Page 1

Cena 4,50 zł (w tym 0% VAT)

Miesięcznik poświęcony polityce zagranicznej i sytuacji międzynarodowej

www.stosunki.pl

Nr 61, grudzień 2009

Klimatyczna mitologia

Rozmowa z kongresmenem Ronem Paulem Bijące źródło konfliktów Kambodża sądzi zbrodniarzy Australijski przykład


Redakcja, korekta skład i łamanie artykułów, książek, periodyków, prac (magisterskich, licencjackich itp.) i innych publikacji

Scriptoris http://scriptoris.pl biuro@scriptoris.pl tel. 600 31 00 32


OD REDAKCJI

p.o. Redaktora Naczelnego: Tomasz Badowski t.badowski@stosunki.pl Redaktor Prowadzący / Sekretarz Redakcji: Konrad Rajca k.rajca@stosunki.pl Szefowie działów: Europa: Adam Matusik, a.matusik@stosunki.pl Ameryka Północna: Filip Frąckowiak, f.frackowiak@stosunki.pl Azja: Sergiusz Prokurat, s.prokurat@stosunki.pl Bliski Wschód: Amal El-Maaytah, a.amal@stosunki.pl Ameryka Łacińska: Przemysław Henzel, p.henzel@stosunki.pl Australia & Oceania: Dorota Rajca, d.rajca@stosunki.pl Polska polityka zagraniczna: Paweł Jakubowski, p.jakubowski@stosunki.pl Bezpieczeństwo międzynarodowe: Robert Czulda, r.czulda@stosunki.pl Gospodarka międzynarodowa: Grzegorz Kaliszuk, g.kaliszuk@stosunki.pl Prawo międzynarodowe: Dariusz Lasocki, d.lasocki@stosunki.pl Kultura: Patrycja Kuciapska, p.kuciapska@stosunki.pl Stali współpracownicy: Gniewomir Kuciapski (Warszawa), Mariusz Kawnik (Łódź), Łukasz Dziekoński (Bruksela), dr Dominik Mierzejewski (Szanghaj), Ryszard Zalski (Tajpej), Igor Joukovskii (Kaliningrad), Leszek Szymowski (Warszawa), Anna Bulanda (Lublin), dr Krzysztof Tokarz (Wrocław), dr Mariusz Affek (Warszawa), Jan Wójcik (Londyn), Michał Dzienio (Londyn), Leszek Żebrowski (Warszawa) Kmdr. rez. Krzysztof Kubiak (Gdynia), Piotr Kuspyś (Kraków), Krystyna Sprońska (Waszyngton) Redaktor techniczny: Grzegorz Krzyżewski, g.krzyzewski@stosunki.pl Marketing: Michał Sierpiński, m.sierpinski@stosunki.pl

Drodzy Czytelnicy!

Korekta: Anna Popis-Witkowska

Wielka biesiada dyplomatyczna zwana Szczytem Klimatycznym w Kopenhadze zakończyła się sukcesem. Nie udało się przyjąć konkretnych rozwiązań ograniczających rozwój gospodarczy świata, w tym Polski — na przekór ekologicznym ideologom. To jeszcze jednak na pewno nie koniec starań o wcielanie ekologicznych hipotez w życie. Ujawnienie słynnej korespondencji między prominentnymi klimatologami skupionymi w największym brytyjskim ośrodku badań klimatycznych nie ugasiło zapału do działania wielu rządów i niezwykle wpływowych organizacji ekologicznych, wspomaganych ogromnym kapitałem i niezwykle skutecznym PR. O naciąganiu rzeczywistości do swoich tez przez lobby ekologiczne pisze na naszych łamach dyrektor Instytutu Globalizacji dr Tomasz Teluk. Nie bądźmy utopistami, polityka ekologiczna to także gra interesów państw, podobnie jak np. dbanie o realizację interesu narodowego w strukturach Unii Europejskiej. Dr Paweł Bała w swoim analitycznym tekście pokazuje, jak Niemcy, decyzją swego Trybunału Konstytucyjnego, implementują do niemieckiego ustawodawstwa traktat lizboński, tak by nie naruszał on interesów ich kraju. Polscy politycy powinni uczyć się walki o interes narodowy od swoich niemieckich kolegów. W numerze także wyjątkowy wywiad z amerykańskim kongresmanem Ronem Paulem, jednym z amerykańskich pretendentów do republikańskiej nominacji w ostatnich wyborach prezydenckich. Co ciekawe, nasz rozmówca jest krytykiem socjalistycznej polityki Obamy w kontekście np. służby zdrowia (porównuje ją do New Dealu Roosevelta), ale także republikanów, w których szeregach główną rolę odgrywają — w jego opinii — zwolennicy dużego rządu i ciągłego zwiększania wydatków wojskowych. Przypominamy też o zbrodniach komunistycznych Czerwonych Khmerów w Kambodży. Niebawem zapadną pierwsze wyroki Trybunału powołanego w tym kraju do ich osądzenia. Nie stronimy także od tematyki bezpieczeństwa światowego i gospodarki międzynarodowej, które to kwestie niezwykle szeroko omawiamy w grudniu na naszych łamach. Życzymy miłej lektury i wszystkiego najlepszego w Nowym Roku! Konrad Rajca

Fotoreporterzy: Łukasz Kamiński, l.kaminski@stosunki.pl, Iwajło Pawłowski, i.pawlowski@stosunki.pl

Adres korespondencyjny: Miesięcznik „Stosunki Międzynarodowe” ul. Księcia Janusza 23/74, 01-452 Warszawa Telefon: (22) 498 15 37 E-mail: redakcja@stosunki.pl Strona internetowa: www.stosunki.pl Wydawca: Fundacja „Instytut Badań nad Stosunkami Międzynarodowymi” ul. Ordynacka 11/5, 00-364 Warszawa Konto bankowe: BPH-PBK SA 75 1060 0076 0000 3200 0086 4692 Prenumerata: www.stosunki.pl/prenumerata Redakcja zastrzega sobie prawo zmiany tytułów, skracania i redagowania nadesłanych tekstów, nie zwraca materiałów niezamówionych, nie ponosi odpowiedzialności za treść ogłoszeń. Skład i łamanie: SCRIPTORIS Anna Popis-Witkowska, 600 31 00 32 http://scriptoris.pl, biuro@scriptoris.pl Nakład: 6000 egz. Druk: Miller Druk Sp. z o.o. 03-301 Warszawa, ul. Jagiellońska 82 Tel. +48 (22) 614-17-67 www.mdruk.com Grafika na okładce: Grzegorz Krzyżewski

GRUDZIEŃ 2009

3


SPIS TREŚCI

Temat numeru Ogromne oczekiwania, jakie niektórzy wiązali z konferencją klimatyczną w Kopenhadze, nie sprawdziły się. Państwa uczestniczące w spotkaniu nie doszły do porozumienia w najważniejszych kwestiach, głównie stopnia redukcji emisji gazów cieplarnianych. Tymczasem wśród naukowców zajmujących się badaniem klimatu mamy obecnie do czynienia z odchodzeniem od udowadnia tezy o efekcie cieplarnianym, a kraje azjatyckie z niechęcią spoglądają na gorliwą wiarę w modele klimatyczne, które nakazują walczyć z „globalnym ociepleniem”. Temat numeru poświęcamy obiektywnej ocenie tzw. polityki klimatycznej

TEMAT NUMERU

BEZPIECZEŃSTWO MIĘDZYNARODOWE: POLSKA

Fiasko Kopenhagi Damian Wnukowski ....................................................... 5

Czy powinniśmy ufać sojusznikom?

Mitologia polityki klimatycznej dr Tomasz Teluk ....................................... 6

dr Grzegorz Kwaśniak .................................................................................... 38

Klimatyczne interesy Polski i Niemiec dr Krzysztof Tokarz .................... 9 Azjatyckie „NIE” dla ograniczania rozwoju Sergiusz Prokurat 10 GOSPODARKA: KRYZYS W święta kryzysu boimy się mniej Grzegorz Kaliszuk ............................. 12 USA: ROZMOWA

GOSPODARKA MIĘDZYNARODOWA: SUROWCE Nord Stream przesądzony Marcin Wasilewski .......................................... 40 GOSPODARKA: POLSKA Polska tygrysem Europy? Grzegorz Kaliszuk ........................................... 42 GOSPODARKA MIĘDZYNARODOWA

Ron Paul dla „SM”: Amerykanie są narodem dłużników

WTO — relikt przeszłości czy nowa jakość?

Jacek Spendel, Anna Bertowska ..................................................................... 14

Karol Cienkus ................................................................................................ 44

UNIA EUROPEJSKA: PRAWO Jak Niemcy dbają o swoje interesy dr Paweł Bała ................................... 16 EUROPA: UKRAINA Wyścig trwa Łukasz Kołtuniak ................................................................... 18 GOSPODARKA: UKRAINA Gazowy trójkąt dr Piotr Kuspyś ................................................................... 19 EUROPA: PRAWO Włoski precedens? Adam Matusik ............................................................ 20 EUROPA: BOŚNIA I HERCEGOWINA Bośniacki pretekst Łukasz Reszczyński ..................................................... 22 EUROPA: CHORWACJA Chorwacki krok naprzód Łukasz Reszczyński .......................................... 24 AZJA: AFGANISTAN

PRAWO: ROSJA & WNP Scheda po ZSRR Iwona Sokulska .............................................................. 46 AMERYKA ŁACIŃSKA: HONDURAS Dziwny zamach stanu Przemysław Henzel ................................................ 48 AMERYKA ŁACIŃSKA: PRZEGLĄD Przegląd latynoamerykański Przemysław Henzel ...................................... 49 AFRYKA: PRZEGLĄD Przegląd afrykański Kamil Białas ............................................................... 50 AUSTRALIA & OCEANIA Bożonarodzeniowa Oceania Dorota Rajca ............................................... 51 Australijski przykład Dorota Rajca ............................................................. 52 Kłopoty w raju Dorota Rajca ...................................................................... 54 KSIĄŻKI: RECENZJE

Afganistan jak Wietnam? Łukasz Smalec .................................................. 26

Oblicza Kataru ............................................................................................ 56

Gospodarka nieruchomościami w Afganistanie

W poszukiwaniu straconego świata Jan Barańczak ................................. 56

Katarzyna Javaheri ......................................................................................... 28

Ameryka pod lupą Magdalena Mrozek ....................................................... 57

AZJA: KAMBODŻA Kambodża sądzi zbrodniarzy Andrzej Muszyński ................................... 30 BEZPIECZEŃSTWO: ROZMOWA Rozmowa z Peterem Crailem Robert Czulda ............................................ 32 BEZPIECZEŃSTWO: TERRORYZM Koniec z Guantánamo? Robert Czulda ..................................................... 34 BEZPIECZEŃSTWO MIĘDZYNARODOWE Bijące źródło konfliktów Paweł Luty ........................................................ 36

4

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

KULTURA: KUCHNIE ŚWIATA Pierogi z kapustą i frutti di mare Patrycja Kuciapska ............................... 58 KULTURA: FILM „Polański: ścigany i pożądany” Marlena Gabryszewska ........................... 59 DYPLOMACJA W OBIEKTYWIE ANDRZEJA LEKA Spotkanie z Kazachstanem Andrzej Lek .................................................. 60 OSTATNIE STRONY Kalejdoskop Michał Dzienio ....................................................................... 61


T E M AT N U M E R U

FIASKO KOPENHAGI Ogromne oczekiwania, jakie niektórzy wiązali z konferencją klimatyczną w Kopenhadze, nie sprawdziły się. Państwa uczestniczące w spotkaniu nie doszły do porozumienia w najważniejszych kwestiach, głównie stopnia redukcji emisji gazów cieplarnianych. Zapowiedziano kontynuowanie rozmów, a ostateczną decyzję o podpisaniu wiążącej umowy międzynarodowej odłożono ad calendas graecas.

D

obiegł końca negocjacyjny maraton, czyli Konferencja Klimatyczna ONZ w Kopenhadze. Pomimo udziału ponad 190 państw i obecności najważniejszych światowych polityków, z prezydentem USA Barackiem Obamą na czele, konferencja nie spełniła pokładanych w niej nadziei. Miała być „ostatnią szansą” na osiągnięcie globalnego porozumienia w kwestii ochrony środowiska i początkiem drastycznego ograniczania produkcji szkodliwych gazów. Okazała się jednak kolejną „imprezą”, z której realnie niewiele wynikło. Ambitne cele nie sprostały konkurencji interesów poszczególnych państw. Bez konkretów Przez niemal 2 tygodnie zgromadzonym w Kopenhadze ekspertom i politykom nie udało się wypracować konsensusu w kwestii ochrony klimatu. Głównym punktem spornym była skala redukcji emisji gazów cieplarnianych przez poszczególne kraje, przede wszystkim państwa rozwinięte oraz wschodzące potęgi, takie jak Chiny. Spierano się także co do samej formuły końcowego porozumienia. Państwa biedniejsze naciskały, aby zamiast tworzenia całkowicie nowego dokumentu, oprzeć się na Protokole z Kioto, zmieniając jedynie poziomy ograniczenia wydzielania szkodliwych substancji. Rozwiązanie to byłoby korzystne dla państw mniej zamożnych, gdyż Protokół z 1997 r. nakłada limity emisji CO2 jedynie na państwa wysoko uprzemysłowione. Te z kolei wolały stworzenie w toku obrad nowej umowy, w której ograniczeniami zostałyby objęte także kraje rozwijające się, m.in. Chiny czy Indie. W sytuacji negocjacyjnego pata inicjatywę przejęły najwięksi emitenci CO2 — USA i Chiny. W wyniku ich spotkania z przedstawicielami Indii i RPA udało się osiągnąć porozumienie pomiędzy tymi państwami, nazywane przez komentatorów „ugodą kopenhaską”. Stała się ona podstawą porozumienia końcowego szczytu. Zmiany klimatyczne uznano za jedno z największych wyzwań stojących przed ludzkością, pomimo iż pogląd ten, w świetle badań licznych naukowców, jest coraz częściej podawany w wątpliwość. Dokument końcowy nie zawiera jednak ustaleń w najważniejszej kwestii, czyli poziomu redukcji emisji szkodliwych gazów do atmosfery. Każde państwo ma działać w tej sferze według własnych planów. Działania te mają być monitorowane przez międzynarodowych ekspertów, a co 2 lata ma powstawać raport na temat sukcesów w dziedzinie ochrony klimatu. Jako cel długofalowy określono niedopuszczenie do podwyższenia się temperatury na Ziemi o więcej niż 2 stopnie Celsjusza do 2050 r., przy czym do 2016 r. miałaby zostać dokonana rewizja tych założeń i, jeśli tego wymagałaby sytuacja, obniżenie poziomu do 1,5ºC. Ważnym założeniem ugody jest wprowadzenie mechanizmu finansowania biednych państw w celu ograniczenia energochłonności ich gos-

podarek. Państwa rozwinięte powinny przeznaczyć na ten cel 30 miliardów dolarów do 2012 roku, a w późniejszy okresie (do 2020 r.) miałyby „wspierać wysiłki” przekazywania państwom rozwijającym się co roku 100 mld dolarów. Jeśli zapis ten wejdzie w życie, zapewne będzie najbardziej widocznym efektem szczytu kopenhaskiego. Nie sprecyzowano jednak wkładu finansowego poszczególnych uczestników. Unia Europejska zaoferowała pomoc rzędu 7,2 mld euro, natomiast Japonia zgłosiła chęć przeznaczenia na ten cel 11 mld dolarów, a USA ponad 3,5 mld dolarów. Doprecyzowanie wysokości składek ma nastąpić w przyszłym roku. Wygrał polski przemysł Zdaniem ekspertów i obserwatorów szczytu porozumienie końcowe nie spełnia nawet części oczekiwań, jakie wyrażano przed początkiem konferencji. Jednak administracja amerykańska nazywa układ „znaczącym krokiem” w walce z globalnym ociepleniem, a sam prezydent Obama określił go jako „fundament przyszłych działań” i „bezprecedensowy przełom”. Dodał jednak, że jest jeszcze „wiele do zrobienia”. UE określiła porozumienie mianem „nieidealnego”, ale „lepszego niż żaden”. Przedstawiciele UE twierdzili, iż był to jedyny kompromis możliwy do uzyskania w trakcie konferencji. Z kolei brazylijski negocjator, Sergio Serra, określił porozumienie mianem „rozczarowującego”, lecz „nie niepowodzenia”. Głosy ostrej krytyki płyną ze strony organizacji pozarządowych, m.in. Greenpeace. Ostatecznie zgromadzeni w stolicy Danii przywódcy zaakceptowali porozumienie wypracowane przez USA, Chiny, Indie i RPA. Wielu z uczestników spotkania, np. państwa afrykańskie, nie kryło jednak krytycznego stosunku do dokumentu. Uznano wszak, iż lepsze takie porozumienie niż żadne. Decyzja ta uratowała konferencję przez wizerunkowym blamażem. Nie da się jednak ukryć, iż efekty konferencji są dalekie od zakładanych. Nie udało się przezwyciężyć podziałów na tle ponoszenia ciężaru walki z globalnym ociepleniem. Wypracowane ogólniki nie mogą zastąpić konkretnych liczb. Stawką były miliardy dolarów, przez co posunięcia decydentów musiały być wyważone. Po raz kolejny realpolitik wygrała z marzeniami o zgodnej współpracy na rzecz ochrony klimatu.

Konferencja przyniosła jednakże pewne pozytywy. Udało się po raz pierwszy włączyć do poważnej debaty stojące dotąd na uboczu dwie potęgi, USA i Chiny. Może to dobrze rokować na przyszłość, o ile będzie istniała wola polityczna, aby ten dialog kontynuować. Wynik szczytu jest także korzystny dla polskiego przemysłu, gdyż UE zrezygnowała z podniesienia poziomu ograniczeń emisji CO2 do 30%, co uderzyłoby w polskich przedsiębiorców. Nie zmienia to jednak faktu, iż w skali makro szczyt kopenhaski nie osiągnął wyczekiwanego przez radykalnych ekologów sukcesu. Damian Wnukowski GRUDZIEŃ 2009

5


T E M AT N U M E R U Od fascynacji hipotezą do naukowej neutralności

Mitologia polityki klimatycznej Teoria efektu cieplarnianego pojawiła się w latach 90. ubiegłego stulecia. Polega ona na założeniu, że gwałtowny rozwój przemysłu zwiększa emisję gazów cieplarnianych, szczególnie dwutlenku węgla, do atmosfery, co wpływa na globalny wzrost temperatur. Rozwinięcie tej teorii mówi o przerażających konsekwencjach wzrostu globalnych temperatur: od topnienia lodowców po zalanie wielu bezpiecznych dotąd obszarów kuli ziemskiej. Wśród naukowców zajmujących się badaniem klimatu mamy obecnie do czynienia z odchodzeniem od udowadnia tezy o efekcie cieplarnianym na rzecz naukowego sceptycyzmu, za którym stoją dane uzyskiwane z pomiarów i weryfikacja przyjętych założeń.

T

eoria efektu cieplarnianego bazuje w dużej mierze na futurystycznych modelach komputerowych, które obliczają przyszłe wolumeny emisji gazów cieplarnianych oraz prognozują w analogiczny sposób wzrost temperatur na Ziemi. Mimo gigantycznych sum wydawanych na jej udowodnienie do dziś nie osiągnięto naukowego konsensusu w tej sprawie. Teoria ma tyle samo zwolenników, co przeciwników, kwestionujących przede wszystkim jej naukowy warsztat, niekompletność danych źródłowych oraz intencjonalność modelowania komputerowego zgodnie z poglądami autorów badań. Teoria zmian klimatycznych jest niczym innym, jak tylko naukową hipotezą, nieudowodnioną i kwestionowaną. Dlatego błędem jest stawianie jej w jednym rzędzie z wiedzą naukową, jaką jest na przykład teoria względności czy zasada nieoznaczoności.

6

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

Senacka Komisja ds. Środowiska i Robót Publicznych Stanów Zjednoczonych na bieżąco monitoruje stosunek naukowców do omawianej hipotezy. Obecnie ponad 700 prominentnych badaczy z zakresu nauk o Ziemi, jak np. laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, prof. Ivar Giaever, odżegnuje się od popierania tezy o antropologicznym pochodzeniu okresowego ocieplania się klimatu Ziemi. Według naukowców wymienionych w raporcie obecny trend zmiany temperatur ulega odwróceniu i możemy spodziewać się ochłodzenia klimatu. Naukowcy rosyjscy odrzucają natomiast jakikolwiek związek emisji dwutlenku węgla ze zmianami klimatu. Z ankietowanych 51 tys. naukowców kanadyjskich aż 68% odrzuca hipotezę efektu cieplarnianego, natomiast aż 90% japońskiego sympozjum Związku Nauk Geologicznych nie uznaje raportów IPCC (Międzynarodowego Panelu ds. Zmian Klimatu). Jak wysoki jest poziom sceptycyzmu wśród naukowców? Wystarczy zacytować kilka wypowiedzi. „Obecne pomiary nie dają podstaw do brania pod uwagę katastrofalnego ocieplenia” — uważa dr Jarl R. Ahlbeck, chemik, autor ponad 200 prac naukowych i były członek Greenpeace. „Jestem przekonany, że obecny alarm wokół dwutlenku węgla jest błędem. (…) Strach przed wywołanym przez człowieka globalnym ociepleniem jest bezzasadny i nie bazuje na wiarygodnych metodach badawczych” — uważa z kolei utytułowany fizyk, prof. Will Hopper z Princeton Univeristy. Już ponad 31 tys. naukowców amerykańskich podpisało petycję do rządu USA, aby nie angażował się w działania zapoczątkowane Protokołem z Kioto, bowiem — ich zdaniem — teza o efekcie cieplarnianym wywołanym ręką człowieka nie znajduje uzasadnienia naukowego. Naturalna zmienność klimatu Ocieplenie klimatu wiązane jest ze wzrostem spalania paliw kopalnych przy równoczesnym nasilonym karczowaniu lasów. Stężenie dwutlenku węgla w atmosferze wynosiło przed rokiem 1800 275 ppm (cząstek na milion), aktualnie zaś przekracza 355 ppm. Mimo wzrostu jego stężenia w atmosferze jedynym trendem, który można wysnuć z naukowych pomiarów, jest cykliczna zmienność warunków klimatycznych. Według US National Climatic Data Center (NCDC) średnia temperatura stycznia 2008 r. była niższa od średniej dla tego miesiąca w XX w. i był to największy spadek temperatury w historii. Jednocześnie powierzchnia pokrywy śnieżnej na półkuli północnej była największa od 42 lat. Zwiększa się także pokrywa lodów w Eurazji oraz zasięg lodu morskiego w Arktyce. Zderzenia z faktami nie wytrzymuje więc teza o globalnym ociepleniu i topnieniu lodowców wskutek wzrostu temperatur. A jeszcze trudniej znaleźć logiczny związek przyczynowo-skutkowy między działalnością człowieka a globalnym ociepleniem. Dwutlenek węgla nie jest bowiem wcale najważniejszym gazem cieplarnianym. Najważniejszym czynnikiem powstawania efektu cieplarnianego jest para wodna, stanowiąca 99% wszystkich gazów. Dwutlenek węgla powstający w wyniku działalności człowieka stanowi zaledwie 0,15% ogólnego bilansu gazów cieplarnianych. Najważniejszym czynnikiem, który decyduje o zmianach temperatur na Ziemi, jest aktywność Słońca, a nie działalność człowieka. Jedynym trendem, który można wysnuć z historycznych danych, jest naprzemienne występowanie okresów zimnych i ciepłych. Według Dennisa Avery’ego z Hudson Institute takie cykle występowały od okresu przed narodzeniem Chrystusa po średniowiecze. W XVIII w. skończyła się tzw. mała epoka lodowa. Rozkwit imperium rzymskiego i wieki średnie były zaś okresami największych okresów ocieplenia, mimo że nikt nie słyszał wówczas o rozwiniętym rolnictwie i przemyśle. Podobne dane przytacza dr Roy Spencer. Do analogicznych wniosków możemy dojść, analizując dane NDCD z ostatnich 200 lat. W zestawieniu odchyleń temperatur lądów i oceanów widać wyraźnie naprzemienne zachodzenie


T E M AT N U M E R U okresów cieplejszych i zimniejszych, przy czym odchylenia nie przekraczają zwykle 1 stopnia Celsjusza.

Polityka wobec zmian klimatu Politykę wobec zmian klimatu powadzą wspólnie rządy krajów Unii Europejskiej — prekursora walki z globalnym ociepleniem, wraz z największymi przedsiębiorstwami energetycznymi, przy aplauzie ekologów i specjalnie utworzonych do tego celu rozmaitych „koalicji na rzecz klimatu”. Organizacje te posiadają gigantyczne budżety przeznaczane na public relations. Ogromne środki finansowe służą zdobywaniu jak największego poparcia społecznego. Przekaz koalicjantów bazuje na dramatycznych sformułowaniach mających poruszyć emocje, np. ogłaszając nam, że „jesteśmy ostatnim pokoleniem, które może powstrzymać globalne ocieplenie”. Polityka klimatyczna opiera się na niemającym naukowego uzasadnienia przekazie, że za zmiany klimatyczne odpowiada przede wszystkim dwutlenek węgla wytworzony w wyniku przemysłowej działalności człowieka. Obecnie forsuje się przekaz indywidualnej odpowiedzialności za klimat. Poczucie, że indywidualna aktywność może uratować świat przed zagładą, pozwala każdemu aktywiście wcielić się w rolę supermana zbawiającego świat przed katastrofą szykowaną przez „trucicieli” emitujących zbyt dużo CO2. Sztandarowym przykładem „PR-owskich sukcesów” może być działalność byłego wiceprezydenta USA Ala Gore’a. Firmowany przez Gore’a film „Niewygodna prawda”, koncentrujący się na problemie globalnego ocieplenia, zdobył dwa Oscary, a sam polityk otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla. Problem w tym, że film zawierał mnóstwo przekłamań i poważnych błędów. Brytyjski Sąd Najwyższy zakazał rozpowszechniania filmu w szkołach bez wyraźnego sprostowania dziewięciu poważnych naukowych błędów. Sąd wymienił m.in. następujące filmowe fałszerstwa:

polityków, ekologów i przedstawicieli korporacji. Na poziomie europejskim polityka jest zdominowana przez socjalistów. Ekolodzy również wchodzą w skład partii lewicowych i współpracują ze sobą na polu międzynarodowym. W ekstremalnych formach swych wypowiedzi zwolennicy globalnego ocieplenia postulują wprowadzenie globalnej kontroli urodzin, z wykorzystaniem aborcji i sztucznej antykoncepcji, w myśl zasady „im mniej ludzi, tym mniej globalnego ocieplenia”. Globalne ocieplenie weszło także na stałe do języka poprawności politycznej. Ideologizacja dyskusji wokół zmian klimatycznych jest istotnym elementem wywierania presji na opinii publicznej. Nierówny dostęp do środków finansowych dla zwolenników i przeciwników tezy o efekcie cieplarnianym powoduje, że słyszalni są niemal wyłącznie zwolennicy teorii o wpływie człowieka na globalne ocieplenia. Ich dominacja doprowadziła do sytuacji, że efekt cieplarniany traktowany jest niczym dogmat. Z przeciwnikami hipotezy nie prowadzi się dyskusji, lecz ignoruje się ich zdanie, stawia się ich w ośmieszającym świetle bądź traktuje niewybrednymi epitetami, a określenie „klimatyczni mordercy” (co ma sugerować bezpośrednią odpowiedzialność za śmierć ludzi w ubogich krajach) nie należy do rzadkości. Podejmowane są próby penalizacji zaprzeczania istnieniu efektu cieplarnianego. Dowodzi tego wyrok sądu brytyjskiego w sprawie Tima Nicholsona z Oxforshire. Nicholson został zwolniony z pracy, jednak uważał, że stało się tak za sprawą tego, że jest on zwolennikiem hipotezy efektu cieplarnianego. Sąd orzekł, że jest to przejaw dyskryminacji, bowiem wiara w antropogeniczny efekt cieplarniany przypomina raczej pogląd filozoficzny i powinna być chroniona przez regulacje o przekonaniach religijnych i filozoficznych. Implikacje ekonomiczne Wdrażanie polityki wobec zmian klimatu podejmowane jest z pominięciem wiarygodnych analiz ekonomicznych. Gospodarcze skutki traktowane są w sposób drugorzędny. Nie trzeba mówić o kosztach, bo są one w zasadzie bez znaczenia, skoro czeka nas nieuchronna katastrofa ekologiczna — przekonują ekolodzy. Niemniej można wyróżnić szereg zagrożeń, które niesie za sobą nieodpowiedzialne uleganie popularnym schematom myślowym, lansowanym dla celów politycznych i propagandowych.

 nieprawdziwą tezę, że poziom oceanów w najbliższym czasie podniesie się o 20 stóp w wyniku topnienia lodu Zachodniej Antarktyki i Grenlandii;  nieprawdziwe stwierdzenie, że zanik pokrywy śnieżnej na Kilimandżaro jest wynikiem globalnego ocieplenia — sąd uznał, że nie ma naukowych dowodów w tej sprawie;  nieprawdziwe stwierdzenie, że niedźwiedzie polarne przepływają coraz większe dystanse, nawet 60 mil, aby znaleźć lodową krę. Sąd uznał, że brytyjska młodzież gimnazjalna nie może być wprowadzana w błąd. Tym samym widać jasno, że polityka wobec zmian klimatu nie ma wiarygodnych podstaw naukowych, a opiera się na gigantycznych pieniądzach przeznaczanych na reklamę, public relations, produkcję filmów i organizację rozmaitych szczytów i konferencji. Ideologizacja polityki klimatycznej Warto zauważyć, że całej kampanii na rzecz walki ze zmianami klimatu nie udałoby się przeprowadzić, gdyby nie ideologiczna spójność

 Może okazać się, że koszty, które poniesie ludzkość, będą gigantyczne, a efekty środowiskowe przeprowadzonych zmian — praktycznie niezauważalne. GRUDZIEŃ 2009

7


T E M AT N U M E R U  Dogmat „dekarbonizacji” energetyki, a więc wyeliminowania emisji dwutlenku węgla, spowoduje drastyczny wzrost cen energii, co może spowodować długotrwałą recesję krajów rozwiniętych, a spadek zamożności i głód w krajach uboższych.  Nieodpowiedzialne wdrażanie nowoczesnych technologii może spowodować szkody ekologiczne i humanitarne. Skutki stosowania technologii wychwytywania i wpompowywania CO2 do wnętrza Ziemi jest nieprzewidywalna, natomiast masowa produkcja biopaliw doprowadziła już do wzrostu cen żywności i zwiększenia odsetka głodujących i umierających z niedożywienia.  Polityka wobec zmian klimatu niesie za sobą długotrwałe zagrożenia dla ogólnego dobrobytu, wzrostu krajów rozwijających się oraz wolności gospodarczej, politycznej i osobistej.  Wreszcie polityka klimatyczna zmierza do zwiększenia fiskalizmu państwa poprzez różnorodne podatki węglowe, tworzenie dodatkowych funduszy pomocowych oraz system handlu emisjami. Efektem potrzeby globalnej koordynacji działań może być postulat stworzenia rządu globalnego. Polityka klimatyczna może być także elementem walki konkurencyjnej między rządami oraz wspieranymi przez nie firmami, głównie z sektora energetyki. Przykładowo — największym orędownikiem opodatkowania węgla jest Francja, której energetyka bazuje w większości na bezemisyjnej energetyce jądrowej. Francja poniesie bardzo małe koszty polityki klimatycznej, natomiast kraje bazujące na tradycyjnej energetyce węglowej, takie jak Polska czy USA, będą ponosiły największe koszty. Z drugiej strony — jednym z większych orędowników walki ze zmianami klimatu jest Brazylia, która otrzymuje rocznie od społeczności międzynarodowej 21 mld dolarów dotacji na ratowanie lasów amazońskich, mimo że kraj ten należy do najdynamiczniej rozwijających się gospodarek na świecie, a lasy pustoszone są dla zysku przez lokalne firmy. Niewątpliwie największe koszty polityki wobec zmian klimatu poniosą zwykli obywatele, zarówno ci z krajów bogatych, jak i ci z krajów biednych. Ci pierwsi będą płacić coraz więcej za energię, a konkurencyjność ich biznesów znacznie spadnie, bowiem środki przeznaczane na rozwój będą musieli wydawać na walkę z dwutlenkiem węgla. Ci drudzy zaś zapłacą więcej za żywność, a społeczność międzynarodowa znów na kilkadziesiąt lat zamknie ich w ekologicznym skansenie. Ich sytuacja nie ulegnie poprawie, tak jak przez kilkadziesiąt ostatnich lat, bo organizacjom międzynarodowym nie udało się rozwiązać problemu głodu, chorób i ubóstwa za pomocą analogicznych metod.

Kopenhaskie zagrożenie Szczyt klimatyczny w Kopenhadze niósł duże zagrożenia dla obywateli i ich przyszłości. Do największych zaliczyłbym właśnie zwiększenie opodatkowania obywateli pod pretekstem walki ze zmianami klimatu. Według założeń powołanie dodatkowego funduszu pomocowego dla krajów ubogich na dostosowanie się do zmian klimatycznych (choć nikt nie wie jeszcze, co się pod tym kryje — faktycznie jest to kolejna zakamuflowana formy pomocy hu manitarnej) pochłonęłoby w latach 2010-2020 nawet 500 bln euro. Oznacza to, że każdy podatnik z krajów UE zapłaci dodatkowo 1000 euro na walkę ze zmianami klimatycznymi. Kolejnym zagrożeniem związanym z konferencją ONZ nt. Zmian Klimatu w Kopenhadze był projekt tzw. Traktatu Kopenhaskiego, zobowiązującego sygnatariuszy do drakońskich ograniczeń rozwoju gospodarczego poprzez całkowite wyeliminowanie przemysłowej produkcji dwutlenku węgla. Wreszcie ostatnie, największe zagrożenie wiąże się z próbą ukonstytuowania quasi-rządu globalnego, międzynarodowego ciała odpowiedzialnego za globalny rozdział uprawnień do emisji gazów cieplarnianych. Protokół Kopenhaski (czy innego rodzaju dokument) wszedłby w życie, zastępując Protokół z Kioto. Jeśli dokument podpisałaby większość krajów świata, musiałaby powstać instytucja międzyrządowa, odpowiedzialna za przydział uprawnień emisji do CO2, czym obecnie w Europie zajmuje się Komisja Europejska. Państwa-sygnatariusze cedowałyby na rzecz takiej instytucji część uprawnień związanych z procesem decyzyjnym dotyczącym dopuszczalnej emisji gazów cieplarnianych w danym okresie. Oznaczałoby to de facto, że instytucja międzynarodowa zyskiwałaby władzę decydowania o produkcji energii i przemysłu w danym kraju. W sensie strategicznym byłyby to uprawnienia decyzyjne kluczowe dla gospodarki danego kraju i poszczególnych przedsiębiorstw. Byłaby to faktycznie władza regulacyjna. Warto też zauważyć sposób, w jaki formowałaby się taka instytucja międzynarodowa. Powołana byłaby w szczytnym celu walki z katastrofą klimatyczną, zapewne zyskując poparcie obywateli. Ale byłoby to poparcie całkowicie hipotetyczne. Nie obowiązywałby bowiem jakiekolwiek procedury demokratyczne, pozwalające obywatelowi wpływać na wybieraną władzę. Ponadto nie istniałby żaden element kontroli społeczeństwa nad tym kolejnym, globalnym już szczeblem biurokracji. W ten sposób realizowałby się biurokratyczny postulat „suwerenności uczestniczącej” — czyli przejmowania przez instytucje międzynarodowe funkcji i uprawnień państw narodowych. Na szczęście w Kopenhadze nie doszło do podpisania wiążących dokumentów, a budżet pomocowy został w istotny sposób zredukowany, niemniej owo zagrożenie wróci podczas kolejnej konferencji klimatycznej w 2010 r., która odbędzie się w Meksyku. dr Tomasz Teluk Autor jest dyrektorem Instytutu Globalizacji. Opublikował książkę „Mitologia efektu cieplarnianego”, nagrodzoną przez amer ykańską ATLAS Economic Research Foundation prestiżową Templeton Freedom Award.

8

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE


T E M AT N U M E R U

Klimatyczne inter esy Polski i Niemiec W relacjach między Polską a Niemcami zwykle pojawiają się takie sprawy, jak współpraca wojskowa, inwestycje przygraniczne, wspólny podręcznik do historii i Centrum przeciw Wypędzeniom. Jest jeszcze inna bardzo ważna kwestia. Pakiet klimatyczny, który ma doprowadzić do ograniczania emisji dwutlenku węgla o 20% do 2020 roku.

T

ylko laik może pomyśleć, że chodzi tu wyłącznie o ochronę kwiatuszków czy czystość powietrza. Prawdziwe sedno sprawy to potężne interesy i wpływy, które można stracić bądź zyskać. Straty czy zyski, liczone w miliardach, to tylko jeden element całej misternej gry, jaką prowadzą Berlin i Warszawa. Zarówno Polska, jak i Niemcy chcą wywalczyć dla siebie ulgi związane z koniecznością kupowania uprawnień do handlu emisjami. Niemcy obawiają się większych kosztów dla przemysłu i przenoszenia zakładów pracy za granicę, z kolei Polska — znacznej podwyżki cen energii elektrycznej. Warszawa nie chciała wyrazić zgody na ulgi na rzecz Niemiec, które wiązały się z mniejszymi wpływami do funduszu solidarności. Właśnie z niego finansowana byłaby modernizacja elektrowni w nowych krajach członkowskich. Premier Donald Tusk po rozmowach z kanclerz Merkel zapowiadał nawet, że możliwe jest polskie weto w sprawie pakietu. Niemiecki konsensus Większość specjalistów prognozowała, że szczyt klimatyczny w Kopenhadze będzie raczej towarzyskim spotkaniem elit niż miejscem osiągnięcia prawdziwego porozumienia. Poza tym ostatnie spekulacje, że ocieplenie klimatu to tylko zmowa naukowców i polityków, zorganizowana po to, by wyciągnąć ogromne pieniądze, na pewno też nie pomogą. Zresztą z punktu widzenia Polski samo porozumienie za tzw. święty spokój jest najgorszym pomysłem. Ograniczenie emisji gazu jest o wiele bardziej uciążliwe dla Polski niż dla Niemiec. Polska

węglem stoi, a Niemcy już dawno przestawiły się na inne nośniki, zainwestowały w nowe technologie. Dlatego jeszcze przed szczytem klimatycznym zaostrzyły kurs na emisje CO2. Do 2020 roku chcą o 40% ograniczyć emisję gazu. Minister środowiska, Norbert Röttgen, wygłaszając przemówienie w niemieckim parlamencie, twierdził, że w Kopenhadze można będzie „pogodzić ekonomię z ekologią”. Powiedział, że „Kopenhaga jest także najważniejszą konferencją gospodarczą naszych czasów”. Argumentował, że inwestycja w innowacyjne rozwiązania w gospodarce to skuteczny i dobry pomysł na walkę z kryzysem ekonomicznym i klucz do wzrostu gospodarczego i dobrobytu Niemiec. Kanclerz Merkel zrobi wszystko, co tylko będzie w jej mocy, żeby nakłonić inne państwa do przyjęcia „jak najbardziej ambitnych rozwiązań”. A te ambitne rozwiązania to właśnie redukcja emisji CO2 na całym globie o 40% do 2020 roku. Co ciekawe, nawet opozycja wydaje się wspierać te cele niemieckiego rządu. Nie odnotowano, by SPD, Zieloni czy Lewica gwałtownie opierały się założeniom rządu Merkel. Nawet Zieloni, którzy tradycyjnie interesują się ekologią i klimatem, nie byli zbyt ostrym recenzentem. Ich szefowa, Renate Künast, zdobyła się jedynie na drobną uwagę, że Merkel wykorzystuje sprawy klimatu do pozyskiwania głosów elektoratu Zielonych. Hipokryzja czy ortodoksja? Międzynarodowa Konferencja Klimatyczna pod patronatem ONZ w Kopenhadze to miejsce, gdzie światowi przywódcy mieli się dogadać w sprawie sposobów przeciwdziałania globalnemu ociepleniu. Wszyscy wiemy, że najwięksi emitenci dwutlenku węgla, czyli USA i Chiny, chcą jak najmniejszych obciążeń. Polska popiera to stanowisko. Zbyt wielkie rygory dotyczące ochrony środowiska mogą doprowadzić do spowolnienia wzrostu gospodarczego, a co za tym idzie — sprowadzić biedę na zwykłych ludzi. Niemcy mogą sobie pozwolić na popieranie nawet większych ograniczeń, bo na tym ekonomicznie zyskają. Ich przewaga w sektorze technologii energii odnawialnej spowoduje, że będą niekwestionowanym liderem w jej eksporcie. Już dziś mocno dotują państwowymi pieniędzmi sektor energetyki odnawialnej. Na terenie Polski zdobywają coraz większy udział w rynku. W połączeniu ze stłamszeniem polskiego przemysłu związanego z wydobyciem węgla Niemcy mogą doprowadzić do uzależnienia od siebie naszego kraju. W Niemczech już dziś plany budowy elektrowni atomowej w Polsce budzą obawy. Poseł Partii Zielonych do Bundestagu, Bärbel Höhn, powiedziała: „My, Zieloni, uważamy budowę elektrowni atomowych za błędną drogę z punktu widzenia ekologii i ekonomii”. Dodała, że „o wykorzystywaniu potęgi atomowej każdy kraj sam decyduje”. Postawa Zielonych nie powinna tutaj nikogo dziwić. Ale nawet politycy niemieckich socjaldemokratów, także ci życzliwi Polsce, jak Angelica Schwall-Dürren, nie są zachwyceni pomysłem powstania za niemiecką wschodnią granicą elektrowni atomowej. Nietrudno sobie wyobrazić, co będzie się działo wówczas, kiedy projekt budowy elektrowni nabierze bardziej realnych kształtów, a do głosu dojdą nie tylko umiarkowani i sprzyjający Polsce niemieccy politycy, dziennikarze i ekolodzy. Polska nie może pozwolić sobie na to, aby w wyniku narzuconych drastycznych ograniczeń dopuścić do upadku przemysłu węglowego oraz zaniechania budowy programu wykorzystania energii atomowej i zdać się jedynie na energetykę odnawialną. To może spowodować poważne kłopoty ekonomiczne i zahamowanie rozwoju cywilizacyjnego Polski, która w dalszej perspektywie stanie się uzależniona, z jednej strony — od rosyjskich dostaw gazu i ropy, a z drugiej — od niemieckich technologii w energetyce odnawialnej. Chociaż być może, jak wskazuje niemiecki ekspert i przedsiębiorca Michael Korrf, w tej ostatniej dziedzinie Polsce nie musi grozić „uzależnienie”, bo oprócz Niemiec są także inni, np. Austriacy i Szwajcarzy. Niemniej lepiej stawiać na rozwój własnych technologii i przemysłu, niż opierać się tylko na innych. dr Krzysztof Tokarz GRUDZIEŃ 2009

9


T E M AT N U M E R U

AZJATYCKIE

„NIE” DLA OGRANICZANIA ROZWOJU Kraje azjatyckie z niechęcią spoglądają na gorliwą wiarę w modele klimatyczne, które nakazują walczyć z „globalnym ociepleniem”. Azjaci doskonale rozumieją, dlaczego należy chronić przyrodę i zapobiegać jej degradacji, ale patrzą na to przede wszystkim przez pryzmat rozwoju — w przeciwieństwie do Zachodu.

N

aukowcy nieustannie mówią nam, że globalne ocieplenie jest wynikiem działalności człowieka. Kto twierdzi inaczej, jest na bakier z wynikami współczesnej nauki. Dowody na to, że działalność człowieka powoduje ocieplenie klimatu, opierają się na naukowych modelach, co do których nie ma pewności, że są w pełni sprawdzalne. Obecnie świat nauki ma jednak spory kredyt zaufania u polityków. Co ciekawe, odwrotna sytuacja miała miejsce w latach 70. Wtedy to powstał Raport Rzymski, który był efektem pracy kilku znanych naukowców, twierdzących, że Ziemię czeka globalna katastrofa. Raport został miażdżąco skrytykowany przez prasę naukową, ale przyjęty entuzjastycznie przez media. Teraz mamy sytuację przeciwną. To prasa naukowa dosyć jednoznacznie pisze o globalnym ociepleniu, a media przyjmują temat sceptycznie. Historia walki z globalnym ociepleniem liczy sobie nie więcej niż dwie dekady. W 1997 roku na konferencji w Kioto wynegocjowano uzupełnienie Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych dotyczącej Zmian Klimatycznych, które w powszechnym obiegu funkcjonuje pod nazwą Protokołu z Kioto. Ma on doprowadzić do takiej redukcji pięciu gazów (określanych mianem cieplarnianych), która do 2050 roku zapobiegnie dalszemu podnoszeniu się średniej temperatury na Ziemi. Traktat wszedł w życie 16 lutego 2005 r. Protokół z Kioto jest prawnie wiążącym porozumieniem, w ramach którego kraje uprzemysłowione są zobligowane do redukcji ogólnej emisji gazów powodujących efekt cieplarniany o 5,2% (w porównaniu z rokiem 1990) do roku 2012. Na szczycie w Kopenhadze w grudniu tego roku miał powstać nowy projekt „walki z globalnym ociepleniem”. Jednak pesymiści już wieszczą, że najwięksi gracze nie zdążą niczego ustalić przed 2012 r., kiedy bezpośrednio wygasa Protokół z Kioto, nakazujący redukcję emisji CO2.

