Issuu on Google+

Biuletyn podProgowy

Ostro po bandzie rozmowa z Mariuszem Dudą

Frank Zappa zaglądamy do jego biografii, a debiut rozkładamy na części pierwsze

Air Franch Band

Nastoletnia historia z modulatorem i melotronem w tle

luty/marzec 2012

Devil Doll historia ponurego kabaretu, pełnego groteski i absurdu

Felieton: ACTA-srakta VS. jazz na forum publicznym | Rozmyślania na temat ACTualny Artykuł: Fates Warning | Death | Sylvan Wywiady: Light Coorporation | Orange The Juice | Ben Harris-Hayes | Lebowski Recenzje książek i DVD | Progressive Loves Songs | Kanon74.


marzec  2012

Nota redakcyjna Mrozy zelżały, śniegi stopniały, rzeki wezbrały, słoneczko dogrzewa, wiosna dojrzewa, ptaszyna śpiewa, a nowy, gorący jeszcze, numer Biuletynu podProgowego otwiera się przed Wami, zachęcając do lektury. Ho! Ho! A jest na czym oko zawiesić, kolanem musieliśmy dopychać wszystkie artykuły i recenzje, by domknąć ten zeszyt. Ludziska mawiają, że w marcu, jak w garncu, a mądrości ludowe szanować trzeba. Dlatego tym razem w Biuletynie jest dużo i jest różniście. Kwitnąco wręcz. Żaden temat nie zdominował innych. Wszystkiego znajdziecie po trochu. Ale po kolei... Początek roku obfitował w wydarzenia, które odbiły się echem i u nas. Przede wszystkim dwa głosy w sprawie sławetnych „akt”. Czkawka po ACTA to jedno, a Google próbujące po swojemu śledzić użytkowników swoich aplikacji to już inna sprawa. Być może temat będzie powracać i oby z pożytkiem dla tzw. wspólnej sprawy. Jak zwykle w lutym obchodziliśmy dzień chorych... to znaczy zakochanych. Wszystkim zainteresowanym przesyłamy spóźnione, acz szczere, wyrazy współczucia i dedykujemy zestaw Progressive Love Songs – oby służył Wam przez cały rok. Recenzji nie garść, ale wór cały na Was czeka: i książek, i płyt, nowości i kanonu. Powraca nasza muzyczna podróż dookoła świata, są dwa teksty dla fanów Zappy. A to dopiero początek atrakcji... Znajdziecie w tym numerze obfity dodatek, nadesłany do nas przez Michała Haase, będący subiektywnym zestawieniem najlepszych płyt ostatniej dekady. Przygotowaliśmy dla Was także sylwetki zespołów takich, jak Renaissance, Air, Fates Warning, Devil Doll i Death. Nie zapomnieliśmy także o pikantnych wywiadach (w tym z Mariuszem Dudą). Część z nich, jak np. z zespołem Lebowski, zapowiada temat, do którego się powoli przymierzamy, czyli rock na srebrnym ekranie. Znacie jakieś ciekawe ścieżki dźwiękowe osadzone w rockowych klimatach? Chcecie o nich napisać, coś w tej materii zasugerować? Czekamy na Wasze maile. A tymczasem życzymy przyjemnej lektury. Ps. Następny numer Biuletynu zapewne będzie piłkarski. Rock i futbol – oto jest wyzwanie! Redakcja Biuletynu podProgowego

Redakcja Biuletynu podProgowego Marcin Łachacz, Jacek Chudzik autorzy numeru: Krzysztof Baran, Paweł Bogdan, Jacek Chudzik, Mikołaj Gołembiowski, Michał Haase, Michał Jurek, Aleksander Król, Bartosz Michalewski, Konrad Sebastian Morawski, Krzysztof Pabis, Paweł Tryba stali współpracownicy: Krzysztof Michalczewski, Jan Włodarski korekta: Agnieszka Łachacz kontakt: www.ProgRock.org.pl, email: progrock@progrock.org.pl, tel: 501 655 103

2

biuletyn podProgowy


marzec  2012

Spis treści

luty 2012 / marzec 2012

Wywiady

Mariusz Duda Light Coorporation Orange The Juice Ben Harris-Hayes Lebowski

Sylwetki

Devil Doll Fates Warning Renaissance Air Death Sylvan

Recenzje

Antek Krupa Frank Zappa

Siekiera Joseph Magazine Lunatic Soul Maciej Dawidek Lacuna Coil Iland Ketha Also Eden Steve Hogarth & Richard Barbieri The Black Noodle Project Albatros Pendragon

Felieton

08 12 15 18 39 06 10 22 32 34 65 31 36 55

ACTA-srakta VS. jazz na forum publicznym Rozmyślania na temat ACTualny

04 21

Recenzje Książki i Filmy 360 płyt dookoła świata cz.III Progressive Loves Songs Historia muzyki progresywnej Kanon

52 42 50 41 68

biuletyn podProgowy

3


marzec  2012

ACTA-srakta

VS. jazz na forum publicznym

F

erment wielki wywołany, ludzie na ulicach, miasta w ogniu. Kryzys? Euro 2012? Nie. Wypłynęło na powierzchnię to, co tonąć nie lubi. Smrodem swym naród ujęło. Zjednoczyło. Do boju mali rycerze! I zaroiły się od adresów IP ulice, a rzeki avatarów popłynęły bulwarami. Zapomniał rząd, że naród ten jak lawa i ognia walki o wolny Internet sto lat nie wyziębi. Pokolenie torrenta ramię w ramię poszło z wiecznymi bojownikami o wolność wszelaką – naszą, waszą, tych, i tamtych. A ponad nimi tuby grzmiące komentarzy, hydry o stu gadających głowach, wyłączysz telewizor – w radiu się odrodzą, odetniesz się od mediów – na klatce schodowej cię dopadną, na przystanku. Socjologowie, kulturoznawcy, historycy, dozorcy i cykliści. Każden się spieszy by szybciej i dokładniej opisać zjawisko, by pod swoim szkiełkiem skład molekularny lawy zbadać: ilu tam piwoszy i erotomanów, ile reinkarnacji ducha Solidarności, a ilu takich, którzy życie oddaliby za konto premium na Megauploadzie. I trawią i mielą, i dyszą, i szumią. A ja? Mnie przed szereg wychodzić nie kazano. W fotelu rozwalony czekam aż fala przejdzie. Morze wyrzuca kości na brzeg, z czasem opadają maski, idee pokazują ile były warte. Dlaczego nie rozkoszować się pięknym krajobrazem? Tyle drobiazgów wypływa na powierzchnię i ginie niezauważonych, czemu im nie poświęcić uwagi? Więc może zamiast pereł, bursztynów, wielkich narracji, wyłowić kilka szkieł kolorowych i wrzucić do słoika wraz z nic niewartymi kamykami... Kogo więc nie ubawił jeden eurodarmozjad, który z rozbrajającą szczerością przyznał, że nie wie za czym głosuje tam-hen, w Brukseli? Albo włodarze partii opozycyjnych szczerzący się do ludu? A władza, podchodząca do umów międzynarodowych na zasadzie: „podpiszmy, a potem zobaczmy co z tego wyniknie” – jakim ją przy-

4

miotnikiem określić? Ale zostawmy już to bajoro, w którym o demagogię łatwiej, niż o syfilis w Sodomie. Załóżmy, że chcemy kupić mp3. Tak – kupić. Wchodzimy do sklepu Amazona. Hektary mpTrójek, do wyboru, do koloru. I tylko jeden problem. Cena. A raczej to, że jest niewzruszona, niczym nasz rząd w obstawaniu przy tym, że ACTA nic nie zmieni w prawodawstwie polskim. Zadziwiający jest fakt, że w tym bodaj największym sklepie internetowym 98% plików zawierających pojedynczy utwór muzyczny wyceniona jest na 0,99$. Oczywiście całe albumy można kupić (pobrać) odrobinę taniej. Żeby jednak było zabawnie, mimo tych promocji można nabyć fizyczne nośniki taniej od bezdusznego folderu z zero-jedynkami! Przykład: Van der Graaf Generator, album Godbluff (remaster, 2005). Stary poczciwy cedek 6,81 dolara, mp3 – 6,99. Idźmy dalej. Przeglądając karty z poszczególnymi płytami szybko zauważymy, że nagminnie występującą opcją jest tzw. „album only”. Czyli nici z kupienia tej właśnie jednej jedynej piosenki. O stan fundamentów sprzedaży elektronicznej, mającej zapewnić nam dostęp do wszystkiego i to natychmiast nie pytam. Ale to nie koniec. Spróbujmy bowiem kupić kilka utworów, dla przykładu Camela, a konkretniej, powiedzmy, że z albumu Moonmadness. 0,99$ zapłacimy zarówno za trwający niecałe dwie minuty utwór Aristillus, ale także za dziwięciominutowe Lunar Sea. Co więcej system nie tylko nie różnicuje plików pod względem ich objętości, ale także zupełnie pomija kwestię jakości produktu, który jest sprzedawany. Te same 0,99$ przyjdzie nam zapłacić za utwór Miss Ibiza Captaina Jacka oraz za Floydów The Great Gig In The Sky. My sprzedajemy pliki panie, jakie bądź, chcesz pan, to se wybierz. Zielone, czerwone, zgniłe, świecące. Plik, to plik. Albo w wersji z Krolla Pasikowskiego: „sztuka to sztuka”. Zawartość jest bez znaczenia. biuletyn podProgowy


marzec  2012

biuletyn podProgowy

tencjalnych fanów muzyki jazzowej”. I teraz to co najlepsze – dostęp do tego dobra kultury jest powszechny i całkowicie BEZPŁATNY. Twórcy projektu oddali dodatkowo w ręce użytkowników niezwykle sprawną wyszukiwarkę. Powariowali? Dla tych zatem, którzy recenzje czytają od końca (wpierw sprawdzając ocenę płyty) i artykuły maści wszelakiej (wgryzanie się weń zaczynając od puenty): wejdźcie na http://www.polishjazzarch.com/. Ta strona to prawdziwy skarb! A do tego prezentuje będące dziś pod ostrzałem myślenie o kulturze, jako o dobru, którym należy się dzielić, które posiada nie do końca wymierną wartość ekonomiczną, za to raz zasiane, plon może przynieść stukrotny. Nie wszystko, co złe od ACTA (...i Tuska) pochodzi, ale też trzeba pamiętać, że są rzeczy, za które nie można zapłacić kartą MasterCard. Ps. Temat ACTA powoli staje się medialnie niemodny. Wiele problemów pozostało, ale kogo to teraz będzie obchodzić. Zwłaszcza, że nowe chmury zbierają się na horyzoncie. „Katole” właśnie mają tournee po stolicy. Aż strach się bać jak będzie wyglądać narodowe powstanie walczące o wolność czcigodnych i całodobowych monopoli... Jacek Chudzik

kliknij na okładkę wybranego numeru aby przejrzeć online jego zawartość

Biuletynu podProgowego

Zapraszamy do zapoznania się z numerami archwialnymi

Wspominam o tym, bowiem dały się słyszeć głosy mówiące, że całe zamieszanie z ACTA ma oczyścić teren przed wprowadzeniem do masowej sprzedaży nowego nośnika, szeptano w tym kontekście o nowej roli plików elektronicznych. Czy rynek jest na to gotowy? Jeśli krążymy wokół tematu praw autorskich i obruszamy się na całe te ACTA-srakta to pozwolę sobie na jeszcze dwie myśli. Pierwsza dotyczy sprawy dawnej i jest przykładem gdybologii. Co by było gdyby... Wyobraźmy sobie młody zespół. Nazwijmy go Agrafka Slippers. Zespół ów nagrywa płytę. Na tej płycie znajdują się utwory Achilles Last Stand, czy The Battle of Evermore i brzmią one całkiem znajomo. Utwory te podpisane są jednak „traditional arranged by Agrafka Slippers”, albo po prostu „słowa i muzyka Agrafka Slippers”. Co by było gdyby? Rzecz druga, być może najważniejsza w całej tej paplaninie. Oto pod koniec ubiegłego roku w sieci pojawiło się archiwum numerów czasopisma Jazz Forum obejmujące lata 1965-1989. Jak możemy przeczytać na stronie archiwum: „Projekt powstał z inicjatywy Fundacji im. Zbigniewa Seiferta. „Jazz Forum” od ponad 40 lat dostarcza wiedzy i informacji na temat muzyki jazzowej. Magazyn ten stanowi cenne źródło wiedzy i poprzez realizacje tego projektu chcemy zachować to dziedzictwo i udostępnić je szerokiemu gronu fanów i po-

5


S

łyszałem już różne określenia, mające w ramach jednej definicji czy nazwy gatunku określić muzykę zespołu Devil Doll. Jedni mówią, że to rock symfoniczny, inni, że gotyk, jeszcze inni, że ciężkie progresywne granie. Tymczasem wydaje się, że wszystko to nie jest prawdą, a Devil Doll to po prostu Devil Doll. Płyty tego jugosłowiańsko-włoskiego zespołu kierowanego przez tajemniczego lidera, który kryje się pod pseudonimem Mr. Doctor, to mieszanka wielu różnych stylów i gatunków, spleciona jednak w taki sposób, że tworzą nową jakość – niepowtarzalną i nieporównywalną z niczym innym. Znajdziemy tu zarówno inspiracje muzyką klasyczną i operą, jak również neoprogresywne gitarowe fragmenty spod znaku wczesnego Marillion, a także kościelne organy, melorecytacje, chóry, pozytywki, orkiestrę symfoniczną, tango argentyńskie oraz diabelski głos lidera grupy. Całości obrazu dopełniają efekty dźwiękowe jakby wyrwane ze słynnej sceny pod prysznicem z Psychozy Alfreda Hitchcocka. Muzyka zachwyca zmianami nastroju. Począwszy od fragmentów podniosłych i spokojnych, z delikatnymi dźwiękami fortepianu lub solowymi partiami skrzypiec aż po żywiołowe popisy z ostrymi gitarami, a wszystko to zamknięte w długich, nawet pięćdziesięciominutowych utworach. Muzyka Devil Doll bywa określana jako nieprzystępna. Być może przyczynił się do tego bardzo charakterystyczny wokal lidera, który jest na tyle wyrazisty, że w dużym stopniu wpływa na ocenę całości muzyki. Spotkałem sie nawet z opinią, że jeśli masz jeden album Devil Doll to tak, jakbyś miał je wszystkie. W pewnym sensie można by się z tym zgodzić, ale w gruncie rzeczy nie jest to prawda. To samo można bowiem powiedzieć o różnych zespołach, w tym zwłaszcza tych tworzących bardzo charakterystyczną i niepowtarzalną muzykę jak Univers Zero, Magma i The Residents. Poza tym najczęściej to właśnie rzeczy najbardziej wyraziste i bardzo charakterystyczne budzą skrajne emocje i kompletnie przeciwne opinie. Niemniej jednak warto podkreślić, że Devil Doll nie jest trudną w odbiorze awangardą. Wiele osób podkreśla też obecną w tej muzyce mroczną i tajemniczą atmosferę, związaną z otoczką starych, filmowych horrorów. Bez wątpienia jednak Devil Doll nie jest zespołem tworzącym jedynie dla zagorzałych fanów Nosferatu Friedricha Murnaua oraz innych niemiecki ekspresjonistów czy filmów takich jak Vampyr Carla Dreyera. Jakby na to nie spojrzeć, nie ma takiego drugiego zespołu. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, Devil Doll jest czymś w rodzaju ponurego

6

kabaretu, pełnego groteski i absurdu. To, co charakteryzuje muzykę tego zespołu, to specyficznie rozumiany eklektyzm i niezwykła twórcza pasja jej głównego twórcy, a wszystko to w otoczeniu mrocznej oprawy graficznej. Również historia grupy owiana jest mrokiem tajemnicy. Przez wiele lat nie znaliśmy bowiem prawdziwej tożsamości charyzmatycznego lidera. Podobno studiował kryminologię w Mediolanie i filozofię w Wenecji. Niektórzy twierdzą, że nazywa się Mario Panciera i napisał książkę „45 REVOLUTIONS A definitive discography of UK punk, mod, power pop, new wave, NWOBHM, and Indie Singles 1976-1979” a jego zdjęcie możemy znaleźć na okładce albumu Dies Irae. Czasami trudno się jednak nie oprzeć wrażeniu, że wszystko, co możemy o nim przeczytać, łącznie z dostępnymi wywiadami, ma na celu wprowadzenie jeszcze większego zamętu i  tak naprawdę jest wynikiem jednej wielkiej manipulacji. W  jednym z wywiadów Mr. Doctor przyznawał się do inspiracji twórczością kompozytorów rosyjskich: Prokofiewa, Szostakowicza i Musorgskiego, ale także Polaków, takich jak Lutosławski i Penderecki oraz Węgra Béli Bartóka. Z rejonów bliższych muzyce rockowej wspominał klasyczny zespół z kręgu Rock In Opposition – Univers Zero. Wśród inspiracji literackich wymienia Franca Kafkę i Edgara Allana Poe oraz autorkę Wichrowych wzgórz –Emily Jane Brontë. Co ciekawe, wspomina też wielu innych artystów i pisarzy, których twarzy dociekliwy obserwator może dopatrzeć się w loży na okładce albumu Eliogabalus. Są to między innymi: Robert Louis Stevenson (autor powieści Dr Jekyll i Mr Hyde, w której najprawdopodobniej należy szukać źródła pseudonimu lidera grupy), lider Van Der Graf Generator Peter Hammill, reżyser surrealista Louis Bunuel, a także słynni aktorzy filmów grozy, jak Bela Lugosi i Boris Karloff. Wśród ulubionych albumów rockowych Mr. Doctor wymienia Red King Crimson oraz Chameleon In The Shadow Of The Night Petera Hammilla.

Devil Doll jest czymś w rodzaju ponurego kabaretu, pełnego groteski i absurdu. Nazwa zespołu wywodzi sie natomiast z filmu wyreżyserowanego przez Amerykanina Toda Browninga, zatytułowanego właśnie The Devil Doll. Ten film grozy z roku 1936 opowiada historię mikstury zmniejszającej ludzi, która zostaje wykorzystana do niecnych celów, choć miała służyć dobru ludzkości. Dla tak specyficznego projektu jak Devil Doll,

biuletyn podProgowy


rodzącego się w drugiej połowie lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku, konieczne też było specyficzne zaplecze produkcyjne. Niezależność artystyczną zespołu od początku jego istnienia gwarantuje wytwórnia Hurdy Gurdy (Lira korbowa). Została założona przy nagrywaniu pierwszej płyty ponoć po to, aby nie korzystać z usług jugosłowiańskiego Yugotonu. Choć siedziba wytwórni znajduje się w Wenecji, to jednak nagrań pięciu albumów dokonano w stolicy dzisiejszej Słowenii – Lublanie, a konkretnie w studiach Tivoli i Akademik. Albumy Devil Doll zostały też wydane w Japonii przez wytwórnię Belle Antique.

Teksty piosenek same w sobie są muzyką. Każde słowo ma specyficzny dźwięk... Jak twierdzi Mr. Doctor, komponowanie muzyki zaczyna się dopiero po napisaniu tekstów i to one stanowią bazę dla reszty albumu. Jak sam podkreśla „Teksty piosenek same w sobie są muzyką. Każde słowo ma specyficzny dźwięk...” Co ciekawe, Devil Doll to oprócz pewnego niewielkiego zestawu muzyków projekt otwarty, do którego na poszczególnych albumach zapraszano różnych wykonawców. Ważną dla całej historii tego zespołu postacią był inżynier dźwięku Jurij Toni (znany też ze współpracy z zespołem Laibach), oraz muzycy Edoardo Beato (instrumenty klawiszowe), Roberto Dani (perkusja) i Francesco Carta (pianista i współkompozytor niektórych utworów). Ostatnia płyta Devil Doll została wydana w roku 1996. Nie oznacza to jednak, że nigdy już nie usłyszymy nowych nagrań zespołu. Krążą legendy o setkach minut zarejestrowanej na taśmach muzyki. Jeszcze trzy lata temu Mr. Doctor mówił w wywiadach dla japońskich magazynów muzycznych, że cały czas angażuje się w różne projekty, w tym także tworzy muzykę pod szyldem Devil Doll, jednak na razie nie zdecydował się na jej wydanie. Jak twierdzi „Oszołomienie narodzinami nowej kompozycji jest nadal główną motywacją, a reszta [w tym wydawanie tej muzyki] jest nieistotna” Pozostaje nam więc tylko niecierpliwie czekać, aż jego pogląd na ten temat ulegnie zmianie.

biuletyn podProgowy

The Girl Who Was Death (1989) The Girl Who Was Death, nazywany przez moją koleżankę pieszczotliwie „dziewczynką”, to pierwszy album Devil Doll (nie licząc wydanego ponoć tylko w jednym egzemplarzu The Mark Of The Beast). Jego tytuł inspirowany był brytyjskim serialem telewizyjnym z lat sześćdziesiątych pod tytułem The Prisoner, nakręconym przez grającego w nim główną rolę Patricka McGoohana. Poczucie humoru i sposób bycia stworzonej przez niego postaci ponoć przypomina charakter lidera grupy. Eliogabalus (1990) Tytuł tego albumu odnosi się do zamordowanego w zamachu, rzymskiego cesarza Heliogabala (Marka Aureliusza Antoninusa). Jest to album, na którym zagrała tylko włoska część Devil Doll. Warto też wspomnieć, że utwór Mr. Doctor miał być pierwotnie zatytułowany The Black Holes Of The Mind. Sacrilegium (1992) O Sacrilegium sam Mr. Doctor mówił, że powstawał w najmroczniejszym momencie jego życia.

Był to okres trudny nie tylko dla niego, gdyż przypadał na okres wojny w Jugosławii. Z tego powodu na albumie gra tylko trójka z włoskiego składu zespołu. Roberto Dani, Francesco Carta i Michele Fantini Jesurum. The Sacrilege Of Fatal Arms (1993) The Sacrilege Of Fatal Arms to ścieżka dźwiękowa do pierwszego filmu niemego przygotowanego przez lidera zespołu, która stanowi inaczej zaaranżowaną muzykę z Sacrilegium. Tekst na okładce ostrzega: „This music can alter your mental health”. Dies Irae (1996) Album zatytułowany Dies Irae (Dzień gniewu) wprost nawiązuje do chrześcijańskiego dnia sądu ostatecznego, a dla autora muzyki był rozliczeniem jego „nadziei, wątpliwości i udręk”. To – jak dotychczas – ostatni album Devil Doll. Składa sie z 18 płynnie w  siebie przechodzących utworów. Zawiera wspaniałą operową wokalizę w wykonaniu chorwackiej sopranistki Noriny Radovan. Krzysztof Pabis

Quiz 1.

Roberta Louisa Stevensona można odnaleźć po prawej stronie w górnej loży na okładce płyty Eliogabalus. Jest to pierwsza od środka postać, przy której znajduje się niewielki znak trupiej czaszki. Z jakiego powodu pisarz ten znalazł się na okładce?

2. 3.

Wskaż, w którym miejscu na wymienionej wyżej okładce znajduje się lider Van der Graaf Generator Peter Hammill.

Trzecia postać od lewej strony w środkowej loży to aktor, który w latach trzydziestych XX wieku był znany z ról w filmowych adaptacjach klasycznych, dziewiętnastowiecznych powieści grozy. Powiedz jak nazywa się ten aktor i podaj tytuł jednego filmu, w którym zagrał.

4. 5.

Jeden element łączy okładkę płyty Eliogabalus z inną okładką zespołu Devil Doll. Jaki to element i z okładką której płyty się wiąże?

Na początku płyty The Sacrilege Of Fatal Arms pojawia się bardzo charakterystyczne zdanie. Z jakim wydarzeniem dotyczącym kościoła katolickiego jest ono związane? 7


Ostro po bandzie rozmowa z Mariuszem Dudą

Mariusz Duda to dziś na scenie progresu i jego jak najszerzej pojętych okolic prawdziwy człowiek-instytucja. Od kilku lat przestał się kojarzyć tylko z tym, co robi w Riverside powołując do życia side-project Lunatic Soul. W tej chwili jednak trudno mówić o LS jako zajęciu pobocznym, skoro w trzy lata od premiery debiutanckiej płyty dorobił się już trzech albumów. Najnowszy z nich, Impressions, początkowo w ogóle nie miał wychodzić jako osobne wydawnictwo – jego zawartość miała obdzielić dwupłytowe reedycje Lunatic Soul I i II. Skończyło się na osobnym. A Mariusz już myśli o kolejnych odsłonach swojego solowego oblicza…

Nie boisz się, że zostaniesz zaszufladkowany jako „ten od wielopłytowych cykli”? Najpierw trylogia Reality Dream z Riverside, Lunatic Soul miało być dyptykiem, a rozrosło się znów do trzech płyt. Nie boje się. A Lunatic Soul mimo wszystko wciąż jest dyptykiem, tylko, że z instrumentalnym suplementem. Taką sobie do tego teorię stworzyłem. Jak powinienem teraz słuchać dorobku Lunatic Soul? Kolejno poszczególnych płyt czy może wplatać kawałki z „szarego albumu” między utwory z „białego” i „czarnego”? Impressions początkowo miało wyglądać tak, że na drugiej płytce CD czarnego albumu miało być Impression I-IV i remiks Summerland, a na drugiej płytce białego Impression V-VIII i remiks Gravestone Hill. A więc generalnie cztery pierwsze impresje nawiązują do czarnego albumu, a cztery ostatnie do białego. Można więc słuchać tego w ten sposób. Poszczególne utwo-

8

ry też nawiązują do dyptyku. Impression II to moment śmierci bohatera i nawiązuje do Out on a Limb, Impression III związane jest z tekstem do Summerland. Utwór dzieli się na trzy części – część pierwsza nazywała się Emptiness, druga Waiting Room a trzecia Black Procession. Inny przykład to np. Impression V, który początkowo nazywał się W stronę Białego Pałacu czy jakoś tak i nawiązywał do Escape from ParadIce z „dwójki”. No cóż, ta płyta to nie jest wydawnictwo typu Lunatic Soul III tylko jak wspomniałem suplement do poprzednich dwóch płyt, bo bezpośrednio do nich nawiązuje. Ma też inny charakter w formie, bo przypomina soundtrack do filmu. Naprawdę długo biłem się z myślami żeby robić z tego oddzielne wydawnictwo. Ale stało się. Przekonali mnie. No trudno (śmiech). Jednak chyba teraz nie żałuję, bo wyszła z tego dosyć ciekawa płyta. Na pewno trochę inna niż dwie poprzednie, chociażby dlatego, że tylko instrumentalna. Można więc sobie wplatać te utwory, ale chyba polecałbym najpierw słuchanie czarnego albumu, nocą, potem białego za dnia, a Impressions gdzieś tak wieczorem koło 19-tej.

Bohater Lunatic Soul błąka się w świecie pomiędzy życiem a śmiercią. Wolisz taką wizję od prostego „zgaszenia światła” i obudzenia się w innym miejscu? Dyptyk jest o podróży, zaczyna się z chwilą prostego zgaszenia światła a kończy z chwilą jego włączenia. Właśnie ten moment przejściowy chciałem tutaj uwypuklić najbardziej. Now I’m the soul banished to everlasting wanderings. Nie myślałeś nigdy, że po śmierci można osiągnąć spokój? Myślałem, i kto wie, być może można po śmierci osiągnąć spokój. Ale ja chyba bardziej wierzę w restart. Jakoś nie wydaje mi się, że po śmierci nie będzie już nic, że to koniec. Cisza, czerń, albo biel. Nie wiem, jakoś nie do końca to do mnie przemawia. No, ale nic, kiedyś zapewnie się o tym przekonam. W opowiadanych przez Ciebie historiach pojawiają się samobójcy, narkomani, schizofrenicy… Szansa, że kiebiuletyn podProgowy


dyś nagrasz optymistyczną płytę jest chyba niewielka? Zapomniałeś o mordercach. Bohater Reality Dream tak naprawdę zamordował swoją ukochaną. Ciekawe ile osób słuchających I Believe zdaje sobie z tego sprawę (śmiech). Powiem Ci tak: ja bardzo chciałbym nagrać kiedyś optymistyczną płytę. I będę się tego uczył, żeby kiedyś nagrać optymistyczną płytę z optymistycznym wydźwiękiem jednocześnie nie robiąc żadnej pesymistycznej wiochy. Ale chyba jeszcze trochę wody w Wiśle upłynie zanim to się stanie i do tego dojrzeję. Lunatic Soul to także efekt Twojej fascynacji kinem i grami komputerowymi. Czy nie tworzysz sobie przypadkiem na własne potrzeby małej alternatywnej rzeczywistości? Tworzę. Czasami za bardzo. Nawet jeden tekst na płycie Second Life Syndrome o tym napisałem. Ale moja alternatywna rzeczywistość bardzo pomaga mi tworzyć inne alternatywne rzeczywistości, głównie te muzyczne. Chociaż czasami też przeszkadza. Domyślam się, że choć opowieść o Zbłąkanej Duszy dobiegła końca – nadal będziesz firmował swoją solową działalność szyldem Lunatic Soul, choćby z przyczyn marketingowych. Masz już jakieś pomysły na kolejny album? Nie tyle z przyczyn marketingowych, co po prostu z braku potrzeby zmiany nazwy. Przecież nazwa nie powstała tylko na potrzeby dyptyku. Owszem, miałem kiedyś pomysł, żeby nagrać tylko czarny i biały album i na tym zakończyć tę przygodę, ale szczerze mówiąc nie czuję, że stworzyłem jeszcze muzykę adekwatną do nazwy projektu. Przypomnę, że „Lunatic” nie oznacza lunatyczny, czy księżycowy, nie kojarzy się z nocą tylko z obłędem. Słowo „Lunatic” oznacza „szalony”, „obłąkany”... Myślę więc, że w tę stronę udam się na kolejnym albumie. Mam wrażenie, że bez Macieja Szelenbauma płyty Lunatic Soul brzmiałyby zdecydowanie inaczej, zwłaszcza kiedy porównuję Impressions z próbkami jego solowej twórczości. Akurat na Impressions Maciek jest współkompozytorem tylko jednego utworu i nie grał na tej płycie zbyt dużo, bo mu się w tym czasie kolejny potomek rodził. Ale to prawda, co mówisz. W moim odczuciu muzyka biuletyn podProgowy

Lunatic Soul na pewno straciłaby gdyby Maćka na niej w ogóle zabrakło. I dlatego chciałem go w ten projekt zaangażować. Uwielbiam muzyczną wrażliwość tego człowieka. Znamy się od dawna, rozumiemy się muzycznie bardzo dobrze, nawet nie musimy dyskutować, rozmawiać i ustalać, po prostu gramy i samo jakoś wychodzi. Tu wszystko działa na zasadzie „ja wiem, że on wie, że ja wiem, że on wie” (He knows you know! – przyp. PT). Impressions jak żadna dotychczas płyta dowodzi Twojego zainteresowania elektroniką. Choćby Impresje pierwsza i piąta są oparte na wyraźnych bitach. Może pokusisz się kiedyś o czysto elektroniczny projekt? Plany są. Od jakiegoś czasu kolekcjonuję już nawet analogowe automaty perkusyjne. Muzyki tylko na komputerze z gotowców np. Logica czy Protoolsa robić nie chcę. Marzy mi się kiedyś projekt a’la stare Tangerine Dream. W końcu na tym się wychowałem. Różni artyści mówią, często na wyrost, o wykorzystaniu wokalu jako instrumentu. Ty robisz to od dawna, choćby na After Riverside czy teraz w Impression IV. Skąd pomysł na takie nietypowe potraktowanie głosu? Lubię to. To chyba moja tęsknota za tym, że nie gram w zespole na klawiszach, więc bawię się w różnego rodzaju dodatkowe harmonie. Ale czy ja wiem czy to nietypowe? Nie robię chyba niczego zbyt nietypowego z tym moim wokalem. Nietypowe rzeczy robi Mike Patton, czy Bjork, ja tylko czasami koloryzuję swoje partię o kolejne ścieżki. Czasami, owszem, uda mi się coś ciekawego, jak np. w utworze Transition – gdzie nie ma w ogóle gitary, a „przestery” to tylko wokale, – ale i tak zauważyłem, że robię to zwykle w sposób bardzo, ale to bardzo umiarkowany, ugrzeczniony. I nie ukrywam, ze trochę mnie to już wkurza, więc najprawdopodobniej kiedyś, na którejś płycie, pojadę ostro po bandzie. W Riverside i Lunatic Soul tworzysz muzykę do własnych tekstów. Potrafiłbyś stworzyć ją do ilustracji cudzych słów? Czy jest ktoś na tyle Ci bliski, że zdecydowałbyś się na sięgnięcie po jego liryki? Nie wiem, nigdy sie nad tym nie zastanawiałem, bo na razie nie miałem takiej potrzeby. Wiesz, ja nawet nie mam potrzeby grania na koncertach coverów. Uważam, że to, co

tworzysz samemu powinno w zupełności wystarczyć. Przebąkiwałeś o chęci scenicznej prezentacji utworów Lunatic Soul. Teraz chyba trudniej będzie dograć terminy, skoro Vaaver dołączył do dużo koncertującego Destruction? Kto to jest Vaaver? Nie znam człowieka (śmiech). Uuuuu, myślę, że zanim Lunatic Soul ruszy w trasy to Wawrzyniec zdąży już spokojnie wrócić ze swoich wojaży i to nie tylko tych z Destruction (śmiech). Lunatic Soul, jak sam powiedziałeś przed premierą pierwszej płyty, zapoczątkowałeś po wejściu w „wiek Chrystusowy”, kiedy trochę zmienia się optyka. Minęły trzy lata – postrzegasz świat tak samo czy jesteś już w trochę innym miejscu? Byłbyś tak miły i nie przypominał mi o bezlitosnym upływie czasu proszę? Wiesz co mnie tak super złośliwie naprawdę w życiu pociesza? Że Grudzień, który jest z tego samego rocznika co ja, jest ode mnie pół roku starszy (śmiech). Powiem Ci tak: wszystko się zmienia. Jeśli postrzegałbym świat wciąż tak samo, to świat mnie już by tak samo nie postrzegał. Przez trzy lata dzieje się tyle, na ile jeszcze jakiś czas temu potrzeba było dekady lub nawet dwóch. Generalnie więc, nawet jeśli chciałbym wciąż postrzegać świat w ten sam sposób i tkwić w okopach w tym samym miejscu, nie udałoby mi się za cholerę. Jesteś w komfortowej sytuacji – już od kilku lat możesz żyć z tworzenia i grania muzyki. Gdyby fortuna się odwróciła i musiałbyś podjąć inną pracę nadal tworzyłbyś do szuflady? Staram się myśleć pozytywnie i raczej takiej alternatywy do siebie nie dopuszczam. Nie chcę tworzyć muzyki tylko dla siebie. Chcę się nią dzielić z innymi ludźmi, chociażby po to, żeby dowiedzieć się czy ma jakąkolwiek siłę przebicia. Pisanie tylko do szuflady jest poza tym dość niebezpieczne. Można nabawić się wtedy choroby polegającej na tym, że zaczynasz wierzyć w to, że jesteś najlepszym pisarzem na świecie. Niestety kompletnie nie zdając sobie przy tym sprawy, że nikt inny oprócz Ciebie o tym nie wie. Dziękuję za rozmowę! Rozmawiał: Paweł Tryba

