Issuu on Google+

the only rockstyle magazine in the universe

free copy

LIPIEC/SIERPIEŃ JULY /AUGUST 2012

NIGHTWISH PAUL MCCARTNEY THEATRE OF TRAGEDY JACK DANIEL’S PETER GRANT PŁYTOHOLIzm streaming ROCK OF AGES Summer festivals guide fashion METALFEST 2012


lipiec - sierpień / july - august 2012 3

edytorial / editorial

4

news access

rock talk

6

12

NIGHTWISH MARCO HIETALA ZRELAKSOWANY NIGHTWISH MARCO HIETALA RELAXED

rock access

26 23

PAUL MCCARTNEY - KRZEPKI UMARLAK PAUL MCCARTNEY - A LIVELY DEADMAN rock shop

28

WE ALL LIVE IN OUR YELLOW SUBMARINE

digging the rock

30

HITY ZNACIE... EUROPE

rock fashion

34

SKULLS STUDS SPIKES DE LUX rock style

35

JACK DANIEL’S. ROCK’N’ROLL W BUTELCE.

dark access

38

THEATRE OF TRAGEDY. W OGRODACH POŁAMANYCH SERC.

backstage access

40

PETER GRANT ZA STERAMI OŁOWIANEGO ZEPPELINA

rock shot

45

REIGN IN BLOOD collectors’ room

PŁYTOHOLIZM 49 RECORDOHOLISM rock screen 52 ROCK OF AGES 46


rock savvy

60

PROBLEMATYCZNY STREAMING

map of rock

62

PRZEGLĄD LETNICH FESTIWALI - CZĘŚĆ III SUMMER FESTIVAL’S GUIDE - PART III rock live

71

MOCNA DAWKA ADRENALINY - ADRENALINE MOB NIECH ŻYJE NASZA ALMA MATER! - JUWENALIA 2012 AKUSTYCZNA MAGIA JOEGO BONAMASSY DOLINA CHARLOTTY - TAM ZABRZMIĄ LEGENDY - CZĘŚĆ II

rock gallery

64 67 69

74

METALFEST 2012

ROCK AXXESS TEAM: redaktor naczelna / dyrektor kreatywna editor in chief/ creative director Karolina Karbownik [k.karbownik@allaccess.com.pl] zastępca redaktor naczelnej / redaktor wydania angielskiego deputy editor in chief / translation editor Jakub Bizon Michalski [j.michalski@allaccess.com.pl] redaktor editor Katarzyna Strzelec [k.strzelec@allaccess.com.pl] współpracownicy contributors: Marcelina Gadecka Marek Koprowski Agnieszka Lenczewska Robert Markowski Leszek Mokijewski Sheila Palkoski Jakub Rozwadowski Agata Sternal Justyna Szadkowska Weronika Sztorc Tomasz Wiszniewski Dorota Żulikowska

dyrektor biura reklamy advertising director Katarzyna Strzelec [k.strzelec@allaccess.com.pl] grafik graphic designer, DTP Karolina Karbownik rock axxess logo i ikony rock axxess logo and icons Dominik Nowak

jedyny magazyn rockstylowy na świecie the only rockstyle magazine in the universe

www.facebook.com/rockaxxess

wydawca publisher All Access Media, ul. Szolc - Rogozinskiego 10/20, 02-777 Warszawa, Poland biuro@allaccess.com.pl kontakt z redakcją editor’s office contact@rockaxxess.com

Redakcja nie zwraca niezamówionych materiałow i zastrzega sobie prawo do skrótów i zmian w nadesłanych tekstach. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam i artykułów sponsorowanych. We do not accept responsibility for the content of the advertising published in the magazine.

na okładce on the cover Ensiferum foto photography Marek Koprowski


ED TORIAL Y I

Upały nie odpuszczają i my też! Przecież mamy lato, a latem ma być gorąco. Świat topi się pod falami rockowych, hardrockowych, heavymetalowych � festiwali. A bawcie się, o to właśnie chodzi! Nasz fotograf, Marek Koprowski zalał nas stertą zdjęć z czeskiej edycji Metalfestu. Wybrać kilka było ciężko, ale chyba dobrze sobie poradziliśmy? Zajrzyjcie do naszej galerii. A po drodze do niej czeka Was ponad 70 stron, na których znajdziecie wywiad z basistą Nightwish, Marco Hietalą, mój ulubiony w tym numerze artykuł Paul McCartney. Krzepki Umarlak., co nieco o streamingu, o Jacku Danielsie... Ale chwila, po co przepisywać spis treści, skoro ten już za Wami? Go rock!

Heat wave is still here, so are we! We’ve got summer after all, and summer has to be hot. The world melts from heat of rock, hardrock, and heavy metal � festivals. It’s all about fun, isn’t it? Our photographer, Marek Koprowski flooded us with photos from Czech’s Metalfest. It was really hard to choose only few, but I think we did a good job! Take a look at our gallery. However, until you get there you have more than 70 pages, with a few articles in English: interview with Marco Hietala, the bass player of Nightwish, and my favourite article Paul McCartney. A Lively Deadman, Recordoholism... We promise to publish English version of the article about Jack Daniel’s in the next issue of Rock Axxess. So now, go rock!

Karolina Karbownik redaktor naczelna / editor-in-chief

LAMB OF GOD LAUNCHED Official Donation Page for Randy Blythe Legal Fund www.facebook.com/lambofgod/app_190322544333196

the only rockstyle magazine in the universe is seeking for a London based journalist to join our UK team The Role: * Writing articles focused on the latest London events * Increasing social presence across various social platforms including Facebook and Twitter Skills and Requirements: * Passion for hard rock and heavy metal music – a true music fan * Excellent verbal and written communication skills

In order to find out more, please contact us: contact@rockaxxess.com ROCK AXXESS

3


news access Karolina Karbownik, Agnieszka Lenczewska

Vedder TĘSKNI ZA RAMONE Wokalista Pearl Jam, Eddie Vedder wraz członkiem swojej ekipy technicznej, Rickiem Weinmanem, odwiedzili z początkiem lipca berlińskie Ramones Museum, gdzie oddali cześć legendom punk rocka – The Ramones. Eddie Vedder podzielił się swoimi wspomnieniami na temat zmarłego przyjaciela Johnny’ego Ramone. Nie brakło anegdot wywołujących śmiech u wszystkich zebranych, jak również chwil zadumy, smutku i tęsknoty.

Przedstawiciele Ramones Museum podziękowali Vedderowi i jego fanom na swoim profilu na Facebooku: Dziękujemy Eddiemu, Rickowi i wszystkim fanom Pearl Jam. Jesteście świetnymi, miłymi i najbardziej lojalnymi ludźmi, jakich kiedykolwiek spotkaliśmy. Wasza pasja, podekscytowanie i prawdziwa miłość do muzyki są imponujące. Wiemy, że wielu z was przyjechało z bardzo odległych miejsc tylko po to, by zobaczyć występ Pearl Jam. Już za wami tęsknimy! Eddie Vedder zostawił w muzeum list adresowany do Johnny’ego Ramone.

FAN WYBRAŁ, CO ZAGRA PEARL JAM

Kilka dni przed wspomnianą wizytą w Berlinie, zespół Pearl Jam sprawił nie lada niespodziankę jednemu ze swoich najwierniejszych fanów. Brian Farias został poproszony o przygotowanie set listy na koncert Veddera i spółki w Amsterdamie. Fariasa, który ma na swoim koncie już 108 występów Pearl Jam, zaproszono również podczas holenderskiego występu na scenę. To nie może być prawda – wspomina superfan. To lepsze niż wygrana na loterii. Za żadne pieniądze na ziemi nie przekupiłbym Veddera do powierzenia mi set listy. To było zupełnie, jakbyś zaprogramował sobie muzykę w iPodzie, po czym pojawiliby się muzycy Pearl Jam i zagrali to dla ciebie. Jak wyglądała idealna set lista w wyobrażeniu Fariasa, niemal w całości zagrana przez Pearl Jam? Oto ona: Wash, Last Exit, Animal, State of Love and Trust, Severed Hand, Corduroy, I Got S–t, Daughter/WMA, Nothing As It Seems, Got Some, Dissident, Once, Glorified G, Deep, The Fixer, Bugs, Better Man; bis: Release, Hail, Hail, Alone, Footsteps, Rearview Mirror, bis 2: Crown of Thorns, Sonic Reducer, Alive, Baba O’Riley, Yellow Ledbetter/Little Wing

4


Bruce Dickinson i jego biznes lotniczy w Walii Bruce Dickinson jest nie tylko wokalistą Iron Maiden, pisarzem, szermierzem, szefem marketingu, ale przede wszystkim miłośnikiem lotnictwa. Zarówno pilotuje Ed Force One, jak i obsługuje linie komercyjne. Na początku maja br. wraz z innymi udziałowcami otworzył Cardiff Aviation Ltd., przedsiębiorstwo, które ma zajmować się przede wszystkim naprawą i serwisowaniem dużych samolotów pasażerskich (Boeingi i Airbusy), a także szkoleniem i certyfikacją pilotów. Spółka wydzierżawiła olbrzymi hangar od walijskiego rządu i zakupiła specjalistyczny sprzęt. Otrzymana pomoc publiczna zostanie przeznaczona na zatrudnienie oraz szkolenie wykwalifikowanych pracowników. Bruce Dickinson ma nadzieję na stworzenie setek miejsc pracy w Walii, która jest matecznikiem strukturalnego bezrobocia w Zjednoczonym Królestwie.

Jak powiedziała Edwina Hart, minister ds. biznesu, technologii i nauki w walijskim rządzie: Ściśle współpracujemy z Brucem Dickinsonem i Cardiff Aviation przy tym ekscytującym projekcie. Jesteśmy pod dużym wrażeniem tego pomysłu i robimy wszystko, by doszedł do skutku. To jest dokładnie ten rodzaj inwestycji, który jest potrzebny na tym terenie. Chodzi o dostosowanie potencjału lokalnej gospodarki i jednoczesne zapewnienie międzynarodowej promocji. Siedziba spółki zlokalizowana jest St. Athan, jednej z pięciu nowych specjalnych stref ekonomicznych w Walii.

Swoimi doświadczeniami z obszaru marketingu wokalista Iron Maiden dzielił się z uczestnikami warszawskiego IAB Forum 2012 – konferencji poświęconej marketingowi adaptacyjnemu.

fot. facebook, materiały prasowe

Gwiazdor Slash Zaledwie w dwa miesiące po wprowadzeniu Guns N’Roses do Rock’n’Roll Hall of Fame, Slash został uhonorowany kolejnym wyróżnieniem – gwiazdą w hollywoodzkiej Alei Sław. Ceremonia odbyła się 10 lipca 2012 roku w Hard Rock Cafe przy Hollywood Boulevard w Los Angeles. Uczestniczyli w niej m. in. najbliższa rodzina gitarzysty, przyjaciele z zespołu – Steven Adler i Gilby Clark, reżyser Robert Evans, znany dziennikarz radiowy Jim Ladd oraz sąsiad Slasha, Charlie Sheen, który podsumował wydarzenie słowami: Slash otrzymuje gwiazdę na ulicy, na której kiedyś będzie sypiał Axl Rose. Finałem imprezy był akustyczny koncert Slasha oraz Mylesa Kennedy’ego.

ROCK AXXESS

5


Karolina Karbownik foto: Karolina Karbownik / promo

zrelaksowany

NIGHTWISH

MARCO

HIETALA


Letnia festiwalowa noc, temperatura wynosi zaledwie dwa stopnie powyżej zera. największe marzenie tej nocy? ogrzać się! Na szczęście w garderobie Nightwish, gdzie mam spotkać się z basistą zespołu, jest ciepło, cicho i przytulnie. Promotorzy dbają, aby nasza rozmowa nie przekroczyła dziesięciu minut. Cóż, łatwo nie będzie, ale spróbujmy! Oto nad filiżanką gorącej herbaty pochyla się legenda fińskiej sceny, Marco HietalA!

Dobry wieczór Northern King! [Northern Kings – Królowie Północy – to jeden z zespołów Marca – przyp. RA] Przepraszam, że musiałaś czekać. Chciałem zaparzyć sobie herbatę.

widok grupy ludzi szalejących na scenie, jestem szczęśliwy. Będę się tym cieszył tak długo, jak tylko będę mógł.

Nadal tak pędzisz? Nie dziś i nie tak. Miałem bardzo relaksujący dzień. Pojechałem do hotelu, coś zjadłem. To było około godziny trzeciej. Potem zrobiłem sobie drzemkę, obudziłem się o ósmej wieczorem. Tak, to był bardzo relaksujący dzień. [śmiech]

A więc – jak wychować dzieci? Ojej… Moje dzieci już są w miarę dorosłe. Poradzą sobie, jeśli dostaną jedzenie i jakąś ojcowską radę. Oczywiście, trzeba być z nimi. Chłopcy mieli tej wiosny imprezę w szkole, podczas której jeden z nich występował. Poszedłem zobaczyć jego koncert. Grał na perkusji, po raz pierwszy przed publicznością. Byłem bardzo dumny. I zaskoczony: ten kawałek ma rytm, więc ktoś siedzi za perkusją, a tą osoba jest mój syn! Mam nadzieję, że jestem obiektywny! [śmiech]

Właśnie zdałam sobie sprawę, że minęło już aż osiem lat, odkąd ostatnio się spotkaliśmy. To było podczas festiwalu Sauna Open Air. Biegłeś z koncertu Nightwish na afterparty, podczas którego grałeś z Tarot. A tak, tak! Pamiętam, to była naprawdę szybka zmiana.

Na jakim etapie życia jesteś teraz? Co za tobą, a co przed…? Na jakim etapie życia… hmm… nie wiem. Wiesz, nasze życie ciągle kręci się w kółko. Raz mam więcej wolnego czasu. Mogę wtedy pobyć w domu z rodziną, zrobić coś dla siebie. Potem zaczynamy nagrywać album, następnie go wydajemy. Jedziemy w trasę. Teraz jestem na etapie trasy. W kółko... Brzmi dość nudno! Faktycznie, ale tak to właśnie jest. Oczywiście, jako osoba się zmieniam. Każdy się zmienia, czasy się zmieniają, a my z nimi. Określenie samego siebie jest dość trudne, prawda? Staram się być otwarty na wiele spraw. Dopóki dobrze się bawię, mam przed sobą grupę ludzi szalejących pod sceną na

Czy w Finlandii jesteś celebrytą? Celebrytą? Celebrytą… Nie wiem. Może? W pewnym sensie tak. Ludzie proszą mnie, żebym brał udział w wielu nietypowych zadaniach. Fotografują mnie w wielu miejscach. Dzwonią do mnie z bezużytecznych tabloidów i pytają o moją opinię na jakiś temat, na przykład jak wychowywać dzieci. Więc tak, możei jestem celebrytą. Ale nie czuję się jak ktoś taki.

Wziąłeś udział w show telewizyjnym Clash of the Choirs [w Polsce Bitwa na Głosy – przyp. RA], podczas którego dyrygowałeś zespołem piosenkarzy. Jak było? To było zabawne! Udało mi się zebrać naprawdę niezły zespół. Byli w nim bardzo różni ludzie: oczywiście dziewczyny i chłopcy, najmłodszy podczas trwania programu skończył osiemnaście lat. Najstarszy uczestnik miał ponad pięćdziesiątkę. Cała grupa – różni ludzie, różne osobowości – była bardzo zaangażowana. Mieli dobre podejście do programu, duże poczucie humoru, a jednocześnie poważny stosunek

ROCK AXXESS

7


do całej sprawy, chcieli trzymać wysoki poziom. Muszę przyznać, ze dobrze się bawiłem podczas tych sześciu tygodni pracy z nimi. Jednak raczej nie zgodziłbym się wziąć w tym udziału po raz drugi. Było szalenie dużo roboty.

Zaprezentowaliście popowe utwory Madonny i Lady Gagi oraz trochę klasyków rockowych, jak Queen i Guns N’Roses… [śmiech] Jeszcze przed rozpoczęciem programu toczyły się rozmowy na temat stworzenia heavymetalowego chóru. Ale nie chciałem zostać zamknięty w szufladzie z naklejką tu jest heavy metal. Bardziej zależało mi na wymyśleniu, jak by tu ludzi zaskoczyć. Udało ci się! Mam nadzieję!

Kto jest najlepszym wędkarzem w Nightwish? Wiem, że lubicie łowić ryby podczas waszych letnich obozów. Tak, wędkujemy, chociaż ja niezbyt często. Prawdopodobnie byłbym najlepszy i zostawiłbym chłopaków daleko w tyle. Byliby bardzo zawiedzeni i wpadliby w depresję. [śmiech] Czego nauczyłeś się podczas pracy nad płytą i filmem Imaginaerum? Myślę, że dla większości z nas to było jazzowe granie w piosence Slow Love Slow. Nikt z nas wcześniej nie robił czegoś podobnego. I nikt z nas nie jest muzykiem jazzowym. Pomogło nam to, ze jesteśmy otwarci na inne rzeczy. Pomogło nam

8

też nasze podejście: o tak, zróbmy to, zobaczmy jak to wypadnie, jeśli się uda to się uda. I udało się.

Zabawnie było podczas naszego obozu letniego pracować z Kaiem Hahto z Wintersun i Swallow the Sun… nie… tak? Swallow… nie, Swallow…? Wyleciało mi z głowy. [tak, Swallow the Sun – przyp. RA]. Tak czy inaczej, on ma duże umiejętności w grze na perkusji i nie tylko. Jukka uczył się od niego, jak grać szczotkami i grać te wszystkie jazzowe patenty: uderz tą, zmieć tą, uderz tą... A Jukka tylko kiwał głową: rozumiem, rozumiem, aha, rozumiem. I właściwie tak doszliśmy do etapu, w którym powstała cała piosenka. Uważam, że ma dobry klimat. Może jeśli zagrałoby się ją wielkiemu fanowi jazzu, powiedziałby, że nic nie jest warta. Ale mój tata, który ma ponad siedemdziesiąt lat i całe życie kochał jazz, bardzo ją lubi, zwłaszcza solówkę Emppu. Możesz wyobrazić sobie machanie włosami w rytmie jazzu? Mogę! Ale nigdy nikt tego nie robi! [śmiech]

Po tym, jak zagraliście w filmie, jesteś gotowy do przyjęcia tytułowej roli w Upiorze z Opery? [Nightwsh nagrał cover piosenki Phantom of the Opera, w której Marco śpiewa męskie partie – przyp. RA] Nikt mi jeszcze tego nie zaproponował. [śmiech] Musiałbym to przemyśleć i zobaczyć, jak wygląda grafik. Na pewno nie będę dostępny przez następne pół roku. Później będzie trochę czasu wolnego. Jeśli ktoś mi zaproponuje rolę, rozważę to.


Za tydzień gracie na jednym festiwalu z Black Sabbath. To twoja ulubiona kapela, prawda? Tak, bardzo chciałbym ich zobaczyć, ale niestety gramy w różne dni. Kiedy oni będą na scenie, my będziemy w drodze do Austrii. Uwielbiam Black Sabbath. Grasz nadal w Sapattivuosi – fińskim tribute bandzie Black Sabbath? Oczywiście, zespół nadal istnieje. Niedawno rozmawialiśmy z chłopakami, żeby się zebrać i znów zrobić coś razem. Ale wiadomo, każdy ma swoje inne projekty, ja mam ten zespół, Janne z kolei pracuje w wytwórni płytowej. Czasami ciężko jest spotkać się razem. No i oczywiście zakres utworów jest ograniczony, a przecież nie możemy sami napisać nowych. Musimy poczekać, aż Black Sabbath coś nagrają.