10

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

Kraje azjatyckie nigdy nie przestrzegały Protokołu z Kioto i nie ograniczały emisji gazów cieplarnianych. Istnieje wiele powodów takiego stanu rzeczy. Przede wszystkim absurdalność ograniczania się w momencie, gdy istnieje zwiększony popyt na energię, ale także fakt, iż Azja obwinia Zachód o dewastację środowiska. Państwom azjatyckim nie podoba się również międzynarodowe lobby urzędniczo-prawne zarządzające „walką z globalnym ociepleniem”. Wytwarza ono bowiem ponadnarodowe powiązania, które prowadzą do zobowiązań ograniczania rozwoju. Ostatni i być może najważniejszy powód jest dość prozaiczny. Azjaci nie wyobrażają sobie, że może u nich być jeszcze cieplej. Poza tym — jeżeli nawet, to kto to odczuje? Azja czuje się oszukiwana Kraje azjatyckie, w tym Indie i Chiny, są zdecydowanie niechętne podpisaniu nowego międzynarodowego układu klimatycznego, który zastąpi protokół z Kioto w 2012 roku. Powodów jest wiele. Uzasadniają to faktem, że bogate kraje nie dają przykładu w wypełnianiu ustaleń o redukcji emisji dwutlenku węgla. Azja kładzie jednak nacisk przede wszystkim na irracjonalność takiej polityki w warunkach dynamicznego wzrostu gospodarczego i zwiększającego się popytu na energię. Kraje azjatyckie najzwyczajniej nie mogą pozwolić sobie na spowolnienie rozwoju gospodarki. Mimo to, zdaniem przedstawicieli Chin oraz Indii, jest możliwa wspólna walka z globalnym ociepleniem — pod warunkiem, że kraje rozwinięte wezmą pod uwagę wdrożenie systemu redukcji zanieczyszczeń, wyznaczanego na podstawie przelicznika CO2 per capita. System taki zakładałby, że kraje walczyć będą z niedotlenioną atmosferą zgodnie ze swoim stopniem rozwoju. Na to nie chce zgodzić się Zachód. System, w którym wkład poszczególnych państw był uzależniony albo od ich dochodu narodowego, albo od zaangażowania w pomoc rozwojową, jest absurdalny, zakłada bowiem, że walka z globalnym ociepleniem jest ważniejsza od efektów. Świat zdaje sobie sprawę, że kluczowym graczem są Chiny. Chińska Republika Ludowa ostatnimi czasy boryka się z dwoma poważnymi problemami: kryzysem ekonomicznym na świecie, osłabiającym eks-


T E M AT N U M E R U port produktów chińskich, oraz degradacją środowiska. W nie najlepszym stanie jest powietrze w wielkich miastach, rzeki i inne akweny są mocno zanieczyszczone. Szacuje się, że straty spowodowane mniejszą produktywnością Chińczyków, wywołaną przez zanieczyszczenie powietrza, rocznie kosztują ich kraj średnio 5% PKB. Problem więc istnieje. Chińczycy mają świadomość tego stanu rzeczy ijuż zaczęli prowadzić zdecydowaną politykę promującą środowisko naturalne. Wyższe od rynkowych stawki za zieloną energię, ulgi podatkowe oraz dopłaty do rozwoju energetyki odnawialnej — to wszystko sprawia, że w najbliższym czasie wytworzy się w Chinach silny społeczny nacisk i temat będzie śmielej podejmowany. Obecnie dwie największe na świecie firmy tworzące turbiny i generatory do elektrowni wiatrowych, Goldwind i Sinovel, są firmami chińskimi, w części finansowanymi z pieniędzy rządowych. Wszystkim kieruje chińska Państwowa Komisja ds. Rozwoju i Reform. Problem Chin jest jednak znacznie poważniejszy, niż mogłoby się wydawać. Gospodarka tego kraju jest uzależniona od węgla. Ponad 40% światowego zużycia węgla przypada na ChRL, która jest też jego największym importerem na świecie. Jeszcze dwa lata temu w Państwie Środka budowano jedną ogromną elektrownie węglową co trzy dni. Teraz, z powodu kryzysu ekonomicznego, tempo nieco spadło, lecz wciąż jest imponujące. W 2-3 lata powstaje tam tyle nowych elektrowni, ile jest zbudowanych w Polsce. Wszystko napędza rozwój gospodarczy. Dlatego też istotne zmiany w zmniejszeniu udziału węgla w światowej energetyce mogą nastąpić dopiero po roku 2020. Do tego czasu Państwo Środka nie zmieni perspektywy i będzie unikać odpowiedzialności w walce z globalnym ociepleniem. Z podobnego założenia wychodzą inne kraje, w tym Indie i Indonezja.

stężenie CO2 w atmosferze wynosi 388 ppm i co roku rośnie o kolejne 2 ppm. Chiny całkiem otwarcie oczekują, że bogate kraje zaczną świecić przykładem i zmniejszą emisje gazów cieplarnianych do 2020 roku o 40% w stosunku do poziomów z lat 90. oraz zaproponują finansową pomoc krajom rozwijającym się. Państwo Środka oficjalnie domagało się takich ustaleń na konferencji w Kopenhadze. Azja więc wyraźnie daje do zrozumienia, aby to kraje rozwinięte wzięły na siebie odpowiedzialność za redukcje emisji. Na to Zachód się zgodzi, zwłaszcza że bardzo prawdopodobne jest, iż także USA przyjmą podobny schemat handlu emisjami CO2, jak unijny ETS.

Gdzie jest miejsce Polski?

Los świata zależy od Chin Ilość dwutlenku węgla emitowanego do atmosfery od roku 1980 wzrosła w Chinach o 400%. Obecnie wzrost gospodarczy nie nadąża za zużyciem energii. W ilości emitowanych gazów cieplarnianych Chiny prześcignęły już USA i stały się światowym liderem. Jest bardzo prawdopodobne, że za 25 lat kraj ten będzie emitował więcej niż cała uprzemysłowiona reszta świata razem wzięta. Jeżeli wierzyć naukowcom i ich modelom, to nie będzie szansy na zachowanie obecnego stanu 350 ppm CO2 w atmosferze ziemskiej, którego utrzymanie ma zapobiec zmianom klimatu. Naukowcy policzyli, że obecnie średnie

Jednocześnie obywatele krajów Unii już zaczynają postrzegać „walkę z globalnym ociepleniem” nie jako działanie na rzecz środowiska, lecz jako mechanizm wysysania ogromnych pieniędzy z rynku. Naukowcy z brytyjskiego think tanku Open Europe zauważyli, że cały system jest mało przejrzysty i wprowadza się go zbyt szybko, nie może być więc efektywnym sposobem na walkę z globalnym ociepleniem. Najciekawsze jest to, że jedyną grupą krajów (nie licząc krajów skandynawskich), w których emisja zdecydowanie się zmniejszyła, są kraje byłego ZSRR i Polska, które dzięki reformom gospodarczym na początku lat 90. znacząco zmniejszyły emisje. Można więc rzec, że w świetle protokołu z Kioto Polska jest jednym z europejskich, a nawet światowych liderów w walce z globalnym ociepleniem. Poza nami jedynie Niemcy i kraje skandynawskie zanotowały jakiekolwiek sukcesy w redukcji emisji CO2. Niestety, przewodzenie w tej dziedzinie nic dobrego Polsce nie przyniosło. Uczestnictwo w „lidze walki z globalnym ociepleniem” jest obciążone dużymi kosztami przystosowawczymi, które muszą ponosić polskie firmy, podczas gdy inni dymią i zatruwają Ziemię bezkarnie. Powstaje pytanie, czy w świecie, w którym wszyscy kłamią, prawdomówny jest godny pochwały, czy jest zwykłym frajerem. Bo jeżeli to drugie, to po raz kolejny okazuje się, że nie warto być prymusem. Nic dziwnego, że Polacy, podobnie jak Azjaci, czują się oszukiwani przez Zachód. Badania statystyczne pokazują, że w Europie to Polacy i Litwini są najmniej chętni do walki z globalnym ociepleniem. Podobnie jak Azjaci uważamy, że „globalne ocieplenie” może być niepotwierdzonym wymysłem. A rzeczywistość jest taka, że model naukowy prawdy nie powie — z powodu ograniczonej liczby zmiennych, które bierze się pod uwagę przy tworzeniu modeli. Reszta jest polityką. Sergiusz Prokurat

GRUDZIEŃ 2009

11


G O S P O D A R K A K RY Z Y S tym śmielej wydajemy nasze oszczędności. Jak wynika z badań firmy Deloitte, ponad 60% Polaków planuje większe lub co najmniej równe ubiegłorocznym wydatki świąteczne. Nie oznacza to jednak całkowicie frywolnego podejścia do kwestii zachowania rygoru budżetu domowego. Z kolejnych przeprowadzonych w ostatnim czasie badań wynika, iż Polacy w tym roku skrupulatniej planują swoje wydatki świąteczne i aż 66% ma zamiar na ten cel stworzyć odrębny budżet. Struktura „choinkowego” popytu ulegnie jednak w tym roku zmianie. Zdaniem przedstawicieli sieci handlowych Polacy postawią na pragmatyzm kosztem rezygnacji ze świątecznej fantazji. Choć wydatki będą większe, to i bardziej przemyślane, co mogłoby wskazywać, iż jednak w czasie świąt będziemy starali się zaspokoić nasze potrzeby średnioterminowe. Z badań firmy GfK Polonia wynika, iż 46% Polaków planuje wydać w tym roku od 200 do 500 zł na zorganizowanie świąt. W roku 2008 roku jedynie 37% deklarowało wydanie takiej kwoty. Wydatki na prezenty w przedziale od 100 do 500 zł poniesie 54% Polaków.

W święta kryzysu boimy się mniej

Przyzwyczajenie, tradycja, niezwykła atmosfera życzliwości — to jedynie wybrane przyczyny szału zakupowego, któremu poddają się konsumenci na całym świecie w okresie świąt, szczególnie Bożego Narodzenia.

O

kres wzmożonych wydatków konsumentów to jednocześnie czas największych przychodów sprzedawców. W przypadku niektórych branż 3 tygodnie przedświąteczne stanowią ekwiwalent całego kwartału pod względem zrealizowanych przez sprzedawcę zysków. Zgodnie z szeregiem badań zachowań konsumentów — bez względu na koniunkturę wydatki w okresie świąt wzrastają w stosunku do średnich miesięcznych wydatków gospodarstwa domowego. Różnice pojawiają się już w porównaniach rocznych, kiedy zastanawiamy się nad wielkością i strukturą popytu konsumentów w danym okresie w porównaniu do tego samego okresu roku poprzedniego. Optymizm nad Wisłą, chłód na Wyspach Jak się okazuje, Polska jest w Europie jednym z liderów, zaraz po Ukrainie i tuż przez Rosją, pod względem tempa zmian planowanych w 2009 roku wydatków świątecznych. Polscy konsumenci zatem w porównaniach względnych okazują się pozostawać mało wrażliwi na groźby negatywnych skutków nadmiernych wydatków w czasie wciąż niewygasłego kryzysu. W ciągu najbliższych trzech tygodni planujemy wydać średnio 375 euro, czyli o 1,6% więcej niż w roku poprzednim. Czy jednak Polacy ten kryzys naprawdę odczuli?

12

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

Na pewno mniej niż Irlandczycy lub Brytyjczycy. Ich przezorność uległa znacznemu wzrostowi, szczególnie w ostatnim czasie. Mieszkańcy krajów zielonej koniczyny i piwa Guinness postanowili wydać w tym roku na zakupy świąteczne o ponad 22% mniej niż rok wcześniej, Brytyjczycy zaś zredukują swoje wydatki o ponad 17%. Jak wynika z przeprowadzonej na wyspach ankiety, 80% mieszkańców Wielkiej Brytanii zamierza w tym roku obniżyć wydatki na zakupy świąteczne. Średnia deklarowanych kwot, które zostaną przeznaczone na zakupy, oscyluje wokół 320 funtów. W rejonie Europy Środkowo-Wschodniej wydatki świąteczne w tym roku wzrosną jedynie o 0,6%. Ten skromny wzrost zaczyna nabierać jednak innego znaczenia w zestawieniu z ponad 6-procentowym spadkiem średnich zachodnioeuropejskich wydatków. O ile w naszej części Europy konsumenci zostawią w grudniu w sklepach około 415 euro tylko na zakupy świąteczne, o tyle zachodnioeuropejscy członkowie unijnej rodziny wydadzą o 285 euro więcej. Za przykład należy znowu podać Irlandię, w której wprawdzie przewidywany spadek wydatków jest największy, ale i najwyższy jest pułap, od którego ten spadek będzie liczony, w 2008 roku Irlandczycy wydali bowiem w okresie świątecznym średnio 1 110 euro. Nieustraszeni polscy konsumenci Kryzysowa apokalipsa nie straszy jednak Polaków. Wręcz przeciwnie. Im bliżej świąt,

Polacy, pomimo gorszej niż rok temu kondycji gospodarki, rezygnując z wydatków na dobra trwałego użytku, zostawią w sklepowych kasach więcej pieniędzy niż w grudniu 2008 roku. Jak wynika z badań GfK Polonia, połowa ankietowanych deklarowała zakup kosmetyków w charakterze prezentów, 38% zakup słodyczy, 34% nabycie zabawek, 27% zakup odzieży oraz 21% zakup książek itd.

Minister rolnictwa podjął specjalne kroki w kierunku zahamowania naturalnego w okresie świątecznym wzrostu cen żywności. Marek Sawicki złożył wniosek o powołanie do życia specjalnego zespołu, w skład którego mieliby wchodzić przedstawiciele ministerstwa, inspekcji handlowej oraz urzędu ochrony konku-


G O S P O D A R K A K RY Z Y S rencji i konsumentów. Zadaniem zespołu miałaby być kontrola poziomu cen żywności w sklepach w okresie świątecznym. Pod wnioskiem wciąż nie ma jednak podpisu premiera. Takie antyrynkowe organy kontroli cen funkcjonują już we Francji, na Litwie oraz na Węgrzech.

Warto przypomnieć, iż w 2008 roku Polacy wydali w okresie świątecznym 23 mld zł, a zatem o 10% więcej niż w roku 2007. Struktura popytu była bardzo zbliżona do planowanej w tym roku, co świadczyć może nie tyle o sezonowanych modach, co o Polaka ideowym podejściu do prezentu. W ubiegłym roku Polacy, Rosjanie, Łotysze, Rumuni oraz Czesi wydali na zakupy świąteczne 43 mld euro. Czy i w tym roku tak będzie? Nietrudno przewidzieć, iż Łotysze, Litwini lub Estończycy wydadzą znacznie mniej niż w roku ubiegłym. To właśnie te kraje w regionie najbardziej odczuły negatywne skutki kryzysu.

Analiza okresu wydatków świątecznych jest testem kondycji finansowej gospodarstw

domowych, zaś w czasie ogólnoświatowego spowolnienia stanowi rodzaj papierka lakmusowego, na którym prawdziwość deklaracji konsumentów zostaje zweryfikowana w sposób niepozostawiający złudzeń.

menci w skali globalnej przyzwyczaili się do oszczędzania w ciągu pierwszych 11 miesięcy tego roku, w związku z czym i wydatki świąteczne będą bardziej przemyślane i skromniejsze niż te z roku poprzedniego.

Amerykanie też skromniej Rynek amerykański jest szczególnie interesujący w analizie zachowań konsumentów w okresie wzmożonych wydatków. Tamtejsza gospodarka jest bowiem w ponad 75% zależna od wewnętrznego popytu. Okres świątecznego szaleństwa zakupowego zaczyna się za oceanem w kolejnym po Dniu Dziękczynienia dniu. Jest to zawsze piątek, nazywany czarnym. Przydomek taki uzyskał w 1966 roku w Filadelfii, kiedy to właśnie w wyniku rozpoczęcia sezonu przecen i wyprzedaży miasto zostało całkowicie sparaliżowane komunikacyjnie. Każdego roku w czarny piątek ponad 80 mln Amerykanów wyrusza na zakupy. W ubiegłym roku dwa pierwsze dni zakupowego szaleństwa w USA przyniosły łącznie 1,7 mld dolarów przychodów dla sprzedawców, zaś jedynie w czarny piątek sprzedaż internetowa wzrosła o 9% w stosunku do roku poprzedniego. Na „choinkowym” boomie skorzystały cztery główne portalowe zakupowe, czyli eBay, Amazon, Wal-Mart oraz Apple.

Ten rok jednak rozczarował amerykańskich sprzedawców. W czarny piątek sprzedaż wzrosła jedynie o 0,5% w stosunku do tego samego dnia w roku 2008. Eksperci spodziewali się niskiego tempa, ale nie aż takiego. Szacowano wzrost rzędu 1,6%. Już ubiegłoroczne tempo wzrostu sprzedaży w ten szczególny dla handlowców dzień było najniższe od 40 lat i wynosiło 3%. Według Michaela Niemira, głównego ekonomisty Międzynarodowej Rady Centrów Handlowych, konsu-

W USA, podobnie jak w Polsce, konsumenci wybiorą w te święta prezenty praktyczne, których użyteczność pozwoli na ich codzienną eksploatację w dłuższym okresie. Według amerykańskiej organizacji Customer Growth Partners sprzedaż odzieży w charakterze prezentu świątecznego wzrośnie w tym roku o 8,8%, podczas gdy w „tłustym” 2007 roku spadła o 11% na rzecz dóbr luksusowych. Kryzys wydaje się mniej dotkliwy w okresie wzmożonych zakupów. Koniunktura jest nakręcana wówczas sentymentami i przyzwyczajeniami konsumentów. Czy jednak nadmierne apetyty w dobie koniecznych oszczędności są uzasadnione? A może przesadna przezorność w sytuacji wciąż mglistej wizji kryzysu również niepotrzebnie hamuje popyt konsumpcyjny, jakże potrzebny w odbudowie gospodarki w takim kraju, jak np. USA? Na pytanie, które z podejść będzie rzeczywiście słuszne, odpowiedzieć będziemy mogli najwcześniej za kilka miesięcy. Tymczasem należy wyrazić nadzieję, iż tegoroczne „kryzysowe” zakupy świąteczne sprawiają nam tyle samo przyjemności, jak co roku, kładąc kolejną pokaźną cegłę w murze odbudowywanej konstrukcji światowej gospodarki. Grzegorz Kaliszuk GRUDZIEŃ 2009

13


U S A R O Z M O WA

Amerykanie są narodem dłużników — Opieka medyczna, ustawa klimatyczna, wydatki na wojsko — to elementy nieprzerwanego łańcucha działań opartych na finansowaniu deficytu. Nie sądzę, aby gospodarka mogła się podźwignąć, jeśli nadal będziemy upierać się przy tych rozwiązaniach — mówi w rozmowie ze „Stosunkami Międzynarodowymi” amerykański kongresmen, „champion wolności”, Ron Paul. Powszechna służba zdrowia, pakiet stymulacyjny, ustawa klimatyczna... Czy prezydent Obama próbuje tworzyć kolejny Nowy Ład? Nie, to tak naprawdę jest bardzo stary ład. Czasem myślę, że zamiast new dealu Amerykanie doświadczają raw dealu [raw deal (ang.) — gorsze traktowanie]. Demokraci od lat popełniają te same błędy. To samo zresztą dotyczy republikanów. Oni co prawda znacznie więcej mówią o ograniczeniu ogromnej biurokracji, ale przecież sami zrobili bardzo niewiele, żeby to zmienić. Rozbudowali rząd i złe programy ekonomiczne. Różnica polega na tym, że demokraci i Obama są bardziej wiarygodni w tym, co robią, bo oni naprawdę wierzą w słuszność podejmowanych przez siebie działań. I właśnie dlatego stan gospodarki nie ulega żadnej poprawie. I nie może ulec, skoro wprowadzane rozwiązania są tak naprawdę prostą konsekwencją działań, które doprowadziły do obecnego bałaganu. Opieka medyczna, ustawa klimatyczna, wydatki na wojsko — to właśnie elementy nieprzerwanego łańcucha działań opartych na finansowaniu deficytu. Nie sądzę, aby gospodarka mogła się podźwignąć, jeśli nadal będziemy upierać się przy tych rozwiązaniach. A może jest tak, że Amerykanie chcą wreszcie robić to, co inne kraje, i dlatego postawili na program aktywnej roli rządu w gospodarce? Nie sądzę. Musimy zdać sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy narodem wierzycieli. Staliśmy się narodem dłużników i jesteśmy winni innym pieniądze. Ciekawe, że duża część Amerykanów nadal spogląda na Chiny nieco z góry. A przecież właśnie dzięki Chinom jesteśmy w stanie przetrwać. Kraj ten stał się naszym bankierem i pożycza nam nasze pieniądze. Tkwi w tym pewna ironia, ale niestety taki stan rzeczy nie może potrwać długo, jeżeli nie zmieni się polityka naszego kraju. 14

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

Miliony ludzi protestują przeciwko polityce Obamy na tzw. wiecach Tea Party, Rand Paul [syn Rona Paula — przyp. red.] i Peter Schaff [doradca ekonomiczny Rona Paula — przyp. red.] startują w przyszłorocznych wyborach do Senatu, pojawia się coraz więcej oddolnych inicjatyw. Dzięki Panu i Pana kampanii ruch wolnościowy w USA rośnie w siłę. Czy uważa Pan, że może to w najbliższej przyszłości zmienić Amerykę lub przynajmniej Partię Republikańską? Miejmy taką nadzieję. I niestety jest to swego rodzaju wyścig z czasem. Jeśli w przyszłości ma nas czekać naprawdę poważny kryzys gospodarczy, nie jesteśmy na to przygotowani, gdyż wciąż kontynuujemy to, co robiliśmy do tej pory. Rzeczywiście od jakiegoś czasu rośnie zainteresowanie moimi poglądami. Szczególny oddźwięk znajduje to w kampusach uniwersyteckich. Jednak trudno się spodziewać, aby to, co głosimy, zostało przetłumaczone na język realnej polityki i konkretnych zmian w polityce rządu. Kiedy mówimy o istocie wolności, wolności ekonomicznej i osobistej oraz zmianie stylu rządzenia, nie trafia to niestety do większości republikanów. Trafia natomiast do młodych i niezależnie myślących ludzi, którzy rozumieją istotę problemu. Ruch wolnościowy inspiruje zatem młodych i niezależnych ludzi, niekoniecznie wywodzących się ze środowiska republikanów. Mogę się zatem cieszyć dużym poparciem, ale niekoniecznie wśród tych, którzy biorą udział w republikańskich prawyborach. Głównym bodźcem Pana działań w Kongresie jest Ustawa o Rezerwie Federalnej. Czy mógłby Pan krótko wyjaśnić, w jaki sposób Rezerwa Federalna (FED) ponosi odpowiedzialność za kryzys gospodarczy i dlaczego tak ważne jest, aby ujawnić wszelkie kulisy jej działania? Ponieważ to właśnie oni stworzyli potwora! To przez nich pojawiły się problemy i bańki spekulacyjne. A tworzenie pieniędzy i kredytów z niczego skłoniło ludzi do podejmowania błędnych decyzji: budowania zbyt wielu domów i hoteli, wydawania zbyt wielu pieniędzy w różnych dziedzinach. Ale to może trwać tylko jakiś czas. Na tym polega ekspansywna faza tego cyklu. Cykl został stworzony sztucznie i doszło do momentu, kiedy nadchodzi załamanie. Tak działa prawo ekonomii. Politykom to prawo się nie podoba, ponieważ wolą utrzymać stały wzrost i móc wydawać więcej pieniędzy. Myślą, że można to robić bez końca. Ich prawa ekonomii działają na zasadzie: „Za dużo domów? Trzeba to skorygować”. Dlatego nie są w stanie rozwiązać takich problemów, jak cykl koniunkturalny, inflacja czy wysokie bezrobocie, bez zwrócenia się w stronę Rezerwy Federalnej. Pomimo że wiele mówi się dzisiaj na temat kryzysu i sposobów, jak za pomocą legislacji uniknąć tego typu problemów, to nie mowy o tym, żeby pozbyć się FED-u. Mówi się za to o regulacjach: gdybyśmy mieli więcej nadzoru, policji i kontroli, udałoby nam się zapobiec niektórym wypadkom. Niestety nie. Możemy mieć więcej narzędzi kontroli i więcej biurokracji, ale to nie jest w stanie w żaden sposób nam pomóc. Dla Polaków bardzo istotna pozostaje kwestia wiz imigracyjnych do USA. Czy nie wydaje się Panu, że amerykańska polityka imigracyjna jest zbyt rygorystyczna? To prawda. Jeśli chodzi o wizy, ja byłbym bardzo hojny. Uważam, że ludzie powinni mieć możliwość przyjazdu do USA, a nawet podjęcia pracy. Natomiast byłbym dużo bardziej ostrożny w kwestii tych, którzy przyjeżdżają do Stanów nielegalnie lub legalnie i dostają amerykańskie obywatelstwo. Wiele osób nielegalnie przekracza południową granicę, sprowadza rodziny i korzysta z bezpłatnej opieki zdrowotnej i edukacji. To tak jakbyśmy mówili: „Skoro nie możemy odesłać cię z powrotem, zrobimy z ciebie naszego obywatela”. A przecież ci ludzie złamali prawo. I to jest właśnie podejście, które chciałbym zmienić. Zatem z jednej strony — więcej wiz i zezwoleń na pracę, z drugiej — niedopuszczanie do sytuacji, w której ktoś przyjeżdża nielegalnie i nagle może głosować i korzystać z pełni praw obywatelskich.


U S A R O Z M O WA Innym wyjściem mogłoby być ograniczenie programów opieki społecznej... Tak, to jest właściwe rozwiązanie. Ograniczyłoby to wygórowany entuzjazm wobec przyjazdu do USA i zwiększyło chęć niektórych ludzi do pracy. We wrześniu Stany Zjednoczone postanowiły ostatecznie zrezygnować z planu budowy tarczy antyrakietowej w Polsce. W oczach polskiej opinii publicznej, w tym tych, którzy wierzyli, że USA są gwarantem naszego bezpieczeństwa, decyzja ta była szokująca. Czy polski lęk jest uzasadniony? Rozumiem, że Polacy chcą, żeby Ameryka czuwała nad ich bezpieczeństwem...? Tak. Wielu Polaków uważa, że Stany mogą być jedynym gwarantem naszego bezpieczeństwa. Nie bardzo możemy polegać na Niemczech czy Rosji... Te kraje nie bardzo mogą polegać na samych sobie. Ale spójrzmy na Szwajcarię. Wielka armia i zupełnie inne podejście. To tak jak w tej historii, w której Niemiec mówi do Szwajcara po II wojnie światowej: „Mieliśmy ogromne wojsko przy waszej granicy. Dwa razy więcej żołnierzy niż obywateli waszego kraju. Mogliśmy was zaatakować. Co byście wtedy zrobili?”. Na co Szwajcar odpowiada: „Kazalibyśmy naszym obywatelom strzelać dwa razy częściej”. Innymi słowy — Szwajcarzy trzymali broń w swoich domach i byliby w stanie obronić się sami. To szczególnie ważne, kiedy zmawiają się przeciwko tobie Rosja i Niemcy...

Dużo gorzej, ponieważ centralne zarządzanie jest wrogiem wolności. Rząd powinien być jak najmniejszy i zaprojektowany dla jednego celu: obrony wolności. Jednak prawie od razu po rewolucji amerykańskiej i ogłoszeniu konstytucji rząd zaczął systematycznie rosnąć i zajmować się rzeczami, którymi nie powinien się zajmować. Im mniejszy i bardziej lokalny rząd, tym lepszy. Niestety, nasz kraj zmierza w kierunku, gdzie decyzje podejmowane są przez rząd federalny, ale także ONZ, Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Bank Światowy. To oznacza więcej biurokracji i regulacji, a to wszystko podważa naszą wolność. Wspaniale byłoby, gdyby na świecie istniało miejsce, gdzie ludzie praktykują wolny handel i swobodę poruszania się. Jednak to wszystko musi odbyć się dobrowolnie. Błędne jest założenie, że potrzebujemy rządu, który będzie nam mówił, co mamy robić. Zawsze byłem pesymistą, jeśli chodzi o sukces Unii Europejskiej. Ludzie powinni zbliżać się do siebie dobrowolnie. Jestem zwolennikiem powrotu do parytetu złota. Nie chcę natomiast waluty takiej jak euro, ponieważ narzuca ją bank centralny. Prawdziwy globalizm byłby czymś dobrym i korzystnym — ale globalizm, który opiera się na ekspansji rządu o jak największych rozmiarach i zasięgu jest bardzo niebezpieczny.

Pamiętam wystąpienie byłego ministra obrony [Romualda Szeremietiewa — przyp. red.], który prawo do posiadania broni argumentował faktem, że w razie ataku agresor potrzebowałby dwadzieścia razy więcej żołnierzy niż uzbrojonych obywateli Polski, co w znacznym stopniu zniechęciłoby obce siły do agresji przeciwko nam. To prawda. Żydzi w hitlerowskich Niemczech nie mieli broni. Być może gdyby oni wszyscy mieli wówczas broń, tak wielu nie zginęłoby w komorach gazowych. Ktoś kiedyś powiedział, możliwe, że to był Niemiec: „Nigdy nie zamierzaliśmy zaatakować Stanów Zjednoczonych, bo wiedzieliśmy, że trzymają tam broń w każdym gospodarstwie domowym”. Minęło dwadzieścia lat, odkąd runął Mur Berliński. Prezydent Ronald Reagan odegrał niezwykle ważną rolę w tym procesie. Jak ocenia Pan jego wysiłki na rzecz obalenia komunizmu? Szczerze mówiąc, nie doceniam jego roli w takim stopniu, jak robią to inni. Dużo bardziej cenię na przykład austriackiego ekonomistę Ludwiga von Misesa za jego zdolność rozumienia i przewidywania istoty tego systemu. On wiedział, że socjalizm szwankuje, wykazuje braki i wkrótce upadnie. Przewidział to, że system sowiecki się rozpadnie. Stało się tak, ponieważ rozpad tkwił w samej teorii socjalizmu. Taki był prawdziwy powód upadku: system się wypalił, polityka zagraniczna zawiodła. Odniesiono porażkę w Afganistanie. To na pewno pomogło Reaganowi, ale mówi się, że była to zasługa jego wielkich wydatków na walkę z komunizmem. Do mnie ten argument nie trafia. Do tego cały ten interes przyczynił się do powstania finansowej bańki w kraju: finansowania deficytu, drukowania pieniędzy i tym podobnych praktyk. Nie sądzę, że konieczne było, aby podwoić czy potroić ilość wyprodukowanej broni. Kompleksowi wojskowoprzemysłowemu prawdopodobnie nie spodobałoby się to, co mówię, ale uważam, że na obalenie komunizmu większy wpływ miały prawa ekonomii niż Reagan. Pierwszego grudnia wszedł w życie Traktat Lizboński. Oznacza to, że będziemy mieć w Europie nowe quasi-federalne superpaństwo. Jak w tym procesie unifikacji przedstawia się sprawa wolności?

Czy planuje Pan kandydować w wyborach prezydenckich w 2012 roku? Na razie, w przyszłym roku, planuję znowu ubiegać się o miejsce w Kongresie. Dziękuję za rozmowę. W Waszyngtonie rozmawiał Jacek Spendel Współpraca: Anna Bertowska Ron Paul zasiada w Izbie Reprezentantów, z przerwami, od 1976 roku. W ubiegłym roku ten 74-letni kongresmen z Teksasu wstrząsnął amer ykańską sceną polityczną, ubiegając się o nominację jako republikański kandydat na urząd prezydenta. Podważył niemal wszystkie dogmaty obecnej polityki USA, czym przysporzył sobie ogromnej rzeszy hałaśliwych zwolenników. Jego wyraziste poglądy na kwestie amer ykańskiego militar yzmu, przeregulowanej gospodarki czy zagrożeń dla wolności obywatelskich wywołały prawdz iwą burzę w oboz ie republikanów. Dz isiaj jest niekwestionowanym liderem amer ykańskiego ruchu wolnościowego. Ron Paul jest autorem 18 książek, w tym najnowszego bestsellera „End the FED”. W republikańskich prawyborach najlepszy wynik uzyskał w stanie Montana, gdzie z wynikiem 25% zajął drugie miejsce. Obecnie jego najpoważniejszą inicjatywą jest legislacja ustanawiająca audyt Rezerwy Federalnej (banku centralnego Stanów Zjednoczonych), którą popiera znaczna większość Izby Reprezentantów i 79% społeczeństwa.

GRUDZIEŃ 2009

15


U N I A E U R O P E J S K A P R AW O Wobec powyższego Trybunał nie dopatrzył się, by Traktat nadawał państwowe cechy Unii Europejskiej. Z perspektywy niemieckiego porządku prawnego Traktat Reformujący jest tylko poszerzeniem istniejącej ponadnarodowej współpracy i nie zmienia tego fakt nabycia przez Unię osobowości prawa międzynarodowego. „Esencja państwowości Niemiec” jest więc chroniona, terytorium państwowe pozostaje przypisane jedynie Republice Federalnej, nie istnieją wątpliwości co do nieprzerwanego istnienia państwa Narodu Niemieckiego. Byt państwa suwerennego jest zabezpieczony poprzez reguły przeniesienia i delimitację kompetencji. Wymaga to jednak uchwalenia prawa, które będzie czyniło zadość wskazówkom Trybunału.

Federalny Trybunał Konstytucyjny Republiki Niemiec wydał w czerwcu 2009 r. wyrok w sprawie zgodności tzw. Traktatu z Lizbony z Ustawą zasadniczą i konsekwencji jego ratyfikacji dla porządku prawnego Republiki Niemieckiej. W orzeczeniu, które wywołało dość dużą konsternację zarówno w Niemczech, jak i innych państwach europejskich, podjęto kwestię proporcji między zakresem kompetencji przekazywanych przez Państwo Niemieckie Unii Europejskiej a zakresem suwerenności państw i zwierzchniej roli parlamentów nad władzą wykonawczą działającą w stosunkach z UE. Niemcy, w przeciwieństwie do Polaków, podeszli do tej kwestii poważnie.

T

rybunał swój wywód rozpoczął od stwierdzenia, za art. 23 Ustawy zasadniczej RFN z 1949 r. (dalej: Konstytucji RFN), że Unia Europejska jest organizacją suwerennych państw narodowych (Verbindung souverän bleibender Staaten), a władze federalne mogą, poprzez ustawę wymagającą zgody Bundesratu, przekazać jej pewne „prawa suwerenne” (die Hoheitsrechten — takie pojęcie pojawia się w art. 23 ust. 1 Konstytucji RFN, w polskiej terminologii za art. 90 ust. 1 Konstytucji RP można użyć określenia „kompetencji organów władzy państwowej w niektórych sprawach”, choć w moim odczuciu nie są to pojęcia w pełni ekwiwalentne). Samo przeniesienie „praw suwerennych” odbywa się poprzez traktat prawa międzynarodowego zawartego między państwami i w drodze ustawy krajowej ratyfikującej traktat. Wiedzieć trzeba, że — obok ustawy ratyfikującej Traktat — 24 kwietnia 2008 r. przyjęte zostały ustawy: ustawa nowelizująca Ustawę zasadniczą i ustawa rozszerzająca i wzmacniająca uprawnienia Bundestagu i Bundesratu w sprawach Unii Europejskiej (odpowiednio: das Gesetz zur Änderung des Grundgesetzes i das Gesetz über die Ausweitung und Stärkung der Rechte des Bundestages und des Bundesrates in Angelegenheiten der Europäischen Union), zaakceptowane przez Bundesrat. Druga z ustaw „towarzyszących” ustawie ratyfikacyjnej miała na celu stworzyć instrumenty prawne jako warunek konieczny do pełnego korzystania z praw w partycypacji, które zostały przyznane Bundestagowi i Bundesratowi przez Traktat z Lizbony, czyli kompleks uprawnień proceduralnych, na czele z prawem do wydania tzw. umotywowanych opinii (Subsidiaritätsrüge), mających zabezpieczyć ochronę zasady subsydiarności. Ocena Traktatu z Lizbony Ocena Traktatu była umiarkowanie entuzjastyczna; jak przyznał Trybunał, Traktat ten m.in. wzmocni prawo obywateli i ich stowarzyszeń, także prawa parlamentów krajowych i regionów. Z orzeczenia jednak wynika niezbicie, ze Traktat musi zostać na gruncie porządku prawnego Niemiec uzupełniony normami, które rozwiną go w takim kierunku, by prerogatywy Bundestagu i Bundesratu pozostały niezachwiane i by pogłębianie integracji było w pełni kontrolowane przez krajową legislatywę. 16

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

Jak Niemcy  dbają o swoje  interesy  Najważniejsze tezy wyroku: Kwestia „prymatu konstytucji” 1. Konstytucja RFN nie upoważnia organów Republiki Federalnej do przekazania „praw suwerennych” w taki sposób, że ich użycie może powołać inne kompetencje Unii Europejskiej. Zakazuje więc przekazania kompetencji do decydowania o własnych kompetencjach. Wobec poczynienia powyższych uwag oczywiste jest, że proces integracji musi być precyzyjny, tzn. jasno muszą być określone kompetencje organów unijnych i granice samej integracji z zachowaniem „tożsamości konstytucyjnej” Państw Członkowskich z wykluczeniem procesu przeniesienia na organy unijne kompetencji decydowania o własnych kompetencjach (Kompetenz – Kompetenz). 2. Postanowienia Traktatu i bezpośrednio obowiązujące akty prawne wydane przez instytucje wspólnotowe po ich wejściu w życie nie tylko automatycznie wyłączają stosowanie jakichkolwiek sprzecznych z nimi aktów prawa krajowego, ale również wykluczają przyjęcie przez parlament państwa członkowskiego nowych ustaw, które byłyby niezgodne z przepisami prawa wspólnotowego. Podstawy i uzasadnienie takiej praktyki były wątłe, choćby przez sam fakt, że przyjęcie absolutnego prymatu prawa wspólnotowego uderza w istotę konstytucji jako najwyższej karty praw. Jeżeli Unia Europejska państwem nie jest, to sama idea prymatu prawa stanowionego przez organy unijne nad przepisami prawa krajowego, niezależnie od ich rangi, jest błędna. 3a. Ustawę zasadniczą charakteryzuje najwyższa moc prawna i jest to absolutny kanon teorii prawa; b. Unia dysponuje jedynie takimi kompetencjami, jakie zostały jej przekazane wolą Państw Członkowskich; c. w procesie integracji obowiązuje reguła nemo plus iuris ad alium transferre potest, quam ipse habet, a oznacza to, że jedynym podmiotem uprawnionym do zmiany ustroju konstytucyjnego Republiki Federalnej jest Naród Niemiecki, a nie organy Republiki Federalnej. Prawo wspólnotowe ma pierwszeństwo przed ustawami krajowymi, gdyż ustrojodawca przewidział taką możliwość, a umocowane organy Republiki skorzystały z tej opcji. Ustrojodawca przewidział jednak prymat ustawy zasadniczej i żaden organ Republiki Federalnej — a tym bardziej Unii, która jest podmiotem pochodnym (powołanym przez Państwa Członkowskie) — nie dysponuje ani materialno-prawnym, ani formalno-prawnym uprawnieniem do jego zniesienia.


U N I A E U R O P E J S K A P R AW O 4. Przynajmniej w teorii uznać należy, że istnieć może prawo wspólnotowe, którego nie będzie można efektywnie wykonywać na terytorium Republiki Federalnej. Integracja europejska nie może skutkować powstaniem systemu, który zachwiałby demokratycznymi rządami w Niemczech lub też przyznał ponadnarodowej strukturze władzy publicznej jako takiej kompetencje do realizacji fundamentalnych wymogów demokratycznego ładu. Postulat pierwszy rozumieć należy jako ciągłą odpowiedzialność za integrację — prerogatywę przynależną konstytucyjnym organom Republiki Federalnej. 5. Państwa Członkowskie pozostają „Panami Traktatów” — bez względu na wszystko, aż do momentu formalnego powołania europejskiego państwa federalnego, a więc zmiany struktury demokratycznej legitymacji, co znów wymaga stwierdzenia explicite — i nie mogą zostać pozbawione prawa rewizji stosowania programu integracji. Stąd też Unia nie jest władna decydować sama o własnych kompetencjach i jej organy działają jedynie w granicach wyznaczonych umowami traktatowymi.

sel). Konstytucja przyjmuje suwerenność państwową, ona również ją gwarantuje. Wobec tego strukturalne podstawy państwa, jakich doszukać się należy w art. 20 Konstytucji, np. demokracja, praworządność, zasada państwa socjalnego, federalizm, a także esencja elementarnych praw podstawowych, która nieodzownie wymaga poszanowania godności ludzkiej, są odporne na wszelkie zmiany. Zresztą podobne stanowisko zajmował Trybunał we wcześniejszych orzeczeniach. W orzeczeniu tzw. Solange II z 1986 r. Federalny Trybunał Konstytucyjny wyznaczył granice integracji, mające na celu ochronę podstawowych struktur konstytucyjnych, które po pierwsze chronią zasadnicze osiągnięcia rozwoju prawa (np. ochrona praw zasadniczych, państwo prawa, państwo socjalne), a po drugie — tożsamość konstytucyjną Republiki Federalnej o której mowa powyżej. Struktury te nie mogą zostać usunięte lub w „swojej istocie” w jakikolwiek sposób naruszone.

Kwestia „zmiany prawa pierwotnego (traktatowego)” 1. Podkreślmy, że prawo opozycji parlamentów krajowych, w opinii Trybunału, nie jest wystarczającym ekwiwalentem dla wymogu ratyfikacyjnego, stąd też akceptacja przez przedstawiciela Rządu Federalnego w Radzie Europejskiej zawsze wymaga wydania prawa w ujęciu art. 23 ust. 1 zdanie drugie, a jeśli konieczne — zdanie trzecie, Konstytucji. Wprowadzono więc wymóg zatwierdzania zmian traktatowych w takim trybie, jak zmiana Konstytucji, a więc ustawą uchwalaną podwyższoną większością kwalifikowaną. 2. Wobec tego przedstawiciel Niemiec w Radzie Europejskiej jest umocowany jedynie do akceptacji tych poprawek Traktatu, które uzyskały aprobatę Bundestagu i Bundesratu, zgodnie z art. 23 Konstytucji RFN. Parlament jest ośrodkiem decydującym o pogłębieniu integracji europejskiej. Reprezentant Niemiec w Radzie Europejskiej lub w Radzie może zaakceptować nowele prawa pierwotnego w imieniu Republiki, jeżeli Bundestag — i w pewnych wypadkach Bundesrat — wyrazi na to zgodę. Nie dopuszcza się sytuacji, w której milczenie legislatywy mogłoby zostać odebrane — z punktu widzenia konkretnego sformułowania wymogu dotyczącego terminu — jako wyrażenie zgody. Kwestia „prymatu Trybunału Europejskiego” 1. Sądy unijne przypisały sobie kompetencje do interpretacji pierwotnego i pochodnego prawa wspólnotowego. Pomimo tzw. deklaracji nr 17 załączonej do Traktatu, odnoszącej się do pierwszeństwa prawodawstwa unijnego, Trybunał nie uznaje absolutnego pierwszeństwa prawa unijnego, choć sam — o dziwo — nie dopatrzył się w tej deklaracji zagrożeń dla wykonywania własnych kompetencji. Uznanie takiego stanu oznaczałoby utratę możliwości ochrony esencji „konstytucyjnej tożsamości” (verfassungsrechtliche Identität) przez Trybunał. Trybunał zawiesił co prawda korzystanie z generalnej kompetencji, którą pierwotnie przyjmował, do rewizji wykonywania prawa Unii Europejskiej w Niemczech, a dotyczącego standardów praw podstawowych zawartych w Konstytucji RFN. Zaufał więc orzecznictwu Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, jednak Trybunał Federalny uznawać będzie decyzje europejskiego odpowiednika jedynie „co do zasady”, „co do fundamentu” (grundsätzlich), a „tożsamość konstytucyjna Republiki” nie może zostać zakwestionowana przez prawo wspólnotowe. Kwestia „nadrzędności prawa unijnego” 1. Przyszły polityczny rozwój znajduje nieprzekraczalne granice w Konstytucji RFN, w tzw. klauzuli wieczności (Ewigkeitsklau-

Granice dla Traktatu z Lizbony Nie jestem przekonany, czy wyrok powstrzymał ewolucję Wspólnoty (Unii) w kierunku państwa federalnego, a taka jest logika procesu, jaki obserwowaliśmy przez ostatnie kilkadziesiąt lat w Europie. Komentowany wyrok utrzymuje natomiast utrwaloną linię orzecznictwa, wskazując na samodzielny charakter prawa wspólnotowego, które nie jest ani prawem międzynarodowym w tradycyjnym rozumieniu, ani też w żadnym razie prawem państwowym. Jednocześnie tworzy kanon wskazówek dotyczących „odpowiedzialnej integracji”, a więc respektującej prawa krajowej legislatywy, szczególnie w procesie zmian traktatowych, a także organizacji procesu współpracy pomiędzy władzą ustawodawczą a wykonawczą w perspektywie integracji. Sędziowie Trybunału postanowili również starannie wydzielić granicę pomiędzy kompetencjami instytucji unijnych a organami Republiki Federalnej. Wreszcie Trybunał podtrzymał swoje poprzednie stanowisko i odrzucił koncepcję nieograniczonego prymatu prawa unijnego. Wykładnia „przyjazna dla prawa europejskiego” nie może prowadzić do rezultatów sprzecznych z wyraźnym brzmieniem norm konstytucyjnych i niemożliwych do uzgodnienia z minimum konstytucyjnych funkcji gwarancyjnych. Trybunał Konstytucyjny nie uznaje więc możliwości zakwestionowania mocy obowiązującej normy konstytucyjnej przez sam fakt wprowadzenia do systemu prawa europejskiego sprzecznej z nią regulacji wspólnotowej. Przypomnijmy również, że Federalny Trybunał Konstytucyjny już wcześniej ostrzegał organy Unii, aby przestrzegały granic swoich kompetencji i nie stosowały zbyt daleko idącej wykładni norm upoważniających ultra vires. Normy te są bowiem następnie kontrolowane przez Federalny Trybunał Konstytucyjny, który może orzec o niemożności ich zastosowania na terytorium Republiki Federalnej Niemiec. dr Paweł Bała Obywatelski Komitet Inicjatywy Ustawodawczej „Europapatriarum”, działający w Polsce, zapowiedz iał zgłoszenie projektu ustawy zbliżonej do rozwiązań niemieckich, a więc wprowadzających „zasady odpowiedzialnej integracji”. Projekt ustawy, autorstwa dra Pawła Bały, jest precedensowy, stanowi mianowicie recepcję regulacji prawnych przyjętych przez Republikę Federalną Niemiec.