9


Fates Warning krótka biografia

tekst: Konrad Sebastian Morawski

P

owracają! To nie są żarty, medialny blef czy tania plotka, ale potwierdzona informacja przez Jima Matheosa, który pod koniec czerwca 2011 roku oznajmił światu: „Czekamy z niecierpliwością aby tego lata zagrać w Europie, zwłaszcza podczas Headbangers Open Air w Niemczech i oczywiście w Grecji na koncertach w Atenach i Larissie. To najprawdopodobniej będą nasze ostatnie występy przed rozpoczęciem prac nad nowym albumem Fates Warning w 2012 roku (…)”. Ostatni studyjny materiał grupy pt. FWX miał premierę w 2004 roku zatem nie powinna dziwić waga informacji, że Fates Warning znowu wchodzą do studia. Szykuje się najważniejsza premiera w metalu progresywnym od kilku lat. Do tego czasu wypada cofnąć zegarki i przypomnieć sobie najważniejsze wydarzenia z historii zespołu, zarówno tej odległej, jak i zupełnie „świeżej”. W 1982 roku w nieco ponad stutysięcznym Hartford w stanie Connecticut uformowała się formacja, która w przyszłości stała się jednym z najważniejszych i najbardziej wpływowych zespołów w progresywnym metalu. U korzeni powstania Fates Warning stanęli wokalista John Arch, gitarzyści Jim Matheos i Victor Arduini, basista Joe DiBase oraz perkusista Steve Zimmerman. Grupa w tym składzie zadebiutowała w 1984 roku albumem pt. Night on Bröcken, który został niemal w całości napisany przez Archa i Matheosa (przy trzech utworach uczestniczył Arduini). Krążek został wydany przez Metal Blade Records, z którą zresztą Fates Warning pozostali przez wszystkie swoje wydawnictwa. Ciekawe, że w debiucie Fates Warning bardzo odczuwalny pozostał wpływ NWOBHM, a w szcze-

10

gólności w warstwie instrumentalnej Iron Maiden. Night on Bröcken był bardziej heavy niż progresywny, a w przyszłości grupa miała znaleźć doskonałą równowagę pomiędzy tymi dwoma gatunkami. Niemniej zanim tak się stało muzycy Fates Warning zbliżyli się – szczególnie w warstwie lirycznej – ku… mitycznemu klimatowi. Już same okładki The Spectre Within z 1985 oraz Awaken the Guardian z 1986 roku świadczyły, że tematy zarezerwowane dla zespołów power metalowych przeniknęły do jeszcze niewykształconego stylu Fates Warning. Co ciekawe, Awaken the Guardian osiągnął duży sukces komercyjny. Wszak był to pierwszy krążek wydany przez Metal Blade Records, który trafił na listę Billboard 200 osiągając pozycję 191. Jeszcze przed wydaniem tego albumu gitarzystę Victora Arduiniego zastąpił Frank Aresti. Natomiast czwarty studyjny album Fates Warning pt. No Exit z  1988 roku ukazał się już z Rayem Alderem w składzie, bowiem rok wcześniej grupę opuścił rudowłosy wokalista John Arch. No Exit był ważnym materiałem w dyskografii zespołu, a nawet do jakiegoś stopnia przełomowym. To właśnie na tym krążku grupa przeszła odczuwalną zmianę stylu. Z muzyki Fates Warning zniknęły power metalowe naleciałości, a zespół zaproponował wyraźne prog metalowe pomysły o czym świadczył choćby trwający prawie 22 minuty utwór pt. The Ivory Gate Of Dreams. Nie bez przypadku w 2005 roku w kontekście pytania o twórców metalu progresywnego Mike Portnoy powiedział, że przed Dream Theater to właśnie muzycy Fates Warning

biuletyn podProgowy


„wymyślili nowy gatunek”. Poza wprowadzeniem heavy metalu na progresywne nuty grupa z Hartford zmieniła też przesłanie koncertując się na kwestiach społecznych. W lirykach Fates Warning zrezygnowano z  baśniowej otoczki, a  sam No Exit był inspirowany dziełem Jeana-Paula Sartre z 1944 zatytułowanym – a jakże – No Exit. Album cieszył się dużą popularnością zarówno wśród fanów, którzy dali się porwać nowemu obliczu grupy, jak i wśród mediów (m.in. 111 miejsce na liście Billboard 200, co było najlepszym wynikiem w historii grupy). Wśród wszystkich istotnych kwestii związanych z No Exit można jeszcze wspomnieć o okładce, bo grafika zaprojektowana przez Third Image była chyba jednym z najgorszych coverów w  historii muzyki (nie pomogła jej nawet wersja po liftingu z 2007 roku!). We efekcie była to ostatnia okładka zaprojektowana przez Third Image dla Fates Warning. Kolejny album grupy pt. Perfect Symmetry z 1989 roku wiązał się z kolejnymi zmianami w składzie. Perkusistę Steve’a Zimmermana zastąpił Mark Zonder, który lepiej pasował do szybkiego, wydłużonego tempa Fates Warning. Album dodatkowo umocnił pozycję zespołu na rynku, a o niesłabnącej popularności świadczyła ilość sprzedanych płyt czy kolejne notowania w różnych rankingach. Warto dodać, że właśnie na Perfect Symmetry przy utworze At Fate’s Hands pojawił się Kevin Moore, który współpracował z grupą zarówno w latach dziewięćdziesiątych, jak i z Matheosem w nowym wieku zakładając w 2002 roku zespół OSI. Od czasów Perfect Symmetry grupie udało się wydać w tym samym składzie jeszcze dwa albumy: Parallels w 1991 roku i Inside Out w 1994 roku (na tym pierwszym w utworze Life in Still Water zaśpiewał James LaBrie). Grupa na tych krążkach utrzymywała charakterystyczne brzmienie i pielęgnowała swój unikatowy styl łączący wszystko co najlepsze w heavy metalu i muzyce progresywnej. Jednak już w 1996 roku doszło do kolejnych zmian w Fates Warning. Zespół opuścili gitarzysta Aresti oraz basista DiBase. Interesujące jest, że pozostali muzycy Fates Warning postanowił nie angażować nowego gitarzysty, a  partie Arestiego w całości przejął Matheos. Natomiast DiBase, na początku na prawach muzyka sesyjnego, zastąpił Joey Vera. W tym składzie oraz przy wsparciu ze strony Kevina Moore’a grupa w 1997 roku wydała wspaniały koncept pt. A Pleasant Shade Of Gray. Niemniej prawdziwy przełom, a moim zdaniem również opus magnum w twórczości Fates Warning nastąpił wraz z premierą albumu pt. Disconnected w 2000 roku. Dość powiedzieć, że całą muzykę napisał Matheos, a grupa pierwszy raz od 1988 roku nagrała utwory liczące powyżej 10 minut (Something From Nothing oraz Still Remains). Album, choć bardzo niedoceniony, obfitował w rewelacyjne riffy i so-

lówki, a jego unikatowy klimat został perfekcyjnie uchwycony z poziomu wyjątkowej okładki. Ostatnim, wydanym w 2004 roku, albumem Fates Warning był FWX, który samą nazwą sugerował iż jest to dziesiąty album studyjny grupy. Muzycy częściowo zrezygnowali z długich kompozycji, a jeszcze przed premierą krążka Mark Zonder wyznał, że będzie to jego ostatni album nagany z Fates Warning. Obok tych wszystkich materiałów, które poza szyldem Fates Warning de facto łączy tylko osoba Jima Matheosa, spod skrzydeł zespołu wyszły też dwa albumy koncertowe (Still Life w 1998 roku oraz Live in Athens w 2005 roku), krążek kompilacyjny pt. Chasing Time z 1995 roku, cztery DVD i kilka innych wydawnictw. Jeszcze przed premierą nowego albumu Fates Warning, bo we wrześniu 2011 roku miała miejsce premiera projektu Jima Matheosa i Johna Archa, którzy wsparci basem Joey’a Very, gitarą Franka Arestiego i perkusją Bobby’ego Jarzombka napisali album pt. Sympathetic Resonance będący porządną rozgrzewką przed nowym Fates Warning. Czy jest się do czego rozgrzewać? Już teraz, na kilka miesięcy przed premierą jestem przekonany, że 2012 rok będzie należał do Fates Warning. Oni nie odpuszczają!

Dyskografia 1984 Night on Bröcken

1985 The Spectre Within

1986 Awaken the Guardian

1988 No Exit

Zmiany w Fates Warning

1982–1986 John Arch (w), Jim Matheos (g), Victor Arduini (g), Joe DiBase (b), Steve Zimmerman (p) 1986–1988 John Arch (w), Jim Matheos (g), Frank Aresti (g), Joe DiBase (b), Steve Zimmerman (p) 1988–1989 Ray Alder (w), Jim Matheos (g), Frank Aresti (g), Joe DiBase (b), Steve Zimmerman (p) 1989–1996 Ray Alder (w), Jim Matheos (g), Frank Aresti (g), Joe DiBase (b), Mark Zonder (p) 1996–2005 Ray Alder (w), Jim Matheos (g), Joey Vera (b), Mark Zonder (p) 2005–obecnie Ray Alder (w), Jim Matheos (g), Joey Vera (b), Bobby Jarzombek (p) Arch/Matheos 2011 John Arch (w), Jim Matheos (g), Frank Aresti (g), Joey Vera (b), Bobby Jarzombek (p)

1989 Perfect Symmetry

1991 Parallels

1994 Inside Out

1997 A Pleasant Shade of Gray

2000 Disconnected

2004 FWX

biuletyn podProgowy

11


Light Coor pora rozmowa z tion Mariuszem Sobańskim

Uniknąć zamknięcia w ciasnych szufladach... czyli nie liczymy na media, nie interesuje nas komercja.

1.

Zacznijmy od samego początku. Opowiedz, jak zaczęła się przygoda Light Coorporation. Jak wyglądały Wasze pierwsze muzyczne cele, pierwsze koncerty, pierwsze poważne decyzje? Skąd wziął się pomysł na zespół? Dobrze to ująłeś. LIGHT COORPORATION to naprawdę jest prawdziwa muzyczna przygoda, bo gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że ten zespół wyda płytę w wytwórni ReR Megacorp u Chrisa Cutlera, to mimo wrodzonego optymizmu chyba bym w to nie uwierzył... Muszę jednak przyznać, że początkowe założenia były bardzo proste. Spotykaliśmy się z zespołem kilka razy w tygodniu i tworzyliśmy muzykę. Takie sesje trwały kilka godzin. Były solidne, a każda próba była rejestrowana. Graliśmy długie improwizacje, zawierające elementy muzyki progresywnej, jazz rocka, było w tym trochę psychodelii a przede wszystkim awangardowego grania. Podstawą naszej muzyki zawsze jednak była improwizacja i to coś, co nazywamy „otwar-

12

tą głową”. Mam jeszcze nawet nagrania ponadgodzinnych kompozycji, które powstały właśnie w taki sposób. W tamtym czasie nie posiadaliśmy jeszcze nazwy. Jako Light Coorporation zaczęliśmy koncertować w połowie 2007 roku. Takie były początki grupy Light Coorporation, wtedy wszystko ruszyło i już w 2007 roku nagraliśmy pierwszą studyjną epkę.

2.

Skoro już jesteśmy przy koncertowaniu, to opowiedz, jak wyglądają Wasze występy na żywo?

Jak wspominałem, te rozpoczęliśmy w roku 2007. Były to koncerty połączone z obrazem, czyli filmami i multimediami, stworzonymi przez mojego dobrego przyjaciela, artystę Tomasza Lietzau’a. Znamy się dobre dwadzieścia lat. Filmy, które można zobaczyć podczas naszych koncertów, pochodzą ze starych taśm video, wszystkie te materiały następnie były obrobione przy pomocy komputera. Od roku 2007 roku graliśmy już koncerty w Polsce oraz w Wielkiej Brytanii. biuletyn podProgowy


3.

Rok 2011 przyniósł Wam wydanie debiutanckiego materiału pt. Rare Dialect. Prosiłbym, abyś wytłumaczył znaczenie tego tytułu, bo domyślam się, że ma ono ukryte dno. To nie takie łatwe, muszę to bardziej rozwinąć. Muzyka, której słuchacie na Rare Dialect, jest tym, co udało nam się wypracować, szukając swojej artystycznej drogi i współpracując w międzyczasie z wieloma zaproszonymi muzykami. Ktoś powiedział, że te dźwięki to jakby nasz sposób porozumiewania się, nasza gwara... Stwierdziłem później, że idealnie do nas pasują te słowa: „nasz dialekt”. Tomasz Lietzau na projekcie okładki dopisał jak kolekcjoner starych płyt odręcznie Rare i zostało Rare Dialect. Nie chcieliśmy tak do końca być grupą jazz rockową czy progresywną, jednoznacznie określoną i - co ciekawe - na początku nawet nie rozmawialiśmy o stylu muzycznym. Świadomie unikaliśmy tego tematu, każdy z nas grał tak, jak chciał. Umawialiśmy się też na całonocne spotkania i do rana słuchaliśmy starych analogów. Wtedy pojawiał się Soft Machine wraz z innymi albumami Sceny Canterbury, muzyczne kręgi Rock In Opposition i stara awangarda jazzowa, w tym głównie Coltrane i wiele innych pięknych winyli z tamtego okresu. W tym wszystkim chcieliśmy odnaleźć siebie i sam musisz przyznać, że jest to bardzo trudne, szczególnie dla nowej grupy, która chce poruszać się w takiej stylistyce. Ja osobiście nie rozumiem kilku polskich zespołów, które chcą grać jak ktoś i naśladują inne formacje. Zauważyłem, że zdolni muzycy bardzo chcą i nawet zaczynają grać podobnie jak np. Porcupine Tree (który osobiście od pierwszej ich płyty bardzo cenię) i, niestety, zawsze wychodzi to blado, bo kopia pozostaje tylko kopią. Naprawdę ubolewam nad tym faktem… Natomiast obecnie bardzo cieszą mnie artykuły na temat naszej płyty, w których redaktorzy muzyczni otwarcie zadają sobie pytanie, czy Light Coorporation to rock, jazz, czy muzyka progresywna nawiązująca do lat 70-ych. O to właśnie chodzi! My tak naprawdę sami tego nie wiemy i nie chcemy się zamykać w jakimś muzycznym stylu. Staramy się tworzyć nasz własny dialekt. Nie chcę przez to, rzecz jasna, powiedzieć, że odkrywamy coś nowego w muzyce. Wolimy jednak podążać własną drogą i uniknąć zamknięcia w ciasnych szufladach.

4.

Okładka Waszego albumu przedstawia kolekcję płyt winylowych. Niezwykle ucieszyłem się, gdy w tym tłumie odnalazłem różowego Caravana, czyli In The Land

biuletyn podProgowy

of the Greay and Pink, jedną z moich ulubionych płyt. Doszukałem się też wydawnictw The Incredible String Band oraz Keith Tippett Group. Powiedz, jakie płyty tam się jeszcze znajdują. Czy mają one jakieś szczególne znaczenie? Te wydawnictwa powinny mieć znaczenie dla każdego fana, a tym bardziej dla muzyka, który poszukuje i stara się być otwarty i twórczy. Stare analogi to kolejny kod na naszej płycie wymyślony przez Tomka. Znajdziesz tu pierwsze wydania takich artystów jak Soft Machine, Henry Cow czy wymienionego już przez Ciebie Keitha Tippetta. Ponadto jest tu Fred Frith, Kaiser, jest też moja ulubiona płyta Steve’a Hillage’a, legendarny Gong, Caravan, Art Zoyd, Nucleus i oczywiście obowiązkowo Captain Beefheart z jego pokręconym albumem Trout Mask Replica z 1969 roku. Jeśli ktoś już rozpoznaje te tytuły, wie, o co chodzi i bez wątpienia musiał te płyty słyszeć. Te wydawnictwa są bardzo wartościowe dla nas i nadal mają wpływ na dzisiejszą muzykę. Mówiąc o tym, nie mam na myśli, rzecz jasna, komercyjnych przebojów radiowych zbudowanych na trzech akordach.... Napisałem o tym tu: www.lightcoorporation.com/dialect

5.

Czy układ graficzny RD jest pewnego rodzaju manifestem? Chcecie poprzez to nawiązać do spuścizny lat 70-tych? Zresztą fotografie zawarte w książeczce również wyglądają na pochodzące z „zamierzchłych” czasów… Lata 70-te pozostawiły nam bardzo dobrą muzykę. Uważam, że najlepszą pod względem autentyczności. Muzyka z tamtego kresu i wydane wtedy płyty pozostają do tej pory prawdziwe i szczere. Trzeba dziś wziąć pod uwagę fakt, że ci, którzy wtedy tworzyli i nagrywali mieli o wiele mniej przykładów do podpatrywania niż my obecnie, o Internecie już nie wspominając. Dla mnie ogromne znaczenie ma także muzyka grupy King Crimson, a szczególnie nagrania z początku ich działalności, tak samo pierwsze płyty grupy Yes, nasz rodzimy band SBB. Na tej muzyce się wychowałem, a dziś chyba bardzo trudno nawiązać do tamtych czasów. My staraliśmy się nagrać naszą płytę bez sztucznych „polepszaczy” i jest to nasz jedyny ukłon w stronę lat 70-tych, aby brzmienie płyty i muzyka same się broniły. Okładka płyty Rare Dialect to w całości wizja nasze-

go grafika. Tomasz po przesłuchaniu roboczych wersji nagrań ze studia zaproponował projekty okładek właśnie ze starymi analogami i zniszczonymi przez czas fotografiami... niestety bez makijażu i pięknego lansu! (śmiech). Zdjęcia w książeczce to kadry ze starych taśm video i to naprawdę dobrze pasuje do naszej muzyki. Wszystko jest tak nie do końca podane na tacy, niedopowiedziane.

6.

Co oznacza data 20 marca 2011 roku, która jest odbita na każdej stronie książeczki?

To data wykonania tych zdjęć...Nie jest to jednak data z aparatu fotograficznego, została dopisana przy obróbce. W czasie kiedy powstawał projekt okładki i książeczki do płyty, wiedzieliśmy już, że mamy kontrakt z ReR Megacorp. 10 sierpnia 2011 ukazała się płyta Light Coorporation Rare Dialect. Pojawiliśmy się w stajni ReR wśród wielu docenionych już wydawnictw, także w legendarnej ARS2 można nabyć naszą płytę. Muszę przyznać, że jesteś spostrzegawczy, ale w tej książeczce jest jeszcze wiele innych zagadek...

7.

Czy mógłbyś w takim razie nakierować nas na te nieodkryte tajemnice płyty? Może nie zdradzaj od razu wszystkich szczegółów, ale nakieruj na pewnego rodzaju niuanse. Bardzo chętnie, ale wiesz, to będzie tak, jakbym opowiedział ci film, na który się wybierasz. Więc może jeszcze nie dziś... Jedną z ciekawostek jest to, że wśród płyt winylowych, gdy się dobrze przyjrzysz, odnajdziesz tytuł naszej trzeciej płyty... Jest tu kilka innych ukrytych motywów, które dopiero zastanowią słuchaczy po jakimś czasie.

8.

Opowiedz o procesie twórczym Waszej formacji. Jak powstają kompozycje LC?

Do tej pory było tak, że tworzyłem muzykę w najprostszy sposób, używając do tego gitary akustycznej, rzadko syntezatorów, w tym na przykład kiedyś Juno 105. Tak powstały wszystkie pomysły i tematy na płytę, także melodie i częściowo aranże. Każdy z muzyków dokładał to utworu dużo od siebie, wspólnie omawialiśmy każdy element kompozycji. Wtedy nagrywaliśmy taki nowy pomysł i jak coś nam nie pasowało, kilka razy modyfikowaliśmy kompozycje, poszukując do muzyki najlepszego klimatu, odpowiedniego brzmienia i aranżacji. Najważniejsze w tym wszystkim to nie zabić muzyki.

13


9.

marzec  2012

Jak wyglądały prace nad płytą już w studio? Weszliście już z gotowym materiałem czy pomysły rodziły się i były wprowadzane w życie na bieżąco?

pewno w niczym nie przeszkadza. Akurat moje początki to lekcje w klasie gitary klasycznej, fortepian i później śpiew operowy... nigdy do końca tego nie ukończyłem i może to dobrze.

Przed wejściem do studia wszystko było przygotowane i dokładnie przemyślane. Wynikło to z szacunku do samych siebie i realizatora. Sesja nagraniowa Rare Dialect odbyła się w studiu Szymona Swobody w Vintage Records w Porażynie, a raczej w głębinach pięknego porażyńskiego lasu. Szymon jest naszym dobrym kolegą, o muzyce i jej brzmieniu myślimy bardzo podobnie i na pewno z tego powodu ta współpraca była po prostu doskonała. Ponadto Szymon jest bardzo doświadczonym realizatorem, nie boi się dziwnych pomysłów w studiu, a nawet sam do nich namawia, od początku naszej sesji widziałem, jak staje się częścią zespołu. U Szymona po prostu nie ma problemu z niczym, tak przynajmniej jest z nami, kiedy razem pracujemy. Zapytałeś, czy jakieś pomysły rodziły się już w studiu. Tak, jest kilka utworów, które powstały podczas sesji, miałem je wcześniej w głowie. Dwa spośród nich znalazły się już na płycie, pozostałe cierpliwie czekają na swój czas. Łącznie podczas nagrań pierwszej płyty zarejestrowaliśmy trzynaście kompozycji.

Na pewno dziś ta wiedza bardzo mi pomaga. Nic jednak nie zastąpi solidnej współpracy muzyków w zespole, nagrywania nowych pomysłów i przede wszystkim grania koncertów. Wiesz, często same umiejętności też nie wystarczą. My stawiamy na relacje, staramy się wszystko omawiać i po prostu gramy. Moim zdaniem każdy muzyk powinien też pamiętać o pokorze i mieć świadomość tego, że zawsze znajdą się lepsi.

11.

Opowiedz, jak żyje się zespołowi obracającemu się w  prawdziwej muzycznej niszy. Powiedzmy sobie szczerze – jazz rock nigdy przebicia medialnego w Polsce nie miał. W Polsce odczuwamy tę niszę, to już prawdziwe muzyczne podziemie. Nie liczymy jednak na media, nie interesuje nas komercja. Robimy swoje, tworzymy plan

Po koncertach zawsze spotykamy fajnych, życzliwych ludzi. Myślę, że na taki koncert przychodzi ktoś, kto chce nas słuchać, ktoś kto znalazł nas w Internecie , np. na You Tube, i jest zainteresowany tym, co robimy. Wiele osób poszukuje „innej” muzyki. Ja mówię o takich ludziach, że są to „szperacze”… w sumie sam jestem takim „szperaczem”. Taki osobnik znudzony słodkimi panującymi w eterze brzmieniami poszukuje mało dostępnych płyt, a gdy już taką odnajdzie, potrafi się nią cieszyć, a nawet fascynować. My, „szperacze”, słuchamy takich płyt latami, odkrywając w nich ciągle nowe, ukryte szmery. Dzieje się tak bez względu na to, kim jesteś. Na Facebooku ludzie piszą, że płyta brzmi i się podoba, czego chcieć więcej? Mogę tylko podziękować za każde budujące słowo.

13.

Jakie macie najbliższe plany?

Przygotowujemy się do wydania drugiej płyty, która jest już nagrana i będzie dostępna prawdopodobnie na wiosnę. W tym roku również będzie wydane bardzo ciekawe i piękne w warstwie dźwiękowej DVD z koncertów i… na pewno jeszcze jedna niespodzianka, której nie mogę zdradzić, bo nie będzie już niespodzianką. Jak już wspominałem, mamy w planach kolejne koncerty z nowymi multimediami, na które Was zapraszamy.

Sam materiał był rejestrowany na taśmy i  magnetofon Studer A807, pochodzący z Polskiego Radia. Kochamy żywe granie przez żywych ludzi, dlatego zdecydowaliśmy się, aby było słychać szumy i wszelkie odgłosy studia, nikt nie miał nawet wątpliwości, że powinno tak być. Nie chcieliśmy z tego okradać słuchaczy i sztucznie sterylizować muzyki. Okazało się, nie pierwszy przecież raz, że nagrywanie na taśmę dodaje brzmieniu muzyki jakiejś niesamowitej magii i ciepła.

i sumiennie go realizujemy. Warto wspomnieć, że mimo to pierwsza, debiutancka płyta Rare Dialect cieszy się dużym zainteresowaniem. Na świecie pojawiło się wiele recenzji na jej temat. To bardzo nas ucieszyło, było też zaskoczeniem, ponieważ nagle przeczytaliśmy tyle dobrych słów o muzyce, którą nagraliśmy. To duża satysfakcja. Obecnie zakończyliśmy już pracę nad drugą płytą, będzie ona dostępna na wiosnę i dodam tylko, że druga płyta Light Coorporation jest inna od Rare Dialect!

My nie staraliśmy się za wszelką cenę, jak to się mówi, „wrócić do korzeni”, jednak to się właśnie w danej chwili działo samoistnie. Wszystkie preampy, kompresory, mikrofony i magnetofon pochodziły z minionej epoki rejestracji dźwięku.

W Polsce naprawdę jest ciężko i zastanawiam się czasami, co w tym kraju się dzieje. Większość koncertów gramy w małych klubach, także na festiwalach organizowanych przez pasjonatów, są to imprezy niszowe nie są ogłaszane w telewizji…

Muzyka jazzowa jest bez wątpienia muzyką wymagającą niezwykle wysokiego wyszkolenia technicznego. Gdzie Wy nabieraliście muzycznego doświadczenia? Słychać, że posiadacie wysokie umiejętności muzyczne.

W tym roku poza koncertami w Polsce szykują się nam koncerty na kilku festiwalach m.in. we Francji, w Wielkiej Brytanii i w Czechach, część z nich jest już potwierdzona.

Czytelników Biuletynu pozdrawiam w imieniu zespołu Light Coorporation i do zobaczenia na koncertach!

Jak Wasz materiał jest odbierany przez słuchaczy? Czy publiczność, do której uderzacie, to raczej słuchacze anglojęzyczni?

Rozmawiał: Paweł Bogdan

10.

O, dziękuję bardzo w imieniu kolegów, to bardzo miłe! Każdy z nas otarł się o przeróżne szkoły muzyczne, dziś to owocuje i na

14

12.

14.

Jak tradycja nakazuje, do Was należy ostatnie słowo skierowane do czytelników Biuletynu. Niech Wam się dobrze żyje, nie stresujcie się niczym i słuchajcie dobrej muzyki! Zapraszam Was na nasz profil na Facebooku, ponieważ tam niebawem pojawią się informacje o płytach i możliwości ich zdobycia, niech nic Was nie ominie!

http://www.facebook.com/Light.Coorporation

biuletyn podProgowy


marzec  2012

Worki pod oczami

rozmowa z zespołem

Orange The Juice Pamiętacie taką wiekową, skądinąd fajną płytę zespołu Ankh Expect Unexpected? Gdyby nie to, że ktoś już wcześniej to hasło wymyślił, byłoby chyba najlepszym mottem dla Orange The Juice – grupy, która połączenie jazzu z rockiem (co dla niektórych jest szczytem wyrafinowania) uważa co najwyżej za punkt do wypadów w kierunku muzyki współczesnej, kameralnej, elektronicznej, reggae, popu i  diabli wiedzą czego jeszcze. Ostatnio możemy się cieszyć jeszcze jednym obliczem członków Orange The Juice – soundtrackiem do słynnego niemego horroru Gabinet doktora Caligari. Tyle, że nagranym pod nieco innym szyldem: Minimatikon. Nie zdziwi Was zapewne, że wszystkie wyżej wymienione gatunki spotykają się i przenikają w gabinecie szalonego psychiatry. O braku jakichkolwiek muzycznych ograniczeń opowiedzieli nam gitarzysta-wokalista Dawid Lewandowski i klawiszowiec-trębacz Marcin A. Steczkowski. Wasza muzyka jest jak noga nie zdejmowana z gazu – pozbawiona wszelkich ograniczeń i form. Słychać bardzo mocną inspirację jazzem, więc domyślamy się, że spoiwem podczas występów jest improwizacja. Na jak wiele sobie pozwalacie podczas koncertów? Dawid Lewandowski: Istotnie, improwizacja jest ważnym elementem w naszym graniu, a przede wszystkim w tworzeniu muzyki. Nie jest to jednak tak, że na koncertach gramy jak nam się żywnie podoba. Każdy z utworów ma ściśle ustaloną formę, której musimy się trzymać. Jest za to wiele fragmentów, gdzie każdy może się wyżyć i na chwilę pohasać na własną rękę. To właśnie dzięki tym momentom na koncertach mogą wydarzyć się rzeczy nieprzewidywalne. Marcin A. Steczkowski: Na koncertach bardzo często odwiedzamy krainy, w których nie bywamy na próbach. Momenty improwizacji - nie związanej u nas z językiem jazzowym tylko po prostu ze zjawiskiem improwizacji – są więc miłą nagrodą za wykonanie karkołomnie zaaranżowanych utworów. biuletyn podProgowy

Kompozycje Orange The Juice rozciągają się na wielu płaszczyznach stylu. Ich zliczenie wymagałoby dużo czasu. Zastanawiamy się czy w Wasza wyobraźnia nie ma granic, czy jednak jest w Waszej twórczości granica? Zdarza Wam się rezygnować z niektórych patentów, które wydają się zbyt abstrakcyjne? DL: Oczywiście, że tak. Nasza muzyka nie polega na graniu czego popadnie, byleby było dziwnie. Mamy własny Kodeks, którym się kierujemy i to jest jedyna nasza granica. Może nieco płynna, ale jest. Zanim powstanie jakaś kompozycja próbujemy wielu rozwiązań, nagrywamy je, słuchamy ich, dyskutujemy. Czasami trwa to bardzo długo, czasami trzeba trochę poczekać na pomysł, który nieoczekiwanie się pojawi, np. podczas improwizacji. Zawsze jednak przychodzi koniec kiedy naturalnie wiemy, że to jest to. Kiedyś próbowaliśmy zrobić coś na siłę, z premedytacją, ale po kilku dniach cały koncept wylądował na recyclingu.

15


marzec  2012 Jakiej muzyki słuchacie na co dzień? Czy Wasze muzyczne gusta są równie pojemne jak muzyka jaką gracie? DL: Zdecydowanie tak. My po prostu słuchamy muzyki. Nie rozumiem tego utożsamiania się z jakimś gatunkiem i koniec. Nie twierdzę, że to jest złe, ale w moim wypadku, czy może nawet w naszym, to zupełnie nienaturalna sprawa. Nie potrafiłbym np. zrezygnować z hiszpańskich tańców na gitarę klasyczną na rzecz jazzu, czy metalu. Po co? Wszystko czego słuchamy, w czym jesteśmy się w stanie choć odrobinę zanurzyć odbija w nas trwały ślad, dzięki czemu inaczej gramy, inaczej spostrzegamy muzykę. MAS: Dokładnie. My przede wszystkim słuchamy MUZYKI. Najważniejsze, żeby była przez duże „M”. Każdy z nas pochodzi z innej bajki muzycznej - każda z tych bajek ma pewnie jakieś ograniczenia. Moją bajkę wypełniają utwory kompozytorów XX i XXI w – zarówno tych wyrosłych z muzyki poważnej jak i kompozytorów, którzy wywodzą się z tradycji innych niż muzyka klasyczna. Nie sposób wymienić tu stylów, kierunków i technik kompozytorskich – ważna jest końcowa hybryda, która w Orange The Juice powstaje w wyniku spotkania sześciu bajkopisarzy. Większość spośród Was jest wykształconymi muzykami. Macie jakieś inne muzyczne projekty poza Orange The Juice? MAS: Tak, oczywiście, że mamy. Marcin Jadach (kontrabasisto -basista) zasila basowym brzmieniem formacje jazzowe i około-jazzowe: transowy, jazz-rockowy Kwartet G Point, Dariusz Dobroszczyk Trio (niebawem występują na festiwalu Bielska Zadymka Jazzowa) oraz eksperymentalną grupę Piotra Damasiewicza Power of the Horn. Ponadto perkusista (Janek Kiedrzyński) udziela się w industrialnym Astrid Monroe, a saksofonista (Mariusz Godzina) w afro-beatowym Mipasi. Wraz z Dawidem powołaliśmy do życia trupę MINIMATIKON, która skupia się na tworzeniu muzyki typowo ilustracyjnej (muzyka filmowa, live act do kina niemego, przedstawienia teatralne). Z kolei natchniony alternatywą sam założyłem własny kolektyw (THE TRANSGRESS), który trafił pod skrzydła prestiżowej wytwórni Ropeadope w USA – proponuję wraz z nim unikalną mieszankę najróżniejszych estetyk zagraną w aurze współczesnej kameralistyki. Jak doszło do powstania ścieżki do Gabinetu Doktora Caligari? Kto wystąpił z inicjatywą? DL: Z tego co pamiętam z inicjatywą wyszedł dyrektor MDK w Stalowej Woli. To miała być projekcja związana z Nocą Muzeów, jeśli mnie pamięć nie myli. Padła propozycja, a nas dwa razy nie trzeba namawiać. Niewiele myśląc ja i Marcin znaleźliśmy się w sali prób z odtwarzaczem DVD szkicując nasze muzyczne wizje. Potem przyszła reszta wesołego kolektywu i zabawa nabrała rumieńców. Terminy były bardzo napięte, wiec na początku prawie nie opuszczaliśmy sali prób. Do ostatnich chwil przed występem dopracowywaliśmy jeszcze wiele szczegółów z udźwiękowieniem itp. Pamiętam, że razem z Marcinem mieliśmy worki pod oczami po dwóch zarwanych nocach ale na szczęście publiczność oglądała film, nas musiała tylko słuchać. MAS: Dokładnie. Dobrze, że publiczność nas nie widziała (byliśmy schowani za ekranem kinowym). Jednak pomimo zmęczenia satysfakcja z grania na żywo do filmu niemego – bezcenna. Czemu przy okazji rejestracji ścieżki zmieniliście nazwę na Minimatikon? Kwestia stylistyki odmiennej od rockowej?

