Issuu on Google+

18

.

no

‡ cj ramone ‡ propagandhi ‡ ‡ chemia ‡ depeche mode ‡ ‡ liberace ‡ ‡ led zeppelin ‡ vivienne westwood ‡ ‡ and more... ‡


numer / number18 24

22

16 & 19

5 & 10 POLSKI

ENGLISH

rock art ostatnia wieczerza 3

rock art the last supper

ROCK TALK cj ramone 5

ROCK TALK cj ramone 10

ROCK TALK propagandhi 16

rock talk propagandhi 19

rock shop be a punk rocker

22

rock shop be a punk rocker

22

ROCK TALK chemia 24

rock fashion vivienne westwood

30

rock fashion vivienne westwood

30

rock live depeche mode 32

rock live depeche mode 32

map of rock berlin-new york-hollywood: the ramones 46

map of rock berlin-new york-hollywood: the ramones 46

rock shot cheers, punk rocker!

51

rock shot zdrówko, punk rockowcu!

rock screen behind the candelabra

56

50

rock screen wielki liberace 52

3

rock style pages 68

hity znacie... led zeppelin 60 DARK ACCESS on thorns i lay

67 okładka / cover: CJ ramone

rock style pages 68

30

32

52&56 46

ROCK AXXESS TEAM: Karolina Karbownik (editor-in-chief), Jakub „Bizon” Michalski (translation editor), Agnieszka Lenczewska (editor) CONTRIBUTORS: Marek Koprowski, Martin Krush, Paweł Kukliński, Annie Christina Laviour, , Leszek Mokijewski, Miss Shela, Betsy Rudy, Jakub Rozwadowski, Katarzyna Strzelec, Weronika Sztorc, Jochen Tittmar, Krzysztof Zatycki ADVERTISING Katarzyna Strzelec (k.strzelec@allaccess.com.pl) EVENTS Dorota Żulikowska (dorota.zulikowska@gmail.com) GRAPHIC DESIGNER/DTP Karolina Karbownik TECHNICAL SUPPORT Krzysztof Zatycki ROCK AXXESS LOGO Dominik Nowak PUBLISHER All Access Media, ul. Szolc-Rogozinskiego 10/20, 02-777 Warszawa CONTACT contact@rockaxxess.com


Hey ho, ruszamy! Ustawiają się równo Zrobią zamieszanie Dzieciaki tracą rozum Oto błykawiczna wojna Tłoczą się na tylnym siedzeniu Podgrzewają atmosferę Pulsują w rytm muzyki Oto błyskawiczna wojna! Hey ho, ruszamy! Strzelaj im w plecy Nie wiem czego oni chcą Są podjarani i gotowi do działania Mamy w tym numerze CJa Ramone’a. Jest też kapela Propagandhi. Piszemy o Vivienne Westwood. I nie na tym punk się kończy! Coś jeszcze dodać? Nie. Hey ho, ruszamy! Bawcie się dobrze!

editorial

Hey ho, let’s go

They’re forming in a straight line They’re going through a tight wind The kids are losing their minds The Blitzkrieg Bop They’re piling in the back seat They’re generating steam heat Pulsating to the back beat The Blitzkrieg Bop. Hey ho, let’s go Shoot’em in the back now What they want, I don’t know They’re all reved up and ready to go. We have CJ Ramone in this issue! Propagandhi is also here! We write about Vivienne Westwood. And that’s not all, we have still more punk for you this time! Hey ho, let’s go! Have a good time!

Karolina Karbownik editor in chief


rock art agnieszka lenczewska photo: wikimedia

autor / author

Leonardo da Vinci

data powstania / completion date

1494 (1495) - 1498 technika / medium

fresk / mural

Ostatnia Wieczerza

wymiary / dimensions

460 cm x 880 cm

gdzie można zobaczyć / where to see

The Last Supper

Klasztor dominikanów Santa Maria delle Grazie, Mediolan / Dominican convent of Santa Maria delle Grazie, Milan

L

udovico Sforza, zwany il Moro (Maur), książę Mediolanu, był mecenasem i koneserem sztuki. Jego dwór aż tętnił od muzyki, śpiewu, hucznych zabaw i... krwi. To właśnie na dworze Sforzy Leonardo da Vinci zachwycał dworzan mechanicznymi zabawkami, oprawami balów, spektakli i parad. Wówczas namalował słynną Damę z gronostajem (portret kochanki księcia Mediolanu, Cecylii Gallerani), zajmował się fortyfikacjami, budową robotów (słynny mechaniczny lew) i spełnianiem zachcianek kapryśnego pana Mediolanu. Namalowany unikalną techniką (tempera) fresk jest niesamowitym i tajemniczym dziełem Leonarda. Artysta, nieco na przekór oficjalnej ikonografii, uchwycił moment reakcji apostołów na słowa: „zaprawdę powiadam wam: jeden z was mnie zdradzi”. Poruszenie, emocje, zwątpienie, zaskoczenie są widoczne na twarzach uczestników wieczerzy. Leonardo – perfekcjonista – przez ponad dwa lata szukał na

L

udovico Sforza, the Duke of Milan known as il Moro, was patron and connoisseur of art. His court was full of music, singers, loud parties and… blood. Leonardo da Vinci used to amaze Sforza’s courtiers with his mechanical devices, as well as the visual setting of balls, spectacles and parades. It was at the time he spent at Sforza’s court that he painted the famous Lady with an Ermine (the portrait of the Duke’s mistress, Cecilia Gallerani), helped with fortifications and created his robots (the famous mechanical lion). He was also there to fulfill any demand of the whimsical duke. The mural, painted in a unique technique (tempera), is an amazing and mysterious piece of art. The artist, a bit against the usual iconography, presented the apostles and their reaction to the words of Jesus when he said one of them would betray him. It shows their faces with various degrees of commotion, doubt and surprise. Leonardo – always a perfectionist –

3


ulicach Mediolanu osób, których twarze wykorzystałby w tym malarskim przedstawieniu. Legenda mówi, że twarz przeora klasztoru Santa Maria delle Grazie była dla Leonarda idealnym modelem dla postaci Judasza. Miłośnicy teorii spiskowych, czytelnicy powieści Dana Browna (Kod Leonarda da Vinci) oraz poszukiwacze świętego Graala widzą w Ostatniej Wieczerzy zaszyfrowaną wiadomość. Zniszczenie dzieła (z powodu innowacyjnej techniki już po kilku latach od namalowania zaczęło ono znikać ze ściany refektarza) i rozmycie konturów te teorie uprawomocniało. Pomimo ogromnego rozmachu i pieczołowitości prac konserwacyjnych malowidło nadal jest w kiepskim stanie. Warto zatem pamiętać o ograniczeniach w podziwianiu dzieła Leonarda. Mimo że za wstęp do klasztoru trzeba uiścić opłatę w wysokości 20 euro, a na obejrzenie Ostatniej Wieczerzy ma się zaledwie kwadrans, warto to tchnące niesamowitą atmosferą dzieło zobaczyć. Ostatnia Wieczerza jest obrazem ponadczasowym. Pastiszowanym, kopiowanym w wielu epokach i w rozmaitych stylach. Dziełem Leonarda inspirowali się chociażby Salvador Dalí, Andy Warhol czy Paweł Huelle (powieść Ostatnia Wieczerza). Dzieło Leonarda trafiło również na okładkę koncertowego (i kontrowersyjnego) wydawnictwa Black Sabbath zatytułowanego, a jakże, The Last Supper. Wprawne oko od razu zauważy wmontowane w oryginalną strukturę obrazu twarze muzyków zespołu.

rock axxess recommends

spent two years walking the streets of Milan in search of people, whose faces would be suitable for his painting. The legend has it that Leonardo thought the face of Santa Maria delle Grazie’s prior was perfect for Judas. Fans of conspiracy theories, Dan Brown’s readers (The Da Vinci Code) and those in search for the Holy Grail often claim to see a coded message in The Last Supper. Those theories were strengthened thanks to the blurring on the outlines and the partial destruction of the painting (because of the innovative techniques used to complete it, the mural started to disappear from the refectory wall only a couple of years after its completion). Despite the enormous amount of incredibly careful conservation works, the painting is still in bad shape, so it’s good to remember about this while visiting the convent. Although it costs 20 euro to enter the building and you only have 15 minutes to admire The Last Supper, it’s still worth seeing, if only just to breathe in the mural’s incredible character. The Last Supper is a truly timeless piece of art. It was copied and parodied in various styles throughout the times. Among those inspired by Leonardo’s painting were Salvador Dalí, Andy Warhol or Paweł Huelle (one of his novels is titled The Last Supper). It was also used as a cover for Black Sabbath’s controversial live album titled, surprise, The Last Supper. It doesn’t take long to spot that some of the faces from the original painting were replaced by those of the members of the band.


rock talk

człowiek który poruszył

the ramones


„Jeśli grałeś w tak legendarnej kapeli, jak The Ramones, każdy twój ruch jest wnikliwie obserwowany. Czuję, że płyta Reconquista jest godna nazwiska Ramone. Nie mogło wyjść lepiej. Czuję, że naprawdę oddaliśmy hołd The Ramones. Tak, to moja robota.” – mówi o swoim nowym krążku ostatni basista The Ramones – CJ Ramone. karolina karbownik foto: karolina karbownik

6


Ciekawi mnie równowaga pomiędzy nagrywaniem starszego gatunku muzyki, jakim jest punk rock, a nowoczesnymi możliwościami pracy w studio. Jakie są twoje wymagania podczas nagrywania płyty? To chyba pierwszy raz, gdy rejestrowałem album na sprzęcie cyfrowym. Zawsze nagrywałem na taśmie, bo lubię ten rodzaj brzmienia. Niestety nie ma już zbyt wielu studiów nagraniowych, w których można by nagrywać na taśmie. Jakieś jeszcze zostały, ale ich wynajęcie jest bardzo kosztowne. Poza tym gdy nagrywasz poza miejscem zamieszkania, musisz płacić za hotel, posiłki czy wynajęcie samochodu i cała zabawa staje się strasznie droga. Miałem to szczęście, że w celu nagrania ostatniej płyty udałem się do kalifornijskiego Santa Ana, do studia The Racket Room. Nagrywało tam sporo kapel z południowej Kalifornii. Sam proces rejestrowania płyty jest w moim przypadku bardzo prosty. Zazwyczaj wchodzę do studia z napisanymi i dobrze przećwiczonymi utworami. Załatwiam wszystko tak szybko, jak się da. Szkielet utworów mieliśmy gotowy po kilku dniach. Potem wpadali różni znani gitarzyści i basiści z południowej Kalifornii – Jay Bentley z Bad Religion, Billy Zoom z X, który zagrał w paru utworach, Dennis Casey z Flogging Molly grający na gitarze w kilku kawałkach, Frank Agnew z The Adolescents czy Marcus Hollar ze Street Dogs, którzy też pojawiają się w kilku numerach. Lubię pracować z tymi szybkimi gośćmi. Nagranie wszystkich utworów zajęło nie więcej niż trzy tygodnie. Niestety miksowanie, mastering i produkcja trwały trzy miesiące. Lubię pracować szybko. Lubię studia nagraniowe, teraz jestem nastawiony dużo bardziej pozytywnie do nagrywania, niż gdy byłem młodszy, bo rozumiem ten cały proces o wiele lepiej i nagrywanie sprawia mi przyjemność, ale nie jest to moje ulubione miejsce na świecie. Wolę grać koncerty. Pochodzisz z Nowego Jorku – miasta znanego z bogatej punkrockowej historii. Pojechałeś do południowej Kalifornii, do miejsca, które ma swoją własną muzykę, swój własny styl. Czy widzisz to wszystko inaczej niż twoi znajomi z zachodniego wybrzeża? Na zachodnim wybrzeżu muzyka to prawdziwy przemysł. Na wschodnim wybrzeżu to wszystko nie jest zbyt dobrze zorganizowane. Zwłaszcza w Nowym Jorku, gdzie brakuje wsparcia dla muzyki, chyba że chodzi o te największe gwiazdy. Nowy Jork nie jest miastem przyjaznym muzyce. Zazwyczaj grywałem z gośćmi z The Adolescents – Steve’em Soto i Danem Rootem. Teraz grają ze mną Jonny 2 Bags i David Hidalgo, Jr. ze Social Distortion. To pierwsza okazja do grania i przebywania z nimi, pierwsza okazja do poznania gości z zachodniego wybrzeża. Mamy zupełnie różne doświadczenia. Scena muzyczna u nich jest bardzo sprawnie zorganizowana, wielu z nich dorastało razem i pochodzą z tych samych środowisk. To wszystko wygląda zupełnie inaczej. Południowa Kalifornia wspiera muzyków. W Nowym Jorku ludzie zapłacą 25 dolarów za występ grupy z zachodu, ale nie dadzą nawet pięciu za koncert miejscowej kapeli. Serio? Przecież to Nowy Jork kojarzy się z bohemą, kontrkulturą i punk rockiem. Tak było. Ale teraz wygląda to zupełnie inaczej. Są jeszcze w ogóle jakieś miejsca, które przypominają ci o starych dobrych czasach? Ratusz zamknął wszystkie małe kluby, w których bywałem. Nie ma już ich. Po zamachach z 11 września urzędujący wtedy burmistrz wyciągnął jakieś niejasne przepisy jeszcze z lat 20.

ubiegłego wieku, by zamknąć mniejsze sale. Jedynym miejscem, gdzie można jeszcze zobaczyć jakieś koncerty jest Brooklyn. Istnieje sporo klubów, ale one są raczej związane z tym, co jest obecnie na topie, a to nie moja bajka. Ostatnią grupą, którą widziałem w Nowym Jorku był Soundgarden – grali w dużej sali. Nie ma miejsc, które mieściłyby na widowni mniej niż 1500 osób. Jeśli są jakieś nowe zespoły, to nie mają gdzie grać. Muszą jechać na Brooklyn. A co z St. Mark’s Place? Cała ta okolica była wcześniej opanowana przez środowisko artystyczne, były tam świetne małe sklepy z płytami i inne fajne miejsca. Teraz wszystko zostało skomercjalizowane. Na 14. Ulicy i 4. Alei są teraz oddziały Kmart i luksusowe restauracje w miejscach, które od lat były opuszczone. Dla okolicy to na pewno dobrze, ale dla sceny muzycznej i środowiska artystycznego to fatalna sytuacja. Jest dziwnie. Jak wyglądał proces ustalania, kto powinien nagrać z tobą album Reconquista tak, by zachowany został duch The Ramones? Było z tym trochę kłopotów. Właściwie to nagrywałem tę płytę trzy razy. Na początku nagrałem ją w Nowym Jorku z innymi muzykami i efekt mnie nie zadowolił. Nie brzmiało to na tyle dobrze, bym mógł umieścić na tych nagraniach nazwisko Ramone. To pierwszy taki przypadek, że postanowiłem nagrywać jako Ramone – wcześniej nagrywałem z kumplem jako Bad Chopper, używałem też nazwiska CJ Ward. To samo dotyczy mojej pierwszej kapeli – Los Gusanos. Chciałem, by płyta, na której podpiszę się jako Ramone była tak dobra, jak to tylko możliwe. Gdy pierwsze dwie próby zakończyły się niepowodzeniem, zadzwoniłem do mojego kumpla Steve’a Soto z The Adolescents i powiedziałem: „Próbuję nagrać album w hołdzie The Ramones, ale nie mogę znaleźć ludzi, którzy zrozumieją, o co mi dokładnie chodzi”. Steve na to: „daj mi kilka tygodni i wszystko załatwię”. Miał rację. Spisał się znakomicie. Jestem bardzo dumny z tej płyty. Nie mogło wyjść lepiej. Jeśli grałeś w tak legendarnej kapeli, jak The Ramones, każdy twój ruch jest wnikliwie obserwowany. Trzeba o tym zawsze pamiętać. Ale to akurat mnie nie martwiło. Bardziej zastanawiałem się, jak się będę czuł w tej sytuacji. A czuję, że płyta jest godna nazwiska Ramone. Gdy Joe Monroe – właściciel The Racket Room – zaprezentował mi ostateczne miksy, nad którymi pracował ze Stevem Soto, byłem w stu procentach usatysfakcjonowany. Tak, jak powiedziałem – nie mogło wyjść lepiej. Dałem z siebie absolutnie wszystko. Ciężko pracowałem i nauczyłem się naprawdę dobrze śpiewać zamiast krzyczeć. Gitarzyści spisali się fantastycznie. Czuję, że naprawdę oddaliśmy hołd The Ramones. To bardzo dobra płyta i mogę powiedzieć – „tak, to moja robota”. Gratulacje. Dziękuję bardzo. Pamiętasz jeszcze pierwszy raz, gdy usłyszałeś The Ramones? Byłem wtedy bardzo młody, ale nie zwróciłem wtedy na nich większej uwagi. Kiedy miałem ze 12 czy 13 lat poznałem dziewczynę, która była kilka lat starsza ode mnie i zaprosiła mnie do swojego domu. Poszliśmy do jej pokoju, siedzieliśmy tam i gadaliśmy, a ona spytała, czy kiedykolwiek słyszałem The Ramones. Odwróciła się, a w rękach miała ich pierwszą płytę. „O taa, jasne, że słyszałem”. Włączyła ją i nagle to poczułem. To był prawdziwy przełom w moim życiu. Po raz pierwszy poca-


