Page 1

I S S N 1689-5398

Teki Kociewskie

Oddział Kociewski Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w Tczewie

11


Teki Kociewskie Zeszyt XI

Tczew 2017


Redaktor naczelny Michał Kargul Kolegium Redakcyjne: Jacek Cherek, Tomasz Jagielski, Leszek Muszczyński Damian Kullas, Henryk Laga, Zygmunt Rajkowski „Teki Kociewskie” – czasopismo społeczno-kulturalne wydawane przez Oddział Kociewski Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w Tczewie Zeszyt XI

Korekta, skład i łamanie Oficyna Wydawnicza Edytor.org Lidia Ciecierska Tczew 2017 ISSN 1689-5398 Publikacja wydana przy wsparciu Województwa Pomorskiego, Miasta Tczewa oraz Zarządu Głównego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego

Działania Oddziału Kociewskiego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w Tczewie wspiera Bank Spółdzielczy w Tczewie Czasopismo dostępne także w wersji elektronicznej na portalu Skarbnica Kociewska (www.kociewie.net)


Spis treści Od Redakcji 

    5

I. SPOŁECZEŃSTWO, KULTURA, JĘZYK Przemysław Kilian

Kultura kociewska? Próba recepcji antropologicznej 

   9

Anna Łucarz

Emblematy etniczności w kociewskiej przestrzeni publicznej 

   33

Anna Łucarz

„Żem lugał do wieczora”, czyli gwara kociewska wczoraj i dziś 

   57

Jerzy Kornacki

Domy podcieniowe – skarb kultury materialnej Żuław 

   85

II. Z KOCIEWSKO-POMORSKICH DZIEJÓW Tomasz Jagielski

Polacy na Wyżynach Gdańskich w czasach Wolnego Miasta Gdańska 1920–1939    103 Marek Kordowski

Jubileusz 70-lecia gniewskiej książnicy 

 119

Jan Kulas

Stefan Cejrowski (1924–2010) – wybitny artysta i lekarz rodem z Tczewa 

  139

Bogdan Solecki

Przedsiębiorcy, kupcy i handlowcy Pelplina w  II Rzeczpospolitej (1919– 1939)   161 Bogdan Solecki

Osiemdziesiąt lat herbu Pelplina 

  195

Krystian Zdziennicki

Wojna o ujście Wisły na ziemi sztumskiej 

  205


4

Spis treści

III. Z ŻYCIA ZRZESZENIA Tomasz Jagielski, Michał Kargul

Kronika Oddziału Kociewskiego ZKP w Tczewie 

  215

Wojciech Szramowski

Sprawozdanie Toruńskiego Oddziału ZKP za 2016 r. 

  235

Bogdan Wiśniewski

Rok 2017 w Oddziale Kociewskim ZKP w Pelplinie. O Kociewiu – artystycznie i naukowo    241 Michał Albiński

Hobby, pasja, a może sentyment… Mały fiat!!! 

  251

Tomasz Jagielski, Leszek Muszczyński

Szlakiem Czyngis-chana. Podróż do Kazachstanu i Kirgizji 

  255

Paulina Chrząszcz

Zrozum przyrodę i poczuj się jej częścią! 

 277

IV. MATERIAŁY ŹRÓDŁOWE Jakub Borkowicz

Leon Waliński. Mój pamiętnik 

 281

Józef Ceynowa. Lasy i leśnicy na międzywojennym Kociewiu – opowiadania 

 287

V. KONKURS „MOJE MIEJSCE NA ZIEMI” Prace laureatów konkursu 

 297

O Autorach      303


Od Redakcji Oddajemy do  rąk Państwa kolejny, jedenasty zeszyt „Tek Kociewskich”. W dziesięciolecie od wydania pierwszego numeru naszego rocznika mamy przyjemność przedstawić kolejny zbiór niezwykle ciekawych materiałów poświęconych Kociewiu, Pomorzu i Zrzeszeniu Kaszubsko-Pomorskiemu. Z kilku niezwykle ciekawych artykułów działu dotyczącego społeczeństwa, kultury, i regionu warto wyróżnić zwłaszcza dwa. Anna Łucarz, finalizująca już swoje badania naukowe w ramach studiów doktoranckich nad współczesną mową Kociewiaków, przygotowała kapitalną analizę współczesnego stanu dialektu kociewskiego. W dobie różnorakich dyskusji nad statusem naszej mowy, jej ewentualną obecnością w szkołach czy pomysłów dotyczących jej standaryzacji, tekst Anny Łucarz jest niezbędnym do poznania i przemyślenia fundamentem. Podobnie, niejako w odpowiedzi na różnorakie prasowe dywagacje na temat istnienia bądź nieistnienia kultury kociewskiej, Przemysław Kilian w niniejszym zeszycie prezentuje rzeczowy i niezwykle aktualny opis tego, czym jest kultura regionu i jaka jest jej dzisiejsza kondycja. W  jak zwykle bogatym dziale historycznym warto odnotować prace biograficzne. Niezawodny Jan Kulas przybliża kolejną sylwetkę zasłużonego mieszkańca Tczewa, tym razem śpiewaka i lekarza (co ciekawe aktywnego zawodowo w  obu dziedzinach) Stefana Cejrowskiego, zaś Bogdan Solecki opracował unikatowy spis pelplińskich kupców okresu międzywojennego, wzbogacony o ciekawą charakterystykę całego środowiska tego okresu. W  tym samym dziale prezes tczewskiego oddziału ZKP, kolega Tomasz Jagielski, ponownie zabiera nas w  podróż na kociewsko-żuławsko-kaszubskie pogranicze. Tym razem w podróż dosłowną, bo ciekawie zrelacjonował wyprawy rowerowe śladami historii tego regionu. W części poświęconej życiu Zrzeszenia napotkamy tradycyjne już relacje z prac oddziałów w Tczewie, Pelplinie i Toruniu oraz jak zwykle pasjonujący opis kolejnej wyprawy naszych kolegów do krajów b. ZSRR, tym razem Kirgizji i Kazachstanu. W tym numerze znów pojawia się także kącik


6

Od Redakcji

poświęcony tekstom źródłowym. Tym razem publikujemy pamiętnik Leona Walińskiego, który opracował Jakub Borkowicz, oraz kolejną część kociewskiej twórczości Józefa Ceynowy, którą przygotował do publikacji Wojciech Szramowski. Tak jak w roku ubiegłym tegoroczny zeszyt „Tek” zamykają prace zwycięzców konkursu „Moje miejsce na ziemi…”, który już po raz drugi przeprowadziliśmy w ramach Nadwiślańskich Spotkań Regionalnych. W tym miejscu pragniemy Państwa zachęcić do przejrzenia także portalu Skarbnica Kociewska, w którym od roku nie tylko można przeczytać wszystkie numery „Tek Kociewskich”, ale także innych wartościowych prac i  periodyków z  bratnią „Moją Ziemią”, wydawaną przez Oddział Kociewski ZKP w  Zblewie. W  tym miejscu także apelujemy do  czytelników o  włączenie się w  jego budowę. Zwłaszcza zależy nam na publikowaniu i propagowaniu materiałów do edukacji regionalnej na Kociewiu. Nauczyciele, chcący rozwijać takie działania, cierpią na dotkliwy brak tego typu materiałów, zaś te istniejące są zazwyczaj trudno dostępne. Zachęcamy więc wszystkich do współpracy! Skarbnica funkcjonuje pod łatwym do zapamiętania adresem www.kociewie.net. Polecamy ją tak wszystkim zainteresowanym Kociewiem, jak i osobom z innych regionów. Miłej lektury! Michał Kargul Redaktor naczelny


I. SPOŁECZEŃSTWO, KULTURA, REGION


Przemysław Kilian

Kultura kociewska? Próba recepcji antropologicznej Wprowadzenie Temat zasygnalizowany w tytule niniejszego eseju wywołuje różnego rodzaju problemy/pytania. Termin kultura kociewska opatrzony znakiem zapytania (celowo) ma skłaniać do namysłu. Chcąc odpowiedzieć na pytanie, czym właściwie jest „kultura kociewska” – mimo że  nie w  sposób pełny i  wyczerpujący, ale  przynajmniej spróbować do  takiej odpowiedzi się zbliżyć – już na początku natrafiamy na problem związany ze zdefiniowaniem dwóch pojęć: kultura i kociewska. Narzucając sobie ramy naukowego wyjaśnienia terminu, chcąc nie chcąc, musimy odwołać się do  już istniejących prób zdefiniowania tych pojęć, a dodatkowo zaproponować argumenty przedstawiające możliwość/sposób innego od  już istniejących podejścia opisującego wspomniane zagadnienie. Taki też będzie plan/porządek niniejszego tekstu. W  pierwszej części omówię problemy związane z pojęciem kultury (ogólnej), jego wieloznacznością, pojemnością semantyczną oraz wręcz niezliczonymi próbami interpretacji. W tym miejscu zwrócimy uwagę na modelowe ujęcia autorów, będące obecnie często klasycznymi wyjaśnieniami, które funkcjonują już tylko w obiegu/ dyskursie naukowo-antropologicznym. Rozprawimy się z  ludowym modelem kultury, który pierwotnie był wykorzystywany w opisach etnograficznych kultury Kociewiaków. Druga część, zgodnie z  przyjętym założeniem, opisuje drugi element składowy, jakim jest przymiotnik kociewska/ kociewskość. W sposób syntetyczny przyjrzymy się historycznym opisom Kociewiaków i ich kultury, począwszy od pierwszych etnograficznych obserwacji prowadzonych na Pomorzu, kiedy nie było jeszcze etnologii, po


10

Przemysław Kilian

spostrzeżenia profesjonalnych badaczy-etnografów, prowadzących badania w okresie międzywojennym i  po II  wojnie światowej. Przekrój historyczny badań opiszemy za pomocą trzech punktów: praktyk kulturowych, świadomości etnicznej oraz relacyjności. Na zakończenie przedstawimy kulturę kociewską w jej współczesnym wymiarze.

Autor w trakcie wystąpienia na sesji „Wisła w dziejach Kociewia i Żuław” (fot. J. Cherek)

Koncepcje kultury Termin kultura na przestrzeni kilku stuleci (od XVII–XVIII w.) przeszedł swoistą ewolucję znaczeniową. Nie będziemy jednak dokonywać szczegółowej egzegezy tego pojęcia, a zajmiemy się jego znaczeniem od czasu, kiedy został wprowadzony w  obieg naukowy (w  naukach humanistycznych i społecznych). Po raz pierwszy naukowe zdefiniowanie kultury odnotowujemy w 1871 r., w dziele sir Edwarda Taylora, pt. Primitive Culture. W swojej pracy autor pisze: Kultura lub cywilizacja, traktowane w szerokim etnograficznym sensie, to kompleks obejmujący wiedzę, wierzenia, sztukę, moralność, prawo, obyczaje i inne umiejętności i zwyczaje nabyte przez człowieka jako członka społeczeństwa1. 1  E.B.  Taylor, Cywilizacja pierwotna. Badania rozwoju mitologii, filozofii, wiary, mowy, sztuki i zwyczajów, przeł. Z.A. Kowerska, Warszawa [1871] 1896–1898, za: A. Barnard, J. Spencer, Kultura (hasło), [w:] Encyklopedia antropologii społeczno-kulturowej,


Kultura kociewska? Próba recepcji antropologicznej

11

Z powyższej definicji możemy wywnioskować, że: 1) autor synonimicznie traktował pojęcie kultury i cywilizacji; 2) kultura według niego to zbiór przede wszystkim umiejętności skonfigurowanych w  różnych formach kulturowych (tj. obyczaje, sztuka, wierzenia itp.); 3) które – co chyba najważniejsze – są nabywane/przekazywane w  określonym środowisku. Skonstatować możemy powyższą definicję Taylora w ten to sposób, że kultura (w znaczeniu antropologicznym) to, co nie-epifenomenalne i wytworzone przez ludzi żyjących w  lokalnej wspólnocie. Szczególnie dwa pierwsze elementy są tutaj ważne, co zresztą powtarzali następni badacze kultury. W wprowadzeniu nadmieniłem o licznych próbach zdefiniowania tej pierwotnej materii badawczej, jaką jest kultura dla etnologów, etnografów, antropologów, jakkolwiek by  nie nazwać osoby zajmujące się bytnością człowieka w świecie. Na poparcie tych słów warto przytoczyć monografię sprzed lat, Alfreda L. Kroebera i Clyde’a Kluckhohna, pt. Culture. A Critical Review of Concepts and Definitions2, w której autorzy podjęli się pracochłonnego zadania zebrania i uporządkowania istniejących definicji kultury. Ponad sto z nich sklasyfikowali i podzielili na sześć grup: opisowe (oparte na treści kultury), historyczne (kładące nacisk na tradycję), normatywne (akcentujące normy), psychologiczne (dotyczące uczenia się lub rozwiązywania problemów), strukturalne (oparte na wzorach) i genetyczne (na przykład kultura jako produkt bycia człowiekiem albo po prostu jako to, czego nie mają zwierzęta)3. Nie wdając się w zbędne dywagacje na temat znaczenia i odbioru przez środowisko naukowe tego dzieła, chciałbym przejść dalej i  zwrócić uwagę na dwie późniejsze koncepcje/ujęcia kultury, których nie znajdziemy w wyżej wymienionej monografii. Pierwsza z nich w zasadzie zmieniła nasze (antropologów) postrzeganie kwestii kultury i ma do dzisiaj ogromne znaczenie w naukach humanistycznych. Chodzi o Clifforda Geertza i jego formacje intelektualną, zwaną interpretacjonizmem. Tenże badacz w jednym ze swoich esejów na temat opisu gęstego pisał: red. A. Barnard i J. Spencer, Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa 2008, s. 319. 2  A.L. Kroeber, C. Kluckhohn, Culture. A Critical Review of Concepts and Definitions, “Papers of the Peabody Museum”, vol. XLVII, no 1, Cambridge 1952. 3  A. Barnard, Antropologia. Zarys teorii i historii, przeł. S. Szymański, wstępem opatrzyła J. Tokarska-Bakir, PIW, Warszawa 2016, s. 195.


12

Przemysław Kilian

Koncepcja kultury, za którą się opowiadam, o której użyteczności zgromadzone tu eseje próbują zademonstrować, jest zasadniczo koncepcją semiotyczną. Będąc, wraz z  Maksem Weberem, przekonanym, że  człowiek jest zwierzęciem zawieszonym w sieciach znaczeń, a które sam utkał, kulturę postrzegam właśnie jako owe sieci; jej analizę traktuję zaś nie jako eksperymentalną naukę, której celem jest odkrywanie praw, lecz jako naukę interpretatywną, która za cel stawia sobie odkrycie znaczenia. Chodzi mi o  wyjaśnienie, tłumaczenie społecznych form ekspresji, które na pozór wydają się enigmatyczne4.

Geertz dokonał zatem odwrócenia wektora od czasów Taylora i  jego propozycji definiowania kultury, z poszukiwania obiektywnych prawd, których dociekają w  swoich badaniach antropologowie, na/do  próby zrozumienia danej kultury przez jej interpretację. Zatem według niego kultura nie jest źródłem przyczynowości, ale kontekstem umożliwiającym rozumienie5. Druga koncepcja, autorstwa amerykańskiego antropologa Roya  Wagnera, mówi o skrajnie relatywistycznym podejściu, gdzie kultura jest wytwarzana przez człowieka na styku (w kontakcie) z inną kulturą. Natomiast kultura w swym podstawowym znaczeniu odnosi się do działań mających na celu realizację/zaspokajanie ludzkich potrzeb6. Tytułowe zaś wynajdywanie kultury: „nie musi koniecznie dokonywać się w trakcie badań terenowych. Wydarza się zawsze wtedy i tam, gdzie «obce» i «dziwne» konwencje kulturowe zderzają się z naszymi”7. W związku z tym według Wagnera nie sposób zrozumieć własnej kultury bez próby zrozumienia innej. Kilka wspomnianych wyżej koncepcji należy do  ogólnych teorii wyjaśniających, czym jest kultura (obecnie postrzegamy nasze/badaczy próby wyjaśniające kulturę w ramach paradygmatów, np. wymieniony interpretatywny8). Biorąc za przykład kulturę kociewską, nie możemy jednak pominąć kwestii ujmowania/opisywania jej w ramach tzw. kultury ludowej. Zadajmy C. Geertz, Interpretacja kultur. Wybrane eseje, przeł. M.M. Piechaczek, wyd. UJ, Kraków 2005, s. 19. 5  Ch. Jenks, Kultura, przeł. W.J. Burszta, Zysk i S-ka, Poznań 1993, s. 86. 6  Zob. R. Wagner, The Invention of Culture. Revised and Expanded Edition, The University of Chicago Press, Chicago–London 1981. 7  R.  Wagner, Wynajdywanie kultury, przeł. A.  Malewska-Szałygin, [w:] Badanie kultury. Elementy teorii antropologicznej, wyboru dokonali i  przedmową poprzedzili M. Kempny i E. Nowicka, PWN, Warszawa 2005, s. 67. 8  Zob. T. Buliński, Ruchoma wiedza terenowa. Perspektywa antropologii procesualnej, „Zeszyty Etnologii Wrocławskiej” 2014, nr 2 (21), s. 97–111. 4 


Kultura kociewska? Próba recepcji antropologicznej

13

zatem kilka podstawowych pytań i spróbujmy udzielić odpowiedzi, m.in. na takie pytania: czym właściwie jest kultura ludowa z dzisiejszej perspektywy?; w jakich kategoriach możemy ją dostrzec (jakie cechy funkcjonują dziś)?; wreszcie czy ma sens jeszcze rozpatrywanie tego, co kociewskie za pomocą kategorii teoretycznej, jaką jest kultura ludowa? Na początek dokonajmy rekonstrukcji pojęcia, jakim jest kultura ludowa w swoim pierwotnym znaczeniu. Józef Buszta wskazuje na kilka kluczowych cech charakterystycznych dla tego typu kultury: 1)  izolacjonizm, który wynikał z  warunków środowiska, jak również położenia społeczno-ekonomicznego chłopów – izolacja ta występowała w dwóch odmianach: jako izolacja pozioma, czyli przestrzenno-geograficzna oraz izolacja pionowa, inaczej mówiąc świadomościowa, będąca skutkiem odgrodzenia się wyższych warstw społecznych; 2)  tradycjonalizm, a  więc przekaz, mówiąc ogólnie, wartości (w  tym wiedzy zawartej w folklorze, umiejętności) kolejnym generacjom; 3)  rytualizm, sensualizm połączony z ludową religijnością, przejawiający się w  wyobrażeniach mitycznych, synkretyzmie łączącym elementy wierzeń pogańskich z chrześcijańskimi, manifestowanie religijności w obrzędach rodzinnych i  dorocznych oraz w  codziennych zachowaniach, czy powiązaniem kalendarza ludowego z kalendarzem kościelnym; 4)  jednolitość wspomnianych postaw i zachowań, stanowiąca ogólną cechę kultury ludowej, konstytuująca ją jako zwarty system kultury9. Wyżej wymienione cechy nie były i nie są jednak spoiwem ogólnego postrzegania kultury ludowej przez badaczy. Izabella Bukraba pisze o tym w ten sposób: W etnografii kultura ludowa bywa określana jako suma wytworów ukształtowanych w ramach wiejskiej społeczności lokalnej. Czasem traktuje się ją jako zbiór wzorów, norm i  wartości rozwiniętych przez klasę (warstwę) chłopską. Innym razem jeszcze widzi się w  niej najprostszy i  najpierwotniejszy model kultury. W  znacznym zapewne stopniu perypetie związane z  rozbieżnościami w  definiowaniu tego pojęcia są typowe dla usiłowań określenia kultury w  ogóle, ale dodatkowe komplikacje, jak to zwykle bywa w przypadku pisania o kulturze «z przymiotnikiem» powoduje użycie określeń: «tradycyjna» i «ludowa». Niekiedy 9  J. Burszta, Kultura ludowa, [w:] Słownik etnologiczny. Terminy ogólne, red. Z. Staszczak, PWN, Warszawa–Poznań 1987, s. 196–197.


14

Przemysław Kilian

mianowicie utożsamia się ją z kulturą chłopów pańszczyźnianych lub chłopów po uwłaszczeniu. Niektórzy badacze skłonni są odnosić ten termin do  kultury chłopskiej z okresu XX-lecia międzywojennego. Z kolei ludowość tej kultury dla jednych ma znaczenie genetyczne i  opatrują oni tym określeniem wszystko, co wytworzył lud (wiejski). Dla innych ludowość oznacza te treści, które po prostu funkcjonują w kulturze chłopskiej, choć niekoniecznie musiały tam powstać. Jeszcze inni do kultury ludowej nie zaliczają treści reprezentowanych na przykład przez wiejską biedotę i odnoszą ten termin tylko do kultury chłopów – samodzielnych gospodarzy10.

A więc, mamy pewien ogląd tego, w  jakich ramach teoretycznych starano się ujmować problem kultury ludowej. Dodajmy dla ścisłości, że powyższe słowa są raczej historycznym źródłem niż aktualną percepcją badawczą, choć nie można odmówić im aktualności, co do ogólnego wydźwięku i sensu, tak w przypadku przymiotnikowości określających kulturę jako taką, a także zwrócenie uwagi na rozbieżność w jej pojmowaniu – co zresztą trwa do dziś! Najnowsze badania na temat kultury ludowej, w których za pomocą sondy internetowej zebrano głosy badaczy, pokazują nam obecne podejścia intelektualne do poruszanego zagadnienia. Zawarte są w nim opinie skrajne i przeciwstawne, lecz nie brakuje głosów pośrednich. Owa skrajność wyraża się oczywiście w dwóch poglądach: z jednej strony mówiących o  tym, że  kultura ludowa żyje i  ma się dobrze, z  drugiej natomiast – że już dawno umarła, a to co obserwujemy jest jedynie jej odkształconą formą. Podobnie, jak my staramy się rozwikłać kwestie kociewskości omawianej kultury, tak badacze i nie tylko (tom zawiera również głosy studentów) poddali refleksji ludowy przymiotnik kultury. W  tej materii na ogół zgodnie twierdząc, że  ludu jako takiego nie ma i  można go rozpatrywać tylko w kategoriach historycznych. Anna Zadrożyńska-Barącz pisze: Lud to kolejne pojęcie, które – zwłaszcza współcześnie – nie ma właściwie żadnej racji bytu. Powojenne migracje ze wsi do zburzonych miast, społeczna polityka władzy „ludowej”, aspiracje ludności, dzisiejsze możliwości kontaktów i dostęp do informacji ogólnoświatowych całkowicie podważyły sensowność tego terminu, nawet jeżeliby ją miał kiedykolwiek wcześniej”11. I. Bukraba, Kultura ludowa na co dzień, Instytut Kultury, Warszawa 1990, s. 23–24. Kultura ludowa. Teorie – praktyki – polityki, red. B. Fatyga i R. Michalski, Pracownia Wydawnicza Andrzej Zabrowarny, Warszawa 2014, s. 62. 10  11 


Kultura kociewska? Próba recepcji antropologicznej

15

Bezzasadność używania pojęcia „lud” podkreśla także Ewa Klekot, mówiąc o jego konotacjach politycznych: Moim zdaniem bez przeprowadzenia krytycznej analizy pojęć «lud» i «ludowy» nie należy tych określeń używać w  dyskursie naukowym, niezależnie od  rzeczownika, z którym forma przymiotnikowa się łączy; podobnie zresztą, jak pojęcia «dziedzictwo». Powód jest prosty: są to pojęcia polityczne, nie zaś analityczne czy opisowe. Pojęcie «lud» w  kontekście polskich nauk społecznych – jeśli zaliczamy do  nich ludoznawstwo/etnografię – wymaga szczególnej uwagi ze względu na jego wielopoziomowe uwikłania w nowoczesne ideologie polityczne: podobnie, jak w wypadku niemieckiego Volk i Volkskunde jest to uwikłanie w ideologię narodową i wynalezioną tradycję nowoczesnego narodu polskiego, dodatkowo podrasowane narodową wersją realnego socjalizmu i retoryką sojuszu robotniczo-chłopskiego12.

Warto w tym miejscu wspomnieć za autorką o  zmianie podejścia do  pojęcia ludowości, którą za sprawą Czesława Robotyckiego, Ludwika Stommy i  Joanny Tokarskiej-Bakir, zaczęto rozumieć jako stan umysłu. W związku z tym kategoria ludowości mogła odnosić się do wszystkiego, co nie jest nowoczesnym myśleniem racjonalno-empirycznym13. Przytoczony wyżej Czesław Robotycki w kulturze ludowej upatruje rodzaj nowego mitu w kontrze do rzeczywistości, jak pisze: Jest zbiorową opowieścią o przeszłości formującą niektóre sfery światopoglądu. Bywa wartością i podstawą krytycznych ocen współczesnych zachowań. Przekonanie o naturalnym charakterze kultury ludowej odnosi się, jak zawsze w historii, do współczesności i w niej są one wykorzystywane w sferze perswazji, polityki kulturalnej, ruchu regionalistycznego. Ale przecież nie jest to kultura ludowa w tradycyjnym sensie tego słowa. Nowa kultura ludowa, ta, z którą spotykamy się w wymienionych wyżej sposobach istnienia, miesza tradycję z wiedzą o charakterze naukowym. Historia, literatura, etnografia pojawiają się w niej na poziomie użycia i narracji potocznej. Łatwo przecież zaglądnąć do książki, powołać eksperta, który powie, co jest ludowe i co charakteryzuje region. Przeważa w takim użyciu wymiar lokalny, miejscowy, integrujący, tożsamościowy. Kulturowym tego wyrazem są karnawały, święta, festiwale, jarmarki, lekcje regionalne, agroturystyka itd.14 Tamże, s. 66–67. Tamże, s. 69. 14  Tamże, s. 83–84. 12  13 


16

Przemysław Kilian

Do problemu mitologizacji nawiązuje Wojciech Burszta, tłumacząc, że polega ona na dostrzeganiu przez badaczy w pewnej całości obrazu jedynie tych elementów, które według nich pasują do przyjmowanego modelu oraz na skupianiu się przede wszystkim na ich niezmienności w procesie zmian – a nie jak mówi Burszta – na samej zmianie15. Na znaczenie owych elementów we współczesnej kulturze wsi wskazuje Anna Szyfer, konstatując, że wiele z nich przetrwało choć w zmienionej formie do dzisiaj. Zwłaszcza te związane z religią, jak się wydaje, mają długą żywotność. Jak podkreśla autorka ważne są w tym aspekcie kategorie takie jak „tradycja” i „pamięć”, gdyż wiele z dawnych obrzędów i obyczajów funkcjonuje w różnych wymiarach i mogą być: „tylko pamiętane, pamiętane i kultywowane, pamiętane-kultywowane i przekazywane”16. Z gąszczu głosów mówiących o rozumieniu kultury ludowej wyłania się niejako obraz przedstawiający temat namalowany różnymi stylami. I choć dostrzegamy ich różnorodność, trzeba zaznaczyć, że i sam przedmiot naszej uwagi uległ zmianie. Z dzisiejszej perspektywy, która jest perspektywą w gruncie rzeczy zglobalizowaną, wydaje się, że nie sposób już zrozumieć tego, co lokalne bez tego, co globalne. Stąd uważam, iż nasze wysiłki badawcze powinny nie tylko koncentrować się na tym, co  z  tradycyjnych/historycznych elementów tzw. kultury ludowej przetrwało do  współczesności, ale również – a  może przede wszystkim – powinny kłaść akcent na zmianie/zmianach, jakie dokonują się w wymiarze globalnym, a  co  za tym idzie, w  jaki sposób wpływają one na sferę kultur lokalnych/regionalnych. W  centrum naszych zadań badawczych powinien znajdować się proces relacji (podwójny i dwustronny). Po pierwsze, relacji kultur lokalnych/regionalnych, z uwzględnieniem dyfuzji oraz asymilacji i deasymilacji elementów kulturowych. Po drugie, relacji zjawisk globalnych z  realiami życia lokalnego, z  atencją na praktykowanie globalności przez lokalne podmioty. Podsumowując rozważania nad kulturą i jej ludowym modelem, odwołajmy się do Wojciecha Burszty, który formuje dwie kategorie zjawisk, wyodrębniających się ze współczesnego rozumienia tzw. kultury ludowej: 15  16 

Tamże, s. 84. Tamże, s. 89.


Kultura kociewska? Próba recepcji antropologicznej

17

Jest to więc częściowo przejaw folkloryzmu, który różni się od folkloru i kultury ludowej, że jest działalnością świadomie inspirowaną, kierowaną, ma swoich menedżerów (zakup strojów i instrumentów, grafiki, koncertów itd.), ideologów i propagatorów. (…) fenomen współistnienia kultury globalnie komunikowanej i poszukiwanie nowej lokalności. (…) Można ten proces nazwać poszukiwaniem korzeni w dobie detradycjonalizacji, ale dość specyficznie rozumianym. Celem jest tutaj bowiem nie tyle «regionalizacja świadomości» w silnym sensie, ale tworzenie zrębów lokalnej tożsamości jako postulowanego horyzontu wspólnoty wyobraźni mieszkańców17.

Nie zapominajmy jednakże o tym, co  jest fundamentalne dla antropologicznego rozumienia kultury, a więc odpowiedzi na pytanie: jak żyją ci inni ludzie, których badamy i staramy się zrozumieć? Bo przecież kultura od swojego pierwotnego źródłosłowu agriculture, znaczy tyle co uprawiać/kultywować, czy mówiąc inaczej, praktykować świat na swój sposób (sposób owych innych). Trafną według mnie diagnozę i prognozę postawiła Barbara Fatyga, konkludując w swoim tekście kwestię kultury ludowej w ten oto sposób: (…) kulturę ludową można potraktować jako specyficzny REZERWUAR DYSTYNKCJI, czyli kryteriów różnicujących pod względem kulturowym (stylowożyciowym) – ogół społeczeństwa18.

Wracając do wyżej postawionych pytań odnośnie kultury ludowej, zwłaszcza dwóch ostatnich, to znaczy tego, jakie cechy funkcjonują obecnie w  społecznościach lokalnych oraz czy jako taki model kultury ludowej nadaje się do rozpatrywania kultury kociewskiej, udzielimy na nie odpowiedzi kolejno w następnych częściach tekstu. Wpierw, aby dokładniej zrozumieć poruszaną kwestię, przyjrzyjmy się historycznym ujęciom kultury Kociewiaków, stworzonych przez wybitnych etnografów przeszłości. Bowiem bez znajomości przeszłych badań i etnograficznych opisów nie sposób zrozumieć teraźniejszości kulturowej, a tym bardziej dokonać analitycznej refleksji nad przemodelowaniem przedmiotu naszych rozważań. 17  18 

Tamże, s. 130–131. Tamże, s. 185.


18

Przemysław Kilian

Kociewskość dawniej Kiedy myślimy o jakiejś kulturze, co w pierwszej kolejności przychodzi nam do  głowy? Historia tej kultury (danej grupy)? Budownictwo i  to w jakich domach mieszkają członkowie danej wspólnoty? Co jedzą i w jaki sposób to robią? A może: jakim językiem się ze sobą komunikują? Odpowiedź na te pytania jest oczywiście niejednoznaczna, ale chyba najtrafniejsza z nich brzmiałaby mniej więcej tak: w pierwszej kolejności myślę o tym, co mnie zdziwiło/zaskoczyło, czy inaczej mówiąc, było inne niż to, co znam. Taka odpowiedź zakłada jednak pewien minimalny kontakt/doświadczenia z obcą kulturą. Inną sytuacją jest, gdy nie mieliśmy do czynienia i realnego kontaktu, naszej fizycznej obecności TAM, gdzie kończy się nasz świat kulturowy, a zaczyna ich świat. W takim wypadku posługujemy się na ogół stereotypowymi wyobrażeniami i przesądami, które nie płyną z naszego doświadczenia. W tej części zajmiemy się obrazowym przedstawieniem Kociewiaków tak, jak postrzegali/opisywali ich badacze-etnografowie zarówno amatorzy, jak i profesjonaliści/zawodowcy. Będzie to bardziej syntetyczna analiza niż opisowa prezentacja. Tym niemniej, gdzie będzie to wskazane, będziemy posługiwali się opisami autorów. Dla porządku podzielimy rozważania badaczy na trzy części. Po pierwsze, na praktyki kulturowe, które wyodrębnili i klasyfikowali etnografowie jako kociewskie. Po drugie, zwrócimy uwagę na to, co dawniej pisano na temat świadomości własnej (kociewskiej) odrębności etnicznej. Po trzecie, poruszymy aspekt relacyjności, a więc tego, czy i jak postrzegano stosunki z sąsiadami (np. Kaszubami), w jaki sposób konfigurowano kulturę kociewską w relacji do kultur innych regionów oraz procesualności zmian w relacji do kultury globalnej. Nie rozwodząc się nad wyjaśnieniem, czym są praktyki kulturowe, ograniczymy się w  tym miejscu do  ich wymienienia z  możliwie krótkim komentarzem. Na wstępie zaznaczmy, że początki istnienia Kociewiaków w  etnograficznych opisach ściśle wiążą się z  folklorem, zwłaszcza jego muzycznym rodzajem19. Dopiero za sprawą Józefa Łęgowskiego otrzymu19  W ten sposób prezentowali praktyki kociewskie Florian Ceynowa, Aleksander Hilferding czy Oskar Kolberg.


Kultura kociewska? Próba recepcji antropologicznej

19

jemy szersze spojrzenie na kwestie praktyk, także w dużej mierze opartych na folklorze. Autor podkreśla cechy fonetyczne gwary kociewskiej, takie jak wymawianie „an” zamiast „ę”. Wierzenia w gusła i zabobony o wieszczach nie różnią się od kaszubskich (przynajmniej z okolic Skarszew). Na Kociewiu, jak podaje autor, wierzy się w to, że w wigilię Bożego Narodzenia o północy rozmawiają ze sobą zwierzęta ludzkim głosem. Zwyczaj chodzenia chłopców z szopką zanika, w przeciwieństwie do Kaszub (w Kartuzkiem). Z codziennych praktyk podkreśla, że Kociewiacy zajmują się tylko rolnictwem, a Kaszubi rolnictwem i rybołówstwem. Kociewiacy lepiej żywią się od  Kaszubów, co  wynikało z  nieurodzajności kaszubskich gleb20. Z tego okresu warto przytoczyć krótki etnograficzny opis/notkę autorstwa ks. Stanisława Kujota na temat grup etnicznych Pomorza: Inaczej u  Kociewiaków, którzy zamieszkują wąskie pasmo od  Starogardu aż do  Wisły. Nieraz się rozśmiejesz z  początku, słysząc, że  kupcy przejecheli i  zabreli konie. Jednak prócz drobnych właściwości, mowa dosyć czysta i  jędrna. Kociewiak ma odrazę od niemczyzny; choć mógłby spojrzeć z lekceważeniem na drobnego „obywatela”, bo od pradziadów zwykle przejął gospodarstwo wartujące do  80,000 tysięcy talarów, a  w  skrzynce nieraz chowie trzydzieści tysięcy gotówką, nie lubi udawać mądrego, a gardzi popisywaniem się obcym językiem. Choć gospodarstwo mniejsze, dom mieszkalny bywa przestronny i  wygodny, obicie papierowe w  stancyach nieomal zwykłe. Natomiast starsze mianowicie niewiasty do nowych strojów przyzwyczaić się nie mogą; zwykle jeszcze w prostej sukience, owięzują głowę długą chustą jedwabną, której końce na przodku tworzą sztuczny węzeł. Szkoda, że z dobrobytem Kociewiaków nie łączy się odpowiednie staranie o rzeczy narodowe. Tu pole na obfitą w skutki pracę, ale trzeba się wprzód zapoznać z Kociewiakiem i pozyskać zaufanie jego. To jednak pewne, że landratowi nigdy obałamucić się nie da21.

Badacze z okresu międzywojennego wymieniali m.in.: występowanie maszkar, czyli przebierańców chodzących z szopką; w Nowy Rok powszechne jest trzaskanie z biczy o północy, tłuczenie butelek i strzelanie. Co charakte20  J. Łęgowski (dr Nadmorski), Kaszuby i Kociewie. Język, zwyczaje, przesądy, podania, zagadki i pieśni ludowe w północnej części Prus Zachodnich, Poznań 1892 (Gdańsk 2013), s. 25, 64, 72, 77, 86, 108–109. 21  S. Kujot, Pomorze polskie. Szkic historyczno-etnograficzny, [w:] Warta. Książka zbiorowa ofiarowana ks. Franciszkowi Bażyńskiemu na jubileusz 50-lecia kapłaństwa w d. 23 kwietnia 1874 r. od jego przyjaciół i wielbicieli, Poznań 1874, s. 316.


20

Przemysław Kilian

rystyczne, a co nie występowało na Kaszubach, to wypiekanie nowego latka, które przechowuje się do nowego roku lub daje rodzicom22. Praktyki związane z magią wody występują, lecz nie tak wyraziście jak na Kaszubach. Dyngus jest zielony, czyli polegający na smaganiu się jałowcem23. W obrzędach przejścia, konkretnie w czasie chrztu, Władysław Łęga zwrócił uwagę na m.in.: nadawanie imion pochodzenia chrześcijańskiego; wkładanie przez rodziców chrzestnych pewnej sumy pieniędzy pod poduszkę chrzczonego dziecka; czy choćby przepowiadanie przyszłości (wróżenie) dziecku w jego pierwsze urodziny24. W  związku z  zawieraniem małżeństw/weselem wskazywał na takie praktyki jak: rajby – czynność swatania kobiety i mężczyzny; w drodze do kościoła, wychodząc z domu, ustawiano na stole krzyż oraz kładziono sól i pieniądze; w drodze do kościoła zwracano uwagę na wróżby/znaki przepowiadające nieszczęście (np. czarny kot, kondukt pogrzebowy); wykup i czepiny itp. Gdy ktoś ze wspólnoty zmarł, zatrzymywano zegary i zasłaniano lustra; wkładało się do trumny przedmioty często używane i lubiane przez zmarłego; odprawiano puste noce, czyli czuwanie krewnych, modlących się i  śpiewających pieśni żałobne przy zmarłym25. Bernard Sychta podaje, że zmarłemu należy ubrać lekkie buty, aby nie męczył się przy pokucie. Natomiast w czasie biesiady weselnej podawano na obiad najczęściej wołowinę i kurczaki z warzywem, szczególnie marchwią, fasolą i pasternakiem itd.26 Sychta wskazuje również na zagadki i łamigłówki: Te pełne dowcipu zagadki kociewskie i pokrewne łamigłówki, tchnące świeżością i poezją, nie pozostają po dziś dzień bez wpływu na rozwijanie pamięci i wyrabianie zmysłu spostrzegawczego u dzieci i młodzieży. Świadczą one o wielkiej wyobraźni i pomysłowości, o wybitnym poczuciu humoru, o zdrowej chęci żartu i  śmiechu bez grzechu naszych najbliższych sąsiadów, a  mianowicie tak mało znanych w Polsce Kociewiaków27. B. Stelmachowska, Rok obrzędowy na Pomorzu, Toruń 1933 (Gdynia 2016), s. 216. Tamże, s. 223. 24  W. Łęga, Okolice Świecia. Materiały etnograficzne, GTN, Gdańsk 1960, s. 80–83. 25  Tamże, 90–92. 26  B. Sychta, Słownictwo kociewskie na tle kultury ludowej, t. I: A–F, Ossolineum, Wrocław 1980, s. 40, 60. 27  B. Sychta, Drobna twórczość ludowa na Kociewiu (zagadki i łamigłówki), „Rocznik Gdański” 1960, t. XVII/XVIII: 1958–1959, s. 335. 22  23 


Kultura kociewska? Próba recepcji antropologicznej

21

Oczywiście do dawniejszych praktyk kulturowych należą także takie zajęcia jak: haftowanie, budownictwo (konstrukcje chat), rzeźbiarstwo (w drewnie i kamieniu), malarstwo na szkle, garncarstwo czy różnego rodzaju tańce (np. czapnik)28. Świadomość własnej odrębności przejawia się przede wszystkim w  kilku elementach: identyfikacji z  nazwą (etnonimem), rozpoznawaniu granic terytorialnych danej grupy etnicznej, wiedzy choćby szczątkowej na temat tego, co  wyróżnia grupę etniczną (np. gwara). Józef Gajek na podstawie swoich badań pisał: Grupa skarszewsko-tczewska, wyraźnie odczuwa swą odrębność od  grupy kaszubskiej. Z mapą w ręce pytałem w czasie badań moich informatorów o opinię o sąsiadach [Kaszubach – PK]. Wiadomości te co prawda nigdy nie przekraczały promienia 15–18 kilometrów, niemniej dość jasno zdawano sobie sprawę z odrębności. Świadomość ta najbardziej jasno występuje przy szosach wiążących miejscowości z  jakimś ważniejszym ośrodkiem handlowo-przemysłowym, jak np. z Pelplinem. Podstawę rozróżnień stanowi albo język, albo poczucie własnej wyższości kulturalnej29.

W przypadku natomiast samego określenia Kociewiak pisał, że: (…) w grupie skarszewsko-tczewskiej również ma walor ujemny, w całym pasie od Tczewa do Gniewu wskazują na zachód jako obszar kociewski [powiat starogardzki – PK]. (…) Umiano mi tam wskazać na Kaszubów, Kociewiaków, Fetrów, Górali i Olendrów, jedynie siebie określano jako Polaków30.

Dla południowej części dzisiejszego Kociewia swoje zdanie odnośnie subiektywnego poczucia odrębności i tożsamości ludności wyraził W. Łęga: Poczucie odrębności regionalnej jest tu znikome. Czasem powiedzą ludzie z Osia, Lipinek, Zdrojów: „my borowiacy”, ale w znaczeniu „mieszkańców borów”. Może Zapiski kociewskie. Kultura regionalna Kociewia, wyd. Zrzeszenie Kociewskie i Wojewódzki Dom Twórczości Ludowej w Gdańsku, 1957, s. 26; zob. P. Szefka, Tańce kociewskie, Gdańsk 1981. 29  J.  Gajek, Struktura etniczna i  kultura ludowa Pomorza, wstęp, katalog i  red. A. Kwaśniewska, Gdańsk–Wejherowo 2009, s. 72. 30  Tamże. 28 


22

Przemysław Kilian

jednak tkwi w tym określeniu pamięć, że wsie te, używające dziś gwary kociewskiej, należały pierwotnie do  zasięgu borowiackiego. Określenie „Kociewie” i „Kociewiacy” jest aktualne jedynie na środkowym Kociewiu nad Wierzycą. Nie słyszałem go natomiast w  powiecie świeckim, a  w  Lipinkach oświadczono mi wprost, iż wyrazów „Kociewie”, „Kociewiacy” wcale nie znają31.

Zdaniem Ryszarda Kukiera: „Poczucie odrębności etnicznej mieszkańców Kociewia w oparciu o świadomość ludu uległo deniwelacji (zwłaszcza w  części środkowo-południowej) na rzecz ogólnopomorskiego czy borowiackiego”32. W  tym kontekście, wymieniając i  opisując poszczególne nazwy grup etnonimicznych Kociewia, nadmienił również o określeniach bezpośrednio odnoszących się do mieszkańców lub z nich pochodzących, niektórych miejscowości współczesnej gminy Morzeszczyn. I tak wspomina o nazwie Kociewiołki, która to charakteryzuje ludność obszaru między Skórczem, Pelplinem i  Starogardem, w  opinii mieszkańców Nowej Cerkwi33. Z drugiej strony, w świadomości mieszkańców Bartoszylasu (pow. kościerski) używano określenia Cienkosze w  odniesieniu do  ludności z Dzierżążna, Morzeszczyna i Nowej Cerkwi34. Na zakończenie zwróćmy uwagę na ogólne wnioski badaczy tyczące się kultury kociewskiej w  relacji do  kultur innych regionów, a  także na ogólny kontekst zmian i transformacji kulturowej. Ogólnie rzecz ujmując, badacze wskazywali na większą podatność na asymilację, a  właściwie akulturację cech kulturowych kultury kociewskiej. Taki stan rzeczy, tłumacząc przede wszystkim położeniem geograficznym, które w całej rozciągłości dziejowej stanowiło terytorium tranzytowe/przejściowe. W ten sposób dla południowego Kociewia wyjaśniał to Łęga: Cechy regionalne uwydatniły się słabo, i jeśli wyróżniono w pracy grupę kociewską, borowiacką i  kujawską, to jedynie na podstawie różnic językowych a  nie etnograficznych. I tak można było ustalić, że Gruczno wbrew dotychczasowym poglądom nie należy do Kociewia, lecz do Kujaw. W Osiu i Zdrojach, mimo przynależności do zasięgu kociewskiego, istnieją pozostałości borowiackie. W. Łęga, op. cit., s. 7–8. R.  Kukier, Podziały etnograficzne środkowej części Pomorza Nadwiślańskiego, „Rocznik Grudziądzki” 1961, t. 2, s. 184. 33  Tamże, s. 186. 34  Tamże. 31  32 


Kultura kociewska? Próba recepcji antropologicznej

23

I dalej podkreśla: W  ten sposób stwierdzono, że  kultura ludowa okolic Świecia zawiera tradycje indoeuropejskie, prasłowiańskie i prapolskie, natomiast nie ma ona wybitnego wyrazu swoistego, a raczej posiada charakter przejściowy – łącznikowy między południem czyli Kujawami i północą czyli Kaszubami35.

Konkluzje Bożeny Stelmachowskiej sprowadziły się do klasyfikowania kultury Kociewiaków do większej grupy kujawskiej. Co do relacji międzyregionalnych kultur i ich praktyk pisze, że: Całość zatem obrzędów pomorskich jest polska z  odchyleniem tych dwu zasadniczych grup [Kaszub i  Mazur – PK], przy czym dwie inne grupy, kujawska i wielkopolska, stanowią teren wpływów z sąsiadującej dzielnicy – nie są jednak pozbawione zabarwienia tamtych dwu dominujących grup36.

Tempo przeobrażeń i zmian kulturowych na Kociewiu w relacji do sąsiedniego regionu Kaszub tłumaczył Józef Gajek: Na Kaszubszczyźnie przetrwało o  wiele więcej elementów ogólnosłowiańskich i ogólnopolskich, aniżeli na Kociewiu. Kamieniste i piaszczyste, o ostrych polodowcowych piaskach gleby nie pociągały osadnictwa niemieckiego, które trzymało się raczej koryta Wisły. I to są powody, dla których Kaszubszczyzna nie zatraciła swego pierwotnego oblicza, podczas gdy Kociewie uległo daleko idącym zmianom37.

Na niejednolitość kultury kociewskiej, czego przyczyną były szlaki komunikacyjne, i co za tym idzie, ruchy migracyjne ludności przede wszystkim z południa, zwracał uwagę Longin Malicki: Poważny wpływ na kształtowanie się kultury tego regionu miały odwieczne szlaki komunikacyjne, przede wszystkim wodny, wiślany oraz lądowe: południowo-północny na linii Gniew – Starogard – Gdańsk i  wschodnio-zachodni na linii Tczew – Skarszewy – Wysin. Ważniejsze, stare miasta promieniujące swoim wpływem na Kociewie, to Starogard, Tczew, Gniew, Nowe, Pelplin, Świecie, Skarszewy, Skórcz. Trzeba też podkreślić, że wśród dość znacznej części Kociewiaków 35 

W. Łęga, op. cit, s. 215. B. Stelmachowska, op. cit., s. 223. 37  J. Gajek, op. cit., s. 87. 36 


24

Przemysław Kilian

zatarła się już poważnie świadomość dawnej więzi etnicznej; dotyczy to szczególnie obszarów pogranicznych, leżących na styku z innymi dużymi grupami etnicznymi38.

Podobnie na wpływ osadnictwa na kształtowanie kultury kociewskiej (zwłaszcza Ziemi Chełmińskiej i  Kujaw) wskazywał Ryszard Kukier39. Tenże etnograf źródło zmian w kulturze wsi po II wojnie światowej dostrzegał także w industrializacji i oddziaływaniu masowych środków przekazu i oświaty (szkolnictwo podstawowe, biblioteki, telewizja, kluby wiejskie) na tutejszą ludność, co w większości było przyjmowane przez nią z aprobatą40. Podsumowując tę  część, powołamy się na kilka wniosków Nelli Kin, prowadzącej badania pod koniec lat siedemdziesiątych, dla zobrazowania ogólnego kontekstu przemian, jakie dokonały się w kulturze kociewskiej, z uwzględnieniem praktyk kulturowych, a które wprowadzą nasze rozważania w kontekst współczesności. Po pierwsze, podkreślała tendencję zanikania pewnych praktyk, a  w  zasadzie utracenia masowego charakteru różnych zwyczajów i obyczajów (zwłaszcza związanych z ludową medycyną)41. Po drugie, według badań autorki, zachowały się przede wszystkim zwyczaje i  praktyki mające charakter towarzysko-rozrywkowy; twierdzi jednak, że informatorzy nie wierzą w sprawczość wykonywanych praktyk, lecz podkreślają ich rozrywkową funkcję42. Po trzecie i ostatnie, badaczka wnioskuje, że zwyczaje i obrzędy na Kociewiu nie mają specyficznego charakteru, występują również w innych regionach Polski, natomiast to, co świadczy o zróżnicowaniu i odrębności kociewskiego wymiaru owych praktyk, to fakt ich detalicznej różnorodności (np. liczba świec przy wieczerzy wigilijnej, wróżenie z obierzyn jabłkowych itp.), które w połączeniu z  lokalnym folklorem stanowią o  regionalnej specyfice kulturowej tutejszej ludności43. L. Malicki, Kociewska sztuka ludowa, Gdańsk 1973, s. 8–9. R. Kukier, op. cit., s. 184. 40  Tamże, s. 235. 41  N. Kin, Zwyczaje i obrzędy ludowe na Kociewiu, „Rocznik Gdański”, t. XLIV, 1984, z. 2, s. 192. 42  Tamże. 43  Tamże, s. 196. 38  39 


Kultura kociewska? Próba recepcji antropologicznej

25

Współczesna kultura kociewska Omawianą poniżej współczesność interesującej nas kultury rozpoczniemy od rozpoznania przede wszystkim ogólnych zjawisk, jakie mają miejsce na świecie, a  które nie są odosobnione od  lokalnych i  regionalnych światów. Mamy tu na myśli globalizację oraz zjawiska jej pochodne. Najbardziej powszechnym i oczywistym jest uniwersalizacja, czy mówiąc inaczej, homogenizacja kulturowa. Wiąże się to z innymi korzyściami, wynikającymi z procesów globalizacji, takimi jak: rozwój powszechnej i globalnej dostępności mediów i środków masowego przekazu, komunikacji (internetyzacji) czy upowszechniania się uniwersalnych postaw konsumpcyjnych44. Z  drugiej strony mamy do  czynienia z  procesem odwrotnym, zwanym często glokalizacją. A więc, przystosowaniem się produktów globalizacji do lokalnych potrzeb i lokalnego stylu życia. Nie inaczej jest/odbywa się to w  kulturze kociewskiej. Zanim przejdziemy do  omówienia konkretnych przykładów współczesnego funkcjonowania glokalnych fenomenów na Kociewiu, zwrócimy uwagę na kilka efektów ubocznych globalizacji. Ujmując je łącznie, możemy mówić o deterytorializacji i desocjacji, chodzi tutaj o zerwanie powiązań różnego rodzaju wartości, zachowań z określonymi terytoriami geograficznymi oraz grupami społecznymi, których wzorce zostały przeniesione gdzie indziej45. Powoduje to efekt wykorzenienia i  braku poczucia więzi z  danym miejscem. Innym zjawiskiem jest neotrybalizm, czyli tworzenie się tzw. nowoplemion, które kształtują się wokół wspólnego zainteresowania, wspólnych ideałów czy sposobów spędzania wolnego czasu. Nie są to jednak wspólnoty oparte na ciągłym przebywaniu i życiu w określonym miejscu. Niejako sumą wszystkich wyżej wspomnianych procesów jest wytworzenie się kosmopolitycznego stylu życia46. Kiedy dzisiaj przyglądamy się temu, co dzieje się na Kociewiu, dostrzegamy wiele przytoczonych powyżej elementów globalizacji. To, że mieszkańcy regionu mają powszechny dostęp do środków masowego przekazu M. Golka, Cywilizacja współczesna i globalne problemy, Oficyna Naukowa, Warszawa 2012, s. 137. 45  Tamże, s. 154. 46  Tamże, s. 157. 44 


26

Przemysław Kilian

i dóbr konsumpcyjnych jest faktem, nad którym nie trzeba się rozwodzić. Jednak bardziej od indywidualnych poczynań konsumenckich zajmiemy się zbiorowymi działaniami, nakierowanymi na pielęgnowanie własnych lokalno-regionalnych tradycji. Odsłonimy nowe podmioty, nowych aktorów na scenie lokalnej i regionalnej kultury Kociewia. A  zatem, zwróciwszy uwagę na przykłady glokalnych działań na Kociewiu, możemy wymienić takie jak: powstawanie nowych zespołów folklorystycznych; rozwój modnego w dzisiejszych czasach tzw. etnodizajnu; wszelkiego rodzaju spotkania, festyny, sympozja, konferencje o tematyce regionalnej; wydawanie nowych publikacji (czasopism i książek) o tematyce kociewskiej; rozwój działalności kociewskich organizacji pozarządowych; czy w  końcu etniczna reprezentacja w  parlamencie RP w  postaci Kociewskiego Klubu Parlamentarnego47. Z całego szeregu działań kociewskich bliżej przyjrzymy się dwóm z nich. Wciąż warto podkreślać i mówić o folkloryzacji kultur lokalnych i regionalnych, a chyba najbardziej ewidentnym tego przykładem są istniejące i wciąż rozwijające się zespoły folklorystyczne. Pisał już o tym Ryszard Szwoch na początku lat dziewięćdziesiątych, zaznaczając rolę w propagowaniu Kociewia poza jego granicami starogardzkiego Zespołu Pieśni i Tańca „Kociewie”48. Nieocenioną wręcz pracę na tym polu wykonał przede wszystkim Jan Ejankowski, który był pomysłodawcą i  współorganizatorem jednego z  najstarszych zespołów „Piaseckie Kociewiaki”, jak również odbywających się nieprzerwanie od 1994 r. Przeglądów Kociewskich Zespołów Folklorystycznych w Piasecznie49. Do dzisiaj zespoły cieszą się uznaniem wśród swoich wspólnot lokalnych, a  trend ich zakładania nie maleje. Wspomnieć możemy o zespołach „Oj-toto” czy „Kulickich Sztafsirantach”, nie tak dawno powstałych w gminie Pelplin.

Zob. Działalność Parlamentarnego Zespołu Kociewskiego, „Kociewski Magazyn Regionalny”, nr 4(91) 2015, s. 44; A. Grzyb, Jak się ma Kociewie, [w:] Księga Pamiątkowa IV Kongresu Kociewskiego, red. M. Kalkowski, Starogard Gdański 2013, s. 185–199. 48  R. Szwoch, Współczesny folklor Kociewia, [w:] Kociewie II, seria: Pomorze Gdańskie, nr 17, GTN, Gdańsk 1992, s. 170. 49  Zob. J. Ejankowski, Dwudziestolecie Przeglądu Kociewskich Zespołów Folklorystycznych ku czci Władczyni Kociewia w Piasecznie (1994–2013), Łódź 2015. 47 


Kultura kociewska? Próba recepcji antropologicznej

27

Folkloryzacja, dzięki dzisiejszym możliwościom, wciąż się rozwija i rozprzestrzenia. W tym kontekście nie wypada nie wspomnieć o etnodizajnie, czyli najogólniej mówiąc, łączenia elementów folklorystycznych z współczesnymi przedmiotami codziennego użytku, i nie tylko. Paradoksalne jest to, że właściwie etnodizajn nie jest zjawiskiem nowym w skali ogólnopolskiej50. Na Pomorzu pionierami w tej dziedzinie byli Izydor i Teodora Gulgowscy51. Korzenie kociewskiego etnodizajnu najczęściej kojarzymy z  dwiema postaciami, tj. Małgorzatą Pestką-Garnyszową z  Pączewa oraz Marią Wespą z Morzeszczyna. Jako odtwórczynie tradycyjnego wzornictwa haftu kociewskiego przyczyniły się do  jego dzisiejszego wkomponowywania w  najróżniejsze rzeczy. I  tak, możemy dzisiaj zobaczyć wzornictwo z  haftu kociewskiego na koszulkach, spodniach, krawatach, kubkach, talerzach, piórnikach szkolnych, plecakach, torbach, chustach, długopisach itp.52 Jakby tego było mało, kociewskie wzornictwo możemy podziwiać także w  przestrzeni publicznej niektórych miejscowości. Bliskim mi przykładem są murale kociewskie w  miejscowościach gminy Morzeszczyn, z centralnym, ulokowanym na budynku biblioteki gminnej w Morzeszczynie, wizerunkiem samej Mari Wespy. Z podobnym zjawiskiem rozprzestrzeniania się tym razem nie stricte folkowych motywów, lecz samego etnonimu, mamy do  czynienia w  infrastrukturze miejskiej. Przejeżdżając przez Tczew, możemy jechać Aleją Kociewską czy zawracać na Rondzie Kociewskim. Takich przykładów przymiotnikowej etnicyzacji mamy znacznie więcej. Nie zapominając o wielu organizacjach już z nazwy kociewskich (np. Kociewski Klub Biegacza w Starogardzie Gdańskim), instytucjach pożytku publicznego (np. Kociewskie Centrum Zdrowia) czy indywidualnych firmach/działalności gospodarczej (np. Browar Kociewski). Wracając do  Tczewa, nie wypada pominąć centrum handlowego, jakim jest „Galeria Kociewska”. Zob. A. Frąckowicz, Etnodizajn ma sto lat! Czyli obecność sztuki ludowej w projektowaniu,  http://www.etnodizajn.pl/teoria/troche-historii/troche-historii/strona/1 [dostęp: 23.10.17]. 51  Zob. Etnoinspiracje. Inspiracje kulturą ludową we współczesnym polskim wzornictwie, modzie, architekturze, reklamie…, red. K. Kulikowska i C. Obracht-Prondzyński, Gdańsk 2012. 52  Zob. http://czec.pl/; http://www.tkaczykowa.pl [dostęp: 23.10.17]. 50 


28

Przemysław Kilian

Fenomenów etnicznej inflacji nie brakuje również w Internecie. Aż nie sposób wymienić wszystkich witryn, które mają wiele wspólnego z  Kociewiem. Od  podstawowych portali informacyjnych (np. Kociewiak.pl; kociewiacy.pl), poprzez witryny sportowe (kociewiekołem.pl), na popularnonaukowych, jak Skarbnica Kociewska (kociewie.net), kończąc. Obecność etnosu kociewskiego widoczna jest również na portalu społecznościowym Facebook, gdzie możemy polajkować funpage, typu „Kongresy Kociewskie” czy „Trójmiejski Klub Kociewiaków”. Nie brak powszechnego w sieciowych społecznościach hasztagu #kociewie na Twitterze czy Instagramie. Tym samym dowodów na zglobalizowanie dawnej ludowej kultury kociewskiej mamy aż nadto. Jednak w natłoku przykładów dyfuzji elementów dawnej kultury ludowej do kultury masowej/popularnej nie możemy odwracać naszego wzroku od tradycyjnych praktyk i ich transformacji we współczesnych czasach. Dla przykładu posłużę się materiałem etnograficznym z  własnych badań terenowych, które przeprowadziłem w zeszłym roku w gminie Morzeszczyn. Przytoczymy dwie praktyki kulturowe, z których jedna będzie dotyczyła ściśle religijności ludowej. Druga natomiast będzie odnosiła się do  tego, co  jest charakterystyczne dla kultury kociewskiej (i  szerzej pomorskiej), a która wciąż jest kultywowana. W pierwszej kolejności zwrócimy uwagę na wykonywanie znaku krzyża przed rozkrojeniem bochenka chleba, co  onegdaj było powszechną praktyką, wyrażającą i podkreślającą religijność Kociewiaków, i nie tylko ich. Ale właśnie, czy była czy nadal jest? Oddajmy głos informatorom: PK: Czy Pani wykonuje znak krzyża przed rozkrojeniem chleba? K: Tak, zawsze. PK: Nawet jak jest pokrojony? K: No nie, nie. Jak nowy bochenek. Ale krojony to nie, to już wtedy się tak zapomina. Ale jak się psiekło chleb, to już było zawsze. A teraz się kupuje gotowy, pokrojony, to się nie żegna, to już tak nie. Moja matka tak robiła, jak ja tu przyszłom, bo ja to pochodze z Olszy tam, ale to teściowa tyż tak robiła. To było tak zawsze robione. I pieklim chleb, przedtem się piekło, tera wyszło to z mody. (…) To już je za ciężko.


Kultura kociewska? Próba recepcji antropologicznej

29

Fragment rozmowy ze starszą kobietą, która podkreślała znaczenie samodzielnego dawniej wypiekania chleba, który, jak można wnioskować z rozmowy, bardziej się szanowało niż ten obecnie kupowany w sklepach. Dla porównania spójrzmy, jak patrzy na tę kwestię młode pokolenie: M: Ja to nie, jak byłem dzieckiem to tak mi kazano. Mama nawet nacinała krzyż od spodu chleba i jak piekła ciasto to też żeby urósł znak krzyża robiła. A teraz to i tak krojony kupujemy. Możemy zatem dostrzec odejście od kultywowania tej praktyki wśród osób młodych, lecz nie można pomijać tego istotnego faktu, jakim jest pamięć o tym, że tak się robiło dawniej. Młody mężczyzna, podobnie jak starsza kobieta, wskazują na ten sam powód, dla którego niniejsze działanie kulturowe przestało się wykonywać. Pólterabend jest zwyczajem związanym z weselem, a więc praktykami dotyczącymi sfery obrzędowości przejścia. Nie jest to bez znaczenia, o czym wspomnimy poniżej. To, co jest warte uwagi, to fakt, iż informatorzy nie rzadko, a  wręcz przeciwnie, odnosili się z  pewnym ładunkiem emocjonalnym do poruszonej kwestii: W: A czy w przeddzień wesela odbywa się jeszcze tłuczenie butelek? K. To znaczy zmieniła się tradycja, bo kiedyś było tak, że nie robiło się dookoła tej „błuciny” że  tak powiem, tylko po prostu ludzie przychodzili i tłukli te butelki w zależności jakie kto miał tam fantazje. Bo przynosili po jednej, ale przynosili po worku. Potrafili też przynieść niespodzianki jak telewizor albo tam, pióra z czymś… I kończyło się na jakimś tam polewaniu, drobna zagrycha. Natomiast teraz to zrobiła się z tego gościna, że się rozstawia stoły, że się stawia ciasto, jakieś tam jedzenie takie, może nie tak jak na weselu, ale już… – z tym całym poczęstunkiem! Mamy tutaj wskazywanie na zmianę, jaka się dokonała w  kultywowaniu tego zwyczaju. Można powiedzieć, że tak jak poprzednia praktyka związana z religijnością powoli zanika w wyniku ingerencji nowoczesności, tak w przypadku zabaw weselnych mamy do czynienia z pewnym rozwojem. Młode pokolenie również podkreśla żywotność tego zwyczaju: M. Ostatnio się kumpel starszy z dalszej okolicy żenił to tłuczenie musiało być. Wygląda to tak, że się w domu pary młodej robi syf ze szkła, się pije przy tym i w ogóle. W piątek najczęściej, bo w sobotę śluby są. Tłucze


30

Przemysław Kilian

się wszystko, ale talerzy szkoda to specjalnie butelki zbierają po piwach. Zapewnić to ma ochronę przed złem pannie młodej! Oprócz opisu przebiegu tego, jak zwyczaj wygląda, informator podał bardzo ciekawą informację odnośnie wierzeń ochronnych, które, jak wskazuje wiedza młodego człowieka, wciąż funkcjonują w lokalnym folklorze. Konkluzje, jakie płyną z  obydwu rodzajów praktyk, sprowadzają się do kilku wniosków. Po pierwsze, mówimy tutaj z jednej strony o sferze codziennej, tym wszystkim, co wykonujemy bez namysłu, nawykowo, z drugiej natomiast mamy zwyczaje obwarowane pewnymi normami i wartościami zbiorowymi. Po drugie, należy podkreślić pewną wariantywność funkcjonowania przytoczonych praktyk. Jedne istnieją w  pamięci tutejszej ludności, inne są kultywowane bezrefleksyjnie, a jeszcze inne przez pamięć o nich są instytucjonalnie odtwarzane w nowe formy za pomocą dostępnych środków53. Po trzecie, należy pamiętać, że żadna kultura nie jest jednorodna i podlega permanentnym przemianom. W kulturze regionalnej Kociewia można by  mówić o  enklawach/wyspach, gdzie niektóre z dawnych zwyczajów wciąż są kultywowane, a inne nie. Płaszczyzn dysjunkcji jest wiele, począwszy od indywidualnego podmiotu, przez lokalne (miejscowe) zróżnicowanie, po regionalne i ponadregionalne.

Podsumowanie Wracając do pytań zadanych na początku, pytań o to, które cechy przetrwały w kulturze społeczności wiejskiej, moim zdaniem możemy mówić o dwóch przypadkach. Chodzi o tradycjonalizm i w pewnych praktykach synkretyzm religijny. Reszta, to znaczy izolacjonizm (geograficzny i świadomościowy) nie ma już dzisiaj racji bytu z oczywistych przyczyn, związanych z  opisywanymi wyżej zjawiskami globalizacji i  nowoczesności. Podobnie sensualizm. Co się tyczy rytualizmu, a więc kurczowego trzymania się pewnego sposobu postępowania, opartego na normach i wartościach 53  F. Barth, W stronę pełniejszego opisu i głębszej analizy zjawisk kulturowych, przeł. A. Bereza, [w:] Badanie kultury. Kontynuacje, wyboru dokonali i przedmową poprzedzili M. Kempny i E. Nowicka, PWN, Warszawa 2004, s. 184–188; K. Kaniowska, Tradycja. Problemy metodologiczne, [w:] Nowe czytanie tradycji. Z inspiracji Rokiem Kolbergowskim, red. E. Nowina-Sroczyńska, S. Latocha, Łódź 2016, s. 32–39.


Kultura kociewska? Próba recepcji antropologicznej

31

grupowych, to dostrzegalny jest jeszcze tylko wśród najstarszego żyjącego pokolenia. Z moich badań wynika, że  przekaz pokoleniowy jest obecny (przynajmniej w społeczności, z którą współpracowałem). Odpowiadając na pytanie, czy model kultury ludowej nadaje się jeszcze do rozpatrywania współczesnej kultury kociewskiej, uważam, że ze względu na szczątkową przekładalność rzeczywistości do ram/cech definicyjnych nie jest to już wystarczający, a tym bardziej atrakcyjny, sposób wyjaśniania tej rzeczywistości. Trzeba natomiast zaznaczyć, że obecnie ludowy sposób opisu i  prezentacji wciąż jest wykorzystywany przez ich przedstawicieli54. Obecnie badacze-antropolodzy przychylają się do regionalności jako perspektywy (nowego paradygmatu), rozwoju dawnych, terytorialnych kultur ludowych55. Osobiście uważam, że  przynajmniej na płaszczyźnie nazewniczej powinniśmy mówić/pisać raczej o „kulturze regionalnej Kociewia”, czy po prostu o „kulturze kociewskiej”. Nie ulega wątpliwości, że  obecnie mamy do  czynienia z  pewnym dualizmem kulturowym, mówiąc o  kulturach ludowych dawnych regionów. Z  jednej strony mamy wszystko to, co  powiązane z  folkloryzmem (np.  wspomniane zespoły folklorystyczne), a  więc rewitalizacją (dzisiaj często wykorzystywane słowo w dyskursie naukowym odnośnie dziedzictwa kulturowego) dawnych elementów kultury ludowej, co  trzeba podkreślić, tylko elementów, gdyż powrót ludowego stylu życia sprzed stulecia jest już po prostu niemożliwy. Z drugiej strony natomiast jesteśmy świadkami pewnego zjawiska poszukiwania własnych korzeni (np. modna dzisiaj fascynacja genealogią), nie tylko w kulturach lokalnych. Można by zatem wyodrębnić dwa nurty współczesnej kultury ludowej: 1) rewitalizacyjny – powiązany z  folkloryzmem, 2) tradycyjny – który funkcjonuje niejako obok pierwszego, mając swoją własną dynamikę przemian56. Zob. P. Iwański, Czy kultura ludowa/wiejska/chłopska to temat wart jeszcze rozmowy?, Busko-Zdrój 2016. 55  A.W. Brzezińska, Różne światy kultury ludowej – perspektywa teoretyczna a działania praktyczne, [w:] Kultura ludowa…, s. 154. 56  A.W. Brzezińska wspomina o trzech nurtach: naukowym – historycznym, folkloryzmu – współczesnym, potocznym – codziennym, [w:] Kultura ludowa…,s. 99; P. Schmidt, Kultura zwana ludową. Martwe pojęcie czy perspektywa badania lokalności?, [w:] Nie tylko o wsi… Szkice humanistyczne dedykowane profesor Marii Wieruszewskiej-Adamczyk, red. D. Kasprzyk, Łódź 2013, s. 258–259. 54 


Anna Łucarz

Emblematy etniczności w kociewskiej przestrzeni publicznej Parówki z kociewskiej wędzarni w sklepie mięsnym, sala kociewska w znanej restauracji, Kociewska Toskania (gospodarstwo agroturystyczne) – to tylko nieliczne przykłady obecności nazwy „Kociewie” i  jej derywatów oraz wyrazów pokrewnych w szeroko pojętej przestrzeni publicznej regionu, zarówno fizycznej – na znakach, tabliczkach, kartach menu, identyfikatorach, ale również w przestrzeni wirtualnej: samodzielne blogi, wpisy na stronach internetowych, profile w mediach społecznościowych. Z tego powodu autorka postanowiła dokonać przeglądu i odnotować, gdzie oraz w jakiej funkcji toponim „Kociewie” występuje, czy ma on charakter marketingowy, służący lepszej sprzedaży danego artykułu lub promocji regionu, budowaniu marki Kociewie, a  może wzmacnia poczucie tożsamości regionalnej, jest także wyrazem przywiązania do lokalnych produktów, tradycji, wartości, które niesie wykorzystana nazwa i skojarzeń, jakie wywołuje u odbiorców? Czy i jaki jest wpływ obecności elementów regionalnych, powszechności występowania nazw kociewskich na kształt tożsamości lokalnej. W artykule podjęto próbę odpowiedzi na tak postawione pytania. Dziś ważnym kwalifikatorem konstytuowania tożsamości kociewskiej, nowym narzędziem budowania jej teraźniejszego kształtu czy kreowania wizerunku i marki regionu, może stać się obecność emblematów lokalnych w  regionie, które mają dwojaką funkcję. Z  jednej strony mają wzmacniać u  mieszkańców poczucie przywiązania do  regionu i  symboli, utwierdzać ich w wiedzy na temat zamieszkiwanego obszaru, znaczyć zajmowaną przestrzeń, a z drugiej strony informują i uświadamiają nie tylko przybyszom czy przyjezdnym, ale również autochtonom, wartość, wyjątkowość, odrębność zamieszkiwanego regionu, w przeciwieństwie do krain


34

Anna Łucarz

sąsiednich, co znacznie wpływa na wizerunek Kociewia, podnosi jego atrakcyjność i powszechność pozytywnego poglądu. Niegdyś swoją przynależność manifestowano gwarą – nie stylizowaną, lecz mową żywą – zwłaszcza w  środowiskach wiejskich, strojem regionalnym, na który wskazują badani1, kultywowanymi obyczajami, haftem. Wykorzystywane współcześnie podczas świąt, festynów, jarmarków stanowią bardziej stylizację, pozytywnie odbieraną przez większość jej uczestników, pełniących w  danym momencie funkcję jednoczącą grupę Kociewian ubranych – czy jak zauważa Monika Mazurek na przykładzie Kaszubów – przebranych za Kociewian2. Fakt ten nie dziwi, jeśli uwzględnimy dwojaką funkcję wydarzeń etnicznych, tzn. utwierdzanie osób biorących w  nich udział w  ich etnicznej tożsamości, integrujących w  communitas wszystkich uczestników danej uroczystości, a po drugie oddziaływanie na obserwatorów poprzez wypełnienie zajmowanej, a nawet przejmowanej w danym momencie, przestrzeni regionalnymi symbolami skondensowanymi, tj. strój lub jego elementy (np. chusta, krawat z  haftem, koszulka z  nadrukiem kociewskim) czy inne atrybuty, stanowiące nośnik regionalności, jak na przykład torba z napisem Kociewie, wianek z modraków i  maków, papierowa flaga z  reklamowym napisem Ruszaj na Kociewie i  Powiat Świecki na rewersie). Użycie tego rodzaju emblematów jest metakomunikatem do  wewnątrz: jestem z  Wami; też jestem Kociewiakiem3   Strój ludowy staje się ważnym elementem tożsamości, mimo że wiedza o rekonstruowanym i  świetlicowym charakterze tego elementu budowania grupowej tożsamości wydaje się być powszechna, to nie hamuje pragnienia mieszkańców, zwłaszcza zaangażowanych w rozwój czy rewitalizację ludowej kultury, aby go posiadać, bo jest on rodzajem manifestacji swojej grupowej, lokalnej przynależności. 2   Badaczka, opisując przejawy etniczności w  codzienności kaszubskiej, odnotowuje proces etnicyzacji Kaszubów i zjawisko liminarności, czyli przechodzenia z jednej tożsamości do  drugiej i  związane z  nim obrzędy przejścia z  jednego (często ogólnopolskiego) obszaru kulturowego do drugiego (np. regionalnego): „W przypadku Kaszubów i ich etnicyzacji liminarność można prześledzić w sytuacji, kiedy uczestniczą oni w wydarzeniach folklorystycznych. Proces ten zachodzi wówczas, gdy ktoś «przebiera się» czy ubiera strój kaszubski, co jest swoistym wejściem w kulturę kaszubską” (Mazurek 2010: 299). Autorka, bez wartościowania, uznaje takie zachowanie za „wchodzenie w rolę”. Zob. więcej M. Mazurek, Język. Przestrzeń. Pochodzenie. Analiza tożsamości kaszubskiej, Gdańsk 2010. Należy stwierdzić, że tego typu proces nie jest właściwy wyłącznie Kaszubom, ale wydaje się charakterystyczny dla wszystkich współczesnych grup regionalnych, w tym także Kociewian. 3   W  dyskursie potocznym mieszkańcy Kociewia zdecydowanie częściej używają tej formy, obok – funkcjonującej przecież – poprawnej Kociewianin. 1


Emblematy etniczności w kociewskiej przestrzeni publicznej

35

oraz na zewnątrz grupy: patrzcie – jesteśmy z Kociewia! Zawsze jest wyrazem identyfikacji człowieka z  regionem, bowiem włożenie stroju ludowego lub tylko jakiegoś elementu kociewskiego jest dobrowolne, stanowi świadomy wybór jednostki, co do zakresu wyrażania własnej etniczności, która jest jej projektem, jeśli odwołamy się do  założeń giddensowskich projektów, zakładających, że: „tożsamość jest projektem refleksyjnym, za który jednostka jest odpowiedzialna (…). Jesteśmy nie tym, czym jesteśmy, ale tym, co z siebie zrobimy”4. Używanie symboli regionalnych przez jednostkę jest dowodem złożoności zagadnienia tożsamości, jak również potwierdzeniem teorii Roberta Mertona o  rolach społecznych, bowiem uczestnicy wydarzeń, wkładając chustę z  regionalnym haftem, nie tylko chcą wpisać się w krajobraz, wypełnić zasadę decorum, ale wchodzą przez to w rolę Kociewianina, która w tym określonym czasie i miejscu staje się pierwszą, najważniejszą, choć w życiu codziennym może plasować się niżej w hierarchii wypełnianych przez nas ról społecznych.

Fot. 1. Członkowie reprezentacji powiatu świeckiego podczas I Korowodu Kociewskiego na Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku w ramach Unikatów z Kociewia. Od lewej: Joanna Biniecka, Maria Pająkowska-Kensik, Iwona Karolewska, 3 sierpnia 2017 r. (fot. M.P.) 4   A. Giddens, Nowoczesność i tożsamość. „Ja” i społeczeństwo w epoce późnej nowoczesności, Warszawa 2001, s. 15.


36

Anna Łucarz

Należy jednak uwzględnić także perspektywę licznej grupy osób o rozmytej tożsamości, często dziedziczonej, gdyż pokolenie dziadków i rodziców nie utożsamia się z regionem, a kultura lokalna nie stanowi/ła dla nich wartości, bo są przybyszami i pewne elementy wydają się być im obce, nieznane, może niepotrzebne, a po drugie – mimo silnych tendencji regionalnych – wyzbywania się przywiązania do regionu i niechęć do manifestowania owej więzi, związanej z kulturą ludową, wiejską na rzecz postawy obywatelstwa świata, kojarzonej pozytywnie. Obecnie być może z  tego powodu, obok upowszechniania wiedzy o  regionie – jego przeszłości, języku, tradycjach – gminy i powiaty skupiły się na wskazywaniu perspektyw regionu, określeniu strategii jego rozwoju, a  także nadawaniu kierunku działaniom lokalnym. Ta nowa perspektywa5 ukazuje region w  kategoriach dobra, wartościowego produktu, równocześnie zakłada przedstawienie go mieszkańcom za pomocą nowych metod czy środków, próbuje docierać do ich świadomości, zachęca do współtworzenia marki, jakości regionu, a także ma pobudzać w mieszkańcach poczucie odpowiedzialności za ten fragment rzeczywistości – z nich uczynić kreatorów danej przestrzeni, języka, konstruktorów współczesnej tożsamości.

Fot. 2. Osoby częściowo przebrane „za Kociewianki”, o czym świadczą współczesne elementy stroju, jak np. modne okulary „aviatorki” (fot. pochodzi ze strony internetowej GOK Morzeszczyn) 5   Założenia teorii o  społeczeństwie konsumpcyjnym, zob. J. Baudrillard, Społeczeństwo konsumpcyjne. Jego mity i struktury, Warszawa 2006.


Emblematy etniczności w kociewskiej przestrzeni publicznej

Fot. 3. Chorągiewka rozdawana mieszkańcom Gdańska i turystom przez uczestników Korowodu Kociewskiego podczas Jarmarku Dominikańskiego w ramach Dnia Kociewskiego (fot. Anna Łucarz)

Fot. 4. Jeden z wyróżnionych komiksów dosłownie odwołujący się do kultury regionalnej Kociewia – strojów, etnokrajobrazu oraz gwary (fot. Anna Łucarz)

37


38

Anna Łucarz

Stąd obok archiwum kultury kociewskiej pojawiają się współczesne formy, mające przedłużyć żywotność i witalność tożsamości kociewskiej lub ją pobudzać w młodym pokoleniu, np. konkurs plastyczny na komiks pt. „Dzień z  życia Kociewiaka”, zorganizowany przez autorkę z  okazji V Kongresu Kociewskiego6 (fot. 4 i 5).