Masz ponad dwadzieścia pięć lat doświadczenia na scenie i niezliczoną liczbę zespołów i piosenek, w których wystąpiłeś jako gość specjalny. Czy rozważasz wszystkie zaproszenia, które otrzymujesz, czy może masz jakieś kryteria, którymi się kierujesz przy podejmowaniu decyzji, z kim współpracować, a z kim nie? Dostaję jeszcze więcej zaproszeń, ale staram się być bardzo ostrożny w ich wybieraniu. Nie chcę się zanadto rozdrabniać. Przez lata byłem pracoholikiem, ale zdałem sobie sprawę, że też muszę mieć czas dla siebie. Wiem, kiedy powiedzieć nie. Staram się ograniczyć działania do, na przykład, produkcji albumu Amorphis. Albo współpracy z ludźmi, których znam, których lubię i którzy tworzą bliską mi muzykę. Jak, na przykład, z Martijnem i jego holenderskim zespołem De-

lain. Znam go, znam jego twórczość i jego kolegów z grupy. Bardzo lubię z nimi pracować. Ale czasem bywa tak, że mimo tej znajomości muszę zrezygnować ze współpracy, ponieważ jest ona stylistycznie zbyt podobna do tego, co robię ze swoimi zespołami. Ostatni album Nightwish Imaginearum jest w dużej mierze o wyobrażeniach, powrocie do wspomnień z dzieciństwa. Jakie są twoje wspomnienia? Mam ich mnóstwo…

Wybierz najlepsze, promotor już każe nam kończyć… Najlepsze? To byłoby szalone… O, może to, jedno z moich pierwszych wspomnień. Miałem wówczas cztery lata. Razem z chłopakiem z sąsiedztwa przeglądaliśmy komiksy o Kaczorze Donaldzie. I nagle zorientowałem się, że potrafię czytać! Pamiętam to, ponieważ nagle to do mnie dotarło: Potrafię czytać! To było wtedy niesamowite odkrycie! Jakie książki były twoimi ulubionymi w dzieciństwie? Ulubionymi? Było ich całe mnóstwo! Przeczytałem wszystkie części Tarzana i serię o Marsie Edgara Rice’a Burroughsa. Trzy pierwsze mogę uznać za te, które sprawiły, że zainteresowałem się tematyką kosmicznych podbojów.

Dziękuję ci bardzo Marco. Zawsze miło cię widzieć. Udanego koncertu wam życzę, mam nadzieję, że nie zamarzniecie! Dziękuję! Postaramy się!

ROCK AXXESS

9


NIGHTWISH

MARCO HIETALA

relaxed

Karolina Karbownik

photography: Karolina Karbownik / promo


On that summer festival night many people’s night wish was to warm up a bit as the temperature was reaching only two degrees! Luckily, the Nightwish’s well guarded dressing room where I was to meet the band’s bassist was pretty warm, silent and cozy. The promoters will make sure our conversation doesn’t last more than ten minutes. Let’s try, however, it won’t be easy. Here’s the legend of the Finnish music scene, Marco Hietala.

Good evening Northern King! [Northern Kings is one of the bands Marco played with - RA] Sorry you had to wait. I just got myself some tea. I just realized that it’s been almost 8 years since I saw you for the last time. It was during Sauna Open Air festival and you were running from a headlining show with Nightwish to an after party during which you would play with Tarot. Oh yes, yes. That was a fast change! I remember that one!

Are you still in such hurry? Not today. Not like this. I had a pretty relaxing day. I went to the hotel, had some food. It was after three o’clock. Later I took a day nap, woke up after eight in the evening. So yes, it was a very relaxing day. [laughs]

In what stage of life are you now? What’s behind you and what’s ahead of you …? What stage of life… hmm… I don’t know. We have these lives that seem to go round in circles. At times I have a little bit more free time and time off. I can stay at home and do my things with my familiy. Then we start recording an album, then we release the album, we go on tour. So now I’m on touring stage.

ROCK AXXESS

13


A circle. It sounds a bit boring. Oh, that’s how it goes. I mean, of course as a person I’m changing. Everybody changes, times change and we change with them. But it’s pretty hard to define yourself, isn’t it? I’m trying to stay open-minded about many things and as long as I enjoy going on the stage, see a bunch of people going mad about a bunch of people going mad on stage, I’m all for it. I will enjoy it as long as I can. Are you a celebrity in Finland? A celebrity? A celebrity. I don’t know. Yes, a kind of. People are asking me to attend different kinds of unuseful situations. They photograph me in all places. Some useless tabloid magazines are calling me in order to ask my opinion about many subjects such as how to raise kids. So yes, a celebrity. I may be. But I don’t feel like one myself.

So, how to raise kids? Oh well. My kids are pretty grown up. If you give them some food and fatherly advice, it’s ok. Of course, you have to be there with them. My kids had a spring party at school, when the school was over. I was there to witness my son’s performance. He was playing drums for the first time in front of an audience. I was pretty pleased. I was surprised: this thing has a groove so there is somebody on the drums and it is my boy! I hope I’m being objective here. [laughs] You participated in a TV show Clash of the Choirs in which you conducted a team of singers. How was it?


That was fun! I managed to get a really good bunch of people together. There were a lot of different people: boys and girls of course, the youngest one was seventeen turning eighteen at the time we were doing these shows. The oldest guy was over fifty. So we got all kids of different people, different personalities, people who really went for that show. They all had a great attitude and good humor but at the same time they were very serious about getting a certain level of their music. I have to say I really enjoyed that six weeks of doing it with them. But I must admit that I probably wouldn’t do it again if I were asked to. It was really a hell of a lot of work for everybody. You performed pop songs of Madonna and Lady Gaga and some rock classics of Queen and Guns N’ Roses… [laughs] It was even before the TV show started when we talked about making a heavy metal choir. But I didn’t want to be put in a closet with a label this is heavy metal. I was more into figuring out how to surprise people a little bit. You did! Yes, I hope so!

Who is the best angler in Nightwish? I’ve heard you do it during your summer camps. Yes we do but I don’t do it too much because I would probably be the best and blow the rest of the guys behind. They would be very disappointed and depressed about it. [laughs]

What sort of things did you challenge yourself to learn during recording Imaginaerum – the album and the movie? I guess that for most of us it was doing that jazz things in Slow Love Slow. That was something that we had never done before and none of us is a jazz player. Being open minded helped us a lot. Everybody was like: oh, let’s try and do it, let’s see what’s gonna happen, if it works then it works. Our attitude really helped us. We actually have done our things really well. It was really funny to see during our summer camp Kai Hahto from Wintersun and… Swallow the Sun… no… is it? Swallow the Sun… no… ugh, yes, Swallow …? It got away of my mind. [yes, Swallow the Sun – ref. RA]. Anyway, he is a very schooled guy in playing drums and everything. He was showing Jukka how to do brushes and all these jazz things: tap with that one, wipe with that one, tap with that one… Jukka was like: all right, all right, mhm, all right… So this is actually how the song came into its shape. In my opinion it has a very good vibe. Maybe if you play it to a real jazz freak it may be shit. But my father who is over seventy years old and he’s been a real jazz freak for his whole life, is really pleased with the song, especially Emppu’s guitar solo. Can you imagine headbanging and playing jazz? Yes, I can! But actually I never see it happening! [laughs]

After playing in a movie – are you ready to take a title role in Phantom of the Opera musical? [Nightwish recorded the theme song from Phantom of the Opera, Marco has sung male part in it – ref. RA] Nobody has asked me yet. [laughs] I would have to think about it and see what the time schedule is. I will not be available for the next half of the year, at least. Later, there will

be some time off. So, if anyone asks me, I might consider it.

Next weekend you’re playing at the same festival as Black Sabbath, it is one of your favorite bands, isn’t it? Yes, I would like to see them but unfortunately we are playing on different days. When they will be on stage, we’ll be on our way to Austria. I’m a big freak of all the Black Sabbath things. Do you still play in Sapattivuosi – Finish Black Sabbath tribute band? Yes of course, it still exists. And we’ve just been talking with the guys in order to go down and do something together. But the thing is that everybody has their own stuff, like I have this band, Janne is an executive in a record company. Sometimes it is really very hard to put it together. And also the amount of songs is limited so we have to think about it really carefully because we can’t really write new ones until the guys will do it themselves.

You have over twenty five years of experience on stage and you played in numerous bands as a special guest. Do you consider all requests, invitations or have some criteria which help you make a choice? I get even more requests these days but I tend to be even more careful about what I do because I don’t want to spread myself too thin. I’ve been a workaholic but I ‚ve come to realize that I need to have time for myself. I just have to use common sense and to say no. I’m trying to limit myself to things like, for instance, producing Amorphis album. I like to do things when I’m familiar with the people and the guys, when it’s about music that I like. For instance – with Martijn and Delain in the Netherlands. I know the guy, I know the music and I know his bandmates. So it is always nice to do things occasionally with them. However, sometimes even if I know the people and music, I’m trying to stay away from things that would be too similar to what I’m already doing.

Your latest recording with Nightwish, Imaginearum, is much about imagination and returning to childhood memories. What are your best childhood memories? There are many of them…

Choose the best one, these guys are showing us that this is the last question… The best one? Hmm, this is the weird thing. Maybe this one – one of the earliest: I was four years old. I was with that guy from the neighborhood and we were checking out some of Donald Duck comics. And suddenly I realized that I can read. I remember that because it was like something snapped on my head: I can read these things! It was revelation at that time. What is your favorite book of your childhood? Favourite book of my childhood? There’s plenty of those. I mean, I’ve read all the Edgar Rice Burroughs’ Tarzan books and Mars books – more serious. The three first ones, they would probably be the ones that define some of the outer space heroics for my life as well. Thank you very much Marco. It’s always so nice to see you! Have a great show, I hope you will not freeze too much! Thank you! We’ll try!

ROCK AXXESS

15


Robert Markowski, fot. materiały prasowe

krzepki umarlak

mccartney

pa ul


rock access

Paul McCartney skończył 70 lat i nie zanosi się na to, by wybierał się na tamten świat. Ponad 40 lat temu, u progu rozpadu największego zespołu rockowego świata, nie brakowało jednak zwolenników teorii, że Macca nie żyje. Miał zginąć w wypadku samochodowym już w 1966 r. i zostać zastąpiony przez sobowtóra. Kto i jak na to wpadł? Zapraszamy w podróż po twórczości późnych Beatlesów.

J

est rok 1966. Fab Four kończą kolejną morderczą trasę koncertową i dochodzą do wniosku, że nie mają ochoty na następną. Nie w ciągu sześciu miesięcy czy roku. Nigdy. Postanawiają zamknąć się w studiu i poświęcić pracy twórczej w takim stopniu, na jaki wcześniej po prostu nie mieli czasu. Fani są sceptyczni – wietrzą kryzys w grupie i wieszczą jej rychły koniec. Czas pokazuje jednak, że zmiana wyszła na dobre – wszystkie albumy od 1967 roku wzwyż uznaje się powszechnie za największe osiągnięcia The Beatles pod względem wartości artystycznej. Sgt. Peppe-

r’s Lonely Hearts Club Band staje się ich najpopularniejszym albumem i jednym z największych bestsellerów w historii muzyki popularnej w ogóle oraz – może nieco na wyrost – prekursorem idei albumów koncepcyjnych. Wtedy jednak nikomu nie przeszło przez myśl, że Beatlesi postanowili zaszyć się w studiu dlatego, że jest ich już tylko trzech. Na taki pomysł wpadły zaś po ukazaniu się Abbey Road, a więc dopiero w 1969 r., media w Detroit, a konkretnie gazeta Michigan Daily i jedna ze stacji radiowych, która wy-

ROCK AXXESS

17


trwale nadawała sprawie rozgłos. Analizując teksty i okładki utworów i płyt od Pieprza wzwyż, dziennikarze ze Stanów poskładali w całość elementy czegoś, co pozornie wyglądało jak zupełnie logiczna układanka. Odkryto na przykład, ujawnioną rzekomo w utworze A Day in the Life, informację, że Paul zabił się jadąc samochodem w 1966 roku. Jak głosił tekst (He blew his mind out in a car. He didn’t notice that the lights had changed), kierowca nie zauważył zmiany świateł i uległ drastycznej kraksie, która wręcz... pozbawiła go głowy! Zespół będący kurą znoszącą złote jajka nie mógł pozwolić sobie na zakończenie działalności ani zastąpienie popularnego wokalisty, basisty i autora piosenek w jednej osobie kimkolwiek innym, dlatego w zamian postanowił zatuszować jego śmierć i podstawić sobowtóra.

Tekst A Day in the Life (utworu kończącego się zapętloną kakofonią dźwięków, w której ktoś dosłuchał się jeszcze słów Paul is dead) stanowił pierwszą wskazówkę, lecz dociekliwi

18

śledczy szybko znaleźli kolejne. Inny tekst, na który na tylnej stronie okładki Peppera wskazuje palcem George Harrison (linijka z She’s Leaving Home), ma ujawniać porę tragicznego wypadku (Wednesday morning at five o’clock, as the day begins). Co ciekawe, Macca stoi na zdjęciu tyłem do obiektywu. Prawdziwą kopalnią dowodów jest jednak dopiero przednia okładka Sgt. Pepper’s. Liczne towarzystwo znanych osobistości ma sugerować, że oto jesteśmy na pogrzebie McCartneya. Nad głową samego Paula znajduje się otwarta dłoń, w kulturze celtyckiej oznaczająca śmierć. Obok kolorowo poubieranych Beatlesów stoją zaś ich woskowe figury w strojach bardziej formalnych, przy czym Ringo ma na sobie czarny golf, co wskazywać ma, że jest w żałobie. Pod ułożonym z kwiatów (na świeżej ziemi) napisem The Beatles znajduje się zaś symbol przypominający literę P (jak Paul) lub czterostrunową, leworęczną gitarę basową, na jakiej grał Macca. Nieopodal zaś stoi przypominające go popiersie – ewidentnie kamień nagrobny. Wewnątrz rozkładanej okładki


jest natomiast zdjęcie, na którym widać plakietkę z napisem OPD na ramieniu Paula. Skrót rozszyfrowano jako officially pronounced dead – oficjalnie uznany za zmarłego. Jakieś wątpliwości? Jeżeli tak, dwa pierwsze utwory (tytułowy i With a Little Help from My Friends) dostarczają wręcz nazwiska rzekomego sobowtóra. Miał nim być niejaki Billy Shears, który okazał się – co najciekawsze – nie tylko łudząco podobny do zmarłego Paula, ale również leworęczny, nie mniej utalentowany, a nawet dysponował identyczną barwą głosu.

Odkrywcy teorii spiskowej szukali jednak dalej i znajdowali kolejne potwierdzenia słuszności swoich domysłów. Na okładce Magical Mystery Tour Beatlesi są przebrani i nie widać ich twarzy. Wewnątrz wprawdzie się pokazują, ale na jednym ze zdjęć Paul siedzi w mundurze za biurkiem, przed sobą ma napis I you was (byłem tobą, żywy), a nad głową – dwie skrzyżowane flagi, co wskazuje na śmierć (tym razem według tradycji wojskowej). W filmie, z którego pochodzi muzyka do albumu, znajduje się natomiast scena, w której Beatlesi kroczą w białych frakach z wpiętymi w butonierki goździkami. Trzy są czerwone, kwiat Paula zaś – czarny. Nowych dowodów, nieco mniej oczywistych, dostarcza płyta The Beatles (bardziej znana jako Biały Album) z 1968 roku. Pierwszy w historii rocka dwupłytowy album ma białą okładkę, co ma wskazywać na niemożliwość wykonania wspólnego zdjęcia. Bo jak je zrobić, kiedy jeden z członków zespołu nie żyje? Wewnątrz są cztery osobne fotografie, na których dopatrzono się, że zostały wykonane w różnym miejscu i czasie, a Paul wygląda inaczej niż przed rokiem 1967. Dołączony plakat to natomiast kolaż zdjęć, a jedno z nich ma przedstawiać samego Billy’ego Shearsa! O utworach również

mówiono, że nie zostały nagrane w tym samym okresie – brzmią (i jest to częsty zarzut pod adresem Białego) bardziej jak kolekcja solowych dokonań niż jak dzieło zespołowe. A do tego John w piosence Glass Onion, odnosząc się pozornie tylko do utworu I Am the Walrus, śpiewa, przekazując ukrytą treść: Well here’s another clue for you all – the walrus was Paul. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie to, że słowo walrus nie tylko oznacza morsa, ale również odnosi się do trupa (w Grece). Nieco później, w solowym utworze How Do You Sleep?, Lennon jeszcze raz porusza kwestię śmierci kolegi, śpiewając: Those freaks was right when they said you was dead (sic!), mając jednak na myśli prawdopodobnie śmierć artystyczną. John i Paul krótko po rozpadzie macierzystego zespołu darzyli się szczerą niechęcią, a Lennon uważał (w czym nie był odosobniony) solową twórczość McCartneya za muzak – miałkie pioseneczki w sam raz do supermarketów.

Wracamy jednak do Beatlesów, bo oto Abbey Road okazuje się kolejną bombą pełną symboli. Słynna, wielokrotnie cytowana i parafrazowana graficznie okładka przedstawia przechodzących przez ulicę Johna, Ringo, Paula i George’a. Ot, zwykła scenka rodzajowa, nieprawdaż? Otóż nie – szyk i ubiór są bardzo wymowne, podobnie jak tło. Ale po kolei: pochód otwiera Lennon w białym garniturze – rzekomo kapłan podczas ceremonii ostatniego pożegnania lub wyższa istota. Za nim elegancki Starr jako właściciel zakładu pogrzebowego, ewentualnie żałobnik. Dalej Macca – boso (jak to nieboszczyk przed pochówkiem), w dodatku z prawą nogą wykroczną (pozostali mają do przodu wysunięte lewe) i papierosem w prawej dłoni, choć był (i jest!) leworęczny. Kondukt zamyka Harrison w jeansach – grabarz. Z tyłu, na drugim planie, najsłynniejszy samochód w dziejach muzyki

ROCK AXXESS

19


rockowej – biały Volkswagen Garbus (Beetle!) z numerami rejestracyjnymi IF 28. Zrozumiano to tak: gdyby Paul żył, miałby 28 lat. To zresztą nie do końca prawda, bo w 1969 roku McCartney miał wiosen 27, ale powiedzmy, że miał być w 28. roku żywota. Po drugiej stronie ulicy stoi zaś auto przypominające karawan.

Ostatni opublikowany album The Fabs, Let It Be, na niewielką skalę kontynuuje wskazówki o nieobecności Paula pośród żywych. Na okładce znów osobne zdjęcia, różne tła i włosy McCartneya krótsze niż u kolegów. W filmie Let It Be Paul wydaje się wprawdzie całkiem żywy, ale to na pewno nie on sam, lecz tzw. Faul (false Paul), czyli ucharakteryzowany Billy Shears. Na premierę żaden z Beatlesów nie przybył, a zwolennicy teorii o śmierci McCartneya są coraz pewniejsi swego, ponieważ od kilku miesięcy w ogóle nie pojawia się on publicznie. Wystąpił wprawdzie z kolegami na dachu budynku Apple w Londynie podczas, jak się miało okazać, ostatniego koncertu Beatlesów, ale widziała go tylko garstka ludzi, w większości z daleka.

Gdy w końcu Macca przerywa milczenie, robi to w sposób, jakiego fani woleliby nigdy nie doświadczyć. Skończywszy izolację na swojej szkockiej farmie pojawia się oficjalnie przed dziennikarzami i oznajmia: po pierwsze, że żyje i po drugie – że Beatlesów już nie ma i nie będzie. Zrywa w ten sposób zawarty z kolegami pakt o przerwie w działalności i wzięciu wolnego na twórcze wyżycie się osobno przed powrotem do wspólnego muzykowania, czym ściąga na siebie gniew fanów (wielu do dziś wini go za rozpad zespołu bardziej niż znienawidzoną przecież Yoko Ono, niewątpliwie ku jej uciesze) i antypatię kolegów, którzy na pewien czas całkowicie zrywają z nim kontakt. Historia Beatlesów pokazuje zaś, że Paul nie był dobry w kwestii umów i tajemnic – jako ostatni spróbował narkotyków i jako pierwszy pochwalił się tym przed kamerą, a potem jeszcze to...

