Page 1

12


Teki Kociewskie Zeszyt XII

Tczew 2018


„Teki Kociewskie” – czasopismo społeczno-kulturalne wydawane przez Oddział Kociewski Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w Tczewie Redaktor naczelny Michał Kargul Kolegium Redakcyjne: Jacek Cherek, Tomasz Jagielski, Leszek Muszczyński, Damian Kullas, Henryk Laga, Zygmunt Rajkowski Zdjęcia Archiwum Autorów Publikacja wydana przy wsparciu Województwa Pomorskiego

Powiatu Tczewskiego

Miasta Tczewa

oraz Zarządu Głównego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego.

Działania Oddziału Kociewskiego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w Tczewie wspiera Bank Spółdzielczy w Tczewie. ISSN 1689-5398 Tczew 2018 Czasopismo dostępne także w wersji elektronicznej na portalu Skarbnica Kociewska


OD REDAKCJI

_______________________________________________________________ Oddajemy do Państwa rąk kolejny, dwunasty już zeszyt „Tek Kociewskich”. Jak co roku redagowane są one przy okazji Nadwiślańskich Spotkań Regionalnych. W tym roku w ramach Spotkań koncentrować chcieliśmy się na wątkach szeroko związanych ze stuleciem odzyskania niepodległości przez Polskę w kontekście pomorskim. Rzecz jasna, Pomorze do Rzeczpospolitej wróciło dopiero w początkach 1920 roku, ale było to ukoronowanie procesu, w którym jesień 1918 roku, upadek II Rzeszy Niemieckiej i koniec I wojny światowej były ważnymi cezurami. Dlatego w ramach XII NSR dyskutowaliśmy i o pomorskich bohaterach działań niepodległościowych sprzed wieku i o zabiegach dotyczących ustalenia granicy, jak i o tym, co nad tą granicą działo się w kolejnych latach, młodej polskiej niepodległości. Bez wątpienia ta niepodległościowa perspektywa spowodowała, że „Teki” w tym roku są wyjątkowo historyczne. Nawet w dziale o społeczeństwie zdecydowaliśmy się zamieścić kilka artykułów biograficznych, które dość ciekawie pokazują pomorskie sprzed wieku losy. Mamy tam bowiem przedstawione życiorysy działaczy niepodległościowych, jak ks. Władysław Łęga, czy Stanisław Sierakowski, dwóch przedstawicieli pomorskiego „pokolenia Kolumbów” Zygmunta Lietzę i Leona Borzyszkowskiego oraz postać być może najciekawszą, zapomnianego dziś kociewskiego regionalistę poetę – Niemca – Bruna Pompeckiego, którego sylwetka może być świetnym symbolem społeczności niemieckiej Pomorza, dla której rok 1918 był początkiem końca. W dziale „Z kociewsko-pomorskich dziejów” chcieliśmy uniknąć monontematyki, więc obok dwóch artykułów poświęconych wydarzeniom z lat 1918-1939, autorstwa doktorów Jendrzejewskiego i Czerwińskiego, mamy przypomnienie innej rocznicy – zajęcia Pomorza Gdańskiego przez Krzyżaków w 1308 i 1309 roku. W pierwszej części bardzo wielowątkowego artykułu Grzegorza Piotrowskiego można się zapoznać z okolicznościami, jakie doprowadziły do znamiennych wydarzeń z 1308 roku. Podobnie publikujemy tylko pierwszą część równie obszernego artykułu Grzegorza Rogowskiego poświęconego nowożytnym procesom o czary. Tematyka ta jest dość popularna i nie brakuje naukowych i po5


pularyzatorskich publikacji na ten temat, ale publikowany tutaj artykuł warto polecić ze względu na jego kociewskie konotacje. Grzegorz Rogowski bowiem na warsztat wziął procesy przeprowadzane w Nowem nad Wisłą. Jak zwykle nie mogło zabraknąć u nas wątków żuławskich, a te w tegorocznych „Tekach” reprezentuje tekst Kazimierza Babińskiego o Pruszczu (dziś Gdańskim) w przewodnikach. Tradycyjnie trzecią część „Tek Kociewskich” wypełniają artykuły związane z aktywnością Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Mamy więc kronikę oddziału ZKP w Tczewie oraz sprawozdanie z aktywności zaprzyjaźnionego z nami oddziału toruńskiego. Obowiązkowo jest też relacja z wschodniej wyprawy członków naszego oddziału, pod wodzą prezesa Tomasza Jagielskiego, na wschód – w tym roku niejako tropami stadionów Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Zaś ukoronowaniem tegorocznego numeru jest prezentacja czterech najlepszych prac plastycznych uczniów, którzy wzięli udział w naszym konkursie „Moje miejsce na Ziemi...”. Oddając w Państwa ręce niniejszy numer naszego rocznika warto podkreślić, że widać coraz większą potrzebę na rzetelne, popularnie podane informacje dotyczące historii lokalnej. Niestety, ostatnie lata to swoiste wycofywanie się środowisk naukowych, zwłaszcza uniwersyteckich z pracy popularyzatorskiej, czy wręcz przystępnego prezentowania wyników badań, zwłaszcza historycznych. W połączeniu z możliwościami, jakie dają dzisiejsze technologie, a zwłaszcza łatwością publikowania wszelkich tekstów oraz dostępnością do ogromnej ilości materiałów źródłowych, powoduje, że lukę tę coraz częściej wypełniają osoby, które mają duży problem z warsztatem historycznym, czy nawet rzetelnością. Takie przypadki nierzetelnych prób przedstawiania historii mamy już także na Kociewiu. Najgorsze jest jednak, że tezy takich prac są często bezmyślnie popularyzowane przez media, czy wręcz (czasem z poparciem różnych lokalnych instytucji) przedstawiane jako najnowsze ustalenia nauki, czy wręcz obowiązującą wykładnię dziejów. Boli to zwłaszcza w okresie rocznic związanych z odzyskaniem przez Polskę niepodległości i powrotu do niej Pomorza. I tak z jednej strony mamy megalomańskie stwierdzenia o tym, że nasze lokalne formacje wojskowe same wręcz wygrały wojnę z bolszewikami, czy za dokonania w niej uzyskały najwięcej odznaczeń. Zaś z drugiej apokaliptyczne wizje, w których wkroczenie polskich wojsk na Pomorze w 1920 roku było porównywalne z wejściem Armii Czerwonej pół wieku później, a cały okres międzywojnia to miała być zwykła okupacja Pomorzan (zwłaszcza Kaszubów) przez „bosych Antków”, prymitywnych Polaków ze wschodu. Łamy naszego rocznika są chyba najlepszym miejscem, by mocno zaprotestować przeciwko tego typu uproszczeniom, czy wręcz manipulacjom. Historia 6


Pomorza sprzed stu laty nie jest ani biała ani czarna. Ale tak jak przekłamaniem byłoby pisanie o II Rzeczpospolitej jako krainie szczęśliwości i (po 1926 roku) demokracji, tak mocno protestować trzeba przed odbieraniem naszym przodkom radości z końca rządów niemieckich, czy zapominaniem o tym, jak bardzo II RP otworzyła Pomorzanom możliwości kariery, awansu i rozwoju własnej kultury. Pisząc te słowa w Tczewie warto w tym kontekście przypomnieć osobę Wiktora Jagalskiego, ostatniego przedwojennego burmistrza grodu Sambora, bestialsko zamordowanego w 1939 roku przez Niemców. Ani on, ani jego bracia nie mieliby w II Rzeszy najmniejszych szans na takie wykształcenie i karierę, jaka była ich udziałem w II Rzeczpospolitej. Stąd na koniec, zachęcając tak do lektury tego rocznika, jak i wszelkich prac mówiących o historii Pomorza po 1918 roku, polecam uwadze refleksję, że dla osób takich jak Wiktor Jagalski wydarzenia z lat 1918-1920 przyniosły zmiany, które dały im ogromne, pozytywne możliwości. Bo na Pomorzu Gdańskim poza górnolotnymi hasłami, ważne było też zakończenie dyskryminacyjnych i brutalnych, antypolskich rządów niemieckich, które słynna pruska praworządność czyniła jedynie znośniejszymi. Liczne sylwetki osób, którym te zmiany pozwoliły na rozwinięcie skrzydeł są najlepszym zbalansowaniem faktycznych ciemnych stron politycznych realiów II RP.

7


I Społeczeństwo, kultura, język

_______________________________


Michał Kargul

Pomorska pamięć o historii – refleksja historyka-regionalisty Sporym zaskoczeniem była dla mnie dyskusja, jaką mogłem śledzić w niektórych miejscach w internecie, jaka rozpoczęła się po lipcowym Zjeździe Kaszubów w Luzinie. Otóż, jak okazało się niektórym osobom przeszkadzał w świętowaniu tego spotkania fakt, że organizatorzy wpisali tegoroczny Zjazd w cykl imprez świętujących stulecie odzyskania niepodległości przez Polskę. Co spowodowało, że odpowiednie logo „Niepodległej” znalazło się na materiałach zjazdowych. I logo to niektórych ponoć zaczęło razić... W przeciwieństwie do dyskusji toczonych choćby na Śląsku, u nas – na Pomorzu, a zwłaszcza na Kaszubach, niezależnie od sporów dotyczących tożsamości, tego czy Kaszubi są, czy nie są narodem, tudzież czy Kociewiacy dążyć powinni do pozycji grupy etnicznej, temat jakiegoś politycznego przełożenia tych spraw na dążenia do choćby autonomii regionu, praktycznie nigdy na poważnie nie zaistniał. Praktycznie panowała u nas dość powszechna zgoda w temacie przynależności Pomorza do Polski i trudno znaleźć było środowiska, które by wrogo lub z niechęcią odnosiły się do wydarzeń ze stycznia i lutego 1920 roku. Nawet najbardziej wojowniczy zwolennicy poglądu o samoistności narodowej Kaszubów zawsze bowiem podkreślali swoją nie tylko lojalność, ale i sympatię wobec Rzeczpospolitej i własnego w niej obywatelstwa, a wszelką krytykę w sprawach politycznych raczej formułowali w celu naprawy naszego państwa i polepszenia losu jej obywateli (de facto w niczym się tu nie różniąc od wielu środowisk w całym kraju reprezentujących pełne spectrum tożsamości i poglądów. Dlatego tak uderzające dla mnie było zderzenie się z głosami, które nagle wyartykułowały swoją niechęć do obchodzenia stulecia niepodległości także przez Kaszubów. Gdy się głosem tym przyjrzałem nieco bliżej, to uderzające było, że osoby (acz nie wszystkie!), które tak się wypowiadały nie grzeszyły pogłębioną wiedzą na temat tego, co się w latach 1918-1920 na Pomorzu działo. Wręcz można by powiedzieć, że nie miały nawet wiedzy w takim zakresie, w jakim ja onegdaj uczyłem się w szkole w tej materii. Zdecydowanie swój sprzeciw formowały pod wpływem licznych ostatnimi czasy nowych, często bardzo uproszczonych wykładni dziejów Kaszubów, która dla interesującego nas momentu sprowadzała się do hasła: „w 1918 roku dla Pomorzan nic ważnego się nie wydarzyło”. Abstrahując już od historycznego fałszu tego stwierdzenia (przecież w listopadzie 1918 roku upadła II Rzesza, a w zamęcie zrewoltowanego kraju Pomorzanie zaczęli przejmować po11


lityczną i administracyjną kontrolę nad swoim krajem), niezwykle uderzająca była nie tylko osobista niechęć niektórych osób do świętowania tak ważnej dla całego kraju rocznicy, ale także odmawiania ogółowi Kaszubów, czy szerzej nawet Pomorzanom, prawa do takiego podejścia! Argumentacja tutaj była bardzo prosta. W lutym 1920 roku nad piękną i mlekiem płynącą krainą władzę przejęli Polacy, którzy wprowadzili tu okupacyjny reżim i w kilka tygodni doprowadzili do sytuacji, że wszyscy zatęsknili za Niemcami. Do tej listy dołączano brutalne zachowywanie się polskich wojsk, obsadzanie urzędów przez Polaków z Galicji, korupcję i zwykłe złodziejstwo oraz polityczne traktowanie Pomorza jako krainy II kategorii. Zaś argumentem ostatecznym były tutaj zawsze ustalenia komisji sejmowej z 1920 roku w sprawie nadużyć polskich wojsk oraz autorytarne działania urzędników sanacyjnych z lat trzydziestych XX wieku. Nie jest to miejsce, by podjąć dyskusję w temacie faktycznych odczuć związanych z procesem integracji Polski po rozbiorach. Warto co najwyżej odnotować, że spora część owych „antykaszubskich” działań polskich władz, była tak naprawdę dość powszechna w skali całego kraju. Zdemoralizowani kilkuletnią wojną żołnierze potrafili zachowywać skandalicznie i na Pomorzu i we Lwowie. Nie mający większego doświadczenia administracyjnego polscy urzędnicy nie radzili sobie w całym kraju. Tak jak w całej Polsce kwitła korupcja i kumoterstwo, rażące tak wychowanych w niemieckim porządku pomorskich gburów, jak i... w jakże odległej od tego porządku rzeczywistości zaboru rosyjskiego, polskich ziemian. W kontekście politycznym warto także pamiętać, że demokratyczne rządy w II Rzeczpospolitej trwały tylko do 1926 roku. Jakbyśmy nie oceniali zasług Józefa Piłsudskiego i jego sanatorów, to jednak trudno nie być krytycznym wobec ustroju i realiów politycznych, jakie zapanowały po zamachu majowym. I znów wiele, jak najbardziej słusznych pretensji wobec zachowań władz administracyjnych w tym okresie jest dość uniwersalnych w skali całego kraju. „Pensjonariuszami” twierdzy brzeskiej byli przecież przywódcy polityczni ze wszystkich zaborów, a wręcz paradoksalnie brzmi fakt, że o wiele cięższe represje spotykały pomorskich endeków, którzy gardłowali za „Wielką Polską”, niż działaczy kaszubskich piszących o istnieniu narodu kaszubskiego. Sedno bowiem tu tkwi w stworzeniu odpowiedniego kontekstu i odpowiedniej perspektywy. Jak najbardziej realne problemy, perturbacje i negatywne zjawiska, które dotykały po 1920 roku Pomorzan, były jednak częścią większej całości. No i nie zapomnijmy, że tak wśród owego swawolnego wojska, czy skorumpowanych urzędników w pierwszych miesiącach po powrocie Pomorza do Polski, nie brakowało także naszych krajan, co każe nieco zniuansować ostre tezy o „szoku kulturalnym” związanym z tym wydarzeniem. Jednak mnie tutaj mniej interesuje wątek historycznych dyskusji, a bardziej dzisiejszych reakcji i świadomości historycznej osób, którym bliskie są dzieje 12


regionu. Jak to się stało, że ludzie, którzy jeszcze jakiś czas temu podkreślali swoje polskie obywatelstwo i pozytywne z tym emocje, nagle zaczęli głosić, że obchody stulecia niepodległości przez Kaszubów to wyrzeczenie się przez nich własnej tożsamości? Że media społecznościowe w miejscach związanych z kulturą regionalną zaroiły się od wpisów deprecjonujących polską państwowość i jej dokonania sprzed wieku? Niestety, trudno tego nie uznać za efekt popularności różnego rodzaju inicjatyw promujących „prawdziwe historie” polskich regionów. Na ostatnim Areopagu Pelplińskim ks. prof. Mirosław Mróz, rozwijając w czasie przerwy kilka wątków ze swojego wystąpienia poświęconego tożsamości, zwracał uwagę na zjawisko kreowania całkiem nowych tożsamości regionalnych o charakterze wręcz quasinarodowym. Podpierając się przykładami takich działań dotyczących Prus, zwracał uwagę nie tylko na ich zdecydowanie, wprost deklarowany, antypolski charakter, ale także dość mocny dystans od tradycyjnych tożsamości regionalnych. Choć ta konstatacja była dość ogólna, to trudno nie dostrzegać, że elementy takich działań widoczne są tak na Pomorzu, jak w całej Polsce. Od razu jasno muszę zaznaczyć, że jestem daleki od wszelkich teorii spiskowych i nie mam zamiaru dociekać, czy takie lub inne działanie inspirowane było przez jakieś ciemne siły. Jestem przekonany, że w dużej mierze za tego typu działalnością stoją ludzie, którym przyświecają pozytywne intencje. Osoby, które z różnych powodów zamykają się we własnych bańkach światopoglądowych, nie potrafią dyskutować i, wbrew własnym deklaracjom, są niezwykle szowinistycznie nastawione do osób prezentujących poglądy sprzeczne z ich własnymi. Dla mnie dość smutnym memento w tej sferze była historia publikacji poradnika do nauki historii własnej Kaszubów mojego współautorstwa, który ukazał się pod koniec 2014 r. Gdy po tej publikacji ze strony niektórych przedstawicieli świetnie znanego mi środowiska kaszubskiego, którego w dużej mierze czuję się częścią, pojawiła się ostra pretensja, że prezentowane w tym poradniku treści nie przedstawiają dziejów z punktu widzenia, dość mitycznej, historii narodu kaszubskiego. Dyskusja, która toczyła się na kilku spotkaniach, jak i w internecie była momentami groteskowa. Fakty, terminologia i narracje, które prezentowano w polemice z naszymi wywodami mogły momentami przyprawić o palpitację serca każdego historyka. Można bowiem było się dowiedzieć, że Kaszubi w  XII  wieku toczyli walki narodowowyzwoleńcze, że wspominanie o zaangażowaniu Floriana Ceynowy w powstanie w 1846 roku, to kolonialny, warszawski punkt widzenia, tudzież, że o zrzeszińcach i ich dokonaniach należy zawsze wspominać z odpowiednią atencją, gdyż są niezłomnymi „herosami narodu kaszubskiego”. Zadziwiające było, że kilka osób (część z nich miała przecież nawet historyczne wykształcenie), poświęciło tak wiele sił, czasu i energii do zwalczania pu13


blikacji, która u zdecydowanej większości Kaszubów nie wywołała najmniejszej kontrowersji, bo de facto prezentowała ich punkt widzenia na własną historię. Jednak jak się okazało, w drugiej dekadzie XXI wieku, takie stonowane i oparte na obiektywnych ustaleniach historii prace są dla nie tak małej grupy działaczy passé. Są przejawem warszawocentrycznego centralizmu historycznego, który broni się jak może przed ową prawdziwą, regionalną historią... Środowisk, widocznych zwłaszcza w internecie, które charakteryzuje tego typu podejście można by wymienić kilka. Poza grupką Kaszubów, bardzo widoczni są ludzie ze Śląska. Nie brakuje jednak i wspominanych Prusaków, ale także Wielkopolan czy Górali. Tytułem ilustracji pozwolę sobie przytoczyć tutaj tylko trzy przypadki, z którymi dane było mi samemu obcować. Pierwszy z nich, być może najwięcej mówiący, to bardzo popularny profil na Facebooku „Narodowości Pruskie” (mający kilka tysięcy polubień). Administrowany przez kilka osób, niezwykle broniących się przed ujawnieniem tożsamości, zbudowany jest w oparciu o narrację, że istnieje wielką wspólnota pruska, będąca dziedzicem dawnego państwa zakonnego, której najświetlniejszymi momentami dziejowymi było istnienie Prus Królewskich oraz Prus Książęcych. Wszyscy zaś mieszkańcy wywodzący się z owych Prus powinni w pierwszej mierze pamiętać o swojej tożsamości z tym związanej. W narracji, jaką serwują nam administratorzy strony, źli są Polacy, od królów niedotrzymujących swobód Kazimierza Jagiellończyka, po obecne władze Rzeczpospolitej, nie chcących pamiętać o owej pruskiej tradycji. Niewiele lepsi są regionaliści pomorscy, zwłaszcza kaszubscy. Ni mniej, ni więcej podkreślając swoją tożsamość i autonomiczność są separatystami owej pruskiej wspólnoty, dla własnych celów zafałszowującymi jej historię. Bynajmniej pozytywnymi bohaterami nie są tu także krzyżacy (bo przecież przeciwko nim zbuntował się wspaniały Związek Pruski), zaś już wrogiem nr 1 jest Królestwo Pruskie z Hohenzollernami na tronie (gdyż uzurpowali sobie i przejęli nazwę „Prusy”). W sensie współczesnych realiów społecznych jest to od „A” do „Z” kreowanie całkiem nowej rzeczywistości (wmawianie osobom czującym się Kaszubami lub Kociewiakami owej pruskiej tożsamości jest wręcz agresywne). W sensie narracji historycznej, jest tu takie opisywanie dziejów, by zwalczać wszelkie związki, które mogłyby pokazać, że w tej mitycznej przeszłości owi „Prusacy” czuli się także Polakami, Niemcami czy nawet Kaszubami. Charakterystyczna jest jednak taktyka działania administratorów. Profil ten jest bowiem całkiem interesującym miejscem prezentacji dziejów dawnych Prus (w granicach państwa krzyżackiego z XV wieku). Cytowane i pokazywane są wyimki z wielu cennych prac historycznych, przypominane są ważne wydarzenie i ciekawe osoby. Wszystko to jednak w duchu przemyślanej narracji, momentami ocierającej się o manipulację. Moderatorzy często wyrywają bowiem cytaty z kontekstu, zazwyczaj 14


z dużym oporem podając skąd dokładnie ów cytat pochodzi (dopiero po licznych na ten temat, m.in. moich uwagach, zaczęli w ogóle podawać tytuły prac, w jakich ukazały się przytoczone fragmenty). Zaś już clou całego działania jest moderowanie dyskusji nad prezentowanymi wątkami. Ponieważ przedstawiają dość często kontrowersyjne i zachęcające do polemiki tezy osób podejmujących nad nimi dyskusji nie brakuje. Jednak bardzo szybko dzielone są one na dwie kategorię. Tych cennych, podzielających punkt widzenia moderatorów oraz „polskich nacjonalistów” – do której to grupy hurtem wpisywani są pozostali. Generalnie samo zachowanie moderatorów i używana przez nich taktyka to materiał na ciekawy artykuł z zakresu socjologii „nowych mediów”. Niestety, owe zabiegi są dobrze widoczne tylko dla osób posiadających już pewną wiedzę historyczną i regularnie śledzących ten profil. Przypadkowy czytelnik jest praktycznie bezbronny wobec rowadzonej tam narracji. W tej sytuacji jak najbardziej zrozumiałym jest przyjęcie jej za rzecz obiektywną. Drugi przypadek jest całkiem innej kategorii. Z racji zainteresowań i miejsca zamieszkania nie mam zbyt wiele wspólnego ze Ślązakami i jakieś osobiste z nimi kontakty są bardzo ograniczone. Jednak parę razy wszedłem w interakcje z przedstawicielami bojowników o śląskość w formie czystej w dość charakterystycznych okolicznościach. Najbardziej widowiskowy był moment, wspomnianego już, wydania poradnika „Kaszuby przez wieki”. W kilkanaście godzin po wyjściu publikacji drukiem, gdy sam jeszcze nie miałem w ręku gotowego egzemplarza, na stronie jednej ze śląskich organizacji ukazała się jego syntetyczna, ale niezwykle krytyczna recenzja. Jak się okazało, jej autor na oczy pracy nie widział, a za cały materiał do stworzenia owej oceny, posłużył mu fakt, że jeden z kaszubskich działaczy wyraził ubolewanie, że takowy poradnik napisali nie-Kaszubi. Gdy nieco obruszony tym faktem na profilu Ruchu Autonomii Śląska, gdzie ów tekst przeczytałem, zamieściłem krótkie sprostowanie – ze strony tak administratora, jak i kilku osób spadła na mnie lawina komentarzy, którą najkrócej spuentować można stwierdzeniem, że jako Polak nie tylko nie miałem prawa napisać książki o Kaszubach, ale nie mam prawa polemizować z rzeczoną recenzją stworzoną przez Ślązaka nieskażonego warszawskim polonocentryzmem. W jakiekolwiek tony merytoryczne nie udało się w trakcie tamtej dyskusji wejść, bo po prostu zostałem uznany za osobę niegodną merytorycznej polemiki. Tylko dlatego, że ktoś gdzieś napisał, że jestem „polonocentryczny”. Wręcz analogiczna sytuacja spotkała mnie w sierpniu 2018 roku, gdy na profilu profesor Ewy Michny przeczytałem felieton Grzegorza Kulika traktujący o  dość nieudolnym artykule na temat gwary śląskiej autorstwa Iwony Nowakowskiej-Kempnej. Zabrałem głos, bo niezwykle krzywdząca wydała mi się konstatacja felietonisty, który na podstawie tego niezbyt dobrego, popularyzatorskiego (zamieszczonego w gazecie codziennej) tekstu, zaczął snuć stwierdzenia, 15


że jest to sztandarowy przykład beznadziejności i nierzetelności polskiej nauki i naukowców. Okazało się to błędem, bo Pan Grzegorz, prywatnie zasłużony działacz językowy ze Śląska, rozpoczął przeciwko mojej wypowiedzi prawdziwą krucjatę. Najpierw stwierdził, że nie ma zamiaru czytać mojego komentarza, bo liczy aż cztery akapity, by po stwierdzeniu niezręczności takiego zachowania (bo jak tu stawiać cenzurki za jakość badań naukowych, jak się stwierdza, że przeczytanie dziesięciu zdań budzi niechęć ze względu na obszerność tekstu?), rozpocząć śledztwo, jakim prawem podpisany jestem na Facebooku nickiem (dla jasności dodam, że ów nick w niczym nie ukrywa moich prawdziwych danych, dostępnych na tym portalu). Absurdalne rozważania na ten temat, tudzież wywody na temat mojej moralności (fatalnej jako człowieka, który śmie używać owego nicka) wsparte nawet wnioskiem do administracji o zablokowanie konta, trwały przez kilkanaście postów. Niestety, w ani jednym z nich Grzegorz Kulik nie potrafił podjąć rzeczowej dyskusji na temat poziomu polskiej nauki i ewentualnego odniesienia się do krytyki jego bardzo ostrej jej oceny. Z miejsca zostałem oceniony jako człowiek niegodny bycia partnerem w dyskusji. Niestety, wszystko wskazuje na to, że tylko i dlatego, że ośmieliłem się pozytywnie wypowiedzieć o krytykowanym przez p. Kulika poziomie polskiej nauki. Bardzo podobnych zdarzeń miałem jeszcze kilka i trudno z nich nie wynieść lekcji, że te konkretne osoby ze środowiska śląskiego są już tak bardzo zaimpregnowane w swoich poglądach i antypolskiej narracji, że jakakolwiek polemika wobec ich stwierdzeń wywołuje dość zadziwiającą, skierowaną personalnie agresję, która dąży do ucieszenia polemisty. Najkrócej rzecz ujmując jest to chyba przejaw budowy „bańki środowiskowej” w praktyce. Tolerowania jedynie głosów przychylnych, albo co najwyżej neutralnych i dążenie do szybkiego wyciszenia tych krytycznych. Jak ktoś się nie zrazi ostrością pierwszych polemik, szybko przerzuca się na sprawy personalne, szuka tzw „haków”, albo na siłę wpisuje się kontrdyskutanta do grupy niegodnej udziału w dyskursie (tu rzecz jasna prym wiedzie przypisywanie do polskich nacjonalistów). Istotne jest, że bardzo podobny schemat zachowań widać także w przytaczanym wcześniej profilu „Narodowości Pruskie”. Zaś na koniec trzeci przypadek w tej materii, który rzuca jeszcze inne światło na współczesną świadomość historyczną mieszkańców Pomorza. Na temat twórczości historycznej Bogdana Kruszony pisałem już dużo (m.in. w „Pomeranii” i „Kociewskim Magazynie Regionalnym w 2017 r.), zwracając uwagę na nierzetelność jego warsztatu i promowanie fantastycznych tez na temat historii regionu. W tym miejscu chcę jednak wspomnieć jego przypadek ze względu na dość paradoksalne zjawisko. Bez wątpienia redaktor Kruszona wydaje się być człowiekiem o mocno prawicowych poglądach, któremu nie są w głowie jakiekolwiek rozważania o cieniach stulecia Polski na Pomorzu. Jednak wczytując się w jego kolejne teksty widać, że skoncentrowany na wykazaniu słuszności wła16


snych pomysłów bardzo ostro traktuje tych, z którymi mu nie po drodze. Stąd w jego wypowiedziach mamy polskich działaczy narodowych, głównie księży z okresu zaborów, jako mitomanów, wymyślających na potrzeby propagandy nieistniejące Kociewie; powstańców z 1846 roku jak grupę ciemnych ludzi zbałamuconych przez pruski wywiad, który stać miał za tymi wydarzeniami. Naukowców polskich, dawniejszych i współczesnych, jako nierzetelnych i politycznie podejrzanych osobników. Najkrócej rzecz ujmując jest to ciekawy przypadek, który deprecjonuje tak funkcjonujący w literaturze dyskurs na temat historii Pomorza w ostatnich stuleciach, jak i naukowców, którzy się tą tematyką zajmują. A przypomnę, piszę o osobie, która wydaje własne książki i jest regularnym felietonistą w lokalnej prasie. Nic dziwnego, że wojujący z owym „polskocentrycznym” wykładem tradycyjnej historii Pomorza moderatorzy „Narodowości Pruskich” napotkawszy twórczość starogardzkiego pisarza, zaczęli się nią podpierać. Niezależnie bowiem od intencji, wnioski z jego wywodów są bowiem jednoznaczne: dotychczasowa narracja historyczna, to zmanipulowany, nierzetelny przekaz. W ten sposób wracamy znów do punktu wyjścia. Gdy ostro skreślamy to wszystko, co wyczytać możemy w literaturze naukowej, to nic dziwnego, że zaczynamy szukać rzetelniejszych źródeł. Tych w internecie nie brakuje, ale o wiele łatwiej dostępne i popularniejsze (też dzięki promocji mediów, co już jest osobną historią), są publikacje prezentujące własne, wywiedzione z  przekonań i chęci, wizje dziejów. Nie znajdziemy tam zbyt wiele krytyki, bo krytyków w takim miejscu się zmusza do milczenia, albo po prostu, korzystając z wygodnych narzędzi, blokuje. Nie znajdziemy tam też polemistów broniących innych wersji historii, często bardzo krytycznie tam opisywanych. Oni także nie mają większych szans na uczciwą polemikę. Autorzy takich nowych „prawdziwych” opracowań czy stron internetowych przejawiają zazwyczaj silne emocjonalne zaangażowanie, nierzadko mają także różne zasługi na rzecz lokalnej wspólnoty. Zazwyczaj sprawiają wrażenie wiarygodnych i godnych uwagi. Zazwyczaj też przez prawdziwych historyków i badaczy dziejów są ignorowani i traktowani jako niegodni polemiki. Otwartym pozostaje pytanie czy na pewno słusznie? Czy czasem w 2020 roku nie przeczytamy w wiodących mediach, że popularyzator historii X, czy znany historyk-amator Y nie objawiają nam prawdy, jakim złem było przyłączenie Pomorza do Polski? Czy koledzy z Kaszub świętujący to wydarzenie nie dowiedzą się, że są grabarzami kaszubskiej tożsamości, świętującymi tylko ze względu na swoją postkolonialną mentalność? Czy tabun „sympatyków” kaszubskiej samoistności nie będzie głosił w różnych miejscach w Polsce, jak to Warszawa tłamsi prawdziwy, zdrowy rdzeń kaszubskiej społeczności, zmuszając ogół do świętowania „polskiej okupacji”? Właśnie dlatego, pozwolę sobie zakończyć apelem: Koleżanki i Koledzy, historycy i pasjonaci historii. Nie bądźcie obojętni, nie dajcie sobie zabrać własnej 17


pamięci i własnej tradycji. Dzielcie się własnymi badaniami, nie bójcie się aktywności wykraczającej poza mury własnych uczelni czy instytucji. Nie bójcie się też trudnych tematów i szarych barw. Historia Pomorza zasługuje na rzetelne i ciekawe jej prezentowanie, a Pomorzanie na to, by mieli okazję dowiedzieć się o niej z rzetelnych źródeł.

18


Jan Kulas

Leon Borzyszkowski – farmaceuta, harcerz, społecznik Pochodząca z Kaszub rodzina Borzyszkowskich osiadła w Tczewie w pierwszych latach Polski międzywojennej. Senior rodu, Leon rozpoczynał działalność od drobnej przedsiębiorczości. Z kolei jego syn, również Leon, z czasem stał się uznanym tczewskim farmaceutą. Piękne karty zapisał on również w tczewskiej działalności harcerskiej tj. kręgu „Jaszczurkowcy”. Politycznie z dobrym skutkiem udzielał się w miejskich i powiatowych strukturach Stronnictwa Demokratycznego. Do 1920 roku w grodzie Sambora dominowała ludność niemiecka. Szacuje się, że stanowiła ona ponad 2/3 mieszkańców naszego miasta. Sytuacja radykalnie zmieniła się po włączeniu Tczewa do Polski 30 stycznia 1920 roku. Nie zawiodła ówczesna patriotyczna mniejszość polska. W ciągu zaledwie kilku lat Polski międzywojennej ludność polska stała się autentycznym i dominującym żywiołem narodowym w Tczewie. Po 1920 roku sytuacja narodowościowa w grodzie Sambora uległa radykalnej zmianie. Nie tylko dlatego, że sporo Niemców wyjechało do Rzeszy Niemieckiej. W ówczesnym województwie pomorskim Tczew stał się jednym z najważniejszych miast. Nie przypadkiem rozważano wówczas poważnie w Warszawie ustanowienie stolicy województwa pomorskiego w naszym mieście. Po roku 1920 sporo rodzin polskich sprowadziło się do Tczewa, zarówno z Kaszub, jak i w większym stopniu z innych regionów Polski. Z czasem Abtowie, Barganowcy, Struczyńscy, Guzińscy, Fortunowie, Galińscy, Mrozkowie, Tomczykowie i Borzyszkowscy – zaczęli stanowić o charakterze i przyszłości grodu Sambora. Tradycje historyczne rodu Borzyszkowskich mają swoje korzenie w XIV wieku wśród drobnej szlachty kaszubskiej. W znanym dziele „Herbarz szlachty kaszubskiej” Przemysława Pragerta wzmiankuje się konkretnie rok 1352 i przywołuje rodową wieś Borzyszkowy. Miejscowość ta leży na południowych Kaszubach, ściśle geograficznie w powiecie człuchowskim. Z czasem ród Borzyszkowskich ulegał sukcesywnemu rozdrobnieniu i przemieszczeniu, ale zachował wysoką witalność demograficzną. U schyłku XX wieku było „ponad 1500 osób tego nazwiska w Polsce”. Senior rodu tczewskich Borzyszkowskich – Leon Borzyszkowski urodził się w 1890 roku w Grabówku koło Grabowa Kościerskiego. Po zdaniu egzaminu na czeladnika piekarskiego i odbyciu służby wojskowej przeniósł się do grodu Sambora. Miało to miejsce najprawdopodobniej w końcu 1920 roku. 19


W 1922 roku Leon Borzyszkowski zdał egzamin mistrzowski w Starogardzie przy Izbie Rzemieślniczej Województwa Pomorskiego. Uzyskał tutaj tytuł mistrza piekarskiego. W tym też roku ożenił się z Gertrudą Gołembiewską (1891-1973). Początkowo młodzi małżonkowie zamieszkali w Tczewie na Starym Mieście przy ulicy Zamkowej. W grodzie Sambora rodzina Borzyszkowskich zajmowała się piekarnictwem, z czasem wzbogaconym o cukiernictwo. Nie tylko udało się spłacić zaciągnięty kredyt, ale również wybudować własny dom (przy ul. Kaszubskiej nr 15) i rozwinąć szerszą działalność gospodarczą. Leon Borzyszkowski (senior) miał żyłkę do biznesu. W latach 30. XX wieku, obok dobrze prosperującego zakładu piekarniczo-cukierniczego, stał się również posiadaczem 1/4 młyna parowego. Z czasem (1937) został starszym tczewskiego Cechu Piekarzy. Tym samym uwieńczył swoją piękną karierę zawodową. Pan Leon jako człowiek życiowo doświadczony i światły postanowił porządnie wykształcić swojego syna. Junior, czyli syn pana Leona, także otrzymał na imię Leon. Urodził się 3 lutego 1926 roku w Tczewie. Dodajmy, że Leon, Alfons, Antoni, Ignacy, Alojzy – to były w tamtej epoce bardzo popularne imiona męskie. Okoliczności tak się ułożyły, że Leonek pozostał jedynakiem. Matka włożyła sporo trudu i miłości rodzicielskiej w wychowanie swojego dziecka. Ojciec, od rana do wieczora, był zajęty biznesem, a w nielicznych wolnych chwilach udzielał się społecznie w nowopowstającej parafii św. Józefa. Zachowany do dzisiaj Dyplom dziękczynny (21.06.1936) Biskupa Chełmińskiego Stanisława W. Okoniewskiego poświadcza, iż należał on do głównych budowniczych kościoła pw. św. Józefa. W zachowanym „kalendarzu kościelnym” z 1936 roku znajdujemy pełny skład Komitetu budowy kościoła św. Józefa w Tczewie: ks. proboszcz Władysław Młyński – przewodniczący, Feliks Ossowski – sekretarz, Marceli Samp – skarbnik oraz sześciu ławników – Leon Borzyszkowski, Antoni Klamann, Franciszek Kozikowski, T. Michalski, A. Wojtakowski i Paweł Zimnoch. Dodajmy, że ówczesna parafia św. Józefa liczyła 2014 rodzin katolickich. Aspiracje edukacyjne udzieliły się mocno rodzinie Borzyszkowskich. Nie było to wcale powszechne, albowiem większość rówieśników Leona po szkole powszechnej, a z czasem po ukończeniu Szkoły Rzemieślniczo-Przemysłowej („kształcącej fachowców”), szła pracować „na kolei”. Leon junior, tak jak jego rówieśnicy, uczył się w polskiej szkole nr 2 (z czasem nr 3) przy obecnej ulicy Południowej. Nauka w szkole powszechnej trwała wtedy 7 lat. W dalszej perspektywie było czteroletnie gimnazjum i dwuletnie liceum. Na studia wyższe udawała się wtedy elita swojego pokolenia. W 1939 roku Leon Borzyszkowski ukończył szóstą klasę Publicznej Szkoły Powszechnej nr 3 i postanowił iść do gimnazjum. Jego ówczesną młodzieńczą pasją była mechanika samochodowa. W czerwcu 1939 roku zdał z wyróżnieniem egzamin do Humanistycznego Gimnazjum Męskiego w Tczewie. Droga edukacyjna wydawała się stać szerokim otworem. Ale to był już rok 1939! Nieuchronnie nadciągała wojna. 20


Wybuch II wojny światowej w 1939 roku całkowicie zmienił losy życiowe milionów Polaków. Leon Borzyszkowski miał wtedy 14 lat. Naturalnie rodzina Borzyszkowskich z racji swego patriotycznego zaangażowania w lokalnej społeczności nie miała żadnych szans na przetrwanie, przeżycie okupacji w Tczewie. Początkowo trafili do obozu przymusowego pobytu w miejscowej fabryce Arkona. 1 listopada 1939 roku, w jednym z pierwszych masowych transportów wysiedleńczych (około 300 rodzin) Polaków z Tczewa, Borzyszkowscy zostali wywiezieni do obozu przejściowego w Gniewie. Zamek był częściowo wypalony i panowały w nim niezwykle ciężkie warunki egzystencji. Szczególnie brakowało żywności i ciepłej odzieży. Miejscowi rolnicy dali trochę słomy, a mieszkańcy Gniewa dodali trochę żywności. Po okresie 6 tygodni przewieziono ich do Prabut (Reisenburg). Następnie trafili z początkiem lutego 1940 roku na roboty przymusowe do gospodarstwa rolnego na Pomorzu Przednim (Meklemburgia) w okolicach Stralsundu, w miejscowości Jarmen. Leon junior łączył pracę z dalszą edukacją w szkole niemieckiej. Wtedy też po raz pierwszy odbył praktykę jako pomocnik aptekarza. Po pewnym czasie od właściciela niemieckiego usłyszał ważkie i znamienne słowa: „z ciebie będzie dobry aptekarz”. Jednakże wojenne losy rzuciły go na wschód, w okolice Pomorza Zachodniego. Niemcom hitlerowskim wyraźnie już brakowało siły roboczej na froncie. W 1944 roku w okolicach Piły Leon Borzyszkowski kopał umocnienia tzw. Wału Pomorskiego. Naturalnie mógł trafić gorzej. Pod koniec wojny dostał się w okolicach Wrocławia do radzieckiej niewoli. Jako Polak został nawet zapisany do tzw. wojska kościuszkowskiego. W tym czasie wojna w Europie dobiegła już końca. Droga powrotna Leona Borzyszkowskiego do Tczewa okazała się długa i niepozbawiona przygód. Wiodła okrężnie przez Ukrainę. Wpierw został wywieziony do radzieckiego obozu przejściowego Korostyn koło Kijowa. Stąd w ramach repatriacji ludności polskiej na tzw. kresach, uzyskał zgodę na wyjazd do Polski. Latem 1945 roku dojechał do Olsztyna. Tam jak i inni rodacy wziął udział w akcji żniwnej. Po jej zakończeniu Leon Borzyszkowski już bez przeszkód powrócił do Tczewa. Powracał do domu rodzinnego po pełnych sześciu latach nieobecności.

W PRL i wolnej Polsce Kiedy kończyła się II wojna światowa Leon Borzyszkowski miał 19 lat. Stanęło przed nim trudne zadanie nadrobienia zaległości w edukacji. Pracę łączył z nauką. W 1947 roku w systemie zaocznym zdał tzw. małą maturę w tczewskim Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącym, a w roku następnym uzyskał pełne świadectwo dojrzałości. Leon Borzyszkowski znajduje się na wykazie absolwentów Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Mickiewicza. We wspomnianym 1948 roku lista ta liczyła aż 66 osób. Z bardziej znanych osób tej listy absolwen21


tów warto odnotować następujące nazwiska: Krystyna Barganowska, Zbigniew Dziudziel, Bronisław Kalinowski, Zygmunt Romanowski, Mieczysław Struczyński, Witold Ziółkowski. Rodzina Borzyszkowskich z aspiracji edukacyjnych nie zrezygnowała, chociaż jej sytuacja materialna w okresie PRL raczej się pogorszyła. W 1948 roku Leon Borzyszkowski zdał egzamin do Akademii Medycznej w Gdańsku. Rozpoczął kilkuletnie studia farmaceutyczne. Dodajmy, że w jego roczniku studiowało aż 120 osób. W czasie studiów odbywał równolegle roczną służbę wojskową. Z końcem 1952 roku studia na farmacji szczęśliwie dobiegły końca. L. Borzyszkowski miał wówczas, zważywszy na okres 6-letniej wojny, zaledwie 26 lat. Dyplom młodego magistra nosił numer 165/52 i został wydany 19 grudnia 1952 roku. Tym samym uzyskał uprawnienia w konkretnym i użytecznym zawodzie. Po odbyciu pięciu lat stażu zawodowego mógł ubiegać się o stanowisko kierownika apteki. Podkreślmy, że w tamtym okresie dyplom „magistra farmacji” Akademii Medycznej w Gdańsku znaczył naprawdę dużo i nieliczni nim się legitymowali. Naturalnie jak wielu młodych absolwentów po studiach L. Borzyszkowski zaliczył sześciotygodniowy obóz wojskowy w tzw. Ludowym Wojsku Polskim (LWP) pod Przemyślem. W konsekwencji dosłużył się stopnia podporucznika (1957), a następnie stopnia porucznika (1966). W  późniejszych latach L. Borzyszkowski nigdy nie zabiegał o uzyskanie wyższego stopnia oficerskiego, pomimo składanych propozycji. Prawie całe życie Leon Borzyszkowski przepracował w tczewskiej farmacji. Niestety, w 1951 roku władze komunistyczne upaństwowiły apteki. Stan taki miał trwać blisko 40 lat. Pierwotnie z tzw. nakazu pracy L. Borzyszkowski miał pracować w Pasłęku, ale jego odwołanie umotywowane spodziewanymi narodzinami dziecka zostało rozpatrzone, po pewnych perturbacjach, pozytywnie. W konsekwencji pierwszy rok pracował w aptece na tzw. tczewskim Rynku. Następnie, a dokładniej w 1954 roku, podjął pracę w aptece przy ul. Gdańskiej (róg ul. Mostowa). Wtedy właśnie poznał tam Leona Galińskiego, który był kierownikiem wspomnianej apteki. Zapamiętał go jako „człowieka sympatycznego i przyjemnego” oraz pracownika profesjonalnego. Leon Borzyszkowski dbał o podnoszenie swoich kwalifikacji zawodowych. W  1974 roku po odbyciu właściwego szkolenia uzyskał I stopień specjalizacji w zakresie „farmacji aptecznej”. Następnie pogłębiał swoje kwalifikacje w Centrum Medycznym Kształcenia Dyplomowego w Warszawie. W konsekwencji już w 1976 roku uzyskał II stopień specjalizacji w zakresie „farmacji aptecznej”. Przyjrzyjmy się dalszej karierze zawodowej L. Borzyszkowskiego. Kolejno pracował w tczewskiej aptece przy ul. Kopernika. Z kolei w latach 1963-1965 kierował apteką w Malborku. Niespełna rok był także kierownikiem apteki w Pelplinie. I wreszcie najdłuższy okres pracy zawodowej L. Borzyszkowskiego, to przede 22


wszystkim kierownictwo apteki przy Placu Wolności (dziś Plac gen. Hallera) w Tczewie. Kierował tą apteką pełne 18 lat (1966-1984). Nie była to zwykła apteka, wręcz przeciwnie miała status apteki wiodącej. Posiadała m.in. pełny lekospis oraz środki i leki reglamentowane. Takich aptek w skali województwa było zaledwie kilka. O nie też w sektorze farmacji szczególnie dbano. Znajdowały się pieniądze na niezbędne inwestycje. Po pewnym czasie L. Borzyszkowski nadzorował kapitalny remont tej apteki. Przełożeni coraz wyżej i lepiej oceniali jego pracę. Postanowiono lepiej wykorzystać jego wysokie kwalifikacje i już całkiem spore doświadczenie. Otrzymał propozycję istotnego awansu w swojej ulubionej profesji. W rezultacie w 1984 roku L. Borzyszkowski został mianowany inspektorem ds. gospodarki lekami w tczewskim ZOZ-ie. To już była niezwykle poważna i odpowiedzialna funkcja, również w zakresie inspekcji sterylizacji, dezynfekcji i dezynsekcji. Jako inspektor przez 7 lat obsługiwał obszar b. powiatu tczewskiego. Z tego okresu Pan Leon dobrze wspominał współpracę z dyrektorem tczewskiego ZOZ-u, Ryszardem Śliwą. Jako inspektor doczekał się też finału swojej aktywności zawodowej. 1 marca 1991 roku, w wieku 65 lat, L. Borzyszkowski przeszedł on na zasłużoną emeryturę. Nie narzekał na jej warunki. Społecznikostwo nie było obce Leonowi Borzyszkowskiemu. Miał przecież dobre ku temu tradycje rodzinne. W okresie pracy zawodowej i po przejściu na emeryturę był zaangażowany w działalność miejskich i powiatowych struktur PCK. Bliska jego zainteresowań była aktywność w komisji socjalnej PCK. Doceniał również pracę i znaczenie sióstr PCK. Miał duże poważanie dla honorowego krwiodawstwa i aktywności komisji antyalkoholowej. Osobiście w życiu prywatnym zachowywał również postawę antyalkoholową. Leon Borzyszkowski trafnie odczytywał możliwości realnego działania w nowych organizacjach społecznych. Należał do współzałożycieli Towarzystwa Miłośników Ziemi Tczewskiego (TMZT). Członkiem TMZT został 24 marca 1970 roku. Patriotyzm lokalny miał niejako we krwi. W 1980 roku cała Polska żyła strajkami w Stoczni Gdańskiej i narodzinami NSZZ „Solidarność”. Leon Borzyszkowski nie pozostał obojętny na te przemiany i wyzwania. Już 30 września 1980 roku został członkiem NSZZ „Solidarność”. Przejawiał znaczną aktywność w strukturach tczewskiej „Solidarności” służby zdrowia. Wszedł w skład jej Komisji Zakładowej. Z historycznych lat 1980-1981 dobrze pamięta i wspomina współpracę z doktor Ewą Rogowską. Po relegalizacji NSZZ „Solidarność”, wiosną 1989 roku, L. Borzyszkowski przewodniczył przez dwie kadencje Komisji Rewizyjnej w macierzystym ZOZ-ie. Z perspektywy wielu lat Pan Leon z sympatią i pewnym poczuciem dumy wspominał swoją aktywność w NSZZ „Solidarność”. Warto nadmienić, że ideały solidaryzmu społecznego zawsze pozostawały jemu bliskie. W pamiętnym roku 1981, a dokładnie 18 listopada 1981 roku, za23


angażował się również w działalność Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego Oddział w Tczewie. Zapewne idea regionalizmu i pomorskości była mu zawsze bliska. Nigdy też nie zapomniał, że rodowód rodzinny wiąże się z Kaszubami. Dopowiadając sferę aktywności społecznej należy nadmienić, że dopiero w wolnej Polsce, L. Borzyszkowski zgodził się pełnić obowiązki ławnika przy Sądzie Rejonowym w Tczewie. Rekomendacji udzieliła mu struktura „Solidarności” Służby Zdrowia pod przewodnictwem Romana Wachowskiego. W sferze politycznej Leon Borzyszkowski udzielał się w Stronnictwie Demokratycznym (SD). Należał do tej partii politycznej od 10 lutego 1960 roku. Dodajmy, że do tej formacji politycznej należał już jego ojciec. Wyjaśnijmy, że w czasach PRL (także w Tczewie) do SD należeli lekarze, nauczyciele i rzemieślnicy. Chociaż Pan Leon nie piastował eksponowanych stanowisk, to niewątpliwie należał on do czołowych działaczy tczewskich struktur SD. Dopowiedzmy, że po 1970 roku wchodził L. Borzyszkowski w skład zarządu miejskiego SD. Z czasem został zastępcą przewodniczącego SD w Tczewie i w powiecie. Najogólniej mówiąc aktywność w SD była przejawem jego pragmatyzmu politycznego i formą budowania autonomii w tczewskim środowisku rzemieślniczym. W 1989 roku, w roku przełomu politycznego, Leon Borzyszkowski należał do współorganizatorów inicjatywy budowania tzw. „okrągłego stołu” w grodzie Sambora. Ostatecznie wskutek politycznej interwencji z Gdańska, inicjatywa ta nie powiodła się, ale w Tczewie zaistniał klimat do szerszego współdziałania ponadpartyjnego dla dobra wspólnego. Niewątpliwie L. Borzyszkowski miał w tej inicjatywie istotny udział. Już na emeryturze Leon Borzyszkowski bliżej zainteresował sie rodowodem i tradycjami swojej rodziny. W tym zakresie ważny był kontakt z ówczesnym prezesem Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego i wicewojewodą gdańskim prof. Józefem Borzyszkowskim. Pana Leona szczególnie zainteresowały organizowane zjazdy rodziny Borzyszkowskich. Zachowało się pismo z 29 kwietnia 1991 roku, w którym L. Borzyszkowski zgłosił swoją najbliższą rodzinę do zjazdu rodzin Borzyszkowskich. W jej imieniu napisał do organizatorów, że „inicjatywę zorganizowania zjazdu Borzyszków uznaliśmy za niezwykle ciekawą i trafną. Jesteśmy pełni uznania dla jej organizatorów i wdzięczni za poniesiony trud”. Nadto zadeklarował chęć wsparcia dla organizatorów. W sumie, jak wspomina Pan Leon, odbyły się trzy zjazdy rodziny Borzyszkowskich. Rodzinnie Leon Borzyszkowski mógł czuć się osobą spełnioną. W 1951 roku ożenił się z Barbarą Draganowską (1924-1989). Ich ślub uległ pewnemu przyśpieszeniu (Leon był na IV roku studiów) z uwagi na zagrożenie zasiedlenia przez władze kwaterunkowe posesji rodziny Borzyszkowskich przy ul. Kaszubskiej. Pan Leon miał z Panią Barbarą udany związek. Trzymał się tradycyjnego podziału obowiązków rodzicielskich. Państwo Borzyszkowscy zgodnie przeżyli 24


38 lat małżeństwa. Z początkiem 1953 roku Pan Leon został ojcem córki Marii. Niestety, małżeństwo Borzyszkowskich nie doczekało się kolejnych potomków. Z czasem obumarła jego żona. Ponad ćwierć wieku pozostawał L. Borzyszkowski wdowcem. Pomimo istniejących możliwości nie rozważał ponownego ożenku. W 90. roku życia miał świadomość, że długowieczność to szczególny i piękny dar Opatrzności jemu dany.

W harcerstwie Leon Borzyszkowski zajmuje ważne miejsce w historii tczewskiego harcerstwa. Warto zauważyć, że już w 1937 roku w szkole powszechnej przystąpił do Związku Harcerstwa Polskiego. Początkowo należał do zuchów. Do dziś ze wzruszeniem wspomina uroczystość przysięgi i nadania jemu krzyża harcerskiego w czerwcu 1939 roku. Druh L. Borzyszkowski należał do tzw. kolejowej drużyny w Tczewie. Drugi harcerski rozdział w biografii Leona Borzyszkowskiego miał miejsce już w wieku dorosłym, dojrzałym. Sięgnijmy zatem do kronik i do źródeł. W maju 1970 roku podjęto w Tczewie inicjatywę powołania Starszoharcerskiego Kręgu Instruktorskiego (SKI) „Jaszczurkowcy”. Inicjatywę wówczas firmowali Bronisław Goździelewski, Albin Stangenberg i Helena Trzcińska. Oczywiście wspierał ich Leon Borzyszkowski. Naturalnie w ówczesnym PRL (państwo tzw. realnego socjalizmu) wymagała ona zgody i łaskawości ówczesnych władz. 15 listopada 1971 roku rozkazem Komendy Hufca ZHP Tczew (komendantki hm. Danuty Zagorskiej) powołano SKI „Jaszczurkowcy”. Krąg „Jaszczurkowców” skupił 31 członków, w tym druha L. Borzyszkowskiego. W szczytowym okresie liczba „Jaszczurkowców” wynosiła ponad 50 osób. W 1975 roku Leon Borzyszkowski otrzymał książeczkę harcerską poświadczającą, że jest instruktorem ZHP. Warto dodać, że 1978 roku SKI „Jaszczurkowcy” z Tczewa w krajowym współzawodnictwie otrzymał honorowy tytuł „Wzorowego Kręgu Instruktorskiego”. W dwa lata później tczewscy „Jaszczurkowcy” zostali zaliczeni do wyróżnionych „Kręgów Sztandarowych” w skali ogólnopolskiej. Nic dziwnego zatem, że 10 listopada 1980 roku Komenda Chorągwi Gdańskiej ZHP przyznała stopień harcmistrza dziewięciu tczewskim druhom, w tym Leonowi Borzyszkowskiemu. W stanie wojennym, już 17 lutego 1982 roku tczewscy „Jaszczurkowcy” odbyli pierwsze spotkanie. Z kolei 27 kwietnia tego roku zorganizowali plenarne posiedzenie SKI „Jaszczurkowcy”. Jak zawsze uczestniczyli oni w  obchodach wybuchu II wojny światowej w Tczewie i Szymankowie. Do stałej tradycji należały wizyty i spotkania w szkole w Szymankowie. Wyjaśnijmy, że przed 1939 rokiem tczewscy harcerze wspomagali tamtejszą „polską szkołę”. „Jaszczurkowcy” corocznie brali udział w ogólnopomorskich rajdach „Rodło”. Na początku 25


każdego roku uczestniczyli w noworocznej zbiórce zaprzyjaźnionego Harcerskiego Kręgu Starszoharcerskiego „Korzenie” w Gdańsku, któremu wiele lat przewodniczył hm. Sylwester Glapiak. Niewątpliwie lata 80. i lata 90. należały do najbardziej aktywnych czasów w dziejach SKI „Jaszczurkowcy”. Znaczący w tym udział miał hm. Leon Borzyszkowski. Jednak z czasem zaczęło ubywać starszych druhów. Na liście spisu z początku 2005 roku SKI „Jaszczurkowcy” liczył jedynie 12 osób. Na tej liście oczywiście nie mogło zabraknąć hm. Leona Borzyszkowskiego. W 2010 roku (23 maja) praktycznie wszyscy tczewscy harcerze spotkali się w Tczewie na uroczystości kończącej XXVI Rajd „Rodło”. Uroczystość uświetnili miejscowi posłowie na Sejm RP Jan Kulas i Kazimierz Smoliński. Obecnie do SKI „Jaszczurkowcy” należy zaledwie kilka osób. Czas jest nieubłagany i kolejne osoby odeszły na tzw. „wieczną wartę”. Nawet po upływie wielu lat, dh L. Borzyszkowski wspominał chętnie i z dużym wzruszeniem lata swojej niepospolitej aktywności harcerskiej.

Zamiast podsumowania Po przejściu na emeryturę wiosną 1991 roku mógł wreszcie Leon Borzyszkowski szerzej oddać się swojej wielkiej pasji podróżniczej. Zawsze był też miłośnikiem krajoznawstwa. Warto nadmienić, że od połowy 1978 roku był członkiem Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego (PTTK). Z czasem oddał się idei zwiedzania i poznawania świata. W sumie, jak wyliczył, odbył 42 wycieczki zagraniczne! Z ważniejszych i ciekawszych destynacji warto odnotować: Egipt, półwysep Synaj, Tunezja, Turcja, Włochy, Grecja, Hiszpania, Maroko, Szwajcaria, wyspy Kreta, Rodos i Cypr, Wyspy Kanaryjskie, Majorka. We Włoszech i na Krecie przebywał i zwiedzał je Pan Leon kilkakrotnie. Oczywiście we Włoszech na czoło wybijał się Watykan i pamiętne spotkanie z papieżem Janem Pawłem II. Naturalnie z rozrzewnieniem przywoływał L. Borzyszkowski – sanktuaria i zarazem polskie nekropolie na Monte Cassino i w Loretto. Podkreślmy nasze narodowe wiktorie i masowe miejsca spoczynku, żołnierzy-bohaterów z Armii Polskiej gen. W. Andersa. Niewątpliwie podróże wciąż kształcą i wzbogacają nasze biografie. Leon Borzyszkowski zmarł 28 sierpnia 2017 roku w Tczewie. Miał ukończone pełne 91 lat życia. Nie jest łatwo podsumować jego bogatą i niezwykle różnorodną biografię. W dziejach tczewskiej farmacji Pan Leon zajmuje jedno z ważniejszych miejsc. Jako inspektor pośrednio edukował kadry naszej farmacji. W profesji cenił najwyżej: uczciwość, wrażliwość społeczną i profesjonalizm. Nawet przy intensywnej pracy zawodowej znajdował czas na społecznikostwo. Między innymi w historii harcerskiego kręgu „Jaszczurkowcy” zapisał się aktywnie i zaszczytnie. 26


Jednym zdaniem można by spuentować biografię Leona Borzyszkowskiego następująco. Wiódł żywot człowieka poczciwego i oddanego swojej „Małej Ojczyźnie”. Dodam, że Pan Leon długo wzbraniał się przed publikacją swojego biogramu, napisanego kilka lat temu. Powiedział mi: „tak, ale po mojej śmierci”. Pomyślałem sobie, jak to dobrze, że są jeszcze wokół ludzie skromni, wrażliwi i przykładni.

Wybór źródeł: Borzyszkowy i Borzyszkowscy. Studia i materiały zebrane przez Józefa Borzyszkowskiego. Gdańsk-Lipusz 1991, Borzyszkowy i Gochy. Studia i materiały zebrane przez Józefa Borzyszkowskiego. Gdańsk-Lipusz 1993, Drygas Aleksander, Zarys dziejów aptekarstwa w Tczewie (do 1951 roku). Tczew 2011, Golicki Józef, Album Tczewski lata 1900-1945. Rody i rodziny tczewskie, Tczew 1999, Kalendarz kościelny dla parafii św. Józefa w Tczewie 1936, Kalendarz kościelny dla parafii św. Józefa w Tczewie 1938, Pragert Przemysław, Herbarz szlachty kaszubskiej, tom 1, Gdańsk 2005; Rozmowy Jana Kulasa z Leonem Borzyszkowskim w dniu 5.12.2014, 12.12.2014 oraz 8.01.2015 roku.

27


Adam Langowski

Działalność narodowa Stanisława Sierakowskiego w latach 1918-1920 Setna rocznica odzyskania niepodległości przez Polskę sprzyjała upowszechnianiu wiedzy na temat dokonań wybitnych działaczy narodowych, którzy przyczynili się do powrotu naszego państwa na mapę Europy. W całym kraju w różnorodny sposób przypominano zasługi Józefa Piłsudskiego, Romana Dmowskiego, Ignacego Jana Paderewskiego oraz pozostałych Ojców Niepodległości: Wincentego Witosa, Ignacego Daszyńskiego i Wojciecha Korfantego. W kontekście wspomnianej rocznicy warto przywołać postaci, które nie przebiły się do zbiorowej świadomości, a w przełomowym roku 1918 oraz w kolejnych latach angażowały się w pracę narodową. Jedną z nich jest hrabia Stanisław Sierakowski z Waplewa na Powiślu, które ostatecznie nie znalazło się w granicach odrodzonego państwa polskiego. O przynależności państwowej tego obszaru zadecydował plebiscyt, przeprowadzony 11 lipca 1920 roku. Jego wyniki okazały się niekorzystne dla strony polskiej, dlatego Powiśle, podobnie jak Warmia i Mazury, zostały włączone do państwa niemieckiego. Sierakowski należał do czołowych działaczy ruchu polskiego w Niemczech w okresie międzywojennym. Profesor Jan Chłosta w szkicu do biografii hrabiego, opublikowanym kilka lat temu w serii Biblioteka Malborska, określił go nawet mianem „pierwszego między Polakami w Niemczech”. Jednocześnie wskazał na potrzebę napisania książki w całości poświęconej tej zasłużonej postaci. Postulat wysunięty przez olsztyńskiego badacza pozostaje wciąż niespełniony, jednak wypada mieć nadzieję, że doczekamy się w końcu biografii ostatniego pana na Waplewie. Stanisław Sierakowski już jako młodzieniec wykazał się swoim patriotyzmem. Podczas nauki w gimnazjum w Chełmnie należał, wraz z bratem Janem, do tajnego Towarzystwa Filomatów, w którym pełnił funkcję skarbnika i wiceprezesa. We wrześniu 1901 roku bracia zostali skazani w procesie toruńskim za działalność w tej organizacji. Jan otrzymał karę nagany, a Stanisław tydzień więzienia. Ponadto skreślono ich z listy uczniów i wydano zakaz kontynuowania nauki na terenie państwa pruskiego. Z tego powodu maturę zdawali w Krakowie. W roku zakończenia pierwszej wojny światowej i odzyskania niepodległości przez Polskę hrabia Stanisław Sierakowski miał trzydzieści sześć lat i był właścicielem największych dóbr ziemskich na Powiślu, które przejął w 1909 roku od swojego ojca, Adama, miłośnika nauki i podróżnika. Jacek Schirmer, autor cyklu 28


artykułów poświęconych ziemianom ziemi sztumskiej, które w ostatnim czasie ukazały się na łamach kwartalnika „Prowincja”, podaje, że w drugiej dekadzie XX wieku Sierakowscy posiadali siedem dóbr rycerskich o powierzchni 3250 ha. Największy niemiecki posiadacz ziemski, hrabia Rittberg ze Stążek, gospodarował na 1300 ha. Ze związku z Heleną z Lubomirskich Sierakowski doczekał się siedmiorga dzieci, przy czym do roku 1918 narodziło się ich pięcioro: Teresa, Adam, Andrzej, Róża oraz Maria. W 1920 roku, czyli w roku plebiscytu na Powiślu Warmii i Mazurach, przyszła na świat Wanda, zwana „Plebiscytą”, a cztery lata później urodziła się Jadwiga. Plebiscytowy rok przyniósł Sierakowskiemu również bolesne doświadczenie, ponieważ w kwietniu w Nicei zmarł na gruźlicę jego brat. Jan Sierakowski spoczął we francuskim Montresorze. Po śmierci młodszego brata, do którego formalnie należała Krasna Łąka i Ramoty, Stanisław scalił klucz waplewski. Dodajmy, że Stanisław miał także starszą o dwa lata siostrę. Wanda Sierakowska wyszła za mąż za Edwarda Jaroszyńskiego, a ich córka, Cecylia, została żoną prezydenta RP na uchodźstwie, Edwarda Raczyńskiego. Sierakowski już od pierwszych dni po zakończeniu pierwszej wojny światowej mocno zaangażował się w pracę narodową, współpracując z członkami rodziny Donimirskich: Kazimierzem, Witoldem, Józefem oraz Janem. Drugi z wymienionych, Witold Donimirski z Czernina, w drugiej połowie listopada 1918 roku kierował akcją wyborczą na terenie powiatu sztumskiego, mającą na celu wyłonienie lokalnej Rady Ludowej oraz wskazanie delegatów na poznański Sejm Dzielnicowy. Sztumska Rada Ludowa została powołana na wiecu w Starym Targu, w którym uczestniczyło około siedmiuset osób. Rada, złożona z trzydziestu czterech członków, ukonstytuowała się ostatecznie 11 grudnia. Na jej czele stanął Stanisław Sierakowski, wchodząc tym samym w skład Podkomisariatu Naczelnej Rady Ludowej w Gdańsku. Dodajmy, że zastępcą Sierakowskiego został Wiśniewski, sekretarzem Paweł Nawrocki, a skarbnikiem Józef Domański. Hrabia znalazł się również w gronie delegatów na Sejm Dzielnicowy, obradujący w Poznaniu w dniach 3-5 grudnia 1918 roku. Uczestnikami tego zgromadzenia, związanymi z ziemią sztumską, byli ponadto: Karol Appelbaum (Sztum), Stanisław Grabowski (Stary Targ), Paweł Muchowski (Sztum), Władysław Majewski (Sztum), Paweł Szypniewski (Mikołajki) oraz Kazimierz Donimirski, właściciel Małych Ramz. Pełniąc funkcję prezesa sztumskiej Rady Ludowej Sierakowski wystosował w październiku 1919 roku memoriał do nuncjusza papieskiego w Warszawie, Achillesa Rattiego, w którym podkreślał konieczność bezpośredniego podporządkowania terenów plebiscytowych specjalnemu administratorowi Stolicy Apostolskiej, przysłania na katolickie tereny plebiscytowe misjonarzy polskich oraz przyłączenia terenów powiślańskich do diecezji chełmińskiej, od której 29


zostały one odłączone na podstawie bulli papieskiej „De Salute Animarum” z 1821 r. Sierakowski liczył na to, że zmiana administracji kościelnej na terenach plebiscytowych pozwoli m.in. ograniczyć uprawianie propagandy antypolskiej z ambon. Polacy musieli długo czekać na odpowiedź w tej sprawie, a działania władz kościelnych nie poprawiły w znaczący sposób sytuacji na obszarach objętych głosowaniem. Jesienią 1919 roku Sierakowski, jako reprezentant Powiśla, został ekspertem delegacji polskiej na konferencję pokojową w Paryżu. Przedstawicielami pozostałych regionów byli Stanisław Nowakowski (Warmia) oraz Zenon Lewandowski (Mazury). W liście skierowanym do Podkomisariatu Naczelnej Rady Ludowej w Gdańsku właściciel Waplewa pisał: „Szanownemu Podkomisariatowi pozwalam sobie donieść, że wyjeżdżam we czwartek 16 tm. [października] do Paryża z ramienia Komitetu Plebiscytowego, aby wejść tam w kontakt z Komisją Plebiscytową ententy, która w najbliższym czasie zostanie tam oznaczona […]”. W dalszej części pisma wymienił zadania, jakie przyjdzie mu realizować: „[…] mam nacisk tam wywierać na nasze przedstawicielstwo, żeby nie zaniedbało niczego w tej sprawie, co nam na korzyść wyjść by mogło. Więc kwestia urzędników niemieckich na tym terenie plebiscytowym, wojska, które ma teren obsadzić, prawa głosowania urodzonych na terenie a mieszkających gdzie indziej obecnie, kwestia trwania plebiscytu itd.”. Szczegółowe cele zespołu doradców przedstawiały się następująco: włączenie do przepisów wykonawczych postanowień o usunięciu z terenów plebiscytowych jak największej liczby urzędników niemieckich, wprowadzenie alianckich wojsk okupacyjnych na wszystkie tereny plebiscytowe oraz zawieszenie postanowień traktatu, które uprawniały do udziału w głosowaniu tzw. „emigrantów”, czyli osób urodzonych na obszarach objętych plebiscytem, lecz już tam nie mieszkających. Dodajmy, że do zadań ekspertów należało też dotarcie do jeńców wojennych we Francji i odnalezienie wśród nich osób uprawnionych do głosowania, które po odpowiednim przeszkoleniu mogły być wykorzystane do pracy w polskim aparacie plebiscytowym. Propozycje strony polskiej zostały w znacznej części odrzucone przez aliantów. Zdołano uzyskać zapewnienie o sprowadzeniu niewielkiej liczby wojsk państw tworzących Komisję Międzysojuszniczą. Każdy okręg plebiscytowy miał otrzymać co najmniej dwa bataliony wojsk okupacyjnych. Do okręgu kwidzyńskiego planowano przerzucić batalion włoski i brytyjski. Ostatecznie trafił tam jeden batalion włoski, uzupełniony plutonem francuskim. Zadecydowano również o ewakuacji wojsk niemieckich z terenów plebiscytowych. Niepowodzeniem zakończyły się natomiast starania dotyczące usunięcia urzędników niemieckich. Do głosowania dopuszczono też wszystkich urodzonych na tych ziemiach przed 1900 r., a zamieszkałych w zachodnich częściach Niemiec. 30


Ostatnia z wymienionych kwestii wzbudzała wiele kontrowersji. Współpracownik Sierakowskiego, Zenon Lewandowski, pisał w jednym ze sprawozdań: „Pokazało się, że to horrendalne głupstwo, aby urodzeni na terenie plebiscytowym mieli prawo głosowania, zostało na życzenie polskich członków komisji do traktatu wstawione! Jaka to lekkomyślność ludzi, którzy decydują o losach kraju, którego nie znają!”. Sierakowski wraz z Nowakowskim naciskali na Lewandowskiego, aby poruszył ten problem na spotkaniu z Romanem Dmowskim. Reprezentant Mazur sam nie do końca wierzył w możliwość cofnięcia niekorzystnego zapisu w traktacie pokojowym. Wobec zdecydowanej postawy Sierakowskiego i Nowakowskiego, domagających się energicznego wystąpienia z jego strony, podjął właściwą interwencję. Ostateczne rozstrzygnięcia okazały się jednak pomyślne dla strony niemieckiej. Sprawa emigrantów pokazuje trudności, z jakimi musiała radzić sobie grupa ekspertów z terenów plebiscytowych. Sierakowski, Nowakowski i Lewandowski często nie znajdowali zrozumienia dla swoich postulatów nawet w  gronie współpracowników delegacji polskiej na konferencję pokojową. Lewandowski w sprawozdaniu nr 7 z 30 października 1919 roku nie ukrywał rozczarowania postawą członków delegacji polskiej: „Pokazało się, że ci panowie nie znając nas, myśleli nas obietnicami zadowolić i z Paryża właściwie z niczym wydostać. Takie jest zapatrywanie wszystkich trzech delegatów Komitetów: Mazurskiego, Warmińskiego, Kwidzyńskiego”. Dopiero po licznych i burzliwych dyskusjach delegacja polska przyjęła wnioski przedłożone przez przedstawicieli Warmii, Mazur i Powiśla oraz zdecydowała o przedstawieniu ich podczas obrad konferencji pokojowej. W cytowanym wyżej sprawozdaniu Zenon Lewandowski pisał z goryczą: „Do spisania tych trzech stron trzeba było chodzenia dwa razy dziennie, molestowania przez jedenaście dni! Nie dziw więc, że nasze sprawy tak koślawo idą i Niemcy, chociaż wrogowie ententy, prędzej coś dopną”. Czwartego listopada 1919 roku Rada Najwyższa Głównych Mocarstw ustaliła skład Komisji Międzysojuszniczych, których zadaniem było przygotowanie, przeprowadzenie i obliczenie wyników plebiscytu. Miały one również stworzyć warunki zapewniające równouprawnienie obu stronom w przygotowaniach do plebiscytu. Przewodniczącym komisji w okręgu kwidzyńskim został przedstawiciel Włoch, generał Angelo Pavia. W liście do żony z 16 listopada 1919 r. Sierakowski scharakteryzował członków kwidzyńskiej komisji: „Skład Komisji Ententy na teren kwidzyński jest następujący: na czele stoi Włoch, p. Pavia, bardzo bogaty, pochodzenia żydowskiego. Mówi, że chce nam pomagać. […] Anglik nazywa się Beaumont […] wygodny, nie bardzo energiczny, zapewne nie odegra wielkiej roli. Mówił, że będzie nas 31


popierał, o ile można i wierzę, że jest szczery. Francuz, hrabia de Cherisey jest wybitnie klerykał, raczej realista, średnio inteligentny, wydaje się uparty i obraźliwy. Jako Francuz oczywiście dobrze do nas usposobiony. Japończycy p.p. Ida i Kato są naturalnie zagadką zupełną.”. Członkowie komisji konsultowali się z Sierakowskim w sprawie wyboru odpowiedniej siedziby i możliwości zakwaterowania. Rozważano dwie lokalizacje – Malbork i Kwidzyn. Zdecydowano się na Kwidzyn, chociaż właściciel Waplewa proponował Malbork, co w liście do żony uzasadniał w następujący sposób: „Ja podałem im myśl, że lepiej, żeby się umieścili w Malborku, bo tam będzie miejsce po usunięciu wojska. Dla nas by to było korzystne, bo mielibyśmy ich bardziej pod ręką i byliby usunięci spod wpływu urzędników i obywateli pow. suskiego”. Hrabia starał się także spełnić część potrzeb i oczekiwań wyrażonych przez niektórych członków komisji. Anglik Henry Beaumont i Francuz hr. Rene de Cherisey prosili o kucharza z Warszawy. Sierakowski pisał w tej sprawie do Warmińskiego Komitetu Plebiscytowego. Zwrócił się również do żony, aby i  ona przekazała tę informację, tak „żeby dwóch kucharzy dobrych mieli w pogotowiu”. Trzeciego sierpnia 1919 roku dekretem Rady Ministrów powołano Warmiński Komitet Plebiscytowy (WKP) jako oficjalną reprezentację wszystkich Polaków zamieszkałych na terenie powiatów: olsztyńskiego i miasta Olsztyna (Warmia), sztumskiego, suskiego, malborskiego i kwidzyńskiego (Powiśle). Komitet miał prowadzić i koordynować całokształt polskiej akcji plebiscytowej na wymienionych terenach. Wszystkie Rady Ludowe zostały zobowiązane do podporządkowania się WKP. Na prezesa komitetu powołano Brunona Gabrylewicza, pracownika Podkomisariatu w Gdańsku i pełnomocnika rządu polskiego do akcji plebiscytowej na Warmii i Prusach Zachodnich. Stanowisko sekretarza generalnego objął Stanisław Nowakowski, skarbnika Szczepan Gracz, a szefem propagandy został Konstanty Dąbkowski. Brunon Gabrylewicz uchodził za postać kontrowersyjną, dlatego jego wybór na stanowisko prezesa WKP nie spotkał się z akceptacją ze strony działaczy związanych z Powiślem. Stanisław Sierakowski starał się uspokoić nastroje i powstrzymać bojkot kierownictwa WKP. Szesnastego sierpnia 1919 roku pisał z Warszawy do żony: „Niech absolutnie żadnych protestów nie robią. Każdy protest przeciw Komitetowi Warmińskiemu szkodzi bez kwestii sprawie naszej. Popsujecie całą robotę przez takie protesty. Niech pan Rzepnikowski do naszych spraw się nie miesza, bo to nam nie pomoże, najwyżej zaszkodzi”. W kolejnym liście, pisanym z Gdańska 18 sierpnia 1919 r., powtórzył swój apel: „Co do Gabrylewicza to uspokójcie się, on nam potrzebny i będzie i tak na czele biura, a ja mam być przy komisji i na czele ruchu”. Wiele słów krytyki pod adresem pierwszego prezesa WKP odnaleźć można 32


we wspomnieniach Marii Donimirskiej, córki doktora Teofila Rzepnikowskiego. Kazimierz Donimirski wystąpił przeciwko Gabrylewiczowi i, jak zapisała Maria, „wysłał […] protokół na ręce dr. Wybickiego podkomisarza, aby przed tą figurą rząd polski ostrzegł”. Donimirska przytacza również fragment listu wystosowanego do jej męża przez Stanisława Sierakowskiego oraz Nowakowskiego, w którym obaj panowie zwrócili się do właściciela Małych Ramz z żądaniem „aby burd nie robić, iść zgodnie ręka w rękę z Komitetem, który i tak ma pracę wielce utrudnioną. Dlatego zdradą jest takie sprawy przed forum wywoływać”. Sformułowania użyte w liście oraz jego ostry ton mocno zabolały Marię i jej męża, którego ona sama uważała za „prawdziwie dobrego patriotę”. W listopadzie 1919 roku Gabrylewicza aresztowano pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Niemiec i uprawiania propagandy komunistycznej. Wkrótce został jednak zwolniony i zrehabilitowany, gdyż nie znaleziono dowodów jego winy, ale nie wpłynęło to dodatnio na aktywność WKP, którego oficjalną siedzibą do czasu przybycia Komisji Międzysojuszniczej w lutym 1920 roku była Warszawa. Trzeciego grudnia 1919 roku w Grudziądzu pod wpływem Rad Ludowych Powiśla i Mazur powołano drugi WKP. W jego skład weszli przedstawiciele Rad Ludowych z sześciu powiatów. W związku z nieobecnością Sierakowskiego, przebywającego wówczas w Paryżu, w nowym WKP znalazła się Helena Sierakowska, prezes sztumskiej Rady Ludowej. Na czele drugiego WKP stanął Kazimierz Donimirski z Małych Ramz. Funkcję tę przyjął jednak bez wielkiego entuzjazmu i z wyraźnymi oporami, co znajduje potwierdzenie we wspomnieniach Marii Donimirskiej. Rozczarowany warunkami, w jakich przyszło mu działać oraz niemożnością znalezienia porozumienia z innymi działaczami, zrezygnował ze stanowiska. Jego następcą został ksiądz Antoni Ludwiczak. Konflikty personalne wśród polskich działaczy w okresie plebiscytu były zjawiskiem powszechnym i w znaczący sposób przyczyniały się do osłabienia akcji plebiscytowej. Wydaje się, że dużo racji miała Maria Donimirska, stwierdzając, że „plebiscyt to rozpętanie szatana o lepsze w podjudzaniu ludzi przeciw sobie”. Z chwilą przybycia Komisji Międzysojuszniczych na tereny plebiscytowe utworzono urzędy konsularne w Olsztynie i Kwidzynie, mające reprezentować rząd polski wobec aliantów. Urzędom nadano najwyższą rangę Konsulatów Generalnych. Piątego lutego 1920 roku Sierakowski został mianowany konsulem generalnym RP w Kwidzynie. W Monitorze Polskim odnajdujemy następujący zapis: „Dekretem Naczelnika Państwa z 6 lutego 1920 r. hr. Stanisław Sierakowski delegowany został na okres plebiscytu do Komisji Międzysojuszniczej w Kwidzynie z jednoczesnym przyznaniem mu tytułu konsula generalnego”. Trzeciego marca Komisja Międzysojusznicza udzieliła mu exequatur. Biura konsulatu mieściły się w budynku tzw. Resursy Polskiej przy ulicy Herrenstrasse 14, czyli obecnej ulicy Słowiańskiej. 33


Początkowo Komisja Międzysojusznicza pomijała konsulat w kontaktach z rządem polskim, co może świadczyć o tym, że alianci lekceważyli nowoutworzone urzędy konsularne. Polskie MSZ w piśmie z 6 marca 1920 roku poleciło konsulatowi zwrócić uwagę Komisji Międzysojuszniczej, iż „Konsulat Generalny jako przedstawicielstwo rządu polskiego jest zupełnie miarodajny do pośredniczenia między rządem polskim a Komisją Międzysojuszniczą”. W tym samym piśmie MSZ prosi o sprawdzenie, czy komisja zgodziłaby się na przydzielenie do konsulatu attache wojskowego. Komisja takiej zgody jednak nie wydała. Komisarz generalny w Gdańsku Maciej Biesiadecki w telegramie szyfrowym do MSZ informował: „Sierakowskiemu 13 marca komisja plebiscytowa odmówiła przydzielenia attaches wojskowych”. Pod koniec marca 1920 r. Sierakowski wydał zarządzenie mówiące o tym, aby osoby z powiatu suskiego, starające się o otrzymanie wizy na wyjazd do Polski, składały podania do zaopiniowania polskiej Radzie Ludowej w Iławie. Decyzja konsula była reakcją na zajścia podczas wiecu w Iławie, rozpędzonego przez bojówki niemieckie 14 marca. Generał Pavia za pośrednictwem poselstwa włoskiego w Warszawie złożył protest przeciwko zarządzeniu konsulatu. Polskie MSZ uznało jego słuszność i nakazało anulowanie zarządzenia, stwierdzając jednocześnie, że kompetencje konsulatu „jako przedstawiciela rządu polskiego winny być ściśle odgraniczone od zakresu działalności Rad Ludowych, reprezentujących miejscową ludność polską”. Sierakowski jako konsul RP współpracował z WKP, wspierając różne inicjatywy podejmowane przez działaczy komitetu. Nie wszystkie kończyły się sukcesem. Nie udało się na przykład utworzyć w Kwidzynie oddziału Polskiej Agencji Telegraficznej w celu „szybkiego informowania opinii krajowej i zagranicznej o gwałtach niemieckich, stronniczości Komisji, itd.”. Propozycja złożona przez Wydział Prasowy WKP zyskała przychylność konsula Sierakowskiego, który pod tekstem projektu umieścił dopisek: „Konsulat Generalny Polski w Kwidzynie gorąco popiera powyższe żądanie Komitetu Plebiscytowego, uznając je za słuszne i koniecznie potrzebne w interesie plebiscytu”. W kontaktach z Komisją Międzysojuszniczą Sierakowski przyjął odmienną taktykę niż jego odpowiednik w Olsztynie, Zenon Lewandowski. Olsztyński konsul kierował pod adresem komisji ostre noty, w których dowodził, że nie wypełnia ona swoich obowiązków. Lewandowskiemu wytykano niewłaściwe zachowanie i słabą znajomość języka francuskiego. Zarzucano mu, że obok spraw ważnych zajmował się również sprawami mało istotnymi. W raporcie Zbyszewskiego, pracownika konsulatu RP w Olsztynie, napisanym 8 kwietnia 1920 roku dla MSZ, czytamy: „[…] wysłanie tu człowieka taktownego, równocześnie bogatego, który by utrzymywał stosunki towarzyskie z członkami Komisji Międzysojuszniczej, mogłoby niejedno jeszcze naprawić”. Działania Sierakowskiego jako konsula 34


w Kwidzynie nie budziły tylu emocji. Sierakowski był człowiekiem majętnym, bardzo dobrze wykształconym i potrafiącym nawiązać dobre relacje z członkami komisji. Posiadał więc wszystkie cechy, których, według Zbyszewskiego, brakowało konsulowi olsztyńskiemu. Hrabia przestrzegał przyjętych norm postępowania obowiązujących w dyplomacji. Nie krytykował otwarcie komisji, chociaż miał w stosunku do niej wiele uwag. Zastrzeżenia wobec działań aliantów były formułowane w Kwidzynie w łagodniejszy sposób niż w Olsztynie, a do ich wyrażania wykorzystywano łamy „Gazety Polskiej dla Powiatów Nadwiślańskich”. Zdarzało się, że również działania Sierakowskiego poddawano krytyce. Porucznik Dubicz, oficer łącznikowy Naczelnego Dowództwa WP przy Polskiej Misji Wojskowej w Gdańsku, w meldunku z 19 kwietnia 1920 roku donosił: „Wielkie poruszenie w kołach niemieckich wywołał fakt przywiezienia większych sum przez hr. Sierakowskiego. Pieniądze te miały być podobno przeznaczone na cele plebiscytowe, przywiezione jednak były w sposób tak mało dyskretny, że echo ich odbiło się o wszystkie granice Gdańska”. Będąc konsulem RP Sierakowski przyjmował wielu znakomitych gości. Do spotkań dochodziło w kwidzyńskim Hotelu Cassino, stanowiącym centrum życia polskiego w okresie plebiscytu, lub w waplewskim pałacu. Wicekonsul Leon Przybyszewski w raporcie do MSZ z 7 maja 1920 r. pisał: „Jak na razie podejmuje Pavię oraz innych członków Komisji hr. Sierakowski. To pozaoficjalne zbliżenie się z członkami Komisji ma bardzo doniosłe znaczenie i obiecujemy sobie po nim niejeden sukces w ciężkiej walce naszej o zwycięstwo nad krzyżactwem” W maju 1920 roku Stefan Żeromski, Jan Kasprowicz i Władysław Kozicki przybyli na Powiśle, aby wesprzeć akcję plebiscytową, popularyzować ideę głosowania za Polską oraz mobilizować miejscową ludność. Ich przyjazd został zorganizowany przez polskie MSZ. Pisarze dokonali objazdu terenów plebiscytowych, przemawiali na wiecach, odbywali spotkania i rozmowy z liderami ruchu polskiego. Wydali również odezwę do społeczeństwa „Ratujmy ziemie nadwiślańskie. Ratujmy Polskę!”. Żeromski ogłosił cykl reportaży „Iława – Kwidzyn – Malbork”, w którym krótko opisał swoje wrażenia z Waplewa: „Tegoż dnia zdążyliśmy jeszcze przed zmierzchem do Waplewa, ażeby przez chwilę napawać się pięknem jego parku i rzucić okiem na dzieła sztuki, istotnie bezcenne, zgromadzone w starym pałacu. Jak piękny sen z dalekiego regionu ukazał się nam świat zamknięty w drewnianej szkatule z listami Zygmunta Krasińskiego do Adama Sołtana”. Dwudziestego czwartego czerwca 1920 roku doszło w Waplewie do kolejnej ważnej wizyty. Tego dnia hrabia Sierakowski zorganizował specjalny bankiet, na który przybył nuncjusz apostolski Achilles Ratti. Sierakowski i przedstawiciel Stolicy Apostolskiej zostali sobie przedstawieni przez generała Pavię dwa dni wcześniej w Kwidzynie. Ratti nie planował przyjazdu do Waplewa. Dwudzie35


stego czwartego czerwca miał być już w Olsztynie, jednak przyjął zaproszenie od Sierakowskiego. Zmiana harmonogramu krótkiego pobytu nuncjusza apostolskiego na terenach plebiscytowych świadczy o skuteczności hrabiego, który w ostatniej fazie przygotowań do plebiscytu starał się jeszcze pozyskać przychylność Rattiego. Również w późniejszym czasie Sierakowski nie szczędził środków na organizację spotkań w Waplewie, co z pewnością miało wpływ na pogorszenie się kondycji finansowej hrabiego. Zwrócił na to uwagę Roman Janta-Połczyński: „Były okresy, kiedy przyjęcia z tego tytułu powtarzały się w sędziwym dworze waplewskim bardzo często i dość silnie obciążały prywatną szkatułę Sierakowskich”. Przegrany plebiscyt z 11 lipca 1920 roku zamyka pierwszy etap bogatej działalności narodowej Stanisława Sierakowskiego. W kolejnych latach właściciel Waplewa będzie odgrywał pierwszoplanową rolę w polskim ruchu narodowym w Niemczech, pełniąc wiele zaszczytnych funkcji, m.in. prezesa Związku Polaków w Niemczech. Doświadczenia z lat 1918-1920 stanowiły solidny fundament dla jego dalszej pracy na rzecz Polaków, którzy znaleźli się w granicach państwa niemieckiego. Izabella Sierakowska-Tomaszewska, wnuczka Stanisława Sierakowskiego, w wywiadzie udzielonym Magdalenie Grzebałkowskiej w 2008 roku, wypowiedziała następujące słowa: „[…] dla moich dziadków najważniejsza była Polska. Tradycją tego domu od pokoleń były »służba i obowiązek«, życie prywatne było na dalszym planie”. Losy właściciela Waplewa i Osieka, zamordowanego wraz z żoną i córką Teresą oraz zięciem Tadeuszem Gniazdowskim przez hitlerowców w październiku 1939 roku, w  pełni to potwierdzają. Śmierć hrabiego i najbliższych mu osób już na początku drugiej wojny światowej, to cena, jaką przyszło mu zapłacić za prowadzenie szerokiej działalności narodowej, daleko wykraczającej poza obszar ziemi sztumskiej.

