniowieczu. Próba typologii, Celibat, Inkwizycja, Droga Światła, Ecce Homo, Brat Albert. Inspiracje.

 53

Chrześcijanie – sól Europy?

Bp Grzegorz Ryś


Po Zjeździe Gnieźnieńskim Bilans

IX Zjazd Gnieźnieński „Europa obywatelska. Rola i miejsce chrześcijan” odbył się w dniach 16–18 marca 2012 r. Wzięło w nim udział ponad 1000 osób z 17 krajów europejskich. Uczestnicy Zjazdu należeli do 10 Kościołów chrześcijańskich. Byli też przedstawiciele judaizmu i islamu oraz agnostycy i osoby niewierzące. Laboratorium WIĘZI należało do jego współorganizatorów – wraz z Fundacją św. Wojciecha-Adalberta, Katolicką Agencją Informacyjną, Klubem Inteligencji Katolickiej w Warszawie, Stowarzyszeniem Pokoju i Pojednania *Effatha*, Pallotyńską Fundacją Misyjną Salvatti.pl oraz Polską Radą Ekumeniczną. Zjazd poświęcony był roli chrześcijan w społeczeństwie obywatelskim. W końcowym przesłaniu Zjazdu można przeczytać m.in.: „Wbrew pojawiającym się dziś tendencjom nie możemy ograniczać naszej wiary do prywatności. Dla nas bowiem jest ona sprawą głęboko osobistą, ale nie prywatną. Pragniemy dzielić się nią, chcemy ją publicznie wyrażać i przeżywać. […] Jesteśmy głęboko przekonani, że człowiek wierzący – święty obywatel – to dobry obywatel. […] Chcemy pamiętać, że każdy człowiek jest ważny, że każdy człowiek jest potrzebny, że każdemu trzeba pomagać i od każdego trzeba wymagać – a najwięcej od samych siebie”. W różny sposób odczytywano po Zjeździe jego znaczenie i jego przebieg. Poniżej zamieszczamy kilka komentarzy na ten temat napisanych bądź przez współtwórców Zjazdu, bądź osoby w nim uczestniczące. [Red.]

 54 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Po Zjeździe Gnieźnieńskim

Zbigniew Nosowski

Moja opinia o znaczeniu i przebiegu IX Zjazdu Gnieźnieńskiego jest zdecydowanie nieobiektywna. Współtworzyłem bowiem to wydarzenie i w dużej mierze odpowiadam za jego kształt merytoryczny, kierowałem bowiem pracami Komisji Programowej. Jak jednak mawiał Oscar Wilde, „rzeczywiście bezstronną opinię możemy wydać tylko w sprawach, które nas w ogóle nie interesują. Jest to niewątpliwie przyczyna tego, że bezstronna opinia jest zawsze absolutnie bezwartościowa”… Śmiem zatem stronniczo twierdzić, że wiem nieco więcej na temat tego Zjazdu niż ci, którzy nawet na nim nie byli, a za to doskonale wiedzą, czym on był. Można było na przykład przeczytać – w miesięczniku „WPiS” (Wiara, Patriotyzm i Sztuka) wydawanym przez zasłużone Wydawnictwo Biały Kruk – że w połowie marca w Gnieźnie odbyła się „wielka kampania marketingu politycznego na rzecz jedynie słusznej i sprawiedliwej partii – obywatelskiej. […] Choć o jakiejkolwiek platformie nikt nie wspominał, czuło się, jak wisi ona nad tymi uczonymi głowami”. Autor tych refleksji – podpisujący się: „Mgr Stanisław Kąkretny” – uważa, że „zjazd w Gnieźnie przerodził się w totalną, choć kulturalną, krytykę Kościoła katolickiego”. Ów pan wyraźnie nie był na Zjeździe, bo czyni elementarne błędy w opisie faktów, ale za to oburza się, że „najwyższy rangą polski hierarcha, wspierany przez paru innych godnych szacunku kolegów, napomina mnie ciągle, żem nie dorósł do społeczeństwa obywatelskiego. Co prawda nie wyjaśnia ani słowem, co to znaczy owo społeczeństwo obywatelskie, ale przecież mogę łatwo wydedukować, że to społeczeństwo na pewno nie takie jak dotychczasowe: katolickie, polskie, przywiązane do tradycji”. Rzecz jasna, ani gospodarz Zjazdu, prymas Polski, abp Józef Kowalczyk, ani kard. Kazimierz Nycz nic takiego w Gnieźnie nie mówili. Dzięki takiej publikacji jednak 40 tysięcy czytelników pisma – rozsyłanego przez Wydawnictwo Biały Kruk m.in. po parafiach w ramach promocji publikacji albumowych tej oficyny – już wie, że oto któryś z biskupów skumał się z wrogami polskości i katolickiej tradycji. A wszystko to w artykule pod tytułem Bolesław Chrobry przewraca się w grobie. Dlaczego się przewraca? Albowiem „dzieło Chrobrego [idea Zjazdu Gnieźnieńskiego – ZN] tysiąc lat później podstępnie zostało ukradzione przez ludzi, których on sam w najlepszym wypadku przegnałby precz”. A na czele tych, co ukradli i których Chrobry przegnałby precz, stoi, jak wiadomo, inicjator i  patron odnowionych – dla arcykatolickiego pana Kąkretnego, „haniebnych” – Zjazdów Gnieźnieńskich, abp Henryk Muszyński. Złość bierze na tak jawne dawanie fałszywego świadectwa, i to jakoby w imię obrony katolicyzmu. Ale dość tych kuriozów. Warto bowiem napisać serio o tym, czym IX Zjazd Gnieźnieński nie był, a czym był.

 55

Chrześcijanie – sól Europy?

Czym Zjazd nie był, czym był


B i l a ns

Nie był z pewnością konwentyklem zwolenników PO. Cóż by wtedy na nim robili – w gronie prelegentów – ludzie publicznie znani z bardzo konserwatywnych przekonań, niekiedy wręcz popierający PiS czy osobiście Jarosława Kaczyńskiego? Nie było to także budowanie zaplecza dla jakiejś nowej partii politycznej – bo i z taką interpretacją się spotkałem. Polityka partyjna była w ogóle poza zakresem zainteresowania tegorocznego Zjazdu. Koncentrowaliśmy się na wymiarze obywatelskim, dlatego udział polityków był programowo zminimalizowany. Zgodnie z tradycją Zjazdów Gnieźnieńskich – od roku 1000 poczynając – biorą w nich udział przywódcy polityczni. W poprzednich Zjazdach uczestniczyli i prezydent Aleksander Kwaśniewski, i prezydent Lech Kaczyński. Czy się to bowiem komu podoba, czy nie – demokratycznie wybrany prezydent uosabia majestat Rzeczypospolitej, należny jest mu więc z tego powodu właściwy szacunek. Tak też było i na IX Zjeździe – obecni byli prezydent Bronisław Komorowski i Jerzy Buzek jako (od niedawna były, ale zapraszany jako urzędujący) przewodniczący Parlamentu Europejskiego. Na tym jednak udział polityków w programie Zjazdu się kończył. Dużo komentarzy wywołało też wspomnienie śp. prezydenta Kaczyńskiego w modlitwie za zmarłych uczestników poprzednich Zjazdów. Dla organizatorów był to zaś po prostu przejaw normalności, czy wręcz przyzwoitości, nie zaś jakakolwiek polityczna demonstracja. Nie powinno być nic dziwnego w tym, że w obecności urzędującego prezydenta wspomina się jego tragicznie zmarłego poprzednika (zwłaszcza że katastrofa smoleńska miała miejsce niespełna miesiąc po poprzednim Zjeździe). Sam fakt, że wiele osób zwróciło uwagę na rzecz tak oczywistą, dowodzi, jak nienormalne relacje istnieją między dwoma głównymi obozami polskiej sceny politycznej. Normalność jawi się na tym smutnym tle jako wyjątek… Zjazd Gnieźnieński nie był również zlotem frakcji katolików otwartych. Skład prelegentów na pewno na to nie wskazuje. Byli wśród nich bowiem współtwórcy i zwolennicy różnych środowisk ideowych (ze strony prawicowej aż po Rebelya.pl i „Polonia Christiana”), lecz – jak wszyscy pozostali – dobierani ze względu na kryteria merytoryczne, a nie sztandary ideowe. I tu dochodzę do sedna sprawy. Było to bowiem przede wszystkim spotkanie, które miało określony temat – rola chrześcijan w  społeczeństwie obywatelskim. Każdy ze Zjazdów od roku 2003 skupia się wokół wybranego zagadnienia. Temat tegoroczny był zresztą próbą przekroczenia polskich podziałów, biegnie on bowiem w poprzek ideowych i politycznych linii demarkacyjnych. Zaangażowanie obywatelskie nie ma jednego koloru partyjnego. I to nie przekonania polityczne decydowały o zapraszaniu gości. Wśród 107 zjazdowych prelegentów i panelistów nie było nikogo, kto byłby zaproszony ze względu na to, że posiada określone poglądy. Zapraszaliśmy osoby – niezależnie od ich przekonań ideowych i sympatii politycznych – które są praktykami i/lub ekspertami w danej dziedzinie. Gości dobierano więc według kompetencji i zaangażowania. Dystansowanie się od bieżącej polityki było dodatkowym powodem, dla którego nie zabiegaliśmy w tym roku usilnie o obecność na Zjeździe tych inicjatyw katolickich

 56 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


(niewątpliwie obywatelskich), które zarazem jednoznacznie definiują się politycznie – jak Rodzina Radia Maryja. Jest to jednak powód tylko dodatkowy. Głównym było smutne doświadczenie poprzednich Zjazdów, gdy – pomimo usilnych starań – nie udawało się namówić żadnego znaczącego przedstawiciela tego nurtu polskiego katolicyzmu, aby przyjął zaproszenie do Gniezna. Na przykład w 2005 roku zaledwie trzy osoby całkowicie zignorowały nasze, kierowane różnymi drogami zaproszenia na Zjazd: o. Tadeusz Rydzyk i Ewa Sołowiej, redaktor naczelna „Naszego Dziennika” (których chcieliśmy zaprosić do wewnątrzkościelnego okrągłego stołu) oraz Daniel Cohn-Bendit – duchowy przywódca paryskiej rewolty z maja 1968 r., a dziś lider Zielonych w Parlamencie Europejskim (którego chcieliśmy zaprosić do debaty z Rocco Buttiglionem). Skrajności nie lubią dialogów… Nieobecność środowisk związanych z Radiem Maryja na Zjeździe była więc wyraźną słabością. Nie zgodzę się jednak, że wskutek tego panowała w Gnieźnie jednorodność. Wręcz przeciwnie – marcowe spotkanie pokazało olbrzymią różnorodność obywatelskich inicjatyw polskich chrześcijan – tyle że definiowaną szerzej, niż się to zazwyczaj widzi. Różnorodność ta wyznaczana była bardziej wielością inicjatyw, dziedzin i sposobów zaangażowania na rzecz innych oraz mnogością wyznań chrześcijańskich, a mniej tytułami czasopism i radiostacji. Słonego smaku chrześcijaństwa – o którym mówili i ks. Tomáš Halík, i kard. Stanisław Ryłko – można było smakować w różnych „potrawach”. To właśnie dzięki tej różnorodności IX Zjazd Gnieźnieński tak wyraźnie ujawnił wielki obywatelski potencjał tkwiący w wierze Polaków i Europejczyków, w naszych parafiach, ruchach i wspólnotach religijnych; okazał się lekcją życia wedle hasła zjazdowych warsztatów „Wierzę, więc działam” oraz okazją do nawiązywania współpracy przez przedstawicieli różnych inicjatyw. Był ten Zjazd także szkołą wyobraźni miłosierdzia – cudowna była opowieść ks. Jana Kaczkowskiego o tym, jak wolontariat w puckim Hospicjum pw. św. Ojca Pio pozwala ludziom moralnie zwichniętym wydobywać z  siebie dobro, o które samych siebie nie podejrzewali. Zjazd był także akademią profesjonalnego pomagania – dzięki takim społecznikom jak ks. Andrzej Augustyński ze Stowarzyszenia „Siemacha” czy o. Henryk Cisowski z kapucyńskiego Dzieła Pomocy św. Ojca Pio, którzy rozumieją, że w XXI wieku nie można działać metodami XIX-wiecznymi. Był nauką odpowiedzialności za świat i przezwyciężania poczucia bezradności wobec nieszczęść na innych kontynentach – m.in. dzięki głosom (publikowanym obok) s. Rafaeli Nałęcz, Janiny Ochojskiej i Krzysztofa Stanowskiego. Dzięki koncertowi szczecińskiego Zespołu Piosenki Naiwnej mogliśmy bezbłędnie odczytać przesłanie o człowieczeństwie osób z niepełnosprawnością intelektualną – czytelne, choć nie powiedziano na ten temat ani jednego słowa. Zjazd był także okazją do uświadomienia sobie, że współcześni dobrzy Samarytanie działają nie tylko charytatywnie, lecz również w innych dziedzinach życia. Dzięki twórcom Stowarzyszenia Twoja Sprawa można się było nauczyć, jak skutecznie przeciwdziałać przemocy i wyuzdanej erotyce w reklamach (to działanie potrafi

 57

Chrześcijanie – sól Europy?

Po Zjeździe Gnieźnieńskim


B i l a ns

połączyć konserwatywnych katolików i radykalne feministki). Przez swój wymiar międzynarodowy Zjazd był też próbą budowania chrześcijańskiego lobbingu na skalę europejską. Był on wreszcie mocnym doświadczeniem ekumenicznym (wspólna modlitwa i prelegenci z 10 Kościołów chrześcijańskich!), z ważnym akcentem międzyreligijnym oraz swoistą zapowiedzią przyszłego polskiego „dziedzińca pogan” (dialog prof. Jacka Filka z bp. Grzegorzem Rysiem). Przy okazji Zjazdu doświadczyliśmy również słabości polskiego dziennikarstwa. Choć akredytowało się nań ponad 100 przedstawicieli mediów, niewiele się o nim dało usłyszeć, poza Katolicką Agencją Informacyjną i Polskim Radiem. Media szukają dziś sensacji i kontrowersji. Takiego „mięsa” nie chcieliśmy dostarczyć, więc nawet niektórzy patroni medialni nie przysłali swoich korespondentów do Gniezna… W sumie sądzę, że nawet nieporozumienia, jakie się pojawiały, świadczą o wielkiej potrzebie wydarzeń w rodzaju Zjazdu Gnieźnieńskiego. Również niespełnione oczekiwania czegoś nas uczą. Zgadzam się ­– i utożsamiam – z tęsknotą za uczciwym spotkaniem pełnego spektrum różnych polskich środowisk katolickich. Przez kilkanaście lat usiłowałem działać na rzecz takiego spotkania. Dziś coraz bardziej tracę jednak nadzieję, że jest ono w bliskim czasie możliwe – co oczywiście tylko potwierdza tezę, jak bardzo jest ono potrzebne. Zbigniew Nosowski

Nowość Ks. Andrzej Draguła Copyright na Jezusa. Język, znak, rytuał między wiarą a niewiarą Odtwarzacz mp3 w kształcie krzyża i świece „o zapachu Chrystusa”. Msza „odprawiana” w teatrze i mecze piłki nożnej mające w sobie coś z religijnego rytuału. Na styku sacrum i profanum, w spotkaniu wiary i niewiary rozgrywają się rzeczy zaskakujące, czasami wręcz szokujące. W książce Copyright na Jezusa ks. Andrzej Draguła przygląda się tej rzeczywistości, szukając miejsca religii w modernizującym się społeczeństwie. Nieustannie stawia czytelnika przed pytaniem, czy chrześcijanie, broniąc swoich znaków, sami nie przenoszą ich ze sfery wiary w sferę społeczno-polityczną.

232 s., cena 35,49 zł tel./fax (22) 828 18 08  www.wiez.pl

 58 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Po Zjeździe Gnieźnieńskim

Jarema Piekutowski

Niewielki nissan micra, poruszający się niespiesznie trasą Gniezno–Szczecin, aż iskrzył od emocji i energii. Wracaliśmy z IX Zjazdu Gnieźnieńskiego. Kilkuosobowa szczecińska ekipa była naładowana mocą, która znajdowała ujście w pospiesznych dyskusjach w samochodzie. Szereg rozpoczętych tematów nie dawał nam spokoju. Wszyscy zgadzaliśmy się co do jednego: że Zjazd postrzegamy jako ogromny potencjał. To miejsce, z którego może promieniować siła zmieniająca rzeczywistość. No właśnie: może. Wszystko rozbija się o to jedno niewielkie słówko. Pierwsza część Zjazdu była trudną próbą. Zebrani musieli bowiem przeżyć jakoś „liturgię uścisków”. Szymon Hołownia nazwał tak oficjalną część Mszy, kiedy przyjeżdża biskup i każda najważniejsza osoba w parafii wygłasza swoją mowę. Kolejne prelekcje oficjeli były jednak niepokojąco podobne do setek innych wystąpień, wykładów i kazań, które słyszałem wcześniej. Mimo obecności najważniejszych mediów, środowisk kościelnych i obywatelskich, można było odnieść wrażenie, że część występujących nie chce zmieniać rzeczywistości, tak jakby ważniejsze było utrzymanie status quo. A wystarczyłoby jedno lub dwa słowa wychodzące „przed orkiestrę”, ukazujące konkret, może niewygodną prawdę. Niestety, zamiast tego pojawiło się wiele pięknych, okrągłych zdań. Nawet s. Małgorzata Chmielewska OSB – którą cenię jak mało kogo w Kościele – mówiła o tym, że „przez chrzest mamy nieprawdopodobną moc” i że „Kościół uczestniczy w cierpieniu”. Ale czy zebrani na sali faktycznie tę moc odczuwają na co dzień? Czy potrafią przełożyć te sformułowania na życiową praxis? Czy faktycznie czują (en masse), że Kościół uczestniczy w ich osobistym cierpieniu? Wypowiedź s. Chmielewskiej i tak błyszczała na tle innych prelekcji tego dnia, w tym jednej (mniejsza już o to której), która mogłaby z powodzeniem zostać przygotowana przy pomocy losowego „generatora tekstów postmodernistycznych”. Wybijała się też przepełniona łagodnym, czeskim humorem prelekcja ks. Tomáša Halíka. Tematy w niej poruszone: troska Europy o duszę i droga chrześcijaństwa jako „kreatywnej mniejszości” aż proszą o pogłębienie. Nie można jednak powiedzieć, by organizatorom zabrakło troski o  praxis. Wręcz przeciwnie, bywało jej momentami aż nadto. Pierwszego dnia zaczęło się bowiem coś, co nazwaliśmy z kolegą na nasz użytek „liturgią dobrych praktyk”, a co powtórzyło się kilkakrotnie później – podczas panelu o dzieleniu się pieniędzmi poszczególni dyskutanci przedstawiali swoje inicjatywy i projekty. Przedstawianie dobrych praktyk jest rzeczą zacną. Brakowało jednak postawienia konkretnych problemów, zwłaszcza tych trudnych: kiedy pomoc uzależnia, kiedy staje się przeszkodą? Chcemy dzielić się pieniędzmi, ale czy nie boimy się ich zarabiać

 59

Chrześcijanie – sól Europy?

Rytualne uściski i prawdziwa moc


B i l a ns

i puszczać w obieg? Pytania te narodziły się zresztą dopiero następnego dnia podczas warsztatów. Jeżeli mamy przestrzeń do dialogu, a taką przestrzenią jest bez wątpienia Zjazd Gnieźnieński, to jest to okazja do postawienia wyrazistych problemów w formie pytań, na które mogą padać różne, czasami całkowicie sprzeczne ze sobą odpowiedzi. Tu jednak niezwykle istotna jest rola moderatora: zadawanie takich pytań, które bezpośrednio odnoszą się do podstawowego problemu. Część zadanych pytań miała taki problemowy charakter, prowokujący do debaty, część natomiast miała charakter pytań zgoła retorycznych, np. „Pomagać innym czy być z innymi” – wszak wiadomo, że... i jedno, i drugie! Podczas jednej z „liturgii dobrych praktyk” zdarzyło się jednak coś niezwykle ważnego, co miało nadać specyficzny koloryt całemu Zjazdowi. Cała uwaga sali skupiła się na ks. Janie Kaczkowskim z Pucka, który opowiedział o swojej pracy z tzw. trudną młodzieżą. Ks. Kaczkowski, sam zmagający się z własną niepełnosprawnością, podbił serca uczestników słowami przylegającymi ściśle do rzeczywistości. Jego wypowiedź nie była przesłodzona ani przeintelektualizowana. Dla niektórych mogła okazać się niewygodna, gdyż ks. Kaczkowski wprost powiedział o problemach ze swoimi przełożonymi, Poddawali oni w wątpliwość jego działania, a nawet uważali je za potencjalne „pośmiewisko”. Jednak to ks. Kaczkowski otrzymał największe owacje na Zjeździe. Może właśnie dlatego, że zamiast o „etnocentryzmie” czy „postfiguratywności” mówił o przyjaźni, miłości, prawdzie i kłamstwie, bez owijania w bawełnę. Z jego słów biła prawdziwa moc. Drugiego dnia po południu zrobiło się znacznie bardziej interesująco. Arcyciekawy panel „Jak wykorzystać obywatelski potencjał polskich parafii” skończył się zdecydowanie za szybko. Pierwszy raz padła też kontrowersyjna teza (moim zdaniem jedna z najważniejszych na Zjeździe) – o. Marek Pieńkowski postulował, by wierni mogli zapisywać się do parafii, a nie byli przypisani do nich administracyjnie. Spotkało się to z odpowiedzią, iż obecna praktyka „zapisana jest w prawie kanonicznym”. Nareszcie stanęły naprzeciw siebie dwie różne wizje. Pojawiło się też mnóstwo pytań: czy w seminariach księża są uczeni rozmów i współpracy z ludźmi? Czy wprowadzenie religii do szkół nie spowodowało wyprowadzenia młodych ludzi z parafii? Brakowało jednak czasu na rozwinięcie tematów. W zgodnej opinii wszystkich uczestników, z którymi rozmawiałem, najważniejsze okazały się warsztaty. Zdarzyło się tam coś niezwykle ważnego: przestaliśmy być publicznością, skończył się podział na „nas na widowni” i „tych na mównicy”, z którymi możemy porozumiewać się tylko poprzez karteczki z pytaniami. Niezwykle ważne jest więc, że uczestnicy (którzy przecież robią konkretne rzeczy dla swoich lokalnych społeczności) mogli nareszcie poznać się, wymienić myśli, wypowiedzieć się. Sądząc po ożywionych dyskusjach na korytarzu, te dwie–trzy godziny zdecydowanie nie wystarczyły, aby dać ujście ogromnemu potencjałowi uczestników. Kto wie, może gdyby warsztatów było więcej, Zjazd zaowocowałby wspólnymi działaniami i projektami uczestników. Trzeba jednak rozszerzyć przestrzeń do tego.

 60 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Po Zjeździe Gnieźnieńskim

Po tych wszystkich przeżyciach prawdziwym katharsis okazał się wieczorny koncert. Zapowiadany jako koncert Stanisława Sojki (który nota bene zagrał świetnie), miał jednak przede wszystkim inną gwiazdę. Autentyczność i zaangażowanie niepełnosprawnych intelektualnie muzyków z  Zespołu Piosenki Naiwnej nie pozostawiły nikogo obojętnym. Znów tak zwani (w okropnym, psychologicznym żargonie) „dysfunkcyjni” swoją mocą pokonali oficjeli i możnych tego świata. To chyba najważniejsza nauka, jaką wynoszę ze Zjazdu. Jak te wszystkie wnioski przekuć w przyszłości na rzeczywistość Zjazdów Gnieźnieńskich? Jak wykorzystać ten potencjał? Mam wielką nadzieję, że za trzy lata będzie więcej takich, którzy powiedzą, że król jest nagi, tam, gdzie trzeba to powiedzieć. Że będziemy chcieli odsłaniać i tę prawdę, która daje nam siłę do działania, i tę prawdę, która jest niewygodna i którą niektórzy może chcieliby zamieść pod dywan. W tym celu konieczne jest dotknięcie najbardziej palących problemów, postawienie jednoznacznych pytań, bliskich rzeczywistości, bliskich trudnościom, z którymi stykamy się na co dzień. Będzie to okazja do pogłębienia kwestii dotąd ledwie zarysowanych. Mam też ogromną nadzieję na więcej pracy warsztatowej. Jedna sesja warsztatowa to zdecydowanie za mało. Przydatna byłaby co najmniej jedna taka sesja dziennie, z podziałem małych grup na jeszcze mniejsze, maksymalnie dziesięcioosobowe podgrupy (taka forma sprawdziła się doskonale w tym roku na kilku warsztatach). Ludzie, którzy z całej Polski przyjeżdżają do Gniezna, zasługują na to, żeby się poznać, żeby jeszcze mocniej współtworzyć tę rzeczywistość. Nie wystarczy, by byli jedynie widzami „intelektualno-obywatelskiego kina”. A o brak zapału obawiać się nie musimy – ci, którzy przyjechali, mają go aż nadto. Jarema Piekutowski Jarema Piekutowski – ur. 1978. Socjolog, kierownik projektów badawczych, społecznych

Maria Rogaczewska

Bogactwo różnorodności W tegorocznym Zjeździe uczestniczyło najwięcej młodych ludzi ze wszystkich Zjazdów Gnieźnieńskich, na jakich dotychczas byłam. Obecność młodzieży wyraźnie się zaznaczała na panelach i warsztatach. Podczas panelu o obywatelskiej roli parafii stanowili oni wręcz główną siłę dyskusyjną. Gorąco opowiadali się za większym

 61

Chrześcijanie – sól Europy?

i kulturalnych. Właściciel firmy Liber, prowadzącej badania społeczne oraz projekty społeczne i kulturalne. Wiceprezes Fundacji Veritas, menedżer i wokalista w zespole wokalno-instrumentalnym „Pomerania Ensemble”. Mieszka w Szczecinie.


B i l a ns

udziałem ludzi świeckich w zarządzaniu parafią, za lepszym i głębszym dialogiem w parafii, za otwarciem parafii na świat. Zaznaczyła się nawet pewna dość żywa polemika między młodymi dyskutantami a ks. Sławomirem Kokorzyckim z parafii w Korytowie – młodzi byli za demokratyzacją parafii, ks. Kokorzycki wskazywał, że w polskich warunkach proboszcz musi być jednoznacznym liderem. Uderzyło mnie w tym Zjeździe bardzo duże bogactwo postaw i przekonań – przy akceptacji ogólnej zasady, że życie chrześcijańskie naturalnie powinno prowadzić do społecznego zaangażowania. Ten pluralizm postaw był widoczny np. podczas warsztatu o wolontariacie, gdzie zderzyła się bardziej „biznesowa” postawa ks. Jacka Stryczka z bardziej „duchowym” podejściem ks. Mieczysława Puzewicza. Ten ostatni, współtwórca i opiekun duchowy wolontariatu w Lublinie, mówił, że w pracy z wolontariuszami ważne jest nie tyle sprawne zarządzanie, ile wzmacnianie ich postawy serca. Ks. Stryczek – twórca akcji „Szlachetna Paczka” i wielu innych wydarzeń publicznych – polemizował, że angażując się na rzecz innych, ludzie mają różne motywacje, czasem dopiero z biegiem lat dojrzewają do prawdziwej empatii i współczucia. Trudno więc liczyć na to, że wszyscy darczyńcy mają równie głębokie motywy, natomiast warto stwarzać im dobrą okazję do dobroczynności, bo to przynosi lepsze efekty także dla obdarowywanych. Taki pluralizm postaw i doświadczeń dobrze świadczy o chrześcijańskich organizacjach. Te różne style działania są bowiem bogactwem. Pozwalają działać organizacjom zarówno „w sercu” Kościoła, jak i „na przedpolach”, gdzie współpracują one np. z ludźmi poszukującymi czy nawet niewierzącymi. Warto podkreślić też, że charyzmaty działania świeckich chrześcijan i świeckich organizacji są bardzo różnorodne: powołanie hospicyjne, wolontariackie, powołanie do wychowania dzieci „trudnych”, do adopcji, do kontaktów z biznesem, do chrześcijańskiej działalności sportowej. Nie da się objąć ich wszystkich jakimś jednolitym duszpasterstwem. Dlatego też część świeckich „działaczy” może czuć się w Kościele nieco samotna i niezrozumiana. Tym większa jest zatem potrzeba powtarzania takich spotkań jak to w Gnieźnie. Może powinny to być na przykład specjalistyczne rekolekcje czy konferencje dla chrześcijańskich działaczy pozarządowych, które mogłyby też ich wzmacniać, działać jako zbawienna profilaktyka „wypalenia” ich powołania. Maria Rogaczewska Maria Rogaczewska – ur. 1978. Doktorantka w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszaw-

skiego, członkini zespołu Pracowni Kapitału Społecznego UW. Specjalizuje się w badaniach dotyczących roli Kościoła i religii w sferze publicznej, a także w badaniach przeznaczonych dla instytucji polityki społecznej i trzeciego sektora w Polsce. Członkini Zespołu Laboratorium WIĘZI i stowarzyszenia „Amicta Sole”. Współorganizatorka Zjazdów Gnieźnieńskich, koordynatorka Warsztatów Obywatelskich podczas IX Zjazdu Gnieźnieńskiego.

 62 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Galeria WIĘZI: Mirosław Kowalski

 63


B i l a ns

Marek Rymsza

Warto przegonić Lulka Refleksję pozjazdową zacznę od zaznaczenia, że uczestniczyłem w pracach Komisji Programowej IX Zjazdu Gnieźnieńskiego, a także w redagowaniu końcowego przesłania do Europejczyków. To sprawia, że podsumowując Zjazd, myślę przede wszystkim o tym, na ile nasze zamierzenia się urzeczywistniły, a na ile nie. Mimowolnie wybiegam też myślą do kolejnego jubileuszowego zjazdu, choć planowany on jest dopiero za trzy lata. Jedną z kluczowych idei Zjazdów Gnieźnieńskich jest łączyć, a nie dzielić. Łączyć – nie znaczy znosić czy zacierać różnice. Łączyć – znaczy dostrzegać to, co wspólne, pomimo różnic, a w jakiejś mierze także poprzez różnice. I o tym aspekcie tegorocznego spotkania słów kilka. Na początek krótkie migawki z obrad. Popołudniowa sesja sobotnia. Przedstawiciele trzech Kościołów chrześcijańskich dyskutują o obywatelskim potencjale parafii. Sala włącza się w dyskusję, wymiana doświadczeń i poglądów jest naprawdę twórcza. Poranna sesja niedzielna. Prof. Piotr Gliński, znany i ceniony socjolog, podsumowuje przebieg zjazdu i szerzej – sytuację Kościoła w Polsce. Wskazuje mocne strony, ale i ograniczenia. Do tych ostatnich zalicza podziały. Zaznacza, że dyskutować warto, pomimo różnic, ale najpierw trzeba się spotkać. W tym kontekście podkreśla brak na Zjeździe przedstawicieli środowiska związanego z Radiem Maryja. Tą uwagą nie wzbudza bynajmniej aplauzu sali. Ta sama sesja kilkanaście minut później – głos zabiera dominikanin ojciec Ludwik Wiśniewski, kapelan-legenda opozycji i pierwszej Solidarności. Zaczyna od skrytykowania zjawiska, które określa (trafnie) jako „harcowanie w Kościele”, by następnie niemal instruktażowo… samemu owo harcowanie uprawiać, krytykując z nazwiska swego współbrata w kapłaństwie, redaktora naczelnego warszawskiego czasopisma, i zaocznie wydając werdykt, że nie uznaje owego pisma za katolickie. Przytomnie reaguje Tomasz Wiścicki, pełniący funkcję rzecznika publiczności, wskazując, że możemy nawzajem się powykluczać, znajdując ku temu różne realne powody, ale do czego w ten sposób doprowadzimy? Sala wydaje się jednak podzielona. Część popiera wystąpienie ojca Ludwika. Siedząca obok mnie dojrzała kobieta nawet wstaje i próbuje zainicjować owację na stojąco. Mam nieodparte wrażenie, że moja sąsiadka chce w ten sposób wyrazić swoją dezaprobatę dla katolików „toruńskich”. Sala na szczęście nie chce zmienić sesji w wiec. Ale problem, któremu chcę poświęcić moją pozjazdową refleksję, zostaje namierzony, odkryty. Zamykająca zjazd sesja „Jeden świat – wspólna odpowiedzialność”. Dyskusja między przedstawicielami chrześcijan (bp Grzegorz Ryś), judaizmu (rabin Michael Schudrich), islamu (Bogusław Zagórski) i agnostycznej myśli humanistycznej (prof.

 64 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Jacek Filek) jest świadectwem i lekcją zarazem, że jednak można. Można się porozumieć, nie zacierając różnic – znajdować to, co wspólne, komunikować się z wyczuciem, empatią na odmienną wrażliwość innych dyskutantów. I ostatni obrazek. Już po powrocie do domu sięgam po poniedziałkową prasę, aby zobaczyć, co o Zjeździe napisano, czy przebiło się nasze zjazdowe przesłanie do Europejczyków zatytułowane Święty obywatel to dobry obywatel. W tekście tym kładliśmy nacisk na to, że chrześcijanie współtworzą Europę i  mają prawo być w niej obecni zarówno jako obywatele, jak i jako ludzie wierzący. Niestety, nie przebiło się. Nie znajduję relacji ani komentarzy o Zjeździe w żadnej z trzech gazet, które kupiłem. Najbardziej zaskoczony jestem brakiem jakiejkolwiek informacji w… katolickim „Naszym Dzienniku”. Czas na podsumowującą refleksję. Przypomina mi się Przedwiośnie Stefana Żeromskiego, a konkretnie jeden z drugoplanowych bohaterów tej powieści – Antoni Lulek, kolega głównego bohatera Cezarego Baryki. Otóż w Lulku, zagorzałym komuniście, budził się żarliwy polemista bynajmniej nie wówczas, gdy przyszło mu spotkać się z przedstawicielami świata przedsiębiorców, ze zwolennikami ideologii liberalnej czy choćby z osobami prezentującymi typowe poglądy mieszczańskie. Ich błędy w pojmowaniu świata były dla Lulka na tyle duże i oczywiste, że szkoda mu było strzępić sobie języka na próżne polemiki. Polemizować chciał, wręcz musiał, z socjalistami, którzy niedostatecznie mocno wierzyli w siłę sprawczą rewolucji. Tego błędu swoich ideowych kolegów płazem puścić nie mógł. A już odstępstwa własnych towarzyszy od jedynie słusznej linii partii najchętniej wypalałby żelazem. Przy zachowaniu odpowiednich proporcji między realnym doświadczeniem i literacką fikcją oraz podkreślając różnice między wspólnotowym przeżywaniem wiary a działalnością społeczno-polityczną, pewna analogia rysuje się jednak jasno. Radio Maryja i media z nim związane nie były patronami medialnymi IX Zjazdu Gnieźnieńskiego i – jak się wydaje – środowiska z nimi związane nie uczestniczyły czynnie w obradach. Ale czy to powód, aby toruński dziennik czy toruńska telewizja pominęły milczeniem całe wydarzenie? Przecież podstawowym zadaniem środków społecznego przekazu nie jest organizować, ale informować o tym, co się dzieje, również o tym, co organizują inni. Jeżeli mamy zastrzeżenia do linii programowej jakiegoś wydarzenia – wyrażamy to w komentarzu. Ale nie pomijamy. Z drugiej strony chyba nie wszyscy uczestnicy tegorocznego Zjazdu byli owym przemilczeniem zmartwieni. I można zakładać, że nie wszyscy życzliwie przyjęliby przedstawicieli toruńskiego środowiska. Zjazdy Gnieźnieńskie służyć jednak mają – i służą – budowaniu mostów: najpierw w obrębie samej wspólnoty chrześcijan, a następnie szerzej: na płaszczyźnie ekumenicznej i w wymiarze ogólnoeuropejskim. Taką wizję zaproponował Jan Paweł II – którego obecność w Gnieźnie 3 czerwca 1997 r., w tysięczną rocznicę śmierci św. Wojciecha, wraz z prezydentami siedmiu krajów Europy Środkowo-Wschodniej, abp Henryk Muszyński nazwał II Zjazdem Gnieźnieńskim (a pierwszym po tym sprzed tysiąca lat, u progu państwowości polskiej). Kolejne zjazdy, także nasz IX Zjazd, kontynuują tę linię programową. Ale nie można nie zauważać, że napotykamy na

 65

Chrześcijanie – sól Europy?

Po Zjeździe Gnieźnieńskim


B i l a ns

opór materii. Czy wobec tego jako katolicy jesteśmy wiarygodni w budowaniu ekumenicznych mostów z chrześcijanami innych Kościołów oraz wyznawcami innych religii, jeżeli nie potrafimy przekroczyć podziałów w obrębie własnej wspólnoty? Dlatego próbować trzeba. Moim zdaniem innej drogi nie ma. W tym roku udało się nam owocnie rozmawiać na Zjeździe nad zaangażowaniem chrześcijan w działalność dobroczynną (sesja „Dzielić się pieniędzmi, dzielić się sobą”) i wolontariat (sesja „Nie tylko charytatywnie – dobrzy Samarytanie dzisiaj”), a w debacie reprezentowane były różne obecne w Kościele (i nie tylko w Kościele) nurty i inicjatywy. Powinniśmy chyba na kolejnym Zjeździe zorganizować podobną debatę niestroniącą od spraw społeczno-politycznych z udziałem przedstawicieli różnych zaangażowanych na tym polu środowisk i organizacji chrześcijańskich. Ale organizatorzy Zjazdu nawet najlepszym jego programem nie zlikwidują podziałów, które zakorzenione są nie w strukturach, lecz w ludziach. Nasze zjazdowe przesłanie kończy się słowami: „od każdego trzeba wymagać – a najwięcej od samych siebie”. Nie ma rady: każdy swojego Lulka przegonić musi osobiście. Warto. Marek Rymsza Marek Rymsza – ur. 1966. Doktor socjologii, adiunkt w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. Współpracuje z Instytutem Spraw Publicznych – w latach 2002–2008 był dyrektorem Programu Polityki Społecznej ISP, a obecnie jest redaktorem naczelnym wydawanego przez ISP kwartalnika „Trzeci Sektor”. Specjalizuje się w zagadnieniach polityki społecznej i społeczeństwa obywatelskiego. Członek Zespołu Laboratorium WIĘZI i Komisji Programowej IX Zjazdu Gnieźnieńskiego.

Tomasz Wiścicki

Powykluczajmy się wzajemnie... Moje uwagi dotyczą tylko jednego aspektu, z pewnością nie najważniejszego w programie Zjazdu Gnieźnieńskiego, ale za to moim zdaniem jednego z najważniejszych dla Polski i Kościoła w naszym kraju. Mam tu na myśli zjawisko określane potocznie mianem wojny polsko-polskiej – pęknięć w społeczeństwie, zagrażających istnieniu „wspólnego pola”, umożliwiającego trwanie wspólnoty politycznej. Nie chodzi tu o ideowe zróżnicowanie, naturalne w każdej, zwłaszcza większej grupie ludzi, ani też o konflikty, w równie naturalny sposób towarzyszące funkcjonowaniu wszelkich wspólnot. Chodzi właśnie o zanikanie owego wspólnego pola, o pojawienie się pęknięć rozdzielających naturalne spektrum postaw i poglądów, przemieniających społeczność zróżnicowaną w podzieloną.

 66 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Nie jest łatwo wskazać osie konfliktu. To znaczy można je wyliczać, ale nie precyzyjny opis jest istotą problemu. Istotne są intuicyjnie wyczuwane podziały, rozróżnienia na „naszych” i „nie naszych”. I nawet jeśli bliższe spojrzenie pokazuje, że podziały są dużo bardziej skomplikowane, niż się wydaje, a ich osie nie są bynajmniej tożsame, to najważniejsze i najbardziej dramatyczne jest poczucie, że te podziały są i dają się na każdym kroku we znaki. A co to ma do Zjazdu Gnieźnieńskiego – można by zapytać. Ano to, że podziały te przebiegają także przez Kościół – mimo że to on zachował, jako jedyna zapewne u nas instytucja społeczna, wystarczający autorytet, by móc służyć jako miejsce spotkania i mediacji. Tymczasem roli tej nie pełni, bądź nie zauważając problemu, bądź go ignorując, bądź też – co gorsza – w osobach jego wielu przedstawicieli ochoczo włączając się w dzielenie wspólnoty. Moim zdaniem w Gnieźnie mieliśmy do czynienia z sytuacją wręcz modelową. Organizatorzy, układając program oraz listę prelegentów i dyskutantów, zachowali się tak, jakby wspomniany problem nie istniał. Owszem, na tej liście byli (nieliczni) przedstawiciele „drugiej strony”, ale na pierwszy (i drugi) rzut oka było to spotkanie tylko części Kościoła w Polsce. Zaproszono osoby spełniające kryteria merytoryczne, ale organizatorzy przeszli do porządku dziennego nad tym rzucającym się w oczy wrażeniem braku pełnej reprezentatywności. Można tej decyzji bronić – wszak tematem obrad nie były podziały w Kościele w Polsce – jednak sprawdziła się prawidłowość, że jeśli nie zajmiemy się jakimś ważnym problemem, to on zajmie się nami. Zadbał o to o. Ludwik Wiśniewski OP. Ten duszpasterz – którego zasług dla Kościoła i Polski nie sposób przecenić – występuje ostatnio w roli proroka, ale też jako jak najbardziej polityczny kaznodzieja. Jakoś mu nie przeszkadza, że to, co głosi, dziwnie zbieżne jest ze stanowiskiem jednej ze stron politycznych sporów. No, ale skoro taka jest Prawda... Podczas jednej z dyskusji prof. Piotr Gliński, wybitny socjolog, stwierdził, że brak mu w programie Zjazdu środowisk skupionych wokół Radia Maryja, będącego niewątpliwym przykładem kościelnego społeczeństwa obywatelskiego. Z ripostą (nie w sensie dosłownym – wystąpienie było przygotowane i zapewne wyglądałoby tak samo bez względu na słowa przedmówcy) wystąpił o. Wiśniewski. W emocjonalnym tonie zaatakował imiennie ks. Henryka Zielińskiego, redaktora naczelnego tygodnika „Idziemy”. Swoją krytykę jego artykułu wstępnego zakończył stwierdzeniem, że to pismo nie jest dla niego w ogóle katolickie. Filipikę przeciw upolitycznieniu ks. Zielińskiego uzupełnił równie emocjonalną obroną niesprawiedliwie – zdaniem dominikanina – atakowanego rządu… Wystąpienie o. Ludwika Wiśniewskiego zostało przyjęte burzliwą owacją większości zgromadzonych. Kilka osób spośród mniejszości złożyło do mnie – jako do rzecznika publiczności, zbierającego pytania z sali – pytania zawierające oceny przeciwne niż o. Wiśniewskiego. Ponieważ nie chciałem, by spotkanie zdominował spór polityczny, pozwoliłem sobie poprzestać na skrótowym omówieniu tych głosów, skupiając się na kwestii, która moim zdaniem jest istotą problemu. Otóż

 67

Chrześcijanie – sól Europy?

