Issuu on Google+

sierpień–wrzesień 2011 8–9 [634–635]

Kościół wobec pedofilii Raport Laboratorium WIĘZI Chciałam być niewidoczna To nie nasz problem? Bóg jest po stronie ofiary Engelking: Polacy – gapie Zagłady Grabowski: Prawda leży w mogiłach Gross: Historia to nie księgowość Zelektryfikowane wróżki-buntowniczki Pisanie historii czy gra historią? Zapatrzona w obłoki

Indeks 381489 Cena 17 zł [w tym 5% VAT]


Miesięcznik  Warszawa  rok LIV  nr 8–9 [634–635]

Drodzy Czytelnicy! Krzywda wykorzystywania seksualnego nieletnich jest niekwestionowalna. Wyrządzone zło zwielokrotnia się, gdy do pedofilii dochodzi we wspólnocie wiary, a jeszcze bardziej – gdy w imię fałszywie pojętej obrony Kościoła przełożeni ukrywają fakty, osłaniając sprawcę, a ignorując cierpienie ofiar. W Polsce kościelni przełożeni reagują w różny sposób. Niekiedy bez rozgłosu w sądach świeckich zapadają wyroki skazujące duchownych-pedofilów. Czasem jednak konsekwentnie się wszystkiemu zaprzecza. Gdy ujawniono zarzuty wobec księdza ze Szczecina, pojawiła się znacząca kontrowersja. Abp Zygmunt Kamiński nie mógł przeboleć, że źródłem „przecieku” był duchowny. Zaapelował do prowincjała dominikanów o „pouczenie o. Marcina Mogielskiego OP o drogach ­właściwych ­Kościołowi w załatwianiu takowych spraw”. W odpowiedzi o. Krzysztof Popławski jasno wsparł swego współbrata: „podejmowane przez niego działania są wyrazem troski o ubogich, którzy do dziś noszą w sobie poczucie skrzywdzenia i lekceważenia przez przełożonych Kościoła”. To dwie różne wizje. Na co kłaść nacisk – na procedury, za które można się długo chować, czy na świadectwo: jasne, przejrzyste, stanowcze i szybkie? Kto utrudnia – ten, kto ­wywołuje „niepotrzebny” rozgłos, czy przełożony zwlekający z wyjaśnieniem sprawy? Co jest dobrem Kościoła – dobre imię duchownych czy dobro najsłabszych? Czy Kościół, który tak wiele ­wymaga od innych, nie powinien najwięcej wymagać od siebie? Jaką drogę wybierze Kościół w Polsce w wytycznych, których przygotowanie zaleciła niedawno Stolica Apostolska? Benedykt XVI mówił o bolesnych skandalach: „Powinniśmy potraktować to upokorzenie jako wezwanie do prawdy i zachętę do odnowy. Tylko prawda zbawia”. Czy nasz Kościół potrafi być mądry przed szkodą – odczytać wezwanie do prawdy, choć dotychczas wielkie upokorzenia go nie spotkały? Zbigniew Nosowski


Spis rzeczy

4

Podziękowania dla Przyjaciół

Ewa Orłowska, Katarzyna Jabłońska

5

Chciałam być niewidoczna

Marek Nowicki

18

Jak zabezpieczyć granat. System leczenia pedofilii w Polsce

Abp Diarmuid Martin

24

Krzywda, nadzieja i uzdrowienie. Osobista droga biskupa przez skandale seksualne

Tomasz Kycia

36

Kościół wobec pedofilii – doświadczenie niemieckie

Hans Zollner SJ, Ewa Kusz

44

Otwarta rana

Michał Kelm

55

Jak przerwać spiralę grzechu? Prawo kościelne wobec pedofilii duchownych

Jordan Śliwiński OFMCap., Ewa Karabin

63

Bóg jest po stronie ofiary

Ewa Kusz

70

To nie nasz problem? Kościół w Polsce wobec wykorzystywania seksualnego nieletnich

Abp Andrzej Dzięga, Zbigniew Nosowski

79

Każda sytuacja jest inna

Kościół wobec pedofilii rozmowa

rozmowa

rozmowa

rozmowa

88

W Galerii WIĘZI Izabela Nowak


Pożegnanie Jana Kułakowskiego 89

Był mi bratem

93

W oczach wnuków

Krzysztof Siwczyk

95

Układ wzajemny; Ściana echa; Apel, stan

Barbara Engelking

99

Polacy – gapie Zagłady

Jan Grabowski

103

Prawda leży w mogiłach

Jan Tomasz Gross

107

Historia to nie księgowość

Bogusław Kierc

115

Wierszyk; To nic; Wstydzę się, ale: uniesienie

Monika Waluś

118

Złoty środek Człowiek nie saper

Andrzej Friszke

120

Pisanie historii czy gra historią? Polskie spory o najnowszą przeszłość

Ks. Alfred Marek Wierzbicki

139

Zapatrzona w obłoki Nad wierszami Julii Hartwig

Katarzyna Jabłońska, ks. Andrzej Luter

146

Ksiądz z kobietą w kinie Nadzieja w roli głównej?

Barbara Tyszkiewicz

151

Gdy „chodzi o prawdę o człowieku”…

Jan Olaszek

155

Bunt jako styl życia

Ks. Andrzej Luter

158

Z obłędem w oczach i płucach

Jerzy Sosnowski

162

Eks post Zelektryfikowane wróżki‑buntowniczki

Tadeusz Mazowiecki

Forum

Historia

Kultura

Książki


Podziękowania dla Przyjaciół

Serdecznie dziękujemy wszystkim Przyjaciołom, którzy w ostatnim okresie okazali WIĘZI swoją życzliwość. W okresie od 21 czerwca do 25 lipca 2011 r. wsparcia udzieliły nam następujące osoby: Magdalena Bajer (Warszawa), po raz trzeci Andrzej Biernacki (Warszawa), po raz dwudziesty pierwszy Jan Wyrowiński (Toruń), po raz dwudziesty piąty Krystyna Żebrowska (Warszawa), po raz dwunasty. Zachęcamy wszystkich Czytelników do opłacenia prenumeraty naszego pisma oraz

propagowania prenumeraty WIĘZI wśród swoich bliskich i znajomych. Prenumerata jest bardzo cennym sposobem wsparcia dla pisma, a także najkorzystniejszą formą jego otrzymywania. Informacje o warunkach prenumeraty można znaleźć na końcu tego numeru WIĘZI oraz na naszej stronie internetowej www.wiez.pl. Cena jednego egzemplarza w prenumeracie – tylko 14 zł! Dodatkowe dobrowolne wpłaty na rzecz statutowej działalności Towarzystwa „WIĘŹ” mogą być odliczane od dochodu jako darowizny. Przelewy, także dewizowe, można przekazywać na konto: Towarzystwo „WIĘŹ” ul. Trębacka 3, 00-074 Warszawa PKO BP S.A. XV O/Warszawa nr 79 1020 1156 0000 7702 0067 6866


Kościół wobec pedofilii

Chciałam być niewidoczna Z Ewą Orłowską rozmawia Katarzyna Jabłońska

5

Katarzyna Jabłońska

Minęło dziesięć lat od czasu, kiedy publicznie wyznała Pani, że ksiądz z Tylawy wykorzystywał Panią seksualnie. Potem część parafian oskarżyła Panią o oczernianie swojego proboszcza. Mówi się, że czas leczy rany – czy Pani rany zostały choć w części uleczone?

Ewa Orłowska

Od tamtego czasu wiele się w moim życiu zmieniło. Wyjechałam z rodzinnej Mszany, zamieszkałam w dużym mieście, przez dwa lata korzystałam z terapii. Myślę, że bez wyjazdu z Mszany, gdzie byłam szykanowana, i bez terapii nie przeżyłabym. Byłam wyczerpana nie tylko tym, co wiązało się ze sprawą o molestowanie seksualne przez księdza, ale w ogóle moją życiową sytuacją. Miałam myśli samobójcze, przed tym krokiem powstrzymywały mnie tylko dzieci, którym byłam potrzebna. Moja terapeutka pomogła mi znaleźć klucz do wielu problemów. Uświadomiłam sobie, że moje dzisiejsze życie bardzo zależy


Z E w ą O r ł ows k ą r oz m a w i a K a t a r z y n a J a b ł o ń s k a

od doświadczeń z przeszłości. Rozpoczęta na terapii praca nad sobą wciąż trwa i jest bardzo ciężka. Są momenty, kiedy wydaje mi się, że trudne wspomnienia już tak nie bolą jak kiedyś. Wystarczy jednak moment – jakiś głos, czyjś dotyk, podobna sylwetka, coś, co przypomina tamtego człowieka czy sytuację – i znowu ogarnia mnie paraliż, i nie wiem, co robić. Teraz już potrafię dość szybko otrząsnąć się z tego lęku, ale na początku było to bardzo trudne. Tuż po przeprowadzce do Rzeszowa szliśmy z dziećmi po naszym osiedlu i nagle zobaczyłam mężczyznę, który bardzo przypominał ks. Moskwę, a może mnie się tylko wydawało, że był podobny. Sparaliżowało mnie, chciałam uciekać, ale nie mogłam. Kiedy doszłam do ­siebie, wróciłam do domu i przez parę dni bałam się wyjść, bałam się spotkać tego mężczyznę. W momencie zagrożenia człowiek nie jest w stanie myśleć jak dorosły, wraca się do tamtego momentu z przeszłości, wracają tamte reakcje. Część moich najbliższych znajomych wie o mnie i na przykład pilnują, żeby na jakimś spotkaniu towarzyskim nie dosiadali się do mnie podpici mężczyźni. To nic, że jestem dorosła i pośród ludzi. Wystarczy jakiś gest, sytuacja i przestaję działać racjonalnie. Zdarzyło mi się to niedawno podczas spotkania pożegnalnego jednego z naszych pracowników. Odmówiłam zatańczenia z kolegą, ten jednak usiłował porwać mnie do tańca. Wyrwałam mu się z całych sił i wybiegłam z domu, chciałam biec do pobliskiego lasu – nieważne, że był wieczór. Wybiegł za mną ktoś ze znajomych, pytał, dokąd biegnę. A ja na to: „Nie boję się lasu, boję się ludzi”. Całe szczęście on mógł mi powiedzieć: „Nic ci nie grozi, my jesteśmy”. Wciąż nie umiem w niektórych sytuacjach nad sobą zapanować, ogarnia mnie lęk, który każe mi uciekać, czasem nawet uderzyć. Dla tych, którzy nic o mnie nie wiedzą, to na pewno bardzo dziwne – tak przecież nie zachowuje się dorosły człowiek. Zacznij od wybaczania

Jabłońska Ci, którzy znają Pani historię, patrzą na Panią inaczej? Orłowska W zeszłym roku wystąpiłam w „Rozmowach w toku” Ewy Drzyzgi. ­Program widziała część znajomych z pracy. Wydaje mi się, że oni teraz trochę inaczej na mnie patrzą, lepiej rozumieją, dlaczego ­czasem tak impulsywnie reaguję. Jeżeli doświadczyło się w życiu od ludzi wielu krzywd – a tak było w moim przypadku – to trudno przestać się bać, że inni też będą nas krzywdzić. Moja sytuacja jest

 6 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Chciałam być niewidoczna

tym trudniejsza, że ta krzywda towarzyszyła mi od samego dzieciństwa. Najpierw odrzucenie przez rodziców, w wieku czterech lat molestowanie, które trwało do czasu, kiedy skończyłam 13 lat. Potem nieudane małżeństwo, wreszcie groźby ze strony mieszkańców Mszany. Pozostał dystans do ludzi. Ciągle mam problem z tym, żeby komuś naprawdę zaufać. Przyjaźń to rzadka relacja w moim życiu. W pracy nie jestem odludkiem, bo moja praca wymaga kontaktu z ludźmi. Kieruję piętnastoosobowym zespołem, a sama zależę od moich zwierzchników. No, ale to praca, tam się przełamuję, poza tym nie są to bliskie relacje. Zasadniczo boję się wychodzić do ludzi, zbyt blisko dopuszczać ich do siebie.

Orłowska Teraz chyba bardziej boję się odrzucenia. Początkowo, zaraz po przeprowadzce do Rzeszowa miałam tendencję do skrajności – albo do zamykania się w domu, albo z kolei do uciekania z domu w pracę. Zapisywałam się na różne kursy, rozpoczęłam szkołę średnią, potem studium. To pierwsze wynikało z lęku przed ludźmi, drugie – z potrzeby ucieczki przed samą sobą, przed powracającą wciąż do mnie przeszłością. Od dziecka starałam się wszystko robić na błysk, moje szkolne zeszyty były zawsze prowadzone bardzo starannie. I tak jest do dziś. W pracy staram się wywiązywać z kontraktu – pracuję w firmie sprzątającej, mój piętnastoosobowy zespół sprząta wielki supermarket. Pracy jest moc, wymagam od swoich pracowników, ale też od siebie. Pracuję ciężko razem z nimi – jeżdżę szorowarką, zamiatam, myję podłogi. Chcę swoją pracę wykonywać jak najlepiej. Nie tylko pracę. Kiedy chodziłam do szkoły, również bardzo zależało mi, żeby porządnie przygotowywać się do lekcji i egzaminów. Rano biegłam do pracy, później do szkoły, a potem zakupy, dom i dzieci, obiad na drugi dzień, pranie, w nocy uczenie się. Na egzaminy musiałam często wyrywać się z pracy. Mimo że wysiłek był duży, martwiła mnie każda trójka, a nawet czwórka. Jabłońska To „na błysk” jest dla siebie czy dla innych, żeby inni Panią docenili? Orłowska Myślę, że trochę dla siebie, ale głównie dla innych. Nie dostałam akceptacji od rodziców i rodzeństwa. A każdy człowiek potrzebuje czuć się akceptowany i chciany. W sprawie z księdzem oskarżano mnie, że prowokowałam go, że za to, co się stało, ja ponoszę odpowiedzialność. Skłonność do szukania w sobie winy głęboko się we mnie zagnieździła, więc staram się, żeby ludzie byli ze mnie zadowoleni.

 7

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Jabłońska Boi się Pani, że znowu zostanie skrzywdzona?


Z E w ą O r ł ows k ą r oz m a w i a K a t a r z y n a J a b ł o ń s k a

Jabłońska I przed dziesięciu laty, kiedy zdecydowała się Pani oskarżyć księdza, i teraz po latach zgadza się Pani o tym mówić, nie ucieka Pani od swojej przeszłości. Orłowska Zanim zdecydowałam się porozmawiać z „Gazetą Wyborczą” i potwierdzić zarzuty wobec ks. Moskwy, chyba półtora tygodnia nie spałam, prawie nie jadłam. Pytałam samą siebie i Boga, co mam robić? I któregoś dnia przyszły mi na myśl słowa z Ewangelii: „Zaprawdę powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40). Pomyślałam, że przecież kiedyś stanę przed Bogiem i On zapyta mnie, co zrobiłam dla tych bezbronnych dzieci, wciąż zagrożonych pedofilskimi skłonnościami księdza. I co ja wtedy powiem – że zbrakło mi odwagi, nie miałam siły, bałam się własnego cienia? No i postanowiłam, że pójdę zeznawać do sądu, chociaż wciąż nie dowierzałam, czy dam radę; bardzo się bałam. A kiedy zaczęłam składać zeznania, to czułam się tak, jakbym zrzuciła z siebie ciężkie kamienie. Od tego momentu zaczęła się zmiana w moim życiu – zaczęłam robić coś dla siebie, najpierw kurs komputerowy, potem kurs maszyn sprzątających i kolejne. Jakbym się od nowa narodziła. Oczywiście bez wsparcia dobrych ludzi nie byłoby to możliwe. Napisałam też książkę Oskarżyłam księdza (Nowy Świat 2008), w której opowiedziałam całe swoje życie. To był rodzaj terapii, ale też próba szukania możliwości wybaczenia tym, przez których zostałam skrzywdzona, i podziękowania tym, od których otrzymałam bardzo wiele dobra. Ktoś z bliskich mi osób mówił: „Zacznij od wybaczania”. Początkowo to było dla mnie nie do pojęcia, bo jak mogę wybaczyć człowiekowi, który mnie molestował seksualnie jako dziecko? Jak wybaczyć mamie, która nigdy o mnie nie dbała, a na dodatek, kiedy jako dziewięcioletnia dziewczynka przyszłam do niej poskarżyć się, że nasz ksiądz całuje mnie w usta i wkłada rękę w majteczki, to sprawiła mi lanie i kazała księdza przeprosić. Jak wybaczyć tacie, który powtarzał mi, że nie jestem jego dzieckiem? W głowie mi się to nie mieściło. Ale zaczęłam pisać i to pisanie powoli, powoli zaczęło działać lecząco. Do końca jeszcze nie wybaczyłam. To jest bardzo trudne. To, co ukrywałam, bardzo mnie dręczyło i przyczyniło się do moich problemów zdrowotnych: nerwicy mięśnia sercowego i anoreksji; jako dziecko na jedzenie musiałam zapracować, więc starałam się jeść jak najmniej, odzwyczajać się od jedzenia, żeby nie chodzić po sąsiadach i nie prosić. Wypowiedzenie tego wszystkiego sprawiło, że potrafiłam w końcu upomnieć się o swoją godność. Opisanie swojego życia,

 8 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Chciałam być niewidoczna

a jeszcze wcześniej oskarżenie księdza sprawiło, że zaczęłam wyzwalać się z pozycji ofiary, dało mi siłę do walki w swoim imieniu i w imieniu tych, którzy zostali przez naszego proboszcza skrzywdzeni albo mogli być skrzywdzeni. Książkę napisałam też po to, żeby osoby, które doświadczyły podobnego jak ja zła, zaczęły walczyć o siebie. Jabłońska Czy po wyroku skazującym księdza zmienił się stosunek oskarża­jących Panią, rodziny? Może ktoś Panią przeprosił? Orłowska Nie, nikt mnie nie przeprosił. Jabłońska A może po ogłoszeniu wyroku ktoś z kurii przemyskiej próbował kontaktować się z Panią? Może zaproponowano jakiś rodzaj pomocy? Orłowska Nikt z kurii nie kontaktował się ze mną tak przed wyrokiem, jak i po nim. Dziewczynka z jasnymi loczkami

Orłowska Byłam na pogrzebie taty. Co jakiś czas tam jeżdżę na groby syna, rodziców i teścia, którego bardzo lubiłam. Utrzymuję też kontakt z osobami, które mnie wtedy, przed dziesięcioma laty wspierały. Niedawno pani sołtys zaprosiła mnie na dożynki. Powiedziała, że mam przyjechać z podniesioną głową. Jeszcze nie zdecydowałam, czy pojadę. Teraz jestem silniejsza, ale wciąż boję się reakcji ludzi. Jabłońska Jako dziewczynka poszła Pani po pomoc do mamy… Orłowska …poszłam, ale tej pomocy nie dostałam, dostałam za to lanie. A kiedy zdecydowałam się oskarżyć księdza, mama też mi nie pomogła. Któregoś dnia sąsiadka przyszła do mnie z wiadomością, że do mamy przyjechał ksiądz. Zdziwiłam się, byłam u niej kilka godzin wcześniej, nie była chora, więc po co ten ksiądz? Poszłam, żeby zobaczyć, co się stało. Wchodzę, a mama mówi, że nie jestem już jej córką. Jak wycofam oskarżenie – ksiądz stał koło niej – to wtedy nią będę. Odpowiedziałam zdenerwowana: „Przecież nigdy nie byłam twoją córką, a oskarżenia nie wycofam”. Mama na to: „Pan Bóg cię ukarze”. Odpowiedziałam: „Bóg jest sprawiedliwy i każdemu z nas sprawiedliwość wymierzy”.

 9

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Jabłońska Bywa Pani w Mszanie?


Z E w ą O r ł ows k ą r oz m a w i a K a t a r z y n a J a b ł o ń s k a

Jabłońska W Pani historii szczególnie tragiczne jest to, że ten sam ksiądz skrzywdził również Pani dzieci. Orłowska Dowiedziałam się o tym w sądzie i to było straszne. Zawsze próbowałam swoje dzieci chronić, ale nie udało mi się, pomimo że byłam – jak wyniknęło na terapii – matką nadopiekuńczą. Jabłońska Nie ostrzegała Pani córek przed księdzem? Orłowska Wtedy z nikim o tym nie rozmawiałam. Sama myśl o tym człowieku mnie paraliżowała. Jako mężatka nie miałam już z księdzem tak częstych kontaktów, unikałam go, ale nie sposób było w ogóle go nie spotykać. Jak trzeba było się wyspowiadać, to też u niego. Pamiętam, jak przyszedł kiedyś po kolędzie, byłam w domu sama z dziećmi. Usiadł przy stole, ja siedziałam na małym stołeczku z córeczką na rękach. On podszedł do mnie, pogłaskał po głowie i powiedział: „Nie tak dawno, Ewuś, byłaś taka malutka, ładna, loczki miałaś, a teraz jesteś już matką, kobietą, masz trójkę dzieci. Przyjdę kiedyś do ciebie porozmawiać, bo ty mi się wymykasz”. Do dziś pamiętam, że po tych słowach zamarłam z przerażenia. Pomyślałam, że nigdy nie uwolnię się od tego człowieka i od brudnej przeszłości z nim. Po tamtej wizycie ścięłam włosy. Potem co i rusz zmieniałam kolor. Chciałam jak najmniej przypominać tamtą dziewczynkę z długimi blond loczkami, chciałam być dla księdza niewidoczna. Jabłońska Czy Pani i córki byłyście w stanie porozmawiać o tym, co przeszłyście? Orłowska One nie chciały o tym rozmawiać, a ja nie napierałam, żeby mówiły. Ale przeczytały moją książkę. Jedna z córek powiedziała potem: „Mamo, teraz rozumiem, dlaczego się tak boisz o nas, dlaczego tak nas pilnujesz, dlaczego czasami wybuchasz albo płaczesz”. Jabłońska A jak inni Pani bliscy zareagowali na książkę? Orłowska W Mszanie, z tego co słyszałam, każdy ją kupił. Na pogrzebie taty podeszła do mnie starsza siostra i zapytała: „Dorobiłaś się na tej swojej książce?”. A przecież ja nie pisałam ani dla pieniędzy, ani dla przyjemności. To żadna przyjemność pokazać światu koszmar, przez jaki się przeszło. Takich osób jak ja jest bardzo wiele, ja też kiedyś myślałam, że tę tajemnicę wezmę do grobu. Bardzo trudno jest przyznać się do tego, że było się wykorzystanym seksualnie. Skrzywdzonym w ten sposób trzeba pomóc – pokazać, że powinny o tym

 10 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Chciałam być niewidoczna

komuś opowiedzieć, podpowiedzieć, gdzie mogą pójść po pomoc. Swoją książkę napisałam też po to. Jabłońska W książce opisała Pani całe swoje życie, siłą rzeczy opowiada ona również o rodzicach i rodzeństwie. Ta opowieść na pewno nie była dla Pani bliskich łatwa. Orłowska Napisałam szczerze o swoim życiu i swojej rodzinie, nie omijałam spraw wstydliwych i trudnych. Pisałam, bo potrzebowałam opowiedzieć, jak bardzo przez te wszystkie lata czułam się krzywdzona. Jabłońska Nie bała się Pani odkryć przed innymi tak intymnych spraw? Orłowska Bałam się nie reakcji moich obecnych znajomych, ale ludzi z Mszany, którzy mnie oskarżali. Oni nie wybaczyli mi, że postawiłam księdza przed sądem, a tu jeszcze opisałam ich zachowania wobec mnie. Jabłońska Czy inne osoby, które zeznawały wówczas przeciw księdzu, lub ich rodziny też tyle złego doświadczyły od lokalnej społeczności?

Jabłońska Myśli Pani, że obrońcy księdza stali po jego stronie, ponieważ wierzyli w jego niewinność? Orłowska Ksiądz pomagał wielu rodzinom finansowo, to były tereny popegeerowskie, wielu z nas borykało się z biedą. Pewnie ci, którzy dostali od niego pomoc, czuli się zobowiązani, żeby stać za nim. Jednej z moich sióstr też pomagał. Wybierał rodziny raczej patologiczne, a nie ukrywajmy, moja rodzina taka właśnie była. Jabłońska Uważa Pani, że kara, jaką wymierzył sąd ks. Moskwie, oddała sprawiedliwość skrzywdzonym przez niego osobom? Orłowska Dla mnie w tamtym momencie było ważne, że wina została mu udowodniona, ale wyrok, jaki dostał, był w moim odczuciu za niski. Wobec zła, jakie wyrządził, te dwa lata więzienia w zawieszeniu na pięć wydają mi się śmiesznie małe. Poza tym zaraz po wyroku nadal uczył dzieci, mimo że sąd zakazał mu przez osiem lat kontaktu z dziećmi. Trochę to wyglądało jak naśmiewanie się z nas, którzy

 11

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Orłowska One miały ojców, matki czy mężów. Ja zostałam sama, bo cała moja rodzina się ode mnie odwróciła. We mnie było najłatwiej uderzyć, bo byłam sama. Nie miał mnie kto bronić.


Z E w ą O r ł ows k ą r oz m a w i a K a t a r z y n a J a b ł o ń s k a

przeciw niemu zeznawaliśmy. Potem został odesłany do innej parafii. Ja myślę, że powinien przede wszystkim zostać wysłany na leczenie, a już na pewno należało go odizolować od dzieci. O ile wiem, kuria nawet po wyroku nie zrobiła nic poza przenosinami na inną parafię. Muszę jeszcze na chwilę wrócić do samej rozprawy. Chciałam – w przeciwieństwie do innych oskarżających – zeznawać w ­obecności księdza. W tamtym czasie byłam już w trakcie terapii i zrozumiałam, że potrzebuję spojrzeć mu w oczy i zapytać, dlaczego mi to zrobił. Przecież mówił, że mnie kocha jak ojciec! A skoro kochał, dlaczego krzywdził? I to nie tylko tym, że całował w usta, dotykał miejsc intymnych, kładł do swojego łóżka, ale małemu dziecku, którym wtedy byłam, zupełnie wypaczył obraz miłości. Wydawało mi się to ważne, sądziłam, że mi to może pomóc leczyć się z tego wszystkiego, co przeszłam. Nie spodziewałam się, że usłyszę coś, co spowoduje, że tak długo nie będę mogła sobie poradzić. W pewnym momencie ksiądz powiedział: „Ale ja twojej ­mamie płaciłem”. Poczułam, jak serce staje mi w miejscu – dowiedziałam się, że sprzedano mnie, czteroletnią dziewczynkę, jak dziwkę. Własna matka, człowiek dziecku najbliższy. W tym wszystkim, co mnie spotkało, chyba to było najgorsze. Życie od nowa

Jabłońska Oprócz ludzi, od których spotkało Panią wielkie zło, byli też tacy, od których doświadczyła Pani dobra. Orłowska Jest wiele osób, którym chciałabym bardzo podziękować. Do dziś z wdzięcznością wspominam naszego sąsiada z Mszany, który mnie, małą dziewczynkę, uczył jeździć na rowerze, a później na traktorze. Ucząc mnie, powtarzał, że tego, czego się nauczę, nikt mi nie odbierze. Niedawno przyszła mi myśl, żeby pojechać do niego i podziękować mu. Ta jego uwaga poświęcona wtedy mnie, odrzucanemu przez bliskich dziecku, była naprawdę ważna. Nie zdążyłam, niedawno dowiedziałam się, że Zygmunt – tak miał na imię – zmarł. Nie zdążyłam też podziękować komendantowi policji z Dukli, który ­podczas procesu zawsze mnie wspierał, nieraz okazywał pomoc. Pamiętam, że po którejś z rozpraw i tym, co się potem w Mszanie ­wokół mnie działo, byłam w bardzo złym stanie i podczas którejś z rozmów z komendantem powiedziałam, że mam tego wszystkiego dosyć, że już psychicznie nie wytrzymuję i najchętniej skończyłabym

 12 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Chciałam być niewidoczna

ze sobą. A komendant na to: „Dla kanalii szkoda życia” i wciągnął mnie w jakąś dobrą rozmowę. Bardzo w tamtym czasie pomógł mi również Wojciech Tochman. To był pierwszy człowiek, przed którym się naprawdę otworzyłam. Potrzebowałam być przez kogoś wysłuchana, ale strasznie trudno było mi się otworzyć. Tochman swoim taktem i delikatnością wzbudził moje zaufanie – jemu chciałam swoją historię opowiedzieć. To on pierwszy uświadomił mi, że powinnam się z Mszany wyprowadzić, bo tam nie ma już dla mnie życia. To było wtedy zupełnie nierealne, Tochman chciał nawet udostępnić mi na jakiś czas swój domek na Mazurach – jestem mu za wszystko bardzo wdzięczna. Śledzę jego działania, czytam jego książki. Jestem dumna, że mogłam go poznać. Mogę długo wymieniać osoby, od których otrzymałam dobro, wiele dobra, oni wszyscy na zawsze zostaną w moim sercu. Pośród nich szczególne miejsce zajmuje Darek z Gdańska. Bez niego nie dałabym rady zacząć życia od nowa.

Orłowska O tak, to właśnie taka historia! Najpierw przyszedł przekaz pieniężny na dużą jak dla mnie sumę i kilka dobrych słów. To działo się w czasie, kiedy oskarżyłam księdza i prasa pisała o całym zajściu. Potem były rozmowy telefoniczne. Następnie odwiedziny. Dzięki Darkowi pojechałam na pierwsze w swoim życiu wakacje i pierwszy raz widziałam góry. W końcu Darek powiedział, że powinnam wyjechać z Mszany i on proponuje, że kupi mi mieszkanie w Rzeszowie. Na to ja natychmiast zapytałam, co będę musiała zrobić w ­zamian. ­Nauczona byłam, że nie ma nic za darmo. Trzy razy zadawałam to ­pytanie. On nie bardzo wiedział, o co mi chodzi, w końcu powiedział: „Zrozum, że chcę ci pomóc”. O, tak sobie chciał mi pomóc! Myślałam, że kiedy Darek pomoże mi rozpocząć to nowe życie w Rzeszowie, nasz kontakt się urwie. A my utrzymujemy go do dzisiaj, traktuję go jak brata, mogę w każdej chwili na niego liczyć. Kiedy praca w firmie sprzątającej okazała się za ciężka, znalazł mi posadę w banku. Ale ja muszę być w ruchu, moje nerwy nie pozwalają mi usiedzieć w miejscu, więc wróciłam do sprzątania. Niedawno miałam mały wypadek i teraz noga wymaga leczenia, Darek znalazł mi w Rzeszowie dobrego specjalistę. I on to wszystko robi zupełnie bezinteresownie. Gdyby jego nie było, nie dałabym rady. Mieszkanie, dwuletnia terapia w Warszawie, którą opłacał… Mnie przecież nie było na to stać. To wspaniały człowiek, jego pojawienie się w moim życiu to cud Boży.

 13

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Jabłońska Historia z dobroczyńcą z Gdańska to jak bajka o dobrej wróżce, zjawiającej się zupełnie nieoczekiwanie po to, żeby bezinteresownie pomóc.


Z E w ą O r ł ows k ą r oz m a w i a K a t a r z y n a J a b ł o ń s k a

Jabłońska Wierzy Pani w Boga? Orłowska Tak, wierzę. Również w to, że On działa cuda. Jabłońska A nie ma Pani do Boga żalu, że tyle jest bólu i trudu w Pani życiu? Orłowska Teraz już nie, ale wcześniej tego żalu było sporo. Kłóciłam się z Bogiem, dlaczego musiałam przez to wszystko przejść – być ofiarą chorego na pedofilię księdza, dlaczego nie miałam troszczących się o swoje dzieci rodziców, normalnej rodziny. I dlaczego musiałam znosić tyle upokorzeń od ludzi, tylko dlatego, że postanowiłam wyznać prawdę o tym, co się działo na plebanii w Tylawie. Dzisiaj już wiem, że wiara mi bardzo pomogła, że Bóg opiekuje się mną. Co rusz miałam i mam tego znaki. Kiedy jest mi trudno, modlę się i rozmawiam z Bogiem, to mnie uspokaja, pozwala zobaczyć, że sytuacja nie jest może tak beznadziejna, jak się na początku wydawało, i znaleźć jakieś rozwiązanie. No i ci ludzie, od których doświadczyłam tak wiele dobra – oni też, myślę, są od Boga. Jabłońska A Kościół? Wierzy Pani w Kościół? Orłowska Wierzę w Boga, ale wciąż trudno mi chodzić do kościoła. Próbowałam, w Rzeszowie bardzo podoba mi się u saletynów. Lubię słuchać tam kazań, są o ważnych życiowych sprawach, a nie o polityce. Ale jeśli już zdarzy mi się być w kościele, zawsze zostaję na ­zewnątrz, żeby nie widzieć księdza. Nie mogę się pozbyć myśli: on teraz tak pięknie mówi, a wyjdzie i zrobi coś innego. Nie chcę tak myśleć, odganiam te myśli, ale one ciągle do mnie wracają. A przecież wiem, że jest wielu dobrych księży. Jednym z nich jest ks. prof. Józef Krasiński. Kiedy o Tylawie było głośno, ks. Krasiński przyjechał do mnie niezapowiedziany z Sandomierza, żeby mnie wesprzeć. Dziwiłam się, a on żartował, że to dobre miejsce na spacer i przy okazji postanowił mnie odwiedzić. I tak to trwa do dziś. Przynajmniej raz w roku mnie odwiedza. On mi bardzo pomógł. Modlił się za mnie, żeby Bóg dał mi siły. Wtedy, kiedy przyjechał pierwszy raz, powiedział, że mnie podziwia. To było bardzo ważne dla mnie, którą wyzywano i poniżano. Jabłońska A dzieci – czy po Pani doświadczeniach nie odwróciły się od Kościoła? Orłowska Dzieci chodzą do kościoła i – jak mi się wydaje – wynika to z ich wiary.

 14 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Galeria WIĘZI: Izabela Nowak

 15


Z E w ą O r ł ows k ą r oz m a w i a K a t a r z y n a J a b ł o ń s k a

U siebie

Jabłońska Co dziś jest najważniejsze? Orłowska Dokształcam się po to, żeby stanąć na nogi, żeby zabezpieczyć przyszłość swoją i dzieci. Teraz robię prawo jazdy. Radość daje mi pomaganie innym, dzięki temu czuję, że jestem komuś potrzebna. Nie rozpamiętuję wyrządzonych mi krzywd, ale one wciąż do mnie wracają, tylko w różnych przebraniach. Kiedy przeprowadziłam się do Rzeszowa, do nowego mieszkania, wreszcie mogłam mieć osobny pokój. Mój pierwszy własny pokój w życiu. W urządzanie go włożyłam całe serce, był taki, jak chciałam. No i może tydzień w nim spałam. Przyszedł moment, że wchodziłam tam tylko po jakąś rzecz, spałam raz w pokoju jednej, raz drugiej córki. Byłam wtedy w trakcie terapii i czasami dzwoniła do mnie moja terapeutka. Dzwoniła i często pytała: „Jak tam twój pokój, jak sobie go urządziłaś, jak się w nim czujesz?”. A ja myślałam: „Czemu się tak czepiła tego pokoju?”. Nie byłam jej w stanie powiedzieć, że się go boję. Jabłońska Tego wymarzonego własnego pokoju? Dlaczego? Orłowska Tak! Nagle się przestraszyłam, ale początkowo nie wiedziałam, czego się boję. Terapeutka nie przestawała o ten pokój pytać, a ja jej mogłam powiedzieć o wielu rzeczach, ale chciałam, żeby ten mój pokój zostawiła w spokoju. Pojechałam na nasze kolejne spotkanie – ona otwiera drzwi, a ja się jej w drzwiach rozpłakałam i wydusiłam, że boję się swojego pokoju. Na tamtym spotkaniu zrozumiałam – przestraszyłam się, że to jest moje, że włożyłam w to tyle serca, tyle miłości i nagle może się okazać, że przyjdzie ktoś i mi to zabierze. Kiedy poszłam do pracy i usłyszałam od pracujących tam osób: „Fajnie, że pani jest”, nie dowierzałam. No bo jak to, przecież mnie się nie da lubić – tak byłam nauczona. Podobnie, kiedy ktoś powiedział komplement – miałam wdrukowane w głowę, że jestem brzydka, w ogóle do niczego. Nie mogłam się też odnaleźć w szkole – za dużo tych koleżanek i kolegów i do tego wybrano mnie na przewodniczącą klasy. Na zewnątrz prezentowałam się jako silna, a w domu się rozklejałam. Akceptacja kolegów wydawała mi się chwilowa, bałam się, że zaraz zniknie i zostanę odrzucona. Nad tym wszystkim pracowałyśmy z moją warszawską terapeutką. Miałam wielkie szczęście, że do niej trafiłam. Bardzo mi pomogła.

 16 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Chciałam być niewidoczna

Orłowska Od dłuższego czasu już mogę w nim spać, a w swoim domu czuję się bezpiecznie. I w Rzeszowie czuję się wreszcie u siebie. Początkowo trudno mi było odnaleźć się w tak dużym mieście. Może dlatego, że nigdy nie wyjeżdżałam. Poza okresem, kiedy chodziłam do zawodówki i mieszkałam w internacie, moje życie płynęło w Mszanie. Wieś a miasto – to duża różnica. Brakowało mi lasu, kawałka własnej ziemi. No, ale nie oszukujmy się – gdybym musiała mieszkać w Mszanie, nie wiem, czy bym się nie załamała. A tu powoli, powoli, chociaż z lękiem, czy sobie poradzę, stawałam na nogi. Powtarzałam sobie wtedy: „Muszę dać radę, pokazać innym, że warto się ­starać”. Wdzięczna jestem za to mieszkanie w Rzeszowie, ale marzę, żeby mieć domek koło lasu. Do dzisiaj ciągnie mnie do lasu. Las od dzieciństwa był dla mnie ostoją, miejscem, gdzie czułam się bezpieczna, tam mogłam pójść, wypłakać się, wykrzyczeć swój żal. Na początku zapytała Pani, czy czas uleczył moje rany. I tak, i nie. Nie mam już myśli samobójczych. Nie wpadłam też w alkoholizm, chociaż był moment, że sięgałam po alkohol, żeby zapomnieć, ale zrozumiałam, że nie tędy droga. Co z tego, że dzisiaj się napiję, kiedy jutro wstanę i nadal będę miała ten sam problem? Mówią, że mam silny charakter. Może i mam, ale to nie ­takie proste – długie lata żyłam na środkach psychotropowych. Lekarze jeszcze teraz mi je czasem proponują, ale ja nie chcę takiej pomocy, nawet jeśli jest ciężko. Wiem, że moją formą ucieczki od życia i problemów jest praca – ktoś ucieka w alkohol, ktoś w narkotyki, ja uciekam w pracę. Czasami też w pomaganie innym. To nie jest tak, że terapia rozwiązuje wszystko. Terapia daje impuls do pracy nad sobą, która musi trwać chyba do końca życia. Jabłońska Ale ta praca, chociaż trudna, przynosi efekty. Orłowska Moja córka niedawno zauważyła: „Popatrz mamuś, teraz każdy mi zazdrości, że mam taką mamę. Koleżanki mówią, że nie wyglądasz na swoje lata, a pamiętasz, jak ty kiedyś wyglądałaś”? No pewnie, że pamiętam: byle jaki ciuch, obowiązkowo czarny, bez makijażu, zaniedbane włosy – taka szara myszka. Ale to nie tylko sprawa wyglądu zewnętrznego. Kiedyś bardzo rzadko się śmiałam. Teraz potrafię się śmiać, aż nieraz nawet płakać ze śmiechu. Rozmawiała Katarzyna Jabłońska

 17

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Jabłońska Śpi już teraz Pani w swoim pokoju?


Marek Nowicki

Jak zabezpieczyć granat System leczenia pedofilii w Polsce

Od dawna było wiadomo, że trzeba coś z tym zrobić. Rosnąca liczba pedofilów i bezradność wymiaru sprawiedliwości wobec nich stawały się coraz bardziej widoczne. W lipcu 2008 roku informowałem widzów „Faktów” o tym, że lada ­moment zakład karny w Strzelcach Opolskich opuści jeden z najgroźniejszych pedofilów, zabójca kilkorga dzieci. Wychodził przed terminem za dobre sprawowanie… System sprawiedliwości wypuszczał go z rąk jak odbezpieczony granat, bez żadnej kontroli, bez żadnej wiedzy, co zwalniany zrobi z odzyskaną wolnością. Zmusić go do leczenia poza więzieniem nie było można. Zdarzało się, że niektórzy ­pedofile w tym okresie w ogóle nie trafiali do zakładów karnych. Przynosili do sądu zaświadczenia lekarskie, że ich pobyt w odosobnieniu źle by wpłynął na stan ich zdrowia i sąd to uwzględniał. Przymus leczenia

Pomysłów rozwiązania problemu było wiele. Coraz częściej seksuolodzy i karniści skłaniali się do opinii, że pedofile powinni być w jakiejś formie kontrolowani, także na wolności, że po wyjściu z więzienia należałoby ich dalej leczyć i z tego leczenia rozliczać. Profesor Zbigniew Lew-Starowicz miał pomysł, jak to zrobić. Zaproponował, aby w oparciu o bazę lokalową szpitala psychiatrycznego w Tworkach ­stworzyć wielołóżkowy Krajowy Ośrodek Seksuologii Sądowej. Do tego kilka wojewódzkich oddziałów. Krajowy konsultant w dziedzinie seksuologii projektem zainteresował rząd, jednak jego propozycje długo trafiały w próżnię, ponieważ ­Ministerstwo Zdrowia twierdziło, że na otwarcie takiego ośrodka nie ma pieniędzy. Trwały prace koncepcyjne i nic poza tym. We wrześniu 2008 roku sytuacja jednak uległa zmianie – przyszła polityczna decyzja. Premier Donald Tusk postanowił zacząć tworzyć system leczenia pedofilów. Pieniądze nagle się znalazły.

 18 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Ostatecznie Krajowy Ośrodek Seksuologii Sądowej powstał nie w Tworkach koło Warszawy, tylko w Gostyninie koło Płocka. Działa już tam od roku w charakterze zakładu diagnostycznego i dysponuje 12 łóżkami. Stworzono go na bazie istniejącego tu od dawna Regionalnego Ośrodka Psychiatrii Sądowej. Pod koniec czerwca przebywało w Gostyninie 7 pacjentów, którzy dokonali czynu zabronionego o charakterze seksualnym i którzy przejawiali jakieś anomalie psychiczne. Wszyscy poddawani są obserwacji, a ich pobyt zakończy się wydaniem psychiatryczno-­seksuologicznego orzeczenia. Ośrodek w Gostyninie zdążył już wydać 20 takich orzeczeń. To ­dopiero skromny początek – w tej chwili w więzieniach odbywa karę 1,3 tys. pedofilów, z tego ok. 140 przebywa w siedmiu oddziałach terapeutycznych w zakładach karnych. Większość z nich, pomimo że złamała prawo przed nowelizacją kodeksu ­karnego, objęta zostanie nowym systemem. Przede wszystkim przy procedurze opuszczania więzienia. Pedofile będą trafiać do Gostynina także na początku procesu penalizacji. Już na etapie postępowania prokuratorskiego lub na wczesnym etapie sądowym. Jest niemal pewne, że trafił tam zaraz po aresztowaniu w czerwcu tego roku ­dozorca-­pedofil z warszawskiego Mokotowa. Policja aresztowała go po tym, jak się ­okazało, że zwabiał do piwnicy młodych chłopców, pokazywał im zdjęcia pornograficzne, a potem zachęcał drobnymi upominkami do pozowania do aktów. Śledczy znaleźli u niego dziesiątki zdjęć i filmów z dziecięcą pornografią. Dozorca podczas przesłuchania przyznał, że obcował płciowo z małoletnimi. Okazało się też, że już był wcześniej karany za podobne przestępstwa. Sądy na podstawie orzeczeń wydanych przez lekarzy z Krajowego Ośrodka Seksuologii Sądowej mogą teraz zmuszać pedofilów, którzy weszli w konflikt z prawem, do leczenia także po wyjściu z zakładu karnego. Ten przymus to kluczowe słowo – podstawa zmian, jakie zostały wprowadzone do kodeksu karnego w czerwcu 2010 roku. To właśnie do przymusu leczenia sprowadza się to, co we wrześniu 2008 roku Donald Tusk określił hucznie „chemiczną kastracją”. Wtedy właśnie zaistniała bardzo sprzyjająca politycznie sytuacja, aby ogłosić plany wprowadzenia farmakologicznego przymusowego „kastrowania” pedofilów. Media ujawniły wówczas, że pod Siemiatyczami został aresztowany czterdziesto­ kilkuletni mężczyzna, który przez 6 lat znęcał się nad swoją nieletnią córką, gwałcąc ją wielokrotnie. Z kazirodczych związków urodziło się dwóch chłopców – w 2005 i 2007 roku, których córka na polecenie ojca pozostawiła w szpitalu. Ta historia, podobnie jak ujawniona kilka miesięcy wcześniej w Austrii sprawa Jozefa Fritzla, wstrząsnęły opinią publiczną. Określenie „chemiczna kastracja” wychodziło naprzeciw potrzebie zaspokojenia społecznego poczucia bezpieczeństwa i sprawiedliwości. Donald Tusk ujawnił, że chce kastrować pedofilów, podczas konferencji prasowej, kiedy został poproszony o komentarz do sprawy pedofila spod Siemiatycz. „To dramat – odpowiedział. – Chciałbym, żeby w Polsce wprowadzono kastrację chemiczną nie na życzenie skazanego, ale jako element wyroku”. Zboczeńca spod Siemiatycz określił jako kreaturę niezasługującą na miano człowieka. To był strzał

 19

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Jak zabezpieczyć granat


M a r e k N ow i c k i

w dziesiątkę – media podchwyciły pomysł, a w parlamencie podczas prac nad nowelizacją kodeksu karnego żadne z ugrupowań nie wystąpiło przeciw. I trudno się dziwić: z inicjatywą przymusowego leczenia pedofilów występował już swojego czasu Zbigniew Ziobro – minister sprawiedliwości w rządzie PiS. Wtedy nic z tego nie wyszło. Teraz politycy opozycji wręcz prześcigali się w formułowaniu ostrych opinii i propozycji. Posłowie lewicy zaproponowali na przykład, aby pracodawca chcący zatrudnić pracownika, który będzie zajmował się dziećmi, mógł sprawdzić, czy kandydat nie był karany za pedofilię. Od początku było też wiadomo, że projekt zmian karnych zaproponowany przez rząd Tuska zyska poparcie prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Dzięki temu ogólnemu zapałowi udało się uzyskać nawet więcej, niż na początku proponował profesor Zbigniew Lew-Starowicz. Parlament postanowił, że powstanie nie jeden centralny ośrodek leczenia pedofilów, ale cały ogólnokrajowy system, składający się z kilku przychodni i szpitali. Jego działanie wynika z zapisów art. 95 kodeksu karnego. Penitent po odbyciu połowy kary będzie mógł się ubiegać o warunkowe zwolnienie. Perspektywa jego wyjścia na wolność nie będzie już jednak wzbudzać takiego społecznego popłochu, jak to było jeszcze trzy lata temu, przy okazji opuszczania więzienia przez pedofila-zabójcę ze Strzelec Opolskich. Kiedy sąd będzie chciał ustalić przebieg dalszego postępowania wobec skazanego, wyśle go na obserwację do Krajowego Ośrodka Seksuologii Sądowej w Gostyninie. Tu lekarze psychiatrzy i seksuolodzy ocenią, jakie postępowanie wobec pedofila byłoby najbardziej wskazane. Przy wydawaniu orzeczenia pod uwagę będzie brane między innymi jego zachowanie w zakładzie karnym – czy współpracował z lekarzami, czy poddawał się psychoterapii i dobrowolnie przyjmował leki obniżające popęd seksualny i jakie przyniosło to efekty. Jednym słowem, lekarze ocenią, czy pedofil może stwarzać zagrożenie po wyjściu na wolność i jak to zagrożenie jest duże. Na podstawie tego orzeczenia sąd będzie mógł zdecydować, czy ­warunkowe zwolnienie w ogóle jest wskazane. Jeżeli penitent zostanie zwolniony, sąd nakaże mu dalsze leczenie poza zakładem karnym. Pedofil odzyska wolność, ale będzie musiał się stawiać systematycznie do przychodni na psychoterapię lub podawanie leków. Do tego celu wyznaczonych zostało przez ministra zdrowia pięć przychodni: w Choroszczy, Warszawie, Gorzowie, Krakowie i Warcie. Jeżeli pacjent nie będzie ­współpracował podczas psychoterapii na wolności albo w więzieniu, lub ­będzie współpracował, ale z tej współpracy niewiele będzie wynikać i w ocenie biegłych stanowił on będzie zagrożenie dla otoczenia, wtedy będą mogli skierować go na przymusową terapię w warunkach stacjonarnych. Jak w Alcatraz

Odbywać się ona będzie w trzech ośrodkach: w Starogardzie Gdańskim, Kłodzku i Choroszczy. Placówki te zostały stworzone na bazie istniejących w tych miejsco-

 20 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


wościach zakładów opieki zdrowotnej. Jednak znacznie się od nich różnią. Widać to wyraźnie choćby w Choroszczy koło Białegostoku, gdzie właśnie dobiegły końca prace remontowe. Dziesięciołóżkowy oddział dla pedofilów przypomina bardziej ­Alcatraz niż szpital. Na wysokim na cztery metry murze robotnicy zainstalowali Concertinę – nową wersję drutu kolczastego: tak zwany drut ostrzowy. Nie ma szans na ucieczkę: to najwyższej klasy zasieki. Zamiast kolców – ostre jak ­brzytwa kawałki blachy zaciśnięte wzdłuż stalowego ocynkowanego drutu. Do tego system elektronicznych zabezpieczeń: czujniki, alarmy i kamery. Pokoje też już są gotowe. Najtrudniej było skompletować personel. Oddział leczenia pedofilów musi zatrudniać dwa razy więcej specjalistów niż normalna placówka ­psychiatryczna. Tak jak w Gostyninie potrzebni tu są psychiatrzy, psychologowie i seksuolodzy. Na szczęście nie ma kłopotu z pieniędzmi – na wyposażenie oddziałów, nie tylko tego w ­Choroszczy, ale także pozostałych, znalazły się specjalne środki z Ministerstwa Zdrowia. Szkoleniem nowo powstałych zespołów terapeutycznych zajął się profesor Zbigniew Lew-Starowicz. Odbyły się już dwa turnusy takich szkoleń. Ile trwać będzie leczenie w tych ośrodkach? Tego przepisy nie precyzują. Ocena należy do lekarzy, a decyzja do sądu. Co pół roku ma być wydawana w tej sprawie ekspertyza, tak zresztą się dzieje we wszystkich przypadkach osób przymusowo hospitalizowanych. Kiedy lekarze uznają, że nastąpiła poprawa, pedofil będzie mógł przejść/wrócić do leczenia ambulatoryjnego. W przyszłości, jeżeli nawet ułoży sobie życie i będzie mógł odstawić leki, zapewne nadal przynajmniej sporadycznie będzie musiał kontaktować się z poradnią. Jak widać, system ten z zapowiadaną chemiczną kastracją ma niewiele wspólnego. Przede wszystkim dlatego, że słowo „kastracja” oznacza definitywne okaleczenie, a w nowelizacji kodeksu karnego rząd zaproponował stosowanie wyłącznie środków odwracalnych – wykorzystywanych dotychczas bez przymusu. Podstawą pozostanie psychoterapia wspomagana przez farmakoterapię. Czyli rozmowy z psychologami, a do tego jakieś delikatne leki na uspokojenie, aby pacjent nie przeżywał napięć emocjonalnych i stanów lękowych. Leki obniżające libido podawane będą dopiero wtedy, kiedy nie pomogą subtelniejsze metody. Jednak nawet chemiczna kastracja, polegająca na obniżaniu popędu płciowego poprzez podawanie leków hamujących rozwój testosteronu, ma charakter odwracalny. Wystarczy odstawić leki androgenne, aby organizm ponownie zaczął produkować męskie hormony ze wszystkimi tego konsekwencjami. Ochota na seks powróci. Chociaż zaproponowane zmiany w prawie nie skutkują trwałym okaleczeniem penitencjariuszy, to jednak budzą pewne wątpliwości. Niektórzy prawnicy ocenili przymusowe pozbawienie płodności jako formę tortury i naruszenie konwencji o zakazie kar cielesnych. Tego pierwszego argumentu używał między innymi były przewodniczący Trybunału Konstytucyjnego prof. Marek Safjan. Kwestionowana bywa też konieczność wprowadzenia przymusu w leczeniu, między innymi dlatego, że przymusowego leczenia pedofilów nie ma nigdzie w Europie. Do tego leki przeznaczone do takiej terapii dają wiele efektów ubocznych – u niektórych osób mogą,

 21

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Jak zabezpieczyć granat


M a r e k N ow i c k i

paradoksalnie, powodować wzrost agresji. U większości pacjentów następuje też tak zwana ginekomastia. Mężczyźni tyją, rosną im piersi, a sylwetka upodabnia się do kobiecej. Wątpliwości budzi też zastosowanie w tym trybie psychoterapii. Nie można na siłę, choćby w najszczytniejszym celu, stosować wobec kogoś terapii, która z założenia wymaga współpracy i dobrej woli pacjenta. W końcu istnieją też inne, bardziej wyrafinowane metody zachęcania pedofilów do podjęcia terapii po opuszczeniu zakładu karnego. Na przykład w Wielkiej Brytanii osoba, która wyrazi zgodę na takie leczenie, może uzyskać łagodniejszą karę pozbawienia wolności. Ostatecznie jednak przy tworzeniu nowych przepisów zwyciężył argument, że pedofile nie są pierwszą w Polsce grupą, która podlegać będzie przymusowemu leczeniu. Podobne decyzje o przymusowym leczeniu sądy wydają od lat odnośnie narkomanów i nikt się temu nie sprzeciwia. Terapia farmakologiczna nie będzie w ogóle stosowana, jeśli jej przeprowadzenie mogłoby spowodować poważne niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia skazanego. Stosowanie przymusu leczenia wydaje się też jedynym skutecznym sposobem walki z recydywą wśród pedofilów. Statystyki pokazują jasno, że wielu z nich, nie wykazując chęci poprawy, po odbyciu kary odmawiało leczenia i w konsekwencji po pewnym czasie ponownie trafiało za kratki. W 2009 roku Sąd Rejonowy w Złotoryi skazał na cztery lata więzienia pedofila, który zakradł się do szkolnej toalety i kazał się rozebrać dwóm siedmiolatkom. Było to pół roku po jego trzyletniej odsiadce. „Gazeta Wyborcza” zacytowała wówczas wypowiedź sędziego Stanisława Tarnowskiego, w którego wydziale skazano pedofila: „Znamy go. Wyjdzie i znów zaatakuje. Ale gdzie mamy go wysłać?”. Również pedofil spod Siemiatycz podczas procesu nie wyglądał na skruszonego. Kiedy opuszczał salę sądową, z uśmiechem wyznał dziennikarzom, że kara jest za wysoka i na pewno będzie się odwoływał. Odwołał się, jednak Sąd Apelacyjny jeszcze podwyższył mu karę z 10 do 12 lat więzienia. Warto przy okazji dodać, że wprowadzeniu przymusu leczenia pedofilów towarzyszyły korzystne zmiany w kodeksie karnym, wspomagające powstający system terapeutyczny. Zaostrzeniu uległy kary za gwałt na osobach poniżej 15. roku życia. Wprowadzono także karę za reklamowanie pedofilii poprzez publiczne głoszenie, że kontakty seksualne z dziećmi nie są dla nich krzywdzące oraz za składanie mało­letnim przez internet ofert seksualnych (tzw. grooming). Tworzenie systemu leczenia pedofilów jeszcze się nie zakończyło. Ministerstwo Zdrowia ściśle współpracuje z Ministerstwem Sprawiedliwości przy opracowywaniu kolejnych rozporządzeń. Pedofile zakwalifikowani do przymusowego leczenia, warunkowo zwolnieni z zakładów karnych, będą w trakcie terapii elektronicznie monitorowani przy użyciu specjalnych zakładanych na nogi bransolet. W ten sposób sędziowie, korzystając z dobrodziejstwa systemu GPS, w miarę szybko będą mogli reagować na wszelkie próby łamania prawa – uchylania się pedofilów od leczenia i pojawiania się ich w pobliżu szkół, basenów i placów zabaw. To bardzo ważne, bo w tej grupie penitentów częste popadanie w recydywę wiąże się z eskalacją sadystycznych zachowań.

 22 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Jak zabezpieczyć granat

A co dzieje się z brutalnym pedofilem, który w 2008 roku miał przedterminowo wyjść z zakładu karnego w Strzelcach Opolskich i którego wyjścia na wolność tak bardzo się wówczas obawiano? Nie wiadomo – panuje na ten temat cisza. I oby tak zostało. marek Nowicki

polecamy Między konfesjonałem a kozetką pod redakcją katarzyny Jabłońskiej i Cezarego gawrysia Rozmowa z duchownym czy wizyta u psychoterapeuty? To częsty dylemat osób, które szukają pomocy w cierpieniu i chcą poznać prawdę o sobie. Autorzy książki – doświadczeni duszpasterze i psychoterapeuci – przekonują, że religia i psychoterapia nie wykluczają się wzajemnie. Przeciwnie, mogą wiele dać sobie nawzajem, a przede wszystkim – człowiekowi pragnącemu rozwoju.