Wykaz źródeł i literatury Plebiscyty na Warmii, Mazurach i Powiślu w 1920 roku. Wybór źródeł, wyd. P. Stawecki, W. Wrzesiński, Olsztyn 1986; Donimirska M., Bóg dał nam czas próby. Wspomnienia z lat 1918-1935, opr. A. Lubiński, Sztum 2012; Barganowski A., Plebiscyt na Ziemi Kwidzyńskiej, Zeszyty Kwidzyńskie, nr 1, Kwidzyn 2000, s. 6-91; Borzyszkowski J., Życie społeczno-kulturalne i działalność polityczna Polaków ziemi sztumskiej w państwie prusko-niemieckim [w:] Sztum 1806-1945, red. J. Ryszkowski, Sztum 2014, s. 145-262; Chłosta J., Nad biografią Stanisława Sierakowskiego. Pierwszy między Polakami w Niemczech [w:] Ród Sierakowskich na ziemi malborskiej, red. J. Hochleitner, P. Szwedowski, Malbork, s. 179-194; Gebel A., Konsulat Rzeczypospolitej Polskiej w Kwidzynie w latach 1920-1939, 36


Zeszyty Kwidzyńskie, nr 5, Kwidzyn 2001, s. 11-91; Janta-Połczyński R., Na straconym posterunku. Przyczynek do historii ostatnich dworów polskich na ziemi sztumskiej [w:] Ziemiaństwo polskie 1920-1945, red. J. Leskiewiczowa, Warszawa 1988, s. 17-119; Liguz J., Wydarzenia na Powiślu po I wojnie światowej [w:] Ród Sierakowskich na ziemi malborskiej, s. 39-52; Lubiński A., Co wydarzyło się na Ziemi Sztumskiej między 11 listopada 1918 roku a 28 czerwca 1919 roku (Referat wygłoszony 10 października 2018 roku na LIV sesji Rady Miejskiej w Sztumie); Schirmer J., Ziemianie Ziemi Sztumskiej i ich posiadłości 1466-1945, cz.3, okres 1871-1918, „Prowincja”, 1(31) 2018, s.  86-101; Szostakowska M., Konsulaty polskie w Prusach Wschodnich w latach 1920-1939, Olsztyn 1990; Wrzesiński W., Polska-Prusy Wschodnie. Plebiscyty na Warmii i Mazurach oraz na Powiślu w 1920 roku, Olsztyn 2010.

37


Leszek Muszczyński

Bruno Pompecki (7.04.1880–4.04.1922) – niemiecki liryk rodem ze Świecia Do kanonu mniej znanych gdańskich jak i pomorskich (kociewskich) pisarzy, piszących w języku niemieckim, należał Bruno Pompecki. Pochodził z mieszanej polsko-niemieckiej rodziny ze Świecia. Studiował w Marburgu, Wrocławiu oraz Królewcu. Był nauczycielem w Wejherowie i Oliwie. Większość swojej twórczości poświęcił Gdańskowi jako stolicy ówczesnej pruskiej prowincji Prusy Zachodnie. Najbardziej znany jest jako twórca ówczesnej syntezy historii literatury prowincji Prusy Zachodnie. W 1915 roku opisał w niej zbiór biogramów oraz interpretacji twórczości niemal wszystkich ówczesnych autorów piszących o Gdańsku i Pomorzu, przeważnie w języku niemieckim. Jego twórczość powstawała pod znakiem tzw: „Heimatliteratur”, czyli literatury lokalnej, tzw. „małej ojczyzny”, której ojczystym językiem był język niemiecki. Mimo, że opisywał on krajobraz gdański oraz kociewski w tym języku, praktycznie nie jest uwzględniany przez polską literaturę. Głównie z powodu języka, a nie regionu. Pompecki był niezwykle płodnym twórcą. Jego korzenie sięgają wpływów tzw: „neuromantik” z lat 1890-1915. Ten prąd literacki był przeciwieństwem naturalizmu oraz nawiązywał do niemieckiego romantyzmu, a w szczególności do okresu średniowiecza i włoskiego renesansu. Popularnością cieszyły się w  tym czasie przypowieści, mity oraz bajki oparte na kreowaniu pełnej tajemniczości wizji krajobrazu. W swojej liryce Pompecki opierał się na wpływach symbolizmu oraz dekadencji. Operował głównie pogłębionym stylem językowym. Swoje wiersze publikował nie tylko w ponad regionalnych periodykach niemieckich, lecz często w gdańskiej prasie. Najpierw w katolickim „Westpreussischen Volksblatt”, gdzie opublikował swoje wiersze pt: Winterabend (Zimowy wieczór), Vorfrühling (Przedwiośnie). Pisał też krytyczne opracowania z historii 38


literatury niemieckiej o Heinem, Geibelu, Robercie Reinicku oraz Schillerze i Erneście Hardt. Potem do największej i najbardziej znanej niemieckojęzycznej gdańskiej gazety „Danziger Neueste Nachrichten”oraz „Danziger Zeitung”. W 1905 roku zadebiutował wierszem Weichselrauschen (Wiślane szmery), poświęconym Wiśle. W pełen nostalgii i smutku utworze przeplatanym opisem przyrody pokazał tęsknotę za krajobrazem wiślanym. W tomiku wierszy zgromadził wiele pieśni dotyczących „małej ojczyzny” widzianych oczyma dziecka i młodzieńca. Im Werder rauschen die Weiden Na Żuławach szumią łąki regenverschleiert und matt, przysłonięte deszczem, matowe, Wolken wie lastende Leiden Chmury, niczym ociężałe cierpieniem geh’n über die graue Stadt… pędzą poprzez szare miasto Das Land ertrinkt im Schweigen Kraj tonie w milczeniu – aus den Kämpen, von Schwermut voll, z walk, pełną melancholii da klingt’s wie von dunklen Geigen rozbrzmiewa, jak ciemne skrzypce in weichem Moll... w miękkiej tonacji mol... Stromüber weht eine Weise, Przez rzekę wieje mądrość, die Traum und Sehnsucht vereint, połączone snem oraz tęsknotą, als ob eine Seele leise jak gdyby dusza cicho nach innen weint... do wnętrza płakała….

W Verklungene Tage (W przebrzmiałych latach) (1909) krążą myśli autora o utraconej miłości. Jego najlepsze wiersze znajdują się w tomiku Heilige Stunden (Święte godziny) z 1915 roku. Często łączy w swojej twórczości emocjonalne opisy natury ze stanem duszy. Jak to ma miejsce w przypadku Sterbende Sonne (Umierające słońce). W kilku przypadkach dotyczących okresu I wojny światowej oraz późniejszych da się wyczuć u Pompeckiego silny wpływ ekspresjonizmu. Szczególnie, gdy sam zbrojny konflikt przyrównał do galopującego konia albo też opisując pracę w gdańskiej stoczni. [….] Wie eine heilige Symphonie Rast die klirrende Eisenmusik: „Ich bin der Krieg”:

Niczym święta symfonia pędzi brzęczy żelazna muzyka „Jestem wojną”:

Pompecki pisał wiele wierszy o Gdańsku, balladę o Konstancji Zierenberg czy chociażby o Konradzie Leczkowie. Często przesiadywał w Bibliotece Miejskiej (obecnie PAN), gdzie pisał wiersze o bibliotece, księżycu nad Gdańskiem oraz w małych cyklach o historii Gdańska i jego życiu codziennym. Temu poświęcony jest nietypowy wiersz pt: Danziger Giebel (Gdańskie sklepienia) (1919). 39


In dem Gewirr der Riesenstadt, W ferworze wielkiego miasta Qualmumloht duszący dym Vom Abendschein gesegnet matt. Przywiany wieczora mdłym zapachem Im warmen Ziegelrot W ciepłej cegle Leuchten die alten Giebel. Świecą stare sklepienia Schüchtern versteckt und krähenüberflogen. Nieśmiało ukryte i kracząc przelatując Fern dröhnt die Eisenbahn auf Brückenbogen Z daleka huczy kolej na przęsłach mostu Im stillen Giebel w cichych sklepieniach Ein Kinfd träumt über der Fibel… dziecko śni o bajce…. […] […]

Bruno Pompecki wielokrotnie przebywał w Świeciu, gdzie miał rodzinę. Nazwisko Pompecki występuje także na Warmii i Mazurach, gdzie zachowały się nagrobki o tym nazwisku. Pomimo tego, że wybrał opcję niemiecką, związany był raczej z Gdańskiem. Pisał bowiem po niemiecku i kojarzony był bardziej z literaturą niemieckojęzyczną niż polską. Nie ukazywały się właściwie żadne przedruki czy tłumaczenia jego twórczości. W  „Gedanopedii” można znaleźć niewielką wzmiankę o jego osobie. Niech ten krótki artykuł przyczyni się do ukazania sylwetki osoby, która w pięknych słowach opisywała krajobraz pomorski. Warto też byłoby zainteresować włodarzy Świecia twórczością oraz życiem Brunona Pompeckiego. Kto wie? Może w przyszłości będzie miał nawet swoją ulicę.

Okładka jednego z tomików Pompeckiego

40


Tekst jednego z wierszy Pompeckiego

41


Leszek Muszczyński

„Platt-deutsch”, czyli rzecz o języku dawnych gdańszczan i niemieckich mieszkańców Pomorza Po czym można dzisiaj rozpoznać dawnego gdańszczanina. Nie każdy z nich nosi przecież w sobie niewidzialną nić, łączącą go ze swoją dawną „małą ojczyzną”, nie każdy też ma wypisane to na twarzy, czy też nosi w klapie marynarki herb miasta, mówiący, że jest „Danzigerem”. Zawsze jednak ilekroć pada pytanie: „Sind sie Danziger?”1. Pada niezmiennie odpowiedź: „Aber ja, doch! Auch ein Mochum!”2 lub „Auch ein Pomuchelskopp!”3. Wtedy to język zdradza od razu pochodzenie danego człowieka, jego los a nawet klasę czy pozycję społeczną. Nie inaczej jest z dawnymi gdańszczanami. Potocznie sądzi się, iż był to język niemiecki. Oczywiście, jest to tylko po części prawda. Gdybyśmy cofnęli się w czasie do okresu przynajmniej międzywojennego, to okaże się, że w Wolnym Mieście Gdańsku oraz na Pomorzu Nadwiślańskim istniało co najmniej kilka odmian tego języka, tzw. dialektów nakładających się na siebie w tym portowym mieście. Niemiec z Bawarii czy Nadrenii z  trudem mógł zaś zrozumieć swojego pobratymca z  Gdańska czy Pomorza. Podsycał również te różnice językowe swoiście pojmowany patriotyzm lokalny oraz spuścizna społeczno-polityczna miasta i  regionu pomorskiego. Mieszkańcy poszczególnych landów zawsze mówili o sobie w pierwszym rzędzie, że są Bawarczykami, Ślązakami, Sasami, Pomorzanami, w mniejszym stopniu zaś Niemcami. Dopiero wzrost świadomości narodowej spowodował ewolucję tego poglądu w stronę pojęcia ogólnonarodowego. Zawsze jednak pozostało ono drugorzędne, a pierwszeństwo ma w Niemczech, także i obecnie, ma pojęcie „Heimatlandu” (małej ojczyzny). Prześledźmy zatem kilka podstawowych różnic językowych, które charakteryzowały dawnych mieszkańców Gdańska. Udajmy się najpierw w kierunku „Zielonego Mostu”, skąd spoglądamy na Targ Rybny, na którym stały rzędami kobiety handlujące flądrami, mówiło się wtedy w Gdańsku „aufs Maul”4 albo na przystanek tramwajowy, gdzie najczęściej słyszało się „gdański dialekt”. 1

Czy Pan jest gdańszczaninem? Ależ tak, oczywiście (jestem) mieszczuchem. 3 Także (jestem) „łbem dorsza”. 4 Na pyskówki-pogaduchy. 2

42


Gdański „Plattdeutsch” jest gałęzią wielkiej dolnoniemieckiej rodziny językowej, której zasięg przebiegał od zachodniego wybrzeża flandryjskiego na wschód w kierunku do Królewca i Kłajpedy. Ten dolnoniemiecki język różnił się od górno- i średnioniemieckiego nie tylko w piśmie oraz potocznej mowie, lecz również zachowaniem pewnych archaicznych form głosek, które stosował. Polegało to na tym, że przesuwało się poszczególne głoski. W języku niemieckim używa się np. zaimka osobowego „ich”, czyli „ja”, natomiast gdańszczanie mówili raczej „ick”, „dat” zamiast „das”, jako zaimek wskazujący „to”. Czasownik „laufen” (biec) stosowano „lepen”, „twee” zamiast „zwei” (dwa) itp. Gdy plemiona dolnoniemieckie osiedliły się nad dolną Wisłą, przyniosły ze sobą język dolnoniemiecki, gdyż górnoniemieckiego w ogóle nie rozumiano. Już w czasach Hanzy pisało się i mówiło w Gdańsku przeważnie w dolnoniemieckim dialekcie zwanym „platt”. Paul Beneke podczas szturmu na okręt „Św. Tomasza” mówił do swoich zwolenników: „Ach, Gesellen, wat schallen wi nu don? Nu wollde ick doch, dat ick düssen Dag nich affgelevet, dat ick mit minen Ogen mocht ansehen, dat so maniger dudescher Krigsmann unde Schipmann vor den Walen vorzaget unde de Flucht nimmt...”5. Sama Rada Miasta posługiwała się w XVI w. tym właśnie dialektem. Od okresu reformacji zaczyna z trudem pojawiać się w Gdańsku dialekt górnoniemiecki, jednakże ograniczony był on jedynie do niewielkich grup ludności. Właściwym „Plattdeutsch” porozumiewali się jednak portowcy, stoczniowcy, rybacy z Mierzei Wiślanej oraz rolnicy z Żuław. Charakterystycznymi popularyzatorami gdańskiego dialektu byli: włóczędzy, żebracy, kloszardzi, zwani „Danziger Bowke” (gdański bówka), którzy mówili na co dzień tym językiem, obfitującym w bogaty miejski humor sytuacyjny. Szczególnie popularne były „anegdoty Bollermanna”, które publikowano szeroko w ramach serii „Gdańskiego Humoru”. Można w tym miejscu snuć podobną analogię z „lwowskimi baciarami”, którzy pełnili podobną rolę w upowszechnieniu „dialektu lwowskiego”, co „gdańscy bówkowie” dla dialektu dolnoniemieckiego. Jakie zatem cechy stanowiły o specyfice językowej tego dialektu? Bardzo istotna w każdym narzeczu jest wymowa i ogólna tonacja języka, aniżeli miejsce głosek czy wybór określonych słów, zwrotów, zwłaszcza dla korzystającego z gwary, jak i dialektu. Ten właściwy przebieg tonacji stanowi dla naśladowców i rozmówcy o obrazie danego języka lub dialektu. Większość byłych mieszkańców Gdańska i okolic osiedliła się po wojnie w Dolnej Saksonii od Lubeki, Bremę po Oldenburg. Nie od rzeczy będzie zatem przypomnieć róż5

Ach towarzysze, cóż my mamy teraz czynić, chciałbym, ażeby ten dzień nie przeminął, abym mógł zobaczyć na własne oczy, aby niektórzy żołnierze spośród marynarzy nie musieli już więcej uciekać (...).

43


nice, jakie panują pomiędzy miejscowymi autochtonami a dawnymi gdańszczanami. Saksończycy mówią np. „mäkeln” (grymasić), „flapen” (mówić niewyraźnie), „feggen” (zamiatać, pędzić), „verteilen” (rozdzielić), natomiast gdańszczanin powie „moake”, „schloape”, „faje”, „vertalle”. Dolnoniemieckie „ick” (ja), znaczy na tym terenie „eck”. W niektórych wypadkach słowa dolnoniemieckie były podobne do górnoniemieckich, ulegających z czasem ich wpływom. Pomimo tego gdański dialekt zachowywał wyraźną różnicę. Słowo „stehen”(stać) gdańszczanie wypowiadali jako „schtoahne”, „spitz” (ostrze) jako „spetz”, a „sprechen”(mówić) jako „spräke”. Kto nie miał okazji słyszeć dialektu gdańskiego, może zapoznać się z nim czytając wiele innych pisanych źródeł tego języka. Część z nich napisana była przez lokalnych poetów gdańskich takich jak: Walther Domanskys, który napisał utwóry Danziger Dittchen oraz Ein Bundchen Flundern (Kolorowa flądra), poeta-stoczniowiec Gustaw Kroß twórca Danziger Uhlespeegel (Gdański Sowizdrzał), Herbert Sellkes autor opowiadań Nehberschlied (Pieśń sąsiedzka) oraz Max Schemke twórca zbioru Danziger Bloomegoarde (Gdańska gwardia kwietna). Na koniec warto wspomnieć o Erneście Friböse, który pisał lekkie, wesołe utwory, takie jak Foorts tem Bejuche, Zeckerschnut. Trzeba powiedzieć, iż był to język potoczny, głównie używany na co dzień przez uboższe i średnie klasy społeczne Gdańska. Jednak i dla wykształconych warstw w mieście znajomość jego nie była obca, gdyż większość patrycjatu pochodząca z terenu północnych Niemiec lepiej lub gorzej nim władała. Ciekawostką może być fakt, że w okolicach miejscowości Pogódki, wykształciła się nawet swoista mieszanka dialektu „platt” z literackim językiem „hochdeutsch”, zwana często „Missingsch”. Główną charakterystyczna cechą „platt” w stosunku do obecnego języka literackiego było zaokrąglanie umlautów, czyli przegłosu; i  tak dopełnienie „schöne grüne Bäume” (piękne zielone drzewa) stary gdańszczanin wypowiada jako: „scheene griene Beime”. Bardzo ciekawym zagadnieniem są zwroty i wyrażenia wywodzące się z gdańskiego dialektu. Takimi charakterystycznymi wyrażeniami są słówka: „Mochum” i „Pomuchelskopp”, które dawniej jak i obecnie zdradzają poprzez swoje znaczenie pochodzenie konkretnego rozmówcy. „Mochum”, to wyrażenie określające gdańszczanina jako „mieszczucha”. Pochodzi nie z języka niemieckiego, lecz z hebrajskiego. I stanowi jedyne tego typu określenie w języku niemieckim. Często okazuje się, że nietypowe określenia dialektu ujawniają swoje znaczenie negatywne czy też nawet lekko obraźliwe. Wyrosłe ze stereotypowego lub uproszczonego postrzegania rzeczywistości. Takim przykładem może być cała seria wyrazów, gdzie nadmiernie występuje litera „L”. Powszechnie występowały więc takie wyrazy jak: „Labs”, „La44


bommel”, „Lachodder”, ”Leidack”, „Luntrus”. Wspomnieliśmy już wcześniej o „Mochum”. Warto nadmienić, że również obecne są w tym dialekcie wyrazy pochodzenia holenderskiego („Annosel”), polskiego („Mistbunkenstreet”) – „bunk”, oznacza „bąka” – synonim na określenie „brudnej ulicy” czy rosyjskiego („Schien”). Wyrażenia pochodzenia polskiego, zwłaszcza na terenach mieszanych etnicznie, były stale obecne w gdańskim dialekcie, o czym mało kto dzisiaj wie. Takie zwroty jak: „Pomuchel” (dorsz), Kujel (dzik), Koß (koza), gnietsch (ponury humor) należą do charakterystycznych dla „plattdeutsch”. Niemiecki język literacki, zwany „hochdeutsch” występował w Gdańsku i okolicach równolegle z dialektem gdańskim. Tym pierwszym władała zwłaszcza ludność wykształcona, czyli kupcy, przedsiębiorcy, naukowcy, politycy. „Plattdeutsch” był zaś domeną robotników, rolników i biedniejszego proletariatu. Chociaż był rozumiany przez większość mieszkańców miasta, obecnie niewielu z dawnych mieszkańców grodu nad Motławą mówi tym dialektem. Pozostały jedynie, jako wtręty, nieliczne „słowa-klucze” wplecione w niemiecki język literacki. Młode pokolenie dawnych gdańszczan żyjące w rozproszeniu na terenie Niemczech całkowicie straciło już akcent i język swoich przodków. Jeszcze przed i po wojnie popularyzowaniem dialektu gdańskiego zajmowali się publicyści i poeci. Ukazywał się najpierw w Gdańsku, potem w Niemczech „Danziger Hauskalender”. Poruszano w nim problemy tego dialektu, spisano nawet słownik gdańsko-niemiecki. Już wtedy autorzy tekstów ubolewali nad stanem języka, jego zachwaszczeniem oraz obawą całkowitego wyginięcia. Na terenie Niemiec mieszka dzisiaj niewielka już grupa osób posługująca się tym dialektem. Szacunki mówią, że jest ich kilka tysięcy mieszkańców, większości mieszkają w północnych Niemczech (Lubecka, Brema, Hamburg). Tworzą się stowarzyszenia miłośników tego języka, zakładane są strony internetowe oraz organizowane sympozja naukowe oraz imprezy plenerowe. Obecnie dialekt ten przeżywa drugą młodość. Organizuje się nawet lekcje tego języka w szkołach, tam gdzie rodzice sobie tego życzą. Co z tego wynika dla dzisiejszych gdańszczan polskiego pochodzenia? Oprócz szacunku dla wspólnej spuścizny, należy zwrócić uwagę na to, w jaki sposób dawni gdańszczanie pielęgnują stare tradycje i język. Wspólnota językowa kaszubskiego i „plattdeutsch” była zawsze blisko siebie. Jeden język wpływał na drugi i odwrotnie, co znalazło miejsce w poszczególnych wyrazach i zwrotach językowych. Warto więc upamiętnić i przypomnieć wzajemne losy ludzi oraz przenikanie się języków, które chcąc nie chcąc są częścią również pomorskiej i polskiej historii. Wystarczy wspomnieć, że słynny gdański 45


astronom Johannes Hevelke (Jan Heweliusz), który znał ten dialekt i nawet posługiwał się nim sprawnie, był typowym przedstawicielem rozmówcy używającego gdańskiego dialektu. Opowiadano o nim anegdoty w „plattdanzig”. Epitafia nagrobne w gdańskim kościele św. Katarzyny również zawierały wątki „plattdeutsch”. Niezrozumiałe i tajemnicze co prawda dla większości turystów i dzisiejszych mieszkańców miasta. Tym bardziej warto postarać się o ich przypomnienie. Może chociaż odrobinę staną się przyjazne poszczególne słowa po przeczytaniu tego artykułu.

Bibliografia: Der Westpreusse, Jahrgang 2, 1953

46


47

Mapa dialektów języka niemieckiego na terenie II Rzeszy w roku 1910. Na niebiesko zaznaczony obszar języka dolnoniemieckiego. Widać wyraźnie w uogólnieniu podział języka na dialekt dolno i górnoniemiecki na obszarze Kaszub, Kociewia, Powiśla oraz Żuław. Wyróżniono także zaimek osobowy „ICH” („ja”), który brzmiał inaczej w obu dialektach: „ik” w „placie” oraz „ich” w górnoniemieckim. Ilustracja ze zbiorów autora


Andrzej Solecki

Kociewiak, który umiłował Warmię i Mazury. Rzecz o Zygmuncie Lietzu Wprowadzenie Lata przemijają, pozostają ślady przeszłości. Nie można więc zapominać o tych, którzy szczególnie zasłużyli się dla Polski. Jednym z nich jest, żyjący jeszcze wśród nas, 91-letni historyk doc. dr Zygmunt Lietz. Pochodzi z Kociewia. Choć całe dorosłe życie spędził poza nim, chętnie do niego wracał. Odwiedzał rodzinę, przyjaciół i znajomych. Zapraszany zaszczycał swoją obecnością uroczystości odbywające się w tym etniczno-kulturowym regionie. Z  umiłowania rodzinnej miejscowości Gniew, jej historii i tradycji w 1976 roku napisał pracę naukową pt. „Gniew w XIX i XX wieku” (mps). Niemal bez reszty poświecił się jednak Warmii i Mazurom. W Olsztynie był cenionym muzealnikiem, archiwistą i naukowcem. Historia stała się dla niego nie tylko pracą, ale też pasją i hobby, które jest, jak mówi, receptą na długowieczność. Opublikował wiele prac naukowych z zakresu dziejów umiłowanego regionu oraz nauk pomocniczych historii. Dla lepszego zrozumienia jego drogi życiowej, dokonywanych wyborów i prezentowanej postawy, należy zwrócić uwagę na pochodzenie rodzinne, środowisko, w którym dorastał i w którym kształtował swój charakter. Ważnym doświadczeniem życiowym były dla niego lata okupacji, które cieniem położyły się na jego dorosłym życiu. Podczas krwawej pomorskiej jesieni 1939 roku hitlerowcy zamordowali jego ojca Kazimierza Lietza tylko, dlatego że był polskim nauczycielem, kierownikiem wiejskiej szkoły. W masowych rozstrzeliwaniach zginęło wówczas na Pomorzu kilkadziesiąt tysięcy przedstawicieli polskiej elity politycznej, gospodarczej i intelektualnej. Po zakończeniu II wojny światowej na Kociewiu było niewiele osób legitymujących się średnim i wyższym wykształceniem. Na drogę życiową Zygmunta Lietza wpłynęła też powojenna migracja, w której uczestniczyło wielu Kociewiaków. Była ona związana z chęcią znalezienia lepszej przyszłości dla siebie i swojej rodziny. Szczególnie pragnęli tego ludzie młodzi. Osiedlali się m. in. na Ziemiach Odzyskanych. Zygmunt Lietz wybrał Olsztyn, który po II wojnie stał się ośrodkiem administracyjnym Warmii i Mazur. 48


1. Młodzieńcze lata spędzone na Kociewiu Zygmunt Henryk Lietz urodził się 6 lipca 1927 roku w Gniewie, mieście położonym nad Wisłą na Kociewiu sąsiadującym z Kaszubami. Jego rodzicami byli: nauczyciel Kazimierz i Maria z d. Klein1. Miał czworo rodzeństwa: siostrę Barbarę (1936), po mężu Gniazdowską oraz trzech młodszych braci: Kazimierza (1929-2014), Witolda (1931) i Stanisława (1933). Jego ojciec wywodził się z Lubawy, miejscowości związanej z historią Ziemi Chełmińskiej. Matka była Kociewianką i to ona miała największy udział w kształtowaniu jego tożsamości kulturowej. Przodkowie ze strony jej ojca również pochodzili z Kociewia2. Kilka udokumentowanych pokoleń rodu Klein związało swoje losy z miejscowością Królów Las (gmina Morzeszczyn, pow. tczewski). Jej prapradziadkowie – Szymon i Rozalia – znani byli w tej wsi jako właściciele ziemscy. W 1772 roku dysponowali tam największym zaprzęgiem, bo na 13 koni. Mieli także 4 woły i krowy oraz 18 owiec i 1 świnię3. Mały Zygmuś przez krótki okres mieszkał z rodzicami u babci Moniki Klein z d. Górska, która była wdową. Babcia wynajmowała mieszkanie w kamienicy nr 45 usytuowanej w południowo-zachodnim narożniku gniewskiego Rynku (obecnie pl. Grunwaldzki 45) należącej do kupca bławatnego Emila Walpuskiego. Wcześniej wraz mężem Franciszkiem Klein (zmarł w 1918 r.) prowadziła gospodarstwo rolne w Postolinie4. W Gniewie mieszkał także brat dziadka Jan Andrzej Klein. Był on właścicielem prężnie działającego przedsiębiorstwa kupieckiego, ale też wielkim społecznikiem, który angażował się w życie lokalnej społeczności. Pod zaborem pruskim działał na rzecz zachowania polskości oraz narodowej tożsamości, m. in. na drodze pracy organicznej. W jego domu organizowane były spotkania, podczas których omawiano kwestie rozwoju gospodarczego, kulturowego oraz społecznego ziemi gniewskiej i zniewolonej ojczyzny. J. A. Klein uważał, że należy podejmować działania usprawniające przemysł, handel, rolnictwo czy komunikację. Zygmunt Lietz, maturzysta ze Szkoły Ogólnokształcącej Stopnia Licealnego. Gniew, 1949. 1

AP Gniew, Księga metrykalna chrztu 1913-1944, nr aktu 80/1927. Na podstawie wywiadu przeprowadzonego z B. Gniazdowską, siostrą Z. Lietza, Tczew 24.01.2018. 3 B. Bieliński, Gniewskie rody. Przodkowie Jana Andrzeja Kleina – kupca z Gniewu, „Nowiny Gniewskie”, 1996, nr 9, s. 8. 4 Na podstawie wywiadu przeprowadzonego z B. Gniazdowską…, Tczew 24.01.2018; zob. też Adresy miasta Gniew, b. a., Grudziądz 1925, s. 5. 2

49


Aktywnie działał w organizacjach pożytku publicznego. Był prezesem Rady Nadzorczej miejscowego Banku Ludowego, Bractwa Kurkowego i Dozoru Kościelnego. Pełnił również funkcję radnego Rady Miejskiej w deputacjach: budowlanej i gazowniczej, których zasługą w tym czasie było rozpoczęcie budowy miejskich wodociągów, rzeźni i linii kolejowej Gniew-Morzeszczyn. Teren pod budowę dworca kolejowego Klein przekazał nieodpłatnie. Jego szlachetne serce, hojność i chęć niesienia pomocy innym wzbudzały ogólny szacunek. Nazywano go „polskim królem”5. W 1927 roku, po wakacjach Kazimierz Lietz przeniósł się z Siedmioklasowej Publicznej Szkoły Powszechnej w Gniewie do Dwuklasowej Publicznej Szkoły Powszechnej w Pieniążkowie (obecnie gmina Gniew). Objął tam stanowisko nauczyciela i jednocześnie kierownika placówki. Zamieszkał tam z żoną i synem oraz teściową Moniką Klein w  służbowym mieszkaniu. Po ukończeniu siedmiu lat Zygmuś rozpoczął tamże swoją edukację. Wybuch II wojny uniemożliwił mu jej ukończenie6. Kazimierz Lietz jako żołnierz Obrony Narodowej podczas kampanii wrześniowej 1939 roku walczył wraz ze swoją jednostką aż do jej rozbicia. Dostał się do niemieckiej niewoli. Przez miesiąc przebywał w  obozie jeńców wojennych – Stalag I B Hohenstein w Królikowie nieopodal Olsztynka (niem. Hohenstein). Po uwolnieniu wrócił do swojej rodziny w Pieniążkowie7.

Teresa i Zygmunt Lietzowie z synami: Kazimierzem (starszy) i Leszkiem. Olsztyn, 1967.

A. Solecki, Kupcy gniewscy, „Pomerania”, 1991, nr 10, s. 39. Na podstawie wywiadu przeprowadzonego z B. Gniazdowską…, Tczew 24.01.2018. 7 Krwawa Kociewska Jesień 1939 na ziemi gniewskiej, pod red. J. Ejankowskiego i A. Samulewskiej, Gniew 2011, s. 13-14. 5 6

50


Natomiast 22 października 1939 roku członkowie miejscowego Selbstschutzu (niemiecka organizacja paramilitarna) aresztowali K. Lietza i uwięzili w Nowem nad Wisłą. Niedługo potem został wywieziony w niewiadomym kierunku. Dalszy jego los jest nieznany (Sąd Grodzki w Nowem Zg. 3/36)8. Po wojnie Zygmunt Lietz uczęszczał do szkoły średniej w Gniewie. Rozpoczął naukę 4 września 1945 roku w miejscowym Państwowym Gimnazjum i Liceum na podstawie egzaminów sprawdzających. Miał wówczas osiemnaście lat i był rok, dwa, trzy, a nawet cztery lata starszy od innych uczniów ze swojej klasy. Mieszkał z matką i rodzeństwem w Gniewie przy obecnym pl. Grunwaldzkim 8. Dyrektorem szkoły był pochodzący ze Lwowa Bronisław Pasławski, który uczył łaciny. Pracowali z nim przedwojenni nauczyciele m. in. Irena Kaczanowska-Mielnik (j. francuski), ks. Alojzy Kowalkowski (j. polski) i Jerzy Krauze (śpiew). Historii uczył kierownik Sądu Grodzkiego w Gniewie, Łucjan Kosidowski. Wykładowcy przekazywali młodzieży nie tylko wiedzę, lecz także kształtowali postawy patriotyczne9. Szkolnymi przyjaciółmi Zygmunta Lietza z tamtego okresu byli późniejsi historycy związani z Kociewiem, specjalizujący się w dziejach tego etniczno-kulturowego regionu: Henryk Mross (duchowny katolicki, wykładowca seminaryjny, autor ponad 300 publikacji) i Jan Ejankowski (nauczyciel, animator kultury, publicysta). W systemie przyśpieszonym w roku szkolnym 1945/1946 ukończyli razem dwie gimnazjalne klasy10. Z. Lietz i H. Mross oraz dziewięciu innych absolwentów XI klasy Państwowej Szkoły Ogólnokształcącej Stopnia Podstawowego i Licealnego w Gniewie (w 1948 r. utworzono szkołę 11-letnią) byli pierwszymi maturzystami w dziejach gniewskiego szkolnictwa. 24 maja 1949 roku otrzymali świadectwo dojrzałości Szkoły Ogólnokształcącej Stopnia Licealnego11.

2. Okres studiów wyższych W 1949 roku Zygmunt Lietz podjął studia historyczne pierwszego stopnia na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Zainteresowanie historią odziedziczył zapewne po ojcu, który był popularyzatorem wiedzy o historii i kulturze tzw. małych ojczyzn. Kazimierz Lietz mówił do swoich dzieci i uczniów w szkole, że dzieje miejscowości nie zawsze są dobrze znane ich 8

Kazimierz Lietz, b. a., „www.ZAGINIENI1939-45.pl”, http://zaginieni1939-45.pl/person/9135.html [dostęp: 5.02.2018]. 9 S. Decowski, Przeszedł dobrze czyniąc. Ks. Henryk Mross (1928-2000), Pelplin 2001, s. 28. 10 Tamże, s. 211. 11 S. Sierko, Średnie szkolnictwo ogólnokształcące w Gniewie w latach 1920-1955, Gdańsk-Gniew 1980, s. 148-150 (mps).

51


mieszkańcom. Każda z nich ma ciekawą przeszłość, może poszczycić się niezwykłymi i zasłużonymi osobami stamtąd pochodzącymi. Namawiał do zbierania informacji o dawnych zdarzeniach i ludziach w nich uczestniczących, aby ocalić je od zapomnienia. Sam opracował i wydał dwie broszurki: Nowe nad Wisłą i okolice od najdawniejszych czasów do dzisiaj. Ze szczególnym uwzględnieniem pracy niepodległościowej, wydaną w Grudziądzu w 1937 roku oraz Nowe nad Wisłą – największy ośrodek przemysłu meblarskiego na Pomorzu. II Targi Meblowe w Nowem 25 VI–9 VII 1939. Informator. Przewodnik, opublikowaną w Nowem 1939 roku. Kazimierz Lietz był także korespondentem terenowym „Słowa Pomorskiego” – dziennika związanego z Narodową Demokracją, wydawanego od 1921 roku w Toruniu oraz „Gazety Grudziądzkiej” – pisma informacyjno-politycznego, ukazującego się trzy razy w tygodniu w latach 1894-1939. Przekazywał do tych gazet informacje o bieżących wydarzeniach lokalnych12. Student Zygmunt Lietz, przebywając z dala od rodziny i przyjaciół, starał się utrzymywać z nimi kontakt listowny. W grudniu 1950 roku wysłał do ukochanej matki Marii laurkę z ułożonymi przez siebie życzeniami imieninowymi i urodzinowymi: „Życzę Ci, Matuś, Zdrowia, szczęścia, pomyślności Aż do późnej starości. W gronie naszej wesołej gromadki Wiek niech Ci służy gratki, Byś z nas miała pociechę I na starość zapewnioną strzechę. Abyśmy długo żyli, Tobie i Polsce służyli. Tego Ci w dniu imienin i urodzin życzy Twój Zyguś”. Z głębi serca płynące życzenia „Zygusia” spełniły się. Maria Lietz żyła w zdrowiu, otoczona miłością rodziny, do bardzo późnej starości. Zmarła w wieku 98 lat. Jej „wesoła gromadka” również cieszy się długowiecznością13. Studia magisterskie Zygmunt Lietz odbył na Uniwersytecie Poznańskim w latach 1953-1955. Tam uzyskał tytuł magistra historii na podstawie pracy Plebiscyt na Powiślu w roku 1920. Napisał ją pod kierunkiem prof. Janusza Pajewskiego, Krwawa Kociewska Jesień 1939…, s. 14; zob. też Bibliografia – Nowe n/Wisłą, b. a., „MIASTO-NOWE. com”, http://www.miasto-nowe.com/print.php? type=A&item_id=69 [dostęp: 10.02.2018]; G. Gzella, Wydawnictwa zwarte w dorobku Zakładów Graficznych Wiktora Kulerskiego (1902-1939), „Rocznik Bibliologiczno-Prasoznawczy”, 2012, tom 15, nr 4, zeszyt 1, s. 67-77. 13 Laurka z życzeniami imieninowymi i urodzinowymi od Z. Lietza dla matki, Toruń 1950.

12

52


kierownika Katedry Historii Powszechnej Nowożytnej i Nowoczesnej tej uczelni14. Praca ma charakter monografii. Autor ocenia źródła i dostępne opracowania. Ustala także sytuację Powiśla w dziedzinie gospodarczo-społecznej, politycznej i narodowościowej w okresie plebiscytu. Analizuje przebieg akcji plebiscytowej, jej przygotowanie, przeprowadzenie i ocenia wyniki. Całość pracy składa się z pięciu rozdziałów. Rozdział pierwszy Lietz zatytułował Stosunki gospodarczo-społeczne, polityczne i narodowościowe Powiśla na przełomie XIX i XX w. Drugi rozdział ma tytuł: Przygotowania partii i organizacji niemieckich Okładka pierwszej publikacji książkowej Z. Lietza. do plebiscytu. W trzecim rozdziaWarszawa, 1958. le autor omawia początki polskiej „pracy uświadamiającej“ w akcji wyborczej do Polskiego Sejmu Dzielnicowego w Poznaniu. Rozdział czwarty nosi tytuł: Komisja Międzysojusznicza w Kwidzynie, a końcowy – Plebiscyt15. Profesor Pajewski został również promotorem pracy doktorskiej Zygmunta Lietza pt. Rozwój kultury w województwie olsztyńskim w latach 1945-1956. Studium historyczne. Recenzentami rozprawy byli: prorektor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (zmiana nazwy z Uniwersytetu Poznańskiego w 1955) prof. dr Józef Burszta i doc. hab. dr Bogusław Drewniak, dziekan Wydziału Humanistycznego Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Gdańsku16. Zygmunt Lietz w swojej pracy doktorskiej opisał rozwój kultury duchowej, jej współzależność od rozwoju społeczno-ekonomicznego i politycznego Warmii i Mazur. Przedstawił również koncepcję upowszechnienia kultury wśród najszer14

Na podstawie wywiadu przeprowadzonego z B. Gniazdowską…, Tczew 27.02.2018. T. Grygier, Na marginesie pracy Zygmunta Lietza: Plebiscyt na Powiślu w r. 1920, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1957, nr 2, s. 93. 16 Z. Lietz, Rozwój kultury w województwie olsztyńskim w latach 1945-1956 : (sprawozdanie z obrony pracy doktorskiej Zygmunta Lietza), „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1969, nr 3, s. 467. 15

53


szych warstw tamtejszego społeczeństwa, z równoczesnym podkreśleniem jej regionalnych odrębności. Praca składa się z pięć rozdziałów. Pierwszy przedstawia rozwój polskiej administracji, życie polityczne, zasiedlenie Warmii i Mazur w latach 1945-1956 oraz problemy oświaty i życia gospodarczego regionu. Kolejny rozdział poświęcony został odrodzeniu kultury polskiej na Warmii i Mazurach w latach 1945-1946 w oparciu o tamtejsze międzywojenne tradycje kultury ludowej. Rozdział trzeci traktuje o demokratyzacji życia kulturalnego na terenie regionu w latach 1947-1949 w różnych jego formach. Z kolei rozdział czwarty obejmuje zawodowe placówki kulturalne funkcjonujące w latach 1950-1956. Ostatni rozdział dotyczy amatorskiego ruchu artystycznego w województwie olsztyńskim w latach 1950-1956. W podsumowaniu pracy autor dokonał analizy rozwoju kultury w ujęciu socjologicznym17. Uchwałą Rady Wydziału Filozoficzno-Historycznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu z 21 czerwca 1969 roku Zygmunt Lietzna podstawie przedstawionej rozprawy doktorskiej i po złożeniu przepisanych egzaminów uzyskał stopień naukowy doktora nauk humanistycznych. 15 grudnia tegoż roku odbyła się uroczystość wręczenia dyplomów doktorskich18.

3. Adiunkt muzealny Zawodową karierę Zygmunt Lietz rozpoczął w sektorze oświaty. Jak jego ojciec kiedyś, tak on – „świeżo upieczony” magister historii – pracował w latach 1955-1956 jako nauczyciel w Państwowym Gimnazjum i Liceum w Olsztynie (obecne II Liceum Ogólnokształcące im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego). Oprócz wykładów z historii powierzono Lietzowi wychowawstwo licealnej klasy C (1955-1959)z rozszerzonym profilem języka francuskiego. Po jego odejściu ze szkoły klasę przejął biolog Jerzy Klikowicz (zm. 26.05.2005)19. Decyzja o zmianie pracy zawodowej poprzedzona była przemyśleniami. Zastanawiał się, czy wtapiając się coraz bardziej w teraźniejszość Warmii i Mazur, może coś zrobić, aby podnieść rangę regionu, nie godzić się na tutejszą zwykłą prowincjonalną egzystencję. Do Olsztyna, już od 1954 roku, docierało dużo młodych absolwentów uniwersyteckich z różnych uczelni, którzy zasilali miejscowe środowisko humaniZ. Lietz, Rozwój kultury w województwie olsztyńskim…, s. 465. Dyplom doktora Nauk Humanistycznych Zygmunta Lietza nr 201, Poznań 1969. 19 Szkoły, Olsztyn, II Liceum Ogólnokształcące, Klasy, b. a., „Nasza Klasa”, https://nk.pl/szkola/38331/klasy [dostęp: 7.02.2018]; zob. też W. Aleksandrowicz [recenzja], Z. Lietz,Plebiscyt na Powiślu, Warmii i Mazurach w 1920 roku, Warszawa 1958, „Wiadomości Historyczne”, 1958, tom 1, nr 6, s. 439. 17 18

54


styczne. Dostrzegali oni zapóźnienie rozwoju społeczno-ekonomicznego regionu. Brakowało również przywiązania do niego nowych mieszkańców. Traktowali oni pobyt tutaj jako przejściowy, do czasu znalezienia innego miejsca stabilizującego ich warunki życia. Lietz przyłączył się do grona miejscowej inteligencji. Wspólnie szukali przyczyn tego stanu nie tylko w ówczesnej polityce, ale również w tradycjach historycznych regionu. Wiedza o przeszłości stawała się ważnym czynnikiem budowania nowej społeczności na tym terenie. Potrzebne były badania naukowe nie tylko nad tym, co wyróżnia region na tle innych obszarów, lecz jednocześnie wiąże jego dzieje z nimi. W 1956 roku mgr Zygmunt Lietz zatrudnił się w Muzeum Mazurskim w Olsztynie (od 1975 r. Muzeum Warmii i Mazur). Różnorodność posiadanych zbiorów wpłynęła na powstanie wielodziałowej struktury placówki. Lietzowi przyznano tytuł zawodowy adiunkta muzealnego i powierzono mu zadanie kierowania nowo powstałym Działem Historii. W 1970 roku stanowisko to objęła mgr Zofia Januszkiewicz20. Utworzony w 1956 roku dział gromadzi, opracowuje i udostępnia głównie XIX i XX-wieczne zbiory dotyczące polskości Warmii i Mazur. Są to dokumenty pisane, związane z działalnością instytucji, organizacji i osób prywatnych: ulotki, odezwy, statuty, legitymacje, odznaki związkowe, sztandary, fotografie, mapy, wydawnictwa i prasa21. Adaptacja Zygmunta Lietza w nowym środowisku pracy i oswojenie z grupą współpracowników zbiegły się z bardzo ważną decyzją w jego życiu osobistym – zawarciem związku małżeńskiego z Teresą Rogozińską. Jej rodzice, Piotr – rolnik i sołtys oraz Maria z d. Licznerska z Klebarku – przybyli na Warmię w latach 30. XX wieku z Kalisza. Piotr Rogoziński był bardzo aktywny w środowiskach polonijnych. Polskie sprawy stawiał na pierwszym miejscu. Ślub kościelny Teresy i Zygmunta odbył się 22 kwietnia 1957 roku w sanktuarium maryjnym w Piasecznie koło Gniewu. Małżonkowie wychowali dwóch synów – Kazimierza (1958) i Leszka (1965). Mieszkali najpierw przy ulicy Rybaki 33, potem przy ul. Kaliningradzkiej 49 (obecnie ul. Dworcowa w Olsztynie)22. Olsztyńskie Muzeum powstało wiosną 1945 roku w zamku zbudowanym ok. 1350 roku przez warmińską kapitułę katedralną jako budowla obronna oraz sie20

Na podstawie wywiadu przeprowadzonego z B. Gniazdowską…, Tczew 27.02.2018; zob. też E. Guska, Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie w latach 1945-1985, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1985, nr 1-2, s. 199; B. Wojczulanis, Sesja naukowa Muzeum Mazurskiego, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1966, nr 1, s. 185. 21 Z. Januszkiewicz, Gromadzenie i zabezpieczanie dokumentów polskości Warmii i Mazur w świetle doświadczeń Muzeum Mazurskiego w Olsztynie, [w:] Stan i potrzeby muzealnictwa w województwie olsztyńskim, Olsztyn 1975, Muzeum Warmii i Mazur, maszynopis powielony, s. 94-104. 22 Na podstawie wywiadu przeprowadzonego z L. Lietzem, Olsztyn, 9.07.2018.

55


dziba dla administratorów ich dóbr. Mieszkał tu m. in. Mikołaj Kopernik. 1 stycznia1950 roku muzeum zostało upaństwowione. Odtąd podlegało bezpośrednio ministerstwu kultury i sztuki. W tym samym roku założono samodzielne placówki muzealne w Szczytnie i Kętrzynie. Podlegały one najpierw władzom lokalnym, a następnie przekształcono je w oddziały Muzeum Mazurskiego23. Gdy Zygmunt Lietz zaczynał pracę w olsztyńskim muzeum, zastał już placówkę w miarę ustabilizowaną. Na tle humanistyki olsztyńskiej była ona wysoce znacząca, o powszechnie uznanym prestiżu. Zatrudniano specjalistów z zakresu archeologii, etnografii, historii sztuki, historii i przyrody. Gromadzili oni zbiory z Warmii i Mazur: pomuzealne (z Królewca, Giżycka, Reszla), pokościelne, podworskie i darowane. Były one przez nich naukowo opracowywane i następnie eksponowane na wystawach. Prowadzili także własne badania naukowe związane m. in. z tematyką ekspozycji, z inwentaryzacją i naukowym opracowaniem zbiorów. W latach 1956-1965 zorganizowano sporo wystaw biograficznych w ramach współpracy z Muzeum Narodowym w Warszawie24. Chlubnym dowodem aktywności naukowej pracowników muzeum było powołanie w 1958 roku własnego periodyku naukowego „Rocznik Olsztyński”, który ukazywał się nieregularnie. Przez dekadę (1964-1975) jego współwydawcą był Ośrodek Badań Naukowych (OBN) im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Olsztynie. W przeciągu 51 lat wydrukowano osiemnaście tomów. Publikowano w nich artykuły w różnych działach. Najistotniejsze dla pisma naukowego były: rozprawy oraz materiały. Utrzymano je we wszystkich wydanych tomach. Inne działy wprowadzano tylko na jakiś czas. Były to m. in. źródła, nauka, bibliografie, polemiki, dyskusje, recenzje i omówienia. „Rocznik” nigdy nie miał cech wydawnictwa ściśle muzealnego. Jego profil był wypadkową potrzeb miejscowego środowiska humanistycznego25. Na łamach periodyku zamieszczali swoje prace prawie wszyscy badacze spośród pracowników Muzeum Mazurskiego i OBN. Artykuły Zygmunta Lietza ukazały się w tomach V, VII i X. Pismo starało się współpracować z wybitnymi humanistami, o uznanym dorobku naukowym, z całej Polski, jak: Marian Biskup (t. VIII), Władysław Chojnacki (t. II i III), Andrzej Feliks Grabski (t. II i VIII), Karol Górski (t.VIII), Stefan Maria Kuczyński (t. II i IV) czy Henryk Bohdan Samsonowicz (t. V)26. E. Guska, Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie w latach..., s. 177-199. Tamże, s. 203; zob. też J. Sikorski, Rocznik Olsztyński (1958-1997), „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 2007, nr 3, s. 297. 25 T. Swat, Dziesięć tomów Rocznika Olsztyńskiego, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1972, nr 1, s. 190-192. 26 Tamże, s. 199. 23 24

56


W latach 1962-1972 mgr Zygmunt Lietz wchodził w skład komitetu redakcyjnego „Rocznika Olsztyńskiego” wraz z Jerzym Antoniewiczem, Tadeuszem Cieślakiem (do 1968 r.), Władysławem Ogrodzińskim (redaktor naczelny), Jerzym Sikorskim (od 1970 sekretarz redakcji), Hieronimem Skurpskim (sekretarz redakcji do 1970) i Wojciechem Wrzesińskim27. Pracując w muzeum, Zygmunt Lietz bierze także czynny udział w konferencjach, zjazdach, sympozjach i kongresach naukowych. Wygłaszał na nich referaty i zabierał głos w dyskusji. W dniach 21-22 lipca 1960 roku odbył się w Kwidzynie zjazd uczestników walk o polskość Powiśla i Warmii w związku z 40. rocznicą plebiscytu na tych terenach. Lietz wystąpił z referatem. Przedstawił w nim niektóre problemy polskich przygotowań do plebiscytu oraz różne formy oddziaływania polskiej propagandy przed i po przybyciu Komisji Międzysojuszniczych. Dr Tadeusz Grygier wygłosił wtedy referat pt. Plebiscyt w orbicie polityki bałtyckiej. Mgr Wojciech Wrzesiński mówił o odrodzeniu ruchu polskiego na Warmii, Powiślu i Mazurach po plebiscycie (1920-1924), a dr Władysław Głębik o polskim gimnazjum w Kwidzynie. 15 października 1960 roku Z. Lietz przedstawił w Łodzi okolicznościowy referat podczas tamtejszych obchodów jubileuszu 40-lecia plebiscytu na Warmii i Mazurach. O odrodzeniu się ruchu polskiego na Warmii i Mazurach mówiła Wanda Pieniężna – dziennikarka, nauczycielka i działaczka społeczno-oświatowa z Olsztyna. Uroczystość zorganizowała Rada Okręgu Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich (TRZZ) w Łodzi28. 12 maja 1961 roku, z okazji obchodów 300-lecia prasy polskiej, otwarto w Olsztynie wystawę prezentującą czasopiśmiennictwo polskie na Warmii i Mazurach od 1718 roku (ukazał się pierwszy numer tygodnika „Poczta Królewiecka”) do czasów współczesnych („Głos Olsztyński”). Wystawie towarzyszyła dwudniowa sesja naukowa poświęcona tej tematyce. Zygmunt Lietz omówił na niej dzieje „Mazurskiego Przyjaciela Ludu”, czasopisma wydawanego w Olsztynie w latach 1923-1928 jako Organ Zjednoczenia Mazurskiego. Interesujące wykłady zaprezentowali także: dr Tadeusz Grygier – Prasa polska na Warmii i Mazurach, mgr Janusz Jasiński – Przyjaciel Ludu Łecki (pismo ukazujące się nieregularnie w latach 1842-1850 w Ełku), mgr Michał Płocica – Oblicze ideowe Gazety Leckiej, (mazurskie pismo ludowe drukowane frakturą w latach 1875-1892 w Lecu), mgr Wojciech Wrzesiński – Organizacja J. Sikorski, Rocznik Olsztyński (1958-1997)…, s. 303; zob. też Rocznik Olsztyński, b. a., Leksykon Kultury Warmii i Mazur, http://leksykonkultury.ceik.eu/index. php/Rocznik_Olszty%C5%84ski [dostęp: 9.02.2018]. 28 Z. Lietz, Zjazdy plebiscytowe w Olsztynie, Kwidzynie i Łodzi, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1960, nr 4, s. 634-637. 27

57


prasy polskiej na Mazurach i Warmii w latach 1920-1939, redaktor Emilia Biedrawina-Sukertowa – Polskie gazety na Działdowszczyźnie i mgr Witold Zamecki – Prasa na Warmii i Mazurach w latach 1945-196129. Następna sesja naukowa w dniu 25 stycznia 1966 roku odbyła się w ramach obchodów jubileuszu dwudziestolecia istnienia Muzeum Mazurskiego w Olsztynie. W Sali Kopernikowskiej olsztyńskiego zamku zebrali się pracownicy muzeum oraz zaproszeni goście. Po części oficjalnej pracownicy naukowi muzeum wygłosili referaty przedstawiające chronologicznie problematykę badawczą swojej placówki. Pierwszy referat pt. Muzeum Mazurskie w Olsztynie w latach 1945-1965 (opracowanie zbiorowe) odczytał kustosz Działu Etnografii, dr Franciszek Klonowski. Następny referat zatytułowany Niektóre problemy badawcze cmentarzyska w Niedanowie wygłosiła adiunkt Działu Archeologii, mgr Włodzimiera Ziemlińska-Odojowa. Referat pt. Z problematyki badawczej grodziska zwanego Okrągła Góra w Pasymiu-Ostrowiu, pow. szczycieński zaprezentował konserwator zabytków archeologicznych, mgr Romuald Odoja. Kolejny referat Nagrobek Pawła Legendorfa-Watzenrodego wygłosiła adiunkt Działu Historii Sztuki mgr Kamila Wróblewska. Następnie adiunkt Biblioteki Muzeum, mgr Halina Keferstein przeczytała, opracowany wspólnie z asystentką mgr Barbarą Wojczulanis, referat Starodruki oficyny braniewskiej w zbiorach Muzeum Mazurskiego. Referat mgra Kazimierza Szudy (Muzeum Narodowe w Poznaniu) pt. Skarby monet krzyżackich, polskich i pruskich w XV i XVI w. z Olsztyna i Braniewa odczytał adiunkt Działu Historii, mgr Zygmunt Lietz. Następnie Lietz wystąpił ze swoim opracowaniem Włoskie medale renesansowe w zbiorach Muzeum Mazurskiego w Olsztynie. Referent przedstawił najpierw ogólną genezę medalierstwa we Włoszech, jako gałęzi sztuki użytkowej oraz scharakteryzował jego główne cechy w okresie renesansu. Następnie omówił osiem włoskich medali renesansowych, które znaleziono w ruinach pałacu Schwerinów w Dzikowie w 1960 roku w czasie prac wykopaliskowych. Tytuł kolejnego referatu wygłoszonego przez adiunkta Działu Naukowo-Oświatowego, mgr Antoniego Sołoma brzmiał: Funkcje poznawczo-wychowawcze muzeów biograficznych woj. olsztyńskiego. Ostatni referat dra F. Klonowskiego nosił tytuł Uwagi na temat przemian społeczno-kulturalnych wsi na Mazurach i Warmii w ciągu dwudziestolecia30. W okresie pracy w olsztyńskiej placówce muzealnej Zygmunt Lietz był też współorganizatorem muzeum w Barczewie im. Feliksa Nowowiejskiego – kompozytora, dyrygenta i pedagoga oraz w Morągu im. Johanna Gottfrieda Herdera E. Sukertowa-Biedrawina, Wystawa czasopism polskich na Mazurach i Warmii od 1718 do 1961 roku, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1961, nr 2, s. 315. 30 B. Wojczulanis, Sesja naukowa Muzeum Mazurskiego, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1966, nr 1, s. 178-187. 29

58


– filozofa, pastora i pisarza. Obaj patroni muzeów byli wielkimi obywateli tych miejscowości. Muzeum Nowowiejskiego zamierzano utworzyć już w pierwszych latach po II wojnie światowej. Plan zrealizowano dopiero w 1961 roku dzięki inicjatywie Muzeum Mazurskiego w Olsztynie. Stałą ekspozycję muzeum mieszczącego się w budynku wzniesionym w miejscu, gdzie stał dom rodzinny Feliksa Nowowiejskiego, przygotował Zygmunt Lietz oraz artysta muzyk Jan Boehm, nauczyciel muzyki w Szkole Muzycznej II stopnia w Olsztynie31. W 1962 roku powołano w Olsztynie Komitet Uczczenia Pamięci J. G. Herdera z Emilem Adlerm na czele (germanista, historyk filozofii z Uniwersytetu Warszawskiego). Wyróżniła się wówczas sekcja muzealna tegoż komitetu, z Hieronim Skurpskim – dyrektorem Muzeum Mazurskiego w Olsztynie i autorem scenariusza przyszłej wystawy herderowskiej Zygmuntem Lietzem. W następnym roku Komitet Uczczenia Pamięci przekształcono w Komitet Organizacyjny Muzeum Herdera w Morągu. Do jego składu dołączył Lucjan Czubiel – wojewódzki konserwator zabytków w Olsztynie32. Emil Adler, wybitny znawca twórczości Herdera, pośredniczył między Warszawą a Ministerstwem Kultury NRD i Narodowym Centrum Badań i Miejsc Pamięci Klasycznej Literatury Niemieckiej (NFG) w Weimarze33. Komitet przystąpił do zbierania pamiątek związanych z filozofem. W maju 1963 roku Skorupski i Lietz wraz z innymi osobami przebywali Weimarskim NFG. Na miejscu nawiązano kontakty, zapoznano się z tamtejszymi wystawami, eksponatami i sposobami ich ekspozycji. Zakupiono eksponaty, wykonano fotokopie i fotografie34. 26 września 1964 roku, w 220-lecie urodzin Herdera, odbyły się główne uroczystości otwarcia muzeum w odbudowanym zabytkowym ratuszu. Uczestniczyły w nich polskie władze polityczne i państwowe na szczeblu wiceministra kultury i sztuki, wojewódzkie władze partyjne i administracyjne oraz władze miejskie i powiatowe. Stronę niemiecką reprezentowała delegacja Ministerstwa Kultury NRD (w tym szefowie NFGz Weimaru), ambasador NRD w Warszawie i konsul generalny w Gdańsku. Zygmunt Lietz, współtworząc Muzeum Herdera, stał się jednym z pionierów procesu normalizacji stosunków polsko-niemieckich po 1945 roku35. Barczewo: Muzeum Feliksa Nowowiejskiego, b. a., „Nasza Warmia”, http://naszawarmia.pl/157825, Barczewo-Muzeum-Feliksa-Nowowiejskiego.html#ixzz56xgzjUBj [dostęp: 2.01.2015]. 32 Protokół posiedzenia Komitetu Organizacyjnego Muzeum Herdera w Morągu z 5 VIII 1963 r., b. a., (mps). 33 M. Bartoś, Pamięć o Johannie Gottfriedzie Herderze w Morągu, „Forum Politologiczne”, 2007, tom 5, s. 302. 34 M. Bartoś, Tradycja herderowska na Warmii i Mazurach, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 2003, nr 4, s. 491. 35 Z. Lietz, Uroczystości 220. rocznicy urodzin J. G. Herdera w Morągu i Olsztynie w dniach 26-27 IX 1964, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1964, nr 3, s. 405-406. 31

59


4. Funkcja dyrektor archiwum 15 października 1966 roku mgr Zygmunt Lietz objął funkcję dyrektora Wojewódzkiego Archiwum Państwowego w Olsztynie. Zastąpił doc. dra Tadeusza Grygiera, który pozostał w tej instytucji na stanowisku kierownika działu I – akta władz, urzędów i instytucji do roku 194536. Archiwum utworzone zostało 15 listopada 1948 roku jako Archiwum Państwowe w Olsztynie. W latach 1952-1983 działało pod nazwą Wojewódzkie Archiwum Państwowe w Olsztynie. W 1983 roku powróciło do pierwotnej nazwy. W okresie poprzedzającym powołanie archiwum obowiązek zabezpieczenia zasobu archiwalnego przed zniszczeniem spoczywał na Wydziale Kultury i Sztuki Urzędu Pełnomocnika Rządu Rzeczpospolitej Polskiej i jego następcy – Urzędzie Wojewódzkim. Prawie pół wieku ta olsztyńska placówka nie posiadała samodzielnej siedziby. Magazyny archiwalne mieściły się w różnych obiektach: piwnice zamku, dawny Kalendarium i Dyrektorzy, b. a., „Archiwum Państwowe w Olsztynie”, http://www.olsztyn.ap.gov.pl [dostęp: 6.02.2018]; zob. też J. Judziński, Tadeusz Grygier (1916-2000), „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 2000, nr 4, s. 682. 36

Uroczystość wręczenia dyplomów doktora na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Od lewej: prof. Józef Burszta, prof. Janusz Pajewski i dr Zygmunt Lietz. Poznań, 15.12.1969.

60


skład solny na Podzamczu oraz dom przedpogrzebowy gminy żydowskiej. Ta sytuacja lokalowa utrudniała pracę archiwum. Dyrektor Zygmunt Lietz miał problemy nie tylko z realizacją podstawowych zadań archiwum, jak: gromadzenie materiałów archiwalnych i stworzenie im odpowiednich warunków przechowywania, ale również z udostępnianiem ich dla celów naukowych, urzędowych i prywatnych37. Pracownia naukowa archiwum funkcjonowała w małym pomieszczeniu (około 25 m2). Jednorazowo mogło w niej pracować zaledwie sześć osób. Szerszy dostęp do akt umożliwiło dopiero wprowadzenie dodatkowych godzin jej otwarcia. Korzystającym z pracowni udostępniano zasoby biblioteki podręcznej posiadającej wydawnictwa archiwalne, encyklopedyczne, słowniki i wydawnictwa regionalne. Można było także wypożyczać wydawnictwa zwarte, czasopisma oraz starodruki z zasobu biblioteki archiwalnej, liczącej około 9000 woluminów. Prowadzącym badania naukowe ułatwiały pracę pomoce ewidencyjno-informacyjne zawierające dane o zasobach olsztyńskiego archiwum i placówek zamiejscowych jemu podległych. Były to m. in. inwentarze archiwalne, spis zespołów i kartotek oraz wiadomości opublikowane na łamach „Archiwalnego Biuletynu Informacyjnego” a także artykuły zamieszczone w prasie regionalnej38. Zespół materiałów źródłowych składał się głównie z odkryć na szlakach ewakuacyjnych Archiwum Państwowego w Królewcu pod koniec II wojny światowej. Zbiory archiwum królewieckiego wywożone przez władze niemieckie gubiono po drodze. Większość odnaleziono w różnych miejscowościach dawnych województw: olsztyńskiego, gdańskiego, szczecińskiego i zielonogórskiego. Archiwalia pochodziły również z działań zabezpieczających akta w urzędach, miastach, kościołach oraz w majątkach największych wschodniopruskich rodów junkierskich. W ramach akcji rewindykacyjnej przywieziono z Goslar w Dolnej Saksonii jeden zespół aktowy rejencji olsztyńskiej (pruska i niemiecka jednostka administracyjna na terenie Prus Wschodnich w latach 1905-1945)39. Działalność olsztyńskiego archiwum jako placówki naukowej nie ograniczała się tylko do budowania podstawowego warsztatu naukowego dla nauk społecznych. Innym obszarem jego pracy był nadzór nad powiększającym się zasobem aktowym instytucji, przedsiębiorstw i urzędów ówczesnego województwa olsztyńskiego40. 37

Historia, b. a., „Archiwum Państwowe w Olsztynie”, http://www.olsztyn.ap.gov.pl [dostęp: 6.02.2018]. M. Tarnowska, Pracownia naukowa wojewódzkiego Archiwum Państwowego w Olsztynie w latach 19651975, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1976, nr 2, s. 295-296; zob. też Archiwalny Biuletyn Informacyjny, Wojewódzkie Archiwum Państwowe w Olsztynie oraz jego archiwa powiatowe, Warszawa 1957, s. 49. 39 T. Grygier, Wojewódzkie Archiwum Państwowe w Olsztynie: (dziesięć lat pracy), „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”,1958, nr 3, s. 277. 40 Tamże, s. 283. 38

61


Olsztyńskiemu archiwum powierzono również funkcję urzędu wiary publicznej, który zabezpiecza zarówno akta o wartości naukowej, jak też akta osób fizycznych. Uprawniono go do wydawania odpisów i kopii przechowywanych materiałów archiwalnych, jeśli wymagają tego przepisy prawa oraz na umotywowany wniosek osoby prywatnej lub urzędu41. Dyrektorowi Zygmuntowi Lietzowi było podporządkowane archiwum w Olsztynie, dwa archiwa powiatowe: w Mrągowie (zał. w 1952 r.) i w Szczytnie (1953) oraz Oddział Terenowy w Morągu (1954). Placówka morąska do 1961 roku funkcjonowała jako archiwum powiatowe. W Wojewódzkim Archiwum Państwowym w Olsztynie istniały wówczas cztery działy. Każdy z nich zajmował się innym rodzajem dokumentacji: dział I – akta władz, urzędów i instytucji do roku 1945, II – akta władz, urzędów i instytucji po 1945 roku, III – instytucji i przedsiębiorstw gospodarczych po 1945 roku, IV – zbiorów i kolekcji. W roku 1970, gdy dyrektorem był Zygmunt Lietz, zmieniono strukturę organizacyjną archiwum. Na podstawie nowelizacji pierwszego statutu powstały trzy oddziały: I – akt do roku 1945, II – akt od roku 1945, III – ewidencji, informacji i udostępniania42. Zygmunt Lietz, pracując w Wojewódzkim Archiwum Państwowym w Olsztynie przygotowywał pracę doktorską – Rozwój kultury w województwie olsztyńskim w latach 1945-1956. Studium historyczne. Pokłosiem jego badań w trakcie trwania przewodu doktorskiego był również artykuł pt. Stan zachowania akt do dziejów kultury województwa olsztyńskiego. Opublikował go w kwartalniku „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”. Publikację kończy podsumowanie zawierające informacje o stanie zachowania konkretnych akt olsztyńskiego archiwum oraz wnioski z przeprowadzonych badań. Na dwanaście badanych przez niego zawodowych instytucji kulturalnych produkujących akta o wartości historycznej tylko trzy przekazały je uporządkowane. Akta pozostałych instytucji znajdowały się albo w trakcie porządkowania bądź też ich zasób aktowy został znacznie uszczuplony. Zdaniem autora artykułu „stawia to przed państwową służbę archiwalną obowiązek dalszego nadzoru nad narastającym zasobem akt w tych przedsiębiorstwach i przejmowania go do archiwów państwowych, przed instytucjami – szukania materiałów zastępczych poprzez nagrywania wspomnień, gromadzenie zdjęć i danych statystycznych”43. E. Brańska, Działalność państwowej służby archiwalnej w r. 1954, „Archeion”, t. XXVI, s. 229. Historia, b. a., „Archiwum…, [dostęp: 8.02.2018]. 43 Z. Lietz, Stan zachowania akt do dziejów kultury województwa olsztyńskiego, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1971, nr 1, s. 136. 41 42

62


5. Entuzjasta badań historycznych W 1971 roku dr Zygmunt Lietz zasilił kadrę Ośrodka Badań Naukowych im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Olsztynie. Został pracownikiem placówki przygotowującej warunki do zorganizowania wyżej rozwiniętych form życia naukowego. W 1965 roku w Ośrodku zatrudniano osiem osób, dziesięć lat później było ich 24, a w 1981 roku placówka liczyła 35 pracowników44. Na początku 1961 roku mgr Zygmunt Lietz, kierownik Działu Historii Muzeum Mazurskiego w Olsztynie, współuczestniczył w powstaniu Ośrodka Badań Naukowych. Wraz innymi olsztyńskimi entuzjastami badań historycznych nad dziejami Prus Wschodnich podpisał Memoriał o stanie i potrzebach humanistyki olsztyńskiej. Skierowano go do powstałego w 1956 roku Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego „Pojezierze”, które w szczególności upowszechniało wiedzę o Warmii i Mazurach. W memoriale postulowano powołanie instytutu naukowego w ramach Stowarzyszenia. 28 grudnia 1961 roku Zarząd Główny „Pojezierza” podjął uchwałę utworzenia Fundacji Naukowej im. Wojciecha Kętrzyńskiego. Nieco ponad dwa lata później zmieniono nazwę placówki na Ośrodek Badań Naukowych im. W. Kętrzyńskiego, który w 1968 roku uzyskał samodzielność. Celem Ośrodka było wspieranie i organizacja działalności naukowej w zakresie nauk humanistycznych i ekonomiczno-społecznych na obszarze Polski północno-wschodniej, a szczególnie na Warmii i Mazurach45. Ośrodek Badań Naukowych od początku swego istnienia borykał się z problemami lokalowymi. Przy obecnej ulicy Piłsudskiego w Olsztynie dysponował tylko czytelnią, magazynem bibliotecznym oraz czterema pracowniami naukowymi. Poprawa tej sytuacji nastąpiła dopiero 27 października 1980 roku, gdy na potrzeby OBN przekazano odbudowany gmach Domu Polskiego. W I połowie XX wieku mieścił się tu ośrodek polskiej myśli patriotycznej. Historyczny gmach w  nowym wcieleniu wpłynął korzystnie na stworzenie w Ośrodku solidnego warsztatu pracy naukowej46. Kierunek tych prac wytyczała Rada Naukowa składająca się z wybitnych intelektualistów z terenu całego kraju. Jej prezesem był m. in. prof. Józef Burszta z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, jeden z recenzentów pracy doktorskiej Z. Lietza47. Na podstawie wywiadu przeprowadzonego z B. Gniazdowską…, Tczew 27.02.2018; zob. też O nas, [w:] Ośrodek Badań Naukowych im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Olsztynie, http://www.obn.olsztyn.pl/ index1. php? id=o_nas/o_nas [dostęp: 2.02.2018]. 45 D. Jamiołkowska, Dwadzieścia pięć lat Ośrodka Badań Naukowych im. Wojciecha Kętrzyńskiego, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1988, nr 1-2, s. 181. 46 W. Wrzesiński, Dwudziestopięciolecie Ośrodka Badań Naukowych im. Wojciecha Kiętrzyńskiego w Olsztynie, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1988, nr 1-2, s. 11-12. 47 O nas, b. a., „Ośrodek Badań Naukowych…, [dostęp: 2.02.2018]. 44

63


1 lutego1974 roku dr Zygmunt Lietz i dr Anna Szyfer zostali powołani przez ministra oświaty i szkolnictwa wyższego na stanowiska samodzielnych pracowników naukowo-badawczych w OBN, które były równorzędne (po zmianie przepisów w 1973 roku o stopniach i tytułach naukowych) ze stanowiskami docentów48. W latach 1963-1988 Ośrodek uzyskał tylko 3 etaty docentów, jedenastu jego pracownikom nadano tytuły doktorskie, a jedynie jedna osoba habilitowała się49. Cztery miesiące po minowaniu na docenta Lietz został kierownikiem Zakładu Historii OBN, a 1 sierpnia 1975 roku stanowisko to objął po nim dr Tadeusz Filipowski50. W 1975 roku doc. dr Zygmunt Lietz dołączył do zespołu redakcyjnego czasopisma „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”. Jego redaktorem naczelnym był wówczas doc. dr Janusz Jasiński, zatrudniony w Pracowni Toruńskiego Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk, a zastępcą redaktora kierownik Stacji Naukowej Polskiego Towarzystwa Historycznego w Olsztynie mgr  Bohdan Koziełło-Poklewski, sekretarzem zaś pracownik naukowy olsztyńskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej mgr Bohdan Łukaszewicz. Dwa lata później zastąpił Z. Lietza w  zespole redakcyjnym mgr Roman Marchwiński wicedyrektor Wydawnictwa „Pojezierze”51. Kwartalnik historyczny „Komunikaty” wydawany jest w Olsztynie od 1957 roku przez Ośrodek Badań Naukowych. Publikowane są w nim artykuły naukowe, recenzje, materiały dotyczące historii Warmii i Mazur, od Jan Ejankowski, organizator sesji naukowych prehistorii po czasy współczesne. i popularnonaukowych w Ośrodku Tradycji Kółek Na jego łamach kształtuje się Rolniczych w Piasecznie k. Gniewu. Piaseczno, 1985. warsztat naukowy młodych huS. Achremczyk, Kalendarium dwudziestopięciolecia działalności Ośrodka Badań Naukowych im. Wojciecha Kętrzyńskiego, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1988, nr 1-2, s. 155. 49 W. Wrzesiński, Dwudziestopięciolecie Ośrodka…, s. 13. 50 S. Achremczyk, Kalendarium dwudziestopięciolecia…., s. 154-156 51 S. Achremczyk, Komunikaty Mazursko-Warmińskie – 50 lat pisma historycznego, Ośrodek Badań Naukowych im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Olsztynie, http://www.obn.olsztyn.pl/index1.php?id=komunikaty / historia [dostęp: 2.03.2018]. 48

64


manistów, którzy stawiają pierwsze kroki na polu wydawniczym. Lista nazwisk debiutantów jest długa. Znalazło się na niej również nazwisko Z. Lietza, który rozpoczął drukować swoje prace w „Komunikatach” już w 1957 roku52. Historyk doc. dr Zygmunt Lietz prowadził w Ośrodku badania problematyki dziedzictwa kulturowego Warmii i Mazur, które wymagały erudycji i głębokiej refleksji. Reprezentował także OBN podczas różnych wydarzeń o  charakterze naukowym i popularnonaukowym jako prelegent lub dyskutant. 1 marca 1973 roku Z. Lietz wygłosił odczyt zatytułowany Kierunki rozwoju kultury w województwie olsztyńskim w latach 1945-195553. W dniach 25-26 października 1974 roku odbyło się w Zielonej Górze II Spotkanie Redaktorów i Badaczy Prasy spod Znaku Rodła. Reprezentantami Olsztyna na zjeździe byli: Jan Ginter Chłosta (historyk, badacz dziejów Warmii, publicysta, krytyk literacki, encyklopedysta), Zygmunt Lietz, Jan Wróblewski (bibliotekarz, pracownik naukowo-dydaktyczny) oraz Maria Zientara-Malewska (poetka, nauczycielka i działaczka warmińska)54. W maju 1977 roku, w ramach obchodów 650-lecia nadania praw miejskich Morągowi, zmieniono w miejscowym Muzeum im. Johanna Gottfrieda Herdera dotychczasową wystawę herderowską. Od 1964 roku składała się ona z eksponatów, których większość dotyczyła nie samego Herdera, a pamiątek piśmienniczych i artystycznych związanych z luteranizmem. Nowa wystawa zatytułowana Johann Gottfried Herder – życie i dzieło była ekspozycją biograficzną wybitnego filozofa i myśliciela z uwzględnieniem epoki. Autorami jej scenariusza byli Niemcy: Willi Ehrlich, dyrektor Muzeum Goethego w Weimarze i Wolfgang Hecht. Recenzowali go polscy historycy dr Janusz Jasiński i doc. dr Zygmunt Lietz oraz germanista z Uniwersytetu Warszawskiego Tadeusz Namowicz. NRD-owska koncepcja wzbudziła wśród recenzentów kontrowersje, a zwłaszcza jego częściowe upolitycznienie. Nie zgodzono się na przykład na propozycję marksistowskiej interpretacji myśli Herdera55. Z okazji jubileuszu 50-lecia szkolnictwa polskiego na Warmii, Mazurach i Powiślu (Prusy Wschodnie) 8 kwietnia 1979 roku zorganizowano w Olsztynie sesję naukową. Zaprezentowano na niej kilka referatów, które wywołały interesującą dyskusję. Doc. dr Z. Lietz mówił o szkolnictwie polskim na terenie Pogranicza i Kaszub. W. Wrzesiński, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie” – 50 lat olsztyńskiego kwartalnika historycznego, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 2007, nr 3, s. 291-292; zob. też Zygmunt Lietz, b. a., „Czasopisma humanistyczne”, http://bazhum.muzhp.pl/autor/Lietz/Zygmunt/ [dostęp: 2.03.2018]. 53 S. Achremczyk, Kalendarium dwudziestopięciolecia…., s. 154-156 54 Drugie spotkania prasy rodłowej, b. a. (St. S.), „Studia Historica Slavo-Germanica”, 1976, tom 5, s. 270-271. 55 Dokumentacja wystawy herderowskiej w Muzeum im. J. G. Herdera w Morągu, b. a., 1976, mps; zob. też J. Ejankowski, Z myślą o Kraziewiczu, Piaseckie muzeum historii ruchu ludowego, „Kociewski Magazyn Regionalny”, 2003, nr 4, s. 115-117. 52

65


Na okoliczność jubileuszu wydano opracowania dwóch oryginalnych rękopisów kronik szkół polskich zachowanych do dzisiejszych czasów na terenie województwa warmińsko-mazurskiego. Autorami publikacji pt. Kronika Szkoły Polskiej w Worytach na Warmii 1930-1939 byli Tadeusz Filipkowski i Zygmunt Lietz. Publikację zatytułowaną Kronika Katolickiej Szkoły Polskiej w Nowej Kaletce przygotowali do druku Bohdan Koziełło-Podlewski i Wojciech Wrzesiński. Unikatowe dokumenty stały się kopalnią wiedzy o tym okresie i stosunkach panujących w tych szkołach56. Podczas odbywającej się w dniach 18-20 października 1979 roku w Katowicach sesji naukowej pt. Stosunki polsko-niemieckie, problemy integracji Ziem Północnych i Zachodnich swoje referaty wygłosili doc. dr Zygmunt Lietz i dr Tadeusz Filipkowski57. W dniach 27-28 października 1980 roku odbyła się w Olsztynie uroczystość z okazji 60-lecia plebiscytu na Warmii, Mazurach i Powiślu oraz powstania Związku Polaków w Prusach Wschodnich. Nastąpiło także oficjalne przekazanie zrekonstruowanego Domu Polskiego miejscowemu Ośrodkowi Badań Naukowych. W drugim dniu uroczystości miała miejsce ogólnopolska sesja naukowa poświęcona związkom Warmii i Mazur z ziemiami polskimi w XIX i XX wieku. Wysłuchano wówczas czterech referatów i dwóch komunikatów. Prelegentami byli naukowcy z Gdańska, Olsztyna, Torunia, Warszawy i Wrocławia. W dyskusji, która wywiązała się pod koniec sesji, zabrał głos także Z. Lietz reprezentujący OBN w Olsztynie. Zgłosił konieczność przeprowadzenia badań składu i pochodzenia klasy robotniczej regionu łódzkiego. Właśnie tam licznie emigrowali mieszkańcy Warmii i  Mazur po likwidacji miejscowego przemysłu nakładczego w drugiej połowie XIX wieku. Zasygnalizował również sprawę niewystarczającego zainteresowania się sprawą emigracji zarobkowej społeczności Warmii i Mazur do Nadrenii i Westfalii. To nadzwyczajne wydarzenie było okazją do wręczenia odznaczeń i wyróżnień osobom zasłużonym. Wśród odznaczonych znalazł się Z. Lietz. Na mocy uchwały Rady Państwa uhonorowano go Złotym Krzyżem Zasługi58. Doc. dr Zygmunt Lietz, badacz dziejów i kultury Warmii i Mazur, nie zapominał o swoich korzeniach. Bywał na Kociewiu, gdzie wygłaszał referaty o różnym zasięgu i znaczeniu. 23 listopada 1973 roku zaproszony został do Ośrodka Tradycji Kółek RolniI. Lewandowska, Sposoby upamiętniania szkolnictwa mniejszości polskiej na Warmii (1929-1939) w okresie powojennym, [w:] Działalność narodowa Polaków na północnym pograniczu polsko-niemieckim w dwudziestoleciu międzywojennym, pod red. Z. Romanowa, Bytów-Pruszcz Gdański 2010, s. 225-227. 57 S. Achremczyk, Kalendarium dwudziestopięciolecia…, s. 160. 58 T. Baryła, Sprawozdanie z sesji naukowej w Domu Polskim (27-28 października 1980 roku), „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1981, nr 1, s. 169-174. 56

66


czych w Piasecznie w gminie Gniew. Jego kolega gimnazjalny Jan Ejankowski był tam kustoszem. Lietz uczestniczył w sesji popularnonaukowej Działalność Juliusza Kraziewicza na tle Komisji Edukacji Narodowej. Przedstawił tam referat o oświatowej działalności Kraziewicza (polski działacz oświatowo-gospodarczy w zaborze pruskim) w drugiej połowie XIX wieku. Drugi znakomity prelegent dr hab. Wacław Odyniec, serdeczny przyjaciel Kociewia, omówił wówczas działalność Komisji Edukacji Narodowej. Z. Lietz ponownie zaszczycił swoją obecnością Piaseczno 15 września 1979 roku. Był uczestnikiem sesji naukowej związanej z obchodami jubileuszu 750-lecia Ziemi Gniewskiej. Wygłosił cieszący się żywym zainteresowaniem wykład pt. Ziemia gniewska w XIX i XX wieku. Referaty przedstawili również inni zaproszeni prelegenci. Doc. dr Jacek Przeniosło z Instytutu Historii Materialnej PAN w Warszawie zapoznał zebranych z najnowszymi odkryciami archeologicznymi na ziemi gniewskiej. Z kolei prof. dr hab. Wacław Odyniec przybliżył związki króla Jana III Sobieskiego z jubilatką. Natomiast redaktor Zdzisław Ciesiołkiewicz z Warszawy nakreślił rolę tygodnika „Piast” (organ PSL „Piast”, SL i PSL, wydawany w latach 1913-1939 oraz 1945 1949) w budzeniu uczuć patriotycznychi kształtowaniu postaw obywatelskich ludności Pomorza. Nie lada atrakcją dla uczestników sesji był występ miejscowego zespołu folklorystycznego „Kociewie”59. Zygmunt Lietz znany jest nie tylko ze swojej naukowej aktywności zawodowej, ale także z działalności w społecznym ruchu naukowym. Był członkiem Polskiego Towarzystwa Historycznego (PTH) Oddział w Olsztynie, utworzonego tu w 1948 roku. Dwukrotnie wybierano go na prezesa oddziału. Pierwszy raz pełnił tę zaszczytną funkcję w okresie od 11 kwietna 1962 do 17 czerwca 1964 roku, a ponownie sprawował ją od 3 kwietnia 1970 do 13 marca 1974 roku. Olsztyńska organizacja pożytku publicznego to jeden z 55 oddziałów Polskiego Towarzystwa Historycznego, stowarzyszenia działającego od 1886 roku. Po II wojnie światowej stało się ono zrzeszeniem wszystkich tych, którzy czynnie lub biernie interesowali się przeszłością. Członkami towarzystwa byli: nauczyciele, nauczyciele akademiccy oraz pracownicy instytucji naukowych, archiwów, muzeów, bibliotek i miłośnicy historii. Celem działania PTH Oddział w Olsztynie jest przede wszystkim pogłębianie i upowszechnianie wiedzy o historii Warmii i Mazur. Taka społeczna działalność naukowa i popularyzatorska była Z. Lietzowi szczególnie bliska60. J. Ejankowski, Z myślą o Kraziewiczu, Piaseckie muzeum historii ruchu ludowego, „Kociewski Magazyn Regionalny”, 2003, nr 4, s. 115-117. 60 Historia Polskiego Towarzystwa Historycznego Oddział w Olsztynie, b. a., „Encyklopedia Warmii i Mazur”, http://encyklopedia.warmia.mazury.pl [dostęp: 7.02.2018]. 59

67


6. Publikacje książkowe Udokumentowany publikacjami dorobek naukowy doc. dra Zygmunta Lietza świadczy, że główną jego pasją była różnorodna problematyka badawcza nad przeszłością człowieka. Na bogate osiągnięcia na tym polu składają się m. in. książki (w tym autorskie, współautorskie i pod redakcją). Przedstawionej poniżej bibliografii opracowań naukowych w formie maszynopisu książki i książki wydanej Z. Lietza nadano układ alfabetyczny, uszeregowany według tytułów książek autorskich (bez nazwiska autora), współautorskich i pod redakcją. Tytuły publikacji powiązane są z rozległym obszarem jego badań. 1. Gniew w XIX i XX wieku, Olsztyn 1976, mps. 2. Königsberger Arbeiterverein (1848-1852), Olsztyn 1972, mps. 3. Kronika Szkoły Polskiej w Worytach 1930-1939, wstęp i oprac. T. Filipkowski, Z. Lietz, Olsztyn 1979. 4. Miejsce ruchu robotniczego w historii Warmii i Mazur, Olsztyn 1972, mps. 5. Neue Königsberger Zeitung (1848-1850) na tle prasy królewieckiej w dobie Wiosny Ludów [w:] Z dziejów prasy Prus Wschodnich w XIX i XX wieku (do 1939 roku), pod red. Bohdana Koziełło-Poklewskiego, Olsztyn 1988, s. 5-23. 6. Obozy jenieckie w Prusach Wschodnich 1913-1945, Warszawa 1982. 7. Pamiątki polskości 1919-1939. Przewodnik po wystawie Muzeum Mazurskiego w Olsztynie, Olsztyn 1957. 8. Plebiscyt na Powiślu, Warmii i Mazurach w 1920 roku, Warszawa 1958. 9. Polska Partia Robotnicza na Warmii i Mazurach w latach 1945-1948: przewodnik po wystawie, styczeń-luty, Olsztyn 1962. 10. Praca przymusowa w Trzeciej Rzeszy w latach II wojny światowej. Stan i  potrzeby badawcze, materiały z sesji naukowej 28-30 IV 1978, opracowanie T. Filipkowski, Z. Lietz, Olsztyn 1979. 11. Polskie życie teatralne na Warmii i Powiślu w XIX i XX wieku, Olsztyn 1987. 12. Walka Polski i ludów bałtyckich z Zakonem Krzyżackim, Olsztyn 1966. 13. Z działalności kulturalnej ZPwN na Powiślu, Warmii, Pograniczu i Kaszubach, [w:] Pięćdziesięciolecie Związku Polaków w Niemczech (materiały z sesji naukowej), pod red. F. Hawranka, Opole 197461. 14. Z dziejów gazety „Mazur” (1928-1939), Olsztyn 196262. 61

Zygmunt Lietz, b. a., „WorldCat – Katalog Centralny”, http://worldcat.org/identities/lccn-n85084076/ [dostęp: 6.03.2018]; zob. też Z. Lietz, Stan i potrzeby badań nad dziejami ruchu robotniczego w Prusach Wschodnich, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1978, nr 1, s. 58; S. Achremczyk, Kalendarium dwudziestopięciolecia…, s. 160. 62 Nadbitka z czasopisma „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1962, nr 3, s. 597-615. Jest to osobny artykuł w formie książki z niezmienionego składu drukarskiego, bez zmiany numeracji stron, z tytułem nagłówkowym. Wydana przez Stację Naukową Polskiego Towarzystwa Historycznego (Instytut Mazurski) w Olsztynie.