Fot. 5. Zwycięska praca komiksowa Kamili Krzemińskiej z Gimnazjum nr 3 w Świeciu, łącząca w sobie nowoczesną formułę, młodzieżową tematykę z kociewską gwarą (fot. Anna Łucarz) 6   Celem konkursu było przede wszystkim uwrażliwienie młodego pokolenia w kwestiach regionalnych, zainteresowanie ich gwarą kociewską, którą należało wykorzystać w tworzeniu komiksu. Zwycięskie i wyróżnione prace zaprezentowano w Świeciu


Emblematy etniczności w kociewskiej przestrzeni publicznej

39

Przestrzeń publiczna Przestrzeń publiczna rozumiana jest po pierwsze jako konkretna, fizyczna, materialna rzeczywistość, jak np. ulice, budynki, billboardy, ubrania i  inne, po drugie jako przestrzeń społeczna, do  której zalicza się organizacje, akcje, gadżety, teksty literackie i  użytkowe7. Takiej klasyfikacji dokonały A.  Piotrowicz i  Małgorzata Witaszek-Samborska w  swoich badaniach nad żywotnością gwary poznańskiej, akcentując marketingową i  ludyczną funkcję użyć gwaryzmów. Więcej na temat samego zagadnienia przestrzeni publicznej i  jej funkcjonowania pisał m.in. Tomasz Nawrocki z  Uniwersytetu Śląskiego w  Katowicach, opisując przestrzeń publiczną śląskich miast8. Bez wątpienia wszelkiego rodzaju pomniki, skwery, place, tablice, będące Fot. 6. Ulotka reklamowa elementem pamięci zbiorowej, znaczą zachęcająca do odwiedzin gminy terytorium, wyznaczając granice regioNowe, ilustruje powyższe niuanse, nu, stąd im mniej są one wyraźne, jak dotyczące granic oraz postrzegania np. zachodnie, północne i południowe obszaru Kociewia, znajdujące swoje odbicie w strategii promowania granice badanego obszaru, tym więcej miast, gmin i powiatów w regionie symbolicznych znaków informujących, (fot. Anna Łucarz) podczas „Plachandrów edukacyjnych” 9.10.2015 r. oraz w Tczewie 27.10. 2015 r., podczas Ogólnopolskiej Konferencji Naukowej „Polska Regionalna. Mowa – kultura – edukacja”. Dokładny opis przebiegu konkursu oraz jego wyniki znalazły się w „Kociewskim Magazynie Regionalnym”. 7   A.  Piotrowicz, M. Witaszek-Samborska, Przyszłość gwar miejskich – na przykładzie gwary poznańskiej, wygłoszony podczas X Forum Kultury Słowa, 16.10.2015 r. 8   Zob więcej: T.  Nawrocki, Przestrzeń publiczna w  krajobrazie śląskich miast, „Przegląd Socjologiczny” 2011, t. 60, cz. 2–3, s. 229–254.


40

Anna Łucarz

że „tu jest już” albo „jeszcze” Kociewie, np. znak Witamy na Kociewiu, który widnieje przy wjeździe do Nowego w powiecie świeckim, a nie np. w Świeciu od strony Gruczna, które uważa się za graniczny punkt regionu (fot. 6 i 7).

Fot. 7. Świeckie Gzuby podczas Święta Bałabuna, organizowanego na dziedzińcu świeckiego zamku. W tle baner z hasłem: „Witamy w Świeciu na Kociewiu”, potwierdzający, że miasto i powiat utożsamiają się z regionem (fot. Anna Łucarz).

Budowanie marki regionu i poczucia tożsamości a marketing terytorialny Wprowadzanie nazw z przydawką kociewski, kociewska czy używanie zwrotów gwarowych w nazwach nie tylko zrzeszeń, ale i imprez, konkursów, a  nawet produktów sprzedawanych w  całej Polsce budzi mieszane uczucia, bo z  jednej strony może wpływać pozytywnie na mieszkańców, wzmacniać poczucie atrakcyjności regionu, który ma określoną tożsamość, buduje wizerunek w oparciu o własną tradycję i język, z drugiej zaś strony odbierany jest często jako chwyt marketingowy, np.  w  przypadku produktów sieciowych wytwórców. Przeciwnicy działań, związanych z promocją regionu za pomocą wykorzystywania elementów regionalnych we wzornictwie sztuki użytkowej, zwracają uwagę na komercjalizację lu-


Emblematy etniczności w kociewskiej przestrzeni publicznej

41

dowej sztuki i tradycji regionu, jej folkloryzację oraz spłycanie wyłącznie do rzeczywistości materialnej, np. do haftowanej chusty. Zastanawia jednak fakt, czy mimo to nie służą one wzmacnianiu poczucia tożsamości regionalnej, dumy z rodzimych produktów, jak kiełbasa kociewska, przywołujących smaki znane z dzieciństwa, a przyjezdnym przybliżające region. Wizerunek Kociewia, czyli to, co  ludzie o  nim myślą, jakie mają związane z nim skojarzenia i czego – jako turyści – mogą w nim oczekiwać, ma istotny wpływ na kształtowanie się nowej tożsamości regionalnej. Stąd coraz częściej władze gmin, powiatów sięgają po narzędzia kojarzone dotąd z działaniami reklamowymi produktów komercyjnych, aby wzbudzać pozytywne skojarzenia z regionem, jak również odpowiednio zaplanować i zinstytucjonalizować politykę regionalną, schemat tworzenia marki Kociewia. Powinno to jednak odbywać się w oparciu o rzetelne badania potrzeb społecznych, z jakim konkretnie obrazem regionu sami mieszkańcy chcieliby się identyfikować, chwalić swoją małą ojczyzną przed innymi regionami, a także uzupełnialiby te wizerunki o nowe asocjacje. Takie „produktowe” podejście do  własnego regionu już od  wielu lat prezentuje województwo śląskie, bowiem: „Wizerunek Województwa Śląskiego wpływa na traktowanie wytworzonych w  regionie produktów, przedsiębiorstw i obywateli. I odwrotnie – poprawa jakości śląskich produktów i popularyzacja ich marek wpływają w znacznej mierze na wizerunek województwa”9. Na stronie Urzędu Marszałkowskiego województwa śląskiego, w  zakładce o  konkursie na promocję tej jednostki administracyjnej, czytamy uzasadnienie takiej perspektywy rozwoju: „Marka jest kategorią marketingową przyczyniającą się do  tworzenia dobrego wizerunku produktu, a  co  za tym idzie – do  wzrostu jego popularności. Marka wywołuje skojarzenia i odczucia, które wpływają na opinię publiczną, zachowania społeczne i  postawy konsumenckie. Marka ma także silne znaczenie emocjonalne. W świadomości odbiorców istnieje jako symbol doskonałości, perfekcji i lojalności. Silna i rozpoznawalna marka jest wyznacznikiem reputacji i autorytetu”10. W  czerwcu i  lipcu 2013  r. podobne działania podjęła Lokalna Grupa Działania wraz z LGD „Chatą Kociewską”, Powiatem Świeckim oraz Lokalną   http://www.slaskie.pl/strona_n.php?jezyk=pl&grupa=3&dzi=1274857880&id_ menu=332 [dostęp: 12.08.2017]. 10   Tamże. 9


42

Anna Łucarz

Organizacją Turystyczną Kociewie, realizując projekt „Marka Kociewie”, promujący region. Celem współpracy było podniesienie rozpoznawalności marki Kociewie poprzez zintegrowaną kampanię informacyjną na temat istnienia Kociewia i jego walorów, nie tylko wśród samych mieszkańców, ale również przybliżenie regionu jak największej liczbie potencjalnych turystów. W ramach przedsięwzięcia dokonano modernizacji strony internetowej (www.kociewie.eu), w pięciu dużych polskich miastach (sąsiednich: Sopot, Gdańsk, Bydgoszcz, Toruń, a także w Warszawie) przeprowadzono bezpośrednią prezentację regionu, połączoną z  dystrybucją materiałów promocyjnych, gadżetów reklamowych oraz wyświetlaniem filmiku promocyjnego o  Kociewiu11, który został później umieszczony w  serwisach internetowych, tj. YouTube czy Facebook. Warto nadmienić, że kampania została doceniona w branży turystycznej za nowoczesne podejście i dobór adresatów, jednakże była skierowana do odbiorców spoza regionu, jego mieszkańcy nie wiedzieli nic o tej akcji. Skierowanie pozytywnego i rzetelnego przekazu na temat regionu z pewnością byłoby wzmocnieniem dla świadomych swoich korzeni mieszkańców regionu oraz impulsem do poszukiwań informacji na jego temat dla osób nieznających historii, przyrody, kultury, atrakcji regionalnych, a mieszkających na terenie Kociewia. Strategia rozwoju regionu wiąże się ściśle ze stałymi elementami promocji, rytualnymi, powtarzalnymi imprezami, które nie tylko ukazują go jako atrakcyjny, wart odwiedzenia, ale też jednoczą jego mieszkańców, jak np. „Unikaty z Kociewia”, czyli kociewski dzień podczas Jarmarku Dominikańskiego w Gdańsku, organizowanego na przełomie lipca i sierpnia. W  2017  r. wybitnie zaprezentował się powiat świecki, organizując w  ramach wydarzenia korowód kociewski oraz transport do  Trójmiasta dla chętnych uczestników z tej części Kociewia, jedynym wymogiem było posiadanie jakiegoś kociewskiego symbolu. Jedna z osób biorących udział w wydarzeniu, kilkanaście dni po nim, relacjonuje z dumą: Byliśmy widoczni, szliśmy od Bramy do Targu Węglowego, na którym odbywały się koncerty. Ze Świecia pojechały Świeckie Gzuby, mimo że to przecież wakacje, 11   Film pt. „Kociewie – łagodna kraina” jest dostępny na portalu YouTube pod linkiem: https://www.youtube.com/watch?v=vjy4j-QkLCs; dostęp VIII 2017. W tym serwisie kuchnie kociewską promuje pani Alina Jeleń w filmach z cyklu „Smaczne Kociewie”, odwiedzając różne miejscowości w regionie, pokazuje lokalne specjały.


Emblematy etniczności w kociewskiej przestrzeni publicznej

43

wszyscy pięknie ubrani, każdy miał a to koszulę z haftem, a to chustę albo chociaż torbę, a Pani sekretarz12 taki piękny wianek z polnych kwiatów. Oprócz tego każdy dostał chorągiewkę z  napisem «Ruszaj na Kociewie» z  jednej i  «Powiat świecki» z drugiej. Było widać pewnego rodzaju zmieszanie i zdziwienie wśród turystów, którzy mówili: «Kaszuby to słyszałem, ale co to jest to Kociewie?», i my mogliśmy im swobodnie odpowiedzieć, a przede wszystkim pokazać, jaką silną i kolorową grupą jesteśmy. Pięknie to wszystko wyszło.

Interlokutor potwierdza podwójną funkcję obecności regionalnych emblematów w przestrzeni publicznej, czyli zewnętrzne, symboliczne zawłaszczenie jej na określony czas, wyróżnianie się spośród innych ludzi czy grup oraz funkcję wewnętrzną, jednoczącą grupę Kociewian, swoistą dumę z silnej i wyrazistej reprezentacji regionu podczas imprezy.

Emblematy etniczne w kociewskiej przestrzeni publicznej Zastosowanie dla marki nazwy, której brzmienie jest już nośnikiem informacji oraz skojarzeń regionalnych dla potencjalnych konsumentów czy turystów, wynika często z pomysłów polityki regionalnej, promującej lokalne produkty czy idee, a jest podyktowane współczesną strategią rozwoju miast i  regionów, sięgających po strategie marketingowe i  perswazyjne. Elementy regionalne w nazwach wykorzystują m.in.: XX Stowarzyszenia (Kociewskie Forum Kobiet, Kociewskie Stowarzyszenie Modelarzy, Towarzystwo Miłośników Ziemi Kociewskiej, Lokalna Grupa Działania Wstęga Kociewia, Lokalna Grupa Działania Chata Kociewia), organizacje (LOT Kociewia) oraz grupy seniorów (Kociewiacy Świecie, Starogard Gdański); XX Spółdzielnie Mieszkaniowe (Kociewiacy Starogard Gd.); XX Zespoły muzyczne (Kociewie Retro, Kociewie, Kociewiaki – Starogard Gdański, z  przydawką toponimiczną: Piaseckie, Lubichowskie, Rokokockie Kociewiaki, ale również wykorzystujące gwarowe leksemy, 12   Mowa o sekretarz Powiatu Świeckiego – Iwonie Karolewskiej, która odbierana jest w powiecie jako osoba otwarta na wszelkie działania związane z promowaniem regionu – także te o charakterze regionalnym, to ona była m.in. inicjatorką kolorowego korowodu i mobilizatorką kociewskich sił z południowego Kociewia w wyprawie do Gdańska.


44

XX

XX

Anna Łucarz

jak np. Kociewskie/Świeckie Gzuby, Malutkie Gzubki – Starogard Gdański, Modraki – Pelplin, Brzady – Pinczyn; bądź z zastosowaniem fonetycznych cech gwarowych, jak asynchroniczna wymowa spółgłosek wargowych miękkich, np. Psiotrowe Dziewuchy z Morzeszczyna); Organizatorzy wydarzeń i imprez (np. Przegląd Kociewskich Zespołów Folklorystycznych ku czci władczyni Kociewia, Kongres Kociewski, I Kociewskie Targi Wydawnicze, Unikaty z Kociewia, III Wielki Jarmark Kociewski w  Starogardzie Gdańskim, Kociewski Rajd Enduro w  Świeciu, Festiwal Twórczości Kociewskiej im. Romana Landowskiego, Koncert Kociewie po naszamu w Tczewie, Dzień Bałabuna w Świeciu, Rodzinne Spotkanie Kociewiaków Festyn Kociewski w Zblewie, VI Kociewskie Dni Położniczo-Ginekologiczne w Starogardzie Gdańskim); Organizatorzy konkursów (Konkurs recytatorski Poeci z Kociewia, Kociewski Skowrónek, I  Powiatowy Konkurs Kociewskie Opole (sic!), Kociewski konkurs na najpiękniejszą kartkę bożonarodzeniową, Kociewski Konkurs na najpiękniejszą szopkę bożonarodzeniową, Kociewie – mój region);

Fot. 8. „Gzuby z Pelplińskiej Dwójki” podczas XXIV Przeglądu Kociewskich Zespołów Folklorystycznych ku Czci Władczyni Kociewia w Piasecznie, 19.08.2017 (źródło: www.pelplin.pl)


Emblematy etniczności w kociewskiej przestrzeni publicznej XX XX

XX

XX

45

Muzea (Muzeum Ziemi Kociewskiej Starogard Gdański); Instytucje użytku publicznego, jak przychodnie lekarskie, np. Kociewskie Centrum Zdrowia w Starogardzie Gdańskim; Szkoły, które nadają miana odwołujące się do  regionalizmu i  nazwy Kociewie: II Liceum Ogólnokształcące im. Ziemi Kociewskiej w Starogardzie Gdańskim, ale także do patronów – znanych Kociewian, m.in. I Liceum Ogólnokształcące im. Floriana Ceynowy i Katolickie Szkoły im. ks. dr. Bernarda Sychty w Świeciu); Właściciele sklepów i  obiektów (Galeria Kociewska – Tczew, Galeria Kociewie – Starogard Gdański, wirtualny sklep z ręcznie wykonanymi artykułami rekonstrukcyjnymi Manufaktura Kociewska);

Fot. 9. Centrum Handlowe „Kociewie” w Starogardzie Gdańskim (fot. Anna Łucarz) XX

XX

Kluby, wydarzenia sportowe, np. Kociewski Bieg z  Polpharmą, Kociewskie Igrzyska Sportowe Osób Niepełnosprawnych, bądź elementy z  dziedziny turystyki, np.  Kociewski Szlak Turystyczny, wiodący od Tczewa do Chojnic; Restauratorzy, wykorzystujący elementy regionalne w  nazwie, jak Karczma Kociewska bądź wprowadzający do  menu dania kociewskie,


46

XX

XX

XX

Anna Łucarz

często tylko poprzez nadanie im takiego miana, np.: śniadania Kociewia13, pierogi z gomółką z Kociewia z tartych ziemniaków z twarogiem i  boczkiem, racuchy kociewskie na ciepło z  musem z  jabłek, tylko niekiedy odwołujące się do przepisów z kuchni regionalnej, szczycące się swoim lokalnym charakterem bardziej z uwagi na ogólnopolskie trendy kulinarne, w których odwołanie do tradycyjnej kuchni i wykorzystanie miejscowych produktów jest nie tylko dobrze widziane wśród potencjalnych klientów, ale również bardzo opłacalne. Takie podejście proponuje m.in. Magda Gessler, popularna restauratorka, uznawana za autorytet kulinarny i biznesowy; Lokalni wytwórcy żywności, motywowani raczej przedsiębiorczością czy zyskiem niż przywiązaniem do tradycyjnych, regionalnych receptur i  smaków, zwłaszcza w  przypadku większych firm, produkujących żywność na skalę ogólnopolską. W  sklepach odnajdziemy np.: ogonówkę z kociewskiej wędzarni, szynkę z kociewskiej wędzarni, parówki kociewskie; Założyciele portali, stron internetowych (Wirtualne Kociewie, Kociewiak.pl) oraz profile w  mediach społecznościowych, jak Facebook, np.: Kociewie czeka na Ciebie. Społeczność i  rząd; Kociewski Klub Turystyczny. Organizacja pozarządowa’ Nasze Kociewie. Społeczność. Kociewie swoje miejsce znalazło także na stronie internetowej Sejmu Rzeczypospolitej: Parlamentarny Zespół Kociewski; Gazety („Kociewski Magazyn Regionalny”, „Teki Kociewskie”, „Dziennik Kociewski”, „Express Kociewski”, „Gazeta Kociewska”, „Kociewski Kurier Tczewski”, „Wieści z Kociewia”), adresowane do mieszkańców regionu, poruszające bieżące i  ważne dla nich tematy (pierwszy jest dostępny we wszystkich miejskich i  szkolnych bibliotekach, a  drugi dzięki internetowej wersji zyskuje charakter ogólnopolski);

13   Danie serwowane jest w restauracji „Stylowa” w  Świeciu n. Wisłą. Składa się na nie: jajecznica z  2 jaj, po 3 plastry: sera, wędliny, pomidora, ogórka, szczypiorek do  smaku, bułka, 30 g masła. Co  ciekawe, w  opisach anglojęzycznych widnieje jako traditional polish breakfast, podobnie jak inne potrawy: śniadanie znad Wdy (english breakfast) czy śniadanie znad Wisły (vienna’s breakfast) regionalnymi stały się tylko przez nadanie im takiej właśnie nazwy, mającej budzić u gościa restauracji regionalne skojarzenia.


Emblematy etniczności w kociewskiej przestrzeni publicznej

47

Fot. 10. Tabliczka ulicy Kociewskiej w Świeciu (fot. Anna Łucarz) XX

XX

Komisje urzędów miast przy nadawaniu nazw ulic (Kociewska Świecie, Tczew, Starogard) lub przy ustanawiania, nadawania nagród i odznaczeń, np. Kociewskie Pióro czy nagroda Starosty Starogardzkiego Kociewski Gryf); Producenci gadżetów regionalnych (kubków, teczek, długopisów, zakładek do książek z nazwą lub elementami kociewskimi – haft, strój).

Powyższe liczne dowody obecności „Kociewia” jako regionu geograficzno-kulturowego w przestrzeni publicznej skłaniają do  zastosowania podziału na użycie elementów językowych, budzących jednoznaczne asocjacje z regionem, jak nazwa Kociewie oraz pochodzące od niej derywaty kociewski, kociewska, kociewskie: XX obecność „Kociewia” w nazewnictwie i przestrzeni publicznej poprzez użycie kociewskich elementów gwarowych, jak np. Zespół Frantówka, Święto Bałabuna, Plachandry edukacyjne lub samorządowe czy zmultiplikowane Gzubów pojańcie ło Kociewiu (elementy gwarowe w warstwie fonetycznej – szeroka realizacja nosówki pojańcie, leksykalnej gzubów oraz wskazania regionu poprzez odwołanie się do nazwy);


48

Anna Łucarz

Fot. 11. Dyrektor Gimnazjum nr 2 w Świeciu wita gości podczas Plachandrów Edukacyjnych z uczbó, 9.10.2015 (fot. Anna Łucarz) XX

XX

pojedynczym zjawiskiem jest wykorzystanie możliwości słowotwórczego systemu gwarowego i zastosowanie sufiksu augmentatywnego -ón w nowo powstałym leksemie chmielón, będącym nazwą piwa14. Na etykiecie znajduje się uzasadnienie użytego słowa: „nazwą naszego piwa nawiązujemy do gwary kociewskiej, gdzie końcówka «ón» wskazywała, że mamy do czynienia z czymś naprawdę potężnym”. Ponadto na nalepce wykorzystano wzory haftu kociewskiego; identyfikację wizualną, czyli obecność w  elementach kultury materialnej bez użycia słów, ale poprzez odwołanie się do  kolorystyki, haftu, innych symboli regionalnych. Mogą one pełnić funkcję edukacyjną, jak układanka z wzorem haftu kociewskiego i jego krótką charakterystyką, co widać na fot. 14.

14   Chmielón to jedno z 12 piw Kociewskiego Browaru Czarna Owca ze wsi Semlin, gmina Zblewo. W ofercie browaru odnajdziemy też piwo typu lager o nazwie Kociewski leżak, nawiązujące do długiego procesu fermentacji.


Emblematy etniczności w kociewskiej przestrzeni publicznej

49

Fot. 12. Przykłady „obecności Kociewia” na przedmiotach codziennego użytku (notes i smycz), poprzez obecność motywów z kultury ludowej – tu regionalnego haftu (fot. Anna Łucarz)

Fot. 13. Rewers i awers butelki z etykietą, wykorzystującą gwarowy formant słowotwórczy -ón, popularyzujący gwarę kociewską. Najnowszy w zbiorach autorki osobliwy przykład etnicyzacji nośników regionalności (fot. A. Łucarz)


50

Anna Łucarz

Fot. 14. Układanka z haftem kociewskim

Nowe odcienie regionalizmu we współczesnym paradygmacie społecznym W dobie globalizacji zagrożenie unifikacji kultury, ustępowanie przejawów jej regionalnej odmiany wydaje się być zjawiskiem rzeczywistym, obserwowanym nie tylko przez antropologów czy etnografów, ale także samych mieszkańców i uczestników tejże kultury, stąd bardzo często podejmowane są działania na rzecz jej podtrzymania lub rewitalizacji. Okazuje się bowiem, że tradycja i dziedzictwo kulturowe danego regionu stają się współcześnie atrakcyjne dla turystów, osób odwiedzających dane terytorium, ale także stanowią wartość dla mieszkańców, osób identyfikujących się z  Kociewiem. Zastosowanie nie tylko nazwy Kociewie i  jej derywatów, ale też emblematów kociewskich w przedmiotach codziennego użytku oraz ich obecność w  przestrzeni publicznej pełni funkcję wzmacniającą przeżywanie tożsamości regionalnej, budują poczucie jedności grupy, są także wyróżnikiem spośród grup sąsiednich, pełnią również funkcję edukacyjną dla obserwatorów. Powrót do korzeni w dobie globali-


Emblematy etniczności w kociewskiej przestrzeni publicznej

51

zacji kulturowej przejawia się według socjologów poprzez tworzenie etnokrajobrazów15 (Arjun Appadurai), peryferyzację centrum16 i folkloryzację. Można zauważyć, że  niekiedy zjawiska te łączą się ze sobą. Na przykład podczas Jarmarku Dominikańskiego w  Gdańsku, czyli terytorium metropolii miejskiej, jeśli w ogóle kojarzonej z kulturą ludową, to raczej z Kaszubami, organizuje się Dzień Kociewski – Unikaty z Kociewia. Podczas Korowodu w 2017 r. Kociewianie zawłaszczyli określoną przestrzeń miejską, organizując Korowód Kociewski. Można mówić wtedy o „kociewizacji” gdańskiej Starówki, wypełnionej nie tylko osobami o kociewskich korzeniach, ale przede wszystkim o wypełnieniu przestrzeni emblematami, znakami (flagi, stroje, banery, język), peryferyjnej przecież wobec miejskiej kultury Gdańska, ludowej kultury kociewskiej. Ta inicjatywa rodzi dumę ze znajomości własnych korzeni i  możliwości zamanifestowania swojej grupowej tożsamości wśród wystylizowanych „kociewsko” uczestników korowodu, a z drugiej strony budzi ciekawość wśród licznych turystów, zaliczających wydarzenie do kolejnej atrakcji, nieco „egzotycznej” we współczesnych warunkach. Trzecim odcieniem tego wydarzenia, jak w przypadku wszystkich uroczystości o  podobnym charakterze, była właśnie jego folkloryzacja, zakładająca świadome sięganie do  przeszłości, oryginalnych źródeł kultury chłopskiej, na zasadzie przypomnienia i  interpretacji. Wydaje się, że  uczestnicy wydarzenia doskonale zdawali sobie sprawę z nowego paradygmatu, w którym się znajdowali, mieli świadomość,   Teoria związana jest ze zjawiskiem deterytorializacji i oderwaniem kultury, tożsamości od terytorium. Zakłada, że przybysze (emigranci, turyści, robotnicy sezonowi itp.) w nie swojej przestrzeni, na nie swojej ziemi odtwarzają własną tożsamość grupową – najczęściej etniczno-kulturową w odmiennych przecież warunkach społeczno-kulturowych. To według Arjuna Appadurai jest oblicze globalizacji, która nie jest homogenizacją, ale jej rozbiciem – wprowadzeniem różnorodności w jednolite dotąd struktury. Dodatkowo badacz podkreśla dialektyczność zjawiska globalizacji, które z jednej strony wprowadza do lokalnych społeczności nowoczesnymi kanałami (media, migracje ludności, powszechna mobilność) treści o zasięgu ogólnoświatowym, ale też pozwala kulturze ludowej, regionalnym zjawiskom przeniknąć do świata, likwidując granice, pozwalając im dryfować obok innych kultur, tworząc bogaty kolaż kultur mniejszościowych, regionalnych, i umożliwiając nam spotkanie z Innym. Zob. więcej: Arjun Appadurai, Nowoczesność bez granic. Kulturowe wymiary globalizacji, Kraków 2005. 16   To nasycenie metropolii etnokrajobrazami kultur peryferyjnych, mniejszościowych, np. „arabizacja” Paryża czy „turkizacja” Niemiec. 15


52

Anna Łucarz

że prezentowane przez nich treści, np. piosenki czy strój w nowym systemie społecznym już zamarły, pozostały jedynie jako dokument przeszłości. Należy jednak pamiętać, że zasadniczym celem folkloryzacji oraz stosujących ją osób, np. podczas organizacji imprez, jest budowanie współczesnej wspólnoty, owej communitas Kociewian, w  oparciu o  pojęcia z  przeszłości, ale redefiniowane, reinterpretowane w  nowych, teraźniejszych warunkach, stąd bogactwo, a może raczej mieszanina elementów ludowych i współczesnych w strojach, dekoracjach, zachowaniach podczas festiwali folklorystycznych czy imprez o charakterze ludowym, lub do kultury ludowej sięgających. Trzeba zauważyć pewną niedosłowność podejmowanych działań, które zainspirowane przeszłością i tradycją wpisują się w otaczającą, współczesną kulturę pluralistyczną, nie wykluczając się nawzajem, ale sprawiając, że  jej obraz jest pełniejszy, różnorodny i  heterogeniczny. Niektórzy działacze, lecz i „zwykli” mieszkańcy Kociewia, oceniają takie podejście negatywnie, zarzucając m.in. trywializację ludowej kultury, spłycanie zawartej w niej wartości, komercjalizację. Odbierają etniczność kociewską jako kreację, zjawisko wymyślone, podtrzymywane przez organizację coraz to nowych imprez, przedmiotów, dań z  przymiotnikiem kociewski tylko w nazwie. Jednakże warto pamiętać, że takie wynalezione tradycje, wymyślone wydarzenia o  charakterze cyklicznym, jak np.  Kongres Kociewski17, Dzień Bałabuna w Świeciu, Kociewskie Targi Wydawnicze w Starogardzie Gdańskim, Biesiady Literackie w Czarnej Wodzie, Przegląd Kociewskich Zespołów Folklorystycznych ku czci Władczyni Kociewia w Piasecznie uczestniczą w tworzeniu tożsamości grupowej. Eric Hobsbawm stwierdza, że takie praktyki nie są tożsame z obyczajem, dominującym w  społeczeństwach tradycyjnych18, jednakże w  nowych warunkach, nowym paradygmacie sprzyjają one budowaniu poczucia wspólnotowości i  mobilizacji zasobów grupowych, co  jest widoczne chociażby w roku kongresowym, gdy wszystko wokół wydaje się być ko  Trzeba pamiętać, że I Kongres Kociewski, zorganizowano w 1995 r. z wyraźnej inspiracji działaniami Kaszubów i ich zjazdów (konkretnie II Kongres Kaszubski, który miał miejsce w 1992 r. i późniejsze wspólne działania pod nazwą Kongres Pomorski, organizowany w latach 1997–98). Jednakże na Kociewiu forma kongresów pozostała i dalej się rozwija, natomiast Kaszubi zarzucili tę konkretną formę aktywności regionalnej. 18   Eric J.E. Hobsbawm (red. z Terence’em Rangerem), Tradycja wynaleziona, Kraków 2008, 10–11. 17


Emblematy etniczności w kociewskiej przestrzeni publicznej

53

ciewskie, taką bowiem intensyfikację podejmowanych inicjatyw można obserwować19. Rzadko kiedy są to działania oddolne, częściej organizuje się je z  inicjatywy działaczy, kociewskich oddziałów Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, głównie w celu pobudzenia i podtrzymania więzi wśród mieszkańców regionu, których tożsamość codzienna nie jest wypełniona kociewskimi symbolami w takim stopniu. Dzieje się w to w chwilach swoistej celebracji tożsamości kociewskiej, do  której okazję stanowią różne wymyślone tradycje, budujące grupową tożsamość, np.  ustanowione święta i daty (Światowy Dzień Kociewia – 10 lutego), podczas których Kociewianie, z  uwagi na brak cech filogenetycznych, świadomie wkładają chusty, szaliki, torby, koszule z haftem ludowym, aby ułatwić sobie wzajemnie proces identyfikacji. Tradycje wynalezione, zarówno te najnowsze, wyżej opisane, jak również te, które zakorzenione są w świadomości mieszkańców regionu, będące mu wręcz immanentne, np. polter/polterabent, stanowią spoiwo grupy, są czytelnym dla wszystkich jej członków kodem kulturowym, afirmacją kociewskiej tożsamości, podobnie jak rozpoczynanie wystąpień w gwarze kociewskiej czy wtrącanie gwarowych leksemów podczas przemówień. Warto w tym miejscu odróżnić folkloryzację takich wydarzeń, etnicyzację ich uczestników oraz wprowadzanie do przestrzeni świętowania znaków o  emocjonalnym i  symbolicznym znaczeniu od  etniczności codziennej, często bezrefleksyjnej, której rytuały są schematyczne, wykonywane bądź powielane automatycznie, nabyte w drodze socjalizacji jednostki, jedno19   Warto dodać, że z każdym kolejnym kongresem organizowanych jest coraz więcej wydarzeń, zarówno o charakterze popularnym, jak i naukowym. Działania okołokongresowe nie tylko przybierają na częstotliwości (jak np. w 2015 r., w którym imprezy, uroczystości i konkursy zaplanowano prawie na każdy miesiąc), ale także zaskakują coraz to nowymi i kreatywnymi formami ich realizacji i tak w 2015 r. stałe punkty kociewskich imprez (chociażby Konkurs Recytatorski Poeci z Kociewia) wzbogacono o kolejne ważne w  kalendarzu wydarzenia, zorganizowano popularnonaukowe spotkania nt.  tożsamości regionalnej w Starogardzie Gdańskim (VII 2015), Plachandry Samorządowe i Plachandry Edukacyjne (IX–X 2015), ogólnopolską konferencję naukową Polska Regionalna (XI 2015), w której uczestniczyli naukowcy z ważnych ośrodków naukowych, tj. Uniwersytet Jagielloński, Uniwersytet Gdański, Uniwersytet Adama Mickiewicza w  Poznaniu, Uniwersytet Kazimierza Wielkiego w  Bydgoszczy. Ponadto po raz pierwszy odbyły się Kociewskie Targi Wydawnicze (IX 2015), konkurs plastyczno-gwarowy na komiks dla szkół Dzień z życia Kociewiaka (IX 2015) i inne liczne przedstawienia, prezentacje.


54

Anna Łucarz

cześnie będąc dla niej typowymi, oczywistymi, niewymagającymi tłumaczenia, a już na pewno niebudzącymi zastanowienia. Zastanawia zatem, ile spośród emblematów kociewskiej tożsamości, wystawianych na widok publiczny podczas uroczystości czy imprez towarzyszy Kociewianom w  dzień powszedni, stanowiąc o  ich grupowej tożsamości, mając na uwadze jej podwójny charakter polsko-kociewski, narodowo-etniczny. Monika Mazurek zauważa, że  „codzienność grup etnicznych, będących mniejszością w danym państwie narodowym polega w dużej mierze na uczestniczeniu w narodowym habitusie (…). To powoduje, że te dwie tożsamości przeplatają się również w codzienności”20. Dlatego Kociewianie na co  dzień przypominają innych Polaków, zarówno ubiorem, sposobem dekorowania domu, stylem życia, a wyzwalaczami etniczności wydają się być elementy gwary w komunikacji, np. wtrącanie leksemów kociewskich (np. jo, jadowić się, plachandry, lófrować, gzub, szneka) oraz przepisy i smaki z kuchni kociewskiej. Już tylko w nielicznych domach można odnaleźć mikroznaki etniczności, jak np. haftowane obrusy czy serwety. Niekiedy przynależność do  regionu przejawia się w  korzystaniu z  przedmiotów codziennego użytku z  motywem haftu kociewskiego (notesy, długopisy, smycze, kubki, zakładki do  książek, teczki, a  nawet jednorazowe, papierowe serwetki i talerzyki) czy naklejki z gryfem, a częściej z  logo Kociewia – niebieskim modraczkiem. Przeciwnicy takiego przejawiania etniczności akcentują komercjalizację i utowarowienie kultury ludowej, stającej się produktem na sprzedaż, niemającym nic wspólnego z  istotą kociewskiej obyczajowości i  tradycji. Bez wątpienia Kociewianie poszli w swoich działaniach za przykładem wyrazistych sąsiednich Kaszubów, którzy w ten sposób świętują oraz przeżywają swoją tożsamość na co dzień i od święta. Trzeba też pamiętać, że są to zabiegi o dość krótkiej historii, pojawiające się pod koniec drugiej połowy XX w.21

  M. Mazurek, Język. Przestrzeń. Pochodzenie…, s. 305.   Innym, wyrazistym regionem, stosującym podobną politykę regionalną jest Śląsk, posiadający własny sklep internetowy z produktami śląskimi o nazwie Gryfnie. pl. Strona sklepu zasługuje na uwagę nie tylko z uwagi na wzornictwo, odwołujące się do górniczego charakteru regionu, ale wykorzystujący również gwarę (w warstwie fonetycznej, leksykalnej i składniowej) we wszystkich dostępnych opcjach witryny. 20 21


Emblematy etniczności w kociewskiej przestrzeni publicznej

55

Podsumowanie Kociewska tożsamość regionalna jest tożsamością rozmytą, nie posiada wyrazistych, jednoznacznych kwalifikatorów, jednakże pobudzana wśród mieszkańców staje się ich świadomym wyborem, procesem w budowie, kreowanym przez rytuały, tradycje wynalezione, a zbiorowa pamięć kulturowa pomaga w  jej tworzeniu i  podtrzymywaniu. Należy nadmienić, że  jest ona niejako rekonstruowana w  zupełnie odmiennym, nowym paradygmacie zjawisk, nowym układzie społecznym, niejako równolegle do  ważniejszej, co  zaznaczyli sami respondenci, tożsamości narodowej, mającej pierwszeństwo. Niebagatelną rolę odegrała również historia, w szczególności polityka władz PRL-u wobec kultury chłopskiej, wskutek czego kultura kociewska uległa polonizacji, a wszelkie jej przejawy uznawane za gorsze starano się skrzętnie ukryć lub wręcz usunąć z życia codziennego. Współcześnie, gdy idee regionalne przeżywają renesans, a  lokalizm staje się ważnym kierunkiem życia społecznego, grupy etniczne i jej członkowie, kreując tożsamość regionalną, coraz chętniej sięgają do rezerwuaru przeszłości, wybierając z  niej najbardziej utrwalone obyczaje, niezwykle odmienne od ogólnopolskich tradycje, zachowania, symbole, aby zdefiniować własną grupę i jej wyróżniające cechy. Czyniąc to w  nowych warunkach, Kociewianie ryzykują wywołanie wrażenia skansenowości, sprowadzenie kociewskości do jej wersji folklorystycznej, eksportowej, a zatem przesyconej skondensowanymi symbolami, stąd często w przestrzeni publicznej tożsamość kociewska przejawia się zakładaniem chusty, haftowanej koszuli, stroju kociewskiego, co budzi zarzut przebrania, razi niekiedy sztucznością w  połączeniu ze współczesnymi elementami stroju (okulary przeciwsłoneczne w  stylu amerykańskim, różnokolorowe krótkie włosy i dopięte do tego sztuczne warkocze), podobnie jak mowa wystylizowana mnogością leksemów na gwarowe „gadanie”. Zważywszy na status gwary kociewskiej jako języka familijnego, jego publiczne użycie ma wartość symboliczną. Nie jest podstawowym kodem semantycznym, a raczej kodem umownym, mającym, w chwili użycia wywołać poczucie wspólnotowości, poruszyć pokłady pamięci zbiorowej,


56

Anna Łucarz

odwołując się do grupowych wspomnień i sentymentów, np. w warstwie kulinariów. Taką funkcję pełnią aintopy, pulki, kuchy, szneki, wywołujące wśród mieszkańców regionu poczucie wspólnotowości: tak, znamy to; w naszym domu też się to gotowało; tak było wszędzie. Z drugiej strony zastosowanie gwaryzmów lub przymiotników kociewski, kociewska, kociewskie ma wyróżnić region spośród sąsiednich, a  użycie ich w  nazwach instytucji, ulic, imprez, uroczystości, obiektów handlowych jest niczym innym jak znakowaniem terytorium, podobnie jak użycie symbolicznych flag podczas pochodów, festiwali. To metakomunikaty identyfikacyjne, kategoryzujące przestrzeń oraz jej mieszkańców jako grupę etniczną, odwołującą się w swojej tożsamości zbiorowej przede wszystkim do kultury ludowej, zawartej w niej mentalności i hierarchii wartości. Obfitość użyć nazwy Kociewie i jej derywatów, odniesień gwarowych czy symbolicznych w przestrzeni publicznej, a tym samym codzienności Kociewiaków, pozwala przewidywać wzrost zachowań, nie tylko marketingowych, ale i  językowych, autoidentyfikacyjnych, w  przyszłości jako jeden z elementów silnie utrwalających poczucie regionalnej tożsamości mieszkańców miast i wsi kociewskich.


Anna Łucarz

„Żem lugał do wieczora”, czyli gwara kociewska wczoraj i dziś Ale tu bajzel! Listowy był? A cydelek od tego masz? W Pepco tego było ful czy tytułowe żem lugał do wieczora to tylko niektóre, zasłyszane w  różnych sytuacjach komunikacyjnych, współczesne zdania zawierające kociewskie leksemy. Celem niniejszych rozważań jest charakterystyka gwary kociewskiej, z uwzględnieniem warstw językowych, w których się przejawia i zarysowanie jej obecnego stanu, co zostanie uczynione na podstawie przeprowadzonych wywiadów indywidualnych i zogniskowanych wywiadów grupowych. Artykuł stanowi też próbę odpowiedzi na pytanie o stopień znajomości gwary oraz poziom identyfikacji z mową ojców, w oparciu o przeprowadzone na terenie Kociewia leksykalne badania kwestionariuszowe, jak też deklaracje złożone przez respondentów w  zamkniętych pytaniach ankiet socjologiczno-antropologicznych. Następnie określono status gwary kociewskiej, rozważając czy stanowi ona jakikolwiek środek komunikacji w kulturze oralnej mieszkańców regionu. Zasadne wydaje się też przybliżenie dotychczasowych badań gwary kociewskiej, jak również przegląd wydanych dotąd słowników. Bezsprzecznie należy zauważyć dwojakie tendencje: język, w  tym także odmiany lokalne, nie są zjawiskami, ale procesami, stąd nieustanna zmiana postaci gwary, tzn. trudno spotkać ją w kształcie sprzed 20 czy 40  lat, zwłaszcza zestawiając ją z  abstrakcyjnym, książkowym wzorcem, czyli wypowiedziami, realizującymi cechy gwarowe na wszystkich poziomach języka (fonetycznym, fleksyjnym, słowotwórczym, składniowym i  leksykalnym), co  potwierdza Jolanta Tambor w  rozważaniach nad stanem gwary śląskiej: „umierają jej nosiciele, inni – trochę młodsi – zmieniają nasycenie swoich wypowiedzi elementami gwarowymi (szczególnie specyficznymi elementami leksykalnymi)” (Tambor 2008: 80), zauważając


58

Anna Łucarz

jednocześnie, iż teksty stylizowane na „czystą gwarę” są rzadko spotykane nie tylko w  twórczości literackiej, niejako rewitalizującej dialekt, a  jednocześnie często rażą swoją sztucznością, brakiem autentyczności, potwierdzanym przez samych użytkowników gwary, którzy na co  dzień po prostu w ten sposób nie mówią. Druga tendencja to właśnie renesans gwary, a  wraz z  nim znacznej części leksyki (której najłatwiej w  sposób świadomy się wyzbyć), uważanej dotąd za słownictwo bierne, a wykorzystywanej w nowych, stylizowanych tekstach gwarowych.

Autorka w czasie sesji „Wisła w kulturze Kociewia i Żuław”

Badania gwary kociewskiej Kociewiem zainteresował się na początku XX w. ojciec polskiej dialektologii Kazimierz Nitsch, który jako pierwszy dokonał opisu dialektu kociewskiego, wyróżniając w nim, m.in. na podstawie realizacji samogłoski nosowej w  słowie gęś, trzy gwary: południową, z  szeroką wymową gęś > ganś; środkową, z zanikiem rezonansu nosowego gęś > geś oraz północną ze zwężeniem: gęś >  gynś, scharakteryzował także fonetykę i  fleksję kociewską. Na podstawie jego badań i  braku „a” ścieśnionego ustalono także obszar dzisiejszego Kociewia, tzw. rozszerzonego, obejmującego swoim zasięgiem tereny na lewym brzegu Wisły, rozciągające się od Skarszew do Gruczna za Świeciem.


„Żem lugał do wieczora”, czyli gwara kociewska wczoraj i dziś

59

Następną, ważną dla rejestracji i opisu gwary kociewskiej osobą był ks. Bernard Sychta i  jego dzieło Słownictwo kociewskie na tle kultury ludowej, w którym bardzo skrupulatnie odnotował gwarowe leksemy wraz z kontekstami ich użycia, niekiedy podał miejscowości rejestracji. Za jego spadkobierczynię uważa się Marię Pająkowską-Kensik, która niestrudzenie przemierza szlaki Kociewia, aby rejestrować gwarę kociewską nie tylko w piśmiennictwie, ale przede wszystkim w codziennym użyciu. W potocznym dyskursie odbierana jako „profesor z Kociewia”, utożsamiana jest z wydanymi słownikami (Mały Słowniczek Kociewski, Popularny Słownik Kociewski). Należy pamiętać, że  scharakteryzowała słownictwo kociewskie, wyróżniając w  nim kategorie semantyczne, opisała słownictwo wartościujące, nacechowane stylistycznie, dokonała przeglądu słowotwórczych wykładników ekspresji oraz analizy słowotwórczej rzeczowników, czasowników i  przymiotników w  kociewskim dialekcie. Oprócz dokonań naukowych nieustannie popularyzuje gwarę, a także kociewską kulturę w regionie i poza nim. Spośród osób zajmujących się tematyką gwary kociewskiej warto wspomnieć o  Bogusławie Krei, językoznawcy pochodzącym z  Kociewia, który interesował się toponimią regionalną (O nazwach miejscowości na Kociewiu, 1987) oraz o Ewie Rzetelskiej-Feleszko, charakteryzującej dialekt kociewski (Dialekt kociewski. Problematyka, granice słownictwa, 1969 oraz Słownikowe związki Kociewia z innymi gwarami Polski północnej). Badania porównawcze gwary prowadzili m.in. Hubert Górnowicz (Dialekt kociewski i malborski, 1967), Kwiryna Handke (O niektórych zbieżnościach kaszubsko-kociewskich, 1982) czy Jerzy Treder, zestawiający kociewszczyznę ze zjawiskami zachodzącymi w  języku kaszubskim (Pochodzenie Pomorzan oraz choronimów i etnonimów z obszaru Pomorza Gdańskiego, 1982 czy Ze studiów nad frazeologią kaszubską, 1986). W  ostatnich latach badaniem gwary kociewskiej zajmują się młodzi doktoranci Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w  Bydgoszczy, jak: Katarzyna Sturmowska-Hinz (frazeologia i  germanizmy), Natalia Kalkowska oraz autorka artykułu (dialekt kociewski jako wyznacznik tożsamości regionalnej). Pominięto w  tym miejscu całą rzeszę osób prywatnych, interesujących się gwarą kociewską, czego pokłosiem są minisłowniczki


60

Anna Łucarz

gwarowe czy społeczników, wykorzystujących ją w swoich lokalnych działaniach społeczno-artystycznych. Dokładny opis stanu badań gwar kociewskich oraz spis ogólnej bibliografii kociewskiej (w tym publikacji z dziedziny językoznawstwa) znajduje się w Popularnym Słowniku Kociewskim Marii Pająkowskiej-Kensik z 2009 r. na stronach 61–70 oraz 172–177.

Charakterystyka gwary Gwara kociewska należy do większego zespołu dialektu wielkopolskiego. Jej dokładną charakterystykę uzupełniono, na podstawie badań porównawczych, o analizę współczesnego stanu, co wydaje się być istotniejsze ze współczesnego punktu widzenia aniżeli dostępny w wielu dziełach protokół cech dialektu, zarejestrowany przez badaczy już w XX w. Opisując dialekt, trzeba uwzględnić kilka poziomów, na których można zarejestrować cechy gwarowe: XX płaszczyzna fonetyczna, najczęściej słyszalna w mowie mieszkańców, bo najmniej uświadamiana, a  przez to podlegająca najmniejszej redukcji w procesach wyzbywania się gwary lub po prostu podczas przechodzenia na kod ogólnopolski; XX płaszczyzna morfologiczno-składniowa, która ujawnia się podczas dłuższych wypowiedzi i wzrasta w trakcie rozmowy z eksploratorem, wraz z poczuciem bezpieczeństwa i swobody mówiącego; XX płaszczyzna leksykalna, najprostsza do  zauważenia przez samego użytkownika gwary w  opozycji do  języka ogólnopolskiego, stąd najczęściej poddawana redukcji w procesie socjalizacji i oficjalnych kontaktach językowych. Do gwarowych cech wyróżniających mowę współczesnych mieszkańców Kociewia na tle języka ogólnopolskiego, na podstawie zebranego materiału, można obecnie zaliczyć, na płaszczyźnie: 1. Fonetycznej XX system samogłoskowy – zwężenie [e]- > [y], [i], np. chleb- > chlyb, rzeka- > rzyka, mojego- > mojigo, problemu- > problymu, nie- > niy; zjesz > zjysz;


„Żem lugał do wieczora”, czyli gwara kociewska wczoraj i dziś

61

–­ pierwotna szeroka wymowa [ę] wygłosowego – > [a], np. patrzę- > patrza; ale i jako cecha fleksyjna w B. lp. rodzinę – rodzina, troszkę – troszka mówja gwaró, widzę tę dziewczynę- > widza ta dziewczyna; – nie występuje już w naturalnej, swobodnej mowie szeroka wymowa e przed nosowymi [eN]- > [aN], np. żem- >  żam; chłopakiem- > chłopakam. Jedynie jako efekt stylizacji bądź w użyciu żartobliwym. – obecność o ścieśnionego, [o]- > [ó], np. dom- > dóm, zwłaszcza przed nosowymi: kontakt- > kóntakt; on- > ón; – samogłoska aN przed nosowymi przechodzi w óN, np. bocian- > boción; – podwyższenie samogłoski [y]- >  [i], także w  wygłosie, np.  gruby> grubi; – wokaliczne zmiany wygłosowe, kontrakcja wygłosowej grupy [-ej]> [y]/[i], np. raczej- >  raczy, inaczej- > inaczy, tej samej- > ty samy, niej- > ni, bardziej- > bardzi; – zanik rezonansu nosowego i podwyższanie samogłoski [ą] w wygłosie- > [ó], np. dziewczyną- > dziewczynu, gwarą- > gwaru, wiedzą- > wiedzu, mówią- > mówju; śmietaną- > śmietanó. – zwężenie samogłoski nosowej [ą] w śródgłosie – >  [ó], np. ksiądz – >  ksióndz, na początku- > na poczóntku; – zanik dawnej cechy salience (sejliens) o wysokim stopniu wyrazistości w  realizacji samogłosek nosowych, na podstawie których K.  Nitsch wyróżnił granice wewnątrzgwarowe na Kociewiu, tzn. szeroka realizacja samogłoski nosowej na południowym Kociewiu, np. gęś- > ganś. XX system spółgłoskowy – rozłożenie wargowych miękkich na grupy spółgłoskowe: ofjara, mjiasto; – twarda wymowa grup [ke], [ky], [ge], [gy], np.  kerowniczka, cuker, kedy, po angelsku; – obecność spółgłosek protetycznych, jak [j], słyszalnej w wyniku prejotacji: rozumjisz, mojim, no ji wisz. – nieobecne współcześnie: labializacja (obiad), cecha bardzo wyrazista, której łatwo było wyzbyć się w pierwszej kolejności, przechodząc na kod ogólnopolski. Dziś wykorzystywana w stylizacjach i naśladownictwie


62

Anna Łucarz

gwary, odbierana jednak jako wymowa sztuczna, nienaturalna. Obecnie nie zaobserwowano: asynchronicznej wymowy wargowych miękkich (psiasek, psiwo), wyrównania analogicznego podarł- > poder; twardej wymowa grup [św] świeca, śwat. 2. Morfologii i składni – formy zakończone na [-m] w 1. os. lm czasu przeszłego, np. chodzilim, gralim w tysiónca, jedlim; – formy zakończone na [-óm] w 1. os. lp czasu przeszłego, np. chodziłóm, robiłóm; – formy zakończone na [-ta] dla 2. os. lm trybu rozkazującego, np. idźta, zróbta; kupta; – rodzaj męskoosobowy wyrazów akomodowanych przez rzeczowniki niemęskoosobowe, np. kobiety piekli, buraki poszli do piwnicy. – częste użycie strony biernej, także w przypadku ogólnopolskich czasowników nieprzechodnich, np. bylim bez przerwy zarobione, soboty pracowane byli, żem byli wyjechane; – użycie zaimka osobowego ja + czasownik w 3. os. lp cz. przeszłego dla 1 os. lp, np.: ja to widział (z. widziałem), ja Marysie wydyngował. – zjawisko fleksyjne częściowo zleksykalizowane, tzn. prawie zawsze końcówka zerowa w D. wyrazu dom, np. idzim do dóm oraz końcówka [-a] w Msc. l.p. w dóma, na Kociewiu występuje także bezprzyimkowa postać, np. bylim dóma/doma. Osobliwość obecna także w gwarze śląskiej; – zmiany uznawane za kolokwialno-potoczne, to ogólnogwarowa cecha końcówki [-ów] w D. l.mn. dla wszystkich rodzajów, np.: lykarzów, dzieciów, byłem najładniejszy chłopak ze wszystkich dziewczynów; – końcówka [-owi] w C. l. poj. rm., np.: ksiendzowi, chłopowi, a na północnym Kociewiu charakterystyczna końcówka [-owiu], np. chłopakowiu; – nie zanotowane podczas wywiadów, ale znane mi z autopsji zjawisko „dwojenia” i  „trojenia”, czyli zwracania się, zwłaszcza do  osób starszych, w 2. os. lm, np.: weźcie, dajcie. ­– brak rodzaju męskoosobowego w  odmianie przymiotników: dobre ludzie; grzeczne dzieci; miłe chłopy; – wśród liczebników forma dwa w rodzaju męskoosobowymi i niemęskoosobowym, np. dwa chłopy, dwa kobity, dwa psy.


„Żem lugał do wieczora”, czyli gwara kociewska wczoraj i dziś

63

– do rzadkich osobliwości w  warstwie składniowej należy zaliczyć repartycję przyimków, np.  użycie przyimka od  w  funkcji dzierżawczej, np. dziewczyna od Bonów, czyli córka Bonów oraz przyimek za w funkcji określnika czasu: za stary Polski, za mojich młodych lat; 2. Słowotwórczej – sufiksy – ak w tworzeniu nazw istot niedorosłych: cielak, prosiak, ale i w funkcji augumentatywnej, pogardliwej: głuptak, zdechlak, chuderlak; – sufiksy -ón, wyrażające pogardliwy stosunek do desygnatu, np. psión, chłopczón, a  nawet od  imion: Kazión, Edzión, ostatnia zadziwiająca rejestracja z września 2017 r. to wykorzystanie formantu w nazwie piwa chmielón, wraz z  wyjaśnieniem: „nazwą naszego piwa nawiązujemy do  gwary kociewskiej, gdzie końcówka -ón wskazywała, że  mamy do  czynienia z czymś naprawdę potężnym”1; – deminutywne sufiksy -yszek, -uszek, np. kamuszek, wianuszek; – sufiks -k- w funkcji deminutywnej połączony z formami werbalnymi stosowanymi wobec dzieci: jedzkaj, idźkaj, amkaj.

Badania porównawcze Współczesną odmianę gwary kociewskiej, zarejestrowaną w codziennych użyciach mieszkańców, rozmowach indywidualnych, wywiadach grupowych, zestawiono  z  mową interlokutorów Marii Pająkowskiej-Kensik, przeprowadzającej badania i  wywiady w  latach siedemdziesiątych XX w. na terenie Kociewia, by uzyskać w ten sposób informacje na temat żywotnych w  tej odmianie polszczyzny cech fonetycznych, fleksyjnych gwary kociewskiej. Ówcześni informatorzy to osoby, urodzone na przełomie XIX i  XX w. – najmłodsza w  1925  r. Informatorzy autorki urodzili się w  latach powojennych ubiegłego stulecia, od  lat mieszkają w  miejscowościach kociewskich – Świeciu nad Wisłą, Gniewie, Sulnowie, Jeżewie. Porównanie cech gwarowych dostrzeżonych w  wypowiedziach widnieje w tabeli i jest poniekąd powtórzeniem powyższej charakterystyki dialektu, bogatsze jednak w wiele przykładów.   Zob. fot. 13 na s. 49.

1


64

Anna Łucarz

W mowie współczesnych informatorów wciąż obecne są fonetyczne oraz morfologiczne cechy gwarowe. Materiał zarejestrowano w dwojakich sytuacjach: nieoficjalnych, podczas rodzinnych spotkań, okolicznych festynów, podsłuchanych rozmów członków zespołów folklorystycznych podczas Piaseczno Folklor Festiwal czy obecności autorki na lokalnych targowiskach. Niektórzy rozmówcy czuli się przed kamerą swobodnie, inni natomiast – wiedząc, że są nagrywani, kontrolowali swoje językowe przyzwyczajenia i wybory lingwistyczne, staranniej dobierając słowa. Zdarzało się, że formy gwarowe, których w  warunkach codziennych używają, opatrywali metatekstowym komentarzem: tak się mówiło lub jak to się mówi, chcąc tym samym zasygnalizować swój dystans do  regionalnych struktur lingwistycznych i  wyższą świadomość językową. Wynikało to zarówno z innej, niecodziennej, nieco oficjalnej sytuacji nagrywania wywiadu oraz samoświadomości językowej użytkowników, jak i niekiedy z pewnego zawstydzenia, co nawet jedna z  rozmówczyń skomentowała: jo, ja tam będa Pani gadać, a  Pani się będzie potem ze mnie śmiać. Jednym z  celów było znalezienie w  mowie mieszkańców względnie ustabilizowanych cech gwarowych (zwłaszcza obecnych w  warstwie fonetycznej), a  także jej cech regresywnych (dostrzegalnych w warstwie leksykalnej oraz zaniku słownictwa gwarowego2) i progresywnych.   Należy pamiętać, że najszybciej zanika słownictwo gwarowe, związane z kulturą materialną (nazwy narzędzi rolniczych, leksemy z  zakresu budownictwa, architektury), zmianami stosunków społecznych panujących na wsi. Jako przyczyny podaje się zarówno czynniki językowe, kulturowe, jak i  społeczne. Przemiany te są odbierane najczęściej jako regres i ubożenie słownictwa gwarowego, rzadko kiedy zmiany te rozumiane są jako bogacenie zasobu leksykalnego gwary. Należy powtórzyć za Józefem Kąsiem, że opisując zmiany w zakresie leksyki gwarowej nie wolno ograniczać się tylko do przemian zewnętrznych, tj. „mobilność członków danej społeczności, praca zarobkowa w innym językowo środowisku, poziom wykształcenia itp.” (2001: 193), ale trzeba uwzględnić motywacje wewnętrzne, tj. psychiczne, samych użytkowników gwary, stosujących ją obecnie (poza najstarszym pokoleniem mieszkańców Kociewia) w sposób świadomy, na podstawie intencjonalnego wyboru w określonej sytuacji komunikacyjnej, po jej uprzednim przeanalizowaniu. Zatem dany akt komunikacji rozmówca, znający gwarę, przepuszcza przez tzw. filtry, aby zachować nie tylko odpowiedni poziom komunikatywności w rozmowie z osobą nieznającą i nieposługującą się gwarą, ale również prestiż w jego oczach. 2


ścieśnienie samogłoski o > ó oraz e > y/i

do dómu oraz e > y/i, np. bilawa.

zwężenie ą w śródgłosie

to był wyjóntek (o torcie, który pojawiał się wyłącz- W Grudzióndzu; obowiónzki; w tysiónca granie na weselach), ón wzión, mónż, ja nie mogłam po- lim; wyglónda; porzóndny gospodarz wziół sóndzić, usióńdźta się koło pieca. Inna informatorka śla; nacióngnięty; sónsiadami; ksióndz. opowiada o swojej pracy na majóntku, w którym był dobry rzóndca i można było zarobić pinióndze, a niektórzy tułali się gdzie bóndź; człowiek miał sześćdziesiónt lat; sos zaciógnół gynsto śmietanó, słyszalne jest tu też zwężenie ą w wygłosie.

kóniec, kóń, nie narzekóm, ni pamientóm, nie mómy tego, pojechali brónić Warszawy, buraki byli kręcóne, świniak zasolóny, każdy trzónek był robiony.

zjysz zupa mlyczna, chlyb, swojski syr z kminkiem.

brak

brak

odnosowienie samogłosek noso- nieszcześliwy, ciazko było wych wyrównania analogiczne form śpiweli, greli (cecha Kociewia środkowego), greli, poczasownikowych wiadeli, wykuleli, czaroweli, pończochy ubiereli, breli na buzia (pojawiły się np. u informatorki z Przysierska, która przeprowadziła się z Kociewia Środkowego)

Badania terenowe A. Łucarz, pocz. XXI w. (lata 2010–2016) brak

Badania terenowe M. Pająkowskiej-Kensik lata siedemdziesiąte XX w.

wymowa z asynchroniczną mięk- ziemnia, mniasto, mówjli, bjiedny, robić, kością, ale już nie: psiasek czy psiankny.

Zjawisko językowe

!bardzo słyszalne zwężenie oN przed nosowymi, óni, kóń, dómek, kómorze, jeździli jak szalóne, wzióńść które przechodzi w ó kupić; w kómorze przyjść ni może. (oN > óN) Cecha objawiała się w słownictwie związanym z kulinariami: mieli usmażóne, przekrojóne, wystudzóne, kapusta kiszóna, drożdżówka była upieczóna.

FONETYKA

Płaszczyzna języka

Tab. 1. Zestawienie zjawisk językowych, obecnych w mowie badanych przez Marię Pająkowską-Kensik oraz w rozmowie z informatorami Anny Łucarz


tera meble só; śmietanó;

Badania terenowe M. Pająkowskiej-Kensik lata siedemdziesiąte XX w.

twarda wymowa cząstki -św

formy z  końcówką -m, zarówno w 1.os. cz. przeszłego, jak i teraźniejszego,

MORFOLOGIA I SKŁADNIA

Tamój leży

płukalim; wozilim; zarabialim; dostalim; gotowalim;

mjeszkalim; chodzilim; będziem musieli; gadalim; gościlim; gralim; mielim; jedlim

mieszkaniec Brzezin, który nie tylko twardo wyma- dziś rzadko spotykana, tylko w formie żarwia cząstkę -św w wyrazie Śwecie, ale też szeroko tobliwej lub z zaznaczeniem, iż tak mówiorealizuje samogłoskę e i ę przed niektórymi spółgło- no dawniej, skami, np. cianżko; u ksiandza; ranka; pianć godzin; wiankszy.

zaimek wskazujący tamój, (cha- jak my tamój śpiwali! Poszli tamój. rakterystyczny zarówno dla Mazowsza Wschodniego, jak i Kaszub czy gwar malborskich)

do czwarty; szósty; pierwszy czy w ty niewoli (z. tej)

skracania końcówki -ej do y i zwężenie wymowy

siódmy; raczy; trzeci; i tak dali; nowy szkoły; późni; lży; dolewali bónowa do zbożowy; na kóniec drugi wsi; (z. raczej, dalej, nowej, później, lżej, zbożowej, drugiej).

mónż mówił prawda?; ja choruja i ja nie moga; óni Delma (z. Delmę) mjeli taka uroczystość; pomyślałóm zgłosza się do lykarza

widza

ojciec i ułani walczyli pod Warszawó i pod Bzuró

Badania terenowe A. Łucarz, pocz. XXI w. (lata 2010–2016)

przemieszanie B. z M.

występuje pierwotna szeroka wy- patrza mowa ę wygłosowego,

utrata rezonansu nosowego w wygłosie przez samogłoski nosowe, w przypadku ą wiąże się  z  podwyższeniem artykulacji i przejściem w wymowie w ó

Zjawisko językowe

osobliwość

!często

FONETYCZNO-FLEKSYJNE

Płaszczyzna języka


SŁOWNICTWO

SŁOWOTWÓRSTWO

!częste występowanie

Płaszczyzna języka

ja Marysie wydyngował lub ja to widział

zrobiłam dla Julci wianuszek; wianyszek modraków

formy czasu przeszłego (użycie formy 3. os. z zaimkiem osobowym ja)

zdrobnienia, tworzone za pomo- kamuszek, kamyszek cą formantów -uszek, -yszek

nikt się nie rychtował; jak byłem małym bajtlem; co za kawał klóna – na określenie kogoś bezczelnego, ajntopy im były robione; cechunek; ida do  balwirza; stawialim na ruczka; pranie latem wozilim na szlufach do jeziora; gdzie je moja jupka.

bylim bez przerwy zaróbione; soboty pracowane byli albo tak było nauczone czy inne, tj. było pogadane; było powspominane; było nalywane; świniaki byli zabijane; kuchy byli pieczone

formy strony biernej

czasowniki rodzaju męskoosobo- kobiety piekli; topili; gnietli takie szory; rano zupy je- liście zostawali; buraki poszli do piwnicy dla wego w zastosowaniu z rzeczow- dli; sezonowe robotniki byli wywłaszczóne; boże rany krowów; kawałki spadali byli; tam ich zamkli; tam kobiety musieli leżeć; adwonikami wszystkich rodzajów katy przyjeżdżali;

Kupta mi delma w Kauflandzie

zrobiłóm,

chodziłóm; miałóm; byłóm

charakterystyczne końcówki -óm w czasie przeszłym

końcówka -ta dla 2.os. lm w try- idźta bie rozkazującym

żem poszli do dóm, żem lugał do wieczora.

Badania terenowe A. Łucarz, pocz. XXI w. (lata 2010–2016)

żem był w niewoli; żem się zgłosił

Badania terenowe M. Pająkowskiej-Kensik lata siedemdziesiąte XX w.

forma analityczna żam widziała czy żem je, obok prostej formy jezdem.

Zjawisko językowe


68

Anna Łucarz

W rozmowach starano się podejmować tematy podobne do tych z analizowanego materiału, aby nie tylko sprawdzić dzisiejszy stan gwary, jej systemu fonetycznego, leksykalnego, ale też znajomość i żywotność ludowej kultury. Pojawiają się więc obyczaje weselne, tj. chodzenie maszków, przebranych w stare lumpy, ale i pustanoc. W opowieściach o domu, obejściu pojawiają się porównywalne dania, jak np. szturane kartofle, jak też współczesne odpowiedniki tj. „szneki kupowane w markecie”, potwierdzające współczesne przemieszanie gwary z ogólnopolskim językiem potocznym. Wielu językoznawców3 podkreśla fakt, że obecny język wsi to często kontaminacja gwary i  języka potocznego, która tworzy nową odmianę tego typu języka, co  często określa się mianem interferencji, czyli wzajemnego wpływu gwarowych systemów językowych i polszczyzny ogólnej, obok drugiej tendencji – unifikacji, czyli wyzbywania się gwary na rzecz języka ogólnego. Halina Pelcowa zauważa: sytuacja językowa dzisiejszej wsi to zderzenie tego, co stare, dawne i często odczuwane jako zacofane, z tym, co nowoczesne i współczesne. We współczesnej wsi przeplatają się dwa kręgi kulturowe: swojski, funkcjonujący przez dawne językowe formy gramatyczne i słownictwo z kręgu kultury materialnej i duchowej, i obcy – przeniesiony z miasta (2001: 185).

Wraz z przemianami społecznymi, kulturowymi, przemysłowymi, zmiana w  mowie mieszkańców wsi jest nieuchronna, odchodzą w  przeszłość gwarowe leksemy, a  nawet całe pola semantyczne, zastępują je inne – pochodzące z polszczyzny ogólnej, potocznej. Pisze o tym m.in. Bogusław Wyderka: najszybciej na zmiany zareagował system leksykalny, system fonetyczny okazał się znacznie stabilniejszy aniżeli inne poziomy języka (…), przy czym stosunek emocjonalny do gwary przodków nie jest czynnikiem obojętnym (Wyderka, 2001: 140).

3   Zob. m.in.: H. Kurek, Gwary dziś, „Postscriptum” 2004–2005, nr 1–2 (48–49), s. 227– 234; H. Pelcowa, Przeszłość w językowym obrazie świata współczesnej wsi, [w:] Przeszłość w językowym obrazie świata, red. A. Pajdzińska, P. Krzyżanowski, Lublin 1999, s. 253–267 lub S. Cygan, Zmiany w słownictwie mieszkańców wsi w kontekście przemian społeczno-kulturowych, „Kieleckie Studia Filologiczne” 1996, nr 10, s. 43–53.


„Żem lugał do wieczora”, czyli gwara kociewska wczoraj i dziś

69

Tę tezę potwierdził jeden z interlokutorów, gdy zapytany o swoje ulubione słowo gwarowe, mówi: [ I]:4 Toć te słówka już tak pouciekali, pomijali, że się nie pamięta. [E]: Dlaczego pouciekały? [I]: Bo już je  inne zastąpili, przyszli inne wyrazy, już só inne. Jak ja do żony mówjia coś w sklepie, to mnie gani nawet, że ja nie tak mówia jak mam mówić – po polsku, bo ja po jakiemuś innemu gadam?! [E]: Niech Pan poda przykład jakiejś sytuacji, słowa… [I]: Zapomniałem, muszę żony spytać co ją jadowi w sklepie. Chyba te szneki jak proszę… Informator, zastanawiając się nad przyczyną wymierania gwarowych desygnatów, posługując się odmianą ogólnopolską, nie tylko nieświadomie użył kociewskiego czasownika jadowić się5, ale przede wszystkim nie wyzbył się fonetycznych, fleksyjnych cech gwarowych. W  dalszej części rozmowy podkreśla, że  mieszkańcy regionu nie znają swojej gwary, akcentując jednocześnie własne przywiązanie do języka małej ojczyzny. [E]: Czy Pan mówi czystą polszczyzną? [I]: Raczy ni, bo mówia, a ludzie do mnie: „Pan mówi jak Ślónzak – a pan je stónd!” (…). Ludzie nawet nie wiedzó niektórzy, że óni gwaró mówjó. Tu się urodzili i te słowa do nich przenikli, tak samo jak i do nas, rodzice tak mówili, dziadkowie, a my nawet nie wiedzieli, że my gwaró jakąś gadamy – tak bym powiedział po prostu. Obok gwałtownych przeobrażeń i dążeń do unifikacji kultur, od kilku lat na Kociewiu obserwuje się ożywione zaciekawienie regionem, nie tylko za sprawą wznawianych i uzupełnianych słowników gwarowych, edukacji regionalnej prowadzonej początkowo zgodnie ze ścieżkami edukacyjnymi w  placówkach oświatowych, następnie w  formach wykraczających poza   Użyte skróty oznaczają: I – informator, E – eksplorator.   Halina Pelcowa stwierdza, że  motywacji użycia gwary należy szukać nie tyle w  strukturach językowych, ile w  świadomości językowej mówiącego. Jako ważne podaje uwarunkowania pokoleniowe, sytuacyjne, środowiskowe, geograficzne, socjologiczne i emocjonalne, z którymi mamy do czynienia w tym wypadku, bowiem podczas kłótni, wypowiadania skarg czy opowieści o  niepowodzeniach informatorzy częściej używają prymarnego kodu językowego, jakim dla wspomnianego rozmówcy jest gwara niż w sytuacjach neutralnych. Zob. więcej: H. Pelcowa, Metodologia badań leksyki gwarowej u schyłku XX wieku, [w:] Gwary dziś. 1. Metodologia badań, Poznań 2001, s. 183–189. 4

5


70

Anna Łucarz

mury szkolne i nieobligatoryjne już przepisy6, ale także dzięki prężnie działającym organizacjom, portalom internetowym, licznym seminariom, konferencjom naukowym i popularnonaukowym, jak chociażby cykliczne Kongresy Kociewskie, odbywające się od 1995 r.

Znajomość leksyki gwarowej Podstawę oceny obecnego stanu gwary kociewskiej stanowiły także badania o charakterze ilościowym, czyli ankiety sprawdzające znajomość wybranych gwaryzmów kociewskich, ich żywotność oraz wskazanie tych najbardziej reprezentatywnych spośród zawartych w ankiecie oraz określenie roli gwary kociewskiej w budowaniu grupowej przynależności do regionu. Eksplorację przeprowadzono wśród mieszkańców Kociewia: w  tym z Tczewa i okolic, ze Starogardu Gdańskiego i okolic, z Pelplina i okolicznych miejscowości, z  okolic Osieka oraz ze Świecia, z  Jeżewa, Sulnowa, Sulnówka, Gniewa, Nowego oraz nadesłanych przez mieszkańców regionu, m.in. w tamtejszych szkołach7, klubach seniorów czy kołach gospodyń   Warto wspomnieć, iż  obowiązek realizacji ścieżek edukacyjnych w  polskich szkołach nastąpił 1 września 1999  r., na podstawie Rozporządzenia Ministra Edukacji i obejmował na II i III etapie kształcenia nie tylko edukację regionalną, lecz także edukację czytelniczą i medialną, ekologiczną, prozdrowotną, europejską, filozoficzną i  inne. Likwidacja ścieżek nastąpiła 1 września 2008  r., co  wpłynęło na dwojakie postawy nauczycieli: jedni całkowicie zrezygnowali z edukowania młodzieży w zakresach wyznaczonych wcześniej przez ścieżki edukacyjne, realizowane na kilku przedmiotach, drudzy natomiast nie tylko kontynuowali swoją pracę dydaktyczną w szkole, lecz podejmowali także szereg działań mających pobudzić lub podtrzymać świadomość regionalną w  podlegających im zespołach uczniów, a  niekiedy nawet i  całych społecznościach lokalnych. Często promowali kulturę regionu, akcentując znaczenie gwary kociewskiej, regionalnej kuchni, walorów lokalnej przyrody w procesie kształtowania postawy patriotycznej młodego człowieka i jego samoidentyfikacji narodowej w odniesieniu do najmniejszej ojczyzny jaką jest region, w którym człowiek wzrasta, dojrzewa, jak również nabywa wszelkich kompetencji społecznych. 7   Badania przeprowadzono dzięki życzliwości Dyrekcji, Grona Pedagogicznego oraz chęci uczniów z następujących placówek: Gimnazjum nr 3 w Świeciu, Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych w  Świeciu, Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych w  Gniewie, Zespołu Szkół Publicznych w Osieku, Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych w Nowem – liceum i technikum, II Liceum Ogólnokształcącym im. Ziemi Kociewskiej w Starogardzie Gdańskim oraz Zespołu Szkół Ekonomicznych im. Janusza Pasierba w Tczewie. 6


„Żem lugał do wieczora”, czyli gwara kociewska wczoraj i dziś

71

wiejskich8, a także podczas różnych festiwali regionalnych9. Najmłodszy respondent miał 9 lat, a najstarszy 87 lat, ogółem ankietę uzupełniło swoimi wyjaśnieniami niespełna 600 respondentów. W ankiecie lingwistycznej, sprawdzającej znajomość wyrazów z gwary kociewskiej, wystąpiło sto leksemów, wyłonionych na zasadzie: XX wyrazy powszechnie znane, słyszane w codziennym użyciu mieszkańców regionu, jak np. jo; XX słowa nieużywane, jednak znane Kociewianom; XX leksemy wyekscerpowane ze słowników ks. Bernarda Sychty i  Marii Pająkowskiej-Kensik, oznaczone przez nią jako przestarzałe, a  także na podstawie własnej znajomości leksemów przez autorkę pracy. Uwzględniając pojawiające się w ankietach określenia, skupiono się na trafności podanych objaśnień, zgodnych bądź zbliżonych do  wersji słownikowej, która stanowi „szablon” odpowiedzi. Jako słowa poprawnie objaśniane, oprócz odpowiedzi szablonowych, rozumie się także skojarzenia znajdujące się w tym samym polu semantycznym, co znaczenie słownikowe bądź jakikolwiek zbliżony sens odpowiedzi respondenta lub jego skojarzenie, także niepełne. Na uboczu pozostawiono kwestię etymologii oraz przynależności poszczególnych leksemów wyłącznie do  gwary kociewskiej, podkreślając jednocześnie, iż słowa zawarte w ankiecie uważane są za występujące także w gwarze kociewskiej, stąd m.in. znane również na Śląsku germanizmy, jak np. przysłówek fest/feste (mocno); czasownik rychtować się (szykować, przygotować) czy wyrazy funkcjonujące w polszczyźnie ogólnej z kwalifikatorami, np.  stylistycznymi – książkowe, potoczne, a  obecne w  gwarze kociewskiej, będące w  codziennym użyciu, jak np. czasownik cyganić – kłamać, do kupy – razem (uznane w NSJP jako potoczne). Celem autorki było całościowe ujęcie systemu leksykalnego na Kociewiu, a nie poznanie gwary konkretnej wsi, stąd uwzględnienie wszystkich   W tym miejscu należy wymienić i podziękować członkom Klubu Seniora Astor z  Jeżewa, Klubu Spółdzielczego Domu Kultury w  Starogardzie Gdańskim, Klubu Seniora działającego przy Miejskiej Bibliotece Publicznej w Pelplinie, członkom Polskiego Związku Emerytów, Rencistów i Inwalidów ze Starogardu Gdańskiego, czytelnikom Miejskiej Biblioteki w Świeciu i Gniewie, Paniom z Koła Gospodyń Wiejskich z Jeżewa. 9   Na przykład uczestników gruczeńskiego Festiwalu Smaku czy wśród wykonawców z zespołów folklorystycznych podczas Piaseczno Folklor Festiwal. 8


72

Anna Łucarz

grup pokoleniowych, środowiskowych z badanego obszaru oraz słownictwa z różnych dziedzin życia, desygnatów o charakterze onomastycznym, jak np. nazewnictwo potraw, narzędzi rolniczych, części ciała, ale i leksyki werbalnej (nazwy czynności), ekspresywizmów, wyrazów wartościujących, nacechowanych emocjonalnie (zarówno rzeczowników, czasowników, jak i przymiotników), aby uzyskać aktualny obraz czynnego i biernego słownictwa w gwarze kociewskiej10. W obrębie znajomości gwary kociewskiej można zaobserwować dysonans pomiędzy jej deklarowaną znajomością (46% ankietowanych uznało, że nie zna gwary, 16% nie udzieliło odpowiedzi, a 3% uważa, że mowa lokalna jest jej trochę znana, 35% respondentów zapewnia o znajomości kociewszczyzny), a  faktyczną wiedzą o  poszczególnych leksemach gwarowych, bowiem objaśniania często podejmowały się także osoby deklarujące nieznajomość gwary, poprawnie definiując leksemy. Być może wynika to z nikłej świadomości oraz braku jednoznacznej normy, wzorca „mówienia gwarą”, Jolanta Tambor zauważa: „przez przeciętnego użytkownika gwary wychwytywane są tylko «słówka», ausdruki, ale poziom fonetyczno-fleksyjny jest właściwie nieuświadamiany” (Tambor, 2008: 230). Bardzo często interlokutorzy zachowawczo woleli odpowiedzieć, że  nie znają gwary, by  potem w  swobodnej rozmowie nie tylko posługiwać się gwarowymi wyrazami, ale też nierzadko szeroko objaśniać wybrane desygnaty kociewskie. Do słów najbardziej żywotnych należą przede wszystkim nazwy przedmiotów, zjawisk, potraw, które jeszcze nie wyszły z  użycia, jak kociewska partykuła jo czy szneka – wręcz emblematycznych dla regionu czy lokalny liczebnik nieokreślony ździebko, ale też: nazad, pierny, fejn, tutka, jak również czasowniki, rzeczowniki i przymiotniki wartościujące ludzi, ich zachowania czy wady. Do grupy gwaryzmów o najbogatszej treści należy zaliczyć czasowniki wartościujące: feflónić, dziómdziać, lófrować, karować, zanudzać, szmyrgać, szpukować, dóndrować, wyrażające czynności odstające od  normy11,   Zasadność takiego podejścia metodologicznego potwierdza m.in. Z.  Zagórski w artykule pt. O różnych metodach badań dialektologicznych, [w:] Gwary dziś. Metodologia badań, t. 1, red. J. Sierociuk, Poznań 2001, s. 25–31. 11   Maria Pająkowska-Kensik wyróżnia kategorie semantyczne w  słownictwie kociewskim, odnoszące się do  człowieka ze względu na jego wygląd (wzrost, tuszę, 10


„Żem lugał do wieczora”, czyli gwara kociewska wczoraj i dziś

73

wręcz piętnowane przez regionalny system wartości, zakodowany przecież w lokalnej mowie, związanej z  antropocentryczną perspektywą, w  której słownictwo związane ze społecznością ludzką jest bardzo bogate. Z  tego punktu widzenia, w  szeroko komentowanym kręgu leksykalnym, odnajdziemy także liczne rzeczowniki i przymiotniki, nazywające czynności lub osoby negatywnie oceniane bądź przedmioty złej jakości, zniszczone, np.: plachandry, termedyje, lontrus, glómza, gzub, karadeja, okryjbieda, pluchy, frechowny. Gwara jako potoczny język mówiony społeczności wiejskiej, obok funkcji pragmatycznej, miał też funkcję ekspresywną, co uwidacznia się w wyżej przytoczonych przykładach, objawiając się liczebnością synonimów leksykalnych, sporą liczbą jednostkowych nazw, będących wynikiem indywidualnych skojarzeń, konotacji, jak np.  w  słowie glómza czy lontrus. Inne gwaryzmy kociewskie wywołujące liczne skojarzenia u respondentów to m.in. podsztucować, sztafierować się, krużowaty, fyrtel. Wśród leksemów o największej synonimii gwarowej, wywołujące emocjonalną, sentymentalną postawę wobec wyrazu bądź desygnatu, znalazły się.: aintop, kerzanka, szuńdy, plata, balija, które choć wyszły z użycia (zarówno słowa, jak i przedmioty), to są silnie obecne w świadomości badanych i obrazie bliskiego im świata, znanego z autopsji. Do  słów definiowanych rzadziej, jedynie przez najstarsze pokolenie badanych, ale w sposób bardzo opisowy i precyzyjny należą nazwy narzędzi lub przedmiotów stosowanych dawniej w  gospodarstwie domowym, jak np.: szuńdy – nosidła do wody czy narzędzie do wyrobu masła – kerzanka albo czynność szydełkowania – heklowania. Oprócz zawartych w ankiecie słów niektórzy podawali własne, ulubione lub znane wyrazy wraz z wyjaśnieniami, np.: szonek (młody las), sztreka (ścieżka), bysząg (nasyp przy torach kolejowych), zydel (taboret), szorc (zapaska w kuchni), apleger (kwiat, rozsada i kosiarka do zboża), szeląg (regał kuchenny), rygiel (kostka szarego mydła), krwawa (czarny salceson), sztrejować (rozsypać słomę pod bydło), sztrykować (robić na drutach), zylc (galaretka z  nóżek świńskich), kierat (maszyna do  produkcji prądu), schludność), wiek, status społeczny, wady, przywary i ułomności, które są szeroko, pejoratywnie nazywane, a  nawet stopniowalne, jak np.  braki w  urodzie. O  słownictwie wartościującym w gwarze kociewskiej zobacz więcej w: M. Pająkowska, Słownictwo kociewskie a kultura ludowa, Bydgoszcz 1997.


