Page 1

wieś w mieśc

„AKTIVIST” na iPada ściągnij Z: APP.AKTIVIST.PL

lipiec

Warszaw a Kraków Trójmias to Łódź Poznań Wrocław Katowice

ie

169/2013 Made with

QRHacker.c

om


JESZCZE BARDZIEJ EXKLUSIVNIE

CZERWIEC 2013

ten obcy marek bukowski

DOCIERAMY DO WAS NIE TYLKO W WERSJI PAPIEROWEJ

w obiekt y wie m ateusz a na sternak a

Znajdziecie nas w sieci na odświeżonej stronie WWW.EXKLUSIV.PL, a najnowsze wydanie magazynu ściągniecie na iPada. NOWY LEPSZY EXKLUSIV to dodatkowe zdjęcia, piosenki, teksty, filmy i niepowtarzalna okazja, żeby zajrzeć za kulisy powstawania ekskluzywnych materiałów.

Magazyn nieprzeznaczony do rozpowszechniania publicznego – wyłącznie dla zarejestrowanych członków Klubu EXKLUSIV

#125

exKLUSIV

#125

„EXKLUSIV” NA IPADA jest dostępny

dla wszystkich zainteresowanych w wieku 18+ za darmo w internetowym sklepie Apple.

EXKLUSIVA NA IPADA ŚCIĄGNIJ STĄD: IPAD.EXKLUSIV.PL


Klasyczny wakacyjny dzióbek. Upał robi z ludźmi straszne rzeczy.

„AKTIVIST” na iPada:

Nasza okładka Z okładki spogląda na was Devendra Banhart, który wystąpi 6 lipca na Heineken Open’er Festival.

Nareszcie można umrzeć z gorąca! Kiedy piszę te słowa, za oknem jest 30 stopni w cieniu i jest pięknie. Wszystkim, którym jest za gorąco, przypominam, że w tym kraju zima trwa 18 miesięcy, więc cieszmy się z każdej chwili, kiedy powietrze jest gorące jak w piekarniku. Poza tym gorąc to idealna pogoda, by poodkrywać miejskie zakamarki, takie jak np. wiejskie chaty w środku blokowiska albo grządki z warzywami obok stacji metra – wycieczkę w poszukiwaniu wsi w mieście polecamy każdemu. Odnajdźcie kury, kozy i orne pola w swoich metropoliach! Nasze przygody na wewnątrzwarszawskich wsiach opisujemy w numerze! Z wycieczek polecamy jeszcze te po dziwnych futurystycznych miastach z cyberpunkowej rzeczywistości. Tam też bywa gorąco, tylko częściej pada kwaśny deszcz, czasem toksyczny piach wchodzi w zęby a na nasze życie nastaje drapieżny robot kuchenny. Wrota do cyberpunkowych przestrzeni otworzy festiwal Nowe Horyzonty. Poza tym pochylamy się nad dorosłymi facetami, którzy pokochali My Little Pony, i sprawdzamy, jak robi się hulajnogi. Aha, i odwracamy kota ogonem – zamiast informować was, która z zagranicznych gwiazd zagra u nas (no dobra, to też robimy), sygnalizujemy, gdzie za granicą grają nasi. Sylwia Kawalerowicz redaktor naczelna

Na jednej z kla tek schodowych gdańskiej Zaspy niespod ziewanie trafili śmy na coś znajomego. my.

lecieliś

. Ale do

tuacja Taka sy

Latolatolatolato...


Disclosure – duet braci, którzy na scenie muzyki klubowej zadebiutowali trzy lata temu, gdy jeden z nich miał 19 lat, a drugi zaledwie 16. Od tego czasu z mało znaczących producentów UK garage stali się Lukiem Skywalkerem dla Dartha Skrillexa. Pop wymieszany z bassową muzyką przeniósł ich z malutkich klubików na stadiony mieszczące tysiące fanów. Kilka tygodni temu do sprzedaży trafił ich debiutancki album „Settle”.


y t e d n ta dla a w y Alternat

/ Bas / hałas

melodie

oward n (starszy) i H e B ia c ra B . h ietac się na rytyjskich park ttle” wdrapał b e a „S n k u e n ż o z rą e k . s – ł imi na kolana ozytywynym rętszy zespó n p o d jg ra e a lt rz u N p . m re ła ie u d s a ik p z wyn Disclo ami) galu zdali egzamin małymi wyjątk e c (z n a n re z w gł wejść na le yc a ó z L m u y) m ie z n a s a n ra w p (młods a e d na wił, ż o nie yka: Howard d tem, powstała rzebojów i spra tr p ra e b ty m z s li z h y ic ra yt u w z w c ię z ły s s kazji iruje ez wp e, a my z tej o ka, którą insp ie pozostaje b n ty rz ΄e te ję s n c e e a p u a O , yt s a ją n u tę p ją Na tępu wystę iał jsc, w których Disclosure wys . ie ie m c h ie c w asu biorą udz ry ś z c tó a k n o g ie ię e s n i w do n il e w p ja d j po kim o m, zanim oba aleństwo, w ja z s o e c n re długo przed ty w a ci L łodszego z bra wypytaliśmy m

Numer jeden w ojczyźnie, TOP 40 w odpornych na taneczne brzmienia znad Tamizy Stanach. Te liczby nie kłamią. Zastanawiam się czasem, co publiczność tak naprawdę widzi w naszej twórczości. Może chodzi o to, że ludzie zaczynają nudzić się dubstepem? Disclosure to przede wszystkim melodie i kompozycje o jasnej, przejrzystej strukturze. To nie tylko bas i hałas. Mam też inne podejrzenie: być może wszędobylski róż spod znaku Davida Guetty się przejadł i publiczność łaknie czegoś mniej cukierkowatego. (śmiech) Nie chciałbym wymieniać żadnych nazwisk. Ale z pewnością jesteśmy mniej zachowawczy niż facet, o którym wspomniałeś. I cieszy nas to, że możemy być alternatywą dla gównianej tanecznej tandety, którą karmią ludzi rozgłośnie radiowe. No właśnie, brytyjska prasa ogłosiła was zbawcami parkietów. Gwoli ścisłości, nie chcielibyśmy, aby cały splendor spłynął na nas (śmiech), bo zdaje się, że to określenie pojawiło się w kontekście nowego nurtu muzyki tanecznej. To bardzo schlebiające i cieszymy się, że możemy być częścią tego zjawiska. Hype to jednak broń obusieczna, wszystko w czasach internetu dzieje się dość szybko, a kolejny zbawca może czaić się tuż za rogiem. Myślicie w tym kontekście o przyszłości? Oczywiście, może zdarzyć się tak, że za rok nazwa Disclosure nikomu nic nie powie. Myślę, że jesteśmy szczęściarzami, że w tak krótkim czasie i w tak młodym wieku udało nam się osiągnąć tak dużo. Nie zastanawiam się zbyt mocno nad tym, co zdarzy się za parę miesięcy. Jesteśmy teraz na fali i ten właśnie moment należy wykorzystać najlepiej, jak się da. Były też i negatywne opinie. „Independent” napisał, że Disclosure proponuje najbardziej puste bity sezonu. Mamy świadomość, że każdy może ocenić naszą muzykę, jak mu się to tylko żywnie podoba. Nie przejmujemy się jednak takimi komentarzami. Nie staramy się sprostać niczyim gustom, po prostu robimy to, co mamy do zrobienia, najlepiej, jak potrafimy. Wskaźnik pozytywnych reakcji wychodzi nam raczej na plus. Właściwie w każdym artykule na wasz temat pojawia się odniesienie do waszego wieku... Nie jesteśmy w stanie tego przewalczyć, tak już po prostu jest...

Nie możemy jednak zapominać, że kiedy rodził się house, który stanowi jedno ze źródeł waszych inspiracji, nie było was jeszcze w najśmielszych planach rodziców, a garage możecie znać chyba tylko z Youtube’a. Jeśli chodzi o muzykę stricte taneczną, zaczęliśmy od dubstepu. Kiedy zainteresował nas rytm, dubstep właśnie się rodził i my w tym wszystkim, jako odbiorcy muzyki, uczestniczyliśmy. To był jednak dopiero początek naszej przygody. Dubstep nie do końca nas kręcił, traktowaliśmy go jedynie jako przyczynek do świetnej zabawy w klubie, a nie sensowną formę ekspresji. Potem zainteresowali nas tacy artyści jak James Blake czy Joy Orbison, którzy z powodzeniem łączą zamiłowanie do cięższych brzmień z wrażliwością. I oni w naturalny sposób doprowadzili nas do punktu, w którym jesteśmy teraz. Twierdzicie, że bliżej wam do popu niż do undergroundu. Wychowaliśmy się na klasycznych płytach Kate Bush czy Petera Gabriela. Ci artyści pokazali nam, że skomplikowanie czy niejednoznaczność formy nie oznacza nieczytelności. To mistrzowie melodii, którzy osiągnęli komercyjny sukces. Chcielibyśmy funkcjonować na rynku w podobny sposób. Gdybym miał jakoś zdefiniować naszą twórczość, określiłbym ją mianem popu z house’owymi czy garage’owymi naleciałościami. Wasz wielki przebój „Latch” to przykład na to, że taneczna muzyka może mieć duszę, to kompozycja, która mogłaby być grana nawet na gitarze akustycznej. Zarys „Latch” powstał na pianinie, potem dodawaliśmy kolejne elementy: bas, rytm, głos. Spośród naszych utworów to chyba najbardziej jaskrawy przykład tego, jak staramy się łączyć nasze inspiracje. Jak udało wam się zaprosić do udziału w zabawie Jessie Ware czy Jamiego Woona? Trzeba mieć znajomości (śmiech). Każdy z gości pojawił się na płycie w zupełnie inny sposób. Jessie znamy od dawna, przyszła kiedyś na nasz koncert. Jamie jest fanem naszej twórczości, tak jak my jego, więc po prostu wysłaliśmy do niego e-maila z pytaniem, czy nie chciałby wziąć udziału w nagrywaniu „Settle”. To wszystko dzieje się w naturalny sposób – żaden z nas właściwie nie umie śpiewać, więc potrzebujemy pomocy z zewnątrz. Dlaczego zdecydowaliście się na tworzenie muzyki razem? Taki układ wyszedł właściwie naturalnie.

Ja, zafascynowany hip-hopem, zacząłem tworzyć bity na swoim laptopie. Ben studiował wtedy technologię muzyki i zaczął pomagać mi przy obróbce tego, co przygotowałem. I w ten sposób nagraliśmy nasz pierwszy singiel. Przykład Oasis pokazuje, że wspólne granie z bratem może mieć poważne konsekwencje. Traktujemy siebie nawzajem raczej jak przyjaciół, a nie braci. Przypominamy sobie o pokrewieństwie, gdy ludzie pytają nas o to w wywiadach. Bez urazy (śmiech). Nazwa Disclosure pojawiła się najpierw w kontekście remiksów. To prawda, ale muszę przyznać, że traktujemy remiksowanie jako zabawę, odskocznię. Wolę pisać swoje własne rzeczy niż przetwarzać myśli innych. Na większości zdjęć wasze twarze zakryte są białymi kreskami, nie można was w ogóle rozpoznać. Strach przed groupies? Ochrona prywatności? Nie do końca. Na naszej pierwszej okładce, zafascynowani Burialem (brytyjski muzyk, który długo ukrywał swoją tożsamość przed światem – przyp. red.), wykorzystaliśmy ten pomysł. Wydawał nam się interesujący, bo budzi ciekawość. A potem to się jakoś potoczyło – w wielu przypadkach tak samo zasłaniamy twarze osób, z którymi nagrywamy numery. Wydaje nam się to oryginalne i zabawne. Pierwsze koncerty w Polsce macie już za sobą. Biorąc pod uwagę twój wiek (Howard dopiero niedawno skończył 21 lat – przyp. red.), klubowy występ wcale nie musi być prosty. To prawda. Szczególnie w Stanach zdarzało nam się grać w miejscach, do których nie mógłbym legalnie wejść. Nierzadko musieliśmy przekonywać ochronę, by nas wpuściła, bo „ja tu zaraz, proszę pana, będę grać”. (śmiech) W Polsce było świetnie. Polacy są otwarci, bezpośredni i wyluzowani. Cieszymy się, że wracamy do was już niedługo. Rozmawiał: Maciek Tomaszewski

05.07

gdynia heineken opEn΄er festival


W podwarszawskim garażu praca wre. Basia i Filip konstruują ok. dziesięciu hulajnóg tygodniowo.

a w o g o r d a n Maszy

o / składak adł im / a Hulajnog

złych ło na przys ta s y z r p k ony a ieżo upiecz rodziców (j w d ś o i, c m y ś o n a w o w iękne ynajmo skiej miejsc autorskie, p , w a ie z k s r js a W garażu w ie w M d o lajnogi. ), w małej p cji robią hu a r o p milionerów r o k z ciekinierka inżynier i u Hoolay to hulajnoga, która powstała specjalnie

do jeżdżenia po mieście. Kostka bauma? Krzywy chodnik? Wysoki krawężnik? Żaden problem. Duże, 12-calowe, pompowane koła, stalowa rama, samodzielnie opracowany, precyzyjny mechanizm składania, kolory i grafika deski do wyboru. Nic, tylko hulać. – Wracaliśmy z nocnego. Do przejścia był spory kawałek. Zaczęliśmy się zastanawiać, jak to sobie ułatwić. Rower odpada: na powrót z imprezy się nie nadaje, do tego ciężki, do noszenia niewygodny. Rolki niby fajne, nosisz zamiast butów, ale to nie buty – odpadają. W pewnym momencie do głowy przyszła im hulajnoga – wspominają Basia i Filip, mózgi i ręce tworzące Hoolay. Zajarali się pomysłem, bo hulajnogi oboje mieli w dzieciństwie, hulajnogi się fajne. Zaczęli szukać odpowiedniej. Musiała mieć duże kółka, żeby nie zabili się na własnym podwórku. A do tego powinna być fajna, ładna, kolorowa, wygodna do jeżdżenia i noszenia. Nie znaleźli nic takiego, więc postanowili zrobić własną. A że Filip jest inżynierem (kierunek: mechanika i budowa maszyn, specjalność: pojazdy mechaniczne, a potem druga: maszyny inżynieryjno-budowlane i drogowe), mogli ją zbudować samodzielnie. – Zaczęły się miesiące pracy. Ja kończyłam jeszcze pisać magisterkę na socjologii, a Filip projektował. Liczył, rysował, robił symulacje na komputerze, żeby hulajnoga była niezawodna w każdych warunkach – opowiada Basia. Gdy mieli już projekty i rysunki techniczne, zaczęli jeździć po firmach zajmujących się wykonywaniem różnych rzeczy z metalu. Wszyscy pukali się w głowy, mówili, że tego się nie da zrobić. Tu się nie wygnie, tam się nie wywierci, nikt na świecie nic takiego nie robi. I to akurat prawda – nikt nie robi. Problemem był

też brak materiałów: – Szukaliśmy dwa miesiące, po czym okazało się, że tuż pod nosem, w Piastowie, jest firma sprowadzająca odpowiedni metal z huty katowickiej – opowiadają. Pierwszy prototyp zrobili jednak z rolek po papierze toaletowym. Zawisł na ścianie pokoju Filipa. Kolejne były już mniej prowizoryczne. W ramach testowania prototypów zjeżdżali np. z Górki Szczęśliwickiej, po piasku, wąwozami. – Daliśmy im niezły wycisk, bo co innego symulacje i obliczenia, a co innego życie. Nie udało nam się jeszcze przekroczyć granicy ich wytrzymałości – mówi Filip. Pierwsza seria produkcyjna powstała rok temu, w czerwcu. Kupili małą piłę, na której przez cztery dni cięli jedną hulajnogę. Z czasem ich park maszynowy się rozrósł, m.in. o giętarkę i frezarkę. Są w stanie zrobić dziesięć sztuk tygodniowo. Każda ma swój seryjny numerek – najświeższe dobijają trzydziestki. Szybko doszli do wniosku, że chcą się tym zająć na poważnie i na całego. Oboje zrezygnowali z pracy, robią hulajnogi na pełen etat. Jedną z pierwszych sztuk kupiła ich sąsiadka: – Jest nauczycielką i do szkoły codziennie jeździ na naszej hulajnodze – opowiadają. Hoolaye trafiły już także za granicę, m.in. do Austrii i Niemiec. Jeden egzemplarz kosztuje 790 PLN. Basia i Filip jeżdżą na nich codziennie, Basia ma przy swojej nawet koszyczek na zakupy. – Na ulicach czujemy się często jak celebryci, nie da się przejechać niezauważonym, wszyscy patrzą, komentują, pokazują nas sobie palcami. – Jesteśmy bardzo dumni, że nie robimy tego na kredyt ani za pieniądze rodziców, tylko z własnych oszczędności i własną pracą – podkreślają. Tekst: Olga Wiechnik, foto: Sylwia Kawalerowicz

Każda opatrzona jest numerem seryjnym. Najświeższe dobijają trzydziestki.

Kolor do wyboru, a grafikę na desce można samodzielnie zaprojektować.


o t s a i m j a n z Po ! e r o M d n a z Walk cu yna się na pla z c a z iu w ła c o Wro Walk and More ja Twój spacer p c a k li p A . h e. ląskic nkty kontroln u Powstańców Ś p e jn le o k z prze tart! poprowadzi cię cię wiele atrakcji. Spacer s ka Po drodze cze

ość trasy: Wrocław, dług

7,7 km

Sky Tower

Najwyższy budynek w Polsce. Mierzy 212 metrów wysokości i jest jednym z najważniejszych punktów na handlowej i towarzyskiej mapie Wrocławia. Rozglądajcie się uważnie, po drugiej stronie ul. Powstańców Śląskich znajduje się słynny wrocławski galeriowiec.

WrocLovka

Krasnal przycupnął pod charakterystycznymi, połączonymi arkadą kamieniczkami – Jasiem i Małgosią. To nasz punkt orientacyjny. W pobliżu (ul. Odrzańska 6a) znajduje się jeden z najlepszych wrocławskich klubów: Das Lokal. Zajrzyjcie wieczorem!

Ogród Botaniczny

To nasz kolejny punkt orientacyjny. Ogród ma prawie 200 lat, można w nim zobaczyć ponad 11 tysięcy różnych gatunków roślin. Świetne miejsce na odpoczynek na trawie. Gdy będziemy gotowi, aplikacja poprowadzi nas dalej w stronę Hali Ludowej.

Hala Ludowa

Jedno z najciekawszych dzieł architektury XX wieku. Hala położona jest w parku Szczytnickim, na obszarze tzw. Wielkiej Wyspy, pomiędzy kanałami Odry. Idealne miejsce na duże plenerowe imprezy i koncerty. 30 lipca zagrają tu np. Deep Purple. Skoro doszliśmy aż tutaj, spacer warto zakończyć w pobliskim sklepie z winylami – Vinylandia mieści się przy ul. Olszewskiego 38. Po drodze aż gęsto od murali (np. na budynku przy ul. Sienkiewicza rozgościł się piękny Blu).

Pobierz aplikację: Walk and More to aplikacja, która inspiruje do chodzenia już kilkanaście tysięcy użytkowników. Wybierz jedną z tras i zobacz, jak zwykły spacer staje się niezwykłą przygodą. Sprawdź, w ile dni możesz zwiedzić Barcelonę lub przejść się po Sycylii. Licznik kilometrów i prędkościomierz pomogą poznać ci własne możliwości.

Teraz w Walk and More sześć nowych tras: Wrocław, Kraków, jaskinie w Górach Świętokrzyskich, Beskid Śląski, Mierzeja Wiślana i Szlak Bociani na Podlasiu. www.walkandmore.pl, www.facebook.com/stworzonedlazdrowia


„Welt am Draht”

asta i m r e b y C

FILM / N A B UR / I F SCI-

nologii neficjenci tech e b . vs a tw s ń w-life łecze ikającego spo h w kuchni, lo c n z e -t ie h w ig o k H it i. b c z ś o ludzk ttach ro nym deszczem Stłoczeni w ge cenariusze dla w s ty e k n a z io c d ro ra m e h czon czają ratoriac yborgi przemo rcy od lat rozta -c ó s piszący w labo k tw e i s w e o k tn n u u m yberp i klubach. S do zabijania. C trolę nad nim a n w o k ra w obskurnych y p d ię g s i, e m c miasta we domagają obile się z naszymi ie n ta s vs. roboty bojo festiwalu T-M o c o , g o e g w te o c je p li iz s w a odcz i różne i by atomowe. P przed widzam m o b i je ch przyszłośc c ta ra s o ia rp o rm k e e yb w c to kich przejmą świa w dziewięciu ta ię s y im b u g z ty Nowe Horyzon

Zaczęło się w roku 2019, gdy Rick Deckard ruszył tropem replikantów – zbiegów z kosmicznego obozu pracy poszukujących na Ziemi inżyniera, który zaprogramował wszystkie swoje cyberdzieci na cztery lata życia. Wizja Ridleya Scotta, wysnuta w 1982 r. z kultowej powieści science fiction „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” Philipa K. Dicka, na długo zmonopolizowała zbiorową wyobraźnię i stała się głównym punktem odniesienia dla popkulturowych snów o metropolii przyszłości. Miejski horyzont w „Łowcy androidów” znaczą wieżowce, których światła giną w ciemności, i kominy wyrzucające w przestrzeń słupy ognia i pary. Wiele kilometrów nad ziemią, między gigantycznymi biurowcami, szybują patrole policji. Na ziemi tłumy przedzierają się przez zalane kwaśnym deszczem i ostrym, neonowym światłem ulice w drodze do dusznych biur (w 2019 r. znów będzie można palić za biurkiem!) czy podejrzanych barów, gdzie androidy tańczą ze sztucznymi wężami.

Mieszkańcy tego nowego, wspaniałego świata tłoczą się w klitkach, zasłaniając okna przed zajmującymi całe fasady telebimami – marzeniem wszystkich współczesnych speców od reklamy zewnętrznej. Uniwersum Scotta, przywodzące na myśl raczej malarstwo Edwarda Hoppera niż np. polimorficzne projekty H.R. Gigera, odcisnęło piętno na wielu filmowych dystopijnych wizjach. Jego mrok udzielił się m.in. „Johnny’emu Mnemonicowi” Roberta Longo czy „Hardware” Richarda Stanleya z 1990 r. – oczywiście skromne budżety tych produkcji ograniczały ilość kabli oplątujących kineskopowe monitory, a cyfrowe panoramy w dużej mierze zostały zastąpione malowanymi widoczkami.

Muzycy na złom

W „Hardware”, mariażu „Łowcy...” z wnikającym wszędzie piaskiem „Mad Maxa”, miastem-fetyszem, do którego wszyscy uciekają w myślach, jest Nowy Jork. Shades, przyjaciel głównego bohatera Mosesa,

przekonuje go do wędrówki na Wschodni Brzeg – do aglomeracji nieograniczonych możliwości. Dziesięć milionów kilometrów miedzianego drutu, garnki, sztuczne zęby, protezy – wszystko, czego może zapragnąć przedstawiciel wolnego zawodu: domokrążny sprzedawca czy złomiarz. Jest jeden problem – natężenie promieniowania jest tam tak potężne, że nikt nie opuściłby tego regionu żywy lub – w najlepszym wypadku – bez świeżo wyhodowanego brata bliźniaka na plecach. Shades i Moses zawijają więc do bardziej przyjaznego miasta. A raczej – miejskiego złomowiska otoczonego ze wszystkich stron radioaktywną pustynią. Żółta woda w kanałach, po których suną taksówki, bulgocze i się pieni, toksyczny piach wchodzi między zęby, a fabryki dymią na tle jaskrawoczerwonego, falującego od gorąca nieba. „Takich pięknych rzeczy nie stworzyłaby matka natura” – ekscytuje się prowadzący audycję radiową, według którego jedynym skutecznym antidotum na rad jest dawka porządnego rocka. Richard Stanley wykreował ten świat już po zakończeniu zimnej wojny, ale widmo atomowych atrakcji nadal rozpalało wyobraźnię


Początek czegoś niezwykłego

Pobierz aplikację, zakręć butelką Nestea i dowiedz się, co w mieście piszczy.

Miasto: warszawa

GAZOWNIA, ul. Prądzyńskiego 16 Stare zabudowania gazowni często nazywane są stołecznym Koloseum. Dwa okrągłe budynki i ukryty w krzakach nieopodal „basen” przypominają raczej jedną z lokacji w „Tomb Raiderze” niż emerytowane magazyny gazowe. Architektoniczne cudo marnieje w asyście przysypiającego w przyczepie kempingowej stróża. Do niczego nie namawiamy, ale spore dziury w murze od strony parku przy Brylowskiej skusiły już chyba niejednego poszukiwacza przygód. MOUNT KIMBIE, 20.07, Niedorzeczni – 500 od 1500, ul. Wioślarska 13 Brytyjski duet, którego druga płyta „Cold Spring Fault Less Youth” właśnie zakrada się na szczyty popularności, znany jest z bogatych brzmieniowo koncertów. Podczas nich chłopaki często wykraczają poza elektroniczne instrumentarium. Niewątpliwie jedno z najważniejszych warszawskich wydarzeń tegorocznego lata. ZAPIEXY LUXUSOWE, ul. Widok 19 Położony w bliskim sąsiedztwie Rotundy lokal wita nas wnętrzem rodem z kultowych „Społemów”. Specjalnością zakładu, jak łatwo się domyślić, są kilometrowe buły naszpikowane serem i pieczarkami, które potem, wedle uznania, możemy przyozdobić wybranymi dodatkami. Ceny zaczynają się od 8 PLN, a kończą na 12 (chyba że zaszalejecie z dodatkami). W weekendy Zapiexy otwarte są do 4 rano!

Aplikacja Nestea to baza informacji o najciekawszych wydarzeniach, knajpach i miejskich zakamarkach z ośmiu miast Polski (Warszawa, Kraków, Poznań, Wrocław, Łódź, Trójmiasto, Katowice i Szczecin) zebranych w jednym miejscu. A gdziekolwiek jesteś, słuchaj w telefonie jednej z trzech tematycznych stacji radiowych RMFon!


„Rubber’s Lover” „Flaming Ears”

twórców (na początku lat 90. reaktor w Czarnobylu jeszcze stygł). Takie posępne obrazy przyszłości oddawały nastrój epoki – nie tylko obawy o wybuch konfliktu zbrojnego, ale i dwuznaczny stosunek do rozwoju technologicznego. Z jednej strony fascynację nowymi, otwierającymi się przed społeczeństwem możliwościami, z drugiej – nieufność wobec ludzi, którzy ten rozwój mogą skierować na niewłaściwe tory. W postnuklearnej rzeczywistości „Hardware” na szczęście na najwyższym poziomie technicznym jest system domofonów, a morderczy robot kuchenny Marek-13, który nastaje na życie bohaterki, wywołuje uśmiech politowania. Co więcej, w tym świecie jest też miejsce na sprawiedliwość – podstarzali muzycy, którzy lata świetności dawno mają za sobą, zamiast grać na wspominkowych festynach, męczą się ciężką pracą. Lemmy, lider brytyjskiego Motörhead, dorabia jako taksówkarz, a Carl McCoy z gotyckiego Fields of the Nephilim sprzedaje żelastwo handlarzom. I tylko Iggy Pop jako wspomniany radiowiec obraża wszystkich.

Cybertektura

Ze scenograficznymi wyzwaniami w różny sposób zmagali się twórcy niezależni. Bez budżetu, ale z wyczuciem (złego) smaku kreowali własne wersje „Łowcy androidów”, które nieraz przewyższały pierwowzór pod względem innowacyjności i wywrotowego potencjału. Na czele tego cyberpunkowego podziemia można postawić austriackie, undergroundowe trio: Ursulę Puerrer, Angelę Hans Scheirl i Dietmara Schipeka. Ich „Flaming Ears” z 1992 r. to wypadkowa trashowej estetyki home-made, zmysłowości bizarre i chałupniczej zaradności. Jak artyści zbudowali upiorne miasto Asche z 2700 r.? Zamiast mocy obliczeniowej komputerów i pikseli wykorzystali tekturę, nożyczki i migoczące diody, a skonstruowane modele ożywili za pomocą animacji poklatkowej. Po makiecie – rodem z sci-fi z lat 50. – wśród papierowych wieżowców unoszą się helikoptery, a oświetlonymi autostradami, przy akompaniamencie industrialnej muzyki, mkną auta. Epizody animowane uzupełniają nocne ujęcia współczesnych, przemysłowych dzielnic Wiednia, składające się na wizję lesbijskiej antyutopii, świata po rozstrzygniętej wojnie płci. Podczas gdy

„Videodrome” „Hardware”

nieliczni mężczyźni żyją w Asche w izolacji, przebrani w fartuszki, kobiety spółkują w klubach sado-maso, spiskują i polują na plastikowe krokodyle. „Flaming Ears”, prawdopodobnie po raz pierwszy pokazywane w Polsce, to punkowe retro i jeden z nielicznych przykładów cyberfeminizmu.