Ważniejsze jest natomiast to, skąd w ogóle wzięły się spekulacje o jego domniemanym zejściu. Czy był to jedynie wytwór zwichrowanej wyobraźni nadgorliwych fanów? Być może, ale liczba i wyrafinowanie wskazówek sugerują, że sami Bitle mieli w całym zamieszaniu niemały udział i nieźle się przy tym bawili. Na brak chętnych do zakupu ich płyt nie mogli narzekać nigdy, jednak gdy pojawiły się pogłoski o martwym McCartneyu, sprzedaż jeszcze skoczyła. Jak mawiał komisarz Przygoda z filmu Vabank, ten, co ma pół miliona, jest bogatszy od tego, kto ma ćwierć miliona. Poza tym, kiedy jest się megagwiazdą, w dodatku zamkniętą w złotej klatce, trzeba jakoś zabijać nudę i szukać sobie rozrywek, nawet w formie kpin z własnych fanów. Nie można również wykluczyć, że całą intrygę uknuło EMI, żeby utrzymać oddalających się od siebie Beatlesów razem. Powiedzmy sobie szczerze: Paul McCartney żyje i ma się dobrze. Jest pełnym sił witalnych, biologicznie o jakieś 30 lat młodszym 70-latkiem i z pewnością ani Billy Shears, ani ktokolwiek inny nie podszywa się pod niego od 45 lat. Różnej maści specjaliści analizowali wprawdzie w międzyczasie (na podstawie zdjęć!) kształt czaszki zainteresowanego i okazało się, że Macca sprzed wypadku i po nim to ponad wszelką wątpliwość nie ten sam człowiek, ale jeżeli ktoś wysnuwa takie wnioski, może powinien wziąć się najpierw za zbadanie własnej głowy. Sto lat, Paul! Przyjedź do Polski! Ringo już tu był.

20


photo: 123.rf


Robert Markowski

a lively deadman

mccartney

pa ul


Paul McCartney has just turned 70 and seems far from ready to move to the next world. However, more than 40 years ago, when the greatest rock band on earth was on the verge of breakup, many people were ready to believe Macca was dead. He had allegedly been killed in a car crash as early as in 1966 and replaced by an impostor. Who came to such conclusions and how? Sit back and enjoy a journey through the works of post1967 Beatles.

I

t’s the year 1966. The Fab Four have just completed another exhausting tour and agree they don’t feel like having another one. Not for the next six months or a year. Never at all. Instead they decide to lock themselves up in the studio and focus on exploring new musical territories to the degree they hadn’t had time for before. The fans are sceptical about this – they sense a crisis coming and fear this might just be the beginning of the end. The change serves The Beatles well, however. All the albums released from 1967 up are commonly regarded as The Fabs’ finest work in terms of artistic value. Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band becomes their ultimate bestseller and one of the highest selling albums in the history of popular music in general, as well as – although it is sometimes questioned – the forerunner of all the great rock concept albums. At this point the thought that The Beatles did that simply because there were only three of them left alive crosses nobody’s mind.

It did cross somebody’s mind in 1969, when Abbey Road was released. The paper Michigan Daily ran an obituary review of the album and soon others, including a popular Detroit radio station, caught the idea and spread the word around. American journalists thoroughly analysed lyrics and covers of The Beatles’ albums from Sgt. Pepper onwards and put together the elements of a jigsaw that seemed perfectly logical. For instance, it has been discovered that the song A Day in the Life contains a clue pointing to the fact that Macca was killed in a car crash. The relevant fragment goes: He blew his mind out in a car. He didn’t notice that the lights had changed. According to some, the accident was so severe that

24

McCartney literally lost his head in it. The Beatles were a goldmine and couldn’t just cease to be or replace its popular singer, bassist and songwriter in one person by anyone else and soldier on like other bands do. That’s why The Fabs allegedly decided to keep the incident a secret and find a look-alike for Paul.

The piece from A Day in the Life (which as such ends in a cacophonic piece, in which somebody heard the words Paul is dead) might be the first or most obvious clue, but the inquisitive investigators soon found more. On the back cover of Sgt. Pepper, George Harrison is pointing his finger at another interesting piece of lyrics, this time a line from She’s Leaving Home. The line goes Wednesday morning at five o’clock, as the day begins and is supposed to indicate the exact time when McCartney’s accident occurred. Curiously enough, on the same back cover Paul stands back to the camera, so that we can’t see his face. Yet it’s the front cover where most clues are concealed. A crowd of famous people gathered there suggests that this is the scene of Macca’s funeral. Then, there’s an open hand above Paul’s head, which symbolises death in Celtic culture. There are also elegantly dressed wax figures of The Beatles next to the colourful real ones (who are not actual Beatles, but Sgt. Pepper’s band here) and the wax Ringo is wearing a black turtleneck, which hints at mourning. At the bottom of the cover, there is the group’s name spelled with letters composed of flowers on fresh soil (presumably on a freshly dug grave) and right next to it – a symbol resembling either a P (for Paul) or a four-string, left-handed bass guitar he used to play. Furthermore, there’s a stone bust


standing nearby, interpreted as Macca’s tombstone. And when you look inside the gatefold cover, you’ll see a close photo of The Beatles (as Sgt. Pepper’s band – their alter ego) sitting. Paul has a badge on his left arm which reads OPD – officially pronounced dead. If so, the first two songs on the album (the title track and With a Little Help from My Friends) will supply you with the very name of McCartney’s impostor. It’s Billy Shears – interstingly a guy not only looking as Paul’s twin, but also left-handed, equally talented and gifted with an identical vocal range and voice pitch.

It was soon discovered that the clues are by no means limited to Sgt. Pepper. When you look at the cover of Magical Mystery Tour, you’ll see that The Beatles are dressed up and their faces are concealed. They are revealed in the booklet inside, but there you find Paul (Faul, that is) in a military uniform sitting behind a desk. In front of him there are words I you was (I was alive, like you are now, but now I’m gone) and above his head – two crossed Union Jack flags, a military symbol of death. And in the Magical Mystery Tour film there’s a scene (illustrating the song Your Mother Should Know) with The Beatles dressed in white tuxedos with carnations attached to their lapels. Three of these are red, Paul’s is black. Further evidence, probably less obvious than before, is to be found in the eponymous 1968 album The Beatles (a.k.a. The White Album). Rock’s first ever double album has a plain white cover supposedly because there was no possibility of taking a group photo. Which is hardly surprising since one Beatle is dead. There are four photos inside, but they’ve been

taken separately and, as the investigators concluded, not at the same time or place. Also, Paul is suggested to look different than before 1967. Even the songs (which, as many have argued over the years, are solo pieces rather than a collaborative effort) make the impression (or so the proponents of the Paul-is-dead theory believed) of being recorded in various moments in time. Wait, there’s more than meets the eye: in Glass Onion, John makes a reference to the song I Am the Walrus (Well here’s another clue for you all – the walrus was Paul) and it has a second meaning. Namely, the word walrus means deadman in Greek. Some have also heard the sounds of a car crash in Revolution 9. A few years later, John Lennon alluded to his fellow Beatle’s death again in his How Do You Sleep? (Those freaks was right when they said you was dead), but probably meant the end of McCartney as an artist. John sincerely loathed Paul after The Fabs broke up and considered Paul’s solo works as muzak – easy listening songs good only for supermarkets. But back to The Beatles, as their late masterpiece, Abbey Road, is another bombshell of clues. The famous, numerously reinterpreted cover depicts the band crossing a street, but the picture is far from what it appears at first glance. The order of walking and the way John, Ringo, Paul and George are dressed are allegedly very telling, as is the background. But first things first, so: the conduct is opened by Lennon in white as the priest at the funeral ceremony or a celestial being, then comes an elegant Starr as the undertaker or mourner. They are followed by a barefoot McCartney – the deceased before burial. He is out of step with the others (with his

ROCK AXXESS

25


right foot in front) and holds a cigarette in his right hand, despite being left-handed. Last comes a casual Harrison in denim – the gravedigger. In the background, there are two parked cars. One of them is probably the most famous vehicle in the history of rock music – a white Volkswagen Beetle (!), whose license plate reads IF 28. This was understood as: if he were alive, he would be 28 now. That’s not exactly true as Paul was only 27 in 1969, but let’s assume he would have been in his 28th year at that moment. Across the street, opposite the Beetle, there’s a dark van that looks like a hearse. The Fabs’ ultimate album, Let It Be, mildly continues on the Paul-is-dead subject. Again there are separate photographs, various backgrounds and McCartney’s hair is noticeably shorter than his colleagues’. Admittedly, Paul seems alive and kicking in the Let It Be film, but that’s bound to be Billy Shears after some plastic surgery and with makeup, right? None of The Beatles came to the film’s premiere, which convinced the believers they’re right, especially that at that point Macca hadn’t been seen in public for months. He did perform with the rest of the group on the Apple Corps building rooftop at The Beatles’ final concert, but only a handful of people saw him there, most of them from a distance.

When Paul finally ends his isolation on a Scottish farm, breaks the silence and appears in public, many people wish he hadn’t. He had two major things to say: first of all, that he’s as alive as ever and second, that The Beatles are no more. In doing so he violated a pact he had made with his bandmates, in which they all agreed to take a break from being fab and blow off some steam by working separately for a time. Paul thus stole the show from Yoko Ono and became – in the eyes of fans – the person ultimately responsible for breaking up the greatest show on earth (undoubtedly to Ono’s relief). He earned John’s, George’s and Ringo’s resentment alike, to

26


the point where they wouldn’t even speak to him for quite a period. Frankly, Paul wasn’t much to be trusted in terms of treaties and secrets – he wast the last Beatle to try LSD and the first one to speak of it in front of the camera and then this...

The question of who triggered the press about Paul’s death remains. Was it just some die-hard fans’ imagination running wild? Possibly, but the number and level of sophistication of the clues suggests that The Beatles themselves had a role to play in the entire matter and had a laugh while doing it. They never had a reason to complain about how their records were selling, but the entire Paul-is-dead-and-replaced-by-a-look-alike thing boosted sales even further. After all, if you have five million dollars, you’re richer than somebody who has four million, aren’t you? And on top of that, you need some thrills to amuse yourself when you’re a superstar locked in a golden cage of your own stardom, unable to enjoy your life properly without being followed by hordes of fans wherever you appear. And it can’t be ruled out that the whole story was invented by the EMI as a way of keeping The Beatles, drifting away from each other, together.

Now let’s make a point: Paul McCartney is alive and well. He’s a vigorous 70-year-old, biologically younger by at least 30 years than his birth certificate would suggest and definitely neither Billy Shears nor anyone else has been impersonating him for the past 45 years. All sorts of specialists have meanwhile analysed (on the basis of photos only!) the shape of Macca’s face and skull and concluded beyond doubt that he isn’t the same man he used to be before 1967, but let’s face it: if someone comes forth with such ideas, they should get their own heads examined in the first place. Happy birthday, Paul! Visit Poland soon! Ringo already has.

ROCK AXXESS

27


we all live in our

yellow submarine Karolina Karbownik

1 bidon / water bottle www.thebeatlesonline.co.uk £9.99 2 zasłona pod prysznic / shower curtain www.neatoshop.com £15.95 3 korek do wina / bottle stopper www.neatoshop.com £6.45 4 stolik edukacyjny / activity table www.ebay.com $159 5 pojemnik do zamrażania lodów / ice cube tray www.neatoshop.com £10.95 6 forma do ciasta / cookie cutter www.neatoshop.com £5.95 7 fartuch kuchenny / apron www.rockmerch.com $23.99 8 zestaw szklanek / glass set www.neatoshop.com £17.95 9 pokrywa na deskę klozetową / toilet cover www.ebay.com $14.95 10 śpiworek do wózka McLaren McLaren foot muff www.amazon.com $90 11 kolorowanka / colouring book www.thebeatlesonline.co.uk £3.99

4

3

2 1

6

5

7

rock shop

9

10 11

8


12

13 14

15

16 17 12 płaskorzeźba 3D / 3D art www.thebeatlesonline.co.uk £49.99 13 portmonetka / purse www.thebeatlesonline.co.uk £7.99 14 szkatułka na biżuterię / jewlery box www.qvc.com $76.00 15 ozdoba na choinkę / reflector glass ornament www.ebay.com £12.00 16 pinball/ pinball www.tvmoviegifts.com $39.99150 17 forma do ciasta / cookie atler www.neatoshop.com £5.95 18 miniaturowy bas / bass miniature www.kapoww-miniature-guitars.com £13.99 19 statuetka Nowhere Man / Nowhere Man statuete www.thebeatlesonline.co.uk £100 20 karty do gry / playing cards www.toysrus.com $6.99 21 statuetki/statues www.thebeatlesonline.co.uk £100

18

19 21

20


digging the rock

HITY ZNACIE...

EUROPE

Katarzyna Strzelec fot. Karolina Karbownik, materiały prasowe


Patrząc na dyskografię Szwedów, każdy zagorzały fan podzieli ją na dwa okresy: przed rozpadem zespołu i po jego reaktywacji. Jednak bogaty dorobek muzyków nie powinien być tak mocno rozgraniczany. Zarówno na wcześniejszych albumach, jak i obecnych, znajdziemy sporo ciekawych i dojrzałych kompozycji. Jednego możemy być pewni. Każdy, kto wybierze coś więcej niż „The Final Countdown” nie zawiedzie się. Nawet śmiem twierdzić, że odkryje zupełnie nowY Europe. nawet na starszych albumach słychać profesjonalizm, którego brakuje niejednemu młodemu zespołowi. Posłuchajcie sami. Europe (1983) Pierwsza płyta zespołu, którą zespół nagrał w ramach nagrody wygranej w szwedzkim konkursie talentów. Utrzymana w mocniejszych klimatach, jeszcze bez klawiszy. Wiele lat później Tempest przyznał, że podczas pracy nad tą płytą dopiero uczyli się pisać teksty i grać. Pomimo dobrych kompozycji takich jak: In the Future to Come, Seven Doors Hotel czy The King Will Return płyta nie odniosła sukcesu. Rzadko też można te utwory usłyszeć gdziekolwiek, nawet na koncercie. Obowiązkowo do przesłuchania: Farewell.

Ciekawostka: Tempest w 1982 roku podczas festiwalu talentów chciał upodobnić się do swojego wielkiego idola, Phila Lynotta z Thin Lizzy i zapuścił taki sam wąs, co można zobaczyć oglądając występ grupy podczas Szwedzkiego Konkursu Talentów Rocka Luciarock. Na szczęście szybko się opamiętał (występ ten dodany jest jako bonus do DVD Rock The Night).

Skład: Joey Tempest (wokal), John Norum (gitara), Tony Reno (perkusja), Peter Olson (bass)

Wings of Tomorrow (1984)

Ta płyta jest zdecydowanie lepsza od poprzedniczki. Niektórzy fani i krytycy uważają, że najlepsza w dorobku Europe do czasu ich rozpadu (a raczej zawieszenia działalności, jak to oficjalnie zostało przedstawione). I z tą opinią zdecydowanie się zgadzam. Mocne riffy i wokal, dopracowane utwory, których bardzo dobrze się słucha. To jest Europe, które mało kto zna, a właśnie tę płytę poleciłabym na początek. Tempest w getrach i babskich fatałaszkach wygląda komicznie, podobnie jak reszta zespołu. Cóż, takie czasy. Dziś podczas koncertów słyszymy najwięcej utworów właśnie z tej płyty: Open Your Heart (ballada), Scream of Anger, Stormwind, Dreamer (ballada), Wings of Tomorrow. Jednak ten krążek nie przyniósł Europe światowego rozgłosu. Tempest niedawno przyznał się, że nie mieli pieniędzy na realizację tej płyty i członkowie zespołu musieli pójść do pracy, aby w ogóle ją wydać. Warte posłuchania: Aphasia, Lyin’ Eyes. Ciekawostka: w Wikipedii dwie pierwsze płyty są określane jako Swedish heavy metal. Zabawne.

Skład: Joey Tempest (wokal), John Norum (gitara), Tony Reno (perkusja), John Leven (bass)

ROCK AXXESS

31


The Final Countdown (1986) To właśnie dzięki tytułowemu utworowi z trzeciego albumu Europe zyskał sławę zdobywając pierwsze miejsca na światowych listach przebojów. Do zespołu dołączył klawiszowiec Mic Michaeli, a miejsce Reno za perkusją zajął Ian Haugland. Do pracy nad tym albumem zespół zaprosił Kevina Elsona, amerykańskiego producenta, który pracował także z Journey. Płyta podobna do poprzedniej, choć bardziej popowa. Norum dzielnie walczył, aby trzymać się mocniejszych gitarowych klimatów. W końcu jego chęć grania spokojniejszej muzyki z większą ilością klawiszy zwyciężyła, doprowadzając do konfliktu zakończonego odejściem z Europe podczas trasy promującej TFC. Na miejscu Noruma pojawił się Kee Marcello. Gdyby The Final Countdown nie pojawił się na tej płycie, zespół Europe mógłby zostać doceniony za pozostałe, świetne kompozycje. Polecam całość, z wyjątkiem tytułowego utworu. Ciekawostka: The Final Countdown, a dokładnie słynny wstęp powstał przypadkiem. Siedzący z mamą w kuchni Tempest wystukiwał coś na pożyczonym od Mica Michaeli małym keyboardzie. Wśród tych dźwięków pojawiło się także najbardziej znane na świecie ta ra ra ra. Był to początek lat 80. Skład: Joey Tempest (wokal), John Norum (gitara), John Leven (bass), Ian Haugland (perkusja), Mic Michaeli (klawisze)

Out of This World (1988)

Pierwszy utwór na płycie to Superstitious, dosyć spokojny, balladowy, tak jak i cały album. Słychać, że zespół realizuje to, co zamierzał: mniej gitary, więcej klawiszy, spokojniejszy wokal Tempesta. Idealna do pokołysania się płyta nie powtórzyła sukcesu TFC. Oprócz najbardziej popularnych utworów polecam zdecydowanie ciekawsze kompozycje: Let the Good Times Rock, More Than Meets the Eye i Lights and Shadows. Ciekawostka: na albumie umieszczono ponownie Open Your Heart (z Wings of Tomorrow) - Tempestowi zabrakło weny? Skład: Joey Tempest (wokal), Kee Marcello (gitara), John Leven (bass), Ian Haugland (perkusja), Mic Michaeli (klawisze)

Prisoners in Paradise (1991)

Hardrockowy album, niejako utrzymany w atmosferze poprzedniego. Prisoners in Paradise to kołysząca, balladowa płyta bez hitów. Podczas trasy promującej nagranie Europe odwiedził również Polskę (koncert odbył się w katowickim Spodku 25 lutego 1992). Jedyne utwory znane szerszej publiczności to: All or Nothing, I’ll Cry for You, Prisoners in Paradise. Znaczne ciekawsze: Halfway to Heaven, Bad Blood, Little Bit of Lovin’ czy Girl from Lebanon. Zmęczony ciągłymi podróżami i życiem pomiędzy trasą, a studiem zespół zawiesił działalność.

Ciekawostka: utwór I’ll Cry for You został nagrany w 2004 roku przez zespół Edguy. Wydano go na singlu Lavatory Love Machine, a następnie na albumie The Singles (2008). Skład: Joey Tempest (wokal), Kee Marcello (gitara), John Leven (bass), Ian Haugland (perkusja), Mic Michaeli (klawisze)

32


Start from the Dark (2004)

Secret Society (2006)

Pierwszy album po reaktywacji. Długo się do niego przekonywałam. Dzisiaj nie istnieje Europe bez takich utworów jak: Got to Have Faith, Start from the Dark, Hero czy Flames. Zespół wrócił w składzie idealnym według każdego fana - z Norumem jako gitarzystą. Jego wpływ słychać w każdym utworze.

To zdecydowanie najmocniejszy album zespołu, jaki dotychczas powstał. Świetnie brzmiąca gitara, niezłe riffy i genialne solówki Noruma dające wrażenie, jakby tworzył je sam dla siebie. Godne uwagi są: Always the Pretenders – najlepszy utwór na płycie, Let the Children Play z chórem chłopięcym, Love Is Not the Enemy oraz Devil Sings the Blues.

Ciekawostka: w teledysku Hero zagrał syn perkusisty Iana Hauglanda, a klip opowiada o wpływie Thin Lizzy na powstanie i twórczość Europe.

