Issuu on Google+

G O S P O D A R K A

N A U K A

L U D Z I E

............

EUROPEJSKI MIT

ISSN 2080-7392

Nr 1(4)2011

POLSKIE TECHNOPOLIE OD MECHANIKA DO MECHATRONIKA

Robotnik

przyszłoÊci N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

MASZYNA: DOBRY PRACOWNIK, ZŁY KONSUMENT TEBERIA




Spis Treści

28

32

22 KOMENTARZ Wyruszamy w nową podróż

Szyny na wizji

4

Maszyna: dobry pracownik, zły konsument Czy walka z Wiki(Leaks) da wyniki?

6 8

WYDARZENIA eClicto vs Oyo 0:0 Polska baza na Marsie? GIG: Huge zdał pierwszy egzamin Polska na gazie

9 10–11 12 13

SONDA

38

Co ma Google do wiatraka?

Od mechaniki do mechatroniki

32–35

Rozmowa z prof. Krzysztofem Kluszczyńskim z Politechniki Śląskiej

WCZORAJ I JUTRO Stelmach poszukiwany

36–37

Zawody bez perspektyw

38–39

Zawody jutra

TECHNOLOGIE i GOSPODARKA

OPINIE Nauka potrzebuje pomocy

SPOTKANIA

3xD

14–15

30–31

Automatyczny kontroler jakości w Hucie Katowice

16–17

Polskie technopolie

40–43

Rozmowa z Wiktorem Niedzickim, autorem zlikwidowanego programu „Laboratorium”

Parki technologiczne: inkubatory innowacji

NAUKA i GOSPODARKA

Żeby kręgosłup był sprawny

Europejski MIT

Ekonomista i matematyk

KREATYWNI 18–21

Z pasją przeciw nowotworom

EIT: czym jest, a raczej czym będzie?

TECHNOLOGIE W PRZEMYŚLE Robotnik przyszłości

FELIETON 22–25

Czy era człowieka w przemyśle dobiega końca?

Na ratunek GMRI

44 45 46

Siekiera Ockhama

47

opowieść quasi-prawdziwa

26-27

Robot-ratownik górników

Australijska kopalnia przyszłości

40 N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

28–29

Roboty wkraczają do górnictwa

TEBERIA




Okiem Wydawcy • Jerzy Kicki

Wyruszamy w nową podróż

Porażka wersji papierowej wiele nas nauczyła, ale też pokazała, że można liczyć na niewielu, którzy rozumieją, iż tylko droga innowacji i promujących innowacje ludzi może pomóc Polsce na drodze równania do najlepszych.



TEBERIA

Przed nami ostatnie dni Anno Domini 2010 roku, który upłynął pod znakiem walki o piękną ideę wydawania czasopisma „teberia” promującego innowacje i osiągnięcia polskiej nauki i techniki w wersji papierowej. W roku ubiegłym przy poparciu Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego wydaliśmy trzy numery. Usłyszeliśmy wiele ciepłych słów. Wszystkim bardzo się podobały, nachwalono się nas co niemiara. Pełni entuzjazmu złożyliśmy wniosek na rok 2010, który wpadł w tryby urzędniczej machiny. Najpierw był kompletny, potem mu coś brakowało, potem nie mógł trafić pod obrady i wreszcie po naszych licznych monitach otrzymaliśmy „suche” pismo, którego najważniejszy fragment stwierdzał: „Zadanie nie uzyskało rekomendacji zespołu opiniującego wniosek do dofinansowania, z uwagi na brak uzasadnienia merytorycznego do dofinansowania kolejnego czasopisma o tematyce związanej z szerzeniem wiedzy technicznej poprzez wspieranie i promowanie badań naukowych na rzecz przemysłu. Na rynku wydawniczym funkcjonuje wiele czasopism o powiązaniach nauki z gospodarką. Czasopismo powinno być finansowane ze środków własnych oraz zainteresowanych firm. W związku z powyższym postanawiam jak na wstępie.” Bardzo trudno było nam wydusić tę negatywną decyzję, ale wreszcie się udało. W kolejnym kroku rozważyliśmy funkcjonowanie czasopisma w drodze prenumeraty przez uczelnie techniczne. Wsparcia oficjalnie udzielali nam rektorzy uczelni technicznych, ale już nie w oficjalnych pismach kiedy zwracaliśmy się o zamówienie określonej liczby egzemplarzy. W korespondencji padały bardzo interesujące stwierdzenia. A oto jedno z nich pochodząca z jednej z większych uczelni technicznych: „Zaproponowana w załączonej umowie ilość 98 egzemplarzy jest dla nas za wysoka zarówno z powodu kosztów, jak i dbałości o ochronę środowiska (znaczna część zaprenumerowanych egzemplarzy trafiłaby na makulaturę).” Słusznie , bo przecież nie należy zbyt szeroko kolportować wiadomości o osiągnięciach i innowacjach, a już na pewno narażać na szwank środowiska naturalnego (chociaż częściowo mu pomagaliśmy wykorzystując papier z recyklingu). W tej sytuacji postanowiliśmy skorzystać z jednego z etapów rewolucji przemysłowej i podążyć szla-

kiem odkrywców, o których pisał Lester Thurow amerykański ekonomista, doradca kilku amerykańskich prezydentów w jednej z publikacji „Fortuna sprzyja odważnym (Wydawnictwo Literackie MUZA,2003)”: „Odkrywcy są przede wszystkim odważni. Wyruszają w podróż, nie wiedząc, dokąd zmierzają, jakim szlakiem mają podążać, ani jakie działania okażą się skuteczne. Podążają „tam, gdzie jeszcze żaden człowiek nie dotarł”. Świadomi są tego, że większość ich wypraw skończy się najpewniej porażką , a mimo to decydują się rozwinąć żagle. Ale odkrywcy mają jeszcze jedną istotną cechę potrafią słuchać. Zdobywają wiedzę, by jak najlepiej zrozumieć otaczającą ich rzeczywistość. Nie czekają, aż coś się wydarzy. Analizują sukcesy i porażki innych w nadziei, że dzięki temu sami będą mieć większą szanse na powodzenie. Gotowi są przystosować i przyswajać rozwiązania, które sprawdziły się gdzie indziej. Jeżeli ponoszą klęskę, wyciągają wnioski z własnych błędów i znów wyruszają w drogę. Uważają, że porażki istnieją tylko po to, aby dzięki nim uczyć się, w jaki sposób zwyciężać - nigdy więc nie tracą odwagi.” Ta porażka wersji papierowej wiele nas nauczyła, ale też pokazała, że można liczyć na niewielu, którzy rozumieją, iż tylko droga innowacji i promujących innowacje ludzi może pomóc Polsce na drodze równania do najlepszych. Pokazała też jednak jak ta droga jest daleka. Nie mam wątpliwości, że książki nie znikną jak piszą Jean Claude Carriere i Umberto Eco we wspaniałym bestsellerze „Nie myśl, że książki znikną” (Wydawnictwo WAB, W-wa, 2010), ale pokazuje też, że droga elektronicznych wydawnictw jest być może jedyną dla takich jak my, którzy chcą kreować nowy obraz gospodarki i społeczeństwa otwartego na innowacje. Przed nami jeszcze kilka interesujących wyzwań, ale tymczasem wszystkim naszym Czytelnikom i Sympatykom życzę wielu spektakularnych działań i realizacji wszelkich zamierzeń i planów oraz spokojnych , pełnych ciepła oraz życzliwości Świąt Bożego Narodzenia. I jeszcze jedno: wydanie tego i poprzednich papierowych numerów było możliwe dzięki grupie ludzi, których w jednym ze swoich dzieł filozof rzymski i poeta Cyceron określił jako „Ad agentum nati” – urodzeni do działania. To również życzenia dla Nich i w ich imieniu. ¢

* Skąd ta nazwa – Teberia? …Otóż gdy pojawił się gotowy projekt witryny – portalu niestety nie było nazwy. Sugestie i nazwy sugerujące jednoznaczny związek ze Szkołą Eksploatacji Podziemnej typu novasep zostały odrzucone i w pierwszej chwili sięgnąłem do czasów starożytnych, a więc bóstw ziemi, podziemi i tak pojawiła się nazwa Geberia, bo bóg ziemi w starożytnym Egipcie to Geb. Pierwsza myśl to Geberia, ale pamiętałem o zaleceniach Ala i Laury Ries, autorów znakomitej książeczki „Triumf i klęska dot.comów”, którzy piszą w niej, że w dobie Internetu nazwa strony internetowej to sprawa życia i śmierci strony. I dalej piszą „nie mamy żadnych wątpliwości, co do tego, że oryginalna i niepowtarzalna nazwa przysłuży się witrynie znacznie lepiej niż jakieś ogólnikowe hasło”. Po kilku dniach zacząłem przeglądać wspaniała książkę Paula Johnsona „Cywilizacja starożytnego Egiptu”, gdzie spotkałem wiele informacji o starożytnych Tebach (obecnie Karnak i Luksor) jako jednej z największych koncentracji zabytków w Egipcie, a być może na świecie. Skoro w naszym portalu ma być skoncentrowana tak duża ilość wiedzy i to nie tylko górniczej, to czemu nie teberia. Jerzy Kicki Przewodniczący Komitetu Organizacyjnego Szkoły Eksploatacji Podziemnej

Portal teberia.pl został utworzony pod koniec 2003 roku przez grupę entuzjastów skupionych wokół Szkoły Eksploatacji Podziemnej jako portal tematyczny traktujący o szeroko rozumianej branży surowców mineralnych w kraju i za granicą. Magazyn ,,teberia” nawiązuje do tradycji i popularności portalu internetowego teberia.pl, portalu, który będzie zmieniał swoje oblicze i stawał się portalem wiedzy nie tylko górniczej, ale wiedzy o otaczającym nas świecie. Adres redakcji: Fundacja dla Akademii Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica w Krakowie pawilon C1 p. 322 A al. Mickiewicza 30 30-059 Kraków tel. (012) 617 - 46 - 04 fax. (012) 617 - 46 - 05 e-mail: redakcja@teberia.pl www.teberia.pl” www.teberia.pl Redaktor naczelny: Jacek Srokowski (jsrokowski@teberia.pl) Biuro reklamy: Małgorzata Boksa (reklama@teberia.pl) Studio graficzne: Greenhouse sp. z o.o. Katowice Projekt graficzny: Urszula Radosz-Sajdak Projekt wspiera: Konferencja Rektorów Polskich Uczelni Technicznych

Samej dobrej energii z okazji Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku życzy swoim Czytelnikom redakcja Teberii

Wydawca: Fundacja dla Akademii Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica w Krakowie prezes: Jerzy Kicki f-agh@agh.edu.pl www.fundacja.agh.edu.pl NIP: 677-228-96-47 REGON: 120471040 KRS: 0000280790 Konto Fundacji: Bank PEKAO SA ul. Kazimierza Wielkiego 75 30-474 Kraków nr rachunku: 02 1240 4575 1111 0000 5461 5391 SWIFT: PKOPPLPW IBAN; PL 02 1240 4575 1111 0000 5461 5391 Redakcja nie odpowiada za treść ogłoszeń. (C)Copyright Fundacja dla AGH Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment niniejszego wydania nie może być wykorzystywany w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

TEBERIA




Komentarz • Jacek Srokowski

Maszyna: dobry pracownik, zły konsument

W połowie wieku będziemy w stanie zaspokoić całe zapotrzebowanie na dobra i usługi, używając najwyżej 5 proc. ludzkiej siły roboczej.



TEBERIA

Może zabrzmi to nieprawdopodobnie, ale są w Polsce firmy, które eksportują swoje produkty do... Chin. Nie, nie pomyliłem się. Nie chodziło mi o słowo importują. Janusz Wiesiołek, właściciel Wytwórni Okuć Meblowych w Brodnicy eksportuje akcesoria meblowe na cały świat, w tym także do Chin. Nie dlatego, że w Kraju Środka nie produkuje się akcesoriów meblowych, tylko dlatego, że jego produkty są tam konkurencyjne cenowo. I nie dlatego, że wykonują je na wpół niewolniczo robotnicy z Ukrainy. Dzieje się tak dlatego, że jego zakład jest w pełni zautomatyzowany. „Zatrudnione” w fabryce roboty spawalnicze znacznie przyspieszyły produkcję stelaży, ram, podnośników, rolek i nóg. Fabryka w Brodnicy znamionuje nowe tendencje w polskiej gospodarce. Proces zastępowania ludzi maszynami, jak twierdzą specjaliści od zarządzania produkcją, będzie postępować coraz bardziej dynamicznie, ponieważ maszyny nie żądają urlopu, nie chorują, nie strajkują, nie potrzebują odpoczynku, pracują całą dobę i wykonują swoje prace dokładniej niż ludzie. Są tańsze w utrzymaniu, a w razie awarii po prostu się je wymienia. Oznacza to, że z roku na rok spada zapotrzebowanie na prostą, niewymagającą kwalifikacji pracę fizyczną. Jeremy Rifkin w swojej książce „Koniec pracy” wieszczy zmierzch czasów, w których ludzie będą musieli pracować. W połowie wieku będziemy w stanie zaspokoić całe zapotrzebowanie na dobra i usługi, używając najwyżej 5 proc. ludzkiej siły roboczej. Rozwój technologii zagraża egzystencji nie tylko prostych zawodów opartych na pracy fizycznej, ale także wielu profesjom „intelektualnym”. Tak jak kiedyś, po wprowadzeniu kalkulatorów, zniknął zawód rachmistrza, tak w nieodległej przyszłości podobny los może spotkać tłumaczy i lingwistów. Eksperci uważają, że coraz bardziej realny jest świat, w którym każdy telefon komórkowy będzie wyposażony w elektronicznego tłumacza, czyli udoskonalone wersje programów

tłumaczących, powszechnych już dzisiaj w Internecie. Gdy spotkamy cudzoziemca, wystarczy, że uruchomimy telefon, włożymy słuchawkę do ucha, a aparat w czasie rzeczywistym przełoży nam słowa rozmówcy na dowolny język. Skłamałbym twierdząc, że nie obawiam się o swoją przyszłość zawodową. Rozwój Internetu sprawił, że profesjonalne dziennikarstwo ustępuje powoli pola dziennikarstwu społecznościowemu. Młodzi ludzie coraz częściej sięgają po informacje na serwisach mikroblogowych typu Twitter niż w tradycyjnych mediach, bo nieograniczony dostęp do sieci sprawił, że każdy może być autorem informacji czy publicystyki. Jednocześnie moje obawy dyskontują nadzieje związane z nowymi możliwościami, jakie dają nowoczesne technologie i narzędzia komunikacyjne. Jednak dla kogoś, kto nie posiada dostatecznych umiejętności adaptacyjnych, rewolucja technologiczna, jaka dokonuje się na naszych oczach, niesie widmo zagrożeń. Pamiętacie z historii luddystów, czyli angielski ruch robotniczy z okresu rewolucji przemysłowej? Luddyści niszczyli maszyny fabryczne w proteście przeciwko bezrobociu. Maszyna parowa jawiła się im jako konkurencja. Z perspektywy czasu widać, że rewolucja przemysłowa dała początek wielu wówczas nieznanym profesjom, o których luddystom nawet się nie śniło. W świetle tego można powiedzieć, że historia zatacza koło. Cytowany prof. Rifkin w rozmowie z Jackiem Żakowskim już w 2001 roku przepowiadał: „Tak jak z rewolucją przemysłową pojawiła się masowa siła robocza, tak wraz z rewolucją informatyczną jej miejsce zajmuje elitarna siła robocza. Powstają nowe zawody, produkty i usługi, ale wszystkie one wymagają coraz mniej ludzkiej pracy i coraz mniejszej elity pracowników”. A co z wykluczoną z rynku pracy całą resztą? Rifkin daje na to odpowiedź: „Trzeba opodatkować technologię na rzecz społeczeństwa. Im więcej pracy wykonują maszyny, tym mniejszy sens ma zbieranie podatku od płac. Więc trzeba wprowadzić podatek od wzrostu wydajności i przeznaczyć go na płace dla ludzi, którzy będą zatrudnieni w instytucjach trzeciego sektora (kultura, sport, medycyna, opieka społeczna itd.)”. Poglądy Rifkina mają wielu oponentów, ale nie można przejść wobec nich obojętnie. W końcu maszyna nie odprawi mszy, nie zaopiekuje się dziećmi, nie poprowadzi zawodów sportowych. Co jednak najważniejsze, maszyna nie kupi wyprodukowanych przez siebie dóbr. Już na początku lat 20. ubiegłego wieku Henry Ford mówił, że „trzeba więcej płacić robotnikom, bo wówczas będzie ich stać na kupowanie moich samochodów”. Ford zdawał sobie sprawę z tego, że maszyny nie kupią jego produktów i czeka go bankructwo, jeśli robotnicy nie będą przyzwoicie zarabiać. ¢ N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

Studium koncepcyjne wybranych technologii, perspektywicznych procesów i produktów konwersji węgla – osiągnięcia i kierunki badawczo-rozwojowe Zawartość:

Tom I. Zgazowanie węgla

• Węgiel jako surowiec do produkcji gazu syntezowego • Perspektywiczne procesy konwersji węgla • Przygotowanie surowego gazu ze zgazowania węgla do syntezy chemicznej

Tom II. S ynteza produktów chemicznych

• Synteza produktów chemicznych z gazu ze zgazowania węgla

pod redakcją: Jacka Kijeńskiego, Jacka Machnikowskiego i Marka Ściążko Wydawnictwo Instytutu Chemicznej Przeróbki Węgla, Zabrze 2010 Recenzenci: prof. dr hab. inż. Tadeusz Chmielniak, prof. Elżbieta Frąckowiak, prof. dr hab. inż. Włodzimierz Kotowski, prof. dr hab. inż. Andrzej Mianowski, prof. dr hab. inż. Marian Taniewski. Monografia jest wynikiem realizacji projektu badawczego zamawianego PBZ-MEiN-2/2/2006 „Chemia perspektywicznych procesów i produktów konwersji węgla”. Projekt rozpoczęto wydaniem książki pt. „Czysta energia, produkty chemiczne i paliwa z węgla – ocena potencjału rozwojowego”, w której dokonano analizy stanu wiedzy w zakresie wysoko efektywnych systemów konwersji węgla na gaz syntezowy, przygotowania surowego gazu ze zgazowania do procesów syntezy, syntezy paliw motorowych oraz półproduktów chemicznych oraz zaawansowanych materiałów węglowych i hybrydowych z węgla i produktów jego konwersji. Po trzyletnim okresie intensywnej pracy zespoły badawcze podsumowują swoje osiągnięcia i przestawiają je w formie trzytomowej monografii.

Tom III. Z awansowane materiały węglowe

• Paki węglowe dla technologii zaawansowanych materiałów węglowych • Węgle aktywne do adsorpcji z fazy ciekłej • Monolityczne adsorbenty do magazynowania paliw gazowych • Ocena przydatności monolitów węglowych dla układów adsorpcyjnego chłodzenia • Katalityczne odchlorowanie związków chloroorganicznych • Materiały węglowe pochodzenia pakowego w systemach magazynowania energii elektrycznej • Kompozyty węglowe i węglowo-ceramiczne z wykorzystaniem paków węglowych • Podstawy technologii uzyskiwania ultracieńkich włókien węglowych

# ZAMÓWIENIE Imię i nazwisko: . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Firma: . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Adres: . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . NIP: . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Zamawiam ...... egz. książki „Studium koncepcyjne wybranych technologii, perspektywicznych procesów i produktów konwersji węgla - osiągnięcia i kierunki badawczo-rozwojowe”. Cena 1 egz (3 tomy): 180 zł. Cena jednego tomu oddzielnie: 70 zł. Wartość zamówienia wynosi: . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . + koszty przesyłki pocztowej. Prosimy przesłać wraz z fakturą za zaliczeniem pocztowym na nasz adres. Oświadczam, że jesteśmy płatnikiem podatku VAT i upoważniamy dostawcę do wystawiania faktur bez podpisu. Wyrażam zgodę na przetwarzanie i wykorzystanie naszych danych osobowych w celach realizacji niniejszego zamówienia oraz w celach marketingowych i promocyjnych. Data: . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  

................................ (pieczęć i podpis osoby upoważnionej)

Zamówienia prosimy kierować na adres: Instytut Chemicznej Przeróbki Węgla 41-803 Zabrze ul. Zamkowa 1 fax: 032/2710809 e-mail: redakcja@ichpw.zabrze.pl


Komentarz • Tomasz Siobowicz

Czy walka z Wiki(Leaks) da wyniki? „

Dziś aby wykraść setki tysięcy poufnych plików wystarczy odpowiedni kod dostępu, niewielka karta pamięci i kilka minut kopiowania.