Po Zjeździe Gnieźnieńskim


B i l a ns

prof. Gliński zaapelował o włączenie środowisk, które zresztą łatwo włączyć się nie dają, dość konsekwentnie odmawiając rozmowy z przedstawicielami innych kręgów – o. Wiśniewski odpowiedział wyłączeniem z Kościoła kogoś, z kim się nie zgadza, i kto w dodatku daleki jest od radykalizmu. Jeśli autorzy „Idziemy” mieliby być niekatoliccy, to znaczy, że w Kościele o. Wiśniewskiego w ogóle brak miejsca dla przeciwnej strony. W dodatku to wyłączenie miało nastąpić na podstawie jednego artykułu... Podzieliłem się ze słuchaczami moją bezradnością – jeśli powyłączamy się wzajemnie z Kościoła, co z niego pozostanie? Relacjonuję ten incydent, gdyż moim zdaniem dotyka on jednego z najważniejszych problemów, przed jakimi stoimy zarówno jako członkowie Kościoła, jak i obywatele: jak sprawić, by zróżnicowanie i konflikty nie zamieniły się w nieprzezwyciężalne podziały i wzajemną wrogość? Przyznam się, że nie mam pojęcia. Moja gnieźnieńska deklaracja bezradności nie była chwytem retorycznym. Jedna strona, zwłaszcza jej część związana z Radiem Maryja (nie można tej strony sprowadzić do słuchaczy toruńskiej rozgłośni), rozmawiać z nikim innym nie ma zamiaru, czuje się solą tej ziemi i prawdziwym Kościołem. Druga ma usta pełne potrzeby dialogu i rzeczywiście takowy prowadzi – ze wszystkimi, tylko nie ze swoimi współbraćmi w wierze. W wariancie radykalnym (niski ukłon przed o. Wiśniewskim) po prostu nie uważa ich za katolików, nie dostrzegając, że powtarza w istocie postawę adwersarzy. W ten sposób potencjalna przestrzeń spotkania zamienia się w pole bitwy. Zamiast zastanowić się, czy jednak coś nas przypadkiem nie łączy, wypychamy się wzajemnie na zewnątrz. A przecież – nie mam wątpliwości – łączy nas nie „tylko” (bagatela!) wspólnie przeżywana Eucharystia i uczestnictwo w tym samym Kościele. Jestem przekonany, że ta wspólna przestrzeń istnieje. Nie kieruje mną pięknoduchostwo i naiwne przekonanie, że jak się ludzie dobrej woli spotkają i pogadają od serca, to się sobie rzucą w objęcia i przekonają się, że nic ich nie dzieli. Nie, dzieli nas wiele – w Kościele i w Polsce, są między nami także zasadnicze różnice ocen moralnych, których nie da się zagłaskać ani zagadać. Nie da się doprowadzić do łatwego kompromisu, a łże-kompromisu należy się wystrzegać, gdyż zapada on zawsze czyimś kosztem. Ci, którzy po opisywanym incydencie podchodzili do mnie z wyrazami wsparcia, pokazują, że takie stanowisko – niezgody na podział, choćby nawet bezradnej – ma swoich zwolenników. Nie chodzi o to, żeby utworzyć z nich trzecią frakcję – jedynie słuszną, która potępi obie skrajne i będzie żyć w miłym poczuciu słuszności. Chodzi o to, by – nawet różniąc się i dzieląc, bo przecież nikt z nas w tych sporach nie jest neutralny, nawet nie mając pojęcia, jak to wspólne pole tworzyć – nie godzić się na wzajemne wykluczenie, nie przyjmować logiki walki. To już coś jest. Tomasz Wiścicki Tomasz Wiścicki – ur. 1961. Studiował prawo i historię na Uniwersytecie Warszawskim

oraz katolicką naukę społeczną w Versoix koło Genewy. Publicysta, członek redakcji WIĘZI

 68 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Po Zjeździe Gnieźnieńskim

od 1993 roku. Pracuje w Muzeum Historii Polski. Współautor książek Ksiądz Jerzy Popiełuszko (z Ewą Czaczkowską) i Biel z dodatkiem czerni (wywiad rzeka z o. Maciejem Ziębą). Członek Zespołu Laboratorium WIĘZI. Mieszka w Warszawie.

Ludwik Wiśniewski OP

Serdecznie dziękuję panom Markowi Rymszy i Tomaszowi Wiścickiemu za głosy dotyczące mego wystąpienia na IX Zjeździe Gnieźnieńskim. Dali mi Panowie bezcenną okazję doprecyzowania moich wypowiedzi i mego stanowiska. Na początku dwie marginalne uwagi. Pan Tomasz Wiścicki pisze, z pewną przyganą, o „emocjonalnym tonie mego wystąpienia”. Otóż ów emocjonalny ton jest w moich wystąpieniach świadomy i (mam nadzieję) nie odbiera mi trzeźwości myślenia. Po drugie, zwrócono mi uwagę, że nie ustosunkowałem się w Gnieźnie do krytyki, jaką pod moim adresem wygłosił rzecznik publiczności. Ta krytyka wtedy do mnie nie dotarła. Powód? Po prostu do stołu prelegenckiego z trudem docierał głos dochodzący z sali, co dla człowieka o przytępionym słuchu okazało się trudne do przeskoczenia. Tym chętniej więc teraz odpowiadam. 1. Tomasz Wiścicki zatytułował swój tekst Powykluczajmy się wzajemnie, a następnie napisał: „O. Wiśniewski odpowiedział wyłączeniem z Kościoła kogoś, z kim się nie zgadza”. Oświadczam, że nigdy i nikogo z Kościoła nie wykluczałem i jestem pewien, że nie ma takiej mojej wypowiedzi, na podstawie której ktokolwiek miałby podstawę tak sądzić. Twierdzę jedynie, że język inwektyw i pomówień jest sprzeczny z orędziem chrześcijańskim. Taki język i takie postawy rzeczywiście wykluczam, ale nie wykluczam ludzi – na miłość Boską! Ks. Henryk Zieliński jest pewnie lepszym katolikiem i kapłanem niż ja, ale czy muszę akceptować wszystko, co on mówi i czyni tylko dlatego, że jest moim współbratem w kapłaństwie? A jeżeli nie akceptuję, to znaczy, że go wykluczam z Kościoła? W swojej wypowiedzi w Gnieźnie miałem powiedzieć, że nie uważam pisma „Idziemy” za katolickie. Nie pamiętam dokładnie słów, jakich użyłem w ferworze dyskusji. Jeśli jednak tak powiedziałem, to powiedziałem za dużo – i przepraszam. Moja myśl była następująca: jeśli pismo redagowane przez ks. Zielińskiego głosi przesłanie takie, jakie wyraża artykuł wstępny redaktora naczelnego, to nie może to być pismo katolickie. To przekonanie podtrzymuję. Jednakże wiem, że na podstawie jednego artykułu, choćby to był artykuł redaktora naczelnego, nie można wysnuwać tak daleko idących wniosków – i dlatego przepraszam. Cała moja gnieźnieńska wypowiedź miała być wykrzyknikiem, że wkradło się w nasze chrześcijańskie życie coś, co się w chrześcijaństwie nie mieści, co

 69

Chrześcijanie – sól Europy?

Nikogo nie wykluczałem


B i l a ns

chrześcijaństwo rozbija, a ludzi wypędza z Kościoła. Plotka, inwektywa i pomówienie stały się chlebem powszednim, a na profanację świętości zamyka się oczy. Wszystko to – wiem dobrze – jest ludzkie, bo człowiek jest słaby i grzeszny. Problem w tym, że tym słabościom przyznaliśmy w Kościele „honorowe obywatelstwo”. Rezultat? Młodzi ludzie uciekają z takiego Kościoła, a nam się wciąż wydaje, że wypędza ich jedynie jakiś tam liberalizm i pęd do łatwego życia. Tomasz Wiścicki pisze, że moje stanowisko jest „dziwnie zbieżne ze stanowiskiem jednej ze stron politycznych sporów”. Podziwiam, Panie Tomaszu, Pańską przenikliwość. Jest dla wielu ludzi, i chyba dla Pana także, rzeczą oczywistą, że jeśli krytykuje się „Nasz Dziennik” albo marsze w obronie TV Trwam, albo księdza Zielińskiego – to dlatego, że służy się Platformie Obywatelskiej (jest się z nią „dziwnie zbieżnym”). Bo skąd duchowny, taki jak ja, mógłby mieć własny program życia, własne poglądy i własną wizję służby Kościołowi i Polsce? Wszystko ktoś podyktował…? To bardzo smutne, że tak myślą poważni ludzie. 2. W swojej polemice pisze o mnie Tomasz Wiścicki: „Filipikę przeciw upolitycznieniu ks. Zielińskiego uzupełnił równie emocjonalnie obroną niesprawiedliwie – zdaniem dominikanina – atakowanego rządu…”. Spróbuję na to odpowiedzieć i ostrzegam, że będzie emocjonalnie. Panie Tomaszu, nie jestem aż takim głupcem, abym nie rozumiał, że każdemu człowiekowi i każdej instytucji potrzebna jest rzeczowa krytyka. W Gnieźnie nie mówiłem o krytyce, nawet nie mówiłem o atakach na rząd – mówiłem o pluciu na Polskę budowaną w czasie ostatnich 20 lat i, owszem, także o pluciu na aktualny rząd. Mówiłem, że w niektórych środowiskach uciera się przekonanie, że im ktoś bardziej pluje na tzw. III Rzeczpospolitą i na rząd, tym lepszym jest katolikiem i większym patriotą. Dzisiaj widzę, że wyrażenie „plucie” jest zbyt łagodne. Są ludzie z pierwszych stron gazet, którzy całkiem poważnie mówią o „eksterminacji narodu polskiego”. Tę eksterminację ma przeprowadzać w zaplanowany z góry sposób rząd Tuska, przy wsparciu prezydenta Komorowskiego. Można by zlekceważyć takie głosy i powiedzieć: ci, co tak mówią, to wariaci, nie ma się czym przejmować. Ale dla mnie to nie jest takie proste. Na co dzień mam bowiem do czynienia z ludźmi (a jest ich nie tak mało), którzy autentycznie cierpią, niemal płaczą, że znowu utraciliśmy niepodległość. Są przekonani, że Polska została rozkradziona, bo rządzą nią złodzieje i wasale Rosji, właściwie zdrajcy. Ci ludzie są także przekonani, że scenariusz zniszczenia Polski został napisany przez nie-Polaków, a rząd Tuska gorliwie ten plan realizuje. Tak mówi wielu ludzi. Często pytam, skąd oni to wszystko wiedzą. Okazuje się, że sami tej doktryny nie wymyślili, nauczyli ich tego odpowiedni nauczyciele. Przeczytali o tym w gazecie i usłyszeli przez radio. Zadaniem duszpasterza jest przede wszystkim głosić, że Zbawicielem jest Jezus. Ale Dobrą Nowinę kierujemy do konkretnego człowieka, który bywa chory i psychicznie załamany. Dlatego sumienie nakazuje mi piętnować nauczycieli defetyzmu oraz proroków klęski i zdrady. Nie piętnuję krytyków rządu, którzy czynią

 70 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Po Zjeździe Gnieźnieńskim

to z troski o dobro wspólne. Staram się piętnować pieniaczy i cynicznych graczy, przystrajających swe poglądy sztafażem katolickim. Wyjaśniam też, że nie protestowałem przeciwko upolitycznieniu ks. Zielińskiego, co sugeruje Wiścicki. Rozróżniam bowiem poważną politykę od politycznego sekciarstwa. To, co czyni ks. Zieliński w swoim piśmie i szereg księży na ambonie, to nie jest polityka. Nie ma w tym żadnej politycznej wizji, a jedynie kiepskie stronnicze komentarze i agresja wobec nielubianych osób. A najgorzej, że nie ma w tym podejściu miłości nieprzyjaciół… 3. Mnie także brakowało na Zjeździe Gnieźnieńskim przedstawicieli związanych ze środowiskiem Radia Maryja i środowiskami radykalnie (nie mam innego określenia) katolickimi. W moim przekonaniu jednym z najważniejszych zadań w polskim Kościele jest „budowanie mostów” pomiędzy różnymi środowiskami. Pytałem niektórych organizatorów Zjazdu o to charakterystyczne pominięcie. Ktoś z nich odpowiedział mi mniej więcej tak: baliśmy się, że zamiast poważnych debat będzie „bijatyka”. Jednakże wydaje mi się, że powoli dojrzewamy… I mam nadzieję, że dojrzejemy do rzeczowego dialogu pomiędzy różnymi środowiskami w Kościele. Jednym z moich największych marzeń jest, aby przy jednym stole zasiedli tacy ludzie (wymieniam przykładowo) jak: o. Tadeusz Rydzyk, Halina Bortnowska, Tomasz Terlikowski, ks. Adam Boniecki, Wiesław Chrzanowski, Zbigniew Nosowski, przedstawiciele młodego pokolenia itp. Marzę, aby zasiedli przy jednym stole i – jak siostry i bracia, dzieci wspólnej Matki Kościoła – zechcieli mówić o swoich przekonaniach i swoich troskach, a nie tylko o błędach innych. Trzeba iść w tym kierunku, to bardzo ważny kierunek. Trzeba nad tym pracować. Kończąc, pragnę prosić, aby ci, którzy mnie osobiście zarzucają, że rozbijam Kościół, zechcieli uważnie przyjrzeć się temu, co mówię i co staram się czynić.

O. Ludwik Wiśniewski OP – ur. 1936. Dominikanin, rekolekcjonista, wieloletni duszpasterz akademicki w Gdańsku, Lublinie, Wrocławiu i Krakowie. Wspierał środowiska niepodległościowe, był kapelanem „Solidarności”. Współtworzył i wspomagał Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO), Komitet Obrony Robotników (KOR), Ruch Młodej Polski, Ruch Obrony Rolników. Po 1989 r. wyjechał do Petersburga odtwarzać dominikańską parafię św. Katarzyny. W 2005 r. wrócił do Lublina, gdzie założył szkołę odpowiedzialności obywatelskiej dla młodzieży pod nazwą Akademia „Złota 9”. Jest duszpasterzem Europejskiego Domu Spotkań – Fundacji Nowy Staw. W marcu nakładem Wydawnictwa Znak ukazała się książka Bożeny Szaynok Duszpasterz. Rozmowy z ojcem Ludwikiem Wiśniewskim.

 71

Chrześcijanie – sól Europy?

Ludwik Wiśniewski OP


W Galerii WIĘZI:  Mirosław Kowalski Mirosław Kowalski, ur. 1963:  kardiolog, doktor habilitowany nauk medycznych;  jeden z pionierów nowoczesnych technik diagnostyki ultra­dźwię­kowej serca; absolwent szkoły muzycznej w klasie fortepianu i akordeonu;   jesienią ukaże się jego książka, będąca zapisem podróży do krajów Sahelu (Mali, Burkina Faso, Niger);  swoje fotografie prezentował m.in. na indywidualnej wystawie Iran – spokojne spojrzenie. Uginająca się pod ciężarem owoców wiśnia w ogrodzie rodziców – to właśnie od jej zdjęcia wszystko się zaczęło. „Kiedy je wywołałem, zrozu­miałem – opowiada Mirosław Kowalski – jak niezwykłym medium jest fotografia. Zobaczyłem, że oprócz drzewa, które wprawiło mnie w zdumienie, sfotografowałem swoje własne uczucia. Kiedy więc przygoto­wy­wałem się do pierwszej dalekiej podróży, było jasne, że muszę za­brać ze sobą aparat fotograficzny”. Ściśle rzecz ujmując, były to dwa aparaty z dwoma niezależnymi obiektywami. Chociaż torba fotograficzna ważyła sporo, stanowiła niezbędny ekwipunek. „Uważam – opowiada Kowalski – że świat i każda kultura mają twarz żyjącego tam człowieka. Bez spojrzenia w tę twarz nie da się uchwycić klimatu odwiedzanego miejsca. Z czasem nabierałem coraz większej śmiałości w fotografowaniu ludzi”. Niektórzy twierdzą, że w fotografowanych osobach, w sposobie ich przedstawienia –odbija się autor zdjęć. „Początkowo w to nie wierzyłem – mówi Mirosław Kowalski – z czasem doszedłem jednak do wniosku, że to prawda. Patrząc na bohaterów swoich zdjęć, wiele dowiaduję się o sobie. Uruchamiają one również głęboko ukrytą pamięć emocjonalną – pozwalają na chwilę wejść w czas, który już minął”. Prezentowane w Galerii WIĘZI fotografie (s. 19, 29, 39, 49, 63) pochodzą z podróży do Etiopii i Jemenu, którą ich autor odbył w roku 2006 i układają się w cykl Twarzą w twarz.

 72 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Krzysztof Bieleń

Z dziennika niedowiarka

Jak strasznie się rozrosły te irgi i żywotniki, aż mi się samemu nie chce zbytnio wierzyć, że to naprawdę te same (szkoda, że mistrz tego nie dożył). A dzień dziś bezsłoneczny, zaczyna mżyć, więc tym żywiej z dziedzińca wchodzę do podziemi (niby z dzieła w czerwieni do dzieła w czerni), by obejrzeć tutejsze obrazy. Lubię tu ten pejzaż, w który wchodzi Jonasz w czerwonym płaszczyku, wychodząc z paszczy wieloryba, jak i ten, w którego sennym tle latarnik zapala latarnię, bo lepiej rozumiem to, co Leonardo radzi niedowiarkom: Jeśli już malować obraz, to w dni bezsłoneczne, gdy blade światło sączy się spomiędzy niskich chmur i pada drobny deszcz.

 73


K r z y sz t o f B i e l e ń

List VI

Z cyklu Listy do brata swego Bracie, pomyśl, że jeszcze w zeszłym roku o tej porze mniej więcej wylegiwałem się na francuskich plażach, wierząc, że nie brak mi niczego i że Pan mym pasterzem, aż tu nagle znalazłem się w mieście urodzin Gertrudy, tej świętej, i Marcina Lutra, pracując jako hydraulik, polski hydraulik – a mówiąc górnolotnie – hydraulik ze wschodu, w obliczu którego (co raczej nietrudno dostrzec) tubylcy wolą zachować czujność i rezerwę; no bo skąd wiadomo, co takiemu w głowie czy za skórą siedzi. I co do mnie, mają świętą rację, bo już z dawien dawna czuję się wszędzie jak ten ścigający-ścigany, Korotkow-Kołobkow, mój dobry znajomy, Rosjanin. Ale dość obsesji; sypiam w pięknej willi, w suterenie, do której wchodzi się po schodkach w dół, od strony ogrodu; poza mną śpią tu tylko młodzi Niemcy, ze wschodu, z tych gorszych Niemiec, lecz ubrani schludnie, chłodno grzeczni, z rezerwą; w rozmowie ze mną pewni swego niemieckiego; ale nie o tym, bracie, pisać chcę, a o tym, że przybłąkał się tu pies (zwę go Argos), łasi się do mnie; karmię go czasem, śpi na wycieraczce, jakby mnie strzec chciał przed czymś. I ciekaw jestem, czy gdybyś zobaczył jego oczy, to pomyślałbyś, że mógłby to być krewny tego ostatniego kantysty w nazistowskich Niemczech, który zjawił się w leśnym obozie dla żydowskich jeńców (o czym pisał Lévinas)? Bo ja myślę już tylko o wyjeździe do krain, gdzie pośpiech i podnoszenie głosu są nierozumne. Wezmę z sobą te beduińskie sandały, prezent od nomadów, poznanych w zeszłym roku w drodze do Damaszku.

 74 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


K r z y sz t o f B i e l e ń

Odpryski frontowych widoków

Późnym popołudniem, gdy żar słońca przygasa, to miasto, osiadłe na kamiennym płaskowyżu, przecięte korytem rzeki, która okresowo zjawia się tu i znika, mimo że oblegane z coraz większą mocą przez wydmy i ogień ochoczych wybawców, zaczyna odżywać. Z półcienia wychodzą kobiety, by wypić herbatę, posiedzieć, odwrócić odruchowo głowę w stronę poszczekiwania, skąd wiatr niesie zapach krwi, traktowanej tu jako towar, łatwiej dostępny niż woda czy kępka trawy. Tu jedynie papier ma się dobrze, może leżeć wieczność i nawet nie żółknie, dzięki suchemu pustynnemu powietrzu. Pod wieczór, gdy zaczynają gaworzyć paleniska; starcy wspominają czas wypasów i suszenia cegieł.

Krzysztof Bieleń – ur. 1967 r. w Kolbuszowej, studiował slawistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Debiutował tomem Roztwór nienasycony; ostatnio wydał Wiciokrzew przewiercień. Mieszka w Jaśle.

 75


Jerzy Sosnowski

Kryjówka na górze Tabor

Na cztery lata przed swoją śmiercią Rafael Santi przyjął zamówienie na obraz, który dziś uznaje się za jego artystyczny i duchowy testament. To Przemienienie Pańskie, namalowane dla kardynała Giulia Medici, które można dziś oglądać w watykańskiej Pinakotece. Płótno dzieli się wyraźnie na część górną, rozjaśnioną nieziemskim, niebieskawym światłem, oraz dolną, ciemniejszą, gdzie kłębi się tłum. Trudno nie myśleć o popularnym wówczas neoplatonizmie i platońskiej koncepcji, odróżniającej świat idei, istniejących naprawdę, od otaczającego nas świata pozorów. Tam, na wzgórzu, Jezus w rozwianej, białej szacie unosi się, rozkładając ręce – w ten sposób malarze przedstawiają Go zazwyczaj w scenie Zmartwychwstania lub Wniebowstąpienia. Po Jego prawej ręce lewituje Mojżesz, obejmujący troskliwie tablice z Przykazaniami, po lewej – Eliasz z księgą. Na skale leżą Piotr, Jan i Jakub: jeden z nich, z nogami okrytymi żółtym płaszczem, który spadł mu z ramion, próbuje jeszcze spoglądać na niezwykłe widowisko nad sobą, częściowo tylko przesłaniając wzrok; inny uczeń spuścił już oczy; trzeci bije pokłon z twarzą ku ziemi. Zastanawiają trochę dwie postaci przy lewej krawędzi obrazu: schronieni pod drzewem modlą się, pierwszy z rozłożonymi rękami, jakby pokazywał stygmaty, drugi z dłońmi złożonymi – ale obaj patrzą. Dla amatora malarstwa (to znaczy: dla nieprofesjonalnego miłośnika) miejsce, które widać, zdaje się znane; kształt płaskiego głazu, okolonego drzewami, na którym wszystko się rozgrywa, przypomina bowiem Parnas z fresku Rafaela, sporządzonego kilka lat wcześniej w watykańskiej Stanza della Segnatura. Jakby Przemienienie dokonało się na tym samym wzgórzu, gdzie wokół Apolla i muz gromadzili się kiedyś literaci, wszyscy teraz przepędzeni potężniejszą od nich mocą. Może tych dwóch ludzi z boku to ostatni z uciekających, którzy obejrzeli się i dali uwieść prawdziwej boskości? Kryjówka czy scena

Ewangelia mówi, że Jezus zabrał swoich trzech uczniów „i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno” (Mt 17,1). Na obrazie, który staram się opowiedzieć (czyli

 76 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Kryjówka na górze Tabor

1 Por. Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Najnowszy przekład z języków oryginalnych z komentarzem, oprac. Zespół Biblistów Polskich z inicjatywy Towarzystwa Świętego Pawła, Częstochowa 2011, s. 2351 (komentarz do Mt 27,51–53)

 77

Forum

w linearnej narracji zdać sprawę ze wszystkiego, co na płótnie dzieje się naraz – zamiar nieosiągalny), w bezpośredniej bliskości wydarzenia na górze tłoczy się kilkunastu ludzi, stojących u podnóża skały, jak pod estradą. Widać ich pomieszanie – wielu z nich nie patrzy w ogóle w stronę Chrystusa, jakby Go nie zauważali, skupieni na omdlewającym młodzieńcu, którego podtrzymuje osłupiały najwyraźniej mężczyzna w długiej, zielonej koszuli. Niektórzy wskazują rękami zdumiewające zjawisko powyżej, gesty innych są chaotyczne lub kierują uwagę na owego młodzieńca; tego oślepiła chyba jasność szat przemienionego Pana. W rogu po lewej siedzi jakiś człowiek z grubą księgą – Ewangelista? – i gwałtownym ruchem wyciąga dłoń do widza, jakby mówił: zatrzymaj się, popatrz, tu dzieje się coś nadzwyczajnego. Choć i on patrzy na chłopca, nie w górę. Wydaje mi się, że przedstawienie tej sceny jest bardzo charakterystyczne – i że jego styl odcisnął się na wiele stuleci w katolickiej wyobraźni, bodaj mocniej niż ilustrowany przezeń tekst z Nowego Testamentu. Przemienienie jest spektakularne, wstrząsające. Ma licznych świadków, niektórych aż pozbawia na chwilę świadomości. Gdyby obrazy opatrywać dźwiękiem – nieraz, chodząc po muzeach, nucę cicho jakieś melodie, których mi brakuje – tu należałoby nagrać hurgot piorunów, tutti orkiestry symfonicznej w pełnym składzie, z kotłami, talerzami i podwójną sekcją dętą, a może wręcz dołożyć jeszcze jazgot kilku elektrycznych gitar i syntezatorów. I potężny, podwójny chór mieszany, jak w Requiem György’a Ligetiego. Oto moc Pańska się objawiła! Tego typu wyobrażenia towarzyszyły mi od dzieciństwa. Gwiazdę, która prowadziła Mędrców do Betlejem i tam się zatrzymała, przedstawiałem sobie jako ogromną kometę, jarzącą się oślepiająco nad samym dachem stajenki. O chwili Ukrzyżowania opowiadała z kolei pieśń: „Zasłona się potargała, ziemia rwie się, ryczy skała…”, z pozoru zgodnie ze słowami Ewangelii, choć współczesny komentarz zwraca uwagę, że wzmianki u Mateusza o trzęsieniu ziemi i otwieraniu się grobów, z których wyszli zmarli, spotykani potem jakoby na uliczkach Jerozolimy, to elementy gatunku literackiego – apokalipsy1. Równie gwałtowne obrazy niósł śpiew wiernych o Zmartwychwstaniu: „Bóg wszechmocny, Bóg natury, wyższy nad wszystkie twory. Wstaje z grobu, kruszy mury, nie ma żadnej zapory”. Znów „ziemia się trzęsie, straż się grobu miesza, Anioł zstępuje…” Nic dziwnego, że „naród niewierny trwoży się, przestrasza”. Cała przyroda świadczy o nadzwyczajności wydarzeń, jej porządek zostaje zaburzony, toteż życie społeczne w wyniku tak efektownych wstrząsów – dowodów nadnaturalnej mocy Syna Bożego – ulega porażeniu. Dopiero po wielu latach zacząłem się zastanawiać, jakim wobec tego cudem pozostali wówczas w Ziemi Świętej jacyś niewierzący w boskość Chrystusa?


J e r z y S o sn o w s k i

Dziś myślę, że to wszystko odbyło się inaczej: po cichu. Mimochodem. Na marginesie Ważnych Wydarzeń, które ambarasowały przed dwoma tysiącami lat poważnych mieszkańców Galilei czy Judei, szedł sobie w gronie uczniów jeden z wielu przecież, w tamtej epoce, wędrownych nauczycieli. Do odmalowania Jego Przemienienia, Śmierci i Zmartwychwstania potrzebna byłaby konwencja wzięta z Bruegelowskiego Ikara. Dobra Nowina była nowiną dyskretną. A ta świadomość uderzyła mnie, kiedy dotarłem na górę, gdzie według tradycji dokonało się Przemienienie. Będąc pierwszy raz w Izraelu, nie miałem najmniejszej szansy wyjechać poza mury Jerozolimy, podczas tej podróży służbowej było aż nadto do zrobienia na miejscu. Myślałem o górze Tabor i obiecywałem sobie, że za następnym przyjazdem muszę do niej dotrzeć – co się udało – przy czym w wyobraźni szczyt ten to malał mi, to rósł. A przecież jest ważne, czy Jezus wziął wybranych trzech uczniów na spacer, jak na Górę Parkową w Krynicy, czy na wyprawę jak na Mont Blanc. „Z dala od ludzi” (określenie z Ewangelii według św. Mateusza i św. Marka) znaczyłoby w tych przypadkach coś zupełnie innego: kilka kroków, żeby tylko znaleźć się, jak to by ujęto w sztuce teatralnej, „na stronie”? Daleko, ale jednak w zasięgu wzroku pozostałych? Jeszcze dalej – w niedostępnej głuszy? Wędrowcy odeszli, żeby się ukryć, czy żeby dało się ich widzieć z oddali (cztery drobne sylwetki, a choćby jaskrawą poświatę Przemienienia)? Jezus szukał dla nich kryjówki czy sceny? Kiedy wreszcie kilka lat temu dojechałem na miejsce z przyjaciółmi, zobaczyłem wzniesienie, przypominające nieco wielkością i kształtem Połoninę Wetlińską. A zatem: kilka dobrych godzin marszu. W skwarny dzień, dość stromo pod górę (dziś na szczyt prowadzi serpentynami szosa). Kamieniste zbocza, rachityczne krzaki, kaktusy, nieznane mi z nazwy drzewka o grubych liściach – roślinność wytrzymująca żar, który leje się tu z nieba bez chmur. Pustkowie na uboczu, miejsce, którego nikt nie odwiedza bez konieczności. Cisza. Podnóże góry skrywa się za załomami skał. Może jechał nieopodal jakiś wieśniak na wózku zaprzężonym w osiołka, zobaczył grupę uczniów, pozostawionych na dole, koczujących w cieniu, rozmawiających leniwie – i ani jemu, ani im nie przyszło z pewnością do głowy, że kilkaset metrów wyżej dzieje się coś niesłychanego. Pod wieczór wrócił Jezus i tamci trzej, wybrani. Nauczyciel pewnie zamyślony, zmęczony, ale pogodny. Tamci dziwnie małomówni, czymś oszołomieni. „No i co, jak było?” „Aaa, daj lepiej bukłak, suszy człowieka po takim marszu”. „Ale coś wam powiedział, coś pokazał?” Porozumiewawcze spojrzenia, wzruszenie ramion. „Takie tam… Lepiej Go słuchajmy, to nie jest tylko rabbi”. Przecież zabronił im mówić, zresztą pewnie nie umieliby tego ubrać w słowa. No bo co powiedzieć: że zaczął świecić? Że zobaczyli Mojżesza i Eliasza? Że Piotr wybełkotał coś bezsensownego, a tamci się przestraszyli bardziej, niż to wypada mężczyznom? Że usłyszeli głos z nieba? To uderzające, że Jezus po najbardziej niewiarygodnych, nieprawdopodobnych czynach prosi, żeby o tym nie rozpowiadać. Zależy mu na dyskrecji, na ciszy, nie na gromach i plotkach, obiegających całą ziemię Izraela, do których każdy pośrednik doda jeszcze coś od siebie, wkrótce wypaczając do reszty ich sens. Nikt nie ma

 78 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Kryjówka na górze Tabor

zostać zniewolony do zaufania, decyzję powinno się podjąć na podstawie najbardziej kruchych przesłanek. Samo Jezusowe przesłanie może być prawdą, a może nią nie być, i teraz czyń, co tobie wydaje się słuszniejsze. „Szczęśliwi ci, którzy nie zobaczyli, a uwierzyli” (J 20,29). Światło niosące cień

Jeśli nie zaznaczono inaczej, cytuję wg wydania: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Najnowszy przekład z języków oryginalnych z komentarzem, dz. cyt.

2

 79

Forum

Ale ci trzej jednak coś ujrzeli. Próbuję to sobie wyobrazić: tę żmudną wędrówkę pod górę, za Mistrzem, który nie wyjaśnił, czego mają się spodziewać. Po prostu powiedział: „Ty i ty, i jeszcze ty – chodźcie ze mną. Proszę” (zdaje mi się, że musiał tak kończyć każde polecenie, patrząc życzliwie w oczy, ale z naciskiem). I oni poszli. Marsz po stromym zboczu odcina oddech, więc zapewne nie chciało im się rozmawiać. Może tylko jakieś ulotne żarty, rzucane podczas postojów; Jezus uśmiecha się pod nosem, w końcu pyta: „To co, odpoczęliście? No to w drogę”. I rusza znowu, starannie odmierzając kroki. Uczniowie za nim bo nie są pewni, dokąd idą. Wreszcie stromizna się kończy, wyłażą na płaski grzbiet. Jeszcze chwila, jeszcze nie teraz. Chyba dziwna przemiana Jego postaci nie nastąpiła tak, ni z tego, ni z owego, zaledwie przystanęli na szczycie? Autor Ewangelii według świętego Łukasza jako jedyny wspomina, że Jezus zaczął się tu modlić, podczas gdy uczniowie, umęczeni wędrówką, zadrzemali (i obudziła ich dopiero obecność dwóch mężczyzn, przybyłych nie wiadomo skąd). Mateusz i Marek o tym nie wspominają. Tak czy tak, w pewnej chwili „Jego twarz zajaśniała jak słońce. Jego ubranie stało się białe jak światło. Wtedy ukazali się im Mojżesz i Eliasz, którzy z Nim rozmawiali” (Mt 17,2–3)2. Ktoś kiedyś zwrócił mi uwagę, że ta rozmowa Jezusa z dwiema najważniejszymi postaciami judaizmu to jeden ze znaków, by ­chrześcijańsko-żydowskie spory traktować jako pożałowania godne nieporozumienie, nie zaś realizację zamiarów Boga. O tej sacra conversazione opowiada przy tym nie tylko Mateusz, który napisał swoje dzieło, żeby przekonać do chrześcijaństwa Izraelitów, ale również pozostali dwaj autorzy. Mojżesz i Eliasz są wprowadzeni w misję Syna Człowieczego, wiedzą o tym, co musi się wydarzyć w Jerozolimie. W końcu Piotr odzywa się: „Panie, dobrze, że tu jesteśmy. Jeśli chcesz, postawię tutaj trzy namioty: jeden dla Ciebie, drugi dla Mojżesza i trzeci dla Eliasza” (Mt 17,4). Wtedy spłynął na wszystko obłok i rozległ się głos: „On jest moim Synem umiłowanym, którego sobie upodobałem. Jego słuchajcie!” (Mt 17,5). Uczniowie upadli przerażeni, kryjąc oblicza – wiedzieli przecież, że oglądanie Boga twarzą w twarz może przynieść śmierć – a gdy unieśli wzrok, nie było już ani Patriarchów, ani obłoku, sam tylko Jezus pomagał im podnieść się z piasku. „No już, nie bójcie się. I nikomu o tym nie mówcie, aż wstanę z martwych”. Więc całą drogę powrotną mieli o czym dyskutować:


J e r z y S o sn o w s k i

co, u licha, znaczy „wstać z martwych”? Jakby rzeczywiście to było najdziwniejsze. Aha, Łukasz wspomina, że pytali także, schodząc z góry, o znaczenie powtórnego przyjścia Eliasza – zwłaszcza że potem zniknął. A pobożni Żydzi wierzyli, że pojawi się wraz z Mojżeszem u kresu czasów. Czy zatem koniec świata nastąpił – a oni idą dalej, jak gdyby nigdy nic? Koniec świata nie nastąpił, ale kresu świata uczniowie chyba dotknęli – bo wydaje mi się, że tak należy rozumieć jedno nierzucające się w oczy zdanie z całej tej sceny, jeśli je przeczytać po grecku. Nie chcę sugerować, że moja bardzo skromna znajomość tego języka jest większa niż naprawdę. Dla decyzji tłumaczy, które zamierzam na chwilę uchylić – unieść, zaglądając pod spód – na pewno istnieją poważne argumenty i to, co teraz napiszę, być może daje się usprawiedliwić jedynie jako uwaga natury… poetyckiej. Ale kto wie, czy poetycka lektura Biblii nie jest jedną ze ścieżek, do których mamy prawo, które dokądś prowadzą. Otóż zdanie, które mam na myśli, brzmi w oryginale „ἰδοὺ νεφέλη φωτεινὴ ἐπεσκίασεν αὐτούς” (idu nefele foteine epeskijasen autus), co znaczy dosłownie „oto chmura świetlista ocieniła ich”3. W polskich przekładach brzmi ono inaczej: w Biblii Tysiąclecia – „oto obłok świetlany osłonił ich”, w Biblii Poznańskiej – „okrył ich świetlisty obłok”, w edycji wydawnictwa Świętego Pawła – „zasłonił ich świetlisty obłok”. Ale „zasłonić” czy „przesłonić” to po grecku καλύπτειν (kalyptein), περικαλύπτειν (perikalyptein) lub συγκαλύπτειν (synkalyptein); z kolei „okryć” to znów καλύπτειν, ewentualnie καταπεταννύνσι (katapetannunsi). Natomiast czasownik ἐπισκίαζειν (episkiadzein), którego użyto w opisie wydarzeń na górze Tabor, zawiera bez wątpienia słowo σκίά (skia), „cień”. Czasownik ten poza trzema (tzn. wszystkimi!) wersjami tej sceny – u św. Mateusza, Marka oraz Łukasza – pojawia się w Nowym Testamencie jeszcze w dwóch miejscach. Raz u św. Łukasza (Łk 1,35), gdy w czasie Zwiastowania Archanioł zapowiada Maryi, że „moc Najwyższego ocieni cię” – w polskich tłumaczeniach mamy tu konsekwentnie: „osłoni cię” – a także w Dziejach Apostolskich, w których czytamy, że „na ulice wynoszono chorych (…), aby na któregoś z nich padł c h o ć c i e ń przechodzącego Piotra” (Dz 5,15; podkreślenie moje). Naturalnie należy pamiętać o specyfice klimatu, w którym język grecki powstał i był używany. Gdy pali słońce, cień staje się dobrotliwy, pożądany i chyba nie bez przyczyny słowo, które go opisuje, wydaje się przypominać inne, oznaczające „namiot” (σκηνή, skene). Stąd powiedzenie, że chmura osłoniła lub okryła apostołów (jak namiotem; zresztą do wspomnianych przez Piotra namiotów jeszcze powrócę) – to powiedzenie zatem umieszczone zamiast zdania, że ich ocieniła, zgodne jest na pewno z duchem języka oryginału. Również Moc Najwyższego otula Maryję z najwyższą troską, jak gdyby zamierzała ją ochronić przed okrutnym żarem palącego dnia.

Korzystam z wydania: Grecko-polski Nowy Testament, wydanie interlinearne z kodami gramatycznymi, tłum. R. Popowski, M. Wojciechowski, Warszawa 1994, oraz z: R. Popowski, Wielki słownik grecko-polski Nowego Testamentu, Warszawa 2006 (wyd. IV poprawione).

3

 80 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Kryjówka na górze Tabor

A jednak w obydwu tych przypadkach natchnieni autorzy sięgnęli po inny czasownik, nie: „osłonić”. Maryja znalazła się w cieniu mocy Najwyższego, a świetlisty obłok, chmura światła – ocieniła uczniów oglądających Przemienienie ich Mistrza. Jak ἐπισκίαζειν zawiera rzeczownik σκιά, tak epitet chmury – φωτεινός (foteinos) – przynosi na miejsce spotkania wyraz φῶς, w dopełniaczu: φωτός (fos, fotos) – światło. W istocie przymiotnik ów bywa tłumaczony jako: jaśniejący, pełen światła, oświetlony. Więc światło spotyka się w tekście z cieniem. Intryguje mnie to, choć oczywiście nietrudno wyobrazić sobie samo zjawisko – w czasie podróży lotniczej nieraz widzi się obłoki odbijające światło słońca, wewnątrz których, gdy samolot w nie wleci, robi się ciemno. Z drugiej strony dobrze jest pamiętać, że świetlista chmura, która objęła Jezusa z uczniami oraz z Mojżeszem i Eliaszem, chyba nie fizycznemu słońcu zawdzięczała swój blask… Ale nawet nie o to mi teraz chodzi, nie o obraz, lecz o opis. Uderza bowiem językowy kształt sceny, jakby eksponujący – przez sam dobór słów – zderzenie przeciwieństw, sugerujący oksymoroniczność sytuacji. Świetlistość ocieniła ich… Nieopodal rozbrzmiewa późniejszy o dziewiętnaście stuleci tytuł tomiku Tadeusza Micińskiego W mroku gwiazd. Blask ściemniał (a ogień zakrzepł, bo ma granice Nieskończony). Dla wyrażenia tego, czego doświadczyli uczniowie, słowa są nieporęczne, nieustawne: nieomal słychać, jak ich brzegi ocierają się o siebie, jak napierają i miażdżą się wzajemnie; ich więźby, ich sensy – trzeszczą. Dotarliśmy do samej granicy ludzkiego języka. Ufać coraz mądrzej

Świadomość, co to oznacza, przebijała się stopniowo w nauczaniu Ojców Kościoła, żeby w końcu rozjarzyć się w olśniewającym tekście anonimowego autora z przełomu V i VI wieku, ukrywającego się pod pseudonimem Dionizego Aeropagity. Mam na myśli oczywiście jego Teologię mistyczną. „O Trójco, ponad substancją i ponad Boskością, i ponad dobrem!” – zaczyna on swój traktat, liczący, mówiąc nawiasem, wszystkiego osiem stron; gdyby przeliczyć siłę myśli na jednostkę tekstu, nie ma on chyba równych w dziejach piśmiennictwa religijnego.