68


W 1956 roku ukazała się pierwsza drukowana publikacja naukowa Zygmunta Lietza. Wydział Historii i Nauk Społecznych Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk (PTPN) w periodyku „Roczniki Historyczne” udostępnił publicznie jego pracę magisterską pt. Plebiscyt na Powiślu w r. 192063. Założycielem i pierwszym redaktorem „Roczników Historycznych” od 1925 roku był wybitny historyk-mediewista Kazimierz Tymieniecki. Rocznik szybko uznany został za jedno z kilku najważniejszych polskich czasopism historycznych. Przez długie lata zajmował się sprawami ziem zachodnich i stosunków polsko-niemieckich. Z czasem na jego łamach znaczenia nabrała specjalizacja chronologiczna. Już od ponad dwudziestu pięciu lat drukowane są rozprawy, artykuły, prace drobne, mniejsze teksty źródłowe, przeglądy badań, polemiki, a także liczne recenzje poświęcone polskim i powszechnym dziejom średniowiecza i wczesnym czasom nowożytnym64. W ten sposób upowszechnione dzieło Lietza zrecenzowano na łamach czasopism naukowych. W olsztyńskich „Komunikatach Mazursko-Warmińskich” recenzję opublikował Tadeusz Grygier, dyrektor Wojewódzkiego Archiwum Państwowym w Olsztynie. Oceniając pracę, stwierdził wówczas, że należałoby przeanalizować poszczególne jej rozdziały. Uzupełnić należy tekst dotyczący problemów wewnętrznych powiślańskiego obszaru plebiscytowego a rozszerzyć zbyt ogólny obraz wydarzeń plebiscytowych Warmii i Mazur. Zdaniem recenzenta opracowanie „…może stać się początkiem ogólnej dyskusji na tematy plebiscytów Warmii, Mazur, Powiśla i Śląska”. Zaapelował do PTH Oddział w Olsztynie, aby przygotował sesję naukową o tych ważnych kwestiach. Miałaby ona przyczynić się do ujęcia całościowo zagadnienia plebiscytów65. Recenzja publikacji Z. Lietza ukazała się także w cennym czasopiśmie historycznym „Studia i Materiały do Dziejów Wielkopolski i Pomorza”. Wydawcą ukazującego się w latach 1955-1994 rocznika było PTH Oddział w Poznaniu. Prezentowano w nim artykuły naukowe, recenzje, materiały dotyczące historii Pomorza i Wielkopolski. W tym piśmie naukowym udostępniał drukiem artykuły prof. Janusz Pajewski – promotor pracy magisterskiej i doktorskiej Lietza. Swoje teksty zamieszczali również tacy znani pomorscy historycy, jak: Marian Biskup, Andrzej Bukowski, Gerard Labuda, Zygmunt Szultka i Edwin Rozenkranz66. Z. Lietz, Plebiscyt na Powiślu w r. 1920, „Roczniki Historyczne”, rocznik XXI za lata 1953-1954, Poznań 1956, s. 195-284. 64 Roczniki Historyczne, b. a., „Akademicka Platforma Czasopism”, http://apcz.umk.pl/czasopisma/index. php/RH, [dostęp: 30.05.2018] 65 T. Grygier, Na marginesie pracy Zygmunta Lietza: Plebiscyt…, s. 98. 66 Historia czasopisma „Studia i Materiały do Dziejów Wielkopolski i Pomorza”, b. a., „Informatorium Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej – Książnica Kopernikańska w Toruniu”, http://informatorium. ksiaznica. torun.pl/studia-i-materialy-do-dziejow-wielkopolski-i-pomorza/ [dostęp: 3.03.2018]. 63

69


Autorem recenzji pracy Zygmunta Lietza był historyk prof. Tadeusz Cieślak – rektor Szkoły Głównej Służby Zagranicznej w Warszawie w latach 1954-1961. Ocena dzieła sformułowana przez profesora poparta została argumentami podkreślającymi zarówno jego mocne, jak i słabe strony. W konkluzji Cieślak stwierdził, że „na tle szerokiego rozmachu pierwszych rozdziałów sięgających do lat 80. XIX wieku, poruszających bardzo szeroki wachlarz zagadnień historii politycznej, mam pretensje do autora o zbyt skąpe omówienie skutków plebiscytu, co dałoby jego cennej pracy właściwe zakończenie”67. Recenzje zdopingowały Lietza do rozwinięcia pracy magisterskiej. Zbierał materiał faktograficzny, pracując jako nauczyciel w Państwowym Gimnazjum i Liceum w Olsztynie (obecne II Liceum Ogólnokształcące im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego). Uzupełnił nim zagadnienia powiślańskiego obszaru plebiscytowego. Rozszerzył również obraz ogólny wydarzeń plebiscytowych Mazur i Warmii. W 1958 roku maszynopis doczekał się wydania książkowego. Opublikowała go w Warszawie Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza w nakładzie 3205 szt. Działająca od 1949 roku oficyna może się poszczycić bogatą listą znakomitych autorów, którzy powierzyli jej wydanie swoich dzieł. Należeli do nich m. in. ks. biskup Karol Wojtyła, ks. Jan Twardowski, Edward Stachura, Czesław Miłosz68. Recenzja książki Z. Lietza ukazała się na łamach dwumiesięcznika dla nauczycieli historii „Wiadomości Historyczne” (pismo ukazuje się od 1958 r.). Napisał ją Walenty Aleksandrowicz. Już w pierwszym zdaniu artykułu recenzent pochlebnie wyraża się o publikacji młodego stosunkowo jeszcze autora: „Książka ta zasługuje na uwagę, ponieważ jest chyba pierwszą pracą omawiającą zagadnienia pominięte częściowo w histografii polskiej”. Ale były też uwagi krytyczne. Zdaniem recenzenta, głównym niedociągnięciem pracy jest wąskie potraktowanie spraw związanych z przygotowaniami do plebiscytu, zarówno Polaków jak i Niemców. Te mankamenty książki, jak tłumaczy Aleksandrowicz, „…wypływają z braku pełnego zestawienia źródeł, o czym wspomina sam autor”69. Kolejna książka Lietza powstała w oparciu o podstawę źródłową pozyskaną w archiwach polskich i niemieckich. Prowadząc przez kilka lat żmudne badania nad pozycją wydawniczą pt. Obozy jenieckie w Prusach Wschodnich 1913-1945, odbył kwerendę w wielu archiwach krajowych, m. in. w Archiwum Akt Nowych w Warszawie oraz w Tajnym Archiwum Państwowym w Berlinie-Dahlem i Federalnym Archiwum Wojskowym we Fryburgu70. T. Cieślak [recenzja], Z. Lietz, Plebiscyt na Powiślu, Warmii i Mazurach w 1920 roku, „Studia i Materiały do Dziejów Wielkopolski i Pomorza”, tom V, zeszyt 1, cz. III, Poznań 1959, s. 393-396. 68 Z. Lietz, Plebiscyt na Powiślu, Warmii i Mazurach w 1920 roku, Warszawa 1958, s. 3-4; zob. też O Nas, b. a., „Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza w Warszawie”, http://lsw.pl/ [dostęp: 5.03.2018]. 69 W. Aleksandrowicz, Plebiscyt na Powiślu, Warmii…, s. 439. 70 Z. Lietz, W odpowiedzi Bohdanowi Koziełło-Poklewskiemu, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1985, 67

70


Wykorzystał także dokumenty Międzynarodowego Czerwonego Krzyża i relacje świadków. Współpracował z Okręgową Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich w Olsztynie. Dzieło Zygmunta Lietza obejmuje prawne aspekty problematyki jeńców i organizację obozów jenieckich w I okręgu wojskowym Wehrmachtu oraz panujące tam warunki bytowania i pracę przymusową. Pomimo ogromnego wysiłku badawczego i analitycznego autora dane w książce są niepełne. Niemcy skrupulatnie ukrywali egzekucje na jeńcach, ich zgony na skutek niedożywienia, wyczerpującej pracy czy chorób zakaźnych. Śmiało można powiedzieć, że w tamtych czasach była to cenna i pionierska w Polsce praca naukowa na temat obozów jenieckich w Prusach Wschodnich, na północnym Mazowszu, Suwalszczyźnie i rejonie Kłajpedy71. W olsztyńskim czasopiśmie „Komunikaty Mazursko-Warmińskie” ukazała się recenzja, w której Bohdan Jerzy Koziełło-Poklewski poddaje książkę Z. Lietza nieomal totalnej krytyce. Przedstawiając argumenty na rzecz swoich ocen, nie rezygnuje z krytyki wyrażanej pryncypialnym tonem niechęci. Powątpiewając w umiejętności metodyczne autora, bez wahania wytyka mu nieporadność, jeśli chodzi o selekcję wykorzystanego materiału, jego uporządkowanie, wprowadzanie wątków dalekich od tematu, gubienie logicznego toku narracji, poruszanie zagadnień luźno związanych z tematem72. Pomiędzy pracownikami olsztyńskiego OBN (Koziełło kierował Pracownią Niemcoznawczą) wywiązała się polemika prasowa. Adwersarz Lietza zamiast wykorzystywać swoją kreatywność, realizując cele, otwarcie krytykował i starał się zyskać na czyichś błędach. Zygmunt Lietz udzielił obszernej odpowiedzi na uwagi zamieszczone w recenzji. W polemice odniósł się do poszczególnych jej fragmentów. Wyjaśnił, że przyjęcie jego pracy naukowej do druku przez wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej w redakcji wydawnictw seryjnych spowodowało jej popularny charakter. Ograniczono liczbę przypisów, zmniejszono objętość tekstu i zrezygnowano z indeksów. Usunięto także sporą liczbę map, planów, zdjęć i aneksów źródłowych. O połowę zmniejszono wykaz literatury i zakończenie sumujące straty jeńców różnych narodowości73. Lietz zdawał sobie sprawę, że ze względu na wprowadzone uszczuplenia czytelnik miał prawo być nieco zawiedziony książką. Historię obozów jenieckich w I okręgu powinno się bowiem przedstawić w sposób wyczerpujący, w postaci monografii74. nr 1-2, s. 152. 71 Książka, która oskarża i nakazuje pamięć, b. a. (TE), „Słowo Powszechne” wyd. B, 1983, nr 10, s. 4. 72 B. Koziełło-Poklewski, Obozy jenieckie w Prusach Wschodnich, Warszawa 1982: (na marginesie książki Zygmunta Lietza), „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”,1983, nr 4, s. 517-536. 73 Z. Lietz, W odpowiedzi Bohdanowi Koziełło…, s. 151. 74 Tamże, s. 171.

71


Artykuł Koziełło-Poklewskiego stanowiący polemikę z faktami przedstawionymi przez Z. Lietza w wyjaśnieniach ograniczał się jedynie do kontynuowania totalnej krytyki. Stwierdził, iż autor repliki na jego recenzję nie zrozumiał jej sensu: „Na dobrą sprawę nie znajdujemy w niej odpowiedzi na postawione przeze mnie zarzuty; znajdujemy natomiast odpowiedź na zarzuty wyimaginowane przez Zygmunta Lietza”75.

7. Publikacje w czasopismach Swoje fascynacje historyczne doc. dr Z. Lietz popularyzował także w czasopismach w formie artykułów, recenzji i polemik. Najwięcej z nich ukazało się w periodyku „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”. W latach 1957-1988 zamieszczono 51 tekstów jego autorstwa lub współautorstwa oraz jedną polemikę i cztery recenzje dotyczące prac Z. Lietza napisane przez innych autorów76. Lietz pisał również dla czasopisma „Słowo na Warmii i Mazurach”, które było olsztyńskim dodatkiem niedzielnym do „Słowa Powszechnego” (dziennik katolicki o zasięgu ogólnopolskim). Do wiosny 1955 roku dodatek był jedynym pismem popularyzującym przeszłość regionu. Wówczas to zaczęto wydawać miesięcznik „Mazury i Warmia”. „Słowo na Warmii i Mazurach” ukazywało się w latach 1952-1982. Głównym jego celem była integracja ludności rodzimej z napływową. Inną ważną misją periodyku stała się edukacja historyczna, której służyły teksty historyczne i prace o tradycji regionu. Ze „Słowem” współpracowali Ks. kanonik Henryk Mross, kolega ze szkolnej ławy Z. Lietza. Osielsko, 1985. olsztyńscy pisarze, badacze, intelektualiści, m.in.: Janusz Jasiński hiB. Koziełło-Poklewski, Zygmuntowi Lietzowi w odpowiedzi, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1985, nr 1-2, s. 173-176. 76 Zygmunt Lietz, b. a., „Czasopisma humanistyczne”… [dostęp: 2.03.2018]. 75

72


storyk, badacz dziejów Warmii i Mazur, Władysław Ogrodziński – historyk, autor powieści, reportaży, esejów i antologii, Stanisław Flis – lekarz, regionalista, Anna Szyfer – badaczka etnografii Warmii i Mazur, językoznawca77. W 1963 roku Z. Lietz zamieścił w czasopiśmie „Rocznik Olsztyński” recenzję artykułu Stefana Krzysztofa Kuczyńskiego pt. Tłoki pieczętne cechów rzemieślniczych w zbiorach województwa olsztyńskiego. Autor artykułu był historykiem specjalizującym się w historii średniowiecznej, głównie w zakresie nauk pomocniczych historii: heraldyce, sfragistyce, leksykologii oraz genealogii. W tym czasie pracował w Archiwum Głównym Akt Dawnych w Warszawie. Uczestniczył w pracach Komitetu Sfragistycznego przy Międzynarodowej Radzie Archiwalnej78. Następną publikację Z. Lietza wydał drukiem „Rocznik” w 1968 roku. Nosiła ona tytuł Włoskie medale renesansowe w zbiorach Muzeum Mazurskiego. Był to tekst referatu wygłoszonego przez autora w trakcie uroczystej sesji naukowej, która odbyła dwa lata wcześniej z okazji obchodów jubileuszu dwudziestolecia istnienia Muzeum Mazurskiego79. W tym samym periodyku Zygmunt Lietz opublikował w 1972 roku pracę pt. Plebiscyty europejskie po I wojnie światowej (studium porównawcze). Artykuł podpisał dwoma imionami: Zygmunt Henryk80. Opracowania naukowe Lietza ukazywały się też w czasopiśmie „Warmia i Mazury”, które wydawano w Olsztynie w latach 1955-1990 oraz krótko od 2000-2001. W maju 1955 roku ukazał się pierwszy numer tego miesięcznika społeczno-kulturalnego jako dodatek do „Głosu Olsztyńskiego”. Rok później przekształcono go w dwutygodnik. Od 1958 roku periodyk był znowu miesięcznikiem. W latach 1982-1989 pojawiał się w sprzedaży jako dwutygodnik, następnie przez rok jako miesięcznik i na początku 1990 roku ponownie dwutygodnik. Pismo poświęcone było kulturze i historii regionu. Odegrało ważną rolę w integracji środowiska. Z redakcją współpracowali historycy, historycy sztuki, archeolodzy, dziennikarze, bibliotekarze, artyści, pisarze i poeci81. Z okazji przypadającej w 1974 roku 230. rocznicy urodzin Johanna Gottfrieda Słowo na Warmii i Mazurach, b. a., „Leksykon Kultury Warmii i Mazur”, http://leksykonkultury.ceik.eu/ index. php/S%C5%82owo_na_Warmii_i_Mazurach [dostęp: 6.06.2018]. 78 Z. Lietz, [recenzja], S. K. Kuczyński, Tłoki pieczętne cechów rzemieślniczych w zbiorach województwa olsztyńskiego, „Wiadomości Numizmatyczne”, 1966, tom 10, nr 3, s. 160 – „Rocznik Olsztyński”, 1963, tom V, s. 353-367; zob. też S. Górzyński, Stefan Krzysztof Kuczyński 13 I 1938-3 I 2010, [w:] „Rocznik Polskiego Towarzystwa Heraldycznego”, 2010, nowej serii tom IX (XX), s. 4-6. 79 Z. Lietz, Włoskie medale renesansowe w zbiorach Muzeum Mazurskiego, „Rocznik Olsztyński”, 1968, tom VII, s. 239-249. 80 Z. H. Lietz, Plebiscyty europejskie po I wojnie światowej (studium porównawcze), „Rocznik Olsztyński” 1972, tom X, s. 257-288. 81 Historia olsztyńskiego czasopisma kulturalnego „Warmia i Mazury”, b. a., [w:] Leksykon Kultury Warmii i Mazur, http://leksykonkultury.ceik.eu/index.php/Warmia_i_Mazury [dostęp: 2.03.2018]. 77

73


von Herdera – niemieckiego filozofa, pastora i pisarza doc. dr Zygmunt Lietz udostępnił drukiem w miesięczniku „Warmia i Mazury” (nr 2/1974, s. 20-21) okolicznościowy artykuł pt. Niektóre problemy społeczne w twórczości J. G. Herdera. W 230. rocznicę urodzin82. W rozwoju humanistyki olsztyńskiej od 1945 roku, zwłaszcza nauk historycznych, dużą rolę odegrał toruński ośrodek historyczny. Wspierał on Olsztyn poprzez kształcenie, zaangażowanie organizacyjne oraz zasilanie wydawnictw olsztyńskich swoimi tekstami. Ośrodek ten w jeszcze inny sposób wspomagał tamtejszych historyków. Namawiał ich do współpracy w swoich czasopismach oraz do uczestnictwa w organizowanych konferencjach i sympozjach. Część olsztynian korzystała z zaproszeń. Zamieszczali na łamach czasopisma „Zapiski Historyczne” artykuły i recenzje. Byli to m. in. Tadeusz Grygier, Janusz Jasiński i Zygmunt Lietz83. Ten organ Towarzystwa Naukowego w Toruniu powstał w 1908 roku jako kwartalnik. Wówczas czytelnicy znali go pod tytułem „Zapiski Towarzystwa Naukowego w Toruniu”. Od początku istnienia periodyku drukowano w nim prace historyczne, archeologiczne, językoznawcze, etnologiczne, z historii sztuki, dotyczące przeszłości Prus Zachodnich. Z czasem stał się on najważniejszym polskim czasopismem historycznym krzewiącym historię Pomorza i innych regionów nadbałtyckich84. W periodyku tym Z. Lietz opublikował artykuł pt. „Mazurski Przyjaciel Ludu”, organ Zjednoczenia Mazurskiego (1923-28). Przedstawił w nim historię czasopisma walczącego z niemieckimi nacjonalistami o polski język i prawa Mazurów oraz popularyzującego polską historię i piśmiennictwo. Oprócz Warmii i Mazur rozprowadzano pismo w Nadrenii i Westfalii. Założycielami czasopisma w 1928 roku byli Gustaw Leyding (polski działacz ludowy na Mazurach) i Kazimierz Jaroszyk (działacz narodowy i społeczny na Warmii i Mazurach). Na jego łamach swoje teksty zamieszczali Reinhold Barcz (działacz narodowy i protestancki na Mazurach) i Michał Kajka (poeta ludowy, artysta, działacz mazurski). Po przejęciu w 1928 roku „Mazurskiego Przyjaciela Ludu” przez Niemców pismo stało się antypolskie85. Ponadto Zygmunt Lietz pisywał do rocznika „Studia i Materiały do Dziejów M. Bartoś, Tradycja herderowska na Warmii i Mazurach, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 2003, nr 4, s. 493. 83 M. Biskup, Kontakty i więzi historyków Torunia z Olsztynem 1945-1999, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 2000, nr 1, s. 66-69. 84 O czasopiśmie, b. a., [w:] „Zapiski Historyczne”, http://www.zapiskihistoryczne.pl/pl/page/test [dostęp: 29.04.2018]. 85 Z. Lietz, „Mazurski Przyjaciel Ludu”, organ Zjednoczenia Mazurskiego (1923-28), „Zapiski Historyczne”, 1961, tom 26, nr 3, s. 27-52. 82

74


Wielkopolski i Pomorza”. Przekazywał do czasopisma informacje o bieżących wydarzeniach dotyczących historii społecznej na Warmii i Mazurach. W tomie V, zeszycie 1, części IV – Wspomnienia i Kronika z 1958 roku zamieszczono jego relacje z uroczystości rocznicowych: • 100-lecie urodzin Michała Kajki. • 650-lecie Lidzbarka Warmińskiego. • XXX rocznica zgonu ks. Walentego Barczewskiego. Ks. proboszcz z Brąswałdu (przez 34 lata) był działaczem narodowym, historykiem, pisarzem, wydawcą i folklorystą. • Sesja naukowa z okazji X-lecia PTH i Tygodnia Ziem Zachodnich86. W interdyscyplinarnym czasopiśmie naukowym „Przegląd Zachodni” Lietz opublikował artykuł pt. J. Liszewski – nauczyciel i działacz. Przypomniał w nim postać Jana Liszewskiego (1852–1894), syna kowala z Klebara Wielkiego. W swoich czasach był on znany przede wszystkim jako nauczyciel, który samowolnie rozpowszechniał polskie książki oraz poeta ludowy, założyciel i pierwszy redaktor „Gazety Olsztyńskiej”87. „Przegląd” wydawany jest od 1945 roku w Poznaniu przez Instytut Zachodni (placówka prowadząca badania naukowe stosunków międzynarodowych w Europie). Do 1948 roku ukazywał się jako miesięcznik, następnie przez ponad czterdzieści lat był dwumiesięcznikiem, a od stycznia 1991 roku jest kwartalnikiem. Początkowo czasopismo było raczej wielotematyczne. Od 1991 roku poszczególne numery są profilowane, tj. zawierają teksty związane z jednym tematem88. Mieszkający w Olsztynie Zygmunt Lietz był nadal emocjonalnie związany z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zamieszczał w ukazującym się tam roczniku „Studia Historica Slavo-Germanica” swoje teksty naukowe, m. in. pt. Udział Mazurów w ruchu robotniczym w końcu XIX i początkach XX wieku. Wydawany od 1974 roku periodyk Instytutu Historii publikuje na swych łamach artykuły naukowe, recenzje i materiały dotyczące dziejów stosunków polsko-niemieckich89.

Z. Lietz, Wydarzenia historyczne na Warmii i Mazurach, [w:] „Studia i Materiały do Dziejów Wielkopolski i Pomorza”, tom V, zeszyt 1, cz. IV, Poznań 1959, s. 448-457. 87 Z. Lietz, J. Liszewski – nauczyciel i działacz, „Przegląd Zachodni”,1957, nr 6, s. 301-305. 88 Historia, b. a., Przegląd Zachodni, http://www.iz.poznan.pl/publikacje/przeglad-zachodni/historia [dostęp: 10.03.2018]. 89 Z. Lietz, Udział Mazurów w ruchu robotniczym w końcu XIX i początkach XX wieku, [w:] „Studia Historica Slavo-Germanica”, 1980, tom 9, s. 105-126; zob. też Studia Historica Slavo- Słowo na Warmii i Mazurach http://leksykonkultury.ceik.eu/index.php/S%C5%82owo_na_Warmii_i_MazurachGermanica,b.a., [w:] Wikipedia, wolna encyklopedia”, https://pl.wikipedia.org/wiki/Studia_Historica_Slavo-Germanica[dostęp: 10.03.2018]. 86

75


Podsumowanie W 1988 roku, Zygmunt Lietz wraz z całą rodziną, namówieni przez siostrę i brata żony, wyjechał do Republiki Federalnej Niemiec jako tak zwani późni przesiedleńcy z Warmii i Mazur. Zamieszkali najpierw w Rastatt, a następnie w Heilbronn – miastach powiatowych, położonych w kraju związkowym Badenia-Wirtembergia. Z. Lietz, będąc poza granicami kraju, pamiętał o rodzinnym Kociewiu. Utrzymywał stały kontakt przede wszystkim z matką i bratem Kazimierzem – mieszkającymi w Gniewie oraz siostrą Barbarą z Tczewa. Dzwonił i pisał również do szkolnych kolegów: ks. Henryka Mrossa, proboszcza w Osielsku (od 1992r. dyr. biblioteki seminaryjnej w Pelplinie) oraz Jana Ejankowskiego, kustosza muzeum w Piasecznie w gminie Gniew. Teresa Lietz zmarła w Niemczech w 2010 roku. Zygmunt Lietz, po dwudziestu pięciu latach pobytu poza graniami Polski, wrócił w 2013 roku do krainy tysiąca jezior. Mieszkał w ukochanym Olsztynie do końca kwietnia 2018 roku. Potem ponownie wyjechał do Niemiec, gdzie mieszkają członkowie jego najbliższej rodziny90. Dorobek naukowy doc. dra Z.Lietzajest trudny do przecenienia. Napisał wiele prac naukowych, które wytyczały nowe kierunki badań. Publikowane przez niego książki i artykuły recenzowano w pismach naukowych. Nie szczędzono pochwał, jak i uwag polemicznych oraz konstruktywnej i totalnej krytyki. Za osiągnięcia naukowe oraz organizacyjne kształtujące i utrwalające tożsamość regionalną, a także upowszechniające wiedzę o regionie Warmii i Mazur odznaczony został Złotym Krzyżem Zasługi oraz srebrną odznaką „Zasłużonym dla Warmii i Mazur” i medalem „Za zasługi dla humanistyki olsztyńskiej” (1972)”91. Z okazji jubileuszu 25-lecia działalności Ośrodka Badań Naukowych w Olsztynie Z. Lietz i kilku innych długoletnich pracowników tej zasłużonej dla humanistyki placówki, nie tylko w skali regionu, otrzymali nagrody pieniężne92. Patrząc z perspektywy minionych lat można śmiało powiedzieć, że Zygmunt Lietz jest osobą spełnioną życiowo i zawodowo. Dał się poznać jako człowiek wielkiego formatu, skromny i życzliwy. Za bogaty dorobek naukowy, wiedzę oraz doświadczenie należy mu się wdzięczność, szacunek i pamięć93. W badaniach nad biografią doc. dra Z. Lietza wspomagała mnie życzliwa zachę90

Na podstawie wywiadu przeprowadzonego z B. Gniazdowską…, Tczew 4.06.2018. Na podstawie wywiadu przeprowadzonego z B. Gniazdowską…, 24.01.2018; zob. też S. Achremczyk, Kalendarium dwudziestopięciolecia…, s. 153; T. Baryła, Sprawozdanie z sesji naukowej …, s. 171. 92 D. Jamiołkowska, Dwadzieścia pięć lat Ośrodka Badań Naukowych im. Wojciecha Kętrzyńskiego, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1988, nr 1-2, s. 185. 93 Na podstawie wywiadu przeprowadzonego z B. Gniazdowską…, Tczew 27.02.2018. 91

76


ta i pomoc wielu osób. W tym miejscu chciałbym wyrazić swoją wdzięczność oraz serdeczne podziękowanie pracownikom archiwum i biblioteki diecezjalnej w Pelplinie za pomoc w korzystaniu z jej zasobów. Szczególne podziękowania należą się ks. prof. dr hab. Anastazemu Nadolnemu, dyrektorowi tegoż archiwum. Mgr Ance Zawistowskiej z Wydziału Udostępniania Zbiorów Pedagogicznej Biblioteki Wojewódzkiej w Gdańsku oraz mgr Małgorzacie Meler z Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej im. Emilii Sukertowej-Biedrawinyw Olsztynie dziękuję za zaangażowanie i wkład pracy w poszukiwanie materiałów o Zygmuncie Lietzu. Jestem również wdzięczny pani Barbarze Gniazdowskiej, siostrze Z. Lietza, która wykazała wielką życzliwość i zrozumienie dla moich dociekań. Poświęciła swój czas, udzielając wywiadów oraz udostępniła dokumenty i fotografie z rodzinnego albumu.

Bibliografia prac doc. dra Zygmunta Lietza opublikowanych w czasopiśmie „Komunikaty Mazursko-Warmińskie” (1957-1988). Uzupełnienie dorobku publicystycznego Wykaz obejmuje szeroki obszar zainteresowań naukowych autora i jego bogatą działalność popularyzatorską. Nadano mu układ alfabetyczny, z podziałem na artykuły autorskie (bez podawania nazwiska autora, układ szeregowany według tytułów artykułów), współautorskie (jedna pozycja), recenzje (układ szeregowany według nazwisk twórców) i polemiki (po jednej pozycji Z. Lietza i jego adwersarza) oraz recenzje prac Z. Lietza (układ szeregowany według nazwisk recenzentów). W całości spisu bibliograficznego zastosowano tylko skrót tytułu czasopisma (K M-W). Gniew 2018 Artykuły autorskie 1. Franciszek Jujka – nauczyciel, działacz i poeta, K M-W, 1964, nr 1, s. 91-100. 2. Józef Naronowicz-Naroński: kartograf Prus Książęcych (ok. 1616-1678), K M-W, 1969, nr 1, s. 19-33. 3. Karol Małłek w latach 1920-1939, K M-W, 1973, nr 1-2, s. 115-131. 4. Niektóre problemy organizacji życia kulturalnego na Warmii i Mazurach w latach 1945-1946, K M-W, 1968, nr 2, s. 289-308. 5. Ostdeutscher Heimatsdienst: materiały do antypolskiej działalności z lat 1927-1933, K M-W, 1959, nr 2, s. 198-206. 6. Przyczynek do pobytu powstańców 1863 r. na Warmii, K M-W, 1963, nr 1, s. 97-101. 77


7. Rozwój kultury w województwie olsztyńskim w latach 1945-1956 (sprawozdanie z obrony pracy doktorskiej Zygmunta Lietza), K M-W, 1969, nr 3, s. 465-467. 8. Stan i potrzeby badań nad dziejami ruchu robotniczego w Prusach Wschodnich, K M-W, 1978, nr 1, s. 53-72. 9. Stan zachowania akt do dziejów kultury województwa olsztyńskiego, K M-W, 1971, nr 1, s. 125-137. 10. Uroczystości 220. rocznicy urodzin J. G. Herdera w Morągu i Olsztynie w dniach 26-27 IX 1964, K M-W, 1964, nr 3, s. 405-406. 11. Werner Thimm, K M-W, 1982, nr 1-2, s. 81-82. 12. Władysław Adamczyk (21 VI 1909-11 XI 1983), K M-W, 1984, nr 4, s. 480-482. 13. Wystawa pt. „100 lat bibliotek polskich na Warmii i Mazurach”, K M-W, 1969, nr 3, s. 463-464. 14. XV-lecie Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku, K M-W, 1963, nr 2, s. 298-306. 15. Z dziejów gazety „Mazur” (1928-1939), K M-W, 1962, nr 3, s. 597-615. 16. Zjazdy plebiscytowe w Olsztynie, Kwidzynie i Łodzi, K M-W, 1960, nr 4, s. 634-637. 17. Z kronik Katolickiego Towarzystwa Robotniczego w Olsztynie w latach 19001920, K M-W, 1988, nr 3-4, s. 359-370. Artykuł współautorski 18. Lietz Z. i Wrzesiński W., Z problematyki stosunków gospodarczych Prus Wschodnich, K M-W, 1958, nr 2, s. 170-171. Recenzje 19. Beuys B., Der Grosse Kurfürst. Ein Mann, der Preussen schuf. Biographieurg, Hamburg 1979; K M-W, 1981, nr 1, s. 150-153. 20. Boenigk J., Wyroki, Warszawa 1970; K M-W, 1970, nr 3, s. 482-484. 21. Calkins K. R., Hugo Haase Demokrat und Revolutionär. Ausdem Amerikanischenübersetzt von Arthur Mandel, Berlin 1976; K M-W, 1977, nr 3-4, s. 519-522. 22. Dudzińska Z., Walka, męczeństwo, cmentarze. Przewodnik po miejscach pamięci narodowej Warmii i Mazur, Olsztyn 1973; K M-W, 1974, nr 2, s. 230-233. 23. Filipkowski T., Lietz Z., Kronika szkoły polskiej w Worytach na Warmii 19301939, Olsztyn 1979; K M-W, 1979, nr 4, s. 508-512. 24. Gębik W., Prawo i pięść, Łódź 1971; K M-W, 1971, nr 4, s. 536. 25. Giertych J., Oblicze religijno-narodowe Warmii i Mazur, ziem etnicznie polskich, na podłożu pruskim, Rzym 1957; K M-W, 1958, nr 3, s. 267-270. 26. Hagelweide G., Dunin-Wąsowicz K., Obóz koncentracyjny Stutthof, Gdynia 1966; K M-W, 1967, nr 1-2, s. 196-198. 27. Hubatsch W., Preussenland, Werden und Aufgabe in Sieben Jahrhunderten, Hamburg 1950; K M-W, 1958, nr 4, s. 426-429. 78


28. Jaroszyk K., Wspomnienia z Prus Wschodnich (1908-1920), oprac. i wyd. W. Chojnacki, Olsztyn 1970; K M-W, 1970, nr 4, s. 616-617. 29. Kiewisz L., Sprawy łotewskie w bałtyckiej polityce Niemiec w latach 19141919, Poznań 1970; K M-W, 1971, nr 4, s. 530-531. 30. Knosała W., Była nas gromadka spora, Olsztyn 1972; K M-W, 1972, nr 4, s. 706-708. 31. Kopczewski J. S., Siuchniński M., Grunwald. 550 lat chwały, Warszawa 1960; K M-W, 1960, nr 3, s. 423-424. 32. Kopczyk H., Niemiecka działalność wywiadowcza na Pomorzu 1920-1933, Gdańsk 1970; K M-W, 1971, nr 2-3, s. 367-369. 33. Koziełło-Poklewski B., Wrzesiński W., Szkolnictwo polskie na Warmii, Mazurach i Powiślu w latach 1919-1939, Olsztyn 1980; K M-W, 1980, nr 3, s. 482-486. 34. Kuczyński S. M., Ogrodziński W., Grunwald 1410-1960, Olsztyn 1959; Kuczyński S. M, Sroczyńska K., Grunwald, Warszawa 1960; Kuczyński S. M. Problemy Grunwaldu, „Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Łódzkiego”, Seria I, Nauki Humanistyczno-Społeczne, z. 15 Historia, Łódź 1960; K M-W, 1960, nr 3, s. 422-423. 35. Leyk F., Pamięć notuje i utrwala. Wspomnienia, oprac. T. Kisielewski, wstępem opatrzył W. Chojnacki, Warszawa 1969; K M-W, 1970, nr 3, s. 481-482. 36. Majewski W., Bitwa pod Prostkami (8 X 1656), „Studia i Materiały do Historii Sztuki Wojennej” t. II, Warszawa 1956; K M-W, 1962, nr 2, s. 504-505. 37. Marchwicki R., Szkoły polskie na Warmii 1929-1939. Przegląd wspomnień, Olsztyn 1970; K M-W, 1971, nr 1, s. 147-148. 38. Matull W., Ostdeutschlands Arbeiterbewegung, Abrissihrer Geschichte, Leistung und Opfer, Würzburg 1973; K M-W, 1974, nr 3, s. 370-72. 39. Młynk J., Polska a polske problemy w literarnym dzěle Měrcina Nowaka-Njechorńskeho mjez swétowymaj wójnomaj, Jahresschrift des Institutsfür Volksforschung, Bautzen 1964, Reihe A nr 11/2; K M-W, 1965, nr 1, s. 129-131. 40. Mój Sokoł. Wubèrk basnjow a prozy, Jan Skala, zestajał a prědsłowo napisał dr Jan Cyž, Budyšin 1962; K M-W, 1966, nr 3, 419-421. 41. Pappens R., La Prusse-Orientale en 1944-1945, et après, Bruxelles 1980; K M-W, 1986, nr 3-4, s. 259-263. 42. Pietrzak-Pawłowski K., Spółdzielczość polska na ziemiach zachodnich i północnych 1918-1939, Warszawa 1967; K M-W, 1967, nr 3, s. 436-439. 43. Richter G., Beiträge und Quellenzum Landwirtschaftlichen Schulwesens in der Prowinz Ostpreussen, Osnabrück 1979; K M-W, 1981, nr 2-4, s. 471-472. 44. Rocznik statystyczny kultury 1945-1967, Warszawa 1969; K M-W, 1969, nr 3, s. 457-459. 45. Ruczyński T., Opowiadania z Pogranicza, Łódź 1973; K M-W, 1973, nr 3, s. 301-302. 46. Sobczak J., Rodowód i system propagandy niemieckiej na Warmii i Mazurach 79


w okresie Republiki Weimarskiej, „Przegląd Zachodni”, 1972, nr 2; K M-W, 1974, nr 3, s. 373-374. 47. Stępowski T., Przy Pegazie za forysia...!, [w:] Czas przeszły nie zmarnowany 1945-1970. Wspomnienia działaczy kulturalnych, Kraków 1973; K M-W, 1974, nr 2, s. 233-234. 48. Tryniszewski E., Antoni Osuchowski 1849-1928. Zarys biograficzny, Olsztyn 1985; K M-W, 1986, nr 3-4, s. 254-256. 49. Waschinski E., Die Münz- und Währungspolitik des Deutschen Ordens in Preussen, ihre historischen Probleme und seltenen Gepräge, [b. m.] 1952; K M-W, 1960, nr 2, s. 258-262. 50. Zur Geschichte der sozialdemokratischen Presse in Ostpreussen 1914-1922. Festschrift für Wilhelm Matullzumachtzigsten Geburstag am 28 Mai 1983, Darmstadt 1983; K M-W, 1985, nr 1-2, s. 196-198. Polemiki 51. Koziełło-Poklewski B., Zygmuntowi Lietzowi w odpowiedzi, K M-W, 1985, nr 1-2, s. 173-176 52. W odpowiedzi Bohdanowi Koziełło-Poklewskiemu, K M-W, 1985, nr 1-2, s. 151-171. Recenzje prac Z. Lietza 53. Grygier T., Na marginesie pracy Zygmunta Lietza: Plebiscyt na Powiślu w r. 1920; K M-W, 1957, nr 2, s. 93-98. 54. Koziełło-Poklewski B., Obozy jenieckie w Prusach Wschodnich, Warszawa 1982: (na marginesie książki Zygmunta Lietza); K M-W, 1983, nr 4, s. 517-536. 55. L. Smołka, Kronika Szkoły Polskiej w Worytach 1930-1939, wstęp i oprac. T. Filipkowski, Z. Lietz, Olsztyn 1979; K M-W, 1979, nr 4, s. 508-512. 56. Swat T. Z działalności kulturalnej ZPwN na Powiślu, Warmii, Pograniczu i Kaszubach, Zygmunt Lietz, [w:] Pięćdziesięciolecie Związku Polaków w Niemczech (materiały z sesji naukowej), Opole 1974; [recenzja], nr 4/1974, s. 545-54794.

94

Czasopisma humanistyczne, Zygmunt Lietz, [w:] BazHum…, http://bazhum.muzhp.pl/autor/Lietz/Zygmunt/ [dostęp: 2.03.2018].

80


Krystian Zdziennicki

85 lat monografii etnograficznej Powiśla i Żuław – „Ziemia malborska. Kultura ludowa” Władysława Łęgi W roku bieżącym przypada 85. rocznica wydania monografii etnograficznej Powiśla oraz Żuław napisana przez ks. dra Władysława Łęgę. Książka pt. Ziemia malborska. Kultura ludowa do dziś stanowi podstawowe źródło wiedzy o życiu codziennym i otoczeniu ludności polskiej zamieszkującej wsie na tych terenach w okresie przedwojennym. Współcześnie jest to publikacja bardzo trudno dostępna, dlatego też została wydana jej reedycja. Ponadto w setną rocznicę odzyskania niepodległości warto przypomnieć autora tej pracy – ks. dra Władysława Łęgę. Zaliczyć go należy do grona zasłużonych mieszkańców pochodzących z terenu Powiśla. Był on zarazem kapłanem katolickim, etnografem, archeologiem, historykiem (mediewistą), wojskowym, honorowym kustoszem muzeum w Grudziądzu, a także poetą oraz miłośnikiem podróży krajoznawczych.

Władysław Łęga – życiorys Władysław Łęga urodził się w 1889 r. we wsi Mirany (obecnie Mirowice) w powiecie sztumskim. Jego ojciec był nauczycielem w miejscowej szkole. Wykształcenie podstawowe uzyskał pod okiem swojego taty. Jednakże rodzice chcieli dalszej edukacji syna, dlatego posłali go w 1901 r. na nauki gimnazjalne do Rogoźna Wielkopolskiego. Tam mieszkała siostra matki oraz dziadek gimnazjalisty. W Rogoźnie Wlkp. kształcił się 9 lat. Był tam członkiem Towarzystwa Filomatów, a także początkującym poetą. Po zdaniu matury zdecydował udać się do seminarium duchownego do Pelplina, gdzie ks. Stanisław Kujot i ks. Alfons Mańkowski skierowali zainteresowania naukowe kleryka na etnografię. Łęga dzięki seminaryjnym kontaktom z tymi kapłanami-uczonymi nawiązał współpracę z Towarzystwem Naukowym w Toruniu. W 1914 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Po zakończeniu Wielkiej Wojny już jako Władysław Łęga związał swój los z rodzącą się polską armią. Następnie aktywnie uczestniczył w akcji plebiscytowej w rodzinnym powiecie sztumskim zachęcając do głosowania za Polską. Niestety ostatecznie przegrany dla Polaków plebiscyt odciął Łęgę kordonem granicznym od ziem, z których pochodził. Przez większość dwudziestolecia międzywojennego mieszkał i działał w Grudziądzu. 81


W latach dwudziestych postanowił uzyskać tytuł naukowy doktora na nowo powstałym w II RP uniwersytecie w Poznaniu. Tam przez kilka lat szlifował warsztat naukowy od okiem wybitnych wykładowców akademickich: etnografa Jana Stanisława Bystronia oraz archeologa Józefa Kostrzewskiego. W 1928 r. obronił rozprawę doktorską pt. Kultura Pomorza we wczesnym średniowieczu na podstawie wykopalisk. W późniejszym okresie nadal prowadził szereg badań, których finałem były opublikowane prace archeologiczne i etnograficzne. Pozostawił po sobie publikacje książkowe, ale pisał też sporo artykułów i recenzji. Ciekawostkę może stanowić fakt, że ks. dr Władysław Łęga za zasługi na polu pracy naukowej otrzymał od Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Ignacego Mościckiego Złoty Krzyż Zasługi. Wyróżnienie to zostało przyznane na mocy zarządzenia z 19 marca 1936 roku, czyli już po opublikowaniu monografii etnograficznej Powiśla i Żuław. Po dwudziestu latach niepodległości wybuchła II wojna światowa. Dlatego też w 1939 r. uczestniczył w kampanii wrześniowej, która zakończyła się przegraną dla strony polskiej. Okres okupacji przeczekał we Lwowie i Borzęcinie k. Tarnowa. W czasie wojny podjął się badań historii Pomorza w dobie średniowiecza, które stały się podstawą publikowanych później prac historycznych. W 1945 r. powrócił na Pomorze. Początkowo do Radzynia Chełmińskiego, a następnie do Sopotu. W Trójmieście do końca życia działał naukowo pomimo pełnienia szeregu funkcji kościelnych. Zasłużony dla Pomorza, w tym dla Powiśla uczony zmarł w 1960 r. Pozostawił po sobie około 150 publikacji naukowych, a także dzieła literackie oraz wspomnienia.

Ziemia malborska. Kultura ludowa Dla Powiśla i Żuław zasłużył się szczególnie opracowaniem etnograficznym: Ziemia malborska. Kultura ludowa. Publikacja ta została wydana nakładem Instytutu Bałtyckiego w 1933 r. Jest to praca o charakterze monograficznym prezentująca kulturę ludową mieszkańców powiatów: sztumskiego, kwidzyńskiego i malborskiego. Uwzględnia ona podział kultury ludowej na 3 zasadnicze części, tj. kulturę materialną, kulturę społeczną i kulturę duchową, tj. klasyfikację praktykowaną w okresie dwudziestolecia międzywojennego, a propagowaną przez m.in. Adama Fischera, czy Jana Stanisława Bystronia. Należy podkreślić, że monografia ks. Łęgi została doceniona w środowisku naukowym. Monografia etnograficzna obejmowała swym zakresem Powiśle oraz częściowo Żuławy. Autor w książce tereny te nazwał ziemią malborską, którą według niego obejmowały „obszar między Wisłą, Nogatem, Dzierzgonią, Liwną a linią Malborka, zamieszkały przez ludność polską, mówiącą narzeczem malborskiem”1. Opisywane przez Łęgę tereny w znacznej mierze w momencie powsta1

W. Łęga, Ziemia malborska. Kultura ludowa, Toruń 1933, s. 1.

82


nia pracy wchodziły w skład państwa niemieckiego. Według niego w skład ziemi malborskiej miały wchodzić historyczne powiaty z okresu dwudziestolecia międzywojennego: malborski, sztumski, kwidzyński i suski (w niemieckiej prowincji Prusy Wschodnie, rejencji zachodniopruskiej) oraz powiat Wielkie Żuławy na terenie Wolnego Miasta Gdańsk. Wchodziła również tzw. Mała Polska (Rzeczpospolita Janowska) przynależąca do II RP (w województwie pomorskim, początkowo w powiecie gniewskim, a następnie od lat 30. w powiecie tczewskim). Praca księdza Łęgi powstawała przez wiele lat. Jednakże warto zauważyć, że styczność z kulturą ludową tych terenów miał od dzieciństwa W jednym z wywiadów powiedział: „Wychowałem się w atmosferze kultu dla przeszłości i pamiątek historycznych Warmii2. Ojciec[…] godzinami lubił opowiadać baśnie ludowe, snuć obraz krzywd, jakich lud mazurski doznał od Krzyżaków i kajzerów. W Miranach zawarłem pierwszą znajomość z folklorem i etnografią”3. Jednakże jego badania etnograficzne poświęcone ziemi malborskiej trwały z przerwami około dwudziestu lat. Rozpoczął je w okresie seminaryjnym, gdyż tą dziedziną nauki zainteresowali go księża-historycy: Stanisław Kujot i Alfons Mańkowski. W związku z powyższym w 1913 r. w wakacje Łęga przebadał kilka wsi na terenie powiatu sztumskiego i kwidzyńskiego. Spisał folklor: pieśni, podania, legendy i bajki ludowe w kilku miejscowościach tj. Mirowicach, Benowie i Jerszewie (obecnie część wsi Brachlewo) oraz Sztumskiej Wsi. W 1917 roku był gotów wydać materiały etnograficzne swoich rodzinnych Mirowic w wydawnictwach Towarzystwa Naukowego w Toruniu. Jednakże nie doszło to do skutku. Efekty swoich badań przedstawił w formie publikacji książkowej. Praca ta była bogato ilustrowana odręcznymi rysunkami stworzonymi przez autora. Przy jej wydaniu pomyślano o streszczeniu w języku niemieckim liczącym dziewiętnaście stron. Stworzono również polsko-niemiecki słowniczek miejscowości oraz indeks nazwisk (skorowidz imion) oraz geograficzny (skorowidz miejscowości). Książkę można było nabyć w cenie 12 złotych. W stosunku do ówczesnych zarobków zakup książki był odczuwalnym obciążeniem budżetu domowego. Tym bardziej, że została wydana ona w okresie trwającego jeszcze w II RP wielkiego kryzysu gospodarczego. Omówienia Ziemi malborskiej podjęli się zarówno przedstawiciele nauki polskiej, jak i niemieckiej. Polskie recenzje opublikowano, m.in. w „Przeglądzie Bydgoskim” nieznanego z nazwiska autora, w „Kwartalniku Historycznym” au2

Władysław Łęga pochodził z Powiśla. W chwili obecnej ciężko jest określić, dlaczego w wywiadzie podał Warmię. Być może było to uproszczenie, jakim się posłużył określając zawiślańską część Pomorza tj. Powiśle. 3 J. Zbrzyca [S. Pestka], Wierny Pomorzu. „Pomerania” rozmawia z ks. dr Władysławem Łęgą, „Pomorania”, dodatek do „Kaszëbe”, R. 4, 1960, nr 2 (57), s. I.

83


torstwa Janusza Staszewskiego oraz napisaną przez Bronisława Nagiela w „Zapiskach Towarzystwa Naukowego w Toruniu”. Również sam Łęga w artykule poświęconym działalności Instytutu Bałtyckiego w zakresie badań etnograficznych pozostawił opis swojej publikacji, w której podkreślał wyższość samodzielnego zbierania materiału etnograficznego nad metodą ankietową, którą również stosowali wówczas inni badacze. Po II wojnie światowej Longin Malicki stwierdził, iż badania nad kulturą ludową Powiśla zostały przeprowadzone praktycznie w ostatniej chwili, ponieważ po 1945 r. nastąpiła tu wymiana ludności zamieszkującej ten region. Uzupełniając jednego z głównych pomorskich etnografów okresu powojennego powiedzieć też można, że teza ta dotyczyła także Żuław, które częściowo również zostały zbadane przez księdza Łęgę. Wznowienie Ziemi malborskiej ks. Władysława Łęgi przez Towarzystwo Miłośników Ziemi Sztumskiej i Wydawnictwo Region wpisało się w 100 rocznicę odzyskania przez Rzeczpospolitą niepodległości. Władysław Łęga, oprócz tego, że w okresie przed plebiscytem na Warmii, Mazurach i Powiślu z 1920 r. był aktywnym działaczem, to również przez swoje badania naukowe udowadniał polskość badanych przez niego terenów, w tym Powiśla i Żuław. Ponadto warto przypomnieć dokonania tego badacza na niwie etnografii.

84


II Z kociewsko-pomorskich dziejรณw

_______________________________


Kazimierz Babiński

O Pruszczu w przewodnikach po Gdańsku (i okolicy) W nielicznych przewodnikach po Gdańsku, a przede wszystkim w tych, których tytuły zapowiadają opisanie okolicy miasta, są niewielkie, acz interesujące wzmianki o Pruszczu. Niewielkie, gdyż, po pierwsze, miejscowość ze względu na lokalizację (bezdyskusyjnie korzystną) najczęściej pojawia się w nich z reguły epizodycznie jako punkt tranzytowy, miejsce przerwy w podróży (do Malborka lub na Kaszuby), po drugie, bardzo rzadko jako jedyny cel podróży i zwiedzania. Oba warianty wypraw przez i do Pruszcza są w przewodnikach dosyć starannie opisane i udokumentowane, i to w zależności od wybranego środka lokomocji (poza prywatnym). Zawierają wskazania miejsc odjazdów i zależną od nich odległość do wybranych celów podróży, godziny odjazdów, numery linii kolejowych i autobusowych, nazwy stacji/przystanków pośrednich i mijanych miejscowości wraz z propozycjami zatrzymania się i zwiedzenia lokalnych osobliwości, a także informacje praktyczne o urzędach, pocztach, restauracjach itp., przydatne w każdej podróży. Z postępem technicznym świat się coraz szybciej przybliża do turysty i odwrotnie. Wynikająca zeń rozbudowa i budowa sieci połączeń drogowych i kolejowych, rozwój motoryzacji, infrastruktury usługowej, tworzenie miejskiej komunikacji publicznej, która stopniowo zaczyna obsługiwać miejscowości coraz odleglejsze od Gdańska, dają mu większy wybór środka transportu i, co oczywiste, więcej czasu na popas, dokładniejsze spenetrowanie i obwąchanie odwiedzanego terenu, a więc coraz więcej niezależności. Z tego m. in. powodu przewodniki szybko się dezaktualizują. Częściej wychodzą kolejne, poprawione, bądź napisane od nowa wydania. Z czasem, w ślad za odkryciami i ustaleniami historyków, poszerza się w nich także oferta miejsc i obiektów wartych zwiedzenia i coraz dokładniej opisanych. Widać ewolucję, jednakże nad wyborem i opisami biorą górę indywidualne upodobania, zasób wiedzy i doświadczenie ich autorów. Sprawdźmy, jak doradzali, czym najłatwiej i najpewniej

dojechać do Pruszcza. Zacznijmy od leksykonu Wilhelma F. Zerneckego Cały Gdańsk za dwadzieścia srebrnych groszy. Najnowszy przewodnik po Gdańsku i okolicy1 z roku 1843. W. F. Zernecke, Cały Gdańsk za dwadzieścia srebrnych groszy: najnowszy przewodnik po Gdańsku i jego okolicy: alfabetycznie ułożony spis wszystkiego, co w Gdańsku i okolicy jest godne uwagi lub w jakikolwiek sposób interesujące: wraz z dodatkiem: Trzy dni w Gdańsku i okolicy, 1843, przeł.: A. M. Masłowski i R. M. Kowald, Gdańsk 2010. 1

87


Autor poświęca Pruszczowi dość obszerną w stosunku do innych omawianych miejscowości i znajdujących się w nich obiektów notkę, w której określa jego odległość od Gdańska: półtorej mili2 (…) przy szosie3 do Tczewa, jednakże nie pisze wprost o sposobie podróżowania po okolicy Gdańska. Na ten temat pojawiają się różnych miejscach leksykonu niewielkie wzmianki, zaś w haśle „Taradajki” jest zwięzła, rzeczowa wzmianka o charakterystycznych dla Gdańska otwartych numerowanych pojazdach do wynajęcia, zwanych taradajkami4 i ich postojach przed Bramami: Wyżynną i Świętego Jakuba. Wybudowanie w roku 1852 za dzisiejszą ul Toruńską (w bastionie Żubr) i otwarcie Dworca Brama Nizinna, zwanego też Wschodnim, ułatwiło turystom i mieszkańcom grodu i okolicznych miejscowości leżących wzdłuż linii kolejowej bezproblemowe przemieszczanie w obu kierunkach, zwłaszcza, że od roku 1886 do Dworca można było dojechać tramwajem konnym z Targu Rybnego; 10 lat później, po wybudowaniu Dworca Centralnego, zwanego Głównym, który przejął ruch pasażerski, zmieniono jego przeznaczenie: stał się dworcem towarowym i funkcjonował jeszcze prawie sto lat. W Ilustrowanym przewodniku po Gdańsku i okolicy5 Ph. Rothsteina z roku 1894 i jego kolejnych wydaniach (np. z roku 1902) znajdujemy wzmiankę, że do Pruszcza można dojechać szosą lub koleją (początkowo z Dworca Wschodniego w Gdańsku, później – z Głównego). Trasa wiedzie przez Guteherberge (niem.: dobry zajazd; Lipce) i tu – opcjonalnie – po około 8 minutach jazdy można wysiąść na stacji o tej samej nazwie, aby zwiedzić „Trzy Świńskie Łby” – park6 będący kiedyś własnością, jak i Lipce, Ferbera7, burmistrza Gdańska, a obecnie, tj. na początku XX wieku, miejsce wypoczynku i rozrywki. W przewodniku wyjaśniono, że nazwa pochodzi od mobiliów na tarczy herbowej rodu: trzech świńskich łbów. Następnie autor zaleca kontynuowanie jazdy koleją do Pruszcza, tu krótkie zwiedzanie, a później – pociągiem do Malborka, co wówczas trwało około półtorej godziny. Bardziej oszczędny w tej materii jest Pierwszy polski ilustrowany przewodnik po Gdańsku i okolicy (Gdańsk. Nowy Port. Wybrzeże. Kartuzy)8 z roku 1922 2

1 mila = 7,5 km. Gdańsk-Tczew-Bydgoszcz. Ukończona ok. 1819/20 roku. 4 Dwukonne, czterokołowe powozy bez resorów. 5 Ph. Rothstein, Ilustrowany przewodnik po Gdańsku i okolicy. Wydanie trzecie. 1894, tłum. S. Tusk, wyd. nakładem dwumiesięcznika „30 Dni”, Gdańsk 2001. 6 Kolokwializm. W tym czasie w tym miejscu taką nazwę nosił kompleks zabudowań hotelowo-gastronomicznych (z restauracją i kawiarnią) będący własnością Ottona Richtera. Rothstein przeniósł jego nazwę na park; budynki zostały rozebrane w dwudziestoleciu międzywojennym, a na ich miejscu powstał nowy, który istnieje do dziś i obecnie jest siedzibą przedszkola nr 24 (Trakt Św. Wojciecha 320, za kanałem Raduni). 7 Burmistrzów Gdańska o tym nazwisku było pięciu: Johann (1430-1501), Eberhard (1464-1529), Constantin I (1520-1588), Constantin III (1580-1654) i Nathanael Gottfried (1688-1755). Tu chodzi o Constantina Ferbera I, właściciela Lipców oraz Niegowa, zwanego początkowo od jego imienia Konstantynopolem. 8 Pierwszy polski ilustrowany przewodnik po Gdańsku i okolicy (Gdańsk. Nowy Port. Wybrzeże. Kartuzy), 3

88


Dworzec w Pruszczu (ok. 1890). Źródło: http://pruszczanie.pl

(wyd. II), opracowany przez Kamila Kantaka, w którym Pruszcz jest wyłącznie stacją przesiadkową na modnej wówczas i bardzo atrakcyjnej widokowo trasie kolejowej Gdańsk-Kartuzy o długości 53 km, wybudowanej w roku 1875. Rok wcześniej obrazowo i ze smakiem opisał ją w Przewodniku po Gdańsku, Oliwie i Sopotach9 dr Mieczysław Orłowicz, jeden z najbardziej znaczących i kompetentnych w ówczesnej Polsce autorów publikacji krajoznawczych. Oddajmy mu głos: Z  Pruszcza biegnie na zachód kolej doliną Raduni do Kartuz (Szwajcaria Kaszubska), której część aż po stację Łapino leży jeszcze na terytorium w. m. Gdańska. Piękniejszym jest widok z prawych okien pociągu, jadąc w stronę Kartuz, gdyż z tej strony ma się przed oczyma Radunię, która w licznych zakrętach wije się górską doliną. Jest to rzeka o bardzo bystrym prądzie, gdyż na 100 km. długości ma 260 m. spadku. W Pruszczu robi pociąg wielki łuk dookoła Starej i Nowej Raduni i podąża w kierunku zachodnim. Dalej mija się przystanek Juszkowo (Gischkau) ze stojącym na wzgórzu barokowym kościołem ewangelickim z r. 1678. W dalszym ciągu wzgórza po obu brzegach Raduni wzrastają, dolina staje się węższą, rzeka nabiera charakteru potoku górskiego – zaczyna się Szwajcaria Kaszubska (pisownia i interpunkcja oryginalna – K. B.); zauważmy, że dla Orłowicza Szwajcaria Kaszubska zaczynała się tuż przed stacją Straszyn-Prędzieszyn (Straschin Prangschin). W latach 30. podróżni mogli skorzystać z restauracji dworcowej w Pruszczu oprac. K. J. Kantak, wyd. II, Towarzystwo Wydawnicze Pomorskie S. A., Gdańsk 1922. 9 M. Orłowicz, Przewodniku po Gdańsku, Oliwie i Sopotach, Warszawa 1921.

89


(jednej z 6. na trasie: Sopot-Pruszcz) prowadzonej przez Leona Pliszkę (tel. 35124), o czym informuje Przewodnik po Gdańsku10 z roku 1938 opublikowany nakładem Gdańskiej Macierzy Szkolnej. Wcześniejsze wydania tego odmiennego od pozostałych i wyjątkowego przewodnika, bo narodowego w treści i selektywnego w wyborze miejsc, obiektów i usług, o czym niżej, ograniczały omawianą przestrzeń do Św. Wojciecha włącznie, zaś Pruszcz pojawił się w nim w kolejnych wydaniach po roku 1935. Jego autorzy tropili, dokumentowali i akcentowali w przestrzeni publicznej, a więc i zabytkach, wszelkie przejawy polskości oraz przypominali o haśle: Swój do swego, co miało się przekładać na obowiązek korzystania przez Polaków z usług i sklepów prowadzonych tylko przez Polaków; uzasadnieniem takiej postawy, skądinąd racjonalnej i usprawiedliwionej sytuacją polityczną w Wolnym Mieście Gdańsku, było trudne położenie polskich kupców i rzemieślników. Cenną wskazówką dla turystów planujących docelowe wypady do Pruszcza jest podpowiedź możliwości skorzystania z dojazdu liniami autobusowymi: nr 8 – do Rosenbergu11, czyli Różyn, przez Orunię, Lipce, Św. Wojciech, Pruszcz, Łęgowo, i nr 11 – do Pawłowa, przez m. in. Pruszcz, Kłodawę i Graniczną Wieś. Po wojnie kontynuowano dobrą tradycję uwzględniania Pruszcza w różnych przewodnikach i informatorach nie zaniedbując informacji o środkach transportu. W Turystycznym informatorze woj. gdańskiego12 z roku 1956 opracowanym i wydanym przez PTTK O/Trójmiasto jest lakoniczna wzmianka o możliwości alternatywnego dojazdu koleją lub autobusem. Bezsprzecznie chodzi o PKS, gdyż w ówczesnym wykazie miejskich linii autobusowych nie ma połączenia z Pruszczem; linie 118 i 126 (do Pszczółek) pojawiły dopiero na przełomie lat 50. i 60.). Jest też podana odległość do Pruszcza: 11 km. Miejscowość nadal jest traktowane jako węzeł kolejowy i przesiadkowy, głównie do Kartuz. Z Gdańska prowadzą doń dwie linie kolejowe: nr 450 i 441. Obie przez Pruszcz. Jednak w tym Informatorze jest coś, czego nie było wcześniej: komunikacja wodna. Szlak o długości 73 km rzeki Raduni łączący Pruszcz ze Szwajcarią Kaszubską i Gdańskiem, pozwalający płynąć dalej aż do Gdańska, niemal do samego centrum miasta; wówczas lądujemy w Biskupiej Górce (ten odcinek jest mało ciekawy; od Pruszcza Gdańskiego do Gdańska rzeka płynie kanałem, który uchodzi do Motławy na Starym Mieście. Zatem wystarczyło mieć coś żeglownego, pływającego i nietonącego, by rzucić wyzwanie Raduni i próbować dotrzeć tą drogą do Gdańska. Trasę kolejową z Pruszcza do Kartuz opisywano w przewodnikach aż do roku 1990 podkreślając jej walory poznawcze i malarskość. Dla urozmaicenia wycieczki i podróży sugerowano powrót autobusem. Franciszek Mamuszka, wybitny krajoznawca Przewodnik po Gdańsku, oprac.: J. Zawirowski i inni, wyd.: Gdańska Macierz Szkolna w Warszawie, Warszawa 1938. 11 W Przewodniku… oryginalne nazwy miejscowości są w języku niemieckim. 12 Turystyczny informator woj. gdańskiego, red. Z. Brocki i R. Bar, Gdańsk-Sopot-Gdynia 1956. 10

90


Kościół ewangelicki. Ok. 1900. Źródło: http://www.gdanskstrefa.com/pruszcz-gdanski-krotka-historia-zdjecia

i erudyta, nazwał tę trasę w przewodniku Gdańsk i okolice13 (1990) najpiękniejszą trasą kolejową na Pomorzu Gdańskim. Pruszcz bardzo wiele stracił po jej likwidacji. A teraz sprawdźmy, co autorzy przewodników polecali

do zwiedzania. Wśród nielicznych atrakcji, ciekawostek i zabytków najczęściej są wymieniane cukrownia, zakład ogrodniczy, kościół, dworzec, ochronka (brak adresu – K. B.) prowadzona przez gdańską Macierz Szkolną, śluza oddzielająca kanał Raduni i – w miarę rozwoju miejscowości – szereg instytucji publicznych mieszczących się w zabytkowych obiektach. Autorzy według własnych upodobań i wiedzy wybiórczo rejestrują niektóre z nich i niezwykle rzadko opisują ich historię, komentują i zachęcają do zwiedzenia. W. F. Zernecke pod hasłem Pruszcz wymienia dwa obiekty: • kościół zbudowany za czasów władztwa krzyżackiego, (który – K. B.) był wówczas Klasztorem Franciszkanów, a w 1350 roku został przekazany Radzie dla wprowadzenia nabożeństw luterańskich, • śluzę Raduni, która została zniszczona po bitwie pod Chojnicami14 w roku 1454 i spaleniu Pruszcza przez Krzyżaków. F. Mamuszka, Gdańsk i okolice, Warszawa 1990. Bitwa pod Chojnicami, stoczona 18 września 1454 pomiędzy wojskami Polski (ok. 18 tys. jazdy i pieszych) i zakonu krzyżackiego (15 tys.), była jedną z pierwszych bitew wojny trzynastoletniej (1454-1466). Oddziały polskie, dowodzone przez króla Kazimierza Jagiellończyka, poniosły druzgocąca klęskę (ok. 3 tys. zabitych). 13 14

91


Odniesienie do śluzy znajduje się również w haśle: Czas odcięcia. Autor wyjaśnia to następująco: Tak się nazywa okres od czternastu dni do trzech tygodni w lecie, kiedy Kanał Raduni jest odcinany w Pruszczu śluzą, przez co prawie całkowicie wysycha i aż do Gdańska jest wówczas dokładnie czyszczony. Ponadto autor podaje etymologię nazwy wsi (od probostwa) i proponuje krótką wędrówkę przez historię miejscowości: Istniała (wieś – K. B.) już w 1350 roku (...) W 1454 roku po bitwie pod Chojnicami Pruszcz został prawie całkowicie spalony przez oddziały krzyżackie (…). W 1462 ponownie zjawili się we wsi Krzyżacy i spustoszyli ją ogniem i mieczem. W 1563 roku splądrowali Pruszcz rabusie księcia Eryka Brunszwickiego. W 1527 roku15 piękna wieś została spalona przez Stefana Batorego. W 1658 roku cała okolica została spustoszona przez Szwedów. Koło Pruszcza leży wieś parafialna o tej samej nazwie, kolonia żebraków, podobna do tych, których kilka znajduje się niedaleko Kiezmarka, Św. Wojciecha, powstały zaś przez dążenie kaznodziejów do pomnożenia dochodów. I kończy informacją, że Pruszcz jest siedzibą starosty powiatu gdańskiego. Ilustrowany przewodnik Rothsteina ogranicza pole zwiedzania do cukrowni (wybudowanej w roku 1881 – K. B.) i – handlu ogrodniczego16.

Ogłoszenie. Źródło: Kujawsko-Pomorska Biblioteka Cyfrowa

Poza powyższe nie wyszedł Orłowicz nazywając Pruszcz osadą przemysłową z dużą cukrownią i ogromnym zakładem ogrodniczym o powierzchni 70 morgów, ale nie wiadomo, którą morgę autor ma na myśli, bowiem na tym obsza15

Błąd. Nie wiadomo, czy został popełniony przez autora, czy powstał w druku. Sprostowany przez tłumaczy leksykonu: opisywane wydarzenie miało miejsce w 1577 r. 16 Zakład założył Anton Rathke w roku 1840; na przełomie XIX i XX wieku ogrodnictwo było już słynne w całej Europie.

92


rze w tym czasie były stosowane dwie: morga pruska duża o pow. 0,5673 ha i morga pruska mała (tzw. magdeburska) o pow. 0,2553 ha, a więc ponad połowę mniejsza. Zatem w tym czasie zakład mógł mieć 39,71 ha albo 17,87 ha. Z ogłoszenia zakładu zamieszczonego w „Słowie Pomorskim”17 (1926), a więc 5 lat po publikacji Przewodnika..., wynika, że powierzchnia upraw wynosiła 75 ha, zatem wcześniejszą miarą prawdopodobnie była morga pruska duża, a zakład w tych latach się rozrósł. Za to kościołowi i jego wnętrzu poświęcił krótki i kompetentny komentarz, który warto przytoczyć: Gotycki kościół trzynawowy z XIV w. ma rzeźbiony ołtarz późnogotycki, roboty antwerpijskiej z początku XVI w. Kościół ten jest jednym z cenniejszych w okolicy. Kazalnica z r. 1578, odnowiona w r. 1661, renesansowa, organy barokowe z piękną ornamentyką zbudowane w r. 1728 przez Andrzeja Hildebrandta z Gdańska. Chrzcielnica z czerwonego marmuru pochodzi z  kościoła w Petershagen18. Oryginalne obrazy z XVI w., przypisywane Kranachowi19 przedstawiają 10 przykazań i sposoby ich naruszania. Darowano je tu w  r.  1681. Na zakończenie wędrówki M. Orłowicz poleca zwiedzić zabytkową śluzę oddzielającą Kanał Raduni i informuje, że w tym miejscu w roku 1460 Krzyżacy odnieśli zwycięstwo nad gdańszczanami20. Z powojennych publikacji nad jedną warto szczególnie się pochylić. To wspomniany już przewodnik F. Mamuszki, bodaj najlepszy z wydanych w ostatnim półwieczu. Autor poświęcił Pruszczowi 40 wersów uściślając dotychczasowe informacje o kościele i dodał nową: o zabytkowej bramie przykościelnej z roku 1648. Ponadto nie omieszkał zaznaczyć, że najcenniejsze dzieło kościoła tryptyk antwerpski21 – z ok. 1500 roku znajduje się od 1945 r. w Muzeum Narodowym w Warszawie. Kanał Raduni osadził w historii i w odróżnieniu od poprzedników, m. in. Turystycznego informatora…, dokładnie określił jego lo17

„Słowo Pomorskie” 1926, nr 69, s. 9. Przy dzisiejszej ul. Na Stoku 18, na wysokości Urzędu Marszałkowskiego, zachowała się wieża kościoła. 19 Pisownia nazwiska oryginalna. Było trzech malarzy o tym nazwisku, ojciec i dwóch synów: Lucas Cranach Starszy (1472-1553), Hans Cranach (ok. 1513-1537) i Lucas Cranach Młodszy (1515-1586). Nie wiadomo, którego z Cranachów autor miał na myśli. Słynnym obrazem o tej tematyce jest Tablica Dziesięciorga Przykazań (Zehn-Gebote-Tafel, 1516, olej na desce) Lucasa Cranacha Starszego, obecnie w Collegium Augusteum uniwersytetu w Wittenberdze. 20 Bitwa pod Pruszczem Gdańskim, stoczona w sierpniu 1460 roku (wojna trzynastoletnia, 1454-1466), w której wojska krzyżackie pokonały gdańszczan sprzyjających Kazimierzowi Jagiellończykowi i następnie ograbiły i spaliły przedmieście Gdańska. 21 Tryptyk antwerpski (ołtarz antwerpski albo Tryptyk Ukrzyżowania z Pruszcza, niderladzkie retabulum ołtarzowe »Ukrzyżowanie«) – ołtarz wykonany z drewna dębowego ok. roku 1500; nazwisko rzeźbiarza (z Antwerpii) – nieznane, obrazy – z pracowni Colijna de Cotera (1450?-1540?); wymiary (z otwartymi skrzydłami): 242 x 578 x 41,3 cm. Łączy partię rzeźbiarską umieszczoną w środkowej szafie z trzema parami malowanych podwójnie (na awersach i rewersach) skrzydeł, z których pojedyncza para mniejszych tablic znajduje się u góry, zaś dwie większe u dołu. Przetrwał wojnę i 6 sierpnia 1945 roku został wywieziony do Warszawy. Od roku 1980 zwrotu zabytku domaga się parafia pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Pruszczu Gdańskim, gospodarz gotyckiego kościoła stojącego na pocmentarnym parku przy ul. Wojska Polskiego. 18

93


kalizację: Odgałęzienie kanału od rzeki znajduje się ok. 1,5 km na pd. zach. od pruszczańskiego kościoła. Ponadto wymienił kilka zabytkowych budynków przy ul. Krótkiej 6, 12 i 14 i wspomniał, a jakże, o dużej cukrowni, należącej do przodujących w kraju: jej likwidacja w roku 2001 okazała się ewidentną stratą dla miasta, porównywalną z likwidacją linii kolejowej do Kartuz; do tej pory (lipiec 2018) budynki cukrowni nie zostały zagospodarowane i postępuje ich degradacja techniczna i użytkowa. Zaletą opisu miasta jest zwrócenie uwagi na jego historię, zgodnie z wówczas aktualnym stanem wiedzy. Mamuszka sięga do okresu późnolateńskiego (I w. p. n. e.) i czasu wpływów rzymskich (I-III w. n. e.) przywołując odkrycie pod koniec lat 60. osady i wielkiego cmentarzyska liczącego kilkaset grobów. Zauważa, że na rozwój ówczesnej osady miało wpływ jej położenie przy drodze bursztynowej. Dodaje też informację o pochodzeniu nazwy miejscowości, pierwszej wzmiance

Plan Pruszcza. Po prawej stronie: linia kolejowa, przy niej – cukrownia; po prawej ogrodnictwo A. Rathkego. Plan przedziela szosa Gdańsk-Tczew

94


Hotel Prauster Hof, ok. 1916. Źródło: http://www.gdanskstrefa.com/pruszcz-gdanski-krotka-historia-zdjecia

o niej z roku 1367 i otrzymaniu praw miejskich w roku 1941. Tę treściwą charakterystykę zamyka kilkoma informacjami praktycznymi dla każdego przyjezdnego wymieniając: MOSiR, restauracje: Rotunda, Zacisze, Karczma U Jakuba, bary: Balladyna, Mleczny, Dworcowy, Zodiak, stację benzynową przy trasie Gdańsk-Tczew, i uzupełnia je adresami i numerami telefonów. Miasto tak postrzegane i opisane może być dla turysty bezpośrednim celem podróży.

***

Z przewodników wyłania się obraz atrakcyjnej nowoczesnej miejscowości o ciekawej i burzliwej historii. Miejscowości, która po doszczętnych spaleniach i grabieżach zawsze podnosiła się silniejsza gospodarczo. Niewątpliwie miały na to wpływ urodzajne ziemie żuławskie, bliskość Gdańska, w którym można było zbyć produkty rolne i wyroby lokalnego rzemiosła, liberalna polityka władz niemieckich w okresie 1815-1919, a także wynikające zeń budownictwo i inwestycje, z których dwie (cukrownia i linia kolejowa do Kartuz) przetrwały do naszych czasów i zakończyły żywot po transformacji ustrojowej. W opisach miejscowości czuje się mieszankę dobrej stylistycznie beletrystyki podbudowanej emocjami, fachowości i pasji połączonej ze starannością, z jaką podchodzili do każdego artefaktu lub zjawiska. 95


Zdziwienie dzisiejszego czytelnika przedwojennych przewodników może budzić brak jakiejkolwiek informacji o hotelach i gospodach, poza restauracją dworcową L. Pliszki. Przewodniki ograniczały opisywane terytorium głównie do okolicy dworca, jako że według autorów kolej była głównym i najpewniejszym środkiem lokomocji, zaś Pruszcz – miejscem przesiadki lub kontynuacji podróży, i polecały przede wszystkim zwiedzenie cukrowni i ogrodnictwa, zaś w drugiej kolejności – kościoła, chociaż, co paradoksalne, oba miejsca znajdowały się w odległości około 1 km od stacji, w centrum i za kanałem Raduni, a więc spacer w obie strony i zwiedzenie któregoś z nich zabierało tyle samo czasu. Jednak ogrodnictwo było sławne w całej ówczesnej Europie, zatem to przez prawie 3 dekady przesądzało o rankingu. W centrum miejscowości było kilka hoteli (z restauracjami) na bardzo dobrym poziomie, jak np. hotel Danziger Hohe przy Danzigerstrasse należący do H. E. Kucksa, czy hotel Prauster Hof przy szosie do Tczewa (dzisiejsza ul. Grunwaldzka; zachowany i przebudowany – K. B.), będący własnością Juliusa Steinera. Obok tego hotelu, przy dawnym ryneczku, działała od roku 1926 stacja paliwowa (dziś uznana za zabytek – K. B.), rozbudowana w połowie lat. 30, której konsekwentnie nie uwzględniano we wznowieniach i nowych wydaniach przewodników. Trudno tu zarzucić autorom złą wolę, nieznajomość topografii, czy niewiedzę. Raczej selektywność, i to usprawiedliwioną, bo podyktowaną subiektywnością. Ta z kolei wynikała ze specyfiki przewodników, a w nich opowiadali przede wszystkim o Gdańsku. Informacje o okolicach miasta były więc tylko apendyksem, stąd konieczność ich wyboru i charakterystycznych dlań obiektów i punktów odniesienia.