TEBERIA

Kilkadziesiąt lat temu dotarcie do tajnych dokumentów oznaczało lata szkoleń, wyspecjalizowany sprzęt i operacje przygotowywane w tajemnicy dniami, tygodniami, a nawet miesiącami. Dziś aby wykraść setki tysięcy poufnych plików wystarczy odpowiedni kod dostępu, niewielka karta pamięci i kilka minut kopiowania. Oczywiście wyższy stopień poufności i lepsza kontrola dostępu do informacji jest w stanie nieco pomóc w sytuacji, w której jest teraz cała rzesza specjalistów od stosunków zagranicznych. Trzymanie języka za zębami, przekazywanie jedynie szczątkowych informacji w zaszyfrowanej postaci to również jakaś metoda. Aczkolwiek nowe sposoby utajniania, mówienia nie wprost i niezbyt wiele mogą doprowadzić do czegoś wręcz przeciwnego niż było w zamiarze WikiLeaks. Świat dzięki informacjom, które ujrzały światło dzienne wcale nie musi stać się bardziej zrozumiały, przejrzysty i zwyczajnie lepszy. Kolejne blokady, obostrzenia i komplikacje w przekazywaniu i kontroli informacji mogą sprawić, że będzie dokładnie na odwrót. Jedno jest pewne, nawet gdyby w wyniku tego przecieku nie straciili życia informatorzy czy zagraniczni współpracownicy służb dyplomatycznych, należy podjąć bardzo zdecydowane kroki. I to nie tylko w imię utraconej reputacji czy zaufania dla własnych służ. Wiadomo, że niezadowoleni z poczynań rządu lub jego przeciwnicy znajdą się zawsze. Co więcej – w sytuacjach kryzysu łatwo znajdują popleczników, którzy działając z różnych pobudek mogą dać pożywkę dla odruchów i zachowań nie rzadko fanatycznych. A to może być niebezpieczne. I na pewno wymaga interwencji. Co należałoby zrobić w tej konkretnej sytuacji? Tropienie i eliminowanie zakazanych treści to problem skomplikowany i mozolny. Nie mniej rządy wydają grube pieniądze na walkę z dziecięcą pornografią, ugrupowaniami ekstremistyczny-

Wydarzenia

mi, instrukcjami dla domorosłych konstruktorów bomb czy internetowych włamywaczy. Te treści są z obiegu publicznego eliminowane, choć jest to często nie kończący się pościg. Choć szkodliwość przecieku, do którego doszło za sprawą serwisu WikiLeaks, jest tematem sporów i dyskusji, nie ulega kwestii, że cała sprawa nie może zostać zamieciona pod dywan. Pytanie tylko – jak sobie z nią poradzić? I jakiego kalibru wytoczyć działa do walki z tym zagrożeniem. Zaangażowane w interesy z serwisem WikiLeaks światowe firmy i korporacje, takie jak PayPal, Visa czy MasterCard, które pośredniczyły w przekazywaniu mu środków, czy Amazon, wynajmujący mu serwery, po prostu odwróciły się od niewygodnego klienta. Część z nich (w tym PayPal i MasterCard) doświadczyła ostrych ataków, zarówno słownych na forach internetowych, jak i cybernetycznych, na swoje serwisy www. Wybrały jednak to „zło” jako mniejsze w porównaniu z furią Stanów Zjednoczonych, która spotyka współpracujące z WikiLeaks firmy i organizacje. Jak to w życiu – wybory często są niełatwe. Ponieważ sprawa jest w związku z ilością upublicznionych dokumentów bezprecedensowa należałoby potraktować jako przykład dla osób, które nęci taka droga do sławy. Tylko tak można próbować zapobiec kolejnym mniej lub bardziej bezczelnym kradzieżom. WikiLeaks i działania zwolenników tego serwisu to cybernetyczna partyzantka. Nie mniej przylepiania im łatki terrorystów i próba zdławienia ich działań może się skończyć tym czym amerykańska interwencja w Afganistanie w poszukiwaniu Talibów. Wojnę z terroryzmem łatwo jest wypowiedzieć lecz niezwykle trudno z powodzeniem prowadzić, a co dopiero wygrać. Po niezdarnych próbach zamknięcia strony WikiLeaks w tej chwili można znaleźć jej kopie na ponad 700 serwerach na całym świecie. Dalsze próby działania po tej linii mogą doprowadzić do stworzenia obrazu niemocy amerykańskich poczynań. Blado na tym tle wypadają amerykańskie wysiłki na rzecz promocji Internetu jako sposobu na zagraniczną cenzurę. Podobnie niemrawo musi wyglądać radość z przyznania Stanom Zjednoczonym organizacji Dnia Wolności Światowej Prasy w przyszłym roku. Kosztowne lekcje wyniesione przez Stany Zjednoczone choćby z „wojny z terrorem” mogą służyć jako przykład nie tylko im samym, ale również innym, którzy mierzą siły na zamiary. Choć zabrzmi to mało romantycznie lepiej w tym i podobnych kwestiach zachować rozsądek, pragmatyczne spojrzenie na rzeczywistość i trzymając się swoich zasad podejmować walkę tam gdzie można ją wygrać. ¢ N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

eClicto vs Oyo 0:0 I

oto doczekaliśmy się długo wyczekiwanej walki polskich e-readerów: eClicto, reprezentującego drużynę Kolporter i Oyo z ekipy Empika. Zanim dwaj rywale stanęli w ringu wydawało się, że Oyo znokautuje na starcie eClicto, niemal tak samo, jak niegdyś Lennox Lewisem zdmuchnął Andrzeja Gołotę. Nic takiego. Pojedynek trwa, a z ringu wieje nudą. Gdyby wierzyć specom od marketingu, analitykom firm konsultingowych Polska jest najbardziej dynamicznym rynkiem e-książek w Europie Środokowowschodniej. Gdyby tak było, Kolporter ze swoim eClicto (który na rynku jest od ponad roku) odtrąbiłby sukces. Nie zrobił tego. Bo czy miarą sukcesu jest miesięczna sprzedaż rzędu kilkudziesięciu czy nawet kilkuset egzemplarzy urządzenia wykorzystującego technologię elektronicznego papieru? A przecież takie urządzenie jest idealne do czytania książek elektronicznych, gdyż zastosowana w nim technologia EInk powoduje, że wyświetlacz nie męczy wzroku, a jednocześnie zachowuje wysoki kontrast. A jednak projekt eClicto (któremu uważnie przyglądamy się od ponad roku, spójrz: teberia nr 1) póki co, nie wypalił. Raz, że oferuje kiepskie technologicznie, tajwańskie urządzenie (bez modułu GSM i Wi-Fi) za cenę blisko 900 zł. Co przy kultowym urządzeniu Amazon Kindle 3, dostępnym za 139 dolarów wydaje się ceną z kosmosu. A co gorsza, Kolporter wystartował niczym Filip z konopi z ofertą niespełna tysiąca e-booków w swojej e-księgarni. Chciałoby się zapytać: z czym do ludzi? Wydawało się, że tą bezradność wykorzysta poważny gracz na rynku książki, jakim jest Empik. Swój czytnik Oyo przygotował we współpracy z kilkoma zagranicznymi sieciami księgarskimi: niemiecką Talia, francuską Chapitre. com i holenderską Selexyz. N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

Miłym zaskoczeniem była cena, gdyż 649 zł to w stosunku do konkurenta oszczędność 250 zł. Na dodatek, choć niewiele, Oyo przewyższa eClicto technologicznie. Możliwe jest pobieranie elektronicznych wydawnictw za pomocą bezprzewodowego połączenia WLAN. Empik przygotował także bogatszą ofertę e-booków. Na początek przygotowano 5600 tytułów z zakresu klasyki literatury, publikacji akademickich i fachowych, poradników, a także nowości oraz bestsellerów wydawniczych. Ale jakim zaskoczeniem był fakt, że wraz z czytnikiem klient nie otrzymał żadnych książkowych bonusów (w eClicto znajdowało się na starcie ok. 100 darmowych pozycji). Gorzej, że ceny e-booków w e-księgarni Empik nie odbiegają wiele od tradycyjnych wydawnictw papierowych. Można się zżymać, że wysokie ceny e-booków to wina ustawodawcy, który obciążył elektroniczne książki 22-procentowym VAT-em (papierowe posiadają zerową stawkę). A co z oszczędnościami w postaci papieru, transportu, składowania? Cóż, okazuje się, że Empik nie wykorzystał słabości Kolportera. Okazał się równie słabym zawodnikiem. Czekać aż nadejdzie do nas gracz wagi ciężkiej typu Amazon z swoim czytnikiem Kindle lub Barnes&Noble mający nie wiele gorszego Nooka. Znając jednak pragmatyzm Polaków może okazać się, że e-czytniki nie zrobią oszałamiającej kariery w kraju nad Wisłą ustępując pola urządzeniom typu tablet (iPad, Samsun Galaxy Tab i temu podobne), które łączą w sobie cechy czytników i urządzeń multimedialnych. I nieważne, że komfort czytania książek na e-papierze i ekranie LCD jest nieporównywalna.  jac

TEBERIA




Sonda

Sonda

Co ma Google do wiatraka?

chodów pochodzi z reklam powiązanych z wyświetlaniem wyników wyszukiwania. Zakup takich serwisów jak YouTube czy DoubleClick raczej pogłębił niż zmniejszył zależność obrotów Google od internetowej reklamy. To stało się powodem obaw ze strony inwestorów czy przypadkiem Goolge nie pójdzie ścieżką, która przeszedł Microsoft – ze swoimi odgrzewanymi trikami w postaci systemu operacyjnego Windows i pakietu biurowego Office. Czy te obawy są uzasadnione? Ci którzy tak uważają wskazują na kilka zachodzących zmian, które mogą zaszkodzić Google. Jedną z nich jest zmiana sposobu w jaki ludzie wyszukują informacje w Internecie. Coraz popularniejsze w tym względzie stają się serwisy społecznościowe, takie jak Facebook, który w tym roku przebił Google pod względem natężenia ruchu na swojej stronie internetowej. Innym zagrożeniem mogą być programy pomagające w znalezieniu informacji z pominięciem wyszukiwarek oferowane np. przez Apple i inne mniejsze firmy. Ze wspomnianymi wyżej firmami Apple i Facebook związane jest jeszcze inne niebezpieczeństwo. Otóż zaczęły one gromadzić na

A dokładniej pytanie brzmi – czego firma, która żyje z reklamy w Internecie, szuka pośród turbin wiatrowych stojących u wschodnich wybrzeży Stanów Zjednoczonych? Odpowiedź może wydawać się dziwaczna – jak zresztą sama firma. Ale o taki wizerunek zdaje się chodzi jej współzałożycielom i prezesom (którymi są Larry Page i Sergey Brin) – „Google nie jest konwencjonalną firmą. I nie zamierza taką się stać”. Tak napisali w liście do inwestorów przed wejściem na giełdę w 2004 roku.

G

oogle może sobie pozwolić na finansowe fanaberie w związku z nad podziw skutecznym działaniem w branży wyszukiwarek internetowych. Firma nie skupia się jednak tylko na swojej popularnej wyszukiwarce. W 2006 roku przejęła serwis YouTube, umożliwiający każdemu zamieszczenie w nim krótkiego filmu video. 2007 rok stał pod znakiem zakupu DoubleClick – firmy zajmującej się reklamą w Internecie. Obecnie szykuje się do kolejnych zakupów. Lecz oto przed niekonwencjonalnym gigantem pokazały się dwa, klasyczne zagrożenia nękające firmy tego pokroju – jedno natury wewnętrznej, a drugie zewnętrznej. To z zewnątrz może zwiastować kłopoty w niedalekiej 10

TEBERIA

przyszłości – chodzi o jak najlepsze zaprezentowanie się organizacjom monitorującym rynek, które zaczęły nabierać „dziwnego” przeświadczenia, że Google może nadużywać swojej potęgi. 30 listopada tego roku Unia Europejska ogłosiła, że zamierza wszcząć formalne postępowanie w związku z doniesieniami o tym, jakoby firma manipulowała wynikami ukazującymi się w ich wyszukiwarce. Drugie zagrożenie, to wewnętrzne, ma związek z istotą działania firmy – skupieniem wokół jednej grupy produktów i w związku z tym kłopotami w znalezieniu nowych źródeł dalszego rozwoju. Co prawda firma sięgnęła ostatnio po nowe, nie związane z osią swojej działalności produkty i usługi, wciąż jednak przytłaczająca większość jej przyN r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

potężną skalę dane swoich użytkowników czyniąc je jednocześnie niedostępnymi dla wyszukiwarek takich jak Google. Kolejnym niebezpieczną tendencją jest postępowanie wielu firm medialnych, które przestały tak chętnie i bez opłat zamieszczać swoje treści w Internecie. Stacje telewizyjne z nieufnością podchodzą do internetowych serwisów telewizyjnych takich jak Google TV. Podobnie też wiele wydawnictw prasowych znęconych obietnicami nowych, pewniejszych zysków, oferowanymi przez urządzenia przenośne, głównie tablety, wycofuje darmowe treści z sieci. Do tego wszystkiego dochodzą problemy wewnątrz firmy. Ostatnio straciła ona kilka ze swoich mocno świecących gwiazd. Do Facebooka uciekł Lars Rasmussen, który zajmował się projektem Wave (zaawansowane narzędzie do współpracy internetowej). Odszedł on z Google, jak stwierdził, z powodu rosnącej biurokracji, która spowodowała, że podejmowanie decyzji w firmie, wraz z jej rozwojem, zaczęło się ciągnąć w nieskończoność. Mimo tych wszystkich zagrożeń wyniki finansowe Google nie wskazują na to by po oszałamiającym sukcesie miała przyjść spektakularna klapa. Choć dochody firmy w ostatnich paru latach spadały to jednak na tle światowego spowolnienia gospodarczego jej wyniki i tak prezentują się okazale. A w trzecim kwartale tego roku poszły w górę o ponad 20% co zaskoczyło większość analityków. Nie chodzi tylko o wyniki – również miejsce, które N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

Google zajmuje na rynku, sprzyja czerpaniu korzyści z ogólnoświatowych trendów. Jednym z nich jest przyrost ilości danych wytwarzanych na całym świecie, które stanowią pożywkę dla wyszukiwarek. Kolejnym jest zwiększanie, kosztem innych mediów (telewizja stanowi tutaj wyjątek), budżetów na reklamę w Internecie. Wydatki te systematycznie rosną w porównaniu z reklamą prasową czy radiową, która przypomina równię pochyłą. Kolejnym źródłem wzrostu może być trend do korzy-

stania z Internetu w urządzeniach przenośnych, który również dopiero zaczyna swoją wędrówkę ku szczytom popularności. Tutaj Google jest również dobrze przygotowany za sprawą swojego systemu Android. To w tej chwili drugi (po Symbianie – systemie operacyjnym, z którego korzysta większość telefonów Nokii) pod względem popularności system (wyprzedzające pod tym względem iOS firmy Apple) stosowany w zaawansowanych telefonach komórkowych z powiększającym się udziałem w rynku. By móc dalej intensywnie pracować Google będzie musiało nadal mocno inwestować w talenty, które udało się firmie pozyskać. Swego czasu zasłynęła jako pracodawca oferujący darmowe masaże, bezpłatne, wyszukane posiłki i tym podobne, miłe każdemu pracownikowi dodatki. Skostnieniu i zastojowi mają też przeciwdziałać przejęcia nowych firm, które wprowadzają w orbitę działań Google nowe okazje do zwiększenia swojego potencjału i dają szansę zmierzenia się z nowymi wyzwaniami. Te ostatnie – nowe wyzwania, to jeszcze jedna metoda, poza wysoką pensją i warunkami pracy, która ma służyć zatrzymaniu utalentowanych pracowników w firmie. Ci chcą by praca nie tylko przynosiła im korzyści lecz również by była dla nich inspiracją. Stąd niektóre posunięcia firmy, które wydają się być bardzo dalekosiężne. Nie powinny zatem nikogo dziwić wiatraki u wybrzeży USA, których właścicielem jest firma zarabiająca na reklamie internetowej. Są one odpowiedzią zarówno na konieczność dywersyfikacji źródeł przychodu jak i na potrzebę działania z pasją, którą zaspokaja na przykład wykorzystywanie technologii w niekonwencjonalny sposób. A w tym Google jest naprawdę dobry. Tomasz Siobowicz TEBERIA

11


Wydarzenia

Wydarzenia

W

edług dotychczasowego planu eksploracji Czerwonej Planety, opracowanego przez NASA - Mars Design Reference Mission, członkowie załogi przebywaliby na Marsie przez ok. 1,5 roku. Przez ten czas mieszkaliby w ciasnej metalowej kapsule, o powierzchni użytkowej niecałe 150 m2, przeznaczonej nie tylko na pokoje mieszkalne, ale też magazyny i pomieszczenia techniczne. - W swoim projekcie zaproponowałem połączenie metalowego modułu NASA z konstrukcją pneumatyczną, która znacząco powiększyłaby powierzchnię mieszkalną. Wpłynęłoby to na wzrost komfortu życia mieszkańców stacji marsjańskiej. Lepsze samopoczucie rzutowałoby pozytywnie na wyniki pracy, a co za tym idzie - na powodzenie całej misji załogowej - wyjaśnia naukowiec. Baza Kozickiego składa się z metalowego modułu centralnego, trzech pneumatycznych kopuł rozstawionych dookoła niego oraz dwóch modułów dodatkowych, dołączonych z boku. Wszystkie elementy bazy połączono przejściami w formie elastycznych rękawów. Przez dwa lata mogłoby mieszkać w niej 8 osób. Baza w całości musiałaby być przewieziona z Ziemi na Marsa. Moduł centralny ma takie wymiary (cylinder o średnicy 8m i wysokości 8m), że mieści się w ładowni amerykańskiej rakiety wynoszącej. Kopuły zostały zaprojektowane tak, że w formie złożonej mieszczą się wewnątrz modułu centralnego Po przybyciu na Marsa kopuły mają być napompowane sztuczną atmosferą. W ten sposób powierzchnia mieszkalna wzrośnie do 1000 m2.

- Konstrukcję pneumatyczną bazy, można porównać do balonu z super wytrzymałych materiałów. Powłoki kopuł będą zrobione m. in. z poliimidu (PI) i kevlaru. Folia z PI doskonale uszczelni bazę, a kevlar będzie chronić przed uszkodzeniami mechanicznymi. Kevlar stosowany jest na Ziemi m. in. do produkcji kamizelek kuloodpornych. Jako materiały izolacyjne zaproponowałem aerożel i demron - znane w przemyśle kosmicznym - opisuje Kozicki. Wytrzymałość materiałów jest bardzo ważna ze względu na panujące na Marsie warunki. - Głównym problemem na tej planecie jest ciśnienie - wynosi ono, w zależności od warunków, średnio 6 hPA, a więc jest dużo mniejsze niż na Ziemi. Mimo że wewnątrz stacji marsjańskiej nie musiałoby panować ciśnienie ziemskie, wystarczyłoby 1/3 atmosfery, to i tak różnica ciśnień między wnętrzem a środowiskiem zewnętrznym byłaby bardzo duża. Dlatego konstrukcja pneumatyczna musi być bardzo wytrzymała - tłumaczy autor projektu bazy. Przypomina przy tym, że średnia temperatura na Marsie to minus 60 stopni Celsjusza, ale dobowe wahania mogą dochodzić nawet do 70 stopni. Jednak ciśnienie jest bardzo niskie, więc istnieje również obawa, że baza będzie za bardzo nagrzewana przez promienie słoneczne. Ważna jest więc izolacja termiczna. A da się ją osiągnąć dzięki zastosowaniu w aerożelu. - Atmosfera marsjańska składa się w 95 proc. z dwutlenku węgla” - mówi Kozicki. Dlatego powłoki bazy muszą być wyjątkowo szczelne. - Żeby zapewnić mieszkańcom bazy jak największe bezpieczeństwo, musimy mieć redundantny system zabezpieczeń na wypadek rozszczelnienia - wyjaśnia.