248 s., cena 32 zł tel./fax (22) 828 18 08 www.wiez.pl

23

raport Laboratorium WiĘZi Kościół wobec pedofilii

Marek Nowicki − ur. 1970. Reporter „Faktów” TVN, felietonista dwutygodnika „Służba Zdrowia”. Od 1988 roku związany z telewizją TVN, gdzie zajmuje się bieżącą problematyką polskiej i światowej służby zdrowia. Mieszka w Otwocku.


Abp Diarmuid Martin

Krzywda, nadzieja i uzdrowienie Osobista droga biskupa przez skandale seksualne

Moja refleksja będzie dziś bardzo osobista1. Nie mam specjalistycznej wiedzy z zakresu sprawiedliwości naprawczej, która jest tematem tej konferencji. Nie jestem ekspertem w dziedzinie ochrony dzieci i nie mam formalnego wykształcenia w zakresie radzenia sobie ze złożonym problemem skandali seksualnych z udziałem księży. Skłamałbym jednak, gdybym nie przyznał, że – mimo mojego braku przygotowania – w minionych latach nabrałem sporo osobistego doświadczenia. To na podstawie tego doświadczenia będę mówił. Najpierw na podstawie danych statystycznych krótko zarysuję zakres skandali seksualnych w archidiecezji dublińskiej. W latach 1940–2010 – na ile udało się to zbadać – zarzuty lub podejrzenia o nadużycia seksualne zostały przedstawione ponad 90 księżom naszej archidiecezji oraz około 60 zakonnikom w niej pracującym. 10 dublińskich księży lub byłych księży zostało skazanych lub oczekuje na ­wyrok w sądach karnych. Skazanych zostało również dwóch niediecezjalnych księży, którzy pracowali w Dublinie. Liczba zidentyfikowanych ofiar to 570 osób, ale powszechnie uważa się, że liczba wykorzystywanych dzieci musi iść w tysiące, choćby za sprawą około 10 księży, którzy z pewnością byli seryjnymi pedofilami. Od dyplomacji do skandali

Zostałem arcybiskupem Dublina w 2004 roku. Prawie całą moją służbę kapłańską spędziłem na pracy dla Stolicy Apostolskiej. Z różnych względów i od samego początku byłem zaangażowany w relacje międzynarodowe. Praca w Papieskiej Radzie

1

 24 

Obszerne fragmenty wykładu arcybiskupa Dublina i prymasa Irlandii na amerykańskim uniwersytecie Marquette w stanie Milwaukee z 4 kwietnia 2011 r. Podtytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


„Iustitia et Pax”, choć nie należała do oficjalnej aktywności dyplomatycznej Watykanu, oznaczała szeroki zakres kontaktów z rządami i instytucjami międzynarodowymi. Na każdym kontynencie odwiedzałem kraje, w których Kościół doświadczał trudności albo w których występowały poważne napięcia społeczne i polityczne. To prawdopodobnie te doświadczenia spowodowały moją nominację w 2001 roku na stanowisko stałego obserwatora Musimy nauczyć się, że prawda Stolicy Apostolskiej przy Organizacji Naroma moc wyzwalającą, której dów Zjednoczonych w Genewie oraz przy nie mają półprawdy. Światowej Organizacji Handlu. To nowe zadanie oznaczało współpracę z około 15 agendami ONZ oraz ze Światową Organizacją Handlu i centralą Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. W tym czasie wiadomo było, że arcybiskup Dublina, kard. Desmond Connell, miał już nieco ponad 75 lat i że zgodnie z przepisami prawa kanonicznego złożył na ręce papieża rezygnację. Nie byłem całkowicie zaskoczony czy szczególnie zaniepokojony, kiedy moje nazwisko zaczęło być wymieniane w mediach na wstępnych listach potencjalnych następców. I tak po latach zapomnienia i ignorowania przez irlandzkie media moje nazwisko pojawiło się w gazetach z określeniem „­ambitny, doświadczony watykański dyplomata”, kandydat idealny do powrotu do Dublina, żeby zaprowadzić rzymskie rządy. Wraz z upływem czasu moje nazwisko pojawiało się coraz rzadziej w spekulacjach na temat możliwych kandydatów i wkrótce, ku mojej satysfakcji, nie byłem już „faworytem”, ale co najwyżej „czarnym koniem”, na wypadek gdyby nie udało się osiągnąć porozumienia co do żadnego z lokalnych kandydatów. Pewnego dnia zaprzyjaźniony wysoki urzędnik Światowej Rady Kościołów powiedział mi, że przeczytał artykuł, który w spójny sposób przedstawiał argumenty za moją nominacją do Dublina. Odparłem, że przecież wie, jak bardzo jestem oddany moim aktualnym zadaniom i wręcz poprosiłem o jego protestanckie modlitwy, żeby zapobiec jakimkolwiek zmianom. Zaledwie kilka miesięcy później, przeczytawszy o mojej nominacji na koadiutora w archidiecezji dublińskiej, ów przyjaciel zadzwonił i powiedział, że teraz jest dla niego – dobrego prezbiterianina – jasne, iż protestanckie modlitwy najwyraźniej nie przynoszą żadnego skutku w Watykanie. Zaczynam od tej przydługiej refleksji osobistej, żeby podkreślić, że objęcie urzędu arcybiskupa Dublina nie było czymś, do czego się przygotowywałem czy byłem przygotowywany. Bardzo rzadko angażowałem się czy nawet służyłem radą w sprawach irlandzkich w Watykanie. Nigdy nie mieszkałem w Kolegium Irlandzkim ani żadnej innej irlandzkiej instytucji. Dziś mogę jedynie uśmiechać się, czytając w mediach doniesienia o tym, że zostałem wypchnięty ze służby w Watykanie z powrotem do Irlandii, żeby „posprzątać po skandalach wykorzystywania seksualnego” w Dublinie. Przed moim powrotem do Dublina odbyłem zaledwie dwie rozmowy w Kongregacji ds. Biskupów, a pierwsza

 25

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Krzywda, nadzieja i uzdrowienie


Abp Diarmuid Martin

z nich była poświęcona niemal wyłącznie temu, dlaczego uważam, że nie jestem odpowiednią osobą do tej pracy. Nie pokazano mi żadnych dokumentów, nie podano żadnych statystyk, nie udzielono żadnych konkretnych porad, ­informacji czy zaleceń w związku z sytuacją, z jaką miałem się zmierzyć. Moje rozmowy w Sekretariacie Stanu skupiały się bardziej na sprawach, które opuszczałem, niż na tych, które miałem podjąć. „Sprawdzone. Nic nie znaleziono”

Jednak zaledwie kilka miesięcy później zastąpiłem kard. Connella i znalazłem się w sytuacji, do której nie zostałem tak naprawdę przygotowany. Trzeba dodać, że mój poprzednik był kluczową postacią przy wprowadzaniu w diecezji i na poziomie narodowym pierwszych jasnych norm postępowania w sytuacji wykorzystywania seksualnego dzieci przez księży. To on przywrócił stosowanie procesów kanonicznych dla popełniających przestępstwa seksualne. Ustanowił też Diecezjalną Grupę Doradczą, która gromadziła fachową wiedzę. Przede wszystkim jednak powołał Diecezjalne Biuro Ochrony Dzieci ze świeckim dyrektorem, panem Philem Garlandem, którego praca polegała nie tylko na stworzeniu biura, ale także na ustanowieniu całkowicie nowego systemu. Dobrze pamiętam pierwszą skargę na zachowanie księdza, jaka trafiła na moje biurko. Zajrzałem do jego dokumentów, żeby sprawdzić, czy wcześniej pojawiały się jakieś informacje na temat jego postępowania. Na samym wierzchu dokumentów znalazłem żółtą kartkę z napisem: „Sprawdzono pod kątem wykorzystywania seksualnego dzieci – nic nie znaleziono”. Poczułem jednak, że powinienem przyjrzeć się temu nieco bliżej, i odkryłem, że następnym dokumentem jest wewnętrzna notatka: „Zdaje się, że ksiądz X wrócił do swoich dawnych działań”. Wyraźnie istniała jakaś wiedza o „dawnych działaniach”, ale nie odnotowano jasno, że te działania oznaczały utrwalony sposób postępowania, który powinien być bardzo jasnym sygnałem ostrzegawczym. Ta pierwsza sprawa, z którą przyszło mi się zmierzyć, wzbudziła we mnie poważne obawy co do wcześniejszego sprawdzania dokumentów dokonanego – jak mi powiedziano – pospiesznie przez trzech księży w okresie Bożego Narodzenia w minionym roku. Moją pierwszą decyzją było więc zlecenie ponownego przebadania akt przez niezależnego zewnętrznego eksperta. Poprosiłem go o sprawdzenie, czy w dokumentach tych są jakiekolwiek informacje sugerujące niepokojące zachowania księży. Ciągle martwi mnie, że takie zachowania mogą nawet dziś pozostawać nierozpoznane przez diecezje czy zgromadzenia zakonne. Mamy obecnie wytyczne i definicje, ale nadal mogą one być różnie interpretowane przez różne kościelne autorytety. Na przykład więcej niż raz byłem proszony przez innego biskupa o to, abym zezwolił księżom z ich diecezji zawieszonym w posłudze kapłańskiej na przewodniczenie

 26 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


ślubom i pogrzebom w Dublinie. Wyraźnie biskupi ci w inny sposób rozumieli „zawieszenie w posłudze”. Nawet najlepsze normy są poddawane zatem różnym interpretacjom. Dlatego nasze centralne Narodowe Biuro ds. Ochrony Dzieci pełni kluczową rolę nie tylko w zakresie ustalania standardów i wytycznych, ale także w kształceniu i nadzorowaniu. Podczas mojego badania dokumentów irlandzki rząd ogłosił plan powołania własnej komisji śledczej do spraw problemu wykorzystywania seksualnego dzieci przez księży w archidiecezji dublińskiej. Komisja ta – znana od nazwiska swej przewodniczącej jako Komisja Murphy – miała prawo zażądać ujawnienia wszelkich dokumentów posiadanych przez diecezję, a dotyczących jakiegokolwiek księdza, który został oskarżony lub co do którego istniały podejrzenia. Wtedy postanowiłem rozszerzyć moje śledztwo na dokumenty inne niż akta personalne. Dokumenty znajdowały się w najbardziej niespodziewanych miejscach. Zdarzało się, że informacje dotyczące konkretnego księdza były rozrzucone po dziesięciu różnych biurach diecezjalnych, odnajdywały się u biskupa pomocniczego albo wręcz u emerytowanych urzędników kościelnych. W tym samym czasie Phil Garland, dyrektor niedawno ustanowionej diecezjalnej Służby Ochrony Dzieci, usiłował zgromadzić w swoim biurze wszystkie dokumenty dotyczące wykorzystywania seksualnego dzieci przez księży i przekonywał się, że to niełatwe zadanie. Moje próby pozyskania wszelkich istniejących dokumentów związanych z wykorzystywaniem dzieci od obecnych i byłych urzędników diecezjalnych pozostawały często bez odpowiedzi, nawet mimo ponawiania żądań. W jednym przypadku po raz pierwszy zobaczyłem diecezjalne akta dopiero wtedy, gdy zostałem poproszony przez rządową komisję o ich skomentowanie, przy czym powiedziano mi, że komisja pozyskała te dane od byłego urzędnika diecezjalnego. To rozproszenie informacji i brak komunikacji między różnymi instytucjami diecezjalnymi miały znaczący wpływ na niewłaściwe odczytanie powagi zachowań niektórych sprawców. Prawda boli

Podczas trwania prac Komisji Murphy – jako że nie mogłem mówić o pojawiających się dowodach – znajdowałem się w szczególnie trudnej i kłopotliwej sytuacji. Księża byli wobec mnie podejrzliwi, obawiając się, że pozwalam na niekontrolowany dostęp do ich osobistych danych. W rzeczywistości Komisja zażądała ujawnienia akt dotyczących tylko tych księży, wobec których pojawiły się oskarżenia lub podejrzenia. Nie było ogólnego przekazywania dokumentów. Opowiadam o tych wydarzeniach nie po to, żeby rozgrzebywać minione historie, ale żeby zobrazować, jak trudno jest przekonać instytucję do tego, że prawda musi być wypowiedziana. Wszystkie instytucje mają wrodzoną tendencję do ochrony samych siebie i ukrywania swoich brudów. Musimy nauczyć się, że prawda ma moc

 27

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Krzywda, nadzieja i uzdrowienie


Abp Diarmuid Martin

wyzwalającą, której nie mają półprawdy. Pierwszym warunkiem sprawiedliwości naprawczej jest chęć wszystkich stron do powiedzenia prawdy i przejęcia za nią odpowiedzialności, nawet jeśli jest to prawda nieprzyjemna. Tak jak powiedziałem na niedawnym nabożeństwie pokutnym w Dublinie: „Prawda nas wyzwoli, ale nie w banalny sposób. Prawda boli. Prawda oczyszcza nie jak delikatne, eleganckie mydło, ale jak ogień, który pali, rani i przecina”. Kiedy raport Murphy został opublikowany, skrytykowano mnie za mój brak krytyki wobec niego. Ludzie mówili mi, że powinienem zaatakować Komisję za to, że nie uderzyła w prawników, psychiatrów czy doradców medialnych za ich błędy. Ja natomiast zrobiłem tylko jedno: uznałem błędy księży i biskupów. W instytucjach diecezjalnych powstawały listy rozsyłane do wszystkich księży, które wyciekły do prasy, głoszące: „Abp Martin był poza krajem, kiedy to się działo. Nie ma prawa się wypowiadać. Gdyby tu był, robiłby to samo, co my”. Być może zachowałbym się wtedy tak jak ci, którzy wówczas pełnili odpowiedzialne funkcje. Możliwe, że rady prawników, psychiatrów i doradców medialnych nie były najlepsze. Możliwe też, że tym prawnikom i lekarzom zadawano ­niewłaściwe pytania albo nie udzielano im właściwych informacji. W obliczu tragicznej prawdy ujawnionej przez Komisję Murphy czułem jednak, że to nie był właściwy czas na szukanie błędów w samym raporcie. Patrząc całościowo na bezsprzeczne okrucieństwa ujawnione w raporcie, oczekiwałem od innych w Kościele przynajmniej ­przyznania się do tego, że podjęte wówczas decyzje były złe i że powinny być uznane za złe. Ciągle nie mogę pogodzić się z tym, że nikt nie dostrzega potrzeby przyznania się do odpowiedzialności za straszną krzywdę wyrządzoną dzieciom w Kościele Chrystusowym w Dublinie oraz za sposób podejścia do tego problemu. Z niektórych reakcji można było wyczytać, że wszystko było winą innych albo co najwyżej winą ­błędów systemowych administracji diecezjalnej. Po publikacji raportu Murphy najpierw pojawiły się rytualne wyrazy skruchy, szybko jednak ludzie zetknęli się z „Kościołem milczenia”. Nikt nie był odpowiedzialny. Nikt już więcej nic nie mówił. W niektórych przypadkach zalecano mi nawet, że powinienem zakwestionować wiarygodność sędzi Murphy i jakość jej ­raportu. Każdy raport ma oczywiście swoje wady, ale w istocie raport Murphy opisywał rzeczywistość, którą trzeba określić jako przerażającą. Byłoby to przerażające w każdej sytuacji, a przecież tu wydarzyło się to w Kościele Jezusa Chrystusa. Jakim to jest świadectwem? Kościół zawiódł

Dostarczyłem komisji Murphy prawie 70 tysięcy dokumentów. Uważam, że postąpiłem słusznie. Wierzyłem, że postępowałem słusznie i stawałem się tego coraz bardziej pewien, w miarę jak czytałem te dokumenty i spotykałem się z niektórymi z ofiar wykorzystywania, ich rodzicami, małżonkami i dziećmi.

 28 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Galeria WIĘZI: Izabela Nowak

 29


Abp Diarmuid Martin

Czytając końcowy raport komisji, zrozumiałem jeszcze wyraźniej skalę problemu, jaki istniał w archidiecezji dublińskiej, i skalę cierpienia, które nadal istnieje. Kiedy czytałem dokumenty i spotykałem się z ofiarami, odczuwałem przede wszystkim złość – złość z powodu tego, co zrobiono dzieciom; złość z powodu żalu rodziców, którzy nadal żyją z poczuciem winy i niezrozumienia; złość spowodowaną tym, że Kościół zawiódł swych najsłabszych członków; złość względem tych, którzy ciągle żyją w zaprzeczeniu. Ale na tym historia się nie kończy. Od publikacji raportu Murphy diecezja otrzymuje coraz więcej skarg przede wszystkim na seryjnych pedofilów, którzy pracowali w diecezji przez dłuższy czas. Już podczas prac komisji Murphy zacząłem mówić o tysiącach bezpośrednich ofiar. Teraz stało się Próby unikania skandalu dla mnie jasne, że niemal każdy z pracujądoprowadziły Kościół cych w Dublinie księży-seryjnych pedofilów do jednego z największych skrzywdził setki dzieci. Niektórzy z nich wyskandali w historii. korzystywali dzieci już od czasów swojego seminarium przez przynajmniej dziesięć lat. Inni nawet dłużej. Danych statystycznych można używać w różny sposób. Weźmy choćby księdza Z. To tylko jeden sprawca, a przecież dane świadczą, że wykorzystywał około stu ofiar; co więcej, istnieją poważne wskazówki, że wykorzystywał jeszcze kolejną setkę dzieci. Liczba dotkniętych problemem członków rodzin może wtedy iść w tysiące. I to tylko dla jednego księdza! A w Dublinie musicie pomnożyć księdza Z przez około dziesięciu seryjnych przestępców seksualnych. Co jeszcze bardziej dramatyczne, nie mamy dokładnych danych na temat tych sprawców, którzy odebrali sobie życie. Ale nawet te liczby, choć szokujące, nie zyskały odpowiedniej uwagi. Statystyki są zbyt często skupione na sprawcach. Musimy spojrzeć na to z nowej perspektywy, dostrzegając, że osobą stojącą w centrum wykorzystywania nie jest ksiądz-sprawca, lecz dziecko-ofiara. Stosując podejście sprawiedliwości naprawczej, należy zmienić nie tylko sposób sporządzania naszych statystyk, ale też praktykę duszpasterską. Jedna z ofiar ciągle przypomina mi, że w Ewangelii św. Mateusza tuż po ostrych słowach Jezusa (Mt 18,6) o kamieniu młyńskim, który będzie przywiązany do szyi każdego, kto będzie zgorszeniem dla tych najmniejszych, pojawia się nauczanie o ­pasterzu opuszczającym 99 owiec, żeby znaleźć tę jedną zaginioną. To właśnie zagubione, molestowane dziecko powinno być w centrum naszej uwagi. Kościół powinien aktywnie poszukiwać ofiar, żeby je objąć uzdrawiającą mocą Jezusa Chrystusa. Z pewnością wiele ofiar ma poczucie, że Kościół próbuje „poradzić sobie z nimi”, a nie poszukuje ich i nie wyciąga do nich ręki ze szczególną troską. Ofiary rzadko czują, że są ważniejsze niż tych 99 pozostałych. To, co zostało opisane w raporcie Murphy, jest straszliwe. Cały mój komentarz po publikacji raportu to stwierdzenie, że archidiecezja dublińska spisała się

 30 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Krzywda, nadzieja i uzdrowienie

wyjątkowo źle. Wyjątkowo źle i kropka. Nie: „wyjątkowo źle, ale…”. O tej mojej decyzji usłyszałem, że jest „fatalną strategią medialną”.

Powróćmy do sprawiedliwości naprawczej. Czy właściwe jest włączanie tych, którzy wykorzystywali seksualnie dzieci, w taki system sprawiedliwości, który zamiast w prosty sposób karać przestępcę, próbuje włączyć go w proces naprawy i uzdrowienia? Jakie są moje doświadczenia? Sprawiedliwość naprawcza odniosła uderzające rezultaty w wielu obszarach. Ale sprawiedliwość naprawcza to nie jest tania sprawiedliwość. Tu nie chodzi o zwykłe uznanie czynów za złe. Chodzi o przebaczenie, ale znów – nie o tanie przebaczenie. W przypadku seryjnych przestępców seksualnych sprawiedliwość naprawcza nie oznacza przywrócenia do posługi kapłańskiej. Nawet jeżeli przestępca przyzna się do winy, a ofiara wyrazi swoje przebaczenie, biskup musi zachować równowagę między potrzebą rehabilitacji winowajcy a obowiązkiem ochrony dzieci. Biskup albo przełożony zakonny ma podstawowy obowiązek ochrony dzieci i najbardziej wrażliwych osób w społeczeństwie. Nie powinniśmy zapominać, że właśnie słowa Jezusa dotyczące tych, którzy krzywdzą dzieci, są jedną z jego najostrzejszych i najmniej pojednawczych wypowiedzi. Nie będę nadmiernie surowy, mówiąc z całą uczciwością, że – z być może dwoma wyjątkami – nie spotkałem się z rzeczywistym i bezwarunkowym przyznaniem do winy i przyjęciem odpowiedzialności przez winnych księży w mojej diecezji. Ofiary wielokrotnie powtarzały mi, że tym, co najbardziej je obrażało i ­krzywdziło, był brak rzeczywistej skruchy ze strony przestępców, nawet kiedy przyznawali się do winy w sądzie. Bardzo trudno mówić o sensownym przebaczeniu winowajcy, kiedy ten odmawia przyjęcia faktów i uznania pełnego ich znaczenia. To nie znaczy jednak, że jedyną odpowiedzią na przestępstwo powinno być ukaranie sprawcy. Seksualne wykorzystywanie dzieci jest ohydnym przestępstwem. Nie ma argumentów teologicznych czy przepisów prawa kanonicznego, które ­mogłyby w najmniejszym stopniu zmienić ten fakt. Nie oznacza to jednak, że przestępca powinien być po prostu porzucony. System więziennictwa ma w tym przypadku pełnić nie tylko funkcję karzącą. Po zwolnieniu władze kościelne – nawet jeżeli przestępca jest wykluczony ze stanu kapłańskiego – mają swoje obowiązki względem niego. Pierwszym obowiązkiem jest troska o to, żeby przestępca nie stanowił zagrożenia dla dzieci. Obowiązek ten spoczywa przede wszystkim na władzach publicznych i niestety obecne ramy prawne w Republice Irlandii pozostawiają pod tym względem wiele do życzenia. Wielu zlaicyzowanych księży-przestępców mieszkających w Dublinie – w tym niektórzy inkardynowani do diecezji amerykańskich

 31

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Sprawiedliwość dla sprawców


Abp Diarmuid Martin

i bardzo słabo nam znani – ciągle całkowicie zaprzecza, jakoby zrobili cokolwiek złego i w związku z tym powinni być oni uznani za stanowiących wysokie zagrożenie, tymczasem nie są nawet wpisani na listę przestępców seksualnych. Są jednak tacy księża-pedofile, w przypadku których zagrożenie jest mniejsze. Ważne, żeby zapewnić im możliwie bezpieczne otoczenie, gdzie będą monitorowani i wspierani przez diecezję albo zgromadzenie zakonne. Negatywne naznaczanie przestępców czy proste porzucenie ich najprawdopodobniej zwiększy ­stwarzany przez nich poziom zagrożenia. W naszym diecezjalnym Zespole ds. Ochrony Dzieci jest specjalny członek, wspierany przez małą grupę, którego zadaniem jest monitorowanie sprawców. W każdym z przypadków przestępcy stawiane są bardzo ścisłe wymagania, z nadzieją, że uda się odpowiednio wcześnie rozpoznać jakiekolwiek sygnały oporu wobec tego reżimu. Trzeba pamiętać, że niektórzy z przestępców seksualnych będą dokonywać różnych manipulacji w celu przywrócenia ich do posługi albo znalezienia dostępu do dzieci w inny sposób. Mimo że ofiary – przynajmniej w Dublinie – rzadko chcą mieć do czynienia ze sprawcami, wierzę, że doceniają one wysiłki archidiecezji w celu ustanowienia surowego, ale ludzkiego i wspierającego podejścia do monitorowania przestępców. Takie monitorowanie jest w interesie wszystkich, ale archidiecezji bardzo trudno realizować to samej, bez wsparcia policji i władz publicznych. Sprawiedliwość dla ofiar

Co oznacza sprawiedliwość naprawcza dla ofiar? To jest wyzwanie, które mnie prześladuje. Chciałbym móc obiecać ofiarom – magiczne słowo – „zamknięcie”. Ale jestem świadomy, że samo powiedzenie tego może być dla nich obraźliwe. Nie wolno mi określać, kiedy dla nich sprawa będzie zamknięta. Nie ma szybkiej ścieżki uzdrawiania. Mogę wypełnić moje zadanie, ale nie mogę zadekretować uzdrowienia. Wiem za to, że mogę sprawy pogorszyć, i wiem, że czasem to robię. Obietnic trzeba dotrzymywać. Terminy trzeba szanować. Ustanowione normy muszą być przestrzegane. Dla ofiar jakiekolwiek próby ukrywania czegoś lub wycofywania się ze zobowiązań oznaczają zdradę. Ofiary potrzebują więcej niż samego poradnictwa. Zostały okradzione nie tylko z dzieciństwa, ale także z szacunku do samych siebie, bez którego ich głębokie rany pozostają otwarte. Przez dłuższy czas nie zwracano uwagi na potrzeby duchowe ofiar. Zapewnione było poradnictwo i pomoc finansowa, ale rzadko dostrzegano rany duchowe tych osób. Warunkiem niezbędnym do zapewnienia pomocy ofiarom w uzdrowieniu duchowym jest, aby Kościół stał się wspólnotą naprawdę nastawioną na naprawę krzywd, wspólnotą akceptującą osoby zranione i przyjmującą je na ich własnych warunkach. Ofiary mówiły mi o tym, że miały czasem poczucie, iż ich obecność w jakiś sposób zawstydza księży. Ci księża woleliby nie mówić o tym, co się stało.

 32 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Krzywda, nadzieja i uzdrowienie

Elementem niedawnej wizytacji apostolskiej w archidiecezji dublińskiej było nabożeństwo pokutne przygotowane przede wszystkim przez ofiary molestowania seksualnego w Dublinie. Było to nieco ryzykowne, gdyż publiczne wydarzenie mogło być w jakiś sposób wykorzystane. Podczas Mszy w Niedzielę Wielkanocną w ubiegłym roku protestujący weszli przecież do katedry i rozrzucili dziecięce buty wokół ołtarza. Tegoroczne nabożeństwo pokutne było jednak wydarzeniem naprawdę odbudowującym dla wielu uczestników, którzy mieli poczucie, że Kościół wreszcie zaczyna dostrzegać ich zranienia i ich drogę. Byłem zirytowany, czytając w medialnych relacjach, że nabożeństwo było „prowadzone” przez kard. O’Malleya czy przeze mnie. Ani ja, ani kardynał, ani żaden inny biskup nie prowadził tego nabożeństwa. Całe prezbiterium katedry było puste, stał tam jedynie duży, solidny, drewniany krzyż. Moim zamiarem było, żeby ­liturgii przewodniczył krzyż Jezusa. Nie było żadnych celebrytów. Każdy, kto coś mówił, wychodził ze swojego miejsca pośród ludu Bożego i wracał na nie w znaku żalu czy pokuty. Niestety, wciąż tak wiele ofiar nie doświadczyło jeszcze Kościoła pokutującego, zna natomiast Kościół ciągle pragnący być u władzy, który chciałby kontrolować nawet ich proces uzdrowienia. Życie wielu ludzi zostało zniszczone, oni ciągle żyją samotnie ze swoimi koszmarami i lękami. A przecież często stali się ofiarami nadużyć, ponieważ już z jakiegoś powodu byli szczególnie wrażliwi, a ta ich podatność na zranienie została jeszcze wzmożona wskutek wykorzystywania.

Zranieni są także księża, którzy poświęcili całe swoje życie służbie i świadectwu. Czują się zniszczeni grzesznymi czynami innych. Potrzebują nowej zachęty i umocnienia, tak aby nie zaprzeczali faktom i nie mieli poczucia, że to duchowni są głównymi ofiarami. Trzeba uważnie przyjrzeć się także kulturze klerykalizmu i przeanalizować ją. Czy jakieś elementy kultury klerykalnej ułatwiały tak długie trwanie tych tragicznych zachowań? Czy wynikało to tylko ze złych decyzji biskupów i przełożonych? Czy już wcześniej istniała wiedza o niepokojących zachowaniach, która powinna była wzbudzić obawy, ale została pominięta? W Dublinie jeden z księży zbudował prywatny basen w swoim ogródku, do którego zapraszał tylko dzieci w odpowiednim wieku i o odpowiednim wyglądzie. Każdego ranka pojawiał się w jednej szkole, każdego popołudnia w drugiej. Ten człowiek wykorzystywał dzieci przez lata, a w jego parafii było ośmiu księży. Czy nikt nic nie zauważył? Niejedna z ofiar mówiła mi, że inne dzieci w szkole drwiły z nich z powodu ich kontaktów z tymi księżmi. Dzieci na ulicy wiedziały, ale nikt z odpowiedzialnych nic nie zauważał… Trzeba zadać pytanie, co działo się w seminariach duchownych. Największy wybuch przypadków wykorzystywania przypadł – jak się wydaje – na lata 70. i wczesne

 33

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

  Przeciw kulturze klerykalizmu


Abp Diarmuid Martin

80., krótko po II Soborze Watykańskim. Problem istniał jednak wcześniej i niektórzy z seryjnych przestępców opisanych w raporcie Murphy byli wyświęceni i wykorzystywali dzieci długo przed soborem. Z pewnością w latach posoborowych istniała kultura sprzyjająca myśleniu, że łaskawość lepiej przysłuży się winowajcom niż nakładanie kar. Myślę, że to było błędne rozumienie łaski, miłosierdzia i ludzkiej natury. Księża popełniający przestępstwa seksualne na długie lata wpadali w tę sieć łaski, podczas gdy tak naprawdę potrzebowali jasnego zablokowania drogi, którą szli. Trzeba dziś stworzyć system formacyjny dla przyszłych księży, bardziej skutecznie wzmacniający rozwój człowieka, nie tylko w zakresie seksualności, ale też ogólnej dojrzałości zachowania i relacji. Dziś bycie księdzem wymaga wysokiego poziomu ludzkiej i duchowej dojrzałości, tak aby móc zmierzyć się z wyzwaniami prawdziwej służby wspólnocie. Obawiam się, że niektórzy z młodych ludzi przygotowujących się teraz do kapłaństwa szukają nie tyle możliwości służby, ile raczej pewnego rodzaju osobistego bezpieczeństwa i statusu, które kapłaństwo zdaje się im oferować. Formacja przyszłych księży powinna odbywać się w szczególnym środowisku duchowym i w konkretnych warunkach. Szczególnie zależy mi na tym, aby moi przyszli księża odbywali część swojej formacji razem z ludźmi świeckimi, budując przy tym dojrzałe relacje z mężczyznami i kobietami. Dzięki temu nie będą mieć poczucia, że kapłaństwo daje im wyjątkową pozycję społeczną. Widoczne są znaki odradzającego się klerykalizmu, czasem nawet ukrytego za pozorami troski o głębszą duchowość czy bardziej ortodoksyjne poglądy teologiczne. W przyszłości potrzebować będziemy księży, którzy w pełni będą rozumieli powołanie przez Jezusa jako wezwanie do całkowitego oddania siebie, wzmacniane głęboką, osobistą relacją z Panem i ciągłą refleksją nad słowem Bożym w życiu modlitwy i nieustannego nawracania się. Unikanie skandali prowadzi do skandalu

Jestem arcybiskupem Dublina od siedmiu lat i staram się zarysować bilans obecnej sytuacji. Popełniono błędy. Uważano, że dla Kościoła najlepiej będzie, jeżeli oskarżenia o wykorzystywanie będą załatwione przez struktury kościelne, żeby uniknąć skandalu. Takie próby unikania skandalu doprowadziły Kościół do jednego z największych skandali w historii. Taka postawa sprawiła też, że osoby wnoszące nowe oskarżenia były traktowane jako „komplikujące problem”. Niektóre z nich nigdy nie miały wrażenia, że im uwierzono. Normy i procedury wprowadzane obecnie mają na celu zmianę tego podejścia do ofiar. Ale trudno jest całkowicie zmienić kulturę instytucji. Podejście w duchu sprawiedliwości naprawczej, uznające prawdę w miłości, jest użytecznym instrumentem służącym do budowania nowej kultury w Kościele

 34 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Krzywda, nadzieja i uzdrowienie

katolickim. W tej nowej kulturze ujawnianie prawdy powinno następować nie tylko w sytuacjach sporu, co jest powszechne w naszych społeczeństwach, ale przede wszystkim w środowisku nastawionym na uzdrawianie. Na naszym nabożeństwie pokutnym podkreślałem, że skandal wykorzystywania seksualnego dzieci przez księży oznacza, że archidiecezja dublińska już nigdy nie będzie taka sama. Dużo łatwiej to powiedzieć, niż osiągnąć. Po okresie kryzysu może pojawić się ryzyko samozadowolenia, przynoszące spadek aktywności powołanych struktur. W Kościele stającym się wspólnotą naprawczą troska o każdego z tych najbardziej wrażliwych i najbardziej zranionych będzie najistotniejszym zadaniem pozostałych dziewięćdziesięciu dziewięciu, którzy nauczą się porzucać swoje własne ­poczucie bezpieczeństwa i będą próbowali reprezentować Chrystusa nieustannie poszukującego porzuconych i leczącego zranionych. Abp Diarmuid Martin Tłum. Agnieszka Nosowska

i studiach przez wiele lat pracował w różnych urzędach Stolicy Apostolskiej. Wieloletni sekretarz Papieskiej Rady „Iustitia et Pax”. W 2001 r. został mianowany stałym obserwatorem Watykanu przy organizacjach międzynarodowych w Genewie. W maju 2003 r. Jan Paweł II mianował go arcybiskupem koadiutorem Dublina. Urząd arcybiskupa i prymasa ­Irlandii objął w kwietniu 2004 r. Jest członkiem Rady Stałej Sekretariatu Generalnego Synodu Biskupów.

 35

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Abp Diarmuid Martin – ur. 1945. Irlandzki duchowny rzymskokatolicki. Po święceniach


Tomasz Kycia

Kościół wobec pedofilii – doświadczenie niemieckie

Styczeń 2010 roku stanowi dla Kościoła w Niemczech cezurę w podejściu do kwestii molestowania nieletnich przez duchownych. Ośrodkiem, który sprowokował radykalną zmianę, był prowadzony przez jezuitów Canisius-Kolleg w Berlinie, czyli Liceum im. św. Piotra Kanizjusza, uchodzące za wzorcowe i elitarne. 14 stycznia 2010 roku do ówczesnego rektora szkoły, o. Klausa Mertesa SJ ­przyszło trzech dorosłych mężczyzn, byłych uczniów tej szkoły. Opowiedzieli o nadużyciach seksualnych dwóch byłych nauczycieli-jezuitów w latach 70. i 80. Z ich opowieści wynikało, że ofiar pedofilii w liceum mogły być nawet setki. Rektor uwierzył im i w specjalnym liście zwrócił się do ponad 600 absolwentów szkoły z przesłaniem: „Wydarzyły się obrzydliwe i okropne rzeczy. Głęboko wstrząśnięty i z ­wielkim wstydem dowiedziałem się o przerażających, nie tylko pojedynczych, ale systematycznych i długoletnich ekscesach”. Ojciec Mertes dał wyraźny sygnał, że jest ­gotów zbadać te wydarzenia i wysłuchać ofiar. Zachęcił je, by się zgłaszały. Dwa tygodnie później o ­liście rektora i przypadkach pedofilii w Liceum św. Kanizjusza dowiedziała się z lokalnej prasy opinia publiczna. Od tego momentu ruszyła medialna lawina. Przez kilka tygodni w Niemczech dominował jeden temat: pedofilia w Kościele katolickim. Tematem zajmowały się od rana do wieczora wszystkie media, począwszy od regionalnych gazet, przez audycje radiowe, a skończywszy na telewizyjnych programach dyskusyjnych w najlepszej porze oglądalności. Kościół katolicki zasiadł na ławie oskarżonych. Stawiane mu zarzuty brzmiały: brak reakcji na sygnały ze strony ofiar, odwracanie wzroku i tuszowanie przypadków poprzez przenoszenie sprawców na inne placówki, brak współpracy z organami ścigania. Niektórzy wskazywali na katolicką etykę seksualną i celibat kapłanów jako faktory rzekomo prowokujące pedofilskie zachowania. Półtora miesiąca później niemiecki episkopat utworzył specjalną infolinię dla ofiar pedofilii, mianował pełnomocnika wraz ze sztabem specjalistów do spraw wyjaśniania przypadków pedofilii, pół roku później zmienił wytyczne w ­obchodzeniu się z przypadkami pedofilii wśród duchownych, a po roku zaczął wypłacać odszko-

 36 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Kościół wobec pedofilii – doświadczenie niemieckie

dowania i otwarł akta personalne duchownych wszystkich diecezji dla kryminologów. Nie zawsze jednak Kościół katolicki w Niemczech reagował w tej materii tak zdecydowanie i konkretnie.

1 września 2002 r. pierwszy program telewizji ARD wyemitował film dokumentalny o nadużyciach seksualnych wśród duchownych. Na wcześniejsze pisemne zapytanie autorów większość z 27 niemieckich diecezji potwierdziła przypadki pedofilii wśród swoich duchownych i świeckich pracowników. W sumie w latach 1972–2002 w niemieckich diecezjach znanych było co najmniej 47 przypadków pedofilii. Archidiecezja Berlina oraz diecezje Magdeburga, Eichstätt, Görlitz, Pasawy i Erfurtu poinformowały o braku takich przypadków. Archidiecezja Fryburga Bryzgowijskiego oraz diecezje drezdeńsko-miśnieńska, augsburska, Fuldy, Münster i Bamberga odmówiły odpowiedzi. Tylko diecezje Essen, Hildesheim i Rottenburg-Stuttgart dysponowały już własnymi wytycznymi i pierwszymi planami zapobiegania pedofilii wśród duchownych. Na fali wydarzeń w Stanach Zjednoczonych oraz po publikacji watykańskich dokumentów Sacramentorum sanctitatis tutela i De delictis gravioribus konferencja episkopatu Niemiec wydała pod koniec września 2002 roku dokument zawierający pierwsze wspólne i wiążące dla wszystkich diecezji wytyczne w obchodzeniu się z przypadkami pedofilii wśród duchownych. Wytyczne te uznała także ­Niemiecka Konferencja Przełożonych Zakonnych. W dokumencie biskupi pierwszy raz oficjalnie przyznali, że również wśród księży i zakonników dochodziło do przypadków ­pedofilii. Zredagowano 16 punktów, w których określono sposoby reagowania i przeciwdziałania nadużyciom seksualnym duchownych. Zgodnie z nimi: 1. Ordynariusz diecezji ma ustanowić pełnomocnika, który zajmie się wyjaśnianiem zarzutów. 2. Pełnomocnik zostaje obwieszczony w dzienniku urzędowym diecezji i przedstawiony opinii publicznej. 3. Każdy donos lub zarzut ma zostać niezwłocznie sprawdzony. Pełnomocnik prowadzi rozmowę z podejrzanym, podczas której obecny jest prawnik. Wszyscy uczestnicy rozmowy podpisują protokół. 4. Natychmiast zostaje poinformowany ordynariusz diecezjalny. 5. Jeśli zarzut zostanie potwierdzony, rozpoczynają się wewnątrzkościelne badania wstępne na mocy kanonu 1717 CIC. 6. Jeśli badania wstępne potwierdzą zarzut pedofilii, sprawa zostaje przekazana Stolicy Apostolskiej na mocy dokumentu Sacramentorum sanctitatis tutela. 7. W dowiedzionych przypadkach pedofilii zachęca się podejrzanego do zgłoszenia się na policję. 8. Ofierze i jej krewnym zaproponowana zostaje pomoc ludzka, terapeutyczna i pastoralna.

 37

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Przed 2010: wytyczne, ale…


To m a sz K y c i a

9. Sprawca powinien poddać się specjalnej terapii. 10. Osobom z otoczenia sprawcy i ofiary oferuje się szczególne wsparcie. 11. W dowiedzionych przypadkach na sprawcę zostanie nałożona kara kościelna. 12. Po odbyciu kary sprawca nie może zostać skierowany do pracy, w której miałby kontakt z dziećmi i młodzieżą. 13. Odpowiednia osoba informuje o przypadku pedofilii opinię publiczną, zwracając szczególną uwagę na ochronę ofiary i unikając dyskryminacji sprawcy. 14. Środki prewencyjne podczas kształcenia duchownych zostaną zaostrzone, szczególnie poprzez tematyzowanie problematyki seksualności i rozpoznawania sygnałów anormalnego zachowania. 15. W przypadku przeniesienia sprawcy jego nowy pracodawca lub przełożony zostanie poinformowany o sprawie. 16. Wytyczne obowiązują również w przypadku zatrudnionych przez Kościół osób świeckich. Mimo przedstawionych wyżej pierwszych wytycznych niemieckiego episkopatu system reagowania okazał się niewystarczający. Nasuwa się poza tym pytanie: skąd wzięła się tak duża różnica między liczbą podaną przez episkopat w roku 2002 a liczbą ujawnioną przez byłych absolwentów Canisius-Kolleg w 2010 roku, skoro większość przypadków molestowania nieletnich przez duchownych wydarzyła się w latach 70. i 80.? Dlaczego większość ofiar zdecydowała się mówić o swoich cierpieniach dopiero w 2010 roku? O. Klaus Mertes SJ, były rektor Liceum św. Piotra Kanizjusza w Berlinie wymienia trzy powody. Po pierwsze, kiedy ofiary próbowały mówić, zamykano im usta: „W naszym liceum mamy na to nawet dowody w aktach. Uczniowie napisali list do dyrektora, w którym opowiadają o «dziwnych praktykach seksualno-­pedagogicznych niektórych nauczycieli». Ale na ten list nigdy nie otrzymali odpowiedzi!”. O. Mertes wskazuje na wciąż powtarzający się schemat: gdy ktoś próbuje mówić, inni odwracają głowę, udając, że ich to nie dotyczy lub o niczym nie wiedzą: „Gdy rozpocząłem moją pracę w Liceum św. Kanizjusza w 1994 roku, szybko doszły mnie plotki o pewnym księdzu-nauczycielu. Zawsze, gdy próbowałem temat zgłębić i dopytać wśród księży, odpowiadano mi milczeniem lub agresją”. O „systematycznie praktykowanej kulturze odwracania wzroku i  milczenia” mówił też pełnomocnik zakonu benedyktynów, adwokat Thomas Pfister. Potwierdził to nawet pełnomocnik episkopatu ds. molestowania seksualnego, bp Stephan Ackermann, który stwierdził, że „wiele przypadków było zatuszowywanych”. Drugi powód, dla którego ofiary niechętnie mówiły o molestowaniu, to ich ambiwalentny stosunek do sprawców. „Ofiary często nie chcą krzywdzić swojego dręczyciela, ponieważ go bardzo szanują, a niektóre nawet pojmują akt molestowania jako wyraz miłości” – mówi o. Mertes. Aby zrozumieć takie osoby, trzeba nauczyć się interpretować ich specyficzne sygnały. Dodatkowo niektóre ofiary i osoby z ich otoczenia źle pojmują lojalność wobec Kościoła. Sytuacja jest podobna jak w przypadku molestowania w rodzinie: dziecko-ofiara chce mówić, ale matka mu zabrania, bojąc się o dobre imię ro-

 38 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Kościół wobec pedofilii – doświadczenie niemieckie

dziny. „To działa na zasadzie «bądź cicho, chyba nie chcesz zrobić przykrości tatusiowi». Takie myślenie popierane jest również w Kościele. Ale to jest źle pojęta lojalność. Wyjścia ofiar z cienia nie można mylić z brakiem lojalności!” – przekonuje o. Mertes. Trzecim powodem, dla którego większość ofiar zdecydowała się opowiedzieć o molestowaniu dopiero tak późno, jest – zdaniem o. Mertesa – kwestia wstydu. Większość robi to dopiero teraz, ponieważ jako dorośli potrafią lepiej zrozumieć i ocenić problem.

W 2010 roku podejście Kościoła do kwestii molestowania nieletnich przez duchownych zmieniło się radykalnie. 1 lutego na konferencji prasowej przed setką dziennikarzy z całych Niemiec o. Klaus Mertes SJ i ówczesny prowincjał jezuitów o. Stefan Dartmann SJ jeszcze raz potwierdzili, że w Liceum św. Kanizjusza w Berlinie doszło w latach 1975–1984 do molestowania nieletnich przez duchownych. Prowincjał publicznie bił się w piersi: „Wszystkich poszkodowanych proszę w imieniu zakonu o wybaczenie za to, co im się przydarzyło. Przepraszam też w imieniu naszego zakonu za to, że jego ówcześni odpowiedzialni zaniedbali swoje obowiązki i po tych wykroczeniach odpowiednio nie zareagowali”. List o. Mertesa oraz publiczne wystąpienie jego i ówczesnego prowincjała spowodowały, że w półtora miesiąca do niemieckiego zakonu jezuitów zgłosiło się ok. 160 byłych ofiar pedofilii. Głównie absolwenci Liceum św. Kanizjusza w Berlinie, ale też innych placówek jezuitów, jak Liceum św. Alojzego Gonzagi w Bonn i liceum w Sankt Blasien na południu Niemiec. W tym samym czasie pojawiły się także zarzuty wobec niektórych ojców benedyktynów w bawarskich klasztorach ­Ettal i Sankt Ottilien. Niemalże codziennie media donosiły o nowych podejrzeniach. W marcu 2010 roku wśród 27 niemieckich diecezji tylko Görlitz, Erfurt, Magdeburg i diecezja drezdeńsko-miśnieńska informowały, że nie znają żadnych przypadków pedofilii wśród swoich duchownych. Niemiecki episkopat pod ogromną presją opinii publicznej, a także skonfrontowany z wyraźnie ofensywną postawą zakonu jezuitów zajął się sprawą na swojej tradycyjnej sesji plenarnej. Pod koniec sesji, 25 lutego, biskupi zapowiedzieli dogłębne zbadanie wszystkich przypadków pedofilii popełnionych przez osoby zatrudnione przez Kościół katolicki (nie tylko duchownych, ale i osoby świeckie – organistów, nauczycieli i wychowawców pracujących w kościelnych instytucjach), zmianę wytycznych z 2002 roku dotyczących molestowania nieletnich przez duchownych (nowe wytyczne episkopat opublikował już sześć miesięcy później), utworzenie specjalnej infolinii dla ofiar pedofilii (została uruchomiona 30 marca) oraz długoterminowe projekty prewencyjne. Biskup Trewiru, Stephan Ackermann został mianowany specjalnym pełnomocnikiem niemieckiego episkopatu ds. molestowania seksualnego. Do postanowień episkopatu przyłączyła się Niemiecka Konferencja Przełożonych Zakonnych.

 39

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Po 2010: stanowczo po stronie ofiar


To m a sz K y c i a

Nowe wytyczne episkopatu dotyczące obchodzenia się z przypadkami pedofilii zawierają już nie 16, a 55 punktów, są precyzyjniejsze i kładą nacisk na większą niezależność osób zajmujących się wyjaśnianiem zarzutów. Ordynariusz ­diecezji ma zgodnie z nimi wybierać pełnomocnika, który nie powinien należeć do kierownictwa diecezji. Oprócz pełnomocnika ordynariusz ma stworzyć sztab doradczy składający się z „kobiet i mężczyzn, ekspertów w dziedzinie psychiatrii, psychoterapii, psychiatrii sądowej oraz z prawników”. Wytyczne zezwalają diecezjom na tworzenie wspólnego sztabu. Zmiany wytycznych są ważnym krokiem w wyjaśnianiu przypadków pedofilii w Kościele, jednak według niektórych pod pewnymi względami wciąż zbyt zachowawczym. O. Klaus Mertes SJ jest zdania, że wyjaśnianiem tych spraw powinna się zajmować osoba z zewnątrz, spoza struktur kościelnych. „My reprezentujemy stronę sprawcy! Nie twierdzę, że wszyscy jesteśmy sprawcami. Ale jesteśmy częścią systemu, w którym zdarzały się przypadki pedofilii. Nie możemy badać i kontrolować sami siebie. Stajemy się wtedy niewiarygodni!” – mówi o. Mertes, zaznaczając, że za takie stanowisko był wewnątrz Kościoła ostro krytykowany. Radykalne podejście zakonu jezuitów i stanowcze postawienie na wysłuchanie ofiar nie oznacza przy tym, że zakonu nie interesuje perspektywa sprawcy. O. Mertes słyszał już współbraci, którzy ojców pedofilów chcieli „wytępić”. Ale nienawiść jest nie na miejscu, bo – mimo ewidentnej winy – sprawcy należą do rodziny zakonnej i potrzebują fachowej pomocy. Ostatecznie jego zakon pełnomocnikiem ds. wyjaśniania przypadków pedofilii mianował ewangeliczkę. Adwokat Ursula Raue pełni tę funkcję od 2007 roku, wcześniej wykonywała ją siostra zakonna. Jak przyznaje o. Mertes: „robiła dobrą robotę”, ale zbyt często narażona była na konflikt lojalności wobec Kościoła. Dzisiaj jeszcze w pięciu diecezjach i w licznych zakonach funkcję pełnomocnika pełnią osoby duchowne. Trzecią i dla opinii publicznej w Niemczech najistotniejszą zmianą, którą episkopat wprowadził w wytycznych dotyczących nadużyć seksualnych, jest współpraca z organami ścigania. Kościół katolicki do tej pory musiał słuchać zarzutów, że zdając się na prawo kanoniczne, omija prawo cywilne. W 26. punkcie nowego dokumentu biskupi wyraźnie stwierdzają, że jeśli istnieją poszlaki wskazujące na molestowanie nieletnich, o sprawie powinny zostać powiadomione organy ścigania. Ze względu na ochronę ofiar zaznacza się jednak, że można zrezygnować ze złożenia skargi na policję, jeśli taką wolę wyrazi ofiara lub jej rodzice. Fakt ten jednak musi być sprawdzony prawnie i potwierdzony pisemnie1. 1 Według informacji episkopatu, taką procedurę przyjęto również podczas tzw. „okrągłego stołu” – zorganizowanego przez niemiecki rząd dla wyjaśniania i zapobiegania przypadkom pedofilii we wszystkich grupach społecznych. Jego pierwsze posiedzenie odbyło się 23 kwietnia 2010 roku. Przez rok zasiadało przy nim kilkudziesięciu przedstawicieli instytucji i organizacji, w tym członkowie Konferencji Episkopatu Niemiec, Kościołów ewangelickich, organizacji dziecięcych i ­młodzieżowych, stowarzyszeń nauczycieli, adwokatów, przedstawiciele Niemieckiego Komitetu Olimpijskiego.

 40 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Kościół wobec pedofilii – doświadczenie niemieckie

30 marca 2010 roku ruszyła stworzona przez episkopat Niemiec specjalna infolinia dla ofiar pedofilii oraz strony internetowe i programy prewencyjne2. Według informacji episkopatu, do 10 lipca 2011 roku zespół fachowców przeprowadził 6379 rozmów, z poradnictwa internetowego skorzystało 337 osób. W ciągu roku zostało złożonych 579 wniosków o odszkodowanie; najstarszy przypadek pedofilii wśród duchownych miał miejsce w 1935 roku, najmłodszy dotąd znany w 2004 roku. Do biura pełnomocnika konferencji episkopatu zarówno przez infolinię, jak i bezpośrednio zgłaszały się też ofiary molestowania z innych środowisk społecznych. W marcu 2011 roku episkopat Niemiec zdecydował, że wypłaci każdej ofierze pedofilii maksymalną kwotę 5 tys. euro. Decyzja ta została ostro skrytykowana przez media i przedstawicieli ofiar. Wielu z nich żądało odszkodowań w wysokości nawet kilkuset tysięcy euro. Episkopat podkreślał jednak, że chodzi nie tyle o odszkodowania, ile o gest uznania cierpienia ofiar, ponieważ wyrządzonych krzywd nie da się naprawić finansowo. O. Klaus Mertes SJ dodaje, że jezuici zdecydowali się na ryczałtową zapłatę 5 tys. euro, ponieważ jako zakon nie mogli być sędzią w sporze i nie mogli odmierzać „stopnia wyrządzonej krzywdy”. De facto decyzja episkopatu w sprawie odszkodowań była po części reakcją na działania zakonu jezuitów, który już pół roku wcześniej, we wrześniu 2010, zdecydował o wypłacaniu takiej sumy.

Trzecim krokiem w podejściu Kościoła katolickiego w Niemczech do przypadków pedofilii, po rozpoczęciu badań i wypłacaniu odszkodowań, jest prewencja. Według wytycznych episkopatu należą do niej m.in.: kodeks zachowania pracowników (w tym duchownych i świeckich) wobec dzieci i młodzieży, odpowiednie instrukcje służbowe, możliwość szybkiego i nieskomplikowanego wniesienia zażalenia, dobór pracowników (do pracy z nieletnimi należy przedłożyć policyjne ­poświadczenie ­niekaralności), stałe szkolenie pracowników zajmujących się nieletnimi (m.in. rozpoznawanie profilu sprawcy i ofiary). Na stronie prewencyjnej episkopatu przedstawionych zostało kilkadziesiąt projektów z różnych diecezji. Na razie jednak nie wiadomo, w jaki sposób kroki prewencyjne wdrażane będą również podczas formacji kapłanów. Decyzje tego typu zależą w głównej mierze od poszczególnych ordynariuszy diecezji. Niektórzy naukowcy uważają, że skłonności pedofilskie można rozpoznać, zanim dojdzie do karalnych czynów. Taki projekt badawczo-prewencyjny dla potencjalnych sprawców prowadzi w berlińskiej klinice uniwersyteckiej prof. Klaus M. Beier. Wśród jego pacjentów są też duchowni. Prof. Beier jest zdania, że wszystkim potencjalnym pedofilom wśród duchownych można pomóc, ale „Kościół musi ten proces 2 Strona informacyjna dla ofiar nadużyć: www.hilfe-missbrauch.de. Strona zawierająca programy prewencyjne: www.praevention-kirche.de.

 41

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Prewencja i formacja


To m a sz K y c i a

wesprzeć, akceptując, że skłonność pedofilska nie jest jeszcze grzechem, lecz częścią stworzenia, a osoby w nią uwikłane potrzebują pomocy3”. Jego zdaniem sytuacja potencjalnych sprawców pogarsza się, jeśli „[...] zakładają, że silna wiara i posłuszeństwo religijnym nakazom sprawią, że ich niepożądane popędy seksualne znikną. Celibat jest tak atrakcyjny dla pedofilów, ponieważ chcą oni zostawić za sobą swoją obciążoną konfliktami seksualność i uwolnić się od seksualnych popędów”4. Prof. ­Beier nie wypowiada się przy tym przeciwko celibatowi jako ­formie życia, ale zwraca uwagę na potrzebę jasnych kryteriów przyjmowania kandydatów do kapłaństwa, ponieważ celibat może stać się „schronieniem” dla niektórych potencjalnych sprawców. Chcąc sprawdzić tego typu tezy, niemiecki episkopat zlecił badania Dolnosaksońskiemu Instytutowi Badań Kryminologicznych oraz Instytutowi Psychiatrii Sądowej Uniwersytetu Essen-Duisburg. Oba będą miały dostęp do akt personalnych wszystkich 27 niemieckich diecezji z ostatnich dziesięciu lat. Poza tym kryminolodzy badać będą akta duchownych od 1945 roku w wybranych dziewięciu diecezjach. Najważniejsze cele tych badań to: weryfikacja liczby przypadków, opis ­wydarzeń z perspektywy ofiar, dokładna analiza zachowania sprawców oraz analiza reakcji przełożonych i ich koncepcji dotyczących prewencji. Z tymi badaniami episkopat wiąże nadzieję na wypracowanie metody rozpoznawania i rozumienia fenomenu pedofilii wśród duchownych i, co z tym związane, uniemożliwienie kolejnych jej przypadków. Najmłodszym projektem prewencyjnym Kościoła w Niemczech jest między­ narodowe Centrum Ochrony Dzieci i Młodzieży, które powstało w lipcu 2011 roku w kooperacji między archidiecezją Monachium i Fryzyngii oraz Papieskim Uniwersytetem Gregoriańskim w Rzymie. Już w 2012 roku w ramach projektu, który ­bawarską archidiecezję kosztował 250 tys. euro, powstanie specjalny internetowy program szkoleniowy (e-learning) dla księży, nauczycieli i wychowawców. Abp Monachium i Fryzyngii kard. Reinhard Marx chce, by projekt ten miał wymiar globalny, tzn. by z tego typu prewencji i szkolenia mogli w przyszłości korzystać duchowni na całym świecie. Najnowsze projekty prewencyjne Kościoła w Niemczech nie oznaczają bezprecedensowej rewolucji w podejściu do kwestii pedofilii wśród duchownych5, ale na pewno są odważnym krokiem naprzód. Mimo że podczas skandalu pedofilskiego Kościół katolicki w Niemczech konfrontowany był czasem z absurdalnymi wręcz zarzutami, czas pokazał, że przyznanie się do winy i zdecydowane działanie wyszły mu na dobre. Tylko w ten sposób może on odzyskać utracone zaufanie. Dominikanin o. Thomas Grießbach OP, profesor retoryki w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej i Teatralnej w Stuttgarcie, zwraca uwagę na fakt, że podczas 3 Pädophile Priester. Wie Blinde, die glauben, sehen zu können, „SpiegelOnline” 11.05.2010. 4 Klaus M. Beier, Why does child sex-abuse happen?, „The Tablet” 13.03.2010. 5 Już od 1991 roku działa np. w benedyktyńskim opactwie Münsterschwarzach tzw. Recollectio-Haus pod opieką dr. Wunibalda Müllera, psychoterapeuty i teologa. Jest to ośrodek, w którym proponowane są kursy dla księży.