74

Anna Łucarz

klaper (maszyna do czyszczenia żarna), szpajze (legumina – deser z jajek surowych), koponka (naczynie do  rozsiewania nawozu), dryla (maszyna do zasiewu zboża), szturcować (zwracać uwagę komuś), szyprować (przeszukać czyjeś rzeczy), hajzerować (odwiedzać sąsiadów), zaszperować, zaketować (zamknąć coś), szałerek (pomieszczenie na drewno). Informatorem był mężczyzna z Jeżewa, lat 70, trudniący się gospodarstwem rolnym, stąd w jego leksykonie gwarowym wiele nazw narzędzi. Inna osoba podaje z kolei następujące leksemy: łaskiego latosią (ubiegłego lata), na fryja (na wiosnę), zułsa (sos), karbonada (schab), rajbor (ręczna pralka z blachy), trygel (duże naczynie do gotowania). Podsumowując zebrany materiał, należy nadmienić, że  formularze osób wykazujących się opanowaniem leksyki gwarowej w  najwyższym stopniu zawierały prawidłowe, wręcz szablonowe odpowiedzi, bez prób wyjaśniania nieznanych słów. Definicje respondentów, zwłaszcza młodych, nierzadko pokazują, że kojarzą oni wyraz, lecz nie znają dokładnego znaczenia i  zastosowania w  codziennej mowie, bądź rekonstruują znaczenie na podstawie indywidualnych konotacji semantycznych, znanego sobie kontekstu, fragmentu rzeczywistości, jak np. w słowie lófrować czy łyskać się – coś z burzą, ale nie wiem dokładnie. Józef Kąś zwraca uwagę na różnicę pomiędzy trwałością pojęcia a trwałością samego leksemu: szybciej ginie leksem, a pojęcie wyrażane bywa konstrukcją składniową. Jest to sytuacja nader częsta zwłaszcza u ludzi młodych, którzy nawet widzieli desygnat i wiedzą, że miał on swoją nazwę, ale już jej nie znają (2001: 195)

Najczęstsze błędne wyjaśnienia wynikały z podobieństwa fonetycznego gwaryzmu do słowa ogólnopolskiego, np. grochowinka to grochówka, derować to darować. Poziom znajomości gwary wśród dorosłych jest znacznie wyższy, rzadko nie podają wyjaśnienia któregoś z leksemów, aczkolwiek równie często są to objaśnienia kontekstualne. Dla tej grupy znajomość gwary jest jednoznaczna z byciem Kociewiakiem, będącej – w ich ocenie – wyróżnikiem regionu. Trzeba zauważyć, że w obrębie jednej gwary funkcjonuje różny poziom jej znajomości, na Kociewiu południowym jest on w chwili obecnej najniższy, w okolicach Osieka mieszkańcy dość sprawnie posługują się gwarą i poprawnie objaśniają gwaryzmy zawarte


„Żem lugał do wieczora”, czyli gwara kociewska wczoraj i dziś

75

w ankiecie, wyrażając pozytywny stosunek wobec tej odmiany języka, podobnie jak w  Gniewie czy Nowem, a  w  przeciwieństwie do  grupy badanych z Pelplina, którzy choć gwarę znają, wykazują się negatywną postawą wobec niej. Badania na terenie Kociewia potwierdzają obserwacje dialektologów, że  lepiej znają i  chętniej posługują się gwarą osoby starsze, dla których jest lub był to często pierwszy, podstawowy kod komunikacyjny oraz mieszkańcy wsi niż miast, chociaż grupa mieszkańców Tczewa i  okolic oraz respondenci ze Starogardu wypadają bardzo dobrze, w porównaniu np. z przebadanymi mieszkańcami Świecia a jego okolicami.

Status gwary kociewskiej Status gwary kociewskiej i jej rolę w  kształtowaniu tożsamości regionalnej zrekonstruowano na podstawie odpowiedzi respondentów na pytania  zawarte w  ankiecie o  charakterze socjologiczno-antropologicznym, badającym najważniejsze składniki kociewskiej tożsamości regionalnej. Zapytano o deklarowaną znajomość dialektu, a co za tym idzie samoświadomość lingwistyczną respondentów, jak również zaczerpnięto z wypowiedzi dotyczących okoliczności i kontekstów użycia gwary przez badanych. Gwara kociewska ma obecnie status języka familijnego, używanego okazjonalnie, zależnego od  wszystkich elementów aktu komunikacyjnego – kontekstu, typu kontaktów, odbiorcy. Współcześnie gwara kociewska nie jest podstawowym kodem komunikacyjnym, z  wyjątkiem osób, które nie mają wielkiej świadomości językowej, a elementy gwary wplatają nieświadomie do swojej mowy lub dla osób, które poprzez użycie gwary wyrażają swoje przywiązanie do regionu, dumę ze swojego kociewskiego pochodzenia, a gwara w ich przypadku staje się ważnym elementem autoidentyfikacji. Najstarsi mieszkańcy Kociewia pozostają bardzo często przy słownictwie gwarowym, stosując je we wszystkich sytuacjach komunikacyjnych i na wielu poziomach systemu językowego (fonetycznym, fleksyjnym, leksykalnym i  składniowym). Pokolenie średnie informatorów zna zarówno wyrazy dawne, jak i nowe leksemy z polszczyzny ogólnej, stosuje je


76

Anna Łucarz

naprzemiennie, przez pryzmat tzw. filtrów nakładanych na określone akty komunikacji, uwzględniając stopień oficjalności danego kontaktu językowego oraz jego typ. Natomiast najmłodsze pokolenie posługuje się głównie kodem ogólnopolskim, a elementy gwarowe – zwykle w obszarze leksykalnym – pojawiają się sporadycznie, prawie wyłącznie w rozmowach z przedstawicielami najstarszego pokolenia (np. dziadków), a niekiedy – w mniejszych środowiskach – także w kontaktach z rówieśnikami, znajomymi, nigdy jednak w kontaktach oficjalnych. Halina Pelcowa konstatuje, że  zmianom tym towarzyszy coraz wyraziściej zaznaczona świadomość językowa mieszkańców wsi i wartościowanie nazw. Przeszłość przeciwstawia się teraźniejszości, miejskość – wiejskości, obcość – swojskości (Pelcowa, 2001: 188).

Relacje te są uzasadniane pokoleniowo – to, co dla najstarszych brzmi swojsko, dla najmłodszych jest najczęściej obce. Dziś w  kulturze oralnej mieszkańców, posługujących się gwarą na co dzień, zarówno w sytuacjach prywatnych, jak i oficjalnych, częściej spotykamy język mieszany – gwarę z potoczną odmianą języka polskiego, a młodzież, znająca leksemy języka regionalnego, nie przywiązuje do niego wagi, niewielu z nich wykazuje też przywiązanie do regionu. Ankietowani gwarą kociewską najczęściej posługują się w rozmowie z dziadkami (17%) lub rodzicami (14%), na poziomie pisemnym nieliczni (2%) piszą i  czytają (5%) w  gwarze kociewskiej. Natomiast myślenie „po kociewsku” deklaruje zaledwie 5%, chociaż często w swoich wypowiedziach ujawniają światopogląd zbliżony do mentalności regionalnej, opartej na stereotypach, wyrazistych opozycjach swój-obcy. W większości respondenci gwary nauczyli się sami (21%) lub z najbliższego, domowego otoczenia – od rodziców (18%) i dziadków (15%), zwracając uwagę na ich doniosłą rolę zarówno w tym zakresie, np.: nauczyłam się w domu rodzinnym od dziadków i rodziców, gdyż to był język naszej komunikacji międzyludzkiej. Taka droga jest zgodna z procesem nabywania kompetencji socjolingwistycznych, często nieświadomym na drodze socjalizacji już od pierwszych dni życia (za Grabias, 1997: 59). Natomiast 14% ankietowanych podało inne sposoby, źródła lub osoby odpowiedzialne za ich znajomość gwary kociewskiej. Odnotowano bliższą i dalszą rodzinę, np.: mój mąż; przyswoiłam od teściowej i ze słownika Bernarda Sychty; rozmawiając ze starszymi, dalekimi krewnymi; wujo-


„Żem lugał do wieczora”, czyli gwara kociewska wczoraj i dziś

77

stwo ze wsi. Wiele osób wskazuje na otoczenie, środowisko i innych obcych ludzi, podkreślając, że  był to proces osłuchiwania i  przyswajania gwary, tj. słyszałem u innych; słyszałam rozmowy sąsiadów; podsłuchiwałem na wsi; od rdzennych Kociewiaków. Niektórzy ankietowani skupiają się głównie na aspekcie osłuchania się z gwarą, np.: przez osłuchanie się; usłyszałem i zapamiętałem; tyle, co usłyszałem; słyszałam. Jeszcze inni zwracają uwagę na rolę nauczycieli oraz innych działaczy, których nauczanie gwary mogło mieć charakter instytucjonalny, ale nierzadko są to pasjonaci regionu. Dłuższą, bardziej osobistą wypowiedź złożył pan Jan Ejankowski: „Na początku stycznia 1952 r. zostałem nauczycielem Szkoły Podstawowej w Lalkowach, koło Twardej Góry (powiat Starogard Gd.), gdzie pracowałem do  jesieni 1954  r. W tej miejscowości w owym czasie wszyscy gadali «po naszamu». Właśnie tam nauczyłem się też gadać po naszamu. Tam na przełomie 1952/53 udało mi się stworzyć pierwszy kociewski zespół śpiewaczy «Kociewie», a w nim poznałem panienkę Barbarę, która stała się moją żoną”. Ankietowani, wskazując konteksty sytuacyjne użycia gwary kociewskiej, podają, że w codziennych kontaktach rodzinnych, jak i zawodowych, w  większości używają języka ogólnopolskiego, jest to przedział od  83 do 96%. Najczęściej ogólnonarodowej odmiany języka używają w kontaktach oficjalnych – ze współpracownikami lub sąsiadami, natomiast gwara ma status języka domowego, familijnego, którego badani używają w relacjach z osobami bliskimi, zaufanymi, wobec których nie muszą zachowywać dystansu, dbać o swój wizerunek12, tzn. najczęściej (17%) z dziadkami 12   Język ogólnopolski uważany jest na Kociewiu za bardziej prestiżowy, jest superstratem wobec substratu, który stanowi gwara kociewska. Ta ostatnia stosowana jest w większości w sytuacjach nieoficjalnych, częściej na wsi niż w mieście. Jak uzasadnia Józef Kąś, współcześnie posługiwanie się słownictwem ogólnopolskim ma wymiar nie tylko „komunikacyjny (dążenie do bycia zrozumiałym przez odbiorcę spoza własnego kręgu kulturowego), ale też emocjonalny (obrona własnego prestiżu w rozmowie z obcym rozmówcą)” (2001: 192). Dalej stwierdza, że wyraźna preferencja dla języka ogólnopolskiego wynika z wartościowania nie tyle samych opozycyjnych w tym wypadku systemów językowych (gwara – język ogólnopolski), ile z oceny układów kulturowych (kultura wiejska vs. kultura miejska). Na Kociewiu gwara nie jest najsilniejszym elementem integrującym społeczność lokalną, bez względu na wykształcenie, zajmowaną pozycję społeczną, jak np. na Kaszubach czy Śląsku. Ta odmiana języka ma status języka familijnego, drugorzędnego i kontekstualnego kodu językowego, substratu wobec polszczyzny ogólnej.


78

Anna Łucarz

oraz po 14% wskazań użycia gwary w interakcjach z rodzicami czy znajomymi, co pokazuje wykres 1.

współpracownikami

sąsiadami małżonkami

Gwarą kociewską

Wykres 1. Użycie gwary w poszczególnych sytuacjach komunikacyjnych [w %]

Należy zauważyć dwulektalność u informatorów z pokolenia średniego i  młodszego, u  których gwarę można zaobserwować głównie w  warstwie leksykalnej, rzadziej na poziomie fleksji imiennej czy werbalnej oraz fonetycznej. Jeżeli pojawia się w rozmowach, to raczej jako stylizacja, żartobliwy ornament, mający na celu wzbudzenie poczucia swojskości, bliskości i jedności z osobami wyłącznie posługującymi się gwarą lub dobrze ją znającymi, pochodzącymi najczęściej z  grona rodziny czy przyjaciół13. Świadczy to jednocześnie  o  samoświadomości wybierających desygnat z  gwarowego wachlarza leksemów, zamiast z  polszczyzny ogólnej. O  ile bowiem cechy fonetyczne są często nieuświadamiane przez użytkowni13   Podobną sytuację zaobserwowała Jolanta Tambor, opisując stan gwary śląskiej: „spora liczba użytkowników posługuje się słownictwem gwarowym wyłącznie na prawach okazjonalnego cytatu wplatanego do wypowiedzi dla ubarwienia jej, uzyskania efektu komicznego, zaszokowania niegwarowych odbiorców itp.” (Tambor 2008: 184).


„Żem lugał do wieczora”, czyli gwara kociewska wczoraj i dziś

79

ków gwary, nawet tych pragnących się jej wyzbyć14, o tyle wybór gwarowej, a nie ogólnopolskiej jednostki leksykalnej, dowodzi lingwistycznej autorefleksji interlokutorów. Tezę tę potwierdzają następujące opinie ankietowanych: Z rodzicami po polsku i czasem też po kociewsku, z dziadkami w dwóch językach, ale częściej tylko kociewskim niż z rodzicami, często gwarą także ze znajomymi. Respondenci podkreślają, że  często nie mówią czystą gwarą, a jedynie wtrącają jej leksykalne elementy: czasem coś gwarą, dziadkowie często wtrącają, ze znajomymi czasami; Wtrącam gwarę ze znajomymi i  rodzicami; Zdarza mi się wtrącać gwarę we wszystkich tych kontaktach; Moi rodzice i dziadkowie już nie żyją, ale podczas rozmowy z  nimi, kiedy jeszcze żyli posługiwałam się (w  dzieciństwie do  7 lat) tylko gwarą kociewską; Wraz z obowiązkiem szkolnym systematycznie zmieniały się proporcje w  użyciu gwary na korzyść języka polskiego. (…) Zauważyłam jednak, że  w  życiu prywatnym (moim i  otoczenia) ciągle funkcjonują słówka gwarowe. Gwara jest naszą naturą, dlatego jest nam bliska. Podobnie twierdziły Panie z Koła Gospodyń Wiejskich, które w trakcie wywiadu grupowego stwierdziły, że nadal używają gwary, choć raczej w kontaktach prywatnych, co  ilustruje poniższy fragment rozmowy eksploratora [E.] z informatorami [I.]. E.: Czy używacie Panie gwary, mówicie nią? I.1.: Naturalnie, że mówimy. I.2.: niektóre sobie nie zdają sprawy, że  kociewskie słowa były w  naszym użyciu; I.3.: naturalnie, że mówimy, to nie żadna stylizacja. Co prawda pojedyncze słowa, które wtrącamy; I.4.: tak, mówimy w domu i do wnuków, ale oni to już się śmieją; I.5.: młodsi to czystą polszczyzną mówią; I.6.: w obejściu się nie mówi krowa, tylko mućka, nawet do konia jak się orało; 14   Często spotykane są na Kociewiu sytuacje komunikacyjne, w  których mówiący posługujący się słownictwem ogólnopolskim zachowują w stosowaniu polszczyzny ogólnej cechy fonetyki, fleksji, a  nawet składni gwarowej, np.  mam już wszystko posprzątane z. już wszystko posprzątałam. To zderzenie ukazuje nowe realia lingwistyczne, integrację językową, a  także wpływ przemian cywilizacyjno-społecznych na kształtowanie się świadomości i wybory językowe.


80

Anna Łucarz

E.: Czy w różnych sytuacjach używacie Panie różnych odmian języka? Gwary, polszczyzny? I.4.: tak, inaczej jak do urzędu, a inaczej jak do dzieciaków; I.5.: Babcia mówiła: „Staśka, zrób mi taska bónkawy”, ja czasem jak wracam to do córki tak mówię. Zgoła inny stosunek do tej kwestii przedstawiła grupa seniorów z Pelplina, której członkowie w ankietach socjologicznych nie podawali informacji na temat używania gwary. Wpisywali raczej, że jej nie znają, by następnie w  odrębnym kwestionariuszu, wybiórczo sprawdzającym znajomość słownictwa kociewskiego, właściwie objaśnić 70–90% gwaryzmów. Trudno stwierdzić, czy wynika to z nieświadomości, że mówią oni gwarą, czy może bardziej z niechęci wobec niej, bowiem w tej grupie badanych podczas zogniskowanego wywiadu wskazywano, że działania regionalistów odbierane są przez tę  konkretną grupę jako nachalność czy narzucanie pewnej idei i drogi samookreślenia się w regionie, akcentując jednocześnie poprzez porównanie – wyższość sąsiednich Kaszub jako regionu lepszego, silniejszego pod względem obyczajowości, tradycji i jej kultywowania, wyraźnej odrębności15. Zapytani o użycie gwary, o to co o niej myślą, niektórzy demonstrowali niezadowolenie z pytania lub znudzenie tematem. E.: A co Państwo myślą na temat gwary, czy mówicie nią? I.1.: O losie! (niezadowolenie z pytania) I.2.: Polski język jest jeden, po co regionalne jakieś! I.3.: W „Głosie” to już nawet Litania po kaszubsku drukowana jest – mnie to nawet denerwuje. I.4.: Pelpliniacy mówią: „Jo”, to nawet denerwuje – już tak się nie mówi – starzy ludzie ze wsi, to może tak. Ewentualnie tłumaczyli ten fakt polityką państwa i  podejściem nauczycieli w szkołach powszechnych w latach PRL-u: I.5.: Wie Pani, normalnie mówimy, to już ginie, a nasze dzieci to w ogóle. I.6.: Jak powiedziałam w drugiej klasie: „idę kupać”, a nie kupować to nauczycielka mi powiedziała: „staramy się mówić poprawnie”. No i już tak mówiłam, żeby być zrozumianym. 15   Na rolę emocjonalnego stosunku mieszkańców regionu do tradycji kultury lokalnej, w tym do własnej gwary, w procesie jej zachowania i zachodzących w niej przemian zwraca uwagę m.in. Józef Kąś (2001), w cytowanym już artykule: „Metodologia…”


„Żem lugał do wieczora”, czyli gwara kociewska wczoraj i dziś

81

Nieliczni chętnie dzielili się znajomością leksykalnych, gwarowych rarytasów, wskazując jednak na ich anachroniczny charakter: a Pani zna takie słówka: muszkibada (cukier), petrónka (nafta), kitelek (sukienka) albo fligier (samolot). Tak się mówiło. Autorka, przeprowadzając wywiady grupowe, podczas badań terenowych niejednokrotnie sama używała gwary, aby zachęcić rozmówców do jej użycia, mimo oficjalnej sytuacji – zwłaszcza w kociewskich szkołach. Niekiedy spotykało się to z  sympatią uczniów, ożywieniem, że  przecież oni te słówka znają, rozumieją, a czasem nawet używają w domu rodzinnym czy w rozmowach ze znajomymi. Jedynie w Starogardzie Gdańskim uczniowie maturalnych klas nie kryli swojego zdziwienia, a  nawet zażenowania: w sytuacji oficjalnej bym tak nie powiedziała, bo to niekulturalne. Pozytywnie zaskoczyli uczniowie ZSP w Gniewie, którzy rozmawiali gwarą na przerwach, chętnie opowiadali o swoich domach. Nie wstydzili się tej mowy, wręcz dawali do zrozumienia, że gwara jest dla nich językiem naturalnym, którym porozumiewają się nie tylko w gronie najbliższych, w zaciszu domowym, ale także w kontaktach ze znajomymi. Podobna sytuacja miała miejsce w  szkole w  Osieku, w  pozostałych placówkach uczniowie dopiero w sali, wprowadzeni do tematyki badań autorki mówili o swoich lingwistycznych przyzwyczajeniach. Przebadani uczniowie ze Starogardu Gdańskiego rozmawiają gwarą w  rodzinie, najczęściej z  przedstawicielami najstarszego pokolenia, jak np. babcia czy dziadek, w większości każdy z nich ma w otoczeniu kogoś, kto posługuje się gwarą. Są takie słowa, które funkcjonują  w  codziennym użyciu, np.  nikt nie mówi drożdżówka, tylko szneka. Jednakże mówienie gwarą w  sytuacji oficjalnej wydaje się im groteskowe czy wręcz jest przejawem braku kultury, nikt tak nie mówi z  obawy przed niezrozumieniem, co  potwierdzają poniższe wypowiedzi: Jak pani weszła – spoko jakieś badania, ale jak się Pani odezwała, to jak moja babcia. Łagodniejsze sądy młodych interlokutorów autorki na temat gwary wskazywały, że czasami posługują się gwarą, lecz podobnie jak w większości przypadków przebadanych osób jest to druga z używanych odmiana po języku polskim, nierzadko stosowana w  komfortowych kontaktach z  bliskimi, w sytuacji rozluźnienia, gdy chce się nawiązać więź poprzez odwołanie się do znajomego, swojskiego kodu lingwistycznego oraz zawartych


82

Anna Łucarz

w nim standardów semantycznych, a  także obrazu świata, czego dowodzą następujące odpowiedzi: W domu, na wycieczkach się czasem gwara wyrwie; Gwara to nie wstyd, małe zajawki, jakie Pani zrobiła były ok., a nie wstydliwe; Na co dzień też czasami używam; Gwara to nie obciach, ale na co  dzień raczej jako żart, używam w  kontaktach mniej oficjalnych. Zbliżone wypowiedzi, dotyczące użycia gwary, odnotowano wśród uczniów ZS w Nowem: Najczęściej między sobą i w domu; Tak, mówimy gwarą, najczęściej „jo”, „wej”, z kolegami na przerwie tak się mówi; Chwatko, wej, leberka – tego się używa. Na bilingwalność mieszkańców wsi od  lat zwracają uwagę dialektolodzy16, którzy przyczynę tego zjawiska upatrują w większej samoświadomości językowej informatorów, związanej z dostępem do powszechnego wykształcenia, a współcześnie do mediów, tj. radia, telewizji, prasy ogólnopolskiej, Internetu, akcentując jednoczesną interferencję gwary i kodu ogólnopolskiego. Jednocześnie zauważa się dziś, że  ludzie młodzi i  wykształceni niechętnie mówią gwarą, chociaż ją rozumieją17, co widoczne było w cytowanych opiniach interlokutorów z Kociewia.

Słowniki Dialekt kociewski jest istotnym składnikiem kociewskiej tożsamości regionalnej, o czym świadczy potrzeba mówienia o  gwarze i  gwarą kociewską. Dowodem tego są z  pewnością coraz to nowe wydawnictwa słownikowe. Warto w tym miejscu wymienić je wszystkie – od pierwszego, wielkiego dzieła ks. Bernarda Sychty i jego „Słownictwa kociewskiego na tle kultury ludowej” (z lat 60.–80. XX w.), przez „Mały Słownik Kociewski” M.  Pająkowskiej-Kensik z  2000, później „Popularny Słownik Kociewski” tejże wydany w 2009 r. Mniejsze leksykony, jak: „Słowniczek zaginionych słów gwary kociewskiej” z  2012  r., stanowiący dodatek do  „Dziennika   Zob. np. H. Kurek, Tożsamość kulturowa polskiej wsi w epoce globalizacji i przemian społeczno-ekonomicznych czy H. Pelcowa, Tekst gwarowy – oral history w perspektywie etnolingwistycznej, [w:] Badania dialektologiczne. Stan, perspektywy, metodologia, red. M. Rak i K. Sikora, Kraków 2014. 17   Zob. Ł. Zarzycki, Nowe umiejętności i  wymagania stawiane dialektologowi w XXI wieku, „Językoznawstwo” 2011, nr 1, s. 207–215. 16


„Żem lugał do wieczora”, czyli gwara kociewska wczoraj i dziś

83

Bałtyckiego”, owoc konkursu pt.: „Poszukiwanie zaginionych słów gwary kociewskiej”, zorganizowanego przez Ognisko Pracy Pozaszkolnej w Starogardzie Gdańskim, Koło Naukowe „Mozaika” UG oraz „Polską Dziennikiem Bałtyckim”. W 2015 r. ukazał się „Słowniczek polsko-kociewski” Marii Roszak, a w 2017 r. najnowsza pozycja „Słowniczek gwary kociewskiej” Reginy Kotłowskiej, traktujących opracowanie i  wydanie słownika, jako inicjatywę promującą gwarę.

Podsumowanie Dialektolodzy są zgodni, że gwary wiejskie, zbliżające się współcześnie do języka potocznego, stają się tworem hybrydowym, w którym elementy ogólnopolskie przeplatają się z gwarowymi. Badając i opisując gwarę, należy pamiętać, że jest ona tworem żywym, podlegającym nieustannym przemianom, nie wolno traktować jej jak skansenu, skupiać się tylko na stanie przeszłym, ale raczej na faktycznym użyciu, zastosowaniu w mowie mieszkańców regionu, aby uzyskać dzisiejszy obraz gwary, a nie słownik archaizmów. Kolejnymi cechami dialektów są wariantywność oraz brak zaleceń normatywnych, co do jej stosowania, stąd mimo podejmowanych prób kodyfikacji, pojawiające się trudności w  opisie jednego wzorca, szablonu, normy. W  opozycji do  kodu ogólnopolskiego nie są one zapisane, ale funkcjonują raczej w świadomości użytkowników gwary, często w  połączeniu z  nabytymi, nieuświadamianymi wzorcami zachowań i wyborami lingwistycznymi. Jednym z zadań dialektologa jest nie tylko rejestracja faktów gwarowych, ich opis i interpretacja, ale także odpowiedź na pytanie o przyszłość gwary i drogi jej rozwoju. Jeden z informatorów, zapytany o to czy gwara ma szansę przetrwać, odpowiedział: [I]: Raczy ni, młodzi już nie bedó mówić… w tych telefonach majó inna mowa, óni się tera znaczy/ innymi slangami porozumiewają. A  gwara będzie tak powiedzmy dla zespołów ludowych i tych wszystkich, żeby podtrzymali, potworzą się koła, które będą to pielęgnować, seniorzy. Jaki los czeka gwarę kociewską? Czy będzie to język okazjonalny? Mowa festynów i  imprez folklorystycznych, sztuczna stylizacja na ludowość?


84

Anna Łucarz

Czy może w sytuacji, gdy Kociewianie, mimo że w mniejszym stopniu niż np. trzydzieści lat temu, posługują się gwarą w sposób naturalny, niekiedy bezwiednie, istnieje szansa, że wraz z rozwojem świadomości językowej, regionalnej mowa przodków stanie się dla mieszkańców istotnym składnikiem regionalnej tożsamości kulturowej? Śwantością, o której pisał Bernard Sychta? Dla niektórych już jest. Stąd jej obecność nie tylko w przestrzeni domowej, familijnej, ale także publicznej poprzez odniesienia do gwarowych desygnatów w obrębie nazewnictwa imprez, np. Święto Bałabuna, Plachandry Edukacyjne, uroczystości, obiektów, kulinariów, a nawet piwa chmielón.


Jerzy Kornacki

Domy podcieniowe – skarb kultury materialnej Żuław Pierwotnie ujście rzeki Wisły do Morza Bałtyckiego było terenem podmokłym, płaskim, z jeziorami przybrzeżnymi i małymi oczkami wodnymi. Częste nagromadzanie się wody podczas roztopów i cyklicznych powodzi, wynikających z  nieuregulowania koryta rzeki Wisły, powodowało zmiany w  linii brzegowej tych zbiorników. Stabilne warunki do  osadnictwa były tylko na styku Żuław z częścią wyżynną Pomorza (np. osady w Oruni, Pruszczu, Juszkowie, Straszynie, miasto Gdańsk). Proces adaptacji tych terenów pod osadnictwo był wieloetapowy i rozłożony w czasie. Walkę z wodą zapoczątkowali książęta pomorscy dynastii Sobiesławiców w XIII w. W wyniku budowy tzw. starej tamy, wzdłuż lewego brzegu Wisły od Steblewa do Bogatki i Wiślinki, nastąpiło wysuszenie znacznej części Żuław i zajęcie tego terenu pod uprawę rolną i hodowlę zwierząt. Ciężar i  trud prac rolnych wynagradzała obfitość plonów, niespotykana w innych częściach kraju. Jednak był to teren zagrożony powodziami i podtopieniami, a  tutejsze życie cechowało się nieustannym niebezpieczeństwem. Dlatego też mieszkańcy Żuław byli dumni ze swojej odwagi i czuli się wyjątkowi. Wincenty Pol tak charakteryzował Żuławiaka: … każdy zaś Żuławiak trzyma nos na wodowskazie – i patrzy jak bocian milcząc na wodę…, w miarę zaś tego jak się woda podnosi, spuszcza się nos coraz potężniej – a jak grzbietu grobli dosięga woda, wówczas dopiero z bydłem na statki a z żoną i dziećmi na dachy!…

Z czasem koniunktura na handel zbożem i innymi produktami rolnymi pozwoliła żuławskim osadnikom na szybkie wzbogacanie się i  podnoszenie swojej pozycji życiowej. Działo się to dzięki bliskości portu morskiego


86

Jerzy Kornacki

w Gdańsku i samego miasta, które też potrzebowało żywności dla swoich mieszkańców. Warto przypomnieć, że XVII- i XVIII-wieczny Gdańsk był największym miastem w  Polsce. Był też oknem na świat i  przyciągał wielu cudzoziemców. Przywozili oni ze sobą wszelkie nowinki, także te dotyczące rozwoju gospodarki rolnej. Nowe urządzenia i sprzęt, techniki prac, odmiany roślin itp. Dzięki tym sprzyjającym czynnikom żuławscy gospodarze mogli uzyskiwać większe plony, a owoce swojej pracy sprzedawać z większym zyskiem. Ich dochody w porównaniu z gospodarstwami w innych częściach kraju były znaczniejsze. Nawet w  porównaniu z  wsiami szlacheckimi. Jednak mimo dużych zysków i wzbogacania się, byli nadal klasą społeczną bez większych praw obywatelskich. Szlachta i mieszczanie niechętnie widzieli ten zbytek i  wprowadzali coraz to nowe prawa ograniczające swobody i  dobrobyt chłopów żuławskich, zwanych gburami lub z niemieckiego – sąsiadami. Byli to na ogół chłopi wolni, którzy osadzani na gospodarstwie płacili właścicielowi określony czynsz dzierżawny. Dzierżawa taka była dziedziczona w chłopskiej rodzinie z pokolenia na pokolenie, jednak nigdy ziemia i gospodarstwo nie przechodziły na własność chłopa.

Plan wsi Suchy Dąb (1667 rok)1

Ingerowano w życie chłopskie, ograniczając liczbę gości i czas uroczystości rodzinnych, ubiór, a nawet kolory ścian w domach. W wilkierzach   Rysunki i fotografie ze zbiorów autora.

1


Domy podcieniowe – skarb kultury materialnej Żuław

87

(zbiory praw) pozostały zapisy, że kobiety żuławskie nie mogły ubierać się w  suknie czy spódnice z  jedwabiu lub aksamitu. Na uroczystościach rodzinnych mogły stać tylko cztery stoły, po dwanaście osób przy każdym. Wesele takie nie mogło trwać dłużej niż dwa dni. Prawo te omijano lub płacono drakońskie kary finansowe. Z kronik znamy opis wesela bardzo bogatego chłopa z miejscowości Krzywe Koło – Michała Biebersteina. Zaprosił on na wesele swojego syna, w 1700 r., 455 par, czyli ponad 900 osób. Uroczystości trwały ponad tydzień i skończyły się w czasie Wielkiego Postu. Na potrzeby wesela ubito 5 wołów, 165 cieląt, 45 jagniąt, 100 par kapłonów (kogutów), 145 par gołębi, 60 zajęcy i 55 świń. Ciasta na te uroczystość wieziono z Gdańska poczwórnym wozem. Kary, jakie musiał zapłacić gbur, wyniosły ponad 2000 grzywien pruskich i były większe niż koszt pobytu na Żuławach króla Władysława IV z dworem w 1636 r. Wincenty Pol, przebywając na Żuławach, pisał: … Na co się dom możnego pana zdobyć może – posiada to Żuławiak, co się nie leni kosić własną łąkę i stać u steru na własnej berlince!…

Stabilizacja życia na Żuławach zaowocowała rozwojem budownictwa. Zagrody wiejskie przyjęły formę folwarków, gdzie obok zabudowań gospodarskich (stodoły, obory, spichlerze), stawiano okazałe domy mieszkalne. Gospodarstwa żuławskie miały 2–4 włóki ziemi, tj. około 35–70 ha. Najbogatsi gburowie posiadali nawet 12 włók, czyli ponad 200 ha ziemi. Na każdą włókę ziemi ustalano normy wyposażenia w inwentarz żywy i narzędzia gospodarskie. Były to normy brane pod uwagę przy odszkodowaniach spowodowanych pożarami lub powodzią. I tak, na jedną włókę liczono 6 koni, 4 krowy, 6 świń. Drobiu i innego ptactwa domowego nie liczono w ogóle. Mając dwie włóki ziemi, gospodarz mógł mieć pług, sochę i sieczkarnię. Każde gospodarstwo, niezależnie od wielkości, mogło być wyposażone w powóz i wóz konny do transportu i podróży. Największym dobrem było jednak zboże, które wymagało w  gospodarstwie miejsca na składowanie, osuszanie i pakowanie w worki. Zarazem miejsce to powinno być łatwo dostępne dla wozów konnych i  pozwalające na przeładunek. Stąd też w  budownictwie pojawiły się w budynkach tzw. podcienie. Była to usadowiona na drewnianych słupach część poddasza budynku. Wozy konne wjeżdżały pod strop tego pomieszczenia i  następował wyładunek lub załadunek zboża. Zboże


88

Jerzy Kornacki

przechowywane w podcieniu było suszone nie tylko przez mieszanie ręczne ale też przez powietrze ukierunkowane w podłodze i ścianach odpowiednimi kanalikami wentylacyjnymi. Całość prac transportowych odbywała się pod zadaszeniem, co zabezpieczało przed opadami atmosferycznymi. Tak więc podcień był tworem praktycznym i związanym ze specjalizacją żuławskich gospodarstw rolnych, czyli uprawą zboża. Jednak z czasem stawał się wizytówką domu i świadczył o bogactwie mieszkańców. Domy podcieniowe zaczęto budować większe i  okazalsze. Do  dziś uważa się, że liczba słupów podcienia mówiła o wielkości gospodarstwa. Jednak z reguły podcień wspierało 8–9 słupów. Początkowo domy te budowano w typie wzdłużnym i miały podcień umiejscowiony na szczycie budynku. Niejednokrotnie sam podcień był dobudowywany do  istniejącego domu z  poddaszem, jako magazyn na zboże. Z czasem do takiego domu dobudowywano boczne skrzydło (część mieszkalną dla domowników). Dom taki był w kształcie litery L (tzw. winkelhof). Trzecim typem budowania domów podcieniowych było umiejscowienie podcienia od strony kalenicy (bokiem do głównego budynku), tworząc literę T (tzw. kreuzhof). Systemy te przejęli późniejsi osadnicy – mennonici, budując tak istniejące jeszcze zagrody holenderskie. Do  budowy domów używano drewna, układanego na podmurówce z kamienia lub cegieł. Konstrukcja budowy podcienia i poddasza domu była tzw. konstrukcją ryglową. Natomiast parter był w całości budowany z bali drewnianych. Z  czasem w  następnych pokoleniach część parterową murowano. Przestrzenie między ryglami i zastrzałami wypełniono cegłą lub gliną z faszyną, wikliną lub gałęziami (szachulcem). W  celu udekorowania podcieni używano małej, drobnej cegły holenderskiej, tworząc mozaiki i ozdobne wzory. Cieśle i snycerze prześcigali się tworząc artystyczne zdobienia zakończeń konstrukcji domów (szczytów, krokwi, wystających belek stropowych). Na belkach stropowych, najczęściej nad wejściem do domu, zaznaczano też datę budowy, nazwiska lub inicjały budowniczych, właścicieli domów czy majstrów ciesielskich. Niekiedy napisy te, w formie rymowanych sentencji, świadczyły o charakterze budowniczego. We wsi Stalewo budowniczy napisał „…Ich hab gebaudet mit Bedacht der Hoff soll wer-


Domy podcieniowe – skarb kultury materialnej Żuław

89

den Gut gemach Mein Nachfolger und anderer Mann Ihn schon vielleicht wohl tadeln kann Michael Gehrt Bauherr Georg Poeck Baumeister 1751…” W wolnym tłumaczeniu tekst brzmi: „…zbudowałem ten dwór ze staraniem, a ty mój następco czy inny człowieku popraw coś jeśli masz co ganić. Michael Gehrt – gospodarz, Jerzy Poeck – budowniczy (cieśla)…” Na wzór szlacheckich herbów żuławscy gburowie posiadali tzw. gmerki – symbole przypisane gospodarzom lub kościołom (np. nieistniejący kościół w miejscowości Bogatka posiadał własny gmerek). Znaki te umieszczano także na fasadach budynków podcieniowych.

Wzory gmerków z wsi Cedry Małe i Bystra

Wnętrze domu było okazałe. Wchodząc do środka, mijało się pierwszą izbę i wchodziło do obszernej sieni. Była to centralna część domu. Sień była wysoka na dwie kondygnacje, otoczona na wysokości poddasza klatką schodową wzorowaną na krużganku. Prowadziły tam schody z balustradą okalającą krużganek. Podłoga w sieni wyłożona była z cegieł, kamiennymi płytami, brukiem lub w biedniejszych domach gliną tworzącą klepisko. Z sieni na parterze prowadziło wejście do wielkiej izby (pomieszczenie służące do przyjmowania gości, organizowania uroczystości rodzinnych itp.) oraz do innych, mniejszych pomieszczeń: spiżarni, sypialni i kuchni. Wielka izba była najczęściej pomieszczeniem narożnym w kształcie kwadratu, jedna z jej ścian była od strony południowej. Na środku domu usytuowany był okazały komin. We wnętrzu komina, między ścianami, znajdowała się tzw. czarna kuchnia. Nazwa pochodziła od  czarnych okopconych ścian, gdyż używano w  kuchni otwartych palenisk, a  z  czasem płyt żeliwnych. Pomieszczenie nie posiadało okien i  odcięte było od  światła z  zewnątrz. Kuchnie takie urządzano podobnie w późniejszej zabudowie gospodarstw holenderskich.


90

Jerzy Kornacki

Z sieni i  usytuowanych obok spiżarni prowadziło wyjście na zewnątrz budynku, usytuowane naprzeciwko wejścia głównego do  frontu. Tam, na zapleczu domu znajdował się ogród warzywny i zielny. Wyposażenie izb domu podcieniowego charakteryzowało się też różnego rodzaju meblami, szafami, kredensami, wbudowanymi w  ściany. Takie meble tworzono już w  trakcie budowy domu i  stanowiły część konstrukcji budynku. Do mebli tych był dostęp Czarna kuchnia – rekonstrukcja z domu z  obu stron ściany, bez w Żelichowie / Cyganku konieczności przechodzenia między izbami. Często też między pomieszczeniami wstawiano tzw.  drzwi zespolone. Otwarcie tych drzwi łączyło dwie izby w  jedną całość, np. na czas wesela czy innej uroczystości rodzinnej. Nierozłączną częścią izby był piec kaflowy, zwieńczony koroną. Kafle używane do stawiania pieca były często ozdobione malowidłami czy tworzyły wręcz płaskorzeźby. Piec stał w narożniku wielkiej izby. Ciepło w tej izbie zapewniała też ściana komina (czarnej kuchni), która nagrzewała się od  paleniska kuchennego. W  innych izbach ustawiano mniejsze i  mniej zdobione piece. Z  czasem w  żuławskich domach przyjął się zwyczaj wykładania całych ścian kaflami – flizami. Były to tzw. delfty, czyli płytki ceramiczne sprowadzane z Holandii, bogato malowane błękitną farbą. Często też sufit wielkiej izby był ozdabiany malowidłami przedstawiającymi kwiaty, ornamenty roślinne czy inne wzory.


Domy podcieniowe – skarb kultury materialnej Żuław

91

Przykładowe flizy

Bogato zdobione i malowane były też meble, będące wyposażeniem izb. Były to przede wszystkim szafy, skrzynie, kufry i komody, ale też zegary wolnostojące. Poza dekoracyjnymi malowidłami posiadały też ozdobne tkaniny, pozłocenia i okucia. Zegary stały się nieodłącznym atrybutem żuławskiego domu. Były to duże wolnostojące skrzynkowe zegary lub zegary ścienne. Mieszkańcy Żuław przykładali duże znaczenie do  punktualności. Malowanie drewna było też częstą praktyką na zewnątrz domu. Ozdabiano w ten sposób rygle i zastrzały poddaszy i  podcienia, okiennice czy framugi okien i  futryny drzwi. Drzwi i  okna również wyposażano w  ozdobne klamki z  zamkami, okucia i  zawiasy. Były to ozdoby świadczące o  kunszcie i  warszZabytkowa szafa żuławska tacie miejscowych kowali i ślusarzy. Dla Żuławiaka nie tylko dom był wizytówką jego rodziny. Nieodłączną częścią gospodarstwa było otoczenie domu. O ile podcień był usytuowany frontem do  drogi, niedaleko od  niej, to od  zaplecza domu lokowano ogród i park. Przed domem, przy drodze wjazdowej do gospodarstwa sadzono drzewo zwane świadkiem. Modne na Żuławach były buki czerwone (Fagus silvatica var. purpura) czy kasztanowce (Aesculus hippcastanum). Sadzono też lipy (Tilia platyphyllos), klony (Acer platanoides), jawory (Acer pseudoplatanus). Co ciekawe, rzadko „świadkiem” zostawał dąb. Do dziś, choć po domach podcieniowych nie ma już śladu i powierzchnie dawnych


92

Jerzy Kornacki

gospodarstw zmieniono lub podzielono, można spotkać samotne buki czy kasztanowce – prawdziwych świadków zamierzchłych czasów. Wspomniane lipy, klony, jawory sadzono z tyłu domu i tworzyły one park, będący miejscem wypoczynku domowników. Między drzewami usytuowane były altany, huśtawki i inne urządzenia, pomagające odpocząć w niedzielny dzień po trudach tygodniowej pracy na roli. Park ten pełnił też rolę sadu. Znajdowały się tam jabłonie, grusze, śliwy czy czereśnie. Żuławskie gospodynie słynęły z  robienia przetworów i  zapasów na zimę. Wśród drzew sadzono także krzewy dające surowce na wspomniane produkty domowych spiżarni. Były to porzeczki, agrest i  bardzo lubiany na Żuławach bez czarny. Kwiaty i  owoce tego krzewu były popularnym surowcem na soki, nalewki i  dżemy o  charakterze leczniczym. Obecnie na żuławskiej ziemi jest to najpopularniejszy dziko rosnący krzew, który w  sposób naturalny, dzięki ptakom, szybko się rozprzestrzenia. Obok parku i  sadu usytuowany był ogród warzywno-zielarski. Projektowany ze smakiem, na wzór angielski, wkomponowywał się w  sąsiedztwo parku, altan, rowów i  kanałów wodnych, jakże częstych w  żuławskim krajobrazie. Rabaty z roślinami użytkowymi w formie klombów przeplatały się z roślinami używanymi jako zioła i przyprawy. Między tymi formami siano wiele roślin kwiatowych, tj. malwy, cynie czy astry. Całość ogrodu, park i domostwo z budynkami gospodarczymi stanowiła harmonijną jedność. Była połączeniem walorów piękna i estetyki z żuławskim pragmatyzmem i wykorzystywaniem dóbr naturalnych przez mieszkańców. Niestety do obecnych czasów zachowało się niewiele domów podcieniowych, o  pełnych gospodarstwach nie wspominając. Wielu obecnych właścicieli tych zabytków boryka się z  trudnościami finansowymi i  technicznymi, aby uratować i  utrzymać je  w  dobrym stanie. Koszt naprawy elementów konstrukcyjnych przewyższa możliwości właścicieli, dlatego też tym większy szacunek należy się tym, którzy walczą o te zabytki i chcą zachować je dla potomnych.

Trutnowy Jednym z takich obiektów jest dom podcieniowy w Trutnowach. Jest to największy taki zabytek na terenie Żuław Gdańskich. Stanowi obecnie własność państwa Kufel. Gospodarze uparcie, wbrew trudnościom starają


Domy podcieniowe – skarb kultury materialnej Żuław

93

Dom podcieniowy w Trutnowach z 1720 r.

się zachować choćby najmniejsze detale wystroju wnętrza i wyglądu zewnętrznego tego wybudowanego w 1720 r. domu podcieniowego. Jest to forma domu z dobudowanym skrzydłem bocznym, z charakterystycznymi zastrzałami i  ryglami w  podcieniu, tzw. winkelhof (kształt litery L). Podcień ustawiony na ośmiu solidnych słupach. Wybudowany dla gospodarza Georga Besenera przez Petera Lettkau, został oddany 15 sierpnia 1720 r., co zostało wyryte na belce frontowej w podcieniu. Obecnie zabytek jest domem mieszkalnym, a  jednocześnie galerią i  pracownią malarską gospodarza. Znajduje się tutaj też prywatne Muzeum Wsi Żuławskiej i siedziba stowarzyszenia „Żuławy Gdańskie”.

Miłocin Innym przykładem domu podcieniowego jest obiekt stojący w centralnej części wsi Miłocin. Dom ten pochodzi z 1731 r. i został wybudowany prawdopodobnie dla rodziny Heinrich, która przybyła do Miłocina (niem. Herzbegr) w  XVIII  w. Na belce nad drzwiami wejściowymi umieszczono inicjały właściciela – H.K. W późniejszych latach budynek ten stał się plebanią dla pastorów rezydujących w stojącym nieopodal kościele. Do dziś zachowały się tylko ruiny tej wybudowanej około 1550  r., a  rozebranej w  1954  r., świątyni z  przyległym cmentarzem. Jest to przykład domu


94

Jerzy Kornacki

Dom podcieniowy w Miłocinie z 1731 r.

w formie tzw. kreuzhof, czyli w kształcie litery T. Podcień oparty na ośmiu słupach jest usytuowany na szczycie kalenicy, a do lewego boku dobudowano skrzydło mieszkalne na środku domu. Po 1945 r. był w posiadaniu miejscowego PGR-u  i  przebudowano go na mieszkania. Obecnie jest lokalem mieszkalnym dla dziesięciu rodzin. Dlatego też wnętrze domu jest gruntownie przebudowane i nie zachował się pierwotny kształt pomieszczeń. Pozostała tylko okazała sień, stanowiąca rodzaj klatki schodowej dla poszczególnych mieszkań. Budynek ten został gruntownie odnowiony także z zewnątrz, z zachowaniem elementów konstrukcyjnych podcienia.

Stalewo Warty opisania jest także dom podcieniowy w miejscowości Stalewo, między Malborkiem a  Elblągiem. Do  dziś obok domu zachowały się fragmenty parku. Dom wybudował Georg Pöck dla Michaela Gehrta w  1751  r. Rodzina Gehrtów, mimo wielokrotnej sprzedaży i kupowania na nowo tej posesji, zachowała majątek do końca XIX w. Na początku XX w. ówczesne władze pruskie traktowały ten zabytek jako dziedzictwo o  dużej wartości architektonicznej. Podcień umiejscowiony jest na ośmiu słupach, z zacho-


Domy podcieniowe – skarb kultury materialnej Żuław

95

Dom podcieniowy z 1751 r. w Stalewie

wanym pod nim brukiem. W budynku zachowały się oryginalne dwudzielne drzwi wejściowe od strony ogrodu (zaplecza). Ciekawostką jest fakt, że budynek posiada podpiwniczenie z niespotykanymi sklepieniami, przypominającymi średniowieczne stropy. Legenda głosi, że wcześniej znajdował się tam zameczek krzyżacki, a  sklepienia są pozostałościami po tej budowli.

Żuławki W miejscowości Żuławki możemy podziwiać dom podcieniowy pochodzący z XVIII w. Został on przebudowany w 1825 r., o czym informuje inskrypcja nad drzwiami wejściowymi. Dowiadujemy się z niej, że przebudowano


96

Jerzy Kornacki

Dom w Żuławkach z 1825 r.

go na zlecenie ówczesnego właściciela gospodarstwa Petera Eppa, żyjącego w latach 1776–1837. Groby rodzinne Eppów znaleźć można na cmentarzu – lapidarium w pobliskiej wsi Niedźwiedzica. Jest to dom drewniany postawiony na podmurówce. Podcień domu ustawiony prostopadle do kalenicy głównego budynku tworzy formę budynku typu kreuzhof, czyli w kształcie litery T. Ma on wypełnione rygle żółtą cegłą holenderką. Pod podcieniem podjazd jest zabudowany podłogą z drewnianych desek. Obiekt ma zachowane oryginalne okiennice. Drzwi frontowe są dwudzielne. Obiekt jest własnością prywatną, jednak dzięki uprzejmości gospodarzy można go oglądać z zewnątrz.

Gdańsk-Lipce – „Lwi Dwór” Najstarszym takim obiektem jest tzw. Lwi Dwór, stojący obecnie w granicach miasta Gdańska, a dokładnie w dzielnicy (dawniej wsi) Lipce. Wieś Lipce była własnością rodu Ferberów – gdańskich burmistrzów i kupców. Obiekt ten pochodzi z 1600 r. Jest typem wzdłużnym domów podcieniowych, gdzie podcień umiejscowiony jest na szczycie budynku. Wsparty na dziewięciu słupach podcień był pierwotnie budowy szachulcowej. Między konstrukcją drewnianą rygli i  zastrzałów było wypełnienie szachulcowe gliną z faszyną i gałęziami (tzw. strychuły). Po renowacji w 1960 r. szachu-


Domy podcieniowe – skarb kultury materialnej Żuław

97

Lwi Dwór w Gdańsku-Lipcach z 1600 r.

lec wymieniono na wypełnienie ceglane. Dom ten miał typowy charakter magazynu zbożowego (podcień z całym poddaszem), z czasem umiejscowiono w nim również karczmę. Być może z powodu zwiększonego ruchu handlowego na trakcie między wsiami, Łęgowem, Pruszczem a  Gdańskiem i jego portem. Obecnie budynek jest niewykorzystywany, a jedynie zabezpieczony przed działaniem czynników atmosferycznych.

Krzywe Koło Innym przykładem wykorzystania tego typu zabytków jest siedziba stowarzyszenia „Caritas”, które ma swoje Centrum im. bł. Matki Teresy z  Kalkuty w domu podcieniowym w  Krzywym Kole. Dom ten pochodzi z  początku XIX w. Obecnie poza podcieniem budynek

Dom podcieniowy w Krzywym Kole z pocz. XIX w.


98

Jerzy Kornacki

został gruntownie przebudowany i zmieniony. Przebudowa powodowana była koniecznością adaptacji pomieszczeń dla osób niepełnosprawnych, a  także dostosowania go do  charakteru prowadzonej w  nich działalności społecznej. Wizytówką jest tylko pozostawiony podcień, oparty na czterech słupach. W budynku działa Środowiskowy Dom Samopomocy oraz organizowane są warsztaty terapii zajęciowej.

Żelichowo / Cyganek – dom w trakcie przenoszenia Są także osoby, których zainteresowania i  wrażliwość na regionalną historię skierowały do  podjęcia decyzji o  zakupie domu podcieniowego i translokowaniu do innej miejscowości. Takim obiektem jest dom w Żelechowie / Cyganku, koło Nowego Dworu Gdańskiego. Marek Opitz, właściciel tego zabytku, zakupił go w  miejscowości Jelonki nad kanałem Elbląskim. Z zachowaniem procedur i nadzoru konserwatorskiego przeniósł obiekt w  malownicze zakole rzeki Tugi. Tak powstał dom nazwany „Małym Holendrem”. Teraz, kilka lat po tej skomplikowanej dokumentacyjnie i  technicznie operacji, można powiedzieć, że  uratowany został od  zniszczenia kolejny dom podcieniowy. Jednak jest to bardzo kosztowna finansowo i czasowo inwestycja. Obecnie gospodarze prowadzą w  zabytku wiele inicjatyw o  charakterze edukacyjno-integracyjnym. Prowadzone są tu warsztaty produkcji zdrowej żywności, opartej na tradycyjnych procedurach i przepisach. Izby domu są świadkami wielu konferencji i  szkoleń poświęconych historii Żuław i ich mieszkańców, ochrony pozostałego dziedzictwa kulturowego tych terenów itp. Możliwe jest też wykorzystanie obiektu w celach komercyjnych, np.  jako baza turystyczna, miejsce uroczystości rodzinnych czy spotkań biznesowo-szkoleniowych. W  celu propagowania walorów turystyczno-krajoznawczych regionu Żuław, przez ten teren biegnie wiele szlaków turystycznych pieszych, rowerowych czy wodnych. Jedna z takich tras wiedzie szlakiem domów podcieniowych. Prowadzi przez Żuławy Gdańskie, od miejscowości Koszwały do Koźlin koło Tczewa i ma długość około 20 km. Poza domami podcieniowymi możemy po dro-


Domy podcieniowe – skarb kultury materialnej Żuław

99

Mały Holender w Żelechowie / Cyganku

dze zwiedzić i zobaczyć inne atrakcje turystyczne: stare kościoły i  kaplice żuławskie, dwory, zagrody holenderskie itp. Korzystając z tej trasy, ale także z wielu innych alternatywnych dróg, możemy poznać tę jeszcze nie do końca odkrytą krainę leżącą u ujścia Wisły – rzeki, która ukształtowała charakter tego miejsca i ludzi na nim żyjących.


II. Z KOCIEWSKO-POMORSKICH DZIEJÓW


Tomasz Jagielski Polacy na Wyżynach Gdańskich w czasach Wolnego Miasta Gdańska 1920–1939 Wyżyny Gdańskie, obecnie część powiatu gdańskiego, w latach dwudziestych i trzydziestych minionego wieku wchodziły w skład Wolnego Miasta Gdańska. Zamieszkiwała je w zgodzie i harmonii ludność polska, niemiecka i żydowska, ale do czasu, bo rodzący się ruch nazistowski postawił wielu Polaków w trudnej sytuacji jeszcze przed wybuchem II wojny światowej. Poznajmy losy kilku mieszkańców tych ziem, aby odkryć ich zwykłe, ale jakże godne upamiętnienia życiorysy. Do grona Polaków dodamy wspomnienie o niemieckim księdzu katolickim, którego los splótł się z sytuacją polskich parafian. Za swoją antyfaszystowską postawę, przy której trwał mimo ostracyzmu swoich rodaków, zapłacił najwyższą cenę…

Anna Burdówna – niezwykła nauczycielka w trudnych czasach Dzisiejsza szkoła zmaga się z  wieloma problemami. Wśród ciągłych zmian i reform zapomina się o najważniejszym czynniku, jakim jest człowiek, o  tym, że  największą wartością szkoły jest uczeń i  nauczyciel. Historia poniżej prezentuje nauczycielkę przez duże N. Warto czasami przypominać takie życiorysy ludzi, którzy swoim codziennym życiem, pracą i nauką zasługują na miano wielkich bohaterów w trudnych czasach. Takim człowiekiem była Anna Burdówna – nauczycielka z Ełganowa. Urodziła się 5 lipca 1911  r. w  Łodzi jako córka Karola i  Marianny. W swoim rodzinnym mieście ukończyła Gimnazjum im. Szczanieckiej (elitarna szkoła w  przedwojennej Łodzi), potem seminarium nauczycielskie z wykładowym językiem francuskim. Pierwszą posadę nauczycielki otrzymała w  Szkole Powszechnej w  Konstantynowie Łódzkim. W  połowie lat


104

Tomasz Jagielski

trzydziestych, w wakacje, trzy razy współorganizowała i prowadziła jako instruktor ZHP obozy nad morzem dla Polonii Belgijskiej. W 1938 r. podjęła pracę w Wolnym Mieście Gdańsku, w Polskiej Macierzy Szkolnej, która prowadziła prywatne szkoły z polskim językiem wykładowym. Pracę zaczęła najpierw w Szymankowie, a potem została kierowniczką szkoły w Ełganowie, w której podjęła się również prowadzenia harcerstwa. 4 maja 1939 r. w świetlicy PWK nastąpiło wręczenie sztandaru społeczności szkoły w Ełganowie, który z jednej stronie zdobił wizerunek Matki Bożej, a z drugiej widniało godło Polski – Orzeł Biały. Wakacje 1939 r. Anna Burdówna spędziła na obozie harcerskim w Polsce. Po powrocie do Wolnego Miasta Gdańska w sierpniu zastała sytuację bardzo napiętą – więcej hitlerowskich flag, więcej nowych ludzi z III Rzeszy, paradujących w mundurach SA i SS. 29 sierpnia 1939 r. o godzinie 14 odebrała telefon z biura Macierzy Szkolnej z nakazem natychmiastowego przerwania nauki i opuszczenia szkoły. Po skontaktowaniu się z Kunegundą Pawłowską i naradzie z osobami z komitetu rodzicielskiego postanowiły zostać. 1 września Niemcy aresztowali obie nauczycielki. Dołączyli je do transportu najbardziej aktywnych Polaków z Ełganowa, Czerniewa i Postołowa, wywożonych dwoma ciężarówkami do  Pruszcza. Aresztantów bito przez wiele godzin, później zwolniono wszystkie kobiety oprócz Anny Burdówny i  Kunegundy Pawłowskiej. Niemcy zarzucali nauczycielkom wrogość, repolonizację dzieci niemieckich i pouczył je, że wszystkie dzieci urodzone w  Wolnym Mieście są Niemcami. Ażeby pognębić Polki, gestapowiec powiedział, że  ich robota na nic, bo właśnie wojska niemieckie zajmują Polskę, po czym włączył radio. Z Częstochowy rozległ się głos spikera po niemiecku. Zaskoczona tym Burdówna spontanicznie stwierdziła: „Aber der Krieg ist nocht nicht zu Ende” [Ale wojna nie jest skończona], czym doprowadziła go do wściekłości. 4 września obie kobiety zostały przewiezione do  więzienia na ulicę Kurkową w Gdańsku. W kwietniu Niemcy osadzili je w obozie koncentracyjnym w Ravensbrück, gdzie zostały dość szybko zauważone przez inne polskie więźniarki, zdobyły szacunek i  sympatię. W  książce Urszuli Wińskiej „Zwyciężyły wartości. Wspomnienia z Ravensbrück” autorka zebrała


Polacy na Wyżynach Gdańskich…

105

158 pisemnych relacji byłych więźniarek tegoż obozu. Aż w 13 jest mowa o więźniarce nr 3048 – Annie Burdównie. Wszystkie dają wspaniałe świadectwo o  jej człowieczeństwie. W  jednym z  nich czytamy: „Hanka Burdówna, nauczycielka z Gdańska, piękny charakter, piękny człowiek. Miała w sobie tyle dobroci, wyrozumiałości dla ludzkich ułomności, że wydawało się to czasem nierealne… Jak bardzo tacy ludzie byli tam nam potrzebni…” (R. Skalska – nauczycielka). Burdówna działała w tajnej obozowej drużynie harcerek „Mury”. Pełniła funkcję podzastępowej zastępu „Cegły”. Podjęła się opieki nad chorymi więźniarkami, które nie mogły uczestniczyć w ewakuacji. Dzięki niezłomnemu hartowi ducha i wierze w Boga przetrwała gehennę obozu. W sierpniu 1945 r. wróciła do rodzinnej Łodzi, by zaopiekować się swoimi rodzicami. Za niezłomną postawę w czasie wojny otrzymała od władz oświatowych skromne mieszkanie w  Łodzi przy ul. Emilii Platter. Podjęła pracę nauczycielki języka polskiego w łódzkich szkołach średnich. W 1976 r. przeszła na zasłużoną emeryturę. Od 1945 r. aktywnie działała w ZHP. Była osobą wszechstronnie wykształconą, biegle władała pięcioma językami. Do  końca istnienia Szkoły Podstawowej w  Ełganowie utrzymywała stały kontakt z  jej uczniami i  dyrekcją. Interesowała się wszystkim, co działo się w tej miejscowości. W 70. rocznicę nadania Polskiej Szkole w Ełganowie sztandaru, 3 maja 2009 r., jako gość honorowy wzięła udział w uroczystości odsłonięcia pomnika pamięci polskich nauczycieli Gdańskiej Macierzy Szkolnej zamordowanych przez hitlerowców. Mając 98 lat, zaświadczyła, że jej praca i trud na rzecz społeczności szkolnej nie poszły na marne, mogła podziwiać nowe pokolenie polskich uczniów. W 2006 r. otrzymała tytuł Honorowego Obywatela Gminy Trąbki Wielkie. 13 maja 2009 r. Prezydent Miasta Łodzi Jerzy Kropiewnicki, w imieniu Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego, wręczył jej Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski „za wybitne zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej, za bohaterską postawę w walce o zachowanie tożsamości narodowej, za działalność na rzecz kształtowania moralności i  patriotycznej postawy polskiej młodzieży”. Zmarła 1 listopada 2010  r. W 2011 r. łódzkie harcerki spod znaku ZHR podjęły starania, aby patronką ich drużyny została Anna Burdówna.


106

Tomasz Jagielski

Ta prosta historia życia polskiej nauczycielki ukazuje prawdę, że najtwardszy ślad pozostaje nie z pomników ze spiżu, lecz w ludzkiej pamięci i ich sercach. Postawa Anny Burdówny to przykład wytrwałości i niezłomności polskiej nauczycielki. W dzisiejszych czasach również potrzebujemy w dniu codziennym takich przykładów i postaw.

Brunon Gregorkiewicz – niełatwe życie polskiego działacza w Wolnym Mieście Gdańsku Wrzesień 1939 r. na Pomorzu Gdańskim to początek II wojny światowej, ale również nasilające się represje ze strony Niemców. Przykładem jednostki zmagającej się z  hitlerowskimi oprawcami jest polski kolejarz Brunon Gregorkiewicz. Urodził się 19 września 1891 r. w Pręgowie Górnym. Był osobą bardzo aktywną i  zaangażowaną w  sprawy polskie. W  1919  r. jako mieszkaniec Gdańska zgłosił się na ochotnika do powstania wielkopolskiego, a po jego zakończeniu wstąpił w szeregi Wojska Polskiego. Jako ochotnik 25. Pułku Ułanów odznaczał się ambicją, energią, sumiennym i  dokładnym spełnianiem obowiązków służbowych. Za wzorową służbę, w październiku 1920 r., otrzymał stopień plutonowego. Służbę wojskową skończył w czerwcu 1927 r. jako zawodowy podoficer. Osobistym przykładem i aktywną postawą wywierał pozytywny wpływ na żołnierzy. Po powrocie do  Gdańska zgłosił się do  służby w  Polskich Kolejach Państwowych, rozpoczynając nowy etap swojego życia – w mundurze polskiego kolejarza. W latach 1930–1936 w stopniu asystenta PKP był zawiadowcą stacji Bielkowo na Wyżynach Gdańskich. Do czasu wybuchu wojny pracował w  Marynowie na Żuławach Wiślanych. Udzielał się w  organizacjach polonijnych na terenie Wolnego Miasta Gdańska. Był aktywnym członkiem Gminy Polskiej (filia w Bielkowie), działał też w Zjednoczeniu Zawodowym Polaków, Kolejowym Klubie Sportowym, Związku Podoficerów, Zrzeszeniu Byłych Ochotników Armii Polskiej Obywateli Gdańska, był prezesem Towarzystwa Byłych Powstańców i Wojaków. Z  ramienia Macierzy prowadził w  Bielkowie i  okolicy akcję pozyskiwania kandydatów do  polskiej szkoły i  ochronki. W  tamtejszej świetlicy kolejowej zorganizował dla dzieci nauczanie języka polskiego. Sam uczył


Polacy na Wyżynach Gdańskich…

107

języka ojczystego, jego żona śpiewu i prowadziła chór. Zajmował się także pomocą dla osób starszych i  ubogich. Z  jego inicjatywy rozpoczęto w Bielkówku budowę polskiej szkoły, ale po przeniesieniu Gregorkiewicza na Żuławy prace zostały przerwane. O popularności i szacunku do niego świadczy fakt, że w r. 1934 Związek Polaków zgłosił jego kandydaturę na członka senatu gdańskiego. Gdy pracował w Marynowie, w marcu 1939 r., został napadnięty przez Niemców, dotkliwie pobity i  zmasakrowany. Początek wojny zastał go w Tczewie, gdzie zgłosił się do służby wojskowej. Po kampanii wrześniowej ukrywał się z rodziną w okolicach Skórcza. W kwietniu 1941 r. został rozpoznany i osadzony w obozie koncentracyjnym w Stutthofie jako numer 12712. Zmarł 10 marca 1942  r., został pochowany na cmentarzu na gdańskiej Zaspie. Pamięć o jego patriotycznej postawie przetrwała do naszych czasów. W r. 1968 szkoła w Bielkówko otrzymała imię Brunona Gregorkiewicza, podobnie jak i ulica, przy której położona jest ta placówka. Kamień i tablica w pobliżu stacji kolejowej w Bielkowie przypominają o wielkim poświęceniu, jakim wykazali się polscy działacze w okresie Wolnego Miasta Gdańska. Imię bohaterskiego kolejarza widniej również na tablicy pamiątkowej na dworcu w Pruszczu Gdańskim, którą odsłonięto 1 września 1998 r. Przechodząc obok tych miejsc pamięci, warto pomyśleć o ich bohaterach, takich jak np. Brunon Gregorkiewicz.

Aeltermann – ksiądz, który powiedział „nie” Hitlerowi W tym roku mija kolejna rocznica śmierci bohaterskiego księdza z Mierzeszyna na Gdańskich Wyżynach, Jana Pawła Aeltermanna. Niemca, który dzielił los z swoimi polskimi parafianami, duchownego, który za swoją postawę i życie zasługuje na pamięć i uhonorowanie. Johannes Paul Aeltermann urodził się 26 czerwca 1876 r. w Gdańsku jako najstarsze z siedmiorga dzieci mistrza szewskiego Franza i Elisabeth z domu May. Uczył się w gimnazjum w Gdańsku, potem w Chełmnie, gdzie zdał maturę w r. 1899. Po egzaminie dojrzałości wstąpił do Biskupiego Seminarium Duchownego w Pelplinie, gdzie 13 marca 1904 r. przyjął święcenia


108

Tomasz Jagielski

kapłańskie z rąk biskupa Augustyna Rozentretera. 6 września 1912  r. biskup powołał go na proboszcza parafii katolickiej w  Mierzeszynie, która po r. 1920 znalazła się w granicach diecezji gdańskiej. Ksiądz Aeltermann był człowiekiem odważnym, wypełnionym głęboką wiarą. Jego troska o godziwe warunki życia parafian w równym stopniu dotyczyła katolików i ewangelików. Walczył o poprawę warunków drogowych, lepszą opiekę lekarską, zaopatrzenie mieszkańców wsi. Zorganizował kursy dokształcające wśród młodzieży wiejskiej. W  1933  r. wydał drukiem po niemiecku kazanie zatytułowane „Hakenkreuz oder Christenkreuz? Die Wahlpredigt” [Hakenkreuz/Swastyka czy krzyż Chrystusowy? Kazanie przedwyborcze] na niedzielę 21 września 1933  r., poprzedzającą wybory do  parlamentu Wolnego Miasta Gdańska – Volkstagu, pierwsze po dojściu gdańskich nazistów do władzy. Ostrzegał przed nadchodzącym socjalizmem narodowym. Obszerne kazanie rozpoczął od  parafrazy tekstu biblijnego, pochodzącego z  Księgi Rodzaju (19,11): „Kogo Bóg chce ukarać, razi go ślepotą”. Proboszcz z  Mierzeszyna prosił swoich parafian, by  nie głosowali na NSDAP, używając przy tym argumentów najprostszych, trafiających wprost do serca: „Swastyka czy krzyż Chrystusowy? (…) Swastyka jest w sprzeczności z zasadniczym prawem chrześcijaństwa. (…) Mówią niektórzy: «Błędną naukę tego ruchu przeciw mojemu Kościołowi odrzucę, ale myślę o  politycznym kierunku i o dobru, jakie mógłby on zrobić». Ach, jaki mądry się nagle zrobiłeś! Przecież jesteś i zostaniesz odpowiedzialny za wszystkie następstwa! (…) Pomyśl sobie, unosisz ramię z opaską, zdejmujesz czapkę przed krzyżem na wiejskiej uliczce i  modlisz się «Bądź pochwalony…» Przecież to absurd! W pewnym domu stoi krucyfiks wśród kwiatów, a na domu jest flaga ze swastyką. Czy to nie absurd!?”. Za swoje kazanie proboszcz z Mierzeszyna został tymczasowo aresztowany pod zarzutem „obrazy kanclerza Adolfa Hitlera”. Pod plebanią często zbierał się tłum mężczyzn, którzy groźbami i krzykiem starali się zastraszyć księdza. W 1937 r. doszło do dalszej eskalacji wrogości wobec Kościoła. Dwa krzyże przydrożne w tej wiosce zostały w nocy ścięte i wrzucone do miejscowego stawu. Proboszcz postawił nowe krzyże i uroczyście je poświęcił. Pomimo przeszkód na poświęcenie przybyło ok. 5 tysięcy osób.


Polacy na Wyżynach Gdańskich…

109

1 września 1939 r., w  dniu aneksji Wolnego Miasta Gdańska do  Niemiec, gestapo zaplanowało aresztowanie księdza, jednak przez pomyłkę zamiast proboszcza zatrzymano jego bratanka. Ksiądz przez kilka dni się ukrywał, po czym wrócił na plebanię. 21 listopada 1939 r. o 4 rano funkcjonariusze SS i gestapo wkroczyli na plebanię i aresztowali księdza Aeltermanna. Przez pewien czas przetrzymywali go w budynku szkolnym w Mierzeszynie, następnie przewieźli do kościoła w Wysinie, potem do majątku ziemskiego rodziny Wieckich, położonym w Nowym Wiecu. Zamknięto go w piwnicy, gdzie dołączył do Polaków z sąsiednich powiatów, aresztowanych na podstawie listy sporządzonej przez „piątką kolumnę”. Ks. Jan Paweł Aeltermann został zastrzelony 22 listopada 1939  r. wraz z sześćdziesięcioma innymi polskimi rolnikami, niezaangażowanymi


110

Tomasz Jagielski

politycznie ludźmi, wśród których byli jeszcze dwaj polscy kapłani. To wszystko działo się na posesji rodziny Wieckich, ok. 10 km od Mierzeszyna. Księży zastrzelono na końcu, najpierw kazano im dla wszystkich wykopać grób. Ostatnim zamordowanym był ks. Aeltermann. Zwłoki księdza ekshumowano w  czerwcu 1945  r., zidentyfikowała je  dawna gospodyni na podstawie fiolki tabletek na nadciśnienie. Uroczystość pogrzebowa odbyła się w  rocznicę urodzin ks. Aeltermanna, 26 czerwca 1945  r. Jego szczątki złożono przed kościołem parafialnym pw. św. Bartłomieja w Mierzeszynie. 13 października 2003  r. imieniem księdza Jana Pawła Aeltermanna nazwano Szkołę Podstawową w Mierzeszynie. Plac przed świątynią w Mierzeszynie również nosi imię bohaterskiego duszpasterza. W  planach jest szlak historyczny imienia księdza Aeltermanna, przebiegający przez gminy Przywidz, Skarszewy i  Trąbki Wielkie. Kościół niemiecki uznaje go za jednego z męczenników wiary XX w., czyniąc starania o beatyfikację. Warto pamiętać o bohaterskim księdzu z Mierzeszyna, który miał odwagę powiedzieć „nie” hitlerowcom.

Alf Liczmański – słowo harcerza Alfons Liczmański był harcmistrzem, komendantem Gdańskiej Chorągwi Harcerzy Związku Harcerstwa Polskiego w Wolnym Mieście Gdańsku, nauczycielem Polskiej Szkoły Handlowej Macierzy Szkolnej w  Gdańsku. Urodził się 10 października 1904 r. w Gdańsku. Rodzice wychowywali go w przywiązaniu do polskości i patriotyzmu. Dorastając na terenie Wolnego Miasta Gdańska, nigdy nie chodził do polskiej szkoły, jednak w domu wiele czasu poświęcał na pogłębianie znajomości języka polskiego, naukę historii i geografii Polski. Wiedzę tę czerpał z książek, które stanowiły jego kolejną pasję. Gromadził poważne dzieła z  literatury i  historii polskiej. Wykorzystywał każdą wolną chwilę na czytanie literatury. Władał także językiem niemieckim, angielskim i francuskim. Wykazywał duże zdolności matematyczne i artystyczne, znakomicie grał na skrzypcach. Jego zdolności matematyczne zadecydowały o  wyborze studiów, a uzdolnienia artystyczne przydały się w pracy w harcerstwie. Po uzyska-


Polacy na Wyżynach Gdańskich…

111

niu matury Liczmański rozpoczął studia na Wydziale Budownictwa Lądowego Politechniki Gdańskiej, jednak trudna sytuacja materialna zmusiła go do przerwania nauki i  podjęcia pracy zarobkowej w  charakterze tłumacza w Izbie Handlowej w Gdańsku. Był także nauczycielem w Polskiej Szkoły Handlowej Macierzy Szkolnej w Gdańsku. Uczył stenografii polskiej oraz niemieckiej, czyli pisma ozdobnego i  kaligrafii. Szkoła cieszyła się wielkim powodzeniem wśród polskiej młodzieży – już w drugim roku jej działalności liczba uczniów się podwoiła. Osobny rozdział życia Alfa Liczmańskiego stanowiło harcerstwo, które było jego wielką przygodą, pasją i sposobem realizacji jako wychowawca młodzieży. Kurs harcerski w Karwii w 1920 r., w którym uczestniczył wraz z przyjaciółmi, zaowocował utworzeniem 8 sierpnia tegoż roku pierwszej męskiej drużyny harcerskiej im. Zygmunta Augusta. Polska Szkoła Handlowa Macierzy Szkolnej w  Gdańsku, w  której pracował, była doskonałym miejscem do  krzewienia idei harcerskiej wśród polskiej młodzieży. W r. 1930 z jego inicjatywy powstała tam drużyna harcerska im. Zawiszy Czarnego. Liczmański brał udział w  licznych obozach i  zlotach międzynarodowych na Węgrzech, w Holandii, Francji, Austrii i Szkocji. Dzięki znajomości języków obcych nawiązywał szerokie kontakty ze skautami różnych narodowości. Ostatnie miesiące przed wybuchem wojny poświęcił na przygotowanie harcerzy i  instruktorów na zbliżające się groźne chwile. W  dniu wybuchu II  wojny światowej gdańskie harcerstwo było bardzo prężnie działającą organizacją polonijną. Zrzeszało około dwa tysiące osób w różnym wieku – dzieci, młodzież i dorosłych różnych zawodów. Drużyny harcerskie działały w  polskich szkołach w  Gdańsku, Sopocie, Pszczółkach, Piekle, Trąbkach Wielkich i Ełganowie. Instruktor harcerstwa przy Komisariacie Generalnym RP w Gdańsku, dowódca Harcerskich Oddziałów Bojowych w Wolnym Mieście Gdańsku, Oskar Nawrocki, tak scharakteryzował Alfa Liczmańskiego: „Małomówny. Prawie zawsze przyjazny uśmiech na twarzy. Przy każdym kontakcie odczuwało się spokojną życzliwość tego człowieka (…). Konsekwentny w raz powziętych postanowieniach. Decyzje swoje zwykle pobierał po gruntownym zastanowieniu się (…). Był człowiekiem ogromnie skromnym, nie


112

Tomasz Jagielski

lubiącym afiszowania się (…), głęboko wierzącym, bez afektacji. Szybko orientował się w wartościach ludzi, z którymi stykał się w pracy zawodowej czy harcerskiej (…). Ogromnie pracowity. Wolał pracę sam wykonać, niż narzucać ją niechętnym (…). Bezwzględnie zdyscyplinowany (…). Lojalny wobec podwładnych, jak i  wobec przełożonych (…). Głęboki, nie manifestowany na co dzień patriotyzm. Zakochany w Polsce i wszystkim co było polskie”. Działalność harcerska i  patriotyczna Liczmańskiego była skrupulatnie śledzona przez gdańską policję, zwłaszcza po dojściu Adolfa Hitlera do władzy. Czołowi działacze byli obserwowani przez policję, a Liczmańskim interesowano się szczególnie. Niemcy zdawali sobie sprawę ze znaczenia harcerstwa. Polski patriota był dla nich jednym z głównym wrogów jako szczególnie zagrażający niemieckim planom przyszłej germanizacji Pomorza. Dlatego też w ostatnich dniach sierpnia 1939 r. władze polskie poleciły opuścić Gdańsk szczególnie zagrożonym działaczom. Liczmańskiemu proponowano wyjazd wraz z rodziną do Anglii, jednak na tę propozycję odpowiedział: „Jeżeli byśmy wszyscy Polacy opuścili Gdańsk, to kto świadczyłby o jego polskości?”. Wybuch wojny zastał go w Gdyni, gdzie organizował oddziały harcerskie do  obrony miasta. Po zajęciu miasta przez hitlerowców Liczmański bezskutecznie starał się przedostać przez linię frontu w  głąb kraju i  dołączyć do  walczących oddziałów. Wkrótce został aresztowany i  osadzony w  więzieniu w  Gdańsku, później w  Nowym Porcie. Z  więzienia został przewieziony do obozu koncentracyjnego w Stutthofie, gdzie był jednym z pierwszych więźniów. 19 marca 1940  r. zmaltretowanego Alfa przewieziono do  obozu w Grenzdorfie (obecnie Wieś Graniczna). Tam widział go więzień Maksymilian Kępiński – harcerz, były uczeń Polskiej Szkoły Handlowej: „Wiosną 1940 roku, za dnia przyjechał jakiś samochód osobowy. Wysiedli z niego SS-owcy oraz jakiś człowiek w jasnym prochowcu. Był do mnie odwrócony tyłem, lecz wydawało mi się, że jest to komendant gdańskiego hufca ZHP. Od razu zaprowadzono go do bunkra”. Następnego dnia, 20 marca 1940 r., wczesnym rankiem, kilkaset metrów od obozu, Alf Liczmański został rozstrzelany.