GRUDZIEŃ 2009

17


E U R O PA U K R A I N A Charyzmatyczna populistka

Wy ścig trwa Pięć lat po pomarańczowej rewolucji Ukraińcy znów pójdą do urn. Walka wyborcza ponownie dostarcza niezwykłych i oczywiście nie zawsze zdrowych emocji.

P

ięć lat temu cały świat wstrzymał oddech, śledząc losy „pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie. Ostateczne zwycięstwo „pomarańczowych” przyjęto z ogromną radością. Wielkie nadzieje wiązano z obejmującym wówczas władzę Wiktorem Juszczenką. Minęło 5 lat. Ukraina pogrążona jest w drugiej po odzyskaniu niepodległości koszmarnej recesji. Sam Juszczenko ma w sondażach od 2 do 4% poparcia. Czy w tych okolicznościach można w jakikolwiek sposób zapobiec powrotowi do władzy ancien régime’u i jego przedstawiciela, Wiktora Janukowycza? Jak wyglądają szanse kandydatów w zapowiadanych na 17 stycznia wyborach prezydenckich? Grypa na pomoc Julii W tym momencie stało się jasne, że walka rozegra się między Wiktorem Janukowyczem a Julią Tymoszenko, dwoma najpopularniejszymi obecnie ukraińskimi politykami. Jeszcze niedawno wydawało się, że murowanym faworytem tych wyborów jest kandydat Partii Regionów. Ale eksperci już wtedy przestrzegali przed wyciąganiem zbyt pochopnych wniosków. Wskazywali oni na dużą i zadziwiającą zdolność Tymoszenko do zyskiwania poparcia w ostatnich dniach kampanii. I rzeczywistość potwierdza te opinie. Pani premier zyskuje, a jej sojuszniczką niespodziewanie okazała się świńska grypa. Swoją postawą w dniach epidemii pani Tymoszenko zyskała kilka procent poparcia. Niektórzy twierdzą nawet, że epidemia została celowo rozdmuchana, aby Tymoszenko mogła się wykazać. Nie wydaje się, aby w tych plotkach było ziarno prawdy, ale już teraz widać, że zasiadanie na fotelu premiera może się okazać jej wielkim atutem w końcówce kampanii. Jaka jest wizja Ukrainy Julii Tymoszenko? Na pewno będzie się opowiadać raczej za euroatlantyckim kierunkiem ukraińskiej polityki. Ale nie wydaje się, by zdecydowanie odeszła od uprawianej dotychczas niemal nieustannie przez ukraińskich mężów stanu polityki „wielowektorowości”. Tym bardziej że wbrew radykalnej niekiedy retoryce stosunkowo dobrze dogaduje się z Rosjanami. Wszystko wskazuje na to, że — dzięki postawie pani premier — w tych wyborach nie poprą oni już tak radykalnie Janukowycza. Po pierwsze — w Moskwie uzmysłowiono sobie, że tak radykalne poparcie dla kandydata „niebieskich” w 2004 roku mogło być dla niego „pocałunkiem śmierci”. Po drugie — mówi się, że biznes to biznes, a z panią Tymoszenko najwyraźniej dobrze robi się Rosjanom interesy.

18

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

Jeżeli chodzi o politykę wewnętrzną, to tutaj Julia Tymoszenko jest prawdziwym fenomenem. Trudno znaleźć kraj, gdzie w obliczu takiej recesji urzędujący premier ma realne szanse na prezydenturę. Poza tym mimo tak radykalnego rozczarowania „pomarańczową rewolucją” kobieta nazywana swego czasu „księżniczką pomarańczowej rewolucji” wciąż jest bardzo popularna. Wydaje się, że złożyło się na to kilka czynników. Przede wszystkim demokratycznie i prozachodnio nastawiony elektorat z Zachodniej i Środkowej Ukrainy i tak w żadnym razie nie poprze Janukowycza. A do Tymoszenko zniechęcili się mimo wszystko mniej niż do Wiktora Juszczenki Oprócz tego pewna doza populizmu w polityce wewnętrznej dała jej duże uznanie w oczach mniej wyrobionego politycznie elektoratu. Wreszcie trzeba podkreślić, że Tymoszenko jest politykiem nietuzinkowym. Posiada ogromną charyzmę. Jedni ją uwielbiają, inni jej nienawidzą. Mało jest wobec niej obojętnych. Tych pierwszych jest na tyle dużo, że może wystarczyć na prezydenturę. Generalnie rzecz biorąc, w polityce wewnętrznej można się spodziewać posunięć populistycznych, natomiast trudno liczyć na tak niezbędne dla gospodarki reformy. Co gorsze, Julia Tymoszenko jest przez niektórych podejrzewana o zapędy dyktatorskie i nie muszą to wcale być obawy bezpodstawne. Nowy Janukowycz Jeżeli zaś chodzi o drugiego z głównych kandydatów, Wiktora Janukowycza, to robi on wszystko, by wykazać, że nie jest już tym samym Janukowyczem, co w 2004 roku. Nauczył się ukraińskiego i stał się zdecydowanie bardziej koncyliacyjny. Ta przemiana wydaje się w pewnym sensie szczera i nie wydaje się, żeby był on dużym zagrożeniem dla demokracji albo aby zamierzał gwałtownie zwrócić Ukrainę w kierunku Rosji. Ale po doświadczeniach 2004 roku osobiście nie dziwię się tym Ukraińcom, którzy Janukowyczowi zwyczajnie nie ufają. Warto też podkreślić, że choć jako prezydent nie zwróci się on raczej radykalnie w kierunku Rosji, to jego zwycięstwo pogrzebałoby ukraińskie marzenia o NATO. Sam Janukowycz deklaruje, że uczyni Ukrainę państwem pozablokowym. Widzimy więc, że ukraińskie wybory ponownie dostarczą dużych emocji i po raz kolejny wokół dwóch czołowych kandydatów odżyje podział na linii Wschód – Zachód. Niepokojące jest to, że Ukraińcy znów muszą wybierać między kandydatami z różnych względów bardzo kontrowersyjnymi. Bo wszystko wskazuje na to, że „czarnego konia” nie będzie. Z pewnością nie zostanie nim ciągle urzędujący prezydent Juszczenko, a pozujący na ukraińskiego Obamę Arsenij Jaceniuk (mający przez pewien czas wysokie poparcie) także zupełnie wypadł z gry. Poparcie dla pozostałych waha się w granicach błędu statystycznego. Także wiele wskazuje na to, że w prawie pewnej już drugiej turze Tymoszenko – Janukowycz wielu Ukraińców będzie musiało wybierać mniejsze ich zdaniem zło. Ktokolwiek wygra, ma szansę zyskać całość władzy i wprowadzić własną wizję państwa. Nam, Polakom, pozostaje wspierać ukraińską modernizację i reformy. Choć patrząc na osoby dwóch głównych kandydatów, trudno mieć nadzieję, by radykalna zmiana była możliwa. Łukasz Kołtuniak


GOSPODARKA UKRAINA

G A ZOW Y TRÓJKĄT Podczas gdy niektóre z państw europejskich mówią o konieczności dywersyfikacji źródeł energetycznych, większość członków UE stoi na stanowisku, że zacieśnienie współpracy w tym zakresie z Kremlem jest najlepszym rozwiązaniem. Polska przez ostatnie lata dała się poznać jako sceptyk takiej współpracy. Pomimo polskich działań zniechęcających do inicjatyw energetycznych z Rosją w roli głównej nie udało się zatrzymać mechanizmu napędzanego przez rosyjsko-niemiecki tandem.

dobrych i cywilizowanych stosunków z Rosją już teraz. Pierwszym krokiem w tym zakresie może być podpisanie wieloletnich kontraktów energetycznych. Ukraina nie może ograniczyć się wyłącznie do dwustronnych relacji — albo ukraińsko-rosyjskich, albo ukraińsko-unijnych. Jedynie trójstronna forma przyniesie najlepsze wyniki zarówno dla samej Ukrainy, jak i dla Rosji i UE, dla których Ukraina jest ważnym ogniwem w łańcuchu dostaw. Oprócz politycznego wymiaru warto zwrócić uwagę na stronę czysto gospodarczą. Reformy w tym zakresie są konieczne. Ukraiński Naftogaz — narodowy operator energetyczny — ciągle notuje straty, gdyż nie jest zarządzany profesjonalnie. Na osłabienie kondycji wpływają także działania polityków, którzy wykorzystują gaz w wewnętrznych rozgrywkach politycznych. W przeddzień wyborów prezydenckich gaz nadal pozostaje tanim surowcem, chociaż są racjonalne i ekonomiczne przesłanki ku temu, aby podniesiono taryfy. Jednak nikt z polityków nie chcę zniechęcać do siebie wyborców.

N

ie pomogły argumenty ekologiczne, ekonomiczne i polityczne. Te ostatnie zaważyły na poparciu kosztownych projektów alternatywnych szlaków dostaw surowców energetycznych do Europy z pominięciem nieprzewidywalnej Białorusi i niestabilnej politycznie Ukrainy. W ciągu ostatnich tygodni zostały pokonane ostatnie przeszkody w tym zakresie. Rządy Szwecji i Finlandii wyraziły zgodę na przebieg nitki Gazociągu Północnego przez ich wody terytorialne. Teraz projekt Nord Stream może ruszyć pełną parą. Podobnie ma się rzecz z Gazociągiem Południowym — wszystkie wątpliwości zostały rozwiane. Na tym jednak nie poprzestano. Rosja i Unia Europejska zawarły porozumienie o utworzeniu systemu wczesnego ostrzegania w wypadku ewentualnego kryzysu energetycznego. Porozumienie to w praktyce sprowadza się do udzielenia natychmiastowej informacji o ewentualnych zakłóceniach w dostawach ropy, gazu lub prądu elektrycznego. W dalszej kolejności możliwie będzie podjęcie wspólnych działań w celu rozwiązania problemu, jednak nie tylko na płaszczyźnie dwustronnej, ale także przy zaangażowaniu państw trzecich, chociażby Ukrainy. Jest to bezpośrednie odwołanie się do sytuacji kryzysowej, która miała miejsce na początku tego roku, gdy wskutek rosyjskoukraińskiej wojny gazowej zostały wstrzymane dostawy gazu do Europy przez terytorium Ukrainy. Ucierpi Ukraina? Jeśli kogoś powinno martwić zacieśnienie współpracy energetycznej Rosji z UE, to przede wszystkim Ukrainę, która ma najwięcej do stracenia. Gdy gaz popłynie przez Nord Stream i South Stream, Kijów będzie mniej zarabiał na tranzycie. Ponadto zmniejszenie roli Ukrainy jako państwa tranzytowego może wiązać się także ze zwiększeniem zależności politycznej od Rosji, ale niekoniecznie. Ukraina wszak broni się na różne sposoby przed urzeczywistnieniem tych planów. W przeciwieństwie do polskich polityków Kijów nie krytykuje i nie straszy zależnością od Rosji, pokazuje natomiast przewagi dostaw tradycyjnymi drogami tranzytu. Ukraińscy dyplomaci i politycy zwracają uwagę na wzrost wartości gazu dostarczanego podwodnymi rurociągami. Ponadto nie widzą zagrożenia w budowaniu nowych nitek. Ich powstanie nie musi oznaczać pogorszenia współpracy politycznej na linii Kijów – Moskwa. Te wydarzenia mogą stać się impulsem dla polityków znad Dniepru, aby więcej uwagi poświęcali budowaniu

Spokojna zima W tym roku na pewno nie powtórzy się scenariusz z poprzedniej zimy. Ukraina jest już w pełni przygotowana do sezonu grzewczego. W magazynach podziemny zgromadzono ponad 26 mld m3 gazu, co zapewni płynność dostaw zarówno na rynek wewnętrzny, jak i tranzyt do państw Europy Środkowej i Zachodniej. Co najważniejsze, między Ukrainą a Rosją nie ma rozbieżności podobnych do tych, które doprowadziły do kryzysu energetycznego. Zawczasu uzgodniono wszystkie szczegóły i doprecyzowano wysokość stawek za gaz i jego tranzyt. Rosja potwierdziła, że nie skorzysta z prawa zastosowania wobec Ukrainy sankcji finansowych za niepobranie zakontraktowanych na 2009 rok ilości gazu. Co więcej, Kreml zgodził się na zmniejszenie wielkości dostaw w 2010 roku z 52 mld m3 gazu do 34 mld m3. Ponadto od 1 stycznia 2010 roku Ukraina i Rosja przechodzą na rynkowe zasady współpracy w dziedzinie dostaw i tranzytu gazu. Wobec powyższego średnia cena za 1000 m3 gazu dla Ukrainy będzie wahać się w granicach 270-280 dolarów. Moskwa z kolei będzie więcej płacić za tranzyt gazu przez ukraińskie terytorium. Zamiast 1,7 dolara za przesył 1000 m3 na każde 100 km, od 2010 roku opłata tranzytowa wyniesie około 2,6 dolara. Ma to wielkie znaczenie dla ukraińskiego sektora energetycznego oraz budżetu, biorąc pod uwagę fakt, że ponad 80% dostaw gazu do Europy odbywa się przez terytorium Ukrainy. Jeżeli obydwie strony będą trzymać się tych ustaleń, możemy być spokojni o ciepło w europejskich domach. Bogatsze o doświadczenia zeszłej zimy, zarówno Rosja, jak i Ukraina uczynią wszystko, aby zachować się profesjonalnie i nie powtórzyć błędów przeszłości. dr Piotr Kuspyś

GRUDZIEŃ 2009

19


E U R O PA P R AW O

Włoski Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał, że wieszanie krzyży w jednej z włoskich szkół może być pogwałceniem wolności sumienia. Czy ta decyzja dotycząca Włoch może być początkiem końca obecności symboli religijnych w miejscach publicznych w całej Europie?

S

woje orzeczenie z 3 listopada 2009 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu uzasadnił oświadczeniem, że w jego opinii krzyży nie można traktować jako ponadreligijnego symbolu kultury europejskiej, a przeciwnie — jest on znakiem jednego Kościoła, co może naruszać „prawo rodziców do wychowywania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami” oraz ograniczać „wolność religijną uczniów” niebędących jego wyznawcami. Trybunał rozpatrujący zgodność prawa państw z Konwencją o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolnościach z 1950 r., nazywaną potocznie Europejską Konwencją Praw Człowieka, orzekł w związku z tym o złamaniu artykułu 2 pierwszego protokołu do Konwencji (prawo do nauczania) i artykułu 9 (wolności myśli i przekonań religijnych). Na korzyść pozywającej obywatelki Włoch (Finki z pochodzenia) zasądzono dodatkowo odszkodowanie — w wysokości 5 tys. euro — „za straty moralne”. Wyroki Europejskiego Trybunału Praw Człowieka obowiązują wszystkie państwa Rady Europy (podpisanie Konwencji jest warunkiem przystąpienia do organizacji) — obecnie 47 krajów (bez Białorusi). Obligatoryjność wyroku dotyczy tylko konkretnej sytuacji, dla której został wydany, daje jednak do myślenia i pozwala łatwo przewidzieć przyszłą linię orzeczeń w podobnych sprawach. Wagi wyrokowi dodaje fakt, że został on wydany jednogłośnie przez skład siedmiu sędziów z siedmiu różnych państw. Sentencja i jej uzasadnienie wzbudziły silne emocje w wielu krajach Unii Europejskiej, szczególnie tych o katolickich tradycjach. Gwałtowne reakcje Wyrok zastał Włochy w okresie wznoszącej się fali antyimigracyjnych nastrojów. Coraz większa liczba imigrantów, kryzys finansowy i wynikający z niego zastój gospodarczy oraz bezrobocie, pogłębiające jeszcze problemy biedniejszego południa Włoch, jak nigdy nasiliły nastroje przeciwne „obcym”, z których wielu jest wyznania muzułmańskiego. W tych warunkach orzeczenie Trybunału sprawiło, że krzyż błyskawicznie stał się symbolem prawdziwej „włoskości”, znakiem narodowej tożsamości i wielowiekowej tradycji kraju. Pojawiły się liczne opinie, że wyrok to nic innego, jak strzał we własną stopę, czyli w historię, a może i w obie ręce, czyli tradycję i kulturę europejską. Dodatkowym argumentem dla mieszkańców Italii jest fakt, że pozew w sprawie krzyży wcześniej odrzuciły już najwyższe organy sądownicze Włoch — Trybunał Konstytucyjny i Naczelny Sąd Administracyjny. W tej sytuacji wyrok został odebrany jako ingerencja w sprawy wewnętrzne państwa, a w opinii wielu włoskich publicystów i polityków, szczególnie o orientacji prawicowej, wręcz zamach na tożsamość narodową kraju. 20

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

Decyzja ze Strasburga to jednak nie tylko powód do dyskusji dla Włochów. Uzasadnienie orzeczenia wyraźnie zmierza w stronę uniwersalizmu i wydaje się mieć szerszy charakter ogólnoeuropejski. Trybunał mówi m.in., że „wolność niewiary (wynikająca z wolności do wiary) nie ogranicza się do braku praktykowania lub nauczania religii, lecz rozciąga się także na symbole wyrażające jakąś religię lub ateizm”, ponadto orzeczenie podkreśla, że państwo ma się powstrzymać od narzucania wiary obywatelom, szczególnie tam, gdzie są od państwa zależni, nie mogą się przed tym obronić oraz w instytucjach, które z założenia powinny być neutralne światopoglądowo oraz zapewniać pluralizm (w domyśle np. szkolnictwo).

precedens? Zdecydowanie, czego należało się spodziewać, zareagował Watykan — dyrektor biura prasowego Stolicy Apostolskiej, ks. Federico Lombardi, nazwał wyrok krótkowzrocznym i błędnym. Dodał również, że orzeczenie Trybunału przyjęto w Watykanie ze zdumieniem i rozgoryczeniem. Mówiąc o roli krzyża w tradycji Włoch, Lombardi stwierdził m.in., że religia katolicka „wnosi swój cenny wkład w kształtowanie i moralny rozwój osób i jest zasadniczym składnikiem naszej cywilizacji”, argumentując w ten sposób, że zakaz nie powinien mieć miejsca, gdyż uderza w kluczowy element, który ukształtował „europejską tożsamość”. Interesująca jest również reakcja samego rządu włoskiego. Mimo że orzeczenie sądu jest obligatoryjne dla Włoch i powinno być w pełni respektowane, w tydzień po jego ogłoszeniu, minister oświaty Mariastella Gelmini z satysfakcją oświadczyła na forum krajowego parlamentu, że zapisy wyroku nie są przestrzegane przez obywateli oraz de facto zachęcała do dalszego ich łamania, orzeczenie nazwała zaś „irracjonalnym”, „obraźliwym” i „bezsensownym”. Najważniejsza osoba w państwie, premier Silvio Berlusconi, poszedł jeszcze dalej i stwierdził, że orzeczenie „nie jest wiążące” i nie istnieje żadna forma przymusu, która nie pozwoliłaby Włochom zachować krzyży w szkołach (mimo że Włochy podpisały Konwencję). Premier, używając typowego dla siebie kolokwializmu: „Krzyży nie zdejmiemy i basta!”, postawił siebie i swój kraj ponad prawem międzynarodowym i zasadą pacta sunt servanda. Głosy oburzenia pojawiły się również w innych miejscach Europy Zachodniej, gdzie krzyże często można zobaczyć w szkołach, czyli w Austrii, Bawarii, Liechtensteinie, katolickich kantonach Szwajcarii czy niektórych rejonach Hiszpanii. Do głosu przeciwko wyrokowi przyłączyli się również niekatolicy — greccy biskupi Kościoła prawosławnego wezwali protestantów, katolików i prawosławnych do zjednoczenia przeciwko wyrokowi Trybunału ze Strasburga, który w ich opinii jest pogwałceniem wolności wyznania. Polska opinia Warto dodać, że również w Polsce wyrok wzbudził lawinę komentarzy — w tym wielu bardzo ostrych. Biskupi polscy w oświadczeniu stwierdzili: „Obrona krzyży jest zadaniem nas wszystkich. Prawa niewierzącej mniejszości powinny być łączone z obowiązkiem respektowania praw większości ludzi wierzących. (…) jest on [krzyż — przyp. red.] nie tylko świętym znakiem każdego chrześcijanina, ale stanowi również ważny element tożsamości kultury europejskiej”. Zdecydowanie sprzeciwił się orzeczeniu również kardynał Dziwisz. Skrajnie wypowiedzieli się ks. Tadeusz Rydzyk, porównując politykę Unii Europejskiej do hitlerowskiej, i kardynał Józef Glemp, prymas Polski, porównując z kolei politykę Unii do leninizmu. Obu osobistościom umknął fakt, że wydająca wyrok instytucja sądownicza jest częścią systemu Rady Europy i z Unią nie ma nic wspólnego.


E U R O PA P R AW O Szybko zareagowali także posłowie na Sejm, głównie z dwóch największych polskich partii, podpisując krótko po wyroku projekt uchwały stającej w obronie krzyży. Trzeciego grudnia 2009 r. sejm zdecydowaną większością głosów przyjął zaproponowany tekst uchwały. Czytamy w nim m.in.: „Znak krzyża jest nie tylko symbolem religijnym (…), ale w sferze publicznej przypomina o gotowości do poświęcenia dla drugiego człowieka i ofiary oraz wyraża wartości budujące szacunek dla godności każdego człowieka”. W uchwale jest też wiele odwołań do historii i tradycji narodu polskiego. Głosy polityków polskiej lewicy popierające wyrok, jak np. ostre wystąpienia żądające usunięcia krzyży ze szkół Magdaleny Środy i Joanny Senyszyn, pozostały w mniejszości.

W większości negatywne reakcje w Polsce na decyzję Europejskiego Trybunału Praw Człowieka są poniekąd zrozumiałe — w końcu przez długi okres PRL-u, szczególnie w latach 80., walczono z poświęceniem o prawo do wieszania krzyży w miejscach publicznych, również w szkołach, teraz zaś decyzją zewnętrznej instytucji prawo to jest zagrożone. Współczesne państwo demokratyczne przestrzega rozdziału państwa i Kościoła. Idea ta zakłada, że prawo nie może faworyzować jednej z grup religijnych, by osoby innych wyznań i bezwyznaniowe miały poczucie równego traktowania i czuły się pełnymi obywatelami danego kraju, integrowały się z nim i utożsamiały. Szczególnie istotna jest ta zasada w państwach o silnie zróżnicowanej religijnie ludności, stając się często warunkiem spokoju społecznego i buforem chroniącym przed religijną wojną domową. W Polsce, czyli kraju, w którym dziewięćdziesiąt kilka procent obywateli deklaruje wiarę rzymskokatolicką (chociaż stale rośnie liczba niepraktykujących), tego rodzaju postulaty mogą budzić zdziwienie.

parciem dla wyroku. Należy pamiętać, że motywacja licznych polityków ostro krytykujących wyrok Trybunału ma nie tylko podłoże światopoglądowe, jest też dbaniem o swój interes i popularność własnego ugrupowania, szczególnie w społeczeństwie katolickim. Również Kościół musi dbać o swoje wpływy, ciągle pomniejszane przez coraz bardziej laicyzujące się instytucje państwowe i społeczne. Należy zauważyć również jeszcze jeden bardzo ważny aspekt — we Włoszech umieszczanie krzyży w klasach szkolnych było dotąd obligatoryjne, co mogło być obraźliwe dla części uczniów. W większości krajów UE, w tym w Polsce (rozporządzenie MEN z 14 kwietnia 1992 r. w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii), ustawodawstwo mówi, że w pomieszczeniach szkolnych może być umieszczony krzyż. Pytanie, co się stanie, jeśli pojawią się kolejne wyroki Trybunału potwierdzające i rozszerzające omawiane orzeczenie. Ewentualny zakaz umieszczania krzyży w instytucjach publicznych mógłby stać się pierwszym krokiem do zabronienia obecności tychże w całej przestrzeni publicznej, jak również — zgodnie z logiką uzasadnienia — początkiem zakazu obecności publicznej wielu innych symboli religijnych. Co z puszczaniem kolęd w sklepach, galeriach handlowych i pasażach? Co z oficjalnym obchodami świąt katolickich, często związanych z transmisjami w telewizji publicznej i dniami wolnymi od pracy? Co jeśli czołowe publiczne osoby w państwie demonstracyjnie przejawiają postawę prokatolicką? Te przykłady uświadamiają, że przy sprowadzeniu zasady laicyzmu do skrajności szybko może ona przybrać formę groteski. Sentencja podzieliła państwa Europy. Pytaniem otwartym pozostaje, czy inne państwa pójdą za przykładem Włoch, jeśli Trybunał w Strasburgu orzeknie na ich niekorzyść w podobnej sprawie? Konsekwencje dla systemu prawa międzynarodowego, jeśli państwa zbuntują się przeciw wyrokom instytucji powstałego na mocy podpisanej dobrowolnie Konwencji, będącej częścią organizacji mającej być obrońcą porządku demokratycznego w Europie, byłyby fatalne. Z drugiej strony — może się również zdarzyć, że państwa katolickie same zaakceptują zmniejszenie roli krzyża, a docelowo i innych symboli religijnych w życiu publicznym. W tę stronę zmierza Hiszpania pod rządami Zapatero.

Nowy konflikt ideologiczny Podsumowując reakcje dostojników państwowych i kościelnych z różnych krajów, należy stwierdzić, że są one dowodem, że sprawa symboli religijnych w miejscach publicznych może łatwo stać się zalążkiem przyszłego dużego konfliktu ideologicznego. Ogólnym wnioskiem z wypowiedzi przedstawicieli Kościoła katolickiego ze wszystkich krajów Unii jest zapowiedź jego twardej walki w obronie miejsca krzyża i innych symboli religii katolickiej w przestrzeni publicznej. Argumentem, którego Kościół często używa, jest obrona prawa do publicznego wyrażania swych przekonań religijnych. Pytanie jednak, co z prawami osób innych wyznań. Europejska lewica, zwykle bardzo świecka i dążąca do wyraźnego rozdziału Kościoła i państwa, w sprawie krzyży została zepchnięta do defensywy, np. we Włoszech jedynie komuniści otwarcie wystąpili z po-

Jedno wydaje się pewne — dyskusja o roli symboli religijnych w miejscach publicznych dopiero się zaczęła. Z jednej strony — kraje katolickie, dla których są one ważnym aspektem tożsamości narodowej i tradycji. Z drugiej — kraje wyznające poprawność polityczną i daleko posuniętą wolność jednostki. Rząd Włoch już zapowiedział, że od wyroku Trybunału będzie się odwoływał do upadłego. Czy rośnie nam zarzewie nowego ideologicznego sporu w Europie — pokaże bliska przyszłość. Adam Matusik GRUDZIEŃ 2009

21


E U R O PA B O Ś N I A I H E R C E G O W I N A

Bośniacki Obecny kryzys polityczny w Bośni i Hercegowinie to nie tylko kwestia utrzymania regionalnej stabilności i pokoju. Niekonsekwentna i nieprecyzyjna polityka Brukseli wobec Bośni, a także chęć wywarcia dobrego wrażenia na Stanach Zjednoczonych — to jedne z głównych przyczyn dzisiejszej kondycji wewnętrznej tego państwa. Poruszany obecnie w mediach problem kryzysu politycznego w Bośni i Hercegowinie nie jest zjawiskiem nowym. Sceptycy twierdzą, że proces wewnętrznego kryzysu polityczno-narodowego trwa w tym kraju od momentu uprawomocnienia jego istnienia, czyli od podpisania tzw. układu z Dayton w 1995 roku, który de facto zakończył krwawy rozbiór Jugosławii. Trudno się z tym nie zgodzić, wszak trudno spodziewać się, że trzy narody, które jeszcze niedawno wyrzynały się wzajemnie, nagle zapałają daleko idącą wzajemną sympatią, która zaowocuje chęcią współistnienia i współdecydowania o jednym państwie. Mimo to Unia Europejska, kierując się prawdopodobnie zbyt wielkim optymizmem, wzięła na siebie ciężar odbudowania stabilności i bezpieczeństwa nie tylko Bośni i Hercegowiny, ale całego rejonu Bałkanów Zachodnich. Każdy w swoją stronę Oskarżanie jedynie wspólnoty międzynarodowej, działającej nieprecyzyjnie i niekonsekwentnie wobec Bośni, to daleko idące uproszczenie problemu. Aby wszelkie proponowane przez Brukselę mechanizmy zaczęły funkcjonować, potrzebna jest przede wszystkim wspólna wola polityczna bośniackich władz. Zaszłości historyczne, jak również sprzeczności wynikające z narodowych interesów, często wykluczają takowe porozumienie. Do tego dochodzi wspomniana nieprecyzyjność i brak konsekwencji w tzw. zasadzie warunkowości, zakładającej odpowiednią reakcję UE na postępy we wdrażaniu reform unijnych przez władze bośniackie lub też wobec ich braku. Przykładem może być chociażby jeden z postulatów wymaganych przez Brukselę, dotyczący „wzmocnienia rządów prawa”, którego zarówno interpretacja, jak i poziom wdrożenia mogą być różnie postrzegane. W obecnej sytuacji wewnętrznej Bośni i Hercegowiny trudno oprzeć się wrażeniu, że brakuje podmiotu, który odważyłby się na podjęcie zdecydowanych kroków zmierzających do wielopłaszczyznowych reform państwa. Obecne strony trwają z kolei w politycznym pacie, mając złudne nadzieje, że unijna perspektywa wszystko rozwiąże. Jednocześnie narastają również separatystyczne tendencje (widoczne głównie w przypadku Republiki Serbskiej), które zakładają autonomię, a nawet całkowitą separację poszczególnych podmiotów federacyjnych Bośni i Hercegowiny. Perspektywa wstąpienia kraju do Unii Europejskiej, która miała być „marchewką” Brukseli, jest obecnie jednym z głównych fundamentów konfliktów pomiędzy bośniackimi Serbami oraz Bośniakami i Chorwatami. Marzenia o szerokiej autonomii i swobodzie władz w Banja Luce stoją w sprzeczności z wizją Bośniaków, a także urzędników unijnych, dla których tylko scentralizowana Bośnia ma szansę na akcesję do UE. Odczucie zagrożenia, wyczuwane zwłaszcza przez bośniackich Serbów i Chorwatów, potęgują również zachowania UE wobec władz w Sarajewie w kwestii wdrażania reform. 22

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

pretekst W przypadku słynnej reformy administracyjnej, policji czy też konstytucji zarówno Serbowie, jak i Chorwaci podkreślają „podporządkowujący” ton Brukseli, która w ich odczuciu zainteresowana jest bardziej skutecznym sterowaniem Bośnią niż efektywnością wdrażanych przez nią reform. Nie bez echa pozostaje również kwestia separacji Kosowa, którą to rząd w Prištinie ogłosił w lutym 2008 roku. Usankcjonowanie tego faktu przez dużą część społeczności międzynarodowej (22 państwa UE uznają obecnie Kosowo za niepodległy kraj) stało się znakomitym pretekstem w rękach bośniackich Serbów i ich premiera Milorada Dodika, chętnie wykorzystywanym w konfrontacji z bośniackimi i unijnymi liderami politycznymi. Postawa bośniackich Serbów nie jest odosobniona, a potwierdza to ostatni apel lidera HDZ BiH (Chorwacka Wspólnota Demokratyczna Bośni i Hercegowiny, Hrvatska Demokratska Zajednica BiH), Dragana Čovicia. Lider najpopularniejszej partii bośniackich Chorwatów, będącej „partią córką” chorwackiej HDZ, stwierdził niedawno, że Bośnia i Hercegowina nie ma szans na unijną akcesję w dotychczasowym kształcie, dlatego też powinno się opracować plany podziału państwa na cztery podmioty federacyjne. Ich ośrodkami miałyby stać się: Mostar (jako stolica jednostki chorwackiej), Tuzla, Sarajewo i Banja Luka. Co ciekawe, pomysł HDZ nie spotkał się do tej pory z wyraźną krytyką żadnej z zainteresowanych stron. Brak konsekwencji w poczynaniach UE przekłada się na społeczną percepcję rządu i jego starań o przyszłość Bośni. Według badań przeprowadzonych przez Gallup Balkan Monitor ponad 77% badanych obywateli Bośni i Hercegowiny stwierdziło, że ich kraj podąża w złym kierunku. Z pewnością wpływ na pogłębiające się obawy społeczeństwa bośniackiego o przyszłość kraju będzie miała decyzja dotycząca objęcia liberalizacją wizową sąsiednich Serbii i Czarnogóry oraz Macedonii. Ta niewątpliwie polityczna decyzja to z jednej strony — wyraźny sygnał dla Sarajewa, że Bruksela oczekuje efektów, z drugiej jednak — niewykorzystana szansa na realne zwiększenie zapału bośniackich polityków do współpracy. Międzynarodowy języczek u wagi Ważny aspektem politycznego kryzysu w Bośni i Hercegowinie jest funkcjonowanie urzędu Wysokiego Przedstawiciela (OHR, obecnie funkcję tę sprawuje Valentin Inzko), który powołany został w myśl porozumienia z Dayton. Jego status nadzorcy mającego koordynować postępy bośniackich władz w reformie kraju powoduje dziś spore kontrowersje. Z jednej strony — jest on swoistym spoiwem bośniackiej polityki, mającym bezpośredni wpływ na jej faktyczne postępy. Z drugiej jednak — stanowi element hamujący samodzielne działania różnych frakcji, w których poczynaniach trudno czasem doszukiwać się politycznej odpowiedzialności. To właśnie nałożenie na bośniackie władze większej odpowiedzialności politycznej za swój kraj, a tym samym zmuszenie do podjęcia kreatywnych działań, jest podstawowym argumentem UE, która planuje zlikwidować urząd Wysokiego Przedstawiciela (w zasadzie zreformować, gdyż na jego miejsce miałby być powołany urząd Specjalnego Przedstawiciela UE — SPUE, jednak ze znacznie ograniczonymi uprawnieniami). Do tej pory Wysoki Przedstawiciel sprawował jednocześnie funkcję SPUE. Reforma ta ma zatem definitywnie przenieść całą odpowiedzialność za Bośnię i Hercegowinę na barki UE.


E U R O PA B O Ś N I A I H E R C E G O W I N A Rosja stawia zatem na słabą Bośnię, która jeszcze przez długi czas ma absorbować Unię Europejską, a także Stany Zjednoczone. Taka polityka Moskwy oparta będzie na popieraniu (za pomocą Republiki Serbskiej) wszelkich działań (jak chociażby zniesienie urzędu Wysokiego Przedstawiciela), które w odczuciu Rosjan osłabiać będą Bośnię i Hercegowinę. Mimo takiego charakteru rosyjskiej polityki w Bośni i Hercegowinie udział Moskwy w „destrukcyjnych” działaniach wobec tego kraju wydaje się proporcjonalnie niski. Zdecydowanie ważniejsze, z perspektywy planów gazociągu South Stream, wydają się rosyjskie konszachty z Belgradem i Sofią. Niemniej Rosja, będąc głównym partnerem biznesowym Republiki Serbskiej, umacnia pozycję Banja Luki w federacji bośniackiej. Dzięki rozwojowi infrastruktury i napływowi kapitału paradoksalnie to Republika Serbska spełnia obecnie więcej standardów unijnych niż pozostałe części składowe Bośni i Hercegowiny. Jest to z pewnością silny argument, który stanowi podstawę politycznej gry bośniackich Serbów. Odmiennego zdania są z kolei Stany Zjednoczone, które wydają się dość symbolicznie angażować w problematykę bośniacką. Mimo to powrót Waszyngtonu do obecności na Bałkanach jest faktem. W przeciwieństwie do UE strona amerykańska zainteresowana jest utrzymaniem urzędu Wysokiego Przedstawiciela, w czym Waszyngton upatruje gwarancji stabilizacji Bośni i Hercegowiny. Według Amerykanów utrzymanie urzędu pomóc ma w przeprowadzeniu reformy administracyjnej państwa, która w zgodnej opinii Waszyngtonu i Brukseli jest jedną z najważniejszych dla Bośni. Amerykanie wydają się zwolennikami prostych, ale i skutecznych rozwiązań, co w perspektywie wspomnianej reformy oznaczać będzie narzucenie jej i wdrożenie za pomocą Wysokiego Przedstawiciela. Reforma OHR jest również niezwykle istotnym aspektem natowskich aspiracji Bośni i Hercegowiny. Istnieje spory rozłam w tym względzie w samej UE. Zdaniem Niemiec, Francji, a także Wielkiej Brytanii kraj ten, za sprawą ciągłego funkcjonowania urzędu OHR, nie jest w pełni suwerenny, a co za tym idzie — nie jest gotowy do akcesji. Sprawa ta poruszona zostanie na grudniowym spotkaniu ministrów spraw zagranicznych państw NATO. Jednak już wcześniej pojawiły się głosy, że Sojusz nie jest zainteresowany wcielaniem do swoich struktur kraju, który jest nadal niestabilny. Z pewnością powrót, choć symboliczny, Stanów Zjednoczonych na Bałkany to duże wyzwanie dla Unii Europejskiej. To właśnie za pośrednictwem Bośni i Hercegowiny Bruksela musi udowodnić, że może być pełnowartościowym partnerem dla Stanów Zjednoczonych. Niezbędna jest zatem współpraca obu podmiotów, która zaowocować może również porozumieniem wewnątrzbośniackim. Istnieje jednak ryzyko, że większe zaangażowanie wspólnoty międzynarodowej w Bośni po raz kolejny wytworzy wśród bośniackich elit politycznych poczucie pewności, a tym samym braku chęci przejęcia odpowiedzialności za swój kraj.

Kryzys szansą na przetrwanie Polityczna stagnacja Bośni i Hercegowiny wywołuje dość skrajne uczucia. Z jednej strony — pojawiają się głosy przemawiające za jak najszybszym „rozbiorem tego sztucznego tworu”, z drugiej zaś — potrzeba ostatecznej stabilizacji regionu i jak najszybszej jego „europeizacji”. Sytuacja politycznego paraliżu jest jednak dość dobrym podłożem dla prowadzenia własnych gier przez polityków bośniackich. Idąc dalej, należy zaryzykować stwierdzenie, że polityczny kryzys w Bośni i Hercegowinie jest doskonałym sposobem tamtejszych polityków na uargumentowanie swojej nieporadności, a tym samym przetrwanie. Prawdopodobnie zaczyna dostrzegać to również Unia Europejska, która brakiem objęcia Bośni liberalizacją wizową dała wyraźny sygnał, że władze w Sarajewie muszą przystąpić do działania.

Rosyjskie podgrzewanie kotła Biorąc pod lupę problem bośniacki, łatwo dostrzec, że państwo to jest obecnie centralnym punktem ścierania się interesów zarówno najważniejszych graczy światowej polityki (UE, Rosja, Stany Zjednoczone), jak i liderów regionalnych (Serbia, Chorwacja). W kontekście długofalowej stabilizacji Bośni niezwykle istotne jest oddziaływanie wpływów rosyjskich, które w ostatnim czasie ponownie zaczynają przybierać na sile. W zgodnej opinii ekspertów Rosja nie jest zainteresowana normalizacją wewnętrznej sytuacji w Bośni i Hercegowinie. Postawa taka jest wyrazem niechęci i obaw dotyczących wzmacniania i rozszerzania Unii Europejskiej, która w przyszłości może pokusić się o dalsze aneksje na wschodzie. Z tego też powodu daje się wytłumaczyć mocne powiązanie polityczne pomiędzy Banja Luką a Moskwą, przejawiające się również w stojącej na wysokim poziomie współpracy ekonomicznej.

Bez wątpienia zarówno obecna sytuacja, jak i przyszłość Bośni i Hercegowiny to problem nie tylko tamtejszych narodów, ale całej Europy. Dotychczasowa nieporadność Unii Europejskiej powinna być jak najszybciej zrewidowana i naprawiona. To sprawa prestiżu i wiarygodności partnera, jakiego rolę Bruksela chce odgrywać u boku Stanów Zjednoczonych. Zaangażowanie Waszyngtonu jest ważne, lecz państwa europejskie winny ograniczyć je do niezbędnego minimum, tym samym okazując własną siłę i potencjał, nie tylko wobec Stanów Zjednoczonych, ale i wobec Rosji. Łukasz Reszczyński

GRUDZIEŃ 2009

23


E U R O PA C H O RWA C J A

Chorwacki Rok 2009 był bez wątpienia jednym z istotniejszych w najnowszej historii Chorwacji. Obywatelom kraju, który stoi już w unijnej poczekalni, pozostał ostatni obowiązek do spełnienia. Pod koniec grudnia Chorwaci wybiorą prezydenta, który triumfalnie poprowadzi Zagrzeb do Brukseli. Tegoroczne wybory prezydenckie w Chorwacji są na swój sposób oryginalne. Pierwszy raz w najnowszej historii Chorwacji cieszą się one aż tak niskim zainteresowaniem. Jeszcze kilka tygodni temu, według badań zlecanych przez największe chorwackie media, ponad połowa pytanych obywateli opowiadała się za reelekcją sprawującego obecnie urząd Stjepana Mesicia. Jego ponowny wybór nie jest jednak możliwy, gdyż byłaby to dla niego już trzecia z kolei kadencja, czego zakazuje chorwacka konstytucja. Czas, w którym odbywają się prezydenckie wybory, jest również dość specyficzny. Chorwacja w kwietniu tego roku stała się członkiem NATO, a w ciągu najbliższych lat zostanie prawdopodobnie drugim państwem byłej Jugosławii zrzeszonym w Unii Europejskiej. Z drugiej strony — państwo przeżywa dość poważną recesję gospodarczą, czego głównym czynnikiem jest światowy kryzys finansowy. Czas Stjepana Mesicia już minął, przez wielu ten polityk utożsamiany jest nadal z nie tak dawnymi czasami, tuż po ogłoszeniu niepodległości Jugosławii (1991 rok). Przy nadal ogromnej sympatii i poparciu dla obecnego prezydenta, w Chorwacji coraz częściej słychać jednak głosy, że krajowi potrzebna jest nowa, europejska jakość, którą ma szansę nadać nowy prezydent.

W chorwackich mediach, wobec wciąż najwyższego deklarowanego poparcia dla Josipovicia, coraz częściej spekuluje się na temat tego, z kim przyjdzie mu się zmierzyć w drugiej rundzie, jego awans do niej przyjmując za pewnik. Josipović w swoim programie stawia na sferę socjalną oraz wykorzystanie potencjału wykwalifikowanych i wykształconych Chorwatów, którzy stanowić mają o sile swojego państwa. Dość oszczędnie precy-

krok naprzód zuje również swoje cele w kwestii polityki zagranicznej Chorwacji, widząc ją jako lidera regionu Bałkanów Zachodnich (oczywiście jako członek UE). Dwie pary w walce o drugą rundę Mimo zdecydowanego poparcia Josipović nie może czuć się zbyt pewnie. Za jego plecami czai się co najmniej czterech kandydatów, z których każdy ma dość realne szanse na start w drugiej rundzie (która odbyć ma się 10 stycznia 2010). W tym gronie na razie najmocniejszy wydaje się Milan Bandić, obecny burmistrz Zagrzebia. Podobnie jak Josipović, Bandić to postać dość barwna i niezwykle rozpoznawalna w Chorwacji. Popularność Bandicia opiera się głównie na opinii świetnego zarządcy, w którego roli sprawdza się w Zagrzebiu. Znany jest również z pociągu do dość rozrywkowego życia, co jednak w Chorwacji przysparza mu wielu zwolenników, utożsamiających go z „normalnym człowiekiem”.