 42 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Kościół wobec pedofilii – doświadczenie niemieckie

Tomasz Kycia

Tomasz Kycia – ur. 1974. Dziennikarz, medioznawca, teolog. Współpracuje m.in. z rozgło-

śniami Rundfunk Berlin-Brandenburg i Funkhaus Europa, prezentuje „Wiadomości z Polski” w ramach telewizyjnego magazynu „rbb um 6”. Korespondent polskiej sekcji Radia Watykańskiego w Niemczech. Autor licznych materiałów telewizyjnych, radiowych i prasowych dotyczących stosunków polsko-niemieckich. Reżyser (wspólnie z historykiem Robertem Żurkiem) filmu dokumentalnego Cicho pod prąd, którego polska premiera odbyła się 9 grudnia 2010 r. pod patronatem Laboratorium WIĘZI (cichopodprad.eu). Mieszka w Berlinie.

 43

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

skandalu pedofiskiego w Niemczech ujawnił się jeszcze inny problem Kościoła: nieumiejętność radzenia sobie z kryzysami. Często brakuje tu fachowców. „Na studiach teologii nie ma adekwatnego wykształcenia, jakie na przykład zdobywają kadry kierownicze w firmach. Teologia nie daje nam instrumentarium potrzebnego do prowadzenia pracowników. Tu częściej unika się konfliktów, niż się je rozwiązuje. ­Jeśli ktoś jednak chce jakiś konflikt rozwiązać, traktuje się go jak zrzędę i ­kalającego własne gniazdo, choć paradoksalnie robi to z miłości do Kościoła”. Zdaniem dominikanina, dodatkowy problem to brak przygotowania księży do pracy z mediami. Dominikanin stwierdza: „[...] politycy i dziennikarze przygotowywani są przez specjalnych trenerów. Księża nie, i nawet najmądrzejsza ich wypowiedź może wypaść blado”. Poza tym „[...] zgodnie z zasadą retoryki, kto zaczyna się bronić, już przegrał. To bezproduktywne bronić się i krytykować prasę, bo błędy są błędami i nie można ich upiększać. Inteligentny odbiorca mediów sam zrozumie, że molestowanie zdarza się nie tylko w Kościele”. O. Klaus Mertes SJ, który dał sygnał do ofensywnego podejścia do problemu, przyznaje dziś, że wielu miało mu ten krok za złe. Zarówno w Kościele, jak i poza nim. Dla jednych kalał własne gniazdo, drudzy byli po prostu zazdrośni. „Były osoby, które się złościły, że w skandalu pedofilskim pierwszy krok zrobiła szkoła katolicka”, a nie inne – nawet bardzo renomowane – placówki, w których również dochodziło do molestowania seksualnego, a czasem było ono niejako częścią systemu. Kościół katolicki jest jak dotąd jedyną tak dużą instytucją w Niemczech, która – uwikłana w przypadki pedofilskie – zrobiła tak wiele dla ich wyjaśnienia. Czy wystarczająco?


Otwarta rana Z prof. Hansem Zollnerem SJ rozmawia Ewa Kusz

Ewa W tym roku ukazała się w Polsce nakładem Wydawnictwa WAM Kusz książka Ojca i Giovanniego Cucciego SJ Kościół a pedofilia. Czym różni się ta książka od wielu innych, zwłaszcza anglojęzycznych, pozycji podejmujących problem wykorzystania seksualnego nieletnich w Kościele katolickim?

Hans Jest wiele książek podejmujących ten temat. Nasza publikacja kładzie Zollner nacisk na stan wiedzy psychiatrycznej i psychologicznej dotyczącej omawianego problemu. Dotychczasowe publikacje popularnonaukowe i publicystyka, podejmowane zarówno z pozycji niechętnych Kościołowi, jak i broniących go, w niewielkim stopniu uwzględniają ustalenia naukowe. Warto choćby zauważyć, że w samej psychiatrii ma miejsce dynamiczna zmiana w podejściu do pedofilii. Jeszcze kilka lat temu psychiatria mówiła o możliwości wyleczenia pedofilów, a dziś większość psychiatrów mówi jedynie o możliwości nauczenia ich kontroli zachowania. Nauka się zmienia, formułuje nowe kryteria i ­wyciąga nowe wnioski. Trzeba o tym pamiętać, gdy oceniamy działania z przeszłości, także te podejmowane przez odpowiedzialnych w Kościele. Zdarzało się bowiem, że biskup wysyłał na terapię kapłana, który wykorzystywał seksualnie nieletnich, a potem na podstawie pisemnej opinii psychiatry poświadczającej, że jego pacjent jest wyleczony, przydzielał go znów do pracy parafialnej. A tam kapłan na nowo zaczynał wykorzystywać nieletnich. Dziś wiadomo, że nawet po pozytywnie przebytej terapii taki duszpasterz (lub przedstawiciel ­dowolnego innego zawodu) nie powinien pracować z nieletnimi do końca swojego życia.

 44 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Otwarta rana

Kusz Medialne informacje o nadużyciach seksualnych w Kościele bywają niekiedy szokujące i mogą zachwiać zaufaniem do Kościoła. Ojciec jednak twierdzi, że „skandal nadużyć jest bolesny, lecz konieczny i ważny”. Co to znaczy?

Zollner „Bolesny” – gdyż ma miejsce wewnątrz Kościoła, nie jest jedynie wymysłem medialnym, ale jest częścią rzeczywistości Kościoła. Kościół ze wstydem musi uznać, że sprawcami nadużyć seksualnych są ­niektórzy kapłani, diecezjalni i zakonni, których powołaniem jest chronić dzieci, strzec otoczenia nieletnich i przyczyniać się do ich wzrostu. Bolesny jest fakt, że są wśród księży tacy, którzy z mniejszym czy większym użyciem przemocy wykorzystywali seksualnie dzieci i młodzież. Dla Kościoła jest to doświadczenie ­dotkliwe i ­zawstydzające, jest – najogólniej mówiąc – jego winą. Papież Benedykt XVI mówi o nim jako o „otwartej ranie”. To papieskie określenie jest też we włoskim tytule naszej książki. „Konieczny i ważny” – dlatego że skandal ten jest dla Kościoła wyzwaniem, z którym trzeba się uczciwie zmierzyć. Niezaprzeczalne fakty niosą ze sobą konieczność szukania i znajdowania odpowiedzi na naglące pytania: o selekcję kandydatów do kapłaństwa, o środki zapobiegawcze, jakie należy zastosować w duszpasterstwie, aby skutecznie chronić dzieci i młodzież przed nadużyciami. Ten skandal uzmysławia konieczność troski o życie i formację księży. Zmusza do zastanowienia się nad tym, jak ma postąpić biskup, wikariusz generalny albo wyższy przełożony zakonny w sytuacjach, gdy zgłaszane są informacje o problemach księży, w tym również związanych z nadużyciem seksualnym.

Kusz Zadaje Ojciec pytanie o właściwą selekcję kandydatów do kapłaństwa. Kto powinien za nią odpowiadać?

Zollner W wielu międzynarodowych zakonach męskich, jak i w wielu diecezjach istnieje już sformalizowany proces przyjmowania kandydatów do seminarium. W tym procesie uczestniczy rektor seminarium,

 45

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Wyjaśnić też muszę, że nasza perspektywa – jako autorów tej książki – jest specyficzna, bo zadaniem Instytutu Psychologii na Uniwersytecie Gregoriańskim, gdzie pracujemy, jest kształcenie ­formatorów, czyli osób, które będą towarzyszyć innym w przygotowywaniu się do posługi w Kościele. Dlatego też w książce jest sporo o ­formacji, która bardziej niż dotąd musi uwzględnić wnioski płynące ze skandalu wykorzystywania seksualnego nieletnich.


Z p r o f . H a nse m Z ollne r e m S J r oz m a w i a E w a K u sz

jeden z formatorów, proboszcz znający danego kandydata oraz psycholog. Każdy z nich ma swoją określoną rolę.

Kusz Na co muszą zwracać uwagę?

Zollner Przede wszystkim, oczywiście, na dojrzałość – ludzką, duchową i intelektualną. Te różne wymiary dojrzałości należy rozpatrywać razem. Podejmując rozmowy z kandydatem, należy zwrócić uwagę na dwie rzeczy – czy u kandydata zauważalne są sygnały poważnych problemów oraz czy można przewidywać, że będzie się on rozwijał, czyli czy widać w nim tzw. przestrzenie wzrostu.

Kusz Jak u kandydata do kapłaństwa rozpoznać kogoś, kto w przyszłości może być sprawcą nadużyć seksualnych wobec nieletnich? Nie ma żadnych testów ani psychologicznych, ani seksuologicznych, które by pomogły rozpoznać przyszłego pedofila.

Zollner Psychologia nie jest nauką ścisłą pozwalającą na wypowiadanie takich twierdzeń. Psychologia może wskazać na pewne sygnały, które trzeba zinterpretować. Stephen J. Rosetti w artykule Some Red Flags for Child Sexual Abuse mówi o tzw. sześciu „czerwonych flagach”, które powtarzają się w dynamice nadużyć seksualnych wobec dzieci. Są to: niepewność dotycząca orientacji seksualnej, zainteresowania i zachowania typu infantylnego, częste relacje z małoletnimi przy jednoczesnym niedostatku relacji z rówieśnikami, jednostronny rozwój w sferze seksualnej, doświadczenie przemocy i wykorzystania seksualnego i wreszcie osobowość bardzo wycofana, bierna, introwertywna, konformistyczna i zależna.

Kusz Kto powinien odczytywać i interpretować takie sygnały?

Zollner To obowiązek zespołu, który przeprowadza proces selekcji kandydatów. Zadaniem psychologa jest wydanie opinii o kondycji psychicznej kandydata, i to zgodnie z etyką psychologa, czyli może on ­przekazać opinię przełożonym jedynie za zgodą kandydata. Chcę jednak mocno podkreślić, że psycholog nie może podejmować decyzji o przyjęciu kandydata do seminarium. Jest to zadanie rektora seminarium, biskupa albo prowincjała. Gdybym był rektorem, chciałbym też znać opinię osób, które znają dłużej kandydata, widziały go w pracy, przy wykonywaniu jakichś zadań. Taką znajomość kandydata często mają proboszczowie.

 46 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Galeria WIĘZI: Izabela Nowak

 47


Z p r o f . H a nse m Z ollne r e m S J r oz m a w i a E w a K u sz

Kusz Proboszczowie najczęściej wystawiają kandydatom dobrą opinię.

Zollner Nie jest to problem samych proboszczów, raczej biskupów czy rektorów. Jeśli zwierzchnicy będą dawali jasny komunikat, że nie chcą słyszeć tylko samych pochwał, ale chcą znać obiektywną ocenę kandydata, sytuacja się zmieni. To już się zmienia. Jeśli przełożony oczekuje dobrych informacji – takie też dostaje. Często różnorakie ­sprawozdania nie mówią o tym, jak jest, ale przekazują to, co wedle czyjegoś wyobrażenia przełożony chciałby usłyszeć. Przyjmując kandydata do seminarium, nie można od razu zauważyć wszystkiego, ale podczas pierwszego lub drugiego roku formacji dostrzega się, że ktoś ma np. problemy w relacjach z innymi. To zadanie dla formatorów w seminarium. Jeśli zauważą, że ktoś nie ma kontaktów ze swoimi rówieśnikami, zachowuje się infantylnie, jest zainteresowany jedynie pracą z dziećmi albo ma w swoim pokoju zdjęcia dzieci, to są poważne sygnały. Dlatego też Kongregacja ds. Wychowania Katolickiego domaga się, aby formatorzy w ­seminarium mieli odpowiednie przygotowanie w dziedzinie psychologii. To nie jest wymysł nas, psychologów, to zalecenie Kongregacji. Niestety, w wielu częściach świata nie przestrzega się tych wskazań.

Kusz W Polsce nie jest to częstą praktyką.

Zollner Oczywiście nie wszyscy rektorzy czy formatorzy muszą być psychologami. Nawet będzie lepiej, jeśli nimi nie będą, ale powinni dysponować niektórymi pojęciami z dziedziny psychologii i posiadać pewną zdolność integralnego spojrzenia na kleryka, by umieć rozeznać m.in. jego motywacje świadome i nieświadome oraz aby być gotowym do korzystania ze wskazówek psychologicznych. Formatorzy powinni jednak, zgodnie z Zasadami korzystania z dorobku ­psychologii opublikowanymi przez Kongregację ds. Wychowania Katolickiego z 2008 r., mieć kontakt z psychologami, którzy przyjmują nauczanie Kościoła na temat celibatu i życia konsekrowanego oraz rozumieją ten sposób życia.

Kusz Niekiedy pedofilię łączy się z homoseksualizmem. Czy, zdaniem Ojca, istnieje pomiędzy nimi związek?

Zollner Nie istnieje bezpośredni związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy homoseksualizmem a pedofilią lub efebofilią, tzn. homoseksualista przez sam fakt bycia nim nie stanowi zagrożenia dla dzieci i młodzieży. Należy jednak zwrócić uwagę na statystyki, które wskazują,

 48 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Otwarta rana

Kusz Jakie są jeszcze inne powody prowadzące do wykorzystania seksualnego nieletnich przez kapłanów?

Zollner Przyczyny mogą być bardzo różne – seksualność jest bardzo plastyczna, jest wyrazem całej osobowości człowieka, a zatem wszystkie dynamizmy osoby mogą się wyrazić poprzez seksualność. ­Kapłani są podatni dokładnie na te same czynniki, które sprzyjają wykorzystywaniu seksualnemu u osób spoza stanu duchownego. Mogą to być: braki w rozwoju psychoafektywnym adekwatnym do wieku; trudności w relacjach; rozczarowania w pracy i inne. Kapłani tak samo jak inni ludzie narażeni są na napięcia związane z samotnością, z przeciążeniami w pracy, z seksualizacją otoczenia, pornografią w internecie. Powinni więc troszczyć się o własną równowagę emocjonalną i duchową.

Kusz Przejdźmy do kwestii formacji: na czym powinna polegać, aby była odpowiednia?

Zollner Właściwa formacja jest opisana w adhortacji Jana Pawła II Pastores dabo vobis z 1993 r. Należy ją przeczytać, ponieważ w niej jest

 49

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

że wśród kapłanów wykorzystywanie nieletnich chłopców, szczególnie tych w okresie dorastania, jest statystycznie wyraźnie częstsze niż wykorzystywanie dziewczynek. Jeśli w całej populacji sprawców ofiarami wykorzystania seksualnego w 75% są dziewczynki, to w grupie sprawców-kapłanów ta proporcja jest odwrotna. Z tego właśnie powodu nie jest obojętne, czy będziemy przyjmowali osoby homoseksualne do kapłaństwa. Z drugiej strony, badacze z uniwersytetu w Nowym Jorku w opublikowanym 18 maja 2011 John Jay Report podkreślają, że w trakcie badań zjawiska wykorzystania seksualnego w Kościele amerykańskim nie stwierdzono związku pomiędzy homoseksualizmem a ­wykorzystaniem nieletnich. Istnieje zatem faktyczna trudność w interpretowaniu danych statystycznych. Prawdą jest to, na co wskazują komentatorzy raportu: jeśli mówimy o nieproporcjonalnej ilości wykorzystywania nieletnich chłopców przez duchownych, musimy wziąć pod uwagę również i to, że kapłani mają łatwiejszy kontakt z chłopcami, np. z ministrantami. Poza tym nie wszystkie przypadki wykorzystania chłopców przez duchownych są ekspresją orientacji homoseksualnej w ścisłym tego słowa znaczeniu. Mogą być również wyrazem innego dynamizmu psychicznego – próbą wyjścia z samotności czy złagodzenia frustracji.


Z p r o f . H a nse m Z ollne r e m S J r oz m a w i a E w a K u sz

zawarte zasadniczo wszystko. Papież mówi tam o czterech płaszczyznach rozwoju: ludzkiej, duchowej, intelektualnej i duszpasterskiej. Która z nich jest pierwsza? Zawsze ludzka. Formacja ludzka, kulturowa, relacyjna jest fundamentem formacji kapłańskiej. Nie mówią tego psychologowie chcący pomniejszyć znaczenie duchowości czy teologii, ale mówi o tym bł. Jan Paweł II! Jestem przekonany, że jeśli będziemy postępować zgodnie z zaleceniami opisanymi w tej ­adhortacji, będziemy mieli znacznie mniej problemów, a więcej świadectw przykładnego życia kapłańskiego. Gdy mówimy o odpowiedniej formacji to, moim zdaniem, znaczy to również, że powinna być ona indywidualna, dopasowana do pojedynczego kandydata. Nie można założyć, że w chwili przyjęcia do seminarium wszyscy klerycy są na tym samym poziomie. Trzeba wiedzieć, na co powinno się zwrócić uwagę w formacji i autoformacji danego kandydata, we wszystkich wymiarach: ludzkim (relacyjnym i uczuciowym), duchowym i intelektualnym.

Kusz Czy formacja seminaryjna dobrze przygotowuje do dojrzałego przeżywania celibatu? Czy sam celibat pomaga, czy utrudnia przeżywanie własnej seksualności?

Zollner Celibat – jako styl życia dla kapłanów Kościoła łacińskiego – jest wyborem ze strony Kościoła. Celibat jako taki może oczywiście pomóc w dobrym przeżywaniu własnej seksualności, ale aby tak było, duchowny musi przejść odpowiednią formację. Nie można budować na założeniu, że sam wybór celibatu pomaga już nim dojrzale żyć, szczególnie we współczesnym świecie, w którym nie promuje się wierności w relacjach, a obrazy pornograficzne są dostępne praktycznie wszędzie. Dlatego młody człowiek powinien być informowany, w jaki sposób ma żyć swoją seksualnością w powołaniu kapłańskim. Dziś dyskusja na temat celibatu skupia się jedynie i wyłącznie wokół pytania o gratyfikację seksualną, a nie o celibat rozumiany jako pewien styl życia powiązany z ofiarnością, zaangażowaniem w misję, ubóstwem, posłuszeństwem. To wszystko przynależy do całości wyboru tego rodzaju życia. Problemem podstawowym dla kapłana jest to, jak pozostawać w głębokiej więzi z Jezusem w swoich relacjach z innymi, w społeczeństwie. Życie ofiarowane innym, otwarte na drugiego człowieka, proste, zdrowe relacje, różne zainteresowania – to wszystko pomaga celibatariuszowi dawać świadectwo Jezusowi. Czasem jednak, jak wszyscy wiemy, życie ­kapłańskie nie jest świadectwem. Niestety, dzisiaj, również z powodu niedostatków

 50 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Otwarta rana

Kusz Nadużycia seksualne w Kościele są antyświadectwem. Jak wobec tych faktów powinni zachowywać się odpowiedzialni w Kościele?

Zollner 3 maja 2011 r. Kongregacja Nauki Wiary opublikowała list okólny do wszystkich konferencji episkopatów zobowiązujący je do wydania bądź zrewidowania wytycznych dotyczących postępowania w przypadku oskarżenia kapłana o nadużycia seksualne wobec małoletnich. Stolicy Apostolskiej chodzi zarówno o procedury towarzyszenia i pomocy ofiarom nadużyć, jak i o uwrażliwienie wspólnoty kościelnej pod kątem ochrony dzieci i młodzieży. Ten list okólny ­do ­ maga się z jednej strony, aby biskupi stosowali rozporządzenia kanoniczne w tej materii oraz, z drugiej strony, aby uwzględniali postanowienia ustaw cywilnych. Jeśli państwo oczekuje automatycznego i obowiązkowego doniesienia o czynie wykorzystania seksualnego małoletnich, biskup jest zobowiązany to uczynić. Taka jest wola Stolicy Apostolskiej.

Kusz W Polsce nie ma obowiązku prawnego złożenia doniesienia na sprawców przestępstw seksualnych.

Zollner Także w Niemczech i we Włoszech zgłaszanie przestępstwa nie jest obowiązkowe, inaczej niż we Francji i w USA. Niezależnie od różnic w ustawodawstwie poszczególnych krajów Kongregacja podkreśla konieczność ścisłej współpracy z właściwymi organami państwowymi. Dyrektywy Kongregacji Nauki Wiary są opublikowane i znane w całym świecie, ponieważ Stolicy Apostolskiej zależy na tym, aby zasady postępowania były wspólne. Jeśli biskupi diecezjalni będą postępować według tych norm, uzyskamy gwarancję możliwie największego bezpieczeństwa.

Kusz Czytałam wytyczne z różnych krajów, niektóre bardzo precyzyjne i bogate w treści. Polskie wytyczne zawierają jedynie podstawowe normy kanoniczne. Z kolei Włochy i Hiszpania nie mają adekwatnie przygotowanych norm, ponieważ biskupom tych krajów nie wydawały się one potrzebne.

Zollner Kongregacja we wspomnianym już liście okólnym zobowiązuje konferencje episkopatów do przygotowania wytycznych do końca maja 2012 r. Zobowiązuje! Zakładam, że przesłane do Kongregacji wytyczne poszczególnych krajów zostaną sprawdzone pod kątem

 51

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

świadectwa, wartość celibatu nie znajduje uznania w oczach społeczeństwa.


Z p r o f . H a nse m Z ollne r e m S J r oz m a w i a E w a K u sz

spójności z normami i procedurami, o których mowa w instrukcjach oraz w liście okólnym. Jestem przekonany, że Kongregacja przekaże episkopatom swoją opinię, ale obowiązek stanowienia lokalnego prawa według ogólnych zasad przynależy w tym przypadku do konferencji episkopatów.

Kusz A co w przypadku, gdy w wytyczne będą wpisane zalecenia Kongregacji, natomiast w życiu nie będą one stosowane?

Zollner To już jest problem sumienia tych, którzy ich nie będą stosować. Można i trzeba przygotować prawo, które chroni ofiary i ściga przestępców. Samo prawo nie ma jednak mocy sprawczej. Musi być znane i stosowane. Prawo państwowe chroni własność prywatną, ale to nie sprawia, że przestają istnieć złodzieje albo zaniedbania w ściganiu przestępstw przeciwko własności. Tak jest i w tym ­przypadku. Stolica Apostolska robi wszystko, co do niej należy, ale wydanie obowiązujących norm dla poszczególnych krajów i wdrożenie zgodnego z nimi postępowania jest wyzwaniem dla poszczególnych konferencji episkopatów, a w drugiej kolejności dla zakonów. Aby pomóc w tym zakresie konferencjom episkopatów i przełożonym generalnym, organizujemy na Uniwersytecie Gregoriańskim w dniach 6–9 lutego 2012 r. sympozjum dla przedstawicieli konferencji episkopatów oraz dla niektórych przełożonych generalnych zakonów męskich i żeńskich z całego świata. Chcemy rozmawiać o tym, jak pomagać ofiarom oraz jak chronić dzieci i młodzież przed wykorzystaniem seksualnym ze strony duchownych i innych osób posługujących w Kościele. My – jako przedstawiciele uniwersytetu – chcemy ofiarować przełożonym kościelnym pomoc w przygotowaniu i wydaniu swoich własnych wytycznych zgodnie z nowymi zaleceniami Kongregacji Nauki Wiary.

Kusz Czy, zdaniem Ojca, w Polsce, gdzie do tej pory nie wybuchł skandal związany z falą ujawnień przypadków wykorzystania seksualnego małoletnich, mamy do czynienia z ciszą przed burzą? A może ten problem nas z jakichś powodów ominie?

Zollner Nie ma podstaw, by przyjąć, że w Kościele polskim nie było przypadków nadużyć seksualnych. Jednak skala tego zjawiska pozostaje nieznana. Sytuacja Polski jest porównywalna z niemiecką sprzed roku 2010, wówczas przypadki z przeszłości były częściowo znane, ale nie wyobrażano sobie skali problemu i nie zajmowano się tym. Nadużycia seksualne wobec nieletnich są wszędzie tam, gdzie się

 52 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Otwarta rana

Kusz Dlaczego dopiero po latach ofiary zaczynają mówić o tym, że były wykorzystane seksualnie przez kapłanów w okresie swojego dzieciństwa lub dorastania?

Zollner Jest wielką tajemnicą, dlaczego ofiara trzyma w sobie głęboko swoje cierpienie przez 30, a nawet przez 50 lat i potem nagle zaczyna o nim mówić. Istnieje, oczywiście, jakiś szczególny moment, który ułatwia ofiarom mówienie, np. gdy media ujawniają przypadki nadużyć. Pojedynczej ofierze trudno jest mówić publicznie o tak traumatycznym doświadczeniu, jeśli jednak takich ofiar jest setki, to ­pojedyncze osoby stają się anonimowe i anonimowość je chroni. W Holandii ofiary wyszły z ukrycia nie wtedy, gdy episkopat holenderski dziewięć lat temu zapraszał ofiary do zgłaszania się, ale ­dopiero wówczas, gdy w Niemczech rozpoczęło się to medialne tsunami, czyli ponad rok temu. Prawdopodobnie ofiary holenderskie poczuły się pewniej w tej wielkiej liczbie ofiar i nie obawiały się tak bardzo, że media będą chciały zmusić ich do opowieści o ich przeżyciach. Nacisk na upublicznienie tak bolesnych wydarzeń niesie ze sobą poważne niebezpieczeństwo ponownej traumatyzacji, ponownego przeżycia tego doświadczenia i otwarcia rany, która została zamknięta z dużym trudem. O tym też trzeba pamiętać.

Kusz A czy zna Ojciec jakiś pozytywny przykład konfrontacji Kościoła lokalnego z problemem nadużyć seksualnych?

Zollner Taki przykład stanowi chociażby archidiecezja monachijska, która zdecydowała się na przebadanie i przedstawienie opinii publicznej

 53

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

z nimi pracuje: w szkołach, grupach sportowych, harcerstwie, ale również i w Kościele. Jeśli Kościół w Polsce nie skonfrontuje się z tą rzeczywistością, jeśli nie weźmie – jak to mówimy w Niemczech, byka za rogi – będzie się działo to, czego świadkami byliśmy w USA, Kanadzie, ­Irlandii, Niemczech, Austrii czy ostatnio w Belgii. W wyciąganiu nadużyć seksualnych na światło dzienne dużą rolę odegrały media i nacisk opinii publicznej, nie zawsze przychylnej Kościołowi. Jednak to nie media są winne, że w Kościele był „brud”, by użyć sformułowania Benedykta XVI. Jeśli Kościół nie wie, jak reagować w takich sytuacjach, ponieważ nie zadał sobie trudu, aby poznać fakty, to jego wizerunek znacznie bardziej ucierpi, niż gdyby powiedział: tak, mieliśmy takie przypadki, są one bardzo bolesne, ale zmierzyliśmy się z tym w taki a taki sposób.


Z p r o f . H a nse m Z ollne r e m S J r oz m a w i a E w a K u sz

tego, co działo się na jej terenie, poczynając od lat powojennych, aż do dzisiaj. Kroki te zostały podjęte m.in. dlatego, że jest to ­archidiecezja, w której biskupem przez kilka lat był Joseph Ratzinger, i media, szczególnie „New York Times” oraz niektóre gazety niemieckie, atakowały go za jeden konkretny przypadek, w który – jak ­wykazało niezależne dochodzenie – Ratzinger jako arcybiskup Monachium nie był w żaden sposób wmieszany. Archidiecezja monachijska zleciła poważnej kancelarii adwokackiej przebadanie całego archiwum archidiecezjalnego, także ­personalnego z lat 1945–2009, umożliwiając jej zapoznanie się ze wszystkimi dokumentami o kapłanach działających w tym okresie. 3 grudnia 2010 r. podczas konferencji prasowej przedstawicielka kancelarii w obecności arcybiskupa Monachium, kard. Reinharda Marxa oraz wikariusza generalnego przedstawiła wyniki badań. Okazało się, że w dokumentach znaleziono 159 przypadków oskarżeń o nadużycia. Każdy z tych przypadków jest bolesny i zawstydzający. Po konferencji prasowej przez następnych kilka godzin było duże poruszenie medialne w internecie, następnego dnia były już tylko krótkie informacje w niektórych dziennikach, a potem zapadła cisza. Dzisiaj dziennikarze wiedzą, że w archidiecezji monachijskiej nie ma już nic do odkrycia. Tam, gdzie się postępuje według ustalonych reguł, tam dokonuje się oczyszczenie. Wymaga to jednak dużej odwagi przełożonych, w tym zakonnych, aby dogłębnie skonfrontować się z rzeczywistością. Rzecz ma się podobnie jak z wrzodem, który stale dokucza i zatruwa organizm – jeśli zostanie przecięty i wyczyszczony, to cierpienie i ból się kończą i rana może się goić. Rozmawiała Ewa Kusz

Hans Zollner SJ – ur. 1966. Jezuita, profesor psychologii i psychoterapeuta. W swoich pi-

smach i wykładach podejmuje problematykę duchowości i psychologii powołania. Współautor (wraz z Giovannim Cuccim) książki Kościół a pedofilia – pierwszej wydanej po polsku publikacji podejmującej to zagadnienie. Od 2003 r. jest wykładowcą w Instytucie Psychologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. Od 2010 r. jest też dziekanem Instytutu i prorektorem uniwersytetu. 

 54 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Michał Kelm

Jak przerwać spiralę grzechu? Gdy Benedykt XVI obejmował ster łodzi Piotrowej, nikt nie przypuszczał, że największym wyzwaniem, jakie napotka w czasie swojego pontyfikatu, będzie przeprowadzenie Kościoła przez rafy skandali pedofilskich. W czasie kilku ostatnich lat ­papież wielokrotnie potępiał duchownych, którzy dopuścili się tych czynów, spotykał się z ofiarami, publicznie je przepraszał, posyłał listy kierowane do Kościołów w tych krajach, gdzie nadużycia przybierały rozmiar plagi, a w swoich wystąpieniach wielokrotnie wzywał i zachęcał sądy kościelne do współpracy z państwowym wymiarem sprawiedliwości, podkreślając, że duchowni, którzy są sprawcami czynów ­pedofilskich, powinni odpowiadać także przed sądami państwowymi. W zeszłym roku podjęto istotne działania natury legislacyjnej: wydłużono okres przedawnienia dla tego rodzaju przestępstw, ponadto za przestępstwo uznano posiadanie pornografii dziecięcej, a także uproszczono procedurę karną, umożliwiając zawieszenie podejrzanego w posłudze kapłańskiej bez uprzedniego wysłuchania go. Wreszcie w maju br. Kongregacja Nauki Wiary ogłosiła okólnik skierowany do Konferencji Episkopatów w sprawie opracowania wytycznych dotyczących sposobów postępowania w przypadku nadużyć seksualnych popełnionych przez duchownych wobec osób niepełnoletnich. Czy wszystkie powyższe działania rzeczywiście posłużą do szybszego i lepszego rozwiązywania bardzo bolesnych – i dla ofiar, i dla całego Kościoła – problemów związanych z czynami przemocy seksualnej, których dopuszczają się duchowni? Zakładnicy własnych decyzji

W moim przekonaniu wprowadzane zmiany powinny zmierzać w kierunku głębokiej ustrojowej reformy sądownictwa kościelnego i można mieć nadzieję, że gdzieś za murami Watykanu ktoś już o takiej reformie myśli, choć oficjalnie o tym się nie mówi.

 55

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Prawo kościelne wobec pedofilii duchownych


M i ch a ł Kel m

Na czym reforma taka miałaby polegać? Istotą systemu prawa kościelnego jest to, że władza wykonawcza, ustawodawcza i sądownicza pozostają w ręku jednej osoby: biskupa diecezjalnego. O ile taki splot uprawnień w zakresie kwestii ­administracyjnych może być tolerowany, to jest nie do zaakceptowania, gdy dotyczy ­sądzenia spraw o charakterze kryminalnym, ponieważ uniemożliwia skuteczne ściganie duchownych popełniających przestępstwa. Najlepszym tego przykładem jest właśnie problem nadużyć seksualnych duchownych. W Kościele nie istnieje urząd niezależnego prokuratora. Kanoniczny prokurator, czyli rzecznik sprawiedliwości, jest powoływany przez biskupa i może być także przez niego usunięty z ważnej przyczyny (kan. 1436). Podobnie jest z członkami trybunałów, czyli sędziami: ich również powołuje biskup i jemu podlegają w każdym aspekcie swojego funkcjonowania w diecezji. To on decyduje o ich uposażeniu, przywilejach, miejscu zamieszkania i tym, kim lub czym będą się zajmować, gdy zakończą pracę w sądownictwie kościelnym. Taki ustrój, w którym zarówno władza ustawodawcza, wykonawcza, jak i sądownicza spoczywa w jednym ręku – charakterystyczny dla średniowiecznych systemów organizacji władzy – w samej swej konstrukcji zakłada ochronę własnych urzędników, umniejszając prawa osób trzecich. Najlepszym tego przykładem jest sposób, w jaki w wielu krajach ukrywano i uwalniano od odpowiedzialności duchownych – sprawców nadużyć seksualnych. Dlatego należy rozważyć, czy sędziów wszystkich instancji w trybunałach kościelnych zajmujących się rozstrzyganiem w sprawach karnych, a także osób występujących w charakterze oskarżyciela nie powinien mianować papież, który miałby wyłączne prawo decydowania o ich funkcjonowaniu w Kościele, także od strony zapewnienia tym osobom godziwego utrzymania. Posunięcie to służyłoby osiągnięciu niezawisłości sędziowskiej w jej pełnym zakresie. Takie rozwiązanie instytucjonalne połączyłoby zasadę zwierzchnictwa papieża (wykazując w ten sposób szczególną troskę Kościoła o ten jakże znaczący dla niego problem) z zasadą pomocniczości promowaną przez II Sobór Watykański. Taki krok pozwoliłby oddać sądownictwo w ręce osób rozumiejących język, jakim mówi ofiara, znających uwarunkowania kulturowe, w których funkcjonują uczestnicy procesu, a także szereg innych aspektów koniecznych do właściwej oceny wiarygodności oskarżonego, ofiary i świadków, a w konsekwencji do wydania słusznego merytorycznie orzeczenia. Stworzenie w każdej diecezji urzędu niezależnego oskarżyciela miałoby również doniosłe konsekwencje na etapie ścigania czynów karalnych popełnianych przez duchownych, ponieważ musiałoby oznaczać pozbawienie biskupa kompetencji opisanej w kanonie 1718. Na jego podstawie biskup po przeprowadzeniu dochodzenia wstępnego podejmuje decyzję, czy zgromadzone dowody pozwalają na wszczęcie procesu, czy też sprawę należy umorzyć. W mojej ocenie to właśnie ten przepis jest źródłem zła, które prowadziło do unikania odpowiedzialności przez pedofilów w sutannach, ponieważ powierza on niezwykle ważną decyzję w ręce jednej osoby, która – z wielu przyczyn – po prostu nie powinna jej podejmować.

 56 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Po pierwsze, biskupi z reguły doskonale znają duchownych ze swojej diecezji: przez lata pracy poznali ich osiągnięcia duszpasterskie, konsekrowali kościoły i poświęcali różnego przeznaczenia budynki, których wznoszenie osoby te nadzorowały. Często ci właśnie biskupi udzielali im święceń, a przed powołaniem na urząd byli ich rektorami, ojcami duchownymi czy wykładowcami w seminarium, gdzie poznali ich jako sumiennych studentów. Generalnie rzecz ujmując, byli przekonani o dobrej i rzetelnej pracy tych osób dla Kościoła. I nagle pewnego dnia otrzymali wiadomość, że dany duchowny został posądzony o haniebny czyn. Każdy z nas w takich okolicznościach zareagowałby niedowierzaniem, zwłaszcza że pokrzywdzony często nie wydaje się wiarygodny – z reguły pedofile wybierają osoby słabe psychicznie, niepotrafiące w logiczny i przekonujący sposób opisać swojego nieszczęścia. Biskup w takiej sytuacji – zważając na obowiązek troski o dobre imię duchownego, do czego zobowiązuje go prawo kanoniczne, oraz będąc przekonanym, że dba o interes całego Kościoła – skłonny jest do podjęcia decyzji o nie­wszczynaniu procesu oraz, dla uspokojenia sytuacji, o przeniesieniu podejrzanego duchownego do innej parafii. Gdy z kolejnej parafii napłynie informacja o niewłaściwym zachowaniu tegoż duchownego, biskup ­– nawet jeśli już nabrał podejrzeń – pozostaje zakładnikiem podjętej wcześniej decyzji. Pozwalając na wszczęcie procesu, przyznawałby się do odpowiedzialności za to, że wcześniej zignorował informację o możliwości popełnienia ciężkiego przestępstwa przez duchownego z jego diecezji. Po raz kolejny umarza więc postępowanie, a duchowny trafia do nowej parafii. Istotą pedofilii jest jednak to, że pedofile prawie zawsze uderzają wielokrotnie – nauka zna tylko jednostkowe przypadki pojedynczych aktów przemocy na tle seksualnym wobec dzieci. W nowej parafii pedofil w sutannie może więc zaatakować po raz kolejny, pozostając bezkarnym, bo biskup z przyczyn wskazanych powyżej znów skłonny jest umorzyć postępowanie. Tego typu historie to nie teoretyczny model stworzony przez chorobliwych antyklerykałów, lecz dobrze opisane fakty – choćby przez kościelne komisje w Irlandii czy USA – które zaciążyły na dzisiejszej sytuacji katolicyzmu w tych krajach. Proces bez pokrzywdzonego?

W ten oto sposób dzięki kanonowi 1718 powstała prawdziwa spirala grzechu, z której Kościół nie potrafił się wyplątać, co więcej, swoimi postanowieniami nie tylko nie odbierał pedofilom możliwości popełniania niegodziwości, ale wręcz stwarzał do tego okazje poprzez przenoszenie do kolejnych parafii. To właśnie istnienie tego przepisu pozwalało prowadzić w mediach dywagacje, czy obecny papież, będąc ordynariuszem w Monachium, wiedział o skargach na pewnego duchownego ze swojej diecezji, który był podejrzewany o pedofilię, i czy podejmując decyzję o jego przeniesieniu w inne miejsce, nie tuszował kolejnego skandalu. Zarzuty te brzmiały na tyle poważnie, że sam rzecznik Stolicy

 57

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Jak przerwać spiralę grzechu?


M i ch a ł Kel m

Apostolskiej wyjaśniał, iż abp Joseph Ratzinger nie mógł wiedzieć o tych oskarżeniach wobec duchownego. O ile łatwiej byłoby, gdyby w diecezji decyzję o umorzeniu postępowania podejmował, podlegający władzy Stolicy Apostolskiej, niezależny ­prokurator. Benedykt XVI mógłby ustami swojego rzecznika powiedzieć jedno zdanie: sprawa została wnikliwie zbadana przez niezawisłą i niezależną ode mnie instytucję. Tym samym w sposób wiarygodny i przekonujący uciętoby wszelką dyskusję na ten temat. Być może niektórzy, argumentując przeciwko powoływaniu urzędu niezależnego prokuratora, powołają się na treść listu, który w czasie pontyfikatu Jana Pawła II wystosowała Kongregacja ds. Nauki Wiary. Istota norm zawartych w tym liście sprowadza się, po pierwsze, do wprowadzenia do kan. 1717 dodatkowych okoliczności nakładających obowiązek wszczęcia postępowania wstępnego. Dotychczas posługiwano się w nim terminem „prawdopodobnej wiadomości o przestępstwie”, obecnie wystarczającym powodem są już chociażby informacje prasowe. Po drugie, list wymaga, aby po zgromadzeniu dowodów sprawę kierować do Watykanu, który oceni konieczność prowadzenia procesu. Można by przyjąć, że w ten właśnie sposób pozbawiono biskupa wpływu na decyzję procesową zawartą w kanonie 1718. Pamiętać jednak należy, że to właśnie biskup powołuje i odwołuje osobę, która gromadzi dowody w postępowaniu wstępnym, a Stolica Apostolska podejmuje decyzję tylko i wyłącznie na podstawie zgromadzonych w takich, a nie innych okolicznościach dowodów. Okolicznościom tym brakuje zaś niezależności i niezawisłości. Dodatkowo decyzja Watykanu jest podejmowana z pominięciem niezwykle ważnej i istotnej zasady, którą w świeckim procesie nazywamy zasadą bezpośredniości: pełne wyobrażenie o wiarygodności przesłuchiwanych osób daje dopiero połączenie lektury protokołów z obserwacją zachowania podejrzanego w trakcie składania zeznań. Do tych wszystkich mankamentów dołóżmy jeszcze bardzo słabą pozycję pokrzywdzonego w kościelnym procesie karnym – w prawie kanonicznym nie znajdziemy wielu norm i gwarancji nowożytnego systemu prawnego. W prawie kanonicznym pokrzywdzony nie ma statusu strony. Kodeks prawa kanonicznego w kan. 1596 zezwala na udział osoby trzeciej w sprawie w charakterze strony, ale za zgodą sędziego, który zanim ją wyda, ocenia zasadność takiego wystąpienia. W procesie świeckim, jeżeli pokrzywdzony złoży stosowny wniosek w terminie, sąd nie może pozbawić go prawa występowania w procesie na prawach strony (art. 49, 53, 54 polskiego Kodeksu postępowania karnego). Otrzymanie takiego statusu ma fundamentalne znaczenie dla możliwości ochrony swoich praw poprzez branie udziału w rozprawach, składanie wniosków dowodowych, odwoływanie się od wyroku. Prawo kanoniczne, odmiennie od prawa państwowego (art. 306 k.p.k.), nie przewiduje ponadto możliwości zaskarżenia przez pokrzywdzonego orzeczenia o umorzeniu sprawy po przeprowadzeniu wstępnego dochodzenia: decyzję taką podejmuje ordynariusz i jest ona niezaskarżalna (kan. 1718). Praktyka pokazuje, że szczególnie trudne są procesy, w których osobą pokrzywdzoną jest małoletni, zwłaszcza gdy w chwili przesłuchiwania nie ukończył

 58 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Jak przerwać spiralę grzechu?

15 lat. Przesłuchania ofiar przemocy seksualnej są dramatyczne, ponieważ przypominanie sobie przez ofiarę krzywdzących wydarzeń oznacza konieczność ponownego zmierzenia się z bólem i nadużyciem zaufania – sprawcą jest przecież osoba darzona autorytetem. Wobec tych okoliczności polski ustawodawca państwowy postanowił w art. 185a, że pokrzywdzony, wobec którego dopuszczono się przestępstwa na tle seksualnym, jest przesłuchiwany tylko raz. Czynność ta, pomimo że ma miejsce na etapie przedjurysdykcyjnym, przeprowadzana jest na posiedzeniu sądu z udziałem psychologa, a prokurator, obrońca oraz pełnomocnik pokrzywdzonego mają prawo wziąć w nim udział. Z przesłuchania sporządza się protokół, który jest potem odczytywany na rozprawie. Dzięki temu sędzia z pomocą biegłego z zakresu psychologii potrafi przesłuchać dziecko w sposób wyjaśniający wszystkie zawiłości sprawy i prawidłowo ustalić fakty. Nadto przesłuchanie przez sąd w obecności obrońcy nie narusza praw oskarżonego. Niestety, w przepisach prawa kanonicznego taka instytucja nie istnieje. Prawo kanoniczne stanowi, że nie należy dopuszczać do składania zeznań małoletnich poniżej 14. roku życia i osób z upośledzeniem umysłowym. Przesłuchanie tych osób może jednak odbyć się na podstawie dekretu sędziego, w którym uzasadni się taką potrzebę (kan.1550). Próżno doszukać się tu norm pozwalających dotrzeć do prawdy, a jednocześnie chroniących dziecko przed kolejnym wstrząsem, który pojawia się zawsze, gdy pokrzywdzony powraca w relacji do dramatycznych dla niego wydarzeń.

Przedstawione zastrzeżenia uzasadniają, moim zdaniem, tezę, że Kościół w chwili obecnej nie dysponuje systemem prawnym pozwalającym na skuteczne ściganie duchownych dopuszczających się aktów przemocy seksualnej. Czy taki mechanizm został stworzony w okólniku Kongregacji Nauki Wiary wydanym w maju tego roku? Czy poszczególne episkopaty, tworząc już szczegółowe wytyczne, doprowadzą do istotnej jakościowej zmiany w sądownictwie kościelnym? Uważam, że ten dokument jest jedynie próbą naprawy bardzo źle funkcjonującego systemu, gdyż ani sam okólnik, ani powstałe w episkopatach wytyczne nie będą miały znaczenia prawnego dla sądów kościelnych orzekających w sprawach nadużyć seksualnych, chyba że zgodnie z kanonem 8 § 2 Kodeksu prawa kanonicznego zostaną uznane za ustawy partykularne, na co się nie zanosi, ponieważ zobowiązanie takie nie zostało nałożone w treści samego okólnika. Nie wdając się w nużące dla czytelnika rozważania prawne – nawet po dostosowaniu przepisów do watykańskiego okólnika nadal pozostanie pełen mankamentów system prawny i wytyczne niestanowiące prawa w rozumieniu Kodeksu prawa kanonicznego. Pozostanie też praktyka, która zależy od poszczególnych osób piastujących urzędy kościelne, oraz konieczność odwoływania się do ludzkiej przyzwoitości w instytucji, której „konstytucją” są cztery Ewangelie. To niestety – jak

 59

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Wytyczne to nie prawo


M i ch a ł Kel m

pokazały poprzednie lata – zbyt mało, by skutecznie mierzyć się z tak hańbiącym grzechem. Sam okólnik Stolicy Apostolskiej wydaje się wzmacniać pozycję ofiary, jednak nie są to zmiany o charakterze gwarancji prawnych. Mają one, powiedziałbym, pokazać bardziej ludzką twarz instytucji kościelnej poprzez odejście od zasady ignorowania ofiary, która w praktyce obowiązywała we wcześniejszych latach. Jeżeli moje stanowisko wydaje się komuś zbyt surowe, zachęcam do uważnej lektury samego okólnika: już w jego aspektach ogólnych w podpunkcie a, który odnosi się do ofiar nadużyć seksualnych, nakłada się na biskupa lub jego delegata obowiązek wysłuchania ofiar i angażowania się w udzielenie im pomocy duchowej i psychologicznej. Brzmi to pięknie, ale kogo dotyczy pojęcie „ofiara”: osoby, która dopiero zgłosiła, że doszło do popełnienia przestępstwa na tle seksualnym przez duchownego, czy też osoby, która wniosła pozew o molestowanie seksualne i uzyskała prawomocny wyrok sądu uznający winę oskarżonego? Jak zachowa się biskup, jeżeli sąd kościelny uniewinni sprawcę, a sąd państwowy uzna go za winnego? Jeżeli proces jeszcze trwa, biskupi zazwyczaj nie czynią żadnych gestów wobec ofiary. W sytuacji, gdy oskarżony nie przyznaje się do winy, taki gest biskupa – sprawującego najwyższą władzę sądowniczą w swojej diecezji – nie jest możliwy, ponieważ mógłby być odczytany jako zastępcze przyznanie się do winy, a oskarżonemu duchownemu przysługuje zasada domniemania niewinności, co z kolei podkreśla prawo kanoniczne i powtarza za nim sam okólnik. Jeżeli dołożymy do tego trwające latami procesy, wydłużone jeszcze procedurą przesyłania akt dochodzenia wstępnego do Watykanu, możemy założyć, że po uzyskaniu wyroku pomoc psychologiczna już raczej nie będzie ofierze potrzebna, ponieważ przez te wszystkie lata sam poszkodowany zapewne musiał jej poszukać. A pomoc duchowa? Lata kościelnej obojętności, ubranej w szaty oczekiwania na prawomocny wyrok, będą wymagały wielu starań, by pokrzywdzony w ten sposób młody człowiek pozostał w Kościele, o ile wcześniej na trwałe z niego nie odszedł. Dalsza lektura okólnika budzi poważne obawy, czy jego autorzy rzeczywiście rozumieją, czym jest pedofilia. Mianowicie w punkcie III.i stwierdzono, że „wyklucza się możliwość powrotu do wykonywania posługi kapłańskiej w sposób publiczny, jeśli owa publiczna posługa duchownego stanowi niebezpieczeństwo dla osób nieletnich lub powodowałaby skandal we wspólnocie”. Nieporozumieniem jest użycie w tym tekście słowa „jeśli” – zakłada to bowiem, że istnieją pedofile, którzy są w stanie powstrzymywać się od kontaktów seksualnych z dziećmi. Niestety, nauka, pomimo badania tego zjawiska, nie zna do dziś instrumentu terapeutycznego, który pozwoliłby na takie „zastopowanie” pedofila. Wybitna znawczyni zjawiska, dr Anna C. Salter w książce Pokonywanie traumy stwierdza: „Dzisiejsza wiedza na temat seksualnego napastowania dzieci zaczyna coraz bardziej szokować. Nadużycia te są zachowaniami wysoce kompulsywnymi, a uporczywość ich powracania zadziwia”. Pełne zrozumienie zjawiska pedofilii nakazuje usuwanie ze stanu duchownego osób, którym udowodniono choćby jedno takie zachowanie: inaczej Kościół

 60 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Galeria WIĘZI: Izabela Nowak

 61


M i ch a ł Kel m

ryzykuje, że zatrzymując takiego duchownego, będzie ipso facto autoryzował kolejne popełnione przez niego nadużycia. Przez lata doświadczeń kryminologia wypracowała fundamentalną zasadę, mówiącą, że sprawca przestępstwa, popełniając je, nie myśli o surowej karze, która go czeka. Dalece bardziej skuteczna jest świadomość nieuchronności kary. I to za kwestię nieuchronności kary odpowiada sprawny system prawny. Tego systemu Kościołowi na dzień dzisiejszy brak. Warto też pamiętać, że znacznie większe zgorszenie niż sam grzech przyniosły fakty tolerowania go przez przełożonych i pomocy udzielanej bezkarnym sprawcom. W moim przekonaniu tylko głęboka reforma prawa obowiązującego w Kościele może zapewnić skuteczną walkę z nadużyciami seksualnymi. Wprowadzenie takiej reformy powinno zagwarantować, że każda sprawa zostanie rozpoznana bez zbędnej zwłoki, zamiast trwać latami. Tylko takie postępowanie pozwala w wypadku ­wyroku uniewinniającego na szybkie zdjęcie z pomówionego odium pedofila, a w przypadku uznania jego winy zapewnia osobie okrutnie skrzywdzonej ­realną i przychodzącą w odpowiednim czasie pomoc psychologiczną. Michał Kelm

Michał Kelm – ur. 1969, adwokat, członek Okręgowej Izby Adwokackiej we Wrocławiu. W swojej praktyce zawodowej wielokrotnie uczestniczył w procesach dotyczących przestępstw na tle seksualnym. Szczęśliwy mąż i ojciec. Mieszka w Oławie.

 62 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Bóg jest po stronie ofiary Z Piotrem Jordanem Śliwińskim OFMCap. rozmawia Ewa Karabin

Ewa Czy możemy powiedzieć, że pedofilia jest problemem polskiego Karabin Kościoła? Piotr Jordan Śliwiński OFMCap.

Pedofilia jest złem, które dotyka całe społeczeństwo. A Kościół nie jest przecież poza społeczeństwem, więc to zło również trafia się ­wewnątrz Kościoła. W takich sytuacjach problem jest szczególnie ­bolesny, bo pojawiają się pytania o wierność Chrystusowi, która powinna owocować większą wrażliwością na zło. Dlatego w środowisku ludzi wierzących reakcje na takie nadużycia mogą być nieproporcjonalnie mocne do skali zjawiska. Nie możemy natomiast powiedzieć, że jest to problem całej instytucji, ale że jest to problem konkretnych ludzi, a co za tym idzie – reakcji instytucji na problemy jej członków. Temat księży-pedofilów jest bardzo nośny medialnie, ale wiemy ze statystyk, że w olbrzymiej większości przestępstwa seksualne na nieletnich popełniają osoby z najbliższego otoczenia dziecka, z rodziny, z kręgu przyjaciół. Pedofilia wśród duchownych to mała część dużo szerszego problemu.

Karabin Niektórzy twierdzą, że pedofilia w tym środowisku jest powiązana z ­celibatem...

Śliwiński Badania pokazują, że to nieprawda. W przeważającej części sprawcami nadużyć seksualnych wobec dzieci są ludzie, którzy żyją w związkach heteroseksualnych, mają zwyczajne rodziny, a obok tego wszystkiego rodzi się ich perwersja seksualna.

 63

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii


Z P i o t r e m J o r d a ne m Ś l i w i ń s k i m O FM C a p . r oz m a w i a   E w a K a r a b i n

Karabin Media donoszą o kolejnych skandalach pedofilskich z udziałem księży, to stwarza wrażenie, że dziś duchowni mają większe problemy ze swoją seksualnością niż kiedyś.

Śliwiński Musimy pamiętać, że kultura z jednej strony jest coraz bardziej permisywna i promuje tolerancję dla różnych zachowań seksualnych w społeczeństwie, a z drugiej strony jest coraz bardziej represywna wobec zachowań duchownych. Dobrym przykładem jest tutaj problem homoseksualizmu – te same media będą piętnowały homoseksualnego duchownego i domagały się poszanowania praw środowisk homoseksualnych – medialne myślenie o tym zagadnieniu charakteryzuje pewne rozdwojenie. Ponadto księża nie żyją w okopach Świętej Trójcy! Niegdyś klauzura stwarzała przestrzeń intymności do modlitwy, studiów, kontemplacji. Dziś nadal kobiety nie mogą bez pozwolenia przełożonego wejść za klauzurę, ale poprzez telewizję i internet znajdują się tam codziennie. Nie fizycznie, ale przez obrazy. Nie będziemy przecież zakładać filtrów internetowych, klasztor to nie państwo totalitarne. Przeżywamy te same próby i te same problemy.

Karabin Nawet jeśli wśród pedofilów księża stanowią mniejszość, to czy nie powinno się dokonywać surowszej selekcji kandydatów do kapłaństwa?

Śliwiński To nie jest kwestia odsiewania ludzi, którzy mogą być potencjalnymi pedofilami, ale właściwej formacji seminaryjnej. Wiadomo, że musimy wydłużać formację, bo to już dzisiaj konieczność. A dłuższa formacja oznacza między innymi także częstsze używanie instrumentów psychologicznych. Weryfikuje się w ten sposób coraz mocniej stopień dojrzałości kandydata, zarówno psychologicznej, jak i religijnej. W starożytnym chrześcijaństwie katechumen, który stawał do chrztu, podejmował radykalną decyzję, musiał przyjąć przed Chrystusem całe swe dotychczasowe życie. A dziś zdarza się, że nawet kandydaci do święceń nie są w pełni pogodzeni ze swoim życiem! Kleryk musi mieć podstawową znajomość siebie, znać własne ograniczenia, wyrazić zgodę na swoje życie. W naszej formacji kapucyńskiej kandydat na zakonnika najpierw przechodzi przez roczny postulat – nosi świecki strój, mówi się do niego per pan, wyjeżdża on do rodziny, żeby mógł samodzielnie podjąć decyzję o powrocie do zakonu, ma swoje odrębne modlitwy. Postulat to z jednej strony czas na egzystencjalne przepracowanie katechizmu, a z drugiej intensywna praca nad formacją ludzką, możliwość

 64 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Bóg jest po stronie ofiary

Karabin Wspomina Ojciec o wydłużaniu formacji, a przecież spada odsetek powołań i seminaria zaczynają już medialne kampanie promocyjne, by przyciągnąć kandydatów do kapłaństwa. To może rodzić pokusę obniżenia poprzeczki wymagań.

Śliwiński Nie zauważyłem w naszym seminarium takiej pokusy. Oczywiście dostrzegam ogólne obniżenie poziomu wykształcenia. Nasi klerycy są przedstawicielami pokolenia, które ma problem z przyswajaniem podstawowych treści humanistycznych, z recepcją tekstu, z czytaniem ze zrozumieniem. To obecnie duży problem na wszystkich uczelniach, ale czy przez to obniżać poprzeczkę? Od lat z uśmiechem powtarzam, że głupi ksiądz to zagrożenie dla Kościoła.