Polacy na Wyżynach Gdańskich…

113

Po wojnie ekshumowano jego zwłoki, a uroczystości pogrzebowe odbyły się 14 listopada 1948 r. na cmentarzu w Gdańsku-Zaspie, gdzie spoczął w  Alei Zasłużonych. Kondukt żałobny wiódł z  kościoła św. Andrzeja Boboli, przy ulicy Mickiewicza w  Gdańsku-Wrzeszczu. Przez całą drogę trumna Alfa Liczmańskiego była niesiona przez harcerzy, którzy tak żegnali swego komendanta. Całym swym życiem wypełnił złożone przyrzeczenie harcerskie, dla wielu uczniów i harcerzy był wzorem do naśladowania. Wyrazem pamięci dla działalności Alfa Liczmańskiego było nazwanie jego imieniem Szkoły Podstawowej nr 65 w Gdańsku. Warto przypominać o  takich postaciach jak Alf Liczmański, którzy swoim życiem poświadczali wartość harcerskiej przysięgi: „Mam szczerą wolę całym życiem pełnić służbę Bogu i Polsce, nieść chętną pomoc bliźnim i być posłusznym Prawu Harcerskiemu”. Pamiętając o Polakach z Wyżyn Gdańskich, nie zapominajmy o ich bohaterskich czynach i postawie w zderzeniu z wielką hitlerowską machiną wojenną.

Historia Powiatu Gdańskiego poznawana na rowerze Stowarzyszenie Traugutt.org z Pruszcza Gdańskiego to zespół pasjonatów i miłośników historii. Liczne polskie rodziny mają kresowe korzenie, także na Pomorzu. By podtrzymać więzy i ukazać ponadnarodową solidarność, organizują zbiórkę przyborów szkolnych pt. „Nie jest kolorowo”. Spisują i nagrywają relację żyjących świadków historii. Prowadzą szeroką akcję edukacyjną i informacyjną. Łączą przyjemne z pożytecznym i na takiej podbudowie narodziła się idea rajdów rowerowych z  historią w  tle.

I Rajd rowerowy śladami Polaków na Gdańskich Wyżynach 10 września 2016 r. grupa miłośników podróżowania na dwóch kołach wyruszyła na wyprawę, aby poznać losy i działalność Polaków na terenie Wolnego Miasta Gdańska.


114

Tomasz Jagielski

Rajd rozpoczął się przed dworcem PKP w Pruszczu Gdańskim, w którym w latach trzydziestych minionego wieku mieściła się ochronka – przedszkole dla polskich dzieci. Kolejnym etapem było poznanie przeszłości dawnej polskiej szkoły, która we wrześniu 1939 stała się miejscem kaźni dla wielu polskich patriotów. Krzysztof Drażba, pracownik gdańskiego oddziału IPN, zaprezentował wystawę „Pierwsza odsłona, czyli okupacja niemiecka na Kaszubach i Kociewiu w 1939 r.” Przypomniał sytuację naszych rodaków w pierwszych miesiącach II wojny światowej, heroiczną i dramatyczną postawę niektórych z nich w starciu z bezlitosnym systemem, m.in. biografię Anny Burdówny z Ełganowa, która za swoją pracę w polskiej placówce oświatowej została osadzona w obozie koncentracyjnym. Kolejnym etapem podróży było poznanie historii elektrowni wodnej w Straszynie. Powstała w 1910 r., a jej moc wynosi 2411 kw. Po wojnie jej prąd zasilał gdańskie tramwaje. W Bielkowie na stacji kolejowej rowerzyści poznali historię Brunona Gregorkiewicza, o którym opowiedział Piotr


Polacy na Wyżynach Gdańskich…

115

Szubarczyk z gdańskiego IPN. Prelegent przypomniał jego służbę w  Legionach Polskich, walkę w powstaniu wielkopolskim. Po odzyskaniu niepodległości Gregorkiewicz zaangażował się w szerzenie polskości na tych terenach. W  latach sześćdziesiątych XX  w. w  osadzie usytuowany został obelisk przypominający te fakty. Po pokonaniu kolejnych kilometrów trasy, uczestnicy rajdu dotarli do Pręgowa. Poznali tam historię i oddali hołd zamordowanym ofiarom „Marszu Śmierci” z  1945  r. W  obliczu nadciągającej klęski Niemcy ewakuowali więźniów obozu Stutthof na zachód, tych którzy nie mogli maszerować zabijali. Taki los spotkał 41 osób, które zostały pochowane w Pręgowie. Kolejnym etapem podróży była wieś Mierzeszyn i odkrycie losów księdza Jana Pawła Aeltermanna, niemieckiego duchownego. Ksiądz jawnie i zdecydowanie protestował i ostrzegał swoich wiernych przed polityką Hitlera i jego zwolenników. Nie uszło to uwadze gestapo, które 22 listopada 1939 r. aresztowało księdza Aeltermanna i rozstrzelało w Nowym Wiecu.


116

Tomasz Jagielski

Dzisiaj imię odważnego i bohaterskiego duchownego nosi miejscowa szkoła i plac w osadzie. W  Zaskoczynie miłośnicy lokalnej historii poznali dzieje i  teraźniejszość Domu Pomocy Społecznej. Budynek wybudowano w  1932 na potrzeby szkolenia kadr partii hitlerowskiej i sanatorium. Jedną z ciekawostek placówki jest rzeźba „Macierzyństwo”, autorstwa Thoraka z  1942  r. Miłośnicy i pasjonaci lokalnych dziejów do dzisiaj poszukują odpowiedzi, dlaczego ta monumentalna rzeźba znalazła się na Gdańskich Wyżynach. W Ełganowie, dzięki opowieści druha Jana Trofimowicza, rowerzyści odkryli przeszłość miejscowej szkoły. Po dotarciu do Granicznej Wsi miłośnicy historii poznali losy Alfa Liczmańskiego, działacza polonijnego i harcmistrza na terenie Wolnego Miasta Gdańska. Na zakończenie uczestnicy rajdu rowerowego sprawdzili swoją wiedzę w teście historycznym, którego zwycięzcami zostali Daniel Czerwiński i  Krzysztof Drażba, odpoczywając i  snując opowieści o  dawnych mieszkańcach tych ziem przy ognisku. „Cieszę się z  dużej liczby uczestników naszej wycieczki” – podsumował Jacek Świs, pomysłodawca i organizator wydarzenia. „Uważam, że poznawanie losów Polonii Gdańskich Wyżyn na rowerze to dobry pomysł, który będzie kontynuowany w przyszłości”. Organizatorami rajdu rowerowego byli: Stowarzyszenie Traugutt.org oraz Starostwo Powiatowe w Pruszczu Gdańskim. Wydarzenie odbyło się w  ramach projektu: „Zorganizowanie imprezy turystycznej promującej walory turystyczne Powiatu Gdańskiego”.

II Historyczny Rajd Rowerowy śladami Polaków na Gdańskich Wyżynach 30 września 2017 r. grupa sympatyków podróżowania na dwóch kołach wyruszyła na wyprawę, aby poznać losy i działalność Polaków na terenie Wolnego Miasta Gdańska. Rajd rozpoczął się przed dworcem PKP w  Pruszczu Gdańskim. Była to dobra okazja, by  wspomnieć ogromną rolę, jaką na terenie Wolnego Miasta Gdańska pełnili polscy kolejarze, szerzyli polskość oraz krzewili


Polacy na Wyżynach Gdańskich…

117

wartości patriotyczne w swoim otoczeniu. Jednym z polskich kolejarzy lat trzydziestych minionego wieku w Pruszczu Gdańskim był Paweł Budzisz. Wojanowo to kolejny przystanek na trasie rajdu. Ta osada na terenie gminy Pruszcz Gdański słynęła z  kompleksu pałacowego, który został zniszczony w 1945 r. podczas działań wojennych. Kompleks należał do rodziny Tiedemannów. Jeden z przedstawicieli rodu był wziętym architektem i zaprojektował m.in. kościół garnizonowy w Sopocie. Po pokonaniu kolejnych kilometrów uczestnicy wycieczki zatrzymali się, by podziwiać wieś Arciszewo i poznać dzieje jednego z jej mieszkańców – Krzysztofa Arciszewskiego. To barwna postać, która żyła na przełomie XVI i XVII w. Generał wojsk holenderskich, zdobywca Brazylii, walczył w obronie polskich kresów podczas powstania Chmielnickiego. Był zafascynowany budownictwem wojskowym, został twórcą wielu fortyfikacji w Europie. Oddany wierze Jana Kalwina pozostawił po sobie spory dorobek literacki i pamiętnikarski. Ostatnie dni spędził w swoim majątku w Arciszewie. W  Bielkówku członkowie Stowarzyszenia Traugutt.org przypomnieli postać Brunona Gregorkiewicza, zawiadowcy stacji i zasłużonego działacza Polonii w Wolnym Mieście Gdańsku, twórcy polskiej świetlicy i ochronki. Dzisiaj jego imię nosi główna ulica wsi i miejscowa szkoła. W Pręgowie rowerzyści oddali cześć i hołd pochowanym na miejscowym cmentarzu 41 ofiarom „marszu śmierci” z 1945 r. To nieludzki pochód więźniów obozu Stutthof, których Niemcy w zimowych warunkach pędzili na zachód, aby ukryć własne zbrodnie i mordy. Miejscowy kościół to najstarsza na Pomorzu Gdańskim gotycka budowla z XIV w. Skrywa wiele zabytków i pamiątek, ostatni odkryto w jej murach średniowieczne freski. Pokonując tereny gminy Kolbudy, uczestnicy rajdu poznali również Górę Zamkową, gdzie znajduje się wczesnośredniowieczne grodzisko z X– XII w., położone na 30-metrowym wzniesieniu i otoczone głębokimi, szerokimi dolinami. Dworzec PKP w Kolbudach był kolejnym przystankiem na trasie rajdu. Biegnąca tu linia kolejowa została oddana do użytku w r. 1886 i była czynna do  1994  r. W  czasie Wolnego Miasta Gdańska jej zawiadowcą był Jan Hallman, który otworzył w niej świetlicę Związku Polaków. Odbywały się w niej zebrania miejscowych Polaków, spotkania z polskimi działaczami i uroczystości patriotyczne.


118

Tomasz Jagielski

W Łapinie rowerzyści poznali dzieło Alfonsa Hoffmana, polskiego inżyniera i hydrologa, twórcy elektrowni wodnej w Łapinie. Budowla powstała w 1925 r., a jej moc wynosi 2,3 MW. Hoffman był również działaczem komisji wytyczającej granicę pomiędzy Polską i  Wolnym Miastem Gdańskiem w 1920 r. Granicę wytyczały tory kolejowe, a osada i jej mieszkańcy znaleźli się w państwie polskim. Uczestnicy rajdu poznali również historię i  teraźniejszość Starej Papierni w Łapinie. Przewodnik Paweł Jaworski opowiedział o produkcji papieru i kartonów w dawnych czasach. Z kolei prelegenci z Muzeum Poczty Polskiej w  Gdańsku, które jest częścią Muzeum Historycznego Miasta Gdańska, przedstawili dzieje gdańskiej Polonii. Janusz Trupinda i Marek Adamkowicz opowiedzieli o działalności Edmunda Bellwona, zawiadowcy stacji w Łapinie, sportowcu i organizatorze polskiego życia kulturalno-społecznego. Był on jednym z  inicjatorów powołania polskiego klubu sportowego KS „Gedania” w 1922 r. W 2017 r. przypada 95. rocznica jego istnienia. W latach 1934–1938 w ramach klubu działała również sekcja kolarska. Po krótkiej lekcji historii gdańskiej Polonii uczestnicy wycieczki udali się do Czapielska, by poznać historię miejscowej świątyni. Po przejeździe brzegiem Jeziora Przywidzkiego rowerzyści dotarli do  Przywidza, w  którym zaplanowano metę końcową II Historycznego Rajdu Rowerowego Śladem Polaków na Wyżynach Gdańskich. Wspólne ognisko oraz konkurs historyczny był podsumowaniem tego udanego dnia. Zwiedzanie terenu Gdańskich Wyżyn połączone z  poznaniem jego historii, to ciekawa i skuteczna forma odkrywania lokalnej przeszłości. Ta żywa i pouczająca lekcja historii była możliwa dzięki współpracy Stowarzyszenia Traugutt.org oraz Starostwa Powiatowego w Pruszczu Gdańskim. Tak ciekawy przebieg rajdu był możliwy dzięki wsparciu gmin: Kolbudy, Pruszcz Gdański oraz Przywidz, Instytutu Pamięci Narodowej / Oddział Gdańsk, Muzeum Poczty Polskiej, Muzeum II Wojny Światowej, Smurfit Kappa, Stowarzyszenia Stara Papiernia, a także Wydawnictwo Patria Media / Patrioteka.pl.


Marek Kordowski

Jubileusz 70-lecia gniewskiej książnicy Siedemdziesiąt lat w życiu biblioteki – to dużo, czy mało? Patrząc z  perspektywy kilku stuleci istnienia wspaniałych i zasłużonych dla polskiego narodu książnic, to bardzo mało, ale jeśli wziąć pod uwagę życie małej społeczności lokalnej, to jednak sporo. Rok 2017 jest dla Powiatowej i Miejskiej Biblioteki Publicznej im. ks. Fabiana Wierzchowskiego w  Gniewie rokiem szczególnym, jubileuszowym – 70-lecia powstania tak ważnej dla miasta i gminy instytucji kultury. Obchody rocznicowe stały się okazją do świętowania dla całej społeczności skupionej wokół spraw czytelnictwa oraz kultury miasta i regionu.

Autor podczas debaty „Pomorze Nadwiślańskie”

Kraziewiczowskie biblioteki i Towarzystwo Czytelni Ludowych Tradycje gniewskiego bibliotekarstwa sięgają okresu zaboru pruskiego i są związane z osobą Juliusza Kraziewicza, twórcy pierwszego na ziemiach polskich kółka rolniczego w  Piasecznie. Już w  pierwszych miesiącach


120

Marek Kordowski

działalności Towarzystwa Rolniczego, czyli od 1 października 1862 r. przystąpiono do organizowania bibliotek. Do współpracy włączyła się przede wszystkim miejscowa społeczność. Rolnik Józef Dziarnowski, jako człowiek bardzo wykształcony i  oczytany, przekazał piaseckiej bibliotece 50 książek. Kolejnym darczyńcą okazał się Sylwester Bałach. Na tym lista ludzi wspierających nie kończy się i  można dalej wymienić następujące po sobie nazwiska: poety z Bielska Michała Czarneckiego, sekretarza Towarzystwa Rolniczego Jana Stefańskiego czy też miejscowego proboszcza Franciszka Szefera oraz wielu innych kapłanów. Aktywna działalność Juliusza Kraziewicza w  latach sześćdziesiątych XIX  w. nie uszła uwadze znanych w  środowisku polskim pisarzy. Józef Ignacy Kraszewski w trzecim numerze „Piasta” z 17 stycznia 1867 r. napisał: „…Tak z pomocą Bożą i u nas być powinno, żeby też wieśniak polski miał każdy nie tylko książkę do  nabożeństwa i  kalendarz, ale i  swoje pismo…” W podobnym tonie wypowiadają się znani pisarze i wydawcy na łamach swych periodyków. Do  ich grona można zaliczyć między innymi byłego sekretarza kółka rolniczego Józefa Chociszewskiego. Z kolei Ignacy Łyskowski błaga lud wiejski tymi słowami: „Szanujcie ojców zwyczaje i język śpiewny a jędrny…” To ludzie pióra przekazywali bezpłatnie polskie książki kraziewiczowskim bibliotekom w: Pieniążkowie (15 lutego 1866), Bobowie (3 maja 1866), Pelplinie (18 marca 1868), Komórsku (7 października 1868), Skórczu (25 czerwca 1867) i Lubichowie (30 czerwca 1867). Jak zanotowano pod koniec stycznia 1869  r. funkcjonowały już 24 tego typu biblioteki. Większość z nich była zlokalizowana na Kociewiu. Książki wypożyczano regularnie raz w miesiącu. Każdorazowo na początku kółkowego zebrania Kraziewicz apelował o regularny zwrot wypożyczanych książek, by inni mogli z nich korzystać. Sam przepisywał ręcznie cienkie poczytne broszurki z myślą o czytelnikach. Podsumowując działalność kółek rolniczych podczas obrad II  Sejmiku Toruńskiego, 21 lutego 1868 r., Juliusz Kraziewicz w rozprawie „O gospodarstwach włościańskich Prus Zachodnich”, zamieścił ważne dla nas informacje: „A  prócz tego, spółki pożyczkowe i  konsumpcyjne, «Piast», wystawy rolnicze, to wszystko Towarzystwa nasze rolnicze w  przeciągu niespełna 4 lat w życie wprowadziły”. W swej wypowiedzi szczególną


Jubileusz 70-lecia gniewskiej książnicy

121

uwagę zwrócił na pracę istniejących bibliotek i podał stan księgozbioru na koniec stycznia 1868  r.: w  Piasecznie – 160 książek, w  Pelplinie – 90, w Bobowie – 90, w Skórczu – 45, w Pieniążkowie – 70. Ponadto uwzględnił wskaźnik 108  dzieł, jakie przypadały na jedną bibliotekę w  powiecie kościerskim. Podobna sytuacja istniała w  innych powiatach, a  mianowicie: kwidzyńskim, starogardzkim i  świeckim. Poszczególne Towarzystwa Rolnicze, które powstały na terenie ziemi gniewskiej, skupiały wiele sąsiadujących obok siebie miejscowości. Do Pieniążkowa należały zatem: Dąbrówka, Półwieś, Małe i Duże Wiosło, Opalenie, Lipia Góra, Lalkowy, Włosiennica, Twarda Góra, Bochlin i Nowe. Jak widać, kraziewiczowska idea rozpowszechniania polskich książek miała swe odzwierciedlenie w praktycznym działaniu i na pewno docierała do każdej kociewskiej wsi oraz pod wiejskie strzechy. W ten sposób pomysłodawcy wspomnianej idei realizowali swe cele i zamierzenia, a Juliusz Kraziewicz stał się człowiekiem, który myśleniem i działaniem wyprzedził epokę. Na przełomie XIX i XX w. dalszym rozwojem sieci bibliotek wiejskich na Kociewiu zajęły się Towarzystwa Ludowe. Statuty szczegółowo regulowały przepisy dotyczące działalności organizacji. W nich znajdujemy zapis obejmujący skład zarządu, w ramach którego funkcjonowało stanowisko bibliotekarza. Z jednej strony była to funkcja prestiżowa, a z drugiej bardzo odpowiedzialna, gdyż do  jego obowiązków należało poszukiwanie nowych polskich pozycji książkowych, tworzenie nowych bibliotek oraz organizowanie uroczystości patriotycznych. W  tym miejscu wymienimy nazwiska bibliotekarzy, którzy w  szczególny sposób zasłużyli się w  propagowaniu i  kontynuowaniu kraziewiczowskiej idei czytelnictwa. Zatem nie można pominąć: Leona i Władysława Czyżewskich z Jaźwisk, ks. Franciszka Drzymalskiego z  Dzierżążna, ks. Bolesława Gordona z  Grabowa, Kornaszewskiego z Gniewu, Pawła Neumana z Piaseczna, A. Kotowskiego z Półwsi, ks. Antoniego Wolszlegiera z Pieniążkowa i ks. Leona Kurowskiego z  Lalków. Ostatni z  nich był autorem „Nowego śpiewnika polskiego”, przeznaczonego w pierwszym rzędzie dla Towarzystw Ludowych. To tylko część nazwisk polskich działaczy, ale wielu z nich w dalszym ciągu kryje się jeszcze w mroku historycznych tajemnic. Książki do bibliotek nabywano w grudziądzkim wydawnictwie Wiktora Kulerskiego, w pelplińskim „Pielgrzymie” i u Karola Miarki w Mikołowie.


122

Marek Kordowski

Do grona organizacji, które popularyzowały czytelnictwo polskiej książki w  XIX i  XX  w. należy zaliczyć Towarzystwo Czytelni Ludowych. W  ten sposób szerzono oświatę wśród polskiej ludności oraz zakładano biblioteki i czytelnie. Najczęściej po mszy świętej odbywały się zebrania organizacji w  sali widowiskowej Kazimierza Bartkowskiego w  Gniewie. O terminach każdego spotkania informował pelpliński „Pielgrzym”. W tym miejscu organizowano również kursy języka polskiego. Do  końca 1917  r. były one tajne, a  później uczono już oficjalnie. Pracą dydaktyczną zajmowały się wówczas Helena Bartkowska z  córką Marią, jak również Maria Czarnowska i Maria Woźniewska. Przed wybuchem I wojny światowej w  firmie kupieckiej Kazimierza Bartkowskiego prowadzono tajne pogadanki z historii Polski. W  1920  r. funkcję prezesa Zarządu Towarzystwa Czytelni Ludowych okręgu gniewskiego pełnił ks. Alojzy Karczyński, a  od  1923  r. ks. Fabian Wierzchowski. Ostatni z wymienionych kapłanów cieszył się ogromnym autorytetem wśród miejscowej społeczności, gdyż jako katecheta i nauczyciel języka łacińskiego w  Państwowym Progimnazjum Humanistyczno-Koedukacyjnym w Gniewie wywierał duży wpływ na wychowanie młodzieży. Przez krótki okres czasu pełnił również funkcję dyrektora tej placówki. Uczniowie ocenili go jako „dobrego człowieka, miłego, bardzo lubianego nauczyciela, opiekuna Sodalicji Mariańskiej”. Był organizatorem wycieczek np.  do  Zakopanego i  kuligu do  malowniczo położonej wsi Wyręby, gdzie gościnnie przyjmowała dzieci siostra księdza. Interesował się kulturą ludową Kociewia oraz gromadził materiały etnograficzne związane z tym regionem. Po likwidacji gniewskiego gimnazjum w 1935 r. został skierowany do Grudziądza. Pozytywne efekty twórczej pracy ks. Fabiana Wierzchowskiego na rzecz miejscowego środowiska zauważono po kilkudziesięciu latach, gdy został patronem biblioteki. Fakt ten miał miejsce 26  sierpnia 2004  r., gdy Rada Miejska w Gniewie podjęła stosowną uchwałę w tej kwestii. Wśród mieszkańców Gniewu wspierających towarzystwo znaleźli się: Stefania i Jan Klein (kupiec), A. Baumgart (księgarz), Klemens Tetzlaff (kupiec) oraz Paweł Tollik. W  okresie międzywojennym, kiedy obchodzono święta narodowe, młodzież skupiona w Towarzystwie Czytelni Ludowych zbierała pieniądze na książki. Kwestę prowadzono przy kościele. Następnie nowe pozycje książkowe nabywano w księgarni pani Wisse.


Jubileusz 70-lecia gniewskiej książnicy

123

Przy stowarzyszeniu działał zespół teatralny. Funkcję reżysera pełnił Stefan Bartkowski. Do szerokiego repertuaru należało zaliczyć następujące przedstawienia: „Ciotka Karola”, „Kopciuszek”, „Wujaszek z  Gdyni” i „Bursztyny Kasi”. To tylko część widowisk, ale było ich więcej. W czasie uroczystości narodowych, najczęściej 3 maja i  11 listopada, które odbywały się na gniewskim rynku urządzano spektakle. Trwały one trzy dni. Pierwszego dnia wystawiano dla dzieci, drugiego dla dorosłych i ostatniego dla wojska. W 1937 r. Towarzystwo Czytelni Ludowych w Gniewie liczyło 24 członków. Siedziba organizacji oraz wypożyczalnia książek znajdowała się w domu prywatnym państwa Bartkowskich przy ulicy Pod Basztą. Okres II  wojny światowej i  niemieckiej okupacji przerwał działalność towarzystwa, a jednocześnie wprowadzono restrykcyjne prawo zakazujące używania języka polskiego we wszystkich dziedzinach i dotyczyło to również życia prywatnego oraz rodzinnego. Hitlerowcy niszczyli zbiory biblioteczne. Jednak w sporadycznych wypadkach miejscowa ludność przeciwstawiła się temu i chroniła unikatowe egzemplarze. W Piasecznie książki nauczyciela i  kierownika szkoły na Piaseckim Polu, Kazimierza Grosa, przechowywał w  swoim mieszkaniu Bronisław Herold. Podobnie postępował nauczyciel niemieckiej szkoły w Piasecznie Leon Zamek-Gliszczyński, pomagając ukryć cenne rzeczy rodzinom, które Niemcy szykanowali i  grozili wywiezieniem. W  Pieniążkowie żona tamtejszego organisty Józefa Ejankowska ukryła bibliotekę księdza proboszcza Gustawa Działowskiego. Nocą polskie książki, mieszczące się wcześniej na kilkunastu regałach, zostały umieszczone w kościele, we wnętrzu ołtarza. Nieżyjący już nestor kociewskiego regionalizmu Jan Ejankowski w jednym z artykułów wspomina fakt, jak w marcu 1945 r. wspólnie z matką i siostrami wydobyli ukryte książki. Ponadto napisał: „Pamiętam też i naszą skromną gimnazjalną bibliotekę w Gniewie, cudem uratowaną, z cennymi przedwojennymi pozycjami”. Całkowitemu zniszczeniu uległ księgozbiór biblioteczny, będący własnością proboszcza opaleńskiego ks. Józefa Kalinowskiego. Nic nie pozostało z pięknego gabinetu pomocy naukowych, który był umiejscowiony w jednym z pomieszczeń opaleńskiej szkoły. W okresie międzywojennym znajdowały się tam bardzo wartościowe mapy, obrazy oraz księgozbiór bibliotek: nauczycielskiej, uczniowskiej i  Towarzystwa Czytelni Ludowych. Do  zniszczenia książek przyczynili się m.in. miejscowi Niemcy, jak na


124

Marek Kordowski

przykład właściciel opaleńskiej cegielni Ernest Weichert. W okresie międzywojennym to on i  jeszcze wielu innych należało do  grona ich ofiarodawców. Na stronach tytułowych darowanych polskich książek umieszczał własnoręczne wpisy, z  uwzględnieniem wyjątkowych dedykacji. Po wybuchu wojny, aby jego rodacy nie wyciągnęli nieprzyjemnych konsekwencji wobec jego osoby w kontekście przedstawionych powyżej faktów, zniszczył ewidentne dowody współpracy z  polskimi instytucjami. Z  jego inicjatywy książki „uległy zagładzie” na terenie miejscowej cegielni. Okres okupacji hitlerowskiej i  przeżycia wojenne znaczone grozą brutalności pozostawiły niezniszczalne piętno wspomnień w  ludzkich umysłach. W  1945  r. pod ich wpływem wkroczono na szlak pokojowych przemian i dostosowywano się do rzeczywistości, ale jakiej? Zapewne innej, nowej i jeszcze do końca nieznanej, którą należało poznać, budując jednocześnie struktury materialnej egzystencji. Wtedy też powstała idea bibliotekarstwa publicznego, akceptowana przez Ministerstwo Edukacji. Głównym celem ogólnopolskiej akcji dostępu do książki wszystkich obywateli była walka z  analfabetyzmem występującym po wojnie i  kwestia kształcenia Polaków po długim okresie ciągłej germanizacji.

Pierwszy okres działalności gniewskiej biblioteki Po zakończeniu działań wojennych Helena Bartkowska wznowiła działalność czytelni Towarzystwa Czytelni Ludowych w Gniewie. Została przewodniczącą powołanego nieco później do życia Koła Przyjaciół Książki. Członkowie organizacji podjęli się niezwykłego zadania, a mianowicie, dzięki ich zaangażowaniu, powstała Publiczna Biblioteka Miejska w Gniewie. 14 czerwca 1947  r. otworzyła nowy rozdział w  powojennej historii miasta, gdyż tego typu placówki Gniew jeszcze nie posiadał, a w 2017 roku obchodzi ona swoje siedemdziesiąte urodziny. Księgozbiór liczył wówczas 320 woluminów. Miejska Rada Narodowa, 27 listopada 1947 r., podjęła uchwałę nr 79, w  której powołała do  życia bibliotekę jako gminną instytucję kultury służącą miastu i gminie Gniew. Do księgozbioru włączono 150 ocalałych z wojennej pożogi książek, które niegdyś należały do Towarzystwa Czytel-


Jubileusz 70-lecia gniewskiej książnicy

125

ni Ludowych. Pozostałe pochodziły ze zbiórki wśród mieszkańców ziemi gniewskiej. Łącznie zebrano 720 egzemplarzy o różnej tematyce. Początki były trudne, gdyż brakowało funduszy na podstawową działalność instytucji, nawet na zakup papieru do  oprawienia nowości oraz materiałów piśmienniczych. Jej funkcjonowanie w dużej mierze zostało uzależnione od pomocy materialnej mieszkańców Gniewu, którzy i tym razem nie zawiedli. Od r. 1950 biblioteka przeszła na zakup centralny Ministerstwa Kultury i Sztuki i stąd była zaopatrywana przez szereg lat. Biblioteka odpowiednio wyposażona rozpoczęła swoją działalność 1 stycznia 1948 r. Na jej użytek wynajęto pomieszczenia w prywatnej kamienicy państwa Klein, przy obecnej ulicy Piłsudskiego. W  kolejnych latach, z  powodu trudnych warunków lokalowych, nieustannie zmieniała się lokalizacja biblioteki. Adaptacja najczęściej lokali mieszkalnych była niewystarczająca. Pierwszym w historii kierownikiem gniewskiej książnicy została Helena Bartkowska i tę funkcję pełniła do grudnia 1951 r. Warto przypomnieć, że wcześniej była ona przewodniczącą Koła Przyjaciół Książki, a w jej rodzinnym domu miało swoją siedzibę Towarzystwo Czytelni Ludowych. Dziesięć lat w wywiadzie dla „Gazety Tczewskiej” przyznała: „Bardzo czule wspominam lata pracy w bibliotece w Gniewie. Nie było wówczas nic bardziej pociągającego. Cieszyłam się, gdy ludzie wypożyczali książki lub też przynosili swoje, by ubogacić biblioteczne zbiory. Wtedy była to praca społeczna, poświęcenie dla idei”. Drugim z  kolei kierownikiem biblioteki, do  30 czerwca 1952  r., była Urszula Truszczyńska, a od 1lipca 1952 r. tę funkcję przez następne trzydzieści lat pełniła Urszula Dąbrowska (po zmianie stanu cywilnego Ałaszewska). Księgozbiór w 1954 r. liczył 3858 woluminów, a dwa lata później jego stan wzrósł dokładnie o sto egzemplarzy. Od 1955 r. biblioteka w Gniewie podlegała Powiatowej Bibliotece Publicznej w  Tczewie, która kierowała zakupem książek. Ich dobór był bardziej przemyślany i  dostosowany do potrzeb czytelników. W  pierwszej powojennej monografii „Gniew dawny i  współczesny”, jej autor prof. Wacław Odyniec, scharakteryzował działalność gniewskiej biblioteki w  oparciu o  dane Powiatowego Inspektoratu Statystycznego


126

Marek Kordowski

z początku lat sześćdziesiątych XX  w. W  niej to odnotował następujący zapis: „W  zakresie liczby woluminów, czytelników i  wypożyczeń występowały wahania. Stały wzrost liczby tomów jest zjawiskiem pozytywnym, wynikającym z systematycznego uzupełniania biblioteki nowościami wydawniczymi. Niepokojąca natomiast była malejąca w  latach 1961–1963 liczba wypożyczeń”. Zmieniające się dane ilustruje tabela 1. Tabela 1. Statystyki Publicznej Biblioteki Miejskiej w Gniewie w l. 1960–1964 Rok

Ilość woluminów

Liczba czytelników

Liczba wypożyczeń

1960

5504

419

8015

1961

6000

398

5786

1962

7000

480

7724

1963

7265

480

4541

1964

7407

550

8836

Ponadto na terenie gromady Gniew-Wieś działały dwie biblioteki w Gronowie i  Piasecznie. Każda z  nich posiadała księgozbiór liczący ponad 4 tysiące woluminów. Oprócz tego funkcjonowało jeszcze sześć punktów bibliotecznych, które zaspokajały potrzeby mieszkańców. W 1965 r. stan księgozbioru liczył 7486 woluminów, w tym literatury dla dzieci i młodzieży – 1676, dla dorosłych – 3624 oraz literatury popularnonaukowej 2186 książek. Ogólnie wypożyczono 5055 woluminów, w tym dla dzieci i młodzieży – 1676, dla dorosłych – 3549 oraz innych – 263 książek. W  ramach wypożyczeń międzybibliotecznych sprowadzono dla czytelników z  biblioteki Polskiej Akademii Nauk 34 książki. W  tym czasie placówkę odwiedziły 3692 osoby. W tym roku zarejestrowano 551 czytelników, według następującego podziału: do lat 14 – 91 czytelników, od 14 do 20 lat – 124 i powyżej 20 lat – 336. Według podziału na zatrudnienie, statystyki uwzględniły 192 pracowników fizycznych, jednego rolnika, 136 przedstawicieli reprezentujących młodzież, 84 niezatrudnionych oraz 18 osób zakwalifikowano do grupy „inni”. W  1966  r. księgozbiór liczył 7486 woluminów o  wartości 76560,16 złotych. Wypożyczono w ciągu roku 6962 książek. Zanotowano 4032 odwiedzin i zarejestrowano 485 czytelników. W 1971 r. księgozbiór biblioteki zwiększył


Jubileusz 70-lecia gniewskiej książnicy

127

się o 896 woluminów, a przede wszystkim dotyczyło to 353 książek literatury popularnonaukowej. W tym czasie skorzystało z usług placówki 733 czytelników. W  porównaniu do  r. poprzedniego zmniejszyła się liczba czytelników, z powodu zamknięcia biblioteki przez Wojewódzką Inspekcję Pracy. Decyzję tę Inspekcja podjęła po zawaleniu się stropu budynku. W tym czasie placówka prowadziła jeden punkt biblioteczny w Nicponi, w którym zarejestrowano 25 czytelników. Wypożyczyli oni 281 woluminów. W  oparciu o  przedstawione dane statystyczne z  lat sześćdziesiątych można stwierdzić, że liczba czytelników oraz wypożyczonych książek w stosunku do  liczby mieszkańców Gniewu była niezodowalająca. Co  gorsza wskaźnik liczby czytelników utrzymywał się na tym samym poziomie. Jako główną przyczynę takiego stanu rzeczy wskazywano przestarzały księgozbiór popularnonaukowy i niewystarczającą ilość książek z literatury pięknej. Były poszukiwane przede wszystkim nowości o tematyce: historycznej, biograficznej, geograficznej i powieści obyczajowe. Z powodu trudnych warunków lokalowych biblioteka nie prowadziła szerszej działalności kulturalno-oświatowej, a jedynie organizowała wystawki okolicznościowe i wieczory autorskie. Ponadto odbywały się spotkania, gdzie czytano i opowiadano dzieciom bajki oraz fragmenty książek, między innymi w 1967 r. w ramach spotkań czwartkowych z „Krasnalem”. Gdy rok 1970 został ogłoszony Międzynarodowym Rokiem Oświaty, działalność kulturalno-oświatowa biblioteki skupiła się na współpracy ze szkołami i  przedszkolami. W  sprawozdaniu z 1973 r. stwierdzono, że księgozbiór Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gniewie był niewystarczający dla młodzieży szkół średnich i studentów uczelni wyższych. Działalność kulturalno-oświatowa opierała się na organizowaniu spotkań autorskich z pisarzami, literatami, działaczami partyjnymi oraz kombatantami II wojny światowej. W 1974 r. dla spopularyzowania kultury ludowej Kociewia zorganizowano kurs haftu kociewskiego.

Struktura organizacyjna gniewskiej biblioteki Powierzchnia i obszar poszczególnych jednostek administracyjnych w ciągu lat nieustannie zmieniał się wraz z wprowadzanymi przez władze państwowe nowymi przepisami. Dotyczy to również terytorium miasta i gminy Gniew, które rozrosło się do obecnego stanu. Do lat pięćdziesiątych


128

Marek Kordowski

XX w. miasto Gniew funkcjonowało jako samodzielna gmina miejska. Jej organami władzy była miejska rada narodowa z prezydium na czele, a także organ wykonawczy reprezentowany przez zarząd miejski oraz burmistrza. Ponadto istniały gminy wiejskie: Gniew, Opalenie i Walichnowy z powiatu tczewskiego oraz gmina Kolonia Ostrowicka z powiatu świeckiego. Do  gminy wiejskiej Gniew wchodziły następujące miejscowości: Ciepłe, Gogolewo, Kursztyn, Nicponia, Piaseczno, Polskie Gronowo, Szprudowo, Tymawa. Do  gminy Opalenie należały: Jaźwiska, Jeleń, Opalenie, Rakowiec i Widlice. W obrębie gminy Małe Walichnowy znajdowały się: Gręblin, Lignowy, Małe Walichnowy, Międzyłęż, Rudno, Wielkie Walichnowy i Wielki Garc. W skład gminy Kolonia Ostrowicka wchodziły: Dąbrówka, Kolonia Ostrowicka, Ostrowite, Pieniążkowo, Półwieś, Stary Młyn i  Włosiennica. Uwzględniając pewne korekty, większość z  wymienionych miejscowości wchodzi w skład obecnego obszaru miasta i gminy Gniew. Prezydia powiatowych i  wojewódzkich rad narodowych rozpoczęły działalność na przełomie maja i  czerwca 1950  r., natomiast prezydia miejskich i  gromadzkich rad narodowych w  drugiej połowie 1954  r. Gromadzkie Rady Narodowe funkcjonowały od grudnia 1954 r. do 31 grudnia 1972 r. W latach 1954–1961 na obszarze obecnej gminy Gniew prowadziły działalność następujące jednostki administracyjne: Gromada Miejska Gniew, Gromada Nicponia, Gromada Szprudowo (Kursztyn i  Cierzpice), Gromada Piaseczno (Gogolewo, Piaseckie Pole, Tymawa), Gromada Gronowo (Kuchnia, Ciepłe), Gromada Małe Walichnowy (Gręblin, Lignowy, Międzyłęż, Rudno, Wielki Garc, Wielkie Walichnowy), Gromada Opalenie (Aplinki, Jaźwiska, Widlice), Gromada Rakowiec (Bielica, Jeleń, Wielkie Wyręby), Gromada Kolonia Ostrowicka (Dąbrówka, Ostrowite, Pieniążkowo, Półwieś, Stary Młyn, Włosiennica – w tym czasie te miejscowości należały do województwa bydgoskiego). Zadaniem każdej gromady było organizowanie bibliotek i w związku z tym dosyć szybko ukształtował się system bibliotek gromadzkich i punktów bibliotecznych. Bezkolizyjnie biblioteka gniewska prowadziła działalność, obsługując mieszkańców i  czytelników Gromady Miejskiej Gniew do  r.  1961. Reforma administracyjna przeprowadzona na terenie całego kraju spowodowała likwidację małych gromad skupionych obszarowo wokół Gniewu.


Jubileusz 70-lecia gniewskiej książnicy

129

Wraz z upływem czasu skutkowało to trwałym przyłączeniem do  składu większej jednostki administracyjnej następujących gromad: Nicponia, Szprudowo, Piaseczno i Gronowo. Gniew stał się siedzibą gromady miejsko-wiejskiej. Wówczas powstała Miejska Biblioteka Publiczna dla miasta i gromady Gniew z filiami w Gronowie i w Piasecznie. Gromadzkiej Bibliotece Publicznej w Opaleniu podlegała filia w Rakowcu. Z kolei w Kolonii Ostrowickiej funkcjonowała filia Miejskiej Biblioteki Publicznej w Nowem. Od  1 stycznia 1973  r. dotychczasowe jednostki administracyjne, noszące nazwę gromada, przekształcono w gminy. Dwa lata później przeprowadzono kolejną reformę administracyjną kraju, co  skutkowało powstaniem nowych województw i likwidacją powiatów. W konsekwencji granica województwa gdańskiego przesunęła się wzdłuż brzegu Wisły o  kilkanaście kilometrów na południe. Zatem przyłączono do wspomnianego województwa i gminy Opalenie następujące miejscowości: Kolonia Ostrowicka, Ostrowite, Stary Młyn, Dąbrówka, Pół Wieś, Pieniążkowo oraz Włosiennica. W 1976 r. zlikwidowano gminę Opalenie i przyłączono ją do gminy Gniew wraz z  wymienionymi wcześniej osadami. Jednocześnie Gminna Biblioteka Publiczna w Opaleniu stała się filią Miejskiej Biblioteki Publicznej w  Gniewie. Wkrótce potem dotychczasowe filie w  Gronowie, Rakowcu, Szprudowie oraz Kolonii Ostrowickiej zlikwidowano i przekształcono w punkty biblioteczne. W  1976  r. zlikwidowano gminę Rudno i  poszczególne miejscowości przydzielono do trzech gmin. Do gminy Pelplin dołączyły następujące osady: Gręblin, Lignowy, Rudno, Małe Walichnowy oraz Wielki Garc. Gmina Subkowy powiększyła się o  Międzyłęż. Na koniec do  gminy Gniew przydzielono Wielkie Walichnowy wraz z funkcjonującą w tej miejscowości biblioteką. Po reorganizacji stała się ona filią biblioteki gniewskiej. W  1976  r. w  skład sieci bibliotecznej działającej na terenie miasta i gminy Gniew wchodziła: Biblioteka Główna, cztery filie i 13 punktów bibliotecznych. Filia w  Gronowie obejmowała punkty biblioteczne w  Brodach Pomorskich, Ciepłem i Szprudowie. Filia w Wielkich Walichnowach miała punkty biblioteczne w  Międzyłężu i  Małych Walichnowach należących do gminy Pelplin. Filia w Piasecznie posiadała punkty biblioteczne na Piaseckim Polu, w Tymawie i Cierzpicach. Filia w Opaleniu miała punkty w Rakowcu, Bielicy, Kolonii Ostrowickiej, Jaźwiskach i Widlicach.


130

Marek Kordowski

Pod koniec 1977 r., po przeprowadzonej korekcie sieci bibliotek w Gminie Gniew, pozostały trzy filie w Opaleniu, Piasecznie i w Wielkich Walichnowach oraz punkty biblioteczne w  Rakowcu, Kolonii Ostrowickiej, Jaźwiskach, Piaseckim Polu, Tymawie, Cierzpicach, Gniewskich Młynach, Brodach Pomorskich oraz w  gniewskim Państwowym Domu Opieki dla Dorosłych. Stopniowo, wraz z upływem czasu, zanikła działalność punktów bibliotecznych, a w 2004 r. zlikwidowano filię w Piasecznie. Obecnie biblioteka w Gniewie posiada dwie filie w Opaleniu i w Wielkich Walichnowach. Zmiany społeczno-ustrojowe lat dziewięćdziesiątych XX w. przyniosły zasadnicze zmiany w organizacji i zarządzaniu bibliotekami publicznymi. Dzięki nim zmienił się ich status. Do  1989  r. wszystkie biblioteki publiczne miały status państwowych instytucji kultury. Po transformacji ustrojowej i  w  konsekwencji postanowień ustawy o  samorządzie terytorialnym z  8  marca 1990  r., gniewska książnica stała się samorządową. Biblioteki miejskie, miejsko-gminne i gminne są od tej pory finansowane przez właściwe samorządy. Ostatnie dekady lat to ciągły tok zmian, włączający bibliotekę w struktury różnych instytucji, jak i też zjawisko działalności samodzielnej. Rozpoczęło się od  r.  1983, kiedy biblioteka funkcjonowała przez kolejnych osiem lat w  strukturach Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury w  Gniewie. Lata 1992–1997 to okres samodzielnej egzystencji i  rok następny 1998. Wówczas pojawiła się biblioteka w ramach nowo powołanej instytucji, jakim był Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury i  Sportu w  Gniewie. Istniał on tylko sześć lat. Pomimo zawirowań organizacyjnych, książnica gniewska przetrwała, a datą szczególną jest 1 stycznia 2004 r. Od tego momentu placówka prowadzi samodzielną działalność pod nazwą Miejska Biblioteka Publiczna. Z rokiem 2004 związane są kolejne dwie daty, a mianowicie 15 kwietnia. Wtedy Gmina Gniew podpisała porozumienie z Powiatem Tczewskim i Biblioteka w Gniewie zaczęła pełnić funkcję Biblioteki Powiatowej. Z kolei kilka miesięcy później, 26 sierpnia Rada Miejska podjęła uchwałę w sprawie nadania bibliotece w Gniewie imienia księdza Fabiana Wierzchowskiego. Odtąd pełna nazwa Biblioteki brzmi: Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna im. ks. Fabiana Wierzchowskiego w Gniewie.


Jubileusz 70-lecia gniewskiej książnicy

131

Lokalizacja gniewskiej biblioteki Z informacji uzyskanych od  Urszuli Ałaszewskiej, kierownika biblioteki w  Gniewie w  latach 1952–1982, wynika, że  biblioteka zmieniała lokalizację 24 razy. Przyczyną zmiany była ciasnota, lokale wynajmowane przeważnie w  domach prywatnych oraz decyzje władz samorządowych dotyczące przeznaczenia pomieszczeń na inne cele. Gniewska książnica w  latach 1949 do  dzisiaj znajdowała swoje lokum w  następujących pomieszczeniach: XX prywatny dom państwa Klein przy ulicy Piłsudskiego – dwukrotna zmiana pomieszczeń; XX kamienica przy Placu Grunwaldzkim 7; XX kamienica przy Placu Grunwaldzkim 12; XX kamienica państwa Papka przy ulicy Piłsudskiego; XX kamienica państwa Dylewskich przy ulicy Piłsudskiego (obecnie znajduje się tam kiosk z prasą); XX kamienica mieszczańska przy Placu Grunwaldzkim 42/43 (obecnie znajduje się tam studio fotograficzne „FotoStudio Gniew); XX prywatna kamienica państwa Puczyńskich przy ulicy Sobieskiego 13; XX kamienica przy ulicy Piłsudskiego 25 (obecnie znajduje się tam kwiaciarnia pani Gocek); XX prywatny dom państwa Bronk przy ulicy Gdańskiej; XX kino działkowców przy ulicy Gdańskiej; XX Szkoła Podstawowa nr 2 przy ulicy 27 stycznia 19; XX świetlica T-20 (obecnie kwiaciarnia Jowita) przy ulicy Sobieskiego 12 – dwukrotna zmiana pomieszczeń; XX dom bramny przy ulicy Zamkowej 2 – trzykrotna zmiana pomieszczeń; XX kamienica przy ulicy Zamkowej; XX budynek Prezydium Gromadzkiej Rady Narodowej (obecnie Urząd Miasta i Gminy) przy Placu Grunwaldzkim 1; XX przybudówka Gromadzkiej Rady Narodowej przy Placu Grunwaldzkim 1; XX kamienica przy Placu Grunwaldzkim 14 – dwukrotna zmiana pomieszczeń; XX kamienica przy Placu Grunwaldzkim 42/43; XX kamienica mieszczańska przy Placu Grunwaldzkim 16/17.


132

Marek Kordowski

W 1997  r. nastąpiła ostatnia zmiana lokalizacji i  od  20 lat biblioteka mieści się w  obecnych budynkach kamienic nr 16 i  17 przy Placu Grunwaldzkim. Biblioteka zajmuje kilka pomieszczeń na pierwszym piętrze. Biblioteka w Gniewie posiada bogaty księgozbiór, zwłaszcza podręczny, wyposażony w  odpowiednie kompendia wiedzy, jak również wartościowe nowości z literatury pięknej i poezji. Obecnie zbiory są uzupełniane dzięki dotacji Miasta i Gminy Gniew oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Bardzo dużo książek biblioteka otrzymuje w postaci darów.

Kadra kierownicza gniewskiej biblioteki Na przestrzeni lat zmieniała się kadra kierownicza gniewskiej biblioteki. Kierownikami i dyrektorami placówki byli: XX Helena Bartkowska (1 czerwca 1947 – grudzień 1951), XX Urszula Truszczyńska (grudzień 1951 – 30 czerwca 1952), XX Urszula Ałaszewska (1 lipca 1952 – 31 lipca 1982), XX Grażyna Makowska (1 sierpnia 1982 – 31 października 1982), XX Bożena Klein (1 września 1982 – 15 października 1986), XX Halina Rajska (16 października 1986 – 30 kwietnia 1998), XX Beata Andres (1 maja 1998 – 31 marca 2004) XX Brygida Murawska (1 stycznia 2004 – 28 lutego 2012), XX Jadwiga Mielke (1 marca 2012 – do chwili obecnej).

Filie biblioteki gniewskiej Filie to placówki biblioteczne stanowiące komórki organizacyjne biblioteki głównej i zlokalizowane poza jej obrębem. Na ziemi gniewskiej działały po II  wojnie światowej biblioteka główna i  trzy biblioteki gromadzkie: w  Piasecznie, Gronowie i  Wielkich Walichnowach. Zostały one założone z  siecią punktów bibliotecznych w  1949  r. przez Gromadzkie Rady Narodowe jako placówki samodzielne. W  tym samym okresie powstały samodzielne biblioteki w Opaleniu i Kolonii Ostrowickiej oraz w latach pięćdziesiątych w  Rakowcu i  Szprudowie. Wymienione biblioteki stopniowo przekształcano w filie lub punkty biblioteczne, a później część


Jubileusz 70-lecia gniewskiej książnicy

133

z nich całkowicie zlikwidowano. Obecnie na terenie Miasta i Gminy Gniew funkcjonują dwie filie w Opaleniu i Wielkich Walichnowach.

Filia biblioteki w Opaleniu W ramach akcji 303 i Ministerstwa Oświaty za stuprocentowe uiszczenie podatku gruntowego za r. 1948, cztery gminy powiatu tczewskiego uhonorowano nagrodą w  postaci bibliotek publicznych z  księgozbiorem 700  egzemplarzy. Placówka mieściła się w  pomieszczeniu ówczesnej świetlicy szkoły podstawowej. Pierwszą kierowniczką Gminnej Biblioteki Publicznej w Opaleniu była Maria Wawrzynkiewicz i to ona wykonała wszelkie czynności porządkowe i  organizacyjne, aby akademia inaugurująca oddanie placówki do użytku rozpoczęła się 16 stycznia 1949 r. W uroczystości brali udział przedstawiciele władz samorządowych, organizacji i młodzieży szkolnej. Po przemówieniach wójta gminy Aleksandra Szumskiego i kierownika szkoły Jana Wawrzynkiewicza, z częścią artystyczną wystąpiły dzieci. W  kolejnych latach umiejscowienie biblioteki ulegało ciągłym zmianom. Do r. 1954, gdy pracowała w niej Mieczysława Łowicka, znajdowała się w pałacyku Czapskich, a następnie w prywatnym mieszkaniu państwa Wodzak. Od 1966 r. była stałym elementem kulturotwórczym, który funkcjonował w  budynku Wiejskiego Domu Kultury. Pomieszczenie liczyło 40 metrów kwadratowych powierzchni. W  2008  r. ponownie powróciła do pierwotnego miejsca, skąd rozpoczęła swą wędrówkę. Mowa tu oczywiście o budynku Szkoły Podstawowej. W latach siedemdziesiątych Gminnej Bibliotece w Opaleniu podlegała filia w  Rakowcu oraz punkty biblioteczne: w  Bielicy, Jaźwiskach i  Widlicach. W  1975  r. powiększono obszar gminy Opalenie o  miejscowości skupione wokół Kolonii Ostrowickiej i  Pieniążkowa. Do  składu sieci bibliotecznej dołączono zatem bibliotekę w  Kolonii Ostrowickiej jako filię. W 1976 r. zlikwidowano gminę w Opaleniu, a Gminną Bibliotekę Publiczną w Opaleniu przekształcono w filię biblioteki gniewskiej. W 1977 r. dotychczasowe filie w Kolonii Ostrowickiej i Rakowcu uległy likwidacji, a na ich miejsce utworzono punkty biblioteczne. Wraz z upływem czasu wszystkie wcześniej wymienione placówki zakończyły swoją działalność i  obecnie filia w Opaleniu nie posiada żadnego punktu bibliotecznego.


134

Marek Kordowski

Wraz z upływem czasu zmieniała się również kadra pracowników prowadzących bibliotekę. Od 1949 r. byli to: XX Maria Wawrzynkiewicz (1 stycznia 1949 – 31 marca 1949), XX Mieczysława Łowicka (1 kwietnia 1949 – 31 października 1954), XX Irena Pater (1 listopada 1954 – 31 października 1981), XX Grażyna Makowska (1 listopada 1981 – 31 marca 1982), XX Maria Kordowska (1 kwietnia 1982 – 30 kwietnia 1996), XX Beata Andres (1 maja 1996 – 30 kwietnia 1998), XX Zygmunt Rajkowski (1 maja 1998 – 31 grudnia 1998), XX Irena Pater (1 stycznia 1999 – 31 maja 1999), XX Anna Dyro (1 czerwca 1999 – 31 sierpnia 2012), XX Marek Kordowski (1 września 2012 – do chwili obecnej).

Filia biblioteki w Wielkich Walichnowach Gromadzka Biblioteka Publiczna w Wielkich Walichnowach powstała w 1949 r. Prowadziła samodzielną działalność i podlegała Wydziałowi Kultury Starostwa Powiatowego oraz Miejskiej Bibliotece Publicznej w Tczewie. Funkcjonowała samodzielnie do 31 grudnia 1972 r. w obrębie gromady Małe Walichnowy i  przez kolejne trzy lata na obszarze gminy Rudno. Tę ostatnią zlikwidowano w 1976 r. i podzielono między trzy gminy: Gniew, Pelplin i Subkowy. Sołectwo Wielkie Walichnowy włączono w skład Miasta i Gminy Gniew, i w związku z powyższym bibliotekę działającą w tej miejscowości przekształcono w filię Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gniewie. Mieściła się w  prywatnych domach należących do  Sabiny Neumann i  Eleonory Soleckiej. Później przeniesiono ją do  budynku dawnej szkoły w Małych Walichnowach. Od 1973 r. do chwili obecnej biblioteka mieści się w domu prywatnym państwa Adamskich, czyli budynku po byłej szkole w Wielkich Walichnowach. Jest to lokal o powierzchni 77 metrów kwadratowych. W  ramach promocji biblioteki i  wzrostu czytelnictwa organizowano lekcje biblioteczne, przysposobienie czytelnicze, przyjmowano wycieczki oraz wykonywano okolicznościowe wystawki. W 1974 r. kontynuowano prace nad katalogiem alfabetycznym.


Jubileusz 70-lecia gniewskiej książnicy

XX XX XX XX XX XX XX

135

Kadra pracowników prowadząca bibliotekę od 1960 r. do dzisiaj: Sabina Neumann (1 stycznia 1960 – 31 lipca 1961), Eleonora Solecka (1 sierpnia 1961 – 31 marca 1962), Zofia Theiss (1 kwietnia 1962 – 31 marca 1971), Teresa Banaszak (1 kwietnia 1971 – 30 kwietnia 1972), Krystyna Adamska (1 maja 1972 – 4 maja 2002), Grażyna Wiśniewska (1 września 1981 – 30 września 1983), Ewa Lenga (6 maja 2002 – do chwili obecnej).

Działalność oświatowo-kulturalna i wydawnicza W  ramach działalności oświatowo-kulturalnej są organizowane spotkania autorskie z  pisarzami i  aktorami, wystawy okolicznościowe, konkursy czytelnicze oraz lekcje biblioteczne. Od początku istnienia biblioteki jej pracownicy przeprowadzali spotkania ze sławnymi pisarzami. Gniew odwiedzili między innymi: Jan Piepka, Stanisława Fleszerowa-Muskat, Ewa Nowacka, Karol Bunsch i ks. Franciszek Kamecki. W latach 1979–1980 Gniew stał się miejscem produkcji filmu „Wizja lokalna”. Kanwą filmu są losy dzieci polskich, które we Wrześni podjęły strajk szkolny w obronie mowy ojczystej w 1901 r. Odtwórcą jednej z ról był znany aktor Daniel Olbrychski, a film reżyserował Filip Bajon. Zostali oni zaproszeni na spotkanie z mieszkańcami, którzy wcześniej znali wymienione osoby tylko z ekranów odbiorników telewizyjnych i sal kinowych. W listopadzie 1997 r. zorganizowano obchody 50-lecia istnienia gniewskiej książnicy i z tej okazji przeprowadzono liczne konkursy. Główna uroczystość odbyła się 27 listopada z  udziałem przedstawicieli władz Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej, bibliotekarzy i  emerytów. Znany nestor regionalizmu kociewskiego dr Józef Milewski mówił o  Kociewiu i  przedstawił historię gniewskiej biblioteki. Dwa lata później obchodzono 50. rocznicę powstania trzech filii bibliotecznych w Opaleniu, Piasecznie i Wielkich Walichnowach. W opaleńskim Wiejskim Domu Kultury w maju 1999 r. odbyła się z tej okazji uroczystość z udziałem licznej grupy gości. Po wysłuchaniu repertuaru zaprezentowanego przez scholę i orkiestrę dętą, Marek Kordowski wygłosił krótki zarys


136

Marek Kordowski

historii Opalenia, a Jan Ejankowski przedstawił dzieje Towarzystw Czytelni Ludowych na ziemi gniewskiej. Kolejną rocznicę 55-lecia powstania gniewskiej biblioteki obchodzono 14 czerwca 2002  r. Przy okazji uroczystości jubileuszowych w  2007 i  2012  r. nawiązywano do  przeszłości i  zapraszano na nie emerytowanych pracowników biblioteki, którzy dzielili się swymi wspomnieniami. Podsumowano także wieloletnią działalność biblioteki w oparciu o rzeczywiste efekty pracy. W 2004 r. do Gniewu przybył historyk prof. Maksymilian Grzegorz. Jest on autorem kilku publikacji o  komturstwie gniewskim. Biblioteka gościła również prof. Tadeusza Linknera. Odbyły się spotkania z  kociewskimi regionalistami: Romanem Landowskim, Andrzejem Grzybem, Ryszardem Szwochem. Przy okazji uroczystości rocznicowo-patriotycznych i  sesji historycznych prelekcje wygłosili: Jan Ejankowski, dr Michał Kargul, dr  Krzysztof Korda, Bogdan Badziong, Mariusz Śledź, Grzegorz Woliński, Marek Kordowski i jeszcze wielu innych historyków. Od marca do czerwca 2005 r. odbyła się wystawa pt. „Kultura ludowa naszego regionu”. Wystawa została zorganizowana w związku z obchodami Roku Kociewskiego. Od  lutego 2005  r. organizowane są cyklicznie w  każdym  r. dwa konkursy ortograficzne: O Tytuł Mistrza Ortografii Szkół Podstawowych oraz O Tytuł Mistrza Ortografii Ziemi Gniewskiej. Celem konkursu jest propagowanie zasad poprawnej polszczyzny i sprawdzenie umiejętności posługiwania się językiem ojczystym wśród mieszkańców gminy Gniew. Od 2004 r. od lipca do sierpnia organizowane są w bibliotece „Wakacje w bibliotece”. Jest to bardzo szeroki zestaw oferty zajęć przy komputerze, głośne czytanie, konkursy czytelnicze (literackie i plastyczne). Od  lipca 2006  r. odbywają się wieczory poezji pod nazwą „Czwartki poetyckie”. Podczas wakacji miłośnicy poezji spotykają się w każdy czwartek, a od października do czerwca raz w miesiącu. W ramach działalności wydawniczej Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna im. ks. Fabiana Wierzchowskiego w Gniewie opublikowała 5 numerów „Rocznika Gniewskiego”. Od 2005 r. jest wydawcą „Nowin Gniewskich”. Z  okazji 718. rocznicy nadania praw miejskich miastu Gniew, którą obchodzono 25 września 2015  r., ks. kan. Zbigniew Rutkowski dokonał uroczystego poświęcenia tablicy pamiątkowej umieszczonej na ścianie


Jubileusz 70-lecia gniewskiej książnicy

137

frontowej budynku biblioteki, ku czci patrona gniewskiej książnicy, ks. Fabiana Wierzchowskiego.

Jubileusz 70-lecia powstania biblioteki Obchody jubileuszu 70-lecia powstania placówki rozpoczęto w poniedziałkowy wieczór, 8 maja 2017 r. mszą św. w kościele św. Mikołaja, której przewodniczył miejscowy proboszcz ks. kan. Zbigniew Rutkowski. Po zakończonej liturgii przy dźwiękach werbli uczestnicy w pochodzie wyruszyli pod mury gniewskiej książnicy, gdzie złożono kwiaty przy tablicy upamiętniającej patrona biblioteki ks. Fabiana Wierzchowskiego. Dalszą część uroczystości przeniesiono do  Sali Kameralnej, gdzie dyrektor biblioteki Jadwiga Mielke odegrała hymn Gniewu, a  następnie powitała przybyłych gości oraz podziękowała tym, z którymi na co dzień współpracuje. Nadszedł czas składania życzeń, podziękowań i słów uznania dla działalności oraz osiągnięć książnicy na przestrzeni siedemdziesięciu lat. Wśród składających życzenia byli: burmistrz Miasta i Gminy Gniew Maria Taraszkiewicz-Gurzyńska, wicestarosta Witold Sosnowski, dyrektorzy i  przedstawiciele placówek oświatowych, członkowie Uniwersytetu III Wieku i Dyskusyjnego Klubu Książki oraz przyjaciele Biblioteki. Następnie historię placówki zaprezentował Marek Kordowski. Odbyła się również promocja książki dr. Krzysztofa Kordy o ks. Józefie Wryczy. Obchody jubileuszu to okazja do przypomnienia tego, co było dla biblioteki najważniejsze w ciągu 70-lecia jej istnienia. Nie chodzi o same statystyki, ilość woluminów, ilość odwiedzin, wypożyczeń, choć to jest bardzo ważne. Przez te wszystkie lata najważniejszy był człowiek-bibliotekarz i czytelnik – to właśnie ten duet stworzył przez pokolenia 70-letni dorobek i wizerunek placówki. W dzisiejszych czasach biblioteka to nie tylko miejsce, budynek, gdzie eksponowane są książki, ale biblioteka stała się ośrodkiem kultury, gdzie każdy może znaleźć ofertę zgodną ze swoimi zainteresowaniami. Na zakończenie warto przywołać myśli, jakie Jan Paweł II wiązał z  pojęciem „biblioteka”. Według niego: „Biblioteka jest instytucją, która samym swoim istnieniem świadczy o  rozwoju kultury. Jest wymownym


138

Marek Kordowski

znakiem jedności pokoleń, które z różnorodności czasów i  kwestii tworzą wspólne patrymonium kultury i nauki. Biblioteka jest więc szczególną świątynią twórczego ducha ludzkiego, które odzwierciedla owo Boże natchnienie, które towarzyszyło dziełu stworzenia świata i człowieka”. Utożsamiając się z  powyższym przesłaniem pogłębiajmy wiedzę zawartą w książkach, które znajdują się w naszych bibliotekach. By spełniły się słowa homilii gniewskiego proboszcza ks. kan. Zbigniewa Rutkowskiego: „Wspólnota biblioteki jest niczym innym, jak wspólnotą przyjaciół – ludzi, którzy wypożyczają książki, którzy tam pracują oraz tych, którzy po książkę przychodzą. Przyjaciół potrafiących spotykać się w ramach Klubu Książki, by o innych przyjaciołach, czyli o książkach rozmawiać. Cieszę się, że jest biblioteka w Gniewie. (…) Trudno było by wyobrazić sobie nasze miasto bez biblioteki”.


Jan Kulas

Stefan Cejrowski (1924–2010) – wybitny artysta i lekarz rodem z Tczewa Stefan Cejrowski należy do  najwybitniejszych i  cenionych obywateli rodem z  Tczewa. Z  czasem stał się sławnym artystą, śpiewakiem-tenorem Opery Bałtyckiej w  Gdańsku. Wielu mieszkańców Pomorza zapamiętało go również jako lekarza „z powołania”. Szanowano go także za wyraziste i uznane poglądy oraz przekonania osobiste. S. Cejrowski przez pierwsze ćwierć wieku życia mieszkał w  grodzie Sambora. Będąc u  szczytu sławy i kariery, i mieszkając od wielu lat w Gdańsku, chętnie podkreślał sympatię dla rodzinnego Tczewa. Rodzina Cejrowskich jest szeroko znana na Pomorzu. Kilku jej przedstawicieli zaistniało na scenie krajowej. Stefan zalicza się do najwybitniejszych przedstawicieli swojego rodu. Nie wiadomo, dlaczego S. Cejrowskiego zabrakło na Zjeździe Znamienitych Tczewian, w pamiętnym roku 1997. Dodajmy, w roku milenijnym Gdańska.

Autor podczas konferencji poświęconej Tadeuszowi Mazowieckiemu


140

Jan Kulas

Rodowód Z ogólnych informacji wynika, że rodzina Cejrowskich od kilku wieków osiadła na Pomorzu. Zajrzyjmy zatem do źródeł genealogicznych. W czasach współczesnych rodzina Cejrowskich szeroko występuje w  Gdańsku i  na Kociewiu. Na antenie telewizyjnej, i  to w  różnorakich kontekstach, najwyższą popularność zyskał Wojciech Cejrowski. W  kurii diecezji chełmińskiej (od  r.  1992 diecezji pelplińskiej) wysoko ceniono mecenasa Andrzeja Cejrowskiego. Z kolei w Tczewie jak Cejrowski, to oczywiście przede wszystkim Stefan Cejrowski, wybitny artysta i  tenor Opery Bałtyckiej. Jednakże w panoramie kultury i dziedzictwa Tczewa aktywny zawsze był (i jest) jego młodszy brat Czesław. Naturalnie nie sposób, nie wspomnieć nieco bliżej znanego artysty, satyryka i podróżnika Wojciecha Cejrowskiego. Należy on do dalszej, spokrewnionej rodziny. Nie da się też ukryć, że mało kto, tak wiele dobrego uczynił dla promocji Kociewia (m.in. sławne zjazdy w Ciemnogrodzie), jak właśnie W. Cejrowski. Zatem rodzina Cejrowskich zapisała się wysoką aktywnością i niepospolitymi zasługami w  rozwoju Kociewia i  Pomorza. Przede wszystkim należy wyeksponować polski, patriotyczny charakter rodziny Cejrowskich.

Edukacja Rodzice Stefana Cejrowskiego, Bernard i Franciszka, pochodzili z Kociewia. Ojciec miał swój rodowód w okolicach Bobowa, z kolei matka, jak pamięta jej młodszy syn Czesław, była z Pelplina. „Tczew jest miastem kolejarzy”. Ta konstatacja była szczególnie wyrazista w okresie międzywojennym i w pierwszy półwieczu po 1945 r. Wraz z nastaniem transformacji gospodarczej zmienił się charakter przemysłu i transportu. Podkreślmy jednak, że tradycje kolejarskie są wciąż bardzo silne w  grodzie Sambora. One w  dużym stopniu stanowią o  tożsamości Tczewa. Stefan Cejrowski urodził się w klasycznej polskiej rodzinie kolejarskiej w Tczewie (przy ul. Chłodnej), 11 marca 1924 r. Był synem Bernarda i matki Franciszki z domu Kajut. Rok 1924, to z kolei już czwarty rok przynależ-


Stefan Cejrowski (1924–2010) – wybitny artysta i lekarz…

141

ności Tczewa do Polski po blisko 150-letniej niewoli zaboru pruskiego. To był także okres kiedy stopniowo język polski zaczął panować także na ulicach grodu Sambora. Nieco wcześniej uczniowie sławnej Szkoły Morskiej uskarżali się na wszechobecność języka niemieckiego. Przez okres 15 lat wychowywał się w  polskim Tczewie, w  czasach Polski międzywojennej. To stosunkowo długi i ważny okres życia. Z kolei rodzinnie dojrzewał i dorastał w towarzystwie starszych sióstr Kazimiery (1920) i Ireny (1922) oraz młodszego brata Czesława (1931). Ojciec Bernard stawiał swoim dzieciom trzy priorytety wychowawcze: Kościół, nauka i praca! Matka Franciszka uzupełniała te życiowe drogowskazy czułością i niezwykłą opieką. Jednakże rodzice S. Cejrowskiego nie ograniczali się jedynie do spraw wychowania i utrzymania całkiem dużej (sześcioosobowej) rodziny. I ojciec, i matka byli zaangażowanie w życie Kościoła i parafii. Szczególnie ojciec Franciszek udzielał się we wspólnocie parafialnej. Śpiewał także w chórach „Lutnia” i „Echo”. Gdy Bernard śpiewał w kościele św. Józefa, to jego głos zagłuszał organistę, i rozchodził się na wszystkie strony. Dodajmy, że prawie cała rodzina Cejrowskich była zaangażowana w życie społeczności parafii św. Józefa. Rodzina Cejrowskich po intensywnych pracach i  zajęciach lubiła też odpoczywać. W Tczewie ulubione były spacery, i chyba kąpiele, nad Wisłą. W większym stopniu zażywano kąpieli i sztuki łowienia ryb podczas wyjazdów nad jeziora do Lubiszewa i Zdun. Młodszy brat Czesław, nawet po wielu latach, wspomina, że to „właśnie Stefan nauczył mnie łowić ryby”. Rodzina lubiła również wędrówki, spacery po lasach, pod Starogardem. Z kolei na miejscu, w domu, często gościł śpiew i gra na instrumentach muzycznych. Podkreślmy raz jeszcze, przez 15 lat Stefan żył i  zapewne często radował się życiem dawnego Tczewa, okresu II Rzeczypospolitej. Rangę i znaczenie miasta podnosiła obecność jednostki wojskowej tj. 2. Batalionu Strzelców. Z roku na rok miasto stawało się coraz piękniejsze. Nie tylko na Pomorzu słynęło z czystości i porządku, szczególnie za burmistrza Wiktora Jagalskiego (1901–1939). Znajdując się w strefie nadgranicznej, z czasem Tczew stał się silnym ośrodkiem polskości. W polskich rodzinach kolejarskich nie ograniczano się tylko do kultywowania własnego ulubionego zawodu. Stosunkowo wcześnie wyzwoliły się aspiracje wykształcenia własnych dzieci. Stąd nie przypadkiem całe


142

Jan Kulas

grono młodzieży kolejarskiej trafiało do szkoły średniej. Wielu z  nich zostało uczniami sławnego Państwowego Męskiego Gimnazjum Humanistycznego w Tczewie. Stefan Cejrowski jest przedstawicielem nowego pokolenia rodzin kolejarskich. Do  szkoły powszechnej poszedł już w  wieku 6 lat. Upierał się przy tej wczesnej edukacji, bo jak mawiał, przypomina młodszy o 7 lat brat Czesław, będzie „panem doktorem”. Bez trudności ukończył młodociany Stefan szkołę powszechną na tzw. Nowym Mieście, oczywiście w  Tczewie przy ul. Południowej. Już w tej szkole dostrzeżono jego niepospolite uzdolnienia. Wtedy zapewne usłyszał, że może być kiedyś kimś ważnym i  szanowanym. Podejmując naukę w  Państwowym Gimnazjum Humanistycznym w  Tczewie, młodociany Stefan trafił do  elity swojego pokolenia. Spotkał zdolnych i o rozbudzonych zainteresowaniach rówieśników. Wiadomo także, że  w  gimnazjum należał do  harcerstwa. W  tamtych czasach, harcerstwo było szkołą wychowania patriotycznego i  uczyło dużej życiowej zaradności. Niestety, przed dniem 1 września 1939 r., dane było młodocianemu S. Cejrowskiemu ukończyć tylko dwie klasy gimnazjalne. Więcej nie zdążył, nagle wybuchła wojna. Okres okupacji hitlerowskiej stanowił wielkie wyzwanie i zagrożenie dla polskich rodzin. „To był koszmar”, jak wspomina brat Stefana, Czesław Cejrowski. W 1939 r. S. Cejrowski miał zaledwie 15 lat. W normalnych warunkach, powinien dalej i spokojnie uczyć się. Koszmar wojny wszystko zmienił. Rodzina Cejrowskich w  latach okupacji hitlerowskiej nadal mieszkała w Tczewie. Było to możliwe w wyniku przyjęcia trzeciej grupy narodowościowej (20 marca 1942 r.). Jednak do ich mieszkania dokwaterowano dwóch kolejarzy niemieckich. W pierwszych latach okupacji ojciec Bernard pracował na kolei. Fachowcy-Polacy też byli Niemcom potrzebni. Wiosną 1942  r. S.  Cejrowski ukończył 18 lat. Nie najlepszy stan zdrowia i przychylna opinia lekarska doktora Krefta („coś z płucami”) uchroniła go od  przymusowego poboru wojskowego, do  Wehrmachtu. Przedłużający się okres wojny sprawiał, że  rodzina Cejrowskich wciąż była zagrożona represjami. W  każdej chwili można było spodziewać się donosu z  powodu ich społecznego zaangażowania przed 1939 rokiem. Nie były to obawy bezpodstawne. I tak, ojciec Bernard został wywieziony na roboty przymusowe, z których udało się jemu na szczęście powrócić. W czasie trwania


Stefan Cejrowski (1924–2010) – wybitny artysta i lekarz…

143

wojny,także już pełnoletni Stefan był wykorzystywany na robotach przymusowych. W swoim życiorysie z  lipca 1945  r. odnotował, że  „w  czasie okupacji zmuszony byłem pracować na roli”. Jak wiadomo 12 marca 1945  r. wojska radzieckie wyzwoliły Tczew spod okupacji hitlerowskiej. Po pierwszych dniach radości nastał stan zagrożenia i represji władz radzieckich (NKWD). Po prostu władze radzieckie traktowały w okresie przejściowym Pomorze jako część „Germanii”. Gwałty, grabieże, rozboje, były na porządku dziennym. Rozpoczęły się prześladowania z  tytułu przynależności do  niemieckiej listy narodowościowej. Wielu Polaków z Pomorza wywieziono w głąb ZSRR. Wielu młodych mężczyzn zabrano jako darmową siłę roboczą. Brat Stefana Cejrowskiego, Czesław był już prowadzony na plac wywozowy na wschód. Odważną ucieczką uratował swoje życie. Trzeba podkreślić, że w tych trudnych i niebezpiecznych miesiącach 1945 r. szczęście dopisało Stefanowi. W wieku 21 lat uniknął bezpośrednich represji radzieckich i wywózki na Syberię. Niejako otrzymał od  Opatrzności możliwość budowania swojej dorosłej przyszłości w Tczewie, na Pomorzu, w Polsce. Po 1945  r., niestety, zdecydowanie na niekorzyść zmieniła się sytuacja materialna rodziny Cejrowskich. Dawny społeczny dostatek pozostał jedynie wspomnieniem. Dlatego wówczas 21-letni Stefan Cejrowski postanowił jak najszybciej podjąć pracę zawodową i jednocześnie uczyć się. Między innymi dlatego najpierw ukończył kurs pedagogiczny, aby móc pracować w szkole. Inspektor Szkolny w Tczewie Edward Jagusiak w późniejszym zaświadczeniu (z 20 sierpnia 1947 r.) skonstatował, że ob. Stefan Cejrowski w  r.  1945 „rozpoczął pracę jako nauczyciel niekwalifikowany w Tczewie, ucząc się jednocześnie w Państwowym Gimnazjum dla Dorosłych”, dodając, że „pracował sumiennie i gorliwie tak w szkole jak i nad sobą”. Trzeba pamiętać, że po zakończeniu wojny, w Tczewie, jak i na całym Pomorzu, brakowało nauczycieli. Dzięki zachowanym źródłom archiwalnym możemy nieco bliżej prześledzić krótką, ale ciekawą karierę pedagogiczną młodego Stefana Cejrowskiego. Warto odnotować, że  w  brzemiennym  r.  1945, wiosną, zamieszkiwał on przez pewien czas w Starogardzie Gdańskim (ul. Skarszewska), ale w połowie sierpnia tegoż roku jako adres stałego pobytu podawał już mieszkanie w Tczewie przy ul. Sobieskiego 3.