Kalendarium

(ograniczone do okresów omawianych w przewodnikach) 1815-1919 – Królestwo Prus/Cesarstwo Niemieckie 1920 – włączenie Pruszcza w granice Wolnego Miasta Gdańska 1941 – włączenie Pruszcza do obszaru Gdańska po 1945 – ustalenie nazwy Pruszcz Gdański i próby ustalenia statusu miejscowości jako miasta; w Wikipedii pod hasłem Pruszcz Gdański znajduje się informacja: dotąd nie udało się znaleźć dokumentu urzędowego (potwierdzającego stan rzeczy – K. B.). Serdecznie dziękuję panu prof. Kazimierzowi Robakowi z University of South Florida za konsultację, życzliwe uwagi i pomoc w uzupełnieniu przypisów. 96


Daniel Czerwiński

Walka o granice Polski na Pomorzu Dla Polaków zamieszkujących Pomorze, naturalnym było, że odradzająca się po 123 latach niewoli Polska obejmie swym zasięgiem również tereny nad Bałtykiem. Lata germanizacji, polityka państwa niemieckiego, stosunki ludnościowe na tych terenach, a przede wszystkim zawiła polityka zwycięskich państw europejskich, spowodowały, że proces włączania ziem pomorskich do II Rzeczpospolitej trwał jednak niemal dwa lata dłużej, a i tak nie udało się odtworzyć granic sprzed zaborów. Pomorze w granicach państwa pruskiego znalazło się w większości już po pierwszym rozbiorze Polski w 1772 r. Rok później powstała pierwsza prowincja określana jako Prusy Zachodnie (Westpreussen). Zlikwidowano ją formalnie w latach dwudziestych XIX w., jednak faktycznie przez cały czas interesujący nas obszar nazywano tak samo. Oficjalnie Prusy Zachodnie odtworzone zostały w 1878 r. Trudno dokładnie podać liczbę zamieszkujących ten teren Polaków. Według danych ze spisu powszechnego w 1910 r. na terenie prowincji Westpreussen zamieszkiwały 1 700 473 osoby. Wśród nich polską przynależność, a właściwie używanie języka polskiego, deklarowało około 35,5%. Dane te były krytykowane przez stronę polską, ale nawet uwzględniając te uwagi, liczba Polaków nie przekraczała 40-42%. Zdecydowaną przewagę żywioł polski miał wśród ludności wiejskiej południowej części regencji kwidzyńskiej (np. powiat lubawski – 83%, brodnicki – 68,1%), a także w regencji gdańskiej, na terenach położonych na lewym brzegu Wisły (starogardzki – 79%, pucki – 74,6%, kartuski – 72,5%, wejherowski – 70,7%). Najsłabiej wyglądała sytuacja krańcach zachodnich, ale także w dużych miastach1. Wybuch I wojny światowej dał Polakom szansę na odtworzenie niezawisłego państwa. Po raz pierwszy doszło bowiem do sytuacji, że zaborcy zaczęli z sobą walczyć. Zarówno strona niemiecko-austriacka, jak również carska Rosja potrzebowały polskich żołnierzy. Deklaracje państw zaborczych szły przy tym coraz dalej. Już w sierpniu 1914 r. naczelny wódz armii carskiej wielki książę Mikołaj Mikołajewicz Romanow zapewniał Polaków o możliwości „odrodzenia Polski”. Po dwóch latach wojny państwa zaborcze zabiegające o polskich żołnierzy, zaczęły deklarować możliwość utworzenia samodzielnego państwa polskiego. 5 listopada 1916 r. cesarze Niemiec i Austro-Węgier oświadczyli, że na terenach dawnego zaboru rosyjskiego, okupowanych przez państwa centralne, należy M. Wojciechowski, Powrót Pomorza do Polski 1920, „Roczniki Towarzystwa Naukowego w Toruniu” 1981, t. 80, cz. 2, s. 11. 1

97


utworzyć niezawisłe państwo. Był to m.in. skutek walecznej postawy polskich legionów w bitwie pod Kostiuchnówką i nad Styrem. Głównym celem deklaracji była oczywiście chęć pozyskania jak największej liczby żołnierzy. Akt ten dał jednak możliwość utworzenia polskich organów władzy, a przede wszystkim spowodował, że na arenie międzynarodowej sprawa Polski stała się kwestią, której nie można już było bagatelizować2. Rozumiał to także Rząd Tymczasowy po rewolucji lutowej w  Rosji. 30 marca 1917 r. ministrowie rządu księcia Georgija Lwowa wydali odezwę zapowiadającą utworzenie niepodległej Polski. Wspominali o ziemiach wszystkich trzech zaborów, nie precyzując jednak dokładnych granic nowej Polski3. Deklaracje zaborców Polski były konieczne, aby zmobilizować Polaków do walki na frontach. Nie mniej istotne były jednak poczynania podejmowane wśród rządów państw Ententy, którym przedstawiono konkretne propozycje przyszłych granic odrodzonej Polski. Szczególnie istotna była w tym kontekście działalność kierowanego przez Romana Dmowskiego Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu, który uznawany był przez państwa zachodnie za oficjalne przedstawicielstwo odradzającego się państwa polskiego. W kontekście polskiego Pomorza najistotniejszy był memoriał przedstawiony przez Dmowskiego rządowi angielskiemu w lipcu 1917 r. W dokumencie zatytułowanym Zagadnienia środkowej i wschodniej Europy postulowano, aby w granicach powojennej Polski znalazł się prawie cały Górny Śląsk, Wielkopolska i Pomorze Gdańskie, ale także fragmenty Pomorza Zachodniego i blisko połowa Prus Wschodnich. Wszystko to poparte było dokładnymi analizami etnograficznymi, historycznymi i ekonomicznymi4. Rządy państw zachodnich starały się nie udzielać publicznie żadnych zobowiązujących odpowiedzi, wychodząc z założenia – ukutego jeszcze w XIX w. – że Polska to wewnętrzna sprawa Rosji. Istotna była również działalność Ignacego Jana Paderewskiego, znanego kompozytora, ale jednocześnie polityka, mającego znaczne wpływy w środowiskach polonijnych w USA, gdzie był on oficjalnym przedstawicielem KNP. Paderewski już od stycznia 1917 r. bardzo aktywnie działał w Stanach Zjednoczonych na rzecz uzyskania poparcia rządu i społeczeństwa amerykańskiego dla odzyskania niepodległości przez Polskę. Zwracał on szczególną uwagę na kwestię GdańPor. Z. Gnat-Wieteska, Akt 5 listopada, jego postanowienia i znaczenie, „Niepodległość i Pamięć” 2016, nr 23/2 (54), s. 13-22. 3 Zob. W. J. Muszyński, Białe Legiony 1914-1918. Od Legionu Puławskiego do I Korpusu Polskiego, Warszawa 2018, s. 237-240. 4 Dane do memorandum zaczerpnięto m.in. ze wspominanego spisu powszechnego oraz oficjalnych danych niemieckich sprzed wybuchu I wojny światowej. Zob. Archiwum Akt Nowych (dalej: AAN), Archiwum Ignacego Jana Paderewskiego (dalej: AP), sygn. 896, Mapy etnograficzne ziem zaboru pruskiego opracowane na podstawie danych z lat 1910-1911. Por. R. Dmowski, Polityka polska i odbudowanie państwa, Warszawa 1989, s. 274. 2

98


ska. W memoriale adresowanym do prezydenta USA Woodrow Wilsona pisał: „Dla Polski Gdańsk jest oknem otwartym na cały świat. Jest płucem, bez którego nie może ona oddychać. Jest tym, czym Londyn dla Anglii, Le Havre dla Francji, Antwerpia dla Belgii. Doprawdy Wisła odcięta od Gdańska jest martwą rzeką. Gdańsk bez Wisły jest dzisiaj bezwartościowym portem morskim o znaczeniu lokalnym, prowincjonalną przystanią bez znaczenia”5. W odpowiedzi na memoriał prezydent Wilson po raz pierwszy na forum senatu wspomniał o potrzebie utworzenia niepodległej Polski. Latem 1917 r. w Stanach Zjednoczonych rozpoczęła pracę komisja kierowana przez płk House’a. Została ona powołana i przygotowana przez prezydenta USA do sprecyzowania celów przyszłej konferencji pokojowej. Działała w niej specjalna sekcja do spraw polskich, której przewodniczył prof. Harvardu Robert Lord. Współpracowało z nim dwóch Polaków: wybitny polarnik i podróżnik Henryk Arctowski i inżynier Stanisław Jan Zwierzchowski. Ich zaangażowanie, połączone z kolejnymi działaniami KNP miały niewątpliwie wpływ na treść słynnego trzynastego punktu orędzia prezydenta Wilsona, które wygłosił 8 stycznia 1918 r. w amerykańskim kongresie. W czternastu punktach przedstawił tam swoją wizję powojennego świata. Punkt trzynasty brzmiał: „Powinno być stworzone niepodległe państwo polskie, które powinno obejmować terytoria zamieszkane przez ludność bezsprzecznie polską, które powinno mieć zapewniony wolny i bezpieczny dostęp do morza, niepodległością polityczną, gospodarczą, integralność terytoriów tego państwa powinna być zagwarantowana przez konwencję międzynarodową”6. Taka treść wystąpienia amerykańskiego prezydenta wywołała niepokój w środowisku polskich działaczy. Było ono przełomowe, nigdy bowiem tak zdecydowanie żaden z przywódców walczących stron nie wypowiadał się w sprawie Polski, jednak jednocześnie określenia „powinno” i „bezsprzecznie polską” wskazywały na możliwe problemy w przyszłości, bo dawały możliwości dużej interpretacji, tym bardziej, że treść przemówienia Wilsona, stała się wytycznymi dla przyszłego pokoju, co zostało potwierdzone najpierw przez Francję, Anglię i Włochy w tzw. deklaracji wersalskiej z 3 czerwca 1918 r., a następnie przez rząd niemiecki, który zgodził się na ich akceptację, prosząc o zawarcie rozejmu. Podpisanie rozejmu w Compiegne 11 listopada 1918 r. stało się datą symboliczną dla Polaków, ale w kwestii powrotu Pomorza dla Polski data ta nie odegrała aż tak wielkiej roli. O losie tych ziem miała zdecydować konferencja pokojowa. Teren Pomorza – podobnie jak całe terytorium Rzeszy Niemieckiej (przekształconej w listopadzie 1918 r. w republikę) – objęty był rewolucją. Powstawać zaczęły Cytat za A. Szulcewski, B. Zalewski, Pomorze w granicach odrodzonej Polski, „Zeszyty Naukowe Akademii Marynarki Wojennej” 2009, r. 50, nr 1 (176), s. 118. 6 H. Batowski, Między dwiema wojnami 1919-1939. Zarys historii dyplomatycznej, wyd. II, Kraków 2001, s. 24. 5

99


rady robotnicze i żołnierskie, które przejmowały rządy na danym terenie. Największe funkcjonowały w głównych miastach regionu: Gdańsku, Toruniu i Elblągu, jednak działały one również na terenie przyszłego polskiego Pomorza m.in. w Pucku, Pelplinie, Tczewie czy Grudziądzu7. Polska ludność bardzo aktywnie manifestowała chęć powrotu do państwa polskiego. Wyrazem ożywienia dążeń niepodległościowych były polskie wiece w Toruniu (11 listopada) i Tczewie (12 listopada), a ich efektem stało się powołanie polskich rad ludowych w Gdańsku i Tczewie (14 listopada)8. Impulsem do dalszej działalności Polaków z Pomorza na rzecz powrotu do odrodzonego państwa polskiego było ujawnienie poznańskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego, który przyjął nazwę Naczelnej Rady Ludowej. Niezwykle ważne było również zwołanie Sejmu Dzielnicowego, w którym wzięli udział delegaci z wszystkich prowincji państwa niemieckiego oraz emigracji. Obradował on w Poznaniu w dniach 3-5 grudnia 1918 r., a jego efektem było m.in. powołanie podkomisariatu Naczelnej Rady Ludowej w Gdańsku. Na jego czele stanął przyszły wojewoda pomorski Stefan Łaszewski, a jego zastępcą został pochodzący z Gdańska dr Józef Wybicki. Na terenie Pomorza ukształtowała się siatka polskich rad ludowych. Ich działalność przynosiła wymierne, aczkolwiek ograniczone skutki ograniczające się do nominacji polskich urzędników w niektórych miastach czy sołtysów we wsiach. Próby wprowadzenia nauczania w języku polskim jak np. w Chmielnie w powiecie kartuskim były szybko przerywane przez władze niemieckie. Pamiętać przy tym należy, że gros władz stanowili ludzie mianowani jeszcze w czasach cesarstwa. Wyraźnie antypolskie stanowisko prezentowali też przedstawiciele niemieckich prawicowych partii politycznych, a przede wszystkim militarne oddziały ochotnicze Heimatschutz, przekształcone w grudniu 1918 r. w Grenzschutz9. Wybuch powstania wielkopolskiego i sukcesy powstańców, którzy znaleźli się zaledwie 20 km od Torunia spowodowały, że na Pomorzu zdecydowanie zaczęła dominować idea zastosowania metody faktów dokonanych i przejęcia tych terenów bez czekania na decyzje wielkich mocarstw. Polska konspiracja na Pomorzu nie była jednak na tyle silna, aby opanować całe Pomorze. Było w nią zaangażowanych wiele osób skupionych w Towarzystwie Gimnastycznym „Sokół”, towarzystwach wojackich „Jedność”, strażach ludowych, a przede wszystkim powstałej na przełomie roku 1918 i 1919 Organizacji Wojskowej Pomorza, którą kierował pochodzący z Borzestowa koło Kartuz mec. Franciszek Kręcki. Nie M. Wojciechowski, Od rewolucji listopadowej do wprowadzenia administracji polskiej (1918-1920) [w:] Historia Pomorza. T. V (1918-1939) województwo pomorskie i Wolne Miasto Gdańsk, cz. 1: ustrój, społeczeństwo, gospodarka, red. Sz. Wierzchosławski, P. Olstowski, Toruń 2015, s. 48. 8 M. Wojciechowski, Powrót Pomorza…, s. 50. 9 M. Wojciechowski, Od rewolucji listopadowej…, s. 52-54. 7

100


były to jednak siły zdolne – bez pomocy z zewnątrz – do wyparcia Niemców i siłowego przejęcia Pomorza. Wielkie nadzieje wiązano ze stacjonującą we Francji tzw. Błękitną Armią, dowodzoną przez gen. Józefa Hallera. Jej sprowadzenie do Polski przez port w Gdańsku popierali nie tylko działacze polscy na Pomorzu, ale również członkowie KNP w Paryżu. Wejście polskich wojsk do Gdańska i obsadzenie linii kolejowej Gdańsk-Toruń miało dać asumpt do opanowania całego Pomorza. Decyzja o transporcie armii do Polski przeciągała się, a ostatecznie na skutek protestów niemieckich i przede wszystkim zdecydowanej postawy brytyjskiego premiera Davida Lloyda Georga, podjęto decyzję o przerzucie wojska koleją przez teren Niemiec10. Władze niemieckie w prowincji Prusy Zachodnie nie czekały z założonymi rękoma na poczynania Polaków. W wielu miejscach ogłosiły stan oblężenia. Prowadzono też represje wobec najaktywniejszych działaczy. Przykładem, jak mogła wyglądać taka nierówna walka, są wydarzenia z Czerska (6 stycznia 1919 r.), gdzie doszło do walk z oddziałami Grentzschutzu. Miasteczko przez kilka godzin znajdowało się pod kontrolą Polaków, ale szybko zostało opanowane przez Niemców. Do podobnej sytuacji doszło w Chełmży, która 28 stycznia 1919 r. została spacyfikowana przez oddział Grenzschutzu dowodzony przez Gerharda Rossbacha. W mieście nie doszło do żadnego powstania, działały jedynie polskie organizacje. Pojawiły się też pogłoski o przywiezieniu przez ks. Józefa Wryczę sztandaru z opanowanego przez Polaków Poznania. W wyniku ostrzału miasta zginęło kilka osób, a wiele zostało aresztowanych. Sam ksiądz Wrycza w więzieniu spędził blisko sześć miesięcy, a po jego opuszczeniu musiał uciekać do Wielkopolski11. Fiasko planów zbrojnych spowodowało, że o losie polskiego Pomorza miały zdecydować postanowienia konferencji pokojowej, która 18 stycznia 1919 r. rozpoczęła oficjalnie obrady w podparyskim Wersalu. Delegatami polskimi byli Roman Dmowski i Ignacy Jan Paderewski. Nie byli oni jednak osamotnieni w  działaniach. Spośród wielu komórek działających przy delegacji szczególnie intensywnie funkcjonował Oddział Biura Prac Kongresowych, gdzie przygotowano kilkaset opracowań i studiów na temat praw Polski do ziem postulowanych. Sprawa polskich granic po raz pierwszy w czasie obrad pojawiła się 29 stycznia. Zdaniem Dmowskiego punktem wyjścia powinna być granica Polski sprzed 1772 r., a nie jak postulował prezydent Wilson kryterium etnograficzne12. 12 lutego 1919 r. Rada Najwyższa powołała specjalną komisję do spraw polskich. Na jej czele stanął były ambasador Francji w Berlinie Jules Cambon. Szerzej zob. Cz. Skonka, Enklawy pamięci gen. Józefa Hallera, „Niepodległość i Pamięć” 2003, nr 19, s. 125-148. 11 Por. K. Korda, Ks. ppłk Józef Wrycza (1884-1961). Biografia historyczna, Gdańsk 2016, s. 96-110. 12 M. Wojciechowski, Problem Pomorza Gdańskiego w czasie konferencji pokojowej w Paryżu w 1919 r., „Komunikaty Instytutu Bałtyckiego” 1969, z. 11, s. 7. 10

101


W składzie komisji znaleźli się przedstawiciele Stanów Zjednoczonych, Anglii, Włoch i Japonii. Delegacja polska bardzo szybko nawiązała współpracę z tym organem. Do końca miesiąca Polacy złożyli w komisji szereg dokumentów. Najważniejsze postulaty zawierała nota złożona 28 lutego. Postulowano w niej powrót do Polski całej dzielnicy Prusy Zachodnie (z wyłączeniem powiatów południowo-zachodnich: wałeckiego i człuchowskiego), włączenie powiatów lęborskiego i bytowskiego oraz części słupskiego. Nota żądała również przyłączenia bez plebiscytów Warmii i Mazur13. Postulaty strony polskiej dawały odrodzonej Rzeczpospolitej dość szeroki dostęp do Bałtyku. Stanowisko komisji w tej sprawie zostało ogłoszone 12 marca. Zgodnie z nim do Polski miało powrócić niemal całe Pomorze z Gdańskiem oraz liniami kolejowymi Piła-Chojnice i Gdańsk-Mława. Zmniejszeniu uległa jednak bezpośrednia granica morska na Bałtyku. Komisja uzasadniała swoją decyzję motywami etnicznymi, religijnymi, historycznymi, gospodarczymi, komunikacyjnymi i strategicznymi. Było to więc dobrze umotywowane stanowisko, w którym widać wpływ zabiegów dyplomatycznych przedstawicieli polskiej delegacji. Od samego początku takie rozwiązanie napotkało na sprzeciw ze strony angielskiej. Lloyd George kategorycznie nie zgadzał się na przekazanie Polsce nie tylko Gdańska, ale również Powiśla. Swoje stanowisko przedstawił w tzw. dokumencie z Fointainbleau. W kwestii Polski powoływał się nie tylko na kwestie etnograficzne, ale również na konieczność przygotowania pokoju, który będzie do zaakceptowania przez Niemców. Przed oficjalnym podpisaniem traktatu państwa zachodnie, ale również władze polskie, obawiały się niewątpliwie możliwości ataku niemieckiego na Polskę. W raportach wywiadowczych z tamtego okresu stale analizowano rozmieszczenie jednostek niemieckich, ruchy wojsk i nastroje wśród ludności niemieckiej14. W kwestii Pomorza decydujący głos miał prezydent Wilson. 28 marca wysunął on trzy propozycje odnośnie dalszych losów miasta. W każdej z opcji miasto miało się znaleźć pod protektoratem Ligi Narodów, ale zakres kontroli byłby inny. Wilson proponował utworzenie wolnego miasta, umiędzynarodowienie terenu ujścia Wisły albo utworzenie niepodległego państwa. Ostatecznie wybrano opcję pierwszą. Pomimo oporów strony niemieckiej, zapis ten został wprowadzony do ostatecznej wersji traktatu pokojowego. Został on podpisany 28 czerwca 1919 r. w Sali Zwierciadlanej Pałacu Wersalskiego, gdzie w 1871 r. proklamowano zjednoczenie Niemiec15. 13

Wschodnia część prowincji Prusy Wschodnie miała trafić do Litwy, a z okolic Królewca planowano utworzyć wolne państwo pod protektoratem Ligi Narodów. Por. Ibidem, s. 8. 14 Zob. Wojskowe Biuro Historyczne Centralne Archiwum Wojskowe (dalej: CAW), Samodzielny Referat Informacyjny Dowództwa Okręgu Korpusu nr I (dalej: SRI I), I.371.1/A.3, Ogólna instrukcja dla wywiadowców, 6 II 1919 r., bp. 15 A. Szulcewski, B. Zalewski, Pomorze w granicach…, s. 125-126.

102


Warunki pokoju tylko po części satysfakcjonowały stronę polską. Otrzymaliśmy dostęp do morza, ale było to raptem 147 km (brzeg Półwyspu Helskiego – 74 km, morze otwarte – 24 km i brzeg Zatoki Puckiej – 49 km). Nie było tam żadnego znaczącego portu, bo Gdańsk stał się wolnym miastem. Dodatkowo na spornych terenach Powiśla ogłoszono plebiscyt. Wpływ na taki rozwój wypadków miał szereg czynników, ale były one związane przede wszystkim z niechęcią Anglii do wzmacniania pozycji odrodzonej Polski, która z powodu słabości Rosji była dla Francji naturalnym sojusznikiem. Nie bez znaczenia była również chwiejna polityka Stanów Zjednoczonych, których przywódca starał się stworzyć nowy, idealny ład świata po Wersalu16. Z chwilą podpisania traktatu wersalskiego władze polskie przystąpiły do przygotowań związanych z przejęciem przyznanych Polsce ziem. Powołane zostało Ministerstwo byłej Dzielnicy Pruskiej, które objęło tereny Wielkopolski i Pomorza. 1 sierpnia 1919 r. Sejm Ustawodawczy podjął decyzję o powołaniu województwa pomorskiego, które objęło przekazane Polsce tereny Pomorza oraz fragmenty odłączone bez plebiscytu od Prus Wschodnich (powiat działdowski). 17 października 1919 r. formalnie powołano dr. Stefana Łaszewskiego na stanowisko wojewody pomorskiego. Urząd Wojewódzki Pomorski, którego siedzibę ulokowano w Toruniu17, rozpoczął działalność 5 grudnia 1919 r. Począwszy od października 1919 r. ustalono szczegóły przejęcia przez Polskę Pomorza. W wyniku rozmów polsko-niemieckich reaktywowano działalność Podkomisariatu Naczelnej Rady Ludowej w Gdańsku, a także uwolniono więźniów politycznych. Dla zapewnienia odpowiedniej liczby fachowych urzędników na przejmowanych terenach, zawarto w Berlinie umowę dotyczącą części niemieckiego personelu urzędniczego, który miał pozostać w Polsce po przejęciu Pomorza. Najważniejsze ustalenia podpisano 24 października i 25 listopada. Drugi dokument został podpisany w Berlinie przez szefa Ministerstwa byłej Dzielnicy Pruskiej (w randze sekretarza stanu) dr. Zygmunta Seydę i przedstawiciela rządu niemieckiego dr. Edgara Haniela von Heimhausena. Dotyczył on wycofania wojsk niemieckich i przejęcia cywilnej administracji na przyznanych Polsce terenach. Szczegółowo opisano tam jak ma wyglądać ten proces. Warunkiem koniecznym było ratyfikowanie przez Niemców traktatu pokojowego. Ustalono, że wyjście wojsk niemieckich nastąpi siódmego dnia po ratyfikacji ustaleń wersalskich o godzinie szóstej rano. Wojska niemieckie miały opuszczać teren Pomorza stopniowo. Wytyczono osiem stref, które miały zostać opuszczone w określonych terminach. Łącznie miało to trwać przez trzy tygodnie. Za M. Wojciechowski, Problem Pomorza Gdańskiego…, s. 15. Do czasu objęcia Torunia przez Polaków siedzibą wojewody był Poznań. Wybór Torunia na stolicę województwa nie był oczywisty. Pojawiały się również propozycje umieszczenia siedziby wojewody w Starogardzie lub Tczewie. 16 17

103


bezpieczeństwo na przekazywanych terenach w okresie przejściowym miały odpowiadać straże obywatelskie i policja pomocnicza do których weszło sporo członków Organizacji Wojskowej Pomorza18. Decydującą rolę w przejmowaniu Pomorza odegrać miały wojska dowodzone przez gen. Józefa Hallera. Operowały one w ramach utworzonego 25 października 1919 r. w Skierniewicach Frontu Pomorskiego. Częściowo obejmował on żołnierzy przybyłych do Polski z Francji, ale w jego składzie znajdowali się też żołnierze z formacji powstałych na terenie Wielkopolski. Była wśród nich Pomorska Dywizja Strzelców (przemianowana niebawem na 16. Dywizję Piechoty) dowodzona przez płk. Stanisława Skrzyńskiego. Składała się ona w znacznej części z mieszańców Pomorza, którzy walczyli w powstaniu wielkopolskim, uciekli przed niemieckimi represjami lub zostali skierowani przez polskie organizacje konspiracyjne19. Niemcy ratyfikowali traktat pokojowy z Wersalu 10 stycznia 1920 r. Oznaczało to, że od ranka 17 stycznia polskie wojska mogły wkraczać na teren Pomorza. Cała akcja była przygotowywana na miejscu przez rady ludowe i specjalnych komisarzy do spraw przejęcia i przekazania obiektów. Dla przykładu w Starogardzie na początku 1920 r. powołany został przez Powiatową Radę Ludową specjalny komitet obywatelski, który zajął się szczegółami związanymi z przyjęciem i powitaniem w mieście polskiego wojska. Przygotowano kwatery dla żołnierzy, zadbano także o odpowiednie udekorowanie miasta. Podobnie postępowało społeczeństwo polskie także w innych miastach Pomorza20. Przejęcie Pomorza rozpoczęło się rankiem 17 stycznia. Pierwsze oddziały przekroczyły granicę polsko-niemiecką pod Niszawą. Na prawym brzegu Wisły oddziały gen. Stanisława Pruszyńskiego, wsparte przez 5. Brygadę Jazdy i pociągi pancerne „Hallerczyk” i „Odsiecz II” zajęły Działdowo i Golub, a 18 stycznia Brodnicę i Lidzbark. Dywizja Pomorska w tym czasie opanowała Gniewkowo i udała się w kierunku Torunia. Pod Lipiami koło Gniewkowa doszło do starcia zbrojnego. W wyniku wymiany ognia pomiędzy żołnierzami Toruńskiego Pułku Strzelców a Niemcami po stronie polskiej poległ jeden żołnierz, a kilku zostało rannych21. Przyczyna była prozaiczna. Niemcy w czasie I wojny światowej wprowadzili podział czasu na letni i zimowy, co najprawdopodobniej nie zostało uwzględnione w harmonogramie. Do potyczki nadgranicznej doszło też pod Wygodą, gdzie operował Grudziądzki Pułk Strzelców22. Tam obyło się jednak bez ofiar. A. Szulcewski, B. Zalewski, Pomorze w granicach…, s. 129-130. M. Wojciechowski, Powrót Pomorza…, s. 194-198. 20 M. Wojciechowski, Dzieje Starogardu w latach 1914-1920 [w:] Dzieje Starogardu, t.1: Historia miasta do 1920 roku, red. M. Kallas, Starogard Gdański 1998, s. 276-277. 21 A. Szulcewski, B. Zalewski, Pomorze w granicach…, s. 133. 22 M. Wojciechowski, Od rewolucji listopadowej…, s. 68. 18 19

104


Przytoczone potyczki były najpoważniejszymi incydentami w czasie operacji przejmowania Pomorza. Opuszczające Toruń rankiem 18 stycznia wojska niemieckie ze wzburzeniem reagowały na wywieszane polskie flagi, ale ograniczyli się oni do śpiewania zniesławiających Ignacego Jana Paderewskiego przyśpiewek. Podobne relacje pochodzą z innych miejscowości regionu. Zdarzały się sytuacje, że oddziały niemieckie opuszczały dotychczas zajmowane pozycje przy biciu żałobnych dzwonów. Mimo to akcja przebiegała zgodnie z harmonogramem. Kilka godzin po wyjściu Niemców, do Torunia wkroczyła Dywizja Pomorska. Trzy dni później do miasta przyjechał gen. Haller. Przygotowano wówczas odezwę, którą w formie plakatów zaczęto kolportować na murach wyzwalanych miast. Nie tylko informowała ona o przejęciu Pomorza przez Polaków, ale zachęcała również do wstępowania do armii23. Pierwsza faza operacji zakończyła się 23 stycznia 1920 r., kiedy oddziały polskie przejęły najsilniejszą twierdzę w regionie – Grudziądz. Po jednodniowej przerwie nastąpiła dalsza rewindykacja terenów. Do końca miesiąca zajęto Laskowice, Bydgoszcz, Koronowo, Świecie, Tucholę, Chojnice, Gniew, Tczew, Starogard Gdański i Kościerzynę. We wszystkich tych miastach wkraczające wojska były owacyjnie witane. Bardzo dobrze relacjonuje to opis, jaki ukazał się w „Pielgrzymie”, czasopiśmie diecezji chełmińskiej. Wejście Polaków do Tczewa przedstawiono tam tak: W piątek dnia 30 stycznia spełniło się to, co od dawna było marzeniem naszem: nad miastem zatrzepotał po 150-ciu letniej ciężkiej niewoli nasz orzeł biały. Ludność miasta naszego już od rana wyczekiwała z jakimś niepokojem przybycia wojsk polskich. Na ulicach panuje ruch niezwykły. Miasto jest udekorowane, wszystkie towarzystwa polskie stają do szeregu. W dali widać pierwsze oddziały hufców naszych, w szyku bojowym. Zebrane tłumy wznoszą okrzyk „Niech żyją!”. Z wieży kościoła parafialnego uderzyły dzwony. Wojska stanęły. Na czele stawają oficerowie, wita ich w tym grodzie nad starą polską Wisłą jako pierwszy delegat powiatowy p. Brzóskowski, wita tych, za którymi tak długo czekali przodkowie nasi, wybawicieli naszych, którzy przynoszą nam wolność i swobodę. Córeczka burmistrza p. Orcholskiego podaje chleb i sól, a panna Brzóskowska wręcza słowami, – serdecznie witamy – bukiet. X. Kuratus Bączkowski w asyście księży Jesionowskiego i Steina wita w imieniu parafian tczewskich żołnierzy naszych jako wybawicieli i obrońców wiary naszej świętej i udziela im błogosławieństwa. Rozpoczyna się pochód do miasta. Muzyka gra „Marsz Polaków”. Towarzystwa utworzyły szpaler, przez który kroczą oddziały polskie, a tłumy wołają nieustannie: „Niech żyją”. 23

Czytamy w niej m.in.: „Po blisko 150 latach niewoli nadeszła chwila wyzwolenia. Wkraczające Wojska Polskie dokonują przyłączenia tych ziem do Państwa Polskiego (…). Dzień dzisiejszy jest dla Was najwyższą za to nagrodą. Młodzieży polska Pomorza! Nie danym Ci było służyć w szeregach armii narodowej, dzisiaj nadchodzi pora czynu, więc wzywam do szeregów braterskich Wojska Polskiego, które ma strzec potęgi i świetności Najjaśniejszej Rzeczypospolitej”. Cyt. za D. Duda, Powrót Polski nad Bałtyk, Puck 1995, s. 12-13.

105


Przed starostwem wita chłopców naszych starosta p. Arczyński. Wzniósł okrzyk na cześć wojska polskiego, który zebrani z zapałem powtórzyli. Następnie odśpiewano pierwszą zwrotkę: „Boże coś Polskę”. Wojsko prezentuje broń. Pochód ruszył na Rynek, kapela gra Marsza Strzelców. Na rynku wstępuje na mównicę p. Orcholski w serdecznych słowach. I tu odśpiewano: Boże coś Polskę a wojsko prezentowało broń. Z wieży kościoła zadzwoniły ponownie dzwony. Następnie wchodzi na mównicę p. Pokorniewski z Gdańska. Wita on braci-żołnierzy tej polskiej ziemi w imieniu prastarego grodu nadmorskiego, który był, jest i pozostanie polskim na wieki i wznosi okrzyk powtórzony z zapałem na cześć wojska. W imieniu wojska dziękuje za serdeczne przyjęcie p. porucznik Parat. Podnosi on znaczenie połączenia Pomorza z resztą Polski. W uroczystych słowach zapewniał zebranych, iż ziemi tej bronić będzie armia polska do upadłego, a gdy nie stanie rąk, zębami będzie jej broniła. Na słowa te podniósł się gromki okrzyk „Słusznie!” i wznosi okrzyk na cześć Zjednoczonej, niepodległej Polski, który rodacy z zapałem powtórzyli. W końcu odbyła się defilada i pochód wojsk do kwater, a towarzystwa i ludność je odprowadziły. O godz. 4 po południu Wojska, towarzystwa i wierni udali się do kościoła, gdzie odbyło się uroczyste nabożeństwo dziękczynne. Uroczystość przyjęcia wojsk polskich w Tczewie wypadła wspaniale. Wzruszenie ogarnęło wszystkich. Zadawaliśmy kłam twierdzeniom niemieckim, iż w Tczewie Polaków nie ma. Wszelkimi środkami germanizowano Tczew, ściągano z całych Niemiec całe zastępy pruskich urzędników, lecz życie polskie wre nadal, a pierś polska oddycha swobodą. Porządek panował wzorowy. Dzień 30 stycznia 1920 roku pozostanie nam i dzieciom naszym w pamięci po wszystkie wieki24. Zacytowanie dłuższego fragmentu tekstu pozwala oddać rzeczywistą atmosferę tamtych czasów. Kulminacyjnym momentem akcji były zaślubiny Polski z  morzem. Odbyły się one 10 lutego w Pucku, największym porcie, jakim dysponowała wówczas odrodzona Rzeczpospolita. Wydarzeniu nadano wielką rangę, choć nie było go w ogóle w pierwotnych planach i harmonogramie przejmowania Pomorza. Gen. Hallerowi towarzyszyła dwudziestoosobowa delegacja Sejmu, przedstawiciele rządu, m.in. minister spraw wewnętrznych Stanisław Wojciechowski, wicepremier Wincenty Witos, wojewoda pomorski Stefan Łaszewski, kontradmirał Kazimierz Porębski oraz dyplomaci. Pociąg specjalny z gośćmi przybył najpierw na dworzec gdański, gdzie starosta dr Józef Wybicki wręczył gen. Hallerowi dwa platynowe pierścienie, wykonane na koszt gdańskiej Polonii specjalnie na ceremonię. Później delegacja pojechała do Pucka. Na tamtejszym dworcu, przyozdobionym flagami narodowymi, na przybycie spe24

Opis ten ukazał się w numerze 21 „Pielgrzyma” z 21 lutego 1920 r. Przedrukowano go w numerze 4 „Tek Kociewskich”.

106


cjalnego pociągu z gen. Hallerem oczekiwały pododdziały wszystkich rodzajów broni ze sztandarami i orkiestrami, liczne delegacje większych miast, a także mieszkańcy okolicznych miejscowości. Po uroczystej mszy świętej, w czasie której homilię wygłosił ks. Józef Wrycza, gen. Haller wrzucił do Zatoki Puckiej jeden z pierścieni. Wydarzenie to obrosło przez lata wieloma mitami, ale dzięki swej symbolice, stało się nieodłącznym elementem polskiej historii25. Zakończenie akcji rewindykacji Pomorza nie oznaczało końca starań o polskie granice na Pomorzu. Na mocy decyzji wersalskich Gdańsk stał się wolnym miastem. Nie nastąpiło to jednak od razu. W czasie, kiedy wojska polskie obejmowały Pomorze, na obszar nowego tworu państwowego przybyli żołnierze Ententy. Przebywali oni na terenie miasta do czasu oficjalnego proklamowania Wolnego Miasta Gdańska, co nastąpiło 15 listopada 1920 r. Traktat wersalski nie precyzował większości spraw dotyczących relacji między Polską a Wolnym Miastem. Zostały one uregulowane na mocy Konwencji Paryskiej podpisanej 9 listopada 1920 r. Na mocy konwencji rząd polski miał prawo reprezentować Wolne Miasto Gdańsk na arenie międzynarodowej, w jego imieniu zawierał traktaty międzynarodowe, natomiast samo wolne miasto miało być tworem quasi państwowym, który znajdował się pod opieką Ligi Narodów. Miało jednak swój parlament (władza ustawodawcza) i Senat (władza wykonawcza). Liczące 1893 km2 terytorium miało być włączone do polskiego obszaru celnego. Polacy uzyskali tam prawo zarządzania kolejami i ustanowienia własnej komunikacji pocztowej. O tym jak niewydolny może być taki międzynarodowy twór, Polacy przekonali się już w czasie wojny polsko-bolszewickiej. W wyniku protestów niemieckich robotników portowych, niemożliwe było wtedy rozładowanie materiałów wojennych dla polskiego wojska26. Zgodnie z postanowieniami z Wersalu, wpływ na ostateczny przebieg granic odrodzonej Polski na Pomorzu miał mieć także plebiscyt, jaki urządzono na Powiślu, Warmii i Mazurach. W podpisanym przez Niemcy dokumencie dział IX (artykuły: 94-97) precyzował szczegóły przeprowadzenia referendum. Uprawniona do głosowania ludność miała się wypowiedzieć, czy chce należeć do Polski czy do Prus Wschodnich. Ustalono w tym celu dwa okręgi wyborcze: olsztyński (z siedzibą w Olsztynie) dla Warmii i Mazur oraz kwidzyński (z siedzibą w Kwidzynie) dla Powiśla. W celu zapewnienia bezstronności głosowania z terenów plebiscytowych wycofane zostać miały wojska niemieckie, a władza przejść miała w ręce Komisji Międzysojuszniczej do Spraw Rządu i Administracji z przedPor. K. Korda, Ks. ppłk Józef Wrycza …, s. 118-126. Zaostrzająca się sytuacja na granicy wschodniej Rzeczpospolitej spowodowała, że już 24 stycznia pierwsze oddziały Frontu Pomorskiego były przerzucane do walki z bolszewikami. Formalnie Front Pomorski został zlikwidowany 25 III 1920 r. 26 Por. J. Rześniowiecki, Gdańska działalność Reginalda Towera [w:] Gdańsk i Pomorze w XX wieku. Księga ofiarowana Profesorowi Stanisławowi Mikosowi z okazji 70. rocznicy jego urodzin, red. M. Andrzejewski, Gdańsk 1997, s. 149-165. 25

107


stawicielami pięciu państw: Francji, Wielkiej Brytanii, Włoch, Japonii i Stanów Zjednoczonych. Wojska niemieckie faktycznie opuściły tereny plebiscytowe po ratyfikacji przez Niemcy traktatu. Na ich miejsce przybyły wojska koalicyjne. Było ich jednak zdecydowanie mniej niż planowano, a poza tym na całym obszarze pozostała niemiecka administracja terenowa (urzędy, policja, sądy, transport, szkoły, liczne organizacje i związki). Nie wróżyło to dobrze dla przebiegu plebiscytu. Niemcy chcieli bowiem za wszelką cenę utrzymać posiadane ziemie27. Kwidzyński Okręg Plebiscytowy obejmował swoim zasięgiem powiaty: sztumski, suski oraz część malborskiego na wschód od Nogatu i kwidzyńskiego na wschód od Wisły. W okręgu tym przeważała ludność niemieckojęzyczna. Wyjątkiem był powiat sztumski, gdzie według spisu powszechnego z 1910 r. osób polskiej narodowości było ok. 42%. W pozostałych regionach ludność polska stanowiła raczej enklawy. To wykorzystali Niemcy, którzy prowadzili ożywioną kampanię posuwając się niejednokrotnie do szykan i ataków na Polaków. Były one regularnie odnotowywane przez polskie służby wywiadowcze, działający w Kwidzynie konsulat Polski, ale także lokalną prasę. Głośnym echem odbiła się sprawa rozbicia wiecu Polaków w Kwidzynie 16 maja 1920 r. Zablokowano tam i ostrzelano polską manifestację. Policja nie reagowała, a wojska sojusznicze nie za bardzo wiedziały w jaki sposób postępować28. Strona niemiecka przygotowania do plebiscytu prowadziła już zresztą od momentu ogłoszenia postanowień traktatu wersalskiego. Niemcy wykorzystując całą machinę państwową organizowali liczne wiece, wykorzystywali przewagę ekonomiczną, zastraszali polską ludność, grożąc zwolnieniem z pracy, a często robiono to tylko za deklarację polskości. Wykorzystując ogólne kryteria głosowania (ukończenie 20 roku życia i pochodzenie z terenu objętego głosowaniem) na obszar plebiscytowy ściągano emigrantów, którzy zamieszkiwali ten obszar przed 1914 r. lub tylko się tam urodzili. Stronie polskiej takich możliwości nie dano, często nie dopuszczając emigrantów do głosowania. Niemcy przekonywali też mieszkańców terenów plebiscytowych, że Polska to „państwo sezonowe”, które zostanie zlikwidowane przy pierwszej możliwej okazji. Postępująca na zachód ofensywa Armii Czerwonej niewątpliwie uwiarygodniała te twierdzenia. Strona polska również próbowała prowadzić kampanię przed plebiscytem, ale była ona w zdecydowanie słabszej pozycji. Często przysyłani agitatorzy nie orientowali się w lokalnych realiach, przez co ich działania przynosiły więcej szkody niż pożytku. Nie na wiele zdało się w tej sytuacji wykorzystanie popularnych artystów jak Jan Kasprowicz czy Stefan Żeromski29. J. Kłaczkow, G. Woliński, Plebiscyt na Powiślu 1920 [w:] Krople Historii, red. J. Liguz, M. Wawryniuk, Kwidzyn 2013, s. 6-7. 28 Ibidem, s. 25. 29 Szerzej zob. okolicznościowy numer „Zeszytów Kwidzyńskich” (nr 1 z 2000 r.) poświęcony w całości kwestii plebiscytu na Powiślu 11 lipca 1920 r. 27

108


Wyniki plebiscytu z 11 lipca 1920 r. były klęską strony polskiej. W okręgu kwidzyńskim uprawnionych do głosowania było 125 091 osób. Z tego po stronie polskiej opowiedziało się 7 947 osób, a po niemieckiej 96 894 osób. Polacy wygrali jedynie w kilku wsiach na terenie powiatów sztumskiego i kwidzyńskiego. Już 12 lipca polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Warszawie zaapelowało do komisji międzysojuszniczych, aby przy wytyczaniu nowych granic nie kierowano się tylko wynikami głosowania, ale również względami gospodarczymi30. Dzięki temu w powojennym województwie pomorskim znalazło się pięć wsi po prawej stronie Wisły (Bursztych, Nowe Lignowy, Kramrowo, Małe Pólko i Janowo). Co prawda mieszkańcy dwóch ostatnich chcieli pozostać w państwie niemieckim, ale z uwagi na pozytywne dla Polski wyniki w pozostałych trzech miejscowościach, zostały one przyłączone do państwa polskiego31. Rzeczpospolitej przyznano także przyczółek mostowy w Opaleniu, port rzeczny w Korzeniewie, dworzec w Gardei oraz sześć łąk nad Wisłą. Granica pomiędzy tzw. Małą Polską a Prusami Wschodnimi posiadała kształt elipsy o długości 14 km. Nie miała ona w zasadzie żadnego naturalnego oparcia, a o jej wytyczeniu zadecydowały kwestie geopolityczne. Rozstrzygnięcia związane z plebiscytem na Powiślu ostateczne ukształtowały powojenne województwo pomorskie. Na obszarze 25 683 km2 zamieszkiwało w 1921 r. 935 643 osób. Powrót Polski na Pomorze był możliwy dzięki korzystnej sytuacji międzynarodowej, ale przede wszystkim wysiłkowi wielu pokoleń. Pomimo wielu lat germanizacji nie zatracili oni swojej polskości, działali w organizacjach bez których nie dałoby się przeprowadzić opisywanego w tekście procesu. Za swój wysiłek wielu z nich zapłaciło najwyższą cenę. Niemcy nie pogodzili się z utratą „korytarza pomorskiego”. Doskonale wiedzieli, kto działał przeciw nim w latach 1918-1920 i po wybuchu II wojny światowej posiadali już gotowe listy proskrypcyjne. Aresztowani, a następnie zamordowani zostali m.in. dr Franciszek Kręcki czy biorący udział w wytyczaniu granicy „Małej Polski” Augustyn Czyżewski. Była to cena, jaką działacze polscy musieli zapłacić za powrót do macierzy.

30

Podobnie postąpiono wcześniej przyznając Polsce bez plebiscytu teren powiatu działdowskiego, przez który biegła linia kolejowa z Warszawy do Gdańska. 31 Podobnie postąpiono w przypadku wsi, gdzie wygrali Polacy, ale otoczeni byli przez wsie niemieckie i nie mieli możliwości połączenia z Polską. W powiecie kwidzyńskim stało się tak w Tychnowach, Dubielu i Szadowie.

109


Artur Jendrzejewski

Rola polskiego wywiadu wojskowego w walce o utrzymanie niepodległości w okresie międzywojennym na Kociewiu Obszar Pomorza był dla odrodzonej II Rzeczypospolitej strategicznie ważnym terytorium, którego kształt do zakończenia obrad wersalskich był niepewny. Głównie chodziło o wolny dostęp do morza, jednak utworzenie w 1920 r. Wolnego Miasta Gdańska, w którym większość stanowiła społeczność narodowości niemieckiej wrogo ustosunkowana do państwa polskiego, przekreśliło tego rodzaju wizję polskich dyplomatów. Powstanie nowego tworu politycznego oraz ustanowienie linii granicznej z Prusami Wschodnimi wymusiło na władzy polskiej wprowadzenie specyficznych środków zapewniających bezpieczeństwo Pomorza. Polegało to głównie na aspektach militarnych, czyli powołaniu jednostek wojskowych stacjonujących w pobliżu granicy, zorganizowaniu kompetentnej jej ochrony, jak również działaniach wywiadowczych. Polską krainą geograficzną, bezpośrednio położoną przy granicy z Wolnym Miastem Gdańsk oraz Prusami Wschodnimi było Kociewie. Stąd też w powyżej podanych zadaniach głównie Tczew, Starogard oraz Skarszewy stały się filarami dla organizacji polskiej obrony na obszarze przygranicznym. Tczew, oprócz ulokowania tam jednostki wojskowej gotowej do reakcji w razie zagrożenia bezpieczeństwa na Pomorzu, był także siedzibą Inspektoratu Granicznego Straży Granicznej oraz komórek wywiadowczych, jak również bazą i przedpolem dla działalności informacyjnej na obszarze wspomnianego Wolnego Miasta Gdańska i pobliskich powiatów wschodniopruskich1. W Starogardzie z kolei stacjonowały odziały kawalerii oraz posterunek graniczny, a także kontrwywiadu. Skarszewy były siedzibą dla Komisariatu Straży Granicznej patrolującej część granicy polsko-gdańskiej. Warto jeszcze wspomnieć, że gęstą strukturę obronną tworzyły też liczne komórki graniczne i wywiadowcze ulokowane w innych mniejszych miejscowościach, jak na przykład Gniew czy Czersk. Już od wiosny 1919 r. pozyskiwaniem informacji z obszaru Gdańska i okolic, którego byt wówczas nie był jeszcze przesądzony, a strona polska liczyła na włączenie go w własne granice, zajmowały się Ekspozytury wywiadowcze działająSzerzej na temat działalności wywiadu w Tczewie zob.: A. Jendrzejewski, Polski wywiad w Tczewie w okresie międzywojennym XX w., „Rydwan”, 2017, nr 12, s. 149-152. Co prawda niniejszy artykuł zawiera sporo treści wybranych z podanego tytułu, jednak nie wyczerpuje w tym miejscu całości tematu. 1

110


ce w ramach Dowództw Frontów. Po kilku reorganizacjach przeprowadzonych przez Naczelne Dowództwo Wojska Polskiego (dalej: NDWP) ziemie północne Polski obsadzono żołnierzami Frontu Pomorskiego. Dowodzeni przez gen. Józefa Hallera mieli zadanie odebrania Pomorza Nadwiślańskiego z rąk niemieckich2. W jego strukturze znalazły się komórki informacyjne, których obszar rozpoznania systematycznie powiększano. Jedna z nich, Ekspozytura nr 1 mająca siedzibę w Warszawie rozpoznawała Pomorze na północ i wschód od linii Lębork-Chojnice-Bydgoszcz aż do byłej granicy niemiecko-rosyjskiej, czyli również Kociewie. Funkcję kierownika Ekspozytury powierzono Aleksandrowi Trzeciakowi, a zadania zlecane przez niego podwładnym polegały na wykradaniu, bądź kupowaniu niemieckich dokumentów, obserwacji ruchów jednostek wojskowych powracających z frontu oraz informowaniu o transportach wojskowych3. Pośrednio rejon Tczewa i jego okolic leżał też w gestii działalności informacyjnej powstałej 1 listopada 1919 r. w Mławie Ekspozytury nr 2, której kierownikiem został ppor. Janusz Rudnicki. Jej pracownicy zajmowali się głównie obserwacją niemieckich transportów oraz przesuwających się jednostek wojskowych, jak również obserwowali sytuację polityczną na obszarach plebiscytowych. Intersujący nas obszar podlegał też rozpoznaniu Ekspozytury nr 3, początkowo mającej swoją siedzibę w Działdowie, a od 1 lutego 1920 r. w Tczewie. Pracowali w niej, oprócz kierownika por. Stanisława Pepińskiego, jeden zastępca, dwóch informatorów wywiadu ofensywnego i jeden defensywnego, jeden kurier oraz dwóch pracowników cywilnych. Już od początku funkcjonowania Ekspozytury rozpoczęto pozyskiwanie informacji o gdańskich robotnikach portowych, ich stosunku do sprawy polskiej oraz sprawdzano nastroje panujące wśród polonii gdańskiej4. Obecność komórki defensywnej świadczyć może także o działalności zabezpieczającej oraz zwalczające obce szpiegostwo. Rozkazem z końca marca 1920 r. zlikwidowano Front Pomorski, co było podyktowane wcześniejszym wejściem w życie postanowień wersalskich. Działalnością wywiadowczą zajęła się wówczas nowo powołana Ekspozytura Oddziału II NDWP w Grudziądzu, której podporządkowano personel byłego wywiadu Frontu Pomorskiego. Wyodrębniono w jej strukturze cztery posterunki wywiadowcze. Numerem 1 oznaczono placówkę w Działdowie, 2 w Tczewie, 3 w Chojnicach i 4 w Więcborku5. Szczególnie istotne był tu posterunek tczewski, który Szerzej o organizacji wywiadu Frontu Pomorskiego zob.: W. Skóra, Organizacja i działalność wywiadu Frontu Pomorskiego w latach 1919-1920, [w:] Polski wywiad wojskowy 1918-1945, pod red. P. Kołakowskiego i A. Pepłońskiego, Toruń 2006, s. 65-90. 3 Tamże, s. 71. 4 CAW, DFP, sygn. I.310.10.45, Projekt reorganizacji II Oddziałów z 29 października 1919 r.; W. Skóra, Organizacja i działalność…, s. 82. 5 Samodzielny Referat Informacyjny przy Dowództwie Okręgu Korpusu nr VIII w Toruniu (dalej: SRI DOK VIII), sygn. I.371.8/A.4, Pismo z 25 sierpnia 1920 r. o dyslokacji posterunków oficerskich Ekspozytury Wydziału Informacyjnego w Grudziądzu. 2

111


obserwacją objął Wolne Miasto Gdańsk, obszar Prus Wschodnich oraz Kłajpedy. Głównym zadaniem było zbieranie wiadomości o szeroko pojętej wojskowości, sprawach społecznych, jak też politycznych6. 28 stycznia 1921 r. rozwiązano grudziądzką placówkę, a teren rozpracowania wywiadowczego został podzielony pomiędzy Ekspozyturę nr 3 Sztabu Generalnego (od 1928 r. Głównego) Wojska Polskiego (dalej: SGWP) z siedzibą w Poznaniu, która przejęła obszar Niemiec na zachód od korytarza pomorskiegoorazpowstającą Ekspozyturę nr 2 SG WP w Gdańsku7, której przypadły Prusy Wschodnie8. Powyższym rozkazem wycofano także z Tczewa posterunek wywiadowczy. Nie świadczy to jednak o zaprzestaniu działalności wywiadowczej w tym mieście. Istniał tam lokal konspiracyjny należący do posterunku oficerskiego podległego gdańskiej Ekspozyturze. Jego zadaniem, oprócz miejsca spotkań z agentami, było prowadzenie obserwacji na obszarze Prus Wschodnich. Jeden z jej pracowników noszący pseudonim 502/k pozyskiwał materiały o organizacjach wojskowych, a informatorzy 516/k i 501/k rozpracowywali jednostki wojskowe stacjonujące w Prusach Wschodnich. W 1927 r. w związku z prowadzonymi przez gdańską Ekspozyturę pracami organizacji wywiadu na pograniczu na wypadek osłony powołano placówki pograniczne, zwane „plagrami”. Jedna z nich powstała w Tczewie, a podlegała Posterunkowi Oficerskiemu (dalej: PO) nr 1 w Grudziądzu podporządkowanemu wspomnianej placówce w Gdańsku. Na jej czele stał agent kierownik, a pomocy udzielali mu agenci, kurier, konfidenci ofensywni i zapasowi. Często przydział osobowy był wspólny dla pozostałych „plagr” danego posterunku oficerskiego. Głównym materiałem, który pozyskiwano dotyczyły działalności niemieckich organizacji cywilno-wojskowych, prac fortyfikacyjnych i komunikacji samochodowej w Prusach Wschodnich9. W 1928 r., już po objęciu kierownictwa gdańskiej Ekspozytury przez kpt./mjr. Jana Henryka Żychonia, powołano w Tczewie w pełni funkcjonalny PO nr 1, a teW. Skóra, Organizacja i działalność …, s. 89. W 1925 r. zmieniono jej numerację z „2” na „7” oraz nadano kryptonim „BIG”. Szerzej na temat organizacji i działalności polskiego wywiadu w Wolnym Mieście Gdańsku zob. m.in.: W. Kozaczuk, Bitwa o tajemnice. Służby wywiadowcze Polski i Rzeszy Niemieckiej 1922-1939, Warszawa 1977; L. Gondek, Wywiad polski w Trzeciej Rzeszy 1933-1939. Sukcesy i porażki, Warszawa 2011; W. Skóra, Działalność gdańskiej ekspozytury polskiego wywiadu wojskowego w latach 1920-1930 (Pomorze Zachodnie, Prusy Wschodnie i Wolne Miasto Gdańsk), Poznań 2011; A. Jendrzejewski, Polski wywiad wojskowy w Wolnym Mieście Gdańsku w latach 1930-1939, Gdańsk 2013. 8 Prusy Wschodnie zaliczane były do I Okręgu Wojskowego (Wehrkreis I). APG, KGRP, sygn. 259/1665, Raport nr 8. z 21 maja 1926 r. Zakres działania wydziałów przy sztabie Wehrkreisu I. 9 A. Szymanowicz, Na tajnym froncie polsko-niemieckim. Polski wywiad w Prusach Wschodnich 1918-1939, Gdynia 2013, s. 180-181. 6 7

112


renem pracy informacyjnej stały się Prusy Wschodnie10. Miesiąc później zmieniono jego nazwę na PO nr 411 i nieco zmieniono obszar do rozpoznania. Obejmował on Gdańsk oraz północno-zachodnią część Prus Wschodnich, włącznie z Olsztynem i Piłą12. Posterunek mieścił się w budynku przy ówczesnej ul. Skarszewskiej 7A, a dzisiejszej ul. Wojska Polskiego 2313. Wyposażenie posterunku było dość skromne w porównaniu do innych mu podobnych. Między innymi nie posiadał popularnego wówczas narzędzia komunikacji, jakim było radio. Na stanie znalazł się za to telefon, aparaty fotograficzne i sprzęt do wywoływania zdjęć. Korespondencja przesyłana była do skrzynek pocztowych, czyli adresowano je do osób współpracujących z posterunkiem. Ponadto kontakt z gdańską Centralą „BIG-iem” utrzymywał kurier Ministerstwa Spraw Zagranicznych, który w każdy czwartek odwiedzał Tczew po drodze do Komisariatu Generalnego RP w Gdańsku14. Posterunek posiadał własny lokal konspiracyjny, położony w niedalekiej odległości od centrum, policji i ówczesnego dworca kolejowego15. Składał się z czterech pokoi16 i mieścił się przy dzisiejszej ul. Kościuszki 14, w budynku ówczesnej biblioteki. Miejsce to było odpowiednie do spotkań z agentami, bowiem „jej [biblioteka – A.J.] praca nie ograniczała się jedynie do zaopatrywania czytelników w ciekawe pozycje książkowe. Na jej terenie odbywały się spotkania z autorami (min. A. Fiedler, G. Morcinek), a także systematyczne prelekcje wygłaszane przez miejscowych działaczy oświatowych (Józef Żmijewski, Karol Lisiecki). W latach 1932-1939 odbywały się tu także spotkania z wykładowcami Uniwersytetu Poznańskiego, które były wynikiem nawiązania stałej współpracy z tą uczelnią”17. Ciągły ruch zainteresowanych, jak i przypadkowych przechodniów stwarzał trudne warunki dla obserwacji przez obcy wywiad. Najprawdopodobniej do wybuchu wojny korzystano z tego miejsca, jako przykrywki dla spotkań agenturalnych. 10

Archiwum Akt Nowych (dalej: AAN), Ministerstwo Spraw Wojskowych (dalej: MSWojsk.), sygn. 1192/152, Raport organizacyjny za miesiąc czerwiec 1928 r. 11 APG, KGRP, sygn. 259/1661, Instrukcja z 4 maja 1928 r. regulująca pracę Posterunków Oficerskich. 12 W. Skóra, Działalność gdańskiej ekspozytury…, s. 117. 13 Serdeczne podziękowania kieruję do Łukasza Brządkowskiego z forum „Dawny Tczew”, który pomógł w doprecyzowaniu adresu dawnego posterunku oficerskiego. 14 R. Kłopotek, Posterunek oficerski w Tczewie, „Panorama Skarszew i okolic”, 2014, nr 2, s. 14. 15 Centralne Archiwum Wojskowe (dalej: CAW), Oddział II Sztabu Generalnego (Głównego) Wojska Polskiego (dalej: Oddział II SGWP), sygn. I.303.4.6312, Organizacja i instrukcja pracy Posterunków Oficerskich Ekspozytury nr 3 Oddziału II Sztabu Głównego z 4 czerwca 1930 r. Dworzec tczewski do 1945 r. znajdował się w okolicy mostów na Wiśle. Ruiny tej budowli rozebrano w połowie lat pięćdziesiątych poprzedniego stulecia. Zob. szerzej: http://www.dawnytczew.pl/pl/architektura/118-budynki.html (dostęp: 13 września 2016 r.) 16 R. Kłopotek, Posterunek oficerski w Tczewie…, s. 14. 17 http://www.mbp.tczew.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=22&Itemid=43 (dostęp: 13 września 2016 r.)

113


Mimo początkowych problemów organizacyjnych już w październiku 1928 r. posterunkiem zarządzał por. Tadeusz Górowski18. Do pomocy przydzielono mu, między innymi sierż. Janickiego, strzelca Dąbrowskiego oraz gońca kancelaryjnego. Wśród informatorów, w 1930 r. znaleźli się agenci o pseudonimach „535” – pracujący w pododdziale łączności 3. Pułku Piechoty w Ostródzie, „555” oraz „515” („Waldemar Ewin”) – studiujący na gdańskiej politechnice – obaj zajmowali się kontrwywiadem, „527” zamieszkujący okolice Sztumu dostarczał informacje o organizacjach paramilitarnych19 z tamtego obszaru oraz znani z imienia i nazwiska: Joanna Swiczkowska, Zbigniew Radecki „Paul Taper” i Konrad Weissgerber „5”. Ten ostatni był urzędnikiem starostwa w Giżycku i dostarczał informacje o charakterze wojskowym, gospodarczym i politycznym z terenu Prus Wschodnich. Uważano go za jednego z najcenniejszych źródeł informacji. Z kolei Radecki mieszkający na stałe w Tczewie, pracujący z pobudek ideologicznych, zbierał informacje o niemieckich i ukraińskich środowiskach studenckich. Swiczkowska, odnotowana w charakterze konfidentki, a zameldowana w Zakopanem, na terenie Tczewa trudniła się kontrwywiadem. Posterunek posiadał również agenta ulokowanego w Pile, skąd dostarczał informacje o ruchu kolejowym i dyslokacji wojsk z rejonu Piła-Złotów-Wałcz20. Tczewski posterunek dostarczał bogaty materiał informacyjny. Część danych pozyskiwał poprzez prowadzenie tak zwanego „białego wywiadu”, czyli z ogólnie dostępnych źródeł, takich jak: prasa, książki, dane statystyczne, fotografie i mapy. Kierownik posterunku przesyłał raz w miesiącu do Gdańska raport organizacyjny podległej mu jednostki, w którym opisywał zakres prac jego informatorów oraz personelu. Z kolei cztery razy w roku przesyłał raport osłonowy21. Wydatki na pracę informacyjną sięgały kwoty 3000 zł miesięcznie i nie pokrywało to całości należności, jakie przypadały na utrzymanie posterunku, wynajem pomieszczeń, koszty podróży i wynagrodzenia. Warto wspomnieć, że w styczniu 1929 r. kierownik posterunku por. Górowski dla swoich informatorów przeznaczył 841 marek niemieckich i 1154 zł, co w sumie daje 2920 zł22. Problem 18

APG, KGRP, sygn. 259/1678, Raport organizacyjny za miesiąc październik 1928 r.; CAW, Oddział II SGWP, sygn. I.303.4.5992, Opinie o oficerach Ekspozytury nr 3 Oddziału II Sztabu Generalnego w Bydgoszczy z 31 października 1931 r. 19 Na temat działalności organizacji cywilno-wojskowych w Prusach Wschodnich zob.: L. Gondek, Działalność wywiadu polskiego w Prusach Wschodnich (1934-1939), „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1978, nr 4; A. Gąsiorowski, Niemieckie organizacje sportowo-paramilitarne w Prusach Wschodnich (1918-1933), „Komunikaty Mazurskie-Warmińskie”, 2002, nr 4; A. Jendrzejewski, Niemieckie organizacje cywilno-wojskowe w Prusach Wschodnich w latach dwudziestych XX w. w świetle dokumentów gdańskiej ekspozytury polskiego wywiadu wojskowego, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 2012, nr 2. 20 W. Skóra, Działalność placówki polskiego wywiadu wojskowego w Tczewie (lata 1928-1930), „Rocznik Elbląski”, 2009, t. XXII, s. 154; Tenże, Działalność gdańskiej ekspozytury…, s. 117-118; R. Kłopotek, Posterunek oficerski w Tczewie…, s. 14. 21 W. Skóra, Działalność placówki…, s. 155-156; R. Kłopotek, Posterunek oficerski w Tczewie…, s. 14. 22 W. Skóra, Działalność gdańskiej ekspozytury…, s. 117; Tenże, Działalność placówki…, s. 148; R. Kłopotek, Posterunek oficerski w Tczewie…, s. 14.

114


finansowy, jak już wspomniano wyżej, doskwierał też innym posterunkom. Ratunkiem było pobieranie określonych kwot w formie zaliczki na kolejny miesiąc. Pod koniec lutego 1930 r. wydano rozkaz o likwidacji tczewskiego PO nr 4, co nastąpić miało z początkiem marca tego roku. Było to związane z zamknięciem gdańskiej Ekspozytury i przeniesieniem jej kadr oraz struktur do Bydgoszczy. Wówczas, w ramach nowej organizacji wywiadu, powołano PO nr 4 w Wolnym Mieście Gdańsku przy Komisariacie Generalnym Rzeczypospolitej Polskiej. Kierował nim kpt. dr Adam Świtkowski, któremu podlegał również lokal konspiracyjny w Tczewie. Był to ten sam, który podporządkowano wcześniej posterunkowi tczewskiemu23. Odbywały się tam wszystkie spotkania z agentami posterunku oraz odprawy zwerbowanych agentów. Ponadto Tczew wciąż był miejscem wypadowym dla obserwacji, nie tylko Wolnego Miasta Gdańska, ale przede wszystkim pobliskich powiatów wschodniopruskich. Ponadto mieszkanie nad biblioteką w dalszym ciągu służyło dla spotkań z informatorami pracującymi w terenie. Bliskość granicy z Wolnym Miastem Gdańsk oraz Prusami Wschodnimi wymusiło na polskiej władzy zorganizowanie sprawnie działającej formacji granicznej na omawianym obszarze. W pierwszych latach niepodległej Rzeczpospolitej ochrona granicy nie należała do najskuteczniejszych. Nadzieje na poprawę tej sytuacji wiązano z powołaną w marcu 1928 r. Strażą Graniczną, formację strzegącą porządku i bezpieczeństwa na granicy. Komendzie Głównej Straży Granicznej podlegało w terenie początkowo pięć Inspektoratów Okręgowych Straży Granicznej (od 1 maja 1938 r. Okręgów Straży Granicznej). Wśród nich znalazł się Pomorski Inspektorat Okręgowy (Pomorski Okręg) z siedzibą w Czersku, a od 1931 r. w Bydgoszczy24. Niżej uszeregowane były Inspektoraty Graniczne (od 1 maja 1938 r. Komendy Obwodu Straży Granicznej), którym podporządkowano Komisariaty Graniczne kierujące pracą placówek granicznych25. W ich skład wchodziły placówki I linii, zabezpieczające bezpośrednio granicę i II linii zajmujące się wywiadem26. Warto też wspomnieć, że dla udoskonalenia pracy na terenie przygranicznym ustalono zasady współpracy pomiędzy organami Straży Granicznej, Policji Państwowej, Oddziału II SG WP27 oraz powołanej Ekspozytury Inspektoratu Ceł w Wolnym Mieście Gdańsku28. 23

CAW, Oddział II SGWP, sygn. I.303.4.6312, Organizacja i instrukcja pracy Posterunków Oficerskich Ekspozytury nr 3 Oddziału II Sztabu Głównego z 4 czerwca 1930 r. 24 M. Paprocki, Straż Graniczna 1928-1939. Zadania i rozwój organizacyjny, [w:] Problemy Ochrony Granic, nr 26, Kętrzyn 2003. 25 Archiwum Straży Granicznej w Szczecinie (dalej: ASG), Pomorski Inspektorat Okręgowy Straży Granicznej (dalej: PIOSG). Inspektorat Graniczny w Tczewie, sygn. 489/200, Rozkaz tajny Naczelnego Inspektora Straży Celnej z 7 stycznia 1928 r. 26 H.M. Kula, Polska Straż Graniczna w latach 1928-1939, Warszawa 1994, s. 60-62. 27 Szerzej na temat współpracy Straży Granicznej z „dwójką” na Pomorzu zob.: A. Jendrzejewski, Współpraca wywiadowcza Oddziału II Sztabu Głównego Wojska Polskiego z jednostkami Straży Granicznej na Pomorzu na wybranych przykładach, „Biuletyn Centralnego Ośrodka Szkolenia Straży Granicznej”, 2013, nr I i II. 28 P. Kołakowski, R. Techman,, Wywiad Straży Granicznej wobec firm gdańsko-gdyńskich w latach 19321938, Słupsk 2010., s. 15; H. M. Kula, Gdańska „Dziura celna”…, s. 63, 70.

115


Przed wybuchem wojny Pomorskiemu Okręgowi Straży Granicznej podlegało pięć Komend Obwodu Straży Granicznej ulokowanych w: Tczewie, Gdyni, Kościerzynie, Chojnicach i Nakle. Obszar Kociewia przylegający do Wolnego Miasta Gdańska i Prus Wschodnich podporządkowany został Komendzie Obwodu Straży Granicznej w Tczewie. Jej z kolei podlegały Komisariaty Graniczne w: Nowem, Gniewie, Kartuzach oraz Skarszewach. Każdy z nich patrolował przynależny mu odcinek graniczny o długości od 20 do 30 km. Najmniejszymi jednostkami organizacyjnymi Straży Granicznej, wchodzącymi w skład Komisariatów, były placówki, a te „są dwojakie, a mianowicie placówki I linii i placówki II linii. Palcówka I linii jest jednostką ulokowaną w najbliższej odległości od linii granicznej i ma za zadanie strzeżenie granicy. Placówka II linii jest ulokowana w mp Komisariatów, Inspektoratów Granicznych i Inspektoratów Okręgowych i ma za zadanie ochronę tyłów za pomocą służby wywiadowczej”.29 Działalność informacyjna tychże struktur była dość znacząca, między innymi chodziło o obserwację ruchu przygranicznego, przyległego obszaru po drugiej strony rubieży, pozyskiwanie informacji o możliwej planowanej akcji przemytniczej oraz wyszukiwanie ludzi mogących posiadać ważne strategiczne wiadomości lub mających możliwość wglądu do nich30. Pomocą w szkoleniu pograniczników stawali się oficerowie polskiego wywiadu, którzy prowadzili specjalistyczne szkolenia dla pograniczników. Zajmował się tym, między innymi, kierownik tczewskiego PO nr 4 por. Tadeusz Górowski, który zorganizował szereg wykładów o celach i sposobie prowadzenia wywiadu wojskowego przez funkcjonariuszy granicznych31. Ponadto ten sam oficer typowany był na koordynatora w kontaktach w zakresie wywiadu ze Strażą Graniczną. Już w 1929 r. w wyniku kolejnych reorganizacji Ekspozytury nr 7 Oddziału II SGWP „BIG” powstał Posterunek Oficerski „Zabore” ulokowany w Czersku przy Inspektoracie Straży Granicznej. Jej kierownikiem został Adam Biedrzycki32. Jego głównym zadaniem było koordynowanie współpracy wywiadowczej, jak również budowa własnej agentury pracującej na terenie przygranicznym. Biedrzycki wówczas pracował na etacie Straży Granicznej, jednak mający doświadczenie w zajmowaniu się zadaniami wywiadowczymi, które pełnił w Szczecinie, był odpowiednią osobą do kontaktów pomiędzy obiema rodzajami służby. Dalszy owocem współpracy „dwójki” i Straży Granicznej było utworzenie w bydgoskich terenowych strukturach wywiadowczych Posterunku OficerskieCyt. za. P. Kołakowski, R. Techman, Wywiad Straży Granicznej…, s. 8. AAN, MSWojsk., sygn. 1192/152, Raport organizacyjny za miesiąc maj 1928 r.; APG, KGRP, sygn.259/1670, Raport organizacyjny „BIG-u” za miesiąc maj 1928 r. 31 AAN, MSWojsk., sygn. 1192/152, Raport organizacyjny za miesiąc marzec 1929 r., AAN, MSWojsk., sygn. 1192/152, Raport organizacyjny za miesiąc kwiecień 1929 r. 32 CAW, Oddział II SGWP, sygn. I.303.4.7803, Raport organizacyjny Ekspozytury nr 7 za styczeń 1930 r.; W. Skóra, Placówka w Chojnicach…, s. 59. 29 30

116


go nr 7. Składał się on z trzech komórek, a wszystkie działały przy Okręgowych Inspektoratach Straży Granicznej: PO nr 7/I w Ciechanowie, PO nr 7/II w Czersku, PO nr 7/III w Poznaniu. Szczególnie intersującym nas tu jest PO nr 7/II, którym kierował komisarz Henryk Leśkiewicz. Podlegały mu inspektoraty w Nakle, Kościerzynie, Gdyni, Tczewie i Chojnicach33. Z działalnością Henryka Leśkiewicza oraz Adama Biedrzyckiego związana jest poważna w skutkach afera szpiegowska z 24 maja 1930 r. Obaj pogranicznicy tego dnia przedostali się w okolicy Opalenia na drugi brzeg Wisły na teren Prus Wschodnich w celu odebrania materiałów wywiadowczych od pewnego informatora – niemieckiego urzędnika. Akcja ta opisana przez Melchiora Wańkowicza zakończyła się aresztowaniem Biedrzyckiego i śmiercią Leśkiewicza. Cała sprawa była udaną inspiracją niemieckich służb34. Pracą informacyjną na terenie Kociewia zajmowała się też policja, współpracując ściśle z wspomnianą Ekspozyturą gdańską. Polegała ona głównie na sprawdzaniu podejrzanych, pomocy w inwigilacji, a czasami dostarczaniu fotografii poszukiwanych. We wrześniu 1921 r. taką prośbę przesłano do kierownika Wydziału Śledczego Policji w Tczewie. Jednostka ta przeprowadzała obserwację podejrzanych oraz dostarczała ich fotografie35. W późniejszym okresie podobne akcje powtarzano systematycznie. Między innymi kpt. Żychoń oczekiwał od komendantów policji, którym podlegały tereny przygraniczne wytypowanie osób mających rodziny po stronie niemieckiej, które mogłyby podjąć się działalności szpiegowskiej36. Często przy werbunku, który leżał już tylko w kompetencji Ekspozytury, posługiwano się szantażem oraz zastraszaniem. Dość ciekawą informacją zawierającą kwestie współpracy policji i „dwójki” były wiadomości o urzędnikach, którzy po dopuszczeniu się przestępstw na obszarze polskim uciekali na teren Gdańska. Jednym z nich był były kierownik Wydziału Śledczego Policji w Turku – Czesław Kubuszewski, który po dokonaniu zbrodni na służbie, uciekając przed wymiarem sprawiedliwości chciał przedostać się do Wolnego Miasta Gdańska przez Tczew. Tam jednak schwytali go funkcjonariusze graniczni tczewskiej Policji Państwowej37. Lata trzydzieste poprzedniego wieku przyniosły zmiany w organizacji polskiego wywiadu, które podyktowane były, między innymi agresywną działalnością niemieckiego wywiadu. Stąd też na polskim Pomorzu główny nacisk kładziono 33

CAW, Oddział II SGWP, sygn. I.303.4.7832, Krótka informacja o Ekspozyturze nr 3 Oddziału II Sztabu Głównego, b.d. 34 M. Wańkowicz, Na tropach Smętka, Kraków 1980. 35 CAW, Oddział II SGWP, sygn. I.303.4.5999, Meldunek Kierownika Wydziału Śledczego Policji w Tczewie z września 1921 r. 36 A. Jendrzejewski, Polski wywiad wojskowy…, s. 190. 37 APG, Komisariat Graniczny Policji Państwowej w Tczewie, sygn. 43/1, Pismo zastępcy Naczelnika Okręgowego Urzędu Śledczego do Komisarza Granicznej Policji Państwowej w Tczewie z 5 kwietnia 1921 r.

117


na działania kontrwywiadowcze i zabezpieczające. W Tczewie od 1930 r. te zadania nadzorował kierownik Wydziału Śledczego Policji Państwowej38. Wykrywaniem działalności antypaństwowej, współpracując między innymi z policją, zajmował się także tczewski pluton Żandarmerii Wojskowej. Dowództwo mieściło się przy ul. Bałdowskiej 6. Podlegały mu dwa terenowe posterunki, jeden w Gniewie, a drugi w Starogardzie. „Zasadniczym zadaniem plutonu było pełnienie służby bezpieczeństwa w rejonie odpowiedzialności. Do jej pełnienia odpowiednie przygotowanie posiadać musiał dowódca plutonu i jego podwładni. Innymi, nie mniej ważnymi zadaniami plutonu były: szkolenie kadry zawodowej i kontyngentu służby zasadniczej oraz podoficerów i szeregowców rezerwy, a także czynności administracyjno-gospodarcze dotyczące zaopatrzenia, zakwaterowania i wyżywienia żołnierzy żandarmerii w plutonie. Również dużo uwagi poświecono procesowi wychowania żołnierza”39. Jednym z komendantów tczewskiej żandarmerii był Leon Adamczyk, który został w 1925 r. zwerbowany przez niemiecki wywiad. Polski kontrwywiad przez cały okres międzywojnia oraz w czasie okupacji nie wykrył jego zdrady. Początkowo przekazywał Abwehrze informacje ze swojego terenu, ale od 1931 r. kiedy to przeniesiono go do Inspektoratu Straży Granicznej w Poznaniu i odpowiednim przeszkoleniu przez wywiad niemiecki zaczął dostarczać wartościowe informacje o Wojsku Polskim, jego organizacji, uzbrojeniu, wyszkoleniu i dyslokacji. Za wrogą działalność skazano go dopiero po wojnie, został rozstrzelany40. Kontrwywiadem wojskowym na obszarze polskiego Pomorza zajmował sięSamodzielny Referat Informacyjny Dowództwa Okręgu Korpusu nr VIII w Toruniu. W jego skład wchodziły trzy referaty: kontrwywiadowczy, ochrony i narodowościowy41. SRI podlegały placówki oficerskie i agentury. Te pierwsze powstawały przy dywizjach i pułkach. Z kolei agentury były zakonspirowanymi komórkami kontrwywiadowczymi działającymi na obszarze określonego garnizonu. Kierownicy mieli szerokie uprawnienia w stosunku do służb wojskowych, instytucji prawnych i państwowych działających dla obronności państwa. Warto w tym miejscu przypomnieć, że w 1930 r. w wyniku likwidacji gdańskiego „BIG-u”, a co za tym idzie całej jego struktury terenowej, w tym również tczewskiego posterunku oficerskiego, jeden z jego pracowników – strzelec Dąbrowski, został przeniesiony do 2. Baonu Strzelców w Tczewie. Istnieje prawdopodobieństwo, że skierowano go tam w celu zasilenia powstającej wówczas komórki kontrwywiadowczej. W. Skóra, Działalność gdańskiej ekspozytury…, s. 119. E. Jaroszuk, Żandarmeria Wojskowa w latach 1921-1939, Kraków 2009, s. 69. 40 A. Wiorko, Szpiegostwo wśród oficerów Wojska Polskiego 1918-1939. Część druga, http://www.konflikty.pl/historia/1918-1939/szpiegostwo-wsrod-oficerow-wojska-polskiego-19181939-czesc-druga/ (dostęp: 21 września 2016 r.) 41 Pracownia Dokumentacji Naukowej Wojskowego Biura Badań Historycznych, sygn. I/3/60, L. Sadowski, Oddział II Sztabu Głównego WP…, s. 33-36. 38 39

118


Do zadań kontrwywiadu należało śledzenie podejrzanych osób o szpiegostwo, wykrywanie i eliminowanie ich oraz jednostek dążących do przeprowadzenia akcji wywrotowych w armii oraz uniemożliwianie organizowania akcji propagandowych przez obce służby42. Od 1930 r. w Tczewie stacjonował 2. Batalion Strzelców i to właśnie on był celem pracy kontrwywiadu wojskowego. Z kolei w Starogardzie stacjonował 2. Pułk Szwoleżerów Rokitniańskich. Zajmował budynki w centrum miasta potocznie nazywane białymi koszarami oraz położone przy wylocie z miasta w kierunku na Zblewo, zwane czerwonymi koszarami. Prawdopodobnie komórka kontrwywiadowcza ulokowana była na terenie Białych Koszar. Szczególnymi zadaniami defensywy była ochrona przed obcą inwigilacją oraz wspólne prowadzenie z innymi jednostkami i formacjami działań polegających na przygotowaniu miasta na wypadek wtargnięcia Niemiec na polskie Pomorze. Już w maju 1939 r. żołnierze rozpoczęli budowę umocnień polowych w rejonie Tczewa. Wojsko podjęło również wspólne działania z kolejarzami w ramach zabezpieczenia linii kolejowych przed przejęciem ich przez hitlerowców. Ponadto pluton saperów zaminował mosty na Wiśle, które miały zostać wysadzone na wypadek agresji Niemiec. Szczególnie te prace prowadzono w wielkiej tajemnicy, które nadzorowały i strzegły komórki kontrwywiadowcze. Jednym z zadań zabezpieczających dla pracujących przy mostach żołnierzy było przebranie się w mundury kolejarzy lub w ubrania cywilne. Dzięki tym wszystkim zabiegom oraz wspomnianej współpracy nie udało się hitlerowcom zdobyć mostów tczewskich, a co za tym poszło na przegrupowanie swoich wojsk z Rzeszy do Prus Wschodnich43. Również w rejonie Starogardu i Skarszew podjęto działania w celu ewentualnego wysadzenia mostów, co jak wiadomo uczyniono w pierwszych dniach wojny. Komórki kontrwywiadowcze zajmowały się też zapewnieniem bezpieczeństwa pracy własnego personelu wywiadowczego. Ponadto śledzono i rozpracowywano osoby podejrzane o szpiegostwo na rzecz obcego kraju eliminując w ten sposób zagrożenie dekonspiracji polskich struktur informacyjnych. Jedna z głośniejszych spraw, które rozpracowały polskie służby informacyjne dotyczące Kociewia, dotyczyła Erwina Plitta44. Posiadał on niemieckie pochodzenie, ale przyjął polskie obywatelstwo. Związany był ze Starogardem poprzez aktywną działalność w tamtejszym oddziale „Związku Strzeleckiego”. Należy dodać, że z racji pełnienia od 1929 r. służby w pobliskim Komisariacie Straży Granicznej, w którym zajmował się pracami kreślarskimi i pomiarowymi45, miał A. Misiuk, Służby specjalne…, s. 48-49, H. Ćwięk, Przeciw Abwehrze, Warszawa 2001, s. 14. K. Ciechanowski, Armia „Pomorze” 1939, Warszawa 1983, s. 20. 44 Zob. szerzej: A. Jendrzejewski, Afera szpiegowska Erwina Plitta – starogardzkiego działacza. „Związku Strzeleckiego” w okresie międzywojennym, „Rydwan”, 2016. 45 H. Kopczyk, Niemiecka działalność wywiadowcza na Pomorzu 1920-1933, Gdańsk 1979, s. 150. 42 43

119


możliwości swobodnego poruszania się w pasie przygranicznym, a także w miejscach, gdzie często nielegalnie przekraczano granicę polsko-gdańską. Miejsca te wykorzystywał, oprócz przemytników, także współpracujący ze Strażą Graniczną wywiad wojskowy. Tamtędy przerzucano własnych informatorów na obcy teren, jak również przekazywano materiał wywiadowczy i instrukcje. Do pracy informacyjnej Erwin Plitt został zwerbowany w 1929 r. i przez około trzy lata zdobywał materiał informacyjny przekazując go stronie niemieckiej. Głównym jego zadaniem miało być prowadzenie wywiadu wojskowego i gospodarczego na obszarze Wolnego Miasta Gdańska oraz na terenie podległym Dowództwu Okręgu Korpusu nr VIII z siedzibą w Toruniu. Zajmowało się ono administracją wojskową praktycznie na całym polskim Pomorzu. Informatorem Plitta był jego szwagier Julian Dembek, mieszkający w Starogardzie przy ul. Kościuszki 44, który miał kontakty wśród wojskowych. W drodze licznych rozmów Dembek otrzymywał informacje o charakterze politycznym i wojskowym, które wraz z innymi przekazanymi przez Plitta zawoził do Gdańska lub Lisewa46. Jednym z pierwszych materiałów, które Plitt dostarczył Niemcom, był szczegółowy plan dyslokacji oraz organizacji placówek Straży Granicznej wraz ze stanem obronnym polskiej granicy47. Erwin Plitt poprzez aktywne działanie w „Związku Strzeleckim” odsuwał początkowo od siebie przypuszczenia czy nawet podejrzenia o szpiegowaniu na rzecz Niemiec. W tym czasie nawiązywał liczne kontakty, głównie z oficerami oraz innymi żołnierzami służby czynnej. W toku towarzyskich pogaduszek rozmówcy, w dobrej wierze, przekazywali mu szereg interesujących wiadomości. Ponadto dzięki prężnej działalności Plitta wywiad niemiecki rozszerzył swoją działalność i wyszedł poza rejon Starogardu. W tym celu zorganizował na nowo pracę informacyjną w powiecie grudziądzkim, głównie w miejscowościach Mosty i Szczepanki. W tym rejonie mieszkała jego rodzina, a on znany był tam jako aktywny działacz wspomnianego „Związku Strzeleckiego”48. Trzy lata trwała współpraca Plitta z niemieckim wywiadem. Polskie służby informacyjne, po ponad rocznej obserwacji49, aresztowały go 10 września 1932 r. podczas próby wyjechania do Niemiec. W trakcie rewizji znaleziono przy nim meldunek o przebiegu ćwiczeń wojskowych 16. dywizji piechoty oraz własnoręcznie wykonany plan toruńskich fortyfikacji50. Rozprawa sądowa, trwająca od 1 do 3 października 1932 r., odbyła się przed Sądem Okręgowym w Grudziądzu, wyrok, jaki otrzymał to kara śmierci. Osta46

Tamże, s. 151. L. Gondek, Działalność Abwehry na terenie Polski 1933-1939, Warszawa 1974, s. 106. 48 Tamże, s. 107. 49 „Słowo Pomorskie”, 6 X 1932, nr 230. 50 H. Ćwięk, Przeciw Abwehrze…, s. 115. 47

120


tecznie jednak, prezydent Ignacy Mościcki korzystając z prawa łaski, zamienił ją na dziesięć lat pozbawienia wolności51. Mimo pobytu w więzieniu, Erwin Plitt dalej usługiwał niemieckiemu wywiadowi. Miał możliwość kontaktowania się z innymi współwięźniami skazanymi za antypolską działalność wywiadowczą. Otrzymywał od nich informacje o polskich służbach informacyjnych, a szczególnie o osobach pracujących na terenie Niemiec dla Ekspozytury nr 3 z siedzibą w Bydgoszczy. Po ustaleniu ich nazwisk i zebraniu innych danych, przekazywał gotowe materiały, poprzez specjalnie przygotowany dla tego gryps, do niemieckiej placówki informacyjnej w Królewcu. Następstwem tego były likwidacje podejrzanych polskich informatorów52. Proceder ten dość szybko wyszedł na jaw i postawiono Plitta ponownie, tym razem w trybie doraźnym, przed sądem. Rozprawa odbyła się 28 października 1932 r., na której ogłoszono wyrok – karę śmierci. Egzekucję tym razem wykonano53. Ważnym tematem w pracy „dwójki” było również współdziałanie z administracją samorządową w Tczewie, Starogardzie, Gniewie, Świeciu i Grudziądzu. Urzędy te pomagały przy wynajmie lokali konspiracyjnych, wystawianiu dokumentów na fikcyjne nazwiska, prenumeracie prasy i specjalistycznej lektury, jak również przy werbunku informatorów. Między innymi, por. Górowski od urzędników otrzymywał informacje o niemieckich żołnierzach przebywających na urlopach na obszarze tychże powiatów54. Działalność informacyjna prowadzona na Kociewiu wynikała z ogólnych założeń utrzymania bezpieczeństwa na Pomorzu. W pierwszym dziesięcioleciu były to głównie kwestie wywiadowcze, dopiero rok 1930 przyniósł zmiany, w którym systematycznie rozszerzano działania kontrwywiadowcze. Powodem dla funkcjonowania komórek informacyjnych była też obecność jednostek wojskowych, które potrzebowały zabezpieczenia defensywnego. Główne zagadnienia podlegające rozpracowaniu polegały na obserwacji stosunków politycznych, nastrojów społecznych w przygranicznych powiatach oraz komunikacji i transportów kierowanych z Prus Wschodnich do Gdańska, który przez cały okres II Rzeczypospolitej był kością niezgody pomiędzy Polską a Niemcami. W tych zadaniach pomocą służyli odpowiednio do tego przygotowani funkcjonariusze Straży Granicznej, Policji oraz lokalna administracja.

„Słowo Pomorskie”, 6 X 1932, nr 230. Por.: H. Kopczyk, Niemiecka działalność…, s. 151. H. Ćwięk, Przeciw Abwehrze…, s. 115. 53 H. Kopczyk, Niemiecka działalność…, s. 151-152. 54 W. Skóra, Działalność placówki…, s. 160; R. Kłopotek, Posterunek oficerski w Tczewie…, s. 14. 51 52

121


Grzegorz Piotrowski

Pomorze 1308-1309 (cz. I.) Gra o Pomorze Pomorze na przełomie XIII i XIV wieku stało się widownią dramatycznych wypadków, a następnie długotrwałej walki dyplomatycznej i starć zbrojnych, w wyniku których dzielnica ta na prawie półtora wieku odpadła od Królestwa Polskiego. Działania zbrojne swym zasięgiem objęły także ziemie sąsiednie, to jest Kujawy, ziemie dobrzyńską i chełmińską, Krajnę i Wielkopolskę. Z tej historii, pełnej nagłych zwrotów akcji, spisków, taktycznych sojuszy, zdrad, przekupstwa i przemocy dałoby się wykroić kilka scenariuszy serialu będącego lokalnym wariantem „Gry o tron”, a wyrazistych bohaterów wystarczyłoby do obsady kilku opowieści. Byłoby to o tyle łatwiejsze, że wątek ten jest już obecny w polskiej popkulturze. I dodajmy, że nie zabrakłoby w tych opowieściach nawet mitologicznych stworzeń – pomorskie gryfy, wielkopolskie i kujawskie lwy i orły ożyły wszak w powieściach Elżbiety Cherezińskiej o końcu epoki piastowskiej i godnie zastąpiły w nich smoki. Początkiem procesu odpadania Pomorza od ziem polskich były upadek systemu obronnego zachodniej granicy Królestwa Polskiego, rozbicie dzielnicowe w Polsce, wygaśnięcie pomorskiej dynastii książąt piastowskich oraz dążenie Marchii Brandenburskiej i zakonu krzyżackiego do opanowania ziem nad dolną Wisłą. Kiedy zaś Krzyżacy w 1309 roku zbrojnie zagarnęli Pomorze, odradzające się dopiero Królestwo Władysława Łokietka i Kazimierza Wielkiego nie było w  stanie skutecznie rywalizować o tę dzielnicę z potężnym sąsiadem, tocząc jednocześnie wojny na kilku frontach. W niniejszym artykule postaram się ukazać główne etapy walki dyplomatycznej i przebieg konfliktów zbrojnych pomiędzy głównymi adwersarzami w starciu o Pomorze, tj. pomiędzy zakonem krzyżackim i Królestwem Polskim na początku XIV wieku, zarysowując także tło polityczne i kulturowe epoki.

122


CZĘŚĆ I. Krzyżacy i ich państwo w Prusach 1. Historia Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie – zarys. „De primordiis ordinis Theutonici narratio”, czyli „Opowieść o początkach Zakonu Niemieckiego” spisana najprawdopodobniej po roku 1244 a przed 1254, oparta na oryginale lub odpisie dokumentu papieża Honoriusza III z 8 grudnia 1216 roku oraz piśmie możnych krzyżowców w sprawie szpitala niemieckiego do papieża z 1198 roku, opisuje historię Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, która do dziś wyznacza tradycję tego zgromadzenia: „W imię świętej i niepodzielnej Trójcy. Zaczyna się, jako Dom Szpitala Niemieckiego świętej Marii w Jerozolimie po raz pierwszy został zapoczątkowany, jako mu zakonne zarządzenia, tak w rycerskiej służbie, jak dla chorych udzielone zostały w roku 1190 od wcielenia. W czasie, kiedy Akkon był oblężony przez wojska chrześcijańskie i z Bożą pomocy uwolniony z rąk niewiernych, pewni mężowie z Bremy i Lubeki mający zapał Pański do wykonywania dzieł miłosierdzia, szpital pewien pod żaglem okrętu, który zwie się koggą (cocka), zbudowali z tyłu na cmentarzu świętego Mikołaja między góra, na której przebywało wojsko, a rzeką. Tam licznych różnych chorych przyjmując, dla każdego człowieczeństwa liczne obowiązki wykonywali z czystego serca, tymże wielkim szpitalem zawiadując z troskliwością wielkiego poświęcenia aż do przybycia Fryderyka, dostojnego księcia Szwabii, syna cesarza Rzymian Fryderyka, który natchniony ojczyzną niebiańską, która, gdy w umyśle wiernego gotuje się, aby wszystko pozostawić dla Chrystusa, w tym postanowieniu niesienia szybkiej pomocy Ziemi Świętej, spiesząc w ten sposób szybkim marszem przybył do Armenii z tłumami Niemców, których zbroje Bóg wypolerował a cnota ich dusze”1. Z opowieści wynika, że w roku 1190 młode zgromadzenie zakonne zwróciło się do papieża Klemensa III z prośbą o protekcję, a osiem lat później do kolejnego następcy św. Piotra – Innocentego III – o podniesienie rangi zgromadzenia z szpitalnego na zakon rycerski, którego reguła miała być wzorowana na regułach wcześniej powołanych do życia joannitów i templariuszy (stało się to 19 lutego 1199 roku). Pierwszy szpital założono pod zadaszeniem z żagli niemieckich i duńskich okrętów, które jako jedyne nie odpłynęły w październiku 1189 roku spod oblężonej Akki po nowe oddziały. Początki były więc bardzo skromne. Ale „Reguła” zakonu krzyżackiego wielokrotnie podkreśla mistyczne pochodzenie i rolę zgromadzenia, odwołując się Opowieść o początkach Zakonu Niemieckiego, [w:] Reguła Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, przekł. i koment. J. Trupinda, Malbork 2002, s. 41. 1

123


do dziejów świętych: „Czytamy w Starym Testamencie, że pan Abraham, wielki patriarcha, walczył o swojego brata pana Lota, który został uwięziony i w walce wydobył go z więzienia. Powracając spotkał Melchizedeka z darami i Duch Święty objawił mu, że ten, który ma najwyższe miejsce w Kościele powinien cenić rycerzy i winien wziąć ich z błogosławieństwem pod protekcję Kościoła ze szczególnymi względami, a także potwierdzić odpusty i przywileje ofiarowane im przez dobrych ludzi. Tak narodziło się rycerstwo wiernych przeciw niewiernym”2. Następnie w „Regule” mowa jest apokaliptycznej wizji świętego Jana, w której rycerstwo zstępuje z nieba, Mojżeszu i Jozuem, zdobywcach Ziemi Świętej w imię Pana Zastępów, mężnym Dawidzie, dzielnych Machabeuszach, by wreszcie podkreślić szczególną rolę Zakonu Niemieckiego, anonimowy autor (być może był to Wilhelm z Modeny, legat papieski) pisze: „Te walki gorliwie naśladował ten święty rycerski Zakon Szpitala św. Marii Domu Niemieckiego i zasługuje na to, aby być nagrodzonym z wieloma czcigodnymi członkami, którzy są rycerzami i wybranymi wojownikami, a którzy to dla umiłowania i honoru ojczyzny silną ręką bronili jej przeciw wrogom wiary. Oni także z łagodnością i żarliwością służyli chorym, którzy leżeli w szpitalach”3. Wydaje się jednak, że gdy Krzyżacy pojawili się na pograniczu mazowiecko-pruskim, ich zgromadzenie w niewielkim już stopniu odwoływało się do ewangelicznej misji zakonu. Pojęcie „rycerzy wiary chrześcijańskiej” służyło raczej jako parawan dla całkiem świeckich zakusów. Reguła Zakonu mówi najpierw o  konieczności przestrzegania trzech ślubów: czystości, posłuszeństwa i ubóstwa, ale już w punkcie drugim „o tym, że oni mogą mieć własność ruchomą i nieruchomą i ziemię i ludzi”: „Bracia z powodu dużych wydatków wynikających z potrzeb tak wielu ludzi i szpitali, i rycerzy, i chorych, i biednych, dobra i nabytki mają w posiadaniu pod wspólnym imieniem zakonu i jego kapituły, i ziemię, i pola, winnice, młyny, twierdze, wsie, parafie, kaplice, dziesięciny i takie rzeczy, jakie są gwarantowane w ich przywilejach. Oni mogą także posiadać w wiecznym prawie ludzi, mężczyzn, jak i kobiety, pachołków i służące”4. Jednak anachronizmem byłoby oskarżanie Krzyżaków o hipokryzję. W okresie krucjat zakon rycersko-religijny nie mógłby przecież przetrwać bez zaopatrzenia, broni, dobrych (a więc – drogich) koni bojowych, usług różnych rzemieślników, a wszystko to przekładało się na potrzebę posiadania znacznych sum pieniężnych. W miarę rozrastania się Zakonu, rosły też potrzeby finansowe organizacji. Kierowała się ona wciąż przede wszystkim poczuciem religijnej misji, przynajmniej do czasu podboju Prus. Tak było np. w Siedmiogrodzie (tzw. ziemia Borsa), 2

Ibidem, s. 14. Ibidem, s. 17. 4 Ibidem, s. 19. 3

124


gdzie w latach 1211-1225 Krzyżacy szybko rozgromili koczowniczych Połowców i tak było do momentu, w którym niemieccy szpitalnicy przybyli do ziemi dobrzyńskiej na zaproszenie Konrada, księcia Mazowsza i Kujaw5. Rozumieli to dobrze sąsiedzi Krzyżaków, ale rosnąca potęga Zakonu Niemieckiego napotykała mur zawiści, rywalizacji ekonomicznej, wrogości etnicznej i podrażnionych ambicji lokalnych władców. Jeśli dodamy do tego przebiegłą grę polityczną, uprawianą przez wielkich mistrzów Zakonu, oczywiste stanie się, że pojawienie się na pruskim pograniczu Krzyżaków, wspieranych i przez papiestwo, i przez cesarstwo, w krótkim czasie doprowadzić musiało do konfliktu między niemieckimi zakonnikami a ich sąsiadami.