Karabin Jest Ojciec dyrektorem Szkoły dla Spowiedników i z wieloma problemami styka się zapewne Ojciec właśnie w perspektywie konfesjonału. Potencjał tego miejsca jest ogromny, bo to przestrzeń wysokiego zaufania i niektórzy ludzie są tam zdolni wyznać rzeczy, ­których nie powiedzieliby otwarcie żadnemu terapeucie, żadnemu przyjacielowi, nikomu. Czy spowiednicy są przygotowani na to, że mogą w konfesjonale usłyszeć od kogoś o grzechu pedofilii?

Śliwiński Psychologowie mówią, że większość ludzi, którzy popełniają ten straszny grzech, jest egosyntoniczna, to znaczy włącza czyny pedo-

 65

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

wsparcia psychologicznego czy duchowego. Jeżeli prowadzący postulat uzna, że młody człowiek potrzebuje więcej czasu, to może go zatrzymać na tym etapie jeszcze przez rok, dać mu możliwość spokojnej poprawy sytuacji. Dopiero potem kandydat rozpoczyna nowicjat, czyli wchodzi w podstawową strukturę zakonną. Przez rok uczy się zakonnego abecadła, odpowiedzialności, życia we wspólnocie. I po tym czasie, jeżeli wyrazi taką wolę i wspólnota ją poprze, składa pierwsze śluby, a w pięć lat później składa śluby wieczyste. W naszym zakonie wprowadziliśmy po pierwszych dwóch latach formacji, poświęconych problematyce filozoficznej, rok „franciszkańsko-­duszpasterski”, przez pierwsze półrocze młodzi bracia przechodzą bardzo intensywną formację skupioną wokół naszego charyzmatu –.posługują ubogim, chodzą do hospicjum, utrzymują kontakt z ludźmi potrzebującymi, a przez drugie pół roku są na naszych placówkach, żeby zobaczyli, jak żyją bracia, posmakowali codzienności w innych domach zakonnych niż ich seminaryjny, żeby poznali inne problemy i zdobyli nowe doświadczenia. W ten sposób wspólnota próbuje pomóc im w dojrzewaniu do ostatecznej decyzji włączenia się w nasze życie.


Z P i o t r e m J o r d a ne m Ś l i w i ń s k i m O FM C a p . r oz m a w i a   E w a K a r a b i n

filskie tak silnie w swoją osobowość, że stają się one całkowicie ­akceptowalne przez ego, więc ludzie ci nie są w stanie ocenić moralnie własnego działania i odrzucić tego, co w nim złe. Dlatego tak niewielu z nich dobrowolnie trafia na terapię albo przychodzi do spowiedzi. My, spowiednicy, częściej spotykamy się z ofiarą.

Karabin I jak taka sytuacja wygląda?

Śliwiński Ja mogę powiedzieć, jak próbujemy przygotowywać do takiej sytuacji księży w Szkole dla Spowiedników. Co kapłan może zrobić? Wiadomo, że nie jest terapeutą i absolutnie nie powinien próbować przeprowadzać w konfesjonale terapii, bo zazwyczaj przynosi to więcej szkód niż pożytku. Nawet jeśli duchowny jest psychologiem, to na pewno nie może łączyć psychoterapii z sakramentem pokuty. Kapłan przede wszystkim musi nazwać rzecz po imieniu. Potwierdzić, że został popełniony straszny grzech, że wyrządzono ogromne zło, obojętnie, kto był sprawcą. Często ofiary mają bardzo silne poczucie ubrudzenia, zbrukania, wstydu, zdarza się także, że ofiara odczuwała jakiś rodzaj przyjemności seksualnej i nie może sobie z tym poradzić, bo czuje się współwinna. Należy jej powiedzieć, że to ona jest poszkodowana i nie zaciągnęła żadnej winy moralnej. Ponadto kapłan musi zapewnić, że Bóg jest po stronie ofiary. I dopiero wtedy zaproponować ścieżki możliwej pomocy. Pokazać ścieżkę terapeutyczną, która jest konieczna, i ewentualnie zaoferować także wsparcie w postaci kierownictwa duchowego, stałej spowiedzi. To ostatnie jest bardzo istotne, bo w sytuacji wykorzystywania seksualnego u ofiary pojawia się często pytanie: „Dlaczego Bóg do tego dopuścił?”. Wtedy właśnie ważne jest to duchowe towarzyszenie.

Karabin Osoby skrzywdzone przez duchownych mają często poczucie, że ­ujawnienie ich doświadczenia zrani cały Kościół, bo da przeciwnikom Kościoła argumenty do jeszcze głośniejszej krytyki.

Śliwiński W tym przypadku najważniejsza jest wierność Ewangelii, a nie solidarność instytucjonalna. Kościół ma głosić Dobrą Nowinę o zbawieniu. W sakramencie pokuty mam świadomość, że jestem przedstawicielem Kościoła, ale jestem nim z mandatu Chrystusa. Dlatego ofierze trzeba przede wszystkim mówić, że Bóg jej nie opuścił w jej cierpieniu, nawet jeśli jest ono trudne do przyjęcia. To cierpienie jest niekiedy tak dojmujące, że trzeba wiele czasu i modlitwy, aby ofiara mogła dojść do pojednania z Bogiem. Spowiednik musi jasno pokazać, że to ofiara jest w centrum, że Kościół jest nastawiony przede wszystkim

 66 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Bóg jest po stronie ofiary

Karabin A co się dzieje, gdy do konfesjonału przychodzi matka, która obawia się o własne dziecko?

Śliwiński Pamiętajmy, że to już nie jest zakres stricte sakramentu pokuty, a raczej porady duszpasterskiej. Może się zdarzyć, że przy okazji ­sakramentu ktoś o coś takiego zapyta, wtedy konieczne jest wskazanie psychologa i wytłumaczenie, że dzisiejsza psychologia ­dysponuje odpowiednimi narzędziami, aby zweryfikować takie podejrzenie, a przygotowany psycholog jest w stanie pomóc jej dziecku, jeżeli tylko rozpozna, że dzieje się coś złego. Zawsze trzeba się trzymać drogi ­terapeutycznej i diagnostycznej, bo pierwszą zasadą jest ochrona i pomoc ofiarom. Co do tego nie ma wątpliwości.

Karabin A czy kapłan wie, gdzie konkretnie może wysłać ofiarę molestowania seksualnego?

Śliwiński Ksiądz, który przychodzi do nowej parafii i zaczyna tam posługiwać, powinien pozbierać informacje, gdzie jest centrum interwencyjne dla bitych kobiet, gdzie można uzyskać pomoc psychologiczną, wsparcie materialne, gdzie jest noclegownia dla bezdomnych i tak dalej. Dziś taka wiedza jest bardzo często potrzebna.

Karabin Tylko czy wszędzie znajdują się odpowiednie poradnie i punkty konsultacyjne? Czy proboszcz malutkiej parafii w górach też może znaleźć w swojej okolicy odpowiednią pomoc dla poszkodowanych?

Śliwiński Naturalnie. W każdym powiecie musi być ośrodek wsparcia uzależnionych i współuzależnionych, który często też zajmuje się interwencją w sprawach przemocy i posiada wykwalifikowany personel. Tam można znaleźć pomoc lub przynajmniej uzyskać informację, gdzie jej szukać. Proboszcz często nie musi sam organizować pomocy terapeutycznej lub socjalnej, czasami wystarczy, że porozumie się z władzami samorządowymi i podzieli obowiązkami. Myślę, że tu są ciągle olbrzymie możliwości współpracy na najniższym lokalnym poziomie.

 67

Karabin Czy skandale pedofilskie czegoś nas nauczyły? Śliwiński Myślę, że weryfikuje się ciągle nasze myślenie o Kościele. Jest on święty świętością swego Założyciela, ale jest też wspólnotą grzeszników

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

na pomoc ofierze, a nie na usprawiedliwianie sprawcy. Odpowiednie formacyjne przygotowanie spowiednika jest tu bardzo istotne.


Z P i o t r e m J o r d a ne m Ś l i w i ń s k i m O FM C a p . r oz m a w i a   E w a K a r a b i n

i musi się ciągle nawracać. Z drugiej strony wzrasta przekonanie, że dziś księża pracujący z dziećmi muszą mieć odpowiednie przeszkolenie. Konieczna jest świadomość, że kulturowo akceptowalne spontaniczne gesty – jak posadzenie dziecka na kolanach, pogłaskanie po głowie – mogą czasem być interpretowane zupełnie opacznie. Dlatego ksiądz powinien przejść szkolenie psychologiczne i  mieć świadomość granic. Nie musi bać się wszystkiego, ale musi od razu ­widzieć, jakie są granice dopuszczalnej bliskości. W sytuacji duszpasterskiej rzucenie podejrzenia na kogoś jest dosyć łatwe. O tym się stosunkowo mało mówi, a przecież trzeba wypracować odpowiednie narzędzia weryfikacji wnoszonych oskarżeń, zanim wyda się wyrok. Niekiedy informacje o nadużyciach seksualnych bywają wykorzystywane manipulacyjnie, zwłaszcza gdy dotyczą wydarzeń sprzed wielu lat. To jest szalenie delikatna sprawa, bo z jednej strony trzeba otoczyć należytą troską ofiarę, a z drugiej nie zapominać, że w trudnej sytuacji duchowny musi mieć wsparcie od swoich przełożonych, bo jego też obejmuje zasada domniemanej niewinności.

Karabin A jeśli wina zostanie udowodniona? Pojawiają się zarzuty, że postawa Kościoła bywa zbyt miłosierna...

Śliwiński Dokumenty Kongregacji Nauki Wiary temu przeczą, podobnie jak słynna wypowiedź Benedykta XVI z homilii na zakończenie Roku Kapłańskiego: „usilnie prosimy o przebaczenie Boga i osoby pokrzywdzone, zapewniając, że pragniemy uczynić wszystko, co możliwe, aby już nigdy więcej nie doszło do takich nadużyć, oraz obiecując, że przy dopuszczaniu do kapłaństwa i w trakcie formacji przygotowującej do niego zrobimy wszystko, co możliwe, aby ocenić autentyczność powołania”. Pamiętajmy jednak, że nawet usunięcie kogoś ze stanu duchownego czy zakazanie posługi pasterskiej nie jest jednoznaczne z definitywnym potępieniem człowieka. Kary kanoniczne są nakładane po to, żeby ktoś się nawrócił, zszedł ze złej drogi, a nie po to, żeby mu odebrać nadzieję na Boże miłosierdzie.

Karabin Skandale pedofilskie nadszarpnęły zaufanie społeczne do Kościoła. Czy to nie jest dobry moment na pracę nad odbudowaniem pozytywnego wizerunku i promocję obrazu zdrowych relacji wewnątrz Kościoła?

Śliwiński Powinniśmy pokazywać w mediach dobre przykłady zaangażowania ­duchownych w życie społeczeństwa, bo to jest potrzebne. Ale musimy

 68 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Bóg jest po stronie ofiary

uważać, żebyśmy się nie koncentrowali tylko na public relations. Posługą Kościoła nie jest kreowanie wizerunku księdza, ale głoszenie Ewangelii. My wcale nie mamy być mili. Mam wrażenie, że dziś za mało krzyczymy o ważnych sprawach społecznych, wobec których nie powinno się milczeć, np. na temat prostytucji czy lichwiarstwa, które w Polsce cały czas istnieją, a prawie się o nich nie mówi. Czasem należy krzyknąć, żeby kogoś obudzić, żeby mu pokazać, że sytuacja może być zła, ale jego życie tutaj jest drogą, jest ciągłą szansą na nawrócenie. Zwiastowanie człowiekowi wyzwolenia w Chrystusie, aby on mógł sam się od tego zła oderwać – to jest zadanie Kościoła. Rozmawiała Ewa Karabin

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Piotr Jordan Śliwiński OFMCap. – ur. 1963. Kapucyn, dr filozofii, adiunkt w Katedrze Lingwistyki Komputerowej Uniwersytetu Jagiellońskiego, wykładowca kapucyńskiego Wyższego Seminarium Duchownego. Dyrektor Szkoły dla Spowiedników, członek Zespołu Laboratorium WIĘZI. Opublikował m.in. Grzechy w kratkę (wywiad rzeka o spowiedzi), Reguły życia. W rodzinie i zakonie. Współautor książek Kościół a spirytyzm, Kościół a reinkarnacja. Mieszka w Krakowie.

 69


Ewa Kusz

To nie nasz problem? Kościół w Polsce wobec wykorzystywania seksualnego nieletnich

19 marca 2010 r. papież Benedykt XVI skierował do katolików w Irlandii bezprecedensowy list pasterski, dotyczący nadużyć seksualnych wobec dzieci i młodzieży, jakich dopuścili się członkowie irlandzkiego Kościoła, oraz sposobu, w jaki potraktowały tę sprawę władze kościelne. List ten, pomimo że ma konkretnego adresata, został odebrany jako wypowiedź do Kościoła powszechnego na temat nadużyć seksualnych wobec małoletnich w Kościele. 11 maja 2010 r. w drodze do Portugalii – odpowiadając na pytania dziennikarzy na pokładzie samolotu – papież powiedział, że „największe prześladowanie Kościoła nie pochodzi od zewnętrznych nieprzyjaciół, ale rodzi się z grzechu w Kościele”. Nie są to jedyne jego wypowiedzi w kontekście nadużyć seksualnych. Świadczą one o głębokiej trosce Benedykta XVI pragnącego poprowadzić Kościół drogą oczyszczenia z nadużyć seksualnych duchownych wobec małoletnich. Jeszcze jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary, w 2001 r., Joseph Ratzinger doprowadził do wypracowania kanonicznych norm postępowania wobec osób duchownych podejrzanych o kontakt seksualny z nieletnimi poniżej 18. roku życia. W maju 2010 r. ta sama kongregacja uzupełniła te normy, m.in. wydłużając okres przedawnienia skargi dotyczącej tego przestępstwa z 10 do 20 lat. W maju 2011 r. Stolica Apostolska skierowała list okólny do wszystkich konferencji episkopatów, zobowiązujący je do opracowania do końca maja 2012 r. wytycznych odpowiadających sytuacji poszczególnych krajów i uwzględniających obowiązujące normy. Fala oskarżeń o nadużycia seksualne wobec duchownych katolickich ruszyła w latach 80. w Stanach Zjednoczonych. Kolejno przetoczyła się przez Kanadę, Australię i niektóre kraje europejskie: Irlandię, Wielką Brytanię, a ostatnio przez Niemcy, Austrię, Belgię i Holandię. Wywoływała i nadal wywołuje skrajne emocje i postawy zarówno wśród biskupów, księży, wiernych, jak i ludzi stojących z dala od Kościoła. Jedni oskarżają Kościół o zmowę milczenia; podważają celibat, w nim upatrując przyczyny nadużyć seksualnych wobec niepełnoletnich; oskarżają prawie

 70 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


To nie nasz problem?

Kościół naszym domem

Zdrowy dom jest miejscem bezpiecznym, w którym człowiek wzrasta i dojrzewa, gdzie może się ukryć, gdy doświadczył bólu lub krzywdy, tam może nabrać siły, aby dalej żyć. Dom może być również miejscem, gdzie dzieje się zło i najbardziej bezbronnym, czyli dzieciom, zadawany jest ból. Jak wskazują badania, miejscem, w którym najczęściej dochodzi do wykorzystania seksualnego nieletnich, jest właśnie dom, a „zdrada, której dopuszcza się dorosły, jest tym silniej odczuwana, im większym zaufaniem obdarzało go dziecko”2, ponieważ „bliski związek ze sprawcą wymaga od dziecka nie tylko wyjaśnienia zdarzenia i ochronienia własnej osoby, lecz także stwarza konieczność usprawiedliwienia i ochrony sprawcy”3. Dziecko stosuje nierzadko mechanizmy zaprzeczenia, wyparcia, przywiązuje się do sprawcy, a nawet obdarza go miłością. Sprawca natomiast robi wszystko, aby informacja o czynie lub czynach nie wyszła poza system rodzinny. Niejednokrotnie

1 Benedykt XVI, Światłość świata, Kraków 2011, s. 39. 2 M. Beisert, Kazirodztwo. Rodzice w roli sprawcy, Warszawa 2008, s. 44. 3 Tamże.

 71

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

wszystkich duchownych o sprawstwo (krzywdząc tych, którzy ofiarnie i przykładnie pracują dla innych). Inni zaprzeczają i bronią albo siebie, albo innych nawet wtedy, gdy wina jest wielce prawdopodobna lub oczywista; tłumaczą wszystko atakami na Kościół i oburzają się z tego powodu. Wiadomo, że za działaniami mediów stoją różne intencje, ale – jak mówi Benedykt XVI – „o ile jest to prawda, musimy być wdzięczni za każde wyjaśnienie […], w końcu media nie mogłyby w ten sposób informować, gdyby w samym Kościele nie było zła. Tylko dlatego, że w Kościele było zło, mogło ono przez innych zostać przeciw Kościołowi wykorzystane”1. To, że do tej pory w Polsce ten temat jeszcze nie był przez media podjęty w szerszym zakresie, wydaje się wynikać z tego, że dotychczas media skupiły się na innych sprawach dotyczących Kościoła – lustracji czy Komisji Majątkowej. Tematyka nadużyć seksualnych duchownych wobec niepełnoletnich nie wywołała jeszcze w Polsce burzy medialnej. Czy mimo to będziemy chcieli skorzystać z doświadczeń innych Kościołów? Czy też raczej pozostaniemy w dobrym samopoczuciu, że to nie nasz problem albo że u nas jest on z wielu powodów niewielki? Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Mogę jedynie marzyć, że wykonamy odpowiednie kroki, aby w miarę możności poznać dogłębnie skalę problemu nadużyć seksualnych duchownych wobec nieletnich – w przeszłości i obecnie. Marzy mi się również, że podjęte zostaną adekwatne działania tak wobec ofiar, jak i sprawców oraz tych, których w sensie społecznym ten problem dotknął. Chciałabym, aby równolegle został podniesiony temat prewencji oraz dobrej polityki informacyjnej.


E w a K u sz

terapeuci słyszą od pacjentów, że „nie mówi się źle o swoim domu”, że „nie wolno wynosić poza dom tego, co w nim się dzieje”. Należy milczeć. Zdarza się, że ojciec, który wykorzystuje seksualnie swoją córkę, tłumaczy jej, że jest to jej wina, ponieważ prowokuje go seksualnie. Czasem nawet gdy córka odważy się i powie matce o tym, co się dzieje, słyszy to samo: „to twoja wina”, „bądź cicho”, „on odejdzie od nas i co my wtedy zrobimy”. Ofierze trudno później skonfrontować się z prawdą, że nie zawiniła. Niekiedy dziecko, które było ofiarą wykorzystania, jako dorosły człowiek staje się sprawcą. Podobne mechanizmy można odnaleźć również w Kościele. Jedynie role są inne: kapłan jako sprawca, a przełożony kościelny jako ten, który tuszował sprawę, milczał, był bezradny albo przerzucał winę na ofiarę. Podobne jest także i to, że wśród kapłanów wykorzystujących seksualnie nieW Polsce nie dysponujemy letnich jest – jak mówią badania – statystyczopisem księdza wykorzystującego nieletnich. Brak badań uniemożliwia nie dużo ofiar wykorzystania w przeszłości, także przez księży. W domach zazwyczaj oczyszczenie przeszłości. ofiarami są dziewczynki, natomiast ofiarami księży częściej padają nieletni chłopcy4. Jedno jest wspólne: i w domach, i w Kościele ofiary są tak samo bezradne, osamotnione w swoim cierpieniu, pozostawione z traumatycznymi doświadczeniami. Różnica polega na tym, że o ile w domu ofiary próbują usprawiedliwić zachowanie rodziców lub też w późniejszym wieku ich odrzucają, o tyle w przypadku wykorzystania seksualnego przez kapłanów ofiary tracą zaufanie nie do tego konkretnego księdza, ale do całego Kościoła, a co gorsze – do Boga. Odrzucają Boga, którego obraz stał się dla nich karykaturalny. Ks. Charles Scicluna5 mówi: „Jeśli nadużycia dokonuje kapłan, ślad w ofierze pozostaje dużo większy, bo zniszczone jest zaufanie duchowe, bo została zabita wiara”6. Swoim marzeniem o Kościele jako domu wpisuję się w program duszpasterski na kolejny rok pracy w polskim Kościele. Jeśli więc faktycznie chcemy, aby Kościół był prawdziwym domem, to i normy postępowania w nim muszą być klarowne, także te dotyczące karania duchownych za wykorzystanie seksualne oraz te odnoszące się do prewencji i ochrony nieletnich. Jeśli tego zabraknie – będzie to dom patologiczny. Te normy – zgodnie ze wspomnianym listem okólnym Kongregacji Nauki Wiary – winny być tak sformułowane, aby objęły opieką ofiary nadużyć oraz formowały wspólnotę kościelną w celu ochrony niepełnoletnich. Kongregacja wskazuje nawet na to, że w niektórych krajach kościelne programy prewencyjne chroniące nieletnich stały się 4 Za: John Jay Report, The Causes and Context of Sexual Abuse of Minors by Catholic Priests in the United States, 1950–2010, United States Conference of Catholic Bishops, Washington, DC, http://www.usccb.org/comm/archives/2011/11–105.shtml. 5 Promotor sprawiedliwości (odpowiednik oskarżyciela) w Trybunale Apostolskim Kongregacji Nauki Wiary. 6 A. Tornielli, Gli abusi dei preti sui bambini uccidono la fede, „La Stampa” 2.07.2011.

 72 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


To nie nasz problem?

wzorem dla innych środowisk. Dalej w liście okólnym jest mowa o tym, że ofiary powinny być wysłuchane przez biskupa lub jego delegata. Wskazano w nim również na konieczność właściwego przygotowania do kapłaństwa – począwszy od dobrej i kompetentnej selekcji, przez formację seminaryjną, na formacji stałej kończąc. Przygotowane przez episkopaty wytyczne powinny uwzględniać zasady prawa kanonicznego w tej kwestii i jednocześnie mieć na względzie ustawodawstwo cywilne danego kraju. Wiele episkopatów w ostatnich latach sformułowało takie normy i podało je do wiadomości publicznej, także na własnych stronach internetowych. Część z nich realizuje zalecenia listu okólnego. Warto, żeby w Kościele w Polsce w ciągu najbliższego roku zostały opracowane niezbędne wytyczne, które zostaną podane do wiadomości publicznej i będą stosowane w praktyce.

Wciąż pozostaję pod wrażeniem rozważań kard. Ratzingera podczas drogi krzyżowej w pamiętnym 2005 roku. Przy IX stacji usłyszeliśmy słowa: „Ile brudu jest w Kościele, i to właśnie wśród tych, którzy poprzez kapłaństwo powinni należeć całkowicie do Niego!”. W kolejnych latach kard. Ratzinger, już jako papież, niejednokrotnie uznawał zaniedbania Kościoła wobec ofiar i jasno nazywał grzech pedofilii. Na stronie watykańskiej mamy dział: „Wykorzystanie nieletnich. Odpowiedź Kościoła”7, w którym znajdują się wszystkie wypowiedzi papieskie oraz dokumenty Stolicy Apostolskiej dotyczące tego problemu. Konfrontując się z winą Kościoła, Benedykt XVI może równocześnie wskazywać na słabość społeczeństwa, które nie chroni nieletnich. Mówi on o rozwoju turystyki seksualnej, w tym i pedofilskiej, o ogromnych nakładach na pornografię. O tym trzeba mówić nie po to, aby skryć się za cudzą winą, ale dlatego, żeby chronić wszystkie dzieci zagrożone nadużyciami seksualnymi. Warto więc tu także ­wspomnieć różne działania po roku 1968, kiedy to próbowano rozróżnić tzw. dobrą pedofilię, która rzekomo miałaby służyć dziecku (jeszcze do tej pory pojawiają się takie strony internetowe), od złej pedofilii związanej z przemocą wobec dziecka. W Belgii w 2006 r. zalegalizowano partię pedofilską, a był to już czas ostrych ataków na Kościół za nadużycia seksualne wobec nieletnich. Zdarza się również (np. w Niemczech), że czasem ci sami urzędnicy publiczni, którzy zasiadają w gremiach badających sprawę nadużyć seksualnych w Kościele, są członkami organizacji, które kilka lat wcześniej głosiły tolerancję wobec pedofilii albo też walczyły o zgodę na wszelkie akty seksualne za zgodą obydwu stron, z nieletnimi włącznie8.

7 http://www.vatican.va/resources/index_it.htm. 8 Por. R. Bingener, Die Lust am Kind – Wofür steht die „Humanische Union”?, „Frankfurter Allgemeine Zeitung” 29.03.2010.

 73

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Konfrontacja z problemem


E w a K u sz

Konfrontacja z problemem rozpoczyna się od oceny zjawiska, uznania grzechu zaniedbania wewnątrz Kościoła, a potem uczciwego pokazania szerokiego kontekstu zagadnienia wykorzystywania nieletnich. Każde środowisko, które zajmuje się nieletnimi, jest miejscem przyciągającym potencjalnych sprawców. Są to szkoły, grupy sportowe, ośrodki wychowawcze, bursy, kolonie, ale również grupy ministranckie, oazy dziecięce i młodzieżowe oraz inne grupy dla dzieci i młodzieży funkcjonujące przy kościołach. Oczywiście, w żadnym razie nie można sugerować, że każda osoba pracująca z dziećmi czy młodzieżą jest potencjalnym sprawcą. Wśród wychowawców w środowiskach społecznych i kościelnych zdecydowana większość to ludzie oddani dzieciom i młodzieży. Jednakże pomiędzy nimi znajdują się także sprawcy wykorzystania seksualnego wobec niepełnoletnich. Odkrywanie nadużyć seksualnych popełnionych przez duchownych w odległej przeszłości jest trudne, dopóki nie pojawiają się oskarżenia dotyczącego konkretnego księdza. Warto jednak skonfrontować się z przeszłością, sprawdzić, czy wcześniej nie zdarzały się zgłoszenia o nadużycia seksualne popełnione przez księży i jak sprawy zostały potraktowane. Niewątpliwie wzorem takiego działania jest postępowanie archidiecezji monachijskiej9 czy też niemieckiej prowincji jezuitów, którzy udostępnili zewnętrznym ekspertom akta dotyczące m.in. kolegium w Bad Godesberg w celu zbadania, jak wyglądał tam problem nadużyć seksualnych od 1950 do 2010 r.10 Po tej analizie powstały opublikowane raporty, udostępnione opinii publicznej. Innym przykładem z ostatniego czasu jest praca Konferencji Episkopatu USA, która po opublikowaniu w 2002 r. Karty Ochrony Dzieci i Młodzieży11 zamówiła w niezależnym John Jay College of Criminal Justice of the City University of New York analizę dotychczasowych przypadków nadużyć seksualnych w USA. Celem badania było wyjaśnienie przyczyn kryzysu. W ten sposób powstał raport, liczący prawie 150 stron, ogłoszony w maju tego roku. Zawiera on pogłębione studia dotyczące zagadnienia nadużyć seksualnych z dziedziny psychologii i psychiatrii oraz wskazuje przyczyny społeczno-kulturowe tego zjawiska. Raport podejmuje również temat formacji kapłańskiej. W Stanach Zjednoczonych pod koniec lat 80. poprzedniego stulecia podjęto szeroką analizę zjawiska – początkowo niezależnie od hierarchii kościelnej – by odpowiedzieć na szereg pytań: Jak to możliwe, żeby kapłan mógł wykorzystywać nieletnich? Dlaczego trwało to tak długo? Dlaczego problemu nie rozpoznano wcześniej?12 Następnie na podstawie dalszych badań podjęto próbę opisania osobowości

9 O przypadku archidiecezji monachijskiej mówią w tym numerze WIĘZI o. prof. Hans Zollner SJ i Tomasz Kycia. 10 https://www.jesuiten.org/wo-wir-sind/unsichtbare-menuepunkte/unterseiten/downloads.html. 11 Karta dostępna jest w języku polskim na stronie Konferencji Episkopatu USA. 12 Tym pytaniom poświęcona jest m.in. praca zbiorowa Predatory Priest, Silenced Victims. The Sexual Abuse Crisis and the Catholic Church (red. M. Gail Frawley-O’Dea, V. Golner), Taylor & Francis Group LLC, 2007. Por. także: M. Gail Frawley-O’Dea, Perversion of Power. Sexual Abuse in the Catholic Church, Vanderbilt University Press, Nashwille 2007.

 74 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


księdza, który wykorzystuje nieletnich13. Zajęto się również opisem skutków psychicznych, jakie pozostawia w ofierze doświadczenie wykorzystania przez kapłanów14 sposobem leczenia sprawców czy wreszcie formacją przyszłych księży. Przeprowadzone studia i analizy pomagają w zapobieganiu nadużyciom seksualnym duchownych wobec małoletnich. Najnowszym przykładem podjęcia próby konfrontacji z problemem wykorzyJest pewna reakcja, gniew u ofiar stania seksualnego niepełnoletnich jest dekapłańskich nadużyć, którego się cyzja episkopatu niemieckiego o zleceniu nie spotyka w innych przypadkach, dwóm poważnym instytutom badawczym ponieważ dotyka on głębokości duszy. analizy wydarzeń z punktu widzenia ofiar, badania działania i osobowości sprawców oraz analizy zachowania Kościoła wobec ofiar i sprawców. Decyzję tę podano do wiadomości 13 lipca br. Te szeroko zakrojone badania, które obejmą wszystkie diecezje i zakony w Niemczech – zarówno w wymiarze ilościowym, jak i jakościowym – mają służyć wyciągnięciu wniosków na przyszłość15. W Polsce jak do tej pory brak podobnych analiz odpowiadających naszym możliwościom i świadczących o aktywnej postawie wobec problemu. Ten brak powoduje, że nie dysponujemy opisem psychospołecznym księdza, który w naszych warunkach wykorzystywał czy też nadal wykorzystuje seksualnie nieletnich. Brak odpowiednich badań uniemożliwia oczyszczenie przeszłości oraz odsłania naszą słabość w mierzeniu się z problemem nadużyć seksualnych wobec nieletnich w Kościele w Polsce, czego dowodem jest chociażby nikły zakres działań prewencyjnych. Widać to szczególnie w kilku dziedzinach. Nie ma przejrzystych norm przyjmowania do pracy w Kościele ludzi świeckich czy zakonnic. Mało uwagi poświęca się w tym kontekście procesowi przyjmowania do seminariów czy adekwatnej ­formacji kapłanów. Brakuje ośrodków, do których można by skierować księdza podejrzanego o nadużycia seksualne w celu przeprowadzenia dobrej diagnozy czy poddania takiego księdza terapii przez specjalistę rozumiejącego specyfikę życia w celibacie. Nie ma jasno określonej polityki informacyjnej zarówno względem parafii czy wspólnot, gdzie zaistniały fakty lub poważne podejrzenia wobec jakiegoś kapłana, jak i wobec szerszej opinii publicznej. Brak też współpracy pomiędzy Kościołem a państwem. Wiele do życzenia pozostawia współpraca Kościoła ze specjalistami zajmującymi się ochroną dzieci – psychologami, psychiatrami i seksuologami. Innymi słowy, nie jesteśmy w Kościele w Polsce dobrze przygotowani do skonfrontowania się z tym problemem. 13 Np. Len Sperry wyróżnił 6 typów duchownych-pedofilów. Zob. Len Sperry, Sex, Priestly Ministry and the Church, Liturgical Press, Collegeville, Minnesota 2003. 14 Szereg artykułów na ten temat opublikowało jezuickie czasopismo „Human Development”. 15 http://www.dbk.de/presse/details/?presseid=1876&cHash=795764615f442c50943978e6bfa91c1a.

 75

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

To nie nasz problem?


E w a K u sz

Krokiem do poprawy sytuacji byłoby chociażby powołanie zespołu na płaszczyźnie ogólnopolskiej, który spróbowałby określić poszczególne zagadnienia, jakimi należałoby się zająć. Obok przyjrzenia się przeszłości ważne jest także jak najszybsze określenie zasad postępowania wobec spraw przeszłych, ale mogących się pojawiać na bieżąco, czyli wypracowanie wytycznych według wskazówek Kongregacji Nauki Wiary. Prewencja musi uwzględnić proces przyjmowania kandydatów do seminariów i adekwatną formację przyszłych księży, współpracę ze specjalistami w dziedzinie psychologii, psychiatrii i seksuologii respektującymi zasady nauczania Kościoła. Nie obejdzie się też bez wypracowania odpowiedniej polityki informacyjnej i szerszej współpracy z fachowcami. Nie wystarczy, że kurie diecezjalne czy zakonne będą miały wyznaczonych urzędników do zajmowania się tymi sprawami. Dobrze byłoby, gdyby zostali powołani wiarygodni pełnomocnicy w diecezjach czy też metropoliach, którzy będą mogli przyjmować konkretne zgłoszenia oskarżeń o wykorzystanie seksualne przez duchownych. Troska o ofiary i o nieletnich

W Polsce istnieją organizacje pozarządowe zajmujące się szeroko pojętą ochroną dzieci przed przemocą i przed wykorzystaniem seksualnym. Chcę tu wspomnieć o takich inicjatywach jak Krajowe Partnerstwo na rzecz Ochrony Dzieci przed Przemocą16, Fundacja Kidprotect17 i inne. Istnieje sporo cennych inicjatyw, jak np. „Stop pedofilom” czy „Bezpieczny internet”. W czerwcu tego roku organizacje zgromadzone wokół Krajowego Partnerstwa zaapelowały do ministra sprawiedliwości o jak najszybsze, kompleksowe dostosowanie polskiego prawa do ­regulacji Konwencji Rady Europy o ochronie dzieci przed seksualnym wykorzystywaniem i niegodziwym traktowaniem w celach seksualnych. Nie ma sensu ich dublować. ­Więcej korzyści przyniesie włączenie się w to, co już funkcjonuje, bądź też uzupełnienie ­istniejących projektów o to, co niosą ze sobą wyzwania wynikające z nadużycia seksualnego w Kościele. Kościół w Polsce w ostatnich latach podejmuje sporo inicjatyw dotyczących ochrony życia od momentu poczęcia – otwiera „okna życia”, prowadzi domy samotnych matek itp. Ochrona dzieci i ofiar wpisuje się w tę działalność Kościoła. Czasami może być ona trudniejsza, ponieważ dotyczy ochrony nieletnich przed tymi, którzy wewnątrz Kościoła zamiast chronić życie, nadużyli go. Wymaga więc większej odwagi od nas samych, ponieważ wiąże się z uznaniem grzeszności ludzi Kościoła, wymaga zmiany mentalności, szczególnie u przełożonych kościelnych. Zmiana taka – według ks. Scicluny – jest możliwa u tych,

16 Zob. www.krajowepartnerstwo.fdn.pl 17 Zob. www.kidprotect.pl

 76 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


To nie nasz problem?

Przedstawiciel Kongregacji Nauki Wiary mówi też dalej: „Jest to doświadczenie traumatyczne, które zmienia życie, tak jak się to stało w moim przypadku”18. Myślę, że dopóki przełożeni kościelni, czyli biskupi, wikariusze generalni, kanclerze w kuriach oraz przełożeni zakonni nie usłyszą tego, czego doświadczyły ofiary i nie podejmą odpowiednich kroków, aby uchronić następne możliwe ofiary, dopóty będą dalej zabiegać bardziej o wizerunek zewnętrzny Kościoła niż o człowieka, który jest w tym Kościele głęboko zraniony. Marzę o tym, aby człowiek zraniony stał się drogą Kościoła, aby przedstawiciele hierarchii, do których wpływają informacje o domniemanym wykorzystaniu seksualnym dokonanym przez ich podwładnych, mieli czas i otwarte serce, aby wysłuchać ludzi wnoszących oskarżenia. Wtedy możliwe będą do spełnienia postulaty dotyczące ochrony nieletnich i ofiar wykorzystania seksualnego przez duchownych. Inne kraje radzą sobie z problemem pedofilii na różne sposoby. Istnieją ponaddiecezjalne komitety ochrony dzieci i młodzieży, w których skład wchodzą świeccy, zakonnicy, zakonnice i księża. Ich zadaniem jest przygotowywanie programów prewencji i monitorowanie realizacji tych działań. Wiele diecezji i prowincji zakonnych wyznaczyło niezależnych pełnomocników czy delegatów, do których mogą się zgłaszać ofiary nadużyć seksualnych przez duchownych, a oni sami rozpoczynają proces badania sprawy bądź przekazują go dalej. Nazwiska tych osób oraz możliwości kontaktu są podane publicznie. W każdej parafii angielskiej musi być wyznaczona taka osoba. W Niemczech jest też podany ogólnokrajowy telefon zaufania i strona internetowa. Każdy kraj ma swoją specyfikę, która wpisuje się albo w program zapobiegawczy przyjęty przez państwo (Anglia), albo w praktykę duszpasterską i możliwości personalne danej diecezji czy Kościoła na szczeblu ogólnokrajowym. W polskim Kościele potrzebujemy szerszej refleksji na szczeblu krajowym, w jaki sposób możemy radzić sobie z problemem nadużyć seksualnych. Do tej refleksji warto zaprosić różne środowiska, a jednym z jej efektów może być powstanie miejsc, gdzie ofiary będą się mogły bezpiecznie zgłaszać i być wysłuchane przez odpowiednio przygotowany do tego personel. Wydaje się, że są w Polsce środowiska, które mogłyby podjąć inicjatywy dotyczące ochrony nieletnich i troski o ofiary wykorzystania seksualnego – siostry zakonne, osoby konsekrowane z instytutów świeckich, inni chrześcijanie dobrej woli. Nieodzownym elementem efektywnego działania jest współpraca z istniejącymi już

18 Cytaty za A.Tornielli, Gli abusi dei preti sui bambini uccidono la fede, „La Stampa” 2.07.2011.

 77

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

którzy mają odwagę spotkać się z ofiarami wykorzystania, przyjąć je, wysłuchać ich opowieści. Jeśli się tego nie zrobi, można przeczytać wszystko, być najbardziej przygotowanym, ale nie będzie się w stanie zrozumieć dogłębnie dramatu związanego z tymi strasznymi grzechami. Jest pewna reakcja, gniew u ofiar kapłańskich nadużyć, którego się nie spotyka w innych przypadkach, ponieważ dotyka on głębokości duszy.


E w a K u sz

w Polsce organizacjami zajmującymi się tym problemem. Oczywiście, możemy się zastanawiać, czy czekać na inicjatywę odgórną, czy też podjąć działania oddolne? Najlepiej byłoby, gdyby jedno z drugim szło w parze. Nadzieja na zmiany

Nie tracę nadziei, że wszelkie wydarzenia tak bolesne, jak przypadki wykorzystania seksualnego niepełnoletnich przez duchownych, będą okazją do oczyszczenia dla Kościoła w Polsce; że będą wezwaniem do radykalnych działań, aby wyeliminować zło i zapobiegać mu w przeszłości. Moja nadzieja wynika najpierw z zaufania Bogu, a następnie z postawy papieża Benedykta XVI, który u początku swego pontyfikatu prosił: „módlcie się za mnie, abym nie uciekał ze strachem przed wilkami, ale abym był dobrym pasterzem”. Mam też nadzieję, że również polscy biskupi są i będą „dobrymi pasterzami”. Jeśli jednak zdarzyłby się wyjątek, to dodatkową drogę wskazuje ks. Scicluna z Kongregacji Nauki Wiary, mówiąc, że „każdy wierny ma prawo wyrazić, przez nuncjusza, swoją troskę o diecezję bezpośrednio do Stolicy Apostolskiej”19. Ewa Kusz

Ewa Kusz – psycholog, seksuolog, terapeuta. Absolwentka studiów na SGH w zakresie za-

rządzania zasobami ludzkimi. W 2008 r. uczestniczyła jako audytorka w Synodzie Biskupów nt. Słowa Bożego. Przewodnicząca Światowej Konferencji Instytutów Świeckich. Należy do Stowarzyszenia Psychologów Chrześcijańskich, Zespołu Laboratorium WIĘZI i stowarzyszenia „Amicta Sole”. Mieszka i pracuje (prowadzi gabinet psychologiczny) w Katowicach.

19 Ch. Santomiero, Mons. Scicluna: contrastare gli abusi è un compito da vescovi, „Zenit” 18.06.2011.

 78 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Każda sytuacja jest inna Zbigniew Jest Ksiądz Arcybiskup wykładowcą prawa kanonicznego, a jedno Nosowski cześnie przewodniczącym Rady Prawnej Konferencji Episkopatu Polski, która będzie przygotowywać nowe wytyczne polskiego episkopatu w sprawie postępowania w przypadkach wykorzystywania ­seksualnego nieletnich przez osoby duchowne. Czy przygotowywaniu tych wytycznych towarzyszy niepokój, że w Polsce może powtórzyć się sytuacja znana z kilku innych krajów, gdzie skandale na tym tle poważnie zachwiały wiarygodnością Kościoła jako takiego? A może, skoro do tej pory nie było w Polsce wielkich skandali – to znaczy, że będziemy wolni od tego typu problemów? Abp Andrzej Dotyka Pan Redaktor kwestii bardzo poważnej – przyznaję, że z co Dzięga najmniej kilku powodów niełatwej – a jednocześnie bardzo jedno znacznie od zawsze przez Kościół katolicki rozumianej i traktowanej. Każda sytuacja grzechu przeciwko szóstemu przykazaniu jest w systemie etycznym oceniana jednoznacznie – i nic się w tej kwestii nie zmienia od wieków. Mogą się zmieniać jedynie zakresy rozumienia danego pojęcia w określonym języku i w określonym czasie, dlatego musi następować reinterpretacja tego pojęcia, tak by konkretnej, niezmiennej normie etycznej odpowiadał wystarczająco jedno­znaczny termin w danym języku. Wtedy realna staje się nie tylko dyskusja teoretyczna nad różnymi sytuacjami życiowymi, ale także możliwość jednoznacznej moralnej oceny konkretnego czynu. W przypadku grzechów seksualnego wykorzystania osoby nieletniej, nadto dokonanych przez osobę duchowną, poza ściśle etyczną odpowiedzialnością dochodzi także kanoniczna odpowiedzialność prawna, aż do kanonicznego procesu karnego i wyroku skazującego

 79

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Z abp. Andrzejem Dzięgą rozmawia Zbigniew Nosowski


Z a b p .   And r zeje m D z i ę g ą r oz m a w i a   Z b i g n i ew   N osows k i

włącznie. Tak było w normach przedkodeksowych, tak było w czasie obowiązywania poprzedniego Kodeksu prawa kanonicznego, podobnie jest po roku 1983, gdy obowiązuje Kodeks prawa kanonicznego promulgowany przez Jana Pawła II. Z racji pewnej społeczej dyskusji – często prowadzonej, a nawet wręcz inicjowaną w ośrodkach pozakościelnych, które w ostatnich latach co pewien czas zwracają uwagę na ten problem – warto podkreślić dwie rzeczy. Jedna jest społecznie bardzo prawidłowa – to pogłębienie wiedzy społecznej o samym problemie oraz o drogach naprawczych. Druga jest społecznie ryzykowna – to fakt, że samo rozpoczęcie publicznej dyskusji staje się swoistym napiętnowaniem, czyli skazaniem danej osoby, niezależnie od faktu, czy jest winna, czy nie. Społeczne uzasadnienie jest tu oczywiste – pomoc ofierze i ochrona na przyszłość. Społeczne ryzyko i pewna „nieodwracalność” raz wypowiedzianych ocen wymaga jednak także odpowiedniej delikatności traktowania sprawy. Medialnie, niestety, tej ­delikatności często brakuje. Wytyczne przyjęte kilka lat temu w Polsce nie wprowadzają żadnych nowych norm, gdyż nie muszą. Pomagają jednak – jako normy wykonawcze – w odpowiednim (z zachowaniem koniecznych proporcji i odpowiedniej delikatności) przyjęciu zgłoszenia, wstępnym rozeznaniu sprawy i rozstrzygnięciu dalszego jej ­prowadzenia. Refleksja, którą po kilku latach chcemy podjąć, nie wyrasta ani z jakiegoś istotnego braku w tym dokumencie, ani z konieczności zmiany postanowień, a raczej z chęci głębszego doprecyzowania niektórych, jak się okazuje, ciągle dość ogólnych zapisów. Jest to pewna konkluzja, wynikająca z obserwacji praktycznej realizacji dotychczasowych postanowień. Nosowski Przywołał Ksiądz Arcybiskup aktualne wytyczne polskiego episkopatu na ten temat. Zostały one przyjęte w 2009 roku, ale aż do dzisiaj nie zostały opublikowane. Dlaczego miały one status poufny? Wydaje się, że raczej należałoby się publicznie chwalić, że episkopat uprzedzająco przygotowuje wskazówki do działania w takich przypadkach… Abp Dzięga Nie chodzi tu ani o chwalenie się, ani też o chowanie. Chodzi o praktyczną skuteczność oraz analogiczność działania przełożonych kościelnych postawionych w podobnych sytuacjach. Dlatego przyjęta wewnętrzność tego dokumentu nie narusza jego skuteczności. Normy kanoniczne są bowiem powszechnie znane i dostępne i one się nie zmieniają.

 80 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Każda sytuacja jest inna

Abp Dzięga Niewiele. Są to zresztą kwestie, które już kilka lat temu dyskutowaliśmy zarówno w Radzie Prawnej, jak i na zebraniach plenarnych Konferencji Episkopatu. Wtedy uznaliśmy, że sama przeprowadzona dyskusja już nadaje wyraźną linię interpretacyjną przyjętego dokumentu. Obecnie widać, że bardziej praktyczne będzie wpisanie kilku kwestii szczegółowych wręcz do treści dokumentu. Między innymi chodzi o duszpasterskie, a w rzeczywistości po prostu zwyczajnie ludzkie potraktowanie ofiary przestępstwa, obecnie często już dorosłej osoby, by nie czuła się „intruzem” ani jakimś „wrogiem Kościoła”, lecz by miała faktyczną możliwość bezpiecznego przedstawienia swoich racji we wspólnocie Kościoła, a także by dokładniej poznała możliwości przysługujące jej na forum polskiego wymiaru sprawiedliwości oraz nie bała się, jeśli taka jest jej wola, tych praw słusznie dochodzić. Warto pamiętać, że sytuacja formalna takiej osoby nie jest łatwa, gdyż to ona musi udowodnić fakt przestępstwa, i z tym właśnie się zgłasza. Zapisy w tej mierze są już teraz obecne w wytycznych, ale można je jeszcze sprecyzować, pamiętając jednak, że i tak każda sytuacja rozwija się nieco inaczej i nie da się wszystkiego ustandaryzować. Drugą kwestią jest sprawa odpowiedniej pomocy pastoralnej, a w pewnych sytuacjach także czysto psychologicznej, jaką należy zaproponować osobie wskazanej jako sprawca przestępstwa. Należy pamiętać, że w tych sytuacjach mamy z reguły słowo przeciwko słowu. Zdarza się bowiem, że nawet te same fakty są rozbieżnie opisywane, a przynajmniej są rozbieżnie interpretowane. Cóż dopiero, gdy podawane są zupełnie różne fakty… Jest to sytuacja trudna także dla oskarżanego duchownego. Nawet gdy oskarżenia się potwierdzą, co nie zdarza się często (wyliczenia z różnych krajów wskazują, że duchowni są grupą raczej rzadziej oskarżaną, nadto w większości przypadków są uniewinniani), ten duchowny także ma prawo do „ludzkiego” potraktowania. Gdy jednak oskarżenie się potwierdza, konieczne jest podjęcie odpowiedniej terapii. To jest drugi obszar spraw do bardziej szczegółowego rozważenia. Warto wreszcie wskazać też na potrzebę odpowiedniego przygotowania alumnów nie tylko w celu unikania samego grzechu, ale także w kierunku właściwego rozpoznawania i unikania sytuacji, które w przyszłości mogłyby być dwuznacznie interpretowane. Jest to tym bardziej ważne, a jednocześnie niełatwe, że duchowny ma

 81

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Nosowski Jak dzisiaj ocenia Ksiądz Arcybiskup te wytyczne sprzed dwóch lat? Czy dużo należy w nich poprawić w związku z nowymi watykańskimi wskazówkami?


Z a b p .   And r zeje m D z i ę g ą r oz m a w i a   Z b i g n i ew   N osows k i

prawo, a nawet obowiązek podejmować pewne działania na tzw. forum wewnętrznym, czy to sakramentalnym, czy pozasakramentalnym. Tego rodzaju kwestie, w obecnym dokumencie też już zauważane, chcemy jeszcze raz przeanalizować i ewentualnie doprecyzować. Nosowski Wytyczne będą dotyczyły głównie zachowania kościelnych przełożonych – biskupów i wyższych przełożonych zakonnych. Jaka powinna być postawa hierarchów – zarówno w odniesieniu do osób, które zgłaszają swoją krzywdę, jak i wobec domniemanych sprawców? Abp Dzięga Przede wszystkim duszpasterska, a jednocześnie formalno-prawna. ­Zawsze jednak ma to być postawa otwartości wobec problemu i gotowości zmierzenia się z nim. Chociaż sam problem formalnie ­pozostaje problemem konkretnych osób, to jednak obowiązek poprowadzenia sprawy w kierunku słusznego wyjaśnienia prawdy i określenia zakresu odpowiedzialności konkretnych osób spoczywa też na przełożonym. Pozostaje to jednak działaniem wewnętrznym Kościoła, nie zastępuje więc kompetencji powszechnego wymiaru sprawiedliwości. Nosowski Jaki naczelny cel powinien przyświecać postępowaniu przełożonych kościelnych? Niekiedy można odnieść wrażenie, że jest nim przede wszystkim obrona dobrego imienia instytucji – i temu celowi mają służyć wszelkie podejmowane działania. Inni postulują przede wszystkim wyraźne stanięcie po stronie pokrzywdzonych, jeszcze inni wolą podkreślać obronę duchownych przed niesłusznymi oskarżeniami. Jakie jest stanowisko Księdza Arcybiskupa? Abp Dzięga Każdy z tych aspektów musi być podporządkowany kwestii prawdy. Warto jednak pamiętać, że istnieje coś takiego jak prawda obiektywna, zwana też prawdą materialną. Tę prawdę czasem jest trudno rozpoznać, co nie znaczy jednak, że jesteśmy całkowicie bezsilni. Kościół ma swoje dwutysiącletnie doświadczenie w rozpoznawaniu kwestii trudnych, z zachowaniem troski o dobro poszczególnych osób, jak też troski o dobro Kościoła. Te dobra nie tylko nie są przeciwstawne, lecz z siebie nawzajem wyrastają. Prawdę obiektywną poznaje się m.in. właśnie na podstawie rozpoznawanych prawd subiektywnych, to znaczy obrazu rzeczywistości zapisanego w czyjejś pamięci. Ktoś mówi, jak pamięta dane wydarzenie, i – nawet gdy ten obraz odbiega od obiektywnego – mówi prawdę, bo rzeczywiście tak je pamięta. Ktoś drugi z kolei z tego samego wydarzenia pamięta inne elementy. Pozornie

 82 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Każda sytuacja jest inna

jest to rozbieżność, a w rzeczywistości są to obrazy, które – nałożone na siebie – muszą się w pewnych aspektach zgadzać, ale w innych będą się dopełniać. Nie może być jednak tak, że prawda przedstawiona przez jedną konkretną osobę już pozostaje nietykalna i musi być przyjęta jako prawda materialna. To wszystko trzeba zweryfikować. A to wymaga pokory, cierpliwości i otwartości. Problem rzeczywisty powstaje jednak dopiero wtedy, gdy ktoś chce manipulować prawdą. Tak więc nigdy w Kościele nie była przyjmowana zasada zasłaniania kogokolwiek przed odpowiedzialnością za fakty uwiarygodnione. Zawsze jednak przyświeca wola poznania prawdy i podążania za dobrem.

Abp Dzięga Osobiście opowiadam się za pełną odrębnością postępowania kościelnego oraz tzw. świeckiego, z zachowaniem przysługujących każdemu praw obywatelskich w państwie oraz praw wiernego we wspólnocie Kościoła. Takie ustawienie zabezpiecza m.in. odpowiednie potraktowanie spraw tzw. forum wewnętrznego w Kościele, nie narażając na szwank dobra postępowania w porządku państwowym. Gdyby jednak okazało się, że jedynym źródłem informacji jest dokumentacja kościelna, a jej udostępnienie nie naruszy forum wewnętrznego ani kościelnego porządku prawnego, są od zawsze stosowane pewne zasady oraz mechanizmy współpracy instytucji kościelnych i państwowych pozwalające na takie udostępnienie. Nie trzeba tu więc tworzyć nowych rozwiązań, a może jedynie przypomnieć zasadę ogólną. Nosowski Jaką pomoc powinny otrzymać od instytucji kościelnych ofiary wykorzystania ze strony duchownych? Dotychczasowe polskie wytyczne ogólnikowo mówią o otoczeniu ofiary i jej bliskich właściwą troską pastoralną. Co to ma oznaczać w praktyce? Najczęściej jest potrzebna

 83

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Nosowski Co kościelny przełożony powinien zrobić z wiedzą o przypadkach kryminalnych? Dotychczasowe polskie wytyczne wyraźnie zastrzegają, że wszelka dokumentacja „musi być przeznaczona jedynie do wewnętrznego użytku przełożonych kościelnych”. Niedawny watykański list okólny wskazuje na konieczność współpracy z władzami świeckimi. Kościół w Niemczech podjął ostatnio decyzję o pełnym udostępnieniu swoich archiwów specjalnej świeckiej komisji – aby oddalić zarzuty o ukrywanie spraw z przeszłości. Może lepiej właśnie tak zrobić – wyraźnie powiedzieć „nie mamy nic do ukrycia” i udostępnić kościelną dokumentację instytucjom państwowym, bez zasłaniania się autonomią Kościoła i państwa?


Z a b p .   And r zeje m D z i ę g ą r oz m a w i a   Z b i g n i ew   N osows k i

także inna troska niż tylko pastoralna. Jaka ma być tu rola instytucji kościelnych? Abp Dzięga Trudno mówić o innej trosce niż pastoralna. Cokolwiek bowiem czyni wspólnota Kościoła, także poprzez swoje instytucje, zawsze ma to jakieś ukierunkowanie na sprawy dobra duchowego. Co innego odpowiedzialność poszczególnych osób za ich czyny. Termin „troska pastoralna” nie oznacza przecież jedynie modlitwy, chociaż od tego należy zawsze rozpoczynać, ze świadomością, że próbujemy rozpoznać prawdę ważną dla kogoś, kto ma status dziecka Bożego. Bóg kiedyś upomni się o stan duchowy tej osoby. Nadrzędnym celem staje się tu dla Kościoła chęć przywrócenia Bożego porządku rzeczy. Stąd to ogólne nazwanie tego obszaru troską pastoralną. W szczegółach bowiem każda sprawa ma nieco inny przebieg i nieco inny kontekst psychologiczny. Powtarzam, że nie da się wszystkiego ustandaryzować. Nosowski Na czym ma zatem polegać solidarność z ofiarami? Czy kościelni przełożeni powinni, wzorem papieża, osobiście z nimi rozmawiać? Czy, wzorem innych krajów, przydałyby się w Polsce specjalne kościelne instytucje służące pomocą ofiarom wykorzystywania seksualnego? Gdzie takie ewentualne instytucje powinny być usytuowane: przy kurii diecezjalnej czy niezależnie od niej? Abp Dzięga Jeszcze raz powtarzam, że w każdym przypadku wygląda to nieco inaczej. Nie wiem, czy konieczne jest tworzenie jakichś instytucji, ale bez wątpienia ważny jest w każdym przypadku dobór osoby prowadzącej daną sprawę, by nie przeoczyć żadnego z tych ważnych aspektów. Jeśli trzeba – warto takie osoby odpowiednio przeszkolić. Temat wskazania takiego jednego czy kilku ośrodków w Polsce już się pojawiał. Biskupi mają też wiedzę co do możliwości tych ośrodków, temat nie jest więc nowy. Gdy chodzi o rozmowę osobistą przełożonego, ja mogę mówić za siebie, że takiej rozmowy się nie boję, z zachowaniem jej pastoralnego charakteru. Nosowski A jaką pomoc należałoby zaproponować sprawcom? Czy należy stosować zasadę „zero tolerancji” i usuwać ich z kapłaństwa? Jak ich leczyć? Czy w kręgach kościelnych dostępna jest wiedza na ten temat? Abp Dzięga Również pod tym względem każda sytuacja jest inna, gdyż każda osoba jest inna. Jednak już przy pierwszych wiarygodnie brzmiących informacjach o przestępstwie należy co najmniej ograniczyć obszar

 84 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Każda sytuacja jest inna

duszpasterskiego posługiwania zaskarżonego duchownego, np. odsuwając go na czas trwania postępowania od kontaktu z dziećmi i ­młodzieżą lub nawet odsuwając od całości duszpasterskiego posługiwania. To są sprawy już ustalone i nie budzą wątpliwości. W tym czasie należy też zweryfikować osobowość tego duchownego, nawet gdy wszystko jest w porządku, dla jego własnego dobra. Jeżeli mieli­byśmy jednak do czynienia z sytuacją skłonności nie do uporządkowania, wchodzi w rachubę także perspektywa przeniesienia do stanu świeckiego. Te decyzje są także poprzedzane odpowiednimi procedurami. Nosowski Kościelne standardy postępowania w tego typu sprawach wciąż dopiero się tworzą. Watykańskie wytyczne zmieniają się w stronę wyraźnego zaostrzenia. Czy, zdaniem Księdza Arcybiskupa, zmierza to w kierunku jakiejś reformy także prawa kanonicznego?