Skład: Joey Tempest (wokal), John Norum (gitara), John Leven (bass), Ian Haugland (perkusja), Mic Michaeli (klawisze)

Ciekawostka: podobno utwór Devil Sings the Blues został stworzony w hołdzie dla Led Zeppelin. Skład: Joey Tempest (wokal), John Norum (gitara), John Leven (bass), Ian Haugland (perkusja), Mic Michaeli (klawisze)

Last Look at Eden (2009)

Bag of Bones (2012)

Już pierwszy utwór zapowiada świetną płytę, a tytułowy Last Look at Eden udowadnia, że Europe to zespół, który potrafi tworzyć i grać na wysokim poziomie. Tu nie ma czasu na nudę. Każdy numer jest inny i każdy brzmi świetnie. Jedne szybsze, inne wolniejsze. Jest i tradycyjna już dla Europe, ballada (In My Time). Tempest przyznał się, że spędził wiele lat ucząc się pisać teksty w języku angielskim - efekt tej nauki słychać na Last Look at Eden. Album ten polecam tym, którzy twierdzą, że Europe gra pop i kojarzą ich tylko z jednym utworem.

Najświeższa płyta Europe, najbardziej bluesowa i dojrzała. W tytułowym utworze gościnnie zagrał Joe Bonamassa. Krytycy są zgodni: najlepszy album zespołu. Fani już mniej - tu opinie są podzielone. Część twierdzi, że prawdziwe Europe skończyło się w 1992 roku, druga część wierzy w ówczesne, nowe narodzeny zespołu. Nie ważne. Na Bag of Bones każdy jest w stanie znaleźć dźwięki dla siebie. Znacznie trudniej jest pozbyć się ich z umysłu. Mój wybór: My Woman, My Friend oraz Demon Head. Oczywiście nie biorę pod uwagę singli, bo te z zasady mają być hitami.

Skład: Joey Tempest (wokal), John Norum (gitara), John Leven (bass), Ian Haugland (perkusja), Mic Michaeli (klawisze)

Skład: Joey Tempest (wokal), John Norum (gitara), John Leven (bass), Ian Haugland (perkusja), Mic Michaeli (klawisze)

Ciekawostka: trasa promująca Last Look at Eden rozpoczęła się w listopadzie 2009 roku i trwała do września 20110. Polska znalazła się na mapie koncertowej aż dwa razy.

Ciekawostka: trasę promującą Bag of Bones zespół rozpoczął koncertem we Wrocławiu. Grupa powróci do naszego kraju na kolejne występy jeszcze w tym roku.

ROCK AXXESS

33


Karolina Karbownik

rock fashion

SKULLS STUDS SPIKES

de LUX 5

4 1

6

2

3

1,2,3 cluch bags ALEXANDER MCQUEEN

4,5,6 bags, models: Dante (4), James Dean (5), Madonna (6) MICHELLE MONROE (www.front-rows.com)

7

7 leather bag with Swarovski skull LUXURY FASHION

9

8 spiked cluch bag CHRISTIAN LOUBOUTIN 9 men’s shirt VICTORY BRAND LONDON 10 ladies shoes SAM EDELMAN (www.front-rows.com)

11,12 ladies shoes CHRISTIAN LOUBOUTIN

8 11

13,14 men’s shoes CHRISTIAN LOUBOUTIN

13

10 12 14


rock style

JACK DANIEL’S

rock’n’roll w

butelce Jakub Rozwadowski

Gdybym miał stworzyć bohatera komiksu, który uosabiałby rock’n’rolla, byłby to pewnie mężczyzna, choć z dwiema kobietami u boku. Wytarte, obcisłe dżinsy opinałyby jego kościsty tyłek, a długie włosy opadałyby na skórzaną kurtkę. Twarz miałby przeoraną głębokimi zmarszczkami, na których dnie zalegałyby resztki różnych substancji pamiętających jeszcze lata 70. W jego żyłach, zamiast krwi, płynąłby Jack Daniel’s.


W

hisky czy whiskey? Na początek chciałbym rozwiać wątpliwości dotyczące pisowni. Poszczególne kraje mają w tej kwestii własne regulacje prawne. W dużym skrócie i z licznymi wyjątkami można przyjąć, że literkę e dodajemy do nazw trunków irlandzkich i amerykańskich. Mimo różnego zapisu obie formy wymawiamy tak samo. W poniższym tekście, dla uproszczenia, będę posługiwał się jedną formą – whisky.

Według mnie Jack Daniel’s to dobra whisky. Z jednego prostego powodu. W moim słowniku nie istnieje takie pojęcie jak zła whisky. Woda życia – bo tak tłumaczymy nazwę brązowego trunku – dzieli się na dobrą i jeszcze lepszą i nawet tani, podły wyrób z dolnej półki nie zasługuje na bezczeszczenie lodem i colą. Ale to tylko moja subiektywna opinia. Dla jednych JD będzie najlepszym alkoholem, jaki mieli okazję pić w życiu, podczas gdy inni nie zabrudzą sobie nim podniebienia. Ci pierwsi powiedzą, że o gustach się nie dyskutuje. Ci drudzy – że smaki należy rozwijać. Którzy mają racje? Nie ma to znaczenia, bo w przypadku Jacka wcale nie chodzi o smak.

aktor drugoplanowy

Jack and Jim’ Gallery – to nazwa otwartej blisko rok temu wystawy, na której prezentowane są prace Jima Marshalla – zmarłego przed dwoma laty legendarnego fotografa dokumentującego dzieje rock’n’rolla. To on zatrzymał w kadrze płomienie trawiące gitarę Jimiego Hendrixa na festiwalu w Monterey i udał się do więzienia San Quentin, by uchwycić gniew wystawiającego środkowy palec Johnny’ego Casha. Wystawie nieprzypadkowo patronuje producent słynnej whisky z Tennessee. Butelka zdobiona czarno-białym logo jest cichym bohaterem niejednego zdjęcia. Jej rola, choć drugoplanowa, była jednak istotna. Pochłaniała smutki rozłąki z domem i łagodziła poczucie samotności. Przełamywała nieśmiałość przed wejściem na scenę, by po zejściu z niej rozkręcić zakulisową imprezę. Powodowała poranny ból głowy i ten sam ból leczyła. Tworzyła z muzykami symbiotyczny związek, w zamian za swe magiczne właściwości otrzymując w rockowej historii status kultowego alkoholu. Niektórzy trwali w tym związku aż do grobowej deski – i to w dosłownym tego słowa znaczeniu.

butelka i garść monet

Popieram wszystko, co pozwala ci przetrwać noc. Czy jest to modlitwa, środki uspokajając, czy butelka Jacka – mawiał Frank Sinatra. Sam upodobał sobie szczególnie ten trzeci sposób. Zresztą wcale się z tym nie krył: Może i alkohol jest największym wrogiem człowieka, ale Biblia mówi, aby kochać swoich wrogów. Muzyk potrafił opróżniać jedną butelkę na dobę. Na koncerty brał ich całe skrzynki – na wypadek, gdyby ulubionego trunku zabrakło w lokalnym sklepie czy barze. Relacje Sinatry z Jackiem wykraczały zresztą daleko poza regularne spożycie. Logo whisky zdobiło noszone przez niego ubrania i powiewało na fladze przy jego posiadłości. Butelkę JD muzyk umieścił także, wraz z dwoma kijami, w herbie swojego klubu golfowego. Fascynację tę docenił producent trunku i nadał artyście tytuł Szlachetnego Stanu Tennessee, a także obdarował go akrem ziemi. O miłości do Jacka pamiętają także fani, którzy obok kwiatów przynoszą na grób Sinatry charakterystyczne, kwadratowe butelki wypełnione brązowym alkoholem. Zresztą według legendy muzyk został nawet pochowany w towarzystwie jednej z nich. Obok niej do grobu złożono ponoć także garść dziesięciocentówek. Gdy w 1963 roku uprowadzony został syn artysty, porywacze zażądali, by Sinatra kontaktował się z nimi jedynie przy pomocy automatów telefonicznych. Od tamtej pory, nawet już po schwytaniu porywaczy, Sinatra zawsze nosił przy sobie drobne monety.


jack daniel’s dożylnie Po bezowocnych poszukiwaniach szóstego członka zespołu Rolling Stonesi uznali, że będzie nim Jack Daniel’s. Istnieje robiony na bazie Jacka drink noszący imię Nikkiego Sixxa. Basista Mötley Crüe nie tylko pił swoją ulubioną whisky, ale potrafił nawet zaaplikować ją sobie dożylnie. Czarno-biała etykieta zdobi też okładkę biografii jego zespołu, podobnie jak jedną z gitar Michaela Anthony’ego – byłego basisty Van Halen. Slash z kolei rzadziej niż z butelką JD rozstawał się tylko ze swoim magicznym kapeluszem. Od byłego gitarzysty GN’R więcej whisky wypił chyba tylko Lemmy. Lider Motörhead opróżnił już ponoć przeszło 11500 butelek, a licznik wciąż bije. Liczba ta jest całkiem prawdopodobna, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że przygodę z alkoholem zaczął w wieku 11 lat. Gdyby ktoś przekuł brodawkę na jego twarzy, z pewnością wyciekłaby z niej strużka brązowego płynu. W Internecie bez trudu znaleźć można zdjęcia flagowego produktu Tennessee w towarzystwie Jimmy’ego Page’a, Roberta Planta, Keitha Richardsa, Micka Jaggera, Bona Scotta, Davida Lee Rotha czy braci Van Halen. Nie wspominając o tym, w jak wielu tekstach piosenek przewija się jego nazwa.

one last drink, please

Skąd wziął się słynny numer siedem na butelce whisky produkowanej przez Jacka Daniela? Wersji jest kilka. Jedna z nich mówi, że numer ten nadał urząd przy rejestracji gorzelni. Inna, że była to szczęśliwa dla Jacka liczba. Podobno też twórcy whisky z Tennessee zaimponował znajomy kupiec, Żyd, którego marzeniem było założenie siedmiu sklepów… i ani jednego więcej. Są i tacy, którzy twierdzą, iż Jack – szanowany w okolicy dżentelmen i zamożny kawaler – tyle właśnie miał kochanek. Wątpliwe. Ale na pewno bardziej prawdopodobne jest, że liczba kochanek dała nazwę trunkowi Jacka Daniela niż pięćset jedynkom Leviego Straussa. Historia tajemniczej siódemki to tylko jedna z bajek, którymi karmi się wyobraźnię konsumentów, by zrodził się w niej pożądany obraz. Jednak akurat od tego, jak Jack Daniel zaczynał swoje interesy, znacznie ciekawsze jest to, jak je skończył. Wąsaty właściciel gorzelni zmarł w roku 1911 wskutek zakażenia krwi, którego przyczyną była prawdopodobnie kontuzja palca u nogi. Pewnego dnia nie mogąc, jak zwykle, przypomnieć sobie szyfru do sejfu, zirytowany Jack kopnął w jego drzwi. One last drink, please – miały brzmieć jego ostatnie słowa. Śmierć Jacka Daniela została zobrazowana w jednym z odcinków serii 1000 ways to die – jest to program telewizyjny przedstawiającym nietypowe przypadki utraty życia.

john daniel’s

foto: 123rf.com

Jack Daniel’s zawdzięcza to, że dziś jest czymś znacznie więcej niż tylko produktem, po części specom od marketingu wymyślającym chwytliwe historyjki, jednak głównie właśnie rockowym herosom. Jack Daniel’s jest stylem życia. Stylem, który na dodatek dla wszystkich jest na wyciągnięcie ręki. Jack siedzi w asyście Jasia Wędrowniczka na sklepowej półce każdego baru i sklepu monopolowego, a jego towarzystwo wcale nie jest drogie. Jak pokazał kultowy film Zapach kobiety, można się z nim nawet zaprzyjaźnić. Emerytowany oficer Frank Slade, którego niezapomnianą kreację stworzył Al Pacino, mówił na niego John, a nie Jack. Bo, jak twierdził, znają się już obaj tak długo, że może go nazywać jak chce. Na tym właśnie polega tajemnica sukcesu Jacka D. Z jednej strony jest tak blisko, a z drugiej – pozwala przenieść się do tak odległego świata. Chwytając szklankę JD możesz zostawić za sobą prozę życia, spojrzeć z góry na błahostki codzienności i poczuć się przez chwilę jak kumpel Keitha Richardsa, mając tę świadomość, że coś was łączy. Możesz nawet włożyć do odtwarzacza płytę Stonesów, by Keith umilał twoje spotkanie z Jackiem, grając na gitarze, aż się znudzi. Znudzi tobie, a nie jemu.

ROCK AXXESS

37


dark access

THEATRE OF

TRAGEDY w ogrodach

połamanych serc

Leszek Mokijewski fot. materiały prasowe


time is an abyss profound as a thousand nights… Miarowe bicie serca zagłuszane jest przez pojedynczy dźwięk fortepianu. Piękny kobiecy śpiew rozpoczyna dialog dwojga kochanków. Niczym w gotyckiej baśni, której tłem są ciche zaułki cmentarnej alei, piękna przemawia do bestii. Tak długo na Ciebie czekałam, kochany. Pragnę końca mojej tęsknoty. Uchyl wieko trumny, powstań z objęć śmierci i ujmij mą dłoń ponownie. Smutny sopran Liv Kristine hipnotyzuje. Ciężkie doommetalowe gitary w połączeniu z lekkością klawiszy prowadzą nas w głąb opowieści. Kochana, twe oczy ujrzą straszny widok. Tak długo leżałem pogrążony w śmiertelnym śnie. Lecz jeśli nadal mnie kochasz, podaj mi rękę. Ponówmy nasze zaślubiny piekła z niebem – wyznaje swe uczucia bestia. Mocny growl Raymonda Rohonyi tworzy kontrast z anielskim głosem Liv. Album Velvet Darkness They Fear ukazuje piękno kobiecego wokalu w muzyce gotycko-metalowej. Do tej pory kobiece wokalizy były tylko tłem dla męskich partii. Zniewalający śpiew Liv Kristine wspaniale współgra z pełnymi emocji melodiami. Chwyta za serce, prowadzi słuchacza przez poemat otulony zapachem namiętnej erotyki. Ta płyta to poezja, teatr, sztuka. Rytmiczne dźwięki perkusji, snujące się niczym wonne opary dymu kadzidlanego, łagodzone muśnięciami klawiszy rozpoczynają kolejną gotycką opowieść zawartą na płycie Aégis. Niczym na deskach teatru za sprawą wokalnego dialogu Liv i Raymonda poznajemy tragiczne historie miłosne. Każda z nich przybiera kobiece imię, a pierwsze z nich to Kasandra. Raymond wciela się w narratora opowieści, której głównym bohaterem jest zakochany Apollo. To ciebie poko-

chałem, jako jedyną. Dałem tobie dar widzenia przyszłości, a ty odrzucasz moje uczucie. Muzyka powoli przepływa między słowami. Niewzruszona Liv anielskim głosem odrzuca oświadczyny przemawiając ustami córki króla Troi – Kasandry. Głupcze, czy sądziłeś, że cię pokocham, gdy ty obrzucisz mnie darami? Mimo tego, że znam przyszłość, nie zmienię swego zdania, więc odejdź. Za sprawą gitar muzyka nabiera szybkości. Mariaż przenikających się nawzajem głosów Liv i Raymonda.

lorelei, a poet of tragedies, scribe I lauds to death, yet who the hell was I to dare? lorelei…

Rozpoczyna się opowieść o Lorelei, młodej dziewczynie ze złamanym sercem, która z rozpaczy skoczyła w odmęt wód. Lorelei, to o tobie snują opowieści poeci nad brzegiem skał. Zwiedzeni twym syrenim śpiewem giną w odmętach zimnej rzeki. Tyś im zgubą, zwiewną miłością, ostatnim spojrzeniem. Muzyka nie ustaje w biegu. Theatre of Tragedy po raz kolejny ukazuje piękno kobiecego głosu w połączeniu z siłą męskiego wokalu. Obrazy malowane przez zespół urzekają swym melancholijnym wyrazem. Miłość jednak nie trwa wiecznie. Liv Kristine żegna się z opowieściami Teatru Tragedii. Ale to już historia nie na tę chwilę. Teraz poczuj ten gotycki czar. Otwórz wrota ogrodu miłosnych historii. Poprowadzi cię przez nie Nell Sigland. Przecież Forever is the World…

ROCK AXXESS

39


backstage access

peter grant za sterami ołowianego zeppelina

Jakub Rozwadowski fot. All Star Pics


Twórca potęgi Led Zeppelin. Ojciec Chrzestny Rocka. Podobnie jak czterech Beatlesów dokonało rewolucji na scenie, tak on w pojedynkę uczynił to samo za jej kulisami. Przewrócił do góry nogami muzyczny show biznes, wprowadzając do niego własne reguły. Największy menadżer w historii- i to nie tylko ze względu na zasługi. Ten były wrestler ważył 120 kilo. Pomimo budzącego grozę wyglądu, był szalenie miłym i uprzejmym facetem. No chyba, że chciałeś wykiwać jego podopiecznych, lub próbowałeś wrzucić go do basenu…

60

do 40. Tak przedstawiał się procentowy podział zysków z koncertu w latach 60. Zespół inkasował jedynie sześć z każdych dziesięciu zarobionych dolarów- co po odliczeniu kosztów mogło oznaczać nawet straty. Prawie połowa puli lądowała natomiast w kieszeni promotora, którego zadaniem było jedynie wypełnienie sali koncertowej fanami. Pewnego dnia menadżer Zeppelinów Peter Grant zadzwonił do Billa Grahama- słynnego w Stanach Zjednoczonych rockowego impresario i oznajmił mu: 90 do 10, albo nie dostaniesz k… Led Zeppelin. Bill oddzwonił i zaproponował 80 do 20. ‘G’, bo tak nazywano Granta odpowiedział krótko: głuchy jesteś? 90 do 10., po czym odłożył słuchawkę. Po chwili jego telefon znów zadzwonił: Niech będzie, interes ubity.

kapitan zeppelina

Ta krótka rozmowa okazała się kluczowa dla przyszłości show biznesu. Był rok 1969. Grant przejął inicjatywę w zakulisowych negocjacjach. Inni menadżerowie poszli w jego ślady i od tamtej pory nowy podział zysków stał się codzienną praktyką. Pieniądze zaczęły wreszcie napełniać kieszenie tych, którym się one należały, głównych aktorów muzycznego widowiska. Promotorom pozostawała dziesiąta część zysków, choć ‘G’ uważał, że to wciąż za dużo. Według niego Led Zeppelin nie potrzebowali reklamy. Jak twierdził, wystarczyłby anons w gazetce parafialnej, by po godzinie wszystkie bilety zostały wyprzedane. Miał rację. Zeppelini byli bez wątpienia największą grupą lat 70. i jedną z największych w historii. Podobnie nie ma wątpliwości, że nigdy by się nią nie stali bez Granta. Mówiono o nim, że był piątym członkiem zespołu. Jak przystało na kapitana Ołowianego Sterowca, nie opuścił niemal żadnego koncertu swoich muzyków. Podczas gdy Jimmy Page i spółka dawali sceniczne popisy w blasku reflektorów, Grant w pocie czoła harował za kulisami i w zakamarkach widowni. Nienawidził wręcz, gdy ktoś próbował wykorzystać jego podopiecznych. W pojedynkę rozprawiał się z dystrybutorami fałszywych biletów. Na nielegalnych kamerzy-

stów wylewał znienacka kubły zimnej wody. Gdy mimo to pewnego razu pojawił się w sprzedaży bootleg Led Zep, ‘G’ osobiście pofatygował się do sklepu by zniszczyć wszystkie kopie. Przy okazji skonfiskował nielegalne płyty Beatlesów. Jak stwierdził, chciał zrobić im przysługę...

