Issuu on Google+

Smoki w kosmosie „ Kryzysowe finanse Unii „ (Geo)polityczna zmiana w Gruzji

STOSUNKI 0,}'=<1$52'2:( www.stosunki.pl

0$*$=<132¥:,}&21<32/,7<&(=$*5$1,&=1(-,6<78$&-,0,}'=<1$52'2:(0 Nr

75–76 OLVWRSDGļJUXG]LHñ

Kolejne cztery lata F]\OLSRFRVÈJXPNLQDRïöZNDFK

System wyborczy w USA 6]DïXQLHPD Polsko – niemiecka polityka wschodnia

&\EHUQHW\F]QDJUDZRNöï,UDQX

&HQD]ï(w tym 5% VAT)

0DJD]\QSRZVWDMH ZSDUWQHUVWZLH ]H6WRZDU]\V]HQLHP (XUR$WODQW\FNLP


Drodzy Czytelnicy,

fot. Michał Sitarski

ARTYKUŁ WSTĘPNY

Końcówka tegorocznej jesieni upłynęła pod znakiem kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych oraz zmian na szczytach władzy w Chińskiej Republice Ludowej. Niemalże do ostatniej chwili nie było wiadomo czy Demokratom uda się utrzymać Biały Dom i czy dotychczasowa polityka Baracka Obamy przejdzie wyborczą weryfikację. Dlatego też znaczną część tego numeru poświęciliśmy specyfice amerykańskiego systemu wyborczego oraz próbom podsumowania amerykańskiej kampanii wyborczej. O specyfice systemu wyborczego w Stanach Zjednoczonych pisze w swoim artykule Dr Marta Dębska. Natomiast w materiale naszej korespondentki z USA Joanny Górskiej będziecie mogli przeczytać, jak ostatnią kampanię i walkę pomiędzy demokratami i republikanami odbierali zwykli Amerykanie. Jednak wyborczą weryfikację przechodzili nie tylko amerykańscy politycy. Tej jesieni odbyły się również wybory w Gruzji oraz na bliskiej nam Ukrainie. O zmianie jaka nastąpiła w Gruzji i wygranej, opozycyjnej wobec urzędującego prezydenta Michaiła Saakaszwilego, partii Gruzińskie Marzenie pisze Przemysław Furgacz. Podsumowania wyborów na Ukrainie dokonuje natomiast nasz wieloletni ekspert od spraw ukraińskich, Dr Piotr Kuspys. Niezmiennie wzrasta na świecie rola Państwa Środka. Dlatego też w tym numerze poświęcamy sporo miejsca sprawom chińskim i azjatyckim. W artykule Jana Wołowskiego możecie przeczytać o zmianach na najwyższych szczytach władzy w Komunistycznej Partii Chin. Z kolei Paweł Berhard przybliża nam chiński program podboju kosmosu. Tradycyjnie nie zapominamy również o sprawach bezpieczeństwa międzynarodowego. Trwająca właśnie wojna domowa w Syrii, według niektórych ekspertów, może stać się zarzewiem konfliktu na większa skalę. Dlatego też polecamy analizę Płk Krzysztofa Surdyka, dotyczącą obecnej sytuacji w Syrii i roli jaką odgrywają w niej zachodnie tajne służby oraz fundamentaliści islamscy. Jednak nie tylko Syria stanowi obecnie punkt zapalny na mapie świata. Niezmiennie rośnie napięcie pomiędzy Izraelem i Iranem. O pierwszej wymianie ciosów pomiędzy tymi krajami, zadanych za pomocą nowych narzędzi do prowadzenia wojny, możecie przeczytać w artykule Andrzeja Kozłowskiego – Cybernetyczna gra wokół Iranu. Polecamy również lekturę wywiadu, jakiego udzielił naszej redakcji Rektor Akademii Obrony Narodowej, Gen. Dyw. dr hab. Bogusław Pacek, który mówi między innymi o wyzwaniach, jakie będą czekać przyszłych absolwentów tej uczelni. W listopadzie, oprócz Dnia Niepodległości, obchodzimy również od niedawna Święto Służby Zagranicznej. Zostało ono ustanowione decyzją Ministra Spraw Zagranicznych dla upamiętnienia wysłania przez Marszałka Piłsudskiego pierwszej depeszy dyplomatycznej do przywódców państw świata, informującej o powstaniu niepodległego państwa polskiego – 16 listopada 1918 roku. W ramach tegorocznych obchodów Dnia Służby Dyplomatycznej, podczas uroczystości w Belwederze, Prezydent Bronisław Komorowski udekorował zasłużonych pracowników służby dyplomatycznej odznaczeniami państwowymi. Relację z tej uroczystości, przedstawiamy w naszym dziale Dyplomacja. Zapraszamy także do zapoznania się z fotorelacją, autorstwa Andrzeja Leka, z uroczystości jaka odbyła się w Ambasadzie Malty z okazji święta narodowego tego kraju oraz uroczystości z okazji Święta Sił Zbrojnych Ukrainy.

W imieniu swoim oraz całego zespołu redakcyjnego życzę wszystkim naszym czytelnikom miłej lektury, oraz spokojnych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia, Tomasz Badowski

Założyciel

Michał Sikorski, m.sikorski@stosunki.pl

p.o. Redaktor Naczelny

Tomasz Badowski, t.badowski@stosunki.pl

Z-cy Redaktora Naczelnego:

Dr Robert Czulda, r.czulda@stosunki.pl Aleksandra Amal El-Maaytah – Bliski Wschód & Afryka Płn., a.amal@stosunki.pl

Sekretarz redakcji Agnieszka Siemieniuk, a.siemieniuk@stosunki.pl Szefowie działów Ameryka Północna: Robert Lubański, r.lubanski@stosunki.pl Azja: Jan Wołowski, j.wolowski@stosunki.pl Europa & Unia Europejska: Damian Wnukowski, d.wnukowski@stosunki.pl Rosja & WNP: Dr Olga Nadskakuła, o.nadskakula@stosunki.pl Australia & Oceania: Dorota Rajca, r.rajca@stosunki.pl Bezpieczeństwo Międzynarodowe: Michał Jarocki, m.jarocki@stosunki.pl Gospodarka Międzynarodowa: Grzegorz Kaliszuk, g.kaliszuk@stosunki.pl Prawo Międzynarodowe: Tomasz Lachowski, t.lachowski@stosunki.pl Historia: Jacek Jędrysiak, j.jedrysiak@stosunki.pl Kultura: Patrycja Kuciapska, p.kuciapska@stosunki.pl

Stali Współpracownicy Gniewomir Kuciapski (Warszawa),Filip Frąckowiak (Warszawa), Łukasz Dziekoński (Bruksela), dr Dominik Mierzejewski (Szanghaj), Ryszard Zalski (Tajpej), Igor Joukovskii (Kaliningrad), Anna Bulanda (Lublin), dr Krzysztof Tokarz (Wrocław), dr Mariusz Affek (Warszawa), Juliusz Żebrowski (Warszawa), dr Piotr Kuspys (Kraków), kmdr. rez. Krzysztof Kubiak (Gdynia), prof. Janusz Symonides (Łódź), Dariusz Lasocki (Warszawa), Grzegorz Dacko (Wrocław), Maria Amiri (Warszawa / Kabul), płk dr inż. Krzysztof Surdyk

Szef sekcji foto

Grzegorz Krzyżewski: g.krzyzewski@stosunki.pl

Fotoreporterzy

Krzysztof Kamiński Łukasz Komorek

Reklama i Promocja Agnieszka Siemieniuk reklama@stosunki.pl

Korekta

Kamil Świątkowski

Adres redakcji

Miesięcznik „Stosunki Międzynarodowe” Ul. Krakowskie Przedmieście 19/6 00-071 Warszawa Telefon: 22-468-07-96, Fax 22-468-17-10 e-mail: redakcja@stosunki.pl

Wydawca

Fundacja Instytut Badań nad Stosunkami Międzynarodowymi Ul. Krakowskie Przedmieście 19/6, 00-071 Warszawa Telefon/Fax.: 22-692-48-57 e-mail: instytut@stosunki.pl

Projekt graficzny, skład i łamanie:

KOMAR, (+48) 604 416 693 www.komar.com.pl, studio@komar.com.pl Nakład: 6000 egz.

Wspierają nas:

Redakcja zastrzega sobie prawo zmiany tytułów, skracania i redagowania nadesłanych tekstów, nie zwraca materiałów nie zamówionych, nie ponosi odpowiedzialności za treść ogłoszeń. Opinie prezentowane w artykułach są prywatnymi opiniami autorów.

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

3


SPIS TREŚCI

TEMAT NUMERU Kolejne cztery lata, czyli po co są gumki na ołówkach Nadzieja, którą dał Barack Obama swoim wyborcom przed czterema laty, nieco wygasła i straciła na swoim blasku. Hasło ‘Yes, we can’ nie porywa już tyle tłumów i nie rodzi tyle entuzjazmu. Rzeczywistość okazała się inna. Prezydent, mający zdziałać cuda nie okazał się cudotwórcą.

OD REDAKCJI | KOMENTARZ

AUSTRALIA I OCEANIA | GOSPODARKA

Eksperckie podsumowanie kampanii wyborczej w USA ................... 5

Spowolnienie w Chinach a gospodarka Australii Agnieszka Kandzia ........................................................................ 38

NEWSROOM .................................................................................. 6 TEMAT NUMERU

AUSTRALIA I OCEANIA | BEZPIECZEŃSTWO

Druga kadencja Baracka Obamy Dr Iwona Śmigerska-Belczak ......... 8

SEATO epizod w relacjach Azja – państwa Oceanii Dorota Rajca ............... 40

Kolejne cztery lata, czyli po co są gumki na ołówkach Joanna Górska ......................... 10

BEZPIECZEŃSTWO

Debata nad „Wielkim Rządem” Jacek Mikołajczyk .......................... 12 System wyborczy w Stanach Zjednoczonych w świetle wyborow prezydenckich Dr Marta Dębska ...................... 14 Ukraina po wyborach. Integracja, ale z kim... Dr Piotr Kuspys ..............................................................................16 POLSKA POLITYKA ZAGRANICZNA Szału nie ma. Wspólna polsko-niemiecka polityka wschodnia Dr Krzysztof Tokarz........................................................................ 18 UNIA EUROPEJSKA

Atomowy balet Katarzyna Kubiak ................................................... 41 BEZPIECZEŃSTWO | IRAN Cybernetyczna gra wokół Iranu Andrzej Kozłowski ......................... 42 BEZPIECZEŃSTWO | OBRONNOŚĆ Jak mądrze wydawać na wojsko? Tomasz Szatkowski ................... 44 Światowa technologia wojskowa na jubileuszowym salonie w Kielcach Paweł Fleischer ................... 46 ANALIZA Tajna wojna z „arabską wiosną” w tle Krzysztof Surdyk .................. 47

Kryzysowe finanse Unii. Fiasko pierwszego szczytu, lekkie zbliżenie stanowisk Iwona Miedzieńska ................................ 20

PRAWO MIĘDZYNARODOWE

EUROPA | FRANCJA

Lustracja i prawo międzynarodowe Dr Marek Wasiński .................. 52

Być jak Mitterand Anna Rydel ........................................................ 22

Sprawiedliwość międzynarodowa A.D. 2012 Tomasz Lachowski .... 54

EUROPA | HISZPANIA

HISTORIA

Hiszpania o krok od interwencji finansowej Anna Dulska ................ 24

Wisła zamiast Marny? Tajemnica „planu Schlieffena” Jacek Jędrysiak .............................................................................56

UNIA EUROPEJSKA | GOSPODARKA Europejski bank centralny. Wszystkie drogi prowadzą do Frankfurtu Damian Wnukowski.................................. 26 ROSJA & WNP

Trudny rok 1918 – w przededniu niepodleglości Jacek Jędrysiak ............................. 58 EDUKACJA | UCZELNIE WYŻSZE

Rosyjska wolność (od) słowa Agnieszka Tomczyk ......................... 28

Międzynarodowa kuźnia oficerów Tomasz Badowski, Agnieszka Siemieniuk ...................................... 59

(Geo)polityczna zmiana w Gruzji Przemysław Furgacz ................... 30

DYPLOMACJA

AZJA | CHINY

Dzień Polskiej Służby Zagranicznej TB ............................................ 62

Zmiana warty w Państwie Środka Jan Wołowski ............................ 32

Dyplomacja w obiektywie Andrzeja Leka Andrzej Lek ..................... 63

Smoki w kosmosie Paweł Berhard................................................. 34

KULTURA

AZJA |BEZPIECZEŃSTWO

Muzeum inne niż wszystkie TB ...................................................... 64

Spór Chin i Japonii o wyspy Senkaku na tle relacji obu krajów Stanisław Niewiński.................................. 36

SYLWETKI PRZYWÓDCÓW

4

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

Xi Jinping, Li Keqiang, Barack Hussein Obama II, Bidzina Iwaniszwili, Mykoła Janowicz Azarow ................................ 66


K O M E N TA R Z | S E A

Eksperckie podsumowanie kampanii wyborczej w USA Na dwa tygodnie przed wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych Stowarzyszenie Euro-Atlantyckie zorganizowało debatę na temat konsekwencji wyboru kolejnego prezydenta USA dla Świata, Europy i Polski. W debacie uczestniczyli wybitni znawcy polityki zagranicznej i Stanów Zjednoczonych.

P

odczas debaty w gronie dr Tadeusza Chabiery, dr Włodzimierza Cimoszewicza, prezesa Marka Goliszewskiego, dr Andrew A. Michty, dr Janusza Onyszkiewicza i prof. Longina Pastusiaka starano się znaleźć odpowiedź na pytanie co wynika z kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych i prezentowanych przez Baracka Obamę i Mitta Romneya poglądów dla świata, Europy oraz dla Polski. Wybory prezydenckie w USA są nie tylko sprawą wewnętrzną Stanów Zjednoczonych, ale są uważnie śledzone w całym świecie. Dla żadnego państwa na świecie nie jest obojętne jaką politykę zagraniczną prowadzić będzie następna administracja amerykańska. Oto ważniejsze wnioski o konsekwencjach dla świata, Europy i Polski z dotychczasowego przebiegu ostatniej prezydenckiej kampanii wyborczej w USA.

Świat Świat w tegorocznej kampanii wyborczej został potraktowany wybiórczo, zwłaszcza przez kandydata Partii Republikańskiej. Obaj rywale do fotela prezydenckiego podnosili głównie te problemy międzynarodowe, które były dla nich wygodne tzn. służyły pozyskiwaniu wyborców i osłabieniu pozycji oponenta. Nic więc dziwnego, że jak pisał „New York Times” otrzymaliśmy skrzywiony, wypaczony („skewed”) obraz świata i jego problemów. Obama chwalił się tym, że zakończył wojnę w Iraku oraz zapowiedział wycofanie wojsk z Afganistanu do końca 2014 roku. Przypisywał sobie poprawę wizerunku USA na arenie międzynarodowej, ożywienie dialogu transatlantyckiego, odejście od unilateralizmu i zastąpienie tej doktryny negocjacjami i dialogiem z sojusznikami. Romneyowi zarzucał, że swoją twardą retoryką może wciągnąć Stany Zjednoczone w nowy konflikt zbrojny. Zabicie Osamy bin Ladena uznał za symbol sukcesu w walce z terroryzmem. Mówił o uruchomieniu sankcji wobec Iranu, o dobrym stanie stosunków z Izraelem, o zastosowaniu samolotów bezzałogowych, co zmniejszyło liczbę ofiar wśród żołnierzy amerykańskich. Natomiast pomijał w kampanii wyborczej fakt, że zawarł z Rosją porozumienie START o redukcji głowic nuklearnych i środków przenoszenia tych głowic. Mitt Romney natomiast w sprawach zagranicznych poruszał te sprawy, które osłabiały prezydenta Obamę. Zarzucał mu, że nie wykazał się przywództwem w rozwiązaniu konfliktu palestyńsko – izraelskiego, nie zmusił Iranu do rezygnacji z rozwoju potencjału nuklearnego, nie wsparł dostatecznie powstańców w Syrii i prowadzi miękką politykę wobec Chin. Polityka wewnętrzna i zagraniczna Obamy doprowadziła – zdaniem Romneya – do osłabienia pozycji USA na świecie. Po zabójstwie 4 dyplomatów amerykańskich w Benghazi republikanie starali się uczynić z tego wydarzenia główny argument obciążający nieskuteczność polityki zagranicznej Obamy. Obu rywalom zabrakło szerokiej i ambitnej wizji polityki zagranicznej USA. Stany Zjednoczone mają największe wpływy na świecie i mogłyby wnieść wkład w stworzenie nowego ładu światowego. Żaden z obu kandydatów nie wspominał nic na ten temat, jak również na temat zagrożeń globalnych i zmian klimatycznych.

Europa Europa i sprawy europejskie odegrały marginalną rolę w prezydenckiej kampanii. Podobnie jak Unia Europejska. W debacie telewizyjnej poświęconej polityce zagranicznej ani razu nie wspomniano o Europie, o NATO. Natomiast aż 45 razy wymieniono Izrael, 30 razy Chiny i 29 Afganistan. W czasie spotkań z wyborcami kandydaci nie wspominali także o kryzysie euro. Amerykanie uważają, że ich interesy w Europie są zabezpieczone, a zagrożenie dla ich interesów i bezpieczeństwa widzą w Azji, i w Chinach. Nie oznacza to, że Stany Zjednoczone wycofają się militarnie z Europy, jakkolwiek możliwa jest redukcja ilościowa i zmiana jakościowa obecności USA w Europie. Można założyć, że skoro liberalna administracja Baracka Obamy nie zmierza do poważniejszej redukcji obecności wojskowej USA w Europie, alternatywna w przyszłości, bardziej konserwatywna administracja republikańska tym bardziej nie będzie skłonna dokonać takiej redukcji. W sprawie stosunków z Rosją ujawniły się różnice zdań między Obamą i Romneyem. Kandydat republikanów w trakcie kampanii wyborczej określił Rosję jako „geopolitycznego nieprzyjaciela numer jeden” Stanów Zjednoczonych. Obama uznał to za atak na jego politykę resetu w stosunkach USA z Rosją.

Polska i stosunki polsko-amerykańskie Polska i sprawy polskie praktycznie nie pojawiły się w prezydenckiej kampanii wyborczej z wyjątkiem wypowiedzi Romneya, w której zarzucił Obamie, że „porzucił przyjaciół w Polsce i Czechach”, by „ugłaskać Rosję” w sprawie zmiany koncepcji tarczy antyrakietowej w Polsce. W czasie wizyty w Polsce w końcu lipca 2012 r. Romney jedynie chwalił Polskę i obiecał przyjaźń i partnerskie stosunki. Z powyższych rozważań rodzi się wniosek, że niezależnie kto zostanie następnym prezydentem USA nie należy oczekiwać istotnych zmian w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Mimo różnic w retoryce wyborczej między obu partiami w sprawach interesów amerykańskich w świecie i sposobów obrony istnieje consensus. Partia Republikańska i jej kandydat na prezydenta Mitt Romney nie mieli nic nowego, do zaoferowania w dziedzinie polityki zagranicznej kraju. Mitt Romney na polu spraw międzynarodowych był wyraźnie w defensywie i wykazał się mniejszą wiedzą i doświadczeniem od swojego rywala, prezydenta Obamy. Należy bowiem odróżnić głośniejsza twardszą retorykę kampanijną republikanów od zgodności obu kandydatów odnośnie strategicznych interesów i celów dyplomacji amerykańskiej w świecie. Można powiedzieć, że jeżeli chodzi o politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych obaj rywale reprezentowali postawę „me too”, ja też będę realizował to samo, tylko lepiej i skuteczniej. Stowarzyszenie Euro-Atlantyckie Pełna wersja komentarza Stowarzyszenia Euro-Atlantyckiego nt. wyborów prezydenckich w USA, dostępna jest na stronie www.sea.org.pl

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

5


NEWS N NEW

NEWSROOM E NEWSROOM NEWSROOM

NEWSROOM NEWSROOM Pokojowa Nagroda Nobla dla Unii Europejskiej 12 października Komitet Noblowski przyznał Nagrodę za rok 2012 dla Unii Europejskiej. Uzasadnił, że organizacja przyczyniła się do ustabilizowania sytuacji na starym kontynencie. Przez cały okres istnienia działała w celu wprowadzenia demokratycznych zasad, ochrony praw człowieka oraz ustanowienia pokoju. Nagroda została przyznana w momencie kryzysu ekonomicznego, z którym boryka się Europa. Nagroda wyniosła ponad 900 tysięcy euro. Ruszają prace nad szkicem globalnej strategii Unii Europejskiej Polski Instytut Spraw Międzynarodowych, Szwedzki Instytut Spraw Międzynarodowych, Real Elcano (Hiszpania) oraz Instytut Spraw Międzynarodowych (Włochy) rozpoczęły realizację przedsięwzięcia mającego na celu opracowanie szkicu globalnej strategii bezpieczeństwa UE do czerwca 2013 roku. Pierwsze z seminariów odbyło się 11 października 2012 roku. Wypracowany w trakcie seminariów projekt zostanie przedstawiony Catherine Ashton – Wysokiej Przedstawiciel UE do Spraw Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa. Współpraca think-tanków zainicjowana została przez ministrów spraw zagranicznych Polski, Hiszpanii, Włoch Szwecji. Spotkanie WB Group z Przedstawicielami Wojskowego Korpusu Dyplomatycznego akredytowanymi w Rzeczypospolitej Polskiej

9 października br. w Ożarowie Mazowieckim odbyło się zorganizowane przez WB Electronics spotkanie prezentujące przedsiębiorstwa Grupy WB dla przedstawicieli Wojskowego Korpusu Dyplomatycznego akredytowanych w Rzeczypospolitej Polskiej. W czasie spotkania zaprezentowano potencjał oraz systemy i produkty oferowane na zagraniczne rynki. Przedstawiono także propozycje międzynarodowej współpracy i kooperacji z instytucjami i firmami rządowymi oraz prywatnymi. O debiucie Grupy WB podczas trzecich największych targów obronnych w Europie, piszemy na stronie 46.

6

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

Polka przewodniczącą Rady Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych (CERN) Profesor Agnieszka Zalewska została wybrana pod koniec września 2012 r. na przewodniczącą CERN. Jest to międzyrządowy ośrodek naukowo-badawczy. Po raz pierwszy tę zaszczytną funkcję będzie piastować kobieta. Kandydaturę Polki poparły oprócz Polski – Belgia, Czechy oraz Węgry. Pani Profesor od wielu lat związana z Instytutem Fizyki Jądrowej Polskiej Akademii Nauk w Krakowie. Współpracuje również z Europejską Organizacją Badań Jądrowych, a także wieloma ośrodkami naukowymi w Japonii, USA oraz Europie. Gruzińskie Marzenie Mało kto spodziewał się, że wybory parlamentarne z Gruzji wygra partia, która niedawno pojawiła się na scenie politycznej. Wybory odbyły się w pierwszych dniach października 2012 r. Koalicja Gruzińskie Marzenie założona została przez miliardera Bidzinę Iwaniszwilego. Chociaż tuż po ogłoszeniu wyników deklarował on chęć współpracy z Zachodem, kojarzony jest raczej z prorosyjską postawą. Przez wiele lat bowiem mieszkał i pracował w Rosji. Iwaniszwili jest politycznym przeciwnikiem obecnego prezydenta Gruzji – Michaiła Saakaszwilego. Więcej o Gruzji po wyborach w artykule Piotra Furgacza na stronie 30.

Partia Regionów zwycięzcą wyborów parlamentarnych na Ukrainie W dniu 11 listopada 2012 roku ogłoszono oficjalne wyniki wyborów parlamentarnych na Ukrainie. Partia pod przywództwem obecnego prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza, zdobyła 185 mandatów. Kolejne miejsca zajęły Ojczyzna Julii Tymoszenko oraz partia Udar Witalija Kliczki. Ukraińcy wybierali połowę parlamentu w okręgach jednomandatowych, a drugą połowę z list partyjnych. Tuż po wyborach obserwatorzy OBWE oświadczyli, że szanse kandydatów nie były równe, ze względu na nadużycia władzy. Również opozycja oskarżyła rządzących o sfałszowanie wyborów.

Australia – nowym niestałym członkiem Rady Bezpieczeństwa 18 października Zgromadzenie Ogólne ONZ wybrało Australię, Koreę Południową, Luksemburg, Argentynę oraz Rwandę na niestałych członków Rady Bezpieczeństwa, które będą w niej zasiadały przez kolejne dwa lata. Pięć lat wspierania kandydatury Australii kosztował państwo 25 milionów dolarów. Władze australijskie chcą propagować m.in. ochronę ludności cywilnej w Syrii i walkę z terroryzmem. Niestali członkowie mają szereg uprawnień ale nie mogą wetować rezolucji Rady. Zastrzeżone jest tylko dla jej pięciu członków stałych – Stanów Zjednoczonych, Federacji Rosyjskiej, Wielkiej Brytanii, Francji i Chin. Przedłużenie misji PKW Afganistan 12 października 2012 r. Prezydent Bronisław Komorowski podpisał postanowienie w sprawie przedłużenia udziału wojska polskiego w misji ISAF w Afganistanie do 13 kwietnia 2013 r. Kontyngent zostanie pomniejszony o 700 osób. W odwodzie w Polsce pozostanie 200 żołnierzy i pracowników wojska. Jeżeli zaistnieje taka potrzeba, będzie możliwość ich krótkotrwałego użycia. Rozpoczyna się proces wycofywania naszych wojsk z Afganistanu i przekazywania odpowiedzialność za sytuację w państwie afgańskim siłom bezpieczeństwa. Misja ISAF zakończyć ma się w 2014 roku. Podczas ostatnich zmian, nasze kontyngent ma już liczyć po 1000 osób.

Więcej o ukraińskich wyborach w artykule Dr Piotra Kuspysa na stronie 16.

Czy Wielka Brytania opuści Unię Europejską? Premier Wielkiej Brytanii David Cameron wyraził poparcie dla pomysłu rozpisania referendum unijnego, jeżeli konserwatyści zwyciężą w kolejnych wyborach w 2015 roku. Zaznaczył on, że wyjście z UE nie należy do interesów państwa, jednak domagają się tego posłowie z jego partii. Oceniają oni, że trwający kryzys pozwala od nowa uregulować stosunki Wielkiej Brytanii z Unią. Wspólna waluta oznacza wspólną politykę ekonomiczną, a jest to bardzo ważna część działalności państwa.

Hugo Chavez znów zwycięża Po raz kolejny wenezuelski fotel prezydencki obejmuje urzędujący już 14 lat Hugo Chavez, po wyborach prezydenckich które miały miejsce 7 października 2012 r. Lewicowy przywódca pokonał m.in. kandydata opozycji Henriqe Caprilesa Radonskiego. Chavez według oficjalnych danych zdobył 54 % poparcia. Po ogłoszeniu wyników zaprosił on opozycję do współpracy.

Rosjanie pomogą wyjaśnić śmierć Jasera Arafata Rosjanie wyrazili chęć przyłączenia się do ekspertów francuskich i szwajcarskich wyjaśniających śmierć byłego prezydenta Autonomii Palestyńskiej. Zbadają prawdziwość tezy o otruciu przywódcy, zaplanowano już ekshumację. Wdowa po lidera oskarżyła Izrael o otrucie męża, podpierając się badaniami Szwajcarów.


ROOM NEWSROOM OM

NEWSROOM

NEWSROOM

WSROOM

Gdzie dwóch się bije, trzeci korzysta – nowy gracz na włoskiej scenie politycznej Pomimo tego, że wybory parlamentarne we Włoszech zaplanowane są na rok 2013, walka polityczna już trwa. Podczas gdy dwie główne partie: Lud Wolności i Partia Demokratyczna wzajemnie się oskarżają, na scenie pojawiła się nowa partia Ruch Pięciu Gwiazd. Jej twórcą jest blogger i satyryk Beppo Grillo. Rozpoczynającą się kampanię napędza fakt, iż obecnie urzędujący premier Mario Monti ogłosił, iż nie zamierza kandydować w wyborach. Okazuje się jednak, że spora część obywateli chciałaby, aby Monti kontynuował rządy. Dla niektórych zdaje się on być najlepszym gwarantem wiarygodności Włoch na rynkach finansowych. Skandale wśród włoskich polityków sprawiają, że coraz popularniejsze stają się „parapolityczne” organizacje tj. Ruch Pięciu Gwiazd. Oskarżana jest ona o brak realizmu i profesjonalizmu, a także doświadczenia działaczy w polityce. Konkurentów niepokoją jednak dobre wyniki partii w wyborach lokalnych. Pokazuje to zmianę nastrojów społeczny we Włoszech.

Posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego ws. Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN) 8 listopada 2012 r. RBN jednomyślnie przyjęła wnioski i rekomendacje rapor tu opracowywanego na polecenie Prezydenta RP. Była to pierwsza oficjalna prezentacja wyników SPBN. Jego wyniki mają wesprzeć władzę wykonawczą w usprawnieniu systemu bezpieczeństwa narodowego. Prezydent Bronisław Komorowski zapowiedział podczas spotkania, że od początku roku 2013 przygotowywana będzie tzw. „biała księga”, na podstawie opracowanego rapor tu. Szwajcarska armia przygotowuje się na rozpad strefy Euro Szwajcarzy przygotowują się na napływ tysięcy uchodźców z Grecji, Hiszpanii, Francji i Włoch w razie rozpadu strefy euro. – Jak długo damy radę gasić kryzys tylko za pomocą pieniędzy? – powiedział szwajcarski minister obrony. Wojsko i siły specjalne już są wykorzystywane w Grecji Jak podaje CNBC i serwis Prison Planet, przeprowadzone we wrześniu manewry „Stabilo Due” miały na celu sprawdzenie i przygotowanie szwajcarskiej armii na wypadek zagrożeń związanych z rozpadem strefy euro. Chodzi głównie o wybuch zamieszek w sąsiednich państwach i niekontrolowany napływ uchodźców z niektórych krajów strefy euro. Chodzi o Grecję, Hiszpa-

nię, Francję, Włochy i Portugalię. W tym celu powołano dodatkowe cztery bataliony rozlokowane w różnych częściach kraju. W ćwiczeniach wzięła udział zarówno piechota, jak i siły powietrzne i specjalne. To, że już teraz ogromne siły policyjne, ale też wojskowe są angażowane w utrzymywanie porządku, widać w cyklicznych już protestach i strajkach generalnych, które przetaczają się przez stolice Grecji czy Hiszpanii. Podczas ostatniej wizyty Angeli Merkel w Grecji porządek zapewniało 7 tys. policjantów w rynsztunku bojowym i kilkuset funkcjonariuszy ubranych po cywilnemu. Dodatkowo dla ochrony kanclerz zaangażowano snajperów, oddział komandosów i helikoptery bojowe.

Zmiany u władzy w Chińskiej Republice Ludowej 14-go listopada zakończył się zjazd członków Komunistycznej Partii Chin (KPCh). Ogłoszono listę osób wybranych do Komitetu Centralnego (KC). 10 miejsc przypadło kobietom. Skład najważniejszego organu państwa – Stałego Komitetu Biura Politycznego KC KPCh niemal całkowicie uległ zmianie. Jedynymi członkami ponownie wybranymi są Xi Jinping oraz Li Keqiang. Zjazdy partii odbywają się co pięć lat. Są one spotkaniami, na których tylko formalnie zatwierdzone zostają wcześniejsze ustalenia podejmowane przez najważniejszych członków partii. Rakiety Patriot na granicy turecko-syryjskiej 21 listopada Anders Fogh Rasmussen ogłosił, że Turcja zwróciła się do NATO z prośbą o rozmieszczenie rakiet Patriot na granicy z Syrią. Stacjonowanie sprzętu ma mieć wyłącznie charakter obronny. Rakiet miałyby chronić Turcję, przed syryjskimi atakami. Oprócz USA i Holandii, tylko Niemcy posiadają nowoczesne systemy rakiet, umożliwiające niszczenie samolotów i rakiet. Właśnie takie mogłyby być skierowane do Turcji. Rosyjskie manewry z użyciem triady nuklearnej. W drugiej połowie października na terenie Federacji Rosyjskiej przeprowadzono ćwiczenia z użyciem strategicznych sił jądrowych. W ten sposób sprawdzono gotowość bojową komponentów triady nuklearnej. Ćwiczeniom przewodził prezydent Władimir Putin. Niezawodność i skuteczność rosyjskiej broni według oficjalnego komunikatu została potwierdzona. Były to pierwsze tego typu manewry w najnowszej historii Rosji.

Korea Północna ostrzega przed wojną nuklearną Wiceminister Spraw Zagranicznych Korei Północnej zabrał głos podczas sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ. W swoim wystąpieniu oskarżał Stany Zjednoczone o prowadzenie wrogiej polityki według jego państwa. Zdaniem Koreańczyków USA chcą zdominować cały Półwysep Koreański, a następnie całym kontynent azjatycki. Jego zdaniem jedynie potencjał obronny powstrzymuje ich przed atakiem. Ostrzegł on również, że nawet najmniejsza iskra może spowodować wojnę nuklearną. Francja ostro o muzułmańskich fundamentalistach 27 września 2012 w Strasburgu otwarto największą świątynię wyznawców islamu na terenie Francji – Wieli Meczet. W tym samym dniu Minister Spraw Wewnętrznych Manuel Valls ostro zaznaczył, iż muzułmańscy fundamentaliści, którzy zagrażają porządkowi publicznemu Francji, będą z niej wydalani. Słowom szefa MSW towarzyszyły jednak też zapewnienia o wolności religijnej we Francji. Usuwaniu z kraju poddawani będą jedynie te osoby, które nie szanują zasad wyznawanych przez francuskie społeczeństwo i tym samym zagrażają jego bezpieczeństwu. USA dba o bezpieczeństwo na Bałkanach 30 października Departament Stanu USA ogłosił, iż w roku 2012 Stany Zjednoczone przeznaczyły ponad 12 milionów dolarów na wsparcie programów zniszczenia broni konwencjonalnych w Europie Południowo – Wschodniej. Celem działania jest wsparcie regionu w zapewnieniu pokoju i bezpieczeństwa. Fundusze pomogą także ratować życie i ochronić społeczeństwa poprzez bezpieczne usuwania min lądowych i niewybuchów pozostałych po konfliktach w regionie Bałkanów w latach 90. XX wieku. Zacieśnienie stosunków rosyjsko-pakistańskich W dniach 3–4 października Minister Spraw Zagranicznych Federacji Rosyjskiej Siergiej Ławrow przebywał w Pakistanie. Spotkał się tam ze swoim odpowiednikiem oraz pakistańskim premierem. Podczas spotkań poruszono kwestie współpracy w obszarze handlu i zacieśniania więzi gospodarczych. Dyskutowali także na temat wspólnej walki w obszarze zwalczania przestępczości i terroryzmu. Zebrała i opracowała Agnieszka Siemieniuk

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

7


T E M AT N U M E R U

DRUGA KADENCJA BARACKA

OBAMY

Wygrywając wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych Barack Obama powiedział: „the best is yet to come” (najlepsze dopiero nadejdzie). Urzędujący Prezydent został wybrany na kolejne cztery lata po wyrównanej kampanii, w której walka o głosy wyborców trwała do ostatnich dni. Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, które odbyły się 6 listopada 2012, określane są jako najcięższa praca i najtrudniejsza rozmowa kwalifikacyjna na świecie i przyciągają uwagę nie tylko rdzennych Amerykanów, ale również zagranicznej opinii publicznej i polityków ze względu na mocarstwową pozycję tego państwa w świecie, wpływy ekonomiczne jak i zaangażowanie w politykę międzynarodową.

Kampania wyborcza Sytuacja, w jakiej znajdował się Barack Obama przed wyborami, nie była najlepsza. Po pierwszej debacie sondaże wykazywały zdecydowane poparcie dla kandydata Republikanów, Mitta Romneya (chociaż osobiście nie odniosłam takiego wrażenia). Druga debatę wygrał Obama i dalej walka toczyła się dosłownie o każdy głos. W Stanach Zjednoczonych wśród najważniejszych kwestii dyskutowanych podczas kampanii wyborczej znalazły się takie problemy jak ekonomia, bezrobocie, podatki oraz sprawa ogromnego zadłużenia rządu. Powyższe problemy narosły od czasów poprzedniej kampanii mimo podjętych przez rząd Baracka Obamy prób ich rozwiązania. Dodatkowym czynnikiem komplikującym sytuację był ogólnoświatowy kryzys bankowy i finansowy, którego efekty nadal trwają nie tylko w Stanach, ale również w państwach będących ważnymi partnerami handlowymi, w tym w Europie i w samej Unii Europejskiej. Bardzo istotną sprawą dla obserwatorów zagranicznych była kwestia polityki zewnętrznej, w którą Amerykanie angażują się zgodnie ze swoją misją promowania wolności i przemian demokratycznych w różnych regionach świata oraz konieczności ich wspierania przez społeczność międzynarodową w ramach orga-

8

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

nizacji międzynarodowych oraz umów bilateralnych. Obecnie kwestie te dotyczą konfliktów na Wschodzie tj. w Iraku, Afganistanie, Iranie, Izraelu i Palestynie oraz ostatnio zaostrzającej się sytuacji w Syrii ponieważ amerykańscy żołnierze czynnie uczestniczą w rozwiązywaniu konfliktów zbrojnych oraz pomagają przy wprowadzaniu zasad demokracji. Chociaż sprawy polityki zagranicznej są ważne, to nigdy w wyborach prezydenckich nie były najistotniejsze, gdyż to polityka wewnętrzna była decydująca. Wśród wrażliwych wewnętrznych kwestii społecznych znalazły się te związane z wprowadzoną reformą

służby zdrowia, która nadal jest przedmiotem burzliwych dyskusji. Wśród kwestii związanych z polityką zagraniczną i sprawami wewnętrznymi należy wspomnieć o problemie kontroli granic i prawie emigracyjnym regulującym między innymi uzyskiwanie wiz. Większość nielegalnych uchodźców pochodzi z Meksyku (lub dostaje się do Stanów poprzez ten kraj) powodując narastający nierozwiązany problem. Do innych poruszanych tematów należały małżeństwa pomiędzy osobami tej samej płci oraz legalizacja aborcji. Równie ważna była ochrona środowiska oraz ewentualne konsekwencje, jakie może przynieść globalne ocieplenie, w tym ich skutki ekonomiczne. W ostatnich latach rola rządu, jego uprawnień i administracji, jest szeroko dyskutowana, a administracja rządowa została poddana wielu zmianom. Dyskutowana była również reforma systemu edukacyjnego, w tym zapewnienie wszystkim odpowiedniego wykształcenia podstawowego.

Wygrana Obamy 7 listopada 2012 r. ubiegający się o reelekcję Barack Obama pokonał w wyborach prezydenckich republikanina Mitta Romneya i pozostał głównym lokatorem Białego Domu. Za pierwszym razem polityk Partii Demokratycznej, a od 2005 do 16 listopada 2008 senator ze stanu Illinois, 4 listopada 2008 zdecydowanie pokonał republikanina Johna McCaina

Wybory prezydenckie

odbywają się zawsze w pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku w listopadzie. Konstytucja wymaga aby kandydat był urodzony w Stanach, miał co najmniej 35 lat i mieszkał tam przynajmniej 14 lat. W praktyce w ciągu ostatnich 70 lat nominowanymi na kandydatów były zazwyczaj osoby pełniące uprzednio funkcję senatora, gubernatora, wice-prezydenta lub generała. Wygrana w wyborach nie zależy tylko od liczby głosów uzyskanych we wszystkich stanach lecz również od tego, ile głosów, i w których stanach, uzyskano ze względu na różną liczbę elektorów w poszczególnych stanach, którzy to wybierają prezydenta. Wśród tegorocznych ubiegających się o nominację znaleźli się: gubernatorzy Mitch Daniels, Haley Barbour, Jeb Bush, Mike Huckabee, Chris Christie, Mitt Romney, Senator John Thune, Mike Pence, miliarder Donald Trump, były burmistrz Nowego Yorku Rudolph Giuliani i Sarah Palin.


T E M AT N U M E R U

i w dniu 20 stycznia został zaprzysiężony na 44. prezydenta USA. Po ponad 9 miesiącach prezydentury, w październiku 2009 roku, Obama otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla „za nadzwyczajne wysiłki na rzecz wzmocnienia międzynarodowej dyplomacji i współpracy międzyludzkiej oraz na rzecz wznowienia procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie”. W uzasadnieniu Komitet Noblowski podkreślił także rolę Obamy „w pracy na rzecz oczyszczenia świata z broni nuklearnej”. Decyzja komitetu wzbudziła wiele kontrowersji. Zwracano uwagę, że nagrodę przyznano Obamie przedwcześnie, bo na razie brak na jego koncie realnych osiągnięć. Z jednej strony tytuł ten podniósł jego prestiż i rangę z drugiej położył na nim większą odpowiedzialność. Podczas wyborów Barack Obama okazał się większym entuzjastą, który zaraził swoim optymizmem i postawą, a także przekonał swoim rzeczowym podejściem oraz programem, większość wyborców. Uzyskał poparcie bardziej zróżnicowanego elektoratu, który bardziej odpowiada obecnej sytuacji społeczno-demograficznej w Ameryce (z resztą sam ma pochodzenie wielokulturowe). Sztab Baracka Obamy zadbał o to, aby w jego urzędach i kampanii znaleźli się wszyscy przedstawiciele grup społecznych i narodowościowych, dzięki czemu mógł uzyskać większe poparcie, podczas gdy kontrkandydat opierał się na bardzo tradycyjnych wartościach (np. pochodzenie, ślub). Na Demokratę zagłosowały tzw. „swing states” i uzyskał on poparcie w Ohio, Virginia, New Hampshire, Colorado, Nevada, Iowa i Wisconsin. Według prognozy CNN Obama otrzymał 303 głosy elektorskie, przy 270 potrzebnych do wyboru, a Romney 206. Jednakże bardzo wyrównana walka przedwyborcza świadczy o tym, iż Republikanie mają dość dużo zwolenników i że Obama wkracza w nową kadencję ze słabym mandatem zaufania.

I przegrana Romney’a Kandydat Republikanów, Mitt Romney, miał podstawy by wygrać te wybory. Sytuacja ekonomiczna Ameryki była taka, że wielu twierdziło, iż Obama „nie miał żadnych szans”. Rządy Obamy przypadły na czas trudnych reform wewnętrznymi oraz walki z konsekwencjami ogólnoświatowego kryzysu ekonomicznego, którego skutkami były spadek wartości nieruchomości, problemy banków, w sektorze społecznym, wysokie bezrobocie. W podróży przedwyborczej Mitt Romney zabiegał o poparcie w Wielkiej Brytanii, Polsce i Izraelu, chcąc pozyskać między innymi głosy licznej Polonii amerykańskiej. Mitt Romney zdołał uzyskać zdecydowaną przewagę podczas pierwszej debaty prezydenckiej, jednakże wraz z kolejnymi debatami tracił uzyskane poparcie. Wiele osób zastanawia się jak to możliwe, że Mitt Romney nie dość, że nie wygrał to zde-

cydowanie przegrał? Popełnił kilka błędów czy pomyłek, stracił głosy kobiet, młodzieży i mniejszości oraz uznano go za polityka zbyt konserwatywnego i nie do końca zdecydowanego. Również rozproszony elektorat republikanów sprawił, iż ostatecznie nie uzyskał większości i nie został wybrany. Na korzyść Baracka Obamy przemawiał również fakt, iż w poprzedniej kadencji udało mu się w miarę skutecznie rozwiązać problemy związane z kryzysem finansowym w sektorze bankowym i motoryzacyjnym.

głównym zadaniem będzie pchnięcie Ameryki do przodu, zapewnienie dostępu do najlepszych szkół i najlepszych nauczycieli, zapewnienie pozycji lidera w technologii, odkryciach, innowacjach, biznesie. Zapowiedział również walkę z destrukcyjnymi siłami związanymi z ociepleniem klimatu, budowanie bezpieczeństwa opartego na godności, zapewnienie posiadania najlepszych sił wojskowych i najlepszych jednostek bojowych. Po pierwsze, po drugie i po trzecie najważniejszymi sprawami w tej chwili jest

Barack Hussein Obama, ur. 4 sierpnia 1961 r. w Honolulu na Hawajach, jego ojciec, wywodzący się z afrykańskiego plemienia, urodził się w Kenii, a matka, mająca korzenie angielskie, irlandzkie i indiańskie, w USA. W dzieciństwie mieszkał w Honolulu i Dżakarcie, a następnie studiował w Stanach (Los Angeles, Nowy Jork). Wprowadził kontrowersyjną reformę zdrowia, a w sprawach zagranicznych odniósł sukces w walce z terroryzmem (odnalezienie, i śmierć Osamy Bin-Ladena) i nawiązywał dobre stosunki na całym świecie. Reelekcja Baracka Obamy oznacza kontynuację wcześniej obranej polityki. W kwestii stosunków zagranicznych raczej przewiduje się kontynuację bieżących działań, mimo iż Hilary Clinton zgłosiła chęć rezygnacji ze stanowiska Szefa Dyplomacji. Oczekuje się przede wszystkim kontynuacji działań podjętych przeciwko terroryzmowi, mobilizację na Pacyfiku i na Bliskim Wschodzie, jak również, chociaż w mniejszym stopniu, sprawy współpracy międzynarodowej w ramach organizacji międzynarodowych. Można spodziewać się bardziej ambitnych celów czy zwrócenie uwagi na kwestie klimatyczne, powiązań gospodarczych z regionem Azji a w szczególności z Chinami oraz współpracy z Rosją w ramach kwestii bezpieczeństwa. Polska, jako kraj stabilny i dobrze rozwijający się, ale nie kluczowy, może nie być w centrum zainteresowania Amerykanów. Również współpraca w ramach NATO (relacje USA-Europa) ulegnie zmianie.

Czy Amerykę czeka coś lepszego?

W swojej mowie powyborczej wygłoszonej w Chicago Prezydent gorąco podziękował za wsparcie współpracownikom, wyborcom oraz rodzinie. Podkreślił, że

ekonomia i obniżenie deficytu, utworzenie systemu podatkowego, uzgodnienie uregulowań imigracyjnych. Mimo większej pracy do wykonania Obama stwierdził, że „nigdy nie patrzył z taką nadzieją w przyszłość” i że jest pewny, iż Amerykę czeka coś lepszego. Ponadto stwierdził, że „czasami się nie zgadzamy ale nie jesteśmy tak podzieleni, jak na to wskazuje polityka. Nie jesteśmy tak cyniczni, jak się uważa. Jesteśmy czymś więcej niż sumą indywidualnych ambicji i pozostajemy czymś więcej niż zbiorem czerwonych i niebieskich stanów. Jesteśmy i będziemy Stanami Zjednoczonymi Ameryki”. Obama potwierdził, iż ma obmyślony plan na drugą kadencję chociaż w obliczu tak wielkiego poparcia dla Republikanów i ich przewagi w Kongresie będzie musiał również zabiegać o ułożenie dobrej współpracy z Republkanami. Biorąc pod uwagę dotychczasowe działania Prezydenta, jego osobisty czar, bezpośredniość oraz doświadczenie, wydaje się być zasadnym stwierdzenie, iż Ameryka ma nową szansę na poprawę i umocnienie swojej pozycji. Ocenia się, że pierwsza kadencja była bardziej udana niż się tego spodziewano, natomiast druga kadencja może być znacznie trudniejsza niż się przewiduje. Pomimo tego Barack Obama jest nastawiony entuzjastycznie i z optymizmem spogląda w przyszłość obiecując Amerykanom, że to, co najlepsze dla Stanów Zjednoczonych Ameryki, dopiero nadejdzie. Dr Iwona Śmigerska-Belczak

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

9


T E M ATT N U M E R U

Kolejne cztery lata czyli po co są gumki na ołówkach Nadzieja, którą dał Barack Obama swoim wyborcom przed czterema laty, nieco wygasła i straciła na swoim blasku. Hasło ‘Yes, we can’ nie porywa już tyle tłumów i nie rodzi tyle entuzjazmu. Rzeczywistość okazała się inna. Prezydent, mający zdziałać cuda nie okazał się cudotwórcą.

W

ielu Amerykanów, robiąc bilans minionego 2011 roku, mówi, że to najgorszy rok spośród ostatnich. Deklarują, że nie mogą sobie pozwolić na kolejne cztery lata kryzysu. Boją się o swoją pracę, rodziny, dzieci, ich edukację. Tracą poczucie bezpieczeństwa i wiarę w to, że Ameryka, to kraj nieograniczonych możliwości. Niektóre prywatne firmy zapowiadały, że jeśli wygra Obama, będą musiały zwolnić kolejnych pracowników. Młodzi ludzie odkładają decyzję o usamodzielnieniu się i wyprowadzeniu od rodziców, bo nie radzą sobie ze

spłatami zaciągniętych kredytów studenckich. To tylko kilka kwestii, które słyszę najczęściej wtedy, kiedy pytam zwykłych ludzi o faktyczne symptomy kryzysu w ciągu ostatnich lat. Kryzys dotknął każdego Amerykanina – w mniejszym bądź większym stopniu. Daje się odczuć ogromne rozczarowanie administracją Obamy, ponieważ społeczeństwo oczekiwało skutecznej recepty na ciężką sytuację gospodarczą kraju. Nie brakuje też jego zwolenników i optymistów. Niektórzy twierdzą, że obecnie daje się już odczuć swego rodzaju odwilż i że najgorsze za nimi. Z kolei ludzie biznesu popierali republikańskiego kandydata na prezydenta Mitta Romneya. Widzieli w nim nadzieję na zmianę. Prezydenta, który przywróci „dawną” Amerykę, silną i pewną siebie, a także zatrze nieco socjalistyczny akcent w kraju. Podkreślają jego doświadczenie w biznesie, które miało pomóc w uzdrowieniu sytuacji gospodarczej. Hasła wyborcze Romneya przypominały w pewnym stopniu kampanię z 1992 roku, kiedy to Bill Clinton pokonał swojego rywala Georga H. W. Busha hasłem ‘It’s the Economy Stupid’ („Ekonomia, głupcze”). Dokuczliwa recesja powoduje, że społeczeństwo chce prezydenta, który wie jak poradzić sobie z aktualnymi problemami gospodarczymi kraju i ma na nie receptę. Sukcesy Romneya w biznesie grały zarówno na jego korzyść, jak i niekorzyść w kampanii prezydenckiej. Plus, ponieważ z własnego do-

10

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

świadczenia wie jak działa cała machina ekonomiczna i menadżerska przedsiębiorstwa, a tym samym kraju, co pomoże uleczyć obecny kryzys i wykreować nowe miejsca pracy. Minus, ponieważ „bogacz” nie może zrozumieć rzeczywistości oraz potrzeb i obaw zwykłych ludzi. A odkreślanie przez Romneya podczas kampanii posiadanego majątku i stosunku do najbiedniejszych rodziło dodatkowy niesmak, tym bardziej że mamy do czynienia z dobą kryzysu (słynne „nie martwię się o najbiedniejszych”, „żona ma kilka cadillaców”). Pierwsze ważne starcie kandydatów obu partii tradycyjnie odbyło się podczas pierwszej debaty prezydenckiej, która zawsze cieszy się oglądalnością. Jest to chyba najważniejsze wydarzenie kamdużą oglą prezydenckiej, ponieważ można wówczas na żywo zobaczyć panii prez porównać obu kandydatów na raz. Ocena dotyczy nie tylko treści i porówna merytorycznych wypowiadanych przez kandydatów, lecz także treści merytoryc niewerbalnych. Podczas pierwszej debaty nie było śladu po Obamie poniewerbaln rywającym tłumy, niosącym nadzieję i niesłychany entuzjazm. Obama wydawał się być nieco zdziwiony tym, że musi cokolwiek tłumaczyć. Romney z kolei punkt po punkcie wymieniał aktualne problemy, a zaraz po nich propozycje rozwiązań. Po pierwszej debacie wydawało się, że Obama nie ma dużych szans na wygraną…

Huragan a przebieg kampanii Pojawienie się huraganu Sandy tydzień przed wyborami zmieniło nieco oblicze kampanii. Oczywistym jest, że w sytuacji katastrofy naturalnej priorytetem staje się ratowanie życia, zabezpieczenie rodziny i majątku. Śledzenie kampanii, czy nawet myślenie o wyborach schodzi na drugi plan. Ciężko powiedzieć, któremu kandydatowi pojawienie się huraganu, szczególnie dotkliwego dla miast na wschodnim wybrzeżu, przyniosło korzyść. Na pewno jest to egzamin ze skuteczności i umiejętności radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych dla urzędującego prezydenta, który podlega w tym czasie szczególnej ocenie. To także możliwość zademonstrowania społeczeństwu umiejętności przywódczych. Obaj kandydaci musieli na czas huraganu zrezygnować z prowadzenia kampanii i odwołać zaplanowane spotkania i konwencje. Także stosowanie ostrej retoryki i wzajemnej rywalizacji, charakterystycznej dla kampanii, mogłoby być niestosowne w sytuacji kryzysowej i zaszkodzić zarówno Obamie, jak i Romneyowi. Obydwaj podkreślali, że


T E M AT N U M E R U

nie ma Demokratów czy Republikanów – są Amerykanie, wszyscy razem zjednoczeni w obliczu tragedii. Mam wrażenie, że sytuacja wywołana huraganem została nieco „nadmuchana” przez media. Oczywiście nie należy umniejszać zagrożeń i katastrofalnych skutków wywołanych żywiołem, którymi zostali dotknięci szczególnie mieszkańcy wybrzeża. Jednak budowanie nastroju katastrofy, poprzez zamieszczanie w mediach zdjęć i filmów uginających się drzew i zalanych ulic niepotrzebnie podnosiło napięcie i budzilo poczucie, że bez obecnej administracji społeczeństwo nie jest w stanie sobie poradzić.