Pseudo-Dionizy Aeropagita, Pisma teologiczne, tłum. M. Dzielska, Kraków 2005, s. 325.

4

 81

Forum

Przewodniczko chrześcijan w boskiej mądrości, prowadź nas w górę, ponad niewiedzę i światło, na najwyższy szczyt tajemnic Pisma, gdzie proste, czyste i niezmienne misteria teologii k r y j ą s i ę w   w y ż s z e j n a d ś w i a t ł o c i e m n o ś c i niezgłębionego milczenia, k t ó r a p ł o n i e n a j ś w i e t n i e j s z y m ś w i a t ł e m w   n a j w i ę k s z e j m r o c z n o ś c i i będąc całkowicie nieuchwytną i niewidzialną, nieskończenie napełnia n i e w i d o m e i n t e l e k t y b l a s k a m i przekraczającymi każde piękno (podkr. moje – JS)4.


J e r z y S o sn o w s k i

Powtórzę, żeby nie było złudzeń, co mówi między innymi przytoczony cytat: że wyższa nad światło ciemność płonie światłem w mroku i będąc niewidzialną, napełnia niewidome umysły blaskiem. Każdy czytelnik, zadomowiony w świecie i w języku, który pozwala ów świat opisać, ma prawo zareagować oburzeniem. Tak się demontuje sensy i w efekcie niszczy ludzką mowę, ten boski dar odróżniający nas od zwierząt. Zgadzają się tu związki składniowe, lecz składnia łączy już tylko puste dźwięki, wypatroszone truchła słów. Martwe skorupy można będzie odtąd zestawiać w dowolny sposób, nic bowiem nie znaczą (narzeka racjonalista). „Ciemność płonie światłem w mroku”? A czemu nie: „Błękit czernieje cieniem w niebieskości”? Lub zgoła: „Kalejdoskop łyka paczkę w przeręblu”? (Te ostatnie wyrazy wylosowałem właśnie, otwierając na chybił trafił Grę w klasy Cortazara, leżącą akurat na moim biurku). Zgoda, to rzeczywiście jest zaplanowana destrukcja języka, prowadząca zresztą konsekwentnie do milczenia, ponieważ – jak objaśnia autor Teologii mistycznej – „gdy wstępujemy (…) do tego, co wznosi się ponad wszystkim, słowo pomniejsza się w miarę wstępowania, by u kresu całkowicie zamilknąć i w pełni zjednoczyć się z Niewysłowionym”5. Przekonanie bowiem, że język, ten zmierzający do precyzji środek komunikowania się wewnątrz naszego świata, może opisywać także to, co poza ów świat wykracza, stanowi skrajny wyraz ludzkiej pychy, a przy okazji profanację. Zmyleni faktem, że każdemu wyrazowi możemy przydać definicję, posługujemy się wyrazem „Bóg”, jakby mieścił się on między „bobrem” a „bojem” (sąsiadujące z „Bogiem” hasła w Wielkim słowniku polsko-angielskim), w tym samym szeregu słów zrozumiałych, uchwytnych. Wypowiadamy o Nim twierdzenia, budujemy sylogizmy, alternatywy, implikacje… Siatka zdań jest coraz gęstsza i w miarę, jak coraz lepiej rozumiemy, jakie są ich wzajemne relacje logiczne, coraz mniej widzimy, co im się wymyka, co się znajduje poza nimi. W dodatku zaś – Pseudo-Dionizy przeczuwał to raczej, bo przecież nie mógł znać teorii, które przyniesie nowożytność, a w całej pełni czasy ponowożytne – zdania nasze, choćbyśmy o ich prawdziwości byli najgłębiej przekonani, powstają nie tylko zgodnie z regułami gramatycznymi, omawianymi w szkole, ale i zgodnie z normami wyższego rzędu, określającymi cechy dobrze skonstruowanych akapitów, poprawnie skonstruowanych tekstów, i pozwalającymi w efekcie odróżniać wypowiedzi sensowne, to jest mieszczące się w historycznie uwarunkowanych paradygmatach, od bezsensownych, to znaczy wykraczających poza przyjętą w epoce episteme. Jako podmioty mówiące, istoty próbujące opisać świat, jesteśmy zdeterminowani przez jego logikę, gdyż on nas najpierw ukształtował, nauczył mówić i myśleć. On, świat, w swoim historycznie zmiennym kształcie. Właśnie dlatego teologia w tej mierze, w jakiej zagubiła intuicje Pseudo-Dionizego, została wystawiona na pastwę mistrzów podejrzeń. Rzecz jasna, o teologii apofatycznej (negatywnej), którą ośmiostronicowy traktat ufundował, wspomina każdy szanujący się uczony w piśmie. Tylko Tamże, s. 330.

5

 82 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Kryjówka na górze Tabor

jednak obronnie, gdyż póki nie zostanie zaatakowany, wyrokuje z przekonaniem o tym, co zaświatowe. Czy jednak nie jesteśmy ludem Księgi? Czy jako chrześcijanin nie powinienem ufać słowu, które objawił nam Bóg za pośrednictwem swoich natchnionych pisarzy? I czy nie wierzymy, że nasza wspólnota obdarzona jest łaską asystencji Ducha Świętego – przynajmniej od czasu do czasu? Gdyby mi się zdawało, że znam odpowiedzi na te pytania, może uległbym pokusie samozwańczego nauczania, zwiększając i tak już wystarczający zamęt wokół i wewnątrz mnie. Ale tej odpowiedzi nie znam – i na szczęście wiem o tym – więc mogę się tylko zwierzać z rozmaitych myśli, które mnie nawiedzają, gdy uda mi się (niekiedy) odepchnąć bieżące sprawy, „cały ten kurz, tłuszcz miasta” i usiąść nad Biblią, jak nad tym fragmentem o Przemienieniu na górze. Mam wrażenie, że z biegiem stuleci zaufanie wierzących do Pisma Świętego zmieniało wyraz, że ufamy Pismu coraz mądrzej. Kiedyś ludzie byli przekonani, że ufność polega na literalnym trzymaniu się zawartych tam treści, dopiero potem sięgnęli po hermeneutyczną lekturę Biblii, zaczęli uwzględniać użyte w niej konwencje i gatunki literackie, a także doczesny horyzont poznawczy autorów, poprzez których, z poszanowaniem ich wolności i swoistości, przemawia do nas Bóg. To, co transcendentne, i to, co immanentne, wymieszane zostało w obydwu Testamentach; Niewypowiadalne przenika się z wypowiadalnym i przez nie prześwieca, to podprowadzając czytelnika ku temu, czego już nie daje się ogarnąć, to dając mu wypocząć; a nieraz widać, jak natchniony pisarz sam zmaga się z granicą, którą z taką mocą wyznaczył Pseudo-Dionizy. Obmacywanie Tajemnicy

Zwrócono mi kiedyś uwagę na fascynujący pod tym względem początek Pierwszego Listu świętego Jana. W najnowszym przekładzie brzmi tak:

To piękny tekst. Zdania są krótkie. Stopniowo podprowadzają czytelnika do zrozumienia zamiaru, dla którego je ułożono. Tylko że w oryginale to jest jedno (!) zdanie, groteskowo długie, w którym autor chce wypowiedzieć wszystko równocześnie, rujnując wprawdzie nie słownik, ale gramatykę koine, jakby Objawienie wytwarzało ciśnienie zbyt silne dla ludzkiej mowy. Przytaczam za wydaniem interlinearnym:

 83

Forum

Piszemy wam o tym, co było od początku. O tym, co słyszeliśmy i widzieliśmy na własne oczy, co oglądaliśmy i dotykaliśmy własnymi rękami – o Słowie Życia. To życie się objawiło i myśmy je widzieli i o nim świadczymy. Głosimy wam życie wieczne, które jest u Ojca, a nam zostało objawione. To, co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy, głosimy także wam, abyście i wy trwali z nami w łączności (1 J 1,1–3).


J e r z y S o sn o w s k i

Co było od początku, co usłyszeliśmy, co zobaczyliśmy oczyma naszymi, co ujrzeliśmy i ręce nasze obmacywały, o Słowie życia; i życie uczyniło się widocznym, i zobaczyliśmy i zaświadczamy i oznajmiamy wam życie wieczne, które było przy Ojcu i uczyniło się widocznym nam; co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy, oznajmiamy i wam, abyście i wy wspólnotę mieli z nami6.

To nie jest nieumiejętność, ponieważ później powraca normalny tok zdania, pojawiają się klarownie wyłożone wskazania moralne – to tylko początek brzmi jak słowa człowieka obudzonego naraz z proroczego snu, oderwanego niespodziewanie od rozmowy z Bogiem, półprzytomnego w chwili przejścia. Jakby autor przez moment nie pamiętał, że mowa ludzka, pewnie inaczej niż mowa aniołów, pozostaje linearna i że reguł języka nie daje się naginać bez końca. I jeszcze ta zmysłowa dosadność: „nasze ręce obmacywały” Tajemnicę! Jesteśmy już blisko granicy światów, gdzie kończą się możliwości dekonstrukcji, sceptycyzmu, redukcjonizmu, nieraz zresztą trafnych, choć innym razem składających zbyt zuchwałe obietnice. A na samej krawędzi milczenia rozbrzmiewają jeszcze zaprzeczenie, paradoks i oksymoron, te dreszcze zamierającego organizmu języka, który w zwykłych warunkach pozwala nam przecież porozumiewać się, opowiadać i pytać, rozkazywać, a także kłamać, gdy słowo widomie nie zgadza się z uchwytnym stanem rzeczy. Oksymoron – jak w  ś w i e t l i s t e j chmurze, która o c i e n i ł a uczniów na górze Tabor. Paradoks – jak w okrzyku „Boże, czemuś mnie opuścił?” w ustach umierającego Boga wcielonego. Jak w scenach nierozpoznawania i zaraz potem rozpoznawania Jezusa po Zmartwychwstaniu. Jak w Zmartwychwstaniu samym – tym najradykalniejszym zaprzeczeniu, bo jest to zaprzeczenie samej śmierci. W świat wkroczyła siła, która zakłóciła porządek i (przeraźliwą) logikę rzeczywistości; nakazała nam nadstawiać drugi policzek, obiecała, że ostatni będą pierwszymi i że kto chce żyć, musi umrzeć. Biblia to dla mnie ślad uczynionego przez nią wyłomu, a raczej ludzką ręką uczyniony ślad tego śladu. Nabrzmiewanie ściany, dzielącej ten i tamten świat w Starym Testamencie – i pęknięcie, rana Nowego. To oczywiste, że jako ludzie reagujemy po ludzku na to Wydarzenie, więc także pisząc, a potem pisząc i mówiąc o tym, co napisano. Ale ten akurat święty tekst wskazuje poza siebie, poza to, co nas otacza. W tym może sensie pozostaje miejscem mediacji między tym, co ludzkie – więc poddające się krytyce, interpretacji i również, czemu nie, podejrzeniom – a tym, co boskie. Cokolwiek epitet „boskie” znaczy. Gdyż kontynuator teologii apofatycznej Pseudo-Dionizego, Anioł Ślązak pisał: Nikt nie wie, kim jest Bóg; ni światłem, ni jednością, Ni duchem, ni prawdą, ni Jednią, ni tym, co zowią boskością, Ni mądrością, ni rozumem, ni miłością, ni dobrocią, ni wolą, Ni rzeczą, ni nie-rzeczą, ni sercem, ni istotą.

Grecko-polski Nowy Testament, wydanie linearne z kodami gramatycznymi, dz. cyt.

6

 84 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Kryjówka na górze Tabor

Jest tym, co ty i ja i wszelkie stworzenie odkryje, Tylko wtedy, gdy stanie się tym, czym On sam żyje7.

[Chwila ciszy:]

Wracam na górę Tabor, bo teraz chyba widać dopiero, z czym zostali skonfrontowani uczniowie. I co na to odpowiedzieć? Bo przecież odpowiedzieć jakoś wypada. Dziwnie wygląda tych kilka linijek, pozostawionych bez jednej litery; pusta kartka, milczenie są zbyt enigmatyczne i póki jesteśmy między sobą (a tam, na górze, było, licząc z Mojżeszem i Eliaszem, sześć osób), raczej mówimy, niż nie odzywamy się w obliczu zaskakujących zdarzeń. Toteż Szymon Piotr się odezwał. A jego wypowiedź zdradza, tak mi się wydaje, coś ważnego: jak w lustrzanym odbiciu, jak w paradoksalnym (!) echu – paradoksalnym, bo przecież czytamy o nim, zanim padnie fraza o ocieniającym uczniów świetlistym obłoku – ukazuje się przeciwstawna do tamtej krawędź języka. Nie tylko bowiem to, co boskie, zdaje się wykraczać poza możliwości wyrazu. Szymon wykrzyknął – tym razem cytuję z wydania interlinearnego tłumaczenie filologiczne – „Panie [lub „Rabbi”, jak czytamy u  św. Marka, albo „Mistrzu” – tak u św. Łukasza], dobrze jest nam tu być. Jeśli chcesz, uczynię [lub po prostu: „uczyńmy”] tu trzy namioty: tobie jeden i Mojżeszowi jeden i Eliaszowi jeden” (Mt 17,4). Św. Marek komentuje: „Nie wiedział bowiem, co miałby odpowiedzieć” (Mk 9,6). Św. Łukasz formułuje to brutalniej: według niego Piotr odezwał się „nie wiedząc, co mówi” (Łk 9,33). U św. Mateusza, którego wersji trzymam się tu przede wszystkim, komentarza brak; nim to zdanie wybrzmi, już pojawia się wiadomy obłok – światło, niosące cień. Coś

Angelus Silesius (Anioł Ślązak), Bóg niepojęty, w: tenże, Anielski wędrowiec, wybór, tłum. K.A. Jeżewski, Wrocław 2007, s. 37.

7

 85

Forum

Uczniowie znajdują się w sytuacji, której nie przewidują normy, podpowiadające nam, co w danych okolicznościach uczynić, jak zareagować. To nawet nie normy,


J e r z y S o sn o w s k i

lecz automatyzmy, efekt udanej socjalizacji. Jednak szaty Jezusa zalśniły nagle tak, „jak żaden folusznik na ziemi nie potrafi wybielić” (Mk 9,3), a jego oblicze „zajaśniało jak słońce” (Mt 17,2) – wersja Łukasza zdradza zresztą już w tym miejscu niedostatek słów, znajdujemy w niej bowiem tylko powściągliwe, pełne zakłopotania zdanie: „zmienił się wygląd jego twarzy” (Łk 9,29). A skoro tak, to wehikuł zbudowany z naszych odruchów wyskakuje z kolein towarzyskiej stosowności. Lub nawet, jak sugeruje autor Ewangelii według świętego Łukasza, wyłącza się świadomość i człowiek zaczyna bełkotać bezwiednie jakieś szczątki fraz, wydobytych na wierzch przez oszalałe na moment impulsy w jego mózgu. Język, jako forma ekspresji naszego „ja” (a zarazem ukryte narzędzie, które to „ja” na rozmaite sposoby formuje), nagle zawodzi. Zawodzi i nie zawodzi, bo słowa Piotra nie są chyba aż tak absurdalne, jak sugerują Ewangeliści. Skoro wierzono, że Mojżesz i Eliasz przyjdą razem w czasach ostatecznych, apostoł ma prawo myśleć – lub raczej, zważywszy jego stan psychiczny, apostołowi może się myśleć – że oto kres dziejów nastąpił i, wprawdzie w dość dziwnym miejscu (czemu nie na górze Moria lub na Synaju?), trzeba ponowić gest Salomona czy też, bo przecież o namiotach mowa, gest Mojżesza, realizującego wskazania Jahwe, zapisane w 26. rozdziale Księgi Wyjścia. Wobec poznawczej blokady mówiącego język jakby reagował samoistnie i podpowiadał: objawiła się Chwała Pana, a zatem zbudujmy dla Niego przybytek. I tym samym (to podszept z wnętrza naszej epoki podejrzeń): stanęliśmy przed Nieogarnionym, więc ogarnijmy je. Wyznaczmy ściany i dach, zakreślmy granice Nieskończonemu. Bo wznoszenie wszelkich budowli, nawet tak nietrwałych jak namioty, było zawsze uspokajającym gestem porządkowania przestrzeni, oswajania jej. Dom dzieli obszar, gdzie położono jego fundamenty, na to, co wewnątrz (zorganizowane, uładzone, poddane kontroli), i na rozciągającą się zewnątrz strefę ubi leones. Zbudowanie domu – bodaj za pomocą rozstawienia czterech patyków, wyznaczających granice obozowiska – to w gruncie rzeczy rozdzielenie światła od ciemności, odsłonięcie suchego lądu spod chaosu wód, wykrojenie ludzkiego kosmosu z tego, co niepoznane, co groźne. Kruche są skutki tego gestu, łatwe do zniweczenia. To dlatego przestrzega psalmista: „Jeśli Pan domu nie zbuduje, daremnie się trudzą budujący” (Ps 127,1). Piotr, gdy nie wiedział, co mówi (lub: nie wiedział, co powiedzieć), zdradził się z pragnieniem okiełznania przerastającej go sytuacji. Choć równocześnie powiedziało mu się też: „Dobrze nam tu”. To dopiero zderzenie tych dwóch części jego wypowiedzi pokazuje to, co niewypowiedziane, coś między afirmacją a lękiem. Coś głęboko autentycznego, co w innych sytuacjach, nie tak ekstremalnych, uruchamia dwa rozdzielne ciągi zdań i  czynów: wyrazy miłości i mowę nienawiści, uprawę roli i wyprawy łupieżcze (napaści wszystkich czasów są zawsze przedstawiane jako obrona przed wrogiem, uprzedzenie jego złych zamiarów), wyruszenie w podróż i ufortyfikowanie domu, akty dziękczynienia i błagania o litość, pochwałę przygody i pochwałę bezpieczeństwa, kult wolności i kult reguł, sztukę i technikę.

 86 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Kryjówka na górze Tabor

W ten rejon poniżej wszelkiego zróżnicowania prowadzi czasem wielka poezja. Jak w tym wierszu Jana Polkowskiego: Na razie ptaki zastępują ludzi: turkawki i wróble odczytują niejasne pismo stworzenia. Ale już za ścianami, we wklęsłym brzuchu okna zaczyna sylabizować syn człowieczy (długi kaszel alkoholika, kłótnia, nieprzytomne głosy, te same słowa, zawodzenie). Modły o nicość. Podziemia psalmu8.

Tak zaczyna się nowy dzień na blokowisku z wielkiej płyty. Na chwilę po przebudzeniu, gdy organizmy ludzi cofają się przed dotknięciem jawy, jak przed bolesnym bodźcem cofają się czułki prostszych niż oni stworzeń. Jest nie tak, jak miało być – ale jednak coś sprawia, że padają słowa z innego porządku niż przekleństwa: modły, psalm, syn człowieczy (choć pisany małą literą: człowiek, nie człowiek-Bóg). Znów użyłem słowa „coś”, które w gruncie rzeczy zastępuje to, co niewypowiedzialne po naszej, ludzkiej stronie obszaru „obmapowanego” przez język. I muszę cofnąć się do Pseudo-Dionizego, bo symetrii między tym najbliższym i najdalszym krańcem języka chyba jeszcze ciągle nie widać. A także dlatego, że w gruncie rzeczy napisałem o nim dotąd zaledwie połowę prawdy. Bóg jako całkiem inny, który „nie jest ani prawdą, ani królem, ani mądrością, ani jednym, ani jednością, ani Boskością, ani dobrocią, ani duchem (o ile znamy ducha), ani synostwem, ani ojcostwem, ani niczym innym, co jest nam znane…”9, emanuje bowiem energiami i opatrznościami, które pełnią role posłańców – po grecku posłaniec to άγγελος (angelos), anioł – oddziałującymi na nasz świat. Na granicy, za którą nie sięga język, dzieją się zatem sprawy człowiekowi dostępne. Tu zaczyna się możliwość teologii pozytywnej, opisującej sposób wyłaniania się stworzenia ze Stwórcy. Poprzez swoje objawienia Bóg nieustannie oświeca stworzenia, które przekazują sobie hierarchicznie boską wiedzę. Właśnie ta wiedza pociąga je na powrót do Boga, a wtedy [dopiero – dop. JS] zaczynają one wspinać się apofatyczną drogą prowadzącą do najbardziej upragnionego zjednoczenia z niewysłowioną Trójcą10.

J. Polkowski, Tobie śpiewa żywioł wszelki, w: tenże, To nie jest poezja, Warszawa 1980 (poza cenzurą). 9 Teologia mistyczna, dz. cyt., s. 332. 10 T. Stępień, Przedmowa, w: Pseudo-Dionizy Aeropagita, dz. cyt., s. 63.

 87

Forum

8


J e r z y S o sn o w s k i

Wydaje mi się, że dostrzegam przekraczanie tej granicy w scenie na górze Tabor, gdyż najpierw szaty i oblicze Jezusa jaśnieją – jest to już nadnaturalne, ale daje się jeszcze opisać bez nadużywania języka – lecz w następnym momencie nadchodzi świetlisto-cienisty obłok i rozlega się głos Boga-Ojca (rozlega się w sensie fizycznym? Czy Ewangeliści sięgają desperacko po ostentacyjnie prostą konwencję literacką, żeby oddać niewysławialne doświadczenie apostołów, ukrytych przed naszym wzrokiem we mgle?). I w jakiejś mierze analogiczne rzeczy dzieją się po przeciwnej stronie, tej ludzkiej: gdy szaty i oblicze Jezusa jaśnieją, Piotr jeszcze wypowiada swoje zdanie, wewnętrznie rozłamane, z którego szczeliny nieomal rozbrzmiewa to, czego uchwycić słowem się nie da – ale gdy nadpłynęła chmura „i stał się głos z chmury” (Mk 9,7), uczniowie „upadli na twarz bardzo przerażeni” (Mt 17,6), a na szczycie wzgórza zapadło milczenie, bo nie tylko nie wiadomo, co powiedzieć, ale w ogóle nie sposób czegokolwiek wykrztusić. Cisza zamyka możliwości języka nie tylko w nieskończoności skrywającej Boga, ale i w mikronieskończoności skrywającej człowieka. Być może w ten sam sposób, jak nie ma Boga (wewnątrz świata, obsługiwanego przez ludzki język), nie ma też człowieka. Pisał Anioł Ślązak: Otchłani Boga wzywa wciąż otchłań mego ducha. Ach, która z nich jest bardziej przepastna i głucha?

W gruncie rzeczy rysuje się tu coś w rodzaju antropologii apofatycznej, którą zresztą ten poeta przeczuwał – chciałoby się powiedzieć – niewątpliwie: Nie wiem, kim jestem, nie jestem, kim wiem, Rzeczą i nie rzeczą, punktem i kołem11.

I nie on jeden, by przywołać wiersz wspominanego już tutaj Tadeusza Micińskiego: Kto jestem? Wie tylko ten, który wie, iż mnie wcale nie ma. Śni mnie ktoś, jakby ciężki sen – płacze ktoś o mnie pod brzozami trzema! Imię Jezus powtarzam wśród nocy, Imię Jezus powtarzam, gdy płaczę…12

Ale również, w zupełnie innej poetyce, Ryszard Krynicki:

Kolejno: dystychy 68 i 5 z Księgi Pierwszej Anielskiego wędrowca, wyd. cyt., s. 9 i 7. Mówiąc ściślej, ten utwór po śmierci autora usamodzielnił się jako wiersz i jako taki publikowany jest w zbiorach jego liryki (np. w: T. Miciński, Poezje, oprac. J. Prokop, Kraków 1980, s. 218), choć tak naprawdę stanowi wypowiedź pierwszej postaci z udramatyzowanego XIV rozdziału powieści Nietota (por. T. Miciński, Nietota. Księga tajemna Tatr, Warszawa 2004, s. 299).

11 12

 88 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Kryjówka na górze Tabor

Ślepe? Głuche? Nieme? Niepojęte? Jest. Boli13.

To nie przypadek, że przywołuję poetów, że poeci mi się tutaj zbiegli. Kiedy mówi się o krawędzi języka i o kryjówce człowieka w otchłani poza nią, do poezji należą ostatnie, zamierające słowa. Poezja znajduje się na uboczu świata (a Miciński akurat znajduje się w dodatku na uboczu tego ubocza, gdzie wypróbowuje jeden z aspektów języka, a mianowicie jego powagę, co chwila przeciążając ją nadmiernie), tak jak w rozmaitym sensie tego słowa na uboczu znajduje się góra Tabor. Gdyż w centrum świata, czyli także w centrum języka, toczą się inne, niereligijne zgoła procesy. Jednym z nich jest pofoucaultowska „śmierć człowieka”, którego zdemaskowano jako byt strukturalnie nieautentyczny, zdeterminowany czynnikami ekonomicznymi lub neurofizjologicznymi, a wreszcie lingwistycznymi. Świadomość okazała się w refleksji mistrzów ponowoczesności epifenomenem specyficznie rozumianego pisma, to znaczy gotowości do przemocy, jaka stoi u ­podstaw wszelkiej kategoryzacji i oznaczania. Każda próba umocowania świadomości w istnieniu, zwłaszcza metodą religijną, to przemoc kolejnych stopni, nieraz stowarzyszona z opresją władzy cywilnej, z instytucjonalnymi środkami przymusu, a z pewnością z (re)dystrybucją dóbr i statusów. Problem autorytetu rozumie się dziś nie jako kwestię wiedzy, lecz władzy. Zaś wszelkie akty duchowe z chwilą, gdy zostają nazwane, a choćby tylko rozpoznane, poddają się mocy pisma – które jawi się jako teren nieustających manipulacji i mutacji znaczeniowych, a więc przekształceń i zapośredniczeń, uniemożliwiających nawet samą myśl o uobecnieniu i tożsamości, o spotkaniu: ze sobą, z bliźnim, z nagim doświadczeniem. Przed-pod-nadjęzykowa cisza

R. Krynicki, ***, w: tenże, Niepodlegli nicości, Warszawa 1988 (poza cenzurą), s. 228.

13

 89

Forum

Wielu chrześcijan starannie o tym wszystkim nie wie, niektórzy gniewnie domagają się powrotu do Akwinaty, jakby ten powrót już raz nie miał miejsca (a powracający powrót to przecież figura z ponowoczesnego panopticum), albo desperacko odwołują się do „zdroworozsądkowego realizmu”, niczym Lenin w polemice z empiriokrytycyzmem. Problem moim zdaniem w tym, że strategie interpretacyjne współczesności dość dokładnie przylegają do naszych społecznych doświadczeń. W świecie rzeczywistym rola językowych nawyków została opisana spójnie i przekonująco. Staram się przyjąć ten fakt do wiadomości. Zwłaszcza że w samym środku tego świata pojawiła się myśl, która – w specyficznej, nieprzyjaźnie ciemnej stylistyce – wskazuje granicę swoich własnych


J e r z y S o sn o w s k i

uroszczeń. Chodzi mi o Jacques’a Derridę, tę bête noire wielu dzisiejszych myślicieli religijnych, który krążył przez całe życie wokół granic, wytyczonych przez Aeropagitę w Teologii mistycznej, czy też raczej wokół tego, co ośmieliłem się określić jako „antropologia apofatyczna”. Derrida pisał: Możliwość odróżniania (trace) jest pierwotna w stosunku do tego, co nazywa się znakiem (odróżnieniem między tym, co znaczy, i tym, co jest oznaczane, między treścią i jej wyrażeniem), w stosunku do pojęcia i jego użycia, do komunikacji motorycznej i sensorycznej. Odroczenie [différance, tłumaczone też po polsku jako „różnia” – dop. JS] nie jest więc ani zmysłowe, ani umysłowe, lecz umożliwia wyartykułowanie znaków, […] wykształcenie się mowy i pisma w potocznym sensie tych słów. Ono też dostarcza podstawy dla metafizycznej opozycji między tym, co zmysłowe, i tym, co umysłowe, między znakiem i znaczeniem, wyrażeniem i jego treścią14.

A zatem: z czystej potencjalności, z przed- czy może podjęzykowej (i zarazem nadjęzykowej) ciszy emanuje tekstowy świat, reprodukujący się samoistnie w serii powieleń i mutacji, godny pracowitych demaskatorów. Ta potencjalność jednak, która umożliwia wszelkie oznaczanie i tym samym rozsunięcie znaczonego i znaczącego, w które wdziera się nieautentyczność, ta potencjalność – powtarzam – jest „ofiarowywaniem się bytu w końcowym momencie metafizyki”15. Jest zatem enklawą Niewypowiedzianego i miejscem zaskakującego powrotu religii jako kodu egzystencjalnego doświadczenia Tajemnicy. Gdyż tam, w owej potencjalności, wyższa nad światło (rozumu, języka) ciemność płonie światłem w mroku i będąc niewidzialną, napełnia nasze niewidome umysły blaskiem, przez co pozwala nam mówić, a w tym mówieniu mylić siebie i innych bez końca. Gdyż kiedy tylko zaczynamy mówić, już popadamy w immanencję, w ten świat, w mechanizmy ludzkiego języka, w grę władzy i uprawnionej przez władzę reinterpretacji. I mylimy się bez końca, także wtedy, gdy jesteśmy czegoś pewni. Ilustracja z pewnością ironiczna: tuż przed rozpoczęciem pisania tego tekstu znalazłem informację, że w czasach Jezusa na górze Tabor znajdował się rzymski fort. Czy okupanci tolerowaliby czterech Żydów robiących sobie wycieczkę w pobliżu ich umocnień? Bardzo wątpliwe, a jeśli nawet – to czy Żydzi chcieliby ryzykować podobne wycieczki? Zresztą miejsce, na które Jezus wyprowadził swoich uczniów, miało być odludne… Więc jednak nie tutaj stało się, co się stało. Może już raczej – podpowiada mniej popularna, niż ta od góry Tabor, tradycja – na górze Hermon. Bardziej na północ, za wzgórzami Golan. Scena Przemienienia przesuwa się zatem, wymyka i zamazuje, a mnie pozostawia samego, niechronionego przed podejrzeniem, że w ogóle nie wiem, o czym mówię, że mówi mi się samo na falach poezji,

J. Derrida, O grammatologii, cyt. za: C. Johnson, Derrida, tłum. J. Hołówka, Warszawa 1997, s. 60; ta niewielka broszura wydaje się bardzo dobrym wprowadzeniem w meandry myśli francuskiego filozofa. 15 G. Vattimo, Ślad śladu, w: J. Derrida, G. Vattimo i inni, Religia, Warszawa 1999, s. 105. 14

 90 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Kryjówka na górze Tabor

to znaczy nieweryfikowalnej fantazji (i, co gorsza, nieuświadomionych nawyków językowych). Znika spod stóp względnie twardy grunt historycznych ustaleń, drgnęły ruchome piaski. Nigdy nie będę wiedział na pewno, o którym szczycie opowiadają Ewangeliści ani co się tam właściwie wydarzyło. Nigdy nie zrozumiem ani nie wypowiem niczego ostatecznie; nigdy nie będę ubezpieczony przed chroniczną oscylacją znaczeń, zastępowaniem jednych obszarów innymi – chyba że wtedy, gdy czasu już nie będzie. Pisał Hölderlin: Bliski jest I trudny do uchwycenia Bóg. Lecz gdzie jest niebezpieczeństwo, rośnie Także ratunek16.

Jerzy Sosnowski

Jerzy Sosnowski – pisarz, eseista, dziennikarz Programu Trzeciego Polskiego Radia. Czło-

F. Hölderlin, Patmos, tłum. M. Jastrun, cyt. za: G. Vattimo, dz. cyt., s. 104.

16

 91

Forum

nek Rady Języka Polskiego. Wydał m.in. Śmierć czarownicy, Ach, Szkice o literaturze i wątpieniu, Apokryf Agłai, Wielościan, Prąd zatokowy, Tak to ten, Czekanie cudu, Instalacja Idziego. Należy do Zespołu Laboratorium WIĘZI. Mieszka w Warszawie.


Alfred Marek Wierzbicki

Nad jeziorem Minnetonka

Zaproszenie na wykłady w Minnesocie przyjąłem z entuzjazmem. Pobyt w Wayzata był epizodem młodości, przyjechałem na wakacje do rodziny a kiedy się skończyły posłano mnie do amerykańskiej szkoły. Dom w kolorze oliwkowym pomalowany teraz na niebiesko zarośnięty drzewami, których nie było. Moi krewni przemieszczali się z miasta do miasta aż osiedli w Kalifornii. Edmund wzruszony bardziej ode mnie pokazuje zatokę nad jeziorem Minnetonka. Uczył się łowić ryby a kiedy ryby ledwie dyszały pod lodem jeździł na łyżwach jak każdy chłopak w kraju dziesięciu tysięcy jezior. Rozmawiamy, co to znaczy być w domu i chyba tylko trzy szare wiewiórki, które wybiegły na regularnie koszony trawnik, mają jakąś odpowiedź.

 92 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


A l f r e d M a r e k W i e r zb i c k i

Szukanie wyjścia

Schodziłem ku Bystrzycy w bramach stali mężczyźni wyglądali staro ogorzali przepoceni w lichym ubraniu i zniszczonych butach w jednej ręce butelka piwa w drugiej papieros milczenie lub bluzgi żadne zdanie się nie kleiło Kobiety były zajęte gotowaniem obiadu przez otwarte okna dochodził zapach smażonej cebuli i wywar botwinki Niedaleko na placu dziecko nawoływało  – będziemy bawić się w chowanego a drugie – nie w berka Zawsze się znajdzie jakieś inne wyjście

Alfred Marek Wierzbicki – ur. 1957. Duchowny archidiecezji lubelskiej, filozof i poeta.

Profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, od 2006 r. dyrektor Instytutu Jana Pawła II KUL i redaktor naczelny kwartalnika „Ethos”. W latach 2004–2011 wikariusz biskupi ds. kultury. Autor wielu publikacji naukowych, książek eseistycznych i sześciu tomików wierszy. Mieszka w Lublinie.

 93


Monika Waluś  Złoty środek

Taka sobie robota W pośpiechu, bo wszystko wyliczone – trzeba zdążyć z zaplanowanymi rzeczami, najpierw pociąg podmiejski, potem dalekobieżny, co chwilę spoglądam na zegarek. Nie jest źle, wbiegam na peron wraz z tłumem, podjeżdża pociag. Ludzie na stacji zirytowani, poprzedniego chyba nie było, dobrze, że ten jest. Wchodzimy i od razu ruszamy do pierwszego wagonu, żeby kupić bilety u konduktora, bo na stacji nie da się ich kupić – ktoś mocno wyrażał swoją oburzoną wrażliwość i zdemolowana kasa nie działa. Kolejni podróżni wchodzą, szukają miejsca, prą w różnych kierunkach, część ma walizki. Nerwowo. Dochodzimy do pierwszego wagonu, zaraz mamy ruszać. Stoimy i czekamy na konduktora, który wychylony przez otwarte drzwi woła do mocno starszego pana: „Spokojnie, ja na pana czekam!”. Starszy pan, kulejąc, dochodzi do pociągu, wchodzi i narzeka: na zdrowie, na władzę, na komunikację, na tłum, na pogodę. Konduktor uśmiecha się, kiwa głową i mówi: „Ale widzi pan, my czekaliśmy, coś dobrego pana spotkało”.

 94 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Taka sobie robota

A potem idzie dalej. Słucha, wypisuje bilety, pyta, drukuje, podaje, bierze, wydaje. Taka sobie robota. Sprawnie mu to idzie, a przy tym uśmiecha się lekko i niezobowiązująco do starszej pani i do nastolatki, zagaduje, rozbawia, a wszystko mimochodem, nie natrętnie. Dla każdego ma dobre słowo, jakieś uspokajające zdanie, gest, pogodną twarz, zauważa każdego i każdemu z kolejki daje jakiś miły drobiazg uwagi. Ludzie odchodzą jacyś spokojniejsi, nieraz uśmiechnięci. A ci spoza kolejki cały czas zadają mu pytania o przesiadkę, o bilet, o stację; w międzyczasie nowy przystanek, w powietrzu nowe nerwy. I znowu ryzyko konfliktu daje się zażegnać, kolejnego malkontenta udaje się łagodnie rozbroić żartem. Podchodzę do konduktora – parę słów, jakiś mały gest, uśmiech, uważne spojrzenie. Nic o nim nie wiem, pewnie za parę dni zgubię w pamięci rysy jego twarzy, ale zabieram go ze sobą – mistrza chwili podarowanej. Szczęśliwi pokój czyniący. Monika Waluś

Monika Waluś – żona, matka i gospodyni domowa, doktor teologii. Wykłada dogmatykę

Złoty środek

na UKSW oraz w kilku seminariach duchownych. Prezeska stowarzyszenia „Amicta Sole”, członkini Zespołu Laboratorium WIĘZI.

 95


Wiara

Modlitwa jest kołem Z o. Laurencem Freemanem OSB rozmawiają Anna Bednarkiewicz i Katarzyna Jabłońska

WIĘŹ Czy Jezus medytował?

Laurence Tak, myślę, że Jezus medytował. Co więcej, myślę, że był nauczycielem Freeman medytacji. W Jego nauczaniu widać, że nie odnosi się do formalnych OSB zasad modlitwy, lecz wprost do jej istoty, do podstaw. W Ewangelii Mateusza mówi na przykład, byśmy nie byli jak obłudnicy, którzy są zainteresowani jedynie tym, co zewnętrzne – poszukiwaniem uznania i karmieniem ego. Zewnętrznej postawie Jezus przeciwstawia modlitwę wewnętrzną. Gdy się modlisz – mówi – wejdź do swej wewnętrznej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca, który jest w ukryciu. Tu jest sformułowana zasada wewnętrzności, wewnętrznej izdebki, która jest utożsamiana z sercem. Gdy się modlicie – dodaje Chrystus – nie bądźcie gadatliwi jak poganie, którzy przez wzgląd na swoje wielomówstwo myślą, że będą wysłuchani. Ojciec wasz bowiem wie, czego Wam potrzeba, jeszcze zanim Go poprosicie. To jest zasada redukcji słów, której przeciwstawiana jest gadatliwość często praktykowana przez nas w Kościele. Warunkiem modlitwy ciszy jest głębokie zaufanie, że Bóg zna moje potrzeby i w swej miłości niesie moje życie. Nie martwcie się jedzeniem ani piciem – mówi Jezus – bądźcie uważni i najpierw pozostawcie umysł w królestwie Boga i nie martwiąc się o jutro, żyjcie chwilą obecną.

 96 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Modlitwa jest kołem

Jeżeli zbierzemy wszystkie te elementy i połączymy je w całość z nauczaniem Chrystusa – wewnętrzną izdebkę, ciszę, zaufanie, wolność od poruszeń umysłu, uważność, która oznacza koncentrację, i życie w chwili obecnej – to otrzymujemy kontemplację. Jezus więc był nauczycielem kontemplacji. Wiemy, że wiódł bardzo aktywne życie, że wciąż był zajęty, a mimo to znajdował czas, aby być w samotności i modlić się w ciszy. WIĘŹ Czy w przypadku Jezusa kontemplacja nie oznaczała czegoś przeciwnego – życia nie w samotności na pustyni, a na ulicy, pośród ludzi? Wydaje się, że On potrafił tak intensywnie być w chwili obecnej i w spotkaniu z człowiekiem, że całe Jego życie, również to pełne misyjnej aktywności, było kontemplacją. Freeman Ewangelia mówi raczej o tym, że Jezus wiódł życie zrównoważone, zintegrowane. Niezwykle obrazowo pokazuje to historia Marty i Marii, gdy Jezus oddaje pierwszeństwo Marii. Nie robi tego po to, by pomniejszyć wagę czynów Marty, ale dlatego, że bycie stoi przed działaniem. Jeżeli nie znajdziesz umocowania w kontemplacji – i na wzór Marii nie usiądziesz bezczynnie u stóp Chrystusa – wówczas to, co robisz, będzie przypominało działanie Marty: będzie pozbawione porządku i nieefektywne. WIĘŹ W Ewangelii czytamy, że Jezus zostawił uczniów, by udać się na pustynię. Oni ruszyli jednak za Nim, więc Jezus postanowił ukryć się przed nimi. Dlaczego?

WIĘŹ Medytacja to odnajdywanie w sobie równowagi?

 97

Wiara

Freeman Ponieważ był człowiekiem, jak my wszyscy. Potrzebował czasu na odzyskanie sił, musiał też spać w nocy, musiał jeść, potrzebował również czasu dla utrzymywania psychicznej równowagi, duchowego zdrowia, czasu poświęconego kontemplacji i samotności. On był sobą zarówno, gdy w samotności przeżywał modlitwę, o której nauczał, jak i spierając się z faryzejskimi obłudnikami, ucząc o Bogu czy lecząc chorych. We wszystkich wymiarach ujawniała się Jego osoba i Jego zakorzenienie w Bogu. Dlatego Jezus jest wzorem człowieczeństwa − to, co odkrywamy w Nim, powinniśmy odnajdywać w sobie. Powinniśmy znaleźć czas na wyciszenie, prostotę, która jest kontemplacją, na medytację – oznaczającą trwanie w kontemplacji – i dopiero wtedy mamy energię, by wyjść i dać siebie innym.


