{' '} {' '}
Limited time offer
SAVE % on your upgrade.

Page 1

Henryk Wolniak-Zbożydarzyc

Horyzont 1965

publikacja internetowa, 2013 przepisanie i opracowanie: © K. Kuzborska © Henryk Wolniak-Zbożydarzyc

1


Wzięcie do ziemi Znak zapytania jeśli buk zgięty jest znakiem zapytania o niebo to pytam o ziemię w której się jeszcze czasem chowamy Opętanie róży o twoją koronę ubiega się słońce między nami na niby na niebie poważnie ciszej przywiązujesz skrzydła motyla nie przykładasz do tego pąka co płatek po płatku odkładałaś w usta jak łodygi w ramiona nie tymi kolcami ziemię ściskasz pieszczota wiatru już kielich nie suszy woda daje pokój z widokiem na wazon 2


znów stopy zwracasz soki choć cień przeszedł szpary w płocie pada na ciebie już pogrzebacze przebrani za promienie wyplatają kosze w liściach grzebią jak w popiele i z korzeniami odkładałaś na czarną rosę kropelki tęczy czyniłaś słońce gdy krzak wypuściłaś z cienia wróżyłaś pierwsze uniesienie a w ręce odmówiłaś dziesięć cierni Królestwo róży droga cierni usłana różami jak na dłoni biegnie wokół krzaka nie tracąc jasności z kolca idzie po olej do kielicha rzuca cierniową koronę całe królestwo stawia na stół o krysztale i wodzie 3


Rozłąka na szynach ramion miga płot palców drapie kura promieniem grzebień słońca ostatni kamień ma dwa kamienie jeden na szyi jak talizman cudzej jest kamień w wodę i woda w kamień tylko ciebie nie ma rozłąko rozsiana zanim stałaś się ziarnem ptak ma trzy skrzydła jedno mu wichry urwały jest ptak w powietrzu i powietrze w ptaku tylko ciebie nie ma rozlesie na rogach rozstawie od rechotu żab rozogniu opalony polem do pędraków w bruździe promieniu w drzewie wij koronę na owoc zębaty rozpadnę się na coś do odwiedzania nikt mnie nie pozna 4


rozłączę się na coś bliskiego rozrany rozbliźni rosa Stworzenie do odkrycia garnka (z ust mu wyjęto pokrywę) gotowano ręce po bębenkach szyję kształt dźwięku powieki supraporta tęczy ustami sztukateria ula brzęczy w piersi mleko Teoria miłości z krótką apologią serca pętla promienia nie kusi już szyi jabłkiem adama tu ratunkowe koło serca płynie a na czole wypisana ręka składa pióro wzbija się ptak po chmurach runął las 5


zielonymi sercami pod ściółkę kochaj drewniane słońce co kołem kwiaty rozwozi po łące w szczelinie powiek jak w bielmie ślepego lasu prowadzony za rogi fałszywą igłą przypina wiązkę promieni do chrustu Łuska cmentarz krzyżem leży w nocnej koszuli gwiazd gniazdo rana skrzydła przezroczystą kulę powieki wstrzymują Ostatnia wieczerza na stole stawu na wieczerzę księżyc z lśniącą wenus 6


opuszczone pąki na płatki wody umywam usta jeszcze nie zamknięte duży wóz lwem we mnie rozwozi krew po mlecznej drodze rano piję wodę ze studni do której rzuciło się niebo Wzięcie do ziemi kiedy prosta przecina drogi jest promieni wiązka rzucona na krę widzę wtedy tęczę białą flagą na niebie Spojrzenie do góry człowiekiem Genealogia drzewo rosło nie w lesie chowało się w człowieku ptak wycina nie z nieba uderz w górę 7


a odezwie się śpiew piasek niósł jak wielbłąd dwugarbny pod czołem pustynię napadnięta chmura skłoniła koronę do laski jakby nie od kuli rzucała się w niebo Terra ad auras kołowrotek obracany chmurami kołochmurek zawraca skrzydłami gniazdo z promieni kołoczłowiek kołousta kołosłowem od kłosa do kłosa jak to ziarno spada orłem do góry Odejście od stołu złapany na gorącym uczynku wbija łyżką do głowy wylizane skorupy pusty jak echo powtarza z przerwami 8


co prawda w lesie człowiek wilkowi stołem jest na posiłki liczy na koronę po promieniu a tu niebo nie z tego drzewa jak w lesie odbija mu się buk na przemian z grzybami a tu rogi jak trofea na nogach ale bez rąk i znów spada Kurtyna publiczność zdjęła maski na korzyść aktora gra sprzętów wychodzi naturalnie zmieniono role za uprawianie serc grozi kara do zaprzestania bicia włącznie