Kandydat jak z nut Choć zainteresowanie Chorwatów zbliżającymi się wyborami jest dosyć znikome (według ostatniego sondażu przeprowadzonego przez dziennik „Večernij list” 76% badanych zapowiedziało, że nie weźmie udziału w wyborach), to jednak warto bliżej przyjrzeć się liście kandydatów. Według wszelkich przedwyborczych zestawień już teraz można bez wahania wskazać niekwestionowanego lidera wyścigu o prezydencki fotel. Mowa o Ivo Josipoviciu, reprezentancie drugiej siły chorwackiego parlamentu — SDP (Socijaldemokratska Partija Hrvatske). Josipović to z pewnością postać nietuzinkowa i barwna. Jako profesor prawa jest wybitnym specjalistą w swojej dziedzinie, co ma odzwierciedlenie w jego dotychczasowej karierze zawodowej. Sprawuje on funkcję reprezentanta Chorwacji w Międzynarodowym Trybunale Sprawiedliwości, a także współpracuje z Międzynarodowym Trybunałem Karnym dla byłej Jugosławii. Jest również jednym z ekspertów Rady Europy. Jednak bogate doświadczenie zawodowe Josipovicia to nie jedyny jego atut. Jego nazwisko jest znane również w świecie muzyki, gdzie jako kompozytor był laureatem wielu krajowych oraz europejskich nagród. Jego przeciwnicy twierdzą, że to właśnie muzyczna strona jego dotychczasowej kariery przysparza mu tak dużego poparcia. Dużo w tym racji, gdyż Josipović może liczyć na zdecydowanie największe poparcie wśród chorwackiego świata show-biznesu. Sam Ivo Josipović jest dość powściągliwy w swoich przedwyborczych obietnicach. Trudno określić, na ile jest to efekt jego pewności wyborczego wyniku, a na ile dość szablonowy program wyborczy. 24

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

W okresie kryzysu ekonomicznego państwa również Bandić dostrzega nadrzędną rolę ratowania chorwackiej gospodarki, głównie po-


E U R O PA C H O RWA C J A przez zwiększenie jej atrakcyjności dla zagranicznych inwestorów. Burmistrz Zagrzebia jako jedyny liczący się kandydat dość wyraźnie i szczegółowo mówi o kwestiach polityki zagranicznej kraju. W jednym z wywiadów stwierdził: „Nie jestem eurosceptykiem, ale nie jesteśmy gotowi, aby iść do Europy w luźnych spodniach”. Realizm Bandicia miesza się z polityczną odwagą mówienia wprost o rzeczach niezwykle istotnych. Poza zacieśnianiem współpracy z Austrią, Węgrami, Czechami, Słowacją, a także Polską, mówi on w swoim programie o „przedefiniowaniu chorwackiej polityki zagranicznej” wobec państw byłej Jugosławii. Jego stwierdzenie: „Gdy ludzie żyją lepiej, to mogą pić wspólnie kawę”, wypowiedziane podczas wizyty w chorwackich miejscowościach zamieszkiwanych przez sporą liczbę Serbów, dowodzi, że dostrzega on wagę i potrzebę unormowania stosunków z Serbią. Bandić kreśli również obszar szczególnego zainteresowania chorwackiej polityki, rozszerzając go na śródziemnomorskie kraje UE, obszar postradziecki, Chiny, Japonię oraz kraje Ruchu Państw Niezaangażowanych. Swoistą przeciwwagę dla Bandicia w kwestii wyborczego programu stanowi niewątpliwie Nadan Vidošević. Podkreśla on, że jedyną jego obietnicą jest ciężka praca, jaka czeka Chorwację, aby mogła ona stać się równoprawnym członkiem Unii Europejskiej. Vidošević, podobnie jak Bandić, nie startuje z ramienia żadnej partii. Ten chorwacki biznesmen (jest wśród 10 najbogatszych Chorwatów) za swój największy atut uważa właśnie zmysł do interesów (w Chorwacji jego dotychczasowa kariera przedstawiana jest jako przykład klasycznego „amerykańskiego snu — od pucybuta do milionera”). Trudno jednak w programie Vidoševicia doszukać się niebanalnych pomysłów i planów, które wyróżniałyby go na tle pozostałych kandydatów. W drugie „parze”, z której jeden z kandydatów może okazać się „drugorundowym” rywalem Josipovicia, walczą ze sobą Dragan Primorac i Andrija Hebrang. Primorac startuje jako kandydat niezależny, jednak dawniej miał dość wyraźne związki z HDZ (Hrvatska Demokratska Zajednica, obecnie partia rządząca w chorwackim parlamencie), zasiadał również w gabinecie byłego premiera Sanadera. W chorwackiej polityce Primorac jest postacią dość nową, do tej pory rozwijającą karierę głównie w świecie nauki, co wydaje się atutem. Jako doktor medycyny, lekarz pediatra, ekspert kryminalistyki, genetyk i ekspert sądowy był wielokrotnym laureatem nagród naukowych, zarówno w Chorwacji, jak i na świecie. Biorąc pod uwagę jego poglądy oraz pomysł na przyszłą Chorwację, można zauważyć, że dość wyraźnie rysuje się w tym względzie analogia do Milana Bandicia. Primorac w swoim programie także najsilniejszy akcent kładzie na rozwój chorwackiej polityki zagranicznej, podkreślając również potrzebę gruntownej reformy armii oraz wywiadu. Ostatnim z liczącej się piątki kandydatów, walczącym o głosy bezpośrednio z Primoracem, jest oficjalny kandydat HDZ — Andrija Hebrang. Mimo kłopotliwej przeszłości (jest synem wysokich rangą działaczy reżimu komunistycznego) Hebrang jest jednym z niewielu kandydatów, którzy wyraźnie precyzują swój program wyborczy. Były minister zdrowia, wicepremier, a w okresie wojny domowej koordynator medyczny chorwackich Sił Zbrojnych, opiera swój autorytet głównie na „patriotycznych zasługach”, zarzucając rywalom (głównie Bandiciowi i Primoracowi) brak obecności i zaangażowania podczas walki o niepodległość Chorwacji w latach dziewięćdziesiątych. Hebrang, podobnie jak pozostali, swoją uwagę skupia głównie na kwestiach gospodarczych, proponując głęboką reformę podatków i składek jako szansę dla chorwackiej ekonomii. Kandydat HDZ wyraźnie upatrzył swoje dwie najważniejsze grupy docelowych wyborców wśród chorwackiej diaspory (głównie w Bośni i Hercegowinie) oraz Kościoła katolickiego. Podkreśla on mocno potrzebę „dbania” o swoich rodaków z sąsiedniej Bośni, Kościół zaś zaprasza do dyskusji nad najważniejszymi bolączkami państwa. Andrija Hebrang wydaje się dość emocjonalnie traktować relacje regionalne. W kontekście domniemanych dobrych relacji z Serbią pod-

kreśla potrzebę przeprosin ze strony Belgradu oraz dokładnego zbadania i zarchiwizowania wszystkich zbrodni popełnionych na ludności chorwackiej podczas ostatniej wojny.

Prezydent dla Bałkanów Brak dostatecznej uwagi poświęconej przez kandydatów relacjom z państwami w regionie na rzecz troski o wewnętrzne sprawy kraju jest sprawą dość oczywistą i naturalną w okresie recesji chorwackiej gospodarki. Niemniej potrzeba ta jest ogromnie ważna nie tylko dla samej Chorwacji, lecz dla całego regionu Bałkanów Zachodnich. Głównym jej czynnikiem jest unormowanie relacji z Belgradem. Jest to zadanie niezwykle trudne, biorąc pod uwagę historyczne zaszłości, a także ostatnie „podgrzewanie atmosfery” przez Stjepana Mesicia (prezydent Mesić w kilku wywiadach zarzucił Serbii mieszanie się w wewnętrzne sprawy Bośni oraz wspieranie separatystycznych zapędów Republiki Serbskiej; ponadto emocji dostarcza również wspieranie przez Zagrzeb racji kosowskich w procesie odbywającym się przed Trybunałem w Hadze, mającym stwierdzić zgodność z prawem niepodległościowej deklaracji Prištiny). Trudno wskazać kandydata, który realnie dostrzegałby ten problem. Dość otwarcie o kwestii relacji, zarówno regionalnych, jak i tych z Serbią, wspomina Milan Bandić, jednak biorąc pod uwagę jego dość przewrotny charakter, można obawiać się o powodzenie procesu, który cechować powinny ogromna polityczna delikatność i wyczucie. Chorwacji potrzeba spokoju i pewności w jej kolejnych krokach dyplomatycznych. Wydaje się, że wspomnianymi cechami charakteryzuje się Ivo Josipović, który jest w stanie nadać polityce państwa nową jakość. Jego dotychczasowe doświadczenie zdobyte w europejskich instytucjach ma szansę zaprocentować i przełożyć się na wyrwanie kraju z „marazmu przeszłości”. Historia regionu nieraz już pokazała, jak istotna dla jego stabilności jest chorwacko-serbska współpraca. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie Zagrzeb i Belgrad stanowią najważniejsze ośrodki Bałkanów Zachodnich w dialogu i współpracy z Europą. Łukasz Reszczyński

GRUDZIEŃ 2009

25


A Z J A A F G A N I S TA N

A F G A N I S T A N

J A K

W I E T N A M ? Już osiem lat mija od interwencji USA w Afganistanie. Wymierzona w fundamentalistyczny reżim mułły Omara, miała zaowocować powtórnym przyjęciem Afganistanu do grona społeczności międzynarodowej. To, co miało być uderzeniem z chirurgiczną precyzją, stało się początkiem walk, których końca nie widać. Pojawiają się analogie historyczne i porównania do interwencji ZSRR w Afganistanie czy też wojny toczonej przez USA w Wietnamie.

A

fganistan ma kluczowe znaczenie ze względów geopolitycznych, Zbigniew Brzeziński wskazuje, że stanowi on część eurazjatyckich Bałkanów. Obszar ten ma kluczowe znaczenie zarówno dla bezpieczeństwa regionu Azji Centralnej, jak i całego kontynentu eurazjatyckiego. Sytuację w Afganistanie pogarsza ponadto skomplikowana struktura etniczna, odrębności i animozje pomiędzy poszczególnymi plemionami. Sprawiają one, że Afganistan tylko z nazwy może być uznany za państwo narodowe. Należy oczekiwać, że sytuacja ta ulegnie pogorszeniu po tegorocznych wyborach prezydenckich, chodzi szczególnie o spory tadżyckopasztuńskie. Elekcja Karzai pokazała iluzoryczność przemian, jakie miały miejsce w Afganistanie, a jednocześnie to, że tutejsze elity z całą pewnością nie dorosły do sprawowania rządów demokratycznych. Ogromne piętno na sytuacji wewnętrznej w tym kraju wywiera rów26

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

nież działalność talibów, którzy prowadzą szeroko zakrojoną działalność przeciwko „okupantom”. Kto wie, czy ceną za osiągnięcie trwałej stabilizacji nie będą ustępstwa wobec nich i zaproszenie ich do stołu rokowań, a w konsekwencji — dopuszczenie do udziału we władzy. Zachód nie ma pomysłu na Afganistan. Nowa strategia Z prezydenturą Obamy wiązano ogromne nadzieje, liczono na diametralne zmiany w sposobie prowadzenia polityki zagranicznej, niemniej wiele spraw po prostu musi być kontynuowanych. Tego typu „spadkiem” po prezydencie Bushu jest właśnie wojna w Afganistanie, która — głównie ze względów prestiżu — po prostu nie może być przegrana (w tym kontekście byłaby rozpatrywana również pospieszna ewakuacja sił amerykańskich z tego terenu, która odświeżyłaby pamięć o wojnie wietnamskiej). Należy zaznaczyć, że działania, które można określić mianem state building (budowa administracji państwowej, odbudowa infrastruktury oraz sił zbrojnych) przebiegają bardzo powoli, a zwierzchność władz centralnych — z prezydentem na czele — nad terytorium Afganistanu nadal pozostaje czysto iluzoryczna (Karzaj określany jest jako gubernator Kabulu). Podejmując problem zmiany strategii sił koalicyjnych w Afganistanie, należy stwierdzić, że dotychczasowe działania nie przyniosły

zamierzonych rezultatów. Wzrasta liczba ataków talibów, które nie omijają również stolicy kraju, gdzie ładunki wybuchowe niejednokrotnie eksplodują w pobliżu budynków rządowych. Kolejne lata przynoszą coraz większe straty po stronie wojsk koalicyjnych, co z kolei implikuje wzrost protestów opinii publicznej w krajach, z których pochodzą żołnierze stacjonujący w Afganistanie. Jednym z niewielu powodów do zadowolenia (sukcesów) sił ISAF jest fakt, że w ostatnich dwóch latach zaczął spadać areał upraw maku. Mimo niewątpliwie pozytywnego trendu, jaki zarysowuje się w większości prowincji, można jednak wskazać tereny, na których jego uprawa nawet się zwiększyła. Problem jest tym bardziej poważny, że z jednej strony — ludność, której „uprawy” są niszczone, wyraża coraz większą niechęć wobec sił ISAF, z drugiej zaś — takie postępowanie jest niezbędne, gdyż dochody z handlu opium stanowią jedno z głównych źródeł finansowania działalności partyzanckiej na terenie Afganistanu.


A Z J A A F G A N I S TA N Na początku grudnia Prezydent Obama podczas swego przemówienia w elitarnej akademii West Point ogłosił decyzję o wysłaniu do Afganistanu kolejnych 30 tys. żołnierzy amerykańskich. Należy w tym miejscu przypomnieć, że dowódca sił amerykańskich i ISAF gen. Stanley McChrystal prosił o wysłanie co najmniej 40 tys. żołnierzy, gdyż w przeciwnym razie operacja ta zakończy się klęską. Pomimo kontrowersji związanych z tą sprawą oraz narastających protestów opinii publicznej amerykański prezydent zdecydował się na ten krok, podkreślając jednocześnie swój zamiar wycofania wojsk USA z Afganistanu w ciągu 18 miesięcy. Ta zapowiedź wydaje się równie kontrowersyjna, gdyż wysoce wątpliwe jest to, czy Afganistan będzie zdolny przejąć odpowiedzialność za swoje bezpieczeństwo w tak krótkim czasie (według opinii najwyższych władz w Kabulu kraj ten będzie na to gotowy dopiero za pięć lat). Czasowe zwiększenie kontyngentu ma więc stworzyć warunki umożliwiające przekazanie odpowiedzialności za ten kraj samym Afgańczykom. Z kolei według krytyków zwiększenie liczby żołnierzy stacjonujących w Afganistanie niczego nie zmieni, gdyż będzie tylko rozwiązaniem doraźnym, szczególnie wobec zapowiedzi rychłego wycofania sił amerykańskich. Decyzję prezydenta USA z radością powitali afgański notable, wskazując jednocześnie, że najbardziej odpowiednie byłoby rozlokowanie nowych sił w pobliżu granicy z Pakistanem — teren ten jest chyba najbardziej niestabilnym w całym Afganistanie. Warto w tym miejscu podkreślić, że prezydent Obama zdecydowanie odrzucił wszelkie porównania działań w Afganistanie z wojną w Wietnamie, podkreślając, że tutaj stawką jest bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych i ich obywateli.

Bezpieczeństwa w Afganistanie (ISAF) zadeklarowało zwiększenie swych sił o około 7 tys. (liczba ta jest zgodna z oczekiwaniami USA wobec sojuszników). Ostrzegł on jednak, że nie ma co liczyć, iż zwiększenie sił sojuszniczych natychmiast spowoduje diametralną zmianę sytuacji, sugerował raczej konieczność uzbrojenia się w cierpliwość.

Warto zwrócić uwagę, że ogromnemu zaangażowaniu USA nie towarzyszy porównywalny udział sił wojsk sojuszniczych. Państwa europejskie, na czele z Francją, Niemcami i Turcją, bez entuzjazmu wypowiadają się na temat ewentualnego zwiększenia swoich kontyngentów w Afganistanie. Holandia i Kanada, prawdopodobnie pod wpływem niechętnej wojnie opinii publicznej, planują wycofanie swoich wojsk z Afganistanu w 2010 i 2011 roku. Pozostali sojusznicy, w tym również Polska (zadeklarowała wstępnie zwiększenie kontyngentu od przyszłego roku o 600 żołnierzy), zaproponowali raczej skromne w porównaniu z USA zwiększenie swoich kontyngentów (Włochy o ok. 1000, Gruzja — 900, Korea Płd. — ok. 600, Wielka Brytania — 500, Portugalia — 150, Czechy — 100). Droga do zwycięstwa?

Sojusznicze wsparcie Dzięki zabiegom administracji prezydenta Obamy udało się osiągnąć zamierzony efekt, sojusznicy zdecydowali się na wysłanie 7 tys. dodatkowych żołnierzy do Afganistanu. O tej decyzji poinformował Sekretarz Generalny NATO Anders Fogh Rasmussen. Według przedstawionych przez niego informacji co najmniej 25 państw z 44 uczestniczących w natowskich Międzynarodowych Siłach Wsparcia

W kontekście interwencji w Afganistanie należy przytoczyć stwierdzenie, że nieważne, jak się zaczyna, ważne, jak się kończy, gdyż początkowe rezultaty tej interwencji z całą pewnością mogły napawać optymizmem. W rezultacie tej akcji błyskawicznie udało się obalić reżim mułły Omara, niemniej sukces ten został zaprzepaszczony poprzez zaangażowanie USA w bezsensowną wojnę w Iraku. Tymczasem AlKaida i talibowie złapali drugi oddech i zaczęli odzyskiwać swoje wpływy w Afganistanie. Obecność obcych żołnierzy spotyka się z coraz większym sprzeciwem ze strony ludności cywilnej, która traktuje ich jako okupantów. Trudno się dziwić takiej postawie ludności miejscowej, szczególnie gdy uwzględnimy fakt, że obecność amerykańska nie przynosi zamierzonych rezultatów, a nawet powoduje wzrost poziomu przemocy i obaw wśród Afgańczyków. Obywatele tego kraju liczą raczej na to, że zapowiedź Obamy dotycząca wycofania Amerykanów w ciągu 18 miesięcy zostanie zrealizowana i siły te wreszcie opuszczą ich

kraj. Należy pamiętać, że każde zwiększenie liczby żołnierzy w Afganistanie spotyka się z ostrą reakcją talibów, którzy regularnie zapowiadają zwiększenie oporu wobec najeźdźców. Sceptycyzm wobec zwiększenia liczby obcych żołnierzy wykazują także lokalni liderzy pasztuńscy, zamieszkujący tereny stanowiące matecznik działalności talibów, podkreślając jednocześnie, że klucz do porozumienia tkwi raczej w zapewnieniu rozwoju miejsc pracy oraz negocjacjach z talibami. Warto zastanowić się, czy plany wysłania kolejnych jednostek do Afganistanu mogą przynieść znaczące zmiany sytuacji w tym państwie. Jednoznaczna odpowiedź na tak sformułowane pytanie z całą pewnością jest bardzo trudna, jednak w chwili obecnej analiza sytuacji w Afganistanie sugeruje raczej odpowiedź negatywną. Z drugiej strony — warto zastanowić się jednak, czy wzrost liczebności kontyngentu sił sojuszniczych z Afganistanie nie wpływie pozytywnie na wzrost efektywności szkolenia afgańskich żołnierzy. Wielu ekspertów sugeruje jednak, że nie tędy droga, a klucz do rozwiązania problemu afgańskiego tkwi w konieczności zmiany strategii sił koalicyjnych.

Pytanie, czy taka postawa (chęć odniesienia zwycięstwa za wszelką cenę) nie spowoduje, że opór talibów, zgodnie z ich zapowiedziami, jeszcze wzrośnie w nadziei, że w końcu Stany Zjednoczone zrezygnują z ponoszenia kolejnych ofiar. Warto zadać sobie pytanie, czy może rację mają zwolennicy opuszczenia Afganistanu, którzy twierdzą, że obecność amerykańska w tym miejscu de facto osłabia pozycję tego kraju na arenie międzynarodowej. Przeciwnicy obecności USA w Afganistanie są zgodni, że tej wojny po prostu nie da się wygrać i z całą pewnością nie zmieni tego wzrastająca liczba sił zaangażowanych w konflikt. Ponadto warto się zastanowić również nad tym, jak długo musiałaby trwać ewentualna obecność sił sojuszniczych w Afganistanie, aby przyniosła zamierzony skutek. W tym kontekście warto zadać pytanie, kiedy siły zbrojne Afganistanu będą zdolne wziąć odpowiedzialność za bezpieczeństwo swojej ojczyzny. Należy zaznaczyć, że poparcie społeczeństwa USA dla interwencji spada. Łukasz Smalec GRUDZIEŃ 2009

27


A Z J A A F G A N I S TA N

Gospodarka nieruchomościami w Afganistanie

P

ierwsze przejawy zachodniej modernizacji w Afganistanie miały miejsce już w XIX wieku i dotyczyły prawa własności, podatków, waluty narodowej i handlu międzynarodowego. Pierwsza, licząca 72 artykuły, konstytucja została ratyfikowana w 1923 roku. W czasach wielkiego kryzysu w Stanach Zjednoczonych (1929-1933) w Afganistanie nastał okres szybkiego rozwoju gospodarczego przy jednoczesnym zwiększeniu się zachodnich wpływów w kraju. W 1932 roku z inicjatywy prywatnej powstał pierwszy afgański bank, Bānk-e Melli (Bank Narodowy). W 1938 roku powstał państwowy De Afghānestān Bānk (Bank Afganistanu). Najwyższe tempo rozwoju afgańska gospodarka zanotowała w latach 1970-1978. W tym okresie wzrost PKB utrzymywał się na poziomie 4,5% rocznie. W latach 90. XX wieku afgańska gospodarka została doprowadzona do ruiny. Pieniądz wciąż tracił na wartości, rozwiązania problemu szukano w denominacji, wprowadzonej w 1994 roku. W tym okresie 1 dolar amerykański był warty 8000 afgani. Po latach wojen, w 1995 roku talibowie przywrócili bezpieczeństwo w kraju. Handel zaczął się ponownie rozwijać, a afgani uzyskało silniejszą pozycję (1 dolar = 2900 afgani). Jednakże brak zainteresowania gospodarką ze strony nowego rządu spowodował, że stagnacja szybko powróciła do Afganistanu. Po upadku reżimu talibów w 2001 roku Afganistan zaczął się rozwijać. PKB per capita w ciągu pięciu lat (2002-2005) wzrósł ze 182$ do 354$. W 2008 roku zanotowano wzrost PKB o 7%. Pomimo znacznej poprawy stanu afgańskiej gospodarki w ostatnich latach Afganistan wciąż pozostaje krajem biednym i zależnym od pomocy międzynarodowej. W 2008 roku stopa bezrobocia wynosiła 40%, a inflacja 13%. Afganistan w 2007 roku został sklasyfikowany przez ONZ na piątym miejscu wśród najbiedniejszych krajów świata. Dochody niemal połowy mieszkańców Afganistanu nie przekraczają 14 dolarów miesięcznie, ludzie ci pozbawieni są również dostępu do podstawowych dóbr. Ludność Kabulu i stopień urbanizacji Afganistanu W 1776 roku Timur Szah Durrani uczynił Kabul stolicą nowo powstałego państwa — Afganistanu. Miasto liczyło wtedy 70 tysięcy mieszkańców. Pod koniec XIX wieku kabulska populacja liczyła 140 tysięcy mieszkańców, czyli dwa razy więcej niż sto lat wcześniej. W 2004 roku liczbę mieszkańców szacowano na 2,8 do 3 milionów. Dziś Kabul jest największym afgańskim miastem, liczącym ponad 3,5 miliona mieszkańców. Prognozuje się, że w 2015 roku liczba ta wzrośnie do ponad 5 milionów. Największy procentowo wzrost ludności w Kabulu odnotowano w latach 1999-2002, gdy wskaźnik wzrostu wynosił 15% rocznie, z czego przeważającą większość stanowili imigranci z prowincji lub uchodźcy powracający do kraju, głównie z terenu Pakistanu i Iranu. W chwili obecnej wskaźnik wzrostu wynosi 5% (150 tysięcy osób / 20 tysięcy domostw) rocznie, z czego 3% to przyrost naturalny, a 2% migracje. Całkowita liczba ludności Afganistanu to 33,6 miliona, a aż 10% mieszka w stolicy. Pierwsza stolica Afganistanu (lata 1747-1776), Kandahar, jest w chwili obecnej drugim co do wielkości miastem w kraju i liczy 0,5 miliona mieszkańców. Inne większe miasta jak: Herat, Mazar-e Szarif czy Dżalalabad liczą po kilkaset tysięcy mieszkańców. Gospodarka nieruchomościami w Kabulu Obecna sytuacja mieszkaniowa w Kabulu przedstawia się bardzo niekorzystnie. Szybki wzrost populacji (5% rocznie), niekontrolowana 28

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

zabudowa, brak podstawowej infrastruktury technicznej (wodociągi, elektryczność, kanalizacja), wysoki poziom zanieczyszczeń, problemy komunikacyjne, nieuregulowany status prawny większości nieruchomości oraz słaba gospodarka przestrzenna ze strony państwa — to najważniejsze wyzwania współczesnego Kabulu. Mimo że liczba mieszkańców Kabulu wynosi 3,5 miliona i ciągle wzrasta, w stolicy brak jest zabudowy wielorodzinnej. Uchodźcy, którzy powrócili do kraju po upadku talibów, zastali swoje domy zniszczone. Szacuje się, że 9 na 10 kabulskich rodzin mieszka w jedno- lub dwuizbowych lokalach. Należy tu podkreślić, że tradycyjna rodzina afgańska jest wielodzietna. Jedyne w mieście budynki wielorodzinne, które powstały w latach 70. XX wieku w dzielnicy Microrayon, były przeznaczone dla pracowników administracji państwowej i wojska, zamieszkiwali tam także rosyjscy dyplomaci. Stanowią one niewielki odsetek zabudowy stolicy. W samodzielnych lokalach mieszkalnych żyje jedynie 3,1% kabulczyków. Jednocześnie statystyki wskazują, iż jedynie 0,5% mieszkańców stolicy jest bezdomnych, w tym 10 tysięcy osób koczujących w namiotach oraz 5 tysięcy zamieszkujących ruiny. Tak niski odsetek bezdomnych jest spowodowany nieograniczonym dostępem do nieformalnej zabudowy i nielegalnym zajmowaniem działek na stokach górskich.

Ekskluzywny hotel Safi Landmark w Szare Nau.

Tradycyjna afgańska zabudowa mieszkalna. Zabudowa W tzw. zabudowie formalnej Kabulu, czyli której mieszkańcy ubiegali się o pozwolenia na budowę, mieszka jedynie 17,7% ludności stolicy, z czego 3,1% w lokalach mieszkalnych, a 14,6% w domach wolno stojących, typu wille. Zabudowa formalna przeważa w dzielnicach takich jak Szare Nau i Karte Seh oraz nowszych dystryktach 11 i 15 (północ miasta).


A Z J A A F G A N I S TA N Zabudowę nieformalną, która zajmuje 69% zurbanizowanej powierzchni miasta, zamieszkuje 82,3% populacji. Ponad 66% to mieszkańcy tradycyjnych domostw w zabudowie zwartej. Domostwa na stokach górskich otaczających Kabul dają schronienie blisko 13% kabulczyków. Oznacza to, że około 500 tysięcy osób mieszka w trudno dostępnych miejscach, bez bieżącej wody, kanalizacji, elektryczności i możliwości dojazdu.

Nielegalna zabudowa stoków górskich Prawo własności W afgańskim prawodawstwie kilka aktów prawnych zapewnia nienaruszalność własności: Konstytucja Islamskiej Republiki Afganistanu (2004), Kodeks Cywilny (1977) oraz w odniesieniu do nieruchomości Ustawa o konfiskacie ziemi (2002), Dekret prezydenta w sprawie podziału państwowych dóbr niezgodnie z przeznaczeniem według planu zagospodarowania przestrzennego (2002). Artykuł 40 Konstytucji mówi, że własność i prawo dziedziczenia podlegają ochronie prawnej. Własność może być ograniczona lub skonfiskowana tylko w drodze ustawy. Mimo że artykuł 2004 Kodeksu Cywilnego gwarantuje dziedziczenie w częściach równych zarówno dla mężczyzn, jak i kobiet, bardzo często lokalne sądy opierają się na tradycyjnym podziale opartym na zaleceniach Koranu: 1/3 dla córek, a 2/3 dla synów. W Afganistanie sytuacja prawnej regulacji własności nieruchomości jest bardzo skomplikowana. Z jednej strony — około 47% rolników nie ma własnej ziemi, a blisko 90% powierzchni kraju to tzw. „ziemia sultani” (ziemia królewska), z drugiej — nieformalna zabudowa i nielegalne nabywanie nieruchomości są wciąż na porządku dziennym. Rada Miasta Kabulu we współpracy z Sądem Apelacyjnym w Kabulu próbuje rozwiązać problem nielegalnej zabudowy poprzez uproszczenie procedur nadawania lub odzyskiwania aktów własności. Według danych z 2005 roku jedynie 5-30% właścicieli (w zależności od dzielnicy) posiadało oficjalne akty własności. Do 80% właścicieli posiada jedynie zwyczajowe akty nabycia (spadek, zakup, darowizna), niezatwierdzone przez organy państwowe. Wysokie podatki obowiązujące przy nabywaniu nieruchomości skutecznie zniechęcają do oficjalnego zgłaszania faktu nabycia. Zbywający lub nabywający (w zależności od umowy) ma obowiązek odprowadzić 1% wartości nieruchomości do Ministerstwa Finansów, 5% (lub 6% w przypadku gdy wartość przekracza milion afgani) wartości to opłata sądowa, a 1% otrzymuje Rada Miasta. W przypadku wątpliwości szacowana wartość jest korygowana przez Ministerstwo Finansów. W latach 1384-1386 (2005-2008) w Sądzie Najwyższym w Kabulu przeprowadzono ponad 4300 spraw cywilnych w sprawie nielegalnego zagarnięcia nieruchomości, a jedynie 229 w sprawie ustalenia własności. Zagospodarowanie przestrzenne Najnowszy plan zagospodarowania przestrzennego afgańskiej stolicy został zatwierdzony ostatecznie w marcu 2009 roku. Przewiduje trzy etapy realizacji: krótki (do 2015), średni (2020) i długi (2025). Przełomową decyzją, podjętą przez Ministerstwo Gospodarki Przestrzennej oraz Niezależny Zespół Zagospodarowania Kabulu, jest to, że nowy plan obejmuje stworzenie kabulskiej metropolii rozciągającej się na

dwa dystrykty (Kabul i Dehsabz). Szacuje się, że inwestycja w Dehsabz będzie kosztować 50 miliardów dolarów. Nowy Kabul powstanie w odległości 20 km na północny wschód od obecnej stolicy, a jego powierzchnia będzie wynosić około 500 km2 (o połowę więcej niż dzisiejszy Kabul). Nowy plan zakłada również modernizację „starego Kabulu”, budowę kanalizacji, poszerzenie ulic, przebudowę lotniska. Pozycja cudzoziemców na afgańskim rynku nieruchomości Zgodnie z artykułem 44 Konstytucji Islamskiej Republiki Afganistanu obywatele innych państw nie mają prawa być właścicielami nieruchomości na terenie Afganistanu. Jedynym wyjątkiem są nieruchomości przeznaczone na siedzibę misji zagranicznych. Cudzoziemcy mają pełne prawo do wynajmu nieruchomości, zarówno niezabudowanych, jak i zabudowanych. W przypadku wynajmu nieruchomości niezabudowanej pod inwestycję — o pozwolenie na budowę ma obowiązek starać się właściciel gruntu. Ze względu na fakt, że cudzoziemcy nie mogą nabywać nieruchomości i są zmuszeni do wynajmowania zarówno lokali mieszkalnych, jak i całych budynków (np. na siedziby międzynarodowych organizacji pozarządowych), ceny wynajmu znacznie wzrosły już kilka miesięcy po upadku reżimu talibów (Islamskiego Emiratu Afganistanu) w 2001 roku. W 2003 roku cudzoziemcy byli w stanie zapłacić nawet 11 tysięcy dolarów miesięcznie za 200-metrowy dom w dobrej dzielnicy, podczas gdy dwa lata wcześniej opłata ta wynosiła około 500 dolarów.

Wizualizacja „nowego Kabulu” wg projektu — Japońska Agencja Międzynarodowej Współpracy (www.dcda.gov.af).

Podmioty działające na rynku Na współczesnym kabulskim rynku nieruchomości działają pośrednicy w obrocie nieruchomościami, którzy jednocześnie szacują ich wartość. Są to osoby, które zdobyły uprawnienia w latach 70. XX wieku, często studiując w Moskwie, oraz ich rodziny (zwykle synowie). Biura nieruchomości zaczęły się pojawiać na rynku dopiero pod koniec 2001, ponieważ wcześniej talibowie utrudniali działalność pośrednikom. W 1999 roku zostało uchwalona Ustawa o pośrednictwie nieruchomości, która określała prawa i obowiązki pośredników, a także procedurę uzyskania licencji. Wymagania stawiane kandydatom obejmowały m.in. ukończone studia na poziomie licencjatu, niekaralność, znajomość prawa, a także obywatelstwo Islamskiego Emiratu Afganistanu. W 2004 roku tymczasowy rząd afgański wprowadził poprawki do Ustawy o pośrednictwie nieruchomościami. Wprowadzono m.in. obostrzenia w zakresie znajomości kodeksu cywilnego. Pośrednicy nieruchomości i ich działalność podlegają Ministerstwu Sprawiedliwości, które oprócz licencji wydaje pieczęć oraz księgę, w której pośrednik ma obowiązek odnotować zakończone transakcje. Katarzyna Javaheri GRUDZIEŃ 2009

29


AZJA KAMBODŻA

W mediach coraz częściej pojawiają się informacje z Kambodży. Z początkiem 2010 roku spodziewany jest pierwszy wyrok w Trybunale ds. Zbrodni Czerwonych Khmerów. Śledząc powierzchowne doniesienia z tego kraju, trudno uzmysłowić sobie, jak paranoiczną kryją historię.

Kambodża sądzi

M

iesiąc temu wróciłem po raz kolejny z Kambodży. Przybyło banków i asfaltowych dróg, ale życie toczy się w niezmiennym, równikowym tempie — duszno, stoiska ze smażonymi bananami, bazary, rzeki motorów, spaliny, hoteliki, turyści. Nie zmieniły się za to proporcje. Jak powiedział mi pewien Kambodżanin — dziewięć na dziesięć osób powyżej czterdziestki pamięta terror lat 1975-1979. — A oprawcy? — Są dokoła. Żyjemy razem. Kambodża stała się wówczas nie tylko polem najbardziej szalonego eksperymentu społecznego we współczesnej historii, ale i areną kontrowersyjnych wolt w relacjach międzynarodowych. Każdy, kto pochyla się nad historią Kambodży, zadaje sobie w końcu fundamentalne pytanie: „Jak to możliwe, że w ciągu czterech lat Kambodżanie zamordowali dwa z siedmiu milionów swoich rodaków?”. Oczywiście jeśli oczekujemy odpowiedzi natury filozoficzno-etycznej, jesteśmy skazani na niepowodzenie. Można jednakże dostrzec przesłanki, które doprowadziły do tej unikatowej na przestrzeni dziejów tragedii. Obalenie króla W 1953 roku po 99 latach Kambodża wyzwoliła się spod francuskiej dominacji. Król Sihanouk modernizował kraj. Kambodżański chłop zobaczył motory, szkoły, szpitale, nawozy, maszyny rolnicze. Na scenie politycznej kraju dojrzewały pierwsze ugrupowania polityczne, wyrosłe na silnych prądach nacjonalistycznych. Khmerscy komuniści, stypendyści francuskich uczelni na czele z absolwentem Sorbony Saloth Sarem, rozpoczęli wtedy tworzenie w Kambodży terenowych struktur partyjnych, silnie indoktrynując społeczeństwo, koncentrując się na warstwie chłopów i niepiśmiennych plemionach górskich z mniejszości etnicznych. W latach sześćdziesiątych w Wietnamie toczyła się wojna. Przez Kambodżę przebiegał legendarny szlak Ho Chi Minha, którym transportowano zaopatrzenie dla wojsk komunistycznego Vietcongu. Gdy oddziały wietnamskie zaczęły się zapuszczać na tereny Kambodży, w Pentagonie zapadła decyzja: „Operacja Breakfast” (ang. śniadanie). Na Kambodżę spadło około pół miliona bomb, zabijając tysiące niewinnych ludzi (olbrzymie rozbieżności w szacunkach — od 30 do 300 tys. zabitych). W 1970 r. króla Sihanouka zamachem stanu obalił jego podwładny, generał Lon Nol, wspierany przez Amerykanów. Jego rządy przyniosły wzrost dysproporcji majątkowych, głód, korupcję i wojnę domową między wojskami rządowymi a rosnącymi w siłę Czerwonymi Khmerami Saloth Sara, który przyjął rewolucyjny pseudonim Pol Pot. W Kambodży zagościł wielki strach. Pamiętny apel przebywającego na emigracji, uwielbianego przez lud króla: „Bracia i siostry! Idźcie do dżungli i dołączcie do partyzantów!” — był dla ludu jasnym sygnałem i utwierdzeniem w przekonaniu, że tylko silni, zdyscyplinowani, patriotyczni Czerwoni Khmerowie są w stanie stawić opór skompromitowanemu wojsku brutalnego Lon Nola, za którym stoją „bezlitośni” Amerykanie. Tym bardziej że obiecują równość i sprawiedliwość. Siedemnastego kwietnia 1975 roku Czerwoni Khmerowie zdobyli stolicę, Phnom Penh. Witały ich wiwatujące tłumy z białymi flagami i okrzykiem: „Koniec wojny!”. 30

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

zbrodniarzy Czerwony terror Wkrótce zaczęły się dziać niezrozumiałe rzeczy. Ubrani w czarne chłopskie mundury żołnierze (głównie dzieci) Khmer Rouge wyrzucali z domów wszystkich mieszkańców miast, wysyłając ich do ich rodzinnych wsi. Miasta, w tym dwumilionowe Phnom Penh opuścili wszyscy mieszkańcy, którym zabrano buty, okulary, telewizory, pralki, samochody, banki, szkoły, elektryczność, pocztę, religię — wszystko, co mogło się kojarzyć z przeszłością. Rok 1975 ogłoszono rokiem zero nowej ery. Ludziom kazano pracować w komunach rolniczych. Zerwano z pojęciem własności prywatnej. Kadry Khmer Rouge obsesyjnie inwigilowały szpiegów i obcych, wrogów najwyższej organizacji Angka, która funkcjonowała w świadomości ludzi jako zdematerializowany, niezwyciężony byt, wszechmocna i wszechwidząca siła, przed którą nie ma ucieczki. Wrogiem numer jeden ogłoszono inteligencję. Ludzie umierali z głodu, wycieńczenia i samotności albo w obozach tortur, jak w osławionym stołecznym więzieniu politycznym S 21, w budynku byłego liceum. Kambodża została odizolowana od świata. Jeszcze wiosną 1975 roku ewakuowano z Phnom Penh ostatnich korespondentów i dyplomatów. Groziła im pewna śmierć. Reżim utrzymywał stosunki dyplomatyczne z kilkoma państwami (dyplomaci byli ściśle pilnowani), m.in. Chinami, Koreą Północną i w początkowym okresie rządów z Wietnamem, z którym relacje pogarszały się z dnia na dzień z racji imperialistycznych planów Pol Pota. Gdy w styczniu 1979 roku, w trakcie inwazji wywołanej konfliktem granicznym i serią czystek etnicznych prowadzonych przez Khmerów na terenie Wietnamu, wojsko wietnamskie wyzwoliło Kambodżę, kraj znajdował się na skraju samounicestwienia. Rozpoczął się blisko 20-letni okres wewnętrznego chaosu, walk podporządkowanych Wietnamowi wojsk rządowych z partyzanckimi oddziałami Khmer Rouge, którzy zaminowali wielkie połacie kraju (do dziś notuje się średnio 25-35 ofiar min miesięcznie). Prześcignąć Mao Jak to możliwe, że grupie szaleńców udało się przez 4 lata mordować średnio 1500 osób dziennie? Dlaczego kilka milionów ludzi nie zdołało się zbuntować? Dziewięćdziesiąt procent khmerskiego społeczeństwa stanowili chłopi — niewykształceni, niepiśmienni, od setek lat żyjący na swoich małych ryżowych poletkach, w większości buddyści z mocno zakorzenioną wiarą w predestynację, karmę, reinkarnację, wszechobezwładniające „jest jak jest”. Ludobójstwo w Kambodży zapisało się na czarnych kartach historii jako wyjątkowe: gdzie indziej inny zabijał innego, tu — swój swojego. Pol Pota fanatycznie fascynowała idea rewolucji kulturalnej, chińskiej zasady czengfeng, oznaczającej nieustanną walkę o poprawę stylu pracy,


AZJA KAMBODŻA w myśl której w pierwszej kolejności i najdotkliwiej należy zwalczać swoich, bo to w nich lęgnie się złowrogi dla idei wirus. Nasuwa się pytanie, czy to, co wydarzyło się w Kambodży, było starannie zaplanowanym posunięciem, czy wymknęło się spod kontroli. Odpowiedź leży chyba gdzieś pośrodku.