Dystopia za oknem

Tak jak wiedeński industrial posłużył Austriakom za scenerię wydarzeń osadzonych w XXVIII wieku, tak wielu filmowców wychodzi z założenia, że w dzisiejszych miastach żyje się wystarczająco trudno, by stały się one – bez większej ingerencji scenografów – tłem dla dystopijnych historii. Ten potencjał potrafił m.in. wyzyskać Grek Nikos Nikolaidis w swoim „Morning Patrol”. Wystarczyło wyprosić znajomych z ich domów, przegonić przechodniów z ateńskich ulic i oblać je wodą, by stworzyć jedną z najbardziej osobliwych cyberpunkowych produkcji, która więcej ma z Tarkowskiego niż Scotta. Obrazy współczesnego miasta wykorzystał także Shozin Fukui, obok Shinyi Tsukamoto najważniejszy przedstawiciel japońskiego cyberpunku. Autor „964 Pinocchio” i „Rubber’s Lover” nie przebiera Tokio w futurystyczne fatałaszki. Jak przystało na niszowego reżysera, wychodzi ze swoją kamerą i bohaterami na ulice – przemierza długie alejki w supermarketach, eksploruje niekończące się korytarze metra i fabryczne składowiska odpadów. Częściej jednak skrywa się w biurowych klitkach, w których pozbawione pamięci roboty realizują seksualne fantazje swoich klientów, a korporacyjni bonzowie planują kolejne działania na odcinku cyberwyzysku. W „964 Pinocchio” jeden z seks-cyborgów należy do wadliwej serii – nie może osiągnąć erekcji. Bez pracy szwenda się po ulicach Tokio, aż w końcu poznaje bezdomną, która go przygarnia i uczy ludzkiego języka. Można by się pokusić o stwierdzenie, że to punkowa refleksja nad kryzysem cybermęskości, gdyby nie to, że reżyser główny akcent położył na sceny womitowania i konwulsji. Z kolei w „Rubber’s Lover” uczeni przeprowadzają zagrażające życiu, nielegalne eksperymenty na więzionych ludziach. Ogranicza ich tylko wyobraźnia: deprywacje sensoryczne, odurzanie narkotykami, okaleczenia – co kto woli. Połączenie typowych dla japońskich horrorów motywów kina gore z widokami współczesnego miasta mocno oddziałuje na zmysły. Sama sugestia, że podobne

„946 Pinocchio” „Morning Patrol”

scenariusze naukowcy mogą już teraz w ukryciu wprowadzać w życie, okazuje się znacznie bardziej niepokojąca niż panoramy przyszłości, roboty kuchenne i popromienne rany z silikonu. Filmy Shozina Fukui to duże wyzwanie dla wrażliwości widza – w zasadzie przypominają one ramówkę tajnego kanału z relacjami autentycznych morderstw, które prześladowały bohatera „Videodrome” Davida Cronenberga.

Obraz kontrolny

W technologicznym inwentarzu cybermiasta kluczową rolę odgrywają też ekrany. W postaci czy to setek monitorów kontrolujących każdy ruch, czy kineskopów telewizorów oferujących „nową rozrywkę” – tworzą one migotliwy świat multiplikujących się obrazów, które naruszają poczucie rzeczywistości, zacierając granicę między tym, co realne, a co fikcyjne. O ile w „Hardware” telewizję zagospodarowały niewinne zespoły rockowe i poćwiartowane krowy, o tyle w „Videodrome” staje się ona narzędziem potężnej manipulacji. Brutalne akty pokazywane w pirackim kanale, który odkrywa pracownik sieci kablowej, zaczynają przenikać do rzeczywistości. Obraz uwodzi, przejmuje kontrolę i niszczy. Z kolei w „Welt am Draht” Rainera Wernera Fassbindera, trzygodzinnym, niemieckim cyberpunku z początku lat 70., ekran staje się pośrednikiem między dwoma cybermiastami – realnym i cyfrowym. Swój ulubiony rekwizyt – lustra – i najnowocześniejszy design dostępny w ówczesnym Berlinie Zachodnim reżyser wykorzystuje w grze sobowtórów, obliczonej na zniszczenie Freda Stillera. Naukowiec traci tożsamość – czy jest jeszcze twórcą sztucznego świata, czy już tylko jego elementem. Solidność erefenowskiego wzornictwa jednak nie ustrzeże go przed pogłębiającą się paranoją. Tekst: Mariusz Mikliński

18-28.07

Wrocław 13. T-Mobile Nowe Horyzonty W ramach cyklu Nocne Szaleństwo pokazane zostaną perełki cyberpunku: od sztandarowych klasyków („Videodrome”), przez zapomniane arcydzieła („Welt am Draht”), po filmowe marginalia i eksperymenty („Flaming Ears”, „486 Pinocchio”).


Frost Boat Party wypływa na szerokie

wody!

W Gdyni i Warszawie ruszą w rejsy wyjątkowe statki, które pozwolą przenieść się do świata gorącej, nieskrępowanej zabawy. Przepełnione pozytywną energią pokłady zapewnią gościom prawdziwie wakacyjną atmosferę. Źródłem orzeźwienia będzie Finlandia Frost – gotowe do spożycia drinki, łączące w sobie dobrze znaną, najwyższą jakość Finlandia Vodka z orzeźwiającymi smakami żurawiny, limonki i grejpfruta. Statki pełne Frosta i dobrej muzyki, serwowanej przez najlepszych didżejów w Polsce, to najbardziej imprezowe rejsy tego lata. Na Frost Boat Party zagra czołówka polskiej sceny klubowej:

Mr. Lex, Novika, Tenessee, Ricardo, Bekett, Glasse, Easy, Simon S, Jakob A, Last Robots. Jeśli chcesz popłynąć w ten rejs, zdobądź zaproszenie na profilu Finlandia Vodka Polska!


i n fa i n a w e i dz o Niesp

iewice z D / n a h C Kucyki / 4

e źni. My Littl ja y z r p o ć ś opowie cetów niwersalna u i y w y z orosłych fa r d g a e p w u r ro g lo I o . y, k świecie Wielkie ocz y dzieci na n io il m ły a h Pony pokoc Legenda narodziła się w 1983 r., kiedy Bonnie Zacherle, rysowniczka pracująca dla firmy Hasbro (przy współpracy z rzeźbiarzem Charlesem Muenchingerem), naszkicowała projekt, a potem przedstawiła wniosek patentowy na „wzór zdobniczy dla zabawki-zwierzęcia”. Zwierzęciem był mały kolorowy konik, z wielkimi oczami i spadającą na czoło grzywką. My Little Pony.

Po kucykowemu

Przez pierwsze 17 lat istnienia kucyki były szczotkowane przez małe dziewczynki, a w pojedynczych przypadkach przez małych chłopców. Coś zmieniło się w ostatnim roku pierwszej dekady XXI wieku, gdy little pony stały się czymś ważnym dla (początkowo niewielkiej) grupy samotnych nastolatków spędzających większość swojego czasu na 4chanie. Początek przygody dorosłych facetów z kucykami wyznacza premiera pierwszego odcinka nowej serii kreskówki „My Little Pony: Przyjaźń to magia”. Lauren Faust, która została wybrana na nową dyrektor kreatywną i producenta wykonawczego serialu, podjęła decyzję o zmianie charakteru serii na mniej infantylny, bardziej przygodowy. Postanowiła nadać kreskówce sznyt Cartoon Network (zresztą kiedyś pracowała nad „Atomówkami”), które we wszystkich swoich tytułach chętnie bawi się konwencją zabawnych historii dla małych dzieci, przy okazji puszczając oko do 20-latków. W październiku 2010 r., tuż po premierze nowej serii kreskówki, użytkownicy 4Chana zauważyli niespodziewany wzrost liczby postów związanych z My Little Pony. I jak to w internecie bywa, jeden wrzucił, drugi sprawdził, trzeci zszerował, czwarty zrobił gifa – i nagle powstała społeczność, która, jak się okazuje, czerpie dumę z oglądania bajki dla ośmiolatek. Mówią o sobie Bronies. – Myślisz, że ktokolwiek spodziewa się tego, że nagle zacznie być fanem kreskówki o kucykach? Jestem zdania, że wielu ludzi wskoczyło na 4Chan, udając zajawę serialem i robiąc to dla jaj, a potem faktycznie poświęcili czas, by obejrzeć kilka odcinków, i naprawdę zaczęło im się to podobać – mówi nam Tom z Madison w Illinois, który

od trzech lat jest Bronym. Fascynacja MLP zataczała coraz szersze internetowe kręgi. Bronies wymyślili nawet swój własny język, czyli bronyspeak – nikt nie używał już „everybody”, wszyscy posługiwali się określeniem „everypony”. Na Google Chrome’a i Mozillę Firefox powstały nakładki, które zmieniały tekst na bronyspeak, a wielu fanów zaczęło tworzyć słownik tłumaczący z angielskiego na kucykowy. Dwudziestoparolatkowie z zarostem na twarzach zaczęli się spotykać w realu. Zdarza im się śpiewać kucykowe piosenki, chodzą do sklepów oglądać najnowsze modele zabawek i oczywiście rozmawiają o przygodach swoich ulubieńców. Nie wiemy, czy czeszą im ogonki. Fanfiction, które zaczęli tworzyć, definiowało nowy poziom absurdu. Dość wspomnieć, że jeden z fanów napisał książkę o kucykach, która dzieje się w postapokaliptycznym świecie kultowej gry „Fallout”. Produkcje takie jak „Skyrim” zyskały zaś nakładki, pozwalające głównemu bohaterowi np. ujeżdżać kucyki. W końcu powstał BronyCon – konwent, który w ciągu kilkunastu miesięcy z wydarzenia dla niecałych 300 osób rozrósł się do wielkiej imprezy goszczącej twórców serialu, których przepytywało niemalże 5000 fanów. Widząc to wszystko, autorzy serii nie pozostali obojętni i zaczęli nawiązywać w kolejnych odcinkach do takich filmów jak „Big Lebowski”, „Diamentowe psy” czy „2001: Odyseja kosmiczna”, dając fanom poczucie, że ich obecność i wsparcie powoli zmienia ulubiony program.

Zboczeńcy i dziwacy

O ile nikt nigdy nie był zdziwiony, gdy tysiące dorosłych zaśmiewało się przy „Krowie i Kurczaku” czy „Sponge’u Bobie Kanciastoportym”, o tyle fani MLP mogą liczyć głównie na hejt. Zaczęło się od FOX News, które określiło Bronies jako „przerażający nowy trend” i zaczęło nawoływać do powstrzymania tego „szaleństwa, które nakręca tych niedojrzałych, małych dziwaków”. Legenda radia David Stern skupił się na pornograficznym aspekcie fascynacji MLP (fanfiction nie zna granic), wywołując wśród tysięcy słuchaczy jednoznaczne skojarzenie – Brony równa się pedofil. – Chodzi o to, że ludzie nie rozumieją, że to jest naprawdę fajna

kreskówka – pisze poznany na Reddicie Tom. – Wszyscy myślą, że robimy to dla jaj albo że jeśli ktoś robi to na poważnie, to dlatego, że ma jakieś zaburzenia i fascynuje się małymi dziewczynkami, tyle tylko, że te dziewczynki są narysowanymi kucykami. Pewnie i tacy ludzie są wśród Bronies. Ale to samo można by powiedzieć o każdej grupie fanów filmów, komedii czy koszykówki – dodaje Tom. Producenci serialu, jakby nie zdając sobie sprawy z tego aspektu zjawiska, dolali oliwy do ognia, gdy w pełnometrażowym filmie „My Little Pony: Equestria Girls” kucyki przybrały postać małych dziewczynek... Amerykańskie media donosiły, że jest to ukłon w stronę dorosłych zboczeńców, a fani MLP zagrozili odwróceniem się od serii. W końcu pokochali grupę kucyków i nie byli zainteresowani miałką historią czerpiącą z „High School Musical”, nawet jeśli byli ciekawi, jak ich ulubione bohaterki wyglądałyby jako ludzie. Właśnie to jest najdziwniejsze w Bronies. Siadając do pisania tekstu, myślałem, że pokażę dziwaczny wymiar fascynacji serialem. Chciałem trochę się pośmiać z chłopców, którzy nie mają dziewczyn, mieszkają u rodziców i w przerwie od grania w „World of Warcraft” oglądają serial o kucykach. Jednak czytając fora internetowe, oglądając dokumenty i sprawdzając wszelakie fanpage’e, doszedłem do wniosku, że w sumie nie ma w tym nic dziwnego. Oczywiście jeśli wejdziecie na Youtube’a i wpiszecie frazę „Brony Meeting”, będziecie mogli się śmiać godzinami z nerdów, których tam znajdziecie. Z drugiej strony gdy wpiszecie frazę „Depeche Mode fans meeting”, będziecie mogli się pośmiać jeszcze dłużej. – Co jest dziwnego w tym, że dorośli ludzie jarają się różowymi kucykami? Każdy lubi historie o przyjaźni. MLP to po prostu opowieść o grupie przyjaciół, którzy nigdy siebie nie opuszczą i zawsze są gotowi do poświęceń. Czy jeśli interesuję się rysunkowym konikiem, to jestem gorszy od kogoś, kto jest fanem tak samo nierealistycznej, słodkiej dziwaczki z kolejnej typowej komedii romantycznej? – zastanawia się Tom. W sumie nie. Tekst: Kacper Peresada

4Chan to forum internetowe, które daje użytkownikom pełną anonimowość. Nie ma ksywek, nie ma loginów, jest tylko numer twojej wiadomości i Anonymous koło twojego postu. 4Chan to kwintesencja internetu – może was przerazić ogromną ilością pornografii, zaintrygować dyskusjami o muzyce i zszokować historiami, do których nikt by się nie przyznał, gdyby mógł być z nimi połączony. 4Chan uzależnia swoim dziwactwem, więc uważajcie, stawiając w nim pierwsze kroki.


Letnie wieczory w planetarium

Kopernik dla dorosłych Letnie Kino w Parku 05/07–23/07, godz. 19.00

Konstelacja: Miłość W ramach trzeciej edycji Kina Letniego w Parku Marzy Wam się randka pod gwiazdami? Odkrywców, proponujemy filmowy przewodnik po Przyjdźcie na specjalny pokaz dla zakochanych! największych światowych aglomeracjach. Co piątek W każdą wakacyjną sobotę zapraszamy na wybieramy się do innego miasta: Buenos Aires, „Konstelację: Miłość”. Pokazujemy najbardziej Nowego Jorku, Paryża, Pekinu. Seanse filmowe romantyczne zakątki Drogi Mlecznej, opowiadamy, poprzedzają dyskusje ze specjalistami. Zaproszeni dlaczego w kosmosie single są w mniejszości goście pokazują, jakim globalnym tendencjom i dlaczego lepiej pochodzić z Marsa niż z Wenus oraz podlega Warszawa oraz które miasta kreują warte dowiemy się, gdzie w kosmosie bije czarne serce. naśladowania wzorce. Spotkania prowadzi Adam Pokaz prowadzony jest na żywo i przeznaczony Leszczyński, dziennikarz i publicysta. wyłącznie dla widzów powyżej 15. roku życia. Program seansów dostępny jest na www.kopernik.org.pl Koncerty pod gwiazdami Kopernik po godzinach: zaprasza Samsung Dlaczego nokturny to pieśni nocy, a najsłynniejsza 18/07, godz. 19.00 sonata Beethovena nazywana jest księżycową? Jaki związek ma muzyka z astronomią? Kolejny cykliczny wieczór tylko dla dorosłych ma Melomanom i miłośnikom astronomii proponujemy tytuł „Ja Robot”. Czy nadejdą czasy, kiedy roboty wyjątkowe „Koncerty pod gwiazdami”. całkowicie zastąpią człowieka? Będzie można wysłuchać utworów F. Chopina, W programie trzeciego wieczoru tylko dla J. S. Bacha, L. van Beethovena w wykonaniu Marii dorosłych m.in. warsztaty z ekspertami, Teatr Gabryś, Ryszarda Alzina i Jakuba Sokołowskiego. Improwizowany Klancyk, gra terenowa z nagrodami, Teatr Robotyczny, pokazy filmów animowanych związanych z tematem wieczoru. Na żywo zagra DJ Artur 8.

Organizatorzy CNK

Partnerzy Wspierający CNK

Partner Strategiczny CNK


odacy r / e al estiw f / 5 p o T

t r o p x E / t r o Imp

o ki – częst s l o P o d h, cych zachodnic yjeżdżają h z c r a p p o u y s e lin bogło wiać się w pewne nie ieją wnie a ja p z o y p ia z r d ją e e a g em zyn blo nikarze i rtyści zac agraniczn jąc na fajerwerki a n z i ie ę w z il d jo w , a h y r c z h, k zez eka otor gwiazdac . Bo miło eszcze pr ią ten moment, cz gdy prom ć h J s ś c i. a o y l z n a c iw z l d iw ic d t o n P fes gra awie eśp dniowych stom spr lejny – za nurtu prz y u o ł t o k r o g a z p e i a n r m h y w o t c ó p cny my i gł periodyk C. Oddaje ich, półno n cie B ie d k B o s l d h o o c p s d a w ró lasę i oby ć, g k a a g n je e y u z t z r c t n s e e do un prez będą ich w Ninja T ie jeśli re w n l ó t ó k g a e r z t c n o a, sz pokroju k ać rodak k t o p s ie źn na obczy

1.

Radikal Guru (Outlook Festival, Chorwacja)

Lista artystów zapraszanych na jeden z dwóch najważniejszych i najbardziej obleganych chorwackich festiwali bardziej niż line-up przypomina książkę telefoniczną. Pośród dziesiątek pseudonimów i nazwisk, które z łatwością mogłyby służyć za przewodnik po współczesnej muzyce – gdzieś pomiędzy Pharcyde’em a Rustiem – widnieje ksywka polskiego dub mastera Radikal Guru. Mieszkający na stałe w irlandzkim Cork artysta, wspierany na scenie przez wokalistę Cianna Finna, sięga po dubstepowe środki wyrazu, jednak jego serce przepełnia jamajska tradycja i pogarda dla dyskotekowych chwytów poniżej pasa. Bez względu na to, czy organizatorzy rozstawią go na plaży, czy na łodzi – w ten sposób Outlook dzieli swoich artystów – soundsystem, na którym zagra, będzie pękać w szwach od natężenia niskich częstotliwości.

29.08-02.09 Fort Punta Christo Pula, Chorwacja

2.

Z Polski przyjadą również: Feelaz, MacBeat

JWP / Bez Cenzury (Hip Hop Kemp, Czechy)

Trudno zliczyć wszystkie rapowane wersy, w których polscy MCs wspominali o tym niewielkim czeskim miasteczku. Od ponad dekady w drugiej połowie sierpnia zamienia się ono w mekkę hip-hopu. I choć podczas zbliżającej się wielkimi krokami 12. edycji Kempu nadwiślańska reprezentacja jest szczególnie liczna i mocna, to warszawskie skoligacone ekipy JWP i BC sprawiają wrażenie najwierniejszych adeptów nowojorskiej, ulicznej szkoły. Uniwersytetu, którego dyplom obejmuje biegłość w posługiwaniu się mikrofonem, puszką farby i butelką ognistej wody. Akademii, która największą wagę przywiązuje do umiejętności, bezczelności i – co w tym wypadku najbardziej istotne – scenicznej charyzmy.

22-24.08 Festivalpark, Hradec Králové, Czechy & W.E.N.A., Gruby Brzuch, Kali x Paluch

3.

Z Polski przyjadą również: Bisz & B.O.K. Live Band, Trzeci Wymiar, Miuosh & Kato Band, Te-Tris

An On Bast (3000 Grad, Niemcy)

Google Translate podpowiedział mi, że Grad w języku naszych zachodnich sąsiadów oznacza „stopień”. I to właściwie jedyna rzecz – poza niepełnym jeszcze line-upem – której udało mi się dowiedzieć o tym sierpniowym festiwalu. Na stronie internetowej jego organizatorzy mają jednak pełno przyjaźnie wyglądających rysuneczków, a do odwiedzających zwracają się per Freunde, co potwierdza słowa występującej tam w tym roku An On Bast – elektronicznej producentki i didżejki. Znana z wydawanych w zagranicznych labelach solowych nagrań i współpracy z trębaczem Maciejem Fortuną, miłośniczka technicznych temp i żywego groove’u wytłumaczyła mi bowiem, że to specyfika niemieckich imprez. – Oni mają to do siebie, że wynajdują tu jeziorko, tam opuszczony plac zabaw, przystrajają i robią wielki festiwal. Rok temu grałam na podobnym, choć mniejszym, nazywał się Nachtdigital. I ta sama sytuacja – jezioro, scena 50 m od niego, można tańczyć w wodzie, nigdzie nie widać logo sponsora, a ludzie mogą wnosić na te trzy dni wszystko, łącznie z alkoholem i kiełbaskami. To stwarza zupełnie inne warunki do przeżywania muzyki.

16-18.08 gdzieś w Niemczech

4.

Dakrati (Eldenaer Jazz Evenings, Niemcy)

Warszawski kwintet, który trudno zamknąć w wąsko postrzeganych ramach jazzu, po ukraińskiej trasie koncertowej i piknikowaniu z gazetą „Co Jest Grane” wystąpi w niemieckim Greifswaldzie. Niestroniący od improwizacji, acz mocno trzymający się struktur projekt trębacza Olgierda Dokalskiego (znanego z kIRków i Nor Colda) w swoich kompozycjach splata żydowskie tradycje muzyczne z postrockową energią i eksperymentatorskim zacięciem chicagowskiej szkoły AACM. Na moment przed premierą dwóch nowych krążków Daktari wystąpi w ruinach XII-wiecznego klasztoru Eldena, gdzie podczas 32. – bagatela – edycji corocznych wieczorków koncertowych na świeżym powietrzu będzie reprezentować młodą polską scenę jazzową.

05-06.07 Kloster Eldena, Greifswald, Niemcy

5.

Catz ’n Dogz (Melt Festival, Niemcy)

Pisanie o tym, jak często za granicą pojawiają się krajowe ekipy deathmetalowe, folkowi modernizatorzy, Paprika Corps czy – właśnie – Catz ’n Dogz, mija się z celem. Jeśli ktoś tego nie wie, po prostu kompletnie go to nie interesuje. I choć szczeciński house’owy duet właściwie non stop jeździ po świecie i ma mnóstwo zabookowanych występów na Ibizie, to jego pojawienie się na tegorocznym Melcie należy przynajmniej odnotować. Szczególnie że koncert nie wiąże się z promocją żadnej firmy czy dotacją z instytutu. Po prostu się należy. Jak psu zupa.

19-21.07 Ferropolis, Niemcy Tekst: Filip Kalinowski


e i c ś e i m w ś e Wi

ury k / ata h c Łajno /

łońcem rozpalone s z e z r p ie n a rzemyk łupy, amienic i p niejsze cha k k iu ię n jp ie a c n liśmy w je śli np. swo żoną kawą n. My uciek e ie ro s n n m e a z z k r s p g i i in k z il d o cz . Szwe rii miejs ieście to tylk coś innego szy w histo ć w a r w ie o p in c b ą z m r Czy lato w m wyko u, two sze można m Sztokholm u tr n e c place? Zaw o d st ejścia wpro szawy studnie i ob żając z War d ż je y w ie n na wieś, przed przypadkowym spojrzeniem, rozciąga Są takie miejsca w tkance miejskiej, w których czas zatrzymał się nawet nie w trakcie brukowania ulic, stawiania latarni gazowych czy kładzenia tramwajowych szyn, ale podczas siania pszenicy i sadzenia buraków. Albo wypasania koni i kóz. Przyczajone na skrajach blokowisk, między arteriami, wyznaczają terytoria ziemi niczyjej (albo właśnie tak bardzo „czyjejś”), odmieniając krajobraz i przenosząc nas do innej rzeczywistości. Byliśmy nieco zaskoczeni, kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że takich miejsc jest całkiem sporo. – Pozostałości zabudowy wiejskiej oraz pola wciąż istnieją w środku polskich miast, ale niestety (albo stety) zanikają – wyjaśnia Mateusz Wójcicki, architekt, artysta i autor bloga Człowiek, który zobaczył całą Warszawę. – Nie jest to nawet zjawisko związane tylko z dużymi miastami. Pamiętam, że jeszcze do niedawna w samym centrum Ożarowa Mazowieckiego, przy najważniejszym skrzyżowaniu, na dość sporym kawałku pola rosła marchewka, a czasem kapusta. W Warszawie takich przestrzeni jest coraz mniej, ale w wielu dzielnicach wciąż widać ten kontrast – dodaje. Postanowiliśmy więc odkryć takie miejscówki i zrobiliśmy sobie niskobudżetowe wakacje od miejskiego zgiełku, przy okazji sprawdzając, jak to się dzieje, że kilka przystanków od centrum stolicy rytm życia zwalnia jak na wsi.

Zapach końskich kup

W widełkach alei Wilanowskiej i Generała Sikorskiego, za szpalerem drzew chroniących

się obszar rzadko zadrzewionych łąk i przydomowych ogródków. Tutejsze gospodarstwa (pozostałość po wsi Szopy Polskie) położone są wśród gruntowych, błotnistych dróg o mało miejskich nazwach, jak Potoki i Jaśminowa. Gdybyśmy łazili późną porą, pewnie diabeł powiedziałby nam dobranoc, ale w ciągu dnia spacerowiczów witają piejące koguty, niespodziewające się pewnie rychłego zakończenia żywota w garnku na rosół. Jest sielsko i fajnie, jednak największa gratka czeka nas, kiedy próbujemy wdrapać się na skarpę w kierunku alei Niepodległości i Metra Wilanowska. U stóp znajdującego się tam osiedla na wijącej się ścieżce (bo ul. Boheńska to naprawdę jest ścieżka!) stoi kilka sypiących się domków, a wśród nich prawdziwe zaskoczenie – wielka drewniana chata, w dodatku wciąż zamieszkiwana! Wygląda to trochę niesamowicie, bo chałupina, zbudowana na uboczu, tonie w zarośniętym ogródku, zaś na jej ganku tli się słaba upiorna żarówka… Po praskiej stronie Wisły również zachowały się drewniane domy – choćby na ul. św. Wincentego czy Siedzibnej, czyli na dźwigającym ciężar gierkowskiego betonu Bródnie. Tam też chcieliśmy wpaść, żeby zobaczyć zachowany między osiedlem Zielone Zacisze a blokowiskiem przy ul. Matki Teresy z Kalkuty być może ostatni istniejący miejski PGR. Folwark Bródno to dziś przede wszystkim stadnina koni. Chociaż usiłuje się dopasować do współczesności (działa w nim Warszawskie Centrum Edukacji Przyrodniczej i Rekreacji), to wciąż nie brakuje tu

smaczków PRL-owskiej prowincji, jak choćby sklepik spożywczy z charakterystyczną obsługą i pięcioma produktami na krzyż (bo w Polsce na śniadanie je się pączki i owocowy jogurt!). W okolicy da się zobaczyć rosnące w szklarniach warzywa i zboża, pasące się świnki i kozy – co może być zaskoczeniem dla tych, którzy podejrzewają, że rzodkiewki produkuje się w fabrykach, a ser bierze się z małych plastikowych pudełeczek. My co prawda wiemy, skąd się biorą rzodkiewki, nie mamy też dzieci, którym moglibyśmy pokazać kombajn Bizon, pięcioskibowy pług czy stado gęsi, ale i tak chcieliśmy posłuchać terkotu rozpadającego się, wiekowego Ursusa, poczuć zapach siana i końskich kup – a wszystko to na tle widocznego w oddali Pałacu Kultury.

Z bażantem pod butem

Podobne atrakcje znajdziemy po drugiej stronie Wisły, na Ursynowie, gdzie na terenach eksperymentalnych SGGW naukowy umysł usiłuje ujarzmić florę i faunę. – Okoliczne tereny, na których SGGW posiadało swoje poletka doświadczalne, miały charakter rolniczy, ale raczej akademicki niż wiejski – tłumaczy Wojciech Kacperski, socjolog, przewodnik po Warszawie, miejski felietonista „Kultury Liberalnej”. Z czasem zostały one zabudowane przez rozwijające się miasteczko Wilanów, wyłapywane przez instagramowy lokalizator jako Lemingrad. Kilkaset metrów za szklarniami przypominającymi scenografię z odcinka „Z Archiwum X” trafiamy na zalaną nieskończoną zielenią łąkę, w oddali zaś lśni niedokończona kopuła wilanowskiego sanktuarium.


Gdzieś pośród tego morza trawy, na wyblakłym kocyku, swojsko grilluje typowa polska rodzina, ale w dalszej drodze towarzyszyć nam będą już tylko szalone jaskółki. Bezkresna, odurzająca łąka niepostrzeżenie przeradza się w knieję. Żubra tu nie spotkamy, ale pobliski rezerwat natoliński to dom dla saren, dzików i ściągniętych tu przez króla Augusta bażantów. Zaadaptowany na centrum konferencyjne zabytkowy teren dawnej bażantarni otaczają nieużytki, po których galopują konie z pobliskich stajni. Tętent kopyt i trzęsąca się ziemia wyrywają nas ze spokoju, mąconego do tej pory tylko przez hordy wygłodniałych komarów. Powracamy do cywilizacji, a raczej do jej granic. Kilkadziesiąt metrów przed wielką kabacką sypialnią rozłożyły się bowiem małe gospodarstwa rolne. Brona i traktor w obejściu przypominają, że strzeżone osiedla niekoniecznie są gwarantem szczęścia. Wiejski domek w mieście też może być przejawem luksusu, a nasze władze z czasem mogą pożałować decyzji o likwidacji podobnych enklaw. Wójcicki mówi wprost: – Jeżeli mamy zastąpić te osiedla urbanistycznym chaosem, którym zabudowujemy nasze miasta od 20 lat, deweloperską „urbanistyką”, to zdecydowanie powinniśmy je zostawić. Z jednego powodu – jest to po prostu bardziej zdrowa przestrzeń do życia niż ta, którą usilnie tworzymy z poczuciem prestiżu i nowoczesności, w imię której zadłużamy się na całe życie. Z takim problemem borykają się bemowskie Osiedle Przyjaźń oraz sąsiadujące z Sejmem domki fińskie. Te dwa maleństwa od lat opierają się kolejnym zakusom deweloperów, tworząc alternatywną miejską rzeczywistość. Jednym z organizatorów akcji mających na celu ich zachowanie jest socjolog miasta Jan Śpiewak. – Jestem absolutnie za utrzymaniem obecnego charakteru tego miejsca. Centrum jest już bardzo gęsto zabudowane, poza tym jest to część skarpy warszawskiej, która jest pewnie najbardziej cenną – krajobrazowo i przyrodniczo – rzeczą w Warszawie – podkreśla.