Nosowski W przeszłości kierował Ksiądz Arcybiskup m.in. Katedrą Kościelnego Prawa Procesowego KUL. Chciałbym spytać także o  te kościelne procesy. Ich wydłużanie się utrwala stan zawieszenia, w którym pod pręgierzem znajdują się i oskarżony duchowny, i osoby zeznające przeciw niemu (oskarżane przez innych o szkodzenie Kościołowi). Jak sprawić, żeby kościelne procesy trwały krócej? Abp Dzięga Proszę spojrzeć na realia sądownictwa powszechnego – ile czasu trwają procesy karne, a także cywilne. W moim przekonaniu problem tkwi nie w procedurach, lecz w osobach uczestniczących w danym procesie: na ile współpracują one w poznaniu i nazwaniu prawdy materialnej, a na ile chcą wymusić własny obraz prawdy. Wtedy bowiem druga strona uruchamia swoje prawa obronne i całość się wydłuża. Nie przypuszczam, by sądownictwo kościelne było tu w ­gorszym położeniu i w przepisach nic bym nie zmieniał. Natomiast kultura wszystkich obserwatorów takiego postępowania wymaga dużej delikatności, by nie osądzać przed wyrokiem sądu. Niestety, wiele dzisiejszych mediów woli bezkarne rzucenie sensacyjnej informacji od cierpliwego poznawania prawdy. Gdy zaś prawda stanie się kiedyś oczywista – szczególnie, gdy osoba

 85

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Abp Dzięga Myślę, że nie chodzi tu o zaostrzenie, ale o doprecyzowanie i ujednolicenie. Stolica Apostolska, mając ogląd kwestii w skali światowej, jeśli uzna to za potrzebne, może oczywiście także przygotowywać odpowiednie nowsze normy, które pozwolą poszczególnym osobom bardziej skutecznie rozwiązywać te trudne problemy.


Z a b p .   And r zeje m D z i ę g ą r oz m a w i a   Z b i g n i ew   N osows k i

wcześniej oskarżana zostaje ostatecznie uznana za niewinną – media już się nią raczej nie interesują. Ludzie mediów, którzy są jednocześnie uczniami Chrystusa, powinni tu się zdecydowanie wyróżniać od stosujących inną etykę. Nosowski Nie mogę też nie zadać pytania o tzw. sprawę szczecińską dotyczącą ks. Andrzeja D. i poważnych zarzutów mu stawianych. Wiem, że wciąż trwa proces w tej sprawie w sądzie cywilnym. Nie wiem nic o przebiegu sprawy w Watykanie. Z punktu widzenia naszej rozmowy ważne jest jednak co innego. W tym przypadku doszło m.in. do zderzenia różnych kościelnych postaw wobec problemu, co swój najostrzejszy wyraz miało w zeznawaniu jednego księdza przeciwko drugiemu oraz w publicznej wymianie gorzkich listów pomiędzy poprzednim metropolitą szczecińskim a prowincjałem dominikanów. Chciałbym spytać tylko o jedno: czy, zdaniem Księdza Arcybiskupa, w tej sprawie kościelni przełożeni, którzy podejmowali decyzje po pojawianiu się kolejnych zarzutów, postępowali zgodnie z zasadami, o których wcześniej rozmawialiśmy? Abp Dzięga Początki tej sprawy sięgają czasu trwających jeszcze dyskusji nad ­dokumentem. Moja ocena tamtej metody działania w tamtym czasie jest zdecydowanie pozytywna. Przypominam także tu zasadę, o której mówiłem wcześniej: zgodnego poszukiwania prawdy obiektywnej, w zestawieniu z potrzebą pokory, cierpliwości i otwartości. Proszę pozwolić, że na tym komentarz do tej sprawy zakończę. Nosowski Czy w procesie przygotowania wytycznych episkopatu Rada Prawna będzie korzystać z porady świeckich ekspertów, np. z dziedziny ochrony dzieci, psychiatrii, psychologii czy seksuologii? Abp Dzięga Takie możliwości zawsze są, tym bardziej że również pośród samych biskupów są niektórzy z takimi kompetencjami, a nawet pewnym doświadczeniem, i oni również wskazują na potrzebę szerszego uwzględnienia tych aspektów. To dodatkowo ułatwia pracę. Pozostanie jednak decyzja, czy wytyczne mają dalej mieć charakter ­dokumentu wspierającego działania formalno-prawne, czy raczej stawać się dokumentem z zakresu psychologii i pedagogiki. Myślę, że pierwszy aspekt pozostanie dominujący z zachowaniem odpowiedniej otwartości na ten drugi wymiar. Nosowski Wytyczne, nawet najlepsze, nie załatwią problemu, bo trzeba jeszcze woli i odwagi do mierzenia się z trudnymi problemami. Potrzeba też

 86 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Każda sytuacja jest inna

upowszechnienia wiedzy o zasadach postępowania, jakie zawierać będą wytyczne. Czy, zdaniem Księdza Arcybiskupa, Kościół w Polsce jest gotów, by poważnie rozmawiać na ten temat? Abp Dzięga Czyż nie rozmawiamy poważnie? Musimy jedynie zachować proporcję spraw. Zadaniem Kościoła jest głosić Ewangelię i czynić uczniami Jezusa wszystkie narody. Elementem tego głoszenia jest także głoszenie czytelnego systemu norm etycznych porządkujących różne obszary ludzkiej aktywności, z gospodarką i polityką włącznie. A te sprawy niemal w każdym pokoleniu, ostatnio praktycznie wręcz co kilka lat, wskazują potrzebę reinterpretacji pojęć dla stabilnego głoszenia niezmiennych zasad. Kwestie etyki seksualnej – w tym bardzo przykrych i ważnych faktów naruszenia tego porządku, szczególnie w odniesieniu do nieletnich – nie mogą przesłonić tamtych obszarów. Mam wrażenie, że – nie bojąc się dyskusji na te tematy – musimy tylko zachować słuszne proporcje rzeczy. Rozmawiał Zbigniew Nosowski

lickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Był m.in. kanclerzem Kurii Biskupiej Ordynariatu Polowego, wikariuszem sądowym biskupa drohiczyńskiego, dziekanem Wydziału Prawa, Prawa Kanonicznego i Administracji KUL. W latach 2002–2009 biskup sandomierski. Od marca 2009 r. arcybiskup metropolita szczecińsko-kamieński. Przewodniczący Rady Prawnej Konferencji Episkopatu Polski.

 87

Raport Laboratorium WIĘZI  Kościół wobec pedofilii

Abp Andrzej Dzięga – ur. 1952. Doktor habilitowany prawa kanonicznego, profesor Kato-


W Galerii WIĘZI:  Izabela Nowak

Izabela Nowak, ur. 1979 r.:  absolwentka SGH w Warszawie oraz kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim;  w 2011 r. ukończyła Europejską Akademię Fotografii;  autorka bloga: offimage.wordpress.com. Izabela Nowak zajmuje się zarówno fotografią inscenizowaną, jak i fotografią ulicy. Prezentowane w galerii WIĘZI prace (s. 15, 29, 47, 61) powstawały w latach 2010–2011. Tak komentuje je sama autorka: „Fotografia ulicy jest dla mnie sztuką zatrzymania emocji towarzyszących konkretnej chwili. Daje szansę naznaczenia sobą szarej codzienności i odnalezienia w niej piękna, które kryje w sobie tajemnicę i nie podlega klasyfikacji”. I dodaje: „Fotografia ulicy nie musi przedstawiać oczywistych historii. Zawarta w nich niewiadoma sprawia, że widz sam podejmuje próbę dopowiedzenia tego, co niewidoczne. Właśnie te indywidualne chwile refleksji, a także uniwersalizm obrazu sprawiają, że temat z pozoru nudny czy poruszany wielokrotnie zmienia się w ciekawą opowieść”.

 88 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Pożegnanie Jana Kułakowskiego

Tadeusz Mazowiecki

Był mi bratem Chciałbym opowiedzieć o sprawach, które z Janem Kułakowskim razem przeży­waliśmy w ciągu czterdziestu ośmiu lat naszej przyjaźni*.1 Rzecz jasna o niektórych tylko, tych najważniejszych. Poznałem Jana Kułakowskiego w czerwcu 1963 roku, kiedy przyjechałem do Brukseli na wielkie spotkanie związane z rozpoczętym właśnie soborem organizowane przez francuskie czasopismo „Informations Catholiques Internationales”. Przyleciałem samolotem okropnie zmęczony, bo niemal do ostatniej chwili nie dawano mi paszportu. Kiedy znalazłem się w hotelu, przyszedł Jan Kułakowski, którego wcześniej nie znałem, i zaproponował na moje zmęczenie wypicie razem szklanki whisky. Tak się poznaliśmy. To był czas soborowego entuzjazmu katolickiego laikatu, czas tego uśmiechu historii w dziejach Kościoła, jakim był pontyfikat papieża Jana XXIII. A także czas wojny w Kongo i dokonującej się dekolonizacji. Pod tymi dwoma znakami odbywało się nasze spotkanie. Oczywiście były też dyskusje wokół spraw polskich. Do dziś trudno mi pojąć, jak to się działo, że od pierwszej chwili rozmawialiśmy ze sobą, jakbyśmy się dawno znali. Janek był związany politycznie z emigracyjnym środowiskiem Stronnictwa Pracy Karola Popiela, miał w nim przyjaciół

1

 89

* Drukujemy tu słowa pożegnania wygłoszone przez Tadeusza Mazowieckiego, a dalej wnuków śp. Jana Kułakowskiego 1 lipca 2011 r. podczas Mszy św. pogrzebowej w warszawskim sanktuarium św. Andrzeja Boboli, której przewodniczyli prymas Polski, abp Józef Kowalczyk oraz kard. Kazimierz Nycz.


T a de u sz M a zow i ec k i

i czynnie współdziałał z nimi, ale zarazem żył normalnym życiem świata, w którym tkwił, a do Polski, którą opuścił wraz z matką Belgijką po 1945 roku, nie miał stosunku człowieka rozżalonego. Nasze nadzieje po Październiku 1956 były dla niego zrozumiałe i naturalne, nasze zawody i rozczarowania także. Ja go nie znałem przed 1963 rokiem, ale on znał „Tygodnik Powszechny” Jerzego Turowicza i WIĘŹ. To były lektury stale obecne w domu Jana i Zofii Kułakowskich. Zjawiali się tam już wcześniej ludzie z naszych środowisk. Środowiska te i pisma stanowiły więc już wtedy punkt odniesienia sprawiający z czasem, że Janek był kimś z nas, tak jak on sam i jego dom stał się dla mnie później ważnym punktem odniesienia dla moich przemyśleń i działań. Poruszenie soborowe, które wtedy wspólnie przeżywaliśmy, było dla nas zdarzeniem nie tylko kościelnym. Przeżywaliśmy je jako wydarzenie, poprzez które coś w świecie ulegało zmianom, wzmacniało godność ludzką, świadomość, że człowiek każdy i wszędzie jest ważny i że wiara jest po stronie tej wolności i godności ludzkiej. Był to również czas wielkiego i pełnego zaburzeń procesu dekolonizacji. Stosunek do tzw. Trzeciego Świata zajmował w życiu Jana Kułakowskiego – i wtedy, i później – szczególne miejsce. Poznał wiele krajów Afryki i Azji, rozumiał ich problemy i trudności, miał w nich związkowych współpracowników i przyjaciół. Ale w całym jego stosunku do ludzi innego koloru skóry wyrażał się pewien rys głębszy. Stanowiła go szczególna wrażliwość sięgająca samych podstaw pojmowania człowieczeństwa. Nie znosił i  nie tolerował ukrytego poczucia wyższości białego ­człowieka, które czasem, nawet niezbyt uświadamiane, w nas trwa. Przez wiele lat był Jan Kułakowski przede wszystkim działaczem związkowym. Na tę drogę wprowadził go człowiek, o którym zawsze mówił, że należał do ludzi, którzy wywarli największy wpływ na jego życie. Był nim August Vanistendael – z robotnika wielki samouk o nieprzeciętnej inteligencji i szerokich horyzontach, a dzięki Jankowi również przyjaciel Polski i wielu Polaków, którym swoimi wpływami w środowisku belgijskim i międzynarodowym wiele pomagał. Mnie ten kontakt ze ­środowiskiem związkowym Jana Kułakowskiego dał bardzo wiele. To pod wpływem poznania wybitnych ludzi autentycznego ruchu związkowego ukształtowało się we mnie przekonanie, że związki zawodowe stanowią u nas to słabe ogniwo systemu, w którym żyliśmy, i że tu, w tym punkcie, może nastąpić tego systemu pęknięcie. Sierpień 1980 roku, strajk w Stoczni Gdańskiej, a potem burzliwy czas „Solidarności” nie pozostawiły Jana Kułakowskiego na boku tych wydarzeń. Światowa Konfederacja Pracy, obok Międzynarodowych Wolnych Związków Zawodowych, była organizacją, przy której afiliowała się „Solidarność”. To było nowe i ją wzmacniało. Było sytuacją wyjątkową należeć równocześnie do dwóch rodzin związkowych, ale tamta „Solidarność” nie tylko w tym była wyjątkowa. Jankowi i mnie bardzo na tym zależało. Jan Kułakowski mocno odczuwał wspólnotę spraw i losów zarówno w czasie dobrym, jak i złym. Znamienne było po wprowadzeniu stanu wojennego szybkie

 90 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


zorganizowanie z jego udziałem audiencji wybitnych europejskich przywódców związkowych u Jana Pawła II. I nie było w ciągu tych trudnych lat żadnej okazji, której by nie wykorzystał dla umocnienia w międzynarodowej opinii zrozumienia dla toczonej przez nas wtedy walki. Równocześnie po prostu pomagał ludziom „Solidarności”, którzy znaleźli się wówczas na Zachodzie. Rok 1989 odwrócił karty historii Polski i także historii osobistej Jana Kułakowskiego. Pamiętam dobrze nasze pierwsze oficjalne rozmowy w Brukseli we Wspólnotach Europejskich u Jacques’a Delorsa, przewodniczącego Komisji Europejskiej, którego Janek znał ze wspólnej działalności związkowej. To pod wpływem Jana Kułakowskiego zrodziła się wtedy koncepcja stowarzyszenia ze Wspólnotami jako droga do członkostwa. Dla Jana Kułakowskiego, co podkreślał często za Robertem Schumanem, był to powrót Polski do miejsca, które jej przypadało u samych początków Unii. Był bowiem Jan Kułakowski Europejczykiem z głębokiego przekonania. Nie obawiał się, że polskość utonie w europejskości, a patrząc na to, co integracja europejska przyniosła Europie Zachodniej, był przekonany, że jest to dobra droga dla Polski. Był zawsze bliższy europejskiemu niż amerykańskiemu modelowi ­gospodarczo-społecznemu. Ale znaczenia integracji nie ograniczał do korzyści gospodarczych, widział w niej mocne zakotwiczenie naszej demokracji i naszego usytuowania geopolitycznego. Powiedziałbym też, że w wejściu Polski do Unii widział wyraźnie, jak mało kto, drogę do uczestnictwa w odpowiedzialności za Europę. I do takiej współodpowiedzialności się poczuwał. Podobnie jak do odpowiedzialności za Polskę. W całej swej europejskiej i polskiej działalności zbliżał ludzi. Zbliżał ich swą rzetelnością i ideowością, ale także swym urokiem i poczuciem humoru, zdolnością wyczuwania miary spraw. Potrafił stworzyć młodą ekipę negocjacyjną i pozostawał z nią w przyjaźni również później. Miewał przeciwników, ale nie wrogów. Dla wielu ludzi był duchem inspirującym. Gdy przyszedł na niego czas choroby i niemocy działania, pozostał dzielny i w chorobie, i w swoim odchodzeniu. W naszej wieloletniej przyjaźni miał przekorny zwyczaj mnie powiększać, a siebie pomniejszać. Przez wiele lat spędzaliśmy wspólnie wakacje. Piliśmy dobre wino i pisaliśmy zabawne wiersze. Od lat nasze rodziny stały się i pozostają wzajemnie dla siebie rodziną szerszą. Ich więzi poszły w ślad za naszymi. Jego córka, Krystyna, towarzyszyła mi w mojej misji bałkańskiej, u Janków w domu pisałem moje zrzeczenie się po wydarzeniach w Srebrenicy. W tej naszej przyjaźni i wspólnej drodze – w życiu, w którym był mi bratem – to, co było ważne w sprawach publicznych, ��ączyło się z tym, co osobiste. I takie pozostanie. Tadeusz Mazowiecki

 91

Pożegnanie Jana Kułakowskiego

Był mi bratem


Fot. archiwum rodzinne

Śp. Jan Kułakowski zmarł w Warszawie w dniu 25 czerwca 2011 r. Ur. 25 sierpnia 1930 r. w Myszkowie. Brał udział w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie wyemigrował do Belgii, gdzie ukończył prawo na Uniwersytecie w Louvain. W latach 1974–1988 sekretarz generalny Światowej Konfederacji Pracy. W stanie wojennym aktywnie wspierał podziemną „Solidarność”. W latach 1990–1996 ambasador RP przy Wspólnotach Europejskich w Brukseli, następnie główny negocjator wstąpienia Polski do Unii Europejskiej i poseł do Parlamentu Europejskiego. Był wielkim Polakiem. Odznaczony Orderem Orła Białego, przyjaciel WIĘZI.


W oczach wnuków

Pamiętam Dziadka jako człowieka, który zawsze zachowywał godność pomimo choroby. Pamiętam również, jak byliśmy w mieszkaniu w Brukseli – mam łzy w oczach, kiedy o tym myślę. Nigdy Go nie zapomnę i nigdy nie zapomnę chwil z Nim spędzonych. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jak wielką był osobowością. Żałuję, że nie wykorzystałem tego bardziej. Gdy wczoraj wracałem z Jego mieszkania, ogarnął mnie wielki smutek: widząc wszystkie Jego zdjęcia, dyplomy i odznaczenia, uświadomiłem sobie, że to skończone i że już nigdy nie będę się z Nim śmiał tak jak kilka miesięcy temu, w Boże Narodzenie, gdy Go ostatnio widziałem. Chciałbym Go po raz ostatni przytulić i powiedzieć mu, że Go kocham, aby być pewnym, że On to wie. Spoczywaj w pokoju, Dziadku.

Pamiętam rozmowy z moim Dziadkiem. Nigdy nie użył ani jednego słowa za dużo, nierzadko milczał. Pamiętam spojrzenie Jego błękitnych oczu – bywało mocne, ale też pełne uśmiechu i łagodności. To było spojrzenie człowieka, który wiele przeszedł, ale nigdy nie poddawał się; człowieka, który poświęcił swoje życie na budowanie między ludźmi porozumienia, pomimo dzielących ich różnic. Czynił wszystko, by to przeświadczenie rozpowszechniać. Mimo przeróżnych przeciwności losu to właśnie ta wiara w człowieka, która jest humanizmem, dawała Mu siłę do tego, by iść dalej, zawsze o krok dalej, dopóki choroba nie zatrzymała Go na tej drodze. Często wyobrażam sobie Dziadka jako czternastolatka, który wbrew wszystkiemu, nie tracąc nadziei, biegnie podczas Powstania kanałami Warszawy – i myślę sobie, że jeszcze do niedawna Dziadek kontynuował ten bieg.

 93

Pożegnanie Jana Kułakowskiego

Chahin, syn córki Elżbiety


W oczach wnuków

Dziś chcę Mu podziękować za wzór, jakim stał się dla wielu z nas, za podtrzymywanie ufności, z której do dziś czerpiemy. Dziadek kochał poezję i na wakacjach godzinami ją recytował. Jednym z Jego ulubionych tekstów był fragment Pana Tadeusza z księgi XII: Słońce już gasło, wieczór był ciepły i cichy, […] Chmurki wróżą pogodę, lekkie i świecące, Tam jako trzody owiec na murawie śpiące, Ówdzie nieco drobniejsze, jak stada cyranek. Na zachód obłok na kształt rąbkowych firanek, Przejrzysty, sfałdowany, po wierzchu perłowy, Po brzegach pozłacany, w głębi purpurowy, Jeszcze blaskiem zachodu tlił się i rozżarzał, Aż powoli pożółknął, zbladnął i poszarzał: Słońce spuściło głowę, obłok zasunęło I raz, ciepłym powiewem westchnąwszy – usnęło.

Te słowa, ich melodia i głos Dziadka pozostaną głęboko w naszej pamięci i w naszych sercach. Maciej, syn córki Barbary

 94 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Krzysztof Siwczyk

Układ wzajemny

Przed bramką wyłożył ciało i kapelusz, na oczach kontroli. Nieopodal choinkowy stelaż z ruchomym przegubem, na którym wibruje małpka i dziecko. W podziemiu smutnego placu jest właśnie chwila na zastanowienie. Układ wzajemny tych istot i ciebie, czy przypadkiem nie chodziło kiedyś o to? Przystąpić do masy, uśmiechać się do nieznajomych zupełnie bez powodu jak jakiś fanatyk, machający kadzidełkiem nad głowami akurat tych, którym na niczym już nie zależy. I chyba należy mu przyznać rację, bo mógł się przynajmniej rozczarować, kiedy coś poszło nie tak. Ten deszcz i piasek zalewał ich oczy, rydwan stał w szyku, konie zostały osiodłane. Rzeki rtęci i miasto stanęło do odprawy. Większy generał poszedł na szpicę, architekci zostali zamurowani. Od tej pory mówienie, że człowiek opuszcza życie okazać się miało poważnym nietaktem. Przesłanie wykopali trzej chłopi. Wniosków nie wyciągnął nikt. Czasami upieramy się przy sprawach z góry przegranych, zamiast zaprzepaścić tam świat.

 95


K r z y sz t o f S i wcz y k

Ściana echa

Był nazbyt zmęczony, żeby umrzeć, podczas zbiórki kolektywu, W godzinie kwerendy ciszy, w porze wrzasku wieży bębnów, w słońcu. Był to dzień otwartych ogrodów, perspektywy długiej galerii, Po której sunęła cesarzowa intryg i dyplomacji, nic nie korespondowało ze zwyczajami Nazbyt związanych stóp, piękna wymuszonego ortodoksyjną tradycją. Myślał raczej o szacunku dla inności, nawet jeżeli system był Zmęczony, ludzie zawiedzeni własnym zadowoleniem, park i Ptaki pamiętały światy zakopane żywcem, na komendę bóstw. Żeby przynajmniej zamilkła w nim wiara w jej smutek, Ofensywna niczym bezwstyd egocentryzmu, z jakim każdy chce Umrzeć na swój własny sposób, byłoby ciszej i pełniej Jak w prawdziwej nocy, kiedy nie należy się do swojej rozpaczy, Podczas, gdy rodzi się już przyjemne znużenie powagą, Rozpoczyna się marsz niemych głupot z przeszłości, następuje Zbiórka banalnych chwil na rzecz czegoś, co go tworzy – Chwile czegoś, co uzna za przyjemnie banalne. Kolektywu nie będzie, nie będzie rozmówcy po drugiej stronie koła, Chociaż tam właśnie powinno dojść echo jego szeptu W godzinie rozsądku i żalu. Tak głosi opowieść wieśniaków i Dworu, żywych i martwych zebranych pod kopułą, w trakcie

 96 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


K r z y sz t o f S i wcz y k

Kwerendy sensu, który można uznać za wspólny na moment, Kiedy ona patrzy w oczy psu Fo, miłemu stworzeniu, przybitemu W ciszy do bram równowagi, harmonii, spokoju, Stopniowalnych ekstaz, tak jakby chodziło dzisiaj, W porze zachwytu, o miłość bez konsekwencji, Jaką mogą obdarzyć się cienie, już opuszczone, bez Wrzasku życia, które potrafi jedynie dostosować się do modelu Przeżycia, przedreptania w chodakach, w kółko tej samej Wieży, po nic szczególnego, dla zasady czystego ruchu, Bez spoglądania w górę, zawsze tylko pod nogi i tępo jak membrana Bębnów, chociaż jednocześnie coraz płynniej, gdy gaśnie, plamka, W słońcu.

 97


K r z y sz t o f S i wcz y k

Apel, stan

To o czymś świadczy. Ruch w urnie, światła na rogatkach, elektryfikacja morowej gminy błyskawicznie podnosi nas z kolan jak glukoza. Tanie chwyty, a jednak tak bardzo godne życia jakie spalamy, w zachwaszczeniu, oczekiwaniach. Prowincja i horyzont prowincji. Wiemy, co się wydarza, nic nas nie rusza, globulki z zapieczętowaną gęstością, nic w nas nie wzbiera, bo nie ma innej postaci. Na zewnątrz wyje próżnia, a my ujeżdżamy agrarne metaforyki, ktoś idzie do ziemi, ktoś inny podziwia mlecze wzeszłe tej wiosny jak choleryczne słońca, kiedy odpływasz. Wzięło już każdego dotamtąd.

Krzysztof Siwczyk – ur. 1977, poeta, krytyk literacki. Debiutował w wieku 18 lat tomem Dzikie dzieci, za który otrzymał nagrodę w prestiżowym konkursie im. Jacka Bierezina. Autor dziewięciu tomów wierszy oraz książki krytyczno-literackiej Ulotne obiekty ataku. Laureat m.in. nagrody Fundacji Kultury i Nagrody Literackiej im. Stachy Zawiszanki „Dżonka”. Zagrał główne role w filmach fabularnych Wojaczek Lecha Majewskiego i Wydalony Adama Sikory. Pracuje w Instytucie Mikołowskim. Mieszka w Gliwicach.

 98 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Barbara Engelking

Polacy – gapie Zagłady

Dyskusja zaproponowana przez redakcję WIĘZI, dotycząca ostatnich publikacji Jana Tomasza Grossa, Jana Grabowskiego oraz mojej, przyniosła wiele ciekawych uwag i interesujących komentarzy (może z wyjątkiem bardzo niemądrego tekstu Jana Żaryna). Dyskusja dotyczyła bardziej recepcji książek niż odniesienia się do przedstawianych w nich faktów czy ich interpretacji – i w tym kontekście ważna wydaje mi się diagnoza braku społecznych możliwości dyskursywnych. Jest to jeszcze jedna perspektywa, która pozwala przez pryzmat dyskusji o okupacji przyglądać się współczesnemu społeczeństwu polskiemu. Jak słusznie zauważono, Polacy przestali ze sobą rozmawiać – wymieniać poglądy w sensie konstruktywnego sporu, żywej konwersacji niepozbawionej szacunku dla interlokutora. Nasze rozmowy to raczej gadanie i paplanina, w której nikt nikogo nie słucha – „specyficzne nieprzebywanie przy drugim człowieku [...], roztargnione niezatrzymywanie się”, jak pisał Heidegger. Jesteśmy bardziej przeciwnikami niż sojusznikami w tej dyskusji, mamy bowiem zupełnie inne motywacje, potrzeby, cele oraz poglądy na świat. Spór wydaje się fundamentalny, dotyczy bowiem naszej tożsamości, poczucia własnej wartości, wizerunku Polski i polskości. Niewątpliwie „kustosze narodowej niewinności” nie zrozumieją się z „tropicielami narodowej winy”, w grę wchodzi bowiem raczej psychologia i polityka, a nie prawda. Ubrane w historyczny kostium kryją się tu tak zasadnicze kwestie psychologiczne jak struktura osobowości, umiejscowienie poczucia kontroli, zagadnienie dogmatycznej struktury umysłu, umiejętności radzenia sobie z dysonansem poznawczym.

Z drugiej zaś strony chodzi o sposób istnienia Polski w świecie – anachroniczny lub nowoczesny, infantylny lub dojrzały. Dlatego, jak słusznie podkreślali uczestnicy

 99

Forum

Parawan ze Sprawiedliwych


B a r b a r a E n g el k i n g

debaty w WIĘZI, dyskusja (która zresztą odbyła się w zasadzie przed publikacją książki J.T. Grossa) jedynie przypomniała podział na „światłych obywateli, gotowych zmierzyć się z trudną przeszłością, i dotkniętych patriotów, dla których Złote żniwa to antypolonizm bądź niewarty dyskusji «intelektualny gniot»”. Czy wobec tego pokazywanie prawdy historycznej jest skazane na niepowodzenie? Czy – ponieważ to nic nie zmienia – nie warto pisać takich książek? Wydaje mi się, że warto. Trzeba jednak poważnie potraktować komentarz prof. Grabowskiego, iż prawda o postawach Polaków wobec Żydów w czasie niemieckiej okupacji nie podlega negocjacjom. Zgadzam się z tym całkowicie i uważam, że wątły parawan ze Sprawiedliwych nie jest w stanie zasłonić ogromu podłości i zła, które dotknęło Żydów ze strony ich polskich sąsiadów. Warto pamiętać, że mimo niemieckiej opresji, okupacyjnych przepisów i terroru kwestia postaw wobec Żydów pozostawała w obszarze wolnej woli i indywidualnej decyzji pojedynczego Polaka. Można było narażać swoje życie i ratować ich ze świadomością grożących konsekwencji – i ten bohaterski wybór nielicznych stanowi wciąż wygodne alibi dla pozostałych. Można było nie robić nic – co oznaczało po prostu stanie pod krzyżem czy wokół stosu, bycie gapiem i świadkiem cudzej męki, bycie „osobą, która nie jest aktywnie zaangażowana w sytuację, w której ktoś inny potrzebuje pomocy”, jak definiuje „gapia” Petruska Clarkson. Można było także na wiele rozmaitych sposobów wykorzystywać położenie Żydów, szkodzić im, a w końcu – denuncjować i mordować. Gapie nie są niewinni

Jestem przekonana, że tych, którzy szkodzili i wydawali, było o wiele więcej niż tych, którzy współczuli i pomagali. A ci „obojętni” – którzy stali i tylko się gapili – także współtworzyli atmosferę, w której możliwe było poniżanie, upokarzanie, wyzyskiwanie i uśmiercanie Żydów. Gapie nie są niewinni – zasadne jest bowiem pytanie, czy ich bezczynność i bierność nie stawała się przyzwoleniem dla sprawców zła? Czy ci Polacy, którzy bezwstydnie wydawali lub bez żadnych hamulców i niemal publicznie mordowali Żydów, mogliby tak czynić, gdyby nie milcząca akceptacja i bierne przyzwolenie otaczających ich gapiów? Istotne wydaje się w tym kontekście sformułowanie Zygmunta Baumana: Powstrzymanie się od działania jest niewiele mniej brzemienne w skutki niż działanie. Brak oporu ze strony gapiów może w większym stopniu czynić ich odpowiedzialnymi za złe czyny niż obecność ludzi o złych intencjach.

To mocne słowa i bezkompromisowa diagnoza winy gapia – jego bierności, zaniechania – która wydaje mi się trafna w odniesieniu do Polaków jako gapiów Zagłady. Jak podkreślaliśmy w naszych książkach, rola gapia czy świadka w ostatniej

 100 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Polacy – gapie Zagłady

fazie eksterminacji Żydów stała się kluczowa z punktu widzenia osób poszukujących ratunku. Wychodząc z roli biernego gapia i działając, Polacy brali na siebie odpowiedzialność za życie Żydow – mogli pomagać i ratować, przemilczeć ich ukrytą obecność albo donieść o niej, a także zaprowadzić ich do Niemców lub sami pozbawiać Żydów życia. Wszystko to były wolne wybory jednostki ludzkiej – oczywiście kierowanej strachem, chciwością, litością lub współczuciem – niemniej decyzja pozostawała autonomiczna. Ze strachu można, ale nie t r z e b a było wydawać. Wydając czy mordując Żydów, gapie stawali się sprawcami zła i jednocześnie niemieckimi kolaborantami, współpracującymi z nimi w dziele Zagłady. I choć Polacy nie byli wolni od strachu, to byli – w sensie duchowej wolności jednostki ludzkiej – wolni do dokonania każdego wyboru i podjęcia różnych działań. Przecież strach nie musiał skutkować wydawaniem, ze strachu można było po prostu odmówić pomocy. Za odmowę pomocy nie groziły żadne kary. Odmowa była także całkowicie zrozumiała dla Żydów, którzy zdawali sobie doskonale sprawę z tego, że stanowią dla innych śmiertelne zagrożenie. Wspominając odmowę pomocy ze strony znajomej, Stefania Szochur zanotowała: „nie mam do niej żalu. Każdy ma prawo do strachu, a ja przecież jestem jak wyrok śmierci. Czy mam prawo chcieć ratować swoje życie za cenę innego życia? Czy mam prawo narażać ludzi lub całe rodziny?”. Podobne wątpliwości moralne zapewne powodowały, że wielu Żydów nie szukało w ogóle ratunku, nie chcąc narażać swoich znajomych czy przyjaciół – zwłaszcza przyjaciół. Odmowa pomocy to jeden z możliwych wyborów, zakaz pomocy – choć pod groźbą kary śmierci – nie oznaczał przecież przymusu wydawania. A jednak wydawano i mordowano, a gapie stawali się bezwzględni i okrutni, jakby ślepi i głusi na cierpienie Drugiego. I choć nie poczuwali się do winy, część z nich poniosła odpowiedzialność karną za swoje czyny. Nie poczuwali się do winy, tym bardziej do winy moralnej – czyli według Karla Jaspersa takiej, której są świadomi ci, którzy popełniają zły czyn – ponieważ nie uważali, że zrobili coś złego. Podobnie uważają tak i dzisiaj niektórzy Polacy: że nie stało się nic złego. Ja jednak wierzę Jaspersowi, kiedy twierdzi że istnieje ponadto wina meta­ fizyczna, która rozciąga się poza „moralnie uzasadniony obowiązek” i wynika z działań człowieka (lub zaniechania działania), które spowodowało ludzkie cierpienie. W sensie metafizycznym jesteśmy winni zawsze, ponieważ międzyludzka solidarność jest absolutnym fundamentem moralności i nawet jeśli nie ma powiązań między naszym działaniem a cierpieniem Innego – nie zmienia to, jak chce Levinas, bezwarunkowej wzajemnej międzyludzkiej odpowiedzialności.

Byłoby mi bardzo miło być autorką metafory o „pustyni ludzkiej” i byłam nawet przekonana, że sama ją wymyśliłam, ale muszę jednak przyznać, że – choć w nieco

 101

Forum

*


barbara ENgELkiNg

innym kontekście – użył jej już Charles Baudelaire w eseju Le peintre de la vie moderne, pisząc: …cet homme, [...] ce solitaire [...], toujours voyageant à travers le grand désert d’hommes. barbara Engelking

Barbara Engelking – ur. 1962, dr hab., profesor Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk. Z wykształcenia psycholog, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów IFiS PAN. Autorka książek: Zagłada i pamięć, „Szanowny panie Gestapo”. Donosy do władz niemieckich w Warszawie i okolicach w latach 1940–1941, Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945; współautorka m.in.: Pamięć, Historia Żydów Polskich przed, w czasie i po Zagładzie, Getto warszawskie. Przewodnik po nieistniejącym mieście, Żydzi w powstańczej Warszawie.

polecamy Polacy i Żydzi – kwestia otwarta praca zbiorowa pod redakcją annamarii Orla‑bukowskiej i roberta Cherry’ego To książka unikalna ze względu i na tematykę, i sposób jej ujęcia. Autorzy – z USA, Polski i Izraela – uczciwie analizują wzajemne negatywne stereotypy: Polaków na temat Żydów i Żydów na temat Polaków. Przedstawiając bolesne uwarunkowania historyczne relacji polsko-żydowskich, pokazują też pozytywne zmiany w ostatnich latach. Książka, oparta na rzetelnych badaniach, dowodzi, że dialog i przezwyciężanie trudnej przeszłości są możliwe.

s. 254, indeks osób, cena 35 zł tel./fax (22) 828 18 08 www.wiez.pl

102

WIĘŹ Sierpień–Wrzesień 2011


Jan Grabowski

Prawda leży w mogiłach

W ostatnim numerze WIĘZI zamieszczono szereg wypowiedzi poświęconych niedawno wydanym pracom Jana T. Grossa, Barbary Engelking oraz mojej własnej. Ton tych wypowiedzi jest wyważony (z wyjątkiem niezawodnego Jana Żaryna, na którego fajerwerki zawsze można w takich wypadkach liczyć) i zdaje się wskazywać na konieczność dalszych badań w kierunku wytyczonym przez omawiane trzy publikacje. Dlatego zmartwiło mnie słowo wstępne redaktora naczelnego WIĘZI, który pisze: W sporach o przeszłość polsko-żydowską ujawniają się radykalne różnice w podejściu do historii. Niewątpliwie „kustosze narodowej niewinności” nie zrozumieją się z „tropicielami narodowej winy”, świadomie rozbijającymi polskie samozadowolenie. Wydaje się, że oba te podejścia zdominowały całą debatę. Obie strony twierdzą, że występują w imię prawdy. Chodzi im jednak tylko o tę część prawdy, która potwierdza ich stanowisko.

Słowa red. Nosowskiego niemile mnie zdziwiły, gdyż bije z nich tzw. moral equivalence, czyli „równoznaczność moralna”. Ot, ci mówią jedno, tamci ­coś innego, a prawda leży zapewne gdzieś pośrodku – zdaje się sugerować redaktor. Niestety, prawda nie leży pośrodku. Prawda leży w tysiącach płytkich (z reguły nieoznakowanych) mogił, którymi usłana jest polska prowincja. W mogiłach tych znajdują się szczątki polskich Żydów wymordowanych przez Polaków bądź też wydanych na śmierć przez Polaków w ręce polskich „granatowych” policjantów lub w ręce niemieckich żandarmów.

Jeżeli już mowa o płytkich mogiłach, to warto tu nawiązać do tekstu Mateusza Szpytmy, w którym opisał on (po raz kolejny) tragedię rodziny Ulmów, bohaterskich

 103

Forum

Mroczna strefa zbrodni


J a n G r a b ows k i

Sprawiedliwych z wioski Markowa, którzy zostali zabici za ukrywanie Żydów. Czy nie warto jednak wyjść o parę kroków poza samą wioskę, choćby na pobliskie pola, aby móc osadzić tę historię w nieco szerszym kontekście? W jednym z przypisów Szpytma w sposób enigmatyczny odnotowuje relację ocalonego z zagłady Jehudy Erlicha, pisząc: „do wspomnień Erlicha należy podchodzić z ostrożnością, gdyż nie odnaleziono do tej pory innych potwierdzeń faktów, o których pisze”. Szpytma nie wspomina jednak, dlaczego to mamy z ostrożnością podchodzić właśnie do tych wspomnień oraz o jakich to właściwie faktach pisze Erlich. Tymczasem Erlich ukrywał się w wiosce Sietesz, sąsiadującej „przez miedzę” z Markową. W archiwum jerozolimskiego Yad Vashem zachowało się świadectwo, w którym tak opisywał ówczesne wydarzenia: były to ciężkie czasy dla nas i dla nich [ratujących gospodarzy – JG]. Trwały przeszukania prowadzone przez Niemców oraz przez polskich chłopów, którzy chcieli znaleźć ukrywających się Żydów. Na wiosnę 1944 roku znaleziono żydowską rodzinę ukrywającą się u polskich chłopów. Polską rodzinę – włącznie z kobietą w ósmym miesiącu ciąży – zabito razem z ukrywanymi przez nich Żydami. W wyniku tego polscy chłopi, którzy ukrywali Żydów, wpadli w straszną panikę. Następnego dnia na pobliskich polach znaleziono 24 trupy żydowskie. Byli to Żydzi zamordowani przez tych chłopów, którzy ich ukrywali u siebie w ciągu poprzednich dwudziestu miesięcy.

Szpytma kończy swój tekst w następujący sposób: Wiemy na przykładzie opisanej wyżej podkarpackiej wioski [Markowa – JG], że rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać. Ani Markowa nie była rajem dla Żydów, choć uratowano ich tam wielu, ani nie jest prawdą ogólne oskarżenie polskich chłopów, że pomagali w mordowaniu Żydów, lub też ich obrona, że uczynili wszystko, co było w ich mocy.

Istotnie, nic ująć, nic dodać. A jeżeli chodzi o „potwierdzenie faktów, o których pisze Erlich”, to na pewno pracownicy IPN będą w stanie wyjaśnić tę smutną kwestię w czasie badań terenowych w samej Markowej. Może okaże się wtedy, że całą historię Erlich wyssał sobie z palca? Przy tej okazji pracownicy IPN powinni też zahaczyć o Gniewczynę (wioskę oddaloną od Markowej o kilkanaście kilometrów) i rozpytać jej mieszkańców „na okoliczność” wymordowania miejscowych Żydów. Sprawa ta została zresztą opisana dość dokładnie przez Tadeusza Markiela parę lat temu w „Znaku”. Nie wątpię, że będzie stanowić to ciekawy dodatek do powstającego obecnie w Markowej muzeum „ratowania i pomocy”, gdyż pozwoli zwiedzającym zrozumieć dlaczego ratowanie Żydów w okupowanej Polsce było tak koszmarnie trudne i niebezpieczne.Wracając do tysięcy Żydów pomordowanych przez swych współobywateli na „obrzeżach Zagłady” – jak dotąd ludziom tym nie poświęcono ani słowa. Nikt ich nie opłakał, a ich dręczyciele za swoje czyny nie ponieśli – w ogromnej większości

 104 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Prawda leży w mogiłach

przypadków – żadnej kary i odeszli z tego świata otoczeni, jak można przypuszczać, miłością swoich bliskich i szacunkiem znajomych. Natomiast nad udokumentowaniem poświęcenia i bohaterstwa Polaków ratujących Żydów od kilkudziesięciu lat pracują rzesze historyków – w ubiegłym wieku prace te prowadziła Główna Komisja, a obecnie pełną parą pracują nad tym fachowcy z IPN. Trudno więc w tej sytuacji mówić o niewinnym sporze o odcienie interpretacji – chodzi tu bowiem o całą mroczną, ogromną i dotąd nieopisaną strefę cierpienia i zbrodni, która od historyków, antropologów czy socjologów domaga się dalszych studiów. A od wierzących katolików – choćby zwykłego pacierza. Jeżeli chodzi o wrażenia Żydów ukrywających się na „obrzeżach Zagłady”, to świadectw mamy wiele. W czerwcu tego roku miałem okazję przeprowadzić wywiad z 91-letnią panią Reginą Goldhut z Luszowic, która od lata 1942 r. do stycznia 1945 r. ukrywała się w lasach położonych na wschód od Dąbrowy Tarnowskiej, pod Radomyślem. Koszmar tych lat był tak straszny, a wizja upiornych przeżyć tak żywa i przejmująca, że pani Regina od 1949 r. (kiedy wyjechała z Polski) aż do teraz nie była w stanie odezwać się po polsku. A szkoda, bo – jak się okazało – mówi piękną, literacką polszczyzną. W swoim skromnym mieszkaniu pod Tel Awiwem wspominała, jak to w styczniu 1945 r. – na wpół żywa po ponad dwóch latach spędzonych w lesie – w ślepej panice uciekała wraz z mężem z wyzwolonej Dąbrowy Tarnowskiej, bojąc się linczu „aryjskich” sąsiadów. Liczby nieco inne, wnioski te same

Skoro mówimy już o Dąbrowie Tarnowskiej – terenie, któremu poświęciłem sporo pracy – chciałbym odnieść się do uwag krakowskiej historyczki Krystyny Samsonowskiej, która wcześniej pisała o małopolskich Sprawiedliwych, a teraz „wywołuje mnie do tablicy”. Zrobię to pobieżnie, gdyż książka broni się sama i trudno oczekiwać od autora polemiki z każdym krytycznie nastawionym czytelnikiem. Wdzięczny jestem zresztą Samsonowskiej za zwrócenie uwagi na kilku nieznanych mi wcześniej ocalonych oraz kilku Sprawiedliwych, których z całą pewnością uwzględnię w angielskim wydaniu Judenjagdu. Samsonowska kończy swój komentarz słowami:

Byłyby to miłe słowa, gdyby nie to „jednak”. Otóż krakowska badaczka ma mi za złe, że lista Żydów ocalonych na terenie powiatu Dąbrowa Tarnowska jest niepełna. Samsonowicz sięgnęła po listy CKŻP (na których rejestrowali się po wojnie ocaleni z Zagłady Żydzi) i zarzuca mi opuszczenie całego szeregu ocalonych. Nowa,

 105

Forum

warto jednak do niej [to jest do mojej książki – JG] sięgać, bo to pozycja ważna i wartościowa. Szczegółowe kwestie wymagają dalszych skrupulatnych badań, ale ustalenia Grabowskiego – przez to, że są w jakimś stopniu wymierne – można uznać za bardzo cenny wkład w rozwój badań nad Holokaustem w Polsce.


J a n G r a b ows k i

ukonstytuowana przez krakowską badaczkę lista w sposób istotny miałaby zmienić konkluzje pracy. Znam, oczywiście, listy CKŻP i wiem, jak bardzo nieprecyzyjne dane można w nich znaleźć. Jest to szczególnie ważne w wypadku „mikrostudiów” – a do takich należy Judenjagd. Pisze krakowska badaczka: „list jest kilka, ale jedna z nich zawiera informacje, gdzie ocalony przeżył. Jeśli wpisano «bunkier» – oznaczało to w wielu wypadkach ukrycie na terenie powiatu”. Owszem, ale oznaczało to z reguły ukrycie na terenie innego powiatu – mówiąc dokładniej, na terenie sąsiedniego powiatu mieleckiego, w którym znajdują się rozległe lasy, w których ukrywali się Żydzi w bunkrach. Na terenie powiatu dąbrowskiego lasów jest mało, a Żydzi nie mieli wielkich szans ukrycia się w bunkrach. Dość dokładnie analizuję ten problem w rozdziale zatytułowanym W lesie duleckim i szczegółowo wyjaśniam, dlaczego to pominąłem w moich wyliczeniach ­Żydów kryjących się na tym pogranicznym terenie. Jeżeli jednak Samsonowska chciałaby wciągnąć na listy ocalonych rozbitków, którzy doczekali do wyzwolenia w bunkrach na terenie rozległych lasów duleckich czy też z Jastrząbki, to oczywiście jest to możliwe. Równocześnie należałoby wtedy jednak do listy ofiar Judenjagdu dodać kilkuset Żydów, którzy zginęli na tym terenie z rąk chłopskich obław, z rąk miejscowych granatowych policjantów (szczególnie „zasłużyli się” w tej materii funkcjonariusze PP z posterunku z Radomyśla Wielkiego, o których nawet w książce nie wspominam, a którzy organizowali zakrojone na szeroką skalę polowania na Żydów jeszcze na parę tygodni przed nadejściem Rosjan) czy też z rąk miejscowych bandytów. A to rzeczywiście „w sposób istotny” zmieniłoby wnioski płynące z pracy – choć niekoniecznie w kierunku, o jaki chodzi Samsonowskiej. Kończąc, powtórzę raz jeszcze to, co napisałem w książce w omówieniu tabelki z nazwiskami ocalonych: Jak się już wcześniej zastrzegałem, tabela z całą pewnością nie zamyka listy Żydów ocalonych na terenie powiatu Dąbrowa Tarnowska, lecz jedynie wylicza tych, których losy zostały utrwalone w dostępnej nam dokumentacji archiwalnej. Zarówno liczba ofiar, jak i liczba ocalonych jest z całą pewnością o wiele większa od ujętej w naszym wyliczeniu. Nie zmienia to jednak niczego w samej wymowie przytoczonych danych.

Jan Grabowski Jan Grabowski – ur. 1962. Historyk, ukończył studia na Uniwersytecie Warszawskim, obec-

nie profesor na wydziale historii Uniwersytetu w Ottawie i członek Zespołu Centrum Badań nad Zagładą Żydów IFiS PAN. Autor m.in. książek Historia Kanady; „Ja tego Żyda znam!”. Szantażowanie Żydów w Warszawie, 1939–1943; Żydowskich przestępców należy karać śmiercią! „Przestępczość” Żydów w okupowanej Warszawie 1939–1942; Judenjagd. Polowanie na Żydów 1942–1945. Studium dziejów pewnego powiatu.

 106 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Jan Tomasz Gross

W związku z  publikacją bloku tematycznego „Jaki plon Złotych żniw?” w ­lipcowym numerze WIĘZI pozwolę sobie – na zaproszenie redakcji, za które jestem wdzięczny – sformułować najpierw dwie ogólne uwagi na temat historiografii okresu II wojny światowej. Za fakt najważniejszy, który wyszedł na jaw przy okazji krótkotrwałej dyskusji wywołanej publikacją książki, uważam przebicie się do świadomości zbiorowej, że historia Zagłady na ziemiach polskich pisana jest już dzisiaj przez polskich historyków. Książki Jana Grabowskiego Judenjagd. Polowanie na Żydów 1942–1945. Studium dziejów pewnego powiatu i Barbary Engelking Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945 – które ukazały się kilka tygodni przed Złotymi żniwami – uświadomiły szerokiej publiczności, że istnieje w kraju grono świetnych naukowców, których prace rewolucjonizują wiedzę na temat Holokaustu w Polsce. Dorobek tego środowiska – rozproszonego po różnych ośrodkach akademickich, choć grawitującego lub skupiającego się od 2004 roku wokół Centrum Badań nad Zagładą Żydów IFiS PAN i czasopisma „Zagłada Żydów” – stał się niezbędnym wkładem do badań nad Zagładą Żydów w ogóle. Połowa z sześciu milionów Żydów zamordowanych na rozkaz Hitlera to polscy obywatele. Prace polskich humanistów poświęcone temu zagadnieniu, uznawanemu za największą katastrofę cywilizacji europejskiej, tłumaczone są na wiele ­języków i zdobyły już sobie rozgłos na świecie. Teraz, kiedy już wreszcie historycy zaczęli pisać na temat Zagłady w Polsce, należy się spodziewać radykalnej zmiany w podejściu do historii II wojny światowej. Z zagadnienia, które spoczywało dotychczas na peryferiach, Holokaust przesunie się niebawem do centrum uwagi. Zwykła arytmetyka pokazuje, że inaczej być nie może. Trzy spośród niespełna pięciu milionów obywateli Rzeczypospolitej, którzy ponieśli śmierć w czasie wojny, było Żydami! Rewolucja społeczna na polskich ziemiach między 1939 a 1948 rokiem jest nie do pojęcia i nie do opisania bez uważnej refleksji

 107

Forum

Historia to nie księgowość


J a n To m a sz G r oss

nad konsekwencjami procesu Zagłady. Przekształcenie wieloetnicznej Rzeczypospolitej w czysty narodowo i religijnie endecki raj – radykalna nowość w tysiącletniej historii tych ziem – to rewolucja demograficzna wykreowana przez Hitlera i Stalina, w której Holokaust odegrał kluczową rolę. Zagłada, nemesis dwudziestowiecznej Europy, powoli zajmuje należne jej centralne miejsce w historii Polski ubiegłego stulecia. A teraz, pro domo sua, chciałbym odnieść się w dużym skrócie do zarzutów powtarzanych na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat pod adresem mojej twórczości. Brak kontekstu

Czy można w ramach sensownej krytyki zarzucać autorom pracy, że… nie została napisana na jakiś inny temat? Co to znaczy, kiedy książce historycznej stawiany jest zarzut o „brak kontekstu”? Podstawowa zasada kompozycji dzieła, niezależnie od gatunku, jest taka sama: autor wybiera temat, na jaki pisze książkę. Naturalnie po to, żeby zyskać wiarygodność i wzbudzić zainteresowanie czytelników, wybór tematu musi być jakoś uzasadniony. Najbardziej intuicyjnie oczywistym kryterium wyboru jest, że temat do tej pory leżał odłogiem. Zaś wybór kontekstu – którego każdy autor dokonuje ipso facto w momencie, gdy eksplikuje wybrany temat w ten, a nie inny sposób – broni się albo nie poprzez argumentację, która albo jest ciekawa, inspirująca, oryginalna i przekonywająca, albo nie. Ogólnikowy zarzut, że (w tym wypadku: moje) książki są pozbawione kontekstu to albo nonsens – bo każdy wywód w książce historycznej oznacza przywołanie jakiegoś kontekstu – albo pustosłowie, dopóki krytycy nie dowiodą, że uwzględnienie brakującego, ich zdaniem, spe c y f i c z n e g o kontekstu pozwala na lepsze – niż przez odniesienie do kontekstu uwzględnionego przez autora – wyjaśnienie zagadnienia. Nie można o pracy historycznej powiedzieć, że w niej „brakuje” kontekstu. Można co najwyżej zaproponować jakiś inny, „lepszy” kontekst niż ten, którym posłużyli się autorzy. Zarzuty o brak kontekstu w odniesieniu do Złotych żniw formułowano, pytając, dlaczego Grossowie opowiadają wybiórczo o mordowaniu Żydów przez Polaków, nie pisząc równocześnie o tym, jak Polacy ratowali Żydów. Odpowiadam w imieniu własnym i współautorki: o mordowaniu Żydów przez Polaków do tej pory nie pisano, podczas gdy na temat ratowania Żydów przez Polaków istnieje już od dawna obszerna literatura. Wybierając mordowanie Żydów przez Polaków jako temat leżący dotychczas odłogiem, dopełniamy wy b i ó r c z y d o t e j p o r y stan historiografii opowiadającej o wzajemnych stosunkach Żydów i Polaków podczas okupacji (nawiasem mówiąc, autorom opracowań o „Żegocie” nie zarzucano, że traktowali swój temat wybiórczo, nie pisząc równocześnie o tym, jak Polacy mordowali Żydów). Więcej nawet – o tyle, o ile to miało znaczenie dla zrozumienia naszego tematu – pisaliśmy o ratowaniu Żydów przez Polaków, informując czytelników Złotych

 108 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Historia to nie księgowość

żniw, że ukrywanie Żydów było dla Polaków zajęciem szalenie niebezpiecznym ze względu na powszechnie obecną groźbę denuncjacji ze strony polskich sąsiadów i ostracyzm otoczenia, które niesienie pomocy Żydom uważało za postawę naganną. Tragiczna sytuacja ludzi pomagających Żydom – to, że czuli się zagrożeni przez sąsiadów i bali ujawnić swoją szlachetną działalność j e s z c z e i  p o w o j n i e – jest także punktem wyjścia mojej poprzedniej książki, Strachu.

Określanie moich książek, w tym również Złotych żniw napisanych wspólnie z Ireną Grudzińską-Gross, mianem eseistyki historycznej jest najczęściej, w intencji osób posługujących się tym terminem pejoratywne. W ten sposób dają do ­zrozumienia, że książki są subiektywne, emocjonalne, pełne uogólnień i w ogóle przynależą do odrębnego gatunku, który nie stosuje się do akademickich rygorów i nie podlega tym samym kryteriom co piśmiennictwo naukowe. Esej, jak pisze w lipcowej WIĘZI prof. Bożena Szaynok, to „subiektywny zapis przemyśleń autora”. Zatem esej historyczny to książka nienaukowa – niebadająca rzeczywistości, tylko, no właśnie, zawierająca „subiektywny zapis przemyśleń autora”, czyli coś gorszego. Z drugiej strony użycie określenia „eseistyka historyczna” pozwala krytykom przyznać – co zostało odnotowane nawet przez najbardziej zajadłych przeciwników – że moje książki są dobrze napisane. Ale nie jest to pod ich adresem bynajmniej komplement. Bo umiejętność pisania osobnikom o złych intencjach – np. „żydowskim historykom”, do których zaliczył mnie z niesmakiem w lipcowej WIĘZI prof. Jan Żaryn – ułatwia skuteczne mącenie czytelnikom w głowach. Perswazyjność tekstu oddziałująca przez dobry styl i wciągającą narrację pozwala tylko łatwiej maskować fakt, że autor wcale nie odsłania prawdy według reguł naukowego obiektywizmu. Nie mówiąc już o tym, że Gross – o czym pisali po wielokroć autorzy „Naszego Dziennika” i nie tylko oni – „nie jest historykiem” i „nie ma warsztatu”. Najbardziej efektownie pod tym względem zabrzmiała wypowiedź prof. Jerzego Eislera podczas publicznej dyskusji w Instytucie Historii PAN w 2000 roku, kiedy oznajmił, że gdyby mu magistrant przedstawił coś na kształt Sąsiadów jako pracę dyplomową, to by go oblał. Sprawa jest poważna, bo – niezależnie od tego, czy wartościowe opracowania historyczne rzeczywiście powstają tylko na biurkach historyków – o tym, czy ktoś jest historykiem, czy nie (cokolwiek by to miało znaczyć), w praktyce, na bieżąco decyduje korporacja zawodowa historyków. Na mój temat zdania najwyraźniej są podzielone. Bo jednak mam przyjaciół wśród historyków, wielu z nich czytało i ceni ­sobie moje książki, używa ich do zajęć akademickich i cytuje w swoich pracach. Jestem też zatrudniony na wydziale historii bardzo przyzwoitego amerykańskiego uniwersytetu. Nie piszę tego, aby samemu sobie poprawiać samopoczucie, tylko żeby uświadomić czytelnikowi, że rzucony ot tak sobie, bez konkretnego uzasadnienia zarzut pod moim adresem – „Gross nie jest historykiem” – nie jest do końca prawdziwy.