jestem peter grant ja wszystko mogę

‘G’ nie traktował swojej pracy, jako wypełniania kontraktu. Bo takowego w ogóle nie było. Dwunastoletnia współpraca Petera z Led Zeppelin opierała się jedynie na umowie dżentelmeńskiej! Nie przeszkadzało mu to jednak, by z pełnym poświęceniem wykonywać swoje obowiązki. Nie podzielał powszechnej wtedy opinii, jakoby muzycy należeli do menadżera. Kochał swój zespół, a w szczególności Page’a. W trasie otaczał się garstką, niezmiennie tych samych, zaufanych ludzi. Wymagał od nich szacunku i lojalności. Najmniejszy objaw niesubordynacji skutkował dożywotnią banicją z najbliższego otoczenia Zeppelinów. Sam nie pozostawał dłużny. Za swoją ekipą gotów był wskoczyć w ogień. Nieraz to zresztą czynił… Grant wielokrotnie spoglądał w celowaną w niego lufę pistoletu. Nie robiło to na nim wrażenia. Z reguły to nieudaczni promotorzy bardziej bali się użyć broni, niż ‘G’ być z niej postrzelonym. Potrafił też zachować zimną krew, gdy był na muszce prawdziwych gangsterów. Swoim wielkim brzuszyskiem wypchnął z furgonetki zespołu dwóch uzbrojonych mafiosów, obrzucając ich przy tym stekiem obelg. Wolał trafić do aresztu niż posłuchać policji i nakazać podopiecznym przerwanie grożącego zamieszkami koncertu. Innym razem osobiście zabrał się za znoszenie ze sceny sprzętu zespołu Flock jeszcze w trakcie trwania ich show. Muzycy protestowali, ale na darmo. Grantowi zależało by grający po nich Zeppelini zdążyli ze swym popisem na zachód słońca. Zdążyli! Dali jeden z najbardziej pamiętnych koncertów mając w tle ogromną, zachodzącą za horyzont, pomarańczową kulę. Działo się to na festiwalu w Bath w 1970 roku. Ale bywało też i tak, jak to miało miejsce pięć lat później w Greensboro,

ROCK AXXESS

41


że ekipa Zeppelina sama uciekać musiała z miejsca koncertu. Rozwścieczeni fani, dla których zabrakło biletów, czekali na muzyków przed areną. Zeppelinom bardzo się spieszyło na samolot, ale kierowcy dwóch limuzyn odmówili wyjazdu z budynku. - Ile kosztują te pieprzone limuzyny?- spytał jednego ‘G’. - 40 tysięcy dolarów każda. - Kupuję więc obie. - postanowił Grant dając kierowcy walizkę pełną pieniędzy. - Nie mogę ich panu sprzedać, bo nie są moje. - stwierdził szofer. - W takim k… razie kradnę je! - Nie może pan. - Jestem Peter Grant. Ja wszystko mogę. - Po czym wsiadł za kółko i jak Tommy Lee Jones w Ściganym popędził na lotnisko.

hrabia massimo

‘G’ stworzył wokół siebie drugą, muzyczną rodzinę, w której pełnił rolę ojca. Pewnie dlatego, że sam nigdy go nie miał. Peter Grant urodził się na przedmieściach Londynu w roku 1935. Ojciec opuścił rodzinę jeszcze przed jego narodzinami, dlatego ‘G’ przyjął nazwisko panieńskie swojej matki. Nie miał lekko. Z powodu biedy trafił na krótko do domu dziecka. W wieku 13 lat odebrał ostatnie świadectwo szkolne, opatrzone zresztą wymownym komentarzem nauczyciela: Ten chłopak nic w życiu nie osiągnie. Szkolną ławkę zamienił na fabrykę blach. Szybko przerzucił się na rozkładanie i zamiatanie sceny w dzielnicy rozrywki. Tam po raz pierwszy zetknął się z artystycznym światem. Był też kelnerem i posłańcem dla Reutersa, jednak to właśnie podglądanie aktorów zza teatralnych kulis zrodziło w nim fascynację show biznesem. Podczas dwuletniej służby w wojsku odpowiedzialny był za organizowanie imprez i dostarczanie żołnierzom rozrywki.

Praca fizyczna w londyńskim 2Is Coffee Bar zdawała się być przepustką do kariery w branży muzycznej. Otrzymali ją m.in. kelner Micky Most - późniejszy producent popowych hitów i biznesowy partner Granta, sprzątający Andrew Oldham - w przyszłości menedżer Stonesów i piwniczny malarz ścian Lionel Bart, po latach największy brytyjski kompozytor radiowych przebojów. ‘G’ pracował tam jako ochroniarz i doorman. Po godzinach dorabiał na rozkładaniu i składaniu sceny do walki wrestlerów. Pomiędzy tymi czynnościami przywdziewał maskę hrabiego Massimo (czasem Bruno Alassio z Mediolanu lub Zamaskowanego Rabusia) i sam wskakiwał na ring. Miał też swój debiut na srebrnym ekranie. Dublował Anthonego Quinna w Działach Nawarony, a w Benny Hillu wcielił się w rolę kowboja. Grywał też epizody w Świętym z Rogerem Moorem i słynnej Kleopatrze z Elizabeth Taylor. Pomimo dziecięcych marzeń o karierze aktorskiej, zdawał sobie sprawę, że jego talent i uroda nie pozwolą mu na więcej niż sporadyczne występy w tle.

świry z ameryki

Przełomowym momentem okazał się zakup kilku minibusów. ‘G’ rozpoczął pracę dla Dona Ardena, wożąc po Anglii amerykańskie gwiazdy: Chucka Berry’ego, Bo Diddleya, Everly Boys i innych, w tym prawdziwych świrów i dziwaków pokroju Gene Vincenta, czy Little Richarda. Grant był

42

wobec swoich klientów bardzo opiekuńczy, ale gdy trzeba było, z gwiazdeczkami się nie patyczkował. Najwięcej problemów stwarzał Vincent. Opieka nad nim sprowadzała się do utrzymania go w trzeźwości. Chlał na potęgę, a po pijaku wymachiwał bronią. Przy nim Zeppelini byli jak Zakon Franciszkanów. Promotorzy znali jego wybryki i zastrzegali w kontraktach, że gdy po podniesieniu kurtyny fizycznie nie będzie go na scenie, nie wypłacą Grantowi pieniędzy za koncert. ‘G’ zamykał więc Vincenta na kilka godzin przed koncertem w garderobie, do której tylko on posiadał klucz. Pewnego razu, po otworzeniu przebieralni na chwilę przed występem, pijany Gene ledwo się z niej wytoczył i twardo stwierdził, że nie jest w stanie ustać na nogach, a co dopiero grać. Grant wziął Gena na plecy, zaniósł na scenę i przymocował taśmą do statywu mikrofonu. Po opadnięciu kurtyny Vincent wybełkotał parę słów i walnął głową o podłogę tracąc przytomność - co nie zmienia faktu, że fizycznie był na scenie, a Grant zgarnąć mógł pełną pulę za koncert. Niewiele lepszy był Little Richard - biseksualista, który zawsze nosił przy sobie biblię, na marginesach której opisywał swoje orgie. Któregoś dnia oznajmił Grantowi, że nie da koncertu, bo chwilowo nie ma w sobie pozytywnej energii do grania. Według mnie wyglądasz w porządku odparł ‘G’, po czym przewrócił Richarda na podłogę, zwinął w dywan i zaniósł na scenę…

liczy się tylko muzyka

Grant szybko zaczął działać na własną rękę. Został road menadżerem grupy Yardbirds, w której na gitarze grał Jimmy Page. Zespół rozpadł się, a Page wraz z Grantem zebrali nowy skład występujący pod szyldem Led Zeppelin. I wtedy nastąpiła eksplozja. ‘G’ zainwestował swoje oszczędności w nagranie pierwszej płyty, po czym pojechał z nią do wytwórni Atlantic. Tam od ręki podpisano z nim kontrakt. I to z najwyższą w historii zaliczką dla debiutanckiej grupy. Mimo że nikt z wytwórni nigdy nie widział, ani nie słyszał o Led Zeppelin, po wysłuchaniu kilku utworów z płyty na stole wylądował 5-letni kontrakt i 200 tysięcy dolarów do kieszeni. To na dobry początek. Był rok 1968. Pierwsza zasada Granta brzmiała: żadnych singli! Jakby tego było mało ‘G’ obraził się na telewizję i z jej usług także zrezygnował. Zeppelinom wróżono komercyjne samobójstwo. Stało się, zgodnie z przewidywaniami Granta, dokładnie na odwrót. Ołowiany Sterowiec szybko zdetronizował Beatlesów z pozycji najlepszego zespołu na świecie. ‘G’ kontynuował swoją politykę. Odmówił występu na Woodstocku - nie chciał by jego podopieczni byli ‘jednymi z wielu’. Nie wyraził też zgody na wartą 1 mln$ (!!!) transmisję sylwestrowego koncertu. Słabe technicznie łącza mogłyby mieć wpływ na jakość dźwięku. A dźwięk był najważniejszy. Liczyła się muzyka, a nie kolorowa oprawa. Teledyski były nieistotne. W radiu zamiast singli grano całe płyty. Grant osobiście wypływał jachtem w morze by dostarczyć albumy stacjonującym na wodzie pirackim rozgłośniom. Fani nie mogąc zobaczyć swych idoli na szklanym ekranie tłumami pielgrzymowali na koncerty. A wtedy Zeppelini robili już tylko to, co do nich należało. Z Jimmym Pagem na czele, który podłączał gitarę do beczki z prochem, roznosili w pył wszystko, co tylko było w ich zasięgu. Niczym magowie hipnotyzowali publikę w trzygodzinnych często misteriach, kończąc tym samym erę 30-minutowych popisów Stonesów.


dekada w toalecie fot. www.allstarpic.net

Pierwsze wrażenie, jakie sprawiał Grant, z reguły było mylące. Typ urody szufladkował go jako ordynarnego gbura, którym nota bene bywał, gdy być musiał. Częściej jednak uosabiał pełnego humoru wodzireja. Kulturalny i elegancki. W szczególności kobiety pożądały jego towarzystwa. Przyodzianemu w kaftan bezpieczeństwa i futrzaną czapę bliżej było z wyglądu do ochroniarza z tureckiego Haremu niż konesera sztuki i kolekcjonera antyków, którym był w rzeczywistości. Z pozoru zimny i bezwzględny, na dłuższą

metę szczery i oddany. Ryczał w furii niczym niedźwiedź, ale zdarzało mu się też płakać, jak choćby wtedy, gdy przeczytał stawiającą go w negatywnym świetle biografię Billa Grahama. Nie miał wykształcenia, ale czuł pismo nosem. Potrafił wychwycić każdy podstęp w kontrakcie. Umiał oczarować angielską Królową, jak i dogadać się z podejrzanym osobnikiem z ciemnego zaułka. Był też typem faceta, który pierwszy przyznałby się do błędu. Ale on ich nie popełniał. Przynajmniej nie do roku 1975. Wtedy Zeppelin był jeszcze dobrze naoliwioną machiną, a założona przez ‘G’ wytwórnia płytowa Swan Song miała wszystkich swoich wykonawców

ROCK AXXESS

43


w pierwszej setce Billboardu. I nagle los się odwrócił. Zaczęło się od samochodowego wypadku wokalisty Led Zep Roberta Planta. Zespół musiał na jakiś czas zawiesić działalność. W tym czasie Grant otrzymał kolejny, znacznie mocniejszy cios. Zostawiła go żona. Ukojenia szukał w magicznej mocy białego proszku i szybko stał się jednym z tych, którymi sam do tej pory gardził. Także Page coraz częściej odbywał narkotyczne podróże do świata crowlejowskiej magii. Jak wspomina ‘G’, po wypadku Planta, niemal wszyscy z otoczenia Zeppelinów popadli w nałóg. On sam, jak twierdzi, brał tyle, że zapewniał równowagę gospodarki Kolumbii. Gdy pewnego dnia road menedżer zespołu - Richard Cole odwiedził Granta w biurze, ten siedział niczym Al Pacino w Człowieku z blizną, za swym ogromnym, usłanym kokainą biurkiem i lamentował: Oto Ołowiany Sterowiec osiągnął pułap rzucając cień na cały świat i kolejne pokolenia. Stąd droga może wieść już tylko w dół. I tam też wiodła. Zeppelin coraz bardziej obniżał swoje

loty, aż w końcu runął na ziemię. W 1980 roku perkusista zespołu John Bonham udusił się we śnie własnymi wymiocinami. Zespół rozwiązano.

Grant nigdy nie wybaczył sobie, że nie zapobiegł tej tragedii. Na całe lata 80. zaszył się w swej otoczonej fosą posiadłości w Horselungs. Rzadko kiedy ją opuszczał. Dwóch roadies zaopatrywało go w narkotyki i kanapki z pobliskiego supermarketu. Sam całymi dniami przesiadywał w zamkniętej toalecie w towarzystwie białej damy. ‘G’ nigdy nie prowadził sportowego trybu życia. Już w latach 60., gdy nie działała winda, wolał zawrócić do domu niż wspinać się po schodach na szóste piętro do własnego biura. W samolocie, na swoje cztery litery rezerwował dwa miejsca. Wegetując w Horselungs przytył jeszcze bardziej. Nabawił się cukrzycy. Przeszedł też zawał. Swój organizm, podobnie zresztą jak całą posiadłość, doprowadził do ruiny.

44

peter grant award Po dekadzie spędzonej w toalecie przyszła era soku pomarańczowego. Grant jednym pociągnięciem zerwał izolacyjną taśmę, którą otoczył swoje życie. Po trzydniowym seansie kokainowym postanowił wziąć się w garść. Spuścił w ubikacji ponad kilogram białego proszku. Zrezygnował z używek. Wyszczuplał. Choć wyraźnie się postarzał, to budzący respekt, niebezpieczny błysk w jego oczach pozostał. Myślał o powrocie do muzycznego biznesu, ale szybko zdał sobie sprawę, że to już nie zabawa dla niego. Minęły czasy, gdy pieniądze za koncert wypłacane były w pudełkach po butach i przemycane przez granice w organach Hammonda. Teraz wszystko załatwiali prawnicy i komputery. ‘G’ określił muzyczny przemysł lat 90. jako nudny. Zaproponowano mu posadę sędziego w lokalnym magistracie, ale stwierdził, że źle by to wyglądało w jego CV. Złapał za to inną fuchę. Dla

umilenia czasu woził młode pary do ślubu limuzyną, która kiedyś należała ponoć do samego Ala Capone. Nowożeńcy nie zdawali sobie sprawy, że ich szoferem także był prawdziwy gangster - Al Capone muzycznego świata lat 70. W listopadzie 1995 roku Peter Grant był honorowym gościem na Międzynarodowym Forum Managerów. Gdy odbierał nagrodę za wprowadzenie do Roll of Honour, wszyscy obecni weszli na stoły bijąc brawo. Eliot Rashman z Simply Red krzyknął Gratulacje Peter, bez ciebie nie osiągnęlibyśmy tego! Od tamtej pory, co roku, przyznawana jest nagroda Peter Grand Award za szczególne osiągnięcia w muzycznym managmencie. ‘G’ zmarł dwa tygodnie później na zawał serca. Jak podsumował Robert Plant Był największym z wielkich. Gigant, który odwrócił reguły gry do góry nogami. Srogi, gwałtowny, bezkompromisowy, ale z ogromnym poczuciem humoru. Przede wszystkim jednak, był wspaniałym człowiekiem.


rock shot

reign in

BLOOD Karolina Karbownik

składniki 2 porcje Jägermaister ¾ porcji ginu ½ porcji syropu malinowego ½ porcji Ice Tea

przygotowanie

Połączyć i wymieszać wszystkie składniki. Dodać lód i potrząsnąć. Wlać do szerokiej szklanki. Nie krwawić.

ingredients 2 oz. Jägermaister ¾ oz. gin ½ oz. raspberry syrup ½ oz. Ice Tea

photo: 123rf.com

preparation

Combine all ingredients. Add Ice and stir. Strain into a glass. Wlać do szerokiej szklanki. Don’t bleed.

ROCK AXXESS

45


collector’s room

PŁYTO holizm Tomasz Wiszniewski


Cześć. Nazywam się Tomek i od 15 lat jestem płytoholikiem.

P

ierwszą płytę winylową kupiłem przypadkiem. Na mojej ulicy w Londynie był sklep z używanymi płytami właśnie. Na parterze były CD, ale były też jakieś schody na dół. Po dwóch czy trzech wizytach, kilku płytach ledwie odkrytego Dream Theater moja ciekawość zwyciężyła: poszedłem na dół. Między winyle. Mnóstwo winyli. Cała piwnica, pełne półki. Winyli. Głównie albumy, ale była też specjalna mniejsza półeczka z singlami. Odruchowo poszedłem od razu pod Q jak Queen. Ta stara miłość już dawno wygasła, więc nie było absolutnie żadnego niebezpieczeństwa. Nie było tego tam dużo, ledwie trzy single. Wziąłem pierwszy do ręki. Save Me, na drugiej stronie koncertowa wersja Let Me Entertain You. Pomyślałem, że w sumie moja ówczesna dziewczyna nie zna takiego Queen. No tak, ale przecież nie mieliśmy adaptera. Więc może po prostu poszukam Live Killers. O, dobry pomysł. I już miałem odłożyć, kiedy spojrzałem jeszcze raz na okładkę. Nigdy wcześniej jej nie widziałem. Ot, zdjęcie zespołu, jakąś czcionką napisana nazwa i tytuł. Niby nic... i nagle cofnąłem się w czasie, jakieś kolejne 10 lat, kiedy czytając, jako dzieciak Kena Deana i spis singli wyobrażałem sobie jak one wyglądają. Wtedy nie było Internetu, więc można było sobie tylko wyobrazić, jak wygląda singiel Mustapha, jak brzmi jakiś nieobecny na żadnej płycie utwór w stylu A Dozen Red Roses for My Darling czy A Human Body. Czy to ballada czy coś szybkiego? Jak wygląda ten singiel? I co to jest Explosive version? Ciekawość nagle wróciła. Nawet nie wiem, kiedy zgarnąłem te trzy single i poszedłem z nimi do kasy. Pierwszy zakup dokonany. Nawet nie miałem adaptera. Adapter kupiłem tydzień później. Żeby posłuchać tych nieszczęsnych płyt – bo w sumie co to za frajda tylko je mieć? No właśnie... jakaś jednak była. Ale te trzy single – właściwie gdzie je położyć? W ramki oprawić? Co to za kolekcja jest? Kupno adaptera to jedno – wiedziałem od razu, że potrzebnych jest więcej płyt. Dużo więcej. Najlepiej tego samego zespołu, żeby wyglądało jak seria. Padło więc na Queen – nagle stara miłość i stare sentymenty odżyły.

fot. 123rf.com

I zaczęło się polowanie. Ten mały sklep na ulicy to jednak stał się niewystarczający – nic więcej poza te dwa, trzy single się tam nie znalazło. Trzeba było znaleźć kolejne. No ale przecież mówimy o Londynie – żaden więc problem. Soho, Portobello, Camden. Trzy miejsca, gdzie było wszystko, czego tylko dusza zapragnie. A nawet więcej. Buy, Sell, Trade, Selecta Disc, targ w Camden Ballroom. W raczkującym wtedy ciągle jeszcze Internecie znalazłem listę wszystkich singli Queen. Osobno angielskich, osobno pozostałych. Angielskie były tańsze, bo przecież byłem w Anglii, więc była szansa uzbierać

wszystko, komplet. Dla kolekcjonera to jest gratka! Z kolei pozostałe miały jednak dużo atrakcyjniejsze okładki... japońskie, niemieckie, francuskie, jugosłowiańskie, szwedzkie... na czym się skupić? Skupiłem się, więc na... wszystkim. Angielskie udało się zebrać względnie szybko, choć później okazało się, że to tylko wierzchołek góry lodowej. Na przykład, taki singiel I Want to Break Free miał pięć różnych wersji. Trwało trochę, zanim udało mi się trafić na wszystkie. Zabawne – przecież nawet nie lubię tego utworu – ale jak uzależnienie to uzależnienie. Dwie wersje It’s a Hard Life wzięły się stąd, że Rogerowi nie podobała się jego własna mina, więc się w wytwórni pobawili Photoshopem. Jednak kilkaset sztuk starej wersji do obiegu weszło. Wycofana wersja angielskiego singla Hammer to Fall, których znowu kilkaset sztuk jednak trafiło do sprzedaży w sieci Woolworths. W dodatku oprócz oryginałów krążyły i bootlegi. Trzeba więc było uważać, żeby nie kupić złomu – stąd kolejne godziny na Internecie, spędzone na forach wśród innych kolekcjonerów, tak samo beznadziejnych przypadków jak i ja. Tu jest zamiast cassette napisane casete, po tym poznasz. Aha. Tu kolor wychodzi poza czcionkę, to jest znak, że to podróbka. I tak dalej. Im głębiej, tym ciekawiej. Po przeczytaniu kilkuset artykułów i dyskusji zabawa zaczęła nabierać rumieńców. Już nie wystarczyło znalezienie samej płyty. Nagle chodziło o znalezienie okazji. Szukanie malutkich sklepików, w których sprzedawca sam nie wiedział, co sprzedaje. Szukanie płyt z nalepką Promo only, której sprzedający nie zauważył albo zignorował. Kanadyjskie promo Calling All Girls za funta? Wszystko możliwe. Winylowe At the Beeb za pięć? Trzeba było tylko poszukać. Nie wiem, co w tym było najbardziej pociągające. W tych wszystkich sklepach, przewracając te wszystkie mające po 30-40 lat winyle panuje dość specyficzny zapach. Był w tym jakiś dziwny klimat, wejście do takiego sklepu było jak cofnięcie się w czasie. Zlokalizowane były one często w piwnicy, więc światło też było specyficzne. A w sklepie sami maniacy jak ja... i żadnych Adamów Lambertów ani Lady Gagi lecących z głośników – tylko Wishbone Ash czy Pink Floyd z winyli. I to uczucie, kiedy trafia w ręce kolejny nieznany wcześniej singiel i po prostu trzeba go mieć. Nie za tydzień, nie może kiedyś. Nie! Teraz.