9


Pytanie cień odjął człowieka od słońca cykuta sokratesa od ust wzrok słowa powiekę łza wierzbę od rzęsy klucz żurawi zamki promieni lata w sieci ości igła jak cień nie pada człowiek jest ale od czego odjąć słońce Reakcja chemiczna do zębatego kola język w naczyniu krwionośnym amfora powieki nie wydane spojrzenia na liście odbiera się drzewem po czasie w kielichu krwionośnym i róży się nie przelewa bez łez

10


Spojrzenie do góry człowiekiem kwiat odwrócenie łodygi zamek odwrotność drzwi ― otwiera sufity wstążka kneblowanie warkoczy powietrza ziemia to dookoła ziemia zmienianie żałobnej pościeli szubienica powieszona na drzewie dziecinna buzia otwarta do ssania mleka zwarzonego list zgubienie myśli na targowisku mowy krojenie chleba smarowanie masłem przygryzane zębami języka zima proces z powodu czasu spadania śniegu do Koła człowieka a staniem na głowie zasypanej sobą bałwany ulepione z deszczu ― życie (w nawias wzięte od początku do końca) gdzie umarli są żywi odwrotnie przebudzenie listek figowy przypięty do otwartej powieki

11


Odwracanie czasem idą drogi po nogach odwrotnie niż kości chowają z głupia cień pod drzewo oj szło się szło się trochę na opaczek chłopaczek malał starowinko przebiegła ścieżko za dwie serpentyny wykręcone stopami komu w drogę temu nie czas koronę na głowę Krajobraz z rozstaniem ślą mi łyse góry las kosmatą łapą miód i słoje lżej się na korze droga która zastawiła się we mnie na jeden krok odchodzi teraz od stopy morze słono się bije 12


łańcuchem rybitew po fali tylko rzeka puszczona na słowo nie zawraca sobie źródła nie pokrywa ze skrzeli jak dnem ryb do góry Uwagi pod drzewem dawniej lądy pokrywała krew dziś drzewa podejrzane o czerpanie soków wydają owoc na obojczykach słońce zajęte dojrzewaniem pestek nie zwraca promieni dalej na szali barek jak cień ze skóry nie czuje upadku Leżenie w drzewie jabłka jakby nie ma po czym zielenieje zasłania liśćmi ukryte przed gatunkiem ziarno jak oderwać ogonek od drzewa 13


są na to robaki porfirowa skóra wyprawiona wokół drzewa dostaje deszczu w słojach niczym słońce zasypane śniegiem spada długo jakby na prawdę dojrzało jabłko że się powiesiło Suszenie grzybów las wymieciony z drzew miotłą jodłowej igły zbłąkanej zwierzynie zostawia cień wśród borowików z wyciągniętymi kapeluszami żebrzą rozdają gorycz wyrośniętą przez jedną noc z szyszkami heblowane przypominają dorzynanie dzika kordelasem zmylony przypiekaniem na przemian z grzybami otwiera skórę pod ludźmi ― wycierana boso igły znalezione w lesie między palcami opadają napełnione krwią zasuszonych grzybów

14


Ballada na kopyta koń to piąte koło u wozu ciągnie na zapas wierzch okryty potem często wyciera bat koń z drzewa chłopu lżej złamał nogi zrównany z człowiekiem zatrzyma cztery staje koło dęba jako pień z rzędem do siadania przy piecu wyciąga kopyta Bonum falsum nenufar fałszywy zaprawdę wyrzuca kwiaty pękają z wonnością śluzowate nosy przez konia i osła owocuje w mule dziedzicznie wypchany płcią

15


Kłodzko po łuku miasto położone pod gzymsem rzęsy łuk brwi mierzy w serce ust cięciwa twierdzą Wejście w góry Do potęgi broń mnie ojcze broń mnie matko broń mnie jeszcze ziemio przed sobą za mną i we mnie sen już do mnie nie należy budzę się górą po której stronie rzeki strzelano do mnie podczas nie mojego życia