łowałem dziewczynę tego samego dnia, gdy pokochałem The Ramones, więc nietrudno to zapamiętać. No tak, takich rzeczy się nie zapomina! Tak. To było wiele lat temu, ale wspomnienia są wciąż bardzo wyraźne. Fani mają pewne wyobrażenie o swoich idolach. Ty też byłeś fanem The Ramones, który miał szczęście nie tylko ich poznać, ale też pracować i żyć z nimi. Czy zmieniło to w jakiś sposób twój odbiór poszczególnych członków grupy? Tak, w olbrzymim stopniu! Gdy dowiedziałem się, że zostałem przyjęty do zespołu, myślałem, że dołączam do gangu. Taki miałem obraz The Ramones. Gdy już byłem w zespole, szybko przekonałem się, że jest zupełnie inaczej, że wszystko kręci się wokół interesów. W grupie było sporo problemów wewnętrznych. Zupełnie się tego nie spodziewałem. Ale mimo to było świetnie. Byli niczym rodzina. Członkowie rodziny czasem się ze sobą sprzeczają, robią sobie różne świństwa, ale to nie sprawia, że przestają być rodziną. Tak samo było z Joeyem i Johnnym. Bez względu na to, jak się wobec siebie zachowywali, wytrwali wspólnie 22 lata, bo wiedzieli, jak ważny jest zespół. Przedkładali jego dobro nad osobiste ambicje. Jesteś częścią legendy – grupy The Ramones – zespołu, który jest podziwiany przez wielu artystów. Niektórzy z nich są starsi od ciebie, jak Lemmy z Motörhead. Jakie masz relacje z legendarnymi artystami, którzy cię podziwiają, mimo że mają więcej doświadczenia od ciebie? Miałem okazję spędzić sporo czasu z Lemmym. Myślę, że w jego odczuciu The Ramones byli bardzo podobni do niego samego – nie należeli do żadnego konkretnego gatunku muzycznego. Są takie zespoły – AC/DC, Motörhead, The Ramones – które są instytucją samą w sobie, trudno wrzucić je do konkretnej szufladki metalowej lub punkowej. To po prostu zespoły rockowe. Sądzę, że Lemmy właśnie tak widział The Ramones. A ten zespół – i wiem to z tras, które odbyłem jako członek

8

grupy – nie mieli wielu równych sobie. I nie chodzi o to, że byli znakomitymi muzykami. Inni znani muzycy, którzy spotykali się z The Ramones zawsze wchodzili do pomieszczenia tak, jakby mieli za moment spotkać się z papieżem. To było niemal jak religijne doświadczenie. The Ramones trafiali do nastolatka, który siedzi w każdym człowieku. O to chodziło w muzyce tego zespołu. Ludzie, którzy słuchali The Ramones przez tyle lat byli zachwyceni, gdy mieli w końcu okazję poznać członków grupy. W Hiszpanii graliśmy dwa wielkie stadionowe koncerty z U2. Nawet oni przyszli do naszej garderoby i byli zauroczeni Joeyem i Johnnym. Opowiadali nam historię swojego pierwszego przesłuchania do programu telewizyjnego. Zagrali wtedy trzy kawałki Ramones i powiedzieli producentom, że to ich własne numery. Goście z U2 – jednego z najlepiej zarabiających zespołów w historii – nawet oni byli zachwyceni The Ramones. To coś niesamowitego. Myślę, że sporo osób doceniło to, że kiedy ja dołączyłem do grupy The Ramones się odrodzili. Wiele osób to podkreślało. Nie żebym był lepszy od Dee Dee’ego albo spisywał się lepiej niż on. Nie o to chodzi. Po moim przyjściu grupa się odrodziła, wydała dobrą płytę i znowu grała świetne koncerty. Słyszałem wywiady z Joeyem i Johnnym, w których mówili, że gdy do nich dołączyłem, popatrzyli na mnie i pomyśleli: „musimy wziąć się za siebie”. Nie chcieli wyglądać jak emeryci. To wyszło przy okazji, nie robiłem tego specjalnie. Po prostu na scenie dawałem się ponieść muzyce. To, że sprawiłem, że pomyśleli „musimy zacząć się ruszać” jest świetne i byłem szczęśliwy, gdy to mówili, bo trudno odnaleźć swoją rolę w tak legendarnym zespole jak The Ramones. Niełatwo powiedzieć: „zrobię to czy tamto i sprawię, że zespół będzie lepszy”. Dołączyłem do nich i robiłem to, co według mnie powinienem był robić. To, że Joey i Johnny mówili to wszystko w wywiadach sprawiło, że czułem się świetnie i pomogło mi to lepiej zrozumieć moją rolę w grupie. Zorganizowałeś koncert, którego celem było uświadomienie dzieciaków w temacie narkotyków. Kim dla nich jesteś – kumplem czy mentorem?


Zorganizowałem ten koncert, bo mieszkam w robotniczej okolicy. W naszym liceum i w innych okolicznych szkołach było sporo dzieciaków, które przedawkowały heroinę. Byli stanowczo zbyt młodzi. Mój syn miał iść do liceum, więc zgłosiłem się do miejscowego oddziału PTA (organizacja ułatwiająca zaangażowanie rodziców w życie szkoły – przyp. RA) i zaproponowałem, że zorganizuję taki koncert. Byli zachwyceni pomysłem. Prawda jest taka, że zrobiłem to przede wszystkim po to, by uświadomić rodziców. Stany przeżywają trudne chwile, sporo ludzi łączy pracę w kilku miejscach, w wielu rodzinach oboje rodzice muszą zarabiać – to oznacza mniej czasu dla dzieci, mniej czasu na zwrócenie uwagi na to, co się z nimi dzieje. A wtedy bardzo łatwo o to, by dzieciaki wpakowały się w jakieś kłopoty. Uznałem, że to dobra okazja, by uświadomić rodziców – „hej, nastolatki przedawkowują heroinę. Tak nie powinno być”. Nawet teraz sporo młodzieży słucha The Ramones i byli pod wrażeniem, że z nimi zagrałem. Więc mam nadzieję, że pomogłem jakoś miejscowej społeczności, choćby w ten sposób, że zwróciłem jakoś ich uwagę jako muzyk. Sądzisz, że pomogłeś? Tak myślę. Sprowadzono sporo fachowej literatury, różne organizacje rozdawały broszury dla rodziców – czego szukać, gdy sądzisz, że twoje dziecko bierze narkotyki. Innym problemem jest to, że dzieci często podkradają rodzicom leki – Vicodin, Oxycontin i inne tego typu. Tak jak już wspominałem – wielu rodziców jest po prostu zbyt zajętych pracą. Chcą zarobić na rachunki, nie są świadomi tego, co się dzieje. Myślę, że ta impreza coś zmieniła. Nawet jeśli dotarło to tylko do jednej czy dwóch osób, to być może uchroniliśmy ich dzieci przed zrobieniem czegoś głupiego. Sam przypomniałem sobie o tym, że muszę zwrócić uwagę na swoje dzieci. Czasami człowiek tak bardzo angażuje się w pomoc innym, że zapomina o własnej rodzinie. Chciałem się upewnić, że wiem, co dzieje się z moimi dziećmi. Czy one też interesują się muzyką? Tak. Mój syn uwielbia rap. Bardzo się w to wkręcił. Moja córka jest instrumentalistką. Gra na gitarze, basie, wiolonczeli i fortepianie, ale również śpiewa. To ją kręci. Ma już swój zespół. Oboje połknęli muzycznego bakcyla. Ty i Johnny urodziliście się tego samego dnia roku. Świętowaliście wspólnie? W trasie raczej nie. Kończyło się na torcie. Co rok tego dnia umieszczam na swoim profilu na Facebooku życzenia dla Johnny’ego, a gdy gram akurat koncert, zawsze mówię mu „sto lat”. To zabawne, że obaj urodziliśmy się tego samego dnia roku. Czy zostajesz na dobre w muzyce? Po zakończeniu tej trasy dokończę pisanie muzyki na nową płytę, którą nagram pewnie w marcu. Wiosną znowu ruszam w trasę. Moim celem jest wydawanie przez najbliższe cztery lata jednej płyty rocznie. Mam nadzieję, że się uda – cztery dobre płyty przez cztery lata. Pracuję też nad książką. Chcę ją skończyć, nim ukaże się kolejny krążek. Wtedy mógłbym wydać je razem. To rodzaj autobiografii, od czasów dzieciństwa do lat spędzonych w The Ramones. Nie będzie przeznaczona tylko dla fanów zespołu, ale znajdziecie w niej sporo o historii The Ramones. Brzmi świetnie. Trzymam kciuki! Wielkie dzięki.

9


rock talk

the man who

moved the ramones


When you come from a band which is as legendary as The Ramones, anything that you do is going to be put under the microscope. I pushed the limits of what I did. I couldn’t have done anything better. this is really a celebration of The Ramones, - says about his recent album Reconquista CJ Ramone, the last bassist of the legendary group. karolina karbownik photography: karolina karbownik What makes me very curious is the balance between “old kind” of music like punk rock and modern recording techniques. What are your needs when you’re recording an album? I think this is the first time I’ve ever recorded an album digitally. I was always recording to tape because I like the way it sounds. Now, there aren’t many studios left where you can record on tape. There are some that use tape but usually they are very expensive. And then when you record outside where you live, you have to pay for a hotel, meals and rent a car so it becomes really expensive. I was lucky enough that to make this record I went to Santa Ana in California to the studio called The Racket Room. A lot of big Southern Californian bands recorded there over the years. My recording process is very simple. I usually go to a studio with all the songs written and very well-rehearsed, and I get in and out of the studio as quick as I possibly can. I think it took us a couple of days to get the basic tracks down. Then I had a whole bunch of famous guitarists and bass players from the Southern California


area – Jay Bentley from Bad Religion plays bass, Billy Zoom from X played on some tracks, Dennis Casey from Flogging Molly played guitar on a couple of tracks, Frank Agnew from The Adolescents played on a couple of tracks, we had Marcus Hollar from Street Dogs playing on a couple of tracks... Really, I like when these quick guys come down. Even with all that it took no more than three weeks to record the whole tracks down. Unfortunately, the mixing, mastering and production took another three months. I like to work quick. I like the studio, I like recording more now than I did when I was younger because I understand the process better and I enjoy working in the studio but it’s not my favorite place to be. I prefer live shows. You come from New York City – a place known for its punk rock history – and you go to Southern California where music that comes from there has its own style, very often credited and emphasized as Southern Californian. Are there any differences in point of views – yours and the guys from the West Coast? Right. On the West Coast music is more of a legitimate industry. On the East Coast it is not so organized. Especially in the city of New York, where I come from, music is not supported on any level except the extreme top. New York is not a music friendly town. I usually played with the guys from The Adolescents: Steve Soto and Dan Root. Now I have Jonny 2 Bags and David Hidalgo, Jr. from Social Distortion with me. This is really the first time I’m touring with and hanging out with them, also getting to know the guys from the West Coast. Our experiences are very different. Their scene is very organized, a lot of these guys grew up together and they came up in the same scene. And it’s so much legitimate out there. Southern California is very supportive of the music scene. Back home in New York, people would lay out $25 to see a band from the West Coast but they wouldn’t be willing to lay out $5 to see a local band. Really? It is New York City that has a rich history of bohemian, counterculture and punk rock stuff. Yes, it has. But it’s not like that anymore. Are there any spots that remind you of good old days? City of New York closed down all those little clubs where I used to hang out. They are all gone. After 9/11, the mayor who was at office at that time, used an obscure law put in the books in the 1920s to close down all the smaller venues. The only place to go and see music now is in Brooklyn. There are a lot of clubs but it’s a very hipster kind of scene there and it’s not my kind of scene. The last band I went to see live in New York was Soundgarden and they played in a big venue. There is really nowhere to play in New York under 1,500 people. So if there is a new band coming to play, there is nowhere to play. They have to go to play in Brooklyn. St. Mark’s Place has also changed? That whole area used to be an artist community with cool little record stores and whatnot. Now it is so commercialized. You have a Kmart on 14th Street and 4th Avenue, you have high-end restaurants at store fronts that were abandoned for years. It’s good for the neighborhood but it’s terrible for music and art scene. It’s awkward. What was the process of figuring out who should join you for the recording of Reconquista to make sure they would

12

keep the spirit of The Ramones? That was a struggle. I actually recorded it three times. The first few times I recorded it in New York using different musicians and I didn’t like it. It didn’t sound good enough to have the Ramone name on it – this is the first album I put the Ramone name on. I did a record as Bad Chopper with a friend of mine and I used the name CJ Ward. The same with the stuff from Los Gusanos – my first band. This time when I put the name Ramone, I wanted this record to be absolutely the best it could be. When the first two attempts failed, I called my buddy Steve Soto from The Adolescents and I said, “I’m trying to do The Ramones tribute record but I’m really having trouble finding people who understand what I’m trying to do.” Steve said: “give me a couple of weeks and I’ll put it together.” He was absolutely right. He put it together and did a really great job. I’m really really really proud of the record. I don’t think I could have done a better job. When you come from a band which is as legendary as The Ramones, anything that you do is going to be put under the microscope. That’s always on your mind. But it wasn’t what worried me. I was more concerned on how I was gonna feel about it. And I feel it lifted up to the Ramone name. When I got the final mixes back from Jim Monroe – the guy who owns The Racket Room studio – and co-produced by Steve Soto, I was 100% happy. Like I said before, I couldn’t have done anything better. I pushed the limits of what I did, even with The Ramones. I worked really hard and I got to singing well instead of just yelling or whatever. Guitar players did killer job. I feel like this is really a celebration of The Ramones. This is good and solid thing. I can say – “yes, it’s mine”. Congratulations. Thank you. Do you remember when you heard The Ramones for the first time? I heard The Ramones when I was really young but I didn’t really catch up. I was probably 12 or 13 and I met this girl who was a couple years older than me and she took me to her house. We went down to her room and we were hanging out, talking and she asked me if I’d ever heard The Ramones. She turned around and had the first album’s cover in her hands. I was like „yeah, I’ve heard them before”. She put it on and for some reason I was like “oh my God”. It was definitely a milestone for me. The first time I’ve ever kissed a girl was the same day I’ve loved The Ramones, so it’s pretty memorable. Oh yes, you won’t forget it! Yes. That was a very long time ago but it’s so clear in my memory. All fans have a certain imagination about their idols. You also were a fan of The Ramones who later was lucky enough not only to meet them but also to work and live with them. Did your perception of the band’s members changed? Yes, drastically! When I first found out that I was gonna be in the band I thought I was joining a gang. That was my vision of The Ramones. When I got there, I realized very quickly that it was not like that and it was very much a business. There were a lot of internal problems within the band. It was a very different situation that I had thought of. Even with all that, it was not less than totally exciting. They were like a family. Family members sometimes don’t get along, they do bad things to each other, but they don’t stop being a family. And that was


the same with Joey and Johnny. Regardless of how they felt to each other, they stayed together for 22 years because they realized the importance of the band. They put that before own, personal feelings. You are a part of a legend – The Ramones – a bunch of guys who are admired by many artists. Some of those are older than you, for example Lemmy and Motörhead. What are your relationships with legendary artists who are much more experienced than you but it’s you whom they admire? I actually got to hang out with Lemmy and spent time with him. I think he saw The Ramones much in the way he saw himself and that’s like not really belonging to any specific scene. There are bands like that – AC/DC, Motörhead, The Ramones – they stand on their own, they can’t really be grouped in the metal scene or the punk scene. Realistically, they are just rock bands. I think that is the way Lemmy saw The Ramones. The Ramones, I know this from touring with them, did not have many peers – people who were on the same level as them. And that is not to say that they were amazing musicians. Everybody who ever met The Ramones – other famous bands – always walked into the room as they were about to meet the pope. It was like a religious experience. The Ramones really appealed to the teenager in you. That’s how their music is. People who had listened to The Ramones for so many years and finally got to meet them, they were amazed. We played two shows with U2 in Spain at two big stadiums. Even U2 came into the dressing room and were amazed by Joey and Johnny.