W sytuacji kryzysu gospodarczego, społeczeństwo obawia się radykalnych zmian. Ma świadomość, że zmiany są potrzebne, ale ich propozycja niekoniecznie musi oznaczać zmiany na lepsze.

Obama, którego znamy Pomimo iż, wiele regionów jeszcze nie uporało się ze skutkami huraganu, frekwencja nie zmalałą. Większość Amerykanów uczestniczenie w głosowaniu traktuje jako ważny obywatelski obowiązek. Frekwencja wyborcza była miażdżąco wysoka wśród Afroamerykanów i Latynosów, popierających Demokratów. Ci ostatni stanowili aż 75% wśród popierających Obamę. 6 listopada Ameryka wybrała Baracka Obamę na kolejną kadencję prezydencką. Dlaczego Obama wygrał, pomimo dużej niepopularności i rozczarowania społeczeństwa jego prezydenturą? Odpowiedzi może być kilka. Po pierwsze. Brak silnego przeciwnika. Wiele osób głosujących na Obamę twierdziło, że nie głosowali na niego dlatego, że go popierają, ale dlatego, że nie popierają Romneya. Zadziałała zatem zasada wybieramy mniejsze zło. Mitt Romney nie był najlepszym kandydatem Republikanów, jakiego mogli wyznaczyć. Nie zjednał sobie społeczeństwa, w oczach którego widniał jako bogacz w dobie kryzysu, nieliczący się z klasą średnią. Dlatego też mocniejszego akcentu nabrały słynne słowa republikańskiego senatora Marka Hanna, który pod koniec XIX wieku powiedział: „Dwie rzeczy są ważne w polityce. Pierwszą rzeczą są pieniądze, a drugiej nie pamiętam”. Przeciwnicy Romneya podkreślają jego arogancki sposób bycia i brak charyzmy, co utrudniło mu nawiązanie pozytywnej nici porozumienia z imigrantami, kobietami i młodymi wyborcami. Podczas kampanii popełnił kilka niewybaczalnych alnych błędów, jak ten z podatkami. Stwierdził, że 47% obywateli nie płaci aci podatku dochodowego i są to „ludzie zależni od państwa, którzy mają ają mentalność ofiar i wierzą, że rząd ma się nimi opiekować”. Biorąc pod uwagę, jak kwestia podatków jest dla Amerykanów ważna, była to bardzo niefortunna wypowiedź. Również strategicznie kampania wyborcza Repub R blikanów nie była właściwie dopasowana do realiów współczesnych mediów masowych. Obecność Romneya w sieci była zdecydowanie mniej zauważalna niż Obamy. Po drugie. W sytuacji kryzysu gospodarczego, społeczeństwo obawia się radykalnych zmian. Ma świadomość, że zmiany są potrzebne, ale ich propozycja niekoniecznie musi oznaczać zmiany na lepsze. Zazwyczaj ich wprowadzenie wiąże się z tzw. okresem przejściowym, zanim zostaną zanotowane ich pozytywne efekty. Obama, to prezydent, który jest już znany i wiadomo czego można się po nim spodziewać. Zadziałała zasada, bezpieczniej ze znajomym, niekoniecznie najlepszym, niż nieznajomym, po którym nie wiadomo czego się spodziewać. Po trzecie. Danie drugiej szansy. Obamie udało się przekonać społeczeństwo, że jego recepta na poprawę kryzysu jeszcze nie zaczęła działać. Zaraz po tym, jak już było wiadomo, że Obama odniósł zwycięstwo, zapytałam pewnego Amerykanina, co o tym myśli. Na moje pytanie, jak to się stało, że pomimo niepokojącej sytuacji ekonomicznej w kraju, punktowanych błędów dotychczasowego prezydenta, podkreślania jego nieskuteczności udało mu się wygrać kolejną kadencję, odpowiada: Wiesz, mój ojciec zawsze mówił, że ołówki są z gumką nie bez przyczyny. Jak zrobisz błąd, pomylisz się, możesz go zetrzeć i spróbować jeszcze raz. Chyba podobnie jest z ponownym wyborem Obamy. Jego błędy, słabości zostały podczas kampanii nieco zatarte. Daliśmy mu drugą szansę, żeby spróbował jeszcze raz naprawić nasz kraj.

Prezydent Barack Obama dostał drugą szansę. Czy ją wykorzysta? Jakie będą kolejne cztery lata? Kto na tym najbardziej skorzysta, a kto straci? Przyszłość da nam odpowiedź na te pytania. Z kolei porażka Partii Republikańskiej, już druga z kolei, świadczy o pewnym kryzysie amerykańskiej prawicy i konieczności zmian. Wyraźnie widać, że bez poparcia coraz liczniejszej grupy Latynosów, wygrana w starciu o fotel prezydenta może okazać się trudna. Retoryka Republikanów dotycząca kwestii imigracyjnych i twarde stanowisko w sprawie przepisów deportacyjnych skutecznie odsuwa od siebie poparcie tej licznej grupy osób uprawnionych do głosowania. Republikanie w kampanii prezydenckiej odbiegali dalece od rzeczywistości. Zabrakło konkretnego programu, alternatywy dla obecnej sytuacji, a opisywane w radykalny sposób, typowy dla Republikanów, problemy społeczno-gospodarcze nie spotkały się ze zrozumieniem. Można powiedzieć, że amerykańska prawica okazała się nieskuteczna, a ich wizerunek został nadszarpnięty poprzez wąski sposób myślenia, polegający na skoncentrowaniu się wyłącznie na jednej grupie obywateli z pominięciem potrzeb całego, bardzo zróżnicowanego społeczeństwa.

Po wyborach prezydenckich na wewnętrznej scenie politycznej wzrasta świadomość konieczności dwupartyjnej współpracy i zarzucenia podziałów uniemożliwiających dojście do kompromisu. Czego miałby dotyczyć? Przede wszystkim niebezpiecznej podwyżki podatków i przymusowych cięć wydatków budżetowych. Brak politycznego kompromisu w Kongresie w ciągu ostatnich lat w dużej mierze uniemożliwiał przeprowadzenie ważnych reform. Zatem przed Obamą stoi obecnie główne wyzwanie wypracowania porozumienia z Republikanami, którzy przez ostatnie cztery lata przyjęli strategię braku współpracy. A przełamanie wielkiego kryzysu fiskalnego, stanowiącego chyba najważniejszy i palący wewnętrzny problem Ameryki, który odbija się echem na całym świecie, będzie wymagało wysiłku, zarówno ze strony Demokratów, jak i Republikanów.

Joanna Górska Autorka jest korespondentką Magazynu Stosunki Międzynarodowe w Stanach Zjednoczonych

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

11


T E M AT N U M E R U

Debata nad

Wielkim Rządem „Punkt widzenia prezydenta jest bardzo podobny do tego sprzed czterech lat, mianowicie, że większy rząd, wyższe wydatki, wyższe podatki, więcej regulacji (…) zapewnią nam sukces. Ale to nie jest dobre rozwiązanie dla Ameryki”. Tak Mitt Romney już w pierwszych słowach pierwszej prezydenckiej debaty zarysował główną różnicę w poglądach politycznych swoich i Baracka Obamy.

K

westia roli rządu, wad i – rzadziej – zalet „Wielkiego Rządu” („Big Government”), ogniskowała wokół siebie nie tylko telewizyjne, ale w ogóle większość debat w ramach tegorocznej amerykańskiej kampanii prezydenckiej. W skrócie chodzi o to, kto lepiej – oszczędniej, sprawniej i skuteczniej – potrafi wydawać pieniądze: federalny rząd w Waszyngtonie, czy raczej organy stanowe, rządy lokalne i – wreszcie – sami Amerykanie. Poglądy na rolę rządu są przy tym w Stanach Zjednoczonych silnie uwarunkowane specyfiką ich sytemu politycznego oraz głęboko zakorzenioną niechęcią do narzucanych odgórnie rozwiązań. Zmieniające się realia – polityczne, gospodarcze i społeczne – sprawiają jednak, że tradycyjne rozwiązania przestają wystarczać. Dlatego, co we współczesnych demokracjach zdarza się raczej rzadko, wybór 6 listopada może rzeczywiście zmienić kurs amerykańskiej polityki. I jeśli, na przykład,

12

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

w kwestiach polityki zagranicznej poglądy obu kandydatów są do siebie tak zbliżone, że w czasie trzeciej debaty Romney praktycznie powtarzał propozycje rywala (wzbudzając tym jego wyraźną irytację), to temat roli rządu rzeczywiście mógł poróżnić polityków. Być może dzięki temu pierwsza prezydencka debata była najciekawsza ze wszystkich i rozwiała senną nieco atmosferę oczekiwania na niemal pewne zwycięstwo Obamy, stawiając wynik wyborów pod poważnym znakiem zapytania.

Oddolny American Dream

Piszę ten artykuł w czytelni Allen Library na University of Washington w Seattle. Jest to właściwie ogromne skrzydło dobudowane do głównego gmachu biblioteki, niemalże tej samej wielkości. Nosi imię Kennetha S. Allena, jednego z dawnych dyrektorów University of Washington Libraries. Syn Kennetha Allena to nie kto inny, niż Paul Allen, współzałożyciel Microsoftu. Przekazał on bibliotece dziesięć milionów dolarów, z których osiem zamieniono w specjalny fundusz, finansujący zbiory biblioteczne. Na nazwisko założycieli Microsoftu studenci UW natykają się zresztą wszędzie. W Mary Gates Hall – nazwanym po matce Billa Gatesa – znanej filantropce – mieści się centrum edukacyjne studiów licencjackich, w William H. Gates Hall, noszącym imię ojca Billa, znajduje się tutejszy wydział prawa, a patronem mieszczącego się w imponującym budynku Centrum Nauk Informatycznych i Inżynierii jest sam Paul G. Allen. Kwoty przekazane tutejszemu uniwersytetowi przez rodzinne fundacje Allena oraz Gatesów liczą się w dziesiątkach milionów dolarów. To oczywiście przykład z najwyższej półki, ale bardzo znaczący. Tak właśnie wygląda w praktyce realizacja klasycznej zasady sformułowanej przez Abrahama Lincolna, w myśl której rząd powinien zajmować się tylko tym, co jest konieczne dla danej społeczności, a czego dana społeczność nie może zrobić sama bądź czego sama nie potrafi zrobić lepiej niż rząd. Charakterystyczne dla tutejszego życia społecznego jest niemal wszechobecne zaangażowanie w działalność różnego rodzaju funduszy, stowarzyszeń itp., wspierających najrozmaitsze inicjatywy. W sytuacji, w której nad Wisłą pisze się wniosek unijny lub błaga o pomoc ministra, w Stanach Zjednoczonych zakłada się organizację non-profit. Trudno właściwie rozstrzygnąć, czy faktycznie sami mieszkańcy sprawniej od rządu potrafią zatroszczyć się o rozwój własnej społeczności, chodzi tu jednak o kwestię mentalności: inicjatywa raczej wychodzi w USA od dołu i oczekiwanie, że to rząd zajmie się wszystkimi bolączkami życia codziennego, jest o wiele mniej rozpowszechnione niż w Europie.


T E M AT N U M E R U

Podobnie zresztą wygląda w USA kwestia współzależności rządów lokalnych i centralnego. Dziesiąta poprawka do amerykańskiej konstytucji głosi, że uprawnienia niedelegowane rządowi Stanów Zjednoczonych bądź niewyłączone z prerogatyw stanów, automatycznie przechodzą w gestię poszczególnych stanów lub narodu. W praktyce oddaje to lokalną inicjatywę w ręce miejscowych władz, do których organów zalicza się nie tylko rządy stanowe oraz samorządy okręgów czy miast, lecz także ciała zarządzające tzw. dystryktami specjalnymi. Zadaniem tych ostatnich jest dostarczanie mieszkańcom takich usług, jak edukacja na różnych poziomach, transport czy kanalizacja. Bywają one czasem niezależne od miejscowych władz, a prawie zawsze zarządza nimi wybieralna rada. Wszystkie razem tworzą skomplikowaną sieć lokalnych rządów o nakładających się często kompetencjach, których w 2007 roku w całych Stanach naliczono aż 89476. Ciągle jednak inicjatywa idzie tu od dołu do góry – czego dowodzi chociażby opór, z jakim spotykają się inicjatywy łączenia poszczególnych jednostek w większe, sprawniejsze w zamierzeniu, ale mniej zależne od członków danej społeczności – a usługi zleca się raczej prywatnym przedsiębiorstwom niż spółkom bezpośrednio zarządzanym przez samorządy. Do tego właśnie nastawienia nawiązuje wizja minimalnego państwa, forsowana przez Romneya. Słynne „47% narodu” byłego gubernatora Massachusetts, czyli ci Amerykanie, którzy są zależni od rządu federalnego, uważają się za ofiary i bezwarunkowo popierają Obamę, niezdolni do tego, by „wziąć za siebie osobistą odpowiedzialność i zatroszczyć się o własne życie”, byłoby więc czymś z gruntu nieamerykańskim, i skupienie się na tej części elektoratu mogłoby jedynie utrudniać postawienie krajowej gospodarki na nogi. w czasie debaty Romney wielokrotnie podkreślał konieczność likwidacji rządowych, „federalnych” programów i – jak tłumaczył w odniesieniu do projektów edukacyjnych – „zwrócenie tych dolarów stanom i pracownikom, żeby sami mogli wytoczyć sobie ścieżki ku szkoleniom, które przydadzą się im w pracy, które są im naprawdę potrzebne”. Recepta Romneya na przezwyciężenie kryzysu jest więc tak prosta jak ta, która według niego powinna pozwolić zwalczyć deficyt budżetowy: „napędzić gospodarkę, ponieważ jeśli, dzięki rozpędzonej gospodarce, ludzie pracują, to płacą podatki, co załatwia nam sprawę”. Zdławienie bezrobocia zdaniem Romneya może rozwiązać wszystkie problemy Ameryki: gdy ludzie mają pracę, a więc i pieniądze, sami zajmują się kwestiami takimi jak ubezpieczenia zdrowotne, edukacja czy przestępczość.

Więcej Europy w Ameryce Jak natomiast podchodzi do tego zagadnienia Obama? Sporo różnic można odnaleźć w szczegółowych rozwiązaniach proponowanych przez niego w ramach konkretnych programów i projektów. W kwestii ubezpieczeń zdrowotnych prezydent podkreślał, na przykład, problematyczność obowiązywania sztywnych rynkowych zasad, które powodują wykluczenie pacjentów bardziej narażonych na ryzyko. Co istotne, jego uwagi były w tym momencie mocno zakorzenione w praktyce, często odbiegającej od ideowych założeń, do których tak bardzo przywiązany jest Romney. Najistotniejsza różnica polega jednak na tym, że według Obamy rola rządu nie sprowadza się wyłącznie do zapewnienia krajowi bezpieczeństwa i – używając jego słów – „ram, dzięki którym Amerykanie mogą odnieść sukces”. Podkreślając, że „geniusz Ameryki wynika z wolnego systemu przedsiębiorczości, swobody oraz tego, że ludzie mogą tutaj uruchomić biznes, rozwijać idee i podejmować własne decyzje”, prezydent nawiązał do cytowanej wyżej reguły Lincolna, a właściwie do jej fragmentu dotyczącego możliwości „zrobienia czegoś lepiej”. Charakterystyczne jednak jest to, że realizowane czy zapowiadane przez Obamę programy stanowią raczej system zachęt niż narzucanych z góry rozwiązań. „Powiedzieliśmy stanom” – opisywał prezydent swoją strategię reformy edukacji – „że damy wam pieniądze, jeśli rozpocz-

z pomocy rządowej – od ulg podatkowych na opiekę nad dziećmi po subsydiowaną przez rząd wodę pitną. Stany Zjednoczone wykonały ogromny skok od 1912 roku, kiedy budżet całego kraju zamykał się w kwocie miliarda dolarów, do czasów obecnych, gdy jego wydatki rozdęły się do olbrzymiej sumy 3,8 biliona dolarów. Grunwald opisuje szczegółowo strukturę rządowych dotacji, przeważnie przyjmujących postać różnego rodzaju zachęt – ulg podatkowych, częściowych dofinansowań itp. – a zatem raczej odwołujących się do charakterystycznego dla Ameryki modelu opartego na prywatnej inicjatywie niż europejskiego systemu nakazowego. W konsekwencji jednak przeciętnemu Amerykaninowi o wiele trudniej dostrzec w codziennym życiu działania rządu. Tymczasem szczegółowe wyliczenia Grunwalda prowadzą do zdumiewającej konkluzji, że nie tylko 47% procent „wyborców Obamy”, jak nazwał ich Romney, jest silnie uzależniona od pomocy rządowej, ale właściwie wszyscy Amerykanie. Trudno więc oczekiwać, by tutejszy „Wielki Rząd” zniknął z dnia na dzień. Jako demokrata i kolejny prezydent Barack Obama doskonale zdaje sobie z tego sprawę, dlatego – w każdym razie w trakcie pierwszej debaty – nieco zdawkowo podkreślając swoje przywiązanie do ideałów, szybko przechodził do konkretnych propozycji i rozwiązań. Niestety, grzązł przy tym w technicznych szczegółach, swoim zwyczajem zamieniając się, jak podkreślali komentatorzy, w nudnego „profesora”. Tymczasem Romney, odwołując się do republikańskiej wizji

Dziesiąta poprawka do amerykańskiej konstytucji głosi, że uprawnienia niedelegowane rządowi Stanów Zjednoczonych, bądź niewyłączone z prerogatyw stanów, automatycznie przechodzą w gestię poszczególnych stanów lub narodu. niecie reformy. W konsekwencji w czterdziestu sześciu stanach rzeczywiście udało się coś zmienić”. Tak czy inaczej, inicjatywa leży w tym wypadku po stronie federalnego rządu, który proponuje strategię – idee, rozwiązania, reformy – przekonując następnie stany oraz samych Amerykanów do jej zastosowania. W samym środku kampanii wyborczej Michael Grunwald, publicysta „Time”, wziął pod lupę gafę Romneya dotyczącą 47% Amerykanów i, analizując godzina po godzinie własny dzień pracy, wykazał, do jakiego stopnia każdy z mieszkańców USA korzysta

powrotu do pionierskich źródeł, znakomicie wpisał się w mentalność wyborców, co ogromnie zwiększyło jego szanse na zwycięstwo w wyścigu. Niestety, poza pobożnym życzeniem radykalnego ograniczenia federalnych inicjatyw, nie podał prawie żadnych szczegółów własnej wizji działalności rządu. Brak konkretów nie zaszkodził mu w czasie debaty, którą wygrał w cuglach. Strategia się opłaciła, choć pytanie o przyszłość Ameryki pod ewentualnymi rządami Mitta Romneya pozostanie bez odpowiedzi. Jacek Mikołajczyk

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

13


T E M AT N U M E R U

Spośród pozaeuropejskich wyborów prezydenckich żadne nie wzbudzają w Europie tak dużych emocji i tyle zainteresowania, co amerykańskie. Dominująca pozycja USA na międzynarodowej arenie politycznej powoduje, że prezydent Stanów Zjednoczonych ma wpływ na kierunek polityki globalnej, której podlegamy wszyscy. Ze względu na swoją złożoność amerykański system wyłaniania prezydenta bywa jednak mało zrozumiały w Europie.

System wyborczy

w Stanach Zjednoczonych w świetle wyborów prezydenckich Podstawy systemu politycznego USA

System wyborczy

Najwyższym aktem prawnym, w oparciu o który opiera się system polityczny republiki związkowej o systemie prezydenckim jaką są Stany Zjednoczone, jest uchwalona w 1787 roku konstytucja wraz z późniejszymi dwudziestoma siedmioma poprawkami. Znajdują w niej odbicie dwie główne zasady polityczno-ustrojowe: federalizm i trójpodział władzy. Pierwsza z nich zakłada, że stany są suwerennymi jednostkami politycznymi (państwami) i rozdziela kompetencje pomiędzy władze stanowe a nadrzędne władze federalne. Druga, w celu klarowności systemu i niezawisłości władzy rozdziela ją na ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą ustanawiając jednocześnie tak zwany system hamulców i równowagi pomiędzy nimi tak, by nie wchodziły sobie w kompetencje, a jednocześnie dysponowały pewnymi środkami wzajemnej kontroli i powściągania, co dokonuje się głównie przez częściowe nakładanie się kompetencji i uprawnienia kontrolne. Konstytucja USA, w drugim artykule oraz dwunastej, dwudziestej drugiej i dwudziestej trzeciej poprawce, określa także tryb wybierania oraz kompetencje prezydenta. Zgodnie z nią bierne prawo wyborcze przysługuje obywatelom amerykańskim urodzonym na terenie Stanów Zjednoczonych, którzy ukończyli 35 rok życia, nie byli karani i od minimum czternastu lat zamieszkują na stałe w USA. Co oznacza, że Konstytucja wyklucza naturalizowanych obywateli z możliwości ubiegania się o prezydenturę. Wszystkim obywatelom, bez względu na sposób nabycia obywatelstwa, przysługuje natomiast czynne prawo wyborcze o ile ukończyli osiemnasty rok życia i zarejestrowali się jako wyborcy. Wybrany na cztery lata, z możliwością jednej reelekcji, prezydent pełni jednocześnie funkcję głowy państwa, szefa rządu i zwierzchnika sił zbrojnych.

W USA, gdzie ukształtował się system dwóch partii dominujących, funkcjonuje pośredni większościowy system wyborczy. To oznacza, że wyborcy nie wybierają sami bezpośrednio kandydata na prezydenta ale głosują na elektorów, którzy dopiero w ich imieniu głosują na kandydata na prezydenta. Generalnie walka na scenie politycznej o prezydenturę toczy się między dwiema dominującymi partiami: konserwatywną Partią Republikańskią (symbol słonia) i liberalną Partią Demokratyczną (symbol osła). Nie zrzeszają one stałych członków bowiem mają charakter wyborczy i członkiem jest każdy wyborca lub sympatyk danej partii. Stąd, często partie te są nazywane partiami usługowymi lub maszynami wyborczymi. Ich głównym zadaniem bowiem jest organizacja i wygranie wyborów. We wszystkich wyborach, w tym prezydenckich, ustalone są jednomandatowe okręgi wyborcze. Zwycięża ten kto uzyska największą liczbę głosów w myśl zasady „zwycięzca bierze wszystko”. Dlatego przed wyborami prezydenckimi każda z partii zawiązuje pewnego rodzaju koalicję w skład której wchodzą nawet dość odległe siły. Wybory prezydenckie w USA są bardzo czasochłonne. Wymagają bowiem trzykrotnej aktywności wyborców: rejestracji, udziału w prawyborach i wyborach powszechnych. Można wyróżnić dwa główne etapy wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych:

14

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

Wewnętrzny – nominacje kandydatów przez partie polityczne W pierwszej fazie tego etapu kampanii wyborczej dokonuje się zgłoszenia kandydatów zgodnie z regulacją prawną poszczególnych stanów. Z reguły zgłoszenia może dokonać grupa wyborców, kierownictwo partyjnego szczebla lub sam


T E M AT N U M E R U

kandydujący. Prezydent urzędujący pierwszą kadencję jest naturalnym kandydatem swojej partii w nadchodzących wyborach. W przypadku drugiej kadencji, jego poparcie dla konkretnego kandydata ubiegającego się o nominację danej partii jest istotne ale nie wyklucza innych kandydatów. Tymczasem, po stronie partii konkurującej rozpoczyna się wyścig kilku lub kilkunastu osób zainteresowanych uzyskaniem nominacji na kandydata na prezydenta ze strony swojej partii. Publiczne zadeklarowanie gotowości ubiegania się o taką nominację, co z reguły ma miejsce na początku kalendarzowego roku, w którym mają odbyć się wybory, stanowi pierwszy krok w tak zwanych prawyborach, które choć nieobowiązkowe odbywają się z reguły w pierwszej połowie roku wyborczego w większości (ok.40) okręgów wyborczych, czyli stanach. Funkcję prawyborów w innych stanach pełnią zamknięte zebrania ścisłego kierownictwa danej partii. Kluczowym momentem prawyborów jest rejestracja uprawnionych wyborców obowiązująca w zdecydowanej większości stanów. Wówczas mamy do czynienia z „zamkniętymi” prawyborami. Jeśli w stanie nie występuje taki obowiązek wtedy prawybory mają charakter „otwarty”. Prawybory są pewnego rodzaju testem siły przebicia potencjalnego kandydata na arenie politycznej w późniejszej walce o fotel prezydencki. Stąd kandydaci do nominacji decydują się na nie w stanach, gdzie mogą liczyć na sukces. Z reguły podczas prawyborów dokonuje się również wyboru delegatów na ogólnokrajową konwencję partii, którzy jednak tylko moralnie a nie prawnie zobowiązani do głosowania na kandydatów, którzy wygrali prawybory w ich stanach. Praktyka pokazuje, że zazwyczaj głosują jednak w ten sposób do pierwszego głosowania nominacyjnego. Nie jest to jednak już norma w przypadku problemów z wyłonieniem kandydata na prezydenta. Oficjalny wybór kandydata i przyznanie mu nominacji z ramienia danej partii w wyborach powszechnych na stanowisko prezydenta USA, zapada ostatecznie latem podczas konwencji krajowej każdej z partii, w której bierze udział zwyczajowo ponad 2 tysiące osób. W tegorocznych wyborach prezydenckich taka konwencja miała miejsce w przypadku Demokratów we wrześniu w Charllote w Północnej Karolinie, a w przypadku Republikanów w sierpniu w Tampie na Florydzie. Głosowanie i ewentualne pertraktacje toczą się do momentu uzyskania przeważającego poparcia uczestników konwencji. Od lat siedemdziesiątych XX wieku z reguły już przed konwencją znani są kandydaci, którzy mogą uzyskać nominację swoich partii na kandydata na prezydenta. W związku z czym konwencja ma bardziej ceremonialny charakter zatwierdzając wynik prawyborów, który nie jest jednak gwarantem nominacji partyjnej. Wyłoniony kandydat danej partii na prezydenta dobiera sobie

kandydata na wiceprezydenta, którego nominacja jest również ogłaszana podczas konwencji krajowej. W jej trakcie zatwierdzony jest również oficjalny program wyborczy, tak zwana platforma wyborcza. Wydarzenia polityczne, takie jak konwencje krajowe, stanowiące początek kampanii w wyborach powszechnych, dzięki medialnej atrakcyjności są szansą na promowanie nominowanych kandydatów na prezydenta i skonfrontowanie programów wyborczych obu rywali.

Zewnętrzny – wybory powszechne Walka wyborcza pomiędzy dwoma wyłonionymi w trakcie konwencji krajowych obu partii kandydatami na urząd prezydenta USA toczy się pomiędzy amerykańskim Dniem Pracy, czyli od pierwszego poniedziałku września, a pierwszym wtorkiem listopada przypadającym po pierwszym poniedziałku listopada (w 2012 r. 6 listopada). Tego dnia odbywa się głosowanie powszechne, w którym wybiera się tak zwane kolegium elektorskie decydujące później w imieniu wyborców o wyborze prezydenta. W większości przypadków na kartach do głosowania, które otrzymują wyborcy, nie figurują nawet nazwiska elektorów ale nazwiska kandydata na prezydenta i wiceprezydenta, na których elektor odda głos. Elektorzy zobligowani są tylko moralnie do głosowania na zwycięskiego kandydata w swoim stanie. Każdemu stanowi przysługuje tyle miejsc elektorskich ile ma łącznie przedstawicieli w Senacie (2 na stan) i Izbie Reprezentantów (w zależności od populacji stanu). Głosy elektorskie (w liczbie 3) przysługują również Dystryktowi Columbia, choć nie jest on stanem. W sumie kolegium elektorskie składa się z 538 elektorów. Nigdy jednak nie zbierają się oni razem tworząc ogólnokrajowe kolegium. Wybrani elektorzy zbierają się natomiast w stolicach swoich stanów na początku grudnia (w 2012 r. 17 grudnia) by oddać głosy na zwycięskiego kandydata w ich stanie. Każdemu elektorowi przysługuje po jednym głosie na prezydenta i wice-prezydenta, na których oddają głosy na osobnych kartach do głosowania. By uzyskać prezydenturę trzeba zebrać ponad połowę głosów elektorskich czyli 270. Liczba ta jest aktualizowana według Spisu Powszechnego co 10 lat stosownie do liczby populacji obywateli USA. O podziale mandatów elektorskich między konkurujące partie polityczne decyduje ponownie zasada „zwycięzca bierze wszystko”, co oznacza, że partia której kandydat uzyskał więcej głosów w danym stanie przejmuje wszystkie mandaty elektorskie tego stanu. Wyjątkiem są tylko stany Maine i Nebraska, gdzie w ten sposób rozdzielane są tylko 2 z przysługujących głosów elektorskich. W związku z tym możliwa jest sytuacja, że kandydat który uzyska więcej głosów ogółu wyborców w całym kraju nie uzyska większości w kolegium elektorskim. W takiej sytuacji był między innymi w 2000 roku Al Gore przegrywający ostatecznie z Georgem W. Bushem. Możliwa jest też sytuacja, że żaden z kandydatów nie osiągnie wymaganej większości w kolegium elektorskim i wówczas wyboru prezydenta dokonuje Izba Reprezentantów, co miało już miejsce w 1800 i 1824 roku. Wówczas wyłania się prezydenta z spośród 3 kandydatów, którzy uzyskali największą ilość głosów elektorskich. Jeżeli i to się nie powiedzie, wtedy obowiązki prezydenta zostają powierzone wybranemu przez elektorów wiceprezydentowi. Jeżeli taki nie został wyłoniony to jego wyboru spośród 2 kandydatów o największej ilości głosów elektorskich dokonuje Senat. Głosy oddane przez elektorów są przesyłane następnie do Kongresu, gdzie na początku stycznia (w 2013 r. 6 stycznia) na wspólnym posiedzeniu obu izb Kongresu są przeliczane i ogłaszany jest oficjalny wynik wyborów, znany już tak naprawdę od początku listopada po podliczeniu głosów oddanych w głosowaniu powszechnym. Zgodnie z dwudziestą poprawką do Konstytucji USA kadencja prezydenta i wiceprezydenta upływa w południe 20 stycznia. W tym samym dniu odbywa się zaprzysiężenie prezydenta elekta. dr Marta Dębska

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

15


UKRAINA PO WYBORACH

Integracja, ale z kim… Wiele przedwyborczych prognoz na Ukrainie, jak również prasa zagraniczna, na zwycięzcę parlamentarnych wyborów typowały partie opozycyjne. Pod przywództwem ugrupowania byłej premier Julii Tymoszenko, na okoliczność tegorocznej walki politycznej, część z nich zawiązała porozumienie Zjednoczona Opozycja Batkiwszczyna (Ojczyzna). Miała to być recepta na przejęcie władzy, jeżeli nie samodzielnie, to w porozumieniu z innym siłami politycznymi. Tak się jednak nie stało.

W

edług ostatecznych danych Centralnej Komisji Wyborczej, Zjednoczona Opozycja uzyskała 25,54 proc. głosów poparcia, plasując się tym samym na drugiej pozycji. Na pierwszym miejscu po raz kolejny znalazła się rządząca Partia Regionów z 30 proc. poparciem. W pełni przewidzianym przez sondaże okazał wynik partii Udar, cieszącej się zaufaniem 13,96 proc. wyborców, która zdobyła trzecie miejsce. Zaskoczeniem natomiast była czwarta pozycja – Komunistyczna Partia, zamiast prognozowanych 9 proc. uzyskała, 13,18 proc. Piątą siłą polityczną, która weszła do parlamentu, jest partia Swoboda z wynikiem 10,44 proc. Należy pamiętać, że tegoroczne wybory na Ukrainie odbywały się według nowej ordynacji wyborczej. W 2011 roku parlament podniósł prób wyborczy z 3 do 5 proc., przyjął także system mieszany, w myśl którego połowa deputowanych wybierana była z list partyjnych w systemie proporcjonalnym, a pozostałe 50 proc. – w okręgach jednomandatowych. Powyższe wyniki dotyczą głosowania proporcjonalnego. W okręgach jednomandatowych sytuacja wygląda podobnie. Partia Regionów zdobyła 113 miejsc, Zjednoczona Opozycja – 39, Udar – 6. Na inne partie przypadło siedem miejsc. Ponadto 43 miejsca w parlamencie zdobyli kandydaci niezależni, w rzeczywistości protegowani Partii Regionów.

16

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

Wybory nie całkiem zgodne ze standardami demokratycznymi Tegoroczne wybory nie były pozbawione problemów. W pięciu okręgach jednomandatowych komisje wyborcze z różnych powodów nie mogły dokończyć liczenia głosów, co wpłynęło na wydłużenie okresu podania wyników wyborów przez Centralną Komisję Wyborczą. Z tego też powodu na Ukrainę posypały się słowa krytyki ze strony wielu państwa zachodnich, które nie do końca zdawały sobie sprawę, w czym tkwi problem. Nie był to błąd systemowy, ani instytucjonalna niewydolność państwa. Główną przeszkodą stali się sami kandydaci do parlamentu, którzy, powołując się na demokrację, sami ją łamali, ingerując w prace komisji wyborczych. Nie zgadzając się ze swoją porażką, uniemożliwiali przeliczanie oddanych głosów, kładąc się na kartach do głosowania czy blokując lokale wyborcze. Dotyczy to zarówno przedstawicieli partii rządzącej, jak i opozycji. W konsekwencji, aby przekazać protokoły do Centralnej Komisji Wyborczej, sąd zobowiązał milicję do wkroczenia i przejęcia całej dokumentacji wyborczej siłą. Po zapoznaniu się z protokołami z pięciu problemowych lokali wyborczych, Centralna Komisja Wyborcza początkowa odmówiła podjęcia decyzji, powołując się na brak możliwości jednoznacznego ustalenia wyników. Do parlamentu został skierowany wniosek o rozpisanie powtórnych

wyborów w pięciu spornych okręgach. W konsekwencji jednak Centralna Komisja Wyborcza musiała podjąć decyzje, gdyż prawo wyborcze nie przewiduje niemożliwości ustalenia wyników głosowania, ani też przeprowadzenia powtórnych wyborów z tego powodu. Polskie i światowe media pisały o regresji demokracji na Ukrainie. Niepokój opinii międzynarodowej wzbudzało zamieszanie wokół liczeniem głosów, spowodowane faktycznie przez osoby fizyczne, a nie instytucje państwowe, jak również liczne przypadki nadużyć wyborczych zarówno podczas kampanii wyborczej, jak i w dniu wyborów. Ukraińskie media na bieżąco informowały o uchybieniach, które zarejestrowały chociażby kamery internetowe, zainstalowane w każdym lokalu wyborczym. Zdarzały się wypadki podrzucania kart do głosowania przez członków komisji wyborczych, niewpuszczenia dziennikarzy do lokali wyborczych czy też zniszczenia kart do głosowania. Były także przypadki przekupywania wyborców, które znalazły swoje zakończenie przed sądem. Prokurator Generalny potwierdził pięć przypadków, w których miało miejsce wręczanie łapówek na kwotę od 6 do 60 dolarów. Interesujący przypadkiem jest także stanowisko Kościoła podczas tegorocznych wyborów. W latach poprzednich apolityczność Cerkwi na Ukrainie, podobnie, jak w Polsce, była bardzo wątpliwa. Nie przyniosło to żadnych korzyści ani dla państwa, ani tym bardziej dla Cerkwi. Dlatego też w tym roku hierarchowie gorąco zachęcali do udziału w wyborach, nie angażując się po żadnej stronie, przynajmniej oficjalnie. Podczas gdy na Ukrainie Zachodniej agitacja przez Cerkiew grecko-katolicką była dość powszechna, Cerkiew prawosławna, działając głównie w centrum i na wschodzie kraju, wprowadziła zakaz udziału osób duchownych w agitacji przedwyborczej. Kilku księży, którzy ten zakaz złamali, zostali pozbawieni tytułów i przywilejów cerkiewnych.

Foto: Michał Sikorski

T E M AT N U M E R U


T E M AT N U M E R U

Stabilna polityka wewnętrzna, niepewna – zagraniczna Ukraińska scena polityczna wskutek wyborów istotnie się zmieniła. O ile Partia Regionów, dotychczasowe osiem partii opozycyjnych z tak zwanej Zjednoczonej Opozycji oraz komuniści są stałymi bywalcami parlamentu, ugrupowanie Witalija Kliczki Udar i Swoboda pod przewodnictwem Olega Tiahnyboka znajdą się w parlamencie po raz pierwszy. Taki pluralizm partyjny w Radzie Najwyższej nic dobrego nie wróży. Najbardziej trwałą i pożądaną koalicją w nowym składzie parlamentu będzie koalicja Partii Regionów i komunistów. Te dwie partię mają względnie podobny program gospodarczy i polityczny, który odzwierciedla oczekiwania ukraińskiego społeczeństwa. Stawiają także na gospodarkę i polityką socjalną państwa, mniej na ideologię. Trudno doszukiwać się podobnego pragmatyzmu wśród różnorodnej opozycji, w tym radykalne Swobody, która jest partią mocno ideową, ultraradykalną, promującą nacjonalizm, antysemityzm i rasizm. Przekroczenie progu wyborczego przez to ugrupowanie, z jednej strony, świadczy o radykalizacji nastrojów społecznych, z drugiej – jest zapowiedzią nowych problemów na ukraińskiej sceny politycznej. Nie mniej jednak ideologia i zapowiedz rewolucyjnych zmian przez opozycyjne ugrupowania najwyraźniej nie przekonały Ukraińców, dla których takim symbolem miała być „pomarańczowa rewolucja”, a która stała się największą porażką w najnowszej historii niepodległej Ukrainy. Dlatego też startująca w wyborach partia Wiktora Juszczenki Nasza Ukraina ledwo przekroczyła 1 proc. i od kilku lat konsekwentnie zmierza do unicestwienia. Wraz z przypieczętowaniem rządów Wiktora Janukowycza i Partii Regionów na kolejne lata, pod znakiem zapytania znalazła się dalsza integracja Ukrainy z Unią Europejską. Oczekiwania związane z przyjściem do władzy opozycji i uwolnieniem Julii Tymoszenko spełzły na niczym. Oznacza to ciąg dalszy impasu w stosunkach między Brukselą a Kijowem. Sprawa Tymoszenko jest obecnie na Ukrainie sprawą zamkniętą, co oznacza, że w tym zakresie nie będzie żadnych ustępstw. Tym bardziej, że borykająca się z problemami gospodarczymi Unia Europejska, z dnia na dzień traci na atrakcyjności. O tym niedawno mówił ambasador Ukrainy w Federacji Rosyjskiej

Tradycyjnie swoją misje obserwacyjną na wybory na Ukrainie wysłał Instytut Badań nad Stosunkami Międzynarodowymi, wydawca naszego miesięcznika. Skromniejsza niż w latach poprzednich misja była zorganizowana wraz z European Exchange z Berlina i Centrum Studiów Wschodnich z Litwy, w ramach Międzynarodowej Społecznej Misji Obserwacyjnej wyborów parlamentarnych na Ukrainie 28 października 2012. Cała misja działała na Ukrainie już od 17 września do 7 listopada. W jej ramach na Ukrainę został wysłany 15-osobowy międzynarodowy zespół ekspertów i obserwatorów długoterminowych oraz kilkudziesięciu obserwatorów krótkoterminowych. Z ramienia Instytutu Badań nad Stosunkami Międzynarodowymi wybory obserwowali Michał Sikorski i Sławomir Ciok, odwiedzając osiem obwodowych komisji wyborczych. Pozostali obserwatorzy zostali rozmieszczeni we Lwowie i Tarnopolu, Charkowie, Dniepropietrowsku, Odessie oraz w Kijowie. Przed dniem wyborów Misja przedstawiła dwa raporty cząstkowe z przebiegu kampanii wyborczej. Wstępny raport z obserwacji ogłoszony został tydzień po wyborach, a raport końcowy zostanie zaprezentowany publicznie 30 listopada 2012 roku w Warszawie, Berlinie i Wilnie.

Wołodymyr Jelczenko, podkreślając, że zmieniająca się Unia Europejska nie jest dla Ukrainy tak atrakcyjna, jak kiedyś. Dlatego też Kijów zamierza pogłębiać integrację gospodarczą z przestrzenią postsowiecką. Ukraina przystąpiła już do Strefy Wolnego Handlu Wspólnoty Niepodległych Państw. Nie wyklucza także w najbliższym czasie przyłączenia się do Unii Celnej Rosji, Białorusi i Kazachstanu. Oznacza to, że dotychczasowa polska strategia względem Ukrainy okazała się nieskuteczna, a europeizacja Ukrainy, prowadzona przez niektórych polskich posłów do Parlamentu Europejskiego – nieudolna i bardzo szkodliwą. Mówienie nad wyraz dobrze o Ukrainie jest tak samo szkodliwe, jak mówienie bezpodstawnie źle, gdyż w ten sposób tworzy się nową rzeczywistość, wyidealizowane państwo, którym Ukraina nie jest. W przeszłości bowiem popełniono już taki błąd podczas „pomarańczowej rewolucji”.

Foto: Michał Sikorski

Według Komitetu Wyborców Ukrainy, pozarządowej organizacji monitorującej przebieg wyborów, przypadki naruszenia prawa wyborczego nie były masowe i nie miały charakteru systemowego. Niemniej jednak plagą podczas kampanii wyborczej, jak i w dniu wyborów, było przekupywanie wyborców. Miały miejsce także włamania hackerskie na strony internetowe organizacji pozarządowych, jak i Centralnej Komisji Wyborczej. Oceniając te wybory, Komitet Wyborców Ukrainy uznał je za najgorsze w ciągu ostatnich ośmiu lat. Podobne krytyczne stanowisko wobec wyborów na Ukrainie zajęło Ministerstwo Spraw Zagranicznych Polski. Powołując się na misję OBWE, polski resort uznał, że odbyły się one nie całkiem zgodnie ze standardami demokratycznymi. Systemowymi niedociągnięciami miały być przypadki zastosowania środków nacisku aparatu administracyjnego, brak przejrzystości w finansowaniu partii politycznych oraz ograniczanie dostępu do mediów przedstawicieli opozycji i niezależnych kandydatów. W tej ostatniej kwestii warto zwrócić uwagę na strukturę mediów na Ukrainie. Nie są to media zmonopolizowane przez państwo, jak to było przed rokiem 1991. Obecnie media państwowe mają zaledwie 4 proc. udziału w przestrzeni informacyjnej. Pozostałe 96 proc. przypada na media prywatne, w tym kilkadziesiąt ogólnodostępnych programów telewizyjnych, cieszących się zdecydowanie większą popularnością od jedynego programu telewizji państwowej UT-1. Problemem natomiast pozostaje rzetelność dziennikarska i polityka redakcyjna. O ile przed „pomarańczową rewolucją” media były podporządkowane administracji prezydenta, obecnie jedynym wyznacznikiem informacji jest niestety zasobność portfela. Plagą i niebezpiecznym zjawiskiem jest dziennikarstwo na zamówienie. Dziennikarze w zamian za oficjalną opłatę i nieoficjalne korzyści finansowe piszą artykuły pod dyktando zamawiającego. Doszło do tego, że materiały na zamówienie faktycznie zdominowały wszystkie wydawnictwa drukowane i internetowe, w których brakuje miejsca na obiektywne i rzetelne materiały redakcyjne. Do takiego wniosku doszli eksperci ukraińskiego Instytutu Informacji Masowej i Klubu Prasowego Reform Rynkowych.

Podczas, gdy tak zwani optymiści promują i ustalają ramy czasowe przyłączenia się Ukrainy do UE, stan faktyczny nakazuje studzić emocje. Realiści coraz częściej wykluczają taką perspektywę. Javier Solana – były wysoki przedstawiciel do spraw wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa UE, w kwietniu 2012 roku stwierdził, że wątpi, aby Ukraina kiedykolwiek została członkiem UE. Śledząc ukraińską politykę zagraniczną i wewnętrzna, trudno nie zgodzić się z tą opinią. Solana ma wielki żal do ukraińskich polityków, za zmarnowanie szans po „pomarańczowej rewolucji” i towarzyszącą jej wojnę między Julią Tymoszenko i Wiktorem Juszczenką. W konsekwencji była premier znalazła się za kratami, zaś były lider „pomarańczowej rewolucji” bezpowrotnie zniknął z ukraińskiej sceny politycznej. Ukraina wydaje się wychodzić z założenia, że Unia Europejska jest projektem stricte politycznym, a więc wystarczą deklaracje i obietnice. Tym czasem w chwiejącej się Europie retoryka polityczna schodzi na drugi plan, ustępując miejsce twardym zasadom i dyscyplinie. Zdając sobie z tego sprawę, ukraińscy politycy najwyraźniej udają integrację, a stając się członkiem Strefy Wolnego Handlu Wspólnoty Niepodległych Państw, Ukraina przypieczętowała politykę balansowania między Wschodem a Zachodem przez kolejne dziesięciolecia. Dr Piotr Kuspys

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

17


P O LS K A P O L I T Y K A Z A G R A N I C Z N A

Przypadek: Ukraina. Od politycznego przełomu w Polsce w 1989 r. i momentu zjednoczenia Niemiec oba kraje współpracują ze sobą coraz ściślej na arenie międzynarodowej. Wejście Polski do Unii Europejskiej i NATO – zresztą wsparte przez zachodniego sąsiada – jeszcze mocniej zbliżyło nas do siebie. Staliśmy się nie tylko sąsiadami, ale i partnerami w wielu kwestiach strategicznych. Nie zawsze było nam z Niemcami po drodze – tak jak w wypadku wojny w Iraku, kiedy Warszawa stanęła u boku Amerykanów, a Niemcy ostro protestowały przeciwko inwazji na państwo Saddama Husseina. W 2007 r. nastąpił przełom i stale zacieśniająca się współpraca pogłębiła polsko-niemieckie więzi w polityce międzynarodowej. Niemcy przychylnie odnosiły się do dążeń Warszawy do przyjęcia Euro czy do wcielenia w życie projektu partnerstwa Wschodniego.

watorem procesu Tymoszenko z ramienia Parlamentu Europejskiego. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” napisał, że były polski prezydent jest stałym gościem w kancelarii prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza. To był niemalże zarzut porównywalny do „zdrady”, zbrodni lub innego ciężkiego przestępstwa. Niemcy ze sprawy aresztowania byłej premier Julii Tymoszenko uczynili oręż polityczny, nie tolerując odrębnych opinii ani sposobów postępowania niż te, które sami narzucają. Poza tym działają schematycznie również w tej kwestii. Swoje partykularne interesy zwykle realizują za pomocą Unii Europejskiej lub wykorzystując inne międzynarodowe instytucje. Zawsze dbają o to, by ich interesy wyglądały tak, jakby tego chciała nie tylko Unia Europejska, ale cały świat. Tak skutecznej metody realizowania swoich narodowych interesów Polska mogłaby się nauczyć od swojego sąsiada, który okazał się na tym polu absolutnym mistrzem. Niemieckie elity polityczne i dziennikarze od

” Szału nie ma „ Wspólna polsko-niemiecka polityka wschodnia

Jednak polsko-niemiecki bilans Partnerstwa Wschodniego wypada bardzo mizernie. Nawet niemieccy dyplomaci nieoficjalnie przyznają, że wiele się mówi o polsko-niemieckiej współpracy w polityce wschodniej. Pada nawet bardzo wiele pozytywnych deklaracji. Ale szybko dodają, że tylko się o tym mówi. Nie można stwierdzić, że polsko-niemiecka współpraca w ramach polityki wschodniej równa się zeru, ale Niemcy przyznają, że wokół tej wartości oscyluje. Mimo wspólnych wysiłków, polityka wobec Białorusi poniosła porażkę, nie udało się doprowadzić do pomarańczowego pojednania na Ukrainie, ani wpłynąć na kurs polityczny nowego prezydenta. Widoczny rozłam pomiędzy Berlinem a Warszawą w kwestii ewentualnego bojkotu Euro 2012 ujawnił fiasko dwustronnych działań. Polska zrezygnowała z aktywności na Kaukazie, zaś sukcesy Mołdawii nie są porażające. w kwestii Mołdawii widać, że Niemcom bardziej zależy, a Polakom niekoniecznie. Brak konsultacji w kwestii sporu Warszawy z Wilnem jest niekorzystny dla UE i NATO. Czy zatem w ogóle tak naprawdę można mówić o wspólnej „Ostpolitik”?