ROCK AXXESS

47


Potem odkryłem eBay. To mnie dobiło. Nagle mogłem mieć prawie każdą płytę. Już nie musiałem polegać na tym, co akurat trafiło do sklepu. Trzeba było tylko uważać na to, jak odbywa się licytacja, żeby nie przepłacić. Tu lata (tak, już lata) spędzone w sklepach zaczęły przynosić owoce. Wiedziałem, kiedy z licytacji rezygnować, widząc, że przekroczono już wartość danej płyty. Z drugiej strony – jednorazowo prowadziłem po kilka, kilkanaście aukcji.

Te wszystkie płyty zaczęły przychodzić z każdego zakątka świata, a na poczcie byłem gościem częstszym niż w domu. Polska wersja Somebody to Love za cenę trzykrotnie niższą, niż gdybym kupił ją w Anglii? Proszę bardzo. Polskie The Best of kupione za góra osiem funtów, a potem sprzedane za 65? Proszę bardzo. Te zarobione 57 funtów poszło gdzie? Na kolejne winyle, oczywiście. I tak się kręciło, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu. Kolejne artykuły i strony internetowe dla kolekcjonerów, wyrastające zresztą jak grzyby po deszczu. Kolejne zakupy, kolejne sprzedaże. I kolejne okazje – jak np. picture disc Jazz, francuski, jeden z większych rarytasów. Gość myślał, że to podróbka. I miał po części rację – karton był rzeczywiście podrobiony (nie ten kolor czcionki, co trzeba). Tyle, że sam picture disc już nie, ten był jak najbardziej prawdziwy, w niemal idealnym stanie. Każda taka historia tylko pogłębiała mój stan. Nie było tygodnia, żebym czegoś nie kupił.

Trzy single w domu szybko zamieniły się w 33. Te 33 też jakoś chyba przez pączkowanie szybko zmieniły się w setkę. Potem dwie. I rosło. Coraz ciekawsze okładki, coraz ciekawsze wydawnictwa. Pamiętam, jak dorwałem pierwszy shaped vinyl - zdaje się Breakthru, wycięte w kształcie połączonych głów z okładki albumu The Miracle. Coś pięknego. I w dodatku z tych trochę rzadszych. Potem przyszedł czas na picture dyski. Najlepiej dwunastocalowe. A Kind of Magic z zespołem przebranym za meneli, jak na teledysku. Innuendo z rysunkami Grandville’a. Albo naprawdę przepiękne Friends Will Be Friends. To, czy utwór lubiłem, czy nie, nie miało znaczenia. Liczyło się, czy już tę pozycję mam, liczyło się, jak jest rzadka, liczyło się, czy okładka jest ładna. Wraz z rozrastającą się kolekcją pojawiały się kolejne, dodatkowe zakupy. Przecież trzeba było kupić jakieś koszulki. Poukładać odpowiednio płyty w tych koszulkach. Na ludzi, którzy kładą winyle horyzontalnie, powinno się nasyłać pomoc społeczną. Tylko w pionie. Potrzebna więc była półka; jedna, potem druga. Wielki almanach wydany przez Record Collectora, w którym wymienione były co do jednej każda płyta wraz z jej wartością. To było przeze mnie przewertowane wszerz i wzdłuż, to była moja Biblia. Tam miałem zaznaczone to, co juz zakupiłem, i to, czego wyjątkowo uporczywie szukałem. Mijały miesiące i lata, a ja prawie ćwierć pensji potrafiłem czasem wydać na płyty. Kolejne i kolejne. Jak się trafił utwór albo wersja nieobecna na płycie, cena nie grała roli. I tylko czasem bolało naprawdę, kiedy w jakimś sklepie był za szybą singiel, którego nawet ktoś tak uzależniony jak ja nie mógł kupić. Nie chciał? Pewnie nie wystarczająco mocno. NRD-owska wersja płyty Greatest Hits. Japońska wersja I Want It All. Niebieska limitowana edycja Bohemian Rhapsody. Mówimy o cenach rzędu od 500 do nawet 4000 funtów. Kilka minut spędzonych przed szybką i stwierdzenie może kiedyś...

48

Opamiętanie przyszło przypadkiem. Wyprowadzałem się z Londynu. Po siedmiu latach w stolicy Wielkiej Brytanii postanowiłem zmienić otoczenie i przeniosłem się do Nottingham. Część rzeczy postanowiliśmy wywieźć już do Polski, niech czekają na nasz powrót. Z wielkim namaszczeniem zapakowałem wszystkie winyle, popatrzyłem na nie ostatni raz i... pojechały. Leżą w Polsce i czekają. A skoro tam leżą, to i przestałem jakoś naturalnie kupować nowe. Bo co, mają być osobno? Bez sensu. Mijały tygodnie, miesiące. Minęły już ze cztery lata. Moment powrotu nieco się przesunął, a ja już nie pamiętam, jakie tytuły w Polsce leżą. Bo spis, jak się okazało, pojechał z nimi.

I z każdym kolejnym miesiącem bez tych płyt coraz bardziej się zastanawiałem: po co ja to wszystko kupiłem?. Nie mogę ich wziąć do ręki, nie mogę na nie popatrzeć. Nagle rozsądek zaczyna dochodzić do głosu. Po co mi to? Może je sprzedam? O, to dobry pomysł. W sumie nieźle bym chyba na tym zarobił. Przyjadę do Polski i pewnie się za to zabiorę, zwłaszcza, że te dwa łosie z Queen teraz grają z jakąś panią Lambert.

Przedwczoraj, wracając z pracy, minąłem sklep, który wcześniej długo ignorowałem. Wiedziałem, że będę coś pisał o winylach, więc wszedłem. A co? Poprzewracałem kilka półek, popatrzyłem na te piękne okładki Animals Pink Floyd, Misplaced Childhood Marillion czy Selling England by the Pound Genesis i stwierdziłem: cholera, przed wyjazdem stąd muszę je kupić. - Hmm - odezwał się znowu rozsądek. Przecież ja te płyty mam na CD i znam je na pamięć. Co do sekundy. Przecież ja mam po powrocie sprzedać swoją całą kolekcję! A może jednak kupię? Trzy, cztery funty za takie regularne wydawnictwa to nie fortuna. A te okładki wyglądają przecudnie, prawda? Widzieliście kiedyś takie Animals w dwunastocalowej wersji? Piękne, nie? Wytrzymałem z nimi w ręku jakieś 2 minuty. Kupiłem. Nazywam się Tomek i od 15 lat jestem płytoholikiem.


record oholism Tomasz Wiszniewski

Hi, my name’s Tomek and I’ve been a recordoholic for 15 years.


I

bought my first vinyl record completely by accident. There was a second hand record store on my street in London. The ground floor was filled with CDs but there was also a way downstairs. I’ve been to the shop two or three times, bought some CDs of the newly discovered Dream Theater and the curiosity won – I went downstairs to see the vinyls. Lots of vinyls. A whole basement with shelves full of vinyls. Mainly long plays but they also had a smaller section with singles. It was an impuls to go straight to the part with the letter Q, as for Queen. It was an old feeling that was long forgotten, so there was no real danger. The shop didn’t have that many of their singles, just three of them. I picked the first one – Save Me with a live version of Let Me Entertain You as a b-side. I thought – well, my [then] girlfriend doesn’t really know this side of Queen. But well, we didn’t have a record player. So why don’t I just look for Live Killers instead? Good idea. I was about to put the single back on the shelf when I noticed the cover. I’ve never seen it before. Just a simple band photo with the band’s name and the title. Nothing special... and suddenly I went back some ten years when, as a kid, I had read Ken Dean’s book with the list of all Queen singles released and had imagined how they looked like. There was no Internet so one could only imagine how the cover of Mustapha single looks like or how some non-album track like A Dozen Red Roses for My Darling or A Human Body sounds like. Is it a ballad or something fast? How does the single look like? And what exactly is an explosive version? It all came back. I don’t even know when I picked all three of those singles and went with them to the till. That was my first vinyl purchase. And I didn’t even have a record player.

I bought it a week later. Just to listen to those three albums because what’s the fun of having them if you can’t listen to them? Well, there was some. And what to do with these three singles? Put them on a shelf? Frame them? Is it already a collection? Buying a record player was one thing but I already knew I needed more records. Many more. And of the same band so it could look like a series. So I followed with more Queen record – old feelings and sentiments came back. The hunting began. That small shop was too little – there was nothing more than those two or three singles there, so I had to find other places. But we’re talking about London here, so that was not a problem. Soho, Portobello, Camden. Three places that had everything one needed. Or even more. Buy Sell Trade, Selecta Disc, the market in Camden Ballroom. On the Internet that was still at the early stages of its popularity I’ve found a list of all the singles released by Queen. British singles and the foreign ones separately. The British ones were cheaper as I was in England so there was a real chance of getting all of them. A real treat for a collector. The foreign ones, however, had more interesting covers... singles from Japan, Germany, France, Yugoslavia, Sweden... I didn’t know what to focus on. So I focused on... everything. The British ones went quite smooth although it later turned out that it was just the tip of the iceberg. For example – the I Want to Break Free single was released in five different versions. It took some time to get them all. The funny thing is, I don’t even like the song but an addiction is an addiction. Two versions of It’s a Hard Life were produced because Roger Taylor didn’t like his face expression on the cover, so the graphic designers from the record company photoshopped a new cover but several hundreds of the old one have already been shipped to the US. Another one was a deleted version of Ham-

50

mer to Fall, which somehow got into Woolworths in some hundreds of copies. And apart from the originals, there were still bootlegs. One had to be carefull not to buy a trash, so it required more hours spent on the Internet, writing to other collectors who were similarly addicted. It’s spelled casete instead of cassette, that’s how you’ll know it’s fake. OK! Here the colour goes beyond the letters, that’s a sing it’s not original. And so on. The more I searched, the more interesting it became. After reading hundreds of articles and discussions, the fun was even bigger. Getting a record was not enough. I had to find a bargain. This included searching for small shops in which the owners didn’t really know what they were selling. Searching for versions with promo sticker that the seller didn’t notice or simply ignored. Or a Canadian Calling All Girls promo for a single pound. Everything was possible. At the Beeb on vinyl for five pounds? All I had to do was search.

I don’t know what was the most exciting thing in all this. Maybe it’s the smell that you get in those shops when you pick some 30-40 year old records from the shelf. It was a sort of going back in time. Quite often these shops were located in basements so the light was also peculiar. All the people around being maniacs, just like I was... and no Adam Lamberts or Lady Gagas played – just stuff like Wishbone Ash or Pink Floyd, of course played from a vinyl record. And this feeling when you found a previously unknown single and you just had to have it. Not in a week, not in the future. No. At that very moment.

Three singles turned into thirty three. Those thirty three somehow turned into a hundred. Then two hundred and more. More interesting covers and singles. I remember when I got my first shaped disc - Breakthru - in the shape of the band’s heads known from the cover of The Miracle album. It was a beauty and, what’s more, it was one of these rare things. Then there was the time for picture discs, mainly the 12 inch ones: A Kind of Magic with the band dressed as tramps, just like in the video clip; Innuendo with the drawings by Grandville; or the truly beautiful Friends Will Be Friends single. It didn’t matter if I liked the song or not. The things that mattered were whether I had this particular version, or not, if it was rare or if the cover is nice. With my collection growing bigger, I had to make some additional shopping. I needed plastic jackets for the records. People who put their records horizontally should have social security on their ass. Vertical is the only way to keep the vinyls! So I needed a shelf. One, then the second one. And there was this huge Record Collector’s almanach with all the records listed along with their value. I’ve read this one cover to cover, it was my bible. I marked all the singles I’ve already had and all those I was searching for the most. Years gone by and I was able to spend a quarter of my wage on records. More and more records. If I found a track or a version of it unavailable on other albums, the price didn’t matter. And only sometimes it hurt when I saw a single that was so rare that even I couldn’t afford it. I didn’t want to? Well, maybe not hard enough. Greatest Hits from East Germany, Japanese version of I Want It All, limited blue issue of Bohemian Rhapsody. We’re talking here about prices from 500 to 4000 pounds. So I spent a couple of minutes in front of it and said, well, maybe some other day. Then I discovered eBay. It was too much. Suddenly, I could have almost every record. I didn’t have to rely on what was available in the shops. All I had to do was to watch out for the rules not to overpay. Years spent on collecting vinyls


paid off. I knew when to back off because the price was already higher than the real value. On the other hand, I was bidding on several records at the same time.

All those albums started coming in from different places in the world and I started to spend more time at the post office, than at home. I found a Polish version of Somebody to Love for a price three times lower than I would have to pay in England. Polish issue of The Best of bought for no more than 8 pounds and then sold for 65? Yes, sir! Those 57 pounds earned through this were spent, of course, on vinyls. And so it went, week after week, month after month. There were more websites and articles for collectors. More records purchased and sold. And more bargains, like French Jazz picture disc, one of the rarest things. The guy thought it was a fake and he was right, at least partially. The packaging was – the font was in a wrong colour – but the record itself was original, in almost mint condition. Every such history only made it worse. There was not a week I didn’t buy anything. The reflection came by accident. I moved out of London. After seven years in England’s capital city, I decided to change the surrounding and move to Nottingham. We packed some of the things and sent them back to Poland to wait for us. I packed my records carefully, waved goodbye and... then they were gone. They are in Poland, waiting for us. And because they are not here with me, I stopped buying new ones. What for? I don’t want to have them in two separate places.

It would make no sense. So some weeks and months have past. It’s already been four years. The date of coming back to Poland was changed and I don’t remember what I have over there, because the whole register is there as well. With every months far away from those records I’ve been wondering – What did I buy all that stuff for? I can’t pick them up, I can’t look at them and suddenly my common sense won. What do I need all of that for? Maybe I should sell it? Yep, good idea! I think I could have some nice money out of it. I’ll do that when I come back to Poland, especially that those two blockheads from Queen are now playing with some miss Lambert. Two days ago, when I was walking back from my job, I was passing a shop I was long ignoring. I knew I would be writing about vinyl records so I decided to come inside. Why not? I browsed several shelves with albums, looked at those beautiful covers of Pink Floyd’s Animals, Marillion’s Misplaced Childhood or Genesis’ Selling England by the Pound, and thought: Damn, I have to buy those before I come back to Poland. But the common sense said: Well, I already have all these albums on CDs and I know every second of them. I was supposed to sell my collection soon! OK, maybe I’ll buy them. Three or four pounds for something like this is not a fortune and these covers are absolutely stunning, aren’t they? Have you ever seen 12 inch Animals vinyl? A beauty, isn’t it? I bought them. It took me some two minutes to make that decision. Hi, my name’s Tomek and I’ve been a recordoholic for 15 years.


of ages

rock screen

52

Agnieszka Lenczewska, fot. materiały prasowe

r o c k


photo: David James, Warner Bros. Tom Cruise jako Stacee Jaxx w musicalu Rock Of Ages prod. New Line Cinema.


Potęga rocka! Miejsce akcji: Sunset Strip w Hollywood. Czas akcji: rok 1987.

W wypełnionym po brzegi, pulsującym w rytm muzyki klubie The Bourbon Room muzycy zawodzą i potrząsają głowami. Dym papierosowy, striptizerki, kelnerki, barmani, bananowa młodzież, biznesmeni, podstarzali bywalcy klubu, rockersi, bramkarze. Na ścianach plakaty, rejestracje samochodowe, wiszące gitary, naciągi i setki biustonoszy. W tej świątyni rock and rolla muzycy wzbudzają zachwyt nie mniej szalonych fanów i groupies, sypiąc iskrami ze swoich elektrycznych gitar w rytm największych przebojów. Bajka? Reminiscencja szalonych lat 80.? Nie, to Rock of Ages. Kolejna filmowa produkcja New Line Cinema. Reżyser i producent projektu, Adam Shankman, przeniósł broadwayowski musical z teatralnych desek na ekrany kinowe. Dorastał w Los Angeles, dlatego w miejscu, w którym rozgrywa się akcja filmu, czuł się jak w domu: Mój ojciec był menedżerem muzycznym. Miał biuro na Sunset Strip. Znałem wielu artystów. W 1987 roku zajmowałem się choreografią do teledysków i naprawdę rozumiałem i kochałem ten świat, więc nie mogłem sobie odmówić cofnięcia się w czasie z powrotem do tego etapu – opowiada reżyser.

Into the great wide open

Rock of Ages w reżyserii Adama Shankmana jest oparty na przebojowym, wielokrotnie nagradzanym broadwayowskim musicalu. Sztukę i libretto napisał Chris D’Arienzo, który jest także autorem scenariusza i producentem wykonawczym filmu. Opowieść o podążaniu za marzeniami, wzbogacona o zestaw klasycznych hitów, rozgrywa się na słynnym Sunset Strip Boulevard. W miejscu symbolicznym, wręcz będącym ikoną rockandrollowego trybu życia. Tam, gdzie marzenia mogły stać się rzeczywistością i czasami rzeczywiście tak się działo. Było to miejsce, w którym nieznany zespół mógł zagrać w klubach takich jak Whiskey lub The Roxy i przy odrobinie szczęścia podpisać potem umowę z wytwórnią. Przecież American dream wykuwał się właśnie w takich miejscach. Krew, pot i łzy. Odrobina dragów, morze alkoholu. Szczęście i upadek. Rock’n’roll! W takich oto okolicznościach przyrody toczy się akcja filmu. Fabuła, jak zwykle w musicalach, jest nieskomplikowana. Można ją streścić w jednym zdaniu: ona i on w biegu z przeszkodami do miłości, sławy i wielkich pieniędzy. Sherrie (Hough), dziewczyna pochodząca z prowincjonalnej mieściny i Drew (Boneta), chłopak z wielkiego miasta, zakochują się w sobie i postanawiają razem wyjechać do Los Angeles, by spełnić swoje marzenia. Po przybyciu do Miasta Aniołów nie wszystko przebiega tak, jak nasi młodzi bohaterowie sobie wymarzyli. Bo rock’n’roll to dla prawicowej pani burmistrz (Zeta-Jones) wymysł szatana, deprawacja młodzieży i szerząca się rozwiązłość. Siedliskiem zła jest oczywiście świątynia rocka (klub), jej kapłan (Baldwin) oraz rockandrolowy guru – Stacee Jaxx (Cruise).