Bałagan z dobrym skutkiem

Nasze pojawienie się na otaczającej elektrociepłownię Siekierki Augustówce od razu wywołuje poruszenie i burzy rytm życia mieszkańców. Machający kosą facet spogląda na nas spode łba, a wylegujący się

na trawniku ochroniarz z miną Chucka Norrisa wypluwa żutą słomkę. Znów otacza nas trawa i śpiew ptaków. Ta narkotyczna błogość po prostu nie ma końca. Środek tygodnia, w opuszczonym pół godziny wcześniej centrum pora lunchu i popołudniowej wrzawy, a tu za płotem trwają żywiołowe dyskusje o sadzonkach pomidorów. Tuż przed pętlą autobusową, na którą wylewają się wykończeni żarem pieców palacze, ulokował się istny skansen, czyli sklep GEES. Dziś zamknięty, najgrubsze interesy robi pewnie w weekend, kiedy Augustówkę odwiedzają działkowcy. Aż trudno uwierzyć, że te sielskie obrazki to wina bałaganu i złych przepisów (głównie czasów słusznie minionych), ale taka jest właśnie geneza odwiedzanych przez nas miejsc. – W PRL-u zupełnie ignorowana była tzw. renta gruntowa (im bliżej do centrum, tym wartość gruntu powinna być wyższa), bo wtedy decydował nie wolny rynek, lecz różne polityczno-planistyczne uwarunkowania – tłumaczy Jan Śpiewak i dodaje: – Na Zachodzie miasta rozwijają

się koncentrycznie wokół centrum, w PRL tak nie było. – Decyzje podejmowano coraz mniej rozsądnie – wtóruje Wójcicki. – A ideologie towarzyszące rozwojowi często się zmieniały, ewoluowały i nie pomagały stworzyć sensownej struktury miejskiej. Dlatego Warszawa jest prawdopodobnie jednym z najrzadziej zabudowanych miast w Europie i nie ma zwartej struktury. Czyli jednak jesteśmy wyjątkowi! Skwapliwie więc skorzystaliśmy z tych ostatnich przyczółków wiejskości, tworzących te niebywałe stołeczne kontrasty. Jakby dla potwierdzenia tego, spacerując wśród łąk i poletek sennej Rokokowej, trafiamy na stację serwisową rowerów Veturilo. W niepozornym, oldskulowym garażu naprawiane są jednoślady, które w tym sezonie robią furorę na stołecznych ścieżkach. My nie czujemy już nóg. Panowie, możemy pożyczyć rowerek? Tekst: Rafał Rejowski, Michał Kropiński, foto: Karolina Zięba


opot s / o iast Moje M

e z r o m e sz w a Z

n etter Perso B a k a o g ie zkowsk Adama Byc i k w ó c js ie pockie m Ulubione so

Łysa Góra Na Łysą Górę zwykłem chodzić z przyjaciółmi, spożywałem tam jedne z pierwszych w życiu napojów alkoholowych. Mozolne wdrapywanie się na szczyt rekompensują wspaniałe widoki Sopotu i Gdańska. Najlepiej przejść się na Łysą letnim wieczorem i nie oglądać się za siebie, dopóki nie wejdzie się na samą górę.

Stadion lekkoatletyczny Wystarczy sprytnie ominąć ochroniarzy i nagle znajdujemy się na wspaniałej otwartej przestrzeni. Kiedyś stadion był miejscem, które ze znajomymi odwiedzaliśmy praktycznie codziennie. Oczywiście najlepiej siedzieć na najwyższych trybunach.

Łysa Góra

Ulica Wybickiego Do stadionu najlepiej udać się ulicą Wybickiego, na której za starych dobrych czasów mieszkało zaskakująco dużo moich znajomych oraz moja ówczesna dziewczyna. Poza tym na „Wybi” mieściła się sala prób zespołu Kyst, toteż spędziłem tam bardzo dużo czasu.

Mostek na ulicy Obrońców Westerplatte Spacerowy klasyk. Piękny stary most na pięknej starej ulicy. Idąc tam, można zaopatrzyć się w piwo w niezawodnym sklepie monopolowym Adriatyk, a potem przejść się do kultowego starego domu z filmu „Medium”.

Plaża Wiadomo. Za każdym razem, kiedy wracam do Sopotu, pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy, to: „Muszę jak najszybciej dostać się nad morze”. Gdziekolwiek na świecie jestem, przynajmniej raz dziennie myślę o morzu. Nie tylko w lecie. Fajnie przespacerować się po molo zimą, najlepiej niedzielnym popołudniem, kiedy jest jakoś tak dziwnie i tajemniczo.

Mostek

Foto: Karol Kadłucki

Adam Byczkowski – muzyk związany z kilkoma

ważnymi projektami. Razem z Kyst i Coldair odwiedził najważniejsze festiwale na całym świecie, w tym teksańskie South by Southwest i Primaverę. Udziela się także w zespole Pictorial Candi wraz z Candelarią Saenz Valiente i Marcinem Maseckim. Ostatnio pokazał zupełnie nowe oblicze, debiutując jako Better Person z eleganckim, nowoczesnym, sypialnianym r’n’b. Kawałek „Wake Up Tired” zrobił spore zamieszanie w międzynarodowej muzycznej blogosferze. Obecnie Adam kursuje między Berlinem, Warszawą i rodzinnym Sopotem.

Plaża


miast o/

city

fot o/

chw ila

mom

Robi m Sorr y zdjęci a. y. na in Śledźcie Obsesy jn stag ram nas na I ie, kom p .com n /akti stagram ulsywnie vist_ ie. M , ajfo mag azyn iasto wid nem. Ja k zian e na wszysc y. szym i ocz ami

Foto: redakcja i przyjaciele

ent


je z n e rec

ety ż gad / i śc o w / no Obnażeni. Prawdziwa historia Depeche Mode Jonathan Miller Wydawnictwo In Rock

KSIĄŻKA

Nie tylko dla szalikowców

RZECZ

Superas

Super super to kolektyw warszawskich projektantów. Hanna Kokczyńska i Jacek Majewski pracują razem od 2007 r. i przez te lata zrobili wspólnie dużo dobra. Ostatnio karty. www.supersuper.pl [wiech]

Najlepsza z dostępnych na rynku biografii Depeche Mode ma już dziesięć lat. W Polsce ukazała się po raz pierwszy w 2005 r. Teraz, gdy wokół zespołu znów jest głośno dzięki świeżo wydanej płycie oraz dwóm koncertom w naszym kraju, możemy się cieszyć drugą, uzupełnioną edycją. „Obnażeni” to prawdziwa biblia Depeszy, książka, którą każdy prawdziwy fan musi znać, a nawet cytować na wyrywki wyrwany ze snu w środku nocy. Począwszy od nieśmiałych i nieco naiwnych początków grupy w Basildon, śledzimy wspinaczkę chłopaków na popowy szczyt. Ukoronowaniem ich kariery były chyba zamieszki, jakie wywołało pojawienie się zespołu w sklepie płytowym w Los Angeles, w którym upragnione autografy idoli próbowało zdobyć kilkanaście tysięcy ludzi. Poznajemy szczegóły narkotykowego nałogu Gahana, alkoholowych problemów Gore’a czy pogłębiającej się depresji Fletchera. Wszystko rzetelnie udokumentowane i okraszone licznymi wypowiedziami głównych bohaterów. Na koniec dostajemy jeszcze dokładny spis wszystkich płytowych wydawnictw grupy, co stanowi nieocenioną pomoc dla kolekcjonerów. Czym różni się to wydanie od tego starszego o osiem lat? Bartek Kopiczyński, prywatnie wielki fan Depeche Mode, uzupełnił je m.in. szczegółowymi omówieniami ostatnich wizyt muzyków w Polsce, informacjami o sprzedaży płyt na naszym rynku czy też fragmentami wywiadu, który przeprowadził z Dave’em Gahanem. Pozycja obowiązkowo, nie tylko dla szalikowców DM. [Mateusz Adamski]

Iluzja („Now You See Me”) reż. Louis Leterrier obsada: Jesse Eisenberg, Mark Ruffalo, Morgan Freeman USA 2013, 115 min Monolith Films, 28 czerwca

FILM

Czary-mary

U podstaw sztuki iluzji leży skuteczne odwrócenie uwagi, by publiczność nie skupiała się na właściwych działaniach artysty. Przygotowując film według tej zasady, reżyser Louis Leterrier postanowił zabawić się w Davida Copperfielda. Potrzebował czworga utalentowanych iluzjonistów (w tych rolach Jesse Eisenberg, Isla Fisher, Dave Franco i Woody Harrelson), którzy podczas spektakularnego show, nie ruszając się z wypełnionej po brzegi sali w Las Vegas, obrabowują paryski bank. Jeśli myślicie, że to wszystko, na co ich stać, jesteście w błędzie. Zresztą nie tylko wy. Tropem nieuchwytnych przestępców-magików podąża agent FBI Dylan Rhodes wraz z towarzyszącą mu Almą Vargas z Interpolu. Cały czas są krok za nimi. Wkrótce zrozumieją, że pierwszy skok to była jedynie rozgrzewka. „Iluzja” rzeczywiście przypomina wciągający pokaz prestidigitatora: mamy tu napięcie, perfekcyjny plan, jego równie precyzyjną, co brawurową realizację, a także epizody humorystyczne oraz ciekawych bohaterów, którzy zdradzają tajniki swojego fachu. Oczywiście wszystko po to, by wykorzystać je przeciwko widzowi poddającemu się złudzeniu. Liczy się tu głównie rozrywka (chociaż twórcy na chwilę czynią z iluzjonistów Robin Hoodów doby kryzysu, sugerując ambitniejsze przesłanie) – czyli zdumienie po zakończeniu triku. Z filmem jest o tyle trudniej niż z magiczną sztuczką, że nie wystarczy jedynie wywieść oglądających w pole. Finałowy twist trzeba jeszcze w miarę sensownie uzasadnić, a Leterrier i spółka mają z tym problem. Jakby zapomnieli o regule, na którą wielokrotnie powołują się bohaterowie „Iluzji”: „Im uważniej patrzysz, tym mniej widzisz”. Dopóki jesteśmy wodzeni za nos, towarzysząc agentowi granemu przez Marka Ruffalo, dopóty całość trzyma się kupy. Kiedy jednak przychodzi pora wyjaśnień, efekt zaskoczenia szybko mija – z szerszej perspektywy intryga okazuje się jeśli nie niedorzeczna, to przynajmniej grubymi nićmi szyta. [Piotr Guszkowski]

MUZYKA

... Aktivist mix #5 by Marcin Krupa Marcin Krupa to pierwszy Polak w naszej serii podcastów. Ostatnie miesiące były dla niego bardzo pracowite. Jego wytwórnia Ponton Music jest coraz bardziej doceniana na świecie, m.in. za sprawą świetnej EP-ki „Nutcracker”. Jego house’owe numery to efekt fascynacji Motown Rec, bassline’ami i moogiem. Brzmieniowo można go z łatwością porównać do takich twórców jak Dusky, z którym – jesteśmy o tym przekonani – prędzej czy później będzie mógł dzielić scenę jak równy z równym. Jego tracki były puszczane w BBC Radio 1, Rinse FM czy Sub FM. Na początku lipca Marcin pojawi się na Open’erze – najwyższa pora zapoznać się z jego świetnymi produkcjami. A dzięki naszemu miksowi – także z umiejętnościami didżejskimi. Nie ma co zwlekać, na naszym Soundcloudzie mamy już ponad pięć godzin świetnych setów, więc wklikujcie: www.soundcloud.com/aktivist_ magazyn


Kanye West „Yeezus” Universal Music Polska

The Last of Us PS3 Sony

MUZYKA

Iluminacja

Co o życiu może wiedzieć koleś, który pewnie w tej chwili zasuwa swoim lambo, odziany w najnowszą kolekcję Louis Vuitton? Wspólna pociecha z najbardziej wylansowaną celebrytką USA, nagana z ust samego Obamy i cała kawalkada niefortunnych czy zwyczajnie bufońskich wypowiedzi – Westa można werbalnie skopać w tak łatwy sposób, że jest to bardziej banalne niż dissowanie Justina Biebera. Cierniem w boku wszystkich malkontentów będzie pewnie fakt, że „największy hipokryta muzycznego biznesu” wydał właśnie doskonały, szósty z rzędu album, i to w mocno brawurowym stylu. Kanye zaciągnął na pokład zakurzonego już producenta Ricka Rubina, a ten odwdzięczył się najlepszą od niepamiętnych czasów robotą, odchudzając większość kompozycji, zostawiając tylko najważniejsze, piorunujące akcenty i kierując wszystkie reflektory na główną postać tej całej szopki. Antyepickie, obślizgłe, mechaniczne bity, sample żywcem wzięte z węgierskiego prog rocka, totalnie odklejone od reszty dancehallowe wstawki. Kanye powoli dorzuca te składniki do kotła z podejrzanym eliksirem, potęgując w słuchaczu konsternację, która stopniowo ustępuje miejsca całkowitemu oniemieniu. Dzięki zabiegom Rubina liryczny geniusz Westa wysuwa się na pierwszy plan, a spektakularne tło wydaje się jeszcze bardziej olśniewające. Wiele osób nie może przeboleć, że Kanye jest najlepszym kandydatem na głos pokolenia. Niech ich boli mocniej, może zrozumieją. [Cyryl Rozwadowski]

GRA

Obywatel Kane wśród gier

Tym mianem określany jest „The Last of Us”, ekskluzywny tytuł na PS3, stworzony przez firmę Naughty Dog – autorów uwielbianego „Uncharted”. „TLoU” to pozornie historia jakich wiele. Niedaleka przyszłość: cywilizacja zdziesiątkowana przez grzyba, który zmienia ludzi w zombiepodobne stwory. Ci, którzy przetrwali, mieszkają w małych społecznościach rządzonych silną ręką przez zbrojne minirządy. Godzina policyjna, żywność na kartki – przyszłość to ciągły stan wojenny. W tym świecie żyje dwoje naszych bohaterów – młoda Ellie, która nigdy nie poznała innego życia, i zmęczony Joel, któremu zaraza odebrała wszystko. Podobnie jak w „Bioshock: Infinite” gracz wciela się w postać mężczyzny, a naszym celem jest przetransportowanie Ellie do Świetlików – grupy zwalczającej oficjalne władze. Najważniejszym elementem „The Last of Us” są genialnie zarysowani, bardzo różni protagoniści: oboje w trakcie wspólnej podróży zaczynają się poznawać, a gracz śledzi zacieśniającą się między nimi więź. Chyba nie pamiętam lepszej pary bohaterów w grze. Do tego dochodzi świat, w którym musimy się bronić nie tylko przed hordami przemienionych, lecz także przed grupami szabrowników, którzy nie powstrzymają się przed niczym, by zabrać nam broń czy pożywienie. „The Last of Us” pokazuje powolny upadek cywilizacji. Jednocześnie jest w tym wszystkim nadzieja na odbudowanie świata, jaki znamy. „The Last of Us” – w przeciwieństwie do bardziej baśniowej „Bioshock” – to gra szalenie realistyczna. Nietrudno uwierzyć, że nasz świat mógłby tak wyglądać. I nie potrzeba do tego zombie – wystarczą ludzie. „TLoU” to jeden z ostatnich wielkich tytułów na konsole starej generacji. Ma szansę stać się tą produkcją, do której przez następne kilkanaście lat każda gra będzie porównywana. [Kacper Peresada]

Black Sabbath „13” Universal Music Polska

MUZYKA

Wieje nudą

RZECZ

Krzesło ofiarne

Jak owieczkę bogom, tak ubraniom trzeba złożyć w ofierze jakiś mebel. Znacie to: choćby nie wiem jak często sprzątać, porządkować i układać, zawsze zostaje ten jeden mebel, na którym nie da się usiąść, ba, którego często nawet nie widać spod sterty ubrań, które nieświadomie na niego rzucacie. A przecież milion razy obiecywaliście sobie, że ciuchy zamiast na piętrzącą się na krześle stertę odkładać będziecie do szafy. Nie ma co, pogódźcie się z tym. Czas poświęcić krzesło. Możecie użyć specjalnie w tym celu zaprojektowanego sacrifice chair – dostępnego w wersji białej i grafitowej. Wystarczy poświęcić 180 dolców, a będzie wasze. www.thingindustries.com [wiech]

Zostawmy na boku sensacyjną reaktywację, zamieszanie z perkusistą, chorobę Iommiego i załóżmy, że – tak jak mówili muzycy w wywiadach – „13” to album, który powinien ukazać się gdzieś w połowie lat 70. jako bezpośredni następca „Sabbath Bloody Sabbath”. Jak jest? Poprawnie, ekipa z Birmingham po prostu serwuje nam to, co robi (robiła) najlepiej i dzięki czemu zapisała się w historii rocka – nie tylko ciężkiego – jako jedna z najważniejszych formacji. Płytę otwiera typowy walec Iommiego („End of the Beginning”), który gdzieś około trzeciej minuty rozwija się w coś bardziej melodyjnego. Z podobną mocą przetacza się melorecytowany singiel o optymistycznym tytule „God Is Dead?”. Dwie ponadośmiominutowe kobyły na początek i zaczyna trochę wiać nudą, na szczęście rozwiewa ją bardziej dynamiczny „Loner” z bujającym riffem, przy którym chce się podkręcić głośność i fachowo zamiatać włosami podłogę. To zdecydowanie jeden z lepszych fragmentów na „Trzynastce”. Element urozmaicenia wprowadza też „Zeitgeist” z rozpoznawalnym, diabolicznym śmiechem Osbourne’a na początku, delikatnymi jak na Sabbath bębnami i akustyczną gitarą w tle. Łatwo zapamiętujemy również ostatni na płycie „Dear Father”, który kończy się odgłosami burzy i biciem dzwonu. Piękna klamra, łącząca „13” z debiutem. Album jednak jako całość trochę męczy. Wydaje się, że muzycy chcieli materiał zbyt „uprogresywnić” poprzez upchnięcie zbyt wiele patentów w każdym numerze. Zamiast się nimi zachwycać, zbyt często zastanawiałem się, gdzie podziała się ta fajna melodia, którą słyszałem jeszcze przed chwilą? Fani nie powinni mimo to narzekać. Jest lament Ozziego, są riffy wagi ciężkiej – no, klasyczny Black Sabbath po prostu! [Mateusz Adamski]


Nowożeńcy rys. Thomas Ott sc. Thomas Ott, Tab Murphy, Thomas Jane Kultura Gniewu

MUZYKA

Skarby na strychu

KOMIKS

Poślubieni ciemności

Disclosure „Settle” Universal Music Polska

Zakochał się w niej, gdy tańczyła na rurze w nocnym klubie. Od razu wiedział, że to ta jedyna. Szybki ślub wzięli w kaplicy przy kasynie i za pieniądze wygrane w ruletkę ruszyli w podróż poślubną. Szczęście im sprzyjało. Nocą potrącili jednak na ulicy faceta... Mistrz grozy Thomas Ott powraca w wielkim stylu. Jego „Nowożeńcy” są adaptacją filmu „Mroczna kraina” (scenariusz Tab Murphy, reżyseria Thomas Jane), ale Ott opowiedział go po swojemu. Artysta posługuje się techniką scratchboardingu, wyskrobując swoje rysunki z pomalowanych na czarno kartonów. Jego historie rodzą się więc dosłownie z mroku, który towarzyszy im do końca. Prace Otta są bardzo ekspresywne i sugestywne. Szwajcar świetnie opowiada obrazem, bardzo filmowo prowadząc narrację. „Nowożeńcy”, podobnie jak inne jego komiksy, to połączenie thrillera i horroru. Prosta historia opowiedziana jest w sposób bardzo wciągający, a umiejętne kadrowanie sprawia, że czytelnik z niepokojem czeka na kolejny obrazek. Wrażenie robi także zapętlające fabułę zakończenie. Skojarzenie z filmami Davida Lyncha jest jak najbardziej na miejscu. „Nowożeńcy” to komiks, którego nie można przegapić! [Łukasz Chmielewski]

Ponoć szczęście sprzyja lepszym. Na pewno jednak sława wyprzedziła nieco braci Lawrence’ów, którzy na brak atencji nie mogą narzekać. W ciągu ostatnich dwóch lat świetnymi singlami przygotowali solidny grunt pod wydanie debiutu. Numery zwracały uwagę nie tylko maestrią produkcyjną i gadżeciarskimi wręcz nawiązaniami do ich rodzimej manchesterskiej kultury acid i Detroit house’u, ale też doborem wokalistów, których wyraziste wokale niepozbawione soulowej maniery nadały tym oldskulowo-klubowym kawałkom popowego charakteru. Zupełnie jak na płytach ich protoplastów: Adamskiego, Inner City czy Masters At Work. I podobnie jak na albumach starszych o 25 lat kolegów – wbrew zapowiedziom, że płyta będzie blendem wymienionych powyżej elementów – nie brakuje tu kompozycji kwasowo-parkietowych, przy których trudno zmywać naczynia czy spacerować wieczorem po parku. Purystów idei techno zdefiniowanej przez papieża gatunku, Jeffa Millsa, na pewno rozbolą zęby od wtórności „Settle”, którą od wzorców sprzed lat różni głównie nowoczesny miks i mastering. Howard i Guy jednak nie czują i nie chcą się czuć mesjaszami muzyki tanecznej. Bawią się tworzeniem tego, co fascynuje ich samych. Wrodzona intuicja i zdolności pomogły im wyciągnąć z kanciapy w Haciendzie najfajniejsze house’owe artefakty, oczyścić je z patyny i pozwolić im znów lśnić. I chyba na tym polega największa wartość twórczości Disclosure. [Rafał Rejowski]

Dziewczyna z lilią („L’Écume des jours”) reż. Michel Gondry obsada: Romain Duris, Audrey Tautou, Omar Sy Francja/Belgia 2013, 125 min Kino Świat, 5 lipca

FILM

Prawie jak we śnie

Boris Vian nigdy nie miał szczęścia do ekranizacji swoich książek. Zresztą pokaz „Pluję na wasze groby!” na podstawie sztuki pisarza skończył się dla niego zawałem serca i nagłą śmiercią, a sam film od tego czasu mało kto miał odwagę oglądać (chyba że to jedna z legend, którymi na przestrzeni lat obrósł życiorys guru paryskiej bohemy lat 50.). „Dziewczyna z lilią” nakręcona na kanwie „Piany dni”, najbardziej poczytnej powieści Viana, nieśmiało zrywa z tą regułą – zgonów w kinie raczej nie przybędzie, choć niektórzy mogą poczuć zmęczenie od nadmiaru bodźców. Reżyser Michel Gondry w literackim pierwowzorze znalazł pretekst do tego, co zawsze najbardziej go fascynowało – ćwiczeń z wyobraźni. Zrezygnował jednak z językowych eksperymentów Viana, skupiając się przede wszystkim na wizualnym potencjale historii. W sukurs tej prostej, miłosnej opowieści przychodzą więc ożywione metodą animacji poklatkowej cuda – buty uciekające przed bohaterem, pająk-dzwonek do drzwi, którego trzeba rozgnieść, by przestał anonsować gości, i tłusty węgorz ukrywający się w kranie. Po drodze Gondry zagubił jednak zjadliwość i dystans francuskiego pisarza, a w zamian wyczarowuje podróże w chmurce i muzykalne promyczki. Wśród tych atrakcji, przejmujących kontrolę nad całym filmem, jakby bocznym nurtem płynie opowieść o Colinie i Cloé, z trudem dopominających się o uwagę widza. On jest piękny i bogaty, ma szczękę Romaina Durisa, stół na wrotkach i pianino serwujące koktajle, ona jest Audrey Tautou, która stara się nie być Amelią. Gdy w jej płucu wyrasta zabójczy kwiat, „Dziewczyna...” – z wyraźną korzyścią dla filmu – zmienia tonację. Reżyser zastępuje slapstick groteską, dom bohaterów oplata pajęczyną i spowalniając tempo, pozwala wybrzmieć ponurym nutom. Tyle że podobną historię znamy w ciekawszej wersji (bo ograniczonej skromnym budżetem, narzucającym twórcom dyscyplinę?), opowiedzianą przez tego samego autora-wizjonera – to „Jak we śnie” z Charlotte Gainsbourg i Gaelem Garcίą Bernalem, których zagubieniu znaczne łatwiej było kibicować. [Mariusz Mikliński]

Boards of Canada „Tommorow’s Harvest” Warp Cenega

MUZYKA

Żniwa na księżycu

Nie dalej jak w grudniu, przy okazji recenzji debiutu Kamp!, podśmiewałem się z The Avalanches i Boards of Canada, którzy nie mogli się zebrać, by wypuścić nowy krążek. Ci drudzy musieli sobie wziąć te słowa do serca, bo właśnie wydali swój czwarty w karierze album. „Tommorow’s Harvest” poprzedziło ogólnoświatowe poszukiwanie wskazówek dotyczących nowego wydawnictwa. Pasjonaci łamali szyfry, przetrząsali sklepy płytowe na całym globie i nocami omawiali znalezione już poszlaki, a odkryty przez nich Święty Graal lśni naprawdę jasnym blaskiem. Najnowsza płyta zespołu nie przynosi rewolucji – tej zresztą nikt chyba nie oczekiwał – ale charakterystyczna dla BoC mikstura ambientu, sennego techno i mglistego downtempo została odpowiednio doprawiona. „Tommorow’s Harvest” po raz kolejny udowadnia ponadczasowość brzmienia wypracowanego przez braci Sandison. Przestrzenne dźwięki, poprzetykane ciężkimi perkusyjnymi bitami, skutecznie masują mózg, ale najlepiej wypada najbardziej dynamiczne i naszpikowane niuansami „New Seeds”. 2013 oficjalnym rokiem udanych powrotów. [Cyryl Rozwadowski]


Frances Ha reż. Noah Baumbach obsada: Greta Gerwig, Mickey Sumner, Adam Driver USA 2012, 86 min Bestfilm, 19 lipca

FILM

Dziewczyna

Frances to wzorcowa przedstawicielka pokolenia Y. 27-letnia wagarowiczka, z dala od kredytów, briefów i zobowiązań. Czasem pracuje, głównie bywa, a tam, gdzie bywa, jest pijana, dowcipna lub pretensjonalna. Ma iPhone’a, ale nie ma na czynsz, jada głównie na imprezach, zawsze płaci za siebie, chyba że nic nie ma na karcie. Dużo mówi – obowiązkowo coś niestosownego, więcej myśli i zmyśla – w pozycji horyzontalnej oddaje się rojeniom o karierze tancerki. Nie stać jej na Williamsburg, ale nie chce wracać do rodzinnego, zapyziałego Sacramento. Przytroczona do wielkiego plecaka, w którym upycha cały swój dobytek, dryfuje między wynajmowanymi mieszkaniami i knajpami, cudzymi materacami i akademikami. Ten uporządkowany chaos burzy jej przyjaciółka Sophie (córka Stinga, Mickey Sumner, choć w wielkich okularach przypomina raczej wnuczkę Diane Keaton), która postanawia przejść na szarą stronę życia – wychodzi za mąż. „Frances Ha” to przede wszystkim Greta Gerwig – aktorka po kwerendzie w Europie („Zakochani w Rzymie” Allena) wróciła na znajomy, nowojorski grunt, gdzie wraz z Noahem Baumbachem przygotowała scenariusz do uroczego, czarno-białego komediodramatu opartego w dużej mierze na wątkach autobiograficznych. To dzięki niej widz nie ma wrażenia, że tytułowa postać została przepisana z podręcznika socjologii, a cały film to epizod z „Dziewczyn”, wycięty przez Lenę Dunham w postprodukcji. Duet Gerwig i Baumbach ma dryg do aranżowania autentycznych sytuacji oraz słuch do wartkich, dowcipnych dialogów i muzycznych puent, za pomocą których oddają oni hołd swoim filmowym idolom (francuskiej nowej fali czy Léosowi Caraxowi – np. podpatrzona w jego „Złej krwi” scena biegu przez miasto z rozbrzmiewającym „Modern Love” Davida Bowiego w tle). I choć twórcy kroczą wydeptanym szlakiem – historii o wdzięcznych neurotykach w amerykańskim kinie niezależnym raczej nie brakuje – to nie popadają we wtórność. Frances ani na moment nie staje się cieniem Hanny Horvarth z „Dziewczyn”. Ja nawet lubię ją bardziej. [Mariusz Mikliński]

Jeszcze kilka lat temu to Lena Dunham była porównywana do Grety Gerwig. Sytuacja zmieniła się po dwóch seriach „Dziewczyn” – 29-latka z Sacramento musiała ustąpić miejsca młodszej koleżance, wstawiającej na Instagram zdjęcia piesków. Gerwig gra, pisze scenariusze, reżyseruje. Poniżej wybór tego, co nieźle jej wyszło. „Nights and Weekends” – Gerwig do spółki z Joem Swanbergiem, guru mumblecore’u, przed i za kamerą – jako para żyjąca w związku na odległość. Amatorsko, ale trafnie i bez pretensji. Na drugim planie znajomi z amerykańskiego niezalu: Lynn Shelton i Jay Duplass („Siostra twojej siostry”). „Hanna Takes the Stairs” – pierwszy większy sukces Swanberga i Gerwig. Jej Hanna, wędrując od związku do związku, próbuje przekonać samą siebie, że ma ciekawe życie. Bez powodzenia. Ale za to udowadnia, że amatorska kamera wystarczy do zrobienia dobrego filmu. „Baghead” – mumblegore, czyli trochę horror, trochę komedia od Jaya Duplassa. Grupa scenarzystów, w tym Gerwig, pracuje nad filmem grozy o człowieku z papierową torbą na głowie. Tanio, z pomysłem. Lekcja przyzwoitego offu. „Greenberg” – pierwszy wspólny film Gerwig i Noaha Baumbacha, czyli przegląd scenariuszowych tropów w amerykańskim kinie niezależnym. Kilka kłótni, trochę seksu, komedia pomyłek plus koniecznie uroczy pies (tu imieniem Mahler). Tylko po co ten Ben Stiller?