They told the story that when they were auditioned for their first TV show, they actually played three Ramones songs and told the producers that these were their songs. So here is U2, probably one of the biggest grossing bands of all times. And even they stand in awe of The Ramones. It’s such a unique thing. I think people recognize that after I got into the band they did have a resurgence in their carrier. And I think that’s the credit that I got from a lot of people. Not that I was better than Dee Dee or did a better job than Dee Dee or anything like that. When I came into the band, they had a resurgence and they were back out, they had a good record out and they were exciting on stage again. I heard Joey and Johnny saying in the interviews that when I came in, they looked at me and said, “oh, we got to start moving around”. They didn’t want to look like old men. That was a by-product. I didn’t intentionally do that. I just did on stage what the music made me feel like doing. The fact that I made them be like “oh-oh, we’ve got to start moving” is great and I was really happy that they said that because it’s hard to know what you bring into a band like The Ramones – a legendary band. It’s hard to say: “oh, I’m gonna do this and make the band better”. I just got in and did what I felt I should do. On stage I just totally cut loose. To hear Joey and Johnny saying that, it really made me feel good and really helped me to understand better what role I played in the band to them. You organized a drug-awareness concert for kids. Who are you for them – a buddy or a coach? The reason why I did that concert was that I live in a really blue-

13


-collar, working class town. In our high school and the surrounding there was a bunch of kids who were o-ding on heroin. I felt like those kids are too young to do these things. My son was preparing to go to high school so I approached the local PTA (Parent-Teacher Association) and I offered to do the concert and they loved it, they agreed that was a great idea. Realistically, I was doing it more to make the parents aware. Things are economically pretty tough in the US right now and most people are working in multiply jobs, both parents work – that means less time with your kids, less time paying attention to what’s going on with the kids and this is how kids are getting in trouble. I felt like it was a good opportunity for me to make the parents aware, like: “hey, this is a teenage kid o-ding on heroine. That shouldn’t be happening”. Even now some of the kids are fans of The Ramones and some kids were impressed by the fact that I played with them. So even if it’s just a little bit of taking their attention, because I’m a musician, maybe that would help the community. Did you help? Yes, I think so. They had a lot of literature and different organizations with pamphlets and stuff for the parents to read: what to look for if your kids are doing drugs. Other problem is that kids are stealing parents’ medications like Vicodin and Oxycontin. Like I said, a lot of parents are just so busy working and trying to pay the bills, they just don’t realize. I think the event made the difference. Even if it only reaches one or two people – potentially you’re saving their kids from doing something bad. I had to remind myself to pay attention to my own kids. Sometimes you get caught up in helping other people and forget about your own home. I was trying to make sure I

16

know what’s going on with my kids. Do your kids follow your passion for music? Yes. My son loves rap, he’s really into it. My daughter is more instrumentalist, she plays guitar, bass, cello, piano but she’s also a singer – this is what she likes to do. She’s already in the band. Both kids got the music bug. Your birthday is on the same day as Johnny’s. Did you celebrate it together? We didn’t do much celebration on the road. Probably we had a cake for us once a year. Every year on that day I put some birthday wishes for Johnny on my Facebook page and when I’m on stage I always say “Happy Birthday” to him. It’s funny – we were born on the same day. Are you staying in music for good now? After this tour is over I will be finishing writing music for a new record and probably in March I’m going to record new album and then get back on the road in spring. My goal is to do one album a year for another four years. Hopefully I’ll be able to do that – to put four good solid albums during next four years. I’m working on a book right now. I hope to have it finished before the next record comes out, so maybe I can release them both together. It has a form of an autobiography from the years when I was a kid all the way up to the times with The Ramones. It’s not just for The Ramones’ fans but there is a lot of The Ramones history. Sounds good. Fingers crossed! Thank you very much.


rock talk

mięsożercy mogliby tego

nie przeżyć


HOW TO CLEAN EVERYTHING MOŻNA OKREŚLIĆ MIANEM JEDNEJ Z NAJBARDZIEJ PRZEŁOMOWYCH PŁYT NURTU SKATE PUNK W LATACH 90. NAGRAŁ JĄ JEDEN Z POPULARNIEJSZYCH PUNKROCKOWYCH ZESPOŁÓW NA ŚWIECIE. W SIERPNIU DO SKLEPÓW TRAFIŁA ZREMASTEROWANA WERSJA TEGO KRĄŻKA. Z OKAZJI 20. ROCZNICY JEGO PREMIERY O PIERWSZYM ALBUMIE PROPAGANDHI ROZMAWIAMY Z WOKALISTĄ I GITARZYSTĄ TEJ KANADYJSKIEJ GRUPY, CHRISEM HANNAH. MIMO ŻE PRZEZ TE 20 LAT MUZYKA ZESPOŁU EWOLUOWAŁA, PROPAGANDHI WCIĄŻ PREZENTUJĄ TE SAME WARTOŚCI I PASJĘ. jochen tittmar, Marc Hlusiak foto: smallman records / www.propagandhi.com

How to Clean Everything zostało wydane w 1993 roku. Pamiętasz wciąż, jak zagrać wszystkie kawałki na tej płycie? Pewnie bym nie pamiętał, ale niedawno pracowałem nad książką z tabulaturami wszystkich utworów na gitarę i bas, więc teraz znam je całkiem nieźle [śmiech]. Kto odpowiadał za tytuł płyty i okładkę? My wymyśliliśmy tytuł, ale – jak zwykle – nie podeszliśmy zbyt poważnie do tematu okładki i nie byliśmy nawet obecni, gdy zatwierdzano ostateczny projekt, który zresztą był dużo bardziej kreskówkowy, niż przewidywaliśmy. Dlaczego zdecydowaliście się lata temu opuścić swojego wydawcę – Fat Wreck Chords? Po prostu trochę się wtedy rozminęliśmy. Mike [Burkett, założyciel wytwórni – przyp. RA] dał się ponieść zjawisku popierania Johna Kerry’ego i krytykowania Ralpha Nadera, które powstało po zamachach z 11 września. To było dość dziwne. Pojawił się wtedy pewien rozdźwięk między nami, bo my sądziliśmy, że Nader to symbol rozsądku i uczciwości na amerykańskiej scenie politycznej. Nadal tak uważamy. Gdy patrzysz na to z perspektywy czasu – czy bez wsparcia Fat Wreck Chords byłoby trudniej? To gdybanie, ale myślę, że gdyby Fat Wreck Chords nam nie pomogli, nikt nigdy by o nas nie usłyszał.


A jaki był powód odejścia z grupy basisty Johna K. Samsona? Po prostu wywodziliśmy się z różnych nurtów muzycznych, mieliśmy inne wizje tego, co chcieliśmy robić. Dobrze wspominam czas, gdy John był w zespole, ale chyba wszyscy możemy się zgodzić z tym, że wszyscy skorzystaliśmy na tym rozstaniu. On założył legendarną grupę The Weakerthans, a my mogliśmy dalej rozwijać się w obranym przez nas kierunku. Co jest najlepszego w tym, że macie teraz drugiego gitarzystę? Po prostu lepiej brzmi i tyle. Nie wiem do końca, czy brzmiałoby to tak samo świetnie, gdyby grał z nami ktokolwiek inny niż Beave, bo ma bardzo charakterystyczny styl, ale w sumie wszystko sprowadza się tylko do tej jednej rzeczy. Jak zazwyczaj powstają wasze utwory? Co jest pierwsze, teksty czy muzyka? Różnie z tym jest. Kiedy kończymy pracować nad danym kawałkiem, czasami trudno w ogóle przypomnieć sobie, od czego się to zaczęło. Jak dużą wagę przykładacie do tekstów? Być może ludzie z zewnątrz sądzą inaczej, ale dla nas bardzo ważne jest, by nasze teksty przemawiały do nas samych. Muszą nieść jakieś przesłanie. Jeśli jest inaczej, to nie ma sensu tracić na nie czasu. Propagandhi to chyba zespół punkowy z najbardziej obszernymi tekstami. Pamiętasz je jeszcze wszystkie? O tak, chyba pamiętam [śmiech]. Powinni dawać statuetkę Grammy w kategorii „Najbardziej obszerne teksty”. Moglibyśmy wygrać! Wasza muzyka ewoluowała przez lata. Nie masz czasem poczucia, że brakuje ci tych starych skatepunkowych numerów z płyt takich jak How to Clean Everything? Na ostatnich trzech płytach gracie mieszankę bardziej technicznego punk rocka i hardcore. Nie brakuje mi niczego ze starych płyt, bo nie sądzę, żebyśmy stracili cokolwiek z tego, co było na tych krążkach najlepsze. Po prostu porzuciliśmy te cechy gatunku, które stały się nudne. Te proste, radosne sekwencje akordów, które od tamtego czasu zagrano już miliony razy. To w takim razie które z waszych płyt lubisz najbardziej? Moimi ulubionymi są dwa krążki, które zostały przyjęte najmniej ciepło: Less Talk, More Rock i Potemkin City Limits. Uwielbiam te mniej doceniane rzeczy. Zostawmy tematy muzyczne. Wszyscy członkowie zespołu są weganami. Wyobrażasz sobie stanie na scenie z mięsożercami? No cóż, wszystkich nas otaczają ludzie, którzy niekoniecznie podzielają nasze poglądy i system wartości. Jakoś byśmy to przeżyli. Pytanie, czy przeżyliby to oni. Jesteś wielkim fanem drużyny hokejowej Toronto Maple Leafs. Myślisz, że uda im się kiedyś jeszcze wygrać Puchar Stanleya? Leafs wygrają swoją konferencję w ciągu najbliższych pięciu lat – gwarantuję ci to! Czy uda się wygrać puchar? Nie skomentuję, żeby nie zapeszać [śmiech].

18


rock talk

GOTTA LOVE

THE UNDERDOG!


HOW TO CLEAN EVERYTHING CAN BE LABELED AS ONE OF THE MOST PIONEERING SKATE PUNK RECORDS OF THE 1990S AND IT WAS PUT TOGETHER BY ONE OF THE MOST POPULAR PUNK ROCK BANDS ON THE PLANET. A NEWLY MASTERED VERSION OF THEIR DEBUT HAS HIT THE STORES IN AUGUST. ON THE OCCASION OF ITS 20TH ANNIVERSARY, CHRIS HANNAH, SINGER AND GUITARIST OF CANADIAN PUNK ROCK BAND PROPAGANDHI, TALKS ABOUT THEIR FIRST ALBUM. EVEN THOUGH THE BAND’S MUSIC HAS CHANGED A LOT IN THE LAST 20 YEARS, PROPAGANDHI STILL STANDS FOR THE SAME VALUES AND PASSION. jochen tittmar, Marc Hlusiak photography: epitaph records / www.propagandhi.com

How to Clean Everything was released in 1993. Do you still remember how to play every song on that record? Normally I wouldn’t know all the songs anymore, but because I’ve just recently finished transcribing the whole record on guitar and bass for a tab book, I do know them all right now [laughs].

– and we still do, actually.

Who came up with the album’s name and cover artwork? We came up with the name for it, but as usual, didn’t take handing in the artwork for it very seriously and weren’t present for the ratification process for the final cover which had a much more Flintstones vibe than we had envisioned.

And what was the main reason that caused former bass player John K. Samson to leave the band? We were just from very different musical backgrounds and had different visions for what we each wanted to do. The time he was in the band was really cool, but I don’t think anyone can argue that things didn’t turn out great for everyone as a result of parting ways. He went on to form the legendary Weakerthans and we were able to kick Propagandhi into a higher gear.

What was the main reason to leave Fat Wreck Chords some years ago? I think we were just going in different directions at the time. I think Mike [Burkett, the label’s founder] was caught up in the post-9/11 wave of pro-John Kerry/anti-Ralph Nader weirdness that was going on. It was a moment in time that drove a wedge between us as we felt Nader was the only voice of reason and integrity in the American political landscape at the time

20

If you look back nowadays: Would it be more difficult to become popular without being on Fat Wreck? You never know, but my guess is that without Fat Wreck Chords helping us, nobody would have really ever heard of us.

What is the best thing about having now a second guitarist in the band? It sounds better! That’s it. I mean, I’m not sure it would sound as good with anyone but Beave because he has a very distinct style, but yeah, that’s it.


How do you usually write your songs: lyrics first or music first? It’s different every time. By the time a song is finished, it’s hard to even remember how it got made.

records. We’ve just moved on from the things that became boring about that genre. You know, the skippy, happy, romper-roomy chord progressions that have been done one zillion times since then by a zillion boring bands.

How important is the quality of the lyrics in a Propagandhi song? It is subjective to the outsider, but it’s important that they are meaningful to us. You gotta mean it. If you don’t, forget it.

So what are your personal favorites when it comes to your own records? I think our two least-well-received records are my favorite ones: Less Talk, More Rock and Potemkin City Limits. Gotta love the underdog!

Propagandhi seems to be the punk rock band with most lyrics. Do you still know all lyrics by heart? Yes, I think I do [laughs]. They should have a Grammy award for that: “Most lyrics”. We might win! Your music has changed a lot over the years. Do you sometimes have a feeling that you somehow miss the old skate punk tunes from a record like How to Clean Everything compared to that technical punk rock/hardcore stuff you did on your last three records? No, I don’t miss anything from the old records because I don’t think we’ve lost any of the things that are good about those

Leaving music aside, all members of your band are vegan. Could you imagine sharing the stage with a meat-eater? Well, we’re all surrounded by people in our lives that don’t necessarily share all our values, aren’t we? We would live. The question is: would they? You are a big fan of the Toronto Maple Leafs ice hockey team. Do you think they will win the Stanley Cup one time? The Leafs will be conference champs within the next five years – that I guarantee. Will they take the grand prize? I refuse to curse them by commenting [laughs].