16

DL: Ponieważ Gabinet to nie był nasz pierwszy film, a na samym początku tylko 3 osoby w składzie należały do Orange the Juice. Poza tym chcieliśmy oddzielić te projekty od siebie, przynajmniej w pewnym stopniu, dla higieny psychicznej. Inna nazwa to troszkę jak przegroda, która pozwala uwolnić myśli w nieco innym kierunku. Oczywiście przynajmniej w jakimś zakresie bo i tak zawsze pozostaniemy sobą. Soundtrack do Gabinetu nagraliście ponad dwa lata temu, służył za tapping do filmu w niezależnych kinach. Dlaczego dopiero teraz zdecydowaliście się na jego wydanie? DL: Bo wcześniej nie było ku temu dobrej okazji. Mam na myśli różne czynniki zewnętrzne, ale przede wszystkim pieniądze. To wszystko sporo kosztuje. Nagrania, okładka, sprawy związane z wydaniem itp., ale lepiej późno niż wcale. MAS: Poza tym muzyka do Gabinetu to nie jest zwykły „tapping”. Nie jest to tylko zarejestrowana na żywo improwizacja na temat filmu. Jest to żmudnie przemyślana oraz formalnie utkana spójna kompozycja, w której występują elementy improwizacji. Można śmiało rzec, że jest to 72-minutowa eklektyczna suita. Wisienką na torcie jest nietypowe, bo odrealnione udźwiękowienie tego niemego filmu, który dzięki takim zabiegom zyskał zupełnie nową świeżość. Oczywiście odmienną kwestią pozostaje fakt, iż to „odświeżanie” niemych filmów poprzez komponowaną na nowo muzykę ma swoich zwolenników i przeciwników. My nie podchodzimy do tego tematu ortodoksyjnie. Wyszliśmy też z założenia, że muzyka do Gabinetu musi istnieć samoistnie, bez obrazu jako odrębne dzieło. Czy cel został osiągnięty ? Zapraszamy do zapoznania się soundtrackiem. Data premiery na pewno nie była przypadkowa – dokładnie w Halloween. Obchodzicie to importowane święto czy to po prostu kwestia marketingu? DL: Pomyśleliśmy, że to fajny pomysł. Pierwszy w historii kina horror i Halloween pasują do siebie jak ulał. Jeśli chodzi o samo święto, to raczej nie biegamy po sąsiadach za cukierkami, ale gdybym miał 8 lat, kto wie (śmiech) Na jeszcze ciepłej EPce Romanian Beach daliście się poznać jako miłośnicy remiksów. Tej Waszej strony wcześniej nie znaliśmy. DL: No tak, wcześniej nie było ku temu okazji. To nasz pierwszy raz. Bardzo fajne doświadczenie, usłyszeć jak nas słyszą inni. Zdecydobiuletyn podProgowy


marzec  2012 DL: Bezpośrednio raczej nie. To nie ta stylistyka. Często jednak zdarza się, że ludzie przekręcają ją na wszelkie możliwe sposoby. Najczęściej jesteśmy „Orange Juice” bo ktoś koniecznie chce poprawić błąd, ale było też „Orange Justice” i to jest chyba najlepsze. Nie mógłbym zapomnieć też o „The Ograne Juice”. Było tego znacznie więcej nie raz mieliśmy z tego niezły ubaw, ale chyba mam bad sectory na dysku, bo nie pamiętam. Aha była jeszcze jedna nazwa, kiedyś w pewnej gazecie pewien Pan Redaktor napisał tak: zespół i tu cytuję nazwę: „Orange The Juice and The Transgress presents Minimatikon”! To był strzał na lata (śmiech). Stalowa Wola, z której pochodzicie, to chyba chlubny wyjątek wśród polskich miast. Wspiera Was od początku, a Wy o zgrozo, nie dość, że gracie rocka, to jeszcze dalekiego od Bajmowo-Budkowej przaśności. wanie inspirujące. No i efekt finalny świetny. Myślę że to nie ostatni raz, kiedy zaproponujemy komuś remix. MAS: Dodajmy, że autorami remixów są: GitbitPapilot (remixy m.in. dla Hey, L.U.C, Fisz Emade, Noviki, The Transgress), Pablutti (czyli DJ t3chnik) oraz tajemnicza Halszka Nabira. Czym zaskoczy nas The Messiah is Back? Początkowo chcieliśmy zapytać, czego się można spodziewać, ale to byłoby bez sensu, bo szok i niespodzianki to Wasza domena. DL: Cóż to by było za zaskoczenie gdybym Wam teraz o tym wszystko powiedział ? Na pewno będzie grubo. MAS: Myślę, że The Messiah is Back zaskoczy nas samych. Zapowiadaliście, że na nowym longplayu znajdzie się mniej elementów kabaretowych, od których na You Name It nie stroniliście. Dlaczego? DL: Po You Name It zmienił się skład i poszerzyło się instrumentarium. Upłynęło sporo czasu, a my zaczęliśmy grać inaczej. Od niczego nie wzbranialiśmy się rękami i nogami. Muzyka żyła własnym życiem, zupełnie naturalnie. Pewne elementy się pojawił inne zniknęły, pewne rzeczy nas bawiły inne już nie, ot co. Shane Embury z Napalm Death określił You Name It najlepszym albumem 2008go roku. Jak Wasza płyta trafiła w ręce „Pieczarki”?

DL: Tak, możemy być tylko wdzięczni za wsparcie władz i kilku osób, na które zawsze możemy liczyć. To wiele dla nas znaczy i bardzo nam pomaga. A otwartość i świadomość osób wspierających kulturę w naszym mieście jest zaiste unikatowa. Przygotowujecie teledysk wspólnie z Grupą 13. Zdradzicie nam coś odnośnie fabuły? DL: Nie zdradzimy, bo nic konkretnego jeszcze nie powstało. Jesteśmy po wstępnych rozmowach, po wymianie pomysłów. Wciąż dogadujemy pewne sprawy, za wcześnie żeby cokolwiek mówić. Macie jakąkolwiek tremę przed marcowym występem w Must Be The Music? Swoją drogą według nas to Wy powinniście oceniać Łozo, a nie na odwrót. DL: Jaka trema, już po wszystkim. Nagrania odbyły się w styczniu. Teraz czekamy na emisję i wyniki. Było bardzo fajnie. Jury to kompetentni ludzie, więc niech nas oceniają. Taka jest formuła programu. MAS: Na czas MBTM założyliśmy pokorne szaty. Niech nas teraz ocenia nawet Święta Teresa. W XXI wieku wszyscy, wszystko oraz wszystkich oceniają. My i tak gramy dalej swoje (śmiech). Rozmawiali: Mikołaj Grażul i Paweł Tryba Zdjęcia: Dawid Parus

DL: Nie znam dokładnie szczegółów, ale to zapewne zasługa naszego menadżera. Wiem, że swego czasu mieli ze sobą kontakt. A że Shane nas ocenił tak a nie inaczej, cóż jest mi bardzo miło. Praca w studio, czy występy na żywo – co wolicie? Dawid Lewandowski: Zdecydowanie wybieram koncert i chyba nic w tym dziwnego, bo to świetna zabawa. Muzykę komponuje się po to żeby ją grać, a każdy koncert w naszym wypadku jest inny i właśnie to jest najlepsze, te krótkie wycieczki w nieznane. Oczywiście praca w studio również jest ciekawa, ale to już zupełnie inny proces. Nierzadko bardzo męczący i monotonny. Najprzyjemniejszy jest mix na etapie kiedy nadaje się płycie charakter, aranżuje się ją wtedy jest to bardzo kreatywna praca. Nazwę macie taką a nie inną. Zdarzało się Wam, że pomylono Was z Orange Juice, zespołem w którym zaczynał Edwyn Collins? biuletyn podProgowy

17


Ben Harris-Hayes z

Enochian Theory

Kwestionuj życie, kwestionuj egzystencję i kwestionuj pytania!

N

iedawno odkryłem muzykę angielskiego Enochian Theory, reprezentanta prog rocka i metalu z Portsmouth. Stało się to zaledwie miesiąc przed premierą drugiego studyjnego albumu grupy zatytułowanego Life… And All It Entails. Moje odkrycie pociągnęło za sobą również możliwość przeprowadzenia wywiadu zwokalistą i gitarzystą Enochian Theory jakim jest Ben Harris-Hayes. To miała być zwykła rozmowa, która jednak przeszła moje wszelkie oczekiwania. Mój rozmówca okazał się wulkanem różnych emocji, które moje wyobrażenie o Enochian Theory przeniosły w zupełnie niespodziewane rejony… zresztą przeczytajcie sami… Skąd wzięła się nazwa Enochian Theory? Ben Harris-Hayes: Zespół istnieje mniej więcej od ośmiu lat. W 2004 roku, podczas jednego z pierwszych jammingów, odbyliśmy rozmowę i to z niej wyniknęła nazwa. Dla członków zespołu Enochian Theory oznacza wiele rzeczy na różnych poziomach. Pozwolisz, że to rozwinę? Tak, oczywiście… śmiało… Ben Harris-Hayes: Jako ludzie zawsze zadajemy sobie pytanie: „O co w życiu chodzi?”. Jestem pewien, że zarówno Ty, jak i Twoi czytelnicy czasem miewacie w życiu momenty kiedy jesteście niepewni wszystkiego i potrzebujecie czegoś na kształt drogowskazu. Zatem, w tym naszym współczesnym świecie trudno jest nie zwrócić uwagi na religię, naukę oraz te rzeczy, które codziennie są istotne dla ludzi, stanowią ów drogowskaz. Poszukujemy odpowiedzi, ideałów i pewnego rodzaju ścieżki, za którą moglibyśmy podążyć. Nazwa zespołu to przekonanie, że religia jest tylko teorią… nikt nie wie co naprawdę jest po zakończeniu życia, a wszelkie interpretacje od lat oparte są na przypuszczeniach, które stale poddawane są różnym wpływom i manipulacjom. W konsekwencji nikt naprawdę nie wie skąd pochodzimy. Choć ja opowiadam

18

się za modelem ewolucyjnym i generalnie wyjaśnieniami naukowymi to jednak i w nauce pojawia się wiele przypuszczeń, hipotez oraz pomysłów, a nie faktów. Rasa ludzka nie zdaje sobie sprawy z wielu rzeczy. Pomimo naszych nadzwyczajnych i zaawansowanych technologii oraz naszej wiedzy o otaczającym świecie wydaje się, że nauka opiera się głównie na teoriach. Nie mamy pojęcia o ciemnej materii czy lekarstwach na najpoważniejsze choroby. Nawet nasze oceany, które stale penetrujemy… czy poznaliśmy ich wszystkie tajemnice? Przyznam, że zaskoczyła mnie ta geneza! Ben Harris-Hayes: Akronimem naszego zespołu jest oczywiście E.T… co przecież oznacza „pozaziemski”. To jest zresztą kolejna kwestia do rozważenia. Myślę, że musielibyśmy być bardzo naiwni aby wierzyć, że jesteśmy jedyną formą życia we wszechświecie. Nie mam problemu z tym w co inne osoby wierzą aby uzasadnić swoje istnienie, ale mam problem kiedy popularne idee odbierają innym ludziom życie. Nie będę brnął w to szerzej, ale zabijanie w imię religii, nieważne jaka by ona była, jest żałosne. Podsumowując uważam, że nasz zespół pyta o to jakie są początki i o co w tym wszystkim chodzi… tyle Enochian Theory znaczy dla nas. Kwestionuj życie, kwestionuj egzystencję i kwestionuj pytania! biuletyn podProgowy


Tymczasem już za miesiąc na rynku pojawi się drugi studyjny album zespołu zatytułowany Life… And All It Entails. Czego możemy się zatem spodziewać?

myślić koła, ale je odpowiednio zaktualizować. Oczywiście to od Ciebie, jak i od osób słuchających naszej muzyki zależy jak to odbierzecie.

zwykłych grafik więc wypełniliśmy booklet moimi rozmyślaniami. Skąd się wzięła u Ciebie taka niechęć do rozmowy o tekstach, które przecież później słuchają ludzie?

W jaki sposób mógłbyś porównać Ben Harris-Hayes: Chciałbym zaryzy- Life… And All It Entails z Evolution: Ben Harris-Hayes: Myślę, że mam prokować teorię, że w nowy krążek włożyliśmy Creatio Ex Nihilio? blem z ludźmi, którzy nie korzystają ze swoznacznie więcej wysiłku niż w Ben Harris-Hayes: ich mózgów i odbierają wszystko w powierzEvolution: Creatio Ex NihiTak jak wcześniej po- chowny sposób. Dla mnie życie nie zawsze lio, ale to jest mimo wszystko wiedziałem w moim od- jest takie oczywiste, nie jest czarne albo białe. logiczna kontynuacja stylu czuciu nowy album jest Miałem niedawno jakiś wywiad w pewnym pisania utworów i tematów, bardziej dojrzały… choć magazynie, którego dziennikarz powiedział które zaznaczyliśmy w dechyba wolałbym użyć ja- mi, że moje teksty mają negatywne przebiucie. Postanowiłem skonkiegoś lepszego słowa. To słanie. Roześmiałem się, ponieważ przez densować wszystkie rzeczy, jednak wcale nie umniej- powierzchowny pryzmat rzeczywiście mogą których nauczyłem się sza Evolution…, który był posiadać negatywne przesłanie, ale w istocie podczas pisania tamtego wielkim sukcesem dla nas posiadają CAŁE MNÓSTWO (stwierdzone albumu i  ukierunkować jako zespołu ponieważ wyraźnie i stanowczo – dop. autor) pozyto w nowy sposób pisania wszystko co mogło pójść w tywnej energii. Wszyscy wiemy jak trudno muzyki. W  przeciągu kiltamtym czasie źle… poszło jest powiedzieć to co się czuje i yśli naprawku ostatnich lat zawsze źle! Tak więc gdy krążek dę… oddanie tego wszystkiego na booklecie wolałem używać różnych się ostatecznie ukazał ode- płyty, która będzie sprzedawana jest jeszcze narzędzi do pisania mutchnęliśmy z wielką ulgą. trudniejsze. Ludzie osądzają, piszą głupie zyki niż skupiać się na Teraz przychodzi mi na myśl komentarze i co najważniejsze często niczekilku gitarowych riffach. porównanie, że Life… jest go nie rozumieją. Ale pogodziłem się z tym, Te narzędzia to między Live Photos - Sp ocks Beard większym i znacznie mądrzej- ponieważ wiem, że są też ludzie, którzy myinnymi pół-modular- Photos: Rene Van Hoven European Tour 2010 ślą głębiej i podejmują wysiłek aby nas zroszym bratem Evolution… ne syntezatory, sample zumieć. Na najnowszym albumie jest dużo oraz inne dźwięki. Niektóre utwory były dosłownie tworzone tylko na podstawie Zastanawiam się nad liryczną stroną pozytywnych i negatywnych odcieni, tak jak zresztą na poprzednim. Ja życie celebruję… pojedynczego dźwięku z syntezatora. Chcia- nowego albumu… i oto w tym wszystkim chodzi… akceptuję łem tworzyć coś używając narzędzi, które siebie jako człowieka. miałem. W powolnym procesie wychwyty- Ben Harris-Hayes: Cóż, Zresztą mogę podać wałem dźwięki, które układały się w mojej życie jest takie jak je sobie przykład konkretnego głowie w pełne utwory. Mogłem usłyszeć urządzasz. To właściwie trafutworu, chcesz? pełną strukturę zanim zagrałem to na gita- nie oddaje o czym jest ten rze… mniej więcej w taki sposób mój umysł album. Chodzi o doświadKontynuuj… funkcjonuje. A wracając do pytania to raczej czenia, wszystko to co się nie lubię mówić ludziom czego mogą się dzieje wokół Ciebie, a więc Ben Harris-Hayes: spodziewać. Myślę, że każdy człowiek od- utrata, nadzieja, strach, miUtwór pt. Singularities biera poszczególne utwory inaczej. Twier- łość, nienawiść… wszystkie narodził się z mojej potrzedzę tak choćby na podstawie opinii z naszej te rzeczy stanowią kolejne by świętowania życia aby wytwórni, a także od naszych przyjaciół czy części w życiowej układandać komunikat, że ono nie rodzin, którzy mieli zupełnie różne zdania ce. Czy mógłbym to inajest takie złe… nieważne jak na temat poszczególnych nagrań. Powtórzę czej określić? Obserwacja źle toczą się sprawy. Podstatylko, że Life… And All It Entails to logiczny życia, jeśli wolisz. Tyle, wy tego założenia narodziły że ja z reguły NIGDY krok w rozwoju zespołu. się kilka lat temu kiedy mój (stwierdzone wyraźprzyjaciel popełnił samobójnie i stanowczo – dop. A co z samą produkcją? stwo, ponieważ po prostu nie autor) nie rozmawiam Live Photos - Sp ocks Be widział żadnych pozytywów Ben Harris-Hayes: Produkcja jest lepsza. o  moich tekstach, ani Photos: Rene Van Hovenard European Tour 2010 na świecie, ani w samym soUtwory są dopracowane do tego stopnia, że też nie jestem zainterebie. Nieważne co mu mówiłem nie straciliśmy nic ze świeżości z naszej de- sowany dyskusją z różnymi ludźmi biutanckiej płyty. (Po chwili zawahania) Ta- na ich temat. One są dla mnie i tylko dla to nie mogłem go do niczego przekonać i któaaak, to logiczny krok naprzód. Chciałbym mnie, ale oczywiście charakter tego co ro- regoś dnia po prostu odszedł. Ten utwór jest zaryzykować jeszcze jedną teorię, bowiem bię wymaga abym chociaż trochę przybliżył o tym. Pomimo, że świat jest czasem komwydaje mi się, że muzyka progresywna po- kilka spraw. Tyle, że robię to niechętnie. pletnym piekłem to trzeba po prostu poszulega na robieniu kroków naprzód, prawda? Nie chciałem nawet umieszczać tekstów na kiwać pozytywów, ponieważ jest także dużo Przynajmniej naszemu zespołowi o to cho- booklecie nadchodzącego albumu, ale kole- wartościowych rzeczy. Trzeba mieć nadzieję dzi aby nie popadać w stagnację i stale się dzy z zespołu stwierdzili, że zabraknie nam i wiarę. Masz tylko jedno życie, więc musisz samodoskonalić. Nie chcemy ponowie wy- czasu na utworzenie większej ilości tych nie- go wykorzystać jak najlepiej.

biuletyn podProgowy

19


marzec  2012 Zmieniamy temat. Który koncert Enochian Theory był dotąd najbardziej udany? Ben Harris-Hayes: Mieliśmy kilka niezłych występów…  to tak naprawdę zależy od wielu czynników. Czy publiczność bawiła się z nami? Czy mieliśmy dobrą zabawę na scenie? Zagraliśmy sporo koncertów, ale takie, które się wyróżniają to z pewnością Metalcamp 2010, Prog Power 2009 i Siege Of Limerick Festival 2010. Bardzo lubię występy, w których ludzie są z nami. Nie jestem fanem sytuacji, w których publiczność jest znacząco od nas oddalona. Gdybym mógł to najchętniej ustawiłbym się w środku tłumu. A co mógłbyś powiedzieć o najbliższych planach Enochian Theory? Ben Harris-Hayes: Mamy wiele pomysłów na przyszłość. Chcemy zmaksymalizować promocję tego albumu i dotrzeć wszędzie tam gdzie będzie można. Epicki film animowany do The Fire Around The Lotus jest prawie kompletny… niemal osiemnaście miesięcy odkąd rozpoczęły się nad nim prace!  Mam nadzieję, że ludzie docenią

nasz wielki wysiłek, który został włożony w utworzenie tego filmu. Zaangażowaliśmy w to przedsięwzięcie wielu naszych przyjaciół, jak i sami się temu oddaliśmy. Teraz nie możemy się doczekać aby się tym podzielić ze światem! Na pewno też pojedziemy w trasę w tym roku aby, w taki czy inny sposób, wypromować nasz nowy album. Będziemy poszukiwać ludzi, którzy chcieliby przyjść i zobaczyć nas, a także zaprosić do swoich krajów! To w sumie trudny biznes wiec możemy mieć tylko nadzieję, że ludzie polubią nasz nowy album i zechcą przyjść zobaczyć nasze występy na żywo. Zatem… kupujcie nasz krążek! Na koniec chciałbym zapytać czy Twoim zdaniem The Pompeys powrócą do Premiership w następnym sezonie? Ben Harris-Hayes: (śmiech) Myślę, że jest to w tej chwili nierealne. Klub jest w beznadziejnej sytuacji finansowej i można mieć tylko nadzieję, że znajdzie się jakiś dobry sponsor. Naprzód Pompey!

Enochian Theory

Evolution: Creatio Ex Nihilio Jesteśmy mniej więcej miesiąc przed premierą drugiego studyjnego albumu angielskiego Enochian Theory, który będzie zatytułowany Life… And All It Entails. Jednak przed zakupieniem tego materiału wypada sobie postawić pytanie o znajomość debiutu zespołu z Portsmouth. Podejrzewam, że nie jest z nią najlepiej… czego zresztą i ja jestem przykładem, bo Enochian Theory poznałem zupełnie przypadkowo. W otoczeniu dźwięków, które złożyły się na Evolution: Creatio Ex Nihilio z 2010 roku. Album poprzedzony wydaniem dwóch materiałów EP pt. Our Lengthening Shadows oraz A Monument to the Death of an Idea zawiera w sumie jedenaście utworów rozpisanych niemalże na pięćdziesiąt minut muzyki, które zostały utrzymane w charakterystycznej prog rockowej konwencji z wyraźnymi wpływami metalu. Autorzy Evolution: Creatio Ex Nihilio w osobach Bena Harrisa-Hayesa (wokal, gitara), Shauna Raymenta (bas) i Sama Streeta (perkusja), a także wsparcia klawiszowo-orkiestrowego niejakiej The Lost Orchestra sięgnęli po klasyczne dla gatunku patenty, które zostały odpowiednio sprowadzone do poziomu klimatycznego portu z Portsmouth. Wszak właśnie niezwykły klimat wykreowany na tym albumie stanowi o sile Enochian Theory. Odczuć można w utworach zawartych na Evolution: Creatio Ex Nihilio dużo subtelnych i poruszających melodii, które

20

w kolażu smętnych gitar i perkusji oraz wyszukanych partii klawiszowych przenoszą słuchacza do nasyconego portową tajemnicą Portsmouth, koniecznie w późnych jesiennych godzinach. Charakterystyczne dla Enochian Theory są liczne, mocniejsze fragmenty, które mogą budzić skojarzenia z Opeth. Zarówno na poziomie wokali, jak i instrumentów w szczególnych momentach Evolution: Creatio Ex Nihilio odzywają się niemalże death metalowe partie, choć raczej byłbym ostrożny z określeniem death, które raczej ustępuje heavy metalowi lub czemuś uwięzionemu pomiędzy (post metal?). Nie zmienia to faktu, że swoisty spacer po emocjach, który oferuje trio z Portsmouth wydaje się niezwykle atrakcyjny z poziomu słuchacza… lubiącego w muzyce spacerować pomiędzy różnymi jej odcieniami.

Rozmawiał: Konrad Sebastian Morawski

Sama konstrukcja płyty teoretycznie zakłada trzy utwory, w których muzycy Enochian Theory pokusili się o skomplikowane i wielowątkowe rozwiązania. Myślę o takich tytułach jak schizofreniczny The Fire Around The Lotus, pełen intensywności i uniesień Waves Of Ascension, a także rozciągnięty na dwie części Movement i After The Movement. Dość powiedzieć, że w poszczególnych utworach nie została zachowana proporcjonalność w kreowaniu konkretnego nastroju, ponieważ muzycy Enochian Theory potrafili zainwestować w zupełnie spopielony i brudny utwór pt. Apathia, jak i piękny oraz czysty w swym przesłaniu The Dimensionless Monologue. Konkluzja sprowadza do tego, że  Evolution: Creatio Ex Nihilio należy rozpatrywać całościowo, jako pełne i zamknięte dzieło, bowiem ograniczenia do poszczególnych jego fragmentów są de facto ograniczeniami struktury całej płyty. A w tej jest niezwykle trudno odnaleźć fragmenty słabe czy nawet przeciętne. Można tylko przychylić się do słów Archaic Magazine, że oto pojawił się jeden z najlepszych debiutów ostatnich lat. Wieść promocyjna niesie w przymiotnikach takie oto przesłanie: melancholijny, apokaliptyczny, piękny, innowacyjny, inteligentny oraz eksperymentalny. Ja się do tego w pełni przychylam. Może jeszcze dodałbym jakieś słowo od siebie? Zachwycający! 9/10 Konrad Sebastian Morawski

biuletyn podProgowy


marzec  2012

R

ozmyślania na temat ACTualny

Słychać w Polsacie w Informacjach,

Trybik na (pe)gazie

Jak termin ten interpretować Jeszcze juryści nie są zgodni. Co godzić może w wolność słowa, Bo dobry prawnik udowodni, Jeśli mu tylko się zapłaci,

Postępowanie twe bezprawne

I ile ktoś przez ciebie stracił.

To już przestaje być zabawne! Przekonaj urzędnika zatem

W TVNowskich słychać faktach

Że nie masz żadnych złych intencji.

Grzmi: rząd mówi: NIE dla ACTA

Więc kulka w łeb - w ramach prewencji.

(Psychiatra by się nad tym zdumiał).

Link do niepewnej jakiejś strony.

To proste: premier treść zrozumiał!

Możesz być nagle odwiedzony.

Każda telewizyjna stacja

Choć je niedawno chciał podpisać

Gdzie tkwi tej zmiany tajemnica?

Lecz każdy może być piratem,

Gdy na Facebooku wyślesz komuś Przez mundurowych w swoim domu

Całą ustawę przewertował

Drzwi ci wyważą, choć stalowe

I po lekturze skonstatował,

Koszta nałożą procesowe,

(Wcześniej miał masę spraw ważniejszych….)

(Bo każdy krzepę ma w policji)

Że elektorat mu się zmniejszy

A komp ulegnie rekwizycji.

Co powstał skrycie pod dyktatem

Drakońskie prawa te zatwierdza?

Trzęsących szołbiznesu światem.

Bo serwer nasz - to nasza twierdza!

Fakt faktem - przez piractwo w necie.

Trochę intelekt wysiliłem.

Jeśli zatwierdzi twór ów mętny, Kilkudziesięciu firm majętnych

Czemu urzędas z gabinetu

Basta! Nie dajmy stłamsić netu!

Sprzedaży lecą im wyniki.

By sklecić wierszyk ten sensownie,

A to już podłe są praktyki.

Nie będę ścigał Was sądownie

Pragną więc nadzór objąć w Sieci. By przed stratami się obronić

I szpiegowaniem objąć zdalnym Ludzi - coś bredzą o ochronie

”Własności intelektualnych”.

biuletyn podProgowy

Lecz całkiem gratis to zrobiłem. Gdy go znajomym i kolegom

W dowolnej formie roześlecie.

Zachęcam szczerze Was do tego,

Bo chciałbym żyć w normalnym świecie.

21


marzec  2012

Na dworze renesansowego króla

 Pierwsze

P

oczątki zespołu Renaissance sięgają 1968 roku. Wtedy to bowiem rozpadła się supergrupa The Yardbirds, a dwóch z jej członków – gitarzysta Keith Relf i perkusista Jim McCarty – zdecydowało, by kontynuować współpracę. Ich wspólny projekt zyskał roboczą nazwę Together, a panowie, wspierani przez muzyków sesyjnych i byłego basistę The Yardbirds, Paula Samwella-Smitha, który zdecydował się stanąć po drugiej stronie konsolety, nagrali dwa single. Single te przepadły całkowicie na listach przebojów, jednak niezrażeni tym panowie przystąpili do dalszych nagrań. Jednak tym razem skład był już szerszy, ponieważ do muzykowania zaproszono siostrę Keitha Relfa – Jane. Jeszcze później do grupy dołączyli basista Louis Cen-

22

kroki  

namo i pianista John Hawken, który wcześniej przez kilka lat występował w popowym zespole The Nashville Teens (nazwa ta jeszcze się w historii Renaissance pojawi). Ten skład zaczął koncertować w 1969 roku, a w estradowym debiucie, który nastąpił 16 marca tego roku, grupa wystąpiła już pod nową nazwą – Renaissance. Początki nie były łatwe, bo publiczność oczekiwała elektrycznego rythm’n’bluesa i  nie była gotowa na akustyczno-folkową muzykę, jaką proponował zespół. Mimo to grupa weszła do studia, by zarejestrować debiut płytowy, zatytułowany po prostu Renaissance (w Europie ukazał się pod tytułem Kings And Queens). Wydana w 1969 roku płyta przyniosła delikatną, folkową

muzykę, w którą wpleciono wiele cytatów i odniesień do muzyki klasycznej – jak się okaże, stanie się to znakiem rozpoznawczym Renaissance w następnych latach. Płyta spotkała się z pozytywnym odzewem i  wspięła się na 60. miejsce brytyjskiej listy sprzedaży. Zespół ruszył w trasę koncertową, która jednak okazała się na tyle wyczerpująca, że w zespole zaczęły narastać konflikty. Najpierw Keith Relf i Jim McCarty posprzeczali się z producentem debiutanckiego albumu, Paulem Samwellem-Smithem. W napiętej atmosferze, w przerwie między kolejnymi koncertami, zespół starał się skomponować materiał na drugi album. Okazało się jednak, że Jim McCarty nie wytrzymał biuletyn podProgowy


marzec  2012 trudów ciągłych tras koncertowych i w lipcu 1970 roku zapowiedział odejście z zespołu. Sesje nagraniowe jednak trwały, powstawały kolejne utwory, jednakże wkrótce swoją rezygnację z grania w Renaissance ogłosił drugi założyciel grupy, Keith Relf, a w ślad za nim zespół opuścił Louis Cennamo, by zasilić szeregi Colosseum (później obaj panowie spotkali się w grupie Armageddon). Ponieważ kontrakt obligował zespół do nagrania dru-

 Drugie

wcielenie 

P

o odejściu Jane Relf konieczne stało się znalezienie nowej wokalistki. Pierwotnie została nią folkowa wokalistka Anne-Marie „Binky” Cullom, z którą zespół dał kilka koncertów. Jednak „Binky” Cullom wkrótce zrezygnowała ze śpiewania i wyszła za mąż za Terry’ego Slade’a. Narodził się wówczas pomysł, żeby Keith Relf i Jim McCarty wciąż współdziałali z Renaissance, dostarczając nowych kompozycji dla zespołu, lecz nie biorąc udziału w jego koncertowej działalności. Obaj panowie byli więc obecni na przesłuchaniach, w wyniku których do zespołu zaproszono Annie Haslam, dysponującą niezwykłym, pięciooktawowym sopranem. W wyniku licznych roszad personalnych (przez moment basistą grupy  złote

C

zwarty w dorobku zespołu album, Ashes Are Burning, ukazał się w 1973 roku. Wszystkie nagrania zawarte na płycie, z wyjątkiem utworu On The Frontier, były autorstwa spółki Dunford-Thatcher. Co więcej, to właśnie na tej płycie wykształcił się styl zespołu, do którego głównych elementów można zaliczyć dostojny, majestatyczny śpiew Annie Haslam, wielogłosowe męski chórki, wyeksponowane

biuletyn podProgowy

giej płyty, John Hawken zaprosił do współpracy perkusistę Terry’ego Slade’a oraz byłych muzyków The Nashville Teens – basistę Neila Kornera, gitarzystę Michaela Dunforda i wokalistę Terry’ego Crowe’a. Ten nowy skład ruszył w trasę koncertową, jednak po jej zakończeniu z dalszej współpracy z zespołem zrezygnowała Jane Relf. Wkrótce z  grupy odszedł także John Hawken, by zasilić Spooky Tooth, a później The Strawbs. Będący w rozsyp-



był nawet John Wetton!) wykształcił się kolejny skład zespołu, na co niebagatelny wpływ miał nowy manager Miles Copeland III (tak, tak, brat Stuarta Copelanda z The Police). Keith Relf i Jim McCarty ostatecznie opuścili zespół. Michael Dunford zrezygnował z bycia regularnym członkiem grupy, zadowalając się komponowaniem nagrań na kolejne płyty Renaissance, zastąpił go natomiast Mick Parsons, który jednak wkrótce zginął w wypadku samochodowym. W skład grupy weszli więc: Annie Haslam, pianista John Tout, basista John Camp, ściągnięty naprędce gitarzysta Robert Hendry oraz perkusista Terrence Sullivan. Innym ważnym wydarzeniem było też nawiązanie regularnej

lata 

ce zespół doprowadził jeszcze do wydania drugiego albumu, zatytułowanego Illusion. Jednak w Renaissance nie wierzyła już wówczas nawet macierzysta wytwórnia, dlatego pierwotnie w 1971 roku album ukazał się jedynie w Niemczech. W 1973 roku wydano go w pozostałych krajach Europy Zachodniej, jednak z pominięciem Wielkiej Brytanii, w której płyta ukazała się dopiero w 1976 roku.

współpracy z poetką Betty Thatcher, która odtąd na kilkanaście ładnych lat miała stać się dostarczycielką tekstów dla zespołu. Nowy skład zrobił dobry użytek z  kompozycji Michaela Dunforda oraz dwóch piosenek Jima McCarty’ego i w 1972 roku ukazał się wydany przez wytwórnię Sovereign album Prologue. Płyta list przebojów nie zawojowała, a ponadto jeszcze przed trasą, promującą album z zespołu, odszedł gitarzysta Robert Hendry. Jednak pozostała część grupy, wraz ze współpracującym z zespołem Michaelem Dunfordem, miała się okazać najbardziej stabilnym składem w historii Renaissance.



partie basu i gitary akustycznej oraz wzbogacanie kompozycji o aranżacje instrumentów smyczkowych. Na Ashes Are Burning aranżacje te pojawiły się w utworach Can You Understand i Carpet Of The Sun. W tym pierwszym utworze Michael Dunford (w trakcie sesji nagraniowych do Ashes Are Burning stał się pełnoprawnym członkiem zespołu, mimo że nie odnotowano tego na obwolucie albumu) zamieścił cytat ze

ścieżki dźwiękowej do Doktora Żywago autorstwa Maurice’a Jarre’a, myśląc, że jest to tradycyjna rosyjska melodia. W późniejszych latach stało się to przyczyną kontrowersji prawnych, dotyczących autorstwa tego nagrania. Podobne problemy dotyczyły utworu At The Harbour, który z kolei zawierał cytat z miniatury fortepianowej La Cathédrale Engloutie Claude’a Debussy’ego. Na niektó-

23


marzec  2012 rych późniejszych wznowieniach albumu fragment zawierający ten cytat wycinano, samo zaś nagranie – skracano. Płyta odniosła umiarkowany sukces, zwłaszcza w USA, gdzie wspięła się na 171 miejsce listy Billboard. Jednak w rodzimej Wielkiej Brytanii album przeszedł bez echa. W tej sytuacji zespół opuścił wytwórnię Sovereign i przeszedł do nowo utworzonej przez Milesa Copelanda III BTM (British Talent Management), która wydawała płyty zespołu na całym świecie z wyjątkiem Stanów Zjednoczonych. Płyty Renaissance, które ukazywały się w USA, wypuszczane były przez wydawnictwo Sire. Pod egidą nowej wytwórni w 1974 roku ukazał się album Turn Of The Cards. Zespół dostał na sesję nagraniową znacznie więcej pieniędzy niż dotąd, dzięki czemu udało się zapewnić albumowi niezwykły orkiestrowy rozmach. Na Turn Of The Cards znalazła się ostatnia kompozycja autorstwa Jima McCarty’ego – Things I Don’t Understand. Od tej pory zespół bazował już na własnych kompozycjach. Do kanonu dokonań grupy weszły Running Hard (wykorzystujące fragment Mr. Pine z albumu Illusion, a także część Litanii Jehana Alaina), Cold

 iluzja

R

renesansu czy renesans iluzji? 

ok 1977 przyniósł kolejne zmiany. Wytwórnia BTM zbankrutowała, jednak dzięki dobrym wynikom sprzedaży poprzednich płyt w USA, zespołowi udało się podpisać kontrakt z Warner Bros. Zawirowania kontaktowe nie pozostały jednak bez wpływu na działalność Renaissance, ponieważ siódmy studyjny album, Novella, który ukazał się w marcu 1977 roku w USA i we wrześniu tegoż roku w Wielkiej Brytanii, był świadectwem niemocy kompozytorskiej. Zawierał bowiem dość nijakie, niczym nie wyróżniające się utwory. Mimo to płyta sprzedała się nieźle, dochodząc do 46 miejsca na liście Billboard w USA.