Polska baza na Marsie? 12

TEBERIA

A skąd brać tlen dla mieszkańców bazy? - Będziemy polegać na chlorelli. To gatunek glona, który, co jest już sprawdzone, wytwarza bardzo dużo tlenu. W kopule agrokultury byłyby specjale baseny z chlorellą o objętości kilku metrów sześciennych - odpowiada Kozicki. Według badacza, pożywienie również mogłoby być częściowo wytwarzane na miejscu. W habitacie Polaka znalazło się miejsce na uprawy roślin: zboża, owoców i warzyw. Potrzebne będą również trzmiele do zapylania kwiatów, bo są one spokojniejsze od pszczół i już teraz są prowadzone na nich badania w kosmosie. Z tak uzyskanych plonów nie można byłoby wyżywić całej załogi, dlatego jadłospis musiałby być uzupełniony o konserwy i suszone potrawy przywiezione z Ziemi. Na Marsie panują inne warunki grawitacyjne - przyciąganie jest trzy razy słabsze niż na Ziemi. Wpływa to na sposób projektowania architektonicznego, np. inaczej powinny być zbudowane schody. W zmniejszonej grawitacji człowiek nie wykorzystuje w pełni swoich mięśni, dlatego stopniowo zanikają. W bazie musi być zatem sala gimnastyczna dla załogi, żeby poprzez ćwiczenia można było zapobiegać zmianom w układzie mięśniowym. Przy projektowaniu bazy Kozicki brał też pod uwagę wyniki badań na temat psychologii człowieka, który musi przebywać w odosobnieniu. Przebywanie w nieprawidłowo zorganizowanej przestrzeni mogłoby doprowadzić do szaleństwa. Badania nad zachowaniami człowieka w ekstremalnych warunkach przeprowadzano m. in. na stacjach podwodnych i polarnych.

Teraz analogi bazy marsjańskiej testuje się na wyspie Devon oraz na pustyni w stanie Utah. Kilkuosobowe załogi przebywają w takim habitacie kilka tygodni. Wolontariusze naukowcy i inżynierowie przeprowadzają symulacje zadań, jakie będzie się przeprowadzać w przyszłości na Marsie. Badania dotyczą także zachowań ludzi w habitacie, ergonomii pomieszczeń, sposobu korzystania z powierzchni użytkowej. Niedawno ruszył nowy eksperyment dotyczący załogowej misji na Marsa. Nosi on nazwę Mars 500 i polega na przeprowadzeniu symulowanego lotu na Marsa trwającego 500 dni. Jak mówi Kozicki, realizacja budowy bazy marsjańskiej w warunkach ziemskich spotkała się z dużym zainteresowaniem stowarzyszenia Mars Society Polska, które planuje budowę habitatu pod Toruniem. W lipcu naukowiec zaprezentował swój projekt w czasie konferencji kosmicznej COSPAR i - jak zapewnia - wzbudził zainteresowanie wśród przedstawicieli agencji kosmicznych. Janek Kozicki oprócz projektu bazy na Marsie jest jednym z autorów programu YADE, który służy do wykonywania symulacji z zastosowaniem modeli dyskretnych. Program ten zdobył międzynarodowe uznanie i stosowany jest na wielu uniwersytetach na świecie. Dr Kozicki używać będzie programu do symulacji rozkruszania skał podczas wydobywania gazu łupkowego z podziemnych pokładów. Szczegółowe informacje o projekcie można znaleźć na stronie: http://janek.kozicki.pl/ Ludwika Tomala 

PAP - Nauka w Polsce

Dr Janek Kozicki z Politechniki Gdańskiej jest autorem wyjątkowego projektu stacji marsjańskiej. Od kilku lat stara się o budowę jej prototypu w Polsce. Zdaniem naukowca, można by przeprowadzać w niej symulacje misji na Marsa. N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

TEBERIA

13


Wydarzenia

Wydarzenia

A może po prostu coraz mniej ludzi oglądało „Laboratorium”? Takie argumenty też są. Ale pewnie program będzie miał jeszcze mniejszą oglądalność, jeśli byłby nadawany o piątej rano. Kiedy protestowałem, ze program jest nadawany między telezakupami a Kurierem Wschodnim, to usłyszałem, że mam się starać zdobyć takiego właśnie widza, który ogląda telezakupy. O ile ktokolwiek to ogląda, to na pewno nie będzie oglądał programu o nauce. Moimi widzami jest młodzież, ludzie zainteresowani nowościami, a nie osoba, która szuka nowego garnka.

Ale jest przecież kilka stacji komercyjnych, poświęconych nauce. I są to na pewno programy o dużo wyższych budżetach, a przez to mające może ciekawszą propozycję niż „Laboratorium”? Czy w Pana programie jest coś szczególnego, czego nie da się zobaczyć w stacjach komercyjnych?

Fot. arch. Wiktor Niedzicki

Nauka potrzebuje promocji

A co z misją edukacyjną TVP? No właśnie, ale jeden z prezesów TVP, lat temu bodajże pięć, powiedział coś takiego: Misja? Proszę bardzo. Przecież pokazujemy serial „Klan”, a tam siedzą ludzie przy stole i pokazują jak się przy tym stole zachować.

Niezmiennie nasuwa się też porównanie pańskiego „Laboratorium” do „Sondy”… Lata, kiedy była jeszcze „Sonda”, były – może paradoksalnie – dobrym okresem dla popularyzacji polskiej nauki. Program nadawano w czasie tzw. największej oglądalności, o 18 we wtorek i miał też swoje cele, w jakimś sensie polityczne. Miał pokazywać, że jesteśmy w Europie, że jesteśmy nowocześni. Mój program, który jest trochę młodszy, od początku miał promować tylko polską naukę i występował w roli takiego ubogiego krewnego „Sondy”, bo nigdy polska nauka nie będzie tak efektowna, jak ta światowa.

Rozmowa z Wiktorem Niedzickim, autorem zlikwidowanego przez kierownictwo TVP programu „Laboratorium” Minęło już kilka miesięcy od czasu, gdy TVP wyemitowała ostatni odcinek „Laboratorium”. Co dalej? Jest jakiś odzew na Pana apele w jego obronie? Nic się nie zmieniło. Odzew był i to duży wśród ludzi nauki. U decydentów, niestety, dużo gorszy. Choć muszę przyznać, czego się nie spodziewałem, że był również odzew u polityków, a nawet prezydent napisał do prezesa TVP... Ale otrzymał taką samą odpowiedź „wytrych”, którą prezes miał przygotowaną dla wszystkich zainteresowanych.

I jaka była ta odpowiedź? Że program oczywiście jest potrzebny, ważny i powstanie. Nie wiadomo tylko, kiedy i jaki, choć będzie oczywiście w nowej 14

TEBERIA

Ja przede wszystkim pokazuję polską naukę. Jaka ona jest, to można sobie wyobrazić. Pieniędzy tam nigdy nie było za wiele. I trudno też znaleźć tych, którzy jej promocją byliby zainteresowani. Niewątpliwą zaletą programu było to, że ludzie mogli się z niego dowiedzieć, że i u nas jest jakaś nauka i co się w niej dzieje. Moje programy siłą rzeczy musiały być bliższe naszego życia, niż programy stacji komercyjnych. Jeśli gdzieś w Polsce prowadzono ciekawe badania, to starałem się je pokazać. Młody człowiek, który właśnie kończył liceum, wiedział, na jakiej uczelni zajmują się robotami, laserami, biotechnologiami itd. Stąd zresztą na uczelniach spotykam wielu naukowców, którzy w jakimś sensie, i sami to potwierdzają, są wychowankami „Laboratorium”.

formule z wykorzystaniem najnowocześniejszych technik. Czyli, że z tej odpowiedzi tak naprawdę nic nie wynika.

To znaczy, że dotychczasowa formuła się przeżyła? Nie, bo formuła programu zmieniała się ostatnio dosyć często i szybko. Powodem likwidacji były podobno pieniądze. Przynajmniej nikt mi nigdy nie zarzucił, że formuła programu jest zła. Teraz, gdy pojawiają się pieniądze od sponsorów okazuje się, że chyba ich nikt nie chce, a TVP się zastanawia. Odwlekanie decyzji jest tłumaczone reorganizacją w TVP, która trwa bezustannie od długiego już czasu. Wola niby jest, ale do podpisania listu intencyjnego doszło po wielu problemach. N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

Czytałem pozytywne wpisy tych ludzi na Pana blogu. To musi dawać sporo satysfakcji. Satysfakcja jest ogromna. To więcej, niż gdybym dostał medal. Pewien młody człowiek, który mówił o sobie, że we wczesnej młodości był chuliganem, pod wpływem mojego programu, w którym miał miejsce jakiś wybuch, powtórzył u siebie to moje doświadczenie. Co prawda zdemolował kuchnię, ale od tego czasu zainteresował się nauką, a dziś robi doktorat na Politechnice.

Wracając do „Laboratorium”. Czy może problem jest w tym, że wszystko obecnie, także kultura, edukacja, nauka, są poddane prawom rynku? N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

Oczywiście, jest problem tzw. komercyjności, a nawet zachęt do zdobywania sponsorów. Czy wyobrażamy sobie wzór E=mc2 z dodanym logo sponsora, albo Monę Lisę z innym logo? Nie wszystkie problemy rozwiążą sponsorzy.... Rzeczywiście znaleźliśmy się w takiej sytuacji, gdy wszystko ocenia się przez pryzmat oglądalności i ewentualnych zysków. A nie wszystko może zyski przynieść. Jaki jest zysk z tego, że w Muzeum Narodowym wisi „Bitwa pod Grunwaldem”?

To kwestia też szybkości osiągania tych zysków i wysokiej stopy zwrotu inwestycji. Nikt sobie chyba nie zawraca głowy faktem, że młody człowiek pod wpływem Pana programu, zakochuje się w nauce i za 20 lat stanie się słynnym wynalazcą... Ja mam duży żal do polityków. To niewątpliwie ich wina, ze jest sytuacja taka jaka jest z polską nauką. I nie chodzi tu tylko o pieniądze. Proszę zwrócić uwagę, że gdy wraca np. sportowiec z olimpiady, wszyscy chcą się z nim fotografować, dają medale, a w mediach ukazują się z sążniste wywiady. A przyjeżdża uczony z jakiegoś kongresu, na którym odniósł ogromny sukces – i co? Na Zachodzie go chwalą, czasopisma naukowe o nim piszą. Ale proszę mi pokazać jeden przypadek, gdy już w Polsce prezydent wręczył mu medal, spotkał się z nim premier i go pochwalił? W ubiegłym roku polska pani profesor chirurg dokonała czegoś niesamowitego, przeszczepu całej twarzy. Czy ktokolwiek się z nią spotkał? Wręczył medal, dyplom, jakąś nagrodę? Nie, i przekaz jest taki, że lepiej kopać piłkę, jeśli nawet nie trafia się nią do bramki, niż być naukowcem. Bo nauka nie jest tak medialna jak piłka kopana. A tu rola polityków jest ogromna. Za ich zainteresowaniem idzie przecież zainteresowanie mediów. W tamtym roku młodzi polscy naukowcy zdobyli główną nagrodę na konkursie międzynarodowym w Paryżu. Jest o tym film, za którego produkcję zapłaciła Unia Europejska. Ten film do dziś nie został w Polsce wyemitowany, choć jest dostępny za darmo, bo polskiej telewizji to nie interesuje. Nikogo nie interesuje film o wielkim sukcesie Polaków. Tu nie chodzi już o pieniądze, ale o jakąś hierarchię ważności, którą wyznaczają politycy i media i lekceważący, jeśli nie pogardliwy ich stosunek do nauki.

Co można zmienić? Trzeba zacząć od podstaw. Ja już wiele lat temu zauważyłem różnice w zachowaniu polskich naukowców i tych zachodnich. Jak przedstawiają siebie i swoje osiągnięcia

Są za skromni? Zdecydowanie. Dlatego wykładam na Politechnice przedmiot, na którym staram się ich nauczyć jak to robić. To są zajęcia z promocji i prezentacji nauki, które robię dla doktorantów. Chodzi o to, by jeśli znajdzie się któryś z nich na międzynarodowej konferencji, potrafił swoje osiągnięcie przedstawić jako sukces, a przy okazji zainteresować swoim dziełem np. jakiegoś biznesmena. Chcę pokazać jak, i że warto się promować. W całej swojej działalności staram się zbudować choćby taki mały pomnik polskiego naukowca i polskiej nauki. Rozmawiał: Jarosław Augustyniak TEBERIA

15


Wydarzenia

Wydarzenia elektrownia na gaz z czystego węgla instalacja oczyszczania gazu

S

ukcesem zakończyła się pilotażowa próba podziemnego zgazowania węgla, prowadzona w tym roku w Kopalni Doświadczalnej „Barbara” w Mikołowie. Uzyskane w takim procesie gazy mogłyby być wykorzystane w energetyce lub przemyśle chemicznym. - Trwająca dwa tygodnie próba przebiegła pomyślnie. Dokonano m.in. rozeznania jak bezpiecznie sterować takim procesem i jak dobierać media zgazowujące. Oceniono też, jaki mamy wpływ na jakość produktu - powiedziała PAP rzeczniczka Głównego Instytutu Górnictwa (GIG) w Katowicach, do którego należy kopalnia, Sylwia Jarosławska-Sobór. Eksperyment przeprowadzono w podziemnym georeaktorze, czyli odizolowanym od wyrobisk pokładzie węgla wielkości ok. 5 na 15 metrów i grubości ok. 1,5 m. Doprowadzano tam mieszaninę gazów: powietrza, tlenu i pary wodnej. W ciągu dwóch tygodni zgazowano ok. 12-15 ton węgla z prędkością ok. 40 kg na godzinę. Efektem spalania były tzw. gazy odlotowe, wyprowadzane na powierzchnię i spalane w specjalnej pochodni. To tlenek i dwutlenek węgla, metan i wodór. Eksperyment był ukierunkowany właśnie na zbadanie możliwości pozyskania tego ostatniego gazu, który w przyszłości mógłby znaleźć zastosowanie jako paliwo w ogniwach paliwowych do produkcji energii elektrycznej. - Udziały poszczególnych składników w powstającej w wyniku zgazowania mieszaninie gazów zależą od warunków termodynamicznych prowadzenia procesu oraz od zastosowanego czynnika zgazowującego - wyjaśniła rzeczniczka. Zawartość poszczególnych gazów w mieszaninie była ściśle monitorowana. Wyniki są jeszcze opracowywane. Wiadomo jednak, że ilość uzyskanego wodoru nie odbiegała od założeń i wynosiła ok. 30 proc., różniąc się jednak w poszczególnych fazach procesu. Pierwszą podziemną próbę zgazowania węgla poprzedziły dwuletnie badania w reaktorze powierzchniowym. Dzięki nim można było prawidłowo zaprojektować reaktor podziemny i zaplanować eksperyment w warunkach rzeczywistych. Kierownik projektu, prof. Krzysztof Stańczyk z GIG podkreśla, że próba była prowadzona w otamowanym miejscu i nie mogła wymknąć się spod kontroli. W zwykłej kopalni naukowcy nie mieliby takiego komfortu. Eksperci są jednak w stanie przeprowadzić symulacje takich procesów, zanim przeprowadzą faktyczne eksperymenty. - Rozwój technik informatycznych pozwala na coraz trafniejsze modelowanie procesu podziemnego zgazowania węgla. W naszych obecnych badaniach chcemy położyć na to silny nacisk, by stworzyć model zgazowania dosto16

TEBERIA

Polska na gazie

instalacja O2 + H2O

zakład wzbogacania

sowany do zadanych warunków zewnętrznych - wyjaśniła rzeczPodziemne niczka. Pilotażowe zgazowanie zgazowanie przeprowawęgla, jest metodą pozyskiwania energii dzono w ramach międzyz węgla bezpośrednio narodowego projektu Huge w miejscu jego (Hydrogen Oriented Underzalegania. ground Coal Gasification for Europe), współfinansowanego ze środków Funduszu Badawczego Węgla i Stali oraz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Oprócz GIG, pełniącego w projekcie rolę koordynatora, uczestniczą w nim także partnerzy z Holandii, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Czech, Belgii, Ukrainy oraz inne polskie podmioty. W ocenie ekspertów, w porównaniu do metod powierzchniowych podziemne zgazowanie jest procesem dużo bardziej złożonym i trudnym w realizacji. Skala możliwych zastosowań produktów podziemnego zgazowania węgla jest szeroka. Gaz o wysokiej zawartości wodoru i tlenku węgla (tzw. gaz syntezowy) może być surowcem dla przemysłu chemicznego, np. do produkcji paliw płynnych czy metanolu; może też zastępować gaz ziemny. Rodzaj zastosowania zależy głównie od składu chemicznego uzyskanych gazów, a ten wynika przede wszystkim z rodzaju czynnika zgazowującego. - Z punktu widzenia prowadzenia syntez chemicznych najcenniejszy jest gaz otrzymywany w procesie zgazowania tlenem lub mieszaniną tlenu z parą wodną - wyjaśniła Jarosławska-Sobór. Prostszym zastosowaniem otrzymanego gazu jest wykorzystanie go do wytwarzania prądu w turbinach gazowych. Inny sposób to spalanie go w kotłach ze zmodyfikowanymi palnikami gazowymi w celu produkcji ciepła. W przyszłości otrzymywany w procesie zgazowania wodór mógłby być stosowany jako paliwo w ogniwach paliwowych do produkcji prądu. W przyszłości GIG chciałby testować podziemne zgazowanie na większą skalę. Swój projekt w tej dziedzinie instytut zgłosił do konkursu, ogłoszonego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Dalsze badania nad zgazowaniem byłyby prowadzone, kosztem ok. 30 mln zł, ok. 400 m pod ziemią, w jednej z kopalń Katowickiego Holdingu Węglowego. źródło: PAP - Nauka w Polsce O projekcie Huge pisaliśmy w pierwszym numerze „teberii”

N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

G

azowa rewolucja – wizja wykorzystywania gazu z tzw. złóż niekonwencjonalnych, jak np. uwięzionego w skałach ilastych, rozpaliła umysły. Bo też – zdaniem ekspertów – tego gazu może być w Polsce nawet dziesięciokrotnie więcej, niż gazu ze źródeł tradycyjnych! Co ciekawe, o istnieniu takich złóż, ukrytych w warstwach łupków, wiedziano już dawno, tyle, że z racji kosztów, niespecjalnie przykładano się do opracowania sposobów ich eksploatacji – tradycyjne odwierty w gazownictwie były pionowe, a tu trzeba wiercić w poziomie. Ale to nie wszystko, skałę trzeba jeszcze nieco rozkruszyć i stworzyć w niej pęknięcia, którymi gaz będzie uciekał. Wykorzystuje się do tego tzw. szczelinowanie hydrauliczne, czyli w wywiercony w skałach otwór wprowadza się pod ciśnieniem wodę, czego efektem są mikropęknięcia – i błękitne złoto zostaje uwolnione. To łatwe… tylko w wielkim uproszczeniu… Sytuacja zmieniła się, gdy w połowie lat 90. wizja wyczerpania źródeł gazu (ale także geopolityka – chęć uniezależnienia się od rosyjskiego gazu), wymusiła stworzenie technologii umożliwiającej eksploatację dotychczas pomijanych złóż niekonwencjonalnych na skalę przemysłową. Na efekty nie trzeba było długo czekać: już dzisiaj 10 proc. całego gazu

wydobywanego Stanach Zjednoczonych stanowi ten pochodzący ze źródeł niekonwencjonalnych (nie tylko z łupków, ale także ze złóż węgla). Biorąc pod uwagę rozwój tego rynku, osiągnięcie poziomu nawet 50 procent jest kwestią zaledwie kilku lat. Europa pozostała na tym polu daleko w tyle: próbne odwierty poszukiwawcze zrobiono dotychczas tylko w Niemczech i Szwecji, a kolejne mogą być w Polsce, której gazowe zasoby mogą być największe na Starym Kontynencie. Pierwsze odwierty miały zostać przeprowadzone jeszcze w kwietniu br. w rejonie Łebienia w woj. pomorskim. Ponad 10 proc. powierzchni Polski będzie objęte poszukiwaniami, w tym przede wszystkim Lubelszczyzna, Mazowsze, Pomorze i Dolny Śląsk. Już ruszył wyścig firm, często wielkich koncernów amerykańskich, po koncesje na prowadzenie badań – i wydobycie. Na przemysłowe wydobycie poczekamy jednak co najmniej 10 lat. Ale ta dekada daje też czas na ulepszenie metod wydobycia gazu ze źródeł niek onw e n c j o nalnych. Bo póki co, jest to wciąż bardzo trudne i bardzo kosztowne zadanie. KM

infografika: Jarosław Augustyniak

GIG: Huge zdał pierwszy egzamin

sekwestracja CO2

N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

TEBERIA

17


Nauka i Gospodarka

Nauka i Gospodarka

Europejski MIT TU Eindhoven

Philips

EANDIS

TNO

VITO Vattenfal

CC Benelux

Esade - Higher School of Business

Uppsala University

KU Leuven

CC Sweden

ABB

Iberdrola

Gas Natural

Royal Institute of Technology

IREC - Catalonia Institute ror Energy Research

Przywódcom europejskim zamarzył się własny MIT, czyli instytut wzorowany na sławnym Massachusetts Institute of Technology. Dwa lata temu Komisja Europejska powołała do życia instytucję pod nazwą Europejski Instytut Technologiczny. Czym jest, a raczej czym będzie EIT? Na obecnym etapie trudno powiedzieć, czy będzie on marną karykaturą bostońskiej uczelni czy prężnym ośrodkiem innowacyjnym. Tekst: Jacek Srokowski

CC Iberia

Grupa Lotos - Rafineria Gdańska SA Tauron

Schneider Electric

ZAK Kędzierzyn

Karlsruhe Institute of Technology Union Fenosa

Centro de Investigaciones Energéticas Univeristat Politecnica de Catalunya

Politechnika Wrocławska AREVA

CC PolandPlus

Systems Applications and Products

Politechnika Śląska

CC Germany Commissariat a l’Energie Atomique

Uniwersytet Sztuttgardzki

Główny Instytut Górnictwa Uniwersytet Śląski

Grenoble INP

CC Alps Valleys infografika: Jarosław Augustyniak

French National Center for Scientific Research

18

Grenoble INP & Grenoble Ecole de Management

TEBERIA

Instytut Chemicznej Przeróbki Węgla

Intel Corporation Energie Baden-Württemberg AG

Uniwersytet Jagieloński Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo SA

Insa Lyon Akademia Górniczo-Hutnicza

N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

TEBERIA

19


EIT

składać się ma z kilku tematycznych Wspólnot Wiedzy i Innowacji (KIC). W grudniu ub.r. zarząd EIT mający siedzibę w Budapeszcie wybrał pierwsze trzy Wspólnoty. Obszary tematyczne, w których prowadzone będą prace, to łagodzenie skutków zmian klimatu i adaptacja (Climate – KIC), zrównoważona energia (KIC InnoEnergy) oraz społeczeństwo informacyjno– komunikacyjne przyszłości (EIT ICT Labs). Każda z KIC otrzyma grant na rozpoczęcie działalności w wysokości 3 mln EUR. Oczekuje się, że od połowy 2010 r. będą one już pracować pełną parą.