2. Początki państwa krzyżackiego w Prusach. Państwo zakonne nad Bałtykiem powstało w ramach tego samego ruchu krucjatowego, który skierował wielotysięczne rzesze wojowników i pielgrzymów do krajów Lewantu. Rycerstwo północnej Europy wyprawiało się w XII wieku na plemiona pogańskich Słowian na Połabiu, pod koniec tego stulecia na Bałtów. Sąsiadujących z Pomorzem i Mazowszem Prusów pokojowo próbował nawracać już Bolesław Chrobry. Założenie przez Krzywoustego biskupstwa we Włocławku (1124 r.) również wyraźnie wskazuje na istnienie koncepcji chrystianizacji terytoriów pruskich. Kierując się ideologią wypraw krzyżowych, do Prus dwukrotnie (w 1147 i 1166 roku) wyprawiał się Bolesław Kędzierzawy, natomiast Kazimierz Sprawiedliwy atakował Jaćwież. W XII wieku odrodził się także kult św. Wojciecha, którego wyobrażenie na Drzwiach Gnieźnieńskich służyło propagowaniu koncepcji nawracania pogan. W okresie rozbicia dzielnicowego jednak tylko książęta mazowieccy i pomorscy zainteresowani byli granicą pruską. Na początku XIII wieku działali tam cysterscy misjonarze z Łekna, kultywujący tradycje św. Wojciecha, pierwszego patrona Polski. Ich misję wspierał wpływowy arcybiskup Henryk Kietlicz, który po objęciu tronu krakowskiego przez Leszka Białego i przywileju wolborskim (1215 r.) skupił wobec siebie koalicję książąt, do której dołączyli wkrótce (początkowo dystansujący się wobec działań arcybiskupa) także Władysław Laskonogi i Henryk Brodaty. Kietlicz w 1210 roku zdołał uzyskać od papieża opiekę nad misją pruską cystersów. Na synodzie w Mąkolnie (1212 r.) udało mu się przekonać do swych planów Leszka Białego, Konrada mazowieckiego i Mściwoja pomorskiego. Już na przełomie 1215-1216 roku wyświęcony przez Kietlicza Chrystian został pierwszym biskupem Prus. Tymczasem pod wodzą Henryka Brodatego w 1217 roku doszło do porozumienia trzech Piastów: Leszka Białego, Henryka 5

W. Urban, Krzyżacy. Historia działań militarnych, przekł. E. Możejko, Warszawa 2005, s. 29-58.

125


i Władysława Laskonogiego, gwarantujących sobie wzajemnie wzajemne dziedziczenie w wypadku bezpotomnej śmierci. Dla sprawy pruskiej oznaczało to komplikacje – Laskonogi usunął z Wielkopolski faworyta Kietlicza – Władysława Odonica, a sam arcybiskup stracił wpływy. Tymczasem Leszek Biały wyprawił się na Pomorze i zhołdował księcia Świętopełka (1217 r.), a w porozumieniu z Henrykiem Brodatym zaczął snuć plany podporządkowania Prus. Jednak to książę śląski, Henryk, w 1219 roku odnowił plany krucjaty pruskiej, zapewne pod wpływem swej żony Jadwigi, której ojciec i brat wyprawiali się do Palestyny. W myśl tego planu na ziemi Prusów krzyżowcy mieli lokować miasto, będące ośrodkiem targowym, przyciągające w ten pokojowy sposób pogan. W latach 1222-1223 polscy książęta (Henryk Brodaty z rycerstwem śląskim, Konrad z Mazowszanami i Kujawianami, Leszek Biały z Małopolanami, Świętopełk i Warcisław z Pomorzanami), zorganizowali wyprawy krzyżowe, które doprowadziły do odzyskania ziemi chełmińskiej. Zorganizowano wtedy system tzw. stróży, czyli stałych załóg rycerskich w przygranicznych grodach, ale już około 1225 roku przestał on funkcjonować. Szybko doszło tam do reemisji pogaństwa, a w dodatku wojownicze plemiona pruskie wciąż przeprowadzały niszczące najazdy na ziemie sąsiadów. Książę Henryk Brodaty zorientował się, że sytuację mogą opanować tylko siły wojskowe któregoś z zakonów rycerskich – joannitów, templariuszy lub Krzyżaków – takie, jakie znał ze Śląska. Około 1202 roku w Rydze utworzono zakon Fratres Militiae Christi de Livonia, powszechnie znany pod nazwą kawalerów mieczowych. Aby zapobiec kolejnym najazdom Prusów, sprowadzono na pogranicze także inne zakony rycerskie: pod auspicjami biskupa Chrystiana i księcia mazowieckiego sformowano zakon rycerzy Chrystusowych (Fratres Milites Christi de Dobrin contra Prutenos), od miejsca osiedlenia zwany dobrzyńcami (z pewnością najpóźniej w 1228 roku)6, hiszpańskich kalatrawensów, którzy pojawili się na krótko w Tymawie koło Gniewa i Krzyżaków. Dla tych ostatnich zaproszenie księcia Konrada I, najprawdopodobniej zainspirowanego przez księcia śląskiego Henryka Brodatego, stanowiło kolejną szansę stworzenia władztwa terytorialnego, po nieudanych próbach na Cyprze, w Palestynie i w królestwie węgierskim. Rokowania trwały najprawdopodobniej od 1225 roku7, a 23 kwietnia 1228 roku dokument książęcy zamknął pierwszy etap negocjacji: „W imię Pana, amen. My, Konrad, książę Mazowsza i Kujaw, czynimy wiadomym tak obecnym, jak i przyszłym, że Szpitalowi Świętej Marii M. Dygo, Początki i budowa władztwa zakonu krzyżackiego (1226-1309), [w:] Państwo zakonu krzyżackiego w Prusach. Władza i społeczeństwo, pod red. M. Biskupa i R. Czai, Warszawa 2008, s. 53; E. Christiansen, Krucjaty północne, przeł. J. Szczepański, Poznań 2009, s. 118-120. 7 Ibidem, s. 54; B. Zientara, Sprawy pruskie w polityce Henryka Brodatego, „Zapiski Historyczne”, tom XLI, 1976, z. 4, s. 27-42. 6

126


Domu Braci Niemieckich w Jerozolimie, dla zbawienia naszej i naszych przodków duszy, ziemię Chełmno z wszystkimi jej przyległościami, zarówno w wodach, jak w polach i lasach, nie zostawiając sobie żadnych korzyści i nie oczekując takich w przyszłości oraz wieś zwaną Orłowo, leżącą na Kujawach, nadaliśmy w całości na wieczne posiadanie, za zgodą wszystkich naszych spadkobierców”8. W maju tego samego roku biskup pruski Chrystian nadał Krzyżakom dziesięciny w dobrach w ziemi chełmińskiej, które otrzymali od księcia Konrada. Dwa lata później, 18 stycznia 1230 roku, papież Grzegorz IX potwierdza nadania księcia Konrada dla Krzyżaków w ziemi chełmińskiej oraz wzywa ich do podboju Prus, z wyjątkiem ziemi, która przyjęła gościnnie legata papieskiego Wilhelma z Modeny, ponieważ: „Niedawno mianowicie umiłowany syn Herman [von Salza], mistrz Domu św. Marii Niemców postawiony w naszej obecności ogłosił, że szlachetny mąż K[onrad], książę Polski, gród Chełmno z jego przyległościami i jakieś inne grody na pograniczu Prus odstąpił Waszemu Domowi z pobożną szczodrobliwością, dodając to, co dzięki wam samym lub waszym pomocnikom będziecie mogli zdobyć z ich ziemi” (wyr. moje – G.P.)9. W dokumencie papieskim pojawia się stwierdzenie, jakoby to książę Konrad upoważnił Krzyżaków do podboju Prus, choć nie zachował się żaden dowód źródłowy, by książę mazowiecko-kujawski poczynił dla Zakonu jakieś nadania na ziemiach Prusów. W styczniu 1230 roku biskup Chrystian w zamian za daninę zbożową i kilka folwarków zrzekł się swoich majątków w ziemi chełmińskiej na rzecz niemieckich szpitalników, licząc, że w wyludnionej krainie pojawią się sprowadzeni przez nich osadnicy, których praca wygeneruje w przyszłości pokaźne zyski. Biskup zarezerwował dla siebie prawo nadań lennych na tym obszarze oraz zwierzchność lenną nad Krzyżakami10. Ci zaś, zaangażowani w tym czasie w walkę dyplomatyczną z księciem Konradem, na którym próbowali wymóc przekazanie im całego terytorium pomiędzy rzekami Osą, Drwęcą i Wisłą oraz rozszerzenie uprawnień na ziemi chełmińskiej, zawarli z biskupem Chrystianem oraz biskupami Mazowsza – Guntherem – i Kujaw – Michałem – taktyczny sojusz. W tzw. przywileju kruszwickim z czerwca 1230 roku mieli oni potwierdzić, że Konrad nadał Zakonowi ziemię chełmińską oraz zrzekł się wszelkich praw do podbojów krzyżackich: „ (…) dałem i nadałem Szpitalowi św. Marii Domu Niemców i braciom tegoż Domu całe terytorium chełmińskie z wszystkimi jego przynależnościami od tego miejsca, gdzie Drwęca przekracza granice Prus i w dół tej rzeki do Wisły, w dół Wisłą aż do Osy i w górę Zakon krzyżacki i jego państwo w Prusach. Wybór tekstów źródłowych, pod red. A. Radzimińskiego, Toruń 2005, s. 27. 9 Ibidem, s. 30. 10 M. Dygo, Początki i budowa władztwa…, op. cit., s. 55-56. 8

127


Osy aż do granic Prus, jako prawdziwą oraz wieczną własność z pełnym prawem posiadania i z wszelką wolnością, zyskiem i korzyścią (…)”11. Aby pomóc Krzyżakom w ich dziele, papież Grzegorz IX wezwał dominikanów z prowincji środkowoeuropejskich do ogłoszenia krucjaty przeciw Prusom. W 1231 roku Chrystian nadał Krzyżakom trzecią część ziem pruskich, „przez wzgląd na pobożność oraz dla rozprzestrzeniania chrześcijaństwa”12. Jednak połowie roku 1233 biskup trafił do pruskiej niewoli, a niemieccy panowie nie podjęli żadnych starań o jego uwolnienie. Tym samym stali się Krzyżacy przywódcami wyprawy krzyżowej przeciwko poganom. W atakowaniu terytorium pruskiego początkowo zgodnie współdziałali oni m.in. z księciem Konradem mazowieckim, ale na przełomie lat 1233-1234 doszło do sporów między księciem a Zakonem o ziemię chełmińską i Prusy, więc papież 3 sierpnia 1234 roku wystawił im bullę protekcyjną, w której bierze zdobycze krzyżackie w Prusach jako własność św. Piotra w opiekę Stolicy Apostolskiej. W praktyce oznaczało to, iż Prusy stają się własnością Zakonu, z wszelkimi prawami i dochodami. Krzyżacy, wyjęci tym samym dokumentem spod każdej innej władzy poza papieską, mieli z tego tytułu płacić coroczny czynsz. Papież zastrzegł sobie wyłączność w sprawach organizacji kościelnej, jednak nie wspomniał o uprawnieniach biskupa Chrystiana, wciąż przebywającego w niewoli, do zakładania nowych diecezji w Prusach, którymi ten dysponował od 1218 roku. Nadto Grzegorz IX polecał krzyżackie posiadłości w Prusach i ziemi chełmińskiej protekcji księcia Konrada. Krzyżacy otrzymali także wsparcie od świeckiego suzerena – cesarz Fryderyk II wystawił im w Rimini (w roku 1335) tzw. Złotą Bullę, w której, jako władca uniwersalny Imperium Romanum, konfirmował nadanie przez Konrada ziemi chełmińskiej i pruskich nabytków Zakonowi. Książę mazowiecki zmuszony został do zawarcia z Krzyżakami ugody. Stało się to 19 października 1235 roku za pośrednictwem Wilhelma z Modeny. Zakon przekazał księciu zajmowane przez siebie terytorium dobrzyńskie, które przejęli, wchłaniając zakon dobrzyńców, natomiast Konrad zrzekł się wszelkiej władzy w ziemi chełmińskiej oraz w krzyżackich posiadłościach na Kujawach (terytoria Nieszawa, Siedlce, Orłowo, Rogowo)13. Również w czasie walk z księciem pomorskim Świętopełkiem (1242-1248) namiestnik Stolicy Apostolskiej, papież Innocenty IV poświadczył protekcję i inwestyturę dla wielkiego mistrza, wspierając politycznie Zakon w trudnym dla niego okresie umacniania władztwa na pograniczu pruskim14. W tym też czasie Krzyżacy odnieśli jeszcze jeden sukces – w roku 1237 wielki mistrz Zakonu, Herman von Salza, wykorzystując swe wpływy w kurii papieskiej Zakon krzyżacki i jego państwo w Prusach. Wybór materiałów…, op. cit., s. 34. Ibidem, s. 37. 13 Ibidem, s. 38-39. 14 M. Dygo, Początki i budowa władztwa…, op. cit., s. 64. 11 12

128


i na dworze cesarskim, doprowadził do zakończenia rozmów między Krzyżakami a zakonem Rycerzy Mieczowych z Inflant (prowadzonych od 1231 roku) na temat unii obydwu zakonów po zwierzchnictwem tych pierwszych. Decyzję przyspieszyły niekorzystny dla Kawalerów Mieczowych wyrok sądu papieskiego, którym większość Estonii przypadła królowi duńskiemu Waldemarowi II oraz klęska Inflantczyków w bitwie pod Szawlami (1236), kiedy to zginął wielki mistrz Volquin i większość rycerzy. Dzięki unii zakonów, Krzyżacy opanowali jedna trzecią Inflant, uzyskali też dogodną bazę operacyjną do ekspansji na Litwę, Prusy, Ruś i Polskę15.

3. Podbój Prus przez Krzyżaków. Prusowie na teren dzisiejszego Pojezierza Mazurskiego przybyli w okresie formowania się polskiej państwowości, tj. około IX lub X wieku. Wyprawy Bolesława Chrobrego oraz system grodów obronnych na pograniczu zatrzymały ich ekspansję w kierunku ziem polskich. Wśród cech wyróżniających tę bałtyjską społeczność warto zwrócić uwagę na dwie, a mianowicie plemienność i wojowniczość. W czternastowiecznej kronice krzyżackiej Piotra z Duisburga terytorium pruskie podzielone jest na jedenaście obszarów plemiennych: Barcję (w okolicach dzisiejszego Kętrzyna), Galindię (Kraina Wielkich Jezior), Nadrowię (na północnym brzegu Pregoły), Natangię (na północnym brzegu Łyny), Pogezanię (okolice Elbląga), Pomezanię (Malbork, Kwidzyn, Dzierzgoń, Ostróda, Iława), Sambię (Królewiec i Półwysep Sambijski), Skaldowię (okolice Ragnety nad Niemnem), Sudowię (wokół Jeziora Wigry) i Warmię (Olsztyn, Lidzbark Warmiński, Braniewo) oraz ziemię chełmińską. Opuścił on w tym katalogu Dainowię (na pograniczu litewskim), Jaćwież (okolice Ełku), Lanzanię, Pasłęk, Peragodię, Połekszę (na terytorium jaćwieskim), Sasinię (Lubawa, Działdowo, Nidzica, Olsztynek), Unsatrapis (pomiędzy Łyną a Pregołą) oraz Zlinię, a ziemię chełmińską niesłusznie zaliczył do Prus16. Jednak nie zmienia to ogólnego obrazu rozdrobnienia etosu pruskiego, skoro w XIII wieku można wyróżnić na tym obszarze 19 „ziem”. Mieszkańców rozległej krainy od Wisły do Niemna łączyły więzy krwi, język, tradycja, wierzenia i nazwa „małej krainy”, czyli jednego z wymienionych obszarów. Te zaś dzieliły się na tzw. lauksy, zwane też „pulka”, czyli samodzielne jednostki osadnicze, zgrupowane wokół grodu refugialnego. Społeczność pruska kontynuowała antyczne struktury rodowo-plemienne. Ludność dzieliła się na trzy warstwy: możnych, wolnych chłopów oraz niewolników. Dwie pierwsze grupy zobowiązane były do obrony terytorium NajważG. Labuda, Unia zakonu krzyżackiego z zakonem Rycerzy Mieczowych w Inflantach (1237), [w:] Historia Pomorza. Tom I do roku 1466, pod red. G. Labudy, cz. 1, wyd. II uzup., Poznań 1972, s. 442-444. 16 Ibidem, s. 281-282. 15

129


niejsze decyzje w tej „demokracji wojennej” podejmował wiec. Jednak decyzje podjęte przez wiec „małej ziemi” obowiązywały tylko w jej granicach. Podstawą gospodarki pruskiej był handel (zwłaszcza w strefie nadmorskiej) oraz produkcja rolna, bartnictwo, hodowla bydła, łowiectwo i rybołówstwo17. Także wojskowość pruska była pochodną ustroju społecznego. Dopiero po rozpoczęciu wojny poszczególne lauksy (włości) lub terytoria zawierały krótkotrwałe porozumienia i zaczynały budowę umocnień. Każda włość mogła wystawić do walki maksymalnie kilkuset wojowników, więc już na starcie krzyżowcy mieli przewagę zaskoczenia i liczby. Ludność chroniła się w ostępach leśnych lub w grodach, które lokowano w ustronnym miejscu i które w czasie niewojennym były niezamieszkane, pośród bagien i jezior. Grody takie budowano na naturalnych wzniesieniach, otaczając je drewnianą palisadą. Przejścia leśne tarasowano ściętymi drzewami i kamieniami tzw. przesiekami. W miejscach przepraw na bagnach lub między jeziorami budowano też wały zaporowe, mające na celu uniemożliwić wojskom przeciwnika manewr18. Wbrew utartym opiniom uzbrojenie Prusów nie było gorsze od wyposażenia przeciętnego kombatanta krzyżowców. Zaczepne działania zbroje prowadziły przede wszystkim kilkudziesięcioosobowe drużyny tzw. vitingów, czyli wojskowej arystokracji plemiennej. Owi „vitingo” uzbrojeni byli stosownie do teatru działań wojennych19. Pozostali mężczyźni służyli w ramach pospolitego ruszenia, zwoływanego tylko w momencie zagrożenia własnego terytorium. Według najnowszych badań cała ludność Prus mogła wówczas liczyć 170 tysięcy20. Krzyżacy w roku 1230 wznieśli pierwszą swoją fortyfikację na obszarze lewobrzeżnej części dzisiejszego Torunia. Nazywano ją „Vogelsang” („Śpiew ptaków”), ponieważ, jak pisze kronikarz: „ Następnie wspomniani bracia domu, mianowicie brat Konrad i towarzysz jego w ziemi pruskiej, już wcześniej im nadanej przez księcia polskiego, nie mieli gdzie głów swoich schronić, zamierzali od dawna przybyć i mieć między sobą a tymi Prusami rzekę Wisłę jako środek ochrony. Prosili więc tego księcia, ażeby im wzniósł jeden gród, który to książę jako mąż pobożny i miłośnik wiary, zwracając się słowami poety: Połowę uczynił i ma, ten który dobrze zaczął, zebrał lud swój i po drugiej stronie obecnego miasta Toruń wzniósł im na pewnej górze zwanej Vogelsanck, co znaczy po łacinie śpiew ptaków, gdzie bracia w otoczeniu małej liczby przeciwstawiali się niezliczonej ilości plemion śpiewając pieśń smutku i zmartwienia. Pozostawili bowiem słodką ojczyznę swoją i weszli do ziemi obcej, w której w przyszłości tak dręczeni byli przez wiele lat i nie było wówczas nadziei, że wrócą stamtąd 17

Ibidem, s. 284-287. A., R. Sypkowie, Krzyżacy. Podbój Prus – dzieje militarne, Warszawa, b.d., s. 17-21. 19 Ibidem, s. 22-27 oraz A. Michałek, Słowianie. Słowianie Wschodni, Warszawa 2005, s. 204. 20 William Urban, Krzyżacy. Historia…, op. cit., s. 66. 18

130


w czwartym lub szóstym pokoleniu. Odeszli więc z ziemi żyznej, spokojnej i przyszli do ziemi zgrozy i pustkowia, i pełnej najstraszniejszej wojny”21. Mowa tu o gródku leżącym między Stawkami a Rudakiem nad Wisłą. Tu właśnie zacznie się władztwo terytorialne Zakonu. Po umocnieniu się w Toruniu niewielki oddział zakonny wkroczył do ziemi chełmińskiej i zniszczył warownie pruskie w Rogowie, Pigży i Starogrodzie. W 1232 roku w ostatnim ze wzmiankowanych miejsc Herman Balk założył gród obronny. W roku następnym (28 grudnia) Herman Salza, wielki mistrz oraz Herman Balk, mistrz krajowy na Słowiańszczyznę i Prusy, wystawili dokument lokacyjny dla Torunia i Chełmna. Pierwsze z miast zabezpieczało szlak handlowy z ziemi chełmińskiej na Śląsk, natomiast Chełmno od czasów Bolesława Krzywoustego było bazą wypadową w głąb Prus. W roku 1222 jednak najazd pruski zniszczył osadę, a ona sama opustoszała. Odbudowy grodu podjęli się krzyżowcy pod wodzą Henryka Brodatego, tu właśnie osadzającego rycerską Stróżę. Jednak dwa lub trzy lata później kolejny najazd ponownie zniszczył Chełmno, dlatego konieczna była nowa lokacja. Marc Löwener, pisząc o początkach Zakonu w Prusach, sugeruje, iż do Torunia Krzyżacy przybyli w roku 1231 w liczbie siedmiu, wśród których wyróżnić można Hermana Balka i posłującego wcześniej do księcia rycerza Konrada z Landsbergu. Kronika Piotra z Dusburga informuje zaś, że wkrótce przybyło do ziemi chełmińskiej pod wodzą mistrza krajowego Hermana Balka siedmiu braci z drużynami i zbudowali fortyfikację w koronie wielkiego dębu22. Przeprawili się oni bowiem na wschodnią stronę Wisły i uczynili z tego grodu w Starym Toruniu bazę wypadową przeciwko Prusom. W roku 1233 wkroczyli do Pomezanii i wznieśli gród w Kwidzynie, w roku następnym przeniesiony na dzisiejsze miejsce i umocniony wraz z miastem. Rok później Krzyżacy zbudowali gród w Radzyniu. Po zadaniu Pomezanom klęski w bitwie nad rzeką Dzierzgoń w roku 1235 założyli Christburg (Stary Dzierzgoń). W tymże roku rycerzy zakonnych wsparły liczne oddziały krzyżowców zachodnich oraz oddziały książąt polskich i pomorskich. W 1236 r. do Prus wielu krzyżowców przyprowadził Henryk III, margrabia Miśni. Krzyżacy dzięki temu opanowali obszar Pomezanii od Prabut przez Sztum do Malborka i gród biskupa Chrystiana Zantyr, położony w widłach Wisły i Nogatu. Stacjonujące na jeziorze Druzno ich statki docierały już na Zalew Wiślany. Mogli dzięki temu zaatakować plemiona Pogezanów(pokonanych w ciągu kilku najbliższych lat) i Warmów, a także wznieść grodu w Elblągu (1237 r.) i Bałdze (1239). Zagrażający tej ostatniej twierdzy Warmowie, Natangowie i Bartowie zostali rozbici na przełomie 1239 i 1240 roku dzięki posiłkom przyprowadzonym Wielki mistrz Winnych von Kniprode w świetle kroniki Wiganda z Marburga, [w:] Zakon krzyżacki i jego państwo w Prusach. Wybór materiałów…, op. cit., s. 102-103. 22 Ibidem, s. 102; T. Jasiński, Pierwsze lokacje miast nad Wisłą: 750 lat Torunia i Chełmna, Toruń 1980, s. 7-33; M. Löwener, Początki Zakonu Niemieckiego…, op. cit. 21

131


z Niemiec. Plemiona te oddały w ręce Zakonu zakładników i przyjęły chrzest. W tym okresie Krzyżacy wznieśli grody w Braniewie, Lidzbarku, Reszlu, Bartoszycach, Wyszemborku i Krzyżporku. Podbój Sambii musieli odłożyć, gdyż w roku 1242 wybuchła wojna Zakonu z księciem Świętopełkiem pomorskim (o  której mowa będzie w następnych rozdziałach), a w następnym – wielkie powstanie plemion pruskich. W początkowym okresie Krzyżacy utrzymali się tylko w kilku zamkach (Elbląg, Bałga, Toruń, Starogród, Radzyń), ponieśli też wielką klęskę w bitwie nad jeziorem Rządz (1234), ale sprawnie zmontowali wespół z legatem papieskim koalicję przeciwko Świętopełkowi i Prusom i w roku 1245 odzyskali inicjatywę. Zawarty w 1248 roku pokój ze Świętopełkiem umożliwił Zakonowi szybkie opanowanie sytuacji na ziemiach Pomezanów, Warmów i Natangów (w 1249 roku zawarto między Krzyżakami a tymi plemionami pokój w Dzierzgoniu)23. Kolejny etap podboju to przede wszystkim walki o opanowanie Sambii (zdobytej ostatecznie przez 50-tysięczne wojsko krzyżowców pod wodzą króla czeskiego Przemysła Ottokara II w 1255 roku wraz z sąsiednią Nadrowią) i drugie powstanie pruskie w 1260 roku. Powstańcy, wspierani przejściowo przez Mściwoja II, syna Świętopełka, opanowali Pomezanię, Natangię, Sambię, ziemię chełmińską i Pomezanię, nie zdołali jednak zdobyć wszystkich zamków krzyżackich. Kilka wielkich wypraw krzyżowych, zdrada i krzyżackie represje oraz brak porozumienia między plemionami doprowadziły jednak do tego, że w roku 1273 Krzyżacy odzyskali wszystkie utracone ziemie. W ciągu kilku lat zostały opanowane Skalowia, Nadrowia, Sudowia, obroniła się tylko Żmudź, dzięki zwycięskiej bitwie nad jeziorem Durbe w 1260 roku24. Starszyzna Sudowów pod wodzą Skumanda postanowiła jednak stawić opór i w 1275 roku, plemię to, wspomagane przez wojska litewskie, zaatakowało ziemię chełmińską. Tym samym zaczęło się trzecie powstanie pruskie. Przyłączyli się do niego Pogezanowie i Bartowie, a trwało aż do 1283 roku. Wojska krzyżackie spustoszyły Pogezanię, a następnie przeprowadziły wojnę podjazdową na terenie Sudowii, chrzcząc, nadając neofitom przywileje, przesiedlając ludność. W roku 1282 na Prusów uderzył także książę Leszek Czarny, dwukrotnie bijąc ich armie. Pobici zwolennicy Skumanda wycofali się na Ruś Czarną. Kiedy rok później mistrz krajowy Konrad von Thierberg poprowadził swe oddziały w głąb ziemi Sudowów, nie napotkał już poważniejszego oporu i zdobył ich grody. Sudowia pozostała wyludnionym terytorium, liczącym ok. 20 tysięcy km2 oddzielającym Prusy, Mazowsze oraz północny Wołyń od pogańskiej i groźnej Litwy. Nazwano ją „Grosse Wildnis”, czyli „Wielką Puszczą”25. Rok 1283 uważa się w historiografii za datę końcową podboju Prus. Mimo ogromnej przewagi liczebnej plemiona Państwo zakonu krzyżackiego w Prusach. Władza i społeczeństwo, op. cit. s. 64-72. A., R. Sypkowie, Krzyżacy. Podbój Prus – dzieje…, op. cit., s. 28-49. 25 W. Urban, Krzyżacy. Historia…, op. cit., s. 96-110. 23 24

132


pruskie uległy krzyżackiej przemocy. W ustroju demokracji wojennej Prusowie mogli w początkowym okresie wystawić do walki jednorazowo ok. 10 tysięcy wojowników, a Krzyżacy ok. tysiąca. Potem jednak oddziały Zakonu były wzmacniane posiłkami z ziemi chełmińskiej, a latem i jesienią przez kolejne wyprawy krzyżowe. Oparciem dla nich stawały się też grody i zamki, wznoszone zaraz po podbiciu kolejnej ziemi pruskiej26. „Głównych przyczyn niepowodzeń pruskich należy jednak szukać w braku silnej władzy centralnej, zdolnej do koordynowania wysiłku zbrojnego wszystkich plemion pruskich. Pomoc litewska dla Prusów okazała się niewystarczająca, tym bardziej że Zakon korzystał ze wsparcia swego niemieckiego zaplecza, skąd napływali ochotnicy i pieniądze. Opanowanie Prus było tylko jednym z ogniw szerszej i większej ekspansji gospodarczej i militarnej żywiołu niemieckiego w Europie Środkowej i Północnej, który korzystając ze zdobyczy technicznych, ustrojowych i wytwórczych ludności niemieckiej – potrafił się zorganizować społecznie i politycznie oraz podjąć ekspansję na olbrzymią skalę”27. Biorąc pod uwagę straty wojenne i przesiedlenia, trzeba przyjąć, że liczebność ludności w państwie krzyżackim spadła w zależności od terytorium o 2050 % w stosunku do stanu wyjściowego28. „W wyniku przeobrażeń ludnościowych i zniszczeń wojennych zmienił się w drugiej połowie XIII wieku charakter gospodarczy kraju. W krajobrazie geograficzno-ekonomicznym Prus zarysował się podział na strefę północno-zachodnią (o obszarze około 20 tys. km2), gospodarczo czynną, sięgającą od ziemi chełmińskiej poprzez Pomezanię aż po Sambię, oraz na strefę południowo-wschodnią, gospodarczo martwą i nader słabo zaludnioną, obejmującą pasmo lasów, jezior i pustkowi”29. Odbudowa potencjału gospodarczego uzależniona była zatem od napływu osadników z zewnątrz. Do Prus docierali głównie rycerze z krajów niemieckich, Krzyżacy musieli więc pomyśleć o zabezpieczeniu szlaków komunikacyjnych między Rzeszą a Prusami. Był to jeden z powodów zwrócenia przez nich uwagi na Pomorze Gdańskie.

4. Polityka Zakonu wobec polskich książąt dzielnicowych do końca XIII wieku. Pojawienie się Krzyżaków na Pomorzu Gdańskim. Problem pogranicza zachodniego i północnego Królestwa Polskiego swymi korzeniami sięga połowy XIII wieku, kiedy to załamała się zorganizowana obrona zachodnich jego granic. Wcześniej, bo już w roku 1181 księstwo zachodniopoW. Mikołajczak, Wojny polsko-krzyżackie, Wydawnictwo Replika, 2009, s. 21-22. Ibidem, s. 22. 28 G. Labuda, Podbój Prus, [w:] Historia Pomorza. Tom I do roku 1466…, op.cit., s. 456-457 29 Ibidem, s. 457. 26 27

133


morskie złożyło hołd lenny cesarzowi. Na przełomie XII i XIII wieku stało się ono terenem rywalizacji duńsko-brandenburskiej, z której zwycięsko wyszli margrabiowie brandenburscy, tworząc w południowym pasie księstwa tzw. Nową Marchię nad Notecią i Gwdą. Przez cały wiek XIII atakowali też ziemię lubuską, walcząc ze śląskimi i wielkopolskimi książętami dzielnicowymi. Witold Mikołajczak podkreśla, że w latach 1241-1295 całkowicie ustało współdziałanie książąt Śląska i Wielkopolski w obronie zachodniej granicy na odcinku lubuskim i że miało się to okazać fatalne w skutkach dla wszystkich trzech dzielnic, tj. Śląska (rozdrobnienie dzielnicowe, germanizacja, zwiększająca się zależność od królestwa czeskiego), Wielkopolski (utrata ziemi lubuskiej i obszaru nadnoteckiego między rzekami Drawą i Gwdą na rzecz Brandenburgii) oraz Pomorza (wojny graniczne książąt pomorskich z władcami kujawskimi i wielkopolskimi, niszczące najazdy Prusów, ciągłe zagrożenie duńskie i brandenburskie, późniejsza agresja krzyżacka)30. Pogranicze kujawsko-krzyżackie na przełomie XIII/XIV wieku stało się najpierw terenem rywalizacji handlowej między książętami dzielnicowymi a Zakonem. Kujawy miały korzystne położenie geograficzne (powiązania komunikacyjne) i złoża minerałów. Już we wczesnym średniowieczu handlowano tu solą, zbożem i niewolnikami, sprowadzano zaś sukno, ozdoby i broń, a z Pomorza futra i bursztyn. Kujawskie szlaki handlowe prowadziły do Skandynawii, na Ruś, do krajów arabskich i Chazarii, do Siedmiogrodu i do Czech. Z Kujaw przez Bydgoszcz nad Bałtyk prowadziły dwa szlaki: droga lądowa lewym brzegiem Wisły, zwana „drogą królewską”, „drogą kupców” lub „drogą księcia Grzymisława”, której istnienie pewne jest co najmniej od X wieku. W okolicy Wyszogrodu i Bydgoszczy łączyła się ona z drogą, prowadzącą prawym brzegiem Wisły w stronę Elbląga. Ważny szlak lądowy prowadził też z Kujaw na Śląsk przez Toruń. Głównym szlakiem południowym była droga z Bydgoszczy przez Inowrocław do Gniezna i Poznania. Z Inowrocławia można było jechać albo na Śląsk albo na Ruś przez Brześć Kujawski. Jako szlaki handlowe wykorzystywano oczywiście także rzeki. Udając się w stronę Wielkopolski, Wartą można było spławiać towary na ziemie zachodniego Pomorza. Między Notecią a Jeziorem Ślesińskim od XI wieku istniała „przewłoka”, którą transportowano statki na szlaku łączącym Ruś z Europą Zachodnią. Brdą i Wisłą przez Wyszogród można było dostarczać towary do Gdańska. Porty w Wyszogrodzie i Solcu Kujawskim oraz bród na wysokości dzisiejszego Czerska Polskiego zapewniały łączność z ziemiami Prusów, a następnie państwem krzyżackim31. Od połowy XI wieku aż do zniszczenia w 1330 roku ważniejszym ośrodkiem W. Mikołajczak, Wojny…, op. cit., s. 7-14. R. Kabaciński, Kształtowanie się podstaw bydgoskiego ośrodka miejskiego, [w:] Historia Bydgoszczy. Tom I do roku 1920, pod red. M. Biskupa, Warszawa-Poznań 1991, s. 72-78. 30 31

134


niż Bydgoszcz był Wyszogród. Do XIII wieku spław towarów w górę Wisły docierał tylko do Torunia, tu bowiem skład miała Hanza, prowadząca na pograniczu pomorsko-kujawskim ekspansję gospodarczą. Pomorze usamodzielniło się pod rządami własnej dynastii piastowskiej. Od roku 1231 na Kujawach rządy zaczął Kazimierz I, syn Konrada Mazowieckiego. Konflikt krzyżacko-pomorski oraz słabość ekonomiczna ziem pruskich w tym okresie spowodowały, że Kujawy i Wielkopolska stały się naturalnym zapleczem ekonomicznym państwa zakonnego. Takie były przyczyny skomplikowanych strategii politycznych władców kujawskich. Aż do 1257 roku trwały zatargi między Kazimierzem I a Zakonem o ziemie Galindii i Połekszy (Jaćwież) oraz ziemię lubawską, nadane księciu kujawskiemu w roku 1253 przez papieża Innocentego IV. Gdy po wieloletnich zabiegach dyplomatycznych i akcjach zbrojnych Zakonu papież Aleksander IV ogłosił, że nikt nie ma prawa organizować tam krucjaty, Kazimierz Konradowic zrzekł się ziemi lubawskiej na rzecz biskupa chełmińskiego (jako odosobnionej enklawy) i sprzymierzył się z Krzyżakami przeciwko Świętopełkowi pomorskiemu, gdyż dzięki temu zdobył dla Kujaw Wyszogród z jego portem rzecznym i przeprawą lądową do Prus. Jednak Krzyżacy starali się ograniczyć wzrost przewagi gospodarczej Kujaw w tym regionie, często przeszkadzając kujawskim statkom w żegludze Wisłą do Gdańska lub prowokując zatargi w toruńskiej komorze celnej. Książę Kazimierz musiał konkurować także z aktywnie działającym gospodarczo biskupem włocławskim, któremu podlegały ziemie Pomorza i Kujaw oraz z rosnącym szybko wielkim latyfundium cystersów byszewskich (koronowskich)32. W roku 1263 Kazimierz i Krzyżacy zawarli ugodę w Inowrocławiu, która miała przetrwać aż do wojny z lat 1327-1332. Statki księcia mogły od tej pory płynąć do Elbląga i wypływać na morze, okręty hanzeatyckie rozładowywać miano już nie w Chełmnie, ale w Solcu Kujawskim, a kupcy toruńscy i chełmińscy mieli na ziemi kujawskiej zapewnioną opiekę polskiego księcia oraz swobodę żeglugi na Wiśle oraz podróży na drogach lądowych, tak samo jak kupcy lubeccy. Przepływ towarów przez komorę celną w Bydgoszczy przyczynił się znacząco do rozwoju miejscowej osady33. Krzyżacki zabór Pomorza w latach 1308-1309 pozwolił Zakonowi narzucić książętom kujawskim regulację spraw handlowych na Wiśle. Zagarnięcie Kujaw zaś zapewniłoby Krzyżakom niezwykle zyskowną kontrolę nad całym dolnym biegiem Wisły, Brdy, eksploatację żyznych ziem kujawskich z ich miastami oraz dominację gospodarczą w międzyrzeczu Noteci i Brdy34. Jadwiga Karwasińska podkreśla, że sytuacja na Kujawach na przełomie XIII i XIV wieku była bardzo złożona: „Zdecydowanie wrogi nastrój w stosunku do Zakonu u większości du32

Ibidem, s. 77-82. Ibidem, s. 82-83. 34 Ibidem, s. 83. 33

135


chowieństwa świeckiego, przychylność dla Rycerzy Niemieckich u przeważnej części mieszczaństwa i kleru klasztornego, brak nie tylko świadomości grożącego niebezpieczeństwa, ale i zrozumienia swoich zadań i roli w państwie polskim wśród rycerstwa, którego pojedynczych przedstawicieli łączyły związki osobiste z osobą dawnego księcia, gdy ogół pozostawał obojętnym dla idei przez króla reprezentowanej – oto, co zastała na Kujawach pierwsza wojna polsko-krzyżacka, wisząca niemal w powietrzu już od roku 1320 (…)”35. Na pograniczu pomorskim Krzyżacy znaleźli sojusznika w postaci księcia Świętopełka. Dzielnica ta od czasów Bolesława Chrobrego należała do Polski. Testament Bolesława III Krzywoustego wiązał Pomorze z Mazowszem i Kujawami jako część dzielnicy senioralnej. Jednak dość szybko usamodzielniło się ono pod rządami władców sławieńskich, księcia świeckiego Grzymisława i gdańskiego Sambora już pod koniec XII wieku, między 1170 a 1190 rokiem. Na początku następnego stulecia ziemię słupską opanowali Duńczycy. Panujący wówczas w Gdańsku Mściwój I (około 1210 roku) określany był już jako dux. Pierwsze lata rządów jego syna, Świętopełka, przyniosły potwierdzenie go na tronie książęcym przez księcia krakowskiego Leszka Białego (w 1217 r.) oraz sojusz z księciem kaliskim Władysławem Odonicem. Tym samym wplątał się on w konflikt wielkopolski między Odonicem a jego stryjem Władysławem Laskonogim. Gdy w roku 1227 wybuchł otwarty konflikt, wojska Laskonogiego zostały pokonane, jego sojusznik – Leszek Biały, senior krakowski – zginął na wiecu państwowym w Gąsawie (jako inspiratorów tego morderstwa politycznego wskazywano Odonica i Świętopełka…) i tym samym przed Pomorzem pojawiła się szansa na samodzielność polityczną. W roku 1231 Świętopełk uzyskał jej potwierdzenie z rąk papieża, który wziął jego ziemie w opiekę Stolicy Apostolskiej, chcąc nakłonić pomorskiego władcę do walki z Prusami i pomocy Zakonowi36. Zgodnie z wolą ojca, książę gdański musiał podzielić się władzą z młodszymi braćmi: Warcisławem (ten jednak zmarł rychło, przed 1229 r.), Samborem i Raciborem. Książę Świętopełk zarządzał dzielnicą poprzez kasztelanów, rezydujących w obronnych grodach. Były to: stołeczny Gdańsk, Białogarda (dzielnica Racibora), Lubiszewo i Tczew (dzielnica Sambora), Gniew (dzielnica Warcisława, przejęta po jego śmierci przez Sambora), Słupsk, Sławno, Chmielno, Szczecinek, Raciąż, Nowe Rudno, Szczytno (koło Człuchowa), Wyszogród i Świecie37. Na pograniczu pomorskim pojawił się tymczasem jeszcze jeden rywal – Brandenburgia. Wyprawy w tym kierunku podejmowali już w XII wieku Henryk Lew i Albrecht Niedźwiedź, margrabia marchii północnej. Albrecht wszedł w przyjazne kontakty z książętami polskimi, co zapewniło mu neutralność z ich stroJ. Karwasińska, Sąsiedztwo kujawsko-krzyżackie 1235-1343, Warszawa 1927, s. 161. G. Labuda, Na drodze ku emancypacji, [w:] Historia Pomorza…, op. cit. s. 403-407. 37 A., R. Sypkowie, Krzyżacy…, op. cit. s. 49-52. 35 36

136


ny. Zaskarbił sobie również przyjaźń bezdzietnego króla Brenny – Przybysława Henryka, który w obawie przed reakcją pogańską po swej śmierci, przekazał Albrechtowi dziedzictwo po sobie. W ten sposób w roku 1150 Albrecht zajął Brennę-Brandenburg jako legalny spadkobierca słowiańskiego władcy. Musiał jeszcze na krótki czas opuścić gród wyparty przez przeciwników, ale wrócił w roku 1157 i zaczął się tytułować margrabią Brandenburgii. Jego następcy rozciągnęli w pierwszej połowie XIII wieku swoje panowanie na tereny aż po Odrę, a w latach 1248-1250 opanowali polską ziemię lubuską, traktując ją jako bazę wypadową na tereny położone na wschód od Odry. W roku 1250 podporządkowali sobie książąt zachodniopomorskich, wreszcie w drugiej połowie XIII wieku zdobyli obszerne tereny między Wielkopolską a Pomorzem, zakładając tam nowy organizm nazwany Nową Marchią. W tym samym okresie (do roku 1232) Krzyżacy opanowali leżącą za Wisłą ziemię chełmińską i stali się stronnikami młodszych braci w konflikcie, jaki wkrótce wybuchł między potomkami Mściwoja I. Zakonnicy wystąpili tym samym przeciwko swemu dotychczasowemu sojusznikowi. Rywalizujący ze sobą książęta piastowscy w początkowym okresie podboju Prus wspomagali Zakon. W roku 1234 rycerzy zakonnych w walce z Pomezanami wsparły liczne oddziały krzyżowców zachodnich oraz oddziały książąt polskich i pomorskich: książę śląski Henryk Brodaty z synem Henrykiem Pobożnym, książę wielkopolski Władysław Odonic, Konrad książę mazowiecki, jego syn Kazimierz, książę kujawski, książę gdański Świętopełk z synem Samborem, księciem lubiszewskim. To właśnie Świętopełk wśród polskich książąt przyprowadził najliczniejszy oddział rycerstwa (ok. 500 zbrojnych) na krucjatę przeciwko Prusom i walnie przyczynił się do ich pogromu w bitwie nad rzeką Dzierzgonią na przełomie 1234/1235 roku, gdy udanym manewrem obszedł ich lewe skrzydło i zaatakował z tyłu38. Jednak już wcześniej Świętopełk na wschodnim brzegu Wisły, na terenie Lanzanii (okolice Elbląga) wzniósł gród Zantyr (w widłach Nogatu i Wisły) jako siedzibę biskupa misyjnego Chrystiana i Zakon dostrzegł w nim rywala w opanowaniu ziem pruskich. Dlatego w 1236 roku Krzyżacy wygnali biskupa i zajęli Zantyr, uderzając pośrednio w księcia gdańskiego. Mieli ułatwione zadanie, ponieważ właśnie wtedy Sambor, zafascynowany kulturą niemiecką od czasu swego pobytu na zachodniopomorskim dworze Barnima I, wszedł w ścisły kontakt z Zakonem i zaatakował ziemie księcia gdańskiego. Namówił do wystąpienia prze38

„…Ale książę pomorski i brat jego Sambor, lepiej obeznani z wojną pruską, swoimi obsadzili drogi podle osieków – circa indagines – ażeby nikt nie uszedł. Tam miecz wojska chrześcijańskiego zniszczył niewiernych, a oszczep nie darmo zadawał rany. Prusowie nie mogli ani w tę, ani w ową stronę umknąć i wielką była ich klęska, gdyż poległo ich w ten dzień nie mniej jak pięć tysięcy”, [w:] M. Bielski, W. Rezmer, Bitwy na Pomorzu. Szkice z dziejów militarnych Pomorza Nadwiślańskiego (1109-1945), Gdańsk 1993, s. 31. Cyt. za: St. Kujot, Dzieje Prus Królewskich, cz. I do roku 1309, „Roczniki Towarzystwa Naukowego w Toruniu”, Toruń 1914-1916, s. 601-602.

137


ciwko Świętopełkowi także Racibora. Nad rzeką Przemysławą (w pobliżu Zalewu Wiślanego) książę lubiszewski wzniósł gród, który w połowie obsadziła załoga krzyżacka. To samo miało miejsce w innym grodzie na zachodnim brzegu Wisły – w Gorzędzieju. Załogi te napadały i grabiły ziemie Świętopełka, przepuszczały też przez ziemie Sambora łupieżcze wyprawy Prusów, którzy mogli w ten sposób docierać niepostrzeżenie aż pod Gdańsk. Świętopełk uprzedził atak młodszych braci i zajął dzielnicę lubiszewską, a pokonany Sambor musiał publicznie przysiąc bratu wierność. Już w 1238 roku bracia ponownie sprzymierzyli się przeciwko pomorskiemu seniorowi. Uzyskali wsparcie biskupa włocławskiego Michała (który uskarżał się na problemy ze zbieraniem dziesięciny w archidiakonacie pomorskim) i księcia kujawskiego Kazimierza, syna Konrada mazowieckiego, zgłaszającego pretensje do zwierzchności nad Pomorzem. Świętopełk ponownie wyszedł zwycięsko ze zmagań z wrogą koalicją. Pokonał oddziały Racibora i zajął Białogardę, spalił gród Sambora w Gorzędzieju, najechał dobra biskupie na Pomorzu i Kujawach, potem zaatakował Kujawy, zajął Bydgoszcz, zniszczył Inowrocław, zagarnął Krajnę z Nakłem (korzystając ze śmierci Władysława Odonica), spustoszył ziemię mazowiecką koło Płocka. By zaś ukarać Zakon za zajęcie Zantyru i Żuław, które uważał za swoją strefę wpływów, na Wiśle w Sartowicach utworzył komorę celną, w której kontrolowano krzyżackie statki handlowe, płynące w dół rzeki. Jednak Krzyżacy sprawnie zmontowali przeciwko niemu koalicję, złożoną oprócz nich z książąt mazowieckich, kujawskich i wielkopolskich. Najazd tatarski w 1241 roku i spory między Zakonem a Konradem mazowieckim o ziemię lubawską opóźniły akcję przeciwko Świętopełkowi, ale już w 1242 roku książęta mazowieccy zajęli Wyszogród, a Krzyżacy podstępnie opanowali Sartowice (3 XII 1342), uwożąc stamtąd do Starogrodu cenną relikwię – głowę św. Barbary. Na początku roku następnego, działając wspólnie z księciem kujawskim Kazimierzem i księciem wielkopolskim Przemysłem I, odbili Nakło z rąk Świętopełka. Ich oddziały dotarły pod Gdańsk i spaliły klasztor oliwski. Książę pomorski przez pięć tygodni bezskutecznie próbował odbić Sartowice, następnie najechał ziemię chełmińską. Wykorzystał wielkie powstanie plemion pruskich i razem z nimi zadał Krzyżakom klęskę pod Rządzem (15 czerwca 1243 r.). Nie mogąc odbić Sartowic, przekazanych przez Krzyżaków Samborowi, zablokował ten gród, wznosząc w górze rzeki nowy gród w Świeciu. Spalił też gród Sambora w Gorzędzieju, ponownie zdobył Białogardę i zmusił Racibora do ukorzenia się, zajął Zantyr (1244 r.) i wspólnie z powstańcami krzyżacki gród w Dzierzgoniu. Jednak w tym czasie legat papieski na Prusy, Wilhelm z Modeny, widząc położenie Zakonu, prawie zniszczonego przez wielkie powstanie pogan i atak Pomorzan, nałożył na Świętopełka klątwę, a na Pomorze interdykt. Papież ogłosił także (23 września 1243 r.) wielką wyprawę krzyżową rycerstwa niemieckiego, czeskiego, polskiego, 138


szwedzkiego, norweskiego i duńskiego przeciwko Prusom oraz ich sojusznikowi. Zagrożony ponadto atakiem z Kujaw Świętopełk zdecydował się na rokowania. W zamian za zwrot Sartowic Krzyżacy zażądali zakładników (m.in. najstarszego syna Świętopełka, Mściwoja), a książę przystał na te warunki. Świętopełk jednak grał tylko na czas. Starał się wówczas załagodzić spór z biskupem kujawskim Michałem, a przez niego także z księciem kujawskim Kazimierzem, co nastąpiło w 1245 roku. W tym samym roku Krzyżacy zdążyli jeszcze wraz z oddziałami kujawskimi spustoszyć Pomorze w trakcie ośmiodniowego najazdu. Książę gdański pojednał się z Samborem i zdał się na sąd polubowny pod patronatem papieskim. Sędziami na Kowalowym Ostrowie na Wiśle (25 października 1247  r.) byli arcybiskup gnieźnieński Pełka i biskup chełmiński Heidenryk. Uwolnili oni Zakon od cła na rzece, Krzyżacy mieli księciu zwrócić syna i Żuławy, on zaś przekazać im wszystkie pozostałe ziemie na wschodnim brzegu Wisły. Wyszogród i Nakło pozostać miały w ręku książąt kujawskich. Świętopełk nie uznał tego wyroku. Walki i rokowania ciągnęły się jeszcze dwa lata. Ostatecznie, w  pierwszych miesiącach 1249 r. podpisano pokój. Przegranym był Świętopełk. Utracił swe posiadłości w ziemi chełmińskiej na rzecz Krzyżaków, Wyszogród zajął książę Kazimierz kujawski, Krajnę z Nakłem książę wielkopolski, z woli papieża Sambor został przywrócony na dzielnicę lubiszewską, a Racibor na białogardzką, książę musiał też uznać prawa biskupa włocławskiego w archidiakonacie pomorskim39. W roku 1252 doszło do kolejnych starć. Krzyżacy przeprowadzili najazd na Pomorze Gdańskie, w odwecie Świętopełk spustoszył ziemię chełmińską. Spór dotyczył w dalszym ciągu kontroli żeglugi na Wiśle, gdyż w tym czasie Sambor podarował Zakonowi gród Zantyr. Krzyżacy ponownie zaangażowali do sojuszu księcia kujawskiego Kazimierza, a pod naciskiem papieża Innocentego IV Świętopełk zmuszony został do potwierdzenia warunków pokoju z 1248 roku40. Patrząc z niechęcią na poparcie, jakiego biskup włocławski udzielał jego młodszym braciom, książę gdański próbował obsadzić archidiakonat pomorski mianowanym przez siebie biskupem – nominatem sambijskim Tetwardem, nie dopuszczonym przez Krzyżaków do objęcia diecezji. Jednak interwencja papieska uniemożliwiła to. Świętopełk trwale zajął za to dzielnicę Racibora, swobodnie nadając majątki w jej granicach. Młodszy brat egzystował odtąd na dworze księcia gdańskiego. Natomiast Sambor coraz bardziej zbliżał się do Zakonu. Odebrał cystersom oliwskim ziemię gniewską, w 1258 roku sam założył klasztor w Pogódkach, przeniesiony wkrótce do Pelplina. Świętopełk zaangażował się w tym okresie w obronę zachodniej i południoZa: G. Labuda, Pomorze Gdańskie jednym z księstw dzielnicowych, [w:] Historia Pomorza. Tom I…, op. cit., s. 521-526 oraz A., R. Sypkowie, Krzyżacy. Podbój…, op. cit., s. 49-60. 40 M. Dygo, Ekspansja terytorialna i władztwo terytorialne (1249-1309), [w:] Państwo zakonu krzyżackiego w Prusach…, op. cit., s. 88-89. 39

139


wej granicy swego księstwa. Przebywając często w Słupsku i Sławnie, nawiązał ścisłą współpracę z wywodzącym się stamtąd rodem Święców. Chcąc umocnić swą władzę, książę Świętopełk wystąpił z zamiarem ufundowania w Bukowie klasztoru cystersów. Jednak taki sam dokument wystawili książęta Barnim szczeciński i Warcisław Dymiński, co oznaczało początek konfliktu o ziemię słupsko-sławieńską między władcami pomorskimi. W roku 1255 syn Świętopełka, Mściwój niespodziewanie zajął gród w Nakle. Sprowokowało to wyprawę odwetową księcia wielkopolskiego Przemysła I i Kazimierza I kujawskiego na gród kasztelański w Raciążu, który został zdobyty i spalony. Walki podjazdowe trwały aż do późnego lata roku 1256. Dwa lata później następca Przemysła I, władca wielkopolski Bolesław Pobożny razem z  wzmiankowanymi wyżej książętami zachodniopomorskimi zaatakowali Kujawy (sporne między Bolesławem a Kazimierzem terytorium kasztelanii lądzkiej), a następnie wyprawili się na Słupsk. Świętopełk odparł najazd, związał się też sojuszem z dotychczasowym wrogiem, księciem Kazimierzem kujawskim. Jednak Mściwój nie był zadowolony z uposażenia, jakim obdarzył go ojciec. Dlatego w 1264 r. w Kamieniu przekazał całą ziemię świecką w ręce swego kuzyna, Barnima I, przyrzekając także oddanie mu całego spadku po ojcu i bracie. Z tego powodu Świętopełk w chwili śmierci (10 stycznia 1266 r.) stołeczny gród w Gdańsku przekazał młodszemu z synów, Warcisławowi41. Miało to przynieść w przyszłości dwojakie skutki: połączenie Pomorza Gdańskiego z Wielkopolską i Kujawami oraz pojawienie się Zakonu na zachodnim brzegu Wisły. Po śmierci Świętopełka bowiem Mściwój rządził południową częścią Pomorza, a Warcisław północną. Pomiędzy tymi dzielnicami leżały ziemie ich stryja Sambora. Mściwój wydał swą córkę za syna księcia zachodniopomorskiego, a następnie w Choszcznie (1 kwietnia 1269 r.) przekazał swe ziemie w hołdzie lennym margrabiom brandenburskim Janowi, Ottonowi i Konradowi. Jednak na początku roku następnego na ziemi sławieńskiej pojawił się książę rugijski Wisław, siostrzeniec Świętopełka, podnoszący swe prawa do tego obszaru. Razem z nim Mściwoja zaatakował tam książę szczeciński Barnim, zapewne z poduszczenia Warcisława. Sprowokował on też bunt rycerstwa w dzielnicy starszego brata. Mściwój został uwięziony w Raciążu, ale zbiegł stamtąd i udał się do margrabiów brandenburskich. W zamian za udzielenie pomocy obiecał im oddać Gdańsk i okoliczne ziemie. Na przełomie 1270/1271 ruszyła więc na Gdańsk wyprawa Brandenburczyków i Mściwoja. Gród został zdobyty, a pokonany Warcisław schronił się na Kujawach w dobrach Siemomysła, syna Kazimierza, toczącego wówczas wojnę z Bolesławem Pobożnym. Mściwój był sojusznikiem Bolesława, natomiast Sambor wspierał (tak jak Warcisław) Siemomysła. Książę świecki zdobył podczas tej wojny Wyszogród, ale korzystając z jego zaangażowania na froncie południo41

G. Labuda, Pomorze Gdańskie jednym z księstw dzielnicowych, op. cit., s. 526-529.

140


wym, margrabia Konrad zajął Gdańsk, nie chcąc oddać go Mściwojowi i utrzymywał go aż do 1272. Książę zwrócił się więc o pomoc do Bolesława Pobożnego i w roku 1273 oddziały pomorsko-wielkopolskie odbiły Gdańsk z rąk Brandenburczyków. Pokonany Warcisław zmarł w roku 1271 na Kujawach inowrocławskich. Nie udało się natomiast Mściwojowi odbić ziemi sławieńskiej z rąk Wisława, którą ten ostatecznie sprzedał w roku 1277 margrabiom brandenburskim. Gdy więc Bolesław Pobożny rok później uderzył na ich ziemie, książę pomorski udzielił wielkopolskiemu władcy pomocy wojskowej. Mniej więcej w tym samym czasie uwolniony przez Bolesława Pobożnego książę Sambor, utraciwszy swe księstwo na rzecz Mściwoja, udał się do państwa zakonnego i ziemię gniewską, którą onegdaj odebrał cystersom, zapisał Krzyżakom. Także Racibor nadał im swoją dzielnicę. W chwili śmierci Sambora (1278 rok) Krzyżacy ujawnili oba nadania. Oprócz zdobyczy terytorialnej i zabezpieczenia szlaków komunikacyjnych zamierzali bowiem w ten sposób zapewnić sobie i miastom Toruniowi, Chełmnu, Elblągowi wolność żeglugi wiślanej, a także – w  perspektywie – opanować handel bałtycki nad dolną Wisłą. Mściwój zabezpieczył się układem z księciem Siemomysłem kujawskim, próbował też zahamować ekspansję krzyżacką na lewy brzeg Wisły, nadając gród w Gorzędzieju biskupowi płockiemu Tomaszowi. Jednak na zjeździe w Miliczu (18 maja 1282 r.) pod naciskiem legata papieskiego Filipa z Fermo Mściwój musiał przekazać Zakonowi całą ziemię gniewską, a ponadto dać im (jako odszkodowanie za niezrealizowaną darowiznę Raciborza) kilka wsi na Żuławach wraz z odcinkiem rzeki42. Krzyżacy natychmiast (1283 r.) zaczęli w Gniewie wznosić twierdzę z elementów drewnianych (z rozebranego grodu Potterberg w ziemi chełmińskiej), która miała być ich przyczółkiem na zachodnim brzegu Wisły i na szlaku prowadzącym do Rzeszy. Mściwój natomiast zorientował się już, że nie utrzyma swych ziem bez sojuszu z księciem wielkopolskim. Bolesław Pobożny i jego bratanek Przemysł II walczyli z Marchią o ziemię lubuską i pas nadnotecki, więc książę pomorski był dla nich naturalnym sojusznikiem. Dlatego w Kępnie (15 lutego 1282 r.), gdy Mściwój zatrzymał się tam w drodze do Milicza, władcy zawarli układ (akt komendacji), w którym książę gdański uznawał zwierzchność władcy wielkopolskiego i jego dziedziców oraz następców i mocą którego po bezpotomnej śmierci Mściwoja jego ziemie miały przypaść Przemysłowi II. Od tej chwili Mściwój rządził na Pomorzu w imieniu swego suwerena. We wrześniu 1284 roku odbył się wielki zjazd Mściwoja i Przemysła II w Nakle, na którym potwierdzono układ kępiński. Książę gdański wspomógł też Przemysła podczas jego wyprawy przeciwko Pomorzu Zachodniemu. W roku 1287 na zjeździe w Słupsku oprócz dwóch sprzymierzonych władców pojawił się książę zachodniopomorski Bogusław IV, aby zawrzeć z nimi 42

Ibidem, s. 529-534.

141


sojusz przeciwko Brandenburgii i Wisławowi rugijskiemu, który nie przestawał podnosić swych pretensji do schedy po Świętopełku. Aby zacieśnić więzy między feudałami obu dzielnic, Mściwój mnożył nadania dla rycerzy i duchowieństwa z Wielkopolski, natomiast Przemysł II potwierdzał przywileje i nadania pomorskie. Gdy Mściwój zmarł (25 grudnia 1294 r.), na Pomorze udał się książę wielkopolski, przejmując tu formalnie władzę. W roku 1295 przeprowadził swą koronację, tytułując się „królem Polski i księciem Pomorzan”. W pamięci Pomorzan zapisał się jako władca spolegliwy. Gdy został podstępnie zamordowany w Rogoźnie 8 lutego 1296 roku, księstwo gdańskie objął na krótko książę inowrocławski Leszek, syn księcia kujawskiego Siemomysła i Salomei Samborówny, zdobywając Świecie, Tczew i Gdańsk. Margrabiowie brandenburscy natychmiast zajęli ziemie na północnym brzegu Noteci, a w Wielkopolsce pojawiły się wojska Henryka głogowskiego. Jednak panowie wielkopolscy następcą zamordowanego króla obwołali księcia sieradzkiego Władysława Łokietka. Elekcja ta była zapewne formalnością, bo Łokietek przyprowadził ze sobą wojska kujawskie i mazowieckie swego brata stryjecznego Bolesława II. Uważając się za następcę Przemysła II we wszystkich jego ziemiach, w marcu 1296 roku Łokietek zawarł porozumienie z Henrykiem głogowskim, a następnie przerzucił wojska na Pomorze. Maszerując od Świecia wzdłuż Wisły, zlikwidowały one władzę Leszka inowrocławskiego, który jako rekompensatę otrzymał południową część Pomorza i kasztelanię wyszogrodzką. Latem Łokietek przybył do Gdańska, witany uroczystą procesją rycerstwa, mieszczan i duchowieństwa. Jednak okazał się niezbyt dobrym władcą rozległego już kujawsko-łęczycko-wielkopolsko-pomorskiego księstwa. Faworyzował bowiem Kujawian, poróżnił się też z możnymi, zarówno świeckimi, jak i duchownymi. Już w maju 1296 roku mianował on wojewodą pomorskim Mikołaja Jankowicza z rodu Zarębów. Szybko też w księstwie utworzyły się dwa ugrupowania: jedno tworzyli Wielkopolanie i Kujawianie mianowani przez Łokietka, a drugie miejscowe możnowładztwo, głównie z  ziemi słupsko-sławieńskiej, na czele którego stał wojewoda gdański Święca. Tuż przed upadkiem władzy Łokietka w Wielkopolsce, Święca stał się z woli księcia starostą ziemi pomorskiej. W tym momencie w sprawy pomorskie wtrącił się spadkobierca Przemysła II – król Wacław II, a wkrótce – ponownie – Krzyżacy. Już w sierpniu 1299 roku książę brzeski i sieradzki w wielkopolskiej wsi Klęka zawarł układ, w którym obowiązywał się złożyć w najbliższe Boże Narodzenia hołd lenny Wacławowi II ze wszystkich swoich ziem. Ponieważ Władysław Łokietek nie potrafił zapewnić pokoju wewnętrznego na ziemiach odziedziczonych po Przemyśle II, od 1298 roku Wielkopolanie zaczęli rozglądać się za innym władcą. Rozpoczęli układy z Wacławem II, panującym już w ziemi krakowskiej. Ponadto samowola Łokietkowych wojsk spowodowała, iż biskup poznański obłożył Władysława klątwą. Ten zaś nie dotrzymał w tej sytuacji postanowień klęckich, więc 142


opozycja wielkopolska wpuściła czeskie do swoich grodów, a Wacław II uzyskał od cesarza Albrechta I Habsburga lenne nadanie ziem, które odbierze Łokietkowi. Broniący się w swych ojczystych dzielnicach, wyparty z Kujaw brzeskich i ziemi łęczyckiej, a na koniec oblężony w Sieradzu, Władysław Łokietek został latem 1300 roku zmuszony do kapitulacji przez wojska czeskie, krzyżackie, wielkopolskie, małopolskie, a także kujawskie (książąt inowrocławskich, bratanków Łokietka). Wygnanie dotychczasowego władcy (Łokietek udał się na Ruś, a później na Węgry) spowodowało, że w lipcu lub sierpniu 1300 roku wojewoda pomorski Święca, sędzia gdański Bogusza oraz kasztelan pucki Wojciech przyjęli posła króla czeskiego, zobowiązując się uznać jego władzę. W listopadzie tego roku Wacław II koronował się w Gnieźnie na króla polskiego, ale w księstwie pomorskim się nie pojawił, ponieważ już w styczniu 1301 roku wrócił do Pragi. Być może już wtedy zlecił Krzyżakom „najwyższą opiekę” nad Pomorzem, nagradzając ich za pomoc udzieloną w wojnie z Łokietkiem, na co może wskazywać założenie przez nich komturii w Brześciu Kujawskim43.

5. Państwo krzyżackie w Prusach. Zakon był najgroźniejszym przeciwnikiem, z jakim mieli do czynienia polscy książęta dzielnicowi na przełomie XIII i XIV wieku. Wynikało to przede wszystkim z wysokiego poziomu organizacji państwa krzyżackiego, będącego ewenementem w rozdrobnionej feudalnie Europie. Miało ono charakter teokratyczny i feudalny; podlegało centralistycznej władzy Zakonu jako korporacji duchownej, znajdując się jednocześnie pod protektoratem papieskim. Orzeczenia papieskie stwierdzały, że wielki mistrz nie miał sprawności lennej wobec władców świeckich. Był on wybierany dożywotnio jako najwyższa władza przez kapitułę, składającą się z sześciu (później siedmiu) mistrzów krajowych i wyższych dostojników Zakonu. Bezpośrednim jego przedstawicielem w Prusach był mistrz krajowy, początkowo rezydujący w Chełmnie. Komturów wybierał konwent dostojników (z reguły liczący 18 członków, w tym 6 braci duchownych) danego obszaru. Władza komtura była silna, obejmowała funkcje administracyjne, sądowe, skarbowe, wojskowe. Prawie każdy z braci pełnił jakąś funkcję urzędniczą (szpitalnika, szatnego, rybickiego, szafarza, skarbnika, itd.), mając do pomocy braci służebnych, składających zazwyczaj śluby czasowe. Udział tego rycerstwa służebnego był w Zakonie bardzo znaczny, a to powodowało, że korporacja ta zainteresowana była umacnianiem podstaw gospodarczych swej egzystencji. Majątkami zakonnym zarządzali podporządkowani komturom wójtowie i włoIbidem, s. 534-537; B. Śliwiński, Pomorze Wschodnie w okresie rządów księcia polskiego Władysława Łokietka w latach 1306-1309, Gdańsk 2003, s. 50-65. 43

143


darze. Centralistyczna i hierarchiczna administracja, nie dopuszczająca istnienia (poza samorządem wiejskim i miejskim w ramach prawa polskiego, pruskiego i niemieckiego) żadnych innych instytucji władzy publicznej, okazała się bardzo sprawnym narzędziem władzy44. Całe Prusy podzielili Krzyżacy na terytoria, podległe bezpośrednio Zakonowi (od 1243 r.), zwane komturiami. Chociaż formalnie zwierzchnikiem ziemi chełmińskiej był książę mazowiecki jako fundator Zakonu, w praktyce Krzyżacy uważali się w niej za podległych wyłącznie papieżowi (zwłaszcza po roku 1247, tj. po śmierci Konrada mazowieckiego), tak samo jak w Prusach. Zakładając komturstwa chełmińskie, niemieccy szpitalnicy nawiązywali do polskiego systemu grodowego, z  każdego obwodu grodowego tworząc osobne komturstwo: w Nieszawie, Toruniu, Radzyniu, Bierzgłowie, Papowie Biskupim, Grudziądzu, Pokrzywnie, Kowalewie, Golubiu, Chełmnie, Unisławiu, Rogoźnie i Wieldządzu (cztery ostatnie na początku XIV wieku już zlikwidowano). W Prusach właściwych wydzielono komturstwa w Dzierzgoniu, Malborku, Elblągu, Bałdze, Brandenburgu (Pokarminie), Królewcu, Ragnecie i Kłajpedzie. Gęsta sieć wójtostw, włodarstw i urzędów leśnych w każdej komturii pozwalała na sprawne zarządzanie obszarem i jego ekonomiczną eksploatację45. Posiadłości w Prusach właściwych były swoistą „kuźnią kadr”, bo prawie każdy z dostojników Zakonu wcześniej był komturem w Pomezanii lub Sambii. Natomiast ziemia chełmińska i dobra kujawskie stanowiły raczej zaplecze gospodarcze46. Rozbudowa tamtejszej sieci komturstw i wieloletnia wojna ze Świętopełkiem dowodzą ponadto, że bardzo ważna była dla Krzyżaków możliwość kontrolowania ścisłej kontroli nad Wisłą na tym odcinku. Kwestie społeczne także podporządkowano gospodarczym i militarnym interesom Zakonu. Miejscy i wiejscy sołtysi zobowiązani byli do służby wojskowej jako lokalni reprezentanci korporacji. Byli także świadkami na dokumentach wystawianych przez Zakon i zobowiązano ich do roznoszenia krzyżackich pism urzędowych. Lokując miasta, Krzyżacy zastrzegali sobie prawo opiniowania wilkierza, komturowie dążyli bowiem do zachowania wobec ośrodków miejskich uprawnień ustawodawczych i sądowniczych. Rycerstwo traktowali natomiast niejednolicie, albo uznając ich pozycję, wynikającą z posiadanych uprawnień, albo starając się przejąć rycerskie dobra wokół rodowego grodu. Ekonomiczna niezdolność do pełnienia służby wojskowej powodowała w każdym przypadku utratę statusu rycerza. Już w okresie podboju Prus Krzyżacy zaczęli nadawać tamtejszym nobilom ziemię na prawie rycerskim, tworząc w ten sposób rycerstwo pruskie, zobowiązane do lekkozbrojnej konnej służby wojskowej i posiadające majątki na prawie dziedzicznym w linii męskiej i żeńskiej oraz poddanych G. Labuda, Ustrój społeczny i polityczny, [w:] Historia Pomorza…, op. cit., s. 468-470. Ibidem, s. 471-472. 46 M. Dygo, Władztwo terytorialne (1249-1309), op. cit., s. 93-99. 44 45

144


pruskich (zazwyczaj 5-20 rodzin). Tego typu władztwo gruntowe bardzo szybko rozbiło dawną, plemienną strukturę ziem pruskich47. W chwili pojawienia się Krzyżaków Prusy były krainą gospodarki naturalnej, wymiana pieniężna rozwinięta była w zasadzie tylko w ziemi chełmińskiej. Biorąc to pod uwagę, Zakon w przywilejach lokacyjnych dla Chełmna i Torunia określił zasady polityki menniczej i w całym państwie krzyżackim miały kursować jednakowe pieniądze. Podstawową jednostką płatniczą była grzywna srebra (ok. 180 g), dzielona początkowo na 60 szelągów i 720 denarów (brakteatów). W praktyce grzywna dzieliła się na 4 wiardunki, 24 skojce i 720 fenigów (brakteatów). Co dziesięć lat miano dokonywać wymiany, wydając 12 nowych monet za 14 starych. Monety bito w mennicach w Toruniu, Elblągu i Królewcu. Zakon pobierał trzy rodzaje świadczeń: państwowe, kościelne i feudalne w pieniądzu, w naturze i w usługach osobistych. Świadczenia publiczne to przede wszystkim czynsz rekognicyjny (dowód uznawania władzy) w wysokości 5 denarów chełmińskich i 2 grzywien wosku (ok. 940 g), poza tym opłaty z tytułu regaliów (za młyny, karczmy, stragany kupieckie, przewóz wiślany, wypas bydła i użytkowanie łąk, kantory wymiany pieniądza, łowienie grubego zwierza, korzystanie z barci). Do tego dochodziły jeszcze świadczenia rzeczowe, przede wszystkim przy budowie i naprawie grodów oraz służba rycerska, stosownie do nadania. Do XIV wieku rycerstwo i ludzie wolni uiszczali dziesięcinę snopową, później zamienioną na zbożową. Mieszczanie płacili czynsz ustalony w przywileju lokacyjnym, a chłopi 1 grzywnę od włóki. Ponadto Krzyżacy zbierali na własny rachunek dziesięciny kościelne, przy czym daninę zbożową stopniowo zamieniano na pieniężną. Od ludności pruskiej natomiast pobierano czynsz rekognicyjny (ok. 7 skojców od radła), podatek strażniczy (w zbożu) na obronę granicy wschodniej, a także świadczenia rzeczowe (budowa grodów i wyprawy wojenne), poza tym rentę gruntową (dziesięcina po jednym korcu pszenicy, jęczmienia i owsa od 1 radła). Wolni pruscy (tzw. Freie) nie płacili wszystkich danin, byli natomiast zobowiązani do służby wojskowej, budowy grodu, uczestniczenia w szarwarkach, uiszczania czynszu rekognicyjnego i opłaty na stróżę graniczną. Ludność wsi lokowanych na prawie niemieckim płaciła czynsz rekognicyjny (korzec pszenicy i żyta od włoki (4 radła) lub radła, w zależności od pochodzenia (ludność niemiecka była uprzywilejowana), czynsz dzierżawny, ponadto obowiązywały ją, tak jak inne grupy, robocizna i szarwarki wojenne. Trzeba dodać również, że wobec rycerstwa polskiego wprowadzono prawo, mocą którego majątek ruchomy rycerza w chwili jego śmierci w połowie przypadał Zakonowi. Opłaty i świadczenia rozliczał każdy z komturów, ale już w roku 1251 zobowiązano ich do odprowadzania nadwyżek do skarbu mistrza krajowego. Pozycję finansową Zakonu utrwaliły również dary, zapisy i jałmużny krzyżowców, przybywających do Prus48. 47 48

Ibidem, s. 99-104. G. Labuda, Ustrój społeczny i polityczny, [w:] Historia Pomorza. Tom I…, op. cit., s. 472-483.

145


Niewątpliwie równie skrupulatnie rejestrowano w państwie krzyżackim korespondencję, jaką prowadzili urzędnicy Zakonu. W każdym komturstwie istniała kancelaria, której pisma przewozili specjalni kurierzy, rekrutowani przeważnie z wolnych pruskich, zwanych Witingami. Wysoko cenieni i opłacani, (nazywani „bryffjongen”, „lauffern”, „bryfftreggern”, „boten”) w ekspresowym tempie docierali do najdalszych zakątków państwa zakonnego i krajów europejskich (np. przewiezienie pisma z Malborka do Torunia czy Człuchowa zajmowało im 24-30 godzin). Urzędnicy i władcy Zakonu byli więc dobrze poinformowani o najnowszych wydarzeniach, co także dawało im przewagę nad sąsiadami49.

6. Wojskowość krzyżacka, pomorska i piastowska. Sprawnym narzędziem polityki krzyżackiej, służącym do podboju ziem i umacniania na nich politycznego panowania Zakonu, były oddziały zbrojne. Na tle niekarnych armii feudalnych zawodowe wojska zakonne, posiłkowane przez zachodnio- i środkowoeuropejskich krzyżowców, wyróżniały się żelazną dyscypliną i wysokim poziomem wyszkolenia: „Była co prawda piechota zaciężna lub ściągnięta z miast i wsi Zakonu, ale nazwać ją krzyżacką można tylko w znaczeniu politycznym, nie wojskowym. Organizacja jej była bowiem taka sama jak innych wojsk współczesnych. Podobnie zresztą rzecz się ma z zaciężnymi chorągwiami rycerstwa lub z pospolitym ruszeniem rycerzy z państwa krzyżackiego, które prowadziły walkę zupełnie tak samo jak w innych krajach Europy. Krzyżacy w XIII wieku natomiast, dopóki nie zdobyli Prus i nie zorganizowali państwa, z braci swoich tworzyli zwarte oddziały rycerstwa, poddane ścisłym przepisom regulaminu, na owe czasy zupełnie wyjątkowego. Później, po podboju i kolonizacji Prus, bracia Zakonu pełnili funkcje administracyjne, a na wojnie byli dowódcami. W tym więc czasie, od początków XIV wieku, kawaleria krzyżacka w ścisłym tego słowa znaczeniu przestaje istnieć, co najwyżej można by się doszukać pewnych śladów w duchu wojska w Prusach i wyobrazić, pod jaką dyscypliną żyli Krzyżacy, by zdać sobie sprawę, iż mało było żołnierzy równych im w dziejach świata. Śmiało wytrzymują oni porównanie ze Spartanami, jeśli ich pod względem wartości dyscypliny nie prześcigają. Przyzwyczailiśmy się patrzeć na Krzyżaków jako na „zbójców krzyżem oznaczonych”. Jeśli jednak z zachowaniem przepisów etyki różnie u nich bywało, zresztą nie zawsze źle, to karność szarego tłumu rycerskiego była nadzwyczajna. Rozprzęgła się ona dopiero w wiekach XIV i XV”50. Wyrabiano ją przez codzienne przestrzeganie surowej reguły. Krzyżak niczego nie miał na własność, dwie zmiany odzieży (koszule, spodnie, buty, kaftany, białe płaszcze z czarnym krzyżem), worek do spania i jedną zmianę pościeli 49 50

P. Pizuński, Kurierzy z Malborka, [w:] idem, Sekretne sprawy Krzyżaków, b.m., b.d., s. 77-84. K. Górski, Kawaleria krzyżacka, „Przegląd Kawaleryjski” 1934, nr 12, s. 2.

146


dostawał od szatnego. Trzeba było też pamiętać o częstych postach, obowiązku samobiczowania się przed kapitułą trzy razy w tygodniu w czasie wielkiego postu, zakazie posiadania lub choćby tylko przechowywania pieniędzy (nawet przez jedną noc) a także ozdobnej broni czy uprzęży końskiej. Nawet w czasie snu rycerz musiał być w pogotowiu, dlatego zawsze spano w koszuli, spodniach i w butach na drewnianym łóżku z siennikiem, przy czym w dormitorium całą noc paliło się światło świec. Na spoczynek Krzyżacy udawali się między siódmą a ósmą wieczorem, zależnie od pory roku. O północy i następnie o czwartej rano budzono ich na wspólne modlitwy. Trwały one do ósmej rano, potem rycerze udawali się do stajni i zbrojowni na zajęcia. Przed obiadem ponownie się modlili, po posiłku zaś odpoczywali, modlili się i kontynuowali rozpoczęte wcześniej zajęcia. Zanim zgromadzili się w refektarzu na wieczerzę, odmawiali nieszpory, a po nich kompletę. Po niej nakazywano milczenie i udanie się na spoczynek. Od wspólnych modlitw (za stosownym zadośćuczynieniem) mogli zakonnika zwolnić zwierzchnicy tylko po długim pochodzie wojennym lub po bitwie. Co tydzień mieszkańcy zamku gromadzili się na kapitule. Po modlitwie i odczytaniu wybranej części reguły zakonnej, komtur wydawał zarządzenia, przedstawiał pod opinię współbraci aktualne sprawy, wysłuchiwał też oskarżeń. Każdy z Krzyżaków miał bowiem obowiązek głośnego wyznania w razie przekroczenia któregoś z przepisów reguły. Stosownie do popełnionego przez zakonnika wykroczenia komtur nakładał na niego karę. „Kary dzieliły się na cztery stopnie. Za występki małe, a więc w jedzeniu i piciu nieumiarkowanym oraz w mowie, stosowano jeden do trzech dni kary z dawaniem dyscypliny, co odbywało się w niedzielę. Ta kara dyscypliny dawała komturowi do rąk nader silne narzędzie do wymuszania posłuszeństwa. Karę cielesną stosowano zapewne dość często, choć przybrana była w szatę religijną. Za przewinienia kategorii drugiej, na przykład za bójki, niekarność, za spędzenie jednej nocy poza konwentem, pozbawiano winnego prawa noszenia płaszcza i naznaczano mu, aż do odwołania, karę kategorii trzeciej. O terminie decydowała cała kapituła. Ukarany w ten sposób chodził do pracy z niewolnikami, to znaczy był używany do ciężkich robót fizycznych, jadał z sierżantami, a nie za stołem braci. Przez trzy dni w tygodniu był tylko o chlebie i wodzie, ale komtur i bracia mogli mu darować dwa dni na trzy. Co niedzielę brał winny dyscyplinę od księdza, przy czym jeżeli postąpił gorsząco, karano go w kościele, jeżeli nikogo nie zgorszył – na kapitule, więc tylko wobec braci. Do przewinień kategorii trzeciej należały występki poważne: poranienie chrześcijanina (poranienie żyda lub muzułmanina było uważane za występek lżejszy), spiski i zmowy przeciw zwierzchności, kradzież, zatajenie własności, zdrada tajemnic, zniszczenie dokumentów urzędowych znajdujących się w posiadaniu Zakonu, grzech cielesny, spędzenie dwóch i więcej nocy poza klaszto147


rem, przebywanie w świecie (to znaczy podróżowanie bez potrzeby i pozwolenia). Kara była roczna, według przepisów kategorii drugiej, komtur i bracia mogli przedłużyć jej trwanie o drugi rok oraz zakuć winnego w kajdany. Przewinienia kategorii czwartej pociągały za sobą wypędzenie z Zakonu. Były to: ucieczka z pola bitwy, odstępstwo od wiary, sprzedawanie urzędów i godności, zatajenie przeszkód przyjęcia, które zachodziły u nowego kandydata do Zakonu, wreszcie sodomia. Sprzedawanie godności i zatajenie przeszkód mogły być darowane, to jest winny mógł być przyjęty z powrotem do Zakonu, inne występki powodowały wykluczenie wieczyste. Wykluczenie oznaczało wyrzucenie poza nawias społeczeństwa, bo śluby były nadal ważne, wypędzony nie mógł na przykład legalnie ożenić się, nie mógł wstąpić do innego zakonu, obciążony był hańbą wypędzenia. Społeczeństwo średniowieczne wykluczało go ze swego grona i mógł tylko jako żebrak i pokutnik dokonać swego żywota, jeśli nie chciał kroczyć drogą występku. Kary wymienione stosowano zarówno w czasie pokoju, jak i wojny, i to bez żadnej różnicy. Pokutnik odbywał w polu swą pokutę w namiocie wielkiego mistrza. Przez czas odbywania kary był pozbawiony swego konia i zbroi, które oddawano do dyspozycji wielkiego marszałka. Ten zaś mógł na czas pokuty oddać konia i  broń innemu Krzyżakowi – ukarany nie mógł się do tego wtrącać. Po skończeniu pokuty odzyskiwał swego konia i broń. Zresztą za specjalnym pozwoleniem wielkiego marszałka mógł doglądać swego konia i zbroi. Ta kara pozbawienia konia była bardzo dotkliwa, a wymierzano ją nawet za lekkie przewinienia”51. W czasie wypraw wojennych najściślej przestrzegano porządku podczas przemarszu i szarży, bo w realiach ówczesnego pola bitwy właśnie sprawny przemarsz, sformowanie i szarża ciężkiej kawalerii rozstrzygały o wyniku starcia. Kilkusetosobowy (rzadko większy) oddział opancerzonej kawalerii stanowił trzon armii. Lekkozbrojna jazda prowadziła rozpoznanie i ubezpieczenie, zajmowała się zdobywaniem i transportem zaopatrzenia, a piechoty używano głównie podczas oblężeń, prac inżynieryjnych lub obrony taborów. Obóz podczas wyprawy zakładano zawsze w ten sam sposób. Zatykano chorągiew Zakonu i sznurami wytyczano miejsce na kaplicę polową. Tylko wielki mistrz i kapelani mogli wówczas stawiać już swoje namioty, reszta w szyku konnym musiała czekać na dyspozycje wielkiego marszałka. Namioty rycerzy (początkowo jeden na trzech lub czterech) stawiano wokół kaplicy w taki sposób, aby pomiędzy nimi a kaplicą znalazło się także miejsce dla koni rycerskich. Stały one osiodłane tak długo, aż rozpoznano teren pod względem niebezpieczeństwa nagłego zagrożenia ze strony wroga. Nikt też nie mógł opuścić terenu obozu bez rozkazu lub zezwolenia. W taborach, którymi dowodził wielki marszałek, 51

Ibidem, s. 5-6.

148


zakładano kuźnię polową, siodlarnię i rymarnię oraz lazaret koński. Zaprowiantowanie było obowiązkiem szafarza, podlegającego wielkiemu komturowi. Braciom wolno było zbierać dla siebie tylko owoce i trawę – resztę zdobytej żywności musieli dosyłać szafarzowi, a ten rozdzielał ją według swojego rozeznania. Kuchni obozowej nie było, więc każdy z rycerzy razem z pocztem gotował samodzielnie. Podczas zbiórki po zwinięciu obozu herold wydawał rozkaz do siodłania koni. Rycerze zbierali się w rozwiniętym szyku, za nimi stawali bracia sierżanci i pachołkowie. W marszu przestrzegano jazdy na ogonach (tzn. jeden za drugim), wyprzedzanie było zakazane. Rycerz krzyżacki musiał dysponować co najmniej trzema końmi. Na jednym, zwanym podjezdkiem (łac. palefridus, palefroi), podróżował sam, drugiego rumaka, konia bojowego (dextrarius, dextrier) prowadził pachołek, jadący na trzecim wierzchowcu rycerza. Juki rycerza i giermka zawierały jedną zmianę odzieży, worek do spania, owies, siano dla koni, żelazną porcję żywności. Gdy nakazywano przygotowanie się do bitwy, rycerz przesiadał się na konia bojowego i przesuwał na czoło kolumny. Koniowodni pod wodzą jednego z sierżantów ze sztandarem zostawali na tyłach, oczekując na rozstrzygnięcie starcia. Inna grupa pachołków (tzw. karawanowi) prowadziła konie juczne, wiozące sprzęt obozowy i zapas żywności. Do walki rycerze krzyżaccy stawali w zwartym szyku przy chorągwi. Nie wolno było samodzielnie szarżować, każdy Krzyżak musiał utrzymywać łączność wzrokową z chorążym, który sztandarem na rozkaz dowódcy dawał znak do ataku, odwrotu lub zbiórki wokół niego. Ze względu na rolę chorążego, przydzielano mu specjalny poczet, formowany zazwyczaj z najlepszych rycerzy, bo w czasie szarży nie obowiązywał już szyk zwarty i poza znakami dawanymi przez chorążego nie można było inaczej kierować walczącymi w zamkniętych hełmach kombatantami52. „Liczba Krzyżaków w Prusach była śmiesznie mała – wraz ze służbą mogli dysponować kilkuset konnymi, w tym stu kilkudziesięcioma braćmi. Wartość bojowa Krzyżaków jednak była tak wielka, że po dziesięciu latach od przybycia do Prus dotarli aż nad Pregołę, w ciągu następnych trzydziestu złamali dwa powstania pruskie, rozszerzyli granice zdobyczy i wznieśli wiele zamków w podbitym kraju. Podbój Prus pogańskich przypomina podboje Europejczyków w Afryce i Azji. Co prawda Krzyżacy nie posiadali takiej wyższości w broni jak Europejczycy, uzbrojeni w udoskonaloną broń palną, i nie mogli wywierać tak wielkiego moralnego wrażenia na ludach podbijanych, ale wewnętrzna dyscyplina i wartość moralna (w znaczeniu przynajmniej wojskowym) każdego rycerza kompensowały ową niższość w uzbrojeniu. Krzyżacy przez podbój Prus dokonali jednego z największych czynów militarnych w średniowieczu. Toteż autorytet Zakonu w sprawach wojskowych stanął od razu bardzo wysoko. 52

Ibidem, s. 6-15.