Z o . L a u r e nc e m F r e e m a n e m r o zm a w i a j ą A .   B e dn a r k i e w i cz i K . J a b ł o ń s k a

Freeman Codzienna praktyka medytacji, z zachowaniem porannej i wieczornej dyscypliny, jest sposobem zrównoważenia życia. Matka Teresa z Kalkuty jest tego dobrym przykładem. Swoim siostrom wpajała, że najważniejsza z całego dnia jest właśnie ta poranna i wieczorna godzina spędzona w ciszy. Dopiero wtedy jest się gotowym do wyjścia i całkowitego oddania się biednym. To jest właśnie ta chrześcijańska równowaga, powinniśmy się jej uczyć w życiu, w Kościele i przez Kościół, który ma być szkołą modlitwy. WIĘŹ Mówi Ojciec, że Jezusowi było bliskie wszystko, co ludzkie. Jednym z największych pragnień człowieka jest bycie szczęśliwym. Czy Jezus był szczęśliwy? Freeman Myślę, że odkrył przed nami sekret prawdziwego szczęścia. Na pustyni był kuszony, jak my wszyscy, obietnicą szczęścia oznaczającą spełnienie pragnień własnego ego. Odrzucił tę możliwość i pokazał, że prawdziwe szczęście nie zależy od okoliczności zewnętrznych. Mam przyjaciela, który usprawnia kanadyjski system opieki paliatywnej. Z badań przeprowadzonych na temat jakości życia wynika, że większość osób – nawet świadomych swej bliskiej śmierci, przeżywających w pełni ból fizyczny i psychiczny – przyznała, że nigdy wcześniej nie doświadczyła lepszej jakości swego życia. I to są zadziwiające statystyki! Pokazują bowiem, że szczęście, że jakość życia nie zależy od okoliczności zewnętrznych! Tego właśnie uczy nas Jezus, gdy błogosławi nieszczęśliwych – uczy nas sekretu bycia szczęśliwym i tego, że szczęście nie wyklucza cierpienia. Medytacja i ekonomia WIĘŹ W swojej książce Od pierwszego wejrzenia. Doświadczenie wiary (Tyniec 2012) mówi Ojciec, że dziś nie wiemy, co to znaczy być szczęśliwym. Dlaczego dzisiaj nie wiemy tego bardziej niż kiedyś? Freeman Kilka dni temu byłem w Kalifornii. Musiałem kupić marynarkę, więc zabrano mnie do sklepu, zapewniając, że jest to wspaniała galeria handlowa, w której można kupić najlepsze markowe rzeczy za najniższą cenę. Faktycznie tak było, ogromna galeria z ludźmi z całego świata kupującymi rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebowali. Skończyło się na tym, że przez tę atmosferę, tak niezwykle hałaśliwą i irytującą, nie potrafiłem nic kupić. Nie jestem przywiązany do konkretnych marek, choć lubię odwiedzać Apple Store, ale ta galeria była

 98 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Modlitwa jest kołem

O. Laurence Freeman w redakcji WIĘZI. Fot. Andrzej Ziółkowski

WIĘŹ W swej książce twierdzi Ojciec również, że właśnie pogłębienie wiary może pozwolić nam zrozumieć sytuację nas samych i współczesnego

 99

Wiara

jak miejsce, w którym wszyscy upijają się – w takim miejscu człowiek zatraca poczucie siebie. Ten nadmiar, przeładowanie, zupełnie odmienne od tego, co spotykamy wśród handlujących i kupujących na wiejskim ryneczku. Ludzie, których spotkałem w galerii handlowej, nie wyglądali na szczęśliwych. Bardzo możliwe, że konsumpcjonizm wcale nie czyni nas szczęśliwymi. Może dzisiejszy problem ze zdefiniowaniem szczęścia wynika z wielkiej presji, aby za drogę, która prowadzi do szczęścia, uznać właśnie konsumpcjonizm? To dotyczy również dzieci, które są tego uczone od najmłodszych lat. Dlaczego więc jestem nieszczęśliwy? Czy dlatego, że nie mam każdej rzeczy, której pragnę? A kiedy już ją dostanę, zawsze chcę jeszcze więcej. Myślę, że staliśmy się – jako kultura – chorzy i to rodzi również pytanie o znaczenie samego zdrowia. Tu właśnie jest miejsce dla Kościoła z jego duchowym dziedzictwem, tak niezbędnym dziś, gdy nadszedł czas, aby odpowiedzieć na doświadczenie powszechnego zagubienia. Ludzie czują się zawiedzeni, odkrywając, że to, co uznawali za szczęście, wcale nim nie jest. To rodzi pustkę, my jesteśmy po to, by pokazać, że jest coś więcej…


Z o . L a u r e nc e m F r e e m a n e m r o zm a w i a j ą A .   B e dn a r k i e w i cz i K . J a b ł o ń s k a

świata, nawet w sensie ekonomicznym. Dlaczego właśnie wiara, a nie teorie socjologiczne? To bardzo oryginalna teza, niektórych mogłaby nawet rozśmieszyć. Freeman Miło jest doprowadzać ludzi do śmiechu! Kryzys ekonomiczny jest wynikiem nieadekwatnego i niepełnego rozumienia, czego pragną ludzie i co czyni ich szczęśliwymi. Większość moich znajomych ze świata biznesu zgodziłaby się z tezą, że istnieją dwie siły ogniskujące siłę rynków ekonomicznych: strach i chciwość. To właśnie połączenie tych sił doprowadziło dziś do ogólnoświatowego kryzysu. Coś musia­ło być niewłaściwego w sposobie posługiwania się wzrostem ekonomicznym i socjalnym dobrobytem, teraz trzeba się z tym zmierzyć. To wszystko prowadzi nas do pytania o wiarę. Jestem przekonany, że właśnie pogłębienie rozumienia wiary może dać nam szansę, by odnaleźć właściwy kurs – pozwoli odnaleźć źródła obecnego kryzysu i ujaw­nić nie tylko jego zagrożenia, ale i zawarte w nim możliwości naprawy. Wiele osób ze świata finansów powiedziałoby, że dzisiejszy kryzys, który wymagać będzie nawet dziesięcioletniego programu naprawczego, jest dla nas szansą, by zmienić wartości, którym podporządkowujemy nasze życie – one okazały się nieefektywne nawet w sensie czysto ekonomicznym. Zatem zrozumieć wiarę to zrozumieć, dlaczego jako istoty ludzkie działamy tak, a nie inaczej. Wiara to nasza zdolność do transcendencji. Bez transcendencji zaś nie ma wzrostu. Jako istoty ludzkie przestajemy rosnąć fizycznie, jednak nie duchowo, intelektualnie, kulturalnie czy estetycznie. Codziennie chcielibyśmy czuć, że w jakiejś mierze wzrastamy i to właśnie wiara, jako przestrzeń transcendencji, taką możliwość nam daje. Jak do tego dochodzimy? Przez zaangażowanie, przez ofiarowanie siebie komuś lub czemuś, czyli przez płynącą z głębi serca bezwarunkową hojność. Im bardziej szczodry dar, tym bardziej wychodzimy poza siebie, a to oznacza bycie piękniejszym i bardziej wartościowym. To oznacza, że odkrywamy, jaką siłą jest miłość. Mówili już o tym pierwsi nauczyciele chrześcijańscy. Według św. Ignacego z Antiochii początkiem jest wiara, końcem miłość, a ich jednością jest Bóg. I to jest sekret bycia człowiekiem. WIĘŹ Czy w dzisiejszej kulturze – która na pierwszym miejscu stawia ego − można mówić o doświadczeniu wiary? Poprzedzać je musi przekonanie o możliwości wiary, a współczesny człowiek transcendencję zamienił na transgresję. Jak więc myśleć o modlitwie, gdy Bóg stał się czymś niezwykle wieloznacznym – dziś może nim być akupunktura, ja sam, cokolwiek?

 100 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Modlitwa jest kołem

Freeman Myślę, że modlitwa jest sztuką, którą musimy uzdrowić, aby odnaleźć psychiczną równowagę. Najpierw musimy zrozumieć, czym jest modlitwa, a większość z nas posiada bardzo niekompletną jej definicję. Myślę, że modlitwa jest kołem, którego szprychy oznaczają różne formy modlitwy – każda z nich jest tak samo ważna. Różni ludzie uprawiają różne style modlitwy: ignacjański, protestancki, bardziej charyzmatyczny, nabożny czy sakramentalny. One nie rywalizują ze sobą. Ludzie religijni często spierają się, wzajemnie potępiają z powodu praktykowania innej formy modlitwy – to niechrześcijańskie. Wszystkie szprychy koła łączą się przecież w centralnym punkcie, gdzie panuje jedność. Bóg w swej jedności jest nieskończenie prosty, jak mówi św. Tomasz z Akwinu. W centrum tego koła odnajdujemy więc Chrystusa, który modli się w nas. W samym środku – tam, gdzie koło nie porusza się – jest Jezus modlący się w nas w Duchu Świętym i tam jest właśnie doświadczenie kontemplacji. Ono jest celem każdej modlitwy. Tak też mówi o tym II Sobór Watykański – celem liturgii jest rozwinięcie w wiernych wymiaru kontemplacyjnego. Chodzimy więc do kościoła, aby uczyć się medytacji. Dlatego modlitwę powinniśmy rozumieć w sposób bardziej zintegrowany. Dzieci uczą kontemplacji

Freeman Wyzwaniem dla współczesnej teologii jest rozwój myśli i języka, który odzwierciedlałby współczesną sytuację wielokulturową. Za kardynałem Newmanem nazwiemy to rozwojem doktryny, która jest nieprzerwaną ciągłością pokoleń. To jest zarazem test prawdziwości doktryny – czy może się rozwijać i czy się rozwija. Dla pierwszych chrześcijan wyzwaniem było spotkanie z tradycjami poprzedzającymi Chrystusa: greckimi filozofami, żydowskimi prorokami, później z muzułmanami. To było wyzwanie dla młodego Kościoła, tak jak dziś jest nim relacja z tradycją orientalną. Myślę, że spotkanie i dialog z Dalajlamą oraz innymi buddyjskimi nauczycielami nie wstrząsnął moją wiarą, a ją pogłębił,

 101

Wiara

Motto do swej ostatniej książki zaczerpnął Ojciec z myśli Raimona WIĘŹ Panikkara, który odwołuje się do trzech rzek: Jordanu, Tybru i Gangesu, jako metafory jedności trzech największych religii. Czy nie sądzi Ojciec, że tożsamość wieloreligijna jest trudna do pomyślenia, a co dopiero do realizowania nawet w obrębie samego chrześci­jaństwa?


Z o . L a u r e nc e m F r e e m a n e m r o zm a w i a j ą A .   B e dn a r k i e w i cz i K . J a b ł o ń s k a

wzbogacił. Tak było, gdy w dialogu z Dalajlamą naprawdę pogłębiłem swoje rozumienie zmartwychwstania. Komentujący Biblię Dalajlama powiedział, że obecne w chrześcijaństwie zmartwychwstanie jest z pewnością czymś wyjątkowym i że nie jest to ani reinkarnacja, ani utrzymanie przy życiu, po czym spojrzał na mnie i zapytał: czym właściwie jest zmartwychwstanie? Nie spodziewałem się takiego pytania, wiec i odpowiedź była dla mnie wyzwaniem. Właśnie do takiego wymagającego dialogu jesteśmy dziś wezwani. Simone Weil pisała, że jesteśmy dziś powołani do nowej świętości na miarę naszego czasu. Ta nowa świętość wyraża się w wyraźnym rozumieniu powszechności, świadomości globalnej. Zawsze było to obecne w chrześcijańskiej wierze, ale w sposób nieco ukryty. Obecnie Kościół bardziej otwiera się na spotkania z innymi kulturami i porzuca swe zachodnie, imperialne oblicze, które dezintegrowało Kościół. Te zmiany są ogromnym wyzwaniem i myślę, że medytacja jest tu absolutnie konieczna dla nas chrześcijan, by przejść przez to doświadczenie bez utraty wiary. We wszystkich tradycjach religijnych, aby dojść do głębszej prawdy, trzeba odsunąć na bok umysł, myśli, słowa i obrazy i przejść do ciszy, gdzie każda tożsamość nie jest burzona, a dopełniana. Przesuwamy się w stronę mistycznego wymiaru teologii. Wyraża go język poezji i logika odmienna od systematycznej logiki teologii czy filozofii. Trzeba więc przyjąć, że jest to innego rodzaju doświadczenie, język, który jest trudny do opisania. Czy w trakcie medytacji – gdy nie myślę o Bogu, nie mówię do Niego lub nie wyobrażam sobie Boga, Jezusa, Trójcy Świętej ­­–porzucam lub zdradzam swą wiarę? W istocie umacniam ją, pogłębiam i nie zdradzam jej bardziej niż wtedy, gdy porzucam myśli, idąc spać. Do tej pory zetknięcie różnych tradycji i wierzeń religijnych doprowadzało do przemocy i odrzucenia. Nadszedł czas zmian i jedyną szansą na ich dokonanie bez przemocy i odrzucenia jest zapoznanie się z wymiarem kontemplacyjnym. To w nim możemy spotkać osoby o radykalnie od nas odmiennym systemie przekonań. Razem odkrywając prawdę, możemy uczynić nasz dialog bogatszym. I nie wiadomo, ile nam zabierze ta zmiana i co przyniesie. WIĘŹ Medytacja jest więc przestrzenią wzajemnego zrozumienia? Freeman Zrozumienie jest zawsze czymś trudnym, bo ludzie różnią się i czasem bardzo trudno jest wejść w czyjś sposób widzenia świata, ale można starać się zrozumieć, skąd przychodzi, wcale się z nim nie zgadzając. O to chodzi w wezwaniu Chrystusa, by kochać nieprzyjaciół. Kochać,

 102 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Modlitwa jest kołem

czyli starać się ich zrozumieć, nawet tych najgorszych, którzy robią straszne rzeczy. Spójrzmy dziś na Syrię! Czy możesz wejść do umysłu Asada? Nie mogę zrozumieć, jak można w tak radykalny sposób przeczyć rzeczywistości, jak robi to on, Kadafi, Husajn, czy wcześniej Hitler i Stalin. W celu rozwiązania tej sytuacji pokojowo muszę starać się zobaczyć Syrię, jak ją widzi Asad, przynajmniej starać się, inaczej będzie jeszcze gorzej.

Freeman Dzisiaj to dzieci są nauczycielami kontemplacji. Ludzie mogą o mnie pomyśleć: „Jest mnichem, więc co on ma do roboty? Nie ma pracy, rodziny, więc może sobie medytować”. Ale gdy widzą medytujące dziecko, są zaskoczeni, że przez kilkanaście minut pozostaje ono w całkowitej ciszy, a do tego to mu się podoba. Dzieci mają w sobie naturalną zdolność do kontemplacji. Lubią to. Pewien chłopiec powiedział mi nawet, że to jego jedyna spokojna chwila w ciągu całego dnia. Biedne dziecko – pomyślałem. Gdy ja dorastałem, tak nie było… Nasza kultura niezwykle przyspieszyła. Wczoraj przyszedł do mnie pewien biznesmen. Był po pracy i na czas medytacji wyłączył swój telefon. Gdy skończyliśmy było na nim trzydzieści nieodebranych wiadomości. A on dopiero uczy się wyłączania telefonu. Dałem mu płytę, która w czasie medytacji pomaga w skupieniu się – tak używamy jednej technologii, by opanować inną. Dzieci pokazują, że to jest możliwe, że to wcale nie jest problem, przypominają dorosłym to, czego dzieci jeszcze nie utraciły – naturalną zdolność bycia. Wtedy można odkryć, że dzięki cichemu momentowi dnia – bez telefonów, bez wiadomości, w zupełnej ciszy – jesteśmy bardziej efektywni i mniej zestresowani. Wiedzą już o tym ludzie z kręgów biznesu. W niektórych firmach – ze względu na wydajność pracy – wprowadzono okres porannej ciszy, w trakcie której nie odbiera się telefonów, nie sprawdza wiadomości. To się im opłaca… Ostatnio zostałem zaproszony do głównej siedziby Google’a w Kalifornii. 20% Amerykanów chciałoby tam pracować – ze względu na liczne profity przysługujące pracownikom: darmowe jedzenie, masaże, gry. Zaproszono mnie, bym mówił o medytacji. Prawdopodobnie chciano mnie słuchać głównie ze względu na psychiczne

 103

Wiara

WIĘŹ Nasza kultura ubóstwiła działanie, bycie w ruchu. Dla wielu ludzi zatrzymanie się, wejście w ciszę wydaje się czymś niezwykle trudnym. Ojciec natomiast uczy kontemplacji dzieci. Jak to możliwe? Przecież trudno sobie wyobrazić istoty będące w ruchu bardziej niż dzieci?


Z o . L a u r e nc e m F r e e m a n e m r o zm a w i a j ą A .   B e dn a r k i e w i cz i K . J a b ł o ń s k a

korzyści z medytacji, a ja mówiłem o owocach duchowych, ale i tak jest to krok w dobrym kierunku. Ludzie dzisiaj chorują, bo nie zachowywali równowagi pomiędzy kontemplacją i działaniem, miedzy byciem Martą i Marią. Ożywcza zmiana

Znaczna część ludzi czuje się dziś oszukana, zawiedziona różnymi WIĘŹ projektami politycznymi i ekonomicznymi – do tego stopnia, że potrzebują się zbuntować, wyjść na ulicę. Czy w chrześcijaństwie jest możliwy bunt? Czy i jak chrześcijanin ma się buntować? Freeman Bunt na statku „Bounty” powstał dlatego, że kapitan był dyktatorem. Ludzie narzekali, on nie słuchał, aż presja załogi doprowadziła do złamania zasad, do narażenia swego życia w imię wolności. To jest sytuacja ekstremalna, której dobrzy politycy powinni unikać. Dlatego potrzebny jest system demokratyczny. W przeciwnym razie dochodzi do dyktatury, której nie da się długo utrzymać. Na naszych oczach upadają dyktatury, jedna po drugiej. Nie jestem od przepowiadania przyszłości, ale wydaje mi się, że gdy przejdziemy przez fazę kryzysów ekonomicznych i społecznych, a te ostanie mogą być nawet większe, to pojawią się ludzie z silnymi tendencjami przywódczymi. Europa nie jest dziś silna ekonomicznie i ludzie mogą mieć potrzebę twardych rządów, potrzebę wyboru dyktatora. Stoimy przed wielkim niebezpieczeństwem i znów myślę, że to pierwiastek duchowy może pomóc nam w uniknięciu powtórki z historii. Gdy bunt staje się jedynym rozwiązaniem, wtedy potrzeba nie tylko dobrego zarządzania, ale i oświeconego przywództwa. A gdzie dzisiaj jest to przywództwo? Może więc alternatywą dla nieudanych rządów kończących się buntem jest duch profetyczny? Rozumiany jako wejście w głębokie rozumienie zdarzeń pozwalające dostrzec, jak w  konkretnych zdarzeniach uobecnia się Bóg. WIĘŹ Niektórzy buntują się także przeciwko Kościołowi… Freeman Ale istotą Kościoła nie jest władza, lecz wspólnota miłości. Jezus bardzo wyraźnie pokazał swoim uczniom, że wszyscy mają być sługami. W chrześcijańskim świecie nie powinno być hierarchicznej dominacji. Oczywiście tworzymy też instytucję w Kościele i mamy hierarchię, ale powinna ona służyć funkcjonowaniu wspólnoty, nie zaś być celem samym w sobie. Gdy Kościół potraktuje kwestię hierarchii

 104 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Modlitwa jest kołem

inaczej, zniekształca nauczanie Jezusa. Jak więc te kwestie pogodzić i w chrześcijańskim duchu równości prowadzić religijną instytucję? To jest wielkie wyzwanie. Pod tym względem Kościół daje świadectwo wobec świata. Jeśli Kościół zacznie potępiać własne wewnętrzne głosy profetyczne – jakie da świadectwo? Że jest instytucją taką jak inne, które nie akceptują krytyki. Jedyna nadzieja w tym, by uznać wszystkie formy ­powołania W niektórych firmach – ze względu w  Kościele za równe na wydajność pracy – wprowadzono so­bie: małżeństwo, życie za­okres porannej ciszy, w trakcie konne, duchowieństwo, sinktórej nie odbiera się telefonów. gli. I  dać wszystkim poTo się im opłaca… czucie uczestnictwa. To jest wezwanie do odnowy Kościoła, które podjął II Sobór Watykański. Myślę, że Duch Święty domaga się, byśmy zrozumieli tę nową drogę. Oczywiście nie można być naiwnym – Kościół nie zamieni się we wspólnotę hipisów. Musi posiadać strukturę, musi być zarządzanie i szacunek dla władzy. Ale kluczowe jest, czy w tych strukturach jest miejsce dla podejścia bardziej personalnego. Widać to najlepiej na przykładzie parafii. Jedna ma proboszcza, który spełnia rolę przewodnika współpracującego z parafianami, który zachęca do działania i tworzenia wspólnoty. Inną natomiast rządzi mały dyktator, który narzuca wszystkim, co mają robić. Tu biskup powinien interweniować. Jeżeli chcemy, by Kościół naprawdę był świadectwem nowego rodzaju ludzkiej oświeconej instytucji, ważne jest byśmy przyjrzeli się temu, jak wygląda edukacja przyszłych przewodników wspólnoty. Ze spraw ważnych najważniejszy jest sposób, w jaki uczymy dzieci modlitwy, a następnie to, jak kształcimy księży.

Freeman Kościół się zmienia. Kościół jest instytucją historyczną, której kształt i nauczanie w różnych okresach ulegało przeobrażeniom. Był czas, gdy głoszono, że jeżeli nie będziesz w jedności z biskupem Rzymu, nawet jeżeli jesteś ochrzczony, nie pójdziesz do nieba. Dziś już tak nie myślimy. Ale w trakcie przemian łatwo zgubić orientację. Niektórym wydaje się, że wystarczy tylko przestać narzekać: żeby ludzie w Kościele byli posłuszni i robili to, co im się każe, a wszystko będzie dobrze. To nieporozumienie.

 105

Wiara

WIĘŹ Kościół powinien się więc zmieniać?


Z o . L a u r e nc e m F r e e m a n e m r o zm a w i a j ą A .   B e dn a r k i e w i cz i K . J a b ł o ń s k a

Myślę, że można z nostalgią patrzeć wstecz i być smutnym, a nawet wściekłym, bo zmienia się rola Kościoła i upada jego znaczenie. Ale można też patrzeć do przodu – i wydaje mi się, że to jest istotą chrześcijańskiego stosunku do życia. Wtedy zobaczymy nowe formy Kościoła, co napawa nadzieją i energią, która jeszcze nie wybrzmiała. Siłą Kościoła jest przechowywanie i odsłanianie kontemplacyjnego wymiaru Ewangelii oraz uobecnianie go w przestrzeniach tak nieoczywistych, jak świat ekonomii i finansów. Nawet ze świeckiej perspektywy patrząc, widać potrzebę takiego wymiaru życia. Czasem psychiatrzy zalecają medytację i to nikogo nie dziwi. Dlaczego więc dziwne ma być, że zaleca ją ksiądz? Potrzebujemy odrodzenia kontemplacji w życiu Kościoła, by przejść przez okres głębokich turbulencji. Zmiany bywają trudne i bolesne (zwłaszcza gdy się im opieramy), ale stają się ożywcze, gdy je zaakceptujemy. Najlepiej można to zrozumieć na przykładzie stosunku chrześcijaństwa do tajemnicy śmierci. Stanowi ona centrum chrześcijaństwa – jako proces przemiany, a nie unicestwienia. Nie wiesz, co się stanie, gdy umrzesz. Jesteś pełen lęku, zaprzeczasz, odrzucasz śmierć. Nawet Chrystus bał się śmierci, mimo że swą nadzieją mógł ten lęk przezwyciężyć. Mam wrażenie, że również niektóre problemy Kościoła mają źródło w odrzucaniu zmian, w zaprzeczaniu śmierci. Czyniąc tak – zaprzeczamy życiu. Nie wydaje mi się, by istniało jedno rozwiązanie, jedna strategia, która przeprowadziłaby nas przez czas kryzysu. Istotą jest doświadczenie wiary, które musi stać się bardzo głębokie, zjednoczone i osobiste, by przeprowadzić nas przez ten czas. Ostatecznie to wiatr Ducha Świętego zmieni to, co ma być zmienione, a to, co jest prawdziwe, cenne i wieczne, zostanie zachowane i przyoblecze w nową formę. W jaki sposób można by przyczynić się do tego procesu? Nie ma na to jednej odpowiedzi, jest tylko jasny program: być wspólnotą. Kościół jest komunią ludzi wierzących z Bogiem i pomiędzy sobą, jest komunią wspólnot parafialnych. Powinniśmy więc skupić się na budowaniu prawdziwej chrześcijańskiej wspólnoty wewnątrz Kościoła i troszczyć się o to, by te wspólnoty były w komunii ze sobą. To jest szczególnym zadaniem biskupów. Biskup jest starożytnym symbolem jedności Kościoła. Takie też jest znaczenie papieża – on symbolizuje jedność Kościoła. Ostatnio w  Anglii królowa obchodziła rocznicę koronacji. Niektórzy Anglicy mówią: a po co nam królowa, pozbądźmy się jej, to takie staromodne. Ale to nie jest tylko powierzchowna instytucja, istnieje głęboki sens i prawdziwa wartość jednoczącego symbolu. W sensie duchowym papież w kolegialnej jedności z innymi biskupami

 106 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Modlitwa jest kołem

jest i powinien być symbolem podtrzymywania różnorodności i budowania komunii wewnątrz Kościoła. Wielu biskupów, z którymi się zetknąłem, rozumie to i zaprasza naszą wspólnotę, byśmy uczyli się przywracać tradycję kontemplacji, bo wiedzą, że im głębsze jest życie duchowe wspólnot, tym mocniejsza będzie jedność Kościoła. Podobnie jest w rodzinie czy parafii – rolą przywódców wspólnoty (rodziców czy proboszczów) jest utrzymywanie jej jedności. Po tym, jak my chrześcijanie będziemy się miłować, świat nas rozpozna i pozna Chrystusa – to Jego słowa… Rozmawiały Anna Bednarkiewicz i Katarzyna Jabłońska

Laurence Freeman – ur. 1951. Studiował literaturę angielską w Oksfordzie, pracował w ONZ, bankowości i jako dziennikarz, aby ostatecznie wstąpić do zakonu benedyktynów w opactwie Ealing w Londynie. Nowicjat odbył pod kierunkiem ojca Johna Maina OSB i wraz z nim zakładał pierwsze Centrum Medytacji Chrześcijańskiej w Londynie. Śluby monastyczne złożył w 1979 roku. Kieruje Światową Wspólnotą Medytacji Chrześcijańskiej (aktywną także w Polsce – zob. www.wccm.pl). Autor licznych książek, wydanych także po polsku, m.in. Medytacja chrześcijańska, Twoja codzienna praktyka; Pielgrzymka wewnętrzna. Podróż medytacyjna; Jezus – wewnętrzny nauczyciel; Od pierwszego wejrzenia. Doświadczenie wiary. Mieszka w Londynie w klasztorze Chrystusa Króla w Cockfosters.

Wiara

Dziękujemy panom Bogdanowi Białkowi i Andrzejowi Ziółkowskiemu za pomoc w organizacji wywiadu z o. Freemanem.

 107


Ks. Rafał Dudała  Postconcilium

Liturgia – czas podarowany Antonio Rosmini, włoski duchowny i filozof, w 1848 r. opublikował swoje najsłynniejsze dzieło zatytułowane O pięciu ranach Kościoła Świętego. Całość podzielona została na pięć rozdziałów, a każdy z nich nawiązywał do jednej z pięciu ran Chrystusa. Wśród nich autor wymienia: niedostateczne wykształcenie kleru, niezgodę pomiędzy biskupami, podległość nominacji biskupich względem władzy świeckiej, serwilizm wobec dóbr doczesnych. Jednak pierwsza z tych ran to podział między świeckimi a duchowieństwem podczas publicznego aktu liturgicznego. Jak utrzymuje Rosmini, w starożytności to właśnie kult, w którym uczestniczył lud, był miejscem katechezy i formacji. Sytuacja jednak uległa zmianie na skutek najazdów barbarzyńskich, zaniku łaciny, nikłej świadomości ludu oraz tendencji kleru do tworzenia kasty: wszystko to wytworzyło mur pomiędzy świeckimi a  duchowieństwem. Remedium na ten stan rzeczy autor dostrzega w nauce łaciny, wyjaśnianiu ceremonii liturgicznych oraz używaniu mszalików w językach narodowych. Nie bez racji w dziele Rosminiego dostrzega

 108 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


się niemal profetyczną zapowiedź zmian w Kościele, które przyniósł dopiero II Sobór Watykański. A że droga do niego była długa i wyboista – niech świadczy fakt, że w rok po publikacji książka ta znalazła się na kościelnym indeksie; jednak ponad sto lat później była już cytowana w auli soborowej, a w roku 2007 autor został ogłoszony błogosławionym Kościoła katolickiego. Powyższy przykład potwierdza nie tylko zasadność postulatu przeprowadzania reform w Kościele, ale też i trudności, z którymi muszą się liczyć wszyscy wstępujący na tę drogę. Czy byli tego świadomi ci, którzy w ramach II Soboru Watykańskiego podjęli trud i ryzyko przeprowadzenia tak szeroko zakrojonych zmian? Parafrazując, nieco przewrotnie, jedno z najczęściej cytowanych soborowych określeń liturgii, rzec można, że dokument jej poświęcony po dziś dzień pozostaje „źródłem” sporu wokół dziedzictwa Vaticanum II, a zarazem „szczytem” napięć pomiędzy pro- i antysoborowymi postawami wśród katolików. Różnice te – wyraźnie obecne już w okresie przedsoborowym, choćby w kontekście dynamicznie rozwijającego się, zwłaszcza podczas pontyfikatu Piusa XII, ruchu liturgicznego – podczas soboru ujawniły się w postaci ścierających się frakcji. Nie koniec jednak na tym: czas posoborowej recepcji owe podziały dodatkowo uwypuklił, a towarzysząca jej nierzadko daleko posunięta reformatorska nieroztropność jedynie wzmocniła flankę kontestatorów. I tak oto liturgia – czyli w dosłownym tłumaczeniu „działanie na rzecz ludu”, mające z definicji służyć zjednoczeniu wiernych w oddawaniu czci Bogu – stała się przestrzenią bolesnego rozdarcia i gorszącego podziału. Mur, o którym pisał Rosmini, już nie tyle oddziela świeckich od duchownych, lecz stał się swoistą linią demarkacyjną rozdzielającą dwie wizje teologiczne, niejako dwa obrządki. Jakże obce to zamysłowi tych wszystkich, którzy podjęli się trudu liturgicznej reformy, rozumianej – wedle samego dokumentu – jako „odnowienie i rozwój”. Niewątpliwie pierwszeństwo przyznane liturgii i debacie na temat jej reformy w jakiś sposób antycypowało dyskusję wokół ważnych punktów koncepcji Kościoła oraz bezpośrednio wpłynęło na późniejsze dokonania soboru. Stąd też konieczność wskazywania na nierozerwalny związek pomiędzy reformą liturgiczną a soborem – choćby z tego powodu, że wszystkie najważniejsze fermenty teologiczne Vaticanum II pozostawiły swój ślad w konstytucji o liturgii: ponowne odkrycie słowa Bożego, eklezjologia, ekumenizm, relacje z Żydami czy stosunek do współczesnego świata. Warto jednak pozostawić nieco na boku spory historyczno-teologiczne wokół reformy liturgicznej, których tłem zwykło się

 109

Postconcilium

Liturgia – czas podarowany


Ks . R a f a ł D u d a ł a

czynić odniesienia do mszału św. Piusa V, najogólniej pojętej Mszy trydenckiej i właściwego rozumienia zasady lex orandi – lex credendi („prawo modlitwy prawem wiary”). Warto to uczynić, aby odkryć właściwą, to jest duchową, wartość reformy liturgicznej. Andrea Grillo, profesor Papieskiego Ateneum św. Anzelma w Rzymie, ową doniosłość liturgicznej odnowy ujął w czteropunktowy schemat stanowiący, jego zdaniem, „serce orędzia liturgicznego II Soboru Watykańskiego”. Chcieć go zrozumieć i przyswoić – to podjąć swoistą „grę pamięciową”, tj. zapamiętać to, co zapamiętania jest warte, i koniecznie zapomnieć to, co zapomnienia wymaga: już Arystoteles mawiał, że dobrze daną rzecz zrozumieć można jedynie wówczas, gdy można też zrozumieć jej przeciwieństwo. Liturgia jest ceremonią – nie zaś czynnoś c i ą p r a w n ą c z y o b o w i ą z k i e m. Podkreślanie aspektu celebracji sakramentalnej domaga się jednocześnie porzucenia powszechnego przekonania, że takie działania miałyby być obliczone jedynie na zachowanie prawa czy wypełnienie obowiązku. To z kolei ułatwi odkrycie (za obrzędem) celebracji bliższej człowiekowi, niż to się może początkowo wydawać. Każdy rytuał skrywa na dnie „doświadczenie daru”, który należy wyłowić także po to, by umieć nadać właściwą miarę wszelkim prawom i obowiązkom. Bycie wiernym wskazaniom reformy liturgicznej jest możliwe poprzez przekonanie, że odnowa ta odkryła akty liturgiczne właśnie jako doświadczenie daru, dzięki któremu Kościół jest zdolny dawać siebie innym. Tak więc reforma liturgiczna domaga się nade wszystko radykalnego nawrócenia: nie wystarczy bowiem dostrzec w liturgii ceremonię, ale też należy zdecydowanie zerwać z logiką formalnych i abstrakcyjnych praw i obowiązków. Obecność owej logiki w liturgii czyniłaby ją nazbyt abstrakcyjną, ogałacając tym samym z głębokiego przeżywania celebracji. Liturgia jest czynnością wspólnotową – nie z a ś c z y n n o ś c i ą p r y w a t n ą c z y p u b l i c z n ą. Soborowa konstytucja niezwykle wyraźnie podkreśla wspólnotową naturę liturgii, co można zrozumieć poprzez dwa przeciwieństwa. Liturgia nie jest wydarzeniem, podczas którego każdy prywatnie, oddzielnie staje wobec kwestii zbawienia; nie ma też nic wspólnego ze zwykłym wydarzeniem publicznym, gdzie człowiek staje naprzeciw obojętnego i przedmiotowego spojrzenia obcych. Podczas liturgii staję w obliczu miłującego Ojca i naprzeciw brata, który mnie zna, z którym też tworzę wspólnotę. Tym samym liturgia nie jest ani sumą prywatnych działań odnoszących się do osobistej relacji z Bogiem, ani też zwykłym działaniem publicznym, czyli formą oficjalnego, anonimowego

 110 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


i nieosobowego kultu. Owszem, życie dzisiejszego człowieka rozciągnięte jest głównie pomiędzy sferą prywatną a publiczną; stąd może tak trudno myśleć o trzecim wymiarze, wspólnotowym. Jednak to właśnie on stanowi absolutnie niezbędny element soborowej eklezjologii, bez którego reforma liturgiczna mogłaby okazać się niepełna. L i t u r g i a j e s t c z a s e m ś w i ą t e c z n y m i  p o d a r o w a n y m – n i e z a ś c z a s e m w o l n y m o d p r a c y. Tak jak trudno jest nam współcześnie wskazać miejsca inne niźli prywatne i publiczne, podobnie rzecz się ma z czasem: znamy jedynie czas wolny i czas naznaczony odpowiedzialnością w pracy. Tymczasem liturgia „wprowadza” czas podarowany, którego doświadcza się za pośrednictwem ceremonii. Czas świąteczny wyraża się wspólnotowo, co nadaje sens czasowi pojedynczego człowieka. Liturgia nie zatrzymuje sensu dla siebie, lecz właściwie przeżyta rozsiewa ów sens także w czasie wypoczynku czy pracy. Tylko czas świąteczny jest gwarancją tego, że czas urlopu bądź wysiłku będzie sensowny, dobrze ukierunkowany i wypełniony. Ponadto liturgia staje się miejscem faktycznego zachwytu, podarowanej ciszy oraz prawdziwie głębokich gestów, których rozumienie winno być przenoszone w codzienność. Tej „ciągłości” z życiem świeckim nie nauczą jednak żadne mszały ani też ryty – antyczne, trydenckie czy odnowione, lecz autentyczna praca, duchowa i duszpasterska. L i t u r g i a j e s t „ź r ó d ł e m i   s z c z y t e m” – n i e z a ś ś r o d k i e m c z y f u n k c j ą . Liturgia nie jest detalem, lecz „źródłem i szczytem całej działalności Kościoła”, a więc punktem wyjścia i punktem dojścia, początkiem i wypełnieniem. Takie rozumienie sprzeciwia się redukowaniu jej do zwykłego środka, instrumentu czy funkcji. Tu nie może być mowy jedynie o odprawianiu, wysłuchaniu czy biernym byciu. Skoro w Kościele, w czasie świątecznym, ma miejsce celebracja wspólnotowa, będąca punktem wyjścia i dojścia całego życia tej wspólnoty, to nie można jej instrumentalizować! Nie jest też liturgia żadnym „dobrym medium” czy nawet – jak chcą niektórzy – „mass medium”, służącym przekazywaniu najróżniejszych informacji. Wszelkie tego typu próby zdradzają radykalne niezrozumienie odnowy liturgicznej, jak i samej liturgii. Nie brak dziś postaw broniących reformy utrzymujących, że nowe celebracje umożliwiają przekazywanie wielu orędzi. Tymczasem podobne stwierdzenia nie tylko że nie służą soborowej odnowie, ale szkodzą jej – podkopują ją u korzeni, wszak celebracja jako taka, w swej paradoksalnej strukturze, niejednokrotnie prowokacyjnej, symbolicznej i rytualnej, nie może być nigdy redukowana do naszych wartości czy priorytetów. Liturgia winna nas uczyć i przemieniać,

 111

Postconcilium

Liturgia – czas podarowany


Ks . R a f a ł D u d a ł a

byśmy nie popadali w podobne pułapki. W ten sposób przedstawia ona „wartość nienegocjowalną”. Z tego też wyrasta właściwe rozumienie soborowej reformy, dokonującej się bardziej „w ciągłości” aniżeli „w zerwaniu”. Jak wiadomo, oś posoborowego sporu liturgicznego wyznaczają postawy skrajne. Z jednej strony liturgia przybiera znamiona show, w którym zainteresowanie uczestników usiłuje się budzić chwytliwymi trickami i przemyślnym moralizowaniem, nierzadko politycznym, a miarą trwałości duchowych owoców jest ich doraźna spektakularność. Po drugiej zaś stronie zaleca się uporczywe trzymanie się obrzędowych form, które, choć wzniosłe i wzruszające, to jednak niechybnie prowadzą do izolacji, w efekcie rodzącej smutek i zgorzknienie. Gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami sytuuje się rozwiązanie pośrednie, możliwe, a zarazem konieczne: szanujące przepisy, a jednocześnie dające się porwać duchowi liturgii. Istotę rzeczy trafnie wyraził monachijski liturgista Joseph Pascher, członek zarówno soborowej Komisji Przygotowawczej ds. liturgii, jak i Rady ds. realizacji Konstytucji o liturgii, którego wykładów słuchał m.in. student Joseph Ratzinger: nie należy wyłącznie zgłębiać „rubryk” (tj. wydrukowanych w mszale na czerwono rozporządzeń prawnych dotyczących przebiegu liturgicznej celebracji), ale przede wszystkim wsłuchiwać się w wezwanie zawarte w „nigrykach” (tj. wydrukowanych na czarno tekstach i znakach). W ten sposób pierwszeństwo ducha nie umniejszy litery, a liturgia pozostanie uprzywilejowaną przestrzenią uwielbienia Boga – wolną zarówno od nostalgii za „rzeczami dawnymi”, jak i od pokusy doraźnej instrumentalizacji. Ks. Rafał Dudała

Rafał Dudała – ur. 1975 r., duchowny diecezji kieleckiej, absolwent filologii polskiej i teolo-

gii. Doktorant w zakresie nauki społecznej Kościoła na Papieskim Uniwersytecie Laterańskim w Rzymie. Autor książki Kod Jana Pawła II. Fotografia autora: ks. Marcin Wolczko

 112 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Historia

Andrzej Friszke

Polski los Spory ideowe na łamach „Zapisu”

„Zapis” był pierwszym literackim pismem ukazującym się w PRL poza cenzurą1. Dla jego powstania istotne znaczenie miało przekazanie na ręce Wiktora Woroszylskiego pokaźnej sumy dolarów na pomoc dla szykanowanych i represjonowanych twórców, co umożliwiało zapłacenie honorariów i wykonanie szeregu prac wydawniczych2. Pomysł przygotowania pisma rozwijał się w klimacie stworzonym przez powstanie KOR, co było jawnym rzuceniem wyzwania władzom i koncentrowało ich uwagę tak bardzo, że aktywność literatów znalazła się niejako w cieniu zainteresowania bezpieki3. Barbara Toruńczyk wspomina, że prowadziła dyskusje z Jackiem Kuroniem, który denerwował się z powodu ostrożności starszych wiekiem pisarzy i namawiał ją, by zrobić pismo z młodymi literatami, takimi jak Jacek Bierezin. Adam Michnik był przeciwnego zdania – uważał, że „łączność opozycji z intelektualistami, z artystami i ze słynnymi pisarzami jest ważna i opozycję wzbogaca, poszerza

Fragment opracowania o czasopismach społeczno-kulturalnych „drugiego obiegu” w PRL, przygotowanego w ramach prac Instytutu Badań Literackich PAN do tomu poświęconego czasopismom kulturalnym okresu 1945–1989. 2 „W pierwszych dniach czerwca 1976 r. przybyła do Polski Barbara Majewska-Celnikier oświadczyła Stanisławowi Barańczakowi, że wręczyła Wiktorowi Woroszylskiemu sumę 10 tys. dol. USA z przeznaczeniem na prowadzenie opozycyjnej działalności politycznej w kraju” – IPN 0248/73, t. 1, k. 24. 3 Por. Rozmowy na Zawracie. Taktyka walki z opozycją demokratyczną, październik 1976 – grudzień 1980, oprac. A. Friszke i M. Zaremba, Warszawa 2008. 1