RZECZ

Jedzenia w bród

Albo jedzenie z bród. W pierwszym odruchu każdy by pewnie wolał to pierwsze, ale talerze zaprojektowane przez amerykańskiego designera Phila Jonesa zachęcają do jedzenia z brody. Skutecznie. www.cargocollective.com [wiech]

Remember Me PS3/Xbox360 Cenega

GRA

Niezapominajka

Co by było, gdybyśmy mogli wykasować swoje wspomnienia? Jak bardzo byśmy się zmienili? Albo czy gdybyśmy magazynowali całą naszą pamięć, byłoby nam prościej? Nigdy nie zapomnielibyśmy tej knajpy, w której jedliśmy te pyszne knedle w tym mieście w Czechach. Po prostu poszperalibyśmy w systemie, i już – wiemy, jak iść. Ale co by się stało, gdyby firma, która zajmuje się gromadzeniem naszej pamięci, uzyskawszy monopol na dostęp do wspomnień wszystkich ludzi, postanowiła wykorzystać to do własnych celów? Do takiej właśnie rzeczywistości trafiamy w grze „Remember Me”. Wokół nas żyją drony, ludzie karani są za przestępstwa utratą pamięci, a kochankowie mogą przekazać sobie wszystkie wspomnienia. W tym świecie istnieje jednak ruch oporu. Jego największą nadzieją jest nasza protagonistka Nilin, która jako prawdopodobnie jedyna osoba może nie tylko oglądać wspomnienia ludzi, kraść je, ale też zmieniać. Ta ostatnia umiejętność jest highlightem zabawy. Podczas gry możemy wejść we wspomnienie jednej z postaci, aby je zmienić (niestety możliwe jest to tylko czterokrotnie podczas całej rozgrywki). Najpierw je oglądamy, potem zabieramy się za przewijanie i wyszukiwanie momentów, które mogą zaważyć na historii. Czasami wystarczy przesunąć krzesło, aby ktoś zakończył żywot. Opcji jest wiele i nawet jeśli za pierwszym razem uda wam się osiągnąć wyznaczony cel, polecam wrócić i sprawdzić, co i jak możecie zmienić, przesuwając w czyimś wspomnieniu np. szklankę z wodą 20 cm w głąb stołu. Równie ważnym elementem rozgrywki jest sposób walki, dość mocno inspirowany „Batmanem”, pozwalający nam na płynne przechodzenie od jednego przeciwnika do drugiego. „Remember Me” nie jest grą genialną, nie jest grą średnią, to po prostu bardzo dobry tytuł, który nie zyska miliarda fanów, nie otrzyma miliona nagród, ale będzie doceniony przez każdego gracza, który poświęci mu trochę czasu. Nie martwcie się – łatwo o nim nie zapomnicie. [Kacper Peresada]


Juan Atkins & Moritz von Oswald „Borderland” Tresor

MUZYKA

Miasta partnerskie

Oficjalne projekty kojarzenia miejscowości, które poza odległością na mapie dzielą również setki czynników ekonomiczno-społeczno-kulturalnych, przybierają często kuriozalne formy. Podpisywane za biurkami umowy nie przekładają się na realną wymianę (do)świadczeń, a mieszkańcy wybranych miast zachodzą w głowę, co ich łączy z obywatelami odległych krajów. Nie trzeba natomiast szukać daleko, by znaleźć metropolie zbliżające się do siebie bez wsparcia grantów, dofinansowań i całej biurokratycznej machiny. Ciągnąca się przez pół globu nić wiążąca Detroit z Berlinem spleciona jest z syntetycznych tonów, jednostajnych rytmów i odprawianych w pofabrycznych halach współczesnych rytuałów. Niegdyś świetnie prosperujący, a dziś chylący się ku upadkowi amerykański ośrodek przemysłu motoryzacyjnego z rozwijającą się od czasu upadku muru stolicą Niemiec łączy techno. Wyrastający z dubowych i funkowych tradycji muzycznych, tętniący organicznym groove’em, zniuansowany „high tech soul” znalazł dla siebie podatny grunt na betonowych rubieżach centralnej Europy. Juan Atkins, jeden z trzech ojców chrzestnych gatunku, oraz od samego początku uczestniczący w jego rozwoju na Starym Kontynencie Moritz von Oswald mogliby całą tę historię opowiedzieć lepiej niż ktokolwiek inny. Ale ani współtwórca takich pionierskich projektów jak Cybotron i Model 500, ani współzałożyciel niemożliwej do przecenienia wytwórni Basic Channel nie są szczególnie wygadani. Zamiast rzucać słowa na wiatr, na swoim pierwszym wspólnym krążku prowadzą dźwiękowy dialog. Wspominają nagrany wraz z Thomasem Fehlmannem album „Jazz Is the Teacher”, opowiadają sobie nawzajem o własnych autorskich projektach i... czerpią radość ze swojego towarzystwa. Nieśpiesznie, bez przekrzykiwania się, z ogromnym szacunkiem dla brzmień, tonacji i harmonii. Rozumieją się idealnie. Bo choć Detroit i Berlin dzielą setki różnic, to serca obu metropolii biją w tym samym tempie – równie eleganckim, jak tanecznym, pełnym ornamentów i pogłosów rytmie 4/4. Taktowaniu miejskiej dżungli. [Filip Kalinowski]

Kto cię uczył jeździć? („And Who Taught You to Drive?”) reż. Andrea Thiele Niemcy/Francja 2012, 90 min Against Gravity, 5 lipca

FILM

Real life comedy

Z perspektywy instruktorów jazdy i ich kursantów o różnicach między Wschodem a Zachodem. Amerykanin w Japonii, Koreanka w Niemczech, Niemka w Indiach, czyli TVN-owska „Nauka jazdy” w skali globalnej. Jacob, zwany Jake-San, nie wie, co robi w Tokio. Naucza angielskiego, uczy się japońskiego, którym operuje na poziomie komunikatywnym. Ima się robót dorywczych, nielicujących z jego ambicjami grafika. Samotny, często zapija z innymi ekspatami. Prawko przydałoby mu się choćby po to, by mógł wracać późniejszym wieczorem. Kurs to trauma, jeździ zawijasami po placu, nie rozumie zastrzeżeń instruktora. Sensei każe sympatycznemu chłopakowi zapomnieć o Georgii, bo auto to nie dziki koń. Tu trzeba sprawdzić, czy drzwi są prawidłowo zamknięte, a o sukcesie decyduje elegancja. Z kolei Hye-Won układa sobie życie w Monachium (gdzie wszyscy myślą, że jest Chinką lub Japonką) – z mężem i słodkim synkiem. Sama też jest słodka i bystra, kurs traktuje jako wyzwanie. Śmieje się z tutejszego umiłowania porządku, za kółkiem jest ostrożna, boi się autostrady (to element egzaminu). Mówi poprawną goethewszczyzną, z instruktorem wchodzi w dyskusje o psychologii. Ostatnia bohaterka, projektantka ubrań Mirela, potrzebuje prawka, by jeździć po Indiach za materiałami, które wyrażą jej duszę. Postawa europejskiej emancypantki irytuje widza bardziej niż samą zainteresowaną bombajski bajzel. Gdy z czasem luzuje i przyjmuje do wiadomości, że bóg będzie szczęśliwy, gdy wszyscy będą szczęśliwi, sprawdzi się nie tylko za kółkiem, ale i jako bohaterka filmu. O ruchu w biednej Azji, stanie technicznym pojazdów czy hinduskim podejściu do czasu nie ma sensu wspominać, znamy to z obrazków i podróży. Sam ostatnio walczyłem z niepełnosprawnym suzuki jimny na Bali – spore wyzwanie. W Indonezji wystarczy prawko międzynarodowe, za to nasza trójka potrzebuje dokumentów lokalnych. W Indiach szczególnie ciekawie wygląda lekcja sygnalizacyjnej gestykulacji. Takie bezpretensjonalne, optymistyczne dokumenty jak „Kto cię uczył jeździć?” lubią ludzi – w całej globalnej rozciągłości. Przy fajnych bohaterach i sprawnej realizacji, gdzie forma nie przesłania treści, więcej do kinowego szczęścia nie potrzeba. Debiutująca niemiecka reżyserka może pomyśleć o sequelu. [Łukasz Figielski]


Nasze nowe, czyli co Polak potrafi zrobić z gitarą. Pod koniec maja wypuszczono sporo ciekawych płyt rodzimych okołogitarowych zespołów. Pojawiły się za późno, żebyśmy zdążyli o nich napisać w czerwcowym numerze, ale są zbyt interesujące, żeby o nich nie wspomnieć w ogóle. Krzysiek Kowalczyk zrobił więc minipodsumowanie.

Trupa Trupa „++”

California Stories Uncovered „EP.2”

MUZYKA

MUZYKA

Odcienie czerni

Zamiast nagrać materiał podobny do powszechnie chwalonego debiutu, Grzegorz Kwiatkowski wraz z kolegami stworzył po części jego przeciwieństwo. Rockowa energia lat 60. została zastąpiona duszną atmosferą oraz utworami pełnymi goryczy, bezradności i smutku. Subtelne i świetnie napisane piosenki czerpiące garściami z folku i psychodelii to jedno, ale na tej płycie równie dużą rolę odgrywa organiczne, ciepłe brzmienie. Można grać w Polsce muzykę gitarową z nutą nostalgii bez cienia żenady? Można.

W pół drogi

Powrót prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalnych na naszym rodzimym podwórku reprezentantów post rocka. Zespół stoi w rozkroku między starymi patentami – patosem, przestrzennymi gitarami i zachodzącym słońcem – a próbami odejścia od schematów, które praktycznie zabiły ten gatunek. Freak-folkowy chaos oraz dream-popowe melodie wydają się dobrą drogą, ale odpowiedź na pytanie, czy w przyszłości CSU konsekwentnie nią podąży, dostaniemy dopiero na drugiej pełnoprawnej płycie.

David Podsiadło „Comfort and Happiness” Sony Music Poland

Fonovel „Różowy album” OVO

MUZYKA

MUZYKA

Debiutancka płyta zwycięzcy drugiej edycji „X-Factora”. Wiem, nie jest to najlepsza rekomendacja, ale Podsiadło naprawdę nieźle broni się na tle reszty laureatów tego typu programów. Jego piosenki są lekkie, melodyjne i przyjazne radiu, ale z pewnością nie prostackie. Pozytywnie zaskakuje ich brzmienie, nasuwające skojarzenia z Coldplayem, Jamesem Bluntem czy Johnem Legendem, oraz teksty, których część napisała Karolina Kozak. Podsiadło nie zagrozi pozycji Moniki Brodki, ale będą z niego ludzie.

Wbrew pozorom nagranie albumu pełnego prostych przebojów jest znacznie trudniejsze niż stworzenie np. rozbuchanej rock opery. Fonovel jest zespołem, który po raz drugi siłuje się z poprockową formułą i niestety ciągle tę walkę przegrywa. Oparty na syntezatorach „Różowy album” próbuje inspirować się latami 80., ale brzmi po prostu archaicznie. Sytuacji nie poprawia fakt, że część piosenek zostało napisanych w rodzimym języku, w konwencji „polrockowej”. No i ten nieszczęsny tytuł płyty…

Telewizja (czasem) nie kłamie

Walka z materią

Thundercat „Apocalypse” Brainfeeder

MUZYKA

Śpieszmy się kochać...

Nad większością soulowych numerów i krążków słońce świeci z bezchmurnego nieba, a gęste, ciepłe powietrze przecina ledwie leniwy podmuch przyjemnej, letniej bryzy. Z kolei nad rytmicznymi strukturami stworzonymi przez różnych bitmakerów i innych elektroników rozpościera się bezkresny kosmos – upstrzona tysiącami gwiazd, ziejąca czernią otchłań. Pod pierwszym z tych sklepień zwykle czai się jednak pewien nieokreślony smutek, a drugi zdaje się dziwnie przyjazny i kuszący. Pejzaż, jaki kalifornijski wirtuoz basu Thundercat maluje na drugim krążku do spółki ze swoim wydawcą i kumplem Flying Lotusem, przywodzi na myśl oba te widoki. „Apocalypse” to przedpołudniowy błękit, na którym obok żarzącej się kuli widać bladoniebieskie kratery księżyca. Nie upajając się swoimi umiejętnościami, Thundercat śpiewa zwiewnym falsetem i urzeka przede wszystkim szczerością. Poetyckość kontrastuje z abstrakcją, partie basu zderza z rozklekotanym rytmem, a popowy potencjał „niweczy” eksperymentalnym podejściem do struktury piosenek. I tylko z przedwczesną śmiercią swojego kumpla nijak nie potrafi sobie poradzić – „Apocalypse” jest pośmiertnym hołdem dla pianisty Austina Peralty, który na tydzień przed nieszczęśliwym wypadkiem grał jeszcze w Polsce. Thundercatowi wciąż doskwiera ta tragedia i nie pozwala mu w pełni cieszyć się pięknem i złożonością otaczającego go świata. Pocieszenia szuka w spontaniczności, przyjaźni i miłości; w dźwiękach, w których smutek jest tylko jednym z elementów kosmicznej pełni, a energia nie znika w próżni, tylko wraca pod inną postacią. [Filip Kalinowski]

Chwila jak płomień rys. Paweł Garwol sc. Roman Lipczyński Kultura Gniewu

KOMIKS

Kto okrada ślimaki?

„Chwila jak płomień” Pawła Garwola (rysunek) i Romana Lipczyńskiego (scenariusz) to siedem niezależnych historii, które łączy zaskakujący, trochę absurdalny pomysł i odrobina makabry. Jako pierwsze rzucają się w oczy bardzo efektowne grafiki, natomiast lektura pozwala docenić polot i kunszt scenariusza. Absolutnie rewelacyjnie wypadają fabuły o rabowaniu muszli ślimaków, przenikaniu się fikcji filmowej z rzeczywistością, pilnowaniu własnego grobu przed kukułką i psie, który pozazdrościł Ikarowi. Kto ceni sobie twórczość Rolanda Topora czy Borisa Viana, ten powinien zdecydowanie sięgnąć po ten komiks. Lipczyński potrafi zaskoczyć, zaciekawić i zaczarować czytelnika swoją wyobraźnią. Duża w tym zasługa Garwola, który bardzo efektownie zilustrował jego pomysły. Graficznie komiks utrzymany jest w stylistyce autorskiego realizmu. Stawiając mnóstwo drobnych kreseczek, rysownik buduje głębię i przestrzeń swoich prac, a ciekawym filmowym kadrowaniem dodaje historiom dynamiki i napięcia. „Chwila jak płomień” to z pewnością jeden z najlepszych polskich komiksów tego roku! [Łukasz Chmielewski]


Russendisko reż. Oliver Ziegenbalg obsada: Matthias Schweighöfer, Friedrich Mücke, Christian Friedel Niemcy 2012, 100 min Vivarto, 19 lipca

FILM

Typy spod czerwonej gwiazdy

Marzenia o Zachodzie – wszyscy Polacy, którzy mieli szczęście urodzić się chwilę przed 1989 r., wiedzą, co to oznacza. O wielkim, wolnym i swawolnym świecie marzą także młodzi Rosjanie, bohaterowie „Russendisko”, debiutu niemieckiego scenarzysty Olivera Ziegenbalga, który swój film oparł na bestsellerowej biografii Władymira Kaminera. Władymir, Andriej i Misza są przyjaciółmi, którzy wraz z pierwszą falą emigracji, tuż po upadku muru berlińskiego, obierają kurs na Berlin. Mogą dostać wizy, bo Niemcy przyznają je imigrantom żydowskiego pochodzenia, którym wszyscy trzej (no, prawie...) się legitymują. Szybko wciąga ich wir miejskiego życia: każdy z nich inaczej się aklimatyzuje, na własną rękę próbując znaleźć swoją życiową i zawodową drogę. Młodzi mężczyźni doskonalą się w sztuce przetrwania, lekko podrasowując ją uroczym kombinatorstwem i kroplą wariactwa. Poznają nowe miejsca, możliwości i dziewczyny. Na ekranie rządzi – dziś ultrahipsterski – duch wczesnych lat 90. Film Ziegenbalga jest przesyconą zaraźliwym humorem i optymizmem współczesną baśnią opowiadającą o sprawach, którym w kinie często towarzyszą patetyczne deklaracje. Na szczęście tym razem miłość, nadzieja i pogoń za szczęściem nie nurzają się w kiczu (nie licząc naturalnie kiczowatej estetyki tamtego okresu, ale na to nie ma rady). Zawdzięczamy to temu, że „Russendisko” nie próbuje sprzedawać widzowi życiowych mądrości i jest po prostu dobrym filmem rozrywkowym. Można go porównać do przebojowej piosenki: choć nie jest na najwyższym poziomie, to tkwi w głowie jeszcze długo po tym, jak wybrzmi ostatnia nuta. [Anna Tatarska, Stopklatka.pl]

Prawda Michael Palin

The Fall „Re-mit” Cherry Red

MUZYKA

30+

„Re-mit” to jakiś 30 album The Fall. Co najbardziej zaskakujące – bodaj czwarty z rzędu nagrany w tym samym składzie. Dotychczas niewielu muzykom udało się tyle czasu zagrzać miejsce u boku Marka E. Smitha, od 35 lat prowadzącego formację i słynącego z – ujmując eufemistycznie – niełatwego charakteru. Nie znaczy to, że Smith spokorniał. Nadal atakuje straceńczą, podlaną sarkazmem energią. Podstawowe elementy stylu zespołu również pozostały niezmienne. Transowo dudniąca sekcja zakorzeniona zarówno w punku, jak i kraut rocku, niekiedy z lekka funkująca, a nawet odwołująca się do bluesa. Do tego noise’owa gitara i dodające psychodelicznego kolorytu zgrzytające czy też świszczące syntezatory. W końcu charczący, szyderczo cedzący słowa lider. Niby nic nowego, ale całość wypada zadziwiająco świeżo. Twórczość The Fall od ponad trzech dekad pozostaje inspiracją dla różnej maści muzycznych outsiderów, a jej wpływy słychać także u funko-punkowców z ostatniej dekady. Dowodzona przez Smitha grupa pozostaje jednak zjawiskiem niepodrabialnym i wciąż nader charyzmatycznym! [Łukasz Iwasiński]

Michael Palin to ten od Monty Pythona. Owszem. Warto jednak pamiętać, że to także zapalony podróżnik i autor bestsellerowych książek i dokumentalnych seriali podróżniczych. Zupełnie poważnych.

Austra „Olympia” Domino

MUZYKA KSIĄŻKA

Gapa na krańcu świata

Keith Mabbut to typ poczciwego nieudacznika. Niespełniony jako pisarz (był dziennikarzem śledczym, ale dał za wygraną i klepie pijarowe chałtury dla dużych koncernów), przegrany jako małżonek (żona właśnie zażądała rozwodu i spotyka się z bogaczem), starający się odnaleźć jako ojciec dorosłych dzieci (córka ma chłopaka uchodźcę, a syn postanowił zostać aktorem i wystawia sztukę pt. „Dupa”). Jednym słowem Mabbut nie jest specjalnie szczęśliwy. Wie jednak, co może sprawić, by wszystko wróciło na właściwe tory. To powieść, którą chce od dawna napisać i która sprawi, że literacki świat padnie przed nim na kolana. Niestety nie udaje mu się również i to. Dość nieoczekiwanie musi się podjąć zupełnie innego zadania – ma napisać biografię Hamisha Melville’a, człowieka legendy, słynnego aktywisty na rzecz praw człowieka, samotnika, postaci wielce tajemniczej, i warto dodać – człowieka obsesyjnie dbającego o to, by nikt się o nim niczego nie dowiedział. Mabbut rusza więc śladem ekobojownika, wykorzystując swoją bezbarwność i nieporadność jako znakomity kamuflaż. „Prawda” to podróżnicza przygodówka, trochę awanturnicza, napisana lekko i zabawnie, nieroszcząca sobie pretensji do bycia filozoficznym traktatem o odnajdywaniu siebie (jak wiele innych książek z motywem „człowiek na zakręcie plus podróż do Indii”) czy esejem o ekologii. Zachęca jednak do refleksji zarówno nad międzyludzkimi relacjami, jak i nad kondycją współczesnego świata żyjącego często kosztem najbiedniejszych. [Sylwia Kawalerowicz]

Druga runda

Drugi album Austry mógł być porażką na całej linii. W końcu ile można smucić na tle klawiszowych plam i synthbitów? W ciągu ostatnich paru lat pojawiło się mnóstwo pięknych dziewcząt przemierzających mroczne wrzosowiska i inne równie klimatyczne miejsca. Czas pokazał jednak, że kanadyjskie trio firmowane pyzatą buźką Katie Stelmanis nie tylko było najlepsze w tym nurcie, lecz także jako jedyne miało pomysł na wyrwanie się ze skostniałego schematu. „Olympia” to jedna z tych płyt, które początkowo kompletnie nie kleją się do słuchawek. Po części dlatego, że pokusa wyniuchania jakiegoś związku z genialnym debiutem jest tak wielka, że aż psuje wrażenie, jakie mogłyby wywołać pierwsze przesłuchania. Tymczasem różowy garnitur i fototapeta na okładce to pierwszy, ale nie najpoważniejszy zwiastun zmian. Austra 2013 to kawał dojrzałego popu, który dla laika zapewne niewiele różni się od materiału opublikowanego na „Feel It Break”. Wystarczy jednak pomieszać na liście odtwarzania piosenki z obu albumów i od razu słychać, że nowe nagrania zdecydowanie lepiej sprawdzą się pod kulą disco niż na wampiriadzie. Dawno nie słyszałem płyty tak przebojowej, ale zarazem kompletnie pozbawionej krzykliwego pierwiastka wyluzowania, typowego dla wszystkich tanecznych produkcji. To może być zestaw totalny, który zawładnie latem: sprawdzi się zarówno na imprezach, jako soundtrack do nocnego czytania książek, jak i podczas spacerów po polach i lasach. [Michał Kropiński]


GRA

Gra do czytania

Książki są fajne. Gry komputerowe też są fajne. Dlatego z ich połączenia nie powinien powstać potworek, jeśli dobrze wykorzysta się ich potencjał. „Diggs: Nightcrawler” to historia detektywistyczna dla młodszych graczy. Do grania wykorzystujemy dodatki do PlayStation: Move i Eye. Mamy przed sobą rozłożoną „niby-książkę”, a na ekranie telewizora rozgrywa się intryga, którą musimy rozwiązać. Więc machamy rękoma, przekręcamy książkę, aby więcej widzieć, gonimy potwory, rozbijamy talerze, kontrolera używamy jako szkła powiększającego. Jako ktoś, kto dopiero co obchodził swój pierwszy Dzień Ojca – jaram się. Dobrze, że są gry, w których będę mógł kazać mojemu synowi wirtualnie posprzątać pokój i samemu spokojnie grać dalej. [Kacper Peresada]

Diggs: Nightcrawler PS3

Alice in Chains „The Devil Put Dinosaurs Here” Universal Music Polska

MUZYKA

Ciągle na tych samych torach

Reaktywacja Alice in Chains, która zaowocowała kilkoma latami koncertowania, powrotem do studia i wydaniem w 2009 r. płyty „Black Gives Way to Blue”, przebiegła bardziej niż pomyślnie. Etykietka grunge’u już dawno odpadła, William DuVall dobrze i z szacunkiem zastąpił tragicznie zmarłego Layne’a Staleya, a nagrany w nowym składzie album spotkał się z powszechnym uznaniem krytyków i sympatią słuchaczy, o czym świadczą nominacje do nagród Grammy, ponad pół miliona sprzedanych egzemplarzy w samych Stanach oraz wysokie, piąte miejsce na liście „Billboardu”. – Nie sądzę, żebyśmy was zaskoczyli, to kolejny rozdział w naszej książce – mówił przed wydaniem „The Devil Put Dinosaurs Here” gitarzysta i lider grupy, Jerry Cantrell. Trudno nie przyznać mu racji. Nowy album to w zasadzie „BGWtB” z jeszcze bardziej przybrudzonym brzmieniem. Otwierający „Hollow” napędzany jest potężnym riffem i rozpoznawalnymi harmoniami wokalnymi. „Stone” wita nas bulgoczącym basem, budzącym natychmiastowe skojarzenie z „Rain When I Die” z niezapomnianego „Dirt”. Świetnie słucha się najbardziej „radioprzyjaznego” numeru w zestawie, czyli „Voices”, który jako brat bliźniak „No Excuses” spokojnie mógłby trafić na EP-kę „Jar of Flies”. Chłopaki trochę przesadzili jednak z długością płyty. 11 z 12 numerów nie schodzi poniżej pięciu minut, przez co siła ich uderzenia trochę słabnie. Np. numer tytułowy byłby prawdziwym kilerem po skróceniu o połowę – zamiast tego ciągnie się w nieskończoność. A dobrych riffów, chwytliwych melodii i solidnej dawki czadu tu nie brak, podobnie jak kombinowania z aranżacjami i zaskakujących rozwiązań. Można i tak, w końcu nie zarzyna się kury znoszącej złote jaja. Start na drugim miejscu listy „Billboardu” zdaje się potwierdzać, że chłopaki wiedzą, co robią. Tylko czy zainteresowania słuchaczy starczy na dłużej? [Mateusz Adamski]


LADY NINA W RBL.TV Polskie debiuty 2013 Studio Munka

DVD

Nieróżowo Rozmowa z prezenterką nowego programu „Parszywa 13”. Gdy ktoś ci mówi, że jesteś kompletnym świrem, to traktujesz to jako komplement czy zniewagę? Świr zdecydowanie ma wydźwięk pozytywny. Trochę szaleństwa raczej nikomu nie szkodzi. Od małolata, czy to w podstawówce, liceum, czy na studiach, byłam tak postrzegana i nigdy mnie to nie ukłuło. Raczej napełniało dumą, że wyróżniam się charyzmą. Na jakie paliwo działa twój reaktor? Napędzają mnie ludzie, którymi się otaczam. Sama daję dużo energii innym, ale również ją z nich wysysam. Jestem trochę frikiem, bo moja energia kumuluje się, gdy mam dużo do roboty. Zbieram moc wtedy, kiedy jej najwięcej zużywam. A paliwo mam prosto z Jamajki, bo właśnie dancehall jest muzyką, która mnie napędza!

12 średnich metraży, w tym trzy dokumentalne, 12 podopiecznych Studia Munka. 12 historii w jednym, zaskakująco ładnie wydanym – jak na polskie standardy – szaro-różowym boksie. Sam kolor opakowania wydaje się ironicznym komentarzem, gdyż twórcy wybranych filmów z pewnością nie patrzą na świat przez różowe okulary. Wszyscy wyraźnie ciążą ku mroczniejszym stronom życia: ochoczo rejestrują rodzinne zaszłości, drążą animozje na linii „miasto – wieś”, spisują dekalog pokolenia korporacji. Lubią słabych w realiach rządzonych prawem silniejszego, zaś silnym chętnie dają nauczkę. Boją się gatunkowych rozpoznań, a szukając własnego głosu, zbyt często oglądają się na dawnych mistrzów. Jeśli za miarę jakości krótkometrażówki uznać to, czy chciałoby się obejrzeć jej dalszy ciąg, to w przypadku tego zestawu takie odczucie miałem dwukrotnie. Po czarnej komedii „128. szczur” Jakuba Pączka – o studencie teologii, który śmiało mógłby dołączyć do grona sfrustrowanych bohaterów Marka Koterskiego – oraz po „Chłopcach” Pawła Orwata, niepokojącym filmie o dzieciakach próbujących dokonać zabójstwa na przypadkowej osobie. Dobrze ogląda się też „Leszczu” – letnią, kumpelską historię, w której Aleksandra Terpińska pokazuje dresiarzom, gdzie ich miejsce. Scenograficznym majstersztykiem jest natomiast „Jak głęboki jest ocean?”, rozgrywający się m.in. w brzuchu wieloryba – to niestety jedyna produkcja w stawce, która odważnie zrywa z realistyczną konwencją. Zupełnym nieporozumieniem okazało się za to „Przedtem, potem” Edyty Sewruk. Grafomański pod względem dialogów i pracy kamery portret 30-latki, ofiary warszawskiej – a jakże! – agencji reklamowej, która skruszona wraca na łono rodziny (w trumnie). Tylko dla wielbicieli talentu Krzysztofa Ibisza. Złe wrażenie poprawiają porządnie zrealizowane, powoli rozwijające się „Zasady gry” i „Powrót”, które lepiej wybrzmiałyby jednak w dłuższym metrażu. Studio Munka, wydając filmy młodych twórców, robi im – i nam – dużą przysługę – 30-minutówki nie mają szans na kinową dystrybucję, a w telewizyjnej ramówce zgubiłyby się między blokiem reklamowym a smutnym kabaretem. [Mariusz Mikliński]

Twój program polega na wyciąganiu opinii od przygodnie spotkanych osób. Skąd bierze się twoja łatwość rozmowy z ludźmi, zwana też brakiem obciachu? Nie mam pojęcia, skąd to się bierze. Ludzie zazwyczaj odpowiadają mi uśmiechem. Może dlatego, że się niczego nie boję i jak kogoś zaczepię, a ten mnie spławi, to bez żenady ruszam dalej. Gdybyś miała wybrać jedną ze swoich licznych pasji: dancehall, hip-hop, rapowanie, praca w TV, to na którą byś się zdecydowała? W tym momencie mojego życia jestem absolutnie niezwiązaną z niczym artystką (pozwolę sobie siebie tak nazwać). W mojej głowie pomysły mnożą się jak oszalałe. Chciałabym utrzymywać się z muzyki, ale zdaję sobie sprawę, że jest to ciężki kawałek chleba. Bardzo swobodnie czuję się przed kamerą, a praca z mikrofonem daje mi ogromną radość i satysfakcję. Widzę siebie jako prezenterkę, wokalistkę, konferansjerkę. Który obecnie znany artysta twoim zdaniem zasługuje na pierwsze miejsce „Parszywej 13”? Bez wątpienia największym obciachem ostatnich miesięcy jest okruszek po Natalce Kukulskiej, czyli Pikej. Rozpaczliwie stara się zaistnieć w światku hiphopowym, zaliczając upadek za upadkiem. Wypuszcza niezłe gnioty, a dalej śni mu się amerykański sen. Dobrze by było, gdyby ktoś go z tego snu wybudził. Rozmawiał: Michał Figurski, RBL.TV Program „Parszywa 13” w RBL.TV w każdy piątek o godz. 19.00. Powtórki w niedziele o 18.00, poniedziałki o 14.00 i czwartki o 10.00.