KIC wypełnią luki – Wybór pierwszych Wspólnot Wiedzy i Innowacji stanowi krok milowy w kierunku bardziej innowacyjnej Europy – chwali przewodniczący Komisji Europejskiej, José Manuel Barroso. – Ufam, że KIC staną się gorącymi punktami innowacyjności, które przyciągną największe talenty z Europy i spoza jej granic. Powinny przekształcić się w miejsca, których nie można ominąć, dla studentów, naukowców i przedsiębiorców pragnących pracować wspólnie w dziedzinach o ogromnym znaczeniu dla naszej wspólnej przyszłości. – Wspólnoty KIC pomogą wypełnić luki, które nadal zbyt często stanowią przeszkodę w efektywnej współpracy w ramach trójkąta wiedzy tworzonego przez szkolnictwo wyższe, badania naukowe i innowację – dodaje Maros Sefcovic, desygnowany Komisarz ds. Edukacji, Szkoleń, Kultury i Młodzieży. – Jestem przekonany, że EIT zainspiruje zmianę w sposobie myślenia, ułatwiając nam przygotowanie się na społeczeństwo oparte na wiedzy i stwarzając środowisko przyjazne dla rozwoju nowych pomysłów. Szefowie Komisji Europejskiej nie kryją, że chcą, by EIT konkurował z MIT o najzdolniejszą młodzież w świecie. Inaczej za jakiś czas Europa będzie tylko importerem innowacyjnych technologii z Ameryki i Azji.

MIT do naśladowania Naśladowców MIT w świecie jest wiele, m.in. Caltech (California Institute of Technology), Korean Institute of Technology czy francuska École Normale Technique. Czym bowiem jest MIT? Uczelnią? Instytutem naukowym? Przedsiębiorstwem? Odpowiedź: wszystkim w jednym. MIT jest uczelnią prywatną – spółką akcyjną, której akcje posiada obecnie kilkaset osób – głównie członków rodzin założycieli Instytutu oraz jej absolwentów, którym udało się osiągnąć sukces finansowy. Od lat jest na pierwszych miejscach rankingów uczelni technicznych. Z MIT wywodzi się 64 noblistów. Część z nich nadal na nim wykłada. MIT składa się z pięciu szkół, w których w sumie jest około 200 różnych kierunków i blisko 300 grup badawczych i laboratoriów. Każdego roku w zależności od potrzeb przemysłu powstają nowe przedmioty, nowe projekty badawcze, a inne są rozwiązywane. W radzie MIT obok pracowników naukowych zasiadają również przedstawiciele biznesu. To oni głównie decydują o kierunkach badań i prac rozwojowych na uczelni. Oceniają, co będzie miało praktyczne przełożenie, co znajdzie realne zastosowanie w przemyśle. W efekcie MIT patentuje najwięcej pomysłów, z których następnie pełnymi garściami czerpie 20

TEBERIA

Nauka i Gospodarka

amerykański przemysł – od farmaceutycznego po zbrojeniowy. W tym tkwi sukces amerykańskiej uczelni. Podobny schemat organizacyjny ma być zastosowany w EIT, w którym ma następować kojarzenie nauki z biznesem, gdzie kluczowym elementem jest komercyjne wykorzystanie innowacji. To pierwsza inicjatywa, która wypełnia wszystkie trzy strony „Trójkąta Wiedzy” – wyższe szkolnictwo, instytuty badawcze oraz biznes. Na poziomie idei EIT wygląda pięknie. Ale, żeby EIT przybrało postać pięknego łabędzia, najpierw musi przywlec powłokę brzydkiego kaczątka. Od grudniowej decyzji zarządu EIT minęło kilka miesięcy, w tym czasie przedsięwzięcie nabierało organizacyjnego zarysu.

Polski wkład W skład tworzonego KIC InnoEnergy weszły polskie uczelnie, instytuty i firmy. Węzeł ma charakter międzynarodowego konsorcjum. Składa się z 6 węzłów wiedzy, tzw. Colocation Centres – CC, rozmieszczonych w całej Europie. Całość projektu konsorcjum InnoEnergy koordynuje Karlsruhe Institute of Technology – niemiecka korporacja łącząca Uniwersytet w Karlsruhe i Centrum Badawcze (Forschungszentrum) Karlsruhe, przewodząca węzłowi CC Germany, który zajmuje się problemem energii z paliw chemicznych. Kolejne węzły wchodzące w skład konsorcjum to: CC Alps Valleys, nadzorujący badania w zakresie współdziałania zrównoważonej energii nuklearnej i odnawialnej, CC Benelux, zajmujący się tematyką inteligentnych i efektywnych energetycznie budynków i miast, CC Iberia, koordynujący prace w zakresie odnawialnych źródeł energii (wiatr, skoncentrowana energia słoneczna, fotowoltaika, energia fal i przypływów) oraz CC Sweden, który zajmuje się europejską inteligentną siecią przesyłową i magazynowaniem energii. Polski węzeł CC PolandPlus jest odpowiedzialny za prace w obszarze czystych technologii węglowych. Zadanie konsorcjantów polega na zwiększeniu efektywności i redukcji emisji dwutlenku węgla, a także znalezieniu najlepszego sposobu jego przechwytywania i magazynowania (CCS). Mają również zająć się problemem gazyfikacji węgla zarówno na powierzchni, jak i podziemnej. Jeszcze innym obszarem badań ma być synergia jądrowo-węglową polegającą na zastosowaniu ciepła reaktorów jądrowych w czystych technologiach węglowych i w przemyśle. Liderem CC PolandPlus jest Akademia Górniczo-Hutnicza. Oprócz AGH w realizacji projektu będą również brały udział: Politechnika Śląska, Uniwersytet Śląski, Uniwersytet Jagielloński, Politechnika Wrocławska; instytuty badawcze: Główny Instytut Górnictwa, Instytut Chemicznej Przeróbki Węgla; instytuty Państwowej Akademii Nauk oraz firmy: Tauron, ZAK Kędzierzyn, Lotos, PGNiG.

Miliony na badania Roczny budżet KIC InnoEnergy przewidywany na badania wynosi 120 mln euro. Program finansowany będzie w 25 proc. przez Europejski Instytut Innowacji i Technologii, zaś 75 proc. funduszy będzie pochodzić z innych źródeł, m.in. N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

z europejskich funduszy strukturalnych, programów europejskich i przemysłu. - Zakładamy, że przez polski węzeł powinno przepływać rocznie minimum 100 mln zł. Będzie to zarówno gotówka, jak i aport w postaci prac badawczych - mówi prof. Antoni Tajduś, rektor AGH. - Uczelnie, instytuty naukowe oraz firmy uczestniczące w konsorcjum będą w uprzywilejowanej sytuacji, jeśli chodzi o pozyskiwanie grantów unijnych w zakresie badań nad energią zrównoważoną. Polskie konsorcjum zajmie się głównie tematyką czystych technologii węglowych, co nie znaczy, że polscy naukowcy nie będą mogli zajmować się innymi zagadnieniami, nad którymi pracować będą ich europejscy partnerzy. Reprezentacja firm w tym przedsięwzięciu - na obecnym etapie - jest stosunkowo uboga, choć wydawałoby się, że tematyka jest interesująca, zwłaszcza dla firm sektora energetycznego. - Myślę, że jest to problem mentalności polskich przedsiębiorców, którzy wolą sięgnąć po sprawdzone na świecie technologie niż współuczestniczyć w tworzeniu własnych, mimo, że zakup gotowych rozwiązań technologicznych jest niewspółmiernie droższy - twierdzi prof. Tajduś. Ci, którzy dołączyli do konsorcjum zdają sobie jednak sprawę z korzyści płynących ze współpracy z jednostkami naukowymi. - Jest to projekt integrujący środowisko biznesu z ośrodkami akademickimi i naukowymi. Z takiej synergii powinny zrodzić się zupełnie nowe standardy w rozwoju badań naukowych, wdrażaniu nowoczesnych technologii i poszukiwaniu ekologicznych źródeł energii. Bardzo na to liczymy. Oczekujemy także, że dodatkowe korzyści przyniesie usytuowanie polskiego Węzła Wiedzy i Innowacji w tak doborowym towarzystwie parterów międzynarodowego konsorcjum „InnoEnergy”. Niewątpliwą korzyścią z udziału w tym przedsięwzięciu będzie inicjowanie, udział i czerpanie z efektów badań, doświadczeń i technologii parterów reprezentujących i tworzących wspólnie najwyższe europejskie standardy - mówi Krzysztof Kopeć z grupy Lotos. W szczególnej sytuacji są Zakłady Azotowe Kędzierzyn, które przystąpiły wspólnie z Południowym Koncernem Energetycznym (grupa Tauron Polska Energia) do budowy pierwszej w Polsce elektrowni poligeneracyjnej z zerową emisją dwutlenku węgla. Część CO2 powstającego w procesie zgazowywania węgla będzie wykorzystywana do produkcji metanolu, mocznika, wodoru, a w przyszłości również paliw syntetycznych. Pozostały CO2 ma być wychwytywany i magazynowany w instalacji CCS. – Instalacja w Kędzierzynie otworzy drogę do modernizacji kolejnych elektrowni oraz zakładów przemysłowych. Dzięki wspólnemu N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

wysiłkowi uczestników konsorcjum przyczynimy się do rozwoju czystych technologii węglowych w Polsce - przekonuje Krzysztof Jałosiński, prezes ZAK. Obecnie trwa żmudna praca organizacyjna w CC Poland Plus. Została utworzona jednostka zarządzająca, która będzie koordynowała wspomnianych sześć węzłów regionalnych. Tworzone są także podstawowe dokumenty związane z działalnością. np. nowe umowy, w których zostaną opracowane zasady transferu praw autorskich. Uczestnicy konsorcjum zastanawiają się nad zasadami zarządzania poszczególnymi węzłami. - Całe szczęście, że mamy rok czasu na zorganizowanie struktury konsorcjum. To potężny projekt i wszystko musi być dograne w najdrobniejszych szczegółach – podsumowuje prof. Tajduś.  ¢

prof. Antoni Tajduś, rektor AGH

Przez polski węzeł powinno przepływać rocznie minimum 100 mln zł.

Fot. Bogdan Kułakowski

Nauka i Gospodarka

TEBERIA

21


Technologie w Przemyśle

Technologie w Przemyśle

Robotnik przyszłoÊci 22

TEBERIA

Zdolność robotów do niestrudzonego wykonywania zadań o wysokim stopniu powtarzalności, często w środowiskach niebezpiecznych, sprawia, że era człowieka w przemyśle dobiega końca. No, przynajmniej jego pracy fizycznej. Tekst: Konrad Markowski

N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

TEBERIA

23


Technologie w Przemyśle

Prosty jak cep Większość inżynierów budujących roboty nie zamierzała konstruować maszyn, które miałyby naśladować ludzi. Pierwsze roboty służyły do przenoszenia materiałów. Wykonywały zamkniętą sekwencję ruchów z jednego punktu do drugiego. Dopiero zastosowanie ich do bardziej zaawansowanych czynności (np. spawanie, frezowanie, montaż) zmusiło konstruktorów do stworzenia urządzeń wykonujących skomplikowane ruchy i wyposażenia ich w czujniki pozwalające na wyższy stopień interakcji z otoczeniem. Dziś robot wie, jaki ciężar podnosi, ocenia odległość, rozpoznaje kształt i dokonuje wyboru. Uwzględnia wartość przyspieszenia ziemskiego w miejscu, w którym pracuje, dzięki czemu szybciej i bardziej precyzyjnie dochodzi do wskazanego punktu. Przyjrzyjmy się jednemu z nich – Tytanowi niemieckiej firmy KUKA. Twardo stoi na ziemi, przymocowany do solidnej podstawy. Jest mu to potrzebne, aby mógł pokazać, co umie. A może np. swoim ramieniem podnieść Opla w powietrze i postawić go z powrotem dokładnie w tym samym miejscu bez szemrania. To dla niego chleb powszedni gdyż posiada mistrzostwo w klasie najsilniejszych robotów na świecie. Swoje ramię, którym może sięgnąć tak wysoko jak żyrafa, utrzymuje w dobrej formie, ćwicząc betonowymi formami, stalowymi odlewami bądź ładunkami szkła. Oprócz wagi ciężkiej doskonale sprawdza się również, gdy trzeba wykazać więcej gracji przy cięciu, malowaniu bądź mierzeniu.

Przy aucie i cukierkach W Polsce, podobnie jak w większości krajów europejskich, siedem na dziesięć zainstalowanych robotów pracuje w przemyśle samochodowym – zarówno w montowniach, jak i u poddostawców. W gliwickim Oplu ok. 58 proc. prac na linii technologicznej zostało powierzonych robotom. Lista ich zajęć jest bardzo długa: zgrzewanie punktowe, aplikacje nakładania kleju wraz z zautomatyzowaną inspekcją wizyjną nałożonego kleju, przenoszenie blach pomiędzy prasami, nakładanie zabezpieczenia antykorozyjnego podwozia, zagniatanie elementów karoserii, napawanie kołków i wiele innych. Przemysław Byszewski, rzecznik General Motors Polska mówi wprost: Roboty umożliwiają zwiększenie wydajności – mogą pracować całą dobę bez przerwy. Staramy się stosować je wszędzie tam, gdzie jest to uzasadnione względami jakościowymi i ekonomicznymi. Ale to nie znaczy, że robot zastępuje człowieka na każdym stanowisku. – Trudno wskazać obszary, gdzie nie jest możliwa automatyzacja z technicznego punktu widzenia. Decyzję taką determinuje zawsze rachunek ekonomiczny, np. dla operacji 24

TEBERIA

montażu części do gotowego samochodu stosowanie robotów nie jest uzasadnione ekonomicznie ze względu na mnogość opcji i konieczność częstych zmian w procesie – przyznaje Byszewski. Michał Ochmański z ABB Polska podkreśla, że w ostatnich dwóch latach zainteresowanie robotyzacją wykazują firmy, które wcześniej nie inwestowały w tego rodzaju urządzenia. – Szacujemy, że w roku 2010 sprzedaż aplikacji zrobotyzowanych dla przemysłu spożywczego stanie się jednym z najważniejszych filarów działalności ABB Robotyka. W zakładach cukierniczych „Solidarność” postawiono na precyzję, delikatność i szybkość. Robot wkłada tam czekoladki do blisterów bombonierki. I właściwie byłaby to standardowa umiejętność dobrze oprogramowanego manipulatora, gdyby nie fakt, że został on wyposażony w system wizyjny, który podczas pobierania rozpoznaje kształt czekoladki i sortuje w ten sposób, by w pudełku wszystkie słodycze miały napis „Solidarność” ułożony w tę samą stronę. Czekoladki rozpoznawane są przez system wizyjny oraz pobierane z transportera taśmowego będącego w ciągłym ruchu.

Bo robot jest tańszy Prognozy wskazują, że roboty przemysłowe mają stać się coraz bardziej popularne, przede wszystkim ze względu na coraz silniejszą potrzebę konkurencyjności, która związana jest z podnoszeniem wydajności produkcji. Przy rosnącej wartości pracy człowieka, na wielu stanowiskach przy dwuzmianowej produkcji, koszty instalacji stanowiska zrobotyzowanego potrafią zwrócić się już po roku. We wspomnianym zakładzie Opla praca np. robota zgrzewającego jest dwukrotnie wydajniejsza niż operatora zgrzewającego, a w przypadku trudno dostępnych miejsc te proporcje mogą wynosić 1:3 na korzyść robota. Zdaniem specjalistów, robotyka ma kluczowe znaczenie dla przyszłej konkurencyjności Europy – to tylko dzięki niej ma być możliwe utrzymanie produkcji w regionach świata o wysokim poziomie wynagrodzeń. Mało tego, w ramach programu badawczego Komisja Europejska pragnie stworzyć system transferu technologii między środowiskiem naukowym a przemysłem. Umożliwi to wykorzystanie robotów klasy przemysłowej na potrzeby prowadzenia badań zakrojonych na dużą skalę w europejskich laboratoriach badawczych. Dziś już wiadomo, że nie tania siła robocza, a bliskość rynku zbytu będzie decydować o powodzeniu gospodarczym firm. Tanią ludzką siłę roboczą w fabrykach zdyskontuje tania siła robocza robotów.

Widzieć i dotykać – Z całą pewnością w niedługiej przyszłości należy oczekiwać robotów przemysłowych, które będą jeszcze dokładniej „widzieć” i „dotykać” swoje otocze-

Fot. arch.

P

o raz pierwszy terminu „robot” użył w 1921 r., w swojej sztuce czeski pisarz Karel Čapek. Terminem tym określił maszynę-niewolnika zastępującą człowieka w najbardziej uciążliwych zajęciach. Musiało minąć jednak 60 lat, żeby wizja Čapka znalazła swoje urzeczywistnienie, kiedy to w fabryce samochodów General Motors w New Jersey zastosowano pierwsze roboty przemysłowe. Konstrukcje robotów pierwszej generacji były jednak całkowicie inne niż maszyny antropomorficzne tworzone na potrzeby książek i filmów.