 113


And r z e j F r i sz k e

i zmienia jej perspektywę”4. W niektórych dokumentach inwigilacyjnych SB z jesieni 1976 r. mowa jest o przygotowywaniu przez Woroszylskiego i jego przyjaciół zbioru tekstów pn. „Teka”. Ostatecznie jednak w lutym 1977 r. w kilkudziesięciu egzemplarzach maszynopisu ukazał się „Zapis”. „Krążyło kilka, może cztery, może dziesięć kopii, które wyrywaliśmy sobie z rąk «na jedną noc», na kilka godzin”5. W pierwszej edycji „Zapis” był więc samizdatem niejako klasycznym, przekazywanym z rąk do rąk w ramach wąskiej jednak grupy, przede wszystkim literatów. Właściwymi twórcami „Zapisu” byli Wiktor Woroszylski i Barbara Toruńczyk. Woroszylski, znany pisarz i od 1957 r. uczestnik licznych opozycyjnych wystąpień literatów, w 1976 r. jeden z organizatorów „listu 101”, pozostawał w poufnym kontakcie z Jerzym Giedroyciem, wielokrotnie doradzał Fundacji im. Kościelskich, by przyznawać nagrody młodym twórcom w kraju. Przez KGB był podejrzewany o przekazywanie na Zachód rękopisów pisarzy radzieckich uznawanych za dysydentów (m.in. Genadija Lisina, ps. Ajgi)6. Barbara Toruńczyk należała od połowy lat 60. do najaktywniejszych postaci środowiska tzw. komandosów, była współorganizatorką wiecu 8 marca 1968 r. na Uniwersytecie Warszawskim; aresztowana, w 1969 r. została skazana na dwa lata więzienia7. Studia ukończyła na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, przez cały czas będąc aktywną w życiu środowiska opozycyjnego. Przez wiele lat była poddawana inwigilacji przez SB. W jednej z notatek SB dotyczących Toruńczyk, w grudniu 1976 r., pisano, że jest odpowiedzialna za zorganizowanie i uruchomienie produkcji pisma, które ma mieć nazwę „Teka”, „Szuflada” lub „Zapis”. Na zebraniu u Woroszylskiego 7 listopada 1976 r. mówiła, że na przepisywanie tekstów na maszynie wyraziły zgodę trzy osoby. Koszt produkcji jednego numeru miał wynosić 300 zł, a egzemplarze pisma powinny się ukazać na przełomie roku. W spotkaniu uczestniczyli, prócz Toruńczyk i Woroszylskiego, Andrzej Kijowski, Kazimierz Brandys, Stanisław Barańczak, Jacek Bocheński i inne, nierozpoznane przez SB osoby8. Kijowski przekazał opinię Jerzego Andrzejewskiego, który nie mógł przybyć na spotkanie, że pismo powinno mieć w zasadzie charakter literacki, ale zawierać też reportaże i publicystykę. Skład kolegium redakcyjnego nie powinien być ujawniany, by uniknąć sensacji i uniemożliwić władzom grę personalną. Pisarze byli świadomi, że Wypowiedź Adama Michnika podczas konferencji „Działania Komitetu Obrony Robotników i Komitetu Samoobrony Społecznej KOR 1976–1980”, Uniwersytet Warszawski 23–24 września 2006 r., www.kor30.sws.org.pl. 5 L. Szaruga, „Zapis” (wstęp do opisu), „Kontakt” nr 6 z czerwca 1988 r., s. 83. 6 Informacja dot. literata Wiktora Woroszylskiego z 28 lutego 1977 r., IPN 0248/73, t. 1, k. 19–26.; W. Woroszylski, Wspomnienie o liście stu, „Odra” 1991 nr 11–12. 7 Por. szerzej A. Friszke, Anatomia buntu. Kuroń, Modzelewski i komandosi, Kraków 2010. 8 IPN 0247/441, t. 2, k. 45a. Notatka ta powstała najprawdopodobniej na podstawie podsłuchu mieszkaniowego. Por. A. Bikont, J. Szczęsna, Lawina i kamienie. Pisarze wobec komunizmu, Warszawa 2006, s. 410. 4

 114 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Polski los

przekraczają prawo. „Nawet najlepszy adwokat nie znalazłby wg K. Brandysa w tym wypadku okoliczności łagodzących, ponieważ zamieszczone w czasopiśmie teksty były zakazane przez cenzurę, a więc publikuje się je i rozpowszechnia nielegalnie”. Brandys zauważył, że jeśli skład redakcji nie będzie ujawniony, „to każdy wezwany na przesłuchanie może zawsze uchylić się od odpowiedzi”. Kijowski widział opozycję między wejściem w działalność „nielegalną” a pozostawaniem w redakcji oficjalnie wydawanej „Twórczości”, co dotyczyło jego i Artura Międzyrzeckiego. Proponował, by nie posługiwać się nazwą „pismo”, a „teka” lub „z teki”, co na postawiony komuś zarzut, że związał się z nielegalnym pismem, pozwoli odpowiedzieć: „myśmy nie zakładali pisma, lecz «tekę»”. Taką też nazwę zaproponowała Barbara Toruńczyk, odpowiadając Brandysowi, powiedziała, że kodeks karny zawiera przepisy o odpowiedzialności za sporządzanie, posiadanie i  rozpowszechnianie nielegalnych materiałów i wydawnictw, ale znani jej prawnicy twierdzą, że „zastosowanie tych przepisów prawnych lub ich niestosowanie zależy tylko od metody postępowania, jaką w danym przypadku zechcą obrać władze”. Po dyskusji przyjęto nazwę „Teka” i formułę: „numer pierwszy przygotowali” (tu nazwiska), co rozłoży odpowiedzialność na wszystkich autorów zamieszczonych tekstów9. W grudniu 1976 r. Woroszylski miał skompletować pierwszy numer „Teki” i dać go do przeczytania grupie literatów związanych z tą inicjatywą. Część z nich, m.in. Kijowski, Brandys i Międzyrzecki, miała krytycznie ocenić zawartość numeru, a nawet zapowiedzieć wycofanie się z tego przedsięwzięcia10. Jak wspomina Barbara Toruńczyk, ostatecznie o powstaniu „Zapisu” – taką bowiem nazwę przyjęto po wycofaniu się Kijowskiego – zdecydowała męska postawa Marka Nowakowskiego. Na tym zebraniu byli też Jakub Karpiński, Stanisław Barańczak, Ryszard Krynicki i Tomasz Burek11. W styczniu 1977 r. z MSW przesłano pismo do Komendy warszawskiej MO, pisał płk Z. Bielecki: z posiadanego przez nas rozeznania wynika, iż Barbara Toruńczyk wchodzi w skład tzw. 8-osobowego „kolegium redakcyjnego” opozycyjnego czasopisma o charakterze publicystycznym, w którym spełnia rolę sekretarza redakcji. Obecnie Barbara Toruńczyk zajmuje się zbiórką pieniędzy od członków „kolegium” przeznaczonych na koszty związane z „produkcją” wspomnianego czasopisma, a także zakupem papieru i innymi kwestiami związanymi bezpośrednio z wykonaniem pierwszego numeru, pod nazwą „Zapis nr 1”. Przepisywaniem tekstów do omawianego czasopisma ma zajmować się jedna

IPN 0222/1369, t. 1, k. 83–88. Informacja dot. stanu rozpoznania zagrożeń bezpieczeństwa wewnętrznego kraju w grudniu 1976 r. opracowana przez Departament III MSW, IPN 0326/488, t. 1, k. 34. 11 Relacja pisemna B. Toruńczyk z 6 września 2010 r. Według ocen SB ośmioosobową redakcję tworzyli Woroszylski, Bocheński, Nowakowski, K. Brandys, Andrzejewski, Barańczak, Zagajewski i Toruńczyk jako sekretarz redakcji. IPN 0222/1369, t. 1, k. 97. Por. J. Błażejowska, Poza cenzurą. Wokół narodzin „Zapisu”, „Biuletyn IPN” 2008 nr 8–9. 9

 115

Historia

10


And r z e j F r i sz k e

z zaufanych maszynistek, z którą Barbara Toruńczyk będzie utrzymywała bezpośredni kontakt12.

W pierwszej połowie lutego ukazał się pierwszy numer „Zapisu”. Osiem egzemplarzy zostało oprawionych introligatorsko i zaczęło krążyć w gronie znajomych członków kolegium redakcyjnego13. W innej notatce, datowanej 28 lutego, pisano, że czasopismo wyszło i krąży po Warszawie wśród niektórych zaufanych osób. Zdaniem Woroszylskiego mała jest szansa, aby czasopismo to samo się rozmnożyło w kraju, ponieważ trudno liczyć na to, że ludzie, którzy to dostaną, siądą i przepiszą 250 stron tekstu. Z obawy przed przejęciem któregoś z egzemplarzy czasopisma przez władze żaden z członków kolegium nie przetrzymuje go u siebie w domu. [...] Organizatorzy czasopisma, m.in. Andrzejewski, Woroszylski, Brandys, Toruńczyk, nastawiają się obecnie na zbieranie ocen i komentarzy po wydaniu pierwszego numeru „Zapisu” ze środowiska literackiego oraz niecierpliwie oczekują reakcji władz politycznych. Przypuszczają, że ukazanie się „Zapisu” może przyczynić się do zwołania ogólnego zebrania literatów, na którym postawiona byłaby sprawa cenzury, „by książki nie musiały ukazywać się w pismach nielegalnych”. [...] Wśród kolegium redakcyjnego czasopisma dominuje obecnie dążenie do zdobycia wartościowych tekstów do drugiego numeru14.

Przekraczanie kolejnych ograniczeń

Te suche, ale sporo mówiące o realiach powstawania pisma, notatki policyjne, oparte na podsłuchach w mieszkaniach, warto skonfrontować z pamięcią organizatorki pisma, Barbary Toruńczyk: Kiedy „Zapis” powstał – ja go robiłam, więc znam tę technikę dokładnie – naszą techniką była technika marca 1968 roku, to znaczy przepisywaliśmy egzemplarze na maszynie do pisania, przez kalkę. W zasadzie powinnam powiedzieć – przepisywałyśmy, bo w naszych kręgach panowie nie pisali na maszynie, to robiły kobiety, a jeżeli chodzi o „Zapis”, to robiły to panie jeszcze z Powstania Warszawskiego, z którymi skontaktował mnie Jan Józef Lipski. [...] Pierwszy numer był odbity przez trzy panie, każda z pań odbijała po

Pismo naczelnika Wydz. IV Dep. III MSW do Naczelnika Wydz. III Komendy MO Województwa Warszawskiego z 15 stycznia 1977 r., IPN 0247/441, t. 2, k. 142. Jako osobę podejrzewaną o przepisywanie tekstów do pierwszego numeru wymieniano Krystynę Wójcik. W notatce z kwietnia 1977 r. „zdemaskowano” inną maszynistkę – Halinę Modrzejewską. Oficer operacyjny SB charakteryzował Barbarę Toruńczyk następująco: „jest bardzo dobrze wyszkolonym przez opozycję działaczem, który bez względu na konsekwencje prawne i represje nie zajmuje inne stanowiska [sic!], niż jej «opiekunowie» [...] cechy jej osobowości oraz zaangażowanie w negatywną działalność określają ją jako człowieka skłonnego do największych poświęceń”, IPN 0247/441, t. 3, k. 102. 13 Informacja dot. wydania pierwszego numeru nielegalnego pisma „Zapis” z 16 lutego 1977 r. podpisana przez dyrektora Departamentu A. Krzysztoporskiego, IPN 0326/488, t. 2, k. 146. 14 Meldunek operacyjny z 28 lutego 1977 r., IPN 0247/441, t. 3, k. 10a. 12

 116 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Polski los

dwanaście egzemplarzy, a z tego tylko pięć było czytelnych, pozostałe siedem były na siłę przewijane przez wałek, wtedy się pisało na maszynie i przez kalkę, na takim bardzo złym papierze przebitkowym. Ja brałam te piętnaście, siedemnaście, dwadzieścia jeden najwyżej egzemplarzy, posyłałam przez kogoś, bo to wszystko było tajne – policja jednak nie chciała powstania „Zapisu” i bardzo polowała na egzemplarze, miałam z tego powodu rewizje – do introligatora, który to okładał w bardzo ładne okładki marmurkowe, to miało format A4. Tak wyszedł pierwszy numer „Zapisu”. Było dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwa egzemplarze, czytelnych piętnaście, ale to krążyło, najpierw dostawali autorzy, było ich około dwudziestu, to byli bardzo znani ludzie, czytali oni, ich rodziny, istniał ten krąg inteligencji warszawskiej [...], ludzi świetnie się znających, przekazujących sobie tę literaturę15.

Numer drugi „Zapisu”, który ukazał się podczas głodówki w maju 1977 roku, został wydany identycznie, ale przez innych przepisywaczy. Tuż po głodówce w maju 1977 poszłam do Wiktora Woroszylskiego, który był spiritus movens „Zapisu”. To jego determinacja doprowadziła najbardziej do tego, że „Zapis” powstał. On był pierwszym redaktorem „Zapisu”, a ja jego sekretarzem i techniką. Poszliśmy wtedy do parku, usiedliśmy na ławce i po chwili podszedł do nas Ludwik Dorn i [...] powiedział: – no, są ludzie, mamy maszyny, możemy odbić. Myśmy z Wiktorem spojrzeli po sobie i zapytaliśmy: – ile? – To nie było wtedy pytanie o finanse, to było pytanie o nakład. I on powiedział, według mnie, 250 egzemplarzy. Są ludzie, którzy pamiętają, że 400. Ale czy 400 czy 250 – to był wtedy ogromny, astronomiczny nakład16. [...] I wtedy w Lublinie17 […] został odbity ten pierwszy większy nakład i wtedy można powiedzieć powstał n i e z a l e ż n y r u c h w y d a w n i c z y. Dlaczego mówię, że wtedy powstał? – dlatego, że wtedy ludzie się o nim dowiedzieli. Nazwiska znanych pisarzy drukujących w „Zapisie” i to, że środowisko warszawskie się włączyło w działalność nielegalną i pozwoliło odbijać swoje pismo w Lublinie na powielaczu, miało wielkie znaczenie dla ruchu wydawniczego, dlatego że ruch wydawniczy zaczął wtedy istnieć w świadomości szerokich warstw inteligencji, co najmniej inteligencji18.

W deklaracji otwierającej numer pierwszy Stanisław Barańczak pisał, że „Zapis” nie jest – w intencji autorów – czasopismem, publikacją o stałym składzie redakcji i określonej częstotliwości ukazywania się. Nie jest również prezentacją grupy literackiej o określonym programie. [...] Publikujemy „Zapis” tylko dlatego, że oficjalne możliwości druku zawartych w nim materiałów zostały nam odjęte19.

Wypowiedź B. Toruńczyk podczas konferencji „Działania Komitetu Obrony Robotników i Komitetu Samoobrony Społecznej KOR 1976–1980”, dz. cyt. 16 Na stronie redakcyjnej „Zapisu” nr 1 wydrukowano: „Nakład 360+40 egz.”. 17 Student KUL Janusz Krupski wraz ze swoją grupą dysponował powielaczem, który został przemycony z Zachodu. Szerzej na ten temat: „Scriptores” nr 38/39, Lublin 2011. 18 Wypowiedź B. Toruńczyk podczas konferencji „Działania Komitetu Obrony Robotników i Komitetu Samoobrony Społecznej KOR 1976–1980”, dz. cyt. 19 S. Barańczak, Dlaczego „Zapis”, „Zapis” 1977 nr 1.

 117

Historia

15


And r z e j F r i sz k e

Deklaracja ta, jak zauważył Leszek Szaruga, była skonsultowana z prawnikiem. Brak stałego zespołu pozwalał na uniknięcie zarzutu o powstaniu „organizacji” o stałej strukturze i celach. Deklaracja o zróżnicowaniu ideowym i światopoglądowym redakcji była uzupełnieniem tego założenia, podobnie zapowiedź o braku określonej częstotliwości ukazywania się. Było to „«obejście» przepisów, wedle których zgodę na wydawanie czasopisma należy uzyskać u odpowiednich władz”20. Szaruga zauważa również, że pierwszy numer „Zapisu” przynosił teksty szesnastu pisarzy publikujących pod nazwiskiem, nie pod pseudonimem. Wszystkie teksty były uprzednio zakwestionowane przez cenzurę. Numer nie był więc skomponowany, jak ma to zwykle miejsce z czasopismami. Założenia te i ubezpieczenia zostały szybko zweryfikowane. Opozycjoniści, jak to zresztą wynika z cytowanych wyżej esbeckich notatek i wspomnień uczestników, „szli jak burza”, z miesiąca na miesiąc przekraczając trwałe – jak się dotąd wydawało – ograniczenia. 26 maja 1977 r. Radio Wolna Europa podało informację o konferencji prasowej z okazji wydania „Zapisu” w wydawnictwie angielskiego kwartalnika „Index of Censorship”. Zaznaczono, że reedycja na Zachodzie została dokonana w porozumieniu z redakcją krajową. Na konferencji byli reprezentowani liczni dziennikarze prasy brytyjskiej – dzienników i pism literacko-społecznych21. Tym samym nastąpiła swego rodzaju instytucjonalizacja „Zapisu” wśród pism europejskich, a czytelnicy od tej pory przez lata następne otrzymywali „Zapis” w dwóch postaciach drukowanych – w kraju odbity na powielaczu, na Zachodzie z niewielkim opóźnieniem drukowany w postaci książkowej. Wydarzenia te miały miejsce w okresie szczególnie dramatycznym dla powstałego ruchu opozycyjnego – po śmierci Stanisława Pyjasa oraz w trakcie aresztowania głównych działaczy KOR i przygotowywania ich procesu. W tym samym okresie, 18 czerwca 1977 r., odbyło się zebranie kolegium pisma, podczas którego Woroszylski ocenił, że „wyraźnie widać jakieś ciążenie ku «Zapisowi»” i jedynym mankamentem jest zbyt mała liczba krążących egzemplarzy. Toruńczyk poinformowała o przepisaniu kolejnej partii materiałów do numeru drugiego. Postanowiono, że numer trzeci stanowić będzie książka Tadeusza Konwickiego oraz zastanawiano się nad przygotowaniem numeru czwartego22. Tym samym więc „Zapis” stawał się periodykiem. Niedostatek egzemplarzy przestał być istotnym problemem z chwilą przejścia na druk, od numeru 4 na powielaczu białkowym w formacie A4. Tym samym wyraźnie odstąpiono od deklarowanych w pierwszym numerze samoograniczeń. „Zapis” miał być pismem, ukazywać się średnio raz na kwartał, L. Szaruga, dz. cyt., s. 84. IPN 0247/441, t. 3, k. 47. 22 Informacja z 22 czerwca 1977 r. przesłana przez naczelnika Wydziału IV Dep. III MSW do naczelnika Wydziału III Komendy MO w Warszawie (oparta na podsłuchu mieszkaniowym) – IPN 0247/441, t. 3, k. 46. 20 21

 118 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Polski los

choć pozostał periodykiem pluralistycznym pod względem gatunków literackich i wrażliwości estetycznej. Aczkolwiek nie w pełni. Choć istotnie skład redakcji i kręgu współpracowników był pluralistyczny, to jednak milcząco przyjmowano dwa założenia: pismo znajdowało się w rękach intelektualistów należących do establishmentu literackiego i zarazem osób zdeklarowanych opozycyjnie po stronie KOR, czy – nieco później – także Towarzystwa Kursów Naukowych. Był to krąg postaci pierwszorzędnych w polskiej literaturze, co też gwarantowało wysoki poziom pisma. Niemniej też utrwalało hierarchię literacką, co stało się jednym z powodów powstania już kilka miesięcy później nieco eksperymentalnego i buntowniczego „Pulsu”. W notach o autorach w pierwszym numerze pisma pominięto informacje o zaangażowaniach powojennych kilku z nich po stronie władzy i systemu (Andrzejewskiego, Brandysa, Bocheńskiego i Woroszylskiego). Nie były to wprawdzie w ówczesnym klimacie politycznym i intelektualnym informacje niezbędne, ale jak wspomina Szaruga w części środowisk odebrano to jako rodzaj zakłamania, manipulacji mającej na celu przemilczenie problematyki stalinizmu w kulturze. Piszę o tym dlatego, że byłem świadkiem przynajmniej kilku dyskusji, w których – obok entuzjazmu i słów zachwytu – formułowano i takie zarzuty. Ich echem był powrót do tej problematyki na łamach „Pulsu”23.

Pierwsze spory ideowe

L. Szaruga, dz. cyt., s. 89.

23

 119

Historia

Numer pierwszy w najbardziej chyba poczytnych tekstach – fragmentach Nierzeczywistości Kazimierza Brandysa oraz eseju Barbary Toruńczyk Poezja i wojna – zawierał wyraziste przesłanie ideowe. Brandys wspominał pobicie go przez bojówkę narodowców w latach 30. na Uniwersytecie Warszawskim, co uważał za najważniejsze doświadczenie wyniesione z tego uniwersytetu, istotniejsze od wykładów prawa. Ponadto cierpko i z ironią pisał o obecnym w oficjalnej kulturze masowej wątku polskich zmagań w dawnych wiekach ze Szwedami i Tatarami, który tworzy rodzaj patriotycznej dumy, wolnej jednak od wszelkich zobowiązań dotyczących współczesności. Obserwacja była celna, ale też oddawała charakterystyczny dla formacji Brandysa dystans wobec budzenia narodowych emocji. Esej Toruńczyk dotyczył zaangażowania i podporządkowania sztuki potrzebom ideologii, czemu uległa grupa „Sztuki i Narodu”, związana z Konfederacją Narodu. Kreśląc ten problem w niełatwym tekście analitycznym, Toruńczyk opowiadała się za „indywidualistami”, takimi jak Krzysztof Kamil Baczyński, Czesław Miłosz i Tadeusz Borowski. Pisała m.in.:


And r z e j F r i sz k e

Program artystyczny „Sztuki i Narodu” formułowany był jako program sztuki wyrażającej „prawdę historii”. [...] Bezpośrednim rezultatem tego stanowiska był program sztuki utylitarnej. [...] Casus „Sztuki i Narodu” to osobliwy przypadek sprzeniewierzenia się sztuce. Ludzie, którzy uważali ją za swoje powołanie, żądali od twórczości, by stała się ekspresją znaczeń ustalanych poza nią i bez niej – w ideologicznej wykładni. [...] Sztuce tej przyznano rolę bezpośredniego regulatora społecznych zachowań [...]. Deterministyczna koncepcja ludzkiej natury stanowiła zwieńczenie estetycznej doktryny „Sztuki i Narodu”24.

Koncentrując uwagę na tej grupie, Toruńczyk zauważała występującą także w innych pismach konspiracyjnych tendencję do poddania sztuki koncepcjom ideologicznym, zredukowania jej do środka wyrażania wizji politycznych i popularyzowania ich, co w jej przekonaniu godziło w samą istotę sztuki, redukowało jej funkcję do propagandy. „Ostateczny kształt nadali temu programowi teoretycy i praktycy kultury lat pięćdziesiątych” – brzmiało ostatnie zdanie eseju. Ten tekst można było odczytać jako zdecydowany sprzeciw wobec podporządkowania sztuki jakimkolwiek potrzebom ideologicznym i taka zapewne była intencja autorki, jeśli pamiętać o jej dalszej drodze życiowej i dokonaniach. Część czytelników jednak uznała tekst za atak na „patriotyczne pokolenie czasu wojny”, a zestawienie z późniejszymi stalinistami za niedopuszczalne. Esej zaatakowała gwałtownie Wanda Chylicka związana z „Opinią” (wydawaną przez ROPCiO) jako atak na pokolenie AK. Odpowiedziała jej Aniela Steinsbergowa, broniąc Toruńczyk przed gwałtownymi zarzutami, ale też zauważając podziały ideowe w wojennym pokoleniu25. Prawdziwa, pogłębiona polemika miała jednak miejsce na łamach „Zapisu”. Tekst Toruńczyk ostro skrytykował Jerzy Narbutt, poeta z pokolenia AK, broniąc poetów z grupy „Sztuki i Narodu”, choć nie ideologii Konfederacji Narodu. Zarzucił autorce złamanie proporcji i zagubienie prawdy o ideach dominujących w Polsce podziemnej. Idee KN nie były bowiem reprezentatywne dla całości podziemia i życia umysłowego okresu okupacji. Podkreślał: trzeba wyraźnie rozgraniczać między s e r w i t u t a m i i d e o l o g i c z n o - p o l i t y c z n y m i sztuki, jakich domagało się grono ludzi ze „Sztuki i Narodu”, a tą „cechą” sztuki, która się odnosi do jej funkcji jako n o ś n i k a n a j w y ż s z y c h w a r t o ś c i 26.

Przykładem tego pierwszego był okres socrealizmu, drugie płynie z ugruntowanego przekonania, „iż sztuka winna być dla ludzi, a nie dla siebie samej, czy dla artysty”. Rodowód zaangażowania ideologicznego i politycznego poezji został narzucony z komunistycznej Rosji, a nie wypływał z Polski okupacyjnej, i nie można mówić

B. Toruńczyk, Poezja i wojna, „Zapis” 1977 nr 1. W. Chylicka, Dlaczego pamflet, „Opinia” 1978 nr 2; A. Steinsbergowa, List do redakcji „Opinii”, „Zapis” 1978 nr 7 (lipiec), s. 134–135. 26 J. Narbutt, Remanent polemiczny, „Zapis” 1977 nr 4 (październik). 24

25

 120 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Polski los

o antycypacji socrealizmu wyhodowanej przez ogół Polaków. W sporze z Barbarą Toruńczyk chodzi o „prawdę sprawiedliwych proporcji” – pisał Narbutt i jako inny przykład złamania owych proporcji wymieniał znane opowiadanie Buty Jana Józefa Szczepańskiego. Publikując to opowiadanie, Szczepański popełnił rzecz karygodną, ponieważ robił to w czasie, gdy stalinowskie więzienia przepełnione były najofiarniejszymi, najbardziej ideowymi ludźmi z AK – i ponieważ publikował to w kraju, gdzie aparat propagandy oczerniał, opluwał Armię Krajową27.

Jak się ma opisany tam przypadek do ideowej, bohaterskiej reszty żołnierzy AK? Jak 1 do 100 000. Taki przypadek wyjątkowy opisać warto, ale trzeba pamiętać o kontekście sytuacyjnym, nie w każdym czasie można opublikować wszystko, co napiszemy. „Gdy dochodzi do konfliktu między szczerością sztuki a prawdą sprawiedliwych proporcji historycznych, to pierwsza musi czasowo milczeć w tych krajach, gdzie sprawiedliwych proporcji ukazywać nie wolno”. Chodzi o to, że nie wolno „rzucać cienia na resztę niewątpliwych bohaterów”. Z tych samych powodów Narbutt krytykował esej Stanisława Stommy ogłoszony w stulecie powstania styczniowego na łamach „Tygodnika Powszechnego”, gdyż pisał on o „kompleksie antyrosyjskim”, zapominając o kontekście ówczesnej sytuacji. Z tymi poglądami polemizował Woroszylski, nie godząc się z logiką reprezentatywności. Narbutt „mniema, że wyskoki niereprezentatywnej grupy lepiej zapomnieć, a wyciąganie ich niepotrzebnie rzuca cień na większe zbiorowości, których dobrego imienia należy strzec”. W życiu społecznym, kulturze i historii liczy się nie tylko statystyczna norma, lecz – obok niej – wyjątek, odosobniony gest, myśl dyskutowana w niewielkim gronie, tekst dostępny na razie niewielu. Dotyczy to zarówno zjawisk, które po latach podziwiamy, jak tych, nad którymi ubolewamy28.

Ideologia nacjonalistyczno-totalitarna przed wojną zyskała popularność w różnych warstwach narodu i czy można „skwitować pomyłkę Gajcego i Trzebińskiego pobłażliwym stwierdzeniem, że nie była ona reprezentatywna dla całości podziemia”? Pisząc w zakończeniu o socrealizmie, Toruńczyk nie wspomina, by czerpał on swe pomysły od „Sztuki i Narodu”, czy tym bardziej „ogółu Polaków”. Mówi tylko, że idee jednego totalizmu okazały się zdumiewająco podobne do idei innego totalizmu. Nawiasem mówiąc – dodawał Woroszylski –

Tamże. W. Woroszylski, Błędy w remanencie, czyli polemika z polemiką, „Zapis” 1977 nr 4 (październik).

27 28

 121

Historia

zło importowane nie jest problemem intelektualnym ani moralnym. Jest nim to, które kryje się w zakamarkach naszego domu, należy do naszej tradycji, wychowania, stereotypu, gotowości, słabości. To, które zawsze może zostać przywołane na pomoc, podporządkowane


And r z e j F r i sz k e

sobie i ubrane w aktualny mundur przez potężniejsze zło przybyłe z zewnątrz. Dotyczy to nie tylko socrealizmu29.

Redaktor „Zapisu” nie godził się także z oceną Butów Szczepańskiego. Nie jest rzeczą literatury odmierzanie proporcji i oddawanie statystycznej sprawiedliwości komukolwiek, ale „poszukiwanie prawdy o człowieku, tym sam na sam ze sobą i tym pośród innych ludzi, tropienie i odsłanianie tego, czego bez literatury człowiek nie wie o sobie, czasem woli nie wiedzieć albo nie ośmiela się wiedzieć”. Buty – ze swą rozpaczą, buntem, tęsknotą za czystymi rękami żołnierzy i odmową zgody na potworności – nigdy nie były sojusznikiem propagandy. Zgadzał się natomiast Woroszylski z tym, że pisanie o kompleksie antyrosyjskim Polaków w cenzurowanej prasie, gdzie nie można rozważać przyczyn ani skutków owego kompleksu, jest nie do przyjęcia. „Niemniej ten kompleks istnieje – jak analogiczny kompleks antyniemiecki i parę innych”. Wyrażał nadzieję, że w „Zapisie” znajdzie się miejsce „dla zastanowienia nad sprawami Polaków i Rosjan, Polaków i Niemców, Polaków i Ukraińców – niechże i one wreszcie nie będą tabu...”30. Te teksty były chyba pierwszym starciem polemicznym między dwiema formacjami polskiej inteligencji tworzącymi opozycję: liberalno-demokratyczną, niekiedy określaną jako lewicowa, która tworzyła „Zapis”, oraz narodowo-katolicką, określającą się jako niepodległościowa. Cechą tej pierwszej była gotowość do dokonywania krytycznych ocen przeszłości i weryfikowania tradycji, cechą drugiej – jednoznaczna obrona tradycji narodowych i sprzeciw wobec prób jej weryfikowania. Debaty ideowe były mocną stroną „Zapisu”, który przecież jednak był pismem w istotnej części literackim. Drukowano więc prozę Kornela Filipowicza, Marka Nowakowskiego, Zyty Oryszyn, wiersze Jerzego Ficowskiego, Barbary Sadowskiej, Henryka Jasiczka i Josifa Brodskiego, ale wiele miejsca poświęcano ocenie rzeczywistości. Taki charakter miały felietony Stefana Kisielewskiego i jego wspomnienia o funkcjonowaniu cenzury w pierwszych latach powojennych, które korespondowały z artykułem Kazimierza Orłosia o cenzurze i wolności słowa czy korespondencją Tadeusza Walendowskiego z urzędem cenzury wokół jego rozpowszechnianego w maszynopisie cyklu Z teatru ulicznego i domowego. Kwestia cenzury dotykała wprost problemów współczesnych, których dotyczyła analiza kampanii propagandowej z okresu uwięzienia członków KOR-u, jakiej dokonała Anna Chmielewska (Teresa Bogucka), czy wspomnienie-reportaż Joanny Szczęsnej o głodówce w kościele św. Marcina. Ciekawie prezentował się też dział recenzji. O książce Michnika Kościół, lewica, dialog pisał o. Jacek Salij, o pierwszym tomie Głównych nurtów marksizmu Kołakowskiego Stefan Amsterdamski31.

Tamże. Tamże. 31 „Zapis” 1977 nr 4 (październik). 29 30

 122 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Polski los

Polemika o gnidach

Jedną z najgorętszych dyskusji tego okresu spowodował Piotr Wierzbicki Traktatem o gnidach. Pojęcie zapożyczył od Janusza Szpotańskiego, u którego „na jednym biegunie polskiej społeczności znajdują się «czerwoni» (partyjniacy), na drugim «gęgacze» (opozycja)”, a pośrodku „żerują «gnidy». Gnida to taki biały, niekomunistyczny pachołek czerwonych”. Szukać ich trzeba wśród rektorów, redaktorów, artystów. Otóż właściwością gnidy jest to, że ona służąc czerwonym, jest w głębi duszy biała, kontrrewolucyjna, przedwojenna, reakcyjna, prozachodnia, wroga. Gdyby na amerykańskich czołgach wjechali pewnego dnia do Warszawy amerykańscy żołnierze, gnidy witałyby ich z ogromnym entuzjazmem32.

Mnóstwo „gnid” jest wśród tzw. pozytywnych bezpartyjnych ze sfer intelektualnych, skupiają się na uniwersytetach, w instytutach PAN, związkach twórczych, redakcjach pism społeczno-kulturalnych, należą do różnych generacji. Rozwijając opis – kogo i dlaczego do „gnid” zalicza, jakie są ich rodzaje – Wierzbicki prowadził w wyraźną stronę. „Gnidami” byli ci, którzy – wewnętrznie nie akceptując systemu – godzili się na działanie w jego ramach, niesprzeciwianie się, niedrażnienie władzy, uleganie cenzurze i narzucanym ograniczeniom, na zajmowanie stanowisk i piastowanie godności w imię małego realizmu, ale za cenę spełniania przez władzę wymaganych rytualnych gestów. Duża część eseju Wierzbickiego była poświęcona metodom wymigiwania się od złożenia podpisu pod petycją do władz, która – co oczywiste – mogłaby się stać przyczyną kłopotów, szykan czy po prostu skomplikowała skomplikowałaby funkcjonowanie w naturalnym środowisku zawodowym. Duchowo oraz towarzysko spokrewniona jest z liberalną opozycją, cieleśnie stowarzyszona z partyjnymi panami PRL, stara się gnida dogodzić wszystkim i chce przez wszystkich być kochana. W środowisku opozycyjnym pragnie uchodzić za wprawdzie niezaangażowaną w opozycyjne działanie, lecz moralnie czystą, niezłomną, nonkonformistyczną. W instytucjach PRL-owskich chce uchodzić za wprawdzie apolityczną, lecz obowiązkową, kochającą swą pracę, lojalną. Od opozycjonistów oczekuje akceptacji. Od PRL-u premii, awansów, nagród i orderów. I zazwyczaj – trzeba przyznać – jej się to udaje33.

P. Wierzbicki, Traktat o gnidach, „Zapis” 1979 nr 9. Tamże.

32 33

 123

Historia

Potępiając taką postawę, Wierzbicki odmawiał moralności większości polskiej elity intelektualnej tego czasu, pośrednio domagał się jasnego samookreślenia. Zasadniczą polemikę z Wierzbickim napisał Adam Michnik. Sięgając w głęboką przeszłość, zauważał, że przykładami takiej „gnidziej” postawy byli m.in. Hugo Kołłątaj i Stanisław Staszic. Sięgał też do II Rzeczypospolitej, gdzie wielu


And r z e j F r i sz k e

intelektualistów milczało w obliczu nieprawości Brześcia. „Perspektywa opozycjonisty jest nieuchronnie skażona jednostronnością. Pomaga przekształcać świat, ale utrudnia dostrzeżenie jego wielowymiarowości”. O tę wielowymiarowość postaw i racji Michnik się upominał, mnożąc sytuacje i przykłady, czy to z Dwudziestolecia, czy lat powojennych. Pisał mocno i stanowczo: grozą mnie ogarnia łatwizna umysłowa sądów o przeszłości, sądów niepokojąco popularnych i żałośnie schematycznych, sądów będących mieszaniną prymitywizmu, ignorancji i złej woli. Nie odnoszą się te określenia do Wierzbickiego, ale do tych wszystkich, którzy w Traktacie o gnidach dostrzegają biblię norm moralnych i encyklopedię wiedzy o Polsce współczesnej34.

Rzeczywistość lat powojennych była bardziej skomplikowana, „niż to wynika z arcy­ prostych formułek o «czerwonych» i ich umysłowych pachołkach – «gnidach»”. W polski los, którego nie można było zmienić, wpisany był kompromis z systemem, którego próbowali Mikołajczyk, biskupi, także intelektualiści. To oczywiste – w stalinizm zaangażowani byli i inni ludzie, zwyczajni karierowicze i podli donosiciele, a także okrutni oprawcy, którzy torturowali niewinnych. Kiedy otworzone zostaną archiwa policji politycznej, uzyskamy pełniejszą wiedzę w tym przedmiocie. Wierzbicki ewokuje obraz tej przyszłości, pisząc, że „kiedyś jakiś tłum wielki wylegnie na ulicę, by się każdy rozliczył z tego, co zrobił dla Polski”. Wyznam, że nie uśmiecha mi się wizja Wierzbickiego. Nie chciałbym, aby w pierwszym dniu wolności wielki tłum wylegał na ulice i rozliczał wszystkich z tego, co zrobili, i z tego, czego nie zrobili dla Polski. Czuję w tym atmosferę ulicznego samosądu. Podniecony odzyskaną wolnością tłum jest zdolny do linczu, ale nie jest zdolny do rzetelnego rozliczania z uczynków. Dlatego też każdy, kto będzie taki tłum podjudzał do rozrachunków, będzie siał ziarno nienawiści. Dlatego też rozrachunki pozostawmy lepiej historykom35.

Michnik podkreślał różnicę, jaka dzieli Polskę od innych krajów zniewolonych przez komunizm i zaznaczał, że składa się na nią tradycja historyczna, odważna postawa episkopatu, opór społeczny manifestujący się gwałtownymi eksplozjami oraz atmosfera umysłowa części środowisk intelektualnych, poziom szkół wyższych, polskiej nauki, literatury, filmu, teatrów, muzeów, koncertów. Jest to nader często wynik pracy ludzi, którzy nie wykonują spektakularnych gestów opozycyjnych. „A przecież również dzięki nim oddychamy w Polsce innym powietrzem duchowym”. Bez poparcia wielu ludzi, którzy wstrzymają się od spektakularnych gestów, także niezależna działalność wydawnicza byłaby nie do pomyślenia. Bez postaw pośrednich, także racjonalności w łonie elit władzy, każda konfrontacja mogłaby być brzemienną w skutki tragedią. „Musimy nauczyć się trudnej sztuki kompromisu, bez

A. Michnik, Gnidy i anioły, „Zapis” 1979 nr 9. Tamże.

34 35

 124 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Polski los

której nie jest możliwy autentyczny pluralizm”. Sekciarstwem jest wrzucać ­wszystkich inaczej postępujących i myślących do worka z etykietą „gnidy”. Tak czyni ten, kto wierzy, że poznał jedną prawdę i jedną drogę do niepodległości i demokracji. Pisał Michnik: Typ takiego „posiadacza prawdy” znam dobrze z historii. I stąd mój lęk. [...] Lękam się, by reakcją na nasze zniewolenie nie stała się n i e w o l a g e s t u – i w konsekwencji pogarda dla wartości artystycznych i umysłowych, nietłumaczących się bezpośrednio na język polityki36.

Lękał się Michnik manicheizmu, postawy wielu pokoleń spiskowców, dla których „co służyło celowi było dobrem, co mu przeszkadzało – było złem, kto nie stawał w szeregi bojowników słusznej sprawy, zasługiwał na pogardę”. Jego zdaniem, taki manicheizm to „postawa świętych i inkwizytorów, […] przekleństwo społeczeństw zniewolonych”. Michnik przestrzegał współczesnych aniołów, czyli moralnie czystych opozycjonistów, że szacunek, jakim cieszą się w społeczeństwie, nakłada na nich obowiązek szczególnej wrażliwości moralnej. Inaczej bowiem mleczną siostrą ich heroicznego poświęcenia może łatwo stać się pogarda dla tych, których szczęściu chcą służyć. [...] Wiem jednak również, że jeśli doświadczenie Biesów nie zostanie przemyślane i uwewnętrznione przez polską opozycję demokratyczną, to grozić jej będą, bardziej od ubeków o zmiętych twarzach i martwych oczach, Stawroginowie i Wierchowiańscy à la polonaise37.

Wyłożone w tym sporze stanowiska były zasadnicze i wyrażały niezwykle trwałe postawy, znane także po upadku komunizmu i tłumaczące poglądy tej części opozycji, która bliska była ocenom i obawom Michnika. W owym czasie Wierzbicki pragnął w gruncie rzeczy polaryzacji postaw, Michnik budowania szerokich porozumień i stref pośrednich między reżimem w ścisłym sensie a zdeklarowaną opozycją. W perspektywie przyszłego budowania „Solidarności” perspektywa Michnika była znacznie bardziej owocna. Bez autocenzury

Tamże. Tamże.

36 37

 125

Historia

W pierwszym numerze „Zapisu” opublikowało swoje teksty 14 autorów i krąg współpracowników stale się poszerzał. W pierwszych czterech numerach publikowało 29 autorów. Część tekstów powstała specjalnie dla „Zapisu” i nie nosiły one piętna autocenzury, charakterystycznego dla tekstów, które miały być skierowane do obiegu oficjalnego. W numerach kolejnych takich tekstów było coraz więcej.