Polityka Kalego „Szału nie ma”, jak mówią obecnie młodzi ludzie, kiedy chcą coś ocenić niezbyt pozytywnie odnośnie jakości i intensywności. Tak też można chyba powiedzieć o wspólnej polsko-niemieckiej polityce wschodniej. Ta w deklaracjach, strategiach, być może jest, w praktyce jednak jej nie widać. Doskonałym przykładem na to może być przypadek Ukrainy. Niemcy znacząco się wyróżniają w negatywnym ocenianiu rządu Janukowicza. Żaden inny kraj UE nie wykorzystuje tak przypadku aresztowania byłej premier Julii Tymoszenko do celów politycznych jak czyni to Berlin. Nie tak dawno wpływowy niemiecki dziennik napisał, że prezydent RP Bronisław Komorowski i były prezydent Aleksander Kwaśniewski popełnili ogromne błędy w relacjach z Kijowem. Należy pamiętać, że Aleksander Kwaśniewski jest obser-

18

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

pewnego czasu atakują Kijów, wykorzystując jak maczetę przypadek Julii Tymoszenko. Trudno jednak uwierzyć w szczerość intencji, bo te same Niemcy mocno popierają, albo przynajmniej nie protestują, kiedy ich strategiczny partner – Rosja – depcze demokrację dużo bardziej niż to czyni Kijów. Berlin bez skrupułów robi interesy z Putinem, nie krytykując go w taki sposób jak Ukrainę Janukowicza. Moskwa jest państwem o wiele bardziej autokratycznym niż Ukraina. Putin dawno zlikwidował parlamentarną opozycję, jej przywódcy siedzą po łagrach. Ba, trafiają tam nie tylko polityczni przeciwnicy czy oligarchowie, ale nawet młode dziewczyny śpiewające antyputinowskie piosenki. To wszystko nie przeszkadza kanclerz Merkel spotykać się z szefem takiego państwa jak Rosja. Tu jak na dłoni widać podwójne standardy stosowane przez Niemców wobec Ukrainy i Rosji. Rosja cieszy się o wiele większą sympatią i pobłażliwością niż Kijów. Niemcy przymykają oczy na o wiele większe przewinienia Moskwy niż w przypadku Tymoszenko. To prawda, że polscy politycy, a nawet media, mają zupełnie inne podejście do sytuacji na Ukrainie. Nikt przecież nie wychwala Janukowicza za styl i sposób sprawowania władzy, to jednak nie ma takiej monokultury ocen jak w przypadku niemieckim. Polacy zachowują tu większy dystans i starają się rzeczowo oceniać postępowanie Kijowa, a nie kierować się uprzedzeniami czy bieżącym interesem politycznym. Prezydent RP Bronisław Komorowski niedawno został przez Niemcy oskarżony o udaremnianie izolacji na arenie międzynarodowej Wiktora Janukowycza. Tylko, że nikt w Europie, no może poza Niemcami, nie myśli nawet o izolacji Ukrainy. Nawet w samych Niemczech nie ma na to zgody. Jeden z niemieckich polityków nieoficjalnie przyznał, że izolacja Kijowa tak jak Mińska, byłaby bardzo poważnym błędem. Nie tylko nie wymusiłaby żadnych zmian, ale jeszcze bardziej utwardziłaby politykę Kijowa wobec Zachodu. Wspominany niemiecki polityk przyznał, że tak radykalne postępo-


P O LS K A P O L I T Y K A Z A G R A N I C Z N A

wanie Berlina wobec Kijowa może okazać się największym niemieckim błędem. Zarzut stawiany polskiemu prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu jest chybiony.

Z Berlina do Kijowa przez Moskwę Być może politycy tacy jak Komorowski, którzy niegdyś zaangażowani byli w ruch opozycyjny, powinni być bardziej wyczuleni na łamanie praw człowieka. Ale wszyscy pamiętamy, że wówczas część zachodnioniemieckich polityków, aby nie drażnić Moskwy, odmawiała udzielania poparcia ruchowi Solidarność. Zarówno teraz jak i wtedy, niemieccy politycy, patrzą na Kreml, realizując politykę wschodnią. Bez względu na czasy, Niemcy nie chcą drażnić rządzących Rosją. Wbijanie Janukowycza w buty autokratyzmu i stawianie

przypuszczać, że międzynarodowi obserwatorzy zmyślają. Zapewne nie wszystko było w porządku i nie wszystko odbyło się bez łamania prawa wyborczego. Ale bądźmy uczciwi – poprzednie wybory organizowane za rządów Juszczenki i Tymoszenki to też nie był wzorzec demokracji. Łącznie z wyborami w czasie Pomarańczowej Rewolucji miały miejsce nieprawidłowości i naruszenia i to z obu stron, nie tylko Janukowycza.

Niemieckie interesy na wschodzie od wieków niezmienne

Na jednej z konferencji organizowanej przez niemiecką fundację im Heinricha Boella poświęconej tematowi, o którym tutaj mowa, eurodeputowany Paweł Kowal przyznał wprost, że mityczna polsko-

Niemcy na wschodzie realizują przede wszystkim swoje własne interesy. Unię wykorzystują jedynie jako instrument, kiedy jest im to na rękę. Rainer Steinbeck – obecnie prezes z jednego z wpływowych niemieckich NGOsów, a dawniej członek Bundestagu - powiedział wprost to, co myśli wielu niemieckich polityków.

go w jednym rzędzie z reżimem komunistycznym jaki panował do 1989 r., jest poważnym nadużyciem, bo nikt nie może powiedzieć, że porównanie, jakie często zdarza się znaleźć w niemieckiej prasie, jest uprawnione. Zastanawia fakt, iż Niemcy nagle oślepli na jedno oko. Po uwięzieniu przez opozycyjnych polityków Julii Tymoszenko i Jurija Łucenki, niemiecka polityka i media – które z nią, ramię w ramię, działają w tej sprawie – otrzymali do ręki argument, że Ukraina nie może mieć bliskich związków z UE. W takim stanie, w jakim znalazł się Kijów, nie ma najmniejszych szans na bliżenie się do Unii. To, aby Ukraina nie miała nawet perspektyw unijnych, jest jak najbardziej na rękę Moskwie. Przesądza losy Kijowa i wpycha w rosyjskie objęcia. Ukraina przy takiej postawie Berlina, jaką widzimy dziś, nie ma innego wyjścia niż wpaść prędzej czy później w objęcia rosyjskiego niedźwiedzia. Gdyby obecna antyukraińska kampania oparta na sprawie Tymoszenko była prowadzona w Rosji wielu być może by tę sprawę zlekceważyło lub po prostu uznałoby, że to Moskwa chce poróżnić w ten sposób Ukrainę z zachodem. Ale to wychodzi z Niemiec, z najpotężniejszego kraju Unii Europejskiej. Nie chodzi tu o szerzenie teorii spiskowych i dowodzenie, że Niemcy wykonują teraz kawał dobrej, strategicznej roboty dla swojego najważniejszego partnera na wschodzie, jakim od zawsze była Rosja. Śledząc uważnie niemiecką politykę i zamęt medialny, można odnieść dziwne wrażenie, że po raz kolejny interesy Berlina i Moskwy się pokrywają. Tym razem nie chodzi tu o Polskę, ale o Ukrainę i jej przyszłość. Nawet objęcie władzy przez Tymoszenko nie zdałoby się na wiele. Jedno jest pewne: ta antyukraińska kampania w Niemczech obecnie zamyka Kijowowi drogę na zachód. Janukowycz może nie jest wzorcowym demokratą, ale jednak wcale nie jest bardziej czy mniej represywnym politykiem niż wszyscy dotychczasowi ukraińscy prezydenci i premierzy. Jak wszyscy, pani Tymoszenko też, jest powiązany z oligarchami. Ale taki jest urok systemu panującego od 20 lat na Ukrainie. Jak oceniał jeden z niemieckich dzienników, znacznie ważniejszy niż wynik wyborów parlamentarnych na Ukrainie będzie ich przebieg. Tu już dziś pojawiają się opinie krytyczne i doniesienia o nieprawidłowościach w czasie ostatnich ukraińskich wyborów. Trudno też

-niemiecka współpraca w polityce wschodniej nie funkcjonuje. Powiedział, że istnieje zbyt wiele różnic w interesach własnych Polski i Niemiec, aby w praktyce można mówić o jakiś wspólnych działaniach. Podał tu przykład kontrowersyjnego Gazociągu Północnego. Sprawa już dawno jest wprawdzie przesądzona, ale pokazuje prawdziwe oblicze polityki niemieckich interesów. Berlin, nie oglądając się na bezpieczeństwo swoich partnerów na wschodzie takich jak: Warszawa, Kijów czy Wilno – ramię w ramię z Putimem, wybudował rurociąg, który poważnie zagraża bezpieczeństwu energetycznemu krajów całego naszego regionu. A to nie jest jedyny przykład. Nie tylko w opinii eurodeputowanego – Niemcy na wschodzie realizują przede wszystkim swoje własne interesy. Unię wykorzystują jedynie jako instrument, kiedy jest im to na rękę. Rainer Steinbeck – obecnie prezes z jednego z wpływowych niemieckich NGOsów, a dawniej członek Bundestagu – powiedział wprost to, co myśli wielu niemieckich polityków. Oni uważają bowiem, że Polska niesłusznie rości sobie prawo do bycia liderem w polityce wschodniej. Jest małym i zbyt słabym krajem, aby taką rolę móc pełnić. Natomiast, pomimo zmiany rządu w Polsce i dojścia do władzy ekipy przychylnej Niemcom, nie ma zgody, aby Berlin przejął na siebie kierownictwo tandemu. Niemiecki działacz i polityk przyznał, że w Polsce są nieuprawnione antyniemieckie postawy, które blokują nawiązanie współpracy, ale pod niemieckim kierownictwem i dyktandem. w Niemczech bardzo często pojawiają się oskarżenia pod adresem Warszawy, że ta, pomimo ostatnich zmian, ciągle jest zbyt antyrosyjska, co blokuje możliwość głębokiej współpracy na osi Berlin-Warszawa-Moskwa. Owszem, okazyjnie polsko-niemiecka polityka wschodnia może zaistnieć, ale jak każda inna bilateralna polityka. To jest ten poziom, który faktycznie jest do osiągnięcia. Bo czy nie jest prawdą, że Polacy nie będą w stanie podporządkować się niemieckiej dominacji w relacjach z krajami na wschodzie? Czy w imię dobrej współpracy z Berlinem zrezygnują z popierania ukraińskich aspiracji i pogodzą się z przymykaniem niemieckiego oka na dewastację demokracji przez ekipę Putina w imię niemieckich politycznych i gospodarczych interesów na wschodzie? Dr Krzysztof Tokarz

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

19


UNIA EUROPEJSKA

W dniach 22–23 listopada br. w Brukseli odbyło się nadzwyczajne posiedzenie Rady Europejskiej, poświęcone negocjacjom w sprawie wieloletnich ram finansowych na lata 2014–2020. Szczyt zakończył się bez osiągnięcia kompromisu, ale konsultacje mają być konstynuowane w najbliższych tygodniach. Kolejne posiedzenie poświęcone budżetowi zaplanowane jest na styczeń 2013 roku.

KRYZYSOWE FINANSE UNII Fiasko pierwszego szczytu, lekkie zbliżenie stanowisk „Zwiększanie budżetu podczas kryzysu to absurd”? Publiczna dyskusja nad kształtem przyszłego unijnego budżetu trwa już od wielu miesięcy. Włączają się w nią zarówno unijni urzędnicy, politycy państw członkowskich, jak również media. Zdaniem niemieckiego dziennika „Sueddeutsche Zeitung”, UE ma do dyspozycji wystarczające środki finansowe, a zwiększanie unijnego budżetu podczas kryzysu byłoby decyzją absurdalną i nie pasującą do naszych czasów. Autor komentarza podkreśla, że, z politycznego punktu widzenia, nie da się obronić podwyżki unijnego budżetu o ok. 5 %, gdy równocześnie niemiecki budżet w najbliższych latach ma ulec zmniejszeniu. Polemizuje z argumentem zwolenników większego budżetu, że fundusze służą wzrostowi gospodarczemu i tworzeniu miejsc pracy, wskazując, że dużo unijnych pieniędzy przeznaczanych jest na rolnictwo, a „tak nie tworzy się wzrostu i miejsc pracy”. Krytykuje też wykorzystanie funduszy spójności: „Próba zmniejszenia gospodarczych i związanych z konkurencyjnością różnic pomiędzy krajami UE za pomocą setek miliardów euro zakończyła się w dużej mierze fiaskiem”. Zdaniem komentatora duża część pieniędzy z unijnej kasy jest wydawana na projekty, które nie przynoszą gospodarczych efektów, „są po prostu wyrzucane w błoto”. Dlatego też Komisja Europejska, zamiast domagać się więcej pieniędzy, powinna skoncentrować się na tym, by skuteczniej wydawać posiadane już środki.

Rozbieżność stanowisk przed szczytem

W czerwcu 2011 roku Komisja Europejska zaproponowała wydatki UE na lata 2014–2020 w wysokości 988 mld euro (w tzw. płatnościach) i 1033 mld euro (w tzw. zobowiązaniach). Płatnicy netto

20

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

do unijnej kasy, tacy jak Niemcy, Francja czy Holandia domagają się zmniejszenia wydatków o co najmniej 100 mld euro, zaś Wielka Brytania chce jeszcze większych oszczędności (rzędu 150–200 mld) oraz utrzymania brytyjskiego rabatu. 23 października br. Parlament Europejski przyjął rezolucję w sprawie negocjacji budżetowych na lata 2014–2020, w której sprzeciwił się cięciom, jakich domagają się państwa członkowskie będące płatnikami netto. „Niech to będzie wystarczająco jasne: nie akceptujemy żadnych cięć” – powiedział współsprawozdawca rezolucji, bułgarski socjalista Ivaiło Kałfin. Tym samym Parlament poparł propozycję Komisji Europejskiej w sprawie przyszłego budżetu UE. Jednocześnie posłowie zaapelowali o nowe źródła dochodu do budżetu UE, np. z podatku od transakcji finansowych oraz domagają się rezygnacji z systemu rabatów do unijnej kasy (co najbardziej uderzyłoby w Wielką Brytanię). Rezolucja była ostatecznym stanowiskiem Parlamentu Europejskiego na listopadową Radę Europejską. „Wspieramy Przyjaciół Spójności” – mówił szef komisji budżetowej PE Alain Lamassoure, nawiązując do około 15 państw członkowskich, które sprzeciwiają się cięciom w polityce spójności (Polska jest nieformalnym liderem tej grupy). Jak słusznie zauważył obecny przewodniczący PE Martin Schulz, „Unia nie będzie sprawnie funkcjonować, jeśli unijni przywódcy będą jej dodawać zadań, a jednocześnie zmniejszać fundusze na ich realizację”. 29 października br. do stolic państw członkowskich UE został rozesłany nowy schemat negocjacyjny, opracowany przez Cypr, który 1 lipca przejął przewodnictwo w Radzie UE. Zawierał on wyliczenia, w których planuje się ograniczyć budżet UE o co najmniej 50 mld euro w stosunku do planów Komisji Europejskiej. „Kolejne redukcje będą wymagały jeszcze większych kompromisów i konieczność wy-


UNIA EUROPEJSKA

boru priorytetów pomiędzy politykami i programami” – informuje zapis w dokumencie. Projekt przedstawiony przez prezydencję cypryjską nie spodobał się w Warszawie, m.in. dlatego, że przewidywał ograniczenie wydatków w polityce spójności, której jesteśmy największym beneficjentem, ponieważ wskaźnik PKB na jednego mieszkańca jest w naszym kraju znacznie niższy od unijnej średniej. Według Cypryjczyków wydatki miałyby być zmniejszone aż o 11 mld euro, w wyniku czego polska pula zostałaby uszczuplona aż o 5 mld euro w stosunku do poprzedniej perspektywy budżetowej. Cypr proponuje również, by obniżony został maksymalny limit dostępnych funduszy – z 2,5 procent rocznego PKB do poziomu 2,36 procent, i nie wyklucza dalszych ograniczeń w tym zakresie. Obniżenie tego limitu jest niekorzystne dla państw takich jak Polska, które ze względu na wzrost gospodarczy, choć nieco spowolniony przez kryzys, mogły liczyć na duże sumy z budżetu UE. Kontrowersje budziła też propozycja, by podzielić grupę 15 krajów tzw. Przyjaciół Polityki Spójności, w której państwa takie jak Hiszpania czy Grecja, które ucierpiały podczas kryzysu, mogłyby liczyć na dodatkowe „prezenty”. Dalsze propozycje przewidywały obniżenie wydatków na Wspólną Politykę Rolną o prawie 9 mld euro i wydłużenie okresu wyrównywania dopłat dla rolników z państw „nowej” i „starej” Unii, co również jest dla Polski niekorzystne. Kolejne 19 mld euro to cięcia w funduszach wspierających wzrost i konkurencyjność w bogatszych regionach oraz funduszy polityki zagranicznej Unii Europejskiej. Cięcia dotkliwie dotknęłyby też fundusz na rozwój infrastruktury energetycznej i transportowej (tzw. Connecting Europe), na co pośrednio zgodę wyrażono już podczas szczytu Rady Europejskiej. Głos w sprawie zabrał również Herman Van Rompuy, przewodniczący Rady Europejskiej. W przygotowanej przez niego propozycji, rozesłanej do stolic państw członkowskich na kilka dni przed rozpoczęciem szczytu, zakłada się zmniejszenie budżetu unijnego o 75 mld euro, jednak cięcia uznaje się za bardziej równomiernie rozłożone, przez co Polska nie straciłaby wiele z puli przeznaczonej na taką ważną z naszej perspektywy politykę spójności (otrzymalibyśmy ok. 74 mld euro wobec ok. 68 mld euro w ramach obowiązującego wciąż budżetu). Na samym szczycie propozycja Van Rompuya uległa modyfikacji, ograniczając wypłaty dla Polski o ok. 1,5 mld euro z powodu obniżenia maksymalnego poziomu wsparcia w relacji do PKB.

Wygrani i przegrani Francuskie media podkreślają, że na listopadowym szczycie w stolicy Belgii nad poczuciem wspólnego dobra europejskiego zatriumfowały interesy narodowe. „W Brukseli oficjalnie dano początek zjawisku, które można nazwać europejską chorobą” – stwierdził „Le Parisien”. Unia Europejska i Wielka Brytania to przegrani debaty o budżecie, natomiast Francja i Niemcy wyszły z tej debaty obronną ręką. Francuska prasa stwierdza, że Hollande wygrał bardzo ważne dla Francji finanse na rolnictwo, co było możliwe dzięki sojuszowi z Polską, ale „przegrał Europę”, podkreślając, że duet Merkel – Hollande ma też swoje ograniczenia. Czy faktycznie można mówić o nowym układzie, który stacja telewizyjna France 24 nazywa „Merkenon” lub „Camerkel”, czyli o osi Londyn – Berlin? Czas pokaże, czy powstanie szersza współwpraca między tymi dwoma państwami. Cameron chciał zmniejszyć budżet w maksymalny sposób: proponował redukcję liczby pracowników administracji unijnej, ograniczenie wydatków na Wspólną Politykę Rolną i politykę spójności. Jego zdaniem „Komisja żyje jakby w innej galaktyce”, a należy zdecydowanie zmniejszyć koszty administracyjne Unii: 10-procentowe ograniczenie funduszu płac zaoszczędziłoby prawie 3 miliardy euro, a rozluźnienie reguły automatycznych awansów dałoby 1,5 miliarda, redukcja zwolnień podatkowych – dalszy 1 miliard, a nawet niewielkie zmiany w uprawnieniach emerytalnych zaoszczędziłyby jeszcze 1,5 miliarda euro – wyliczał brytyjski premier. Oczywiście ani

słowem nie wspomniał o 4-miliardowej uldze we wpłatach do wspólnego budżetu, jaką Brytyjczycy cieszą się od 1984 roku. Janusz Lewandowski, komisarz ds. budżetu, stwierdził, że w miarę szukania porozumienia propozycje budżetowe są coraz mniej korzystne, także dla biedniejszych krajów. Zdaniem Prof. Danuty Hübner, posłanki do Parlamentu Eropejskiego i przwodniczącej Komisji Rozwoju Regionalnego, przełożenie decyzji, najprawdopodobniej na luty-marzec przyszłego roku, nie jest dobrym pomysłem, bo parcie tych, którzy chcą jak najmniejszy budżet, będzie rosło. Ponadto tak naprawdę do końca nie wiadomo, jakie będą nastroje w Europie, a przede wszytkim, jak będzie wyglądała sytuacja gospodarcza. Jeszcze przed obradami w drugim dniu szczytu prof. Hübner stwierdziła, że Polska od samego początku była traktowana „szczególnie hojnie”, ponieważ wszystkie cięcia, które były przedstawiane od pierwszej propozycji Komisji, poprzez prezydencję cypryjską, aż po pomysły przewodniczącego Rady Europejskiej Hermana van Rompuya, „obcinały właściwie wszystkim pieniądze, natomiast Polska na tym tle wyglądała relatywnie korzystnie”. Zdaniem Pani Profesor, czasami „trzeba zachować umiar wtedy, kiedy mówimy ciągle: mało, mało, mało”, a przede wszystkim należy pamiętać, że „interes europejski jest w naszym narodowym interesie”. A obecnie w interesie europejskim leży podjęcie ostatecznej decyzji w sprawie unijnego budżetu.

Nie ma dramatu? Prezydent Bronisław Komorowski ocenił, że fiasko szczytu w sprawie budżetu UE na lata 2014-2020 nie jest dobrym sygnałem o stanie UE, wysłanym całemu światu, jednakże „dramatu nie ma”, zaś „Polska będzie teraz aktywnie zabiegać o jak najlepszy ostateczny kompromis”. Stwierdził, że obecnie nastąpi trudny okres, bo „zaczną się targi i ukryte rozmowy, próby przeciągania na swoją stronę, ograniczania solidarności krajów przyjaciół funduszu spójności”. Z kolei zdaniem europosła Wojciecha Olejniczaka (SLD) przedłużanie negocjacji budżetowych jest dla Polski niekorzystne, ponieważ im dłużej one trwają, tym mniej pieniędzy ma szansę uzyskać nasze państwo. Podkreślił, że wsparcie dla Polski w staraniach o jak najkorzystniejszy dla naszego kraju budżet stanowią socjaliści, w tym prezydent Francji Francois Hollande oraz szef Parlamentu Europejskiego Martin Schulz. Poseł Olejniczak stwierdził, że Donald Tusk przez wiele lat inwestował w chadecję europejską, która obecnie odwróciła się trochę do nas plecami, co dotyczy zarówno Camerona, jak też Angeli Merkel. Niewątpliwie fiasko ostatniego szczytu UE w sprawie wieloletnich ram finansowych na lata 2014-2020 kładzie się cieniem na wizerunku Unii Europejskiej, niedawno nagrodzonej Pokojową Nagrodą Nobla. Mimo dwóch dni obrad i wielu spotkań dwustronnych, 27 szefom państw i rządów nie udało się przezwyciężyć podziałów i wypracować kompromisu. Joseph Daul, przewodniczący Europejskiej Partii Ludowej, największej frakcji w Parlamencie Europejskim, uważa, że porażka negocjacji budżetowych „to wstyd”: „Jestem zawiedziony, gdyż oznacza to, że pozwoliliśmy, aby negocjacje zdominowali mitomani i eurosceptycy” – stwierdził Daul. Po zakończeniu nadzwyczajnego posiedzenia Rady Europejskiej, jej Przewodniczący Herman Van Rompuy zapewnił o „dużym potencjale zgodności” i szansach na osiągnięcie porozumienia w sprawie unijnego budżetu na początku przyszłego roku. Ostatni szczyt UE pokazał jednak, że pogrążonej w kryzysie Unii brakuje wspólnej i spójnej wizji. Czy możliwe jest więc porozumienie między bogatymi krajami, czyli płatnikami netto i pozostałymi państwami, które wciąż liczą na miliardy euro z unijnej kasy? Niewątpliwie Unii Europejskiej potrzebny jest szybki, ale i mądry kompromis w sprawie ram finansowych na lata 2014-2020. Możliwe, że zostanie on osiągnięty na kolejnym szczycie, planowanym na początku 2013 r. Iwona Miedzińska

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

21


E U R O PA | F R A N C J A

Budżetowe akrobacje 26 września rząd przyjął budżet, jakiego V Republika do tej pory nie widziała: wzrost wpływów i redukcja wydatków ma w przyszłym roku przynieść 36,9 mld euro oszczędności. Uzyskanie tak ogromnej kwoty ma zredukować deficyt budżetowy do poziomu 3% PKB. Droga do osiągnięcia celu wygląda jednak inaczej niż we Włoszech i Hiszpanii, gdyż w największym stopniu powstałą dziurę w budżecie ma łatać podniesienie podatków (zakłada się wpływy większe o ok. 20 mld euro). Oszczędności mają być poczynione w wydatkach rządowych oraz na ubezpieczeniach zdrowotnych – w sumie

zmniejszenie personelu o 5 tys. osób na całym świecie do końca 2013 roku. Firma farmaceutyczna Sanofi chce dać wymówienie 900 osobom (początkowo była mowa o 2 tys.), a Air France odchudzi załogę o 5,1 tys. osób. Gdy Peugeot ogłaszał zwolnienia 8 tys. osób i zamknięcie podparyskiego oddziału w 2014 r., minister przemysłu Mountebourg, nieomal wkroczył na wojenną ścieżkę z rodziną samochodowego potentata. Zmiany decyzji jednak się nie doczekał, zwłaszcza w obliczu faktu, że firma w pierwszym półroczu 2012 r. przyniosła 819 mln euro straty. Popularność nowego prezydenta spada we Francji niezmiernie szybko, w przeci-

Podatkowa rewolucja i łupki Nie tylko osoby prywatne w niepokojem spoglądają w przyszłość. Od przyszłego roku podatkowego ulegnie likwidacji wiele ulg, z których korzystały francuskie przedsiębiorstwa. Płacony przez nie CIT osiągnie rekordowy w Europie poziom – 34,4%. Największa burza rozpętała się jednak w związku z podatkiem dedykowanym najbogatszym obywatelom Republiki. Zarabiający powyżej 150 tysięcy euro rocznie będą musieli oddać fiskusowi 45% dochodów, a ci, którzy otrzymali więcej niż 1

Jeszcze dwa lata temu większość Francuzów znała Francois Hollande’go jako partnera życiowego Segolene Royal, rywalki Nicolasa Sarkozy’ego w wyścigu po urząd prezydenta Francji w 2007 r. Obecnie realizuje on plan poprawy sytuacji gospodarczej kraju i wyciągnięcia kraju ze szponów zadłużenia, który w czerwcu witano nad Sekwaną z otwartymi ramionami. Obecnie bardziej przydałoby się wyciągnięcie ręki na zgodę.

12,5 mld euro. Gospodarstwom domowym do budżetu państwa przyjdzie wnieść 10 mld euro, gdzie trzecia część tej kwoty ma pochodzić z podwyżki podatku dochodowego, a miliard euro z podatku solidarnościowego od bogactwa. Nie zabrakło nowinek – zarabiający powyżej 1 mln euro zostali obłożeni specjalnym podatkiem dla najbogatszych, ale zaplanowane z niego wpływy stoją pod dużym znakiem zapytania, jeśli więcej osób podąży za najbogatszym z Francuzów, Bernardem Arnaultem (posiadaczem m.in. marek Louis Vuitton, Christian Dior, Don Perignon czy Givenchy), który już przeniósł się do Belgii. Zanosi się również na niemałe zmiany na rynku pracy – projekt zakłada odchudzenie administracji rządowej o 12 tys. miejsc pracy i jednoczesne utworzenie 11 tys. w wymiarze sprawiedliwości i edukacji. Ostatni pomysł budzi duże kontrowersje, biorąc pod uwagę, że stopa bezrobocia nad Sekwaną jest najwyższa od 1999 r. i sięga już 10,2%, jak podał na początku września Instytut Statystyki (INSEE), Wśród 2 800 000 bezrobotnych najwięcej jest osób w wieku 15-24 lat – stanowią oni 22,7% tej grupy. To wzrost o 0,3 pkt proc. w porównaniu do pierwszego kwartału 2012 roku. Walki z bezrobociem nie ułatwiły lipcowe zapowiedzi zwolnień w firmie Alcatel-Lucent, która planuje

22

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

wieństwie do ceny ropy. W drugiej połowie sierpnia, gdy ceny na stacjach benzynowych niemal przekroczyły psychologiczną barierę 2 euro za litr, obniżenie cen paliw średnio o sześć centów zostało przypieczętowane przez ministra finansów, Pierre’a Moscovici. Firma Total obniżyła ceny benzyny o dwa eurocenty na litrze, a na stacjach znajdujących się przy autostradach nawet o trzy centy. Ten prezent dla francuskich kierowców jest jednak upominkiem na kredyt – co prawda połowę ulgi spłacą spółki naftowe, ale drugą połowę wziął na siebie rząd, poprzez obniżenie kosztów akcyzy. Rozwiązanie to będzie funkcjonowało do końca listopada – później mają zostać powołane specjalne mechanizmy czuwające nad cenami paliwa. Całkowity koszt tego przedsięwzięcia to 300 mln euro. Już podczas kampanii wyborczej socjaliści obiecywali zamrożenie rosnących cen benzyny w celu zwiększenia siły nabywczej Francuzów. Tymczasowa redukcja podatków na benzynę i olej napędowy nie sprawi, że rząd szybciej uzyska potrzebne niemal 37 mld euro – podatki stanowią 56% całkowitej ceny litra paliwa 95-oktanowego i 47% ceny składowej litra diesla. Istnieje zatem duża obawa, że koszty tej obniżki podatnicy poniosą w niedalekiej przyszłości w innych dziedzinach.

mln euro zapłaty, zostali objęci 75% podatkiem. W omawianej kwocie uwzględniono również dochody od zysków kapitałowych. Przywrócono też podatek od wielkich fortun, to jest większych niż 1,3 mln euro – jego wartość waha się od 0,5 do 1,5%. Krytycy wprowadzania tych rozwiązań argumentują, że ma on marginalne znaczenie, gdyż przepisy znajdą zastosowanie jedynie w stosunku do ok. 3 tys. obywateli, więc nie rozwiążą problemu deficytu budżetowego. Także poza granicami Francji projekt nie znalazł poparcia. Premier David Cameron zapowiedział, że osobiście rozwinie dywan przed każdym milionerem uciekającym z powodu wspomnianych podatków. Być może do ucieczki zniechęci ich fakt, że owe rozwiązania mają zostać zniesione po dwóch latach, gdyż zdaniem prezydenta Hollande’a do tego czasu gospodarka powinna wyjść z kryzysu. Powodem do niepokoju dla szerszych mas podatników jest ograniczenie ulg fiskalnych i ich maksymalnej wysokości, ponieważ od przyszłego roku podatkowego będzie można odpisać jedynie 10 tys. euro, a nie jak dotychczas, 18 tys. 14 września 2012 roku Hollande zadecydował o odrzuceniu wniosków o koncesję na poszukiwanie gazu łupkowego. Zapowiedział, że linia polityki przeciwko


E U R O PA | F R A N C J A

poszukiwaniu i wykorzystywaniu energii ze złóż niekonwencjonalnych będzie dominowała podczas całej kadencji. Jest to kontynuacja działań Sarkozy’ego, którego rząd rok temu uchwalił ustawę zakazującą wierceń w łupkach. Argumentowano to brakiem dostatecznej wiedzy na temat wpływu pozyskiwania tego źródła energii na środowisko naturalne. Konsekwencją koalicyjnej umowy z Zielonymi jest także promowanie energii alternatywnej, na który to cel do końca 2020 r. zamierza się wydać 80 mld euro. Jednocześnie zapowiada się wygaszanie reaktorów jądrowych – do 2016 r. wyłączona ma zostać najstarsza

w obronie paktu fiskalnego. Właściwie rząd mówi o „pakcie europejskim”, być może po to, by nie przypominać wyborcom związanej z tym debaty, jaka toczyła się jeszcze dziewięć miesięcy temu. Próby reinterpretacji porozumienia nie przekonują jednak Francuzów, którzy według najnowszych sondaży, w 72% żądają odrzucenia paktu. Komuniści, zieloni i inne organizacje lewicowe już rozpoczęły zbieranie podpisów, aby w tej sprawie naród wypowiedział się w referendum. 30 września, tuż przed otwarciem debaty parlamentarnej, do stolicy zjechali przeciwnicy paktu z całego kraju, by poprzez demonstrację wyrazić swoją opinię.

czynności i niekompetencji tłumaczył się Francuzom w wywiadzie telewizyjnym w telewizji TF1. W półgodzinnym programie, emitowanym w najlepszym czasie antenowym, cierpliwie i dokładnie wyjaśniał swoje plany dotyczące lepszej przyszłości w „solidarnym społeczeństwie”, którego budowa powinna się zakończyć w 2017 r. Wydaje się, że te słowa padły za późno. W ciągu czterech miesięcy urzędowania, notowania popularności francuskiego prezydenta dramatycznie spadły – z wysokiego poziomu 61% w maju do zaledwie 43% w dwóch ostatnich dniach września.

Być jak

Mitterrand

francuska elektrownia atomowa, a do końca 2025 r. podobny los czeka 24 z 58 pozostałych obiektów. W zastąpienie energii pochodzącej z atomu trzeba będzie włożyć mnóstwo wysiłku, ponieważ obecnie z odnawialnych źródeł we Francji pochodzi jedynie 10% energii.

Kontrowersje wokół paktu

Choć 8 lipca Francja i Niemcy świętowały 50. rocznicę pojednania, zapoczątkowanego wspólną deklaracja przyjaźni prezydenta De Gaulle’a i kanclerza Adenauera, powodów do radości brakuje. Zwłaszcza w obliczu próby ratyfikacji paktu fiskalnego, którego odrzucenie było jednym z głównych punktów programu wyborczego Hollande’a. Jeszcze w styczniu zapowiadał on, że jeśli zostanie prezydentem, a do tej pory pakt zostanie przyjęty, to z pewnością z niego wystąpi. Obecnie burzliwa debata na temat projektu toczy się zarówno w parlamencie, jak i na ulicach Paryża. Minister finansów Pierre Moscovici, minister spraw zagranicznych Laurent Fabius, minister budżetu Jérôme Cahuzac czy minister spraw europejskich Bernard Cazenueve wspierają premiera Jean-Marca Ayraulta

„Nigdy nie miałem iluzji, co do Hollande’a. Gdy zapowiadał renegocjację paktu Merkozy, on chyba sam w to nie wierzył” – w gorzkich słowach podsumował działania prezydenta Jean – Luc Mêlenchon, założyciel Partii Lewicy, który również startował w wyborach prezydenckich z ramienia Frontu Lewicy, zajmując czwarte miejsce w pierwszej turze. „To jest dokładnie ten sam tekst, który został wynegocjowany przez Merkel i Sarkozy’ego”, komentuje Mêlenchon. „Jeśli lewica zgodzi się na ten pakt to tak, jak gdyby gęsi zgadzały się na Boże Narodzenie” – obrazuje lider Partii Komunistycznej Pierre Laurent. Minister rozwoju z ramienia Partii Zielonych polecił wstrzymanie się od głosu członkom swojego ugrupowania. Odpowiedź premiera na te zapowiedzi była krótka – „Ci, którzy wierzą w Europę i są prawdziwymi Europejczykami, wykonają swoje zadanie”. Dla 80 tys. uczestników demonstracji reprezentujących 60 ugrupowań lewicowych, związków zawodowych i organizacji pozarządowych to jedno zdanie to o wiele za mało.

Kapitan prosi o zaufanie Hollande nie chowa się przed atakami na swoją osobę. Z zarzutów bez-

Nadchodzące miesiące będą zatem kluczowe dla Francoisa Hollande’a. Do końca roku powinny zostać przypieczętowane najważniejsze postanowienia i reformy. Prezydent wcześniej zaznaczył, że nie jest w stanie w ciągu czterech miesięcy osiągnąć tego, co jego poprzednikom nie udało się przez ostatnie dziesięć lat. Wprawdzie część chłodu opinii publicznej kierowana w stronę Hollande’a jest związana z entuzjazmem wyborców i ich pragnieniem natychmiastowego ujrzenia efektów zmian, ale oziębłość ta wynika także z coraz poważniejszych tarapatów, w jakie wpada Francja w sferze ekonomicznej. Z opóźnieniem, ale prezydent przedstawił swój plan zmian – kontrowersyjny, ale spójny – i zamierza przestawić polityczne żagle Francji po starym kapitanie. Sam Hollande otwarcie mówi, je jego politycznym wzorem do naśladowania jest Francois Mitterrand. Temu jednak na zrealizowanie „110 propozycji dla Francji” wyborcy dali dwie kadencje. Czyżby cierpliwość względem socjalistów z biegiem lat wyczerpywała się coraz szybciej? Anna Rydel Autorka jest studentką stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

23


E U R O PA | H I S Z PA N I A

W walce o zredukowanie deficytu budżetowego, gabinet Mariano Rajoy’a poszukuje oszczędności, gdzie to tylko możliwe. Jednak drastyczne cięcia nie uspokajają rynków finansowych, a wywierana przez nie presja sprawia, że hipotetyczna i negowana dotąd przez rząd możliwość zewnętrznej interwencji, nabiera coraz bardziej realnych kształtów

HISZPANIA

o krok od interwencji finansowej

M

niej więcej w tym samym czasie, 25 września b.r., gdy w Nowym Jorku na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ Mariano Rajoy dowodził znaczenia Hiszpanii na arenie międzynarodowej i powołując się na jej wkład w przezwyciężanie konfliktów zbrojnych przekonywał o słuszności jej kandydatury na niestałego członka Rady Bezpieczeństwa na lata 2015-2016, w Madrycie pod siedzibą Kongresu Deputowanych, czyli niższej izby hiszpańskiego parlamentu, manifestacja „oburzonych” sytuacją w kraju przerodziła się w otwarte starcie z siłami porządkowymi. Podczas gdy premier powoływał się na hiszpańskie – „trudne, ale pełne sukcesu” – doświadczenia przemian demokratycznych, tłum, pod hasłem „Zajmij Kongres!” próbował uniemożliwić deputowanym dostęp do budynku, który tą demokrację ma utożsamiać. Choć sama demonstracja nie osiągnęła imponujących rozmiarów – według danych rządowych wzięło w niej udział zaledwie ok. 6 tys. osób – nie da się zignorować jej wymiaru symbolicznego i wydźwięku medialnego.

Kryzys marki „Hiszpania” Podczas swej wizyty w USA, Rajoy dokładał wszelkich starań, by poprawić nadwątlony wizerunek zagraniczny kraju, tak ważny dla osiągnięcia jednego z priorytetów jego rządu, jakim jest odzyskanie zaufania rynków finansowych. Jednak ani wizyta premiera w redakcji The Wall Street Journal, ani też spotkanie króla Juana Carlosa w redakcji The New Yok Times nie zapobiegły publikacji przez NYT wymownego i sugestywnego reportażu, który nakreśla dramatyczną sytuację społeczno-gospodarczą Hiszpanii poprzez historie ludzi zepchniętych

24

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

na skraj ubóstwa i na skutek surowej polityki oszczędnościowej rządu zmuszonych do poszukiwania jedzenia w kontenerach na śmieci, wzbogacone o równie wymowne i sugestywne zdjęcia autorstwa zwycięzcy zeszłorocznego konkursu World Press Photo, Katalończyka Samuela Arandy. Mało tego, podczas pierwszej przedwyborczej debaty między Obamą a Romney’em, kandydat republikanów wybrał właśnie Hiszpanię – a wybór miał niestety spory – na antyprzykład polityki gospodarczej i synonim porażki w walce z kryzysem. W swym przemówieniu Rajoy z pozoru zręcznie wyminął kwestie gospodarcze i finansowe, przechodząc od razu do arabskiej wiosny i problemów w Rogu Afryki: „Sądzę, że musimy zadać sobie pytanie, czy dziś jest lepiej niż rok temu, i choć może wydawać się, że jest przeciwnie, ja myślę, że tak.” Jednak – nie umniejszając doniosłości poruszonych przez premiera zagadnień międzynarodowych – znacznie większą wagę wydaje się mieć to pytanie w odniesieniu właśnie do sytuacji gospodarczej i finansowej Hiszpanii, szczególnie wobec szumu informacyjnego panującego wokół jej aktualnej i prognozowanej oceny przez politycznych i finansowych decydentów. Kilka dni później Międzynarodowy Fundusz Walutowy przedstawił pesymistyczne prognozy dla hiszpańskiej gospodarki, szacując jej skurczenie się o 1,5% w roku 2012 i o 1,3% w 2013 oraz zapowiedział, że rządowi nie uda się osiągnąć zamierzonego poziomu deficytu ani w tym (7% zamiast 6,3%), ani w przyszłym roku (5,7% zamiast 4,5%). Również agencja ratingowa Standard&Poor’s, obniżyła ocenę zdolności kredytowej tego kraju do najniższego poziomu inwestycyjnego BBB- z tendencją negatywną, stawiając

ją na krawędzi poziomu śmieciowego. Dokładnie rok temu i w przeddzień rokujących nadzieje wyborów, gdy ratingi Portugalii czy Irlandii wahały się między BBB+ i BBB-, by nie wspomnieć o Grecji ocenionej na najniższe w skali CC, Hiszpania dryfowała ciągle na poziomie AA, a MFW szacował hiszpańską recesję na 1,1%.

Deficyt za wszelką cenę Nadrzędnym priorytetem swego gabinetu Rajoy ustanowił wywiązanie się ze zobowiązań fiskalnych wobec Brukseli, tak by na koniec 2012 r. deficyt budżetowy wyniósł 4,4% PKB. Pierwsze i niezupełnie spójne – a niekiedy wręcz sprzeczne – z programem wyborczym Partii Ludowej (PP) decyzje premiera wyraźnie sygnalizowały, że dla Hiszpanii nadszedł czas bolesnych wyrzeczeń. Po podwyżce podatków i pierwszej fazie redukcji wydatków publicznych, przyszła pora na zapowiadaną reformę rynku pracy (m.in. zwiększenie swobody pracodawców w zakresie zmiany warunków umowy o zatrudnieniu, znaczne obniżenie kosztów zwolnień oraz ograniczenie wiążącej mocy porozumień zbiorowych), cięcia w szkolnictwie (m.in. zwiększenie liczby uczniów w klasie i podwyższenie wymiaru godzin dla nauczycieli) oraz systemie opieki zdrowotnej (m.in. zmiany w zasadach refundacji leków, ograniczenie dostępu obcokrajowców – imigrantów znajdujących się w nieuregulowanej sytuacji oraz tzw. turystów medycznych – do świadczeń zdrowotnych). Aby zwiększyć wpływy do budżetu, ogłoszono kontrowersyjną amnestię podatkową, która zwolniła


E U R O PA | H I S Z PA N I A

z odpowiedzialności karnej skarbowej osoby fizyczne i prawne, które zdecydują się zalegalizować dochody uzyskane w szarej strefie (jej rozmiar szacowany jest na 20% PKB) płacąc od nich podatek w wysokości jedynie 10%. Niestety wysiłki te nie spotkały się ani z aprobatą społeczeństwa – z czym rząd liczył się i pogodził już wcześniej – ani z tak oczekiwaną pozytywną reakcją ze strony inwestorów, szczególnie gdy w początkach lipca okazało się, że mimo najsurowszych w demokratycznej historii kraju oszczędności zawartych w ustawie budżetowej, deficyt uda się zredukować do maksymalnie 5,3%. W tej sytuacji rząd zwrócił się do Brukseli o zmianę warunków i w zamian za nowy pakiet reform, pozwalających na zwiększenie wpływów do budżetu w przeciągu dwóch lat o 65 mld euro, uzyskał zgodę na zwiększenie limitu deficytu do 6,3% w 2012, 4,5% w 2013 i 2,8% w 2014 roku. Podwyższono zatem podatek VAT z 18%, a w przypadku niektórych produktów i usług z 7% do 21%, zlikwidowano tymczasowo premię świąteczną dla pracowników sfery budżetowej i zredukowano część przysługujących im przywilejów, obniżono zasiłek dla bezrobotnych po upływie sześciu miesięcy z 60 do 50% wynagrodzenia, przeprowadzono częściową restrukturyzację administracji lokalnej, podwyższono niektóre stawki składek na ubezpieczenia społeczne, obniżono ulgi dla dużych przedsiębiorstw oraz podwyższono stawkę podatkową dla przedstawicieli wolnych zawodów i osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą, podwyższono opłaty za naukę w prywatnych szkołach średnich subwencjonowanych przez Państwo oraz zniesiono regulację okresów wyprzedaży. Ogłoszony we wrześniu i zakładający recesję na poziomie 0,5% PKB projekt ustawy budżetowej na rok 2013 stanowi kontynuację polityki surowej konsolidacji fiskalnej. Zredukowano m.in. budżet poszczególnych ministerstw o prawie 9%, dotacje dla związków zawodowych o 20%, a dla partii politycznych o 42%, ograniczono swobodę wyboru metod amortyzacji w dużych przedsiębiorstwach czy też zniesiono możliwość odliczenia kupna mieszkania od podatku. Jak jednak wspomniano, według szacunków MFW i tak nie uda się zamknąć deficytu w ustalonych granicach, a osiągnięcie docelowego poziomu 3% będzie możliwe dopiero w 2017 r., podczas gdy przyszłoroczna recesja będzie trzykrotnie wyższa niż planuje to rząd. Warto dodać, że to właśnie ta nad wyraz optymistyczna prognoza rządu oraz przewidziany w projekcie budżetu czteroprocentowy wzrost wydatków na emerytury to jedne z głównych przyczyn obniżenia ratingu Hiszpanii przez S&P.

Między kredytem a interwencją Jednym z czynników, który wymusił podwyższenie tegorocznego limitu deficytu okazała się konieczność zwrócenia się w czerwcu do Unii Europejskiej o zasilenie hiszpańskiego systemu bankowego, mimo przeprowadzonej miesiąc wcześniej reformy systemu finansowego. Pomoc przyjęła formę pożyczki dla rządu w wysokości do 100 mld euro pochodzących ze środków Europejskiego Funduszu Stabilności Finansowej, przeznaczonej tylko i wyłącznie na rekapitalizację sektora bankowego za pośrednictwem FROB (Fondo de Reestructuración Ordenada Bancaria, rządowy fundusz utworzony w 2009 r. do ratowania zagrożonych upadłością banków) oraz na zarząd tzw. złym bankiem, w którym zebrane zostaną toksyczne aktywa wydzielone z poszczególnych jednostek bankowych. Według ministra gospodarki, Luisa de Guindosa środki będą musiały zostać zwrócone w ciągu 15 lat, a ich oprocentowanie nie przekroczy 4%. Przez rząd pożyczka została eufemistycznie nazwana „linią kredytową”, a sam Rajoy określił ją jako spory sukces, dzięki któremu udało się uniknąć zewnętrznego zasilenia dla całego Państwa. Jednakże utrzymująca się tendencja spadkowa na hiszpańskiej giełdzie (w pierwszym półroczu wskaźnik giełdowy IBEX-35 zanotował spadek o prawie 24%) oraz balansująca na trudnym do obsługi poziomie 5-6% rentowność dziesięcioletnich obligacji skarbowych, która w czerwcu chwilowo przekroczyła aż 7%, postawiły rząd przed koniecznością przekonania rynków finansowych i decydentów strefy euro, że Hiszpania mimo wszystko nie będzie zmuszona ubiegać się o międzynarodowy pakiet pomocowy. Kolejne cięcia w wydatkach miały ucinać medialne spekulacje na ten temat. Rajoy cieszył się pod tym względem poparciem szefowej MFW, Christine Lagarde, która określiła jego reformy jako trudne, ale „bardzo, bardzo wartościowe” i zaprzeczała pogłoskom o natychmiastowej pomocy finansowej dla Hiszpanii. Również Angela Merkel przyznała podczas wizyty w Madrycie na początku września – przebiegającej nieco spokojniej niż ostatnio w Atenach –, że „jest pod wrażeniem intensywności reform” przeprowadzonych przez Rajoy’a w celu przywrócenia wzrostu i tworzenia miejsc pracy. Warto zaznaczyć, że tego samego określenia kanclerz użyła również dwa lata temu, chwaląc reformy José Luisa Rodrígueza Zapatero... Tymczasem, uwzględnione w projekcie budżetu koszty obsługi szacowanego na przeszło 76% PKB zadłużenia publicznego (w roku 2007 wynosił on 35,5%) wzrosły w porównaniu do roku 2012 o prawie 34%, co oznacza że pochłoną one niemal w cało-

ści dodatkowe przychody wynikające z cięć resortowych i podwyżki VAT-u. Choć rząd zapewnia, że posiada środki na pokrycie obligacji skarbowych o zbliżającym się terminie zapadalności, pogłębiający się niepokój na rynkach finansowych sprawia, że w strefie euro rośnie presja, szczególnie ze strony następnych kolejce Włoch, by Hiszpania zdecydowała się jednak jak najszybciej na złożenie wniosku o zasilenie finansowe, tym bardziej, że w początkach września Europejski Bank Centralny przyjął program ostrożnościowy umożliwiający mu kupno bonów skarbowych państw zmagających się z problemami. Mimo starań Hiszpanii o przyspieszenie wdrożenia jednolitego nadzoru bankowego, który umożliwiłby dokapitalizowanie banków przez fundusz interwencyjny bez pośrednictwa Państwa, według nieoficjalnych źródeł przytaczanych przez agencję prasową Reuters, trwają rozmowy nad doprecyzowaniem warunków potencjalnej pomocy, najprawdopodobniej w formie zakupu przez EBC hiszpańskich obligacji na rynku pierwotnym, która miałaby nastąpić w listopadzie.

Lepiej później niż wcale Hiszpania, obok Grecji, stała się jednym z głównych tematów rozmów prowadzonych na październikowym szczycie Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego w Tokio. Dotychczasowa retoryka MFW wydaje się ustępować bardziej umiarkowanej, podyktowanej obawą o zbyt szkodliwy wpływ, jaki surowa polityka oszczędnościowa pogrążonych w kryzysie państw może wywrzeć na gospodarkę globalną, o czym dają znać najnowsze prognozy instytucji. Lagarde zaleciła, by kraje takie jak Grecja, Portugalia, czy Hiszpania miały do dyspozycji trochę więcej czasu do wypełnienia narzuconych przez Brukselę celów fiskalnych. Oświadczenie to spotkało się z wyraźnym sprzeciwem Niemiec, będącego głównym wierzycielem zadłużonych państw, ale zarazem z poparciem silnie powiązanych z europejską gospodarek wschodzących, takich jak Chiny czy Brazylia. Najbliższe tygodnie pokażą, jaki będzie praktyczny wymiar tego zalecenia oraz w jaki sposób wpłynie on na makroekonomiczny scenariusz „kryzysowego południa” Europy. Rzeczywisty poziom deficytu na koniec mijającego roku pozwoli z kolei odpowiedzieć rządowi Mariano Rajoy’a na pytanie, nie tyle o to, „czy dziś jest lepiej niż rok temu”, ale o to, czy jest aż tak źle, jak wygląda to w mediach oraz czy hiszpańskie instytucje polityczne tyloma cięciami budżetowymi nie podcięły gałęzi, na której same siedzą i są jeszcze w stanie stawić czoła kryzysowi. Anna Dulska

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

25


UNIA EUROPEJSKA | GOSPODARKA

EUROPEJSKI BANK CENTRALNY

Wszystkie drogi prowadzą do Frankfurtu S

tworzenie Europejskiego Banku Centralnego (EBC) zostało przewidziane w Traktacie o Unii Europejskiej (zwanym też Traktatem z Maastricht), który wszedł w życia w 1993 r. Bank miał być centralnym punktem planowanej strefy wspólnej waluty – euro. Projekt ten w założeniu miał stać się emanacją postanowień podjętych przez europejskich przywódców jeszcze pod koniec lat 80. ubiegłego stulecia, kiedy to zadeklarowano chęć dążenia do utworzenia unii gospodarczej i walutowej wśród państw Wspólnoty. Od 1 stycznia 1999 r., czyli formalnego początku istnienia unii walutowej, EBC przejął od 11 państw członkowskich UE kompetencje w zakresie kształtowania polityki monetarnej (Wielka Brytania, Szwecja i Dania zachowały swoje waluty narodowe, natomiast Grecja przystąpiła do Eurolandu w 2001 r.). Obecnie EBC kreuje politykę pieniężną 17 państw eurozony – w 2007 r. wspólną walutę przyjęła Słowenia, rok później uczyniły to Cypr i Malta, w 2009 r. Słowacja, a ostatnim jak do tej pory krajem członkowskim strefy stała się w 2011 r. Estonia. Głównym zadaniem Banku, mającego siedzibę w okazałym budynku Eurotower we Frankfurcie, jest „ochrona siły nabywczej euro, a tym samym utrzymanie stabilności cen w strefie euro”. Z tego krótkiego opisu wynika, iż centralnym punktem zainteresowania EBC powinien być problem inflacji w Eurolandzie i zapobieganie nadmiernemu wzrostowi cen produktów. W samej misji Banku widać wyraźnie wpływ podejścia niemieckiego. Władze w Berlinie, mające w pamięci hiperinflację z lat 20. XX. wieku i spowodowane nią wzburzenie w społeczeństwie, które wyniosło do władzy narodowych socjalistów z Adolfem Hitlerem na czele, uznały zapobieganie nadmiernemu wzrostowi cen za podstawę stabilności społecznej w rodzącej się unii monetarnej. Siła gospodarki niemieckiej pozwoliła na wprowadzenie tego elementu jako gł. obszaru działalności Banku Centralnego strefy euro. Kryzys finansowy, a szczególnie jego przedłużenie w postaci kryzysu zadłużenia w strefie euro, skłoniły unijnych polityków do uczynienia z EBC głównego narzędzia ratowania sypiącego się Eurolandu. W związku z tym w ostatnich miesiącach Bank, na którego czele stoi włoski ekonomista Mario Draghi, podejmuje działania wykraczające poza pierwotnie przyjęty zakres jego kompetencji.