21


rock shop

be a

punk rocker now BEER punk ipa brewdog

blood bunny one piece punk baby clothes

t-shirt www.blackstore.co.uk wristband www.sohos.co.uk

dead threads anarcho punk men’s shirt www.attitudeclothing.co.uk ViXXsin Roller Dress poizen industries

badge www.coolbadges.co.uk

sex pistols lunch box www.officialmerchendise.com


bra poizen industries Manic Panic Hot Hot Pink Amplified Hair Dye www.amplifiedclothing.com capri blue hair dye www.ampliefiedclothing.com

badge www.coolbadges.co.uk

Rat Baby Worship Platform Boot www.attitudeclothing.com

girls tank www.backstreetmerch.com

pink plaid wallet www.catacombs.com

one piece punk baby clothes

social disortion vans vans suicidal bag too fast

pink skull dress (6 m.-3 y.) www.sugarbabies.com


rock talk

jest

chemia


„Dostaliśmy do dyspozycji fortepian z Abbey Road, przy którym Freddie Mercury nagrywał bohemian rhapsody” mówi łukasz drapała, wokalista zespołu chemia, którego album the one inside od kilku tygodni jest w sprzedaży. agata sternal, foto: agata sternal / materiały prasowe

Trwa trasa promująca album The One Inside. To nie jest wasz pierwszy krążek. Wiecie, jak wygląda – czy jak powinna wyglądać – praca w studio. Jak wyglądała praca nad tym konkretnym krążkiem? Prace wyglądały zupełnie inaczej niż dotychczas. Nagrywaniu pierwszego albumu towarzyszyło formowanie się zespołu. Kiedy ja dochodziłem do zespołu, to był jeszcze w składzie Zbyszek Krebs. Tak naprawdę przyszedłem na gotowe. Wszystko było napisane – i muzyka, i melodie. W momencie kiedy Zbyszek zamienił się z Maćkiem Mąką, praca się zmieniła. Zaczęliśmy pisać i tworzyć piosenki zespołowo. Riffy zazwyczaj proponuje Wojtek, czasami Krzysiek. Ja piszę do tego melodię i teksty i tak to wygląda. Tak samo wyglądała praca nad płytą, każdy coś robi. Kiedy dostaliśmy propozycję z The Warehouse Studio, musieliśmy się śpieszyć. Mieliśmy dwa miesiące na skończenie płyty, a na same nagrania już na miejscu – dwa tygodnie. Ten czas był bardzo twórczy, przykładowo Maciek spełniał się przy stole mikserskim. Dostaliśmy także do dyspozycji fortepian z Abbey Road, przy którym Freddie Mercury nagrywał Bohemian Rhapsody. Dzięki temu mamy jedną piosenkę zagraną tylko na fortepian. Chyba nikt się nie dziwi, że tak jest. Mieć taki sprzęt do dyspozycji i go nie wykorzystać? To byłby grzech. Zresztą to studio zadziwia na każdym kroku, bo co chwila spotykasz różne osoby, które znasz np. z telewizji, a jeżeli jeszcze jesteś fanem tych muzyków, to już w ogóle zaczyna się odlot. Nie mieliście obawy przed wejściem do studia „legendy”? Oczywiście, że się baliśmy. Na początku nie wiedzieliśmy, jak

się zachować. Tak naprawdę wszystko nas zachwycało i obawiam się, że chodziliśmy z szeroko otwartymi ustami. Mimo to z godziny na godzinę było coraz lepiej. Dużo nam pomogły rozmowy z osobami, które realizowały nagrania Metalliki, Michaela Bublé czy AC/DC. Najdziwniejsze dla nas było to, że tym osobom nasz materiał się podobał. Oni proponowali, żebyśmy poszli dalej, a my posłusznie słuchaliśmy i otwieraliśmy się na nowe rzeczy. Naszą przewagą było to, że rok wcześniej w tym studio nagraliśmy EP-kę. Dzięki temu nauczyliśmy się, żeby pokazywać to, co się ma, bo jak artysta chce się wstydzić, to lepiej niech nic nie tworzy. W Kanadzie artysta jest najważniejszy. Nie dostaje się na wstępie uwag, jak coś robić. To zespół wie, jak dany utwór powinien wyglądać. Oni czasami instruują co do kwestii intonacyjnych, językowych bądź ewidentnych wpadek. Zahaczę o jeszcze jedną legendę. Mieliście ogromne szczęście pracować z Ralphem Jamesem. Jaki on jest? Niejeden miłośnik muzyki chciałby go poznać. Po pierwsze on na nas zrobił dziwaczne wrażenie, bo kiedy wszedł do studio, to był podobny zupełnie do nikogo. Wiesz, nam się wydawało, że do studio wejdzie tytan, który blaskiem rozwali pół garderoby. W rzeczywistości wszedł normalny koleś w czapeczce i kurtce, przywitał się i powiedział „do zobaczenia w studio”. To jest bardzo konkretny facet. On doskonale wie, czego chce i ma pomysł na to, co ma się dziać, a my to czujemy. Bardzo dobrze nam się z nim współpracowało, bo lubimy ludzi z pomysłem. My sami tacy jesteśmy. Wiemy, że podstawą tego wszystkiego, co możemy osiągnąć jest nasza determinacja i szczęście. Kiedy spotykamy ludzi tak kompe-

25


tentnych, wiemy, że to jest właściwe towarzystwo, w którym powinniśmy się obracać. Należy pamiętać, że szczęście bez solidnej pracy nie przyjdzie. Należy obrać sobie cel i do niego dążyć. Kogo udało wam się spotkać w studio? Ja osobiście nie spotkałem nikogo tak, żeby bezpośrednio porozmawiać. Z drugiej strony ludzie tam są w pracy i mimo że widzisz swojego idola, to jednak szanujesz jego czas i nie zawracasz mu gitary. Może gdybym w drugi dzień po wylądowaniu nie dostał anginy, to kogoś bym spotkał, ale siedziałem w hotelu i robiłem wszystko, żeby ratować gardło i głos, bo przecież mieliśmy nagrywać. Czasem słychać, że śpiewam przez nos, ale nie dało się inaczej. Po nagraniu wróciliśmy z Wojtkiem do hotelu i we wspaniałym towarzystwie napisaliśmy kolejną piosenkę. Piosenki są efektem długoletniej pracy czy raczej napisane zostały na szybko, bo czas was gonił? Kilka piosenek powstało jeszcze w czasach, kiedy Zbyszek Krebs był w zespole. Kiedy pojawił się Maciej Mąka, zostały nam dwa miesiące do wyjazdu i nie mieliśmy materiału. Jedyne co mieliśmy, to około 2 tysięcy riffów. Wojtek zarzucił mi nimi skrzynkę mailową. To nas zmusiło do pracy, wzmożonej pracy. Udało nam się we własnym studio i w studio u znajomych nagrać te numery, żeby zobaczyć, jak to wszystko brzmi. Obawialiśmy się, że staniemy w The Warehouse Studio i po

26

prostu będziemy na nie za słabi. Jak się ostatecznie okazało, wszyscy patrzyli na nas jak na kosmitów, bo byliśmy pierwszym zespołem, który przyjechał przygotowany. Czy w trakcie nagrywania udało wam się improwizować? Tak, taką piosenką jest Happy Ending. Z tą piosenką związana jest koszmarna historia, bo ona powstała podczas pierwszego pobytu w Kandzie, kiedy nagrywaliśmy EP-kę. Tę piosenkę napisaliśmy tylko dlatego, że dostaliśmy informację o konkursie na piosenkę Euro 2012. Siedzieliśmy w sali prób, napisałem szybko tekst po polsku, nagraliśmy piosenkę i wysłaliśmy. Podobno zdobyliśmy 4. lub 5. miejsce. Nie wiem dokładnie, bo wyniki podali do trzeciego. Nawet Maryla Rodowicz była niżej niż my. A tak serio, to ta piosenka nas trochę wkurza, bo miało być piłkarsko i podniośle, ale to nie pasowało. Dlatego w studio ją trochę zmieniliśmy. Maciek dodał riff, który zmienił cały charakter utworu. Zamienił go z typowego piłkarskiego skandowania na piosenkę, powiedzmy, w stylu country. Dodatkowo zmieniliśmy język piosenki i dzięki temu piosenka stała się dość poważna. Została nawet wybrana przez publiczność kanadyjską jednym z trzech najlepszych numerów na płycie. Podobno jesteście zespołem najbardziej znanym wśród fanów Borussi Dortmund? Jesteśmy jedynym zespołem polskim i chyba jedynym także spoza Niemiec, który miał okazję użyczyć piosenkę na płytę dla fanów Borussi. To było w czasie, kiedy polskie trio święciło


triumfy. Oni wtedy zaczynali błyszczeć. Dostaliśmy taką propozycję głównie dlatego, że jesteśmy z Polski. Napisaliśmy jakąś tam piosenkę do kombinowanych riffów, dokładnie nie pamiętam. Nie gramy jej na koncertach. Byliście kiedyś na meczu Borussi? Nie. Mieliśmy propozycję zagrania przed meczem, ale ostatecznie to nie doszło do skutku. Tak jak i wiele spraw, które nam obiecywano. Gdyby spełniła się chociaż połowa z tego, co nam obiecano, to myślę, że dzisiaj supportowalibyśmy Metallicę. Ale suppotowaliście Red Hot Chilli Peppers. Ciężko to nazwać suportem, bo to był festiwal. Graliśmy razem na jednej scenie. Zdarzyło nam się supportować kilka zespołów z zagranicy, ale powiem szczerze, że lepiej wspominam koncerty z zespołami z Polski np. Luxtorpedą. Mogliśmy się wymieniać doświadczeniami, wspierać w trakcie trasy. Z samą Luxtorpedą fajnie nam się gra, mimo że jest to zupełnie inna stylistyka. Dużym atutem Luxtorpedy jest to, że w przeciągu trzech lat wydali trzy płyty, no, trzecia pojawi się wkrótce. Oczywiście. Bardzo dobrze, że tak robią. Rynek jest dzisiaj nieubłagany i nieograniczony. Z nami jest podobnie. Około tydzień temu wydaliśmy płytę, a w chwili obecnej mamy skomponowaną połowę materiału na następny krążek. Zdarza nam się zagrać także, nazwijmy to, „nowe” piosenki. Co do samej szybkości działania, to wydaje mi się że trzeba się śpieszyć, bo ludzie bardzo szybko konsumują takie produkty. Odbiorca szybko zapomina o pojedynczych piosenkach, chyba że są one wybitne. My nie uważamy się za zespół wybitny i taki, który zmienia świat. Chcielibyśmy, żeby doszło do sytuacji, że ktoś powie, „gracie po prostu po swojemu”. Nie będzie zdań, że Chemia gra jak ktoś. Na to niestety potrzeba lat i dużo pracy. Zadam dość trywialne pytanie: do kogo chcielibyście być teraz porównani, żebyście powiedzieli „wow”? Zależy przez kogo. O ile porównanie ma pozytywny kontekst i jest fajne, i ktoś nie chce zrobić nim krzywdy, to wszystko w porządku. Kiedyś ktoś napisał o nas, że gramy muzykę między Comą a Lennym Kravitzem. Uwierz mi, nie wiem do dzisiaj, o co mu chodziło. Świetne porównanie, ale gdzie Coma, a gdzie Lenny? Poczułem się po tym porównaniu dość dziwnie, bo czegoś takiego się nigdy nie spodziewałem. Wracając do konsumpcji muzyki, o której wspomniałeś – zamierzacie wydać płytę na winylu? Myślę, że tak. Dyskutujemy o tym. Osobiście nie jestem przekonany do tego pomysłu dlatego, że nie wiem, jaki ta płyta będzie miała odbiór. Jeżeli odbiór będzie niski lub średni, to pewnie nie. Dzisiaj ciężko jest zbadać, na jakim poziomie płyta się sprzedaje. Niestety piractwo kwitnie. Jeżeli okaże się, że płyta jednak jest chodliwa, to na pewno wydamy taki pakiet płyt na winylu. Na razie jest bardzo dobrze. Fanów przybywa z dnia na dzień. Także medialnie dzieją się dla nas niesamowite rzeczy. Myśleliście o koncertach unppluged? Kiedyś graliśmy taki koncert. Mieliśmy przygotowany set. Ale to było z poprzednią płytą. Teraz musielibyśmy przygotować nowe zestawy. Z racji tego, że w niektórych miejscach nie da się zagrać inaczej niż akustycznie, a my chcemy grać wszędzie, to na pewno się za przygotowanie materiału zabierzemy.

26


A płyta koncertowa? Do tego to nam daleko. Na pewno następna płyta nie będzie koncertowa. Do takiego przedsięwzięcia trzeba się przygotować i trzeba być zadowolonym z wystarczającej liczby numerów, które przyjęły się wśród publiczności. Jeżeli osiągniemy odpowiedni poziom, to jasne, czemu nie. Czy po otrzymaniu płyty z wytwórni odłożyliście ją na półkę, czy może zagościła ona w waszych odtwarzaczach? Tak naprawdę więcej czasu poświęciliśmy na oglądanie samej książeczki niż na słuchanie płyty w jej finalnej postaci. Przyczyna jest prosta. My także byliśmy przy produkcji krążka i miksach. Dlatego po prostu nam się nie chciało słuchać tej płyty. Mieliśmy jej trochę dość, ale w pozytywny sposób. Większą przyjemność sprawił mi osobiście fakt, kiedy usłyszałem w radio naszą piosenkę. To było bardzo przyjemne. Okładka jest inspirowana obrazem Tomasza Sętowskiego, jesteście koneserami sztuki? Wybraliśmy ten obraz z wielu, które Tomasz Sętowski nam zaproponował. Jego twórczość w ogóle bardzo nam się podoba. U Wojtka w domu wisi kilka jego grafik i obrazów. To właśnie dzięki tym pracom doszliśmy do wniosku, że warto byłoby je wykorzystać. Te obrazy mają w sobie coś tajemniczego, dziwnego i magicznego. Poznaliśmy Tomasza Sętowskiego i po krótkiej rozmowie sam z siebie udostępnił nam ten obraz, a jego bratanek Janek pomógł nam graficznie wszystko dopasować. Ten smutny, zagubiony czy zawstydzony anioł dobrze pokazuje tajemnicę i pewną chęć uwolnienia tego, czego się wcześniej nie znało.

46

Będziecie koncertować także w Kanadzie i nie będzie to wasza pierwsza wizyta w tym kraju z liściem klonu na fladze. Co was tam najbardziej zaskoczyło? Europejskość. Chłopaki byli także w Stanach – ja osobiście nie – i mówili, że niby Kanada i USA są na jednym kontynencie, a to są dwa różne światy. W Kanadzie poczuliśmy się jak w domu. Nawet myśleliśmy o tym, że fajnie by było przeprowadzić się kiedyś do Vancouver. W ogóle Kanada jest bardzo przyjazna, a i my jesteśmy otwarci i przyjaźni. To chyba dlatego tak polubiliśmy ten kraj. Skoro jesteście otwarci i przyjaźni, macie groupies? Jasne! Ale tak na serio, każdy z nas ma partnerkę, także nie szukamy przyjemności czy nieprzyjemności w tego typu zabawach. Z drugiej strony czasy legendarnych groupies już chyba minęły, chociaż ostatnio spotkaliśmy grupkę dziewczyn, które się przedstawiły w taki sposób. Im ewidentnie chodziło o coś więcej niż tylko autograf. Jak byś zachęcił do kupowania i słuchania waszej płyty? Po pierwsze – to wcale nie jest takie drogie. Po drugie – wystarczy posłuchać melodyjnego rocka. Nie staraliśmy się tą płytą udowodnić niczego innego jak tylko to, że my Polacy potrafimy robić rzeczy na wysokim poziomie. Chemia chce się z ludźmi podzielić czymś, co powstało w Polsce, a zostało wyprodukowane w miejscu, gdzie tworzyli najwięksi. Dlatego warto tego posłuchać.


47


rock fashion karolina karbownik, photography: wikimedia

? e n n ? e e i n v i n VVivie

Skąd się wzięła

who’s that girl „Nie miałam pojęcia o istnieniu galerii sztuki… Nigdy nie widziałam żadnego albumu książkowego, nie byłam w teatrze” – mówiła o swoim dzieciństwie i dorastaniu Vivienne Westwood. Aż nie chce się wierzyć, co?

N

azywana dziś „matką punk rocka” Vivienne należy do najbardziej wpływowych i uwielbianych projektantów mody. Urodzona w środku wojny (1941), w brytyjskiej wsi Tintwistle, Derbyshire, dziewczyna nie mogła marzyć o życiu szalonym i kolorowym. Kiedy jej rodzina przeniosła się do londyńskiego Harrow, 17-letnia wówczas Vivienne rozpoczęła naukę w Harrow School of Art. Szybko jednak stwierdziła, że ze sztuki nie wyżyje. Wyszła za mąż za praktykanta z miejscowej fabryki odkurzaczy – Dereka Westwooda – i rozpoczęła pracę jako nauczycielka w szkole podstawowej. Kiedy poznała Malcolma McLarena, okazało się, że przeznaczenie ma dla Vivienne inny plan. Nauczycielka nieraz bawiła się, tworząc własną biżuterię, którą sprzedawała na stoisku przy Portobello, tworzyła również ubrania dla siebie i Malcol-

30

„I DIDN’T KNOW ABOUT ART GALLERIES… I’D NEVER SEEN AN ART BOOK, NEVER BEEN TO THE THEATER” – SAID VIVIENNE WESTWOOD ABOUT HER CHILDHOOD AND ADOLESCENCE. PRETTY HARD TO BELIEVE, ISN’T IT?