Sztuka znikania reż. Bartosz Konopka, Piotr Rosołowski Polska 2013, 52 min Against Gravity, 19 lipca

FILM

Z życia haitańskiego kapłana

Amon Frémon, haitański kapłan, przybył do Polskiej Republiki Ludowej w 1980 r. na zaproszenie Jerzego Grotowskiego. Przez kilka miesięcy współpracowali ze sobą w Teatrze Źródeł. W końcu, po dwóch latach, Frémon wrócił na Haiti, jednak nigdy więcej nie odprawił rytuału wudu. Tyle o nim wiadomo. Co takiego wydarzyło się w Polsce i jak dokładnie wyglądał jego pobyt, postanowili wyobrazić sobie Bartosz Konopka i Piotr Rosołowski. Reżyserzy w swoim kreacyjnym dokumencie odtwarzają dwa lata z życia bohatera, a jednocześnie dwa lata historii naszego kraju. Perspektywa obcego miesza się z narodową, tworząc zaskakujący mariaż. Ze „Sztuki znikania” m.in. dowiadujemy się, że stan wojenny to efekt opętania Jaruzelskiego przez złośliwego demona Barona Samedi. Mało zresztą brakowało, a bohater wypędziłby go z ciała generała, gdyby nie nadgorliwa milicja. Mimo że interpretacja Konopki i Rosołowskiego sama w sobie jest absurdalna, wprowadza do polskiego kina nową optykę w patrzeniu na PRL. Groza tamtych czasów nie objawia się w biedzie, deficycie produktów czy okrucieństwie władzy, lecz zyskuje metafizyczny wymiar. Świat realnego socjalizmu rządzony jest bowiem przez złe duchy, które dostrzec może jedynie nasz bohater. Dzięki temu dekada lat 80. XX wieku koresponduje nie tylko z czasami polskiego romantyzmu przepełnionego mistycyzmem, ale też ze współczesnością, w której takie pojęcia jak spisek czy konszachty, są na porządku dziennym. Tym skromnym filmem twórcom udało się więc upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Nie tylko sprzedali nam świetną historię, ale też powiedzieli wiele prawdy o nas jako narodzie. W końcu wielu dałoby sobie zapewne obciąć nie tylko rękę, gdyby 44 (ta liczba!) lata komunizmu można było złożyć na karb szatańskich macek. [Artur Zaborski/Stopklatka.pl]


Sam Amidon „Bright Sunny South” Nonesuch

V/A Music of the Future vol. 1 Ponton Music

Zomby „With Love” 4AD

MUZYKA

MUZYKA

MUZYKA

Sam Amidon może mówić o wielkim szczęściu – swoją wyjątkową wrażliwość zawdzięcza rodzicom, Peterowi i Mary Alice Amidonom, cenionym muzykom folkowym. Nic więc dziwnego, że z taką naturalnością i lekkością wykonuje piosenki nagrane 50 albo i 100 lat temu. Ale nie gorzej radzi sobie też z coverowaniem przebojów, które niedawno królowały na listach przebojów. I tak oto „Shake It Off” Mariah Carey oraz konfederacka pieśń z czasów wojny secesyjnej znalazły się na jednej płycie i co zaskakujące – świetnie do siebie pasują. Amidon mierzy się także z rodzinną schedą, nagrywając „Weeping Mary” Word of Mouth Chorus, zespołu swoich rodziców. Instrumentarium Amerykanina jest typowo folkowe: gitara, banjo, sporadycznie pojawiają się również skrzypce czy pianino. Wydaje się, że za pomocą tych prostych środków jest on w stanie uchwycić istotę każdej piosenki, a o to chyba w tym całym folku chodzi, prawda? [Krzysztof Kowalczyk]

Pomysłodawcy MOTF myślą przyszłościowo. I kompleksowo, bo do cyklu imprez pod tym szyldem (w lipcu ściągają do Polski Mount Kimbie) dołączyła właśnie kompilacja z 13 numerami od polskich producentów promujących – jak sami mówią – „inteligentną, wyjątkową i niedocenianą wciąż elektronikę”. Największą siłą wydawnictwa jest jego eklektyzm, a zarazem unikanie tanich chwytów, na które zresztą nie dałby się nabrać żaden prawdziwy fan rzeczonej elektroniki. Paradoksalnie, niejako wbrew tytułowi, najlepiej brzmią tu kawałki nawiązujące do klasycznego techno czy house’u, chociaż oczywistą oczywistością jest to, że młodzi zdolni równie chętnie sięgają po juke czy footwork. Jeśli trzymacie rękę na pulsie młodej elektroniki, nie będziecie zdziwieni i rozczarowani, kiedy na trackliście napotkacie m.in. Toma Encore’a swobodnie rozwijającego narrację w przestrzennym numerze „Second Sun”, duet Pvre Gold z kosmiczną ścieżką „Acid Dreams” albo reprezentujący „kulturę tumblrową” i estetykę postinternetową team Witchney Houston z kawałkiem „D1R3CT10N”. Pierwsza część składaka MofF jest bogata i przekrojowa. Liczę, że będą kolejne. [Michał Karpa]

Do tej płyty idealnie pasowałby tytuł „Memories of the Future”, ale taki album nagrał już Kode9 we współpracy ze Spaceape’em. Zomby, rozwijając tematy zainicjowane na krążku „Dedication” sprzed dwóch lat, jeszcze mocniej zanurza się w otchłani muzyki przyszłości. Jej nostalgiczna wizja, zakorzeniona wnajlepszych dokonaniach na poły eksperymentalnej, na poły melancholijnej elektroniki ostatnich lat, poprzeplatana jest motywami, które były budulcem pamiętnego debiutanckiego „Where Were U in ‘92”. „With Love” tworzą 33 utwory zapisane na dwóch krążkach. Początkowo niektóre sprawiają wrażenie chaotycznych, pościnanych szkiców. Wystarczy jednak zapętlić płytę, żeby znaleźć ciąg dalszy i ostatecznie finał każdego krótkiego numeru. Album, będący próbą poszukiwania równowagi między parkietowym szaleństwem i duchowym ukojeniem, operuje doskonale znanymi środkami: hipnotyzującymi głębiami i pogłosami, zapętlonymi ścinkami wokali i prostymi klawiszowymi motywami. Zomby nie przestał tęsknić za ekstatycznymi rave’ami, więc są tu też punktujące bleepy czy kawalkady galopujących bitów. Wszystko to powoduje, że „With Love” brzmi jak hipnotyzujący amalgamat ery Twittera – esencjonalny, a przy okazji bardzo emocjonalny. [Michał Karpa]

Staroświeckość w cenie Przyszłościówka

Gold Panda „Half of Where You Live” Ghostly

MUZYKA

Takie tam

Gdy ponad dwa lata temu usłyszałem debiutancką płytę Gold Pandy, uznałem, że mam do czynienia z nową nadzieją muzyki elektronicznej. Do dzisiaj z rozrzewnieniem słucham genialnego „You” i mówię znajomym, że pozostałe kawałki też są fajne. Niestety jego ostatnie EP-ki w najmniejszym stopniu nie przypadły mi do gustu, więc bez większych nadziei zasiadłem do słuchania drugiej pełnoprawnej płyty. Okazało się jednak, że mimo wszystko płyta jest dobra. Odkrywszy w sobie miłość do bardziej house’owych brzmień, muzyk odszedł trochę od połamanych bitów, na co wpływ może mieć fakt, że od trzech lat mieszka w Berlinie. Oprócz tego to stary dobry, piękny i złoty Gold Panda, ze ślicznie pociętą pokrzywioną perkusją i trackami, które nie pozostawiają słuchaczowi wyboru: nic, tylko usiąść na łące i chłonąć piękno świata. „Starych” tropów jest na tym krążku więcej niż nowości – i to ich wtórność w stosunku do wcześniejszych dokonań Pandy sprawia, że bardzo szybko ulatniają się z pamięci, nie pozostawiając po sobie pięknych wspomnień. „Half of Where You Live” jest OK: ani świetne, ani złe. Nie zapamiętacie tego wydawnictwa, ale będziecie całkiem zadowoleni podczas odsłuchu. [Kacper Peresada]

RZECZ

Podkładanie świni

Albo żyrafy, krokodyla, kangura, pingwina... Do wyboru, do koloru. Niedźwiedzie np. występują w pięknym błękicie. Deng On to karteczki-przypominajki, które ustawiamy na klawiaturze, by zostawić wiadomość jej użytkownikowi. www.hi-mojimoji.com [wiech]

Amalgamat ery Twittera


przed:

PROMO PROMO

Nowy Olympus PEN E-P5

Gdybyśmy poprosili inżyniera optyki, eksperta do spraw projektowania oraz profesjonalnego fotografa, aby wyobrazili sobie idealny aparat systemowy, ich wymagania spełniłby nowy Olympus PEN E-P5. Ten pięknie wykonany, metalowy aparat utrzymany w stylistyce retro, wyglądem nawiązujący do analogowego PEN-a F, wyposażony jest w przełomowe technologie, 16-megapikselowy sensor Live MOS oraz migawkę o czasie otwarcia 1/8000 sekundy. Wbudowane WiFi pozwala nam zsynchronizować aparat ze smartfonem, a FAST AF z Super Spot AF ułatwia ustawienie ostrości. Obsługę znacznie usprawnia manualny system pokręteł sterujących 2x2 oraz 5-osiowy stabilizator obrazu z IS Auto. E-P5 dostępny będzie pod koniec czerwca 2013 r. w zestawie z obiektywem 17 mm 1:1,8 (plus VF-4), 1442 mm oraz jako samodzielny korpus. Olympus PEN E-P5 zdobył nagrodę:

w trakcie:

Po:

Jack Daniels stawia na nogi Dodge’a Chargera 1 lipca rusza pierwszy etap konkursu Jack’s Custom organizowanego przez Jack Daniel’s Polska. Oryginalny klasyk Dodge Charger z 1973 r. trafił do warsztatu Jack’s Custom w lutym 2013 r. Przez sześć miesięcy grupa zapaleńców toczyła codzienną, bezkompromisową walkę o przywrócenie mu dawnego blasku. 1 lipca rusza konkurs, w którym będzie można wygrać ten potężny muscle car o mocy ponad 300 koni mechanicznych. Nadgryziony zębem czasu Dodge Charger już wkrótce wróci tam, gdzie jego miejsce – na szosę. We wrześniu jego wygląd wciśnie was w fotel. Samochód może trafić do każdego, kto podejmie wyzwanie i o niego zawalczy. Aby wygrać jedynego w swoim rodzaju Dodge’a, należy wejść na stronę www.facebook.com/jackdanielspolska i wziąć udział w konkursie. Jego pierwszy etap trwa od 1 lipca do 23 sierpnia 2013 r.

PROMO

Festiwalowy niezbędnik

PROMO

Planszówki to nowa czerń

Znacie to. Wódka się leje, muzyka gra, kilka zebranych w kręgu, rozemocjonowanych osób macha rękami i wykrzykuje obelgi. Co się dzieje? Rozgrywka w toku! Gramy w planszówkę, wszystko może się zdarzyć. Firma Granna od ponad 20 lat produkuje gry planszowe. W jej ofercie znajdziecie m.in. „Mafię”, „Wilkołaki” i „Super Farmer: Ranczo”. „Super Farmer” kiedyś nosił nazwę „Hodowla Zwierzątek” i powstał w 1943 r. Grę wymyślił Karol Borsuk, aby utrzymać rodzinę podczas okupacji. Każdy zestaw wykonywała osobiście jego żona. Gra okazała się sukcesem i przetrwała już 70 lat. Aby ją wygrać i zostać superfarmerem, gracze muszą zebrać wszystkie możliwe zwierzęta. Rzuca się dwoma kostkami i jeśli wypadnie na nich para królików, owiec, albo krów możemy je wziąć do swojej zagrody. Żeby nie było zbyt prosto: równie dobrze możemy wyrzucić wilka, który zeżre nam całą hodowlę. Chyba że wcześniej zdobędziemy psa. Taka zabawa dla wszystkich. Dorosłych, dzieci, nastolatków i babć. www.granna.pl

Konkurs

Chcecie wygrać grę planszową? Piszcie na konkursy@aktivist.pl. Pierwsze pięć osób dostanie od nas prezent!

Sezon festiwali właśnie się rozpoczął. Oprócz kaloszy, namiotu i znajomych przyda wam się też aparat i lornetka. Dlaczego? Nie ma co się oszukiwać. Albo będziecie za daleko od sceny, żeby coś widzieć, albo będziecie się bawić tak dobrze, że nie wszystko z koncertu zapamiętacie. W obu przypadkach z pomocą przychodzi Nikon. W pierwszym idealnie sprawdzi się lornetka. Kompaktowe rozmiary Nikon ACULON T01 (dostępny w kolorach: białym, czerwonym, pomarańczowym, niebieskim i czarnym) sprawia, że model ten z łatwością zmieści się w kieszeni. Z kolei w drugim opisywanym powyżej przypadku nie obędzie się bez aparatu – najlepiej kompaktowego. Wytrzymały Nikon COOLPIX AW110 został zaprojektowany z myślą m.in. o fotografii podwodnej (spod open'erowej sceny do morza niedaleko, a i festiwalowa pogoda może wam zgotować podwodne zdjęcia). Wbudowany moduł Wi-Fi pozwala na łatwe dzielenie się zarejestrowanymi wrażeniami – możecie je od razu wrzucić na Facebooka czy Instagram.


l sty / hy c u i c

jl .pl itsta vist i t r k st moda@a

/ moda

UWAGA KONKURS! MODA

Możecie wygrać ciuchy Rap Everyday! Musicie tylko interesująco uzasadnić, kto jest waszym ulubionym raperem, i wysłać do 15 lipca odpowiedź na adres: konkursy@aktivist.pl. W ręce autorów najciekawszych uzasadnień trafią wybrane modele z kolekcji Rap Everyday.

Rapy i ciuchy

Foto: Mikson

Projekt Rap Everyday to kolejna inicjatywa Kasi Mickey Wyrozębskiej, odpowiedzialnej za marki Justin Iloveu i Mozcau oraz warszawski butik Love & Trade. Tym razem modę łączy z muzyką. – Rap Everyday to mój nowy projekt, który ma odświeżyć spojrzenie na rap i kulturę hiphopową. W Warszawie jest wiele osób, które kochają rap, ale poza koncertami mało się dzieje. Chcemy to zmienić. Składamy hołd raperom, których twórczość towarzyszy nam już dekady, staramy się pokazać te utwory młodszym. Bawimy się stylem – na nasze imprezy staramy się znajdować stylizacje odwzorowujące klimat lat 90. w hip-hopie. Zapraszamy też muzyków, którzy na żywo dogrywają się do naszych setów – tłumaczy Mickey. Promowanie kolektywu didżejskiego (oprócz Mickey von RAP w skład ekipy wchodzą didżeje John Blaze i Johnny Boy) Kasia postanowiła wesprzeć minikolekcją. Są koszulki, bluzy i tuniki. Grafiki na ciuchy zaprojektowali Agnieszka Bernady, która jest członkiem ekipy Rap Everyday, i Jan Estrada-Osmycki, z którym Mikey zakładała Justin Iloveu. – Robimy rapy, więc chcę, aby o tym opowiadały ubrania. Staram się robić to w nowoczesnej formie. Poza tym ciuchy mają zarabiać na sprzęt i lekcje śpiewu – tłumaczy Mikey. W roli modelki występuje Monika Romanowska, 14-letnia skrzypaczka, która wspiera ekipę Rap Everyday, improwizując na altówce podczas występów na żywo. [syka]

Hajs się musi zgadzać

Nadruki na ciuchach trochę nam się już przejadły, ale ten autorstwa Smoof&LOCO, marki specjalizującej się w legginsach, zwrócił naszą uwagę nostalgiczną nutą, która przywołuje wspomnienia z dzieciństwa. Ach, ta stówka z Waryńskim, ten tysiak z Kopernikiem. To była kasa! I jakie ładne kolorki. Można się poczuć jak milion złotych. Też jest. [syka]

Alpakowo

Dlaczego alpaki? – Występują w 26 różnych odcieniach. Gdyby natura była bardziej łaskawa, byłyby tak kolorowe jak nasze dresy – śmieją się Magda i Magda – twórczynie marki Marshmallow, które swoim znakiem rozpoznawczym uczyniły właśnie alpaki. – Poza tym alpaka łączy w sobie dwie natury: dziką i udomowioną. Podobnie jak nasze ciuchy, które można założyć: do pracy, na spacer, ale też na imprezę – reklamują dziewczyny. Dresiki jak znalazł na wakacje. [syka]


e i r o hist nne kuche

1

W okolicach Bożego Ciała mieliśmy do czynienia może nie z cudem, ale z sytuacją dla nas zbawienną. Gdańsk zaprosił nas do siebie na długi weekend, aby zaprezentować się z najlepszej strony. Nie było to trudne, przekonywać nas do Trójmiasta nie trzeba, ale dzięki tej wizycie poznaliśmy kilka nowych dla nas, ciekawych miejsc. Jednym z nich jest restauracja Metamorfoza, mieszcząca się przy ulicy Szerokiej. Metamorfoza szczyci się tym, iż łączy najnowsze trendy kulinarne z kuchnią tradycyjną, tworząc dania oryginalne zarówno pod względem smaku, jak i faktury. Potwierdzamy: udaje im się to w 100%. • Półgęsek wędzony 48 godzin wędzenia w niskiej temperaturze, jak się okazało, czyni cuda. Półgęsek – podany na kamieniu, z piaskiem z chleba razowego i musem z mirabelek – był przepyszny. Prze-pysz-ny. O matko. Zastanawiacie się pewnie, co to takiego ten piasek z chleba razowego? To taka wymyślna nazwa bułki tartej.

• Kiełbie smażone Smażone na klarowanym maśle, podane na liściach botwinki i szczawiu, z musem z rabarbaru. Wymyślnie, ale ta misteria nie służyła ukrywaniu braku smaku, bo kiełbie były pyszne. Mniej przypadła nam do gustu druga ryba. Sieja przygotowana metodą sous-vide (próżniowe długie gotowanie potraw w szczelnie zamkniętych workach plastikowych, umieszczonych w gorącej wodzie) miała konsystencję budyniu. Budyń o smaku ryby nie podbił naszych podniebień. • Policzek wołowy Nie, to nie jest brownie w lśniącym czekoladowym sosie. To polik wołowy podany w sosie z ogonów wołowych. Trudne doświadczenie, bo mięso – choć superdelikatne – miało bardzo nietypowy, intensywny posmak. Jesteśmy wielkimi zwolennikami zjadania zwierząt w całości (skoro już się je w celach konsumpcyjnych zabiło, to nie wypada niczego marnować), ale polik rósł nam w ustach. Z kolei kaczka (z purée ćwikłowym i chrzanowym oraz młodym buraczkiem) była doskonała. Najdelikatniejsza, najsmaczniejsza kaczka, jaką mieliśmy szczęście zjeść.

3

4 2

5

Lato w pełni, można się oddać wakacyjnym guilty pleasures – wcinaniu tego, na co naprawdę mamy ochotę. Dla tych, którzy lubią solidną przegrychę, Lays przygotował nowe chipsy – są grube i pogięte. Mogą mieć smak grillowanego kebabu (1.). Bardzo wakacyjnie. Za to te od Marks&Spencer z letniej limitowanej serii Great British Summer są bardziej delikatne i mają prześliczne opakowania (2.). Podobnie jak różnokształtne ciasteczka w czekoladowej polewie (3.). Czymże byłoby lato bez lodów? Zwłaszcza tych w grubej czekoladowej polewie z migdałami. (Mövenpick, 4.) Do tego wszystkiego przyda się trochę orzeźwienia. John Lemon to naturalna kusząca delikatnym różem lemoniada o smaku rabarbarowym w ślicznej, minimalistycznej butelce (5.).

Sorbet rabarbarowy

Przepis autorstwa Łukasza Toczka, szefa kuchni Metamorfozy Przepis jest bardzo prosty. Wystarczy rabarbar, cytryna, woda i cukier. Rabarbar wkładamy do sokowirówki lub zasypujemy cukrem i zbieramy odciek. Przygotowujemy syrop cukrowy: szklankę wody zagotowujemy, dodajemy szklankę cukru – mieszamy tak długo, aż cukier całkiem się rozpuści. Sok z rabarbaru (300 ml), sok z cytryny (50 ml) i syrop cukrowy (150 ml) wlewamy do blendera i mieszamy. Mrozimy w kubkach. Zamrożony sok przed podaniem miksujemy, żeby nadać mu konsystencję lodów. Zjadły, sfotografowały i opisały: Sylwia Kawalerowicz i Olga Wiechnik


lipiec Kacper (kp)

Obiegowa opinia mówi, że Open’er jest największym krajowym zlotem bananowej młodzieży, ale to raczej tendencyjne dissy zazdrośników. W tym roku organizatorzy zaproponowali naprawdę satysfakcjonujący i bogaty program, który sam się broni. [croz]

must be / must see

MIASTA NOCĄ No i się zaczęło. Tak, moi drodzy. Koniec siedzenia w smętnych klubowych piwnicach. Wszyscy już wylegujemy się na plażach, przeliczając każdą złotówkę, bo przyszedł czas festiwali. Ten najpopularniejszy gościć będzie u siebie staruchów z Blur. Ten najstarszy będzie świętował 30. urodziny dwóch zespołów – Moskwy i Izraela. Ten, który długo trwa, zakończy się występem Thoma Yorke’a i ferajny, a ten elektroniczny przypomni, dlaczego Paul Kalkbrenner jest tak wielką gwiazdą. A przecież jeszcze pojawią się Shaggy na tym reggae’owym i twórcy podwalin współczesnej elektroniki na tym najmniejszym. No i oczywiście jest też ten chrześcijański z muzyką, niechrześcijański z designem, ten drugi z designem, no i jeszcze dwa z teatrami ulicznymi i ten z filmami. Do tego Mount Kimbie w Warszawie i Breach w Sopocie. Koncerty, festiwale... niby wakacje, a nie będzie chwili wolnego. Poleca redakcja

Waga najcięższa

Więcej w dalszej części magazynu. Filip (fika)

Alek (alek)

Mateusz (matad)

7

n Heineke l estiva F r e ’ n e Op

03-06.0

Ola (oz)

Gdynia

Kosakowo Lotnisko r.pl e n e p www.o

Julia (jul)

e Depeszjeden z fenomenów popkulturowych, które albo się rozumie,

Ten zespół to albo olewa. Zaczynali od ulizanego i przyozdobionego muszką new romantic, by w ciągu kilku lat dotrzeć na dno heroinowej rozpaczy i bezkresnego mroku. Po drodze udało im się nagrać tonę przebojów i dokonać rzeczy niespotykanej – stworzyć wokół swojej działalności niezależną subkulturę. Starsi czytelnicy pamiętają pewnie jeszcze podwórkowe wojny panków i depeszy – wypastujcie buty z blaszką! [mk]

Rafał (rar)

Kuba (włodek)

Cyryl (croz)

Michał (mk)

Iza (is)

25.07

Depeche

Warsza wa Stadion Narodowy al. Ponia tow start: 19.0 skiego 1 0 • wstęp : 176-1200 P

LN • ww

w.livenatio

n.pl

Mode


Ireny Majdan jeden z tych zespołów, które kojarzy nawet wasza babcia.

Iron Maiden to Królowie New Wave of British Heavy Metal walczą na rynku od niemal czterech dekad. Zaczynali skromnie, ale po kilkudziesięciu zmianach w składzie i kilkunastu albumach są na koszulce każdego metala. Eddy i spółka to, wbrew kiczowatej i gwiazdorskiej otoczce, całkiem przyjazna ekipa. A to wpadną zagrać na czyimś weselu, a to wydadzą 15. epicką płytę koncertową, a to latają po świecie swoim boeingiem i kręcą o tym film. Świat idzie do przodu, trendy się zmieniają, a Żelazna Dziewica wciąż twardo broni swoich młodzieńczych postanowień. Poza tym przy każdej możliwej okazji wbija nad Wisłę. Up the Irons?! [mk] Pozostałe koncerty: • 04.07 · Gdańsk · Ergo Arena · pl. Dwóch Miast 1 · start: 18.00 · wstęp: 165-330 PLN

18-28.0

7

03.07

n

Iron Maide

Wrocła w Kino Now e Horyzonty ul. Kazim ierza Wie lkiego www.now ehoryzon ty.pl

kadr z fil

mu „Pea

ches Doe

s Herself

13. T-Mo bile Nowe Horyzont y

y horyzont trzynast Palmy w Cannes na otwarcie po japońskie sekscyborgi

Łódź ena Atlas Ar enation.pl skiego 7 N • www.liv al. Bandur : 187-330 PL ęp st w • 0 start: 19.0

Od Złotej o północy. 3D w wykonaniu dziadka Godarda, rosyjski underground i trwająca 900 minut historia kina według Marka Cousinsa. Zjazd szachowych geeków, elektronika z Moskwy i filmowy musical Peaches... Na Nowych Horyzontach będzie z czego wybierać. A dla tych, którzy nie śpią i dla których pięć seansów dziennie to mało – scena muzyczna. [mm] Więcej w dalszej części magazynu.

Paul Kalk

brenner

I co teraz?

Pomnikowi kla sycy hard rocka wciąż nie skład broni. Choć od ają lat bez Ritchieg o Blackmore’a i zmarłego w zes złym roku klawis zowca Jona Lo to wciąż pod prz rda, ywództwem Ian a Gillana ostrzeli publiczność ze wują swych angielsk ich okopów. [ra r]

26-28.07

Płock www.audio ri

ver.pl

Audioriver

Płockumuzyczna jest w Polsce coraz Popłyń wwakacyjna oferta

Ku naszej uciesze bogatsza (a my przez to coraz biedniejsi, niestety). Podczas tegorocznego Audioriver tak jak co roku spotkamy tłum znajomych i będziemy czilować nad rzeką... ale to nie o tym mieliśmy pisać. Na festiwalu zagra prawdziwa alternatywna śmietanka, m.in.: Paul Kalkbrenner, Richie Hawtin, GusGus, Rudimental, Netsky, Mr. Oizo, Gesaffelstein, Zombie, Dusky czy Surkin. Nie wiemy, jak wy, ale my robimy sobie wolne i odrywamy się na trzy dni od rzeczywistości. [oz] Więcej w dalszej części magazynu.

rple

30.07

Deep Pu

w Wrocła ecia pl etalmind. Hala Stul a 1 • www.m wow 305 PLN 015 ul. Wysta : ęp 0 • wst start: 20.0


lipiec

patronaty

Z nietrwałych materiałów

do 8.08

Gdańsk Gdańska Galeria Miejska ul. Powroźnicza 13/15 www.ggm.gda.pl

do 15.09

Warszawa CSW – Zamek Ujazdowski ul. Jazdów 2

Zielony Jazdów

do 30.09

Miasto odnowione

Warszawa Park im. Marszałka Rydza-Śmigłego www.relokacja.org

WYSTAWA Jeśli po filmie „Słoń” Gusa Van Santa wydaje wam się, że z kompozycją nie da się zrobić niczego więcej, to musicie wybrać się do Gdańska na wystawę czworga artystów: Wojciecha Bąkowskiego, Tamary Guimarães, Evy Kotátkovej i Katarzyny Krakowiak. Każdy z nich zajmuje się innym medium i w inny sposób je dekonstruuje. Gdańszczanie mają tendencję do demontażu znanych układów i systemów, tym razem artyści będą to robić w galerii. [alek]

OdraNocka

do 13.07

Wrocław Arsenał ul. Cieszyńskiego 9

festiwal Marcin Wyrostek, Kayah, Artur Andrus i Dawid Podsiadło. Jeśli chcecie sprawić niespodziankę mamie, wpadajcie z nią nad Odrę. Powiedzmy dobranoc polskiej muzyce. [kp]

ZAZ

01.07

AKCJA

FESTIWAL

Jedz zdrowo, wsiadaj na rower, a nie do tramwaju, zmień żarówki na energooszczędne, bywaj w galerii. Bądź modnym hipsterem lub po prostu bądź świadomy kilku spraw ułatwiających życie. „Zielony Jazdów” to coroczna zabawa edukacyjna i świetny pomysł na spędzenie wolnego czasu z kulturą. W tym roku pawilon, w którym odbywa się wydarzenie, zaprojektował tajski artysta Rirkrit Tiravanija. Organizatorzy przygotowali mnóstwo atrakcji: od ćwiczeń jogi po regulacje hamulców. Poza tym podjemy zdrowo, bo w CSW zagości Le Targ, odbędą się też zajęcia z ekspertami od slow foodu. Na stronie CSW szukajcie rozpiski wydarzeń, a następnie rezerwujcie wolny czas. [alek]

Miasto nie jest martwe, ale często o tym zapominamy. Trzeba pamiętać o jego rozwoju i o zmianach i myśleć o nim jako o żywej tkance, która zmienia się z każdym dniem, miesiącem, rokiem. Dlatego głównym tematem tegorocznej RE:Lokacji jest skupienie się na czasie i jego percepcji, na tym czym jest miasto i jaka więź powstaje między mieszkańcami a przestrzenią miejską. Wszystko to zostane przedstawione nam poprzez trzy multimedialne instalacje uruchomione w Parku im. Marszałka Rydza-Śmigłego. [kp]

Zielone w CSW

Żywa stolica

Warszawa Hala Koło ul. Obozowa 60 start: 20.00 • wstęp: 130-160 PLN KONCERT Jaka jest piosenka francuska – każdy widzi. 45-letni pan z burzą włosów doprowadza do omdlenia połowę kobiecej publiczności, po czym schodzi ze sceny z szelmowskim uśmiechem. Tym razem w roli pana wystąpi pani ZAZ, która promuje swój dopiero co wydany drugi album „Recto Verso”. Bagietki, sery, śpiewanie. [kp]

Voo Voo

do 18.07

S.T.R.H.