144

Jan Kulas

20 lipca 1945 r. S.  Cejrowski zwrócił się z  podaniem do  Inspektora Szkolnego w Tczewie z prośbą o „nadanie posady nauczycielskiej szkoły powszechnej w powiecie Tczewskim”. Początkowo pracował (jako „nauczyciel niekwalifikowany”) niedaleko Gniewa, w  miejscowości Wielkie Gronowo. Do pracy w tutejszej Publicznej Szkole Powszechnej zgłosił się 1 września 1945  r. Po kilku tygodniach, wskutek usilnych starań własnych, został już 15 października 1945  r. przeniesiony do  Tczewa w  „charakterze zastępcy za chorych nauczycieli”, w wymiarze „30 godzin zasadniczych”. Uczył w Publicznej Szkole Powszechnej nr 3. W  „Kronice” tej szkoły czytamy, że  w  r. szkolnym 1945/1946 S.  Cejrowski był wychowawcą klasy IV, liczącej 33 osoby. Umowa kontraktowa S. Cejrowskiego wygasła z dniem 31 sierpnia 1946 r. Nie zabiegał o jej przedłużenie. Następnie podjął pracę w Ubezpieczalni Społecznej w Tczewie. Ta praca dawała, jak się wydaje, lepsze możliwości przygotowywania się do egzaminu dojrzałości. 21 czerwca 1946 r. Stefan Cejrowski złożył egzamin z tzw. małej matury. Wcześniej, dla właściwego przygotowania się, otrzymał w swojej szkole dwutygodniowy urlop okolicznościowy. Oczywiście kontynuował on dalszą naukę w  tym samym trybie (po południu) nauki dla dorosłych. W  1947  r., dokładnie 16 czerwca, Stefan Cejrowski zdał maturę w tczewskim Państwowym Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącym, później nazwanym im. Adama Mickiewicza. Na świadectwie maturalnym widniały tylko dobre i bardzo dobre oceny. Podkreślmy, S.  Cejrowski miał wtedy już 23 lata, gdyż czas wojny znacznie wydłużył jego drogę edukacji. Przykładowo znacznie młodszy Janusz Pasierb miał wówczas 18 lat. Trzeba zauważyć, że S. Cejrowski kończył liceum w gronie elitarnej młodzieży tczewskiej. Razem z nim świadectwo dojrzałości odbierali między innymi: Magdalena (Teresa) Abakanowicz, Bolesław Hajdasz, Janusz Pasierb, Maria Swianiewiczówna, Mieczysław Węglewski. Był to drugi rocznik matury powojennej w Tczewie, zresztą w bardzo licznym środowisku młodzieży (82 osoby). W latach 1945–1948 bez większych trudności można było jeszcze podjąć studia. Począwszy od 1949 r., z powodu „niewłaściwego pochodzenia społecznego” lub uczestnictwie w walce Polski Podziemnej (np. AK, TOW „Gryf Pomorski”), wielu młodych ludzi już nie przyjmowano na studia, pomimo zdanych egzaminów wstępnych. Stefanowi dopisało szczęście. Być może wpływ na to miała opinia wspomnianego inspektora E. Jagusiaka,


Stefan Cejrowski (1924–2010) – wybitny artysta i lekarz…

145

który zaświadczył, że „z uwagi na wypróbowaną pracowitość ob. Cejrowskiego i jego zalety charakteru usilnie popieram przyjęcie go na studia bez egzaminu wstępnego”. I faktycznie, w 1947 r., po zdaniu egzaminu wstępnego, został przyjęty na Wydział Lekarski Akademii Medycznej w Gdańsku. Równolegle S. Cejrowski uczył się w średniej Szkole Muzycznej w Gdańsku. Łączenie trudnych studiów medycznych z edukacją muzyczną było możliwe jedynie dzięki niezwykłym uzdolnieniom i wielkiej pracowitości. W latach 1947–1949 ukończył dwie klasy państwowej Średniej Szkoły Muzycznej w Gdańsku. W tym czasie zaliczył z wynikiem bardzo dobrym trzeci rok, cytuję, „przedmiot główny śpiew”. Z czasem zyska on sobie opinię „śpiewającego lekarza” Zawód lekarza nie był doraźnym, ani tym bardziej przypadkowym wyborem u  Stefana Cejrowskiego. W  latach 1947–1952 gruntownie studiował, bez powtarzania roku, w Akademii Medycznej w Gdańsku (AMG). Na studia cały czas dojeżdżał z Tczewa. Dzięki ogromnej samodyscyplinie i  wrodzonym talentom, dobrze sobie radził z  bardzo trudnymi studiami. Dopowiedzmy, że dnia 22 grudnia 1952 r. otrzymał dyplom AMG poświadczający otrzymany tytuł lekarza. S.  Cejrowski podjął dalsze studia nad uzyskaniem specjalizacji zawodowej. W  stosunkowo krótkim czasie uzyskał specjalizację I i II stopnia w zakresie laryngologii. Na tym nie poprzestał, gdyż dodatkowo zrobił specjalizację z  foniatrii (nauka o  narządzie głosowym). Należy podkreślić, że wymagało to dużego wysiłku i wielkiej wytrwałości, jednym słowem konsekwencji w wybranym zawodzie.

Praca zawodowa Jak wspomniano, po wojnie Stefan Cejrowski uczył się i pracował jednocześnie. Pierwszym jego zawodem była praca nauczyciela. Zapewne to doświadczenie pedagogiczne miało niemałe znaczenie dla jego wyboru dalszej drogi życiowej. Przez krótki okres czasu był S.  Cejrowski zatrudniony w Ubezpieczalni Społecznej w Tczewie, dokładnie od 1 października 1946  r. do  7 października 1947  r. Zatrudniony był jako „pracownik rachunkowy”. Z tego okresu dobrze go zapamiętał Tadeusz Abt. Zauważmy, że  była to jego druga praca zawodowa wykonywana prze rozpoczęciem studiów medycznych.


146

Jan Kulas

W 1953  r. Stefan Cejrowski rozpoczął pracę na Oddziale Laryngologicznym w  Szpitalu Wojewódzkim im. M.  Kopernika w  Gdańsku. Wtedy zapewne zamieszkał już na stałe i  na zawsze w  Gdańsku. Zamieszkiwał w nim przez ponad pół wieku. W Szpitalu Wojewódzkim S. Cejrowski przepracował pełne 15 lat. W r. 1968 przeniósł się do Wojewódzkiej Przychodni Przemysłowej, również w Gdańsku. Pracował tam aż do emerytury (1984). W  przychodni miał większe możliwości dysponowania swoim czasem, tym bardziej, że  wtedy z  wielkim rozmachem rozwijała się jego kariera artystyczna. Prawdopodobnie wtedy miał powiedzieć: „Żyję intensywnie. Dla mnie doba ma tylko 24 godziny!”. Drugim miejscem pracy Stefana Cejrowskiego była droga kariery artystycznej. Pasja, umiłowanie muzyki, rozwijanie własnego talentu, nabrało charakteru wybitnie profesjonalnego. Jednakowoż, nawet w okresie największych sukcesów artystycznych, nie zrezygnował z uprawiania zawodu lekarza. Tak jakby wyznawał przekonanie, że lekarzem się jest, artystą się bywa. W tym miejscu jedynie skonstatujmy, że ponad 30 lat S. Cejrowski występował profesjonalnie w Operze Bałtyckiej w Gdańsku. Rzadko się zdarza w dziejach wielkich biografii uprawianie aktywnej pracy artystycznej z  równoległym wykonywaniem wyuczonego zawodu. W tym znaczeniu Stefan Cejrowski pozostaje wyjątkiem. Mówimy bowiem o niezwykłej indywidualności, o lekarzu laryngologu i wybitnym artyście śpiewaku (tenor). Jakby talenty i pasje były „dwa w jednym”.

Działalność artystyczna Z reguły talenty nie wyrastają na suchym podłożu. Stefan Cejrowski miał szczęście wychowywać się w umuzykalnionej rodzinie. W domu rodzinnym doceniano muzykę i  śpiew. W  wieku dojrzałym, będąc uznanym i  popularnym artystą, skonstatował: „Zamiłowanie do  muzyki wyniosłem z  domu, z jego atmosfery”. Ale zapewne wyznawano tam również pragmatyczny pogląd, że w życiu trzeba mieć jeszcze konkretny zawód, fach. Zainteresowania muzyczne Stefana Cejrowskiego objawiły się praktycznie w jego pierwszej pracy zawodowej w szkole powszechnej w Tczewie. Wytrwale i z zapałem oddawał się edukacji muzycznej. Z archiwum domowego wynika, że  stosunkowo wcześnie znalazł sobie forum, gdzie


Stefan Cejrowski (1924–2010) – wybitny artysta i lekarz…

147

mógłby zaprezentować swój talent. Wiosną 1947 r. wystąpił na konkursie „Młodych głosów” w Gdyni. Został zauważony i zajął trzecie miejsce i uzyskał roczne stypendium do  wykorzystania w  jednej z  szkół muzycznych Trójmiasta. Ta pierwsza w  życiu nagroda muzyczna pozwoliła uwierzyć w siebie, a przede wszystkim zachęcała do dalszej edukacji muzycznej. Na wyższym poziomie realizował zainteresowania muzyczne podczas studiów w  Akademii Medycznej w  Gdańsku. Nie tylko należał do  chóru akademickiego, ale cierpliwie pogłębiał swoje umiejętności, rozwijał niepospolity talent muzyczny. Z  czasem został solistą chóru Akademii Medycznej w Gdańsku. Jak na to wszystko znajdował czas, oto jest pytanie? Talent i pasja muzyczna Stefana Cejrowskiego były powszechnie znane w środowisku akademickim, już po dwóch latach niełatwych studiów medycznych. W 1949 r. wystąpił w konkursie dla solistów placówek operowych na Wybrzeżu. Został wtedy zauważony przez organizatora konkursu Zygmunta Latoszewskiego (1902–1995), wybitnego muzykologa, pedagoga i dyrektora operowego. Takim to sposobem student medycyny S. Cejrowski w 1949 r. został zaangażowany do nowo powstałego Studia Operowego Państwowej Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku. W ciągu najbliższych trzech lat przekształciło się ono w Operę Bałtycką (1952). W r. 1950 S. Cejrowski zaśpiewał, podkreślmy jako solista, w operze „Eugeniusz Oniegin”, gdzie zespołem artystycznym dyrygował osobiście Z.  Latoszewski. Zatem rok 1950 należy uznać za jego oficjalny debiut artystyczny. Tak więc, w  wieku 26 lat, tczewski student medycyny rozpoczął drogę kariery artystycznej, którą uwieńczy swoim benefisem w r. 2006, nie przypadkiem w rodzinnym mieście. Na początku drogi artystycznej Stefana Cejrowskiego miał miejsce ciekawy epizod muzyki rozrywkowej. A mianowicie jego udział jako solisty w kwartecie wokalnym „Gdańskiej Czwórki Radiowej”. Na antenie Radia Gdańsk za sprawą Wandy Obniskiej regularnie występował męski zespół młodych muzyków rewelersów. Trzeba dodać, że popularna grupa „Gdańska Czwórka Radiowa” (czasem w  zmiennym zestawieniu personalnym) w składzie: Jan Gdaniec – baryton (1915–1983), Franciszek Kokot – tenor (1921–2011), Zbigniew Kusiewicz – tenor (ur. 1921), Jerzy Szymański – bas (ur. 1927) i Stefan Cejrowski – tenor, z akompaniamentem Karola Baryły (1906–1989), była chętnie słuchana, a przy tym lubiana. Należy podkreślić,


148

Jan Kulas

że w latach 1952–1960 gdańscy rewelersi występowali na żywo, a po 1960 r. po uprzednim nagraniu. W ich repertuarze obok klasyki muzycznej znajdowały się utwory i piosenki rodzimych poetów i muzyków, jak np. „Piosenki o naszym Wybrzeżu: „Gdańsk się budzi”, „Uliczki starego Gdańska” „Ulica Ogarna”, „Pieśń stoczniowców”. Dzięki uczestnictwu w  „Gdańskiej Czwórce Radiowej” S. Cejrowski stał się popularnym artystą. Warto przyjrzeć się początkom operowej kariery artystycznej Stefana Cejrowskiego. Przypomnijmy, że 28 czerwca 1950 r. w Studiu Operowym zaśpiewał w  premierze opery Piotra Czajkowskiego pt. „Eugeniusz Oniegin”. Wystąpił już w  gronie znanych i  doświadczonych artystów. W  maju 1951 r. śpiewał w operze Giacomo Puccini pt. „Madame Butterfly”. W październiku tego samego roku wystąpił jako solista w  operze Fryderyka Smetany pt. „Sprzedana narzeczona”. W  czerwcu 1952  r. w  operze komiczno-fantastycznej Piotra Czajkowskiego pt. „Trzewiczki” S.  Cejrowski zaśpiewał w jednej z trzech głównych ról. Oczywiście także w Studiu Operowym w  Gdańsku. W  grudniu 1953  r. w  operze Juliusza Mejtusa pt. „Młoda Gwardia” potwierdził swoją pozycję artystyczną, występując w rolach głównych. W lipcu 1954 r. śpiewał w operze Giacomo Pucciniego pt. „Cyganeria”. Z r. 1957 należy odnotować jego występ w operze pt. „Pajace” (Ruggeiero Leonca Vallo), naturalnie w jednej z głównych ról. Stefan Cejrowski zawsze chętnie przyjeżdżał do  Tczewa. Przy okazji uświetniał uroczystości i jubileusze. Jeden z pierwszych jego publicznych występów w  rodzinnym mieście miał miejsce 13 lutego 1955  r. W  tym dniu, w Domu Kultury Kolejarza, uświetnił imprezę i zaśpiewał w ramach festiwalowego „Wieczoru pieśni i tańca”. Następna uroczysta okazja miała miejsce 5 lat później. 19 czerwca 1960 r. gościł w Tczewie na Zjeździe Absolwentów Liceum Ogólnokształcącego im. A.  Mickiewicza. Jak podaje „Kronika” LO, w części artystycznej Zjazdu „wystąpili wychowankowie Szkoły – Stefan Cejrowski, solista Opery Bałtyckiej i Michał Żmijewski, solista Opery Poznańskiej”. Zapewne takich okazji do  spotkań z  tczewską publicznością było znacznie więcej. Zalicza się Stefan Cejrowski do  współzałożycieli i  najwybitniejszych artystów Opery Bałtyckiej w Gdańsku. Tworzył, śpiewał pełne 30 lat. Gwoli rzetelności faktograficznej odnotujmy te opery, gdzie kreował role pierwszoplanowe: „Halka”, „Straszny Dwór”, „Eugeniusz Oniegin”, „Kniaź Igor”,


Stefan Cejrowski (1924–2010) – wybitny artysta i lekarz…

149

„Borys Godunow”, „Cyrulik Sewilski”, „Bal maskowy”, „Rigoletto”, „Pajace”, „Cyganeria”, „Faust”, „Turandot”, „Madame Butterfly” oraz „Dama Pikowa”. Tytuły tych oper, często rangi światowej, mówią same za siebie. W sumie w swoim repertuarze w Operze Bałtyckiej S. Cejrowski miał 40 partii operowych i operetkowych, w tym 30 ról głównych. Na szczególne wyróżnienie zasługuje rola Stefana Cejrowskiego w  operze pt. „Peter Grimes”, której autorem był angielski artysta Benjamin Britten (1913–1976), zarazem znakomity kompozytor, dyrygent i pianista. Należy podkreślić, że wraz z „Peter Grimesem” pojawiła się „nagle narodowa opera angielska”. U jej genezy tkwił, nie tyle dramat akcji w środowisku rybaków w Anglii lat 30. XIX w., ale przede wszystkim oryginalny i swojski klimat muzyki Brittena. Premiera tej opery w Polsce miała miejsce w  1958 r. Pierwsze przedstawienie było 1 października w Warszawie, a już 9 października w Gdańsku, w Państwowej Operze i Filharmonii Bałtyckiej. Dzięki tej wybitnej kreacji artystycznej odniósł S. Cejrowski sukces w skali regionalnej i krajowej, stał się znany i ceniony w skali ogólnopolskiej. Dlatego też w latach siedemdziesiątych minionego wieku nierzadko występował w  Operze Narodowej w  Warszawie. Śpiewał tutaj gościnnie m.in. w „Borysie Godunowie” i w „Cyruliku Sewilskim”. Śpiewał również na scenach operowych we Wrocławiu, Bydgoszczy, Bytomiu, Poznaniu i  Krakowie. Nie przypadkiem również otrzymał propozycję stałej współpracy z  Operą Narodową. S.  Cejrowski nie przyjął tej zaszczytnej oferty, głównie z uwagi na niemożność połączenia jej z pracą lekarza. Trzeba odnotować również występy zagraniczne Stefana Cejrowskiego. Śpiewał m.in. w  Rostoku, Bremie, Rydze, Moskwie, Lwowie, Kijowie, Tuluzie, a  także w  wiedeńskiej Volksoper w  operetce pt. „Kraina Uśmiechu”, oczywiście po niemiecku. Słowem, śpiewał w  liczących się ośrodkach kultury muzycznej Europy wschodniej i Europy zachodniej. Stefan Cejrowski zaliczał się do  głównych artystów dwóch kolejnych jubileuszy Państwowej Opery i  Filharmonii Bałtyckiej w  Gdańsku. W 1970 r. obchodzono 25-lecie działalności tej szacownej instytucji. Wśród ówczesnych wysoko docenianych solistów wymieniano Stefana Cejrowskiego, Józefa Fijasa, Jana Gdańca i Franciszka Kokota. Krzyżami Kawalerskimi Orderu Odrodzenia Polski wyróżniono J. Gdańca, Jana Kusiewicza i S. Cejrowskiego. Z kolei wśród solistów baletu wspomnianego jubileuszu


150

Jan Kulas

wyeksponowano Alicję Boniuszko i Joannę Górską. W 1975 r. świętowano oddzielnie 30-lecie Państwowej Filharmonii Bałtyckiej i 25-lecie Państwowej Opery w Gdańsku. Warto zauważyć, że był to również srebrny jubileusz (25 lat) działalności artystycznej S. Cejrowskiego. Z kolei w czerwcu 1980 r. obchodzono 30-lecie Opery Bałtyckiej. Naturalnie S. Cejrowski znajdował się w pierwszym szeregu solistów operowych. Z tej okazji dyrektor opery Włodzimierz Nawotka podkreślił i docenił 30 lat stałej pracy artystycznej S. Cejrowskiego oraz złożył jemu „gorące podziękowanie i wyrazy podziwu”. Towarzyszyły temu życzenia dalszych sukcesów artystycznych. Zauważmy, że S. Cejrowski miał wtedy skończone 56 lat życia. Przełom lat 1970/1980 to okres wzmożonej działalności koncertowej Stefana Cejrowskiego, szczególnie we Francji. Występował wtedy w towarzystwie Dawida Ojstracha. Z  kolei w  latach 1985–1990 S.  Cejrowski został zaangażowany do Teatru Muzycznego w Luneburgu (Dolna Saksonia), w Regionie Metropolitarnym Hamburga. Nasz znakomity artysta przekraczał wtedy próg sześćdziesiątego roku życia. Pewnym ideowym zwieńczeniem kariery artystycznej S. Cejrowskiego był dzień 6 czerwca 1999 r., gdy w Pelplinie zaśpiewał dla samego papieża Jana Pawła II. Zbliżał się wtedy do granicy pięćdziesięciu lat swojej działalności artystycznej. W tzw. międzyczasie spotkały go kolejne zaszczyty i  wyróżnienia. W  1987  r. wspomniany dyrektor W. Nawotka w okazjonalnym i imiennym dyplomie dziękczynnym skonstatował: „Jako wyraz głębokiego uznania dla wieloletniej pełnej zaangażowania pracy dla rozwoju Państwowej Opery i Filharmonii Bałtyckiej”. Z kolei piętnaście lat później, 4 maja 2000 r. w Dworze Artusa, miała miejsce uroczystość wręczenia S.  Cejrowskiemu Medalu Ks. Mściwoja II. Gratulacjom, wyrazom wdzięczności i uznania, wydawało się nie być końca. Nie da się policzyć wszystkich występów artystycznych Stefana Cejrowskiego. Jego biografowie szacują, że w ponad 30-letniej intensywnej pracy artystycznej zaśpiewał on „ponad 2 000 recitali i koncertów w kraju i za granicą”! Zaśpiewał również 40 partii operowych, w tym 30 głównych. Dorobek to, zaiste imponujący. W ówczesnych mediach pomorskich pisano o nim z sympatią i uznaniem: „znakomity solista Opery Bałtyckiej”. Muzyka i  śpiew wpisały się głęboko w  niepospolitą indywidualność Stefana Cejrowskiego. To nie była tylko kwestia zamiłowania i profesjona-


Stefan Cejrowski (1924–2010) – wybitny artysta i lekarz…

151

lizmu. To był dla niego także sposób na inne i ciekawsze życie. W czasach PRL właśnie artystom pozwalano na nieco więcej swobody, a niekiedy i ich hołubiono. O ile wszyscy znają powiedzenie Jerzego Waldorffa, że muzyka łagodzi obyczaje, o tyle mało kto zna przesłanie artystyczne S. Cejrowskiego, jak się wydaje ambitniejsze i  bardziej inspirujące, a  mianowicie, że  muzyka „uszlachetnia człowieka i  wzbogaca jego życie wewnętrzne”. Warto to wiedzieć i pamiętać.

Zjazd Znamienitych Tczewian bez S. Cejrowskiego 30 stycznia, na pamiątkę wyzwolenia Tczewa w 1920 r. spod pruskiego zaboru, Tczew od ponad 20 lat obchodzi swoje święto. W tym dniu wręczane są najwyższe wyróżnienia i nagrody dla najbardziej zasłużonych Tczewian i innych osób użytecznych dla miasta. 30 stycznia 1997 r., w sposób szczególny, chociaż jak pokazało życie niedoskonały, zapisał się w  dziejach Tczewa. Na święto Tczewa w  1997  r. Komisja Promocji Miasta, we współpracy z Zarządem Miejskim i Prezydentem Zenonem Odyą, przygotowywała Zjazd Znamienitych Tczewian. Na zjazd zaproszono najbardziej znanych i zasłużonych tczewian oraz sławne indywidualności pochodzące z grodu Sambora. Znany i  ceniony pisarz, poeta, Roman Landowski napisał scenariusz spotkania – Zjazdu Znamienitych Tczewian. Sekretarz Miasta Zyta Myszka wzięła na siebie cały ciężar prac organizacyjnych. Z  kolei Józef Ziółkowski, przewodniczący wspomnianej komisji, napisał książkę w formie wywiadów z uczestnikami Zjazdu Znamienitych Tczewian. Promocja książki pt. „Drogi do sukcesu” również odbyła się 30 stycznia 1997 r. Na Zjazd Znamienitych Tczewian zaproszono dziesięć następujących indywidualności: Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Grzegorz Ciechowski, Kazimierz Denek, generał Roman Dysarz, Ryszard Karczykowski, Grzegorz Kołodko, Zbigniew Korpolewski, Włodzimierz Łajming, Michał Misiorny i Kazimierz Zimny. Z tej „złotej dziesiątki” nie dojechała jedynie z powodu zaplanowanego wcześniej spektaklu teatralnego, Teresa Budzisz-Krzyżanowska. Przyglądając się tym wybitnym indywidualnościom, trzeba prostolinijnie skonstatować, że powinno być tam miejsce dla Stefana Cejrowskiego. Jeden z pasjonatów Tczewa uważa, że należało się mu miejsce


152

Jan Kulas

w pierwszej piątce. Naturalnie każdy z uczestników Zjazdu Znamienitych Tczewian był dla nas współorganizatorów tak samo ważny i godny. Na Święcie Tczewa 1997  r., na Zjeździe Znamienitych Tczewian, zabrakło Stefana Cejrowskiego. Z  nieznanych powodów nie znalazł się on w ogóle na liście zaproszonych na ten Zjazd. Nie został dostrzeżony przez ówczesne władze miasta Tczewa. Nie został także ujęty w ciekawej i wartościowej książce Józefa Ziółkowskiego pt. „Drogi do sukcesu”. Nie ujęła się za nim także wpływowa Komisja Promocji Miasta. Jako jej skromny uczestnik mam również o to do siebie żal. Niebacznie zawierzyłem w tej sprawie bardziej doświadczonym radnym. Każdy w życiu, tym bardziej w działalności publicznej, może się pomylić. Rzecz w tym, aby ówczesny błąd, grzech zaniechania, może niewiedzy, chyba nie pychy, jak najszybciej naprawić. Dzisiaj po upływie ponad 17 lat od Zjazdu Znamienitych Tczewian, trzeba wyraźnie powiedzieć, że powinno w nim uczestniczyć jeszcze dwóch wybitnych obywateli, a mianowicie Stefan Cejrowski i Tadeusz Abt. Z relacji rodziny i uczestników gali Zjazdu Znamienitych Tczewian w Sali Widowiskowej Tczewskiego Domu Kultury przy ul. Kołłątaja 6, wynika, że Stefan Cejrowski zajął miejsce na widowni. Nie wziął jedynie udziału w spotkaniach grupowych i przyjęciu integracyjnym. Można jedynie się domyślać, co wtedy przeżywał. Stefan Cejrowski powinien był uczestniczyć w Zjeździe Znamienitych Tczewian. Tak czuło i myślało wielu mieszkańców grodu Sambora. Tamten podstawowy błąd ówczesnych władz miasta Tczewa, należy jak najszybciej naprawić. I to w dwojaki sposób, aby było rzetelnie, a nie tylko formalnie. Po pierwsze, poprzez upowszechnienie biografii i dorobku artystycznego Stefana Cejrowskiego (1924–2010). Po drugie, poprzez (pośmiertne) nadanie jemu jednego z dwóch najwyższych wyróżnień samorządu miasta Tczewa, albo nazwanie jego imieniem ulicy, placu czy skweru. Nie wykluczają te propozycje innych, być może także ciekawych inicjatyw.

Rodzina Jak już wspomniano, tczewska rodzina Cejrowskich wyróżniała się w krajobrazie społecznym Tczewa międzywojennego. Śpiew ojca zaliczał się do  najsilniejszych głosów w  parafii. Działające chóry śpiewacze


Stefan Cejrowski (1924–2010) – wybitny artysta i lekarz…

153

budziły sympatię mieszkańców grodu Sambora. Rodzina Cejrowskich odpoczywała i bawiła się przy muzyce. W takim klimacie domowej edukacji muzycznej postępy znaczne czynił Stefan Cejrowski. Młodszy brat Czesław dobrze pamięta, że Stefan śpiewał i grał wtedy na gitarze, trochę też na skrzypcach. Oczywiście wówczas w sprawie śpiewu autorytetem pozostawał ojciec Bernard. Rodzina Cejrowskich mieszkała na stałe w Tczewie. W pierwszych latach na ulicy Chłodnej, potem przy ul. Sobieskiego 17, następnie Sobieskiego 3. Po wojnie rodzice Stefana zamieszkiwali przy ul. Kaszubskiej. Z czasem, gdy powstały bloki na Śródmieściu II, zamieszkali przy ul. Wyzwolenia 6. Rodzice Stefana zostali pochowanie na tczewskim cmentarzu przy ul. Gdańskiej. Gwoli staranności faktograficznej warto przytoczyć okresy ich życia: Bernard Cejrowski (1886–1954) i  Franciszka Cejrowska (1889–1975). Jak łatwo zauważyć, S. Cejrowski w wieku 30 lat stracił ojca, a w wieku 51 lat matkę. Stefan Cejrowski doczekał się dwupokoleniowej rodziny. Miłością jego życia była Teresa, jak kiedyś wspomniał, „dziewczyna o fiołkowych oczach”. Z kolei Teresie wpadł w oko ten „piękny i wrażliwy chłopak”. Stefan i Teresa Cejrowscy zawarli związek małżeński w 1962 r., w reprezentacyjnym Ratuszu Staromiejskim w  Gdańsku. Małżonka pochodziła z  Warszawy i  z  racji niepospolitej urody miała wielu adoratorów, ale wybrała Stefana. Po ślubie Cejrowscy zamieszkali w Gdańsku. Już wcześniej Stefan jako kawaler wynajmował na gdańskiej Starówce skromne mieszkanie. Młodzi małżonkowie początkowo wynajmowali mieszkanie przy ul. Ogarnej, a potem przy ul. Elbląskiej. Przez 8 lat mieszkali w Gdańsku na Przymorzu. Najdłużej, praktycznie aż do  śmierci (Stefana), państwo Stefan i  Teresa Cejrowscy zamieszkiwali w Gdańsku-Brzeźnie, przy ul. Portowców. Jesienią 1981 r. wprowadzili się tutaj do domu jednorodzinnego, wybudowanego przez siebie po wielu latach starań. Do dzisiaj mieszka tam Teresa Cejrowska. Ciepło i  z  głębokim wzruszeniem wspomina ona swojego męża. Na prośbę o jego zwięzłą ocenę odpowiedziała: „Był dobrym mężem i dobrym ojcem, a przy tym Bogobojnym człowiekiem”. Na benefisie Stefana Cejrowskiego, Teresa Cejrowska, legitymująca się solidnym dyplomem Uniwersytetu Gdańskiego, mówiła o wspaniałej


154

Jan Kulas

rodzinie. Podkreślała, że „miłość nas uskrzydlała”, ale jak znamiennie zauważyła: „miłość też potrafi wszystko wybaczyć”. Podejmując bardziej egzystencjalną refleksję, dodała, „spotkaliśmy się, bo tak musiało być”. Teresa Cejrowska miała dobrą pracę zawodową (m.in. w Centromerze jako mgr ekonomii UG) i z tego tytułu wiele podróżowała po świecie. Synową Stefana Cejrowskiego jest znana artystka pomorska Laura Haras-Cejrowska. Nie przypadkiem współprowadziła ona benefis Stefana Cejrowskiego, oczywiście w  Tczewie i  w  Sali Widowiskowej dawnego Domu Kultury Kolejarza. Stefan i  Teresa Cejrowscy dochowali się dwóch synów – starszego Adama (ur. 1963) i młodszego (ur. 1974) Wojciecha. Obaj zdobyli porządne wykształcenie wyższe. Adam legitymuje się dyplomem magistra farmacji AMG, a Wojciech uzyskał magisterium w dziedzinie ekonomii na Uniwersytecie Gdańskim. Młodzi Cejrowscy pracują w różnych firmach w Warszawie. Starszy syn Adam zwraca uwagę, że rodzice „ułatwili nam wybór drogi życiowej zgodnie z zainteresowaniami i predyspozycjami”. Niejako przy okazji młodzi Cejrowscy zapewniają żywotność oraz przedłużenie rodu Cejrowskich. Wnuk Stefana ma na imię Borys, a wnuczki to Agata i Magdalena. Młodzi Cejrowscy, Adam i Wojciech, zbliżają się obecnie do 50. roku życia. Syn Adam wspomina ojca Stefana jako człowieka pracowitego, zabieganego, zmęczonego i religijnego, który czasem bywał surowy. Przypomina, że  ojciec wspominał własnych rodziców (w  Tczewie) z  ogromnym szacunkiem i czcią. Podkreślał, że rodzice wychowali go i wpoili tradycyjne wartości katolickie i humanistyczne. Głęboką religijność ojciec wyniósł właśnie z domu rodzinnego. Za życia Stefan Cejrowski jedynie nieco użalał się, że żaden z synów nie poszedł w jego ślady artystyczne. W  Tczewie przy ul. Wyzwolenia 6 mieszka do  dzisiaj młodszy o  7 lat brat Pana Stefana, Czesław Cejrowski. Interesuje się on i pasjonuje dziejami rodzinnego miasta, uprawia też sztukę. W domu swoim posiada istotną część archiwum dotyczącego dziejów i  popularyzacji Tczewa. Małżonkowie Czesław i Irena Cejrowscy doczekali się także gromadki dzieci, tj. pięciu synów i dwóch córek. Zwróćmy uwagę na jeszcze jeden fakt, nie tylko rodzinny. 30 stycznia 2001 r. w Tczewskim Centrum Kultury miał miejsce wernisaż prac Czesława Cejrowskiego. Czesław, jak wspomniano, rozwijał również swoje zainteresowania artystyczne. Jednakże, jak pisał „Ty-


Stefan Cejrowski (1924–2010) – wybitny artysta i lekarz…

155

godnik Tczewski”, cytuję: „Ozdobą wieczoru był występ starszego o 7 lat brata pana Czesława, Stefana Cejrowskiego, doskonałego lekarza, a także świetnego śpiewaka operowego. Goście mogli więc usłyszeć kilka arii operowych wykonanych z  ogromną werwą i  w  świetnym stylu”. Zauważmy, że w tym czasie S. Cejrowski miał 77 lat. Ujmuje też w tej sytuacji miłość braterska i głębokie, trwałe więzi rodzinne.

Benefis Stefana Cejrowskiego Tak się dobrze złożyło, że jesienią 2006  r. miały miejsce dwa benefisy. 22 października odbył się benefis Tadeusza Abta. Z kolei 26 listopada 2006  r. świętowano benefis Stefana Cejrowskiego. Trzeba dodać, że  wybrano dobry czas, bowiem nasz wielkie artysta miał już 82 lata. Jak pokazała przyszłość, pozostały mu jeszcze niespełna 4 lata życia. Głównymi organizatorami benefis Stefana Cejrowskiego byli Tczewskie Centrum Kultury pod dyrekcja Wiesławy Quelli i Fundacja dla Tczewa. Benefis odbył się w Sali Widowiskowej Tczewskiego Domu Kultury przy ul. St. Kard. Wyszyńskiego 10. Przypomnijmy, w tej Sali (dawniej sali Domu Kultury Kolejarza) niejednokrotnie występował Stefan Cejrowski. Benefis poprowadziły dwie panie, artystycznie i rodzinnie związane z S. Cejrowskim, a mianowicie: Halina Cichoń-Haras i Laura Haras-Cejrowska (synowa). Benefis Stefana Cejrowskiego okazał się wydarzeniem społecznym i artystycznym. Jak zawsze, przy największych uroczystościach, wystąpił Chór Męski „Echo” pod dyrekcją Leszka Gołębia. Oczywiście akompaniował sam Tadeusz Abt. Wśród solistów benefisu S. Cejrowskiego wystąpili: Nina Markiewicz, Anna Rezulak, Teresa i Jerzy Wolfowie, Czesław Cejrowski, Maciej Wójcicki. Jednym słowem, elita artystyczna Opery Bałtyckiej uświetniła dorobek twórczy kolegi po fachu, a zarazem znakomitego tenora, bardzo dobrego lekarza i wybitnego człowieka. Jak napisano w prasie lokalnej: „To był wieczór pięknego śpiewu”. W istocie rzeczy tak było. Jak relacjonował uroczystość dziennikarz „Gazety Tczewskiej”, Krzysztof Dulny, przebojem benefisu został utwór pt. „Sprzedana narzeczona”, w  wykonaniu Stefana Cejrowskiego i  Macieja Wójcickiego. Wybitny tczewianin wzruszył swoim występem całą widownię. Radośnie odśpiewano jemu „Sto lat”. Następnie ustawiła się naprawdę długa kolejka z życzeniami,


156

Jan Kulas

z władzami samorządowymi miasta Tczewa na czele. Uczestnicy tej niezwykłej uroczystości, szczególnie tczewianie, odczuwali dumę i satysfakcję z  faktu, że  S.  Cejrowski pochodzi właśnie z  Tczewa, że  tutaj są jego korzenie. Warto też dodać, jak wspominali bliscy współpracownicy i przyjaciele z Gdańska i Tczewa, był on także zawsze lokalnym patriotą. Stefan Cejrowski na swoim benefisie o wiele więcej śpiewał niż mówił, pomimo ukończonych 82 lat życia. W krótkich słowach od siebie bohater benefisu nie krył sympatii i miłości dla rodzinnego miasta. Przypomniał, że zawsze lubił śpiewać na Nowym i Starym Mieście, w Tczewie. W kwintesencji dodał, że „po tylu latach udało mi się znowu tutaj stanąć”, i jak zaznaczył dobitnie, „jest to dla mnie wielkim zaszczytem”. Cennym i  dobrze pomyślanym uzupełnieniem benefisu Stefana Cejrowskiego okazała się okolicznościowa wystawa. Można na niej było zapoznać się z jego wielkimi sukcesami artystycznymi i odnotowanymi przy tych okazjach recenzjami. Wśród wycinków prasowych warto odnotować kilka wymowniejszych tytułów: „Medycyna i sztuka – dwa wcielenia Stefana Cejrowskiego”, „Śpiew i medycyna”, „Cejrowski śpiewa w Tuluzie”.

Medale i odznaczenia Naturalnie Stefan Cejrowski położył duże zasługi dla Tczewa, Gdańska, Pomorza i  kraju. Dobrze to oddają, poza jednym wyjątkiem, przyznane jemu medale, nagrody i wyróżnienia. Stefan Cejrowski jest laureatem odznaki honorowej „Zasłużony Ziemi Gdańskiej”. Wyróżnienie to przyznawano za zasługi w rozwoju ówczesnego województwa gdańskiego (od 1999 r. woj. pomorskie). W  2000  r. otrzymał S.  Cejrowski od  Rady Miasta Gdańska prestiżowy „Medal Księcia Mściwoja II”. W uzasadnieniu napisano: „Za całokształt działań podejmowanych w  dziedzinie kultury, w  szczególności za pracę i zasługi na niwie artystycznej, rozsławienie imienia Gdańska w kraju i na świecie”. Miał również w swojej kolekcji także najwyższe odznaczenia państwowe, tj. „Złoty Krzyż Zasługi” i „Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski”. Trudno powiedzieć, dlaczego na zacnej i  godnej liście odznaczeń, wyróżnień i  nagród, zabrakło uznania ze strony rodzinnego miasta Tczewa. To niezrozumiałe zaniechanie, trzeba jak najszybciej i godnie napra-


Stefan Cejrowski (1924–2010) – wybitny artysta i lekarz…

157

wić. Jak się wydaje 90. rocznica urodzin może być ku temu dobrą okazją. W moim przekonaniu należy, i  to z  pełnym przeświadczeniem, przyznać jemu Honorowe Obywatelstwo Miasta Tczewa. To będzie piękny i  prawdziwie honorowy gest. Stefan Cejrowski, wraz z swoją bogatą i wartościową biografią, w znacznym stopniu należy do  Tczewa. Może największą dla niego i  jego rodziny satysfakcją jest wciąż żywa i przyjazna pamięć wielu obywateli grodu Sambora. Był tutaj lubiany, szanowany i podziwiany. To naprawdę dużo.

Zakończenie Stefan Cejrowski zmarł 29 maja 2010 r. w Gdańsku. Wcześniej, od lat chorował na cukrzycę i  choroby układu krążenia. Umarł, właściwie „zasnął” w  Szpitalu im. św. Wojciecha w  Gdańsku. W  sumie S.  Cejrowski przeżył pełne 86 lat. Dla nas mężczyzn jest to wiek zacny i w jakimś sensie właściwy. Na szczęście zdążył odbyć swój benefis w  mieście rodzinnym, w  Tczewie. Podkreślmy, że  nie tylko urodził się w  Tczewie, ale również wychował, tu zdał maturę i odbył pierwszą pracę zawodową. W rozmowie z  bratem Czesławem mawiał, że  chciałby zostać pochowany na Nowym Mieście w Tczewie. Ostatecznie został pochowany, zgodnie z wolą najbliższej własnej rodziny, na cmentarzu w Gdańsku-Łostowicach. Stefan Cejrowski na liście wybitnych i  zasłużonych tczewian zajmuje jedno z czołowych miejsc. Jedynie zły los sprawił, że zabrakło Stefana Cejrowskiego na Zjeździe Znamienitych Tczewian w  1997  r. Tę  krzywdę i  oczywisty błąd trzeba jak najszybciej i  konsekwentnie naprawić. Trzeba również podkreślić, że S. Cejrowskiemu, jako seniorowi, przypada laur pierwszeństwa w poczcie znakomitych muzyków rodem z Tczewa. Stefan Cejrowski umiejętnie łączył dwie w  istocie rzeczy dość różne, i  nie ukrywajmy, odległe sfery aktywności zawodowej. Jak sam mówił, „uprawiałem dwie profesje”. W  tradycyjnej rubryce „zawód” podawał lekarz i artysta operowy. Był bowiem znakomitym artystą i cenionym lekarzem (laryngologiem) o podwójnej specjalizacji. Trafnie napisano w jednej z informacji pośmiertnych, że był „zawsze pomocny ludziom jako lekarz i oddany muzyce jako śpiewak operowy”. Innymi słowy, śpiew i medycyna to były dwie jego wielkie pasje życiowe.


158

Jan Kulas

Stefan Cejrowski występował ponad 30 lat w Operze Bałtyckiej w Gdańsku. Od samego początku jej istnienia był związany z tą instytucją artystyczną. Ma w swoim dorobku ponad 40 partii operowych i operetkowych, w tym około 30 ról głównych. Gdańszczanie, Pomorzanie mieli okazję podziwiać talent artystyczny S. Cejrowskiego w tak znanych operach jak: „Halka”, „Straszny Dwór”, „Eugeniusz Oniegin”, „Kniaź Igor”, „Borys Godunow”, „Cyrulik Sewilski”, „Bal Maskowy”, „Rigoletto”, „Pajace”, „Cyganeria”, „Faust”, „Madame Butterfly” czy „Dama Pikowa”. Z  kolei rola w operze pt. „Peter Grimes”, po raz pierwszy w Polsce zagrana, zapewniła jemu wielki sukces w wymiarze krajowym, i nie tylko. W sumie S. Cejrowski zaśpiewał ponad 2000 recitali i koncertów w kraju i za granicą. Prawdziwie lubił śpiewać. W jego biografii sprawdziło się powiedzenie, że „życie to przede wszystkim śpiew”. Niewątpliwie należał do „czołowych solistów Opery Bałtyckiej”. W pewnym stopniu jego kariera artystyczna miała również europejski wymiar. 6 czerwca 1999  r., podczas pontyfikalnej mszy świętej w  Pelplinie, śpiewał Stefan Cejrowski dla papieża Jana Pawła  II. W  wieku 75 lat wykonał dla „największego z rodu Polaków” pieśń wiary i nadziei, tj. „Panis Angelicus” (C.  Franc). Czuł się tym zaszczycony. Czynił to z  potrzeby serca i wrodzonego patriotyzmu. Niewątpliwie swoim talentem i oddaniem uświetnił to wielkie wydarzenie religijno-społeczne. Dla Papieża-Polaka miał ogromny szacunek, wdzięczność i uznanie. Dodajmy, że S. Cejrowski wyróżniał się również jako człowiek. Najbliżsi wspominają go jako dobrego człowieka, życzliwego i  przyjaznego, zawsze gotowego pomóc innym. Stefan Cejrowski dowiódł, że talent dany z Nieba, wsparty ciężką i systematyczną pracą, prowadzi do wielkich sukcesów. Będąc u szczytu sławy i popularności zachował pamięć i sympatię dla rodzinnego Tczewa. Nie przypadkiem też stał się S.  Cejrowski drogowskazem i  wzorcem osobowym dla Ryszarda Karczykowskiego, który mądrze skonstatował: „Dlaczego naśladowałem Stefana Cejrowskiego? Bo był doskonałym wzorcem. Skromność wyniesiona z  małego miasta nikomu nie przeszkadza”. A dziś i miasto Tczew już całkiem duże (czwarte w regionie), a R. Karczykowski w  najlepszym słowa znaczeniu zrobił prawdziwie artystyczną karierę światową.


Stefan Cejrowski (1924–2010) – wybitny artysta i lekarz…

159

Wybór źródeł Archiwum Chóru Męskiego „Echo” w Tczewie; Archiwum domowe Czesława Cejrowskiego; „Benefis Stefana Cejrowskiego” – nagranie telewizji lokalnej „TeTka”, 26.11.2006, Tczew; Teresa Cejrowska, Adam Cejrowski, Wojtek Cejrowski, „Pożegnanie. Stefan Cejrowski” („Gazeta Wyborcza. Trójmiasto”, 21.06.2010), Krzysztof Dulny, „Śpiewający… lekarze” („Gazeta Tczewska”, nr  49 z  7.12.2006); „Encyklopedia Gdańska”, red. B.  Śliwiński, Gdańsk 2012; Ludmiła Kosycarzowa, „Śpiew i  medycyna” („Dziennik Bałtycki”, nr  15 z  19–20.01.1980); Kronika Gimnazjum i  Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Mickiewicza”; nekrolog („Dziennik Bałtycki”, nr  131 z  8.06.2010); „Ocalić od  zapomnienia. Zjazd trzech liceów”, red. B. Deja-Gałecka, Tczew 2002; „Opera Bałtycka. Benjamin Britten. Peter Grimes” – program z 1958 r.; Jan Piotrowski, „Dwie pasje Stefana Cejrowskiego” („Gazeta Tczewska” z 21.10.1990); zapis rozmowy z Czesławem i Ireną Cejrowskimi (22 i 27.08.2013) oraz z Adamem Cejrowskim (16 i  19.11.2013), „Wernisaż Czesława Cejrowskiego” („Tygodnik Tczewski” z  7.02.2001); wywiad Ludmiły Kosycarzowej ze Stefanem Cejrowskim, pt. „Śpiew i  medycyna” („Dziennik Bałtycki” z  19–20.01.1980); tekst zaproszenia Tczewskiego Centrum Kultury na „Benefis Stefana Cejrowskiego” (26.11.2006), Józef Ziółkowski, „Drogi do sukcesu”, Tczew 1997.


Bogdan Solecki

Przedsiębiorcy, kupcy i handlowcy Pelplina w II Rzeczpospolitej (1919–1939) Karczmy, zajazdy, gospody Tradycje pelplińskich karczm, zajazdów i  gospód sięgają czasów cysterskich. Były to miejsca, w których skupiało się życie towarzyskie i społeczne mieszkańców Pelplina na co dzień i od święta.

Przy drodze do Pomyj znajdowała się karczma zbudowana w 1683 r., od XIX w. hotel „Pod Czarnym Orłem”

Najstarsza karczma, zwana Kamienną, znajdowała się naprzeciwko katedry i należała do cystersów pelplińskich. Druga stała przed mostem nad drogą do Starogardu. W 1664 r. „spaliła się tak nagle, że ledwie karczmarz z  gośćmi umknąć zdołali”. Na Maciejewie istniała gospoda zwana „hakbudą”. Położona była w zachodniej części wsi, gdzie skręcał główny trakt z Gdańska do Bydgoszczy. Gospodą w 1737 r. zarządzał Jan Chrzanowski. Prowadził sprzedaż chleba, śledzi, soli, masła, świec, tytoniu,


162

Bogdan Solecki

prochu, mąki, nici, gwoździ, mięsa i wódki. Wyszynk piwa był zabroniony. W  1807  r. zatrzymał się w  niej generał Jan Henryk Dąbrowski, a  według legendy miał w  gospodzie przenocować w  1812  r. Napoleon Bonaparte, gdy ciągnął na Rosję. Przy drodze do Pomyj znajdowała się karczma zbudowana w 1683 r. W XVIII w. karczmarzami w niej byli Korczyński i Szczypiński (od  XIX  w. hotel „Pod Czarnym Orłem”). W  końcu XIX  w. karczmy w Pelplinie zostały zastąpione przez hotele i restauracje, które zapewniały gościom lepsze warunki zakwaterowania i spożywania posiłków.

Stosunki polsko-niemieckie Pelplin na początku XX w. był wioską liczącą 3400 mieszkańców, a wyglądem swym przypominał małe miasteczko. Na wrażenie takie miała wpływ ulica Dworcowa i  Rynek. Domy były dwupiętrowe, z  licznymi dostatnio zaopatrzonymi sklepami. Obsługiwały one nie tylko mieszkańców Pelplina, ale i jego rolnicze zaplecze. Ludność Pelplina w  olbrzymiej większości była polska, istniała też mniejszość dobrze sytuowanych Niemców. Polacy, jak i  Niemcy płacili podatki do kasy państwowej, ale do ludności niemieckiej część tych pieniędzy wracała w postaci pensji urzędniczych, zleceń gospodarczych i różnych świadczeń, z których Polacy byli wykluczeni. Polak nie mógł zostać urzędnikiem, a rzemieślnik czy przedsiębiorca polski nie otrzymywał zamówień państwowych czy komunalnych. Ale ludność polska w tym czasie była już świetnie zorganizowana i broniła się umiejętnie i systematycznie. Wszystkie towary i usługi można było otrzymać od Polaka. Gdy zacięta walka ekonomiczna i narodowa toczyła się dalej, Polacy w Pelplinie posiadali już swój bank spółdzielczy, magazyny rolnicze. W odpowiedzi Niemcy zbudowali przy dworcu duży elewator zbożowy (1897), dzięki któremu starali się przechwycić w swoje ręce handel zbożem. W 1912 r. Towarzystwo Wydawnicze pod nazwą „Drukarnia i Księgarnia Pielgrzym” rozbudowało swą skromną siedzibę. Obok obiektu z drukarnią i księgarnią spółka wystawiła nowy budynek, w którym ulokowano sklepy kupców polskich, w tym słynny „Bazar”. Naprzeciw tej „twierdzy” polskości Niemcy zbudowali swoją siedzibę „Deutsche Haus”, dużą okazałą kamienicę ze sklepami, hotelem „Schwarzen Adler”, dużą restauracją,


Przedsiębiorcy, kupcy i handlowcy Pelplina…

163

cukiernią i obszerną salą zabawowo-widowiskową. Ten kompleks uzupełniała stolarnia i ewangelicka kaplica. Znaczącym wydarzeniem w okresie wyzwolenia Pelplina spod władzy zaborcy pruskiego było wycofanie się z  Pelplina formacji Grenzschutzu (straż graniczna), 27 stycznia 1920  r. Dzień później mieszkańcy Pelplina i okolic witali z utęsknieniem oczekiwane wojsko polskie.

Towarzystwo Kupców Samodzielnych Gdy w Wersalu ważyły się losy Pomorza co  do  przynależności państwowej, trwały brutalne napaście oddziałów Grenzschutzu zwalczające każdy żywy odruch niepodległościowy społeczeństwa polskiego, w  Pelplinie, wśród tutejszego kupiectwa, zrodziła się myśl stworzenia własnej zawodowej organizacji. 19 września 1919 r., z inicjatywy kupca bławatnego Bolesława Knasta, powstało Towarzystwo Kupców Samodzielnych, do  którego włączyli się również kupcy z Tczewa, będący wówczas liczebnie za słabi, aby założyć własne towarzystwo. Pierwszym prezesem został Bolesław Knast, późniejszy poseł Sejmu Ustawodawczego. Polscy kupcy Pelplina, łącząc się solidarnie w towarzystwie zawodowym, stawili twardy opór konkurencji niemieckiej i żydowskiej. Sytuacja ta sprawiła, że wyparli całkowicie handel żydowski i ograniczyli znacznie niemiecki. Kupcy pelplińscy nie myśleli tylko o sobie. Pracowali także społecznie, należeli do wszystkich organizacji kulturalno-oświatowych i politycznych działających w ówczesnej wsi, a wszelkie świadczenia na cele społeczne, narodowe w pierwszym rzędzie pokrywało kupiectwo. W  związku ze wzrastającą inflacją w  1920  r. handel przeżywał ciężki okres – ponosił straty materialne, a kupcy ciężko znosili krzywdę moralną. W Pelplinie dało się wówczas odczuć brak pewnych artykułów: papy, smoły, nafty, wapna, soli. Mieszkańcy wsi zwrócili się przeciw kupiectwu, winiąc je za szalejącą drożyznę i spekulację. Dopiero po interwencji posła Knasta u ministra przemysłu i handlu, udało się poprawić zaopatrzenie w Pelplinie. Wybuch wojny polsko-bolszewickiej, jednocząc cały naród, odsunął na dalszy plan wewnętrzne konflikty. Do  Pomorskiego Związku Towarzystw Kupieckich z  Warszawy zadepeszował poseł Bolesław Knast. Rzuca hasło:


164

Bogdan Solecki

„Starsi pieniędzy, młodzi żołnierzy Ojczyźnie”. Zawołanie to znajduje oddźwięk również w Pelplinie. Porwani ogólnym entuzjazmem kupcy wstępowali w szeregi ochotników do wojska, nie szczędząc przy tym ofiar materialnych. Gdy nastały dni pokoju, kupcy pelplińscy obok działalności handlowej brali czynny udział w  uroczystościach patriotycznych i  religijnych. W 1926 r. serdecznie witali pierwszego po 120 latach polskiego biskupa, ordynariusza diecezji chełmińskiej ks. Stanisława Wojciecha Okoniewskiego, a  w  1927  r. prezydenta Rzeczypospolitej Ignacego Mościckiego, który odwiedził Pelplin.


Przedsiębiorcy, kupcy i handlowcy Pelplina…

165

Z inicjatywy Kupców Samodzielnych w lutym 1921 r. otwarto w Pelplinie Bank Narodowy. Na zebraniach związku omawiano ogólne problemy kupiectwa w sprawach podatkowych ksiąg handlowych, naukę młodzieży. Życie pelplińskiej organizacji kupieckiej charakteryzowało się dużym poczuciem wspólnoty i towarzyskości. Organizowano wycieczki do rozwijającej się Gdyni i na targi do Poznania. W lutym 1925 r. towarzystwo było gospodarzem zjazdu okręgowego. Przybyło 150 delegatów z  miast i  wsi pomorskich. Liczba firm kupieckich nie była stała i zależała od życia gospodarczego w Pelplinie i jego okolicy. Rynek lokalny, jego zasoby przyczyniały się do rozwoju danej firmy czy też do jej bankructwa. Sytuacja taka sprawiała, że trwała stała troska kupców i przedsiębiorców o utrzymanie swych firm, zdobycie klientów i zamówień. Kiedy w  1931  r. liczący 4200 mieszkańców Pelplin stał się miastem, miejscowi kupcy i  przedsiębiorcy weszli w  skład rady miejskiej i  magistratu. Wiceburmistrzem został Teodor Pruszak, na przewodniczącego rady miejskiej mianowano Bolesława Knasta, a na jego zastępcę Wiktora Nierzwickiego. Radnymi zostali również: Jan Zagrodnik, Alojzy Lisewski, Bolesław Nadolny, Alojzy Byczkowski, Teofil Sikorski, Stefan Rapior, Jan Ankiewicz. W  latach trzydziestych Zarząd Miejski Pelplina, mimo wielu trudności spowodowanych kryzysem gospodarczym, zrealizował szereg zadań z  zakresu gospodarki komunalnej, głównie w postaci poprawy nawierzchni ulic, stanu oświetlenia i zieleni. Prowadzono akcję pomocy doraźnej dla bezrobotnych, udzielając pomocy w naturze, dostarczając opał, żywność, odzież oraz starano się o tworzenie miejsc pracy przy robotach publicznych. Dzięki staraniom pelplińskiego Towarzystwa Kupców Samodzielnych władze Polskich Kolei Państwowych zgodziły się, by od maja 1934 r. w Pelplinie zatrzymywały się wszystkie pociągi osobowe i pospieszne. Tragiczny kres Towarzystwa nastąpił we wrześniu 1939  r. W  latach 1939–1945 śmierć z rąk hitlerowskich oprawców ponieśli m.in.: Bolesław Knast, Teodor Pruszak, Józef Bieliński, Alojzy Byczkowski, Alojzy Lisewski, Czesław Płocieniak i  Stefan Rapior. Przedsiębiorstwa i  sklepy pomordowanych oraz innych polskich kupców przejęli Niemcy, będący na usługach hitlerowskiego okupanta.


166

Bogdan Solecki

Ulice, ich nazwy i numery domów Pelplińskie ulice od rynku promieniście rozchodzą się w czterech kierunkach. Na północ – dawną drogą królewską – przebiegała ulica na przełomie w. XIX i XX zwana Wilhelmowską (od 1920 r. ulicą Sambora). Z zachodu do placu targowego dochodziła droga ze Starogardu, zwana ulicą Szosową (późniejszą Starogardzką). Zbudowano ją ok. 1830 r., a zmodernizowano w 1883 r. Na południe od centrum wsi odchodziła droga biegnąca do kładek na Wierzycy. Rozwój tej ulicy, nazywanej w czasach pruskich Fryderykowską (obecnie ulica Kościuszki), nastąpił po 1887 r., kiedy to w miejsce prowizorycznych przejść pobudowano most przez Wierzycę. Za rzeką, wzdłuż nowo wytyczonej drogi prowadzącej do  Rożentala, powstały zabudowania osiadłych tu rzemieślników i sklepikarzy. Tu także w czynszowych kamienicach zamieszkiwali pracownicy cukrowni. Od  rynku wiódł średniowieczny trakt do  Gniewa (przez Pomyje). Gdy zbudowana została droga łącząca Tczew z Gniewem i Nowem, z odnogą na Pelplin i Starogard (1830), nastąpiło ukształtowanie się obecnej ulicy Mickiewicza. W latach pięćdziesiątych XIX w. ulica zyskała swoją pierwszą nazwę – Dworcowa (Bahnhofstrasse). Nastąpiło to po 1852 r., z chwilą przekazania do  użytku linii kolejowej Bydgoszcz–Gdańsk. Przy tej ulicy zlokalizowano cukrownię (1878) i mleczarnię (1892) oraz zbudowano liczne domy czynszowe, na których parterze mieściły się sklepy i warsztaty rzemieślnicze. W 1929 r. były w Pelplinie następujące ulice i place: Dworcowa, Rynek, Sambora, Kościuszki, Starogardzka, Mestwina, Podgórna, Wybudowanie, plac Tumski, Pałac Biskupi (później Park Biskupi). W grudniu 1932 r. z ulicy Starogardzkiej i  placu Tumskiego wydzielono nowe ulice i  tak powstały wówczas: Przystań Jana Sobieskiego, aleja Cystersów, plac Mariacki, później jeszcze – Nowy Rynek. Po śmierci Marszałka Józefa Piłsudskiego głównej ulicy miasta – Dworcowej – nadano jego imię. Gdy na początku lat trzydziestych zaczęła powstawać nowa dzielnica miasta, zwana Okoniewem (na cześć biskupa Stanisława Okoniewskiego, który użyczył kościelnej ziemi pod budowę domów), wytyczono nowe ulice Pelplina i nadano im nazwy: Spółdzielni Budowlanej, Biskupia, Żwirki i Wigury, Czarnieckiego. Po 1934 r. Rynek otrzymał imię Bronisława Piera­


Przedsiębiorcy, kupcy i handlowcy Pelplina…

167

ckiego, ministra zamordowanego przez ukraińskiego nacjonalistę. W marcu 1939 r., po śmierci wybitnego polskiego polityka Romana Dmowskiego, Rada Miasta Pelplina zdecydowała ulicy Starogardzkiej nadać jego imię. Pod koniec 1931 r. nastąpiła zmiana w numeracji domów w Pelplinie. Wcześniej numerowano domy po kolei, rozpoczynając od  prawej strony ulicy i kończąc po jej lewej stronie. Od października 1931 r. po prawej stronie ulicy były numery nieparzyste, a po lewej parzyste. Przy ulicy Dworcowej numeracja rozpoczęła się od domu z balkonami (zniszczony w czasie działań frontowych w 1945 r.), gdzie znajdował się m.in. sklep „Hollando”, wcześniej Rynek 7, po zmianie Dworcowa 1. Dotychczasowa Dworcowa 1 (sklep kolonialny Głowackiego) otrzymała numer 3. Po przeciwnej stronie dom kupiecki rodziny Mroczków (sklep bławatów), który miał stary numer Dworcowa 32, był od tej pory oznakowany jako Dworcowa 6. Nowa numeracja domów zachowała się do dnia dzisiejszego.

Przedsiębiorcy, kupcy i handlowcy Pelplina (1919–1939) Anczykowski Teodor (1885–1929) – kupiec Właściciel drogerii „Centralna”, założonej w 1919 r., przy Rynek 9 (budynek „Pielgrzyma”). Drogeria polecała: wody kolońskie, perfumy, mydła, kremy, pudry, aparaty i przybory fotograficzne oraz tapety, farby i lakiery. T. Anczykowski aktywnie uczestniczył w życiu społeczno-kulturalnym Pelplina. Pełnił funkcję wiceprezesa Towarzystwa Kupców Samodzielnych. Był jednym z  założycieli Towarzystwa Czytelni Ludowych i  sporo czasu poświęcił bibliotece TCL. Należał do Bractwa Kurkowego, był członkiem i  wiceprezesem Towarzystwa Śpiewaczego św. Cecylii, członkiem Koła Przyjaciół Młodzieży, Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, naczelnikiem Ochotniczej Straży Pożarnej. Odznaczał się niezwykłym darem ujmowania sobie ludzi. Cieszył się powszechnym szacunkiem i  uznaniem. Po jego śmierci drogerię prowadziła żona, Anna z Sikorskich (1894–1973). We wrześniu 1939 r. drogerię „Centralną” przejął Niemiec Fritz Woike. Po 1945  r. drogeria wróciła do  rodziny Anczykowskich do  czasu upaństwowienia, kiedy to bez odszkodowania przejął ją GS  „Samopomoc Chłopska”, wraz z towarem i urządzeniami. Osobiste meble w mieszkaniu rodziny zostały zajęte przez komornika na poczet „domiarów”.


168

Bogdan Solecki

Ankiewicz Jan (1888–1966) – przedsiębiorca Od 1919  r. dyrektor Drukarni i  Księgarni „Pielgrzym” w  Pelplinie, które rozbudował o  filie w  Tczewie i  Starogardzie. Zarówno w  przedsiębiorstwie, jak i  w  redakcji wprowadził szereg innowacji, m.in. zwiększył asortyment handlowy (rozlewnia wina mszalnego), premie czytelnicze dla stałych abonentów. Prowadził szeroką działalność społeczno-polityczną na terenie Pelplina jako współzałożyciel Towarzystwa Kupców Samodzielnych, wiceprezes Koła Stronnictwa Narodowego, zastępca prezesa Towarzystwa Czytelni Ludowych, członek Zarządu Spółdzielni Budowlanej, prezes Towarzystwa Śpiewu św. Cecylii, prezes i członek zarządu Katolickiego Towarzystwa Ludowego. Po nadaniu praw miejskich Pelplinowi został wybrany do  pierwszej Rady Miejskiej; w latach 1934–1936 przewodniczył Komisji Rewizyjnej. Był zastępcą przewodniczącego ds. bezrobocia. Na początku II wojny światowej opuścił Pelplin i ukrywał się. Do miasta wrócił w październiku 1939 r., został aresztowany przez hitlerowców i osadzony w pomieszczeniach Seminarium Duchownego. Dzięki interwencji okupacyjnego zarządcy Drukarni „Pielgrzyma” F. Raschke, został uwolniony i następnie zatrudniony przez niego w drukarni w Tczewie. W maju 1945 r. zamieszkał w Gniewie. Pracował m.in. w Sądzie Grodzkim i Spółdzielczym Banku Ludowym. Baniecki Bernard (1907–1999) – mistrz rzeźnicki Pochodzący z  Kierwałdu przybył do  Pelplina po ukończeniu szkoły powszechnej, by zostać uczniem Konstantego Michny. Gdy w lipcu 1931 r. umarł Juliusz Sielski, właściciel rzeźni położonej przy ulicy Sambora 2, wdowa Teofila Sielska zatrudniła Banieckiego, młodego zdolnego czeladnika, z nadzieją, że z czasem obejmie stanowisko kierownika. W Pelplinie było kilkanaście rzeźni. Zakład Sielskich należał do większych. Tygodniowo ubijano w nim 15 świń (nie licząc bydła). Dzięki swej pracowitości i  solidnemu zarządzaniu powierzoną firmą Bernard  Baniecki zyskał uznanie i  szacunek rodziny Sielskich. Zdobył również serce i miłość córki właścicielki, młodej Marii (1915–1998), która pracowała w sklepie. Firma z ulicy Sambora z powodzeniem konkurowała z rzeźnią Konstantego Michny.


Przedsiębiorcy, kupcy i handlowcy Pelplina…

169

Wnętrze sklepu Banieckich

Pomimo obowiązków związanych z pracą, chętnie udzielał się w życiu towarzysko-społecznym Pelplina. Należał do Towarzystwa Kupców Samodzielnych oraz do Kurkowego Bractwa Strzeleckiego. Po wybuchu II wojny światowej firmę kontrolowaną przez Niemców Banieccy mogli prowadzić do marca 1940 r., po czym zakład przejął hitlerowiec Horst Voegele. Właścicielom odebrano nie tylko rzeźnie i sklep, ale również mieszkanie. Odtąd Baniecki podjął pracę u swego kolegi rzeźnika Bunina, w Nowej Cerkwi. Benke (Böhnke) Władysław (1887–1963) – kupiec Prowadził sklep z  artykułami kolonialnymi i  konfiturami. Posiadał również palarnię kawy przy Rynek 5. W. Benke był aktywnym członkiem Kurkowego Bractwa Strzeleckiego. Bieliński Józef (1893–1939) – kupiec Posiadał sklep z  artykułami żelaznymi i  materiałami budowlanymi, który prowadził wraz z  bratem Leonem Bielińskim (1901–1972). Polecali po cenach konkurencyjnych: piece skrzynkowe i okrągłe, rury i kolana, podkowy, wirówki, oliwę i smary, okucia do pieców, cegłę szamotową, żelazo sztabowe, rury gazowe, łańcuchy, emalie, fajans, szkło, przybory kuchenne, radia P.Z.T. Pierwszy lokal sklepowy bracia wydzierżawili od miejscowego przedsiębiorcy Hassego. Z czasem wynajęli sobie lokal zamienny przy Rynek 4. Dzierżawa wynosiła 150 zł miesięcznie.


170

Bogdan Solecki

Od 1928 r. Józef Bieliński prowadził sklep z żoną Barbarą z d. Szynalewska. Wynajął lokal na sklep przy placu Pierackiego 1. Należąc do  Związku Towarzystw Kupieckich, aktywnie udzielał się w lokalnej organizacji w Pelplinie. Jego działalność kupiecka zakończyła się jesienią 1939 r. Po aresztowaniu 2 listopada umieszczony został w piwnicach Seminarium Duchownego, podobnie jak wielu innych Polaków. 8 listopada został rozstrzelany w Lesie Szpęgawskim. Burdak Oswald – kupiec Posiadał magazyn włókienniczy (bławaty). W grudniu 1939 r. wywieziony do obozu koncentracyjnego w Stutthofie. Byczkowski Alojzy (1884–1941) – przedsiębiorca W latach 1919–1939 pełnił obowiązki kierownika mleczarni „Pelplin” sp. z o.o., przy ul. Dworcowej 34 i był jej udziałowcem. Osiągał dobre wyniki gospodarcze, a jego mleczarnia należała do czołowych na Pomorzu. Obok pracy zawodowej Byczkowski prowadził żywą działalność społeczną. Był najpierw długoletnim radnym gminy wiejskiej, później – po uzyskaniu przez Pelplin praw miejskich – radnym Rady Miejskiej. Działał zarówno w Towarzystwie Kupców Samodzielnych, jak również w Kurkowym Bractwie Strzeleckim. Był członkiem Towarzystwa Śpiewu św. Cecylii oraz Polskiego Związku Zachodniego. Z chwilą wybuchu II wojny światowej i zajęciu Pelplina przez Niemców, Byczkowski został aresztowany i  osadzony wraz z trzema synami w obozie zorganizowanym w tczewskich koszarach. Od kwietnia 1940 r. Byczkowscy trafili do obozu koncentracyjnego w Stutthofie. Alojzy Byczkowski został zamordowany w 1941 r. w Dachau. Cichosz Paweł (1882–1960) – zegarmistrz, złotnik i rytownik Posiadał z bratem Piotrem (1875–1963) zakład zegarmistrzowski, przy ul. Dworcowej 6 (dom A.  Mroczka). W  pracowni obok działalności rzemieślniczej bracia Cichosz prowadzili sprzedaż zegarków i wyrobów jubilerskich. Paweł był radcą Pomorskiej Izby Rzemieślniczej w  Grudziądzu, wiceprezesem Związku Cechów Zegarmistrzowskich na Pomorzu, wiceprezesem Związku Towarzystw Czeladzi Katolickiej, członkiem Towarzystwa Śpiewu św. Cecylii. W 1931 r. wszedł do Rady Miejskiej Pelplina.


Przedsiębiorcy, kupcy i handlowcy Pelplina…

171

Cymański Antoni (1871–1933) – przedsiębiorca, ogrodnik Prowadził wraz z żoną Joanną (1861–1950) firmę ogrodniczą przy ul. Sambora 17. Uprawiane warzywa i kwiaty sprzedawali na pelplińskim targowisku, a także wywozili do Wolnego Miasta Gdańska. Czaplewski Ludwik (1891–1943) – mistrz stolarski W swoim zakładzie wykonywał wszelkie prace stolarskie. W kamienicy aptekarza Przygodzińskiego przy Rynek 6 przez pewien czas prowadził sklep meblowy i sprzedaż trumien. Był aktywnym członkiem Towarzystwa Czeladzi Katolickiej. Jako członek honorowy wspierał Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży, udzielał się w  Stronnictwie Narodowym. W  1926  r. został wybrany do Rady Gminnej, a w 1931 r., z chwilą zaliczenia Pelplina w poczet miast Rzeczypospolitej Polskiej, pełnił obowiązki radnego miejskiego. W 1936 r. został radnym powiatu tczewskiego. Czaplewska Łucja (żyła 82 lata) – modystka Od 1937 r. prowadziła pracownię haftu i skład kapeluszy damskich, które przejęła od Olimpii i Stanisławy Reich. Należała do Towarzystwa Polek. Czarnowski Mieczysław (1882–1923) – kupiec Zajmował się handlem zbożem, ziemiopłodami, nasionami i  nawozami sztucznymi przy ul. Dworcowej 8. Po jego śmierci firmę prowadziła Stanisława Czarnowska. Ćwikliński Władysław (1895–1961) – kupiec W październiku 1935 r. otworzył w swoim domu restaurację, plac Br. Pierackiego 7 (Rynek). Był właścicielem sklepu z obuwiem, który prowadziła jego siostra Pelagia przy ul. Dworcowej 13. Dahm Jan (1876–1962) – kupiec Posiadał sklep sprzętów domowych i szkła przy ul. Dworcowej 26. Drulla Jan (1864–1932) – hotelista Prowadził hotel „Pólko”, zajmował się również spedycją kolejową przy ul. Starogardzkiej 2. Hotel J.  Drulli był najstarszym hotelem w  Pelplinie, położonym nad rzeką Wierzycą, z jego okien roztaczał się piękny widok na Pelplin. Całodobowa restauracja posiadała wyborną kuchnię.


172

Bogdan Solecki

Gabler Jan (ur. 1878) – restaurator W hotelu „Rohlera” prowadził restaurację (oberżę) przy Rynek 4. Gapa Piotr – kupiec Prowadził sklep sprzętów kuchennych – Rynek 7. Gehrmann Brunon (1897–1971) – mistrz rzeźnicko-wędliniarski Obok masarni posiadał najstarszy w Pelplinie sklep mięsno-wędliniarski przy ul. Dworcowej 7. Był członkiem Kurkowego Bractwa Strzeleckiego. Gehrmann Leon (1899–1932) – inwalida Prowadził sklep wyrobów tytoniowych przy ul. Dworcowej 7. Gierszewski Franciszek – mistrz rzeźnicko-wędliniarski Przy zakładzie posiadał sklep firmowy przy ul. Kościuszki 28. Gliszczyński – kupiec

Brunon Gehrmann

Właściciel sklepu bławatnego przy ul. Dworcowej 28. Głowacki Paweł (1855–1922) – kupiec Od 1887 r. prowadził duży sklep kolonialny ze sprzedażą towarów delikatesowych, wina, likierów, koniaków i piwa przy Dworcowej 3. Głowacki udzielał się w  miejscowych towarzystwach i  samorządzie wsi. Od 1914 r. był radnym gminnym, a po 1920 r. także zastępcą sołtysa. Należał do organizatorów powstałego w 1919 r. Towarzystwa Kupców Samodzielnych, w którym pełnił funkcję skarbnika. Wśród pelplińskich kupców uchodził za wzór dobrego handlowca i obywatela. Po jego śmierci prowadzeniem sklepu zajęły się żona Julia z domu Radoła (1859–1945) i córki Helena (1888–1958) i Ewa (ur. 1891). Od lat pięćdziesiątych XX w. był to jeden ze sklepów spożywczych G.S. „Samopomoc Chłopska”, przez mieszkańców zwany „dziesiątką”.


Przedsiębiorcy, kupcy i handlowcy Pelplina…

173

Gniech Fryderyk – kupiec Sklep przy ul. Dworcowej 20. Gordon Florian – kupiec Przejął w sierpniu 1932 r. sklep kolonialny F. Rohlera. Grucza Jan (1860–1930) – mistrz siodlarski Obok zakładu siodlarskiego posiadał sklep obuwia i  skór przy Rynek 5. Od końca XIX w. był aktywnym działaczem społeczno-politycznym Pelplina. Przez 40 lat był członkiem Towarzystwa Śpiewu św. Cecylii. W Towarzystwie Czeladzi Katolickiej pełnił funkcję wiceprezesa. Grucza Jan syn (1898–1975) – kupiec Prowadził sklep obuwniczy i zajmował się handlem skórami przy Rynek 5. Po wybuchu II wojny światowej został przez Niemców pozbawiony sklepu i znajdujących się tam artykułów. Z zamiłowania był hodowcą pszczół. Grubman Gotlieb – handlowiec Zajmował się zakupem i sprzedażą bydła i nierogacizny. Gutkowski Teodor (1901–1965) – rymarz-tapicer Przed 1930 r. przejął od ojca Teodora (1867–1940) dobrze prosperujący zakład rymarsko-tapicerski przy ul. Dworcowej 9 (później jako nr 13). W skład rodzinnej firmy oprócz pracowni rymarsko-tapicerskiej wchodziła również garbarnia oraz sklep z galanterią skórzaną. Sklep prowadziła żona Franciszka z Bruckich. Towar sprowadzano od kaletników z Warszawy. Gutkowski udzielał się w Towarzystwie Śpiewu św. Cecylii i Kurkowym Bractwie Strzeleckim. W walizce wykonanej przez Teodora Gutkowskiego ks. Antoni Liedtke wywiózł z Pelplina w sierpniu 1939 r. Biblię Gutenberga. Hasse Feliks (ur. 1895) – kupiec Prowadził działalność handlową. Zajmował się zakupem i sprzedażą ziemiopłodów, nasion, opału, paszy i sztucznych nawozów przy ul. Dworcowej 31 oraz zamianą zboża na mąkę i kaszę przy Placu Tumskim 2. Posiadał własną piekarnię i firmę przewozową przy Rynek 6. Prowadził również sprzedaż artykułów budowlanych, był spedytorem kolejowym.


174

Bogdan Solecki

Hasse angażował się społecznie. Działał w Towarzystwie Kupców Samodzielnych. W 1926 r. został wybrany na prezesa Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Jako działacz polityczny był związany z BBWR i Związkiem Strzeleckim. W 1939 r. Feliks Hasse z rodziną opuścił Pelplin i wyjechał do Berlina. Hinz Albert – mistrz piekarski Posiadał własny sklep firmowy przy ul. Dworcowej 3, przejęty później przez Waltera Hinza. Hollman Jan (ur. 1867) – przedsiębiorca budowlany (mistrz murarski) Posiadał zakład meblarski, zakład budowlany, od 1905 r. tartak parowy zatrudniający 30 pracowników przy ul. Starogardzkiej 9/10. Zajmował się również handlem drewnem. W  wyniku działań frontowych w  1945  r. całkowitemu zniszczeniu uległ tartak. Iwanowski Paweł (1894–1957) – mistrz szewski Posiadał sklep obuwniczy i warsztat przy ul. Sambora 1 (dom Waszaka). Następnie kupił dom od Ignacego Trzcińskiego przy ul. Dworcowej 33 (później jako nr 4), przebudował go i urządził m.in. sklep obuwia oraz warsztat. W sklepie firmowym polecał „obuwie własnego, fabrycznego i zagranicznego wyrobu po najnowszej modzie i najtańszych, konkurencyjnych cenach. Polecał także skórę na wierzchy, podeszwy na korki i  wszelkie przybory


Przedsiębiorcy, kupcy i handlowcy Pelplina…

175

szewskie”. Jak zapewniała reklama w „Pielgrzymie” z 1925 r.: „Kto kupuje u Iwanowskiego, może być pewny, że kupuje coś dobrego”. Iwaszków Włodzimierz Właściciel rozlewni piwa (1937) przy ul. Kościuszki 4. Posiadał najlepsze piwa okocimskie i starogardzkie, jak również lemoniady, kwasy i wody. Jabłonka Maksymilian (1902–1945) – kupiec Posiadał sklep rowerowy i przyborów elektrotechnicznych przy ul. Piłsudskiego 11. Jakubsonn – kupiec Prowadził sklep bławatny przy ul. Dworcowej 12, który przejął następnie Franciszek Malewski. Janzen Karol (1867–1930) – mistrz rzeźnicki Miał jeden z  dobrze wyposażonych sklepów i  dużą rzeźnię przy Rynek 7. Był Niemcem i miał robić konkurencję rzeźnikom polskim. Ktoś ukuł powiedzonko w typowo pelplińskim narzeczu: „U  Jancy da wiancy”. W  1921  r. K.  Janzen przeniósł firmę na ul. Kościuszki 5, gdzie posiadał swój dom, sklep prowadził na tej ulicy pod numerem 35. Rzeźnię przy Rynku przejął Konstantyn Michna.

Karol Janzen

Jaszczerski Alojzy – kupiec Prowadził sklep towarów kolonialnych i spożywczych przy Placu Pierackiego 7 (Rynek). We wrześniu 1939  r. jako żołnierz Wojska Polskiego poległ w  bitwie pod Kutnem. Kamiński Franciszek (ur. 1884) – kupiec Kamionka Franciszek – kupiec


176

Bogdan Solecki

W kwietniu 1937 r. przejął od Pawła Iwanowskiego sklep obuwia przy ul. Piłsudskiego 4. Prowadził go pod szyldem „Magazyn Obuwia i Skór”. Kierblewski Zygmunt (ur. 1886) – restaurator Prowadził zajazd z restauracją przy Rynek 4, jego żoną była Elżbieta z  domu Rohler. W  latach 1922–1926 był prezesem Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Klebowski Klemens (1886–1925) – kupiec Właściciel składnicy węgla i drzewa przy ul. Starogardzkiej 4 a, członek Towarzystwa Kupców Samodzielnych. Klebowski Maksymilian – kupiec Posiadał składnicę węgla i  drzewa przy ul. Starogardzkiej 4 oraz za przejazdem kolejowym, przy ul. Piłsudskiego 38. Był członkiem Towarzystwa Kupców Samodzielnych. Knast Bolesław (1879–1939) – kupiec Po I  wojnie światowej na stałe związał się z  Pelplinem i  tu prowadził „Bazar” – sklep bławatów i  konfekcji. To właśnie Pelplin stał się jego małą ojczyzną, to tu osiągnął swoje największe sukcesy gospodarcze, społeczne i  polityczne. Miał tutaj pozycję ugruntowaną pod każdym względem. We wrześniu 1919  r. z  inicjatywy B.  Knasta powstało w  Pelplinie Towarzystwo Kupców Samodzielnych. Był on też członkiem zarządu Związku Towarzystw Kupieckich na Pomorzu. Bolesław Knast Gdy 4 lutego 1920 r. przybył do Pelplina dowódca Frontu Pomorskiego, generał Józef Haller, w imieniu gminy powitał go Bolesław Knast. Po przyłączeniu Pomorza do odrodzonej Polski kupcy pomorscy dołożyli starań, aby mieć swego przedstawiciela w  parlamencie. W 1920 r. Bolesław Knast został wybrany posłem z Pomorza na Sejm Ustawodawczy. Z miejsca włączył się aktywnie w życie parlamentarne.