V

ivienne, called “the mother of punk rock”, is one of the most influential and adored fashion designers. Born during the Second World War (1941) in a British village of Tintwistle, Derbyshire, this girl couldn’t possibly dream about wild and vivid life. When her family moved to Harrow in northwest London, the 17-year-old Vivienne started studying at the Harrow School of Art. But soon she figured out she would not be able to live off art. She married Derek Westwood, a Hoover factory apprentice, and took up a job as a primary school teacher. But when she met Malcolm McLaren, it quickly became obvious that there was another path in her life she would follow. The teacher was spending her free time making her own jewelry which she was selling at a stall in Portobello. She also started


ma. W 1971 roku Vivienne i Malcolm otworzyli pierwszy sklep – Let It Rock. Ubierała się w nim młodzież w stylu „Teddy Boy”, ale to nie ona inspirowała właścicieli sklepu. Vivienne lubiła bondage i fetysz, który gdzieś tam przedzierał się przez londyńskie podziemie. Malcolm przywiózł z Nowego Jorku fascynację tamtejszym punkiem i samodzielnie podartymi koszulkami Richarda Hella. Podobał mu się przekaz fanzinu „Punk”, w którym było miejsce na wszystko, co interesowało młodzież ówczesnego nowojorskiego podziemia. Muzykę odkrywano na nowo i stawiano ją w opozycji do świata gwiazdorów, idoli i takich supergrup, jak lśniące Rolling Stones. W 1972 roku Vivienne i Malcolm zmienili nazwę sklepu na Too Fast to Live, Too Young to Die. Inspiracją stał się niepokorny Marlon Brando. Od 1974 roku nad wejściem widniał już szyld SEX. W butiku można było kupić ciuchy inspirowane sado-maso, a w czasach świetności Sex Pistols – również spotkać członków zespołu. Zdarzyło się nawet tak, że Sid Vicious i Glen Matlock w SEX pracowali. Vivienne przemycała do swoich kolekcji coraz więcej inspiracji. Obok fetyszu pojawiła się tradycyjna szkocka krata. Cięcia wykonywano na wzór siedemnasto- i osiemnastowiecznych trendów. W 1976 roku SEX zmienił nazwę na Seditionaries, a od 1980 istnieje jako World’s End i jest częścią światowego imperium królowej Vivienne. Żyjąca w świadomości punkowców punkowa babcia dziś nadal szokuje na salonach, bawiąc się modą. Miesza tandetę z tym, co trendy. Lubi strzępić brzegi wytwornych sukien, wydziera dziwne dziury, jak chce, to prowokuje. Hitem ostatnich kilku lat są zaprojektowane przez nią gumowo-plastikowe buty. Tak, pachną gumą balonową.

designing clothes for herself and Malcolm. In 1971, Vivienne and Malcolm opened their first boutique – Let It Rock. It became popular among Teddy Boys but they weren’t the ones who inspired the shop’s owners. Vivienne was interested in bondage and fetishism that were slowly gaining popularity through London’s underground scene. Malcolm was fascinated by New York punk scene and Richard Hell’s ragged t-shirts. He was shown “Punk” fanzine that included everything that was of any interest to New York underground of that time. The scene was turning the music world upside down, discovering new bands that stood in opposition to supergroups, big stars and idols, like The Rolling Stones. In 1972, Vivienne and Malcolm changed the name of the boutique to Too Fast to Live, Too Young to Die. Their new inspiration was the rebellious Marlon Brando. In 1974, a new sign was welcoming the customers – SEX. The assortment included some S&M-inspired clothes and among those who dropped in regularly were members of Sex Pistols. Sid Vicious and Glen Matlock even worked in SEX for some time. Vivienne tried to incorporate more and more elements in her designs. Another one was Scottish tartan, made to look according to 17th and 18th century trends. In 1976, SEX changed its name again, this time to Seditionaries, and since 1980 it’s been operating as World’s End and has been a part of queen Vivienne’s fashion empire. The punk granny, still remembered by true punk rockers, ceaselessly shocks the fashion world with her designs. She blends kitsch with current trends. She likes to tear elegant dresses and provokes whenever she can. Her latest hit includes her rubber-plastic shoes. Yes, they really smell like bubblegum.


rock live

DEPECHE MODE 23.07.2013 praha, czech republic photography: marek koprowski


agnieszka „vspectrum” Jędrzejewska

lordi


84


87


map of rock

KAROLINA KARBOWNIK, photography: wikimedia


Miejsca, które powinien znać każdy fan The Ramones PLACES THAT EVERY RAMONES FAN SHOULD KNOW

CBGB w

u ym Jork

Now

CB

YORK W E N GB IN

Na samym początku filmu pod tytułem CBGB pada stwierdzenie: „Większość ludzi myśli, że punk zaczął się tutaj. Błąd. Tak naprawdę to powstał w pewnej piwnicy”. Trudno się z tym nie zgodzić, chociaż nowojorska dziura przy 315 Bowery miała niemałe zasługi. Początkowo przychodziło tu kilka osób, by wychłeptać piwko i posłuchać muzyki (country, blue grass i blues). Z czasem zaczęły pojawiać się tu na scenie dziwne zespoły sprowadzające coraz więcej dziwnych ludzi z całej metropolii. Można było zobaczyć debiutujących The Ramones, Blondie, Patti Smith, Talking Heads, The Heartbreakers i wielu innych. Klub zamknięto w 2006 roku. Założyciel, Hilly Kristal, planował otworzyć miejscówkę o tej samej nazwie w Las Vegas. Nie dożył (zmarł w 2008 roku), a po CBGB została legenda oraz zadaszenie, które dzisiaj można zobaczyć w lobby Rock and Roll Hall of Fame w Cleveland.

The CBGB film opens with a quote – “Must people think punk started here. Wrong.” It started in one basement. Hard to contest that, though the New York dive located at 315 Bowery contributed immensely to the genre’s popularity. At first it was frequented by only a handful of people who wanted to sip their beer and listen to some music (country, blue grass and blues). With time, the club’s stage became home to strange bands who attracted even stranger audiences from all around NYC. Among those performing were the debuting Ramones, Blondie, Patti Smith, Talking Heads, The Heartbreakers and many more. The club was shut down in 2006. Its owner, Hilly Kristal, wanted to open another CBGB club in Las Vegas but passed away in 2008. All that’s left now is the legend and the club’s awning, displayed in the lobby of the Rock and Roll Hall of Fame in Cleveland.

47


Ramones

Museum w

Berlinie

W samym sercu stolicy Niemiec pewien fan The Ramones – Flo Hayler – stworzył miejsce, w którym do dziś żyje legenda The Ramones. W muzeum zobaczyć można mnóstwo wydawnictw nowojorskich punkrockowców oraz pamiątek po zespole, które Flo kupował nałogowo. Chyba nic dziwnego, że pewnego dnia narzeczona Flo postawiła sprawę jasno – te rzeczy muszą zniknąć ze ścian mieszkania! Biedny Flo musiał coś z tym zrobić! Powstało muzeum. Dziś znajduje się w nim ponad 500 eksponatów, można napić się piwa, czasem wpadnie Eddie Vedder, kiedy indziej CJ Ramone. Jeden zagra, drugi pogada.

RAMONES MUSEUM IN BERLIN In the heart of the German capital, Flo Hayler – a fan of The Ramones – created a place that just screams the name of the band. The museum includes many of the band’s albums as well as memorabilia bought by Flo and originally kept at his house. No wonder one day his fiancée said – it’s either me or all this stuff. Poor Flo had to do something with it, so he created the museum. Today it holds over 500 pieces and even offers beer. Sometimes Eddie Vedder drops in, other times it’s CJ Ramone. Sometimes they play, sometimes they just offer some thoughts and memories.

Joey Ramone Place Róg nowojorskich ulic East 2nd oraz Bowery otrzymał oficjalną nazwę Joey Ramone Place w listopadzie 2003 roku. Kilka przecznic dalej mieszkali Joey i Dee Dee. Tabliczka „Joey Ramone Place” u zbiegu East 2nd i Bowery była najczęściej kradzioną tablicą informacyjną w Nowym Jorku. W 2007 roku zawieszono ją aż 6 metrów nad ziemią.

JOEY RAMONE PLACE The corner of East 2nd and Bowery in New York was officially named Joey Ramone Place in November 2003. It’s not far away from the place where Joey and Dee Dee used to live. The street sign from East 2nd and Bowery was New York’s most stolen sign. In 2007, it was placed 20 feet above ground.

Malowidło ścienne w Nowym Jorku Nówka sztuka: malowidło ścienne na roletach zasłaniających wejście do Croxley Ales przy zbiegu nowojorskich ulic Avenue B oraz East Houston.

A MURAL IN NEW YORK Brand new! The mural was painted on the roller blinds at the entrance to Croxley Ales, corner of Avenue B and East Houston.


Nowojorczykom znane jako „The Loop”. Na skrzyżowaniu ulic 53 i 3 zbierały się męskie prostytutki. Tu także toczyło się życie nocne homoseksualistów. Autorem piosenki 53rd & 3rd, która znalazła się na debiutanckim albumie Ramones, był Dee Dee Ramone. Krótko po wydaniu płyty niesławną okolicę „wyczyszczono”, by postawić na niej nowoczesne drapacze chmur. Utwór 53rd & 3rd był coverowany m.in. przez Metallicę.

rd

3 53rd &

New Yorkers call it “the Loop”. The corner of 53rd and 3rd was a popular spot for male prostitutes. It was also the center of gay night life. Dee Dee Ramone was the author of the song 53rd & 3rd that was released on The Ramones’ first album. Soon after the album’s release, the place was “cleaned up” in order to make room for skyscrapers. The track was covered by many artists including Metallica.

Hollywood Forever Cemetery Tu pochowani są Dee Dee Ramone oraz Johnny Ramone. Dee Dee opuścił ten świat 5 czerwca 2002 roku w wyniku przedawkowania heroiny. Ostatnie godziny życia spędził w swoim apartamencie w Hollywood. Dwa lata później, 15 września 2004 roku, w wyniku wieloletniej walki z rakiem prostaty zmarł Johnny Ramone. Jego ciało zostało skremowane, a prochy pochowano również na Hollywood Forever Cemetery.

HILLSIDE C Grób zmarłego 15 kwietnia 2001 roku Joeya Ramone’a znajduje się w New Jersey na cmentarzu Hillside. Artysta przegrał siedmioletnią walkę z nowotworem układu limfatycznego.

Joey Ramone, who died on 15 April 2001, is interred at Hillside Cemetery in New Jersey. The artist succumbed to lymphoma after a seven year long battle.

EMETERY,

It’s the resting place of Dee Dee Ramone and Johnny Ramone. Dee Dee passed away on 5 June 2002 due to heroin overdose. He spent his last hours at his Hollywood apartment. Two years later, on 15 September 2004, Johnny Ramone lost his long battle with prostate cancer. His body was cremated and his ashes buried at the Hollywood Forever Cemetery.

new jers

ey


cko wc

p u ro nk

zdr

u!

rock shot

ów ko

1. Piję odpowiedzialnie. Piję odpowiedzialnie. Zawsze płacę za swoje drinki i upewniam się, czy są na tyle tanie, by zostały mi pieniądze na jedzenie i mieszkanie.

2. Alkohol mogą spożywać jedynie osoby dorosłe. To prawda. Dlatego nie waham się, gdy mogę zabrać puszkę piwa nieletnim.

3. Nie prowadzę samochodu spożywając alkohol! Łatwo wtedy wpaść w dziurę i rozlać alkohol po całym samochodzie.

4. Siła procentuje.

il. 123rf.com

Sam robię zakupy. Noszenie litrów piwa wzmacnia moje mięśnie.

50


CHe

nk

ers

pu ker roc

s! 1. I Drink responsibly. I am responsible. I always pay for my drinks and make sure they are cheap so I can still buy some food and pay my rent.

2. Drinking is for adults only. Of course! That’s why it’s always a good deed to steal booze from youngsters.

3. I Don’t drink and drive (at the same time). While driving, I may hit a pothole and my drink will spill all over the car. Disaster!

4. I Don’t waste my cash on gym.

I raise up my bottle of wine regularly. That strengthens my arms.

51


rock screen

Behind the

candelabra...


Po raz pierwszy ze zjawiskiem pt. Liberace (wielki Liberace) zderzyłam się, oglądając wiele lat temu odcinek The Muppet Show. Bajeczny świat muzyki, asystujący pianiście chór ptaków. Zapamiętałam świecący milionami drobniutkich kryształków Swarovskiego frak pianisty i muzykę Chopina. agnieszka lenczewska FOTO: MATERIAŁY PRASOWE

D

la nas, wychowanych w zupełnie innym kręgu kulturowym, trademark Liberace był pojęciem tak abstrakcyjnym, że aż trudnym do rozszyfrowania. Dla Amerykanów postać mającego polskie korzenie pianisty to symbol. Jak Elvis, Route 66 czy donut z dziurką.

Władzio pianista... Kim był? Urodzony w 1919 roku we włosko-polskiej rodzinie Władzio Valentino Liberace zmienił bezpowrotnie świat amerykańskiego show biznesu. Utalentowany młodziutki pianista pierwsze kroki na estradzie stawiał jeszcze pod okiem Ignacego Jana Paderewskiego. To właśnie Paderewski przekonał nieśmiałego Władzia, by zostawił sobie tylko nazwisko jako imię sceniczne. Tak narodził się Liberace. Showman, bufon, ekscentryk, gwiazda. Zamieniwszy sale koncertowe na nocne kluby, Liberace zaczął skupiać się na wypracowywaniu własnego muzycznego stylu, który sam określał mianem „popu z odrobiną klasyki”. Jeździł po całych Stanach Zjednoczonych ze specjalnie wykonanym dla niego instrumentem, na którym stawiał świecznik, co stało się jego znakiem rozpoznawczym. Był pierwszym „klasycznym” pianistą, który miał własny show w telewizji. Owszem, krytycy muzyczni nie pozostawili na Liberacem suchej nitki (zarzucając mu granie pod publiczkę, „olewanie” partytury i upraszczanie utworów), ale sam Liberace nic sobie z tych zarzutów nie robił. Kochał swoją publiczność, a publiczność kochała Liberacego. W latach 50. i 60. ubiegłego stulecia był jednym z najlepiej zarabiających amerykańskich muzyków (w 1953 zarobił z samych tylko honorariów za koncerty sumę 2 milionów dolarów). Jego występy zawsze były wielkim wydarzeniem, a pełen przepychu styl stał się inspiracją m.in. dla Eltona Johna, Freddiego Mercury’ego, Madonny czy Lady Gagi. Jednak jego prywatne życie odbiegało od wszystkiego, o czym wiedziały miliony fanek. Tajemnicą był jego, skrywany przez menedżera i promotora artysty, homoseksualizm. Pianista był jedną z pierwszych ofiar AIDS. Zmarł w 1987 roku w wyniku powikłań związanych z tą chorobą.