Na ratunek bankom Gdy w czerwcu 2011 r. Rada Europejska wybierała Mario Draghiego, kierującego wówczas Bankiem Centralnym Włoch, na stanowisko szefa EBC, większość obserwatorów przewidywała, iż będzie on stał

26

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

na straży „wąsko” rozumianych kompetencji tej instytucji. Włoch zyskał kluczowe poparcie Berlina, który widział w nim gwaranta realizacji niemieckiego podejścia do funkcjonowania EBC, czyli skupienia się na walce z inflacją. Draghi uchodził za technokratę i spokojnego analityka, zupełnie pozbawionego południowego temperamentu. Urzędujący od 1 listopada 2011 r. „Super Mario” (jak nazwano go dzięki zręcznemu działaniu na pograniczu świata finansów i polityki) musiał z miejsca reagować na negatywne sygnały płynące z gospodarek strefy euro. Już pierwsze posunięcia nowego prezesa sprawiły, że przewidywania co do kształtu jego kadencji należało mocno zweryfikować. Na pierwszym za kadencji Draghiego posiedzeniu Rady Gubernatorów (gł. organu decyzyjnego EBC, w skład którego wchodzi sześcioosobowy Zarząd oraz prezesi banków centralnych wszystkich siedemnastu krajów strefy euro) zapadła decyzja o poluzowaniu polityki monetarnej. Obniżono o 25 pkt bazowych (z 1,5 proc. do 1,25 proc.) główną stopę procentową, co miało stymulować zwiększenie akcji kredytowej. Jednocześnie jednak wpływało na zwiększenie ilości pieniądza w obiegu, co mogło wpłynąć na wzrost cen. Decyzja o obniżce podstawowej stopy procentowej (ponownie o 25 pkt bazowych) zapadła również na drugim posiedzeniu Rady Gubernatorów w grudniu 2011 r., co utwierdziło analityków i polityków unijnych w przeświadczeniu, iż nowemu szefowi EBC bardziej zależy na pobudzeniu wzrostu gospodarczego niż utrzymywaniu w ryzach inflacji (wg Eurostat, w listopadzie ubiegłego roku jej poziom wyniósł 3 proc. – dla porównania w Polsce było to 4,8 proc.). Draghi powoli wybijał się na niezależność wobec popierających go wcześniej władz państwowych, gł. Niemiec. Umocnieniem tego trendu było podjęcie już w grudniu 2011 r. (niecałe 2 miesiące po objęciu urzędu) decyzji o udzieleniu bankom niskooprocentowanych (na zaledwie 1 proc.), trzyletnich pożyczek w ramach programu tzw. Długoterminowych Operacji Refinansowania (ang. Long-Term Refinancing Operations – LTRO). LTRO było europejskim odpowiednikiem realizowanego przez amerykańską Rezerwę Federalną tzw. Poluzowania Ilościowego (ang. Quantitative Easing), czyli de facto wpompowania w rynek ogromnej ilości pieniądza. Działania te miały pobudzić rynek pożyczek międzybankowych, zapewnić instytucjom finansowym płynność oraz umożliwić zakup przez nie obligacji rządowych państw Europy Południowej (w tym Hiszpanii i Włoch), co miało obniżyć ich rentowność, a tym samym zmniejszyć obciążenia budżetów związane z obsługą długu. W sumie w ramach LTRO1 pożyczono 523 instytucjom finansowym (gł. bankom)


UNIA EUROPEJSKA | GOSPODARKA

Ostatnie miesiące w polityce europejskiej, naznaczone nasilającym się kryzysem zadłużeniowym i desperackimi próbami ratowania strefy euro, przyniosły zmiany w układzie sił wewnątrz Wspólnoty. W pierwszym półroczu br. na czołówkach największych europejskich gazet najczęściej pojawiała się kanclerz Niemiec i prezydent Francji, jako duet mający wskazać kierunek rozwoju Unii. Wraz z narastaniem problemu zadłużenia państw „południowej flanki UE”, na pierwszy plan w rozgrywce o przyszłość euro wysuwa się niepozorny, włoski ekonomista, Mario Draghi – prezes Europejskiego Banku Centralnego. Instytucji, która może uratować projekt wspólnej waluty.

niemal pół biliona euro (dokładnie 489 mld). Druga tego rodzaju operacja (LTRO2), przeprowadzona na początku 2012 r., miała wartość ok. 530 mld euro, a partycypowało w niej już ok. 800 instytucji. Skala działań przeprowadzonych w pierwszych kilku miesiącach kadencji Mario Draghiego była więc gigantyczna – w krótkim czasie na rynku znalazło się ponad bilion euro. Rynki finansowe i inwestorzy zareagowali jednak entuzjastycznie na działania EBC, widząc w nich szansę na pobudzenia koniunktury, Jak to jednak często działo się w ostatnich latach po „przełomowych” decyzjach dotyczących strefy euro, nastrój euforii trwał krótko, po czym na pierwszy plan wracały realne problemy gospodarek Eurolandu.

Nieograniczone wsparcie Operacjami LTRO Europejski Bank Centralny pokazał, jak bardzo zależy mu na poprawie sytuacji sektora finansowego Eurolandu, a tym samym pośrednio na ratowaniu wspólnej waluty. W lipcu 2012 r. Mario Draghi, chcąc uspokoić inwestorów zaniepokojonych m.in. problemami sektora bankowego w Hiszpanii czy rosnącą rentownością włoskich papierów dłużnych, zapewnił, iż zrobi wszystko, co możliwe, aby euro przetrwało kryzys. W połowie roku coraz większym problemem stawał się jednak pogarszający się stan gospodarek południa Europy oraz narastające oburzenie społeczne w tej części kontynentu. Grecja funkcjonowała z miesiąca na miesiąc, licząc na wypłatę kolejnych transz z udzielonego jej bailoutu. Ateny miały być otrzymać pomoc jedynie w przypadku wprowadzania daleko idących oszczędności, których jednak nie chciała zaakceptować grecka ulica, wyrażając swój sprzeciw w coraz liczniejszych manifestacjach. Widmo „Grexitu”, czyli wyjścia kraju ze strefy euro w przypadku fiaska negocjacji na temat wypłat dalszej części pomocy międzynarodowej, stawało się coraz bardziej realne. Również Hiszpania i Włochy ponosiły ciężar wymuszonych reform, a zaufanie rynków finansowych do obu państw systematycznie spadało, co przejawiało się w balansowaniu rentowności obligacji Madrytu i Rzymu na granicy 7 proc., uznawanej za próg bezpieczeństwa obsługi długu. Nawet Portugalia, pomimo daleko idących reform wprowadzonych w ciągu ostatniego 1,5 roku, musiała przeznaczać coraz większe sumy na obsługę zadłużenia, co dusiło jej budżet. W tej sytuacji, realizując swoją wcześniejszą zapowiedź, Mario Draghi zapowiedział przyjście z pomocą tonącej eurozonie. Na początku września Europejski Bank Centralny podjął decyzję o rozpoczęciu działań mających na celu nieograniczony skup obligacji tonących w długach państw strefy euro. Słowo „nieograniczony” miało uspokoić inwestorów, iż EBC w każdej sytuacji będzie gwarantował wykup pozyskanych przez nich papierów wartościowych. Tym samym obligacje włoskie czy hiszpańskie (o tych dwóch państwach wspomina się jako gł. beneficjentach działań EBC) stawały się w oczach rynków finansowych znacznie bezpieczniejszą lokatą, niż jeszcze kilka tygodni wcześniej, co ma mieć przełożenie na spadek ich rentowności i niższe koszty obsługi długu. Dla rządów Mariano Rajoya i Mario Montiego

miałoby to niebagatelny wpływ na ich walkę z deficytem budżetowym. Plan EBC ma również wzmocnić zaufanie do wspólnej waluty i wiarę w jej dalsze funkcjonowanie, mocno nadszarpnięte w ostatnich latach w wyniku rozwoju sytuacji w Grecji czy Portugalii. EBC stawia jednak warunki, na jakich wsparcie miałoby zostać udzielone. Państwo zainteresowane wykupem obligacji, musiałoby najpierw oficjalnie zgłosić się o pomoc do Europejskiego Mechanizmu Stabilności (który po wrześniowej decyzji niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego o zgodności istnienia tego ciała z konstytucją RFN, ma zastąpić działający dotychczas Europejski Fundusz Stabilności Finansowej). Dopiero po tym kroku, do gry mógłby wejść EBC. Pomysł prezesa Draghiego o bardzo silnym zaangażowaniu Banku na rynku obligacji zyskał aprobatę niemal całej Rady Gubernatorów – został poparty przez 22 z 23 tworzących ją członków. Głos sprzeciwu, pomimo iż odosobniony, był słyszalny w stolicach europejskich. Należał on bowiem do prezesa Bundesbanku, Jensa Weidmanna, który zakwestionował legalność działań EBC w kontekście zapisów traktatowych o braku możliwości bezpośredniego wsparcia finansowego państw członkowskich. Przez znaczną część obserwatorów wystąpienie Weidmanna zostało uznane za gest skierowany do niemieckiej opinii publicznej, w większości przeciwnej silnemu angażowaniu się w pomoc państwom „południowej flanki” Unii. W praktyce rząd Angeli Merkel zaaprobował działania władz EBC, o czym świadczy głos poparcia dla planów Draghiego udzielony przez niemieckiego członka Zarządu Banku – Jörga Asmussena. Plan Mario Draghiego, dotyczący skupowania na dużą skalę obligacji państw zagrożonych bankructwem, można rozpatrywać dwojako. Z jednej strony, z pewnością przyniesie on większą pewność transakcji włoskimi, hiszpańskimi czy portugalskimi papierami dłużnymi, a tym samym powinien wpłynąć pozytywnie na warunki pozyskiwania pieniędzy z rynku przez władze tych krajów. Umocni się również wspólna waluta – zostanie odsunięte od niej widmo rozpadu strefy euro, którego katalizatorem miałoby być bankructwo jednej z większych tworzących ją gospodarek (np. czwartej co do wielkości Hiszpanii). Z drugiej strony, istnieje jednak zagrożenie, na które wskazuje m.in. były prezes NBP Leszek Balcerowicz, zaniechania przez kraje południowej Europy wprowadzanych w ostatnich miesiącach na większą lub mniejszą skalę reform, dotyczących m.in. rynku pracy, systemu podatkowego czy racjonalizacji wydatków budżetowych, które jako jedyne w dłuższej perspektywie mogą wpłynąć na poprawę ich sytuacji gospodarczej. Ponadto wypuszczenie na rynek w krótkim czasie dużej ilości pieniądza (choć jeszcze obecnie sumy są trudne do oszacowania) może przyczynić się do wzrostu inflacji wewnątrz strefy. Przypomnijmy, iż to właśnie walka z rosnącymi cenami ma być gł. zadaniem stojącym przed Europejskim Bankiem Centralnym. EBC, podobnie jak Banki Centralne USA i Japonii, również pompujące w rynek znaczne sumy, podjął ryzykowaną grę. Nawet nie najbliższe miesiące, a lata pokażą, czy było warto. Damian Wnukowski

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

27


ROSJA & WNP

Wolność słowa, rozumiana jako prawo do swobodnego wyrażania własnych poglądów i opinii oraz poszanowania go przez innych, nadal pozostaje w Rosji pojęciem politycznie zależnym i nieprzystającym do standardów cywilizacyjnych. Gdyby przytoczyć wypowiedź Georga Orwella, uznającego je za „prawo do mówienia ludziom tego, czego nie chcą słyszeć”, postawa władz na Kremlu byłaby tego dokładnym przeciwieństwem. W związku z tym, kontrolowanie środków masowego przekazu, a także dyskredytowanie wystąpień antyputinowskiej opozycji jest kontynuacją procesu podjętego przez administrację obecnej głowy państwa już w 2000 r., a więc po objęciu urzędu prezydenta.

Rosyjska wolność (od)słowa 28

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

P

odczas 59. Światowego Kongresu Prasy i 13. Światowego Forum Wydawców Gazet zbiegającego się w czasie z półmetkiem drugiej kadencji Putina (2006 r.), znalazł się on pod ostrzałem pytań Gavina O’Reilla, szefa Światowego Stowarzyszenia Wydawców Gazet (WAN), żądającego od władz wyjaśnień w sprawie oskarżeń o tworzenie w państwie atmosfery sprzyjającej samocenzurze. Okazuje się bowiem, że nawet Internet przestał być w Rosji całkowicie wolny od wpływów rządzących, którzy z jednej strony, coraz chętniej finansują portale informacyjne, z drugiej zaś wywierają nacisk na nieprzychylne sobie media, blokując dostęp do niewygodnych witryn internetowych. Ograniczanie wolności słowa przez rosyjskie władze odbywa się również poprzez likwidację liczby nakładów opozycyjnych gazet. Kreml nie musi natomiast zabiegać o od dawna podporządkowaną sobie telewizję i wielkonakładową prasę, której głęboką zapaść wyraźnie pokazały wydarzenia w Biesłanie. Miejsce oczekiwanej, jak by się mogło wydawać, reakcji rosyjskich mediów wobec rozgrywającej się tragedii zajęła wówczas obojętność. W obliczu dokonującego się aktu terroru, będącego niejako „newsem” dnia, była to postawa całkowicie niezrozumiała, lecz na pewno politycznie zamierzona. W 2011 r. zaobserwowano dwukrotne nasilenie się przypadków konfiskaty tytułów prasowych („Wieczernij Nieftiekamsk”, „Sprawiedliwaja Rosjia”), które podczas wyborów do Dumy wytykały rządzącym liczne nadużycia oraz korupcję. W najnowszej historii Rosji, najsurowszym wyrokiem „za słowo” było zasądzenie kary dla Borysa Stomachina z witryny Kavkaz-Center za krytykę działań rosyjskich władz podczas drugiej wojny czeczeńskiej. W dalszym ciągu na porządku dziennym są zatrzymania dziennikarzy relacjonujących akcje protestacyjne na ulicach rosyjskich miast, a ich praca podlegająca nieustannej presji, często uzależniona jest od decyzji lokalnych władz. Należy też wspomnieć, że niejednokrotnie dochodzi do napaści na dziennikarzy, a nawet zabójstw. Według raportu (nr 552, styczeń 2012 r.) Fundacji Ochrony Głasnosti (FZG), działającej na rzecz rozwoju przestrzeni prawnej ułatwiającej demokratyzację środowiska informacyjnego, tylko w 2011 r. było pięć takich przypadków. Ofiarami dotkliwych pobić padło wówczas ponad osiemdziesięciu przedstawicieli mediów. Nie dość wspomnieć Romana Nikiforowa z TPO Red Media show, Garuna Kurbanowa, szefa działu polityki informacyjnej i prasy w departmencie prezydenta Dagestanu czy Pawła Balakirewa z telewizji petersburskiej. Podobne przykłady można by mnożyć.

Dziennik buntu Nowojorski Komitet Obrony Dziennikarzy (CPJ) uznaje Rosję za jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na świecie do wykonywania zawodu dziennikarza. Mimo wcześniejszych deklaracji, rządzący nie wywiązują się z obietnic dotyczących wyjaśniania okoliczności śmierci Anny Politkowskiej, Anatolija Bitkowa czy Natalii Estemirowej. Od 2006 r., dzień 7 października kojarzy się już nie tylko z urodzinami Władimira Putina, lecz kolejną rocznicą śmierci Politkowskiej – rosyjskiej dziennikarki piszącej o Czeczenii i krytycznie oceniającej politykę ówczesnego prezydenta. W swojej ostatniej książce pt. „Udręczona Rosja. Dziennik buntu”, obejmującej prawie dwuletni okres (2003-2005) jego drugiej kadencji, autorka opisuje kulisy władzy, tj. niewyjaśnione zabójstwa i porwania, okrucieństwa panujące w armii oraz zamachy terrorystyczne. Z równym przejęciem obserwuje obojętność społeczeństwa, które borykając się z problemami bytowymi, godziło się na ograniczanie swych swobód obywatelskich i dominację reżimu. Być może reakcja Politowskiej na przedstawiane wydarzenia wydawała się nieraz zbyt przesadna, jednak wrażenie to ustępowało zaraz po przeczytaniu pierwszych wersów opisywanych przez nią historii. Do dnia dzisiejszego sprawa Politkowskiej budzi kontrowersje. Ofiarą była bowiem dziennikarka, którą zabito w biały dzień, w urodziny prezydenta Putina. Tymczasem on sam w wywiadzie udzielonym z okazji


ROSJA & WNP

swego święta (60. urodzin) ani słowem nie wspomniał o zamordowanej dziennikarce. Nie wahał się natomiast stwierdzić, że członkinie Pussy Riot „mają czego chciały”, a Michaił Chodorkowski powinien prosić o wybaczenie, jeśli w ogóle chce wyjść z więzienia.

Tylko nie do łagru! Wyrok – dwa lata łagru – podtrzymany. To kara dla członkiń feministycznej grupy Pussy Riot za wykonanie w najważniejszym soborze prawosławnej Rosji, antyputinowskiego utworu. Na odroczonym, do 10 października, postępowaniu apelacyjnym sąd rejonowy dzielnicy Chamowniki w Moskwie, utrzymał w mocy wyrok pierwszej instancji, skazujący kobiety (Nadieżdę Tołokonnikową i Marię Alochinę) na dwuletni pobyt w kolonii karnej, a w stosunku do trzeciej z performerek, Jekatieriny Samucewicz, zarządził wykonanie kary w zawieszeniu na dwa lata. Choć za oficjalny powód oskarżenia podaje się „chuligański czyn motywowany nienawiścią religijną”, one same wolą określenie „modlitwy punkowej”. Po odwołaniu się od decyzji sądu, wydanej 17 sierpnia, miały nadzieję, że Federalna Służba Więzienna (FSIN) przychyli się do ich prośby i w przypadku utrzymania w mocy wyroku zezwoli na odbycie kary w dotychczasowym miejscu ich przetrzymywania, tj. moskiewskim areszcie śledczym Pieczatniki. Tymczasem, 20 października skazane zostały przewiezione do obozu pracy przymusowej. Powstanie Pussy Riot w październiku 2011 r. było reakcją na przedwyborcze deklaracje Władimira Putina o ponownym ubieganiu się przez niego o reelekcję na urząd prezydenta. W związku z tym, przeprowadzenie przez zamaskowane artystki 21 lutego 2012 r. we wspomnianej już cerkwi występu przybrało charakter protestu politycznego wymierzonego przeciw systemowi zarządzania

państwem, jaki niosła ze sobą polityka przyszłej głowy państwa, tj. autorytarnemu charakterowi władzy, patriarchalizmowi, braku wolności słowa a także poparciu Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej (RCP) dla kandydatury Putina. Być może ich występ w moskiewskim soborze przeszedłby bez echa, gdyby zespół nie zamieścił na stronie internetowej nagrania ze wspomnianego zdarzenia, wywołując tym samym falę oburzenia ze strony zarówno rosyjskich hierarchów jak i wyznawców prawosławia. Na tym tle, zakończony właśnie proces stanowić może doskonałą „nauczkę” dla przyszłych naśladowców Pussy Riot, że stanowcza krytyka osoby prezydenta będzie srogo karana, a wszelkie przejawy społecznej aktywności środowisk opozycyjnych wobec systemu władzy bezwzględnie tłumione. W związku z tym, skuteczną metodą dyskredytacji opozycji staje się stawianie ich w roli zwykłych chuliganów, którzy lekceważą tradycyjne rosyjskie wartości, wśród których znaczącą rolę odgrywa wiara prawosławna. Wzajemne poparcie udzielane sobie nawzajem przez władzę i Cerkiew świadczyć może o chęci zacieśnienia obustronnych relacji. Nad Patriarchą Cyrylem zawisły bowiem czarne chmury, gdy na jaw wyszły afery biznesowe z jego udziałem. Choć opinie obywateli Rosji na temat samego procesu są podzielone, to wywołały poruszenie Zachodu, przyczyniając się do pogorszenia wizerunku Rosji na świecie, włącznie z uznaniem performerek za więźniów sumienia. Przeciw tak rygorystycznej karze opowiedział się nawet premier Rosji Dmitrij Miedwiediew, zaś Michaił Chodorkowski w listownej korespondencji z „Sueddeutsche Zeitung” uznał, że zastosowane represje mają zrekompensować reżimowi powiększającą się utratę autorytetu w społeczeństwie.

A jednak są granice Krytyka systemu władzy i głowy państwa jest dozwolona, ale obwarowana zakazem jej nagłaśniana. Czy wobec tego jest to w ogóle wolność? Takiego jej rozumienia życzy sobie rosyjska elita rządząca, traktując swobodę wypowiedzi niemalże jako kwestię wyłącznie wewnątrzpaństwową. Nie zważając na międzynarodowe standardy stosuje własne wyznaczniki wolności słowa. Opierają się one zazwyczaj na mechanizmie represji polegającym między innymi na zakazie wjazdu na terytorium Federacji Rosyjskiej. Zastosowano go choćby w stosunku do Natalii Morar, mołdawskiej dziennikarki, pracującej dla antykremlowskiego tygodnika „The New Times” (dawniej „Nowoje Wremia”), którą pogranicznicy uznali za zagrożenie dla porządku publicznego. Podobny wymiar przybierają ograniczenia, jakie napotykają rosyjscy artyści. Żaden z teatrów w Sankt Petersburgu, rodzinnym mieście Putina, nie wyraził zgody na wystawienie sztuki pt. „BerlusPutin”, będącego satyrą opowiadającą o skandalach politycznych z udziałem prezydenta. Natomiast z powodu wspierania działaczy opozycyjnych, grupie rockowej DDT z liderem Jurijem Szewczukiem odmówiono zagrania koncertu w jakimkolwiek z syberyjskich miast. Wolność słowa we wszystkich sferach życia społecznego, kulturalnego, a zwłaszcza politycznego jest poddana kontroli oraz cenzurze. Czy o wolności słowa w Rosji można mówić już tylko w czasie przeszłym czy to dopiero kwestia przyszłości? W nierównym pojedynku „obrońców wolności słowa” ze zwolennikami skostniałego systemu wygrywają ci drudzy. Kontrola środków masowego przekazu, represje wobec wystąpień opozycji, dyskredytowanie dziennikarzy, brak woli wyjaśniania okoliczności tajemniczych zabójstw i pobić przedstawicieli mediów to rzeczywistość, w której osadzone jest pojęcie wolności słowa. Jedno jest pewne, w kwestii poszanowania wolności słowa w Rosji tamtejsza władza jeszcze długo nie powie za Evelyn Beatrice Hall: „Nie zgadzam się z Twoimi poglądami, ale po kres moich dni będę bronił Twego prawa do ich głoszenia”. Agnieszka Tomczyk

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

29


ROSJA & WNP

(Geo)polityczna Wybory w Gruzji wygrał kandydat opozycji, multimiliarder i przywódca partii Gruzińskie Marzenie Bidzina Iwaniszwili. Wynik wyborów jest po pierwsze, zaskoczeniem, gdyż przez wiele miesięcy wszystkie sondaże wskazywały na zwycięstwo Zjednoczonego Ruchu Narodowego – partii prezydenta Micheila Saakaszwilego; po drugie, porażką obozu Saakaszwilego i szeroko rozumianego Zachodu a zwycięstwem Moskwy; po trzecie, dowodem na to, że Gruzja na tle sąsiednich państw wyróżnia się demokratycznym ustrojem.

W

e wtorek 2 października prezydent Micheil Saakaszwili przyznał, że jego partia przegrała wybory parlamentarne i przechodzi do opozycji. Gruzińskie Marzenie zdobyło ok. 55% oddanych głosów, a Zjednoczony Ruch Narodowy zyskał sobie poparcie 40% wyborców.

Bidzina Iwaniszwili – kandydat Kremla

Bidzina Iwaniszwili — przywódca Gruzińskiego Marzenia jest nie tylko najbogatszym Gruzinem, lecz także jednym z najbogatszych mieszkańców byłego Związku Sowieckiego. Jego majątek szacowany jest na bagatela 6,4 mld $. Swoje pierwsze duże pieniądze zaczął zarabiać w latach 80. XX w. jeszcze w Związku Radzieckim, ale naprawdę olbrzymich sum dorobił się już w jelcynowskiej Rosji w latach 90., kiedy to mafiozi, oligarchowie i byli funkcjonariusze sowieckich służb specjalnych bez skrupułów rozkradali rosyjski majątek narodowy. Iwaniszwili był jednym z nielicznych mieszkańców Federacji Rosyjskiej, który znakomicie odnalazł się w mafijnych układach lat 90. Iwaniszwili działał głównie w branżach energetycznej, bankowej i metalurgicznej – zwłaszcza ta ostatnia uchodziła w ówczesnej Rosji za przesiąkniętą przestępczością zorganizowaną. Jak zeznał niedawno przed londyńskim sądem słynny rosyjski oligarcha Roman Abramowicz w rosyjskiej branży metalurgicznej w latach 90. „zabijano co trzy dni”. Obóz prezydenta Saakaszwilego, odkąd Iwaniszwili zdecydował się startować w wyborach, nie owijając w bawełnę konsekwentnie twierdzi, że jest on rosyjskim agentem. Nawet

30

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

jednak jeżeli tak nie jest, to należy mieć na uwadze, że ponad jedna trzecia majątku Iwaniszwilego jest ulokowana w aktywach znajdujących się na terenie Federacji Rosyjskiej. Jeśli Iwaniszwili będzie prowadził politykę nieprzyjazną Rosji, jeżeli będzie nielojalny i krnąbrny wobec Kremla, to szybko tę część swojego majątku straci. Sposób w jaki ukarany został Michaił Chodorkowski, który odważył się przeciwstawić woli Władimira Putina, nie powinien pozostawiać nikomu złudzeń co do tego. Trzeba też pamiętać, że przywódca Gruzińskiego Marzenia jest udziałowcem Łukoilu i Gazpromu. Wątpliwe jest, żeby Kreml zezwolił nielojalnym oligarchom na nabycie udziałów w tych niezwykle istotnych dla Rosji koncernach. Sam Iwaniszwili zarzeka się, że będzie dążył do integracji Gruzji z Unią Europejską i NATO, niemniej jednak w trakcie kampanii wyborczej podkreślał nierzadko, iż Gruzja powinna mieć też dobre stosunki z Rosją, a on będzie w stanie polepszyć relacje między Tbilisi a Moskwą. Olbrzymia większość Gruzinów chciałaby widzieć swój kraj zarówno w NATO, jak i w UE – stąd też każda gruzińska partia, która chciałaby zdobyć więcej niż 10% głosów w wyborach parlamentarnych musi opowiadać się za zacieśnianiem więzów z szeroko rozumianym Zachodem. Z drugiej jednak strony wielu Gruzinów ma krewnych pracujących w Rosji, a północny sąsiad jest ważnym partnerem handlowym Gruzji. Gruzini nie chcieliby również żadnej nowej wojny z potężnym sąsiadem, dlatego z utęsknieniem czekają na jakieś odprężenie i oznaki dobrej woli ze strony Kremla. Nie dziwi więc, że retoryka Iwaniszwilego trafiła do wielu Gruzinów, mimo że przystąpienie do NATO, czy odzyskanie Abchazji i Osetii Południowej przy jednoczesnym poprawieniu stosunków z Rosją, wygląda jak próba godzenia wody z ogniem.

Cel uświęca środki Bidzina Iwaniszwili zyskał sobie sympatię wielu Gruzinów angażując się w działalność charytatywną. Od 2003 r. na budowę szpitali, remonty cerkwi, fundowanie stypendiów dla zdolnej młodzieży przeznaczył niemałą kwotę 1,2 mld $. Dosłownie kupił sobie więc poparcie niejednego mieszkańca Gruzji. Nawiasem mówiąc, Iwaniszwili zawsze przykładał uwagę do dobrego PR – przez wszystkie te lata, które spędził w Rosji używał imienia Borys, a nie Bidzina.


ROSJA & WNP

zmiana w Gruzji Niemniej jednak tym, co przesądziło o jego zwycięstwie w wyborach nie były rozdanie pieniądze, czy pijarowskie zabiegi, ale intryga polityczna godna Machiavellego w postaci szokujących taśm filmowych. Taśmy przedstawiają tortury i gwałty na więźniach jednego z gruzińskich więzień, i (tak się jakoś składa) wypłynęły na kilka dni przed wyborami parlamentarnymi. Do czasu ujawnienia taśm sondaże wskazywały wyraźną przewagę Zjednoczonego Ruchu Narodowego. Od czasu ich ujawnienia przewaga ta zaczęła gwałtownie topnieć. Stąd wywnioskować można, że albo sondaże były fałszowane, co jest mniej prawdopodobne, albo taśmy z gldanskiego więzienia rzeczywiście dogłębnie wstrząsnęły gruzińskim społeczeństwem i wpłynęły na nagłą zmianę preferencji wyborczych. Wydaje się, że to drugie wyjaśnienie jest właściwsze, bowiem istotnie po opublikowaniu taśm na ulice Tbilisi wyszły wielotysięczne tłumy protestujące przeciwko haniebnym czynom strażników więziennych i zaniedbaniom rządu w tej sprawie. Po jakimś czasie okazało się, że zdjęcia tortur i gwałtów nakręcono już wiele miesięcy wcześniej. Jedna z gruzińskich dziennikarek (sympatyzująca z opozycją) otwarcie przyznała, że widziała feralne taśmy już 5 miesięcy przed wyborami. Wiele wskazuje na to, że jeden ze strażników więziennych mógł dokonywać tortur nie z powodu sadystycznych skłonności, ale z powodu pieniędzy, jakie mu za te czynności zapłacono. Pojawiły się doniesienia, że został przekupiony kwotą 2 mln $ za sporządzenie materiałów filmowych dokumentujących tortury na więźniach. W tym kontekście wydaje się, że podmiotami zainteresowanymi powstania takich taśm mogły być tylko Moskwa i Iwaniszwili. Nie można więc wykluczyć – jest to wręcz całkiem prawdopodobne – że mieliśmy do czynienia z polityczną intrygą wymierzoną w obóz rządzący Gruzją, której ofiarami padli pechowi więźniowie. Powyższe w bardzo złym świetle stawia Iwaniszwilego.

Przyszłość Gruzji Tym co odróżnia obecne wybory parlamentarne w Gruzji od innych podobnych wyborów jest nie tylko duży poziom emocji im towarzyszących, ale także to, że poprzedzały je wielkie manewry wojskowe o kryp-

tonimie Kaukaz-2012, które odbyły się w Południowym Okręgu Wojskowym Federacji Rosyjskiej, niedaleko granicy z Gruzją. Wielu komentatorów zinterpretowało to jako mało subtelne ostrzeżenie dla społeczeństwa gruzińskiego, co mogłoby się stać, jeśli Gruzini dokonają niewłaściwego – z punktu widzenia Moskwy – wyboru. Oczywiście, do końca jeszcze obóz Saakaszwilego nie przegrał. Można raczej mówić o przegranej w dużej bitwie, ale nie w politycznej wojnie. Ironią losu jest to, że prezydent Micheil Saakaszwili sam przeforsował zmiany w konstytucji, które mają wejść za rok, na mocy których ustrój polityczny Gruzji zmieni się z systemu prezydenckiego na parlamentarny. Saakaszwili liczył, że to jego ugrupowanie wygra najbliższe wybory parlamentarne, a ponieważ nie mógł zgodnie z konstytucją stratować w następnych wyborach prezydenckich, przeto zdecydował się na przeforsowanie zmian w konstytucji wzmacniających pozycję premiera kosztem pozycji prezydenta. W swoich kalkulacjach nie uwzględnił jednak, że jego partia może wybory przegrać, albo też świadomie zaryzykował. Nie ma co ukrywać, że prozachodni kurs Gruzji może w świetle ostatnich wyborów ulec pewnym modyfikacjom. Kwestią otwartą jest jak daleko pójdą owe modyfikacje. Tak czy inaczej trudno nie zauważyć, że w Rosji wieści o wyniku wyborów przyjęte zostały z nieskrywanym zadowoleniem. Jakże się temu dziwić, skoro sam zwycięzca otwarcie oznajmił w powyborczym wywiadzie dla CNN, że: naprawa stosunków z Rosją jest jednym z naszych głównych celów i będziemy starać się to osiągnąć w każdy sposób. Niemniej jednak można doszukać się pewnych pozytywów z zachodniego punktu widzenia. Gruzini udowodnili, że pomimo dużej krytyki płynącej z zagranicy i ciągle dużych niedoskonałości ich ustrój i praktyka polityczna są zdecydowanie bliższe demokracji niż dyktaturze. Przedstawiciele OBWE, UE i innych podmiotów zaangażowanych w nadzór nad przebiegiem wyborów parlamentarnych oświadczyli, że te były demokratyczne i wolne. Pod tym względem Gruzja wyróżnia się na tle Armenii, Azerbejdżanu, Rosji, Białorusi czy posowieckich państw Azji Środkowej. We wszystkich wyżej wymie-

nionych państwach panuje mniej lub bardziej opresyjna dyktatura. W Gruzji zmiany mogą się dokonać i dokonują się na drodze demokratycznych wyborów. Nawet Ukraina pod względem uczciwości wyborów, wolności mediów i jakości rządów wypada gorzej od Gruzji. Spośród wszystkich posowieckich państw jedynie państwa bałtyckie wyprzedziły Gruzję pod względem jakości demokracji. Wydaje się, że pewne zmiany, które zaszły od 2003 r. w społeczeństwie gruzińskim są już nieodwracalne, a przynajmniej trudne do odwrócenia. Pozytywem jest też to, że Rosja prawdopodobnie będzie teraz mniej skłonna do agresywnych, zbrojnych posunięć wobec Gruzji. Od 2008 r. gruzińskie społeczeństwo żyje w nieustannym strachu przed nową rosyjską inwazją. Prorosyjska postać na stanowisku premiera Gruzji spowoduje, że Rosja będzie miała mniej bodźców (i pretekstów) do przeprowadzenia nowej inwazji, choć nie ma całkowitej pewności w tej materii. Warto też podkreślić, że samo Gruzińskie Marzenie jest swoistym zlepkiem różnych sił politycznych, których łączy głównie niechęć wobec Saakaszwilego. W ugrupowaniu tym jest wielu byłych sojuszników prezydenta Gruzji. Niektórzy obserwatorzy polityki gruzińskiej powątpiewają czy Gruzińskiemu Marzeniu uda się przez dłuższy czas zachować spójność i jedność. Nie jest więc wykluczone, że do różnych politycznych wolt na scenie politycznej Gruzji w najbliższych latach dojdzie. Stronnictwo Saakaszwilego nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa. Podsumowując, jakkolwiek niektórzy zarzekają się, że stosowanie podziałów na prorosyjskich i prozachodnich polityków w Gruzji jest zbyt daleko idącym uproszczeniem, to jednak trzeźwy ogląd sytuacji każe przyznać, że wyniki wyborów w Gruzji są korzystne z punktu widzenia Moskwy i niekorzystne z punktu widzenia Waszyngtonu (i Warszawy). Wybór Iwaniszwilego zmniejsza prawdopodobieństwo przystąpienia Gruzji do NATO i innych struktur zachodnich, lecz zarazem najprawdopodobniej doprowadzi do odprężenia w stosunkach z Rosją. Kwestią otwartą będzie jakość rządów Iwaniszwilego. Dotychczasowa jego biografia nie każe być jednak zbyt dużym optymistą w tej kwestii. Przemysław Furgacz

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

31


AZJA | CHINY

Piąte pokolenie przejmuje władzę Chińczycy stają w obliczu najważniejszego wydarzenia politycznego od dekady. Zaplanowany na 8 listopada XVIII Zjazd KPCh wybrał nowe władze największej organizacji politycznej świata. Chociaż za kulisami trwała bezpardonowa walka o władzę, to kluczowe stanowiska są już dawno rozdane.

Szczypta historii Szanghaj, modna dzielnica Xintiandi. Stary, dwupiętrowy ceglany budynek z początku XX wieku. To tu w 1921 r. odbył się pierwszy zjazd Komunistycznej Partii Chin. Zaledwie kilkunastu Chińczyków, wspieranych przez dwóch działaczy Kominternu przysłanych z Moskwy, dało początek organizacji, która miała zmienić oblicze współczesnych Chin. I choć w obawie

Jeśli jest ktoś, komu chińska młodzież powinna dziękować za iPhony, torebki od Louis Vuitton i brak maoistowskich mundurków, to tym kimś jest niewątpliwie Deng. Oczywiście nie należy zapominać, że ten sam człowiek nie zawahał się wysłać czołgów przeciwko protestującym na Placu Tiananmen w 1989 r. Choć zjazdy KPCh odbywają się co pięć lat, do znaczących zmian dochodzi raz na dekadę. Obecne czwarte pokolenie przywódców, którego twarzami są przewodniczący ChRL Hu Jintao i premier Wen Jiabao, objęło ster rządów po XVI Zjeździe w 2002 r. W wyniku nadchodzącego XVIII Zjazdu generacja ta przejdzie na polityczną emeryturę, ustępując miejsca nowemu, piątemu już pokoleniu przywódców. Zapewne jednak zachowają oni znaczne nieformalne wpływy w partii i państwie, podobnie jak stało się to z liderem trzeciego pokolenia Jiang Zeminem. Ten 86-letni dziś były sekretarz generalny KPCh i przewodniczący ChRL,

Zmiana warty w Państwie Środka przed aresztowaniem zjazd musiał zostać dokończony w łodzi na Jeziorze Południowym w miejscowości Jiaxing, Szanghaj stał się kolebką chińskiego ruchu komunistycznego oraz częścią mitu założycielskiego KPCh. We wspomnianym domu mieści się dziś muzeum upamiętniające te historyczne wydarzenia. Przed zbliżającym się XVIII Zjazdem odwiedzających jest więcej niż zazwyczaj. Jedni przychodzą tu z ciekawości, inni z sentymentu. Młodsi chcą odrobić lekcję partyjnej i narodowej historii, żeby lepiej zrozumieć znaczenie wydarzeń, o których już niedługo będą mówić wszystkie krajowe media. Starsi zwiedzający widzą jak wielkie zmiany zaszły w Chinach za ich życia. Jednak niewielu spośród jednych i drugich wierzy we wszystko, o czym mogą przeczytać na umieszczonych pod zdjęciami tablicach. Coraz częściej pytają – ile prawdy jest w tej historii? Historia Chin w XX wieku jest nierozerwalnie związana z losami KPCh. Na partyjnych zjazdach często podejmowano decyzje o historycznym wręcz znaczeniu. Dla dzisiejszych Chińczyków za najważniejszy uznać należałoby zapewne XI Zjazd z 1977 r., w wyniku którego zrehabilitowano i przywrócono na wszystkie stanowiska Deng Xiaopinga. Już w rok później po III Plenum KC KPCh XI kadencji stał się on niekwestionowanym numerem jeden i zapoczątkował reformy znane pod hasłem „chińskiej drogi do socjalizmu”.

32

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

ustąpiwszy ze stanowisk na przełomie lat 2002/2003, do dziś jest z uwagą słuchany przez młodszych towarzyszy.

Książęce afery Miesiące poprzedzające zjazd partii nie były łatwe dla rządzącej elity. Walka o wpływy i partyjną przyszłość wielu prominentnych członków partyjnej wierchuszki wydostała się poza zamknięte gabinety. Morderstwa, przywłaszczenie bajońskich sum publicznych pieniędzy, rozbite luksusowe auta, korupcja, nepotyzm i sądowe procesy – wszystko to zawarzyło na przyszłym kształcie najważniejszych gremiów partyjnych i państwowych. Najgłośniejszym echem w samych Chinach i na całym świecie odbiła się afera państwa Bo. Jej główny bohater – Bo Xilai – były już lider partii w Chongqingu i pewny kandydat do 9-osobowego Stałego Komitetu Biura Politycznego KPCh (jądra władzy w ChRL), oczekuje dziś na proces. Jego żona usłyszała niedawno wyrok śmierci w zawieszeniu za zamordowanie brytyjskiego biznesmana Neila Heywooda, który pośredniczył w wyprowadzaniu za granicę nielegalnie zgromadzonego majątku. Wyrok oznacza, że resztę życia Gu Kailai spędzi w areszcie domowym. Nie jest to w żadnym wypadku wyrok zaskakujący, a raczej wypracowany i sprawdzony już sposób ukarania wpływowych członków partii, którzy

„zbłądzili”. Warto przy tej okazji przypomnieć losy Zhao Ziyanga, który w 1989 r. pełnił funkcję sekretarza generalnego KPCh, ale popełnił polityczny błąd opowiadając się po stronie protestujących na Tiananmen. Usunięty ze stanowiska, resztę życia spędził w areszcie domowym, aż do śmierci w 2005 r. Afera państwa Bo obnażyła po raz kolejny problem tzw. książątek (chin. taizidang), czyli dzieci byłych partyjnych elit, które dziś same aspirują do najważniejszych partyjnych i rządowych stanowisk. Ojciec Bo Xilaia – Bo Yibo – był m.in. ministrem finansów i dwukrotnie wicepremierem. Jego syn, wykorzystując wpływy jakie dawała mu pozycja ojca, zbudował z biegiem lat własne zaplecze polityczne i finansowe. Dzięki sprawnemu zarządzaniu największą metropolią świata i głośnej kampanii antykorupcyjnej, stał się gwiazdą chińskiej sceny politycznej. W swojej zachłanności i wierze w nietykalność posunął się jednak o jeden krok za daleko. Partia postanowiła rzucić go publice na żer, aby tym samym móc dowieść, że walczy z nadużyciami w swoich szeregach, a faktycznie odwrócić uwagę od innych wpływowych towarzyszy i ich rodzin. Nie jest bowiem tajemnicą, że rodziny partyjnych notabli wykorzystują swoją pozycję do gromadzenia majątku, nijak mającego się do oficjalnych zarobków. Dość wspomnieć, że syn państwa Bo mógł uczyć się w elitarnej szkole średniej Harrow School w Wielkiej Brytanii, by następnie studiować na Oxfordzie, a dziś Harvardzie. Nie jest to zresztą wyjątek. We wszystkich najlepszych szkołach średnich i na uniwersytetach w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji, czy Niemczech spotkać można dzieci chińskich polityków, robiące w wolnych chwilach zakupy w salonach luksusowych marek. Na ulicach chińskich metropolii co i rusz dochodzi do wypadków samochodowych, spowodowanych przez młode książątka. Wiosną tego roku swoje Ferrari rozbił syn Ling Jihua, pełniącego wówczas funkcję szefa Biura Generalnego KC KPCh. Młody Ling wypadku nie przeżył, natomiast jego ojciec został, w powszechnej opinii, zdegradowany na stanowisko szefa Departamentu Zjednoczonego Frontu KC. Nieraz w podobnych sytuacjach wybryki dzieci oznaczały kres politycznej kariery rodziców.

Nowe twarze Idzie nowe. To stwierdzenie najlepiej wyraża skalę kadrowych zmian, jakie nastąpią w wyniku XVIII Zjazdu KPCh. Najważniejszym elementem będzie, wspomniana już wcześniej, zmiana pokoleniowa w ścisłym kierownictwie partii i państwa. Do władzy dochodzi piąta generacja, której przedstawiciele urodzili się w większości w latach 50., już po proklamowaniu przez Mao Zedonga utworzenia Chińskiej Republiki Ludowej w 1949 r. Ponad 2200


AZJA | CHINY

delegatów ze wszystkich prowincji (w tym Tajwanu) wybierze członków Komitetu Centralnego, Biura Politycznego KC i Stałego Komitetu BP KC. Dyskusyjną jest kwestia, na ile jest to rzeczywisty wybór? O ile w przypadku Komitetu Centralnego, liczącego ponad 200 członków, można jeszcze mniemać (choć z pewną dozą naiwności), że wielu z nich zostanie faktycznie wybranych dopiero w trakcie obrad, to już decyzje o składzie Biura Politycznego i jego Stałego Komitetu zapadły, według niepotwierdzonych pogłosek, już wiele tygodni temu. Szczególne zainteresowanie komentatorów wzbudza oczywiście ostateczny skład i podział stanowisk w Stałym Komitecie BP KC KPCh, czyli instytucji, która podejmuje wszystkie kluczowe decyzje w obrębie systemu politycznego ChRL. Zgodnie z ostatnimi doniesieniami, liczebność członków zostanie najpewniej okrojona z obecnych 9 do 7. Swoje miejsca zachowają jedynie Xi Jinping i Li Keqiang, którzy stworzą nowy tandem, mający zastąpić odchodzących Hu Jintao i Wen Jiabao. Pierwszy zostanie nowym sekretarzem generalnym KPCh oraz przewodniczącym ChRL, drugi natomiast obejmie stanowisko premiera. Funkcje rządowe oficjalnie obejmą oni jednak dopiero w marcu przyszłego roku po obradach Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych (parlamentu ChRL). Xi Jinping docelowo przejmie również przewodnictwo w Centralnej Komisji Wojskowej, choć nie ma pewności, czy Hu Jintao, wzorem swojego poprzednika Jiang Zemina, nie zechce zachować tego stanowiska (oznaczającego faktyczną kontrolę nad siłami zbrojnymi) jeszcze przez rok czy dwa. Komu przypadnie pozostałe pięć miejsc? Oficjalnie nic jeszcze nie wiadomo, ale zarówno chińscy jak i zachodni komentatorzy prześcigają się w domysłach. Wśród najczęściej wymienianych nazwisk pojawiają się: Wang Qishan

(jako przewodniczący parlamentu lub pierwszy wicepremier), Yu Zhengsheng (przewodniczący parlamentu), Li Yuanchao (wiceprzewodniczący ChRL), Zhang Dejiang (przewodniczący Konferencji Konsultatywnej), Zhang Gaoli (wicepremier), Liu Yunshan („szef propagandy”), Wang Yang (jeden z liderów frakcji „liberalnej” wewnątrz partii, który najbardziej skorzystał na upadku Bo Xilaia). Giełda nazwisk jest oczywiście znacznie dłuższa, tym bardziej, że nie doczekaliśmy się jak do tej pory żadnych znaczących przecieków z partyjnych narad poprzedzających zjazd. Jedno jest pewne, wszyscy wymienieni kandydaci to ludzie sprawdzeni, mający za sobą wieloletnie doświadczenie zarówno partyjne, jak i rządowe bądź samorządowe. To ludzie, którzy w nadchodzącej dekadzie mają zagwarantować Chinom jak i partii stabilność w obliczu zwalniającej gospodarki i niepewnej sytuacji międzynarodowej.

Stare problemy Nowe chińskie władze stają w obliczu wielu wyzwań, zarówno o charakterze gospodarczym jak i politycznym, z których przynajmniej część wynika z zaniedbań i zaniechań odchodzącej ekipy. Dekada rządów duetu Hu Jintao i Wen Jiabao przez wielu nazywana jest już „złotą dekadą”, w trakcie której Chiny z dobrze rokującego lidera regionalnego przekształciły się w drugą potęgę gospodarczą świata, o której względy (i pieniądze) zabiegają przywódcy demokratycznego Zachodu. Jednocześnie jednak słychać głosy, iż było to dziesięciolecie straconych szans i niewykorzystanych możliwości. I nie chodzi tu tylko o reformy o charakterze politycznym, gdyż domaganie się demokratyzacji chińskiego systemu władzy jest nadal postulatem raczej utopijnym. Piąte pokolenie partyjno-rządowych elit staje w obliczu wielu spośród tych samych wyzwań, z którymi

zmierzyć musieli się ich poprzednicy. Jednakże teraz są to problemy o znacznie poważniejszych możliwych konsekwencjach. Najbardziej znaczące to niewątpliwie ogromne rozwarstwienie społeczne i narosłe w ciągu 30 lat transformacji różnice w poziomie dochodów. Z jednej strony zapierające dech w piersi metropolie z Pekinem i Szanghajem na czele, z drugiej biedne wsie wyciągnięte niemal żywcem z feudalnego średniowiecza. Ogłoszona przez Hu Jintao idea „harmonijnego społeczeństwa” (chin. hexie shehui), mająca na celu niwelowanie dysproporcji pomiędzy „bogatym wybrzeżem” i „biednym interiorem”, ma szansę przynieść rezultaty dopiero w długofalowej perspektywie. Do tego jednak potrzebny jest dynamiczny wzrost gospodarczy, a ostatni rok zwiastuje w tej sferze piętrzące się nad Pekinem czarne chmury. W wyniku kryzysu w Europie i USA, w Chinach spada produkcja przemysłowa i maleje eksport, ponieważ Zachód kupuje coraz mniej towarów. Z drugiej strony część ekonomistów sugeruje, że spowolnienie wzrostu i „schłodzenie” chińskiej gospodarki da pozytywny efekt w postaci spadku inflacji i większej siły nabywczej chińskich gospodarstw domowych. Oznacza to, że część produkcji, która do tej pory szła na eksport, będzie mogła być skierowana na rynek wewnętrzny. Stopniowe przestawianie gospodarki Państwa Środka na klienta krajowego jest jednak ogromnym przedsięwzięciem i być może największym wyzwaniem z jakim Chiny będą musiały się zmierzyć w nadchodzącej dekadzie. Bez względu na ostateczny kształt nowej ekipy rządzącej, piąte pokolenie chińskich przywódców staje w obliczu wyzwań gospodarczych i politycznych, od których zależeć będzie stabilność kraju i rządów KPCh, a także dalszy los „chińskiej drogi do socjalizmu”. Jan Wołowski

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

33


AZJA | CHINY

Smoki w kosmosie Czerwcowy sukces załogowej misji Shenzhou-9 zwrócił uwagę świata na chiński program kosmiczny. Do tej pory niewiele uwagi poświęcano temu zagadnieniu, jednakże w samym Państwie Środka program podboju przestrzeni kosmicznej uzyskał duży priorytet i osiągną niebagatelne sukcesy, tak na polu cywilnym jak i militarnym.