Gdańsk CSW Łaźnia ul. Jaskółcza 1 www.laznia.pl

do 30.07

Przesilenie

Warszawa BWA Warszawa ul. Jakubowska 16/3

05-07.07 Lublin Rynek Starego Miasta

FESTIWAL Nie wiem, co dokładnie ma oznaczać nazwa „Inne Brzmienia”, skoro na festiwalu headlinerem jest Voo Voo. Mamy nadzieję, że Waglewski i spółka z okazji odkrywania nowych klimatów zagrają techno DJ-set. To byłoby „inne”. [kp]

Cypel Trzech Kultur

06.07

Warszawa Miasto Cypel ul. Zaruskiego 6 start: 20.00 • wstęp: 35 PLN IMPREZA Trzy sceny, trzy muzyczne światy, trzy filary, które rozgałęziają się na milion gatunków. Trance, techno i drum’n’bass po raz kolejny spotkają się podczas Cypla Trzech Kultur. Będzie silna reprezentacja polskich i zagranicznych didżejów i producentów m.in. Tikala czy DJ Doca. [dup]

WYSTAWA

0,1 Hz

„Chcę, by widz, wchodząc do galerii i oglądając moje prace, zostawiał za drzwiami cały bagaż kontekstów, interpretacji i po prostu odczuwał, tak jak odczuwa się koncerty” – tłumaczył Konrad Smoleński, zapytany o stworzony przez niego Pawilon Polski na Biennale w Wenecji. „Stones That Rest Heavily (S.T.R.H.)” to kolejna wystawa, podczas której więcej usłyszymy, niż zobaczymy, a zamiast rozkminki nad socjologią i polityką, dostaniemy basem po uszach. Zbudowane przez Smoleńskiego konstrukcje, przypominające abstrakcyjne rzeźby, wydobywają z siebie niski basowy dźwięk, który zaczyna działać nie tylko na nasze uszy, ale i całe ciało. Tytuł wystawy nawiązuje do utworu muzycznego Matsa Gustafssona, saksofonisty zaproszonego przez artystę do Wenecji. Jeśli chcecie sprawdzić, czym Smoleński zaskoczył podczas Biennale Sztuki, to nic straconego – przekonacie się o tym w Łaźni. Najlepsze muzyczne wydarzenie w Trójmieście? Open’er? Nie, „S.T.R.H.”. [alek]

Zuza Krajewska, „Przesilenie”

WYSTAWA

Zwykłe życie

Była na okładce każdego znanego pisma w Polsce. Kojarzymy ją wszyscy, chociaż nie każdy rozpoznaje jej twarz. Zuza Krajewska to dziś jedna z topowych fotografek, współpracująca z najlepszymi wydawnictwami, autorka zdjęć Dody, Kwaśniewskiej i całego legionu celebrytów. Komercyjna fotografia to nie jedyna fascynacja artystki – jej drugie oblicze odsłania wystawa „Przesilenie” w BWA Warszawa. Krajewska fotografuje kobiety ze swojego otoczenia podczas codziennych czynności, podążając śladem ich rytuałów, przyzwyczajeń, zboczeń i intymnych błahostek. Nawet w tym galeryjnym projekcie nie ucieka od popkulturowego myślenia. Może ta codzienność pochłonie nas bez reszty. [alek]


01-14.07

Migracje /Kreacje

Gdańsk www.muzeumemigracji.pl

01.07

Gov’t Mule

Warszawa Progresja ul. Kaliskiego 15a start: 20.00 • wstęp: 150 PLN

FESTIWAL

Sztuka ucieczki

Muzeum Emigracji w Gdańsku po raz kolejny stawia pytania o zjawisko migracji. Wiedząc, że tematyka migracji nie jest czymś jednowymiarowym, organizatorzy zaprosili do współpracy grupę cenionych polskich artystów. Sławomir ZBK Czajkowski za pomocą muralu skomentuje własne przeżycia – czas spędzony na squacie w Londynie. Z kolei Radek Szlaga nawiąże swoimi pracami do polskiej emigracji zarobkowej ostatnich lat, a Anna Witkowska i Julita Wójcik przypomną Witolda Gombrowicza. Pierwsza cytuje jego „Dzienniki”, druga przedstawi performens zatytułowany „Transatlantyk”. Oprócz nich pojawią się Sławomir Elsner, Ludomir Franczak, Galeria Rusz i wielu innych. Warto pochylić się nad tą sprawą przez pryzmat sztuki. [dup]

TRASA

Power Trio z południa

Ktoś kiedyś powiedział, że Gov’t Mule zaczyna się tam, gdzie kończy się The Allman Brothers Band. Warren Haynes (gitara, śpiew) i Allen Woody (bas) byli dla Allmanów podporą od początku lat 90., a Haynes łączył działalność w obu formacjach przez całą dekadę. Muzyka „Rządowego Muła” to mieszanka southern rocka, bluesa i hard rocka. Wstrząśnięta, nie zmieszana. Wspomniani muzycy w towarzystwie perkusisty Matta Abtsa zaczynali od wspólnych jamów, grając jako klasyczne power trio. W 1995 r. pokazali światu debiutancką płytę „Gov’t Mule”, by w pełni rozwinąć skrzydła na koncertowym albumie „Live From Roseland Ballroom” wydanym rok później. Do dziś jest on znakomitą wizytówką grupy, z ciągnącymi się w nieskończoność solówkami, improwizacjami opartymi na znanych utworach innych wykonawców, a przede wszystkim ze znakomitym feelingiem i groove’em. Ci faceci naprawdę doskonale się rozumieli i uzupełniali. Niestety, Woody zmarł w 2000 r. i nagrane później płyty nie są już tak dobre. Na szczęście pozostają koncerty, na których muzycy ciągle pokazują klasę nieosiągalną dla 90% zespołów. Jeśli potrzebujecie dowodu, posłuchajcie płyty „Mullenium” i wybierzcie się do Krakowa lub Warszawy. [matad] Pozostałe koncerty: • 02.07 · Kraków · Studio · ul. Budryka 4 · start: 20.00 · wstęp: 150 PLN

03-06.07

Heineken Open’er Festival

Gdynia Lotnisko Kosakowo www.opener.pl

FESTIWAL

Waga najcięższa

Animal Collective

Miguel

Kendrick Lamar

Steve Reich

Open’er nadal trzyma w garści tytuł najgłośniejszego i najważniejszego festiwalu w Polsce, ale swoim repertuarem idzie wyraźnie w dwie strony. Największą (a przynajmniej chcielibyśmy w to wierzyć) gwiazdą 12. edycji imprezy będą Brytyjczycy z Blur, którzy od kilku lat regularnie koncertują i mamią fanów zapowiedziami nowego materiału – nas jednak zadowoli nawet garść hitów z ich bogatej dyskografii. Z nowym krążkiem przyjadą za to Queens of the Stone Age, którzy wrócili do gry w całkiem udanym stylu i zaspokoją swoich wygłodniałych wyznawców, czekających osiem lat na ponowny występ w Polsce. Najciekawszym headlinerem, który nie jest headlinerem, będzie natomiast Nick Cave – mistrz wraz z Bad Seeds nauczy młodszych kolegów po fachu scenicznej charyzmy. Na festiwal wrócą Arctic Monkeys (w przyzwoitej formie), The National i Crystal Castles. Trochę mniej sensu widzimy w ponownych wizytach Kings of Leon i Editors, którzy od kilku dobrych lat nie mają nic ciekawego do powiedzenia, oraz Skunk Anansie, które już w 2010 r. było odgrzewanym kotletem. Sporo powietrza do line-upu wprowadzą gwiazdy alternatywy: szaleni Animal Collective, uroczy Devendra Banhart, melodyjne Junip, psychodeliczne Tame Impala czy tajemnicze These New Puritans. Nie można na pewno pominąć nowych twarzy: Disclosure, Alt-J, Mount Kimbie i Savages. Mnóstwo ekscytacji budzą też występy Kendricka Lamara – nowej gwiazdy amerykańskiego hip-hopu, triumfatora większości zeszłorocznych podsumowań płytowych – oraz Nasa, który jest w najlepszej formie od lat. Niezwykle cieszy ponadto obecność Steve’a Reicha – artysta wraz z Johnnym Greenwoodem zaprezentuje kanoniczną płytę „Music for 18 Musicians”. Swoją cegiełkę do open’erowej galerii dołoży Paweł Althamer, a program teatralny uświetnią premiera „Kabaretu warszawskiego” Krzysztofa Warlikowskiego oraz spektakle „Courtney Love”, „Paw królowej” oraz „Nancy. Wywiad”. Aha, w ramach bonusu wszyscy posiadacze karnetów 4-dniowych będą mogli w niedzielę obejrzeć Rihannę. Zapowiada się spektakularnie. [croz]


Cafe Kulturalna pl. Defilad 1 start: 22:00 • wstęp: 20 PLN KONCERT Księżniczka niezależnego, rozpuszczonego w kwasowym roztworze popu, Maria Minerva, wpadnie na jeden koncert do Polski. Artystka uświetni urodziny Distorted Animals. Koniecznie sprawdźcie zeszłoroczny longplay „Will Happiness Find Me?” – mieszkająca w Londynie Estonka rozpuści wasze mózgi, a nogi zapędzi na parkiet. [croz]

04-07.07

WrzAWA

Warszawa Budynek PASTu ul. Zielna 30

Midnite Kush

14.06

Sopot Sfinks700 ul. Mamuszki 1 start: 22.00 • wstęp: 10-15 PLN IMPREZA Są trapy i są trapy. Midnite Kush to trapy te lepsze, te fajniejsze, te bardziej przemyślane. Duet ten oprócz puszczania najbardziej zbasowanych tracków na świecie szaleje w stylistyce, którą najlepiej określić mianem „muzyki tanecznej”. Dancehall, dubstep, house i garage zmiksowane w jednym genialnym secie. Tego możecie się spodziewać w Trójmieście. [kp]

Teatr Pijana Sypialnia

FESTIWAL

Szekspiry

Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak dużo teatrów mamy w Polsce. Na tyle dużo, że organizatorzy festiwalu WrzAWA postanowili przygotować konkurs, podczas którego wyłoniony zostanie najlepszy spektakl młodego zespołu teatralnego. W trakcie festiwalu będziecie też mogli wziąć udział w warsztatach teatralnych, usłyszeć, jak śpiewa Kamil Studnicki, i zobaczyć premierę „Wodewilu warszawskiego” w reżyserii Staszka Dębskiego. [dup]

06.07

Joe Satriani

Warszawa Amfiteatr w parku Sowińskiego ul. Elekcyjna 17 start: 20.00 • wstęp: 130-140 PLN • www.go-ahead.pl Foto: Weronika Pawłowska

lipiec

ZAPRASZA

KONCERT

Gitara z kosmosu

Łysa głowa, ciemne okulary i nieodłączny Ibanez w dłoniach. Joe Satriani, wymiatacz z najwyższej półki, zagra koncert w parku Sowińskiego. Muzyk odniósł wielki sukces za sprawą wydanej w 1987 r. płyty „Surfing with the Alien”, będącej kamieniem milowym dla instrumentalnego rocka. Tak jak dekadę wcześniej początkujący gitarzyści ślęczeli nad patentami Eddiego Van Halena, tak pod koniec lat 80. każdy chciał grać jak Satriani. Nauki pobierali u niego m.in. Kirk Hammet z Metalliki czy wspomniany już Vai, z którym następnie założył on projekt G3. Lista wszystkich znaczących współpracowników artysty jest długa jak droga z Warszawy do Gdańska. U jego boku grali Robert Fripp, John Petrucci, Eric Johnson czy Yngwie Malmsteen. Bilety na jego koncert rozeszły się jak świeże bułeczki. Śpieszcie się! [matad]

Tokimonsta

THE BOXER REBELLION 21.09 / POD MINOGĄ / POZNAŃ 22.09 / HYDROZAGADKA / WARSZAWA

TONIGHT ALIVE 21.09 / HYDROZAGADKA / WARSZAWA 22.09 / POD MINOGĄ / POZNAŃ

NEW MODEL ARMY 06.10 / B90 / GDAŃSK

05-14.07 Gdynia www.gdyniadesigndays.eu

Gdynia Design Days

08.10 / PROXIMA / WARSZAWA 09.10 / KWADRAT / KRAKÓW 10.10 / ALIBI / WROCŁAW

FUNERAL FOR A FRIEND 11.10 / HYDROZAGADKA / WARSZAWA 12.10 / POD MINOGĄ / POZNAŃ

AMANDA PALMER & THE GRAND THEFT ORCHESTRA 05.11 / PROXIMA / WARSZAWA 06.11 / STUDIO / KRAKÓW

THE 1975 26.11 / HYDROZAGADKA / WARSZAWA

JAKE BUGG 30.11 / PALLADIUM / WARSZAWA

W Y B O R C Z A . P L

Jeśli chcesz otrzymywać bieżące informacje o koncertach, to zarejestruj się w naszym newsletterze na stronie www.go-ahead.pl

Bilety: go-ahead.pl, ebilet.pl, eventim.pl oraz ticketpro.pl

Projekt Terminalu Designu

FESTIWAL

Sztuka w krześle

Gdynia Design Days po raz szósty potwierdzą, że jeśli chcecie gdzieś oglądać design, to nie ma lepszego miejsca niż wyjazd nad morze. Po dwuletniej przerwie festiwal wraca na plac Grunwaldzki. To właśnie tam, w Terminalu Designu, będziecie mogli wysłuchać wykładów, wziąć udział w serii warsztatów, zjeść coś i kupić dobrą książkę. Jeśli wasza wiedza o designie nie sprowadza się do zdania „Apple robi ładne rzeczy”, to musicie się tam pojawić i zobaczyć wystawy takich twórców jak Paweł Pomorski ze studia Malafor. [dup]


07.07

Gdynia Lotnisko Kosakowo start: 20.00 • wstęp: 198-258 PLN • www.alterart.pl

Rihanna

07.07

Breach

Sopot zatoka sztuki al. Mamuszki 14 start: 21.00 • wstęp wolny • www.hmlovesmusic.pl

KONCERT

We found kac in a…

Aftery po dużych imprezach mają zazwyczaj posmak kilkudniowego picia. Dlatego pomysł, żeby na koncert tuż po Open’erze zaprosić jedną z największych gwiazd światowej muzyki, wydawał się wręcz rewolucyjny. Piękna Riri to zjawisko, które w tajemniczy sposób łączy rozwydrzoną gimbazę i zblazowaną hipsteriadę. „We Found Love” czy „Diamonds” można usłyszeć i na szkolnej dyskotece, i w każdej szanującej się indie-spelunie. Narodowa duma Barbadosu nie zraża się działaniami konkurencji oraz adoratorami ze zbyt wysokim poziomem testosteronu i co roku wydaje nowy album. Kalosze w kąt! [mk]

IMPREZA

Breach na beach

Breach wraca do Polski po zaledwie dziesięciu dniach – i to przy okazji wyjątkowego projektu, jakim jest H&M Loves Music. Muzyk znany również jako Ben Westbeech szerszej publiczności zapadł w pamięć dzięki swojemu genialnemu wokalowi i uchu do dobrych bitów. Ostatnie miesiące stały dla niego pod znakiem zmian – zajął się produkcją i nagrał kilka konkretnych bangerów. Z Dark Sky wyprodukował genialne „Click”, a w połowie czerwca do sprzedaży trafił jego fantastyczny singiel „Jack”. To idealna muzyka na czas wakacyjnych wojaży. Widzimy się! [kp]

09-13.07 Lubiąż www.slot.art.pl

Slot Art Festival

07-12.07 Wrocław www.bravefestival.pl

Brave Festival

Paula i Karol

FESTIWAL

Dziwny zlot

Slot Art Festival jest dziwny. Dla typowego festiwalowicza hasło „bez chemii” – czyli na trzeźwo – brzmi absurdalnie. Co więcej, festiwal odbywa się na terenie kompleksu klasztornego (sic!) i inspiruje się ideami chrześcijaństwa. Dziwne? Ale nie ma czego się bać, to nie jest impreza wyłącznie dla osób religijnych. Jak deklarują organizatorzy: „Można by równie dobrze zapytać, czy osoby niereligijne mają czego szukać na koncertach U2, w powieściach Tolkiena czy w fugach Bacha”. W programie cała masa różności: koncerty, konkursy oraz warsztaty, całe morze warsztatów. W tym roku nauczycie się, jak zapleść ekstrawagancki warkocz i robić bańki mydlane, a także zgłębicie tajniki szermierki japońskiej czy linorytu. Będziecie też mogli pobawić się w didżeja. Na scenie mydło i powidło, czyli od ambitnej Ścianki po niezbyt świeże Maleo Reggae Rockers. Dobra okazja, by wypłukać z siebie open’erową chemię. [amz]

Cheon-Bae

Festiwal

Zaginiony rytm

Festiwale możemy podzielić na takie, które biernie konsumujemy, i takie, które czegoś nas uczą. Brave Festival jest z pewnością przykładem tego drugiego. To już dziewiąta edycja wydarzenia, podczas którego poznajemy różne kultury. W tym roku swoje tradycje zaprezentują artyści m.in. z Korei, Afryki i Indii. Całemu festiwalowi towarzyszyć będzie przegląd filmów dokumentalnych opowiadających o Kambodży. Cały dochód ze sprzedaży biletów przekazywany jest fundacji pomagającej dzieciom w krajach Trzeciego Świata. [maj]


12 lipca 2013 Wernisaż 12 lipca – 31 sierpnia 2013 Wystawa

maj Kolekcja miejsc. Pojawia się Majówka i znika bez śladu.

01-04.05

Warszawa Wystawa projektów scenograficznych Super Salon ul. Mińska 14/1 Małgorzaty Szczęśniak www.8hbooks.com Kuratorka: Aleksandra Wasilkowska

09.07

Bush

Warszawa Palladium ul. Złota 9 start: 19.00 • wstęp: 120-140 PLN • www.metalmind.com.pl

NOWY TEATR

AKCJA Zrobić książkę w 96 godzin – spore wyzwanie. 12 uczestników podczas warsztatów selfpublishingowych, organizowanych przez 8hbooks, ma za zadanie stworzyć 12 publikacji. Wydawnictwo, które samo nazywa się latającą biblioteką, pokaże, że kultura druku nawet w internetowej rzeczywistości ma się dobrze. Sprawdźcie, na warsztatach i na wernisażu po nich. [alek]

3-6 lipca 2013

Heineken Asymmetry Open’er Festival

Festival 5.0

Nowy Teatr 02-04.05 na Open’er Festival

Wrocław Hala Stulecia ul. Wystawowa 1 KABARET WARSZAWSKI - Nowy Teatr premiera polska www.asymmetryfestival.pl

Krzysztof Warlikowski FESTIWAL Piąta edycja Asymmetry będzie wyjątkowa PAW KRÓLOWEJ Narodowy Stary Teatr z Krakowa nie tylko ze -względu na symboliczny numer. Przeprowadzkę do Hali Stulecia zaakcentują takie tuzy reżyseria: Paweł Świątek ciężkiego grania jak Melvins, Mayhem, Agalloch i Vader. Równie ciekawie się występy Kilimanjaro COURTNEY LOVEzapowiadają - Teatr Polski we Wrocławiu Darkjazz Ensemble i IconAclass. Już pastujemy nasze glany. reżyseria: [croz] Monika Strzępka NANCY. WYWIAD - Nowy Teatr reżyseria: Modestep Claude Bardouil

reżyseria:

03.05

KONCERT

Wyprawa do buszu

Ostatnie lata to koncertowe nadrabianie zaległości dla pokolenia Vivy Zwei. Gwiazdy, które jeszcze dekadę temu były zbyt wielkie na polski zaściankowy rynek, teraz walą do nas drzwiami i oknami. Jedni twierdzą, że hajs się nie zgadza, drudzy, że każdy porządny zespół powinien w końcu dotrzeć do każdego zakątka świata. Tak czy siak, dziewczęta, których okres buntu przypadał na przełom wieków, w końcu będą mogły zobaczyć swojego idola, Gavina Rossdale’a. Bush powstało w roku, w którym do klubu wielkich nieobecnych dołączył Cobain. Mniej więcej od tej pory „Krzak” kontynuuje grange’owe tradycje z początku lat 90. Brytyjczycy nigdy nie zbliżyli się do poziomu gigantów z Seattle, ale dziesięć milionów sprzedanych płyt i ciągła obecność w telewizjach muzycznych musi budzić szacunek. [mk]

19-20,Gdańsk 22-25 lipca 2013 Festival d’Avignon Centrum Stocznia Gdańska ul. Wałowa 27a start: 21.30 • wstęp: 65-69 PLN www.illegalbreaks.com

Kabaret warszawski TRASA Drodzy promotorzy. Wyzywam was. Zabukujcie

Modestep jeszcze pięć razy w tym roku. Czuję głęboko reżyseria: Krzysztof Warlikowski

w trzewiach, że brakuje ich na koncertowej mapie Polski. Tylko trzy występy? Nie postaraliście się. To łącznie da nam niecałe dziesięć imprez z nimi jako headlinerami w ciągu Munich Opera Festival ostatnich 12 miesięcy. Nie staracie się. Foreign Beggars grali w tym samym czasie 14 razy, Modestep nie mogą być gorsi! [kp] Pozostałe koncerty: • 04.05 · Łódź · Wytwórnia · ul. Łąkowa 29 · start: 21.00 · wstęp: 65-69 PLN • 05.05 · Warszawa · Basen · ul. Marii Konopnickiej 6 · start: 21.00 · wstęp: 65-69 PLN

11-13 lipca 2013

11-14.07 Zamek Bolków www.castleparty.com

Castle Party

Nancy. Wywiad

Każda sobota, 9.00 – 15.00

NowyPendragon Targ

08.05

Codziennie, 10.00 – 22.00 Poznań Blue Note ul. Kościuszki 76/78 start: 20.00 • wstęp: 80-100 PLN www.metalmind.com.pl

TRASA Kiedy na początku lat 80. kontrreformacja fanów Pink Floyd i Yes próbowała posprzątać postpunkowe pobojowisko, Patronat: członkowie Pendragon stali w awangardzieSfinansowano razem z Marillion ze środków: i I.Q. Największe sukcesy przyniosły im jednak lata 90. wraz

Lacrimosa

FESTIWAL

Czarna Czerń Partnerzy:

Nowy Teatr / Madalińskiego 10/16 www.nowyteatr.org / t: 22 379 33 33 bow@nowyteatr.org / www.ebilet.pl

Ponoć na zamku w Bolkowie straszy duch błazna. Najwyraźniej jednak na tych kilka dni, podczas festiwalu Castle Party, zaszywa się gdzieś w podziemiach, bo żaden, nawet najbardziej pijany goth nie skarżył się na zaczepki upiora. A może po prostu myślał, że to chłopaki z namiotu obok? Tak czy inaczej, w lipcu panowanie nad zamkowym wzgórzem obejmują muzycy wszystkich odcieni mroku – od gwiazdy future popu VNV Nation, przez potęgę lat 90., niemiecką Lacrimosę i klasykę polskiego metalu (Roman Kostrzewski & Kat, Sirrah), po kabareciarsko-wampiryczne XIII. Století z Czech czy pogańsko-folkowe Percival Schuttenbach i Perunvit. Ci ostatni wystąpią (co za ironia!) w byłym kościele ewangelickim. To chyba taka mała zemsta druidów za tysiąc lat chrześcijaństwa. [rar]


11-14.07

Ulica 26 Street Art

Kraków www.ulica26.teatrkto.pl

11.07

Szczecin Alter Ego pl. Batorego 4 start: 18.00 • wstęp: 15-20 PLN

Mouth of the Architect

FESTIWAL

Food, dzieci i teatr

Teatry przejmują przestrzeń publiczną. Wychodzą na ulice i nie przejmują się tym, że wokół słychać szum samochodów, krzyki dzieci i otwieranie puszek piwa. Nie boją się nieprzychylnych opinii i niewiedzy publiczności. Z tym właśnie przekonaniem organizatorzy Ulicy pracują nad 26. edycją Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Ulicznych, podczas którego w Krakowie pojawią się aktorzy z całego świata. Otwarcie uświetni hiszpańska grupa Xarxa, która istnieje od ponad 30 lat. Ponadto wystąpią goście m.in. z Anglii, Portugalii i oczywiście nasi rodzimi twórcy. Warto ukulturalnić się na powietrzu! [kp]

12-14.07

Reggaeland

Płock Plaża nad Wisłą www.reggaeland.eu

TRASA

Potężna konstrukcja

Ten rok jest dla Amerykanów z Mouth of the Architect szczególny. Formacja obchodzi właśnie swoje dziesiąte urodziny, na które sprezentowała sobie czwartą płytę w dorobku – „Dawning”. Chłopaki łączą sludge i post metal z bardziej melodyjnymi brzmieniami, czerpiąc tym samym inspiracje z dokonań Isis, Neurosis czy Cult of Luna. Certyfikatem jakości są wspólne trasy MotA z takimi wymiataczami, jak Unsane czy These Arms Are Snakes. Co ważne, wokalista i lider zespołu Jason Watkins gra na klawiszach i samplerze, wynosząc brzmienie kapeli na zupełnie nowy poziom. W połowie lipca Mouth of the Architect podejmą więc próbę podbicia całej Polski swoim masywnym brzmieniem i zagrają aż cztery koncerty. [croz] Pozostałe koncerty: • 12.07 · Gdynia · Ucho · ul. św. Piotra 2 • 13.07 · Warszawa · Hydrozagadka · ul. 11 Listopada 22 · start: 19.00 · wstęp: 33-40 PLN • 14.07 · Poznań · Pod Minogą · ul. Nowowiejskiego 8 · start: 20.00 · wstęp: 25 PLN

12.07

Deathgaze

Wrocław Firlej ul. Grabiszyńska 56 start: 20.00 • wstęp: 100 PLN

Festiwal

Reggae żyje i ma się dobrze

Czas sprecyzować swoje wakacyjne plany i dopisać do listy odwiedzanych miast Płock, w którym odbywa się jeden z największych festiwali muzyki reggae w Polsce. Woda, piasek, słońce, a w tle muzyka, która jednoczy ludzi – czego chcieć więcej? W tym roku zaprezentuje się ponad 50 wykonawców, m.in. Shaggy, Jahcoustix, Ken Boothe oraz, po raz pierwszy nad Wisłą, The Selecter. Polskich artystów też nie zabraknie. Na scenie staną Ras Luta, Mesajah, Jafia Namuel i Jamal. Ceny karnetów w porównaniu z innymi festiwalami są śmiesznie niskie, a organizatorzy zaserwują nam porządną dawkę pozytywnych emocji. Chyba nie muszę was namawiać? [maj]

KONCERT

Smutna manga

Shaggy

Są bardzo mroczni, ale pochodzą z Japonii, wyglądają więc bardzo malowniczo. Image zespołu przywołuje skojarzenia z jakąś odważną mangą dla dorosłych. W sumie ich muzyka też mogłaby posłużyć za soundtrack do japońskiego animowanego horroru. Istniejący od 2003 r. Deathgaze reprezentuje nurt visual-kei, jednak tracki formacji są znacznie cięższe od tych, do których przyzwyczaili się fani v-k. Wszyscy wielbiciele szybkiej, głośnej, hałaśliwej, nie najświeższej, ale energetycznej muzyki gitarowej powinni stawić się tłumnie – i na czarno – we wrocławskim Firleju. [amz]


lipiec Fair Weather Friends

06.07

Poznań KontenerArt ul. Mostowa 39 start: 12.00

12-14.07

Ladies Jazz Festival

Gdynia Hala Sportowo-Widowiskowa ul. Kazimierza Górskiego 8 www.ladiesjazz.pl

12-13.07

Gorlice Gorlickie Centrum Kultury ul. Michalusa 4 www.mpmambient.pl

Ambient Festiwal

IMPREZA Obchody dziewiątych urodzin Muno.pl zbliżają się do finału. Od południa twórcy portalu będą świętować w swoim rodzinnym mieście. Bądźcie tam z nimi! [dup]

Gavlyn

07.07

Warszawa 1500 m² do wynajęcia start: 18.00 • wstęp: 33-45 PLN KONCERT 23-letnia Gavlyn to gwiazda ostatnich kilkunastu miesięcy. Wygląda jak Brodka, ale nie śpiewa, lecz rapuje. Przyjeżdża wprost ze słonecznej Kalifornii, aby pokazać, jak to się robi na Zachodzie. [dup]

Ray Dickaty

10.07

Warszawa Eufemia ul. Krakowskie Przedmieście 5 start: 21.00 • wstęp: 10 PLN AKCJA Eufemiowe impromittingi to już mała tradycja w stolicy. Podczas kolejnej, lipcowej edycji na scenie zmierzą się świetny trębacz Kamil Suszkiewicz oraz rezydujący w Warszawie Ray Dickaty, którego muzyczne CV przyprawia o zawrót głowy. Rick występował m.in. z PJ Harvey, Stereolab, Duke Spirit czy Cornershop, pracował też ze Spiritulized. Impro or dead! [mk]

Płyny

od 11.07

Warszawa Skwer Skwer Hoovera start: 20.00

Dionne Warwick

Manuel Göttsching

FESTIWAL

Ikona nad morzem

Podczas Ladies Jazz Festival zobaczymy prawdziwe ikony kobiecego grania, m.in. Stacey Kent i Dionne Warwick. Ta ostatnia jest prawdziwą rekordzistką. Na scenie muzycznej występuje z powodzeniem od ponad 50 lat. Jej single przez cały ten czas goszczą na listach przebojów (pod tym względem dorównują jej tylko Madonna i Aretha Franklin). Na nagrody i wyróżnienia musiała chyba przeznaczyć osobny pokój. A co najważniejsze – wciąż jest w doskonałej formie, co niechybnie udowodni polskiej publiczności. Na festiwalu będzie można zobaczyć także koncerty Akiko, Gaby Janusz i Alicji Serowik. [oz]

FESTIWAL

Dźwięki z daleka

W czasach gdy festiwale wyrastają jak grzyby po deszczu, a poszczególni gracze coraz ostrzej ze sobą konkurują, warto docenić takie inicjatywy jak Ambient Festiwal. Na obchody 15-lecia istnienia organizatorzy przygotowali naprawdę smakowity zestaw syntezatorowych dźwięków. Główną gwiazdą będzie lider legendarnego Ash Ra Tempel, którego solowy album „E2-E4” miał niebagatelny wpływ na rozwój muzyki elektronicznej, w tym na nurt space disco. W sali Gorlickiego Centrum Kultury zagrają także Michel Huygen, znany lepiej jako Neuronium, rozpoznawalny dzięki wspólnej płycie z Vangelisem, oraz Brytyjczyk Robin Storey z projektem Rapoon, niegdyś członek industrialnego składu Zoviet France. Skład dopełnią 1605munro, DigitalSimplyWorld oraz Aquavoice. [croz]

13-21.07 6. Międzynarodowy 13.07 Festiwal Filmów Poznań www.animator-festival.com