And r z e j F r i sz k e

Podtrzymano zasadę, która od początku istnienia „Zapisu” była wyjątkowa wśród czasopism, że nie podawano faktycznego składu redakcji, a jedynie na karcie tytułowej drukowano kolumnę nazwisk, czy to autorów głównych tekstów, czy osób uczestniczących w redagowaniu numeru (zasad doboru nie wyjaśniano). W istocie pierwszy numer przygotowali Jerzy Andrzejewski, Stanisław Barańczak, Jacek Bocheński, Kazimierz Brandys, Tomasz Burek, Marek Nowakowski, Barbara Toruńczyk i Wiktor Woroszylski. Zespół ten zmieniał się przy dalszych numerach, ale nie w sposób radykalny. Niektórzy się odsuwali, ale przychodzili inni, a „ten pierwszy skład osobowy stanowił w zasadzie trzon redakcji pisma i w późniejszym okresie”38. Wiosną 1979 r. Woroszylskiego w funkcji redaktora naczelnego zastąpił Jacek Bocheński, a jako sekretarz redakcji Barbarę Toruńczyk wymieniła Teresa Bogucka. „Zapis” był pismem poświęconym kulturze, nie polityce. Nie zamieszczano debat poświęconych aktualnym wydarzeniom (poza kroniką wydarzeń), nie prowadzono dyskusji o ideologiach czy kierunkach aktywności niezależnej, jak w wielu innych pismach opozycyjnych. „Zapis” nie był jednak ideowo neutralny, większość zamieszczanych w nim materiałów wyrażała niezgodę na totalitaryzm, komunizm, zawierała krytykę systemu i polityki kulturalnej. Czyniono to jednak w formie właściwej dziełom literackim, w których obecny był system wartości autora. Pierwotna formuła „Zapisu” jako zbioru tekstów zakwestionowanych przez cenzurę ustąpiła koncepcji nieocenzurowanego czasopisma. Dbano o prostą, ale staranną szatę graficzną. Nie wprowadzono odrębnych działów, choć każdy numer dzielił się na najobszerniejszą część zasadniczą (eseje, proza, wiersze, wywiady, krytyka literacka) oraz recenzje i kronikę, w której odnotowywano wydarzenia z życia kulturalnego, cenzurowanego i pozacenzuralnego. Andrzej Friszke

Andrzej Friszke – ur. 1956, historyk, prof. dr hab. Profesor w Instytucie Studiów Politycz-

nych PAN i w Collegium Civitas. W 1981 r. pracował w redakcji „Tygodnika Solidarność”, od 1982 r. w redakcji WIĘZI jako redaktor działu historycznego, członek Rady Naukowej Laboratorium WIĘZI. W latach 1999–2006 członek Kolegium IPN, od 2011 r. członek Rady Instytutu Pamięci Narodowej. Autor licznych książek, m.in.: Opozycja polityczna w PRL 1945–1980; Oaza na Kopernika. Klub Inteligencji Katolickiej 1956–1989; Koło Posłów Znak w Sejmie PRL; Anatomia buntu. Kuroń, Modzelewski i komandosi; PRL wobec Kościoła. Akta 1970–1978; Adam Ciołkosz. Portret polskiego socjalisty; Czas KOR-u. Jacek Kuroń a geneza Solidarności. Mieszka w Warszawie.

L. Szaruga, dz. cyt., s. 87.

38

 126 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Kultura

Zbici z pantałyku Z Marianem Pilotem rozmawia Janina Koźbiel

Janina Zanim skupimy się na Pióropuszu, porozmawiajmy o Pantałyku, Koźbiel zbio­rze opowiadań sprzed czterdziestu lat, który został właśnie wznowiony. Co to jest pantałyk?

Marian To magiczne i tajemnicze, bodaj najbardziej przedziwne słowo, jakie Pilot istnieje w języku polskim (i nie tylko), nie sposób dociec, co na dobrą sprawę ono znaczy – samo siebie może tylko? Co lingwista, to inna etymologia. Wielki autorytet, autor Russisches Etymologisches Wörterbuch Max Vasmer waha się między austriacko-bawarskim gwarowym słowem „pantl” oznaczającym pasek, taśmę, wiązadło a polską pętlą, pętelką. W świetle tej interpretacji nasze „zbicie z pantałyku” nabiera różnorakich, dość niepokojących, zgoła niesamowitych sensów... Koźbiel Sytuacja jest zarysowana już w pierwszym opowiadaniu, kiedy to mieszkańcy zaścianka Dudy zbierają się, właściwie nie wiadomo po co, jednoczą się zastępczo, bo nie widać tego, co wspólne... Pilot Dudom patronuje francuski fantasta Villiers de L’Isle-Adam; jego radykalne hasło brzmi: Tâchons d’oublier l’avenir! Powtarzają je Dudowie właśnie zgromadzeni pod szubienicą, z której zerwał się ich skazany na nieśmiertelność sąsiad; jest to ich pełna obawy

 127


Z M a r i a n e m P i l o t e m r o zm a w i a J a n i n a K o ź b i e l

i niepewności odpowiedź na pytanie, jakie sobie zadają: Co począć, skoro wszystko począć można? „Starajmy się zapomnieć przyszłość!” Zdumiewające, że to hasło maleńkiej społeczności wiejskiej, złożonej z domorosłych chłopskich filozofów, sowizdrzałów, wichrzycieli, jest dziś, kilkadziesiąt lat później, z rezygnacją bądź trwogą powtarzane przez nas wszystkich. Koźbiel Pana interesuje spojrzenie z dołu i związany z tym opór przeciwko temu, co centralne, panoszące się, opresyjne, naznaczone niechęcią do marginesu, niszy, prowincji? Pilot To paradoksalne, ale z dołu lepiej widać, dowodów na to w zimie AD 2012 nie trzeba szukać daleko... Jestem zresztą uzależniony – ba, uzależniony być chcę – od swojego języka pierwszego, wyraziście odrębnej społeczności z pogranicza wielkopolsko- czy nawet może należy powiedzieć: polsko-śląskiego. Zawsze wdzięczny byłem Panu Bogu za wieżę Babel i za moją polszczyznę, umorusaną w śląskościach i czeskościach. O czeskościach mówię, nie darmo na naszej ziemi (ziemia ostrzeszowska, wbity w Śląsk wielkopolski klin) mieliśmy trzy Tabory – trzy wsie ufundowane przez husyckich wygnańców. Koźbiel Jest w języku Pióropusza charakterystyczna tonacja – buntu, kwestionowania, wątpliwości, nieufności, podważania. Jakie jest jej źródło? Pilot Nigdy nie mogłem się pogodzić z obowiązującą od XIX wieku jeszcze oficjalną polszczyzną literacką szlachecko-inteligenckiej proweniencji. Zresztą nigdy się nie starałem nawet... Język literatury coraz bardziej oddala się od języka codzienności, od żywej mowy. Były różne bunty, ale ciągle ten sztywny kanon obowiązuje, ciągle wszystko, co nowe, jest do niego przymierzane. Na dobrą sprawę wzorcem jest ciągle sterylny i sztywny nieżywy język Jana Parandowskiego. Nawet młoda literatura jest głucha, kanonada słowami na „k” i „p”, tak nagminnie przez młodych stosowana, paradoksalnie tylko tę głuchotę uwidocznia. I paradoksalnie najbardziej czuły na mówione polskie słowo był rezydujący w Belgii Marian Pankowski, który też tym żywym słowem najwspaniałej potrafił się w swojej literaturze posługiwać – gwiżdżąc na wszelkie zasady i normy. Głosił Pankowski hasło „rozróby w polszczyźnie” – jest to hasło dziś bardziej aktualne niż kiedykolwiek, nasz język staje się bowiem coraz bardziej niemrawy i niedołężny. Rzec można, podkulił ogon, pokornie przyjmuje wszystko, co mu angielski przyniesie; więcej nawet – cofa się z obszarów niegdyś przez

 128 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Zbici z pantałyku

siebie zajmowanych. Naukowcy toczą publiczne batalie o prawo do wyrzeczenia się polszczyzny, pucybutowi większe zyski przynosi szyld w języku angielskim niż rodzimym. I już mało kto patrzy, językowa moda każe „lukać”... Język polski w swoim czasie przeżył nawałę germańską, romańską, całkiem niedawno ruską; zdołał tysiące obcych słów przemienić w słowa polskie, niekiedy wręcz arcypolsko brzmiące. Czy zdoła teraz stawić czoło nawale angielskiej? Może znajdę gdzieś w śląskojęzycznym (na co się zanosi...) Kluczborku czy Opolu przytułek, gdy w Warszawie będzie się mówiło i pisało już wyłącznie w jakimś niesamowitym anglopoliszu... Koźbiel W Pióropuszu co chwila trafiamy na rozpasane opisy. Zakreśliłam sobie duży fragment określeń, przy których pomocy bohater próbuje siebie przedstawić. Są tam m.in. szambopisek, krzywopisek, łże­ pisek, mendopisek i 25 – policzyłam – jeszcze innych. To jest tylko zabawa czy pragnienie poznawcze, a może demonstracja świato­poglądowa? Pilot Jak powiadam, mnie w tej wątłej i niemrawej – i ciągle niemrawiejącej – polszczyźnie jest niewygodnie, ciasno. I nudno.

Pilot Młody Gombrowicz miał niesłychanie silną świadomość ograniczeń i niewydolności literackiej polszczyzny, świadczy o tym chociażby fascynacja Jakubem Wojciechowskim; uważał go za kreatora i odnowiciela języka, w Variach znaleźć można teksty, które dowodzą tej fascynacji. Nowe słowo równie trudno stworzyć, jak napisać wiersz. Takie nowonarodzone słowo – jeśli jest z prawego łoża, nie z probówki – ma moc tworzenia rzeczywistości. To, co nienazwane, nie istnieje. Rzecz inaczej nazwana staje się czymś innym... Wie Pani zapewne, że w pierwszej połowie XVII wieku grasował po Polsce demoniczny Sarmata, Walerian Nekanda Trepka, który z zajadłością prawdziwie piekielną latami tropił tych, którzy próbowali „wszrubować się” w szlachtę? Pozostawił po sobie objętościowo ogromny, kipiący od nienawiści klasowej donos, piórem maczanym w siarce pisany szczegółowy raport o występkach, bagatela, prawie trzech tysięcy ludzi. Olśniło mnie, ta Nekandowa Liber chamorum to przecież nasi polscy Nędznicy do potęgi trzeciej – wielka, drapieżna, ociekająca krwią, potem i spermą realistyczna powieść! Tak, przejrzałem na oczy, nazwałem Liber chamorum powieścią – i odtąd jest to powieść, pierwsza wielka polska powieść! Słowo

 129

Kultura

Koźbiel Jak Gombrowiczowi?


Z M a r i a n e m P i l o t e m r o zm a w i a J a n i n a K o ź b i e l

ma moc kreowania rzeczywistości. Nie każde, nie zawsze, ale ma. Miewa... Cham Szela w rodowodzie Koźbiel W opisywanej przez Pana rzeczywistości, szczególnie w Pióropuszu, przebija nuta samoudręczenia czy samoponiżenia. Wykazuje Pan wiele inwencji, żeby to wyrazić... Zależy Panu, żeby w tym zakresie poszerzyć odczuwanie świata? Pilot To bez wątpienia mniej lub bardziej świadomie artykułowany pogłos własnych życiowych doświadczeń. Podobnie jak bohater Pióropusza doznałem w swoim życiu czegoś, co było swego rodzaju zderzeniem cywilizacyjnym. Usiłuję sam siebie zinterpretować... Zderzenie nieokrzesanego, patrząc z dzisiejszej perspektywy, pastucha – a więc osoby, paradoksalnie, skrępowanej może tylko kilkoma z dziesięciorga przykazań – z rzeczywistością miasta było szokiem. Miałem poczucie trwającego bez ustanku zniewalania, pętania najprzeróżniejszymi nakazami, zakazami... Dobrze jeszcze, jeśli były to nakazy precyzyjnie sformułowane, gorsze były reguły niezwerbalizowane, które się wyczuwało, a nie rozumiało; tym bardziej dręczyły. Stale trzeba było trzymać język za zębami – jeszcze na studiach, pamiętam, na pierwszych ćwiczeniach z językoznawstwa nieżyjący już dziś wybitny znawca gwar, Mieczysław Szymczak, określił z dokładnością do siedmiu kilometrów moje miejsce urodzenia, gdy tylko otworzyłem usta. Przejście ze wsi do miasta to był ciąg zderzeń bolesnych, często upokarzających. Koźbiel Czy jednak bohater Pióropusza przesadnie się nie samoponiża? Pilot Ze wstydem wyznam, że dopiero niedawno, całkiem przypadkiem w dodatku, przeczytałem rzecz francuskiej pisarki Annie Ernaux La place (Miejsce). Mówię rzecz, bo to powieść niepowieść – z zaciśniętymi zębami pisana spowiedź córki wiejskiego kramarza z  Normandii, która za cenę niesłychanych poświęceń, niewiarygodnych udręczeń, upokorzeń – a nade wszystko kosztem totalnego wykorzenienia, zaparcia się i wyrzeczenia własnej rodziny – uzyskuje status profesora uniwersyteckiego. Tak kamienistej drogi mój bohater – rówieśnik Annie, nawiasem mówiąc – bodaj nie miałby siły przebyć. To, co nosiło nazwę „awansu społecznego”, we Francji było dziesięciokrotnie może bardziej upokarzające i okrutne niż w Polsce.

 130 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Zbici z pantałyku

Koźbiel No bo u nas była dźwignia polityczna... Pilot Tak, w końcu my w epoce Pióropusza szliśmy ławą, córka francuskiego rolnika czy wyrobnika była samotna... Koźbiel Ale to, że szliście ławą, budziło dodatkowy opór drugiej strony. Słynne punkty za pochodzenie kłuły w oczy i budziły wrogie reakcje. A to ożywiało stare zapiekłe antagonizmy. Pilot Nie uważam, żeby było rzeczą słuszną te antagonizmy skrywać – ani wówczas, ani dziś. Rachunki krzywd nie zostały zamknięte. Starają się je zamknąć ci, którzy zawsze rządzili pamięcią, usiłują rządzić nią dalej. Trzeba sobie zdać sprawę, że cała historia Polski jest, łagodnie mówić, niepełna, jest w gruncie rzeczy historią jednej klasy – szlacheckiej czy zgoła historią Sarmatów, rasy panów, z  tytułu swojej wyższości rasowej uprawnionych do traktowania jakichś dziewięćdziesięciu procent społeczeństwa jako niewolników. Ucisk chłopa w tym „państwie bez stosów” był bezprzykładny, przechodził wszelkie wyobrażenia, nawet nie nasze dzisiejsze, lecz ówczesnej, dalekiej przecież od egalitarnych ideałów Europy. My home is my castle – pysznił się angielski szlachcic, a to była nieuzasadniona pycha – to Sarmata na swojej zagrodzie był równy, żeby to wojewodzie, równy był samemu Bogu, mógł s w o j e g o chłopa zabić, jak zabijał s w o j e g o wieprzka. Czy tam psa. Koźbiel Ale prawdą jest też, że niektórzy z tych, jak ich Pan nazwał, którzy rządzą pamięcią, upominali się o prawa chłopów. Cały traktat ­Frycza-Modrzewskiego zrodził się z mowy o karze za mężobójstwo, w której upominał się o równość. Bo – jak argumentował – i pan, i chłop zostali stworzeni na podobieństwo Boga. Pilot Nie przeczę, owszem, w ciągu kilku wieków istnienia polsko-litewskiego państwa doliczyć by się dało z tuzina sprawiedliwych. Co nie zmienia faktu, że musieli przyjść Prusacy, Austriacy i Rosjanie, żeby wyzwolić chłopów. Amicus Plato, amicus Socrates, sed... A propos, byłem właśnie w Teatrze Dramatycznym na spektaklu Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego W imię Jakuba S.

Pilot Już choćby dlatego wybitny, że przywołujący imię owego obywatela na „S” jako kogoś, kto nie zajmował się wyłącznie rżnięciem poczciwych

 131

Kultura

Koźbiel Wybitny?


Z M a r i a n e m P i l o t e m r o zm a w i a J a n i n a K o ź b i e l

galicyjskich dziedziców tępą piłą. Dlatego ważny, że ci młodzi artyści przypominają o czymś, o czym statystyczny Polak nie pamięta, a jeśli pamięta, to stara się zapomnieć: że – statystycznie znowu biorąc – wywodzi się raczej od tego chama Szeli niż od książęcia Radziwiłła Panie Kochanku. I że jego pradziadom milszy był proceder gotowania kulasków niż strzelanie do Moskala zza węgła w trakcie któregoś ze zwycięsko przegranych szlacheckich powstań. To istotne przypomnienia, bo gdzieś w połowie XX wieku dobiegł końca zdumiewający proces formowania się jednorodnego polskiego narodu szlacheckiego. Przestało obowiązywać nawet hasło „Z polską szlachtą polski lud”, bo polskiego ludu już nie było, aczkolwiek akurat rozkwitał PRL. I jesteśmy oto narodem szlacheckim, narodem panów, i tego świadomi są nasi sąsiedzi, przez osobliwy przypadek chłopi z chłopów wszyscy, mający w genach zakodowaną nieufność – jeśli nie coś więcej – do sarmackich władców. Polski pan podświadomie pogardza litewskim chłopem i jego chłopskim językiem. Litwin, Białorusin, Ukrainiec instynktownie dystansuje się od Polaka, który uważa, że z natury rzeczy należy mu się przewodzenie owym „braciom mniejszym”. Koźbiel Martwi mnie zawsze zacietrzewienie na etapie budowania świado­mości wspólnotowej, wtedy kiedy grupa, klasa – by użyć Marksowskich terminów – staje się klasą w sobie. Społeczności okopują się na swoich pozycjach, co uniemożliwia dialog. Pilot Jak nie ma szczerego dialogu między Polakiem a Litwinem, tak nigdy nie było dialogu między Sarmatą a polskim chłopem. Jeśli zaś była mowa, to mogła to być mowa tylko o podporządkowaniu się, poddaniu. Mam w pamięci taki szczególnie wyrazisty przypadek dialogu w kwestii poddania i znamiennych tego poddania skutkach. Otóż pod koniec XIX wieku Tomasz Skorupka, bogaty gospodarz z Poznańskiego, posłał do szkół, a potem na uniwersytet swojego syna Stanisława. Magister Stanisław, prawnik zresztą, miał żyłkę literacką, zabłysnął pierwszymi wierszami, zyskał szansę wejścia w szacowne literackie towarzystwo – pod warunkiem że zmieni nazwisko. I zmienił nazwisko na pięknie brzmiące: Helsztyński. Dumny ojciec Skorupka wyklął odmieńca i, co lepsza, sam chwycił za pióro, napisał wspomnienia, których wartość literacka, moim skromnym zdaniem, przewyższa dokonania pisarskie syna pieriebieżczika, jak to się ładnie po rosyjsku nazywa. Kasprowicz czy Przybyszewski nazwisk nie musieli zmieniać, ale i ich nie ominął los pieriebieżczików. W ich czasach dla kandydata na pisarza nie było innej opcji, jak się to dziś mówi.

 132 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Zbici z pantałyku

Koźbiel Dlatego, że chcieli pisać przede wszystkim dla tych z miasta, a nie dla swoich? Pilot Rzecz w tym, że nikt nie dopuszczał myśli, że istnieje coś takiego jak kultura chłopska – a jeśliby coś takiego nawet istniało, to pozbawione by siłą faktu było jakichkolwiek wartości etycznych czy estetycznych. Ale w wolnej Polsce, w międzywojennym dwudziestoleciu, przełom musiał kiedyś nastąpić, spowodował go redaktor miesięcznika „Okolica Poetów”, Stanisław Czernik. Kierunek literacki nosił nazwę autentyzm, zaś główna idea sprowadzała się do postulatu jedności prawdy artystycznej i życiowej. W przełożeniu na praktykę literacką oznaczało to odwołanie się do własnych życiowych doświadczeń i przeżyć. „Okolica Poetów” skupiała młodych poetów pochodzenia chłopskiego: jeśli chcieli oni być wierni zasadom autentyzmu, musieli zwrócić się do swojego wiejskiego dzieciństwa. Anegdota mówi, że wtedy w wierszu Ożoga czy może Piętaka po raz pierwszy w polskiej literaturze zostało użyte słowo „pług”... Piękno zaczęło się autentystom jawić tam, gdzie nikt dotąd się go nie domyślał. Otwierała się przed nimi kultura chłopska w całej swej biedzie i całej wspaniałości. Skazana na milczenie klasa chłopska w ich wierszach przemówiła po wiekach własnym głosem. Koźbiel Nie jestem pewna, czy Pan ze swoim Pióropuszem nie wydałby się autentystom pieriebieżczikiem? Pilot Czuję się, chociażby przez swój język, w kulturze chłopskiej osadzony, nie jest to przecież, jak żadna inna zresztą, kultura samowystarczalna, nikt o zdrowych zmysłach nie będzie się dystansował od Kochanowskiego ani nie wyrzeknie się Montaigne’a czy Nietzschego, nonsens, jesteśmy wpisani w europejski, chrześcijański krąg kulturowy, jest w nim wystarczająco dużo miejsca dla wszystkich. Złodziej z rodu, z profesji piśmider

Pilot Jako się rzekło – z dołu lepiej widać, dumny ze swego nazwiska gospodarz Skorupka nie przyjąłby do swej rodziny, ba, nawet do swojego domu, kogoś, kto z sowizdrzalską otwartością, szczerością

 133

Kultura

Koźbiel Bohater Pióropusza jest wykorzeniony z chłopskości, jest sowizdrzałem, żyje w pewnym sensie ponad stan, dlatego że kradnie. Pan go nie wywiódł z głównego nurtu chłopskości, tylko z marginesu...


Z M a r i a n e m P i l o t e m r o zm a w i a J a n i n a K o ź b i e l

i bezpośredniością, z beztroską odwagą potrafi powiedzieć prawdę w oczy zarówno swojemu możnemu sąsiadowi, jak przedstawicielowi totalitarnej władzy. Nie zważając na konsekwencje, których jest świadom. Ten złodziej, sowizdrzał, nieuk z niewyparzoną gębą – czy nie jest pierwszym sprawiedliwym? Czy to on właśnie nie reprezentuje najgodniej swojej gromady? To właśnie – paradoksalnie – jego chłopskość jest najwyższej próby. Koźbiel I stąd Pan wyprowadza jego stosunek do słowa. A to różni je od języka utworów Myśliwskiego, u którego słowo jest rzetelne, odpowiedzialne, zgodne z bytem... Pilot Dostojne. Nabożne. Koźbiel A u Pana przedrzeźniające. Pilot Ojciec Pies – takie podłe nazwisko nosi bohater Pióropusza – jak do wszystkiego, także i do słowa ma stosunek sowizdrzalski. Nie liczy się ze słowami, mówi, co mu ślina na język przyniesie. Mądry krytyk Artur Sandauer powiedział kiedyś, że chłop, który znosić musiał wszelakie niewole, w jednej dziedzinie cieszył się wolnością wiekszą niż wszyscy inni: w języku, w słowie. Stary wiejski złodziej z tej chłopskiej wolności korzysta w stopniu maksymalnym. Jest nie tyle nieustraszonym bojownikiem o prawdę i sprawiedliwość, co beztroskim, naiwnym i przebiegłym zarazem weredykiem, niekoniecznie w pełni świadomym niebezpieczeństw, na jakie się naraża. Lub też tymi niebezpieczeństwami gardzącym. Koźbiel My jego świadomości nie znamy, znamy świadomość syna, który ma wątpliwości, jakie są motywacje ojca. Pilot Jak każdy inteligent – wątpi, waha się, hamletyzuje – ale jeśli nawet podejrzewa ojca, w końcu przecież „patentowanego złodzieja” o jakieś niecne sprawki, to stoi za nim murem. Jest więcej niż jego podporą, pokornie służy mu w każdej sytuacji, poświęca dla niego – bez przesady – życie. Dlaczego to robi? Z obowiązku, z synowskiej miłości? Z głębokiego przeświadczenia, że to, co robi ojciec, jest wartością godną tak wielkiego poświęcenia? Koźbiel „Złodziej z rodu, z profesji piśmider, szpicel między ludźmi, lichota... Nade mną słowa sprawowały nadzór i miały rząd” – mówi o sobie. Czuje się poddany jakiejś wyższej narracji?

 134 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Zbici z pantałyku

Pilot Po śmierci ojca Pies junior jest w dramatycznej rozterce. Całe swoje życie poświęcił dla ojca, był dla niego wsparciem, więcej nawet – był kreatorem jego nieprawdopodobnej sowizdrzalskiej kariery. Ojciec cieszy się powszechnie opinią nieposzlakowanego obrońcy prześladowanych, nieustraszonego, walecznego przeciwnika totalitarnej władzy, której syn, literat, jest wiernym sługą, tajnym współpracownikiem służby bezpieczeństwa, płodnym autorem raportów, donosicielem w wielkim stylu. Poniżył się i upodlił, by swojemu nieokiełznanemu w słowach i postępkach ojcu zapewnić nietykalność ze strony tych, którym gorliwie służył. Straszliwa dialektyka dobra i zła, fundamentalne pytanie, czy złe czyny mogą stanowić fundament dla czynów szlachetnych? Ojciec umarł; czy syn dalej swoimi brudnymi rękami wznosił będzie jego pomnik, czy też wypowie służbę swoim mocodawcom i stanąwszy przed sądem własnego sumienia, dochodził będzie prawdy o ojcu, prosząc równocześnie o sprawiedliwy osąd swojego życia? Chrystus, który nie znalazł zmartwychwstania

Pilot Nie, nie, wprost przeciwnie! Ja przecież narzekam i płaczę, że język nam karleje i kapcanieje z nieużywania, byłem w zeszłym roku przez jakiś czas w Berlinie, włóczyłem sie po mieście, jeździłem tymi ich różnymi kolejkami i zdumiewałem się, że ci Niemcy, tacy poważni przecież i stale pracujący ofiarnie nad kolejnym swoim cudem gospodarczym, klekoczą sobie w tych banach nieustannie, coś opowiadają, o  czymś dyskutują, gwar nimilknący, taki u  nas tylko w  przed­szkolach bywa. Aby u nas coś takiego usłyszeć, trzeba zajrzeć do piwiarni. Piwo ma te czeskie właściwości, że – w przeciwieństwie do wódki, od której język szybko kołczeje – języki rozwiązuje i w byle pubie zdarza się co jakiś czas, że się ktoś rozgada i  wygłosi polityczną mowę, a to przeciwko Tuskowi, a to przeciwko Kaczyńskiemu, a to przeciwko jakiemuś wyjątkowo przez siebie znienawidzonemu sąsiadowi. Choć nawet emerytowani kolejarze coraz słabiej opierają się angielszczyźnie i słowu telewizyjnemu, pełnemu klisz, którymi

 135

Kultura

Koźbiel Jeśli idzie o użycie słowa, w Pantałyku jest ogromna powściągliwość, w Pióropuszu rozpasanie, kakofonia, nadmiar elokwencji. Często w przestrzeni publicznej usiłujemy przy pomocy słów się puszyć, nadawać sobie wartość, zaistnieć zastępczo... Nie uważa Pan tego za groźne?


Z M a r i a n e m P i l o t e m r o zm a w i a J a n i n a K o ź b i e l

posługujemy się nawet niechcący. Taki przypity gościu w piwiarni też ich używa, ale po swojemu, przekręca, nie do końca rozumie i czasami cudowność z tego się rodzi. Koźbiel Osobowość człowieka bardziej się ujawnia w mówieniu niż w pisaniu? Pilot Mam szacunek dla każdego, kto ma potrzebę kontaktu z innym człowiekiem i szuka najodpowiedniejszego dla siebie sposobu przekazu. Mieszkam na Targówku, prawdziwej stolicy polskiego bazgrolstwa i gryzmolstwa, tu wszystkie mury upstrzone są po prostu koszmarnie, pełno wszędzie niezdarnych, paskudnych z reguły rysunków i napisów. To mnie brzydzi, ale i fascynuje, one nie zanikają, od lat trwają, narastają falami, nie znaczą nic, samą swoją brzydotę tylko wyrażają, ale przecież uporczywość tych wysiłków oznaczać musi nie tylko złośliwość i najgorszy możliwy gust ich autorów; coś się za tym kryje, jakieś pragnienia, które nie znajdują innego, bardziej cywilizowanego wyrazu. Zastanawia i niepokoi mnie intensywność tych potajemnych, nagannych (i podlegających karze) prymitywnych ekspresji, nie wiem, co o tym myśleć, ale i nie wiem, co bym pomyślał, gdybym któregoś ranka ujrzał gołe mury, to by było tak, jakby dostać niezadrukowaną gazetę... Koźbiel Dopiero teraz – wydaje mi się – rozumiem, dlaczego pod koniec Pióropusza narrator wyznaje, że powtarza mu się sen – o Chrystusie, który nie znalazł zmartwychwstania. Zastanowiła mnie ta pesymistyczna wizja, więc trochę poszperałam i wiem, że ten motyw się powtarza. Opowiedzieć Panu, co znalazłam? Pilot Przypominam sobie zapis widzenia księdza Jana – z ciemnym niebem, na którym nie było słońca, z zapachem spalonej ziemi, z dziurawą drogą w cieniu niezliczonych krzyży. Ksiądz, biegnąc, zaglądał każdemu mijanemu skazańcowi w twarz. Szukał łotra, a znalazł tylko jednego jedynego winowajcę... Koźbiel Jest jeszcze poruszająca scena w tytułowym opowiadaniu tomu Na odchodnym z palem cierpienia, który zamienia się w krzyż. Pilot Tej akurat sceny nie pamiętam... Ale cóż, krzyż to symbol niesłychanie ważny dla naszej kultury, dla całej naszej cywilizacji. Europejczyk może nie wierzyć w Boga, ale nie może nie schylić głowy przed krzyżem Jezusa. To ten Syn Cieśli niektórym z nas przychylił nieba,

 136 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Zbici z pantałyku

wszystkim natomiast, całemu światu w gruncie rzeczy – ufundował cywilizację, która nie miała i nie ma sobie równych. Koźbiel Bycie z tego świata to coś, co mocno czuje się w Pańskiej twórczości. Dominuje w niej konkret, szczegół, przywiązanie do realiów, nawet jeśli są one odkształcane przez groteskę. Czy dlatego męka i ukrzyżowanie są sytuacjami i znakami lepiej niż zmartwychwstanie mieszczącymi się w Pańskiej wizji? Pilot Jeśli już o konkretach mowa, czy ja wspomniałem Pani o świętym Józefie? Otóż mój jasnowidz (bo miałem prywatnego jasnowidza swego czasu) był, wstyd powiedzieć, osobistym wrogiem Jezusa i wszystkich trzynastu apostołów („banda nierobów”), żywił natomiast ogromny szacunek do Józefa Cieśli, swojego patrona zresztą, poczciwego, rzetelnego rzemieślnika, który podług niego tę całą bandę włóczęgów litościwie karmił. Pan Józef wróżył też ze snów, święty Józef był jego snów nader często bohaterem, dzięki tym wieszczym snom znałem święte życie Oblubieńca Maryi całkiem nieźle. Kiedy jednak przyszło mi wypełnić testament mojego wspólnika – a obiecałem mu, że uwiecznię jego patrona w literaturze – święty Józef rozpłynął mi się jak sen. Zaintrygował mnie tą swoją nieuchwytnością do tego stopnia, że spędziłem kawał życia na studiach tak szczegółowych, jak to tylko możliwe, nad epoką. Nie chwaląc się, w pewnym momencie wiedziałem już wszystko, zdeptałem kawał Ziemi Świętej. Ale dopiero w muzeum rolnictwa, spoglądając na jarzmo krowie, doznałem olśnienia – gospodarstwo wieśniaka z Nazaretu jako żywo przypominało zagrodę mojego dziadka, używali obaj niemal takich samych narzędzi, przez dwa tysiące lat rolnictwo w istocie się nie zmieniło! Patrzyłem na to jarzmo i wreszcie wiedziałem o Józefie Cieśli to, co musiałem wiedzieć, żeby o nim cokolwiek napisać. Koźbiel Ale nie napisał Pan? Pilot Na początek napisałem maleńkie opowiadanie, chcę wierzyć, że Józef Cieśla jest w nim duchem obecny, przeczytam Pani:

Zmartwychwstania

U schyłku chłodnego kwietniowego dnia szliśmy z matką polną dróżką z cmentarza, na którym matka była pogrzebana. Niespiesznie rozmawialiśmy o jakichś zwyczajnych domowych sprawach. Matka nie wypuszczała z rąk swojej ulubionej, mocno już wypłowiałej chustki.

 137

Kultura


Z M a r i a n e m P i l o t e m r o zm a w i a J a n i n a K o ź b i e l

Zmierzch był już głęboki i światło, które nagle rozbłysło za naszymi plecami, oślepiało. Odwróciliśmy głowy. Ponad cmentarzem stało wielkie światło. – O, jeszcze ktoś zmartwychwstał – wykrzyknęła matka radośnie i pomachała swoją ulubioną kwiecistą chustką w stronę cmentarza. Zaraz dodała: – Ale ja żem była pierwsza! – Z dumą powiedziała. Rozmawiała Janina Koźbiel Marian Pilot – pisarz, dziennikarz i scenarzysta filmowy. Pracował m.in. w „Wiadomościach Filmowych”, „Na przełaj”, „Tygodniku Kulturalnym”. Wydał m.in. Panny szczerbate: opowiadania (1962), Karzeł pierwszy, król tutejszy; Tam, gdzie much nie ma... (1976), W słońcu, w deszczu (1981), Matecznik (1988), Na odchodnym: opowieści i opowiadania (2002). Ssapy, szkudły, świętojanki: słownik dawnej gwary Siedlikowa (2011). W 2011 r. został laureatem Literackiej Nagrody Nike za powieść Pióropusz. Janina Koźbiel – absolwentka filologii polskiej i dziennikarstwa. Autorka wielu tekstów,

reportaży i wywiadów z twórcami, zwłaszcza pisarzami. Pracowała w „Dzienniku Ludowym” i „Tygodniku Kulturalnym”. Aktualnie uczy języka polskiego w 2 SLO im. Pawła Jasienicy w Warszawie. Wraz z mężem prowadzi wydawnictwo JanKa. Mieszka w Warszawie.

Nowość Szachy ze Złym. O diable rozmawia Tomasz Ponikło Kim jest diabeł? Skąd wzięło się zło i czemu Bóg na nie pozwala? Dlaczego sami mamy tak wielką skłonność do złego? Pytania te nękają ludzi właściwie od zawsze. Rozmówcy Tomasza Ponikły patrzą na nie z różnych perspektyw: okiem teologa, psychologa, filozofa, krytyka sztuki, spowiednika. Znaleźli się wśród nich: ks. Grzegorz Strzelczyk, Maria Dzielska, Ewa Woydyłło, o. Piotr Jordan Śliwiński, Bogdan de Barbaro, Jacek Filek, Tomasz Budzyński, Zbigniew Mikołejko, Krystyna Czerni i ks. Robert Woźniak.

160 s., cena 29,40 zł

tel./fax (22) 828 18 08  www.wiez.pl

 138 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Jacek Wakar

Ta kamienica świat się nazywa

Moje zapiski z teatralnych szlaków pojawiają się w WIĘZI dopiero po raz drugi, a jednak tak się to wszystko układa, że znów będą mieć swojego bohatera. Poprzednio był nim Mariusz Grzegorzek – wybrany właśnie na rektora łódzkiej Filmówki – tym razem jest nim Piotr Cieplak. W ostatnich latach trochę straciliśmy go z oczu, bowiem reżyserował rzeczy z pogranicza teatru. Takimi spektaklami były łódzki Przed południem, przed zmierzchem oraz gdański Charlie bokserem. Cieplak testował w nich teatr na przecięciu z pantomimą i tańcem, dlatego tak ogromną rolę przeznaczał znakomitemu choreografowi Leszkowi Bzdylowi. Sposobu na reinterpretację Fantazego Słowackiego – spektakl realizowany w Teatrze Miejskim w Gdyni – szukał, bez sukcesu, w nadaniu mu formy słuchowiska radiowego No i położył wszystkich na łopatki pierwszą próbą prozatorską – drukowanym w odcinkach w miesięczniku „Teatr” dziennikiem podróży, zatytułowanym O niewiedzy w praktyce, czyli rowerem do Portugalii. Nadał mu potem kongenialną formułę ni to koncertu, ni przedstawienia, współtworzonego z duetem SzaZa, czyli klarnecistą Pawłem Szamburskim oraz skrzypkiem i perkusistą Pawłem Zakrockim. Znam takich, którzy w przeróżnych podsumowaniach sezonu wymieniali to zdarzenie jako rzecz absolutnie nie do przegapienia.

Cieplak i Grzegorzek są niemal rówieśnikami. Drugi obchodzi w tym roku pięćdziesiąte urodziny, pierwszy jest o dwa lata starszy. Myślę, że Cieplak nie obraziłby się, gdybym – wzorem mistrzów kina – nazwał go reżyserem teatru gatunków. Ma w swym dorobku widowiska skrajnie różne, choć zawsze znać w nich osobny charakter pisma. Zakochany w Białoszewskim, przywrócił polskiemu teatrowi Historyję o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim. Surową estetykę teatru religijnego pogłębił jeszcze w Księdze Hioba. Czystą poezją i teatrem dla absolutnie każdego, kto nie wstydzi się własnej wrażliwości, były Opowiadania dla dzieci Singera w warszawskim Teatrze Narodowym. Opowieścią o teatrze, którego już nie ma, i hołdem

 139

Kultura

Wzorem Swinarskiego


Jacek Wakar

„Nieskończona historia”, reż. Piotr Cieplak, fot. Anna Tomczyńska

dla jego mistrzów – Król umiera, czyli ceremonie Eugène’a Ionesco. Widziałem to przedstawienie w krakowskim Starym Teatrze niedługo po premierze i ciągle mam pod powiekami, jak ze sobą grali Anna Polony i Jerzy Trela. Z nostalgią i czułością, ale i przeświadczeniem, że opowiadają zamkniętą już historię. Zdawało się, że patronuje jej Konrad Swinarski, z którym przed laty Piotr Cieplak bywał porównywany. A oparte na Weselu widowisko Albośmy to jacy tacy, w połowie rozegrane na podwórzu warszawskiego Teatru Powszechnego? Toż był to najprawdziwszy teatr polityczny, głos ostrego protestu inteligenta przeciw rzeczywistości, gdy karty rozdawał Andrzej Lepper. Był maj roku 2007… Wymieniam tylko niektóre tytuły z bogatego dorobku Piotra Cieplaka, aby udowodnić, że ogromna wszechstronność i skala zainteresowań nie pozwalają zamknąć tego reżysera w jakiejkolwiek łatwej do opatrzenia chwytliwym hasłem szufladzie. Tak jak Grzegorzek idzie on własną drogą, nie chce należeć do generacji, stronnictw, prądów. Zrealizowana w warszawskim Teatrze Powszechnym – gdzie powstało wiele znaczących inscenizacji Cieplaka – Nieskończona historia, według dramatu Artura Pałygi, rozwija wątki znane już z jego twórczości. Z pozoru jest to teatr środka, który nie stawia widzowi szczególnym wymagań. W istocie jednak Cieplak proponuje szczególne doznanie, warunkiem jest tylko gotowość jego przyjęcia. Wtedy doświadczyć można czegoś, co nazwę może kulawo – metafizyką codzienności.