C

ały program ruszył jeszcze za rządów Mao Zedonga, a jego korzenie sięgają lat 50. Początkowo głównym zadaniem stawianym przed naukowcami była budowa odpowiednich rakiet nośnych, zdolnych pełnić także funkcję pocisków balistycznych, a z czasem także satelitów. Pierwszy chiński „sputnik” – FB-1 został umieszczony na orbicie w roku 1969. Na rozpoczęcie programu załogowych lotów kosmicznych zdecydowano się dopiero w roku 1992. Upłynęło jeszcze ponad 10 lat zanim udało się zrealizować ten cel. W październiku 2003 odbyła się załogowa misja Shenzhou-5, następna Shenzhou-6 miała miejsce 2 lata później. W 2008 w trakcie misji Shenzhou-7 chińscy astronauci wykonali pierwszy spacer w kosmosie. We wrześniu 2011 na orbicie umieszczono moduł laboratoryjny Tiangong-1, mający stać się zaczątkiem stacji kosmicznej. Miesiąc później doszło do spotkaniaz bezzałogowym pojazdem Shenzhou-8 i udanego, zdalnie sterowanego dokowania. I wreszcie tegoroczna misja Shenzhou-9. Był to pierwszy tak długi pobyt „taikonautów” w przestrzeni kosmicznej – łącznie 13 dni. W misji po raz pierwszy uczestniczyła także kobieta – major Liu Yang, która została wykreowana na narodową bohaterkę. Główne cele były jednak stricte naukowe. Najważniejszym zadaniem było „ręczne” połączenie Shenzhou-9 z laboratorium Tiangong-1. Do udanego dokowania doszło w poniedziałek 18 czerwca. Cała operacja trwała niecałe 3 godziny, co uznawane jest za duży sukces. Przez następne dni „taikonauci” prowadzili badania medyczne. Jak podało chińskie centrum lotów kosmicznych badania mają sprawdzić czy w stanie nieważkości zmienia się wielkość koniecznej dawki leków. Jako przedmiot badań wybrano paracetamol, który łatwo wykryć w ślinie.

34

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

Dotychczasowe sukcesy chińskiej kosmonautyki można skomentować krótko: „mały krok dla Ludzkości, wielki dla Chin”. Aktualny poziom kolejnych misji Shenzhou odpowiada złożoności amerykańskich i radzieckich misji z lat 80. Przed Chinami jeszcze długa droga w nadrabianiu zaległości, zwłaszcza w budowie odpowiedniego zaplecza naukowo-technicznego. Niemniej są to duże osiągnięcia przy relatywnie skromnym budżecie. Od swojego początku, w roku 1992, program załogowych lotów kosmicznych pochłonął zaledwie 35 mld juanów (5,4 mld USD). Dla porównania łączne koszty obsługi Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS) wyniosły od jej uruchomienia w roku 1998 aż 100 mld USD. Trzeba jeszcze nadmienić, że, jak do tej pory, Chińczykom udało się uniknąć spektakularnych katastrof.

Gwiezdne Wojny made in China O chińskich ambicjach w przestrzeni kosmicznej było głośno już kilka lat temu. W dniu 11 stycznia 2007 zestrzelono wysłużonego satelitę meteorologicznego Fengyun-1C. Wydarzenie to zostało mocno nagłośnione w światowych mediach i błędnie odczytane. W zestrzeleniu satelity widziano narodziny chińskiego odpowiednika programu Gwiezdne Wojny i wieszczono, że już teraz Chiny są zdolne zniszczyć sieć satelitarną każdego swojego przeciwnika. Były to bardzo mocno przesadzone reakcje. Po pierwsze, zestrzelono starego satelitę krążącego po łatwej do przechwycenia orbicie. Po drugie, pojawiają się informacje o pracach nad chińskim odpowiednikiem Gwiezdnych Wojen, jednak, jeżeli powstanie będzie opierać się na bardziej zaawansowanych i futurystycznych rodzajach uzbrojenia. Jego


AZJA | CHINY

podstawą mają być intensywnie rozwijane mini- i mikrosatelity. Są one dużo tańsze i prostsze od „pełnowymiarowych” satelitów. Ich wynoszenie na orbitę także jest łatwiejsze i mniej kosztowne. Służą do tego wysłużone bombowce H-6 (Tu-16) odpalające w powietrzu rakiety przenoszące omawiane obiekty. Na tym polu Chiny wyraźnie już doganiają USA. Podstawową różnicą w stosunku do amerykańskich Gwiezdnych Wojen będzie przeznaczenie satelitów. Podstawowym zadaniem sieci chińskich minii mikrosatelitów ma być niszczenie satelitów przeciwnika. Niepokój Pentagonu jest tutaj zupełnie zrozumiały. Zniszczenie, czy raczej przetrzebienie amerykańskiej sieci satelitów byłoby prawdziwą katastrofą dla armii, która opiera na nich swoje systemy rozpoznania, dowodzenia i komunikacji. Chińskie źródła podają mało precyzyjne informacje na temat jeszcze bardziej futurystycznych projektów takich jak samolot do przechwytywania rakiet balistycznych wyposażony w laser oraz bombowiec orbitalny. W pierwszym wypadku inspiracją jest amerykański eksperymentalny YAL-1, czyli przebudowany Boeing 747, który swój pierwszy lot odbył już w 2002. W obliczu systematycznych cięć budżetowych przyszłość tego projektu nie jest pewna. Z kolei idea bombowca orbitalnego ma już długą historię i w pewnym stopniu została zrealizowana w praktyce. Pomysł takiego samolotu/pojazdu kosmicznego zrodził się w III Rzeszy jeszcze w latach 30. Efektem były prace badawcze nad kilkoma pojazdami, z których najbardziej znane są „Młot Thora” i „Silbervogel”. Po wojnie wyniki niemieckich badań przejęli Amerykanie i Rosjanie, którzy zdecydowali się je kontynuować. Tym sposobem powstały projekty, a być może nawet latające prototypy samolotów takich jak: Kełdysz, MiG-105, X-20 czy Blackstar. Pochodną tych prac stał się samolot dalekiego zwiadu strategicznego, słynny SR71 Blackbird. Wszelkie prace zostały prawdopodobnie porzucone wraz z końcem zimnej wojny, jednak co jakiś czas pojawiają się doniesienia o ich wznowieniu, głównie przez Amerykanów. W chwili obecnej prace nad chińskim odpowiednikiem Gwiezdnych Wojen mają cele bardziej polityczne i prestiżowe, niż militarne. Także tutaj Chiny muszą stworzyć odpowiednie zaplecze naukowo-techniczne i nadrobić opóźnienie w stosunku do swoich rywali. Celem politycznym jest zaś wywołanie nacisku na Stany Zjednoczone, aby odstąpiły od realizacji planu tarczy antyrakietowej. Podobnie jak Rosja, Pekin jest zdeklarowanym przeciwnikiem amerykańskich projektów obrony balistycznej. Dla Chin jest to o tyle istotne zagadnienie, że posiadają zdecydowanie mniej międzykontynentalnych pocisków balistycznych niż Stany Zjednoczone i Rosja. Chińczycy zdecydowali się jednak postawić na zupełnie inne przeciwśrodki niż Moskwa. Już kilka lat temu do chińskiej doktryny wojskowej wprowadzono zagadnienie działań wojennych w kosmosie i cyberprzestrzeni. Wprawdzie władze ChRL uważają konflikt z USA za wysoce niepożądany, ale nie wykluczają takiej możliwości. W takim, niekorzystnym, wypadku Chińczycy stawiają właśnie na obszar technologii kosmicznych i informatycznych, gdzie siły są bardziej wyrównane niż w wypadku działań konwencjonalnych. Trzeba jeszcze wspomnieć o przestrzeganiu przy wszelkich programach „gwiezdnowojennych” porozumień międzynarodowych. Chiny są członkiem Komisji ONZ ds. Pokojowego Wykorzystania Przestrzeni Kosmicznej oraz sygnatariuszem międzynarodowych traktatów zakazujących rozmieszczania broni w kosmosie, ale traktaty zakazują jedynie rozmieszczania broni nuklearnej, o konwencjonalnej nie ma w nich słowa.

GPS i kosmodromy Prace nad własnym odpowiednikiem GPS rozpoczęto w Chinach jeszcze w latach 80., jednak dopiero w roku 2000 umieszczono na orbicie jego pierwsze, eksperymentalne elementy. Beidou-1, czyli kompas, obejmuje swoim zasięgiem jedynie Chiny i obszary sąsiadujące, w tym większość Indii, Indochin i Filipin. Druga generacja systemu ma obejmować już cały region Azji i Pacyfiku, a do roku 2020 stać się systemem w pełni globalnym. Dużą rolę w powstaniu chińskich satelitów nawigacyjnych odegrała Europejska Agencja Kosmiczna (ESA), a także, niezależnie już, ośrodki ba-

dawcze z Niemiec i Rosji. W ramach współpracy chińscy naukowcy odbywali praktyki w tych instytucjach uczestnicząc w pracach nad europejskim systemem nawigacji satelitarnej Galileo. W zamian za okazaną pomoc Europejczycy i Rosjanie otrzymali możliwość uczestniczenia w chińskich projektach badawczych. Oprócz satelitów nawigacyjnych powstają różnorakie satelity „badawcze i meteorologiczne”, które są przyczyną niepokoju Pentagonu. Przykładowo, satelita HY-2, przeznaczony był oficjalnie do obserwacji ruchu morskiego i skażeń morza. Jednak na konferencji klimatycznej w Kopenhadze Chiny sprzeciwiały się stworzeniu globalnego systemu satelitarnego monitoringu zanieczyszczeń środowiska. Podobnie byłoz Yaogan-5, który miał się zajmować obserwacją upraw i zjawisk atmosferycznych nad obszarem ChRL. Oba satelity bardziej niż pogodą, czy skażeniami, interesowały się ruchami US Navy na Pacyfiku.

W chwili obecnej prace nad chińskim odpowiednikiem Gwiezdnych Wojen mają cele bardziej polityczne i prestiżowe niż militarne. Rozwój programu kosmicznego wymaga równoległej rozbudowy zaplecza w postaci kosmodromów. Obecnie Chiny posiadają 3 takie obiekty: Xichang w prowincji Syczuan, Taiyuan w prowincji Shanxi oraz położony na pograniczu Mongolii Wewnętrznej, Gansu i Xinjiangu Jiuquan. Ten ostatni jest największym tego typu kompleksem oraz centrum programu załogowych lotów kosmicznych. W czerwcu do mediów przeniknęły informacje o pracach nad 4 kosmodromem, który powstaje w okolicach Wenzhang na wyspie Hajnan. Nowy kompleks ma być gotowy do roku 2014 i zastąpić Xichang jako centrum wystrzeliwania satelitów geostacjonarnych oraz stać się głównym obiektem prowadzącym budowę stacji orbitalnej.

Ambitne plany i spory kompetencyjne Stacja orbitalna, której zaczątkiem jest moduł Tiangong-1 ma być gotowa do roku 2020. Dwa lata później pierwsi „taikonauci” mają wylądować na księżycu. W Pekinie z zainteresowaniem przygląda się koncepcjom pozyskiwania surowców z asteroid. Są to ambitne plany, jednak, zważywszy na dostępne środki finansowe i zainteresowanie najwyższych czynników decyzyjnych w państwie, możliwe do zrealizowania. Największym problemem dla chińskiego programu kosmicznego wydają się być spory kompetencyjne i niejasne relacje między programem cywilnym i militarnym. Cywilna część programu jest koordynowana przez Chińską Korporację Nauk i Technologii Powietrznych (CASC/ CASTC) powołaną w lipcu 1999. Zakres jej działań i uprawnień jest jednak mniejszy niż NASA, ESA czy JAXA. Z kolei o kontrolę nad militarną częścią programu walczą aż trzy instytucje: Siły Powietrzne, Drugie Siły Artyleryjskie (grupujące jednostki rakiet balistycznych) oraz Generalny Zarząd Uzbrojenia Centralnej Komisji Wojskowej. Niezdementowane wypowiedzi dowódcy sił powietrznych generała Xu Qiliang z roku 2010 zdają się sugerować, że z tej rywalizacji zwycięsko wyszło lotnictwo. Od tamtej pory brak jednak oficjalnych wypowiedzi na ten temat. Od czasu anulowania przez Baracka Obamę programu ponownego lotu na księżyc, na czoło podboju kosmosu wysuwają się Chiny, a przynajmniej wiele na to wskazuje. Jest to o tyle istotne, że po raz pierwszy od upadku Związku Radzieckiego rzucono wyzwanie hegemonii USA w kosmosie. ISS zakończy swoją pracę w 2020, akurat wtedy, gdy Chińczycy chcą ukończyć swoją stację. Jeżeli obecne trendy się utrzymają to za 10 lat jedynymi stałymi reprezentantami Ziemi w kosmosie będą Chińczycy. Paweł Behrendt

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

35


AZJA | BEZPIECZEŃSTWO

Spór Chin i Japonii o

wyspy Senkaku

na tle relacji obu krajów W sierpniu i wrześniu bieżącego roku częstym tematem podejmowanym przez światowe media była kwestia chińsko-japońskiego sporu o archipelag wysp Senkaku/Diaoyu (w Polsce zwanych Wyspami Rybackimi). Skaliste wyspy – pod którymi mają znajdować się znaczne złoża gazu ziemnego – znajdują się w posiadaniu Japonii, aczkolwiek Chiny od lat roszczą sobie do nich prawa. Spór o wyspy zaostrzył fakt ich znacjonalizowania przez japońskie władze. Na wieść o tym wydarzeniu w kilkudziesięciu chińskich miastach doszło do antyjapońskich demonstracji. Protestujący dopuszczali się często agresywnych zachowań w stylu demolowania japońskich sklepów, restauracji, czy fabryk. Kilkakrotnie w pobliżu spornego archipelagu pojawiały się okręty chińskiej marynarki wojennej. Chiny są drugą potęgą gospodarczą świata i przez część analityków stosunków międzynarodowych są traktowane jako najważniejszy konkurent Stanów Zjednoczonych w obecnym stuleciu. Japonia to trzecia gospodarka globu oraz kluczowy sojusznik Waszyngtonu w regionie. Z powyższych powodów wydarzenia te prowokują pytania odnośnie kwestii bezpieczeństwa w regionie Azji Wschodniej. Tło relacji Stosunki Chin i Japonii charakteryzują się wysokim stopniem skomplikowania. Oba państwa łączą wzajemne więzy kulturowe. Zarówno myśl konfucjańska jak i buddyzm dotarły do Kraju Kwitnącej Wiśni – podobnie jak i do wielu krajów Dalekiego Wschodu – za pośrednictwem Chin. Pekin i Tokio łączą mocne więzi ekonomiczne. W wypadku Chin na Japonię przypada 7,8% eksportu (trzecia lokata) oraz 11,2% importu (pierwsza lokata). Dla Japonii Chiny są najważniejszym partnerem gospodarczym – zajmują pierwsze miejsce zarówno w dziedzinie eksportu (19,7%) jak i importu (21,5%). Warto pamiętać także, że japońskie przedsiębiorstwa odegrały bardzo istotną rolę w ekonomicznej modernizacji Chin po 1978 r. Pomimo bliskości kulturowej oraz bardzo silnych związków gospodarczych, oba kraje dzieli kilka ważnych kwestii. Zarówno Chiny, jak i Japonia, są mocarstwami o często kolidujących interesach. Japonia była pierwszym niezachodnim krajem, który przeciwstawił się zachodnim mocarstwom kolonialnym. Swoje globalne wpływy rozszerzała – do 1945 roku – za pomocą środków militarnych oraz – po II wojnie światowej – gospodarczych. Chiny, które rozpoczęły swój marsz ku potędze pod koniec

36

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

lat 70. ubiegłego wieku, stają się na wszystkich płaszczyznach coraz poważniejszym konkurentem dla Japonii. Chińskie towary zdobywając kolejne rynki zbytu wypierają produkty rywali, w tym japońskie. Ponadto Chiny i Japonia znajdują się w przeciwstawnych obozach politycznych. Japonia od klęski w II wojnie światowej pełni na Dalekim Wschodzie rolę najważniejszego sojusznika Waszyngtonu. Często z tego powodu jest nazywana „niezatapialnym amerykańskim lotniskowcem”. W wypadku Chin sytuacja wygląda inaczej. Państwo Środka w ocenach wielu analityków w obecnym stuleciu będzie najważniejszym rywalem Stanów Zjednoczonych. Chiny pełnią bardzo istotną

rolę w gremiach sprzeciwiających się amerykańskiej dominacji, takich jak np. Szanghajska Organizacja Współpracy. Relacjom chińsko-japońskim nie pomagają również doświadczenia przeszłości, szczególnie wydarzenia pierwszej połowy XX wieku. Chiny stały się wówczas jednym z głównych obszarów agresywnej ekspansji japońskiego imperium. Na okupowanych terenach japońska armia dopuszczała się licznych zbrodni w stosunku do chińskich jeńców i cywilów. Do najsłynniejszej z nich doszło na przełomie 1937/1938 r. w Nankinie – stolicy republikańskich Chin. Według oficjalnych chińskich danych, z rąk japońskich żołnierzy mogło wówczas ponieść śmierć nawet do 300 000 Chińczyków, zaś kilkadziesiąt tysięcy kobiet stało się ofiarami gwałtów.

Przeszłość i teraźniejszość wysp

Kolizje interesów oraz wzajemne zaszłości szczególnie wychodzą na jaw wówczas, gdy państwa spierają się o swoje granice. Obecne granice morskie na wodach Morza Wschodniochińskiego nie zadowalają spierających się stron. Spór o wyspy zwane przez Japończyków Senkaku, zaś przez Chińczyków Diaoyu jest tego charakterystycznym elementem. Chińska Republika Ludowa stoi na stanowisku – pogląd Republiki Chińskiej na Tajwanie jest w tej kwestii identyczny – że archipelag został odkryty przez chińskich żeglarzy pod koniec XIV stulecia. W późniejszych czasach wyspy miały być ponoć używane przez chińskie ekspedycje udające się po odbiór trybutu na Okinawę. Natomiast władze Japonii twierdzą, że gdy w 1895 roku (trwała wówczas zwycięska dla Japonii wojna z Chinami) wojska japońskie zajmowały archipe-


AZJA | BEZPIECZEŃSTWO

lag, był on ziemią niczyją. Mimo wszystko przez długi czas fakt przynależności wysp do Japonii nie wzbudzał w Chinach kontrowersji. Ten stan rzeczy był akceptowany zarówno przez elity Partii Narodowej, jak i – po 1949 roku – Komunistycznej Partii Chin. Sytuacja zmieniła się diametralnie dopiero w latach 70. Pojawiły się wówczas pogłoski o znajdowaniu się w rejonie wysp znacznych złóż gazu ziemnego. Chiny zgłosiły wtedy roszczenia terytorialne wobec Japonii dotyczące archipelagu. Od tamtych czasów problem Wysp Rybackich pojawia się co jakiś czas w relacjach obu krajów. W latach 90. w pobliżu wysp dochodziło do incydentów pomiędzy japońskimi patrolowcami, a statkami wynajętymi przez antyjapońsko nastawionych Chińczyków. Na wyspach lądowały grupy japońskich i chińskich nacjonalistów. W 2010 r. w pobliżu archipelagu doszło do kolizji między chińskim statkiem rybackim, a japońskim okrętem patrolowym. Sprawa uwięzienia kapitana statku przez japońskie władze pogorszyła chińsko-japońskie relacje. Tegoroczna decyzja władz japońskich o znacjonalizowaniu archipelagu pogorszyła stosunki obu państw na niespotykaną od dawna skalę. Japońska decyzja spotkała się naturalnie z krytyką KPCh. W kierunku archipelagu popłynęły nawet okręty chińskiej marynarki wojennej. Wielkie wrażenie na światowej opinii publicznej wywarła reakcja chińskiego społeczeństwa na krok władz Japonii. W kilkudziesięciu miastach Państwa Środka doszło do antyjapońskich demonstracji. Protestujący demolowali japońskie restauracje, sklepy oraz przedsiębiorstwa. W wyniku tych wydarzeń niektóre japońskie korporacje zdecydowały się na zawieszenie produkcji, a nawet zamknięcie swoich fabryk w Chinach oraz przeniesienie ich do ościennych krajów. Protest władz ChRL został poparty przez Tajwan. W połowie września na archipelag udali się kutrem rybackim nacjonalistyczni aktywiści z Chin, Hongkongu, Makau oraz Tajwanu. Jest to bardzo istotny

fakt – pokazuje, że resentymenty antyjapońskie skutecznie łączą Chińczyków zamieszkałych w różnych miejscach. Nacjonalistyczne nastroje udzieliły się również mieszkańcom Japonii. W odpowiedzi na wizyty chińskich aktywistów na spornych wyspach, japońscy nacjonaliści zaczęli organizować podobne akcje. Do stałej wojskowej obecności na wyspach namawia od dłuższego czasu japoński rząd prawicowy gubernator Tokio Shintaro Ishihara.

Nacjonalizm a interesy Jakkolwiek rozbudzenie w Chińczykach nastrojów nacjonalistycznych ma pozytywny charakter z punktu widzenia polityki wewnętrznej Pekinu – szczególnie biorąc pod uwagę trwającą w latach 2012-2013 zmianę władzy w ChRL – to skutki sporu o archipelag mogą mieć bardzo negatywny wpływ na chińską politykę zagraniczną. Prezydent Barack Obama zapowiedział, że w interesie USA leży zwrócenie większej uwagi na region Azji Wschodniej. Amerykańscy analitycy za głównego rywala Stanów Zjednoczonych uważają właśnie Chiny. Amerykanie od kilku lat budują antychińską koalicję. W jej skład mogą wchodzić takie państwa jak Indie, Birma, Wietnam, Malezja, Singapur, Filipiny, Indonezja, czy Australia. Waszyngton usiłuje – jak dotąd bez powodzenia – wciągnąć do antychińskiej współpracy Moskwę. Japonia ze względu na swoje strategiczne położenie jest kluczowym elementem takiej koalicji. Jeszcze w tym roku mają się odbyć wspólne manewry flot japońskiej i amerykańskiej. Jeśli Japonia przyjmie konsekwentnie antychińską postawę będzie to miało niemal katastrofalne konsekwencje dla Chin. Wyspy Japońskie wraz z Tajwanem, Filipinami oraz Indonezją tworzą część tworu geopolitycznego zwanego przez Nicholasa Spykmana rimlandem, stanowiącym pas półwyspów i cieśnin okalających Eurazję. Dalekowschodnia część

rimlandu skutecznie blokuje chińskiej marynarce wojennej dostęp do oceanów Spokojnego i Indyjskiego. Jeśli chińskie elity pragną uczynić z Chin światowe mocarstwo w pełnym tego słowa znaczeniu, to muszą swojej ojczyźnie zapewnić swobodny dostęp do Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego. Otwarty dostęp do Pacyfiku będzie możliwy tylko wtedy, gdy Pekin ułoży sobie stabilne i pozytywne stosunki z Tokio. W przeciwnym razie mocarstwowe ambicje Chin mogą zostać poważnie ograniczone. Ewentualna wojna z Japonią – nawet w ostateczności wygrana – miałaby poważne konsekwencje dla rozwoju Państwa Środka. Japońskie Siły Samoobrony, chociaż mniej liczne od wojsk chińskich, dysponują doskonałym uzbrojeniem. Prawdopodobnie stawiłyby zaciekły opór. Możliwi azjatyccy sojusznicy Japonii mogliby zablokować chiński handel morski – tylko przez Cieśninę Malakka przepływa 50% światowej floty handlowej. Sytuację jeszcze bardziej komplikuje fakt, że sojusznikiem Japonii są Stany Zjednoczone. Waszyngton – mimo problemów – nadal jest globalną potęgą gospodarczą i militarną numer jeden. W chińskim interesie leży ułożenie dobrych relacji z Japonią. Pomimo konfliktów interesów na różnych obszarach, porozumienie nie jest niemożliwe. Tokio od lat 80. pragnie prowadzić niezależną od USA politykę zagraniczną. Chińsko-japońska dominacja w Azji Wschodniej może być stosowną realizacją owych planów. Zanim wybuchły tegoroczne spory o wyspy, współpraca układała się poprawnie. Pekin i Seul zaproponowały pomoc Tokio po trzęsieniu ziemi i tsunami z marca 2011 roku. Trzy wyżej wymienione kraje zastanawiają się także nad stworzeniem pomiędzy sobą strefy wolnego handlu. Przykładem rozwijającej się współpracy pomiędzy Chinami i Japonią jest fakt wprowadzenia w maju 2012 r. bezpośredniej wymiany jena i juana. Krok ten jest wyraźnym ciosem wymierzonym w dominującą pozycję dolara na światowym rynku walutowym. Po sporach o archipelag Wysp Rybackich, Japonia wydaje się nieśmiało wysyłać sygnały porozumienia do Chin. Na początku października premier Yoshihiko Noda ogłosił nowy skład rządu. Na stanowisko ministra edukacji powołał znaną z prochińskich sympatii Tanakę Makiko. Jest ona córką dawnego premiera Tanaki Kakueia, człowieka który znormalizował stosunki Japonii z ChRL. Jakie będą konsekwencje międzynarodowe tego posunięcia? Trudno powiedzieć. Jedno jest pewne – konsekwentna polityczna i gospodarcza współpraca Chin i Japonii może zmienić dalekowschodni i globalny układ sił geopolitycznych. Stanisław A. Niewiński Autor jest doktorantem Uniwersytetu Opolskiego, współpracownikiem Instytutu Konfucjusza w Opolu, redaktorem Portalu Myśli Konserwatywnej www. konserwatyzm.pl, współpracownikiem Europejskiego Centrum Analiz Geopolitycznych, oraz Centrum Studiów Polska-Azja i portalu „Polityka Globalna”.

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

37


AUSTRALIA I OCEANIA | GOSPODARKA

Liu Li-Gang główny ekonomista Australia & New Zealand Banking Group w Chinach nie wierzy, że kryzys gospodarczy, z którym zmaga się Europa, zaszkodzi znacząco silnej gospodarce chińskiej. Podkreślił niedawno, że chiński rząd wie, jak zachować się w tej sytuacji i, z całą pewnością, utrzyma silny wzrost gospodarczy.

Spowolnienie w Chinach a gospodarka Australii N

a dobre i skuteczne rozwiązania liczą Australijczycy, dla których Chiny (ChRL) są dzisiaj największym partnerem handlowym. Im mniejsze zawirowania gospodarcze w Państwie Środka, tym mniej będą one odczuwalne na Antypodach. Dzisiaj Australia musi reagować na bieżąco na zmieniające się warunki gospodarki globalnej. Spadające wskaźniki PMI (Performance of Manufacturing Index) to między innymi efekt zmniejszenia chińskiego zapotrzebowania na australijskie surowce.

Było łatwiej Australia i Chiny we wspólnej historii nie doświadczyły ani sporów terytorialnych, ani etnicznych. Po nawiązaniu oficjalnych stosunków dyplomatycznych w 1972 r. relatywnie łatwo było więc obu krajom rozpocząć współpracę ekonomiczną. Mimo początkowych trudności w odnalezieniu wspólnych obszarów działania, wartość dwustronnych obrotów handlowych wzrosła z 72 mln USD w 1972 r. do 216 mln USD rok później (handlowano wówczas, przede wszystkim, wełną i pszenicą). W 1984 r. wartość owa przekroczyła 1 mld USD, a Chiny stały się czwartym rynkiem eksportowym Związku Australijskiego. Nie zawsze jednak obywało się bez problemów. Wydarzenia z placu Tiananmen odbiły się nie tylko na stosunkach politycznych, ale również gospodarczych. Kolejna dekada rozpoczęła się od potępienia działań władz chińskich, zawieszenia wzajemnych wizyt urzędników oraz cofnięcia niektórych preferencyjnych umów handlowych. Gdy Australia zaangażowała się w 1996 roku w kryzys w Cieśninie Tajwańskiej, stając po stronie Stanów Zjednoczonych, komunistyczny rząd

38

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

7,5 mld AUD, w latach 2008-2009 26,5 mld AUD, a w latach 2010-2011 już 42 mld AUD). Zdecydowana większość z nich skierowana została do sektora wydobywczego i energetycznego.

Ślady chińskiego spowolnienia gospodarczego Od 2005 roku chińska gospodarka zaczyna zwalniać. Spowolnienie to nie jest jednak tak gwałtowne jak wydawało się na początku. Choć najwięksi sceptycy mówią o tzw. „twardym lądowaniu”, to w przypadku Chin, póki co, go nie widać. Prognozowany spadek tempa wzrostu gospodarczego do 7,5% to jeszcze nie katastrofa i do sytuacji z czasów tzw. Wielkiej Recesji jeszcze daleko. Kolejny kwartał spadku dynamiki gospodarczej w Chinach odczuwany jest jednak w Australii. Najbardziej widać to w spadku cen węgla i żelaza.

Chin potraktował to jako ingerencję w wewnętrzne sprawy państwa i więzy gospodarcze ponownie uległy znacznemu rozluźnieniu. Dzisiaj ChRL jest najważniejszym i długoterminowym partnerem handlowym Australii, a relacje gospodarcze obu państw należą do grupy dominujących w regionie.

Surowce, surowce, boom inwestycyjny…

Rozprzestrzeniająca się fala reform Deng Xiaopinga, szybka industrializacja i idące w ślad za tym rosnące zapotrzebowanie na surowce spowodowały, że bogata w zasoby Australia stała się dla Chińczyków wymarzonym partnerem. Głównymi towarami importowanymi z kraju-kontynentu stały się ruda żelaza, węgiel, złoto, aluminium, ropa naftowa i gaz ziemny. Dzisiaj śmiało powiedzieć można, że Australia jest od tego eksportu uzależniona. Aż 60% budżetu stanowią wpływy z wywozu towarów i usług. A idąc dalej, aż 25% eksportowanych towarów trafia właśnie do Chin. Dzięki sprzedaży surowców, mimo globalnego kryzysu, w 2009 roku Australia wypracowała nadwyżkę budżetową w wysokości 5,5 mld USD. Właśnie w tym roku China National Petroleum Corporation (CNPC) podpisało umowę z ExxonMobile na zakup 2,25 mln ton (rocznie) skroplonego gazu ziemnego z pola Gorgon w Australii. Była to jedna z największych transakcji handlowych w historii Australii, warta 50 mld AUD, ale oprócz sprzedaży gazu objęła także transfer technologii w zakresie ochrony środowiska. Koniec pierwszej dekady XXI wieku obfitował w podobne umowy, a w Australii zaobserwowano wielki boom inwestycyjny (w latach 20072008 Chińczycy ulokowali w Australii prawie

Andy Xie – były ekonomista banku Morgan Stanley na Azję i Pacyfik wyraził obawę, że Australia, podążając śladem Hiszpanii, będzie musiała zmierzyć się z pęknięciem, napompowanej przez chińskiego partnera, bańki w sektorze górniczym. Jego zdaniem rynek surowcowy i energetyczny nie wytrzyma bowiem tej fali kryzysu. Wicepremier i Minister Skarbu Wayne Swan przekonywał za to, że Australia nie będzie drugą Hiszpanią, bo rząd jest przygotowany na podejmowanie odpowiednich kroków. Niemiej jednak Australia odczuwa ślady chińskiego spowolnienia. Ostatni opublikowany przez Australian Industry Group wskaźnik PMI pokazuje, że australijska produkcja znajduje się w fazie recesji. Zatrudnienie, nieznacznie, ale jednak spada. Liczba nowych zamówień, mimo całkiem niezłych perspektyw w sierpniu tego roku, także jest mniejsza niż jeszcze kilka miesięcy temu. Największe trudności przechodzi obecnie branża budownicza, a także sektor metali podstawowych (w tym aluminium i ołowiu) oraz urządzeń transportowych. Znacznie lepiej sytuacja wygląda w sektorach związanych z odzieżą i tekstyliami, obuwiem, produkcją papieru


AUSTRALIA I OCEANIA | GOSPODARKA

i w sektorze poligraficznym. Odnotowano tu duży wzrost zatrudnienia i nowych zamówień. Mimo że warunki produkcyjne nie należą obecnie do najłatwiejszych, w ostatnich miesiącach nastąpił jednak duży wzrost płac. Australijczycy, choć odczuwają negatywne zmiany w gospodarce globalnej, nie panikują. Powody do optymizmu daje Reserve Bank of Australia, czyli Australijski Bank Centralny. Jeszcze w 2008 roku spokojnie przyglądał się spadkowi tamtejszej waluty (i okazało się to skuteczne w walce z kryzysem). Mniejsze zapotrzebowanie na surowce ze strony Chin w 2012 roku zrekompensował w październiku kolejnym już obcięciem stóp procentowych do poziomu 3,25%. Wysoki wciąż jeszcze poziom stóp procentowych daje dalsze możliwości działania, a stabilna inflacja pozwala zrównoważyć słaby wzrost gospodarczy. Planowane są więc dalsze cięcia i tym samym łagodzenie polityki pieniężnej, co z jednej strony cieszy inwestorów i kredytobiorców, a z drugiej smuci posiadaczy lokat bakowych. Zachęca się więc inwestorów do inwestowania, a konsumentów do wydawania pieniędzy oraz szybszego spłacania kredytów. Na świecie australijski rynek finansowy postrzegany jest jako odpowiedzialny i stabilny (warto przypomnieć, że australijskie banki nie były uwikłane w niekorzystne kredyty hipoteczne i w czasie najgorszej fali światowego kryzysu finansowego nie otrzymały pomocy od rządu). Australijski dolar należy do grupy stabilnych walut światowych.

Nie tylko surowce Próbując oprzeć się kryzysowi, Australijczycy proponują Chińczykom inwestowanie w inne branże niż te związane z wydobyciem. Przebywający niedawno w Państwie Środka premier stanu Nowa Południowa Walia – Barry O’Farrell zachęcał chińskie firmy państwowe do zainteresowania się projektami infrastrukturalnymi. Wybudowanie dróg i linii kolejowych może być pomysłem na przeniesienie ciężaru gospodarki z surowców na infrastrukturę. Szacuje się, że projekty w tej dziedzinie mogą osiągnąć wartość nawet 40 mld AUD. Wygląda na to, że Australijczycy potrafią manewrować polityką ekonomiczną w taki sposób, by sprostać obecnej sytuacji, nie ponosząc zbyt dużych kosztów. Wprowadza-

jąc 30-procentowy podatek od wydobycia surowców mineralnych zniechęcają do inwestowania kapitału w tym sektorze. Przyznając ulgi w innych branżach zachęcają do zmiany kierunku prowadzenia działalności. Chińskie firmy swój kapitał lokują dzisiaj w mieszkalnictwie, budownictwie oraz coraz częściej w usługach turystycznych i przemyśle spożywczym (dużym zainteresowaniem cieszą się na przykład australijskie cukrownie). Australijczycy zainteresowani są inwestycjami w takich dziedzinach jak: górnictwo, rolnictwo, bankowość i usługi finansowe, telekomunikacja i media. Australijsko-Chińska Rada Biznesu wzywa obie strony do wzajemności i równowagi w lokowaniu kapitału. Najwięcej uwagi poświęca się dzisiaj w Canberze eksportowi produktów spożywczych. Sprzedaż wołowiny do Chin wzrosła w ostatnim roku o 184%. Ważnym celem dla australijskich przedsiębiorców stał się „zamożniejszy Chińczyk”. Dla niego bowiem produkuje się dobra luksusowe i otwiera drogie restauracje i hotele. Wzrost importu australijskiego wina był szczególnie zauważalny w 2010 r. Poza branżą spożywczą planowane jest również współdziałanie w branży motoryzacyjnej. Prace projektowe miałyby być wykonywane w Australii, a produkcja, głównie ze względu na znacznie niższe koszty realizowania leżałaby po stronie chińskiej.

Wymiana handlowa Chin z Australią latach 2000-2011 (w mld USD)

eksport

Partnerzy na lata Gospodarki chińska i australijska mają charakter komplementarny. Obie też mają duży potencjał. Rozwijające się wciąż Chiny widzą w Australii partnera, od którego wiele można się nauczyć. Dla Australii Chiny są potężnym rynkiem zbytu. Dlatego, między innymi, w 2005 roku rozpoczęto długi i mozolny proces negocjacji w sprawie umowy o wolnym handlu. Rozmowy dotyczą najważniejszych obszarów wspólnej działalności gospodarczej oraz zagadnień związanych z cłami, eksportem i importem towarów i usług, a także inwestycjami zagranicznymi. W tym czasie znacząco wzrosła liczba studentów rozpoczynających naukę w Australii, a także liczba turystów, którzy otrzymują pozwolenie na wyjazd na Antypody. W obu krajach prężnie działają oddziały izb gospodarczych i organizacji pomagających inwestorom w rozpoczęciu działalności gospodarczej na drugiej półkuli. Wszystko to ma za zadanie pomóc wyciszyć w rejonie Azji Południowo-Wschodniej i Pacyfiku echo światowego tąpnięcia gospodarczego. Obecne problemy ekonomiczne nie zahamowały procesu zbliżania się gospodarek. Najważniejsze dzisiaj jest jednak to, aby nad tym zbliżeniem cały czas panować. Aby uzależnienie Australii, które jest widoczne, osłabło nieco i aby Chińczycy skierowali swoje zainteresowanie na inne dziedziny gospodarki australijskiej. Silne, stabilne i bezpieczne partnerstwo Pekinu i Canberry w XXI w. będzie korzystne nie tylko dla obu najważniejszych graczy, ale również dla regionu i gospodarki globalnej.

2000

2001

2002

2003

2004

2005

2006

2007

2008

2009

2010

3,43

3,57

4,58

6,26

8,84

11,06

13,63

17,99

22,24

20,65

41,0

Agnieszka Kandzia Autorka jest doktorantką nauk o polityce na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach i asystentem w Zakładzie Teorii Polityki UŚ. Specjalizuje się w dziedzinie polityki wewnętrznej i zagranicznej Australii.

import

5,02

5,43

5,85

7,30

11,55

16,19

19,32

25,95

37,42

39,44

64,4

łącznie

8,45

8,99

10,44

13,56

20,39

27,25

32,95

43,95

59,66

60,1

105,4

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

39


AUSTRALIA I OCEANIA | BEZPIECZEŃSTWO

Tworzenie systemu bezpieczeństwa zbiorowego w regionie przed agresją z zewnątrz – taki oto cel, przez zaledwie 23 lata, przyświecał twórcom oraz uczestnikom organizacji polityczno-militarnej utworzonej na podstawie paktu z Manili, w skład której wchodziły państwa bloku zachodniego i ich sprzymierzeńcy.

SEATO

epizod w relacjach Azja – państwa Oceanii

O

dpowiedzią Stanów Zjednoczonych na klęskę Francji w Indochinach było utworzenie Organizacji Paktu Azji Południowo-Wschodniej w 1954 r., której głównym architektem został amerykański Sekretarz Stanu John Foster Dulles. Zasadniczym założeniem SEATO stało się dążenie do powstrzymywania postępów rozprzestrzeniającej się ideologii komunistycznej w tym regionie azjatyckim oraz w Indochinach poprzez pokojowe rozwiązywanie sporów, zobowiązanie Stron do udzielania pomocy w zwalczaniu agresji, jak również niedopuszczanie do poszerzania wpływów komunizmu w wyniku przejmowania władzy przez ugrupowania lewicowe. Formalnie SEATO skupiało państwa ANZUS – Australię, Nową Zelandię, USA oraz Francję, Wielką Brytanię, Filipiny, Pakistan i Tajlandię. Nieformalnie w strefie oddziaływania Paktu znajdowały sie ponadto Indochiny (Laos, Kambodża i Wietnam Południowy) oraz Korea Południowa. A zatem, choć wiązało ono głównie mocarstwa posiadające wspólnotę interesów na tym obszarze (kryterium położenia geograficznego odnosiło się jedynie do dwóch członków), był to jednak pierwszy krok ku integracji regionalnej.

Więcej wątpliwości niż efektywnych działań

Zaledwie kilka oficjalnych funkcji przypisywanych jest tej Organizacji. Chociaż nie posiadała ona własnych sił zbrojnych, to każdego roku armie państw członkowskich zobowiązane były do udziału we wspólnych manewrach. Sojusz miał podejmować działania wojskowe w razie agresji komunistycznej, a w pozostałych przypadkach ograniczano się jedynie do wzajemnych konsultacji. W Pakcie istniał bowiem słabszy zakres zobowiązań, niż miało to miejsce w NATO (które nota bene stanowiło punkt odniesienia przy tworzeniu SEATO, mającego być azjatyckim odpowiednikiem Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego), co wynikało z niechętnego stanowiska Wielkiej Brytanii i Francji dla jego wzmocnienia. Karta Pacyfiku (dokument założycielski) zawierała także gwarancje mocarstw do udzielenia pomocy ekonomicznej i poparcia dążeń niepodległościowych państw azjatyckich. Pamiętać należy, że Pakt oraz wyrosła na jego bazie organizacja były wyrazem amerykańskich dążeń do stworzenia systemu bezpieczeństwa w Azji Południowo-Wschodniej. Relatywnie duży nacisk został położony na inwestycje w poprawę standardu życia mieszkańców państw tej części Azji, w promocje różnorodnych spotkań o charakterze kulturalnym, edukacyjnym czy religijnym. Od początku jednak towarzyszył tej inicjatywie zrozumiały sprzeciw ze strony ZSRR i ChRL, ale niechętne mu pozostawały także Indie, ze względu na udział w sojuszu państw pozaazjatyckich.

40

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

To już jest koniec Dla uczestników ówczesnej areny stosunków międzynarodowych, rozpad SEATO pozostawał jedynie kwestią czasu. Nie upłynęło 20 lat, gdy zaczęły się pojawiać pierwsze, lecz od razu coraz liczniejsze, głosy podważające sens istnienia organizacji. Nie brakowało również nasilających się amerykańskich interwencji w regionie, związanych z nakładaniem embargo na dostawy broni, sprzętu i pomocy gospodarczej. Coraz głośniej wyrażane niezadowolenie związane było z wycofaniem się ze struktrur SEATO Pakistanu (na skutek wojny bengalskiej w 1971 r. między Indiami a Pakistanem, która związana była z separatystycznymi dążeniami Pakistanu Wschodniego) oraz Francji (na fali sporów wokół zaangażowania w wojnę w Wietnamie). Ponadto coraz częściej odnoszono się do nasilających się wielu słabości Paktu – zamiast jednoczyć siły uczestników Organizacji, by zająć wspólne stanowisko poparte konkretnymi poczynaniami wobec ruchów partyzanckich nękających region w latach postkolonialnych, pozostawiano państwa samym sobie i nie podejmowano żadnych działań wobec lokalnych zagrożeń. Co więcej, ponieważ zaledwie trzy azjatyckie państwa miały status członka, pojawiały się oskarżena SEATO o bycie nową formą kolonializmu państw zachodnich, a trudności językowe i kulturowe między uczestnikami, potęgowały jedynie problemy, utrudniając realizowanie wielu celów. Doprowadziło to do rychłego formalnego rozwiązania Sojuszu w dniu 30 czerwca 1977 r., podczas konferencji w Bangkoku.

Koncepcje integracji regionalnej zmieniały się wraz z przemianami politycznymi na świecie i stanowiły odpowiedź na wyzwania wobec przekształcającego się porządku na scenie międzynarodowej. Oprócz SEATO, kolejnymi formami organizującymi polityczno-wojskowe funkcjonowanie w Azji Południowo-Wschodniej były: ANZUS – Pakt Bezpieczeństwa Pacyfiku (utworzony w San Francisco w 1951 r.), Ruch państw niezaangażowanych (Bandung, 1955) czy chociażby ASEAN – Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej (Bangkok, 1967). Nietrudno pokusić się o nakreślenie schematu tych działań: począwszy od agresywnej polityki mocarstwowej Japonii przez dwubiegunowy świat funkcjonujący w oparciu o przeciwne bloki militarne, aż po organizacje odpowiadające na odprężenie w stosunkach między mocarstwami, opowiadającymi się za pokojowym rozwiązywaniem sporów i współpracą w celu rozwoju gospodarczego, społecznego i kulturowego. Plan stworzenia paktu, który miałby stawić czoła rozprzestrzeniającemu się komunizmowi w regionie, postrzegany jest obecnie jako porażka spowodowana tym, że wewnętrzne spory i konflikty skutecznie udaremniły realizowanie celów przyświecających ojcom założycielom, jednakże to dzięki SEATO zapoczatkowane zostały edukacyjne i kulturowe programy, przynoszące długotrwałe efekty dla państw zlokalizowanych w południowo-wschodniej Azji. Dorota Rajca Autorka jest doktorantką nauk o polityce na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Interesuje się społeczeństwami państw położonych w regionie Australii i Oceanii.


BEZPIECZEŃSTWO

ATOMOWY BALET „U

kład o całkowitym zakazie prób jądrowych” (Comprehensive Test Ban Treaty, CTBT) od 18 lat czeka na wejście w życie. Negocjowany w 1994 roku do tej pory nie został ratyfikowany przez osiem istotnych państw – Chiny, Egipt, Indie, Iran, Izrael, Koreę Północną, Pakistan oraz Stany Zjednoczone. Oficjalnych powodów, dla których państwa te „odwlekają” tę decyzję jest wiele. W niektórych przypadkach CTBT stał się po prostu zakładnikiem wewnętrznej polityki, jak w przypadku Stanów Zjednoczonych. Ratyfikacja traktatu przez Waszyngton z pewnością przyspieszyłaby jego wejście w życie. Barack Obama co prawda wielokrotnie obiecywał „zająć się problemem”, ale niewiele w tej kwestii uczynił. W poprzedniej kadencji priorytetem było przepchnięcie układu New Start. Na CTBT zabrakło politycznej siły. Problem polega na tym, iż amerykański Senat w 1999 roku już raz odrzucił ratyfikację układu. Wiązało się to wówczas z polityczną krucjatą przeciwko prezydentowi Clintonowi prowadzoną przez partię republikańską. Pierwsze dwa lata drugiej kadencji Obamy będą stanowić największą od dawna szansą na jego ratyfikację. Na korzyść układu nakłada się dziś kilka kwestii. Po pierwsze, CTBT ma ogromne poparcie administracji Stanów Zjednoczonych. Po drugie, największy oponent CTBT w Senacie, republikanin z Arizony John Kyl odchodzi w styczniu 2013r. na emeryturę. Straci tym samym możliwość wpływania na swoich partyjnych kolegów. Ponadto, ze stu senatorów biorących udział w głosowaniu nad układem w 1999 roku, jedynie 41 pozostaje na swoich stanowiskach. Jednak i ta liczba uległą zmianie po ostatnich wyborach. Kolejną sprawą jest drugi z kolei raport Narodowej Akademii Nauk Stanów Zjednoczonych (National Academy of Sciences) – przychylny ratyfikacji układu. Sprawozdanie potwierdza brak technicznej i militarnej konieczności prób jądrowych i podkreśla znaczny wzrost narodowych zdolności wykrywania potencjalnego oszustwa. Czy to wystarczy? Podczas gdy ostateczny werdykt zależeć będzie od chwilowego układu sił na amerykańskiej scenie politycznej, o sukcesie zdecyduje umiejętność administracji Obamy

23 września 1992 r. Stany Zjednoczone dokonały ostatniego testu nuklearnego. Mimo iż próby jądrowe nie należą dziś do codzienności, prawnie nie podlegają zakazowi. Odpowiedni traktat ratyfikowało już 157 państw, do wejścia w życie brakuje jednak ośmiu kluczowych ratyfikacji, w tym Stanów Zjednoczonych. Wygrane wybory przez urzędującego Prezydenta USA mogą być początkiem zmiany.

do „zdobycia” poparcia odpowiednich przedstawicieli wojskowych i naukowych. Eksperci przewidują, iż ratyfikacja CTBT przez Waszyngton spowoduje kaskadę dalszych ratyfikacji. Pekin nigdy nie podał żadnego argumentu natury technicznej, politycznej czy militarnej dla uzasadnienia swojej pozycji. Chiny de facto wyczekują na krok Stanów Zjednoczonych. Ich pozycja jest o tyle kluczowa, iż może przyspieszyć kolejne ratyfikacje w regionie. Chiny jako jedyne mają potencjał wywarcia nacisku na Pyongyang. Prawdopodobnie pociągnie to za sobą również pozytywną reakcję Indii. Ta natomiast spowdowałaby popracie układu ze strony Pakistanu. Zresztą, niezależnie od poparcia ratyfikacji w regionie, dla Indii i Pakistanu CTBT stanowiłby instrument złagodzenia napięcia. Układ pozwoliłby na zalegalizowanie wzajemnych moratoriów nuklearnych nieformalnie zarzucających opcję testów jądrowych. Bardziej skomplikowana wydaje się być sytuacja na Bliskim Wschodzie. W zasadzie mamy tam do czynienia z błędnym kołem, gdyż każde państwo uzależnia ratyfikację traktatu od ratyfikacji przez pozostałe rządy. Egipt i Iran nie zgadzają się również z niejednoznaczną pozycją nuklearną Izraela, stawiając jego członkostwo w „Układzie o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej” (Nuclear Non-Proliferation Treaty, NPT) za podstawowy warunek do rozmów w sprawie CTBT. Kwestia stworzenia na Bliskim Wschodzie strefy wolnej od broni masowego rażenia widziana jest jako potencjalne rozwiązanie gordyjskiego węzła nuklearnego w regionie. Jej głównym adwokatem jest Egipt. Wyjście to z dzisiejszej perspektywy jawi się jednak jako dość nierealne, głównie za sprawą Izreala. CTBT mógłby zatem stanowić pierwszy krok w kierunku budowy wzajemnego zaufania w regionie.

Podczas gdy ostateczny werdykt zależeć będzie od chwilowego układu sił na amerykańskiej scenie politycznej, o sukcesie zdecyduje umiejętność administracji Obamy do „zdobycia” poparcia odpowiednich przedstawicieli wojskowych i naukowych.

Upewniłby państwa o pokojowym charakterze ich programu nuklearnego i/lub braku zamiaru budowy arsenałów broni jądrowej. CTBT powinien dziś zatem wyjątkowo leżeć w interesie Iranu, który od dawna próbuje przekonać społeczność międzynarodową o przestrzeganiu NPT. „Układ o całkowitym zakazie prób jądrowych” zakazuje wybuchów nuklearnych pod ziemią, na powierzchni ziemi, w atmosferze oraz pod wodą. Domyka dzięki temu lukę pozostawioną przez jego poprzedników – „Układ o częściowym zakazie prób z bronią jądrową” z 1963 r., „Układ progowy o zakazie prób z bronią jądrową” z 1974 r. oraz „Układ o pokojowych eksplozjach jądrowych” z 1976 r. Nie zabraniają one testowania ładunków jądrowych pod powierzchnią ziemi. Jako że próby jądrowe są w dużej mierze niezbędne do skomplikowanej modernizacji istniejących zasobów nuklearnych lub rozwoju nowych typów ładunków jądrowych, CTBT zdecydowanie ograniczyłby tzw. proliferację wertykalną. Uniwersalne przestrzeganie układu prawdopodobnie nie spowodowałoby całkowitego zatrzymiania rozwoju broni nuklearnej przez nowe państwa, czyli tzw. proliferacji horyzontalnej. Wynika to przede wszystkim z możliwości rozwoju bomby typu artyleryjskie działo, której relatywnie prosta konstrukcja nie wymaga testowania. CTBT nie jest zatem układem rozbrojeniowym, ani mającym na celu kontrolę zbrojeń nuklearnych, niemniej jednak może pośrednio wpłynąć na ograniczenie proliferacji broni jądrowej. Dodatkowo nikogo dziś nie trzeba już przekonywać o szkodliwości testów jądrowych dla zdrowia ludzkiego i środowiska naturalnego. Monitoring przestrzegania zapisów układu oraz implementację układu powierzono nowopowstałej organizacji z siedzibą w Wiedniu – Preparatory Commission for the Comprehensive Nuclear-Test-Ban Treaty Organization. System weryfikacji przestrzegania układu (International Monitoring System) jest dziś wysokozaawansowaną siecią czujników sejsmicznych, hydro-akustycznych, infradźwiękowych i mogących zweryfikować istnienie izotopów promieniotwórczych w atmosferze. Operacyjna gotowość tego systemu szacowana jest na ok. 85%. Katarzyna Kubiak

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

41


BEZPIECZEŃSTWO | IRAN

G

wałtowna informatyzacja świata, która rozpoczęła się na początku lat 90., sprawiła, że infrastruktura krytyczna państw coraz bardziej zaczęła być zależna od komputerów i Internetu. Pierwsze hackerskie ataki przeprowadzane przez amatorów wyrządziły duże szkody dla instytucji państwowych. Bardzo szybko najważniejsze potęgi obecnego świata Stany Zjednoczone, Chiny i Rosja zdały sobie sprawę, że cyberprzestrzeń to istotny wymiar przyszłego konfliktu zbrojnego. Te trzy kraje są pionierami w rozwijaniu ofensywnych i defensywnych zdolności cybernetycznych, a między nimi trwa nieustanna wymiana ciosów na nowej arenie walki. Mimo, iż to Waszyngton jest celem największej ilości ataków, to właśnie on dysponuję najbardziej zaawansowanym programem walki w cyberprzestrzeni. Pomaga to razić przeciwników, którzy nie mogą zostać zaatakowani konwencjonalnymi siłami.