Pol Pot pragnął prześcignąć Lenina, Stalina i Mao Zedonga, udowodnić, że na khmerskiej ziemi możliwa jest rewolucja absolutna, jaka nie udała się nikomu na świecie. Miał dwa wyjścia: przejąć społeczeństwo i budować na zmienionych zasadach albo zburzyć i budować od nowa. Wybrał opcję drugą — oczyszczenie przez terror. Stworzony przez niego system, oparty na permanentnym strachu, urósł do samonakręcającej się apokalipsy, która w końcu zaczęła wchłaniać samą siebie na czele z jej twórcami. W obozach śmierci lądowali wyżsi rangą kamradzi Khmer Rouge, posądzeni o szpiegostwo i zdradę. Z obozu S 21 nikt nie miał prawa wyjść żywy. Więźniowie mieli do wyboru w trakcie zeznań trzy warianty: „Jestem agentem CIA, KGB albo wietnamskim”. Wszystkich zabijano na „polach śmierci” — Choeung Ek, 15 km za miastem, gdzie dziś stoi wielka muzealna stupa z 8 tysiącami czaszek. Żona Pol Pota popadła w obłęd. Po wyzwoleniu w Wietnamie i Tajlandii powstały z pomocą ONZ obozy dla uchodźców. Ocaleni wracali do „miast duchów”, rozpoczęło się „nowe życie”. Amerykanie nadal pozostawali w fatalnych relacjach z Wietnamem, kontrolującym w pełni nowe khmerskie władze. USA i ONZ za jedynych legalnych reprezentantów kraju uznawały przez długie lata zbrodniczy reżim Pol Pota (sic!). Ieng Sary, jeden z liderów, odpowiedzialny w reżimie za sprawy zagraniczne, reprezentował kraj przy ONZ, jego córka uczyła się na najlepszych amerykańskich uczelniach. Kambodża jak szkło Czy świat nie wiedział, co działo się w Kambodży w latach 19751979? I znów prawda leży po środku. Zwiad satelitarny zdradzał obłędne ruchy migracyjne, nieliczni uciekinierzy relacjonowali realia życia w komunach rolniczych, u kilku starannie pilnowanych delegacji dziennikarskich, które wpuszczono do kraju, prezentacje wzorowych komun wzbudzały niepokój. Nikt nie zdawał sobie jednak sprawy ze skali dramatu. Wietnamski fotoreporter Van Tay, który wjechał do Phnom Penh z armią wietnamską, zwabiony silnym fetorem odkrył porzucony w panice obóz śmierci S 21. Gdy fotografował trupy i narzędzia tortur, drżały mu ręce. Komendant obozu Kaing Guek Eav alias Duch i jego załoga zostawili dowody zbrodni — stosy zeznań i fotografii więźniów. Dzięki inwazji wietnamskiej z S 21 ocalało 14 z około 15 tys. zabitych tu więźniów. Jednego z nich, Ung Pecha, na początku lat 80. wysłano do Polski, gdzie w muzeum Auschwitz uczono go, jak zorganizować muzeum ludobójstwa. W budynku byłej katowni powstało muzeum Tuol Sleng, którego został pierwszym dyrektorem. Pol Pota i jego klikę osądzono dwukrotnie, najpierw uczynili to Wietnamczycy w pokazowym, zaocznym procesie wojskowym w 1979

roku, skazując go na śmierć, i ponownie w 1997 r. w ramach tzw. „sądu ludowego” w ostępach dżungli. Wkrótce po tym zmarł. — Kambodża jest jak potłuczone szkło — powiedział mi Youk Chhang, dyrektor Centrum Dokumentacji Kambodży, laureat nagrody im. Trumana-Reagana za walkę przeciw bezkarności zbrodniarzy komunistycznych, umieszczony przez brytyjski tygodnik „Time” na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi świata. — Centrum wykonuje tytaniczną pracę. Musimy poskładać wszystkie części razem. A to nie takie proste, jedne części nie pasują, innych brakuje. Trybunał jest konieczny w drodze do pojednania narodu ze swoją historią. Centrum bezpośrednio napędza ten proces. Osiemdziesiąt procent dokumentów pochodzi od nas — tłumaczy. Trybunał ds. Zbrodni Czerwonych Khmerów (ECCC) w Phnom Penh stanowi w tej materii unikatową hybrydę. W przeciwieństwie do Międzynarodowego Trybunału dla Byłej Jugosławii (ICTY) i Rwandy (ICTR) czy Specjalnego Trybunały dla Sierra Leone (SCSL) — ECCC nie został ustanowiony przez ONZ albo na mocy umowy międzynarodowej. ECCC powstał na mocy wewnętrznego aktu prawnego Kambodży, zgodnie z ustaleniami umowy ramowej ONZ i rządu khmerskiego w 2003, ustanawiającej podstawę prawną i zasady dla wzajemnej współpracy. Umowę ramową implementowano do prawa kambodżańskiego w 2004 roku (tzw. Prawo ECCC). Formalnie Trybunał jest częścią khmerskiego systemu sądownictwa, zawiera jednak w sobie elementy sądu międzynarodowego. Kat kierowcą ciężarówki Przez długie lata miano Pol Pot wzbudzało w Kambodżanach przerażenie. Czerwoni Khmerowie rozpuścili się w społeczeństwie. Bohaterem jednego z moich reportaży jest kat z obozu S 21 — Prak Khan, który aktualnie pracuje jako kierowca ciężarówki. Żyje ze swoją rodziną obok zupełnie nieświadomych jego przeszłości sąsiadów. Ieng Sary, sądzony lider Khmer Rouge, na jednym kontrakcie sprzedaży cennego drewna zarobił pod koniec lat dziewięćdziesiątych 72 mln dolarów. Pol Pot posiadał rzekomo na zagranicznych kontach 400 mln dolarów. Obecny rząd premiera Hun Sena podejrzliwie patrzy na Trybunał. — Boją się. Nie wiedzą, do czego to doprowadzi — mówi Youk Chhang. Wielu z nich wywodzi się bezpośrednio z ruchu Czerwonych Khmerów, mimo że podkreślają, iż definitywnie zerwali ze swoją przeszłością. Często pytam młodych Kambodżan, czego uczą się o terrorze w szkole. Odpowiadają jednogłośnie: „Niczego”. Zawsze dopytuję: — Ale nawet jednej strony w podręczniku? — Nawet jednej. Młodsi nie wierzą, że coś takiego wydarzyło się w ich kraju naprawdę. — To wynik zmanipulowanej wersji historii — twierdzi Youk Chhang. — Zmieniamy to. Rozdaliśmy tysiące podręczników, prowadzimy akcje edukacyjne. — Trybunał jest warunkiem sine qua non uzdrowienia społeczeństwa — podsumowuje Youk Chhang. — Jeśli chcemy normalnie żyć i się rozwijać, nie możemy się bać. Pierwszy wyrok w Trybunale spodziewany jest z początkiem 2010 roku, w sprawie Ducha, komendanta obozu S 21. Grozi mu dożywocie; w Kambodży nie stosuje się kary śmierci. Na proces czekają Khieu Samphan, Nuon Chea, Ieng Sary i Ieng Thirith. Dziś Kambodża wkracza w etap dynamicznego rozwoju, boomu inwestycyjnego z widocznymi gołym okiem skutkami ubocznymi (korupcja, rosnące dysproporcje majątkowe, zagrożenie ekologiczne). Do dziś nie uregulowano sporu granicznego z Tajlandią, z czego wynikają powtarzające się wzajemne oskarżenia i incydenty. To jednak temat na oddzielny artykuł. Zawsze wracając z Kambodży, zadaję sobie na końcu pytanie: czy mamy jakąkolwiek gwarancję, że historia z Kambodży już nigdy się nie powtórzy? Wtedy stewardessa roznosi pierwsze napoje. Andrzej Muszyński GRUDZIEŃ 2009

31


B E Z P I E C Z E Ń S T W O R O Z M O WA

Zapobiec apokalipsie Rozmowa z Peterem Crailem, ekspertem do spraw proliferacji technologii atomowych i rakiet balistycznych w Arms Control Association w Waszyngtonie, byłym analitykiem Center for Nonproliferation Studies oraz konsultantem Departamentu Rozbrojenia ONZ. Czy rozprzestrzenianie broni masowego rażenia i technologii rakietowych jest nie do uniknięcia? Jeśli chodzi o proliferację technologii rakietowych, to z pewnością nie da się jej uniknąć. W przypadku pytania o rozprzestrzenianie się samej broni, szczególnie tej określanej mianem broni masowego rażenia, odpowiedź jest inna — nic nie jest przesądzone. Następujący rozwój technologii nie oznacza jednocześnie pewnej proliferacji. Społeczność międzynarodowa stworzyła mechanizmy, które utrudniają wykorzystanie technologii do celów wojskowych i rozwoju broni masowego rażenia. Co więcej, zdecydowana większość państw zobowiązała się nie rozwijać takiej broni. Dlatego też całkiem możliwe jest ograniczenie proliferacji, a nawet jej cofnięcie. Wymaga to jednak woli politycznej i nieco szczęścia. Czemu w przypadku proliferacji technologii rakietowych jest inaczej? To nieco inna historia. Rakiety balistyczne dalekiego zasięgu — jak choćby międzykontynentalne ICBM — są przydatne tylko wtedy, gdy zaopatrzy się je w głowice z bronią atomową. Nie ma najmniejszego sensu uzbrajać je w inną broń masowego rażenia. Z tego też powodu ograniczenie proliferacji technologii rakietowych może nastąpić wskutek ograniczenia proliferacji technologii atomowych. Mało które państwo będzie zainteresowane rozwijaniem programów rakietowych, jeśli nie będą w stanie wyposażyć takich pocisków w głowice atomowe. Z drugiej 32

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

jednak strony — należy pamiętać o pociskach krótszego zasięgu, które mogą być skutecznie stosowane jako polityczne narzędzie do odstraszania nieprzyjaciół, ale również na polu walki, do ataku na konkretne cele. Wykorzystanie przez Stany Zjednoczone pocisków manewrujących przeciwko Irakowi w 1991 i 2003 roku dobrze to ilustruje. Tego rodzaj broń nie jest zakazana i następuje dość szybka jej proliferacja. Może więc należałoby jej zakazać? Broń balistyczna jest uważana za użyteczne narzędzie w arsenałach wojskowych. Trudno byłoby zakazać tego rodzaju uzbrojenia — choćby dlatego, że większość rakiet balistycznych jest uzbrojona w głowice konwencjonalne. Co więcej, na świecie istnieje wiele innych systemów uzbrojenia o sile rażenia podobnej do niszczycielskiej mocy rakiet balistycznych. Chociaż nie ma międzynarodowego zakazu dotyczącego rakiet balistycznych, istnieją inicjatywy, których celem jest ograniczenie proliferacji tej broni. Zgodnie z międzynarodowym instrumentem znanym jako HCOC (Hague Code of Conduct on Ballistic Missile Proliferation) państwa zobowiązały sięograniczać rozwój technologii rakietowych. Co więcej, istnieje reżim MTCR (Missile Technology Control Regime), którego celem jest ograniczenie transferu technologii mogących posłużyć do produkcji rakiet. W praktyce jednak wszelka proliferacja może być co najwyżej spowolniona, a nie całkowicie wstrzymana. Czy powinniśmy martwić się kwestią proliferacji? Zdecydowanie tak, mimo że proliferacja nie dotyka każdego państwa w jednakowy sposób. Niektóre państwa są bardziej zagrożone problemem niż inne. Konsekwencje rozprzestrzeniania są jednak odczuwalne wszędzie. Wpływ można dostrzec, analizując przykład inwazji na Irak w 2003 roku, dokonanej pod wodzą Stanów Zjed-


B E Z P I E C Z E Ń S T W O R O Z M O WA noczonych w oparciu o przekonanie, iż Bagdad posiadał arsenały broni masowego rażenia. Choć kwestia arsenałów Iraku nie stanowiła problemu dla każdego państwa, skutki wojny były globalne. Podobnie wygląda sprawa z zamachami z 11 września 2001 roku, które przyniosły globalne konsekwencje ekonomiczne. Wpływ na światową gospodarkę mógłby być nawet większy, gdyby terroryści zdecydowali się użyć broni masowego rażenia na przykład przeciwko dużym portom. Który rodzaj broni masowego rażenia jest najbardziej rozpowszechniony? Pod względem łącznej liczby z pewnością broń atomowa, co wynika z dużych zapasów dwóch państw — Stanów Zjednoczonych i Rosji, a wcześniej Związku Sowieckiego. Pod względem liczby posiadaczy najbardziej rozpowszechniona jest broń chemiczna, co wynika przede wszystkim z dużo większej łatwości jej produkcji. Coraz więcej państw rezygnuje z posiadania broni biologicznej, a wymienić tu można choćby Stany Zjednoczone, Rosję oraz Indie. Czy użycie broni atomowej jest realne? Przez państwo raczej niewielkie. Potencjalnie dojść do jej użycia może w konflikcie indyjsko-pakistańskim, aczkolwiek obie strony zdają sobie sprawę, że nie przyniosłoby im to żadnej korzyści. Dużo bardziej prawdopodobne jest zastosowanie broni atomowej przez grupy terrorystyczne. Organizacje takie jak Al-Kaida stwierdziły, iż ich religijnym obowiązkiem jest wejście w posiadanie takiej broni. Wiadomo też, że takie próby podjęto. Dlaczego to broń atomowa przyciąga największą uwagę? Przede wszystkim dlatego, że jest ona bez porównania bardziej niszczycielska niż broń chemiczna czy biologiczna. Co więcej, tylko bomby atomowe stanowią element obrony strategicznej. Jej posiadanie umożliwia wejście pod „atomowy parasol”, co ma miejsce choćby w przypadku NATO, w tym także Polski. Z tego też powodu broń atomowa jest jednocześnie narzędziem politycznym. W nadchodzących latach wzrośnie znaczenie broni biologicznej, bowiem naukowcy pracują nad bardzo zaawansowanymi wirusami, których skuteczność będzie większa niż obecnie. Czy do terrorystycznego ataku atomowego dojdzie z wykorzystaniem rakiet balistycznych? To wysoce wątpliwe. Niewiele grup terrorystycznych posiada technologiczne i logistyczne zdolności zdobycia rakiet, a następnie ich wykorzystania. Jedną z takich nielicznych organizacji jest Hezbollah, chociaż i ta grupa korzysta z pomocy państwa. Podczas wojny w 2006 roku Hezbollah zaatakował izraelski okręt sprowadzoną z Iranu rakietą manewrującą. Grupy terrorystyczne, takie jak Al-Kaida, działają w sposób bardziej skryty, tak więc nie mogą wykorzystać rakiet. A brudna bomba? Czy terroryści mogliby wykorzystać ten sposób? Należy przede wszystkim podkreślić fakt, iż tak zwana brudna bomba nie jest bronią niszczycielską, lecz przede wszystkim powoduje chaos i panikę. Jej użycie nie skutkowałoby dużą liczbą zabitych. Znaczny obszar stałby się jednak niezdatny do użycia. Wymagałoby to potężnej akcji odkażania, która byłaby długa, żmudna i kosztowna. Gdyby brudna bomba została użyta w dużych portach, konsekwencje miałyby globalny wymiar. Niepokojący jest fakt, iż zdobycie materiałów radiologicznych jest dużo łatwiejsze niż pozyskanie materiałów rozszczepialnych, wykorzystywanych w broni atomowej. Po upadku Związku Sowieckiego znaczna część materiałów atomowych zaginęła. Czy są podejrzenia, gdzie się znajdują? Nie wiadomo, ile materiałów skradziono ani też gdzie one są obecnie. Wiadomo jednak, że Rosjanom skradziono bardzo radioaktywne materiały, które wymagają specjalnych środków do przechowywania.

Podejrzewać więc można, że nie są one w posiadaniu zwykłych grup przestępczych. Nie mamy wiarygodnych informacji, czy są one w rękach terrorystów — tego jak na razie nie udało się potwierdzić. Mohammed El-Baradei [szef Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej – przyp. red] stwierdził, iż liczba raportów o kradzieży materiałów radioaktywnych jest niepokojąca. Czy przychyliłby się Pan do tego stwierdzenia? Z całą pewnością — liczba wykrytych incydentów jest alarmująca. Nie dlatego, że skutkują one pojawieniem się bliskiego i bezpośredniego zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego, lecz bardziej dlatego, iż uzmysławiają one nieskuteczność mechanizmów ochronnych i zabezpieczeń. Z całą pewnością państwa i Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (IAEA) muszą zrobić więcej w tej kwestii. Jak kształtuje się międzynarodowy czarny rynek? Tak zwany czarny rynek istnieje zarówno dla materiałów radioaktywnych, jak i materiałów atomowych. W ostatniej dekadzie zarejestrowano kilkaset nielegalnych prób sprzedaży. Niewielki odsetek dotyczył materiałów, które mogłyby posłużyć do produkcji bomby atomowej. Dużo łatwiej jest zdobyć materiały radioaktywne. W przypadku materiałów atomowych, a więc wymaganych do produkcji bomby atomowej, dochodziło do wielu oszustw. Zdarzało się, iż grupy terrorystyczne lub przestępcze były oszukiwane przy próbie zdobycia takich materiałów. Najbardziej znanym oszustwem jest sprawa tak zwanej czerwonej rtęci, którą reklamowano jako ważny składnik przy produkcji bomby, a następnie sprzedano za olbrzymią sumę pieniędzy. W rzeczywistości był to zwykły związek chemiczny, który nie miał związku z bronią atomową. Ile nowych państw atomowych pojawi się w nadchodzących latach? Około 30 państw na świecie wyraziło chęć wejścia w posiadanie technologii atomowych. Nieco ponad połowa z nich to kraje bliskowschodnie, w tym Arabia Saudyjska i Egipt. Część to państwa azjatyckie, takie jak Indonezja, Filipiny i Wietnam. Chociaż dotyczy to programów cywilnych, to przełożą się one na światowe bezpieczeństwo — choćby dlatego, że Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej będzie miała więcej pracy i obiektów do skontrolowania. Szczególnie niebezpieczna wydaje się proliferacja technologii wzbogacania uranu, który może być zastosowany w broni atomowej. Może to doprowadzić do nowego wyścigu zbrojeń. Zwiększy się też ryzyko kradzieży materiałów atomowych. Które rozwiązanie jest lepsze — rozbrojenie państw posiadających broń atomową czy też sprawienie, aby kolejne jej nie zdobyły? Należy działać w obu kierunkach. Rozbrojenie takiego państwa jak Korea Północna sprawi, że inne mniej chętnie będą sięgać po taką broń. Całkowite rozbrojenie atomowe zajmie dekady — i to tylko pod warunkiem, że nowe państwa nie wejdą w jej posiadanie. Nie jest to takie pewne, bo trzech posiadaczy broni atomowej — Indie, Pakistan oraz Izrael — nie podpisały traktatu zakazującego proliferację. Jak rozwiązać problem właśnie tych trzech państw? Pierwszym krokiem powinno być sprawienie, żeby te trzy państwa, to jest Indie, Pakistan i Izrael, podpisały porozumienie, które uniemożliwi testowanie broni atomowej i produkowanie materiałów rozszczepialnych. Mniejsze potęgi atomowe powinny pójść drogą Stanów Zjednoczonych i Federacji Rosyjskiej, które prowadzą negocjacje i systematycznie redukują swoje arsenały. Nie wymaga to żadnego porozumienia międzynarodowego. Dziękuję za rozmowę. Rozmawiał Robert Czulda GRUDZIEŃ 2009

33


B E Z P I E C Z E Ń S T W O T E R R O RY Z M

Koniec z Wyborcza zapowiedź Baracka Obamy dotycząca likwidacji w ciągu dwóch lat okrytego złą sławą więzienia Guantánamo spotkała się z przychylną reakcją środowisk walczących o prawa człowieka. Na razie proces ten napotyka na liczne problemy.

C

hcąc rozpocząć nową erę w amerykańskiej polityce zagranicznej, Barack Obama zapowiedział w swojej kampanii wyborczej likwidację więzienia „w odpowiedzialny sposób”. Sekretarz obrony Robert Gates niezwłocznie polecił przygotowanie planów zamknięcia placówki i przenosin osadzonych. Już 22 stycznia 2009 roku prezydent Obama polecił wstrzymać na 120 dni procesy zatrzymanych, aby można było dokonać dokładnej oceny każdego z przypadków. Dzień później prezydent podpisał porozumienie wykonawcze o zamknięciu obozu w ciągu roku. Szybko okazało się, że w wielu sprawach brakuje dokumentów, a likwidacja więzienia nie jest taka prosta. Potwierdziła to majowa deklaracja Obamy o wznowieniu działalności wojskowych trybunałów. Niewinni, ale więzieni Likwidację więzienia oparto na optymistycznym założeniu, że sojusznicy chętnie przyjęliby tych osadzonych, których oczyszczono z zarzutów. Nie wiadomo bowiem, co można z nimi zrobić. W wielu przypadkach kraje ojczyste odmówiły ich przyjęcia. Część nie może wrócić, bo na miejscu czekałyby ich tortury, prześladowania lub śmierć, a to uniemożliwia ekstradycję. Osadzeni nie mogą też wkroczyć na terytorium Kuby ani tym bardziej wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Dotyczy to choćby grupy Ujgurów, których zwolnić nakazał amerykański sąd federalny już w październiku 2008 roku. Do tej pory nie udało się znaleźć żadnego kraju gotowego ich przyjąć. Chociaż niewinni, są nadal więzieni. W takiej sytuacji bez wyjścia znajduje się obecnie około 90 z 215 osadzonych. Pod rządami Obamy miało być dużo łatwiej. Nieoficjalne informacje mówiły, iż co najmniej sześć europejskich państw rozważać miało przyjęcie osadzonych. Niemcy miały być gotowe przyjąć grupę Ujgurów, a Portugalia maksymalnie do 60 osadzonych z Guantánamo. Z zamierzeń i planów niewiele zostało. W czerwcu 2009 roku amerykański Departament Sprawiedliwości ogłosił, iż Arabia Saudyjska zgodziła się przyjąć trzech więźniów. Jeden osadzony trafił do Czadu, a inny do Iraku. Czterech Ujgurów w wielkiej tajemnicy odesłano na Bermudy. Po dwóch więźniów przyjęły Irlandia i Portugalia. Dwóch osadzonych, którym nie postawiono żadnych zarzutów, odesłano do Algierii. To niewiele i z pewnością nie rozwiązuje problemu niewinnych osadzonych, którzy nie mają gdzie się podziać. Prawna łamigłówka Likwidacja więzienia napotyka poważne trudności prawne, na które amerykański system sprawiedliwości nie jest przygotowany. Prócz oczyszczonych z zarzutów istnieje grupa więźniów, których Bia-

34

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

ły Dom chce postawić przed sądem. Nie wiadomo, kto — jeśli nie specjalne trybunały wojskowe — mógłby ich sądzić. Zdaniem części wojskowych prawników konieczne może okazać się powołanie sądu specjalnego w Stanach Zjednoczonych, który mógłby brać pod uwagę dowody zebrane w wyniku tortur. Przed jego obliczem można byłoby wtedy postawić co najmniej 80 nadal czekających na proces podejrzanych. W tej grupie znajduje się pięciu domniemanych współsprawców zamachów z 11 września.

Guantánamo? Za powołaniem specjalnego sądu przemawia to, że prokuratorzy nie będą chcieli wnosić spraw do sądów federalnych, wiedząc, że nielegalnie zdobyte dowody zostaną zakwestionowane, a oskarżenia odrzucone. Za przykład posłużyć może Mohammed al-Qahtani, podejrzany o udział w zamachach z 11 września. Jego zeznania i przyznanie się do winy zostały wymuszone torturami. Al-Qahtani stanowi wzorcowy przykład specjalnej kategorii oskarżonych. Jest zbyt niebezpieczny, aby go zwolnić, ale także nie sposób go skazać przed amerykańskim sądem. W ostatnich tygodniach potwierdzono jedynie, iż przed obliczem sprawiedliwości stanie pięciu więźniów z Guantánamo. Jednym z nich jest osoba oskarżana o zaplanowanie ataków z 11 września 2001 roku. Podejrzani mają stanąć przed sądem federalnym w Nowym Jorku. Nie wiadomo, co zrobić w sytuacji uniewinnienia. Wypuścić wolno na ulice czy deportować? Zmiana planów Potwierdzenie porażki przyszło 18 listopada, kiedy to Obama przyznał, iż daty styczniowej nie uda się dotrzymać. Dodał, iż proces ten jest „trudny technicznie”, a jako możliwy termin podał „przyszły rok”. Część winy ponosi Kongres, który nie zgodził się na przesłanie więźniów na terytorium Stanów Zjednoczonych nawet przy zachowaniu maksymalnych środków bezpieczeństwa. Senat głosami 90 do 6 zablokował przekazanie funduszy na transfer osadzonych. Decyzja o postawieniu pięciu skazanych przed obliczem sądu federalnego w Nowym Jorku również wywołała liczne kontrowersje i sprzeciwy. „Guantánamo nie może być zamknięte w sposób szybki i efektywny bez większego wsparcia ze strony Kongresu i amerykańskich sojuszników” — słusznie zauważa Matthew Waxman, były zastępca asystenta sekretarza obrony ds. osadzonych. Rozwiązanie tych jakże licznych łamigłówek prawnych wcale nie będzie oznaczało, iż więzienie Guantánamo zostanie ostatecznie zamknięte. Cała sprawa może rozbić się o inne, równie skomplikowane problemy, z których część nie dotyczy aktualnie przebywających tam osadzonych. „Wszyscy koncentrujemy się na Guantánamo, a przecież to jedynie syndrom istnienia pewnego problemu” — uważa Waxman. Mowa oczywiście o przyszłych zatrzymanych, których podejrzewa się o przygotowywanie zamachów terrorystycznych. Co zrobić z nimi? Na to pytanie administracja Baracka Obamy nie znalazła jeszcze żadnej odpowiedzi. Robert Czulda


Interesuje Cię polityka i chcesz lepiej rozumieć stosunki międzynarodowe? A może pragniesz być w przyszłości politykiem lub dyplomatą? Powinieneś więc dobrze rozumieć ekonomię, a przynajmniej jej podstawowe prawa i zasady. Polityk będący ignorantem ekonomicznym jest człowiekiem niepoważnym, a u władzy może przyczynić się do wielkich szkód gospodarczych. Ignorancja w połączeniu z władzą prowadzi do katastrofy. Niewłaściwa polityka państwa już nieraz stawała się przyczyną szkód gospodarczych, większych od tych spowodowanych wojnami. Światły obywatel łatwiej osiąga pomyślność dla siebie i innych.

Chcesz dobrze służyć własnemu krajowi, aby stawał się zamożniejszy i silniejszy? Ucz się odróżniać mity i kłamstwa od prawd ekonomicznych! Pomogą Ci w tym materiały dostępne dzięki portalowi

Polsko-Amerykańskiej Fundacji Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego (PAFERE), www.pafere.org, w tym m.in. książka:

Fałsz politycznych frazesów, czyli pospolite złudzenia w gospodarce i polityce (Instytut Liberalno-Konserwatywny, Wydawnictwo Prohibita, Lublin – Warszawa 2009). Publikacja jest 345-stronicowym zbiorem 83 bardzo przystępnie napisanych i niezależnych od siebie artykułów, publikowanych na łamach amerykańskiego magazynu „The Freeman”, autorstwa wybitnych ekonomistów amerykańskich. Aby ją otrzymać, skontaktuj się z: Fundacją PAFERE Polska ul. Wojciecha Korfantego 9A, 01-496 Warszawa www.pafere.org; pafere@pafere.org tel.: 022 415 72 22, fax: 022 435 60 01

Również Ty powinieneś mieć tę książkę! Wystarczy, że wpłacisz równowartość 30,00 lub więcej zł jako darowiznę na konto Fundacji w Polsce, a otrzymasz publikację (cena dla odbiorców krajowych). Volkswagen Bank Direct 33 2130 0004 2001 0409 4215 0001 Tytuł wpłaty: Darowizna na cele statutowe


BEZPIECZEŃSTWO MIĘDZYNARODOWE Woda — niezaprzeczalne źródło życia. Dostęp do jej zasobów stanowi jeden z podstawowych celów polityki wszystkich państw na świecie. Woda to również źródło konfliktów o ogromnym znaczeniu. Potencjalnych miejsc rywalizacji o nią jest wiele.

Bijące

źródło

konfl któw

starożytności dwie ówczesne potęgi J uż— wAsyria i Babilonia — toczyły otwartą

wojnę, której przedmiotem była woda. Ludzie walczyli o nią na przestrzeni wieków w każdej części świata. Z jej braku upadały nawet cywilizacje (na przykład cywilizacja doliny Indusu). Pomimo że 70% powierzchni Ziemi pokryte jest przez wodę, to aż 1,1 miliarda osób na świecie nie ma stałego dostępu do wody pitnej. Zasoby wody zdatnej do spożycia są zbyt małe w stosunku do potrzeb ludzkości. Jakość zasobów wodnych na świecie oraz sposób ich wykorzystania zależą wyłącznie od działalności człowieka. Z powodu zanieczyszczeń oraz rabunkowej gospodarki wodnej zasoby tego strategicznego surowca ulegają degradacji. Prowadzi to do możliwych walk o te rezerwy bądź po prostu o dostęp do jakichkolwiek ujęć wody. Odnawialne zasoby wodne są ograniczone. Prawdopodobieństwo wystąpienia sporu wzrasta wraz z powiększaniem się populacji danego regionu bądź państwa. Oczekiwania społeczne czy też wymagania związane z rozwojem gospodarczym skutkują większym zużyciem wody, co może prowadzić do rywalizacji, a w skrajnych przypadkach do eskalacji przemocy. Także gdy źródło tego kluczowego surowca znajduje się na terenie dwóch bądź więcej państw, może dojść do konfliktu między nimi. Spór o dostęp do zasobów wodnych może rozgorzeć zarówno na płaszczyźnie transnarodowej, jak i wewnątrz państwa. Konflikt, którego zasięg nie przekracza granic danego kraju, jest zazwyczaj walką między regionami górnego biegu rzeki a terytoriami jej dolnego

36

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

biegu. Charakteryzuje się on tym, iż rejony góry rzeki odcinają bądź znacznie ograniczają przepływ wody do obszarów z dołu rzeki lub w zbyt dużym stopniu konsumują zasoby rzeczne. Powoduje to zagrożenie żywotnych interesów jednej ze stron, co z kolei może prowadzić do wybuchu zatargów. Ilustracją takiego konfliktu jest rywalizacja o zasoby Nilu, która trwa od najdawniejszych czasów. Kolejnym czynnikiem konfliktogennym w kwestii wojny o wodę jest problem kontroli szlaków wodnych. Transport morski stanowi podstawowy sposób dystrybucji towarów na świecie. Nadzór nad szlakami wodnymi ma bezpośrednie przełożenie na kontrolę nad większością międzynarodowej wymiany handlowej. Nacjonalizacja Kanału Sueskiego w latach 50. XX wieku i wywołany przez nią konflikt międzynarodowy pokazują rangę tego typu sporów. Znikające jezioro Nie sposób wymienić wszystkie możliwe ogniska przyszłych konfliktów o wodę. Należy jednak przybliżyć te najbardziej prawdopodobne oraz te, które mogą w największym stopniu wpłynąć na kształt stosunków międzynarodowych w nieodległej przyszłości. Afryka jest najmniej stabilnym oraz najuboższym z kontynentów. Populacja Czarnego Lądu powiększa się w znacznym tempie, co implikuje zwiększenie trudności realizacji podstawowych potrzeb ludności oraz wymagań rozwojowych w sferze gospodarki. Możliwymi arenami wojen o wodę na tym kontynencie są trzy regiony: Jezioro Czad, Lesotho oraz Sahara.

Jezioro Czad leży na pograniczu czterech państw: Czadu, Nigerii, Nigru oraz Kamerunu. Od początku lat 60. postępuje proces degradacji tego zbiornika wodnego. Zmniejsza się jego powierzchnia oraz kurczą się zasoby wodne. Poważnym problemem jest także rozwój roślinności na tafli jeziora. Jeśli dewastacja i nadmierna eksploatacja Jeziora Czad nie zostanie zahamowana, nie tylko doprowadzi to do znacznego ograniczenia dostępu do wody pitnej dla czterech państw afrykańskich, ale również do wyginięcia ryb, które stanowią podstawę wyżywienia okolicznej ludności. Zaistnienie konfliktu między państwami korzystającymi z zasobów jeziora stanie się wtedy wysoce prawdopodobne. W południowej Afryce może dojść do konfliktu między Lesotho a RPA. Lesotho Highlands Water Project zakłada zbudowanie systemu przesyłu znacznych ilości wody, uzyskiwanych z letnich opadów atmosferycznych, do cierpiących na jej niedobór regionów RPA. Projekt ten jest na razie zawieszony, lecz jego wznowienie może zaowocować efektami dwojakiej natury. Skutkiem pozytywnym jest postęp cywilizacyjny obu państw. Z drugiej jednak strony — mogą zaistnieć zagrożenia degradacji środowiska naturalnego północnego Lesotho oraz jego ekonomicznego uzależnienienia się od RPA, która może nie zawahać się użyć siły w celu zabezpieczenia dostaw wody. Prawdopodobieństwo scenariusza siłowego zwiększa fakt, iż w przeszłości w tym rejonie doszło już do wojny o wodę. We wrześniu 1988 roku wojska południowoafrykańskie dokonały inwazji na terytorium Lesotho pod pretekstem zapewnienia bezpieczeństwa ludności tego państwa (miały wtedy miejsce antyrządowe manifestacje). Prawdziwym jednak powodem tej agresji było przejęcie kontroli nad przesyłem wody. W wyniku tego kon-


BEZPIECZEŃSTWO MIĘDZYNARODOWE fliktu zrujnowano stolicę Lesotho, a RPA zrealizowała swój podstawowy cel — utrzymanie transferu wody. Gorąca rzeka Pod powierzchnią Sahary znajdują się znaczące pokłady wody. Libia prowadzi rozbudowany projekt wydobycia „niebieskiego złota” spod piasków pustyni oraz jego rozprowadzenia rurociągami do krajów Afryki Północnej. Do konfliktu może dojść w sytuacji, gdy któreś z państw zechce przejąć kontrolę nad tymi zasobami oraz szlakami dystrybucji. W wojnę o wodę mogą zostać wtedy zaangażowane takie państwa, jak Libia, Egipt, Algieria, Tunezja i Maroko. Destabilizacja północnych rubieży Czarnego Lądu może niekorzystnie wpłynąć na sytuację w Europie oraz na Bliskim Wschodzie poprzez ewentualny exodus ludności oraz zahamowanie wymiany handlowej. Miejscem rywalizacji, a być może i konfliktu o wodę pitną będzie prawdopodobnie Bliski Wschód, będący jednym z najsuchszych obszarów na świecie. Dostęp do zasobów wodnych ma tam szczególne znaczenie. Najbardziej niepokojącą wizję przedstawia Boutros-Ghali [b. Sekretarz Generalny ONZ — przyp. red.], który kilka lat temu przewidywał, iż „następnym powodem wojny w tym regionie będzie woda”. Cytat ten doskonale obrazuje sytuację na pograniczu Izraela, Jordanii, Syrii oraz Libanu. Na przestrzeni ostatnich 65 lat aż sześciokrotnie dochodziło tam do otwartej wojny. Na Bliskim Wchodzie rozegrały się też inne konflikty, jak chociażby dwa powstania palestyńskie czy niedawna interwencja armii izraelskiej w Strefie Gazy. Stosunki między Izraelem a jego sąsiadami zawsze były wysoce napięte. Rzeka Jordan stanowi największe źródło wody dla państw znajdujących się w jej dolinie. Była ona osią prawie wszystkich konfliktów na Bliskim Wschodzie. Wzgórza Golan, w których Jordan ma swoje źródło, są spornym terytorium między Izraelem a Syrią. Przedmiotem konfliktów jest także Zachodni Brzeg tej rzeki. Wojna może wybuchnąć z powodu nadmiernej eksploatacji zasobów wodnych tej rzeki przez którekolwiek z państw mających do niej dostęp. W przeszłości próbowano uregulować tę kwestie, lecz wciąż stanowi ona węzeł gordyjski Bliskiego Wschodu. Jordan jest również ważnym elementem tradycji oraz religii trzech największych monoteistycznych wyznań: islamu, chrześcijaństwa oraz judaizmu. Spór o Thai Canal Do sporu o kontrolę nad (nieistniejącym jeszcze) szlakiem wodnym może dojść na terytorium Tajlandii. Chodzi o tak zwany Thai Canal. Jego budowa ma pozwolić na skróce-

nie szlaków handlowych z Bliskiego na Daleki Wschód. Kanał tajski miałby także zwiększyć bezpieczeństwo żeglugi poprzez umożliwienie okrętom ominięcia wód, na których grasują piraci. Politycznym powodem zrealizowania tego projektu jest chęć ograniczenia wpływów chińskich w Azji Południowo-Wschodniej. Budowa Thai Canal oraz późniejsza jego eksploatacja pozwolą stworzyć znaczną liczbę miejsc pracy dla mieszkańców Tajlandii, co może przełożyć się na wzrost poziomu ich życia. Z drugiej jednak strony — kanał tajski stanowi zagrożenie dla interesów Malezji oraz Singapuru. Państwa te mogą ponieść znaczne straty ekonomiczne, gdy ich porty stracą na znaczeniu. Istnieje także duże prawdopodobieństwo wzrostu tendencji separatystycznych wśród tajlandzkiej ludności muzułmańskiej, co może prowadzić do destabilizacji wewnętrznej państwa bądź nawet jego podziału. Ekolodzy wskazują również na możliwość dewastacji środowiska morskiego po obu końcach przyszłego kanału. Konflikty o wodę mogą też wybuchnąć w Ameryce Południowej. Szersze opracowanie tego problemu można znaleźć w artykule Andrzeja Muszyńskiego pod tytułem „Chile — Woda — Boliwia” (Stosunki Międzynarodowe, nr 60, listopad 2009). Najmniej prawdopodobne jest, że areną rywalizacji o dostęp do zasobów wodnych stanie się Europa. Jeśli jednak na Starym Kontynencie zaistnieje spór o wodę, to będzie miał on zapewne charakter wewnętrzny. Całokształt

Jak uniknąć eskalacji konfliktów?

stosunków międzynarodowych na obszarze europejskim implikuje niskie prawdopodobieństwo wybuchu konfliktu międzypaństwowego. Możliwe zatargi mogą zaistnieć na terenie Hiszpanii, która boryka się z największymi problemami w zakresie dostępu do zasobów wodnych, bądź w stosunkowo ubogim i niestabilnym rejonie Bałkanów, gdzie władza państw jest bardzo słaba.

wiec strategiczny Aby mogły być one wdrożone, należy połączyć ze sobą wysiłki polityków, naukowców oraz przedsiębiorców. Procesy technologiczne są zwieńczeniem działalności mającej na celu zapobieganie sporom o wodę, muszą one być jednak prowadzone w ramach konkretnych rozwiązań polityczno-instytucjonalnych.

Konflikty o wodę nie są nieuniknione. Istnieje szereg mechanizmów, które pozwalają zapobiegać ich eskalacji, a wręcz mogą zdławić je w zarodku. Należy wyróżnić trzy grupy mechanizmów tonizujących spory o wodę: polityczne, instytucjonalne oraz techniczne. Dyplomacja prewencyjna oraz krystalizacja zasad prawa międzynarodowego stanowią podstawę politycznych sposobów zapobiegania konfliktom, również tym związanym z dostępem do wody. Rozwiązywanie problemów na drodze negocjacji i kooperacji pozwala uniknąć eskalacji przemocy, jasno ukształtowany system prawno-międzynarodowy stanowi zaś normatywną podstawę procesów dyplomatycznych. Do dnia dzisiejszego nie powstała żadna instytucja transnarodowa, która zajmowałaby się organizacją światowej gospodarki wodnej. Próby unormowania zarządzania wodą w wymiarze globalnym podejmują agendy ONZ — Światowa Organizacja Meteorologiczna, UNESCO oraz FAO. Stabilny i powszechnie respektowany organ ogólnoświatowy stanowiłby jakościową zmianę w tej dziedzinie ludzkiej działalności. Odsalanie wody morskiej, tworzenie zamkniętych obiegów wodnych, zwiększenie poziomu i jakości wykorzystywania ścieków, adaptacja i transport gór lodowych, wywoływanie deszczów oraz uzyskiwanie wody z mgieł to niektóre z mechanizmów technicznych pozwalających rozwikłać konflikty o omawiany suro-

Paweł Luty GRUDZIEŃ 2009

37


BEZPIECZEŃSTWO MIĘDZYNARODOWE POLSKA

Obecnie żadna z liczących się sił politycznych w Polsce nie kwestionuje naszego członkostwa w NATO i nie jest to również celem niniejszego artykułu. Jednak ten powszechny, bardzo pożyteczny i pożądany konsens spowodował, niestety, jedno bardzo negatywne zjawisko w postaci zaniku dyskusji na temat wiarygodności i zdolności NATO do wypełniania swoich zobowiązań w dalszej perspektywie czasowej. Większość polityków i ekspertów milcząco przyjęła, że wiarygodność ta jest trwała i pozostanie niezmienna, niezależnie od rozwoju sytuacji międzynarodowej, również za dziesięć lub dwadzieścia lat. Jednak dynamika zmian we współczesnym świecie jest tak duża, że nie trzeba być ekspertem, aby stwierdzić, że w polityce międzynarodowej nie istnieją żadne wiarygodne scenariusze rozwoju sytuacji, natomiast prawdopodobieństwo pomyłki jest duże.

Czy powinniśmy ufać sojusznikom? wić się nad wiarygodnością drugiej strony, ponieważ w ostatnim czasie w stosunkach międzynarodowych miało miejsce wiele niepokojących zdarzeń, które tę wiarygodność, niestety, mocno podważają.

Zaufanie w polityce międzynarodowej

Najważniejsze wątpliwości

Upadek ZSRR i komunizmu oraz zwycięstwo demokracji i gospodarki wolnorynkowej w drugiej połowie lat 90. spowodowały rzadko dotychczas spotykany w polityce międzynarodowej powiew optymizmu i wiary w zwycięstwo demokracji i gospodarki wolnorynkowej oraz powstanie nowego, pozbawionego konfliktów i bardziej sprawiedliwego świata. Bezpośrednim skutkiem tej nowej atmosfery politycznej było podjęcie przez niektóre państwa europejskie próby zmiany rozumienia współczesnej polityki międzynarodowej, w tym szczególnie zmiany jej podstawowych paradygmatów: siły oraz walki interesów narodowych, na paradygmaty zaufania oraz solidarności, które postulują oparcie stosunków międzynarodowych na zdolnościach do negocjacji i współpracy oraz kompromisu pomiędzy państwami i narodami. Stan ten nie trwał jednak długo, ponieważ praktyka okazała się dużo bardziej brutalna i już na przełomie wieków doszło do kilku spektakularnych konfliktów militarnych, które zasiały zwątpienie co do zasadności i racjonalności tych nowych teorii (Kosowo 1999, Afganistan 2001, Irak 2003). W tej sytuacji wydawało się, że próby budowania tego nowego świata w oparciu o zaufanie i współpracę odejdą do historii, a europejska polityka międzynarodowa wróci do starych, sprawdzonych zasad. Stało się jednak inaczej — pomimo oczywistych faktów nowe teorie cieszą się nadal poparciem wielu europejskich polityków i mają duży wpływ na praktykę. Problem ten dotyczy również Polski, a biorąc pod uwagę nasze doświadczenia historyczne, nabiera szczególnego znaczenia ze względu na możliwe negatywne konsekwencje. Przystępując w roku 1999 do Sojuszu Północnoatlantyckiego, Polska rozpoczęła budowanie swojej politycznej pozycji w jego strukturach, opierając się na założeniu, że zaangażowanie oraz aktywny udział w operacjach prowadzonych przez sojuszników pozwolą nam zbudować pozycję godnego zaufania i solidnego partnera. Zakładając w domyśle, że w przyszłości, w sytuacji zagrożenia, Polska będzie miała moralne prawo oczekiwać podobnej postawy z ich strony. Z tego też powodu główną misją Sił Zbrojnych RP w ciągu minionych 10 lat — niestety kosztem innych misji, w tym obrony terytorium kraju — był udział w różnego rodzaju operacjach pokojowych poza granicami Polski, a głównym ich celem było budowanie obrazu RP jako godnego zaufania i solidarnego sojusznika. Wydaje się, że w znacznym zakresie cel ten udało się osiągnąć, a nasza wiarygodność została potwierdzona, jednak po dziesięciu latach budowania naszej własnej wiarygodności czas najwyższy zastano

Od początku swojego istnienia Sojusz Północnoatlantycki deklarował, że obrona wspólnych wartości cywilizacji europejskiej jest sensem i podstawą jego istnienia. Natomiast podstawową, wyrażoną w art. 5, wartością Sojuszu jest wzajemne zaufanie i solidarność wszystkich członków w obliczu zagrożenia. Przez 60 lat istnienia Sojuszu udało się te wartości obronić zarówno przed zagrożeniem zewnętrznym, tworzonym przez ekspansywne plany Związku Radzieckiego, jak i przed problemami i nieporozumieniami wewnętrznymi, które zawsze mogą się pojawić w przypadku tak dużej i złożonej organizacji. Również Polska, wstępując w roku 1999 do struktur Sojuszu, liczyła na to, że to właśnie te, tak konsekwentnie wyznawane i bronione przez tyle lat, wartości były, są i będą największą siła Sojuszu i gwarancją naszego bezpieczeństwa. Jednak ten trochę idealistyczny obraz w ciągu ostatnich kilku lat stracił wiele ze swojej wiarygodności. Współcześnie wiele wątpliwości wzbudza zachowanie się NATO jako całości oraz jego poszczególnych członków w stosunku do bieżących wydarzeń na międzynarodowej scenie politycznej, w tym szczególnie: brak jednolitego stanowiska Sojuszu oraz zdecydowanych i konsekwentnych działań wobec rosyjskiej agresji w Gruzji; brak jednolitego stanowiska państw Sojuszu wobec przyjęcia Ukrainy i Gruzji; widoczny brak zainteresowania niektórych członków Sojuszu realizacją wspólnej polityki energetycznej UE oraz wspólna niemiecko-rosyjska budowa gazociągu przez Morze Bałtyckie, wbrew oczywistym interesom NATO i UE jako całości. Te powstałe pod wpływem bieżących wydarzeń wątpliwości potęgowane są ponadto przez brak konsekwencji i niejasności w rozwiązaniach prawno-organizacyjnych problemów Sojuszu, które mają swoje źródła w fundamentach jego funkcjonowania. Pierwszym i jednoczenie najważniejszym oraz budzącym największe wątpliwości problemem jest zagadnienie interpretacji art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego, który poprzez swój brak jednoznaczności i automatyzmu budzi coraz większe wątpliwości wśród wielu polskich polityków z różnych opcji politycznych. Niestety wszystko na to wskazuje, że wątpliwości te są w pełni uzasadnione, ponieważ z literalnej wykładni art. 5 wynika wyraźnie, że w sytuacji zagrożenia militarnego jednego z członków nie gwarantuje on udzielenia automatycznie wsparcia militarnego przez pozostałych. Daje on w zamian jedynie ogólne, bliżej niesprecyzowane obietnice pomocy w formie, jaką dane państwo, członek Sojuszu, uzna za stosowne w takiej sytuacji.

38

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE


BEZPIECZEŃSTWO MIĘDZYNARODOWE POLSKA

Drugą wątpliwość budzi dająca się zaobserwować od kilku już lat i z polskiego punktu widzenia bardzo niekorzystna tendencja w kierunku ewolucji zdolności operacyjnych sił zbrojnych poszczególnych państw członkowskich NATO — od zdolności obronnych, które istniały praktycznie od początku istnienia Sojuszu, w kierunku zdolności ekspedycyjnych. Zostało to spowodowane prawdopodobnie wzrastającym zaangażowaniem Sojuszu w wojnę z terroryzmem, szczególnie w Iraku i Afganistanie. Jednak jeżeli sama konieczność zwalczania terroryzmu nie budzi wątpliwości, to prowadzenie operacji antyterrorystycznych kosztem bezpośredniej obrony państw członkowskich już niestety tak. Natomiast w przypadku Polski wątpliwości te wydają się szczególnie uzasadnione. Kolejnym niejasnym obszarem we wzajemnych stosunkach jest problem opracowania planów obrony nowo przyjętych państw członkowskich, w tym oczywiście również Polski. Nie ma jednak żadnej pewności, że plany takie istnieją naprawdę, a jeżeli tak, to jaki jest ich aktualny poziom przygotowania. Ponieważ doniesienia medialne są sprzeczne, wypowiedzi polityków, w tym ministra obrony narodowej, wymijające, a same plany — oczywiście tajne, powoduje to, że nie można w tym względzie uzyskać żadnych wiarygodnych informacji. Następnym, jednak najbardziej niejasnym aspektem naszego członkostwa w NATO, jest sprawa rozmieszczenia na terytorium Polski natowskich instalacji militarnych, w tym bazy rakiet antybalistycznych, wraz z personelem wojskowym. Sprawa ta jest niejasna co najmniej z dwóch powodów: po pierwsze, ze względu na swoje geopolityczne położenie Polska jest bardzo dobrym miejscem do rozmieszczenia amerykańskich baz i po przyjęciu Polski wydawało się, iż przesunięcie niektórych z nich z Niemiec do Polski jest tylko kwestią czasu; po drugie, w sprawie tej istnieje prawdopodobnie cicha umowa pomiędzy USA a Rosją, co stawia pod znakiem zapytania jakość naszego członkostwa. Najbardziej aktualnym oraz wzbudzającym największe kontrowersje aspektem ww. problemu jest również sprawa „targowania się” naszych amerykańskich sojuszników o czasowe rozmieszenie jednej baterii rakiet Patriot na terytorium Polski. Nie rozwijając dalej tego problemu, trzeba stwierdzić, że sprawia to żenujące wrażenie i świadczy o rzeczywistej pozycji Polski (podobno strategicznego sojusznika) w Sojuszu oraz o braku zaufania. Co nam pozostało? Po rozwiązaniu w roku 1991 Układu Warszawskiego Polska znalazła się w trwającym przez osiem lat, do roku 1999, okresie samodzielności obronnej, pozostając w tzw. szarej strefie bezpieczeństwa, kiedy to formalnie nie byliśmy członkiem żadnego z istniejących sojuszy, a nasze bezpieczeństwa zależało tylko od naszych własnych zdolności obronnych. W rzeczywistości, pozostając właściwie w stanie bezbronności wobec ewentualnej napaści ze strony innych państw, tylko sprzyjającej sy-

tuacji międzynarodowej możemy zawdzięczać, że nie staliśmy się w tym czasie ofiarą żadnej agresji. W okresie tym nie ukształtowały się ponadto żadne usystematyzowane i przemyślane koncepcje bezpieczeństwa narodowego. Okazało się, że ani nasi politycy, ani eksperci nie wyzwolili się z ograniczeń posatelickiego myślenia i nie zdołali stworzyć ani teoretycznych, ani praktycznych podstaw polskiej suwerennej polityki i strategii bezpieczeństwa. W tej sytuacji pojawienie się w roku 1994 możliwości wstąpienia Polski do NATO było prawdziwym uśmiechem losu i zmieniło zasadniczo naszą sytuacje geopolityczną oraz politykę bezpieczeństwa na najbliższe kilkadziesiąt lat. Biorąc pod uwagę poruszone powyżej wątpliwości oraz coraz większą zmienność i nieprzewidywalność sytuacji na świecie, należałoby się jednak zastanowić nad trwałością fundamentów naszego członkostwa w Sojuszu i rozważyć problem, czy] wobec coraz mocniej postępującej erozji wspólnych wartości wśród członków NATO słabnące zaufanie i solidarność będą wystarczającym gwarantem naszego bezpieczeństwa. Podejmując dyskusję nad tym problemem, należałoby jednak zacząć od wyjaśnienia wszystkich naszych wątpliwości i zastrzeżeń w zakresie podstawowych zasad funkcjonowania Sojuszu, w tym szczególnie od:  potwierdzenia i zagwarantowania automatyzmu reakcji militarnej w przypadku naruszenia art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego;  potwierdzenia priorytetu zdolności obronnych Sojuszu nad zdolnościami ekspedycyjnymi;  opracowania planów kolektywnej obrony dla wszystkich członków Sojuszu, w tym szczególnie dla nowo przyjętych;  rozmieszczenia w Polsce instalacji sojuszniczych, w tym najlepiej jednostek bojowych armii USA wraz z personelem wojskowym.