149


W XIV wieku z całej Europy zjeżdżali się rycerze na wyprawy przeciw Litwie, by uzyskać pasowanie na rycerza i przypatrywać się krzyżackiej armii”53. Wskazany w poprzednim akapicie rząd wielkości krzyżackiej armii można porównać z potencjałem militarnym księstwa pomorskiego. Otóż według autorów pracy o koncepcjach obrony Pomorza Gdańskiego od XIII do XX wieku54, przytaczających szacunki Gerarda Labudy, książę Świętopełk w XIII wieku mógł zmobilizować od 1200 do 2000 ludzi z terenu każdego z księstw: gdańskiego, świeckiego i sławieńskiego. Liczby te dotyczą wojen obronnych, bo na wyprawy poza teren danego księstwa wynosiły odpowiednio od 300 do 500 ludzi. Biorąc pod uwagę, że na Pomorzu w XIII wieku znajdowało się 960 osad (w trzech wymienionych wyżej dzielnicach) oraz 8 miast, otrzymamy około tysiąca rycerzy z każdego z księstw. Każdy z nich na wojnę wyruszał z pocztem, więc hipotetyczna liczebność oddziałów Świętopełka z całego Pomorza mogłaby wynosić aż 3000 ludzi. Jednak droga zbroja płytowa, wchodząca wtedy w użycie oraz wymagająca odpowiedniej kondycji, drastycznie ogranicza tę liczbę do mężczyzn o pełnej sprawności po ukończeniu 20 roku życia. Część rycerzy trzeba było ulokować w grodach kasztelańskich dla ich ochrony (zwykle po 300-500 ludzi), a także do obrony miast i mniejszych grodów, w których chroniła się ludność wiejska. Ostatecznie można więc przyjąć, że w pole mógł Świętopełk wyprowadzić zaledwie od 300 do 500 rycerzy z całego podległego mu terytorium55. Zatem kilkuset konnych Krzyżaków, o których pisze Górski, to liczba porównywalna z tymi szacunkami i co najmniej równorzędny przeciwnik dla wojsk pomorskich, często walczących na kilku frontach jednocześnie. Trzeba też dodać, że rycerze krzyżaccy mieli chyba wyższe morale (wszak uczestniczyli w krucjacie!), wyszkolenie i byli zdyscyplinowani, w przeciwieństwie do niekarnych lenników książęcych. Jednak ze względu na zakonny charakter armii, u Krzyżaków nie zauważamy (przynajmniej jeszcze w XIV wieku) bardzo rozbudowanego w Europie Zachodniej, militarnego etosu rycerskiego. Rycerze Najświętszej Marii Panny walczyli przecież z wrogami Boga, a nie dla świeckiej sławy. Rycerskość rozumieli w sensie duchowym, odrzucając bogaty oręż, kształtowali swą wolę walki i poświęcenie w obronie chrześcijaństwa. Bernard z Clairvaux w dziele pt. Pochwała nowego rycerstwa wychwalał rycerzy zakonnych jako tych, którzy żyją w czystości i ubóstwie, są posłuszni, ofiarni i miłosierni, unikają rozwiązłości i bogactwa, nie słuchają pieśni poetów i nie uczestniczą w turniejach dla próżnej sławy, łącząc w ten sposób cnoty wojownika i chrześcijanina. Wzorami dla nich byli przede wszystkim święci Jerzy, Michał i Rajnold (legendarny rycerz z drużyny Karola Wielkiego), a także starotestamentowi bohaterowie: Jozue, Dawid i Juda Ma53

Ibidem, s. 15. J.R. Godlewski, W. Odyniec, Pomorze Gdańskie. Koncepcje obrony i militarnego wykorzystania od wieku XIII do roku 1939, Warszawa 1982. 55 Ibidem, s. 81-83. 54

150


chabeusz, starożytni herosi: Hektor, Cezar i Aleksander Wielki oraz współcześni średniowieczu król Artur, Karol Wielki i Gotfryd z Bouillon (dowódca pierwszej krucjaty) nazywani „Dziewięcioma Bohaterami” lub „Bohaterami Świata”56. Ciekawym świadectwem tego systemu pojęciowego jest zachowany w malborskim muzeum wapienny kapitel, wykonany w pierwszej połowie XIV wieku na terenie Prus Krzyżackich. Przedstawia on turniejową walkę dwóch rycerzy, pojedynek na miecze i kopie. Nie jest to jednak oznaka przenikania w mury zakonne świeckich wartości, a raczej pewien symbol polityczny z tej burzliwej epoki. Autor przewodnika po wystawie pisze tak: „Heraldyczny lew czeski na tarczy jednego z rycerzy mógłby wskazywać na symboliczną walkę króla czeskiego z królem polskim. Zniszczenie fragmentów rzeźby drugiego z rycerzy – Łokietka (?) mogło być świadome, jako rytualne unicestwienie wroga Zakonu”57. Ta misyjna świadomość nie przeszkadzała jednak Krzyżakom w mordowaniu chrześcijan, łupieniu ziem należących do Kościoła, niszczeniu i paleniu świątyń, bezczeszczeni relikwii, zabijaniu duchownych, gwałceniu kobiet, wyrzynaniu jeńców. Andrzej Nowakowski w książce o wojskach Zakonu58 przytacza jedną z relacji świadka na procesie warszawskim: „miasto Włocławek złupili, ograbili i spalili. A to grozą przejmuje, że i na kościół katedralny we Włocławku się targnęli, choć go poganie tknąć nie śmieli, relikwie świętych wraz z ozdobami i klejnotami zabrali, ludzi jednych spalili, innych na cmentarzach nielitościwie pozabijali”59. Okrucieństwo podczas wypraw wojska zakonnego można po części wytłumaczyć militarnym charakterem krzyżackiego państwa. Powstało ono przecież jako obcy twór na pograniczu bałtyjsko-słowiańskim, nieustannie prowadziło podjazdowe wojny i samo było wciąż atakowane. Dlatego jednym z podstawowych warunków przetrwania państwa Zakonu było zorganizowanie silnej i sprawnej armii, działającej skutecznie i samą swą sławą paraliżującą moralnie liczniejszego przeciwnika (tak samo jak w Ziemi Świętej) oraz zaopatrzenie jej w broń i oporządzenie. Broń potrzebna była zarówno dla stałych załóg zamków komturskich i pozostałych twierdz, jak i dla zaciężnych pruskich, konieczna więc była jej masowa produkcja w Prusach. Także i z tego względu, że stworzyli państwowy przemysł zbrojeniowy, Krzyżacy wyprzedzili swą epokę. Mieli bowiem, o czym była już wcześniej mowa, wszystkie po temu warunki: zcentralizowaną władzę, sprawną administrację, odpowiednie środki ekonomiczne i doświadczenie z czasów krucjat w Palestynie. Sprawami uzbrojenia zajmował się wielki marszałek Zakonu. Jemu podleA. R. Chodyński, Obyczajowość stanu rycerskiego, [w:] idem, Barwa i broń w czasach krzyżackich od XIII do połowy XVI wieku. Przewodnik po wystawie, Malbork 2003, s. 40-42. 57 Ibidem, s. 56. 58 A. Nowakowski, O wojskach Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie zwanego krzyżackim, Olsztyn 1988. 59 Ibidem, s. 39. 56

151


gały zamkowe kuźnie, warsztaty płatnerzy, wytwórnie tarcz i kuszarnie, siodlarnie w większych zamkach, a później (od drugiej połowy XIV wieku, najstarsza wzmianka o artylerii w arsenale zamku w Lipienku pochodzi z 1374 roku)60 produkcja dział, amunicji, prochu i sprzętu artyleryjskiego. Ponadto kupowano za granicą i składano w arsenałach zamkowych zbroje (pancerze kolcze, kirysy płytowe, naręczaki, obojczyki, nagolenniki), ciężkie tarcze piechoty („stormtartschen”), półtora- lub dwuręczne miecze, kusze, topory, piki, hełmy (przede wszystkim kapaliny). W każdym zamku znajdowały się co najmniej dwie zbrojownie: jedna dla załogi zamku komturskiego lub wójtowskiego i druga – mobilizacyjna. Najważniejsze magazyny uzbrojenia znajdowały się w Malborku i Królewcu, a także w Dzierzgoniu, Elblągu i Bałdze, a po opanowaniu Pomorza również w Gdańsku61. Krzyżacy w zbrojowniach przechowywali także elementy drewnianych machin oblężniczych, transportowane w taborach i montowane bezpośrednio pod obleganym grodem.

7. Walka o Pomorze w latach 1301-1305. Swoją ekspansję terytorialną Krzyżacy zręcznie motywowali ideologicznie. Sformowana przez św. Augustyna koncepcja wojny sprawiedliwej została zmodyfikowana w okresie pierwszych krucjat. Według Jacquesa Le Goffa62 na przełomie X/XI wieku rozpowszechniło się przekonanie, iż w społeczeństwie istnieją trzy stany: oratores, laboratores i bellatores. Mnisi, księża, chłopi i rzemieślnicy nie używają oręża. Tylko ci ostatni, czyli wojownicy, byli obrońcami Boga, wdów, sierot i ubogich. Miecza mogli dobywać także w obronie miejsc świętych i dla nawrócenia pogan, prowadząc świętą wojnę, o ile zawiodły wcześniejsze, pokojowe próby rozwiązania konfliktu. Świętą wojnę uważano przy tym za wyższą formę wojny sprawiedliwej, czyli prowadzonej w słusznej intencji (w Prusach – nawrócenie pogan), pod wodzą uznanego autorytetu (Krzyżacy cieszyli się wsparciem i papiestwa, i cesarstwa), w celu obronnym lub dla odzyskania dóbr niesprawiedliwie zabranych (Krzyżacy formalnie bronili swoich praw do Pomorza z nadania króla czeskiego, a wcześniej bronili tego terenu przed zakusami Brandenburgii). Właśnie dlatego Zakon krzyżacki (przynajmniej do początków XV wieku) licznie wspierali rycerze zachodnioeuropejscy. Udział w krucjacie był dla nich gwarancją zbawienia, bo tak mówili kaznodzieje63. Dyplomaci Zakonu potrafili także wykorzystać szansę, jaką stworzyła im polityka władców regionu 60

Ibidem, s. 113. Ibidem, s. 101-120. 62 J. Le Goff, Krucjata – część II. I chrześcijaństwo wymyśliło sprawiedliwą wojnę, [w:] idem, Długie średniowiecze, przeł. M. Żurowska, Warszawa 2007. 63 Ibidem, s. 73-81. 61

152


nadbałtyckiego. Wacław II, zajęty przygotowania mi do wojny na terenie Węgier, mistrzowi krajowemu pruskiemu Helwigowi von Goldbach i Krzyżakom zlecił „najwyższą opiekę” nad Pomorzem. Oznaczało to, że wojewoda i starosta pomorscy powinni wszystkie sprawy tej dzielnicy załatwiać w porozumieniu z nimi i za ich radą64. Akt mistrza pruskiego datowany jest na maj 1301 roku, ale historycy przypuszczają, że stało się to wcześniej (być może już w 1300 roku). Gdy pod koniec roku 1300, już po koronacji Wacława II na króla Polski, litewskie oddziały spustoszyły ziemie Siemowita dobrzyńskiego, lennika króla, Krzyżacy rozgromili jeden z podjazdów na terenie ziemi chełmińskiej, więc układ między królem polskim a mistrzem krajowym pruskim musiał już obowiązywać. Pośrednim dowodem jest także założenie przez Krzyżaków komturstwa na Kujawach brzeskich, przekazanych im przez Wacława kosztem pokonanego Łokietka. Zwolennicy księcia piastowskiego na Pomorzu mogli uważać, że prawo do objęcia tam władzy ma Wisław II rugijski, który roszczenia takie składał jeszcze za życia Mściwoja II w 1289 r. i po śmierci, w roku 1295. Król Wacław II poważnie obawiał się zagrożenia ze strony Wisława na Pomorzu. Książę Rugii współdziałał przy tym z dawnym sojusznikiem Łokietka, Bogusławem IV wołogojskim, ponadto był zaufanym posłem króla duńskiego Eryka Menveda i pozostawał w dobrych stosunkach z królem norweskim Hakonem. Wkrótce do sojuszu Wisława i Bogusława dołączył też książę Otto I szczeciński – wszyscy byli wrogami Brandenburgii i jej wpływów na Pomorzu. Pozycja międzynarodowa Wisława była więc silna. Wacław II z kolei przed swoją wyprawą do Polski uzyskał od króla rzymskiego Albrechta Habsburga lenne nadanie ziem, które opanuje kosztem Władysława Łokietka. Na początku 1301 roku (w marcu) syn księcia rugijskiego, Sambor, przybył do Sławna, a rycerstwo ziemi sławieńskiej, słupskiej oraz białogardzkiej prawdopodobnie udzieliło mu poparcia. Dlatego Wacław II, nie mogąc zbyt długo przebywać nad Bałtykiem ze względu na konieczność udania się na Węgry, gdzie jego syn, koronowany 27 lipca 1301 r. jako Władysław IV, zagrożony był przez pretendenta do korony Karola Roberta Andegaweńskiego, zlecił Zakonowi w swoim imieniu „opiekę” nad Pomorzem65. Krzyżacy w tym czasie zdołali zakończyć fatalny dla nich propagandowo i dyplomatycznie konflikt z biskupem ryskim. Arcybiskup Jan III zmarł w grudniu 1300 r., a jego następcą został Isarn, dotychczas kapelan papieski, niezaangażowany w spór, co więcej – wrogo nastawiony do króla duńskiego, będącego rywalem Krzyżaków w Inflantach. Jednocześnie zawieszenie broni zawarł z ZaJ. Powierski, Studia nad polityką Krzyżaków i ich sąsiadów w początkach XIV wieku. Część 1, [w:] Ludzie, władza, posiadłości. Gdańskie Studia z Dziejów Średniowiecza nr 1, pod red. J. Powierskiego i B. Śliwińskiego, Gdańsk 1994, s. 124-125. 65 Ibidem, s. 126-127 i 139-148. 64

153


konem zagrożony przez Szwedów (wcześniej atakowany również przez Krzyżaków) wielki książę Nowogrodu, Andriej, syn Aleksandra Newskiego (w lutym lub marcu 1301 roku)66. Najprawdopodobniej 9 kwietnia 1301 roku Helwig von Goldbach podczas pobytu w Grudziądzu dowiedział się od komturów brzeskiego i toruńskiego o akcji Sambora Wisławowica na ziemi sławieńskiej oraz o przejściu na jego stronę grupy rycerstwa pomorskiego i szybko udał się na czele sił z komturstwa chełmińskiego do Gdańska, aby wypełnić zadanie powierzone mu przez Wacława II. Tam mistrz pruski wezwał wojewodę i starostę krajowego Święcę i sędziego krajowego Boguszę, by przedstawić im swój plan. Gdańscy rycerze, mieszczanie i rybacy przekazać mieli miasto i gród Helwigowi i Krzyżakom „ad manum” króla Czech i Polski, aby tym samym wytrwali w wierności Wacławowi II. Helwig przyznawał, że nie ma bezpośredniego upoważnienia do takiej akcji, ale też sugerował, iż gdyby król nie uznał jego działań za słuszne, Krzyżacy dobrowolnie opuszczą gdański gród i miasto. Poza tym przyrzekał zachowanie wszystkich nadanych do tej pory praw, gdyby Wacław II przekazał Zakonowi ten gród67. Najwyraźniej pomorscy możnowładcy przyjęli warunki Krzyżaków, bo jako rekompensatę Piotr Święca 28 czerwca 1301 roku otrzymał od króla wsie Zbysław i Cekcyn w kasztelanii świeckiej oraz miasto Nowe nad Wisłą wraz z całym okręgiem. Wacław II nie zamierzał na stałe przekazać Zakonowi Gdańska, myślał raczej o obronie miasta przed książętami zachodniopomorskimi. Jednak oni zaangażowali się w walki z Brandenburgią i w związku z tym do końca roku 1301 Zakon chyba nie podejmował działań zbrojnych przeciwko Rugijczykom. Krzyżacy podjęli się wtedy także arbitrażu w sporze między Leszkiem Siemomysławicem inowrocławsko-kujawskim i Siemowitem dobrzyńskim o ziemię Michałowską, którą ostatecznie książę kujawski jako prawowity właściciel zastawił Zakonowi (15 listopada 1303 r.). Jesienią 1301 roku papież Bonifacy VIII nakazał swemu legatowi rozstrzygnąć spór o tron węgierski, natomiast 10 maja 1302 roku w piśmie do Wacława II zakazał mu używania tytułu króla Polski oraz wykonywania władzy w Polsce lub jakiejkolwiek jej części bez zgody papieskiej. Zimą tego roku bowiem Łokietek razem z Rusinami, Tatarami i Litwinami spustoszył ziemię sandomierską, przypominając o swoich prawach do korony polskiej. Ponadto wydaje się, że w Polsce narastała niechęć do czeskich rządów, między innymi wśród duchowieństwa z arcybiskupem Jakubem Świnką na czele. Wacław II zachęcił więc Krzyżaków do wszczęcia energiczniejszych działań przeciwko jego wrogom. W czerwcu 1302 roku Wisław rugijski osobiście przybył na ziemię sławieńską i użył tytułu „princeps Ruyanorum et dux Pomeranorum”, co mogło być reakcją na 66 67

Ibidem, s. 130-137. Ibidem, s. 144-145.

154


atak Zakonu, wyparł księcia rugijskiego z ziemi białogardzkiej i słupskiej68. Ziemię sławieńską natomiast Wisław sprzedał wkrótce biskupowi kamieńskiemu Henrykowi (między 1302 a 1303 rokiem). Atakiem krzyżackim kierował Helwig, który zaraz potem zrezygnował z funkcji mistrza krajowego pruskiego. Dowiedziawszy się o tym, Wacław II uznał, że umowa, której von Goldbach był gwarantem, przestała obwiązywać i po 6 października 1302 roku odsunął Krzyżaków z Gdańska i Brześcia, bo już 25 stycznia 1303 roku jako starosta Kujaw i Pomorza występował Tas z Vizmburka69. Nie przeszkodziło to jednak później Zakonowi powoływać się na uprawnienia do „najwyższej opieki” nad Pomorzem w imieniu króla polskiego. Tym bardziej, że za zasługi w obronie tej ziemi król czeski nadał Krzyżakom pięć wsi wraz z ich okręgami na zachodnim brzegu Wisły: Borzechowo i Zblewo, „Globen” i „Zubesow” (dziś połączone jako Bzowo) koło Nowego i Tymawę pod Gniewem. W ten sposób niemal dwukrotnie powiększył się obszar posiadłości Zakonu na Pomorzu. Jan Powierski zasugerował70, że w tym samym czasie mieszczanie gdańscy, pozostający w dobrych stosunkach z biskupem włocławskim (czego wyrazem miało być kilkuletnie zwolnienie ich z dziesięcin z miejskich lasów), aktywnie dążyli do usunięcia Krzyżaków z Gdańska i tym samym ściągnęli na siebie zemstę Zakonu w roku 1308. W październiku 1303 roku oddziały pomorskie i czeskiego starosty Fryderyka z Czachovic wyruszyły przeciwko biskupowi kamieńskiemu. Podpisana przez Henryka von Wachholtz i starostę czeskiego 2 stycznia 1304 roku wstępna ugoda oznaczała odzyskanie przez Pomorze Wschodnie ziemi sławieńskiej. Arbitrem, wybranym przez obie strony konfliktu, został krzyżacki mistrz krajowy pruski Konrad Sack71. Jednak był to jeden z ostatnich sukcesów politycznych króla Wacława II. W kwietniu 1303 roku papież Bonifacy VIII porozumiał się z królem niemieckim Albrechtem I Habsburgiem, uznając wybór na „króla rzymskiego”, a w maju (31) specjalną bullą nakazał mu odebrać Wacławowi trony węgierski i polski. Rychła śmierć papieża (7 czerwca 1304 r.) nie rozbiła tej koalicji, wrogiej rosnącemu w siłę królowi czeskiemu, bo następcą Bonifacego VIII został Benedykt XI, poprzednio legat papieski pośredniczący między Stolicą Piotrową a cesarzem. Jedynym wiernym sojusznikiem Wacława II okazali się margrabiowie brandenburscy, wspierający go zbrojnie na Węgrzech, ponieważ niedawno nabytą marchię miśnieńską otrzymali jako zastaw z rąk tego króla. Wcześniej jednak Wacław II ziemię tę otrzymał jako zastaw od Albrechta, więc stała się ona osią J. Powierski, Studia nad polityką…, s. 153-175. Ibidem, s. 177-189. 70 J. Powierski, Studia nad polityką Krzyżaków i ich sąsiadów w początkach XIV wieku. Część 2, [w:] Władcy, mnisi, rycerze. Gdańskie Studia z Dziejów Średniowiecza nr 3, pod red. B. Śliwińskiego, Gdańsk 1996, s. 127-128. 71 B. Śliwiński, Pomorze Wschodnie w okresie…, op. cit., s. 68-73. 68 69

155


sporu. Margrabiowie wzięli stronę króla czeskiego i silne oddziały brandenburskie (ponad 5000 rycerzy) Ottona IV ze Strzałą, Jana IV, Hermana i Waldemara pomogły mu także odeprzeć najazd cesarza na Czechy. Pod koniec 1304 roku z północnych Węgier dolinami Popradu i Dunajca przedostał się do Małopolski Władysław Łokietek. Wkrótce opanował Sandomierz i część ziemi krakowskiej (bez grodu), ziemie łęczycka i sieradzka uznały jego władzę, a na Kujawach brzeskich wybuchło antyczeskie powstanie. Również książę inowrocławski Przemysł wypowiedział posłuszeństwo staroście Wacława II. Jego syn i następca, Wacław III, dążąc do pokoju z królem Albrechtem, zaproponował Brandenburczykom (8 sierpnia 1305 r.), aby przekazali mu Miśnię w zamian za pełne prawa własności do Pomorza Gdańskiego72. „(…) margrabiowie mieli świadomość, że za cenę ustąpienia z marchii miśnieńskiej mogą w tym momencie żądać bardzo dużo, a wykorzystując trudne położenie Wacława III zażądali ziemi, o którą od dawna zabiegali, a więc właśnie Pomorza Wschodniego”73. Wieść o tym niewątpliwie utwierdzała opozycję antyczeską w jej zamiarze przejścia na stronę Łokietka. Margrabiowie jednak zaangażowani byli do 1306 roku w sprawy północnoniemieckie, więc wymiana nie dokonała się natychmiast. Poza tym na propozycję Wacława, by Brandenburgia przejęła Pomorze, bardzo niechętnie patrzyli Krzyżacy. Już w roku 1301 ujawnili oni chęć zajęcia Gdańska i nie mieli zamiaru ustąpić ze swojej strefy wpływów. Pozostawali przy tym w dobrych stosunkach z Wacławem III – pomogli jego wojskom odeprzeć litewski najazd na ziemię kaliską, w której czeski starosta Wielkopolski i Kujaw Ulryk z Boskowic zmagał się z powstańcami. Kolejnemu tamtejszemu staroście Krzyżacy zaproponowali pośrednictwo w rokowaniach ze zwolennikami Łokietka, doprowadzając 25 stycznia 1306 roku do zawarcia rozejmu. Wydaje się, że Zakon z premedytacją działał bardziej na korzyść Władysława Łokietka, słabszego niż margrabiowie Brandenburgii, bo ewentualne (ponowne) objęcie przez niego Pomorza byłoby mniej niebezpieczne dla Zakonu, niż brandenburskie panowanie nad Gdańskiem. Jednocześnie krzyżaccy dyplomaci na dworze praskim próbowali wpłynąć na Wacława III, by zmienił on decyzję w sprawie zamiany Miśni i Pomorza. Jednak sprawy skomplikowały się w chwili, w której nieznani sprawcy zamordowali króla czeskiego w Ołomuńcu (4 sierpnia 1306 r.)74. „Na Pomorzu z chwilą upadku rządów czeskich stronnicy Władysława Łokietka zdobyli zdecydowaną przewagę. Zapewne pod presją tej przewagi wśród osób wzywających Łokietka do objęcia Pomorza znaleźli się również Święco72

Ibidem, s. 73-77. Ibidem, s. 77. 74 Ibidem, s. 77-80. 73

156


wie”75. Na początku XIV wieku zwyczajową formułą dokumentów, ogłaszanych przez władców, stało się zapewnienie, że działanie księcia odbywa się „za wiedzą i zgodą baronów”76. Wspomniany przed chwilą możny ród Święców i jego konflikt z Władysławem Łokietkiem miał, jak się w przyszłości okaże, decydujący wpływ na odpadnięcie Pomorza od Królestwa Polskiego. Analizując karierę przedstawicieli tego rodu, Błażej Śliwiński wysunął hipotezę, iż jego wzlot i upadek splata się ściśle z pozornie błahym epizodem w polityce dynastycznej władców Pomorza. Święcowie należeli do tych poddanych Warcisława II gdańskiego, których szybki jego upadek zaskoczył na tyle, iż nie zdołali księciu udzielić pomocy podczas wojny domowej, jaką toczył z Mściwojem II świeckim. Zwycięzca zaś, umacniając swą pozycję na świeżo zdobytych ziemiach, przyjął najważniejszych możnych do grona swych doradców. Układ kępiński ugruntował pozycję Święców i innych baronów pomorskich (nie zgodzili się oni np. na to, by następcami Mściwoja zostali margrabiowie brandenburscy lub książę rugijski). O ile bowiem Świętopełk w czasie swych długich rządów tylko raz odwołał się do zgody i wiedzy możnych, jego syn tę formułę w dokumentach przez siebie wystawianych zastosował dowodnie aż osiemnaście razy77. Wśród tych rodów na plan pierwszy szybko wysunęła się rodzina Święców. Na przełomie stuleci reprezentują ją: Święca senior, jego młodszy brat Wawrzyniec, synowie Piotr, Wawrzyniec i Jan oraz krewni Michał i Mścina, przodkowie późniejszej rodziny Puttkamerów. Gniazdo rodzinne tego rodu (zwarty, czterowioskowy kompleks dóbr) znajdowało się w okolicy Słupska. Pierwsza wzmianka (1257 r.) o Święcy podaje, iż był on zaledwie podstolim w Sławnie, jednak już w 1266 r. obejmuje on w Słupsku urząd podkomorzego. W czasie wojny domowej nie opowiedział się po żadnej ze stron i we wrześniu 1275 roku, podczas zaślubin Mściwoja II z Eufrozyną, wdową po księciu kujawskim Kazimierzu, został wyniesiony do godności kasztelana słupskiego. Ten właśnie moment (mariaż księcia pomorskiego i kujawskiej księżnej) stanie się także w przyszłości przyczyną niechęci Łokietka do Święców. Rok później jest już Święca senior jednym z dwóch urzędników, którzy jako pierwsi w historii Pomorza Gdańskiego uwiarygodniają dokument książęcy własną pieczęcią. Był również świadkiem i uczestnikiem układu książąt w Kępnie oraz rokowań w Miliczu jako zdeklarowany zwolennik zbliżenia wielkopolsko-pomorskiego. Natomiast w roku 1285 ujawnił spisek, zwany „buntem Dziwana”. Kiedy pochodzący z Prus ród Wajsyla w czasie wojny z Warcisławem poparł K. Jasiński, Ponowne rządy Władysława Łokietka (1306-1309), [w:] Historia Gdańska. Tom I do roku 1454, pod red. E. Cieślaka, Gdańsk 1978, s. 318. 76 B. Śliwiński, Możnowładztwo i rycerstwo wschodniopomorskie na przełomie XIII i XIV wieku, [w:] idem, Pomorze Wschodnie w okresie rządów…, op. cit, s. 82-83. 77 Ibidem, s. 82-85. 75

157


Mściwoja, w nagrodę otrzymał urzędy wojewody gdańskiego i tczewskiego. Dziwan, syn Wajsyla, prawdopodobnie niezadowolony był ze zbliżenia Wielkopolski i Pomorza, bo odsuwało to w czasie możliwość wojny z Krzyżakami, na której temu rodowi emigrantów z Prus bardzo zależało. Jednak spisek został zdemaskowany, a urzędy objął po Wasylu Święca, stając się tym samym najważniejszym urzędnikiem „północnopomorskim”. Rywalizować z nim wtedy mogła już tylko „południowopomorska” rodzina Wyszeliców (Paweł, Stanisław i Adam), nobilów pruskich, dzierżących urzędy w Świeciu nad Wisłą. Święca optował za kandydaturą Przemysła II jako następcy Mściwoja II, choć chciał także rozszerzenia sukcesji na księcia Bogusława IV. O jego randze świadczy formuła, użyta przez Mściwoja na dokumencie z czasu ostatniej podróży księcia – otóż przywilej dla Tczewa książę zawiadamia, że czyni to za zgodą „najczcigodniejszego pana Święcy”. W okresie rządów Przemysła II możnowładca ten uzyskał nadanie Ustki wraz z portem morskim u ujścia Słupi. Podobnie jak starszy brat, tak i Wawrzyniec zebrał znaczny majątek ziemski (co najmniej 11 wsi w pobliżu Słupska). Bezpośrednio po śmierci króla polskiego wojewoda Święca chciał, by rządy na Pomorzu objął Bogusław IV, rychło jednak nawiązał współpracę z Władysławem Łokietkiem, gdy ten przybył do Gdańska. W roku 1298 wojska księcia kujawskiego i Bogusława IV walczyły z Brandenburczykami w okolicach Choszczna i Pełczyc, a pośrednikiem między obydwoma władcami był właśnie Święca. Utrzymał on urząd wojewody gdańskiego, ponieważ Łokietek kierując się chłodną kalkulacją, mimo osobistej do niego niechęci potrzebował wpływowych sojuszników na nowym dla siebie terenie78. Jednocześnie jednak książę (w roku 1296) wojewodą pomorskim, a więc jakby zwierzchnikiem wszystkich dotychczasowych urzędników tej ziemi, mianował Mikołaja Zarembę z Wielkopolski. Choć ten nigdy nie przybył na Pomorze, ambicje Święcy zostały podrażnione. Co gorsza, podczas objazdu dzielnicy w Sławnie, „rodzinnym” mieście Święców, Łokietek kasztelanem mianował miejscowego możnego Mateusza, wojewodą tczewskim został wygnany przed dziesięciu laty Prus – Wajsyl, a gdańskim – Unisław z Lublewa, niedawny zwolennik rządów księcia kujawskiego Leszka. Paradoksalnie w roku 1298 na Święców spotyka niespodziewanie mnóstwo zaszczytów. Wtedy Łokietek zaczyna już bowiem tracić władzę, wszelkimi sposobami próbując zjednać sobie stronników. Koniunkturalnie władca polski zapomina (na chwilę) o niechęci do Święców. Podejrzewał bowiem, iż przez podsunięcie staremu księciu młodej nowicjuszki zakonu norbertanek w Słupsku – Sułki – prawdopodobnie w roku 1288 ułatwili Mściwojowi II unieważnienie małżeństwa z Eufrozyną, której Łokietek był synem. Matkę kochał bardzo i głęboko przeżył jej upokorzenie, a tych, za których wiedzą i zgodą się to odbyło 78

Ibidem, s. 85-96.

158


– znienawidził. W Słupsku rządził zaś wtedy właśnie Święca. Gdy jednak w Wielkopolsce podniósł się bunt przeciwko księciu kujawskiemu, ten pospiesznie przywrócił Święcy tytuł wojewody gdańskiego. Ten zaś szybko przyczynił się do ponownego odsunięcia nobilów pruskich i zaczął nazywać się starostą księcia Władysława na całym Pomorzu albo wojewodą pomorskim79. W roku 1299 na scenie politycznej dzielnicy pojawia się syn Święcy – Piotr. W  przywileju Łokietka występuje już nie jako prepozyt kaliski, ale także jako kanclerz pomorski. Od tej pory wojewoda pomorski wraz z synem towarzyszą księciu polskiemu na każdym kroku, a ten, opuszczając Pomorze, mianował Święcę generalnym wójtem i poborcą ceł na całą dzielnicę. Święcowie kontrolowali więc politykę wewnętrzną Pomorza, zagraniczną (formuła wiedzy i zgody), a także finanse. Po upadku Łokietka udało im się utrzymać tę pozycję, a Święca został nawet starostą czeskiego króla (1301 r.), o czym była mowa nieco wcześniej. W roku 1301 zgodnie współpracowali z Krzyżakami podczas wojny z Wisławem rugijskim, a nagrodą były nadania w okolicach Tucholi i Nowego nad Wisłą kosztem dotychczas je posiadającego Aleksego z Lekinsteinu, zwolennika księcia Łokietka. Oskarżając także Wyszeliców o zdradę, Piotr Święca spowodował odebranie im przez Wacława II godności kasztelańskiej w Świeciu i Starogardu, przekazanego Święcom. Tym samym ród ten osiągnął czołową pozycję na całym Pomorzu Gdańskim. Rok 1302 poświęcili oni na umacnianie się w Nowem i okolicy, przyciągając do siebie grupę średniego i drobnego rycerstwa, np. Gotszalka z Jani, Dziwana z Kopytkowa, czy Stefana ze Świerkocina (obecnie Luchowo koło Nowego). Umieli także wykorzystać atrakcyjne położenie Bysławia i Cekcyna, położonych przy tzw. „drodze margrabiów” z północnych Niemiec przez Chojnice i Tucholę do Świecia i Prus. Prawdopodobnie przed 1305 rokiem lokowali miasto w Tucholi, przenosząc tu ośrodek władzy z pobliskiego Raciąża, spalonego w 1256 roku przez wojska kujawskie. W lipcu 1305 roku Piotr Święca jako posag Elżbiety, córki podkomorzego Królestwa Czech, otrzymał z rąk króla wsie Raciąż i Stobno koło Tucholi oraz Serock, będący siedzibą kasztelanii, jednak wkrótce kłopoty finansowe zmusiły go do sprzedania Starogardu Krzyżakom. Z wizyty na dworze królewskim w Pradze Piotr wrócił (świetnie ożeniony) jako starosta pomorski, w dodatku Wacław III wymusił na poddanym margrabiów brandenburskich (w ramach wspomnianego wcześniej układu) Ludwiku Wedlu ustąpienie ze Sławna i Polanowa na korzyść Święców. Piotr zaś ze swej strony robił na Pomorzu wszystko, by osłabić przeciwników układu pomiędzy Albrechtem Habsburgiem, Wacławem III i Brandenburgią. Na kasztelanię tczewską przywrócił Piotra Glabunowica i Ramotę, członków skonfliktowanej niegdyś ze Święcami rodziny Wajsylewiców, zyskując tym sposobem sojusznika przeciwko krzyżackim zakusom przejęcia Pomorza. 79

Ibidem, s. 97-105.

159


Panowanie Przemyślidów kończyło się więc planem przekazania tej dzielnicy margrabiom brandenburskim i zgodą najważniejszych rodów na takie rozwiązanie. Piotr Święca, kształcony w Magdeburgu, wychowany w epoce samodzielności politycznej Pomorza i pamiętający pierwsze, nieudolne rządy Łokietka nie widział już (jak jego ojciec) konieczności związków z Polską. Możnowładztwo wielkopolskie odsunęło księcia polskiego od sprawowania władzy i przekazali ją innemu Piastowi – Henrykowi głogowskiemu. Pomorzanie nie mogli znaleźć podobnego kandydata80. „Stąd też możni pomorscy z ówczesnego młodego pokolenia, znający już dalsze kraje, potrafiący dostrzec ich postęp cywilizacyjny i własną zaściankowość, a co nie mniej istotne – chcący odgrywać rolę panów feudalnych wzorem na pół samodzielnego możnowładztwa z Marchii Brandenburskiej – wyrazili zgodę na rządy margrabiów brandenburskich”81. Marchia brandenburska pragnęła zdobyć dostęp do morza, chcąc zostać państwem „pełnym” terytorialnie82. Powrót Łokietka na Pomorze oznaczał więc kolejny konflikt i wielostronną rywalizację o pomorskie terytorium między Brandenburgią, Święcami (oraz innymi możnymi – Wyszelicami, Wajsylewicami, kasztelanem puckim Wojsławem, dziedzicami Lublewa, sędzim Boguszą) i Łokietkiem. Sytuację komplikowało także i to, że również Zakon krzyżacki powiększył tu swój stan posiadania, co oznaczało, że Krzyżacy nie zrezygnowali z opanowania Pomorza, stanowiącego korytarz prowadzący z Prus do Rzeszy. Przed rokiem 1308 oprócz ziemi gniewskiej, południowej części Mierzei Wiślanej, Wielkich Żuław posiadali już na zachodnim brzegu Wisły Borzechowo i Zblewo, wsie w okręgu nowskim i Tymawę, a także należące do komturstwa grudziądzkiego wsie Zajączkowo wraz z folwarkiem i młynem oraz Mątawy i Lalkowy, poza tym Starogard Gdański i Rywałd (najprawdopodobniej wszystkie odkupione od Święców).W okolicy Starogardu i Zblewa miały do nich należeć również wsie Białachowo, Miradowo, Szteklin, Radziejewo83.

Błażej Śliwiński, Możnowładztwo i rycerstwo…, op. cit., s. 106-130. Ibidem, s. 130. 82 M. Grzegorz, Rozbiór księstwa pomorsko-gdańsko-sławieńsko-słupskiego w wyniku agresji brandenbursko-krzyżackiej, [w:] idem, Pomorze Gdańskie pod rządami Zakonu krzyżackiego w latach 1308-1466, Bydgoszcz 1997, s. 43. 83 Ibidem, s. 17-42. 80 81

160


Grzegorz Rogowski

Procesy osób oskarżonych o czarostwo w Nowem i okolicy w latach 1689-1747 (cz. I) Siły nadprzyrodzone, duchy, czary były zjawiskami, którymi ludzie tłumaczyli sobie to, co przekraczało ich sposób pojmowania świata. Z czasem stwarzały także możliwości manipulowania nimi w zależności od aktualnych potrzeb bardziej światłych grup społecznych. Właśnie takie wyobrażenie świata rozbudzane zapewne bezsennymi nocami (a jak wiadomo gdy rozum śpi, budzą się demony), legły u podstaw szeroko rozumianej mitologii, którą spotykamy w wielu starożytnych kulturach. Wspólne tradycje i wierzenia pozwalały wyznaczać granice zachowania i radzić sobie ze zmianą. W okresie przemian każda społeczność potrzebuje mitów. Czasami są one zaproszeniem do kwestionowania obowiązujących dotychczas zasad. Egzekwują też ich przestrzeganie dużo skuteczniej niż wprost wyrażane nakazy. Początki mitologii, legend i sag giną w mrokach przeszłości. Elementem, który je zespala, są czary oraz osoby potrafiące ponoć je stosować. Nie istniało nigdy społeczeństwo całkowicie wolne od wiary w magię. Jednak dopiero u schyłku średniowiecza zaczęto masowo ścigać ludzi pod zarzutem uprawiania czarów.

Dlaczego dobrze mieć kozła ofiarnego? Praktycznie od zawsze ludzie starali się znaleźć pośród swoich społeczności osoby, wobec których można było kierować niezadowolenie i wrogość. To ich obecność miała tłumaczyć zło, które spotyka innych. W starożytności byli to chrześcijanie. W wiekach średnich i czasach późniejszych ostracyzm spotkał heretyków, Żydów oraz osoby, wobec których postawiono zarzut czarostwa. Elementem skutecznie podsycającym niechęć był strach. Na kozła ofiarnego można było kierować nienawiść społeczną, przekonać ludzi, że to nie rządzący i narzucane przez nich systemy prawne, lecz pewne grupy winne są trudnościom i brakom występującym w życiu codziennym.1

M. Bogucka, Problematyka kozła ofiarnego na przykładzie szału polowań na czarownice. [w:] Kategorie i funkcje społeczne kultury w perspektywie historycznej, 2013, s. 175 1

161


Narzędzia ideologiczne. W XI-XII wieku, kiedy doszło do konfliktu między władzą świecką a kościelną o prym nad społeczeństwem, Kościół usiłował przejąć całkowitą kontrolę nad życiem codziennym ludzi. W 1326 roku papież Jan XXII, który sam wierzył w czary i praktyki z nimi związane, wydał bullę Super illiusspecula (Na wysokościach Tego), w niej nakazał karać za czary jak za herezję: śmiercią na stosie. Jan XXII we wspomnianym dokumencie zakwestionował i zmienił dotychczasowe spojrzenie Kościoła na kwestię czarów. Do tej pory uważano magię za iluzję, która nie ma żadnego wpływu na rzeczywistość, Jan XXII był innego zdania i wykorzystując swój autorytet, postanowił to zmienić. Jacek Wijaczka w artykule recenzyjnym pisze: Również wtedy zaczął się kształtować zakres pojęciowy „czarostwa”, w którego skład weszło pięć zasadniczych elementów: 1) pakt z diabłem, 2) utrzymywanie kontaktów cielesnych z diabłem, 3) umiejętność latania w powietrzu, 4) sabat, 5) czary szkodliwe. Do tych pięciu głównych punktów dodawano jeszcze dalsze wyobrażenia, takie jak wiara w wilkołaki, umiejętność przybierania postaci zwierząt, rodzenie potworów ze związku z diabłem oraz psucie pogody.2 W 1484 roku papież Innocenty VIII ogłosił bullę Summis desiderantes affectibus (Pragnąc najgoręcej) potępiającą czary. Teologicznych i prawnych podstaw polowań na czarownice dostarczyła zaś książka wydana w 1487 roku. Stała się ona podstawowym podręcznikiem do walki z pomocnicami szatana: Malleus maleficarum, czyli Młot na czarownice autorstwa dominikańskiego inkwizytora Heinricha Kramera, który dopisał jako współautora Jakuba Sprengera, prawdopodobnie, aby dodać swojej pracy większego znaczenia. Tekst ten określał magię jako pakt z szatanem. Opisywał sposoby rozpoznawania czarownic oraz metody ich zwalczania. Niewątpliwie wynalazek druku przyczynił się do rozprzestrzenienia wiary w istnienie osób będących na usługach diabła. Nie należy jednak tego elementu przeceniać, zważywszy na to, że opanowanie umiejętności radzenia sobie ze słowem pisanym dotyczyło wąskiego grona osób. Ważniejszym sposobem rozprzestrzeniania się wiary w czarostwo były kazania głoszone wśród wiernych każdego stanu społecznego. To one, wzmacniane autorytetem Kościoła, rozpalały wyobraźnię i czyniły zło namacalnym i wszechobecnym. Cały kontynent europejski ogarnęła moralna panika.3

2 3

J. Wijaczka, Procesy o czary w Polsce w epoce wczesnonowożytnej, Artykuły recenzyjne i recenzje, s. 114 J. Wijaczka, Polowanie na czarownice i czarowników w Nowem …, s. 125

162


Skąd ten diabeł? W różnych religiach Bóg tworzył dobre i czyste anioły, które z czasem poddawał próbie. Niektóre wychodziły z niej zwycięsko, inne się buntowały i zostały odrzucone oraz strącone w czeluść piekielną. Nazwano je upadłymi aniołami, diabłami, demonami, czartami. Jednak, choć upadłe anioły utraciły boską łaskę, zachowały częściowo swoje szczególne cechy, które sprawiają, że są one silniejsze od człowieka, wodzą ludzi na pokuszenie i starają się sprowadzać ich na złą drogę. Mają tak dużą moc, że mogą dokonywać w naszym świecie rzeczy nadprzyrodzonych. Johan Weyer, XVI-wieczny demonolog, naliczył aż 7 405 926 demonów. W tym samym wieku w trosce o uniknięcie bałaganu, przyporządkowano każdy śmiertelny grzech odpowiedniemu diabłu. I tak na przykład: Lucyfer odpowiadał za pychę, Mamon za chciwość, Asmodeusz za lubieżność, Szatan za złość, Belzebub za obżarstwo, Lewiatan za zawiść, a Belfegor za lenistwo. Dla dopełnienia diabelskiej statystyki wspomnieć wypada o profesorze teologii z Bazylei, który podjął się trudu policzenia wszystkich mieszkańców piekła. Po skrupulatnych obliczeniach otrzymał imponującą liczbę 2 665 866 746 664 osobników.4

Dlaczego kobieta? Czarownice funkcjonowały w europejskim folklorze od tysięcy lat. Ich obecność nie była jednak ograniczona do świata nierzeczywistego. Wiele osób uznawało czary za realne i obwiniało wiedźmy za swoje nieszczęścia. Ponieważ diabeł identyfikowany był powszechnie jako osobnik płci męskiej, pachnący siarką, budzący odrazę i strach, dlatego dla realizacji swych planów wśród ludzi potrzebował wspólników (w zasadzie wykorzystując swe nadprzyrodzone umiejętności mógł przyjąć dowolną postać, ale załóżmy, że czasami rezygnował z tej możliwości). Najlepiej, gdyby to były osoby inteligentne, wzbudzające podziw i pożądanie. Warunki te spełniały kobiety. Dla pełności obrazu zaznaczyć należy, że obok wizerunku pięknej kobiety spotykamy także wizerunek szpetnej staruchy. Niektórzy sądzili, że mogła być to jedna osoba, która dzięki tylko sobie znanym sposobom potrafiła dowolnie zmieniać swą cielesną powłokę. Szpetna kobieta wzbudzała niechęć i łatwiej było uwierzyć, że to ona szkodzi ludziom. Diabła przedstawiano jako mężczyznę, w związku z tym kontakty seksualne mogły utrzymywać z nim głównie kobiety.5 4 5

M. Rudwin, Diabeł w legendzie i literaturze, s. 35. J. Wijaczka, Artykuł recenzyjny…, s. 119.

163


… diabeł nie mógł być z natury rzeczy kobietą, skoro akt seksualny pojmowano jako posiadanie przez mężczyznę istoty słabszej. W tej relacji zaś była nią niewątpliwie czarownica.6 Musimy pamiętać o tym, że obok oskarżanych kobiet, w aktach sądowych pojawiają się także mężczyźni, na których zaciążył zarzut uprawiania czarów. Obok nich zaś pojawiają się diablice.7

Konstytucja 1543 roku i zapis nowskiego protokolanta. Od początku swego istnienia Kościół w Polsce posiadał szerokie uprawnienia dotyczące jurysdykcji. Dotyczyły one także spraw karnych. Obejmowały między innymi wykroczenia przeciwko wierze (herezja, czary, świętokradztwo itp.). Niektóre z tych przewinień podlegały także władzy świeckiej, co rodziło nieporozumienia i spory kompetencyjne. Kler nie chciał tolerować rozprawiania przez osoby niekompetentne o rzeczach boskiej natury. W związku z tym w 1532 roku sejm zlecił określenie, jakie sprawy należą do jurysdykcji Kościoła, a jakie do jurysdykcji świeckiej. W literaturze przedmiotu do dzisiaj sporo kontrowersji budzi interpretacja konstytucji z 1543 roku, która w zamyśle miała uporządkować sprawy dotyczące jurysdykcji.8 Janusz Tazbir w opracowaniu na temat procesów o czary pisze: W 1543 r. sejm polski sprawy o czary, w których oskarżona wyrządziła komuś krzywdę materialną, spowodowała chorobę lub śmierć, przekazał sądom świeckim. W ten sposób prześladowanie czarownic przeszło do jurysdykcji sądów miejskich i wiejskich... Tak więc i na tym polu Rzeczpospolita wyrzekła się inicjatywy władz centralnych.9 Jeden z nowskich protokolantów pozostawił zapis odnoszący się do kontekstu prawnego zjawiska, warto przytoczyć go w szerszym zakresie, tym bardziej że pojawiły się tłumaczenia nie do końca właściwie oddające jego treść. …Sąd sławetny ławniczy miasta JKMci Nowego ad instantiam et quidem primo (na wniosek pierwszego i rzeczywiście) sławetnego pana Walentego Licznera sołtysa morzeszczyńskiego sędziego pelplińskiego delatora (oskarżyciela) tej sprawy aktualnego nec non (jak również) uczciwych Pawła Szady Stanisława Lęgowskiego, Tomasza Smiesznego obywateli wsi Morzeszczyn aktorów, (oskarżyJ. Tazbir, Procesy o czary, s. 169. APB, s. 25-26. 8 M. Pilaszek, Procesy o czary…, s. 209-220. 9 J. Tazbir, Procesy o czary, s. 163. 6 7

164


cieli), zajechawszy do wyżej pomienionej Morzeszczyna personaliter, (osobiście) i na urzędzie sołtysim odebrawszy officiose (odpowiedzialność?) duchowną na niżej specyfikowane (określone) delikwentki komisją w której doczytawszy się że delikwentki niżej specyfikowane ex vi (siłą) Dekretu Duchownego oddane były Sądowi Świeckiemu które post Fundatam Jurisdictionem Suam Judicialem (po prawo do kontroli sądowej) wziąwszy nie skwapliwie każdą podług prawa na trzy konfessata (wydobycie zeznań) dobrowolne i korporalne (cielesne, fizyczne) na których konfessatach superstitiose (skrupulatnie) były próbowane i examinowane (badane). Lecz co prawo tylko pospolite każe a że samo złe rozbiło się o Bożą mękę aby złoczyńcę Bogu więcej nie uwłaczały honoru i jego nie obrażały którego przez wyprzysiężenie się odstąpiły a czarta ojca kłamstwa którego na chrzcie świętym wyrzekły się przyjęły zaczym sąd przerzeczony (wspomniany) nie ukrywając Prawa pospolitego ale stosując się do niego jako to Prawa Chełmińskiego w księgach piątych a Rozdziale Sześćdziesiątym wtórym opisanego tak sądzi… 10 Informacji o przekazaniu sprawy sądowi świeckiemu przez działającą wcześniej komisję duchowną dostarczają także zapisy sporządzone w 1719 i 1747 roku: ...Będąc oskarżona Anna Szpornowska od instygatorow(oskarżycieli) uczciwych panów Michała Simgnikla, Franciszka Reicha i Krzysztofa Trytta mieszczan tutejszych nowskich z powołania Marianny Styczenki z Milewego i Barbary Ratajki z Zawady przed sławetnym magistratem tutejszym miasta JKMci Nowego którzy ją podprzysięgli o czarostwo na komisji duchownej 20 lipca tegoż roku, którą oskarżoną po komisji duchownej sławetny magistrat oddał w moc uczciwemu sądowi tego miasta dając i pozwalając wszelką władzą aby sobie uczciwy sąd według prawa z pomienioną Anną Szpornowską postępował...11 …Ad instantia et forventem affectationem (z uwagi i przywiązania do oczekiwań) uczciwych Pawła Szady Stanisława Lęgowskiego Tomasza Smiesznego obywateli dóbr Morzeszczyna aktorow (oskarżycieli) przeciwko obwinionym o czarostwo et quidem primo (i rzeczywiście na początku) chrzczonych Elżbiecie Pastorce Barbarze Drąszkowy Maryannie Kierzkowy Katarzynie Owczarce Sąd Sławetny Ławniczy Miasta JKM ci Nowego zjechawszy do dóbr Morzeszczyn personaliter (osobiście) i tam zfundowawszy swoją jurisdietię sądową przy otworzeniu komisji duchownej w której dojrzawszy się w dokumentach że te przerzeczone niewiasty obwinione o czarostwo do sądu świeckiego pro ulteriori etiam corporali inquisitione (dla jeszcze większych poszukiwań) oddane…12 … jak szłam na drugą inquisitią duchowną mówił mi diabeł pamiętaj co się 10

APB, s. 129-130. APB, s. 114. 12 APB, s. 135. 11

165


z tobą będzie działo, będą cię męczyć, gnaty twoje będą odpowiadać, a ja tobie nie pomogę odstąpię od ciebie. … 13

Przyczyny tak zwanych polowań na czarownice. Badacze wskazują na różne przyczyny, które zapoczątkowały, wpływały lub sprzyjały natężeniu zjawiska zwanego polowaniem na czarownice. Coraz częściej wspomina się o: – Małej epoce lodowcowej. Średniowieczna Europa przywykła przez stulecia do długich lat i łagodnych zim. Plony były obfite, a jeziora, rzeki i morza wolne od lodu. W XVI wieku zrobiło się wyraźnie chłodniej. Rzeki zamarzały, śnieg zalegał do późnej wiosny, a zbiory były tym samym coraz słabsze. Ulewne deszcze niszczyły uprawy. Pogoda nieustannie zaskakiwała ludzi, co wzbudzało niepokój i sprawiało wrażenie, że ktoś musi tym sterować.14 Powyższe czynniki sprawiły, że często mieliśmy do czynienia z nieurodzajem, a co za tym idzie z niedożywieniem, chorobami, epidemiami, biedą i śmiercią. Pojawiało się pytanie o przyczyny takowego stanu rzeczy. Nie chciano wierzyć, że przyroda może być aż tak zmienna. Kiedy plony okazały się niskie rok w rok, uznano, że jest to zaburzenie naturalnego porządku rzeczy. Społeczności w oczywisty sposób zaczęły szukać nadprzyrodzonych wyjaśnień. Ten typ zbiorowego myślenia odegrał znaczącą rolę w histerii polowań na czarownice. Należało wytypować ofiarę. Kościół w słowach kaznodziejów, ostrzegał przecież przed diabłem, który tylko czeka, aby czynić ludziom zło. Szkodzić może tylko czart oraz jego spersonizowana pomocnica czarownica. Społeczeństwa trwające w ciągłym napięciu rozpaczliwie poszukiwały równowagi. W przypadku Rzeczypospolitej wymieniane zjawiska naturalne potęgowane zostały przez sytuację polityczną: wojny toczone w XVII wieku ze Szwecją, Rosją, Turcją oraz powstanie Chmielnickiego15; załamanie się koniunktury na polskie zboże. W przytaczanym już artykule recenzyjnym profesor Wijaczka również stawia pytanie: Jakie były przyczyny polowań na czarownice? Fale procesów o czary wywoływane były przez pięć elementów: 1) ogólną sytuację kryzysową, kiedy to zdecydowana większość społeczeństwa odczuwała silne zagrożenie życia, zdrowia oraz stanu posiadania, 2) rozprzestrzenianie się demonologii nie tylko wśród 13

APB, s. 136. M. Pilaszek, Litewskie procesy…, s. 15. 15 M. Pilaszek, Procesy…, s. 320-321 14

166


umiejącej czytać i pisać duchownej i świeckiej elity, lecz także wśród prostego ludu, 3) nacisk z dołu, czyli gotowość społeczeństwa do polowania na czarownice i czarowników, 4) popieranie lub co najmniej tolerowanie prześladowań czarownic przez władze terytorialne i rady miejskie, 5) wpływ jurystów na postpowanie procesowe, przede wszystkim na rozpoczęcie prześladowań. Franz Irsigler wskazał jeszcze szósty element: możliwość zinstrumentalizowania procesów o czary dla celów, które miały mało wspólnego z obroną przed czarami szkodliwymi i diabelską sektą, a służyły przede wszystkim jako środek do rozwiązywania konfliktów i problemów, których nie można było rozstrzygnąć w drodze legalnego postępowania. Irsigler wymienił następujące problemy: rozwód przez proces o czary, wcześniejszy podział oczekiwanego spadku i majątku, zdobycie gospodarstwa sąsiada i zemsta osobista.16

Dlaczego Nowe. Prześladowanie czarownic dotyczyło wielu miast, miasteczek oraz wsi. W przypadku Nowego szczęśliwie zachowały się dokumenty procesowe. Obecnie przechowywane są one w archiwum w Bydgoszczy, numer zespołu 196, sygnatura akt 131. Zbiór obejmuje zapisy z lat 1689-1747 i wszystkie prezentowane informacje dotyczą tego konkretnego zestawu. Profesor Jacek Wijaczka z Torunia dotarł do dokumentów pochodzących z wcześniejszych lat, które uzupełniają naszą wiedzę o wypadki mające miejsce w Nowem w XVII wieku. Nowskie archiwalia z lat 1689-1747 dotyczą badania 27 osób. Wśród nich możemy wyróżnić 25 kobiet i 2 mężczyzn. Materiał źródłowy stanowią 122 karty czerpanego papieru o różnych znakach wodnych zapisanych przez protokolantów. Sądząc po charakterze pisma, który jest bardziej lub mniej dbały, zeznania spisywane były przez dziewięciu skrybów obecnych podczas tak zwanego badania czarownic. Mieli oni obowiązek spisania wszystkiego, co było mówione i wykrzykiwane podczas tortur. Poszczególne strony zawierają paginację sporządzoną zapewne w późniejszym czasie dla uporządkowania zbioru. Numeracja dokonana została przez jedną osobę. Na protokołach daje się zauważyć niezależną drugą numerację. Uwzględnia ona nie poszczególne strony, lecz karty. Od karty 18 następuje zaznaczenie kolejnej strony tym samym numerem zaakceptowanym znaczkiem v. Co najważniejsze, obie numeracje się pokrywają, dlatego możemy mieć pewność, że od czasu ponumerowania kart do czasu sporządzenia drugiej paginacji zbiór pozostał w niezmienionej objętości. Na podstawie paginacji można stwierdzić, że pewnej ilości kart brakuje. Co było powodem uszczuplenia zbioru o 21 kart, 16

J. Wijaczka, s. 115-116.

167


możemy jedynie domniemywać. Są to strony: 1, 2, 3,4, 35, 61, 62, 63, 64, 68, 80, 92, 99, 100, 104, 111, 112, 120, 127, 128, 132. Niektóre protokoły urywają się, nie przekazując informacji na temat wyroku, stąd wniosek o brakujących kartach, które zaginęły przed oznakowaniem zbioru. Osoba, która pierwsza porządkowała karty protokołów nowskich z lat 16891747, nie zawsze przestrzegała kolejności chronologicznej. Z taką sytuacją mamy do czynienia dwukrotnie. Proces Maryanny Rogalskiej, strony od 69 do 72, data rozpoczęcia procesu to 31 maja 1704 roku. Proces Gertrudy Smiechowej, strony od 73 do 76, data rozpoczęcia procesu to 29 maja 1704 roku. Podobną pomyłkę zauważamy w protokołach z 1709 roku. Proces Marianny Kowalki, strony od 81 do 84, data rozpoczęcia procesu to 2 września 1709 roku. Proces Ewy Swiątkowskiej, strony od 85 do 88, data rozpoczęcia procesu to 27 czerwca 1709 roku. Biorąc pod uwagę godziny stosowania tortur, podobną nieścisłość obserwujemy w procesach z 1690 roku (dodatek nr. 5).

Wymiar sprawiedliwości i skład sędziowski. Procesy prowadzone były przez sąd ławniczy miasta Nowego zarówno w samym mieście, jak i na sesjach wyjazdowych, kiedy to właściciele wsi położonych w starostwie nowskim wzywali przedstawicieli prawa do sądzenia własnych poddanych. Sąd ten składał się z sędziego (iudex) jako przewodniczącego, jego zastępcy (subiudex albo vicescultetus) i sześciu ławników, którzy ze swego grona wybierali przewodniczącego. W skład sądu wchodził też notariusz albo pisarz. Był to sąd pierwszej instancji.17 Istnieje powszechne przekonanie, że skład sędziowski w małych miasteczkach stanowiły osoby nadużywające alkoholu oraz żądne przykładnego ukarania obwinionych, dlatego podczas procesów stosowano tortury oraz preferowano wyroki skazujące oskarżone osoby na śmierć. Innym ważnym czynnikiem mającym wpływać na decyzje urzędnika był brak prawniczego wykształcenia.18 Tym stereotypom zaprzecza Piotr Kitowski: Dopiero po kilkunastu latach od rozpoczęcia kariery urzędnik mógł zostać sędzią. W tym czasie, mimo braku przygotowania prawniczego, zdobywał konieczne doświadczenie; zapoznawał się ze zbiorami obowiązującymi w prowincji prawa chełmińskiego, ustawodawstwem partykularnym, a także ich zastosowaniem. Teoretycznie zatem braki wykształcenia uzupełniano praktyką.19 Z kart protokołów procesowych spisanych podczas posiedzeń sądu nowskieJ. Wijaczka, Polowanie…, s 119-120. B. Baranowski, O hultajach, wiedźmach i wszetecznicach. 19 P. Kitowski, Wymiar sprawiedliwości…, s. 168-169. 17 18

168


go wyłania się obraz urzędników, którzy, podejmując decyzje, trzymali się litery obowiązującego wówczas prawa. Możemy zastanawiać się nad tym, czy skryba spisywał przebieg procesu zgodnie z rzeczywistością. Nie mamy jednak żadnego sposobu weryfikacji takich wątpliwości. Z pewnością zdarzały się nadużycia, ale możemy założyć, że nie było ich więcej niż w czasach obecnych. Aby obraz sądów małomiasteczkowych był pełny, warto przytoczyć spojrzenie na powyższą kwestię wyłaniające się z tekstu Małgorzaty Pilaszek: Sędziowie sądów królewskich, podobnie jak sędziowie Sądu Wyższego Prawa Niemieckiego, byli poirytowani jakością wyroków sądów małomiasteczkowych i w aktach kanclerskich pojawiły się narzekania na nieszanowanie życia ludzkiego. Oburzenie budziło przede wszystkim tempo postępowania sądowego w sprawach o czary oraz nadużywanie tortur, dzięki którym szybko zyskiwano dowody winy.20 O profesjonalizmie oraz ludzkich odruchach wobec osoby sądzonej świadczyć może proces Marty Stępkowej, mający miejsce w lipcu 1706 roku. Marta, którą poddano pławieniu, z negatywnym dla niej skutkiem, wzięta na tortury przyznała, że jest czarownicą. Przed trzecimi torturami wyznała, że jest w ciąży. Sąd wziąwszy pod uwagę jej stan (postępując według prawa) zdecydował na odgonienie jej z miasta. Postawił przy tym jeden warunek: ma przysiąc na katowski miecz, że nie będzie się mścić. Wiara w moce czarownic nie przysłoniła podejmującym decyzję widoku brzemiennej kobiety.21

Kim były oskarżane osoby? Idealnym kandydatem na zostanie czarownicą były osoby stare, nielubiane, budzące zawiść, samotne, których często zniekształcone chorobami ciało wzbudzało nie tylko ciekawość, ale i zaniepokojenie. Jednak nie tylko takie osoby stawały się ofiarami. Kobiety oskarżane o czarowanie często zajmowały się zielarstwem. Przyjęta po starożytności „oswojona” przez Kościół, który wiele praktyk magicznych wplótł w swoje rytuały, stanowiła magia ważny sposób przezwyciężania trudności życiowych i wyjaśniania świata. Magię w życiu codziennym uprawiały zwykle kobiety, które jak sądzono, najłatwiej nawiązywały kontakt z nadprzyrodzonymi mocami, a to ze względu na rozgrywającą się w ich ciele tajemnicę przedłużania życia.22 Dopóki były potrzebne lokalnej społeczności, mogły się czuć bezpiecznie. JeM. Pilaszek, Apelacje …, s. 123. Protokół procesu w dodatku, nr 2 22 M. Bogucka, Problematyka kozła…, s. 179. 20 21

169


śli jednak udzielana pomoc nie powiodła się, efekt był łatwy do przewidzenia. Ktoś musiał ponieść konsekwencje. Potrzeba zemsty budziła najniższe instynkty. Kobiety dominowały w obszarze magii związanej z narodzinami, śmiercią, erotyką i prokreacją oraz we wróżbiarstwie. Mężczyźni zapewniali urodzaj i powodzenie w gospodarstwie oraz bezpieczeństwo grupy.23 Powodem oskarżeń bywały też waśnie sąsiedzkie. Zwykłe kłótnie mogły zmienić się w oskarżenie o uprawianie czarów. Zazdrość, zawiść, nietolerancja, brak empatii, wreszcie strach stawały się podatnym gruntem do wskazania ofiary. Jeżeli w okolicy padło bydło lub nagle ktoś zachorował, najłatwiej taki stan rzeczy tłumaczyły zadane czary. Wystarczyło bacznie się rozejrzeć i znaleźć kogoś, kto odpowiadał stereotypowi czarownicy lub czarownika. Można było także nagiąć fakty, aby rzucić podejrzenie na konkretną nielubianą osobę lub dla osiągnięcia zysków zadenuncjować kogoś dla własnej korzyści. Na podkreślenie zasługuje fakt, że oskarżonym w procesie o czarostwo mógł zostać każdy. Dalsza interpretacja należała do składu sędziowskiego.

Pomówione, powołane. Wśród używanej terminologii prawnej można zauważyć dwie kategorie domniemanych czarownic. Jedne to czarownice pomówione, drugie zaś to powołane. Różnica polegała na osobie, która wnosiła oskarżenie. Jeżeli czyniła to na przykład sąsiadka, której nie poddano procesowi, było to pomówienie. Jeżeli osoby wskazywała kobieta poddana przesłuchaniom i torturom, wówczas miało miejsce powołanie. Poddani torturom dla zaspokojenia dociekliwości sędziów zazwyczaj wymieniali wiele nazwisk24. Stwierdzić należy, że powołanie nie zawsze było dla sądu wystarczającym dowodem winy. Gdyby sędziowie byli zbyt gorliwi, procesom nie byłoby końca.25 Powyższe uwagi znajdują potwierdzenie w protokołach nowskich. W zapisanej w 1718 roku karcie czytamy: (Pisownia oryginalna). Bendonc obwiniona y powolana od Marti Stemkowi Anna Wincentka…26 Możemy zadać sobie pytanie: dlaczego pomówienie traktowano tak poważnie? Oprócz tego, że mogło doprowadzić do stawienia się przed sądem, był także drugi aspekt niemniej ważny. Pomówienie, było formą publicznego pohańbienia, które odbijało się ujmą na honorze, a to pociągało za sobą degradację społeczną i w rezultacie mogło doprowadzić do wykluczenia.27 Kowalska D., Czarownica w literaturze…, s. 56. Dodatek nr 3 25 B. Baranowski, O hultajach, wiedźmach…, s. 111-115. 26 APB, s. 109. 27 Kitowski P., Zarzut czarostwa jako kalumnia…, s. 60-61. 23 24

170


Przebieg procesów. Z lektury nowskich protokołów wyłania się obraz przedstawiający schematyzm sądowego postępowania. Świadczy on o poruszaniu się w kwestiach procesowych w pewnych określonych odgórnie ramach. Przedstawiają się one następująco: 1. Namawianie do dobrowolnego przyznania się. 2. Pławienie.(Niestosowane w procesach w 1747 roku). 3. Namawianie do przyznania się. 4. Tortury pierwsze. 5. Namawianie do przyznania się. 6. Tortury drugie. 7. Namawianie do przyznania się. 8. Tortury trzecie. 9. Kara. 10. Podczas procesów, które odbywały się w 1747 roku, oprócz rezygnacji z pławienia można zauważyć jeszcze jedną zmianę. Przed oddaniem osoby oskarżonej na tortury następowało trzykrotne przesłuchiwanie mające skłonić je do przyznania się.28 Musiały zaistnieć niebagatelne powody, wobec których odstępowano od powyższego schematu.

Ordalia, czyli sądy boże. Aby nie narażać niewinnej osoby na praktyki katowskie, poddawano podejrzane o kontakt z diabłem próbom, które miały udowodnić winę lub jej brak. Dawały one z reguły wynik zgodny z intencją składu sędziowskiego. Przygotowano kilka prób: – Próba ognia: panowało przekonanie, że ogień posiada właściwości oczyszczające. Proponowano więc oskarżonej niesienie rozpalonego żelaza lub przejście między dwoma rozpalonymi stosami. Odmawia, jest czarownicą. Zgadza się – diabeł obiecał pomoc – czarownica. – Próba łez: kobieta będąca czarownicą nie potrafi ronić łez. Nakłaniano ją, by jeśli jest niewinna, rozpłakała się. Nie płacze – czarownica. Płacze – diabelska sztuczka. – Próba wagi: czarownica waży nienaturalnie mało. Wynik można było łatwo spreparować. Waży za mało – czarownica. Wynik akuratny – diabeł jej pomaga. – Próba nakłuwania zwana też szpilkową: poprzedzona znalezieniem znaku 28

APB, s. 133, 137, 139, 141.

171


diabła (brodawka, plamka pigmentu). W wyniku czarcich zabiegów po nakłuciu tego miejsca nie leciała krew. Nie widać upływu krwi – czarownica. Miejsce krwawi – sprawka diabła. – Próba wody: Zapisy w protokołach informują, że próba wody (pławienie) z pewnością stosowana była przez nowskich sędziów w latach 1689-1719. Dlatego poświęcimy jej więcej uwagi. O próbie zimnej wody i jej poprawności prawnej pisał profesor Jacek Wijaczka. Woda, a zwłaszcza poświęcona, ma działanie oczyszczające i uniemożliwia działanie sił nieczystych (dopisek o poświęceniu wody przed przystąpieniem do pławienia przez dziekana nowskiego, znajdujemy w jednym z protokołów: APB, s. 114). Z racji swej widowiskowości i małego nakładu środków próba ta była stosowana najczęściej. W Nowem poddano jej z pewnością 16 osób. Pławienie przeprowadzano, o ile było to możliwe, nad naturalnymi zbiornikami wody. Spektakl towarzyszący tej próbie stawał się oczekiwaną formą rozrywki dla okolicznej ludności. Czasami oskarżone osoby same prosiły o zastosowanie wobec nich pławienia. Korzystny wynik chronił bowiem od kontynuowania procesu, którego dalszym etapem były tortury. …mając obwinioną i w podejrzeniu Reginę Jakubową Krajniczkę ratione (z powodu) czarostwa, która dobrowolnie prosiła się na wodę żeby była próbowana…29 Dokonujący pławienia mogli zachowywać się na trzy sposoby: pomagać osobie pławionej utrzymać się na powierzchni wody, biernie przypatrywać się efektowi wrzucenia do zbiornika lub też podtapiać. Interpretacja tego, co się działo w wodzie, należała do składu sędziowskiego. Unosi się na powierzchni – czarownica. Tonie – pomoc czarta. Torturowana w 1712 roku Jadwiga Michalka tak tłumaczyła chęć poddania się pławieniu: … Będziesz ty tonęła (obiecał diabeł), dam ja tobie żelaza nie bój się. …30 Protokół procesu Elzy Kucharczykowej z 1689 roku : …sprawcy oddał, aby ten sobie z nią według zwyczaju należycie postępował i na wodzie której żądała pławił, jakoż podług zwyczaju związana będąc na wodę puszczona pływała, in conspectu tot hominu (w obecności tak wielu ludzi) przy tym będących, …, że gdy ją sprawca pierwszy raz na wodę związaną puścił, do dna poszła, lecz wkrótce wynurzywszy się pływała, po wtóre od sprawcy na wodę puszczona lepiej pływała, po trzecie jeszcze lepiej głowę wynurzywszy trząsała i pływała, którą Elzę w beczkę włożywszy od wody do wieży zawieziono…31 … obiecał ten Kasper diabeł dać sztangę żelaza gdy do pławienia szła, lecz ją zawiódł bo uciekł ode mnie gdym do pławienia szła…32 29

APB s. 43. APB, s. 97. 31 APB, s. 6. 32 APB, s. 8. 30

172


Marianna Rogalska zeznała: … że gdy do wody szła, to jej czart mówił: nie będziesz pływać, bo ja cię do samego zatopię gruntu, gdy pływała na brzegu wody siedział, a gdy ją wieziono w tyle na kłonicy (jeden z czterech drążków umocowanych na osiach i przytrzymujących drabiny albo skrzynię wozu konnego) siedział jadąc od jeziora…33 Przeprowadzane próby zazwyczaj kończyły się niekorzystnie dla badanych. Najczęściej powtarzano je trzykrotnie, aby pozbyć się wątpliwości i uspokoić sumienia. Wiele w tej materii zależało od oprawcy. Pośród osób poddawanych próbie wody w nowskim jeziorze ani razu wynik pławienia nie był dla nich korzystny. Nie zawsze sąd zgadzał się na przeprowadzenie próby wody. W procesie z 1747 roku przeciwko Barbarze Drąszkowej czytamy: … nie jestem taka, proszę aby mnie na wodę wzięto com wyznała i gotowam na to żyć i umierać, da mąż mój WPaństwu 100 złotych a niech idę na wodę. Sąd jej odpowiedział że to nie może być.34 Skryba nie zapisał powodów odrzucenia propozycji. Zastanawia to tym bardziej, że wobec wcześniej oskarżonych pławienie sąd stosował, niczym się nie przejmując. Światło na tę anomalię rzuca informacja przekazana przez profesora: Najpopularniejsza, również w Prusach Królewskich w XVIII w., była próba wody, czyli pławienie, mimo że 11 kwietnia 1699 r. biskup włocławski Stanisław Dąbski (1692-1700) wydał edykt, w którym m. in. tę próbę uznał za niedopuszczalną. Sędziowie sądu w Nowem tym stanowiskiem biskupa się nie przejmowali. Dopiero w trakcie procesu przeprowadzonego w 1747 r. w Morzeszczynie nie zastosowali pławienia, a nawet odmówili proszącym o to kobietom.35 Kontrowersje budzi garderoba osób poddawanych pławieniu bądź też jej brak oraz sposób wiązania. Bogdan Baranowski pisał: Pławienie odbywało się najczęściej w ten sposób, że posądzone o czary kobiety związywano w tzw. „kozła”. Polegało to na tym, że wiązano razem lewą rękę z prawą nogą, a prawą rękę z lewą nogą i na lince dość ostrożnie spuszczano na wodę. … Pozornie zdawać by się mogło, że każdy człowiek związany i zanurzony w wodzie powinien iść na dno. Pamiętać jednak musimy, że specjalnego rodzaju związanie powodowało, iż ciało ludzkie przybierało kształt łódki i oskarżona delikatnie spuszczana na wodę, przez pewien czas utrzymywała się na powierzchni. Wreszcie poważną rolę w takich próbach odgrywały ówczesne stroje. Kilka wełnianych spódnic i fartuchów, bufiaste rękawy i staniki początkowo pomagały domniemanej czarownicy utrzymywać się na powierzchni.36 33

APB, s. 71. APB, s. 133. 35 J. Wijaczka, Polowanie na czarownice i czarowników w Nowem…, s. 122. Baranowski B., O hultajach, wiedźmach…, s. 116. 34

36

173


Natomiast w opracowaniach Jacka Wijaczki możemy przeczytać: Nagość pławionych potwierdza informacja zawarta w niemieckim leksykonie z połowy XVIII stulecia.37 Jak było w przypadku osób poddawanych pławieniu w Nowem, źródła milczą. Zawarte informacje o wiązaniu osób wrzucanych do jeziora są nierozwinięte przez protokolantów i tym samym niczego nie wykluczają. Pamiątką tamtych wydarzeń pozostaje nazwa naturalnego zbiornika wody, który położony jest w pobliżu miasta, a obecnie leży w jego granicach administracyjnych. Jezioro do dzisiaj nazywane jest jeziorem Czarownic i tak brzmi jego oficjalna nazwa. Trudno jej nie wiązać z odbywającymi się w jego wodach ordaliami.

Transport i beczka. Odizolowaną od ziemi kobietę (powszechnie wierzono, że mogła z niej z pomocą diabła czerpać siły) wsadzano najczęściej do beczki, umieszczano w kłodzie lub dybach. Tak przygotowaną i zabezpieczoną wsadzano na wóz i przewożono do miejsca odosobnienia. Praktycznie od chwili uwięzienia do orzeczenia wyroku zatrzymana pod zarzutem czarostwa osoba nie mogła dotknąć ziemi.38 W aktach procesu Marianny Grzeskownej z 1701 roku czytamy: … I tak związaną przez próbę wody po tym w beczkę wsadzona będąc przez sprawcę do więzienia… zawieziona.39 Podobnie postąpiono z Elzą Kucharczykową. Skrupulatny protokolant w aktach sprawy z 1689 roku zapisał: … którą Elzę w beczkę włożywszy od wody do wieży zawieziono…40

Czas na tortury. Osoby oskarżone o czary poddawano dalszemu badaniu w specjalnie przygotowanych do tego pomieszczeniach nazywanych izbami tortur. W przypadku Nowego mogła się ona mieścić wraz z więzieniem w jednej z 16 baszt – wież miejskich. Łatwo sobie wyobrazić, że właściwy dobór narzędzi i dawkowanie zadawanego bólu powodowały, że nawet najbardziej małomówni i niewinni ludzie gotowi byli przyznać się do wszelkich niegodziwości. Wijaczka J., Próba zimnej wody (pławienie) w oskarżeniach i procesach o czary w państwie polsko-litewskim w XVI-XVII wieku, s. 99. 38 B. Baranowski, O hultajach, wiedźmach…, s. 119. 39 APB, s. 51. 40 APB, s. 6. 37

174


Przed praktycznym zastosowaniem narzędzi tortur dokonywano ich prezentacji. Jeżeli ta nie wypadła przekonująco, rozpoczynano stosowanie ich zgodnie z makabrycznym przeznaczeniem. W zależności od wyposażenia izby oraz preferencji oprawcy stosowano: – Łamanie kołem. – Zgniatacz kciuków. – Żelazną dziewicę. – Przypalanie. – Rozciąganie. – Krzesło czarownic. – Podtapianie. – Zgniatacz stop. – Kołyskę judasza. Było wiele innych narzędzi i metod, z których każda zapewniała skuteczność, a ich wachlarz do dzisiaj budzi przerażenie. Repliki narzędzi tortur możemy oglądać w wielu ciemnicach organizowanych na zamkach w celu zaintrygowania turystów. Protokoły zawierają zeznania, według których diabeł obiecywał pomagać oskarżonym nie tylko przejść pomyślnie próbę wody. Miał być obecny także podczas tortur, by wspomagać męczoną kobietę. Anna Krucha … zeznała że gdy była w wodzie tedy z nią był przeklętnik i cieszył ją (pocieszał) że miała w wodzie tonąć. Zeznała że gdy ją męczono tedy zły duch był przy niej i siedział na lewej nodze przy udzie. Zeznała że kiedy ją męczono cieszył ją (pocieszał) mówiąc ja za cię będę cierpiał i cierpiał że tortury dwoje wytrwała. Zeznała kiedy ją męczono to czart był pod trepami (schodami).41 Anna Rogalska zeznała: … że ten czart był przy pierwszych torturach siedząc w nogach u deski i nie kazał jej nic powiadać mówiąc: będę ja za ciebie cierpiał, a po torturach siedział na trepach (schodach) po tym wszedł na górę. Zeznała, że gdy przed drugimi torturami przyszli do niej Panowie nawiedzając ją, to czart od niej na górę uciekł.42 Tasz Maryanna Kaczmarka wzięta na trzecie tortury wyznaje, że nie zapieram słów swoich com wyznała jestem czarownicą, dlatego się zapierała na pierwszych konfesatach (przesłuchaniach) że mi żal ze świata ale nieszczęśliwam com darmo męki cierpiała. … bardzo żałuje nieszczęśliwa i nieszczęśliwa żem zataiła tego grzech nieszczęśliwa i godzina moja kiedym chciała wyznać na mękach to mi się spać zachciało nie czułam żadnych mękow takiej rezolucji byłam że choć będę cierpiała to się nie przyznam do niczego tak sobie myślałam choć zostanę na mękach to nie pójdę tam gdzie drugie pójdą na śmierć wolę tu na mękach zostać.43 41

APB, s. 33. APB, s. 71. 43 APB, s. 142-143. 42

175


Jeżeli w zeznaniach niektóre kobiety przyznawały, że diabeł pomagał im wytrzymać zadawany ból, to w umysłach sędziów mogło pojawić się przekonanie, że nieprzyznawanie się do zarzutów nie wynika z niewinności, lecz było efektem pomocy diabła. Tym samym należało zgodnie z prawem torturować trzy razy, aby wykluczyć ewentualną czarcią pomoc lub wydobyć kolejne zeznania. Podobnie jak pławienie, tortury można było powtarzać trzykrotnie. Liczba trzy nie jest tu przypadkowa. Zapewne odwoływano się do jej niezwykłego charakteru, wiążąc ją z: występowaniem Boga w trzech osobach, trzeciego dnia Bóg stworzył lądy i rośliny, zmartwychwstaniem Chrystusa po trzech dniach, trzej mędrcy przybyli do Betlejem, trzy etapy pokuty, etc. W procesie zbiorowym, który miał miejsce w 1747 roku, przed zastosowaniem tortur trzykrotnie namawiano podejrzane, do przyznania się do winy i dopiero po dopełnieniu tego obowiązku przystępowano do zadawania bólu.44 W procesach nowskich 23 razy przeprowadzano tortury trzykrotnie. Czyniono tak, aby wydobyć nowe bądź potwierdzić wcześniejsze zeznania. Dwa razy zadawano je z całą pewnością dwukrotnie, co zanotował skrupulatny skryba. W wypadku Maryanny Rogalskiej nie zapisał jednak powodu odstąpienia od trzecich tortur. Brakuje także jednoznacznego zapisu dotyczącego wymierzonej kary, co mogłoby wytłumaczyć takie postępowanie.45 Drugi przypadek dotyczy Marty Stępkowej, której torturowania zaprzestano (bądź ograniczono) z powodu jej odmiennego stanu związanego z ciążą.46 (Dodatek nr 2). Wątpliwości co do zastosowania trzecich tortur występują także w przypadku Jakuba Gałgana.47 Poddawane torturom osoby miały różny próg wytrzymałości na ból oraz poczucie krzywdy i sprawiedliwości. Jedne przyznawały się po samej prezentacji narzędzi tortur, natomiast inne dopiero po zadaniu odpowiedniej dawki bólu. Zdarzały się też takie, które mimo starań sądu oraz oprawcy wytrzymywały trzykrotne tortury i konsekwentnie nie przyznawały się do zarzucanej im winy. Tak było w przypadku Anny Jurkowej Malinowej, wobec której zastosowano w rezultacie odgonienie.48 W ujęciu statystycznym przedstawia się ten problem w nowskich protokołach następująco: Przyznanie się do stawianych zarzutów: 1. Przed pławieniem: 1 osoba. 2. Przed torturami: 3 osoby. 3. Na pierwszych torturach: 13 osób. (Jedna osoba na 2 i 3 torturach zaprzecza zeznaniom składanym podczas pierwszych tortur).49 44

APB, s. 133-144. APB, s. 72. 46 APB, s. 78-79. 47 APB, s. 25-28. 48 APB, s. 47-50. 49 APB, s. 41-42. 45

176


4. Po pierwszych torturach: 1 osoba. 5. Przed drugimi torturami: 6 osób. 6. Na trzecich torturach: 1 osoba. 7. Konsekwentne nie przyznawanie się: 1. 8. Brak zapisu co do stosowania tortur: 1. Czy przyznanie się do winy chroniło od zadawania bólu? Z pewnością odpowiedzi na to pytanie rozpaczliwie szukały osoby obwinione o czarostwo, szukające możliwości wyjścia z pułapki, w której się znalazły. Jak wyglądało to w rzeczywistości, możemy prześledzić na przykładzie procesu z 1699 roku.Badaniu poddano wówczas Reginę Jakubową Krajniczkę ze Smętówka, która: … dobrowolnie prosiła się na wodę, …, pływała po trzy razy na wodzie i woda jej przyjąć nie chciała… Tym samym pierwsza próba wykazania niewinności nie powiodła się. … według pospolitego prawa… napomniawszy, aby dobrowolnie jeśli kiedy co rozumem swym … może Boga Stwórcę Swego obraziła: dobrowolnym umysłem i sercem skruszonym przy żalu serdecznym zeznała, która do niczego się dobrowolnie przyznać nie chciała twierdząc niewinność swoją… Przyszedł zatem czas na pierwsze tortury. Dzielna kobieta nie uległa zastraszeniu i własnym lękom potęgowanym przebywaniem w ciemnicy i pokazem narzędzi tortur, … jednak wytrzymawszy pierwsze tortury do niczego się nie przyznała... Po wyznaczonym czasie przyprowadzono Reginę na drugie tortury. Postępując zgodnie z prawem ponownie namawiano ją, aby dobrowolnie przyznała się do stawianych jej zarzutów … i dobrowolnym umysłem i szczerym sercem opowiedziała co lubo na pierwszych torturach nic nie wyznała, złości swoje popełnione wyznała jednak teraz z natchnienia boskiego... Przestraszona i umęczona bólem kobieta założyła zapewne, że przyznanie się do winy i składanie wymyślonych zeznań zakończy ten ponury spektakl. Jednak tak się nie stało. Torturowanie jej ciała powtórzono drugi raz, a po upływie określonego czasu …stosując się Uczciwy Sąd Miejski Nowski do tego co prawo każe, aby kazała powołana będąc trzecią próbą wyrozumiana, jeśli czego z bólu lubo tortur nie zeznała i tak kazał pomienioną Reginę wziąć na tortury…50 Tortury i strach przed nimi były główną bronią. Śledczy robili, co mogli, aby zmusić oskarżonych do przyznania się. Oznaczało to pewną śmierć. Tortury były groźbą służącą wydobyciu przyznania się do stawianych zarzutów. Finałem dochodzenia miało być zawsze przyznanie się oskarżonego. Tortura była do tego skutecznym środkiem. Nie zawsze stosowana. Czasem wystarczała jako straszak.

50

APB, s. 43-46.

177


Oprawca, praktykant, mistrz sprawiedliwości. Czynności obsługowe wobec ofiar zabobonu wykonywać mogła jedynie osoba w tym względzie przeszkolona. Wyróżniano kilka stopni wtajemniczenia w niecieszącym się szacunkiem fachu: – Sprawca [oprawca, rakarz, hycel, liszka]. … oddana jest sprawcy…51 – Praktykant.52 – Mistrz sprawiedliwości – kat.53 W miasteczkach takich jak Nowe bazowano zazwyczaj ze względów ekonomicznych na umiejętnościach wprawionego oprawcy (do wody wrzuci, w gębę przyleje, przypali i rozciągnie, kości porachuje). W archiwaliach nowskich wymieniony jest tylko raz mistrz sprawiedliwości z imienia i nazwiska tj. Jan Godfryd Boxberg z Tczewa, którego umiejętności wykorzystane zostały podczas procesu zbiorowego 4 kobiet w 1747 roku. Zakończył się on spaleniem sądzonych. …ażeby żywo na stos były wrzucone i na proch spalone na przykład innym i na ukajanie się złych ludzi przez Opatrznego Jana Godfryda Boxberga Mistrza Tczewskiego co się wszystko ziścić ma mocą dekretu niniejszego kryminalnego …54 Prawdopodobnie z katowskich umiejętności korzystano i w innych przypadkach. Mogą o tym świadczyć następujące zapisy. (Pisownia oryginalna): Od Uczciwego zaś Sądu napomniona aby złość swoią wyznała, uporczywą się pokazała w tym. więc Exekutorowi Sprawiedliwości Swiętey oddana iest na tortury, …55 … na miecz Exekutora Swiętey Sprawiedliwości przysięgła…56 Kaci budzili lęk swoją skutecznością i byli za nią dodatkowo wynagradzani. Najlepsi mogli nieźle się obłowić, podróżując po kraju, żeby wyrywać paznokcie, przypalać i miażdżyć kości podejrzanych o czarostwo. Straszliwe narzędzia stworzone do stopniowego zadawania coraz większego bólu wozili z sobą.