 109

Forum

Eseistyka przeciw nauce?


J a n To m a sz G r oss

Naturalnie krytycy mają prawo uważać, że książki przeze mnie napisane są niewiele warte. Ale żeby nie być gołosłownymi, muszą taką opinię uzasadnić staranniej niż po prostu deklarując, że Gross nie jest historykiem, nie ma warsztatu albo że jest eseistą lub socjologiem, co również jest przez nich traktowane jako obraźliwy epitet. Oczywiście mówię tu o polemistach, którzy zachowują jakąś miarę, bo bywają i inni, nierzadko utytułowani i na stanowiskach, jak prof. Jerzy Robert Nowak demaskujący „kłamstwa Grossa”, czy śp. prezes IPN Janusz Kurtyka, który mnie nazwał „wampirem polskiej historiografii”, świadomie albo niechcący przywołując w ten sposób imaginarium mordu rytualnego. Jak więc obronić się przed zarzutem, że moje książki są w najlepszym razie zapisem subiektywnych przemyśleń, i to w dodatku pełnych uogólnień, skoro rozmaite autorytety wyrażają taką właśnie opinię? Śmiem twierdzić, że moje publikacje same najlepiej się bronią przed takimi zarzutami i zachęcam czytelników WIĘZI do ­pobieżnej choćby lektury którejkolwiek z nich. Bez trudu – i to po zaledwie paru stronach – każdy, kto zechce, zauważy, że są to książki przede wszystkim: a) „uszczególniające” (raczej niż uogólniające) i b) najeżone przypisami. W Złotych żniwach, które są krótką książeczką, zaledwie 120-stronnicową w maszynopisie z podwójnym odstępem, znajduje się 180 przypisów. I to nie byle jakich przypisów, bo traktuję je w moim pisarstwie jako bardzo ważny element kompozycyjny. Przypisy nie są dla mnie po prostu miejscem odnotowywania źródeł cytowanych w tekście, ale swego rodzaju pudłem rezonansowym, które pozwala wejść w dialog z tokiem głównego wywodu. Nalegam zawsze, aby wydawca drukował je u dołu strony (a nie na końcu rozdziału albo książki), żeby czytelnik mógł z łatwością poruszać się między nimi a właściwym tekstem, ponieważ oferują dopełnienie lub alternatywne możliwości interpretacji omawianego zagadnienia. A poza tym są bardzo obfite – często i pół strony zajęte jest przypisem, który zwyczajowo drukowany jest mniejszą czcionką, co oznacza, że jest ich naprawdę (co zresztą widać gołym okiem) strasznie dużo. O tym zaś, że książki, o których mowa – Sąsiedzi, Strach i Złote żniwa – są „uszczególniające”, czytelnik też przekonać się może bez trudu, rzucając okiem na dowolną niemal stronę którejkolwiek z nich. Zauważy od razu, że są nasycone opisami konkretnych zdarzeń, wypełnione cytatami z relacji naocznych świadków, że przywołują gdzie tylko możliwe dosłowne brzmienie dokumentów epoki. Taki wypracowałem już styl narracji, że nie opisuję zdarzeń historycznych „z lotu ptaka”, lecz na odwrót – odtwarzając szczegóły, buduję opis stopniowo, „od dołu”, aż się wyłoni z niego obraz całości. I na tej podstawie dopiero formułuję wnioski, jakie mi się nasuwają, starając się zrozumieć i proponując interpretację materiału faktograficznego, który został przedstawiony – innymi słowy, robiąc to, co krytycy moich prac nazywają uogólnieniami. Ale przecież wysiłek zrozumienia tego, o czym się pisze, to właściwy sens i zadanie pracy historyka. Pisanie historii zaczyna się dopiero wtedy, kiedy dopełnimy obowiązku księgowości. Dopiero odrywając się od zgromadzonego materiału, zadając mu pytania,

 110 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Historia to nie księgowość

problematyzując udokumentowane zjawiska, które są tematem pracy – z kronikarzy i archiwistów przemieniamy się w historyków. Obawiam się, że takie stanowisko nie jest w pełni podzielane przez polską szkołę historyczną, w której dominuje wąsko rozumiany pozytywizm, tak jakby rozwój wiedzy historycznej dokonywał się głównie poprzez rekonstrukcję faktów za pomocą kolejnej kwerendy w archiwach. W świetle samowiedzy współczesnej humanistyki nie da się takiego podejścia do historii obronić. Podobnie jak i przeświadczenia, że alfą i omegą dopuszczalnych sądów uogólniających w pisarstwie historycznym jest podawanie procentów. Historia nie jest tożsama ani z księgowością, ani z przemysłem monopolowym, więc ustalanie, jaki procent tego albo tamtego (np. jaki procent chłopów na wsi mordował Żydów) nie jest bynajmniej zwieńczeniem wiedzy historycznej na jakikolwiek temat. Jeżeli – jak zwykło się uważać – każde pokolenie pisze historię od nowa, to nie dlatego przecież, że kwerendy naukowców ujawniają coraz to nowe dokumenty lub że potrafimy coraz lepiej obliczać procenty. Dzieje się tak, ponieważ historia jest żywą dziedziną zmieniającą się wraz z ludzką wrażliwością. Z biegiem czasu inaczej myślimy o życiu społecznym i jego wyzwaniach, co innego staje się dla nas ważne i materiałowi faktograficznemu zadajemy coraz to nowe pytania. Co do pomówienia o eseistykę historyczną – wszystkie książki, które napisałem, są uważnie i w najdrobniejszych szczegółach udokumentowane, osadzone w materiale źródłowym, zaś sposób argumentacji, który w nich rozwijam, jest skrupulatnie objaśniony. Czytelnik może dokładnie prześledzić, jak są zbudowane, i ocenić, czy ich konstrukcja – dane empiryczne w taki, a nie inny sposób połączone spoiwem wywodu – trzyma się kupy. Pomimo że szerokie grono fachowców – nie tylko historyków, ale i prokuratorów – poddało je uważnej i krytycznej lekturze, dwie w miarę rzeczowe polemiki, które z tego wynikły (z profesorami Tomaszem Strzemboszem i Tomaszem Szarotą), wypadły, jak sądzę, na moją korzyść. A zresztą czas robi swoje. Z dużą przyjemnością czytałem więc w lipcowej WIĘZI, że książka Sąsiedzi – jeszcze dziesięć lat temu słaby warsztatowo, pozbawiony kontekstu i pełen uogólnień esej historyczny (obiekt najbardziej zażartych ataków ze strony wspomnianych wyżej polemistów) – dziś już zbiera komplementy jako wartościowa i ważna pozycja współczesnej historiografii.

Spośród tekstów zamieszczonych w lipcowej WIĘZI ze szczególnym pożytkiem przeczytałem rozmowę z ks. Wojciechem Lemańskim. Zrozumiałem po tej lekturze ważny kontekst żydowskiego losu, którego do tej pory nie dostrzegałem. A mianowicie, że proboszcz – nie tylko jako osoba prywatna, ale również jako osoba ­odpowiedzialna za stan finansowy swojej parafii (gromadzenie funduszy na renowację kościoła itd.) – należał do grona czerpiących korzyści materialne z przejmowania własności żydowskiej przez miejscową ludność.

 111

Forum

Nowa hipoteza badawcza


J a n To m a sz G r oss

Ksiądz Lemański mówi o tym na podstawie wiedzy o konkretnych przypadkach, ale także zastanawiając się nad motywacją zachowania zarówno parafian, jak i księży, w wyniku którego „pożydowskie” złoto trafiało w ręce proboszcza. „Złoto to złoto” – mówi ks. Lemański, „nie zawsze można było rozpoznać jego pochodzenie”. I dodaje jeszcze nieco bardziej uduchowioną analizę stanu świadomości proboszcza z podtreblińskiej wsi: Czy miał poważne wątpliwości, gdy parafianie przynosili mu złote koronki na budowę kościoła? Podejrzewam, że mógł to zaakceptować, widząc w tym drogę, żeby to zło przemienić na dobro. Jeżeli złoto, które człowiek zdobył w niegodziwy sposób, teraz stanie się przyczynkiem dobra, to jest jakieś wyjście z sytuacji.

Suponuję, że wielu proboszczom trudno się było oprzeć pokusie „przemienienia zła w dobro” tą metodą. Dodajmy, że analogiczna sytuacja miała miejsce nie tylko wokół obozów zagłady. Anna Bikont cytuje w swojej książce My z Jedwabnego relację Chaji Finkel­sztajn o tym, że najcenniejsze srebrne miski zrabowane zamordowanym przez sąsiadów Żydom z Radziłowa trafiły wkrótce potem na plebanię. Dopiero odczytanie tego zdarzenia w kontekście relacji ks. Lemańskiego uzmysłowiło mi, że nie był to przypadek odosobniony, ale zjawisko o szerokim zasięgu. Bo przecież własność żydowska traktowana była przez polską ludność według zasady wyartykułowanej przez jednego z uczestników pogromu w Wasilkowie, który upominał ­krzykiem współuczestników jeszcze w trakcie mordowania Żydów: „nie łamać niczego, niczego nie rozrywać, wszystko i tak jest już nasze”. Jan Grabowski świetnie uchwycił, jak konsekwencje tej nowo konstruowanej definicji rzeczywistości odbijały się w świadomości społecznej: Wedle szeroko rozpowszechnionego przekonania, osoby ukrywające Żydów zarabiały na tym krocie. Tego rodzaju „niesprawiedliwe” wzbogacenie się raziło sąsiadów i znajomych, którzy uważali się za niesłusznie pominiętych przy przebiegającej na ich oczach redystrybucji własności. Majątek żydowski stawał się wobec tego „dobrem wspólnym”, a indywidualne próby przechowywania Żydów – formą egoistycznej działalności skierowanej przeciw wspólnocie. Niejednokrotnie posługiwano się argumentem, że skoro represje niemieckie dotknąć mogą ogółu mieszkańców, przeto nie ma żadnego uzasadnienia, żeby korzyści przypadały tylko wybranym.

W powyższym kontekście jest zupełnie zrozumiałe, że pierwszy obywatel – któremu powaga zajmowanego stanowiska nie pozwalała zazwyczaj na bezpośredni udział w przejmowaniu żydowskiej własności – oczekiwał, że należna mu część nagłego przyrostu zamożności parafian tak czy inaczej do niego trafi. Choćby poprzez datki na tacę od ludzi, o których było wiadomo, że się szczególnie wzbogacili kosztem żydowskich sąsiadów. Hipoteza tu zaprezentowana jest osadzona we fragmentarycznej wiedzy na temat zachowania księży i ogólniejszej wiedzy na temat panujących wówczas

 112 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Historia to nie księgowość

schematów myślenia. A ponieważ nie ma powodu sądzić, że mentalność ludzi Kościoła odbiegała w sposób istotny od światopoglądu i wyobrażeń miejscowej ludności, to – dopóki Kościół nie otworzy dostępu do swoich archiwów niezależnym historykom, którzy znajdą tam dokumentację świadczącą, że było inaczej – ma ona wysoki stopień prawdopodobieństwa. Tak więc zabór żydowskiego mienia nie jest tylko rezultatem indywidualnych aktów rozboju i nie tylko konkretni ludzie tudzież ich rodziny są beneficjentami tego procederu. Zabór żydowskiego mienia jest raczej złożonym zjawiskiem społecznym wdrażanym na wiele różnych sposobów niż prostą sumą doświadczeń indywidualnych (w sensie, że ktoś coś komuś zrabował albo wymusił od kogoś okup) i stoi za nim splot interesów instytucji i organizacji, którym przynosił materialne korzyści. Beneficjentem zaboru żydowskiej własności było w pierwszej kolejności państwo. Przede wszystkim III Rzesza, ale zaraz po wojnie także i państwo polskie z tytułu dysponowania na terenach Rzeczypospolitej własnością nieistniejących już gmin żydowskich oraz własnością poniemiecką – czyli zajętą chwilę wcześniej przez rozmaite agendy Rzeszy własnością żydowską. Pisałem na ten temat obszerniej w Strachu. Innym beneficjentem instytucjonalnym, poprzez swoistą dziesięcinę ściąganą w parafiach od wzbogacenia na Żydach, był Kościół. Dalej – podziemie antykomunistyczne. Pisaliśmy w Złotych żniwach o „kontrybucji” nakładanej przez NSZ na kopaczy z okolic Treblinki. Ale „chłopcy z lasu” wszędzie, gdziekolwiek stacjonowali, utrzymywali się z mniej lub bardziej wymuszanych kontrybucji i nie stronili od łupienia i mordowania Żydów – vide np. pogrom w Parczewie w 1946 roku – oraz rabowania (a nawet i mordowania) gospodarzy, o których mówiono, że przechowywali Żydów. A taka na przykład ubecja, o czym było już wtedy powszechnie wiadomo, skupowała złoto i twardą walutę na czarnym rynku przez podstawionych cinkciarzy. Co się działo ze złotem?

Mój rozmówca Zbysław Wójcik był świadkiem, kiedy do więzienia w Sokołowie przywieziono dwa samochody z ludźmi złapanymi w Treblince. Jego zdaniem było to około stu osób. Zaprowadzono ich do budynku więzienia, kazano opróżnić kieszenie i dodatkowo dokonano rewizji. Był tam obecny przedstawiciel urzędu skarbowego. Zebrane w ten sposób złoto zważono i przeszło ono w ręce tego urzędnika. Chociaż Wójcik był świadkiem całej sytuacji, nie pamięta, jakie formalności się wtedy odbywały, czy spisywano jakiś protokół itp. Całego wydarzenia nie ocenia jako nadzwyczajnego, nie wzbudziło to wielkiej sensacji w mieście. Również ludzie, których zatrzymano, nie wyglądali na zażenowanych. – Kto by się po wojnie wstydził – powiedział.

 113

Forum

Kiedy wywiązała się dyskusja na temat Złotych żniw, dostaliśmy list od pani Katarzyny Markusz, która od lat zajmuje się poszukiwaniem i dokumentacją śladów ­żydowskiej obecności w swoich rodzinnych stronach. Cytuję fragment listu za pozwoleniem Autorki:


J a n To m a sz G r oss

Tym ludziom nie wytoczono później żadnego procesu. Po odebraniu im złota puszczono ich wolno. Jedyna niedogodność to taka, że nie mogli liczyć na transport w drugą stronę. Musieli wracać pociągiem.

W literaturze historycznej funkcjonuje termin „złoto Melmera” od nazwiska oficera SS, który przewoził w walizkach kosztowności zrabowane w obozach przez nazistów do banku Rzeszy. Kim był tajemniczy pan i dokąd odwiózł wygrzebane z cmentarzyska Treblinki precjoza? Jaką jednostkę budżetową zasilano złotem pomordowanych Żydów – urząd skarbowy czy może raczej Urząd Bezpieczeństwa ­Publicznego albo po prostu kasę komitetu partyjnego? Jak często przyjeżdżał po urobek treblińskich kopaczy? Czy jeździł także do Bełżca? Warto byłoby upamiętnić skromnego następcę esesmańskiego kuriera tak jak na to zasługuje – czy dowiemy się kiedykolwiek, jak miał na nazwisko? Dementuję

I na koniec jeszcze tylko dwie krytyczne uwagi na temat artykułów zamieszczonych w lipcowym numerze WIĘZI. Redaktor Zbigniew Nosowski parokrotnie – dwa razy w rozmowie z prof. Bartoszewskim, a potem znowu podczas rozmowy z Adamem Michnikiem – powtarza, jakoby punktem wyjścia i kluczowym wątkiem Złotych żniw, od którego autorzy jego zdaniem w końcu odstąpili, miała być polemika z obserwacją poczynioną kiedyś przez profesora Bartoszewskiego, że dla uratowania jednego Żyda potrzeba było wysiłków co najmniej dziesięciorga Polaków. Nie mam pojęcia, skąd redaktor Nosowski posiada taką informację na temat moich i Ireny Grudzińskiej-Gross odautorskich intencji, i pragnę ją zdementować. Zaś w artykule prof. Bożeny Szaynok niefortunne wydało mi się omówienie tym samym tonem, obok siebie, trzech pozycji, które ukazały się równolegle do Złotych żniw – książek Jana Grabowskiego, Barbary Engelking i zbioru tekstów pod redakcją Marka J. Chodakiewicza i Wojciecha J. Muszyńskiego Złote serca czy złote żniwa. To tak jakby znawca literatury młodzieżowej omawiający klasykę gatunku wymienił jednym tchem Kubusia Puchatka, Alicję w krainie czarów i Przygody Koziołka Matołka. Jan Tomasz Gross Jan Tomasz Gross – ur. 1947. Doktor socjologii uniwersytetu Yale. Wieloletni wykładowca

uniwersytetu Yale, obecnie profesor na wydziale historii Uniwersytetu Princeton, w pracy badawczej zajmuje się historią Europy Wschodniej, zwłaszcza problematyką II wojny światowej. Autor m.in. książek Upiorna dekada. Trzy eseje o stereotypach na temat Żydów, Polaków, Niemców i komunistów; Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka; Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści; Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów.

 114 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Bogusław Kierc

Wierszyk

Przepadł mi – dobrze ułożony w myślach – wierszyk (a niech cię… niesie zapomnienie) i dzięki temu nie wiem, com nazmyślał, a co udało mi się wiernie przenieść z ciała do słowa; z wielu ciał do wielu słów. Ale przecież nigdy mi nie chodzi o jeszcze jeden wierszyk. Przyjacielu mojej chciwości, gdy nie jestem godzien abyś… i – ale powiedz tylko słowo – szepczę, wiesz, czego się wstydzę, i wierzę, że mnie przyciągniesz do Siebie, bym głową dotykał podczas Ostatniej Wieczerzy Twojego boku (jak Pański kochanek na boskim Chrystusa spoczywał łonie). No więc ten wierszyk w dawno napisane dla Ciebie słowa się wtopił i tonie.

 115


Bo g u s ł a w K i e r c

To nic

Dusza obita ciosami dzwonów miota się i tak dalej, od tonu do tonu, w niczym albo w czymś takim, co sobie ćwiczy dla niepoznaki bycie nicością, zanim napadnie na mnie i gościom na stypie, na dnie siebie, odsłoni mnie do niczego wreszcie na koniec niepodobnego.

 116 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Bo g u s ł a w K i e r c

Wstydzę się, ale: uniesienie

Juliusz Słowacki nazywał to szklanym głosem; czym była dla niego ta szklaność głosu?; przejrzystym dźwięczeniem czy stanem czystego bycia?; wtedy nazywano anielskim pieniem to samo; ja nie wiem, jak to się stało, że mnie do Obłoku po Przemienieniu uniósł w swoim śpiewie dwunastoletni, długowłosy młokos.

Bogusław Kierc – ur. 1943, poeta, krytyk literacki, aktor, reżyser i pedagog. Ukończył

studia na Wydziale Aktorskim w krakowskiej PWST. Jako poeta debiutował w 1961 r. na ł­amach prasy. Jako aktor związany jest z Wrocławskim Teatrem Współczesnym, wystąpił w filmie Popioły Andrzeja Wajdy w roli Krzysztofa Cedro, jako reżyser – z Teatrem Banialuka w Bielsku-Białej. Wykładowca na wydziale lalkarskim Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im L. Solskiego we Wrocławiu. Autor kilkunastu tomików poetyckich. Laureat srebrnego medalu „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

 117


Monika Waluś  Złoty środek

Człowiek nie saper Las, deszcz, ciepło, więc powinny być grzyby. Moja mała córka bardzo lubi zbierać grzyby i ma do tego rzeczywisty talent. Wypatrzy wszystko, to typ osoby, która widzi drzewa i grzyby, a nie las. Zauważy więc każdy grzyb, jadalny i trujący, i uroczyście wkłada go do koszyka. Ma też swoje miejsca, gdzie co roku zbiera zwycięsko kanie. Część rozróżnia bezbłędnie jako niejadalne, ale niektóre są zbyt skomplikowane. W przypadku grzybów naprawdę trudno rozróżnić dobre od złych – zbyt są podobne. Gdy tylko nastaje środek lata, natychmiast pada hasło: chodźmy na grzyby. Pasja małej rośnie z wiekiem, więc w końcu kupiliśmy atlas grzybów, żeby jakoś te nieustające zbiory kontrolować. Kurki, maślaki są łatwe, ale reszta… Wczoraj też wróciła z koszyczkiem wypełnionym po brzegi. „Mamo, zobacz, co uzbieraliśmy!” – triumfalnie wyrzuciła skarby z mchem i igłami na kuchenny stół. Chwalę, oczywiście widać wielki wysiłek, spostrzegawczość i sukces. Niestety, część grzybów kompletnie nieelegancka – za dużo deszczu sprawiło, że niektóre

 118 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Człowiek nie saper

przypominają wyciśnięte i zużyte gąbki. Żal, duże rozczarowanie na buzi dzielnej zbieraczki. Córka przebiera grzyby z tatą, nie przeszkadzam – ­oddalam się, ale dobiegają mnie co rusz odgłosy rozczarowania. Ten trzeba wyrzucić, bo niejadalny, ten drugi i trzeci też podejrzany. Córka słucha uważnie, że są wprawdzie łudząco podobne do tych, które jadalne, ale bardzo, bardzo gorzkie i lepiej nie jeść ani kawałka. Potwierdza z poważną miną i opowiada, że mówiła jej o tym któraś ze znajomych, nazywając ten grzyb „szatankiem”. Krzywię się, nic nie mówiąc, nie lubię tych nazw. W końcu to, co zostało ze zbiorów, ląduje na patelni z cebulką i córka czeka aż dojdą. Trochę to trwa, gramy w ulubioną grę, ale grzyby kuszą. W końcu idę spróbować, czy to już, i zaczynam prychać – mam w ustach coś obrzydliwie gorzkiego. Trzeba wszystko wyrzucić. Mąż tłumaczy zdziwionej małej, że musiał się jednak gdzieś zapodziać wśród dobrych grzybów jeden kawałek gorzkiego i nie da się absolutnie nic zjeść. Totalne rozczarowanie – tyle zbierania, tyle czyszczenia, tyle radości na nic. Jeden błąd i cała wyprawa przekreślona. „Już wiem dlaczego te grzyby nazywa się szatanami! Jeden wystarczy, by wszystko było złe” – woła rozgoryczona córka. Słucham jej i zastanawiam się – to tak, jakby jedno złe pociągniecie przekreślało całe życie. Niemożliwe, aby jeden wybór kończył wszystko bez możliwości poprawy czy naprawy. To nieprawda, że jeden fałszywy ruch przez nieuwagę czy błąd – i koniec. Człowiek nie saper – zło, nawet duże, nie niszczy całego dobra. To zresztą byłoby fatalne – trzeba by się bać każdego ruchu, a w obawie przed jakimkolwiek błędem najbardziej ­opłacałoby się nie robić nic. Wtedy nie chodziłoby o poprawianie świata czy wspieranie dobra, a tylko o unikanie samego zła, które byłoby tak niebezpieczne, że nieodwracalne. Nie, z ludźmi nie jest tak jak z patelnią grzybów! Jedno zło nie przeważy całego dobra – tu można zacząć jeszcze raz. Wstaję, idę myć patelnię. Zaraz będzie znowu czysta, a po nowe grzyby mogę z córką pójść choćby jutro.

Monika Waluś – żona, matka i gospodyni domowa, doktor teologii. Wykłada dogmatykę

na UKSW oraz w kilku seminariach duchownych. Prezeska stowarzyszenia „Amicta Sole”, członkini Zespołu Laboratorium WIĘZI.

 119

Złoty środek

Monika Waluś


Historia

Andrzej Friszke

Pisanie historii czy gra historią? Polskie spory o najnowszą przeszłość

Współczesna historiografia dziejów Polski po roku 1945 wywodzi się w ogromnej mierze z przemyśleń i prac powstałych w latach 80. w środowisku opozycyjnym1. Chodzi o krąg historyków, którzy zdobyli doświadczenie badawcze i stopnie naukowe w oficjalnym życiu akademickim, często pisali o epoce nieco wcześniejszej, jak Jerzy Holzer i Andrzej Paczkowski, a pod koniec lat 70. podjęli nieoficjalne badania i analizy nad pierwszymi latami powojennymi. Najbardziej znaną postacią z tego kręgu była Krystyna Kersten. Metody i zasady pracy nad nielicznymi jeszcze wtedy dostępnymi źródłami były podobne jak w badaniach nad epokami wcześniejszymi. Historyk szukał odpowiedzi na pytanie „jak było?” i rozważał okoliczności zaistnienia konkretnych faktów, granice możliwych racjonalnych wyborów, stan świadomości, kontekst sytuacji kraju, społeczeństwa czy grupy, która była przedmiotem badania. Historycy ci – tworzący w czasach szczególnego napięcia emocjonalnego związanego z powstaniem „Solidarności”, a potem jej delegalizacją i trwającymi represjami – byli ludźmi opozycji. Identyfikowali się z nią i czynnie ją wspierali, także ­intelektualnie. Niemniej, szanując swój warsztat, dbali o zachowanie rozdziału między wystąpieniami publicystycznymi, jawnie polemicznymi, a dziełami historycznymi, które nie powinny być pisane w celach doraźnych, nie mogły służyć po prostu

1 Skrócona wersja referatu wygłoszonego podczas konferencji „Polska jako tekst. Dyskursy, narracje, inscenizacje”, która odbyła się 13–14 grudnia 2010 r. w Gdańsku staraniem Nadbałtyckiego Centrum Kultury. Pełna wersja tekstu ukaże się wkrótce w materiałach pokonferencyjnych.

 120 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Pisanie historii czy gra historią?

wzmocnieniu morale „naszych” i pognębieniu „ich”. Historyczne studia powinny zmuszać do myślenia, ukazywać złożone konteksty, kształcić, a nie podniecać. Historyk powinien pamiętać, że opisywani przez niego ludzie nie znali dalszego biegu zdarzeń, który znał historyk, zatem należało być powściągliwym w ­ocenach, widzieć uwarunkowania tamtych czasów. W takiej konwencji pisane było najważniejsze dzieło historiografii opozycyjnej lat 80., a dotyczącej dziejów powojennych – Krystyny Kersten Narodziny systemu władzy (podziemna Krytyka 1985, Paryż 1986) oraz jej monografia Jałta w polskiej perspektywie (Aneks, Londyn 1989). Krystyna Kersten wielokrotnie powtarzała, że historia najnowsza powinna być nauką, możliwie wolną od uwikłań politycznych i ideologicznych. Społeczna funkcja historii i historyków „nie polega wyłącznie na podtrzymywaniu tożsamości narodowej”. Autorka nie chciała sprowadzać historii (i historyków) „do roli ­służebnej wobec narodu. Historia, jej poznanie i zrozumienie kształtuje nasz stosunek do świata w znacznie szerszym wymiarze niż narodowy. Zamknięcie się w narodowych opłotkach grozi ksenofobią, egocentryzmem, ciasnotą myślenia”. Zawodowy etos historyka stawia go często w opozycji nie tylko wobec władzy, ale i społeczeństwa, „przywiązanego do swych mitów i stereotypów, opierającego się przewartościowaniom, szukającego w historii potwierdzenia współczesnych emocji”2. Historyk, zwłaszcza dziejów najnowszych, „jeśli pragnie być skuteczny i zarazem działać zgodnie z wymogami swojej etyki, i to nie tylko etyki zawodowej, nie może przywdziewać togi sędziowskiej po to, by potępiać, uniewinniać lub głosić chwałę” – mówiła w roku 1986. Podkreślała też, że nie można unikać zadawania ran – mówienia rzeczy gorzkich, trudnych, bolesnych. Jeśli jednak te chirurgiczne rany mają być skutecznie leczące, to powinny być tak zadawane, aby penetrując aż do jakże wrażliwej na urazy tkanki: tożsamości, autentyczności, integralności – nie niszczyły jej żywotności, aby nie przez zanegowanie konfliktów, ale właśnie przez ujawnianie ich istoty i ich złożoności źródeł umożliwiały dojście do wyższego stopnia świadomości. I to – samodzielnie. Jest to możliwe do osiągnięcia tylko pod warunkiem otwartości na tych, do których mówimy3.

Wielka dyskusja o PRL

2 K. Kersten, Między wyzwoleniem a zniewoleniem. Polska 1944–56, Londyn 1993, s. 178. 3 Tamże, s. 195.

 121

Historia

Te zasady, traktowane mniej lub bardziej surowo, ale akceptowane przynajmniej intencjonalnie, dawały busolę do rozwoju historiografii dziejów najnowszych w latach 90. Zniknęła cenzura, nastąpiło szerokie otwarcie archiwów państwowych i partyjnych. Do badań okresu powojennego przystąpiło wielu historyków zajmujących się wcześniej Drugą Rzecząpospolitą lub okresem okupacji, a także z każdym rokiem


And r zej F r i sz k e

coraz szersza grupa młodych kończących studia. Utworzono pracownie dziejów powojennych na uniwersytetach i w Polskiej Akademii Nauk. Powstało wiele monografii, wyborów źródeł, esejów i artykułów, które dzieje pierwszej powojennej ­dekady uczyniły epoką znaną nie gorzej niż wiele epok wcześniejszych, a dalsze dziesięciolecia zostały co najmniej wstępnie – ale analitycznie i źródłowo – rozpoznane. W prasie toczyły się utrzymane na wysokim poziomie dyskusje, by wspomnieć najważniejsze: Bilans czterdziestopięciolecia („Polityka” 1990), Czym była PRL? („­Tygodnik Powszechny” 1992–93), Bilans PRL („Tygodnik Powszechny” 1994), Dziedzictwo Peerelu („Res Publica” 1993). W dyskusjach tych zaznaczyła się szeroka gama poglądów, które Andrzej Paczkowski określił następująco: radykalne potępienie, radykalny krytycyzm, racjonalny dystans, postkomunistyczny rewizjonizm, krytyczna afirmacja4. Postawa krytycznej afirmacji prawie się nie zaznaczała, reprezentował ją głównie historyk z Poznania Antoni Czubiński. Podobnie trudno byłoby wskazać szerszą reprezentację post­komunistycznego rewizjonizmu, którą reprezentowała chyba tylko redakcja miesięcznika „Dziś”, gdzie szereg ciekawych dokumentów i komentarzy opublikowali dawni działacze PZPR, zwłaszcza Andrzej Werblan. Główny nurt debaty i ocen PRL wyznaczały postawy radykalnego krytycyzmu lub racjonalnego dystansu. Nieraz dochodziło do głosu radykalne potępienie, przeważnie jednak nie w publikacjach historyków, ale w publikowanych wspomnieniach czy w publicystyce. Paczkowski oceniał, że wśród wypowiedzi dominuje historia martyrologiczna, perspektywa „pamięci ofiar”. Istotnie, szeroko przypominano powojenne represje przeciw AK, fałszowanie referendum i wyborów, publikowano wspomnienia więźniów stalinowskich i internowanych z lat stanu wojennego, przywracano – tym razem w najszerszym obiegu prasy, radia i telewizji – pamięć o Poznaniu 1956, Grudniu 1970, Marcu 1968, Czerwcu 1976. Zapoznawano opinię publiczną z różnymi formami działań opozycyjnych – podziemnej Solidarności, KOR-u, Ruchu, ale też powojennego podziemia. Ukazywały się na ten temat książki wspomnieniowe i próby opracowań, artykuły w prasie, kręcono filmy wyświetlane w porach dobrej oglądalności. Dominował krytyczny osąd komunizmu i epoki PRL. Jedynie niekiedy, jakby wstydliwie, zwracano uwagę na okoliczności, które mocno podkreślił Marcin Król: w kategoriach długiego trwania po wojnie nastąpiło ustalenie terytorium Polski, które „trudno byłoby wyobrazić sobie lepsze”. Doszło do obalenia barier klasowych, nastąpił wielki awans warstw ludowych i przywódcy wszystkich sił społecznych, w tym Kościoła, wywodzą się z „wielkiej chłopsko-robotniczej magmy, która na pewno by nie powstała, gdyby nie lata urawniłowki”5. Dyskusja o PRL była jedną z największych, może największą, jakie przetoczyły się przez prasę w tej dekadzie. Właśnie wtedy ustaliła się negatywna ocena PRL jako

4 A. Paczkowski, Czy historycy dokonali „obrachunku” z PRL, w: Ofiary czy współwinni, Warszawa 1997. 5 M. Król, Długie trwanie a PRL, „Res Publica Nowa” 1993 nr 3.

 122 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Pisanie historii czy gra historią?

6 A. Friszke, Jakim państwem była PRL po 1956? Spór historyków, WIĘŹ 1996 nr 2. Obszerniejsza wersja tego tekstu pt. Spór o PRL w III Rzeczypospolitej (1989–2001) ukazała się w roczniku „Pamięć i Sprawiedliwość” 2002 nr 1; przedruk w: Polska transformacja. Spojrzenie po latach, red. W. Majerski, R. Żelichowski, Warszawa 2010.

 123

Historia

kraju pozbawionego niepodległości, władzy zorganizowanej w system totalitarny, z gospodarką, która powodowała zwiększenie dystansu wobec krajów wysoko rozwiniętych. Te trzy główne wątki w toczących się dyskusjach prześledziłem w tekście opublikowanym w WIĘZI w 1996 r. Analizowałem stanowisko historyków wobec kwestii niesuwerenności PRL („PRL = okupacja?”), totalitarnego ­charakteru ustroju („1956: koniec totalitaryzmu?”) oraz jego stabilizacji względnie postępującego kryzysu od 1956 r. Ogromna większość historyków wskazywała na radykalne ograniczenie suwerenności do 1956 r., ale tylko nieliczni byli skłonni podzielić pogląd Tomasza Strzembosza: „W ciągu całych swoich dziejów PRL była jakąś formą okupacji Polski”. Większość szukała określeń bardziej adekwatnych niż słowo „okupacja”, a więc takich jak zależność protektoralna czy satelitarna. Największe kontrowersje budziło pytanie, czy PRL po 1956 r. była państwem totalitarnym. Kategorycznie sprzeciwiał się temu historyk idei Andrzej Walicki, ale historycy dziejów politycznych skłaniali się do uznania PRL także w  następnych dekadach za państwo totalitarne, choć zauważali zasadnicze różnice w relacjach obywatele–państwo przed 1956 rokiem i po nim. Zauważano także wytwarzanie się licznych mechanizmów akceptacji systemu, zarówno przed Październikiem, jak i później, przy czym wynikały one z zaspokajania – do czasu – potrzeb materialnego i cywilizacyjnego awansu wielu grup społecznych6. Fałszywa jest zatem teza o braku zainteresowania historią w latach 90. czy niepodjęciu rozliczeń z PRL. W tej ostatniej sprawie wspomnieć należy o procesie płk. Humera i jego podwładnych ze stalinowskiej bezpieki, który toczył się ­szereg miesięcy, był obficie relacjonowany przez media i zakończył się w 1994 r. skazaniem oprawców. Ukazały się też adresowane do szerokiego grona odbiorców książki o stalinowskiej bezpiece i o „bohaterach” procesu Humera. Krytycy tego czasu wskazują jednak, że sprawy sądowe dotyczyły nielicznych i najbardziej symbolicznych oprawców, ale nie pociągnięto do odpowiedzialności ani słynnego oskarżyciela w stalinowskich procesach, prokuratora Zarakowskiego, ani winnych zbrodni ze szczebla województw. Nieprawdziwe są też twierdzenia o braku zainteresowania powojennym podziemiem. Już w 1992 r. ukazała się monografia WiN napisana przez Zygmunta Woźniczkę (nadal nie została opublikowana porównywalna synteza), a Piotr Niwiński przygotował fundamentalną monografię Okręg Wileński AK w latach 1944–1948 (wydana w 1999 r.), zaś Rafał Wnuk równie fundamentalną monografię Lubelski okręg AK, DSZ, WiN 1944–1947 (wyd. 2000). W Krakowie w 1991 r. powstało specjalistyczne pismo naukowe „Zeszyty Historyczne WiN”, którego redaktorem od połowy dekady był Janusz Kurtyka. Temat powojennego podziemia trafiał także do szerszego odbiorcy za pośrednictwem prasy czy obchodów rocznicowych.


And r zej F r i sz k e

Wkrótce doszli jednak do głosu krytycy występujący pod hasłem potrzeby przywrócenia pamięci o historii. Mogli się powoływać na niewielką skuteczność opisanych dyskusji i publikacji. Badania socjologiczne z 1994 r. wykazały, że w zbiorowej pamięci okres PRL zapisał się względnie dobrze. Najlepszą ocenę PRL miało 60% badanych z wykształceniem podstawowym i zawodowym, ponad 30% ze średnim i wyższym. Akceptowało PRL 60% mieszkańców wsi, ale tylko 33% mieszkańców wielkich miast7. Wyniki te wskazywały, że poparcie dla modernizacji i demokratycznego modelu państwa, a także akceptacja reform rynkowych idą w parze z krytyką PRL. Do czasów PRL wzdychało natomiast najwięcej osób z grup, które miały liczne problemy z adaptacją do nowych warunków ustrojowych, ale też były w nikłym stopniu konsumentami kultury. Historia krzywd

Zwrot w podejściu do historii oraz sposobu jej opisywania i wartościowania przyszedł na początku wieku XXI i nie miał jednej przyczyny. Jedną z nich było wejście w życie naukowe i publicystyczne nowej generacji historyków i publicystów zainteresowanych historią. Kończąc studia, napotykali na blokadę awansu w środowiskach naukowych, na uczelniach, w PAN, gdzie prawie nie było wolnych miejsc, a hierarchie środowiskowe były ustabilizowane i niezmienne od lat, często jeszcze od czasów PRL. Z natury rzeczy gromadzili się częściej wokół inicjatyw nowych, często budowanych w opozycji intelektualnej i politycznej wobec instytucji „starych” i ustabilizowanych. Wielu przedstawicieli tej generacji miało silne przekonania polityczne, radykalnie kwestionowało państwowość PRL, ale też przywództwo dawnej „Solidarności” z Lechem Wałęsą na czele. Na ogół nie pamiętali roku 1980 ani lat wcześniejszych, kiedy prawie całe społeczeństwo żyło w przystosowaniu do systemu, a ­buntowały się jednostki i małe grupy. Wyrastali w okresie, kiedy system był już kontestowany, istniał szeroki front odmowy i rozległe podziemie wydawnicze. Mieli więc trudności ze zrozumieniem „dojrzałego” PRL z jego powszechnością kompromisów, wytłumionej świadomości, licznych postaw konformizmu, łatwego przyjmowania lansowanych przez partię „prawd”. Niektórzy w młodości przeszli przez nielegalny NZS i inne młodzieżowe organizacje podziemne, w 1989 r. zwykle krytykowali kompromis okrągłego stołu, a następnie politykę „grubej kreski” i braku rozliczeń. Byli rozczarowani, że Wałęsa nie podjął haseł dekomunizacji, które traktowali też jako szansę wymiany elit w środowiskach naukowych i intelektualnych. Jednym z kluczowych punktów sporu stała się ocena stanu wojennego oraz polityki lat 80. Ludzie dawnego reżimu podkreślali swoją zasługę w doprowadzeniu do okrągłego stołu, niechętnie zaś wracali do czasu sprawowania dyktatury. Ich ocena 7 Zob. A. Magierka, Dylematy historii PRL, Warszawa 1995, s. 116–117.

 124 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Pisanie historii czy gra historią?

III RP była na ogół pozytywna, łatwo przystosowali się do demokratycznych procedur, gospodarki rynkowej i prozachodniej orientacji w polityce zagranicznej i całkowicie je akceptowali. Dla części młodych historyków i publicystów ta reorientacja była powodem irytacji, uznania, że liderom dawnego systemu łatwo udało się uciec od odpowiedzialności i utrzymać w establishmencie politycznym i ekonomicznym III RP. Stąd był już tylko krok do zakwestionowania demokratycznego autentyzmu tego państwa. Do wyobraźni krytyków trafiały wizje Jadwigi Staniszkis, która – bez poparcia swych hipotez dowodami czy dokumentami z epoki – z dużą sugestywnością przedstawiała obraz transformacji ustrojowej jako wielkiej gry służb sowieckich, podjętej już w 1980 r. i następnie kontynuowanej aż do czasów współczesnych. Zaakcentowany tu klucz pokoleniowy nie dotyczy oczywiście całej generacji. W rocznikach tych było wielu historyków, którzy nie podzielali takich ocen i publikowali rzetelne prace naukowe. Niemniej omawiane poniżej poglądy były w ogromnej większości kreowane przez roczniki wchodzące w życie zawodowe pod koniec lat 80. i w latach 90. Młodych drażniła „obiektywistyczna” metoda opisywania PRL, w której gubiła się zdecydowana ocena moralna i ideowa. Antoni Dudek mówił: Ja, na przykład, zajmuję się historią PRL nie tylko dlatego, że mnie to interesuje, ale czuję nakaz o charakterze moralnym: czytam o setkach krzywd, jakie to państwo wyrządziło tysiącom ludzi; że nie można o tym zapomnieć, nawet jeśli większość społeczeństwa o tym zapomniała. Wiedzę o tym trzeba przenieść do następnych pokoleń. Ale też uważam, że nie należy wlewać żółci do opisu historycznego, bo to donikąd nie prowadzi8.

8 Wypowiedź w dyskusji Czym była PRL?, WIĘŹ 1996 nr 2, s. 116. 9 T. Strzembosz, Głos w dyskusji, „Arcana” 2000 nr 2, s. 7.

 125

Historia

Ten pogląd podzieliłoby zapewne wielu historyków. Podobna motywacja inspirowała zresztą także licznych badaczy dziejów Holokaustu. Radykalnych ocen domagał się Tomasz Strzembosz: „Nie wystarczy opisywać, trzeba ostrzegać, uodparniać, zabezpieczać przed tą zarazą. To są obowiązki dzisiejszych polskich historyków, publicystów, myślicieli – i polityków”9. Postawy takie wzmacniało jeszcze zwycięstwo SLD i radykalna klęska ugrupowań postsolidarnościowych w wyborach 2001 roku. Za jedną z przyczyn klęski uznawano nieprzeprowadzenie na czas dekomunizacji i lustracji, a także niedostatek wychowania patriotycznego, budowania właściwych tradycji narodowych przez instytucje państwa. Na marginesie wzmacniały się tymczasem postawy fundamentalistyczne, obecne od początku lat 90. jako komponent ideologii prawicowych. Ich zwolennicy odwoływali się do fragmentów narodowej przeszłości, uznając, że to, co dobre, łączyło się z katolicyzmem i zbudowaną na nim polską kulturą, odrębną wszakże od zachodniego liberalizmu i oczywiście wszelkich idei lewicowych. To katolickie ­zasady powinny więc być kryterium oceny prawa stanowionego w  Polsce. Tendencja ta


And r zej F r i sz k e

właściwie nie wykształciła swego kierunku w historiografii, ale w jej obrębie za najwyższy i niekwestionowany autorytet w dziedzinie wszelkiej historii uchodzi Jerzy Robert Nowak. Jego rozmaite wypowiedzi skupiały się na lansowaniu tezy, że polskie elity zdominowane są przez „prożydowskie lobby” i wychowanków komunistycznych domów, a wielkie zagrożenie płynie do Polski z Zachodu. Swoistą popularność zdobył w podobnych kręgach czytelników Henryk Pająk, literat pisujący popularne książki o powojennych partyzantach, które miały skrajnie antykomunistyczny, antyukraiński i antysemicki wydźwięk. Także sensacyjne publikacje byłego oficera służb PRL Henryka Piecucha – przekonującego, że istnieje drugie dno historii, w których służby specjalne są głównym graczem – oddziaływały na wyobraźnię różnych kategorii czytelników. Potraktowane łącznie dzieła tych autorów, adresowane do szerokiego kręgu czytelników, w poważnym stopniu zdewastowały u ich odbiorców reguły analizowania i wartościowania zjawisk przyjęte w nauce historycznej. Prawda w teczkach

W 1999 r. – za zgodą wszystkich sił politycznych, z wyjątkiem SLD – utworzono Instytut Pamięci Narodowej. Został on powołany jako ponadpartyjna instytucja, która zgromadzi akta służb specjalnych z lat PRL, a tym samym odbierze je służbom współczesnym, uniemożliwi ich wykorzystywanie do bieżących rozgrywek oraz przekaże je do badań historykom. IPN miał symbolicznie zadośćuczynić ofiarom systemu przez przyznawanie statusu pokrzywdzonego osobom więzionym, inwigilowanym, represjonowanym w latach PRL. Pion prokuratorski miał się zająć sprawcami łamania prawa w okresie rządów komunistycznych i doprowadzić na ławę oskarżonych winnych zbrodni. Pion badawczy i edukacyjny miały rozwinąć szeroką akcję badań i popularyzowania wiedzy o minionym systemie, aparacie represji i jego ofiarach. Już na progu swojej działalności IPN został skonfrontowany z bolesną sprawą Jedwabnego. Wydana w 2000 r. książka Jana Tomasz Grossa Sąsiedzi była przejmującym opisem mordu żydowskich mieszkańców miasteczka dokonanego przez ich polskich współobywateli: jedni byli sprawcami bezpośrednimi, inni biernymi świadkami, a jeszcze inni rabowali mienie palonych żywcem w stodole. Książka Grossa uderzyła w czułe struny polskiej wrażliwości i pamięci o latach wojny. Polacy, także ogromna większość historyków, musieli się zmierzyć z trudnymi pytaniami: czy Polacy bywali mordercami Żydów; czy jest to polska wina, czy jednak niemiecka; czy istnieją jakieś szczególne okoliczności osłabiające winę. W tle było też pytanie, czy należy się identyfikować z ofiarami, czy relatywizować winę oprawców. I czy polski historyk powinien być całkowicie bezstronny, czy ma jednak próbować bronić – na ile tylko może – racji narodowych. Gdzie ta racja się znajduje: czy jest nią obrona każdego Polaka sprzed lat, czy budowanie właściwych postaw

 126 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Pisanie historii czy gra historią?

u współczesnych? Wokół tych i innych pytań potoczyła się w 2001 r. największa od 1989 roku dyskusja w prasie polskiej dotycząca historii10. IPN, który miał zadośćuczynić moralnie krzywdom z czasów PRL, musiał się więc zająć śledztwem dotyczącym zbrodni na żydowskich obywatelach, której sprawcami byli Polacy. Potwierdziło to śledztwo prowadzone przez pion prokuratorski. W ślad za tymi ustaleniami przygotowano do druku dwa potężne tomy Wokół Jedwabnego (2002) zawierające analizy i dokumentację, przygotowane przez zespół kierowany przez Pawła Machcewicza i Krzysztofa Persaka. Skupienie uwagi na sprawie Jedwabnego nie wszystkim się podobało. Odpowiedzialni publicyści i historycy nie negowali prawdziwości ustaleń, ale niektórych drażniła przyjęta perspektywa, choć IPN realizował równocześnie inne funkcje, wydając wiele książek, przygotowując wystawy, wręczając zaświadczenia pokrzywdzonym. Naczelny redaktor krakowskiego pisma „Arcana” Andrzej Nowak pytał dramatycznie: Westerplatte czy Jedwabne11. Na jakie doświadczenia i postawy polskie z przeszłości zwracamy uwagę i jaki jej obraz chcemy przekazać? „Arcana” już w latach 90. zdobyły znaczącą pozycję jako kwartalnik poświęcony kulturze, historii, ideom, także polityce. Mocno podkreślano antykomunizm, zdecydowanie negatywny stosunek do wszelkich tradycji politycznych wypływających z czasów PRL, opowiadano się za lustracją i dekomunizacją. W 2001 roku w „Arcanach” opublikowano rozmowę redakcyjną z przedstawicielami IPN, z udziałem tylko krakowskich znajomych. W rozmowie padły bardzo mocne sformułowania. Antoni Dudek, naczelnik wydziału badań naukowych w centrali IPN, mówił: walka o dekomunizację w Polsce została przegrana na wszystkich polach poza świadomością historyczną. To znaczy: pewne układy nomenklaturowe w gospodarce, w mediach, one już się uformowały i są nie do usunięcia i nie ma takiej siły, która byłaby w Polsce w stanie im się przeciwstawić. Ostatnim odcinkiem, który został, jest pole walki o świadomość młodego pokolenia, elity, o to, jak oceniany będzie PRL12.

Janusz Kurtyka, dyrektor oddziału krakowskiego IPN, dodawał, że dobre prace o PRL pozostają w enklawach, „natomiast w rozmaitych ważnych, mających wielką tradycję uczelniach, w badaniach naukowych nad historią najnowszą Polski właściwie niewiele się zmieniło od okresu rządów komunistycznych”. Andrzej Nowak wprost wyraził swe przekonania:

10 Dyskusję opisuje Piotr Forecki, Od „Shoah” do „Strachu”. Spory o polsko-żydowską przeszłość i pamięć w debatach publicznych, Poznań 2010. 11 „Rzeczpospolita” 1 sierpnia 2001 r. 12 Ten i dalsze cytaty z: Pamięć narodowa i jej strażnicy, „Arcana” 2001 nr 2, s. 5–20.

 127

Historia

Problem oczywiście leży w teczkach, leży (dosłownie) w dziale archiwalnym [IPN] i dotyczy konkretnych nazwisk: chodzi właśnie o tzw. elitę. Kto tworzy dzisiejszą elitę i kto


And r zej F r i sz k e

jej broni „jak niepodległości”? […] Wielki atak w kierunku IPN idzie ze strony tych osób, które dziś te elity tworzą i które nie chcą, żeby o ich ojcach, wujkach, stryjkach, teściach, którzy po prostu byli zbrodniarzami tego systemu, można się było dowiedzieć prawdy. […] Oni sami o systemie bardzo chętnie powiedzą, że był zbrodniczy (choć naturalnie nie tak jak faszyzm…), ale że Stefan Michnik był zbrodniarzem, że Helena Michnik deprawowała umysły setek tysięcy młodych Polaków, że papa Kwaśniewski czy papa Cimoszewicz mieli coś na sumieniu – w żadnym wypadku.

Wtrącił się Jan Prokop: „ten problem polega po prostu na tym, że dzieci Targowicy piszą historię Targowicy”. Nowak podchwycił: do tej pory było tak, że na ogół tylko „dzieci Targowicy” mogły pisać historię Targowicy, bo tylko one miały dostęp do dokumentów, do najważniejszych dokumentów. To jest dziedzictwo minionego okresu. One też dysponują dziś w mediach wyjątkowo potężnym lobby: od prezesa telewizji publicznej, po zespół redakcyjny „Gazety Wyborczej” – cóż za dobrany zespół „dzieci Targowicy” formuje nam dzisiaj umysły…

Zacytowane zdania tworzą fundament przekonań i fobii, z których wyrastał główny nurt narracji upowszechnianej wkrótce przez Prawo i Sprawiedliwość. Była w tym odmowa uznania autorytetu istniejących elit politycznych i intelektualnych, przekonanie, że są one „dziećmi Targowicy”, zainteresowanymi fałszowaniem historii. Ich wypowiedzi i książki nie zasługiwały więc na uwagę, były z góry podejrzewane o manipulacje i ukrywanie prawdy. Prawda zaś miała mieścić się w teczkach IPN, pozostało tylko wydobyć ją na światło dzienne, a wówczas prawda o historii Polski, ale też o współczesnych elitach, ukaże się w innym świetle. Był to zamysł iście rewolucyjny. Ową „prawdę” wydobyć miał IPN i nie mógł tego naturalnie czynić we współpracy z postpeerelowskimi elitami akademickimi. Ten przekaz trafiał na podatny grunt. Budując IPN, jego twórcy musieli szukać kadr przede wszystkim wśród młodych badaczy, zwykle bez doświadczenia w pracy naukowej na uczelniach. Charakter IPN jako urzędu państwowego z normowanym czasem pracy sprzyjał zamykaniu się jego pracowników we własnym gronie i skupianiu uwagi na własnych źródłach archiwalnych, które istotnie były przebogate. Efektem było jednak kształtowanie się wśród wielu historyków z IPN ­przekonania, że akta UB/SB dostarczają klucza do rozumienia systemu komunistycznego, jego stosunku do obywateli, ale też stosunku obywateli do systemu i państwa. Z horyzontu pytań i wyobrażeń znikały stopniowo kwestie budowania poparcia dla systemu przy użyciu innych metod i mechanizmów niż represje. Na postawy Polaków tamtego czasu spoglądano przede wszystkim przez pryzmat sprzeciwu, oporu i  ofiar. Pozytywne i jednoznaczne wartości moralne dostrzegano przede wszystkim w powojennych partyzantach, a więc odmowie kompromisu z niechcianą powojenną rzeczywistością, połączonej z gotowością złożenia ofiary z życia. „Żołnierze wyklęci” stawali się symbolem patriotyzmu nawet ważniejszym niż ci, którzy walczyli z okupantem niemieckim.

 128 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Pisanie historii czy gra historią?

Umykały z pola widzenia liczne mechanizmy przystosowania, ugody, konformizmu, małego realizmu, budowania w autonomicznych strukturach autentycznej kultury i nauki, a niekiedy pozytywnej, choć obarczonej licznymi kompromisami z systemem, działalności społecznej. Zanikało rozumienie sensu działań ­obliczonych na ewolucję i reformę, w tym kluczowego roku 1956, który był coraz bardziej lekceważony. Ale także rok 1968 okazywał się nazbyt „reformistyczny” i skażony ­bohaterami o niewłaściwych biografiach. Pryncypialne potraktowanie PRL, a w szczególności jej pierwszego dziesięciolecia, nie pozwalało na usprawiedliwianie ­ówczesnych zaangażowań w komunizm. Miało ono pozostawiać skazę na całe życie, której nie znosiły zasługi i represje w następnych dziesięcioleciach. Te uwagi, odnoszące się do wielu młodych badaczy zatrudnionych wówczas w IPN, dotyczą dość licznych przedstawicieli młodej inteligencji tej generacji. Historiografia podejrzeń

W tych samych „Arcanach” i w podobnym kontekście rzucono „snop światła” na dzieje „Solidarności”. Henryk Głębocki pisał: Czynnikiem, który nie tylko ograniczał działalność zepchniętej do podziemia „Solidarności”, ale i w nieznanym jak dotąd stopniu wpływał na sytuację wewnątrz związku, były służby specjalne PRL. […] Przed sierpniem 1980, jak wynika z wypowiedzi kierownictwa MSW i jego dokumentacji, środowiska opozycji demokratycznej w znaczącym stopniu pozostawały pod „kontrolą operacyjną” SB. Skala infiltracji i ilość agentury wśród opozycji przedsierpniowej była tak duża, że pozwalała szefom komunistycznej policji politycznej z optymizmem patrzeć w przyszłość i z przekonaniem uspokajać towarzyszy z centralnych instancji PZPR. […] Trudno stwierdzić, na ile istnienie tego Gierkowskiego „salonu” było elementem gry globalnej imperium sowieckiego z Zachodem13.

13 H. Głębocki, Solidarność w grach SB 1981–1989, „Arcana” 2003 nr 2, s. 80–81.

 129

Historia

Postawione tu hipotezy są typowe dla rozwijającej się następnie historiografii podejrzeń. Autor mógł się powołać na nieliczne jedynie materiały, gdyż badania na archiwach SB dopiero się zaczynały. Na podstawie wątłych przesłanek i pojedynczych dokumentów stawiał tezy bardzo daleko idące, podważające autentyzm i suwerenność przedsierpniowej opozycji, a także kierownictwa NSZZ „Solidarność”, zwłaszcza w stanie wojennym i później. Polemika była właściwie niemożliwa, wymagałaby uprzednio ogromnych kwerend źródłowych i badań, by potwierdzić te hipotezy lub im zaprzeczyć. Ponadto wobec ogromnych zniszczeń dokumentacji SB w 1989/90 roku zawsze można było konkluzje podważać jako niepewne i nie dość udowodnione.