Technologie w Przemyśle

nie, zapewniając najwyższą z możliwych jakość i dokładność procesu produkcyjnego – ocenia Michał Ochmański. Roboty przemysłowe muszą pracować coraz szybciej i dokładniej, by skracać cykl procesu produkcyjnego i podnosić jakość wyrobów. Użytkownicy chcą w pełni kontrolować proces produkcji, więc wymagają od robota stałego monitorowania jakości i wydajności. Zlecają mu coraz trudniejsze zadania – wymagające przeliczania rozmiarów obrabianego przedmiotu i zgodnie z tym wyznaczania nowej trajektorii ruchu. Na szybkość i koordynację pracy wpływa także możliwość podłączenia czterech manipulatorów do jednego układu sterowania. Drugim aspektem rozwoju jest integracja pracy robota i człowieka. Robot ze swojej natury jest bezpieczny, niemniej, gdy w jego strefie znajdzie się człowiek, trzeba zachować najwyższą ostrożność. Priorytetem jest zatem przygotowanie takich systemów zabezpieczeń, by współdziałanie było możliwie najbliższe i w pełni bezpieczne. Obecnie fizycznie wygrodzone strefy pracy robotów powoli tracą rację bytu. Wydajniejsza jest praca równoległa, gdy człowiek i robot uzupełniają się. Stopniowo roboty przyszłości będą stawać się „asystentami” pracowników, obsługującymi ich na stanowisku pracy. Maszyny będą wykonywać powtarzające się i żmudne zadania, przez co w coraz większym stopniu będą zabezpieczać pracowników przed wypadkami lub komplikacjami zdrowotnymi, a to wpłynie na zmniejszenie kosztów opieki zdrowotnej, zwłaszcza w przypadku małych wytwórców. Problem jednak w tym, że obecna generacja robotów przemysłowych została stworzona z myślą o halach fabrycznych, a nie manufakturach czy zakładach usługowych.

Robot niczym człowiek – Roboty do produkcji przemysłowej mają być przede wszystkim funkcjonalne. Dlatego wystarczy im np. ramię do montowaN r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

Jak wynika z danych International Federation of Robotics, począwszy od 1961 do 2008 roku na świecie zainstalowano około dwa miliony robotów przemysłowych. W Polsce jest ich na razie zaledwie kilka tysięcy. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, w 2006 roku nasz przemysł korzystał z nieco ponad 3 tysięcy robotów przemysłowych. Nowszych danych urząd jeszcze nie opublikował, ale z szacunków Control Engineering Polska wynika, że liczba tych urządzeń w naszym kraju nie przekroczyła jeszcze 10 tysięcy. Według GUS, liderem krajowej robotyzacji jest przemysł samochodowy. Drugie miejsce zajmuje produkcja wyrobów gumowych i z tworzyw sztucznych. Najmniej zrobotyzowane jest włókiennictwo, działalność wydawnicza oraz zakłady związane z wytwarzaniem i przesyłem energii elektrycznej, gazu i wody. Najczęstszym przeznaczeniem robotów jest: przenoszenie, paletyzowanie, spawanie i montaż.

nia. Ale te, które będą się poruszały w przestrzeniach stworzonych i urządzonych przez człowieka, tak aby mógł on w nich sprawnie funkcjonować, będą musiały być antropomorficzne, czyli wyglądać jak człowiek. Takiego robota zresztą już wyprodukowała Honda. Nazywa się Asimo – twierdzi prof. dr hab. Ryszard Tadeusiewicz, specjalista od robotyki, biocybernetyki i inżynierii biomedycznej w krakowskiej AGH. Koncern General Motors i NASA pracują obecnie nad projektem Robonaut 2, najbardziej zaawansowanym humanoidem, jakiego kiedykolwiek zbudowano. Już dziś niewiele odbiega wyglądem od bohaterów filmu „Ja robot”. – Opracowany przez nas humanoid jest tak samo wydajny jak zwykły robotnik. Cały czas pracujemy nad tym, by konstruowane przez nas urządzenia były jeszcze bliższe ludziom – mówi Ron Diftler odpowiedzialny w NASA za projekt Robonaut. Robonaut 2 jednak nie zastąpi jeszcze żywych załóg promów, czy pracowników fabryk samochodowych. – Do wyjaśnienia pozostają kwestie bezpieczeństwa. Ogromny robot pałętający się po fabryce może stanowić zagrożenie dla ludzi i być przyczyną wielu wypadków – mówił Marty Linn w wywiadzie dla Discovery News. Niemniej to kwestia czasu, kiedy ziści się w pełni wizja Karela Čapka. Kto wie, kiedy Robonaut trafi do gliwickiego Opla? Może już wkrótce. ¢ TEBERIA

25


Technologie w Przemyśle

Na ratunek GMRI

Technologie w Przemyśle pojemnik na przewód transmisyjno-zasilajàcy

kamera z oÊwietleniem

siłownik sterujàcy układem jezdnym

GMRI to dziecko Instytutu Technik Innowacyjnych EMAG w Katowicach. Fakt, rodzice nie nadali mu okazałego imienia, za to wyposażyli go w wiele cennych atrybutów, których nawet brakuje jego kolegom z armii. GMRI postawił już pierwsze samodzielne kroki i to 726 m pod ziemią!

G

MRI (Górniczy Mobilny Robot Inspekcyjny) przeznaczony jest do penetrowania rejonów kopalń, zagrożonych np. wybuchem metanu. Dzięki robotowi, nad którym prace trwały 2,5 roku, możliwa będzie zdalna ocena panujących w podziemnych wyrobiskach warunków. Robot mierzy stężenia metanu, tlenu, tlenku i dwutlenku węgla, a także temperaturę i wilgotność. Przekazuje też do stacji operatora obraz stanu wyrobisk. EMAG realizował ten projekt przy współpracy z Przemysłowym Instytutem Automatyki i Pomiarów z Warszawy. Warte ok. 3,5 mln zł przedsięwzięcie sfinansowało Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Listopadowa katastrofa górnicza w Nowej Zelandii, kiedy zasypanych zostało 29 górników, dowiodła, jak bardzo potrzebne są w górnictwie takie roboty. Potwierdziła też, że dotąd żaden kraj nie dysponował takim urządzeniem - mówi koordynator projektu, dr inż. Leszek Kasprzyczak z EMAGu. 26

TEBERIA

platforma z elektronicznymi układami pomiaru, zasilania, transmisji i sterowania

butla na spr´˝ony azot

przednia noga do podnoszenia robota

tylna noga do odpychania robota

Podczas akcji w nowozelandzkiej kopalni zastosowano robota wojskowego, który jednak nie sprawdził się w trudnych, podziemnych warunkach. Wysłano kolejnego, ale później doszło do kolejnego wybuchu. Zdaniem dr. Kasprzyczaka, ten przykład pokazuje, że specjalne roboty górnicze są niezbędne - także w polskim górnictwie. Robot napędzany jest pneumatycznie - azotem z butli umieszczonej na platformie. Steruje nim operator, używając joysticka oraz specjalnie stworzonego oprogramowania. Sygnały wizyjne, sterujące i pomiarowe transmitowane są przewodami. Urządzenie zostało tak zaprojektowane i wykonane, by mogło bezpiecznie pracować w strefach zagrożonych wybuchem metanu i pyłu węglowego pod ziemią. Na podstawie pomiarów dokonanych przez robota można szybciej i trafniej ocenić panujące w wyrobisku warunki i podjąć decyzje o dalszych czynnościach związanych z odizolowanym (np. z powodu zagrożenia pożarowego N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

czy metanowego) wyrobiskiem. Ratownicy będą w mniejszym stopniu narażeni na niebezpieczeństwa związane z wkraczaniem do strefy zagrożonej, kopalnie będą również mogły szybciej podjąć dalszą eksploatację - tłumaczy dr Kasprzyczak. Centralna Stacja Ratownictwa Górniczego w Bytomiu testowała już robota 726 m pod ziemią w bytomskiej kopalni Bobrek-Centrum. W trakcie testu wyszły pewne niedoskonałości urządzenia. Ograniczeniami są zasięg do 500 metrów. Niestety, przewód transmisyjny ogranicza zasięg robota, ale w warunkach kopalni nie jest możliwa bezprzewodowa transmisja danych. Trudne jest także pokonywanie miejsc zalanych wodą do głębokości 20 cm czy pochyłości do 30 stopni. Chcielibyśmy poprawić wszystkie osiągi – wylicza koordynator projektu. Wyeliminowanie niedoskonałości to szacunkowy koszt ok. 2,5 mln zł oraz dalsze 24 miesiące prac. O ile EMAG uzyska na ten cel środki unijne. N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

Eksperyment specjalistów katowickiego Instytutu dowiódł, że można zbudować robota kategorii M1 tzn. zdolnego do pracy w obecności metanu i pyłu węglowego. Czy można wobec tego wyobrazić sobie w bliżej nieokreślonej przyszłości kopalnię, w której zamiast górników pracę wykonywać będą pojazdy lub roboty autonomiczne (z algorytmami sterowania umożliwiającymi im samodzielne podejmowanie decyzji i wykonywania kroków działania) lub sterowanych zdalnie przez operatora z pewnej odległości? – To bardzo trudne zadanie, bo kopalnie węgla kamiennego charakteryzują się dużą nieregularnością i trudno wszystkie ewentualności przewidzieć i zalgorytmizować odpowiednio działanie maszyn. Doświadczenie mnie uczy, że nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko rzeczy drogie – podpowiada dr Kasprzyczak. I w tym sęk, czy polski węgiel jest Polakom tak drogi?  Jacek Srokowski 

(z wykorzystaniem pap/naukawpolsce)

TEBERIA

27


Technologie w Przemyśle Fot. arch.

Technologie w Przemyśle

Australijska kopalnia przyszłoÊci

W

Już wkrótce pociągi Rio Tinto będą przewozić cenny ładunek kopalin setki kilometrów bez motorniczego.

28

TEBERIA

N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

yobraźcie sobie kopalnię, gdzie ludzie nie brudzą sobie rąk. Wiertła działają same, pociągi przewożą cenny ładunek kopalin setki kilometrów bez motorniczego będącego w zasięgu wzroku, zaś flota 320-tonowych ciężarówek transportuje swój ładunek, wydawałoby się, zupełnie sama. I wszystkie te trzy elementy górniczej składanki są w ciągłym ruchu i interakcji, działając z dokładnością godną zespołu ekstraklasy piłkarskiej. „Roboty” wiedzą, kiedy potrzebują napraw i konserwacji, same zgłaszają się do odpowiednich załóg będących na miejscu. Ponad 1200 km od tego miejsca, wysoko wykwalifikowani technicy i inżynierowie monitorują roboty, które stale wysyłają im w czasie rzeczywistym dane na temat ich wydajności, jakie spływają z tysięcy czujników. Jest to wizja projektu australijskiej firmy górniczej Rio Tinto – „kopalnia przyszłości”. Pomyśleć tylko, że jest ona coraz bliższa rzeczywistości. Pod koniec ubiegłego roku prezes giganta górniczego Tom Albanese ogłosił, że zautomatyzowane ciężarówki są już zamówione w japońskiej firmie Komatsu, w pełni załadowane pociągi z rudą żelaza były już prowadzone pod kontrolą komputera, automatyczne wiertarki działały w niektórych miejscach, a praca w Zdalnym Centrum Operacyjnym, które ma być usytuowane na lotnisku w Perth, rozpoczęła się. Ambitny plan firmy to w pełni zintegrowane, w dużym stopniu zautomatyzowane działanie na linii kopalnia–port w przeciągu zaledwie pięciu lat. – Rio Tinto zmienia oblicze górnictwa – zaznacza Tom Albanese. – Mamy co najmniej trzy lata przewagi nad resztą branży. Planujemy być światowymi liderami we w pełni zintegrowanym, zautomatyzowanym działaniu. Zapoczątkowana ponad dziesięć lat temu, w pełni zautomatyzowana kopalnia ma być bezpieczniejsza, bardziej wydajna i częściowo zająć się problemem transportu i zakwaterowania dużej liczby ludzi w odległym Pilbara. Dyrektor generalny Rio Tinto ds. technologii, Andrew Jenkin, zaraz dodaje, że roboty nie będą odpowiedzialne za działanie kopalni, a jedynie za realizację zadań, których wykonanie zwolni operatorów na tyle, by mogli pełnić bardziej różnorodne i ciekawe role. – Korzystanie z inteligentnych urządzeń nie zmniejsza zapotrzebowania na pracowników – mówi. – Większość pracowników kopalni, około 320 osób,

N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

będzie pracować w Perth. Osoby pracujące w Pilbara będą miały lepsze warunki, a także inne zadania do wypełnienia. Dla osób zatrudnionych w Zdalnym Centrum Operacyjnym jest to szansa, aby być częścią masy krytycznej wysoko wykwalifikowanych i kreatywnych osób. Z tego centrum „układu nerwowego”, będą one prowadziły wydobycie wszystkich kopalń rudy żelaza, zakładów przetwórczych, sieci kolejowych, portów i elektrowni w Rio Tinto, jak również odpowiadały za planowanie i organizację. – Gromadzimy bardzo inteligentnych ludzi, którzy mogą wpływać na wzajemne podnoszenie swoich kwalifikacji – przekonuje Jenkin. Przez ostatnie 18 miesięcy, Jenkin prowadził zespół 15 osób, ekspertów w dziedzinie wykrywania, automatyzacji, wydobycia, przetwarzania i przesyłania surowców. Zespół nazwano MiND (Umysł), co w rozwinięciu oznacza Górnictwo w Nowym Wymiarze. Dostali wolną rękę do przeczesania świata w poszukiwaniu najnowocześniejszych rozwiązań w ich dziedzinie. – Otrzymali najlepsze możliwości do zbadania, co w trawie piszczy, by znaleźć najlepszych partnerów – mówi Jenkin. Mimo to, dla opracowania i wdrożenia technologii, której wymaga kopalnia przyszłości, Rio Tinto musiało, w pewnym sensie, być nowatorskie we własnym zakresie. Firma wpompowała 21 milionów dolarów w ciągu pięciu lat w Australijskie Centrum Robotyki Polowej na Uniwersytecie w Sydney w celu założenia nowego Centrum Automatyzacji Górnictwa. Centrum, kierowane przez profesora Hugona Durranta-Whyte – którego prace nad programowaniem robotów, tak by radziły sobie w zmieniającym się środowisku, są znane na całym świecie – będzie liczyło 40 pracowników. – Według posiadanej przez nas wiedzy jest to największa inwestycja w dziedzinie badań związanych z robotyką na całym świecie – mówi profesor Durrant-Whyte. Andrew Jenkin potwierdza, że o udział w Centrum ds. Automatyzacji Górnictwa toczyła się zażarta walka pomiędzy kandydatami z całego świata. – To niezwykle stymulujący projekt dla osób pracujących w tym temacie. To dla nich szansa, by zrobić coś niepowtarzalnego. We współpracy z zespołem MiND i wewnętrzną grupą ds. innowacji w Rio Tinto, eksperci robotyki otrzymają możliwość pracy nad dynamiczną wizją tego, co jest w ogóle możliwe. – Ta wizja zmienia się wraz z postępem w dziedzinie technologii – mówi Jenkin. – Wierzymy, iż to, co tworzymy, jest bezprecedensowe w skali światowej. Znajdujące się daleko na północnym-zachodzie Australii, kopalnie Rio Tinto Pilbara są w stanie produkować do 220 milionów ton rudy żelaza rocznie. Projekt obok swych niewątpliwych atutów technologicznych ma jeszcze jeden istotny walor. Otóż, pozwoli zdecydowanie ograniczyć koszty osobowe związane z funkcjonowaniem kopalni znacznie odległej od „cywilizacji”. Większość pracowników zatrudnionych na północy Australii korzysta ze specjalnych urlopów, które mają im zrekompensować czas spędzony poza rodzinnymi stronami. km, ts TEBERIA

29


Technologie w Przemyśle

Technologie w Przemyśle

P

Szyny na wizji

rzez ostatnie 9 lat w Hucie w Dąbrowie Górniczej (dawna Huta Katowice), należącej do ArcelorMittal Poland wyprodukowano ponad 1,5 miliona ton szyn kolejowych, czyli prawie 22 tysiące kilometrów. Te szyny wystarczyłyby do zbudowania torowiska o długości połowy równika lub pozwoliłyby opasać Polskę wzdłuż granic ponad 6 razy. Pociąg do przewiezienia tych szyn musiałby mieć ponad 43 tysiące wagonów. W ubiegłym roku blok kontrolno-pomiarowy do badania szyn został wyposażony w ultranowoczesne narzędzia monitorujące jakość szyn, jakim jest system wizyjny VT. System VT, zastąpił „tryb manualny”, czyli kontrolerów. Wcześniej była to czasochłonna kontrola z udziałem personelu. Aby wyeliminować czynnik „błędu ludzkiego” i oczywiste mankamenty „zwykłych” systemów testowania wizualnego, wykorzystano automatyczny i skomputeryzowany pomiar o stałych i precyzyjnie określonych kryteriach. System VT oparty jest na przetwarzaniu obrazów połączonych ze specjalną techniką oświetlenia powierzchni dla zwiększenia widoczności defektów (światło niebieskie i czerwone). Cztery kamery skanują cały obszar szyny kolejowej (5 dla szyn tramwajowych). System oparty jest na przetwarzaniu obrazów (dodatkowo wykorzystywana jest specjalna technika oświetlenia dla zwiększenia widoczności defektów). Wokół samotoku zainstalowany jest krąg kamer i reflektorów. Gdy szyna przechodzi przez krąg, skanowana jest cała powierzchnia. Specjalne kolorowe oświetlenie w połączeniu z kolorowymi kamerami skanowania liniowego gwarantuje pozyskanie danych obrazowych o najwyższej jakości. Zmiana profilu nie wymaga kalibracji kamer i źródeł światła. Efekt? Dotąd żaden klient nie zgłosił reklamacji na jakość szyn. Warto dodać, że huta w Dąbrowie Górniczej jest jedynym tego typu zakładem dysponującym tego rodzaju sprzętem.

Km

Fot. Bogdan Kułakowski

30

TEBERIA

N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

TEBERIA

31


Spotkania

Spotkania Prof. dr hab. inż. Krzysztof Kluszczyński jest kierownikiem Katedry Mechatroniki na Wydziale Elektrycznym Politechniki Śląskiej. Jest również dyrektorem uczelnianego Centrum Edukacji w Mechatronice na Politechnice Śląskiej oraz przewodniczącym Polskiego Towarzystwa Elektrotechniki Teoretycznej i Stosowanej PTETiS w Warszawie. Obecnie, w ramach programu międzynarodowego Unii Europejskiej, jest zaangażowany (wraz z naukowcami z Niemiec i Wlk. Brytanii) w tworzenie trzech wzorcowych Wydziałów Mechatroniki w Egipcie. Był współzałożycielem Wyższej Szkoły Mechatroniki w Katowicach i jej pierwszym rektorem. Fot. Bogdan Kułakowski

Od mechaniki do mechatroniki Rozmowa z prof. dr. hab. inż. Krzysztofem Kluszczyńskim Czy polski przemysł jest skazany na automatyzację i robotyzację? Tak, czy się komuś to podoba, czy nie, jest to przyszłość przemysłu. Dynamika zmian w procesach produkcyjnych jest bardzo szybka i często nieprzewidywalna, a to wymaga specyficznego sposobu przygotowania się do postępu zachodzącego w przemyśle.

Czyli... Kluczowa, według mnie jest wiedza, jaką będzie posiadał, a raczej – na zdobywanie której nieustannie będzie skazany nowoczesny inżynier. Będzie on zmuszony opanować wiedzę na temat tego, co aktualnie dzieje się w świecie, by przewidywać zmiany i do nich się przygotowywać. Od inżyniera 32

TEBERIA

przyszłości wymagana będzie ogromna elastyczność, a także umiejętność samokształcenia. Do pojęć: automatyzacja i robotyzacja dopisałbym jeszcze pojęcia: komputeryzacja i informatyzacja, które razem tworzą spójną całość.