Przedsiębiorcy, kupcy i handlowcy Pelplina…

177

Należał do klubu Związku Ludowo-Narodowego (ZLN), pracował w dwóch komisjach sejmowych, tj. Komisji Komunikacyjnej i Komisji Morskiej. W  maju 1921  r. na zjeździe Sekcji Bławatników Pomorza Bolesław Knast został wybrany na prezesa. Pomimo licznych obowiązków i  wielkiego zaangażowania w  działalność na rzecz kupiectwa polskiego, nie osłabła jego aktywność w  samym Pelplinie. Jako radny gminy Bolesław Knast brał udział we wszystkich poczynaniach społecznych mieszkańców Pelplina. Należał do współzałożycieli Banku Narodowego. Był radnym z listy Narodowego Koła Gospodarczego w Sejmiku Powiatowym w Tczewie. Założył i był prezesem powstałego w 1927 r. Strzeleckiego Bractwa Kurkowego. Dzięki inicjatywie Knasta, a przy wielkim zrozumieniu i życzliwości dla sprawy biskupa Okoniewskiego, powstała w październiku 1930 r. Spółdzielnia Domków Familijnych. Gdy w  grudniu 1930  r. Pelplin został zaliczony w poczet miast Rzeczypospolitej Polskiej, przewodniczącym Rady Miejskiej został mianowany Bolesław Knast. W 1937 r., z pomocą ks. Arkadiusza Lissa, zorganizował pierwsze w Pelplinie ogródki działkowe, które założono na ziemi przekazanej przez kurię biskupią. „Bazar” Bolesława Knasta mieścił się w budynku należącym do spółki wydawniczej „Pielgrzym” przy ul. Dworcowej 2, wcześniej był to Rynek 1. Wnętrze przestronnego lokalu podzielone było na trzy działy. Po prawej stronie za długimi ladami znajdowały się „materiały na suknie, bluzki i garnitury, firany, chodniki, dywany, swetry, kołdry”. Po lewej stronie na takiej samej długości sklepu można było zakupić pasmanterię – bieliznę, pończochy, trykoty, tasiemki, lamówki. We wnętrzu prawie całą szerokość pomieszczenia zajmował dział konfekcji, a więc „płaszcze damskie i dziecięce, palta, ubrania, futra, skórki”. Na styku tego działu i  pasmanterii znajdowała się kasa. Dalszą część lokalu zajmował kantor firmy, a w głębi sklep połączony był z obszernym magazynem. Tam także znajdowały się wewnętrzne schody, które prowadziły na piętro budynku, do mieszkania Bolesława Knasta. W  tym czasie w  „Bazarze” pracowali między innymi: kasjerka Irena Rybkowska, ekspedientki Klara Piórkowska, Teresa Nadolna, Nowacka, a także subiekt Olszewski, praktykantką była Irena Kaizer. Personel sklepu uzupełniała rodzina Knasta: żona Wanda, synowie – Zbigniew, późniejszy ekonomista z antwerpijskim dyplomem i Witold, absolwent Wyższej Szkoły Handlowej w Poznaniu oraz córki Zofia, Kazimiera i Bronisława.


178

Bogdan Solecki

„Bazar” był czynny przez sześć dni w tygodniu, od 8 rana do 18. Ten dobrze zaopatrzony sklep przyciągał liczną klientelę zarówno z miasteczka, jak i  okolic. Tu zaopatrywali się w  birety, kapelusze rzymskie, obojczyki, kołnierzyki – fason „leonki”, „stablewski”, materiały na rewerendy i rzymianki księża z kurii i seminarium, zaś miejscowi Niemcy uważani byli przez personel za najlepszych klientów. Największy ruch był, gdy sklep odwiedzali sezonowi robotnicy z Kongresówki, zatrudniający się do prac na majątkach Pólko i Maciejewo. Żywą reklamą „Bazaru” był sam Bolesław Knast, który, pilnując interesu, przechadzał się po sklepie, nosząc modne stroje, niekiedy zaskakując klientów swoim ubiorem. Po wybuchu II wojny światowej, gdy przez Pelplin przetoczyła się kawalkada uciekinierów z Tczewa i okolic, również Knast wraz z rodziną opuścił miasto. Z wojennej tułaczki powrócił pod koniec września. Jego „Bazarem” rządził Niemiec Maks Schalke. Bolesław Knast został najpierw przesiedlony, następnie aresztowany i osadzony w pomieszczeniach Seminarium Duchownego. Stamtąd wraz z synem Zbigniewem i dziesięcioma innymi skazanymi wywieziono go do Starogardu, a następnie do Lasu Szpęgawskiego, gdzie zginął w masowej egzekucji po 24 października 1939 r. Korczak Maciej (ur. 1882) – kupiec Dzierżawca największej sali widowiskowej (z  ogrodem) na powiat tczewski (1924  r.) przy ul.  Starogardzkiej 16. Było to kino-teatr, gdzie urządzano zabawy, amatorskie przedstawienia teatralne, seanse kinowe, a także zebrania i wiece. Korczak był również właścicielem restauracji. Kozaniecka Jadwiga Właścicielka sklepu z obuwiem przy ul. Dworcowej 24. Kozłowska Maria (1868–1952), Kozłowski Antoni (1857–1937) Właściciele sklepu z galanterią pasmanteryjną i damskimi kapeluszami przy ul. Dworcowej 27. Kozłowski Bolesław (ur. 1879) – kupiec Posiadał sklep towarów kolonialnych i delikatesów zwany „Hollando” przy Rynek 7.


Przedsiębiorcy, kupcy i handlowcy Pelplina…

179

Sklep towarów kolonialnych i delikatesów, zwany „Hollando”, przy Rynek 7

Kręciszewski Aleksander (1875–1932) – kupiec Posiadał sklep przy Rynek 5, w którym można było się zaopatrzyć w rowery, maszyny do szycia, centryfugi i sprzęt kuchenny. Krzyżanowski Edward (ur. 1875) – kupiec Sklep przy ul. Dworcowej 25. Kwiatkowski Kazimierz – kupiec W 1929 r. posiadał sklep z piwem z Browaru Chełmińskiego w gatunkach: karmel chełmiński, jasne (pilzner pomorski) i  koźlak przy ul.  Kościuszki 37 (później zmiana nru na 4). Laniecki Jan (1880–1961) – mistrz rzeźnicki Posiadał sklep firmowy przy ul. Dworcowej 14. Lewandowski Leon (1887–1939) – restaurator W 1932 r. otrzymał koncesję na najem restauracji na dworcu kolejowym w Pelplinie. Lokal obejmował pięć pomieszczeń, w tym dwie poczekalnie, tzw. pokój biskupi jako wyodrębnione pomieszczenie dla biskupa Okoniewskiego, kiedy wyjeżdżał koleją. W poczekalni 1 i 2 klasy mieścił się bufet z wyszynkiem. Serwowano podróżnym i gościom z miasta i okolicy


180

Bogdan Solecki

napoje, przekąski i trunki. Było pianino, radio i  bilard. Jesienią 1939  r. Leon Lewandowski jako członek Polskiego Związku Zachodniego został aresztowany i osadzony w budynku Seminarium Duchownego zamienionym przez Niemców na więzienie. W pierwszych dniach listopada zginął podczas egzekucji w Lesie Szpęgawskim. Liedtke Franciszek (ur. 1875) – restaurator Lipiński Witold (ur. 1881) – kupiec, Lipińska Helena (1893–1941) Właściciele księgarni przy Rynek 5 prowadzili sprzedaż książek, artykułów papierniczych i  zabawek. Księgarnia Lipińskiego była wydawcą pocztówek z widokami Pelplina.

Księgarnia Lipińskiego przy Rynek 5

Lisewski Alojzy (1893–1940) – przedsiębiorca, mistrz ciesielski Od ojca Władysława wyuczył się zawodu. Obejmując zakład rozbudował go, stając się z  czasem głównym wykonawcą robót budowlanych w  Pelplinie i  okolicy. Do  jego prac należą m.in. budowa mostu żelazno-betonowego przy ul. Starogardzkiej (1926), kościoła w Lubichowie (1928), Domu Społecznego (1938), przebudowy pałacu biskupiego (1927–1928).


Przedsiębiorcy, kupcy i handlowcy Pelplina…

Obok działalności zawodowej Alojzy Lisewski pełnił szereg funkcji społecznych. Był radnym miejskim, angażował się w miejscowe towarzystwa. W 1927 r. został naczelnikiem Ochotniczej Straży Pożarnej. W kwietniu 1940 r. został aresztowany przez gestapo i osadzony w obozie koncentracyjnym w  Dachau i  tam zamordowany 6 grudnia 1940  r. Urna z  prochami Lisewskiego została przesłana rodzinie i złożona na cmentarzu parafialnym w Pelplinie.

181

Alojzy Lisewski

Listewnik Franciszek (1895–1953) – mistrz rzeźnicki W styczniu 1937  r. otworzył w  Pelplinie na Okoniewie przy ul. Spółdzielni Budowlanej sklep rzeźnicko-wędliniarski. Lutz Otto – hotelarz Niemiec, właściciel hotelu „Pod Orłem” i  restauracji przy Rynek 7 (później nr 1). Restauracja oferowała klientom wyborną kuchnię i znakomite wina. Pomieszczenie lokalu składało się z dwóch części. W pierwszej znajdował się bufet, za którym od rana do wieczora trwał na posterunku właściciel, na zmianę z żoną Olgą. W drugiej części była sala zwana Weinstube, czyli winiarnia. Była także sala bilardowa i kręgielnia. Lutz skutecznie konkurował z polskimi właścicielami hoteli i gastronomii, a dopiero we wrześniu 1939 r. ukazał swoje antypolskie oblicze. W budynku hotelu znajdowała się sala zebraniowa, która dla pelplińskich Polaków była owiana tajemnicą. W sierpniu 1939 r. rozeszła się poufna informacja, że w czasie zebrań, na które przyjeżdżali Niemcy z okolic Pelplina, wymienia się na-


182

Bogdan Solecki

zwiska Polaków i spisuje najbardziej niebezpiecznych dla „Wielkich Niemiec”. Tragiczny los osób z listy objawił się podczas krwawej jesieni 1939 r. Majewski Franciszek (1872–1944) – kupiec Właściciel sklepu kolonialnego przy ul. Kościuszki 7. Malewski Franciszek – kupiec Właściciel sklepu bławatnego przy ul. Dworcowej 15. W sklepie można było kupić konfekcję damską i męską, galanterię, towary krótkie, jedwabie, bieliznę, dywany, chodniki, firany, obuwie, kapelusze, czapki. F. Malewski był członkiem Towarzystwa Kupców Samodzielnych, jego żoną była Helena z domu Mohring. Maniecki Franciszek – kupiec, restaurator Prowadził tanią jadłodajnię przy Rynek 5, jego żoną była Helena z Niklewskich (1879–1937). Mazur Sekretarz Towarzystwa Kupców Samodzielnych. Mechliński Leon (ur. 1885) – kupiec Prowadził sklep bławatów przy ul. Dworcowej 26a. Mendelson Filip – kupiec Właściciel domu towarowego (sklep gospodarstwa domowego) przy Rynek 1, później w  tym lokalu miał „bławaty” Jan Zagrodnik. Michna Konstantyn (1893–1940) – mistrz rzeźnicko-wędliniarski

Konstantyn Michna

Obok dobrze prosperującego zakładu rzeźnickiego prowadził sklep firmowy przy Rynek 7. Sklep jako jedyny w Pelplinie był wyposażony w  chłodnie do  przechowywania mięsa i  wyrobów wędliniarskich. Właściciel oferował pierwszorzędne wyroby mięsne. W późniejszych latach, gdy miał własny


Przedsiębiorcy, kupcy i handlowcy Pelplina…

183

samochód ciężarowy, sprowadzał trzodę rzeźną z dalszych okolic Kociewia. Był radnym Rady Miejskiej. Mitlewska Antonina (1873–1951) Posiadała sklep z  wyrobami tytoniowymi i  galanterią, prowadziła również kawiarnię przy Rynek 7. Mohring Juliusz – mistrz stolarski Miał sklep meblowy przy Rynek 6. We wrześniu 1924 r. otworzył sklep meblowy przy ul. Dworcowej 29. Mroczek Antoni (1896–1948) – kupiec Prowadził sklep z konfekcją damską i męską (bławaty) przy ul. Dworcowej 32. Był członkiem Towarzystwa Kupców Samodzielnych, udzielał się w Towarzystwie Śpiewu św. Cecylii. Nadolny Bolesław (1881–1963) – kupiec Posiadał sklep żelaza (narzędzia rolnicze) oraz artykułów budowlanych – dźwigary, smoła, papa, cement, wapno, a także artykuły kuchenne przy ul. Dworcowej 14 (później jako nr 17). Nadolny Paweł (1875–1953) – kupiec Prowadził sklep kolonialny i restaurację przy ul. Dworcowej 12. Narzyński Paweł (ur. 1893) – kupiec Sklep przy ul. Dworcowej 30. Nawrocki M. Otworzył w kwietniu 1938 r. piwiarnię (Rynek, dom F. Hasse). Neistrowski Franciszek (1868–1946) – mistrz rzeźnicki Posiadał sklep, w którym polecał klientom najlepszej jakości mięsiwa, wyborne wyroby mięsne, kiszki i wędliny przy ul. Kościuszki 6. Od stycznia 1933 r. sklep przeniósł na Kościuszki 36. Był członkiem Towarzystwa Śpiewu św. Cecylii. Nierzwicki Wiktor (1889–1938) – kupiec, restaurator Narożna kamienica Nierzwickich przy ul. Kościuszki 25 mieściła sklep branży spożywczo-kolonialnej, w którym sprzedawano towar za gotówkę


184

Bogdan Solecki

i na książeczkę kredytową. Za sklepem znajdowała się restauracja, a  na jej zapleczu był ogród z  ławami i  stołami dla piwoszy. O  lokalu mówiono „Ostry róg”, a  nazwa ta przetrwała po dzień dzisiejszy. W  restauracji W.  Nierzwickiego bardzo często odbywały się zebrania towarzystw społeczno-narodowych. Nierzwicki szczególnie związany był z Towarzystwem Śpiewu św. Cecylii, w którym od 1928 r. pełnił obowiązki prezesa. Był radnym Rady Miejskiej, pełnił m.in. obowiązki wiceprzewodniczącego. Zmarł po dłuższej chorobie w wieku 49 lat. Prowadzeniem sklepu i restauracji zajęła się żona Zofia z Trzcińskich (1904–1982). Nowak Leon (1884–1953) – restaurator Prowadził restaurację dworcową. Orłowski Paweł (1879–1939) – rolnik Posiadał sporą posiadłość ziemską w  Szprudowie. W  Pelplinie przy ul. Dworcowej 19 zajmował się handlem bydłem i posiadał hurtownie. Był działaczem Kółka Rolniczego i Bractwa Kurkowego w Gniewie. W listopadzie 1939 r. został aresztowany wraz z żoną i trójką dzieci. Byli przetrzymywani w zamku w Gniewie, a potem zostali rozstrzelani w Lesie Szpęgawskim. Płócieniak Hipolit Czesław (1888–1939) – właściciel ziemski Od 1924 r. właściciel majątku rolnego w Woli koło Pelplina. Prowadził młyn wodny „Mąka” sp. z o.o. przy Placu Tumskim 2. Należał do  tych mieszkańców Pelplina, którzy czynnie angażowali się w działalność społeczną i polityczną na terenie miasta. Był aktywnym członkiem Strzeleckiego Bractwa Kurkowego. Ofiarował teren pod budowę strzelnicy i  budynku brackiego. Dwukrotnie zdobywał godność króla kurkowego – w 1927 r. i 1938 r. W październiku 1939 r. został przez Niemców uwięziony w budynkach seminarium, skąd 28 października 1939 r. został wywieziony do Starogardu, a następnie do Lasu Szpęgawskiego, gdzie hitlerowcy rozstrzelali go w zbiorowej egzekucji. Pruszak Teodor (1884–1939) – kupiec, restaurator, wiceburmistrz Pelplina Był właścicielem największej i  najbardziej eleganckiej restauracji w Pelplinie. W dwupiętrowym domu przy Nowym Rynku 1 prowadził duży sklep kolonialny oraz hurtownię tytoniu. Był tu także hotel z dziesięcioma pokojami gościnnymi. Nad rzeką urządzona była letnia kawiarnia na dwie-


Przedsiębiorcy, kupcy i handlowcy Pelplina…

185

ście miejsc oraz znajdowały się dwa korty tenisowe. Po drugiej stronie placu stała należąca do Pruszaka stacja benzynowa. To największe w Pelplinie przedsiębiorstwo prowadził z siostrami – Marią, Różą i Heleną. W sklepie można było kupić różne towary krajowe i kolonialne, bo tak głosiła reklama u wejścia. Nie wszyscy klienci płacili gotówką, wielu z nich kupowało „na książeczkę”. Dług spłacano pierwszego dnia każdego miesiąca. T. Pruszak działał w Towarzystwie Kupców Samodzielnych. W latach 1922–1933 pełnił obowiązki prezesa. We wrześniu 1939 r., po opanowaniu Pelplina przez hitlerowców, został uwięziony w gmachu Seminarium Duchownego, a jego sklep i hotel przeszły pod komisaryczny zarząd niemiecki. 24 października 1939 r. został wywieziony wraz z grupą mieszkańców miasta i rozstrzelano w Lesie Szpęgawskim. Przygodziński Józef (1878–1939) – aptekarz W  1921  r. został właścicielem apteki „Pod Orłem” przy Mestwina 1. Mieszkanie aptekarza mieściło się na zapleczu placówki, bowiem specyfiką tego zawodu było służenie chorym w dzień i w nocy. Przygodziński dał się poznać jako konsultant Rady Sołeckiej w  Pelplinie, a  następnie Rady Miejskiej. Był honorowym opiekunem Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży i aktywnym działaczem Polskiego Związku Zachodniego. Jego żona Małgorzata z Klemensów (1889–1944) pełniła funkcję wiceprzewodniczącej Towarzystwa Polek i cały czas pracowała w Stowarzyszeniu Pań Miłosierdzia. Przygodziński zaraz po wybuchu II wojny światowej i wkroczeniu wojsk niemieckich do Pelplina został aresztowany i uwięziony na zamku w Gniewie. Po uwolnieniu z aresztu na początku października 1939 r. i powrocie do Pelplina został ponownie aresztowany 23 października. Następnego dnia został wywieziony przez hitlerowców i stracony w Lesie Szpęgawskim. Przystalski Jan (1883–1932) – kupiec Był kierownikiem firmy „Zgoda” Spółdzielnia Spożywców, założonej w 1920 r. przy Rynek 1 (gmach „Pielgrzyma”). Obowiązki kierownika pełnił do sierpnia 1929 r. We wrześniu 1929  r. firma rodziny Przystalskich otworzyła sklep towarów kolonialnych i  spożywczych przy ul. Dworcowej 31 (później jako nr 8, obok A. Mroczka w domu F. Hasse). Sklep polecał towary kolonialne, kawę z własnej palarni w dobrych gatunkach, mydło do prania, proszki,


186

Bogdan Solecki

margarynę, śledzie, smalec, tłuszcze, śliwki, olej jadalny, herbatę w wyborowych gatunkach – po cenach przystępnych. J. Przystalski, należąc do Związku Rodzicielskiego przy Szkole Wydziałowej, uczestniczył w grudniu 1928 r. w działaniach zakupu nieruchomości przy ulicy Kościuszki, na której władze Pelplina wzniosły w 1938 r. gmach szkoły powszechnej. Radojewski Alojzy (1889–1937) – mistrz piekarski Właściciel najstarszej piekarni w Pelplinie przy ul. Dworcowej 5. Obok sklepu firmowego znajdowała się cukiernia i kawiarnia, słynące z doskonałego wyboru ciast i dobrej kawy. Radojewski był długoletnim członkiem Towarzystwa Kupców Samodzielnych, członkiem honorowym Towarzystwa Śpiewu św. Cecylii, należał do Bractwa Kurkowego. Jego żoną była Prakseda (1899–1992). Rapior Stefan (1899–1939) – ogrodnik Przy ogrodnictwie, w domu przy ulicy Dworcowej 14, prowadził kwiaciarnię z siostrą Jadwigą. Jako działacz organizacji katolickich był prezesem Akcji Katolickiej w  Pelplinie. Gdy Pelplin otrzymał prawa miejskie, Rapior przez cały okres lat trzydziestych był radnym Rady Miejskiej, był także działaczem Polskiego Związku Zachodniego. Po wybuchu II  wojny światowej Stefan Rapior został 6 października 1939 r. aresztowany i uwięziony w  gmachu Seminarium Duchownego, następnie wywieziony wraz z grupą pelplinian i rozstrzelany w Lesie Szpęgawskim. Reich Olimpia (1883–1954), Stanisława (1885–1971) – modystki, hafciarki Prowadziły wspólnie pracownie kapeluszy i haftu artystycznego. Posiadały sklep kapeluszy damskich przy ul. Dworcowej 30 (później jako nr 12). Wykonywały na sprzedaż obrusy i serwety na stoły. Ich dziełem były sztandary pelplińskich towarzystw. Obok pracy zawodowej udzielały się w miejscowych organizacjach, głównie religijnych. Współpracowały ze Stowarzyszeniem Dzieci Maryi i  Towarzystwem św. Wincentego a  Paulo. Należały również do chóru istniejącego przy kaplicy św. Józefa i Towarzystwa Polek. Reich Władysław (1876–1933) – kupiec Prowadził sklep tytoniu, sprzedaż kanarków „dobrze śpiewających, czystej rasy” przy Dworcowej 33. Później prowadził zajazd z  restauracją


Przedsiębiorcy, kupcy i handlowcy Pelplina…

187

przy Rynek 3 i 4. Udzielał się w Towarzystwie Kupców Samodzielnych, należał do Strzeleckiego Bractwa Kurkowego. Reiske Edward (ur. 1894) – mistrz piekarski Posiadał piekarnię i sklep przy ul. Sambora 1a, przejął firmę po Rejmusie. Rezmer Tomasz – restaurator Prowadził Hotel Rezmer (1927), restaurację przy ul. Starogardzkiej. Rohler Franciszek (ur. 1891) – kupiec Prowadził sklep kolonialny, do sierpnia 1932 r. przy Rynek 2. Richter Bernard Prowadził sklep kolonialny. Rybkowski Leon (1867–1957) – szklarz Prowadził sklep z dewocjonaliami przy ul. Dworcowej 28. Schreiber Anastazy (ur. 1880) – kupiec Sklep przy ul. Kościuszki. Schwarz Edward – kupiec Prowadził powstałą ok. 1930 r. drogerię „Pod Orłem” przy ul. Dworcowej 8. Sielski Juliusz (1870–1931) – mistrz rzeźnicki Właściciel rzeźni i sklepu przy ul. Sambora 30. Polecał po „tanich cenach wszelkiego rodzaju mięsiwo, wyborne wyroby wędliniarskie”. Sielski wszedł w skład pierwszego zarządu Banku Ludowego, założonego w Pelplinie w listopadzie 1895 r. Ogólnie szanowany, spokojny, pracowity. Sikorska Marta Prowadziła otwarty w  styczniu 1935  r. sklep towarów kolonialnych i spożywczych (dawna firma „Zgoda”). Sikorski Teofil (1865–1933) – kupiec, hotelista Prowadził w  Pelplinie z  żoną Emmą z  d. Wiemer (1869–1930) hotel z restauracją przy Dworcowej 10. W sali hotelu odbywały się zjazdy towarzystw i organizacji polskich. 21 grudnia 1895 r. odbyło się tam zebranie


188

Bogdan Solecki

Teofil Sikorski

założycielskie Banku Ludowego. Sikorski został kasjerem banku z siedzibą w jego domu. W 1911 r. objął stanowisko dyrektora banku, zarządzał także spółką „Rolnik”. Brał udział w działalności także innych organizacji, wspierając m.in. Towarzystwo Czytelni Ludowych, a  także Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”. Przyczynił się do  uzyskania przez Pelplin praw miejskich. W  styczniu 1931  r. został komisarycznym burmistrzem miasta, a  później zastępcą burmistrza.

Sikorski Władysław – kupiec Sklep przy Placu Tumskim 5. Słomska Józefa Sklep artykułów kolonialnych przy ul. Kościuszki. Sobolewski Brunon (ur. 1881) – kupiec Sklep przy Rynek 4. Studziński Jan (1872–1954) – kupiec Sklep artykułów kolonialnych przy ul. Kościuszki 33. Szczeblewski Bolesław (1878–1939) – kupiec, restaurator Odziedziczył po ojcu Józefie karczmę przy ulicy Kościuszki 4 (później jako nr 9). Rozbudował budynek karczmy, która z czasem przeistoczyła się w restaurację z obszerną salą i zapleczem, ogrodem letnim z altankami. W prowadzeniu lokalu pomagała bratu

Bolesław Szczeblewski


Przedsiębiorcy, kupcy i handlowcy Pelplina…

189

Zofia Szczeblewska (1883–1940). Restauracja Szczeblewskich była miejscem spotkań członków towarzystw i organizacji społeczno-kulturalnych działających w Pelplinie. Szpręga Kazimierz (ur. 1882) – kupiec Prowadził wytwórnię wody mineralnej i składnicę piwa przy Rynek 5. Szreiber Władysław – kupiec Sklep przy ul. Kościuszki 31. Szweda Benedykt (1905–1988) – kupiec W  czerwcu 1939  r. otworzył rozlewnię piwa i  wytwórnię wód mineralnych przy ul. Kościuszki 4. Wcześniej prowadził sklep kolonialny przy ul. J. Piłsudskiego. Szydłowski Jan Zajmował się zakupem i sprzedażą bydła i nierogacizny. Ślizewski Jan (1895–1979) – kupiec Prowadził kawiarnię i cukiernię, dawniej A. Mitlewska (1925) przy Rynek 7 (Dworcowa 1). Polecał m.in. najlepszego wyboru pączki nadziewane marcepanem i  konfiturą. Kawiarnia była bardzo popularna w  Pelplinie. W pierwszym pomieszczeniu lokalu sprzedawano słodycze. Za ladą „królował” Jan Ślizewski, uprzejmy i  miły dla klientów. W  drugim podawano gościom przy stolikach napoje i  ciastka. Gwar rozmów przeplatał się z dźwiękami muzyki fortepianowej. Lokal zamykano w późnych godzinach wieczornych. Ślizewski należał do Towarzystwa Kupców Samodzielnych. Thalwitzer Erika Prowadziła handel ziemiopłodami, węglem i drewnem (szczapy brzozowe i  sosnowe) przy ul. Piłsudskiego 17. Na życzenie firma dostarczała towar do domu klienta, przyjmowano również zamówienia telefoniczne. Tonn Willi – kupiec Sklep towarów kolonialnych i delikatesy przy Placu Pierackiego 3. Trzciński Ignacy (1863–1933) – kupiec Najstarszy bławatnik w Pelplinie. Prowadził sklep z konfekcją damską i  męską przy ul. Dworcowej 32 (później jako nr 6). Był aktywnym


190

Bogdan Solecki

działaczem Towarzystwa Kupców Samodzielnych, członkiem honorowym Towarzystwa Śpiewu św. Cecylii. Był jednym z założycieli Banku Ludowego. Tysarczyk Jan – piekarz W grudniu 1925 r. otworzył sklep z piekarnią przy ul. Sambora 1 (dom Waszaka). Urbaniak Kazimierz – kupiec Sklep przy Dworcowej 30. Urbanowicz Henryk (1888–1957) – kupiec Prowadził sklep artykułów spożywczych przy Rynek 1. Był członkiem Towarzystwa Kupców Samodzielnych i Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Wesołowski Leon Prowadził handel skórami przy ul. Kościuszki 34. Węsierski Karol – mistrz rzeźnicki Prowadził sklep rzeźnicko-wędliniarski przy Nowy Rynek 4, później przy ul. Kościuszki 6. Widźkowski – drogerzysta Sekretarz Towarzystwa Kupców Samodzielnych w Pelplinie od 1919 r. Wiemer Ernest (1881–1963) – kupiec Sklep przy ul. Dworcowej 30. Wołoszyk Leon (ur. 1879) – kupiec Pomorskie centrum obuwia i skór przy Rynek 6 (obok apteki). Wróbel Jan (ur. 1868) – mistrz piekarski Sklep przy ul. Kościuszki 31. Wojak Marian (ur. 1908) – restaurator Dzierżawca Domu Polskiego (sala kinowa), restauracji, sklepu, ogrodu zabawowego. Podporucznik, prezes Polskiego Związku Zachodniego w Pelplinie. Wiceprezes Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” (1936). Był radnym Rady Miejskiej.


Przedsiębiorcy, kupcy i handlowcy Pelplina…

191

Wojtaś Juliusz (ur. 1862) – mistrz piekarski We własnym domu posiadał piekarnię i sklep przy ul. Starogardzkiej 5. Piekarnia była chętnie odwiedzana przez klientelę pelplińską. Wojtaś Władysław (1887–1961) – mistrz piekarski Posiadał piekarnię i sklep przy ul. Kościuszki 18. Wyczyński Maksymilian – mistrz rzeźnicki Otworzył w kwietniu 1938 r. sklep rzeźnicko-wędliniarski przy ul. Kościuszki 6. Zagrodnik Jan – kupiec Właściciel domu towarowego (bławaty) przy Rynek 1. Radny Rady Miejskiej. W marcu 1935 r. J. Zagrodnik wyprowadził się do Tczewa, gdyż otrzymał tam pracę jako spedytor kolejowy. Zawadzki Brunon (1876–1957) – kupiec Prowadzi hotel „Pelplin” przy Dworcowej 10. Jak głosiła reklama, był to najstarszy hotel w tym miejscu. W restauracji oferowano klientom dobrą kuchnię polską o każdej porze. Zawadzki był członkiem i aktywnym działaczem pelplińskich towarzystw. Zuber Paweł – kupiec Prowadził drogerię „Pod Orłem” przy Pl. Pierackiego 1. Żona Emilia z  Trzyńskich. Od  1933  r. pełnił obowiązki prezesa Towarzystwa Kupców Samodzielnych. Zyntek Jan (ur. 1869) – mistrz stolarski Posiadał sklep meblowy przy ul. Dworcowej 26a. Żmich Franciszek – kupiec Sklep kolonialny.

Firmy handlowe na terenie Pelplina Elektrownia Obwodowa Pomorze sp. z o.o. Biuro, kasa i lokal sprzedaży przy ul. Piłsudskiego 29. Polecała po cenach dostępnych na bardzo dogodnych warunkach: kuchenki elektryczne,


192

Bogdan Solecki

imbryki do herbaty i kawy, grzejniki do wody, żelazka do prasowania, żyrandole w wielkim wyborze, żarówki i wszelkie inne materiały elektrotechniczne. Główna Spółdzielnia Rolniczo-Handlowa na Pomorze sp. z o.o. Grudziądz, oddz. Pelplin. Pomorskie Stowarzyszenie Rolniczo-Handlowe Toruń, Filia Pelplin przy ul. Dworcowej 31. Raudener Warengenossenchaft sp. z o.o. Pelplin, ul. Dworcowa 30. Założona w  1930  r. Prowadziła zakup i  sprzedaż wszelkiego rodzaju artykułów rolniczych. Fabryka maszyn i  warsztat reperacyjny, dawniej – Bruno Bonus. Towarzystwo Rolniczo-Handlowe Centrala Gdańsk, Oddział Pelplin, Kornhaus, ul. Dworcowa 20 a. Młyny elektryczne i wodne. Zakup i sprzedaż wszelkich ziemiopłodów, przemiał na mąkę we własnych młynach. Wielkopolski Skład Kawy


Przedsiębiorcy, kupcy i handlowcy Pelplina…

193

Centrala Gdynia, w Pelplinie sklep przy ul. Piłsudskiego 4. Popularna nazwa „Weska”. Sklep oferował bogaty wybór słodyczy, kaw i herbat oraz owoców południowych. Ceny były niskie, więc i  kupujących dużo. Wiele artykułów zawierało w  opakowaniach numerowane kupony. Jeśli klient je skompletował, otrzymywał od firmy premię, np. kompletu fotografii egzotycznych zwierząt z załączonym albumem bądź zestaw czekoladek. Zakłady Przemysłowe F. Wichert jun. Starogard, Filia Pelplin, Nowy Rynek 2. Zakup zboża i sprzedaż wyrobów młynarskich. Zakład wyrobów garncarskich „Cegielnia” Dzierżawca Klemens Zieliński przy Wola 2.

Bibliografia „Pielgrzym” z lat 1924–1939. „Informator Pelpliński”. Pismo samorządowe z lat 1991–2015. Urzędowy Spis Abonentów Sieci Telefonicznej, Bydgoszcz 1926. „Gryf”. Informator pomorski. Księga adresowa Pomorza 1929. Spis Abonentów Sieci Telefonicznych Dyrekcji Okręgu Poczt i Telegrafów w Bydgoszczy i Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej w mieście Bydgoszczy na 1939.


Bogdan Solecki

Osiemdziesiąt lat herbu Pelplina W polu błękitnym srebrna infuła haftowana złotem Rozporządzeniem Rady Ministrów z  12 listopada 1930  r. gminę wiejską Pelplin zaliczono w  poczet miast Rzeczypospolitej Polskiej. Nastąpiło to 1 stycznia 1931 r. Wraz ze staraniami o przyznanie Pelpinowi praw miejskich został ogłoszony konkurs na herb Pelplina. Rozstrzygnięcie konkursu, na który wpłynęło (wedle niepełnych danych) co najmniej 5 projektów, nastąpiło 30 grudnia 1931  r. Rada Miejska, w  obecności 17 radnych (na 18 wchodzących w jej skład), opowiedziała się za projektem przedstawiającym w tarczy trójdzielnej, w polu prawym postać św. Stanisława, w polu lewym popiersie księcia Mściwoja II, natomiast w polu u podstawy infułę. Jako uzasadnienie podano, iż  św. Stanisław był według znawcy historii Pelplina ks. S. Kujota pierwszym patronem pelplińskiego kościoła, postać księcia Mściwoja przywołano z uwagi na zasługi dla powstania miejscowego klasztoru cystersów, infuła (mitra biskupia) nawiązywała do  siedziby biskupstwa chełmińskiego, od  1824  r. mieszczącego się w Pelplinie. 28 stycznia 1932  r. odpis uchwały Rady Miejskiej burmistrz Jan Nowak przesłał do Urzędu Wojewódzkiego Pomorskiego w Toruniu, dołączając dwa rysunki proponowanego godła, w wykonaniu pelplińskiego artysty malarza Władysława Drapiewskiego. Wprawdzie burmistrz uważał treść godła za zbyt obfitą, niemniej pierwszeństwo dawał spostrzeżeniu, że było ono ściśle Władysław Drapiewski


196

Bogdan Solecki

związane z historycznym rozwojem miasta Pelplina. Pod koniec roku, w grudniu 1932 r., w związku z brakiem odpowiedzi, przesłano do Urzędu Wojewódzkiego monit z prośbą o poinformowanie o aktualnym stanie rzeczy. Okazało się wówczas, że sprawa herbu miasta utkwiła w martwym punkcie, w związku ze spodziewanym wejściem w życie przepisów wykonawczych i sporami wokół ustawy o herbach z 13 grudnia 1927 r. W 1932 r. władze miasta Pelplina wprowadziły do użytku owalną pieczęć, w  której górnym polu umieszczono państwowego orła w  koronie, w  dolnym zaś napis „Magistrat miasta Pelplina”. W  maju 1933  r. władze miejskie przesłały do Torunia jeszcze raz wniosek w sprawie zatwierdzenia herbu. Był to jednak projekt zmieniony w stosunku do pierwotnego. Tym razem tarczę herbową podzielono bowiem w słup: w polu prawym, srebrnym umieszczając popiersie Mściwoja, w lewym, czerwonym infułę srebrną. Wprowadzono także dodatkowy element, czyli trzymacze tarczy herbowej – czarne gryfy. Następnie naczelnik Wydziału Samorządowego Urzędu Wojewódzkiego Pomorskiego w  Toruniu, a  także Ministerstwo Wyznań Religijnych i  Oświecenia Publicznego, sugerowały ograniczenie projektu do  tarczy o jednym polu, z dwóch wizerunków wskazując na infułę. Zalecano nadto pominięcie wszelkich ozdób, wspomnianych trzymaczy, jako niewchodzących w  skład samego herbu. Pismem z  2 kwietnia 1936  r. do  Urzędu Wojewódzkiego MSW poleciło przekazać Zarządowi Miasta w  Pelplinie obowiązek dokonania powyższych zmian. Projekt herbu przesłano do Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w  Poznaniu, gdzie specjaliści z  zakresu tzw. nauk pomocniczych opiniowali projekty herbów. Historycy skorygowali herb, dzięki czemu przestał budzić opory w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. 14 czerwca 1937  r. podsekretarz stanu Władysław Korsak, w  imieniu MSW  RP, podpisał zarządzenie Mitra z herbu opata Jana Karola w sprawie nadania Pelplinowi miejskiego Czarlińskiego z 1665 r. herbu. Z zarządzenia tego wynika, że na za(katedra pelplińska)


Osiemdziesiąt lat herbu Pelplina

197

twierdzonym herbie w polu błękitnym widniała infuła srebrna haftowana złotem (złoty otok infuły). Przeznaczony dla Pelplina odpis zarządzenia, wraz z zaakceptowanym rysunkiem herbu, dotarł do  Urzędu Wojewódzkiego do Torunia 17 czerwca 1937 r. W piśmie przewodnim zaznaczono, że zarządzenie wejdzie w życie z chwilą ogłoszenia w jednym z najbliższych numerów „Monitora Polskiego”. Jak wyglądał ówczesny herb Pelplina możemy zobaczyć na pieczęci Zarządu Miejskiego, która znajduje się na dowodzie osobistym mieszkańca Pelplina Stefana Rapiora z 1938 r. (B. Solecki, S. Brzeziński, „Pelplin Pieczęć Zarządu Miejskiego z herbem Pelplina (1938) dawny i współczesny”, Pelplin 2011). Pierwowzór herbu miasta wyglądał następująco: w polu błękitnym srebrna infuła zwieńczona złotym krzyżem. W czole infuły – dwa złote krzyże rozdzielone słupem. Na infule są jeszcze skrajne listwy oraz otok. Zarówno słup, a  także listwy i otok, haftowane są złotą nicią i zawierają w równych odstępach pewną ilość złotych guzów. W  górnej części na złączeniach listew wyhaftowany jest niewielki krzyżyk. Infułę przedstawiono z otwartym spodem prawdopodobnie srebrnym. Część tylna infuły widoczna od  strony lewej. Należy Rekonstrukcja herbu Pelplina z 1937 r. pamiętać, że  strony, heraldyczna prawa i lewa, nie są tymi stronami w rozumieniu patrzącego na herb. Oznacza to, że prawa strona herbu znajduje się po lewej stronie rysunku. Na pieczęci część tylna infuły jest od strony prawej, co być może wynikało z pomyłki twórcy pieczątki, który patrząc na oryginał herbu zapomniał, że  na pieczątce będzie on odbity z odwrotnej strony. Wstążki srebrne spływają ku dołowi, by w połowie wznosić się ku górze. Każda z nich w końcowej części


198

Bogdan Solecki

zawiera złoty krzyżyk oddzielony od zakończenia z  frędzlami być może złotym paskiem. Trudno jednak na podstawie pieczęci w pełni ocenić wygląd pierwowzoru herbu. Pewną pomocą może być barwny herb Pelplina, wyhaftowany na proporcu 2. Batalionu Strzelców z Tczewa. Niestety wymiary proporca – 12 x 12 cm – sprawiają, że niewiele można powiedzieć o wyglądzie i barwach herbu. Z pewnością jest na nim widoczny złoty krzyż na zwieńczeniu infuły oraz układ srebrnych wstążek. Herb Pelplina widniał również na sztandarze batalionu. Sztandar był darem mieszkańHerb Pelplina wyhaftowany na proporcu 2. Batalionu Strzelców ców Tczewa, Pelplina i powiatu tczewskiez Tczewa (1938) go. W czerwcu 1938 r. został on wręczony 2. Batalionowi Strzelców przez marszałka Edwarda Rydza Śmigłego w Toruniu. Brak jakichkolwiek wiadomości o jego wojennych losach. Jak podają autorzy publikacji o  herbach („Herby miast, gmin i  powiatów województwa pomorskiego”, t. 2, red. B. Możejko, B. Śliwiński, Malbork 2004), po zatwierdzeniu herbu miały powstać w  Pelplinie tablice z jego wyobrażeniem, które zostały zawieszone w sali posiedzeń Rady Miejskiej i w kaplicy katedralnej (Collegium Marianum). Umieszczoną w herbie Pelplina infułę możemy interpretować w dwojaki sposób. Po pierwsze może ona oznaczać istniejące tu od XIII w. opactwo cysterskie, które uległo kasacji w 1823 r. Inna interpretacja może mieć związek z chęcią podkreślenia faktu otrzymania przez Pelplin statusu stolicy diecezji chełmińskiej. Nie ulega jednak wątpliwości, że  zatwierdzony w 1937 r. herb przedstawia infułę opacką. Świadczą o tym zachowane w katedrze pelplińskiej herby opatów, na których widniejąca mitra ma na czole dwa krzyże rozdzielone słupem, a na jej zwieńczeniu jest również krzyż. Po II  wojnie światowej Miejska Rada Narodowa w  Pelplinie używała przez pewien okres przechowaną przez czas okupacji pieczęć herbową Zarządu Miejskiego z  1937  r. Świadczy o  tym dokument zarejestrowania szkód wojennych z 16 listopada 1945 r., na którym widnieje owalna pieczęć samorządu Pelplina.


Osiemdziesiąt lat herbu Pelplina

199

Podczas przeprowadzonej przez władze wojewódzkie weryfikacji herbów miejskich, starosta powiatu tczewskiego informował w marcu 1947 r. Urząd Wojewódzki w Gdańsku, że Pelplin posiada historyczny herb z mitrą opacką, jednak władze miasta – z  powodu zniszczenia akt miejskich w  czasie wojny – nie wiedziały, czy herb ten został zatwierdzony przez władze polskie przed 1939 r. Informowano również, że wprawdzie Zarząd Miasta dysponuje pieczęcią z herbem, to jednak jej nie używa. W sierpniu 1947 r. dosłano do Urzędu Wojewódzkiego odbitki z tą pieczęcią herbową, z adnotacją, że Zarząd zdecydował się na jej użycie. Gdy w  1950  r. zlikwidowano samorządy, urzędy prezydentów i burmistrzów miast oraz zarządy miast, a całość władzy przekazano w  ręce rad narodowych i  ich prezydiów (posługiwały się one pieczątką z  Orłem Białym), zaginęła pamięć o  pierwotnym herbie Pelplina. Z lat pięćdziesiątych zachował się wizerunek herbu w kościele Bożego Ciała. W  1958  r. ówczesny proboszcz pelplińskiej parafii ks. Bernard Sychta zlecił artyście malarzowi Władysławowi Drapiewskiemu pokrycie polichromią olejną drewnianego stropu kościoła. Wizerunek herbu Pelplina z kościoła Bożego Ciała (1958) Na suficie, obok dwóch dużych obrazów, znalazło się szereg herbów, w  tym również herb miasta. Nie jest to jednak herb Pelplina zatwierdzony w  1937  r., a  jeden z wcześniejszych projektów, które malarz wykonał dla Rady Miejskiej. Wyobraża on infułę biskupią ozdobioną szlachetnymi kamieniami na czerwonym tle. Opracowanie graficzne wstążek zbliżone jest do tego z herbu z 1937 r. W 1960 r. Marian Gumowski, w podstawowym dla ówczesnych czasów zbiorze Herb Pelplina według Mariana Gumowskiego (1960) polskich herbów miejskich, przedstawił


200

Bogdan Solecki

herb Pelplina, na którym w polu błękitnym umieścił infułę srebrną dzieloną po lewej, z podbiciem czerwonym widocznym w otwartym spodzie i  lewostronnym podziale, z  długimi wstążkami srebrnymi, spływającymi ku podstawie tarczy herbowej i  jej dotykających. Na środku czoła infuły widniał złoty krzyż. M.  Gumowski infułę w  herbie Pelplina interpretuje jako mitrę biskupią, mimo że w zarządzeniu ministra spraw wewnętrznych z 1937 r. pada tylko jej nazwa, bez wskazania na opacką czy biskupią. W innym podstawowym dziele heraldycznym lat sześćdziesiątych XX  w., monografii „Miasta polskie w tysiącleciu” (t. 1–2, red. nauk. M. Siuchniński, Wrocław–Warszawa–Kraków 1965, 1967), herb Pelplina niewiele odbiegał od  wcześniej omówionego. Różni się tylko brakiem czerwonego podszycia wybranych elementów infuły i  innym układem wychodzących z  niej wstążek, z frędzlami na końcach. W  1980  r., z  okazji Wojewódzkich Igrzysk Herb Pelplina Młodzieży Szkolnej organizowanych w  Pelplinie, z monografii „Miasta polskie w tysiącleciu” pracownik Referatu Kultury, Sportu i  Rekreacji (1967) Urzędu Miasta i  Gminy Ryszard Rogaczewski, przygotował graficzny wizerunek herbu do  medali sportowych, proporczyków i  dyplomów. Z  uwagi na występowanie krzyża na infule nie wyrażono zgody na umieszczenie herbu Pelplina w materiałach spartakiadowych, a  zastąpiono go znaczkiem Igrzysk Olimpijskich… w Moskwie. W okresie Polski Ludowej władze traktowały herby miejskie jako „burżuazyjny przeżytek”. Ze względów ideologicznych niektóre miasta odstąpiły od używania herbów historycznych, wprowadzając w  ich miejsce herby nowe lub nieudane modyfikacje starych. Ryszard Rogaczewski dokonał wtedy po raz pierwszy profesjonalnego Herb Pelplina według Ryszarda opracowania herbu miasta. Nie pamięta Rogaczewskiego (1980)


Osiemdziesiąt lat herbu Pelplina

201

dokładnie, skąd był pierwowzór. Prawdopodobnie przygotowując projekt wzorował się na dostępnych przedstawieniach herbu miasta z dzieł heraldycznych. Odnalazł herb Pelplina także w Sali Herbowej Urzędu Wojewódzkiego w Gdańsku. Herb Ryszarda  Rogaczewskiego funkcjonował przez lata osiemdziesiąte do początku lat dziewięćdziesiątych i  był wykorzystywany przez różnych twórców w drukach, folderach, okolicznościowych Ryszard Rogaczewski dyplomach oraz jako logo w  winietach czasopism samorządu pelplińskiego. Można go było spotkać na haftowanych sztandarach. Przedstawiał w polu błękitnym infułę srebrną ze złotym krzyżem na czole i złotym pasem otoku. W podbiciu infuły jak i w otwartym spodzie występuje czerwień. Dwie srebrne wstążki zakończono wcięciem. W  tym samym czasie ukazywały się różne przedstawienia herbu Pelplina w herbarzach miast polskich. Ciekawe wyobrażenie herbu zaprezentowali natomiast w  „Kociewskim Magazynie Regionalnym” (1986, nr 1) R. Skeczkowski i J. Staniszewska, w pewnym sensie nawiązując do pierwowzoru z 1937 r. Infułę na czole z krzyżem dodatkowo zwieńczał krzyż, dodano również ozdobne skrajne listwy. W  1990 roku reaktywowano w  Polsce samorządy terytorialne. W  1995  r. samo- Herb Pelplina według R. Skeczkowskiego i J. Staniszewskiej rząd miasta zdecydował o potrzebie opra(KMR 1986) cowania do  celów promocyjnych nowej wersji herbu Pelplina. Szukano źródeł objaśniających początki miejskiego herbu, próbowano odnaleźć rysunek herbu w zasobach archiwalnych Bydgoszczy i Torunia, ale bez efektu. Korzystając z pomocy posła na Sejm RP Piotra Aszyka ze Starogardu Gdańskiego, wiceburmistrz Jan Wiese w bibliotece sejmowej w Warszawie dotarł do „Monitora Polskiego” z 1937 r., odnajdując opis zatwierdzenia pierwszego herbu miasta. Tam także natrafiono na rysunek herbu Pelplina, którego wzór wcześniej zaprezentowany


202

Bogdan Solecki

został w publikacji „Kociewie. Przewodnik turystyczny” J.  Milewskiego i  Cz. Skonki (Gdańsk 1977). W  11 (52) numerze „Informatora Pelplińskiego” z  listopada 1995  r. burmistrz Andrzej Stanuch wystąpił do mieszkańców Pelplina z ankietą, by się wypowiedzieli, jakiego herbu miasto powinno używać. Czy wersji z krzyżem czy herb znaleziony w bibliotece sejmowej i uznany za pierwowzór z 1937 r.? Wybrano wersje z motywem haftu liści złotych w infule. Herb Pelplina według Władze miasta zwróciły się więc do Ry„Przewodnika turystycznego” J.Milewskiego i Cz. Skonki (1977) szarda Rogaczewskiego, pełniącego w UM obowiązki szefa działu promocji miasta, o opracowanie wybranej wersji herbu dla potrzeb miasta. Burmistrz A. Stanuch zlecił mu również zaprojektowanie flagi Pelplina. Projekty powstały w 1996 r. Obecny herb Pelplina jest więc oryginalnym tworem R.  Rogaczewskiego, podobnie jak flaga, której barwy pochodzą od barw herbu. Wersję elektroniczną herbu opracowano w redakcji Wydawnictwa „Bernardinum”, głównie dla potrzeb „Informatora Pelplińskiego”. Herb i barwy Gminy Pelplin zostały zaHerb Pelplina odnaleziony w bibliotece sejmowej (1995) twierdzone uchwałą Rady Miejskiej z 15 lutego 1996 r. przy 18 głosach „za” i jednym wstrzymującym się. Uchwała Rady Miejskiej z 28 marca 2003 r. w sprawie Statutu Gminy Pelplin potwierdza te ustalenia. Herbem Gminy Pelplin jest na błękitnym polu srebrna infuła, haftowana złotem. Herbową infułę przedstawiono z podziałem na część przednią i tylną widoczną od strony lewej. „Haftowana złotem” oznacza zaś zaznaczenie złotem otoku infuły i umieszczonego centralnie środkowego słupa, w obu


Osiemdziesiąt lat herbu Pelplina

203

przypadkach wypełnionego motywem liści złotych. Infułę przedstawiono z otwartym spodem (…), spod którego wychodziły ku podstawie tarczy dwie krótkie wstążki srebrne (…)” (B. Możejko, B. Śliwiński). Barwami Gminy Pelplin są kolor złoty, srebrny i błękitny ułożone na fladze w szachownicę. Władysław Drapiewski  (1876–1961) zapro-

jektował w latach 1931–1936 trzy wersje herbu Pelplina. Artysta malarz i  konserwator, jeden z  najbardziej znanych twórców ściennego malarstwa sakralnego I  połowy XX  w. w  Polsce. W 1897 r. pracował przy pracach renowacyjnych w katedrze pelplińskiej. Za największe jego dzieło uznano neorenesansową polichromie katedry płockiej. W 1949 r. wykonał dla kościoła pw. Bożego Ciała w  Pelplinie obraz Chrystusa Króla, a w 1958 r. pokrył polichromią drewniany strop tegoż kościoła.

Herb Pelplina według Ryszarda Rogaczewskiego (1996)

Ryszard Rogaczewski (ur. 1948), plastyk poligraficzny, twórca herbu Pelplina z 1980  r., wykonawca herbu i  flagi Pelplina z  1996  r. Pracował na stanowisku grafika, montażysty, aż po redaktora wiodącego Wydawnictwa „Bernardinum”. Projektował okładki, opracowania graficzne i ilustracje do książek, m.in. do publikacji Obecny herb Pelplina ks. Janusza Pasierba, ks. Franciszka Kameckiego, ks.  Jana Sochonia, poety Zbigniewa Jankowskiego, pisarza Andrzeja Grzyba. Pracował przy wydaniu faksymile Biblii Gutenberga. Jest twórcą herbów biskupich bpa Jana B. Szlagi, bpa Wiesława Meringa, bpa Wiesława Śmigla oraz  sufraganów gdańskich. Wykonał też współczesną wersję herbu diecezji pelplińskiej, logo Wydawnictwa Diecezjalnego i  wydawnictwa „Bernardinum”, Muzeum Diecezjalnego oraz znanych firm „Iglotex” ze Skórcza i „Lechpolu”. Wydał wiele okolicznościowych rękopisów, w tym akty nadania honorowego obywatela miasta Pelplina. Źródła Gołdyn P., Symbolika religijna i  kościelna w  herbach miast polskich do  końca XX  w., Warszawa 2008.


204

Bogdan Solecki

Możejko B., Śliwiński B., Herby miast, gmin i powiatów, województwo pomorskie, t. 2, Malbork 2004. Miasta polskie w  tysiącleciu, t. 1–2, red. nauk. M.  Siuchniński, Wrocław–Warszawa– Kraków 1967. Solecki B., Brzeziński S., Pelplin dawny i współczesny, Pelplin 2011. Informacje ustne: Ryszard Rogaczewski i Andrzej Stanuch.


Krystian Zdziennicki

Wojna o ujście Wisły na ziemi sztumskiej W niniejszym artykule przedstawię w zarysie dzieje wojny o ujście Wisły na terenie ziemi sztumskiej, która w  okresie I  Rzeczpospolitej przynależała do  województwa malborskiego leżącego w  Prusach Królewskich. Warto podkreślić, że  niektóre wydarzenia z  okresu zmagań polsko-szwedzkich na terenie tej ziemi odegrało ważną rolę w dziejach Rzeczpospolitej, Szwecji, a nawet Europy. Obecność Szwedów na ziemi sztumskiej w latach 1626–1629 miała bez wątpienia charakter militarny. Król Szwecji Gustaw II Adolf chciał przejąć tereny nad Bałtykiem w celu opanowania basenu Morza Bałtyckiego. Wojna ta miała przynieść mu panowanie nad ujściem Wisły wraz z  Gdańskiem. Z  kolei to wszystko miało zapewnić Szwecji wielkie dochody, które Lew Północy wykorzystałby na działania militarne wymierzone przeciw Habsburgom podczas wojny trzydziestoletniej (1618–1648). W okresie wojny na ziemi sztumskiej miały miejsce starcia wojsk, z  których najważniejsza była bitwa pod Trzcianem (27  czerwca 1629). Na ziemi sztumskiej miały miejsce także ważne wydarzenia o  charakGustaw II Adolf w polskim płaszczu terze dyplomatycznym. To właśnie na portrecie Matthausa Meriana w  niewielkich pomorskich miejscoz lat 1631–1632


206

Krystian Zdziennicki

wościach zawarto rozejmy polsko-szwedzkie. Najpierw w 1629  r. w  Starym Targu (Altmarku), a następnie, w 1635 r., rozejm przedłużający zawieszenie broni w Sztumskiej Wsi (Sztumdorfie). Wojska szwedzkie 6 lipca 1626 r. dotarły do portu w Piławie, a następnie rozpoczęły marsz na południe. W  wyniku zaskoczenia Gustawowi II Adolfowi udało się przejąć wiele miast na Pomorzu. Już 19 lipca 1626  r. jego wojska zdobyły Dzierzgoń, a  następnego dnia Sztum. Wiadomo, że  w  sztumskim zamku pozostał 200-osobowy garnizon żołnierzy. Ciekawostką może być znane z  przekazów ludowych podanie. Według mieszkańców ziemi sztumskiej, miasto miało zostać niezdobyte przez najeźdźcę. W podaniu „O Szwedach oblegających zamek sztumski” mieszkaniec miejscowości Mirany przekazał ks. Władysławowi Łędze, że kiedy Szwedzi dotarli pod Sztum i rozpoczęli szturm dobrze obwarowanego zamku: Szwedy pocieszali się, że  głodem wymorzo Polaków. I  w  zamku brak już beło wszystkiego, ale Polaki się nie deli (poddali) eno chcieli Szwedów oszukać. Znaleźli u  jedyny kobiety1 szynke i  troche grochu. Wzieni to kobiecie i  wepchnęli szynke z  grochem do  armaty i  wystrzeleli naprzeciwko Szwedom. Jak Szwedy obaczeli, że Polaki tyle majo eszcze żywności, że szynkami i grochem strzelajo, stracieli nadzieje wygłodzenia Sztumu2.

Legenda kończy się opuszczeniem miasta przez Szwedów, któremu towarzyszą słowa: „Chocbym sietem lat tu siedzieli, nic nie wskóramy”3. Po zajęciu ziemi sztumskiej przez Szwedów na terenach tych nie dochodziło do większych działań militarnych. Szwedzi w tym okresie fortyfikowali tu zdobyte zamki, a także sypali szańce. Ich działania były skierowane na umacnianie swoich pozycji. Do momentu końcówki wojny doszło do drobnego starcia wojsk polskich i  szwedzkich. Wydarzenie to miało miejsce 26 marca 1627 r. Wówczas został rozbity oddział Kosakowskiego. Przegrana batalia nie miała jednak większego wpływu na dalszy przebieg wojny. O tym, jak Szwedzi obchodzili się z Polakami w czasach okupacji znajdujemy rozbieżne przekazy. Jak podaje historyk Adam Szelągowski, poza opłatami kontrybucyjnymi ściąganymi przez władcę szwedzkiego, lud  Według innej wersji u Żyda.   W. Łęga, Ziemia Malborska. Kultura ludowa, Toruń 1933, s. 165. 3   Tamże.

1

2


Wojna o ujście Wisły na ziemi sztumskiej

207

ność nazbyt nie odczuwała obecności najeźdźcy. Żołnierze szwedzcy nie mogli bezkarnie grabić i palić, „nawet kury ani wiązki siana nie wolno mu było wziąć bez zapłaty”4. Z kolei w podaniu ludowym zapisano: Szwedy, co  prowadzieli wojne z  Polakami, beli okrutne. Oni ludziom wbijeli drzazgi za pazury, łapeli ludzi, jeden trzymał a  drugi wlewał do  gęby gnojówkę, paleli kościoły, bodaj kościół w Mikołajkach też zniszczeli. Jak Szwedy noco maszerowali, abo szukeli ludzi, świecieli sobie zapalonemi wiechciami ze słomy. Mówio ludzie, że przed Szwedem to się nikt ukryć nie móg, bo jak on obaczół do zwierciadła to wszystko widział. Aby ludzi oszukać udaweli oni Polaków i wołeli: „Kaśka, Maryśka pódźta, Szwedy uż poszli”. Eszcze jak odchodzili, to grozieli, że jak wróco to nawet dziecka nie ostawio żywego w kolebce5.

Warto dodać, że jeszcze pod koniec XIX w. popularne było powiedzenie: „Wychodź Kaśka, Maryśka, już tych Szwedów djabli wzięli”6. Znana z  polskiej historiografii bitwa pod Trzcianą lub Trzcianem, a  w  szwedzkiej, niemieckiej, a  nawet niekiedy polskiej literaturze – pod Sztumem, była jedną z ważniejszych polsko-szwedzkich batalii na Pomorzu. Przy tej okazji warto podkreślić, że większość historyków używa niepoprawnej pod względem odmiany fleksyjnej nazwy batalii określającej to starcie. Miejscowość, gdzie doszło do jednego ze starć nazywa się Trzciano (pod Trzcianem), jednakże wielu historyków używa nazwa Trzciana (pod Trzcianą)7. Do bitwy doszło 27 czerwca 1629 r., co ostatnimi czasy ustalił Mariusz Balcerek8. Należy podkreślić, iż arena walki tej jednej bitwy liczyła ponad 15 km, a  miejscami granicznymi była miejscowość Szadowo nad Liwą oraz sztumski zamek. Na całość batalii składały się trzy ważne potyczki, podczas których uciekające wojska szwedzkie, dowodzone przez króla Gustawa II Adolfa, poniosły klęskę z  oddziałami polskimi hetmana polnego koronnego Stanisława Koniecpolskiego oraz cesarskimi gen. Jana Jerzego Arnheima (Arnima). Nikogo nie powinna dziwić obecność   A. Szęlągowski, O Ujście Wisły. Wielka wojna pruska, Warszawa 1905, s. 40.   W. Łęga, Ziemia Malborska…, s. 165–166. 6   Dr Nadmorski, Urządzenia społeczne, zwyczaje i gwara na malborskiem, „Wisła. Miesięcznik Geograficzno-Etnograficzny” 1889, t. III, z. 4, s. 748. 7   Zob. K. Zdziennicki, Bitwa pod Trzcianem czy Sztumem, „Prowincja” 2012, nr 16. 8   M. Balcerek, Bitwa pod Trzcianem w 1629 roku – o dacie bitwy słów kilka, „Przegląd Historyczno-Wojskowy” 2009, nr 4 (229), s. 155–158. 4

5


208

Krystian Zdziennicki

wojsk cesarskich, gdyż wojna ta, jak wcześniej wspominałem, była polskim epizodem ogólnoeuropejskiego konfliktu, tj. wojny trzydziestoletniej (1618–1648), a Rzeczpospolita była wówczas sojusznikiem Habsburgów.

Obraz szwedzki, Gustaw II Adolf pod Sztumem (1853) Źródło: https://pl.wikipedia.org

Wiadomo, że żadna ze stron nie wybrała miejsca potyczki, a teren walki był skutkiem ruchów wojsk obu stron. Przybycie do Prus wojsk cesarskich spowodowało konieczność zmiany planów Gustawa Adolfa co do kampanii 1629 r., która miała ostatecznie zakończyć wojnę z Polską. Obie strony miały armie liczące ok. 23 tysiące, jednakże po stronie szwedzkiej 9 tysięcy żołnierzy pełniło wówczas służbę garnizonową. Król Gustaw Adolf jako zręczny strateg nie chciał dopuścić do połączenia sojuszniczych armii. Jak się później okazało, jego plan zawiódł. Przemarsz Szwedów z  Malborka do Grudziądza nie doprowadził do osaczenia oddziałów cesarskich zanim zdołały się połączyć z armią polską. W związku z przewagą wojsk przeciw-


Wojna o ujście Wisły na ziemi sztumskiej

209

nika, król szwedzki zdecydował się na odwrót w kierunku Kwidzyna, a następnie Malborka. Natomiast hetman Stanisław Koniecpolski zarządził naradę, a kiedy dowiedział się, że przeciwnik zmierza pod Kwidzyn, podjął się pogoni za uciekającymi Szwedami. Wojska Gustawa Adolfa zorientowały się w  planach hetmana, kiedy w  miejscowości Czarne w  okolicach Kwidzyna doszło do nieoczekiwanego wybuchu. Armia szwedzka chciała niepostrzeżenie wyruszyć z  Kwidzyna. Doświadczony taktyk, jakim był Lew Północy, popełnił jednak błąd, gdyż rozdzielił wojsko. Najpierw wymaszerował Wrangel z  46 kompaniami piechoty i  25 kompaniami jazdy oraz taborem, a później z miasta wyszedł Jan hr. Renu z 17 kompaniami rajtarów, z którymi początkowo przebywał król. Armie maszerowały dwoma traktami. Pierwsza szła głównym traktem w kierunku Malborka. Jazda miała osłaniać tyły wycofującego się wojska, następnie maszerować drogą biegnącą łukiem przez Trzciano, Straszewo, Pułkowice do  Nowej Wsi, gdzie obie drogi się łączyły. Tymczasem hetman Koniecpolski  obmyślił plan, który był prosty, jednakże wymagał od  wojska szybkości, a  także bardzo sprawnego współdziałania. Dowódca zaplanował pościg, który miał zaskoczyć Szwedów poprzez otoczenie ich z prawego skrzydła. Miało to zablokować marsz na północ, do Królewca. Hetman Koniecpolski oraz Arnim ruszyli na czele 2500 jeźdźców polskich oraz 2000 ratajów cesarskich, zostawiając w tyle maszerującą cesarską piechotę. Trasa ich wiodła z  Grudziądza na Szynwałd, a  dalej po przejściu przez wieś Czarne w  kierunku północnym na Ośno, Szadowo, Trzciano i Sztum. Jeszcze przed bitwą do południa doszło do niewielkiej utarczki przy moście nad rzeką Liwą, w  okolicy Szadowa. Szwedzi chcieli opanować tą przeprawę, ale zostali odparci. Decyzja Koniecpolskiego, który przebywał wówczas w Ośnie, pod względem taktycznym była niezmiernie trafna, gdyż zapobiegła walkom o przeprawę przez ciek wodny. Ponadto hetman nawiązał pierwszą styczność z przeciwnikiem. Koniecpolski wysłał do Szadowa na pomoc chorągwie kozackie, które mogły zająć pozycje. W  tym czasie polska straż dała znać, że  szwedzkie wojska uciekają, jednakże Kozacy spostrzegli w polu wroga, za którym się udali aż za wieś Trzciano, gdzie czekała na nich większa armia. Było tak, gdyż szwedzki dowódca straży tylnej, słysząc odgłosy walki z nad Liwy, postanowił na wzgórzu pod Trzcianem ustawić ok. 2000 ratajów, a na lewym skrzydle działa


210

Krystian Zdziennicki

i 60 muszkieterów. Koniecpolski rozkazał najpierw atak chorągwiom kozackim, a następnie dragonom, za którymi do boju włączyli się rajtarowie sojuszniczej armii. Kozacy niepokoili Szwedów do momentu włączenia rajtarii oraz husarii. Początkowo obie strony stały około kwadransa naprzeciwko siebie, po czym Szwedzi chcieli wykonać manewr, aby zaatakować Polaków z boku. Z  tego powodu hetman nakazał działania zaczepne Kozakom. Koniecpolski, wydając sygnał bojowy, sam rotmistrzował dwóm chorągwiom lewego skrzydła: królewską oraz własną hetmańską. Chorągwie te miały na celu przeprowadzić manewry zaczepne, żeby ukryta husaria stacjonująca pomiędzy Trzcianem a  Laskowicami mogła z  zaskoczenia przeprowadzić szarżę. Tutaj ewidentnie widać pomocniczą rolę Kozaków jako jazdy lekkiej, która wspierała husarię, aby ta mogła uzyskać przewagę nad przeciwnikiem. Husaria początkowo uderzyła na armaty. Następnie krusząc kopie, złamała armię Szwedzką, co zmusiło wroga do ucieczki w stronę Straszewa. Polacy nie odpuścili wrogowi i wznowili gonitwę. W  sąsiedniej wsi na niedobitków szwedzkich czekały z  pomocą posiłki, które wspólnie uszykowały się ponownie do  walki. W  tym momencie doszło do kryzysu w wojskach polskich, który wynikał zapewne z tego, że chorągwie kozackie były nieuporządkowane i rozciągnięte, co zmusiło je do zatrzymania i odepchnięcia. Później sformowana sojusznicza armia polsko-cesarska natarła na wroga, którego zepchnęła i  wyrzuciła ze wsi. Drugie starcie zakończyło się również klęską wojska szwedzkiego, gdyż dużą rolę w  natarciu odegrało prawdopodobnie nastawienie psychiczne. Szwedzi byli wystraszeni pogromem, jaki im zadano pod Trzcianem, więc widząc nadciągające wojsko, poddali się i rozpoczęli odwrót w stronę Pułkowic. Kolejna pogoń była tragiczna w  skutkach, gdyż wówczas Szwedzi utracili sporo wojska, które musiało uciekać przez rowy i grząskie tereny. Król Gustaw Adolf dowiedział się o  klęsce, jaką dwukrotnie odniosła szwedzka kawaleria. Władca uznał sytuację za groźną, dlatego zebrał 2000 kawalerii, idącej w grupie Hermana Wrangla, i postanowił nią osobiście dowodzić podczas boju. Kawalerię szwedzką, która zajęła stanowisko pod Pułkowicami, zagrzała do walki obecność władcy. Akcja rozegrała się podobnie jak pod Straszewem, polskie natarcie zostało zatrzymane, a walka była bardzo ciężka.


Wojna o ujście Wisły na ziemi sztumskiej

211

W kolejnym starciu szyk szwedzki w został złamany, co zmusiło Lwa Północy i jego wojsko do ucieczki z pola bitwy. W czasie zaciętej walki królowi szwedzkiemu Gustawowi Adolfowi z trudem udało się uniknąć śmierci lub pojmania. Klęska kawalerii szwedzkiej naraziła na niebezpieczeństwo maszerującą w stronę Sztumu piechotę prowadzoną przez feldmarszałka Wrangla. Rzucił on do  walki ostatni regiment jazdy, składający się z  niedobitków spod Trzciana. To działanie wstrzymało atak polsko-cesarski, co  wystarczyło, aby piechota szwedzka zdążyła umknąć za mury miasta. Stamtąd Gustaw Adolf, razem z ocalałymi oddziałami, chyłkiem, pod osłoną nocy umknął do Malborka. Zwycięskie wojsko sojusznicze z kolei stanęło pod Nową Wsią, a  następnego dnia wraz z  hetmanem wycofało się pod Kwidzyn, gdzie odbyła się narada w sprawie kolejnych działań militarnych. Warto podkreślić, że batalia – określana przez historyków jako zwycięstwo na miarę wiktorii kircholmskiej – nie zostało wykorzystane. Zwycięstwo wojsk polskich było chlubą dla mieszkańców ziemi sztumskiej, którzy opowiadali sobie: W  Trzcianie przy jeziorze, pod lasem ugodzieli się Polaki i  Szwedy. Ale pierw się długo bieli. Dopiero jak król szwedzki Gustaw Adolf spad z konia i sie zabiół, Szwedy przesteli wojować.

Trzy ówczesne mocarstwa – Anglia, Francja i Holandia – chciały pozyskać Gustawa II Adolfa do  udziału w  toczonej na terenie Niemiec wojnie trzydziestoletniej. Dlatego też rozpoczęły nacisk dyplomatyczny na Zygmunta III Wazę, aby ten rozpoczął rokowania pokojowe ze Szwecją. Warto zauważyć w  tym miejscu bierność dyplomacji cesarskiej, gdyż zakończenie działań militarnych w Prusach nie było dla nich korzystne. Wynikało to z  faktu, że  zawarcie rozejmu dawało wolną rękę Szwedom w  działaniach militarnych wojny trzydziestoletniej. Ostatecznie, 26 września 1629  r., zawarto upokarzający dla Rzeczpospolitej 6-letni rozejm w  Starym Targu. Na jego mocy Szwedzi zatrzymali większą część Inflant oraz porty w  Prusach, z  wyjątkiem Gdańska, Pucka i Królewca. Na mocy osobnego traktatu gdańsko-szwedzkiego z 28 lutego 1630 r. określono szwedzkie prawo do poboru z handlu w Zatoce w wysokości 3,5% cła. Z kolei z pozostałych 2% połowa przypadła Gdańskowi, a po


212

Krystian Zdziennicki

0,5% królowi polskiemu oraz elektorowi. W wyniku rozejmu alt marskiego postanowiono też, że  elektor brandenburski, otrzymał w  sekwestr w  zamian za Piławę i Kłajpedę Malbork, Sztum, Gdańską Głowę i Żuławę Wiślaną. Gdy 11 lipca 1635 r. wygasał traktat ze Starego Targu, na ziemi sztumskiej miały miejsce kolejne zmagania dyplomatyczne. Miejscem, które ostatecznie wybrano na rokowania była Sztumska Wieś. W wyniku rozmów prowadzonych od 24 maja do 12 września 1635 r. podpisano korzystniejszy dla Rzeczpospolitej rozejm na 26 lat. W liczącym 24 artykuły układzie postanowiono o powrocie utraconych terenów pruskich, bez Piławy, która przypadła elektorowi brandenburskiemu. Większość Inflant przypadła Szwecji, zgodnie ze stanem posiadania w okresie podpisywania rozejmu. Na mocy traktatu do Rzeczpospolitej powrócił Sztum. Była to decyzja o tyle istotna, gdyż ostatecznie ucięła aspiracje sąsiedniego Dzierzgonia, aby sejmiki szlacheckie województwa malborskiego odbywały się w tamtym mieście. Rozejm ze Sztumskiej Wsi nie rozwiązał ostatecznie sprawy korony szwedzkiej. Zawarcie rozejmu w  świadomości mieszkańców Sztumskiej Wsi odgrywało ogromne znaczenie. Z  pokolenia na pokolenie przekazywali sobie podanie. W początkach XX w. brzmiało ono następująco: W Sztumskiej wsi pogodzieli się Szwedy, Polaki i Mniemcy i na znak zgody król polski, szwedzki i mniemiecki jedli tu obiad i postanowieli, że ludzie ze Sztumskiej wsi nie brukoweli płacić podadków. Na tem miejscu postawieli kamień duży, który sięga aż pod kościół i eszcze tera tam je.

Zwaśnione narody w późniejszym okresie popadały w  nowe konflikty zbrojne. Atak Szwedów z 1655 r., rozpoczynający tzw. potop szwedzki, był pogwałceniem układu sztumdorfskiego, gdyż zawieszenie broni miało trwać do 1661 r. Jak widać, zainteresowanie wydarzeniami z  XVII  w. na ziemi sztumskiej trwa przez wieki. Niegdyś mieszkańcy przekazywali sobie opowieści traktujące o  tamtych wydarzeniach. Obecnie natomiast tematyka ta poruszana jest w publikacjach, ale także organizowane są wykłady popularyzujące wiedzę na ten temat. Przykładem może być sesja popularnonaukowa z okazji Roku Wisły, która miała miejsce w Sztumie, 20 października 2017 r. w ramach Nadwiślańskich Spotkań Regionalnych.


III. Z ŻYCIA ZRZESZENIA


Tomasz Jagielski, Michał Kargul

Kronika Oddziału Kociewskiego ZKP w Tczewie Promocja „Alfabetu pelplińskiego” oraz „Tek Kociewskich” w Pelplinie W środę, 18 stycznia 2017 r. w Pelplinie odbyła się promocja „Alfabety pelplińskiego” oraz pierwszego zeszytu „Tek Kociewskich”. Tom ten ukazał się już w 2007 r., ale wyszedł tylko w wersji cyfrowej (oraz kilkunastu egzemplarzach wydrukowanych domowymi sposobami). Ponieważ od zeszytu drugiego „Teki” ukazywały się już drukiem, czytelnicy od lat dopytywali się o wersję papierową także zeszytu pierwszego. Dzięki wsparciu Zarządu Głównego ZKP, z okazji dziesięciolecia pisma, udało się nam wydać także pierwszy numer „Tek”. Spotkanie odbyło się w  klimatycznej sali kominkowej przy kościele Bożego Ciała. Zebranych przywitali Bogdan Wiśniewski, prezes miejscowego oddziału ZKP oraz Patryk Demski, burmistrz Pelplina. Głównym punktem programu była prezentacja „Alfabetu Pelplińskiego”, dzieła grupy miłośników nadwierzyckiej historii (Jacka Hinza, Alicji Słyszewskiej, Bogdana Soleckiego, Elżbiety Wiśniewskiej, Bogdana Wiśniewskiego, Andrzeja Wolskiego i  Mateusza Zielińskiego). Publikacja ukazała się pod redakcją Bogdana Wiśniewskiego. On także szeroko omówił okoliczności powstania książki oraz jej charakter. Warto dodać, że „Alfabet Pelpliński” ukazał się z  okazji osiemdziesięciopięciolecia nadania Pelplinowi praw miejskich. Każdy z licznie zgromadzonej publiczności otrzymał bezpłatnie egzemplarz książki. Z kolei redaktor „Tek Kociewskich”, Michał Kargul, zaprezentował pierwszy chronologicznie, ale wydany drukiem dopiero w 2017  r. zeszyt


216

Tomasz Jagielski, Michał Kargul

tczewskiego rocznika. Przedstawił także nowy portal Skarbnicę Kociewską (www.kociewie.net), na którym redakcja opublikowała m.in. wszystkie numery „Tek”. Po krótkiej przerwie zebranych nawiedzili Gwiżdże. W ich role tradycyjnie wcieli się klerycy z  Wyższego Seminarium Duchownego zrzeszeni w Klubie Kaszubów „Jutrznia”.

Redaktor Michał Kargul z pierwszym zeszytem „Tek Kociewskich”1

Inauguracyjne posiedzenie Rady Naczelnej ZKP XX kadencji W sobotę, 21 stycznia w gmachu głównym Politechniki Gdańskiej odbyło się inauguracyjne posiedzenie Rady Naczelnej ZKP, wybranej na Zjeździe Delegatów ZKP pod koniec zeszłego roku. Oddział tczewski w Radzie reprezentują Jan Kulas i  Michał Kargul. Ten ostatni decyzją Rady został ponownie wybrany do Zarządu Głównego na funkcję wiceprezesa. Warto 1   Zdjęcia w Kronice są autorstwa Jacka Cherka, Tomasza Jagielskiego oraz Michała Kargula.


Kronika Oddziału Kociewskiego ZKP w Tczewie

217

odnotować, że Kociewie w  Radzie Naczelnej reprezentują jeszcze: Maria Pająkowska-Kensik z  Bydgoszczy, Aleksander Swobodziński ze  Zblewa oraz Bogdan Wiśniewski z  Pelplina. Zaś do  Zarządu Głównego Rada wybrała także aktualnego prezesa oddziału zblewskiego Tomasza Damaszka. Został on bezfunkcyjnym członkiem zarządu.

Sesja historyczna upamiętniająca 97. rocznicę powrotu Gniewu do Polski W 97. rocznicę wkroczenia 27 stycznia 1920 r. do Gniewa wojsk generała Józefa Hallera, w  Miejskiej Bibliotece Publicznej odbyła się sesja popularnonaukowa, której zadaniem było przypomnienie tych historycznych wydarzeń. Zebranych powitała dyrektor placówki Jadwiga Mielke. Wśród przybyłych gości byli: Maria Taraszkiewicz-Gurzyńska – burmistrz Gniewu, miejscy i powiatowi radni oraz mieszkańcy. Uczniowie gniewskiego gimnazjum im. Generała Józefa Hallera, pod opieką nauczyciela Wojciecha Górskiego, zaprezentowali zestaw pieśni patriotycznych. Były wśród nich takie utwory, jak: „Hymn młodych Hallerczyków” i „Miasteczko Gniew”. Publiczność gromkimi oklaskami podziękowała młodym artystom za występ. Rok 2017 uchwałą Senatu Rzeczypospolitej Polskiej został ustanowiony rokiem generała Józefa Hallera. Młodzież z Gniewu słowem i piosenką czci pamięć swojego patrona. W dalszej części Marek Kordowski przypomniał,

Uczestnicy sesji gniewskiej


218

Tomasz Jagielski, Michał Kargul

że uchwałą Rady Miasta Gniew rok 2017 ustanowiono rokiem Jana Sobieskiego, wspominając 350-lecie objęcia przez Jana Sobieskiego 16 marca 1667 r. stanowiska starosty gniewskiego, które pełnił do końca życia. Kolejną częścią spotkania były prelekcje członków naszego Oddziału. Małgorzata Kruk przedstawiła temat „Dwadzieścia lat wolności. Tczew w latach 1920–1939”, Leszek Muszczyński „Wisła w literaturze niemieckiej w XIX i XX wieku”, Tomasz Jagielski „Steblewo – historia wsi żuławskiej”. Ostatnią częścią spotkania była prezentacja 10. zeszytu „Tek Kociewskich”.

Światowy Dzień Kociewia w Tczewie 10 lutego, już po raz kolejny, Oddział ZKP w Tczewie połączył swoje siły z Miejską Biblioteką Publiczną w Tczewie, by uczcić przypadający tego dnia doroczny Światowy Dzień Kociewia. Tym razem przy tej okazji zaplanowano promocję dwóch publikacji poświęconych tematyce kociewskiej. Profesor Józef Borzyszkowski zaprezentował zebranym w gmachu głównym tczewskiej książnicy najnowszy tom z  serii „Pro memoria…”, wydawanej przez Instytut Kaszubski. „Pro memoria. Jan Ejankowski (1929–2015)” poświęcony został osobie zasłużonego regionalisty z Piaseczna. Redaktor tomu, profesor Józef Borzyszkowski, niezwykle interesująco opowiadał o  swoich spotkaniach z  „Panem Janem” oraz o samej publikacji. W  drugiej części spotkania doktor Michał Kargul zaprezentował zebranym najnowszy zeszyt „Tek Kociewskich”. Przybliżył zebranym historię tego wydawnictwa oraz omówił zawartość najnowszego numeru. Obecni otrzymać mogli bezpłatnie nie tylko rzeczony zeszyt dziesiąty, ale także numer pierwszy. Pierwotnie, w 2007 r., zeszyt ukazał się jedynie w wersji elektronicznej. Dopiero pod koniec 2016 r. wydano go także w formie drukowanej i bezpłatnie rozprowadzano podczas promocji numeru dziesiątego. Spotkanie to było też okazją do uroczystej inauguracji naszego nowego portalu Skarbnica Kociewska (www.kociewie.net). Choć rozpoczął on funkcjonowanie pod koniec poprzedniego roku, to kilka tygodni trwało wypełnianie go treścią. Obecnie portal zgromadził rozbudowane i bardzo interesujące zasoby.