Rozpoczęta właśnie dyskusja nad nową Koncepcja Strategiczną Sojuszu jest ku temu bardzo dobrą okazją. Jeżeli nasze postulaty zostaną uwzględnione, to myślę, że możemy spać spokojnie, jednak w przeciwnym wypadku powinniśmy przestać udawać, że wszystko jest w porządku i poważnie zastanowić się nad wiarygodnością i przyszłością Sojuszu. Jednak cały dramatyzm sytuacji oraz paradoks postawionego w tytule pytania polega na tym, że (jak to już nieraz bywało w historii) i tak musimy im „ufać”, ponieważ, przynajmniej na razie, nie mamy innego wyjścia. dr Grzegorz Kwaśniak

GRUDZIEŃ 2009

39


G O S P O D A R K A M I Ę D Z Y N A R O D O WA S U R O W C E

W kwietniu 2010 roku ruszy budowa rurociągu gazowego łączącego Rosję z Unią Europejską. Dwie nitki gazociągu o łącznej długości 1220 km połączą rosyjską miejscowość Wyborg z niemieckim terminalem odbiorczym w Greifswald.

Nor d Stream przesądzony

Blisko 1190 km gazociągu przebiegać będzie po dnie Morza Bałtyckiego. Jego zdolność przesyłową szacuje się na ponad 55 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie, co umożliwi dostarczenie tego surowca do ponad 26 milionów odbiorców w Europie, zarówno tych indywidualnych, jak i instytucjonalnych. Pierwsza nitka powinna być oddana do eksploatacji w końcu 2011 roku, a druga — w 2012 roku. Międzynarodowa inwestycja Projekt Nord Stream (Potok Północny), bo tak brzmi oficjalna nazwa Gazociągu Północnego, wywołał w Polsce gorącą dyskusję, zarówno wśród polityków, jak i ekspertów rynku energetycznego. Ci pierwsi wskazywali na zagrożenie uzależnienia krajów Unii Europejskiej od dostaw gazu z Rosji, wskazując przy tym na czysto polityczne przesłanki jego realizacji. Ci drudzy z kolei kwestionowali ekonomiczną zasadność realizacji projektu, którego koszt szacuje się na ponad 7 mld euro, nie licząc dodatkowych kosztów związanych z logistyką i wyposażeniem centrów zarządzania przesyłem gazu. Wątpliwości co do realizacji projektu nie mają państwa, które będą odbiorcami rosyjskiego gazu, a listopadowe decyzje rządów Szwecji i Finlandii, zezwalające na budowę gazociągu w ich strefie ekonomicznej Morza Bałtyckiego, przypieczętowały tylko zaplanowane na przyszły rok rozpoczęcie jego budowy. Projekt Nord Stream jest wspólnym przedsięwzięciem czterech spółek: rosyjskiej spółki Gazprom, niemieckich BASF SE/Wintershall Holding AG i E.ON Ruhrgas AG oraz holenderskiej N.V. Nederlandse Gasunie. Ponadto przy budowie rurociągu zaangażowani będą również wykonawcy z Danii, Szwecji, Norwegii, Francji i Włoch. Z kolei dystrybucją rosyjskiego gazu zajmą się spółki z Danii (DONG Energy A/S), Niemiec (E.ON Ruhrgas AG, WINGAS GmbH), Francji (Gaz de France S.A.) i Wielkiej Brytanii (Gazprom Marketing and Trading, UK). Gaz dystrybuowany będzie do odbiorców w Niemczech, Danii, Wielkiej Brytanii, Holandii, Belgii, Francji oraz Czechach. Zestawienie: Udział spółek w konsorcjum Nord Stream AG. Spółka Gazprom

Udziały w konsorcjum 51,00%

BASF SE/Wintershall Holding AG

20%

E.ON Ruhrgas AG

20%

N.V. Nederlandse Gasunie

9%

Źródło: Opracowanie własne na podstawie www.nord-stream.com, stan na dzień 30 listopada 2009 r. Geneza powstania projektu Gazociągu Północnego sięga drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to utworzono rosyjsko-fińską spółkę North Transgas Oy. Przygotowane wówczas wstępne studia wykonalności w zakresie możliwości powstania nowych sieci przesyłu rosyjskiego gazu do Europy Zachodniej wskazywały, iż z ekonomicznego i technicznego punktu widzenia bezpośrednie połączenie gazociągiem wzdłuż Morza Bałtyckiego stanowić będzie optymalne rozwiązanie. 40

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

Źródło: www.nord-stream.com, stan na dzień 30 listopada 2009 r. Kiedy strona fińska zmieniła swoje podejście do projektu dotyczącego gazociągu, w 2001 roku Gazprom nawiązał współpracę z niemieckimi partnerami, w wyniku czego 8 września 2005 roku w Berlinie podpisano umowę o współpracy pomiędzy rosyjskim Gazpromem a niemieckimi spółkami BASF SE i E.ON AG. Umowa ta stanowiła początek ścisłej współpracy pomiędzy tymi podmiotami. W październiku 2006 roku powstało konsorcjum spółek Gazprom, BASF SE/Wintershall Holding AG i E.ON Ruhrgas AG, pod nazwą Nord Stream AG, do którego w lipcu 2008 roku dołączyła holenderska spółka N.V. Nederlandse Gasunie. W takim właśnie składzie konsorcjum realizuje obecnie projekt Gazociągu Północnego. Projekt polityczny Federacja Rosyjska posiada największe na świecie złoża naturalnego gazu ziemnego. Obecnie blisko 70% rosyjskiego gazu eksportowane jest do Unii Europejskiej. Stanowi to jednak jedynie 7% efektywnego zużycia tego surowca w krajach członkowskich. W 2005 roku kraje Unii sprowadziły z Rosji łącznie 314 miliardów metrów sześciennych gazu. Według prognoz wzrost popytu na gaz w Unii Europejskiej wzrośnie do 2025 roku o blisko 195 miliardów metrów sześciennych. Szacuje się, że Gazociąg Północny dostarczał będzie do tego czasu prawie 11% importowanego z Rosji do Unii gazu. Stąd też wydaje się, że projekt gazociągu wpisuje się w politykę energetyczną Wspólnoty, mającą na celu m.in. zabezpieczenie dostaw gazu do krajów członkowskich. W 2006 roku Parlament Europejski i Rada UE przyjęły decyzję, w której wskazano projekty będące przedmiotem wspólnego zainteresowania, wśród których wymieniony jest również Gazociąg Północny. Nie uchroniło to jednak projektu przed międzynarodową krytyką, głównie ze strony Polski i krajów bałtyckich: Estonii i Łotwy oraz swojego czasu Szwecji i Norwegii. Wskazywano na stricte polityczny charakter gazociągu, który omijając obecne kraje tranzytowe, przez które płynie rosyjski gaz do Europy Zachodniej gazociągiem jamalskim, spowoduje obniżenie jego znaczenia, a tym samym — znaczenia krajów tranzytowych (w tym w dużym stopniu Polski). Podnoszono również kwestie uzależnienia Europy od jednego dostawcy gazu, podważając racjonalność ekonomiczną przedsięwzięcia. Jego projektantom i wykonawcom zarzuca się nieuwzględnienie ogromnych kosztów obsługi i konserwacji gazociągu biegnącego po dnie Bałtyku,


G O S P O D A R K A M I Ę D Z Y N A R O D O WA S U R O W C E które zdaniem przeciwników projektu przewyższą oszczędności z tytułu uniknięcia opłat tranzytowych. Na pytanie, dlaczego Rosja postanowiła zbudować kosztowny gazociąg przez Bałtyk do Niemiec, zamiast mniejszym kosztem ułożyć drugą nitkę gazociągu jamalskiego przez Białoruś i Polskę, prezydent Rosji Dimitrij Miedwiediew odpowiedział, że przy ocenie inwestycji trzeba brać pod uwagę nie tylko bezpośrednie koszty ekonomiczne, ale też czynniki polityczne. Stwierdzenie to dowodzi, jak priorytetowo traktowany jest projekt Gazociągu Północnego przez władze Federacji Rosyjskiej.

Eksperci konsorcjum przyznają wszakże, że budowa gazociągu po dnie morskim generuje wyższe początkowe koszty inwestycyjne niż w przypadku budowy gazociągu na lądzie, jednakże argumentują, iż koszt inwestycji w ramach projektu Nord Stream będzie o 15% niższy od gazociągów zbudowanych na lądzie w ostatnich 25 latach. Poza tym, jak podkreślają, gazociąg nie będzie wymagał specjalnych urządzeń sprężających przesyłany gaz, które w przypadku gazociągów naziemnych rozstawione są średnio co 200 km wzdłuż nitki rurociągu, generując tym samym dodatkowe koszty związane z ich obsługą, konserwacją i opłatami za energię. Unijna dywersyfikacja Jak wspomniano, według szacunków w 2025 roku kraje Unii Europejskiej będą potrzebowały aż o 195 mld metrów sześciennych gazu rocznie więcej niż w roku 2005. W celu zaspokojenia tego popytu planowane są dostawy gazu m.in. z Algierii (od 31 do 41 mld m3), Norwegii (ok. 20 mld m3), Libii (3 mld m3), Iranu, Azerbejdżanu oraz Rosji, gazociągiem Nabucco (od 20 do 30 mld m 3) oraz planowanym Gazociągiem Północnym (55 mld m3). Dodatkowo rozważane jest dostarczanie gazu płynnego (LNG) drogą morską statkami z innych kierunków świata (od 90 do 150 mld m 3), np. z Ameryki Północnej. Należy mieć jednak na uwadze fakt, iż w tym przypadku cena za gaz będzie o wiele wyższa, głównie ze względu na koszt transportu surowca. Abstrahując od rzeczywistych przesłanek, jakimi kierowano się przy projektowaniu i wyznaczaniu przebiegu Rurociągu Północnego, należy wskazać na pewne korzyści wynikające z jego realizacji, a mianowicie:  bezpośrednie połączenie Europy z rosyjskimi źródłami gazu;  zapewnienie dodatkowej ilości gazu ziemnego dla odbiorców, wychodząc naprzeciw rosnącemu w Europie zapotrzebowaniu na ten surowiec;  wzmocnienie wielostronnej współpracy gospodarczej pomiędzy Unią Europejską a Rosją.

Należy podkreślić fakt, że Rosja od ponad 40 lat zaopatruje kraje europejskie w gaz. Stąd też korzyści z realizacji projektu powinny być obopólne. Obecnie 26% gazu wykorzystywanego w krajach członkowskich UE pochodzi właśnie ze źródeł rosyjskich, co stanowi ponad 70% rosyjskiego eksportu tego surowca. Można sobie założyć także czarny scenariusz, w którym Rosja „zakręca kurek”, jednakże nie wydaje się, by Wspólnota w swojej polityce energetycznej ograniczała się jedynie do rosyjskiego źródła dostaw. We wspomnianej Decyzji Parlamentu Europejskiego i Rady wskazano kilkanaście kluczowych projektów rozbudowy gazociągów dostawczych w ramach transeuropejskiej sieci energetycznej (TEN-E). Oczywiście projekty te w dużej mierze wynikają z własnych inicjatyw państw członkowskich zainteresowanych dywersyfikacją dostaw gazu, jednakże — jak podkreślono w Decyzji — priorytety działań Wspólnoty dla sieci gazowych obejmują rozwój sieci gazu ziemnego w celu zaspokojenia popytu Wspólnoty na ten surowiec, kontrolowanie systemów dostaw, zapewnienie współpracy operacyjnej sieci gazowych wewnątrz Wspólnoty oraz z sieciami krajów przystępujących, kandydujących oraz innych krajów w Europie (krajów basenu Morza Śródziemnego, Morza Czarnego oraz Morza Kaspijskiego, jak również z regionu Bliskiego Wschodu i Zatoki Perskiej). Podkreślana jest również konieczność dywersyfikacji źródeł i tras zaopatrzenia w gaz ziemny. Nie należy również zapominać, że Komisja Europejska propaguje i wspiera finansowo w krajach członkowskich inwestycje z zakresu odnawialnych źródeł energii (m.in. z funduszy strukturalnych), co też jest przejawem strategicznego podejścia do zabezpieczenia energetycznego krajów członkowskich Wspólnoty. Polska bezpieczna energetycznie? Oczywiście należy również rozważać indywidualnie kwestie bezpieczeństwa energetycznego poszczególnych państw członkowskich. Polska nie decydując się na przystąpienie do projektu Gazociągu Północnego, zaryzykowała całkowitą zależność od gazociągu jamalskiego. Ryzyko to wzrasta tym bardziej, iż ukraiński system tranzytowy zostanie przejęty, za długi sięgające pół miliarda euro, przez rosyjski Gazprom. Obecnie trwają dyskusje o podłączeniu się do gazociągów czeskich, a nawet do niemieckiego gazociągu Opal, która stanowić ma lądową odnogę Gazociągu Północnego. Rząd Polski zakończył właśnie negocjacje wieloletniego kontraktu na dostawy gazu z Rosją — aż do roku 2037, w ramach którego zwiększono roczny limit dostaw gazu z 7 mld m3 do 10,4 mld m3. Jak podkreśla wicepremier i minister gospodarki Waldemar Pawlak, zawarcie stabilnego kontraktu na dostawy gazu o przejrzystej formule cenowej wpłynie pozytywnie na rozwijającą się gospodarkę. Jednocześnie zaznacza, że Polska jest najbardziej niezależnym energetycznie państwem Unii Europejskiej, i wskazuje, iż zależność od importu surowców energetycznych kształtuje się na poziomie 18% przy średniej europejskiej 50%. Czy jednak planowane inwestycje w gazoport w Świnoujściu oraz budowa gazociągu z Danii zaspokoją w pełni potrzeby dywersyfikacji dostaw gazu do Polski, zweryfikuje tak naprawdę rzeczywistość. Marcin Wasilewski Źródła: www.eur-lex.europa.eu, www.mg.gov.pl, www.nord-stream.com.

GRUDZIEŃ 2009

41


GOSPODARKA POLSKA

Polska tygrysem Europy? Czym jest kryzys gospodarczy? W powszechnym mniemaniu to po prostu spadek wielkości PKB. Musi on być jednak dopełniony jednoczesnym wzrostem bezrobocia, spadkiem skłonności do konsumpcji oraz inwestycji, jak również niskim poziomem optymizmu przedsiębiorców.

E

ksperci doszukują się w polskiej gospodarce wielu różnych potencjalnych ognisk zapalanych kryzysu, najpowszechniej jednak wymienia się inwestycje, jako że są jednym z generatorów wzrostu PKB. Ekonomiści podzielający ten pogląd sądzą jednocześnie, iż eksport nie jest w naszym przypadku głównym kanałem transmisji negatywnych zjawisk gospodarczych z zagranicy, choć bardzo ważnym. Wystarczy podać przykład Polski i Niemiec, które są odbiorcą ponad ¼ naszego eksportu. Dekoniunktura u naszego zachodniego sąsiada oznacza spadek tamtejszego popytu, w tym również na polskie importowane towary. Przypuszcza się ponadto, iż w najbliższym czasie nie powinny napływać negatywne sygnały z sektora finansowego, lecz z realnej sfery gospodarki — sygnały w postaci wzrostu bezrobocia i spadku tempa wzrostu PKB. Państwo przejmuje stery Poziom inwestycji zależy od wielkości konsumpcji, która z kolei wpływa na przychody i zyski przedsiębiorców. Przykład gwałtownego osłabienia gospodarczego w Polsce w latach 2002-2003 pokazał jednak, iż konsumenci nie zrezygnowali z dopiero co podwyższonego standardu życia, przez co wydatki konsumpcyjne niewiele się zmieniły w stosunku do lat poprzednich. Przewiduje się, że tym razem tzw. „efekt zapadki” zadziała w Polakach jeszcze mocniej niż przed 7 laty i utrzymają oni swoje wydatki na niezmienionym poziomie. Oznaczałoby to, iż plany pomocowe rządu mogłyby zostać zredukowane do niezbędnego minimum. Czasy osłabienia gospodarczego skłaniają do refleksji nad rolą państwa w gospodarce. Jest to okres, w którym rządy bardzo silnie ingerują w gospodarkę, wpompowując w nią potężne strumienie pieniędzy. Z wolnorynkowego punktu widzenia jest to niekorzystne zjawisko, wypacza bowiem mechanizmy rynkowe i osłabia konkurencję. Wśród jednej grupy ekonomistów panuje przekonanie, iż ratowanie instytucji finansowych środkami pochodzącymi z budżetów państwowych było niczym innym, jak tylko płaceniem publicznymi środka42

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

mi za błędy prywatnych instytucji. Inni ekonomiści sądzą zaś, iż upadek największych instytucji finansowych na świecie spowodowałby całkowite załamanie globalnego systemu finansowego, zatem kroki przedsięwzięte przez rządy państw były konieczne. Wyraźnym przykładem interwencjonizmu państwowego jest wygłoszona przez prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego zapowiedź utworzeniu specjalnego funduszu, z którego środki przeznaczane będą na niedopuszczenie do przejmowania francuskich przedsiębiorstw przez zagraniczne podmioty gospodarcze po zaniżonej rynkowej cenie. Polska zaskakuje W połowie grudnia 2008 roku Dominique Strauss-Kahn, Prezes Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW), powiedział, że rok 2009 zakończy się dla całej Europy ujemnym wzrostem gospodarczym. Okazuje się, że się mylił, a Polska jest jednym z dowodów na to. Dynamika wzrostu PKB w III kwartale 2009 (rok do roku) wśród państw europejskich była dodatnia jedynie w naszym kraju i wynosiła 1,7%. Wzrost ten został wygenerowany przez następujące składniki: handel zagraniczny (+3%), konsumpcję (+1,4%), spożycie publiczne (+0,2%), inwestycje (-0,3%) oraz wzrost zapasów (-2,6%). Pozostałe kraje europejskie, używając żargonu finansistów, zakończyły III kwartał 2009 r. „pod wodą”. Średnia dynamika dla Unii Europejskiej wyniosła -4,3%, zaś dla strefy euro -4,1%. Największe spadki zanotowały kraje bałtyckie: Estonia (-18,4%), Łotwa (-15,3%) oraz Litwa (-14,2%). W zbliżonym do siebie tempie kurczyły się gospodarki: słoweńska (-8,3%), węgierska (-7,2%), rumuńska (-7,1%), bułgarska (-5,8%) oraz słowacka (-5,7%). Gospodarki „starych” krajów Unii również traciły równo: Wielka Brytania (-5,2%), Szwecja (-5%), Niemcy (-4,7%), Włochy (-4,6%) oraz Hiszpania (-4%). Stosunkowo najmniejsze straty odnotowały gospodarki Cypru (-2,7%), Portugalii (-2,4%), Francji (-2,4%) oraz Grecji (-1,6%). Nie tylko prezes MFW nie spodziewał się takiej sytuacji. Zarówno polscy przedsiębiorcy, jak i niezależne agencje ratingowe, a w końcu sam Minister Finansów kilkakrotnie, zmieniali swoje prognozy względem dynamiki zmiany PKB Polski w tym roku. Przypomnieć należy, że w budżecie na 2009 rok założono wzrost gospodarczy na poziomie 3,7%. Z perspektywy czasu można przypuszczać, iż w szacunkach ministerstwa finansów dominował optymizm, nie zaś zdrowy rozsądek. Optymizm podparty średniorocznym tempem rozwoju polskiej gospodarki w latach 2004-2008 na poziomie 5,26% Zdaniem ekspertów w przepisie na utrzymanie status quo „polskiej oazy spokoju” w globalnej zawierusze, szczególnie w 2009 roku, znaj-


GOSPODARKA POLSKA duje się pięć zjawisk łącznie występujących, a mianowicie: wciąż stosunkowo tania waluta, spokojne zachowanie konsumentów zdolnych w razie konieczności do większych niż ich europejscy sąsiedzi wyrzeczeń, sprawnie działające przedsiębiorstwa (polskie przedsiębiorstwa, w przeciwieństwie do zachodnioeuropejskich, nie występują do rządu o pomoc), znaczne wykorzystanie unijnych środków oraz zdrowy system bankowy, działający o wiele sprawniej niż w niejednym kraju europejskim. Sytuacja nie jest jednak zadowalająca, mimo że najlepsza w Europie. Realne ożywienie, zdaniem ekspertów, przyjdzie do Polski zza oceanu. To właśnie najpierw Ameryka odbije się od dna, po czym da Europie złapać drugi oddech w ucieczce przed całkowitym wyhamowaniem gospodarek. Co nas chroni przed kryzysem? Ekonomiści zapytani o przypuszczalny termin ożywienia gospodarczego w Polsce, Europie i USA niemalże zgodnie twierdzili, iż gospodarki odbiją się od dna w kolejności: Ameryka (IV kwartał 2009 – II kwartał 2010), później Europa (I kwartał 2010 – I kwartał 2011) i na końcu Polska (I kwartał 2010 – II kwartał 2011). Te prognozy, w zestawieniu z obecną sytuacją Polski na tle Europy, pozwalają sądzić, że najgorsza faza kryzysu wciąż przed nami. Czy tak się stanie, przekonamy się za co najmniej 3 kwartały. Eksperci sądzą, iż Polska znajduje się obecnie w fazie stopniowego odmrażania rynków finansowych i odbudowy wzajemnego zaufania instytucji na nich działających, w tym głównie banków. Zdaniem Ryszarda Petru, głównego ekonomisty BRE Banku, wzrost gospodarczy w przyszłym roku nie będzie na tyle mocny, aby przyczynić się do redukcji bezrobocia. W tym celu konieczne są większe inwestycje sektora prywatnego. Te mogą jednak wzrosnąć. Sprzyjają temu dwa czynniki: wzrost dostępności kredytów inwestycyjnych (banki zaczynają pozyskiwać środki na akcję kredytową między sobą) oraz wciąż niska stopa procentowa NBP. Opinię Petru podziela Rafał Antczak, wiceprezes Deloitte Polska. Jego zdaniem, w sytuacji gdy faza odbicia od dna będzie długotrwała, jedną z głównych przyczyn hamujących wzrost gospodarczy stanie się mocno niezrównoważony rynek pracy (nadwyżka popytu na pracę nad jej podażą). Według klasyfikacji jednej z największych firm konsultingowych działających w Polsce — jesteśmy jedynym krajem w Europie, który został słabo dotknięty kryzysem gospodarczym. Zdaniem grupy czołowych polskich ekonomistów w przyszłym roku wzrost gospodarczy będzie wahał się w przedziale 1-2,7%, inflacja uplasuje się na poziomie pomiędzy 2,5% a 3%, zaś bezrobocie zakotwiczy się w przedziale 13-15%. Wśród krajów, z którym kryzys obszedł się dość delikatnie, wymienia się Albanię, Bośnię i Hercegowinę, Bułgarię, Czarnogórę, Czechy, Mołdawię, Rumunię, Słowenię oraz Słowację. Największych strat doznały Chorwacja, Estonia, Litwa, Łotwa, Macedonia, Serbia, Ukraina oraz Węgry. Zdaniem niemieckich ekonomistów, obserwujących z bliska polskie zmagania z kryzysem, obecna sytuacja w naszym kraju świadczy o bardzo silnych fundamentach wzrostu gospodarczego oraz o rozsądnie prowadzonej polityce gospodarczej. Sami przyznają, że w takim tempie za pół roku stwierdzenie Polnische Wirtschaft (polska gospodarka) nie będzie wywoływało ironicznego uśmiechu, lecz szacunek i uznanie. Nie tylko Niemcy patrzą na stan polskiej gospodarki z zakłopotaniem. Oto bowiem stosunkowo słaba europejska gospodarka, jaką jest Polska, nie bacząc na okoliczności, realizuje swoje założenia. W tym samym czasie ekonomiści zastanawiają się nad losami rynku pracy w Europie, dochodząc do wniosku, iż w 2009 roku 4,5 mln Europejczyków straci pracę. Status „tygrysa Europy”, przyznany już po raz drugi, choć tym razem znacznie rzadziej wspominany, możemy jednak szybko stracić w przypadku braku gruntownych reform finansów publicznych. Powszechnie uważa się, że czas spowolnienia gospodarczego jest ideal-

nym okresem na przeprowadzenie różnego rodzaju reform ze względów ekonomicznych i społecznych. Zagrożenia wzrostu Już w 2010 roku Polska może przekroczyć bezpieczny poziom długu publicznego (60%). Bloki startowe w wyścigu ostatniej szansy o zdrowe finanse publiczne zostały zatem już dawno zwolnione. Tylko czy w tym biegu uczestniczy rząd, czy jedynie prasa, pisząca o zagrożeniach wynikających z obecnej struktury finansowania wydatków publicznych? Zdaje się, iż jedynie druga z wymienionych grup. Szacuje się, że w przypadku braku reform sektora finansów publicznych Polska będzie rozwijała się na fali wzrostowej w tempie 3,54%, podczas gdy kraje będące obecnie w znacznie gorszej od Polski sytuacji gospodarczej, jednak podejmujące wysiłek naprawy finansów, będą odrabiały straty w tempie 5-7%. Aby można było stwierdzić, iż finanse publiczne nie stanowią już zagrożenia dla dynamicznego wzrostu gospodarczego kraju, należy bezwzględnie dokończyć prywatyzację, zreformować KRUS, wprowadzić powszechny obowiązek podatkowy oraz podnieść wiek emerytalny. Wysoki dług publiczny nie odstrasza jednak zagranicznych inwestorów. W 2008 roku Polska znalazła się na piątym miejscu w Europie pod względem liczby nowych inwestorów, którzy rozpoczęli działalność w Polsce. Jeżeli zaś chodzi liczbę podjętych projektów przez tychże przedsiębiorców, zajmujemy silną pierwszą pozycję na Starym Kontynencie. Według Narodowego Banku Polskiego wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych w 2008 roku osiągnęła poziom 11 mld euro. W ramach przypomnienia wystarczy dodać, iż w rekordowym 2007 roku wartość ta wyniosła 16,7 mld euro. Kolejnym dowodem na silną pozycję Polski w okresie ogólnoświatowego spowolnienia gospodarczego są stosunkowo najlepsze wyniki zmian produkcji przemysłowej, która spadła u nas we wrześniu br. najmniej ze wszystkich krajów europejskich, bowiem jedynie o 2,5%, podczas gdy np. w Estonii aż o 27,9%.

Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju (EBOiR), obserwując szereg wskaźników makroekonomicznych Polski za ostatnie 3 kwartały br., podwyższył swoje prognozy naszego rozwoju w 2009 roku do 1,3 proc., co stanowi różnicę o 1,3 proc. względem szacunków tego samego banku z maja 2009. Wtedy bowiem EBOiR zakładał, że wartość PKB Polski w 2009 roku nie ulegnie żadnym zmianom. Polska — ku zdziwieniu nie tylko europejskich przywódców, ale i nas samych — stała się liderem wzrostu gospodarczego na Starym Kontynencie w tych jakże zmiennych czasach. Okres ten należy wykorzystać do niezbędnych reform i umocnienia naszej pozycji w Europie. Aby móc jednak wzmocnić pozytywne efekty widoczne na zewnątrz, trzeba znaleźć odpowiedzi na pytanie, jakie przyczyny za nimi stoją, i starać się je odpowiednio stymulować, pamiętając jednocześnie, że balansujemy na granicy bezpiecznego długu publicznego, co oznacza, że możliwości pożyczkowe państwa powoli się kurczą. Grzegorz Kaliszuk

GRUDZIEŃ 2009

43


G O S P O D A R K A M I Ę D Z Y N A R O D O WA

Dyrektor Generalny Światowej Organizacji Handlu (WTO), Pascal Lamy, w listopadowym raporcie dotyczącym stanu oraz rozwoju handlu w 2009 r. w optymistycznych słowach wypowiada się o tempie, w jakim udaje się zwalczać negatywne skutki kryzysu gospodarczego. Pomimo zaistnienia widocznych tendencji protekcjonistycznych światowa ekonomia jest dziś otwarta dla handlu prawie w identycznym stopniu, jak była przed kryzysem.

W TO – relikt przeszłości czy nowa jakość?

P

o kryzysie naftowym lat 70., kiedy nastąpiło załamanie eksportu ze względu na podwyżki cen ropy, zaczęto powszechnie stosować politykę protekcjonizmu, szczególnie poprzez wprowadzanie ograniczeń pozataryfowych. Sukcesy Rundy Urugwajskiej pozwoliły na większą liberalizację wymiany oraz wprowadzenie zasad, które dziś w dużym stopniu ułatwiają przezwyciężenie podobnych problemów gospodarczych. W raporcie zachęca się wszystkich uczestników negocjacji handlowych do podejmowania działań mających na celu likwidację barier w handlu, przede wszystkim subsydiów, ponieważ tylko wolny handel może zrównoważyć negatywne skutki załamania gospodarczego. Te optymistyczne wieści wydają się jednak rozmijać z rzeczywistością, która stawia przed WTO coraz więcej przeszkód w realizacji podstawowych celów tej organizacji. Czy warto jednak wierzyć, iż zapoczątkowany w 2001 r. proces może być zwieńczony sukcesem w sytuacji gospodarczej, z jaką mamy do czynienia od prawie dwóch lat? Czy może też formuła wielostronnych negocjacji handlowych pod egidą WTO straciła dziś rację bytu ze względu na anachroniczny sposób realizacji celów? A może współczesny stan stosunków międzynarodowych nie pozwoli w najbliższym czasie na wcielenie w życie idei „wolnego i sprawiedliwego handlu”? Rozbieżność interesów Źródeł problemów z realizacją założeń Rundy Rozwojowej, zapoczątkowanej na spotkaniu IV Konferencji Ministerialnej WTO, można upatrywać zarówno w polityce gospodarczej poszczególnych państw, jak i w swoistym ideologizowaniu problemów światowego handlu przez samą organizację. Cele, jakie WTO postanowiła urzeczywistnić w trakcie bieżącej rundy negocjacyjnej, trącą w pewnym stopniu idealizmem charakterystycznym dla Milenijnych Celów Rozwojowych ONZ, które miały zostać osiągnięte w perspektywie 15-20 lat. Oczywiście poprawa sytuacji krajów najsłabiej rozwiniętych w wyniku liberalizacji światowych przepływów handlowych jest zjawiskiem jak najbardziej pożądanym, niemożliwe jest jednak przewidzenie rzeczywistego wpływu podejmowanych w tak krótkim czasie działań na realną sytuację w tych państwach. Poza tym osiągnięcie konsensusu w tak szerokim zakresie jest obecnie niemożliwe. Długookresowym celem miało być stworzenie — za pośrednictwem fundamentalnych reform — rynkowego, ale uczciwego systemu handlowego, szczególnie w dziedzinach będących w centrum zainteresowania zarówno państw wysoko rozwiniętych, jak i rozwijających się (rolnictwo, usługi, prawa 44

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

własności intelektualnej, kwestie stosowania subsydiów oraz innych barier handlowych). Rozbieżność interesów jest jednak głównym źródłem braku zgody, uniemożliwiając podjęcie zasadniczych kroków. Problem ten dostrzeżony został w raporcie, który w 2005 r. został przygotowany przez radę konsultacyjną, mającą opracować dla Dyrektora Generalnego dokument dotyczący podstawowych wyzwań WTO na początku nowego stulecia (tzw. Raport Sutherlanda). „One size does not fit all” — teza, że „jeden rozmiar nie odpowiada wszystkim”, określa współczesną sytuację międzynarodową, w której nie wszystkie państwa są gotowe do podejmowania jednakowych zobowiązań zmierzających w kierunku liberalizacji zasad prowadzenia polityki gospodarczej. Drastyczne różnice w potencjale gospodarczym pomiędzy państwami rozwiniętymi a rozwijającymi się utrudniają współcześnie podjęcie konkurencyjnej wymiany przez kraje, które mogłyby uzyskać przewagę komparatywną w wymianie handlowej w niektórych grupach produktów (np. w eksporcie artykułów rolnych). Z drugiej strony — pełna liberalizacja handlu mogłaby doprowadzić do całkowitego regresu handlowego w krajach biednych, które nie zdołałyby konkurować z potencjałem gospodarczym gigantów światowego handlu. W raporcie podkreślono natomiast, iż postęp może zostać osiągnięty tylko wtedy, gdy każdy kraj będzie widział swoją przyszłość w prowadzeniu polityki wolnego handlu. W tym samym kierunku nadal zmierza WTO, która w programie kolejnej genewskiej konferencji zawarła te same wytyczne, które nie zostały zrealizowane w ciągu ostatniej dekady. Regionalizacja współpracy handlowej W związku z długoletnim impasem w negocjacjach handlowych na forum WTO następuje stopniowa regionalizacja współpracy handlowej. Efekty, które nie mogą być osiągnięte w ramach porozumienia pomiędzy wszystkimi rządami, osiągane są w kontaktach pomiędzy tymi, którzy potrafią znaleźć nić porozumienia. Zarysowują się nowe relacje pomiędzy bilateralizmem lub regionalizmem a multilateralnym systemem handlowym. WTO w coraz większym stopniu zagrożona jest zjawiskiem powstawania tzw. spaghetti bowl, czyli sytuacji, w której światowy system handlowy jest jedynie zbiorem różnego rodzaju powiązań pomiędzy jednostkami na niższych szczeblach współpracy. Autorem określenia jest J. Baghwati, amerykański ekonomista pochodzący z Indii, zwolennik wolnego handlu i autor koncepcji wzrostu zubażającego. Obserwowana obecnie sytuacja może prowadzić do wniosku, iż porozumienia regionalne, de facto zgodne z zasadami WTO (art. XXIV dopuszcza powstawanie unii celnych i podpisywanie umów o integracji regionalnej), mogą mieć z natury charakter dyskryminacyjny wobec krajów trzecich. Te, aby zabezpieczyć się przed tego typu działaniami, same podpisują konkurencyjne umowy z zainteresowanymi partnerami. Dla wielu państw tworzenie regionalnych porozumień handlowych stanowi często główny cel polityki handlowej. Wspólnota Europejska stała się najbardziej spektakularnym przykładem wspomnianej tendencji. Utworzenie unii celnej oraz członkostwo w GATT/WTO całej Wspólnoty pozwoliło na prowadzenie wspólnej polityki handlowej wobec państw trzecich. Stany Zjedno-


G O S P O D A R K A M I Ę D Z Y N A R O D O WA czone, dostrzegając brak skuteczności WTO w interesujących je aspektach, również uciekają w regulacje bilateralne. Pomijając porozumienie NAFTA, Amerykanie mają obecnie układy o wolnym handlu z 17 państwami. Również ASEAN i niektóre inne kraje azjatyckie poszły podobną drogą. Tendencje te związane są także z rozwojem tzw. koncepcji „WTO-plus”, która umożliwia pogłębianie i różnicowanie zobowiązań liberalizacyjnych pomiędzy zainteresowanym członkami. Brak porozumienia w kwestii realizacji założeń Rundy Rozwojowej jest wynikiem coraz większej polaryzacji stanowisk pomiędzy uczestnikami wielostronnych negocjacji. Stany Zjednoczone i Unia Europejska, godząc się na początku XXI w. na debatę, w której uwzględnione są interesy państw słabiej rozwiniętych, stworzyły de facto zagrożenie dla realizowanych przez państwa rozwinięte interesów handlowych. Nowy układ sił, który zarysował się na arenie międzynarodowej w ostatnich latach, dąży do zmiany priorytetów polityki handlowej. Państwa pokroju Brazylii, Indii czy RPA coraz głośniej mówią o konieczności przewartościowania zasad prowadzenia polityki gospodarczej w sposób, który nie będzie dyskryminujący dla krajów rozwijających się. Coraz większy udział tych krajów w międzynarodowej wymianie stanowi dla obecnych potęg gospodarczych nie lada wyzwanie, od którego rozwiązania zależeć będzie przyszłość stworzonego przez nie systemu. Dotychczasowy przebieg Rundy Doha pokazuje, iż kraje te grają na zwłokę i starają się wrócić do tradycyjnych zasad pozyskiwania rynków dla własnej korzyści. Wolny handel lekarstwem na kryzys Konieczność podjęcia radykalnych decyzji w celu realizacji założeń Rundy Rozwojowej staje w sprzeczności z silnie zakonserwowanym systemem handlu światowego, którego liberalizacja musi przebiegać w sposób ewolucyjny, a nie rewolucyjny. Przełamanie impasu w negocjacjach wymaga jednak podjęcia stanowczych działań, w przeciwnym razie WTO zejdzie na margines procesów gospodarczych we współczesnym świecie. Szereg rozsądnych propozycji wysuwanych na forum WTO nie znajduje poklasku pośród zainteresowanych grup państw. Zaliczyć można do nich koncepcje zakładające ograniczenia powstawania stref wolnego handlu w celu intensyfikacji negocjacji wielostronnych, reforma Wspólnej Polityki Rolnej UE pod kątem likwidacji subsydiów eksportowych oraz ograniczenia wsparcia dla rolnictwa w Stanach Zjednoczonych, przeprowadzane w sposób etapowy przy jednoczesnej likwidacji barier taryfowych na towary przemysłowe w krajach rozwijających się. Każde z rozwiązań proponowanych przez zainteresowane strony może nieść ze sobą zarówno szanse, jak i znaczące zagrożenia dla poszczególnych uczestników rozmów. Obecna sytuacja gospodarcza nastraja decydentów do podejmowania działań protekcjonistycznych, choć paradoksalnie jest to idealny moment dla wprowadzania radykalnych reform. Zdecydowana większość państw doświadczyła negatywnych skutków kryzysu, wolny handel jest zaś głównym bodźcem poprawy koniunktury gospodarczej, umożliwiającym wyjście z recesji. Przyszłość wielostronnych negocjacji zależeć będzie w rzeczywistości od woli politycznej rządów, które powinny dostrzec zagrożenia wynikające z powrotu do protekcjonizmu. Wiele państw rozwijających się promuje natomiast koncepcję handlu sprawiedliwego, rozumianego jako kształtowanie polityki handlowej w oparciu o dialog i poszanowanie w celu osiągnięcia najwyższego stopnia równości w wymianie. Inicjatywy na rzecz sprawiedliwego handlu mnożą się w kontekście globalizacji, szczególnie w krajach Ameryki Łacińskiej i Afryki. Z drugiej zaś strony mamy Chiny, będące od 2001 r. członkiem WTO, które osiągały dzięki przewadze konkurencyjnej ogromne korzyści z uczestnictwa w systemie WTO, opartym na liberalizacji handlu. W ciągu ostatniego roku stały się jednak państwem bezpośrednio najbardziej doświadczonym załamaniem światowej gospodarki. Od początku

kryzysu partnerzy handlowi nałożyli na Chiny ponad 150 środków protekcjonistycznych. Polityka „małych kroków” Abstrahując od efektów (lub ich braku) ostatniej rundy negocjacji handlowych, należy obiektywnie ocenić strukturę WTO oraz znaczenie tej organizacji dla handlu światowego. Negatywna ocena systemu opartego na zasadach GATT i postanowieniach Rundy Urugwajskiej nie wydaje się w pełni uzasadniona. O ile bowiem efekty Rundy Doha pozostawiają wiele do życzenia, o tyle nie należy ich postrzegać wyłącznie w kategoriach chronicznej nieskuteczności organizacji międzynarodowych. WTO ukształtowana została bowiem w sposób sprzyjający prowadzeniu zarówno polityki międzynarodowej na najwyższym szczeblu (Konferencja Ministerialna czy Rada Generalna), jak i regulowaniu specjalistycznych aspektów działalności handlowej w poszczególnych dziedzinach (szereg komitetów i rad zajmujących się określonymi problemami). Poza tym wskazuje się na pozytywną rolę Organu ds. Rozstrzygania Sporów (DSB — Dispute Settlement Body), który do tej pory rozpatrywał 401 spraw związanych z barierami w handlu międzynarodowym. Okazuje się, iż państwa jednak są skłonne do realizacji swoich interesów drogą „małych kroków” i poddają się regulacji. Oczywiście brak spektakularnych efektów może rodzić dysonans pomiędzy realnymi działaniami a rozbudowanym aparatem biurokratycznym organizacji międzynarodowej. Rzecz w tym, iż dobrej woli rządów nie zastąpi nawet najskuteczniejsza struktura administracyjna. Gdyby liberalizacja handlu postępowała w zadowalającym tempie, to nikt nie negowałby dziś roli WTO jako akceleratora porozumień międzypaństwowych w tej dziedzinie.

Runda Doha stała się dziś symbolem wypalenia funkcjonującego reżimu handlowego na świecie. Kolejne posiedzenie Konferencji Ministerialnej z pewnością nie przyniesie spektakularnych rezultatów, które pozwolą Światowej Organizacji Handlu złapać drugi oddech. Być może kilkuletni okres refleksji, jakim w rzeczywistości stała się Runda Rozwojowa, pozwoli znaleźć nową drogę, uwzględniającą realia współczesnych zmian w światowej gospodarce. Można zaryzykować hipotezę, iż mamy do czynienia z sytuacją, w której obstrukcja negocjacji jest dramatyczną obroną ukształtowanego przed laty status quo. Wizja całkowitej liberalizacji handlu może przewrócić do góry nogami obecny system relacji gospodarczych, a WTO albo włączy się w nurt zmian, albo będzie stopniowo tracić realne znaczenie na arenie międzynarodowej. Karol Cienkus

GRUDZIEŃ 2009

45


P R AW O R O S J A & W N P

Scheda po

Problematyka skutków prawnych zmian terytorialnych jest, zdaniem przedstawicieli doktryny, jedną z najtrudniejszych dziedzin prawa międzynarodowego. Powodów jest wiele.

P

o pierwsze — nie została jednoznacznie ustalona terminologia, trudności bowiem powoduje już samo rozróżnienie pomiędzy zmianami terytorialnymi jako stanem faktycznym a sukcesją państw jako prawnymi skutkami tych zmian. Po drugie — sukcesja nie była przedmiotem systematycznych i zakrojonych na szeroką skalę badań doktryny prawa międzynarodowego z powodu rzadkich zmian terytorialnych. Co za tym idzie, praktyka związana ze zmianami terytorialnymi i oceną ich skutków była trudna do określenia i ocenienia ze względu chociażby na utrudnienie w dostępie do dokumentacji, brak doświadczenia organów reprezentujących nowe państwa w stosunkach międzynarodowych czy trudności porównawcze. W końcu prawo międzynarodowe znajduje się w ciągłym rozwoju — dotyczy to zarówno samej sukcesji, jak i norm mających na nią wpływ, tak bezpośredni, jak i pośredni. Prowadzi to niestety do upolitycznienia rozwiązań prawnych związanych z sukcesją państw. Doskonałym przykładem są transformacje polityczne zapoczątkowane w 1989 roku, które doprowadziły w latach następnych do daleko idących terytorialnych zmian w Europie Środkowej. WNP na gruzach ZSRR Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich został utworzony 30 grudnia 1922 roku na podstawie traktatu związkowego zawartego między Rosją Sowiecką, Ukrainą, Białorusią i Zakaukaską Socjalistyczną Republiką Federalną (Gruzja, Armenia i Azerbejdżan). Formalnie traktat był podpisany przez równoległe podmioty, praktycznie oznaczało to jednak włączenie tych trzech republik do Rosji. Kolejne zmiany terytorialne doprowadziły do utworzenia ZSRR złożonego z 15 republik. Państwo sowieckie odrzucało formę ja

46

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

ZSRR kiegokolwiek związku z imperium carskim (mimo zaakceptowanej formy odpowiedzialności za długi byłej Rosji carskiej), podczas gdy orzecznictwo międzynarodowe stanęło na stanowisku identyczności Rosji Radzieckiej z Rosją carską. Rozbieżność polegała na tym, iż w marksistowsko-leninowskiej klasowej definicji państwa odzwierciedlało ono interesy klasy panującej i każda zmiana tej klasy rządzącej prowadziła bezwarunkowo do powstania nowego państwa. Zgodnie z traktatem konstytucyjnym z 1922 roku, konstytucją stalinowską z 1936 i breżniewowską z 1997 roku ZSRR był państwemfederalnym, w praktyce jednak pozostawał skrajnie scentralizowany (mimo umieszczenia w ostatniej konstytucji zapisu o prawie republik do sukcesji). Nierozwiązane problemy narodowościowe oraz kryzys gospodarczy doprowadziły do zmian politycznych zapoczątkowanych przez Michaiła Gorbaczowa. Celem jego reform była przebudowa ZSRR w zdecentralizowane państwo federalne dla złagodzenia konfliktów wewnętrznych. Republiki związkowe, poczynając od republik bałtyckich: Estonii 16 listopada 1988 r., Litwy 26 maja 1989 r. i Łotwy 28 lipca 1989 r., w ślad za którymi poszły wszystkie pozostałe republiki, ogłosiły deklarację suwerenności. Deklaracje te za podstawę brały dalsze członkostwo republik w ZSRR, jednakże zastrzegały możliwość secesji. Władze centralne zareagowały na porozumienia poziome między poszczególnymi republikami oraz na referenda w sprawie niepodległości próbą przebudowy federacji oraz tzw. projektami z Nowo Ogariewa. Zakładały one powiązania ekonomiczne w formie układu o konfederacji. Jednakże jesienią 1991 roku Rosja przekształciła strukturę organów państwowych ZSRR w instytucje rosyjskie, a 8 grudnia 1991 roku przedstawiciele trzech republik słowiańskich, Rosji, Ukrainy i Białorusi — Borys Jelcyn, Leonid Krawczuk i Stanisław Szuszkiewicz, podpisali w Mińsku porozumienie o utworzeniu Wspólnoty Niepodległych Państw, co jednocześnie stanowiło o rozpadzie Związku Radzieckiego. Jednakże dopiero deklaracja z Ałma Aty 21 grudnia 1991 roku stwierdziła wyraźnie, że ZSRR przestał istnieć i nie został zastąpiony przez WNP, która nie jest ani państwem, ani strukturą ponadnarodową.