Synonimem inżyniera przyszłości, przynajmniej w obszarze przemysłu, jest mechatronik. Pojęcie to, choć już w nowoczesnych gałęziach przemysłowych jest dobrze znane, wciąż jednak stanowi pewne novum na rynku pracy. Panie profesorze, czym jest mechatronika? Uważam, że mechatronika dobrze określa zakres wiedzy wymaganej od współczesnego inżyniera, czyli szeroką, zintegrowaną wiedzę techniczną. Obejmuje ona w równym stopniu układy mechaniczne, elektroniczne, elektryczne, N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

pneumatyczne, hydrauliczne, automatyki, informatyczne i szereg jeszcze innych. Istotą mechatroniki jest jednak przede wszystkim ich wzajemna synergiczna relacja i właściwa integracja. Mechatronika to stosunkowo młoda dziedzina nauki. Zrodziła się w końcu lat 70. ubiegłego stulecia w Japonii. Była odpowiedzią na powstanie nowych produktów przemysłowych, których nie sposób było zakwalifikować według dotychczasowych zasad. Mechatronika to w istocie „wymysł” rynku, na którym pojawiły się nowe produkty, dziś opisywane jako systemy mechatroniczne. Obecnie jest już mało przedmiotów, nawet w codziennym użytku, które nie łączyłyby w sobie układów o różnej naturze technicznej. Weźmy pod uwagę chociażby kamerę video, aparat cyfrowy, ekspres do kawy, czy pralkę. O ich jakości jako produktu rynkowego decyduje nie tylko wysoka jakość poszczególnych podsystemów, ale przede wszystkim wzajemne współdziałanie podzespołów, będące wynikiem optymalizacji systemu mechatronicznego jako całości. Do niedawna na większości uczelni technicznych w Polsce działały tradycyjne wydziały: mechaniczne, elektryczne, elektroniki, automatyki itd. Wyższe szkoły techniczne w Polsce, chcąc nadążyć za znakiem czasu, zaczęły organizować w latach 90. w ramach tradycyjnych kierunków kształcenia specjalność mechatroniki, co z jednej strony było pozytywną reakcją na rosnące zapotrzebowanie na inżynierów o profilu mechatronicznym, z drugiej zaś strony – było przyczyną pewnej deformacji specjalności mechatroniki, bo była ona pojmowana zbyt jednostronnie i zbyt fragmentarycznie – z naciskiem położonym na wiedzę właściwą dla kierunku, przy którym istniała. Pierwszy Wydział Mechatroniki pojawił się na Politechnice Warszawskiej, gdzie Wydział Mechaniki Precyzyjnej został przekształcony w Wydział Mechatroniki. Z czasem specjalności mechatroniki pojawiły się na innych uczelniach (m.in. w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, Politechnice Śląskiej w Gliwicach, Politechnice Opolskiej, Politechnice Białostockiej, Politechnice Świętokrzyskiej) w ramach różnych kierunków: mechanika i budowa maszyn, automatyka i robotyka, elektrotechnika, elektronika, a w Katowicach powstała nawet w 2005 roku Wyższa Szkoła Mechatroniki. To zmusiło Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego do ustanowienia autonomicznego kierunku mechatronika, pozwalającego na uzyskiwanie stopnia inżyniera i magistra mechatronika, uwidocznionego na dyplomie. Miało to miejsce zaledwie dwa lata temu. O dziwo, stopień technik-mechatronik pojawił się wcześniej, co świadczy o tym, że Ministerstwo Edukacji Narodowej, odpowiedzialne za kształcenie zawodowe, znacznie wcześniej rozpoznało nowe zapotrzebowanie na rynku pracy w Polsce.

Problem chyba w tym, że trudno mechatronikę odizolować od tradycyjnych dziedzin wiedzy technicznej? Mechatronika nie jest zasobem wiedzy, a bardziej – sposobem podejścia do wiedzy technicznej i sztuką operowania tak szeroką i różnorodną wiedzą inżynierską. Dobry mechatronik powinien wypracować w sobie mechanizm swobodnego dostępu do określonych zasobów wiedzy, często bardzo swoisty i niekonwencjonalny, dla realizacji założonego celu i wykonania zadania inżynierskiego. Używając metafor, mechatronik powinien być jak perfekcyjny bibliotekarz, N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

który wie, gdzie w ogromnym księgozbiorze może szybko odnaleźć pożądaną pozycję.

Czyli mechatronik to taki uniwersalny inżynier, który zmierzy się z każdym problemem technicznym? Bez wątpienia jest to trudne, ale zawód inżyniera będzie zmierzał właśnie w kierunku tego, by dobrze wykształcony absolwent uczelni technicznej umiał zmierzyć się z nowym, złożonym i interdyscyplinarnym problemem technicznym. Jednocześnie inżynier mechatronik, działający samodzielnie, musi posiadać umiejętność komunikowania się ze specjalistami z innych dziedzin wiedzy technicznej – i nie tylko technicznej, bo np. ze specjalistą z zakresu wzornictwa przemysłowego, czy też z ekonomistą i menedżerem, który ma mu zagwarantować środki na realizację projektu. Powinien być skuteczny i przekonujący, nawet przy bardzo różnych poziomach wykształcenia i przy różnym wtajemniczeniu rozmówców w problematykę techniczną. Często powtarzam swoim studentom na seminariach dyplomowych, że komunikacja interdyscyplinarna jest sprawą kluczową. Proszę ich, żeby przygotowując się do prezentacji, wzajemnie zreferowali sobie temat w akademiku, a w domu – zaprosili kogoś z rodziny lub nawet swoją dziewczynę ze studiów humanistycznych, by im także spróbować przedstawić temat swojej pracy dyplomowej w odmienny, zrozumiały dla nich sposób. Jeśli te osoby, nie będące specjalistami z zakresu techniki, wysłuchają z zainteresowaniem prezentacji, będzie to sukces. Bo ważne jest, aby istota rzeczy była zrozumiała dla techników i nie techników, a cel był sformułowany przejrzyście i przekonująco. W moim odczuciu, przyszłością zawodu inżynierskiego jest szeroko rozumiana interdyscyplinarność. Wszelkie zawody znajdujące się na pograniczu tradycyjnej wiedzy inżynierskiej i takich dziedzin, jak biologia, czy medycyna, myślę między innymi o inżynierii biomedycznej i biotechnologii, mają przed sobą ogromną przyszłość.

Ale to jest pewna sprzeczność, bo – moim zdaniem – ktoś, kto zna się na wszystkim, tak naprawdę nie zna się na niczym. Ma Pan sporo racji. Jeśli chcemy wiedzieć wszystko, to ta wiedza – ze względu na ograniczoność czasu kształcenia (7 semestrów dla inżyniera i dodatkowo 3 semestry dla magistra) – musi być coraz płytsza. A zatem istotą problemu staje się odpowiednia selekcja wiedzy i wybór właściwych fundamentów, na jakich wiedza inżynierska ma się oprzeć.

Może dlatego na rynku pracy wciąż króluje mechanik, czy elektronik, a nie mechatronik? Niedługo mechatronik zdetronizuje i mechanika i elektronika, choć to nie znaczy, że na rynku pracy nie będzie zapotrzebowania na inżynierów ściśle określonych, tradycyjnych kierunków. Pamiętam, że na jednej z konferencji międzynarodowych w Niemczech (Workshop on Research and Education in Mechatronics REM), poświęconych mechatronice, na której obecni byli przedstawiciele znaczących firm międzynarodowych (m.in. Siemens, Festo, Bosch), jeden z dyrektorów stwierdził, że zapotrzebowanie na mechatroników w perspektywie 15–20 lat sięgać będzie ok. 50 proc. populacji wszystkich inżynierów. Wspomnę tylko, że było to pod koniec lat 90. ubiegłego wieku. Dla mnie był to – nie ukrywam – wielki szok, który utwierdził TEBERIA

33


Spotkania

Spotkania

mnie w dalszych działaniach na rzecz rozwoju mechatroniki w Polsce.

Chce Pan powiedzieć, że mechatronik będzie swoistym guru wśród inżynierów? Mechatronik bez wątpienia powinien mieć w sobie cechy lidera, powinna go charakteryzować śmiałość, gotowość do podejmowania wyzwań, ciekawość badacza, a nade wszystko – pasja. Oczywiście do tego wszystkiego należy dodać dużą wiedzę, jaką powinien posiadać inżynier mechatronik. Nie należy jednak stawiać mechatronika ponad innymi, a raczej – uznać go za inżyniera do zadań specjalnych i trudnych, często niekonwencjonalnych, które wyznaczają dalszy postęp i nowe kierunki w przemyśle.

To szalenie trudne wychować mechatronika, który – jak Pan twierdzi – musi mieć w sobie coś z buntownika i lidera, a przy tym posiadać ogromną samodyscyplinę, bowiem mechatronika, jako nauka interdyscyplinarna jest niezmiernie trudna. Kształcenie na kierunku wymaga od studentów specyficznych uwarunkowań charakterologicznych, ale także, jak Pan słusznie zauważył, należy wziąć pod uwagę rozległość wiedzy, związanej z mechatroniką. Jak zatem kształcić inżynierów mechatroniki? Każdy student powinien posiąść pewien podstawowy zasób wiedzy inżynierskiej, stanowiący fundament dalszego kształcenia, a najlepszym sposobem nabywania i ugruntowywania wiedzy jest praca nad konkretnymi projektami. W świecie nazywa się to problem-based learning, czyli nauka poprzez rozwiązywanie problemów technicznych i poprzez realizację odpowiednio dobranych zadań dydaktycznych. Nie chodzi tu tylko o to, by student zrealizował zadanie, ale przede wszystkim, by umiał stworzyć metodologię działań, czyli potrafił określić cel, środki realizacji, harmonogram prac itd. Problem musi być na wstępie dobrze zdiagnozowany na tle literatury zagranicznej i krajowej, bo może się okazać, że nie trzeba wyważać drzwi, które zostały już gdzieś w świecie otwarte. Stąd ważne jest poszukiwanie odpowiednich źródeł informacji (info-searching). Dziś dla każdego studenta głównym źródłem informacji nie jest podręcznik akademicki, ani też literatura techniczna w postaci książek i czasopism, ale Internet. Tyle, że umiejętność samodzielnego poruszania się po Internecie jest wielką sztuką, którą należy opanować. Internet przypomina wielką bibliotekę, w której obok wartościowych i wiarygodnych pozycji jest wiele rękopisów z wątpliwymi, a nawet fałszywymi treściami, za które nikt nie bierze odpowiedzialności. W toku studiów przykładamy ogromną wagę do pracy indywidualnej i samodzielnej, ale także do pracy zespołowej – kierowania zespołem (leadership) oraz użytecznej i zgodnej pracy w zespole (teamwork). Równie ważne jest to, by student związał się emocjonalnie z realizowanym zadaniem. Student nie powinien zaliczyć pracy wyłącznie dla oceny, powinien „zarazić” się problemem i żyć z nim przez wiele miesięcy w ramach zajęć projektowych lub seminaryjnych.

Z tego co Pan mówi, najważniejsze jest nauczyć studenta uczyć się, bo nie da się ukryć, że mechatronika, jak zresztą każda inna dziedzina nauki technicznej, wymaga permanentnej nauki. 34

TEBERIA

W istocie rzeczy tak jest. Self-learning czyli umiejętność samokształcenia jest podstawowym wymaganiem w stosunku do inżyniera przyszłości. Już dziś w niektórych krajach, jak np. w Wielkiej Brytanii inżynierowie pracujący w przemyśle mają obowiązek co pewien czas powracać na uczelnie, by odbyć odpowiednie kursy, unowocześniające ich aktualną wiedzę. To są formalne wymagania organizacji inżynierskich, które znajdują wyraz w terminie life-time learning (kształcenie przez całe życie).

Zakładam, że absolwent mechatroniki nie będzie miał problemu ze znalezieniem pracy? Zapotrzebowanie na mechatroników wzrasta i będzie wkrótce wzrastać jeszcze gwałtowniej. Tyle, że pierwsi inżynierowie z dyplomem mechatronika – co wyjaśniłem już wcześniej – pojawią się na rynku pracy dopiero za dwa lata. Póki co, absolwenci wyższych uczelni technicznych – inżynierowie mechanicy, elektrycy, automatycy, czy też elektronicy mają przypisaną jedynie specjalność mechatroniki. Na magistra inżyniera mechatronika ze stopniem uwidocznionym na dyplomie, trzeba jeszcze poczekać, ale to oczywiście jest tylko problem formalny, bo my już od dłuższego czasu kształcimy mechatroników i z tego, co obserwuję, nasi absolwenci nie mają żadnych problemów ze znalezieniem pracy. W ogłoszeniach w rubryce „poszukujemy inżynierów” coraz częściej pojawia się słowo mechatronika.

Dlaczego, Pana zdaniem, tak wielkie jest i będzie zainteresowanie zawodem mechatronika? Bo taki jest rynek i takie są produkty na rynku, mające coraz częściej strukturę systemów mechatronicznych. Trudne i kosztowne jest zaangażowanie do projektu np. kamery video całego szerokiego zespołu inżynierskiego: mechanika, elektronika, optyka, elektryka, fizyka itd. Naturalne jest, że firmy szukają specjalistów, którzy potrafią swoją wiedzą objąć wszelkie zagadnienia techniczne w obrębie danego produktu. Skłamałbym mówiąc, że inżynier mechatronik będzie znał się na każdym złożonym produkcie i na każdym systemie mechatronicznym. Najprawdopodobniej będzie w stanie wyspecjalizować się jedynie w obrębie jednego lub co najwyżej kilku produktów. Wszystko zależy od jego elastyczności i umiejętności dalszego samokształcenia. Od tego będzie zależało, czy jest w stanie – mówiąc potocznie – „przerzucić się” z jednego systemu mechatronicznego, np. kamery video, na samochód, który obecnie również jest systemem mechatronicznym.

Ale chyba nie wszędzie znajdzie się miejsce dla mechatronika. Nie powie mi Pan, że np. inżyniera górnika zastąpi inżynier mechatronik? Istnieje coś takiego, jak pojęcie mechatroniki górniczej, bowiem coraz więcej urządzeń górniczych, choćby kombajn górniczy, to urządzenia złożone o charakterze mechatronicznym, do tego zdalnie sterowane. Jednak bez wątpienia istnieją pewne tradycyjne zawody inżynierskie, o których nie wolno nam zapominać. Na kopalni nie można się obejść bez inżyniera BHP, inżyniera geologa, inżyniera energetyka, czy też inżyniera wentylacji. Nie możemy popadać w przesadę, kształcąc w przyszłości jedynie mechatroników. W ten sposób popełniono wiele błędów w kształceniu inżynierów w krajach najbardziej rozwiniętych, jak np. Japonii, czy też w Stanach N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

Fot. Bogdan Kułakowski

Zjednoczonych. Młodzi ludzie „garnęli się” do informatyki lub mechatroniki, przez co zapomniano o kształceniu w ramach tradycyjnych kierunków, jak – elektrotechniki, energetyki, budowy maszyn itp. Na rynku pracy zaczyna się coraz boleśniej odczuwać brak takich właśnie specjalistów. Nie może być tak, aby kształcenie inżynierów traktować jako kolejną gałąź gospodarki, która ma przynosić dochody i zyski. Mówię to dlatego, bo według moich obserwacji w Polsce pojawiają się podobne tendencje. W moim przekonaniu kształcenie inżynierów i szacowanie zapotrzebowania na specjalistów w poszczególnych gałęziach gospodarki powinno być domeną państwa. Należy stale pamiętać, że mimo rozwoju nowoczesnych, zaawansowanych technologii i procesów technologicznych wciąż będziemy mieć do czynienia z wieloma tradycyjnymi urządzeniami i układami technicznymi. Dobrymi przykładami są maszyny elektryczne, układy napędowe, czy też sieci elektroenergetyczne.

Nawet, jeśli taka sieć elektryczna będzie złożona z coraz bardziej zaawansowanych rozwiązań technicznych? Oczywiście, bo sieci elektryczne są domeną inżynierów elektryków, ale – trzeba zauważyć – że mogą też wymagać specjalistów mechatroników, np. w odniesieniu do monitorowania jej stanu, diagnozowania uszkodzeń i usuwania awarii (np. niekonwencjonalne roboty poruszające się po słupach elektrycznych).

Jak, Pana zdaniem, zmieni się rynek pracy na skutek automatyzacji i robotyzacji przemysłu? Niewątpliwie procesy te ostro zredukują zapotrzebowanie na – pozwoli Pan Redaktor, że użyję popularnego terminu sprzed kilkudziesięciu lat – klasę robotniczą, ale też i dozór techniczny. Coraz bardziej realna staje się bowiem wizja digital factory, czyli fabryki bezzałogowej, zarządzanej komputerowo i być może – przez Internet lub przez inną wyspecjalizowaną sieć. Taka fabryka, ulokowana w ChiN r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

nach lub Ameryce Środkowej, a zarządzana z Europy lub USA, nie jest już tylko fantastyczną mrzonką, bo takie pionierskie prace i projekty badawcze są już w świecie podejmowane.

Gdzie w takim razie nastąpi przesunięcie tej tradycyjnej załogi w fabrykach? Nie jestem Panu Redaktorowi w stanie odpowiedzieć w pełni na to pytanie, bo jest to problem natury również społecznej, socjologicznej i ekonomicznej. Bez wątpienia, nawet najbardziej niezawodne urządzenia, zautomatyzowane linie produkcyjne i stanowiska robotów należy monitorować, diagnozować i serwisować – tu czynnik ludzki jest niezbędny. Oczywiście nie znaczy to, że nie dostrzegam problemu „nadwyżki siły roboczej”. Automatyzacja, robotyzacja i informatyzacja produkcji oznaczają coraz większą efektywność. Czy jednak wówczas, gdy zrobotyzowane fabryki wyprodukują zdecydowanie więcej produktów, dla człowieka otworzy się wystarczająco dużo przestrzeni w zakresie ich promocji, sprzedaży, marketingu, transportu, logistyki, serwisowania, diagnostyki i w innych związanych z nimi usługach? Trudno na to pytanie odpowiedzieć. To są pytania natury futurologicznej.

Mechatronik bez wątpienia powinien mieć w sobie cechy lidera, powinna go charakteryzować śmiałość, gotowość do podejmowania wyzwań, ciekawość badacza, a nade wszystko – pasja.

A co będzie wtedy, gdy sztuczna inteligencja zastąpi inżyniera mechatronika, czyli konstruktora robotów…? Wszelkie doniesienia mówiące o tym, że sztuczna inteligencja ma wiele cech wspólnych z inteligencją, występującą w przyrodzie, są zdecydowanie przesadzone. Przestrzeń, dzieląca sztuczną inteligencję od tej, którą natura obdarzyła człowieka, jest przeogromna i być może nigdy nie zostanie pokonana. Proszę zważyć na to, że są to moje osobiste refleksje. Na poparcie mojego stanowiska dodam jednak, że w świecie inżynierii coraz częściej i z coraz to większą pokorą mówi się nie o sztucznej inteligencji, ale o inteligencji maszynowej. Rozmawiał: Jacek Srokowski TEBERIA

35


Wczoraj i Jutro

Wczoraj i Jutro

Stelmach poszukiwany Wzięliśmy się za poszukiwanie zawodów, powszechnie uznanych za profesje na wymarciu. Znaleźliśmy kilka, ale uśmiercenie ich nie jest wcale takie oczywiste. Tekst: Jacek Srokowski