Zadawane pytania. Przesłuchiwane osoby pod wpływem zadawanego bólu odpowiadały nawet na najbardziej absurdalne pytania, dające nam dzisiaj wgląd w ówczesny sposób pojmowania świata w diabelskiej perspektywie: – W jaki sposób i kiedy została czarownicą? 51

APB, s. 85. J. Putek, Mroki średniowiecza, s. 212-213. 53 R. Jaruga, Machiny do tortur, s. 99. 54 APB, s. 130. 55 APB, s. 69-70. 56 APB, s. 79. 52

178


– Czy spowiadała się z bycia czarownicą i szkodzenia ludziom? – Kiedy i gdzie spotkała się z diabłem, jak miał na imię i jak wyglądał? – Czy podpisała cyrograf? – Kiedy i gdzie odbywały się sabaty? – Czy współżyła z diabłem? – W jaki sposób diabeł i ona sama szkodzili ludziom? – Ilu diabłów ma na swoje usługi? – Kto jeszcze bywał na Łysej Górze? Przepytywana w 1706 roku Marta Stępkowa zeznała: … zeznała, że diabła ma Michała, który do niej przyszedł najpierw takim sposobem: powadziła się bardzo była z mężem, dwa lata w zapust przeszły minęły i gdy się bardzo przeklinała siedząc wieczorem w domu przy piecu, świecę zgasiwszy, a mąż gdzieś do miasta był odszedł, przyszedł do niej czart, pogłaskawszy ją po gębie pocałował, ona się pytała ktoś jest? Rzekł jej Michał. W tym dziecię, które miała w kolebce zapłakało, ona się porwała do niego i utuliwszy położyła się w łóżko swoje. Tam czart znowu do niej przyszedł i wolę swą nieczystą z nią popełnił. Gdzie się też ona od czarta namówiona wyprzysięgała Pana Boga i Najświętszej matki jego. … … zeznała, że na Łysej Górze nad kobylim gruntem bywała… … zeznała, że z nią na Łysej Górze bywały Ewa, pasierbica Tybusowa a teraźniejsza Świątkowska, Marianna córka Kotkowej starej i Byxmachrowa, ta była najstarsza i pięciu diabłów po pańsku ubranych około niej stojało… … zeznała, że Zachariaszowi … kazała przez diabła dwoje świni zabić…57 Protokoły procesów o czary z racji stawianych pytań i zapisywanych odpowiedzi są do siebie podobne. Nieuchronność kary po przyznaniu się do winy była pewna, aczkolwiek mogły wystąpić odstępstwa od tej reguły. Składane zeznania przyjmowano za pewnik (chyba, że godziły w dobro np. lepiej urodzonych), gdyż nie było praktycznej możliwości ich weryfikacji. Można było co najwyżej nakręcać spiralę procesów.

Kary – stos Osoby, którym udowodniono czarostwo karane były śmiercią na stosie. Forma takiej śmierci mogła być zaostrzona, gdy na przykład nakazywano przed właściwą kaźnią upalenie bądź obcięcie rąk, które dopuściły się jakiegoś świętokradczego czynu. Wprawiony mistrz mógł tak podsycać ogień, że trawił ofiarę znacznie dłużej niż zazwyczaj. Jeśli przemawiały za tym określone przesłanki, 57

APB, s. 77-78.

179


sąd decydował o złagodzeniu kary. Zarządzał wcześniejsze uśmiercenie, a dopiero później spalenie zwłok.58

Technika palenia. Najpierw przywiązywano ofiarę w połowie wysokości wkopanego w ziemię słupa. W przeciwieństwie do popularnych wyobrażeń przedstawiających wiedźmy stojące na szczycie stosów, sterty drewna sięgały ofiarom powyżej kolan. Skazańców zanurzano w stosie, ponieważ płomienie zawsze wychylają się poza obręb zabranego paliwa, by zaczerpnąć tlenu. Gdyby ofiary stawiać na szczycie stosu, te „oddychające” płomienie miałyby dłuższą drogę do przebycia, a co za tym idzie niższą temperaturę. Co zatem zabijało skazańców: dym czy ogień? Zabójcza temperatura płomieni to około 100 stopni Celsjusza. Gdy poziom stężenia czadu przez parę minut przekracza dopuszczalną granicę, dym jest śmiertelnie trujący. Przeprowadzone doświadczenia wskazują, że żar płomieni zabijał ofiary stosu o wiele prędzej niż grożące im zaczadzenie. Jak długo umierały skazane na stos ofiary? Skóra człowieka zaczyna palić się w temperaturze około 150 stopni Celsjusza. Stos początkowo, przez około 5 minut, palił się u podstawy, nie dopuszczając gorąca do nóg ofiary. Jej włosy powiewają na skutek wywołanej przez ogień konwekcji (przenoszenie ciepła w płynach i gazach drogą ruchu nagrzanych cząstek). Wskutek tego zjawiska ofiary zaczynały się smażyć w gorącym powietrzu zanim dosięgły ich języki ognia. W pewnym momencie ofiara cała stawała w płomieniach. W środku stosu panowała temperatura około 900 stopni Celsjusza. W takich warunkach kości w krematorium zaczynają spalać się na popiół. Ogień przez ok. 17 minut wspinał się na szczyt stosu. Gdy płomienie dotarły do ciała, to prawdopodobnie od razu stawało w ogniu. Ogień zdaniem karzących działał oczyszczająco oraz informował zgromadzonych o tym, co czeka grzeszników w piekle.59 Trudne warunki życia, obcowanie prawie na co dzień ze śmiercią z różnych powodów i pod różnymi postaciami, sprawiało, że tłum pozbawiony był wobec umierających współczucia. Egzekucja stanowiła pożądaną formę rozrywki w myśl zasady, że nic nie cieszy bardziej niż czyjeś nieszczęście. Zgromadzeni gapie podczas przygotowań kaźni starali się zapewne nie rzucać w oczy tym, którzy mieli zostać uśmierceni. Istniała bowiem możliwość powołania nowych osób, a przynajmniej skierowanie na kogoś podejrzenia mogącego zainteresować sąd bądź rzucenia uroku. 58 59

APB, s. 110. Maszyny śmierci. Czarownice i heretycy.

180


Spalenie „wiedźmy” stanowiło rodzaj widowiska, których tak brakowało zwłaszcza po małych miastach, a które przecież należały do ulubionych rozrywek doby baroku. W epoce, w której wynajmowano okna, aby przyglądać się z bliska egzekucjom, nie może dziwić chętne gromadzenie się wokół stosu czarownicy.60

Pręgierz, wyświecanie. Zachowały się zapisy świadczące o zasądzeniu na pozór lżejszych wyroków, a nawet uniewinniające. Być może decydowały o tym względy ekonomiczne, poziom umysłowy sędziów lub litość w stosunku do maltretowanej kobiety. Przede wszystkim jednak wyrok musiał być zgodny z literą prawa. Formą łagodnej kary były: – Pręgierz: publiczne pohańbienie, wzmocnione chłostą i oddanie na pastwę tłumu. – Wyświecanie, wygnanie: wyprowadzoną z więzienia osobę obnażano i pędzono poza bramy miasta, nie szczędząc przy tym wyzwisk, kuksańców oraz pomyj. Kara wygnania, często dziś uznawana za łagodną, czy kary hańbiące, jakchłosta czy pokuta kościelna, nie były przez ówczesnych uznawane za lekkie. W małych społecznościach lokalnych mieszkańcy w ciągu swego życia obracali się zwykle w grupie liczącej około 150 osób. Życie poza nią było życiem w chaosie, przez to dla przeciętnego członka wspólnoty niewyobrażalne. Wyrzucenie ze wspólnoty bez tzw. „listu dobrego zachowania”, wystawionego przez władze miejskie, który zaświadczał, że właściciel dokumentu jest osobą wiarygodną, było w praktyce skazaniem na żebry, a często długą i powolną śmierć. Dlatego zdarzało się, że osoby skazane na wygnanie wracały z powrotem, choć groził za to stos lub krążyły w najbliższym sąsiedztwie opuszczonego przez siebie miasta lub wsi.61 Los taki był udziałem Anny Kwasnej. Można go streścić następująco: powołana, pławiona, odgoniona, złamanie przysięgi, pojmanie, ucięcie palców, którymi przysięgała, spalenie.62 Licznie zgromadzona publiczność na ogół niechętnie przyjmowała orzekanie łagodniejszych wyroków. Sędziowie poddani byli presji, która prawdopodobnie czasem decydowała o wymierzonej karze.

J. Tazbir, Procesy o czary, s. 171. M. Pilaszek, Procesy…, s. 294-295. 62 APB, s. 98. 60 61

181


Koszty związane z procesem. Rozpoczęcie procesu niosło za sobą koszty, które ponosiła osoba wnosząca oskarżenie, począwszy od wyżywienia osób aresztowanych i pilnujących ich strażników. Dokonujący rewizji w lokum oskarżonych musieli zostać opłaceni. Pieniędzy domagały się także osoby dokonujące pomniejszych prac związanych z procesem, jak przygotowanie miejsca do pławienia, posprzątanie izby czy przygotowanie stosu. Największą sumę należało przygotować dla wynajętego kata oraz jego pomocników. Pieniądze należały się też składowi sędziowskiemu (poświęcają swój czas i zdobytą wiedzę, muszą coś zjeść i wypić) oraz protokolantowi (sekretarzowi), do którego należało przygotowanie odpowiednich dokumentów. Osobną grupę wydatków stanowiły koszty dojazdu na miejsce procesu, zapewnienia odpowiedniego lokum oraz rozrywek.63 Analizując nowskie dokumenty procesowe, daje się zauważyć pewną prawidłowość. Wykonujący swoje obowiązki sędziowie starali się łączyć sprawy o czarostwo kilku osób powołanych w danej miejscowości. W ten sposób podczas jednej sesji przesłuchiwali i wydawali wyroki dotyczące osób, na których zaciążył zarzut związany z uprawianiem czarów. Dzięki takiemu postępowaniu można było ograniczyć koszty związane z przeprowadzaniem procesów.64

Cyrograf. Dla usankcjonowania związku diabeł starał się uzyskać podpis kobiety, który uczyniony krwią już na zawsze wiązał losy obojga. Podobne przypadki opisane są w protokołach nowskich. Przesłuchiwana w 1704 roku Marianna Rogalska zeznała: … ten ją pocałował i prosił, aby mu dała krwi z palca serdecznego u ręki prawej, jakoż mu zaraz na to zezwoliła i zakłuwszy się szpilką w palec pomieniony krwi upuścił, którą krwią czart w osobie człowieka będący, napisał sobie cyrograf i rzekł jej, jużeś moja…65 … Diabłu dała krwi z palca serdecznego prawej ręki, a diabeł pisał na papierze, że się odrzekła Pana Boga, Marii Panny i Anny Świętej …66 … Zeznała, że mu się zapisała krwią zakłuwszy się w palec serdeczny szpilką, która krwią pomazał się na gębie …67 M. Pilaszek, Procesy…, s. 323. Np. APB, s. 17-28; 29-42; 47-67. 65 APB, s. 70. 66 APB, s. 117. 67 APB, s. 122. 63 64

182


… zeznała, że się jej ten czart kazał sobie zapisać, co i uczyniła tak: puścił jej krew pazurem z serdecznego palca u ręki prawej i napisawszy nią cyrograf rzekł: jużeś moja...68 Podobny przebieg miało spisanie umowy z diabłem przez Szymona69 oraz Reginę Dorszewiczową70. W zapisach powtarza się informacja, że do nakłuwania szpilką lub pazurem wybierano serdeczny palec prawej dłoni. Nie jest przypadkiem, że właśnie na tym palcu nosi się ślubną obrączkę. Podpisanie cyrografu było bowiem jednoznaczne z zaślubinami, które łączyły wybranków. … Zeznała dobrowolnie, że odstąpiła Pana Boga i czartu się zapisała rozdarłszy sobie miedzianką (gliniana skorupa) lewą nogę… i czart umaczał palec w tej krwi posmarował się na piersiach mówiąc jużeś moja i trącił ją…71 … Zeznała, że sobie przetrąciła kolano aż do krwi i zapisał jej się czart do wieku i pomazał ją krwią tam na piersiach...72 … Zeznała, że mu ślinę ze krwią z gęby na rękę dała pokłuwszy zęby…73 Jak świadczą przytoczone przykłady forma spisania cyrografu mogła być różna. Nie była także istotna część ciała, z której pobrano materiał potwierdzający zawarcie wiążącego kontraktu. Elementem spajającym powyższe zapisy była krew, która okazała się niezbędna, aby dopełnić przejęcie kontroli. Krew bywa uznawana za symbol życia oraz siedlisko duszy. Jeśli zatem wykorzystywano ją do przypieczętowania współpracy, uzyskiwano niezwykle głęboką zależność.

Nie taki diabeł straszny, czyli pierwsze spotkanie. Osoby przesłuchiwane przed sądem nowskim opisywały spotkanie z diabłem oraz przedstawiały jego charakterystykę oraz imię. W większości przypadków są to swojsko brzmiące imiona, które powszechnie były używane w tamtych czasach w danym regionie. Wymieniany jest Boruta74, Borut75 i Mucha76, być może jest to lokalna nazwa Belzebuba. Imiona te wzięte zostały z diabelskiego panteonu.

68

APB, s. 74. APB, s. 102 70 APB, s. 105 71 APB, s. 58. 72 APB, s. 33. 73 APB, s. 109. 74 APB, s. 58 75 APB, s. 102 76 APB, s. 102 69

183


Opis diabelskich strojów jest stosunkowo krótki. Zawiera informację co do fasonu ubioru (polski, niemiecki, francuski), jak też i jego bogactwa sugerującego stan, a przez to rangę diabła. Opisywany jest także kolor ubioru. Pisownia imion diabłów oryginalna. 1. Elza Kucharczykowa. … Zeznała, że Elza od tej Barwy Czarnej na Garbuzach (lokalna nazwa obszaru leżącego poza murami miejskimi w kierunku południowym) mieszkającej diabła Kaspra dostała, gdy Barwa w pole niosła cienkusz (słabe lub złej jakości wino, piwo, miód), którego się cienkuszu od niej napiła.77 … Zeznała, najpierwej na torturach że Elzinemu diabłu Kasper mój kochany…78 … Zeznała, że Elzin diabeł Kasper po polsku, w czarnych szatach chodzi…79 2. Katarzyna Oleyniczka. … Zeznała, że Gałganka sama Oleyniczce czarta Janika w cielęcinie zadała… w pierwszy wtorek po Wielkiej Nocy czarta Janka…80 … zadała jej Owczarka Mirocka Hanisa czarta który… chodził, w maślance i gdy do domu z tą maślanką przyszła ujrzała tegoż Hanisa czarta przy kominie stojącego i rzekł do niej jużeś mnie dobrze kupiła w maślance…81 Oba diabły porzuciły Katarzynę podczas próby pławienia, mimo że obiecywały wcześniej pomoc.82 3. Maryna Gałganka. … zeznała, że Janka czarta miała, którego od Oleyniczki w chlebie ciepłym dostała, albowiem się z nią była powadziła. … czart chodził po polsku w czerni…83 4.Jakub Gałgan. … zeznał, że diablicę miał, która się zwała Marianna. Zeznał, że tęż diablicę dostał idąc z Nowego w frecie (las w pobliżu Nowego) blisko po spaleniu siostry jego rodzonej84. … diablica chodziła w czarnej sukni, w kabacie (wierzchnie okrycie, zwykle krótkie – SJP, s. 851) zielonym, w sznurówce błękitnej … diablica wszędzie przy nim była, gdzie się obrócił …85 5.Anna Krucha. … zeznała, że czarta miała, który się zwał Marcin, dostała go na łące pana Czechnickiego… na koniu przyjechał do niej kiedy do łęgu (podmokła łąka – SJP, t. II, s. 73) szła…86 … zeznała, że Wołowcowa ma czarta Janka87 77

APB, s. 8. APB, s. 7. 79 APB, s. 7. 80 APB, s. 18. 81 APB, s. 21. 82 APB, s. 21. 83 APB, s. 23. 84 APB, s. 25 85 APB, s. 26. 86 APB, s. 31. 87 APB, s. 32. 78

184


… zeznała, że Krysiowa ma diabła wielkiej postaci, po niemiecku, imię mu jest Jerzy88 6. Katarzyna Krysiowa. …zeznała, że temu diabłu imię jest Marcin … tego czarta zadała jej go Felkowa z Mieliwka w ciepłym chlebie, bo dostała od niej bochenek chleba. Zeznała, że gdy do ogrodu szła… tedy czart do niej przyszedł w modrej sukni, w czapce czerwonej…89 7.Regina Jakubowa Krajniczka. … zeznała, że ma czarta na imię Bzowskii w Bielawkach (wieś w gminie Pelplin) go dostała, zeznała, że w Bielawkach ze wsi ze bzu do niej wylazł … był w czarnej sukni… 90 8.Marianna Grzeskowna. … zeznała, że ma czarta Rokiczskiego, którego jej zadano na drodze przy Lalkowach idąc do Froncy, na tej drodze w półludzkiej postaci w czerni …91 Może chodzi tutaj o popularnego Rokitę, którego miano zostało przez osobę przepytywaną zniekształcone. A może uczynił taki zapis skryba, który niedosłyszał wypowiedzi Marianny lub mniej lub bardziej świadomie zniekształcił zapis imienia diabła. 9. Magdalena Ruskowa. … dobrowolnie zeznała, że czarta Borutę od Kruchej dostała,…, ten czart w polskich sukniach szarych chodzi. … zeznała, że się czarta nie bała…92 10. Dorota Piotrowa Kaszubowa. … zeznała, że Mikołaja czarta ma, dostała go od Owcowy gburki na ten czas w Smętowku, z którą się była pogniewała lat temu 12 albo więcej. Wybiwszy go miotłą przysłała jej ta Owcowa miskę mąki, z której zacierkę gotowałai on do niej wyszedł za piecka po polsku w czarnej sukni…93 11. Maryanna Rogalska. … zeznała, że idąc z łęgu (podmokła łąka) na Rozgartach trafił (się) człowiek jakiś w czerwieni, młody po Polsku powiadający się być studentem wędrującym za szkołą… a zowie się Marcin…94 12. Gertruda Smiechowa. … zeznała, że czarownicą jest i ma diabła Marcina … w niemieckich sukniach podartych… przyszedł do niej…95 13. Marta Stępkowa. … zeznała, że diabła ma Michała, który do niej przyszedł najpierwej takim sposobem: powadziła się bardzo była z mężem, dwa lata w zapust przeszły minęły, a gdy się bardzo przeklinała siedząc wieczór w domu przy piecu, świecę zgasiwszy, a mąż gdzieś do miasta był odszedł, przyszedł do niej czart, ogłaskawszy ją po gębie pocałował, ona się pytała ktoś jest, rzekł jej Michał…96 88

APB, s. 33. APB, s. 41. 90 APB, s. 44. 91 APB, s. 52. 92 APB, s. 58. 93 APB, s. 66. 94 APB, s. 69-70. 95 APB, s. 74. 96 APB, s. 77. 89

185


14. Marianna Kowalka. … że ma diabła Bartosza, który jej się zjawił pod Warlubiem w polu przyszedł do niej po polsku w czerwonej sukni jako dworzanin…97 … zeznała, że Anna Frajnogowa… diabła miała Jakuba po niemiecku w czerni, od mężowej matki go dostała98 15. Ewa Swiątkowska. … zeznała, czarta Jasia dostała w sadzie Różyckiego, za stodołami, kiedy śliwy były, Kwasna jego zesłała, po niemiecku w modnych szatach…99 16. Jadwiga Michalka. … zeznała, jako do niej przyszedł strojny pan, po polsku, w błękitnej sukmanie, a w czerwonej czapce, na imię Paweł, który przechodził się kilkarazy z miasta na Kończyce, z Kończyc do miasta, ten przechodząc do niej z kijem zmierzył do niej jakby chciał strzelić w nią i rzekł pu! Po tym rzekł daj mi pić, a mąż który był na ten czas w domu i widział to wszystko co się działo ale nie wiedział kto to był i co za jeden, rzekł żonie swojej a dajże mu pić ale rzekł nie mam piwa ani cienkuszu tylko wodę a ten gość rzekł nie chcę wody kiedy nie masz piwa, po tym rzekł daj mi ognia do lulki, ale tabaki nie kurzył, potem rzekł ja tu u ciebie będę, bom tu jest zesłany, i tu u ciebie będę nocował która się z nim wadziła i mąż jej i nie pozwalali mu noclegu…100 … zeznała jako w różnym odzieniu diabli bywają na Łysej Górze, obszarpani i w pięknych sukniach, bo kiedy diabłu da robotę jaką na przykład kopać, ciernie wycinać, a podrze suknię, musi czarownica inszą sprawić…101 17. Szymon. … diabła miał w pierwszym roku, w czarnej sukni, po niemiecku…102 … jako miał diablicę w osobie pani, z którą obcował w czwartki, u niego w domu bywała w szatach adamaszkowych szarych, Kajzerowa imię jej …Bednarka ma diabła po kawalersku, w czarnych sukniach po niemiecku … Diabeł Kaczmarki imię Borut. Diabeł … Mucha. …103 18. Regina Dorszewiczowa. … imię diabłu Garbal … po niemiecku w szarej sukni… 104 19. Anna Wincentka. … przyszedł do niej diabeł we dnie w modrej sukni, chciał u niej służyć za parobka, … zeznała, że mu było imię Paweł. …105 20. Anna Szpornowska. … zeznała, że diabła przyjęła imieniem Jozwa, za Bramą Gdańską na ogród idąc i który dawszy jej rękę mówił jej jużeś ty moja …106 97

APB, s. 81. APB, s. 82. 99 APB, s. 85. 100 APB, s. 90 i 94. 101 APB, s. 97. 102 APB, s. 101. 103 APB, s. 102. 104 APB, s. 105. 105 APB, s. 109. 106 APB, s. 115. 98

186


21. Barbara Ratayka. … zeznała, że jej się diabeł pokazał wieczorem po polsku, zwał się imieniem Grzes…107 … zeznała dobrowolnie, iż Tkaczka z miasta ma diabła Jozwa po polsku, w czerni, przy szabli. … Zeznała, iż Dyndowa ma diabła Piotra, a Stencelka Jozwa,Tkaczka z miasta Franciszka, córka TkaczynaJozwa.… Zeznała, iż Urbanka ma diabła Jasia, w polskich sukniach, po chłopsku, w czerni. …108 22. Elżbieta Pastorka. … w imaginatyi (pisownia oryginalna: w imaginacji) pokazał mi się jakem chciała przyjaciela, w szarej sukmanie po polsku, imię jemu Kuba…109 … Wyznaje, że ta kobita co ją nauczyła w Kerwałdzie pożyczyła jej pierścionka i mówiła mi obaczysz co się stanie z tego pierścionka, wsadziwszy pierścionek nie widział mi się, pożyczyłam inszego od Kaczmarki w Barłożnie, a ten dałam mężowi. W tym przyszedłszy od ślubu co miała kobieta, która mi pierścionek dała, nie prosiła na wesele, rozgniewała się i mówiła, ten pierścionek na dobre ci nie wyjdzie i tego właśnie dnia wzięłam z diabłem ślub. …110 23. Barbara Drąszkowa. … wyznaję, że żona Pestwy jest czarownicą … 3 ma diabłów, jeden Strącek, 2 filipek, trzeci Jas, dwu po niemiecku, trzeci po polsku …111 24. Katarzyna Owczarka. … wyznaję, że Kaczmarki diabły chodzą po francusku trzech. Wyznaję, że Pasturka ma tylko jednego diabła, imię mu Kuba, po polsku chodzi. Wyznaję, że Drąszkowa ma kilku diabłów ale tylko jednego ma, który po szlachecku chodzi, w czerwieni, imię mu Jan, na starszym miejscu siedzi. …112 25. Maryanna Kaczmarka. … mam diabłów trzech, imię jednemu Kuba, drugiemu Michal, trzeciemu Woytek.113 … Wyznaję, że tej nocy był u mnie diabeł Michałek i drudzy byli, jeden w ciemno modrej sukni, drugi w białej i trzeci w jasno modrej. …114 Osoby przesłuchiwane wymieniały w zeznaniach 42 diabłów, którzy nosili następujące imiona: Jan, Janek, Jasiu, Jasio, Jaś – 7 razy; Jakub, Kuba – 4 razy; Jozwa – 4 razy; Marcin – 4 razy; Paweł – 2 razy; Michał – 2 razy; Kasper, Hanis, Jerzy, Mikołaj, Bartosz, Grześ, Piotr, Filipek, Wojtek, Franciszek. Niektóre miana diabła brzmią jak nazwiska: Bzowski (wyszedł z bzu?), Garbal, Strącek, Rokiczski (być może ma ono związek z Rokitą) i wspominani już Boruta i Borut oraz Mucha. Dwa razy wymienione są diablice: Marianna i Kajzerowa. W różny sposób można było „dostać” diabła. W protokołach wymieniane 107

APB, s. 122. APB, s. 125. 109 APB, s. 135. 110 APB, s. 138. 111 APB, s. 134. 112 APB, s. 140. 113 APB, s. 141. 114 APB, s. 142. 108

187


są następujące sposoby czy też okoliczności: w cienkuszu (słabej lub złej jakości piwo, wino, miód. SJP, s. 299), w cielęcinie, w maślance, w ciepłym chlebie, w mące, w pierścionku, na drodze, na łące, na polu, w sadzie.

Łysa Góra – wcale nie łysa i niekoniecznie góra. Udział w zgromadzeniach wyznawców diabła był uważany za jeden z najpoważniejszych zarzutów stawianych osobom oskarżanym o czary. W opracowaniu profesora Tazbira czytamy: … koncepcja sabatów narodziła się u teologów pod wpływem obserwacji spotkań odbywanych z jednej strony celem kontynuowania dawnych kultów pogańskich, z drugiej zaś dla święcenia obrzędów ludowych …115 W zeznaniach osób stających przed nowskim sądem pojawia się wątek spotkań z diabłem podczas biesiad i zabaw, na które, jak wierzono, udawano się na przysłowiową Łysą Górę. Według zapisów takich miejsc było w okolicy niemało. Wskazywano następującą lokalizację: – Koło kobylego gruntu (łąka) nad Wisłą na piasku białym.116 – Podle kobylego gruntu na dworznicach. (folwark)117 – Pod zamkiem nowskim.118 – Na miejskim polu nad Wisłą za Nowem. Za zamkiem nowskim za stodołami pod cierniem. Pod Świeciem.119 – Na dworznicy (folwark) za zamkiem120. – Obok klasztoru pelplińskiego. Pod Lalkowami.121 – Na Czubatej (górze) między Lalkowami a Smętówkiem.122 – Na dworznicy (folwark) na piasku.123 – Między Smętówkiem i między Lalkowami na wielkiej górze.124 (Być może wielka góra dotyczy wspominanej już Czubatej). – Na szańcu na dworznicach. Gdzie winduga (miejsce gromadzenia drewna do spławu).125 J. Tazbir, Procesy o czary, s. 156. Elza Kucharczykowa, APB, s. 7. 117 Katarzyna Oleyniczka, APB, s. 18. 118 Maryna Gałganka, APB, s. 23. 119 Jakub Gałgan, APB, s. 26. 120 Anna Krucha, APB, s. 31 121 Regina Jakubowa Krajniczka, APB, s. 45. 122 Marianna Grzeskowna, APB, s. 52. 123 Magdalena Ruskowa, APB, s. 58. 124 Dorota Piotrowa Kaszubowa, APB, s. 66. 125 Maryanna Rogalska, APB, s.71. 115 116

188


– Na piasku przy kobylim gruncie.126 – Nad kobylim gruntem.127 – Na Żalu pod Bąkowem przy drodze niedaleko Bożej Męki. Pod Świeciem na zameczku starym.128 – Nad kobylim gruntem.129 – W Leśnej Jani za szpitalem nad michem? tam, gdzie się drogi dzielą do Borowego Młyna i do Milewka. Nad kobylim gruntem za ogniem, gdzie sobie parobcy sobótkę palili.130 – Nad jeziorem Wielce. Pod gruszą idąc do Luszkowy. W Grucznie131. – W Paniach, gdzie kamienie leżą na drodze.132 – Nad głęboką drogą jadąc na Kończyce.133 – Za Milewem. Za bramą gdańską. Na piasku ku lasku na Milewskim polu.134 – Na przydatkach (skupisko kilku gospodarstw położonych poza zabudową stanowiącą integralną część wsi) miejskich ku Bochlinowi. Nad Gerchą i nad Bożą Męką ku miastu przy ścieżce.135 – W domu Drążkowej. Pod Dzierzążnem. W Nowej Cerkwi.136 – U Drążkowej.137 – Pod Dzierzążnem.138 – Na polu Dzierzążskim. W domu Drąszkowej. Pod Bukowcem za Skurczem.139 – Pod Dzierzążnem. U Drąszkowej w domu.140 O wybraniu na miejsce spotkań izby w domu Barbary Drąszkowej zadecydowała jej choroba oraz ważne miejsce, jakie zajmowała w hierarchii czarownic. Jak świadczą powyższe przykłady, tzw. Łysa Góra wcale nie musiała być łysa i nie koniecznie musiała być górą. Miejsce sabatów mogło być dosłownie wszędzie.

126

Gertruda Smiechowa, APB, s. 74. Marta Stępkowa, s. 77. 128 Marianna Kowalka, APB, s. 81 i 83. 129 Ewa Swiątkowska, APB, s. 87. 130 Jadwiga Michalka, APB, s. 91 i 96. 131 Szymon, APB, s. 101 i 102 132 Regina Dorszewiczowa, APB, s. 105. 133 Anna Wincentka, APB, s. 109. 134 Anna Szpornowska, APB, s. 115 i 119. 135 Barbara Jakubka Ratayka, APB, s. 124. 136 Barbara Drąszkowa, APB, s. 133 i 134. 137 Elżbieta Pastorka, APB, s. 136. 138 Elżbieta Pastorka, APB, s. 138. 139 Katarzyna Owczarka, APB, s. 139 i 140. 140 Maryanna Kaczmarka, APB, s. 141. 127

189


Terminy spotkań. Najczęściej dzień sabatów przypadał według protokołów z Nowego: – Na świętego Jana (noc świętojańska – święto obchodzone w nocy z 23 na 24 czerwca, będące próbą zasymilowania przez chrześcijaństwo pogańskich obrzędów związanych z letnim przesileniem słońca).141 – Na świętego Jakuba. (25 lipca).142 – Po poście.143 – Na święty Krzyż (prawdopodobnie 3 maja).144 – Na Boże Ciało.145 – Na świętego Marcina. (11 listopada).146 – Każdy pierwszy czwartek nowego miesiąca.147 – W czwartki, gdy największe święta.148 – Przed miesięczną niedzielą.149 – Wigilia Bożego Ciała i Trójcy.150 – Na świętą Trójcę. (27 maj).151

Środki transportu. Kościół w X-XIII wieku zakazał wiary w latające czarownice, przyjmując, że jest to diabelska iluzja. Jednak w XIV wieku podejście do tej sprawy uległo zmianie. Za herezję zaczęto uważać brak wiary w możliwości latania służebnic szatana.152 Podróż na Łysą Górę odbywała się najczęściej drogą powietrzną. W rachubę wchodziły dwa rodzaje środków transportu. W pierwszym siłę napędową stanowił sam diabeł, który unosił wspólniczkę w przestworza. W drugim przypadku umiejętność latania uzyskiwano dzięki specjalnie przyrządzonej maści. Opis sto141

Elza Kucharczykowa, APB, s. 8; Maryna Gałganka, APB, s. 23; Anna Krucha, APB, s. 31; Regina Jakubowa Krajniczka, APB, s. 45; Marianna Grzeskowna, APB, s. 52; Dorota Piotrowa Kaszubowa, APB, s. 66; Maryanna Rogalska, APB, s. 70; Gertruda Smiechowa, APB, s. 74; Marianna Kowalka, APB, s. 83; Ewa Swiątkowska, APB, s. 87; Jadwiga Michalka, APB, s. 96; Regina Dorszewiczowa, APB, s. 106; Anna Szpornowska, APB, s. 118; Barbara Jakubka Ratayka, APB, s. 124; Barbara DrąszkowaAPB, s. 133. 142 APB, s. 23 143 APB, s. 31. 144 APB, s. 45 145 APB, s. 31, 70, 83,105, 115, 118. 146 APB, s. 87 147 APB, s. 97. 148 APB, s. 106. 149 APB, s. 97. 150 APB, s. 106. 151 APB, s. 118 152 J. Wijaczka, Polowanie na czarownice…, s. 132.

190


sowania i działania specyfiku przywołamy za zeznającymi przed nowskim sądem: Pisownia oryginalna. …Wyznai kedy lecimy na Łisą Gorę, to się posmaruiemi mascią pod pahi, dawoła mi ty masci młinarka Zalszowska com się nią smarowała i drwiami wilatywała nad ziemię…153 ...Zeznała że Na tę Łisą gore wylataią kominami Mascią sie posmarowawszy to ich diabeł niesie i tak długo czeka asz sie wszytkie zlecią.154 …Zeznała przy widzu ut Supra ze na Sty Jan na Łysy gorze bywała wyzyopisaney którą diabeł Kasper po powietrzu zaniosł,…155 …Zeznała że na szkapie na lisą gorę iezdzieła...156 …zeznała ze na łysą gorę wylatywała kominem posmarowawszy się maścią szarą nabytą od Magdaleny Ruskiey, która spalona iest...157 …zeznała że ią czart na Lysągorenoszył a drugie w karicie…158 …zeznała że gdy na Lysągorę miała lecieć tosięmasciąna mazala która mascmabyc w garnuszku na murku w izbie…159 …zego diabeł wzął zapas i z nim leczał na Gorę Lysy…160 …Smarowała się gdy latała na łysy gorze którą jej diabeł to dawał atę w kominie wseni chowała… Kaczmarka iezdziela w karecie… na L.G. koni czarne które tętniały…161 …zeznała iż dawała masc drugim czarownicom którą iak się namazały na Łysą górę wylatywały...162 … zeznała, że w małym pudełeczku blaszannym masc zawsze przy sobie nosiła…163 …Wyznaję zem w karycie iezdziła z Drążkową na Łysa gorę we cztery konie Michałek był wozniczą…164 Naziemnymi środkami transportu wymienianym kilkakrotnie w protokołach były karety, które wykorzystywały w celach podróżnych ważniejsze w hierarchii czarownice. W archiwaliach nowskich nie wymienia się w żadnym przypadku miotły, która niosłaby wybranki diabła na wspólne spotkania. Być może miesz153

APB, s. 134. APB, s. 32. 155 APB, s. 8. 156 APB, s. 45. 157 APB, s. 70. 158 APB, s. 83. 159 APB, s. 87. 160 APB, s. 101. 161 APB, s. 105. 162 APB, s. 117. 163 APB, s. 118. 164 APB, s. 142. 154

191


kanki Nowego i okolic preferowały bardziej nowoczesny i bezpieczny sposób przemieszczania się. W jednym przypadku pojawia się zapis mówiący nie o podróży na Łysą Górę, lecz o powrocie z niej. Dzięki protokolantowi zachowały się słowa Elżbiety Pastorki, która zeznała: … Kuba diaboł przyniósł mię z łysy góry i porzucił mię na łezko…165

Przebieg sabatów. Protokoły procesów dostarczają także informacji dotyczących przebiegu spotkań. Jedzenie, które ze smakiem było zjadane na łysej górze, z chwilą opuszczenia magicznego miejsca traciło swój apetyczny wygląd i smak. W podobny sposób zmieniała się zastawa, z której korzystano podczas uczty. W realnym świecie zamieniała się w nic niewarte przedmioty. Oto relacja przedstawiona w 1712 roku przez Jadwigę Michalkę: … zeznała, jako w św. Jana, pańskiego roku na Łysej Górze była, za szpitalem nad michem?, tam gdzie się drogi dzielą do Borowego Młyna i do Milewka i tam tańcowała, jadła, pijała, która chcąc się doświadczyć, co to za jedzenie i picie było i co za srebro, z którego piła, wzięła ze sobą do domu, a gdy przyszła, aż zobaczyła jakie potrawy: końskie bobki i węgle były, a napojem był koński mocz, a srebro tylko skorupy od gęsich jaj. Zeznała jako chłop z Dzierząrzna na imię Jakub, grał im na krowim ogonie. Zeznała jako z nią tam bywały: Stępkowa, Piotrowa, Zarembowe, Małgorzata, Serchowam i Dolna. Z miasta Kwaśna, Kikowa i Stachowa, która już spalona. I w barwach panie, których poznać nie mogła, bo się zakrywały czarnymi taftami. … (zasłona z materiału).166 Przesłuchiwana w 1698 roku Anna Krucha zeznała: … że Caykowa Stara z Symanową z Rybakow za przednice były. Zeznała, że Wołowcowa ryby nosiła, ale ryby byli trzciną. Zeznała, że Falkowa z Rybaków garce podawała, ale garce byli końskie kopyta.[s. 32]. … zeznała, że na tej Łysej Górze nie mogła wszystkich poznać co tam bywali, bo larwy (maski na twarzy) miały, bywało ich na 12…167 Maryanna Rogalska tak opisuje to co miała zobaczyć na Łysej Górze: … był pałac śliczny, w koła malowany.168 …Zeznała, że na tej Łysej Górze jeść gotowała w garncach spiżowych wielkich i na stół wydawała…169 …Gdy już się na łysej górze ucieszyły, wstąpił kozioł na stół i otrząsnąwszy 165

APB, s. 136. APB, s. 91. 167 APB, s. 34. 168 APB, s. 71. 169 APB, s. 72. 166

192


się rzekł: już też czas przestać, a w tym siadł czart jeden w postaci białogłowskiej przy stole, któremu się każda składała według możności, ona mu tylko trojak dała, ten czart był czerwono przybrany a po oddaniu kontrybucji każda się w drogę brała.170 Jadwiga Michalka… przed drugimi torturami dobrowolnie zeznała i na torturach przy widzu … dobrowolnie potwierdziła …, to tylko przydała (dodała), że ją chrzciły na Łysej Górze Kikowa i Kwasna, a chrzciły ją polewając wodą, w której były węgle i dały jej imię Marysia, a po chrzcie jak ją puściły i odkryły śpiewał diabeł skacząc, tyś moja, tyś moja, a ja twój, a ja twój…171 Ten fragment tekstu z nieznanych przyczyn został przekreślony. Jest to jedyny przypadek, gdy w analizowanym zbiorze pojawił się opis chrztu czarownicy. (O tym, że chrzest miał miejsce wspomina się także na stronie 122: diabeł chrzcił i dał jej imię Anna, a były przy tym Dekarka, Kukuczka i Styczenka). … zeznała jako kto jedząc jajca, a nie przebije łupiny, albo nie skruszy, z tego mają na Łysej Górze puchary i kubki srebrne. …172 Anna Wincentka … zeznała, że będąc na Łysej Górze porwała kubek, rozumiała, że złocisty był, a jak go przyniosła do domu, to łupina od jaja była, a zamiast złota to żółtkiem od tego jaja był potarty.173 Anna Szpornowska … zeznała, że jadły pierniki, pieczenie, wino piły ze srebrnych kubków na Łysej Górze, a to było: pierniki końskie bobki, pieczenie ścierwiska, wino kobyle szczyny, kubki końskie kopyta…174 Należy wziąć pod uwagę okoliczności, w których opisywano sabatowy jadłospis. Czyniły to osoby, które od jakiegoś czasu przebywały w izolacji, a ich posiłek ograniczony był do minimum. Można zatem założyć, że wymieniana strawa była również przywoływanym z pamięci najlepszym posiłkiem, którego tak bardzo im brakowało. Potrawy nie były wyszukane, ale tłumaczy to kondycja społeczna osób przesłuchiwanych. Pojawiają się ryby, jajka, pierniki, pieczenie, które to specjały popijały niekiedy winem. Nawiązaniem do świata realnego jest rytuał chrztu, który odprawiono podczas sabatu. Tak jak w kościele czyniono obrzęd za pomocą wody, której moc była wzmacniana nie błogosławieństwem, lecz węglem (podsycał płomienie pod kotłami dla grzeszników w piekle). Następowało także nadanie imienia, które miało łączyć nową adeptkę z jej prawdziwym i wybranym panem.

170

APB, s. 71. APB, s. 96-97. 172 APB, s. 97. 173 APB, s. 110. 174 APB, s.116. 171

193


III Z życia Zrzeszenia

_______________________________


Tomasz Jagielski

„Bałtycko-Czarnomorskim szlakiem – z wizytą u Kanta Lato 2018 roku okazało się być na tyle upalne w całej Europie, a szczególnie, co zaskakujące w Europie Zachodniej, gdzie temperatura nawet w Wielkiej Brytanii oraz Norwegii przekraczała ponad 30 stopni. Wiedzeni więc wschodnim szlakiem Wikingów udaliśmy się z Gdańska przez Królewiec, Moskwę na Kubań oraz Krym. Wcześnie rano autobus relacji Gdańsk-Kaliningrad podjeżdża na stanowisko. W środku w większości Rosjanie, ale i trochę Polaków. Nastroje optymistyczne, słychać grupkę rozbawionych młodych, lekko wstawionych Rosjan, wracających do domu po nocnych wojażach w gdańskich klubach. Jedyny problem to granica pomiędzy Polską a Rosją, a w szczególności jej eksklawą (terytorium, które nie ma połączenia z Macierzą, a jest oddzielone Polską oraz Litwą). Odprawa polska odbywa się na samej granicy sprawnie trwała dłużej niż zwykle. Po pewnym czasie wjeżdżamy na stronę rosyjską, która wita nas wielkim dwugłowym orłem. Tym, którzy nie przekraczali nigdy granicy ze wschodem, a zwłaszcza z Rosją, przypominam, że jeszcze niedawno do strefy nadgranicznej nie można było wjechać bez specjalnej przepustki a granica stanowiła kilkaset metrowy pas zaoranej ziemi, na której nie miało prawo nic stać, oprócz infrastruktury granicznej. Aby przekroczyć tę zonę należy posiadać paszport oraz wypełnić specjalną karteczkę, tzw. „kartkę emigracyjną”, którą otrzymuje się na granicy i trzeba wypełnić, wpisując podstawowe dane o sobie z miejscem przebywania w kraju wjazdu. Taką kartkę podbija urzędnik na wjeździe, a następnie podbija w drodze powrotnej, że się kraj opuściło. To archaiczne zjawisko zachowało się tylko w Rosji i na Białorusi, czyli tam, gdzie obowiązuje ruch wizowy pomiędzy stronami. Należy uważać, żeby jej nie zgubić, w przeciwnym razie, w drodze powrotnej mogą być kłopoty z wyjazdem. Cała procedura przekraczania granicy polsko-rosyjskiej w Gronowie-Mamonowie wygląda mniej więcej tak. Powoli wjeżdżamy na pierwszy posterunek. Kierowca autobusu dostaje karteczkę, zapewne z listą pasażerów i pozwoleniami na przejazd. Stoimy kilka minut, po załatwieniu pierwszych formalności wchodzi rosyjski pogranicznik, zwany „lotniskowcem” od wielkości czapki na głowie. Zabiera paszporty i znika, trwa to kilkadziesiąt minut. Następnie, po zwróceniu paszportów, wjeżdżamy do właściwego przejścia granicznego, oddalonego o pa196


Tomasz Jagielski wraz z Leszkiem Muszczyńskim na tropach mundialu – wszystkie zdjęcia w artykule pochodzą ze zbiorów autora.

ręset metrów. Każą wszystkim podróżującym wysiąść razem z bagażami i udać się na odprawę. Nie wolno oddalać się z przejścia. Wszyscy karnie muszą stanąć w kolejce, by pojedynczo podchodząc, szczerze spojrzeć w oczy rosyjskiemu pogranicznikowi i odpowiedzieć w razie czego na nurtujące go pytania. Po przeskanowaniu paszportu i wydrukowaniu karteczki emigracyjnej (POSTĘP! – nie trzeba wypisywać jej odręcznie) i prześwietleniu bagaży, wsiadamy ponownie do autobusu. W oczekiwaniu na resztę pasażerów łapiemy ostatnią łączność z krajem, gdyż odzywa się już rosyjska sieć. Gapimy się na podróżujących, ruch dzisiaj średniej wielkości. Wreszcie po kilku minutach jedziemy na trzeci posterunek, mijając pas zoranej ziemi i dawną infrastrukturę. Nasz kierowca wręcza pogranicznikowi podbitą karteczkę, ten sprawdzając, czy nikt nie uciekł w tzw. międzyczasie, wpuszcza nas wreszcie dalej! Jesteśmy już w Obwodzie Kaliningradzkim. Cały ten opis niech zaświadczy, jakim dobrodziejstwem jest układ z Schengen, na podstawie którego można wjeżdżać do krajów Europy Zachodniej bez specjalnej kontroli na granicy. Zwyczajowo polecam taką podróż tym, którzy narzekają na problemy w naszym kraju. Wjazd do kraju sąsiedniego nie napawa szczególnymi widokami biednej prowincji rosyjskiej. 197


Problem z zewnętrzną granicą Unii Europejskiej skomplikował się w ostatnim czasie. Zmniejszył się tym samym przepływ ludzi z obu stron. Dotyczy to zwłaszcza Rosjan, którzy masowo przyjeżdżali na zakupy i wypoczynek nie tylko na Mazury, ale też i do Trójmiasta. Spadły znacznie, o kilkadziesiąt procent, obroty między obu krajami. Doszły jeszcze sankcje za przyłączenie Krymu do Rosji oraz wspomaganie rebeliantów w Donbasie. I to prawdopodobnie mieli na myśli przedstawiciele partii rządzącej mówiąc, że nie ustały jeszcze przyczyny zniesienia rzekomego niebezpieczeństwa ze strony Rosji i Białorusi. W ten sposób cierpią jedynie zwykli ludzie, którzy żyli głównie z granicy lub wzajemnych kontaktów nie tylko gospodarczych pomiędzy obu krajami, lecz wymianie kulturalnej oraz turystycznej. Rosjanie kupowali, mówiąc kolokwialnie, prawie wszystko, głównie: ubrania, jedzenie, elektronikę, usługi turystyczne. Polacy jeździli po tanie papierosy, o połowę tańsze niż w Polsce, benzynę, której cena średnio po przeliczeniu wynosiła 2,7-3 zł, czasem po wódkę. Cena tej ostatniej jednak jest porównywalna do polskiej. Tak więc i to przestaje się opłacać kupować w Rosji. Odwrotnie ceny większości produktów w rosyjskich sklepach są średnio wyższe od polskich o 20-30%, zwłaszcza elektronika, mięso, piwo. Nie dziwi więc sytuacja, że masowo biedniejsi Rosjanie przyjeżdżali do Polski robić zakupy. Wynika to z otwartości, konkurencji, doświadczenia oraz jakości polskiego produktu. Rosjanie nie mają takiej możliwości, a jedzenie oraz niektóre produkty przetworzone kupują zagranicą. Czasem są to polskie produkty, które są reeksportowane przez Białoruś jako białoruskie, w rzeczywistości są to np. polskie jabłka. Powoduje to frustracje w rosyjskim rządzie oraz konflikt z Białorusią, której Rosja zagroziła wprowadzeniem kontroli oraz wiz. Zniecierpliwienie widać też w niektórych rosyjskich sklepach, które stoją przed decyzją bojkotu „polskich parówek” oraz namawianiem do kupna u rodzimych wytwórców, o ile ich mają. Na razie proces ten jest niewielki, raczej Rosjanie na to nie zwracają uwagę. Na stronach internetowych oraz informacjach w mieście popiera się wyjazdy do sklepów wielkopowierzchniowych i galerii handlowych 198


lub na wypoczynek do Polski, Litwy czy innych państw. Kilka lat temu kaliningradzki zespół „Parovoz” nagrał nawet piosenkę zachęcającą do wyjazdów na zakupy do Polski. Być może wynika to też z tego, że w porównaniu do Polski, Rosjanie mają tani gaz oraz paliwo. Niskie czynsze zapewniają jako taką egzystencję. Mieszkania też, poza tymi nowoczesnymi, to głównie tzw.: „chruszczówki”, posiadają niski standard komfortu życia, a tym samym niski czynsz. Kaliningrad to chyba jedno, jak nie jedyne miasto w Rosji, o największej liczbie kantorów. Bez problemu można wymienić w nich nie tylko dolary czy euro, złotówki, o co trudno w pozostałej części kraju. Kaliningradczycy poza moskwiczanami oraz petersburżanami jako jedyni najwięcej podróżują po świecie. W porównaniu z pozostałą częścią kraju, gdzie ewentualne dewizy można zwykle wymienić w banku. Wynika to z zasobności oraz dysproporcji w zasobności portfeli Rosjan, gdzie średnia zarobków w tych miastach zbliża się do połowy polskiego średniego wynagrodzenia, natomiast reszta egzystuje za niespełna 400 zł. W przypadku mieszkańców obwodu kaliningradzkiego dochodzi jej specyfika jako eksklawy. Jej przeciętny mieszkaniec przynajmniej raz był poza granicami obwodu. Kaliningrad (Królewiec, Königsberg) oddalony jest od polskiej granicy tylko około 50 km. Rosjanie nadali mu swoją nazwę ku czci komunisty Kalinina, który nigdy zresztą w tym mieście nie był, tylko dlatego, że urodził się on w przeddzień jego zdobycia przez armię radziecką. Miasto liczy dzisiaj około 400 tys. mieszkańców i stanowi siedzibę władz administracyjnych.

199


Kaliningrad (niem. Königsberg, pol. Królewiec) został założony przez Krzyżaków w 1255 roku. W swej burzliwej historii był siedzibą władz Zakonu krzyżackiego i stolicą Prus Książęcych – lenna Polski. Miasto rozsławił słynny filozof niemiecki urodzony w tym mieście w 1724 r. – Immanuel Kant. Najnowsza historia miasta pozbawiła go hanzeatyckiego charakteru i sprawiła, że nabrało wyglądu typowego radzieckiego miasta. W czasie II wojny światowej w wyniku bombardowań alianckich znaczna część Kaliningradu została zniszczona. To, co ocalało, zostało w dużej części zniszczone przez wkraczające i okupujące teren oddziały Armii Czerwonej. Od 1946 roku miasto przyjęło swoją nazwę od radzieckiego bohatera rewolucyjno-wojennego Michała Kalinina. Mimo planowych wyburzeń pozostałości poniemieckiej zabudowy udało się ocalić niektóre zabytki dawnej przeszłości. Warte obejrzenia są muzea z ciekawymi ekspozycjami historycznymi. Rozczaruje się jednak ten, kto będzie oczekiwał średniowiecznego miasta ze starówką, takiego jak Gdańsk czy Ryga – dawne centrum nie istnieje, wyburzono je pod szerokopasmowe drogi i przebudowano w stylu socrealistycznym. Miasto straszy niedokończonymi inwestycjami, ogromnymi, odrapanymi blokowiskami w centrum, którego praktycznie nie można nawet określić. Kaliningrad najlepiej wygląda latem, kiedy zieleń licznych parków przesłania nieco szarość blokowisk. Najsmutniej jest jesienią, kiedy miasto pogrąża się w szarzyźnie. Planując zwiedzanie Kaliningradu nie należy nastawiać się zatem na możliwość zobaczenia dawnej wschodniopruskiej zabudowy i architektonicznych 200


pereł. Miasto jest ciekawe przede wszystkim ze względu na burzliwą historię, z pamiątkami której mamy możliwość się zapoznać w muzeach. Po przyjeździe do Kaliningradu, pierwszym elementem rzucającym się w oczy są nazwy ulic. W odróżnieniu od innych regionów Rosji w obwodzie Kaliningradzkim wszędzie funkcjonują usunięte gdzie indziej ulice – Lenina, Marksa, Dzierżyńskiego, Rewolucji Bolszewickiej, Engelsa itp. Tutaj nikt nie zadał sobie trudu zmieniania tego stanu rzeczy, by chociaż pokusić się o przetłumaczenie niemieckich ulic i nadanie im bardziej ludzkiego oblicza, a tak łatwiej i taniej jest zostawić tak, jak było. Głównymi punktami zwiedzania stanowi XIV-wieczna katedra oraz grób jednego z najbardziej znanego na świecie filozofa Emanuela Kanta, który tutaj żył i zmarł i pochowany jest na tyłach katedry. Odbywały się tu koronacje władców pruskich, służyła też jako miejsce pochówku krzyżackich dostojników. W miejscu tym pochowany został także Albrecht Hohenzollern, a jego pomnik można Królewiec był w historii Niemiec miastem szczególnym. To tu koronował się król pruski, gdy nie mógł tego zrobić w Berlinie ze względu na sprzeciw papieża. Obecnie odnawiana katedra prezentuje się okazale. Przy północnym narożniku można zwiedzić symboliczny grobowiec Immanuela Kanta, wzniesiony w 1924 r., w dwusetną rocznicę urodzin filozofa, profesora na tutejszym uniwersytecie. Szczególnie interesujące i warte obejrzenia jest znajdujące się na wieży katedralnej muzeum Immanuela Kanta i Königsbergu. W muzeum zobaczyć możemy niezwykle interesujące ekspozycje przedstawiające historię miasta, wyspy Knipawy i katedry. Wystawione są także dawne zdjęcia, mapy miasta i eksponaty związane z najnowszą historią miasta. Fotografie i malunki przedstawiają wygląd dawnego starego miasta. W trakcie naszych odwiedzin odbywała się koncert, a wokół na tym miejscu gromadziło się wielu turystów z kraju i zagranicy, robiąc sobie zdjęcie z maskotką piłkarskich mistrzostw świata: „Zabywaką”. Całość założenia tonie w zieleni w miejscu, gdzie kiedyś stały średniowieczne kamienice, a dzisiaj nie ma po nich śladu. Z jednej strony jest to ciekawy widok, a z drugiej przygnębiający. Gdy taki zabytek samotnie stoi w otoczeniu pustych przestrzeni. Kolejnym zabytkiem, który pozostał w Królewcu nietknięty jest gmach dawnej giełdy towarowej. Kiedyś przeznaczony był na dyskotekę, a obecnie stanowi siedzibę jednostek kultury. Widać go z mostu na rzece Pregole już z daleka. Warto odwiedzić także Basztę Dohna, a w niej Muzeum Bursztynu. Muzeum urządzone w dawnej Baszcie Dohna prezentuje niezwykle piękne i interesujące ozdoby oraz wyroby z bursztynu zarówno stare, jak i współczesne. Warto zwrócić uwagę przede wszystkim na bursztynowe okazy z czasów carskiej Rosji. W muzeum eksponowane są także zrekonstruowane fragmenty dawnej Bursztynowej Komnaty, która przez pewien czas znajdowała się w Królewcu. Część ekspozycji 201


poświęcona jest niezwykle bogatym na półwyspie Sambijskim złożom bursztynu i historii jego wydobycia. Muzeum stanowi żelazny punkt programu każdej wycieczki do Kaliningradu. Nawet jeśli kogoś nie interesują wyroby z bursztynu, powinien zobaczyć wykonaną z tego surowca dużą, bogato zdobioną szkatułkę w stylu socrealizmu z napisem CCCP czy carskie precjoza. Na nabrzeżu Piotra Wielkiego stoi zacumowana oryginalna łódź podwodna B-413. Obecnie mieści się w niej muzeum. We wnętrzu unikalnej oryginalnej radzieckiej łodzi podwodnej znajduje się ekspozycja dotycząca historii radzieckiej i rosyjskiej żeglugi. Na szczególną uwagę zasługują zdjęcia i makiety radzieckich atomowych łodzi podwodnych klasy Akuła (takich jak znany Kursk). Sporo miejsca poświęca się w muzeum historii rosyjskiego okrętownictwa. Osoby oprowadzające po muzeum to emeryci Floty Bałtyckiej pełniący dawniej służbę na tego typu okrętach. Są oni doskonale obeznani z techniką i opowiadają niezwykle ciekawie i żywo. Ponadto w muzeum można obejrzeć film z manewrów z udziałem największych rosyjskich okrętów podwodnych. Muzeum jest przede wszystkim unikalną atrakcją na skalę europejską. Zobaczyć w nim można pomieszczenia dla załogi. Współczesnym „memento” stanowią ruiny dawnego zamku książąt, a potem królów pruskich, który został zniszczony wskutek walk o miasto w czasie ostatniej wojny. Władze miasta nie wiedziały, co zrobić. Moskwa odpowiedziała, zróbcie co chcecie? Tak więc „centrali” nie przeszkadzały, ale lokalnym aparatczykom owszem. Ruiny wysadzono, a na ich miejscu rozpoczęto budowę futurystycznego Domu Sowietów. Historia się jednak zemściła. Po doprowadzeniu budowy do stanu surowego okazało się, że fundamenty są niestabilne. Dziś Dom Sowietów góruje nad miastem, strasząc pustymi oczodołami okien. Co z nim zrobić, nie wie nikt. Od momentu transformacji i upadku komuny w Kaliningradzie głównie młodzi ludzie, prąc niejako do Zachodu, zaczęli mieć kłopoty z tożsamością, przywołując przy tym minione kompleksy.Wystarczy wspomnieć nazwę samego miasta, gdzie nazwę miasta próbowano już wielokrotnie zmienić z Kaliningradu na Königsberg. Jak na razie bez skutecznie poprzestając na razie w sferze publicznej, głównie handlowo-promocyjnej. Mamy więc firmę przewozową „Kenig Awto”, „KenigRestaurant”, „Königsberg-Basznia Majak”. A jeśli mowa o restauracjach lub pubach, to oprócz tego, że drogo, to wygląda, że Rosjanie wstydzą się swojego piwa. Po prostu częściej widać w sprzedaży piwa czeskie, niemieckie niż rosyjskie. A nawet ichnie ubierają w ten sposób w nazwy,by przypominały zachodnie. Zresztą są to głównie piwa lekkie. Zdaje się, że jest to przypadłość ogólnosłowiańska. Takie przypadki można by mnożyć. Dlatego przynajmniej odnosi się wrażenie, że ta światlejsza część mieszkańców wstydzi się nazwy patrona swojego miasta, współczując jednocześnie niemieckiej ludności cywilnej 202


Królewca. Nawet pojawiają się głosy wbrew dotychczasowej propagandzie, że oddanie tego miasta było tak niepojęte, że w 1945 roku nie sporządzono nawet planów ewakuacji. Dlatego zmasakrowano ludność cywilną. Kalinin był współwinnym tej rzezi, był przecież sowieckim premierem. Usunięcie jego imienia z nazwy miasta byłoby gestem zadośćuczynienia. Póki co nic się nie zmieniło, a okazja do tego była bardzo dobra, gdyż Mistrzostwa świata w piłce nożnej odbywały się w fazie grupowej także w tym mieście. I było to wydarzenie bez precedensu od zakończenia II wojny światowej. Nam udało się rozmawiać z kilkoma mieszkańcami Kaliningradu, którzy będą pamiętać je do końca życia. Wielu z nich nie widziało jeszcze tylu turystów, kibiców. Imprez masowych, zapewne w obawy przed zamieszkami praktycznie nie organizuje się poza koncertami i kinem. Dlatego o tym ważnym w historii miasta wydarzeniu informowano już wcześniej. Instruowano mieszkańców miasta by byli mili dla obcokrajowców, pomocni, a ci co znają obce języki aktywnie włączyli się w wolontariat. Z opowiadań wynika, że kibiców chorwackich przybyło ok. 10 tys. i była to ich największa grupa. Anglików było mniej i przyjechali jedynie na mecz oraz fetę pomeczową. Większość z nich od razu wracała głównie do Trójmiasta, gdzie nocowała. Część w ogóle nie przyjechała wiedziona propagandą zachodnich mediów, że pobyt tutaj to narażanie się naniebezpieczeństwo i koniec świata. W momencie naszego pobytu turystów zachodnich było już bardzo mało. Nam udało się spotkać małżeństwo Stefana z rodziną, do którego przysiadło się dwóch Rosjan. I w taki sposób Polacy, Niemcy i Rosjanie kibicowali w centrum miasta w pobliżu strefy kibica umieszczonej przy Placu Sowietów. Prawdziwa Europa środkowa może się porozumieć o ile tylko chce, a politycy nie przeszkadzają. Trzeba jednak przyznać, że atmosfera różniła się choćby od tej z EURO 2012, kiedy to entuzjazm był o wiele większy niż w Rosji. Widać, że Rosjanie nie są szczególnie wylewni, jeśli chodzi o imprezy plenerowe. A to właśnie połowę atmosfery działają miejscowi, drugą zaś kibice przyjezdni. A tak można powiedzieć, że oprócz dekoracji oraz nowego stadionu, można powiedzieć, że się ona odbyła. A sam Kaliningrad był przez moment na ustach całego świata. Tak więc wizerunkowo oraz ekonomicznie na pewno zyskał. Pomalowano też trawę i krawężniki, odnowiono niektóre budynki w centrum, można było zauważyć napisy w języku obcym. Tylko, co teraz, zrobicie z tym stadionem? Zapytałem Rosjanina, a on, że „nie wiadomo”. Władze chciały przekazać go miejscowemu klubowi „Baltice Kaliningrad”, ale klub nie ma tyle pieniędzy. Jeżeli nie znajdą na niego sposobu, to podzieli los wielu sportowych molochów, których nie udało się utrzymać. Warto też na koniec wspomnieć polskiemu czytelnikowi o polskich kontaktach z Królewcem. Datuję się one bowiem już od samego powstania miasta i można powiedzieć zintensyfikowały się w I poł. XV w., kiedy to powstało pierwsze protestanckie państwo. Już w roku 1529 powstała polska parafia ewangelic203


ka przy kościele św. Mikołaja. Natomiast na początku XVII polscy katolicy mieli tutaj swój kościół. Ciekawym zjawiskiem jest fakt, że w Królewcu przez cały wiek XVI wydrukowano więcej książek polskich niż w Rzeczpospolitej. A od roku 1718 z kolei wydano pierwszą w dziejach polskojęzyczną gazetę „Pocztę Królewiecką”. Nie było to bez znaczenia, gdyż w przeddzień układów welawsko-bydgoskich w roku 1657 w grodzie nad Pregołą ludność polskojęzyczna stanowiła aż 25 % ogółu mieszkańców. Istniała też „polska uliczka” i budowla obronna o nazwie „polska wieża”. Przez cały wiek XIX w polskiej publicystycznej podróżniczej, popularnej oraz naukowej wspominano o związkach miasta z Polską. Umiejętnie podsycano i podtrzymywano mit łączności miasta z Polską, którego znaczenie było bardzo podobne do roli i znaczenia Gdańska dla Rzeczpospolitej. Dlatego szybko pojawiły się postulaty, by politycznie zajmując Warmię i Mazury nie zapomnieć o Królewcu, który był stolicą najpierw Prus Zakonnych a potem Prus Wschodnich, pomimo zamieszkujących go oraz najbliższą okolicę ludności niemieckiej. Sądzono bowiem, że z czasem się ona spolonizuje. Dlatego działacze Ligi Narodowej powszechnie domagali się wcielenia tego niemieckiego nawisu nad Polską. Politycy zachodni byli jednak innego zdania na Konferencji Pokojowej w Wersalu. Wysunięto bowiem koncepcję utworzenia Wolnego Miasta Królewca. Opór brytyjski sprawił, że wolne miasto utworzono, ale wokół Gdańska, a nie Królewca. A polskie południe Warmii i Mazur przegrano w plebiscycie. Prusy Wschodnie, których naturalnym zapleczem portu w Królewcu była Polska został oddzielony granicą oraz tzw.: „korytarzem pomorskim”. Niemcy w okresie międzywojennym mieli kłopoty gospodarczo-logistyczne z utrzymaniem tego obszaru dla swojej gospodarki. Wykładali ogromne sumy na je stabilizację oraz dofinansowanie, co nie uniemożliwiło im stałej migracji mieszkańców na zachód, przez co stał się cały wschodniopruski obszar głównie strategicznym miejscem ataku na Polskę we wrześniu 1939 r. Gdy II wojna światowa chyliła się ku końcowi na konferencji pokojowej w Teheranie w zdumienie wprawiła wypowiedź Stalina, że chciałby posiadać kawałek germańskiej ziemi. Powszechnie brano za dobrą monetę, że obszar dawnych Prus Wschodnich przypadnie Polakom. Oficjalnie Stalin chciał posiadać niezamarzający port w Królewcu. Jest to o tyle dziwne, że w swoim władaniu miał porty w Kłajpedzie oraz Rydze. Myślę, iż chodziło tutaj raczej o kwestie psychologiczne. Chciał bowiem pokazać posiadanie tej ziemi jako zadośćuczynienie za uczynione przez Niemców krzywdy Rosjanom. Przypominam, że już Piotr I zajął siłą Królewiec podczas wojny siedmioletniej. Nie wykluczone, że miał on paść w ręce Rosji, jak później Krym, obszar Petersburga czy twierdzę w Azowie, zdobyte na Szwedach i Turkach. Polacy o tym nie wiedzieli i liczyli, że Stalin da Polsce całe Prusy Wschodnie. Gdy tymczasem zakreślił on w październiku 1944 fajką linie na północ od miast 204


Świętej Siekierki (Mamonowo), Frydlandu (Prawdińska) oraz Iławy Pruskiej (Bagrationowsk). W tym czasie wracała do kraju część robotników przymusowych oraz pierwsi „repatrianci” zza Bugu. Zaczynała powstawać także polska administracja. W Królewcu utworzono polską Radę Miejską a nawet Straż Obywatelską. A żołnierze batalionu 14 DP WP z Bydgoszczy pomaszerowali przez Grudziądz, Braniewo na Królewiec celem objęcia go dla Polski i ustanowienia tam siedziby garnizonu. Nieoczekiwanie zostali zatrzymani na przedpolu Królewca i cofnięci przez Armię Radziecką do Elbląga. Tak skończyło się marzenie o polskim Królewcu. W sierpniu 1945 r. rząd polski podpisał z ZSRR układ o granicy. Granicę cofnięto jeszcze bardziej na południu od wcześniej wspomnianych miast, która jest do dzisiaj obowiązującą. Wiosną 1990 r. ówczesny przewodniczący parlamentu rosyjskiego Borys Jelcyn zaproponował, w celu zwiększenia stabilności Europy Wsch., polskiemu rządowi oddanie całego obwodu królewieckiego w ramach zadość uczynienia za krzywdy zadane Polakom przez Rosjan. Nie wiemy, jakby się to zakończyło. Cała ludność rosyjska miała wrócić do Rosji. Rząd polski Tadeusza Mazowieckiego nie zareagował i sprawa ostatecznie przepadła. Tak oto Królewiec został w dalszym ciągu Kaliningradem, a miasto zostało oddzielone od Polski mocnym kordonem. Mimo to warto przyjechać i pomyśleć, że nie są to Antypody świata a miasto kiedyś z Polską związane. 205


Moskwa – strefa kibica Lot z lotniska Kaliningrad-Chrabrowo rosyjskimi liniami „Aerofłot” do Moskwy odbył się zwyczajnie. Mimo to byłem ciekaw jak wyglądają jego usługi tego przewoźnika, zwłaszcza pomny tego, że jeszcze kilka lat temu pokutował ich stereotyp jako „latających trumien”. A tymczasem ku memu zdziwieniu jest to flota w miarę nowoczesna a personel pokładowy bardzo miły a na nawet krótkiej trasie przelot dostaje się nawet skromny posiłek. Lotnisko w Kaliningradzie to stare poniemieckie jeszcze miejsce wylotów, z którego praktycznie samoloty odlatują głównie do Moskwy oraz Petersburga. Miłe, nie ma tłoku, a stąd można polecieć via Moskwę praktycznie wszędzie po całej Rosji. Oczywiście trzeba przejść przez odprawę oraz bramki, które znajdują się w Rosji nie tylko na lotnisku, lecz także na dworcach kolejowych i autobusowych. Moskwa w dniu finału mistrzostw świata w piłce nożnej 2018 przywitała nas porannym ciepłem 15 lipca. Zaraz po wyjściu z lotniska udaliśmy się na autobus, który zawiózł nas sprawnie do początkowej stacji metra RechnoiVokzal (Rzeczny Dworzec). Stamtąd udaliśmy się na Plac Czerwony w Moskwie. Nie zamierzaliśmy dłużej zostać w Moskwie, jak tylko na dzień finału piłkarskich mistrzostw, gdyż byliśmy już w stolicy wcześniej i w zasadzie zwiedziliśmy główne punkty miasta. Celem było nadczarnomorskie Soczi. Zainteresowanych odsyłam do naszych wcześniejszych artykułów. Chciałbym jedynie opisać krótko spostrzeżenia tego dnia. Tak duża impreza ogólnoświatowa, jak Mundial to niezwykle trudne wyzwanie dla organizatorów. A dla Rosji sprawa wizerunkowa oraz prestiżowa, no i okazja do podreperowania trochę federalnego budżetu, zwłaszcza w obecnej sytuacji politycznej oraz sankcji. Na ulicach zwykle nie wyczuwało się nadmiernego podniecenia ze strony Rosjan. Prawdopodobnie dlatego, że drużyna rosyjska zaszła do ćwierćfinału, ale w finale już nie zagrała. W związku z tym zainteresowanie kibicowaniem swojej drużyny było znacznie mniejsze. Czuło się jednak powagę imprezy, gdyż pełno było wolontariuszy oraz reklam krzyczących, że dzisiaj jest finał mistrzostw świata w piłce nożnej. Rankiem na Pl. Czerwonym znajdowała się mała strefa kibica przeznaczona dla najmłodszych. Można było na niej pokibicować oraz pograć, ale była zbyt mała na główną scenę. Tę organizatorzy przewidzieli na Wróblowych Wzgórzach w pobliżu Uniwersytetu im. Łomonosowa, po drugiej stronie rzeki Moskwy. Rankiem na placu było jeszcze pustawo. Jedynie zapowiadający się upał próbowała zwilżyć polewaczka, która co chwilę przejeżdżała wokół turystów Moskwy. Pierwszymi kibicami, którzy pojawili się w centrum Moskwy byli Chorwaci. Swoim entuzjazmem zarażali nieco sennych mieszkańców stolicy. Wszędzie królowała biało-czerwona kratka! (szachownica – sic!), niestety niebiało-czerwona (nasi nie wyszli nawet z fazy grupowej) oraz śpiewy chorwackich kibiców. Dla nich dojście do finału było nawet nie świętem 206


narodowym, ale przejawem dumy i wielkości. Ich przeciwnicy Francuzi (zdobywcy trofeum Nike) wydawali się znacznie skromniejsi w swoich emocjach. Raz, że było ich mniej, drugi, że swoje osiągnięcia klubowe i reprezentacyjne mają także za sobą. Pomimo, że Rosjanie stereotypowo uważają Chorwatów, jak nas za „zdrajców Słowiańszczyzny”, większość mieszkańców Moskwy odnosiło się do nich z przyjaźnią, robiąc sobie z nimi zdjęcia oraz zamieniając kilka słów. Kibice obu drużyn również radośnie się pozdrawiali. Na kilka godzin przed meczem wielce raczeni alkoholem oraz nastrojem zwiększyli swoje emocjonalne zachowanie w momencie zbliżania się terminu meczu na moskiewskich Łużnikach. Tego dnia zebrało się ich kilka tysięcy. Zdawało się, że opanowali cały plac Czerwony mieszając się z turystami z całego świata. Na trzy godziny przed finałem udaliśmy się pod stadion, gdzie razem z nami szła ogromna fala kibiców wszelkie narodowości lub poprzebieranych w drużyny, które kibicują. Dla bezpieczeństwa Putin zarządził tzw. „suchy zakon”, czyli na czas przed, w trakcie i po meczu, całkowitą prohibicję. Wszystkie sklepy spożywcze w pobliżu stadionu w odległości kilkuset metrów miały zakryte folią regały z alkoholem. Napić się go można było jedynie w pobliskich pubach lub restauracjach. Po fieście w pobliżu Łużnik część kibiców bez biletówudała się w stronę WorobiejowychGor. Wszędzie „Rosgwardia”, odpowiednik komunistycznego ORMO kierowała ludzi na metro, gdzie trzeba było przejechać jeden przystanek, a następnie prawie 10 km iść piechotą wokół ogrodzenia uniwersytetu z tyłu do wejścia, gdzie znajdowała się największa „strefa kibica” w Moskwie. Oczywiście nie wiedzieliśmy, że to tak daleko, to przejście wydawało się niczym „półmaraton”. No ale wszyscy ludzie tam szli piechotą, więc i my. Gdy doszliśmy ogromna masa ludzi stała już przed barierkami. Jako że my mieliśmy krótko po północy odlot do Soczi, nie ryzykowaliśmy wejścia, decydując się na stanie tuż przed jej wejściem, skąd i tak było dobrze widać. Obawialiśmy się, że jak te, zebrane według statystyk 3 mln. na strefie, zacznie wychodzić ze strefy, to nie zdążymy wrócić na lotnisko. Wreszcie porządkowi zaczęli wpuszczać ludzi przez barierki niczym podczas kontroli na lotnisku. Po drodze słyszeliśmy jeszcze zespół orkiestry żeńskiej przygrywającą w oczekiwanie na rozpoczęcie meczu. Na dodatek zaczął padać krótki obfity deszcz. Emocje jak na stadionie. Francja wygrała z Chorwacją 4:2 i została mistrzem świata.

Z wizytą na Kubaniu: Soczi – Gelendżik – Tuapse – Anapa” Soczi, wielu rodakom kojarzy się z Morzem Czarnym, Zimową Olimpiadą oraz Mundialem 2018.Mało jednak obcokrajowców przybywa z wizytą do tego 207


turystycznego regionu zrażonych trudnościami w podróży, sankcjami Zachodu wobec Rosji, czy wreszcie zwykłymi uprzedzeniami oraz stereotypami. Na prawdę jednak warto odwiedzić czarnomorskie wybrzeże Rosji, leżące na południu w okręgu Kraju Krasnodarskim. Obszar ten charakteryzuje się bowiem specyficznym blisko subtropikalnemu mikroklimatowi. Spowodowane jest to położeniem tego miasta, które znajduje się na równinie przymorskiej pomiędzy pasmami Wysokiego Kaukazu a Morzem Czarnym. Latem jest upalnie (30 stopni C.), a zimy są łagodne (prawie 10 stopni C.). Duża wilgotność oraz krótkotrwałe opady spowodowane parowaniem wody wiszą w postaci ciężkich chmur nad górami, stanowiąc barierę, próbującą przedostać się nad morze. Wspaniały widok, dający pola do wielu interpretacji egzystencjalnych. Samo Soczi to właściwie jedna wielka ulicówka, licząca ok. 328 tys. mieszkańców. Natomiast sama aglomeracja rozpościera się na długości 147 km. od Dżubgi do Suchumi, co powoduje, że jest to drugie pod względem długości miasto na świecie. Administracyjnie podzielone jest na kilka rejonów. Z czego najbardziej znane są Adler, Soczi, Łazarewskoje, Loo, Mamajka. Ten wąski pas lądu wciśnięty klinem pomiędzy Kaukazem a Morzem Czarnym w przeszłości był zamieszkany przez Abchazów oraz Adygejczyków, którzy utworzyli tu nawet królestwo (VI-XV w.). Od XI wchodziła w skład Zjednoczonego Królestwa Gruzji. Od XV w. będąc pod panowaniem Imperium Osmańskiego. Trwało to do roku 1829, kiedy to Rosjanie przebili się do morza podczas wojny turecko-rosyjskie, w następstwie czego obszar Kubania przypadł Rosji. Początkowo Soczi nazywała się Fortem Aleksandrią (1838), Twierdzą Nawagińską (1839), od 1864 Placówką Dachowską. Jako nazwy Soczi po raz pierwszy użyto w roku 1896 od nazwy rzeki przepływającej przez miasto. A więc najpierw była twierdzą a potem dopiero na początku XX w. stała się kurortem oraz miastem (1917). Na krótko od 1918 do 1919 Soczi znajdowało się w obrębie odrodzonej Gruzji. Jednak ofensywa „białych”, a następnie „czerwonych” w roku 1920 spowodowała, że Gruzini opuścili ten rejon, a miasto przypadło ZSRR. W roku 2014 miasto zorganizowało XX Zimowe Igrzyska Olimpijskie. Imprezy lodowe odbywały się w dwóch miejscach: pierwsze, to obiekty zlokalizowane na równinie nadmorskiej pomiędzy Morzem Czarnym a Kaukazem. Powstały tam tafle lodowe, stadion Fiszt (w którym w 2018 grali Polacy na mistrzostwach świata w piłce nożnej), obiekty treningowe i centra prasowe i telewizyjne: drugie, to oddalona około 40 km. w górach zespół osiedli górskich zwanych łącznie Krasną Polaną. To tam wysoko w górach odbywały się typowe dla zimy konkurencje narciarskie: jak zjazd, slalom czy skoki narciarskie, łyżwiarstwo. To właśnie na miejscowej skoczni Kamil Stoch zdobył złoty medal w skokach. W samym mieście można zobaczyć kilka zabytków godnych obejrzenia, jak: latarnię morską z 1891 r., Sobór Archanioła Michała z l. 1874-1890, Arboretum 208


założone w 1890 r., Teatr Zimny z 1937 r., Sanatorium Ordżonkidze z l. 1937-1955. Z miastem związani byli m. in: nieżyjący już polityk rosyjski Borys Niemcow, który urodził się tutaj oraz słynna rosyjska tenisistka Marija Szarapowa. Chociaż Soczi powitało nas deszczowo na lotnisku w Adlerze, czuło się parne, wilgotne powietrze, które rozwiało chmury i pojawiło się słońce. Tak, jak to zwykle dla tego czasu w tym miejscu. Bez problemu autobusami lub elektryczką (pociągiem zwany „łastoczką”, czyli jaskółką. można się dostać we wszystkie rejony nadmorskiej aglomeracji. Jednak centralnym miejscem, gdzie zatrzymują się wszystkie niemal marszrutki jest pętla w dzielnicy Nowy Wiek. Stamtąd można udać się do centrum Soczi lub na granicę z Abchazją. Dzielnica Adler jest spokojniejsza i milsza od samego centrum Soczi, które jest pełne biurowców, hoteli, sklepów. Mimo tego, że w Adlerze znajduje się lotnisko, można podziwiać jak znad morza nadlatują bardzo nisko samoloty, w zdecydowanej mierze wyłącznie wewnętrznych rosyjskich destynacji, to jest tutaj mniej tłoczno. Wzdłuż kamienistej plaży ciągnie się promenada, przy której tradycyjnie stoją tzw. „budy”, w których można kupić niemalże wszystko do kąpieli, pamiątki oraz to co szczególnie rzuca się do oczu to „stołownie”, czyli stołówki, bary szybkiej obsługi. Ze względu na to, że każdy chce zjeść tanio i smacznie, można wybrać bez problemu coś dla siebie. Mimo, że ceny generalnie są wyższe niż w Polsce, w tego typu barach, prawie zawsze jest tam komplet osób, zgłodniałych po odbyciu kąpieli słonecznych lub morskich. Z tradycyjnych potraw kuchni rosyjskiej wymieniłbym pielmienie (rodzaj pierogów z lekkim farszem mięsnym), wareniki (gotowane pierogi w kształcie półksiężyca), bliny, zupy – barszcz, solanka. Ryby – omule bajkalskie. Są to potrawy względnie tanie i ogólnodostępne nawet w „stołowniach” lub lokalnych barach. Z alkoholi oprócz wódki, należałoby wymienić piwa: „Żiguliwskie” albo „Baltikę”. Co ciekawe, z tymże normalne na wschodzie, można kupić je także w 1,5-litrowych butelkach. Cena alkoholi jest nawet wyższa niż w Polsce i to nawet w przypadku zwykłej półlitrowej wódki. W ostatnim czasie wprowadzono tzw. „suchy zakon”. W sklepach obowiązuje całkowity zakaz sprzedaży alkoholu od godziny 22.00 do 11:00. Na dodatek nie wolno pić alkoholu publicznie, chyba że w papierowej lub plastikowej torbie. Oczywiście przestrzegają to tylko sieciowe sklepy, w zwykłych monopolowych 24 zakup nie jest problemem, co najwyżej sprzedawca otwiera piwo od razu po zakupie (wtedy to nie jest sklep, a bar). Generalnie piwo stało się w Rosji bardziej popularne w konsumpcji niż wódka, trochę podobnie jak w Polsce, z tymże my raczej chwalimy się swoim piwem. Rosjanie zaś jakby wstydzili się swojego i na potęgę reklamują lub nadają swoim obcego brzmienia, i tak mamy „Bawarskie”, „Czeskie” itd. Taki kompleks wobec zachodu, a zupełnie niepotrzebnie. Ta przypadłość dotyczy głównie młodych ludzi, co nie znaczy, że kupują wyłącznie to z obcą nazwą, inaczej nie sprzedawano 209


by rosyjskiego piwa w ogóle. Nad morzem siedzą wieczorami wzdłuż promenady i delektują się czym można. Emeryci zaś grają przy tym w szachy lub w inne gry. No bo co ma zrobić przeciętny rosyjski emeryt, którego nie stać na wczasy w kraju, nie mówiąc o zagranicy. Szczęściarze ci, którzy mają blisko nad Bałtyk lub Morze Czarne. I tak toczy się powolne życie nad Rosyjską Riwierą. Słońce wypala wszelką agresję. Niestety rosyjskie wybrzeże czarnomorskie to jedynie ponad 400 km., nie wliczając w to Krymu. Wzdłuż promenady obsadzonymi drzewami palmowymi znajdują się nowe apartamentowce. Część z nich stoi całkiem pusta, nastawiona raczej na zamożnych Rosjan. Widać także co jakiś czas szyldy: „sprzedam” lub „dzierżawa”. Warto nadmienić, że prawo własności jest w Rosji jest ograniczone dla miejscowych, jak i obcokrajowców. Nam udało się jednak zarezerwować tanią kwaterę, jak na taki region, bo za około 30 zł. na dobę na osiedlu odgrodzonym z jednej strony wioską olimpijską, a z drugiej wzniesieniami gór Kaukazu. Z tym noclegiem mieliśmy nie lada problem. Pod podanym adresem znajdował się jakiś inny dom. Po wykonaniu telefonu do właścicielki okazało się jednak, że dom znajduje się dalej. Problem w tym, że domy przy tej ulicy kończyły się na wcześniejszym numerze. W końcu dzięki pomocy napotkanych Rosjanek trzeba było przejść dalej przez poprzeczną ulicę i wejść na drugą, gdzie wyszła po nas właścicielka i zaprowadziła na nocleg.