Miłość, szmaragd i rolls-royce... Do sfilmowania życia Liberacego przymierzało się wielu. Kiedy do producenta Jerry’ego Weintrauba zadzwonił Steven Soder-

53


bergh i zaproponował realizację filmu biograficznego o Liberacem, ten nie krył entuzjazmu. „Przede wszystkim znałem Liberacego i zawsze wydawało mi się, że to wyjątkowa postać wyprzedzająca swoje czasy”– opowiada producent. „Dodatkowo kiedy Steven chce coś zrobić, to jestem od razu zainteresowany, bo to jeden z moich ulubionych reżyserów” – dodaje. Sam Soderbergh, reżyser tak znakomitych filmów, jak Traffic, Solaris, Seks, kłamstwa i kasety wideo, biografią Liberacego zamyka pewien okres w swoim życiu artystycznym. Nie będzie więcej reżyserować filmów dla kinowego widza. Swój wielki potencjał przenosi do telewizji. Wielki Liberace to jego pierwszy film dla stacji HBO. Jest to od razu film wybitny, uhonorowany 11 statuetkami EMMY. Kluczem do sukcesu było podejście do samej głównej postaci filmu. „Bardzo mi zależało, żeby widzowie zrozumieli, że Liberace nie był głupkiem” – opowiada reżyser. To był wyjątkowo utalentowany i sprawny muzyk. Prawdziwy showman. Taki talent to rzadkość i istotne dla mnie było, żeby ludzie to dostrzegli. Inaczej stałby się papierową postacią, której nie traktuje się serio, a on był naprawdę niesamowity” – dodaje Soderberg. Ekipę aktorów zebrał znakomitą – zawsze potrafi przyciągnąć do swoich filmów świetnych aktorów. Tym projektem udało się zainteresować nie tylko Michaela Douglasa (Liberace) i Matta Damona (Scott Thorson), ale też Dana Aykroyda, Scotta Bakulę, Roba Lowe’a (w rewelacyjnej roli chirurga plastycznego dr. Jacka Startza), Toma Papę, Paula Reisera czy Debbie Reynolds (matka Liberacego). Michael Douglas był zachwycony możliwością wcielenia się w ekscentryczną legendę rozrywki. „To naprawdę wyjątkowa rola” – twierdzi aktor. „Wiesz, że nigdy nie będziesz dokładnie taki jak Liberace i musisz wykreować go na ekranie tak, byś czuł się komfortowo i jednocześnie mówił jakąś prawdę o postaci. A w dodatku musiałem stać się atrakcyjny dla Matta Damona! To była naprawdę wielka historia miłosna – oni się bardzo kochali – z wieloma cudownymi, zabawnymi, radosnymi chwilami. A jednak skończyła się tragicznie”. To prawda, scenariusz filmu oparto na biograficznej opowieści byłego kochanka Liberacego, Scotta Thorsona, Behind the Candelabra – słodko-gorzkiej opowieści o wzlotach, upadkach, kłótniach, uzależnieniach, pieniądzach. „To, co szczególnie uderzyło mnie podczas lektury książki i co chciałem przenieść do filmu, to rozmowy Liberacego z Thorsonem. Oni rozmawiają jak normalna para. Ale oczywiście te dyskusje toczą się w wyjątkowym otoczeniu. Postanowiliśmy potraktować ich związek z należytą powagą, bo miałem nieodparte wrażenie, że był on właśnie bardzo poważny i najdłuższy ze wszystkich, które miał Liberace. Bardzo zależało mi, żeby nie zrobić z nich i ich relacji uproszczonej karykatury” – wspomina reżyser. „Ich miłość skończyła się źle, ale przeżyli razem wiele pięknych chwil, wiele wzlotów i upadków oraz sytuacji, przez które przechodzą wszystkie długotrwałe relacje. Nie sądzę, żeby Scott był wyrachowany. Wręcz przeciwnie. Był autentycznie oddany i dlatego właśnie poczuł się tak skrzywdzony” – dodaje odtwarzający rolę Scotta Thorsona Matt Damon.

Jak rajski ptak... Liberace uwielbiał zbytek. Sam zresztą wielokrotnie o tym mówił, chwalił się. Zresztą miał do tego prawo. Pochodził z biednej rodziny, ciężko harował na swój sukces (omdlenia na scenie, choroba nerek). Przekomarzał się z publicznością na temat swojego bajecznego, usianego tysiącami kryształków Swaro-

54

vskiego płaszcza z kilkumetrowym trenem. Niesamowite kostiumy sceniczne Liberacego do dnia dzisiejszego zachwycają (lub powodują odruch wymiotny). W dzisiejszych czasach sceniczny entourage Liberacego trąci nieco quasi-barokowym kiczem, ale naprawdę jest się czym zachwycać. Ręcznie szyte z najlepszych materiałów, z mnóstwem ozdób, dżetów, kryształków, złotych i srebrnych nici, są świadectwem pieczołowitości. Myślicie, że wjazd na scenę harleyem podczas koncertów Judas Priest to szczyt egotyzmu i scenicznego obciachu? Liberace na scenę wjeżdżał rolls-roycem. Białym. Wielkim. Zdjęcia do Wielkiego Liberace realizowane były w Los Angeles, Palm Springs i Las Vegas. Wiele kostiumów i rekwizytów, a także miejsc, w których pracowali filmowcy należało do samego artysty. Udało się nakręcić sceny w apartamencie Liberacego w Los Angeles, na poczcie w West Hollywood, gdzie pracował Scott Thorson po rozstaniu z nim, w kościele, gdzie odbył się pogrzeb gwiazdora czy na scenie byłego hotelu Hilton w Los Angeles, gdzie Liberace występował.


Howard Cummings, scenograf filmu, stanął przed wyjątkowo trudnym zadaniem uchwycenia świata Liberacego między 1977 a 1982 rokiem. W sześć tygodni powstało 30 wnętrz oddających charakter gwiazdy na scenie i w życiu prywatnym. Punktem wyjścia był oczywiście głęboki research i godziny spędzone na oglądaniu zapisów występów Liberacego. Cummings postanowił sięgnąć po lustrzane powierzchnie, odnajdując w nich metaforę życia artysty. Lustra znajdują się więc na scenie i w domu – pobłyskują, lśnią, tworzą złudzenia optyczne. W realizacji Wielkiego Liberace bardzo pomogły filmowcom zbiory muzeum poświęconego artyście w Las Vegas. Kostiumy, dzieła sztuki i wiele drobiazgów wykorzystanych na planie pochodziło właśnie stamtąd. Wielką pracę wykonała też Ellen Mirojnick, specjalistka od kostiumów. Jej ekipa stworzyła niezliczoną ilość scenicznych kreacji i codziennych ubrań Liberacego oraz Scotta. Oczywiście wiele z nich było kopiami ich autentycznej garderoby. Michael Douglas i Matt Damon przebierają się w filmie ponad 60 razy.

A sam film? Podobał mi się. Znakomicie uchwycono klimat schyłkowych lat 70. ubiegłego stulecia. Niewinnego świata nocnych klubów, szampana o północy i zaspokajania najbardziej wyrafinowanych zachcianek. O kreacjach aktorskich można pisać w samych superlatywach. Powracający po chorobie Michael Douglas stworzył w Wielkim Liberace jedną ze swoich najlepszych kreacji aktorskich (słusznie uhonorowano go nagrodą Emmy dla najlepszego aktora). Jego Władzio jest zarówno kabotynem, jak i czułym kochankiem. Egocentrykiem i filantropem. Profesjonalistą na scenie i bezradnym dzieckiem poza nią. Matt Damon partneruje mu wyśmienicie. Wspominany już, nieco zapomniany Rob Lowe w roli przebiegłego chirurga plastycznego gra rolę życia, a Debbie Reynolds w roli matki Liberace jest po prostu znakomita. Nie jest mi przykro, że Steven Soderbergh porzucił karierę w Hollywood. Jeśli zamierza reżyserować tak świetne filmy telewizyjne, jak Wielki Liberace, to nie mam obaw o jego karierę na małym ekranie. Obejrzyjcie koniecznie!

55


rock screen

candelabra

Behind the


My first meeting with the Liberace phenomenon came about many years ago while I was watching one of the episodes of The Muppet Show. The fabulous world of music and a bird choir assisting the pianist. I remembered his tail-coat – glittering with thousands of tiny Swarovski’s crystals – and Chopin’s music. agnieszka lenczewska, photography: press

F

or us, brought up in a drastically different cultural surrounding, Liberace was a figure so abstract, it was almost impossible to understand. For Americans, the pianist – whose mother was Polish – is a true symbol. Like Elvis, Route 66 or a donut.

Wladziu, the pianist… Who was he? Born in 1919 to an Italian-Polish family, Wladziu Valentino Liberace changed American show business for ever. The young talented pianist made his first steps in the concert halls under the guidance of Ignacy Jan Paderewski. It was Paderewski who convinced the shy Wladziu to use only his surname as his stage name. And so Liberace was born – a showman, a buffoon, an eccentric and a star. Switching the concert halls for nightclubs, he started focusing on developing his own musical style, which he himself called “pop with a bit of classics”. He travelled the States with a custom made instrument, on top of which he would place a candelabra – a habit he would be known for. He was the first “classical” pianist with his own TV show. He was panned by music critics for his showmanship, ignoring scores and simplifying the compositions, but Liberace didn’t care much. He loved his audience and was loved back. In 1950s and 1960s, he was one of the top-earning American musicians (in 1953 he grossed around 2 million dollars just from playing concerts). His shows were always spectacular and his pompous style influenced many artists such as Elton John, Freddie Mercury, Madonna or Lady Gaga. But his private life was far from what millions of his female fans imagined. Liberace was a closeted homosexual. The pianist was one of the first victims of AIDS. He died in 1987 due to AIDS-related complications.

The big screen… Many directors wanted to make a film based on Liberace’s life. When Steven Soderbergh called producer Jerry Weintraub and expressed his interest in the project, Weintraub was high-

ly enthusiastic. “First of all, I knew Liberace and to me he was always an exceptional figure, well ahead of his times” – says the producer. “And when Steven wants to do something, I’m always in for it, because he’s one of my favorite directors.” For Soderbergh, who is known for such films as Traffic, Solaris and Sex, Lies and Videotape, this film marks a change in his artistic life. He decided to stop directing cinema films. From now on, he’ll be working for TV. Behind the Candelabra is his first movie for HBO. And he took off with an outstanding piece of work that won him eleven EMMY awards. The key to success was his approach to the film’s main character. “I wanted people to understand that Liberace was no fool” – says the director. “He was an exceptionally talented and gifted musician. A true showman. It’s rare to see such a talent and I was desperate for people to see this. Otherwise they wouldn’t take him seriously. He was really amazing.” The film cast was superb. Soderbergh knows how to convince actors to join him. He enlisted not only Michael Douglas (Liberace) and Matt Damon (Scott Thorson) but also Dan Aykroyd, Scott Bakula, Rob Lowe (great as plastic surgeon, dr. Jack Startz), Tom Papa, Paul Reiser and Debbie Reynolds (Liberace’s mother). Michael Douglas was thrilled to have a chance of playing the eccentric music legend. “It’s an exceptional part” – he says. “You know you’ll never be quite like Liberace and you have to try and play him the way that is comfortable for you but at the same time remaining true to the original character. And I had to be attractive to Matt Damon! It was really a big love story – they truly loved each other – with many great, funny and happy moments. And yet it ended tragically.” It’s true. The film was based on a biography written by the artist’s ex-lover, Scott Thorson. Behind the Candelabra is a bitter-sweet book about highs and lows, rows, addictions and money. “What really touched me while I was reading the book, and what I wanted to transfer to the film, was all the talking between Liberace and Thorson. They speak like a regular couple. But of course, the setting is not ordinary. We decided to treat their relationship with proper respect, because that was

57


my impression about it – that it was very serious and much longer than Liberace’s other relationships. I tried very much not to turn it into a caricature” – says the director. “Their love ended on a bad note but before that, they had many wonderful memories, many highs and lows and just everyday situations that happen in every long-term relationship. I don’t consider Scott to be calculating. He was really devoted to Liberace, that’s why he took it all so hard” – adds Matt Damon.

Like a bird of paradise… Liberace loved luxury. He made no secret about it. And he had every right to do so. His family was poor, he worked really hard for his success (he passed out on stage on different occasions, had liver disease). He teased the audience about his fabulous, crystal-studded tail-coat with a several-meter long train. His breathtaking stage costumes amaze to this day (or cause a fair amount of disgust, depending on who you ask). From today’s perspective, his onstage entourage seems a bit like a quasi-baroque kitsch, but still really interesting. His costumes were painstakingly handmade from the best available fabric, with lots of accessories, crystals, silver and gold twine. You think that Rob Halford entering the stage on a Harley during Judas Priest shows is the ultimate sign of egotism and kitsch? Liberace used to get onstage in a Rolls-Royce. A white one. And big. The film was shot in Los Angeles, Palm Springs and Las Vegas. Many costumes, props and places seen in the film were actually owned by the pianist. The film crew worked in his LA apartment, a post office in West Hollywood where Scott Thorson worked after their ways parted, a church where Liberace’s funeral took place and the former LA Hilton Hotel’s stage where he used to perform.

58

Howard Cummings, the film’s set designer, had a particularly hard task trying to recreate Liberace’s world between 1977 and 1982. In six weeks 30 locations were created, that helped in presenting the character both on stage and in his private life. This demanded a thorough research and many hours spent on watching the pianist’s shows. Cummings decided to use mirrors as a metaphor of the artist’s life, so they are everywhere – on stage and at his house. They shine, glitter and create optical illusions. Las Vegas museum devoted to the artist proved very helpful to the crew. Costumes, works of art and many props used on the set were taken from that museum. A great deal of work was also done by a costume designer, Ellen Mirojnick. Her team created countless stage and everyday clothes for both Liberace and Scott. Many of those were copies of the pair’s real outfits. Throughout the film, Michael Douglas and Matt Damon change their clothes over sixty times. And the film itself? I liked it. The crew did great in recreating the atmosphere of late 70s. The innocent world of nightclubs, drinking champagne at midnight and fulfilling even the most fancy whims. The cast is great. Michael Douglas returns after his battle with cancer in one of his finest creations (deservedly won the EMMY award for Outstanding Lead Actor). His Wladziu is both a ham and a tender lover, egocentric and a philanthropist. A true professional on stage and a helpless child off stage. Matt Damon is also fantastic. Rob Lowe plays the part of his life as a plastic surgeon and Debbie Reynolds (Liberace’s mother) is just stunning. It’s not really a shame that Soderbergh quit Hollywood. If he’s going to direct more amazing TV films, like Behind the Candelabra, then I’m not even slightly worried about his


77


ZMIANY TO JEDYNA NIEZMIENNA RZECZ W ROCK‘N’ROLLU. MUZYCY KŁÓCĄ SIĘ ZE SOBĄ, CZASAMI DOCHODZI NAWET DO RĘKOCZYNÓW. NADMIERNA KONSUMPCJA ALKOHOLU I NARKOTYKÓW SPRZYJA PRZEDWCZESNYM ZEJŚCIOM. JEDNI ZATEM ODCHODZĄ, INNI PRZYCHODZĄ NA ICH MIEJSCE, A ROCKOWA KARUZELA KRĘCI SIĘ W NAJLEPSZE. TYM BARDZIEJ NIEZWYKŁY JEST PRZYKŁAD LED ZEPPELIN – GRUPY, KTÓRA PRZEZ CAŁY CZAS SWEGO ISTNIENIA NAGRYWAŁA W TYM SAMYM SKŁADZIE I ROZPADŁA SIĘ W DNIU ŚMIERCI JEDNEGO Z JEJ CZŁONKÓW. JAKUB „BIZON” michalski foto: ross halfin, materiały prasowe

96

hity znacie...