Stuxnet przekracza Rubikon W 2010 roku amerykańska Agencja Bezpieczeństwa Narodowego wespół z izraelską jednostką 8200 zaplanowała atak cybernetyczny, który miał unieszkodliwić 1000 wirówek i zatrzymać w miejscu program nuklearny Iranu. Głównym problemem, przed którym stanęli specjaliści ze Stanów Zjednoczonych i Izraela było dostanie się do wewnętrznej sieci Natanaz. Ośrodek ten był skutecznie odcięty od globalnego Internetu. Problem ten rozwiązano instalując na pendrivie jednego z pracowników, program dokonujący mapowania. Proces ten polegał na zebraniu informacji o konfiguracji komputerów w Natanz i przesłaniu ich do agencji wywiadowczych Izraela i Stanów Zjednoczonych. Po analizie danych, hakerzy stworzyli odpowiednio skomplikowanego i dostosowanego do działania robaka. Właśnie tak narodził się Stuxnet. Był on 50-krotnie większy niż standardowe programy

Cybernetyczna Cyb C ber et gra w ół Iranu wo wokół „Cybernetyczne Igrzyska”

Epopeja wokół irańskiego programu nuklearnego rozpoczęła się na dobre w 2002 roku, kiedy ujawniono istnienie nieznanych wcześniej ośrodków wzbogacania uranu i produkcji ciężkiej wody. Wysiłki podjęte przez państwa zachodnie doprowadziły do zawarcia porozumienia z Teheranem. Jednak w 2006 roku Iran wznowił proces wzbogacania uranu w ośrodku w Natanaz. Tym razem negocjacje prowadzone przez państwa zachodnie spełzły na niczym, nie udało się przekonać władz w Iranie do zmiany decyzji. Szukając sposobu na powstrzymanie władz w Teheranie grupa amerykańskich wojskowych i oficerów wywiadu zaproponowała, w tajemnicy, rozpoczęcie cyberataków wymierzonych w program nuklearny ajatollahów. Rok później operacja pod kryptonimem „Igrzyska Olimpijskie” weszła w życie. Pierwszym krokiem była budowa repliki laboratorium w Natanz wraz z oryginalnymi wirówkami, które zostały dostarczone przez reżim Muammara Kadafiego. Ponadto Waszyngton nawiązał współpracę z Tel Awiwem i rozpoczęto opracowywanie skomplikowanego robaka, który miał spowolnić program nuklearny. Pierwszy atak przypuszczono w 2008 roku. Wirówki wykorzystywane w procesie wzbogacania uranu w ośrodku Natanaz nagle zaczęły ulegać awariom. Miejscowi inżynierowie nie potrafili dociec przyczyny, czemu sprawnie działający sprzęt przestał funkcjonować. Jednakże, liczba uszkodzonych uszkodzeń była mała i nie spowolniła programu. Zmiana władzy w Białym Domu nie zahamowała rozwoju programu ataków cybernetycznych wymierzonych w Iran. Odchodzący prezydent, George W. Bush, przekazał wszelkie informacje dotyczące programu „Olympic Games” swojemu następcy – Barackowi Obamie. Zasugerował też kontynuowanie akcji wymierzonej w Teheran, mówiąc, że od jej powodzenia może zależeć kwestia pokoju lub wojny w regionie. Nowo wybrany przywódca, bardzo szybko przekonał się do nowego programu i nakazał zwiększenie ataków. Poprosił również, żeby dostarczano mu aktualne informacje na temat prowadzonej akcji.

42

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

tego typu. Prawdopodobnie został on dostarczony do sieci ośrodka w Natanz w ten sam sposób co program szpiegowski. Robak spowodował, że wirówki zaczęły kręcić się zbyt wolno albo za szybko, niektóre z nich eksplodowały. Irańczycy mieli duże trudności w jego usunięciu, ponieważ pojawiły się jego nowsze odmiany. W międzyczasie Stuxnet wydostał się do Internetu, stając się centrum zainteresowania ekspertów od bezpieczeństwa cybernetycznego, jak również mediów światowych, które zastanawiały się, kto stoi za stworzeniem niebezpiecznego szkodnika. Mimo nagłośnienia problemu, Obama nie zdecydował się na przerwanie ataku, a wręcz przeciwnie rozkazał podwojenie wysiłków. Władze irańskie początkowo zaprzeczyły, że padły ofiarą ataku cybernetycznego, jednak w końcu przyznały, że faktycznie nieznany robak zaatakował ich program nuklearny, jednak został w końcu unieszkodliwiony. Stuxnet oraz jego wersje rozwojowe zniszczyły około 20 % wszystkich posiadanych przez Iran wirówek. Według amerykańskich szacunków opóźniło to program nuklearny o 2 lata. Jednakże dane te są podawane w wątpliwość przez wielu ekspertów, którzy uważają, że oceny Waszyngtonu są nazbyt optymistyczne. Irański program nuklearny Irany bardzo szybko powrócił do pełnej sprawności. Mimo tego cybernetyczne ataki wymierzone w Iran są kontynuowane. Stuxnet był pierwszym programem komputerowym, który niszczył środowisko zewnętrzne. Amerykanie używając go, przekroczyli przysłowiowy Rubikon w cyberprzestrzeni.

Cyfrowi agenci W 2011 roku Irańczycy poinformowali o odkryciu robaka szpiegowskiego Stars. Jednak rewelacje te nie zostały potwierdzone przez zachodnich ekspertów. Prawdopodobnie zwykły komputerowy robak przeniknął przez irańskie systemy obronny, a Teheran nie chcąc przyznawać się do swojej słabości, oskarżył Izrael i Stany Zjednoczone o kolejną akcję sabotującą program nuklearny. W 2012 zidentyfikowano szpiegowski robak Duqu. Jego celem była kradzież danych z kom-


BEZPIECZEŃSTWO | IRAN

puterów, co ciekawe miał on wbudowany mechanizm samozniszczenia, który uruchamiał się samoistnie po 30 dniach, celem uniknięcia wykrycia. Innym znanym programem był Flame, który posłużył do wykradnięcia informacji z komputerów należących do wysokich urzędników w Iranie. Był on bardzo zaawansowany technicznie, eksperci, kiedy pierwszy raz przyjrzeli mu się bliżej stwierdzili, że nigdy wcześniej nie widzieli czegoś tak wyrafinowanego. Flame miał pozostać w sieciach irańskich, niezauważony przez ponad 5 lat, zbierając kluczowe informacje. Prawdopodobnie został wykryty przez błąd Izraelczyków, którzy wykorzystali go do nieskutecznego ataku wymierzonego w irański sektor ropy naftowej. Amerykanie byli wściekli na Tel Awiw, ponieważ Flame dostarczał niezwykle cennych informacji. Jednak eksperci mówią, że Waszyngton ma już w irańskiej sieci zdecydowanie bardziej zaawansowane programy.

Nuklearny program Iranu powoduje coraz większe zaniepokojenie na całym świecie. Coraz częściej mówi się o izraelskim ataku prewencyjnym mającym na celu powstrzymanie Teheranu przed zbudowaniem własnej bomby atomowej. Jednak wojna trwa już od dawna, toczy się tylko na zupełnie innym polu bitwy – cyberprzestrzeni.

Najnowszym robakiem szpiegowskim jest Gauss, którego głównym celem są ataki na internetowe konta bankowe. Według ekspertów z firmy komputerowej Kasperky Lab, jego budowa jest bardzo podobna do Duqu czy Flame, co sugeruje, że wszystkie one zostały stworzone przez tą samą grupę hackerów. Robaki szpiegowskie mają dwa główne zadania, z jednej strony mają przygotować grunt do ataków z wykorzystaniem podobnego do Stuxneta oprogramowania, z drugiej monitorują stopień zaawansowania irańskiego programu nuklearnego. Mimo iż, oficjalnie ani Izrael, ani tym bardziej Stany Zjednoczone nie przyznają się do stworzenie któregokolwiek z programów, to wydaje się być wielce prawdopodobne, że to właśnie hackerzy z tych państw stoją za atakami cybernetycznymi wymierzonymi w Iran. Stworzenie tak wyrafinowanych, zaawansowanych technologicznie programów pozostaje poza możliwościami amatorskich grup hackerkich. Ataki cybernetyczne są atrakcyjną formą uderzenia w Iran, ponieważ są relatywne tanie oraz niemożliwe jest udowodnienie, kto za nimi stoi ze względu na charakter cyberprzestrzeni.

Ajatollahowie w kontrataku Iran nie przygląda się biernie atakom cybernetycznym na własny kraj. Od 2010 roku w ramach irańskich Strażników Rewolucji Irańskiej istnieje komórka do walki w cyberprzestrzeni licząca ponad 2 tysiące osób z rocznym budżetem na poziomie 80 milionów dolarów. Irańska Cybernetyczna Armia (IRA) zaatakowała twittera, strony NASA, wykradła również dane osobowe pracowników tej organizacji. Ataki te są dość prymitywne i daleko im do wyrafinowanych programów używanych przez Izrael i Stany Zjednoczone. Oficjalnie, przedstawiciele IRA odcinają się od jakikolwiek powiązań z reżimem ajatollahów, to jednak wielu zachodnich ekspertów podejrzewa, że jednostka ta działa na zlecenie irańskiej armii. W 2012 roku Iran utworzył Najwyższą Radę Cyberprzestrzeni, która ma odpowiadać za bezpieczeństwo sieci i chronić przed atakami z zewnątrz. Głównym zadaniem ma być

na razie zbieranie informacji o aktywności w Internecie tak wewnątrz kraju jak i na świecie. Amerykańscy analitycy alarmują, że zdolności cybernetyczne Iranu rosną i znajduje się on w czołówce światowych potęg na tym polu. W przeciągu 3 lat Teheran wydał ponad miliard dolarów na zwiększenie swoich możliwości w cyberprzestrzeni. Znaczenie tego nowego pola walki zostało podkreślone w wypowiedzi jednego z generałów elitarnej Gwardii Irańskiej, który powiedział, że bardziej obawia się ataków w cyberprzestrzeni niż konwencjonalnej wojny. Irańska ofensywa na tym polu ma iść w parze z innymi środkami asymetrycznymi wymierzonymi bezpośrednio w Stany Zjednoczone. Dobry przykład stanowi tutaj plan zabicia ambasadora Arabii Saudyjskiej. Waszyngton jednak nie traktuję poważnie cybernetycznego zagrożenia ze strony Iranu. Ajattollahowie nie poprzestają tylko na rozwoju militarnych zdolności w cyberprzestrzeni. Zakupiono specjalne oprogramowanie chińskiego pochodzenia monitorujące telefony oraz Internet. Ponadto wprowadzono nowe regulacje prawne, które nakazuję właścicielom kafejek internetowych nagrywać działania użytkowników. W kwietniu 2012 Teheran w celu ochrony swojego przemysłu ropy naftowe, odciął główne terminale od Internetu. Iran podjął się także ambitnego projektu zatytułowanego „Halal”. Jest to projekt mający na celu odcięcie irańskich użytkowników od globalnej sieci i przekierowanie ich na strony zaprojektowane przez informatyków w Teheranie. Według informacji amerykańskiego wywiadu witryny ministerstw, uniwersytetów i sieci biznesowych już działają w nowej konfiguracji. Stworzenie tak skomplikowanego projektu możliwe jest dzięki pomocy ze strony chińskiej firmy Huawei. Irańskie działania podyktowane są chęcią kontrolowania opozycji, jednak mają także utrudnić penetrację sieci komputerowych przez obce państwa. Mając w pamięci lekcje z 2010 roku, Iran stara się nie dopuścić do powtórzenia scenariusza ze Stuxnetem.

Cybernetyczne preludium do ataku Jednym z głównych zadań na polu walki jest pozbawianie przeciwnika dostępu do informacji oraz sparaliżowanie jego systemu dowodzenia. W ujawnionych w sierpniu planach ataku na Iran, Izrael planuję przeprowadzenie największego w dziejach ataku cybernetycznego w historii. Zakłada on zniszczenie sieci elektrycznej Iranu, przez co wyłączony zostanie Internet, telewizja, radio oraz przestaną funkcjonować telefony. Mimo iż Tel Awiw posiada bardzo rozbudowane i uchodzące za najlepsze na świecie jednostki do walki w cyberprzestrzeni, to eksperci zgodnie przyznają, że żadne państwo na świecie nie jest w stanie przeprowadzić tak skomplikowanej akcji. Jednak ograniczony atak cybernetyczny jest czymś oczywistym w przypadku podjęcia konwencjonalnej akcji zbrojnej.

Wojna zacznie się na puplicie Wojna w cyberprzestrzeni prowadzona przez Stanu Zjednoczone i Izrael jest częścią ofensywnych, niekonwencjonalnych działań wymierzonych w Teheran, których celem jest opóźnienie irańskiego programu nuklearnego. Działania prowadzone przez Stany Zjednoczone i Izrael miały przełomowe znaczenie dla rozwoju walki prowadzonej w tym środowisku. Robaki stworzone przez hackerów z tych dwóch państw były najbardziej zaawansowaną bronią cybernetyczną w historii. Mimo wykorzystania tak nowoczesnej technologii nie udało się powstrzymać programu nuklearnego Iranu, który cały czas ewoluuje, nie powiodła się nawet próba jego poważnego opóźnienia. Pokazuje to, że wciąż samo działanie w cyberprzestrzeni to za mało, żeby dokonać odpowiednich zniszczeń. Co innego w przypadku użycia broni cybernetycznej jako preludium do akcji konwencjonalnej, wtedy skutki mogą być druzgocące. Andrzej Kozłowski

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

43


BEZPIECZEŃSTWO | OBRONNOŚĆ

Polskie wydatki na obronność to już niebagatelne sumy. W tym roku wyniosły niemalże 30 miliardów złotych. Wg wartości nominalnej (parytet wobec USD), daje to pozycję niedaleką od odpowiadającej miejscu polskiej gospodarki na skali światowych ekonomii. Warto się jednak przyjrzeć efektywności i celowości wydawanych środków na obronność.

Jak mądrze wydawać

na wojsko?

Z

Proporcje wydatków na „zęby” do wydatków na „ogon”

aczynając od skali makro, trend w wydatkach obronnych zwykle może nam powiedzieć o zamiarach danego państwa. Znaczny wzrost wydatków w czasie oznacza zwykle wojownicze zamiary, bądź też poczucie zagrożenia w regionie. W przypadku Polski, dzięki dość sztywnej formule 1,95% opartej na stosunku do PKB roku poprzedniego, wydatki w relacji do USD (wg wartości z 2009) wzrosły o około połowę w ciągu ostatniej dekady. Wprowadzenie tej formuły było jednak próbą szukania recepty na względną stagnację wydatków na modernizację sił zbrojnych w latach dziewięćdziesiątych. Ten wzrost wskazuje nam jednak również, że w przypadku Polski, zasoby skumulowane w czasie, nie odpowiadają efektom osiąganym przez państwa o podobnym aczkolwiek bardziej stabilnie rosnącym budżecie. Oczywiście, kluczowy dla efektywnych wydatków, jest wybór właściwej strategii obronnej. Tym niemniej, abstrahując od przyjętej strategii obronnej, samą ekonomiczną efektywność wydatków obronnych można zbadać w odniesieniu do kilku zagadnień.

W tym kryterium, wg. ciekawej choć niedoskonałej publikacji McKinsey z 2010 r., Polska, zajęła 27 miejsce w próbie 30 państw. Analiza struktury Sił Zbrojnych RP może potwierdzać tę diagnozę. W ostatniej dekadzie przybywało dowództw i różnego rodzaju komórek w MON i SG WP, a ubywało jednostek liniowych. Ilustracją jest wielkość samego garnizonu warszawskiego (prawie wyłącznie jednostki niebojowe – administracja, zabezpieczenie) do całości sił zbrojnych (ponad 20 % całych sił zbrojnych). Do tego należy dodać wielkość struktur dowódczych rodzajów sił zbrojnych. Inicjowany przez ośrodek prezydencki projekt reformy struktur dowódczych, zdaje się iść w dobrym kierunku, tj. połączenia funkcji pełnionych przez dowództwa różnych rodzajów wojsk, oraz pełnego funkcjonalnego podziału połączonych w ten sposób organów.

Efektywność wydatków w stosunku do wielkości rezerw osobowych

Efektywność zakupów uzbrojenia i wyposażenia

Badanie pod tym kątem nie przynosi satysfakcjonujących rezultatów. Polska ma większe siły zbrojne niż dysponująca nieco większym budżetem Holandia. Już jednak, wydająca na wojsko mniej niż Polska, Finlandia jest w stanie wystawić na czas wojny dwu-trzy krotnie większe siły. Wydaje się, że przyczyną tego stanu rzeczy jest narzucenie niepasującego do naszej sytuacji strategicznej paradygmatu, że jakość ma zastąpić ilość. Ten dogmat był popularny jakiś czas temu pośród państw, które mogą sobie pozwolić na ekspedycyjną doktrynę obronną, choć nawet tam został on podważony w trakcie misji w Iraku i Afganistanie. Inną z przyczyn tego stanu rzeczy była, co najmniej przedwczesna i motywowana względami marketingu politycznego, decyzja o tzw. profesjonalizacji sił zbrojnych. Ten niezadowalający wskaźnik występuje, mimo iż w ramach budżetu MON ponad 50 % wydatków to koszty osobowe. Same emerytury i renty to ponad 20 % – przy około 160000 świadczeniobiorców).

44

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

Dzięki stałej formule wydatków, udało się utrzymać (z wyjątkiem 2009 r.) pozytywny trend wzrostu wydatków na modernizację techniczną polskich sił zbrojnych. MON szczyci się, że osiągnął on już udział w całości wydatków obronnych, na poziomie zbliżonym do wskaźników „starych” członków sojuszu czyli w omawianym 2011 r. w niewielki sposób przekraczająca poziom 20 %. Klasyfikacja wydatków na uzbrojenie w polskim MON wydaje się być jednak trochę naciągnięta (choćby przez uwzględnienie w niej remontów). Gdyby ją więc skorygować do metodologii używanej w większości innych państw NATO, spadła by ona do poziomu 18–19 %. Niestety, i te pieniądze były wydawane w nie do końca racjonalny i przemyślany sposób. Dość zauważyć, że cztery największe, trwające do tej pory programy zbrojeniowe zostały zainicjowane już dawno – na początku zeszłej dekady. Biurokracja MON jest znana ze swej inercji i, gdy tylko może unika i odwleka duże procedury przetargowe. Politykom kierującym resortem brakuje zwykle wspar-


BEZPIECZEŃSTWO | OBRONNOŚĆ

cia wykwalifikowanych ekspertów, którzy byliby w stanie pokonać tę niemoc biurokracji. Podobnie zmniejszał się udział umów wieloletnich zawieranych z polskim przemysłem. Plusem takich długofalowych rozwiązań jest z reguły wynegocjowanie niższej ceny oraz możliwość optymalizacji inwestycji rozwojowych dla przemysłu i polskiej gospodarki. Zakup większej transzy podobnego sprzętu pozwala ponadto na optymalizację kosztów jego bieżącego utrzymania przez wojsko.

Rozwijać własne czy kupować za granicą?

Dlatego też, niezbędnym jest, na wzór innych krajów NATO, stworzenie odpowiednich procedur i organizacji zakupów uzbrojenia. Pożądane jest stworzenie takiego mechanizmu który będzie sprzyjał dialogowi pomiędzy komórkami definiującym specyfikację zakupową a organizacją zakupową i będzie wskazywać bardziej racjonalne finansowo alternatywy. W Polsce wciąż jednak zakupów dokonuje się w ramach modelu gdzie do ustalonej specyfikacji, komórki odpowiedzialne za zakupy szukają w procedurze przetargowej jedynie najtańszej opcji na rynku. Nie bada się natomiast alternatyw, które być może nie w pełni odpowiadają specyfikacji, ale są bardziej racjonalne kosztowo. Dodać poza tym należy, że efektywność wydatków na uzbrojenie zależy w dużym stopniu od racjonalnego ułożenia relacji z własnym zapleczem przemysłowym. Zarówno wg. McKinsey, jak i czołowych ekonomistów obronnych, z reguły, w przypadku państwa średniej i małej wielkości, tańszy jest zakup importowanego uzbrojenia od budowania własnych programów zbrojeniowych. Z drugiej jednak strony fundusze wydane na odpowiednio wybrane własne programy zbrojeniowe mogą się zwrócić gospodarce (na przykładzie Wielkiej Brytanii) trzykrotnie. Kluczem jest przy tym stworzenie odpowiednich relacji i kanałów komunikacji pomiędzy krajowym zapleczem przemysłowo-badawczym a siłami zbrojnymi. W Polsce z winy braku takich kanałów komunikacji pomiędzy krajowym zapleczem przemysłowym i MON oraz braku kultury współpracy różnych resortów brakuje efektywnych procedur tworzenia długoterminowych wizji jakie rodzaje uzbrojenia powinny być produkowane w kraju. Taka wizja powinna być oparta na kalkulacjach strategicznych (obszary koniecznej samowystarczalności), oraz ocenie istniejącej bazy oraz potencjalnych możliwościach eksportowych. Powinna również uwzględniać strategiczne kierunku rozwoju zaplecza technologicznego polskiej gospodarki, nie tylko w sektorze zbrojeniowym. We wszystkich krajach na świecie, które posiadają swoje własne zaplecze przemysłowo – obronne, lub je rozwijają jak np. Turcja, sektor zbrojeniowy stanowi czynnik innowacyjny dla całej gospodarki narodowej. Wiele rozwiązań opracowanych na potrzeby wojskowe znajduje potem często zastosowania w cywilnych rozwiązaniach codziennego użytku, z korzyścią dla krajowych przedsiębiorstw.

Centralizacja zakupów – polskie DGA? Szukając kryteriów efektywnej polityki zakupów uzbrojenia warto uwzględnić również wskazówki byłego Sekretarza Obrony Stanów Zjednoczonych Roberta Gates’a. Otóż bardziej racjonalne i efektywne kosztowo, jest pozyskiwanie większej ilości systemów oferujących przyzwoitą skuteczność i wszechstronność w działaniu, zamiast mniejszej ilości takich, które są najdoskonalsze w swojej klasie, jednak mają ograniczone spektrum zastosowania. Do tej pory, wydaje się, że Polska przyjmowała dość rozsądną politykę. Dość racjonalne było choćby utrzymanie znacznej liczby, być może nie najnowocześniejszych, ale wciąż dość skutecznych systemów odziedziczonych po PRL. Dotyczy to zwłaszcza tych typów uzbrojenia, gdzie rozwinięte w czasie PRL zaplecze techniczne i remontowe pozwalało na obniżenie kosztów utrzymania tego sprzętu. W kilku przypadkach pomysłowość naszych inżynierów pozwoliła na wydają i efektywną modernizację sprzętu i dostosowanie ex poradzieckiego uzbrojenia do standardów NATO. Doty-

czy to zwłaszcza ex posowieckich systemów obrony powietrznej i systemów identyfikacji swój – obcy, zmodernizowanych do standardów NATO w warszawskich zakładach Radwaru. Państwa które centralizują i łączą funkcje poszczególnych instytucji odpowiedzialnych za procesy zakupów uzbrojenia, dzięki ekonomii skali, wydają je bardziej efektywnie. Wg. wspomnianej analizy McKinsey z 2010 r. Polska osiągnęła w tej kategorii wysoki wynik (2 w próbie 15), ale być może, wiąże się on raczej z wrzucaniem do jednego worka pod nazwą „centralne wsparcie” i sztucznym łączeniem różnych kategorii w budżecie, niż z realną synergią wydatkowania. Z drugiej strony, wg. zapewnień MON, utworzenie centralizującej zakupy struktury w postaci Biura Analiz Rynku Uzbrojenia, miało przynieść oszczędności rzędu kilkuset milionów rocznie. Jeśli tak się jednak stało, głównym obszarem tych oszczędności były do tej pory zakupy „niebojowe”, takie jak np. umundurowanie. Zdaniem ekspertów, powołanie jednej centralnej instytucji, odpowiedzialnej za cały proces pozyskania przez polską armię nowych zdolności bojowych (np. na wzór francuskiej DGA czy niemieckiego Urzędu Zamówień Obronnych) – od określenia potrzeb i wytycznych dla nowego sprzętu, poprzez realizację procedury przetargowej i wprowadzenia nowego typu sprzętu na uzbrojenie, aż do procesu jego utylizacji, względnie sprzedaży za granicę – może przynieść do 30 % oszczędności w wydatkach na uzbrojenie i sprzęt wojskowy. Dodatkowo taka instytucja wzorem krajów zachodnich, może również wspierać rozwój eksportu polskiego sprzętu wojskowego.

Efektywność procesów utrzymywania sprzętu

To zagadnienie jest w Polsce doceniane jedynie przez podmioty, które bogacą się na dostawach części zamiennych. W ramach kosztu zakupu zdolności bojowej rozumianej jako sprawność sprzętu bojowego w czasie, koszt jego utrzymania sięga średnio 70-80%. Zaledwie reszta to koszt samego zakupu. O tym, że ta kategoria znacznie obciąża budżet MON świadczy wspomniane wcześniej naciąganie statystyk i wprowadzenie, wbrew standardom NATO, części kosztów utrzymania sprzętu (np. remontów) do kategorii kosztów majątkowych co sztucznie ją zawyża, sugerując wyższe niż naprawdę wydatki na zakup nowego sprzętu. Jedną z przyczyn wyższych kosztów utrzymania sprzętu w Polsce może być jednak starszy sprzęt. Z reguły kosztuje on znacznie więcej w utrzymaniu. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy z uwagi na odziedziczoną po czasach Zimnej Wojny, dużą flotę danego sprzętu, możliwe jest korzystnie z rozbudowanego zaplecza remontowo-serwisowego. • używanie wielu różnych typów tej samej kategorii sprzętu znacznie zwiększa koszty jego obsługi (dla przykładu w Polsce używa się kilkunastu typów ciągników drogowych do transportu wozów pancernych), • jedną z dróg do naprawy tego stanu rzeczy jest przyjęcie innej metodologii w zakupach sprzętu, a mianowicie, zakupu zdolności bojowej, która bierze pod uwagę koszty utrzymania sprzętu. Większość ministerstw obrony państw rozwiniętych, używa tego rodzaju metodologii, i negocjują koszty utrzymania, remontów i części zamiennych już we wstępnym kontrakcie. Według hiszpańskich specjalistów z Uniwersytetu Granady kraje Europy Środkowo-Wschodniej mają kłopoty z wdrożeniem podobnych instrumentów. Polskie Ministerstwo Obrony Narodowej dopiero pracuje nad wdrożeniem takiej metodologii. Tymczasem, według analityków McKinsey ten obszar wydatków obronnych oferuje największe (40-60%) szanse na oszczędności. Jak więc widać osiągnięcie wyższego poziomu efektywności wydatków obronnych jest procesem wieloskładnikowym. Jego znajomość powinna być obecna w debacie publicznej, i warunkować właściwy poziom demokratycznej kontroli nad siłami zbrojnymi. Tomasz Szatkowski Autor jest ekspertem ds. obronności Fundacji Republikańskiej

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

45


BEZPIECZEŃSTWO | OBRONNOŚĆ

Światowa technologia wojskowa

na jubileuszowym salonie

w Kielcach

XX Międzynarodowy Salon Przemysłu Obronnego dobiegł końca. Trwające od 3 do 6 września targi w Kielcach skupiły najważniejszych światowych oraz krajowych producentów uzbrojenia i sprzętu wojskowego oraz entuzjastów nowoczesnej techniki wojskowej. Jubileuszowe MSPO odbyło się pod patronatem prezydenta RP Bronisława Komorowskiego. Nikogo nie zdziwił fakt, że tegoroczne targi obfitowały w wielu gości z przeszło 40 państw na świecie. Tegoroczny jubileuszowy salon przemysłu obronnego w Kielcach swoją obecnością zaszczycił Minister Obrony Narodowej Włoch, pan Giampaolo Di Paola.

T

egoroczne targi przemysłu obronnego w Kielcach cechował swoisty „złoty środek” jeżeli chodzi o wystawców. Każdy biznesmen oraz zwiedzający mógł znaleźć wystawcę prezentującego różne elementy uzbrojenia i sprzętu wojskowego. Tradycyjnie Jednym z czołowych wystawców z Polski była Grupa BUMAR, która wypełniła swoimi produktami całą halę wystawową. Zaprezentowano indywidualny system walki Tytan, mobilny zestaw przeciwlotniczy MSR Kusza, natomiast Bumar Elektronika zaprezentowała najnowsze elementy systemu TARCZA POLSKI, w tym nową rakietę krótkiego zasięgu – BŁYSKAWICIA. Podczas tegorocznej edycji MSPO po raz pierwszy zaprezentowało się konsorcjum WB Group zajmujące wspólnie z HSW całą drugą halę wystawową. W skład Grupy WB, będącej liderem w zakresie systemów elektronicznych dla wojska, wchodzą następujące przedsiębiorstwa: WB Electronics, Radmor, MindMade, Flytronic, Arex. Grupa rozpoznawalna już nie tylko na polskim rynku systemów C4ISR zaprezentowała szeroki wachlarz rozwiązań gotowych do wykorzystania w przyszłości przez wojsko.

46

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

Zaprezentowana została doręczna radiostacją programowalna R3507, plecakowa radiostacja Flexnet, terminal TETRA TH1n i tablet przemysłowy Xtreme XT-120. 9LAND SOLDIER sPad szwedzkiej firmy SAAB. Radiostacja osobista R35010 firmy Radmor została wykorzystana do zaprezentowania rozwiązań C2 dla żołnierza. Oprócz tego Grupa zaprezentowała sztandarowy produkt – bezpilotowiec FlyEye. Warto podkreślić fakt, że firma obecnie opracowuje całą rodzinę systemów mirco-UAV: Ozhar, Warmate oraz Virtus. W świetle doniesień medialnych o problemach w realizacji offsetu w naszym kraju warto podkreślić fakt, że firma RADMOR wchodząca w skład WB Group otrzymała tytuł „Offestobiorca Sektora Obronnego” przyznawanego przez Ministra Gospodarki. Podczas tegorocznej edycji MSPO nie mogło zabraknąć głównych graczy startujących w przetargu na śmigłowce dla polskiej armii. Swoje wyroby zaprezentowała zarówno AgustaWestland jak i Sikorsky Aircraft. Firma Sikorsky Aircraft, prezentująca śmigłowiec Black Hawk S70i, gościła podczas targów syna Igora Sikorsky’ego – Siergieja, który wygłosił wykład na temat rozwoju

technologii śmigłowców oraz podpisywał książki swojego autorstwa. Natomiast AgustaWestland – PZL Świdnik zaprezentowała śmigłowiec AW 149 oraz bezzałgowy śmigłowiec SW-4 Solo. Śmigłowiec zbudowany na platformie SW-4, stanowi idealne rozwiązanie do transportowania ładunków oraz do walki. AW 149 będący powiększoną i unowocześnioną wersją AW 139 ma wystartować w przetargu na 70 śmigłowców wielozadaniowych dla polskiej armii. XX MSPO było także okazją do zaprezentowania i dyskusji dot. bezzałogowych środków lotniczych. Na konferencji zorganizowanej przez Departament Polityki Zbrojeniowej gen. Cwojdziński zaprezentował stan realizacji prac nad wdrożeniem tego rodzaju platform na potrzeby sił zbrojnych. Polskie przedsiębiorstwa posiadają potencjał w zakresie wytworzenia: struktur płatowców, elektroniki sterującej oraz oprogramowania. Kolejnym elementem jest posiadanie zdolności do analizy danych rozpoznawczych oraz obrazowania. Głównym dylematem polskich przedsiębiorstw jest brak odpowiednich napędów do opracowania średniej i dużej wielkości bezzałogowych środków. W odpowiedzi na popyt na bezzałogowe środki lotnicze Grupa WB i Elbit Systems zaprezentowały wspólnie rozwiązania dla polskiej armii. Zaprezentowana oferta ma dotyczyć przekazania know-how oraz części produkcji stronie polskiej. Na zakończenie targów przyznano coroczną nagrodę „DEFENDERA”, za najbardziej innowacyjny produkt. MSPO 2012 było znaczącym wydarzeniem z powodu toczących się prac nad reformą struktury sił zbrojnych oraz ich modernizacją. Gen. Waldemar Skrzypczak poinformował o pracach nad programami wieloletnimi na lata 2013–2014 (krótkoterminowymi) oraz na lata 2013–2022 (średnioterminowymi). Za priorytet postawiono rozwijanie programu modernizacji obrony powietrznej krótkiego i średniego zasięgu. Równolegle do prac nad modernizacją obrony powietrznej będą prowadzone prace nad bezzałogowymi systemami bojowymi. Zakończony Międzynarodowy Salon Przemysłu Obronnego w Kielcach można uważać za udany, zwłaszcza pod względem panującego kryzysu ekonomicznego. Zgromadzenie 400 wystawców z 29 krajów na świecie doprowadziło na umiejscowienie na stałe MSPO jako największej międzynarodowej wystawie sprzętu wojskowego na mapie Europy po Paryżu i Londynie. Magazyn „Stosunki Międzynarodowe” był patronem medialnym XX Międzynarodowego Salonu Przemysłu Obronnego. Paweł Fleischer


ANALIZA

Zdarza się, że państwa aspirujące do odgrywania kluczowych ról w światowej polityce nie mogą lub nie chcą angażować się bezpośrednio w konflikty, w których widzą swoje interesy. Powody takiego postępowania są różne. Niekiedy jest to brak mandatu prawno-politycznego, niekiedy zbyt duże ryzyko ewentualnych strat – ekonomicznych, politycznych lub wojskowych, kiedy indziej własna słabość albo obawa kompromitacji na arenie międzynarodowej. W takich sytuacjach korzystniej jest osiągać zakładane rezultaty prowadząc równolegle z zabiegami dyplomatycznymi, skryte działania wspierające określoną stronę lub strony konfliktu. Do działań takich najlepiej nadają się wyspecjalizowane tajne agendy rządowe czyli służby specjalne.

TAJNA WOJNA

z „arabską wiosną” w tle

B

urzliwe wydarzenia ostatnich lat w Krajach Arabskich, splatają się z rozbieżnymi interesami „wielkich tego świata”, a także znaczących krajów regionu. Powodują, że każdy z „wielkich” chciałby wykorzystać zmiany w tych krajach dla uzyskania lub poszerzenia swoich wpływów, a kraje regionu wywalczyć ile się da wobec osłabionego rozgrywkami wewnętrznymi sąsiada. Po stosunkowo szybkiej wojnie w Libii, kiedy rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ wprowadzająca zakaz lotów, faktycznie umożliwiła siłom NATO rozbić potencjał wojskowy Kaddafiego, przyszła kolej na Syrię. W tym przypadku jednak nauczone poprzednim doświadczeniem Rosja i Chiny zablokowały możliwość legalnej interwencji. Rozpoczęła się gra, również „podskórna” z udziałem służb specjalnych, której efekty przeciętny „zjadacz chleba” widzi jedynie przez pryzmat rosnących statystyk ofiar tego konfliktu. Jednak w grach polityczno-militarnych w Krajach Arabskich uwzględnić trzeba koniecznie rolę jeszcze jednego, działającego skrycie, aktora. Aktorem tym są organizacje terrorystyczne: regionalne oraz globalnego dżihadu. Wojna i chaos sprzyjają ich rozwojowi, bo brak jest państwowych działań antyterrorystycznych. Poza tym w wielu przypadkach, kiedy akurat doraźne cele terrorystów są zbieżne, z ce-

lami którejś ze stron konfliktu, mamy do czynienia z bardziej lub mniej cichym przyzwoleniem na działanie tych organizacji. W warunkach rewolucyjnego zamętu broni jest pod dostatkiem. Nie brakuje również chętnych do zaangażowania się w „świętą wojnę”. Przywódcy światowego dżihadu zdają sobie sprawę z faktu, że tak korzystna dla nich sytuacja może się nie powtórzyć. Wzorując się często na organizacji państwowych służb specjalnych tworzą własne struktury wywiadowcze, kontrwywiadowcze, jednostki sił specjalnych, a przede wszystkim grupy wykonujące zamachy i inne akty terroru. Możemy, więc zaobserwować, iż na terenach ogarniętych konfliktami państw arabskich działają w sposób skryty dwie różne struktury konspiracyjne: służby specjalne państw zaangażowanych pośrednio lub bezpośrednio w konflikt oraz organizacje terrorystyczne, z których poważna część powiązana jest z al-Kaidą. Jak tajne służby i struktury dżihadystów radzą sobie w tych zmaganiach, czy możliwe są kompromisy, a może jakaś forma współdziałania? Odpowiedź na te pytania nie jest ani prosta, ani jednoznaczna., bo przecież mamy do czynienia z organizacjami, których działania skrywa głęboka tajemnica, jednak … „po czynach ich poznacie”. Tak, więc co wiemy?

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

47


ANALIZA

Służby specjalne Brak możliwości (wynikający głównie z przyczyn prawnych) bezpośredniego zaangażowania militarnego w kampanii skierowanej przeciwko prezydentowi Baszarowi al-Asadowi spowodował, że USA próbują wykorzystać naciski dyplomatyczne na reżim syryjski, a także wesprzeć wspólne wysiłki tzw. „Przyjaciół Syrii” w uzbrojeniu rebeliantów i zmusić Asada do ustąpienia. Spowodował również większe niż zwykle w takich sytuacjach tajne, operacyjne zaangażowanie służb specjalnych tego kraju, głównie CIA, w konflikt syryjski. Służby specjalne Stanów Zjednoczonych i ich europejskich sojuszników z NATO nie tylko zaopatrują powstańców w broń w czasie trwającej tam wojny domowej, ale również kierują ich działaniami wymierzonymi w siły rządowe. Prawdy tej nie próbuje się już obecnie specjalnie skrywać, dopuszczając do coraz większej ilości przecieków prasowych.

Służby specjalne Iranu (Min. Wywiadu i Bezpieczeństwa i Wywiad Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej) jeszcze w trakcie trwania interwencji amerykańskiej w Iraku rozpoczęły tworzenie zakonspirowanych siatek agenturalnych o charakterze dywersyjno-terrorystycznym. Wg radia Deutsche Welle, „już od dawna wiadomo, że komórki CIA z terytorium Turcji kontrolują przekazywanie broni powstańcom syryjskim”. Oficjalnie Stany Zjednoczone temu zaprzeczają, ale wg członka /kaufman fellow/ Waszyngtońskiego Instytutu Polityki Bliskiego Wschodu Davida Pollocka, dla powstańców zakupuje się nie tylko środki łączności i medykamenty. Oprócz tego środki finansowe na broń przerzucaną przez punkt graniczny Bab al-Hawa wydzielają Arabia Saudyjska, Katar i Turcja. Wg przedstawicieli USA i arabskich oficerów wywiadu /1/ pewna liczba oficerów CIA prowadzi tajne działania na terenach południowej Turcji „pomagając sojusznikom właściwie ocenić, którzy z bojowników syryjskiej opozycji powinni otrzymać broń niezbędną do walki z syryjskim rządem”. Broń, w tym karabiny automatyczne, granatniki rakietowe, amunicja, a także niektóre rodzaje broni przeciwpancernej, przemycane są w większości przez turecką granicę za pośrednictwem siatek utajnionych organizacji, w tym syryjskiego Bractwa Muzułmańskiego, a opłacana jest głównie przez Turcję, Arabię Saudyjską i Katar. Wg jednego z ważniejszych przedstawicieli amerykańskich władz /cyt. przez NYT/ „oficerowie CIA pozostają w tym regionie głównie, dlatego aby zapobiegać przedostawaniu się broni w ręce bojowników współpracujących z al-Kaidą lub innymi organizacjami terrorystycznymi.” Przedstawiciele amerykańskich władz, a także emerytowani oficerowie CIA potwierdzają również, że administracja USA rozważa również dodatkowe wsparcie dla powstańców, takie jak dostarczanie zdjęć satelitarnych i innych szczegółowych danych wywiadowczych dotyczących lokalizacji i przemieszczeń syryjskich wojsk rządowych. Ale wg deklaracji tych osób /NYT/ nie planuje się podejmowania bardziej agresywnych kroków, takich jak np. wysłanie oficerów operacyjnych CIA do Syrii.

48

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

Analizując pojawiające się w środkach masowego przekazu informacje, można wyciągnąć wniosek, że w działaniach środowiska wywiadowczego państw NATO wobec Syrii nastąpił swego rodzaju podział odpowiedzialności. I tak:  Amerykanie informują powstańców o operacyjnych ruchach wojsk armii syryjskiej, a wg niepotwierdzonych informacji ze źródeł rosyjskich – pomagają również powstańcom w utworzeniu własnego wywiadu i rozpoznania wojskowego. W związku z działaniami bojowymi w Syrii Stany Zjednoczone w sekrecie /jak podaje NYT/, skierowały również 150 żołnierzy do Jordanii w rejon przygraniczny z Syrią. Ten wysunięty posterunek SZ USA, pełniący obecnie funkcje pomocnicze związane kontrolowaniem ruchów migracyjnych na granicy, może stać się punktem wyjściowym dla rozwinięcia wojsk w razie konieczności szerszego zaangażowania Zachodu w konflikcie syryjskim. Brytyjska MI6 działa z terytorium Cypru i wg ocen ekspertów zasila powstańców informacjami o znaczeniu strategicznym. Służby specjalne Francji koncentrują się na próbach rozbicia otocznia prezydenta Asada, pomagając niektórym członkom jego administracji na ucieczkę z Damaszku. Podobna taktyka stosowana wobec Libii, doskonale się sprawdziła. Niemiecka BND rozpoznaje sytuację wojskową w Syrii z pokładu okrętu rozpoznawczego „Oker”, przemieszczającego się wzdłuż jej brzegów na Morzu Śródziemnym. Informacje o pozycjach syryjskich wojsk rządowych przekazywane są sojuszniczym służbom specjalnym NATO, które z kolei przekazują je powstańcom. Pomoc materialną okazuje również część diaspory muzułmańskiej zamieszkującej na terenie Niemiec, a głównie organizacja Bracia Muzułmanie, która zbiera pieniądze na zakup broni dla Wolnej Armii Powstańczej. BND śledzi te poczynania, ale im nie przeszkadza. Dowodem tego typu działalności może być zatrzymanie jakiś czas temu na terenie Libanu ciężarówki na niemieckich numerach z 47 tysiącami sztuk amunicji do karabinu „kałasznikow”, na potrzeby powstańców. Można zauważyć, że znaczną aktywność w kwestiach dot. Syrii przejawia nowy szef BND Gerhard Schindler. Wg znanego niemieckiego eksperta w sprawach służb specjalnych, Ericha Schmidta-Einbooma „szef BND stosunkowo łatwo podejmuje w tym wypadku ryzyko, próbując zdobyć uznanie w oczach zachodnich partnerów, utracone w związku ze wstrzymaniem się Niemiec od działań w Libii”. Oczywiście zagraniczne służby specjalne na terenie Syrii działają nie tylko w interesie powstańców. Znana jest ciągnąca się przez dziesięciolecia współpraca wojskowa reżimu Asadów z ZSRR, a później z Federacją Rosyjską. Rosja nie ukrywa, że pomimo wojny domowej w Syrii, realizuje zakontraktowane wcześniej dostawy broni i amunicji, a także prowadzi remonty sprzętu wojskowego i uzbrojenia. Wg informacji wywiadowczych w tym czasie przez port Tartus dostarczono trzy duże dostawy ciężkiej amunicji. Inne rosyjskie transporty uzbrojenia realizowane były drogą powietrzną. Powszechnie znany jest przypadek ze statkiem krążącym po morzach próbującym dostarczyć do Syrii wg źródeł zachodnich – nowe, a wg Rosjan – wyremontowane, śmigłowce bojowe. Jednym z bardziej znaczących kontraktów zbrojeniowych zrealizowanych przez Rosję na rzecz Syrii pomimo protestów USA i Izraela, było dostarczenie końcu 2010 roku, a więc krótko prze wybuchem zamieszek w tym kraju, zestawów rakietowych „Bastion” z rakietami „Jachont” przeznaczonych do zwalczania okrętów przeciwnika na odległość do 300 km /3/. Rakiety „Jachont”, to bardzo groźna nowoczesna broń. Mogą niszczyć okręty nawodne różnych klas wchodzące w skład grup desantowych, konwojów, uderzeniowych grup lotniskowców, a także obiekty naziemne, w warunkach silnego


ANALIZA

przeciwdziałania ogniowego i radioelektronicznego przeciwnika. Dodatkowo, jako wyposażenie uzupełniające do zestawów „Bastion”, Rosja sprzedała Syrii pozahoryzontalne stacje radiolokacyjne „Monolit-B” dla wykrywania i wskazywania celów nawodnych i powietrznych /dane wg ros. CAMTO/. Rosja tłumaczyła, że jednym z głównych zadań tego nowoczesnego zestawu rakietowego miało być m.in. „przykrycie” ich bazy morskiej w Syrii *. Na terenie rosyjskiej bazy morskiej w Tartus, a także w Aleppo działa i z pewnością w okresie wojny domowej zwiększył swoją aktywność oddział rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU. Nie ma wątpliwości, że w operacjach na terenie Syrii zaangażowany jest również rosyjski wywiad cywilny SWR. Dysponując liczną agenturą w Syrii władze rosyjskie mają pełną wiedzę o rozwoju wydarzeń w tym kraju. Rosja od pewnego czasu zdaje sobie sprawę, że Asad może się nie utrzymać u władzy, stąd zabiegi o doprowadzenie do rozmów opozycji z przedstawicielami władz. Rola wywiadu w znalezieniu odpowiednich ludzi i przekonaniu ich do kroków kompromisowych jest tu absolutnie kluczowa. Istotne dla rosyjskich służb wywiadowczych są również kwestie reemigracji syryjskich Czerkiesów do Rosji, licznych obywateli Rosyjskich na terenie tego kraju, ale przede wszystkim zaangażowanie rodzimych terrorystów, głównie z Północnego Kaukazu w syryjskiej wojnie domowej. Służby specjalne Iranu /Min. Wywiadu i Bezpieczeństwa i Wywiad Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej/ jeszcze w trakcie trwania interwencji amerykańskiej w Iraku rozpoczęły tworzenie zakonspirowanych siatek agenturalnych o charakterze dywersyjno-terrorystycznym. Siatki te powstawały głównie w południowym i północnym Iraku na wypadek zagrożenia ze strony wojsk amerykańskich, ale z czasem struktury te zostały rozszerzone na inne kraje regionu. Ich ewentualne uruchomienie miało być odwetem na planowany atak izraelsko-amerykański na irańskie instalacje atomowe. Również w Syrii na podstawie dwustronnych porozumień utworzono zakonspirowane struktury funkcjonujące pod przykryciem różnego rodzaju przedsiębiorstw np. transportowych, które w wypadku poważniejszej „zawieruchy” na Bliskim Wschodzie miały wspomóc alawidzkie władze w Damaszku. Nie ma wątpliwości, że w obecnej sytuacji w Syrii, struktury te, tak jak i inni ochotnicy z Iranu wspierają reżim Asada.

Dżihadyści Syria. O przenikaniu al-Kaidy w szeregi syryjskich powstańców uprzedzał już ponad rok temu dyrektor Narodowego Wywiadu Stanów Zjednoczonych James Klapper. Potwierdzają to eksperci. M.in. amerykański ekspert ds. Bliskiego Wschodu Bilal Saab w publikacji dla wydawnictwa Jane’s stwierdził, że Syria przepełniona jest islamskimi bojownikami, związanymi z al-Kaidą. Wg jego słów al-Kaida tworzy obecnie tzw. „filię iracko-syryjską w strategicznie niebezpiecznym regionie pomiędzy Izraelem, a natowską Turcją”. Wg agencji AP, na terenie Iraku, m.in. na potrzeby wojny domowej w Syrii, al-Kaida bardzo aktywnie tworzy obozy treningowe i w ciągu roku zwiększyła liczbę bojowników z 1 tysiąca do 2, 5 tysiąca. W konkretnych ocenach specjaliści ds. terroryzmu nieco się różnią. Elizabeth O’Bagy z waszyngtońskiego Instytutu Badań nad Wojną /Instiute fo the Study of War/ z jednej strony przyznaje, że niebezpieczeństwo przenikania dżihadystów w szeregi syryjskiej opozycji jest znacznie wyższe niż to miało miejsce w Libii, Egipcie i Tunisie. Z drugiej jednocześnie zaznacza, że liczebność kadrowa al-Kaidy w Syrii nie jest duża. Wg jej ocen około 1000 zagranicznych bojowników przypada na 50 tys. uczestników

zbrojnej opozycji. Inny ekspert Aaron Zelin z Waszyngtońskiego Instytutu Polityki Bliskiego Wschodu mówi już o „tysiącach” dzihadystów. Nie wdając się w detale, amerykańskie służby specjalne potwierdzają niebezpieczeństwo. Uprzedzają /na podst. Suddeutsche Zeitung/, że al-Kaida tworzy na terenie Syrii sieć dobrze zorganizowanych komórek. Jednocześnie pojawiają się inne podobne co do ideologii i metod działania ugrupowania dżihadystów. Organizacją dżihadystyczną pochodzenia syryjskiego jest Jabhat al-Nusra Front for the People of the Lewant (pełna nazwa: Front wsparcia dla narodu syryjskiego od mudżahedinów z Syrii na obszarach dżihadu). Podobnie, jak al-Kaida dąży ona do utworzenia ogólnoświatowego kalifatu i ścisłego przestrzegania zasad szariatu. Organizacja ta dała już o sobie znać organizując serię zamachów terrorystycznych, w tym z wykorzystaniem zamachowców-samobójców. M.in. w nocy z 8 na 9 października br. bojownicy Jabhat al-Nusra zaatakowali bazę syryjskich służb specjalnych na przedmieściach Damaszku. Zginęły dziesiątki, jeżeli nie setki osób. Wcześniej 3 października organizacja ta wzięła na siebie odpowiedzialność za

* na terenie Syrii znajduje się jedyna zagraniczna baza rosyjskich sił morskich w porcie Tartus /nazywana punktem materiałowo-technicznego zabezpieczenia/. W ostatnich latach baza ta została w poważnym stopniu zmodernizowana. Pogłębiono baseny portowe, odnowiono nabrzeża i infrastrukturę portową, co wskazuje na gotowość przyjmowania w tej bazie dużych okrętów wojennych.