 140 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Ta kamienica świat się nazywa

Dramat Pałygi, zdecydowanie jego najlepszy, ma rozbudowany podtytuł Oratorium na 30 postaci, chór, orkiestrę i sukę Azę. W Powszechnym nie ma chóru, orkiestrę tylko słychać, sukę gra jedna z aktorek, we wszystkich bohaterów wciela się dwanaścioro wykonawców. Jednak z tym oratorium to prawda. Kompozytor Jan Duszyński – jego partyturę słychać przez niemal cały czas – sprawił, że spektakl ma muzyczną formę. Cieplak to jeszcze podkreślił, tworząc z aktorów chór właśnie, choć przy okazji dając do zagrania całkiem odrębne role. Scena Powszechnego zmieniła się w ogromną świetlicę, a może kościół, gdzie spotykają się mieszkańcy jednej kamienicy. Pałyga i Cieplak nie ukrywają, że zamykają w niej dzisiejszy przekrój polskiego społeczeństwa, ale w Nieskończonej historii nie warto szukać socjologicznych analiz ani tym bardziej publicystyki. Można rzecz jasna powiedzieć, że Cieplak opowiada o zbiorowości, ale też oświetla każdą z postaci osobno. Są tu na przykład dwie starsze panie (Elżbieta Kępińska i Maria Robaszkiewicz), wiecznie kłócące się małżeństwo (Karina Seweryn i Michał Napiątek), właścicielka zakładu pogrzebowego (Olga Sawicka) i jej pracownica (Katarzyna Maria Zielińska), miłośnik romansów rycerskich (Cezary Kosiński), samotnik z obsesją własnej teorii liczb (Andrzej Mastalerz), przewodniczący wspólnoty mieszkańców, a zarazem przewodnik chóru (Mariusz Benoit). Życie kamienicy upływa w tym samym rytmie, z powtarzającymi się niczym małe powszednie rytuały zdarzeniami w typie wyjścia do kościoła czy zakupów w pobliskim sklepie. Dzień za dniem, bez poczucia, że gdzieś daleko, tam, gdzie ich nie ma, jest lepiej, ciekawiej, bardziej ekscytująco. Tylko jak w tym zmieścić śmierć? Jedna z pań, niejaka Dworniczkowa, umiera i coś z tym trzeba zrobić. Cieplak bez nachalnej dydaktyki zaraża widzów zdolnością do mówienia o umieraniu, i to w czasie, gdy staje się ono tematem tabu. A przede wszystkim w prozaiczny rytm życia bohaterów wprowadza – znów bez ideologii – wyższy sens. Przyjaciółka zmarłej pyta szefową zakładu pogrzebowego: „A co jeśli Boga nie ma?”. Pyta i sama boi się własnego pytania i odpowiedzi na nie. Młoda kobieta patrzy na nią i wszystko rozumie. „No jak to nie ma – odpowiada. – Jest, przecież dla pani musi być”. Wielkość spektaklu Cieplaka polega na tym, że prosto i wzruszająco mówi się w nim o sprawach ostatecznych. Nie ma osądzania postaci, jest punktowanie ich słabości, ale nie ma naigrywania się z nich. Andrzej Mastalerz tworzy majstersztyk z roli faceta, który mógłby być bratem Adasia Miauczyńskiego z filmów Marka Koterskiego. Właśnie Koterski tym razem patronuje Cieplakowi w obrazowaniu naszych codziennych absurdów, tyle że autor Dnia świra albo Nic śmiesznego nie kryje swojej wściekłości na świat, odrobinę sadystycznej skłonności do portretowania ludzkich monstrów albo przynajmniej dziwadeł. Z Cieplakiem jest przeciwnie. Kipiał złością w plenerowej wariacji na temat Wesela, z Nieskończonej historii bije wyrozumiałość, akceptacja dla groteskowego nawet wymiaru naszych codziennych

 141

Kultura

Brat Adasia Miauczyńskiego


Jacek Wakar

spraw. To w jakiś sposób zbliża Cieplaka do jego ulubionego pisarza, Mirona Białoszewskiego, a nam pozwala stwierdzić po raz kolejny, że jest to artysta, który po prostu lubi ludzi. Dziś wcale nie jest to takie częste. Nieskończona historia jest również czystą frajdą dla widzów, bo Cieplak bawi się konwencjami, łącząc ze sobą sekwencje z różnych stylistyk, uprzednio wziąwszy je oczywiście w ironiczny nawias. I jest też przedstawieniem, które sprawdza się tylko wtedy, gdy wszystko działa precyzyjnie jak w zegarku. Wielka to satysfakcja patrzeć na znakomicie zgrany zespół Teatru Powszechnego, skupiony na partnerowaniu, a nie szukaniu okazji do aktorskich solówek. Bo chociaż dałoby się w samej strukturze sztuki Artura Pałygi takie znaleźć, jest to rzadki przykład tekstu, gdzie wszystko zależy od zespołu, to on ma nieustanne solo. W Powszechnym zaś brzmi ono z całą siłą. Bryk i skowyt

Nieskończona historia zbiera to wszystko, co w teatrze Piotra Cieplaka z pozoru zwykłe, a w istocie wyjątkowe. Spektakl wyznacza kierunek myślenia nowego szefa Powszechnego, Roberta Glińskiego i zawiesza poprzeczkę tak wysoko, że trudno będzie do niej doskoczyć. Wspaniale, że powstał, choć konfrontacja z nim innych artystów może być trudna. Waldemar Śmigasiewicz w tym samym Powszechnym wziął na warsztat Zbrodnię i karę, ja jednak odnoszę wrażenie, jakby podstawą scenariusza był zaledwie bryk z powieści Dostojewskiego. Scenografia Macieja Preyera do tego stopnia spłyca przestrzeń gry, że warto spytać, dlaczego nie zagrano tego przedstawienia na scenie mniejszej, aby klaustrofobiczność takiego pola gry jakoś wykorzystać, być w bliższym kontakcie z widzami. Nic z niczym się nie zgadza, bowiem reżyser jedynie streszcza Zbrodnię i karę, kończąc ją z cicha pęk, jakby na finał nie było już pomysłu. Znakomici aktorzy bez pomocy reżysera są bezradni. Broni się tylko Kazimierz Kaczor jako Porfiry, bowiem unika nadużywanych często przy graniu tej postaci tricków i ozdobników. Jest szary, zmęczony, jakby zduszony. Nie chcę odbierać artystom z Powszechnego radości z zachwytu Nieskończoną historią, ale zwyczajnie złości mnie łatwość, z jaką w polskich teatrach masakruje się arcydzieła. Zabiera się Śmigasiewicz za Zbrodnię i karę i wygląda na to, że dla niego samego nic z tego nie wynika. Bo wie lepiej, zna klucz. Czy aby na pewno? Jednak dość narzekań. Do końca będzie już tylko dobrze, choć z bardzo różnych półek. Można bowiem opowiadać o międzyludzkich grach, odwołując się do dzieł już nienowych, a jak się okazuje wciąż nietracących nic ze swej mocy. Radosław Rychcik w poznańskim Teatrze Nowym zrealizował Dwunastu gniewnych ludzi Reginalda Rose’a. Ponad pół wieku temu wielki film Sydneya Lumeta oparty na tym tekście stanowił obronę demokracji. Dziś Rychcik pozostaje mu wierny, ale konkluzja jest drastycznie inna. W poznańskim Nowym, który pod dyrekcją Piotra

 142 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Ta kamienica świat się nazywa

„Jerry Springer – The Opera”, reż. Jan Klata, fot. Łukasz Gawroński

Kruszczyńskiego nabiera rozpędu, mamy porywające show o mechanizmach manipulacji, a demokracja staje się pułapką. Wszyscy przegrywają. Józef Opalski w krakowskim Teatrze im. Juliusza Słowackiego wystawił Kochanka Harolda Pintera. Po filmach Michaela Hanekego mogłoby się wydawać, że ta historia o mistyfikacji między kobietą i mężczyzną już nie zadziała, bo znaleźliśmy się w całkiem innym miejscu. W dodatku Opalski nie zmienił Pinterowi nawet przecinka. I okazało się, że owa gra między Dominiką Bednarczyk i Grzegorzem Mielczarkiem robi piorunujące wrażenie. Może dlatego, że w podtekście jest skowyt o dotyk, ciepło, kontakt. I dlatego, że Kochanek Opalskiego nie cofa się w miejscu, gdzie rozpoczyna się intymność. Wchodzi w nią głęboko, ale nigdy dla ekscesu. To ma sens, choć boli. Szacunek dla Bednarczyk i Mielczarka, bo taki teatr wymaga doprawdy niecodziennego aktorstwa.

Wielkim ekscesem jest znakomity musical Jerry Springer – The Opera we wrocławskim Teatrze Muzycznym Capitol. Jan Klata czyni z niego anarchistyczną zabawę w łamanie wszystkich tabu, aby na koniec pozostawić nas z przesłaniem rodem z moralitetu. Świat staje się telewizyjnym studiem, najlepiej sprzedają się wszystkie patologie i bezeceństwa. I można się w tym przez chwilę nurzać, ale po tej zabawie

 143

Kultura

Klata i jego moralitet


Jacek Wakar

pozostaną nieprzyjemne pytania. Klata stawia je wprost, nie odbierając widzom frajdy ze smakowania wszystkich mocno niegrzecznych przyjemności. Tyle tylko, że Klata oraz artyści z Capitolu biorą je w nawias. Niczego w Jerry Springer – The Opera nie można traktować dosłownie. Wrocławski musical, podobnie jak wcześniejsze Koprofagi ze Starego Teatru, a także wrocławskie inscenizacje Sprawy Dantona i Utworu o Matce i Ojczyźnie pokazują, że teatr Jana Klaty się zmienia, że jego bunt, obudowany wieloma pytaniami, brzmi już inaczej. Klata jest wierny sobie, gdy nawołuje do porządkowania świata. Artysta, przedstawiany wielokrotnie jako piewca rewolucji, ostatnio pokazuje, jak rewolucja zjada własny ogon. Bezkrytycznie przychylni mu krytycy chcieli go widzieć jako wiecznego wichrzyciela. Tymczasem z  ostatnich przedstawień Klaty płynie zupełnie inne rozpoznanie. Bunt? Może i tak. Tradycja i podstawowe wartości? Na pewno. Jacek Wakar Jacek Wakar – krytyk teatralny, obecnie szef Redakcji Publicystyki Kulturalnej Programu

Drugiego Polskiego Radia. Wcześniej redaktor naczelny magazynu „Foyer” oraz „Kultury” (dodatku do „Dziennika”), a także szef działu kultury „Przekroju”. Stały współpracownik TVP Kultura, juror Warszawskiej Premiery Literackiej.

Polecamy Jerzy Andrzejewski, Czesław Miłosz Listy 1944–1981 Korespondencja Czesława Miłosza i Jerzego Andrzejewskiego odsłania meandry losu, które miały wpływ na charakter ich lite­rackiej aktywności. Miłosz od końca 1945 r. był nieobecny w kraju; Jerzy Andrzejewski pozostał w Polsce, ale kres październikowej „odwilży” 1956 r. i jego pozbawił złudzeń. Odbijające się w listach biografie obu pisarzy, sytuowane na przeciwstawnych biegunach polskiego losu, toczą się jednak równolegle − skłaniają do porównań i przemyśleń. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

426 s., ilustracje, indeks osób i tytułów, cena 39,90 zł tel./fax (22) 828 18 08  www.wiez.pl

 144 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Barbara Majewska

Na rogu ulicy Vaugirard stało kilku mężczyzn. Dobrze ubrani, postawni, palili tytoń, rozmawiali: senatorowie. Wejście do senatu naprzeciw. W ich władaniu jest także wchodzący w głąb ogrodu Pałac Luksemburski, dzieło Marii Medicis jeszcze z XVII wieku, najstarsze muzeum sztuki współczesnej, a w nim wystawa „Cézanne i Paryż”. To zaskakujące, Cézanne kojarzy się przecież z Prowansją, z Aix. Wyliczono, że ten malarz od góry Świętej Wiktorii, od skał w Estaque, wreszcie od wspaniałych i tajemniczych Kąpiacych się, będących wielkim manifestem Południa, więcej czasu – bo 22 lata – spędził w Paryżu i okolicach, dokąd niespokojnie podróżował, niż w rodzinnym znanym i kochanym Aix-en-Provence. W latach 90. ubiegłego wieku wychodziłam z wystawy Cézanne’a w Grand Palais z poczuciem jego czystości i umiaru, bezbłędnej i oszczędnej budowy obrazu i zawartej w nich milczącej siły. Wystawa w Pałacu Luksemburskim jest inna, ruchliwa i rozmaita, obrazy nie są tak starannie wybrane, niektóre słabsze, inne już lekko zmęczone niestaranną konserwacją ze zbyt ciężkim werniksem. Tym bardziej w tej rozmaitości mówią cézannowskim realizmem arcydzieła: portrety żony i autoportrety, widoki miasta – nadbrzeży Sekwany, dachów Paryża. Kopista w Luwrze, student Akademii Szwajcarskiej, w gronie kolegów z Aix był świadom swej drogi, wspomagany przez Zolę, zdecydowany raz na zawsze na malarstwo całą siłą charakteru i uporu. Piękna Betsabe według Rembrandta jest spotkaniem oko w oko z mistrzem. Ale często na tej wystawie niewielkie obrazki z aktami kobiet są lekko karykaturalną opowieścią niezbyt pochlebną dla aktorów tych obyczajowych teatrzyków. A to złoty cielec, a to kuszenie świętego Antoniego, przygotowanie festynu, liczne odaliski i nawet morderstwa uliczne jakby z kronik wielkiego miasta. W podobnym stylu narracji jest apoteoza Delacroix – właśnie zmarłego mistrza malarskiej młodzieży – obok Courbeta, którego od malarzy oddzieliła historia wojny francusko-pruskiej i paryskiej komuny. W listopadzie 1870 roku z oblężonego Paryża umknęli Pissarro i Monet; ten ostatni pozostawił londyńskie ślady na swych płótnach. Wielkie słońce tego stycznia i czyste powietrze 10-stopniowego mrozu zawdzięczał Paryż wyżowi rosyjskiemu, który tu zwykle nie dochodzi, odepchnięty

 145

Kultura

Cézanne jak czysty ocean


Barbara Majewska

Paul Cézanne, „Wielkie kąpiące się”, ok. 1906, olej na płótnie, 208 × 249 cm

atlantyckim niżem od strony pobliskiej Normandii. I ani płatka śniegu, czasem wiatr zamiatał fragment skostniałego miasta. Mieszkańcy włożyli kaptury lub czarne wełniane kołpaki o kształcie głowy. Policzki zaczerwienione lub lekko sine. Przed wejściem na wystawę „Cézanne i Paryż” trzy dziewczyny o urodzie Hindusek reklamowały Dzieło Zoli w serii Livres de poche. Wejścia pilnowali zdumiewająco czarni mężczyźni i chłopcy o okrągłych jak piłki głowach osadzonych na smukłych sylwetkach. Zapewne Senegalczycy. Wskazywali drogę, wypożyczali fotele i słuchawki – przewodniczki po wystawie – obsługując tym gęsty tłum starszych i bardzo starych widzów, którzy według europejskich danych statystycznych stanowią dziś większość podróżujących konsumentów sztuki i kultury. Wielkie malarstwo francuskie przełomu XIX i XX wieku stało się w Paryżu ostatnich lat nieplanowanym festiwalem wielkiej sztuki – samodzielnej i niepotrzebującej krytycznych pomysłów, komentarzy i uzupełnień. Godny szacunku jest wysiłek francuskich historyków sztuki, którzy wydobyli i zgromadzili dzieła z różnych krajów, zbiorów i kolekcji, by pokazać nam, współczesnym, Éduarda Maneta (w Muzeum

 146 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Cézanne jak czysty ocean

d’Orsay), Picassa, Matisse’a, Cézanne’a, Bonnarda (w Grand Palais) kupowanych w trakcie tworzenia obrazów przez rodzeństwo Steinów niebędących przecież amerykańskimi bogaczami. To była miłość zbieracza i artysty, skoro Leo Stein zerwał z siostrą Gertudą, gdyż Picasso rozbił postać i przedmiot w kubistycznej martwej naturze, czego Leo w odróżnieniu od Gertrudy nie akceptował. By pokazać nam wreszcie Cézanne’a w Paryżu, tego samouka – jak ktoś o nim powiedział – w nieustannej pracy malarskiej, która była realizacją zobowiązania wobec świata wokół, jabłek na stole, ludzkiego ciała, znajomych twarzy i dostrzeżonych widoków z pobliskich miasteczek. Wszystko tak intensywnie i namiętnie wcielane w płótno – bo tu, bo u tych malarzy przełomu wieków we Francji najwyraźniej nie o kształt i urodę chodziło, lecz o sens jakiś, który świat wokół posiadał i im go użyczał. Już się dzisiaj o tym zapomniało w sztuce wymyślonej przez kuratorów, wystawach opartych na pomysłach szukających zaskoczenia i uderzenia w widza. Pokazy wielkich twórców i ich dzieła są prawdziwym zaskoczeniem i radością. Pozwalają nam, jak celnie nazywa to Julia Hartwig w wierszu Pożądanie sensu: Nie wahać się kiedy nic nierozwiązane nieustannie zadawać pytania uwolnić się od pozorów dzieła sztuki nie bać się widzieć twórczości jako zadania szanować ukryty ład istnienia poza granicami materialnego świata być pojedynczym ale nie samotnikiem wyprowadzić się z brudnej rzeki do czystego oceanu

Barbara Majewska

Barbara Majewska – ur. 1933, krytyk sztuki. W stanie wojennym organizowała wystawy

Kultura

niezależne, wydawała podziemne czasopismo „Szkice”. W latach 1990–1993 kierowała Galerią Zachęta. Autorka książki Sztuka inna, sztuka ta sama oraz licznych artykułów w prasie i w katalogach wystaw. Mieszka w Warszawie.

 147


Książki

Smakowite życie Anki Jacek Bocheński

Anka Kowalska, Folklor tamtych lat, Biblioteka „Więzi”, Warszawa 2011, 240 s.

 148 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012

Niech się pokaże piękna brunetka. Ostra uroda podkreślona makijażem. Czerń i czerwień. Ale ta czerń jak węgiel tylko tu i ówdzie, i tylko dla podkreślenia konturów – czerń z nazwy raczej niż koloru, bliższa czarnej kawy. To było chyba to. No i czerwień. Ale też tylko tu i ówdzie czerwień szminki. Bo jak gdyby więcej w tej czerwieni czerwonego wina, a przede wszystkim krwi, niby niewidocznej, a obecnej w ciele. Trudno było nie poczuć na odległość. Kobieta. Do tej czerni i czerwieni, do tej kawy, wina, krwi trzeba jeszcze tylko wlać łyżkę miodu (uwaga: nie przesłodzić!), dosypać szczyptę afrodyzjaku i macie żywą Ankę Kowalską. Ach, zapomniałem o włosach. Dużo ich, czarne i ważne. Wiedziałem, że napisała Pestkę. I że jest z PAX-u. Znałem ją tylko z widzenia. Tak było do pierwszej połowy lat 70., gdy pewnego dnia odbierałem płaszcz z jakiejś szatni. Może w teatrze, może w kawiarni, już nie wiem. Miałbym w dzisiejszym społeczeństwie informacyjnym pamiętać tak zamierzchłe i dziwaczne czasy? Lata 70.? Pamiętam tylko szatnię, bez daty i dokładniejszej lokalizacji. Jednak musiało się to zdarzyć na początku tamtej dekady, gdy zorganizowana opozycja demokratyczna, jak w drugiej połowie lat 70., jeszcze nie istniała.


Były spontaniczne przedsięwzięcia małych grupek, najczęściej pisarzy, na przykład interwencja u ministra sprawiedliwości PRL w sprawie skazanych członków „Ruchu”, m.in. Stefana Niesiołowskiego i Andrzeja Czumy – kto by się wtedy spodziewał – przyszłych ministrów. W interwencji na ich rzecz brałem udział. Mogło o nią chodzić także brunetce przy szatni, a może o jakiś inny wypadek, list, petycję, głos – nie mam pojęcia. Tak czy owak, odbierałem swój płaszcz. Już mam go w rękach, próbuję na siebie włożyć, gdy podchodzi piękna brunetka. Idzie prosto do mnie. – Jestem Anka Kowalska – mówi, patrząc mi w oczy. Mówi słowami, ale wzrokiem dodaje, że wie o tym czymś, czego ja po wielu latach nie potrafię sobie przypomnieć. Wtedy jednak potrafiłem. Ona to wie i sprzyja temu. – Proszę o mnie pamiętać – już kończy rozmowę, bierze swój płaszcz, odchodzi. Taki był początek naszej osobistej znajomości – jednak zaraz urwanej, bez kontynuacji, zapewne dlatego, że na dość długo wyjechałem z Polski. Spotkaliśmy się dopiero w podróży pociągiem do Radomia na proces po wydarzeniach czerwcowych w roku 1976. Mieliśmy swoją demonstracyjną obecnością wesprzeć sądzonego robotnika. Anka z ramienia KOR-u, w którym już działała, ja jako niezależny obserwator. W sądzie zaatakowała nas wrzaskliwa bojówka współpracująca najwyraźniej ze Służbą Bezpieczeństwa. Zostaliśmy obrzuceni obelgami i jajkami. Anką to wstrząsnęło. W przyszłości będzie to nieraz wspominać i wkrótce opisze. Mimo wszystko udało nam się wtedy wejść na salę sądową. Po dziwnej rozprawie wracaliśmy razem do Warszawy w odzieży zbryzganej żółtkami. Chyba odprowadzałem ją do domu. Pamiętam, jak się żegnamy, a ja mówię, że teraz będzie się można umyć i oczyścić nasze stroje z zaschłej jajecznicy. Folklor tamtych lat – tytuł książki Anki o KOR-ze nie podoba mi się, bo pomniejsza

 149

znaczenie spraw, których dotyczy. Folklor kojarzymy ze zwyczajami ludowymi, z samorodną twórczością artystyczną, od niedawna także z amatorską polityką, często śmieszną, bo dotyczącą niewielkich grupek. Być może coś z amatorstwa i komizmu było w działaniach KOR-u, organizacji zaiste maleńkiej, ale wyjątkowo poważnej, o pierwszorzędnym znaczeniu w historii. Dlatego czuję opór przed wydobywaniem cech folklorystycznych KOR-u jako głównych. Gdyby nawet uznać ten tytuł za ogólne odniesienie do „tamtych lat” PRL, niekoniecznie do samego KOR-u, to treść książki, ton, w jakim Anka Kowalska opowiada o PRL, nie uzasadnia takiej frywolności. Muszę jednak dodać, że Folklor tamtych lat jest tytułem trzech esejów zamieszczonych za życia autorki w paryskiej „Kulturze” i  „Zeszytach Historycznych”. One stanowią trzon książki wydanej przez Bibliotekę „Więzi”. Chyba więc Anka Kowalska tak chciała. A jak autorka widziała PRL za czasów Gierka? Zauważała: „Jeśli nie wyrywają paznokci, nie strzelają dokoła, to młody człowiek przystosowuje się do takiego życia i ono mu smakuje, bo samo życie jest smakowite”. Ze zdania tego przebija mądra empatia: zrozumienie powodów społecznej, bynajmniej nie osobistej, aprobaty dla Gierka, względnej, bo względnej, ale opartej na fundamentalnym elemencie ludzkiej natury. Człowiek chce cieszyć się życiem, gdy choć trochę mu pozwolą. Kilka stron dalej pisała: „W tym samym roku Herbert dostał nagrodę… i tańczyłam z nim…”. Dopowiem: w tym samym roku Herbert, być może, inspirował jakiś protest, a ja i Anka spotkaliśmy się przy szatni w teatrze, kawiarni albo związku literatów. W Ance już był pomysł na zmianę smakowitego i zarazem doskwierającego życia na życie buntowniczki. Czułem to. Paznokci nie wyrywali, ale… Kilka lat później okładali pałkami robotników radomskich. Jednocześnie w Polsce działali Jacek Kuroń, Jan Józef Lipski,

Książki

Smakowite życie Anki


Jacek Bocheński

Mirek Chojecki i inni. Dali się znaleźć Ance Kowalskiej albo sami się przy niej znaleźli. Była powieściopisarką. Przyjęli ją do KOR-u i kazali spisywać dokumentację prześladowań, żeby mieć, jak by dziś powiedziano, bazę danych i materiał do publikacji w biuletynach. Anka wykonywała powierzone jej zadanie nadzwyczaj skrupulatnie, pracowicie, w nieustannym poczuciu zagrożenia rewizją, aresztem lub utratą bezcennych danych. Była jednak powieściopisarką, toteż procesy radomskie, zatrzymania, przesłuchania, wszelkie epizody i zjawiska represyjne opisywała w sposób literacki, z właściwym sobie temperamentem, umiejętnością zauważenia szczegółu i zmysłową ekspresją. Przy okazji, prawdopodobnie w stanie wojennym, stworzyła sugestywne portrety osób zaangażowanych w ruch opozycyjny. Oprócz trzech wyżej wymienionych postaci także profesora Edwarda Lipińskiego, Zofii Romaszewskiej, Józefa Rybickiego, Adama Michnika, Anieli Steinsbergowej – wszystkich nie wyliczę. Każda sylwetka, również ludzi mniej znanych, jest pełnokrwista, zobaczona od strony psychologicznej i cielesnej, niekiedy z uwzględnieniem skłonności erotycznych mężczyzn, co nam przypomina, że dokumentalistką była piękna brunetka, autorka Pestki. Już nie redaktorka PAX-u, skąd ją wyrzucili. Życie codzienne wspólnoty KOR-owskiej toczyło się inaczej. Po śmierci Stanisława Pyjasa wspólnota odbywała spotkanie w czyimś, oddanym jej na ten cel mieszkaniu. Anka notowała: „Nie znalazłam cukru w pustej kuchence. Gorzką herbatę piliśmy w trzech szklankach czy kubkach jak ze wspólnych misek”. Czytam Folklor tamtych lat w roku 2012 i co mnie uderza? W epoce absolutnego cynizmu, która tymczasem nastała, czytam książkę idealistki, czytam o nie tak znowu odległej przeszłości, która przecież i we mnie żyje, a wydaje się prehistoryczna. Ogarnia mnie zdumienie, że taka autorka

 150 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012

istniała. Szlachetna i rzetelna. Katoliczka. Z tego gatunku katolików, u których katolicyzm nie polega na tropieniu grzeszności nielubianych osób, by je publicznie oszkalować, ale na możliwym przestrzeganiu przez siebie Dziesięciu Przykazań (w sprawie katolicyzmu będę musiał zajrzeć do Pestki, żeby zrozumieć książkę o KOR-ze). Rzetelność – pomyślałem po staroświecku i nawet się rozrzewniłem. Ale co to znaczy? Dlaczego mi coś takiego przychodzi do głowy? Czy książka złożona z tekstów pisanych w celu politycznym, bo na użytek KOR-u, monotematyczna, rejestrująca fakty naruszania praw człowieka przez władze PRL, rejestrująca fakty i wrażenia autorki, z  dodanymi na koniec poezjami, też zaangażowanymi – czy taka książka nie jest stronnicza? Jest! Powiedziałbym nawet, że jest zapalczywa, jednostronnie egzaltowana, kipi namiętnościami, niekiedy przejaskrawia i przesadza. A zarazem jest wiarygodna. Dlaczego? Bo nie mówi tonem typowym dla późniejszego sprawozdawcy historii najnowszej. W takich sprawozdaniach wyczuwałem przeważnie lekki dąs na historię za to, że przebiegła w sposób niezupełnie odpowiadający sprawozdawcom. Kazała na przykład spełnić pewne historyczne uczynki osobom nie dość sympatycznym, gdy powinna była taktownie a szczodrze obdzielić nimi postaci sympatyczniejsze. Jak więc troszkę nie zignorować książki Anki, tu i ówdzie odrobinkę nie poprawić? Jak się w ogóle na nią po cichu nie zżymać i jeszcze nie dać tego po sobie poznać? Stąd się brał ów nieco fałszywy, półgębkowy ton, który często wyczuwałem. Do tego tonu przez dwadzieścia lat z górą przywykłem i odruchowo na niego czekałem, skoro mowa o KOR-ze. To był odruch bezwarunkowy. KOR? Tu musi nastąpić dąs. Co z tego, że autorka jest współtwórczynią KOR-u! Może będzie się dąsać sama na siebie? Czy raczej znajdzie w KOR-ze jakąś jego gorszą część, na którą się podąsa, oszczędzając drugą, lepszą?


Nic takiego nie zrobiła. W ogóle rozróżnianie spraw i ludzi ze względu na konflikty ideologiczne i polityczne, które nastąpią kiedyś, nic jej nie obchodzi. Nie wie o nich i nie czuje potrzeby interesowania się przyszłymi preferencjami zamiast krzyczącą rzeczywistością. Toteż czytając Folklor tamtych lat, zdumiony, odnajduję siebie, raz jeszcze w autentycznym świecie czasów Gierka. W świecie, jaki przeżyłem, a nie w tym poprawionym, urojonym, różnie udoskonalanym lub demonizowanym, absurdalnie karykaturowanym (stale tylko ten ocet na półkach), o jakim dowiadywałem się z późniejszej legendy, zresztą bardzo rozmaitej, niekiedy pochwalnej, przepełnionej nostalgią za utraconym rajem dobrobytu, lecz zawsze stereotypowej. Ale to nie jest jedyne zdumienie czytelnika Folkloru tamtych lat. Podział na przeciwstawne obozy „ich” i „nas”, natężenie ówczesnego antagonizmu politycznego w odczuciu i świadectwie zapalczywej przecież bojowniczki, zaangażowanej w walkę z ustrojem, wydaje się mniej ostre i mniej bezwzględne niż to po transformacji ustrojowej z nowym podziałem na „my” i „oni”. Jak to możliwe, skoro wtedy była dyktatura, bezkarna policja polityczna na usługach władzy, sądy na usługach rządzącej partii, cenzura, a obca armia strzegła tego stanu rzeczy? Wydaje się rzeczą oczywistą, że z antagonizmami powinno być na odwrót, niż wyszło. Czytelnik Anki Kowalskiej dożył roku 2012 w Polsce demokratycznej. Co ze smakowitością życia w tych nowych czasach? Co z folklorem nowych lat, gdy jednak nie chodzi już o wyrywanie paznokci, lecz na przykład o  refundację leków czy ustalenie poziomu wieku emerytalnego? „Oni”, zbrodniarze, chcą „nas” poddać „eutanazji”, czyli po prostu zgładzić, by ułatwić sobie rządzenie. Tak brzmi folklor językowy nowych czasów, nie wspominając już o języku skrajnej nienawiści w dyskusjach związanych z  katastrofą smoleńską. Wtedy nie

 151

mówiliśmy takim językiem, nawet gdy nas internowano w stanie wojennym. Pletliśmy wiele głupstw, ale nie zarzucaliśmy władzy komunistycznej, że chce nas zabić, żeby wygodniej było rządzić. Przy okazji reformy wieku emerytalnego ludzie zaczęli to mówić bez jakichkolwiek zahamowań. Rozłam po katastrofie smoleńskiej prawdopodobnie sprawił, że nauczyli się łatwości takiego mówienia. Anka Kowalska, mimo swej stronniczości i życia w warunkach wojennych notowała fakty, nie domysły, rejestrowała skandaliczne praktyki władz PRL, nie domniemane intencje i podłe motywacje. Nigdy nie twierdziła, że PRL-owskie gwałty i bezprawia dzieją się dlatego, że sprawcy nie są patriotami czy prawdziwymi Polakami, że działają z inspiracji szefów na Kremlu itd., chociaż miałaby w takich oskarżeniach więcej racji niż my po trzydziestu iluś latach, bełkocący coś w niecenzurowanych mediach, w internecie, w parlamencie lub w potocznej gadaninie po domach, ulicach, podwórzach i przygodnych piwiarniach. A Pestka? Zacytuję: „To banał: być czyimś słońcem. I deszczem. Wiatrem. Latem. Chmurą i ptakiem. Lądem, wodą, miejscem na stopę. W literaturze to się nazywa banał”. I jeszcze: „Agata, krzyczałam, zmiłuj się, nie mieszaj Boga do niedochowanej w małżeństwie wierności, do cudzołóstwa”. Pestka to trochę antypowieść lat 60., romans dramatyczny i bardzo kobiecy, ale jeszcze przedfeministyczny. O kobietach, jakie ja w młodości znałem, z mentalnością, która nie rozgospodarowała się jeszcze w sferze męskiej. Jest oczywiście w powieści mężczyzna, bohater romansu, jednak próba mentalnej identyfikacji z nim, zwłaszcza w przeżywaniu erotyki i seksualności, wydawała mi się, gdy czytałem, ujęciem kobiecym. A sama pestka w Pestce – co to takiego? Pestka to jest „to, w co nie przestajemy wierzyć”, twardy rdzeń moralny. Trzeba było mieć w sobie pestkę, żeby wstąpić do KOR-u.

Książki

Smakowite życie Anki


Jacek Bocheński

Anka musiała być przekonana, że Pestka pozostanie najlepszą książką jej życia, a sfilmowanie tej powieści największym sukcesem zawodowym. Nie zapomnę, jak na spotkaniu przyjaciół w domu Mariana Brandysa mówiła nam, podniecona i promienna, o właśnie rozpoczętym kręceniu filmu przez Krystynę Jandę. Spotkania przyjaciół po śmierci Haliny Mikołajskiej, żony pisarza, organizował regularnie z początkiem lat 90., dla podtrzymania wdowca na duchu, Jurek Markuszewski. Anka przychodziła na te podwieczorki, brunetka niezmiennie

piękna w swojej czerni i czerwieni. Chrupaliśmy krakersy, piliśmy kawę albo herbatę, czasem jakieś frymuśne alkohole, nalewki i wina, które ktoś przyniósł. Czyżby życie stało się znów smakowite? Tak, jeszcze smakowite, ale już niedługo. Anka chorowała ciężko i przewlekle, aż w roku 2008 umarła. Nie zdążyła się dowiedzieć, że dziełem jej życia nie będzie wcale Pestka. Będzie nim Folklor tamtych lat. Jacek Bocheński

Jacek Bocheński – ur. 1926 r. we Lwowie. Prozaik, eseista i publicysta, a także tłumacz literatury

niemieckiej i rzymskiej; debiutował w 1949 r. zbiorem opowiadań Fiołki przynoszą nieszczęście. Począwszy od lat 70., znalazł się w gronie rodzącej się opozycji demokratycznej. Brał czynny udział w akcjach protestacyjnych, był współzałożycielem i redaktorem naczelnym „Zapisu” – czasopisma ukazującego się w Polsce od 1977 r. poza cenzurą. Działalność opozycyjna pociągnęła za sobą m.in. zakaz druku. Publikował również pod pseudonimami Adam Hosper i Teodor Ursyn. W latach 1997–1999 prezes Polskiego PEN Clubu. Wydał m.in.: Pożegnanie z panną Syngilu albo słoń a sprawa polska, Boski Juliusz. Zapiski antykwariusza, Nazo, Stan po zapaści (w obiegu nieoficjalnym). Mieszka w Warszawie.

Nowość Raïssa Maritain Poezje Wybór wierszy Raïssy Maritain, z domu Ołmansow, ur. w Rostowie nad Donem w 1883 r., zm. w Paryżu w 1960 r., żony wielkiego francuskiego filozofa Jacques’a Maritaina, autorki słynnej książki Wielkie przyjaźnie. Jej poezję cechuje prostota, lekkość i czystość, a w samej głębi określa ją doświadczenie mistyczne.

84 s., cena 28 zł

tel./fax (22) 828 18 08  www.wiez.pl

 152 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Głos katolicyzmu otwierającego

Maciej Zięba OP, Nieznane, niepewne, niebezpieczne? Szkic o Europie, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2011, 152 s.

 153

Kościół katolicki znów stawiany jest w Polsce pod pręgierzem niedopowiedzianych i zarazem coraz głośniej wykrzykiwanych oskarżeń o zhierarchizowany anachronizm, hipokryzję, społeczne niedostosowanie. Do oskarżeń dobrze już znanych i formułowanych pięćdziesiąt czy sto pięćdziesiąt lat temu dochodzą też nowe – o butę, zachłanność czy niechęć wobec mniejszości seksualnych. Nowa twarz i  nowa fala polskiego anty­klerykalizmu budzić musi u  wielu wierzących – co zrozumiałe – poczucie krzywdy, naznaczenia i  osaczenia. Co więcej, rodzić może jednak także pokusę ucieczki, izolacji i schronienia w świecie własnych mediów, spotkań czy internetowych portali. Realny wydaje się zatem scenariusz, w którym plemienny podział polityczny, o którym od roku 2005 mówią politologowie, zostanie zastąpiony – nie do końca z nim tożsamym, choć równie gorącym – podziałem świato­poglądowym. Na naszych oczach powstaje być może swoisty mur dzielący Polaków w  ich stosunku do katolicyzmu i  nowoczesności. W tym specyficznym momencie i kontekście z uwagą odnotować należy najnowszą książkę o.  Macieja Zięby Nieznane, niepewne, niebezpieczne? Szkic o Europie, wydaną przez zasłużoną dla polskiej kultury oficynę, jaką jest Państwowy Instytut Wydawniczy. Autora książki nikomu, kto choć trochę interesuje się współczesnym polskim katolicyzmem, bliżej przedstawiać nie trzeba.

Książki

Sławomir Sowiński


Sławomir Sowiński

W latach 70. jako młody fizyk związał się z demokratyczną opozycją. Potem, w czasie „karnawału” pierwszej Solidarności, zaskakując wielu, wybrał drogę duchownego, przywdziewając habit dominikański. Największy rozgłos zyskał na początku lat 90., promując myśl społeczną Jana Pawła II, a także – nie bez krytyki i oporu wielu – wolno­rynkowe idee Michaela Novaka, Richarda Johna Neuhausa, czy George’a Weigela. W ostatnim dwudziestoleciu pełnił liczne i ważne funkcje zakonne i publiczne, choć wszyscy byliśmy także świadkami jego kłopotów i trudności. Dziś swą najnowszą książką ojciec Zięba pokazuje się w najlepszej intelektualnej, erudycyjnej i  duszpasterskiej formie. Takiej jak z początku lat 90., gdy od jego cotygodniowych Zapisków z kruchty wielu czytelników rozpoczynało lekturę „Tygodnika Powszechnego”, a najlepsze europejskie kongresy i konferencje zabiegały o jego wystąpienia. Nieznane, niepewne, niebezpieczne czytać można jako esej społeczno-historyczny, obowiązkowy dla każdego, kto w swej znajomości dziejów Europy i europejskości chce wyjść poza schemat i sztampę szkolnych lektur czy stereotypów kultury masowej. Zaledwie 150 stron niewielkiego formatu – wydanych z wręcz niedzisiejszą elegancją, opatrzonych znakomitą ryciną na obwolucie – stanowi, zwłaszcza w pierwszej części, popis historycznej przenikliwości i erudycji, której nie powstydziłby się niejeden mediewista. Prowadząc czytelnika przez dziesięć wieków europejskiej kultury, twórca Instytutu Tertio Millennio buduje przekonującą syntezę trzech duchowych i intelektualnych „projektów”: średniowiecza, „religii postępu” oraz XX-wiecznej współczesności. Projekty te dotyczą kluczowych europejskich pytań o ludzką wolność, godność, postęp, rozwój oraz ich źródła, meandry i konsekwencje. Ich bohaterami – rzec można, symbolami – Zięba mianuje Alkuina, Newtona i Poppera.

 154 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012

W wymiarze historycznym wyraźnie najwięcej miejsca i pasji poświęca autor średniowieczu, a właściwie średniowiecznej christianitas. Obraz, jaki rysuje tu przed czytelnikiem, można by opatrzyć tytułem „nieznane średniowiecze”, choć sam autor używa, niekiedy cytując, określeń dużo bardziej wymownych i sugestywnych: „renesans karoliński”, „renesans naukowy” czy „Nowe Ateny [...] uwznioślone naukami Chrystusa”. Cel jest jasny i otwarcie nazwany: nie popadając w  stronniczość i  tanią apologię, przeniknąć mroki i zaślepienie „ciemności oświeconego rozumu”, które przed niejednym „XX-wiecznym barbarzyńcą” skrywają prawdziwy obraz średniowiecza. Dzięki temu można dostrzec i przekonać się, że dekada wieków średnich to czas narodzin europejskiej nowoczesności. Zięba opisuje obecny w tej epoce line­arny sposób postrzegania czasu, ideę uniwersytetu, administracyjne ujednolicenie i rozwój nauk wyzwolonych, racjonalizm św. Tomasza i społeczną mobilność (krzyżowców, duchownych, chłopów, a  także penetrujących wybrzeża północnej Afryki podróżników). Niejako na marginesie przypomina wynalazki: magnetyczną nawigację, trójmasztowy okręt, podkowy i żelazne obręcze na kołach. Wszystko to, jak przekonuje autor, stanowiło solidne podwaliny pod europejski rozwój techniczny, cywilizacyjny i naukowy. Wszystko tworzy obraz średniowiecznej christianitas jako epoki równie ważnej dla naszej nowoczesności jak wiek pary czy wiek świateł. Aby nie pozostawić czytelnikowi żadnych wątpliwości, swą argumentację wzbogaca autor także o wymiar społeczny i polityczny. Średniowiecze to zatem – jak przekonuje o. Zięba – nie tylko czas katedr, polowania na czarownice czy inkwizycji, ale także epoka sławiących uczucia trubadurów, szacunku dla niewiast czy narodzin życia miejskiego. Do tego dochodzi jeszcze pogłębiająca się świadomość europejskiej


przynależności i europejskiego obywatelstwa. Jak pisze autor: „Człowiek średniowiecza przybywający do Aberdeen, tak samo jak do Lizbony, Paryża, Krakowa czy Uppsali lub Neapolu – nawet jeśli nie zna łaciny – czuje się obywatelem tej samej społeczności, należy do tego wspólnego (zachodniego) świata chrześcijańskiego – christianitas”. Przywołując i odnotowując historyczną erudycję dominikanina, trzeba jednak podkreślić, że jego najnowsza książka nie jest dziełem historycznym – jej podstawowym celem jest rewizja, czy też rekonstrukcja wiedzy na temat przeszłości. Wspominana wyżej refleksja historyczna – w mniejszym stopniu dotycząca dwóch następnych epok – jest bowiem zaledwie preludium, punktem wyjścia do podjęcia problemu najzupełniej współczesnego. A jest nim sprawa, której o. Zięba jest wierny od samego początku swej działalności duszpasterskiej, pisarskiej i publicznej – spotkanie chrześcijaństwa i  współczesnego świata, przełamywanie stereotypów utrudniających to spotkanie i  przekraczanie wzajemnych podejrzeń. Misją i celem autora jest budowanie lub zachowywanie wyłomów w murze, o którym mowa była na wstępie. W tej też perspektywie nie kryje on rozczarowania i sceptycyzmu wobec drugiego z nakreślonych przez siebie ideowych projektów – epoki oświecenia i scjentyzmu. Wzniosłe i szlachetne nadzieje na postęp, ludzką wolność i  nade wszystko na władzę rozumu, który pozwoli wreszcie wyjść z  niedojrzałości „wieków ciemnych”, zaowocowały niewątpliwie szeregiem wielkich odkryć i subtelnych idei, których symbolem pozostaną na zawsze Newton, Kant i Kartezjusz. Jednocześnie jednak same zrodziły ciasny pseudonaukowy dogmatyzm, zamykający całą złożoność świata w kilku prostych zdaniach o obskurantyzmie religii, nieuchronności postępu czy konieczności mechanicznych praw rządzących naturą, historią i światem.