Fot. Bogdan Kułakowski

S

36

TEBERIA

N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

tanisław Krall to jeden z ostatnich w Polsce konserwatorów maszyny parowej. Jeszcze przed kilku laty w niektórych śląskich kopalniach pracowały parowe maszyny wyciągowe, zastąpiły je jednak urządzenia elektryczne, bardziej efektywne i znacznie tańsze w eksploatacji. Dziś ten symbol rewolucji przemysłowej można spotkać już tylko w muzeum. Równie unikatowi są specjaliści od obsługi i konserwacji tego rodzaju urządzeń. Stanisław Krall dla kierownictwa zabrzańskiego muzeum „Skansen Górniczy Luiza” jest bezcenny. Prawdopodobnie bez niego maszyna, najcenniejszy zabytek w skansenie, byłaby jedynie statecznym eksponatem. Dzięki pracy pana Stanisława turyści mogą podziwiać urządzenie z 1915 r. w pełni sprawne. – Maszyna od chwili zamknięcia kopalni była nieczynna przez dwa lata. Na szczęście udało mi się ją na powrót uruchomić. Teraz maszynka chodzi jak się patrzy – cieszy się Stanisław Krall. – Jeszcze ze 100 lat popracuje, jak się z nią będą w przyszłości obchodzić, tak jak ja. Wystarczy w niej raz na jakiś czas wymienić tłoki, pierścienie, zawory, czyli to, co się zużywa mechanicznie. Reszta jest nie do zniszczenia. Zresztą i tak już nie ma dostawcy części do maszyny parowej. Stanisław Krall do konserwacji urządzenia nie potrzebuje żadnych urządzeń diagnostycznych, zresztą do czego by je podłączył. Pracując z maszyną parową od 50 lat, wie o niej wszystko – co ją boli, czego jej brakuje. Stanisław Krall nie ukrywa zadowolenia, że po wielu poszukiwaniach udało mu się znaleźć współpracownika, Piotra Capka, byłego maszynistę w kopalni „Bielszowice”. – Wielu maszynistów kopalnianych było chętnych do pracy w muzeum, ale nikt nie chciał podjąć się konserwacji tego urządzenia, bo to jest brudna robota, a zarobek, jak to w muzeum, niewielki. Można z całą pewnością przyjąć, że zawód konserwatora maszyny parowej przetrwa pewnie jeszcze niejedną, nowoczesną profesję, ale nie należy przy tym się spodziewać, że do szkół zawodowych powróci nauczanie tego zawodu. Jakie zawody znikną za 10, 20, 30 lat? Na to pytanie nie sposób dziś jednoznacznie odpowiedzieć. Paradoksem jest to, że dziś za unijne pieniądze urzędy pracy szkolą m.in. garncarzy, snycerzy, kowali artystycznych, wikliniarzy, zdunów, czyli zawody zanikające. Nie dlatego, że brakuje ich rodzimej gospodarce. Zmienia się funkcjonalność wielu zawodów. Wczoraj były atrakcyjne w fabryce, dziś stanowią atrakcję turystyczną. Pewnie nie wszystkie profesje będą miały to szczęście. Jeszcze kilkanaście lat temu awangardą robotniczą byli tzw. N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

zecerzy, czyli wysoko kwalifikowani pracownicy zecerni wykonujący skład ręczny lub maszynowy na potrzeby druku typograficznego. Komputeryzacja wydawnictw sprawiła, że zecerzy zostali zastąpieni operatorami składu komputerowego DTP. Ale i ta profesja po kilkunastu latach wydaje się być mało perspektywiczna, ponieważ prasa w tradycyjnym znaczeniu zaczyna ustępować pola wydaniom internetowym, które rządzą się innymi regułami edytorskimi. Dlatego zawody związane z tradycyjną poligrafią stają się coraz mniej atrakcyjne dla młodych ludzi. Kto dziś chciałby zostać introligatorem, czyli specjalistą zajmującym się ręcznym oprawianiem różnych wydawnictw, skoro za kilka, kilkanaście lat przestaniemy używać tradycyjnych książek? Ale i tu byłby problem z ich całkowitym unicestwieniem. Amerykański magazyn „Fast Company”, snując rozważania na temat przyszłości rynku pracy zaryzykował twierdzenie, że w ciągu 10 lat zniknie zawód mechanika samochodowego. Skłonni bylibyśmy twierdzić, że jednak nie zniknie, ale będzie ewoluował w stronę mechatroniki, czyli obsługi złożonego układu mechaniczno-elektronicznego. Trudno bowiem sądzić, że w samochodzie o napędzie elektrycznym zabraknie osi napędu i wielu innych elementów tradycyjnego podwozia. Dziś, kiedy człowiek przy wielu pracach fizycznych jest wyręczany przez maszyny, zagrożeni mogą się poczuć pracownicy fizyczni, jak np. stolarze, bowiem meble czy akcesoria meblowe są efektami pracy robotów przemysłowych. Jednocześnie trudno spodziewać się, że zabraknie zapotrzebowania na prawdziwe meble, wychodzące z pod rąk stolarzy, którzy nadają im swoisty, indywidualny charakter. Ich praca nadal jest ceniona, ponieważ wiele osób ceni sobie rękodzieło i solidność. Tak samo jest z wieloma innymi rzemiosłami. Gorserciarz czy kuśnierz są w stanie zaspokoić najbardziej indywidualne gusta klientów, są alternatywą dla produkcji masowej. Paradoks rewolucji technologicznej sprawia, że nowoczesne narzędzie komunikacyjne, jakim jest Internet może ocalić wiele zawodów skazanych już na wymarcie. Internet sprawił, że możemy dziś wyzwolić się z okowów masowej produkcji. Dzięki sieci został uwolniony potencjał milionów majsterkowiczów, którzy są w stanie wykonać na zamówienie wszystko, od samochodu, poprzez rower, do sprzętu kuchennego. Dlatego uznanie jakiegoś zawodu za wymarły jest dziś wielce ryzykowne. Tak à propos, czy ktoś zna jakiegoś stelmacha? Znam gościa, który szuka kogoś do konserwacji kół i części do bryczek. ¢ TEBERIA

37


Wczoraj i Jutro

Wczoraj i Jutro

3xD

W

Fot. Bogdan Kułakowski

„Niechby był lekarzem, prawnikiem albo architektem – wtedy bieda wam do domu nie zajrzy” mówiła babcia do wnuczki. Do tych „odwiecznych prawd” możemy dołożyć kilka innych specjalności, które dadzą w przyszłości chleb. Na pewno nie zabraknie pracy dla urzędników, ekonomistów czy bankierów. W dalszym ciągu potrzebni będą nauczyciele i sprzedawcy. Informatycy i specjaliści od telekomunikacji mogą spać spokojnie. Ale nie to jest znakiem naszych czasów. Tekst: Tomasz Siobowicz

38

TEBERIA

N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

świecie, w którym prawie wszystko da się przedstawić za pomocą zer i jedynek – w pamięci komputerów i na różnych nośnikach w zawrotnym tempie rośnie ilość cyfrowych informacji. Dane [ang. Data] wszelkiego rodzaju jako zapis słów, wzorów, wykresów, obraz fotograficzny i filmowy, grafika, dźwięk, w formie „czystej” i jako tzw. multimedia tworzą treść (ang. content) wirtualnej rzeczywistości. Trafiają one do niej poprzez Digitalizację [ang. Digitalization], czyli doprowadzenie do postaci cyfrowej istniejących obiektów i treści naszego wymiaru. Mogą też od razu w świecie cyfrowym zaczynać i kontynuować swój byt. O tym, jak wyglądają decyduje Design [ang. Design] czyli projekt, dzięki któremu dane po digitalizacji stają się treścią, z którą możemy się zetknąć na przykład w kinie, radiu i telewizji, w galeriach i na wystawach sztuk wizualnych, w grach i symulacjach komputerowych oraz w Internecie. W przychodniach lekarskich nie dziwią nas już dyskietki i wydruki komputerowych recept. W szpitalach ekrany aparatury medycznej i wizualizacje wyników badań prowadzonych przy użyciu coraz bardziej wyrafinowanego instrumentarium są zwykłą składową procesu leczenia. W kancelariach prawniczych i w zakładach ubezpieczeniowych encyklopedie, kodeksy i wszelkie dokumenty w komputerowym obiegu, w powodzi spraw i nowelizacji kolejnych ustaw i rozporządzeń są warunkiem sprawnej obsługi. Cyfrowe rekonstrukcje wydarzeń oraz wspomagane komputerowo szczegółowe analizy dowodów podczas rozpraw wspierają praktykę sądowniczą. Dzięki analizie genomu ludzkiego dowody i prowadzone na ich podstawie dochodzenia zyskują na precyzyjności i wiarygodności. Z pracowni architektonicznych znikają tradycyjne deski kreślarskie zastępowane monitorami komputerów, a makiety stają się projekcjami i wizualizacjami, wśród których zaczyna się również stosować techniki holograficzne. Ta nowa, wirtualna rzeczywistość, która istnieje jako ciąg zer i jedynek jest porządkowana i doprowadzana do postaci użytkowej przez nowe i coraz dynamiczniej rozwijające się specjalności. W tym obszarze powstaje coraz więcej zawodów, które będą wpływały na wygląd naszego życia w „analogowej” i wirtualnej rzeczywistości. Za tą rzeczywistością zaczynają podążać uczelnie, proponując programy nauczania potrzebne, by kształcić specjalistów pojawiających się lub... jeszcze nie istniejących profesji. Można tu wymienić tak oryginalne zawody bliższej lub dalszej przyszłości, jak operator filmów 3D, architekt systemów CLOUD, projektant systemów Web 3.0, projektant rzeczywistości wzbogaconej, internetowy analityk rynku czy manager wizerunku internetowego. Aby przekonać się jak będzie wyglądała praca specjalistów przyszłości nie musimy wcale wybierać się do Japonii albo USA. Wystarczy pojechać do Gliwic. A dokładniej do gliwickiego Technoparku, czyli naukowo–technologicznej kuźni pomysłów na rozwiązania z pogranicza dziś i jutra. Na terenie Technoparku działa firma i3d zajmująca się wizualizacjami interaktywnymi. Opracowuje się w niej w pełni interaktywne, trójwymiarowe wizualizacje i prezentacje dowolnych modeli i obiektów. Wykorzystuje się je m.in. w promocji, inwentaryzacji, jako materiały instruktażowe, a także jako symulatory. Realizacjami tego typu zajmują się N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

np. architekci aplikacji 3D. Ta praca polega na projektowaniu aplikacji 3D, tak aby w jak największym stopniu realizowały one cele klienta. „Otrzymując od klienta scenariusz aplikacji czy też (częstsza sytuacja) wypracowując razem z klientem ten scenariusz na podstawie jego ogólnych wytycznych, musimy uwzględniać możliwości, jakie daje nie sama grafika (bo te są teoretycznie nieograniczone), ale jej odbiór poprzez urządzenia, które wszyscy używamy – telewizory, komputery, laptopy” – wyjaśnia Janusz Krupiński z i3d. Jak się okazuje, w tym świecie nie koniecznie trzeba być mistrzem kodu języków programowania. Aby móc zostać architektem aplikacji 3D „wystarczy” być „dobrym grafikiem i dobrym projektantem”, jak zapewnia Krupiński. – „Informatykiem nie trzeba być, aczkolwiek warto wiedzieć, jakie możliwości wizualizacyjne daje flash, Java, html itp.” Ciekawe jest to, gdzie przeciętny zjadacz chleba, który nie ślęczy całymi dniami nad Facebookiem czy Wikipedią, może się natknąć na efekty pracy ludzi zajmujących się interaktywnymi aplikacjami 3D. Zastosowań tego typu aplikacji jest mnóstwo – od dowolnej gałęzi przemysłu (symulatory pracy maszyn i urządzeń, interaktywne instrukcje obsługi), poprzez samorządy, deweloperów i architektów (interaktywne makiety architektoniczne, pełne, tj. z zewnątrz i wewnątrz, wizualizacje budynków, albo nawet całych kompleksów zabudowań, które jeszcze nie powstały itd.), a skończywszy na turystyce, muzealnictwie czy reklamie. Jak się okazuje, do tego, by powstał odpowiednik istniejącej rzeczywistości potrzebne są jednak nie tylko komputery i oprogramowanie. Oprócz tego, jak zawsze, potrzebne są materiały wejściowe, czyli to, na podstawie czego tworzymy modele 3D – mogą to być zdjęcia, rysunki techniczne, pliki CAD – „Wszystko, z czego można „wyciągnąć” wymiar, kształt i ewentualnie jakąś teksturę do nałożenia na obiekt” – mówi Krupiński. W i3d prowadzone są prace nad nowatorską technologią augmented reality, czyli rzeczywistością rozszerzoną. Polega ona na nałożeniu grafiki (w najciekawszych zastosowaniach właśnie grafiki 3D) na obraz rzeczywisty. Do tej pory w Polsce było kilka najprostszych zastosowań tej technologii, polegających na tym, że obraz 3D pojawiał się na kartce z nadrukowanym znacznikiem, podłożonej pod kamerę komputera. Krupiński: „My myślimy o tej technologii w kategorii nakładania obiektów 3D (np. już lub jeszcze nieistniejących budynków) na odpowiednie koordynaty geograficzne i oglądania ich albo poprzez kamerę komórki albo specjalne okulary wyposażone w nadajnik GPS i sprzężone z komputerem serwującym obraz nakładany albo wizualizowania za pomocą obiektów 3D rzeczy istniejących, ale ukrytych przed ludzkim okiem, np. podziemnych sieci wodociągowych, podziemnych kabli energetycznych.” Już teraz przyszłość zaczyna zaglądać do nas z trzech wymiarów wirtualnej rzeczywistości. Być może niedługo będziemy mogli umówić się na badania w wirtualnej przychodni lekarskiej, stawić się w sądzie pod postacią awatara, lub umówić na konsultację projektu naszego przyszłego domu w jego holograficznym wnętrzu. Dlatego, oprócz tych zawsze przyszłościowych profesji, jak lekarz, prawnik czy architekt, warto się zastanowić nad tym, czy przypadkiem nie zająć się tworzeniem świata, w którym będzie można korzystać z ich usług. Ale to już raczej opowieść dla wnu¢ czek, niż ich babć. TEBERIA

39


Technologie i Gospodarka

Technologie i Gospodarka

Polskie technopolie Bierzemy parę milionów złotych – najlepiej unijnych, kilka innowacyjnych pomysłów, wsparcie szkoły wyższej i samorządu – i już mamy park technologiczny. A dzięki temu i pieniędzy, i innowacji może przybyć.

Ilustr.: Marcin Bondarowicz

Tekst: Konrad Markowski

P

oczątek roku w Las Vegas przebiegał pod znakiem Consumer Electronic Show – międzynarodowych targów prezentujących możliwości wykorzystania innowacji w codziennym życiu. Pokazali się tam giganci elektroniki, ale także firmy dopiero szykujące się do skoku na rynek. I w tym gronie nie zabrakło Polaków: zastosowanie portu USB 3.0 w adapterze oraz łącze smartphone’a z dużym monitorem zaprezentowała firma DisplayLink Poland Sp. z o.o. DisplayLink jest jedną z 67 firm działających w katowickim Parku Naukowo-Technologicznym Euro-Centrum, przy czym większość z nich to krajowe i zagraniczne firmy technologiczne. Park jest także założycielem Klastra 40

TEBERIA

Technologii Energooszczędnych. To przyciąga… Wraz z dr. Mariuszem Paszkowskim mieliśmy po prostu dobry pomysł i szukaliśmy inwestora – wspomina Antoni Kostka z firmy Kostka&Paszkowski, pierwszego start-upu działającego w katowickim Euro-Centrum. – Googlując w Internecie natrafiliśmy na informacje o programie unijnym opierającym się na idei wchodzenia kapitałowego w spółki z pomysłodawcami. Choć byliśmy z Krakowa, zwróciliśmy się do Euro-Centrum w Katowicach, będącego jednym z dysponentów tych funduszy, a ponadto związanego z klastrem naukowym nakierowanym na oszczędzanie energii – z czym wiązał się nasz pomysł. Co ważne, współpraca z technoparkiem zdejmowała z nas brzemię bezpośredniego rozliczania N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

się ze środków unijnych – my nie dostajemy dotacji, my wchodzimy w interes.

Wysyp technoparków Według raportu „Ośrodki Innowacji i Przedsiębiorczości w Polsce – Raport 2009”, który opublikowano w październiku ub.r., zapanowała prawdziwa moda na parki technologiczne. Ich rozwój związany jest ze strategią Unii Europejskiej, która zakłada znaczącą pomoc finansową – fundusze unijne dostarczyły aż połowę środków z 650 mln zł zainwestowanych w polskich technoparkach. Czym one jednak tak naprawdę są? Najprościej charakteryzując, chodzi o spółki, których udziałowcami są najczęściej gminy, samorządy województw, N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

wyższe uczelnie, czasem duże firmy. Mają one wspomagać tworzenie nowych, innowacyjnych firm technologicznych, transfer technologii do małych i średnich przedsiębiorstw, pozyskiwanie środków z UE czy realizację prac badawczych, poprzez współpracę środowisk naukowych i biznesu. A konkretnie? Tu już oferty technoparków są zróżnicowane, ale też zazwyczaj pomagają we wdrażaniu i transferze nowych technologii (w czym pomocne są już istniejące kontakty z dużymi przedsiębiorstwami), umożliwiają korzystanie z ułatwień podatkowych, usług organizacyjnych i doradczych (np. związanych z pozyskiwaniem środków unijnych), a wreszcie zapewniają samo miejsce do prowadzenia działalności – od biur po tereny inwestycyjne. TEBERIA

41


Technologie i Gospodarka

Technologie i Gospodarka

Antoni Kostka z firmy Kostka&Paszkowski

Antoni Kostka: – Trzeba przyjść z dobrym pomysłem, dobrym i dojrzałym z punktu widzenia ekonomicznego, czyli realnym, np. kosztowo. Założyliśmy spółkę komandytowoWspółpraca akcyjną, w której mamy 70 proc. udziałów, a Euro-Centrum z technoparkiem Park 30 proc. Ta proporcja zależy od aportu wniesionego przez zdejmowała pomysłodawców, ale nie może on być mniejszy niż 50 proc. z nas brzemię bezpośredniego Euro-Centrum Park posiada natomiast większość w radzie nadrozliczania się zorczej. Naszym celem jest komercjalizacja produktu w ciągu ze środków dwóch lat, rozumiana jednak w różny sposób: doprowadzenie unijnych – my nie dostajemy pomysłu do stanu, gdy można sprzedać koncesję, pozyskanie dotacji, my dodatkowego partnera, również badawczego, ale działającego wchodzimy na większą skalę, lub inwestora, który mógłby być potencjalnym w interes. producentem. Autorzy raportu naliczyli w Polsce 47 tzw. inicjatyw parkowych, w których działają 583 firmy i pracuje ponad 17 tys. osób. W porównaniu z 2007 rokiem o 61 procent wzrosła liczba tych firm, a zatrudnienie aż o 86 procent. W parkach naukowo-technologicznych – według raportu – działa 380 średnich i małych firm, 95 małych firm technologicznych, 63 firmy zagraniczne oraz 17 instytucji naukowo-badawczych. Przeciętny polski park naukowo-technologiczny zajmuje 56 hektarów powierzchni i ma roczny budżet w wysokości 4,7 mln zł.

Technopark od wewnątrz Pierwsze polskie inkubatory innowacji zaczęły się już pojawiać na początku lat 90. (Poznań, Warszawa, Gdańsk...), jednak za pierwszy polski technopark uznaje się Poznański Park Naukowo-Technologiczny powołany 10 lat temu. W ciągu dekady w tym technoparku ulokowało się ponad 50 instytucji (przedsiębiorstwa, jednostki badawczo-rozwojowe, fundacje i stowarzyszenia), z różnych branż: informatyka, chemia, telekomunikacja... 42

TEBERIA

Stale rozrasta się Łódzki Regionalny Park Naukowo-Technologiczny, w którym powstał wspomniany raport. W ciągu trzech lat obok Łódzkiego Inkubatora Technologicznego powstanie Bionanopark, czyli baza biurowa i naukowobadawcza dla kilkudziesięciu przedsiębiorców związana z biofizyką molekularną i nanostrukturalną oraz biotechnologią przemysłową. Jak zapowiadał Tomasz Rychlewski, prezes zarządu technoparku, z ich usług będą mogły korzystać firmy z branż: farmaceutycznej, kosmetycznej, spożywczej czy wojskowej. Na mapie polskich technoparków znaczące miejsce zajmuje Kraków. W XXI wiek postanowiły wprowadzić miasto trzy największe uczelnie krakowskie: Politechnika Krakowska, Akademia Górniczo-Hutnicza i Uniwersytet Jagielloński, które – we współpracy z władzami miasta i województwa – założyły spółkę Krakowski Park Technologiczny. Park zarządza krakowską specjalną strefą ekonomiczną, a dzięki niemu miasto stało się centrum high-tech. Swoje miejsce znalazły tam m.in. ComArch, Motorola, ACS, Shell, Ericpol, ACS. Jednak prawdziwy technopark nie zasługiwałby na to miano, gdyby nie umożliwiał startu młodym firmom, chcącym dopiero ze swoimi innowacjami wejść na rynek. Inkubator technologiczny KPT ma wspomagać mikroprzedsiębiorstwa, tworzone i prowadzone m.in. przez absolwentów, doktorantów i pracowników naukowych krakowskich uczelni (według raportu, w ubiegłym roku za pomocą przeciętnego inkubatora powstało siedem firm). Jakby tego było mało, inną inicjatywą wychodzącą z KPT stał się Małopolski Park Technologii Informacyjnych. Królewski Kraków zamierza panować także w dziedzinie life science, dzięki Parkowi Life Science tworzonemu na N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

Bielsko-Biała postawiło na Park Technologiczny Lotnictwa, Przedsiębiorczości i Innowacji, wykorzystując doświadczenia tamtejszych firm z branży lotniczej, podobnie zresztą jak Podkarpacie ze swoim technoparkiem AEROPOLIS. Duże ambicje ma ChemiPark Technologiczny w Brzegu Dolnym, który stawia sobie za cel „stworzenie największego w Polsce ośrodka innowacyjności w branży chemicznej” – ale to też nie byłoby możliwe bez współpracy z zakładami chemicznymi PCC Rokita. Podobnie z KGHM LETIA Legnickim Parkiem Technologicznym – wspólnym przedsięwzięciem KGHM Polska Miedź SA, dolnośląskiego Urzędu Marszałkowskiego oraz Politechniki Wrocławskiej. Nietypowo na tym tle prezentuje się szczeciński technopark, świętujący 10-lecie, w którym 100 proc. udziałów ma... miasto Szczecin.