Animowanych

Daedalus

Niedorzeczni 500 od 1500 ul. Wioślarska 12 start: 21.00 • wstęp: 15 PLN

FESTIWAL Jeśli nie wiecie, co w polskiej muzyce niezależnej piszczy, to będziecie mieli okazję nadrobić zaległości. Od 11 lipca co czwartek w ramach festiwalu WUJek Polacy będą grali muzykę na poziomie światowym. Warto się przekonać, że jak chcemy, to umiemy. [dup]

Dark Tranquillity

11-14.07 Węgorzewo ul. Generała Józefa Bema 14

FESTIWAL Głośno, agresywnie, czarno, głośniej, agresywniej, mroczniej. Festiwal Seven wybrał śmietankę gitarowego rżnięcia i zaprosza na hardcore w Węgorzewie. Będzie Dark Tranquillity, będzie Korpiklaani, będzie też ta nieszczęsna Coma. [kp]

kadr z filmu „Frank & Wendy”

FESTIWAL

Życie w kreskach

Od sześciu lat organizatorzy Animatora konsekwentnie zmieniają Poznań w stolicę animacji. W programie wydarzenia znalazły się m.in. filmy z różnych stron świata (w tym roku postawiono na Francję i Rosję), retrospektywy mistrzów, nowinki 3D, a także podróż po historii kina. Swój udział zapowiedziało wielu reżyserów, m.in. John R. Dilworth, Vincenzo Gioanola czy Olga Pärn. Ale to nie wszystko. Całość, jak na festiwal przystało, będzie okraszona wydarzeniami towarzyszącymi: warsztatami, dyskusjami, wykładami, nie zabraknie również projekcji z muzyką na żywo. [amz]

IMPREZA

Mistrz stylizacji

Alfred Darlington nie tylko nazywa się i wygląda jak bohater powieści Jane Austen, ale też w bardzo poważny sposób podchodzi do swojej twórczości. Znany lepiej jako Daedelus, będzie gościem kolejnej imprezy w ramach cyklu Bang!, który tym razem przybędzie na nadwiślańską plażę. Amerykanin od kilkunastu lat jest ekspertem od okraszonego niemal barokową ornamentyką downtempo pomieszanego z eksperymentalną, hiphopową motoryką. Nie wydaje już tak często jak kiedyś, ale jego świetną formę potwierdzają spektakularne sety z Boiler Roomu, które możecie z łatwością ustrzelić na Youtubie. Później z uśmiechem na twarzy udajcie się do letniej rezydencji 1500 m² do Wynajęcia i pogrążcie w tych gęstym brzmieniu. [croz]


15-21.07 Warszawa www.adamiakjazz.pl

Warsaw Summer Jazz Days

Projekt P

John Zorn

FESTIWAL

Najwyższa półka

Warsaw Summer Jazz Days od lat jest w ścisłej czołówce krajowych wydarzeń jazzowych, ale w tym roku sięgnie po samą koronę. Festiwal otworzą obchody 60. urodzin Johna Zorna. Nie będzie to jednak drętwy benefis – w stylu tych, które można było kiedyś uświadczyć w TVP Polonia. Legendarny saksofonista do Warszawy przyjedzie z takimi gigantami jak Mike Patton, John Medeski, Trevor Dunn, Marc Ribot czy Ikue Mori – i to z nimi zaprezentuje dokonania kilku swoich projektów. Następnego dnia uwagę publiczności przyciągnie na pewno wirtuoz flamenco Paco De Lucia. Prawdziwą bombą będzie też występ Sun Ra Arkestra. Ekipa dowodzona przez 89-letniego (!) Marshalla Allena nadal porywa tłumy swoją muzyką z innej planety. Gwiazdorski panteon dopełni Wayne Shorter, który pokaże, dlaczego jest nazywany jednym z najlepszych żyjących improwizatorów. Pędzimy się dokształcać. [croz]

18-28.07 Wrocław Kino Nowe Horyzonty ul. Kazimierza Wielkiego www.nowehoryzonty.pl

13. T-Mobile Nowe Horyzonty

kadr z filmu „Życie Adeli”

FESTIWAL

trzynasty horyzont

Potomek Romana Gutka obchodzi 13. urodziny. W ciągu tych lat trzykrotnie zmieniał miejsce zamieszkania – po roku czmychnął z Sanoka, na trochę zesquatował się w Cieszynie, aż w końcu osiadł na dobre we Wrocławiu. Zmieniał opiekunów, tył i obrastał w kolejne sekcje, ale jedno pozostawało niezmienne – zawsze ciągnął za sobą oryginalne, niekonwencjonalne kino. W tym roku w ramach 13. edycji festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty oprócz stałych sekcji – konkursu głównego dla bardziej odważnych widzów i panoramy dla tych mniej – organizatorzy przygotowali filmowe wycieczki do Szwajcarii (muzyczne dokumenty) i Rosji (alternatywny off). Na otwarcie – Złota Palma z Cannes, „Życie Adeli” Abdellatifa Kechiche’a. Z najważniejszego festiwalu filmowego świata przyjadą też Takashi Miike, Amat Escalante i ich kilku innych kolegów. Warto też się przekonać, co w kwestii techniki 3D mają do powiedzenia dziadkowe kina – Godard i Greenaway – w swoim nowelowym „3 Disasters”. Ponadto w programie trwająca 900 minut historia kina według Marka Cousinsa, filmowy musical Peaches i mnóstwo innych tytułów. A dla tych, którzy mimo pięciu seansów dziennie nie będą mogli spać – scena muzyczna. [mm]

24.05-17.07 Warszawa Lokal 30 ul. Wilcza 29a/12

Filip Berendt


czerwiec Warszawa Sala Kongresowa PkiN pl. Defilad 1 start: 19:00 • wstęp: 200-600 PLN www.rak.tosieleczy.pl Koncert Była zawsze blisko muzyki, ale nigdy nie wiązała znią przyszłości. Na szczęście los (a raczej Mike Batt) sprawił, że Katie Melua przestała marzyć o karierze polityka i na poważnie zajęła się komponowaniem. Dla niedoinformowanych: wokalistka została ambasadorką kampanii społecznej „Rak. To się leczy!” i w ramach tej akcji wystąpi w Warszawie. Całkowity dochód ze sprzedaży cegiełek zostanie przeznaczony na walkę z rakiem. [maj]

19-20.07

Days of the Ceremony

Warszawa Progresja ul. Kaliskiego 15a

Próba Dźwięku

21-23.06

Tychy Browar Obywatelski ul. Browarowa 7 www.probadzwiekufestiwal.pl

FESTIWAL Muzyka nie zna Audiojack granic. Dlatego dobre festiwale znajdziecie w Krakowie, Warszawie, Wrocławiu, no i w... Tychach. Organizatorzy kolejnej edycji Próby Dźwięku oprócz twórców takich jak Audiojack czy Jan Blomqvist zaprosili też najciekawszych polskich producentów. Warto zwiedzić nowe miasto z dobrym soundtrackiem w tle. [kp]

Cudawianki

22.06

Orange Goblin

FESTIWAL

Oto jest dzień!

Ekipa Days of the Ceremony swoimi działaniami potwierdza, że przyznanie jej naszej zeszłorocznej nocnomarkowej nominacji było słuszne. Druga edycja największego krajowego festiwalu muzyki spod znaku stoner, doom, psych i sludge to potężne przedsięwzięcie. Tym razem impreza będzie trwać dwa dni. Jako największe gwiazdy obu wieczorów wystąpią Brytyjczycy z Orange Goblin oraz odwiedzający nas po raz pierwszy amerykańscy wymiatacze z Pentagram. Ponadto zobaczymy ciężkich jak walec, choć filigranowych Francuzów z Mars Red Sky, weteranów z Eyehategod oraz obowiązkową reprezentację Skandynawii, czyli Horisont i Troubled Horse. Bardziej nie zachęcamy, bo wiemy, że tam będziecie! [mk]

Gdynia www.cudawianki.eu FESTIWAL Pogoda za oknem cudowna – najlepiej rozkoszować AYO się nią nad morzem. Kolejną odsłonę Cudówwianek uświetni występ artystów naprawdę fajnych, takich jak AYO czy Julia Marcell. Będzie też L.U.C., któremu nigdy mało występów opłacanych przez podatników. [kp]

19-21.07 Jarocin www.jarocinfestival.pl

Jarocin Festiwal

Y’akoto

22.06

Warszawa Palladium ul. Złota 9 start: 19.00 • wstęp: 85-130 PLN www.goodmusic.com.pl KONCERT Y’akoto, porównywana do Amy Winehouse czy Lauryn Hill, ma plan podbić serca polskich fanów. Niemiecka wokalistka z Afryką we krwi śpiewa ładnie, wygląda świetnie i ma szansę stać się kolejną ulubienicą słuchaczy z naszego kraju. [kp]

Mariza

23.06

WrocŁaw Hala Orbita ul. Wejherowska 34 start: 20.00 • wstęp: 50-200 PLN KONCERT Mariza, która często porównywana jest do Amalii Rodrigues (królowej muzyki fado), już 28 czerwca wystąpi we wrocławskiej Hali Orbita. Pierwszy album artystki pokrył się poczwórną platyną. Jej muzyka to pełna pasji mieszanina: od smutku, przez zazdrość, aż do żalu. Według krążących opinii koncerty Marizy elektryzują, brutalnie wydobywając z człowieka najgłębiej ukryte uczucia. Wstyd przegapić. [maj]

Soulfly

FESTIWAL

Jarocińska różnorodność

Dziewiąta już edycja reaktywowanego festiwalu w Jarocinie zapowiada się jak zwykle eklektycznie, proponując niezwykłą mieszankę punku, reggae i ciężkich brzmień. Przez trzy dni przez scenę przewinie się prawie 40 kapel, zarówno tych z długim stażem, jak i debiutantów. Zacznijmy od zagranicznych artystów. Bez wątpienia łakomym kąskiem będzie koncert Suicidal Tendencies. Ekipa dowodzona od 30 lat przez niestrudzonego Mike’a Muira to legenda sceny hardcore-punk. Na gorące przyjęcie z pewnością może też liczyć Max Cavalera i jego Soulfly, które będzie główną gwiazdą ostatniego dnia festiwalu. Ponadto zagrają angielska legenda ska Bad Manners, klasycy horroru Misfits oraz Marky Ramone ze specjalnym projektem Blitzkrieg. Młodsze pokolenie reprezentować będą m.in. Frank Turner, umiejętnie łączący punkową energię z akustycznymi brzmieniami, oraz I Am Giants, których niedawno mogliśmy podziwiać podczas trasy po Polsce. Występy rodzimych gwiazd będą stać pod znakiem wspominek i rocznic. Nie wolno opuścić występu Heya, który pierwszego dnia wykona w całości swój kultowy debiut – „Fire”. [matad]


20.07

Atoms for Peace

Poznań MPT pl. Marka start: 17.00 • wstęp: 220 PLN • www.malta-festival.pl

KONCERT

Na deser

Cztery lata po koncercie Radiohead Poznań znów zwabił Thoma Yorke’a, tym razem z inną, równie ciekawą paczką znajomych – na zakończenie Malty wystąpi Atoms for Peace. Dowodzona przez lidera Radiohead supergrupa, w której udzielają się także Flea z Red Hot Chili Peppers, wieloletni producent radiogłowych Nigel Godrich oraz Joey Waronker i Mauro Refosco. Ich debiutancki krążek „Amok” rozwija wątki z ostatniego długograja Radiohead „The King of Limbs” i potwierdza kompozytorską klasę Yorke’a. Jako supportuwystąpi Cat Power, która w zeszłym roku powróciła w wielkim stylu. Na albumie „Sun” swoje folkowe brzmienie wokalistka odświeżyła dużą dawką elektroniki, a o jej występach na żywo krążą już legendy. Szykuje się wielka muzyczna wyżerka. [croz]

20.07

Mount Kimbie

Warszawa Niedorzeczni – 500 od 1500 ul. Wioślarska 13 start: 22.00 • wstęp: 30 PLN

23.06

Mariza

Wrocław Hala Orbita ul. Wejherowska 34 start: 20.00 • wstęp: 50-200 PLN

IMPREZA

KONCERT

Od dwóch lat organizatorzy Music of the Future skutecznie popularyzują w stolicy najciekawszą nową elektronikę. Od czerwca 2011 r. natłukli już ponad 30 imprez, na które zawsze sprowadzają gwiazdę z zagranicy – Bok Bok, George’a Fitzgeralda, Addison Groove czy Joya Orbisona. Na swoje drugie urodziny przygotowali więc walec, którym przejadą wszystkich, nawet swoje poprzednie imprezy: po prostu zaprosili Mount Kimbie! Brytyjski duet, którego druga płyta „Cold Spring Fault Less Youth” właśnie zakrada się na szczyty popularności, znany jest z bogatych brzmieniowo koncertów. Dość powiedzieć, że ekipa świetnie sprawdza się nawet na scenach festiwalowych, a część z was miała okazję zobaczyć chłopaków na Torwarze, gdzie supportowali The xx. Jako after na urodzinach pojawi się trio producentów Dark Sky, którzy zagrają na MOTF juź po raz drugi. Niewątpliwie będzie to jedno z najważniejszych warszawskich wydarzeń tegorocznego lata. [rar]

WrocLOVE to impreza organizowana z okazji święta Wrocławia. W tym roku muzyczne emocje zdetonuje portugalska gwiazda muzyki fado – Mariza. Jej elektryzujący, diamentowy głos oczarowuje publiczność na całym świecie. Fado to muzyka przepełniona pasją i emocjami, jak flamenco i argentyńskie tango. Multiplikacja doznań gwarantowana! [nika]

Future is now

Eksplozja emocji


lipiec Iza Lach

13.07

Warszawa Cafe Kulturalna pl. Defilad 1 start: 22.00

24.07

Design 28

Katowice Rondo Sztuki rondo im. gen. Jerzego Ziętka 1

Iza Lach jest moją ulubioną polską piosenkarką. Tak jak lubię pop w wykonaniu Taylor Swift i Miley Cyrus, tak też przybijam pieczątkę jakości dziewczynie, która w polskich mediach zaczęła się pojawiać dopiero po słabym featuringu u Snoopa. A śpiewać umie, gadać umie, miła jest, polecam. [kp]

Kaytranada

20.07

Warszawa Plac Zabaw ul. Myśliwiecka 9 start: 21.00

IMPREZA Flirtini grają hip-hopy tu i tam. Najczęściej na dworze, gdy jest ciepło. Drzewa, palemki, no i chillout z okazji pierwszych urodzin wrażenia zagwarantują nam Jedynak, Ment i gwiazda z Kanady, Kaytranada. [kp]

Trupa Trupa

26.07

Warszawa Cafe Kulturalna pl. Defilad 1 start: 22.00 KONCERT Trupa Trupa promuje swoją drugą płytę. Zespół premierowo zagra kawałki z wydawnictwa zatytułowanego „++”. Jeśli chcecie się przekonać, jak chłopcy śpiewają, to możecie znaleźć ich koncert w dobrej jakości na Youtubie. Bo mi brakuje słów, żeby ich opisać. [kp]

My Man Mike

27.07

Monika Smaga

WYSTAWA

Dyplomy, plony, te sprawy

Kto wie czy już niebawem nie natkniecie się na meble, ubrania, gadżety i mnóstwo innych ładnych rzeczy, które oni zaprojektują. O kim mowa? Otóż o naszych czołowych młodych talentach designu. 28 najlepszych dyplomów projektowych z siedmiu polskich uczelni artystycznych będzie można zobaczyć w katowickim Rondzie Sztuki, gdzie po raz czwarty odbędzie się konkurs Najlepsze Dyplomy Projektowe Akademii Sztuk Pięknych. Zdolni twórcy, których prace zostały pokazane w ramach poprzednich edycji tego wydarzenia, wypłynęli już na szerokie wody designu. Co zobaczymy? Meble, lampy, biżuterię, ceramikę, książki, plakaty, a także urządzenia laboratoryjne czy sanitariaty. Studenci zajmują się również identyfikacją wizualną miast i instytucji, projektują przestrzeń przyjazną osobom niewidomym, rewitalizują obiekty architektoniczne, wymyślają nowe kroje pism. Krótko mówiąc – są wszędzie, więc i was nie może zabraknąć na wystawie, na której pokażą swoje najukochańsze, bo dyplomowe dzieci. [amz]

24-28.07

Gdynia www.globaltica.pl

Globaltica

Warszawa Eufemia ul. Krakowskie Przedmieście 5 start: 21.00 • wstęp: 10 PLN KONCERT Pomimo globalizacji koncerty kapel z innych kontynentów nadal są dużym wydarzeniem. Co więcej, zespół My Man Mike zgromadził w swoich szeregach multikulturowy skład i powstał w Seulu, czyli niedaleko jednego z najbardziej koszmarnych reżimów świata. Koreańczycy to hardcore'owe łojenie na najwyższym światowym poziomie, zatem wpadajcie póki grają w kameralnych warunkach. [mk]

Surf Picnic

27.07

CHAŁUPY AKCJA Plaża, wiatr, fale, piasek we włosach, dziewczyny w bikini, goście, którzy bez koszulki wyglądają O WIELE lepiej ode mnie (co nie jest znowu takie trudne). Wszyscy ze swagerem na deskach: tricki, podskoki, a ja siedzę z boku i zastanawiam się, czy gdzieś nie da się wypożyczyć roweru wodnego. [kp]

Buba Kuyateh

FESTIWAL

Morze atrakcji

Festiwale, namioty, błoto i bitwy na line-up. Tak już od prawie dekady mijają nam wakacyjne miesiące. Są jednak imprezy, które nie dają się wciągnąć w tę paranoję i od lat konsekwentnie budują swoją szlachetną markę. Jednym z nich jest trójmiejska Globaltica. Festiwal kultur świata to nie tylko wydarzenie dla wielbicielek rodzimego folkloru doznających ekstazy przy „Kukułeczka kuka”, ale przede wszystkim niesamowita okazja, by zobaczyć, przy czym bawią się ludzie w krajach nie zawsze kojarzących się z listami przebojów. RPA, Gambia, Gruzja, Portoryko czy Algieria też mają swoje muzyczne gwiazdy, które często bez problemu stają w szranki z przynudzającymi, plastikowymi produktami z USA czy Wysp. W tym roku nadbałtycki fest gościć będzie m.in.: Watcha Clan, Mahotella Queens, Buba Kuyateh czy Chveneburebi. [mk]


26-28.07

Audioriver

Płock www.audioriver.pl

FESTIWAL

#8 TAURON NOWA MUZYKA FESTIVAL Kraftwerk – 22—25.08 2013

Rzeka życia

Audioriver nadchodzi po raz kolejny. Płocki festiwal znowu będzie nas uczył, czym jest elektronika. Na płockiej plaży pojawi się masa wykładowców i naprawdę szkoda, że nie mamy miejsca, by opisać ich wszystkich. Za naukę muzyki techno odpowiadać mają Paul Kalkbrenner, Richie Hawtin i Jeff Mills. Ten pierwszy jest producentem, aktorem i autorem wielkiego hitu „Aaron” do filmu, który wszyscy znają i kochają – „Berlin Calling”. Ten drugi, mimo że urodził się w małym mieście w Wielkiej Brytanii, tak naprawdę zawsze mieszkał w Detroit, z którego pochodzi ten trzeci – przez nas najbardziej wyczekiwany. Jeśli mielibyśmy wskazać kogoś, kto w muzyce techno zasługuje na miano człowieka instytucji, to byłby nim właśnie Jeff Mills. Oczywiście elektronika to nie samo 4/4, dlatego obok tych trzech panów pojawią się m.in.: islandzki GusGus, człowiek od reklamy Levis’a i horroru o morderczej oponie Mr. Oizo i bożyszcze nastolatek Gesaffelstein. My najbardziej jednak czekamy na to, co zaprezentuje brytyjski duet Dusky, który w ciągu kilkunastu miesięcy z stał się jednym z najważniejszych, obok Julio Bashmore’a, reprezentantów bassujących house’ów. A to i tak tylko wierzchołek góry lodowej, bo ponadto pojawią się gwiazdy d’n’b i różnych połamańców, genialni deephouse’owi didżeje z Berlina, no i oczywiście polscy twórcy. Będziemy tam! [kp]

Jeff Mills

26-28.07

Sunrise

Kołobrzeg Amfiteatr Kołobrzeg ul. Fredry 1 www.sunrisefestival.pl

27-28.07 Lublin www.lfg.lubling.eu

SQUAREPUSHER / MODERAT / TOSCA / AMON TOBIN PRESENTS TWO FINGERS [DJ SET] / BRANDT BRAUER FRICK ENSEMBLE / SKREAM / BADBADNOTGOOD / JON HOPKINS / LFO / Neurosis Meeting VENETIAN SNARES / 30.06 of Styles JAMIE LIDELL / THUNDERCAT Warszawa Palladium ul. Złota 9 start: 19.00 • wstęp: 100-120 PLN www.knockoutprod.net

i wielu innych… www.festiwalnowamuzyka.pl www.facebook.com/nowamuzyka ticketpro.pl, biletin.pl ticketportal.pl, muno.pl

Sponsor główny:

Dada Life

FESTIWAL

FESTIWAL

O takiej legendzie marzy chyba każda impreza masowa. Sunrise zaczęło się od cyklicznych urodzin pewnego pana didżeja, by w ciągu zaledwie paru lat dochrapać się statusu jednej z największych imprez muzycznych w kraju. Nic w tym dziwnego. Kołobrzeski fest idealnie wstrzelił się w rynkową niszę, przyciągając rzesze spragnionych słońca wielbicieli trance’u, house’u i techno, którzy przez wszystkie weekendy roku kiszą się w remizach i klubach pełnych przaśnego glamouru. Trzydniowa dyskoteka odbywająca się w kołobrzeskim amfiteatrze gościła już najbardziej rozpoznawalne nazwiska – od Tiësto po Guettę. W tym roku wystąpi kilkudziesięciu didżejów z całego świata. Większości nie znamy, ale wiemy jedno: jeśli chcecie wyrwać opaloną rakietę, to koniecznie wypierzcie swoje skarpety w wybielaczu! [mk]

Meeting of Styles to polska odsłona Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Muralu, który swoje korzenie ma w Niemczech. Ruch ten powstał w latach 90. i łączył wszystkie odłamy kultury hiphopowej w jeden festiwal. Od tamtej pory jest to największa europejska impreza łącząca pod jednym szyldem hip-hop, graffiti i break dance. Przyciąga ona najciekawszych jej przedstawicieli, a także młode talenty, które dzięki niej mogą wypłynąć na szersze wody. W ostatni weekend lipca Lublin straci trochę ze swojej szarości na rzecz kolorów i mazów na monolitach postkomunistycznych gmachów. Warto przybyć i popatrzeć, jak graffiti rodem z Berlina zaczaruje największe miasto Polski B. Wszystko to przy hiphopowych dźwiękach z górnej półki. [amz]

Słońce, rakiety, plaża

Berlin w Lubilnie

Partnerzy:

Patroni medialni:

Organizatorzy:

Współorganizator:


Bar Studio

W poszukiwaniu utraconego klimatu

Pałac Kultury to wymarzone miejsce na bar. Imponująca architektura, świetna lokalizacja i brak ciszy nocnej. Nie więc dziwnego, że co pewien czas z mniejszym lub większym szczęściem otwierają się tu kolejne lokale. Bar Studio, którego właścicielem jest znany z Chłodnej 25 Grzegorz Lewandowski, debiutował w Pałacu co najmniej pięć razy. Nie wiem, czy to jego strategia, czy też wypadkowa sytuacji, ale pół maja i czerwca upłynęło na otwieraniu się baru. Do tej pory jednak nie udało się chyba otworzyć go do końca. Nie ma jeszcze określonego programu kulturalnego, brakuje trochę koncepcji i dań w karcie, przynajmniej tak było w dniu mojej wizyty. Studio, które zajęło miejsce zamkniętej Bratniej Szatni, jest trudne do sklasyfikowania. Wystrój zaprojektowany przez Centralę przypomina trochę klub z końca lat 90. Kolorowe światła, szklane półki, wystawka z wódki po sufit. Na tym jednak skojarzenia z disco się kończą. W menu, którego autorką jest Maria Przybyszewska, znajdziemy proste sałaty, przekąski i kanapki. Dodatkowo do 14.00 obowiązuje też karta śniadań. Wśród dań najbardziej zapadła nam w pamięć kanapka Waldorf z marynowanym śledziem i sałatką z selera z domowym majonezem (9 PLN) oraz jej przyrodnia siostra Gravlax z łososiem peklowanym w burakach i wódce (9 PLN). Warto też spróbować wariacji z jajkiem w koszulce. Sałaty na tle wyszukanych kanapek wypadają raczej blado. Połączenia są klasyczne: gorgonzola, gruszka, orzechy czy ser kozi i pieczony burak, a ceny mocno warszawskie (od 23 do 28 PLN). Studio słynie też z czterokolorowych chłodników. Niestety mimo upałów nie udało nam się ich dostać. Kelner tłumaczył się enigmatycznie, mówiąc że „nie schodzą”, choć może chodziło mu o to, że „nie wchodzą”. O 20 w środku tygodnia w barze były może ze dwie osoby, choć liczba brudnych stolików wskazywała co najmniej na pułk wojska. Barman, który zrobił mi pysznego, improwizowanego drinka (18 PLN), do sprzątania się nie garnął. Świetnie za to opowiadał o alkoholu, więc sporo można mu wybaczyć. Studio wymaga cierpliwości i chyba potrzebuje kolejnego otwarcia. Są tu co prawda pyszne koktajle (16 PLN), wybitny bufet śniadaniowy (od 13 PLN do 24 PLN) i zgrabne kanapki (9 PLN), ale brakuje atmosfery. A wiadomo, że nie samym chlebem… Nawet jeśli wypiekany jest na miejscu. [Olga Święcicka] pl. Defilad 1 godziny otwarcia: pon.-ndz. 10.00 – do ostatniego gościa

NIE ZAWSZE MUSI BYĆ CHAOS

(Re)animacja chaosu

Ulica Oleandrów powoli wyrasta na jedno z prężniej rozwijających się zagłębi knajpiano-kulturalnych w stolicy. Cichsza od Poznańskiej, mniej wydeptana niż plac Zbawiciela, ma już grono zwolenników. Z akcją przywracania uliczki miastu – i mieszkańcom – jako pierwsze ruszyło zaprzyjaźnione z redakcją Małe Piwo, duże zasługi ma też Okienko, które przycupnęło na rogu z Polną. Później przybył BreadBar, od dawna jest galeria M2, teraz przywędrował kolejny sąsiad – Nie Zawsze Musi Być Chaos, którego właściciele w 2012 r. wygrali zorganizowany przez Urząd Miasta konkurs na „Lokal na kulturę”. W środku samego Chaosu jest trochę jak w świetlicy: tuzin stolików z krzesełkami, które w latach 90. widziałem w przychodni lekarskiej, kontuar wykuty w ścianie, biel i czerń, swojska posadzka. Do jedzenia spory wybór pozornie standardowych przekąsek. Zestaw wegetariański (15 PLN) to przygotowywany na miejscu hummus (ale z buraków!), sałatka (z świeżą miętą) i szarmula (afrykańskie smarowidło na bazie kolendry). Zamiast chleba placki drożdżowe z przyprawami i sezamem, przypominające pity. Składniki w zależności od dnia i inwencji kucharza mają się zmieniać. Poza tym dużo innych dóbr – niebieskie migdały (w polewie, na patyku), ciasto lawendowe, ciabatty i różne pasty. A co z kulturą? Właściciele Nie Zawsze Musi Być Chaos, którzy chcą – jak enigmatycznie deklarują – budować świadomość estetyczną społeczeństwa, zaczęli już działania na tym froncie. W drugim pomieszczeniu umieścili więc sklep z ambitną selekcją winyli i płyt CD, głównie z jazzem i muzyką awangardową. W programie są ponadto wydarzenia z pogranicza muzyki, designu i (re)animacji życia kulturalnego, m.in. pokazy filmów i spotkania z zespołami. Pod koniec czerwca ruszyła zaś pierwsza wystawa pt. „Zawsze musi być okładka”, w ramach której znani polscy graficy zaprezentują swoje ulubione okładki płyt. Już niedługo w Chaosie łatwiej przyjdzie nam wspierać kulturę – właściciele właśnie dogadują się ze wspólnotą w sprawie sprzedaży alkoholu. [Mariusz Mikliński] ul. Marszałkowska 19, wejście od ul. Oleandrów

Sezonowa

Kawka podczas antraktu

Lato zobowiązuje. Warszawskie lokale starają się dopasować do pogody i oferują coraz to nowe plenerowe miejscówki. Do walki o klienta, który ma ochotę posiedzieć na powietrzu, wystartował też Nowy Teatr, otwierając Sezonową. Pomysł jest prosty – wykorzystano zaciszny i zadrzewiony teren dawnego parkingu dla pracowników MPO, postawiono oldschoolową wiatę, która wygląda jakby jeszcze niedawno parkowały pod nią trabanty, położono porządną drewnianą podłogę, postawiono białe stoliki i wybudowano z desek bar. Minimum wysiłku, maksimum efektu – miejsce jest przytulne, klimat robią drzewa i ogrodzenie, które pamięta czasy PRL-u. Ot, uroczy, cienisty zakątek, w którym można przycupnąć na kawkę. Jeśli chodzi o menu, to do wyboru mamy proste przekąski (tarta z owocami, szarlotka, tosty, zupy) i napitkową klasykę – Club Mate i spółka plus kawa, herbata i świeże soki owocowe. Jest też piwo. Jeśli chodzi o kulinarne atrakcje – szału nie ma, ale Sezonowa bardziej niż pełnoprawną knajpką ma być przyjemnym barkiem dla teatralnych widzów, którzy wpadają tu podczas antraktu (zapominalskim o rozpoczęciu drugiej części spektaklu przypomina pani, która przychodzi i zagania do wnętrza tych, którzy zasiedzieli się przy kawce). Jeśli chce konkurować z solidną knajpianą ekipą w okolicy, trzeba będzie zaproponować coś bardziej wyjątkowego. Jeśli nie – nie ma się do czego przyczepić. [Sylwia Kawalerowicz] ul. Madalińskiego 10/16