24

Is Being, będące w warstwie melodycznej niczym innym jak Adagio in G minor Tomaso Albinoniego, a także finałowe nagranie Mother Russia, zainspirowane Jednym dniem z życia Iwana Denisowicza Aleksandra Sołżenicyna. Ponownie okazało się, że płyta sprzedaje się dobrze w USA (94 miejsce na liście Billboard, utrzymała się w zestawieniu przez 21 tygodni), natomiast w Wielkiej Brytanii albumu nie dostrzeżono. Zespół skoncentrował się więc na podboju amerykańskiego rynku, zresztą już samo wydanie Turn Of The Cards w Wielkiej Brytanii opóźniono w stosunku do amerykańskiej premiery, bo płyta ukazała się tu dopiero w marcu 1975 roku. W 1975 roku ukazał się też kolejny, szósty studyjny album grupy, zatytułowany Schecherazade And Other Stories. Był to jedyny album Renaissance, który zwierał progresywną suitę rockową w postaci wielowątkowej kompozycji Song Of Scheherazade, nagranej z współtowarzyszeniem orkiestry, a zainspirowanej Szecherezadą,

suitą symfoniczną Nikołaja Rimskiego-Korsakowa. Charakterystyczne jest jednak to, że zespół przestał umieszczać w nagraniach bezpośrednie cytaty z muzyki klasycznej. Nie wpłynęło to jednak negatywnie na zawartość płyty. Znajdujące się na pierwszej stronie longplaya cudnej urody Trip To The Fair i Ocean Gypsy weszły do koncertowego repertuaru grupy; szczególnie ten drugi utwór stał się wręcz wizytówką Renaissance. Mimo braku jednoznacznych przebojów singlowych album wspiął się aż na 48 miejsce listy Billboard w USA. Następny rok przyniósł podwójny album koncertowy, Live At Carnegie Hall, zawierający najlepsze nagrania z poprzednich czterech płyt zespołu. Na uwagę zasługiwały przede wszystkim pełne wykonanie Song Of Scheherazade, a także wydłużona do ponad 20 minut wersja Ashes Are Burning. Album wspiął się na 55 miejsce listy przebojów w USA i pozostał na niej przez 20 tygodni. Płyta stanowiła efektowne podsumowanie najlepszego okresu w działalności grupy.



W 1977 roku doszło też do innego zwrotu wydarzeń w historii Renaissance, wówczas to bowiem reaktywował się pierwszy skład Renaissance. Jim McCarthy i Ketih Relf zaczęli robić pierwsze przymiarki do nowej renesansowej płyty już co najmniej rok wcześniej i w wyniku tych podchodów udało się im zgromadzić cały pierwotny skład zespołu, z Jane Relf, basistą Louisem Cennamo oraz pianistą Johnem Hawkenem. Problemem było jednak wybranie nazwy dla starego-nowego zespołu. By uniknąć nieporozumień, ale i  nie odcinać się od wcześniejszych dokonań, zespół wykorzystał tytuł drugiej studyjnej płyty Renaissance i nazwał się mianem Illusion.

Już w trakcie komponowania nowej muzyki niespodziewanie zmarł Keith Relf, porażony prądem podczas gry na gitarze. Wydawało się, że kariera Illusion, jeszcze na dobre nie rozpoczęta, szybko się skończy. Jednak Jim McCarthy przejął obowiązki kompozytora, objął wakat gitarzysty akustycznego i wokalisty, a na stanowiskach perkusisty i gitarzysty zatrudnił Eddiego McNeila i Johna Knightsbridge’a. Zespół podpisał kontrakt z Island Records i przystąpił do nagrań. Ich efektem okazał się album Out Of The Mist, który ukazał się w 1977 roku. Płyta zawierała urocze, melancholijne utwory, wzbogacone o harmonijne wielogłosowe chórki. Finałowe nagranie nosiło przy tym dość biuletyn podProgowy


marzec  2012 przewrotny tytuł Candles Are Burning. Album nie zagościł wysoko na listach przebojów (163 miejsce na liście Billboard), jednak pod względem artystycznym był z pewnością propozycją lepszą niż Novella. W 1978 roku ukazały się płyty obu renesansowych składów. Renaissance wydali A Song For All Seasons, natomiast Illusion nagrali płytę zatytułowaną��� Illusion. Choć obie płyty były bardzo dobre, to jednak ich odbiór był krańcowo różny. Dzięki podpisaniu kontraktu z dużą wytwórnią Renaissance po raz kolejny mogli sobie pozwolić na nagrywanie z uczestnictwem orkiestry symfonicznej i na zatrudnienie do aranżacji jej partii znanego producenta, którym ostatecznie został David Hentschel. Efekt końcowy był wyśmienity: orkiestrowe partie w utworach Opening Out czy mo-

 okres

K

schyłku 

ońcówka lat siedemdziesiątych nie była dobra dla wykonawców z kręgu rocka progresywnego. Rosnąca popularność punk rocka odbierała im audytorium, a liczba sprzedawanych płyt drastycznie malała. Szczególnie dotkliwie odczuły to zespoły z drugiego szeregu, którym nie udało się w swoim czasie odnieść ogólnoświatowego sukcesu. Podobnie było w przypadku Renaissance. Zespół zdawał sobie sprawę ze zmian, zachodzących na muzycznej scenie. Wydany w 1979 roku album Azure d’Or stanowił próbę odnalezienia się w nowej rzeczywistości. W pewnym stopniu zmiana ta była wymuszona, bo z  uwagi na ograniczony budżet grupa nie mogła już sobie pozwolić na wynajmowanie orkiestry symfonicznej do nagrań. Zespół próbował więc zastąpić orkiestrowe brzmienie partiami instrumentów klawiszowych. Efekt nie był porywający, bo oprócz urokliwych nagrań utrzymanych w  dotychczasowym stylu płyta zawierała też syntezatorowe koszmarki w rodzaju Only Angels biuletyn podProgowy

numentalnym finałowym A Song For All Seasons i dziś zapierają dech w piersiach. Płyta przyniosła też pierwszy (i jedyny) przebój singlowy Renaissance w Wielkiej Brytanii – Northern Lights, a także utwór Back Home Once Again, wykorzystany jako motyw przewodni, rozpoczynający odcinki brytyjskiego serialu The Paper Lads. Sam album osiągnął wysokie, 58 miejsce na liście sprzedaży w USA. Inaczej było w przypadku Illusion. Ich druga płyta sprzedawała się jeszcze gorzej, niż pierwsza, mimo że przyniosła kolejną porcję bogato aranżowanej muzyki folkowo-art rockowej. Niewątpliwie też była lepiej niż debiut wyprodukowana, co było zasługą powrotu do współpracy z Paulem Samwellem-Smithem. Niestety, brak komercyjnego sukcesu sprawił, że opiekująca się zespo-

łem wytwórnia próbowała wymusić na grupie skomponowanie przebojowego singla, a potem podziękowała jej za współpracę. W 1979 roku Illusion zaczęli wprawdzie przygotowywać się do nagrania kolejnego albumu, ale nikt nie był zainteresowany wydaniem płyty (ostatecznie powstałe wówczas dema ujrzały światło dzienne w 1990 roku jako Enchanted Caress). Zespół poszedł w rozsypkę. Rewolta punkowa zmiotła Illusion z muzycznej sceny, podobnie jak wiele innych progresywnych grup. Ostatni akt w  działalności grupy stanowi nagrana w 2001 roku w podstawowym składzie Relf-McCarty-Cennamo-Hawken (i z wieloma zaproszonymi muzykami) płyta Through The Fire, wydana pod szyldem Renaissance Illusion.



Have Wings. Zespół nie tylko nie zyskał nowych fanów, ale też zaczął tracić dotychczasowych. Na domiar złego John Tout nie wytrzymał trudów trasy promującej album i  podczas jednego z koncertów po prostu zszedł ze sceny. W reakcji na to liderzy grupy zadecydowali, że muzyk powinien opuścić Renaissance, jednak wskutek tej decyzji z  zespołu odszedł również Terry Sullivan, bliski przyjaciel Touta. Jakby tego było mało, współpracę z zespołem zakończyła wytwórnia Warner Bros, niezadowolona z wyników sprzedaży Azure d’Or. I wtedy zaczęły się dziać rzeczy dziwne. Pozostali członkowie zespołu dokooptowali do składu pianistę Petera Goslinga (z którym Annie Haslam i Michael Dunford współpracowali już w nowofalowym trio Nevada, nagrywając nawet kilka singli) oraz perkusistę Petera Barrona. Powrócili również pod skrzydła Milesa Copelanda III, tym razem do wytwórni I.R.S., i nagrali dwie płyty, które chyba byłoby lepiej,

gdyby się nigdy nie ukazały: Camera Camera (1981) i Time-Line (1983). Obie zawierały rytmiczne, wręcz skoczne piosenki, z  wyeksponowaną sekcją rytmiczną, oparte na topornych, syntezatorowych brzmieniach, które w założeniu miały się chyba wpisać w  nurt new romantic i zawojować taneczne parkiety. Tak się jednak nie stało. Album Camera Camera wspiął się zaledwie na 196 miejsce listy Billboard w USA. Po jego nagraniu w  obozie Renaissance zaszły kolejne zmiany – współpracę z grupą zakończyła poetka Betty Thatcher. Do następnych nagrań trio Haslam-Dunford-Camp zaprosiło kolejnych muzyków (m.in. Iana Mosleya, znanego później z Marillion), a efektem tej współpracy była płyta Time-Line. Album przeszedł bez echa, mimo że Jon Camp, dostarczyciel większości kompozycji i tekstów, określił go mianem najlepszego w dorobku zespołu(!). Po wydaniu tej płyty przez zespół przewinęli się jeszcze perkusista Gavin

25


marzec  2012 Harrison (obecny członek Porcupine Tree) oraz pianista Mike Taylor, którzy wzięli udział w trasie koncertowej, jednak po jej zakończeniu odeszli. Nic nie mogło już zatrzymać rozpadu Renaissance, zwłasz-

cza że wytwórnia I.RS. nie chciała podpisać z zespołem nowego kontraktu. W 1985 roku grupę opuścił Jon Camp. Annie Haslam i Michael Dunford wraz z pianistą Raphaelem Ruddem i basistą oraz gita-

 odr0dzenie 

W

ydawało się, że historia Renaissance jest definitywnie zamknięta. Nie wchodzi się wszak dwa razy do tej samej rzeki, a to, co było kiedyś, trudno odtworzyć po upływie lat. A jednak. Zainteresowanie muzyką zespołu było umiejętnie podsycane wydawnictwami kompilacyjnymi, zawierającymi rzadkie nagrania zespołu (m. in. Songs From Renaissance Days z 1997 roku czy wydany w tym samym okresie zapis koncertu z 14 października 1977 roku Renaissance Live With The Royal Philharmonic Orchestra – Parts 1 and 2). Ponadto już w połowie lat dziewięćdziesiątych Annie Haslam i Michael Dunford zaczęli tworzyć projekty wprost nawiązujące do muzyki macierzystego zespołu. W 1994 roku, po przezwyciężeniu choroby nowotworowej, Annie Haslam wydała album jako Annie Haslam’s Renaissance (Blessing in Disguise), choć był to w zasadzie album solowy artystki. Być może chciała ona w ten sposób zaakcentować swój sprzeciw wobec projektu, jakim był Michael Dunford’s Renaissance. Pod tą nazwą w 1994 roku ukazał się bowiem album przewrotnie zatytułowany The Other Woman (choć pierwsze wydanie albumu ukazało się po prostu pod szyldem Renaissance), na którym zaśpiewała Stephanie Adlington, a teksty do utworów napisał nie kto inny jak Betty Thatcher. Grupa Michael Dunford’s Renaissance w 1997 roku wydała jeszcze płytę Ocean Gypsy, zawierającą przede wszystkim nowe wersje renesansowych klasyków. Jednak w 1998 roku Annie Haslam i Michael Dunford ponownie nawiązali współpracę, opracowując muzykę do musicalu Scheheraza-

26

rzystą Markiem Lampariello utworzyli wówczas projekt akustyczny, dając koncerty wypełnione muzyką Renaissance. Grupa ta ostatecznie rozpadła się w 1987 roku.



de. Wraz z Terence’em Sullivanem i Johnem Toutem rozpoczęli też przygotowania do nagrania nowego albumu. Do współpracy zaproszono ponadto Roya Wooda (niegdyś współzałożyciel ELO, a także były partner życiowy Annie Haslam – to o ich pierwszej randce traktuje nagranie Trip To The Fair z albumu Schecherazade And Other Stories), a na miejsce Johna Touta, który nie mógł brać udziału w kolejnych sesjach, przyszedł Mickey Simmonds. Ten skład ukończył nagrywanie Tuscany, która stanowi ostatnią, jak dotąd, pełnowymiarową studyjną płytę zespołu. Album ostatecznie ukazał się w 2000 w Japonii oraz w 2002 roku w Wielkiej Brytanii i został ciepło przyjęty przez fanów, doceniających tę udaną próbę powrotu do źródeł muzyki Renaissance. Zespół, wspomagany przez basistę Davida Keyesa i pianistę Rave’a Tesara (obaj od lat współpracujący z  Annie Haslam), ruszył w trasę koncertową, która została utrwalona w  postaci wydawnictwa In The Land Of The Rising Sun: Live In Concert, wydanego w Japonii w 2002 roku. Niestety, po zakończeniu trasy koncertowej zespół ponownie się rozwiązał. Jedynym renesansowym akcentem w  następnych latach okazała się płyta South Of Winter, wydana w 2005 roku pod szyldem Renaissant. Był to solowy album Terence’a Sullivana, jednak zaznaczyć należy, że teksty do utworów napisała kolejny raz niezawodna Betty Thatcher, a  partie instrumentów klawiszowych zagrał John Tout. Ostatni, jak dotąd, akt w historii Renaissance rozpoczął się w  2009 roku. Wówczas to bowiem Annie Haslam i  Michael Dunford uzgod-

nili, że zespół zbierze się raz jeszcze, by podczas trasy koncertowej świętować 40 rocznicę powstania. Z tej również okazji w 2010 roku ukazało się wydawnictwo Scheherazade And Other Stories/Renaissance - Filmed At Mill House & Bray Studios 1979, zawierające płytę CD i DVD. W tym samym roku ukazał się też minialbum z trzema nowymi, delikatnymi akustycznymi nagraniami, zatytułowany The Mystic And The Muse, po czym w 2010 i w 2011 roku zespół zagrał dwie trasy koncertowe, które objęły przede wszystkim USA i Japonię. Efekty dokumentuje wydawnictwo Renaissance Tour 2011 – Turn Of The Cards And Scheherazade & Other Stories Live In Concert, zawierające także rejestrację koncertu zespołu na DVD. Obecnie zespół tworzą Annie Haslam, Michael Dunford, Rave Tesar, David Keyes oraz dwóch nowych muzyków: pianista Jason Hart (znany ze współpracy z Rufusem Wainwrightem) i perkusista Frank Pagano (współpracujący wcześniej m. in. z Brucem Springsteenem, Barrym Manilowem czy Smashing Pumpkins). Grupa jest wciąż aktywna: ostatnia trasa koncertowa zakończyła się we wrześniu ubiegłego roku. Na stronach internetowych wielbicieli Renaissance można też znaleźć informacje, że na 2012 rok planowana jest kolejna trasa koncertowa i występy na festiwalach rocka progresywnego, a także wydanie pierwszej od czasu Tuscany studyjnej płyty. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że plany te uda się zespołowi zrealizować i że na dworze renesansowego króla nadal będzie grać muzyka… biuletyn podProgowy


marzec  2012

Najciekawsze płyty Renaissance i Illusion

renaissance Illusion Zwykło się uważać, że prawdziwe Renaissance zaczęło się od płyty Prologue, na której zaczęły się formować zręby klasycznego składu zespołu z Annie Haslam na czele. Nie należy jednak zapominać, że przed Prologue Renaissance popełnili jeszcze dwie, całkiem niezłe płyty. Kiedy w 1970 roku Renaissance przystąpili do nagrywania drugiego albumu, Illusion, zespół był w rozsypce. Już pod koniec sesji nagraniowej odszedł Jim McCarty, a wkrótce po nim także Keith Relf. Płytę kończył więc zupełnie inny skład od tego, który nagrywanie zaczął. Zaskakujące, że personalne zawirowania nie odcisnęły swojego piętna na zawartości Illusion. Płyta zawiera bowiem dawkę świetnej muzyki, której korzenie tkwią w folku i muzyce klasycznej, do biuletyn podProgowy

której delikatnie wpleciono szczyptę jazzu i psychodelii lat sześćdziesiątych. Wyraźnie słychać, że to właśnie na tej płycie ugruntował się styl Renaissance, w którym z powodzeniem odnaleźli się następcy pierwotnych założycieli zespołu. Weźmy na przykład takie cudnej urody The Face Of Yesterday, oparte na polifonicznych partiach wokalnych, melancholijne Love Is All lub urocze, wielogłosowe Love Goes On, nawiązujące nieco do psychodelicznych piosenek dzieci-kwiatów z lat sześćdziesiątych. Świetnie wypada też ośmiominutowy Golden Thread, będący chyba najlepszym nagraniem na płycie. Hipnotyczne partie wokalne, dublowane wspaniałą partią fortepianu, wzmocnioną pulsacją basu, po prostu powalają. Cudo! Warto też zwrócić uwagę na rozpędzone, nieco jazzujące, piętnastominutowe Past Orbits Of Dust. No i oczywiście na Mr. Pine, bo jest to jedyne nagranie, w którym John Hawken i Jane Relf pojawiają się razem z Michaelem Dunfordem. Bardzo fajnie, psychodelicznie (partie Hammonda!) rozwija się ten utwór, dowodząc, że muzycy poimprowizować też sobie lubili. Album Illusion zasługuje na to, by się z nim zapoznać. Jeśli ktoś szuka odpoczynku i  ukojenia w wielogłosowych harmoniach, polifonicznych fakturach i miękkim, ciepłym brzmieniu, z pewnością się nie zawiedzie. A już fani klasycznego składu Renaissance obowiązkowo powinni po tę płytę sięgnąć, żeby zobaczyć, jak kształtował się styl tego zespołu.

Ashes Are Burning Ashes Are Burning rozpoczyna złoty okres w twórczości Renaissance. Na tej właśnie płycie zespół po raz pierwszy w  większym wymiarze skorzystał ze smyczkowych aranżacji i przyniosło to bardzo dobry efekt. Płyta zaczyna się znakomicie: fortepianowe intro do Can You Understand i wyłaniająca się z  niego wokaliza są po prostu przepiękne. Potem zespół zaczyna trochę zmieniać tempo i melodykę, ale nagranie nie traci nic ze swego uroku, pojawiają się natomiast znaki rozpoznawcze całej płyty: anielski śpiew Annie Haslam i delikatne partie gitary akustycznej Michaela Dunforda. Let It Grow to bardzo liryczna partia fortepianu i takiż śpiew wokalistki: It’s got to be slow, talking love the only way, It’s got to just flow, making love and taking time to let it grow. Urocze nagranie. On The Frontier zapada w  pamięć dzięki harmonijnym chórkom i  melodyjnym partiom wokalnym. Równie beztroskie jest kolejne Carpet Of The Sun, które tekściarka zespołu, Betty Thatcher, napisała dla jakiegoś znajomego malucha. I to nagranie miało w sobie chyba największy przebojowy potencjał: nieskomplikowa-

27


marzec  2012 ne, krótkie, melodyjne, okraszone smyczkami, pięknie zaśpiewane. Trochę przypomina mi ono największy hit Renaissance, czyli Northern Lights, ale takiej popularności jak ono nie zyskało. Szkoda. Kolejne At The Harbour urzeka świetną partią fortepianu, ale jak się wzorowało na Debussym... Potem robi się bardzo nastrojowo, a prym wiedzie głos Annie Haslam, snujący opowieść o kobiecie, która czeka na przystani na powrót swojego męża rybaka. Opowieści tej delikatnie wtóruje gitara akustyczna, ustępując później pola fortepianowi i finalnej, narastającej wokalizie. Wyborne nagranie; nic dziwnego, że Annie Haslam uznała je kiedyś za jedno ze swoich ulubionych. No i na sam koniec następuje utwór tytułowy, traktujący o przezwyciężeniu śmierci i powrocie do życia. John Tout serwuje w nim urozmaicone partie instrumentów klawiszowych, ale i tak bledną one przy sopranowych wyczynach wokalistki. O urodzie tego nagrania stanowi też umiejętnie wpleciona gitara elektryczna. Andy Powell zagrał tu znakomite, podniosłe solo – nawiasem mówiąc, jest to jedyna partia gitary elektrycznej na całej płycie. Jego zaproszenie było niejako naturalne, ponieważ wcześniej to z kolei John Tout zagrał gościnnie na albumie Wishbone Ash Argus. Ashes Are Burning było pewnego rodzaju testem dla nowego składu Renaissance, który zespół zdał celująco. Po okresie poszukiwań muzycznych i personalnych wyłoniła się grupa ludzi, którzy doskonale wiedzieli, co i jak chcą grać. I choć album jest, moim zdaniem, nieco mniej dopracowany niż następne dwie płyty, to jednak broni się radosnym klimatem i entuzjazmem, który wyziera z każdej nuty.

Turn Of The Cards Wydanie Turn Of The Cards można traktować jako zakończenie pewnego etapu na drodze Renaissance. Po pierwsze, do nagrywania tego albumu zespół oficjalnie przystąpił już jako kwintet, z Michaelem Dunfordem jako pełnoprawnym członkiem grupy. Po drugie zaś, na Turn Of The Cards znalazła się ostatnia kompozycja autorstwa członka pierwszego składu Renaissance, Jima McCarty’ego (chodzi o Things I Don’t Understand). No i wreszcie po trzecie, to ostatni album, na

28

którym Renaissance zamieszczą dosłowne cytaty z muzyki klasycznej (fragment Concierto de Aranjuez Joaquína Rodrigo w Mother Russia, Litanii Jehana Alaina w Running Hard, oparcie Cold Is Being na Adagio in G minor Tomaso Albinoniego). Ale nie wszystkie więzi z przeszłością zostały zerwane. Świadczy o tym choćby rozpoczynający album utwór Running Hard, zawierający cytat z Mr. Pine, które to nagranie znalazło się pierwotnie na płycie Illusion. Cytat to jednak krótki, samo nagranie czaruje słuchacza natchnionym śpiewem Annie Haslam w otoczeniu pysznych orkiestrowych aranżacji. I Think Of You to ciepła ballada, której tematykę sugeruje sam tytuł, otulona subtelnymi dźwiękami gitary akustycznej. Things I Don’t Understand ma więcej nerwu. John Tout z pasją atakuje fortepian, ożywia się senna dotąd sekcja rytmiczna, mamy też okazję posłuchać spécialité de la maison zespołu, czyli wielogłosowych chórków. Spokojniej się robi w następnym Black Flame – kojącej, acz utrzymanej w zmiennym tempie piosence. Jednak nastrój ten pryska wraz z rozpoczęciem Cold Is Being. Tego nagrania nie można było zepsuć, bo muzycznie jest jednym wielkim cytatem z Adagio in G minor Tomaso Albinoniego. Jednak krystalicznie czysty i pełen smutnego dostojeństwa głos wokalistki po prostu ciska w otchłań czarnej rozpaczy. I  wreszcie czas na finał. A jest nim patetyczny utwór Mother Russia, inspirowany opowiadaniem Aleksandra Sołżenicyna i muzycznie doskonale oddający ponurą gułagową rzeczywistość. A gdy jeszcze Annie Haslam śpiewa: Mother Russia – he cries for you, normalnie ciarki chodzą po plecach. Na Turn Of The Cards zespół ostatecznie wypracował swój unikalny styl, spajając rockowe instrumentarium z orkiestrowym dostojeństwem i rozmachem. A że mariaż okazał się nad wyraz udany, powstała świetna płyta, obowiązkowa pozycja na półce każdego fana symfonicznego rocka progresywnego.

Sheherazade And Other Stories Scheherazade And Other Stories to zdecydowanie najlepsza płyta zespołu. Otwierający ją Trip To The Fair zaczyna się wręcz powalającą partią fortepianu, zza której wyłania się cudna wokaliza. Potem przez moment

muzyka cichnie, słychać tylko delikatne dźwięki pozytywki i subtelny śpiew: I took a trip down to look at the fair, when I arrived I found nobody there. Potem następuje jeszcze lekko improwizowana gra fortepianu, przeplatana partią jakichś cymbałków i następuje powrót do początkowej melodii. Urocze nagranie. Kolejne The Vultures Fly High wyróżniają bardzo żywiołowa gra pianisty i klawesynowe stylizacje. Pierwszą część płyty kończy Ocean Gypsy, piękna, acz smutna, piosenka o dziewczynie, która nie mogła znaleźć sobie miejsca na świecie. Na uwagę zasługuje, oprócz melancholijnego śpiewu wokalistki, także porywająca gra Johna Touta na fortepianie w środkowej części tego utworu oraz przedniej urody chórki. Ale Scheherazade And Other Stories to przede wszystkim tytułowa suita. Zespół zdecydował się na zabieg, polegający na muzycznym wyodrębnieniu większości fragmentów, (choć niektóre przechodzą w siebie dość płynnie, jak na przykład początkowe Fanfare i The Betrayal). Dzięki temu mimo że suita trwa niemal 25 minut, to nie nudzi. Jak wiadomo, tytułowa Szeherezada była żoną niejakiego sułtana Szachrijara, przeciwko któremu wcześniej spiskowali liczni wrogowie, w tym jedna z pozostałych żon. Nic dziwnego, że sułtan zapałał gniewem do płci przeciwnej, i zaczął systematycznie uszczuplać skład swego haremu każdego dnia o wschodzie słońca. By uniknąć tego nieprzyjemnego losu, Szeherezada opowiadała do upadłego baśnie wszelakie, przerywając opowieść w najciekawszych miejscach, żeby sułtan się wstrzymał i głowy jej jednak nie ścinał. Tę znaną historię Renaissance przedstawili z iście symfonicznym rozmachem. Uwagę zwracają przede wszystkim świetne partie orkiestry i chóru, z którymi wspaniale współbrzmią wielogłosowe partie członków zespołu i fortepianowe pasaże. W otoczeniu wszystkich tych smyczków, trąbek, fletów i dzwoneczków muzyka Renaissance nabiera prawdziwego blasku. Pięknie wypada zwłaszcza Love Theme i The Young Prince And Princess As Told By Scheherazade. Głos Annie Haslam brzmi w nich doprawdy anielsko, podobnie jak w zamykającym suitę patetycznym Finale. Scheherazade And Other Stories to płyta ze wszech miar udana i myślę, że może się spodobać każdemu sympatykowi szeroko rozumianego rocka progresywnego. Dla fanów rocka symfonicznego z domieszką folku (albo odwrotnie) to absolutny mus. ››

biuletyn podProgowy


marzec  2012

Live At Carnegie Hall Po nagraniu sześciu studyjnych płyt nastał wreszcie czas na wydanie albumu koncertowego. Renaissance uczynili to z podziwu godnym rozmachem. Zarejestrowany koncert odbył się w prestiżowej Carnegie Hall z towarzyszeniem nowojorskich filharmoników. Rezultatem tego wydarzenia był dwupłytowy album, zatytułowany po prostu Live At Carnegie Hall. Album ten portretuje Renaissance w szczytowej formie. Na płycie znalazł się doborowy zestaw piosenek ze wszystkich albumów, które Renaissance nagrali z Annie Haslam jako wokalistką. Otwierający album utwór Prologue, zapada w pamięć dzięki niebiańskiej wokalizie Annie Haslam i fortepianowym pasażom Johna Touta. Po tym znakomitym nagraniu następuje jeszcze znakomitsze Ocean Gypsy – jedno z lepszych nagrań w całym dorobku Renaissance. Niesamowicie wypadają tu melancholijne harmonie wokalne. Świetnym fortepianowym wstępem, wspomaganym dyskretną partią basu, zaczyna się kolejne Can You Understand. Po burzliwym instrumentalnym wstępie pałeczkę przejmuje Annie Haslam i aksamitnym głosem wyśpiewuje: Can you understand you understand, open up your life and make your lifetime sunshine now. A potem do głosu dochodzi orkiestra, tworząc niesamowity klimat. Carpet Of The Sun na tle poprzednich nagrań wypada słabiej, ale nawet w takiej trzyipółminutowej pioseneczce Renaissance udało się zawrzeć potężną dawkę pozytywnej energii. Nóżka sama tupie, a refren sam się nuci. Ale po tym nagraniu zespół serwuje kolejne długasy. Na pierwszy ogień idzie Running Hard. Nerwowo pulsujące solo fortepianu pozwala orkiestrze i pozostałym muzykom zespołu przygotować się do szybkiego tempa tego utworu. Dużo się w nim dzieje, podobnie jak w ostatnim Mother Russia. Po smutnym wstępie pana Touta na fortepianie zespół trochę więcej miejsca zostawia filharmonikom, a Annie Haslam snuje dramatyczną opowieść o jednym dniu z życia Iwana Denisowicza. A potem już tylko ta niesamowita wokaliza, nerwowo czające się w tle skrzypce i przepiękna partia fortepianu. Na drugim krążku zmieściły się tylko dwa nagrania, ale za to jakie! Pierwszym jest cała Szeherezada, a warto dodać, że było to wykonanie poniekąd premierowe, ponieważ biuletyn podProgowy

w momencie nagrywania koncertu płyty Scheherazade And Other Stories jeszcze na rynku nie było. Po Szeherezadzie następuje Ashes Are Burning, które w oryginale było znacznie krótsze. Tutaj dano się jednak wyszaleć basiście, żeby też miał swoje pięć minut (dosłownie!). A gdy basista ustępuje pola reszcie zespołu i orkiestrze, robi się po prostu pięknie. Podsumowując: Live At Carnegie Hall to bardzo dobry album, godny polecenia zarówno tym, którzy Renaissance znają i lubią, jak i tym, którzy z muzyką zespołu nie mieli jeszcze bliższego kontaktu. Znakomita wizytówka zespołu.

A Song For All Seasons A Song For All Seasons był drugim albumem, nagranym przez Renaissance dla wytwórni Warner Bros. W trakcie jego nagrywania muzycy nie popełnili jednak błędów z poprzedniej sesji nagraniowej i położyli większy nacisk na orkiestrowe aranżacje, wzbogacające muzykę zespołu. W rezultacie powstała jedna z lepszych płyt w dorobku grupy. Płytę otwiera symfoniczny Opening Out. Przez pierwsze minuty trudno się domyślić, że to Renaissance, dopiero dudniący bas Jona Campa pozwala podejrzewać, że mamy tu do czynienia z zespołem rockowym. Bardzo udany to otwieracz, otulający ciepłym głosem wokalistki i takimiż syntezatorowymi pasażami. Równie udane jest kolejne nagranie, niespełna dziesięciominutowe Day Of The Dreamer, w którym Annie Haslam koi słuchaczy swoim anielskim głosem, a orkiestra śmiga na smykach. Od połowy tego utworu robi się wręcz magicznie, a finał jest naprawdę porywający. Closer Than Yesterday to z kolei milusia balladka, pięknie zaśpiewana przez wokalistkę do wtóru gitary akustycznej i smyczków. Kindness (At The End) uwodzi wielogłosowymi partiami, z  których Renaissance słynął. W  nagraniu tym wokalnie udzielił się basista Jon Camp dowodząc, że on również potrafi ciekawie zaśpiewać, podobnie zresztą jak w przeuroczym She Is Love. Na A Song for All Seasons znajdują się też dwa nagrania, które przysporzyły Renaissance popularności. Pierwszym z nich jest bujające i radosne Back Home Again, które wykorzystano w ścieżce dźwiękowej do brytyjskiego serialu The Paper Lads. Jeszcze

większą karierę zrobiło przebojowe Northern Lights, które idealnie trafiło w gusta prezenterów AOR-owych programów. I nic w tym dziwnego, bo nagranie fajnie kołysze. Osobną wzmiankę wypada poświęcić ostatniemu na płycie nagraniu tytułowemu. Pełne rozmachu i bogate w symfoniczne ornamenty jest A Song For All Seasons znakomitym przykładem tego, co może powstać w wyniku współdziałania orkiestry i zespołu rockowego. Od pierwszych nut zarówno zespół, jak i orkiestra umiejętnie budują napięcie aż do finałowej kulminacji, w której krystalicznie czysty głos Annie Haslam oznajmia: Song for all seasons, a song for all our time, we’ll have a song for all the seasons through. A potem następuje wspaniała, orkiestrowa koda. Niestety, rosnące wymagania finansowe zespołów orkiestrowych sprawiły, że muzycy Renaissance nie mogli sobie pozwolić na nagranie kolejnych płyt z towarzyszeniem filharmoników. Album A Song For All Seasons okazał się więc łabędzim śpiewem Renaissance, bo następne płyty przyniosły całkowity odwrót od symfonicznych brzmień, a przy tym okazały się również niewypałem – i to zarówno artystycznym, jak i komercyjnym.