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

49


ANALIZA

że zainspirował ich Mohammed Merah, pochodzący z Algerii dżihadysta, który zastrzelił w marcu 2012 r. w Tuluzie siedem osób, w tym troje dzieci i nauczyciela ze szkoły żydowskiej. Merah zginął podczas oblężenia jego domu przez francuską policję. Podczas poprzednich wizyt w Syrii w marcu i w maju br. Beres nie zgadzał się z sugestiami, że tamtejsi rebelianci są zdominowani przez radykalnych islamistów. Teraz przyznał, że został zmuszony do zrewidowania oceny sytuacji. Wyrazisty obraz zaangażowania dżihadystów w walki w Syrii przedstawił w reportażu swojego korespondenta Gaitha Abdul-Ahada brytyjski Guardian /23.09.2012/. Wg autora reportażu, naocznego świadka opisywanych wydarzeń, setki bojowników różnych narodowości zdążają do Syrii aby wziąć udział w wojnie przeciwko Basharowi al-Assadowi. Niektórzy z nich są typowymi islamskimi idealistami motywowanymi ideą rewolucji przeciwko znienawidzonemu Assadowi. Inni to dżihadyści-weterani z Iraku, Jemenu czy Afganistanu. Ludzie ci, aby dotrzeć do terenów walk w krajach swego wcześniejszego pobytu musieli przekraczać granice z fałszywymi paszportami, narażeni na schwytanie przez służby specjalne. Linię frontu w Syrii osiągają bardzo łatwo komfortowym lotem na południe Turcji, a następnie pieszo przechodząc granicę turecko-syryjską, kierując się do małego syryjskiego miasta Atmeh. Tutaj rekruci są przyjmowani przez syryjskich powstańców, którzy prowadzą obóz dla dżihadystów i organizują ich w jednostki bojowe. Przechodzą również 10 dniowe szkolenie podstawowe, które skoncentrowane jest bardziej na przyswojeniu zasad współdziałania i łączności niż na naukę strzelania. Następnie bojownicy są rozdzielani do różnych organizacji dżihadystycznych, takich jak: Ahrar al-Sham /”Wolni Ludzie Syrii”/ czy Jabhat al-Nusra. Niektórym, jak np. Czeczenom, pozwala się zorganizować własne jednostki. Dżihadyści zachowują daleko idącą dyskrecję, jeżeli chodzi o swoje pochodzenie lub dotychczasowe losy. Czeczeńcy często przedstawiają się, jako Turcy, a Tadżycy jako Afgańczycy. Przedstawione fakty świadczą o tym, że liczne zaangażowanie terrorystów islamskich z całego świata w walce przeciwko Asadowi nie budzi wątpliwości. Największe zaniepokojenie i refleksję musi budzić jednak zdanie usłyszane przez reportera Guardiana podczas szkolenia młodych dżihadystów, prowadzonego przez starszego Egipcjanina. Jego słowa w odniesieniu do reżimowej Armii Syryjskiej i Wolnej Armii Syryjskiej:, – „kiedy skończycie z jedną armią, zabierzecie się za następną” – mówią wszystko o faktycznych celach ugrupowań dżihadystów w Syrii.

Zwalczać czy współpracować

zamachy bombowe w Aleppo, w których zginęło 31 osób. Oczywiście Jabhat al-Nusra nie jest jedyną islamistyczną organizacją terrorystyczną w Syrii. Dżihadyści wszystkich maści coraz częściej przeprowadzają ataki na obiekty rządowe kraju. Wielu z nich jest weteranami konfliktu libijskiego. Znaczący dla potwierdzenia tych faktów jest wywiad, jakiego udzielił francuskiemu radiu France Info współtwórca organizacji „Lekarze bez Granic” (MFS) Jacques Beres. Dr Beres, powrócił z Syrii 07.09.br.. Spędził tam dwa tygodnie, potajemnie pracując w szpitalu w Aleppo – mieście obleganym przez kilka tygodni przez siły reżimu Baszara al-Asada. Beres powiedział, że w odróżnieniu od jego poprzednich wizyt w Syrii w tym roku w miastach Hims i Idlib, co najmniej połowę tych rebeliantów, którym udzielał pomocy w Aleppo, stanowili cudzoziemcy. Byli to głównie islamscy radykałowie, wśród nich młodzi Francuzi. Powiedzieli oni Beresowi,

50

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

Przedstawione wyżej przykłady wskazują nie tylko na znaczne zaangażowanie ugrupowań związanych ze światowym lub lokalnym dżihadem w wojny domowe w Syrii /a wcześniej w Libii/. Co więcej już nawet na podstawie doniesień medialnych widać, że państwa Zachodu, a przynajmniej ich służby specjalne z pełną premedytacją wykorzystują siłę bojową i wpływy organizacji, o których wiadomo, że „na swoich sztandarach niosą hasła szariatu i dżihadu”. W swoich ocenach dot. zaangażowania poszczególnych frakcji islamskich i islamistycznych w obaleniu Kaddafiego amerykańscy i unijni analitycy, jako ognia unikają określenia, że któraś z nich mogła mieć związek z al-Kaidą. Zapominają, że al-Kaida, czyli „baza” stanowi tylko podstawę do najróżniejszych globalnych i lokalnych form islamskiego terroryzmu. O tym jak trudne do przewidzenia w skutkach są relacje pomiędzy państwowymi służbami specjalnymi, a ugrupowaniami dżihadystycznymi może świadczyć przypadek napadu na konsulat i tajną siedzibę CIA w Bengazi, 11 września br. Amerykanie podejrzewają, że napad, w wyniku którego śmierć poniosło czterech obywateli amerykańskich, w tym ambasador


ANALIZA

Chris Stevens, przeprowadziło lokalne ugrupowanie islamskie, Ansar al-Szaria, ale przechwycone emisje radiowe świadczą o jego bezpośrednich związkach i inspiracjach z AKIM /Al-Kaida w Islamskim Maghrebie/. Problem polega na tym, że napad z 11 września br. nie był nieoczekiwanym. Poprzedzał go trwający od wielu tygodni stan rosnącego napięcia i towarzyszących mu aktów przemocy wobec różnych przedstawicielstw dyplomatycznych w Bengazi, a w tym atak na konsulat USA 6. czerwca br. z wykorzystaniem IED. O świadomości zagrożenia świadczą również zapiski w odnalezionym dzienniku ambasadora Chrisa Stevensa. Wg New York Times’a /Sept. 23, 2012/, wśród ewakuowanych z Bengazi po zniszczeniu konsulatu USA, Amerykanów było ok. tuzina oficerów operacyjnych CIA /ze zlokalizowanego w pobliżu tajnego obiektu/. Z wydarzeniami w Bengazi, 11.09.br., pośrednio związany jest jeden z najbardziej prominentnych polityków islamskich, który objawił się, jako znacząca siła polityczna w Libii w czasach po upadku Kaddafiego – Hakim Belhadj /ps. Abu Abdullah al-Sadiq/, przywódca islamskiej partii al-Watan /Ojczyzna/ i były szef post-rewolucyjnej Rady Wojskowej Tripoli. Belhadj. Obecny polityk, który w okresie rewolucji opowiedział się po stronie powstańców, otrzymywał mocne poparcie finansowe i materialne z Kataru i walnie przyczynił się do klęski wojsk Kaddafiego w Tripoli, jest jednocześnie byłym amirem stowarzyszonej z al-Kaidą w czasach Kaddafiego Libijskiej Islamskiej Grupy Bojowej /LIFG/. Belhadj odwiedził Bengazi w kwietniu 2011, gdzie pomagał zorganizować nową milicję islamską znaną jako „Brygada 17 Lutego”. Brygada ta należy do tych milicji, które nazywane są „lojalnymi” tj. nominalnie kontrolowanych przez libijskie ministerstwo obrony. To właśnie ta milicja, zapewniała bezpieczeństwo konsulatu USA w Bengazi. Zestawiając fakty można stwierdzić, że:  CIA na terenie Libii zajmowało się m.in. zbieraniem informacji o działalności uzbrojonych milicji i organizacji terrorystycznych w tym rejonie, w tym właśnie informacji o działaniach Ansar al-Szaria i AKIM. Do innych zadań agentów CIA należało również zdobywanie informacji o losach broni chemicznej Kaddafiego i losach przenośnych zestawów rakiet przeciwlotniczych /NYT z dn. 23.09.2012/;  Brygada 17 Lutego, odpowiedzialna za bezpieczeństwo amerykańskiego konsulatu, interweniowała już po fakcie, czyli po śmierci ambasadora i jego ludzi;  ani pracownicy konsulatu ani oficerowie CIA nie zostali uprzedzeni o przygotowywanym ataku;  napastnicy wiedzieli gdzie znajduje się tajna siedziba CIA, a ich wyposażenie bojowe pozwalało na skuteczny atak na oba obiekty amerykańskie;

W swoich ocenach dot. zaangażowania poszczególnych frakcji islamskich i islamistycznych w obaleniu Kaddafiego amerykańscy i unijni analitycy, jako ognia unikają określenia, że któraś z nich mogła mieć związek z al-Kaidą. Zapominają, że al-Kaida, czyli „baza” stanowi tylko podstawę do najróżniejszych globalnych i lokalnych form islamskiego terroryzmu. zwalczanych przez USA organizacji terrorystycznych /LIFG, al-Kaida, AKIM, AKAP itp./. Już z zadań postawionych komórce CIA w Bengazi wynika, że CIA zmuszona jest rozpracowywać swoich niedawnych sojuszników. Smutne oświadczenia amerykańskich służb, obdarzających zaufaniem byłych /faktycznie lub deklaratywnie/ członków libijskich organizacji dżihadystycznych nie mają żadnego przełożenia na metody wspierania przez CIA powstania przeciw Asadowi w Syrii. Rośnie liczba bojowników dżihadu, którzy niezależnie od oficjalnych deklaracji, pośrednio lub bezpośrednio korzystają ze wsparcia Zachodu i niektórych Krajów Arabskich. Potwierdzają to coraz liczniejsze w Syrii zamachy terrorystyczne /charakterystyczne dla dzihadystów/, które dotykają już nie tylko przedstawicieli syryjskiego establishmentu, ale coraz częściej zwykłych ludzi na ulicach. Publicznie wyrażane są obawy, że mieszanie się służb specjalnych Zachodu w wojnę domową w Syrii – to kij o dwóch końcach. Monachijska Suddeutsche Zeitung napisała wprost, że sytuacja w Syrii może być wykorzystana przez al-Kaidę „dla odbudowania sił na Bliskim Wschodzie”. Mając w pamięci współpracę CIA z bin Ladenem w zwalczaniu radzieckiej okupacji Afganistanu, wydarzenia z 11. września 2001, a następnie wieloletnie zmagania NATO w Afganistanie, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że w swoich relacjach z terrorystami /islamskimi/ Amerykanie hołdują zasadzie – „najpierw współpracuj, potem zwalczaj”, nie bardzo dbając ani o koszty, ani o ofiary. Zresztą podobne, instrumentalne wykorzystywanie terroryzmu i terrorystów w rozgrywkach politycznych nie jest obce wielu innym państwom, z cierpiącą w związku z ostatnimi zamachami Syrią, włącznie

 CIA zaufało byłemu amirowi dżihadystycznego ugrupowania LIFG i jego ludziom, a stworzonej przez niego Brygadzie powierzyło lokalną ochronę konsulatu i swojej tajnej siedziby. Już tylko pobieżna analiza tych obserwacji może prowadzić do wniosku, że amerykańskie zarzuty wobec Ansar al-Sharia lub AKIM o atak na konsulat, to tylko wskazanie ewentualnych wykonawców. Na odpowiedź czekają pytania m.in. o to: skąd zamachowcy mieli tak dużą wiedzę o konsulacie, przebywaniu w nim ambasadora, systemie ochrony, ale co ważniejsze o lokalizacji i pracy tajnych struktur CIA w Bengazi. Odpowiedź nasuwa się sama. Amerykańska CIA powinna się zastanowić nad lojalnością swoich doraźnych sojuszników, z których znaczna część legitymuje się przeszłością w szeregach aktywnie

dr inż. Krzysztof Surdyk

Pełna wersja artykułu dostępna w serwisie www.stosunki.pl od 30 stycznia.

Wykorzystano m.in.: 1

Patrick Chappatte: Arms Flow to Syria, NYT June 22, 2012

2

Michael Ryan – Could Benghazi Embassy Deaths Be a Harbinger of Al-Qaeda’s “Fourth Generation Warfare”? – Jamestown Foundation, Sep 25, 2012

3

„Бастион” защитят базу ВМФ России в сирийском Тартусе, РИА Новости, 20/09/2010

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

51


PRAWO MIĘDZYNARODOWE

Publiczna dyskusja na temat lustracji w Polsce koncentruje się wokół poszukiwania odpowiedzi na dwa kluczowe pytania: Lustrować, czy nie? A jeżeli tak, to w jaki sposób?

LUSTRACJA

I PRAWO MIĘDZYNARODOWE Sprawiedliwość, czy odwet? Wiele spośród wyrażanych opinii odwołuje się do wartości pozaprawnych. To właśnie one – ścierające się w toku debat parlamentarnych argumenty etyczne, historyczne, polityczne, socjologiczne – stanowiły tło przyjęcia ustaw lustracyjnych. I to one sprawiają, że zależnie od indywidualnie przyjmowanych założeń, regulacje lustracyjne wciąż umieszczane są w różnych miejscach continuum rozciągniętego między „dziejową sprawiedliwością” a „haniebnym odwetem”, „grubą kreską” a „rozliczaniem przeszłości”. Ten relatywizm sprawia, że znalezienie uniwersalnie aprobowanych odpowiedzi na postawione wyżej pytania wydaje się niezwykle trudne. Dyskurs prawniczy stawia jego uczestników w położeniu o tyle innym, że można wyobrazić sobie ujednolicenie stanowisk co do np. zgodności poszczególnych postanowień ustawy lustracyjnej z normą zawartą w Ustawie Zasadniczej. I tu jednak przyjęta aksjologia będzie stanowiła element wpływający na wynik wykładni zasad konstytucyjnych. Np. poglądy polityczne i historyczne członków Trybunału Konstytucyjnego mogą subtelnie rzutować na jego orzecznictwo i sposób oceny szczegółowych rozwiązań lustracyjnych. Powyższe uwagi skłaniają do poszukiwania wzorca normatywnego, który pozwoliłby na dokonanie oceny regulacji krajowych w szerszej perspektywie. Poszukując go, warto zwrócić uwagę na istotną okoliczność. Otóż nie budzi większych kontrowersji sama zasadność badania, czy charakter i dotychczasowe zachowanie danej osoby dają rękojmię prawidłowego wykonywania przez nią funkcji publicznych. Odpowiednie przepisy polskiej ustawy o funkcjach konsulów, czy ustawy o służbie zagranicznej (przewidujące screening kandydatów) są przyjmowane z powszechnym zrozumieniem. Możemy zresztą założyć, że analogiczne regulacje występują w większości krajowych porządków prawnych.

52

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

Ustalanie tożsamości osób związanych z funkcjonowaniem struktury „dawnej” władzy po to, by wykluczyć ich z „nowego” życia publicznego, ich aktywność publiczną ograniczyć, czy wreszcie, by tylko sam fakt współpracy uczynić jawnym (vetting) stanowi tylko szczególny przypadek takiej kontroli. I nie jest to, podkreślmy, zjawisko obecne wyłącznie w polskim życiu publicznym ostatniego dwudziestolecia. Przeciwnie, mamy tu do czynienia ze standardowym wręcz elementem procesu tzw. sprawiedliwości tranzytywnej: odnoszenia się do własnej przeszłości przez społeczeństwa przechodzące transformację ustrojową. Jest to zresztą proces właściwy nie tylko przemianom dokonującym się ku demokratyzacji i zasadzie rządów prawa, ale obecny w innych przypadkach (przypomnijmy czystki towarzyszące rodzącym się systemom totalitarnym).

Lustracja, czyli oczyszczenie Sam termin „lustracja” (łac. lustratio, oczyszczać), po raz pierwszy użyty w tym znaczeniu w kontekście czechosłowackiej ustawy z 1991 roku, dziś stosowany jest dla opisania szeregu podobnych procesów weryfikacyjnych w post-komunistycznych państwach Europy Środkowej i Wschodniej. Procesy te zwykle dzielą szereg cech wspólnych: (a) przeprowadzane są na podstawie ustawy, (b) ich celem jest umocnienia demokracji, (c) skierowane są tak do osób już pełniących funkcje publiczne, jak i do nich aspirujących, (d) podlegają kontroli sądowej. Powszechność zjawiska skłania, by postawić pytanie o odnoszące się doń regulacje prawa międzynarodowego. Nie można wskazać jednego traktatu, czy jednej wiążącej prawnie uchwały rządowej organizacji międzynarodowej, które stanowiłyby w tej mierze swoisty „wzorzec z Sèvres”. Problem dostrzeżony jednak został na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych. W 2004 roku Sekretarz


PRAWO MIĘDZYNARODOWE

Generalny przygotował raport dotyczący zasady rządów prawa i sprawiedliwości tranzytywnej w społeczeństwach konfliktowych i post-konfliktowych (S/2004/616). Dokument stanowił zwieńczenie debaty zapoczątkowanej w Radzie Bezpieczeństwa, której celem było uporządkowanie dotychczasowych doświadczeń Narodów Zjednoczonych na polu wspierania takich społeczeństw w procesie przechodzenia przez nie do ustrojów opartych na sprawiedliwości i zasadzie rządów prawa. W raporcie wskazano m. in., że weryfikacja służb publicznych w celu oczyszczenia ich z osób mających związki z przeszłymi nadużyciami stanowi istotny element procesu dochodzenia w społeczeństwach post-konfliktowych do stabilnego ustroju, opartego na zasadzie rządów prawa. Zauważono również wsparcie udzielane w tej mierze przez misje pokojowe Narodów Zjednoczonych w Bośni i Hercegowinie, Kosowie, Timorze Wschodnim, Liberii oraz na Haiti. W analogicznym raporcie z 2011 roku (S/2011/634) podkreślono już wyraźnie pozytywną rolę, jaką procedury weryfikacyjne odgrywają w procesie rozmontowywania struktur „starej” władzy, zwykle kryminalnie uwikłanej i niedającej rękojmi przestrzegania zasady rządów prawa. Mówiąc o odniesieniach do weryfikacji służb państwowych w dokumentach Narodów Zjednoczonych nie sposób pominąć samej Rady Bezpieczeństwa, która w szeregu rezolucji podkreślała znaczenie tego procesu dla osiągnięcia stabilizacji w społeczeństwach post-konfliktowych (np. w Afganistanie, Demokratycznej Republice Konga, czy Somalii).

Lustrować, ale… Wyraźne, bezpośrednie odniesienia do dylematów lustracyjnych byłych państw totalitarnych Europy Środkowo-Wschodniej znajdują się w rezolucji Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy nr 1096 (z 1996 roku) w sprawie środków demontażu dziedzictwa po byłych totalitarnych ustrojach komunistycznych. Ten krótki dokument, choć mający jedynie charakter zalecenia, zawiera szereg szczegółowych wskazań. Punktem wyjścia do nich jest konstatacja zagrożeń młodych demokracji, wśród których wyróżniono niebezpieczeństwo „aksamitnej odbudowy” reżimów totalitarnych. Aby temu zapobiec, należy odnieść się do dziedzictwa przeszłości, czyniąc to jednak w sposób pozwalający na uniknięcie ślepego odwetu i naruszeń praw człowieka. Zgromadzenie podkreśliło, że lustracja jest środkiem administracyjnym, który – pod warunkiem spełnienia pewnych kryteriów – jest możliwy do pogodzenia z wymogami demokratycznego państwa prawa: nie powinna być środkiem pociągania do odpowiedzialności zbiorowej; jej celem nie może być karanie (to bowiem jest domeną postępowania karnego, nie zaś administracyjnego), lecz ochrona kształtujących się instytucji demokratycznych; należy ją przeprowadzać w sposób odpowiadający wymogom praworządności, respektując zobowiązania związane z podstawowymi prawami człowieka; pracownik zwolniony ze stanowiska w wyniku lustracji nie może, co do zasady, tracić wcześniej nabytych praw ekonomicznych. Do rezolucji dołączono odrębne, trzynastopunktowe wytyczne, opisujące kryteria zgodności lustracji z wymogami praworządnego państwa. Rezolucja Zgromadzenia Parlamentarnego, choć niewiążąca prawnie, jest przypominana przez Europejski Trybunał Praw Człowieka w sprawach skarg indywidualnych związanych z zarzutem naruszenia Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności w toku krajowych postępowań lustracyjnych. Sam Trybunał zwykł podkreślać, że istnieje wiele metod demontowania dziedzictwa byłych komunistycznych systemów totalitarnych. Lustracja, jako jedna z nich, nie jest eo ipso z Konwencją niezgodna. Zarzut sprzeczności z Konwencją samych założeń polskiej ustawy lustracyjnej z 1997 roku został postawiony np. w sprawie Chodynicki p-ko Polsce. Skarżącym był poseł na Sejm IV kadencji, który w związku z uznaniem go za kłamcę lustracyjnego utracił mandat w 2004 roku. W skardze do Trybunału

podnosił m. in., zarzut niezgodności powołanej ustawy z zasadą demokratycznego państwa prawa. Wskazywał, że na gruncie ustawy w ogóle nie odnoszono się do społecznej szkodliwości aktu współpracy i nie przewidziano okresu przedawnienia. W konsekwencji został, jak twierdził, ukarany za współpracę ze służbami bezpieczeństwa państwa, chociaż jego działalność nie wyrządziła nikomu szkody. W decyzji z dnia 2 września 2008 roku o niedopuszczalności skargi Trybunał stwierdził, że w Polsce istniał ważny interes społeczny, uzasadniający przeprowadzenie lustracji: wyborcy krajowi powinni być poinformowani o postawie kandydatów do parlamentu przed 1990 rokiem. Nałożenie na kandydatów do pełnienia funkcji publicznej obowiązku poddania się lustracji nie pozbawiało ich, samo przez się, prawa do jej objęcia. Natomiast odebranie biernego prawa wyborczego osobom, które złożyły oświadczenia nieprawdziwe lub nierzetelne było uzasadnione o tyle, że nieprawdziwość lub nierzetelność oświadczenia lustracyjnego negatywnie wpływała na ocenę kwalifikacji moralnych kandydatów. Trybunał wielokrotnie stwierdzał jednak niezgodność z Konwencją sposobu, w jaki były stosowane krajowe regulacje lustracyjne. W „polskich” sprawach orzekano zwykle o naruszeniu prawa do rzetelnego procesu sądowego w związku z pogwałceniem zasady równości broni (na skutek ograniczenia skarżącemu dostępu do akt sprawy). Tylko w 2011 roku zapadło kilka podobnych wyroków (np. Mościcki, Zawisza, Zabłocki, Moczulski p-ko Polsce). Trybunał dostrzegał również związek między lustracją a prawem do prywatności. W sprawie Turek p-ko Słowacji (wyrok z 2006 roku) stwierdzono jego naruszenie w związku z ograniczeniem dostępu osób lustrowanych do materiałów zgromadzonych w archiwach służb bezpieczeństwa. Stosunkowo rzadko zauważa się, że sposób przeprowadzenia lustracji (a zwłaszcza konsekwencje, jakie rodzi dla stosunków pracowniczych osób jej poddanych) może być także oceniany z punktu widzenia traktatów Międzynarodowej Organizacji Pracy. Konwencja dotycząca dyskryminacji w zakresie zatrudnienia i wykonywania zawodu z 1958 roku (Dz.U.1961.42.218 zał.) nakłada na strony obowiązek eliminowania takiej dyskryminacji, rozumianej jako, m. in., rozróżnienie, wyłączenie lub uprzywilejowanie oparte na poglądach politycznych, które powoduje zniweczenie albo naruszenie równości szans lub traktowania w zakresie zatrudnienia lub wykonywania zawodu. Rozwiązania czeskich aktów lustracyjnych – na które zażalenia do Międzynarodowego Biura Pracy wnosiły miejscowe związki zawodowe w trybie art. 24 Konstytucji MOP – stanowiły przedmiot krytycznych raportów komitetów ustanowionych przez Radę Administracyjną. Jakkolwiek w dokumentach tych nie stwierdzono, by procedury lustracyjne były nie do pogodzenia z postanowieniami wskazanej wyżej Konwencji, to jednak poczyniono szereg zastrzeżeń dotyczących zgodności z tym traktatem poszczególnych rozwiązań krajowych. Wskazano m. in., że dyktowane względami bezpieczeństwa państwowego ograniczenia dostępu do niektórych stanowisk administracyjnych ze względu na przeszłe polityczne afiliacje osoby weryfikowanej powinny być proporcjonalne do charakteru stanowiska.

Wniosek Lustracja nie jest aberracją polskiego życia publicznego, ale stanowi uznaną przez społeczność międzynarodową formę radzenia sobie z dziedzictwem systemów totalitarnych. Sposób jej przeprowadzenia nie może być jednak dowolny. Państwa powinny respektować zobowiązania związane z ochroną podstawowych praw człowieka i praw pracowniczych. Dr Marek Wasiński, Autor jest adiunktem w Katedrze Prawa Międzynarodowego i Stosunków Międzynarodowych na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

53


PRAWO MIĘDZYNARODOWE

Kończący się 2012 rok przyniósł kilka ciekawych rozstrzygnięć z zakresu wdrażania sprawiedliwości międzynarodowej (karnej) oraz „walki z bezkarnością” osób winnych najpoważniejszych zbrodni międzynarodowych.

Sprawiedliwość międzynarodowa

A.D. 2012 D

o najistotniejszych orzeczeń sądów międzynarodowych karnych z ostatnich 12 miesięcy bez wątpienia zaliczymy dwa wyroki skazujące odpowiednio (I) Charlesa Taylora – byłego prezydenta Liberii (w postępowaniu toczonym przed Sądem Specjalnym dla Sierra Leone, SSSL) oraz (II) Thomasa Lubangę – jednej z kluczowych postaci konfliktu w regionie Ituri w Demokratycznej Republice Konga (DRK), przez Międzynarodowy Trybunał Karny (MTK) – winnych zbrodni z zakresu tzw. international core crimes. To co przekonuje o randze tych dwóch wydarzeń, to przede wszystkim specjalny charakter postępowań. Warto bowiem zauważyć, że Charles Taylor to pierwsza była głowa państwa skazana przez międzynarodowy sąd od czasów II wojny światowej i pracy Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze (MTW). Lubanga stał się natomiast pierwszą osobą skazaną przez MTK, w czasie funkcjonowania tego sądu, co ciekawe, niemalże w 10 rocznicę istnienia. Z pewnością, wyroki stanowią wyraźny sygnał dla społeczności międzynarodowej, że osądzenie zbrodniarzy jest realne. Jak wydaje się, nie daje nam to jednak uprawnień do forsowania tezy o absolutnym triumfie sprawiedliwości międzynarodowej, w tym o MTK jako o jej ostoi (SSSL, skoncentrowany na zdeterminowaniu odpowiedzialności karnej jednostek, uczestników konfliktu w Sierra Leone, podlega nieco innej ocenie). Czy zatem rok 2012 przyniósł nam pewien historyczny przełom, czy raczej rozczarowanie w dziedzinie implementacji international justice? A może, po prostu, jesteśmy świadkami powolnego, ale stałego rozwoju prawa międzynarodowego (karnego), niemierzalnego w kategoriach sukcesu, bądź porażki?

54

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

Sprawiedliwość międzynarodowa (karna) – ewolucja pojęcia Przeświadczenie o konieczności powołania specjalnego międzynarodowego sądu karnego w celu osądzenia osób winnych najpoważniejszych zbrodni pojawiło się po I wojnie światowej. Mocarstwa sprzymierzone uzgodniły, a następnie przekuły to w postanowienie Traktatu Wersalskiego o utworzeniu specjalnego sądu w celu osądzenia byłego cesarza Niemiec Wilhelma II Hohenzollerna. Ostatecznie, do postępowania „w sprawie” Wilhelma II, postawionego w stan oskarżenia „o najwyższą obrazę moralności międzynarodowej i świętej powagi traktatów”, w ogóle nie doszło (wówczas immunitet głowy państwa uniemożliwiał ściganie), w głównej mierze poprzez decyzję Holandii o niewydaniu cesarza. Po traumie II wojny światowej, zwycięskie mocarstwa utworzyły MTW w Norymberdze dla osądzenia zbrodniarzy hitlerowskich – głównych przestępców, których czynów nie dało się umiejscowić – a podstawą odpowiedzialności stało się Porozumienie Londyńskie w przedmiocie ścigania i karania głównych przestępców wojennych Osi Europejskiej z 8 sierpnia 1945, któremu towarzyszyła Karta Norymberska – statut MTW. Proces w Norymberdze, odbywający od listopada 1945 do października 1946 r. (jak również proces japońskich zbrodniarzy wojennych, toczony w latach 1946 – 1948 przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym dla Dalekiego Wschodu w Tokio), przysłużył się klaryfikacji międzynarodowego prawa karnego. Podstawowe reguły, ujęte w tzw. „7 zasad norymberskich”, konstytuowały odpowiedzialność karną jednostki za popełnienie czynu stanowiącego zbrodnię

międzynarodową, której podstawą są normy prawa międzynarodowego, bez względu na ewentualny status głowy państwa (przedstawiciela władz), działanie na zlecenie władz państwowych, czy brak przepisu penalizującego dane zachowanie w krajowym porządku prawnym. Zbrodnie objęte kognicją MTW, zbrodnie przeciwko pokojowi (współcześnie mówimy o zbrodni agresji), zbrodnie wojenne, zbrodnie przeciwko ludzkości, uzupełnione później (same także nieraz zmodyfikowane) o zbrodnię ludobójstwa, określa się wspólnym mianem zbrodni międzynarodowych (international core crimes). Okres zimnej wojny nie sprzyjał tworzeniu międzynarodowych sądów karnych, pomimo iż kreacja takowego została przewidziana jeszcze w trakcie trwania II wojny (projekt Stałego Międzynarodowego Trybunału Karnego), a także, już w okresie powojennym, była antycypowana przez postanowienia Konwencji dotyczącej zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa z 1948 r. Co ważne podkreślenia, w analizowanym okresie przyjęto wiele istotnych regulacji prawa międzynarodowego dekodujących na płaszczyźnie traktatowej obowiązek Państwa w zakresie ścigania i karania sprawców najpoważniejszych zbrodni, czy poważnych naruszeń prawa humanitarnego oraz praw człowieka (np. Konwencje Genewskie z 1949 r. wraz z Protokołami Dodatkowymi (1977 r.), Konwencja w sprawie zakazu stosowania tortur oraz innego okrutnego, nieludzkiego lub poniżającego traktowania albo karania z 1984 r.). Niemniej, zastana sytuacja geopolityczna powodowała, że uruchomienie „procesu sprawiedliwości międzynarodowej” (choćby na gruncie konstrukcji jurysdykcji uniwersalnej) było praktycznie niemożliwe. Dlatego też, prawdziwy „powrót” do sprawiedliwości karnej w wydaniu międzynarodowym nastąpił dopiero w latach 90. ubiegłego wieku wraz z powołaniem przez Radę Bezpieczeństwa dwóch międzynarodowych trybunałów karnych ad hoc – Międzynarodowego Trybunału Karnego dla byłej Jugosławii (MTKJ) oraz jego odpowiednika dla Rwandy (MTKR). Pod koniec ostatniej dekady XX wieku społeczności międzynarodowej udało się doprowadzić do utworzenia MTK, stałego sądu, którego Statut (Rzymski) – umowa międzynarodowa – wszedł w życie 1 lipca 2002 r. Mozaikę sądów karnych, stanowiących współczesny wymiar „walki z bezkarnością”, uzupełniają także tzw. sądy hybrydowe (umiędzynarodowione), powoływane na ogół na mocy umowy pomiędzy zainteresowanym państwem a ONZ, dla osądzenia osób winnych zbrodni popełnianych w konkretnym państwie, w czasie konfliktu lub trwania opresyjnego systemu (np. SSSL, Izby Orzekające w Kambodży), czy nawet dla osądzenia sprawców (pierwotnie) tylko jednej zbrodni (Specjalny Trybunał dla Libanu).


PRAWO MIĘDZYNARODOWE

Sprawa Taylora – były prezydent Liberii skazany Charles Taylor, były prezydent Liberii, został skazany 30 maja 2012 r. przez Sąd dla Sierra Leone na 50 lat pozbawienia wolności, uznany winnym wszystkich zarzucanych mu czynów (w sumie prokurator przedstawił 11 zarzutów) w wyroku z 26 kwietnia tego roku (liczącym, wraz z załącznikami, ponad 2500 stron). W konkluzji orzeczenia, Sąd skazał Taylora za współuczestniczenie (a także planowanie) w popełnieniu zbrodni przeciwko ludzkości i zbrodni wojennych, w związku z konfliktem w Sierra Leone, m.in. przestępstwa seksualne, zabójstwa, czy praktyki niewolnictwa oraz inne poważne naruszenia prawa humanitarnego i praw człowieka. Jak wskazano powyżej, Taylor był pierwszą od ponad 60 lat byłą głową państwa skazaną na za popełnienie zbrodni międzynarodowych. Warto przypomnieć, że przed MTKJ zawisła niegdyś sprawa Slobodana Miloševicia, byłego prezydenta Serbii (wcześniej Federacji Jugosławii), proces przerwany jednak przez śmierć oskarżonego na dwa miesiące przed planowanym wyrokiem. Co ciekawe, Taylor został oskarżony jeszcze jako urzędująca głowa państwa, a w odpowiedzi na skargę prezydenta przywołującego zasadę suwerennej równości państw i immunitet, SSSL stwierdził, że status głowy państwa nie jest okolicznością uniemożliwiającą jego ściganie i osądzenie, w związku z popełnieniem zarzucanych mu zbrodni. Mimo iż uznanie winy skazanego nie budzi specjalnych kontrowersji, to już sam wymiar kary tak. Eksperci przerzucają się argumentami o zasądzeniu odpowiedniej długości kary (np. Marina Aksenova) lub też o jej bezzasadności w kontekście zaawansowanego wieku (65 lat) skazanego (prof. William Schabas). Pewne wątpliwości budzi także brak uszczegółowienia relacji długości kary do konkretnych zarzutów oskarżenia, co osłabia wartość przewidywalności samego wyroku, istotnej zwłaszcza w hipotetycznej sytuacji uwolnienia oskarżonego od odpowiedzialności za któryś z zarzucanych mu czynów.

Sprawa Lubangi – pierwszy wyrok MTK

Władze DRK, nie będąc w stanie przeprowadzić szeregu rzetelnych postępowań odnośnie zbrodni popełnianych na terytorium tego państwa, zdecydowały się na oddanie (self-referral) sytuacji w swoim kraju pod jurysdykcję MTK w 2004 r. Lubanga, jeden z liderów Unii Kongijskich Patriotów (UPC), ogłoszony prezydentem DRK, został skazany 14 marca 2012 r. Trybunał uznał go winnym popełnienia zbrodni wojennych, w postaci wcielania lub werbowania

dzieci poniżej 15 roku życia do sił zbrojnych lub używania ich w działaniach zbrojnych. W swoim kolejnym orzeczeniu z dnia 10 lipca bieżącego roku Trybunał orzekł wysokość kary, tj. 14 lat pozbawienia wolności. Warto jednak pamiętać, że okres, który Lubanga spędził od momentu aresztowania w 2006 r. zalicza się na poczet odbytej kary. Niewątpliwie, sprawa Lubangi jako pierwsza sprawa zwieńczona wyrokiem przez MTK miała mieć (i w części miała) charakter postępowania modelowego, zbudowania pewnego wzorca zachowania sądu, prokuratora, czy „sprawdzenia” w praktyce poszczególnych mechanizmów, które daje Statut Rzymski. W rzeczywistości, sprawa nie była jednak tak prosta, jak się spodziewano, co było wynikiem konglomeratu okoliczności, na czele z, cytując prof. Dova Jacobsa, „nieprofesjonalnym zachowaniem prokuratora, czy nadmiernym aktywizmem sędziowskim”. Wyrok, który wraz ze zdaniami odrębnymi, liczy ponad 600 stron, mając na uwadze, że dotyczy

dobrze oceniany w DRK, zwłaszcza mając na względzie kolejne orzeczenie MTK z sierpnia 2012 r. w sprawie reparacji dla ofiar. Charakter reparacji wybiega bowiem poza typowo retrybutywny wymiar (znany z procesu karnego), co daje nową jakość w dziedzinie international (criminal) justice, choć z ostateczną oceną należy wstrzymać się do czasu, kiedy ofiary otrzymają pełną satysfakcję za doznane krzywdy

Co dalej? Czy MTK stanie się rzeczywiście gwarantem tego, że osoby winne najpoważniejszych zbrodni zostaną, przy braku woli lub możliwości danego państwa, osądzone i ukarane? Z pewnością, wyrok w sprawie Lubangi jest krokiem w dobrym kierunku, dowodem na faktyczne istnienie tego organu. Z drugiej jednak strony, pomimo stale rosnącej liczby Państw-Stron (w chwili obecnej to 121 państw), dopóki do Statutu nie przystąpią najważniejsi gracze sceny międzynarodowej, na czele z USA, Rosją, czy

Jak się wydaje, w wyniku odejścia od idei powoływania sądów międzynarodowych inaczej niż na podstawie umowy (MTKJ i MTKR przyjęły już strategię zakończenia swojej pracy, a tworzenie kolejnych trybunałów hybrydowych nie będzie już tak „automatyczne” – Tunezja, czy Egipt odżegnują się od tego pomysłu), to właśnie MTK powinien stać się centralnym ośrodkiem wdrażania sprawiedliwości międzynarodowej. tylko jednego oskarżonego, w stosunku do którego podniesiono (w praktyce) jeden główny zarzut, potwierdza ten stan rzeczy. Jak oceniać wyrok w sprawie Lubangi? Eksperci ogniskują swoją krytykę przede wszystkim na argentyńskim prokuratorze, Luisie Moreno-Ocampo, głównie ze względu na brak wskazania w akcie oskarżenia zarzutu popełnienia przestępstw o charakterze seksualnym. Pewną wątpliwość wzbudza także sam wymiar kary, oceniany jako zdecydowanie zbyt niski, zwłaszcza w stosunku do czynów – werbowanie i wykorzystywanie dzieci w konflikcie zbrojnym – których dopuścił się skazany. Ponadto, proces uwypuklił również kilka, głównie proceduralnych, kwestii jak choćby współpraca między Trybunałem a ONZ, a także problem (aktywnego) uczestnictwa ofiar w trakcie toczonego postępowania. Co ważne, wyrok, bez wątpienia niezwykle cenny z punktu widzenia rozwoju idei sprawiedliwości międzynarodowej, jest relatywnie

Chinami, MTK nie pozbędzie się nieco uwłaczającej etykiety „sądu dla państw słabych”. Jak się wydaje, w wyniku odejścia od idei powoływania sądów międzynarodowych inaczej niż na podstawie umowy (MTKJ i MTKR przyjęły już strategię zakończenia swojej pracy, a tworzenie kolejnych trybunałów hybrydowych nie będzie już tak „automatyczne” – Tunezja, czy Egipt odżegnują się od tego pomysłu), to właśnie MTK powinien stać się centralnym ośrodkiem wdrażania sprawiedliwości międzynarodowej. Bez systematycznego zacieśniania współpracy międzynarodowej, pamiętając wszak, że to zawsze Państwo jest pierwotnie odpowiedzialne za ściganie i karanie osób winnych, fraza ta pozostanie prawdziwa jedynie na papierze. Tomasz Lachowski Autor jest doktorantem w Katedrze Prawa Międzynarodowego i Stosunków Międzynarodowych na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

55


HISTORIA

Wisła zamiast

Marny? Tajemnica „planu Schlieffena”

H

istorię działań militarnych początkowej fazy I wojny światowej zwykło się postrzegać przez pryzmat niepowodzenia niemieckiej ofensywy na froncie zachodnim. Niemiecka strategia roku 1914 miała stanowić realizację naszkicowanego w roku 1905 testamentu feldmarszałka Alfreda von Schlieffena. W obliczu wojny na dwa fronty ostrze natarcia głównych sił niemieckich miało zostać skierowane przeciw odwiecznemu wrogowi – Francji. Przemarsz niemieckich armii przez terytorium Belgii, Holandii i Luksemburga miał doprowadzić do obejścia potężnej linii twierdz francuskich i w konsekwencji oskrzydlenia wojsk przeciwnika. Realizacja tego planu miała otwierać drogę na Paryż, po laur nowego Sedanu. Powalenie Francji pozwalało skupić siły na rozprawie z Rosją. Niemiecki plan miał być dopracowany w każdym szczególe i na tyle doskonały, że nie zakładano dla niego jakiejkolwiek alternatywy. Pruski Wielki Sztab Generalny cieszył się przed i wojną światową opinią jednej z najbardziej profesjonalnie zorganizowanych organizacji na świecie. Twórca jego świetności, pogromca Austrii i Francji, Helmuth von Moltke starszy miał być twórcą metody polegającej na drobiazgowym planowaniu kampanii wojennych z wykorzystaniem zdobyczy techniki: linii kolejowych i telegrafu. Zastosowanie tych pierwszych dawało atut szybkości koncentracji, wymagało jednak perfekcyjnego zgrania w czasie i przestrzeni wojsk i służb, a zatem planowania. Sztab Generalny prowadził w tej dziedzinie działalność permanentną, stale uaktualniając plany, tak by zgodnie z popularną anegdotą w chwili wybuchu wojny jego urzędujący szef musiał jedynie wyciągnąć z odpowiedniej szuflady gotowe wytyczne operacyjne. Mit kompetencji z czasów Moltke starszego legł u podstaw postrzegania działalności drugiego z kolei jego następcy – Schlieffena. Chłodny w obejściu, bezduszny militarysta, ale też profesjonalista pierwszej wody miał być autorem kluczowej reorientacji ciężaru niemieckiej strategii. O ile Moltke i pierwszy z jego epigonów Alfred von Waldersee byli zdecydowani skierować inicjujący cios przeciw Rosji, o tyle Schlieffen miał podporządkować całe swe życie jednemu celowi – koncepcji ofensywy przeciw Francji. Jej apogeum miał być słynny memoriał z 1905 roku, którego ideę streszczają słowa: „i niech ostatni żołnierz po prawej umoczy rękaw w wodach Kanału La Manche”.

56

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

Tajemnica zwycięstwa pośród rodzinnych fotografii? Niemieckie pryncypia strategiczne postrzegano w ten sposób niemal do końca ubiegłego stulecia. Głównym powodem takiego stanu rzeczy była niedostępność najtajniejszych dokumentów niemieckich przed spłonięciem Reichsarchiv w Poczdamie w wyniku brytyjskiego nalotu z kwietnia 1945 roku. W tej sytuacji wiedza na temat kształtowania się niemieckich planów wojennych przed 1914 rokiem pochodziła głównie z oficjalnych publikacji instytucji związanych z armią niemiecką oraz wspomnień oficerów. Próba samousprawiedliwienia klęski nad Marną przybrała formę obwiniania Helmutha von Moltke młodszego (bratanka zwycięzcy spod Sadowej), szefa Wielkiego Sztabu Generalnego w latach 1906-1914 o zniweczenie zwycięskiej recepty zawartej w koncepcji nowych „Kann” Schlieffena. Moltke miał od początku nie pojmować doniosłości zawartych w „testamencie” z 1905 roku założeń i zignorować nawet błagania będącego na łożu śmierci poprzednika, by uczynił prawe skrzydło niemieckiego ugrupowania jak najpotężniejszym. Tezy te zanegował w roku 1999 amerykański historyk i były oficer US Army, Terence Zuber. Opierając się na autorskiej interpretacji zachowanych dokumentów i niepublikowanych opracowań, postawił on kilka rewolucyjnych tez. „Plan Schlieffena” nigdy nie był niemieckim planem wojny. Przeczy temu kilka faktów. Przede wszystkim czas powstania memoriału, a zatem przełom 1905 i 1906 roku nie pozwala traktować koncepcji jako oficjalnego niemieckiego planu wojny. Poglądowi temu sprzyja znany sposób przechowywania tekstu memoriału. Wedle ustaleń Zubera, supertajny sekret niemieckiej strategii znajdował się w chwili wybuchu wojny w posiadaniu rodziny Schlieffena! Czy to możliwe, że tak istotny dokument faktycznie spoczywał spokojnie pośród rodzinnych fotografii pyta retorycznie Zuber? Poważnym argumentem przeciwko znaczeniu memoriału jest operowanie w nim przez Schlieffena nieistniejącymi jednostkami – łącznie ponad 24 „dywizjami-widmo”. Armia niemiecka nie posiadała sił przewidzianych w memoriale nawet w 1914 roku! Tym bardziej, że była to koncepcja wojny wyłącznie z Francją, a na taki obrót sprawy Niemcy nie mogli zdaniem Zubera liczyć. Interpretacja poczynań i poglądów Schlieffena skłania amerykańskiego autora do postawienia tezy, że wbrew powszechnej opinii „planu Schlieffena” nigdy nie było. Memoriał dotyczący natarcia przez terytorium neutralnych sąsiadów był jedynie odosobnioną aberracją, studium niezwiązanym z zasadniczo defensywną strategią jakiej hołdować miał Schlieffen. Intencją feldmarszałka przez cały okres urzędowania miało być zaszczepienie podkomendnym założeń strategii opartej na zaskakujących kontratakach na tyły i skrzydła przeważającego liczebnie nieprzyjaciela, a najpełniejszym wyrazem tej doktryny miałyby być tryumfy pod Tannenbergiem i nad Jeziorami Mazurskimi. Zdaniem Zubera taki właśnie charakter – obrony operacyjnej miały także niemieckie działania prowadzące do bitwy nad Marną w 1914 roku. To nie Niemcy zaatakowały Francję w roku 1914, lecz jedynie zareagowały na ofensywę przeważających sił Ententy. Poglądy Zubera, zmierzające do rewolucyjnej wręcz interpretacji naszej wiedzy na temat i wojny światowej spotkały się z mieszanymi reakcjami historyków. Twierdzenia o niemieckiej samoobronie w 1914 roku brzmi nieco podejrzanie, nie da się bowiem przymknąć oczu na fakty, iż to armia cesarska dokonała w marszu na Paryż inwazji na terytoria neutralnych sąsiadów. Opór wobec tej argumentacji doprowadził do ożywienia w tym temacie badawczym, czego efektem stało się odnalezienie wielu interesujących dokumentów dotyczących niemieckiego planowania wojennego. Dzięki temu można się dziś dokładniej przyjrzeć dylematom niemieckiej strategii przed 1914 rokiem, w oderwaniu od mitycznego „planu Schlieffena”. Wiele wskazuje bowiem na to, że nie była to jedyna z rozważanych przez pruskich sztabowców możliwości, a i wojna światowa mogła się zacząć równie dobrze od wielkiej bitwy na terenie Polski.


HISTORIA

Wisła czy Marna? Zgodnie z obecnym stanem wiedzy na temat funkcjonowania Wielkiego Sztabu Generalnego proces planistyczny był permanentny i oparty na tzw. rok mobilizacyjny(Mobilmachungsjahr), trwający od 1. kwietnia do końca marca kolejnego roku kalendarzowego. Prace nad nowym planem rozpoczynały się zwykle w październiku. Oznacza to, że kolejne plany wojenne obwiązywały na przełomie lat kalendarzowych. Mając to na uwadze, należy przyznać Zuberowi rację, iż najwcześniejsza implementacja memoriału Schlieffena mogła mieć miejsce w koncepcji 1906/1907, a zatem pierwszej opracowanej za kadencji Helmutha von Moltke młodszego. Znane nam plany koncentracji wydają się potwierdzać tezę o częściowej implementacji ducha schlieffenowskiego memoriału. Plan składał się z trzech wariantów, pierwszy z nich odpowiada koncepcji Schlieffena. Kierował on na zachód całość sił zorganizowanych w osiem armii. Wariant drugi, na wypadek równoczesnego

Pojawia się w nim obawa przed zaskakującą rosyjską ofensywą, bez ogłoszenia mobilizacji. Aufmarsch II Ost tworzył cztery armie koncentrujące się między Toruniem i Tylżą, przeciwko ufortyfikowanym liniom Narwi, Biebrzy i Niemna. Zakładano, że rosyjskie zagony mogą poważnie zakłócić niemiecką koncentrację. 1. i 2. Armia nacierały na Narew-Biebrz między Ostrołęką i Ossowcem. 3. Armia miała związać siły przeciwnika na odcinku Grodno-Olita. 4. Armia nie miała zadań ofensywnych jak w poprzednich latach, zrezygnowano zatem z koncepcji oskrzydlenia od północy. Był to z jednej strony efekt oceny postępów rosyjskich w dziedzinie mobilizacji, z drugiej własnych możliwości transportowych. Znów zatem decydujące starcie miało się rozegrać nad Narwią, przy aktualności wszelkich wątpliwości z lat ubiegłych. Rok 1911 przyniósł kolejny wzrost napięcia na arenie międzynarodowej. W lipcu rozpoczął się drugi kryzys marokański, którego efektem było zacieśnienie francusko-rosyjskich planów ofensywnych. W tej sy-

Mimo upływu lat wciąż nie ma zgody co do tego co właściwie planowano w 1914 roku – wielkie „Kanny”, ograniczoną ofensywę czy kontratak w obliczy agresji Ententy. Nie ma także jasnych wniosków co do generalnej trafności niemieckiego wyboru pierwszego przeciwnika. konfliktu z Rosją, zakładał utworzenie niewielkiej Ostarmee o łącznej sile 13 dywizji piechoty i 2 kawalerii, których zadaniem miało być operowanie między dwiema nacierającymi armiami rosyjskimi, analogicznie do działań znanych z 1914 roku. Jedynym dylematem operacyjnym był tu wybór punktu do wykonania pierwszego uderzenia: Armia Narwi czy Niemna? Koncepcja ta przetrwała w planach 1907/1908 i 1908/1909, w tym ostatnim zrezygnowano jednak z zamiaru naruszenia terytorium Holandii. Październik 1908 przyniósł początek trwającego do końca marca następnego roku kryzysu na tle aneksji terytorium Bośni i Hercegowiny przez Austro-Węgry. Wydarzenie to miało daleko idące konsekwencje dla niemieckich koncepcji strategicznych. Świadczy o tym plan 1909/1910. Niemcy musiały się liczyć z wojną z Francją lub Rosją albo jednoczesnym konfliktem z oboma państwami jednocześnie. Wobec tego zaistniała konieczność rozważenia aż trzech konfiguracji: wojny z Francją przy neutralności Rosji, wojny z Francją i Rosją przy postawie defensywnej na wschodzie oraz sytuację odwrotną, nazywaną Grosser Ostaufmarsch. w takim wypadku złożone z 42 dywizji siły niemieckie, miały nacierać w dwóch kierunkach. 1. i 2. Armia miała atakować linię Narwi między Serockiem i Różanem. Kolejne dwie armie miały związać i oskrzydlić od północy siły rosyjskie na linii Grodno-Kowno. Był to zatem plan stoczenia dwóch wielkich bitew na wschodzie. Mimo, że jego powodzenie było dość problematyczne koncepcja była rozwijana w kolejnych latach. w wariancie Aufmarsch II Ost planu 1910/1911 trzy niemieckie armie koncentrowały się od Gniezna do Tylży w ofensywie przeciw Rosji na umocnione linie Narwi, Biebrzy i Niemna. Tylko jedna z nich nacierała na linię Narwi, zadanie pozostałych było bez zmian. Niemieckie dowództwo podchodziło z wyraźnym sceptycyzmem do możliwości wydania przez Rosjan bitwy przed Narwią, a przełamanie jej linii i ewentualny pościg za uchodzącym nieprzyjacielem wydawał się zadaniem bezcelowym. Stąd ograniczenie do tylko jednej bitwy, w okolicach Kowna. Kolejny rok przyniósł wzrost obaw w kontekście frontu wschodniego. Doniesienia wywiadu z roku 1910 wskazywało na dynamiczny progres w przygotowaniu bojowym i modernizacji armii rosyjskiej. Przekładało się to na optykę obecną w planie 1911/1912.

tuacji plan 1912/1913 nie zmniejszał wydatnie siły kierowane przeciw Rosji i wyznaczał im jedynie defensywne zadania. Rok 1912 to kolejne pogorszenie sytuacji strategicznej. Jeszcze w lutym fiasko misji Haldane’a zamknęło właściwie sprawę potencjalnej neutralności Anglii w wypadku wojny niemiecko-francuskiej. W październiku wybuchła pierwsza wojna bałkańska. Wszelkie doniesienie wywiadowcze wskazywały na wzrost zdolności ofensywnych Rosjan. Jednocześnie zaszły zmiany we francuskiej doktrynie wojennej w kierunku skrajnie ofensywnej koncepcji Grandmaisona. W tej sytuacji nie można było liczyć na rosyjską bądź francuską neutralność w konflikcie, kolejne dwa plany, aż do wojny, redukowały niemieckie siły na wschodzie do 8. Armii, który w 1914 roku broniła Prus wschodnich. Dopiero w 1913 roku Francja zyskała zatem status celu pierwszego uderzenia, zamysł i sytuacja były jednak krańcowo odmienne od założeń „planu Schlieffena”.