16


Śpiew drzewa piecze na wolnym mule nadziane konarami słońce nie odbija ucha siekiera zwinięta w słojach korona z drzewa nie spada gdy ktoś po nią wyciągnie skrzydła Droga wybita z szyby droga opal nogi bardziej droga opończą chmury ociągnij niebo bardziej ludzka w połogu sto cieni kamień piekielny pot niesie kończyny do warg ten zamek skoro zgrzyta zębami opal jamy zdobiony to klucz czy ręka najdroższa od drogi wykręca oczy ze szprych chusteczki kolorowej

17


Widmo nieciągłe serce zamknięte w komórkach skończy nami bić ręce wyciągnięte do góry klękną na ziemi chmurą zamknięta kropla roztopi klęcznik na kolana podciągnie do tęczy bez kończyn tam ciała szeregiem barw Mój grób cudzy gdyby ziemia była pomarańczą postarałbym się o drzewo gdyby człowiek był człowiek jest ale kogoś wiecznie brakuje łza jest oczkiem w chmurze a pada na cudzy grób jakby cień niech wypełni się grób mój aż po brzegi

18


Popiół już czapka niewidka gore z drżeniem uchylone powieki nie trafiają do czoła w międzymorzu czy w międzypiórze rozsypane szkielety słów popielata droga Wejście w góry łańcuch gór przykuł czoło nim myśl do wierzchołka góry garbate nie prostują kości krzyż w żebrach słońca z tarczą lub na tarczy pękają łańcuchy od dwugarbnego łuku zmarszczone czoło ruchem skorupy (na czym ziemia opiera wulkany jeśli zalewa ją lawa) kropla góry paruje z potokiem nim u podnóża stopy 19


walą kamienie po grzbietach może sępy rozfruną po prometeuszach pagórki słowa ― czwarta wojna światowa będzie na maczugi ― w kołysce ust na biegunach zębów nowo narodzony neandertalczyk poezji język Pojedynek ścisnąłem wreszcie ziemię patrzy na mnie przez palce to kula rozrywa świat dla mnie ja w niego nogą on we mnie pąkiem ja w niego sercem on pewniej we mnie ja klatką w niego on dziobem wybija zęby spada jabłko do drzewa 20


widziałem właściwie złotego ptaka zwęglony promień potrącał skrzydłami Krzesło elektryczne ma to barki pionowe to oparcie w soczewce na wylot jest iskierka nieokrzesana parami do krzesła na którym sen jest tylko śmiercią czy założeniem czarnej łzy na oko czy założeniem powieki wygłoszono milczenie przed nami zmarszczek poranka siwość nocy jak twarz do ściany jeszcze głosem przeszywam rozerwaną ziemię

21


Rozwiązanie zegara Szukanie źródła mieni się w niebie uwodzi słońce korona na mule kotwica powieki ustami wiosła toń języka rzeka w polu bije się w brzegi kto zajdzie za chmury kto będzie człowiekiem to go na krzyż by liczył się z drzewem jak ptaki co skrzydła zanoszą do nieba i na odwrót gwiazdy do rzeki jak małe do gniazda do wielkiego wozu sierp księżyca układa snopy jak łzy to na supełek kata łez nie powieszono 22


biją co oko jak ręce głuche Cofanie do antyku jak zeus w czasie ledy waha się łabędź korona na szyi berło wody w słońcu i tron nie z tego nieba do dna i dzień nie z tej nocy po lata a pióro w atrament bite nie w kałamarzu tęczy nie po kartach stawu układa klepsydry arabskie jak wiersze rzymskie pallida mors pod twoim spojrzeniem rumiana już gilotyna aequo pulsat pede pod gołym niebem ubrana już złota pauperum tabernas regumque turris 23


mario pod twoją szyją szal gilotyny Odmowienie wskazówek biją skrzydła nie do pary do klucza po kotwiczce oliwa tylko dziesięć palców od pierwszej do dwunastej po stawach snucie pająków od sieci słowa nie tyka dochodzi zacięcie do krwi i pali znów proch po rękach umywam kulę w miednicy nieba Rozwiązanie części ludzkich a gałąź w gardle waha jabłkiem od zęba do zęba 24


i dzwoni idzie od siedmiu kamieni nie opuszcza tarczy kamień Syzyfowy od siedmiu odcisków nie tworzy wskazówek toczy w górę na zdartej osi od siódmej rdzy w trybach włos z kółka nie spada dobrze mu bije z wahadła do ucha od ucha siedem otworów nie bierze drzewa pod liście od siedmiu pór nie krzyżuje piór z owocami od siedmiu sprężyn spada oliwka co dwanaście wydała w godzinę podniesienia klatki winną kładką wiosny równania południa z północą liści do słońca o wydanie korony dziewczyny w rzęsach chleba na kamień muszki na apeks kuli z kolei samotność na dworcu ramion w godzinę dziewiczej dłoni sypanie ziarna w peruwianowe kłosy stawianie pola more maiorum 25