And r zej F r i sz k e

Tymczasem znaki zapytania zostały postawione, podważały prestiż i zasługi, budowały atmosferę niepewności i podejrzeń, pozwalały kwestionować całą drogę przebytą przez opozycję od 1976 do 1989 roku. „Dokumenty SB potwierdzają pogląd o prowadzeniu na szeroką skalę prowokacji w celu przejmowania przygotowanych struktur niejawnych przez agenturę SB” – pisał Głębocki, nie dając żadnego przypisu do akt ani wyjaśnień, jakich struktur i kogo ta uwaga dotyczy. On stawiał tylko pytania, ale były to pytania obezwładniające, pozwalające budować narrację o Służbie Bezpieczeństwa rozgrywającej opozycję, „Solidarność”, okrągły stół, OKP, czyli cały proces powstawania III Rzeczypospolitej. Ta wizja rozpalała wyobraźnię wielu młodych publicystów i historyków, ale też ludzi starszych, którzy boleśnie doświadczyli transformacji ekonomicznej, nie znaleźli dla siebie miejsca w rzeczywistości społecznej i politycznej, względnie znielubili dawnych przywódców „Solidarności”. Historiografia podejrzeń była dalej kreowana i rozwijana. Na okładce kolejnego numeru „Arcanów” anonsowano jeden z artykułów: O wyborze Wałęsy przez SB na I Zjeździe Solidarności. W środku numeru artykuł figurował pod nadtytułem Genealogia III RP, ale jego autor – Sławomir Cenckiewicz – nadał mu bardziej neutralny tytuł: Służba Bezpieczeństwa wobec I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „­Solidarność”. Tekst był sprawozdaniem z kwerend w archiwum IPN i miał dużą wartość poznawczą, choć niedomówienia wpisywały się w ową historiografię podejrzeń. Autor wymieniał np. liczbę 41 tajnych współpracowników „w strukturach kierowniczych «Solidarności» w Gdańsku”, w tym pięciu w MKZ, ale nie potrafił ­podać ich nazwisk ani funkcji, co oczywiście stymulowało wyobraźnię. ­Cenckiewicz dowodził, że SB obawiała się porażki wyborczej Wałęsy i wybrania na przewodniczącego jednego z radykałów związkowych, zatem stymulowała swoich współpracowników, by Wałęsa wygrał wybory, ale nieznacznie. Treść analizy była odległa od hasła rzuconego na okładce, ale tylko niektórzy czytelnicy byli w stanie przebrnąć przez długi, bardzo szczegółowy artykuł. Drastycznych przypuszczeń podsuwanych przez Głębockiego nie potwierdzała źródłowa, analityczna monografia Antoniego Dudka Reglamentowana rewolucja. Rozkład dyktatury komunistycznej w Polsce 1988–1990 (Arcana 2004). Autor dowodził, że władze PZPR kontrolowały bieg zdarzeń do wyborów czerwcowych 1989 r., ale i w następnych miesiącach potrafiły zachować maksimum możliwych wpływów. Dudek był bardzo krytyczny wobec obozu Wałęsy i rządu Mazowieckiego, ale nie stawiał tez, by podejmowano decyzje niesuwerennie. Nie znajdował w archiwum IPN żadnych dowodów na to, by SB wpływała bezpośrednio na decyzje kierownictwa „Solidarności” i by tkwili w nim ważni agenci. Niemniej uważał kierownictwo SB za ważnego gracza po stronie obozu władzy, który budował duże wpływy, zwłaszcza w gospodarce, na okres transformacji. Wnioski Dudka falsyfikowały tezy radykałów, ale były przez nich przyjmowane z oporami. Wizja agentów na szczytach obozu „Solidarności” była politycznie zbyt nęcąca.

 130 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Pisanie historii czy gra historią?

Szukając samookreślenia, młodzi ludzie sięgali zwykle do tradycji konserwatywnych, które jednak w Polsce nie owocowały wielkimi ruchami politycznymi, albo do tradycji Armii Krajowej, szczególnie zderzonej z aparatem represji sowieckim i rodzimym (czy rodzimym?) po 1944 roku. Ożywieniu tej ostatniej tradycji służyć miało zwłaszcza Muzeum Powstania Warszawskiego (MPW), do którego budowania przystąpił prezydent miasta Lech Kaczyński. Otwarcie Muzeum w 2004 r., w 60. rocznicę zrywu Warszawy, było kolejną ważną datą w budowaniu tradycji narodowych, a także sposobu opowiadania historii. W idei MPW liczyły się nie skomplikowane opisy, które siłą rzeczy mogłyby trafiać tylko do niektórych, ale obraz, dźwięk, wytworzenie odpowiedniego nastroju i skojarzeń. Wyeliminowano trudne pytania o sensowność decyzji o wybuchu ­Powstania, o jego dramatyczne następstwa, akcentowano bohaterstwo, walor poświęcenia dla ojczyzny, niepodległościową postawę. Z eksponowanych form zachowań znikały niemal całkowicie cywilne formy walki na rzecz walki zbrojnej i jej romantyzmu. Przekaz ten – niekoniecznie zgodnie z zamierzeniami inicjatorów, ale zgodnie z trendami współczesnej kultury szukającej prostych schematów i alternatyw – prowadził do eliminacji myślenia politycznego na rzecz przeżywania emocji. Zarówno w narracji nurtu podejrzeń w IPN, jak i w przekazie MPW nie było miejsca na stawianie ważnych pytań: o to, czy były lepsze warianty polityki polskiej w 1944 roku; czy polityka polska mogła być bardziej skuteczna; czy w 1945 r. ważniejsza była odbudowa kraju, czy też demonstracja sprzeciwu; czy twardszy opór w 1946 r. dałby Polakom więcej wolności; czy przyłączenie do Polski ziem nad Odrą i Nysą było istotnym wydarzeniem i jakie miało konsekwencje oraz czy dla takiej decyzji istniała alternatywa? Takich pytań po prostu nie zadawano, a były one kluczowe dla nurtu historiografii krytycznej. W narracji o tym czasie triumfował pogląd Józefa Mackiewicza, który przed laty głosił na emigracji (jako samotnik), że stosunek do komunizmu może być tylko jeden – bezwzględnego sprzeciwu i walki – a wszelkie ugody i kompromisy są rezygnacją z wartości. Jedyną więc postawą właściwą – sądziła coraz silniejsza grupa młodych – był opór zbrojny, nawet pozbawiony widoków zwycięstwa. Wzorem godnym upamiętniania są „żołnierze wyklęci”, niepodległościowe podziemie. Ich bezpośrednim przeciwnikiem byli NKWD i UB oraz stojący za nimi komunistyczny aparat i jego wszyscy poplecznicy. Wyszukiwanie wśród nich różnic, podziałów, „mniejszego zła”, byłoby relatywizowaniem opisu i moralnej oceny. Krąg twórców MPW mniej zajmował się „żołnierzami wyklętymi”, skupiał uwagę na największym czynie zbrojnym roku 1944, ale posiadał znaczne ambicje ideotwórcze. Bodaj pierwszą wypowiedzią zbiorową tego środowiska była książka Lekcja Sierpnia. Dziedzictwo „Solidarności” po dwudziestu latach (2002). Marek A. Cichocki pisał tam, że „Solidarność” opisywała świat w kategoriach manichejskich, szczególnie

 131

Historia

Początki polityki historycznej


And r zej F r i sz k e

po 13 grudnia. Traktował ją jako ruch etyczny, niemal religijny, który dawał poczucie więzi społecznej, partycypacji, budował wspólnotę dobra. Cichockiego nie interesowała – podobnie jak innych autorów – właściwa historia „Solidarności”, ale jej idea, odczytane przesłanie, przydatne do budowania współczesnej tożsamości Polaków. W grudniu 2004 r. zorganizowano konferencję o polityce historycznej, której termin właśnie wtedy pojawił się w debacie publicznej. Zasadnicze referaty wygłosili Dariusz Gawin i Cichocki. Ten drugi mówił, że w latach 90. Trzecia RP nie dopracowała si�� zbiorowej tożsamości historycznej, a nawet że „uczyniono bardzo wiele, aby negatywnie naznaczyć pamięć kolektywną i wyrzucić ją poza nawias sfery publicznej”14. Elity utożsamiające się z nowym porządkiem uznały, że pamięć zbiorowa i tożsamość historyczna powinny być pod stałą kontrolą, a ich wpływ na publiczną debatę ściśle reglamentowany. W przeciwnym razie Polsce miały niechybnie grozić nacjonalizm, nietolerancja, ksenofobia, fala krwawych rozliczeń – może nawet wojna domowa. Logika reglamentacji i kontroli historycznej tożsamości w latach dziewięćdziesiątych stała się swoistą racją stanu III Rzeczypospolitej, warunkiem utrzymania wewnętrznego ładu i spokoju.

To założenie, zdumiewające dla historyka i czytelnika licznych przecież prasowych debat o historii, było prezentowane jako aksjomat. Rzekome wyrzucenie przeszłości poza nawias sfery publicznej uznano za efekt tego, że spora część elit III RP nie godziła się na jawne rozliczenie z przeszłością, w tym lustrację, oraz wyraz obaw elit, że „kolektywna pamięć może je zdemaskować”. Dalsza dyskusja nie była łatwa, gdyż jej uczestnicy różnie rozumieli wygłoszone tezy. Na niebezpieczeństwo popularyzowania przy użyciu instytucji państwa jednej wizji historii zwrócił uwagę Aleksander Smolar. Jego zdaniem, próba narzucenia pamięci zbiorowej nie jest projektem realistycznym „w otwartym, pluralistycznym, demokratycznym społeczeństwie. Można przewidzieć jego szybkie załamanie”. Smolar zwrócił także uwagę na język przemówień prezydenta Kwaśniewskiego, który identyfikuje się z tradycją demokratyczną, niepodległościową, sławiąc dokonania „Solidarności”. Jest to wyrazem „triumfu wartości Polski wolnej i demokratycznej”, dowodem „na pokojowy podbój świadomości historycznej i politycznej obozu postkomunistycznego, dokonany przez wczorajszą Polskę opozycyjną”15. Kierujący pionem badań i edukacji w IPN Paweł Machcewicz zgodził się, że mądra polityka historyczna polega na opieraniu życia publicznego na wartościach, które wywodzą się z przeszłości. „Nie docenimy wartości niepodległego i demokratycznego państwa, jeśli pamięć o czasach dyktatury i zniewolenia, jak również oporu wobec nich, nie będzie ważną częścią życia publicznego, nie będzie przenikała działalności instytucji państwowych”. Pamięć ta nie może jednak „mieć tylko

14 Ten i następne cytaty za: Polityka historyczna. Historycy–politycy–prasa, Warszawa 2005. 15 Tamże, s. 64–73.

 132 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Pisanie historii czy gra historią?

16 Tamże, s. 93–96. 17 D. Gawin, O pożytkach i szkodliwości historycznego rewizjonizmu, w: Pamięć i odpowiedzialność, red. R. Kostro i T. Merta, Kraków–Wrocław 2005.

 133

Historia

i wyłącznie charakteru oficjalnego, propagandowego”. Politycy powinni docenić znaczenie historii i badań naukowych, ale nie powinni w nie ingerować, by nie powstała historia dworska, nie edukacja, a propaganda i indoktrynacja. Historycy zaś „powinni jak źrenicy oka strzec swej niezależności, unikać pokus historiografii dworskiej i w pewnych sytuacjach umieć powiedzieć «nie» politykom”16. Pytanie, czym ma być polityka historyczna, nie zostało wystarczająco rozwinięte, stąd obszar względnej zgodności obejmował jedynie kilka elementów, jak potrzebę zwiększenia nakładów na naukę i badania historii, potrzebę szkolnej edukacji, brak sporów wokół Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie mogło być powszechnej zgody na tezy zaprezentowane w książce Pamięć i odpowiedzialność (2005). W kluczowym studium O pożytkach i szkodliwości historycznego rewizjonizmu Dariusz Gawin krytykował „specyficznie polski ­model krytycznego patriotyzmu”17. Genezę współczesnych sporów widział w postawach „­szyderców”, którzy w latach 60. występowali przeciw „partyzantom” Moczara. Atakowano wówczas nie komunizm, ale nacjonalistyczne wątki propagandy komunistycznej. W środowiskach tych odrzucenie komunizmu nastąpiło – twierdził – dopiero po 1968 roku. Jako tekst wyrażający nakaz „stałego rewidowania własnej przeszłości narodowej” Gawin wskazał esej Jana Józefa Lipskiego Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy. Krytyczny patriotyzm powinien być „rodzajem apostolstwa”, misją wyznaczającą kierunek aktywności – porozumienie z sąsiadami. Uczynienie z chrześcijańskiej miłości bliźniego formy patriotyzmu jest według Gawina nieuprawnione i może prowadzić do skutków odwrotnych od zamierzonych. Miłość i miłosierdzie to cnoty ewangeliczne, a patriotyzm to cnota polityczna. Dla polityki rudymentarne jest rozróżnienie wroga i przyjaciela – pisał Gawin, powołując się na Carla Schmitta. Między zakazem nienawiści a nakazem miłości rozpościera się przestrzeń tego, co polityczne. W chrześcijaństwie od stuleci istnieje napięcie między wiarą a polityką. Lewica laicka natomiast – w osobach Kołakowskiego, Kuronia, Michnika czy Lipskiego – zbliżała się do środowisk katolickich, budując „model swoistego chrześcijaństwa bezwyznaniowego”, absolutyzując nakaz miłości i przenosząc go w sferę polityki. Gawin zarzucał też przedstawicielom patriotyzmu krytycznego, że nie mają empatii dla ofiar prześladowań i represji we własnym narodzie, rezerwują ją wyłącznie dla narodów innych. Było to bardzo swoiste odczytanie myśli Lipskiego, jak też całego nurtu patriotyzmu krytycznego. Gawin nie chciał dostrzec, że zasada krytycyzmu wobec nacjonalizmu oraz empatii wobec innych była fundamentem, na którym dokonywało się pojednanie z Niemcami i Ukraińcami, co miało wielkie i pozytywne dla Polski konsekwencje polityczne. W jego tezach można było dostrzec ślad traumy po sprawie Jedwabnego, choć wprost unikał takich nawiązań.


And r zej F r i sz k e

Pasmo klęsk zamiast poczucia dumy

Podwójna wygrana wyborcza Prawa i Sprawiedliwości jesienią 2005 roku dawała obu omawianym grupom szczególnie dogodne możliwości realizacji ich wizji i zamierzeń. Krąg twórców Muzeum Powstania Warszawskiego, który formułował wizję polityki historycznej, znajdował się w najbliższym kręgu nowego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Paradoksalnie jednak tylko nieliczne postaci z tego środowiska (Tomasz Merta, Paweł Kowal, częściowo Marek Cichocki) znalazły się na stanowiskach pozwalających współkształtować politykę państwa w dziedzinie kultury i pamięci. Całkowicie poza ich zainteresowaniem, może w wyniku decyzji w obozie PiS, pozostawała instytucja o największym potencjale, czyli IPN. Ciekawe, że – pomimo dogodnej okazji, jaką była zmiana składu Kolegium IPN – nie znalazł się w nim żaden z muzealników, choć instytucja ta miała właśnie prowadzić politykę historyczną i posiadała po temu stosowne narzędzia18. Wydaje się, że krąg ludzi skupionych wokół prezydenta Kaczyńskiego zdołał przeprowadzić pozytywnie jedną sprawę – odznaczenie przez państwo wielu znanych i nieznanych uczestników polskich dążeń wolnościowych z lat PRL (choć i tu stosowano zasadnicze i symboliczne wyłączenia, a także uhonorowania ponad miarę zasług). Człowiek najbardziej zasłużony w kreowaniu pozytywnej polityki historycznej – tworzeniu polskich cmentarzy wojennych i pomników – Andrzej Przewoźnik, traktowany był jako przeciwnik. Pomawiano go – bez zasługujących na wiarę dowodów – o współpracę z SB w 1988 r. (wygrał proces lustracyjny, oskarżenie opierało się o wpis w ewidencji, nie znaleziono śladu żadnego doniesienia czy notatki ze spotkania). Szczęśliwie zachował swój urząd do tragicznej śmierci w katastrofie smoleńskiej. Omówienie burzliwych dziejów konfrontacji, jaką zafundowano – między innymi środowisku historyków – w latach 2005–2007 i później, wymagałoby analizy sięgającej do debat sejmowych i wypowiedzi przywódców państwa. Jak bowiem zauważył Paweł Machcewicz, historia stała się elementem niezwykle konfrontacyjnego stylu polityki, służącym piętnowaniu przeciwnika. Jego najbardziej jaskrawym wyrazem były słowa Jarosława Kaczyńskiego wypowiedziane w Stoczni Gdańskiej, gdy opozycję przyrównał do znienawidzonego ZOMO19.

Istniał pewien paradoks „polityki historycznej” realizowanej przez PiS. Jeśli wcześniej wskazywano na potrzebę budowania w narodzie poczucia własnej wartości, 18 Kolegium zostało zdominowane całkowicie przez PiS wraz z jego nowymi sojusznikami – Ligą Polskich Rodzin i Samoobroną. Tylko jeden członek tego gremium – prof. Paczkowski – nie był zgłoszony przez PiS. 19 P. Machcewicz, Jak polityka zaszkodziła polityce historycznej, „Gazeta Wyborcza” 14 września 2007.

 134 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


pozytywnych dokonań, dumy, świadomości wspólnych symboli, to teraz gigantyczny wysiłek włożono w rozbicie tego obrazu, który Polacy pamiętali z lat 80., a który w latach 90. próbowano uczynić oficjalną narracją dziejów najnowszych. Podważano autentyzm i znaczenie opozycji przedsierpniowej i jej przywódców, zwłaszcza KOR. Przesuwano akcent z sierpniowego zwycięstwa 1980 r., o którym ­mówiono coraz mniej, na grudniową klęskę 1981 r., o której mówiono wiele. O „Solidarności” w okresie jej legalnego działania w ogóle mówiono niewiele, eksponując za to temat przygotowań do stanu wojennego. Centralną postacią zdarzeń 1981 r. stawał się więc nie Wałęsa, a Jaruzelski. O Janie Pawle II pisano i mówiono głównie w kontekście zamachu na jego życie, zastanawiając się nad możliwą rolą służb specjalnych PRL w jego przygotowaniu. W niełasce kreatorów polityki historycznej znajdował się główny nurt podziemnej „Solidarności”, próbowano natomiast podnieść znaczenie drugorzędnych ugrupowań radykalnych, zwłaszcza „Solidarności Walczącej”. Podejrzenia i znaki wątpliwości mnożono wokół głównych postaci podziemnej „Solidarności”. Przebyte wieloletnie wyroki więzienia przestały być powodem szacunku, stały się przedmiotem powątpiewania i drwin. W 2006 r. ­wytoczono ciężkie oskarżenia z podejrzeniami wobec Jacka Kuronia, jakoby miał on porozumiewać się z SB poza plecami kolegów z „Solidarności”. Wszystkie te – układające się w dziesiątki artykułów i wypowiedzi – teksty miały jeden cel generalny: podważyć wiarygodność i autentyzm głównego nurtu „Solidarności”, który prowadził ją od Sierpnia 1980 do 1989 roku. Obiektem szczególnego ataku był okrągły stół jako miejsce układania kompromisu. Taki obraz najnowszej historii Polski zdominował media kontrolowane przez PiS, łącznie z publiczną telewizją i radiem. Zamiast dumy z polskiej drogi do wolności serwowano Polakom obraz klęsk, powszechnego spisku tajnych służb, zbrodni i zdrady. Doprowadzono w ten sposób do rozbicia mitu „Solidarności” i dumy z wywalczenia wolności oraz radykalnego podzielenia polskich elit. Czy nie był to zwrot ku prawdziwej historii, przedtem fałszowanej ­– jak lubił mawiać Jarosław Kaczyński? W tym czasie zarówno postępowania lustracyjne, jak i badania źródeł wytworzonych przez MSW, były już na tyle zaawansowane, iż można było stwierdzić, że historiografia podejrzeń nie ma poważniejszych podstaw. Kluczowi agenci SB w strukturach opozycji i „Solidarności” byli już rozpoznani, znanych było też wiele syntetycznych dokumentów kierownictwa SB, ­oceniającego, które grupy i środowiska są najaktywniejsze i najgroźniejsze dla systemu. Obraz wyłaniający się z tych akt potwierdzał znany wcześniej przebieg i logikę wydarzeń. Niemniej wyznawcy historiografii nie dowierzali odkrywanym dokumentom, podejrzewając istnienie drugiego dna lub po prostu przemilczając i nie biorąc pod uwagę nawet tych źródłowych pozycji, które były im nie w smak. Operacja likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych przeprowadzona przez Antoniego Macierewicza i jego zespół w latach 2005–2006 miała ujawnić macki łączące służby PRL (według Macierewicza także sowieckie) z liderami opozycji i twórcami III RP.

 135

Historia

Pisanie historii czy gra historią?


And r zej F r i sz k e

Niczego podobnego dowieść nie zdołano w żadnym znaczącym przypadku, ale twórcy tej polityki do błędu przyznać się nie potrafili. Jeszcze w lutym 2009 r. na konferencji zwołanej przez prezydenta Kaczyńskiego Macierewicz wygłaszał swoją spiskową wizję świata, której prawdziwości nie wykluczał Janusz Kurtyka. Wielu zabierających tam głos badaczy, a także sam prezydent Kaczyński wypowiadało się jednak rzeczowo o dochodzeniu do kompromisu przy okrągłym stole, autentyzmie negocjacji, znaczeniu tego kontraktu dla odebrania komunistom władzy poprzez wybory czerwcowe i powstanie rządu Mazowieckiego. Stenogram tej debaty ukazał się w małym nakładzie dopiero w 2010 roku20. W tych warunkach „polityka historyczna” stała się synonimem agresywnej propagandy zmierzającej do pisania historii „na opak”. Oprócz konkretnych uprzedzeń, niechęci, przemilczeń i uwypukleń oraz stawiania znaków zapytania wokół ludzi i spraw bez istotnych powodów budowano powoli i konsekwentnie pewną koncepcję historii. Opierała się ona na manichejskich przeciwieństwach dobra i zła, zasługi i hańby, a także odejściu od tezy o wspólnych cechach nurtów totalitarnych. Jak przedtem uważano stalinowski komunizm i faszyzm za podobne pod wieloma względami totalitaryzmy, tak obecnie akcentowano jedynie komunizm. Był on synonimem zbrodni i zła już ze względu na swe cechy ideologiczne (godni bezwzględnego potępienia byli więc również komuniści, którzy nie sprawowali władzy, ale np. walczyli z faszyzmem)21. Takiej równoległej klasyfikacji nie stosowano wobec faszystów, a np. gen. Franco stawał się postacią akceptowaną ze względu na swój antykomunizm. Tym bardziej uznanie należało się polskim sympatykom totalitaryzmu, jeśli walczyli z komunistami, jak Narodowe Siły Zbrojne. Akceptacja wartości świata zachodnich demokracji – praw człowieka, pluralizmu, wolności jednostki, rządów stanowionego prawa – nie była naczelnym kryterium oceny ideologii i odpowiadających im nurtów politycznych. Kryterium takim był tylko antykomunizm. Dwuznaczny stosunek do komunizmu stawał się kompromitujący, zatem z pozytywnie przywoływanych tradycji wykluczano milcząco całe nurty polskiej demokracji lat 40. z Polskim Stronnictwem Ludowym na czele. Tym bardziej niczego interesującego i pozytywnego nie widziano w różnych nurtach polskiej inteligencji, szukającej nisz, kompromisów czy pól aktywnej pracy twórczej albo zmierzających do reformowania istniejącego systemu. Z tradycji polskich wykluczony został właściwie Październik 1956 roku, którego okrągłą rocznicę w 2006 r. obchodzono w milczeniu. Nielubiany i podejrzany był KOR, czy ze względu na to, że nie był dość pryncypialnie antykomunistyczny, czy że przewodzili mu nielubiani ludzie. I tak dalej. Punktem centralnym stało się uderzenie w Lecha Wałęsę. Już w 2006 r. blokowano mu dostęp do akt świadczących o prowadzonych przeciw niemu grach SB i jego inwigilacji. W środowisku IPN rozpowszechnione były od kilku lat wiadomości, że 20 Seminaria Lucieńskie 2008–2009, Warszawa 2010 (wydawnictwo Kancelarii Prezydenta RP). 21 Por. P. Gontarczyk, Dąbrowszczacy – żołnierze Stalina, „Rzeczpospolita” 12–13 maja 2007 r.

 136 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Pisanie historii czy gra historią?

22 Dyskusja nad tą książką była zdumiewająca. Wielu jej krytyków poprzestawało na ataku za podanie przez autora, jakoby Wałęsa jako chłopiec sikał do kropielnicy. Posłużyło to obrońcom Zyzaka do koncentrowania się na tym i podobnych elementach wywodu, bez sięgania w jego istotę. Tymczasem autor oskarżał Wałęsę m.in. o to, że przed strajkiem sierpniowym spędził wiele godzin w ubeckim lokalu, że wiedział o przygotowywaniu stanu wojennego i godził się z tym ­faktem. Zyzak kpił też ze stylu wypowiadania się Wałęsy i w ogóle przedstawiał go jako człowieka nikczemnego. Sposób operowania źródłami i relacjami przez Zyzaka był tak skandaliczny, że trudno znaleźć podobne przykłady tendencyjności w dostępnej literaturze. 23 S. Bojemski, Likwidacja Widerszala i Makowieckich, czyli Janusz Marszalec widzi drzewa, a nie widzi lasu, „Glaukopis” nr 9–10 z 2007–2008.

 137

Historia

Wałęsa w 1970 r. zgodził się na współpracę z SB. Zarzut taki podnoszono w okresie rządów PiS, wtedy też Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk podjęli systematyczne prace nad źródłowym rozpracowaniem tego wątku. Efektem była książka, opublikowana już po przegranych przez PiS wyborach, w czerwcu 2008 r., pt. SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii. Wbrew tytułowi nie chodziło o ukazanie całości relacji między Wałęsą a SB – w tym wieloletniej inwigilacji, szykan i podejmowanych wobec niego „gier operacyjnych” – a tylko o wydobycie jednego wątku: zarejestrowania go przez SB jako TW „Bolek” w grudniu 1970 r., przebiegu owej współpracy i jej możliwych konsekwencji w dalszej drodze przywódcy, wreszcie domniemanego zniszczenia dowodów przez prezydenta RP. Jakkolwiek autorzy ­dowodzili, że kontakty z SB zostały przerwane w 1974 r., a w 1976 r. został on skreślony z ewidencji oraz w 1978 r. odmówił wszelkiej współpracy, to jednak – zgodnie z logiką historiografii podejrzeń – także szkicując dokonania przywódcy NSZZ „Solidarność”, trzymali czytelnika w niepewności, czy był on całkiem wolny od podejrzanych aliansów. Książka ukazała się z przedmową prezesa IPN Janusza Kurtyki i oczywiście wywołała skandal. Opublikowana natomiast przez Jana Skórzyńskiego pod koniec 2009 r. Zadra – syntetyczna biografia Wałęsy (wyd. Europejskie Centrum Solidarności) spotkała się z milczeniem. Podobnie jak oparta m.in. na dokumentach IPN książka Skórzyńskiego Rewolucja Okrągłego Stołu (Znak 2009), która obaliła mitologię, jaką przez lata budowali historyczni rewizjoniści. Z aprobatą przyjęto natomiast w tych kręgach, wydaną przez Arcana, książkę Pawła Zyzaka, która urągała elementarnym zasadom obiektywizmu i odznaczała się niezwykłą zdolnością manipulowania źródłami oraz dawania wiary sensacyjnym relacjom, bez wszelkiej troski o ich krytykę. Książkę Zyzaka skrytykował nawet bardzo niechętny Wałęsie Piotr Gontarczyk, czym zasłużył sobie na upomnienie przez „swoich”, m.in. S. Cenckiewicza22. Kiedy wkrótce młody historyk w prawicowym i nacjonalistycznym piśmie „Glaukopis” uznał zamordowanie w 1944 r. czołowych postaci Biuro Informacji Propagandy Komendy Głównej AK za prewencyjnie usprawiedliwione23, IPN milczał. W Instytucie znalazło się miejsce dla reprezentantów skrajnie nacjonalistycznych środowisk, z którymi związany był dyrektor Biura Edukacji Publicznej Jan Żaryn. IPN opuściła natomiast stopniowo cała grupa wybitnych doktorów, w tym specjalistów z zakresu powojennego podziemia, uczniów prof. Strzembosza – dr Janusz


And r zej F r i sz k e

Marszalec, dr Rafał Wnuk, dr Grzegorz Motyka, dr Piotr Niwiński (wkrótce potem trzej ostatni zdobyli habilitacje). Odeszli też, po licznych sporach i konfliktach, inni cenieni pracownicy IPN. Bez wspólnej wersji historii

Skutkiem tych wydarzeń i sporów był najgłębszy od dziesięcioleci podział w środowisku historycznym i w ogóle w polskiej inteligencji. Możliwość debaty i dochodzenia do wspólnych ustaleń została zburzona. Podział aksjologiczny oraz polityczny stał się ważniejszy niż treść źródeł i czynione na ich podstawie ustalenia. Materiałom źródłowym zadaje się zupełnie różne pytania i oczekuje potwierdzenia zupełnie przeciwnych tez. Możliwość uzgodnienia wspólnej wersji historii zanikła również dlatego, że dla jednych rok 1989 był czasem odzyskanej wolności, dla drugich klęską i zmarnowaną szansą. A zatem droga przez PRL dla jednych była drogą do wolności i niepodległości, dla drugich drogą zdrad i hańby. W ostatnim dziesięcioleciu ukazało się oczywiście wiele ważnych książek posuwających naprzód wiedzę o PRL. Problem jednak w tym, że nie te cenne publikacje budziły zainteresowanie i zyskiwały rozgłos na łamach poczytnych periodyków. Wyobraźnię masową organizowały teksty demaskatorskie, odwołujące się do fobii i kompleksów, operujące skrajnymi schematami. Rzetelność warsztatowa, subtelność ocen, zasada empatii, ostrożność wnioskowania – czyli cechy dobrej historiografii – nie były w cenie. Nie one zapewniały rozgłos, poklask, zainteresowanie mediów. Opisany stan rzeczy jest więc też wynikiem zmiany w funkcjonowaniu mediów, tendencji do operowania skrótem, ostrą opozycją, czytelnym schematem, uciekania od misji wielowątkowego objaśniania świata. Andrzej Friszke

Andrzej Friszke – ur. 1956, historyk, prof. dr hab. Profesor w Instytucie Studiów Politycz-

nych PAN i w Collegium Civitas. Od 1982 r. w redakcji WIĘZI jako redaktor działu historycznego, członek Rady Naukowej Laboratorium WIĘZI. W latach 1999–2006 członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej. Autor licznych książek, m.in.: O kształt niepodległej, Opozycja polityczna w PRL 1945–1980, Oaza na Kopernika. Klub Inteligencji Katolickiej 1956–1989, Życie polityczne emigracji, Koło Posłów Znak w Sejmie PRL, Przystosowanie i opór. Studia z dziejów PRL, Anatomia buntu. Kuroń, Modzelewski i komandosi, PRL wobec Kościoła. Akta 1970–1978, Adam Ciołkosz. Portret polskiego socjalisty. Mieszka w Warszawie.

 138 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Kultura

Ks. Alfred Marek Wierzbicki

Zapatrzona w obłoki Nad wierszami Julii Hartwig

Wiersze Julii Hartwig zacząłem czytać w 1992 roku, ukazał się wtedy tom Czułość. Wcześniej znałem trochę jej świetnych przekładów poetów francuskich i amerykańskich, mogłem oczywiście podejrzewać, że tak tłumaczyć potrafi tylko wybitna poetka, ale nie sięgałem jeszcze po jej wiersze. Przeczytałem też, wydany w 1980 r., Dziennik amerykański, który ktoś mi podarował po mojej własnej młodzieńczej podróży za ocean – podziwiałem zmysł obserwacji, fascynację i dystans. Od 1992 roku przez dwie dekady każdy poetycki tom Julii Hartwig przyjmowałem z entuzjazmem. Teraz w lipcowe burzowe dni czytam Wiersze wybrane – ukazały się w zeszłym roku nakładem Wydawnictwa a5 – i odkrywam pełniej, niż na to pozwalał wybór wierszy Nim opatrzy się zieleń (Znak 1995), mało znaną mi półkulę wcześniejszych wierszy poetki, która debiutowała w 1956 r. tomem Pożegnania. Już na początku Wierszy wybranych pojawia się coś nieoczekiwanego i intrygującego – wiersz Arles. Nie płacze nikt na starożytnym Cmentarzu rzymskim w Arles. Umarli krewni i potomni, Ucichły jęki, wystygł żal. Na sarkofagi cień się kładzie Od naszych głów. Wieczorne słońce napis czyta Przez płowy bluszcz.

 139


Ks . Al f r ed M a r e k W i e r z b i c k i

Szczęśliwi, którzy idą pod ręce Przez Aliscamps, Nie wiedzą jeszcze: ktoś z nas samotny Powróci tam.

Ależ ja ten wiersz już czytałem! Czy rzeczywiście ten sam wiersz? Wertuję tomiki i znajduję w Bez pożegnania (Sic! 2004) wiersz Arles, ale nie wszystko jest w nim tak samo. Nie płacze nikt na starożytnym cmentarzu rzymskim w Arles. Umarli krewni i potomni, ucichły jęki, wystygł żal. Na sarkofagu cień się kładzie od naszych głów, wieczorne słońce napis czyta przez płowy bluszcz. Szczęśliwi, którzy idą pod ręce przez Aliscamps, nie wiedzą jeszcze: ktoś z nas samotny powróci tam.

W wersji z 2004 roku nie ma ani jednego słowa więcej i ani jednego słowa mniej niż w wersji z 1956 (data publikacji, ale wiersz jest chyba wcześniejszy). Należy sądzić, że przetworzenie tego wiersza po pół wieku to nie jakiś kulturowy recycling. Intymna treść – „ktoś samotny powróci tam” – dotyka wszak wydarzeń z biografii i nowy wiersz przerzuca czasowy łuk pomiędzy odległymi wydarzeniami. Wiersz z 2004 roku jest jednak innym wierszem, śmiem powiedzieć zupełnie innym wierszem. Ukazuje on drogę, jaką przebyła poezja polska dzięki wytrwałej pracy nad językiem Czesława Miłosza i Julii Hartwig. Jednostką języka poetyckiego uczynili oni zdanie. Rytmika pierwszego wiersza zależna jest od układu stroficznego, jest raczej zewnętrzna, nałożona na język jak gorset. Rytmika drugiego wiersza, nieuchylającego się bynajmniej od struktury stroficznej, jest wewnętrzna, zgodna z rytmem myśli. Wers, zdanie i myśl tworzą jedną linię, oszczędną i klarowną. Jean Guitton, filozof i malarz, zanotował, że potrzeba ćwiczyć oko przez dziesięciolecia, aby nauczyć się właściwie odróżniać odcienie kolorów. Ile potrzeba lat, aby język ustawić bezbłędnie na progu czystości i prostoty? Mikroobserwacje

Usłyszałem kiedyś wspomnienie Julii Hartwig o tym, jak razem ze szkolną koleżanką Anną Kamieńską poprosiły Józefa Czechowicza o ocenę swych młodocianych wierszy. Podkreślał on ołówkiem wersy, które uważał za udane. Bardzo wiele autorka Elegii lubelskiej wyniosła z tej lekcji.

 140 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Zapatrzona w obłoki

Myślę o 90. urodzinach Pani Julii i dlatego czytam znowu wiersze lubelskie, które wydano w osobnym tomie Zaułek Hartwigów (Ośrodek Brama Grodzka Teatr NN 2006). Od czasów zakończenia II wojny światowej Poetka rzadko wracała do rodzinnego miasta. Więź z nim została odnowiona w ostatnim dwudziestoleciu. Jak sama wyznaje, rodzinne miasto po Zagładzie było miastem okaleczonym, wymordowano jedną trzecią jego mieszkańców, zburzono dzielnicę żydowską. Pamięć tej rany była zbyt bolesna. Lublin wyłonił się dopiero w późnej poezji Julii Hartwig w formach elegijnych, wspomnieniowych, pełnych czułości i zarazem ostrości widzenia. Cykl wierszy lubelskich, rozproszonych w kilku tomikach i zebranych w Zaułku Hartwigów, jest portretem rodzinnym z miastem w tle. Słowo „zaułek” to najbardziej sekretne słowo lubelskiego idiomu poetyckiego, ustanowionego, jakżeby inaczej, przez Czechowicza. Poezja Julii Hartwig zawsze wyrasta z konkretu, podobnie jest w przypadku wierszy rodzinnych; obfitują one w zapamiętane szczegóły, tworzące nasycony klimat emocjonalny. Już po pierwszej lekturze tych wierszy zapamiętałem, jak wielkim pasjonatem fotografii był jej ojciec, skoro potrafił zatrzymać pochód pierwszomajowy, aby wykonać zdjęcie ze statywu postawionego na środku ulicy. Zapamiętałem też utrapienie starszej siostry, która nieustannie poszukiwała pozostawionych przez ojca w dorożce kapeluszy. Poetka wspomina jego miłość do opery, literatury rosyjskiej,  oszczędność i zarazem fantazję w nabywaniu luksusowych przedmiotów. Po latach próbuje zrozumieć udrękę swej matki, uciekinierki z Rosji po rewolucji, wrzuconej w obce środowisko. Przywołuje prawosławne obrzędy wielkanocne w lubelskiej cerkwi, w których uczestniczyła z matką. A tragiczna samobójcza śmierć matki zostaje wyrażona obrazem niedokonanego lotu.

Podobnie nie brak szczegółów dotyczących wyglądu, charakteru, osiągnięć życiowych utalentowanych braci – medyka Walentego i fotografika Edwarda. Poezja przywołująca bliskie osoby pozostaje świadoma granic poznawczych i w końcu nie wiadomo, czy szczegóły zewnętrzne, a nawet opis cech charakteru, więcej odsłaniają czy zasłaniają z tajemnicy człowieka. Pisarska pokora kazała napisać w zakończeniu narracyjnego wiersza: „Nie umiem nakreślić portretu moich braci”. Właśnie to zdanie staje się osią wspomnieniowej poezji rodzinnej – chwiejną osią, ale jedyną możliwą, bo zakotwiczoną w prawdzie biografii, a ściślej mówiąc, autobiografii, z której czerpie sztuka i nie zawsze potrafi sobie z nią poradzić. Ale sztuka świadoma swej ułomności przekracza siebie, staje się nieoczekiwanie bardziej transparentna. W wierszach lubelskich są również wspomnienia szkolne. Julia Hartwig była uczennicą założonego w 1921 roku żeńskiego Gimnazjum im. Unii Lubelskiej.

 141

Kultura

Kiedy znaleźliśmy ją na dziedzińcu tamtego ranka, wyglądała jakby po prostu idąc potknęła się i upadła. O, mamo, jak to się stać mogło? Z nas wszystkich ty jedna powinnaś była umieć latać.


Ks . Al f r ed M a r e k W i e r z b i c k i

Szkolna czytelnia dobrze przygotowywała do uczestniczenia w kulturze wielowątkowej, ideologicznie zróżnicowanej, skoro uczennicom udostępniała, jak czytamy w wierszu, „Wiadomości Literackie”, „Pion” i „Prosto z Mostu”. Do szkoły chodziły także Żydówki. Im poświęcony został poruszający wiersz Koleżanki, osadzony w scenerii klasy: Głos łacinniczki był jakby trochę ostrzejszy, kiedy się do nich zwracała. (Nigdy po imieniu) Miriam była zawsze doskonale przygotowana, Reginka słabsza, ale poprawna. Trzymały się razem i razem wychodziły z klasy przed lekcją religii. Ostatni raz spotkałyśmy się niespodziewanie u wylotu ulicy Lubartowskiej, na granicy świeżo utworzonego getta. Stały tam onieśmielone jakby przydarzyło im się coś wstydliwego.

Dramatyzm tego wiersza kulminuje w drugiej części, ale narasta od pierwszego wersu: „głos łacinniczki był jakby trochę ostrzejszy”. Nie, nie ma tu oskarżenia, jest raczej gorzka konstatacja. Antysemityzm nauczycielki nie był ostentacyjny, a jednak unikanie imion Żydówek było napiętnowaniem i dyskryminacją. Jeszcze daleko do getta ławkowego i bardzo daleko do getta hitlerowskiego, a przecież była w tym wielka krzywda. Julia Hartwig umieszcza tę pozornie neutralną informację – „nigdy po imieniu” – w nawiasie, co sprawia, że nawias sam staje się komunikatem. Wyraża to, czego nie wyrażają słowa. W zakamuflowanej kulturze antysemickiej w nawias brano realne ludzkie osoby. Wspomnieniowa poezja Julii Hartwig oparta na mikroobserwacjach staje się świadectwem choroby kultury polskiej w latach międzywojennych. Wraca w swej poezji do czasu młodości bez sentymentalizmu, jest w jej poezji miejsce na czułość, ale jest również miejsce na żal i wstyd. Jest to poezja głębokiej świadomości, naznaczonej doświadczeniami prywatnymi i zbiorowymi. Moment ukojenia

Ani w Zaułku Hartwigów, ani w Wierszach wybranych nie znajduję wiersza Spotkanie, któremu przypisuję ważne miejsce w całym poetyckim dziele Julii Hartwig. Wiersz ten przeczytałem w tomiku Nie ma odpowiedzi (Sic! 2001). Są w nim ­obrazy nowojorskich Żydów świętujących Paschę w Parku Brooklyńskim. Szczegóły ich ubrania i poziom radości świadczą, że są chasydami. Ta, która patrzy – a w wierszach Julii Hartwig patrzenie i spojrzenie organizują często materię poetycką – widzi w eliptycznej kondensacji XX-wieczną historię narodu, któremu przeznaczono Endlösung.

 142 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Fot. Aldona Piekarska

W tym patrzeniu mieści się jednocześnie i pamięć Zagłady, i radość ocalenia. Trudno o bardziej pojemne ogarnięcie ludzkich losów, trudno o głębszy stopień empatii.

W tekście poetyckim historia odciska się inaczej niż w historiografii, niesie ją pamięć emocjonalna i pamięć moralna. W tradycji augustyńskiej nazywano ją pamięcią serca. Julia Hartwig rzadko pisze o Szoah, ale skala emocji, jaka dochodzi do głosu w Spotkaniu, świadczy, jak głęboką traumę spowodowała zagłada Żydów w świadomości „świadka tamtych dni”. Na moją lekturę tego wiersza nakłada się przeżycie związane z wizytą w Muzeum Holokaustu w Yad Vashem. Zaczyna się od filmu prezentującego sceny z życia wspólnot żydowskich w Europie z czasów przed Zagładą. A potem kilkadziesiąt

 143

Kultura

Moi piękni Żydzi! Patrzę na was poprzez szmat własnego życia w którym zawarła się również wasza historia Nie takich widziałam was pędzonych ulicami Lublina i Warszawy w najokrutniejszym czasie zagłady Widzieć was tu spacerujących bezpiecznie wśród kwiatów i zieleni to dla świadka tamtych dni moment ukojenia


Ks . Al f r ed M a r e k W i e r z b i c k i

sal dokumentacji, która odbiera zdolność mówienia. Ostatnim etapem jest wyjście na taras z panoramą na góry i współczesne osiedla izraelskie. Zamysł architekta polega na tym, aby przekazać ideę, że skazany na zagładę naród żydowski ocalał i ma swoją przyszłość. Mimo że rozumiem sens przesłania, nie ma ono wystarczającej siły naoczności. Trzeba zejść z tego tarasu i zanurzyć się w tłumie jerozolimskiej ulicy. Albo przypomnieć sobie wiersz Julii Hartwig ewokujący „moment ukojenia” doznanego w Nowym Jorku. Moment ukojenia nieosiągalny dla mieszkańców Lublina i Warszawy, dopóki patrzą na swe miasta, w których obok nowego życia istnieją widma miast wymordowanych. W Elegii lubelskiej pisała: Odwróćcie wzrok ode mnie bramy mojego miasta bramy miejskie żarłoczne bramy przez które uszło życie z tych ciemnych uliczek O wieże rodzinnego miasta goniłyście mnie po świecie groziły nic wam nie jestem winna nieczułe olbrzymy które przetrwałyście nie uroniwszy ani jednej łzy nad miastem mojego dzieciństwa

Klucz

Nad poezją Julii Hartwig unoszą się obłoki. Ten poetycki dukt rozciąga się od Sępa Szarzyńskiego, parafrazującego zresztą Horacego, poprzez Liryki lozańskie, aż do Miłosza. Julia Hartwig przedstawia obłoki zapatrzona w nie z podobną fascynacją, jak czynił to jej brat Edward Hartwig w swych fotografiach. Krajobraz z obłokami ma jakąś nieutracalną pełnię. „Zapewniam cię jedynie na co możesz jeszcze liczyć / to te obłoki / Więc może do nich właśnie powracasz” (Wiersze wybrane, s. 288). „A nas wszystkich zagarnia / rajski poszum Obłoków Debussy’ego / płynących nad koncertową salą” (Wiersze wybrane, s. 389). Poetyckie uniwersum obejmuje świat przyrody i świat kultury. Bohaterami wierszy są rośliny, a zwłaszcza kwiaty i drzewa, rzadziej fauna, poeci i ich wiersze, malarze i ich obrazy, słuchane utwory muzyczne, przyjaciele i zwykli ludzie z ulicy, ze sklepów i restauracji, krajobrazy miejskie, górskie i nadmorskie, a także widziane z pociągu. Poetka nie przestaje wpatrywać się w urodę i kruchość istnienia. Julia Hartwig wiele zawdzięcza malarstwu. Zna je znakomicie. Długie pobyty w Paryżu pozwalały niemal na co dzień obcować z impresjonistami. To nie przypadek, że przeniosła z poezji francuskiej na grunt poezji polskiej gatunek poematu prozą. Aby je napisać, konieczna była wyjątkowa uwaga, a to więcej niż zmysł obserwacji, i czułość dla bogactwa form świata, chłonność koloru, światła i linii. Pomocna okazała się umiejętność układania zdań i mówienia, jak zauważa Miłosz, równym głosem, aby oddać niepowtarzalną fakturę świata. Jest to poezja, nawet być może wbrew sobie, metafizyczna.

 144 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Zapatrzona w obłoki

W eseju Alaina Besançona U źródeł współczesnego obrazoburstwa odnajduję klucz do metafizycznego sensu wierszy Julii Hartwig. Uważa on, że sztuka nowych czasów pod wpływem filozoficznego idealizmu utraciła pragnienie zajmowania się widzialnym światem i wybrała drogę na skróty – do świata niewidzialnego. Nie da się przedstawić nieba bez próby pokazania ziemi. Inną drogą poszli malarze francuscy wierni widzialnemu – jak chciałby Kant, jedynie fenomenalnemu – światu. „Faktem jest – pisze Besançon – że malarze francuscy, od Delacroix po impresjonistów, nie dali sobie narzucić jarzma geniuszu i wzniosłości. Pozostali wierni innej estetyce – tej, w której liczy się oko i ręka”. Estetyka ta nie szuka na siłę śladów boskości, nie epatuje epifaniami w każdym obrazie i w każdym wierszu. Jest oszczędna i powściągliwa, ale nie zamknięta na autentyczną epifanię w kulturze. „Jeśli szuka się tylko samego Boga, traci się ziemię i Bóg się chowa. Jeśli ma się na celu również ziemię, a nawet tylko ziemię – twierdzi Besançon – jest szansa, że Bóg się objawi”. Czy nie to samo mówi Julia Hartwig? Jak uniknąć zakłamania codziennej mowy w której tyle jest panaboga tyle litanii kierowanych przez ludzi i do ludzi tyle odziedziczonych po praprzodkach modlitewnych zawołań w sąsiedztwie bluzgów i złorzeczeń Gdy tak stoi zapatrzona w blask na wodzie przelatująca nad jej głową mewa śmieszka wzbija się właśnie w górę ku niebu gdzie jest też jezioro jezioro jezioro (Wiersze wybrane, s. 449)

Ks. Alfred Marek Wierzbicki

Alfred Marek Wierzbicki – ur. 1957. Duchowny archidiecezji lubelskiej, filozof i poeta. Pro-

Kultura

fesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, od 2006 r. dyrektor Instytutu Jana Pawła II KUL i redaktor naczelny kwartalnika „Ethos”. Prorektor Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Lublinie, dyrektor diecezjalnego Centrum Dialogu Katolicko-Żydowskiego, członek Komitetu ds. Dialogu z Judaizmem Konferencji Episkopatu Polski, w latach 2004–2011 wikariusz biskupi ds. kultury. Autor wielu publikacji naukowych, książek eseistycznych i sześciu tomików wierszy. Ostatnio wydał książkę Polska Jana Pawła II. Mieszka w Lublinie.

 145


Katarzyna Jabłońska, ks. Andrzej Luter Ksiądz z kobietą w kinie

Nadzieja w roli głównej?

Ksiądz W kinach mamy na szczęście bardzo dużo dobrych filmów, cieszę się, Kasiu, że namówiłaś mnie, byśmy wzięli na warsztat obraz znanej w Polsce duńskiej reżyserki, Susanne Bier. W lepszym świecie – nagrodzony Oscarem za film nieanglojęzyczny – to opowieść o nadziei. Bier – wcześniej mogliśmy zobaczyć jej Braci i Tuż po weselu – nie neguje, że w każdym człowieku istnieją pokłady zła; pokazuje, jak okrutne potrafią być nawet dzieci. Nie odbiera nam jednak wiary, że ostatecznie może zwyciężyć dobro – i nadzieja właśnie, bez której nie da się żyć. I która jest matką mądrych.

Kobieta Trochę bałam się tego filmu, bo z nieufnością podchodzę do oscarowych laureatów. Werdykty amerykańskiej Akademii Filmowej bywają nieznośnie poprawne politycznie, tym razem na szczęście zwyciężyła prawdziwa sztuka, która – w przeciwieństwie do tej złej – potrafi przekonywająco opowiadać o dobru i nadziei. One nie są w filmie Bier łatwe – świat, który pokazuje, nasz świat, pełen jest zła, przemocy, nienawiści, pragnienia odwetu. W tym świecie nadzieja

 146 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Nadzieja w roli głównej?

Ksiądz Jeden z recenzentów zarzucił Bier, że finał jej filmu zakłócił mu odbiór całości!

Kobieta Skażeni jesteśmy medialnymi doniesieniami epatującymi nas obrazami i opisami niegodziwości, do których zdolny jest człowiek. Ta opowieść o złu w roli głównej zalewa nas i być może dlatego niektórym tak trudno uwierzyć w wiarygodność dobra. I uznać, że nadzieja wciąż jest możliwa, chociaż – tak jak w filmie Bier – bardzo trudna. Kiedy patrzę na skamieniałą twarz dziesięcioletniego Christiana, na jego zesztywniałe ciało, które nie potrafi ani przyjąć, ani oddać ojcowskiego przytulenia, przeczuwam, że w tym dziecku dzieje się coś bardzo bolesnego, z czym próbuje sobie radzić poprzez wycofanie z relacji z innymi i agresję. Ojciec Christiana jest bezradny, sam złamany bólem po – poprzedzonej okropnym cierpieniem – śmierci chorej na raka żony. Nie potrafi przedostać się do świata, w którym zamknął się syn.

Ksiądz O tak, to zamknięcie Christiana budzi niepokój od samego początku – chłopiec z kamienną twarzą recytuje nad trumną matki wiersz, który ta często czytała mu na dobranoc. Wiersz o umieraniu… Rychło okaże się, że Christian ma pretensje do ojca, że ten nie uratował matki, a wręcz chciał, aby chora na raka kobieta umarła, ­ponieważ jej strasznemu cierpieniu nie można już było zaradzić, a on sam nie mógł znieść fizycznej i psychicznej męczarni żony.

Kobieta W filmie Bier – podobnie jak w porażającym prawdą Pokoju syna Nanniego Morettiego – ból bliskich osób, pogrążonych w rozpaczy po stracie ukochanego człowieka, nie łączy, ale dzieli. Ból zamraża Christiana od wewnątrz.

Ksiądz Zamraża do tego stopnia, że jego życiową zasadą staje się już nie tylko prawo „ząb za ząb”. Gdy w szkole zostanie zaczepiony przez napastliwych rówieśników, postanawia się zemścić, a zemsta musi być okrutniejsza niż krzywda. W internecie można znaleźć wszystko: jak bić, jak katować, jak skonstruować bombę… Christian widzi, że ta sama banda wyrostków terroryzuje jego kolegę ze szkolnej ławki, wrażliwego Eliasa. Pragnienie zemsty narasta. Na agresję trzeba

 147

Ksiądz z kobietą w kinie

i dobro są niezbędne, ale nieoczywiste, czasami bardzo trudne. Tym bardziej wdzięczna jestem duńskiej reżyserce, że próbuje ich­ szukać.


K a t a r z y n a J a b ł o ń s k a , k s .   And r zej L u t e r

„W lepszym świecie”, reż. Susanne Bier

odpowiedzieć agresją, tylko jeszcze większą. Elias będzie lojalny wobec przyjaciela, chwilami skłonny nawet przyznać mu rację. Na przykład wtedy, gdy jego ojciec, Anton, dostawszy w twarz od nieznajomego, nie odda agresorowi (do zdarzenia dochodzi w obecności obu dziesięciolatków). Co więcej, pójdzie potem jeszcze raz z chłopcami do tego człowieka i zostanie ponownie uderzony, w mniemaniu chłopców poniżony. Bezskutecznie próbuje wytłumaczyć dzieciom, że tak właśnie należało postąpić. „Nie można tak po prostu bić ludzi, to nic nie daje” – mówi.

 148 

Kobieta Anton próbuje przekonać chłopców, że powstrzymanie się od odwetu jest oznaką siły. Postępuje według ewangelicznej zasady: „Jeśli cię ktoś uderzy w jeden policzek, nadstaw mu i drugi”. Postawa Antona budzi podziw. Pozwalać się policzkować komuś, dla kogo naturalnym językiem jest agresja, a nie potrzeba zrozumienia to akt – no właśnie: heroizmu czy naiwności? Prowokowany Anton nie odpowiedział agresją, ale czy agresor coś zrozumiał z jego lekcji? Mężczyzna tłumaczy chłopcom (świetna gra dziecięcych aktorów), że powstrzymanie się od agresji jest ­zwycięstwem, bo przerywa zaklęty krąg zła. Ich jednak ta argumentacja nie przekonuje. Uważają, że Anton został pokonany i upokorzony.

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Ksiądz W całej sytuacji ważne było także i to, że Anton to obcy, Szwed w Danii, „pieprzony mutant”. Szykany, jakie spotykają Eliasa ze strony rówieśników, mają również związek z tym, że jako Szwed uważany jest za obcego. Nie zdawałem sobie, Kasiu, sprawy z tej niechęci między – podobno – tolerancyjnymi Skandynawami.

Kobieta Odwoływał się do niej także von Trier w Królestwie. A wracając do Antona – zasada, którą stosuje w życiu, żeby nie odpowiadać złem na zło, lecz zło dobrem zwyciężać, poddana zostanie wielkiej próbie.

Ksiądz Anton jest lekarzem, pracuje na misji w Afryce, leczy umęczonych wojną domową, schorowanych tubylców, którzy nękani są napadami przez zbrodniczą bandę. Powraca co jakiś czas do domu, żeby zobaczyć się z synami, z którymi łączy go głęboka więź. On i matka chłopców, Marianne, żyją w separacji. Wcześniej tworzyli kochającą się rodzinę. Niewykluczone, że Afryka jest ucieczką dla Antona. Szlachetna i bohaterska praca na Czarnym Lądzie to jednocześnie sposób na przetrwanie rodzinnego kryzysu – złudny, jak się okaże, bo i tam Anton stanie wobec sytuacji, z której nie ma dobrego wyjścia. Dylemat, jaki zaaranżowało mu życie, był iście szatański: czy leczyć zbrodniarza, zwyrodnialca, zdegenerowanego do tego stopnia, że aż trudno nazwać go człowiekiem, czy też oddać go tłumowi, który w akcie zemsty zapewne dokona linczu, i to w sposób najokrutniejszy z możliwych, bo przecież nad psychologią tłumu nikt nie jest w stanie zapanować?

Kobieta Bier świetnie tę skomplikowaną sytuację pokazuje (temperatura emocjonalna całego filmu jest bardzo wysoka). W jej filmie nie ma łatwych oskarżeń. Opowiada tak, że podziwiam Antona, bo w zwyrodnialcu potrafi zobaczyć człowieka, któremu jako lekarz powinien pomóc. Rozumiem też tych, którzy dziwią się Antonowi, że chce pomóc zbrodniarzowi, dopuszczającemu się niewyobrażalnych okrucieństw wobec ich bliskich. Anton walczy, żeby nie zarazić się złem – to jest walka na śmierć i życie w sensie nie tylko symbolicznym, ale też jak najbardziej dosłownym. Christian został już tym złem zakażony. Odrzucany przez rówieśników Elias, który w Christianie znalazł wreszcie przyjaciela, okaże się trudnym przeciwnikiem dla zła.

Ksiądz Jest taki moment w życiu młodego człowieka, dziecka jeszcze, w którym decydują się jego losy – może zostać terrorystą, zbrodniarzem, ale może pójść drogą człowieczeństwa. Zło i dobro stoją obok siebie.

 149

Ksiądz z kobietą w kinie

Nadzieja w roli głównej?