 155

Najcenniejsze i najciekawsze wydaje się w tym kontekście swoiste studium anatomii tego procesu, które proponuje Maciej Zięba. Jak podkreśla, najwięksi z filozofów byli ludźmi starannie wykształconymi, subtelnymi, często wierzącymi (Kartezjusz, Smith). Światłem swego rozumu i swego geniuszu oświetlali zatem nie prostacki dogmatyzm, który autor nazywa „religią postępu”, lecz porywający ówczesne umysły obraz „niewidzialnej siły”, która rządzi kosmosem (Newton), nowe metody poznawania obiektywnej prawdy (Kartezjusz) czy polityczną wartość publicznej debaty (Kant). Tego geniuszu, głębi i przenikliwości nie starczyło jednak następcom, którzy zamienili subtelność myślenia na ciasny, często naiwny, antyreligijny schemat. Tylko dlaczego? Swoją rolę odegrał tu zapewne Zeitgeist – specyficzny duch XVIII i XIX wieku, który w ataku na Kościół i religię odkrywał dziejową sprawiedliwość i drogę do wolności człowieka. Maciej Zięba wskazuje także na pułapki wpisane w każdy wielki projekt naukowy czy intelektualny. Są to zbyt łatwe metafory przenoszące prawa mechaniki w obszar filozofii, biologii lub życia społecznego; „angelizm”, odrywający człowieka od całej złożoności jego bytu i natury, pułapka determinizmu i historiozofii, nadających historii „nowy” sens i logikę, a wreszcie: pokusa spisania współczesnej, naukowej biblia pauperum, w której w kilku prostych słowach wyjaśnić można będzie nieoświeconej ludzkości całą złożoność świata i nowych wspaniałych odkryć. To tylko niektóre z pułapek prowadzących prostą drogą do „krainy konieczności”, w której nauka, religia czy filozofia stają się po prostu ideologią, a wątpliwości sumienia ­– zbędnym balastem w ostatecznym rozwiązaniu problemów ludzkości. Szkoda być może, że w podobnym wymiarze nie zmierzył się Zięba z epoką wieków średnich. Niemniej trzeba podkreślić i docenić, że peregrynując po intelektualnych drogach i bezdrożach epoki pary oraz

Książki

Głos katolicyzmu otwierającego


Sławomir Sowiński

epoki świateł, tworzy przestrogę ponadczasową i uniwersalną. Jest ona szczególnie ważna dziś, gdy jako naukowcy, politycy, filozofowie, teologowie czy po prostu czytelnicy i wyborcy raz po raz stajemy w obliczu fundamentalnej nadziei – na zmianę, na wytyczenie całkiem nowych szlaków, na jakieś ostateczne rozwiązanie którejś z naszych ludzkich bolączek. Jak wielkim i realnym zagrożeniem są pseudonaukowe ideologie – nie trzeba dziś nikogo przekonywać. Dostatecznie dobitnie i tragicznie pokazało nam to ostatnie stulecie: ze swą eugeniką, nazizmem, komunizmem, czystkami etnicznymi i rasizmem. Natomiast prawdziwym wyzwaniem, także w erze internetu, pozostaje szukanie i odtwarzanie skutecznego antidotum. Formuła, którą za Karlem Popperem rozważa Zięba, z pozoru wydaje się prosta i łatwa w zastosowaniu: „społeczeństwo otwarte”, „inżynieria cząstkowa”, innymi słowy, „krytyczny racjonalizm” w służbie rodzaju ludzkiego. Tylko tyle? Nie, raczej aż tyle – co przekonująco pokazuje Maciej Zięba. Popperowska idea „społeczeństwa otwartego” jest bowiem nie tylko wyzwaniem intelektualnym, ale także, a w jakimś sensie przede wszystkim, aksjologicznym. Jak zauważa za Popperem autor – jeśli nawet uznać, że nie istnieją żadne racjonalne i krytycznie weryfikowalne podstawy etyki, to trudno zaprzeczyć, że „istnieją etyczne podstawy nauki”. Według Poppera są one związane z „wiarą w jedność rodzaju ludzkiego” oraz z „gotowością do przyjmowania krytycznej myśli oraz uczenia się z doświadczenia”. Co więcej, ta Popperowska droga – którą rekomenduje wybitny katolicki duchowny – przy całym swym liberalnym sceptycyzmie i krytycyzmie, zakłada także istnienie jednej, obiektywnej, absolutnej prawdy. Jak przenikliwie zauważa Zięba: „Jeżeli bowiem – jak to czyni autor Logiki odkrycia naukowego – wychodzimy od podstawowego przekonania, że wszyscy ludzie

 156 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012

są omylni, to z tego względu musimy być krytyczni wobec wszelkich ludzkich poglądów oraz nie zezwalać na dominację żadnego z nich. Pojęcie omylności ma jednakże znaczenie wtedy i tylko wtedy, gdy uznajemy istnienie prawdy absolutnej [...]. Jeżeli nie ma prawdy absolutnej, pojęcie omylności traci s w ó j s e n s, albowiem nic nie jest wtedy omylnością, a raczej wszystko staje się nieomylnością” (podkr. SS). Zacytowane tu słowa to nie logiczna zabawa z filozofią wybitnego skądinąd logika. To dostrzeżenie i wydobycie wielkiego paradoksu, przed którym staje liberalizm. To paradoks skądinąd dobrze znany i opisany także gdzie indziej. „Poznacie praw­dę, a  prawda was wyzwoli” – pisze św.  Jan Ewan­­gelista. Wolność – aby nie stać się bra­mą bezsensownej gry, zabawy, pogoni czy ucieczki – domaga się perspektywy prawdy. Prawda – aby nie stać się bezdusznym przepisem lub schematem – poszukuje, domaga się, chce prowadzić ku wolności. Pozostaje zatem wąska ścieżka: podejmowany wciąż na nowo, cierpliwy, niedający żadnej pewności wysiłek godzenia jednej z drugą. „Musimy kroczyć naprzód ku temu, co nieznane, niepewne i niebezpieczne, używając rozumu za przewodnika ku obojgu – ku bezpieczeństwu i wolności”. Te słowa, kończące Społeczeństwo otwarte Karla Poppera, słusznie wybiera Zięba na motto i tytuł swojej książki. Wspólna niepewność i nadzieja, wolność z prawdą na horyzoncie – to najskuteczniejsza odtrutka na jad ideologii i fundamentalizmów. To także przestrzeń do spotkania człowieka wierzącego i wątpiącego, liberała i konserwatysty, oraz szansa na poważną rozmowę o przeszłości i przyszłości Europy. W tym też sensie omawiana książka to kolejna, ważna i  odważna próba nawiązania przez katolickiego duchownego i myśliciela poważnej rozmowy z klasyką współczesnego politycznego liberalizmu, do


Głos katolicyzmu otwierającego

której Popper, wraz z całą swą myślą, niewątpliwie należy. Jednocześnie jest to ważny i cenny we współczesnej Polsce głos katolicyzmu otwartego, czy też mówiąc bardziej precyzyjnie: otwierającego. To głos katolicyzmu, który integralnie traktuje zarówno obowiązek wiernego trwania przy swej misji i nauce, jak i otwierania nań serc i umysłów wszystkich ludzi dobrej woli. W głosie tym, ubrane w historyczną frazę, brzmią wyraźnie doświadczenia trud­ne, z którymi zetknął się zapewne i sam autor książki. Dobra wola, zaufanie, goto­ wość do dialogu często bywają nadużywa­ne i po latach jawią się jako mrzonka lub naiwność. Często kończy się to porażką, czasem zamienia się w zniechęcenie. Znaczące są przykłady przytoczone przez Ziębę: „Pamiętajmy, że francuskie ­duchowieństwo należące do Stanów Generalnych ­niemal en bloc poparło ich przekształcenie w Zgro­madzenie Narodowe i w pierwszych latach masowo popierało rewolucyjne przemiany”. Pa­pieże Pius VII, Pius IX (autor słynnego anty­ modernistycznego Syllabusa) czy Leon XIII u progu swych pontyfikatów „byli gotowi do pojednania, a przynajmniej do dokonania znaczących kroków ku pojednaniu katolicyzmu z nowoczesnością. Rzeczywistość jednak brutalnie wyleczyła ich z takich mrzonek”.

Doświadczenia te brzmią dziś w Polsce bardzo wymownie i trudno je ignorować. Ale pomimo nich, a może właśnie ze względu na nie, książka o. Macieja Zięby wydaje się ważnym głosem katolicyzmu otwierającego i głosem na rzecz takiego katolicyzmu. To apel, aby w dobie taniego, czasem wulgarnego antyklerykalizmu nie odwracać się zbyt łatwo i zbyt szybko od otaczającego świata. Aby – broniąc własnej godności i wolności religijnej – szukać z uporem po różnych stronach sporów i barykad ludzi dobrej woli, a także szukać dobrej woli, która kieruje przynajmniej niektórymi z oponentów. W światopoglądowym murze uproszczeń, uprzedzeń, lęków i stereotypów tworzyć trzeba wciąż na nowo pęknięcia, wyłomy lub choćby szczeliny. Bo to przez nie ci, którzy wybrali miejsce w pobliżu muru, od czasu do czasu będą mogli zajrzeć na drugą stronę – po to by przekonać się, że ciągle nie mieszkają tam religijni fanatycy lub też sami bezduszni prowokatorzy, lecz tak samo wrażliwi zjadacze tego samego polskiego chleba. I także przez nie przebijać się będzie prawdziwe Światło, które od wieków staje się Drogą, Prawdą i Życiem. Sławomir Sowiński

Książki

Sławomir Sowiński – ur. 1968. Doktor politologii, adiunkt w Instytucie Politologii UKSW i sekretarz naukowy Studium Generale Europa. Współautor książek: Europa drogą Kościoła. Jan Paweł II o Europie i europejskości (2003, z Radosławem Zenderowskim) oraz Dzieci Soboru zadają pytania (1996), współredaktor prac Religia i konserwatyzm: sprzymierzeńcy czy konkurenci? (2004, z ks. Piotrem Mazurkiewiczem), Ile Kościoła w polityce, polityki w Kościele (2009, z ks. Piotrem Burgońskim). Publikował w WIĘZI, „Ethosie”, „Tygodniku Powszechnym”, „Rzeczpospolitej”, „Gościu Niedzielnym”. Członek Zespołu Laboratorium WIĘZI. Mieszka w Legionowie.

 157


Prześcieradło i transcendencja Ks. Andrzej Luter

Bogusław Tracz, Robert Ciupa, Kultura niezależna w Kościele, Oddział Instytutu Pamięci Narodowej w Katowicach, Katowice 2011, 224 s. Kościół i kultura w latach osiemdziesiątych XX wieku. Doświadczenia warszawskie, red. ks. Wiesław A. Niewęgłowski, współpraca Małgorzata Romańska, Oddział Instytutu Pamięci Narodowej w Katowicach, Duszpasterstwo Środowisk Twórczych Archidiecezji Warszawskiej, Katowice – Warszawa 2011, 140 s.

 158 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012

Duszpasterstwo Środowisk Twórczych w poprzednim systemie politycznym – słusznie minionym – przeżywało swój rozkwit. Kulminacją był okres stanu wojennego, kiedy to artyści bojkotujący oficjalne media chętnie występowali na terenie kościelnym. Kościół jawił im się jako oaza wolności. Organizowano wówczas wieczory poezji z udziałem najwybitniejszych autorów (m.in. Julii Hartwig, Zbigniewa Herberta, Artura Międzyrzeckiego, Mieczysława Jastruna), spektakle teatralne, koncerty muzyczne, wystawy plastyczne, a  nawet projekcje filmów z jakichś zdezelowanych aparatów kinowych. Obraz rzucano wtedy na ekran zrobiony zazwyczaj z olbrzymiego prześcieradła zawieszonego w głównym ołtarzu, nagłośnienie było podłe, jakieś charczące głośniki. Nikt jednak na te szczegóły nie zwracał uwagi. Pamiętam, że w takich warunkach po raz pierwszy obejrzałem sfilmowaną rock operę Jesus Christ Superstar Normana Jewisona z kultową muzyką Andrew Lloyda Webbera. Nakładem katowickiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej i warszawskiego DŚT ukazała się właśnie publikacja Kościół i kultura w latach osiemdziesiątych XX wieku. Doświadczenia warszawskie. Zaangażowanie IPN to efekt specjalnego projektu badawczego na ten temat prowadzonego przez Biuro Edukacji Publicznej katowickiego oddział Instytutu. Zaowocował on także wcześniejszą książką Kościół i kultura niezależna pod redakcją Bogusława Tracza,


opisującą powstawanie i rozwój fenomenu bliskiego przymierza między wiarą a kulturą w różnych miastach Polski. Książkę o doświadczeniach warszawskich zredagował ks. Wiesław A. Niewęgłowski, wieloletni warszawski, a później krajowy duszpasterz środowisk twórczych, kończący właśnie swoją kadencję. Aktywni uczestnicy DŚT wspominają na łamach książki tamten romantyczny czas, który – powiedzmy sobie jasno – zakończył się bezpowrotnie i nic nie jest w stanie go wskrzesić. I to jest normalny bieg dziejów. Zmienił się bowiem nie tylko ustrój Polski – staliśmy się przecież krajem wolnym – zmieniła się także mentalność twórców. Sens istnienia DŚT jest niezmienny i nie powinien być podważany. Zmieniać się jednak musi styl duszpasterstwa wśród twórców. Jak to się zaczęło? Ks. Niewęgłowski zainicjował Tygodnie Kultury Chrześcijańskiej jako duszpasterz akademicki przy warszawskim kościele św. Anny. Prymas Stefan Wyszyński powołał go oficjalnie do posługi wśród artystów w 1980 r., a więc w czasie karnawału „Solidarności”, który rychło zostanie przerwany wprowadzeniem stanu wojennego, a w konsekwencji represjami i internowaniem wielu twórców kultury. Centrum duszpasterskie twórców znalazło się wtedy w najstarszym warszawskim kościele Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny na Nowym Mieście. Dopiero w wolnej Polsce zostało przeniesione do nowego kościoła przy placu Teatralnym. Ks. Niewęgłowski pisze: „Świątynia katolicka kolejny raz stała się schronieniem dla polskiej kultury i jej twórców, nie tylko symbolicznie, ale realnie. Wobec ograniczeń i nacisku w Kościele znalazła obszar pozwalający jej na dalsze istnienie i rozwój”. Wśród wielu wspomnień umieszczonych w  książce zwraca uwagę głos prof.  Andrzeja Rottermunda, dyrektora Zamku Królewskiego w Warszawie. Podkreśla on, że w latach osiemdziesiątych „pod

 159

opiekuńczymi skrzydłami” Kościoła chronili się katolicy i niewierzący, a przedstawiciele opozycji, niezależnie od politycznych sympatii, odwoływali się do społecznego nauczania Kościoła. Można zatem w pewnym uproszczeniu powiedzieć, że Kościół przejął wówczas zadania kulturalne, które w  „nowożytnej demokracji spełnia państwo i  organizacje obywatelskie”. Historyk prof. Henryk Samsonowicz dodaje, że Kościół tworzył wtedy przestrzeń wolności myśli i dawał szansę na dysputy dotyczące „naprawy Rzeczypospolitej”. Magdalena Bajer wspomina tamten czas jako okres „Polski odczytowej”. W nawach kościelnych, w salach parafialnych, w siedzibach KIK-ów, a czasem w domach prywatnych toczyło się wtedy życie umysłowe nazwane przez znaną dziennikarkę „przygotowaniem do wolności”. I właśnie ta Polska, pisze Bajer, „oglądana z perspektywy chrześcijańskiego obywatelstwa – tak chyba trzeba nazwać ów fundament wspólnoty, jaką tworzyliśmy – to była Polska prawdziwa, niezależnie od tego, jak trwałe lub nietrwałe okazały się więzi wówczas łączące ludzi”. Myślę, że właśnie ten „obywatelski” wymiar działalności duszpasterstwa był jego najcenniejszą wartością. Otwartość, z jaką wtedy patrzono na świat i na drugiego człowieka, może być wzorem dla współczesnych, tym bardziej że postawy dialogiczne w warunkach wolności nie potrafią się przebić przez jazgot ideologów różnej proweniencji – jakby były w zaniku. A wymiar religijny duszpasterstwa, w  koń­cu najważniejszy? Czy w  porywie patri­o­­tycznym i antysystemowym nie zagubiono wartości transcendentnych? W tym aspekcie wspomnienia świadków tamtych czasów nie są już tak jednoznaczne. Prof. Lech Sokół z Akademii Teatralnej zauważa, że nie wszyscy uczestnicy duszpasterstwa utrzymali wiarę. Niektóre spektakularne nawrócenia tamtych gorących lat okazały się krótkotrwałe, co wcale nie znaczy, że były

Książki

Prześcieradło i transcendencja


Ks . And r z e j L u t e r

nieautentyczne. Ks. Niewęgłowski wspomina, że konwersje w środowisku twórczym stanowiły od 10 do 15 % wszystkich ówczesnych nawróceń w  archidiecezji warszawskiej. Ostrzejszy w swoich opiniach jest Jacek Moskwa. Pisze: „Przestrzegałem przed płytkością pewnych duchowych zwrotów. Myślę, że późniejszy rozwój wydarzeń potwierdził tę diagnozę. Wznowiony po dziesięcioleciach sojusz intelektualistów i artystów z Kościołem trwał krótko, a z obecnej perspektywy wydaje się wymuszony zewnętrznymi okolicznościami”. Może red. Moskwa ma rację? Ja jednak byłbym o wiele ostrożniejszy w takich ocenach, dotykamy tu przecież bardzo delikatnej sfery duchowej człowieka. W wolnej Polsce niekiedy oskarżano środowiska intelektualne o niewdzięczność. Tylko czy Kościół powinien oczekiwać na jakąś wdzięczność? Poza tym jak ona miałaby się przejawiać? A może sam Kościół staje się coraz bardziej ekskluzywny, wyłączający ze swej wspólnoty ludzi stojących symbolicznie w progu świątyni, a coraz mniej inkluzywny? Są to problemy wymagające pogłębionej refleksji. Sama konstatacja, że w wolnej Polsce zarysowuje się coraz większy dystans, a często także krytycyzm wobec Kościoła – nie wystarczy. Wiarę od niewiary oddziela często bardzo cienka linia. Równolegle z omawianą książką katowicki oddział IPN wydał album Kultura niezależna w Kościele. Bogusław Tracz i Robert Ciupa opisują w nim różne miejsca, wokół których skupiali się twórcy w okresie stanu wojennego. W Warszawie oprócz Duszpasterstwa Środowisk Twórczych były to także Muzeum Archidiecezjalne na Solcu i ośrodek ks. Wojciecha Czarnowskiego na Żytniej. Patrzę na archiwalne zdjęcia. Autorzy udokumentowali sporo wydarzeń kulturalnych o wielkim znaczeniu artystycznym – jak nam się wtedy wydawało. Zastanawiam się, czy któreś z nich przetrwało próbę czasu. Obroniły się na pewno obrazy największych polskich malarzy, np. Jerzego Kaliny, Jacka

 160 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012

Waltosia, Leszka Sobockiego, Zbyluta Grzywacza czy Tadeusza Boruty. Jeśli artyści unikali bezpośrednich odniesień politycznych – o co wtedy było bardzo trudno, bo wszyscy byli w nastrojach antykomunistycznych – a swoje przesłanie przedstawiali w sposób uniwersalny, to ich prace mogą współcześnie nabrać nowych znaczeń. Rewolucyjny radykalizm zamieniał jednak dzieła twórców w doraźną publicystykę. Czasem aż nie mogę uwierzyć, że sam mogłem się nimi wówczas zachwycać. Najbardziej intrygujące są jednak fotografie osób. Oto z kardynałem Wyszyńskim przy jednym stole siedzi Mieczysław Jastrun. W kościele na Przyrynku wieczór poetycki, a w stallach na swój występ oczekują Andrzej Łapicki, Maja Komorowska, Gustaw Holoubek, Andrzej Szczepkowski, Jan Englert, Hanna Skarżanka, Anna Nehrebecka, Aleksandra Śląska i Mieczysław Voit, wśród publiczności Jerzy Waldorff. Holoubek wspominał po latach: „Tym, którzy trwali w nieobecności, budowano pomniki chwały. Gmachy kościołów, w których występowali, brzmiały dziękczynieniem za postawę i odwagę. Ci sami, których tak niedawno jeszcze chowano w niepoświęconej ziemi, stawali się społecznym sumieniem, wyspą nadziei”. Wielkie to słowa, chociaż cytowany mistrz sceny zdawał sobie sprawę z tego, że długotrwały bojkot złamał kariery wielu młodym aktorom, którzy dopiero wchodzili w zawód. To była okrutna cena buntu przeciw nieprawości. Ale czy można było postąpić inaczej, żeby być w zgodzie z własnym sumieniem? Patrzę na kolejne fotografie: Andrzej Wajda u ks. Kazimierza Jancarza w Mistrzejowicach, Halina Mikołajska z wieczorem poezji w Stalowej Woli u ks. Edwarda Frankowskiego, młodziutki Tomasz Jastrun recytuje wiersze z ambony (to były czasy! – mógłby ktoś powiedzieć). W kościele na Żytniej Wajda wystawia sztukę Ernesta Brylla Wieczernik z udziałem młodych aktorów: Krystyny Jandy, Olgierda Łukaszewicza, Piotra


Machalicy, Jarosława Kopaczewskiego i… Macieja Orłosia, który w wolnej Polsce znajdzie swoją przystań w „Teleexpressie”. Bryll wspomina patetycznie: „Czuliśmy się spadkobiercami czegoś, co od dawna istniało, żyło i owocowało, i będzie żyć i owocować także w przyszłości”. W całej Polsce było podobnie, poeci i aktorzy jeździli po kraju, najczęściej występowali w salkach katechetycznych, czekały na nich tłumy. Nawet Teatr Ósmego Dnia występował w kościołach. Trzeba powiedzieć sobie jasno: taka sytuacja nie mogła trwać wiecznie. Nawet gdyby komunizm nie został obalony, twórcy powróciliby tam, gdzie byli przed rokiem 1980, owszem, już inni, zapewne jakoś przemienieni, ale przecież nie da się na dłuższą metę w ten sposób tworzyć. Nadmiar patosu zabija sztukę. Poszukiwania i eksperymenty przestają wtedy istnieć, artyzm obumiera. Groził nam jakiś antykomunistyczny socrealizm. Wszystko się mieszało. Nie ma co ukrywać, chodziliśmy na występy artystów jak spiskowcy na spotkania opozycyjne. Sztuka była na drugim, trzecim planie, jeśli w ogóle była na jakimś planie. Pamiętam takie wieczory w kościele jezuitów w Łodzi u o. Miecznikowskiego. Nienormalność wkradała się nawet do teatrów. Halina Mikołajska przestała występować na profesjonalnej scenie, gdy spostrzegła, że każde jej wejście w czasie Wyzwolenia Wyspiańskiego odbywa się w towarzystwie frenetycznych braw publiczności. Zrozumiała, że przestano ją traktować jako artystkę, widziano w niej tylko prześladowaną opozycjonistkę. Nie godziła się na takie rozróżnienie. Przestała grać w teatrze, przez jakiś czas jeździła tylko po kraju z wieczorami poetyckimi. Ten romantyczny czas musiał się skończyć, gdyż był niebezpieczny dla sztuki. Pozostają wspomnienia, jak to kiedyś byliśmy jednością, jak solidarnie występowaliśmy przeciw komunie. Być może Jacek Moskwa ma rację? Może to wszystko było płytkie – i ta

 161

nasza opozycyjność, i te głośne nawrócenia. A może jednak Moskwa w rozżaleniu przesadził? Przecież tak wtedy czuliśmy, artyści i ich odbiorcy, byliśmy jakoś autentyczni, zbuntowani i na pewno naiwni. Ale czy to źle? Działalność kulturalna Kościoła w cza­sie stanu wojennego miała charakter zastępczy. Kościół dawał przestrzeń wolności w sytuacji opresji – tylko tyle i aż tyle. Ale przecież prawdziwy artysta ciągle poszukuje nowych form ekspresji, pragnie kontaktu z widzem poza murami świątyń czy zabudowań parafialnych. To było tylko i aż „przygotowanie do wolności” – w wolności spotkanie Kościoła z twórcami musi wyglądać inaczej. Nie możemy dziś w Kościele patrzeć na sztukę tylko konfesyjnie. Kultura ma przecież wiele imion, z którymi trzeba podejmować dialog. Nie wszystko musi mieć stempel katolicki, bo ostatecznie jeśli coś jest wartościowe i piękne, to w istocie jest chrześcijańskie. Najważniejsze jednak w duszpasterstwie jest spotkanie z Bogiem oraz z drugim człowiekiem. Ostatnia fotografia: rok 1983, kościół Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny w Warszawie, Zbigniew Zapasiewicz czyta wiersz, naprzeciwko niego siedzi kard. Józef Glemp. Spotkanie symboliczne. Zapasiewicz pozostał do śmierci człowiekiem niewierzącym, nie ukrywał swojego ateizmu, był jednak otwarty na dialog, tak jak Kościół w tamtym czasie. Współczesne duszpasterstwo środowisk twórczych – a więc środowisk, z natury swej, rogatych i niepokornych – powinno przywrócić atmosferę dialogu, która gdzieś zaginęła. I nie chodzi o to, żeby ateiści czytali kardynałom wiersze w kościele. Chodzi o spotkanie z drugim człowiekiem bez warunków wstępnych. Trzeba do niego wyjść, nie czekać. Może wtedy przekroczy próg Kościoła. Julia Hartwig w swoim wspomnieniu przywołała Laski i ks. Władysława Korniłowicza. To jest bardzo dobry trop. Ks. Andrzej Luter

Książki

Prześcieradło i transcendencja


Jerzy Sosnowski  Eks post

Dziecko PRL-u Jak to właściwie było? Coraz częściej zadaję sobie to pytanie. Motywy są trzy, nie wiem, który najsilniejszy. Po pierwsze, drażni mnie nieuniknione zapewne upraszczanie naszych indywidualnych historii w śmiałą syntezę, a co gorsza w którąś z dwóch popularnych syntez: jedna powiada, żeśmy się urodzili w niewoli i do 1989 roku trwaliśmy pod okupacją, a wszelkie kontaktowanie się z instytucjami życia oficjalnego miało charakter może nieuświadamianej, ale tym gorszej kolaboracji (w wersji radykalnej pointuje się tę opowieść twierdzeniem, że nic się nie zmieniło). Druga, całkiem przeciwnie, sugeruje, żeśmy żyli wówczas w krainie mlekiem i miodem płynącej, zapewniającej bezpieczeństwo socjalne, doskonałe zaopatrzenie i dużo wolnego czasu (w wersji radykalnej sugeruje się, że wszystko popsuła Solidarność i do dziś nie możemy się pozbierać). Po drugie, prowadząc audycje na temat życia w Polsce w latach 60. i 70., a też oglądając rozgrywające się przed ‘89 rokiem filmy, coraz częściej łapię się na tym, że ludziom młodszym ode

 162 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


mnie trzeba strasznie dużo tłumaczyć. Choćby początkową scenę z uroczego filmu Jacka Borcucha Wszystko, co kocham, w którym latem 1981 roku nastolatek częstuje kolegów paczką amerykańskich papierosów, koledzy zaś odkrywają, że wyciągnęli z niej klubowe. Ile w tym geście podskórnych komunikatów: że właściciel paczki ma dostęp do dolarów, lub przynajmniej bonów (tu konieczny przypis, czym były bony), bo amerykańskie papierosy można było przecież dostać jedynie w Pewexie; że ten jego dostęp nie jest nieograniczony, skoro chłopak miał zaledwie jedną paczkę i przełożył do niej produkcję krajowego przemysłu tytoniowego; że pudełko z USA jest fetyszem, którego nie wyrzuca się do śmieci (czy ktoś młodszy ode mnie uwierzy, że popularną ozdobą mieszkania bywały wówczas puste puszki po zagranicznym piwie?!); że chłopcy przebywają, jak my wszyscy wówczas, na pograniczu rzeczywistości i marzenia, udając, że świat jest inny, niż jest – czyż klubowe wyciągnięte z paczki amerykańskich papierosów nie smakują inaczej? – a zarazem, że do tego pogranicza mają stosunek pełen autoironii, bo to jednak tylko klubowe… I tak dalej. Po trzecie, rozmawiając na antenie ze świadkami czasów, które pamiętam lepiej lub gorzej (lata 60. są dla mnie wspomnieniem mocno zatartym, nie chodziłem wtedy jeszcze do szkoły), łapię się na czymś, co chyba należy określić mianem „astygmatyzmu wyobraźni”. W rezultacie bowiem widzę często („przed oczyma duszy mojej”) dwa obrazy, które nijak do siebie nie przystają. Do jednego nieraz zwyczajnie tęsknię: to rozmaite miłe wspomnienia z dzieciństwa, smak ówczesnych radości i ekscytacji; drugi odmalowują przede mną ludzie mający wówczas znacznie więcej lat niż ja, którzy doświadczyli na własnej skórze niesprawiedliwości systemu, bezwzględności milicji i SB, wreszcie obezwładniającego absurdu tamtej epoki. Zwierzałem się już chyba kiedyś na tych łamach, z jaką głupią miną odkryłem, że najsympatyczniejsza zima mojego dzieciństwa, z wyjątkowo atrakcyjnym programem teleferii, zachwycającymi prezentami pod choinkę i tak dalej – wypadła w sezonie procesów pomarcowych, pacyfikacji „Praskiej Wiosny” i rozpaczliwych rozstań na Dworcu Gdańskim (skąd – przypis dla najmłodszych czytelników – odjeżdżali z Polski emigranci 1968 roku). Nie jest żadnym odkryciem, że dziecko chronione bywa przed dociskiem historii, że poznaje ją stopniowo, dorastając; mówię jednak nie o intelektualnym, lecz o emocjonalnym rozdarciu, które każe przypominać sobie z niepokojem Leibniza teorię monad. Czyż ze swoim indywidualnym doświadczeniem świata nie jesteśmy monadami bez okien? Czy nasze biografie – nie urzędowe CV, ale BIO-grafie: z uczuciowym

 163

Eks post

Dziecko PRL-u


J e r z y S o sn o w s k i

zabarwieniem, trudną do wytłumaczenia hierarchią doznań, intymnym szyfrem scen niby nieznaczących, a decydujących o naszym losie – w ogóle się ze sobą przecinają? Gdyby na to ostatnie pytanie dać odpowiedź bezwzględną: nie przecinają się ze sobą, ponieważ każdy z nas snuje powieść o sobie samym we wnętrzu nieprzekazywalnych doznań, to kwestia, od której zacząłem – „jak to właściwie było?” – ukazywałaby zaskakujące oblicze. Słówko „właściwie” zdradza przecież chęć zdystansowania się do tego, co się w gruncie rzeczy naprawdę zapamiętało. „Jak to właściwie było?” – a więc było jakoś inaczej, niż spontanicznie i „niewłaściwie” wiem. Lub jeszcze inaczej: zamknięty w kokonie tego, co niezwerbalizowane, poszukuję międzyludzkiego porozumienia i zewnętrznego uspójnienia mojej chaotycznej świadomości, nawet za cenę przekształcenia bezpośrednich danych w uporządkowaną narrację, a więc (to bardzo nieprzyjemne „więc”) zdradzenia swojej mglistej, zgoda, lecz przeżytej prawdy. Po ukazaniu się poprzedniego numeru WIĘZI jeden z użytkowników Facebooka umieścił na swoim profilu link do mojego tekstu, przywołując cytowany przez mnie fragment Bierdiajewa o życiu w dwóch prawdach: jednej, doświadczanej osobiście, na zasadzie tu oto, oraz prawd komunikowanych i dowodzonych innym, które są zaledwie odpryskiem tamtej. Wywiązała się z tego pasjonująca i niezwykle wyrafinowana dyskusja filozoficzna, którą śledziłem coraz bardziej onieśmielony stopniem wykształcenia uczestników, powoływali się oni bowiem a to na Wittgensteina, a to na Gottloba Fregego, używali terminów znanych jedynie fachowcom – o czym zresztą informuję zwłaszcza ludzi, którzy uważają internet jedynie za gigantyczne śmieciowisko. Jeśli dobrze zrozumiałem, dominował w tej wymianie zdań pogląd, że jesteśmy istotami językowymi, o ile więc gołe doznanie zmysłowe nie posługuje się pojęciami, o  tyle jednak przekształcając je w doświadczenie, a więc integrując i porządkując, już sięgamy po język (także: sami dla siebie) – i zatem Bierdiajewowski pogląd, że nie sposób tego doświadczenia przekazać innym, stanowi jedynie słabą wymówkę, alibi dla nieporządnej myśli. Ale właśnie, pomijając już mistycyzm, o który Bierdiajewowi tak naprawdę (zdaje się) chodziło, to w moim zakłopotaniu PRL-em ujawnia się mechanizm zaprzeczający powyższemu stanowisku. Czy bowiem nie jest tak, że ta źródłowa niespójność we wspomnieniu, jego wielowarstwowość i emocjonalne rozchwianie stanowi o jego prawdzie, która zanika w opowieści? Zwłaszcza że pojawia się ono również w najpóźniejszych wspomnieniach sprzed roku 1989. Nic na to nie poradzę, że przejęty przecież narodową tragedią, jaką

 164 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


był w moim najgłębszym przekonaniu stan wojenny, równocześnie przeżywałem ekscytujący okres pierwszej dorosłości – fascynacje mistrzami spotykanymi na uniwersytecie, filmami obejrzanymi w uczelnianym DKF (w zwykłych kinach, jeśli mnie pamięć nie myli, nie było kompletnie nic ciekawego), przeczytanymi książkami; w tym samym czasie doświadczałem też wielkiej miłości i żarliwych przyjaźni, snułem rozległe plany na przekór realiom, tym łatwiejsze, że właśnie od realiów oderwane, bliższe niezobowiązującym marzeniom niż projektom oczekującym na realizację… Jakkolwiek wyszydziłem na początku politycznie nacechowane stereotypy, „czarny” i „biały” mit PRL, mit martyrologiczny i mit apologetyczny, to przecież nawet sami dla siebie potrzebujemy jakiejś formuły, która by nasze doświadczenie w skrócie ujmowała. A formuła podobna w stosunku do tamtego państwa, takie mam wrażenie, nie istnieje. Do państwa, dodajmy, którego już nie ma i którego rekonstrukcji nie chce żadna licząca się bodaj najsłabiej grupa polityczna. Podkreślam ten fakt między innymi dlatego, że widoczna w młodym pokoleniu żartobliwa fascynacja tamtymi realiami bywa niekiedy przedstawiana jako, co najmniej, dowód na żywotność idei komunistycznych. Tymczasem jeśli w centrum Warszawy wielkim powodzeniem cieszy się knajpa Pijalnia Wódki i Piwa, wystylizowana na dworcowy bufet (!!!) z czasów Polski Ludowej, to przecież nie oznacza to niczego ponad to, że jej młodzi bywalcy poszukują nieco perwersyjnego dreszczu. Skądinąd jestem prawie pewien, że gdyby naprawdę, nie w konwencji umowy, z której bez przeszkód można się w każdej chwili wycofać, zostali umieszczeni w realnym bufecie dworcowym sprzed lat trzydziestu, po krótkiej chwili oszołomienia popadliby w bezgraniczną frustrację… Ale ten brak związku między żywym nawet sentymentem do minionej epoki a poglądami politycznymi wart jest podkreślenia z jeszcze jednego powodu. Mam mianowicie zabawne (trochę…) wrażenie, że jako zbiorowość ulegliśmy swoistej fiksacji na wydarzeniach sprzed lat. Co chwila spotykam ludzi, którym najwidoczniej zdaje się, że trwa stan wojenny. Zapalczywie określają oni mianem „stronników Jaruzelskiego” ludzi, którzy 13 grudnia 1981 roku byli w kołysce lub mieli się dopiero urodzić w przyszłości; żądają, by pod groźbą zaliczenia do komunistycznej jaczejki przyznać, że nic dobrego w czasach PRL-u nie powstało. Czasem mnie to drażni, częściej śmieszy, bo temperatura sporu o niechciany przez nikogo (raz jeszcze podkreślmy) system polityczny sprzed lat wydaje mi się zadziwiającym novum w dyskusjach historycznych. Uniemożliwiającym zresztą rzetelne, jak w dyskusjach historyków by się godziło, rozróżnienie na

 165

Eks post

Dziecko PRL-u


J e r z y S o sn o w s k i

rozmaite istniejące wówczas sfery życia, kręgi społeczne, strategie przetrwania (od serwilizmu, przez koniunkturalizm, eskapizm, grę z systemem, aż po mniej lub bardziej otwartą kontestację). Tak, należę do dzieci PRL-u – nie wybierałem momentu ani miejsca urodzenia. Tak, przeżyłem w PRL-u wiele dobrych chwil, choć i wiele złych. Przyzwoicie się wyedukowałem w PRL-owskich szkołach i na PRL-owskiej uczelni, a także dzięki PRL-owskim mediom, które poza propagandą, nietrudną do rozpoznania i, jak się okazało, mało skuteczną, rozpowszechniały również wiele cennych treści (w cieszącej się złą sławą telewizji Macieja Szczepańskiego – w latach 70. – klasyka filmowa była pokazywana o dwudziestej, a Teatr Telewizji tworzyli najwybitniejsi artyści tamtego czasu). Owszem, marzyłem o wolnej Polsce. Euforycznie przeżyłem rok 1980 i 1989. Przeraźliwy misz-masz… Ale nasze dzisiejsze problemy i wybory nie mają z tym wszystkim nic wspólnego. Jerzy Sosnowski

Jerzy Sosnowski – pisarz, eseista, dziennikarz Programu Trzeciego Polskiego Radia. Czło-

nek Rady Języka Polskiego. Wydał m.in. Śmierć czarownicy, Ach, Szkice o literaturze i wątpieniu, Apokryf Agłai, Wielościan, Prąd zatokowy, Tak to ten, Czekanie cudu, Instalacja Idziego. Należy do Zespołu Laboratorium WIĘZI. Mieszka w Warszawie.

 166 

WIĘŹ  Maj–Czerwiec 2012


Warunki prenumeraty redakcyjnej Prenumerata krajowa Cena 1 egz. w prenumeracie redakcyjnej w roku 2012 – 15,75 zł. Prenumerata roczna (8 numerów) – 126 zł. Koszty wysyłki ponosi Redakcja. Cena w sprzedaży detalicznej – 18,90 zł (roczna oszczędność w prenumeracie – 25,20 zł). Wpłaty na prenumeratę przyjmujemy na konto: Towarzystwo „WIĘŹ”, 00-074 Warszawa, ul. Trębacka 3 PKO BP S.A. 15 o/Warszawa, nr 79 1020 1156 0000 7702 0067 6866 Prosimy o czytelne wpisanie danych: imię, nazwisko, dokładny adres prenumera­ tora oraz liczba zamawianych egzemplarzy i okres prenumeraty.

Prenumerata zagraniczna Cena jednego egzemplarza w prenumeracie wraz z wysyłką pocztą lotniczą wynosi: Europa, Rosja i Izrael – 7,50 EUR, Ameryka Północna, Afryka – 8,50 EUR, Ameryka Południowa i Środkowa, Azja – 9 EUR, Australia, Oceania – 11 EUR. Przyjmujemy zapłatę kartami płatniczymi: Visa, MasterCard/EuroCard (z wyją­ tkiem systemu Maestro), American Express, Polcard (z ­wyjątkiem Polcard Bis), JCB, Diners Club. Zamówienie przesłane przez klienta powinno zawierać następujące informacje: liczbę zamawianych egzemplarzy i okres prenumeraty, imię i nazwisko, dokładny adres, nazwę i numer karty, datę ważności karty, kwotę trans­ akcji oraz podpis klienta.

Prenumerata elektroniczna Prenumerata WIĘZI w formie e-booków: cena za 1 e-book – 13,53 zł. Zamówienia przez naszą księgarnię internetową www.wiez.pl Wszelkich dodatkowych informacji udziela dział prenumeraty WIĘZI: 00-074 Warszawa, ul. Trębacka 3, tel. (+ 48 22) 827-96-08, tel./fax (+ 48 22) 828-19-07, e-mail: prenumerata@wiez.com.pl Prenumeratę WIĘZI prowadzą również RUCH, KOLPORTER, POCZTA POLSKA


Redakcja Zbigniew Nosowski (redaktor naczelny), Katarzyna Jabłońska (sekretarz ­redakcji), Jacek Borkowicz, Andrzej Friszke, Cezary Gawryś, Ewa Karabin, Anna Karoń-Ostrowska, Paweł Kądziela, Ewa Kiedio, ks. Andrzej Luter, ­Józef Majewski, Grzegorz Pac, ­Tomasz Wiścicki Wydawca Towarzystwo „Więź”, prezes: Zbigniew Nosowski, asystent kościelny: ks. Andrzej Luter Rada Redakcyjna Wojciech Arkuszewski, Jacek Borkowicz, Jędrzej Bukowski, Stefan Frankiewicz, ­Andrzej Friszke, Cezary Gawryś, Katarzyna Jabłońska, Krzysztof Jedliński, Anna Karoń-Ostrowska, Paweł Kądziela, Bogumił Luft, Agnieszka Magdziak-Miszewska, Józef ­Majewski, Tadeusz Mazowiecki, Zbigniew Nosowski, Władysław Seńko, Bohdan Skaradziński, Inka Słodkowska, Paweł Śpiewak, Jan Turnau, Wojciech Wieczorek, ­Andrzej Wielowieyski, Tomasz Wiścicki, Kazimierz Wóycicki, Marek Zieliński Redakcja 00-074 Warszawa, ul. Trębacka 3

tel./fax (22) 827-29-17, (22) 828-19-06, e-mail: wiez@wiez.pl Prenumerata tel./fax (22) 827-96-08, prenumerata@wiez.pl Reklama tel./fax (22) 828-19-07, reklama@wiez.pl Dział handlowy tel. (22) 827-96-06, tel./fax (22) 828-18-08 handlowy@wiez.pl Więcej o Laboratorium WIĘZI:

www.laboratorium.wiez.pl Nasze publikacje w księgarni internetowej:

www.wiez.pl Bieżące informacje z WIĘZI:

www.facebook.com/wiez.info Projekt graficzny Janusz Górski Rysunek Don Kichota Jerzy Jaworowski Fotografie felietonistów i skład Marcin Kiedio Druk i oprawa Drukarnia im. A. Półtawskiego, ul. Krakowska 62, Kielce

Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca. Redakcja nie odpowiada za treść reklam. ISSN 0511-9405 Nakład: 2100 egz. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Więź 5-6/2012  

W ostatnich tygodniach wiele polskich środowisk katolickich za pewnik przyjęło, że mamy do czynienia z nowym prześladowaniem Kościoła. A moż...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you