na otwartym czole godzina na ręku i siwe pieluszki zachowaj dwanaście włosów od twarzy w godzinę wybitą z głowy Podróż Poza... na jawie już byłem w państwie duńskim dwa razy przekręcano mnie w zamku dokąd pomyślę pióro w osi trzyma mnie dłużej od wieczności nie zaś spojrzenie nieskończone na które chciałem wieczne miejsce Jaskinia gdzie nietoperze widzi się raz na dwa skrzydła milczenie nie jest wyrwane językiem cień słowa nie pada na słońce komórek nikt na serce nie zamyka 26


Powrót milczała tam kobieta widziałem ją raz na sto lat nawlekała rzęsy na igły obłąkanych drzew bielizna liter wręcz piórami pokrywa istoty zapomniane Poza horyzont Spojrzenie zamknięte różo w kwiecie oka ostatniego kolca nie mówisz bez ogródek nie otwierasz powiek wychodząc z ogrodu tylko zrywasz się w nocy oblana rosą

27


Ekstaza ziemia jak achilliczna stopa niewymierne topi spojrzenia wejdę w las wychodzę igielnymi uszami położę na łące wstaję trawą bez szeptu o rosę nie mieści mnie też puste pole tam docierali tylko zbrojni na szklanych koniach i o szklanych oczach promieniem już nie jestem odkąd słońce zaszło w chmurę umywam koryto na brzegu morza jeśli mnie fala nie myli rzuciłem szal na szyje mew przebiałych i przelatujących strzelba sosny pali do mnie ślady po stopach oszalają mewy podkową Drzewo po lecie na wieczną czystość odpuść mu jego liście między błękitem niech stopią ptaki 28


lata po skrzydle gniazdo już puste jakby dla ludzi deski i pióra odpuść mu jego sęki Naginanie ziemi las wylał zieleń u źródeł rzeka wypuszcza w korycie poi drzewo za stopy słońca jedyna broń las pusty do ziemi nie korona już wianek z konarów i kory rzeka drzewem przygnieciona wije się lub gniazdo dla rannych ranni przebudzeni kulą ziemia pada do nóg

29


Niepokój na rogu ulicy gra licho po lesie głośno siekiery wióry ni to upromieniowane skrzydła promienie ni to wióry ucienione na rogu ulicy gra buda bez pana smycz bez psa o jedno szczeknięcie za rogiem niepokoju wyhaftowany rąbek ziemi złotą igłą słońca złoty grób Między ziemią sen czy krwawy syn budzi się w drzewie między ziemią a ziemią ojcze horyzont matko granatowa już granatom wybuchły ręce w locie składają postać człowieka

30


rozerwany bandaż w chmurze owija ranki na niebie Ostatnia krzywa horyzont jak zaskroniec owija ziemię i niebo lub kusi prosto jak przepaść słowa Księżyc rozcina niebo nocą dniem dna mórz i wąwozów pogłębia spadającym ze szczytów przecina garb horyzontu jak prawe skrzydło ziemi

31


Otwarcie słowa Księżyc ― ustami nieba ― wyrzuca meteory cicho snują się komety krzyknął kiedyś tierra i stał się księżyc sinymi ustami ziemi język był martwy nie błądził jak lunatyk przebudzony w powietrzu przecina horyzont słowa Poza horyzont złamany w krysztale uderzam w tarczę słońca nie przecinam tętnic rzek w przegubach ujścia szukając nie zanurzam azorów trójzębem neptuna pobrzękując nie wiem o twoim i moim istnieniu czy przypadkiem nie błądzę między życiem a śmiercią 32


staje się już las zielony igłami niebo i ziemię zszywający parasol horyzontu nie rozkłada się ponad Wrocław 1965

33

Profile for © kkuzborska, redakcja artwroc

Wolniak Henryk ‒ Horyzont, 1965  

Poeta, dramatopisarz, aforysta. Mistrz neologizmu

Wolniak Henryk ‒ Horyzont, 1965  

Poeta, dramatopisarz, aforysta. Mistrz neologizmu

Advertisement