I (1969), 8/10 Młody zespół wchodzi do studia w zasadzie z gotowym materiałem na płytę, przećwiczonym przez ostatnie kilka miesięcy prób, w dodatku z doświadczeniem zdobytym podczas tras po Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Nie mając jeszcze podpisanej umowy z wytwórnią płytową, która sypnęłaby groszem na pokrycie kosztów nagrań, muzycy i ich menadżer wydają z własnej kieszeni 1782 funty i w około 36 godzin rejestrują krążek, który przyniesie im ponad 3,5 miliona funtów zysku. Tak startuje się do wielkiej kariery! Proste, prawda? Muzyka zawarta na debiutanckiej płycie też do przesadnie skomplikowanych nie należy. Sporo tutaj tradycyjnych bluesowych naleciałości, trzy z dziewięciu utworów to zresztą covery lub kawałki mocno oparte na starych tradycyjnych pieśniach bluesowych lub folkowych, ale to przecież jeden ze znaków rozpoznawczych pierwszych czterech krążków Led Zeppelin. Z jednej strony tym trzem pożyczonym kawałkom absolutnie niczego odmówić nie można, bo zarówno klimatyczne, świetnie żonglujące intensywnością Babe I’m Gonna Leave You jak i niezwykle tradycyjne w brzmieniu You Shook Me to znakomite numery, które świetnie pasują do całości, jednak najbardziej klasycznie i najprzyjemniej jest wtedy, gdy panowie prezentują swoje własne pomysły. A te przynajmniej w połowie przypadków uznawane są dziś za kanon rocka, bo któż z fanów tego zacnego gatunku nie zna otwierającego płytę Good Times Bad Times, hardrockowego szaleństwa w postaci Communication Breakdown czy jednej z najbardziej nastrojowych kompozycji w dorobku kwartetu – Dazed and Confused – w trakcie której przeżywamy prawdziwą huśtawkę nastrojów: od hipnotycznego mroku po rockowy obłęd. Nawet jeśli pozostałe autorskie kompozycje grupy – połączone ze sobą Your Time Is Gonna Come i Black Mountain Side, które raczej nie zapadają w pamięć mimo ciekawego organowego intro, oraz nieco zbyt rozwleczone How Many More Times – nie dorównują poziomem pozostałym, to i tak mamy tu przynajmniej pół godziny muzyki na najwyższym poziomie. Nic dziwnego, że krążek jest niemal zawsze wspominany przez największe pisma rockowe na świecie przy okazji wyborów płyt wszech czasów. Minu-

61


sy? Może tylko to, że chyba nikomu nie chciało się za bardzo pogłówkować nad kolejnością utworów na płycie i nad w miarę naturalnymi przejściami między nimi, przez co czasami można mieć wrażenie, że słucha się krążka na losowym odtwarzaniu.

II (1969), 9/10 Numer jeden po obu stronach Atlantyku, kilkanaście milionów kopii albumu w rękach fanów i stałe miejsce we wszelkich rankingach najlepszych płyt wszech czasów. Czego chcieć więcej? Może na przykład tego, żeby płytę rozpoczynał jeden z najbardziej rozpoznawalnych utworów w historii rocka. Proszę bardzo! Whole Lotta Love na dzień dobry podnosi poprzeczkę tak wysoko, że reszta krążka była skazana na pełnienie funkcji tła dla tej kompozycji. A jednak przez ponad 41 minut nawet przez chwilę nie da się odczuć, że słuchamy wypełniaczy lub kawałków, które mają jedynie towarzyszyć genialnemu otwieraczowi płyty. Na przeciwnym biegunie rockowych hymnów – Whole Lotta Love i Heartbreaker (znowu jeden z najlepszych riffów wszech czasów) – stoi piękna delikatna ballada Thank You z nieziemskim klimatem uzyskanym dzięki brzmieniu organów. Szalone rockandrollowe klimaty znane choćby z Communication Breakdown kontynuuje na tym krążku niespełna trzyminutowe Living Loving Maid (She’s Just a Woman),

62

które nawet dziś – 44 lata po wydaniu płyty – wciąż rozkręciłoby każdą rockową imprezę. Dwójka to płyta pod wieloma względami nowatorska. Duża w tym zasługa Jimmy’ego Page’a, który zajął się produkcją krążka i sprawdził się w tej roli nie gorzej niż przy komponowaniu i grze na gitarze. Do maksimum wykorzystał ówczesne możliwości studia nagraniowego, testując nowe pomysły na rozstawienie mikrofonów oraz wykorzystując między innymi efekt odwróconego echa. Ale również pomysły stricte muzyczne są chwilami niezwykle zaskakujące, bo kto spodziewa się na studyjnej płycie utworu, który jest solówką perkusyjną? Ten stały element niemal każdego rockowego show, uznawany przez niektórych za idealną okazję do pójścia po kolejne piwo lub pozbycie się z organizmu poprzedniego, niezwykle rzadko pojawia się w wydaniu studyjnym. A jednak utwór Moby Dick – którego początkowy i końcowy motyw został zaczerpnięty z kompozycji The Girl I Love – idealnie pasuje do klimatu płyty, być może także dzięki temu, że cały krążek był komponowany i nagrywany podczas tras koncertowych, gdy tylko zespołowi udało się znaleźć chwilę czasu i jakiekolwiek wolne studio. II to kanon rocka, pozycja obowiązkowa dla każdego fana tej muzyki, ale też krążek dość kontrowersyjny. Podobnie jak

w przypadku debiutu, sześć utworów to dzieła stworzone przez członków zespołu, jednak trzy pozostałe (w tym Whole Lotta Love), to kawałki, których muzyka lub tekst były częściowo zaczerpnięte ze starych bluesowych standardów. Problem w tym, że początkowo zapomniano o tym wspomnieć, czego efektem trzy procesy sądowe, w wyniku których autorzy kompozycji, które były inspiracją dla kwartetu, zostali dopisani jako współkompozytorzy wspomnianego Whole Lotta Love oraz The Lemon Song i Bring It On Home.

III (1970), 8/10 Po nagraniu drugiej płyty wyczerpani ciągłymi trasami koncertowymi Robert Plant i Jimmy Page zaszyli się w Bron-Yr-Aur, wynajętej chatce na walijskiej wsi. Tam odpoczywali psychicznie i tworzyli podstawy kompozycji, które miały trafić na kolejną płytę grupy (a także na kilka późniejszych krążków). Sceneria ta miała spory wpływ na brzmienie trzeciego krążka. Jako że w chatce nie było prądu, muzycy nie mogli po prostu podłączyć się do wzmacniaczy i hałasować, jak to zwykle bywa w przypadku komponowania nowego materiału. Nowe utwory były tworzone na gitarze akustycznej. Nic dziwnego, że obok obecnych już wcześniej bluesowych naleciałości i hardrockowego szaleństwa na III mamy sporo wpływów muzyki folkowej i sielski klimat brytyjskiej wsi. Elementy hardrockowe zapewniają otwierające płytę Immigrant Song, dynamiczne Out on the Tiles oraz Celebration Day, które fanom rocka od niedawna kojarzy się głównie z koncertówką grupy nagraną


Grupa powracała na scenę cztery razy – w latach 1985, 1988, 1995 i 2007. Za każdym razem na zaledwie jeden występ przy specjalnych okazjach. Były to odpowiednio: Live Aid, koncert na 40-lecie Atlantic Records, występ przy okazji wprowadzenia grupy do Rockandrollowego Hallu Sławy oraz legendarny już występ na koncercie pamięci Ahmeta Erteguna – założyciela i prezydenta Atlantic Records. Podczas trzech z tych czterech występów za perkusją zasiadał Jason Bonham – syn Johna Bonhama, ceniony muzyk, który ma na koncie współpracę z tak zasłużonymi zespołami, jak Foreigner i UFO. W ostatnich latach Bonham

junior był członkiem rockowej supergrupy Black Country Communion, z którą wydał trzy płyty studyjne oraz album koncertowy. w 2007 roku. Przeciwwagę w postaci folkowej lekkości i akustycznych gitar przynoszą między innymi Gallows Pole – oparta na tradycyjnej folkowej pieśni opowieść o skazańcu czekającym na powieszenie, który do ostatniej chwili próbuje przekupić kata – oraz urocze Tangerine i Bron-Y-Aur Stomp. Ten ostatni utwór, stylistycznie nawiązujący do muzyki country, otrzymał tytuł od nazwy wspomnianej wcześniej chaty, choć na okładce płyty wkradła się tam literówka. Jednak o ile pierwsze dwie ze wspomnianych akustycznych kompozycji są ozdobą płyty, o tyle Bron-Y-Aur Stomp oraz kolejny akustyczny numer – Hats off to (Roy) Harper – do najlepszych utworów Led Zeppelin z pewnością nie należą, choć współtworzą niepowtarzalny klimat krążka. Przy omawianiu III nie sposób nie wspomnieć o najjaśniejszym momencie płyty. Moment ten trwa niemal osiem i pół minuty, zatytułowany jest Since I’ve Been Loving You i jest uznawany nie tylko za jeden z absolutnie najlepszych kawałków Led Zeppelin, ale też za jedną z najwybitniejszych kompozycji w historii hard rocka. W twierdzeniach tych nie ma ani krzty przesady.

IV (1971), 10/10 Dla wielu osób Led Zeppelin to przede wszystkim Stairway to Heaven – utwór uznawany za jedną z najwybitniejszych kompozycji w historii muzyki. IV to jednak dużo więcej niż ten ponadczasowy klasyk. To nieco zaskakujące, że jedna z najpopularniejszych płyt wszech cza-

sów nie ma nawet tytułu lub, jak kto woli, ma ich kilka (ZoSo, The Runes, Four Symbols, The Fourth Album, The Hermit czy też po prostu Led Zeppelin IV). Grupa postawiła tym razem w zdecydowanej większości na własny materiał, choć tradycyjne nawiązanie do przeszłości pojawiło się w zamykającej album bluesowej kompozycji When the Levee Breaks, której początki sięgają lat dwudziestych minionego stulecia. Utwór ten to zresztą kolejny przykład na nowatorskie podejście do nagrywania płyty. Perkusja Johna Bonhama została umieszczona na samym dnie klatki schodowej, nagrywające ją mikrofony podwieszono zaś kilka metrów wyżej. Jeśli dodamy do tego efekt odwróconego echa oraz postprodukcyjne zwalnianie nagrania, stanie się jasne, czemu grupa zagrała ten znakomity utwór jedynie podczas kilku koncertów. Zanim jednak słuchacze docierają do ostatniej kompozycji na płycie, czeka ich prawdziwa rockowa uczta na najwyższym poziomie. Pierwsze cztery utwory na albumie, czyli mniej więcej jego połowa, to jedno wielkie nagromadzenie radiowych hitów i utworów, które po ponad czterdziestu latach od wydania uznawane są za absolutną klasykę rocka. Trudno wyobrazić sobie bardziej klasyczne otwarcie płyty niż dublet Black Dog i Rock and Roll. Plotka głosi, że dość skomplikowane i nietypowe sygnatury rytmiczne tego pierwszego kawałka były celowym zabiegiem, który miał zniechęcić kiepskie cover bandy do zarzynania tej kompozycji w garażach i salach prób. The Battle of Evermore to z kolei jedna z najciekawszych i najbardziej nietypowych kompozycji w dorobku grupy. Inspirowany folkiem duet wokalny Planta

i zmarłej kilka lat później wokalistki Sandy Denny został napisany przez Page’a przy użyciu mandoliny – instrumentu, na którym podobno nigdy wcześniej nie grał. Jest to też jedyna kompozycja Led Zeppelin, w której zaśpiewała osoba spoza zespołu. Przy tak wybitnych pięciu utworach pozostałe trzy siłą rzeczy musiały zostać zdegradowane do roli tła, choć taki status może być nieco krzywdzący dla Misty Mountain Hop, napędzanego klawiszowo-organowym motywem przewodnim. Choć część słuchaczy zdążyła się przez lata nieco zmęczyć ogromną popularnością Stairway to Heaven, to właśnie czwarta płyta jest najbardziej znanym dziełem grupy. Potwierdza to statystyka. Album w samych tylko Stanach sprzedał się do tej pory w około 25 milionach egzemplarzy i jest trzecim najpopularniejszym krążkiem wszech czasów na tamtejszym rynku, ustępując jedynie płycie Thriller Michaela Jacksona oraz składance największych hitów grupy Eagles. Na całym świecie liczba sprzedanych kopii sięga 37 milionów. Robi wrażenie?

Houses of the Holy (1973), 7/10 Ale jak to? Dlaczego nie po prostu V?

No cóż, Houses of the Holy to płyta pod pewnymi względami przełomowa w dorobku Led Zeppelin. Oprócz zerwania z tradycją numeracji kolejnych płyt jest to też pierwszy krążek, na którym muzycy nie sięgnęli po stare pieśni bluesowe lub folkowe. W zamian mamy często gęstsze aranżacje i większą liczbę ścieżek poszczególnych instrumentów. Nowatorsko jest też w sferze

63


gatunkowej. Mamy tu i nieco reggae w absolutnie strasznym D’yer Mak’er (z niewyjaśnionych przyczyn kompozycja ta ma jednak wśród fanów grupy wielu zwolenników), i trochę funk rocka w niezbyt ekscytującym The Crunge, które jest hołdem dla Jamesa Browna. Dużo lepiej wypadły inne eksperymenty brzmieniowe. Nieco jesienne nie tylko tytułem, ale i aranżacją The Rain Song zachwyca wspaniałym brzmieniem melotronu, a No Quarter, wiedzione klawiszowym motywem wykonywanym przez Johna Paula Jonesa, to jedno z najwybitniejszych i zarazem najbardziej niedocenianych dzieł grupy. Wspaniała kompozycja, która dzięki aranżacji znakomicie podkreślającej nieco tajemniczy klimat utworu zdecydowanie wybija się ponad resztę kawałków na płycie. Te dwie kompozycje, wraz z otwierającym album bardziej tradycyjnym brzmieniowo The Song Remains the Same, to najjaśniejsze fragmenty Houses of the Holy i główne powody, dla których warto mieć ten krążek w swojej płytotece.

Reszta nie zachwyca. Over the Hills and Far Away to pozostałość po sesjach na walijskiej wsi, która lepiej pasowałaby na III. Dancing Days, które obok D’yer Mak’er promowało płytę (kara chłosty dla tego, kto wybrał akurat te utwory!), to całkiem miły, acz niezbyt skomplikowany rockowy numer, który jednak nie oferuje nic ani szczególnie porywającego, ani zaskakującego. Nie powala też ostatnia kompozycja na płycie – The Ocean – zadedykowana fanom grupy, którzy, przybywając licznie na koncerty Led Zeppelin, tworzyli ocean głów pod sceną. Houses of the Holy to początek nowego rozdziału w historii grupy. Led Zeppelin już nigdy nie nagrali krążka, który poziomem zbliżyłby się do pierwszych czterech płyt zespołu, jednak na niemal każdym z albumów wydanych po IV mamy przynajmniej jedną lub dwie perełki, które można śmiało umieścić w kręgu hardrockowej klasyki. Tak właśnie jest w tym przypadku. Houses of the Holy to z pewnością nie jest płyta wybitna, ale zawiera wybitne momenty.