Illusion Out Of The Mist Rok 1977 to dla fanów Renaissance data szczególnie ważna. Nie dość, że zespół właśnie podsumował swoją twórczość świetnym albumem koncertowym i przeszedł do stajni Warnera, to jeszcze znienacka reaktywował się pierwszy skład Renaissance. Skład ten przyjął nazwę Illusion i przystąpił do nagrań. Ich efektem był niespełna czterdziestominutowy album Out Of The Mist. Płytę rozpoczyna nagranie Isadora, i jest to otwieracz wspaniały. Już pierwsze takty fortepianu dają znać, że to nic innego jak sta-

29


marzec  2012 ry dobry Renaissance, jaki znamy z dwóch pierwszych płyt. Może tylko nieco dojrzalszy i smutniejszy? A gdy Jane Relf zaczyna śpiewać w duecie z Jimem McCarthym, wiadomo już, że będzie znakomicie. Delikatne, melancholijne nagranie z kunsztownie aranżowanymi chórkami rzeczywiście wyłania się niczym z obłoków gęstej mgły. A oda tego nagrania po prostu wbija w fotel. Aż się chce zanucić moodybluesowe I’m a melancholy man, that’s what I am... Roads To Freedom jest bardziej skoczne i radosne. Beautiful Country urzeka moogowo-fortepianowymi pasażami Johna Hawkena, a krystalicznie czysty śpiew Jane Relf ociera się o absolut. Solo Flight to już zmiana stylistyki: bardzo niski, bujający bas, ostrzejsze partie gitary i zabawy z rytmem. Trochę to Yes przypomina, choć wraz upływem czasu robi się dość monotonnie. Piąte na płycie Everywhere You Go to urokliwa, okraszona melotronem, nieco psychodeliczna piosenka, w której Jane Relf z uczuciem wyśpiewuje miłosne strofy. Bardzo przyjemnie słucha się tego nagrania, przywołującego echa okresu, w którym dzieci-kwiaty wędrowały do San Francisco. A potem zaskoczenie: Face Of Yesterday, nagranie dobrze znane z drugiej płyty Renaissance, czyli Illusion właśnie. Nagranie odegrano nuta po nucie, jest tylko trochę krótsze od oryginalnej wersji, a i Jane Relf śpiewa nieco pewniej. I głębiej. I może fortepian jest trochę mniej wyeksponowany? A to nie koniec. Bo oto w finale płyty dostajemy ponad siedmiominutowe Candles Are Burning, być może najlepsze nagranie, jakie powstało pod szyldem Illusion. Majestatyczne fortepianowe pasaże, basowe pochody, uczuciowe solówki gitarowe i wspinający się na wyżyny duet wokalny Relf-McCarthy. No i ta porywająca, pięknie się rozwijająca, patetyczna finałowa koda. Still, candles are burning! Album Out Of The Mist sukcesu nie odniósł. A niesłusznie, bo to dobra, choć dziś już nieco zapomniana płyta.

Illusion Rok po wydaniu debiutanckiej płyty na rynku pojawił się drugi album Illusion, zatytułowany... Illusion. Jim McCarty w jednym z wywiadów stwierdził, że po wydaniu Out Of The Mist zespół okrzepł i nie miał już

30

oporów, by wprost odwoływać się do renesansowej spuścizny. Trudno odmówić takiemu podejściu logiki, zwłaszcza że na płycie Illusion A.D. 1978 zespół nie zaproponował jakiejś radykalnej wolty stylistycznej, pozostając na folkowo-art rockowym gruncie. Płytę otwiera zdecydowanie najlepsze nagranie w zestawie, czyli niespełna siedmiominutowe Madonna Blue. Piękne partie wokalne i delikatne melotronowe frazy stanowią o urodzie tego nagrania. I jaki patetyczny, powalający finał ma to nagranie… Trudno to wręcz opisać, trzeba posłuchać! Potem napięcie nieco opada. Never Be The Same to dość błaha piosenka. Miła melodia, okraszona ładną partią gitary akustycznej i wsparta plumkającym fortepianem, ale na kolana nie rzuca. Rzuca na nie natomiast kolejne nagranie, jedno z nielicznych, którego nie skomponował Jim McCarty (o czym świadczy nieprzesadnie oryginalny tytuł, mający się nijak do zawartości utworu). Louis’ Theme jest ilustracją wokalnego geniuszu Jane Relf. Delikatny i wręcz oniryczny śpiew wiedzie słuchaczy do krainy z pogranicza snu i  jawy, gdzie „wszystko niezmiennie trwa i nie zmienia się nic”. Klimat tęsknej melancholii i refleksyjnej zadumy podtrzymuje kolejne nagranie, czyli Wings Across The Sea, poświęcone tęsknocie za utraconą miłością. Duet wokalny Relf-McCarty wzbija się tu na wyżyny, uszy pieści również delikatna gitarowa solówka. Cruising Nowehere zapowiada zmianę nastroju. Ostrzejsza solówka gitarowa i takież wejścia perkusyjne wyrywają słuchacza z zadumy. Ale trochę przeładowano to nagranie klawiszowymi pogłosami i dźwiękami, które w założeniu miały pewnie frapować, a dziś brzmią już nieco archaicznie. Nic to jednak, bo oto nadchodzi Man Of The Miracles, kompozycja, która powstała jeszcze przy współudziale Keitha Relfa. Zespół wziął ją na warsztat i przerobił, nadając oprawę podobną do tej w Louis’ Theme, a wszystko zostało okraszone krystalicznie czystym śpiewem Jane Relf. Piękne nagranie. Finał stanowi natomiast The Revolutionary. Za mikrofonem bryluje tu pan McCarty, i cóż... może szkoda, że w szerszym wymiarze nie dopuścił do niego Jane Relf? Jakoś zbyt jednostajnie wypada to nagranie, szkoda, że dano je na finał płyty. Niestety, płyta Illusion sprzedała się jeszcze gorzej niż jej poprzedniczka i ostatecznie zespół zawiesił działalność. Szkoda, bo jego delikatna, wysublimowana muzyka z pewnością zasługiwała – i wciąż zasługuje – na uwagę. Michał Jurek

biuletyn podProgowy


S

zaleństwem nazwał Antek Krupa, znany krakowski prezenter radiowy, a w przeszłości także muzyk (grający m.in. z Jazz Band Ballem i Markiem Grechutą), swój książkowy debiut. W 2008 roku, gdy ukazało się jego Miasto błękitnych nut, musiał już jednak kiełkować w nim nowy pomysł. Już wtedy bowiem na spotkaniach promocyjnych grywał on Ostatni blues, piosenkę, od której tytuł wziął cały album – Krupy debiut płytowy. A zatem... szaleństwa ciąg dalszy. Debiut, zastrzeżmy to na początku, niepełny. Dlaczego? Ostatni blues, nagrany na przełomie 2009 i 2010 roku wspólnie z Jarkiem Śmietaną i całą gromadką znamienitych gości, do tej pory nie ukazał się. Czemu więc pisać o rzeczy niewydanej? By dać świadectwo. Co się bowiem stanie jeśli Antoni Krupa, a w przyszłości jego spadkobiercy, nie zdecydują się lub nie będą mieli sposobności, by wydać Ostatni blues? Tekst ten, jak i kilka jemu podobnych, krążących w sieci, świadczyć będzie, że album istnieje, że nie jest to czczy wymysł, żadna mistyfikacja, prędzej już może święty Graal.

biuletyn podProgowy

Większość utworów zawartych na płycie należy do spółki Krupa-Śmietana. Krupa wniósł do projektu teksty, Śmietana zadbał o to, by były one wprawione w godne kompozycje. Po drodze w studiu nagrań zameldowali m.in. Antek Dębski (autor linii basu do większości piosenek), Stefan Błaszczyński (którego flet będziemy słyszeć tu nader często), a także wokaliści Karolina Cygonek, Jorgos Skolias, Harriet Levis, trębacz Tomek Kudyk. I tak powstała płyta niezwykła: nastrojowa, nostalgiczna, czarująca i bardzo mocno zanurzona w bluesie. Wokal Krupy skojarzyć się może niektórym ze stylem Leonarda Cohena. Wszelkie porównania okazują się jednak powierzchowne, gdy wejdziemy w świat Ostatniego bluesa. Nietypowe instrumentarium, melorecytacje wspomagane czasem przez solistów, czasem przez chórki, a do tego (właściwie to: przede wszystkim) gitara Jarka Śmietany, sprawiają, że ta płyta jest – po prostu – piękna. Można odnieść wrażenie, że utwory często rodzą się tu z luźnej zabawy instrumentem. Jednak za każdym razem, gdy Śmietana niby od niechcenia trąca struny powstaje mała muzyczna perełka, zorganizowana wokół jego niezwykle prostej i pełnej wewnętrznego spokoju gry. Piosenki zawarte na Ostatnim bluesie są urokliwe, a część z nich jest wręcz przebojowa. Uwielbiam otwierającą płytę opowieść Camden Town, taneczne Nie zaznasz szczęścia, świetne Innocence do słów R.Creeley’a, Cały ten jazz poświęcony pamięci Milesa

i Clotrane’a, w jakiś perwersyjny sposób lubię słuchać, jak Śmietana i Krupa wyją łamaną angielszczyzną Ruby Teusday (niestety, oba te utwory nie zmieściły się na płycie), za każdym razem zabija mnie fantastyczny cover Summertime. Nie wątpię jednak, że na tej płycie znajdziecie coś dla siebie... jeśli kiedykolwiek uda wam się na nią trafić. Choć wiele tekstów odwołuje się tu do ideałów beat generation, to leitmotivem Ostatniego bluesa jest starości i, związane z nią, wspominanie życia. To wręcz apologia starości i życia zaślubionego muzyce. Już otwierające płytę Camden Town mówi nam wprost o „przeszłość, która pozostała teraźniejszością tych, którzy otarli się o nią”. Przeszłość wdziera się na Ostatniego bluesa w każdy możliwy sposób. Okładka albumu w sposób oczywisty nawiązuje do klasycznej pozycji z dyskografii Johna Mayalla i Bluesbreakersów. Usłyszymy tu m.in. nawiązania do Sunshine of Your Love The Cream czy Blues for Everybody z repertuaru Extra Ballu. Jeśli jednak pojawiają się w warstwie muzycznej przebłyski innych utworów, to nie wynika to z wyrachowania, ale raczej z pamięci przesiąkniętej ukochanymi dźwiękami. „Po co komu stary człowiek wpatrujący się w przeszłość wtopioną w poświatę mgły?” – pyta w pewnym momencie Antek Krupa. Odpowiedź wydaje się prosta. By nagrywać takie albumy, jak ten. Tylko zdarci bluesmani potrafią tak czarować. Jacek Chudzik

31


Air Franch Band – elektroniczni filmowcy Nastoletnia historia z modulatorem i melotronem w tle

L

ata 90-te ubiegłego stulecia objawiły się w muzyce jako wystrzał radiowo-telewizyjnego popu, dedykowanego dla dziesiątek muzycznych stacji TV oraz tysięcy powstających jak grzyby po deszczu rozgłośni radiowych na całym świecie. W całym tym zgiełku najważniejsze było show. Jego głównymi bohaterami byli: plastykowy image i coraz większe pieniądze, pompowane przez możne grupy medialne oraz wydawców, którzy nie szczędzili środków na nowoczesne teledyski, zapierającą dech w piersiach oprawę elektroniczną oraz rozmaite, kolorowe gadżety, które przyciągały oko przeciętnego widza i słuchacza. Wykonawcy, którzy nie zaliczali się do tych pachnących nową pop-kulturą kręgów, stali się niszowi bardziej niż zwykle. Paradoksalnie poprzez swą „niszowość” kilkoro z nich przedostało się za sprawą swojej działalności, jeśli nie przed czoło, to przynajmniej do jednego z pierwszych szeregów. Co prawda były to krótkie epizody, ale niektórzy artyści potrafili jak mało kto wykorzystać swoje pięć minut. Jedną z takich formacji z całą pewnością był francuski duet Air French Band, który w dość zręczny sposób balansował pomiędzy nową, modną pop-kulturą, a niekomercyjnym powiewem klasyki. Ich muzyka pojawiała się zarówno w klubach muzycznych, grających muzykę powiedzmy bardziej taneczną jak i   głośnikach lubujących się w klasycznych brzmieniach słuchaczy. Modni w latach 90tych DJ-e ustawiali się w kolejce by remiksować takie utwory jak chociażby Sexy Boy czy Kelly Watch The Stars, a starzy wyjadacze dostrzegali w muzyce Air French Band ślady fascynacji takimi wykonawcami jak: Pink Floyd, Tangerine Dream czy Jean Michel Jarre. Stąd też muzykę zespołu w skrócie nazywanego jako AIR (Amour, Imagination, Rêve – czyli Miłość, Wyobraźnia i Sen) klasyfikowano do nurtu elektronicznego. Nie

32

było w tym zresztą przesady, bowiem członkowie zespołu: Nicolas Godin i Jean-Benoît Dunckel, do tworzenia kolejnych utworów używali w zasadzie głównie instrumentów elektronicznych, przy czym w 90% stanowiły je samplery i syntezatory sprzed 20 – 30 lat. Znamienne było także wykorzystanie modulatorów i filtrów analogowych, które jeszcze bardziej schylały muzykę ku czasom min. rockowej, kosmicznej psychodelii. Było w ich muzyce coś jeszcze. Wyraźna fascynacja muzyką filmową. Pierwszym wydawnictwem zespołu AIR był mini-album Premiers Symptômes z kilkoma instrumentalnymi utworami nagranymi około 1995 roku. Była to ponad 30-minutowa podróż w świat muzyki lat 70-tych. Bardzo eteryczna, wysmakowana, delikatna, ale jednocześnie z dozą charakterystycznej dla tego okresu zmysłowej psychodelii. Francuzi swą muzykę oparli na samplingu, wycinając z wielu klasycznych utworów dźwięki i sekwencje, które zespolone w całość kojarzyły się właśnie z charakterystyczną dla lat 70-tych muzyką filmową (bardzo kojarzy mi się w tym wypadku kino niemieckie). Do tego dochodziły niezliczone efekty, wyczarowane min. z analogowych modulatorów. W rok później, zachęceni sukcesem swego debiutanckiego mini-albumu muzycy AIR wydali swój pierwszy album długogrający. Nosił tytuł Moon Safari i odbił się szerokim echem wśród krytyków i słuchaczy, bowiem został wyprodukowany w bardzo nowatorski i odważny sposób. Nie oznacza to, że tym razem nostalgia za latami 70-tymi odpłynęła w dal. Wprost przeciwnie! Tym razem jednak kilka utworów brzmiało bardziej przebojowo, znakomicie radząc sobie na listach przebojów. Charakterystyczne teledyski po dziś dzień uważane są za jedne z najciekawszych, jakie powstały w latach 90-tych. W przypadku nagrań, które zostały umiesz-

czone na singlach spore pole do popisu mieli DJ-e z całego świata. Powstało bowiem mnóstwo remiksów utworów takich jak: Sexy Boy, Kelly Watch The Stars czy All I Need, które umieszczono na tzw. stronach B singli. Wreszcie rok 2000 przyniósł zdaniem wielu słuchaczy największe dzieło francuskiego duetu. Był nim album The Virgin Suicides, notabene oficjalny soundtrack do znakomitego filmu Sofii Coppoli pod dokładnie tym samym tytułem. Inspiracją do jego nakręcenia była książka amerykańskiego powieściopisarza, Eugenidesa Jeffreya napisana i wydana w 1993 roku. Fabuła filmu rozgrywa się w amerykańskim stanie Michigan, w małej miejscowości Grosse Pointe dokładnie w 1970 roku, a więc jeszcze w okresie wzmożonego ruchu hippisowskiego. Niby Przeciętna rodzina amerykańska, choć mimo wszystko dość niecodzienna… Nie często bowiem zdarza się, by w domu wychowywało się aż pięć córek. Gdy jeszcze dodać, że wszystkie latorośle były nastolatkami i właśnie przeżywały czas dorastania (najmłodsza miała trzynaście, najstarsza nieco ponad siedemnaście lat) i co za tym idzie nieco bardziej emocjonalnie postrzegały świat to chyba nie trudno sobie wyobrazić, co przeżywali w tym czasie ich rodzice. Dziewczęta o nieprzeciętnej urodzie były, co zrozumiałe magnesem dla nastoletnich chłopców, którzy gdyby mogli, ustawialiby się w kolejce pod rodzinnym domem państwa Lisbon by zdobywać ich serca. Niestety! Tu był drobny problem. Rodzice dziewczynek, widząc wokół cały zgiełk świata, który wówczas dostał tęgiego kopniaka cywilizacyjnego postanowili ochraniać swe pociechy za wszelką cenę. Ich purytańskie poglądy były dla dziewcząt totalnie niezrozumiałe i nie do przyjęcia. Na nic jednak zdawały się łzy i buńczuczne zachowania. Państwo Lisbon biuletyn podProgowy


byli nieugięci w sposobie wychowywania i, jak to w okresie dorastania bywa, bunt córek wprost wisiał w powietrzu. Ciekawostką jest sposób przedstawienia całej historii. Narratorami, bowiem nie są ani rodzice, ani też żadna z pięciu głównych bohaterek filmu. Jest nimi pięciu chłopców zauroczonych koleżankami z sąsiedztwa, którzy bacznie obserwują każdy ruch swych obiektów zainteresowania. Właściwie cały scenariusz bazuje na ich spostrzeżeniach, a w domu nadopiekuńczych państwa Lisbon gościmy tylko epizodycznie. Dowiadujemy się dla przykładu, że tak naprawdę Państwu Lisbon zależy nie na bezpieczeństwie córek, a bardziej na uniknięciu sensacji i plotek sąsiadów i otoczenia, gdyby dziewczęta za bardzo spróbowały wolności. Wszystko sprawia, że im bardziej utrudzony jest dostęp do kontaktów chłopców z dziewczętami, tym bardziej chcą do niego młodzi obserwatorzy doprowadzić. Wokół pojawia się także mnóstwo symboli amerykańskiej wolności, odurzonej kolorowym Flower Power. Właściwie jedynym miejscem, w którym dziewczęta mogą poczuć się nieco swobodniej jest szkoła. Tam też dochodzi do jedynych kontaktów obydwu zainteresowanych stron. Sytuacja zmienia się jeszcze bardziej na niekorzyść, gdy jedna z dziewcząt, 13-letnia Cecylia niespodziewanie próbuje popełnić samobójstwo. Rolę wiodącą w odizolowaniu od świata zewnętrznego córek przejmuje Pani Lisbon, która zabrania dziewczętom jakichkolwiek kontaktów ze światem zewnętrznym. Bohaterki filmu nawet przestają chodzić do szkoły. I w tym momencie ważnym elementem staje się… muzyka. Chłopcy z sąsiedztwa kontaktują się ze swymi koleżankami właśnie za sprawą muzyki, odtwarzanej głośno z adaptera oraz błyśnięć domowego światła, biuletyn podProgowy

których różna częstotliwość tworzy pewne znaczenia. W ten sposób dotykają uczuć nastolatek, wzbudzają ich jeszcze większą tęsknotę za wolnością. W efekcie dziewczęta postanawiają popełnić zbiorowe samobójstwo… Muzyka zespołu Air w tym filmie pełni niezwykle ważną rolę. Wkomponowane w fabułę fragmenty mistrzowsko zaaranżowanego soundtracku rozbudzają w widzu jeszcze większą lawinę emocji. Kolejne sceny ogląda się z ogromnym zainteresowaniem a Nicolas Godin i Jean-Benoît Dunckel właściwie poprzez muzykę bawią się naszymi odczuciami. Sama muzyka schyla się wyraźnie ku rockowej psychodelii z przełomu lat 60 i 70. Dwaj muzycy Air są bardzo wyraźnie pod wpływem takich albumów Pink Floyd, jak chociażby: More czy Obscured By Clouds (które zresztą także były soundtrackami) oraz słynnego Meddle. Do będącego zwiastunem zarówno filmu jak i płyty, singlowego utworu Playground Love stworzono także specjalny teledysk, którego fabułą są migawki filmu, ale tak zmyślnie złożone w jedną całość, że dostrzegamy w nich niesamowite emocje nastoletnich bohaterek i bohaterów opowieści. Rolę wiodącą w muzyce przejmuje melotron, tak bardzo charakterystyczny dla przełomu ówczesnych dekad. Zdecydowanie procentują tu doświadczenia muzyczne, które obaj artyści zrobili przy okazji dwóch poprzednich wydawnictw. Kolejnym smaczkiem muzyki jest wykorzystanie w niej właściwie tylko kilku stałych fragmentów w postaci melodyjnych sekwencji, powtarzanych w rozmaitych konfiguracjach dźwiękowych. Wszytko to podyktowane jest jednemu: ukazać jak najwięcej emocji za sprawą muzyki. Mamy tu zarówno utwory brzmiące stricte rockowo (by nie powiedzieć space-rockowo), mamy fragmenty grane w bardzo

Jean-Benoît Dunckel Nicolas Godin

dyskografia (1998) Moon Safari (2000) The Virgin Suicides (2001) 10 000 Hz Legend (2002) Everybody Hertz (2004) Talkie Walkie (2007) Pocket Symphony (2009) Love 2 (2012) Le voyage dans la lune

zimny sposób na kościelnych organach, a także chwile brzmiące bardziej mechanicznie i nowocześnie. Prawdziwym majstersztykiem jest utwór numer siedem na soundtracku, zatytułowany Dirty Trip, który bardzo kojarzy mi się ze słynnym One Of These Days Floydów. Ciekawostką jest także okładka do oficjalnego soundtracku, który stworzyli panowie z AIR. Kipi z niego symbolika czasów Dzieci Kwiatów. Przedstawiona na booklecie postać długowłosej dziewczyny ubrana jest w charakterystyczne kwiaty symbolizujące okres w którym dzieje się opowieść oraz czerwone serca, symbolizujące nastoletnie emocje. Kolorystyka dobrana do obrazu wyraźnie kojarzy się z okładkami wielu wydawnictw z kanonów space-rockowej psychodelii z przełomu lat 60 i 70. Kolejne albumy duetu Air nie są już tak znakomite jak pierwsze trzy ich wydawnictwa. Są po prostu niezłe, ale chwilami panowie: Godin i Dunckel gubią się w swych inspiracjach, których po roku 2000 na kolejnych albumach poznajemy jeszcze więcej. Według mnie nostalgia za ogólnie rozumowaną muzyką lat 70-tych była prawdziwym smaczkiem w ich dokonaniach. Kolejne albumy: City Reading (2000), 10.000 Hz Legend (2001), Talkie Walkie (2004), Pocket Symphony (2007) czy Love 2 (2009) zawierają muzykę stylistycznie bardziej zróżnicowaną. Są kompozycje zbudowane według wypróbowanych wzorców, ale obok nich niestety pojawiają się utwory dość dziwne i dla mnie osobiście niezrozumiałe. Gdybym miał polecić Wam muzykę Air French Band to wybrałbym zdecydowanie trzy pierwsze albumy: Premiers Symptômes, Moon Safari oraz prawdziwe apogeum w postaci albumu (i koniecznie filmu) The Virgin Suicides. To była prawdziwa sztuka! Krzysztof Baran

33


N

iewiele jest zespołów, które osiągają status kultowy. Jeszcze mniej jest formacji, które poprzez swą twórczość zapracowują na miano niepodważalnej ikony reprezentowanego przez siebie gatunku i zostają zapamiętane przez grono słuchaczy jako perła świecąca w muzycznej koronie. Takim zespołem z pewnością jest amerykańska grupa Death – zespół, którego wkład w rozwój muzyki jest niezaprzeczalny na wielu płaszczyznach, muzyczny twór, niemający sobie równych w reprezentowanym przez siebie gatunku nawet do tej pory, muzyczna ikona, która z każdym kolejnym wydawnictwem robiła artystyczny postęp i coraz bardziej oczarowywała słuchaczy aż do tragicznego końca funkcjonowania grupy. Cała nasza historia rozpoczyna się w roku 1983, kiedy w Orlando Chuck Schuldiner (tytułowany mianem Ojca Death Metalu) zakłada zespół Mantas. Były to czasy, kiedy całe amerykańskie podziemie sceny metalowej przesączone było świeżo wyewoluowanym gatunkiem muzycznym, któremu nadano nazwę thrash metalu. Rok 1983 to czas, kiedy swe pierwsze albumy wydały takie zespoły jak Metallica czy Slayer, młody człowiek chciał grać szybko i ciężko, a o muzyce progresywnej, będącej wówczas w głębokiej defensywie, nie myślał niemal nikt. Rock progresywny z połową lat siedemdziesiątych został niemalże doszczętnie wyparty przez punk, a do komercyjnego sukcesu Marillion i odświeżenia klasycznego progresywnego stylu gry musiało minąć jeszcze sporo czasu.

34

Nic więc dziwnego, że muzyków zgrupowanych w Mantas ciągnęło do ekstremalnych dźwięków, nie zaś do tych bardziej subtelnych muzycznych form i taką muzykę członkowie grupy prezentowali przez długi czas swojej kariery. W związku z niemożnością zarejestrowania formacji jako Mantas Schuldiner w roku 1984 zdecydował o zmianie nazwy zespołu na Death, która, jak się miało okazać, na stałe zadomowiła się w słowniczku każdego fana cięższych brzmień. Początki formacji, jak zresztą niemal każdej, nie były łatwe. Kariera Death potoczyła się jednak dosyć szybko i o ile pierwsze płyty zespołu można byłoby scharakteryzować jak mieszankę death i thrash metalu, to z każdym kolejnym wydawnictwem grupa wzbogacała swój repertuar, różnicowała kompozycje, dając wspólnie z innymi amerykańskimi formacjami i zespołami ze Skandynawii początek połączeniu niezwykle ciężkiego brzmienia z progresywnym nacechowaniem kompozycji. Początek lat 90-tych, pierwsze albumy Death, Opeth, Edge of Sanity, Atheist, Cynic – właśnie poprzez te ścieżki tzw. progresywny death metal zaczynał coraz szerzej przedostawać się do świadomości odbiorców jako samodzielny, posiadający własną tożsamość gatunek muzyczny. Dodajmy, że o ile te skandynawskie formacje miały w swej muzyce więcej delikatności (jeśli można tak stwierdzić) i progresywności, to te amerykańskie (jak interesujący nas Death) charakteryzowała wściekłość, niezwykły ciężar, agresja, poszarpana budowa utworów i tzw. techniczność. biuletyn podProgowy


Wróćmy jednak do naszej historii. W latach 1987, 1988 oraz 1990 grupa wydała trzy kolejne krążki. Były to Screem Blood Grove, Leprosy oraz Spiritual Healing, zaliczane do pierwszej ery w historii zespołu. Muzyka zawarta na powyższych albumach była niczym więcej niż klasycznym death metalowym graniem i co prawda każdy kolejny krążek przynosił grupie z daleka widoczny rozwój artystyczny, to zespół dalej dość kurczowo trzymał się oldskulowej muzycznej estetyki. Warto jednak dodać, że wydawnictwa te zostały przez wielu zauważone i cenione bardzo wysoko. Death tworzył w rozwijającym się death metalu, zapisując się dużymi literami w historii jego powstania i choć z progresywnej perspektywy podane krążki nie są zbyt interesujące, to z tej deathmetalowej – bardzo. Pewnego rodzaju przełom w historii zespołu nastąpił w roku 1990, kiedy to lider i wokalista formacji Chuck Schuldiner zdecydował o zawieszeniu Death tuż przed rozpoczynającą się trasą koncertową promującą wydany Spiritual Healing. Mimo tego część członków zespołu: perkusista Bill Andrews oraz basista Terry Butler postanowiła na własną rękę kontynuować muzyczną przygodę pod banderą Death, wykorzystując materiał muzyczny napisany w większości przecież przez Schuldinera. Ten, nie mogąc zgodzić się na taki rozwój wypadków, postanowił „reaktywować” grupę, zatrudnić innych muzyków i wydać nowy album, którym okazał się uznawany za przełomowy w dyskografii grupy krążek pt. Human, na którym Chuck zaprezentował zdecydowanie bardziej rozbudowane muzyczne formy niż na poprzednich krążkach. Następne lata przyniosły ciągłe żonglowania składem personalnym i ustabilizowanie pozycji Schuldinera jako głównego kompozytora, lidera i ojca grupy oraz wydanie kolejnych krążków, z których każdy kolejny przynosił artystyczny postęp formacji. W roku 1993 zespołowi przypadło w udziale nagranie zdecydowanie bardziej progresywnego od Human albumu pt. Individual Thought Patterns (na krążku pojawiają się nawet wpływy jazzu!). Album sprzedał się w największym nakładzie spośród wszystkich wydawnictw grupy, jednak to te biuletyn podProgowy

kolejne przyniosły Death prawdziwy artystyczny rozkwit. Mowa tu o Symbolic (1995) z miażdżącym utworem tytułowym oraz The Sound of Perseverance (1998) z wspaniałym Spirit Crusher czy nietuzinkowym coverem Painkiller z repertuaru Judas Priest. Dwa podane albumy zapisały się złotymi zgłoskami w historii progresywnego death metalu, stając się jednymi z kluczowych pozycji tegoż gatunku. Wielką uwagę należy zwrócić szczególnie na ten ostatni krążek, uznawany za opus magnum formacji. Death wybił się z nim na szczyt swoich możliwości, tworząc dzieło wybitne w każdym celu. Jeśli, drogi Czytelniku, muzyki zespołu nie znasz, a chciałbyś ją poznać, to właśnie ten album mogę Ci najbardziej zarekomendować. Mimo tego że kariera formacji rok za rokiem nabierała rozpędu, a Death bardzo szybko piął się po szczeblach popularności, cała przyszłość zespołu nagle stanęła pod znakiem zapytania. U Chucka Schuldinera w 1999 roku wykryto guza mózgu. Niestety, mimo wielkiego wsparcia fanów oraz wielu muzyków i przebytej operacji, 13 grudnia 2001 roku w wieku 34 lat muzyk zmarł, zamykając tym samym historię jednego z najbardziej wpływowych zespołów, mającego niebagatelne znaczenie dla rozwoju progresywnego death metalu. Zespół miał i do tej pory ma ogromny wpływ na wiele muzycznych formacji. Do tej pory inspiruje nieszablonową budową utworów, technicznymi zagraniami, umiejętnością konstrukcji spójnej całości z pozoru niezwiązanych ze sobą fragmentów czy nietuzinkowym stylem wokalnym Chucka Sholdinera. Zespół zainspirował wiele formacji nie tylko z kręgu wykonywanego przez siebie gatunku. W ostatnich latach pojawiają się reedycje albumów Death. Utwory z poszczególnych wydawnictw są remasterowane, do krążków dołączane są dodatkowe, bonusowe utwory. Reedycja The Sound of Perseverance została nawet wzbogacona o odświeżoną okładkę, zaprojektowaną przez Travisa Smitha. Niesłabnący popyt na materiał Death świadczy o tym, że duch zespołu jest ciągle żywy, a ten nie traci na popularności i zainteresowaniu fanów. Co sprawia jednak, że muzyka Death jest tak szczególna? Cechami wyróżniającymi Death spośród innych ze-

społów poruszających się w rejonach metalu technicznego, progresywnego czy też death metalu to z pewnością na pierwszy miejscu wokal Scholdinera. Amerykanin posiadał bardzo wysoki, brudny i momentami piskliwy, dobrze rozpoznawalny głos. O ile szkoła skandynawska wykształciła gardłowy, głęboki growl, to deathmetalowcy ze Stanów Zjednoczonych charakteryzowali się raczej (jak Death czy Atheist) wysokim, agresywnym screamem, co reprezentował m.in. Scholdiner. Wspominając o Death, warto wspomnieć o budowie utworów, kompozycjach, aranżacji i instrumentalizmie. Zespół z pewnością nie jest typową formacją z rejonów death metalu. Zamiast gęstej, „maszynowej”, dwustopowej serii perkusyjnych, tak typowych dla gatunku, zespół decyduje się na bardziej wszechstronną sekcję rytmiczną. Rzecz jasna, nie brakuje dwustopowych pogoni, lecz niezwykle dużą rolę pełnią inne perkusyjne zagrywki, znajdujące się na kosmicznym poziomie technicznym. Death to bez wątpienia prekursor tzw. technicznego metalu. Zarówno wspomniana perkusja jak i inne instrumenty szarżują w kompozycjach zespołu niemal do utraty tchu, w muce grupy aż roi się od szybkich zagrywek i indywidualnych popisów, mogących od czasu do czasu przypominać Dream Theater za najlepszych lat. Muzyka tworzona przez Death z technicznego i kompozycyjnego punktu widzenia to twórczość o najwyższym stopniu muzycznego, artystycznego zaawansowania. Jeśli chodzi o warstwę liryczną, to muzyce Amerykanów towarzyszy inny przekaz niż tej typowo deathmetalowej. O ile gatunek, z którego zespół się poniekąd wywodzi, to muzyka niezwykłego ciężaru, która wyraża najczęściej uczucia strachu, przesyconej czystym pierwiastkiem zła, to repertuar Death porusza szerzej inne kwestie. Muzyka Death to wewnętrzny ból istnienia, zew zniewolenia, poczucie beznadziejności i nicości życia codziennego. Słuchając repertuaru zespołu, jesteśmy zdominowani przez niezwykły, sentymentalny muzyczny klimat, któremu rzecz jasna w sukurs idzie w większości ciężka muzyka i krzyki Schuldinera, które wyciskają z człowieka najgłębiej skrywane uczucia. Paweł Bogdan

35


marzec  2012

autor tekstu: Aleksander „mahavishnu” Filipowski

K

ilkanaście dni temu powróciłem po dłuższej przerwie do debiutanckiego albumu grupy Mothers of Invention Freak out! W trakcie jego słuchania uświadomiłem sobie, że od chwili jego wydania upłynęło już ponad 45 lat! Dzisiaj, gdy zagłębiamy się w tę płytę, nie ma ona już tego posmaku sensacji, jej radykalizm i specyficzna ekstrawagancja także nie robią już może aż tak wielkiego wrażenia. Wiele jej fragmentów brzmi dzisiaj, rzecz jasna, dość staroświecko. Cóż, takie są, miedzy innymi, prawidła produkcji albumów rockowych, postęp technologiczny robi tu także swoje. Wielu młodych słuchaczy być może odebrałoby dzisiaj ten artystyczny manifest jako muzealny relikt dawno minionej muzycznej epoki. Oceniając muzykę, nie możemy jednak popełnić błędu ahistorycznego myślenia, winno się bowiem na nią patrzeć nie tylko z dzisiejszej perspektywy, ale także pamiętać o  realiach epoki, w której powstawała. Połowa lat 60-tych był to czas, gdy muzyka rockowa zaczynała z wolna wykazywać pierwsze objawy dojrzałości. Daleko jednak było jej do estetycznego wyrafinowania. Scena psychodeliczna była jeszcze w formie embrionalnej. Brytyjska scena undergroundowa w latach 1965-1966 stopniowo zaczęła grawitować w stronę eksperymentalnych brzmień, tyle że w tym okresie były to jeszcze próby nie do końca świadome, ponadto wciąż mocno zakorzenione w rhythm and bluesowej estetyce (vide pierwotne wcielenie Pink Floyd). Na początku 1966 roku, gdy Zappa et consortes przystępowali do nagrania debiutanckiego albumu, daleko posunięta synteza rocka z wszelkimi odmia-

36

nami XX-wiecznej muzyki awangardowej jawiła się jako przedsięwzięcie tyleż śmiałe, co ryzykowne. Mothers of Invention zaczynali podobnie jak ich brytyjscy koledzy. Punktem wyjścia była dla nich muzyka młodzieżowa z lat 50-tych i 60-tych we wszelakich odmianach (rhythm and blues, doo-wop), która stopniowo była nasączana elementami wcześniej w świecie rocka nieobecnymi. Droga twórcza samego Zappy była natomiast dość nietypowa, gdyż, jak sam przyznaje, do ukończenia 20. roku życia nie skomponował on nic, co miałoby cokolwiek wspólnego z szeroko pojętą muzyką rozrywkową (były to awangardowe kompozycje będące pokłosiem zainteresowania twórczością Edgara Varese’a oraz punktualizmem). Zanim grupa pokusiła się o nagranie debiutanckiego krążka koncertowała po różnych klubach w Los Angeles. Właśnie w jednym z nich została przypadkiem zauważona przez Toma Wilsona. producenta z wytwórni MGM. który współpracował między innymi z Bobem Dylanem a wkrótce także z Velvet Underground. Wilson przebywał na ich koncercie zaledwie kilkanaście minut. trafił akurat na moment. gdy zespół wykonywał bardziej tradycyjny repertuar (m.in. Trouble every day). Dostrzegł w nich obiecujący materiał na popularny band rhythm and bluesowy i natychmiast podpisał z nimi kontrakt. Pierwsze koncerty zespołu natrafiały jednak najczęściej na mur niezrozumienia ze strony publiczności. Frank Zappa tak oto wspomina te czasy: ,,Publiczność po prostu nie mogła się identyfikować z tym, co graliśmy – więc my z kolei wpadliśmy w zwyczaj obrażania i poniżania ich… i dzięki temu zyskaliśmy całkiem duży rozgłos. Nikt nie przychodziłby nas słuchać. Przychodzili po prostu, żeby się przekonać, jak wiele obrazy z naszej strony mogą znieść. Byli bardzo masochistyczni. Uwielbiali to! Na tej podstawie udało się nam dostawać pracę, ale nigdy nie trwało to zbyt długo, ponieważ w końcu obrażaliśmy także właściciela samego klubu, a wtedy on po prostu pozbywał się nas’’.