P R AW O R O S J A & W N P Problemy sukcesji W art. 12 Układu o utworzeniu Wspólnoty Niepodległych Państw stwierdzono, że państwa w nim uczestniczące gwarantują wykonanie zobowiązań międzynarodowych wynikających dla nich z umów i porozumień zawartych przez ZSRR. Dwudziestego marca 1992 roku w Kijowie Rada Głów Państw uczestniczących w WNP wydała decyzję, która zakładała, iż państwa Wspólnoty są sukcesorami praw i obowiązków ZSRR. Z kolei w punkcie 1 Memorandum o wzajemnym rozumieniu umów byłego ZSRR, podpisanego w Moskwie 6 lipca 1992 roku, postanowiono, że praktycznie wszystkie wielostronne umowy zawarte przez były ZSRR wyrażają wspólny interes państw WNP, jednakże o uczestnictwie w tych umowach przez poszczególne państwa rozstrzygają samodzielnie te państwa. Punkt 4 Memorandum przewiduje, że rozstrzyganie kwestii związanych z sukcesją wobec umów, także dwustronnych, zawartych przez ZSRR, nastąpi po konsultacjach między zainteresowanymi państwami. O tym, jakie umowy zawarte przez ZSRR objęte zostały sukcesją, decydują zatem przepisy wewnętrzne poszczególnych państw oraz ewentualne ustalenia dwustronne dotyczące sukcesji umów.

Kwestia statusu prawnego WNP i jej państw członkowskich, jak widać powyżej, stwarza pewne problemy interpretacyjne. Porozumienie mińskie stwierdzało, a deklaracja z Ałma Aty potwierdzała, że ZSRR został rozwiązany, a jego sukcesorzy — włączając Rosję — są państwami nowymi. Praktyka międzynarodowa poszła jednak w innym kierunku. Szefowie państw i rządów WNP zdecydowali, że Rosja powinna zachować członkostwo byłego ZSRR w organizacjach międzynarodowych, w tym zwłaszcza w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Nota Jelcyna skierowana 24 grudnia 1991 roku do sekretarza generalnego ONZ, stwierdzająca, iż prawa ZSRR w ONZ będą kontynuowane przez Rosję, została milcząco zaakceptowana przez pozostałe państwa członkowskie. Nie zastosowano wobec Rosji procedury koniecznej przy przyjmowaniu nowych członków, a Rada Europy zadecydowała o zastąpieniu ZSRR jako strony niektórych konwencji Rady przez Rosję. Jeżeli przyjąć za rozstrzygający czynnik stanowisko

państw trzecich dla określenia pozycji międzynarodowej danego państwa, jest oczywiste, że Rosja jest państwem identycznym z ZSRR, decyzje z Mińska i Ałma Aty miały zaś wyłącznie charakter polityczny. Przy tym jedynym państwem uznającym Rosję za nowe państwo, na równi z Ukrainą, Białorusią, Kazachstanem, Armenią i Kirgistanem, były Stany Zjednoczone. Sama Rosja określała się mianem „kontynuatora” dawnego ZSRR. Minister spraw zagranicznych Rosji A. Kozyriew określił pozycję kontynuatora jako państwa niebędącego sukcesorem, niewymagającego nawiązania stosunków dyplomatycznych, kontynuującego prawa i zobowiązania wynikające z członkostwa w organizacjach międzynarodowych i zawartych umów. Pojęcie to miało być specyficzne dla Rosji i nie było tożsame z pojęciem ciągłości i identyczności państwa. Chodziło przede wszystkim o to, aby Rosja nie była kojarzona z ZSRR, szczególnie w kwestii odpowiedzialności za przestępstwa popełnione przez Związek Radziecki. De facto przeciwstawianie przez Rosję swojej sytuacji prawnej statusowi pozostałych państw postsowieckich oznaczało przyznanie się do identyczności. Polityczna interpretacja Praktyka w odniesieniu do umów międzynarodowych w przypadku Rosji jako państwa identycznego z ZSRR (co zostało udowodnione powyżej) opiera się na zasadzie ciągłości zobowiązań traktatowych. Rosja notyfikowała wszystkim organizacjom międzynarodowym oraz depozytariuszom umów wielostronnych zamiar kontynuacji. Co za tym idzie, wyraziła także gotowość przyjęcia wszystkich uprawnień oraz wywiązania się ze wszystkich zobowiązań wynikających z Karty NZ. Ponadto nazwa „ZSRR” została zastąpiona przez nazwę „Rosja” przy braku sprzeciwu ze strony jakiegokolwiek państwa członkowskiego. Rosja w żadnym przypadku (czy to w ramach umów zawartych pod egidą Rady Europy, czy Międzynarodowej Organizacji Pracy) nie była zobowiązana do złożenia formalnego wniosku o przystąpienie do umowy, lecz cała procedura miała charakter uproszczony. Warto przytoczyć fakt, iż mimo powszechnego uznania Rosji za państwo identyczne z ZSRR niektóre państwa nie wyciągnęły z tego wniosków praktycznych. Na przykład Dania traktowała Rosję na równi z innymi państwami sukcesorami byłego Związku Radzieckiego i ogłaszała jej przystąpienie do umowy wielostronnej. Dwudziestego siódmego stycznia 1992 roku sekretarzowi generalnemu ONZ została przekazana nota od przedstawiciela Rosji przy ONZ J. Woroncowa, która zawierała informację o kontynuacji przez Rosję uprawnień oraz honorowania przez nią zobowiązań wynikających z umów międzynarodowych zawartych przez ZSRR. Obejmowało to również wypełnianie funkcji depozytariusza umów wielostronnych. W zasadzie nota ta nawiązywała do wszystkich zobowiązań umownych. Wszakże Rosja przystąpiła do konsultacji z partnerami umów dwustronnych w celu dostosowania tych umów do zmienionych okoliczności. Znaczenie podejścia organizacji międzynarodowych jest kluczowe dla oceny statusu państwa. Praktyka wskazuje na to, iż nowe państwa (sukcesorzy) muszą przejeść całą procedurę akcesyjną, aby uzyskać członkostwo w organizacji, podczas gdy państwa identyczne z poprzednikiem, czyli kontynuatorzy, zachowują dawne członkostwo. Przypadek Rosji jest przykładem niekonsekwencji organizacji międzynarodowych, które ze względów pragmatycznych nie kwestionowały identyczności Rosji z ZSRR, podczas gdy w tym samym czasie w niemal analogicznych okolicznościach odrzuciły tezę o identyczności Federalnej Republiki Jugosławii z Socjalistyczną Federalną Republiką Jugosławii. Rozróżnienie precedensów dało podstawę do wysunięcia błędnej tezy o wykształceniu się szczególnej normy prawa organizacji międzynarodowych, pozwalającej na automatyczną sukcesję, w przypadku gdy wszystkie państwa-sukcesorzy oraz państwa członkowskie wyrażają na to zgodę. Jednakże prawdą jest, iż decyzje na tym polu podejmowane są w oparciu o kwestie polityczne, co uniemożliwia stworzenia normy. Iwona Sokulska GRUDZIEŃ 2009

47


A M E RY K A Ł A C I Ń S K A H O N D U R A S

Dziwny zamach Honduras stał się w ostatnich miesiącach widownią jednego z najdziwniejszych zamachów stanu. W wyniku sporu konstytucyjnego prezydent tego kraju, Manuel Zelaya, został pozbawiony władzy przez armię. Ta jednak działa na polecenie Sądu Najwyższego, który nakazał aresztowanie głowy państwa.

D

o wybuchu konfliktu doprowadziło dążenie Zelai do przedłużenia swej władzy w drodze zmian konstytucyjnych. Impeachement doprowadził do potępienia nowych władz kraju przez społeczność międzynarodową, co doprowadziło w konsekwencji do wyborów prezydenckich. Tym samym „legalny” zamach stanu oznaczał potrójną zmianę władzy w ciągu zaledwie pięciu miesięcy — najpierw swą władzę na rzecz rządu tymczasowego stracił Zelaya, po czym sam rząd musiał rozpisać wybory, które wyłoniły nowego prezydenta. Powodem usunięcia Zelai ze stanowiska prezydenta było zaproponowane przez niego referendum. Miało ono dotyczyć sprawy zmian w konstytucji, dzięki którym Zelaya mógłby m.in. przedłużyć swoją kadencję. Przewodniczący Kongresu Roberto Micheletti ocenił jednak, że takie referendum byłoby złamaniem prawa, ponieważ tylko parlament może zmienić konstytucję. Następnie prokurator generalny ostrzegł Zelayę, że postawi mu zarzuty kryminalne, jeśli prezydent nie wycofa się ze swego pomysłu. W podobnym tonie wypowiedział się również Sąd Najwyższy. Kongres przyjął nawet specjalną uchwałę, która zabraniała przeprowadzenia referendum. Prezydent nakazał jednak armii rozpoczęcie przygotowań do przeprowadzenia głosowania. Głównodowodzący armii gen. Romeo Vasquez odmówił, w związku z czym został zdymisjonowany przez Zelayę. Sąd Najwyższy nakazał jednak przywrócenie generała na stanowisko. Kilka dni później, pod koniec czerwca, na lotnisku w stolicy kraju, Tegucigalpie, wylądował samolot z urnami wyborczymi z Wenezueli. By zapobiec ich zniszczeniu, Zelaya nakazał przeniesienie ich do pałacu prezydenckiego. W związku z zaostrzającym się napięciem Sad Najwyższy nakazał aresztowanie prezydenta. Rankiem 28 czerwca Zelaya został zatrzymany przez 100 żołnierzy w swej rezydencji w Tegucigalpie, po czym został przewieziony wojskowym samolotem do stolicy Kostaryki, San Jose. W tym samym dniu honduraski Kongres zagłosował za usunięciem Zelai ze stanowiska prezydenta. Wcześniej deputowanym zaprezentowano list o rezygnacji z urzędu, podpisany przez Zelayę. Obowiązki prezydenta, zgodnie z konstytucją, przejął Roberto Micheletti. Rząd tymczasowy wprowadził stan wyjątkowy i aresztował kilku polityków z Partii Liberalnej, z którą był związany Zelaya. Nowe władze zamknęły także kilka stacji telewizyjnych i gazet. W kolejnych dniach, w związku z demonstracjami poparcia dla Zelai na ulicach stolicy, wojsko zatrzymało kilkaset osób. W niewyjaśnionych okolicznościach śmierć poniosło pięć osób znanych z sympatii do usuniętego prezydenta.

48

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

stanu Zelaya, po przewiezieniu go do Kostaryki, zaprotestował przeciwko „zamachowi stanu” i zapewnił, że powróci do kraju. Dwie pierwsze próby powrotu, podjęte w lipcu, okazały się nieudane. Dwudziestego pierwszego września Zelaya pojawił się niespodziewanie w ambasadzie Brazylii w Tegucigalpie. Doprowadziło to do ostrego kryzysu. Zelaya twierdził w następnych dniach, że rząd Michelettiego używa przeciwko ambasadzie broni chemicznej i dźwiękowej. Z podobną tezą wystąpił na forum ONZ brazylijski minister spraw zagranicznych Celso Amorim, który wezwał organizację do interwencji w obronie „oblężonej ambasady”. Kilka dni później rozpoczęły się negocjacje pomiędzy Zelayą a Michelettim. Zakończyły się jednak całkowitą porażką po tym, jak ten ostatni jednostronnie sformował nowy rząd. Martwe rozmowy próbowali przywrócić do życia Amerykanie, jednak próby te okazały się całkowicie nieskuteczne. Micheletii zaproponował rozpisanie wyborów prezydenckich jako sposób na wyjście z impasu. Odbyły się one 29 listopada, jednak nie wystartował w nich ani Micheletti, ani Zelaya. Ten ostatni wezwał nawet do bojkotu wyborów, twierdząc, że zostaną one sfałszowane. W wyborczym wyścigu zwyciężył ostatecznie Porfirio Lobo z Partii Narodowej, zdobywając 56% głosów. Drugie miejsce zajął Elvin Santos z Partii Liberalnej, który uzyskał wynik 38% głosów. Po ogłoszeniu wyników wyborów setki ludzi protestowały na ulicach stolicy. Carlos Reina, doradca Zelai, wezwał nawet do unieważnienia całego procesu wyborczego. Fakt przeprowadzenia wyborów prezydenckich wcale nie zakończył debaty nad przywróceniem Zelai na najwyższy urząd w państwie. Drugiego grudnia w tej sprawie odbyła się nawet debata w Kongresie, którego członkowie zastanawiali się, czy Zelaya nie powinien mieć prawa dokończenia swej prezydenckiej kadencji. Ostatecznie w głosowaniu wykluczono taką możliwość. Komentując wyniki głosowania, Zelaya oświadczył, że deputowani zatwierdzili zamach stanu w Hondurasie. Jak dodał, Honduras został skazany na egzystowanie poza regułami państwa prawa. Równocześnie w kraju zakończył się 5-miesięczny protest zwolenników Zelai. Ich przywódca, Juan Barahona, stwierdził, że teraz walka przeniesie się z ulic do Kongresu. Wezwał on także Zelayę, by ten przygotował się do kolejnych wyborów prezydenckich w 2014 roku. Wybory przyniosły przejściowe uspokojenie sytuacji. Nowy prezydent Porfirio Lobo zapowiedział już, że wszystkie zarzuty przeciwko Zelai zostaną wycofane. Czy oznacza to, że Honduras pozostanie w najbliższym czasie stabilną demokracją? Odpowiedź na to pytanie paradoksalnie będzie musiała wynikać z kolejnego pytania, które brzmi: co w najbliższych tygodniach zrobi Zelaya? Przemysław Henzel


A M E RY K A Ł A C I Ń S K A P R Z E G L Ą D

Przegląd latynoamerykański Nowy-stary prezydent Boliwii

Anioł Śmierci na ławie oskarżonych

Boliwia ma „nowego” prezydenta. W ostatnich wyborach, które odbyły się na początku grudnia, zwyciężył dotychczasowy prezydent Evo Morales, reprezentujący ugrupowanie Ruch na Rzecz Socjalizmu (MAS), uzyskując 61% głosów. Drugie miejsce zajął były gubernator Manfred Reyes Villa, który zgromadził 23% głosów. Z gratulacjami dla lewicowego Moralesa pospieszyły władze państw Ameryki Łacińskiej, gdzie rządzi lewica. Chilijski minister spraw zagranicznych określił ten triumf jako „krzepiące wydarzenie”, a prezydent Wenezueli Hugo Chavez oświadczył, że Morales „sprawił swoim zwycięstwem radość całemu kontynentowi”. Sukces Moralesa oznacza kolejne lata napiętych relacji ze Stanami Zjednoczonymi, które naciskają na władze Boliwii, by zdecydowały się na wypowiedzenie wojny handlarzom narkotyków.

W Argentynie rozpoczął się proces byłego kapitana marynarki Alfredo Astiza, zwanego przez media Aniołem Śmierci, oraz osiemnastu innych osób, dotyczący łamania praw człowieka w okresie rządów wojskowej junty w latach 1976-1983. Astiz oraz pozostali oskarżeni mają odpowiedzieć za porwania i tortury, które miały mieć miejsce w Szkole Mechaniki Morskiej. Według śledczych Anioł Śmierci odpowiada za tajemnicze „zniknięcie” kilkudziesięciu osób, w tym dwóch francuskich zakonnic. W czasie rządów brutalnej wojskowej junty „zniknęło” około 30 tysięcy ludzi. Astiz miał także pomagać tajnym służbom w infiltrowaniu organizacji działających na rzecz praw człowieka. Argentyńskie sądy zidentyfikowały w sumie 250 osób, które pracowały w tamtym czasie w Szkole Mechaniki Morskiej. Jak dotąd osądzono 70 z nich. W latach 70. wojskowe junty stały się „znakiem firmowym” Ameryki Łacińskiej. Najwyżsi wojskowi rządzili wtedy m.in. w Brazylii, Chile, Paragwaju i Urugwaju.

Czystka w bankach Wenezueli

Niebezpieczny latynoski „flirt” Amerykańska sekretarz stanu Hillary Clinton zaapelowała do państw Ameryki Łacińskiej, by te nie nawiązywały zbyt bliskich stosunków z Iranem. Clinton oświadczyła, że władze Wenezueli i Boliwii „powinny zastanowić się dwa razy nad konsekwencjami zbyt bliskich relacji z Teheranem”. Prezydent Iranu Mahmud Ahmadineżad w zeszłym miesiącu odwiedził podczas swej podróży Brazylię, Wenezuelę i Boliwię, czyli państwa, które wyraziły poparcie dla irańskiego programu nuklearnego. Iran twierdzi, że program ten ma charakter cywilny, jednak Stany Zjednoczone i państwa Unii Europejskiej obawiają się, że może on zostać przekształcony w program o charakterze militarnym. — Myślę, że ludzie, którzy chcą flirtować z Iranem, powinni zastanowić się, jakie to może mieć dla nich konsekwencje — oświadczyła Clinton podczas jednego z briefingów. Amerykańska sekretarz stanu dodała także, że Iran to „główny eksporter terroryzmu we współczesnym świecie”. Jak tłumaczą eksperci, konsekwencje te nie oznaczają np. wprowadzenia sankcji ekonomicznych, lecz oziębienie dyplomatycznych relacji z Waszyngtonem.

Prezydent kontra „skorumpowane miernoty” Korupcyjny skandal w Wenezueli. Rząd w Caracas zdecydował się na zamknięcie siedmiu banków i aresztowanie ich dyrektorów. Prezydent kraju Hugo Chavez zapewnił, że obywatele otrzymają z powrotem pieniądze, które zdeponowali w tych placówkach. Krytycy lewicowego przywódcy Wenezueli ocenili jednak, że czystka nie była przypadkowa, jako że w ostatnich miesiącach władze nasiliły presję na przedsiębiorców w związku z nacjonalizacją kolejnych gałęzi gospodarki, w tym sektora bankowego. Chavez twierdzi jednak, że powodem zamknięcia banków były „nieprawidłowości” w ich funkcjonowaniu. Skandal korupcyjny uderzył jednak już w otoczenie prezydenta. W ostatnich dniach Jesse Chacon, minister nauki i technologii, złożył na ręce prezydenta rezygnację ze swego stanowiska po tym, jak jego brat, Arne Chacon, został aresztowany w związku ze sprawą bankowych „nieprawidłowości”.

Projekt nowego prawa prasowego ostro podzielił dziennikarzy i polityków w Ekwadorze. Zgromadzenie Ustawodawcze miało zająć się proponowaną w tym zakresie ustawą 10 grudnia, lecz ostatecznie prace nad nią zostały przesunięte na inny termin, tak by parlamentarzyści mieli więcej czasu na zapoznanie się z konkretnymi przepisami. Poinformował o tym przewodniczący Zgromadzenia Fernando Cordero z rządzącej partii Sojusz dla Kraju. Na wieść o przesunięciu debaty nad nowym prawem prasowym politycy opozycyjnych partii ogłosili swój triumf, ponieważ wcześniej twierdzili, że nowa ustawa ma na celu zamknięcie im ust. Relacje pomiędzy mediami a osobami rządzącymi Ekwadorem są bardzo napięte. Prezydent kraju Rafael Correa stwierdził nawet, że media są jego „największym wrogiem”, a dziennikarze to „skorumpowane miernoty”. Opracował Przemysław Henzel

GRUDZIEŃ 2009

49


A F RY K A P R Z E G L Ą D

Przegląd afrykański Afryka po chińsku

Zamach w Somalii

Odwiedzający Egipt premier Chin, Wen Jiabao, zapowiedział, że państwa afrykańskie otrzymają 10-miliardową pożyczkę w celu „budowy zdolności finansowej”. Konferencja poświęcona współpracy gospodarczej i politycznej Afryka – Chiny miała miejsce na początku listopada w egipskim Szarm El-Szejk. Zaangażowanie Państwa Środka w Afryce budzi niepokój Zachodu, który uważa, że ekspansja Chin ma bezpośredni związek z dostępem do afrykańskich zasobów naturalnych. Z kolei Chińczycy krytykują Zachód za to, że myśli o Afryce ciągle jak o swojej kolonii. Przyjęty w 2008 roku przez Parlament Europejski raport zauważa, że pomoc Chin ogranicza się tylko do państw bogatych w złoża. Chodzi tutaj głównie o ropę naftową, uran, miedź, żelazo, kobalt i drewno, które gospodarka Chin wchłonie w każdej ilości. Ponadto raport PE wskazuje, że już połowa przedsięwzięć publicznych na kontynencie afrykańskim realizowana jest przez chińskich wykonawców. Nie zatrudniają oni rdzennych mieszkańców, lecz ściągają pracowników z samych Chin. Przez ostatnie kilkanaście lat handel pomiędzy Afryką a Chinami zwiększył się ponad dziesięciokrotnie (z 4 miliardów dolarów w 1995 roku do 55 miliardów dolarów w 2006 roku).

Trzeciego grudnia miał miejsce zamach, w wyniku którego zmarło trzech ministrów somalijskiego rządu. Zginęli: minister zdrowia Kamar Aden Ali, minister edukacji Ahmed Abdulahi Wail i minister szkolnictwa wyższego Ibrahim Hasan Addow. Agencja Reutera, powołując się na źródła rządowe, informuje, iż do zamachu doszło w stolicy kraju, Mogadiszu, podczas ceremonii wręczania dyplomów absolwentom akademii medycznej. O przeprowadzenie ataku oskarżono radykalnych islamistów z organizacji al-Szabab. Jednak rzecznik rebeliantów, szejk Ali Mohamud Rage, oświadczył, że jego organizacja nie ma z tym nic wspólnego, bo „nie obiera sobie za cel niewinnych ludzi”. O zamach oskarżył sam rząd, w którym według niego od dawna dochodzi do tarć. W Somalii od 1991 roku rząd nie kontroluje pełni terytorium państwa. W sumie w zamachu bombowym zginęło ponad dwadzieścia osób.

1 dolar = 250 dolarów?

Problem uciekinierów kongijskich Wysłannicy katolickiego międzynarodowego dzieła pomocy Kirche In Not donoszą o katastrofalnych warunkach dla uciekinierów, których zmuszono do opuszczenia Demokratycznej Republiki Konga i Kongo Brazzaville. Władze zarządziły natychmiastowy powrót wszystkich Angolczyków do Angoli. Ks. Andrzej Halemba, który odwiedził obóz dla uciekinierów w Dambie, informuje o brutalności kongijskich urzędników państwowych. Policja pojawiała się z zaskoczenia w miejscach, gdzie mieszkali Angolczycy. Zatrudnionych wyrzucono z pracy, uczniów ze szkół. Wielu z nich nie pozwolono zabrać ze sobą swego dobytku, byli zmuszeni pieszo opuścić kraj. Kilkusetkilometrową drogę musiały o głodzie pokonać osoby starsze, dzieci, kobiety w zaawansowanej ciąży. Rozbito przy tym wiele mieszanych małżeństw. W sumie w ostatnich tygodniach wypędzeniem dotknięte zostało ponad 40 tysięcy osób. Wydarzenia te są „zemstą” za wydalenia z terytorium Angoli nielegalnych imigrantów z państw kongijskich. Jednak, jak zaznaczają działacze Kirche In Not, strona kongijska wydala wszystkich Angolczyków, również tych, którzy żyli legalnie w obu krajach.

Apel z Etiopii Władze Etiopii zaapelowały do wspólnoty międzynarodowej o natychmiastową pomoc. Chodzi o dostarczenie 160 ton żywności dla dotkniętego głodem kraju. Problem ten dotyczy 6 milionów ludzi. Wszystko to przez panującą od wielu lat suszę, która nęka ten rejon Afryki. Etiopia odczuwa to szczególnie, bowiem z rolnictwa utrzymuje się 80% jej mieszkańców, stanowi ono również 50% PKB. Międzynarodowi obserwatorzy zauważają, że istnieje potrzeba stworzenia wieloletniego programu pomocowego, który nie ograniczy się wyłącznie do dostaw żywności, lecz uzdrowi etiopskie rolnictwo. Przez złe wykorzystywanie pestycydów w Etiopii zniszczone jest 85% ziem.

50

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

Hulająca w Zimbabwe inflacja bije kolejne rekordy. Mieszkańcy Zimbabwe doczekali się nowego banknotu. Jego nominał to 50 tysięcy dolarów Zimbabwe. Wcześniejsza reforma finansowa spowodowała pojawienie się banknotu o nominale 10 tysięcy dolarów. Oficjalny kurs wymiany to 250 dolarów Zimbabwe za 1 amerykańskiego dolara. Jednak oficjalny kurs ma się nijak do rzeczywistości, bowiem na czarnym rynku za 1$ dostać można aż 8 tysięcy dolarów Zimbabwe. Ceny rosną praktycznie z dnia na dzień, z godziny na godzinę. Choć denominację waluty tamtejszy bank centralny przeprowadził stosunkowo niedawno, w sierpniu 2008, odcinając dolarom trzy zera, to wszystko wskazuje na to, że już wkrótce mieszkańcy kraju znowu będą musieli chodzić na zakupy uzbrojeni w grube pliki banknotów, a płacić będą w milionach. Opracował Kamil Białas


AUSTRALIA & OCEANIA i tortu Pavlova. Kultura pierwotnych mieszkańców, Maorysów, jak się okazuje, ma pewne wspólne elementy z europejskimi zwyczajami — elfy i krasnoludki przypominają duchy maoryskich przodków. A zatem — Meri Kirihimete! Lecz trzeba mieć na uwadze to, iż strefa religijna jest coraz bardziej zdominowana przez tę związaną z zakupami, przygotowywaniem prezentów i świątecznych dekoracji. Wyspa Bożego Narodzenia

Bożonarodzeniowa Oceania Święta Bożego Narodzenia bez sypiącego z nieba białego puchu, bez skrzypiącego pod nogami śniegu, bez mrozu malującego cudne wzory na oknach... Gwiazdka w Oceanii przypada w sercu tamtejszego lata. Dwudziesty piąty grudnia to przede wszystkim barbecue w parku, gra w krykieta, pikniki na plaży, surfowanie po błękitnych falach oceanu i temperatura ok. 30 stopni Celsjusza. Jednak sama idea pozostaje dla tamtejszych chrześcijan taka sama — przypomnienie narodzin Jezusa Chrystusa.

A

ustralia i Nowa Zelandia to państwa wielokulturowe — każda grupa etniczna wnosi tu coś swojego, własnego w funkcjonowanie społeczności. Mimo tej różnorodności można wskazać cechy wspólne w świętowaniu Bożego Narodzenia. Tradycja obchodzenia tych świąt na południowej półkuli jest stosunkowo krótka, bo związana z przybyciem w XVIII wieku angielskich osadników, którzy — wyposażeni w bagaż europejskich doświadczeń — postanowili nie porzucać dziedzictwa przodków i również w nowej ojczyźnie obchodzić ważne uroczystości. Mikołaj w kąpielówkach Australijczycy (65% to chrześcijanie) uwielbiają zapalać świeczki w wieczór wigilijny, gromadzić się na placach, rozkładać koce i, zgodnie z tradycją z 1937 r., wspólnie śpiewać radosne kolędy przypominające o narodzinach Jezusa oraz te mniej religijne piosenki (Santa never made it into Darwin, Australians let us barbecue czy Santa’s moving to the South Pole). W czasach australijskiej gorączki złota w świąteczne puddingi wkładano mały samorodek złota (dziś zastępuje się go małą figurką), a znalezienie tej niespodzianki wróżyło szczęście na cały nadchodzący rok. Dekoracje świąteczne obejmują tradycyjne wieńce z roślin o nazwie Christmas bush i Christmas bells. Mikołaj często ubrany jest w kąpielówki i przybywa na plażę na desce surfingowej — co za różnica, gdy pomyślimy o tym, że w Europie Mikołaj próbuje się przecisnąć przez wąski komin! Zapomnij o karpiu, barszczu z uszkami i kutii — w Nowej Zelandii, gdzie za chrześcijan uznaje się 53% społeczeństwa, tradycyjny bożonarodzeniowy posiłek składa się z indyka, śliwkowego puddingu

Czy można sobie wyobrazić lepsze miejsce na spędzenie świąt niż Wyspa Bożego Narodzenia? Lokalizacja? Ponad 2 500 km na północny zachód od Perth, 350 km na południe od Jawy. Nazwa, jak nietrudno się domyślić, związana jest z dniem odkrycia tego miejsca, którego 2/3 obszaru zajmuje obecnie park narodowy. Wyspa to 135 km2 i 1400 mieszkańców, z których 70% to Chińczycy, 20% Europejczycy, a pozostali to Malajczycy. Początkowo zarządzane przez Brytyjskiego Gubernatora zajmującego się Cejlonem i Singapurem, a od 1 października 1958 roku — terytorium zależne Australii. Pierwsza europejska osada została tam założona w 1888 r. we Flying Fish Cove przez George’a Clunies-Rossa, któremu wraz z sir Johnem Murrayem, brytyjskim przyrodnikiem, przyznano pierwszą dzierżawę. Murray analizowanych próbki skał i gruntów pobranych z wyspy i odkrył, że składały się z niemal czystego fosforanu wapna. W czasie wojny tereny te okupowane były przez Japończyków, by po II Wojnie Światowej powrócić pod władztwo Commonwealthu. Żadnych partii ani grup nacisku. Dziewięcioosobowe Zgromadzenie parlamentarne, administrator wskazywany przez Gubernatora Generalnego Australii, który sprawuje władzę w imieniu Królowej Brytyjskiej. Zaledwie 140 km dróg, z czego tylko 30 km jest wybrukowanych. Blaski i cienie Christmas Island Owszem, to raj dla miłośników przyrody, którzy mogą tu zachwycać się podwodnym bogactwem fauny i flory, tysiącami wędrujących krabów, w tym krabem kokosowym, czy też morskimi ptakami. Czas na tej wyspie można spędzać wyjątkowo aktywnie — nurkując, pływając kajakiem, jeżdżąc rowerem, spacerując po plaży. Lecz to nie wszystko. Trafiają tam zazwyczaj osoby poszukujące azylu w Australii. To właśnie tutaj znajduje się duży ośrodek dla uchodźców, porównywany z Guantánamo czy więzieniami z okresu, gdy Australia była kolonią karną, do której przywożono przestępców. Przybijające do brzegów Wyspy Bożego Narodzenia nielegalnie łodzie pełne Azjatów budzą wśród Australijczyków lęk, który dodatkowo podsyca wieloletnia polityka niechęci wobec imigrantów, do dziś propagowana przez środowiska konserwatywne. Z pewnością nie jedzie się tam po to, by radośnie świętować Boże Narodzenie. Zresztą zaledwie 18% mieszkańców to chrześcijanie, większość to przebywający czasowo na wyspie wietnamscy azylanci, przeważnie buddyści. Jedynym chrześcijańskim miejscem jest maleńka katolicka kaplica, w której msza święta odbywa się raz w roku, gdy na Wielkanoc przylatuje katolicki ksiądz z Australii. Jednak dzień Bożego Narodzenia jest świętem narodowym wolnym od pracy i obchodzą go wszyscy mieszkańcy wyspy, bez względu na wyznawaną religię. Dorota Rajca GRUDZIEŃ 2009

51


AUSTRALIA & OCEANIA

Austr alijski przykład Kiedyś zesłanie na Australię traktowane było jak ostateczna katastrofa, dziś to marzenie milionów osób. Wspaniałe warunki przyrodnicze, wysoki poziom życia, stabilna gospodarka — to tylko kilka wyznaczników, które powodują, że Związek Australijski traktowany jest jako doskonałe miejsce do zamieszkania i inwestowania.

Z

Australii płyną dobre informacje ekonomiczne. Tamtejsza gospodarka zanotowała spadek bezrobocia. Światowy kryzys oszczędził mieszkańców południowej półkuli. Liczba osób pozostających bez zatrudnienia w październiku wynosiła zaledwie 5,8%, by pod koniec listopada spaść o kolejny punkt procentowy. Australijski Urząd Statystyczny podaje, że w ubiegłym miesiącu stworzono ponad 30 tys. nowych pełnoetatowych miejsc pracy. Analizy ekonomiczne okazały się dużym zaskoczeniem, prognozowano bowiem niewielki wzrost liczby osób poszukujących pracy. Wzrost gospodarczy To właśnie ten kraj, będący dwunastą światową gospodarką, jako pierwszy od chwili rozpoczęcia światowego kryzysu gospodarczego zdecydował się na podniesienie stóp procentowych z 3,5% do 3,75%. Decyzja australijskiego Banku Centralnego nie jest całkiem nieoczekiwana, bowiem tamtejsza gospodarka jest jedyną wśród najbardziej rozwiniętych państw świata, która w pierwszej połowie roku odnotowała wzrost. W pierwszym kwartale 2009 roku PKB Australii wzrósł o 0,4%, w II kwartale zaś — o 0,8%. Analityków Banku upewniają w tej optymistycznej prognozie właśnie zapotrzebowanie na nowe 52

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

miejsca pracy oraz rosnące ceny nieruchomości. Gospodarka Australii jest zabezpieczona przed recesją dzięki stale utrzymującemu się znaczącemu zapotrzebowaniu ze strony Chin na żelazo i inne surowce mineralne. Co więcej, należy pamiętać, iż australijskie banki były w mniejszym stopniu narażone niż inne na wpływ amerykańskich kredytów hipotecznych. Czy to początek ogólnych zmian w polityce pieniężnej stosowanej przez banki centralne na całym świecie, które zaczynają przygotowania do ożywienia gospodarczego? W rzeczywistości Australia jest szczególnym przypadkiem. Stopy procentowe pozostają co prawda cztery punkty procentowe poniżej swojego ostatniego szczytu z marca 2008, ale na rynkach lokalnych spodziewana jest kolejna podwyżka stóp przed końcem roku. Wielkie australijskie banki oczekiwały, że bank centralny podniesie stopy procentowe, i tak też się stało. Rynek nieruchomości i banki Gospodarka Australii została skutecznie ochroniona przed światowym kryzysem i gospodarczą burzą mającą miejsce w pozostałych częściach świata. Owszem, i tutaj można było odczuć zapaść ekonomiczną, lecz w dużo mniejszym stopniu niż gdzie indziej. W ostatnim czasie ceny domów w Sydney i Melbourne wzrosły o ok. 5%. Ciekawostką jest, że — jak wynika z raportu Commonwealth Bank of Australia — to właśnie tutaj buduje się domy o największej powierzchni. Badania wykazały, że w ciągu ostatnich 10 lat przeciętna powierzchnia australijskich domów i mieszkań wzrosła o 10% i wynosi obecnie 214,6 m2. Dla porównania: średnia wielkość mieszkania w Polsce to 70,2 m2. Australia korzysta ze swojej wyjątkowej sytuacji gospodarczej. Jej system bankowy skutecznie poradził sobie w obliczu kryzysu, umiejęt-


AUSTRALIA & OCEANIA nie zarządzając zyskami. Banki unikały ryzykownych pożyczek i utrzymywały niewielkie zaległości cenowe. David Forrester z banku inwestycyjnego Barclays Capital oczekuje na to, by banki centralne w innych krajach bogatych w surowce naturalne, takich jak Norwegia i Nowa Zelandia, poszły za przykładem Australii i szybko podniosły swoje stopy. Australijski rząd jest zdeterminowany, aby trzymać się pakietu bodźców stymulujących gospodarkę, który został ogłoszony na początku tego roku, a z którego wiele założeń wciąż nie zostało wykorzystanych. A to jeszcze bardziej będzie sprzyjało przyciąganiu inwestorów zagranicznych.

Jon Chadwick, wiceprezydent Royal Dutch Shell, uważa, że do 2020 roku Australia ma szansę stać się drugim co do wielkości eksporterem gazu ziemnego (LNG), ustępując jedynie Katarowi. Obecnie Związek Australijski zajmuje w tej klasyfikacji piąte miejsce. Główne złoże to złoża Gorgon (Gorgon field), które leżą na dnie Oceanu Indyjskiego, u wybrzeży Australii Zachodniej. To inwestycja, w którą koncern Chevron włożył 42 miliardy dolarów australijskich. Kelvin Rudd, premier Australii, ocenił wartość tych kontraktów, podpisanych przez partnerów amerykańskich, japońskich i południowokoreańskich, na 70 miliardów dolarów australijskich (60 mld dol. amerykańskich lub 41 mld euro).

Najlepsze miejsce do życia W ciągu ostatnich kilkunastu lat australijska gospodarka sukcesywnie się rozwija — średni wzrost to 3,3% rocznie, co czyni Australię krajem o ustabilizowanej ekonomii. Ponadto zgodnie ze wskaźnikiem IMD World Competitiveness Yearbook (ranking najbardziej rozwiniętych krajów świata, publikowany corocznie przez Międzynarodowy Instytut Zarządzania i Rozwoju w Lozannie, który grupuje dane według czterech głównych kategorii: stan gospodarki, efektywność rządu, efektywność przedsiębiorstw i infrastruktura) zajmuje ona pierwsze miejsce w regionie Azji i Pacyfiku, z uwzględnieniem rynku pracy oraz produktywności w sektorze rolniczym i przemysłowym. Co więcej, OECD w swoim sondażu z 2006 r. uznała, że poziom życia w Australii przewyższa wszystkie kraje przynależące do tej grupy, z wyjątkiem Stanów Zjednoczonych. Większość bogatych gruntów rolnych i portów handlowych znajduje się na wschodnim oraz południowo-wschodnim wybrzeżu, a także w okolicy Perth. Wiodącymi centrami gospodarczymi są Melbourne, Sydney, Brisbane i Adelaide. Po recesji z końca lat 80. Australia zaczęła odbudowywać swoją ekonomię, tak by obecnie utrzymywać pozycję lidera. Większość PKB kraju obejmuje wydobycie surowców mineralnych, takich jak żelazo, stal, boksyty, miedź, cyna, złoto, srebro, uran, nikiel, wolfram, ołów, cynk, gaz ziemny i ropa naftowa, a także opal i diamenty (często przy pomocy japońskiego kapitału), przetwórstwo żywności, produkcję przemysłową sprzętu transportowego, chemikalia, produkcję maszyn włókienniczych oraz pojazdów silnikowych. Na uwagę zasługuje samowystarczalność kraju w zakresie produkcji żywności, hodowli owiec i bydła oraz uprawy pszenicy. Ponadto Australia jest znaczącym producentem owoców cytrusowych, trzciny cukrowej i owoców tropikalnych, jak również staje się coraz ważniejszym eksporterem wina i tytoniu. Niepokoją jednak ostatnie doniesienia związane z nadchodzącą suszą towarzyszącą upalnemu latu. Dlatego już na początku grudnia rolnicy, między innymi z centralnej i północno-zachodniej Nowej Południowej Walii, spotkali się z ministrem rolnictwa Tonym Burke’em, domagając się pomocy na wypadek walki z żywiołem (pożary, susza). Australia utrzymuje korzystny bilans handlowy. Podstawą eksportu są metale, minerały, węgiel, wełna, wołowina, baranina, zboża. Głównymi partnerami handlowymi są kraje Azji i Pacyfiku (przede wszystkim Japonia i Chiny) oraz Stany Zjednoczone. Gazowy lider Regulacje oraz struktura instytucji finansowych i przejrzysty system zorientowany na ułatwianie prowadzenia przedsiębiorstw pomagają w prowadzeniu biznesu. Możliwe jest rozpoczęcie działalności gospodarczej bez zbędnej zwłoki — według Banku Światowego w ciągu zaledwie dwóch dni firma może uzyskać swoją siedzibę w Australii, co w porównaniu ze średnią dla krajów OECD, wynoszącą 20 dni, jest imponującym osiągnięciem. Australia ma również niskie bariery dla handlu i inwestycji. Ponieważ fala mikroreform gospodarczych na początku lat 90. oraz polityka konkurencji są kluczowymi składnikami gospodarki — prowadzi to do trwałego sukcesu w takich kluczowych obszarach, jak transport, telekomunikacja, energia elektryczna i gaz.

Dzięki przedsięwzięciom gazowym takim jak Gorgon czy Pluto możliwe jest podwojenie dotychczasowych zysków z eksportu gazu i otrzymywanie do 24 miliardów dolarów rocznie w ciągu ośmiu lat. Australijskie rezerwy gazowe sytuują ten kraj dopiero na 14 miejscu w świecie. Ale bliskość Azji, poszukiwanie czystszych paliw niż węgiel (dotychczas to jest jej główny produkt eksportowy) oraz niestabilność polityczna i gospodarcza w konkurencyjnych krajach sprawiają, iż Australia zajmuje optymalne miejsce dla projektów związanych z wydobyciem gazu ziemnego, twierdzi Don Voelte, szef Woodside, jednej z największych australijskich spółek zajmujących się poszukiwaniem i produkcją ropy i gazu. Praca czeka. Chętni? Nowe technologie powinny pomóc coraz lepiej wykorzystać kolejne złoża gazowe. Shell pracuje nad planem zainstalowania pierwszego na świecie pływającego zakładu zajmującego się skraplaniem gazu na dwóch obszarach na północ od Gorgon. Pozwoli to zaoszczędzić na kosztach budowy rurociągów, a także umożliwi eksploatowanie złóż do tej pory niewykorzystywanych. I przybędzie kolejnych atrakcyjnych, dobrze płatnych miejsc pracy. Według zestawień przygotowanych przez Australijskie Stowarzyszenie Producentów i Wydobywców Ropy (Australian Petroleum Production and Exploration Association), proponowane projekty związane z przemysłem wydobywczym będą wymagały zatrudnienia około 50 000 pracowników w ciągu najbliższych 15 lat. Dlatego rząd federalny już teraz powołał zespół zadaniowy, aby dowiedzieć się, jak znaleźć odpowiednich pracowników. Dorota Rajca

GRUDZIEŃ 2009

53


AUSTRALIA & OCEANIA

Kłopoty w raju Wyścig z czasem, a może z działalnością człowieka i natury? O tym, co składa się na wyjątkowość dziewięciu atoli, które znikają pod wodą, rozmawiano w Krakowie, w trakcie międzynarodowej konferencji „Pomoc dla Tuvalu”.

W

atykan, Monako, Nauru i wreszcie Tuvalu — czwarte najmniejsze państwo na świecie, którego głos, mimo niewielkich rozmiarów terytorialnych kraju (choć jeśli wziąć pod uwagę wyłączną strefę ekonomiczną, to zajmuje ono 28 miejsce), staje się coraz lepiej słyszalny na arenie międzynarodowej. A wszystko za sprawą naglących problemów egzystencjalnych, z którymi na co dzień zmagają się jego mieszkańcy. Jaki cel przyświecał pomysłodawcom konferencji? — Liczymy, iż wiedza przekazana mieszkańcom Polski na temat Tuvalu chociaż w drobnym stopniu pomoże w jego zachowaniu dla przyszłych pokoleń — mówi „Stosunkom Międzynarodowym” Dariusz Zdziech, prezes Towarzystwa Naukowego Australii, Nowej Zelandii i Oceanii, które było głównym organizatorem krakowskiej konferencji. — To pierwsza tego typu konferencja przeprowadzona w Polsce — dodaje.