Perspektywy i zagrożenia Autorzy raportu podkreślają, że perspektywa finansowa do 2013 roku jest dla polskich technoparków bardzo dobra. W ramach programu operacyjnego „Innowacyjna Gospodarka” zarezerwowano 150 mln dla inwestycji kluczowych w parki technologiczne. Równolegle, w ramach Regionalnych Programów Operacyjnych, miliony euro są zarezerwowane na budowę nowych i rozwój istniejących parków i inkubatorów. Park technologiczny – już sama ta nazwa przyciąga oko, czasem jednak – niestety – do niczego nie zobowiązuje, zwłaszcza gdy władze lokalne szykują się do wyborów. – W 2010 r. Warszawski Park Technologiczny będzie w rozkwicie – zapewniał pięć lat temu jeden z warszawskich polityków, którym zamarzyło się stworzenie go na warszawskich Siekierkach (zakładano inwestycje rzędu 350 mln zł!). Jeden z dzienników podsumował tą wizję jako „fatamorganę na łąkach”, a w ubiegłym roku postawiono w stan likwidacji spółkę mającą zarządzać technoparkiem-widmem. Na szczęście tego typu przypadki są wyjątkiem, nie regułą.  ¢

Park parkowi nierówny Autorzy raportu podzielili polskie technoparki na trzy grupy: 23 parki zaawansowane organizacyjnie i 7 parków w trakcie prac przygotowawczo-adaptacyjnych lub w trakcie transformacji z tradycyjnych parków przemysłowych. Z kolei 17 przedsięwzięć było w fazie projektowania i przygotowywania podstaw organizacyjnych. Często jednak zaciera się granica między tradycyjnym technoparkiem a „zwykłym” parkiem przemysłowym, a zdarzają się też przypadki – na które wskazuje raport – że technopark ogranicza się do zarządzania infrastrukturą, tworzoną pod kątem firm-lokatorów. Taki technopark – zdaniem ekspertów – ogranicza współpracę ze środowiskiem naukowym i aktywne działania w zakresie transferu technologii oraz nie inwestuje w funkcje inkubacyjne, jako mało dochodowe i ryzykowne w realizacji. „Nie ma jednego uniwersalnego modelu parku, ani szablonu organizacyjnego gwarantującego sukces. Poszczególne inicjatywy odzwierciedlają specyfikę lokalnego środowiska naukowego i biznesu, typ gospodarki i tradycje przemysłowe oraz kulturowe uwarunkowania przedsiębiorczości.” („Innowacje i transfer technologii. Słownik pojęć”, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, 2005). Łatwo zauważyć, że większość liczących się technoparków, niejako z natury rzeczy, sytuuje się w wielkich miastach, z dużym potencjałem naukowym i biznesowym. Technoparki rozwijają się najszybciej na Śląsku i Mazowszu oraz w Wielkopolsce i Małopolsce. „Rozwijany w Polsce system wsparcia aktywizuje obszary, które są już dynamiczne, prowadząc tym samym do dalszego pogłębienia dysproporcji rozwojowych” – zauważają autorzy raportu. Tym bardziej jednak warte podkreślenia są inicjatywy nie przystające do tego modelu. Bełchatowskie elektrownia i kopalnia porozumiały się w władzami lokalnymi i Politechniką Łódzką powołując Bełchatowsko-Kleszczowski Park Przemysłowo-Technologiczny, którego głównym zadaniem ma być „przełamanie monokulturowego charakteru bełchatowskiego przemysłu”. N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

Krakowski Park Technologiczny zarządza krakowską specjalną strefą ekonomiczną, a dzięki niemu miasto stało się centrum high-tech.

Fot. arch. KPT

Fot. Bogdan Kułakowski

bazie m.in. zasobów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Projekt iście imponujący: trzy wielkie budynki pełne laboratoriów. Przenieśmy się do Wrocławia: tamtejszy Park Technologiczny za 110 mln zł zbuduje kompleks biurowo-laboratoryjny o nazwie Innopolis Wrocław. Część środków na ten projekt pochodzić będzie z unijnych funduszy. Obecnie Wrocławski Park Technologiczny dysponuje trzema budynkami, w których funkcjonuje już 100 firm. Bez technoparku nie mogły się obyć Gliwice ze słynną Politechniką Śląską. Właściciele firmy Kostka&Paszkowski nie zamierzają rewolucjonizować budowy statków kosmicznych, ale skokowo zwiększyć termoizolacyjność szyb: – O ile obecnie współczynnik U, charakteryzujący przenikanie ciepła przez element konstrukcyjny, wynosi dla standardowych szyb 1, a ścian ok. 0,25, to my dążymy do takiej konstrukcji szyb, żeby ten wskaźnik obniżyć do poziomu 0,1. Szklane domy jak z wizji Żeromskiego mogą się wówczas okazać bardziej energooszczędne niż dotychczasowe budynki – opowiada Antoni Kostka. Proste? No nie, bo to wszystko opiera się na nanotechnologii. A ponieważ innowacyjność nie polega na robieniu wszystkiego we własnym warsztacie, toteż większość prac zlecają o wiele lepiej wyposażonym dużym laboratoriom.

TEBERIA

43


Kreatywni

Kreatywni

Żeby kręgosłup był sprawny

Z pasją przeciw nowotworom

Człowiek, przy całej swojej wielowymiarowości, jest także... obiektem technicznym. Inżynierowie biomedyczni pracują właśnie nad tym, by tę ludzką maszynę udoskonalać, dać ludziom większy komfort życia, a czasem i to życie ocalić. Dr Pezowicz zajmuje się na co dzień ową techniką, a dokładnie – jej mechaniką. – My, inżynierowie biomedyczni żyjemy w symbiozie z lekarzami, uzupełniamy się wzajemnie wiedzą. Bez wiedzy, jakiej udzielają nam specjaliści z różnych dziedzin medycyny, trudno byłoby nam działać. Przepływ informacji jest jednak dwustronny. Ortopedia, neurochirurgia, kardiochirurgia i kilka innych dziedzin medycznych, dzięki odkryciom inżynierii biomedycznej ma dziś nieporównywalnie większe możliwości i narzędzia w walce o ludzkie zdrowie i życie, niż jeszcze kilka lat wcześniej. Obszarem działań dr Pezowicz jest ludzki kręgosłup, czyli – w żargonie inżynierii biomedycznej – struktura nośna. – Zespoły bólowe dotyczą prawie nas wszystkich, bo blisko 80 proc. populacji ludzkiej na nie cierpi. Ich źródłem jest kręgosłup, stale poddawany przeciążeniom wynikającym m.in. ze stylu naszego życia. Szczególnym obszarem zainteresowań młodej wrocławskiej naukowiec jest krążek międzykręgowy, czyli swoista poduszka amortyzacyjna kręgosłupa. Jako pierwszy naukowiec w świecie, dr Pezowicz przeprowadziła kompleksową analizę właściwości mechanicznych pierścienia włóknistego, będącego cyrkularnie ułożoną zewnętrzną strukturą krążka międzykręgowego, która okala znajdujące się wewnątrz jądro, niczym opona felgę samochodową. Po co? By zrozumieć czynniki wpływające na proces chorobowy, a w konsekwencji umieć je leczyć. To także daje podstawy do wiedzy, jak w najlepszy sposób wymienić elementy kręgosłupa. – Udało się dzięki temu opublikować kilka interesujących prac, a jednocześnie odbyć ciekawy staż w Nowej Zelandii, uwieńczony dwoma nagrodami tamtejszego środowiska naukowego – podkreśla Celina Pezowicz. – Moją pracę cytował prof. Michael Adams z Uniwersytetu w Brystolu, światowy autorytet naukowy w tej dziedzinie. Dla mnie to coś niesamowitego!

Projektowanie związków o aktywności biologicznej, immunologia oraz immunochemia to dziedziny chemii medycznej, którymi zajmuje się dr Marcin Sieńczyk. Za tymi terminami kryją się jakże istotne badania nad nowymi lekami o szerokim, profilaktycznym zastosowaniu oraz nowymi metodami wykrywania stanów chorobowych. Młody naukowiec z Wrocławia wrócił niedawno ze stażu w Stanach Zjednoczonych, gdzie po raz pierwszy zetknął się z praktycznymi aspektami immunologii i immunochemii. Podczas dwuletniego pobytu na Akademii Medycznej w Houston pracował nad szczepionką przeciw wirusowi HIV oraz otrzymaniem substancji wspomagających terapię zastępczą w leczeniu hemofilii A. Wyniki badań są bardzo obiecujące. Po powrocie na rodzimą uczelnię zaczął przecierać szlaki dla immunologii oraz immunochemii na Politechnice Wrocławskiej. Dr Sieńczyk pracuje obecnie nad projektem, którego efektem mają być testy do wczesnej diagnostyki nowotworów i chorób zakaźnych, które mogą stanowić konkurencję dla preparatów znajdujących się na rynku. – Taki test pozwala wykryć obecność nowotworu w organizmie człowieka na wiele tygodni przed wykryciem go w trakcie np. badań mammograficznych. Oczywiście takie testy są na rynku, tyle że są one stosunkowo drogie, a nam chodzi o to, by wyprodukować ich polski odpowiednik o porównywalnych, a może i lepszych właściwościach. Nie muszę dodawać, że chcę, by był on dużo tańszy, a co najważniejsze – powszechnie dostępny – podkreśla dr Sieńczyk. Wynikami badań zespołu dr Sieńczyka zainteresowały się już krajowe firmy farmaceutyczne. Pierwsze pieniądze na realizację projektu młody naukowiec otrzymał z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju w ramach konkursu „Lider”. Do projektu zaprosił także naukowców z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu oraz naukowców z ośrodka naukowego EMBL w Grenoble we Francji. Wspólnymi siłami rozpoczęli pierwszy etap badań. Dr Sieńczyk ubolewa nad faktem, iż polskim uczelniom brakuje odpowiedniego zaplecza naukowego, dzięki któremu takie i inne badania można by przeprowadzić dużo sprawniej, bo – jak twierdzi – potencjał naukowy jest w Polsce ogromny. Wspominając doświadczenia, które przywiózł ze Stanów Zjednoczonych, nie ukrywa, że dzieli nas od krajów najbardziej rozwiniętych ogromna przepaść. Marcin Sieńczyk, póki co, może jedynie pomarzyć o wielu niezbędnych urządzeniach, jak np. spektrometr MALDI-TOF do analizy białek czy zestaw do obrazowania żeli, czyli urządzenia, które są standardem w zachodnich laboratoriach akademickich. – Cóż, jak się to mówi, Polak potrafi. Ja także nie zważając na przeciwności jakoś sobie radzę. Jak twierdzi, żeby pracować naukowo w Polsce trzeba mieć ogromną pasję do tego, co się robi. On ją ma.

dr hab. inż. Celina Anna Pezowicz

Politechnika Wrocławska Instytut Konstrukcji i Eksploatacji Maszyn 44

TEBERIA

dr inż. Marcin Sieńczyk Fot. Bogdan Kułakowski

N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

Politechnika Wrocławska Wydział Chemiczny Zakład Chemii Medycznej i Mikrobiologii N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

Fot. Bogdan Kułakowski

TEBERIA

45


Kreatywni

Zabijanie Ćwieka • JAKUB ĆWIEK

Ekonomista i matematyk

Siekiera Ockhama

Dr hab. Rafał Weron z Instytutu Organizacji i Zarządzania Politechniki Wrocławskiej został uznany za najlepszego polskiego ekonomistę w prestiżowym, międzynarodowym rankingu ekonomistów i zatrudniających ich instytucji, znanym pod nazwą IDEAS (ranking publikacji w czasopismach i w Internecie). Warto dodać, że ranking jest aktualizowany co miesiąc, a naukowiec z Wrocławia jest jego liderem nieprzerwanie od roku. – Staram się jak najwięcej publikować w wydawnictwach o zasięgu światowym, co, niestety, nie jest powszechne wśród polskich ekonomistów. Dr hab. Rafał Weron specjalizuje się m.in. w zarządzaniu ryzykiem, symulacjach komputerowych, prognozowaniu na rynku elektroenergetycznym oraz stosowaniu narzędzi statystyki obliczeniowej do zagadnień finansowych i ubezpieczeniowych. Jest redaktorem międzynarodowych czasopism specjalistycznych: „Computational Statistics”, „Journal of Energy Markets” oraz „Surveys in Mathematics and its Applications”. Dr Weron nie lubi trzymać się sztywnych schematów. Jest ekonomistą (bo ma habilitację z nauk ekonomicznych), ale równie śmiało mógłby o sobie powiedzieć, że jest matematykiem (bo ma doktorat z nauk matematycznych). Zresztą wcześniej pracował w Instytucie Matematyki i Informatyki PWr. Swojej fascynacji matematyką dał wyraz w książce „Inżynieria finansowa”, której był współautorem. Wyraźnie wskazuje w niej, że matematyka ma zastosowanie na rynku finansowym. Inna z jego prac naukowych, wydana w prestiżowej serii Wiley-Finance i poświęcona modelowaniu zapotrzebowania oraz cen na rynkach energii elektrycznej, była jedną z pierwszych na świecie książek dotyczących tej tematyki. – Trudno mnie zaszufladkować. Moja habilitacja miała charakter interdyscyplinarny, bowiem obejmowała zagadnienia związane z ekonomią, statystyką i energetyką. Niemniej otrzymuje wiele propozycji pracy z instytucji finansowych. Ostatnia: Narodowy Bank Polski. Przyznaje jednak, że jest niewielka szansa, by zamienił uczelnię na instytucję finansową, bowiem ceni sobie wolność, możliwość robienia tego, co uważa za słuszne, w dowolnym miejscu i czasie. Dydaktyka czasami temu nie sprzyja. Ale mu nie przeszkadza, bo lubi pracować z młodzieżą i to jest kolejna rzecz, która trzyma go przy uczelni.

opowieść quasi-prawdziwa

Z

dr hab. inż. Rafał Weron

Fot. Bogdan Kułakowski

46

TEBERIA

Politechnika Wrocławska Instytut Organizacji i Zarządzania N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

aczyna się od zakrwawionej siekiery. Zanim jednak do niej dojdziemy, wyobraźcie sobie maleńkie, spowite mgłą poranka miasteczko, prawie wioskę, na wciąż jeszcze zacofanym wschodzie Polski. Miasteczko, dodajmy, nierealnie wręcz zwyczajne: główna, podziurawiona jak ser ulica, upstrzona z obu stron sklepowymi witrynami, w głębi szkoła podstawowa, kościół, poczta i dom kultury z niebieską elewacją. Nad odrapanymi domkami i czteropiętrowymi blokami góruje stara, opuszczona fabryka. Szarzy się świt, więc sceneria idealna na gotycki horror w przaśnej, peerelowskiej oprawie. I horror rzeczywiście ma miejsce, ale nie w samym miasteczku, a kilka kilometrów dalej, w domku Witolda Myszkowskiego, gdzie skuty przez policję gospodarz usiłuje wytłumaczyć się z zakrwawionej siekiery, kadzi z kwasem i... ludzkich szczątków. Linia obrony, jaką wybiera jest prawdziwie niezwykła i wymaga pewnego wprowadzenia. Oto ono: Popularna miejska legenda, od której najprawdopodobniej wszystko się zaczęło, mówi o naukowcu francuskiego pochodzenia, naukowcu nazwiskiem Jaunte, który pewnego dnia zaprószył ogień w swoim laboratorium i gdy się zorientował, w panice tak gorąco zaczął myśleć o wiszącej w kącie gaśnicy, że... w jednej chwili znalazł się koło niej. Skok przez ogień był niemożliwy, jedynym logicznym rozwiązaniem była więc teleportacja. Tak narodziła się, wykorzystywana potem w literaturze idea jauntingu – transportu na duże odległości za sprawą siły woli. Oczywiście naukowcy dość szybko sprowadzili marzycieli na ziemię, wytłumaczono, że o ile teleportacja jako taka jest potencjalnie możliwa, to koncepcja, jakoby w płacie czołowym znajdował się specjalny organ odpowiedzialny za tworzenie międzywymiarowych tuneli czasoprzestrzennych wydał im się koncepcją dobrą do tanich powieści fantastycznych. Historię Jauntego i jauntingu jako takie wykpiono, jednakże sama teleportacja rozumiana jako przemieszczanie się na duże odległości z prędkością światła, okazała się niezwykle kuszącą perspektywą. Oczywiście zjawisko budziło wiele pytań i wątpliwości. Do kluczowych należało, czy po dematerializacji i transporcie rozproszonych cząsteczek człowiek na pewno odzyska własną postać. Co się stanie, gdy przypadkiem do kapsuły teleportacyjnej dostanie się chociażby mucha. Czy efektem końcowym nie będzie przerażający odmieniony stwór z cechami fizycznymi obu gatunków? A nawet jeśli wyzbyć się ze świadomości tak dramatycznych obrazów, czy podobny problem nie pojawi się, gdy teleportacja jako środek transportu stanie się masowa? Jak zabezpieczyć rozproszone cząsteczki podczas transportu, jak bezpiecznie krzyżować wiązki, tak by cząsteczki poszczególnych teleportowanych nie krzyżowały się i nie mieszały? Koncepcja znaczenia każdej cząsteczki specjalnym kodem, choć kusząca, rozbiła się o szczegóły techniczne, a pomysł ograniczenia, czy wręcz zamknięcia N r 1 ( 4 ) S T Y C Z E Ń 2 0 11

przestrzeni powietrznej wywołał protesty, a poza tym nijak nie rozwiązywał problemu na większą skalę. Okazało się, że o ile transportowanie wiadomości nie stanowi większego problemu, o tyle przenoszenie konkretnych cząsteczek to już poważny kłopot. I wtedy właśnie ktoś wpadł na pomysł, że przecież w dzisiejszych czasach same informacje wystarczą w zupełności. Jeżeli bowiem pominąć aspekt religijny, rozwiązanie jest o wiele prostsze i sprowadza się do jednego słowa: klony. Na niewielką skalę to się oczywiście nie opłaca. Jeżeli czas, w którym można pokonać określoną odległość jest krótszy niż ten potrzebny na wyhodowanie w pełni funkcjonalnego osobnika, to skórka niewarta jest wyprawki. Co jednak, jeśli w grę wchodzą podróże międzyplanetarne? Warto pamiętać, że DNA całej ludzkości można zawrzeć w krysztale wielkości pięści i jego transport w dowolne miejsce metodą tradycyjną nie stanowiłby większego kłopotu. Wystarczy więc jeden statek, a potem baza z laboratorium genetycznym i odbiornikiem, a już można wyhodować dowolnego człowieka w nowych warunkach. Pozostaje jedynie kwestia posiadanej wiedzy i doświadczeń, ale przesyłanie informacji ludzkość opanowała już dawno temu. W praktyce wyglądałoby to następująco: człowiek zgłasza zapotrzebowanie na teleportację. Informacja o tym zostaje przesłana do punktu docelowego, gdzie rozpoczyna się hodowla ciała. W tym samym czasie skan mózgu, myśli, wspomnień, odruchów, zostaje przetworzony w pakiet danych i wysłany do nowej lokalizacji i nowego ciała. Pytanie, które rodzi się w tym momencie, brzmi: czy ludzkość stać na tę powszechną bilokację? Który z pięciu Kowalskich rozrzuconych po całym Układzie Słonecznym, jest tym właściwym i jak należy traktować jego klony? Czy pełnoprawnymi obywatelami są wyłącznie wtedy, gdy wykonują misję powierzoną im przez człowieka oryginalnego? Czy mogą się same klonować etc. Wątpliwości rodzą się tysiące. Oczywiście można by pozbyć się większości z nich korzystając z brzytwy Ockhama. Zamiast mnożyć byty ponad potrzebę, wystarczy przestrzegać zasady, jeden człowiek, jedno ciało. I w tym właśnie miejscu wprowadzenie zaczyna się pokrywać z wyjaśnieniami Myszkowskiego. I uzasadnia siekierę. I kwas. I zwłoki. Wedle policyjnego raportu niegdysiejszy peerelowski rolnik dla potwierdzenia swych słów prowadzi policjantów do stodoły i tam pokazuje przeszkloną tubę trochę podobną do kabiny prysznicowej. Informuje, że poczytał trochę o teleportacji, sam to zbudował i może wysłać każdego, kto tylko zechce, do bazy w Chinach, albo na księżyc. Mówi, że hodowla ciała potrwa parę dni i pyta, czy są chętni. I, wyobraźcie sobie, nie ma. Nie ma ani jednego.  ¢

TEBERIA

47



teberia_nr4