A1. Hungry Freaks, Daddy (3:27) A2. I Ain’t Got No Heart (2:30) A3. Who Are the Brain Police? (3:22) A4. Go Cry on Somebody Else’s Shoulder (3:31) A5. Motherly Love (2:45) A6. How Could I Be Such a Fool (2:12) B1. Wowie Zowie (2:45) B2. You Didn’t Try to Call Me (3:17) B3. Any Way the Wind Blows (2:52) B4. I’m Not Satisfied (2:37) B5. You’re Probably Wondering Why I’m Here (3:37) C1. Trouble Every Day (6:16) C2. Help, I’m a Rock (Suite in Three Movements): (8:37) 1st Movement: Okay to Tap Dance 2nd Movement: In Memoriam, Edgar Varese’ 3rd Movement: It Can’t Happen Here D. The Return of the Son of Monster Magnet (12:17) I. Ritual Dance of the Child-Killer II. Nullis Pretii (No Commercial Potential)

Sesje nagraniowe Freak out! nie przebiegały tak szybko i sprawnie, jak życzyliby sobie tego pryncypałowie z wytwórni. Muzycy starali się doszlifować materiał, pojawiały się różne pomysły i koncepcje. Koszty nagrania albumu miały wynieść pierwotnie 5 tysięcy dolarów, tymczasem ostatecznie osiągnęły sumę 21 tysięcy. Wszystko zostało doprowadzone do szczęśliwego końca dzięki Wilsonowi, który był głównym sprzymierzeńcem zespołu. MGM był bowiem nastawiony nader sceptycznie do tego przedsięwzięcia. Jeszcze raz oddajmy głos spiritus movens tego artystycznego zamieszania : ,,W końcu ci z MGM poczuli, że wyrzucili już zbyt dużo pieniędzy i nie chcieli dać ani centa na promocję. Lecz właśnie wtedy album zaczął się sprzedawać… 40 kopii sprzedanych w jakimś miasteczku wielkości chusteczki do nosa, w samym środku stanu Wyoming! Więc zaczęli go reklamować na głównych rynkach muzycznych i skończyli z nie najgorszymi wynikami sprzedaży’’ Płyta ukazała się ostatecznie 27 czerwca 1966 roku i osiągnęła 130. miejsce na liście Billboardu, przebywając na niej przez 23 tygodnie. Ponieważ MGM nie palił się do wsparcia zespołu, Zappa samodzielnie opracował strategię reklamową. Nastawił się w niej głównie na konkretnego odbiorcę, który potencjalnie może poszukiwać właśnie takiej niepospolitej muzyki. Reklamy płyty, zgodnie z sugestią Zappy, ukazały się zatem tylko w prasie podziemnej. Niekonwencjonalnym pomysłem były też ogromne billboardy, które zostały umieszczone przy Sunset Strip. Był to pierwszy taki przykład promocji grupy rockowej. Recepcja albumu przez ówczesną krytykę muzyczną była niejednoznaczna. Wielu dawało wyraz swojej bezradności w ocenie muzycznych poczynań Matek. Oto jeden z typowych komentarzy na temat poczynań artystycznych muzyków na.Freak out!: ,,Matki i ojcowie. Uważaliście, że The Beatles są źli. Wytaczaliście działa przeciwko The Rolling Stones. Dostawaliście drgawek na myśl o Sony and Cher. biuletyn podProgowy


marzec  2012 A  przecież, jak ktoś powiedział, nie widzieliście jeszcze nic… jeśli nie widzieliście The Mothers of Invention’’ Niemało recenzentów odniosło się do albumu niechętnie, by nie rzec wręcz pogardliwie. W jednym z tych bardziej zjadliwych Bob Levinson pisał tak : ,,Śpiewając glosami. które powinny zawstydzić bezdomnego kota o północy, te ‚’matki’’ zmarnowały dwie płyty oraz okładkę przy pomocy nieopisanej dawki złego smaku i osiemdziesiąt minut trwającej tandety’’ Powyższa recenzja świadczyła nie tylko o tym, że znaczna część ówczesnej krytyki nie była przygotowana na taki muzyczny ekstrakt, jaki wyważyły Matki, lecz ukazywała także pewną arogancję i nierzetelność. Płyta trwała wszak nie 80 minut, jak wspomniał Levinson, ale nieco ponad 60, co pokazuje dość jednoznacznie, iż cytowany recenzent nie pochylił się z należytą uwagą nad tym albumem. Były, rzecz jasna, także głosy aprobaty. Jednym z pierwszych czasopism, które odniosło się pozytywnie do zespołu, był Cash Box, dostrzegający w grupie spory potencjał. Muzyka rockowa rzadko bywa oryginalną formą wypowiedzi artystycznej. Artyści cechujący się zjawiskową oryginalnością to już jednostkowe wypadki. Tym bardziej warto poddać takie przypadki swoistej wiwisekcji, aby lepiej zrozumieć istotę ich fenomenu oraz źródła inspiracji. Freak out! to jeden z tych jakże nielicznych albumów, który swój innowatorski charakter objawia przynajmniej w kilku sferach, co jest zjawiskiem tym bardziej godnym uwagi. Mamy tu bowiem do czynienia z rewolucyjnym podejściem do materii muzycznej na gruncie rockowej estetyki, nowatorską formą concept albumu. Wszystko to okraszone jest tekstami, które także znacznie odstają od ówczesnych norm i przyzwyczajeń. Co istotne, album, pomimo debiutu, zdaje się być dziełem artysty dojrzałego i świadomego. Świadczy o tym nie tylko sfera muzyczno-tekstowa, ale także konsekwentna artystyczna autokreacja, której odzwierciedleniem jest choćby szata graficzna okładki oraz wysoce niebiuletyn podProgowy

konwencjonalne komentarze Zappy, dotyczące własnej biografii oraz samego albumu. Jest to, jak powszechnie wiadomo, pierwszy podwójny album w historii muzyki rockowej, będący dziełem debiutantów. Godna uwagi jest już sama okładka, utrzymana w stylu modnego wówczas pop-artu. Jest to także prawdopodobnie pierwszy album z rozkładaną wewnętrzną okładką w historii muzyki rozrywkowej. O samej szacie graficznej i  odautorskich komentarzach Zappy wspominałem już wcześniej. Wszystko to sprawiało, że album jawił się jako dzieło artystów o niepospolitej oryginalności, którzy chcą zerwać z wypracowanym modelem statusu muzyka rockowego. Zdaniem części krytyki muzycznej pierwszym concept albumem w historii rocka był Sgt. Pepper’s lonely hearts club band grupy The Beatles. Jest to opinia kontrowersyjn, gdyż pierwsze dwa krążki Mothers of Invention znakomicie wpisują się w taki właśnie model albumu. Nie jest to jeszcze taka ścisła forma koncepcyjna, z jaką zwykło się ją kojarzyć (vide The wall czy też The lamb lies down on Broadway), niemniej faktem jest, że zarówno Freak out! jak i Absolutely free w sferze muzyczno-tekstowej stanowią integralną całość. Zappie udało się przedstawić na nich duchowy portret społeczeństwa amerykańskiego lat 60-tych, który dość daleki jest od stereotypowego wyobrażenia osób z zewnątrz. Społeczeństwo to cechuje duchowa pustka i konformizm. Zanurzenie w materializmie sprawia, że zapomina ono o rzeczach naprawdę istotnych, goniąc za złudnymi celami. Nadzieję zdaje się widzieć Zappa między innymi w owych „freaks”– jednostkach non-konformistycznych, nie biorących udziału w „wyścigu szczurów”, odrzucających rozliczne patologie systemu politycznego, egzystujących na peryferiach życia społecznego... Najważniejszym elementem decydującym o randze artystycznej zjawiska znanego jako Mothers of Invention była sama muzyka, która wypełniła Freak out!, a była ona w niektórych swoich przejawach iście rewolucyjna. Pierwsza płyta w zestawie była jeszcze względnie tradycyjna i nie zapowiadała tego,

co czekało na słuchacza, szczególnie na stronie D longplaya. Muzyka zespołu była niespotykanym do tej pory przykładem melanżu przeróżnych tradycyjnych odmian muzyki młodzieżowej z dorobkiem XX-wiecznej awangardy. Co istotne, ta synteza dokonana została z niezwykłą konsekwencją. Nie były to li tylko cytaty, skromne nawiązania. Zappa na tym albumie po raz pierwszy udowodnił, że świetnie porusza się po różnych technikach kompozytorskich i odmianach estetycznych, wypracowanych przez awangardę muzyki „poważnej”. W  rezultacie otrzymaliśmy nietypowy amalgamat, tyleż dziwaczny, co ekstrawagancki, przesiąknięty niepokornym duchem kontrkulturowego nonkonformizmu oraz niczym nie skrępowanej pasji poszukiwania nowych muzycznych lądów. Bodaj po raz pierwszy na gruncie rocka mamy tu do czynienia z elementami aleatoryzmu.Uwagę zwraca osobliwa technika produkcji, niekonwencjonalne wykorzystanie instrumentów (np. klastery fortepianowe), efekty taśmowe. Już na tym albumie słychać zaczątki specyficznej formy kolażowej kompozycji. Stanie się to immanentną cechą warsztatu kompozytorskiego Zappy. Do perfekcji opanuje on tę technikę już na. We’re only in it for the money, tworząc własny, wysoce indywidualny świat dźwięków. Na szczególną uwagę zasługuje Return of the son of the monster magnet. Jest to jeden z pierwszych rozbudowanych utworów w historii muzyki rockowej. Ta ponad 12-minutowa kompozycja, będąca szalonym muzycznym happeningiem, ukazuje w pełni ambicje Zappy w kreowaniu nowych dźwiękowych krajobrazów. Utwór w zasadzie pozbawiony jest tradycyjnego czynnika melodycznego, wprowadza do rocka na szeroką skalę elementy muzyki konkretnej. Uwagę przykuwają także niekonwencjonalne efekty taśmowe. Jedynym tradycyjnym komponentem kompozycji jest tu rytm – parzysty, oparty na ostinatowych strukturach, jednak harmonie wręcz najeżone są dysonansami, niejednokrotnie przeobrażając się w kakofoniczne erupcje. Powyższy utwór, który wypełnił w całości ostatnią stronę albumu, najbardziej zuchwa-

37


marzec  2012 ły i eksperymentalny, powstał pod koniec sesji nagraniowych. Muzycy wykorzystali tu trochę niedysponowanie Wilsona, odurzonego silną dawką LSD, w wyniku czego stracił on zupełnie kontrolę nad tym szalonym muzycznym projektem. Zappa zaprosił wówczas nieznane nikomu grupy orkiestrowe oraz przeróżnych dziwaków z Los Angeles, którzy ubarwili swoją obecnością to ekscentryczne przedsięwzięcie. Muzyka zawarta na Freak out! jest bodaj pierwszym świadomym i konsekwentnym przykładem postmodernistycznego podejścia do materii muzycznej na gruncie muzyki rockowej. Ten postmodernizm objawia się tu choćby w mozaikowym, zdezintegrowanym charakterze tkanki muzycznej. Kłania się tu oczywiście znowu Return of the son of monster magnet. Inne składniki, które określają ową estetykę na tym albumie, to: rozbuchany eklektyzm, zamiłowanie do cytatów, notabene, dość niekonwencjonalnych, świadome wykorzystywanie kultury masowej w jej wszelakich odmianach, specyficzna autoironia i dygresyjność. Muzyka, która wypełniła Freak out!, nie jest może jednym ze szczytowych osiągnięć Mistrza, był to wszak dopiero początek jego drogi twórczej. W sferze kompozytorskiej do doskonałości artystycznej niemało tu jeszcze brakuje. Jest to wszelako zrekompensowane świeżością pomysłów, bezkompromisowością oraz zjawiskową oryginalnością, która emanuje z tego albumu. Zappa szybko przekona się, iż muzycy z jego zespołu dysponują dość przeciętnym warsztatem i nie są w stanie sprostać jego stale rosnącym oczekiwaniom. Już w 1966 roku do zespołu dołączą Bunk Gardner i Don Preston, natomiast w 1967 grupę zasili starannie wykształcony multiinstrumentalista Ian Underwood, który stanie się jednym z  centralnych ogniw zespołu. W 1969 roku Zappa rozwiąże ostatecznie Mothers of Invention, kierując się między innymi potrzebą otoczenia się wybornymi i wszechstronnymi instrumentalistami, którzy będą w  stanie wcielać w życie jego muzyczne koncepcje. Jednym z pierwszych olśniewających rezultatów takiego podejścia do muzyki

38

stanie się album Hot rats – wyborny przykład fuzji jazzu i rocka z powalającymi wirtuozerią i  inwencją twórczą improwizacjami. Inne specyficzne elementy postmodernizmu, które przydają temu albumowi indywidualny rys, odnaleźć można także w sferze tekstowej. Zappa zawszę będzie unikać poetyckich form w swoich tekstach, swój przekaz budował on w prosty, komunikatywny sposób. Freak out! ukazał od razu w pełnej krasie jego podejście do roli i charakteru tekstu w utworze. Udało mu się tu stworzyć niebanalną formułę tekstu z silnym zacięciem satyrycznym. Mamy więc krytykę systemu edukacyjnego, zdaniem Zappy nieefektywnego, wzmacniającego postawy konformistyczne (Hungry freaks daddy). Pojawia się wątek związany z problemami rasowymi, jedna z fundamentalnych kwestii społecznych w USA lat 60-tych, inspirowany zamieszkami w Watts, dzielnicy murzyńskiej w Los Angeles (Trouble every day). Zappa nie byłby sobą, gdyby nie przedstawił także pastiszów muzyki młodzieżowej z  czasów swojej młodości z tekstami wyrażającymi rozterki sercowe nastolatków. Jeżeli dodamy do tego surrealistyczne dialogi z Return of the son of the monster magnet, kontestatorską otoczkę unoszącą się nad całym wydawnictwem oraz inne nietypowe zabiegi formalne związane z tekstami z tego albumu, otrzymamy w rezultacie dziwaczny melanż,przesiąknięty postmodernistyczną manierą, nie spotykaną wcześniej w takiej formie na gruncie rocka. Freak out! okazało się nie tylko jednym z najbardziej oryginalnych debiutów płytowych w dziejach rocka, objawiło także światu narodziny jednej z najwybitniejszych i najoryginalniejszych postaci w  świecie rocka, jaką był niewątpliwie Frank Zappa. Już na tym albumie uwagę zwraca jego niezwykle świadoma i konsekwentna strategia artystyczna. Album, mimo niezwykle zróżnicowanej materii muzycznej (od doo-wopu, rhythm and bluesa aż do awangardowych eksploracji dźwiękowych), dzięki żelaznej konsekwencji, umiejętnemu zespoleniu w jedną całość sfery muzycznej, tekstowej i plastycznej, jawi się jako

jeden z najbardziej reprezentatywnych dla okresu kontrkulturowego naporu. Czasu, w którym muzyka rockowa wypracowała własny język estetyczny. Freak out! był jednym z tych albumów, który ten język współtworzył, wzbogacając kanon wyrazowy muzyki rockowej. Debiut Mothers of Invention był dopiero pierwszym krokiem Zappy na drodze kreowania własnego świata dźwięków. Na następnych albumach będzie on systematycznie poszerzany i wzbogacany o  nowe środki wyrazu. Już koncerty z lat 1966-1967 staną się jednym z wzorcowych przykładów tzw. „teatru rockowego”, którego Zappa będzie jednym z prekursorów. W tym kontekście warto wspomnieć o książce na temat grupy Genesis pod znamiennym tytułem Twórcy teatru rockowego. Działalność koncertowa Zappy z powyższych lat pokazuje w sposób dość wyrazisty, iż te korzenie teatralizacji spektaklu rockowego sięgają głębiej. W kontekście twórczości Zappy warto także na koniec spojrzeć w  nieco innym świetle na genezę jazz-rocka,który jakże często wiązany jest z działalnością Milesa Davisa w latach 1969-1970 i jego płytami In a silent way i Bitches brew (aczkolwiek praślady jazz-rockowego idiomu w embrionalnej postaci można odnaleźć także na wcześniejszym Filles the Killimanjaro). Zapisy oficjalne i nieoficjalne tras koncertowych Mothers of Invention wykazują, iż grupa Zappy już w  1968 roku w wielu utworach wypracowała własną formułę fusion, wychodząc z pozycji rockowych, czego znamienitym przykładem jest choćby album Uncle meat (1969) z legendarnym King Kongiem. To jednak temat na odrębny tekst, geneza jazz-rocka to bowiem zjawisko dość skomplikowane i niejednoznaczne. W dzisiejszej krytyce muzycznej pojęcie takie jak oryginalność uległo zastraszającej dewaluacji, odmieniane na różne sposoby wobec artystów, cechujących się ledwie znamionami tego zjawiska. Zappa i jego twórczość są znakomitą egzemplifikacją tego, czym w istocie jest oryginalność w muzyce – cecha, która we współczesnym rocku zdaje się stopniowo zanikać. biuletyn podProgowy


marzec  2012

Lebowski O

d wydania Waszego premierowego materiału minął już ponad rok. Sądzę więc, że jesteście już w stanie trzeźwo go ocenić z perspektywy czasu. Czy jest coś, z czego jesteście szczególnie zadowoleni oraz coś, co, mówiąc kolokwialnie, Wam nie wyszło?

Mówiąc szczerze, nie jesteśmy obecnie na etapie podsumowań i rozliczeń. Z ogromną radością i nieustannym zaskoczeniem przyjmujemy wszystkie dowody sympatii i uznania, z którymi spotyka się Cinematic. Cieszy nas każdy zagrany koncert i pozytywny komentarz na naszym profilu facebookowym czy też stronie www. Patrzymy w przyszłość i na tym się skupiamy. Ze spraw, których nie udało nam się zrealizować, wymieniłbym wydanie albumu na winylu. Rozmowy wydawały się bardzo zaawansowane, ale, niestety, utknęły w martwym punkcie. Może w końcu wydamy go sami?

biuletyn podProgowy

Z jakimi nadziejami wydawaliście album? Wiemy, że Cinematic rozszedł się w nakładzie przewyższającym 3 tysięce egzemplarzy. Czy spodziewaliście się takiego rezultatu? Absolutnie nie spodziewaliśmy się, że twórcza nisza, którą dla siebie znaleźliśmy, zainteresuje tyle fantastycznych osób. Gdy 10 października 2010 roku nieśmiało ogłosiliśmy światu, że istnieje Lebowski ze swym pierwszym wypieszczonym dzieckiem, Cinematikiem, nakład 1000 egzemplarzy, który wytłoczyliśmy, wydawał nam się abstrakcyjnie wielki. No bo kto to kupi? A tu taka niespodzianka! Okazało się, że są chętni do słuchania takich „niemodnych” dźwięków zarówno w Polsce, jak i Rosji, Niemczech, Stanach, Włoszech, Finlandii, Iranie czy Izraelu. Gdzieś z tyłu głowy kołatała nam myśl, że muzyka instrumentalna ma szansę dotrzeć do ludzi bez względu na barierę ję-

zykową, ale skala tego odzewu z pewnością nas niezwykle zaskoczyła. Poza tym nowe zamówienia ciągle napływają. Miesiące jesienne przyniosły Wam polską trasę koncertową, promującą krążek. Jak możecie podsumować tych kilka odbytych koncertów i występy na festiwalach w Gniewkowie oraz Inowrocławiu? Tak się interesująco złożyło, że koncerty w  2011 roku odbywały się w bardzo różnych okolicznościach przyrody: były kluby, kina, aula politechniki, kameralne festiwale w Berlinie i Gniewkowie, i duży open air – InoRock z udziałem światowych gwiazd. Pozwoliło nam to nabyć doświadczenia i pewności siebie, jak też pokazać się całkiem sporej publiczności. To procentuje, bo jak mawiają starzy Indianie: „jeden koncert to więcej niż dziesięć prób”.

39


marzec  2012 Gdzie preferujecie występować? Kino, sala klubowa czy otwarta przestrzeń? Każde z tych miejsc ma swoją specyfikę. Nieodłączną częścią koncertów Lebowskiego są wizualizacje. Na imprezach open air ciężko je pokazać, za to można dotrzeć do sporego grona słuchaczy, a granie na wielkiej scenie to dodatkowy zastrzyk adrenaliny. W kinach jest świetny klimat i wyświetlane obrazy robią tu największe wrażenie, gorzej natomiast z możliwością nagłośnienia zespołu rockowego. W klubie zazwyczaj udaje się pogodzić obie kwestie. Koncerty dają nam dużo radości i możemy się jedynie cieszyć, że znajdują się chętni do słuchania Lebowskiego niezależnie od warunków. Podczas trasy koncertowej mogliśmy usłyszeć kilka przedpremierowych numerów. Czy ukażą się one na Waszej kolejnej płycie? Cały czas powstają nowe utwory, bo ich pisanie jest jedną z rzeczy, które lubimy najbardziej. Nasz manager śmieje się, że to już materiał na trzecią płytę i rzeczywiście – potrzebna będzie ostra selekcja, bo mamy dużo nowej i – wierzymy – ciekawej muzyki. Opowiedzcie, czym kolejny krążek będzie różnił się od poprzednika. Czy zamierzacie zrobić jakiś większy lub mniejszy zwrot w swojej muzyce? Z pewnością nie będzie to Cinematic 2, więc nie należy oczekiwać filmowych odniesień. Wizja nowego albumu, jego sposobu realizacji, aranżacji, brzmienia, ewentualnej myśli przewodniej dopiero się w nas rodzi. Jesteśmy lepszymi muzykami niż byliśmy, pracując nad debiutem, okrzepliśmy, nabraliśmy wiary, pewności siebie - myślę, że będzie to słychać. Jakie są Wasze najbliższe plany? Czy przygotowujecie kolejne koncerty dla wygłodniałej publiczności?

40

Musimy działać dwutorowo: organizować i grać koncerty oraz dopinać temat drugiej płyty. Pojawiła się intrygująca możliwość zaprezentowania się publiczności we Włoszech i Niemczech – trzymamy kciuki by wszystko wypaliło. Czy są już chociażby orientacyjne terminy dotyczące wydania kolejnego materiału? Wiktor Franko, autor okładki Cinematica, dzwonił do mnie niedawno z pytaniem, czy ma już myśleć nad kolejną, to chyba znak, że musimy się wziąć do roboty (śmiech). A poważnie – chcielibyśmy, by nowy album ukazał się w roku 2012. To poważne przedsięwzięcie artystyczne, logistyczne, organizacyjne i finansowe; mam nadzieję, że uda nam się je samodzielnie udźwignąć. Skoro wydanie Biuletynu Podprogowego poświęcone jest tematyce filmowej, nie mogę nie zapytać o Wasze inspiracje, dotyczące tego zagadnienia. Dlaczego na płycie nie słyszymy wokalu, ale filmowe cytaty? Poszukiwania wokalisty pasującego do nas muzycznie i mentalnie zajęły nam dużo czasu. Zbyt dużo. W pewnym momencie okazało, się że materiał, który stworzyliśmy, stracił cechy piosenkowe i na wokale po prostu nie ma już w nim miejsca. Jedynie w utworze 137 sec. zaśpiewała Kasia Dziubak z Dikandy, dodając mu jeszcze więcej folkowego sznytu. A pomysł na cytaty filmowe narodził się trochę mimochodem: w jednym utworów, który stanowił podwaliny współczesnego Lebowskiego – Astronomy – zamiast śpiewu użyliśmy głosów amerykańskich kosmonautów, rozmawiających z bazą w Houston. Rezultat wydał nam się na tyle interesujący, że poszliśmy dalej tą drogą. Wielu słuchaczy wspominało nam, że nasza muzyka pobudza ich wyobraźnię do tworzenia obrazów. Stąd był już tylko krok do muzyki do nieistniejących filmów.

Co decydowało o wyborze filmów, do których Cinematic nawiązuje? Szukaliśmy w epoce, gdy sztuka miała ambicję być czymś więcej niż rozrywką a twórcy nie myśleli jedynie o sławie i mamonie. To zastanawiające, jak destrukcyjnie zmiana ustroju wpłynęła na poziom polskiej sztuki ogólnie, a kinematografii w szczególności. Oczywiście, kluczem były nasze gusta: filmy istotne dla naszej edukacji, ulubieni reżyserzy i aktorzy. To fajne uczucie móc złożyć Mistrzom hołd a być może i zachęcić młodsze pokolenie słuchaczy do sięgnięcia po ich dorobek. Niektóre filmowe cytaty w pewnym sensie zmieniały przesłanie po włączeniu ich Waszą muzykę (utwór Iceland). Dlaczego zdecydowaliście się na takie posunięcie? Oczywiście sens wypowiedzi zmienia się w  zależności od kontekstu i okoliczności. Wybieraliśmy kwestie ze względu na ich treść, klimat i muzykalność, bez związku z ich oryginalnym kontekstem. Czasem dawało to interesujące efekty, tworzące swoistą wartość dodaną, gdy cytat pierwotnie humorystyczny dzięki muzyce nabierał dramaturgii i patosu. Czy są jakieś filmy ściśle związane z muzyką, które są bardzo bliskie Waszemu sercu lub miały spory wpływ na Waszą muzyczną karierę? Tu mogę mówić tylko za siebie, gdyż każdy z nas ma swoje własne gusta muzyczne, gdzie indziej szuka inspiracji. Moi faworyci to z pewnością Ptasiek i Ostatnie kuszenie Chrystusa z muzyką Petera Gabriela, Siesta z muzyką Milesa Davisa i Marcusa Millera czy Bird – historia życia Charlie Parkera. Rozmawiał: Paweł Bogdan

biuletyn podProgowy


marzec  2012

Historia muzyki progresywnej za PROGiem Słuchać rocka progresywnego i nie znać jego muzycznej historii, to jakby być w Paryżu i nie widzieć Wieży Eiffla, to tak, jakby być w Anglii i nie mieć do czynienia z Big Benem, to tak, jakby być w Waszyngtonie i nie zobaczyć Białego Domu. Niewielu chyba trzeba tłumaczyć, że to takie formacje jak King Crimson, Gentle Giant, Pink Floyd czy Genesis stały się niedoścignionymi prekursorami tego, co dziś nazywamy muzyką progresywną i to właśnie ich kluczowe albumy z lat 70-tych do tej pory są wyznacznikiem geniuszu rocka progresywnego. Muzyka tamtego okresu skrywa jednak przed nami zdecydowanie więcej tajemnic. Scena niemiecka z niszowym krautrockiem z Amon Duul, Can czy Ash Ra Tempel, francuski Zeuhl z kultową Magmą, Scena Catenbury z Soft Machine czy Nucleus, wciągające fusion prezentowane przez Colosseum, progresywna elektronika, wyciągnięta na artystyczne wyżyny przez Tangerine Dream… Jest to tylko garstka podgatunków, które powstały poprzez koniugacje poszczególnych stylów muzycznych. Gdzie o nich przeczytać? Gdzie takiej muzyki posłuchać? Jak poznać tę fascynującą niszę niszy? No właśnie… Wiedza Polaków o historii rocka progresywnego jest w dalszym ciągu nikła, by nie powiedzieć mizerna. Jedynie garstka progresywnych zespołów z lat 70-tych pozostaje obecnie w ich pamięci. Rock progresywny to jednak nie tylko Yes, Pink Floyd czy Jethro Tull. Jest to ogromny muzyczny ruch, który swoją artystyczną niezależnością, nietuzinkowym eksperymentalizmem i świeżością, mocą twórczą i jedyną w swoim rodzaju tożsamością do tej pory inspiruje kolejne pokolenia słuchaczy, motywując ich do ciągłych muzycznych poszukiwań. Wyśmienite T2, Skin Alley, East of Eden, Quatermass czy Web. Kto o tych nietuzinkowych zespołach pamięta dzisiaj? Zresztą jak możemy je chociażby znać, skoro baza informacji, dotyczących tych i innych formacji, jest niezwykle skąpa? Czy nie udałoby się zebrać całej historii muzyki progresywnej w jedno miejsce? Ukazać nie tylko tych największych, ale zapomnianych, pomijanych i skrzywdzonych przez historię artystów? Czy jest możliwe stopniowe poznawanie historii gatunku i wnikliwe obserwowanie przekształceń formalnych, brzmieniowych i kompozycyjnych? Właśnie to odpowiedzialne zadanie wzięła na swoje barki audycja za PROGiem, pasmo radiowe poświęcone historii rocka progresywnego, które jako pierwsze w naszym kraju zebrało w całość pełnię dziedzictwa muzycznych geniuszy lat 70-tych, ukazując muzykę progresywną z nieznanej dla wielu płaszczyzny. biuletyn podProgowy

Audycja za PROGiem to pozycja gorąco polecana nie tylko fascynatom muzyki lat 70-tych, ale wszystkim, których muzyka progresywna po prostu interesuje. Forma jej prowadzenia znajduje swych zwolenników nie tylko wśród osób z muzyką progresywną dobrze osłuchanych i poszukujących nowych doznań, ciekawostek, kolejnych muzycznych odkryć, ale również w słuchaczach, którzy dziedzictwo lat 70-tych dopiero chcą poznać. Podejście chronologiczne pozwoli być na bieżąco z rozwojem muzycznych stylów, wyczerpujący komentarz prowadzącego pomoże poznać go od nie tylko muzycznej strony. W za PROGiem poruszane są aspekty socjologiczne, kulturowe czy ideologiczne. Co spowodowało powstanie muzyki progresywnej? Dlaczego to Wielka Brytania zawsze była jej zapleczem? Jakie prawidłowości odnajdujemy wśród progresywnej twórczości lat minionych? Na te i wiele więcej pytań właśnie za PROGiem odnajdziemy odpowiedzi. Audycja odbywa się w każda niedzielę od godziny 22.00 w Radiu Aktywnym. Na początku marca za PROGiem obchodzić będzie swoje pierwsze urodziny. Audycja rozpoczęła swoją muzyczną analizę od roku 1967, kiedy światło dzienne ujrzały takie krążki jak Days of Future Passed The Moody Blues, The Thoughts of Emerlist Davjack The Nice czy Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band The Beatles. Obecnie chronologiczny program za PROGiem dotarł do roku 1970, gdzie dalej konsekwentnie porusza wiele aspektów i podgatunków muzyki progresywnej. Warto dodać, że oprócz dogłębnej analizy muzyki lat 70-tych za PROGiem jest również na bieżąco z muzyką współczesną. Prezentuje najciekawsze działające współcześnie zespoły, a każda audycja jest okraszona konkursami płytowymi. Często do wygrania są również bilety na koncerty. Na internetowym blogu za PROGiem można odnaleźć zbiór ciekawych płytowych recenzji oraz wywiady. Warto wspomnieć o zbliżających się urodzinach audycji, które odbędą się 25 marca, kiedy rozdane zostaną albumy takich formacji jak Pendragon, Discipline, Airbag, Lebowski czy Riverside. Prowadzącym audycję jest autor tegoż tekstu, redaktor serwisu ProgRock.org.pl, Paweł Bogdan, prywatnie miłośnik i badacz rocka progresywnego. Serdecznie zapraszam do zajrzenia za PRÓG każdej niedzieli od 22.00. Audycja nie posiada swojego odpowiednika w żadnym polskim medium, więc dla wielu jest niesamowicie smakowitym kąskiem. Satysfakcja gwarantowana! Tekst: Paweł Bogdan link do audycji

41


360 płyt dookoła świata cz.III

tekst: Aleksander Król


marzec  2012

Dania

P

iękny kraj, fantastyczni, życzliwi ludzie… Muzyka w latach siedemdziesiątych była tam znakomita, a o nowościach nie miałem pojęcia i nie bardzo wiedziałem, czy chcę mieć…. Danię już zwiedziłem, i parę płyt przywiozłem… W lipcu 1990 roku odwiedziłem Kopenhagę z mocnym postanowieniem przefiltrowania tamtejszego rynku. Niestety w dużych sklepach muzycznych trafiałem tylko na anglosaską sieczkę i miejscowe odmiany czegoś, co u nas określano piosenką biesiadną. Wreszcie zrezygnowałem... Wówczas moja przyjaciółka wykonała dwa telefony i zdobyła adres jakiegoś szaleńca, który podobnie jak ja jest rozkochany w „takich dziwnych rzeczach, generalnie nie do słuchania”, jak to pięknie określała... Erick, bo tak się pacjent nazywał, był (a właściwie to jest) Szwedem, który znalazł swoją drugą połówkę w Danii, tam osiadł i stale powiększa swoją muzyczną kolekcję. Uszczęśliwiony, że znalazł bratnią duszę, która podziwia jego zbiory, mało tego – zna większość i jeszcze proponuje inne ciekawostki – natychmiast siadł do telefonu i rozpoczął poszukiwania dla mnie owego nieco już mitycznego PANa – którego on oczywiście miał... Zaproponował również Ache, Burnin Red Ivanhoe, Culpepers Orchard, Hurdy Gurdy, Midnight Sun, Thors Hammer i przede wszystkim Beefeaters. Oniemiałem. Aż tyle?! W takiej malutkiej Danii? Telefony przyniosły natychmiastowy skutek – Erick wyjął jakąś miejscową truciznę w pięknej butelce i z namaszczeniem polał... Nie chcąc urazić gospodarza, musiałem wypić... BRRRRRRR!!! Uwielbiam dobre wino, kocham piwo, chętnie sięgam po dobrą Brandy lub whisky, ale to smakowało jak wyciąg z trocin na terpentynie i miało chyba z 60 procent... Widząc moje wielkie oczy, sympatyczne Szwedzisko wzięło to za mój zachwyt nad trunkiem i błyskawicznie uzupełniło brak w kieliszku. I tak do samego końca butelki... Czegóż się jednak nie robi dla zdobycia pięknych płyt... Po godzinie dzwonek do drzwi – przyjechały płyty! Osiem sztuk! Drżącą ręką przeglądałem okładki – oczywiście nic z tego nie znałem poza PAN-em (a i to tylko z nazwy...)