Państwa toną Bez względu na przyczynę podnoszenia się poziomu wód — jedno pozostaje jasne. Tuvalu, jak i inne płaskie wyspiarskie państwa południowego Pacyfiku czy też np. leżące na Oceanie Indyjskim Malediwy, w niedługim czasie mogą zniknąć z powierzchni ziemi. Jak wobec tego radzić sobie z faktem, że dosłownie grunt usuwa się tamtejszym mieszkańcom spod stóp? Polityka zagraniczna Tuvalu opiera się na trzech zasadniczych filarach. — Proporcjonalnie do potencjału ludzkiego interesy Tuvalu są dobrze prezentowane na forach międzynarodowych — mówi Jacek Foks, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. — Wykorzystanie polityki zagranicznej do rozwoju dzięki pozyskiwaniu pomocy zagranicznej i współpracy handlowej, wzmacnianie swojej pozycji poprzez promowanie wartości demokratycznych i poszanowania praw człowieka czy podkreślanie znaczenia troski o środowisko naturalne, które związane jest z fizycznym zachowaniem terytorium, to priorytety aktualnie realizowanej polityki rządu premiera i zarazem ministra spraw zagranicznych, Apisaia Ielemii — dodaje Foks. Oficjalny korpus dyplomatyczny, na który składają się pracownicy MSZ, przedstawiciele przy ONZ, przy Unii Europejskiej i na Fidżi (to właśnie tutaj znajduje się jedyne lotnisko, z którego odlatują dwa razy w tygodniu samoloty na Tuvalu, przez co zapewniony jest kontakt ze światem zewnętrznym), to zaledwie 20 osób, które stale podkreślają znaczenie walki ze zmianami klimatycznymi. Reprezentanci Tuvalu zabrali głos na kopenhaskim szczycie. Czy coś wywalczą dla siebie — czas pokaże.

Tuvalu dla Wszechmogącego Wiele mówi się o potencjalnych zagrożeniach dla Tuvalu w związku z globalnym ociepleniem. Jednak starsi mieszkańcy wysp wierzą, że nie będą musieli opuszczać kraju w poszukiwaniu bezpieczniejszego miejsca. O przywiązaniu do chrześcijańskich wartości oraz historii i tradycji Tuvalu wspomina tamtejsza Konstytucja z 1978 r. Również cykl spotkań rozpoczął się od specjalnej modlitwy przypominającej po części słowa tuvaluańskiego hymnu narodowego — Tuvalu Mo Te Atua („Tuvalu dla Wszechmogącego”), które wobec zagrożeń spowodowanych podnoszeniem się poziomu wód oceanicznych nabierają wyjątkowego znaczenia. W świetle najnowszych doniesień efekt cieplarniany wydaje się mocno eksploatowaną teorią. Z e-maili i dokumentów wykradzionych naukowcom z Uniwersytetu Wschodniej Anglii dowiadujemy się o manipulacjach danymi na temat zmian klimatycznych. Wynika z nich jasno, że globalne ocieplenie to w rzeczywistości wielkie oszustwo, mające na celu pozyskanie ogromnych funduszy. Niepokoją zatem stwierdzenia uczonych o konieczności poprawiania wartości temperatury, tak aby ukryć rzeczywisty jej spadek. Czy to początek dyskusji o zmianach klimatu, a także o zaufaniu do instytucji badawczych? Wiele z e-maili wymienianych między pracownikami brytyjskiego Ośrodka Badań Klimatu (Climatic Research Unit) wyraża brak pewności co do wniosków ich badań i sugeruje, że możemy mieć do czynienia nie tyle z efektem cieplarnianym wynikającym z działalności człowieka i emisji gazów cieplarnianych, ile po prostu z kolejną ciepłą fazą w historii światowego klimatu — bo ochłodzenie i ocieplenie przychodzą w sposób cykliczny.

54

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

Kłopoty, kłopoty... Zagrożenia dotykające Tuvalu są znacznie bardziej złożone. To jeden z najbiedniejszych krajów świata. PKB w 2000 roku wynosił zaledwie 12 mln dolarów, w 2007 — 30 mln. Gospodarka zasilana jest wpływami z eksportu — głównie suchego miąższu kokosowego, ryb, rękodzieła oraz unikatowych kolekcji znaczków pocztowych przedstawiających m.in. wyspy koralowe, naturę, znane postacie, takie jak John F. Kennedy czy Elvis Presley, oraz historyczne wydarzenia, np. lądowanie aliantów w Normandii czy Igrzyska Olimpijskie w Pekinie. Około 40% wpływów do budżetu państwa stanowi sprzedaż licencji na połowy tuńczyka. Wiele nadziei, a następnie kontrowersji wywołała dzierżawa domeny internetowej „.tv” — początkowo negocjacje prowadzone były z kanadyjską firmą, ostatecznie do 2012 r. domeną zarządzać będzie przedsiębiorstwo z Kalifornii. Jak zostały wykorzystane pieniądze — trudno powiedzieć. Na pewno nie trafiły one do jedynego w państwie szpitala, w którym znajduje się zaledwie 36 łóżek i gdzie nadal brakuje podstawowej aparatury medycznej.


AUSTRALIA & OCEANIA O wyzwaniach rozwojowych Tuvalu opowiadała dr Karolina Klecha-Tylec z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, podkreślając, iż Tuvalu musi zmierzyć się z problemami w postaci braku bazy surowcowej, niewystarczającej konkurencyjności w pozyskiwaniu inwestycji oraz turystów, ograniczonej powierzchni, która utrudnia przyjmowanie inwestycji, słabego rozwoju sektora prywatnego, wysokiej stopy podatkowej oraz celnej, jak również mało transparentnego systemu inwestycji w państwie. Tuvalu jest członkiem Regionalnego Porozumienia o Handlu i Współpracy Południowego Pacyfiku, dla którego wzorem była Konwencja z Lomé. W ramach tej inicjatywy dąży się do liberalizacji handlu i rozwoju mikropaństw, które — do tej pory marginalizowane — chcą zacieśniać kontakty ze sobą, a także stosowana jest wobec nich asymetria zobowiązań i korzyści. Co ciekawe, pojawiają się również wstępne pomysły ujednolicenia waluty na obszarze regionu Oceanu Spokojnego i posługiwania się np. dolarem australijskim (już teraz tuwalski dolar przeliczany jest w stosunku 1:1 do dolara australijskiego). Kolejnym problemem, z którym nie do końca radzą sobie mieszkańcy Tuvalu, jest nadmierna ilość śmieci. Składowane są one w wielkich dołach, będących pozostałościami po pobycie amerykańskich misji wojskowych, lecz powoli i one są zapełniane. Zmartwieniem jest brak wody pitnej — ta czerpana ze studni jest zbyt słona, w związku z tym, dzięki funduszom z Unii Europejskiej, większość mieszkańców otrzymała zbiorniki, w których gromadzona jest woda deszczowa. Ponadto wdzierający się w ląd ocean niszczy nie tylko wybrzeże, ale przede wszystkim uprawy i powoduje straty w i tak słabo rozwiniętym rolnictwie. A co więcej — często narusza konstrukcje budynków. Powstaje zatem pytanie: gdzie wobec tego przesiedlać ludzi, w sytuacji gdy terytorium jest tak bardzo ograniczone (szerokość wysp waha się w przedziale od 30 do 400 metrów)? Na chwilę obecną Tuvalu nie podpisało żadnych konkretnych zobowiązań dotyczących ewakuacji ludności, więc kwestia ta wciąż wywołuje spory i dyskusje.

lane zmierzające do stworzenia masywnego falochronu osłaniającego ląd przed wielkimi przypływami. Również z pozostawionych podczas II wojny światowej maszyn oraz nieużywanych samochodów ustawiane są nabrzeżne zapory. Od lat 80. widać zaangażowanie ze strony państw regionu Pacyfiku. O ile pomoc ze strony Japonii czy Korei ukierunkowana jest na konkretne inwestycje (np. budowa siedziby rządu zniszczonej przez wielką falę, King Tide, w 1999, lotniska, nadbrzeża portowego, jedynej, 8-kilometrowej drogi ciągnącej się wzdłuż stołecznej wyspy Fongafale), o tyle kraje anglosaskie (Australia, Nowa Zelandia) skłonne są do wspierania bazy warsztatowej, szkolenia lokalnych fachowców, finansowania zagranicznych stypendiów czy przejęcia odpowiedzialności nad ochroną wód terytorialnych. Dosyć intensywnie rozwijają się relacje z Tajwanem. Tuvalu należy do tych nielicznych państw, które narażają się Chinom, ponieważ utrzymuje stosunki dyplomatyczne z Tajwanem. Podobnie jak inne biedne kraje Ameryki Łacińskiej, Afryki i Oceanii, Tuvalu w zamian za uznanie niepodległego Tajwanu oraz za to, iż popiera jego członkostwo w ONZ (Tuvalu dopiero 5 września 2000 r. jako 189 państwo zostało członkiem tej instytucji, gdyż wówczas zebrane zostały środki niezbędne na opłacenie składek członkowskich), otrzymuje pomoc finansową w wysokości ok. 5 mln dolarów. Nie bez znaczenia dla Tuvalu jest zatem utrzymywanie tej jedynej ambasady w swojej stolicy, Vaiaku.

Wnioski pokonferencyjne

Co dalej z Tuvalu? Brak konkretnych propozycji poradzenia sobie z problemami Tuvalu. Honorowy patronat nad Konferencją „Pomoc dla Tuwalu” objął dr Iftikhar Ayaz, OBE — Konsul Generalny Tuvalu w Wielkiej Brytanii, który też nie potrafił jednoznacznie wskazać, jakie działania powinny zostać podjęte. — Mieszkańcy Tuvalu mają optymistyczną wizję przyszłości. Skoro przeżyli tyle lat, przetrwali tyle katastrof naturalnych i chorób — i tym razem uratują się. Cały świat powinien działać w kierunku powstrzymywania następstw zmian klimatycznych: poprzez kontrolę emisji gazów, korzystanie z alternatywnych, bo opartych na odnawialnych zasobach, źródeł energii — uważa. Słowa te wydają się nazbyt idealistyczne. Oczekiwanie na pomoc od darczyńców nie jest przecież wystarczające. Kilka lat temu podjęto na Tuvalu prace budow-

Aktualna sytuacja społeczno-polityczna Tuvalu stanowi temat z pewnością ciekawy i godny podejmowania. W czasie spotkań zorganizowanych przez Towarzystwo Naukowe Australii, Nowej Zelandii i Oceanii przy współpracy Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych UJ, którym patronował miesięcznik „Stosunki Międzynarodowe”, rozmawiano o polityce, gospodarce, społeczeństwie i kulturze Tuvalu. Zbierane były także fundusze na zakup sprzętu elektronicznego dla tamtejszej młodzieży. Decyzja o tym, co dokładnie zostanie wysłane, podjęta będzie po konsultacjach z Shuuichi Endou, prezesem organizacji Tuvalu Overview, będącej pewnego rodzaju międzynarodowym rzecznikiem interesów Tuvalu, państwa będącego członkiem brytyjskiej Wspólnoty Narodów (Commonwealth). Trzeba mieć bowiem na uwadze fakt, iż stosunki polityczne na linii Tuvalu – Wielka Brytania dalekie są od idealnych, a silne napięcia pojawiły się w latach 70. w trakcie dążenia do uzyskania niepodległości i trwają do dziś. Przywódcy Tuvalu do tej pory mają żal, iż mimo że na Tuvalu obowiązuje system rządów westminsterskich, a Królowa Brytyjska jest głową państwa, faktycznie nikt o nich nie dba. Materiały pokonferencyjne wkrótce zostaną opublikowane, a część z nich znajdzie się na stronie Towarzystwa www.anzora.org i portalu www.stosunki.pl. Dorota Rajca GRUDZIEŃ 2009

55


KSIĄŻKI RECENZJE

Oblicza Katar u Katarzyna Górak-Sosnowska, Robert Czulda (red.), Państwo Katar. Gospodarka – polityka – kultura, Ibidem, Łódź 2009 Katar wyróżnia się na tle pozostałych państw Zatoki Perskiej z kilku powodów. Po pierwsze, stawia na rozwój gazownictwa, które uznane jest za przyszłość rynku energetycznego. Celem strategicznym Kataru jest uzyskanie pozycji dominującego eksportera tego surowca na świecie. Drugim powodem jest sfera polityki. Pomimo niewielkiego rozmiaru Katar wypracował sobie pozycję mediatora w sporach bliskowschodnich, osiągając jednocześnie bezpieczną pozycję na arenie regionalnej i globalnej. Kolejnym wyróżnikiem jest stacja telewizyjna Al-Dżazira, która urosła do rangi medium o zasięgu światowym. Zasadniczą rolę w rozwoju kraju odgrywa emir Kataru, szajch Hamad Ibn Chalifa as-Sani, który należy do najmłodszych, a zarazem najbardziej postępowych władców w regionie. Jego małżonka, szajcha Muza bint Nasser al-Misnad, angażuje się w działalność kulturalną i społeczną, rozwijając zasoby ludzie emiratu. To przede wszystkim im Katar zawdzięcza dalekowzroczną politykę, która nastawiona jest na stopniowe przekształcenie go w nowoczesne państwo. „Państwo Katar: Gospodarka – polityka – kultura” to pierwsza w języku polskim, a zarazem jedna z nielicznych, praca zbiorowa poświęcona Katarowi. Publikacja przedstawia różne oblicza emiratu — obok najbardziej znanego, gospodarczego, także polityczne i społeczno-kulturowe. Autorzy artykułów pochodzą zarówno z polskich, jak i zagranicznych ośrodków badawczych i reprezentują różne dyscypliny naukowe — od ekonomii i politologii po nauki społeczne i arabistykę. Umożliwia to nakreślenie możliwie całościowego obrazu zmian, jakie zachodzą w tym niewielkim państwie. p.l

W poszukiwaniu str acone go świata Fareed Zakaria, Koniec hegemonii Ameryki, Media Lazar, 2009 Najnowsza książka amerykańskiego politologa Fareeda Zakarii pt. „Post-American World” ukazała się właśnie w Polsce pod tytułem „Koniec hegemonii Ameryki”. Warto ją przeczytać z powodu znakomitego dziennikarskiego pióra i naukowego rygoryzmu autora, a także charakterystycznej roli Zakarii w amerykańskim światku ekspertów od polityki zagranicznej. Po objęciu rządów przez administrację Obamy najczęstszym chyba słowem w stosunkach międzynarodowych jest multilateralizm — wielobiegunowość. Pojęcie to można rozumieć różnie: z dzisiejszej perspektywy amerykańskiej termin odnosi się do formy prowadzenia polityki, jednak w innych regionach świata w pierwszym odruchu nieuchronnie nasuwa też dodatkowe skojarzenie — uproszczenie, które wyraża się w stwierdzeniu: multilateralizm to koniec świata jednobiegunowego, co można tłumaczyć następująco: Ameryka nie może już robić, co jej się żywnie podoba. Zakaria w swojej książce sprowadzi nas na ziemię, ochłodzi entuzjazm propagatorów koncepcji upadku Waszyngtonu, ale zrobi to w subtelny, racjonalny sposób — oddając reszcie świata to, co jej należne (jakkolwiek pysznie to zabrzmi), przedstawiając dane, analizując trendy, nie zamykając się w twardogłowych teoriach o wyjątkowości Ameryki. Być może Fareed Zakaria napisał książkę, w której zauważył resztę świata, ponieważ sam wywodzi się z tej „reszty”. Na studia do Stanów Zjednoczonych przyjechał z Indii jako osiemnastolatek. Najpierw był w Yale, potem na Harvardzie. Po doktoracie został w Ameryce, uzyskał obywatelstwo, a dziś jest redaktorem międzynarodowego wydania „Newsweeka”. Co wyniósł z tych instytucji, to jego, a czytelnik będzie zadowolony. Ale jest też inny powód, aby przeczytać „Koniec hegemonii Ameryki”. Zakaria, który należy do establishmentu ekspertów w polityce zagranicznej USA, na swój sposób uosabia proces przekształcania się myśli politycznej tego zacnego grona. Dzięki jego książkom opublikowanym na przestrzeni ostatnich ośmiu lat można wczuć się w odczucia Amerykanów próbujących zrozumieć świat XXI wieku. W 2001 roku Zakaria opublikował w „Newsweeku” tekst The Politics of Rage: Why Do They Hate US?, który podsumował nastroje w Stanach Zjednoczonych po wydarzeniach z 11 września. „Trzeba zacząć zmieniać nieprzyjazne nam reżimy i zaangażować się w ich nation-building” — stwierdził jednoznacznie. W 2002 roku w artykule Why It’s Now or Never With Iraq dał do zrozumienia, że z Saddamem trzeba skończyć. W 2003 roku znów na łamach „Newsweeka” zdefiniował porządek światowy jako jednobiegunowy, z niespotykaną dotychczas potęgą Stanów Zjednoczonych. A jednak pięć lat później Amerykanin oznajmia światu, że żyjemy już w erze postamerykańskiej. Co się stało? Czy ktoś „przeskoczył” Amerykę wielkością budżetu militarnego? Czy ktoś ma większą lub porównywalną gospodarkę? Lepsze uniwersytety? Nie, nic z tych rzeczy. Jedyne, co się zmieniło, to percepcja sytuacji oraz przeświadczenie Amerykanów o potrzebie prowadzenia polityki zagranicznej w innej formie — konsultatywnej, multilateralnej. W „Końcu hegemonii Ameryki” Zakaria znów idealnie uchwycił stan głównego nurtu amerykańskiej myśli politycznej w stosunkach międzynarodowych. Wiadomo, że prezydent Obama czytał tę książkę. Wniosek nasuwa się sam: dzieła redaktora „Newsweeka” po prostu trzeba znać — tak Ameryka widzi świat. Jan Barańczak

56

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE


KSIĄŻKI RECENZJE

Ameryka pod lupą Zbigniew Brzeziński, Druga szansa, Świat Książki, Warszawa 2009 Jacy byli (a właściwie — jacy być powinni) przywódcy świata na przełomie ostatnich wieków? W jaki sposób Stany Zjednoczone podjęły się misji tworzenia nowego ładu na świecie, którego serce po II wojnie światowej zaczęło bić w Waszyngtonie? Jak wreszcie historia, osobowość, a czasem zbieg okoliczności zdeterminowały przebieg prezydentury trzech światowych przywódców — Georga H.W. Busha, Williama J. Clintona i Georga W. Busha? Odpowiedzi na te pytania można znaleźć w książce autorstwa Zbigniewa Brzezińskiego pt. „Druga szansa”, która jest właściwie krótkim przewodnikiem po kuluarach Białego Domu. „W pewnym momencie — trudno tu o podanie dokładnej daty — prezydent Stanów Zjednoczonych uznał się na przywódcę całego świata”. Nie sposób nie zgodzić się z tymi pierwszymi słowami książki Brzezińskiego, gdyż po zakończeniu II wojny światowej ład polityczny przyjął bezwzględnie jeden wymiar — USA stało się supermocarstwem. Zawartej w publikacji analizie amerykańskich sukcesów i porażek w roli światowego dominatora smaczku dodaje świadomość obowiązującego w USA systemu rozdziału władzy. Przywództwo polityczne ma tam zupełnie inne znaczenie, nieznane w systemie pluralizmu demokratycznego. Ten, kto w Stanach Zjednoczonych wprowadza się do Białego Domu, otrzymuje legitymację do kierowania polityką zagraniczną właściwie na własną rękę. Dodając do tego znaczenie posunięć tej polityki dla całego globu, trudno dziwić się, że korzystanie z pozycji męża stanu w skali światowej jest tak kuszące. Kwestie charakteru, intelektu i organizacji stały się dla kolejnych prezydentów USA i liderów światowej polityki kluczowe bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Brzeziński postanowił więc poddać rewizji posunięcia amerykańskich przywódców. Ocena ta nie jest wolna od subiektywnych uwag, sympatii i antypatii. Jednak dzięki temu nie jest to sucha naukowa analiza, ale opinia komentatora i polityka. Czytelnik, który nie ma wyrobionego zdania na temat ostatnich amerykańskich i światowych przywódców, szybko może nadrobić owe braki właśnie podczas lektury „Drugiej szansy”. Brzeziński nie pozostawia wątpliwości, kto najlepiej sprawdził się jako globalny lider. To nie kto inny, jak George Bush senior owinął sobie wokół palca ostatniego przywódcę ZSRR. Nie dość, że wywalczył zgodę na likwidację sowieckiego imperium, to jeszcze doprowadził do takiego zjednoczenia Niemiec, którego nie negowała ani zachodnia, ani wschodnia część Europy. Nie można jednak zarzucić książce Brzezińskiego apologii Busha seniora. Brak jasnej reakcji na coraz większą dostępność broni atomowej czy przede wszystkim kwestia zawieszenia broni w Iraku i niedokończona sprawa konfliktu arabsko-izraelskiego zostały wypomniane nawet tak znakomitemu dyplomacie, jakim w oczach autora był Georg H.W. Bush. William J. „Bill” Clinton, chociaż mniej sprawny w politycznych rozgrywkach z zagranicą, także jest ukazany jako mąż stanu. To przecież jemu Polska zawdzięcza zaproszenie do Sojuszu Północnoatlantyckiego. To także za jego prezydentury Unia Europejska zaczęła nabierać coraz wyraźniejszych kształtów. Clintonowi Chiny zawdzięczają klauzulę handlową najwyższego uprzywilejowania, która była ceną integracji gospodarki Państwa Środka ze światowymi standardami. Czterdziesty drugi prezydent USA tłumaczył przymykanie oczu na kwestie praw człowieka w ten sposób: „Globalizacji nie można powstrzymać” — i tak przylgnęła do niego etykietka globalistycznego optymisty. Najmniejszą dozą sympatii Zbigniew Brzeziński obdarzył ostatniego z bohaterów swojej książki. Georgowi W. Bushowi jest zatem przypisywana wina utraty przez USA prymu w światowej polityce. Nie należy jednak zapominać, że niemalże cała sytuacja międzynarodowa, w obliczu której stanął Bush junior, wynikała z posunięć jego przeciwników. Niemalże, ponieważ prezydent Bush musiał się zmierzyć z pierwszym w XXI w. tak okrutnym, a jednocześnie widowiskowym przejawem terroryzmu, jakim był atak z 11 września 2001 r. Mianowanie się prezydentem czasu wojny i chęć tworzenia własnej, imperialnej rzeczywistości przysporzyła mu miliony przeciwników, i to już nie tylko w samych Stanach Zjednoczonych. Brzeziński nie pozostawia wątpliwości w swojej ocenie tej prezydentury: „W roli Światowego Przywódcy III George W. Bush okazał się człowiekiem nierozumiejącym swoich czasów i w ciągu zaledwie kilku lat niebezpiecznie podkopał pozycję Ameryki na świecie”. Prognozy na przyszłość dla USA zawarte w pozostałej część pracy wydają się bardziej interesujące niż charakterystyka światowych przywódców. Brzeziński ukazuje szerokie spektrum interakcji międzynarodowych, na które Waszyngton miał i nadal ma wpływ, a także — pod dyktando jakich musi działać. Błędy w posunięciach hegemona oraz wskazówki dla administracji przyszłych prezydentów stają się miniprzewodnikiem dla Amerykanów. Jaka jest więc recepta na realizację „american dream”? Uniwersalizm wartości, akceptacja pozycji mocarstw regionalnych i partnerstwo z Pekinem — nihil novi?! Mimo to „Drugą szansę” przeczytać warto, nie zapominając jednak o trzeźwej ocenie faktów i nowego kursu, jaki przyjęła Ameryka pod przywództwem Baracka Obamy. Magdalena Mrozek

GRUDZIEŃ 2009

57


K U LT U R A K U C H N I E Ś W I ATA

Pierogi z kapustą i frutti di mare Nie wiem, co będzie królowało na stole wigilijnym za 10 lat, ale za żadne skarby świata nie wezmę do ust pierogów nadziewanych krewetkami ani zapiekanki ziemniaczanej z rodzynkami i makiem... Globalizację Bożego Narodzenia ograniczę do listopadowego kolędowania w galeriach i choinki na Wszystkich Świętych. W tym numerze nie będzie rajdu restauracyjnego (choć w przypadku wyboru dzisiejszego tematu kulinarnego mogłoby to być bardzo ciekawe doświadczenie). W zamian za to wsiadam w mój wirtualny samolot i podkradam ze światowych stołów trochę międzynarodowego wigilijno-świątecznego klimatu. Lada chwila będę obserwować, jak moja mama zawija makowiec, doprawia karpia, lepi uszka, przygotowuje grzyby na zupę i do kapusty, no i tradycyjnie — jak co roku — poprosi mnie o upieczenie piernika. W tym samym czasie czyjaś mama albo tata w Austrii, Niemczech, na Ukrainie czy Islandii spędzi pół dnia w łazience, zastanawiając się, jak humanitarnie rozprawić się z rybą; i tu królem europejskim (a może ofiarą?) jest zdecydowanie karp, który w wyścigu pokonał portugalskiego dorsza, a na szarym końcu zostawił południowoeuropejskie i australijskie frutti di mare (o amerykańskim kawiorze nawet nie wspomnę)... Tak czy inaczej, na tysiące różnych sposobów owe ryby uświetnią wigilijne wieczory, a ja po raz kolejny będę się zastanawiała, dlaczego w tym dniu w krajach ścisłego postu (ze Słowianami, Włochami i ich najbliższymi sąsiadami na czele) przedstawiciele świata zwierząt — czego ukryć się nie da — zostają zdegradowani do rangi kapusty, jajek czy sera żółtego… No ale nie samymi rybami świat żyje, mimo iż ostatnio usilnie jest nam wpajane, że ryba na wszystko wpływa i że największe przekleństwo dzieciństwa, zwane przez dorosłych „tranem”, jest lekarstwem na wszystko. Na stoły świąteczne wkraczają także pieczone gęsi (Austria, Niemcy), kaczki (Dania), indyki (USA, Meksyk, Francja), prosiaki (Szwecja), cielaki lub owce (Islandia), a korowód zamykają zając i wszelkiej maści dziczyzna (Luxemburg). Oczywiście wszystko podane w wersji narodowej: po francusku nadziane kasztanami, wędzone po islandzku czy wysuszone po hiszpańsku...

Na Islandii zupa mięsna To, co łączy wszystkie kraje, to fakt, że Wigilia — o ile w ogóle jest obchodzona — przypomina raczej obiad niż kolację, mimo że w większości krajów zasiada się do stołu po pierwszej gwiazdce lub po wieczornym wydaniu wiadomości, a czasami nawet po pasterce, w nocy. Skoro zatem ma być obiad, to bez zupy się nie obejdzie. W Meksyku wieczerzę rozpoczniemy od zupy rybnej z knedlami, a na Ukrainie — od barszczu. W tym samym czasie wiele polskich rodzin raczyć się będzie zupą grzybową — oczywiście będącą zwieńczeniem jesiennych grzybobrań (choć ja z niewiadomych powodów praktyki tej jakoś zawsze się obawiam); dla tych, którym obawy o skutki uboczne nie pozwolą delektować się zupą o często dość intensywnym smaku, pozostaje barszcz czerwony z uszkami — co w sumie jest opcją bardzo konkurencyjną, zwłaszcza wszędzie tam, gdzie obie zupy przygotowuje się jednocześnie, dając uczestnikom wieczerzy wybór. Dla odmiany — gdy w danej chwili na post ochoty nie mamy, możemy wybrać się na Islandię i skosztować specjalnie przygotowywanej na święta zupy mięsnej (kjätsúpa). W wielu krajach tradycją jest poszczenie w ciągu całego dnia poprzedzającego uroczystą kolację. W efekcie spośród siedmiu do dwunastu potraw, jakie z reguły przygotowywane są na wigilijne spotkania, siły (i możliwości) starcza na kilka, choć z reguły tradycja nakazuje spróbować wszystkiego — mimo to muszę przyznać, że trudno mi jest obojętnie przejść obok babcinych pierogów z kapustą i grzybami, robionych ręcznie tylko raz w roku, na tę właśnie okazję. Efekt — wszędzie taki sam... na całym świecie. Wigilie nadal tradycyjne I kiedy każdy myśli, że już nic nie jest w stanie zjeść, na stoły wnoszone są świąteczne wypieki i słodycze. W Polsce nie można mówić o świętach, jeśli nie ma makowca... Niemcy nie pójdą spać bez kawałka strucli bożonarodzeniowej, Luksemburczycy i Duńczycy będą zajadać się „czarnym puddingiem” z syropem, a Australijczycy pochłoną niezliczone ilości deseru zwanego Pavlova — torciku bezowego, który smakuje najlepiej z truskawkami, granatem i bitą śmietaną. Jednak najpopularniejszym deserem na europejskich stołach jest Bûche de Noël — czyli „bożonarodzeniowe polano”; co najzabawniejsze — w każdym kraju, w którym ten deser trafia na wigilijne stoły, obowiązuje inny przepis, co sprawia, że czasem trudno uwierzyć, że to ten sam przysmak (przykładowo — we Francji przyjmuje on kształt ciasta wyglądającego jak polano, podczas gdy w Luxemburgu serwuje się jego wersję lodową). Kiedy siadam do wigilijnego stołu, w jednej chwili przestają mi przeszkadzać dekoracje świąteczne w listopadzie, nie przeszkadzają mi także Weihnachstsmärkte na głównych miejskich placach ani „Jingle bells” wałkowane w galeriach handlowych od Wszystkich Świętych. Co więcej, przez myśl mi wtedy przechodzi, że cieszę się jeszcze bardziej dzięki temu, iż — mimo globalizacji i zacierania się kultur — Wigilie nadal pozostają tradycyjne i skutecznie bronią się przed obcymi wpływami. Bo przecież zarówno makiełki (kluski z makiem, miodem, mlekiem i bakaliami), jak i kutia (bardzo popularna u naszych wschodnich sąsiadów potrawa z pszenicy, ziaren maku, słodu lub miodu i bakalii) tylko w Wigilię smakują tak wyjątkowo. I niech tak zostanie... Patrycja Kuciapska

58

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE


K U LT U R A F I L M

„Polański: ścigany i pożądany Dziś Roman Polański jest już w swoim szwajcarskim domu Milky Way w snobistycznym Gstaad, gdzie przed paparazzi ukrywają się prominentni tego świata. Jest już tzw. wolnym więźniem — z elektryczną obrożą i monitoringiem posiadłości. Więźniem, który podzielił opinię publiczną i samych mieszkańców Gstaad, uważających, że zainteresowanie mediów, które wzbudza, na zawsze zburzy spokój ich oazy. Również w Polsce opinie na temat postępowania reżysera Polaka są różne — jedni uważają, że nie zasłużył na swój los, inni zaś, że jest przestępcą, który w końcu doczeka się zasłużonej kary. Przypominać nie trzeba, że Roman Polański (naprawdę Raymond Liebling) oskarżony jest o gwałt dokonany ponad trzydzieści lat temu na trzynastoletniej wówczas Samancie Geimer. I choć fakt owego stosunku jest niezaprzeczalny, to sama aura otaczająca zdarzenie, które miało miejsce w marcu 1977 roku, pozostaje dość kontrowersyjna. Samo ujawnienie sprawy przyczyniło się do rozpętania istnej nagonki medialnej na poważanego wcześniej reżysera. Dziennikarze nazywali go „bezczelnym karłem z Europy”, sędzia Laurence J. Rittenband nie ukrywał przed znajomymi, że „da popalić temu polskiemu sukinsynowi”, akt oskarżenia zaś tworzył członek komuny mormońskiej. Nie było szans na ułaskawienie — Polańskiemu groziło 50 lat więzienia, w związku z czym na początku 1978 r. uciekł ze Stanów, by nigdy tam nie powrócić, nawet wówczas, gdy miał odebrać Oscara za „Pianistę” w 2003. Lepszej promocji niż tegoroczne aresztowanie reżysera nie mogła sobie wymarzyć Marina Zenovich, autorka filmu dokumentalnego „Polański: ścigany i pożądany”, który niedawno (z blisko dwuletnim opóźnieniem) wszedł na polskie ekrany. Ten film to niezwykle inteligentny i obiektywny obraz tzw. sprawy Polańskiego, ale nie tylko. Autorka wraca do niełatwego dzieciństwa reżysera, które przypadło na okres Holocaustu, oraz do jego oszałamiającej kariery w Hollywood. Jednakże centrum filmu stanowią sam proces i amerykański wymiar sprawiedliwości. Zenovich stawia tezę, iż na osobie sławnego reżysera chciał

„wypłynąć” sam Laurence J. Rittenband, próżny i szukający poklasku wśród społeczeństwa sędzia, lubujący się w sądzeniu „gwiazd”. Tezę tę zdają się potwierdzać, milczący do tej pory, obrońca i oskarżyciel. Nie trzeba było zbytnio się natrudzić, by nastawić przeciwko Polańskiemu prasę i mimo wszystko purytańskie społeczeństwo amerykańskie. Polański nie pozostawał w dobrych stosunkach z mediami już od momentu masakry w jego domu w Beverly Hills, w której zginęła jego ciężarna żona Sharon Tate i kilkoro znajomych. Niezwykła brutalność zbrodni i opieszałość śledczych sprawiły, że przez jakiś czas Stany żyły tą zbrodnią, szukając winnych. Dodatkowo tworzone przez niego filmy wcale nie były odczytywane jako dzieła artystyczne, lecz wyobrażenie jego życia. Podczas gdy w Europie uznawany był za wielkiego artystę, w Stanach odbierano go jako dziwaka urządzającego satanistyczne orgie rodem z „Dziecka Rosemary” (przyjęcie, podczas którego doszło do stosunku z Samanthą, miało być właśnie taką orgią), gustującego w pięknych, młodych kobietach zboczeńca (jego partnerki zwykle były od niego młodsze i niezwykle piękne, jak bohaterki jego filmów). Cały proces był zatem okazją, by wziąć odwet na przybyszu znikąd, który szybko podbił Fabrykę Snów. Tworząc swe neurotyczne filmy, w których bohaterowie są osaczani i niezrozumiani przez świat, reżyser nie spodziewał się, że kiedyś przyjdzie mu wcielić się w rolę wykreowanych postaci. I tak jak film stawał się rzeczywistością, tak życie inspirowało filmy. Powstałej po zabójstwie Sharon Tate „Tragedii Makbeta” zarzucano zbytnią brutalność i rozlew krwi, na co Polański odpowiadał: „Jeśli to jest za dużo krwi, zobaczcie, jak wygląda mój dom”. Bezkompromisowy i od dziecka niepokorny artysta nie zaskarbiał sobie zbytniej sympatii. W dzieciństwie spierał się z dorosłymi, później kłócił się z władzami szkolnymi, by wreszcie nie poddawać się modom i tworzyć własne kino. Kino od zawsze było i jest jego największą namiętnością. Już w czasie wojny, nie zważając na hasła typu „tylko świnie siedzą w kinie”, przesiadywał z siostrą w ciemnych salach, chłonąc historie z ekranu. Szperał po śmietnikach w poszukiwaniu programów kinowych i szczątków taśm i marzył o tym, by kiedyś stworzyć własny projektor. O mały włos jednak nic by nie wyszło z jego kariery filmowca, bo oprócz kina pochłaniało go inne hobby — kolarstwo. Był członkiem Klubu Sportowego Cracovia i z pasją pokonywał drogę Kraków – Zakopane, bijając kolejne rekordy prędkości. Pech (a może właśnie szczęście) chciał, że ojciec nastolatka ani myślał o kupnie profesjonalnego sprzętu, a samodzielna próba zdobycia go nieomal zakończyła się tragedią. Okradziony i pobity przy próbie zakupu roweru, powrócił do swych poprzednich zainteresowań. Nie przyszło mu to jednak zbyt łatwo, gdyż kilkakrotnie został oblany na egzaminach wstępnych do szkoły aktorskiej. Decyzję rada zawsze motywowała „kiepską fizjonomią”. Jednak Roman Polański zawsze miał szczęście do ludzi, którzy pomagali mu wyjść z opresji. W odpowiednim momencie w życiu Romana pojawił się Antoni Bohdziewicz, wykładowca łódzkiej „filmówki”, który zobaczył Polańskiego w przedstawieniu „Syn pułku”. Przygodę z „filmówką” Polański rozpoczynał więc jako aktor w etiudach studenckich, szybko jednak złapał bakcyla reżyserskiego i sam zaczął kreować rzeczywistość. Zresztą najlepszym materiałem na scenariusz filmowy jest sam Polański ze swoim bogatym w przygody życiem. Ale szerzej o tym będą mogli Państwo przeczytać już wkrótce na naszej stronie internetowej: www.stosunki.pl. Marlena Gabryszewska GRUDZIEŃ 2009

59


DYPLOMACJA W OBIEKTYWIE ANDRZEJA LEKA

Spotkanie z Kazachstanem

Od prawej: J.E. ambasador Aleksej Wołkow i Olżas Sulejmenow podczas uroczystej promocji poematu „Gliniana księga”.

Książki kazachskich autorów, które ukazały się na rynku polskim dzięki inicjatywie i pomocy ambasady Republiki Kazachstanu w Polsce.

Na polskim rynku wydawniczym ukazał się poemat Olżasa Sulejmenowa „Gliniana księga”. Autor jest znanym kazachskim poetą i pisarzem. Sulejmenow w 1989 roku był inicjatorem i przywódcą narodowego ruchu Newada-Semipałatyńsk, który miał duży wkład w zamknięcie w 1991 roku poligonu jądrowego w Semipałatyńsku. Ma rangę ambasadora nadzwyczajnego i pełnomocnego. W latach 19952002 był ambasadorem Kazachstanu we Włoszech, Grecji i na Malcie. Od roku 2002 do chwili obecnej jest ambasadorem i Stałym Przedstawicielem Republiki Kazachstanu przy UNESCO. Olżas Sulejmenow ma na koncie około dwudziestu tomów poezji. Jego utwory tłumaczone są na wiele języków. Jest poetą, pisarzem, literaturoznawcą, historykiem i znanym działaczem społecznym. Pochodzi z rodziny represjonowanego w 1937 roku oficera kawalerii. Poemat „Gliniana księga” to utwór o pełnej tajemnic miłości scytyjskiego przywódcy Iszpakchana, groźnego pogromcy Asyrii, i jego nałożnicy, pięknej Szachmat. Na uroczystej promocji poematu obecny był J.E. ambasador Kazachstanu w Polsce, Aleksej Wołkow. Kazachstan zajmuje powierzchnię ponad 2 700 tys km2. Ma ponad 15 milionów mieszkańców. Ze względu na wielkość obszaru Kazachstan jest na dziewiątym miejscu na świecie. Graniczy z Chińską Republiką Ludową (granica długości 1460 km), Kirgistanem (980 km), Turkmenistanem (380 km), Uzbekistanem (2300 km) i Federacją Rosyjską (6467 km). Łączna długość granic jego wynosi 12 187 km. Od 10 grudnia 1997 roku stolicą Kazachstanu jest Astana. Językiem oficjalnym jest język kazachski, natomiast w organach państwowych i samorządowych używany jest język rosyjski. Waluta, 1 tenge = 100 tiyn, została wprowadzona 15 listopada 1993 roku. W Kazachstanie panuje klimat kontynentalny o dużych wahaniach temperatur. W Ałma Acie temperatura latem dochodzi do +40ºC, natomiast zimą spada nawet do -50ºC. Kazachstan jest republiką. Na czele państwa stoi prezydent, wybierany w wyborach powszechnych na pięcioletnią kadencję. Kraj jest podzielony na 14 obwodów i 3 miasta wydzielone (Astana, Bajkonur, Ałmaty). Tekst i foto Andrzej Lek

60

STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE


O S TAT N I E S T R O N Y

Karta chroni SS-manów?

Pod ochroną WHO

Ledwo przepchnięto Traktat Lizboński, a już słychać o pierwszych beneficjentach ustanowionego właśnie nowego porządku w Europie. Były SS-man Heinrich Böre, oskarżony o mordowanie holenderskich cywili i uznany przez Centrum Szymona Wiesenthala za jednego z dziesięciu najbardziej poszukiwanych zbrodniarzy, może uniknąć kary. Jego adwokaci powołują się na Kartę Praw Podstawowych, której Traktat Lizboński nadaje moc prawną. Według Karty nie można w UE za ten sam czyn zostać skazanym lub ukaranym więcej niż raz. I to niezależnie od tego, czy kara została wykonana. Böre, pomimo wyroku śmierci zmienionego potem na dożywocie, zbiegłszy do Niemiec, nie odsiedział nawet roku.

Jak alarmuje w apokaliptycznym tonie Światowa Organizacja Zdrowia, ponad 94% ludzi na świecie nie ma zapewnionej ochrony prawnej przed dymem papierosowym. Straszy dalej szkodami powodowanymi przez bierne palenie, jakimi są przedwczesna śmierć i straty dla gospodarki. Chodzi pewnie o młodych, których nie będzie już można ogolić z pieniędzy, wymyślając co raz to nowe podatki. Niby to wszystko przerażające, ale z drugiej strony — ilu ludzi objętych jest prawną ochroną przez spalinami samochodowymi? A przed promieniowaniem? A przed konserwantami w produktach spożywczych?

Terrorysta prezydentem Urugwaju Dawno temu lewicowy radykał José Mujica starał się przejąć władzę w Urugwaju siłą, stojąc na czele brutalnej partyzantki, która zajmowała się porywaniem i mordowaniem ludzi oraz podkładaniem bomb. Pod koniec listopada wybrany został, już w sposób legalny, na nowego prezydenta Urugwaju. Jeszcze nie został zaprzysiężony, ale już bez stawiania wstępnych warunków zaprosił do udziału w swym przyszłym rządzie przedstawicieli centroprawicowej opozycji. Historia zna podobne przypadki karier lewicowych tyranów. Owym przedstawicielom opozycji, dla ich własnego dobra, radzimy czym prędzej opuścić kraj.

Unia kończy wojnę o banany Jak oświadczyli unijni dyplomaci bezpośrednio zaangażowani w negocjacje, szesnastoletnia wojna o banany zakończyła się porozumieniem. Zarzewiem sporu był unijny reżim importu wspomnianego owocu z krajów Ameryki Łacińskiej oraz faworyzowanie droższych i nie najlepszej jakości bananów pochodzących z byłych kolonii państw europejskich. Sprawa niby błaha, ale socjalizm, jak wiadomo, opiera się na ciągłej walce. A jeśli nie ma wrogów, to trzeba ich sobie stworzyć. Tym razem ofiarą padły Bogu ducha winne owoce. Koniec końców, cła zostały zrównane, ale... walka musi przecież trwać. Znów zaczną się czepiać krzywizny?

Skazany za toast Serbski prezydent Boris Tadić ukarany został grzywną 40 tys. dinarów za to, że po październikowym zwycięstwie reprezentacji Serbii w piłce nożnej wzniósł toast szampanem. Tym samym szef państwa złamał zakaz picia alkoholu na terenie obiektów sportowych. Z jednej strony — cieszy, że są jeszcze takie państwa, w których nikt nie stoi ponad prawem. Z drugiej jednak... za co ustanawiającym prawo kretynom przyjdzie jeszcze ochota nas karać?

Demokracja, ale dla naszych... Stany Zjednoczone z rozczarowaniem przyjęły wyniki głosowania w honduraskim parlamencie. Zdecydowano tam, iż obalony prezydent Manuel Zelaya nie zostanie przywrócony do władzy w celu dokończenia wygasającej w styczniu kadencji. Według zastępcy sekretarza stanu USA ds. Ameryki Łacińskiej, Arturo Valenzueli, głosowanie było, owszem, przejrzyste, ale USA będą nadal pomagały w „torowaniu drogi powrotu Hondurasu do międzynarodowej wspólnoty demokracji”. Jak widać niezmiennie na przestrzeni lat, demokracja to taki system, w którym zawsze akceptowane są decyzje większości... o ile oczywiście zgodne są z „naszymi” oczekiwaniami. Opracował Michał Dzienio

GRUDZIEŃ 2009

61


Szanowni Państwo Pismo „Stosunki Międzynarodowe” ukazuje się w od 10 lat w formie miesięcznika. Podejmujemy problematykę stosunków międzynarodowych, kulisów polityki zagranicznej i dyplomacji. Publikujemy także pogłębione analizy sytuacji ze wszystkich regionów świata, również tak odległych, jak Azja, Ameryka Południowa czy Afryka. Jesteśmy pierwszym tego typu tytułem prasowym oraz serwisem internetowym na polskim rynku. W ciągu 10 lat działalności udało nam się wypracować markę znaną i cenioną zarówno w środowisku naukowo-akademickim, jak i wśród ekspertów oraz specjalistów z takich dziedzin, jak administracja publiczna czy biznes. Jubileusz istnienia pisma, obchodzony w tym roku, skłonił nas do odświeżenia formuły dotychczasowej działalności wydawniczej oraz gruntownej rewitalizacji serwisu internetowego www.stosunki.pl. Efektem jest nowa strona internetowa oraz zwiększenie zasięgu dystrybucji Miesięcznika „Stosunki Międzynarodowe”.

Czytelnicy: Pismo dociera do czterech podstawowych grup odbiorców: • czytelników ogólnych (głównie studentów) • dyplomatów i urzędników administracji państwowej • kadry zarządzającej • kadry naukowej Nasi odbiorcy to przeważnie osoby z wyższym wykształceniem lub studenci, mieszkańcy dużych miast, czytelnicy świadomi, poszukujący rzetelnej informacji i poważnej publicystyki, podanych w atrakcyjnej formie.

Nakład: Pismo ukazuje się w nakładzie 6 tysięcy egzemplarzy w formacie 64 stron. Notujemy świetne wyniki sprzedaży w salonach EMPIK w całej Polsce oraz w innych kanałach dystrybucji. Ten numer jest drugim dostępnym w formie elektronicznej. Portal www.stosunki.pl odwiedza średnio 25 tys. unikalnych użytkowników miesięcznie. Zachęcamy do skorzystania z naszej nowej, niezwykle korzystnej, oferty reklamowej. Szczegóły www.stosunki.pl (zakładka Reklama). Kontakt: redakcja@stosunki.pl


Stosunki Międzynarodowe nr 61/2009  

Globalne ocieplenie - fakty czy mity? O tym w tym numerze SM

Advertisement
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you