54

photo: David James, Warner Bros. Malin Akerman jako Constance Sack w musicalu Rock Of Ages prod. New Line Cinema.


photo: David James, Warner Bros. Julianne Hough jako Sherrie Christian w musicalu Rock Of Ages prod. New Line Cinema.

photo: David James, Warner Bros. Malin Akerman w roli Constance Sack i Tom Cruise jako Stacee Jaxx w musicalu Rock Of Ages prod. New Line Cinema.


photo: David James, Warner Bros. Julianne Hough w roli Sherrie Christian i Diego Boneta jako Drew Boley w musicalu Rock Of Ages prod. New Line Cinema.


photo: David James, Warner Bros. Alec Baldwin jako Dennis Dupree oraz Tom Cruise jako Stacee Jaxx w musicalu Rock Of Ages prod. New Line Cinema.

photo: Warner Bros.


W filmie występuje grono uznanych aktorów: Julianne Hough (Footloose); debiutujący na dużym ekranie Meksykanin Diego Boneta; brytyjski komik i aktor Russell Brand (Idol z piekła rodem); nominowany do Oscara Paul Giamatti (Człowiek ringu, Bezdroża); zdobywczyni Oscara Catherine Zeta-Jones (Chicago); królowa muzyki R&B, Mary J. Blige oraz nominowani do Oscara Alec Baldwin (Cooler, serial 40 Rock) i Tom Cruise (Mission Impossible, Jerry Maguire, Magnolia) jako gwiazda rocka, pożądany przez setki kobiet, lider rockowego zespołu Arsenal – Stacee Jaxx.

Noś długie włosy

Aby wzbogacić film o autentyczne (czytaj: rockowe) elementy, jego twórcy zaprosili do gościnnych występów kilku muzyków, których piosenki wykonywane są w filmie: Nuno Bettencourta (Extreme), Sebastiana Bacha (Skid Row), Kevina Cronina (REO Speedwagon). Reżyser od samego początku uważał, że muzyka w Rock of Ages będzie dla niego mapą wskazującą kierunek, w którym powinien podążać. W filmie usłyszymy takie rockowe przeboje jak: Pour Some Sugar on Me (Def Leppard), We’re not Gonna Take It (Twisted Sister), Don’t Stop Believin’ (Journey), I Wanna Know What Love Is (Foreigner), Every Rose Has Its Thorn (Poison) czy wykonywane z rockowym wykopem przez Toma Cruise’a Paradise City (Guns N’ Roses). Warstwa wizualna, stylizacja, kostiumy i fryzury przenoszą widzów w świat rocka lat 80. Trudno było oprzeć się skórzanym spodniom, poduchom na ramiona, szerokim paskom i grzywkom, ale nie chcieliśmy, żeby stroje były śmieszne, dlatego musieliśmy zachować umiar – mówi odpo-

wiedzialna za kostiumy w filmie Rita Ryack. Konsultantką w dziedzinie kostiumów i makijażu była Lita Ford. Główna kostiumolog sprowadziła na plan prawdziwych specjalistów od rockowych kreacji, którzy mieli pomóc zachować autentyzm projektowanych strojów. Ważną rolę odgrywały też fryzury i makijaż. Jednym z największych wyzwań dla stylistów było wydłużanie włosów, szczególnie u mężczyzn. Zdarzały się dni, kiedy na planie pojawiało się 500 statystów, w ruch szły setki peruk, przedłużeń i pasemek, za pomocą których powstawały grzywki lub fryzury na czeskiego piłkarza, a dzięki nim wszyscy zaczynali wyglądać jak wyjęci z magicznych lat 80. Na planie nie mogło zabraknąć lakieru ani żelu do włosów. Dodatkowo na potrzeby produkcji najbardziej szanowani i prestiżowi producenci sprzętu muzycznego przygotowali specjalnie wyprodukowane gitary, perkusje i cały muzyczny sztafaż, tak charakterystyczny dla lat 80. Aktorzy, w tym Tom Cruise, przez kilka tygodni uczyli się grać na instrumentach i przyglądali się zachowaniu oraz stylowi prezentowanemu na scenie przez takich wielkich artystów jak Jimmy Page, Slash, Eric Clapton, Lenny Kravitz, Brett Michaels, Jon Bon Jovi czy Richie Sambora. Na planie filmowym miało też miejsce nieoczekiwane wydarzenie, kiedy to zawitali tam muzycy Def Leppard. Rockmani pojawili się w iście rockowym stylu i wraz z Tomem Cruise’em wykonali Pour Some Sugar on Me. Światowa premiera filmu Rock of Ages w produkcji New Line Cinema i dystrybucji Warner Bros. Pictures odbyła się 15 czerwca 2012 r. W polskich kinach będzie go można obejrzeć od 10 sierpnia. Jeśli chcecie zobaczyć i usłyszeć Toma Cruise’a w rockowej odsłonie, udajcie się do kin.

photo: David James, Warner Bros. Diego Boneta w roli Drew Boley i Paul Giamatti jako Paul Gill w musicalu Rock Of Ages prod. New Line Cinema.


rock savvy

problematyczny

STREAMING Marcelina Gadecka, fot. Triton Digital


Przymykając oko na kilkuletni poślizg, wydawać by się mogło, że przemysł muzyczny w końcu znalazł antidotum na chorobę zwaną piractwem internetowym. Spotify, Google Play czy Cloud Player to tylko kilka nazw coraz bardziej popularnych serwisów, które udostępniają muzykę za darmo, całkowicie legalnie. Chociaż nie do końca dochodowo.

Z

acznijmy trochę marketingowo i popatrzmy na dostępne dane. Z najnowszego raportu, który miał na celu zbadanie jak Szwedzi konsumują muzykę (tak, tak… muzyka to też produkt!) można się dowiedzieć, że skala nielegalnego ściągania muzyki zmniejszyła się w Szwecji o 25% w porównaniu z 2009 rokiem. Oczekujemy szybkiego wzrostu popularnosci serwisów legalnie udostępniających muzykę i zmniejszenia się skali piractwa, skomentowała raport dyrektorka Music Sweden, Elizabeth Widlund, dodając: w przypadku gdy 800 tysięcy Szwedów jest gotowych zapłacić za legalny dostęp do muzyki, to jest to znak, że na internetowym rynku jest miejsce dla tego typu serwisów. Tak, więc co wydarzyło się pomiędzy 2009 a 2012 rokiem? Rosnąca popularność różnorodnych sprzętów do odtwarzania muzyki, począwszy od komputera przez telefon komórkowy, a kończąc na wszelkich iProduktach spowodowała, iż tradycyjna kolekcja muzyki stała się niewygodna w obsłudze. Wytworzyła się w ten sposób potrzeba posiadania jednego, najlepiej wirtualnego zbioru muzyki, z którego mogłyby korzystać wszystkie posiadane urządzenia. I jak sie okazuje, drastyczny spadek piractwa muzycznego w Szwecji zbiegł się z wprowadzeniem na rynek Spotify, serwisu legalnie udostępniającego muzykę, współdziałającego ze wszystkimi rodzajami odtwarzaczy muzycznych. Potwierdza to wyżej wspomniany raport, z którego wynika, iż najważniejszymi czynnikami przekonywującymi konsumentów do korzystania z legalnego streamingu były szeroki wybór oferowanej muzyki, dostępność albumów i darmowe/tanie konto. Ale nie zapominajmy również o lenistwie. Tak, jesteśmy leniwi. Czasami do tego stopnia, że przeglądając płyty w sklepie marzy nam się jakiś odpowiednik CTRL+F – komendy skracającej czas wyszukiwania (przynajmniej ja o takiej marzę). Podobnie jest ze ściąganiem muzyki. Niezależnie od legalności źródła, trzeba poświęcić trochę czasu, aby przejrzeć zbiór dostępnych plików muzycznych. Najpierw musimy wyszukać dany album, zapłacić za niego (albo i nie), ściągnąć do odpowiedniego katalogu, dodać do odtwarzacza na komputerze, przerzucić na telefon lub player, nagrać na płytę itd. Natomiast streaming jest usługą, która ułatwia życie znacznie skracając powyższy proces. Jest też coraz więcej opinii, iż streaming ma do zaoferowania lepsze doznania muzyczne. Wraz z pojawieniem się 3G i znaczną poprawą szybkości Internetu, streaming jest

wygodny, szybki i... społecznościowy. Użytkownicy mogą logować się do Spotify używając konta na Facebooku, tworzyć swoje listy, odtwarzać ulubione piosenki lub widzieć, jakiej muzyki w danej chwili słuchają znajomi.

Oczywiście mamy też pewien wybór. Możemy korzystać z takowych serwisów za darmo, lub płacić miesięczny abonament, który wynosi od kilku do kilkunastu dolarów. Płatne konto oczywiście oznacza więcej możliwości, np. nielimitowane odtwarzanie muzyki, brak reklam czy dostęp do biblioteki bez konieczności łączenia się z Internetem. Patrząc na to z punktu widzenia odbiorcy muzyki nie ma wątpliwości, co do tego, iż na przekór niedawnym obawom wytwórni płytowych, można konkurować z piractwem. I to całkiem w dobrym stylu, gdyż streaming oferuje o wiele więcej niż zwykłe ściąganie muzyki: darmowy, legalny dostęp na zawołanie, wygodę i łatwość użytkowania, integrację z portalami społecznościowymi oraz możliwość odsłuchiwania jednego zbioru muzyki na wielu urządzeniach.

Jednakże streaming nie jest rozwiązaniem idealnym biorąc pod uwagę interesy samych artystów i, oczywiście, wytwórni płytowych. Już w 2010, dyrektor Warner Music Edgar Bronfman Jr. powiedział, że darmowe udostępnianie muzyki nie jest opłacalne dla przemysłu muzycznego. Tradycyjny model kupowania czy ściągania muzyki zakłada, że użytkownik płaci tylko raz za możliwość posiadania albumu. W przypadku serwisów takich jak Spotify, artyście płaci się za każdym razem, gdy jego piosenka zostanie przesłuchana. Ten model jednak często prowadzi do znacznie mniejszych dochodów w porównaniu z tradycyjną sprzedażą płyt. Aby artysta mógł zarobić 1160 USD album musiałby zostać odtworzony przez użytkowników Spotify 4053110 razy. Dla porównania, tą samą kwotę można uzyskać sprzedając zaledwie 155 płyt w formacie CD. Z tego też powodu małe wytwórnie wycofują swoje zbiory z serwisów podobnych do Spotify, a większe gwiazdy w ogóle nie udostępniają swoich albumów. Owszem, możemy spodziewać się, że streaming będzie skuteczną alternatywą dla piractwa. Jednak musi zostać osiągnięty balans pomiędzy dostarczaniem konsumentom darmowego lub taniego dostępu do muzyki oraz zabezpieczeniem odpowiednio wysokich dochodów muzykom (i wytwórniom, rzecz jasna). A jeśli przemysł muzyczny nie otrzyma tego, czego chce? Cóż, mówią, że historia kołem się toczy.

ROCK AXXESS

61


map of rock

GDZIE SIĘ BAWIĆ? WHERE TO ROCK? przegląd letnich festiwali rockowych i metalowych część III - sierpień 2012 Katarzyna Strzelec

summer festivals guide part III - august 2012


Wacken Open Air lokalizacja: Wacken, Niemcy data: 2.08 - 4.08 ceny biletów: wyprzedane

location: Wacken,Germany date: 2.08 - 4.08 ticket prize: sold out

line up: Axel Rudi Pell, Cradle Of Filth, Dimmu Borgir, Gamma Ray, Hammerfall, In Extremo, In Flames, Kamelot, Dio Disciples, Machine Head, Ministry, Moonspell, Napalm Death, Opeth, Riotgod, Saxon, Scorpions, Testament, U.D.O & more

odległość z (w km): Warszawa 943, Wrocław 704, Gdańsk 824 distance from (km): Amsterdam 528, Berlin 370 www.wacken.de

Woodstock Festival

lokalizacja: Kostrzyń nad Odrą, Polska location: Kostrzyn nad Odra, Polska data: 2.08 - 4.08 date: 2.08 - 4.08 ceny biletów: wstęp wolny ticket prize: free

line up: Sabaton, The Darkness, Ministry, Machine Head, In Extremo, Damian Marley & more odległość z (w km): Warszawa 497, Wrocław 317, Gdańsk 376 distance from (km): Amsterdam 754, Berlin 92 www.wosp.org.pl/woodstock

Brutal Assault

lokalizacja: Jaromer - Josefov, Czechy location: Jaromer - Josefov, Czech Republic data: 8.08 - 11.08 date: 8.08 - 11.08 ceny biletów: 262 - 310 PLN ticket prize: 1550 - 1700 kc line up: Amon Amart, Dimmu Borgir, Machine Head, Ministry, Moonspell, Napalm Death, Samael, Sodom & more

odległość z (w km): Warszawa 995, Wrocław 757, Gdańsk 608 distance from (km): Amsterdam 1003, Berlin 384 www.brutalassault.cz

Bloodstock Open Air

lokalizacja: Catton Hall, Walton-On-Trent, Derbyshire, Anglia location: Catton Hall, Walton-On-Trent, Derbyshire, UK data: 9.08 - 12.08 date: 9.08 - 12.08 ceny biletów: 55 - 120 £ ticket prize: 50 - 120 £

line up: Behemoth, Machine Head, Alice Cooper, Dio Disciples, Testament, Dimmu Borgir, Paradise Lost, Sepultura, Iced Earth & more

odległość z (w km): Warszawa 1869, Wrocław 1598, Gdańsk 1831 distance from (km): Amsterdam 754, Berlin 1318, London 130 miles www.bloodstock.uk.com

Summer Breeze Open Air lokalizacja: Dinkelsbuhl, Niemcy location: Dinkelsbuhl, Germany data: 16.08 - 18.08 date: 16.08 - 18.08 ceny biletów: 62 € ticket prize: 62 €

line up: Amon Amarth, Immortal, Within Temptation, Behemoth, Epica, Iced Earth, Katatonia, Lacuna Coil, Napalm Death, Rage, Paradise Lost, Sepultura & more

odległość z (w km): Warszawa 1078, Wrocław 660, Gdańsk 1029 distance from (km): Amsterdam 653, Berlin 527 www.summer-breeze.de

Pukkelpop

lokalizacja: Hasselt, Belgia data: 16.08 - 18.08 ceny biletów: 79 - 155 €

location: Hasselt, Belgium date: 16.08 - 18.08 ticket prize: 79 - 155 €

line up: Bjork, Foo Fighters, The Stone Roses, The Black Keys & more

odległość z (w km): Warszawa 1247, Wrocław 975, Gdańsk 1209 distance from (km): Amsterdam 189, Berlin 696 www.pukkelpop.be

Rock En Seine

lokalizacja: Saint-Claud, Francja location: Saint-Claud, France data: 24.08 - 26.08 date: 24.08 - 26.08 ceny biletów: 49 - 109 € ticket prize: 49 - 109 €

line up: Green Day, Placebo, The Black Keys, Deus, Ed Sheeran, Sigur Ros & more

odległość z (w km): Warszawa 1613, Wrocław 1298, Gdańsk 1576 distance from (km): Amsterdam 512, Berlin 1063 www.rockenseine.com

Reading Festival, Leeds Festival

lokalizacja: Reading / Leeds, Anglia location: Reading / Leeds, United Kingdom data: 24.08 - 26.08 date: 24.08 - 26.08 ceny biletów: 98,75 - 197,50£ ticket prize: 98.75 - 197.50£ line up: Foo Fighters, Kasabian, The Cure, Paramore, Florence And The Machine, The Black Keys, Bullet For My Valentine, Social Disortion & more

Reading: odległość z (w km): Warszawa 1727, Wrocław 1455, Gdańsk 1689 distance from (km): Amsterdam 612, Berlin 1176, London 45 miles Leeds: odległość z (w km): Warszawa 1973, Wrocław 1701, Gdańsk 1935 distance from (km): Amsterdam 858, Berlin 1422, London 195 miles www.readingfestival.com

ROCK AXXESS

63


rock live

Mocna dawka adrenaliny czyli słów kilka o koncercie bandy czworga KRAKÓW, KLUB STUDIO, 13 CZERWCA 2012 ADRENALINE MOB, BRIGHT OPHIDIA Jakub Michalski

T

o był paskudny dzień. Zimno, ściana deszczu, wszechobecna wilgoć w powietrzu. Słowem – kiepski dzień na peregrynacje po zakochanej w futbolu Polsce. A jednak... Przyczynkiem do mojej wizyty w mieście Kraka był jeden z pierwszych koncertów w Europie kwartetu z USA. Nazwiska Portnoy, Allen, Orlando i Moyer przyciągnęły mnie bardziej do krakowskiego Studia niż jedenastka Oranje z Arjenem Robbenem na czele przed telewizor.

Organizator koncertu nieprzypadkowo na pierwszy ogień rzucił na scenę polski support w osobach chłopaków z białostockiego Bright Ophidia. Ze względu na trwające równolegle mecze fazy grupowej EURO 2012, było to posunięcie ze wszech miar udane (publiczność mogła wybrać spotkanie Portugalia - Dania lub kibicować biało-czerwonym pod sceną). Młodzi, ambitni muzycy byli świetną przystawką przed koncertem mafijnej czwórki. Otrzymaliśmy bardzo dobrze zagraną porcję technicznego, progresywnego grania z odrobiną szaleństwa i ekstremy. Występ Bright Ophidia mógł się podobać.

64


Po kilkunastominutowej przerwie, na scenie Studia pojawił się mafijny ansambl, metalowa banda czworga: Adrenaline Mob. Bez ściemy, bez litości dla słuchaczy (i ich uszu) muzycy zapodali pierwsze dźwięki Psychosane. Pod sceną rozpętało się istne pandemonium. Russell Allen w hipsterskim kapeluszu na głowie był prawdziwym mistrzem ceremonii. Świetny kontakt z publicznością, radość, rozdawane na lewo i prawo uśmiechy, wspólny śpiew i skandowanie. Gardłowego AMOB wszędzie było pełno. Jest doskonałym frontmanem i znakomitym wokalistą. Nie mniejszym entuzjazmem tryskali Mike Orlando (te gitarowe popisy!), John Moyer czy schowany za zestawem perkusyjnym perkusyjnym Mike Portnoy. Podczas koncertu usłyszeliśmy niemalże cały album Omertà (zabrakło Come Undone z repertuaru Duran Duran). Świetne, żywiołowe wykonania Believe Me, Indifferent czy singlowego Undaunted mogły ucieszyć niejednego fana heavymetalowego młócenia. Piękną barwę i skalę głosu ujawnił Allen w zagranych, w wydłużonych wersjach, balladach (All on the Line czy Angel Sky). Koncert Adrenaline Mob nie mógł obyć się bez coverów. Adrenalinowa wersja Stargazer z repertuaru Rainbow bije, moim zdaniem, wykonanie znane z płyty poprzedniego zespołu Żelaznego Mike’a. Zagrane na bis Mob Rules/ War Pigs były wisienką na tym muzycznym torcie i idealnym podsumowaniem wieczoru. Uradowani muzycy wyszli na scenę raz jeszcze ukłonić się publiczności. Podziękowaniom nie było końca. Mike Portnoy trzymał w dłoniach biało-czerwony szalik reprezentacji Polski. Taki widok możliwy jest tylko w naszym kraju. Kilkanaście minut po występie na oficjalnym fanpage’u Portnoya pojawił się entuzjastyczny wpis: Polska, jesteście niesamowici. Takiego ładunku energii nie widziałem od czasu pierwszej klubowej trasy Dream Theater w 1993 roku. Perkusista Adrenaline Mob miał rację. To była solidna dawka muzycznej adrenaliny, podlanej testosteronem. Prawdziwe męskie, samcze granie bez ściemy i udawania. To był żywiołowy, krótki, ale bardzo treściwy koncert. Mike Portnoy wróci do Polski jesienią. W równie szacownym towarzystwie. Zapraszamy!


niech żyje nasza

ALMA

MATER

JUWENALIA 2012

Agata Sternal, foto: Agata Sternal, Daniel Karbownik, Marek Koprowski

J

est taki czas w roku, piękny czas, kiedy studenci odrywają się od notatek i nauki. Najczęściej dzieje się tak, kiedy noce stają się gorące, a jedynym orzeźwieniem w upalne dni jest zimne piwo.