ściach Kopenhagi. Zasiedliśmy w wygodnych fotelach, Eric uzupełnił paskudztwo w moim kielichu i popłynęły pierwsze dźwięki. W zamyśleniu oglądałem okładkę. Płyta była nagrana w marcu 1970 roku, wydana przez duński oddział Universalu. Dwanaście utworów. Od samego początku ostra jazda – doskonały wokal (Robert Lelievre – również gitara) znakomite gitary (Thomas Puggaard-Muller), świetne klawisze (Henning Verner) i bardzo sprawna sekcja (Arne Wurgler na basie i Michael Puggaard-Muller na perkusji). W 1970 roku chyba nie wydawało się złych płyt... Tylko dlaczego świat o tym nic nie wie?! PAN stał się dla mnie symbolem dziwnej polityki promocyjnej, prowadzonej przez koncerny muzyczne i absolutnego braku kompetencji dziennikarzy muzycznych, którzy po prostu nie zauważyli takiej perełki. Płyta zawiera, jak już wspomniałem, 12 utworów. Krótkich. Czyli nic z tego, co kochamy, żadnych dziesięciominutowych solówek, czarów itp. Ale jest to kawał solidnego wczesnego prog rocka, zagranego na fantastycznym poziomie. Kapitalne pomysły muzyczne, zróżnicowane tempa, świetne aranże, doskonałe opanowanie instrumentów. Utwory rozbujane, fajne rozimprowizowane solówki, bogate instrumentarium. To wciąga. Musicie tego posłuchać. Ta płyta może być ozdobą każdej kolekcji. W pewnym momencie zaczęła mi nawet smakować ciecz, którą cały czas sympatyczny Szwed mi dolewał... Kilka lat później miałem okazję do zemsty – Erick zawitał w moich skromnych progach i w ramach rewanżu musiał zmierzyć się z Żołądkową Gorzką. Walczył dzielnie, jak na Szweda przystało, ale poległ w trzeciej rundzie. Przez rsc... Z resztą płyt zapoznałem się już w hotelu. Na pierwszy ogień poszło Ache.

Ache De Homine Urbano (1970)

Pan Pan (1970)

Zobaczywszy, że mój gospodarz znów schodzi do piwniczki, gwałtownie szukałem pretekstu do natychmiastowego wyjścia, ale Szwed był szybszy. Tak więc moja premiera Pan-a miała mieć miejsce w jego domku na przedmiebiuletyn podProgowy

Debiut z 1970 roku to zaledwie dwa utwory, dwie rozbudowane suity. Czyli po jednej na każdej stronie winyla. Kocham takie płyty…. Wczesny, surowy progres, zapachniało Fokstrotem, Proocol Harum, z domieszką wczesnego Rare Bird i szczyptą The Nice. Cudowne granie, magiczny klimat.. Na drugiej płycie, wydanej w 1971 roku, a więc rok później, utworów już więcej, bo „aż” siedem, ale stylem i klimatem przypominają debiut. Dwie wspaniałe płyty, oczywiście dla tych którzy preferują taką muzę.

43


marzec  2012

Burnin Red Ivanhoe Burnin Red Ivanhoe (1970)

Kolejną płytą, która wylądowała w odtwarzaczu, była druga w dyskografii płyta zespołu Burnin Red Ivanhoe. Znów doskonała grupa, znów doskonała płyta… Rozbudowane numery, Hammondy, saksofon, flet i oczywiście znakomita gitara. Muzycznie przypominają nieco troszkę bardziej znane w Polsce szwedzkie Made In Sweden.

Rainbow Band. W tym samym składzie. I nawet część utworów jest ta sama. Pierwsze dźwięki… i wszystko jasne. Świetne wczesne granie. Połączenie fusion i hard rocka, z elementami proga, mieszanka iście wybuchowa, doskonale zagrana. Fantastyczne solówki klawiszowe, na zmianę z kapitalną rockową gitarą. Aż żal, że taka krótka. Ale czekała na mnie jeszcze jedna, ostatnia już płyta. Beefeaters. Mocna rekomendacja Ericka sprawiła, że została „na deser”.

Beefeaters Meet you There (1969)

Culpeper’s Orchard Culpeper’s Orchard (1970)

Szybka kolacja w hotelowej restauracji, odnowienie zapasu płynów wspomagających słuchanie muzyki i błyskawiczny powrót do pokoju, bo….. przyszła pora na kolejną płytę – Culpeper’s Orchard. Od pierwszych minut zadziorne, surowe blues-prog-rockowe granie. Taki miks środkowych Zeppelinów, wczesnych Jethro Tull i późnych Beatlesów. Smakowita mieszanka! Dużo gitar, Hammondów, zmian tempa i nastroju – po prostu album doskonały!

Hudy Gurdy Hudy Gurdy (1971)

Kolejnym genialnym materiałem okazała się następna płyta, czyli Hurdy Gurdy. Ciężkie, gęste brzmienie, dużo ostrych gitar, doskonały wczesny hard rock z elementami bluesa, psychodelii i wczesnego proga. Piękne improwizacje, doskonałe solówki, fantastyczna gra bębniarza. Grupa nagrała tylko tą jedną, ale za to naprawdę znakomitą płytę. Zostały mi do przesłuchania jeszcze dwie. W odtwarzaczu wylądował Midnight Sun…

I faktycznie warto było! Cudowna płyta. To ich druga i ostatnia pozycja. Kawał wspaniałego blues rocka z nieprawdopodobnymi Hammondami i doskonałą gitarą. Do tego psychodeliczno-progresywny flet… Bajka! Niewiele pamiętam z drogi powrotnej do Polski, za to tych kilka płyt znam dosłownie na pamięć. No i teraz miałem TAM się udać powtórnie. Świetnie, będzie okazja uzupełnić kolekcję! Moim celem było Esbjerg – urocze, nadmorskie miasteczko, turystycznie słynące z pięknego oceanarium, które oczywiście było numerem 1 na mojej liście priorytetów. A więc samolotem do Kopenhagi, tam po trzech godzinach przesiadka bezpośrednio do Esbjergu. Lotnisko fantastyczne, mimo że mieścina liczy jedynie nieco ponad 80 000 mieszkańców. Jadąc z lotniska busem (9 km), łakomie przyglądałem się okolicy. Dania jest po prostu pięknym miejscem, wyjątkowo czystym i zadbanym. Na kolana rzucił mnie trzy dni później maleńki dworzec kolejowy – takiej czystości nie widziałem nawet w Japonii – można po nim chodzić w białych skarpetkach, bez obawy zabrudzenia! Zupełnie jak po Centralnym w Warszawie… Hotelik – również marzenie. Miasteczka portowe mają swoisty klimat i urok. Usiadłem w maleńkiej knajpce i zamówiłem kawę, przyglądając się okolicy. Piękne stare kamieniczki, cudowny widok na morze… Nagle mój wzrok przykuł napis „Music House”. Po minucie już tam byłem… W środku – lekkie zaskoczenie – instrumenty muzyczne, ale dział płytowy też był… Pomaszerowałem do sprzedawcy. Pryszczaty chudzielec, któremu wręczyłem kartkę z „listą marzeń”, zrobił po chwili głupią minę i poszedł na konsultację do kolegi. Zaczęli myszkować po półkach i po około 5-ciu minutach usłyszałem okrzyk triumfu – czyli coś znaleźli! Uradowani przynieśli jakąś płytę. Spojrzałem na okładkę i aż podskoczyłem ze szczęścia! Na ladzie leżała pierwsza płyta grupy Beefeaters!!! Absolutny biały kruk, płyta której nawet Erick nie miał i twierdził że jest nie do zdobycia!

Midnight Sun Midnight Sun (1971)

Beefeaters

Książka był niezła, zjawisko pogodowo – widowiskowe wręcz fenomenalne, bardzo ciekaw więc byłem, co może zagrać kapela pod tą samą nazwą. Był to ich debiut, ale taki nie do końca. Rok wcześniej ukazała się płyta grupy

Beef Eaters (1967)

44

Ta grupa powstała w 1964 roku, grając początkowo muzykę soul. Wszystko zmieniło się wraz z pojawieniem się w składzie Petera Thorupa, który pobiuletyn podProgowy


marzec  2012 prowadził zespół w kierunku rhytm & blueseowym. W 1967 roku nagrali swój pierwszy album dla wytwórni Sonet – właśnie ten! Występowali jako support przed Jimi Hendrixem, Pink Floyd czy Johnem Mayallem. Podczas pobytu Alexisa Kornera w Danii w 1969 roku zespół zrealizował drugą płytę Meet You There, na której w dwóch nagraniach obecny jest właśnie Korner. Cena mnie trochę zamroczyła, ale dla TAKIEJ perełki byłem gotowy oddać wszystko…. Więcej płyt z mojej listy nie było, więc grzecznie spytałem, czy może jest coś „w tym stylu”. Było. I nazywało się Gasolin. Wydało cudowną płytę w 1971 roku.

sowa, choć osadzona w tej konwencji. Moje pojęcie muzycznej geografii zostało poważnie zachwiane – zawsze myślałem, że blues to tylko USA, a w Europie to jedynie pojedyncze wyskoki typu Livin Blues, czy nasz Breakout, tymczasem to, co grało, było naprawdę genialne. Delta Blues Band. Płyta z 1969 roku. Doskonałe aranżacje, zawierają nawet dęciaki i różnego rodzaju psychodeliczne dźwięki. Doskonała, choć nie dla wszystkich, płyta.

Delta Blues Band Gasolin’

Delta Blues Band (1969)

Gasolin’ (1971)

Więcej cudów w tym sklepie nie było, może i dobrze, bo wystrzelałbym się pierwszego dnia do końca.. Przez kolejnych kilka dni musiałem popracować, w weekend powalczyłem z miejscowymi pstrągami i szczupakami, a w poniedziałek po południu znów wypełzłem „na żer”. Włóczyłem się nadmorskimi uliczkami, chciwie chłonąc atmosferę tego sympatycznego miasteczka, aż wreszcie stanąłem przed malutkim sklepikiem płytowym. Właściwie nie było tam żadnej reklamy lub napisu informującego, że to sklep. Na wystawie był za to obraz. Taki szeroki ze cztery metry, na dwa wysoki. Pamiętacie wersję analogową Opowieści Topograficznych ? Genialny obraz ze środka płyty (Roger Dean) był tą właśnie wystawą. Wrażenie niesamowite! I  żadnej innej informacji! A więc sklep „dla wtajemniczonych”. Coś mi mówiło, że tu mogę zostać żebrakiem…. Mimo to wszedłem. W pierwszej chwili szok – zapach „zioła”, kupa analogów – sklep miał wystrój z końca lat sześćdziesiątych podejrzewałem, że każda płyta, którą mi tu pokażą, podniesie mi ciśnienie. Za ladą – jakże by inaczej – hipis – taki klasyczny, z gatunku dzieci kwiatów, z szopą na głowie w koszuli w kwiaty i z toną bransoletek, pierścieni i wisiorków na sobie… Podobało mi się coraz bardziej. Od razu na początku ustaliłem zasady gry: duński – no, angielski – no, polski – perfect! Wybałuszył na mnie oczy, ale jak czystą polszczyzną wytłumaczyłem mu, że szukam duńskiego progresu z lat siedemdziesiątych, a on mi prawie natychmiast podał pierwszą płytę – to ja zbaraniałem! Nie było jednak czasu, żeby się nad tym zastanawiać – oddałem mu płytę, wskazując na odtwarzacz, a sam zająłem się okładką. Old Man & the Sea. Kompletnie nic mi to nie mówiło.

Grupa wydała więcej płyt, ale później skręciła w kierunku pop-rocka, więc grzecznie mi ich nie proponowali. Ta, co prawda, też nie była „hard” ale było trochę fajnego, wczesnego gitarowego grania. Tymczasem Pryszczaty zrozumiał że ma jedyną okazję żeby pozbyć się kilku płyt „niesprzedawalnych” i już był z następną. Tym razem „coś” nazywało się Day of Phoenix. Już po pierwszych dźwiękach wiedziałem, że to fajna grupa. Mocno zakręcona! Wydali dwie płyty i obie leżały przede mną! To lubię…

Day of Phoenix Wide Open N-way (1970)

Debiut to wczesno progresywno-rockowe granie z mocnymi wpływami zarówno bluesa jak i psychodelii. Świetna mieszanka! Doskonała gitara. A właściwie dwie gitary…. Cudowna płyta, powali na kolana wszystkich smakoszy takich staroci. Pryszczaty przyniósł kawę (zaczynałem go lubić) i zapodał następną płytę. Oczywiście tej samej grupy. Tu już, niestety, mamy znacznie lżejsze i nieco uproszczone granie, ale nadal bardzo fajne. Niestety, zniknęły gitarowe „dialogi”, zniknęła psychodelia, zniknęła magia… Szkoda, bo pierwsza płyta rozbudziła mój apetyt.

The Old Men & the Sea The Old Men & the Sea (1972)

Day of Phoenix The Neightbuors Son (1972)

Przyszła pora na trzecią kawę i kolejną płytę – tym razem coś w kierunku bluesa. Rozległy się pierwsze dźwięki. Pyszne… wielka gitara, nie zawsze blubiuletyn podProgowy

Stary Człowiek i Morze – pamiętałem taki film, ale to nie była muzyka filmowa. Sklep wypełniły dźwięki, które były połączeniem Led Zeppelin, Ten Years After, Atomic Rooster i może trochę Uriach Heep… Rewelacyjne granie. Piękne Hammondy, świetna gitara. Doskonałe kompozycje. To może być ozdoba każdej kolekcji. Świetny kawał hard rocka z progresywnym zacięciem. Łykną-

45


marzec  2012 łem… Hipis natychmiast zapodał kolejną płytę. Wyraźnie mnie badał, chyba wyczuł, że nie trafiłem tam przez przypadek... Tym razem na ladzie wylądowało coś, czego nawet przeczytać poprawnie nie potrafiłem, a nazywało się Herfra Hvor VI Star.

ostro, miejscami…. progresywnie, aż nie do uwierzenia, bo to rok 1968 (!). Grupa nazywała się Yoong Flowers. Ciężko o nich cokolwiek znaleźć nawet dziś, w Internecie, a wtedy to było zupełnie niemożliwe…. Kapitalna płyta, porwałem jak diabeł duszę i znów łakomie spojrzałem na sprzedawcę.

Herfra Hvor VI Star

Young Flowers

Herfra Hvor VI Star (1971)

Young Flowers (1968)

Było to dla odmiany psychodeliczno-folkowe granie, miejscami dość radosne, ale miejscami naprawdę fajne. Podejrzewam, że teksty są ważne, ale biorąc pod uwagę nazwę grupy, nawet nie próbowałem się domyślać, czego dotyczą.. Kocham flet w muzyce, a tu gość naprawdę wiedział, co z nim robić… Urocza, trochę „naiwna” płyta ale posiadająca wspaniały klimat, w TYM sklepie zabrzmiała idealnie. Łza mi się w oku zakręciła… A piąty utwór to kwintesencja folk-psychodelii lat sześćdziesiątych. Blisko piętnastominutowy, wspaniały Knud Lavard z cudownym fletem, wspaniałymi skrzypcami i narkotycznym, pulsującym rytmem. Dzieło sztuki…. Łyknąłem. Natychmiast na ladzie zmaterializowała się kolejna płyta. Alrune Rod. Tą nazwę już słyszałem, pamiętam, że nawet Erick wspominał, że to fajne granie. No ale tym razem oglądałem okładkę, a kapela już grała..

Kiwnął głową, widać uznał mnie za beznadziejny przypadek i puścił następną płytę. I dolał kawy… Ręce mi się już trzęsły, nie wiem, czy od tej kawy, czy ze względu na świadomość nieuchronnie zbliżającego się rachunku, ale raz się żyje, najwyżej moje dziewczę będzie musiało się zadowolić jedną kiecką. Ta myśl podniosła mnie na duchu!. Słuchamy! Uroczy damski wokal, reszta przypominająca nieco włoski Circus, lub holenderski Earth and Fire. Kultowa grupa w Danii, ale nie tylko, bo mojego znajomego z USA dosłownie powaliłem na glebę dwa lata temu, jak przez przypadek pochwaliłem mu się ze to mam… Savage Rose. Klasyka folk-psychodelii, ich pierwsze dwie płyty to obiekt długich marzeń każdego fana gatunku. Oczywiście wtedy nie miałem o tym pojęcia… Dziś wiem, że grupa wydała 20 albumów, odebrała niezliczoną ilość nagród, jest niemal wizytówką Danii, uwielbiana przez fanów na całym świecie….. oczywiście u nas chyba nikt o niej nie słyszał. Te dwie pierwsze płyty właśnie leżały na ladzie. W Danii właśnie zostały zaliczone do Kanonu Narodowych Dóbr Kultury.

Alrune Rod Alrune Rod (1969)

Grała, i to jak! Wczesne organowo-gitarowe granie, z fantastycznymi improwizacjami. Słychać psychodelię, słychać kulturę hipisowską, ale też sabbatowskie riffy (w 1969 roku!!!). Jest trochę narkotycznych wizji, trochę hipnotycznych odlotów. Widząc, że płyta mi „siadła”, hipis lekko się uśmiechnął i natychmiast leżały przede mną 4 kolejne ich płyty. Na wszelki wypadek zabrałem, czym wzbudziłem zachwyt hipisa. Kawy? Jasne! – choć zastanawiałem się ile moje serce wytrzyma.. Ilość kaw pitych dziennie w Skandynawii zawsze mnie zdumiewała…

Alrune Rod Hey du (1970)

Zanim podał kawę, oczywiście coś włączył. Wróciliśmy do klimatów psychodeliczno-blues rockowych. Znów fajne gitarowe granie, kapitalne kompozycje, świetne solówki… Miejscami jest

46

Savage Rose Savage Rose (Yellow Album) (1968)

Savage Rose In the Plain (1968)

Wczesna folk-psychodelia nie jest moją mocną stroną, wolę bardziej „męskie” granie, ale słuchając tych dźwięków uświadomiłem sobie, że praktycznie każda muzyka zagrana z pasją i z sercem jest dobra. A to co słyszałem, było bardzo dobre. Świetne melodie, surowe, prawie dziewicze brzmienie potrafi również w sobie rozkochać słuchacza… Nie mogłem nie kupić. Mój żołądek gwałtownie domagał się obiadu, a właściwie to kolacji, bo właśnie minęła 18. Kawa też szukała wyjścia… Zapłaciłem i pognałem do hotelu. W recepcji, po kolacji – niespodzianka! Ktoś przyniósł dla mnie przesyłkę… Niczego się nie spodziewałem, ale wszystko się zgadzało – i moje dane na grubej kopercie, i numer pokoju. biuletyn podProgowy


marzec  2012 Byłem przekonany, że w „firmie” czegoś zapomnieli i dosłali mi kurierem, ale po rozpakowaniu przeżyłem kolejny szok – w środku była płyta. Druga płyta Young Flower – grupy, którą godzinę temu kupiłem, a dwie godziny temu nie miałem pojęcia, że istnieje. Skąd hipis wiedział w którym hotelu mieszkam ??! I skąd znał moje dane ?! Jutro go odwiedzę to się dowiem….

Young Flowers Dr Sessions (1969)

A wieczorem posłuchałem sobie „prezentu”. Fantastyczna płyta. Zdecydowanie bardziej hard-rockowa od debiutu, znacznie bardziej zakręcona. Gitary szaleją, pojawia się flet… 7 utworów, 65 minut wspaniałego koncertu… Rano zgodnie z planem zameldowałem się w sklepiku u hipa. Ucieszył się na mój widok i od razu spytał: „Kawy ?” – Jasne! Nagle dotarło do mnie, że wczoraj zadał tak samo brzmiące pytanie. „Kawy ?” a nie „Cooffi?” Coś mnie tknęło i spytałem bezczelnie: „Jesteś Polakiem ?” Tak! Jasna dupa, a wczoraj nie zamieniliśmy ani słowa! Na pytanie, czemu się wczoraj nie odzywał, usłyszałem, że myślał, że to moje reguły, więc siedział cicho… Podziękowałem za wieczorna przesyłkę – teraz on się zdziwił. To nie od niego, nie ma tej płyty, wie, że jest koszmarnie trudna do zdobycia nawet w  anii. Pozostawał więc Pryszczaty z pierwszego sklepiku… Cóż, zajrzę tam w drodze powrotnej. Marko (czyli Marek – nasz człowiek z Gorzowa Wielkopolskiego) skoro już zainwestował w  oją kawę, oczywiście zaproponował jeszcze jedną płytę do słuchania – Midnight Sun. Trafił mnie między oczy, bo z  pierwszego wyjazdu przywiozłem ich debiutancką płytę, a tu było wydanie typu „dwie płyty na jednym CD”, a więc ich kolejne dwie płyty! Czyli razem cała dyskografia. Tak lubię!

Midnight Sun Walking Circles (1972) Midnight Dream (1974)

Zabrałem bez słuchania…i pognałem do Pryszczatego. Ale tu spotkała mnie jeszcze większa niespodzianka! Przesyłka była również nie od niego! Zbaraniałem… Do samego wyjazdu starałem się ustalić nadawcę, niestety bezskutecznie. I jak tu nie wierzyć w świętego Mikołaja….? Powrót do kraju upłynął mi z  łuchawkami na uszach i na nieustających próbach zrozumienia tego zjawiska. Do dziś stanowi ono dla mnie zagadkę niemal metafizyczną, ale widok Young Flower na półce uświadamia mi, że to nie był sen…

biuletyn podProgowy

Japonia Niespodziewanie zaglądnął do mnie księgowy. Przyniósł dwie kawy, czyli coś chciał…. Niedobrze.. Podejrzewałem,że moje wyjazdowe wydatki wreszcie go zaciekawiły i ta wizyta mogła być wstępem do ery rozliczeń. Trudno, kiedyś to musiało się stać. Jednak jego koleżeński uśmiech nie bardzo mi pasował do wizji publicznego linczu. Delikatnie zapytałem „Czego!”. Ano miał problem. Dobrze, że ON, a nie ja… Wyszło na to, że pojutrze trzeba koniecznie być w Amagasaki. A nasz człowiek, który miał tam być, właśnie miał wypadek i leży w szpitalu. A co to jest Amagasaki i gdzie to, u diabła, jest! W Japonii… A prezes właśnie podpisuje dla mnie wszelkie upoważnienia, pełnomocnictwa i listy uwierzytelniające… No tak. Czyli wyrok już zapadł, pozostało tylko powiadomić skazańca. Zrobiłem minę zbitego psa, zademonstrowałem absolutny sprzeciw wobec takiego wyzysku i braku poszanowania podstawowych praw człowieka . Księgowy wysłuchał w skupieniu, po czym przerwał mój monolog, podając wysokość dziennej „diety”. Po chwili, gdy odzyskałem oddech ze zdziwienia, upewniwszy się co do poprawności proponowanych sum, połknąłem kawę i poleciałem do prezesa po komplet dokumentów, utwierdzając księgowego w przekonaniu, że jestem otwarty na wszelką korupcję, co dobrze wróżyło naszej współpracy w przyszłości. Ponieważ zawsze miałem w domu przygotowany „zastaw podróżny”, pakować się nie musiałem, więc kolejny dzień przeznaczyłem na rozpoznanie terenu. Wyszło na to, że Amagasaki to dość duże miasto na wyspie Honsiu, z piękną historią. Będzie co zwiedzać. Samoloty działają na mnie usypiająco (czym wzbudzam zawiść współpasażerów), więc podróż minęła bezproblemowo i niemal nieodczuwalnie . Wspaniałość kultury wschodu zawsze mnie nieco deprymowała, a różnica rozwoju cywilizacyjnego po prostu mnie zabijała. Tak było 20 lat temu, tak jest i dziś. Wystarczy wejść do toalety na Okęciu i gdziekolwiek w Japonii… Wszechobecna czystość, dbałość o wygląd każdego sklepu, domu i biura miażdżą nasz wschodnioeuropejski chlew już na pierwszy rzut oka. Drugiego lepiej nie ryzykować…. Hotel – rewelacja, restauracja – marzenie, czułem się jak w raju. A do tego miałem świadomość, że na każdym rogu jest sklep z płytami i w każdym z nich czekają na mnie skarby niezdobywalne w Europie. Swoją „firmową” robotę odwaliłem przez pierwsze 3 dni, harując po 16 godzin dziennie, więc kolejny tydzień miałem tylko dla siebie. Zwiedzanie rozpocząłem od „starego miasta”, jako że nowości architektoniczne interesują mnie podobnie jak japońska muzyka pop… Tu jednak Wielka Historia jest pomieszana z nowoczesnością, dając turyście niesamowity miraż różnych okresów i stylów. Uwielbiam włóczyć się po takich zakamarkach. Nigdy nie wiadomo, co zastanie się w sklepiku, który z zewnątrz wygląda na maleństwo, a po wejściu może się okazać że ma 3 piętra pod ziemią i powierzchnię boiska piłkarskiego… Oczywiście pierwszym sklepem, do którego wlazłem, był „Music Market” z którego reklamówki wynikało że ma w ofercie około 25 000 tytułów… Japoniec, który natychmiast do mnie wystartował, bacznie mi się

47


marzec  2012 przyjrzał, po czym nieśmiałą angielszczyzną spytał, w czym może pomóc. Odetchnąłem z ulgą – lingwistycznie byliśmy na tym samym poziomie i dodam, że nie był to poziom wysoki. Wręczyłem mu całą listę płyt, głównie włoskich, których zakup w Europie był niemal niemożliwy, a w Japonii ukazała się ich cała seria w cudownych remasterach i do tego wydana w wersjach mini lp, czyli wiernych replik winyli na CD. O niektórych z  tych płyt jedynie słyszeliśmy, że były, ale nikt nigdy ich ani nie słyszał, ani nie widział… Wybałuszył na mnie oczy ze zdziwienia, bo było tego koło 40 tytułów. Ale chciałem, i to natychmiast, więc zniknął na zapleczu. Po około 10 minutach przyniósł… wszystkie!!! Oniemiałem. Zjawił się też właściciel sklepu – widać, że pojedynczy klient, hurtowo kupujący płyty niesprzedawalne, mocno go zaciekawił… Jego angielski był, niestety, dużo lepszy, co sprawiło że się spociłem już po dwóch minutach, ale okazało się, że… on sam słucha właśnie takiej muzyki i chętnie coś jeszcze zaproponuje. Chyba wziął mnie za milionera, biorąc pod uwagę ceny tych płyt, ale ciekawość zwyciężyła – chociaż popatrzę. W międzyczasie płyty, które już wybrałem, zostały zgrabnie zapakowane. Spojrzałem za rachunek. Ciśnienie wzrosło mi chyba do 600! Nie ze względu na cenę (na to byłem przygotowany jeszcze przed wyjazdem – znałem japoński cennik…), tylko na fakt, że nie było tam ani jednego słowa w jakimkolwiek znanym języku – tylko ichniejsze „hieroglify”! Zaświtała mi w głowie natychmiastowa myśl, że przecież nasz księgowy nie zna japońskiego… Zapłaciłem kartą, raz się żyje, najwyżej każą zwrócić, a jak się nie doczytają, za co ten rachunek to może przejdzie…. Poprosiłem o jakieś japońskie płyty z muzyką lat 70-tych, czym wywołałem wielki uśmiech i błyskawiczną reakcję polegającą na rozłożeniu na ladzie około 20 płyt. Pierwsza z brzegu – Cosmos Factory – słuchamy. W międzyczasie „wykład” na temat grupy…

Cosmos Factory

progres, bazujący na Hammondzie, mellotronie i gitarze. Diamencik japońskiego wczesnego rocka. Na drugi ogień w laserze znalazła się płyta grupy ArsNova. Kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać, ale już pierwsza minuta dosłownie odebrała mi oddech… Fenomenalne klawisze, cudowna sekcja, genialne „łamańce” i swietne kompozycje. Wstawki akustyczne na zmianę z ostrymi, emersonowskimi fragmentami tworzą niesamowity klimat. Wirtuozeria z pogranicza ludzkich możliwości… Ta płyta to nie lata siedemdziesiąte, tylko dziewięćdziesiąte, widać jednak że Japoniec chciał się tą grupą pochwalić. I to mu się udało! Nagle spojrzałem na skład i zdębiałem. To grały… 3 kobiety! Klawisze, bas i perkusja! Nieprawdopodobne!

ArsNova Fear & Anxiety (1992)

Jedno spojrzenie na ladę i już wiedziałem, że czeka tam na mnie jeszcze jedna ich płyta.

ArsNova Transi (1994)

Tą też zabrałem… Znów łakomie zerknąłem na ladę. Kolejną płytą, która wylądowała w odtwarzaczu, była Ain Soph.

An Old Castle In Transylvania (1973)

To jedna z najlepszych japońskich formacji progrockowych z tamtego okresu. A An Old Castle of Transylvania jest ich najlepszą płytą. Osadzona w stylistyce krautrockowej, podlana mocno psychodelią, przesiąknięta fantastycznymi Hammondami i ozdobiona bajeczną gitarą... Sześć utworów, ponad 40 minut muzyki. Muzyki świetnej, genialnie zagranej. Już trzyminutowe intro wprowadza nas w klimat rozbujanym basem i doskonałą gitarą. Potem Maybe – sześciominutowa krautrockowa perełka z kapitalnymi Hammondami i mistrzowską gitarą. Toshikazu Taki to mój ulubiony japoński gitarzysta. Gość grał jak Steve Rothery, tyle że 10 lat wcześniej... Następnie króciutka, trzyminutowa, psychodeliczna, piękna ballada. Kolejny numer to Fantastic mirror – zaiste fantastyczny, ponad czterominutowy, bardzo melodyjny, z doskonałymi klawiszami i tradycyjnie fajną gitarą. Następnie mój ulubiony Poltergeist – genialny czteroipółminutowy kawał krautu z fantastycznymi skrzypcami (Misao). No i wreszcie tytułowy An Old Castle of Transylvania. Blisko 20-minutowa suita, składająca się z czterech części. Mocno zaprawiony psychodelią

48

Ain Soph A story of mysterious Fores (1980)

Ta grupa to japonski klasyk jazz rocka. Wspaniała płyta, łącząca w sobie najlepsze cechy Canterbury, Return to Forever i… Franka Zappy . Poza tym cudowna gitara akustyczna i elementy symphonic rocka – cudowny miks . Porywające granie na światowym poziomie. Zabrałem… Tymczasem sympatyczny Japoniec włożył do odtwarzacza kolejną płytę. Jego mina sugerowała, że tym razem już po mnie. Faktycznie, od pierwszych sekund zapachniało starością i to taką, jak lubię. Hammond, gitara, bas i perkusja. Z potoku słów, jaki do mnie docierał, zrozumiałem, że to chyba najrzadsza płyta w tym sklepie, trzymana przez szefa dla specjalnego Klienta jako super premia, bonus i prezent od firmy. Dobra, dobra, znam takie gadki handlarzy na całym świecie, ale muzyka naprawdę była fajna. Grupa nazywała się YONIN BAYASHI, a płyta, której słuchałem, to koncert – „Live 1973”. Dużo ballad, poza tym klasyczne hard-rockowo-progresywne granie. Dla mnie – bomba! biuletyn podProgowy


marzec  2012

Yonin Bayashi Live 1973 (1974)

Po powrocie sprawdziłem – faktycznie ultra unikat, nie istnieje nawet na ProgArchives. Ich pierwsza płyta „Dangerous Situation” ukazała się w 1974 roku (więc ten koncert był wcześniej!!!), i dopiero jej wznowienie przez Black Rose Records z 2003 zawiera fragmenty tegoż koncertu. Ale tylko fragmenty…

Yonin Bayashi Dangerous Situation (1974)

Wiedziałem, że mogę tu spędzić resztę dnia i wydac cały majatek firmowy, ale miałem już cały wór płyt, więc musiałem się przemóc i opuścić gościnne progi tego sklepu. Tym bardziej, że chciałem trochę pozwiedzać. Powiedziałem sprzedawcy, że jeszcze jedna płyta i koniec. Bez namysłu podał coś, co miało idiotyczną okładkę i nazywało się SPEED, GLUE & SHINKI,czyli też idiotycznie… Ale idiotycznie nie grało! A wręcz przeciwnie – kawał mięsistego hard rocka spod znaku Black Sabbath, Budgie, i Led Zeppelin lub ichniejszego Blues Creation. Lekko bluesujące, rozimprowizowane, niesamowite granie! Musiałem mieć głupią minę, bo ucieszony Japoniec spytał, czy podobała mi się gitara, bo ma jeszcze solowa płytę tegoż gitarzysty.