Kronika Oddziału Kociewskiego ZKP w Tczewie

219

Profesor Józef Borzyszkowski podczas prezentacji najnowszego tomu „Pro memoria”

Spotkanie promocyjne w Pelplinie Naturalną kontynuacją promocji z Tczewa było spotkanie zorganizowane przez oddział pelpliński ZKP. 6 kwietnia 2017 r., w tamtejszej Bibliotece Miejskiej, prezentowane były te same dwie publikacje, co w Tczewie. Profesor Józef Borzyszkowski prezentował tom „Pro memoria. Jan Ejankowski”, zaś Michał Kargul dziesiąty zeszyt „Tek Kociewskich”. Zasadniczą różnicą zaś (poza miejscem i terminem) był bardzo ciekawy wykład, jaki profesor Borzyszkowski wygłosił przy tej okazji, prezentując zebranym sylwetkę bohatera zredagowanej przez siebie książki.

Kolejna sesja żuławska za nami W sobotę 8 kwietnia 2017 r. w Zespole Szkół w Suchym Dębie odbyła się siódma sesja popularnonaukowa o  tematyce żuławskiej, zorganizowana przez Zespół Szkół w  Suchym Dębie, tamtejszy Urząd Gminy oraz nasz oddział ZKP. Uroczystość zainaugurowali dyrektor ZS w  Suchy Dębie Aleksandra Lewandowska, wójt gminy Suchy Dąb Barbara Kamińska i przedstawiciele władz oddziału Kociewskiego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w  Tczewie. Sesję tradycyjnie prowadził nauczyciel z  Suchego Dębu i prezes tczewskiego oddziału Tomasz Jagielski.


220

Tomasz Jagielski, Michał Kargul

Uczestnicy sesji w Suchym Dębie

Zgromadzeni goście uczestniczyli w wycieczce po Żuławach Gdańskich. Podczas podróży poznawali obiekty kultury i pamiątki historyczne związane z tym regionem naszego kraju w Trutnowach, Osicach i Cedrach Wielkich. W  Trutnowach poznali historię i  współczesność najstarszego domu


Kronika Oddziału Kociewskiego ZKP w Tczewie

221

podcieniowego na Żuławach z 1770  r., Daniel Kufel opowiedział o  głównych zabytkach Żuław Gdańskich i jego mieszkańcach. W Osiach pan Miśkiewicz przedstawił historię budowy swojego domu podcieniowego, który jest najmłodszą taką konstrukcją w okolicy. Ryszard Tomkowicz oprowadził po kompleksie bankietowo-konferencyjnym „Cedrowy Dworek” w Cedrach Wielkich. Zebranym zaprezentowano nowy numer „Tek Kociewskich”.

VIII Sesja Historyczna w Opaleniu Także 8 kwietnia nasze koło w Opaleniu zorganizowało coroczną sesję popularnonaukową. Spotkanie pasjonatów historii regionu w Opaleniu tradycyjnie prowadził Marek Kordowski – pomysłodawca sesji i animator działalności ZKP w  gminie Gniew. Na początku spotkania dokonał podsumowania trzyletniej działalności opaleńskiego koła ZKP, które swoimi działaniami obejmuje całą gminę. Wystąpienia poprzedził spektakl cienia pt. „O dziewczynie, która szukała wiosny”, w wykonaniu dzieci i młodzieży z  Opalenia, pod przewodnictwem Barbary Rajkowskiej. Następnie przyszedł czas na promocję dziesiątego zeszytu „Tek Kociewskich”, której dokonał redaktor naczelny dr Michał Kargul. Głównym punktem sesji była jednak prelekcja innego doktora z naszego grona, Krzysztofa Kordy, który zaprezentował zebranym życie ks. podpułkownika Józefa Wryczy. Rzecz jasna okazją do tego wystąpienia jest ukazanie się biografii naszego bohatera autorstwa dr. Kordy. Sesję tradycyjne zakończyły dyskusja i poczęstunek (z  którego zresztą opaleńskie spotkania słyną na całe Kociewie).

W pomorskich stolicach Druga sobota kwietnia była niezwykle pracowicie, bo poza dwiema sesjami, o których piszemy wyżej, członkowie naszego oddziału ZKP 8 kwietnia brali aktywny udział w spotkaniu Trójmiejskiego Klubu Kociewiaków w Gdańsku. Na zaproszenie prezesa Przemysława Kiliana w gdańskim Ratuszu Staromiejskim Jan Kulas przybliżał sylwetki pomorskich harcerzy (na kanwie swojej publikacji na ten temat), zaś Michał Kargul prezentował najnowszy zeszyt „Tek Kociewskich”.


222

Tomasz Jagielski, Michał Kargul

Jan Kulas z Przemysławem Kilianem przy stole prezydialnym Trójmiejskiego Klubu Kociewiaków

Natomiast miesiąc później, 15 maja w Toruniu, na V Toruńskim Kiermaszu Książki Regionalnej, zorganizowanym przez tamtejszy oddział ZKP,

Uczniowie z Suchego Dębu przy wystawie „Pomorze Nadwiślańskie”


Kronika Oddziału Kociewskiego ZKP w Tczewie

223

nie tylko prezentowaliśmy „Teki”, ale także uczestniczyliśmy w otwarciu kolejnej odsłony naszej wystawy „Pomorze Nadwiślańskie. Regionalizmy znad dolnej Wisły”, którą zaprezentował kolega dr Krzysztof Korda. Przygotowaliśmy ją w zeszłym roku, w ramach projektu Biblioteczne Spotkania Regionalne, z myślą prezentowania ją w kolejnych miesiącach w miejscowościach, gdzie aktywnie działa ZKP. Warto w tym miejscu nadmienić, że w ciągu roku wystawa prezentowana była najpierw w Tczewie (w kilku filiach MBP, a także w Bibliotece Pedagogicznej), w Toruniu w Bibliotece Uniwersyteckiej, w  Pelplinie w  tamtejszej bibliotece miejskiej, a  także w Suchym Dębie, w miejscowej Szkole Podstawowej. W planach są kolejne jej odsłony.

III Areopag Pelpliński Już po raz trzeci Zarząd Główny ZKP, we współpracy z Kurią Diecezji Pelplińskiej i  pelplińskim oddziałem Zrzeszenia, zorganizował konferencję poświęconą wątkom regionalno-kulturalno-duszpasterskim. W  tym

Biskup pelpliński Ryszard Kasyna i prezes ZKP prof. Edmund Wittbrodt w czasie obrad Areopagu


224

Tomasz Jagielski, Michał Kargul

roku, w dniach 12 i  13 maja w  Bibliotece Diecezjalnej w  Pelplinie, obradowaliśmy pod hasłem: „Dziedzictwo diecezji chełmińskiej na Pomorzu. 25-lecie reorganizacji struktur Kościoła Katolickiego w Polsce”. Jak w latach ubiegłych, członkowie naszego oddziału aktywnie zaangażowali się w obrady Areopagu, nie tylko jako zwykli uczestnicy. Kolega Krzysztof Korda pod koniec pierwszego dnia prezentował swoją książkę „Ks. ppłk Józef Wrycza (1884–1961). Biografia historyczna”, zaś dr Michał Kargul moderował jeden z paneli w dniu następnym.

Walne zebranie Oddziału W piątek 9 czerwca członkowie oddziału tczewskiego spotkali się na corocznym zebraniu sprawozdawczym Oddziału. Prezes oddziału Tomasz Jagielski przedstawił sprawozdanie z  działalności merytorycznej, zaś skarbnik Jacek Cherek omówił sprawy finansowe. Zarządowi pracującemu w składzie: Tomasz Jagielski, Damian Kullas, Michał Kargul, Jacek Cherek, Henryk Laga, Leszek Muszczyński oraz Zygmunt Rajkowski zebrani jednogłośnie udzielili absolutorium za pracę w  2016  r. W  drugiej części zebrania kolega Michał Kargul zaprezentował plany na drugą połowę roku, zwłaszcza związane z nadchodzącymi XI Nadwiślańskimi Spotkaniami Regionalnymi.

„Kociewiacy u Landowskiego” już po raz drugi! Tegoroczne XI Nadwiślańskie Spotkania Regionalne zainaugurowaliśmy już w sierpniu, po raz kolejny organizując, we współpracy z tczewską MBP, happening „Kociewiacy u Landowskiego”. 22 sierpnia 2017 r. minęła dziesiąta rocznica śmierci Romana Landowskiego, pisarza, poety i regionalisty związanego z Kociewiem. Podczas wspólnego spotkania „przy ławeczce” poety przypomniano dorobek urodzonego w Świeciu, mieszkającego w Tczewie i Czarnej Wodzie regionalisty. Wspólne odśpiewanie kociewskiego hymnu po raz kolejny było manifestacją kociewskiej tożsamości Tczewa. Następnie uczestnicy spotkania udali się do Miejskiej Biblioteki Publicznej, gdzie wysłuchali


Kronika Oddziału Kociewskiego ZKP w Tczewie

225

prelekcji Marcina Kłodzińskiego o dziejach „Kociewskiego Magazynu Regionalnego”. Prelekcja była wstępem do dyskusji nad przyszłością kwartalnika. Głos w  tej sprawie, poza przewodniczącym Rady Programowej profesorem Kazimierzem Ickiewiczem oraz doktorem Krzysztofem Kordą, szefem wydawcy oraz tczewskiej Biblioteki, zabierali m.in. Józef Ziółkowski, Grzegorz Woliński i Michał Kargul.

„Kociewiacy u Landowskiego”

Sesja poświęcona Tadeuszowi Mazowieckiemu Wraz z Miejską Biblioteką Publiczną, Europejskim Centrum Solidarności oraz Instytutem Pamięci Narodowej 5 września w tczewskiej książnicy przy ul. Dąbrowskiego 6 zorganizowaliśmy sesję pt. „90-lecie urodzin Tadeusza Mazowieckiego, pierwszego premiera wolnej Polski”. Celem spotkania było przybliżenie sylwetki i działalności pierwszego premiera wolnej Polski, działalności chwalebnej z okresu „Solidarności”, jak i bardziej wstydliwej z czasów jego zaangażowania w PAX-ie. Głównym prelegentem był biograf Tadeusza Mazowieckiego, pracownik krakowskiego IPN Roman


226

Tomasz Jagielski, Michał Kargul

Graczyk. Autor skupił się na drodze publicystycznej naszego bohatera, która pozwala śledzić przemianę przyszłego premiera, od wierzącego we  współistnienie komunistycznego państwa i  chrześcijańskiej postawy jego obywateli, przez posłowanie w Sejmie PRL, po działalność opozycyjną. Kontynuacją tego wystąpienia był referat Jana Kulasa, poświęcony roli Mazowieckiego w tworzeniu i wdrażaniu reformy samorządowej z 1990 r. i niejako na tym przykładzie charakteryzujący jego dokonania jako prezesa Rady Ministrów. Uzupełnieniem tych głosów było wystąpienie Adama Cherka z Europejskiego Centrum Solidarności, który wspominając własne spotkania z premierem Mazowieckim, przypominał jego ważną rolę jako jednego z liderów „Solidarności”.

Od lewej: Adam Cherek i Roman Graczyk w czasie sesji poświęconej Tadeuszowi Mazowieckiemu

Rajd rowerowy z Tczewa na Żuławy Kolejna odsłona Nadwiślańskich Spotkań Regionalnych miała miejsce 23 września, gdy przy współpracy ze Szkołą Podstawową w Suchym Dębie zorganizowaliśmy rajd rowerowy „Z Tczewa na Żuławy”. Celem rajdu, któremu przewodził sam prezes tczewskiego oddziału Tomasz Jagielski, było Ostrowite w gminie Suchy Dąb, gdzie tczewscy cykliści dołączyli do uczest-


Kronika Oddziału Kociewskiego ZKP w Tczewie

227

ników VI Rodzinnego Zjazdu Rowerowego, zorganizowanego przez wspomnianą już szkołę i razem spędzili ciekawe popołudnie na rowerowym pikniku. Uczestnicy rajdu otrzymali od organizatorów przydatne gadżety promujące aktywność rowerową. Patronat nad rajdem sprawował Zespół ds. polityki młodzieżowej Rady Naczelnej ZKP.

Kolega Michał Albiński wśród rowerzystów w Suchym Dębie

W czterysta lat po wojnie o ujście Wisły Kilkanaście dni później zainaugurowaliśmy popularnonaukową część tegorocznych Spotkań Nadwiślańskich. Inspiracją dla jej programu były obchody Roku Wisły oraz ważne rocznice wydarzeń z  okresu wojen polsko-szwedzkich w XVII w. Z tej okazji 6 września w  tczewskiej Bibliotece odbyło się spotkanie z dr. Radosławem Sikorą – badaczem historii husarii. Doktor Sikora m.in. pisał o bitwie pod Gniewem w 1626 r., zaś nieco wcześniejszej bitwie pod Lubiszewem, którą w 1577 r. stoczyły wojska zbuntowanego Gdańska i siły króla Stefana Batorego, poświęcił osobną książkę. Uczestnicy spotkania mogli być usatysfakcjonowani wiedzą, jak i  talentem oratorskim pochodzącego z Międzyborza historyka. Niezwykle plastycznie opowiadał on zebranym o roli i znaczeniu samej husarii, jak i o okołotczewskich wątkach


228

Tomasz Jagielski, Michał Kargul

z jej udziałem, czyli zwłaszcza bitwie lubiszewskiej z 1577 r., jak i tej tczewskiej pół wieku późniejszej. Spotkanie było zarzewiem do szerszej dyskusji o  polsko-szwedzkiej wojnie o  ujście Wisły, toczonej prawie czterysta lat temu, która odegrała także ważną rolę w dziejach Tczewa.

Mapa bitwy lubiszewskiej z 1577 r. (oprac. R. Sikora)

Radosław Sikora zaprezentował w czasie spotkania autorski plan bitwy pod Lubiszewem z 17 kwietnia 1577 r. Warto zwrócić uwagę na nieco

Dr Radosław Sikora w trakcie spotkania w Tczewie


Kronika Oddziału Kociewskiego ZKP w Tczewie

229

fantazyjne nazwy bliskich nam miejscowości (Mieszczyn, Lubieszów czy Śliwno), które niestety są efektem zbytniego zawierzenia niektórym źródłom z epoki.

Debata „Pomorze Nadwiślańskie” w Opaleniu Od  paru lat Nadwiślańskie Spotkania Regionalne wychodzą szeroko poza Tczew. W tym roku, poza rowerową wyprawą na Żuławy, gościliśmy także w Opaleniu. W sobotę 7 października w tamtejszym Domu Kultury, przy współpracy z  miejscowym Kołem ZKP, odbyliśmy debatę na temat dziejów krain Pomorza Nadwiślańskiego w  kontekście obchodzonego obecnie Roku Wisły. W debacie głos zabrało czterech panelistów. Michał Kargul przedstawił ogólny zarys roli „Królowej polskich rzek” w dziejach Pomorza Gdańskiego, zaś Marek Kordowski przedstawił związki z  rzeką ziem wokół Opalenia. Tomasz Jagielski skoncentrował się na podobnym aspekcie w kontekście Żuław, natomiast Leszek Muszczyński zwrócił uwagę na wpływ przełomowego rozwoju kolei w  XIX i  XX  w. na gospodarcze znaczenie Wisły. Głosy te były fundamentem dyskusji na temat dawnego znaczenia Wisły, jak i rozważań nad jej rolą w przyszłości, zwłaszcza w kontekście odbudowy jej znaczenia komunikacyjnego jako szlaku wodnego.

Organizatorzy debaty: członkowie koła ZKP w Opaleniu wraz z tczewskim wsparciem


230

Tomasz Jagielski, Michał Kargul

Wisła w kulturze Kociewia i Żuław W  sobotę 14 października w  tczewskiej bibliotece zorganizowaliśmy konferencję nt. „Wisła w kulturze Kociewia i Żuław”. Udział w niej wzięli znawcy tematyki. O  kulturze ludowej Kociewia mówił Przemysław Kilian, etnolog i  historyk, prezes Trójmiejskiego Klubu Kociewiaków. Wykład był niezwykle ciekawy, m.in. dlatego, że  pochodzący z  Gdańska badacz dokładnie przeanalizował, czym tak naprawdę jest dzisiaj kultura ludowa, i czy nazwa ta jest adekwatna do rzeczywistości. Z południa Kociewia do Tczewa przyjechała Anna Łucarz, finalizująca opracowywanie własnej rozprawy doktorskiej badaczka ze szkoły profesor Marii Pająkowskiej-Kensik z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Doktorantka opowiedziała zebranym, jak prezentuje się dzisiejszy stan gwary kociewskiej. Na podstawie własnych obszernych badań stworzyła niezwykle ciekawy opis gwary kociewskiej – jej przemian na tle badań sprzed kilkudziesięciu lat, popularności wśród potencjalnych użytkowników czy w końcu świadomości jej istnienia wśród mieszkańców Kociewia.

Jerzy Kornacki podczas omawiania kultury materialnej Żuław


Kronika Oddziału Kociewskiego ZKP w Tczewie

231

Trzecim prelegentem był Jerzy Kornacki, pasjonat historii i kultury żuławskiej, który na przykładzie domów podcieniowych przedstawił kulturę materialną Żuław. Jego wystąpienie okraszone bardzo dobrym materiałem zdjęciowym przybliżyło zebranym historię samych domów podcieniowych, jak i obecny ich stan. Ostatnim prelegentem był doktor Michał Kargul, który przedstawił zebranym wpływ Wisły na rozwój kultury Kociewia i Żuław.

Wisła w historii i kulturze Powiśla Wydarzenia konferencyjne tegorocznych Spotkań zakończyły się spotkaniem w Sztumie. W tamtejszym centrum kultury, wraz z Towarzystwem Miłośników Ziemi Sztumskiej, zorganizowaliśmy 20 października sesję popularnonaukową „Wisła w historii i kulturze Powiśla”. Spotkanie otworzył i  poprowadził prezes Towarzystwa Andrzej Lubiński. Jako pierwszy wystąpił miejscowy historyk Krystian Zdziennicki, który wygłosił prelekcję pt. „Wojna o ujście Wisły na ziemi sztumskiej”. Działania wojenne w latach 1626–1629 na terenie Powiśla miały niezwykle ważne konsekwencje dla przebiegu całej wojny. Prelegent skoncentrował się zwłaszcza na wydarzeniach z 1629 r., a konkretnie na stoczonej w czerwcu bitwie pod Trzcianem oraz zawartym we wrześniu tegoż roku rozejmie w Starym Targu.

Od lewej: Krystian Zdziennicki, Jakub Borkowicz, Henryk Laga oraz Michał Kargul w czasie sesji w Sztumie


232

Tomasz Jagielski, Michał Kargul

Drugą prelekcję wygłosiła etnolożka Aleksandra Paprot-Wielopolska, która opowiadała o dziedzictwie kultury ludowej Powiśla przed i po 1945 r. Z obszernej problematyki gdańska doktorantka skupiła się zwłaszcza na współczesnej recepcji różnych wątków kultury ludowej. Uczestnicy spotkania dowiedzieć się mogli o strojach świetlicowych tworzonych na współczesnym Powiślu, które wzorowane są na strojach ludowych, czy sięganiu po dawne tradycje sadownicze oraz receptury i przepisy kucharskie. Na zakończenie Michał Kargul zaprezentował zebranym najnowszy, dziesiąty zeszyt „Tek Kociewskich”. XI NSR mogły odbyć się w  tym  roku dzięki wsparciu finansowemu Województwa Pomorskiego, Miasta Tczew, Miasta i Gminy Gniew, Banku Spółdzielczego w Tczewie, a także Zarządu Głównego ZKP oraz współpracy z  Miejską Biblioteką Publiczną w  Tczewie, Szkołą Podstawową w  Suchym Dębie i Towarzystwem Miłośników Ziemi Sztumskiej.

Upamiętnienie jeńców austriackich Po raz kolejny z inicjatywy kolegi Krzysztofa Kordy na cmentarzu jeńców austriackich w  tczewskich Suchostrzygach, zmarłych na wskutek chorób w czasie wojny 1866 r., odbyły się uroczystości ku ich pamięci. Patronatem je po raz kolejny objął Konsul Honorowy Republiki Austrii w  Gdańsku Marek Kacprzak, który zaszczycił je  także swoją obecnością. Tradycyjnie wydarzenie to było wspólną inicjatywą Miejskiej Biblioteki Publicznej w Tczewie, Klubu Trsow, ZKP oraz Szkoły Podstawowej nr 8.

Finał konkursu „Moje miejsce na Ziemi…” Ostatnim elementem Spotkań było rozstrzygnięcie konkursu towarzyszącego XI NSR – Międzyszkolnego Kociewsko-Pomorskiego Konkursu Regionalnego „Moje miejsce na ziemi – moja miejscowość, mój region”, zorganizowanego wśród uczniów szkół wszystkich typów, we współpracy z Miejską Biblioteką Publiczną w Tczewie. Prace można było nadsyłać do  10 listopada. W  konkursie wzięło udział około stu uczestników. Jury, pod przewodnictwem kolegi Jacka Cherka, do ostatniego etapu eliminacji


Kronika Oddziału Kociewskiego ZKP w Tczewie

233

zakwalifikowało ponad sześćdziesiąt prac plastycznych i kilkanaście literackich. W kategorii literackiej, w której poziom był porównywalny do ubiegłorocznego (znowu wszystkie prace nadesłali gimnazjaliści) pierwsze miejsce przyznano Oliwii Tomasik – uczennicy trzeciej klasy gimnazjalnej z Suchego Dębu, kolejne zajęli gimnazjaliści tej samej placówki – Maksymilian Frąckowiak i Zofia Kazimierka. W kategorii plastycznej, która stał na bardzo wysokim poziomie, pierwsze miejsce przyznano Sarze Nowickiej ze  Szkoły Podstawowej nr  2 w  Nowem, drugie Marcie Banasik ze  Szkoły Podstawowej nr 1 w Trylu, zaś trzecie Marcelinie Jabłońskiej z Publicznej Szkoły Podstawowej w Bytoni. Uroczystość wręczenia nagród odbyła się na początku grudnia w Bibliotece Głównej MBP w Tczewie.

Najlepsze prace plastyczne zakwalifikowane do finału tuż przed decyzją jury

Skarbnica Kociewska – www.kociewie.net Pod koniec ubiegłego roku wystartował nasz nowy portal Skarbnica Kociewska, stworzony dzięki dotacji Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego i Województwa Pomorskiego, w  ramach projektu Bibliotecznych Spotkań Regionalnych. Portal łączy funkcjonującą do  tej pory Kociewską Bibliotekę Internetową oraz strony internetowej oddziału z dodatkiem edukacyjnym. Jego funkcjonowanie uroczyście zainaugurowaliśmy w Święto Kociewia, 10 lutego, gdy w czytelni Skarbnicy znalazły się


234

Tomasz Jagielski, Michał Kargul

już wszystkie elektroniczne wydania zeszytów „Tek Kociewskich” oraz szereg innych publikacji dostępnych do tej pory w KBI. Od tego czasu nasza cyfrowa biblioteczka systematycznie się powiększa. Zamieszczamy tam linki do funkcjonujących już w sieci publikacji bądź same publikacje. Pod koniec 2017 r., dzięki Skarbnicy można było przeczytać m.in. archiwalne i  aktualne numery czasopisma bratniego oddziału ZKP ze Zblewa „Moja Ziemia”, ukazującego się tuż przed wojną dwumiesięcznika „Kociewie” czy dotrzeć do  zamieszczonych przez wydawców e-wydań „Kociewskiego Magazynu Regionalnego” lub „Rydwana”, maszynopisu ciekawych prac Bożeny Ronowskiej czy Magdaleny Świerczyńskiej. W dziale edukacyjnym znalazły się już pierwsze scenariusze lekcji oraz materiały dydaktyczne dla nauczycieli. Uzupełnieniem tego są aktualności, wśród których prezentujemy zaproszenia i relacje z wydarzeń organizowanych przez ZKP.


Wojciech Szramowski

Sprawozdanie Toruńskiego Oddziału ZKP za 2016 r. Tradycyjnie, wspólnie z Komisją Historyczną Okręgowej Kujawsko-Pomorskiej Izby Lekarskiej w Toruniu, w siedzibie Komisji, oddział ZKP w Toruniu zorganizował 19 stycznia 2016 r. spotkanie noworoczne, na którym z  prelekcją „Fryderyk Chopin w  Toruniu” wystąpił dr Michał Targowski. Jak co roku zebranie zakończyło się wspólnym śpiewaniem kolęd i poczęstunkiem.

Uczestnicy spotkania noworocznego zorganizowanego wspólnie z Komisją Historyczną Kujawsko-Pomorskiej Okręgowej Izby Lekarskiej w Toruniu


236

Wojciech Szramowski

™ 30 marca odbyło się w Bibliotece Uniwersyteckiej w  Toruniu Walne Zebranie Sprawozdawcze członków oddziału, na którym przyjęto sprawozdanie Zarządu za 2015 r. ™ 9 maja 2016  r. w  Bibliotece Uniwersyteckiej w  Toruniu odbył się całodniowy IV Toruński Kiermasz Książki Regionalnej, współorganizowany przez toruński oddział ZKP, Bibliotekę Uniwersytecką w Toruniu oraz Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich funkcjonujące przy Bibliotece. Impreza została dofinansowana przez Gminę Miasta Toruń. W  IV Toruńskim Kiermaszu Książki Regionalnej wzięło udział 19 wystawców nie tylko z  województwa kujawsko-pomorskiego, ale również z pomorskiego, warmińsko-mazurskiego i łódzkiego. Na kiermaszu swoją bogatą ofertę publikacji regionalnych nie tylko na parterze, ale i na piętrze Biblioteki Uniwersyteckiej prezentowały wydawnictwa, muzea, biblioteki i fundacje, tj. Miejska Biblioteka Publiczna w Tczewie i jej sekcja wydawnicza Kociewski Kantor Edytorski, Towarzystwo Miłośników Torunia, Księży Młyn Dom Wydawniczy z Łodzi, Wydawnictwo Region z Gdyni, Fundacja Generał Elżbiety Zawackiej z Torunia, Wydawnictwo Zrzeszenia Kaszubsko­-Pomorskiego, Wydawnictwo Oskar Sp. z  o.o. z  Gdańska, Oficyna Wydawnicza „Retman” z  Dąbrówna, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Muzeum Ziemi Chełmińskiej w Chełmnie, Muzeum Ziemi Kujawskiej i Dobrzyńskiej we Włocławku, SOP Oświatowiec w Toruniu Sp. z o.o., Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna im. Juliana Prejsa w  Chełmży, Wydawnictwo Jasne, Muzeum Etnograficzne im. Marii Znamierowskiej-Prüfferowej w  Toruniu, Towarzystwo Naukowe w  Toruniu, Miejska Biblioteka Publiczna im. Aleksandra Janty-Połczyńskiego w Tucholi, Instytut Pamięci Narodowej Oddział w Gdańsku i Machina Druku z Torunia. Obecnych było także kilku autorów oferowanych książek. Na wysokim poziomie stały imprezy towarzyszące IV Toruńskiemu Kiermaszowi Książki Regionalnej. W trakcie Debaty Pomorskiej swoje zdanie na temat szeroko rozumianego Pomorza i pomorskości wypowiadali najwięksi znawcy regionu: Honorowy Prezes Instytutu Kaszubskiego prof. Józef Borzyszkowski, dyrektor Niemieckiego Instytutu Historycznego prof. Miloš


Sprawozdanie Toruńskiego Oddziału ZKP za 2016 r.

237

Debata Pomorska podczas IV Toruńskiego Kiermaszu Książki Regionalnej

IV Toruński Kiermasz Książki Regionalnej po raz pierwszy w Biblioteki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu

Řeznik i prof. Szczepan Wierzchosławski z  Instytutu Historii PAN. Uwagę uczestników kiermaszu przyciągnęły także promocje autorskie książek


238

Wojciech Szramowski

prof. Janusza Małłka, prof. Grzegorza Jasińskiego oraz dyskusja na temat promowanej książki Bożeny Stelmachowskiej „Rok obrzędowy na Pomorzu”. Rozmowa o publikacji toczyła się pomiędzy dyrektorem Muzeum Etnograficznego w  Toruniu dr. Hubertem Czachowskim i  Aleksandrą Paprot z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, która przygotowała drugie wydanie książki wybitnej toruńskiej etnograf prof.  Stelmachowskiej. Podczas kiermaszu rozdawane były ulotki z  programem imprez towarzyszących. Osobom, które podczas wydarzenia wypełniły ankiety rozdano ok.  40 egzemplarzy najnowszego numeru „Teki Kociewskie”.

Promocja książki Bożeny Stelmachowskiej „Rok obrzędowy na Pomorzu”

Czwarta edycja kiermaszu przyciągnęła 60,8% nowych uczestników, a pozostali wrócili do nas ponownie. Z ankiety przeprowadzonej podczas imprezy wynika, że  trochę więcej niż połowa jej uczestników mieszka w Toruniu (52,9%). Odsetek osób obecnych na wydarzeniu i zamieszkujących poza Toruniem wyraźnie się zwiększył w porównaniu z trzecią edycją kiermaszu – 11% z powiatu toruńskiego, 23,5% z województwa kujawsko-pomorskiego, 11,8% spoza naszego województwa. Świadczy to o  tym, że  impreza nabiera coraz bardziej regionalnego charakteru. IV Toruński


Sprawozdanie Toruńskiego Oddziału ZKP za 2016 r.

239

Kiermasz Książki Regionalnej bardzo dobrze lub dobrze oceniło 88% ankietowanych obecnych na wydarzeniu. Uczestnicy kiermaszu najlepiej ocenili ofertę wydawców (72,5%), następnie organizację Kiermaszu (47%) i imprezy towarzyszące (29,4%). Udział w  czwartej edycji Toruńskiego Kiermaszu Książki Regionalnej zadeklarowało 88% osób, które wypełniły ankiety podczas trwania imprezy. Relacja z kiermaszu ukazała się m.in. w programie informacyjnym Aktualności Toruńskie w  TVK Toruń i  na antenie studenckiego Radia Sfera z  Torunia. Nagrania telewizyjne wszystkich imprez towarzyszących kiermaszowi są dostępne na stronie internetowej TV UMK. Pokiermaszowe relacje ukazały się także na kilku stronach internetowych i w wielu postach na Facebooku. ™ 2 czerwca 2016 r. odbyło się walne zebranie sprawozdawczo-wyborcze członków toruńskiego oddziału ZKP. Po przedstawieniu i  przyjęciu przez zebranych sprawozdań z działalności Zarządu w latach 2013–2016 dokonano wyboru władz oddziału na kolejną kadencję. Obsada Zarządu i Komisji Rewizyjnej pozostała bez zmian. W składzie Zarządu znaleźli się: Michał Targowski, Wojciech Szramowski, Jan Wyrowiński, Maria Formela i Antoni Stark, a w Komisji Rewizyjnej: Urszula Zaborska, Piotr Lorek i Kazimierz Bryndal. Na delegatów oddziału na Walny Zjazd Delegatów ZKP wybrano natomiast Jana Wyrowińskiego i Marię Formelę. Na zebraniu jednogłośnie przyjęto uchwałą wniosek o  nadanie Janowi Wyrowińskiemu godności Honorowego Członka ZKP. Uchwałą zobowiązano także Zarząd do publikowania sprawozdań z działalności oddziału w czasopiśmie „Teki Kociewskie” oraz kontynuowania współpracy z  Komisją Historyczną Kujawsko-Pomorskiej Okręgowej Izby Lekarskiej w Toruniu. ™ W celu rozwinięcia współpracy z chełmżyńskim klubem „As-Pik”, 14 listopada 2016 r. w Barze Adaś w budynku Biblioteki Uniwersyteckiej w Toruniu, odbyły się warsztaty gry w „Baśkę”. Warsztaty przeprowadzili doświadczeni zawodnicy z klubu w Chełmży pod kierownictwem Henryka Zatorskiego.


240

Wojciech Szramowski

W imprezie udział wzięło dziewięć osób, w tym cztery z Oddziału Toruńskiego ZKP. Uczestnicy zachęcali organizatorów do kontynuacji warsztatów. ™ W Chełmżyńskim Ośrodku Kultury 27 listopada 2016 r. został przeprowadzony doroczny Turniej Czarnej Baśki o Puchar Kopernika. W otwarciu imprezy współorganizowanej przez oddział ZKP w  Toruniu uczestniczył przedstawiciel naszego oddziału. ™ Dwóch delegatów oddziału toruńskiego wzięło udział w  XX Zjeździe Delegatów ZKP w Gdańsku, który odbył się 3 grudnia 2016 r. W czasie obrad został poddany głosowaniu, zgłoszony wcześniej przez oddział w Toruniu, wniosek do  Zjazdu Delegatów o  nadanie Janowi Wyrowińskiemu godności Honorowego Członka Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Po laudacji, którą wygłosił prezes toruńskiego oddziału ZKP Michał Targowski, delegaci zagłosowali za przyjęciem uchwały. Reprezentanci oddziału wzięli również udział w  wyborach Prezesa ZKP, którym został prof. Edmund Wittbrodt. Przez większą część roku oddział toruński ZKP brał także udział w  przygotowaniu wystawy pt. „Pomorze Nadwiślańskie. Regionalizmy znad Dolnej Wisły”. Zdjęcia autora


Bogdan Wiśniewski

Rok 2017 w Oddziale Kociewskim ZKP w Pelplinie. O Kociewiu – artystycznie i naukowo Od  kilku lat, systematycznie, wzrasta zainteresowanie kulturą, obyczajami, przeszłością i  teraźniejszością Kociewia. Duża w  tym zasługa szkół, domów kultury i  placówek pozaszkolnych, a  także wielu instytucji i organizacji, w tym także turystycznych. Coraz częściej organizatorzy różnych wydarzeń z  powiatów: tczewskiego, starogardzkiego i  świeckiego podkreślają, że  odbywają się one na Kociewiu. Wzrasta świadomość przynależności do  tego regionu. Nie bez znaczenia są w  tym kontekście działania trzech (niestety tylko trzech!) oddziałów kociewskich Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Zrzeszeńcy z Tczewa, Zblewa i Pelplina mają swoich reprezentantów w  najwyższych władzach ZKP (Michał Kargul z Tczewa jest wiceprezesem ZKP, Tomasz Damaszk ze Zblewa członkiem Zarządu Głównego, zaś Krzysztof Korda oraz Jan Kulas z Tczewa, Aleksander Swobodziński ze Zblewa i Bogdan Wiśniewski z Pelplina są członkami Rady Naczelnej, a Piotr Kropidłowski ze Zblewa jest członkiem Naczelnego Sądu Koleżeńskiego). I tam starają się pilnować spraw kociewskich. Zasługi w  krzewieniu kociewszczyzny i  promowaniu małej ojczyzny mają także członkowie pelplińskiego oddziału ZKP, którzy od października 2016 r. działają pod kierunkiem zarządu w składzie: Bogdan Wiśniewski – prezes, Marzena Żmudzińska – wiceprezes, Helena Świtała – skarbnik, Elżbieta Wiśniewska i Mateusz Zieliński – członkowie Zarządu. Rok 2017 rozpoczęto tradycyjnym spotkaniem opłatkowo-noworocznym, na które – tak jak w latach ubiegłych – zaproszono kleryków Wyższego Seminarium Duchownego skupionych w Klubie Studentów Kaszubów „Jutrzniò”. Przybyli oni w strojach kolędników – kaszubskich gwiżdży. Na


242

Bogdan Wiśniewski

marginesie trzeba zaznaczyć, że współpraca z  instytucjami kościelnymi przebiega bez żadnych przeszkód. Przy ich wsparciu pelplińscy zrzeszeńcy inicjują wiele wydarzeń w biskupim mieście.

Gwiżdże z pelplińskiego WSD

Tak było m.in. z piątym już cyklem koncertów poetycko-muzycznych, które odbywają się w auli Biblioteki Diecezjalnej. „Poeci z Kociewia o wierze, nadziei i  miłości” to wspólny tytuł trzech spotkań, w czasie których prezentowano wiersze: Małgorzaty Hillar, Zygmunta Bukowskiego, ks. Tomasza Czapiewskiego, Andrzeja Grzyba, ks. Franciszka Kameckiego, Romana Landowskiego, Jana Majewskiego, ks. Janusza St. Pasierba. Sięgnięto także do twórczości obecnego bpa pomocniczego diecezji pelplińskiej Wiesława Śmigla, który w pierwszych latach kapłaństwa uprawiał poezję. Koncerty odbyły się w maju, we wrześniu i listopadzie. Każdy z nich poświęcony był innej cnocie teologalnej. Na widowni przedstawiciele różnych pokoleń, nie tylko z Pelplina (bywało, że i 200 osób!). Często swoich wierszy słuchali poeci (ks. bp Wiesław Śmigiel, ks. Franciszek Kamecki). Gościli także członkowie najbliższej rodziny poetów (Jana Majewskiego, Romana Landowskiego). W ten klimat spotkań kameralnych, rodzinnych – współgrający z  wartościami płynącymi z  tekstów poetyckich – wpisali się doskonale wykonawcy, zawsze znakomici. W  2017  r. wystąpili: Monika Janeczek-Toporowska (śpiewająca aktorka), Elżbieta Goetel (aktorka), Florian Staniewski (aktor). Towarzyszyli im instrumentalnie Sławomir Hoduń (gitara) i ks. Zbigniew Gełdon (piano), który jednocześnie śpiewał kilka tekstów do swoich kompozycji. Śpiewanie poezji to sztuka trafiają-


Rok 2017 w Oddziale Kociewskim ZKP w Pelplinie…

243

ca do słuchaczy, ale jednocześnie wymagająca od wykonawców sporego kunsztu. W Pelplinie – w czasie tych trzech wieczorów – śpiewano poezję do muzyki wspomnianego już Zbigniewa Gełdona, a także Sławomira Hodunia, Tomasza Gula, Radosława Ciecholewskiego, Mariusza Matuszewskiego, a więc kompozytorów w większości związanych z Kociewiem. Te spotkania z poezją i muzyką mają coraz liczniejszą i wierną publiczność. Zapewne będą we współpracy z  Biblioteką Diecezjalną organizowane w latach następnych.


244

Bogdan Wiśniewski

Koncert „Poeci z Kociewia o wierze, nadziei i miłości” Wykonawcy, organizatorzy i goście

Większość wydarzeń realizowanych przez Oddział Kociewski ZKP w Pelplinie dofinansowanych było w 2017 r. w głównej mierze przez władze samorządowe miasta i gminy Pelplin. Tak też było z drugim projektem, zatytułowanym „Wielcy ludzie małego Pelplina”. Związany był z ważnymi nie tylko dla Pelplina i Kociewia, ale także całej Polski rocznicami. W 2017 r. minęła 75. rocznica śmierci ks. bpa Konstantyna Dominika – Sługi Bożego, który był „nadzwyczajnie zwyczajny”; 110. rocznica urodzin i 35. rocznica śmierci ks. Bernarda Sychty – leksykografa, etnografa, pisarza, malarza, autora słownika kaszubskiego i słownika kociewskiego; 140. rocznica urodzin i  65. rocznica śmierci ks. Franciszka Sawickiego – filozofa, autora dzieła „Bóg jest miłością”; 140. rocznica śmierci Walentego Stefańskiego – pochodzącego z Wielkopolski działacza niepodległościowego i społecznego, księgarza i drukarza; 150. rocznica urodzin Oskara Hermańczyka – muzykologa, kompozytora, dyrygenta, organisty katedralnego. Tym postaciom znanym, mniej znanym lub zupełnie zapomnianym poświęcona była konferencja popularnonaukowa, która odbyła się 25 listopada 2017  r. Referaty wygłosili prof. Józef Borzyszkowski (Uniwersytet Gdański, Instytut Kaszubski), ks. prof. Janusz Szulist (Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu), ks. dr Krzysztof Koch (Wyższe Seminarium Duchowne w Pelplinie, dyrektor Biblioteki Diecezjalnej), ks. dr Łukasz Kątny (Wyższe Seminarium Duchowne w Pelplinie), dr Krzysztof Halicki (Archiwum Państwowe w Bydgoszczy), mgr Ryszard Szwoch (Towarzystwo Miłośników Ziemi Kociewskiej w  Starogardzie Gd.), mgr Seweryn Pauch (doktorant w  Instytucie Historii Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w  Bydgoszczy). Konferencja


Rok 2017 w Oddziale Kociewskim ZKP w Pelplinie…

245

cieszyła się sporym zainteresowaniem. Prestiżu dodali jej zapewne patroni honorowi (biskup Ryszard Kasyna, rektor WSD ks. prof. dr hab. Wojciech


246

Bogdan Wiśniewski

Pikor, prezes Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego prof. dr hab. Edmund Wittbrodt, burmistrz Pelplina Patryk Demski). Warto nadmienić, że przed konferencją w  kościele Bożego Ciała sprawowano mszę św. koncelebrowaną pod przewodnictwem ks. infułata Tadeusza Brzezińskiego, zaś jeszcze wcześniej spotkano się przy grobach „bohaterów” konferencji, którzy są pochowani na pelplińskich nekropoliach. Organizatorzy (obok pelplińskiego Oddziału Kociewskiego ZKP także Biblioteka Diecezjalna) mają nadzieję, że konferencja „Wielcy ludzie małego Pelplina” zapoczątkuje nowy cykl wydarzeń naukowych Pelplina. Wszak w  2018  r. kolejne rocznice, np. 25. rocznica śmierci poety ks. Janusza St. Pasierba. Projekt „Wielcy ludzie małego Pelplina” miał też swoją odsłonę adresowaną do młodzieży. Na początku października 2017 r. uczniowie klas siódmych szkół podstawowych, klas drugich i  trzecich gimnazjów oraz klas pierwszych liceów z  terenu miasta i  gminy Pelplin wyszli na ulice miasta, aby wziąć udział w  grze terenowej. Mieli do  wykonania zadania związane z życiem i działalnością bpa Dominika, ks. Sychty, ks. Sawickiego, Stefańskiego i  Hermańczyka. Byli na obu pelplińskich cmentarzach, w  Wyższym Seminarium Duchownym, Collegium Marianum, Bibliotece Diecezjalnej, Szkole Podstawowej nr  2 im. ks. bpa Konstantyna Dominika i Bibliotece Miejskiej im. ks. Bernarda Sychty. Forma nauczania historii poprzez aktywne uczestnictwo w  grze miejskiej jest niezwykle kształcąca i wychowawcza. Szczególnie sprawdza się wtedy, kiedy młodzi ludzie mają poznać dzieje swojej małej ojczyzny. Dla porządku podajmy, że puchar Burmistrza Pelplina zdobyła reprezentacja Zespołu Kształcenia i Wychowania nr 1, chociaż pozostałe drużyny nie były wiele gorsze. Trzeci projekt, zatytułowany „Wracamy do korzeni”, miał zupełnie inny charakter. Związany był z materialną (ale i symboliczną) stroną działalności pelplińskich zrzeszeńców, którzy bardzo często pojawiają się ze swoim sztandarem na uroczystościach zewnętrznych (głównie na Kaszubach). Byli tam często jedynym pocztem występującym w cywilnych ubraniach. Postanowiono więc – z pieniędzy uzyskanych w ramach projektu miejskiego – zamówić i zakupić stroje kociewskie (dwa kobiece, a dla chorążego pocztu męski). Przyniosło to już oczekiwane rezultaty. Na jednej z  uroczystości na Kaszubach stroje te wzbudziły powszechne zainteresowanie.


Rok 2017 w Oddziale Kociewskim ZKP w Pelplinie…

247

Podobnie było ze zmodyfikowanym sztandarem, na którym jego projektantka i wykonawczyni Zdzisława Gulgowska w  środku napisu „Oddział w  Pelplinie” wyhaftowała dodatkowy wyraz „Kociewski”. W  ten sposób pelplinianie „wrócili” do swoich korzeni. Kilka razy w roku – najczęściej wespół z jedną z pelplińskich książnic – organizowane są spotkania z  autorami książek, oczywiście tych, które w różny sposób związane są z Pelplinem, Kociewiem, Pomorzem. W styczniu 2017 r. odbyło się w Bibliotece Diecezjalnej spotkanie z Przemysławem Dakowiczem – poetą, eseistą, krytykiem literackim, pracownikiem naukowym Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Łódzkiego – autorem książki „Afazja polska 2”, której kilka rozdziałów poświęconych jest zbrodni dokonanej przez Niemców jesienią 1939  r. w  Pelplinie, Tczewie i  Szpęgawsku. Autor napisał bardzo ciekawą rzecz. Posiłkując się „Pelplińską jesienią” Alojzego Męclewskiego, dokumentami archiwalnymi, rozmowami ze znawcami tego tematu, ale przede wszystkim na podstawie swoistej wizyty studyjnej w miejscach zbrodni. Powstał niebanalny, na poły historyczny, na poły literacki i  poniekąd filozoficzny esej, z  oryginalnymi tezami.


248

Bogdan Wiśniewski

W czasie spotkania autor mówił o potrzebie napisania i kulisach powstania tej książki. Jej fragmenty czytała aktorka Monika Janeczek-Toporowska. Także w  styczniu 2017  r. zaprezentowano książkę „Alfabet pelpliński” pod redakcją piszącego te słowa. Tym razem w sali kominkowej przy kościele Bożego Ciała zebrała się tłumnie publiczność, która ciekawa była zawartości ponad stu haseł (od Apteki „Pod Orłem” do „Ziemi Pelplińskiej”), traktujących o  zabytkach, miejscach, instytucjach, wydarzeniach Pelplina. Tę nowatorską (przynajmniej na Kociewiu) publikację przygotowała grupa pasjonatów, zajmujących się na co dzień Pelplinem, jego bardziej lub mniej odległą przeszłością, jak i  teraźniejszością. Wszyscy bez mała autorzy są członkami ZKP (Bogdan Solecki, Jacek Hinz, Alicja Słyszewska, Andrzej Wolski, Elżbieta Wiśniewska, Bogdan Wiśniewski, Mateusz Zieliński), niektórzy z nich są ponadto przewodnikami. Hasła są zróżnicowane pod względem obszerności, języka, wyboru informacji. Obok haseł lakonicznych, zdefiniowanych stylem typowym dla encyklopedii, znajdują się terminy z dłuższą narracją. W sposób świadomy nie zachowano zasady ważności, przyjmując np.  że o  katedrze czy Biblii Gutenbega napisano wiele, zaś znacznie mniej np. o dworcu kolejowym, diabelskim kamieniu, secesyjnych kamienicach przy ul. Adama Mickiewcza czy… barze o  intrygującej nazwie „Ostry Róg”. Książka adresowana zarówno do  turystów, jak i  obecnych i  dawnych mieszkańców Pelplina rozeszła się nieomalże natychmiast. Postanowiono przygotować drugie wydanie, znacznie poszerzone. Obecnie jest ono w stadium opracowania redakcyjnego.


Rok 2017 w Oddziale Kociewskim ZKP w Pelplinie…

249

W kwietniu 2017 w siedzibie Miejskiej Biblioteki Publicznej odbyła się promocja książki poświęconej wybitnemu regionaliście kociewskiemu Janowi Ejankowskiemu. Ukazała się ona nakładem Instytutu Kaszubskiego w serii „Pro memoria”. Z czytelnikami spotkał się autor tej publikacji prof. dr hab. Józef Borzyszkowski. Z typową dla siebie swadą opowiadał o dokumentach, zebranych w książce i o życiu jej bohatera, określanego często mianem kociewskiego Stolema.

Spotkanie z prof. Józefem Borzyszkowskim

Członkowie pelplińskiego oddziału ZKP uczestniczą aktywnie w życiu swojego miasta. Często współorganizują wiele wydarzeń. Tak było np. z XXII Pomorskim Festiwalem Poetyckim im. ks. Janusza St. Pasierba, Jarmarkiem Cysterskim, Świętem Patrona Miasta, Światowym Dniem Kociewia, jarmarkami w  krużgankach dawnego opactwa cysterskiego (adwentowymi i wielkanocnymi). Dzięki sztandarowi są widoczni na wszystkich uroczystościach; państwowych i  religijnych. Organizacja na dobre wpisała się w krajobraz pelplińskiej społeczności. Jest dobrze identyfikowana. Pelplińscy zrzeszeńcy wyjeżdżają również na uroczystości organizowane przez inne oddziały ZKP, szczególnie te na Kaszubach. W 2017 r. byli m.in. w Łubianie, Brusach, Konarzynach, Kartuzach, a także w Zblewie i Tczewie.


250

Bogdan Wiśniewski

W listopadzie 2017  r. zrzeszeńcy skierowali do  Rady Miejskiej w  Pelplinie wniosek o ustalenie pierwszego po odzyskaniu niepodległości wojewody pomorskiego Stefana Łaszewskiego patronem roku 2018. Łaszewski – zgodnie ze swoją ostatnią wolą – został pochowany na miejscowym cmentarzu. Będzie więc kolejne pole do  działania dla członków pelplińskiego oddziału ZKP. Zdjęcia ze zbiorów autora


Michał Albiński

Hobby, pasja, a może sentyment… Mały fiat!!! Fiat 126 to samochód osobowy skonstruowany w zakładach Fiat, produkowany we Włoszech w latach 1972–1980, a w Polsce od 6 czerwca 1973 do 22 września 2000 r. Polska wersja licencyjna produkowana była przez Fabrykę Samochodów Małolitrażowych „Polmo” w  Bielsku-Białej oraz w  Tychach. Jego poprzednikiem był fiat 500, następcą fiat cinque­cento. Łącznie wyprodukowano 4 671 586 sztuk fiatów 126, z czego we Włoszech powstało 1 352 912 sztuk. W  Polsce wyprodukowano łącznie 3 318 674 sztuk fiatów 126, w Austrii 2069 sztuk. Przez wiele lat swojej świetności doczekał się bardzo wielu nazw potocznych i zwyczajowych zarówno w Polsce, jak i na świecie. W Polsce nazywany jest: „maluchem”, „małym fiatem”, „kaszlakiem”, „malczanem”, „malaczem”, i na wiele innych sposobów. W Albanii nazywany był „kikirez”, w Chorwacji i Serbii – „peglica” [żelazko], Słowenii – „bolha” [pchła], na Węgrzech określany był mianem „kispolszki” [mały polski], w Niemczech, Irlandii i Wielkiej Brytanii – „bambino” [dziecko], na Kubie – „Polaquito”, a w Chile – „bototo”. Natomiast w mojej rodzinie nazywany był „kukurydnikiem”, chociaż nikt nie wie dlaczego, a  moja 2-letnia córka nazywa go „manią”. Największą rolę w mojej fascynacji „maluchem” odegrał sentyment, sentyment do pierwszego fiata 126p zakupionego po zrobieniu prawa jazdy za własne pieniądze, bagatela, za całe 600 złotych. Było to niezawodne wozidło nabyte od  mojego przyjaciela, mechanika. Odpalało nawet w  największe mrozy, osiągało zawrotne prędkości, pokonywało potężne odległości i mieściło nawet 5 osób, pomimo widniejącego w dowodzie rejestracyjnym zapisu „4-osobowy”.


252

Michał Albiński

Ja i moje córki przy nabytym „maluszku” (fot. własne)

Moim największym i pełnym grozy przeżyciem z nim związanym była kontrola drogowa funkcjonariuszy policji z nieoznakowanego radiowozu, w gminie Przywidz, około czwartej rano w r. 2003. Kiedy to panowie radośnie stwierdzili, że  mogę być handlarzem niedozwolonych substancji, po wyjęciu z  auta każdego ruchomego elementu, po odsunięciu dywanika i wnikliwej kontroli potężnego bagażnika, funkcjonariusze przeprosili za pomyłkę, po czym odjechali, zostawiając mnie z maluchem i jego kilkudziesięcioma częściami. Oczywiście do dziś panów pozdrawiam za miłe spotkanie! Po dwóch latach wspólnego życia nadeszła pora rozstania się z  autem. Maluch został sprzedany na rzecz o kilka klas lepszego forda, ale to już inna historia. Żal było go sprzedawać, ale gdyby nie ta sprzedaż nie powstałaby  tęsknota, żal i  sentyment do  fiata 126. Po kilkunastu latach od  tamtych dni zrozumiałem, że  dla mnie jedynym, niepowtarzalnym i kultowym pojazdem był właśnie fiat 126. Rozpocząłem bezowocne po-


Hobby, pasja, a może sentyment… Mały fiat!!!

253

szukiwania. Niestety raz cena malucha przekraczała wartość nowego rodzinnego auta, drugi raz było wiele nieścisłości w dokumentach, a kolejnym razem okazało się, że  fiacik jest złożony z  kilkunastu innych. Aż w końcu nadszedł ten dzień i dzięki pomocy kolegi udało się znaleźć piękny czerwony okaz z 2000 r. Zadbany, czysty, niezniszczony i nieuszkodzony. A to chyba za sprawą właściciela z  dowodu rejestracyjnego urodzonego w 1931 r.! Po zakupie pierwsza przejażdżka, moje dzieci zachwycone, a ja dumny. Lato 2017 r. poświęcone było wielu naprawom, poprawkom i udoskonalaniu „kaszlaka”, a efekty tej pracy widać na fotografii. Niezapomniany był moment, kiedy fiat 126 bez zastrzeżeń przeszedł przegląd i został przerejestrowany. Obecnie odbywa wypady na małe zakupy i  wyprawy do  pracy oraz czeka na kolejny sezon letni, w którym planuję z dziećmi wyjazd na zloty fiata 126 i  oldtimerów. A  w  przyszłości zainspirowany podróżami fiatem 126 Arkadego Pawła Fiedlera…. może coś więcej???? Fiat 126 to szalona pasja z sentymentem, będę dzielił się dalszymi losami mojego malucha.


Tomasz Jagielski, Leszek Muszczyński

Szlakiem Czyngis-chana. Podróż do Kazachstanu i Kirgizji Mija piąta godzina lotu, gdy z okna samolotu ukazuje się ogromna świecąca plama świateł pośród bezmiaru ciemności. Tak nas przywitała, grubo po północy, stolica Kazachstanu – Astana. Pozostało jedynie tradycyjnie wypełnić postkomunistyczny relikt podróżowania, czyli tzw. kartę emigracyjną oraz spojrzeć rzetelnie pogranicznikowi w kamerkę, by po kilku minutach znaleźć się z  bagażem przed lotniskiem. Było późno w  nocy, udaliśmy się na przystanek nocnego autobusu miejskiej linii, by  po niespełna godzinnej jeździe przez oświetlone miasto znaleźć się na dworcu kolejowo-autobusowym. Naszym celem była bowiem Ałma-Ata, dawna stolica Kazachstanu. Na miejscu okazało się jednak, że biletów na pociąg już niestety nie ma. Niezrażeni tym niepowodzeniem udaliśmy się na dworzec autobusowy, z  którego rano wyruszyliśmy w  kierunku Karagandy. O  stolicy będziemy jeszcze pisać, dlatego pomińmy na razie o jej wszelkie rozważania, skupiając się na podróżowaniu po samym kraju. Kazachstan jest ponad osiem razy większy od Polski i liczy ok. 18 mln mieszkańców. W  większości zamieszkały jest przez Kazachów, lud ałtajski pochodzenia prototureckiego. Resztę populacji stanowią mniejszości, głównie rosyjska, lecz oprócz niej notujemy grubo ponad setkę innych, pośród których znajdziemy także Ukraińców, Niemców i  Polaków. Tych ostatnich Stalin w wyniku czystek etnicznych w latach trzydziestych XX w. osadził głównie na północy kraju. W  Kazachstanie oficjalnie obowiązuje dwujęzyczność kazachsko-rosyjska. Mieszkańcy swobodnie przechodzą pomiędzy obiema formami porozumiewania. Język rosyjski jako postkolonialny substrat językowy


256

Tomasz Jagielski, Leszek Muszczyński

na tym obszarze stanowi swoistą linqua franca. Sami Kazachowie nawet między sobą rozmawiają po rosyjsku, co sprawia, że  nie ma bezpośredniej bariery językowej pomiędzy różnymi narodowości tego kraju. Język rzutuje również na wyznanie religijne na tym obszarze. Przeważa dualizm islamsko-chrześcijański w  wersji sunnicko-prawosławnej. Islam Kazachów jest płynny, powierzchowny, w większości ludność jest ateistyczna, chociaż można spotkać kobiety noszące hidżab. Prawie 90 lat komunizmu w tym kraju w wersji bolszewickiej zrobiło bowiem swoje, a władze państwowe skutecznie walczą z  jakimkolwiek przejawem ekstremizmu muzułmańskiego. Pomimo różnorodności etnicznej i  systemu prezydenckiego (autorytarnego), na pierwszy rzut oka nie zauważyliśmy jakichkolwiek oznak konfliktów, czy to religijnych, czy też narodowościowych. Silną ręką władzę w kraju od prawie 30 lat sprawuje „słońce stepu” – prezydent Nursułtan Nazarbajew. Pomimo tak długiego okresu sprawowania rządów jego obecność na ulicach jest dyskretna i nienarzucająca się. Spotkać można „złote myśli” prezydenta na pomnikach, tudzież na sporadycznie występujących tzw. patriotycznych bilbordach. Jego imieniem nazywane są ulice oraz szkoły i placówki kulturalne. Prezydent Nazarbajew pomimo podeszłego wieku coraz częściej bierze urlopy, a  jego kadencja została formalnie przedłużona do  2020. Spekuluje się, że  po tym okresie jego funkcję przejmie córka Dariga, co umożliwiły zmiany konstytucyjne i plany przekształcenia formy rządów z  prezydenckich na parlamentarno-gabinetowych. Wszystko oczywiście ma zostać w rodzinie. Sam Nazarbajew zaczynał jako robotnik w  latach sześćdziesiątych, w kombinacie w karagandyjskim mieście Temyrtau. Tam mozolnie wspinał się po stopniach kariery partyjnej. Poparł reformy Gorbaczowa w 1989 r., za co został wybranym I sekretarzem, a dwa lata później, po upadku ZSRR prezydentem Kazachstanu. Dodatkowo czuł wsparcie rodaków, którzy przypomnieli mu, że  pochodzi z  tzw. starszego Żuzu (ponadplemiennej grupy polityczno-ustrojowej), swoistego podziału prototureckiego, zwanego inaczej ordami. Udało mu się skonsolidować kraj i uporządkować go gospodarczo, unikając przy tym znacznych wstrząsów społecznych i  gospodarczych. Wprowadza coraz częściej elementy kapitalistyczne, jednak


Szlakiem Czyngis-chana…

257

mentalność, biurokracja i postsowiecki model sprawowania władzy skutecznie hamują jej rozwój. Lokalna waluta tenge była wielokrotnie sztucznie utrzymywana w stosunku do dolara. Wszystko to jednak za cenę ręcznego sterowania państwem, przy pomocy oddanych prezydentowi ludzi. W oczach Zachodu uchodzi jednak za klasycznego satrapę środkowej Azji, który nie przestrzega wartości demokratycznych, kontroluje społeczeństwo, gospodarkę i media. Co kadencję otrzymuję ponad 90-procentowe poparcie. Ta rzeczywista popularność ostatnimi laty spadła, jednak możliwość podejmowania szybkich decyzji uniemożliwia koegzystencję z opozycją, a  średni i  niższy szczebel administracji jest w  całości uzależniony od niego w sposób patrymonialny. Kazachstan w r. 2015 należał do grona państw najbardziej skorumpowanych na świecie i  znajdował się na 123. miejscu na 168 państw. I  nie pomogły nawet oficjalne wywieszone na dworcach informacje o nieetyczności tego procederu, jak też komunikaty z głośników dworcowych, ażeby nie kupować od przydrożnych babuszek wszelkich produktów, w obawie o rzekomo złe warunki higieniczne tychże. Skandale – nie tylko korupcyjne – dotyczą też bliskiej rodziny prezydenta. Bohaterem największego z  nich był zięć (obecnie: b. zięć) prezydenta – Rachat Alijew, który zajmował się biznesem i piastował kierownicze stanowisko w służbach specjalnych na początku lat dwutysięcznych. Popadł w niełaskę przywódcy, musiał uciec, gdy zaczął mówić o swoich ambicjach politycznych i domagać się od teścia przejścia na emeryturę. W konsekwencji Nazarbajew zmusił córkę do rozwodu, a za byłym zięciem rozesłał listy gończe. Tenże napisał książkę „Teść chrzestny”, w którym zawarł informacje kompromitujące prezydenta Nazarbajewa (np. o jego wielożeństwie). W 2015 r. Alijewa aresztowano w Wiedniu, a niedługo po tym znaleziono go martwego w celi austriackiego więzienia. Według oficjalnej wersji było to samobójstwo. O tym, że prezydent trzyma krótko i dyskretnie swoje społeczeństwo, mieliśmy okazję przekonać się sami, będąc w Bałchaszu. To około 60-tysięczne miasto w trakcie naszego pobytu przeżywało uroczyście Dzień Metalurga (największy zakład w tym mieście). Właśnie odbywały się miejskie uroczystości, kiedy postanowiliśmy spożyć piwko na ławce w pobliżu plaży nad jez. Bałchasz. Pomni tego, że na obszarze postsowieckim można pić


258

Tomasz Jagielski, Leszek Muszczyński

lekki alkohol w miejscach publicznych, pod warunkiem kulturalnego jego spożywania, nie zauważyliśmy jak spod ziemi wyrósł patrol milicjantów. Było to o tyle dziwne, że nikt w mroku praktycznie nie pił piwa, chociaż sklep był pełen ludzi. Po chwili trójka dyżurnych przedstawiła się i zapytała, czy wiemy, że nie wolno pić tutaj alkoholu. Ja na to, że my „inostrancy” (obcokrajowcy) i nie wiedzieliśmy o tym fakcie. Na co on: „nieznajomość prawa szkodzi”. Mieliśmy jedynie wiedzę, że nie sprzedają tutaj alkoholu w godzinach 22–11, no ale koniak nie jest już przez nich uznawany za alkohol i można go dostać wieczorem w sklepie. Po wylegitymowaniu udaliśmy Greka, a jeden z nich uparcie chciał nam wręczyć mandat. Skończyło się tym, że daliśmy im po pamiątce z Polski, które zwyczajowo bierzemy w podróż w podzięce za pomoc (uwaga! pachnie „korupcją”). A sami milicjanci na odchodnym ostrzegli, że drugi raz nam nie odpuszczą. Faktycznie, kawałek dalej można było spokojnie na terenie do tego wyznaczonym coś zjeść i wypić przysłowiowe piwko. Tu dygresja: Kazachowie, mimo że są muzułmanami, nie stronią od alkoholu. Religię traktują jako sprawę osobistą, nieodgrywającą znaczącej roli. Lata komunizmu sprawiły, że społeczeństwo jest raczej powierzchownie religijne. Chociaż pojedyncze kobiety noszą hidżaby, to nie rzuca się to w oczy na ulicy. Tym samym obyczaje są tutaj raczej liberalne, a samo państwo jest republiką świecką. Prezydent Nazarbajew kreuje się szczególnie ostatnio, nomen omen, rzecznikiem równości, rozjemcą wszelkich konfliktów, ostoją „stabilności” w  tym regionie. Ostatnio przed wizytą w Polsce wypuścił nawet kilku więźniów politycznych, w tym po czterech latach lidera opozycji Władimira Kozłowa. Wydaje się jednak, że  mimo tego krucha jest jego pozycja i  po jego śmierci może dojść do chaosu. Kazachstan składa się, co prawda, z wielu narodowości, które na ogół spokojnie sobie żyją, chociaż zwłaszcza Rosjanie czują się lekko „dyskryminowani”. Na pewno nie można o tym powiedzieć religijnie czy językowo. Praktycznie w  kraju występuje bezproblemowa dwujęzyczność zarówno na ulicy, jak i w urzędach. Sam prezydent odbywa posiedzenia w języku Puszkina, a matki do dzieci mówią po rosyjsku, jak i kazachsku, co stanowi swoisty ewenement. Aby jednak zbliżyć Kazachstan do Europy, Nazarbajew zarządził, że do 2022 język kazachski ma przejść z dotychczasowej cyrylicy na łacinę. I kazał już językoznawcom


Szlakiem Czyngis-chana…

259

opracować formę i czas tego przedsięwzięcia. Miejscowym Kazachom jest to właściwie obojętne, młodzi i tak w coraz większym stopniu próbują rozmawiać nieudolnie po angielsku, ale póki co rosyjski jest górą. Blisko osiemdziesięcioletni prezydent kreuje się na człowieka młodego duchem. Uprawia sport, konkretnie golf, narciarstwo, lubi obcować z przyrodą, nie stroni od muzyki i poezji, przeredagował hymn narodowy, a jego umiejętności wokalne można usłyszeć na oficjalnej stronie prezydenta. Nakłania publicznie do uprawiania sportu, korzystania ze zdrowego trybu życia, ale jest to trudne w kraju, w którym używki są tak tanie. Papierosy kupuje się za grosze (przeliczając na złotówki, najtańsze od 1,5 do 3 zł), więc mieszkańcy powszechnie je palą. Alkohol podobnie nie stanowi problemu. Tutaj prędzej działa czynnik religijny niż wychowawczo-propagandowy, co w praktyce jest nieskuteczną formą jego zapobieganiu. Jak widać, obecność prezydenta, chociaż dyskretna, jest bardzo ważna dla tego kraju. W  r.  2010 prezydent Nazarbajew otrzymał od  parlamentu tytuł „Jełbasy”, czyli Lidera Nacji. Umożliwiło mu to nadanie „dożywotniego immunitetu” oraz nieskończoną liczbę kadencji. Dwa lata temu minęła już piąta kadencja jego urzędowania! Jest on ostatnim

Leszek Muszczyński z Kazachami


260

Tomasz Jagielski, Leszek Muszczyński

panującym przedstawicielem przywódców państw-założycieli po rozpadzie ZSRR w 1991  r. Wśród ludzi narasta jednak lekkie zniecierpliwienie oraz chęć zmian. O  czym wspomniał nam w  Ałma-Acie niejaki Rusłan, z  wykształcenia psycholog. Będzie to jednak trudne, bowiem za rządów Nazarbajewa wzrósł nie tylko poziom życia obywateli, ale także państwo zyskało prestiż na arenie międzynarodowej. Kazachstan uchodzi obecnie za najlepiej rozwinięte i najstabilniejsze państwo Azji Centralnej. Eksperci zaznaczają jednak, że równowaga opiera się na osobie prezydenta i jest krucha (śmierć 78-letniej głowy państwa może oznaczać polityczną walkę o schedę i i etniczno-regionalną dezintegrację państwa). Stabilności rządów Nazarbajewa nie pomaga również kryzys na rynku paliw. Samo paliwo jest tanie, nawet jak na warunki kazachskie. Przykładowo, benzyna 95 kosztowała ok. 1,80 zł, a w sprzedaży figurowała nawet etylina 80, przeznaczona dla starszych postradzieckich pojazdów wszelkiego rodzaju. Nam udało się wsiąść w Astanie do marszrutki jadącej do Karagandy, oddalonej ok. 300 km na południe od stolicy. Wsiadając do autobusu trzeba uważać, bo przed wyjściem z dworca od razu łapią podróżnych taksówkarze i krzyczą: „TAXI, sir, TAXI”. Pomimo zmiany czasu na 4+ w stosunku do czasu polskiego, zmęczeni dojechaliśmy w upalnym słońcu, podziwiając zaczątki stepu na południu. Miasto Karaganda nie obfituje specjalnie w  zabytki. To przeciętne 450-tysięczne miasto, znane z wydobycia węgla i miedzi. Znajduje się tu kombinat metalurgiczny i kopalnia węgla. Miasto jest stosunkowo młode, osadnictwo sięga lat pięćdziesiątych XIX w., chociaż samo uzyskało prawa miejskie w latach trzydziestych XX w. To tutaj ewakuowano część sprzętu górniczego po zajęciu przez Niemców Zagłębia Donieckiego w  czasie II wojny światowej. Można zwiedzić tutejsze Muzeum Minerałów, podobno najpiękniejsze w Kazachstanie. Przejść się ulicami miasta, zobaczyć „złote myśli” prezydenta Nazarbajewa na jednym z pomników oraz srebrną jurtę, której blask oślepia przechodniów. Nam udało się zobaczyć na jednej z  ulic niezwykłego cudaka, który czekał w  prawie 40-stopniowym upale na przystanku autobusowym, będąc ubranym w historyczny strój tatarski. Możecie sobie wyobrazić, że zrobiło się od razu zimno w ten upalny dzień? Po obiadku, którym była tamtejsza popularna potrawa, zwana lagmanem, udaliśmy się w kierunku Bałchaszu.


Szlakiem Czyngis-chana…

261

W tym miejscu nieco dygresji o  samej kuchni środkowoazjatyckiej. Wspomniany wyżej lagman to nic innego, jak gęsta zupa z baraniną lub wołowiną. Jest stałym punktem w menu wschodnich restauracji. Znana jest nie tylko najbliżej nas, na Krymie, ale niemal we wszystkich krajach Azji Wschodniej. Podstawę sztuki kulinarnej Kazachstanu i obszarów do niego przyległych stanowi mięso. Kazachowie nie stronią też od aromatycznych przypraw, podkreślających smak potraw. Współczesna sztuka kulinarna kraju u  wybrzeży Morza Kaspijskiego, to mieszanka smaków wszystkich grup etnicznych zamieszkujących stepowe równiny, dziką tajgę i  niskie pasma górskie. Podstawową bazą kulinarną tego kraju jest mięso, głównie baranina lub wołowina. Tak więc dla potencjalnych wegetarian menu raczej nieprzyjazne, co nie znaczy, że nie jest pozbawiony owoców czy warzyw. Popularne są wszelkiego rodzaju manty, czyli pokaźnego rozmiaru pierogi z mięsnym nadzieniem. Ich kształt przypomina nieco sakiewkę na monety. Tradycyjne danie mączne pochodzenia środkowoazjatyckiego i kaukaskiego gotowane jest w specjalnie do tego przeznaczonym parowarze. Manty serwuje się na dużym talerzu, w  asyście pikantnego sosu, który doskonale komponuje się z  wyrazistym mięsem. Farsz z  baraniny lub wołowiny można zastąpić masą ziemniaczaną, połączoną z miąższem dyni, cebulą, masłem i  ostrymi przyprawami. Wersja wegetariańska jest jednak zdecydowanie mniej popularna wśród zwolenników tradycyjnej kuchni kazachskiej. Istotą tej potrawy jest twarde, dobrze rozwałkowane i nierozgotowane ciasto oraz soczyste nadzienie pełne głębokiego aromatu. Manty jada się gorące w formie przystawki lub głównego dania. Warto wspomnieć jeszcze o  jednej potrawie, a  mianowicie beszbarmaku. To właśnie na niego czekałem prawie 45 min, zamawiając go już w drodze powrotnej w astańskiej restauracji. Uświetnia on ważne uroczystości, wesela i  spotkania rodzinne w  dużym gronie, zaś jego głównym składnikiem jest baranina lub konina gotowana w jednym garnku z makaronem w kształcie szerokich plastrów. Nazwa dania spożywanego niegdyś przez Kazachów, Kirgizów, Tatarów i Baszkirów zamieszkujących Środkową Azję, pochodzi od  sposobu konsumowania tej potrawy. Beszbarmak je się palcami, bez użycia sztućców. W parze z makaronem lub kluskami tradycyjnie serwuje się barani lub koński łeb, który uprzednio oczyszcza się z sierści i krwi. Kuchnia kazachska jest bardzo ekonomiczna – tubylcy


262

Tomasz Jagielski, Leszek Muszczyński

nie marnują żadnej partii mięsa użytej do przygotowania potrawy. Potomkowie koczowniczych ludów tureckich, kultywujący dawne zwyczaje, troszczą się o świeżość produktów. Prawdziwy beszbarmak powstaje z barana ubitego w dniu planowanej wieczerzy. Wywar przyrządzany z mięsnej części dania można urozmaicić wołowiną, marchewką i cebulą pokrojoną w  kostkę oraz drobno posiekaną natką pietruszki. Smak baraniej głowy jest bardzo intensywny, dlatego po tak obfitej uczcie przyjezdnym zaleca się skosztowanie lokalnego alkoholu lub napojów wyprodukowanych na bazie mleka. Ja, co prawda, nie widziałem końskiego łba i nie jadłem palcami, lecz widelcem, niemniej jednak jak na wykwintność wydawał się mdły, a niedogotowane mięso ciężką się przeżuwało. Jeśli zaś chodzi o alkohole, to nie sposób nie wspomnieć kumysu czy szubatu. Kumys powstaje wskutek fermentacji alkoholowej cukru mlecznego. Ma nieklarowny, biały kolor i charakterystyczny kwaskowaty smak. Dawniej orzeźwiał podniebienia koczowniczej ludności o  kazachskim, mongolskim, kirgiskim, tatarskim lub baszkirskim pochodzeniu. Dziś ten musujący alkohol przyrządzany z  mleka klaczy stanowi niebywałą gratkę dla turystów spragnionych oryginalnych trunków. Kuchnia kazachska wykształciła jeszcze jeden specyfik podobny składem do kumysu. Szubat wytwarzany jest ze sfermentowanego mleka wielbłądzicy. Niekiedy oba te napoje przygotowuje się z  mleka jaka, osła, owcy lub krowy. Tubylcy wierzą w  lecznicze właściwości swoich produktów regionalnych. Kumys zawiera bowiem witaminy z grupy A, B1, B2, B12, D, E i C. To też jedyny rodzaj alkoholu dozwolony muzułmanom, którzy spożywając go nie naruszają praw zapisanych w  Koranie. Wśród piw można wymienić następujące gatunki: „Ałma Ata”, „Karagandyjskie” czy „Beczkowe”. Z  reguły są to lekkie piwa, które w surowym klimacie doskonale gaszą pragnienie. Tak więc, po posileniu się wyruszamy w drogę przez Pogórze Kazachskie, półpustynie i  step kazachski, który jest niejako znakiem firmowym tego kraju. To właśnie ze  stepu, rozciągającego się od  Ukrainy, po południową Rosję, Kazachstan, aż do Mongolii, wywodzą się pasterskie ludy pochodzenia tureckiego. Z pobratymczymi Turkami, Azerami, Turkmenami, Kirgizami łączy je nie tylko wspólna religia muzułmańska oraz zbliżony język. Step to nie tylko forma roślinności całkowicie pozbawiona drzew, charakteryzująca niczym bezkresne morze, płaskim po horyzont krajobra-


Szlakiem Czyngis-chana…

263

Prezes oddziału Tomasz Jagielski

zem. Step to także sposób kazachskiego myślenia, który w przeszłości zagrażał naszej części Europy w postaci najazdów Turków, Tatarów i innych plemion. Latem na stepie jest gorąco, chociaż wiatr łagodzi upał, zimą zaś panują siarczyste mrozy. Ten z pozoru martwy teren okazuje się pełen życia. Można przy odrobinie uwagi zauważyć: pasikoniki, szarańcze, świstaki, susły, nornice, a z ptaków: pustułki, sokoły, orły, kuropatwy, cietrzewie. Z większych zaś zwierząt: osły, dzikie konie, a nawet hodowlane wielbłądy. Gdzie są zwierzęta, są i ludzie. Bezkresny i płaski teren bez granic musiał wśród ludów ałtajskich kształtować ich umysł społeczny i wyobrażenie o  świecie. Pierwszymi formami organizacji społeczno-politycznych były tzw. ordy, co w wolnym tłumaczeniu należałoby przetłumaczyć jako „namiot władcy”. Po określonym czasie pobytu była ona przemieszczana wraz z dworem w inne miejsce. Pierwsze ordy w zapiskach europejskich figurują już od XIII w., chociaż zapewne ich etymologia jest starsza. Znamy więc: Wielką Ordę mongolsko-tatarską, Złotą Ordę, Białą Ordę, a także późniejsze Ordy Nogajskie i Kałmuckie. Równolegle w obiegu funkcjonowała nazwa państwa jako „ułus”, np. Dżodżiego czy Ugedeja. W ordy łączyły się poszczególne klany rodzinne, które w  ten sposób zabezpieczały swoje


264

Tomasz Jagielski, Leszek Muszczyński

pastwiska. Z czasem jednak niektóre klany wypierały inne na niekorzystne ziemie, wpędzając je  w  trudne położenie egzystencjalne. Nie widząc możliwości odzyskania pastwisk, pokonani zaczęli grabić swoich dotychczasowych wrogów, łącząc się w coraz większe ordy. W ten sposób, żyjąc z łatwiejszej grabieży, wykształcił się tam system cywilizacyjny, zwany turańskim. Bazował on głównie na systemie wojskowo-militarnym. W  taki sposób wykształciło się w  XIII  w. imperium Czyngis-chana, jedno z  największych imperiów w  historii, do  którego przynależały ziemie kazachskie. To właśnie ich pobratymcy najeżdżali ziemie polskie oraz Ukrainę już od XIII aż po XVII w., pustosząc i znacząc krwią kresy wschodnie I Rzeczpospolitej oraz paląc ogniem miasta, wsie i porywając w jasyr kobiety, dzieci i mężczyzn. Obecnie to już historia, a koczowniczy tryb życia Kazachowie zamienili na osiadły. Narzucające się refleksje niepostrzeżenie towarzyszyły naszej podróży autobusem przez step, w  drodze z  Karagandy do  Bałchaszu. Autobus wypchany po brzegi podróżnymi, obłożonymi tobołami tubylcami, zatrzymywał się od  czasu do  czasu, niczym karawana na pustyni. Nie było jednak gołosłowne, gdyż na każdym z nich wysiadały osoby, które jakimś cudem „szukały minionego czasu” na tym pustkowiu. Szczególnie zapadł nam w pamięci postój na jednej z takich „oaz” rozsypanych pośród kazachskiego stepu. Przypominał on bowiem skrzyżowanie miasteczka westernowego z  „pustynną oazą”. Stara stacja benzynowa z  lewej strony placu postojowego, z  prawej sklep, pośrodku „sławojka” dla obojga płci z dołem kloacznym. Nad wszystkim tym czuwały jednak duchy przodków kazachskich, spoczywających na malowniczych cmentarzykach rozsianych wzdłuż trasy, mówiąc milcząco „szczęśliwej drogi”. Odległości w tym ośmiokrotnie większym od Polski kraju są dla Europejczyków niebotyczne. Sam odcinek od Astany do Ałma-Aty liczy niewiele ponad 1000 km. Poczucie odległości jest jednak subiektywne. To, co dla nas jest bowiem krótkim dystansem, dla kogoś innego może okazać się długim odcinkiem podróży. O ile w Europie mamy krajobraz zróżnicowany, a i gęstość zaludnienia jest większa, to w Kazachstanie krajobraz wydaje się nie mieć końca. Tym samym skraca się poczucie dalekiej odległości do  minimum. Odnosi się wrażenie, że 300 km było odcinkiem zaledwie 30-kilometrowym.