Zapiexy luxusowe

Przejaw patriotyzmu

Jest około 22. Chcecie pobiec dalej w miasto, ale powoli zaczyna wam burczeć w brzuchu i musicie opanować ten kataklizm, zanim wymknie się spod kontroli. Belgijskie frytki? Może prawdziwy amerykański burger? Albo wietnamska zupa? Kulinarny krajobraz, mimo że coraz bogatszy, nadal nie jest zbyt urozmaicony. Cieszy więc odsiecz ekspresowego polskiego jadła, którą dowodzą Zapiexy luxusowe. Położony w bliskim sąsiedztwie Rotundy lokal wita nas wnętrzem rodem z kultowych „Społemów”. Duch PRL-u jest na tyle silny, że o której godzinie byśmy do Zapiexów nie zajrzeli, zawsze zastawaliśmy przynajmniej kilkuosobową kolejkę. Specjalnością zakładu, jak łatwo się domyślić, są kilometrowe buły naszpikowane serem i pieczarkami, które potem, wedle uznania, możemy przyozdobić wybranymi dodatkami. Mniej kreatywni, zamiast spróbować własnej kompozycji, mogą wybierać z kilkunastu gotowych wariantów. Od najbardziej klasycznych: z kiełbasą w roli głównej, po bardziej zaskakujące zestawy, jak np. zapiekanka grecka (góra fety, oliwek i świeżego ogórka), czy nieoczekiwanie smaczną opcję z ogórkiem kiszonym i świeżym pomidorem. Ceny zaczynają się od 8 PLN, a kończą na 12 (chyba że zaszalejecie z dodatkami). Po wydaniu zapiexy zostaniecie odesłani do sekcji plastycznej, gdzie możecie swoją bułę udekorować sosami (wybór jest naprawdę spory). Pozostaje chwycić z lodówki tradycyjną oranżadę Olszynka (3 PLN) i oddelegować się na leżak przed zakładem. Jedyny minus, jaki zauważyliśmy, to czas oczekiwania, zwykle koło 10 minut, ale od naszej ostatniej wizyty lokal zaopatrzył się w drugi piec i wyrabia w tej chwili 200% normy. Nie jest to w żadnym wypadku obiadowa propozycja, ale Zapiexy zażegnają każdy żołądkowy kryzys i właśnie dlatego będziemy tam częstymi gośćmi. [Cyryl Rozwadowski] ul. Widok 19 godziny otwarcia: pon.-czw. 11.00-23.00 pt.-sob. 11.00-04.00 ndz. 12.00-22.00 www.zapiexy.pl

Niedorzeczni

Jak zwał, tak zwał

Z radością, otwartymi ramionami, z leżakami pod pachą i sprejem na komary w garści, witamy każdą nową plenerową miejscówkę. Niedorzeczni 500 od 1500 – nowa nadwiślańska klubołąka – od naszych ulubionych plenerówek nieco się jednak różni. Czy na plus, czy na minus – to zależy w dużej mierze od tego, czego się po Niedorzecznych spodziewamy. Jeśli potraktować to miejsce jako outdoorowy zamiennik 1500 m², letnią wersję klubu, do której w najgorętsze dni przenosić się będą organizowane w 1500 m² imprezy, to bezpośrednie sąsiedztwo ruchliwej ulicy (a tuż za nią klubu) staje się dużą zaletą, a ogradzanie nadwiślańskiej trawki metalowym płotem jest uzasadnione. Jeśli w Niedorzecznych wolelibyście widzieć plenerowe miejsce czilu z barowo-muzyczno-sanitarną infrastrukturą, to rozejrzyjcie się lepiej w inne strony. Są w Warszawie dużo przyjemniejsze miejscówki pod chmurką. Ale bookingami pewnie Niedorzecznym nie dorównają – my polecamy to miejsce raczej na duże imprezy niż na plenerowe piwo ze znajomymi. A że tańce w klatce z metalowego ogrodzenia nie należą do moich ulubionych rozrywek, z imprezowaniem sensu stricto poczekam do jesieni. [Ola Wiechnik] ul. Wioślarska 12 tel. 606 205 012

Burger Kitchen

Pańskie oko na burgera

Świetnie. Jeszcze jedna burgerownia. Super. To już nawet nie jest śmieszne, nawet nie irytujące, to po prostu jest smutne – myśleliśmy, idąc po raz pierwszy do Burger Kitchen. I proszę, miłe zaskoczenie. Burger Kitchen to knajpa otwarta przez Tomasza Woźniaka – kulinarnego blogera gotującego w Dzień Dobry TVN i współpracującego z licznymi magazynami, który gastronomiczne inspiracje zbierał podczas swoich licznych podróży po świecie. To, co najbardziej wyróżnia BK spośród zbyt licznych już u nas burgerowni, to gospodarz, który swoją obecnością wypełnia każdy kąt. Tak, gospodarz, nie właściciel, bo podczas każdej z naszych trzech wizyt Tomek krzątał się po lokalu, doglądał wszystkiego osobiście i zagadywał do gości, a jego szeroki uśmiech dodawał smaku potrawom. Choć tym go nie brakowało – bardzo smaczny (choć nie za duży) burger przypadł nam do gustu szczególnie ze względu na bułkę. Miękka, ale nie watowata, zwarta, ale nie harata podniebienia. No i nie zdominowała kwintesencji burgera – czyli burgera. Oprócz bohatera tytułowego (także w wersji wegetariańskiej – z pieczarką portobello, ceny między 22 a 26 PLN) w Burger Kitchen można zjeść pyszne frytki – z ziemniaków z rozmarynem albo z cukinii (8 PLN) – i krążki cebulowe. Restauracja serwuje też śniadania (owsianka, omlet, granola, czyli mieszanina płatków zbożowych, rodzynek, orzechów, suszonych owoców), hummus, guacamole i szejki w amerykańskim stylu: z masłem orzechowym, lodami i whisky, podawane w wysokich metalowych kubkach (22 PLN). Wnętrze przestronne, wykorzystujące modne patenty, ale urządzone na luzie. Całość na duży plus. Ale błagam, żadnych więcej knajp z burgerami. [Ola Wiechnik] ul. Widok 8 godziny otwarcia: pon.-czw. 07.30-23.00 pt. 07.30-01.00 sob. 09.00-01.00, ndz. 09.00-20.00 tel. 22 464 82 84

nowe miejs Warsza ca wa


Budyń

Mr. Nô na Europa vo

x

na Str eetwa

Lana Del Rey

ves

Pot / kwiaty / więcej potu

Osiem miliardó w stopni

Gorący koncert owy miesiąc za nami. A$AP i La Clapton w Łodzi na w Warszawie , Streetwaves w , Trójmieście, Ra Godna rozgrzew p Szalet we Wro ka przed sezon cławiu. em festiwalowym . Jesteśmy goto wi! Tekst: Adamski, Kalinowski, Kropiński, Peresada, Rejowski, Wiechnik Foto: Murawski, Peresada, Sarama, Wiechnik

Jeszcze podczas składu poprzedniego numeru reprezentant redakcji wyrwał się do Francji na zaprzyjaźniony festiwal. Europavox to impreza specyficzna. Pominąwszy nawet fakt, że odbywa się w miasteczku, które leży u stóp podobno wygasłego wulkanu (już my widzieliśmy wystarczająco dużo filmów, aby nie wierzyć takim zapewnieniom), to i tak wyróżnia się na tle innych europejskich wydarzeń muzycznych. Nikt tutaj nie chce wielkich gwiazd z UK – ważniejsze jest zaprezentowanie np. mało znanego zespołu z Łotwy niż zabukowanie czegoś oczywistego z Niemiec. Europavox to wydarzenie promotorskie, które ma odkrywać przed publicznością w Clermont-Ferrand nowe zespoły z całej Europy. My mieliśmy okazję pojawić się tam po raz kolejny i ten rok zaskoczył nas i pozytywnie, i negatywnie. Pierwszego dnia festiwalu, przyznajemy się bez bicia, widzieliśmy jeden koncert: był to Miles Kane (znany wam pewnie z Last Shadow Puppets), który zapomniał, że nikt już nie słucha tego rodzaju muzyki. Dlatego wraz z innymi dziennikarzami, skupieni w kółeczku nad rumem i colą, a potem nad whisky i colą, a potem nad piwem i winem, siedzieliśmy sobie w naszych pokojach hotelowych, witając Francję na wschodnioeuropejski sposób. Technika, którą obraliśmy, okazała się następnego dnia bardzo nieopłacalna. Zwłaszcza że drugi dzień festiwalu miał być TYM dniem. Najlepszym dniem, najciekawszym dniem, elektronicznym dniem. Zaczęliśmy od Skip & Die, którzy są marnymi podróbkami takich zespołów jak Buraka Som Sistema, a ich wokalistkę można uznać za białą M.I.A. Tuż po nich na scenie pojawili JCDC and Mr. Nô. Ten pierwszy to Jean-Charles de Castelbajac, czyli legendarny francuski

designer, którego rola na scenie polegała na malowaniu farbkami. Naprawdę. To było wszystko, co robił – malował farbkami. Z kolei Mr. Nô to duet producencki grający typowe francuskie electro, które na żywo jednak ciągnie człowieka pod scenę. W końcu nadeszła pora na najbardziej oczekiwany występ. Tuż przed pierwszą w nocy na scenie pojawił Amon Tobin. I, o Jezu, ależ było głośno. Ależ było wulgarnie, ależ było drumowo, dubstepowo, obcesowo, Tobinowo. DJ-set pana Amona, który występuję jako „Amon Tobin presents Two Fingers”, był czymś wyjątkowym. Szybkim, prostym, jednoznacznym. Byliśmy pod wrażeniem, że niektórzy ze słuchaczy byli w stanie wytrzymać cały hardcorowy set tego pochodzącego z Brazylii producenta. Dzień trzeci i ostatni zaczęliśmy od 90 minut Ligi Mistrzów. Wcześniej grał „gość z Air”, ale nie ten śpiewający typ, tylko ten drugi, więc nie zahaczyliśmy o jego występ. Borussia przegrała 1:2. A kto jeszcze wystąpił? Benjamin Biolay, typowy francuski wokalista, którego kochają starsze panie. Jacques Higelin, typowy francuski wokalista, którego kochają jeszcze starsze panie. Lilly Wood and the Prick, najgorszy zespół country w Europie z najgorszą nazwą na świecie. Tylko występ Sóley zapadł nam na chwilę w pamięci. Na chwilę. Ostatni dzień dłużył się i dłużył, zmuszeni więc byliśmy powtórzyć rytuał, który tak dobrze sprawdził się dnia pierwszego i który ponownie zebrał żniwo nazajutrz, gdy w ostatniej sekundzie zdążyliśmy na pociąg do Paryża. Europavox to festiwal bardzo, bardzo fajny. Pomysł fantastyczny, promować młode europejskie talenty trzeba, ale twórcy imprezy powinni to wszystko bardziej wyważyć. Wydarzenie potrzebuje większego zróżnicowania

i headlinerów, którzy przyciągną słuchaczy ze stolicy Francji, aby przy okazji poznali miasto i usłyszeli całkiem świeży finlandzki rap. Wierzymy, że Europavox ma potencjał, aby stać się istotnym (a nie tylko wyjątkowym) festiwalem na mapie Europy. Trzymamy zresztą kciuki i lecimy do Clermont-Ferrand już za rok. Tymczasem w Warszawie po raz pierwszy wystąpili Crystal Fighters. Zaczęło się z lekkim poślizgiem – może celowym ze względu na monstrualną kolejkę przed klubem. Emocje rosły – można było odnieść wrażenie, że do Palladium teleportowano samą Beyoncé (ewentualnie Borussię) – a kulminacja nastąpiła w momencie wkroczenia Basków na scenę. Tu właściwie skończyły się atrakcje, bo po pierwszych kilku minutach zespół odkrył wszystkie karty i – przynajmniej dla nas – zabawa się skończyła. Band rzępolił niemiłosiernie, zarzynając przy okazji większość znanych z płyt smaczków. Szarą eminencją imprezy był pan akustyk, za sprawą którego zwaliła się na nas ściana bezsensownego hałasu (sieczka z Sunrise brzmiałaby przy tym jak wielka sztuka). Okazało się, że przekombinowany, barokowy patent polegający na przemycaniu w piosenkach śródziemnomorskiego słońca wypada na żywo jak kiepska mieszanka bitmaszyny, niezdarnego perkusisty i dwóch niesłuchających się gitarzystów. Tłum nie zważał jednak na kakofonię i okropny ścisk. „Follow”, „Solar System” i „You and I” przyjmowane były jak bramki podczas trwającego w dalekim Londynie finału Ligi Mistrzów. Hiszpanie czuli, co się święci, i nie dali sobie wyrwać końcowego triumfu. Podłoga falowała, pot kapał po plecach, a nieklimatyzowana sala z każdą minutą coraz bardziej przypominała oranżerię. Najpierw zwialiśmy na balkon, by w końcu po prostu zakończyć męczarnię i oddalić się w noc. Po drodze minęliśmy stoisko z merchem i przepięknie wydanym winylem. Tak, Crystal Fighters to zespół do słuchania z płyt, a Palladium to niestety klub na kameralne koncerty.


Paramore na Impa

ct Festival

Długi czerwcowy weekend spędziliśmy w Gdańsku. Odbywał się tam akurat jeden z naszych ulubionych festiwali: z pozoru niepozorny Streetwaves. Co roku odkrywa on przed mieszkańcami Trójmiasta inny rejon Gdańska – tym razem skupił się na Siedlcach i Olszynce. Piękne zielone tereny niemal w centrum miasta stały się scenerią wielu ciekawych akcji – odbyły się m.in.: piknik z działkowcami, spływ kajakowy, wycieczka rowerowa i koncerty (m.in. Budyń na trawie przy stawie i dawno niewidziane, koncertujące po wydaniu nowej EP-ki California Stories Uncovered). Było doskonale! Weekend zakończyliśmy już w Warszawie, gdzie pojawiła się Lana Del Rey. Czy po raz kolejny ulegliśmy magnetyzmowi mitycznej Ameryki, której symbole przewijają się przez twórczość wielkoustej piękności, czy to też jej pompatyczny melodramatyzm, w którym jako naród tak się lubujemy? Pewnie jedno i drugie. Nie dziwi nas więc fakt, że niemały przecież Torwar był wyprzedany już pół roku temu. Ekscytacja nastoletnich fanek Lany sięgnęła zenitu – takiego pisku nie słyszeliśmy jeszcze nigdy na żadnym koncercie, a uwierzcie nam, że trochę ich już w życiu widzieliśmy. Lana weszła więc przy nieludzkim natężeniu wysokich częstotliwości wydobywających się z gardeł najmłodszej damskiej publiczności – piękna, smutna, dumna dziewica, cierpiąca za niespłacone kredyty milionów amerykańskich gospodarstw domowych. Na imponującej scenie (mocno kiczowatej, ale też wpisującej się w konwencję), której tło stanowiły budowla w stylu egipskim, palmy, kandelabry i ogromny żyrandol, towarzyszył jej potężny skład muzyków z rozbudowaną sekcją smyków. Najbardziej wyróżniał się perkusista, raczej nieortodoksyjnie traktujący swój instrument – grał na stojąco, unikając schematycznych przekładańców, wybijając majestatyczne tempa na kotłach. Już podczas otwierającego gig „Blue Jeans” stała się rzecz dosyć dziwna – nasza piękna mimoza zeszła do publiczności i dobre parę minut… rozdawała autografy. A potem poleciała hitami z takim natężeniem, że powoli stawało się oczywiste, że bisów nie będzie. Wierne fanki piskiem nagradzały każdy taneczny ruch Lany, wręczyły jej też wianek (jeden z setek, jakie tego wieczoru można było zobaczyć na głowach publiczności). Apogeum fanowskiego zaangażowania przypadło na „Video Games”, kiedy to w rękach publiki pojawiły się papierowe serduszka. Na koniec wybrzmiało „National Anthem”,

tts

Joey Fa

A$AP

Rocky

po czym Lana odwdzięczyła się pierwszym rzędom, znów schodząc na focie i podpisy. Dziwna trochę praktyka, ale kiedy ma się jedną płytę na koncie, może jest to jakiś pomysł, żeby choć trochę przedłużyć koncert? I chociaż utwierdziliśmy się w przekonaniu, że Lana Del Rey jest sprytnie wymyśloną i doskonale zaaranżowaną ściemą, to koncert wypadł znakomicie – choć może właśnie dlatego? Ploty o jej słabym głosie można wrzucić do śmietnika, produkcja gigu była imponująca, a z tak dobrym nagłośnieniem na Torwarze mieliśmy do czynienia dopiero po raz drugi (pierwszym był niedawny koncert The xx). Czyli jednak da się!

i ręczniki. Trwało to jakieś 15 minut. Gratulujemy Palladium, że zmarnowało cały wysiłek, jaki A$AP włożył w rozruszanie publiki. Nie wiemy, kto zawinił, ale brak klimatyzacji podczas wyprzedanego koncertu odbywającego się niemal w środku lata to jakaś pomyłka. Chcemy podkreślić, że to był dobry koncert. Rocky jest świetnym performerem i gdyby nie fakt, że w Palladium było osiem miliardów stopni, na pewno byśmy go wspominali z rozrzewnieniem. Przez pierwsze trzy minuty występu chcieliśmy nawet zejść z balkonu i rzucić się w tłum. Zamiast tego przez dwie godziny staliśmy, zastanawiając się, ile jeszcze wytrzymamy.

Są w naszej redakcji tacy, którzy koncerty uwielbiają. Cały ten klimat, ludzie krzyczą, jest gorąco, trzeba skakać, śmierdzi piwem, palą jointy, palą papierosy, te sprawy. Niektórzy to lubią. Inni mniej albo wcale. A gdy na koncert A$AP Rocky’ego zdecydował się człowiek, który nienawidzi koncertów, to o czymś to świadczy. Trafiliśmy do Palladium chwilę po 20. Po pierwszym szoku, spowodowanym duchotą panującą w szatni, stwierdziliśmy, że jakoś damy radę i z piwem zakupionym po drodze ruszyliśmy na balkon. Po drugim szoku, spowodowanym duchotą panującą na balkonie, usiedliśmy i zaczęliśmy gapić się w internet, bo didżej grał kawałki, które można znaleźć na playliście każdego młodego hiphopowca. Nic ciekawego. Z pięciominutowym opóźnieniem na scenę wyszedł support A$AP-a, który również miał w swojej nazwie znak dolara. Chłopaków było dwóch i nie mieli didżeja, więc przeglądając Reddita, patrzyliśmy z lekkim przymrużeniem oka na typów, którzy skakali po scenie przez jakieś 20 minut, po czym razem z publicznością odśpiewali „Birthday Song” 2 Chainza i zeszli ze sceny. W związku z szokiem drugim, o którym wspominaliśmy powyżej, poszliśmy na dół po piwo numer dwa, które bardzo nam było potrzebne, po czym powolnym krokiem wróciliśmy na balkon, aby przeżyć szok trzeci: było jeszcze bardziej duszno i gorąco. Powoli omdlewając, patrzyliśmy, jak dwa tysiące osób, które kupiły bilety na ten koncert, korzystają właśnie z najdroższej sauny na świecie. W końcu pojawił się Rocky. Nie pierdoląc się z tańcem, zagrał 20 minut samych bangerów: było „Long.Live.A$AP”, było „Peso”, było coraz duszniej. Dlatego po sześciu kawałkach Rocky stanął na środku i powiedział „It’s hot in here as fuck”, po czym zaczął rozrzucać butelki wody

Ten sam wieczór część redakcji rozmiłowana w starszych panach z gitarą spędziła w Łodzi. Nasz wysłannik stanął w mocno już podstarzałym tłumie, by (być może) po raz ostatni zobaczyć Erica Claptona na żywo. Kilkanaście tysięcy fanów szczelnie wypełniło Atlas Arenę, bo i okazja wyjątkowa (trasa z okazji 50 lat na scenie), i mistrz w wybornej formie. Były zarówno hiciory z „Cocaine”, „Wonderful Tonight” czy „My Father’s Eyes” na czele, jak i solidna dawka pełnokrwistych bluesiorów, które Clapton z załogą wygrywał z niezwykłą łatwością i niepodrabialnym feelingiem. Wszystko świetnie nagłośnione, co akurat w przypadku Atlas Areny nie jest regułą. I serio, narzekanie na brak „Tears in Heaven” byłoby nie na miejscu. Około 500 znaków, które nam zostały, by opisać drugą tegoroczną edycję Rap Szaletu, to zdecydowanie za mało. 500 hamburgerów sprzedanych tego popołudnia przez gastronomiczną połowę organizatorskiego duetu to rekord w trzyletniej już historii dolnośląskich imprez pod chmurką, a ponad tysiąc osób okupujących w gorącą czerwcową niedzielę Wzgórze Polskie to siła niemożliwa do zbagatelizowania. Najlepiej obrazuje ją scenka, w której jeden z grających tego dnia didżejów postawił na krześle swoją kilkuletnią córeczkę, po czym wspólnie wyskreczowali wejście do nieśmiertelnego „Sound of da Police”. Siła hip-hopu, przyjaźni i spontaniczności za sprawą odpowiedzialnych za całe przedsięwzięcie Gutka i Teskko przenosi co miesiąc fragment Wrocławia wprost na brooklyńskie block party i... przekracza przewidziany na ten miesiąc limit znaków w „Aktiviście”.


tylne wyjście będzie jarać. b lu ło ra ja , ra as ja my o tym, co n psze rzeczy e e z jl a is P  n . e  ż rk z a p ra ) o jt j, he ie niej, tym dziwn hype (a czasem iw y z jn d y c im k a e d ż , re m li y ie Cz ow ię – wiadomo b przed nami s je y ł z m a la z a ic n n z h ra g yc jom Nie o , że ktoś ze zna o g te la  d ię s je znajdu

Wielki złodziej fur

Nówka sztuka

Ruszyła. Od początku lipca możecie oglądać naszą nową, supernowoczesną stronę internetową. Rewolucja jest totalna, zmieniliśmy wszystko. Jak na nasze oko, na lepsze. Ale to tak naprawdę dopiero wy ocenicie, czy wszystko działa tak, jak należy. Na aktivist. pl będziecie mieli dużo do powiedzenia i zawsze będzie opcja, żeby dorzucić swoje trzy grosze. Aktivist.pl w nowej, społecznościowej odsłonie pozwoli śledzić, co w danym momencie dzieje się w pobliżu. Łatwa wyszukiwarka (także po hashtagach) wskaże polecane imprezy, koncerty, miejsca. Oczywiście trzymamy rękę na pulsie i donosimy o wszystkim, co najważniejsze – znajdziecie u nas zawsze najświeższe informacje, recenzje, newsy dotyczące muzyki, koncertów, wydarzeń kulturalnych i wszelkich miejskich akcji. Pełna integracja z mediami społecznościowymi typu FB, Instagram czy Soundcloud pozwoli komentować wam bieżące wydarzenia. I co najważniejsze – otwieramy się na was – czytelnicy mają stać się naszymi oczami i uszami wyłapującymi, co w miastach piszczy albo krzyczy pełnym głosem. Sprawdźcie. Czekamy na wasze uwagi, głosy wsparcia i hejty (na te, co prawda, najmniej). [Sylwia Kawalerowicz]

Kuriozarium

Kartki znalezione w nowojorskich kserokopiarkach, opakowania past do mycia zębów z całego świata czy kolekcja sztucznych wymiotów – to tylko niektóre rzeczy, które znajdziecie w najmniejszym muzeum świata, mieszczącym się w windzie przemysłowej na Manhattanie. Pomysł jest prosty. Założyciele muzeum, którzy prywatnie są braćmi, a zawodowo filmowcami, chcą pokazywać wszystko, co nam na co dzień umyka. W sumie co ciekawego może być w opakowaniu majonezowych chipsów z Holandii? Pozornie nic, ale kiedy opakowań jest 300, a każde pochodzi z innego zakątka świata, to robi się interesująco. Muzeum działa od maja 2012 r. w samym centrum Nowego Jorku. Ekspozycja znajduje się za szybą, więc można ją oglądać 24 godziny na dobę. Wśród wystawców znajdziemy szalonych kolekcjonerów z całego świata: Anglika, który zbiera puszki na napiwki z Nowego Jorku, Chińczyka, który ma zbiór nagłówków dzienników, czy Amerykanina, który pasjonuje się rzeczami osobistymi wyłowionymi z Pacyfiku. Jeżeli sami macie kolekcje tak ciekawe jak chociażby sylikonowe odlewy pokazujące, jak wygląda nasze ciało po wyjęciu kolczyków – zgłoście się! Właściciele muzeum są otwarci na wszelkie propozycje. [Olga Święcicka]

Jest tylko kilka gier komputerowych, które nie muszą się przejmować rozwojem, bo i tak ludzie je kupią. Do nich zalicza się „Grand Theft Auto”. Wiecie, to ta gra, co to można kraść samochody, zabijać ludzi, wynajmować prostytutki, rozjeżdżać przechodniów czołgami, zabijać dilerów, a wszystko to w miastach, które przypominają amerykańskie metropolie. Miesiąc temu miałem okazję zobaczyć pierwsze minuty z nadchodzącej już piątej części „GTA” i opadła mi szczęka. Po pierwsze, przestrzeń, na której rozgrywać się będzie „GTA V”, będzie połączeniem wszystkich terenów z „GTA IV”, „GTA: San Andreas” i „Red Dead Redemption”. Po drugie, w różnych częściach mapy napotkamy zajączki, jelonki i różne zwierzątka, bo świat, w którym będziemy się znajdować, będzie ŻYWY. Po trzecie, piątka wraca do mojego ulubionego miasta w historii serii: do San Andreas, czyli po prostu do Los Angeles. W grze będziemy sterowali trzema postaciami. Psychopatą redneckiem – Trevorem; Franklinem – złodziejem, członkiem gangu, który ma dość takiego życia, oraz Michaelem – znudzonym mafiosem, który niby ma wszystko, ale brakuje mu adrenaliny. Podczas prezentacji obejrzałem tylko 15 minut akcji. A że nie ma tu zbyt wiele miejsca, muszę wszystko streścić. Jest soundtrack, ale nie taki z radia. Jest morze i można nurkować ze sprzętem, ale jak nie będziesz uważał, to zjedzą cię rekiny. Jeśli grasz jedną postacią, to pozostałe robią, co chcą, mogą np. pójść i wymordować pół miasta. Gdy zechcecie zmienić postać, możecie obudzić się np. na plaży w ciele Trevora ubranego tylko w białe gatki, a wokół was będzie leżeć dziesięciu martwych gości. W trakcie gry musicie robić skoki na kasę i przełączać się między postaciami, bo jeśli choćby jedna zginie, to zaczynacie misję od nowa. „GTA V” jest super, bo tak mówimy i Cenega dała nam kozacki poczęstunek na pokazie. Poważnie. „GTA V” jest super i jeśli ciągle nie wiecie, czy ją kupić, to jesteście niemądrzy, bardzo niemądrzy. [Kacper Peresada]

REDAKCJA NIE ZWRACA MATERIAŁÓW NIEZAMÓWIONYCH. ZA TREŚĆ PUBLIKOWANYCH OGŁOSZEŃ REDAKCJA NIE ODPOWIADA.

redaktor naczelna

Sylwia Kawalerowicz skawalerowicz@valkea.com

zastępca red. nacz.

Ola Wiechnik owiechnik@valkea.com

redaktor miejski (wydarzenia)

Kacper Peresada kperesada@valkea.com

redaktorzy

Film: Mariusz Mikliński Muzyka: Filip Kalinowski

patronaty / marketing manager

Majka Duczyńska mduczynska@valkea.com

dział graficzny

Magda Wurst mwurst@valkea.com

fotoedycja / grafika

Warszawa

warszawa@aktivist.pl

Kraków

krakow@aktivist.pl

Łódź

lodz@aktivist.pl

Daria Ołdak doldak@valkea.com

Poznań

korekta

Trójmiasto

Mariusz Mikliński

facebook

Michał Rakowski mrakowski@valkea.com

poznan@aktivist.pl trojmiasto@aktivist.pl

Reklama

Współpracownicy Mateusz Adamski Piotr Bartoszek Łukasz Chmielewski Jakub Gralik Piotr Guszkowski Aleksander Hudzik Łukasz Iwasiński Urszula Jabłońska Michał Karpa Michał Kropiński Paweł Lachowicz Agata Michalak Rafał Rejowski

Julia Rogowska Cyryl Rozwadowski Iza Smelczyńska Karolina Sulej Olga Święcicka Anna Tatarska Maciek Tomaszewski Aleksandra Żmuda

Manager Działu Reklamy AKTIVIST Ewa Dziduch, tel. 664 728 597 edziduch@valkea.com Anna Pawliczek, tel. 607 688 292 apawliczek@valkea.com

Valkea Media S.A. 01-747 Warszawa ul. Elbląska 15/17

tel.: 022 639 85 67-68 022 633 27 53 022 633 58 19 faks: 022 639 85 69

Druk Elanders Polska Sp. z o.o.

Wrocław

wroclaw@aktivist.pl

Zgłoszenia imprez do kalendarza do 15. dnia miesiąca!

Projekt graficzny magazynu Magdalena Piwowar

Dystrybucja 4Business Logistic

Dyrektor Zarządzająca Monika Stawicka mstawicka@valkea.com

Dział Finansowy

Elżbieta Jaszczuk ejaszczuk@valkea.com

Dystrybucja

Krzysztof Wiliński kwilinski@valkea.com


Polub nas! MagAktivist

Obserwuj nas! aktivist_magazyn

WIEŚ W MIEŚCIE

Posłuchaj nas! aktivist_magazyn

„AKTIVIST” na iPada ŚCIĄGNIJ Z: APP.AKTIVIST.PL

LIPIEC

Warszawa Kraków Trójmiasto Łódź Poznań Wrocław Katowice

169/2013

6/24/13 3:35 PM 01_okladka_A169.indd 1

ę n o r t s ą w o n m ie k ł Sprawdź naszą ca

aktivist.pl

MIASTO JEST NASZE


Aktivist 169  

Aktivist na Lipiec.

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you