Juwenalia, bo o nich właśnie mowa, to inaczej igrzyska młodzieżowe lub święto studentów, które po raz pierwszy w Polsce zostały zorganizowane w XV wieku w Krakowie. Jednak wzmianki o juwenaliach można znaleźć nawet w starożytnych przekazach. Ponad pięćset lat temu krakowscy studenci zaproponowali organizowanie pochodów, występy grajków, mimów i żonglerów. Wiosenno-letnie zabawy stały się tradycją i obchodzone są po dziś dzień. Zmieniła się tylko muzyka i ludzie, ale cel jest nadal ten sam: studenci przejmują władzę w mieście i bawią się do upadłego, wysławiając swoje uczelnie.

W tym roku Rock Axxess pojawił się na dwóch takich wydarzeniach: poznańskich Juwenaliach i warszawskich Ursynaliach. Zacznijmy od Poznania, gdzie przez cztery dni zabawy na scenie pojawiły się takie gwiazdy jak Coma, Acid Drinkers czy Hey. Koncerty rozpoczęły się od występów kapel studenckich, których obecność na juwenaliowej scenie to już tradycja. Koncerty te z roku na rok cieszą się coraz większa popularnością, co może być dobrym znakiem dla polskiej muzyki. Organizatorzy zadbali o to, aby każdy miłośnik muzyki znalazł coś dla siebie. Na scenie pojawili się przedstawiciele zarówno rocka, jak i lżejszego grania. Do fanów muzyki rockowej należał w szczególności drugi dzień Juwenaliów. Rozgrzewać publiczność zaczęły wspomniane już zespoły studenckie, natomiast występy gwiazd wieczoru rozpoczęła grupa Acid Drinkers, która po raz kolejny wystąpiła z dobrze już znanym materiałem. Malkontenci mogliby mieć kolejny powód do narzekania, że Acid Drinkers znowu grają to samo, gdyby nie to, że zespół zapowiedział nowy krążek, który ma zostać wydany jesie-

ROCK AXXESS

67


Niecały miesiąc po poznańskim święcie udaliśmy się na warszawski Ursynów, gdzie Szkoła Główna Gospodarki Wiejskiej od 1983 roku organizuje jeden z większych festiwali muzycznych w Polsce. W tym roku impreza okazała się niezwykle kusząca, ponieważ na scenie głównej miały pojawić się takie gwiazdy jak Slayer czy Limp Bizkit oraz wiele innych. Przyznam szczerze, że kiedy informacja o koncercie Slayera została publicznie potwierdzona, wśród moich znajomych dosłownie zawrzało i z prędkością światła ustawili się w kolejce po bilety. Jestem w stanie się założyć, że podobnie zareagowało wiele osób. Pierwszy dzień Ursynaliów upłynął pod hasłem Slayer, k****. Na kilka tygodni przed koncertem fani zespołu utworzyli na Facebooku stronę, która jednocześnie była petycją. Zwrócili się do Dave’a Lombardo z prośbą o to, aby Tom Araya wykrzyczał ze sceny w trakcie koncertu główne hasło polskich fanów zespołu. Niestety, ostatecznie akcja się nie udała, ale rekompensatą był wspaniały koncert. Pogo ciągnęło się od pierwszego rzędu pod barierkami do ostatniego człowieka, który stał w tłumie. Kolejną gwiazdą na ursynaliowej scenie był Limp Bizkit. Fani lżejszego brzmienia wreszcie doczekali się występu swojej gwiazdy, jednak, jak się okazało, Slayer tak rozgrzał publiczność, że emocje nie opadły, a w dodatku zostały dodatkowo podsycone w momencie wyjścia na scenę Freda Dursta. Ludzie wpadli w amok, skakali, tańczyli zupełnie nie zważając na osoby obok. W tym momencie rodzi się pyta-

68

nie, gdzie była ochrona? Niestety nie znam na nie odpowiedzi. Na szczęście Fred okazał się trzeźwo myślącym facetem i przerwał koncert. Pouczył swoich fanów, jak powinni się bawić oraz ochroniarzy, jak powinni pracować. Kiedy tłum trochę się uspokoił, panowie kontynuowali koncert.

Dwa kolejne dni warszawskiej imprezy to koncerty m. in. In Flames, Nightwish, Gojira, Mastodon i Billy Talent. Mieszane uczucia wywolał szwedzki In Flames: jedni uznali występ za zdecydowanie najlepszy podczas studenckiej imprezy, inni wręcz odwrotnie. Pochwał jednak nie brakowało dla występującego w późnych godzinach nocnych Nightwish. Warto nadmienić, iż po rozstaniu się grupy z wokalistką Tarją Turunen, która przez lata była twarzą kapeli, fani Finów podzielili się na dwa obozy: jak to bywa - jedni przyjęli Anette z otwartymi ramionami, podczas gdy inni zawiedzeni jej głosem nie potrafili wypowiedzieć pozytywnego słowa na temat ostatnich dokonań grupy. Tymczasem, Anette zadziwiła zgromadzony wielotysięczny tłum doskonałym przygotowaniem muzycznym, ciekawą interpretacją starych hitów grupy i rewelacyjnie zaśpiewanymi piosenkami z najnowszej plyty Imaginearum. W pięknej scenografii, płomieniach, deszczu konfetti, przy niezwykle melodyjnych dźwiękach Nightwish zakończył drugi dzień Ursynaliów. Przed publicznością została finałowa niedziela z mocnym uderzeniem spod znaku Gojira, żywiołowym występem Mastodon i wreszcie kanadyjską gwiazdą rocka Billym Talentem.

Polskimi akcentami podczas warszawskiej imprezy były m. in. Luxtorpeda, Lipali, Illusion. Podobnie jak w innych miastach na studenckiej mapie Polski, nie zabrakło młodych kapel. Atrakcją dla zwycięzców organizowanego co roku konkursu kapel była możliwość zagrania koncertu tuż przed headlinerem danego dnia. Coś takiego nigdzie indziej się nie zdarza. Oprócz tych, na scenach obydwu imprez pojawiło się jeszcze wielu innych artystów ze zróżnicowanym stażem. Jeżeli ktoś waha się, czy w przyszłym roku wybrać się na juwenaliowe koncerty, to pragnę zawiadomić, że nie ma się nad czym zastanawiać. Warto wydać kilka złotych, żeby uczestniczyć w tych niesamowitych imprezach tworzonych przez studentów z całej Polski. Nawet jeśli studentem już się nie jest!

fot. Agata Sternal (Nosowska), Daniel Karbownik (fani, Gojira)

nią. Drugą gwiazdą wieczoru był łódzki zespół Coma. Chłopaki od momentu wydania Czerwonego albumu występują w dość nietypowym stylu, z twarzami pomalowanymi na czarno, w czerwonym świetle królującym na scenie. Dzień później na poznańskiej scenie pojawił się zespół Hey. Fani Kasi Nosowskiej już na długo przed koncertem ustawiali się pod barierkami, skandując nazwę zespołu. Kasia jak zawsze skromna i małomówna, wyszła na scenę, zaśpiewała kilka hitów i cóż, poszła do domu. Mimo tego, że ani Kwasożłopy, ani Hey dawno nie wydali nowego materiału, nadal potrafią poderwać swoich fanów do skakania i śpiewania, mimo pojawiających się często opinii na temat monotonności ich koncertowych setlist.


akustyczna magia JOEGO BONAMASSY ZABRZE, DOM MUZYKI I TAŃCA, 5 LIPCA 2012 Katarzyna Strzelec, Jakub „Bizon” Michalski


J

oe Bonamassa to największa sensacja sceny bluesrockowej ostatnich lat. Mimo młodego wieku – w tym roku skończył 35 lat – ma już na koncie kilkanaście albumów. Są wśród nich zarówno krążki solowe, jak i nagrane z zespołem Black Country Communion. Muzyk nie stroni też od gościnnych występów na płytach innych artystów. Jego albumy koncertowe są zawsze wydawnictwami najwyższej próby, na których pojawiają się goście z rockowej ekstraklasy. Tym razem, jednak, występ Bonamassy w Domu Muzyki i Tańca różnił się od wszystkiego, co gitarzysta prezentował nam do tej pory. Był to bowiem jeden z zaledwie siedmiu koncertów specjalnej akustycznej trasy koncertowej. Dlaczego właśnie Polska? Podobno Joe był pod wrażeniem przyjęcia fanów, jakiego doświadczył podczas marcowego wyprzedanego koncertu w warszawskiej Sali Kongresowej.

Tym razem nie wszystkie bilety znalazły nabywców. Fakt o tyle dziwny, że na koncert elektryczny muzyka pewnie nie będziemy musieli zbyt długo czekać. Natomiast występ akustyczny to w przypadku tego artysty doświadczenie unikatowe. Oczywiście, można było po prostu zagrać te kilkanaście utworów na gitarach akustycznych i spora część z, mimo wszystko, licznie zebranej publiczności byłaby zadowolona. Jednak pójścia na łatwiznę nie było. Joe zgromadził wokół siebie czterech muzyków, z którymi, jak powiedział w trakcie koncertu, nigdy wcześniej nie miał okazji wystąpić. Instrumentarium użyte podczas występu na pewno warte jest wspomnienia. Oprócz kilkunastu gitar akustycznych, na których grał Joe, mogliśmy posłuchać dźwięków między innymi mandoliny, skrzypiec, banjo, harfy klawiszowej, akordeonu, fisharmonii, czelesty oraz różnych instrumentów perkusyjnych. Wygląda imponująco i tak też brzmiało.

Próby trwały jedynie tydzień. Można w to uwierzyć, znając napięty terminarz Bonamassy, choć podczas występu nie było słychać braku zgrania. Kolejne utwory, znane w większości z płyt gitarzysty, brzmiały intrygująco i świeżo. Największe wrażenie na fanach zrobiło wykonanie tytułowego utworu z nowej płyty, Driving Towards the Daylight, oraz piękna i subtelna wersja kompozycji Sloe Gin. Akustyczna wersja The Ballad of John Henry, określonego przez Joe kilka miesięcy temu w Warszawie mianem jego jedynego utworu, który zbliżył się do statusu hitu, tym razem pozostało w cieniu innych kawałków, choć znane z wersji studyjnej i teledysku łańcuchy były miłym urozmaiceniem. 105 minut koncertu w Zabrzu potwierdziło, że Joe Bonamassa to jeden z najciekawszych młodych artystów sceny rockowej. Okazało się także, że równie znakomicie czuje się w odsłonie dalekiej od tradycyjnego bluesa. Wypada nam tylko czekać na płytę DVD z austriackiego koncertu, który odbył się kilka dni przed występem w Polsce, jak również na kolejne dwie płyty studyjne z udziałem gitarzysty – trzeci album Black Country Communion, który ukaże się jesienią oraz drugi album nagrany z Beth Hart, który swoją premierę ma mieć podobno na początku przyszłego roku.

70


Dolina Charlotty tam zabrzmią

legendy część II

Karolina Karbownik, Jakub „Bizon” Michalski foto: materiały prasowe

druga odsłona Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty to mocna dawka hard rocka w wykonaniu Thin lizzy, paula rodgersa, uriah heep oraz naszych rodzimych legend: perfect, acid drinkers i budki suflera. przedstawiamy sylwetki zagranicznych gości. ich występów nie możecie przegapić!

T

thin lizzy

he Farmer / I Need You, pierwszy singiel Thin Lizzy, wydany w 1970 roku w 283 egzemplarzach, jest na 36. miejscu najtrudniej dostępnych nagrań na świecie. Kiedyś miałam możliwość go dotknąć. Spotkany przeze mnie kolekcjoner z Dublina nie przyznał się, ile zapłacił za tę zacną pozycję. Znani są właściciele pięciu innych egzemplarzy tego singla i jest podobno ktoś, kto wie o następnych dwudziestu. Sprawdźcie koniecznie, co czai się w kącie na strychu, może odnajdą się kolejne kopie?

ROCK AXXESS

71


Wyjątkowość Thin Lizzy sięga znacznie dalej. Współzałożyciel i wieloletni frontman zespołu, Phil Lynott, złamał stereotyp, jakoby hard rock był muzyką białych ludzi. Ciemnoskóry syn Brazylijczyka i Irlandki założył zespół składający się z muzyków pochodzących z walczących ze sobą części Irlandii. Razem mieli podbić świat. Nie nastąpiło to zbyt szybko. Na sukces musieli pracować wiele lat. Dziś ciężko nam uwierzyć, że członkowie Thin Lizzy nie chcieli słyszeć o nagraniu starej irlandzkiej pieśni Whiskey in the Jar. Jednak wytwórnia płytowa naciskała. Wyobrażacie sobie historię muzyki rockowej bez tego kawałka, w tym właśnie wykonaniu? My nie. Na szczęście nie musimy. A już w sierpniu ten i wiele innych utworów, bez których świat muzyki rockowej nie mógłby istnieć, usłyszymy podczas szóstej edycji Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty. Do nagrania The Boys Are Back in Town na szczęście nikt już nie musiał grupy przekonywać. A jeśli nawet, to nic nam o tym nie wiadomo. To właśnie The Boys Are Back in Town był singlem promującym płytę Jailbreak, która przeniosła Thin Lizzy na sceny całego świata. Jak na prawdziwie rockandrollową historię przystało, po tej płycie nadszedł czas na kolejne mniejsze i większe hity, słowa chwały i krytyki, napięcia i liczne zmiany personalne w zespole. Doskonale radził sobie z odejściami i powrotami Gary Moore. Medal za wytrwałość bez wątpienia należy się gitarzyście Scottowi Gorhamowi i perkusiście Brianowi Downeyowi, którzy również zasilają obecny skład Thin Lizzy.

Phil Lynott zmarł 4 stycznia 1986 roku. Sporadyczne projekty pod hasłem Thin Lizzy zaczęły się pojawiać od 1990 roku. Reaktywację grupy ogłoszono w roku 1996. Za mikrofonem stanął wówczas John Sykes, zastąpiony 2 lata temu przez Ricky’ego Warwicka. Obecny skład, obok muzyków wspomnianych wcześniej, uzupełniają Damon Johnson, Marco Mendoza i Darren Wharton (członek Thin Lizzy również w latach 1980–84). Pozostaje odliczać dni do sierpniowej odsłony 6. Festiwalu Legend Rocka. Zatańczymy w świetle księżyca.

uriah heep

Dla miłośników baśni? Tak! Dla zwolenników ery hippisów? Tak! Dla fanów hard rocka? Jeszcze bardziej! Tak można wymieniać zalety i… tylko zalety Uriah Heep, jednego z najważniejszych zespołów w historii rocka. Ta grupa, która powstała w Anglii pod koniec lat 60. XX wieku, od samego początku podążała w stronę rocka melodyjnego, przyjemnego dla ucha, osadzonego jednak w klimatach psychodelicznych i progresywnych.

Były liczne zmiany składu, były narkotyki i alkohol, który doprowadził do śmierci najbardziej znanego wokalistę grupy, Davida Byrona. Było także wiele ważnych nazwisk, które uświetniają historię Uriah Heep, jak na przykład przesłuchiwany w 1976 roku do roli wokalisty David Coverdale czy, znany ze współpracy z Davidem Bowiem i Mickiem Ronsonem, Trevor Bolder, który (nie licząc kilkunastomiesięcznej przerwy na początku lat 80.) dzierży gitarę basową w Uriah Heep od 35 lat. Było piętnaście albumów umieszczonych na liście Top 200 Billboardu, były nagrody, wzloty i upadki. Jedno jednak nie przemija – solidność i charakterystyczne brzmienie, którym obdarzają nas pozostający w świetnej formie muzycy legendarnego Uriah Heep. Dzięki temu ich muzyka jest ponadczasowa.

72

Czego możemy spodziewać się po koncercie grupy w Dolinie Charlotty? Przede wszystkim wspaniałej dawki hard rocka na najwyższym poziomie. Zespół nie odcina kuponów od czasów swojej największej sławy, zatem obok starych klasyków rocka, takich jak July Morning, Lady in Black czy Easy Livin’, możemy też liczyć na sporą porcję nagrań z dwóch najnowszych albumów zespołu – Wake the Sleeper i Into the Wild, które zebrały entuzjastyczne recenzje od prasy rockowej i fanów grupy. Mimo że z obecnych członków Uriah Heep jedynie gitarzysta Mick Box był w składzie grupy, gdy ta rozpoczynała swoją przygodę z muzyką i odnosiła największe sukcesy, jego koledzy od wielu lat (skład, oprócz wymuszonej problemami zdrowotnymi zmiany perkusisty, pozostaje stabilny od 1986 roku) dzielnie towarzyszą mu na scenach całego świata i udowadniają, że nawet 40 lat po rozpoczęciu działalności można nagrywać płyty, które zaliczane są do najlepszych w historii grupy.

paul rodgers

Niejednokrotnie uznany za jednego z największych wokalistów w historii muzyki rockowej Paul Rodgers, zwany


przez fanów The Voice, czy to we Free i Bad Company, czy z Queen, czy też po prostu jako solista zachwyca, porywa i przenosi słuchaczy do świata hard rocka. Ci, którzy w tym świecie już zamieszkali, nie ruszają się poza jego granice.

Paul Rodgers ledwo skończył 20 lat, gdy stał się gwiazdą rocka za sprawą napisanego wraz z basistą Free Andym Fraserem utworu All Right Now – do dziś jego najbardziej rozpoznawalnego dzieła. Historia Free obfitowała w sukcesy, lecz także w dramatyczne wydarzenia. Legendarny dziś zespół przetrwał jedynie 5 lat, targany problemami jego muzyków z rozmaitymi używkami. Jednak kariera Rodgersa nie zakończyła się wraz z rozpadem Free. Szybko bowiem założył kolejną grupę, uznawaną dzisiaj za klasyczną – Bad Company. Kolejne świetnie przyjmowane albumy, kolejne wielkie hity. Jednak lata 80. nie były dla Rodgersa tak udane jak poprzednia dekada. Po odejściu z Bad Company skupił się na nagraniach solowych, które jednak nie osiągnęły wielkiego sukcesu. Nie stał się on również udziałem jego nowego zespołu The Firm, założonego wraz z Jimmym Page’em z Led Zeppelin. Dwie nagrane pod szyldem The Firm płyty nie znalazły uznania krytyków, choć zdobyły dość sporą popularność wśród fanów wspomnianych muzyków.

Lata 90. przyniosły kolejną nową grupę z Rodgersem w składzie – The Law. Efekt? Zaledwie jeden wydany album i drugi, który krąży wśród kolekcjonerów w formie bootlega. Były jednak także wzloty. Wydana w 1993 roku płyta Muddy Water Blues: A Tribute to Muddy Waters, na której gościnnie zagrały takie sławy jak Slash, Brian May, Jeff Beck, David Gilmour, Gary Moore, Steve Miller, Buddy Guy i Richie Sambora, była nominowana do nagrody Grammy.

Ostatnie 20 lat w karierze Rodgersa to głównie płyty solowe (zazwyczaj koncertowe) oraz okazjonalne występy z Bad Company. Świat przypomniał sobie jednak o nim w dużej mierze dzięki kilkuletniej współpracy z Brianem Mayem i Rogerem Taylorem pod szyldem Queen + Paul Rodgers. Mimo że nagrana wspólnie w 2008 roku płyta studyjna The Cosmos Rocks nie była dziełem najwyższych lotów, to wspólne trasy i albumy koncertowe odniosły spory sukces i cieszyły się uznaniem zarówno fanów Queen, jak i dawnych zespołów Paula.

Koncerty solowe Paula Rodgersa to wspaniała podróż przez historię rocka. Wokalista ma z czego wybierać, jeśli chodzi o set koncertowy. Możecie być pewni, że i tym razemnie zabraknie hitów z repertuaru Free i Bad Company.

ROCK AXXESS

73


METALFEST open air 2012 plzen, czech republic, 8-10 june photography: Marek Koprowski

W.A.S.P.


NEXUS INFERIS


STEELWING


DEATH ANGEL

ENSIFERUM


MEGADETH


HUNTRESS


SOULFLY


POWERWOLF


POWERWOLF


BEHEMOTH



ROCK AXXESS nr 5/ no.5