Stracona szansa? Przez cały okres dwudziestolecia międzywojennego istniała w Niemczech mniejszość, przekonana, że największym błędem strategicznym 1914 roku było skierowanie sił głównych przeciw Francji. Jednym ze zwolenników rozwiązania alternatywnego w duchu Moltke starszego, był Ludwig Beck, ikona ruchu antyhitlerowskiego w Niemczech. Jego zdaniem tylko koncentryczna ofensywa niemiecka w kierunki Wisły mogła przynieść Niemcom tryumf w i wojnie światowej. Łatwe zwycięstwa na wschodzie z lat 1914-1915 potwierdzały jego zdaniem tezę, iż Rosjan można było rozbić szybkim, decydującym ciosem. Pokazuje to, jak niejednoznaczna jest historia początków i wojny światowej. Mimo upływu lat wciąż nie ma zgody co do tego, co właściwie planowano w 1914 roku – wielkie „Kanny”, ograniczoną ofensywę czy kontratak w obliczy agresji Ententy. Nie ma także jasnych wniosków co do generalnej trafności niemieckiego wyboru pierwszego przeciwnika. Pewnym jest natomiast, że jak w 1914, „plan Schlieffena” pozostaje jedną z największych tajemnic i wojny światowej. Jacek Jędrysiak

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

57


HISTORIA

Trudny rok 1918 – w przededniu niepodległości Początek roku 1918 nie zapowiadał pomyślnego rozwiązania sprawy niepodległości Polski. Wprawdzie w zawartych w styczniowym orędziu do Kongresu 14 punktach, prezydent Stanów Zjednoczonych Thomas Woodrow Wilson uznał utworzenie państwa polskiego za jeden z warunków powojennego ładu światowego, ale od tej deklaracji daleko było jeszcze rzeczywistości.

F

rancja, oswajająca się z upadkiem niedawnego fundamentu raison d’etat, jakim była współpraca z Rosją, uznawała emancypacyjny charakter jedynie urzędującego w Paryżu Komitetu Narodowego Polskiego, dzieła polityki Romana Dmowskiego. KNP był zaś organizacją emigracyjną, wyraźnie wrogo nastawioną do powstałych pod egidę Niemiec na terenie Królestwa Polskiego instytucji, szczególnie Rady Regencyjnej. Ten problem dwoistości pomysłów na restytucję polskiej państwowości z pewnością nie pomagał Polakom w oczach Anglików, których premier David Lloyd George miał zwyczaj brutalnie wypominać Polakom, że ich niepodległość wyrosła na krwi żołnierzy Ententy.

Pod egidą państw centralnych

Postawa Francji i KNP wyraźnie kontrastowała ze rzeczywistością polityczną. Panami sytuacji na terenach Polski byli bowiem Niemcy, po zawarciu pokoju z Rosją co raz bardziej zainteresowani rozwiązaniem sprawy polskiej w duchu budowy własnej sieci państw zależnych. Wiosna i lato tego roku to ostatnie wielkie ofensywy niemieckie na froncie zachodnim. Ich charakter jest naznaczony rozpaczliwą próbą wyścigu z czasem – każdy miesiąc to kolejne zastępy amerykańskich żołnierzy, zmieniających stosunek sił na niekorzyść II Rzeszy. Mimo fatalnej sytuacji, uwolniony od wojny na dwa fronty duet Hindenburg-Ludendorff miał podstawy łudzić się, że zdecydowane działania obrócą losy wojny. Traktaty w Brześciu i Bukareszcie dawały wolną rękę na wschodzie, a gdy pociski spadały na Paryż, trudno było sądzić, że już niebawem decydujący głos w sprawie polskiej nie będzie należał do Państw Centralnych. Przez cały rok 1918 na terenie dwóch Generalnych Gubernatorstw trwała gra między Niemcami i Austro-Węgrami, ukierunkowana na przeciągniecie Polaków na swoją stronę. Początkowo w lepszej sytuacji byli Niemcy – zachowanie naddunajskiej monar-

58

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

chii w sprawie Chełmszczyzny skompromitowało Habsburgów w oczach społeczeństwa polskiego. Niemcy posiadali też inne atuty – realną władzę w Warszawie, aktywnego gracza w postaci generała Hansa von Beslera, a przede wszystkim atut siły i widoki na pomyślne zakończenie wojny. Wadą niemieckiej polityki było z jednej strony niezdecydowanie, a z drugiej wyraźne dążenia aneksjonistyczne. W tej sytuacji przez cały rok 1918 trwały targi nad wyborem jednego z rozwiązań. Próby osadzenia na tronie polskim cesarza Karola I rozbiły się o niechęć niemiecką. Rozwiązanie niemiecko-polskie nie wchodziło w grę, gdyż Wiedeń obawiał się utraty Galicji. Rozpatrywano też rozwiązanie kandydackie, w postaci zaprezentowania Polakom możliwych opcji nowego monarchy. Na giełdzie nazwisk pojawiały się różne postacie: arcyksiążę Karol Stefan z żywieckiej linii Habsburgów, drugi syn wirtemberskiego następcy tronu książę Albrecht Eugen czy też książę Fryderyk, drugi syn króla Saksonii. Nie były to z pewnością postacie pierwszoplanowe, co pokazywało wyraźnie intencje mocarstw. Z czasem błędy polityki niemieckiej przechyliły szalę na stronę Habsburgów. Jednak upadek Austro-Węgier nie pozwolił jednak na dalsze rozwinięcie ewentualnej współpracy z Austro-Węgrami. Ententa przetrwała trudny okres, choć gdy w czerwcu uznawano Polskę za stronę oficjalnie sprzymierzoną daleko było do rozwiązania sprawy niepodległości. Krach Niemiec na froncie i rozejm wywołał euforię na zachodzie, przedstawiciele Komitetu Narodowego Polskiego byli jednak dalecy od entuzjazmu. Sprzymierzeni nie zdecydowali się na marsz na Berlin, a co za tym idzie o wyzwoleniu ziem polskich nie mogło być mowy. Pozostawały one pod kontrolą sił dawnych zaborców. Co więcej, obecność buforu sił niemieckich była koniecznością, by ochronić bezbronne ziemie polskie przed Bolszewikami. W tej sytuacji sprawa polska komplikowała się niepomiernie. Z jednej strony istniał KNP, z uznaniem zwycięskich mocarstw, ale bez kontroli nad terytorium kraju. Z drugiej Rada Regencyjna w kraju, która

już 7. października zadeklarowała niepodległość, ale w istocie cały czas była na łasce wojsk niemieckich. Kolejną grupę tworzyli członkowie Polskiej Organizacji Wojskowej, wypatrujący powrotu swego komendanta Józefa Piłsudskiego, reprezentującego mimo wszystko radykalne i wrogie obu pozostałym podmiotom stanowisko. Proklamacja Rządu Ludowego z 7. listopada 1918 roku pełna była agresywnych haseł. Deklarując wierność Piłsudskiemu, twierdziła zarazem, że „nie może losem narodu polskiego nadal kierować Rada Regencyjna, […], która swoją ugodową i reakcyjną polityką, oddając jednocześnie niemal dyktatorską władzę w ręce austrjackiego żołdaka, Rozwadowskiego, pcha naród polski ku przepaści”. Słowa te stawiały kraj na krawędzi wojny domowej i to w sytuacji, gdzie realną siłę zbrojną w kraju reprezentowały zrewoltowane masy niemieckich żołnierzy, zrzeszone w radach żołnierskich. Wspomnienie dotyczące rozbrajania wojsk niemieckich na terenie Królestwa pełne są zaskakujących opisów estymy jaką darzyli Piłsudskiego niemieccy żołnierze. Nieraz tylko hasło „Legionär von Pilsudski”, pozwalało na pokojowe rozwiązanie sprawy rozbrojenia, czemu często dziwili się nawet legioniści. Być może była to przyczyna dla której 7. listopada Komendant został zwolniony z twierdzy w Magdeburgu. Jak pokazał historia była to decyzja słuszna. Do rozwiązania pozostawała delikatna sprawa uznania polskiej niepodległości na arenie międzynarodowej. KNP długo broniło swych praw do wyłącznego reprezentowania spraw polskich na arenie międzynarodowej. Wspierała to dążenie Francja, patrząca nieufnie na byłego sojusznika Niemiec, Piłsudskiego. Dwie wielkie postacie polskiej historii, znalazły jednak płaszczyznę kompromisu i Polacy mogli się cieszyć z niepodległości. 11. listopada jest dziś datą symboliczną, w której rozbrzmiewają echa entuzjazmu młodzieży rozbrajającej zrezygnowanych okupantów na ulicach stolicy. Data ta nie była jednak ani początkiem, ani końcem drogi. Nawet wyśniona wojna narodów i jej pozytywne w sumie rozstrzygniecie nie wystarczyło do restytucji niepodległości. Jej odzyskanie to efekt niezwykłego ciągu zbiegów okoliczności, dążeń politycznych o różnym obliczu, a przede wszystkim olbrzymiej determinacji Polaków ze wszystkich zaborów by w końcu rządzić się samemu. I najpewniej tej woli uległy wszelkie przeciwności trudnego roku 1918. Jacek Jędrysiak


EDUKACJA | UCZELNIE WYŻSZE

O przyszłości uczelni mundurowych i ważnej roli Akademii Obrony Narodowej w systemie kształcenia kadr wojskowych i państwowych a także przyszłych wizytach w Rembertowie światowych przywódców z Rektorem-Komendantem gen. dyw. dr. hab. BOGUSŁAWEM PACKIEM rozmawiają Tomasz Badowski oraz Agnieszka Siemieniuk.

Międzynarodowa

kuźnia oficerów Stosunki Międzynarodowe: Panie Generale, w ostatnim czasie często pojawia się pytanie: czy potrzebujemy aż takiej różnorodności uczelni wojskowych w momencie kiedy mamy coraz mniejszą armię? Czy zgodziłby się Pan z takimi opiniami? Gen. Bogusław Pacek: Trudno rektorowi Akademii Obrony Narodowej mówić o liczbie uczelni wojskowych, skoro stoję na czele jednej z nich. Jednocześnie jestem też doradcą Ministra Obrony Narodowej, zajmowałem się reformą szkolnictwa wojskowego. Odpowiem więc bardziej jako doradca niż rektor. Długo analizowałem problemy naszych wojskowych alma mater. Byłem bowiem przewodniczącym zespołu, który przygotowywał pewne rekomendacje w zakresie konsolidacji. Nie zapominajmy, że zwierzchnikiem Sił Zbrojnych jest prezydent. I to on swoimi postanowieniami wytycza główne kierunki rozwoju Sił Zbrojnych, przebudowy i ich modernizacji. Prezydent postanowił określoną decyzją, że ma nastąpić integracja dowództw Sił Zbrojnych oraz konsolidacja szkolnictwa. Ja także jestem przekonany, że prędzej czy pózniej musi nastąpić konsolidacja szkolnictwa wyższego. Czy będzie ona oznaczała stworzenie z pięciu – dwóch uczelni z trzema filiami, tak jak proponowałem? Czy też odbędzie się tylko konsolidacja programowo- jakościowa? To jest pytanie dość trudne i nie tylko do mnie. Mamy dylemat, ponieważ z jednej strony uczelnie wojskowe cieszą się ogromną popularnością. Zgodnie z polskim prawem to student decyduje o tym, którą uczelnię wybiera, nie państwo i nie minister. Obserwując rekrutację w tym roku, nie tylko na AON ale i na pozostałych wojskowych uczelniach, trzeba powiedzieć że z zazdrością patrzą na nas najlepsze uczelnie prywatne i państwowe, a to ze względu na pełne obłożenie, ilość kandydat��w przekraczających możliwości przyjęcia. Jest dużo większa liczba chętnych, nie tylko na studia stacjonarne ale także na te, za które student płaci. Jest jednak oczywiście pytanie, na które odpowiedzi udzielił prezydent wydając postanowienie: czy wojsku potrzebne jest 5 uczelni wojskowych? Jako rektor AON odpowiadam: Siłom Zbrojnym potrzebna jest Akademia Obrony Narodowej. Czy potrzebne są inne uczelnie? Na to musi odpowiedzieć Szef Sztabu Generalnego, Minister Obrony Narodowej, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. To nie jest pytanie do rektora AON. Nikt nie ma wątpliwości co do WAT.Ale gdzieś trzeba kształcić i pilotów i marynarzy i lądowców.

– ma szkolić i kształcić dla Sił Zbrojnych. Dzisiaj mamy rocznie około 2 tysięcy różnego rodzaju słuchaczy i studentów mundurach. W dużym stopniu są to żołnierze, którzy przebywają tu na kursach. Niektóre trwaja pół roku, a nawet prawie rok. Stanowią oni 20 % wszystkich osób przybywających do akademii i to wcale nie jest mało. Z drugiej strony ważnym zadaniem uczelni jest kształcić dla bezpieczeństwa państwa. Dlatego najważniejsze nasze kierunki to bezpieczeństwo narodowe, bezpieczeństwo wewnętrzne, lotnictwo, logistyka, także administracja ale ta specyficzna dotycząca w dużym stopniu obronności państwa. Nasze zadanie to kształcenie dla potrzeb obronnych i bezpieczeństwa państwa, ale nie rywalizowanie z Uniwersytetem Warszawskim, Gdańskim, Wrocławskim czy Uniwersytetem Jagiellońskim w zakresie studiów humanistycznych. Wypełniamy ważne miejsce, czyli kształcimy na podobnym poziomie, jak najlepsze uczelnie w Polsce ale jednak specjalizujemy się w tym co nazywamy bezpieczeństwem państwa.

W takim razie jaką rolę powinna pełnić AON w całym systemie bezpieczeństwa narodowego i w Siłach Zbrojnych? AON jest uczelnią bardziej o charakterze uniwersyteckim, niż przypominającą typową wyższą szkołę oficerską czy Akademię Sztabu Generalnego z dawnych lat. Ona musi spełniać dwie funkcje. Po pierwsze

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

59


EDUKACJA | UCZELNIE WYŻSZE

Powiedział, Pan że poziom jest taki sam jak na innych uczelniach krajowych. A jak Akademia Obrony Narodowej wygląda na tle uczelni zagranicznych? Czy nasze doświadczenie w kształceniu oficerów, kadry dla systemu bezpieczeństwa narodowego, mogą być ciekawe dla studentów zagranicznych? Niedawno byłem w Wiedniu na spotkaniu rektorów podobnych szkół z Europy Środkowej i Bałkanów. Jest taka organizacja CEFME, która łączy europejskie szkoły wyższe wojskowe podobne jak nasza akademia. To nie jest żadna zarozumiałość, bo ja jestem nowym rektorem,więc pochwalę poprzedników. Polska AON jest absolutnym liderem wśród wojskowych szkół wyższych Europy. Nie ma w tym nawet cienia przesady. AON wyróżnia się tym że po pierwsze kształci na trzech poziomach – licencjatu, magistra oraz doktora. Tu jest kilkuset doktorantów! Nie ma takiej uczelni wojskowej w Europie (mówię o CEFME), która może się pochwalić około 600 doktorantami na stosunkowo małej uczelni. Przecież my nie jesteśmy potężnym Uniwersytetem Warszawskim. Mamy także swój udział w nadawaniu stopnia profesora nadzwyczajnego.Także belwederskiego, bo tutaj się rozpoczyna proces, a rady wydziałów mają szerokie uprawnienia. Jak jest ze współpracą międzynarodową? Uważam że jest nieźle. Przede wszystkim AON jest liderem w kształceniu ERASMUS, czyli obejmującym wymianę studentów różnych państw. Z tego tytułu otrzymujemy znaczne środki na wyjazdy zagraniczne dla studentów. Jeżeli chodzi o międzynarodowość ważne jest to, że mamy kursy 3 i 6-cio miesięczne prowadzone w języku angielskim, dostępne dla obcokrajowców. Przygotowujemy przyszłych attache oraz oficerów różnych innych specjalności. Od lutego rozpoczynamy studia w języku angielskim. Na razie pełne roczne studia podyplomowe dla kandydatów na generałów i niektóre stanowiska pułkownikowskie dla NATO. To świadczy o naszym umiędzynarodowieniu. Wystąpiliśmy z szeroką ofertą do wszystkich ambasad w Polsce. Zaproponowałem im nauczanie języka polskiego w AON. Mamy lektorów-specjalistów, którzy mogą uczyć obcokrajowców języka polskiego. Tak naprawdę Akademia jest otwarta na wszystkich, nie tylko na NATO. Niedługo w naszej uczelni będzie nauczał profesor z Iranu, ambasadorowie Chin, Indii i wielu innych krajów. Mamy studentów z Białorusi i Ukrainy, z Chin, o których już mówiłem. Akademia nie jest miejscem dla polityki, lecz miejscem do dobrej nauki, dobrego kształcenia. Nam nie przeszkadza to, że ktoś jest z kraju, który może nie do końca mieści się w kanonach dobrych stosunków, relacji politycznych czy wzajemnych kontaktów poszczególnych państw. Chcemy szkolić także wyższe kadry Policji, Straży Granicznej, Straży Pożarnej. Na studiach doktoranckich studiuje np. komendant Wojewódzki Policji Mazowieckiej. Jeżeli chodzi o międzynarodowość, to jest mój konik. Chodzi bowiem o przyszłość uczelni. My dzisiaj jesteśmy tak mocno w Europie, że musimy nauczać zgodnie ze standardami europejskimi. Musimy mówić językiem zrozumiałym dla wszystkich Europejczyków. Kursy, studia które rozpoczynamy w lutym to dopiero początek. Mam nadzieję, że w przyszłym roku uruchomimy kolejne kierunki, Bezpieczeństwo i obronność bez wątpienia to są nasze filary. Na pewno nie pójdziemy w kierunki artystyczne, malarstwo, czy też polonistykę. Wspomniał Pan o przyszłości na płaszczyźnie międzynarodowej, Jakby to miało wyglądać na poziomie codziennego życia studenckiego? Mówi się o tym, że na Akademii Obrony Narodowej mają pojawić się znane osobistości ze świata polityki. Kto to miałby być i kiedy można spodziewać się wykładów? Nasza uczelnia nie potrzebuje fajerwerków ale musi dać szansę poznania wiedzy z róznych zródeł studentom, a także pracownikom i być może kadrze Sił Zbrojnych. Nie zapominajmy bowiem, że jesteśmy w armii. AON to część wojska. Tu musi być miejsce na wymianę myśli, także prezentowanych przez najważniejsze osoby w państwie. Chciałbym, żeby to było miejsce burzy mózgów dotyczącej bezpieczeństwa. Moją ideą jest Wszechnica Bezpieczeństwa. Rozpoczeła ona działanie 7-go listopada 2012 roku wykładem byłego prezydenta Rzeczpospolitej Polski – Lecha Wałęsy. Czy się lubi prezydenta Wałęsę, czy nie, trudno

60

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

nie przyznać, że był na czele zmian, także w zakresie naszej obronności i bezpieczeństwa. To on jest symbolem wyprowadzenia wojsk radzieckich oraz wielu istotnych innych wydarzeń i zmian. Kiedyś podczas rozmowy z Panem Prezydentem miałem okazję zainteresować go tym pomysłem.Teraz po wykładzie powiedział, że bardzo chętnie przyjedzie jeszcze raz do Akademii Obrony Narodowej i ponownie zaprezentuje swoje myśli. Chce wymienić się spostrzeżeniami ze studentami. To jest także nobilitacja nawet dla tak ważnych osób w państwie. Kolejną osobą, która przyjęła zaproszenie jest prezydent Aleksander Kwaśniewski, występujący w AON w grudniu. Najpierw wykład a potem seria pytań zadawanych zarówno przez profesorów jak i studentów. Na wykład Lecha Wałęsy do sali, która miesci ok. 500 słuchaczy przyszło ok.1500 osób. Nie starczyło miejsca nawet przed telebimami w hallu. Nie wymyśliłem niczego nowego. Studenci tej akademii mają prawo słuchać byłych prezydentów, premierów, ministrów, którzy nadal czynnie uczestniczą w życiu publicznym. Jedni mają dużo do powiedzenia i o polityce, i o bezpieczeństwie, drudzy powinni tej wiedzy posiadać jak najwięcej. Chcemy również zapraszać ludzi z innych państw, którzy tu przyjeżdżają w innych celach. Niedawno gościliśmy Szefa Sztabu Generalnego Austrii czy Afganistanu. Co chwilę mamy tu bardzo ważne osobistości z najwyższej półki. Do tej pory było tak, że przygotowujemy wizytę, zapoznajemy z historią i tradycją, wymieniamy poglądy i gość wyjeżdża. To wielka szkoda, bo tu są studenci, oni są największą wartością akademii i dla nich powinno się organizować jak najwięcej ważnych, ale i atrakcyjnych form przekazu. Dlaczego nie mogliby wysłuchać np. co Austria myśli o konsekwencjach kryzysu dla bezpieczeństwa europejskiego, albo jak władze Afganistanu zamierzają radzić sobie po naszym wyjściu? Wszechnica Bezpieczeństwa to miejsca dla byłych i obecnych Polski, Europy i Świata: prezydentów, premierów, kanclerzy, ministrów. Będziemy próbowali poprzez Ministerstwo Spraw Zagranicznych zapraszać osoby, które zapewne specjalnie nie przyjadą na naszą uczelnię ale jeżeli przyjeżdżają do Polski, dlaczego mieliby nas nie uwzględnić? Chciałbym, aby kiedyś prezydent USA, Francji czy Rosji podczas wizyty wygłosił wykład w mojej uczelni. Takie działanie jest normą w wielu państwach. Prezydenci i premierzy przyjeżdżają do takich Alma Mater jak nasza i wygłaszają swoje poglądy, także odpowiadają na pytania. Druga propozycja, to równoległe otwarcie Wszechnicy Obronności. Chcemy aby funkcjonowała ona pod patronatem Ministra Obrony Narodowej. Będzie to miejsce na wykłady, głoszone przez najważniejszych dowódców. Pierwszym wykładowcą będzie generał Mieczysław Cieniuch – Szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. To niezwykła osoba o ogromnej wiedzy, potencjale, doświadczeniu. Bywał i bywa w najróżniejszych częściach świata, pełnił służbę za granicą, dowodził w Polsce. Będzie tu także miejsce dla dowódców z innych państw, dowódców operacji, kontyngentów. Niech ich wizyty nie kończą się na części historycznej. Wysłuchać wykładów takich gości, to prawo studentów wojskowych. Oni po to przyszli do tej akademii. Na ile to się uda – okaże się. Jeżeli naszym profesorem wizytującym jest generał Cieniuchi student w czasie jego wystąpienia ma możliwość zadania pytania, to jest to naprawdę cenne. Wiem z własnego doświadczenia jak odbierają to słuchacze. Występuję w wielu miejscach w Polsce i za granicą. Byłem zastępcą dowódcy operacji UE w Czadzie, wcześniej Komendantem Głównym Żandarmerii Wojskowej, służyłem w Sztabie Generalnym, jestem doradcą dwóch kolejnych Ministrów Obrony Narodowej. Jestem człowiekiem, który dotyka ziemi, praktykiem. Przez ponad 20 lat byłem dowódcą różnych szczebli. Studenci czekają najbardziej na wykład praktyka. Dlatego jest Szef Sztabu Generalnego, dwóch Wiceministrów Obrony Narodowej, Wiceminister Spraw Zagranicznych, kilku byłych ministrów róznych resortów. Na ostatnim wykładzie gen. broni rezerwy, teraz wiceministra Waldemara Skrzypczaka, już po zakończeniu zajęć, 400 studentów przez godzinę zadawało pytania wykładowcy, nie wypuszczając go z sali. Są także wykładowcy z różnych służb, nie tylko z wojska. Zgodzili się być


EDUKACJA | UCZELNIE WYŻSZE

naszymi wykładowcami komendanci główni Policji, Straży Granicznej i Straży Pożarnej. Rozmawiam nawet z Generałem Więziennictwa, żeby także wymienił swoje poglądy ze studentami. Panie Generalne, spróbujmy spojrzeć na bezpieczeństwo z trochę szerszej perspektywy. Zmienia się dotychczasowe, znane nam od lat środowisko bezpieczeństwa. NATO przeżywa lekki kryzys tożsamości i skuteczności. Mówi Pan o młodych ludziach, którzy przychodzą tu na studia. W jakim świecie Pana zdaniem będą funkcjonowali, gdy będą opuszczali mury AON? Jakie wyzwania czekają Polskę i polską armię, na które AON musi przygotować specjalistów? Naszym głównym wyzwaniem jest kryzys ekonomiczny a nie militarny. Obecnie występuje tylko kilka punktów zapalnych, które są powszechnie znane (m.in. Iran, Syria, Afganistan, Somalia). Nie to jest jednak sensem głównych dzisiejszych zagrożeń. Wyzwania dla wojska są dzisiaj pochodną wyzwań świata cywilnego. Ekonomia decyduje o wszystkim. Jeżeli dzisiaj Stany Zjednoczone są potentatem, pierwszym państwem gospodarczym świata, to także zdolności militarne powodują, że długo jeszcze nikt im nie zagrozi. Wiemy też jednak, że Chiny, Brazylia, Pakistan, Indie nabiorą wkrótce ogromnego znaczenia. Gospodarczego, a w ślad za tym zapewne i militarnego. Co to oznacza dla Polski? Jesteśmy członkiem NATO i UE. Nasze bezpieczeństwo w dużym stopniu mieści się w tych dwóch pojęciach. Dopóki jesteśmy członkami tych organizacji możemy spać spokojnie. My jako kraj powinniśmy mówić raczej o zagrożeniach energetycznych. Nie skutkują one zagrożeniami wojennymi, ale mogą mieć z nimi ścisły związek. Dzisiaj łatwiej jest całe państwa kupić, niż je podbijać. Nie ma potrzeby używania czołgów i samolotów by opanować jakiś kraj, bo z łatwością robi się to dolarami i euro. Problemem Polski jest energetyka – to nie przypadek, że patrzymy na gaz łupkowy jak na zbawienie. Z jednej strony stoimy na węglu, który

zanieczyszcza środowisko, i z którym walczy Europa. Z drugiej jesteśmy uzależnieni od Rosji, jej gazu i ropy naftowej. Brak dobrej dywersyfikacji – to jest problem. Nie ma to jednak bezpośrednich konsekwencji militarnych. Żaden z naszych sąsiadów nie grozi nam palcem.Mamy dobre lub poprawne stosunki sąsiedzkie ze wszystkimi, którzy z nami graniczą. Także państwa oddalone nie okazuja nam agresywnych zamiarów. Jakby zachęcił Pan młodego człowieka, który szykuje się do egzaminu maturalnego i nie wie którą uczelnię wybrać. Dlaczego miałby udać się na AON? Zachęcam dwoma aspektami zasadniczymi, a w każdy z nich wchodzi kilka innych kwestii. Pierwsza sprawa – u nas są to studia ciekawe, na dobrym poziomie, mają wiele atrakcji (wykładowcy, wyjazdy zagraniczne) oraz ciekawe życie studenckie. Dla studenta klimat jest bardzo ważny. Druga sprawa, którą bym zachęcił, to przydatność studiów – nie tylko teoretyczne, lecz także praktyczne przygotowanie do przyszłego zawodu. W Polsce mamy kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt tysięcy stanowisk w zarządzaniu kryzysowym. Jeżeli chodzi o obronność i bezpieczeństwo wewnętrzne – nie ma co ukrywać: wojsko, Policja, Straż Graniczna. Biuro Ochorny Rządu, różne służby – kto, jak nie my, dobrze przygotuje studentów do pracy w tych firmach. To jest uczelnia która kształci na kierunkach przydatnych jeżeli chodzi o przyszły zawód. Dobre programy, wykłady na wysokim poziomie, także z ciekawymi ludźmi, możliwośc studiowania za granicą w ramach wymiany uczelnianej, fajna uczelnia, ciekawe życie studenckie i przydatny zawód. Tyle mam do zaproponowania! Aż pozostaje tylko pozazdrościć Agnieszce, że jest studentką AON. Dziękujemy za rozmowę i życzymy samych sukcesów na stanowisku Rektora Akademii Obrony Narodowej.

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

61


DY P LO M A C J A

Prezydent Bronisław Komorowski odznacza Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski Ambasadora Roberta Kupieckiego

Uhonorowani przez Prezydenta pracownicy polskiej służby dyplomatycznej.

Minister Radosław Sikorski z zasłużonymi pracownikami MSZ, odznaczonymi medalem „Bene Merito”

DZIEŃ POLSKIEJ SŁUŻBY DYPLOMATYCZNEJ Z okazji Dnia Służby Zagranicznej, 16 listopada w Belwederze, z udziałem Prezydenta Bronisława Komorowskiego, Ministra Spraw Zagranicznych Radosława Sikorskiego oraz zaproszonych gości odbyła się uroczystość odznaczenia kilkudziesięciu pracowników polskiej służby dyplomatycznej.

P

rezydent Bronisław Komorowski odznaczył kilkudziesięciu pracowników służby dyplomatycznej. Podczas swojego przemówienia Prezydent Komorowski podziękował za służbę w tak ważnym dla Polski okresie, jakim było polskie przewodnictwo w Radzie UE, w drugim półroczu 2011 r. Prezydent podkreślił, że efekty tej pracy „są widoczne i do dzisiejszego dnia służą Polsce”. Podczas uroczystości Prezydent Komorowski odznaczył pracowników służby dyplomatycznej najwyższymi odznaczeniami państwowymi: Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski – Jana Tombińskiego, Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski m.in. Macieja Langa, Katarzynę Skórzyńską, Janusza Stańczyka oraz Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski m.in. Roberta Kupieckiego byłego ambasador Polski w Waszyngtonie i Agnieszkę Magdziak-Miszewską. W imieniu odznaczonych słowa podziękowania wyraził Jan Tombiński, ambasador Unii Europejskiej w Kijowie, który otrzymał od

62

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

prezydenta Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski. W swoim wystąpieniu Ambasador Tombiński podkreślił znaczenie suwerenności w dzisiejszej polityce zagranicznej. „Mamy zaszczyt, przywilej uczestnictwa w wydarzeniach, które stają się wydarzeniami historycznymi, ale tym bardziej uświadamiamy sobie, jak ważna jest suwerenność, choć to pojęcie zmienia swój sens wraz z czasem. I ta suwerenność Rzeczypospolitej Polskiej jest, myślę, naszym najwyższym celem” – powiedział Ambasador Tombiński. Pracownikom służby zagranicznej dziękował także uczestniczący w uroczystości szef MSZ, Radosław Sikorski, który przyznał z okazji Dnia Służby Zagranicznej odznaki honorowe „Bene Merito”. „Doceniam wkład każdego z pracowników ministerstwa, dziękuję za państwa zaangażowanie. To nasze święto, mamy z czego być dumni” – podkreślił minister. Zaznaczył, że widoczny wzrost roli Polski w Europie i świecie to efekt działań także sprawnej i skutecznej dyplomacji.

Odznaczenia „Bene Merito” z rąk Ministra Sikorskiego otrzymał m.in. wieloletni pracownik MSZ, Ambasador Jerzy Maria Nowak. Ambasador Nowak w swojej karierze dyplomatycznej kierował m.in. Departamentami: Studiów i Programowania (1987-91) oraz Polityki Bezpieczeństwa (1997-2000). Negocjował także warunki przystąpienia Polski do NATO, oraz adaptację traktatu CFE. Od 2007 do 2010 był prezesem Stowarzyszenia Euro-Atlantyckiego a obecnie jest Wiceprzewodniczącym Rady Wykonawczej SEA. Podczas uroczystości przyznano także nagrody: Nagrodę im. Andrzeja Kremera „Konsul Roku” dla Stanisława Kargula Nagrodę im. Mariusza Kazany dla Marcina Nawrota Nagrodę za osiągnięcia w dyplomacji publicznej i komunikacji medialnej dla Tomasza Orłowskiego. Pełna lista odznaczonych i nagrodzonych dostępna w naszym portalu Stosunki.pl Święto polskiej służby zagranicznej obchodzone jest – decyzją MSZ – w dniu 16 listopada. Tego dnia w 1918 r. Józef Piłsudski wysłał pierwszą depeszę do przywódców państw świata, informując o powstaniu niepodległego państwa polskiego. Inf. własna/PAP


DY P LO M A C J A W O B I E KT Y W I E A N D R Z E J A L E K A

W

Gen. broni Edward Gruszka – dowódca Wojsk Lądowych podczas uroczystości na Zamku Królewskim podczas uroczystości z okazji Święta Malty

Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego gen. Stanisław Koziej składa gratulacje attache obrony Ukrainy z okazji Święta Sił Zbrojnych Ukrainy

Foto: Andrzej Lek

Gen. Broni Edward Gruszka z Wicepremierem Waldemarem Pawlakiem na uroczystości z okazji Święta Malty.

Foto: Andrzej Lek

Foto: Andrzej Lek

Nuncjusz Apostolski w Polsce abp. Celestino Migliore składa gratulacje podczas uroczystości na Zamku Królewskim J.E ambasadorowi Malty w Polsce.

Foto: Andrzej Lek

Foto: Andrzej Lek

Dyplomacja w obiektywie Andrzeja Leka

Foto: Andrzej Lek

listopadzie i na początku grudnia nasz reporter Andrzej Lek, odwiedził przyjęcia dyplomatyczne jakie wydały Ambasada Malty z okazji Święta Malty oraz Ambasada Ukrainy z okazji Święta Sił Zbrojnych Ukrainy. Serdecznie zapraszamy do obejrzenia fotorelacji z powyższych uroczystości. Całość fotoreportaży z przyjęć korpusu dyplomatycznego akredytowanego w naszym kraju dostępne są w naszym serwisie internetowym Stosunki.pl w dziale Dyplomacja w Obiektywie Andrzeja Leka.

Attache Obrony Chińskiej Republiki Ludowej w Polsce składa gratulacje z okazji Święta Sił Zbrojnych Ukrainy.

Ambasador Ukrainy z małżonką i attache wojskowi Ukrainy z małżonkami w Polsce podczas uroczystości z okazji Święta Sił Zbrojnych Ukrainy

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

63


ŚU K WLT I AT U RTA A JLANDIA

MUZEUM INNE NIŻ WSZYSTKIE Wąskie uliczki warszawskiej Starówki kuszą swoim tajemniczym urokiem i niepowtarzalnymi miejscami związanymi z historią miasta i kulturą. Skręćmy więc opodal Zamku Królewskiego z Miodowej w Kozią. Pod numerem jedenastym znajdziemy muzeum inne niż wszystkie – Muzeum Karykatury im. Eryka Lipińskiego. Jest to jedyna placówka tego typu w Polsce, a na całym świecie jest ich zaledwie około pięćdziesięciu.

64

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

P

oczątkowo skromny zbiór rysunków zgromadzonych w Muzeum wynosił około 2500 obiektów, a obecnie rozrósł się on do kolekcji ponad 20-tysięcznej. Uwzględniając zaś depozyty stałe liczy on ponad 25 tysięcy rysunków, a także obiekty z zakresu malarstwa i rzeźby. Zbiory te zawierają wiele cymeliów karykatury polskiej i światowej, od XVIII-wiecznych po najnowsze. W kolekcji znajdują się prace tak wybitnych artystów obcych, jak m.in.: W. Hogarth, H. Daumier, J. Effel, H. Sandberg i R. Topor. Oczywiście przeważają w niej prace autorów polskich, od miedziorytów D. Chodowieckiego z XVIII w. poczynając. Na szczególną uwagę zasługują dzieła: F. Kostrzewskiego, K. Sichulskiego, Z. Czermańskiego, B. W. Linkego, J. Zaruby i M. Berezowskiej. Rzecz jasna najbogatszy jest zbiór polskiej karykatury współczesnej. Długą listę autorów tworzą tu takie indywidualności jak: E. Lipiński, J. Bohdanowicz, A. Chodorowski, A. Czeczot, A. Dudziński, J. Fedorowicz, K. Ferster, J. Flisak, Z. Jujka, Sz. Kobyliński, A. Krauze, Z. Lengren, E. Lutczyn, A. Mleczko, S. Mrożek, J. Stanny, Z. Zaradkiewicz. W zbiorach muzeum znajdują się także prace najbardziej dziś popularnych rysowników młodszej generacji z: J. Gawłowskim, M. Raczkowskim i H. Sawką na czele. W swojej historii Muzeum zrealizowało ponad 300 wystaw w siedzibie własnej, a także ponad 200 na terenie całego kraju i za granicą – w niemal wszystkich krajach Europy oraz USA. Ekspozycje te miały charakter zarówno monograficzny, jak też problemowo-tematyczny. Z ważniejszych realizacji należy wymienić przede wszystkim pionierskie wystawy z zakresu dziejów karykatury polskiej: „Panorama


K U LT U R A

Karol Ferster (1902-1986) Wystawa retrospektywna w Muzeum Karykatury im. Eryka Lipińskiego w Warszawie 26 listopada 2012 – 20 stycznia 2013

Z

karykatury polskiej 1945 - 1998”, „Karykatura okresu Młodej Polski 1890 - 1918”, „Czasy wojen i pokoju. Karykatura polska 1914 - 1939” oraz „Sma(cz)ki i zapachy PRL-u. Karykatura z lat 1944 - 1989”, „Warszawa 1939-1944. Satyra okupacyjna...”. Ze względu na niewielką powierzchnię wystawienniczą nasza działalność ogranicza się jedynie do ekspozycji czasowych. Ponadto Muzeum prowadzi szeroko zakrojoną działalność wydawniczą (głównie w formie katalogów wystaw), organizuje akcje o charakterze edukacyjnym, promocyjnym i popularyzatorskim – spotkania autorskie, promocje książek, wykłady o karykaturze dla słuchaczy Uniwersytetu III Wieku i lekcje muzealne dla młodzieży szkolnej. Jest też organizatorem wielu ogólnopolskich i międzynarodowych konkursów na rysunek satyryczno-humorystyczny. Archiwalne zbiory Muzeum są natomiast udostępniane w formie

kwerend wszystkim zainteresowanym sztuką karykatury i stanowią cenne źródło dla prac naukowych oraz zaplecze dokumentacyjne oficyn wydawniczych i prasowych oraz produkcji filmowych i telewizyjnych. Od lipca 2011 roku dyrektorem Muzeum Karykatury jest wybitny rysownik Zygmunt Zaradkiewicz, kontynuator dzieła pierwszego Artysty-Dyrektora – Eryka Lipińskiego. MUZEUM KARYKATURY im. Eryka Lipińskiego Warszawa, ul. Kozia 11 Dni i godziny otwarcia: czwartki: 12.00 – 20.00; w pozostałe dni: 10.00-18.00; w poniedziałki nieczynne; bilety: 5 zł, ulgowe: 3 zł, we wtorki wstęp wolny. www.muzeumkarykatury.pl

wielką przyjemnością pragniemy zaprosić Państwa do obejrzenia nowej wystawy w Muzeum Karykatury im. Eryka Lipińskiego w Warszawie. Jest to wystawa retrospektywna twórczości wybitnego Artysty – rysownika, karykaturzysty i malarza – Karola Ferstera (19021986), tworzącego pod pseudonimem „Charlie”. Karol Ferster był postrzegany jako jeden z najłagodniejszych karykaturzystów, stąd sposób, w jaki posługiwał się karykaturą i rysunkiem satyrycznym, określany był mianem „łagodnej perswazji”. W sferze jego zainteresowań znajdowała się przede wszystkim satyra społeczna i obyczajowa, ale nie pomijał też tematyki politycznej. Działalność twórczą rozpoczął w okresie międzywojennym i swoimi niezliczonymi – zarówno wszechstronnymi, jak i niepowtarzalnymi – pracami, zachwycał na łamach czasopism do lat 80. XX w. Między innymi – na łamach „Przekroju” powołał do życia niezapomnianego, groteskowego reakcjonistę – Augusta Bęc-Walskiego. Był laureatem wielu nagród i wyróżnień, w tym Nagrody Państwowej III Stopnia za całokształt twórczości w zakresie karykatury, Złotej Szpilki oraz Złotej Szpilki z Wawrzynem – najważniejszego wyróżnienia jakie mogli otrzymać rysownicy i karykaturzyści. W 1999 roku Serafina Ferster, wdowa po Artyście, przekazała do zbiorów Muzeum Karykatury w Warszawie część jego spuścizny – 3200 oryginalnych prac (rysunki satyryczne, humorystyczne i karykatury portretowe). Jest to obecnie największa kolekcja prac tego znakomitego Artysty w Polsce. Od listopada 2012 r. do stycznia 2013 r. wybrane prace z tej kolekcji będzie można oglądać na wystawie w Muzeum Karykatury w Warszawie. [M.Dziewulska, A.I.Kordela]

Karol Ferster ps. Charlie (1902-1986) Malarz, rysownik, karykaturzysta. W latach 1920-24 studiował prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jednocześnie kształcił się w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, ucząc się malarstwa u samego W. Weissa i grafiki u J. Wojnarskiego (w latach 1920–26). Należał do grupy artystycznej Zwornik, brał udział w jej wystawach. Zajmował się malarstwem, rysunkiem, ilustracją i plakatem. Jako karykaturzysta debiutował w roku 1928 w „Kurierze Literacko-Naukowym”, będącym dodatkiem do „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”. W latach 1930-39 współpracował z tygodnikiem satyrycznym „Wróble na Dachu”. W roku 1939 znalazł się we Lwowie, gdzie rysował do pism: „Czerwony Sztandar”, „Krokodyl na Zachodniej Ukrainie” oraz „Perec”. Po zajęciu miasta przez Niemców musiał się ukrywać. W roku 1945 zamieszkał w Krakowie. Nawiązał współpracę z „Dziennikiem Polskim” i tygodnikiem „Przekrój”, na łamach którego co tydzień zamieszczał cykl rysunkowy August Bęc-Walski. W latach 1946-50 i 1956-57 jako korespondent prasy krakowskiej przebywał w Paryżu, gdzie pracował dla „Gazety Polskiej”. Po powrocie do kraju osiadł w Warszawie. Stale współpracował z tygodnikami „Świat”, „Mucha”, której był kierownikiem artystycznym oraz „Szpilki”, gdzie ukazywał się jego cykl Telemodele, prezentujący karykatury osób znanych z telewizji. Odbył liczne podróże zagraniczne. Uczestniczył we wszystkich ważniejszych wystawach karykatury w kraju (m.in.: Wystawa Karykatury Polskiej, Warszawa 1953; Polskie Dzieło Plastyczne w XV-lecie PRL, Warszawa 1961; Ogólnopolska Wystawa Satyry, Łódź 1974; I Ogólnopolskie Triennale Satyry, Łódź 1976; II Ogólnopolska Wystawa Satyry, Warszawa 1977) i za granicą (m.in.: Moskwa, Paryż, Montreal, Sarajewo, Münster, Hanower).

L I S T O PA D – G R U D Z I E Ń 2 0 1 2

65


S Y LW E T K I P R Z Y W Ó D C Ó W

SYLWETKI PRZYWÓDCÓW Xi Jinping Urodzony w 1953 roku, ukończył studia chemiczne i prawnicze na Uniwersytecie Tsinghua. W wieku 18 lat wstąpił do Ligi Młodzieży Komunistycznej, a następnie Komunistycznej Partii Chin. Obecnie jest członkiem Stałego Komitetu Biura Politycznego KPCh. Od 2007 roku piastuje funkcję przewodniczącego Centralnej Szkoły Partyjnej. W marcu 2008 objął stanowisko wiceprzewodniczącego państwa. Pełni również funkcję wiceprzewodniczącego Centralnej Komisji Wojskowej. Jest reprezentantem piątej generacji przywódców chińskich, a zarazem kandydatem na objęcie przywództwa w państwie już w marcu 2013 roku. Skupia on uwagę na dalszym rozwoju gospodarczym Chin, jednak krytykowany jest za nadmierne skupianie uwagi na olbrzymich firmach.

Li Keqiang Urodzony w 1955 roku, studia prawnicze i ekonomiczne ukończył na Uniwersytecie Pekińskim. Od czasu wstąpienia do Ligi Młodzieżowej Komunistycznej w 1982 roku, ściśle współpracuje z obecnym przewodniczącym KPCh – Hu Jintao. Obecnie jest członkiem Stałego Komitetu Biura Politycznego i zarazem wicepremierem Chińskiej Republiki Ludowej. Popiera on m.in. zwiększenie zatrudnienia, dostarczanie podstawowej opieki medyczne obywatelom, promowanie innowacyjnych rozwiązań technologicznych. Również reprezentuje piątą generację przywódców Chin i obecnie jest kandydatem na premiera państwa.

Barack Hussein Obama II Urodzony 4 sierpnia 1961 w Honolulu na Hawajach – Po ukończeniu szkoły średniej przez dwa lata studiował na Occidental College w Los Angeles, a następnie na Columbia University w Nowym Jorku na kierunku politologia ze specjalizacją stosunki międzynarodowe. Stopień licencjata (ang. bachelor) zdobył w 1983. Następnie pracował w Business International Corporation i New York Public Interest Research Group, po czym przeniósł się do Chicago, gdzie podjął pracę jako działacz społeczny. W 1988 rozpoczął studia w Harvard Law School. W 1990 został wybrany na prezesa Harvard Law Review, prestiżowego pisma prawniczego redagowanego przez niezależną grupę studentów, jako pierwszy Afroamerykanin w jego 104-letniej historii, a w rok później uzyskał tytuł magistra prawa. Powróciwszy do Chicago, Obama działał na rzecz rejestracji głosujących. Jako prawnik w kancelarii Miner, Barnhill & Galland w latach 1993–1996 reprezentował działaczy społecznych oraz wnoszących sprawy o dyskryminację. Następnie wykładał prawo konstytucyjne na University of Chicago Law School od 1993 do 2004, kiedy to został wybrany do Senatu. W latach 2005–2008 senator ze stanu Illinois, zwycięzca wyborów prezydenckich w 2008 i w 2012 roku. Laureat pokojowej Nagrody Nobla za rok 2009 „za wysiłki w celu ograniczenia światowych arsenałów nuklearnych i pracę na rzecz pokoju na świecie.

Bidzina Iwaniszwili Urodzony 18 lutego 1956 w Czorwili – gruziński miliarder i polityk. Ukończył szkołę średnią w Saczchere, a następnie inżynierię i ekonomię na Państwowym Uniwersytecie w Tbilisi. Po jego zakończeniu wyjechał do Moskwy, gdzie doktoryzował się w zakresie ekonomii na Moskiewskim Państwowym Uniwersytecie Transportu Szynowego. Przebywając w Moskwie rozpoczął działalność gospodarczą, której początek przypadł na czas rozpadu ZSRR i okres prywatyzacji pań-

66

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

stwowych przedsiębiorstw. Rozpoczynał od sektora usług, handlując elektroniką, w tym częściami komputerowymi oraz telefonami z klawiaturą. W 1990 założył Rossijski Kredit Bank, który w późniejszych latach stał się jednym z największych banków w Rosji. Obok sektora bankowego prowadził interesy w branży przemysłowej, rolniczej, budowlanej i na rynku nieruchomości. Został właścicielem sieci aptek „Doktor Stoletow” oraz dwóch pięciogwiazdkowych hoteli w Moskwie. Uzyskał udziały w takich firmach, jak Gazprom i Łukoil. Część swego majątku inwestował również w dzieła sztuki. Według magazynu Forbes, wartość jego majątku w 2009 wyniosła 3,2 mld USD W 2002 powrócił wraz z rodziną, żoną i czworgiem dzieci, do Gruzji. Zamieszkał w rodzinnej Czorwili. Po dojściu do władzy prezydenta Micheila Saakaszwilego w czasie rewolucji róż w 2003, wspierał finansowo krajowe instytucje społeczne i publiczne oraz Gruzińską Cerkiew Prawosławną; prowadził działalność filantropijną. Współfinansował odbudowę szkół, szpitali, kościołów i instytucji kulturalnych. Finansował Fundusz Obrony, zajmując się odbudową infrastruktury policyjnej. Według własnych szacunków na działalność publiczną przeznaczył w ciągu kilku lat ok. 1,5 mld USD. W grudniu 2011 założył ruch społeczny Gruzińskie Marzenie, który 21 kwietnia 2012 przybrał formę koalicji wyborczej pod tą samą nazwą. Oprócz partii Iwaniszwilego (Gruzińskie Marzenie – Demokratyczna Gruzja) w jej skład weszło kilka największych partii opozycyjnych, w tym Partia Republikańska, Nasza Gruzja-Wolni Demokraci, Partia Konserwatywna, Forum Narodowe oraz partia Przemysł Zbawi Gruzję. 5 października 2012 Centralna Administracja Wyborcza Gruzji ogłosiła, że w wyborach parlamentarnych z 1 października 2012 koalicja Gruzińskie Marzenie zdobyła 54,9 % głosów. Po ogłoszeniu wstępnych wyników prezydent Saakaszwili uznał zwycięstwo rywala i zapowiedział przejście Zjednoczonego Ruchu Narodowego do opozycji.

Mykoła Janowicz Azarow 28 października 2012 roku na Ukrainie odbyły się wybory parlamentarne. Zwycięską partią została Partia Regionów. Na premiera rządu wybrany został jej przedstawiciel Mykoła Janowicz Azarow. Polityk urodził się na terenie Rosji, a na terenie Ukrainy przebywa od 1984 roku. Z wykształcenia jest geofizykiem. W latach 1993–1998 był działaczem Partii Pracy. W latach 1996–2002 sprawował funkcję szefa Państwowej Administracji Podatkowej. W czasie pierwszej oraz drugiej kadencji rządu Wiktora Janukowicza pełnił funkcję ministra finansów oraz pierwszego wicepremiera. W marcu 2010 przejął obowiązki przewodniczącego Partii Regionów. Po wyrażeniu wotum nieufności wobec rządu Julii Tymoszenko został jednym z kandydatów na urząd premiera Ukrainy. 11 marca 2010 roku mianowany został na szefa rządu. Podał się do dymisji 3 grudnia 2012 po wygranych przez Partię Regionów wyborach z 28 października 2012. Prezydent Wiktor Janukowicz przyjął dymisję rządu. Zebrała i opracowała Agnieszka Siemieniuk


Pokazujemy prawdziwe oblicze wojska i przemysłu, kulisy służby, nowoczesne technologie, życie w jednostkach w każdą sobotę godz. 8.00 TVP 1 www.facebook.com/NaszaArmiapl



Stosunki Międzynarodowe nr 75-76/2012