Physical Graffiti (1975), 7/10 Na początku 1974 roku grupa zarejestrowała osiem nowych kompozycji. Okazało się, że były one na tyle rozbudowane, że ich łączna długość przekraczała pojemność płyty winylowej. Muzycy byli zadowoleni z efektów swojej pracy i nie chcieli rezygnować z żadnego z nowych muzycznych pomysłów, podjęto więc decyzję o wykopaniu z grupowego archiwum kilku starszych, niewykorzystanych wcześniej kawałków i wydaniu podwójnego albumu. Decyzja tyleż odważna, co nie do końca trafna, bowiem największym minusem Physical Graffiti jest długość tego wydawnictwa. 82 minut to jak na dzisiejsze standardy niezbyt wiele w przypadku podwójnej płyty, ale jeśli już wydaje się tak obszerne dzieło, dobrze by było, gdyby była to muzyka wybitna albo przynajmniej niezwykle interesująca. Owszem, takiej też tutaj nie brakuje. Jednak dość trud-

Za okładki większości późniejszych płyt Led Zeppelin odpowiadało legendarne studio graficzne Hipgnosis, znane przede wszystkim z grafik zdobiących wydawnictwa Pink Floyd. Najciekawszą pracą Hipgnosis dla Zeppelinów była okładka In Through the Out Door. Pierwsze wydanie płyty zapakowane było w brązowy papier, zaś dopiero pod nim znajdowała się jedna z sześciu wersji okładki. Fani kupujący płytę nie wiedzieli, na którą wersję trafiają. Wszystkie sześć zdjęć prezentowało tę samą scenę z baru, ale widzianą oczami sześciu różnych znajdujących się w pomieszczeniu osób. Na wszystkie fotografie nałożono efekt sepii. Co ciekawe, po zwilżeniu powierzchni okładki zdjęcia nieodwracalnie nabierały ko-

lorów, choć ani autorzy grafiki, ani członkowie zespołu tego nie ogłaszali, gdy płyta się ukazywała. Fani sami musieli odkryć tę ciekawostkę. 64


no przebić się przez oba krążki naraz, utrzymując równocześnie taki sam poziom ekscytacji i zainteresowania tym, co akurat sączy się z głośników. Nie da się ukryć, że większość odrzutów z poprzednich sesji, których użyto do zapchania podwójnego albumu, odrzutami była nie bez powodu. Z siedmiu wykopanych „skarbów” tylko jeden (The Rover) przedstawia faktycznie olbrzymią wartość. Reszta to tanie świecidełka, które zainteresują raczej tylko najbardziej zagorzałych fanów kwartetu. Zupełnie inaczej ma się sprawa z ośmioma nowymi utworami. Jedenastominutowe In My Time of Dying – najdłuższa kompozycja w studyjnej dyskografii Led Zeppelin – to jedno z ambitniejszych dzieł grupy. Trampled Under Foot być może brzmi nieco, jak gdyby Zeppelini chcieli pójść w ślady Deep Purple, którzy kilka miesięcy wcześniej na płycie Burn obrali funkrockowy kierunek, ale to i tak świetnie bujający kawałek ze znakomitą partią instrumentów klawiszowych obsługiwanych przez Jonesa. To także jego wyczyny w największym stopniu sprawiają, że kolejny na płycie Kashmir to nie tylko absolutna czołówka w stawce utworów Led Zeppelin, ale także jedyny prawdziwy klasyk rockowy przez wielkie K na tym albumie. Kashmir kończy pierwszą płytę i świat nie straciłby aż tak wiele, gdyby na tym kończyło się też całe Physical Graffiti. Pierwszy krążek to sześć kompozycji, w tym cztery bardzo udane nowe kawałki i dwa numery z 1972 roku, z których jeden, wspomniany The Rover, należy do bardzo udanych. Z płytą numer dwa jest już gorzej z dwóch powodów. Po pierwsze stosunek liczby utworów nowych do dań odgrzewanych jest dużo mniej korzystny (tylko cztery nowości na dziewięć kompozycji), a po drugie żaden z tych czterech świeżych utworów nie wzbudza aż takich emocji jak Kashmir czy In My Time of Dying. Po całkiem udanym, nieco progresywnym In the Light oraz odgrzewanej, lecz uroczej akustycznej miniaturce Bron-Yr-Aur, pochodzącej naturalnie z wiejskich sesji nagraniowych do trzeciej płyty, poziom ekscytacji jakby nieco spada i już do końca płyty nie ulega to znaczącej poprawie, nawet jeśli kawałki takie jak Down by the Seaside to w gruncie rzeczy dość przyjemne numery. Brakuje jednak dotknięcia geniuszu.

Jak to często bywa w przypadku rockowych klasyków, utwory Led Zeppelin były wielokrotnie coverowane przez innych wykonawców. Większość sięga oczywiście po najbardziej znane kompozycje, warto jednak wspomnieć o kilku przeróbkach mniej popularnych utworów. W 1992 roku znane z grupy Heart siostry Wilson wydały pod szyldem The Lovemongers świetną wersję The Battle of Evermore, znaną głównie ze ścieżki dźwiękowej do filmu Samotnicy. Znakomitą, niemal ośmiominutową mieszankę kompozycji Led

Zeppelin umieścili na swojej półkoncertowej EPce A Change of Season muzycy Dream Theater. W skład tzw. „medleya” weszły The Rover, Achilles Last Stand oraz The Song Remains the Same. Absolutnie powalającą wersję Tea for One wydał na płycie You & Me Joe Bonamassa. Gitarzystę wokalnie wspiera w tym numerze Doug

Henthorn, zaś na bębnach

gra Jason Bonham. Presence (1976), 7/10 Eksperymentów w obozie Led Zeppelin ciąg dalszy. Tym razem grupa postanowiła nagrać płytę bez partii instrumentów klawiszowych i niemal bez gitary akustycznej, tak ważnej dla brzmienia kilku poprzednich krążków. Presence to album napisany niemal wyłącznie przez duet Page/Plant. W sierpniu 1975 roku Robert Plant uległ poważnemu wypadkowi samochodowemu na greckiej wyspie Rodos. W efekcie grupa musiała odwołać światowe tournee i muzycy postanowili spożytkować czas, który potrzebny był wokaliście na rehabilitację na skomponowanie i nagranie kolejnego krążka. Jako pierwszy do odpoczywającego w Malibu Planta dołączył Page i zanim dwaj pozostali członkowie Led Zeppelin dotarli na miejsce, duet miał już opracowane sześć z siedmiu utworów, które ostatecznie znalazły się na płycie. Jedynym, którego autorstwo przypisano wszystkim czterem muzykom jest Royal Orleans – trzyminutówka w stylu funky, która niczego interesującego do twórczości grupy nie wnosi.

65


Warto wspomnieć, że przez całą sesję nagraniową wokalista zmuszony był poruszać się na wózku inwalidzkim, a zespół musiał walczyć z czasem i nagrać płytę najszybciej od czasu swojego debiutu, gdyż od razu po Led Zeppelin do Musicland Studios w Monachium wchodzili Stonesi, by zarejestrować album Black and Blue. Efektem osiemnastu dni nagrań i miksowania jest płyta dość nierówna, która jednak ma trzy niezaprzeczalne atuty. Pierwszym z nich jest otwierające album Achilles Last Stand – ponad dziesięciominutowe dzieło napędzane znakomitą współpracą sekcji rytmicznej Jones/Bonham, ozdobione świetną partią gitary Page’a, który nagrał podobno kilkanaście ścieżek z gitarowymi nakładkami, by uzyskać pożądane brzmienie. To oczywiście oznaczało, że utwór był niezwykle trudny do wykonania na żywo, zwłaszcza że Jimmy Page nie chciał się zgodzić na zatrudnienie dodatkowego gitarzysty koncertowego, co doradzali im The Rolling Stones. Drugim wybijającym się utworem jest czwarty numer na płycie – Nobody’s Fault But Mine. Był to powrót do tradycji „pożyczania” motywów ze starych pieśni tradycyjnych. Tym razem padło na utwór, którego najwcześniejsze znane wersje są datowane na lata 20. XX wieku, choć interpretacja Zeppelinów zarówno muzycznie, jak i tekstowo znacznie różni się od pierwowzoru. Najjaśniej na Presence lśni jednak ostatni utwór – Tea for One. Nawet jeśli przyjmiemy, że jest on autoplagiatem. Sam Jimmy Page przyznawał, że to jedyny przypadek w historii grupy, gdy muzycy tak bardzo zbliżyli się klimatem i sekwencją akordów do swojego wcześniejszego dzieła. W tym przypadku chodzi o Since I’ve Been Loving You. Tea for One brzmi niemal jak demo wspomnianego rockowego klasyka. Mimo że kawałek nigdy nie został zagrany na żywo podczas koncertu Led Zeppelin, Page kilka razy wplatał solo z tego numeru właśnie w koncertowe wykonania Since I’ve Been Loving You, co dość dobitnie świadczy o podobieństwie obu kompozycji. To bardzo mocny kandydat do miana najbardziej niedocenianego dzieła Led Zeppelin. Niestety pozostałe cztery kompozycje, w tym promujące płytę Candy Store Rock, raczej nie zapadają w pamięć. Nic więc dziwnego, że płytę znają głównie najwierniejsi fani kwartetu, choć szkoda, bo wymieniona trójka – stanowiąca czasowo grubo ponad połowę krążka – to wystarczający powód, by po Presence sięgnąć.

66

In Through the Out Door (1979), 5/10 Smutno trochę, gdy najlepszym elementem nowego albumu tak znakomitej grupy jest okładka. O tej więcej gdzie indziej, choć być może lepiej byłoby poświęcić całe miejsce przeznaczone na opis tej płyty właśnie na przedstawienie grafiki zdobiącej In Through the Out Door. Niestety sprawdziło się prawo, że jeśli w zespole nie dzieje się dobrze, to często natychmiast cierpi na tym muzyka. Sesje nagraniowe oraz poprzedzające je miesiące były dla członków Led Zeppelin prawdziwym koszmarem. Muzycy uciekli z ojczyzny ze względów podatkowych i przez ponad dwa lata nie mogli koncertować w Wielkiej Brytanii, Robert Plant dochodził do siebie po śmierci kilkuletniego syna, zaś Jimmy Page i John Bonham walczyli z uzależnieniami, odpowiednio od heroiny i alkoholu. Efektem była płyta w dużej mierze zdominowana przez klawisze (całkowita zmiana w porównaniu z Presence), na której po raz pierwszy i ostatni w historii grupy pojawiły się oryginalne utwory Led Zeppelin, w których napisaniu Jimmy Page nie miał żadnego udziału – South Bound Suarez i All My Love. Żaden z nich zresztą na kolana nie rzuca. Pierwszy to zwykły rock‘n’roll jakich wiele, drugi natomiast to dość sentymentalna balladka z solo na syntezatorze, która jakimś sposobem doczekała się w naszym kraju niemal kultowego statusu w niektórych kręgach, ale znacznie lepiej sprawdziłaby się na jednej z solowych płyt Planta. W pozostałych utworach Page już maczał palce, ale to wcale nie znaczy, że są one bardziej przekonujące. Nie zachwycają ani latynoskie eksperymenty w A Fool in the Rain, ani sympatyczne, ale bardzo przewidywalne i oklepane Hot Dog, osadzone w klimatach rockabilly. Carouselambra – ponad dziesięciominutowy kawałek – to całkiem interesująca kompozycja, ale dość skutecznie zabija ją tandetne brzmienie syntezatora. Tak naprawdę płytę od całkowitego zapomnienia ratuje całkiem niezły numer otwierający krążek – In the Evening – w którym syntezator całkiem przyjemnie współgra z gitarą, zamiast ją zagłuszać, oraz wieńczące płytę I’m Gonna Crawl – niski ukłon w stronę bluesowych początków zespołu, nieco senny numer, świetnie korzystający z przyjemnego podkładu klawiszowego. To jednak trochę mało, by uznać In Through the Out Door za płytę udaną lub stojącą na po-

ziomie porównywalnym z wcześniejszymi dokonaniami Led Zeppelin. Przykre to tym bardziej, że był to ostatni pełnoprawny krążek studyjny grupy.

Coda (1982), 4/10 Ostatnia płyta Led Zeppelin ukazała się w 1979 roku. Nieco ponad rok później grupa zakończyła działalność po śmierci perkusisty Johna Bonhama. Wydaną dwa lata później Codę trudno zaliczyć do podstawowej studyjnej dyskografii Led Zeppelin. To raczej rodzaj suplementu, składającego się ze studyjnych odrzutów i improwizacji oraz nagrań koncertowych. Takie płyty rzadko prezentują równy poziom, nie inaczej jest w przypadku tego krążka. O ile dwa covery w zestawie – We’re Gonna Groove, pochodzące z czasów drugiej płyty Zeppelinów oraz koncertowa wersja nagranego na potrzeby debiutu I Can’t Quit You Baby – prezentują wysoki poziom i są cennym uzupełnieniem dyskografii zespołu, o tyle pozostałe sześć utworów to raczej ciekawostki dla zeppelinowych maniaków, którzy muszą mieć wszystko, co zespół zarejestrował. Aż pięć z tych kompozycji to odrzuty z dobrego, ale dość nierównego Houses of the Holy i słabego In Through the Out Door. Słuchając tych utworów, nietrudno domyślić się, czemu zabrakło dla nich miejsca na tych dwóch płytach, które przecież do zeppelinowej klasyki nie należą. Jedynym wyjątkiem jest tu Darlene – całkiem przyjemny rock‘n’roll, który byłby jednym z nielicznych jasnych momentów na ostatniej płycie studyjnej Led Zeppelin. Spis kompozycji uzupełnia Bonzo’s Montreux, czyli solo perkusyjne Bonhama, nagrane w 1976 roku. Zrozumiały hołd reszty zespołu dla zmarłego kolegi, choć w kategorii solówek perkusyjnych utwór ten jest daleko w tyle za Moby Dickiem. Decyzja o wydaniu tych wszystkich utworów jest dość zrozumiała. Wobec sporej popularności bootlegów zespół chciał dać fanom możliwość posiadania rzadkich nagrań w dobrej jakości. Zastanawiam się jednak, czy muzycy nie zrobiliby lepiej, gdyby poczekali z tą decyzją kilka lat. Niedługo po wydaniu Cody format CD zaczął zdobywać coraz większą popularność i postanowiono wznowić płyty grupy, a utwory te świetnie sprawdziłyby się w charakterze bonusów do kompaktowych wersji. Na osobnym krążku niestety stanowią jedynie ciekawostkę dla najbardziej oddanych fanów.


dark access

on thorns i lay future narcotic

leszek mokijewski

Shedding tears, enrace the past Don’t look back and keep your faith Straight up in sunshine No need to cry

D

zień przykrył aksamit nocy, skrzypek gra smutna melodię, poruszającą samotne serca. W oparach narkotycznego upojenia unosi się kobiecy śpiew. Kolejny dzień bez ciebie, mój ukochany, ostatnie tchnienie upojnej nocy niczym narkotyk krąży w mej krwi. Pozbawiona swej drugiej połowy umieram za życia. Przychodzisz do mnie w snach, mój aniele. Maxi Nil głosem pełnym uczucia zabiera nas w podróż w zakamarki myśli, które przychodzą po zmroku, by poruszyć spokój nocy. Powolne doommetalowe gitary prowadzą w głąb utkanej opowieści. Wspomnienia przeszłości ulatują wraz z moimi łzami, kochany. Zanurzam się w odmęty snu, pośród nich spotykam ciebie. Otulona ciepłem twego ciała czuję, że żyję. Kochany, nie odchodź, spraw, by ta chwila trwała jak najdłużej. Jesteś mym narkotycznym powietrzem, bez ciebie jestem martwa.

You are in my dreams I’ll stay with you my star tonight... Something from my paradise Belongs to you, I need you. Czuję się niczym samotny podróżnik na mapie życia, pozbawiona twej bliskości cicho łkam. Zabierz mnie ze sobą, ukochany, w niezbadaną przestrzeń. Unieś mą duszę i zatańczmy w odwiecznym tańcu miłości. Niech bolące serce nie będzie już

ciężarem. Gitary w powolnym rytmie podążają za zmysłowym kobiecym głosem. Nie czekaj dłużej, chcę poczuć twą bliskość. Kochany, wypatruję twej gwiazdy każdej nocy, chcę zapłonąć obok ciebie pośród ogromu wszechświata. Przerwij mą samotną wędrówkę po ścieżkach mego krwawiącego umysłu. Pragnę być dla ciebie astralną kochanką. Zanurzmy się wspólnie w narkotycznym upojeniu, czerpiąc ze studni naszej miłości. Przyjdź do mnie mój kochany, jedyny, wyjątkowy.

Forgetting the sunsets of our soul And touching with cold hands the starlight Don’t betray your immortality And give me the fire of your eternity Wydany w 2000 roku album Future Narcotic to czwarty studyjny album Greków z On Thorns I Lay. Teksty zawarte na płycie tworzą spójną całość. Przepełniony tęsknotą, urzekający głos Maxi Nil prowadzi po ścieżkach samotności, która dopada, gdy światło dnia ugina się pod majestatem nocy. Future Narcotic to muzyczna wyprawa przez meandry przykurzonych wspomnień, rozdartych serc i tęsknoty. Lekko przybrudzone brzmienie gitar, łkające skrzypce i delikatne dźwięki klawiszy czarują melancholią i smutkiem. Poczuj to piękno, wkrocz do muzycznego świata On Thorns I Lay


rock style pages model: Adrianna Schneider photographer: Michał Orzech [michalorzech.com] make up: Agnieszka Flisak stylist: Agnieszka Flisak production: style’n’roll facebook.com/stylenroll



Rock Axxess 18