Szlakiem Czyngis-chana…

265

Wszędzie spotykaliśmy się z miłym przyjęciem

Wreszcie po kilkugodzinnej podróży docieramy do ok. 60-tysięcznego miasta Bałchasz, które znajduje się nad jeziorem o tej samej nazwie. Jezioro jest zbiornikiem bezodpływowym, którego wody zasila kilka rzek, w tym największa Ilia. Niesie ona masy słodkiej wody z masywu górskiego Tien-szan. Głębokość tego akwenu wynosi średnio ok.  6 m, zaś długość ok.  600  km,


266

Tomasz Jagielski, Leszek Muszczyński

natomiast powierzchnia ok 16 tys. km2. Tak więc, praktycznie nie widać drugiego brzegu jeziora. Ewenementem tego akwenu jest fakt, że mniej więcej połowę stanowią wody słodkie, a połowę słone. Przyczyną tego stanu rzeczy jest przewężenie jego szerokości w połowie długości akwenu, co z kolei utrudnia wymianę wód pomiędzy obiema jego częściami. Największym ośrodkiem miejskim, nad którym leży jest Bałchasz, który stanowi ośrodek przemysłu wydobywczego. W jego granicach znajduje się kombinat metalurgiczny. Ośrodek wydobywczy miedzi i molibdenu. Ponadto węzeł kolejowy, port lotniczy, port rybacki. Miasto jest stosunkowo młode, powstało w  r.  1928. Gdyby nie jezioro to nie byłoby wzmianki na jego temat. Nam udało się akurat trafić na święto miasta, czyli Dzień Metalurga. Mieszkańcy miasta zgromadzili się tłumnie na promenadzie, by się polansować i wysłuchać występów młodzieżowych zespołów. Nosili nawet wieczorem maseczki chroniące przed pyłem, który niewidzialnie opadał na całe miasto, bowiem nawet w święto kombinat cały czas pracował ku chwale narodu. Miejscowa ludność stała przed sceną i z poważnymi minami słuchała kazachskich i rosyjskich przebojów dyskotekowych. Nazajutrz udaliśmy się na miejscowy bazarek, by spożyć wspomnianego lagmana, kiedy spotkaliśmy miejscowych, którzy opowiadali nam o życiu w tym mieście. Sami też wypytywali się o powody naszego przyjazdu do Kazachstanu, bez względu, czy to Rosjanin, czy to Kazach? Tak więc byli i kazachscy geolodzy, pracownik miejscowego kombinatu metalurgicznego oraz dwie Rosjanki. To one namówiły nas na plażowanie poza miastem na terenie tzw. przysiółka „bazy oddycha Barkowskoje”, gdzie miejscowi chętnie odpoczywają. Borkowskoje to żwirkowata plaża, której towarzyszy sieć budek z jedzeniem i piciem oraz kilkoma pensjonatami, głównie dla Rosjan i Chińczyków. Nie brakuje też i miejscowych Kazachów. Woda w Bałchaszu jest lazurowa, niczym w Morzu Lazurowym, i ciepła. Aż dziwne. Gdyby nie tak daleko od Europy, byłoby tutaj tłumy gości ze Starego Kontynentu. A tak, głównie miejscowi! Sporo ludzi handluje miejscową rybą. Czas jednak zbierać się i  ruszać w  drogę. Po przybyciu na dworzec autobusowy okazało się jednak, że  nie ma już miejsc na autobus do  Ałma-Aty. No i trzeba było udać się poza miasto, aby „złapać” jakąś okazję. Ale… nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki temu mogliśmy obejrzeć znacznie ciekawszą część tego kraju. (Dla podróżujących w tam-


Szlakiem Czyngis-chana…

267

te strony informacja: w okresie letnim, jeśli nie kupi się biletów wcześniej, to można nie dojechać pociągiem na czas. Na dworcach wyświetla się na tablicy odjazdów informacja o ich dostępności). Na rogatkach udało się nam złapać terenówkę, którą prowadził niespełna 30-letni Assył. Młody chłopak, z  wykształcenia prawnik, przynajmniej tak się określał, jechał z rodzinnego Bałchaszu do gospodarstwa hodowlanego oddalonego od tego miasta, gdzieś na stepie o około 100 km w  kierunku na południe na Saryszagan. Mijając pogórze, pustynie i  step oraz w dali majaczący miraż rozgrzanego powietrza, które wirowało w oddali, dotarliśmy do jego „hacjendy”. Stanowiła ona zespół dwóch budynków: mieszkalnego zbudowanego z pustaków i blachy falistej oraz niekompletnej obory, w której trzymał swojego konia. Właśnie oczekiwał na ekipę wiertników, którzy kopali mu studnię. Przywitał nas jego dziadek, kobieta i jego pomocnicy Kostia i jeszcze dwóch ludzi, w tym jeden pastuch. Assył oprowadził nas po swoim gospodarstwie, dał pojeździć konno oraz postrzelać z ostrej broni do puszki. I udało nam się trafić bez pudła do puszki za pierwszym razem. Broń była mu potrzebna do odstraszania drapieżników, które polowało na grupę ponad setki baranów. Koń natomiast służył jego pastuchowi do pilnowania stada. Mogło ono bowiem paść się nawet pięć kilometrów od  miejsca postoju. Mięso z  tego chowu odsprzedawał dalej na rynek wewnętrzny. Jednym słowem, kilkadziesiąt kilometrów, a  czuliśmy się jak na Dzikim Zachodzie, a  raczej Dzikim Wschodzie. Po zwiedzeniu jego posiadłości udaliśmy się na krótki poczęstunek z pączków, konfitur oraz tak gęstego masła, że można było łyżeczkę do herbaty włożyć w nie i prosto stała. Wymieniliśmy kontakty, rodzina Assyła pomodliła się na koniec za naszą podróż i wróciliśmy z Kostią terenówką na nasz szlak podróżniczy. Długo nie czekaliśmy, gdyż właśnie zatrzymał się kolejny „paputczik”, czyli kazachski Dieter Bohlen. Jego samochód miał kierownicę nietypowo z  drugiej strony. Prychając i  gestykulując, pytał się ciągle czy mamy polskie pieniądze. A  ile co  kosztuje? Zapytał, czy chcemy zobaczyć jego połów. Oficjalnie był rybakiem, ale łowiąc ryby harpunem, równie dobrze mógł być kłusownikiem. Jechał do  Saryszagan, bagażnik miał po brzegi wypełniony rybami różnego gatunku. Zaproponował, żebyśmy stanęli i zrobili sobie z nim zdjęcie z jego „zdobyczą z jeziora Bałchasz”.


268

Tomasz Jagielski, Leszek Muszczyński

Autorzy (od lewej) Leszek Muszczyński i Tomasz Jagielski

„Dieter Bohlen” wysadził nas przed dworcem w centrum 5-tysięcznego miasteczka Saryszagan. Znajduje się ono nad samym jeziorem Bałchasz i jest ważną stacją kolejową oraz niedalekim poligonem radzieckim, skąd wystrzeliwano pociski 53T6 nazywane przez NATO Gazelle, czyli gazela. Po raz kolejny brak było biletów na pociąg do Ałma-Aty, więc zmuszeni byliśmy czekać na autobus. Przez ten czas podziwialiśmy przed miejscowym sklepem pojawiające się na ulicach tego miasteczka żywe zabytki motorowe. Udało się też porozmawiać z miejscowym Kazachem, który służył w latach osiemdziesiątych w Polsce w Armii Radzieckiej na poligonie w Świętoszowie. I z nostalgią wspominał tamtejsze czasy. Tak umilając sobie rozmowę, omal nie zauważyliśmy autobusu jadącego do Ałma Aty. Jeszcze tylko próba podarowania nam dużej wędzonej ryby przez tutejsze babuszki i znaleźliśmy się w środku pojazdu. Zaduch spoconych ciał mieszał się ze skwarem i kurzem, który wchodził przez luk w  dachu autobusu. Ciężkie i  okropne zasłony próbowały zatrzymywać promienie słoneczne. I znowu przed nami jazda ok. 500 km. Widok za oknem nie zmieniał się aż do końca podróży. Najciekawsze były postoje pośród stepu. Wieczorem oświetlone niczym małe XIX-wiecz-


Szlakiem Czyngis-chana…

269

ne miasteczka, znane z prerii amerykańskich, przypominające połączenie straganu, sklepiku z zajazdem. Nocą sprawiały na tym pustkowiu wrażenie mirażu lub latarni morskiej. Na miejscu można się jednak posilić, coś zjeść i wypić oraz umyć się w prymitywnej umywalce. Co jakiś czas pojawiały się na drodze nowe auta osobowe i ciężarowe. Wreszcie po 500 km docieramy w nocy do Ałma-Aty. Ta dawna stolica Kazachstanu leży pięknie położona na zboczach kazachsko-kirgisko-chińskiego łańcucha górskiego Tienan-Szen. Miasto liczy ok. 1,5 mln mieszkańców. Do r. 1993 nosiło nazwę Ałma-Ata, a obecnie Ałmaty. Powstało na dawnym Jedwabnym Szlaku jako twierdza rosyjska „Wiernyj” w połowie XIX w., kiedy wokół niej zamieszkało z czasem ok. 10 tys. mieszkańców. W r. 1998 zostało pozbawione przez prezydenta Nazarbajewa stołeczności na rzecz Astany, położonej od niej 1000 km na północ. Miasto kilkakrotnie ubiegało się bezskutecznie o kandydaturę do Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Jakby na osłodę zimą tego roku było gospodarzem 28. zimowej Uniwersjady. W r. 2011 otwarto tam pierwszą linię metra. Metro, tak charakterystyczne dla dużych miast, ma jeden ewenement. To chyba jedyny przykład, gdzie otwiera się tak późno, bo o  6.30. Natomiast jest zamykane krótko przed północą. Nam udało się jechać w obu tych porach dnia. I ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że tak mało ludzi w godzinach pracy, jak w tym metrze, to chyba nigdzie nie widzieliśmy. Godziny otwarcia metra powodowały czasem przykre perturbacje. Rano, pomimo wczesnej pory, prawie nie zdążyliśmy na marszrutkę do Biszkeku, zaś w godzinach nocnych powrót do hostelu pieszo może się przedłużyć. W mieście jest sporo architektury postsowieckiej oraz współczesnych dawnych budynków rządowych oraz wieżowców hotelowo-biznesowych. Układ prostopadłych ulic sprawia, że wbrew pozorom można się pogubić. Wśród zabytków można wymienić Sobór Wniebowstąpienia Pańskiego z  r.  1907 oraz może nie do  końca, ale najnowszy główny meczet miasta. Nad miastem góruje góra Kok Tebe, z której można podziwiać całe miasto na tle gór, razem z wierzą telewizyjną. Można na nią dostać się pieszo lub kolejką linową. U góry mamy park rozrywki. Naszą uwagę przykuła tablica z listą gości prezydenta, którzy odwiedzili to miejsce. Wśród nich znaleźli się m.in.: francuski aktor Depardieu, czeczeński prezydent Kadyrow, Steven Seagal, Włodzimierz Putin itd.


270

Tomasz Jagielski, Leszek Muszczyński

Miasto jest na ogół czyste, a szczególną uwagę budzi falej. To nic innego jak wypływająca z  gór w  dół woda, która płynie w  korycie przypominającym rynsztok. Nic więc dziwnego, że łatwo pomylić go ze zwykłym ściekiem. Jak to na postsowieckim wschodzie bywa, ulica ma swój swoisty zapach. Smrodek z  kanalizacji miesza się z  kurzem oraz zapachami lokalnych specjałów. Szczególnie wyczuwalne jest to np. na zielonym bazarze w pobliżu dworca Sayahat. Jak na warunki kazachskie, jest ono zielone. Skwery, a zwłaszcza ulice są ukierunkowane jak w USA pod kątem prostym. W Ałma-Acie pojęcie w górę czy w dół jest pojęciem względnym. Określenie „ulica w górę” oznacza na południe, a „ulicą w dół” – na północ. Od południa miasto oparte jest bowiem o góry Tien-Szan, przez co w skali mikro może przywoływać na myśl nasze Zakopane. Dawna stolica Polski to ośrodek kulturalny i naukowy. W mieście tym jest kilka muzeów: w tym państwowe oraz historii miasta. Infrastruktura noclegowa wydaje się być w  miarę nowa oraz ogólnie dostępna na każdą kieszeń i  pomyślana zapewne z  powodu starań się Ałma-Aty o  zorganizowanie światowych imprez sportowych. Z miasta warto zrobić kilka wycieczek w pobliskie góry, gdzie znajdują się jeziorka górskie, np. Ałłakol, czy też do Kanionu Szaryńskiego. Zwłaszcza ta ostatnia atrakcja jest godna uwagi ze względu na jego malowniczość. Jak chwalą się Kazachowie, jest drugim co do wielkości na świecie. Po mieście, jak i poza nim, czasem trudno dojechać. Nie zawsze w te miejsca można dojechać marszrutką. Dlatego też warto łapać autostop, którym często jest niczym przysłowiowy UBER, każdy samochód prywatny, który na czas chwilowy zamienia się w taksówkę. Jednak z góry trzeba ustalić z  kierowcą cenę przejazdu. Tak bywa też w  przypadku kolejnej atrakcji wschodniego Kazachstanu, jakim jest „wędrująca wydma”. Ten obszar Parku Narodowego Ałtyn Emel położony jest 150 km na wschód od Ałma-Aty. Wydma to w rzeczywistości wielka 150-metrowa góra z piasku, znajdująca się na pustynno-stepowym obszarze, niemal z  każdej strony otoczonym górami. Wiatr powoduje, że wydaje się, jakby grał dudniącym dźwiękiem, poruszając całą górą. Latem temperatura bywa tutaj trudna do zniesienia, nawet dla osób lubiących upały. Dla osób chcących się trochę ochłodzić polecam miasto Kapszagaj, które znajduje się nad jeziorem o tej samej nazwie. To mekka dla wypoczywających mieszkańców Ałma-Aty. Stąd, jak to


Szlakiem Czyngis-chana…

271

określił pewien kierowca naszej marszrutki, stwierdzeniem: „Jeśli jest na świecie raj, to z pewnością w Kapszagaj”. Charakterystyczne jest to, że ten zbiornik wodny jest stosunkowo płytki. I to do tego stopnia, że można iść daleko po pas do  wody. Dlatego sporo Kazachów tapla się w  nim, gdyż wydaje się dosyć bezpieczny. Nie widziałem, co  prawda, ratowników na plaży, niemniej jednak mało ludzi pływało dalej niż graniczne bojki. Wynika to z pewnością z tego, że Kazachowie, podobnie jak inne ludy pasterskie, stronią raczej od wody. Niewiele więc osób pływa. Wody generalnie brakuje w tym kraju. Z Ałma Aty udaliśmy się w dalszą drogę do Biszkeku – stolicy południowego sąsiada Kirgistanu. Ten pokrewny Kazachom naród często mylony był z  północnym sąsiadem. Język, kultura Kirgizów jest zbliżona do  kazachskiej. Kraj ten jest mały, tylko niecałe 200 tys. km2. Tak więc, w  porównaniu do sąsiada-kolosa Kazachstanu, wręcz łupinka. Zamieszkuje go niecałe 5 mln ludzi. Za to naliczono tutaj aż 154 narodowości. Oprócz Kirgizów najwięcej jest Uzbeków i Rosjan. Dominującym wyznaniem jest islam, dużą liczbę stanowią prawosławni. Większość Kirgizów pracuje zagranicą, przeważnie w Rosji. Główną atrakcją tego kraju są góry Tien-Szan, wraz ze słynnym najwyższym szczytem Chan Tegri, o  wysokości ponad 7 tys.  m. Kolejną atrakcją kraju jest drugie co do wielkości górskie jezioro Issyk Kul, położone na wys. 1600 m, długości 150 km i powierzchni 6 tys km2. Wbrew pozorom nie jest tak chłodne, jak wynikałoby z położenia. Krótkie lato powoduje, że mimo wszystko piaszczyste plaże zapełniają się wypoczywającymi. Dodatkowo można wynająć pokój w tamtejszych pensjonatach. Tak więc Kirgistan to kraj idealnie nadający się do trekkingu, dla miłośników gór, jazdy konnej. Nie zawiodą się miłośnicy tradycji kulinarnych oraz etnografii. Na prowincji można spotkać jeszcze nawet młodych ludzi, którzy żyją zgodnie z tradycją pasterską, śpiąc w jurtach. Przyjechaliśmy do  stolicy Kirgistanu – Biszkeku, który liczy niecałe 1,3 mln mieszkańców, marszrutką z  Ałma-Aty. Jeszcze przed wyjazdem wyszły nieporozumienia z naszym biletem do Biszkeku. Otóż kupiłem bilet wcześnie rano na następny dzień. Okazało się jednak, że nasza marszrutka już pojechała, a nowa jest prawie zapełniona. Przez prawie godzinę odbywała się narada kierowców z  dyspozytorem i  jeszcze kasjerką, dlaczego nie zabrał niektórych pasażerów na czas. Wzajemnie padały oskarżenia


272

Tomasz Jagielski, Leszek Muszczyński

jednego z nich do drugiego: „Podam cię do raportu”. „Nie wziąłeś też cudzoziemców” – dodał. Wnet sami zostaliśmy obwinieni. Na to jeden z pasażerów: „Macie bardach, a później obwiniacie cudzoziemców”. W końcu po przepychankach ruszyliśmy drugą marszrutką. Jednak naszemu kierowcy nie dało spokoju, w jaki sposób do tego doszło. Po czym w połowie drogi zapytał: „Jaką macie datę na bilecie”? No i okazało się, że bingo! Kasjerka sprzedała nam bilet na dzień kupna biletu, nie zaś na dzień następny, jak chcieliśmy. Musieliśmy dopłacić za bilet 4 euro, na co starsza Rosjanka ze smutkiem stwierdziła, co  teraz zrobią. Na co  sąsiad jej odpowiedział: „Nich się Pani nie martwi! Oni sobie poradzą”. Dalej, przynajmniej do  granicy, podróż odbyła się bez problemu i  wczesnym popołudniem stanęliśmy na granicy kirgiskiej. Tłok, kurz, pył wzniecony przez auta, upał pod 40°C, udajemy się pieszo. Najpierw kontrola kazachska, spojrzenie kamerką w oczy wopisty, i dalej na stronę kirgiską. To samo z tamtej strony. Wopista przyglądał się z zainteresowaniem moim pieczątkom wschodnioeuropejskim. Po czym oddał mi paszport i przeszliśmy na drugą stronę. Powitał nas krzyk taksówkarzy: „Mister, taxi”, „Mister, Biszkek”. Jeszcze tylko czas na wymianę pieniędzy na tutejsze somy i podjeżdża nasza marszrutka, w której spotkaliśmy też Czeszkę i trójkę Polaków, jadących w tym samym kierunku co my. Biszkek to niezbyt ciekawe miasto. Przeważa architektura postsowiecka. Nie ma też zbytnio zabytków, chyba że  nie liczyć właśnie budynków z minionej epoki. Tak więc na zwiedzanie miasta wystarczy kilka godzin. Można pójść na bazar, poczuć trochę Orientu, schować się w  cienistym parku, robiąc „słowiański przykuć”. Pójść coś zjeść z  lokalnych potraw, które nie różnią się zbytnio od kazachskich, gdyż przeważają płowy i manty, najlepiej na bazarze, gdyż można porozmawiać z miejscowymi. Z noclegiem i jedzeniem nie ma problemu w miastach, gorzej na prowincji. Nam udało się też trafić na miejscowy basen. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w połowie dystansu miał on 3 m głębokości. Na środku spadku siedział sobie młody ratownik z chorągiewką w ręku i ostrzegał nieumiejących pływać, że dalej jest głębia. Żal było patrzeć na dzieci i dorosłych gnieżdżących się na płyciźnie i zaledwie kilku umiejących pływać. Po krótkim pobycie w Kirgizji powróciliśmy do Ałma-Aty, gdzie nazajutrz wsiedliśmy do pociągu jadącego do Astany. Biletów na całą podróż


Szlakiem Czyngis-chana…

273

już jednak nie było, dlatego też dojechaliśmy jedynie do Karagandy. Tam też udało się nam w  drodze powrotnej dojechać zwykłym autobusem do Astany. Swoją stołeczność Astana, licząca ponad 800 tys. mieszkańców, zawdzięcza od  r.  1997 prezydentowi Nursułtan Nazarbajewowi. Najpierw Rosjanie zbudowali tutaj twierdzę w drugiej dekadzie XIX w., a potem wokół niej powstało osiedle miejskie, które uzyskało prawa miejskie w latach sześćdziesiątych XIX  w. Wcześniej nosiło nazwę Akmoły, Akmolińska czy Celinogradu. W czasie ostatniej wojny światowej ewakuowano w te okolicy fabryki z  okupowanego przez Niemców terytorium. Jednocześnie Kazachstan, w  szczególności jego północ, wybrano na miejsce deportacji ludności z  całego ZSRR (także Polaków). Niedaleko Akmoły (Astany) znajdowały się łagry dla żon i dzieci „zdrajców Ojczyzny”. Obecnie Astana to ośrodek przemysłowy (przemysł spożywczy, wydobywczy, produkcja maszyn). Stare miasto ma charakter postsowiecki, jednak nowe centrum miasta powstające cały czas na jego obrzeżach, to zespół nowoczesnych, nawet futurystycznych, budynków administracji rządowej, biurowców i osiedli mieszkaniowych. Ma się wrażenie, jak gdyby znajdowało się ono w innym państwie. Idea przeniesienia stolicy z Ałma-Aty była w zamyśle prezydenta kraju symbolem zerwania z przeszłością komunistyczną i postawienia na nowoczesność i rozwój społeczno-gospodarczy. Obecnie Kazachstan jest najszybciej rozwijającym się krajem Azji Środkowej. Rozmach budowlany może robić wrażenie, głównie w  nocy, pięknie oświetlony. Za fasadą wielu budynków widać przerost formy architektonicznej nad treścią, nadmierne inwestycje, niefunkcjonalność, korupcja (oficjalnie zwalczana). Jednak prezydent Nazarbajew nie zraża się i robi swoje. Zorganizował w kompleksie sportowym w r. 2010 szczyt OBWE, w 2011 Zimowe Igrzyska Azjatyckie, a ostatnio, w tym roku, światową wystawę EXPO 2017. Tematem tegorocznego EXPO była energia odnawialna. Odwiedziliśmy ją czym prędzej ciekawi, jak zaprezentował się polski pawilon. Nie można niestety powiedzieć tego o  naszym miejscu wystawienniczym. Już samo wejście napełniło nas zdziwieniem, ciemne ściany, w  tle muzyczka wyeksploatowanego Chopina, trochę prostych multimediów i planów związanych z naszą przyrodą, głównie Puszczą Białowieską. Udało się nam porozma-


274

Tomasz Jagielski, Leszek Muszczyński

wiać z polską obsługą tego miejsca, nie daliśmy jednak poznać po sobie, że nam się nie podobało. W ogóle kraje europejskie słabo się zaprezentowały, może poza Austrią, która urządziła swój pawilon na kształt „małpiego gaju”. Sporym zainteresowaniem cieszyły się pozostałe kraje azjatyckie oraz pawilon rosyjski i chiński. Rosjanie przywieźli ze sobą górę lodową z  Arktyki. Pięknie też zaśpiewali i  zatańczyli przedstawiciele Malezji, robiąc prawdziwą furorę swoją prezentacją.

EXPO w Astanie

Nasuwa się pytanie, co potem, kiedy skończy się licznie odwiedzane przez mieszkańców i turystów EXPO? Podobno w planach jest stworzenie w Astanie agend ONZ-towskich, stworzenie centrów biznesowych. Jeżeli miastu uda się utrzymać cały ten kompleks wystawienniczy, to będzie sukcesem Kazachstanu. Charakterystycznym punktem miasta jest wieża widokowa Bajterek [w tłum. topola]. Wygląd pomnika ma być ucieleśnieniem kazachstańskiej opowieści ludowej o „mitycznym drzewie życia i magicznym ptaku szczęścia”. Według opowieści ptak, nazwany Samruk, włożył złożone przez siebie jajo w  szczelinę między dwie gałęzie topoli będącej drzewem życia, podtrzymującej niebo, tak powstało słońce. Ponad 105-metrowa struktura


Szlakiem Czyngis-chana…

275

budowli składa się z wąskiego wału, cylindrycznie poszerzającego się ku górze („drzewo”), oraz złotej kuli o średnicy 22 metrów, będącej odzwierciedleniem „jajka”, zawierającej taras widokowy oraz galerię sztuki. Autorem projektu budowli jest angielski architekt Norman Foster. Bajterek występuje na awersie każdego banknotu kazachskiej waluty tenge oraz jest motywem w herbie Astany. W stolicy można również obejrzeć siedzibę Meżlisu (sejmu) i senatu, pałac prezydencki Ak Orda. Całość kapie od złoceń i ornamentów mających podkreślać powagę, siłę i bogactwo Kazachstanu. Wystarczy przejść się centralnym Bulwarem Nurzhol, by naocznie przekonać się ile pieniędzy, a zapewne i ofiar, pochłonęła ta gigantomania prezydenta Nazarbajewa. Warto przekonać się, w jakiej dysharmonii pozostaje nowoczesna dzielnica i centrum miasta z pozostałą częścią Astany, nie mówiąc już o prowincji. Ciekawymi obiektami architektonicznymi są: Kazachska Filharmonia Azjatycka, Piramida Pokoju i Pojednania, Arena Astana, Chan Szatyr [Namiot chana] – największe w Azji środkowej centrum rozrywkowo-handlowe. Wysoki na 150 metrów namiot o podstawie eliptycznej z osią długości rzędu 200 m, obejmuje 127 tys. m2, czyli mniej więcej tyle co dziesięć boisk piłkarskich! Oprócz sklepów i restauracji pod namiotem mieści się centrum wypoczynkowe, plaża, sztuczna rzeka, klub golfowy – w tropikalnym klimacie utrzymującym temepraturę 35°C przez cały rok. Niestety czas nas goni i pora wyjeżdżać z kraju stepem pisanym. Na odchodnym spotkaliśmy się jeszcze na ostatnim posiłku z Kazachami, którym daliśmy ostatnie pamiątki z Polski i po wypiciu strzemiennego pora była ruszyć na lotnisko. „Cóż powiedzieć? Żal odjeżdżać...”, przywołując myśl Jana Pawła II, opuściliśmy surową, aczkolwiek niezwykle gościnną ziemię kazachską. Po pięciu godzinach lotu i przesunięciu zegarków wylądowaliśmy w Budapeszcie, a stamtąd to już żabi skok do Warszawy.


Paulina Chrząszcz

Zrozum przyrodę i poczuj się jej częścią! Ideą stworzenia Osady Pod Turem, która znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie Rezerwatu „Dolina Kłodawy”, jest potrzeba pokazania szeroko rozumianej przyrody, również w  kontekście historycznym, poprzez zabawę i  doświadczenie osobiste. Kładziemy nacisk nie tylko na edukację, ale i  mądrą rozrywkę. Wszystkie atrakcje w  Osadzie są opracowane z poszanowaniem naturalnego otoczenia oraz według wymogów technologicznych i środowiskowych, a co również istotne – zgodnie z podstawą programową szkół. Naszym przesłaniem: „Przyroda. Poczuj się jej częścią” zwracamy uwagę na ekologiczny i zdrowy styl życia. Atrakcje Osady dają możliwość spędzenia kilku godzin na świeżym i  czystym powietrzu, nie tylko przy nauce i  zabawie, ale również słuchając śpiewu ptaków czy szmeru rzeki Kłodawy.

Ważne jest dla nas również bezpieczeństwo gości, nad którymi czuwają wykwalifikowani przewodnicy – Strażnicy Pamięci Tura – posiadający


278

Zrozum przyrodę i poczuj się jej częścią

wiedzę na temat otaczającej nas flory i fauny, ale również przeszkoleni z zakresu udzielania pierwszej pomocy. Naszą wartością jest też zaangażowanie i  otwartość. Dokładamy wszelkich starań, aby również osobom niepełnosprawnym zapewnić jak najlepsze warunki do korzystania z naszej oferty. Atrakcje i wartości Osady Pod Turem łączy mityczny Tur – dawniej obserwator życia i rozwoju ludzi, a dziś legenda i tęsknota za naturalnością. Tur, którego może uda się Wam spotkać na leśnych ścieżkach naszej Osady. Zapraszamy wycieczki szkolne i  zorganizowane grupy na podróż do świata przyrody! www.podturem.pl


IV. MATERIAŁY ŹRÓDŁOWE


Jakub Borkowicz Wstęp Pamiętniki z pewnością stanowią jedno z najciekawszych źródeł historycznych. Nie tylko prezentują przebieg wielkich wydarzeń historycznych, ale przede wszystkim z bliska poznać życie codzienne ich bohaterów. Bardzo cenne pod tym względem są nie tylko pamiętniki wielkich i  ważnych postaci historycznych, ale również zwykłych ludzi mieszkających na danym terenie. Zapiski zwłaszcza tych ostatnich, w  szczególności chłopów, robotników czy rzemieślników, mają często niezwykłą wartość poznawczą. Źródła historyczne często w ogóle nie wspominają o życiu niższych warstw społecznych i tylko dzięki zachowanym ich pamiętnikom czy listom można poznać, jak wyglądało życie najbiedniejszych mieszkańców wsi i miast. Pozytywnym przykładem obrazowania życia chłopów może być prezentowany tu pamiętnik Leona Walińskiego ze wsi Orle, stanowiący interesujące źródło do badań życia codziennego wsi pomorskiej na przełomie XIX/ XX w., pod pruskim zaborem. Bardzo interesujące są szczególnie fragmenty pamiętnika opisujące jak wyglądało nauka polskiego ucznia w pruskiej szkole oraz dotyczące znaczenia gazety „Pielgrzym” dla krzewienia polskiej kultury, historii, języka. Ukazuje on również, że tożsamość narodowa i troska o znajomość języka polskiego i historii kraju była ważna nie tylko dla przedstawicieli inteligencji, ale również dla zwykłych robotników rolnych. Pamiętnik ten został spisany własnoręcznie przez Leona Walińskiego w  1970 r. na dwóch kartach formatu A4. W przytoczonym tekście została zachowana pisownia oryginalna, w  szczególności elementy gwary, uwzględniono tylko współczesną gramatykę i interpunkcję.

Leon Waliński. Mój pamiętnik Już bardzo długo przed tym nosiłem się z zamiarem napisać mój życiorys czyli pamiętnik, jednak między nie znalazłem dość czasu na to,


282

Leon Waliński

więc odłożyłem tę sprawę na później. Powiedziałem sobie – jak dotychczas emerytury to wtenczas będzie czasu dużo – do tego czasu zapominałem wszystkie najważniejsze wydarzenia. Jednak bardzo się omyliłem choć emeryturę w 1964 r. osiągnąłem to jednak jakoś choć już rozpocząłem pisanie to jakoś ciągle mnie sprawy przeszkodzili w pisaniu. Teraz jednak gdy już jestem 72 roku życia wiedząc, że  nie pozostaje już dużo czasu, że trzeba się spieszyć z pisaniem bo chciałbym, iż po mnie o mojem życiu mojej pracy na pamiątkę zostawić. Nie wiem ko już mnie ten pamiętnik otrzyma. Kto jego będzie czytał, może któryś z  wnuków? Wobec tego zaznaczam i proszę mnie jedno wybaczyć – bo nie chodziłem do polskiej szkoły w ogóle nie uczyłem się polskiej gramatyki. Urodziłem się pod pruskim zaborem w  Prusach Zachodnich (WestPreussen)1, dzisiejsze Pomorze Województwo Gdańskie. Jak z  metryki wynika dnia 27 lipca 1899 r. na ranem o godz. 5 tej. Urodziłem się z matki Franciszki z  domu Kramer oraz ojca Jacka, w  miejscowości Gościeradz2 gmina Wielki Klincz3 pow. Kościerzyna. Chociaż przeważnie przez całe życie byłem w powiecie gdzie się urodziłem to jednak tej miejscowości gdzie na świat przyszedłem nie zmam – miało to być jakieś wybudowanie z dwóch czy trzech budynków gdzie wtenczas mój ojciec zamieszkiwał i pracował u większego gospodarza. Mój ojciec był małego wzrostu we wojsku nie służył, za to jego ojciec był silny dużego wzrostu służył w wojsku w gwardii i był na wojnie w latach 1870–1871 jako pruski żołnierz4. Co już mogę pamiętać już trochę to chyba mogło być 1903 r., że mieszkałem w  Małym Klinczu u  jakiegoś niemieckiego obszarnika. Ojciec pracował przy koniarz i tam zaraz w pierwszym roku mój ojciec zachorował

  Prusy Zachodnie (West Preussen) – Prowincja państwa pruskiego utworzona po I Rozbiorze Polski w 1773 zlikwidowana w 1922 r. 2   Gościeradz – ob. Wieś położona w powiecie kościerskim, gmina Kościerzyna. 3   Wielki Klincz – ob. Wieś położona w powiecie kościerskim gmina Kościerzyna, siedziba sołectwa. 4   Wojna francusko-pruska z  lat 1870–1871 zakończona zwycięstwem Prus oraz koronacją króla pruskiego Wilhelma von Hohezolern na cesarza Niemiec. 1


Mój pamiętnik

283

na jakąś chorobę nerwową5, dostawał takie ataki i cały się trząsł i chodzić nie mógł choć był przy tym przytomny całe nogi, ręce, głowa wszystko się trzęsło bawiło6 nieraz jakiś czas około godziny nieraz dłużej, nieraz i cały dzień. Wobec tego obszarnik nie chcąc takiego chorego człowieka utrzymywać jak już poprzednio wspomniałem, że zaraz pierwszego roku nastało dla nas całą rodziną odwieźć na Liniewskie Góry7, gdzie ojciec także na majątku niemieckiego obszarnika pracował i skąd przyciągnęli do Małego Klincza. Jednak właściciel na Liniewskich Górach nie chciał nas przyjąć choć mieszkanie stało puste. Wtedy nas wyładowali przed budynkiem i odjechali. Jednak nam właściciel oraz miejscowym ludziom nakazał nas z mieszkania wyprowadzić. Wtedy matka posłała po brata mojego ojca, który niedaleko mieszkał, był to chłop młody i  obrotny, niedługo po ukończonej służbie wojskowej i poszli na posterunek żandarmerii pruskiej w Liniewie8 i przedstawił tę sprawę i zapytał czy jest takie prawo w pruskiej ustawie żeby rodzina gdzie jest człowiek chory z  dziećmi musiała po d gołym niebem być. To zaraz przyjechał i nakazał natychmiast nas do mieszkania wprowadzić. Teraz mieszkalim w Liniewskich Górach, jednak w r. 1906 majątek rozparcelowano. Robotnicy z  majątku wyszukali na innych majątkach pracę. My zostalim i my podlegalim teraz czterem mniejszym gospodarzom od dawna osiadłym, którzy nie wiem na jakich warunkach się zobowiązali nam mieszkanie dać, jednak nic więcej się o nas nie troszczyli. Wtedy moja matka pojechała do  Landrata9 w  Kościerzynie co  znaczył jako wcześniej polski starosta albo teraz w  Polsce Ludowej przewodnicząc Powiatowej Rady Narodowej. Tam przedstawiła całą sprawę i  dostała na piśmie,

  Ojciec Leona Walińskiego cierpiał na padaczkę.   Tu w znaczeniu „trwało”. 7   Liniewskie Góry – wieś w powiecie kościerskim, gmina Liniewo. 8   Liniewo – wieś w powiecie kościerskim, siedziba gminy. 9   Landrat – w Prusach urzędnik administrujący powiatem, uważany za jeden z najbardziej wszechstronnych urzędów w Prusach – w ramach jego zadań wchodził niemal każdy aspekt administracji por. Ch. Myschor, Wyżsi urzędnicy pruskiej administracji prowincjoanlnej w  prowincji poznańskiej 19871–1918. Rozprawa doktorska, Poznań 2012,  https://repozytorium.amu.edu.pl/bitstream/10593/6058/1/praca.pdf  [dostęp: 29.10.2017]. 5 6


284

Leon Waliński

że mamy otrzymywać wolne mieszkanie, opał i na miesiąc 1 cetnar żyta10 to jest dziś 50 kilogramów. Jednak nie było to znowu tak łatwo to odbierać to od czterech gospodarzy jak już powyżej ja dałem. Było trzeba odebrać to sami czego nie dostarczyli, więc było tak, że jeden dał swoją cześć należną, drugi jeszcze nie miła żyta młócone. Zawsze jakaś przeszkoda była więc nareszcie matka zrezygnowała, mówiła pójdę pracować chleba kupię. Ojciec otrzymywał rentę inwalidzką 11 marek niemieckich miesięcznie, opał to kazali matce gałęzie z drzew przy drodze sobie obcinać, była to dla niej ciężka robota a ja za mały bym mógł pomóc. W  r.  1926 zacząłem do  szkoły podstawowej chodzić do  Liniewa z  Liniewskich Gór. Chodziłem do szkoły to znaczy katolickiej i zarazem Polacy tam gdzie dziś w tym budynku jest przedszkole a protestantami czyli narodowości Niemcy w budynku co kiedyś był pałacem obszarnika po parcelacji majątku Liniewo pałac obrócono w szkołę. We wrześniu 1906 r. urodził się mój brat Józef. Naw wiosnę 1907 dostalim mieszkanie w Liniewieu jakiegoś szewca Englera. W jesieni 1908 r. dostalim mieszkanie w gospodarstwie Kirsaki tak samo w Liniewie. Zmieniali nam mieszkanie, żeby nie być dłużej jak 2 lata bo wtenczas podług prawa pruskiego bym należeli do  tej wsi gdzie mieszkalim, więc według tego na początku 1908 r. znowu dali nam mieszkanie w Lubieszynie11, był to budynek dla starych pozostałych pracowników po rozparcelowaniu maj. Lubieszyn. Teraz muszę jeszcze cokolwiek o nauce w szkole w Liniewie napisać był tam nauczycielem W. Czepiewski. Szkoła była na majątku a gospodarze Niemcy mają tę szkołę i podczas przerwy było nam zakazano po polsku rozmawiać bo nauka była w języku niemieckim. Było nam zarazu bardzo ciężko bo w domu po polsku rozmawialim. Pamiętam jedno zdarzenie gdy czytalim czytankę jak dziewczę szło po grzyby do lasu wtedy to nauczyciel pyta się mnie ile ten Pilz to jest grzyb ma nóg, a że nie wiedziałem co to jest Pilz myślałem może wilk to mówię cztery więc dostałem porządną zausznicę. W drodze, że szkoły do domu to gdy się z polskimi spotykalim z chłop  Cetnar – jednostka masy, ok. 50 kg.   Lubierzyn – wieś w powiecie kościerskim, gm. Liniewo.

10 11


Mój pamiętnik

285

cami z szkoły niemieckiej, którzy nas od wyzywali do Polaków to my nie pozostali dłużni i  rozpoczelim bijatykę to widząc gospodarze Niemcy, że my mocniejsi przyskoczyli i nas gonili i niejednego wepchnęli do rowu na drogą gdzie była woda. Później gdy się o  tym dowiedział nauczyciel niemieckiej szkoły to gdy rano szlim do szkoły przez wioskę idąc nad szkołę niemiecką skrył się za drzewo to my idąc rozmawiając nie zauważyli to wyskoczył niespodziewani za drzewa i nas bił że nie pozdrowilim jego słowami Guten Morgen (czyli dzień dobry) poza tym złożył skargę do naszego nauczyciela że nas nie uczy oddać honorów że rozmawiami po polsku i znowu dostalim lania. Pewnego razu to sołtys powiedział do mojej matki żeby z nami w domu rozmawiała po niemiecku po Polski niema – wtedy matka powiedziała, że jej rodzice tak samo w domu rozmawiali po polsku. Od 1909 r. gdy mieszkalim w Lubieszynie z tą sprawą było lepiej bo we wiosce mieszkało więcej polskich rodzin oraz nauczyciel nie zważał na to że po polsku rozmawiamy, jednak przez to lato matka musiała mnie oddać do gospodarza w Liniewskich Górach którym podlegalim do krów pasienia wtedy znowu chodziłem przez ten czas do szkoły w Liniewie. Zadania domowe do  szkoły to robiłem wieczorem po kolacji do  tego dochodziło nieraz, że musiałem za karę za rozmawianie w podczas przerwy w szkole już potem 500 napisać Ich in der Schulle nich polnich plapern (Nie mam w szkole po polsku szwargotać) (sic) Choć jeszcze nie wiedziałem o  historii dawniejszej Polski to kiedyś podczas nauki historii gdy uczylim się o Rozbiorze Polski – Erste Teilung Polen bardzo się na tym zastanawiałem. Później przez zimę gdy byłem w domu to poprosiłem matkę żeby zapisała gazetę polską, więc dostawalim trzy razy w tygodniu Pielgrzyma12 z Pelplina była to gazeta katolicka a broniła mocno sprawy polskiej. Raz jako dodatek dało elementarz polski z tego elementarza uczyłem się sam po polsku pisać, czytać bo matka mnie po polsku uczyła jednak pisać po polsku nie umiała poza tym za 12   „Pielgrzym” – polska diecezjalna katolicka gazeta wydawana w Pelplinie w latach 1867–1939. Jego pierwszy redaktorem był ks. S. Keller. Miał ogromne znaczenie w walce z germanizacją i Kulturkampfem, o czym świadczy min. 60 procesów wytoczonych pelplińskiej redakcji w ramach cenzury represyjnej. Wznowiony w 1989 r., https:// www.salon24.pl/u/zpomorza/648878,pielgrzym-czyli-o-pomorskim-kapitalizmie-zczasow-ziemi-obiecanej [dostęp: 29.10.2017].


286

Leon Waliński

rozpowszechnianie gazety obiecali książkę więc pisałem do Redakcji dostawałem egzemplarze okazowe i każdym razem książkę. Pewnym razem czytałem kto chce o Polsce więcej wiedzieć ma czytać Dzieje Polski, znowu pisałem do Redakcji prośbę o tę książkę i w r. 1912 dostałem tę książkę, którą jeszcze dziś mam.


Józef Ceynowa. Lasy i leśnicy na międzywojennym Kociewiu – opowiadania13 20. Tragiczny strzał Jan Kurek mieszkał przy lesie, chatka jego jakby wtulona była w sośninę. Pracował przy opaleńskim moście. Gdy zarobek przestał go żywić to ratował sytuację domową jak i czym mógł – tym co było zakazane również. Najłatwiej było to naruszać w lesie. Ten był skarbowy a więc jakby niczyj, a był tak mu bliski, też tak obszerny, że różne stwarzał zarobkowe i uwłóczkowe możliwości. Była w nim cenna dłużyca, były szczapy – drzewo przez gospodarzy i innych mających pieniążki poszukiwane, ale w lesie była i zwierzyna łowna: sarny, rogacze, nawet jelenie. Sprytny był Jan, był i odważny, byle kogo się nie lękał. Wojnę przeżył, pod Verdun francuskim różnoraki ogień bitewny go zahartował. Teraz czuł się jak pan wśród poddanych w tym lesie, co mu tam leśniczy, w dodatku młody pętak. Ostrzegała go żona: –  Uważaj – mówiła, leśniczy ma strzelbę, ma za sobą prawo, może cię zakastować, może zranić. Zresztą to nieludzko sidła stawiać na zwierzątka, zwłaszcza w zimie, ale Jan był twardy: –  Co mi tam będziesz gderała, babo – mówił, wiem co robię, nie bój się, leśny portkami trzęsie przed nami, sam nie jestem. Leśniczy portkami nie trząsł, był wprawdzie młody, po margonińskiej szkole leśniczej, trochę „pistoletowaty”, był służbistą, podkuwanym do porządnego strzeżenia dobra nie tak dawno zmartwychwstałej, jak wówczas mówiono, ojczyzny. Wyszperał więc w gęstowiskach wnyki i sidła, i zaczął bacznie śledzić kłusowników. Wyśledził i Jana. Oto jednego poranka zaszedł do  miejsca zastawu na sarny. Podobno jedna biedaczka nie uszła przeznaczeniu, ale żyła, miotając się w potrzasku. Leśniczy stanął przed dylematem; wydobyć ją i  puścić wolno, czy trochę zaczekać na sprawcę nieszczęścia. Nie miał czasu do namysłu, bo usłyszał zbliżającego się mężczyznę. Jego kroki ugniatały śnieg tak, 13   Z maszynopisu Józefa Ceynowy „Opowiadania kociewskie” wybrał i opracował Wojciech Szramowski.


288

Józef Ceynowa

że skrzypiał, bo był tęgi mróz. Przypuszczał, że  mężczyzną tym był Jan, ale przecież musiał go chwycić na gorącym uczynku. Miał dość sprawek tego typa. Wreszcie go chwycę, oddam w ręce sprawiedliwości, wlepią mu porządną karę, zamkną na parę miesięcy a może i więcej, dla odstraszenia innych – pomyślał. Ukrył się więc lepiej i wytężył wzrok. Istotnie szedł Kurek, miał w ręce siekierkę. Gdy zobaczył miotającą się w sidle sarnę bez namysłu poderwał się w jej kierunku, ale przed samym doskokiem wstrzymał go głos leśniczego – stój! Kurek się zatrzymał, błysnął wzrokiem w stronę skąd doszedł go rozkaz, ścisnął rękojeść siekierki i ruszył pod drzewo; Teraz leśniczy krzyknął – stój, bo strzelam! Tamten, podobno tego krzyku nie słyszał, bo rwał wprost na celującego fuzją. Padł więc strzał i  nacierający runął w  śnieg krwawiąc tak, że wkrótce wyzionął ducha. Relację tą usłyszałem od leśniczego – następcy tego mołojca, ale relacje mieszkańców były nieco inne. Tramowski mówił o rozmyślnym strzale, o bezwzględności w rozprawianiu się z kłusownikami przez przysyłanych na Pomorze leśników ze stron wschodnich. Leśniczy mimo korzystnie przebiegającej rozprawy sądowej musiał opuścić okolicę – został przeniesiony w południowe strony Pomorskiej Dyrekcji Lasów Państwowych. Sprawa jakby zacichła, ale została odnowiona po tragicznym wypadku w lesie półwieskim. 21. Zaszczuta dziewczyna W  okresie kryzysu gospodarczego lat trzydziestych wzmogła się dewastacja lasów. Bezrobotni przypuszczali jakby szturmy na owoce runa leśnego, a  co  gorsze, na cały jego drzewostan. Nic dziwnego, że  władze leśne w  oparciu o  istniejące prawodawstwo, sięgające czasów pruskich, przystąpiły z  większą surowością do  tępienia tego stanu. Obowiązywało wykupywanie zezwoleń na korzystanie ze zbiórki chrustu, jagód, borówek, malin i grzybów. Opłaty tzw. kwitów sprzedawanych w poszczególnych leśnictwach nie były wygórowane, ale bezrobotni nie mieli możliwości ich wykupywania. Leśniczowie o  tym wiedzieli, zamykali niejako oczy na te małe przestępstwa. Nadleśniczowie, mniej związani z ludnością byli bar-


Lasy i leśnicy na międzywojennym Kociewiu…

289

dziej wymagający. Straszyli swych podwładnych zwalnianiem ze stanowisk, albo w ogóle z pracy w wypadku uchybiania służbowym wymogom. W owym czasie bezrobocie chwytało również urzędników, m.in. leśników, toteż ci stawali się bardziej odpowiedzialni za ochronę powierzonego im dobra. Nic więc dziwnego, że zaczęli się stosować do przepisów i dyrektyw władz. Niejedni może nawet przepisy te przekraczali i  nie chcąc schwytanych na okradaniu lasu podawać do  ukarania sądowego grzywną lub aresztem, względnie w wyniku cięższych wykroczeń – więzieniem, stosowali środki przyziemne i  prozaiczne, takie jak wysypywanie z  koszyków jagód czy grzybów i  ich deptanie, lub nawet doraźne kary fizyczne. Ale te środki i chwyty zbierających od ich procederu nie odstraszały. Zresztą tych było wielu, rewiry ogromne, a leśników mało. Zbieraniem niszczono też rośliny będące pod ochroną, np. konwalie, obcinano gałęzie, a nawet czubki świerków, jodeł występujących tu nielicznie, daglezji, by sprzedawać je w Gdańsku, łapano zwierzynę. Leśnicy się denerwowali – bali się przeciągać struny, wszak z  jednej strony grożono im zwolnieniem z pracy, a z drugiej rzucano w ich stronę groźby: – Cia dostaniem, to cia gnaty policzym. Byli też ludźmi widzącymi położenie tych, których mieli ścigać. I  oto leśniczy spod Półwsi ściągnął do pomocy psa. Był to wilczur, bardzo agresywny; prowadził go na smyczy – teraz nie bał się napadu, miał też sukcesy w ochronie. Nadleśniczy stawiał go za wzór. Ale pewnie nie wiedział o tym wilczurze, który z jednej strony strzegł swego pana i był mu pomocny w rozpędzaniu zbierających owoce runa biedaków, a ze strony drugiej straszył mieszkańców lasu – ptaki i zwierzęta. Zbierający jagody i grzyby jednak nadal kwitów na runo nie wykupowali i nic więc dziwnego, że ten leśniczy ich gonił, raczej przeganiał; czmychali z jego rewiru, naturalnie na czas jego nadzoru, a wpadali na rewiry sąsiednie. Jednego niedzielnego popołudnia nie spodziewający się jego kontroli jagodowicze zostali niemile zaskoczeni jazgotem wilczura. Leśniczy ostrym krokiem zmierzał w ich kierunku. Naturalnie tamci w nogi, a leśniczy za nimi. Rwali pod Kozielec. Nie wiadomo jak się to stało, że wilczur się wyrwał swemu panu i pognał za ludźmi. Ci uciekali co sił w nogach, między innymi pewna młoda dziewczyna. Leśniczy podobno psa przywoływał do  siebie, tak twierdził upornie w  czasie rozprawy sądowej, ale pies go


290

Józef Ceynowa

nie słuchał, tylko rwał za dziewczyną, może by jednak się opamiętał i poddał wzywaniu pana, ale dziewczyna zaplątawszy się w jagodzinach upadła i wilczur rozbestwiony do szału rzucił się na nią. Krzyczała w niebogłosy, ludzie słyszeli jej rozpaczliwy krzyk, potem jęk i… koniec. Gdy leśniczy dobiegł było za późno – zwierzak wyrywał jej wnętrza, wszak było lato, upał, biedaczka była ubrana bardzo lekko. Wrzask powstał, oburzenie wielkie, tłumaczenie leśniczego – to we wsi i to w sądzie nie było zgodne z twierdzeniami świadków. Leśniczy znikł z  okolicy, podobno został zasądzony i wtedy sprawa owego strzału do Kurka znowu bulwersowała okolice przyleśne i leśnicy mieli służbę jeszcze trudniejszą. 22. Leśniczy Pryk Owe tragiczne wypadki rzutowały na pracę sąsiednich leśników. Jednym z nich był Jan Pryk z Rakówca. Chciał jak najlepiej – dla siebie i dla służby, by zaspokajać wzrastające wciąż wymagania nadleśniczego, który wydawał się nie dostrzegać zmian w  gospodarczo-społecznym układzie okolicy i też biedaków korzystających z tego, co las dawał. Ale trudno mu było to wszystko pogodzić. Nadleśniczy go „tykał” i groził mu zwolnieniem ze stanowiska, bo jakoś bardzo jego leśniczówka odstawała od innych z sąsiedztwa w odprowadzaniu do  kasy nadleśnictwa należności za pobieranie z  jego rewiru chrustu, grzybów i jagód, też za mało karał zatrzymywanych złodziei. Pryk jednak służbistą był, w  urzędzie zachowywał sprężystą postawę, salutował, meldował się i prężył przed władzą jak młody rekrut, ale w podliczaniu, a zwłaszcza w mnożeniu stosował niemieckie „ein mal einz”, niegdyś wbite mu w pamięć „rorstokiem” pruskiego nauczyciela. To stosowanie niemieckiej tabliczki mnożenia denerwowało nadleśniczego tak, że starego Pryka nazwał Szwabem, zrugał go też za to kilka razy. Pryk wziął sobie to do głowy, wziął i do serca, przecież był Polakiem co bił się o wolną Polskę – przekradł się przez rzekę Noteć do Poznaniaków walczących w 1919 r. z Niemcami i ich Grenzschutzem, bił się o Polskę wtedy, gdy jego zwierzchnik spokojnie się kształcił w Galicji. Wziął sobie owe cierpkie uwagi do głowy i starał się stosować w wykonywaniu rachunków słowa polskie, ale mimo woli te niemieckie cyfry wymykały mu się, tak że budził u obecnych, którzy nawet go ukradkiem podsłuchiwali, drwiące


Lasy i leśnicy na międzywojennym Kociewiu…

291

uśmieszki, na które on nie zasługiwał. Tak było w biurze nadleśnictwa Dębiny, zaś w lesie czuł się od czasu wypadku z biedną dziewczyną również niedobrze. Ale służba nie drużba, musiał karać. Musiał podawać do sądu. I oto jednego dnia rychło z rana zastał w sieni leśnictwa kobietę z dwojgiem nieletnich dziewczynek. Znał ją, niedawno złapał ją w lesie przy wycinaniu konwalii, a  te należały do  roślin chronionych przez prawo. Była harda, jej mąż był w więzieniu, ale za sprawy z lasem niezwiązane – podobno za bijatykę i pobicie policjanta – miał dłuższy wyrok. Kobieta nie zwracała na niego uwagi, tylko wzrokiem wodziła za jego żoną: –  Ja do pani – do pani leśniczowej przyszłam – odezwała się drżącym głosem. – Do mnie? A co ja mam z panią? – na to leśniczowa. – No nic, nic, ale wasz mie kazał zakastować. Mój siedzi, a nie móm komu o, tych tu sierotek naszych ostawić. Byłam u sołtysa, prosiłam o pomoc, o ich zatrzymanie, ale on mi waszego wskazał; powiedział: mie nic do tego, to sprawa leśniczego no i ja wam tere je oddaja w opieka na czas tego mamra, to jesta na dziasianc dniów. Żona leśniczego spojrzała na nią i na te dziewczynki, które popłakiwały trzymając się sukni matki, a potem jakimś nie swoim, bo jakby przepojonym złością wzrokiem musnęła męża i syknęła: – Teraz masz za swoją pieską służę. Co mam robić? Zdesperowana matka powiedziała: – Jo musza do Gniewa, tam na mia czekajom, jak nie puda to tyż wy bandzieta odpowiadele, szandarowi powiam co i jak, mie lepij zrozumie niż wy. Tu mata dzieci, ale nie róbta jim krzywdy – jedzenie, spanie, opieka – kóniec. Poszła – dzieci w płacz. – Mamo! Mamo! Moja musiała je uspokajać. Dała im chleba posmarowanego masłem; Były głodne, bo jadły chciwie i zaczęły powoli zerkać spokojniej. I tak musieliśmy te biedaczki przeszło tydzień chować. Baba nie bardzo za to dziękowała – taki świat, takie czasy – mówił mi Jan, z którym jako moim „landsmanem” dosyć często rozmawiałem. – Ale pochwyciła mnie żona – mówił ze smutkiem – Nie mogła zrozumieć, że ukarałem tą kobietę za zrywanie konwalii – przecież tych kwiatów


292

Józef Ceynowa

tu wiele, bardzo wiele, więc nie wymagają ochrony. Z czego ta biedota ma żyć? I tak dalej suszyła mi głowę, jakby nie wiedziała, że przepisy są po to, by według nich się w służbie kierować i też o tym, że nadleśniczy ma mnie na oku, grozi zwolnieniem. Zaczął chwytać się już kiedyś praktykowanych sposobów przeganiania jagodowiczów. Wiedział, że kwitów na zbieranie owoców runa nie mają. Jednego dnia zastał na zbieraniu gromadę kobiet. Zagadnął je o zezwolenia – odpowiedziały beztrosko: – Nie mómy, bo za co mómy je wykupić, pan za darmo nie da. To powiedziawszy, a  gdakały jedna przez drugą, zbierały dalej, jakbym tam wcale nie był powiedział, jakby zawstydzony obniżeniem wartości jego stanowiska. – Wzięła mie złość, podbiegłem do tej najśmielszej, chwyciłem jej koszyk, szarpnąłem i  zawartość – buch na jagodziny, potem szybko je  potrompałem butami. Baby we wrzask. Jedna była z  brzuchem, pewno w  innym stanie, ta podjudzana przez inne rwała się do  mnie, wyzywała i pokazywała pazury, inne za nią – bunt. Natarcie. Tamta, ciągle jazgocąc parła na mnie tak, że  nie chcąc jej chwycić musiałem uchodzić. Wstyd, szkólny powiadać – dodawał biedak – ale musiałem wiornąć, nawet biegiem. One, jak rozjuszone bestie za mną. Do leśniczówki daleko nie było, więc ja do  domu. Harmider i  wrzask usłyszała żona; wyszła przed dom, chwyciła miotłę i stanęła w obronie. One przystanęły, za to zaczęły mnie obrzucać wulgaryzmami, a potem przypisywać mi niewłaściwości i pomawiać o czyny niemoralne, żona traciła panowanie nad sobą, a gdy wreszcie odeszły to pochwyciła mie: – Prawda to, czy nieprawda: Ty taki, owaki – mówię ci szkólny, że mnie to życie w tym lesie zupełnie obmierzło. Nie miał więc Pryk łatwego życia. Raz go spotkałem w lesie na drodze idącej w kierunku Opalenia. Szedł ze swym kłopotem do kolegi – oto znowu go zbeształ ten z ciepłych stron, jak mówiono wówczas na b. Galicjaków. Zaczął swoje filozofowanie: – Pieska służba – nie zadowolisz nikogo, ani białki, ani złodziei, ani Galicjaka. Ten cholera mi znowu niemczyzną pod nos szmyrgnął – Szwabami jesteście – machnął jęzorem, bo jakoś mi ta niemiecka tabliczka mnożenia wyskoczyła przy obliczaniu wartości wyciętej dłużycy. Zdenerwowali go


Lasy i leśnicy na międzywojennym Kociewiu…

293

złodzieje, jakiś huncfot doniósł o grubej wywózce, której nie dostrzegłem. Złodzieje – krzyczał, Szwaby, Pomoreloki a nie Polacy tu – tak ten poddany C.K. austryjacki się rwał aż go mitygować zaczął sekretarz. Nie mogę się uspokoić, byłbym mu wnet sprał mordę, bo i moja postawa mu się nie podoba. Nazwał mnie pruskim kapralem – i tak dalej skarżył się na stosunki służbowe, przejęty bardzo tą nagonką. Pewnie mnie zwolni, pośle na emeryturę, bo ja mu też to i owo wygarnąłem. Nie mylił się, został w niedługim czasie zwolniony ze stanowiska, musiał zgodzić się na proponowaną emeryturę i opuścić piękne Rakówko, bo wkrótce miał leśnictwo przejąć Poznaniak – Graś. Żałowali Pryka, nawet ci co  go o  to i o owo pomawiali, wszak zguba zawsze poniewczasie zyskuje na wartości, Graś okazał się od Pryka energiczniejszy, nie karał, lecz prał, gdzie popadło – był młody i silny. Przypinał do kurtki nawet zdobyty, w wyniku bohaterskiej walki w wojnie z bolszewikami, krzyż walecznych, zyskując przez to szacunek i  respekt, nie tylko u  penetrujących lasy złodziei, ale i u owego galicyjskiego podskakiwacza. 23. Nocny spacer Pewnej mroźnej nocy wracałem traktem leśnym z  Opalenia do  Dąbrówki. Pokonferencyjny wieczorek towarzyski kolegów zatrzymał mnie tak długo, głównie z uwagi na niezwykłą serdeczność kierownika szkoły – pana Prabuckiego. Śnieg skrzypiał pod nogami, a księżyc oświetlał drogę i las. Droga była zasypana nową warstwą śniegu, ale że prosta i szeroka o zbłądzenie się nie obawiałem. Lekki wschodni wiatr pchał mnie w kierunku domu i tak jakoś stopkowałem bez większego wysiłku, mimo, że było pod górę. Gdy znalazłem się na jej krzeptowisku to usłyszałem odgłosy pracy drwali. Zdziwiłem się, myślałem, że się mylę, że zmęczenie i poczęstunki wprowadzają mnie w stan ulegający złudzeniom. Ale tak nie było, byłem aż za bardzo trzeźwy, właśnie te odgłosy pracy pił i siekier urealniły mi sytuację. Szły z lewej strony przydroża. Zwolniłem kroki i zamieniłem się w słuch. Na razie nikogo nie dostrzegałem, ale nie byłem pewny czujek, czy obserwatorów wysuniętych przez pracujących. Przecież tak śmiałe, blisko drogi wycinanie drzew musiało być dobrze zorganizowane, złodziei musiało być wiele, stukanie i piłowanie świadczyły o tym. Sytuacja moja była dość kłopotliwa,


294

Józef Ceynowa

bo pamiętałem o opowiedzianych mi niedawno faktach rozprawienia się ze świadkami podobnej eskapady złodziejskiej. Kłusownik i złodziej dłużycy jest bezwzględny, likwiduje tych, co są potencjalnymi świadkami tego procederu. Słowa usłyszane w  Dąbrówce u  sołtysa, opowiadającego mi o zabiciu pasterza i zamęczeniu domokrążnej sklepikarki właśnie w tym lesie, niedaleko Dużego Wiosła, unaoczniły moje położenie i służyły przestrogą. Nie wiedziałem gdzie skierować kroki, szedłem jakby po omacku, ciągle w kierunku prostym pod Dąbrówkę, ale wnet zobaczyłem na drodze lekko w  lewą jej stronę wciśnięte wozy chłopskie. Były zdłużone, a  więc przygotowane do  zwózki dłużycy budulcowej – sprawa zatem kryminalna. Zauważyłem też furmanów. Mogli mnie rozpoznać. Niewielu znałem w okolicy ludzi, ale mnie jako „szkólnego” znali pewnie wszyscy. Był najwyższy czas zniknąć z  obranej drogi. Musiałem w  las brnąć miękkim śniegiem, po cichu i ukradkiem. Tamci piłowali i obcinali gałęzie, nie mogli więc wgłębiać się w nasłuchiwanie, ale ci przy koniach byli dla mnie niebezpieczni. Obserwowałem ich sylwety, były na szczęście jakby nieruchome; widocznie mnie nie zauważyli, ani też nie słyszeli. Zimowa droga w lesie jest ciężka, ale brodzenie na przełaj w śniegu jest nawet niebezpieczne. Doznałem tego teraz. Wpadałem w doły, były zasypane śniegiem i niewidoczne, gramoliłem się wielokrotnie, zmoczony i wyczerpany, wreszcie stanąłem na zalanej księżycową poświatą polanie – była mi znana z przechadzek z Janem Prykiem, tu niedaleko wznosiły się zabudowania Rakówca. Zrazu chciałem obudzić leśniczego Grasia, bo Pryka tu już nie było, ale mógłby mnie wziąć za napastnika, wszak w owym czasie nie tylko złodzieje w okolicy grasowali – bandyci także. Wróciłem więc do domu. W głowie kłóciły się ze sobą myśli związane z  potrzebą reagowania na zło – powiedzieć o  tym co  widziałem, czy nie powiedzieć. Powiedziałem, ale Graś, jakby wcale tym się nie przejął: – Sił nie mam do przeciwstawienia się tym złoczyńcom, na razie, ale przyjdzie raz kryska na Matyska, a wtedy pogadamy – powiedział kurząc pipę, z którą się nigdy nie rozstawał.


V. KONKURS „MOJE MIEJSCE NA ZIEMI”


Prace laureatów konkursu Konkurs „Moje miejsce na ziemi” zorganizowaliśmy kolejny raz w ramach Bibliotecznych Spotkań Regionalnych. Publikujemy trzy najlepsze prace plastyczne oraz najciekawszą pracę literacką. W  ten sposób nie tylko symbolicznie nagradzamy zwycięzców, ale też zachęcamy innych do aktywności na tym polu. Konkurs zamierzamy kontynuować także w przyszłym roku, więc już teraz zachęcamy uczniów kociewskich i żuławskich szkół podstawowych do wzięcia w nim udziału.

W kategorii prace plastyczne nagrodziliśmy prezentowane poniżej prace:


298

Prace laureatów konkursu

I miejsce Sara Nowicka, tytuł: „Kościół w Nowem” Szkoła Podstawowa nr 2 w Nowem


V. Konkurs „Moje miejsce na ziemi”

II miejsce Marta Banasik, tytuł: „Kościół św. Mateusza w Nowem” Szkoła Podstawowa nr 1 w Trylu

299


300

Prace laureatów konkursu

III miejsce Marcelina Jabłońska, tytuł: „Moja miejscowość, moja gmina” Publiczna Szkoła Podstawowa w Bytonii


V. Konkurs „Moje miejsce na ziemi”

301

I miejsce w kategorii literackiej Oliwia Tomasik, Szkoła Podstawowa w Suchym Dębie, klasa gimnazjalna Steblewo W  naszej gminie każda miejscowość kryje za sobą wiele lat historii, która zamknięta jest w murach kościołów bądź innych zabytkach. We wsi Steblewo – w której obecnie mieszkam – nie brakuje inspirujących miejsc oraz malowniczych krajobrazów w  postaci np.  wałów wiślanych, które szczególnie w okresie jesiennym zapierają dech w piersiach. Wydaje mi się, że najbardziej rozpoznawalnym zabytkiem mojej miejscowości są ruiny gotyckiego kościoła, zbudowanego przez Krzyżaków w XIV wieku. Jest to niezwykle charakterystyczna pozostałość, która kryje w swoim wnętrzu tajemnicę – i znają ją tylko ci, którzy dawniej przemieszczali się w jej komnatach. Dawno temu kościół budził tak wielki zachwyt, że  aż niejednokrotnie umieszczano go na widokówkach bądź obrazach. Po częściowym zniszczeniu przez Szwedów dało się go odbudować, jednak gdy podpaliła go Armia Czerwona – zostały jedynie do dziś nam znane ruiny. Obecnie sołectwo Steblewa bardzo dba, by dawny kościół i jego otoczenie było schludne. Mieszkańcy wsi często sprzątają wokół niego, by turyści mogli podziwiać prawdziwą gotycką architekturę w miłym dla otoczenia siedlisku, czyli ma altanie wybudowanej zaraz obok. To idealne miejsce, by chodź na chwilę zasiąść i wyobrazić sobie, jak potężny był kiedyś ten budynek i jak wyglądało jego tworzenie. By odnowić o nim pamięć, od czasu do czasu odbywają się tam Msze Święte, na których obecni są mieszkańcy z sąsiednich miejscowości. Nie zapominajmy, że przed samymi ruinami znajduje się lapidarium. O nim również moglibyśmy powiedzieć kilka słów, jednak większą zagadką są domy podcieniowe. W mojej miejscowości są takie dwa – i  co  ciekawe – nie są daleko siebie. Z  tego co podaje Internet, owe domy potrzebują pilnych remontów. Zbudowano je w II połowie XVIII w. i przetrwały aż po dziś dzień. Charakteryzuje je murowany parter i niezwykle potężny, mansardowy dach. Przechodząc obok


302

Prace laureatów konkursu

nich, nie da się na nie nie spojrzeć. Nie ma co ukrywać – są wielkie i różnią się od  współczesnych budynków. Takich zabytków jest całkiem sporo w Żuławach Gdańskich, jednak możliwość widzenia ich codziennie jest nie do opisania. Oddają one klimat dawnych, nieznanych nam lat i utwierdzają nas w przekonaniu, że historia nie liczy sobie lat – ona sprawia, że każda rzecz z osobna ma swoją wieczność. Moim zdaniem powinniśmy doceniać to, co nas otacza – a mianowicie – takie historyczne zabytki. Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele znaczyły dla innych i jak bardzo zmieniały otoczenie swoją obecnością. Cały świat, ziemia, po której stąpamy… Wszystkie te rzeczy mają swoją własną, niezapomnianą i  wieczną historię. Jak to mawiał Tytus Liwiusz: „Historia to świadek dziejów, źródło prawdy, życia, pamięci, mistrzyni życia, piastunka przeszłości i zwiastunka przyszłości”.


O Autorach Michał Albiński – mieszkaniec Tczewa, absolwent geografii na Uniwersytecie Gdańskim, nauczyciel przyrody, geografii i wiedzy o bezpieczeństwie w Szkole Podstawowej w Suchym Dębie. Miłośnik i popularyzator turystyki wśród dzieci i młodzieży. Organizator licznych wypraw i wycieczek dla uczniów po Polsce i Europie. Miłośnik polskiej motoryzacji, w szczególności fiata 126p. Kolekcjoner aut i majsterkowicz. Członek oddziału ZKP w Tczewie. Jakub Borkowicz – urodzony w 1981 r., historyk, archiwista, prawnik i regionalista. Absolwent historii na Uniwersytecie Gdańskim, działacz Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego (przez dwie kadencje wiceprezes Oddziału Kociewskiego ZKP w Tczewie, aktualnie przewodniczący Komisji Rewizyjnej). Jeden z redaktorów audycji „Spotkania z Kociewiem” w tczewskim Radiu Fabryka. W kręgu jego zainteresowań znajduje się historia XX wieku oraz okresu nowożytnego, zwłaszcza problematyka gospodarcza oraz służb mundurowych. Tomasz Jagielski – urodzony w 1972, absolwent historii na Uniwersytecie Gdańskim i studiów podyplomowych z politologii na UG. Jako nauczyciel pracuje w Zespole Szkół w Suchym Dębie. Interesuje się przeszłością ziemi pomorskiej Kociewia i Żuław. Napisał kilka publikacji o charakterze regionalnym: „Ostrowite i Suchy Dąb. Historia wsi żuławskich” (2006), „Jubileusz 50-lecia Szkoły Podstawowej w Suchym Dębie 1957–2007” (2007), „Steblewo. Historia wsi żuławskiej” (2008), „Steblewo. Dawne dzieje” (2012), „Wróblewo. 700 lat wsi żuławskiej” (2012). Publikuje także w prasie lokalnej: „Pomerania”, „Dziennik Bałtycki”, „Teki Kociewskie”. Od czerwca 2016 r. prezes Oddziału ZKP w Tczewie. Interesuje się również tematyką kresów wschodnich, a  opisy wypraw w  te rejony świata zamieszcza w „Tekach Kociewskich”. Michał Kargul – absolwent historii i socjologii na Uniwersytecie Gdańskim. W 2009 r. na macierzystej uczelni obronił rozprawę doktorską poświęconą historii pomorskiego leśnictwa wydanej pt. „Abyście szkód w lasach naszych nie czynili… Gospodarka leśna w województwie pomorskim w okresie nowożytnym (1565– 1772)”. Członek Oddziału Kociewskiego ZKP w  Tczewie oraz Instytutu Kaszubskiego w Gdańsku. Jako nauczyciel historii pracuje w Szkole Podstawowej nr 11 w  Tczewie. Jego zainteresowania koncentrują się wokół spraw gospodarczych okresu nowożytnego oraz pomorskiego ruchu regionalnego. Przemysław Kilian – urodzony w 1989 r. w Gdańsku, absolwent historii na Uniwersytecie Gdańskim. Obecnie student studiów magisterskich na kierunku etnologia


304

O Autorach

w Instytucie Archeologii i Etnologii UG. Zainteresowania badawcze koncentruje wokół zagadnienia tożsamości etniczno-regionalnej i szeroko rozumianej kultury, w tym kociewskiej i pomorskiej. Społecznie zaangażowany w pomorski ruch regionalny, pełniący funkcję prezesa Trójmiejskiego Klubu Kociewiaków. Członek m.in. Towarzystwa Miłośników Ziemi Kociewskiej i  Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Marek Kordowski – urodzony w 1965 r. w Malborku, mieszka w Opaleniu. Jest bibliotekarzem w Powiatowej i Miejskiej Bibliotece Publicznej im. ks. Fabiana Wierzchowskiego w  Gniewie. Absolwent Akademii Teologii Katolickiej w  Warszawie oraz Podyplomowego Studium Historii i Polonistycznego Studium Podyplomowego Uniwersytetu Gdańskiego. Jest autorem monografii „Opalenie. Zarys dziejów wsi kociewskiej” (2007). W książce Czesława Glinkowskiego „Związki ziemi tczewskiej z Wisłą” zamieścił własne autorskie teksty. W lokalnych periodykach opublikował około 200 artykułów naukowych i publicystycznych o tematyce historii regionalnej. Obecnie współpracuje z  „Kociewskim Magazynem Regionalnym”, „Nowinami Gniewskimi” oraz subkowskim „Emaus”. Jest organizatorem sesji historycznych w Opaleniu. Za działalność społeczną w 2009 r. został uhonorowany nagrodą Starosty Tczewskiego w dziedzinie kultury. Jerzy Paweł Kornacki – urodził się 5 sierpnia 1971  r. w  Gdańsku. Jego rodzina od trzech pokoleń mieszka w Wiślinie, w której również spędził swoje dzieciństwo. W  latach 1986–1991 uczęszczał do  Technikum Leśnego im. prof. St. Sokołowskiego w  Warcinie. Jest absolwentem Wydziału Leśnego Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. W okresie studiów współpracował z redakcją gazety „Poznajmy Las”. Po ukończeniu studiów pracował w Lasach Państwowych RDLP w  Krośnie, początkowo w  nadleśnictwie Baligród w  Bieszczadach, a następnie w nadleśnictwie Krasiczyn na terenie Pogórza Przemyskiego. Z zamiłowania przyrodnik i podróżnik, a także fotograf. Fascynują go góry i amatorsko uprawia taternictwo. Od kilkunastu lat jego hobby stała się historia Żuław Gdańskich oraz śledzenie dziejów swojej rodziny. W r. 2009 został laureatem powiatowego konkursu „Poznaj swoją historię. Moja mała ojczyzna”. Jest autorem książki „Wiślina. Zarys dziejów” oraz wielu artykułów prasowych. Obecnie wraz z żoną i dwójką dzieci mieszka w rodzinnej Wiślinie. Jan Kulas – urodzony w 1957 r., absolwent historii na Uniwersytecie Gdańskim. W latach osiemdziesiątych pracował jako nauczyciel w  Zespole Szkół Kolejowych w  Tczewie, później przez dekadę w  ZRG NSZZ „Solidarność”. Jeden z  liderów podziemia solidarnościowego po 1981  r. i  komitetów obywatelskich w  1989  r. Współtworzył samorząd lokalny w Tczewie. Przez trzy kadencje poseł na Sejm RP. Popularyzator historii i działacz regionalny. Należy do kilku organizacji i stowarzyszeń, m.in. Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego (zasiada w Radzie Naczelnej) oraz Towarzystwa Miłośników Ziemi Tczewskiej. Inicjator, redaktor i współ-


O Autorach

305

autor książek poświęconych historii najnowszej oraz osobom zasłużonym dla Tczewa i regionu, m.in: „Sierpień 80. Co nam zostało z tamtych dni?”, „Grzegorz Ciechowski 1957–2001. Wybitny artysta rodem z Tczewa”, „Parafia NMP w Tczewie i jej proboszcz ks. Stanisław Cieniewicz”, „Lucja Wydrowska-Biedunkiewicz. Pół wieku pracy i służby dla Tczewa”. Anna Łucarz – doktorantka Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, gdzie pod opieką Marii Pająkowskiej-Kensik kończy redagować rozprawę na temat poczucia tożsamości regionalnej na Kociewiu. Interesuje się zagadnieniami socjolingwistycznymi i językiem mediów. Leszek Muszczyński – urodzony w  1971  r., historyk, germanista oraz regionalista, członek oddziału Kociewskiego ZKP w Tczewie. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego oraz Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w  Bydgoszczy oraz filologii germańskiej w  KKNJO na Uniwersytecie Gdańskim i  Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Nauczyciel w ZSE im. Janusza St. Pasierba w Tczewie. Autor artykułów w pismach regionalnych, branżowych (transport, szkolnictwo) i ogólnopolskich. Publikował m.in. w „Dzienniku Bałtyckim”, „Najwyższym Czasie’, „Opcji na Prawo”, „30 Dni”, „Tekach Kociewskich”, „myśl.pl”. Jest autorem lub współautorem monografii: „Die deutsch-polnischen Beziehungen von 1945 bis zur Gegenwart auf dem Grund von zwei ausgewählten polnischen Geschichtslehrbüchern (2004), „Zarys dziejów powiatu tczewskiego” (2010), „Tczew miastem kolejarzy” (2012). Bogdan Solecki – urodzony w 1955 r., pasjonat historii regionu, a w szczególności tej dotyczącej ziemi pelplińskiej i miasta Pelplina. W latach 1991–2012 członek redakcji „Informatora Pelplińskiego”. W  tym okresie czasu starał się czytelnikom pisma przedstawić dzieje historyczne Pelplina, a  także aktualne wydarzenia z miasta i gminy. Jest autorem lub współautorem okolicznościowych publikacji, m.in. „Był taki Pelplin” (1998), „120 lat Cukrowni Pelplin” (1999), „Pelplin dawny i współczesny” (2011), „Alfabet pelpliński”(2016). Wojciech Szramowski – historyk, regionalista i działacz społeczny, doktor nauk historycznych, pracownik Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Jeden z liderów oddziału toruńskiego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Bogdan Wiśniewski – urodzony 1952 r. w Gdańsku, absolwent Uniwersytetu Gdańskiego (filologia polska i etyka). Kaszuba od 1974 r. zamieszkały na Kociewiu. Członek Zarządu Oddziału Kociewskiego ZKP w Pelplinie (w latach 2004–2010 i ponownie od 2016 r. jako prezes). Związany z Liceum Ogólnokształcącym im. ks. Janusza St. Pasierba w Pelplinie (w ostatnich latach przed emeryturą jako dyrektor szkoły). Od 1996 r. przewodniczący komitetu organizacyjnego Pomorskiego Festiwalu Poetyckiego im. ks. Janusza St. Pasierba. Autor i  współautor kilku książek,


306

O Autorach

m.in. „Pomorskie drogi ks. Janusza Pasierba” (1994, 1998), „Czas zapisany w pamięci” (2001), „Ks. Janusz St. Pasierb kapłan – poeta – humanista” (2004), „Poetyckie spotkania z ks. Januszem St. Pasierbem” (2005), „Pelplin – nasza mała ojczyzna” (2009), „Kopa lat” (2011). Interesuje się teatrem, filozofią, poezją (nie tylko ks. Janusza St. Pasierba) oraz edukacją regionalną. Krystian Zdziennicki – urodzony w 1992 r. w Sztumie, absolwent historii na Uniwersytecie Gdańskim. Członek Koła Naukowego Historyków UG. Interesuje się problematyką historii Powiśla i rodzinnego miasta. Aktywny na łamach prasy regionalnej, współpracownik m.in. „Prowincji” i „Tek Kociewskich”.


ISSN 1689-5401

Teki Kociewskie zeszyt 11  

Rocznik regionalny Oddziału Kociewskiego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w Tczewie

Teki Kociewskie zeszyt 11  

Rocznik regionalny Oddziału Kociewskiego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w Tczewie

Advertisement