K a t a r z y n a J a b ł o ń s k a , k s .   And r zej L u t e r

Trzeba wyczuć ten moment i podać rękę nadziei i – może zabrzmi to patetycznie – miłości. Patrząc na Christiana, myślałem o Norwegu, Andersie Breiviku. Jego mieszkający we Francji ojciec nie widział syna od prawie 20 lat – to znaczy, że opuścił Andersa wtedy, kiedy kształtowała się jego osobowość. Dziś opowiada w wywiadzie telewizyjnym, że wolałby, aby jego syn popełnił samobójstwo. Byłem wstrząśnięty. Pomyślałem wtedy: „Człowieku, sam sobie strzel w łeb!”. U Bier błędy życiowe popełniają wszyscy: najpierw rodzice, potem pseudoliberalna szkoła, bezradna wobec współczesnych wyzwań (scena „pojednania” Christiana i Eliasa z przywódcą klasowej bandy najlepiej pokazuje płyciznę pedagogów i „bezstresowych” psychologów), a ich konsekwencją są dramatyczne decyzje przeżywających samotność i wyobcowanie uczniów. W takim stanie ducha łatwo popełnić czyny prowadzące do nieobliczalnych skutków. W lepszym świecie to wielkie wołanie: człowieku, zobacz, co się dzieje wokół ciebie, wśród twoich najbliższych, bo może nie dostrzegasz tlącego się dramatu, tragedii, która za chwilę wybuchnie z wielką siłą, a mogłeś jej zapobiec. Bier odważyła się opowiedzieć o nadziei, ale z pewnością nie jest to nadzieja cukierkowa.

Kobieta Afrykańskie przysłowie mówi, że najlepszym lekarstwem dla człowieka jest drugi człowiek. W  tym filmie prawda ta mocno wybrzmiewa, jednak cena, jaką niektórzy z bohaterów muszą zapłacić, chcąc ją odkryć – jest bardzo wysoka. Płacą ją nie tylko nękani wojną mieszkańcy Afryki, ale też ci, którzy żyją w dostatnim, spokojnym (urzekające harmonią miejsce, w którym mieszka rodzina Eliasa) „lepszym świecie”. I tam, i tu nikt nie pozostaje niewinny – w świecie, w którym toczy się nieustanna walka dobra ze złem, bezgrzeszność nie jest możliwa. Katarzyna Jabłońska, ks. Andrzej Luter

W lepszym świecie / Haevnen – reż.: Susanne Bier, scen.: Anders Thomas Jensen, zdj.:

Morten Søborg, muz.: Johan Söderqvist, montaż: Morten Egholm, występują: Mikael Persbrandt (Anton), William Nielsen (Christian), Markus Rygaard (Elias), Trine Dyrholm (Marianne), Ulrich Thomsen (ojciec Christiana) i inni, Dania 2010, 113 min, dystrybucja: Vivarto.

 150 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Książki

Gdy „chodzi o prawdę o człowieku”… Barbara Tyszkiewicz

Marta Korczyńska, Jerzy Zawieyski. Bio‑ grafia humanistyczna. 1902–1969, Adam Marszałek, Toruń 2011, 241 s.

 151

Przeszło czterdzieści lat po śmierci Jerzego Zawieyskiego jego utrwalony w druku wizerunek ciągle wydaje się tyleż interesujący, co niepełny. Niegdyś aktor, a potem dramatopisarz i prozaik, katolik z lewicową wrażliwością społeczną, po październiku 1956 r. zaistniał także na scenie społeczno-­politycznej PRL. Był pierwszym i dożywotnim prezesem warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej, a wybrany w styczniu 1957 r. do Sejmu PRL, przez trzy kolejne kadencje reprezentował Koło Znak i jednocześnie wchodził w skład Rady Państwa PRL. Jako człowiek cieszący się osobistą znajomością i zaufaniem kard. Stefana Wyszyńskiego wielokrotnie podejmował się w tym okresie nieformalnego pośredniczenia w rozmowach pomiędzy prymasem Polski a I Sekretarzem KC PZPR Władysławem Gomułką. Wydana niedawno książka Marty Korczyńskiej Jerzy Zawieyski. Biografia humanistyczna. 1902–1969 już samym tytułem zdaje się nawiązywać do rozległości tych życiowych doświadczeń. Po monografii Jana Z. Brudnickiego pt. Jerzy Zawieyski (opublikowanej w 1985 r. w PIW-owskiej serii „Portrety Współczesnych Pisarzy Polskich”) jest to dopiero druga próba stworzenia tego typu opracowania. Zważywszy, że Brudnicki szkicował przede wszystkim sylwetkę


B a r b a r a T y sz k i ew i cz

pisarza, a nadto ograniczony był przez państwową cenzurę i pozbawiony dostępu do otwieranych dopiero po 1989 r. archiwów, potrzeba nowego spojrzenia na tę biografię nie wymaga szerszego uzasadnienia. Do długiej listy cząstkowych omówień twórczości literackiej Zawieyskiego dołączyły wprawdzie w ostatnich dekadach także ujęcia skoncentrowane wokół jego działalności społeczno-politycznej i sfery życia prywatnego, ale były to tylko przyczynki, które pokazywały rozległość pola badawczego. Z perspektywy ­historyka dokonania Zawieyskiego komentował np. Andrzej Friszke, aurę sensacji otaczającą ostatnie lata pisarza i jego tajemniczą śmierć przybliżała Joanna Siedlecka, a problematyką homoseksualnej orientacji zajmował się Krzysztof Tomasik. W Prologu do Biografii humanistycznej autorka deklaruje, że w jej pracy „chodzi o prawdę o człowieku”, rozumianą jako przeciwstawienie składanki wybiórczych epizodów, ułożonych według jednostkowych, subiektywnych kryteriów. We Wstępie zapowiada chronologiczną prezentację faktów i odtworzenie wielości życiowych ról Zawieyskiego. W tytulaturze rozdziałów widać cezury lat: 1925, 1939, 1955, 1956 i 1968. Pierwsza z tych dat rozdziela trudne dzieciństwo i młodość w robotniczej Łodzi i w szkole teatralnej w Krakowie od praktyki scenicznej w Reducie Juliusza Osterwy i późniejszej współpracy z Jędrzejem Cierniakiem przy propagowaniu teatrów ludowych. Omówiono pojawiające się w tym czasie dylematy religijne i ideowe ucznia, a potem aktora ujawniającego talenty literackie. Wśród opisów wewnętrznych zmagań z katolicyzmem oraz rozbudowanych informacji o pracy kulturalno-oświatowej, prowadzonej w kręgach PPS, a potem lewicowego ruchu ludowego, są również drobne wzmianki o rozwoju kariery literackiej (m.in. o debiutanckich tomach wierszy i prozy, pierwocinach dramatycznych pozostałych w rękopisach, sztukach inscenizowanych w latach

 152 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011

30. i śladach fascynacji dorobkiem Stefana Żeromskiego). Lata okupacji, powrót do wiary wyniesionej z domu rodzinnego oraz konspiracyjną działalność Zawieyskiego w zakresie kultury i oświaty Korczyńska zestawiła z wydarzeniami pierwszego powojennego dziesięciolecia. Pokazała w ten sposób kontrast pomiędzy sytuacją twórcy uznawanego za reprezentanta katolickiego nurtu w literaturze − przed zmianami w polityce kulturalnej kraju w 1949 roku oraz w okresie obowiązywania doktryny socrealizmu. Opisuje w tym okresie również m.in. jego przyjaźń z Zofią Nałkowską oraz omawia kwestię domniemanego homoseksualizmu pisarza. W kolejnym rozdziale, ograniczonym datami 1955–1956, przedstawiono narastanie fali październikowej odwilży, która zniosła ograniczenia nałożone wcześniej na twórczość Zawieyskiego, a jemu samemu dała asumpt do wzięcia udziału w społeczno-politycznych zmianach. Zarysowano tu m.in. dzieje znajomości z prymasem Wyszyńskim oraz genezę Klubu Inteligencji Katolickiej. Okres sprawowania przez Zawieyskiego mandatu poselskiego oraz członkostwa w Radzie Państwa PRL rozpisany został na trzy następne całostki. Pod tytułem (wziętym z tomu prozy z 1963 r.) Romans z ojczyzną oddano obywatelską, nacechowaną emocjonalnym zaangażowaniem postawę pisarza, który polityczne obowiązki traktował jako szczególne wyzwanie i godził z katolicką moralnością. Dalej omówiono ­podejmowane przez Człowieka od dyplomacji próby unormowania stosunków pomiędzy Kościołem a państwem, oparte głównie na mediacjach pomiędzy Wyszyńskim a Gomułką. Zamyka tę problematykę rozdział zbudowany wokół wydarzeń z marca i kwietnia 1968 r. Przybliżona w nim została interpelacja Koła Znak, dotycząca represji zastosowanych przez władze wobec protestującej młodzieży, związane z nią ostatnie sejmowe wystąpienie Zawieyskiego i  poniesione


Gdy „chodzi o prawdę o człowieku”…

laudacji, polegają na zanegowaniu (w najgorszym wypadku usprawiedliwieniu) ułomności przypisywanych Zawieyskiemu i jego utworom, a eksponują pomnikowe morale autora oraz artyzm jego dzieł. Podstawowa słabość książki leży jednak gdzie indziej. Zgromadzona przez Korczyńską faktografia nie jest ani wolna od błędów, ani nie wyczerpuje dostępnych dzisiaj źródeł wiedzy o Zawieyskim − zarówno tych archiwalnych, jak i ogłoszonych w druku. Najpoważniejsze uchybienia w tym zakresie widać w rozdziale Człowiek od dyplomacji. W opisie mediatorskich działań prowadzonych przez pisarza, głównie pomiędzy prymasem Wyszyńskim a Gomułką, znalazły się zasługi, o których nie wiedział sam zainteresowany. Zawieyski − wbrew temu, co napisała Korczyńska − nie był zaangażowany w rozmowy najwyższych przedstawicieli Kościoła i PZPR z 1 maja 1957 r., jak też w pertraktacje prowadzone 9 stycznia 1958  r. w  gronie Wyszyński–­Gomułka– –­Cyrankiewicz1. Trudno powiedzieć, skąd zaczerpnięto fałszywe informacje, bo obszerny (i zbyteczny!) passus na ten temat odsyła wyłącznie do notatek Wyszyńskiego i nie ma tam nic o Zawieyskim. Korczyńska zupełnie pominęła natomiast ogromny, ze szczegółami komentowany w diariuszu wkład ­pisarza w przygotowanie spotkania Wyszyński–Gomułka z 11 stycznia 1960 r. Negocjacje prowadzone przez tych samych dostojników trzy lata później, 26 kwietnia, określiła jako efekt sejmowego wystąpienia Zawieyskiego. Owszem, obie skonfliktowane strony doceniły to przemówienie, ale o tym, że zdecydowały się ponownie zasiąść

1 Szerzej na ten temat zob.: B. Tyszkiewicz, Naiwny i heroiczny. Jerzy Zawieyski jako mediator pomiędzy kardynałem Wyszyńskim a Władysławem Gomułką. „Zeszyty Historyczne” 2006, z. 156. Pisałam tam m.in.: „Zawieyski ani słowem nie wspomina w dzienniku o pierwszej rozmowie Gomułki z Wyszyńskim z 1 V 1957 r., w której brał udział również Cyrankiewicz. Pisarz wyruszał tego dnia w dłuższą podróż do Paryża, a potem Rzymu. […] po powrocie do Polski, 3 VI 1957 r. zanotował: «Drugi [po Gomułce] człowiek, który dźwiga Polskę i który w pełni ją wyraża – to ks. Kardynał Wyszyński. N i e s p o t k a ł s i ę o n d o t ą d z  G o m u ł k ą”.

 153

Książki

przez mówcę konsekwencje. W Zakończeniu − pokrótce, „z położeniem akcentu na eseistykę historyczną” − Korczyńska przywołała dorobek literacki swego bohatera. Atrakcyjnym dodatkiem są fotografie załączone w niewielkiej wkładce oraz materiały zaprezentowane w Aneksie (m.in. wybrane strony z czasopism, z którymi współpracował Zawieyski, dokumentacja kursów Instytutu Teatrów Ludowych z międzywojnia, faksymile prywatnej korespondencji, kwestionariusz ZLP, informacje związane ze sprawowaniem mandatu poselskiego, tekst mowy sejmowej z 10 kwietnia 1968 r.). Ułatwić lekturę może też niewielkie kalendarium, wypunktowujące fakty uznane za najważniejsze w tym życiorysie. Całość dopełniają Bibliografia o charakterze przedmiotowym oraz indeks nazwisk. W książce Marty Korczyńskiej zauważalne są starania o oddanie historycznego tła, dostarczenie informacji o istotnych dla tematu wydarzeniach, instytucjach i osobach. Znajdujemy je np. w obszernym fragmencie poświęconym międzywojennemu Instytutowi Teatrów Ludowych, gdzie charakterystyka placówki łączy się w całość z opisem indywidualnych dokonań i publicystyki ­pisarza-dyrektora. Rzetelność opracowania zdają się gwarantować odwołania do metryk ślubu i urodzin, relacje krewnych i znajomych Zawieyskiego oraz cytaty z jego literackich zapisków. Nie można jednak odnieść tych spostrzeżeń do całości książki, w której wiele miejsc wymaga dopowiedzenia, wskazania źródła faktów, odniesienia do stanu badań. Co więcej, dociekania prawdy o człowieku przybierają tu wielokroć kształt


B a r b a r a T y sz k i ew i cz

do pertraktacji, Zawieyski dowiedział się już po fakcie, i to nie od prymasa, ale od Gomułki. Ten pierwszy w serdecznej rozmowie z 2 kwietnia martwił się tym, że sprawy publiczne odrywają posła Znaku od pióra. Wstępną rekonstrukcję takiego biegu rzeczy i odtworzenie skomplikowanych relacji Zawieyski–Wyszyński umożliwia liczący prawie trzy tysiące stron manuskrypt dziennika, prowadzonego przez pisarza od roku 1955 aż do śmierci. Ten autobiograficzny, quasi-literacki przekaz zyskuje jednak walor dokumentu historycznego dopiero po konfrontacji z innymi źródłami. Marta Korczyńska zdecydowanie nie doszacowała rozmiarów i merytorycznej zawartości zwłaszcza jednego z nich – przechowywanych w IPN śladów inwigilacji Zawieyskiego przez organy bezpieczeństwa PRL. Sygnatury, które wymieniła, stanowią tylko mały fragment dostępnych materiałów i nie uwzględniają najbardziej brutalnej ingerencji w prywatność – drobiazgowych notatek z prowadzonego w latach 50. i 60. podsłuchu w kolejnych zajmowanych przez pisarza mieszkaniach i w domu w Konstancinie. W świetle tych danych np. homoseksualna orientacja Zawieyskiego, z którą autorka zmaga się w czterostronicowym przypisie do historii znajomości z Zofią Nałkowską, nie pozostawia żadnych wątpliwości. Warsztatowe niedociągnięcia widać w ujęciu wcześniejszych partii życiorysu. Uderza np. lakoniczność, opartego wyłącznie na pojedynczej wzmiance w dzienniku, akapitu o ranach odniesionych przez Zawieyskiego w wojnie polsko-bolszewickiej. Nie wiadomo, skąd pochodzi wiedza autorki o sfałszowanej wówczas metryce, a wywód o społeczno-politycznej sytuacji kraju nie rekompensuje braku informacji o wojennym

pseudonimie − Jerzy Szarski − jakim posługiwał się wówczas młodzieniec, który wyniósł spod kul swego rówieśnika, Mieczysława Brauna. Na sąsiedniej stronie Korczyńska przywołuje to nazwisko w zupełnie innym kontekście, bez notki biograficznej, bez sygnału, że do tomu Dobrze, że byli weszło poświęcone Braunowi wspomnienie, a przyjaźń z  nim i  jego tragiczna, okupacyjna śmierć znalazły wyraz w opowiadaniu Requiem dla nich obu. Bo też dzieło literackie Zawieyskiego, nawet potraktowane tylko jako materiał do charakterystyki autora, spożytkowane zostało w tej biografii w niewielkim zakresie. Można zrozumieć, że nie jest to pozycja adresowana do historyka literatury, ale zdumiewa nonszalancja w odniesieniu do monografii Brudnickiego (przywołanej tylko raz pod zniekształconym tytułem), niepokoją zawieszone w próżni ogólniki i subiektywizm sądów o literaturze – aż nadto wyrazisty np. w przedłożeniu sztuki Powrót Przełęckiego nad dramat Żeromskiego Uciekła mi przepióreczka… czy w interpretowaniu głosów krytycznych jako przejawów „zwykłej zawiści”. Drażnią literówki, obecne nawet w tytułach utworów Zawieyskiego. Czytelnik książki Korczyńskiej zamiast „prawdy o człowieku” otrzymuje wyidealizowany portret działacza-humanisty, który ma stanowić odtrutkę na współczesne patologie życia publicznego. Obiecuje to zresztą już Prolog, w którym autorka pisze: „Kiedy życie społeczne i publiczne opanowane jest przez ludzi cynicznych, chciwych i bez ­honoru, trzeba obowiązkowo przypominać osoby pokroju Jerzego Zawieyskiego”. Czy jest to motywacja wystarczająca? Bohater Biografii humanistycznej zasłużył na więcej… Barbara Tyszkiewicz

Barbara Tyszkiewicz – ur. 1964. Absolwentka filologii polskiej na UAM w Poznaniu, starszy dokumentalista w Instytucie Badań Literackich PAN. Współautorka słownika biobibliograficznego Współcześni polscy pisarze i badacze literatury (pod red. Jadwigi Czachowskiej i Alicji Szałagan), t. 1–10. Publikowała na łamach paryskich „Zeszytów Historycznych” oraz „Pamiętnika Literackiego”. Mieszka w Warszawie.

 154 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Bunt jako styl życia Jan Olaszek

Anka Grupińska, Joanna Wawrzyniak, Buntownicy. Polskie lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, Świat Książki, Warsza‑ wa 2011, 520 s. 

 155

Historia opozycji w PRL to nie tylko wielkie idee, głośne listy protestacyjne i represje, ciągła walka o prawa człowieka. Dla wielu ludzi bunt lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych oznaczał niebanalny styl życia. ­Autorki książki Buntownicy nazwały go opozycjonowaniem. Podstawę książki Anki Grupińskiej i Joanny Wawrzyniak stanowił zbiór relacji zebranych przez uczestników projektu historii mówionej Pamiętanie Peerelu. Opowieści o wspólnych i indywidualnych sposobach na system: 1956–1989, prowadzonego we współpracy z Ośrodkiem KARTA i Domem Spotkań z Historią. W jego ramach przeprowadzono ponad sto wywiadów z ludźmi, którzy w jakiś sposób kontestowali system w PRL. Zapis relacji opracowano, dbając o zachowanie cech języka mówionego, nie zawsze poprawnego, ale zachowującego autentyczność. Spośród zebranych opowieści wybrano ponad dwadzieścia relacji, które w koncepcji autorek tworzyły pewną całość, pokazując w ten sposób wycinek pokolenia buntującego się przeciw systemowi w Polsce. Wśród opublikowanych relacji jest opowieść Anki Grupińskiej, która – sama od lat zapisując historie innych – tym razem przedstawiła swoją opowieść. Relacje zamieszczone w  książce, co zresztą podkreślają autorki, nie tworzą całości reprezentatywnej dla całego ruchu opozycyjnego, lecz pokazują jego pewne cząstki zapamiętane po latach przez samych bohaterów. Wartością książki jest pokazanie


J a n O l a sze k

opozycji z innej niż tylko dominującej w historycznych narracjach perspektywy Warszawy czy Gdańska. W  opublikowanych opowieściach opisane są głównie środowiska buntowników z innych miast. Wśród nich szczególne miejsce zajmuje Poznań, w którym dwie ostatnie dekady PRL spędziła Anka Grupińska. Bohaterowie książki pochodzą też m.in. z Warszawy, Wrocławia, Krakowa, Kielc. Oddano głos opozycjonistom, którzy nie byli dotychczas znani i swoje historie opowiedzieli po raz pierwszy. Są wśród nich współpracownicy opozycji przedsierpniowej, wydawcy prasy podziemnej, drukarze, kolporterzy. Są też żony opozycjonistów, często równie silnie zaangażowane w opozycję, co ich mężowie. Relacje buntowników i buntowniczek mają charakter biograficzny. Bohaterowie najpierw opowiadają o swoim dzieciństwie: wychowaniu, jakie odebrali, szkole, sytuacji materialnej rodziny. W ich narracjach to, co antysystemowe i opozycyjne, przenika się z życiem oficjalnym. Trudno w rodowodach tego kolejnego pokolenia niepokornych doszukiwać się prawidłowości charakterystycznych dla wszystkich buntowników. Ich drogi są różne. Rodzice jednych byli krytyczni wobec systemu, inni go akceptowali, a niektórzy aktywnie wspierali. U jednych kontestacja wynikała z idei nabytych w domu, u innych łączyła się z buntem przeciwko rodzicom. Na styl życia wielu z tytułowych buntowników składała się nie tylko wspólna działalność opozycyjna, ale też współtworzony i podziwiany przez nich teatr niezależny czy muzyka, niechęć do skupiania się na karierze w oficjalnych instytucjach, wspólne życie towarzyskie, hippisowski styl ubierania się. „Wszyscy nasi faceci chodzili w swetrach, które im robiłyśmy na drutach. Były rozciągnięte, workowate, ze zgrzebnej owczej wełny najlepiej. Zresztą myśmy też chodziły w takich swetrach. My wszyscy wyglądaliśmy, jakbyśmy mieszkali w więzieniu, tak mi powiedziała kiedyś moja frankfurcka

 156 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011

koleżanka. Bo myśmy się ubierali na szaro. Po pierwsze dlatego, że nie można było kupić żółtych butów, tak? Po drugie myśmy musieli być cierpiętniczy” – opowiada Anka Grupińska. W opowieściach buntowników charakterystyczne jest przenikanie się codziennego życia towarzyskiego z działalnością opozycyjną. Julian Zydorek, który wraz z żoną Ewą działał w podziemnej „Solidarności” w Poznaniu wspomina: „Życie towarzyskie kwitło. Myśmy prowadzili dom otwarty, ponieważ mieszkaliśmy na tak zwanym trójkącie bermudzkim. Ja na Głogowskiej, na skrzyżowaniu z  Hetmańską, Marcin Kęszycki mieszkał przy Hetmańskiej, na rogu Traugutta i Leszek Dymarski, tutaj, gdzie my teraz jesteśmy, czyli na Łukaszewicza. Jak ktoś wchodził w ten trójkąt, to już zostawał”. Podobnie te czasy zapamiętała Ewa Zydorek: „Na Głogowskiej prowadziliśmy dom otwarty i tam wiecznie były spotkania, dyskusje. Najczęściej wyglądało to w ten sposób, że ktoś przychodził z jakąś informacją. Załatwiało się sprawę, po czym przychodziło do momentu: – Wiecie co, a może byśmy jakąś flaszkę kupili? I było gadanie o tym, co się dzieje. Zawsze zaczynało się od tego, że trzeba omówić aktualną sytuację polityczną. Myśmy czasami do znudzenia te same historie opowiadali: a co Jaruzelski zrobił, a gdzie, kto siedzi”. Tego rodzaju opowieści rzadko pojawiają się w tradycyjnej narracji o walczących z systemem, a przecież nie stoją z nią w sprzeczności. To, co robili buntownicy, było wyrazem dużej odwagi, ale jednocześnie mogło być też zabawą. Książka Grupińskiej i Wawrzyniak przypomina, że ­nawet najbardziej zaangażowani opozycyjności mieli też życie poza polityką. Ich młodość wypełniały nie tylko spory Jacka Kuronia z Leszkiem Moczulskim czy Władysława Frasyniuka z Kornelem Morawieckim. W życiu buntowników było miejsce i na podziemie, i na pracę, rodzinę i zabawę. Dla historyka


Bunt jako styl życia

jest to ważne, bo to właśnie codzienne życie wpływało na antysystemową aktywność opozycjonistów. Opowieści buntowników pokazują, jakie znaczenie dla działania opozycji miały silne więzi osobiste. Ludzi wspólnie buntujących się przeciw nieakceptowanemu systemowi łączyło znacznie więcej niż polityka. To przekładało się na skuteczność sieci społecznej, jaką była podziemna „Solidarność”. W takim opisywaniu historii opozycji ważne jest oddanie głosu samym buntownikom. Ich relacje, subiektywne i tworzone po latach, nie mogą być jedynym źródłem historycznym, muszą być konfrontowane z archiwami samej opozycji, dokumentami PZPR i SB, ale bez ich gromadzenia wiele ważnych zjawisk już nigdy nie mogłoby zostać opisanych. W książce relacje uzupełniają zamieszczone na ostatnich stronach eseje naukowców i  publicystów na temat PRL. Część z nich zachowuje krytyczny stosunek do tamtego systemu, pokazując jednocześnie niejednoznaczność postaw. Prof. Marcin Kula na przykładzie Instytutu Historii PAN w interesujący sposób opisuje rozdźwięk

pomiędzy tym, co w PRL robiono oficjalnie, a tym, co naprawdę myślano. Inni autorzy idą jednak dalej, starają się wręcz relatywizować wady tamtego systemu, sugerując, że skutecznie spełniał on funkcję państwa opiekuńczego. Jednak zamieszczone w tomie relacje, a także badania nad historią społeczną prowadzą raczej do odwrotnych wniosków. Dołączenie do książki tych esejów wydaje się niepotrzebne przede wszystkim z innego powodu – nie łączą się one z główną częścią książki w jedną całość, pokazują inną wizję PRL niż ta wyłaniająca się z opowieści buntowników. Buntownicy to z pewnością jedna z najważniejszych książek o PRL. Jest to jednocześnie pewna propozycja spojrzenia na historię opozycji demokratycznej i „Solidarności”. Spojrzenie to w większym stopniu uwzględnia społeczne i kulturowe aspekty działania tych ruchów. Nie może to być oczywiście jedyna perspektywa w patrzeniu na ich historię, ale bez jej uwzględnienia trudno zrozumieć historię dwóch ostatnich dekad PRL. Jan Olaszek

Jan Olaszek – ur. 1985, historyk, pracownik Biura Edukacji Publicznej IPN, doktorant w Instytucie

Książki

Historii PAN, członek zarządu Stowarzyszenia „Archiwum Solidarności”. Zajmuje się historią opozycji demokratycznej w PRL i „Solidarności”. W latach 2006–2008 przeprowadzał wywiady w ramach projektu „Pamiętanie Peerelu”. Mieszka w Grodzisku Mazowieckim.

 157


Z obłędem w oczach i płucach Ks. Andrzej Luter

Rafał Wojaczek, Sanatorium, Biuro Literac‑ kie, Wrocław 2010, 136 s.

 158 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011

Umarł czterdzieści lat temu, urodził się ponad sześćdziesiąt pięć lat temu – miał dwadzieścia pięć lat, kiedy jego kolejna już próba samobójcza powiodła się, przedawkował leki, m.in. valium. Rafał Wojaczek – jeden z tych poetów, o których nie da się zapomnieć. Jego wiersze – pełne tajemnicy, mroku, ale i jasności – mam zawsze na wyciągnięcie ręki. Piszą o nim, że to poeta przeklęty, fenomen i geniusz porównywalny z Baudelaire’em i Rimbaudem. A ja bym powiedział za Bogusławem Kiercem, jego biografem, że to „gwałtownik nieba”, ciekawy „intymnego życia Boga”, i nikt z nas „nie potrafi powiedzieć, jak odbywało się jego forsowanie bram niebieskich”. Wojaczek to poeta, którego aktywność twórcza przypada na czas tzw. małej stabilizacji gomułkowskiej. Zewsząd wyziera peerelowska szarzyzna, brudne knajpy, w których obsługują klientów kelnerki w wieku balzakowskim, z dużymi piersiami i ogromnymi kokami. Polski Rimbaud potrafił znakomicie, szyderczo i boleśnie opisać ten zgrzebny PRL – przerażał go on, a  monotonia życia w nim wzmagała poczucie ­bezsensu. Sanatorium, wydane 6 grudnia 2010 r., a więc dokładnie w 65. rocznicę urodzin poety, to proza uzupełniona o odnalezione ostatnio fragmenty; świadectwo jego egzystencjalnych zmagań z sobą samym i ze śmiercią. „Prawdziwy bohater bawi się sam” – tak brzmiało motto w pierwszym wydaniu


(w ramach dzieł zebranych) i wzięte było od Baudelaire’a. Najnowsze, drugie wydanie Sanatorium to samoistne dzieło z ważnymi – jako się rzekło – uzupełnieniami, ale bez wspomnianego motta, a szkoda. „Życiopisanie” – ten słynny termin, wymyślony przez Henryka Berezę, dotyczył Edwarda Stachury, ale idealnie określa także prozę Wojaczka. W Sanatorium znajdujemy zresztą wyraźne akcenty polemiczne w stosunku do autora Siekierezady. Ci dwaj skłóceni z życiem ludzie inaczej postrzegali świat i inaczej go przeżywali. Zgadzali się tylko w tym, że otaczająca ich rzeczywistość jest obskurna, absurdalna i nudna. Stachura idealizował ludzkie uczucia, miłość, piękno świata i tzw. prostego człowieka, jego pracę i codzienny znój, a rozczarowanie światem pojawiło się u niego wraz z postępującą chorobą psychiczną. Z Wojaczkiem było inaczej – był zbuntowany od samego początku, co mocno odcisnęło się w jego poezji, pomimo jej klasyczności. Ta poezja wchodzi w  ścisłą relację z  poezją romantyczną, z  Mickiewiczem i Słowackim, ale – powtarzam – mimo formalnej klasyczności jego wiersze zawsze wyrażały bunt wobec świata, życia, ludzkiej kondycji i bezsensu istnienia. Nie był to nigdy bunt polityczny, lecz egzystencjalny, co w minionym ustroju i tak mogło być odbierane jako nieprawomyślność i kontestowanie systemu. I tak w istocie było, choć poeta żył ponad tym – żył swoją metafizyką. Nie kreował się na buntownika, raczej pogardzał wszelkimi pozami, nie godził się na ogrom zła, które dostrzegał w świecie. W tym buncie było coś autentycznego, co wychodziło z trzewi – wyrzucał z siebie ból, namiętność, grzech, upadki; posługiwał się w poezji (i w prozie) licznymi wulgaryzmami, nigdy jednak ich nie nadużywał. Jego życie to świadoma – a może jednak nieświadoma? – autodestrukcja. Przejawiała się m.in. w nadużywaniu alkoholu, była wynikiem jego ogromnej wrażliwości, żeby nie

 159

powiedzieć nadwrażliwości – stąd zapewne także jego załamania psychiczne. Proza Wojaczka, który był przede wszystkim wspaniałym poetą, nie ma zapewne takiego znaczenia jak proza Marka Hłaski, o pokolenie starszego szaleńca, można się jednak domyślać, że 22-letni Wojaczek – tyle miał lat, gdy pisał Sanatorium – jeśli z kimkolwiek się solidaryzował, to właśnie z autorem Cmentarzy. Swój prozatorski „poemat” pisał Wojaczek – jak to określił Kierc – „jednym ­ciągiem z obłędem w oczach i płucach”. Bohaterem Sanatorium – zbioru opowiadań, stanowiących konsekwentną całość – jest Piotr Sobecki. Pod tym imieniem i nazwiskiem kryje się sam Wojaczek. Piotr – to imię najstarszego brata poety, Sobecka to nazwisko panieńskie jego matki. Akcja rozgrywa się w mieście W., czyli we Wrocławiu, i przynosi obraz rozpadu – wszystko jest oślizgłe, obrzydliwe i bezsensowne. W mieszkaniu Sobeckiego rozkłada się jedzenie, rozpada się jego małżeństwo, rozpada się wreszcie on sam – umiera mentalnie i fizycznie. Krytyk Cezary Polak zauważył, że drugim motywem tej powieści – będącym kluczem do zrozumienia Wojaczka – jest ­poetyka maski i kostiumu. Sanatorium rozpisane na kilka głosów – Sobecki, jego sobowtór, Wojaczek, narrator – pokazuje kilka twarzy autora Ojczyzny. Łukasz Saturczak nazwał zaś w „Tygodniku Powszechnym” powieść Wojaczka dziennikiem składającym się z zapisków kolejnych dni, podczas których nic się nie dzieje. I nic się nie stanie. Saturczak pisze: „Należy czekać na koniec świata bądź własnego żywota, o czym bohater często przypomina. Śmierć to fatum, które nad nim ciąży. Widzi ją wszędzie, jak wtedy, gdy przechodząc przez most, przypomina sobie, jak kiedyś chciał zawiesić tam szubienicę. […] Piotr jest brutalnie szczery. Przede wszystkim wobec siebie, ale i najbliższych. Opowiada o żonie, którą widuje rzadko […]. Spotykają się zazwyczaj

Książki

Z obłędem w oczach i płucach


Ks . And r zej L u t e r

w tytułowym sanatorium, w malutkiej izbie, na chwilę. On wraca do siebie. Agonia trwa w nieskończoność”. W Wojaczku, znakomitym filmie Lecha Majewskiego, cytowane są duże fragmenty Sanatorium, głównie dialogi Wojaczka – w tej roli doskonały Krzysztof Siwczyk, też poeta – z Januszem Styczniem. Niektórzy uważają, że życie Wojaczka było maskaradą. Dla Saturczaka na przykład somnambuliczna scena z Sanatorium, w której trzeźwy, a więc świadomy Piotr obserwuje zachowanie Piotra pijanego, świadczy o tym, że „wizerunek nonkonformisty zaczyna się chwiać”. We wspomnieniach przyjaciół poety nie wygląda to tak jasno. Bogusław Kierc pisze o Wojaczku bardzo ciepło. To był dla niego nade wszystko przyjaciel, z którym zresztą nigdy nie wypił kieliszka wódki. Odwiedzał go często, był zawsze schludny i trzeźwy, spokojny. Jerzy Kronhold, bliski kolega poety z okresu studiów, tak go wspomina: „Krawata ani białej koszuli ze spinkami u niego raczej nie widziałem. Przepierki mogły dotyczyć co ­najwyżej skarpetek i spodniej bielizny.[…] Koszule woziło się do domu. Więc na pytanie, czarne czy białe, schludne czy brudne, odpowiadam: szare, szare mydło. Rafał pod tym względem nie odbijał od innych”. Był porywczy. Nie potrafił kontrolować swoich reakcji. Tak twierdzi Kronhold, na dowód podając zdarzenie, kiedy sprowokowany poeta rzucił w niego ciężką popielniczką, trafiając w łokieć. Kronhold przepisał wiersz Wata Ars poetica i podał mu do przeczytania jako swój. „Tak uzbrojony z niecierpliwością oczekiwałem na zwyczajową porcję kpin”. Wojaczek się wściekł, może najbardziej dlatego, że wyszła na jaw jego nieznajomość poezji Wata. „Jego biblioteka – wspomina ­Kronhold – składała się niemal w całości z arcydzieł. […] Jego inteligencja pozostanie tajemnicą. Więc powiedzmy, że przewyższał rówieśników, że był zjawiskiem, osobliwością natury, dążącą do autodestrukcji”. Jacek

 160 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011

Łukasiewicz, literaturoznawca i znajomy ­poety, dodaje: „Cała jego poezja jest wychodzeniem z egocentryzmu, a jego forma artystyczna była przezwyciężaniem go przez jakości kulturowe większe i szersze. […] Wydaje mi się jednak, że Rafał był alkoholikiem. Zawsze po pijaństwie ciężko chorował, a mimo to pił, wiedząc, że będzie się męczył. […] Rafał nie tworzył legendy. […] Moim zdaniem Wojaczek zachowywał się tak, a nie inaczej raczej po to, żeby legenda nie powstała. […] Wiem, że zdrowie i choroba psychiczna są sprawami względnymi. Według mnie jednak Wojaczek był chory. Nie radził sobie ze sobą. Perspektyw i norm szukał w drugim «ja» – w poezji”. Może właśnie dlatego był tak prawdziwy i przejmujący. I jeszcze jedna opinia. Ryszard Krynicki tak wspomina poetę przeklętego: „W czasie tych kilku spotkań miałem wrażenie, że rozmawiam z człowiekiem, dla którego najważniejsza jest poezja. Ani razu nie zdarzyło się, żeby Rafał kogoś prowokował, zaczepiał lub zachowywał się agresywnie, jak często o nim opowiadano. […] Nie takiego Wojaczka poznałem. Rafał był bardzo dobrze wychowanym młodym człowiekiem. I co do tego nie miałem żadnych wątpliwości. Oczywiście wierzę, że potrafił zachowywać się agresywnie, robić ekscesy. Cieszę się jednak, że takiego nigdy go nie widziałem”. Wobec tego: kim był, jaki był naprawdę? Kameleon dostosowujący się do każdego rozmówcy? Zelig? Każdy pamięta Wojaczka inaczej, może idealizując go, może – przez podkreślanie szaleństwa – chcąc wzmocnić mit wielkiego poety, który wszedł już do popkultury, a jego twarz ze zdjęć, szczególnie z ryciny Zbigniewa Kresowatego, staje się powoli ikoną? Bogusław Kierc chciał, żeby zajęto się przede wszystkim poezją Wojaczka i przestano plotkować o jego życiu i śmierci. To chyba jednak niemożliwe, Wojaczek jest przecież legendą, może wbrew sobie, ale jest. Jest też niewątpliwie


Z obłędem w oczach i płucach

poetą kultowym i w jego przypadku takie określenie nie stanowi nadużycia. A samobójstwo? Zostawmy to, tak dramatycznego aktu nikt nigdy w pełni nie zrozumie i nie wyjaśni. Dlaczego przestaje działać naturalny instynkt życia? Była to śmierć przedwczesna i niepotrzebna, jako poeta Wojaczek miał jeszcze wiele do powiedzenia. A co byłoby z Wojaczkiem, gdyby żył? Wszyscy przyznają, że jego pisanie było intensywne, emocjonalne, namiętne, fascynujące i mocne do samego końca. Wypalał się fizycznie i psychicznie. Trudno było go doścignąć, wymykał się wszelkim klasyfikacjom. Do rangi symbolu urasta scena z jego pogrzebu: oto trumna nie chciała zmieścić się w grobie. Grabarze musieli się strasznie namęczyć. Życie odbierał jako czas grozy, odczuwał wstręt do zła i zakłamania świata. Autor totalny, żyjący śmiercią, zafascynowany miłością i cielesnością, wulgarny i ­liryczny zarazem, brutalny i czuły, często posługujący się estetyką turpistyczną, z nikim nieporównywalny, irytujący, a jednocześnie kochany,

pełen l��ków i obsesji, penetrujący bez znieczulenia mroczne zakątki ludzkiej duszy, dzięki czemu poznawał siebie i tracił złudzenia. Może dlatego tak fascynuje kolejne pokolenia czytelników, każdy z nas bowiem w jego twórczości może odnaleźć cząstkę siebie. Czytam Wojaczka i wiem, że wierzył w  Boga, że mierził go ten świat, Polska także, że nie chciał nikogo krzywdzić – był wierny w przyjaźni, kochał swoje rodzeństwo i matkę; ojca też, choć jednocześnie nienawidził go, kiedy zamieniał się w tyrana. Jego prawdziwymi kochankami byli – jak o nich mówił – „moi umarli poeci”: „Wieszam majtki na sznurze wisi Jesienin. […] / Kiedy otwieram oczy wyfruwa ptak / Anielska dusza Keatsa ponad wodę snu. / Ich śmierć przecinkiem, wciska się w tok zdania / I nieustannie sylaby mi liczy”. Oni byli dla niego bardziej żywi niż on sam. W wierszu Nigdy nie otwierać okna pisał: „Nie pisz listów do siebie / kto to widział / pisać listy do zmarłych”. Ks. Andrzej Luter

Przy pisaniu tekstu korzystałem z książki Bogusława Kierca Rafał Wojaczek. Prawdziwe życie bohatera, WAB 2007 oraz Stanisława Beresia i Krystyny Batorowicz-Wołowiec Wojaczek wielokulturowy. Wspomnienia, relacje, świadectwa, Biuro Literackie 2008.

Książki

Ks. Andrzej Luter – duszpasterz, publicysta, ekumenista. Asystent kościelny Towarzystwa „Więź”, członek redakcji WIĘZI i Zespołu Laboratorium WIĘZI, współautor (z Katarzyną Jabłońską) cyklu rozmów Ksiądz z kobietą w kinie. Współpracownik „Tygodnika Powszechnego” i miesięcznika „Kino”, współtwórca programów telewizyjnych. Aktywny duszpastersko w środowiskach dziennikarskich. Mieszka w Warszawie.

 161


Jerzy Sosnowski  Eks post

Zelektryfikowane wróżki‑­buntowniczki Na płycie DVD ukazała się Historia polskiego rocka, sześcioodcinkowy serial dokumentalny w reżyserii Leszka Gnoińskiego i Wojciecha Słoty. Od występu Big Billa Ramseya w Sopocie w 1957 roku, który zainspirował powstanie polskich zespołów – jak wkrótce zaczęto je u nas nazywać – „bigbitowych”, po obecny kryzys na rynku płytowym: opowieść o muzyce okazuje się nieodłączną częścią opowieści o nas samych. Wykonawców piosenek lżejszych, pozbawionych charakterystycznych dla rocka ambicji, wspominał w późnym wierszu Zbigniew Herbert, pisząc, że „dzięki nim / odgaduje bezbłędnie / daty swojego życia // na jego straży / stoją Dalida / Halina Kunicka / Irena Santor / dobre wróżki”. I choć, jak zwykle u tego poety, literalny sens podszyty jest ironią (zaraz czytamy, że „dzięki nim / tyrania / upiększona / została / piosenkami”), ta spełniana przez pop funkcja znacznika czasu, pozwalającego orientować się w achronologicznej materii wspomnień, została uchwycona przez autora precyzyjnie. Dla pokoleń od Herberta młodszych inna jest jedynie lista „dobrych

 162 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


wróżek”, którą zresztą należałoby uzupełnić o nazwiska kilku przynajmniej „dobrych wróżów”: znajdują się tam Karin Stanek i Czesław Niemen, Kora i Tadeusz Nalepa, Grzegorz Ciechowski i Katarzyna Nosowska. Rockmanom i rockwomankom (?) trudniej byłoby też postawić zarzut, że swoją twórczością upiększali tyranię. Nawet jeśli realność buntu niektórych budzi po latach lekkie niedowierzanie. Problem z muzykami rockowymi jest wszelako inny, gdyż mówiący na ten temat wpada zaraz w kłopot, dość podobny do tego, o którym pisał w związku ze science fiction Stanisław Lem. Otóż jego zdaniem fantastyka amerykańska pretenduje „do sadowienia się na szczytach myśli i sztuki. Drażni pretensjonalność gatunku, który odpiera zarzuty prymitywizmu, powołując się na swą rozrywkowość, a ledwie takie zarzuty ucichną, wznawia swe uroszczenia”. Traktowanie rocka z nadmierną powagą skazuje na śmieszność, podejrzenie o brak wyrobienia estetycznego pozwalającego odróżnić ­wyrafinowanie dźwiękowe twórczości, powiedzmy, Xenakisa od prostoty Płonącej stodoły Niemena, a nawet od względnej komplikacji jego Bema pamięci żałobnego rapsodu. Wszakże traktowanie rocka z lekceważeniem jest zwyczajnie kłamstwem w obliczu decydującego trybunału: emocji jego słuchaczy – nas. Oczywiście, można brnąć w podejrzliwość wobec samych siebie: czy nasze gorące uczucia nie oznaczają po prostu, że my (urodzeni po 1945 roku, a przed 1990, najmłodsze pokolenie inne ma już bowiem upodobania) daliśmy się uwieść taniej… fordanserce udającej Aspazję? Domyślając się poniewczasie swego błędu, interesownie wmawialibyśmy wciąż sobie i wszystkim dookoła, że jednak Aspazja to była, nikt inny. Tym tropem podążyłem kiedyś aż po sformułowanie podejrzenia, że pewna część patosu, z którym wspominam swoje wzruszenia, wiąże się z ówczesną niezrozumiałością ­tekstów anglojęzycznych wykonawców: umysł projektował nieprecyzyjnie, mgławicowo, o czym to może być, i banalne nieraz lub pretensjonalne słowa zastępowane zostawały przez podejrzenie tajemnicy. Ale – jak w operze – całość, tworzona przez słowa i dźwięki, była jednak większa niż jej składniki. Kołysanka Gershwina Summertime (pierwotnie zresztą z opery właśnie wzięta) mówi zaledwie o tym, że jest miło i ciepło, ryby wesoło skaczą, tatuś jest bogaty, a mama ładniusia, więc już nie płacz, tylko śpij. A jej koncertowe wykonanie przez Janis Joplin niezmiennie powoduje u mnie ciarki. Zresztą istnieją też przecież poeci rocka, by jedynie najoczywistsze przykłady tu przywołać: Boba Dylana, Bogdana Loebla. Całą tę podejrzliwość można jednak odepchnąć dwoma zdaniami: rock – ta Aspazja czy fordanserka, wszystko jedno – budził

 163

Eks post

Zelektryfikowane wróżki‑­buntowniczki


J e r z y S osnows k i

gorące uczucia, a nie należy zdradzać dawnych swoich miłości. Charakterystyczne dla nas w czasach liceum dystansowanie się od estetyki Ireny Santor (zakończone dużo później pełnym zakłopotania odkryciem, że pani Irena miała naprawdę dobry głos i kulturę muzyczną godną pozazdroszczenia) wiązało się z faktem, że piosenki pop były jedynie piosenkami, piosenki rockowe zaś funkcjonowały jako coś więcej: stanowiły – jak to ująć? – wyznanie wiary? Zarodek tożsamości? Wtajemniczenie? I jeśli dzisiaj wydaje się, że muzyka rockowa najlepsze lata ma już za sobą, to dlatego, że znikła z niej ta dodatkowa, trudno uchwytna wartość, że uległa ona tymczasem utowarowieniu, stała się ofertą obok innych ofert. Ten lubi zespół Skunk Anansie, a ów Katie Melua. „Aha” – i nic więcej o tej różnicy nie da się powiedzieć. Tajny kod, którym się porozumiewaliśmy, został upubliczniony i, tym samym, unieważniony. Bądźmy zresztą sprawiedliwi: analogiczny proces dotknął także inne, może wręcz wszystkie obszary kultury. Znajomość określonych dzieł funkcjonowała bowiem kiedyś jako bilet wstępu do poszczególnych środowisk – dziś ustanawianych jedynie na chwilę i z założenia otwartych. Zygmunt Bauman pisze, powołując się na Pierre’a Bordieu: dzieła sztuki przeznaczone do konsumpcji estetycznej wskazywały, sygnalizowały i chroniły podziały klasowe, czytelnie znacząc i fortyfikując międzyklasowe granice. Aby oznaczyć granice w sposób jednoznaczny oraz by strzec ich skutecznie, wszystkie objects d’arts – lub przynajmniej znaczna ich większość – musiały być przypisane do wzajemnie wykluczających się zestawów; zestawów, których zawartości nie należało mieszać ani aprobować oraz/lub posiadać jednocześnie.

Cytat ten zirytował mnie w pierwszej chwili, powiązanie klasowości społeczeństwa ze znajomością określonego kodu kulturowego skojarzyło mi się bowiem z ideologią Czerwonych Khmerów, którzy, jak wiadomo, próbowali w Kambodży wytępić ludzi kultury jako rozsadników nierówności społecznych. Trudno mi było ­pogodzić się z ­niedopowiedzianym przez Baumana, ale jasno wynikającym z tego wnioskiem, że oto ewolucja euroamerykańskiej kultury doprowadziła (co prawda pokojowymi środkami) do spełnienia się marzeń Pol Pota. Po kilku tygodniach mój sąd złagodniał: jeśli poseł przynosi złe wiadomości, nie należy skracać go o głowę, zwłaszcza że wiadomości są nie tyle złe, co nowe. Sztuka została pozbawiona funkcji stratyfikowania społeczeństwa, stało się. Irytujące – ale można sądzić, że przejściowe – jest to, że z braku innych kryteriów hierarchie

 164 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


wprowadza dziś jedynie pieniądz. Możliwe jednak, że nowe, tajne kody dostępu, zaszyfrowane loginy już gdzieś powstają. Wprawdzie trudno nie postawić pytania, czy niedawna elita kulturalna, przeobrażona wbrew woli w stowarzyszenie hobbystów, nie znajdzie się tym razem po stronie wykluczonych. Byłaby to niewątpliwie katastrofa dla niedawnych arbitrów elegancji, ale nie dla cywilizacji jako takiej. W każdym razie rock – ten swoisty, bo jednak do pewnego stopnia demokratyczny kod kontrkultury – zmienił się tymczasem w artefakt muzealny. I pozostaje nośnikiem znaczeń dla tych, którzy urodzili się dość wcześnie, by go poznać jeszcze za jego życia. Istotnym warunkiem tego życia były zaś emocje i poczucie zewnętrznego względem naszych upodobań oporu. Przez lata całe zastanawiałem się nad pewnym paradoksalnym wnioskiem z nazbyt, zapewne, dosłownego rozumienia obietnicy ponownego spotkania się, już w zaświatach, z naszymi ukochanymi zmarłymi. Wyobrażałem sobie mianowicie, że oto kiedyś zobaczę znów mojego ojca i będę mógł z nim porozmawiać bez tych wszystkich nieistotnych utarczek, które nas za jego życia niekiedy oddzielały od siebie. Jedna z nich dotyczyła uwielbianego przeze mnie w ­latach 70. zespołu SBB, którego ojciec szczerze nie znosił. Więc: witamy się ze łzami w oczach, rozmawiamy o wszystkim, już w pełnym duchowym porozumieniu i… tu moja wyobraźnia stawiała opór, gdy przyszło mi do głowy, że jako zbawieni nie będziemy się już kłócić o płyty Józefa Skrzeka, Antymosa Apostolisa i Jerzego Piotrowskiego, że mój ojciec mógłby powiedzieć: „Synku, teraz chętnie z tobą tego posłucham…”. No nie, wtedy bym uznał, że to nie jest mój ojciec. Albo że to nie jestem ja. Albo że to nie jest zespół SBB. Całą tę scenę należy oczywiście traktować cum grano salis. Rzeczywistość zbawionych nie daje się na serio wyobrazić, a już na pewno nie tak literalnie. Niemniej, poza bardzo poważnym pytaniem, na ile doczesne podziały między nami ulegają w perspektywie eschatologicznej reinterpretacji, a na ile unicestwieniu, z tej smutno-śmiesznej próby bezowocnego zmierzenia się z zaświatem wynikło mi coś ważnego dla rozumienia doczesności: dezaprobata ojca była, jak się okazuje, niezbywalnym składnikiem mojej aprobaty dla takiej, a nie innej muzyki. Tożsamość (którą, mam nadzieję, budowałem później także z innych składników, nie tylko z upodobania do progresywnego rocka) jest, zwłaszcza u swoich początków, związana z gestem odróżnienia się, odcięcia. „Ja” na wczesnym etapie oznacza: „nie ty”. Te dwa, trzy pokolenia, które egzaltowały się muzyką rockową, były więc na dobre i złe wyposażone w sprawne narzędzie

 165

Eks post

Zelektryfikowane wróżki‑­buntowniczki


J e r z y S osnows k i

kulturowe do odcięcia się, a to stanowiło warunek solidnego fundamentu ­osobowości. I dlatego, gdy dziś już to widać jak na dłoni, spór estetyczny o wyższość Bacha nad Hendrixem, a Pendereckiego nad Niemenem (lub odwrotnie) nie potrafi nikogo przejąć na serio. ­Muzyka kontrkultury – coś, co rządziło się własnymi regułami, budowało własne hierarchie, wymagało skądinąd specyficznego kunsztu wykonawczego i znajomości swoistego kodu, by z ­pożytkiem jej słuchać – pozostało w nas jako cenne wspomnienie naszych własnych początków. I jako bunt – niedający się wcale zmierzyć realnym napięciem między wykonawcą a ówczesną autorytarną władzą. Bunt, dopowiedzmy, będący nie tyle (choć i to się zdarzało) sprzeciwem wobec tradycji, niekiedy godnej przecież szacunku, ile podjęciem odpowiedzialności. Impregnatem, który chronił przed ­wilgocią kunktatorstwa. „Dotąd tak, dalej już nie”, jak ujmował istotę buntu metafizycznego Albert Camus. „Mój jest ten kawałek podłogi” – jak prostodusznie (co w tym przypadku znaczy: prosto do duszy słuchacza) wyśpiewywał zespół Mr Z’oob. Jerzy Sosnowski

Jerzy Sosnowski – pisarz, eseista, dziennikarz Programu Trzeciego Polskiego Radia, czło-

nek Zespołu Laboratorium WIĘZI. Ostatnio wydał powieść Instalacja Idziego.

 166 

WIĘŹ  Sierpień–Wrzesień 2011


Warunki prenumeraty redakcyjnej Prenumerata krajowa Cena 1 egz. w prenumeracie redakcyjnej w roku 2011 – bez zmian! – 14 zł. Cena w sprzedaży detalicznej – 17 zł. Roczna oszczędność (8 numerów) – 24 zł. Koszty wysyłki ponosi Redakcja. Wpłaty na prenumeratę przyjmujemy na konto: Towarzystwo „WIĘŹ”, 00-074 Warszawa, ul. Trębacka 3 PKO BP S.A. 15 o/Warszawa, nr 79 1020 1156 0000 7702 0067 6866 Prosimy o czytelne wpisanie danych: imię, nazwisko, dokładny adres prenumera­ tora oraz liczba zamawianych egzemplarzy i okres prenumeraty.

Prenumerata zagraniczna Cena jednego egzemplarza w prenumeracie wraz z wysyłką pocztą lotniczą wynosi: Europa, Rosja i Izrael – 7,50 EUR, Ameryka Północna, Afryka – 8,50 EUR, Ameryka Południowa i Środkowa, Azja – 9 EUR, Australia, Oceania – 11 EUR. Przyjmujemy zapłatę kartami płatniczymi: Visa, MasterCard/EuroCard (z  wyją­ tkiem systemu Maestro), American Express, Polcard (z ­wyjątkiem Polcard Bis), JCB, Diners Club. Zamówienie przesłane przez klienta powinno zawierać następujące informacje: liczbę zamawianych egzemplarzy i okres prenumeraty, imię i nazwisko, dokładny adres, nazwę i numer karty, datę ważności karty, kwotę trans­ akcji oraz podpis klienta.

Prenumerata elektroniczna Prenumerata WIĘZI w formie e-booków: cena za 1 e-book – 11 zł. Zamówienia przez naszą księgarnię internetową www.wiez.pl Wszelkich dodatkowych informacji udziela dział prenumeraty WIĘZI: 00-074 Warszawa, ul. Trębacka 3 tel. (+ 48 22) 827-96-08, tel./fax (+ 48 22) 828-19-07, e-mail: prenumerata@wiez.com.pl Prenumeratę WIĘZI prowadzą również RUCH, KOLPORTER, POCZTA POLSKA


Redakcja Zbigniew Nosowski (redaktor naczelny), Katarzyna Jabłońska (sekretarz redakcji), Jacek Borkowicz, Andrzej Friszke, Cezary Gawryś, Ewa Karabin, Anna Karoń-Ostrowska, Paweł Kądziela, Ewa Kiedio, ks. Andrzej Luter, Józef Majewski, Grzegorz Pac, Tomasz Wiścicki Wydawca Towarzystwo „Więź”, prezes: Zbigniew Nosowski, asystent kościelny: ks. Andrzej Luter Rada Redakcyjna Wojciech Arkuszewski, Jacek Borkowicz, Jędrzej Bukowski, Stefan Frankiewicz, Andrzej Friszke, Cezary Gawryś, Katarzyna Jabłońska, Krzysztof Jedliński, Anna Karoń-Ostrowska, Paweł Kądziela, Bogumił Luft, Agnieszka Magdziak-Miszewska, Józef Majewski, Tadeusz Mazowiecki, Zbigniew Nosowski, Władysław Seńko, Bohdan Skaradziński, Inka Słodkowska, Paweł Śpiewak, Jan Turnau, Wojciech Wieczorek, Andrzej Wielowieyski, Tomasz Wiścicki, Kazimierz Wóycicki, Marek Zieliński Redakcja 00-074 Warszawa, ul. Trębacka 3

tel./fax (22) 827-29-17, (22) 828-19-06, e-mail: wiez@wiez.pl Prenumerata tel./fax (22) 827-96-08, prenumerata@wiez.pl Reklama tel./fax (22) 828-19-07, reklama@wiez.pl Dział handlowy tel. (22) 827-96-06, tel./fax (22) 828-18-08 handlowy@wiez.pl Więcej o Laboratorium WIĘZI:

www.laboratorium.wiez.pl Nasze publikacje w księgarni internetowej:

www.wiez.pl Bieżące informacje z WIĘZI:

www.facebook.com/wiez.info Projekt graficzny Janusz Górski Rysunek Don Kichota Jerzy Jaworowski Fotografie felietonistów i skład Marcin Kiedio Druk i oprawa Drukarnia im. A. Półtawskiego, ul. Krakowska 62, Kielce

Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca. Redakcja nie odpowiada za treść reklam. ISSN 0511-9405 Nakład: 2100 egz. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego


WIĘŹ 8-9/2011