210


Warto też odwiedzić wspomnianą Krasną Polanę. Położona jest pośród gór Kaukazu na wysokości 1500-2300 m. n. p. m. Podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich 2014 Krasna Polana była areną zmagań sportowców w wielu konkurencjach m. in. w biegach narciarskich, skokach narciarskich i kombinacji norweskiej na obiektach: Ekstrim-Park „Roza Chutor”ośrodek narciarstwa alpejskiego oraz zespół skoczni narciarskich „Ruskije Gorki”. Wcześniej Polana nosiła abchaską nazwę Kbaade i zamieszkiwali ją w XIX w. Abchazi. Tutaj w roku 1864 stoczono ostatnią bitwę w wonie rosyjsko-czerkieskiej. Pierwotną ludność wysiedlono, a w ich miejsce osiedlono Rosjan oraz Greków. Spośród historycznych nacji związanych z regionem Gruzini stanowią ok. 2 % a Adygejczycy i Abchazowie 0,1 %. Reszta Rosjanie, Ormianie, Grecy. W pobliżu przebiega granica z Abchazją. Separatystyczną republiką autonomiczną, która ogłosiła niepodległość, gwarantowaną przez Rosję. Jej wojska weszła do Gruzji w sierpniu 2008 r. wskutek interwencji rosyjskiej, przez co Tbilisi utraciło kontrolę nad obszarami zbuntowanych republik Abchazji i Osetii Południowej. Dzisiejsza współczesna część Soczi o nazwie Krasna Polana to typowa ulicówka wraz ze zbudowanymi naprędce zespołem hoteli, restauracji, infrastruktury sportowej, apartamentowców mający swoim wyglądem przypominać szwajcarskie kurorty. Chociaż nic tutaj ze Szwajcarii nie ma, sprawia wrażenie cukierkowego stylu pełnego eklektyzmu. To tutaj nasz Kamil Stoch zdobył na Olimpiadzie Zimowej złoty medal. W miejscowości znajduje się 21 wyciągów oraz 72 km łącznych tras na położonych wyżej Polany górach. Wszystko to powstało w szybkim tempie na krótko przed Olimpiadą wraz z nowymi drogami i mostami oraz specjalnym pociągiem, łączącym Soczi z Krasną Polaną aż do miejscowości Tuapse. Tylko część z tych obiektów jest używana. Zdaje się, że władze nie mają pomysłu, co dalej z nimi zrobić. A szkoda tej infrastruktury, z pewnością na następne imprezy sportowe w tym regionie trzeba będzie poczekać. Soczi, to głównie turystyka, przemysłu właściwie nie ma. Sytuacja polityczna związana z  sankcjami też nie napawa szczególnym optymizmem. Obcokrajowców praktycznie nie było widać. Oby nie okazało się, że trzeba będzie część tych obiektów zamknąć lub rozebrać, to co tak po części politycznie i wizerunkowo Rosja zbudowała za niebagatelną kwotę 50 mld. dolarów. Czas pokaże, czy Rosja będzie w stanie wykorzystać ten czas. Kolejnym miejscem, które warto odwiedzić jest Anapa. To 57-tysięczne miasto jest uzdrowiskiem morskim (wody mineralne, kąpiele błotne). Są tam tereny uprawy winnej latorośli. Nazwę miasta w swojej twórczości wspomniał polski aktor, satyryk rosyjskiego pochodzenia Alosza Awdiejew w swojej piosence „Czarna Czapa”. Anapa to na rosyjskim Wybrzeżu Czarnomorskim jedyne miejsce, gdzie plaża jest piaszczysta. Pośrodku Miasta znajduje się przed merostwem znajduje się plac, przy którym znajdują się kompleksy turystycznych hoteli oraz 211


nadmorska promenada. Z ciekawostek dotyczących tego miasta musimy dodać, że widzieliśmy neon sklepowy z napisem „Moda polska”. Trudno jednak orzec czy sprzedawano tam polskie ubrania, czy nazwa sklepu miała przypominać lub raczej zachęcić do wejścia do tego sklepu. W każdym razie miło było spotkać polski wątek w tak odległym od kraju miejscu. Drugim z kolei sytuacja, jak związana była z tym miastem, to komiczne spotkanie jednego z nas z miejscowym policjantem, który został na dworcu wylegitymowany przez niego, zapewne dlatego, że wyglądał na zagranicznego turystę z plecakiem. Następnym miastem, które można odwiedzić, w drodze podziwiając wijącymi się serpentynami kaukaskich dróg, przypominających czasem Chorwację, był Gelendżik. Miasto kurort ok. 50 tys. mieszkańców. Zamieszkałe najpierw przez Greków, Adygów. Później w obrębie Imperium Osmańskie, od roku 1831 w składzie Imperium Rosyjskiego. Dziwna nazwa miasta pochodzi od tureckiego słowa: „gelend-żyk”, czyli oznacza „białą niewiastę”. W ogóle trzeba dodać, że miejscowości nadczarnomorskie mają nazwy wielonarodowe: abchasko-gruzińskie, greckie, tureckie i rosyjskie, co świadczy o skomplikowanej historii tego regionu. W roku 1900 otwarto tutaj pierwsze sanatorium, od roku 1907 jest oficjalnie kurortem. Uważam, że oprócz Soczi, jednym z najładniej położonych miejscowości rosyjskiej riwiery. Miasto umieszczone pomiędzy wzgórzami, z których rozciąga się wspaniały widok na prawie całkowicie zamkniętą zatokę. Ulice łagodnie opadają stopniowo w dół aż do samej plaży. Wokół zatoki znajduje się promenada, przy której znajdują się restauracje, puby oraz sklepy i pensjonaty. Wieczorem można przejść się deptakiem od portu w stronę zachodnią, niczym sopockim „monciakiem”. Miasto ma połączenie lotnicze z pozostałą częścią Rosji. Do ciekawostki należy niesprawdzona do końca informacja, że w Praskowiejewce koło Gelendżyka znajduje się jedna z 20 rezydencji Włodzimierza Putina. Ufundowali mu ją rzekomo oligarchowie spolegliwi wobec prezydenta Rosji. Oczywiście nie dojechalibyśmy i tak do niego. Jednak ze zdjęć wygląda na stylizowany eklektyczny pałac o pretensjonalnym wyglądzie z własnym lotniskiem, basenami, kinem, kasynem i amfiteatrem. Całość o powierzchni ponad 87 ha. O pałacu w Praskowiejewce, który wybudowano nad brzegiem Morza Czarnego niedaleko Gelendżyka, zrobiło się głośno w grudniu 2010 roku. Wtedy to Siergiej Kolesnikow, były współpracownik Putina, ujawnił reporterom „Washington Post” sposób, w jaki obecny prezydent Rosji wyprowadził ze służby zdrowia publiczne pieniądze, które posłużyły na budowę rezydencji.Kolesnikow o sprawie poinformował także ówczesnego prezydenta, Dmitrija Miedwiediewa. Okazało się, że defraudowanie pieniędzy polegało na zawyżaniu cen sprzętu medycznego w gigantycznych przetargach, a następnie przejmowaniu na prywatne konta wytargowanych zniżek, o których nikogo nie informowano. Z Gelendżykiem mieliśmy mały problem natury ekonomicznej. A był nim brak 212


rubli, a raczej niemożność wymiany pieniędzy w niedzielę. Wydawać się mogło to dziwne, ale na całym rosyjskim wybrzeżu czarnomorskim nie ma kantoru. Pieniądze wymieniać można jedynie w bankach, które są wtedy zamknięte. Na szczęście udało się zapłacić z pomocą twardej waluty, a jeden dzień zwłoki nie stanowił jakiegoś wielkiego problemu. Tuapse, to kolejne etap naszej podróży po Riwierze Rosyjskiej. Około 64-tysięczny port nad Morzem Czarnym. W mieście tym znajduje się rafineria ropy naftowej. Dotąd w średniowieczu sięgały granicę Abchazji a potem Gruzji, która utraciła ten obszar na rzecz Adygejczyków w XVI w. Po traktacie adrianopolskim anektowany przez Rosję w roku 1829. Po upadku caratu w 1918 ponownie wkroczyli do Tuapse Gruzini,którzy przebywali w mieście kilka miesięcy, by uchodzić przed nadchodzącymi wojskami „czerwonych”. Tych z kolei zmienili „biali”, trzymając ten port aż do ich ewakuacji roku 1920. W latach 1917-21 znajdowała się tutaj polska placówka konsularna. Obecnie oprócz Rosjan mieszkają także Ormianie, Ukraińcy, Adygejczycy, Grecy, Gruzini. Do Tuapse przyjechaliśmy grubo po północy. Tutaj kończy się przybrzeżna linia kolejowa popularnej „łastoczki”, która jedzie z Adleru przez Soczi aż do Tuapse. Prowadzi ona malowniczym brzegiem Morza Czarnego przez kilka stacji, na których można wysiąść i pójść na plażę. Niestety miejsc już w hotelu nie było, więc wędrowaliśmy o nocy, jak gołębie, gdyż pewien Białorusin powiedział nam, że przy porcie znajduje się hotel o nazwie „Ruś”. Niestety tam też miejsc już nie było. Jednak kątem oka przypomniałem sobie, że ma terenie dworca znajduje się „komnata oddycha”. Dworcowe pokoje hotelowe, jakich dużo na rosyjskich dworcach. Jest godzina 2:00 w nocy, przychodzimy tam a tam mała kolejka. W recepcji siedzi kobieta około 60-tki i wpisuje mozolnie dane kobiety z dzieckiem. Przy czym musi ona je wpisać dane z dokumentów do formularza meldunkowego. Następnie akt urodzenia dziecka, bo innego dokumentu nie posiada. I tak mija pół godziny, aż wreszcie nasza kolej. Najpierw myli nasze wizy, nazwiska, dane. Część napisałem jej po rosyjsku, żeby było łatwiej. Podajemy dane, śmieję się, żeby było szybciej mógłbym podać dowolną ulicę, profesję, po co to wszystko! A ona jeszcze na komputer, znowu na drugi papier itd. Biurokracja tradycyjnie, to sport narodowy Rosji. Aż wreszcie płacimy tanio. I idziemy spać. Nazajutrz zwiedzamy miasto. Miasto sprawiało wrażenie bardziej przemysłowego i chociaż leży nad morzem, to nie jest kurortem samym w sobie. Port wydaje się ograniczony w swojej wielkości, chociaż objęty jest sankcjami i widać było ruch statków wpływających do portu. Nie można więc samemu miastu odmówić pewnego uroku. Szczególnie najładniejsza część to niewielki bulwar z pomnik wdzięczności Armii Czerwonej. Wyraźnie widoczna nowoczesna latarnią morską, która wprowadza statki do miejscowego terminala portowego. Port trochę dzieli rozdziela miasta 213


na dwie części. Na dodatek w pobliżu znajduje się bazar, co szpeci nieco charakter tego miasta. Kamienista plaża też wymaga poprawy, bo jest miejscami zniszczona, zwłaszcza wokół tzw. terenów miejskiej plaży. W sumie wszystko można zobaczyć w jeden dzień i udać się w dalszą podróż, choćby na np. na Krym.

Krym (Tauryda), czyli polityka z mostem w tle Po mniej więcej 6-godzinnej podróży autobusem relacji Soczi-Sewastopol, wzdłuż Morza Czarnego z Tuapse do Kerczu przez most na cieśninie kerczeńskiej, docieramy wreszcie do dawnej granicy rosyjskiej. O 2.00 w nocy zapalają się światła i wchodzi policjant do autokaru, następnie zabiera dokumenty wszystkim pasażerom i wychodzi. Ku memu zdziwieniu czarny dwugłowy orzeł rosyjski nadal wisi na budynku celno-pogranicznym dawnej granicy rosyjskiej, tak jakby ona faktycznie istniała. Z zewnątrz wszelkie atrybuty granicy są niby zachowane, jednakże po pewnym czasie i oddaniu nam paszportów wjeżdżamy już przez krymski most na teren Krymu, który jest pod faktyczną kontrolą rosyjską od roku 2014, od kiedy to zamaskowani żołnierze rosyjscy, czyli tzw. „zielone ludziki” opanowały Półwysep Krymski, należący wówczas do Ukrainy. Co prawda niepodległość od razu ogłosiły autonomiczne władze Krymu, który w większości zamieszkują Rosjanie, dokonano tego łamiąc prawo międzynarodowe. Stan ten trwa do dzisiaj a Rosja za jego złamanie została ukarana przez społeczność międzynarodową sankcjami gospodarczymi. Kontrola między Krajem Krasnodarskim a Krymem razem z bramkami bezpieczeństwa przypomina nieco kontrolę drogową z okresu stanu wojennego. Mimo tych środków bezpieczeństwa spokojnie można wjechać na Krym, mając rosyjską wizę. Natomiast od strony ukraińskiego Perekopu, czyli przesmyku jest ograniczony do zdobycia specjalnego zezwolenia, wydawanego przez Ukraińców. Z tego względu wjazd z pominięciem ich kontroli od strony rosyjskiej uznawany jest przez Ukrainę za przestępstwo. Skąd w ogóle wziął się ten spór? Przypomnijmy kilka faktów historycznych. Pierwsza przeprawa na Cieśninie Kerczeńskiej powstała w okresie II wojny światowej przez Organizację Todta w roku 1942 jako most liniowy, zabezpieczający transport wojsk niemieckich na tzw.: „Przedkaukazie”. Plany te zweryfikowano już w roku 1943, gdy Niemcy musieli opuścić Krym, a jego zaprojektowanie przez Alberta Speera nie doszło do skutku. Po wyparciu stamtąd Niemców ZSRR odbudowuje w listopadzie 1944 z materiałów pozostawionych przez Niemców. Miał on długość 4,5 km oraz 22 m. szerokości, a średnia wysokość wynosiła 50 m (w najwyższym punkcie 68 m). Most jednak nie przetrwał najbliższej zimy. Zdecydowano się nie odbudowywać go i w roku 1952 utworzono jedynie przeprawę promową. Do tematu jego budowy powrócono po rozpadzie ZSRR, kiedy 214


to Cieśnina Kerczeńska przegrodziła granica ukraińsko-rosyjska. Obie strony nie mogły się porozumieć, co do jego realizacji i w roku 1994 rozmowy zawieszono. W roku 2004 sprowadzono nawet nowoczesne promy do przewozu pociągów. A mer Moskwy Łużkow promował ideę budowy mostu, po czym Rosjanie zaczęli sypać groblę w kierunku wyspy Tuzli. 25 kwietnia 2010 r. prezydenci obu krajów Wiktor Janukowicz i Dmitrij Miedwiediew podpisali porozumienie, co do budowy wspólnego mostu. Po odrzuceniu przez Ukrainę umowy stowarzyszeniowej z UE ponownie powrócono ponownie do rozmów. W styczniu powołano nawet wspólną ukraińsko-rosyjską spółkę do jego budowy. Planowano, że budowa jego zajmie 5 lat i pochłonie kwotę 1,5-3 mld. dolarów. Jednak miesiąc później w lutym 2014 wybuchł konflikt ukraińsko-rosyjski. Już 3 marca premier Miedwiediew podpisał powstanie specjalnego konsorcjum budowlanego. Projekt mostu (odrzucono połączenie w formie tunelu) miał być gotowy w listopadzie 2014. Prace budowlane rozpoczęto na początku 2015 r. Minister transportu Rosji MaksimSokołow zapewnił, że budowniczowie oddadzą most na koniec 2018 r. Jednocześnie we wrześniu 2016 USA nałożył sankcje na firmy budowlane współpracujące z rosyjskimi ze względu na pogwałcenie przez Rosję prawa międzynarodowego oraz naruszenie integralności terytorialnej Ukrainy. Oprócz tego rozpoczęły się prace budowlane przy moście kolejowym, który planuje się oddać na przyszły rok 2019. Niemal równocześnie ogłoszono konkurs, w którym wygrała nazwa „Krymski Most”. Przy czym w 2017 r. ogłoszono, że prace budowlane szły wcześniej niż to przewidywał harmonogram. Ostatecznie drogowa przeprawa mostowa został otwarta 15 maja 2018 r. w obecności prezydenta RF Włodzimierza Putina. Otwarcie mostu zostało potępione przez Stany Zjednoczone oraz Unię Europejską. 31 lipca 2018 Unia Europejska nałożyła sankcje na sześć firm uczestniczących w budowie mostu. Rada Unii Europejskiej uznała, że most został wzniesiony z naruszeniem prawa międzynarodowego, na nielegalnie anektowanym przez Rosję Krymie i „ma na celu osłabienie integralności terytorialnej i niepodległości Ukrainy”. To tyle, jeśli chodzi o genezę konfliktu o most krymski. Obecnie Ukraińcy próbują izolować gospodarczo i politycznie półwysep, co tylko wpływa i tak negatywnie na postrzeganie ich postępowania przez Krymczan. Szczególnie trudna sytuacja jest w zaopatrzenia w wodę oraz komunikację z interiorem. Nie ma praktycznie regularnej komunikacji pomiędzy Ukrainą a Krymem. W związku z czym ceny niektórych towarów poszybowały średnio o 20-30% w górę po wprowadzeniu rubla. Sytuacja taka polepszyła się od momentu, kiedy to oddano do użytku w maju 2018 r. mostu pomiędzy Kubaniem (Płw. Tamańskim) a Krymem poprzez cieśninę kerczeńską. 15 maja tego roku prezydent Putin uroczyście przejechał się jako pierwszy za kierownicą ciężarówki „Kamaz”, by dwa lata wcześniej niż planowano oddać ten ważny dla Krymczan 215


obiekt budowlany. Od tego momentu stał się on otwarty dla transportu publicznego oraz ruchu samochodowego. Dzienna przepustowość mostu zaprojektowana została na 40 tys. samochodów i 47 pociągów w obie strony. Decyzję o budowie mostu prezydent Rosji podjął w kwietniu 2014 roku, tuż po aneksji Krymu. Prace budowlane na przeprawie drogowo-kolejowej o długości 19 km (najdłuższej w Europie) rozpoczęły się na początku 2016 roku i pochłonęły 228 mld rubli (prawie 3,8 mld USD) ze środków publicznych. Most jest położony na 288 podporach. Układ jezdny składa się z czterech pasów, po dwa w każdą stronę. Jednocześnie trwają prace drogowe, które zakładają ukończenie części kolejowej na jesień przyszłego roku. Póki co trwają prace na filarach mostu kolejowego także w porze nocnej. Budowie mostu konsekwentnie sprzeciwiała się Ukraina, uznając to za naruszenie swojej integralności terytorialnej. Strona ukraińska podkreśla również negatywne skutki inwestycji dla środowiska naturalnego, rybołówstwa i żeglugi. Kijów złożył do Trybunału Arbitrażowego w Hadze pozew, dotyczący złamania przez Rosję konwencji Narodów Zjednoczonych o prawie morza. Przedwczesne oddanie mostu krymskiego do użytku miało oczywiście wymiar prestiżowy i propagandowy dla Rosjan i zachodniej opinii publicznej. Miało udowodnić skuteczność działania rosyjskiego państwa, zwłaszcza w sytuacji objęcia Rosji zachodnimi sankcjami. Przez co jego budowniczowie mieli ograniczone dojście do kapitału oraz technologii, jak i materiałów budowlanych, które zabezpieczono z pozostałych rezerw finansowo-materiałowych. Restrykcje wobec Rosji o czym wiadomo z pasowych przecieków oraz działań holenderskiej prokuratury nie były przez część firm zachodnich (holenderskich) przestrzegane. W latach 2015-17 siedem firm z tego kraju oskarżono o dostawy maszyn dla rosyjskich budowlańców. Finansowym beneficjentem całego projektu jest firma STROJGAZMONTAŻ przyjaciela Putina (jego sparingpartnera w sztukach walki) ArkadijaRotenberga (jego majątek wyceniany jest na 5,5 mld. dolarów), która wygrała go bez przetargu. Sam oligarcha bez problemu uzyskuje zlecenia nie tylko od samego prezydenta, lecz spółek powiązanych z nim i oligarchami, chociażby ze znanego na świecie GAZPROMU. Od czasu zajęcia Krymu w marcu 2014 Kreml stara się integrować gospodarczo i ekonomicznie z resztą Rosji, zwłaszcza, że od 2015 objęty jest cały ukraińską blokadą ekonomiczną. Jest to ważny projekt dla Rosji i Krymu, gdyż poprawi sytuację ekonomiczną mieszkańców, którzy towary dotąd otrzymywali jedynie drogą morską. Ceny przez co były wyższe nawet w stosunku do sąsiedniego Kubania. Już wcześniej połączono go specjalnym mostem energetycznym, przez co uzależniono się od Ukrainy dopływ energii elektrycznej. Cały czas trwają też pracę nad jego rozbudową. W zeszłym roku (2017) oddano do użytku podmorski 216


gazociąg łączący oba brzegi. Z problemów infrastrukturalnych, oprócz oddania nitki mostu kolejowego, nie rozwiązany został chyba tylko problem wody pitnej dla Krymu. Czasem występują lokalne instrukcje o jej oszczędnym gospodarowaniu. Do tej pory bowiem w wodę pitną zaopatrywano się z terenu południowej Ukrainy. Integracja Krymu z Rosji jest najważniejszym celem powstania tej przeprawy oraz wyrównanie jego poziomu PKB per capita do średniej rosyjskiej. Co może dziwić za Ukrainy był to jeden z biedniejszych rejonów tego kraju o dochodzie 14 % tj. ok. 2000 $ na osobę niższym niż średnia ukraińska. Władze rosyjskie planują podnieść średnio jego rozwój prawie czterokrotnie do kwoty minimum 8000 $ na osobę. Dlatego rozwój komunikacji tego regionu z interiorem rosyjskim ma służyć głównemu kierunkowi rozwoju Krymu, jak turystyka, przemysł stoczniowy, chemiczny, rolnictwo. Turystyka to chyba druga najważniejsza gałąź gospodarki na półwyspie. Wielu z nich dzisiaj przybywa na Krym wiedzeni dotacjami promującymi „patriotyczny obowiązek” samolotami. Jednak wielu chciałoby przyjeżdżać samochodami lub pociągiem. A do tego potrzeba przeprawy mostowej. Póki co większość część mieszkańców, by odwiedzać rodziny i krewnych, mając podwójne obywatelstwo, rejestruje auta na różnych rosyjskich numerach, by móc chociażby wjechać na bliską zagranicę. Tylko część z nich ma numery rejestracyjne z kodem sewastopolskim 82 lub krymskim 92. Tak więc ambitnym planem w dziedzinie turystyki jest zwiększenie liczby odwiedzających Krym z obecnych 5,6 mln. o kolejne 4 mln. A to jest już ok. 37 % z dwudziestu procentowej grupy Rosjan podróżujących wakacyjnie po kraju. Po oddaniu mostu widać zwiększenie zainteresowania turystycznym pobytem wśród samych Rosjan, czego byłem świadkiem na dworcu w Soczi, gdy pewna kobieta pytała się zapewne mieszkańca Krymu o sytuacji na półwyspie i chęci jego zobaczenia. Rozwój turystyki powinien napędzić rosyjski kapitał i przyczynić się do wzrostu i tym samym wyrównania PKB zresztą kraju. Obecnie trudności finansowe związane z brakiem mostu powodowały, że zdaniem niektórych statystyk aż 78% podmiotów turystycznych nie płaci podatków i pozostaje w szarej strefie. Już teraz turystyka generowała prawie 180 000 nowych miejsc pracy. Póki co nie tylko most, lecz i drogi, a także dworzec autobusowy w Kerczu wymaga renowacji. Co w przypadku tego ostatniego zaczyna się coś dziać. Remontowane są chodniki oraz sam budynek dworca. Nie mniej ważne dla Krymu jest rozwój rolnictwa. Praktycznie już w roku 2014 przezwyciężył blokadę Kanału Północnokrymskiego, który służył jako system nawadniania pól. Poziom produkcji rolnej był 1,5 razy wyższy niż jeszcze w 2013 r. Spowodowane było to m.in. dotacjami budżetowymi w kwocie 2-3 mld. rocznie. Dzięki czemu krymscy rolnicy o 1/3 więcej zakupili nowoczesnych 217


maszyn rolniczych. Struktura krymskiego rolnictwa wygląda w ten sposób, że około 13 % winogron na rosyjskim rynku pochodzi z Krymu, prawie 4% owoców i jagód, 2,6 warzyw oraz 1,6 % ziaren. Tego wszystkiego Krymczanie nie zjedzą, nadwyżka musi być więc naturalnie eksportowana przez krymski most, który na pewno to ułatwi. Do oddania mostu krymscy rolnicy podchodzą z nadzieją. Zwłaszcza, że po drugiej stronie w Tamaniu znajdują się ogromne silosy zbożowe. Umożliwiają one eksport produktów rolnych, w tym zboża na rynki zagraniczne, głównie Indii, Pakistanu, Bangladeszu, z pominięciem ruchu statków lub kontroli sankcyjnej. Pomimo tak trudnych warunków ekonomicznych i logistycznych w roku 2015 krymscy rolnicy wyeksportowali prawie 500 tys. ton zboża. Po oddaniu mostu oraz terminali będzie można zwiększyć produkcję oraz eksport żywności. Już teraz wzrasta z roku na rok udział Krymu w sprzedaży wina na rynek rosyjski, który w roku 2014 wyniósł już 36% całości jego udziału. Należy przypuszczać, że i ten wskaźnik wraz z oddaniem mostu zwiększy się przynajmniej kilkakrotnie, co było widać na przykładzie zniesienia barier celnych z interiorem. Na oddaniu do użytku mostu zyska przemysł chemiczny w postaci zakładu „Krymski Tytan”, produkującego, który produkuje surowce do farb. Obecnie już kontroluje 20 % rosyjskiego rynku. Zakład ominął blokadę przestawiając się z klienta ukraińskiego na eksport rosyjski. Po oderwaniu Krymu odmówił sprowadzenia surowca z Ukrainy i przestawił się na poprzez port w niedalekim Noworossyjsku na import surowca ze Sri Lanki. Najpierw odbywało się poprzez prom w Kerczu a od niedawna korzysta z nowego mostu. W tej chwili budowana jest bocznica kolejowa do nowego szlaku kolejowego oraz nowej stacji „Kercz”. Także przemysł stoczniowy powinien zyskać na nowym moście z powodów logistycznych. Dzięki niemu będzie można przetransportować drogą lądową do stoczni różnego rodzaju ponadwymiarowe wielkogabarytowe oprzyrządowania dla statków od silników do systemów rakietowych. Powstanie mostu krymskiego powoduje obniżenie kosztów transportu, w  tym eksportu i importu towarów na półwysep, a w konsekwencji spadek cen lub ich wyrównanie z cenami w sąsiednim Kubaniu. W 2017 r. średnio bowiem ceny tych samych artykułów były wyższe na Krymie aniżeli w reszcie Rosji. Zmniejszyć się powinny koszty transportu, w tym skrócić czas przejazdu między np. Moskwą a Symferopol przy pomocy prom. Przejazd ten był bowiem dwa razy droższy niż przejazd Moskwa-Noworosyjsk. Aby zmniejszyć ceny planuje się na lata 2017-20120 zbudować infrastrukturę centrów logistycznych w poszczególnych miastach (Teodozja, Symferopol, Dżankoj, Eupatoria). W samym zaś Kerczu tuż przy moście ogromne centrum logistyczne, obsługujące duże partie wysyłkowe przy pomocy transportu kolejowego. Jeśli nastąpi normalizacja stosunków pomiędzy Ukrainą a Rosją, to powstałby krótszy o 400 km. szlak tranzy218


towy pomiędzy Europą a Azją Środkową. Byłoby to możliwe przy jednoczesnym zniesieniu blokady ukraińskiej, co na razie jest wątpliwe. Niemniej jednak Krym mógłby czerpać dochody z samego tylko tranzytu.Sporo wątpliwości wywołał wcześniej projekt poprowadzenia mostu przez sporną, chociaż formalnie należącą do Ukrainy Tuzlę. Ostatecznie został on uznany za optymalny nawet wtedy, kiedy Rosja z Ukrainą miały go budować wspólnie za czasów prezydenta Janukowicza. Miał on współgrać z budową wielkiego węzła portowego w Tamaniu oraz o stworzeniu o odpowiedniej przepustowości szerokości drogi. Ta opcja wymuszała jednak powstanie obwodnicy miasta Kerczu. Projekt wykorzystania do budowy mostu drugiej mierzei o nazwie Czuszka był jednak wariantem dłuższym, geologicznie jednak podobnym. Obie mierzeje są okresowo co prawda zalewane przez sztormy, lecz ponownie łączą się one ze sobą po ich ustaniu. Aby temu zapobiec inżynierowie zbudowali odpowiednie specjalne zapory przeciwsztormowe. Jest to rozwiązanie na razie jedynie tymczasowe i zobaczymy, jak one się sprawdzą w praktyce. Dlatego wiadukt na Tuzli był bardziej odpowiedni i krótszy niż w Czuszce. Całość przedsięwzięcia mostowo-drogowego obejmuje zbudowanie nowego 64-kilometrowego odcinka linii kolejowej od miejscowości Bagierowo-Wyszesteblijewska. W tym główna trasa: 56,04 km, tory na stacjach: 6,7 km oraz 16 rozjazdów. Natomiast całkowita długość nowych linii kolejowych wynosi 120 km, w tym 80 km głównej drogi, 22 km torów na stacjach kolejowych. W fazie projektowania znajduje się obecnie infrastruktura ze stacji Portowa oraz Tamań-Pasażerski. Poprzez bocznicę kolejową o długości 6 km. połączenie to jednak będzie możliwie w momencie zbudowania suchego portu w Tamaniu. Federalny program celowy przewiduje również elektryfikację i wzmocnienie linii kolejowej Dżhankoj-Teodozja-Kercz o długości 207 km.Połączenie drogowe do mostu po wschodniej stronie bierze początek od trasy M-25 Noworosyjsk–Cieśnina Kerczeńska, a kończy się w rejonie Tuzli na skrzyżowaniu z korytarzem transportowym. Długość połączenia wynosi 40 km. Droga obejmuje cztery pasy ruchu o prędkości projektowej 120 km/h. Potencjalne natężenie ruchu przewidziane na rok 2034 w obu kierunkach wynosi nie mniej niż 36 000 samochodów dziennie. Po stronie zachodniej połączenie drogowe z mostem bierze początek od trasy A-150 „Tauryda” Kercz–Sewastopol i kończy się w rejonie twierdzy Kercz, na połączeniu z korytarzem transportowym. Długość połączenia wynosi 22 km. Droga obejmuje cztery pasy ruchu o prędkości projektowej 140 km/h. Trasa „Tauryda” w wersji dwupasmowej powinna być oddana do użytku w 2018, a w 2020 przewiduje się uruchomienie dwóch kolejnych pasów. Jednocześnie projektanci wykonali objazd miasta w postaci obwodnicy oddzielonej od Kerczu, by przeprawa mostowo-drogowa zawierała wszystkie parametry związane z ochroną środowiska, zmniejszając tym samym parametry hałasu oraz zanie219


czyszczenie środowiska. Nowa dwutorowa linia będzie omijała miasto do momentu zbudowania nowego dworca o nazwie Kercz Południe, który z czasem przejmie rolę dworca głównego w tym mieście. W tym celu potrzebne będzie dobudowanie wspomnianej bocznicy. Dostęp do peronów ma nastąpić poprzez wiadukt zbudowany wzdłuż Alei Bohaterów Stalingradu. Strona ukraińska krytykuje budowę mostu i to nie tylko z punktu widzenia prawa międzynarodowego, jako pogwałcenie jej terytorium, co wykazuje, że poniosła przez jego wybudowanie także duże straty. Najpierw argumentuje to ekologicznie. Rejon powstania mostu ma być rejonem występowania wulkanów błotnych. Jak dotychczas jednak tego nie potwierdzono. Jedyny udokumentowany wulkan błotny znajduje się w pobliżu Mierzei Czuszka w odległości 700 m. Pozostałe występują w odległości 12-14 km. w pobliżu Kerczu. Podnoszono też argument sejsmiczności tego obszaru, która wynosi w skali dziewięć. Przy tej skali obciążanie lodem nie ma być krytyczne. A ewentualne zatory, jakie mogłyby powstawać przy mierzei w Czuszce, mają być rozbijane na wysokości Tuzli. Sytuacja dla Ukraińców pogorszyła się o tyle, że od kwietnia 2018 r. Rosjanie zatrzymują do kontroli jednostki ukraińskie płynące do portów w Bierdiańsku oraz Mariupolu. Generuje to straty w gospodarce ukraińskiej nawet w kwocie 20-40 mln. rocznie. Rosyjska aktywność w basenie Morza Azowskiego powoduje, że pragną oni uczynić ten akwen za wyłącznie wewnętrznie rosyjski. Potwierdza to zwiększona obecność służb wojskowych Rosji, która kontroluje przeprawę kerczeńską w obawie przed próbami dokonania zamachów ze strony ukraińskiej. Tak to przynajmniej interpretuje. Dostęp do tego akwenu daje Rosjanom możliwości stosowania szantażu ekonomicznego. Pozwala też dokonywać nacisku oraz wpływać na nastroje tych mieszkańców Donbasu, którzy mieszkają pod kontrolą ukraińską. Wyrobić w nich przekonanie, że nie warto rywalizować z Rosją oraz uzasadnić bezsensowność ewentualnej z nią konfrontacji. Strona ukraińska nie jest dłużna Rosjanom. W marcu tego roku aresztowała załogę rosyjskiego kutra „Nord” pod pretekstem wpłynięcia na ukraińskie wody terytorialne. Co strona rosyjska skomentowała jako przykład „piractwa państwowego”, powołując się na zawartą w roku 2003 umową pomiędzy Rosją a Ukrainą o swobodzie żeglugi oraz dostępie obu państw jako wewnętrznego akwenu i traktowania go jako wewnętrzny akwen obu państw. Niestety nie dokonano delimitacji granicy głównie z powodu blokady Rosji a proces ten został zahamowany na lata. Blokada rosyjska przejawia się też w zamknięciu akwenu także po stronie ukraińskiej z powodu manewrów wojsk rosyjskich. W wyniku trwających kontroli w jednym roku zatrzymano ponad 150 jednostek ukraińskich oraz zagranicznych płynących do portów w Bierdiańsku lub Mariupolu. W wyniku tych operacji straty te szacuje się na 5-15 tyś dolarów dziennie. Dlatego część armatorów rezygnuje już z kontaktów morskich z tymi 220


portami, próbując przestawić się na porty w Mikołajowie lub Odessie. Przyczynia się to tym samym do wydłużenia drogi towarów drogą lądową na wschód lub też do regresu i powolnego upadku znaczenia dla ukraińskiej gospodarki. Sam most kerymski również budzi kontrowersje i niesie problemy dla ukraińskiej gospodarki. Jego budowa, a następnie oddanie do użytku części drogowej w maju br. poważnie utrudniły ruch morski statków handlowych. Montaż łuków mostu w sierpniu i wrześniu 2017 roku doprowadził do całkowitego wstrzymania przeprawy wszystkich jednostek przez cieśninę, co według strony ukraińskiej naraziło ją na straty w wysokości 190 mln dolarów. Co więcej, wbrew wcześniejszym rosyjskim deklaracjom, budowa mostu spowodowała znaczące ograniczenia w ruchu statków typu: „panamax”. Gdyż prześwit mostu w najwyższym miejscu nie dopuszcza do ich przepłynięcia. A statki tego typu mają więcej niż 33 m. wysokości oraz ponad 160 m. długości. W Mariupolu ok. statki tego typu stanowiły 23% wszystkich jednostek wpływających do portu, co stanowiło 43% wartości całego obrotu tego portu. Zaistnieje w tej sytuacji konieczność wynajmowania mniejszych jednostek oraz ich przeładowania, co zwiększy znacznie koszty transportu, a co z kolei przełoży się na wzrost cen na rynku wewnętrznym oraz eksporcie towarów, ładunków i surowców(głównie zbóż).Ministerstwo Infrastruktury Ukrainy szacuje całościowe straty finansowe z tytułu ograniczenia żeglugi morskiej na Cieśninie Kerczeńskiej na ok. 20 mln dolarów rocznie, zaś pośrednich strat (związanych np. z utratą pracy przez osoby pracujące w portach) na 40 mln dolarów rocznie. Mimo że obrót towarowy w ukraińskich portach nad Morzem Azowskim z powodu toczącego się konfliktu na wschodzie kraju spadł o połowę (z 17 663 mln ton w 2013 roku do 8912 mln ton w 2017 roku, to wciąż dochody tej gałęzi gospodarki stanowią istotny wkład do ukraińskiego budżetu. Most krymski ma nie tylko funkcję gospodarczo-logistyczną, lecz stanowi strategiczny obiekt o charakterze militarnym. Rosjanie w celu ochrony transportu drogowego i kolejowego, w tym sieci energetycznej oraz gazowej powołali specjalną międzyresortową grupę, w której opracowano specjalne systemy bezpieczeństwa. Służyć ma ku temu specjalnie stworzony system antyterrorystyczny „Pingwin”. Przewiduje on zainstalowanie specjalnych podwodnych dronówby wykrywały pływające obiekty podwodne, nurków oraz materiałów wybuchowych. Przy pomocy odpowiednich impulsów akustycznych mają odstrszać potencjalnych agresorów. Przy czym mowa jest tutaj, nie tyle o terrorystach, lecz możliwości potencjalnego kontrataku ze strony ukraińskich dywersantów. Z punktu widzenia militarnego za ochronę mostu ma odpowiadać specjalna brygada morska Federalnej Służby Wojsk Gwardii Narodowej Federacji Rosyjskiej, która będzie stacjonować w pobliżu mostu. Do patrolowania wód oraz samego obiektu w cztery łodzie patrolowe typu: 21980 „Graczonok” wraz ze specjalnie do tego przygotowaną grupą nurków. Zespół ten będzie posiadać najważniejsze 221


pełnomocnictwa rządu rosyjskiego do zatrzymywania oraz aresztowania statków wraz z załogą oraz odholowywania ich do rosyjskich portów.Wszystkie te bezprecedensowe środki ochrony mostu krymskiego oraz wzmocnienie go specjalnie militarnymi wsparcie ma uczynić poprzez kontrolę obszaru Morza Azowskiego jako akwenu wewnątrz rosyjskiego. A eskalacja napięcia między krajami tworzyć swoistą formę nacisku na rząd ukraiński w sprawie dalszych koncesji na rzecz, będącego pod kontrolą rosyjską Donbasu. Może też być kartą przetargową w sprawie normalizacji relacji gospodarczych między Krymem a Ukrainą w sprawie chociażby odtworzenia komunikacji z obszarem południowej Ukrainy, jak i warunków dostaw wody pitnej. Wreszcie propagandowo ma przedstawić Ukrainę jako państwo upadłe, nie zdolne do prowadzenia jakiegokolwiek kompromisu, nie posiadające kontroli nad zbuntowanymi prowincjami oraz bezzasadności wchodzenia w konflikt z „wielkim bratem”. „Most Krymski” w samym 147-tysięcznym Kerczu budzi spory podziw i nadzieję na rozwój oraz przezwyciężenie izolacji oraz sankcji ekonomicznych, o czym można się o tym przekonać naocznie. Wszędzie w mieście sklepy z pamiątkami oferują pocztówki, magnesy oraz pozostałe pamiątki związane z tą budowlą inżynieryjną. Najlepiej most można podziwiać z góry Mitrydadesa, z której rozciąga się wspaniały widok na Cieśninę Kierczeńską. Oprócz tego można jeszcze zwiedzić cerkiew bizantyńską im. Jana Chrzciciela z VIII-X w., kurhany królewski oraz Melek-Czesmienski, twierdzę Jenikale oraz Twierdzę Kercz z okresu walk II wojny światowej. Na samej górze stoi postawiona duża ławka z wielkim napisem „Most Krymski”. Odwiedzający to miejsce często fotografują się z nią na tle mostu, czego nie było jeszcze pięć lat temu. Rosyjska ludność Kerczu jest ogólnie zadowolona z postępujących zmian związanych z otwarciem mostu. Czego zapewne nie można było powiedzieć o stronie ukraińskiej, którzy byli na półwyspie i w mieście w znacznej mniejszości. Część z nich wyjechała w obawie przed ewentualnymi represjami na Ukrainę, część pozostała, starając wtopić się w rosyjskie społeczeństwo. Autochtoni krymscy Tatarzy, podzieleni przez konflikt również wybrali emigrację lub spolegliwość wobec władz. Zewnętrznie bowiem zmieniono jedynie szyldy na urzędach oraz zdjęto flagi ukraińskie niczym dekoracje w teatrze, a ulica pozostała, jak była rosyjskojęzyczna. Po zwiedzeniu miasta autobus relacji Kercz–Anapa wjeżdża powoli na przeprawę mostową. Nagle przystaje na punkcie granicznym i każą nam ponownie wysiąść z bagażami. Przechodzimy przez barierki niczym przez kontrolę na lotnisku. U niektórych osób coś piszczy, więc trzeba pokazać, co się ma w środku. Po sprawdzeniu dokumentów, krótki postój i wsiadamy z powrotem do autobusu. Pasażerowie robią jeszcze ostatnie zdjęcia mostu krymskiemu i wjeżdżamy z powrotem na teren Kubania, a następnie do Soczi, skąd przez Petersburg–Kaliningrad, wracamy do Gdańska. 222


Tomasz Jagielski, Michał Kargul

Kronika Oddziału Kociewskiego ZKP w Tczewie 98. rocznica powrotu Gniewu do Macierzy w 1920 r. 27 stycznia 1920 roku wojska generała Józefa Hallera przyłączają miasteczko Gniew do państwa polskiego. Z tej okazji w Miejskiej Bibliotece Publicznej odbyła się sesja popularnonaukowa, której zadaniem było przypomnienie tych historycznych wydarzeń. Przybyłych gości powitała dyrektor placówki Jadwiga Mielke, wśród których byli obecni Bogdan Olszewski, radny Powiatu Tczewskiego oraz mieszkańcy. Uczniowie gniewskiego gimnazjum im. Generała Józefa Hallera pod opieką nauczyciela Wojciecha

Uczestnicy sesji w Gniewie tradycyjnie otrzymali najnowsze „Teki Kociewskie”. Zdjęcia w Kronice – Jacek Cherek, Tomasz Jagielski, Michał Kargul

223


Górskiego zaprezentowali zestaw pieśni patriotycznych. Były wśród nich takie utwory jak m.in. „Hymn młodych Hallerczyków” i „Miasteczko Gniew”. Publiczność gromkimi oklaskami podziękowała młodym artystom za występ. Młodzież z Gniewu słowem i piosenką czci pamięć swojego patrona. W dalszej części Marek Kordowski przypomniał dzieje republiki gniewskiej. Jej struktury działały na Kociewiu w latach 1919-1920, a ich twórcą był Franciszek Czarnowski. Ostatnią częścią spotkania była prezentacja publikacji „Teki Kociewskie” z. XI. Uroczystą sesję z okazji 98. rocznicy powrotu Gniewu do Polski w 1920 zorganizowali: Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna im. Ks. Fabiana Wierzchowskiego w Gniewie i Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie oddział Kociewski w Tczewie wraz z kołem ZKP w Opaleniu.

Światowy Dzień Kociewia Od ponad dekady 10 lutego obchodzony jest Światowy Dzień Kociewia. Z tej okazji w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Tczewie odbyła się prezentacja nowości wydawniczych dotyczących Kociewia. Dr Krzysztof Korda przedstawił zawartość 99. numeru „Kociewskiego Magazynu Regionalnego” – periodyku regionalnego na łamach, którego od wielu lat prezentuje się kulturę, historię i współczesne oblicze Kociewia. Dyrektor MBP w Tczewie przedstawił też plany dotyczące jubileuszowego 100. numeru „KMR”, który ukaże się już niebawem. Dr Michał Kargul zaprezentował zawartość jedenastego zeszytu „Tek Kociewskich”. To wydawnictwo Oddziału Kociewskiego Zrzeszenia Kaszubsko Pomorskiego w Tczewie przedstawia kulturowe i historyczne publikacje dotyczące Kociewia.

224

W trakcie spotkania dr Krzysztof Korda prezentował 99. nr „Kociewskiego Magazynu Regionalnego”, a dr Michał Kargul XI zeszyt „Tek Kociewskich”


Kociewskie Pióra A.D. 2018 Już po raz jedenasty w Zblewie wręczono nagrody „Kociewskie Pióro”. Otrzymali je dr Krzysztof Korda, dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej w Tczewie, i wieloletni działacz naszego oddziału, za publikację biografii ks. Józefa Wryczy. W kategorii publicystyka nagrodę jurorzy zdecydowali się przyznać prof. Marii Pająkowskiej-Kensik ze Świecia, która zajmuje się badaniem gwary kociewskiej, a laur otrzymała głównie za comiesięczne felietony drukowane w „Pomeranii” (jest również aktywną działaczką ZKP). W kategorii animacja kultury indywidualnie: przyrodnik i rzeźbiarz ludowy Zygmunt Paschilke, który w budynku stacji kolejowej w Osiecznej utworzył prywatne muzeum kociewskie pełne regionalnych eksponatów. Za całokształt pracy na rzecz regionu wyróżnienie otrzymał działający od 1913 r. Chór św. Cecylii ze Zblewa. Nagroda „Kociewskie Pióro” przyznawana jest przez Towarzystwo Społeczno-Kulturalne im. Małgorzaty Hillar od 2005 r. Otrzymują ją twórcy z Kociewia, działający na ternie regionu i z nim związani. Nagroda przyznawana jest w kategoriach: literatura, publicystyka, animacja kultury – indywidualnie i zbiorowo oraz za całokształt działalności.

IV Areopag Pelpliński Już czwarty raz Zarząd Główny ZKP wraz z Kurią Diecezji Pelplińskiej i odziałem ZKP Pelplin, zorganizowali konferencję pt. „Miłość wielkich i małych oj-

W trakcie areopagowej dyskusji o patriotyzmie. Przy mikrofonie wiceprezes ZKP Łukasz Grzędzicki, zaś za stołem prezydialnym (od lewej) prof. Mirosław Mróz, prof. Edmund Wittbrodt, prezes ZKP oraz dr Michał Kargul

225


Prezes oddziału w Tczewie Tomasz Jagielski wraz z sekretarzem Henrykiem Lagą w trakcie Areopagu

czyzn”. Wybór tematu związany jest z opublikowaniem przez Konferencję Episkopatu Polski dokumentu pt. „Chrześcijański kształt patriotyzmu” oraz rocznicą 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Spotkanie słowem wstępnym rozpoczęli Biskup pelpliński dr Ryszard Kasyna i Prezes ZKP prof. Edmund Wittbrodt. Wśród prelegentów byli również przedstawiciele naszego oddziału. Wykład pt. „Pomorskie tożsamości regionalne formą nowoczesnego patriotyzmu” referował dr Michał Kargul. Natomiast referat pt. „Pomorska mała ojczyzna w działalności patriotycznej księdza Józefa Wryczy (1884-1961)” – przedstawił dr Krzysztof Korda. Miała również miejsce promocja najnowszego numeru „Tek Kociewskich” – periodyku popularno-naukowego, wydawanego przez Oddział Kociewski Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w Tczewie.

„Teki Kociewskie” w Pruszczu Gdańskim i Gdańsku Stowarzyszenie Traugutt.org z Pruszcza Gdańskiego to zespół pasjonatów i miłośników historii. Liczne polskie rodziny mają kresowe korzenie, także na Pomorzu. By podtrzymać więzy i ukazać ponadnarodową solidarność, organizują zbiórkę przyborów szkolnych pt. „Nie jest kolorowo”. Spisują i nagrywają relacje żyjących świadków historii. Prowadzą szeroką akcję edukacyjną i informacyjną. 226


Organizują rajdy rowerowe szlakami historii i gromadzą literaturę o dziejach Polski i jej bohaterach. Podczas spotkania 23 lutego 2018 roku w Społecznej Bibliotece Historycznej Traugutt.org został zaprezentowany ostatni numer „Tek Kociewskich” oraz jego zawartość. Kilka tygodni później, po raz kolejny promowaliśmy znów „Teki” w Gdańsku, w trakcie spotkania Trójmiejskiego Klubu Kociewiaków. W sobotę 7 kwietnia w Ratuszu Staromiejskim w trakcie bardzo ciekawego spotkania wystąpiło dwóch członków naszego oddziału. Jan Kulas prezentował jubileuszowy, setny numer „Kociewskiego Magazynu Regionalnego”. Natomiast Michał Kargul przedstawił zebranym jedenasty zeszyt „Tek Kociewskich”.

Organizatorzy spotkania w Pruszczu z najnowszymi „Tekami”

W spotkaniach w Ratuszu Staromiejskim zawsze liczyć można na liczny udział Kociewiaków z całego Trójmiasta

227


Michał Kargul prezentuje najnowsze „Teki” na gdańskim spotkaniu

Jan Kulas prezentuje „Kociewski Magazyn Regionalny”

228


Członkowie i sympatycy opaleńskiego koła ZKP zapoznają się z jedenastym zeszytem „Tek”

5 lat Koła Kociewskiego Zrzeszenia KaszubskoPomorskiego w Opaleniu 14 kwietnia 2018 roku już po raz IX w Opaleniu odbyła się sesja historyczna. Spotkanie kociewskich regionalistów przygotował i prowadził Marek Kordowski. Jego pierwszą część stanowił występ uczniów miejscowej szkoły w ramach Teatru Cienia. Dzieci i młodzież zaprezentowały bajkę o złej, leniwej i dobrej oraz pracowitej królewnie. Gromkie brawa dla młodych artystów oraz opiekunów Tradycyjnie ważnym punktem programu była część artystyczna przygotowana przez uczniów opaleńskiej szkoły

229


Barbary i Zygmunta Rajkowskich były wyrazem uznania i szacunku dla występujących aktorów. W dalszej części spotkania Marek Kordowski przypomniał dzieje koła ZKP w Opaleniu. Wspomniał początki, gdy wspólnie z Zygmuntem Rajkowskim i Bogdanem Olszewskim powoływali do życia struktury Zrzeszenia. Jan Kulas przedstawił referat o życiu i działalności Józefa Czyżewskiego. Marek Kordowski przypomniał dzieje miejscowej szkoły, która nosi imię polskiego drukarza i działacza narodowego urodzonego w Widlicach w 1857 roku. Dawny dyrektor placówki przypomniał przygotowania i przebieg uroczystości nadania szkole imienia Józefa Czyżewskiego. Warto przypominać i promować lokalnych działaczy i polskich patriotów, dzięki bowiem ich pracy i postawie Polska odzyskała niepodległość 100 lat temu w 1918 roku. Spotkanie w Opaleniu zakończyła promocja ostatniego, XI numeru „Tek Kociewskich”.

VIII sesja żuławska w Suchym Dębie W sobotę 21 kwietnia 2018 r. w Szkole Podstawowej w Suchym Dębie odbyła się VIII sesja popularnonaukowa o tematyce żuławskiej. Uroczystość zainaugurowali dyrektor SP w Suchym Dębie Aleksandra Lewandowska, wójt gminy Suchy Dąb Barbara Kamińska i przedstawiciel Oddziału Kociewskiego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w Tczewie Leszek Muszczyński. Wśród zaproszonych gości obecni byli: Lucyna Borodzicz z Rady Gminy Suchy Dąb, Przemysław Dymarkowski, Radny Gminy Suchy Dąb, Agnieszka Księżak, dyrektor Gminnej Biblioteki w Suchym Dębie, uczniowie i absolwenci Szkoły Podstawowej w Suchym Dębie, młodzież z Zespołu Szkół Ogólnokształcących – Gimnazjum nr 1 w Pruszczu Gdańskim, uczniowie i rodzice z Szkoły Podstawowej w Wiślinie oraz miłośnicy Żuław z Tczewa, Pruszcza Gdańskiego i Trójmiasta.

Sesję żuławską tradycyjnie już rozpoczęto od promocji i rozdania zainteresowanym „Tek Kociewskich” w miejscowej Szkole

230


Zgromadzeni goście uczestniczyli w wycieczce po Żuławach Gdańskich. Podczas podróży wszyscy poznawali obiekty kultury i pamiątki historyczne związane z tym regionem naszego kraju, a umiejscowione m.in. w Suchym Dębie, Krzywym Kole, Pszczółkach, Łęgowie, Pruszczu Gdańskim. Wspólną klamrą spotkania było uczczenie 100. rocznicy odzyskania przez Polskę Niepodległości i poszukiwanie śladów polskiej przeszłości na Żuławach. W ramach podróży jej uczestnicy: • w Suchym Dębie poznali historię płyty pamiątkowej poświęconej poległym podczas I wojny światowej żołnierzom, pochodzącym z Suchego Dębu i Ostrowitego, • w Krzywym Kole w kościele pw. Znalezienia Krzyża Świętego odkryli kamienne kule z czasów wojen szwedzkich, które w XVII wieku toczyły się na Żuławach Gdańskich. • w Pszczółkach w Gminnej Bibliotece Gminnej poznali „Muzeum Miodu i Pszczelarstwa”. Kustosz muzeum, pani Grabowska opowiedziała o jego powstaniu, historii, zbiorach i działalności. Bartnictwo i pszczelarstwo to polska tradycja znana od wieków. • w Łęgowie ks. dr Grzegorz Rafiński opowiedział o dziejach parafii św. Mikołaja, Sanktuarium Matki Boskiej Łagiewnickiej, życiu o. Iwo Rowedera, który był miejscowym proboszczem na przełomie XVII i XVIII wieku, a także o idei Domu Pojednania pomiędzy wyznawcami różnych religii. • w Pruszczu Gdańskim w Rzymskiej Faktorii uczestnicy wycieczki poznali dzieje ziemi pomorskiej w czasach Gotów, Rzymian i Słowian.

Już na wiosnę mieszkańcy gminy Suchy Dąb przygotowywali się do obchodów stulecia niepodległości

231


Walne Plachandry Kociewskie w Piasecznie za nami! W sobotę, 25 sierpnia odbyły się w Piasecznie pierwsze Walne Plachandry Kociewskie. Pomysł na spotkanie Kociewiaków z całego regionu od lat krążył wśród działaczy kociewskich. W 2012 roku była nawet próba zorganizowania takiej imprezy w Pelplinie, niestety, okazała się jednorazowym wydarzeniem. Tym razem inicjatywa, która wyszła ze zblewskiego środowiska ZKP pomyślana była szerzej i bardziej długofalowo. Komitet organizacyjny, na czele którego stał Tomasz Damaszk połączył regionalistów i powiatowych samorządowców oraz zaplanował także działania na kolejne lata. Inauguracja Plachandrów miała miejsce w Piasecznie i była powiązana z tegorocznym jubileuszem pięćdziesięciolecia koronacji figury Najświętszej Marii Panny, zaś same Plachandry towarzyszyły przeglądowi zespołów ludowych. Pierwszym punktem spotkania była msza święta w sanktuarium, skąd uroczystym pochodem licznie zebrani przeszli w okolice studzienki, gdzie odbywała się główna impreza. Po drodze, na piaseckim cmentarzu, delegacja oddała hołd najbardziej znanemu regionaliście z Piaseczna Janowi Ejankowskiemu, zmarłemu przed trzema laty. Liczne sztandary, banery oraz plachandrowe szaliki stworzyły z przejścia niezwykle widowiskowe przedstawienie. W czasie otwarcia glos zabierali m.in. poseł Kazimierz Smoliński, wojewoda Dariusz Drelich oraz marszałkowie Mieczysław Struk oraz Krzysztof Trawicki.

Na kociewskim święcie nie zabrakło gości z Kaszub. Od lewej Henryk Laga, Franciszek Richert, oraz Ania i Michał Kargulowie

232


Na piaseckich Plachandrach nie zabrakło dygnitarzy. Wśród nich nie zabrakło prezesa ZKP Edmunda Wittbrodta (pierwszy z lewej) oraz członka naszego oddziału, posła Kazimierza Smolińskiego (drugi z prawej)

W imieniu regionalistów Plachandry otwierali przewodniczący komitetu organizacyjnego Tomasz Damaszk oraz prezes Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego Edmund Wittbrodt. Przemawiający dość zgodnie podkreślali znaczenie Kociewia dla całego Pomorza oraz potrzebę współpracy między regionami. Gośćmi Plachandrów była dość liczna delegacja kaszubska z różnych oddziałów Zrzeszenia. Program rozpoczął się od wręczenia wyróżnień: Ambasador Kociewia oraz Perełki Kociewia. Pierwszym indywidualnym „Ambasadorem Kociewia” został

Członkowie tczewskiego oddziału ZKP z pocztem sztandarowym ZG ZKP prowadzonym przez Brunona Cirockiego

233


Wojciech Cejrowski (który połączył się z zebranymi drogą satelitarną), zaś grupowym Zespół Pieśni i Tańca „Modraki” z Pelplina. Tytuły „Perełki Kociewia” kapituła przyznała Izabeli Czogale z Muzeum Ziemi Kociewskiej w Starogardzie Gdańskim oraz Patrykowi Podwojskiemu – muzykowi ze Zblewa. Nagrodzeni otrzymali statuetki ufundowane przez Prezesa ZKP Edmunda Wittbrodta. Podczas spotkania Kociewiaków odbył się także 25. Przegląd Kociewskich Zespołów Folklorystycznych ku czci Władczyni Kociewia im. Jana Ejankowskiego oraz turniej powiatów. Ogłoszono także wyniki Konkursu Współczesnej Sztuki Ludowej Kociewia, Kaszub i Borów Tucholskich. W kategorii rzeźba I miejsce zajął Witold Piernicki, a fotografii kapliczek Roman Jagoda. Plachandrom towarzyszyły liczne stoiska twórców ludowych, gastronomii oraz białe miasteczko zorganizowane przez szpitale wojewódzkie, w którym można było sprawdzić swój stan zdrowia. Za rok kolejne spotkanie Kociewiaków i sympatyków Kociewia odbędą się w Wirtach w gminie Zblewo.

Organizatorzy happeningu wraz z rodziną kociewskiego poety przy ławeczce Romana Landowskiego

Pamięć o Romanie Landowskim Już po raz trzeci Nadwiślańskie Spotkania Regionalne zainaugurowano happeningiem „Kociewiacy u Landowskiego”. 22 sierpnia minęła jedenasta rocznica śmierci Romana Landowskiego, pisarza, poety i regionalisty związanego z Ko234


ciewiem. Członkowie oddziału Kociewskiego ZKP w Tczewie wspólnie z Miejską Biblioteką Publiczną w Tczewie tego dnia uczcili pamięć miłośnika i piewcy ziemi kociewskiej. Podczas wspólnego spotkania przy ławeczce poety przypomniano dorobek urodzonego w Świeciu, mieszkającego w Tczewie i Czarnej Wodzie regionalisty. Wspólne odśpiewanie kociewskiego hymnu miało przypomnieć nasze wspólne korzenie. W roku jubileuszu 100. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, warto pamiętać o naszych małych i lokalnych krainach. Jedną z nich jest Kociewie, które tak pięknie opisywał w swoich dziełach i utworach Roman Landowski. Kociewski twórca pozostawił po sobie 14 książek m.in. „Bedeker Kociewski”. Był też twórcą „Kociewskiego Magazynu Regionalnego”, który ukazuje się do dnia dzisiejszego. Za swoją działalność pisarz otrzymał Honorowe Obywatelstwo Miasta Tczewa. Janusz Landowski, syn poety, podziękował zebranym za udział w uroczystości i przypomnienie działalności ojca w takiej nietypowej formie. Następnie uczestnicy spotkania udali się do Miejskiej Biblioteki Publicznej, gdzie dyskutowali o formach i sposobach promocji Kociewia na miarę XXI wieku. Warto tu nadmienić, że tegoroczne Spotkania finansowo wspierało Województwo Pomorskie, Powiat Tczewski, Miasto Tczew oraz Zarząd Główny ZKP.

Z Tczewa na Żuławy czyli STU rowerzystów na 100. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości Kolejnym XII Nadwiślańskich Spotkań Regionalnych była organizacja rajdu rowerowego „Z Tczewa n Żuławy”. Miejscem startu był tczewski dworzec, a metą Ostrowite, do którego zmierzali tego dnia również rowerzyści z Żuław w ramach VII Rodzinnego Rajdu Rowerowego Aktywny wypoczynek w rodzinnym towarzystwie połączony z zdobywaniem wiedzy, te hasła przyświecały organizatorom. Na mecie udało się zebrać ponad stu rowerzystów, poza liczną grupą z tczewskiego rajdu także uczniów SP Koźliny, SP Suchy Dąb z gminy Suchy Dąb ora grupę z Pszczółek. W ten sposób upamiętniono 100. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 roku. Rowerzyści zapalili symboliczny znicz pamięci przed kamieniem informującym o obrońcach Westerplatte. Poznali historię i dzieje płyty pamiątkowej mieszkańców Suchego Dębu, którzy zginęli na frontach I wojny światowej sto lat temu. Uczestników tczewskiego rajdu, czekały też inne atrakcje. Rozdano wśród nich ciekawe gadżety promocyjne (m.in. pamiątkowe medale) oraz rozlosowano nagrody m.in rowery, i gadżety rowerowe. Innego rodzaju atrakcje były także w Ostrowitem, gdzie dla dzieci czekały dmuchane zjeżdżalnie i gry zręcznościowe, a na wszystkich ciasta, owoce i napoje. Ukoronowaniem spotkania była loteria fantowa. 235


Uczestnicy tczewskiego Rajdu wraz z witającymi ich gospodarzami w Ostrowitem

III Rowerowy Rajd Historyczny – Polacy Wyżyn Gdańskich Skromna, ale merytorycznie silna reprezentacja naszego oddziału, pod wodza prezesa Tomasza Jagielskiego wzięła także udział w historycznym rajdzie rowerowym organizowanym przez Stowarzyszenie Traugutt.org z Pruszcza Gdańskiego. Organizatorzy łączą przyjemnie z pożytecznym. Jazdę na rowerze po drogach powiatu gdańskiego i odkrywanie śladów i pamiątek polskości z czasów Wolnego Miasta Gdańska. Rowerzyści z Gdańska, Malborka, Tczewa oraz powiatu gdańskiego licznie zameldowała się na starcie przy budynku PKP w Pruszczu Gdańskim. Kolejnym etapem rajdu było Cieplewo. Dr Daniel Czerwiński z IPN Gdańsk przedstawił rys historyczny obozu i Marszu Śmierci, którego szlak prowadził przez powiat gdański. Po pokonaniu kolejnych kilometrów rowerzyści

Uczestnicy Rajdu otrzymali specjalne medale pamiątkowe

236


poznali plac dębowy w Skowarczu, który składa się ze stu drzew na cześć 100. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. W Pszczółkach kolejnym punkcie wyprawy dzięki prelekcji dr Dariusza Piaska poznali dzieje Polaków na tych ziemiach w XX wieku. Jazda na rowerze zaprowadziła wszystkich do kolejnego punktu rajdu Sobowidza. Kolejne kilometry na rowerach prowadziły przez Łaguszewo do Trąbek Wielkich. Przejazd przez Ełganowo z budynkiem Macierz Szkolnej, polskiej placówki oświatowej w czasach WMG do Cząstkowa to ostanie kilometry III Historycznego Rajdu Rowerowego. Wspólne ognisko, loteria fantowa i opowieści o historii tych ziem w minionych latach wszystkich połączyły i zespoliły.

XII Nadwiślańskie Spotkania Regionalne Już po raz szósty miłośnicy historii regionalnej spotkali się w Opaleniu w ramach Nadwiślańskich Spotkań Regionalnych. W roku jubileuszu 100. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości również tym sprawom poświęcone było spotkanie, które odbyło się 6 października 2018 r. W tym roku odbyła się tutaj pięrwsza część dwudniowej konferencji „Pomorze w walce o niepodległość”. Wszyscy prelegenci poświęcili tym zagadnieniom swoje referaty. Dr Artur Jendrzejewski w wypowiedzi „Rola polskiego wywiadu wojskowego w walce o utrzymanie niepodległości w okresie międzywojennym na Kociewiu”, przedstawił strukturę, a także sukcesy i porażki polskich służ wywiadowczych na tym terenie. Dr Daniel Czerwiński z IPN Gdańsk przedstawił referat pt. „Walka o granice Polski na Pomorzu”. Historyk przedstawił genezę, a także starania strony polskiej o powrót Pomorza w jej granice. Tomasz Jagielski skupił się na wątku pt. „Śladami bojowników o polskość na Żuławach i Wyżynach Gdańskich”. Pytania, a  także dyskusje w kuluarach spotkania ukazały potrzebę rozwijania wiedzy w tych tematach. Wszyscy uczestnicy konferencji otrzymali pamiątkowe medale wybite na rocznicę jubileuszu 100-rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Tego samego dnia w tczewskiej Fabryce Sztuk odbyły się warsztaty rodzinne, którymi wpisywaliśmy się w Międzynarodowy Tydzień Bliskości. Nasze spotkanie było Doktorzy Daniel Czerwiński i Artur Jendrzejednym z kilku wydarzeń związanych z rodzijewski – prelegenci opaleńskiej sesji NSR cielstwem. Dwie nasze prelegentki położna 237


i specjalistka od chustonoszenia Anna Naczke i fizjoterapeutka Alicja Pyla tak mówiły i pokazywały jak prawidłowo opiekować się niemowlętami, jak i, w duchu stulecia niepodległości zachęcały do aktywnego udziału nawet z najmłodszymi w różnego rodzaju aktywności plenerowej.

Organizatorzy opaleńskiej sesji Nadwiślańskich Spotkań Regionalnych

Uroczystości odsłonięcia Pomnika Pamięci Ofiar Zbrodni Pomorskiej w Toruniu 6 października w przedwojennej stolicy województwa pomorskiego uroczyście odsłonięto pomnik Zbrodni Pomorskiej – ofiar niemieckiego ludobójstwa, które dokonało się jesienią 1939 roku w naszym regionie. Budowę pomnika już kilkanaście lat temu zainicjowało środowisko Związku Przyjaciół Pomorza, a kilka lat później podchwycił ówczesny senator (i działacz ZKP) Jan Wyrowiński. Ostatecznie inicjatywa ta znalazła energicznych wykonawców w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Kujawsko-Pomorskiego w Toruniu, którzy doprowadzili do powstania monumentalnego miejsca pamięci pomordowanych Pomorzan. W Toruniu tego dnia nie zabrakło delegacji oddziału tczewskiego, której przewodził Michał Kargul, wiceprezes naszego partu. Pierwszym punktem wydarzeń była uroczysta Rada Naczelna ZKP, na której przypomniano tak okoliczności budowy samego pomnika, jak i historię Pomorzan w Toruniu. Potem zebrani wzięli udział w uroczystym, wspólnym posiedzeniu sejmików województw pomorskiego i kujawsko-pomorskiego, w trakcie którego podjęto uchwałę dotyczącą upa238


miętnienia ofiar niemieckich zbrodni z 1939 roku. Następnie w toruńskiej katedrze świętych Janów odbyła się uroczysta msza święta, której przewodniczył miejscowy biskup, pochodzący z Kociewia i bliski Zrzeszeniu, ks. bp. Wiesław Śmigiel. Po uroczystym przemarszu centrum Torunia, w którym wzięło udział m.in. kilkadziesiąt pocztów sztandarowych ZKP i kilka tysięcy harcerzy, kulminacja uroczystości miała miejsce w Parku Pamięci, gdzie odsłonięto sam pomnik. U jego stóp harcerze złożyli ziemię z 399 miejsc z całego Pomorza, w których, według najnowszych ustaleń IPN, miały miejsce mordy w 1939 roku. Ta niezwykła uroczystość była swoistym ukoronowaniem starań środowiska zrzeszeniowego, w tym członków naszego oddziału, dotyczących przywrócenia pamięci ofiarom Zbrodni Pomorskiej z 1939 roku. Mamy nadzieję, że będzie to jednocześnie wstęp, to zdecydowanych działań mających na celu upamiętnienie listy ofiar mordów w Lesie Szpęgawskich.

„Powiśle w walce o niepodległość” Październik jest tradycyjnie miesiącem części konferencyjnej Nadwiślańskich Spotkań Regionalnych. W tym roku miały one znów swoją odsłonę w Sztumie, gdzie 18. dnia tego miesiąca odbyła się sesja popularnonaukowa poświęcona Powiślu w walce o niepodległość, która była drugą częścią konferencji „Pomorze w walkach o niepodległość”. Poprowadził ją Andrzej Lubiński, prezes Towarzystwa Miłośników Ziemi Sztumskiej, które tradycyjnie już pomaga nam w organizacji NSR na Powiślu. Jej główną częścią były dwa referaty poświęcone biografiom działaczy niepodległościowych związanych z Powiślem. Adam Langowski wygłosił referat pt.: Działalność narodowa Stanisława Sierakowskiego w latach 1918-1920, zaś Krystian Zdziennicki przedstawił prelekcję pt. Ks. dr Władysław Łęga – bojownik o polskość Powiśla. Po prelekcjach miała miejsce bardzo ciekawa dyskusja. Trzecią odsłoną spotkania było ponowne wystąpienie Krystiana Zdziennickiego poświęcone promocji reedycji książki ks. Łęgi „Ziemia Malborska – kultura ludowa”, które właśnie została wydana. Prelegent wraz z dr Aleksandrą Paprot-Wielopolską przygotował to ważne dzieło pomorskiego badacza do ponownego wydania.

„Pomorscy ojcowie niepodległości” – sesja w Tczewie 26 października miała miejsce ostatnia odsłona części konferencyjnej XII Nadwiślańskich Spotkań Regionalnych. W tczewskiej bibliotece spotkali się miłośnicy historii najnowszej, by podyskutować o okolicznościach powrotu Polski do Pomorza. Zarzewiem do dyskusji były trzy referaty. Łukasz Grzędzicki wygłosił 239


W tematykę tczewskiej sesji XII NSR zgromadzonych wprowadził Łukasz Grzędzicki

Leszek Molendowski w swoim wystąpieniu skupił się na losach młodej inteligencji pomorskiej sprzed wieku.

Krzysztof Korda zarysował natomiast szerokie spektrum pracy u podstaw w czasach zaboru pruskiego.

240


bardzo ciekawą prelekcję pt. „Specyfika kaszubsko-pomorskiej drogi do odrodzonej Polski i i jej zapomniani bohaterowie”. Gospodarz miejsca Dyrektor MBP w Tczewie, dr Krzysztof Korda przedstawił referat pt. „Pomorscy ojcowie niepodległości z kręgu towarzystw ludowych”, zaś doktor Leszek Molendowski przedstawił natomiast wykład pt. „Przy uniwersyteckiej ławie, wspólnie dla Pomorza i Polski: Zegerski, Szuca, Kręcki, Kantak Moczyński”. Po prawie dwóch godzinach wykładów odbyła się równie ciekawa dyskusja, w której pochylano się nad wydarzeniami z lat 1918-1919 na Pomorzu Gdańskim.

Koncert patriotyczny w Suchym Dębie 9 listopada wspólnie z Szkołą Podstawową w Suchym Dębie zorganizowaliśmy koncert patriotyczny dla mieszkańców gminy Suchy Dąb. Koncert odbył się w ramach XII Nadwiślańskich Spotkań Regionalnych, a patronatem objęli go: wójt gminu Suchy Dąb Barbara Kamińska, starosta gdański Stefan Skonieczny oraz prezes Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego prof. Edmund Wittbrodt. W wydarzeniu, oprócz gości na czele z Ryszardem Świlskim, członkiem zarządu województwa pomorskiego oraz uczniów z Suchego Dębu wzięli także udział uczniowie ze Szkoły Podstawowej w Wiślinie, ze Szkoły Podstawowej w Koźlinach, dzieci i uczniowie z Zespołu Szkolno-Przedszkolnego w GrabinieZameczek, podopieczni Centrum „Caritas” w Krzywym Kole wraz z nauczycielami i opiekunami. Po przywitaniu przez Anetę Lewandowską, dyrektorkę suchodębskiej podstawówki oraz rysie historycznym przygotowanym przez pracowników IPN

Za oprawę instrumentalną koncertu odpowiadała Kociewsko-Kaszubska Orkiestra Dęta „Torpeda”

241


nastąpiło wspólne odśpiewanie hymnu. W tej części wydarzenia udział wzięło aż 700 osób, bijąc gminny rekord wspólnego śpiewu „Mazurka Dąbrowskiego”. Następnie, zgodnie z scenariuszem wystąpiła Kociewsko-Kaszubska Orkiestra Dęta „Torpeda”, która poza własnymi aranżacjami utworów patriotycznych akompaniowała także w śpiewie uczniów. Wspólnie wykonano wiązankę utworów z okresu walk o niepodległość: „Wojenko, wojenko”, „Przybyli ułani”, „My Pierwsza Brygada”, „Piechota ta szara piechota”. Następnie Patrycja Fyda, uczennica klasy VI zagrała na skrzypcach utwór Henryka Wieniawskiego pt. „Pieśń dla Ojczyzny”. Maja Kowalczyk wspólnie z wychowawczynią Moniką Tarasiuk zaśpiewały utwór Jana Pietrzaka pt. „Taki kraj”, zaś siostry Julia i Natalia Kopania zaśpiewały piosenkę „Deszcz jesienny”. Na zakończenie szkolny chór nauczycieli Szkoły Podstawowej w Suchym Dębie przypomniał utwór „Siekiera motyka”, który wykonywany podczas niemieckiej okupacji dodawał otuchy i radości podczas wojennych dni, zaś szkolny chór klas I-III z SP w Suchym Dębie wykonał pieśni „Ojczyzno ma” oraz „Hej, sokoły”.

Konkurs „Moje miejsce na Ziemi...” Pod koniec listopada nastąpiło także rozstrzygnięcie konkursu „Moje miejsce na Ziemi...” organizowanego w ramach XII NSR. Na konkurs wpłynęły 82 prace plastyczne i 21 multimedialnych. Jury obradujące pod kierunkiem Jacka Cherka do finału zakwalifikowało 55 prac plastycznych oraz osiem multimedialnych. Wyniki konkursu:

Kategoria Plastyczna I. Dominika Loduchowska – Szkoła Podstawowa w Małej Słońcy Aureliusz Schewe – Szkoła Podstawowa nr 4 w Tczewie II. Kinga Janaszek – Szkoła Podstawowa w Małej Słońcy III. Jakub Wajcht – Szkoła Podstawowa nr 8 w Tczewie Wyróżnienia Olga Śliwa – Szkoła Podstawowa w Małej Słońcy Małgorzata Makowska – Szkoła Podstawowa w Małej Słońcy Julia Lisewska – Szkoła Podstawowa w Małych Walichnowach Milena Noch – Szkoła Podstawowa nr 12 w Tczewie Otylia Zawitowska – Szkoła Podstawowa nr 5 w Tczewie Nikola Bartelik – Szkoła Podstawowa nr 8 w Tczewie Oliwia Rulewska – Szkoła Podstawowa w Subkowach Bartosz Szwindowski – Szkoła Podstawowa nr 11 w Tczewie Maciej Ostrowski – Szkoła Podstawowa nr 10 w Tczewie 242


Kategoria Multimedialna I. Paweł Miętki – Zespól Szkól Odzieżowych i Budowlanych w Tczewie II. Wiktoria Czarnecka – I LO w Pelplinie III. Marcin Andrzejczak – Zespól Szkół Ponadgimnazjalnych w Gniewie Kornelia Pawelczyk – Szkoła Podstawowa nr 5 w Tczewie Wyróżnienie – Amelia Kussauer – Szkoła Podstawowa w Suchym Dębie

Medal Stolema dla profesor Marii Pająkowskiej-Kensik Z inicjatywy przewodniczącego Rady Programowej „Kociewskiego Magazynu Regionalnego” prof. Kazimierza Ickiewicza, nasz oddział, wraz z wspomnianą Radą, zgłosił do Kapituły Medalu Stolema kandydaturę profesor Marii Pająkowskiej-Kensik. Kandydatura tej wybitnej badaczki oraz działaczki społecznej, od lat związanej z Zrzeszeniem i ściśle współpracującej z wszystkimi oddziałami kociewskimi, znalazła uznanie wśród studentów Klubu „Pomorania”. W drugiej połowie listopada zdecydowali, by Medal Stolema w 2018 roku trafił właśnie do kociewskiej badaczki, oprócz niej tegorocznym laureatem został Władysław Czarnowski, założyciel i animator kaszubskiego zespołu „Krëbane” z Brus.

243


Wojciech Szramowski

Sprawozdanie toruńskiego oddziału ZKP za 2017 r. Jak co roku wspólnie z Komisją Historyczną Okręgowej Kujawsko-Pomorskiej Izby Lekarskiej w Toruniu w siedzibie Komisji oddział ZKP w Toruniu 17 stycznia zorganizował spotkanie noworoczne. Prelekcje połączone ze wspólnym śpiewaniem kolęd wygłosili Renata Margalska nt. „Działalność Klubu J osób jąkających się” oraz Roman Drzeżdżon barwnie opowiadający o zwyczajach bożonarodzeniowych na Kaszubach. W spotkaniu zakończonym poczęstunkiem wzięło udział 16 osób. 19 kwietnia w Bibliotece Uniwersyteckiej w Toruniu odbyło się Walne Zebranie Sprawozdawcze Członków Oddziału, na którym jednogłośnie przyjęto sprawozdanie Zarządu za 2016 r. W ramach Ogólnopolskiego Tygodnia Bibliotek 15 maja w holu Biblioteki Uniwersyteckiej w Toruniu odbył się V Toruński Kiermasz Książki Regionalnej współorganizowany przez Toruński Oddział Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego i Bibliotekę Uniwersytecką przy współpracy uczelnianego Koła Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich. W V Toruńskim Kiermaszu Książki Regionalnej wzięli udział najwięksi toruńscy wydawcy oraz ci mniejsi, dobrze się zapowiadający. Na naszej imprezie jak co roku była obecna silna reprezentacja trójmiejskich wydawnictw regionalnych. Regularnie przyjeżdża zaprezentować się na Kiermaszu Biblioteka Miejska z Tczewa i najprężniejszy mazurski wydawca z Dąbrówna. Obecnych było także kilku autorów oferowanych książek. Otwarcia Kiermaszu dokonała Wicedyrektor Biblioteki Uniwersyteckiej w Toruniu Dominika Czyżak i Prezes Oddziału Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w Toruniu dr Michał Targowski, a o prezentowanej podczas imprezy wystawie „Pomorze Nadwiślańskie. Regionalizmy znad Dolnej Wisły” opowiadał Dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej w Tczewie, dr Krzysztof Korda. Ekspozycja ta została przygotowana przy współpracy nadwiślańskich oddziałów Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, a po raz pierwszy została odsłonięta w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Tczewie Jak zwykle wysoki poziom prezentowały imprezy towarzyszące V Toruńskiemu Kiermaszowi Książki Regionalnej, które miały miejsce w sali audytoryjnej na parterze Biblioteki Uniwersyteckiej w Toruniu. Wielu uczestników przyciągnęło spotkanie z dr hab. Sylwią Grochowiną (UMK), autorką książki „„Toruński Holo244


kaust”. Losy żydówek z podobozu KL Stutthof o nazwie Baukommando Weichsel (ot Thorn) w świetle relacji i wspomnień ocalałych ofiar i świadków”. Wykład w postaci prezentacji multimedialnej zakończył się dyskusją. Pozostałe spotkania autorskie były prowadzone przy udziale moderatorów. O książce „Dziedzictwo Prus Wschodnich. Socjologiczne i historyczne studia o regionie” z jej autorem prof. Andrzejem Saksonem rozmawiał redaktor Waldemar Mierzwa z  Oficyny Wydawniczej „Retman”. Interesująca rozmowa toczyła się o tym, jak to się stało, że prof. Sakson naukowo zajął się regionem dawnych Prus Wschodnich oraz o problemie tożsamości mazurskiej poruszanym w omawianej publikacji. Największym zainteresowaniem wśród imprez towarzyszących Kiermaszowi cieszyła się dyskusja z udziałem dr Michała Targowskiego i mgr Anny Maślak z  Muzeum Etnograficznego w Toruniu prowadzona przez dra Rafała Kleśtę-Nawrockiego z  Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego na temat menonitów i olędrów. Goście spotkania wyjaśnili, czym różnią się menonici od olędrów, dyskutowali o wartości ich materialnego i niematerialnego dziedzictwa, a także przedstawili plany związane z ochroną i popularyzacją zabytków kultury olęderskiej w Chrystkowie koło Świecia oraz w Olęderskim Parku Etnograficznym w Wielkiej Nieszawce. Spotkanie miało też na celu zaprezentowanie wydanej przez Muzeum Etnograficzne w Toruniu polskiej edycji monografii Petera J. Klassena, „Menonici w Polsce i Prusach w XVI-XIX w.” oraz opublikowanej przez Fundację ANRO pracy zbiorowej „Olędrzy – osadnicy znad Wisły. Sąsiedzi bliscy i obcy”. Na stoisku organizatora kolejny już raz można było otrzymać bezpłatnie najnowszy numer czasopisma „Teki Kociewskie” wydawanego przez Oddział Kociewski ZKP w Tczewie. Pomimo tego, że otrzymaliśmy od wydawcy do rozdania więcej egzemplarzy rocznika niż dysponowaliśmy podczas poprzedniego naszego Kiermaszu czasopismo rozeszło się błyskawicznie Podczas wydarzenia rozdawane były ulotki z programem imprez towarzyszących Kiermaszowi oraz anonimowe ankiety z prośbą o wypełnienie. Na stoisku organizatora można było też odbierać płyty z kaszubską muzyką rockową. Na podstawie wyników ankiety przeprowadzonej podczas piątej edycji Kiermaszu można stwierdzić, że przeciętny uczestnik wydarzenia był bibliotekarzem, pracownikiem naukowym lub studentem mieszkającym w Toruniu, który brał już udział we wcześniejszych odsłonach Kiermaszu. Osoby obecne na imprezie księgarskiej bardzo dobrze ją oceniły, przy czym najbardziej podobała się im oferta wydawnictw, co sprawiło, że zadeklarowali bez wyjątku chęć uczestnictwa w kolejnym Toruńskim Kiermaszu Książki Regionalnej. Relacja z V Toruńskiego Kiermaszu Książki Regionalnej ukazała się m.in. w programie informacyjnym Aktualności Toruńskie w TVK Toruń. Imprezy towarzyszące Kiermaszowi zostały także zarejestrowane przez TV UMK. 245


Pokiermaszowe relacje ukazały się także na blogach, stronach internetowych i w wielu postach na Facebooku na stronie Toruńskiego Kiermaszu Książki Regionalnej. 12 grudnia przedstawicielka Zarządu Oddziału ZKP w Toruniu Maria Formela wzięła udział w otwarciu Turnieju Czarnej Baśki o Puchar Kopernika zorganizowanym kolejny już raz w Chełmży przez Chełmżyński Klub Sportowych Gier Karcianych „As Pik” przy współpracy z Oddziałem ZKP w Toruniu. Oddział przekazał książki na nagrody dla uczestników turnieju.

Spotkanie Noworoczne Oddziału (ze zbiorów autora).

246


IV Konkurs „Moje miejsce na ziemi...” Prace laureatów

_______________________________ Na kolejnych stronach prezentujemy Państwu najlepsze prace trzeciej edycji konkursu „Moje Miejsce na Ziemi...” organizowanego w ramach projektu XII Nadwiślańskich Spotkań Regionalnych. Ponieważ w tym roku druga kategoria obejmowała prezentacje multimedialne – trudne do przedstawienia na papierze, prezentujemy Państwu prace laureatów trzech pierwszych miejsc w kategorii plastycznej. Tak się składa, że zajęły je akurat cztery osoby, bo pierwsze miejsce przyznano dwóm pracom. Wszystkim laureatom jeszcze raz gratulujemy!


I miejsce (egzekwo): Dominika Loduchowska – Szkoła Podstawowa w Małej Słońcy

I miejsce (egzekwo): Aureliusz Schewe – Szkoła Podstawowa nr 4 w Tczewie

248


III miejsce: Jakub Wajcht – Szkoła Podstawowa nr 8 w Tczewie

II miejsce: Kinga Janaszek – Szkoła Podstawowa w Małej Słońcy

249


Biogramy autorów Kazimierz Babiński – felietonista, recenzent literacki, krytyk filmowy. Główny obszar zainteresowań to związki różnych dziedzin kultury z polityką. Publikował w periodykach regionalnych i ogólnopolskich. Daniel Czerwiński – dr nauk humanistycznych. Pracownik IPN oddział w Gdańsku. Zajmuje się działalnością urzędu bezpieczeństwa w pierwszych latach PRL-u. Mieszkaniec Żuław Gdańskich: Wróblewa i Cedr Wielkich. Tomasz Jagielski – urodzony w 1972 r., absolwent historii na Uniwersytecie Gdańskim i studiów podyplomowych z politologii na UG. Jako nauczyciel pracuje w Zespole Szkół w Suchym Dębie. Interesuje się przeszłością ziemi pomorskiej Kociewia i Żuław. Napisał kilka publikacji o charakterze regionalnym: Ostrowite i Suchy Dąb – Historia wsi żuławskich (2006), Jubileusz 50-lecia Szkoły Podstawowej w Suchym Dębie 1957-2007 (2007), Steblewo historia wsi żuławskiej (2008), Steblewo, dawne dzieje (2012), Wróblewo – 700 lat wsi żuławskiej (2012). Publikuje też w prasie lokalnej: „Pomerania”, „Dziennik Bałtycki”, „Teki Kociewskie”. Od czerwca 2016 roku prezes Oddziału ZKP w Tczewie. Interesuje się tematyką kresów wschodnich, a opisy wypraw w te rejony świata zamieszcza w „Tekach Kociewskich”. Artur Jendrzejewski – dr nauk humanistycznych. Nauczyciel historii w zso nr 1 w Pruszczu Gdańskim. Główny obszar zainteresowań to działalność polskich służb wywiadowczych w czasach II RP. Michał Kargul – absolwent historii i socjologii na Uniwersytecie Gdańskim. Członek Oddziału Kociewskiego ZKP w Tczewie oraz Instytutu Kaszubskiego w  Gdańsku. Jako nauczyciel historii pracuje w Szkole Podstawowej nr 11 w  Tczewie. Jego zainteresowania koncentrują się wokół spraw gospodarczych okresu nowożytnego oraz pomorskiego ruchu regionalnego. Jan Kulas – urodzony w 1957 r., absolwent historii na Uniwersytecie Gdańskim. W latach osiemdziesiątych pracował jako nauczyciel w Zespole Szkół Kolejowych w Tczewie, później przez dekadę pracował w ZRG NSZZ „Solidarność”. Jeden z liderów podziemia solidarnościowego po 1981 roku i komitetów obywatelskich w 1989 roku. Współtworzył samorząd lokalny w Tczewie. Przez trzy kadencje poseł na Sejm RP. Popularyzator historii i działacz regionalny. Należy do kilku organizacji i stowarzyszeń, m.in. Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego (zasiada w Radzie Naczelnej) oraz Towarzystwa Miłośników Ziemi Tczewskiej. Inicjator, redaktor i współautor książek poświęconych 250


historii najnowszej oraz osobom zasłużonym dla Tczewa i regionu, m.in: „Sierpień 80. Co nam zostało z tamtych dni?”, „Grzegorz Ciechowski 19572001. Wybitny artysta rodem z Tczewa”, „Parafia NMP w Tczewie i jej proboszcz ks. Stanisław Cieniewicz”, „Lucja Wydrowska-Biedunkiewicz. Pół wieku pracy i służby dla Tczewa.” Adam Langowski – ur. w 1981 r. w Sztumie, absolwent LO w Sztumie, ukończył historię na UMK w Toruniu, wychował się w Ramotach w gminie Stary Targ. Leszek Muszczyński – urodzony w 1971 r., historyk, germanista oraz regionalista (członek oddziału Kociewskiego ZKP w Tczewie). Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego oraz Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy oraz filologii germańskiej w KKNJO na Uniwersytecie Gdańskim i Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Nauczyciel w ZSE im Janusza St. Pasierba w Tczewie. Autor artykułów w pismach regionalnych, branżowych (transport, szkolnictwo) i ogólnopolskich. Publikował m.in. w „Dzienniku Bałtyckim”, „Najwyższym czasie”, „Opcji na prawo”, „30 dni”, „Tekach Kociewskich”, „myśl.pl”. Jest autorem lub współautorem monografii: „Die deutsch-polnischen Beziehungen von 1945 bis zur Gegenwart auf dem Grund von zwei ausgewählten polnischen Geschichtslehrbüchern (2004), „Zarys dziejów powiatu tczewskiego” (2010), „Tczew miastem kolejarzy” (2012). Grzegorz Piotrowski – rocznik 1967. Bydgoszczanin od wielu lat żyjący na Kociewiu. Z wykształcenia leśnik i polonista. Pracuje jako nauczyciel w Skórczu. Grzegorz Rogowski – 52 lata, absolwent Uniwersytetu Gdańskiego, kierunek historia. Od urodzenia mieszka w Nowem nad Wisłą. Od wielu lat interesuje się historią regionu ze szczególnym uwzględnieniem procesów o czary.  Andrzej Solecki – ur. w 1950 r., regionalista i działacz samorządowy, pasjonat historii Gniewu. Autor książek i artykułów w czasopismach o długowiekowej historii tego miasta i wybitnych postaciach z nim związanych. Wojciech Szramowski – historyk, regionalista i działacz społeczny. Doktor historii, pracownik Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Jeden z liderów oddziału toruńskiego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Krystian Zdziennicki – urodzony w 1992 roku w Sztumie, absolwent historii na Uniwersytecie Gdańskim. Członek Koła Naukowego Historyków UG. Interesuje się problematyką historii Powiśla i rodzinnego miasta. Aktywny na łamach prasy regionalnej, współpracownik m.in. „Prowincji” i „Tek Kociewskich”. 251


Spis treści OD REDAKCJI..................................................................................................... 3 I Społeczeństwo, kultura, język........................................................................ 7 Pomorska pamięć o historii – refleksja historyka-regionalisty........................... 9 Leon Borzyszkowski – farmaceuta, harcerz, społecznik................................... 17 Działalność narodowa Stanisława Sierakowskiego w latach 1918-1920......... 26 Bruno Pompecki (07.04.1880–04.04.1922) – niemiecki liryk rodem ze Świecia... 36 „Platt-deutsch”, czyli rzecz o języku dawnych gdańszczan i niemieckich mieszkańców Pomorza........................................................................................ 40 Kociewiak, który umiłował Warmię i Mazury. Rzecz o Zygmuncie Lietzu........ 46 85 lat monografii etnograficznej Powiśla i Żuław – „Ziemia malborska. Kultura ludowa” Władysława Łęgi.......................................................................... 79 II Z kociewsko-pomorskich dziejów................................................................ 83 O Pruszczu w przewodnikach po Gdańsku (i okolicy)...................................... 85 Walka o granice Polski na Pomorzu................................................................. 95 Rola polskiego wywiadu wojskowego w walce o utrzymanie niepodległości w okresie międzywojennym na Kociewiu................................................ 108 Pomorze 1308-1309 (cz. I.)............................................................................ 120 Procesy osób oskarżonych o czarostwo w Nowem i okolicy w latach 1689-1747 (cz.I)......................................................................................................... 159 III Z życia Zrzeszenia...................................................................................... 193 „Bałtycko-Czarnomorskim szlakiem – z wizytą u Kanta................................. 194 Kronika Oddziału Kociewskiego ZKP w Tczewie............................................. 221 Sprawozdanie toruńskiego oddziału ZKP za 2017 r........................................ 242 IV Konkurs „Moje miejsce na ziemi...”......................................................... 245 Prace laureatów............................................................................................ 245 Biogramy autorów......................................................................................... 248

253


ISSN 1689-5398

Profile for SKARBNICA KOCIEWSKA

Teki Kociewskie z. XII  

Rocznik regionalny Oddziału Kociewskiego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w Tczewie

Teki Kociewskie z. XII  

Rocznik regionalny Oddziału Kociewskiego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w Tczewie

Advertisement