Speed, Glue & Shinki Eve (1971)

Shinki Chen Shinki Chen & Friends (1971)

Zabrałem i niemal uciekłem…Zwiedziłem kawał Japonii, z discmanem w kieszeni I słuchawkami na uszach, zastanawiając się, czemu taka Muzyka nie dociera do Polski. Teraz jest nieco lepiej, ale czy ktoś słyszał którąkolwiek z tych płyt w radiu? Chyba nie. Dwa miesiące po powrocie do kraju, w windzie zderzyłem się z księgowym. Delegacja już dawno była rozliczona więc spałem spokojnie. Spojrzał na mnie jakby ze zdziwieniem, że jeszcze żyję i mruknął: ”A….te płyty to dałbyś choć posłuchać…” Umarłem… biuletyn podProgowy

ProgGnozy

Nowy cykl koncertowy, który rozpoczął się 03-03-2012 w Krakowie. W trakcie comiesięcznych imprez, lub jak niektórzy już mówią – mini festiwali, gospodarze i pomysłodawcy czyli Hipgnosis i   Fundacja Academica mają zamiar przedstawić publiczności wszystko, co w szeroko pojętym prog rocku i art rocku polskim jest warte poznania. Tak więc gośćmi będą zarówno grupy znane i uznane, jak i te które dopiero rozpoczynają swoją przygodę z muzyką, lub działają od lat, ale nie miały szczęścia zaistnieć na ryku fonograficznym. Warunek uczestnictwa jest tylko jeden – trzeba mieć co pokazać… Pierwszą edycję ProgGnoz, swoimi dźwiękami zapełnili Hipgnosis, Nemesis i Jerzy Górka Artkiestra. O ile dwie pierwsze grupy są naszym czytelnikom i forumowiczom doskonale znane, to Artkiestra stanowiła zagadkę nawet dla ludzi „z branży”. I na niej właśnie chciałbym się skupić. Grupa wydała wprawdzie płytę, ale było to kilka lat temu i wiadomo było że dziś to już inny skład i inna muzyka. Jednak już po pierwszych dźwiękach okazało się, że to świetny zespół, „niebezpiecznie” zbliżający się do naszej prog rockowej czołówki. Kryminalnie nieznany i niedoceniany. Zapamiętajcie tę nazwę, ich nowa płyta ukaże się niebawem i radzę się z nią zapoznać. Po tym, co usłyszeliśmy w Krakowie, może się okazać, że to będzie jedna z najważniejszych płyt jakie się ukażą w 2012 roku… Klimaty lekko „karmazynowe”, cudownie pokręcone rytmy, świetna sekcja (Jerzy Górka – perkusja i Łukasz Jura – bas) rozszerzona o „przeszkadzajki” (Szczęsny Skrzypiec) , doskonałe klawisze (Piotr Rupik) i gitara na światowym poziomie (Michał Kołodziejczyk). Arcyciekawa muzyka, mimo swej skomplikowanej struktury doskonale „przyswajalna”, zauroczyła wymagającą krakowską publiczność. Świetne kompozycje grupa gra z lekkością i wirtuozerią, a fantastyczne partie solowe rozgrzewają publiczność „do czerwoności”. Niewątpliwie Artkiestra była objawieniem pierwszej edycji Muzycznych ProgGnoz i Wielką Niespodzianką dla publiczności. Oby tak dalej! Czas biegnie szybko, przed nami druga odsłona mini festiwalu. W sobotę, 24-go marca, ponownie w krakowskim Zaścianku, ponownie o godzinie 19 rozpocznie się druga odsłona Muzycznego Święta. Tym razem na scenie pojawią się Brain Connect, After i gospodarze czyli Hipgnosis. Oj, będzie się działo… A wieść gminna niesie, że przygotowana jest już Trzecia Edycja Muzycznych Prognoz (14-04-2012) i że ma się na niej pojawić po raz pierwszy w Krakowie Lebowski… A więc ZAPRASZAMY!!! Zapraszamy do Krakowa, bo to piękne miasto. Zapraszamy, bo to piękne miasto zaczyna wypełniać Wielka i Piękna Muzyka…. Wszystkie zespoły, które chciały by wystąpić w kolejnych edycjach Muzycznych ProgGnoz w gościnnych murach krakowskiego klubu Zaścianek i przedstawić swoją wizję Muzyki organizatorzy proszą o kontakt: olo.krol@interia.pl

49


marzec  2012

Progressive Love Songs No Way  •  Pain of Salvation (Road Salt One, 2010) No Way to utwór niejako firmujący pierwszą część dyptyku Szwedów z lat 20102011, w której zespół zwrócił się muzycznie w kierunku lat 70-tych. Jest to niesamowicie energetyczny, dziarski, a wręcz przebojowy utwór, opowiadający, rzecz jasna, o miłości. No Way skupia się na przeżyciach człowieka, który stracił swoją drugą połowę, przegrywając rywalizację z konkurentem. Podmiot liryczny bezskutecznie próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie, co było powodem jego miłosnej klęski, dlaczego to jego rywal zdobył serce jego wybranki.

Kayleigh  •  Marillion (Misplaced Childhood, 1985) W naszym zestawieniu nie mogło również zabraknąć tak znanego miłosnego utworu, jakim jest Kayleigh. Czy jest on progresywny? Raczej nie. Jego siła oddziaływania była jednak tak wielka, że pozwoliła formacji wzbić się w połowie lat 80-tych na szczyty popularności. Podmiot liryczny w utworze wyraża swe żale z powodu utraconej przez siebie miłości. Tekst tego utworu znają zapewnie wszyscy fani zespołu… „Chcę powiedzieć, że mi przykro, lecz Kayleigh boję się podnieść słuchawkę, by nie dowiedzieć się, że znalazłaś innego.”

50

Credence and Cascade  •  King Crimson (In the Wake of Poseidon, 1970) Rzecz jasna wątek miłosny był również obecny w twórczości prekursorów rocka progresywnego. W Cadence and Cascade Gordon Haskell opowiada historię dwóch dziewczyn zakochanych do niepamięci w pewnym muzyku. Bardzo subtelny, kojący utwór jest odpowiednikiem I Talk to the Wind z debiutu na In the Wake of Poseidon. Aż dziw bierze, że wokalista przeżywał katorgę, próbując właściwie zinterpretować przesłanie utworu przy nagrywaniu go na płytę.

Fantastic Place  •  Marillion (Marbles, 2004) Na naszej playliście znowu spotykamy Marillion, z tym że tym razem z Panem Hogarthem na wokalu. Fantastic Place pochodzi z rewelacyjnego Marbles i jest jedną z najlepszych kompozycji zespołu, opowiadających o miłości. Wspaniała melodia, przeszywający, relaksujący muzyczny klimat, Steve Hogarth w najwyższej formie, piękne gitarowe solo Stevea Rotherego. A my, niczego nieświadomi słuchacze, naprawdę jesteśmy zabierani w te wyśnione, fantastyczne miejsce…

biuletyn podProgowy


marzec  2012

Dreaming Light  •  Anathema (We’re Here Because We’re Here, 2010) Anathema albumem We’re Here Because We’re Here wygrała niemal wszystkie muzyczne progresywne podsumowania roku 2010. Nic jednak dziwnego, bo formacja nagrała być może najlepszy krążek w swojej karierze. Album jest zdecydowanie bardziej lekki, swobodny, delikatny niż poprzednicy, o czym świadczy chociażby tematyka utworów, które w większości poświęcone są pozytywnie nacechowanym ludzkim uczuciom. Kto by się spodziewał czegoś takiego po tym zespole? Rewelacyjny rezultat zaskoczył wielu. I ty lśnisz w środku, a miłość uspokaja moje myśli jak wschód słońca...

Silent Lucidity  •  Queensryche (Empire, 1994) Album Empire to dla Queensryche złagodnienie brzmienia. Jednym to się podobało, innym mniej, ale dla takiego utworu jak Silent Lucidity warto było na taki ruch się zdecydować. Przepiękna ballada zrobiła na rynku muzycznym prawdziwą furorę. Rzadko się zdarza spotykać tak dopełniający się tekst i muzykę utworu, które spotykamy w Silent Lucidity. Warstwa liryczna nawiązuje do opieki podmiotu lirycznego nad jego ukochaną. Sen się skończył, a może właśnie się zaczął?

Breaking the Spell  •  Pendragon (The Window of Life, 1993) Nick Barrett w swoich tekstach wiele razy nawiązywał do ludzkich uczuć. Niewielu muzyków tak jak lider formacji może pochwalić się jednocześnie tak głębokim poruszaniem tej tematyki poprzez swoją muzykę. Gitarowe solo Brytyjczyka w Breaking the Spell zachwyca, a warstwa tekstowa, choć skromna, zatapia słuchacza w klimacie utworu: Nie pozwól nigdy, by Twa miłość umarła, nigdy nie waż się złamać zaklęcia.

Cinematic  •  Lebowski (Cinematic, 2010) Polacy także grać potrafią, co udowodnił zespół Lebowski. Album Cinematic to jedna z większych rewelacji ostatnich lat polskiej muzyki progresywnej, co formacja konsekwentnie swoją działalnością potwierdza. Na krążku warto zwrócić uwagę na utwór tytułowy, poświęcony tematyce miłosnej: Mniemam, że od jednego końca świata do drugiego, historia miłości wszędzie jest jednakowa. Tekstowy punkt kulminacyjny utworu oczaruje każdego. biuletyn podProgowy

Your Own Special Way  •  Genesis (Wind & Wuthering, 1976) Genesis swój repertuar opierało zawsze na bardzo zróżnicowanym podłożu tekstowym. Od czasu do czasu jednak formacja zgłębiała się w te najgłębsze zakamarki ludzkiej uczuciowości. W Your Own Special Way Phill Collins po raz kolejny udowadnia, jakim potężnym narzędziem dysponuje. Jego glos sprawdza się w tym utworze doskonale, wyprowadzając kompozycję na pozycję jednej z czołowych ballad zespołu.

Acronym Love •  Riverside (Voices in my Head, 2005) Po dużym sukcesie, z jakim spotkał się Out of Myself, Riverside, aby umilić fanom czekaniena kolejny krążek wydało minialbum Voices In my Head – najbardziej liryczne wydawnictwo w swojej dyskografii. Skrócona miłość jest jednym z najbardziej zmysłowych utworów formacji. Zespołowi nie było już dane zamknąć w tak skromnej muzycznej klamrze tyle prostoty i bogactwa zarazem.

Smile  •  David Gilmour (On An Island, 2006) Trzeci album artysty przynosi słuchaczom niesamowicie kojący zestaw muzyczny. Czego więcej potrzebuje człowiek od uśmiechu ukochanej osoby? Odpowiedź wydaje się oczywista, a właśnie ten temat porusza Gilmour w swym utworze. Smile jest jedną z kluczowych kompozycji na On an Island.

We Are Alone Together  •  Qudiam (Alone Together, 2007) Prawdziwa legenda polskiego rocka progresywnego w 2007 roku nagrała jeden z  lepszych albumów wydanych przez polskie progresywne formacje w ciągu ostatnich lat. Przez wielu zapomniany zespół na Alone Together pokazuje w pełni swoje umiejętności i duże muzyczne doświadczenie. Interesujący nas w pewnym sensie kulminacyjny utwór niesie za sobą niesamowity bagaż emocjonalny. Tekstowo nawiązuje do zmierzchu uczucia łączącego bohaterów kompozycji. Tekst: Paweł Bogdan

51


marzec  2012

Recenzje

Książki i filmy

blue ray

Jeff Beck performing this week... Live At Ronnie Scott’s Jeff Beck Blue Ray, 2009

Koncert Jeffa Becka w londyńskim klubie Ronnie Scott’s Jazz Club to prawdziwa uczta dla miłośników dobrego gitarowego grania. Niedawno narzekałem trochę na koncertowe płyty DVD i Blue Ray nagrane w małych kameralnych salach. Ten koncert przekonuje mnie, że może niesłusznie postawiłem krzyżyk na podobnych wydawnictwach.

52

Jak się okazuje wystarczy taki koncert odpowiednio sfilmować. Dynamicznie zmontowane ujęcia sprawiają, że czujemy się jakbyśmy stali na scenie pomiędzy muzykami. To właśnie udało się osiągnąć realizatorom koncertu Jeffa Becka. W połączenie z bardzo dobrą muzyka daje to więc bardzo interesującą płytę. Warto też od razu na początku przedstawić zespół towarzyszący głównemu bohaterowi wieczoru. Jest on niewielki ale tworzy go bardzo ciekawy zestaw muzyków. Na perkusji gra Vinnie Colaiuta znany między

innymi z długotrwałej współpracy z Frankiem Zappą. Na basie zagrała Tal Wilkenfeld, młoda Australijka, która w chwili nagrywania koncertu w roku 2007 miała zaledwie 21 lat. Skład uzupełnia grający na klawiszach Brytyjczyk Jason Rebello. Co ciekawe Beck nie gra zbyt wielu własnych utworów, za to na płycie można usłyszeć kompozycje takich gwiazd jak: Muddy Waters, Charles Mingus, Curtis Mayfield czy duetu Lennon-McCartney. Koncert rozpoczyna klasyczne Beck’s Bolero jednak to nie ten utwór należy do najciekawszych w czasie tego

występu. Doskonały jest nastrojowy utwór Steviego Wondera Cause We’ve Ended As Lovers ze świetną partią basu i piękną koronkową solówką lidera grupy. Zaskoczyć nas może utwór Behind The Veil, utrzymany w charakterze muzyki reggae. Mnie osobiście jak zawsze stawia na nogi wspaniały utwór Nadia. Pochodzi on z płyty You Had It Comming z roku 2001, ale tutaj nie jest wykonany z aż taką mocą jak na tym albumie. Niezwykłą energią napełnia słuchaczy dynamiczny Blast From The East, który płynnie przechodzi w równie żywiołowy Led

Koncert Jeffa Becka to prawdziwa uczta dla miłośników dobrego gitarowego grania biuletyn podProgowy


marzec  2012 Boots. Świetny jest też bluesujący Sactterbrain, jedna z nielicznych kompozycji Becka zagrana na tym koncercie. Niewątpliwie wprowadza ona słuchacza na wyżyny gitarowego grania. Przy czym przychodzi mu to z  niezwykłą lekkością. Popis drapieżności daje też w utworze Big Block, również własnej kompozycji, w której warto się przyjrzeć dokładnie jak palce Becka poruszają się po gryfie gitary. Następnie można też usłyszeć jedną z najlepszych, kiedykolwiek nagranych wersji A Day In The Life, utworu w oryginale zamykającego słynny album Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band.

Książka

Takiego mnie nie znacie Zappa Frank, Occhiogrosso Peter. Alfa, Warszawa 1996, 302pp.

Książka Takiego mnie nie znacie nie jest typową autobiografią, gdyż nie została napisana przez jej głównego bohatera, ale przez pisarza Petera Occhiogrosso, który stworzył tekst na podstawie nagrywanych przez kilka tygodni rozmów z Frankiem Zappą. Nie jest to standardowa pozycja tego typu, choć z drugiej strony podobny zabieg spotykany był często w przypadku biografii muzyków. Jak twierdzi sam Zappa we wstępie do książki: „Nie chcę napisać książki, ale zrobię to, ponieważ Peter Occhiogrosso mi pomoże. On jest pisarzem. Lubi książki a nawet je czyta. Myślę, że to dobrze, że książki wciąż istnieją, choć ja przy nich robię się śpiący”. Occhiogrosso występował w roli, którą można określić jako ghostwriter, kilkakrotnie. Ponadto jest także autorem książek o nieco tajemniczych tutułach takich jak: Through the Labyrinth: Stories of the Search for Spiritual Transformation oraz Once A Catholic: Prominent Cathobiuletyn podProgowy

Na uwagę zasługują też specjalni goście koncertu. W utworze People Get Ready zaśpiewała Joss Stone, a wykonanie pokazało, że Beck nie boi się współpracy z soulową wokalistką, a  jej efekt jest również bardzo dobry. Fantastyczny jest też utwór Blanket, w  którym zaśpiewała Imogen Heap. Beck wycofuje się tutaj na dalszy plan aby w oszczędny i wyważony sposób wspomagać wokalistkę. Imogen Heap zaśpiewa z nim jeszcze po raz drugi w utworze Rollin’ and Tumblin’. Również dwa utwory Beck zagrał z Erickiem

Claptonem. Są to przy tym niebylejakie kompozycje ale Little Brown Bird Muddy’ego Watersa i You Need Love Willi’ego Dixona. Obaj panowie pokazują przy tym, że wiedzą doskonale czym jest dobry blues. Dodatkowo na płycie znajdziemy też niewielki, stylistycznie odrębny od reszty materiału set z muzyką rockabilly. Jest to siedem utworów, miedzy innymi z repertuaru Carla Perkinsa i Gene Vincenta. Za sprawą tego zestawu przeniesiemy się na chwilę w klimat lat pięćdziesiątych. Jest to też bardzo fajne, kontrastujące z głów-

na częścią występu uzupełnienie tego wydawnictwa. To właśnie ze względu na dodatkowych wykonawców warto jest kupić ten koncert w wersji Blue Ray, gdyż na CD zabrakło wszystkich wymienionych bonusów. Z kolei wersja DVD różni się od wersji Blue Ray brakiem całego dodatkowego mini koncertu z zespołem The Big Town Playboys. Podsumowując można powiedzieć, że jest to jeden z ciekawszych koncertów rockowych jaki został nagrany w ostatnich latach. Nie można tego wydawnictwa przegapić. 9/10 Krzysztof Pabis

lics and ExCatholics Reveal the Influence of the Church on Their Life and Work. Czego więc można się spodziewać po tej nietypowej autobiografii? Książka faktycznie zawiera fakty z życia Franka Zappy, jednak są one specyficznie podane i opisane z dużą dozą nieprzeciętnego humoru, który znamy dobrze także z płyt Zappy, jego wywiadów, czy zapowiedzi koncertowych. To właśnie poczucie humoru sprawia, że książkę czyta się szybko i z dużą przyjemnością. Zawieść mogą się jednak ci, którzy oczekują po tej lekturze szczegółowych informacji biograficznych, katalogów albumów czy kalendarium tras koncertowych. Nie znajdziemy tu także klasycznych tekstów biograficznych w stylu Dickensowskiego Davida Copperfielda. Dowiemy się jednak wielu innych ciekawych rzeczy. Dostaniemy odpowiedź na pytanie, czy Zappa naprawdę jest ekscentrykiem, czy tylko “jest tak odbierany przez innych”? Ponadto przekonamy, co myśli o biernym paleniu, a także czy trasa zespołu rockowego jest faktycznie wspaniałym przeżyciem. Układ książki jest w ogólnym za-

rysie chronologiczny. Rozpoczyna się od opisu pierwszych przeżyć kilkuletniego Zappy. Wśród wspomnień z dzieciństwa muzyk koncentruje się zwłaszcza na bardzo nietypowych zdarzeniach. Opowiada przykładowo o ulubionych zabawach z dzieciństwa: „Ojciec przynosił (...) z laboratorium różne rzeczy, żebym się nimi bawił (...) Bardzo lubiłem lać rtęć na podłogę i walić w nią młotkiem, tak, aż tryskała na wszystkie strony. Żyłem rtęcią.” Choć pewnie nigdy się nie dowiemy, czy ojciec Zappy faktycznie wykazywał taką lekkomyślność w doborze zabawek dla syna, to jednak jednym z faktów przemawiających za prawdziwością tej opowieści może być jego późniejsza śmierć na raka prostaty w stosunkowo młodym wieku. Zappa opowiada także o swoich pierwszych doświadczeniach z muzyką, gdy w wieku 12 lat zaczął grać na perkusji i o tym, jak w wieku 16 lat grał w rythm and bluesowym zespole The Ramblers. Ponadto dowiemy się także, jak nazywał się pierwszy założony przez Zappę zespół, poczytamy

o współpracy, której wynikiem była płyta The Trout Mask Replica czy o  tym, jak znalazł pierwszego menadżera. Poznamy także mniej ważne dla jego kariery muzycznej, ale nie mniej interesujące zdarzenia jak np. spotkanie z  Jezusem, ale także poznanie żony Gail, która była sekretarką w  klubie Whisky a Go Go. Przeczytamy również o próbach cenzurowania Zappy. Dowiemy się np., kim był „popieprzony skurwiel z nożyczkami” i z czym może się kojarzyć słowo gąbeczka (w oryginale pad) z piosenki Let’s Make The Water Turn Back. Jednym z ciekawszych wątków związanych z tym tematem jest historia walki prowadzonej przez Zappę z naklejkami na płyty wprowadzonymi przez Parents Resource Music Center. Ostrzegały one przed zawartością płyt, które były nieodpowiednie dla młodzieży. Walkę z cenzurą Zappa potraktował bardzo poważnie. W rezultacie występował nawet w kongresie i przygotował list otwarty do prezydenta Reagana, którego obszerny fragment można także

Biografia ta jest doskonałym uzupełnieniem ciekawej, bogatej i wspaniałej dyskografii Zappy 53


marzec  2012

znaleźć w książce. Zappa opisuje te zdarzenia w rozdziale o wiele mówiącym tytule „Wojny przeciwko pornografii”. Ciekawe są też fragmenty, prezentujące polityczne zaangażowanie Zappy i  jego polemikę z obrazem chrześcijańskiej Ameryki. Interesującą częścią książki są wszystkie rozdziały, które pokazują jego kontakty z rodziną i prezentują go jako ciepłego i spokojnego człowieka. Tu również znajdziemy wiele zabawnych anegdot. Interesujące może być np. rozwiązanie zagadki, jaką był powód, dla którego pierwsze słowo córki Zappy brzmiało „łerp”.

54

Osoby żądne wiedzy o szczegółach związanych z tworzeniem muzyki znajdą tu również coś dla siebie, między innymi w rozdziałach takich jak „Nagrywanie” i „Miksownie” czy we fragmentach, opisujących jego współpracę z orkiestrą, zatytułowanych „Orkiestrowe absurdy”. Ciekawym uzupełnieniem tekstu są nieliczne, ale niekiedy bardzo interesujące stare fotografie. Niestety, w polskim wydaniu ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Gdybym miał powiedzieć, czego brakuje mi w książce, to chyba byłby to opis historii kontaktów Zappy z włoskim biologiem Ferdinando Boero, który

opisał na jego cześć gatunek meduzy. Biorąc pod uwagę, że Zappa zaprzyjaźnił się z Włochem, należy żałować, że nie opowiedział o tym epizodzie ze swojego życia w charakterystyczny dla siebie i pełen humoru sposób. Z Zappą można się nie zgadzać, można nie wierzyć we wszystko, o czym opowiada na kartach swojej książki, ale nie sposób nie przyznać, że jest to jedna z ciekawszych publikacji o muzyce i jednocześnie niepowtarzalny obraz osobowości i sposobu bycia człowieka, jakim był słynny gitarzysta. Z tego powodu można powiedzieć, że nie ma drugiej podobnej książki. Jest ona tak-

że doskonałym uzupełnieniem tego, co w przypadku Zappy jest najważniejsze, a więc ciekawej, bogatej i wspaniałej dyskografii. Warto też podkreślić, że książka była w oryginale wydana w roku 1989 i jest zbiorem anegdot, reprezentujących praktycznie całe życie zmarłego w roku 1993 muzyka. Jest to pozycja obowiązkowa dla fanów Zappy, ale także dla tych, którzy szukają w książkach dobrej zabawy, gdyż niewątpliwie znajdą ją w  tej autobiografii. 9/10 Krzysztof Pabis

biuletyn podProgowy


marzec  2012

Siekiera Ballady na koniec świata

Mam wrażenie, że całe nasze muzyczne podsumowanie 2011 roku można o kant czterech liter potłuc. Płytę, o której piszę usłyszałem w styczniu, kiedy głosowanie już się skończyło. Tymczasem powrót Tomasza Adamskiego po prawie ćwierć wieku milczenia kładzie na łopatki wszystko, co w zeszłym roku usłyszałem. No dobrze, poza Grace For Drowning Wilsona, ale i z nią może śmiało stawać w szranki, nawet pomimo słyszalnych tu i tam ograniczeń technicznych studia. Że Siekiera klasykiem rodzimego punka i Nowej Fali jest – przekonywać nie muszę. Wraz z wydaniem Ballad na koniec świata jasne staje się, że dowodzona przez Adamskiego formacja awansowała do rangi klasyków polskiej MUZYKI w ogóle. Punk jest mi dziedziną obcą (żeby nie powiedzieć: wrogą), nowofalowe oblicze Siekiery zaś polubiłem zupełnie przypadkiem (jak się przez dwa lata mieszka w akademiku przez ścianę z facetem słuchającym na przemian Pornography i Nowej Aleksandrii można albo się przenieść albo polubić te dźwięki), ale to, co Dzwon przygotował na Balladach to muzyka z zupełnie już innej bajki. Akustyczny folk. Ale za to jaki! Owszem, kłania się tu spuścizna Tony Wakeforda, Leonar-

Darmocha utwory i albumy warte zainteresowania, które artyści udostępniają nieodpłatnie w sieci

da Cohena czy Brendana Perry (zwłaszcza z okresu uwielbianego przeze mnie albumu Eye Of The Hunter), z drugiej strony – także Marka Grechuty, ale ciężko zgrzeszy ten, kto nazwie Dzwona epigonem wyżej wymienionych. Jest dla nich równorzędnym partnerem, to ta sama liga! Bogato zaaranżowane (choć w większości przy użyciu instrumentów wirtualnych), wielowątkowe pieśni (najwspanialszymi klejnotami są według mnie Przekwitło lato i Ludzie mówią z niesamowitym podkładem „pudła”) poprzetykane kilkoma utworami instrumentalnymi bynajmniej nie służącymi za zapychacze – to bardzo potrzebne momenty oddechu. Bo Ballady na koniec świata to nie tylko muzyka, ale też słowa – nasączone depresją i rezygnacją, smutną zgodą na uwierające status quo. Najwyraźniej słychać to w A gdyby tak…, w którym niemożność podmiotu lirycznego do pokonania własnych słabości jest wręcz namacalna. Albo obrazoburczy Diabelski cień, gdzie kusiciel okazuje się cierpieć na równi z kuszonym. Notabene obie kompozycje wzbogaca krystaliczny sopran Alicji Bił-Traciłowskiej. Przez śpiewane głębokim barytonem słowa Adamskiego przewijają się niepewność i bezradność wobec przemijania. Sądząc z jego prasowych wypowiedzi – to nie jest literacka kreacja. Pisze tak, jak czuje. Musi więc czuć potężny egzystencjalny ból. Mam nadzieję, że nagranie tej płyty było dlań katharsis. Stworzyć tej klasy dzieło będąc pogrążonym w tak głębokiej depresji – to potrafią tylko artyści natchnieni. Szczerze pragnąłbym powrotu Adamskiego do pełni formy, także psychicznej. Jeśli owocem jego dołka jest taka płyta czego może dokonać kiedy będzie go roznosić energia? Strach pomyśleć!

Każdy ma jakiś wąski zbiór płyt-przyjaciółek, takich niekoniecznie kanonicznych, ale najbliższych akurat nam. Dodaję do tego zbioru Ballady na koniec świata. Z jednym małym zastrzeżeniem jednak – będzie najrzadziej słuchanym albumem w tej grupie, bo podróż w  głąb ponurych wizji Adamskiego jest tyleż fascynująca, co niebezpieczna dla co wrażliwszych słuchaczy. Mimo niewątpliwego piękna – album do dawkowania w aptekarskich dawkach. Paweł Tryba

Bostoński zespół Helico1. pria jedzie po bandzie łącząc matematykę w stylu Mars Volta z

Pochodzący z Baltimore post Izraelska kapela PieQ łaczy 2. rockowy duet Time Columns 3. w swojej muzyce rocka, jazz pierwszego marca wypuścił swój i bliskowschodni folklor. Do

wokalami pod Bjork. 3 EPki gratis. pobierz

biuletyn podProgowy

Joseph Magazine Night Of The Red Sky

Dużo o tym albumie już powiedziano i napisano. Wielu recenzentów roztoczyło nad nim gęsty zestaw komplementów, a fani muzyki obwieścili symboliczne narodziny płyty wartej każdych pieniędzy. Chodzi o Night Of The Red Sky zespołu ukrywającego się pod nieco enigmatycznie brzmiącą nazwą Joseph Magazine. Krążek wydany w 2011 roku, w  głównej mierze przy użyciu tzw. „nakładów własnych”, nie jest najłatwiejszy do namierzenia w polskich sklepach, ale warto podjąć trud aby się z debiutem Joseph Magazine zapoznać. Wszak zespół w osobach Bartoszów Sochy i Struszczyka, Marcinów Szadyna i Waleckiego oraz Rafała Brodowskiego napisał i zagrał materiał, który

debiutancki longplay. Póki co z jego twórczością można zapoznać się słuchając trzech EPek: pobierz

stanowi jeszcze jeden dowód wysokiej klasy polskiej muzyki progresywnej. Tyle, że Night Of The Red Sky to nie tylko synteza kilku znanych w muzyce patentów, ale również prezentacja własnego, wypracowanego na próbach stylu. W klimacie elektronicznego snu rozdzieranego prog metalowymi riffami ujawniła się niezwykła precyzja muzyków. Bogactwo dźwięków nie sprawia wrażenia przesytu, a świadczy raczej o spełnionej realizacji poukładanego w głowach autorów pomysłu. Przy Night Of The Red Sky warto się przede wszystkim pokłonić licznym partiom gitarowym i klawiszowym, które nadały albumowi wyrazistej barwy. Zarówno na poziomie klasycznych riffów, jak i głębokich solówek gitara Bartosza Sochy przemienia się w różdżkę spełniającą zaklęcia nawet najbardziej wymagających fanów gitarowego grania. Być może dopełnieniem, a raczej drugą stroną Night Of The Red Sky są wyborne partie klawiszowe Marcina Waleckiego. Album został nasycony pięknymi tłami oraz „aktywnymi dźwiękami”, a poszczególne fragmenty autonomiczne na poziomie klawiszy, jak choćby w Tower, emanują krystalicznymi emocjami zawartymi w umyśle twórcy. Ciekawe, że w muzyce zawartej na Night Of The Red Sky, a właściwie w  jej mocniejszych fragmentach, można odczuć specyficzny klimat groove. Grupa przy całych swoich inklinacjach w kierunku progresywnych uniesień wcale nie stroni też od metalowego galopu i kiedy trzeba to po prostu przyciska. W tej materii dobrze swoją obecność zaznaczyli Rafał Brodowski na perkusji oraz Marcin Szadyn na basie. Nie umiem natomiast ocenić jaka byłaby muzyka Joseph Magazine gdyby Bartosz Struszczyk

darmowego ściągnięcia udostępnia koncertowy mini album. pobierz

55


marzec  2012 zaprezentował trochę więcej wokali. W balladowym Thorn Piece Of The Sky jego głos brzmi intrygująco, ale jak odnalazłby się w odważniejszych kompozycjach? To pytanie pozostaje otwarte. Inną ważną kwestią Night Of The Red Sky jest klimat płyty. Wobec rozmaitych opinii nie przypuszczałem, że debiut Joseph Magazine oznaczony jest wielką tajemnicą, która łączą poszczególne utwory. Wszak album jest mroczny, a w moich przesłuchaniach po wielokroć miałem wrażenie, że ów czerwone niebo zawali mi się na głowę. Werbalne fragmenty, szczególnie w cudownym Holy Land, są w stanie wywiercić dziurę w zakątkach wyobraźni. Choć podobne patenty słyszałem już Disconnected Fates Warning to muszę przyznać, że ich polska wersja wcale nie brzmi mniej przekonywająco. Album posiada wiele z filmowego klimatu, tak jakby miał ozdobić któryś z obrazów Davida Lyncha. Finalnie trudno wyrokować nad przyszłością Joseph Magazine, ale odnoszę wrażenie iż Night Of The Red Sky powinien otworzyć zespołowi wrota do dużej kariery. Debiutancki album grupy to nie tylko pokaz zręczności muzyków, ale również ich oryginalna koncepcja tworzenia muzyki. Zatem i ja dołączam do grona fanów Joseph Magazine. 9/10 Konrad Sebastian Morawski

Various Artists A Collection Of Delicate Diamonds: A Tribute To Pink Floyd

Trzydziestego marca 2012 roku w dojrzałość wejdzie pustka, która powstała po zakończeniu studyjnej twórczości Pink Floyd. Tego dnia osiemnaście lat temu

premierę miał The Dvision Bell, a więc ostatni album zespołu z oryginalną twórczością. Postfloydowski krajobraz przybrał na sile w  ostatnich miesiącach kiedy na rynku pojawiło się wiele reedycji muzycznej spuścizny zespołu, szczególnie mam na myśli tych w cenie roweru górskiego, ale w mojej ocenie najlepszą weryfikacją znaczenia zespołu dla muzyki rockowej jest jego trwałe oddziaływanie na krążki kolejnych zespołów. Wtedy nie ma znaczenia marketing, ale realne wzorce przenoszone z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych do teraźniejszości. Jednym z nich jest krążek zatytułowany A Collection Of Delicate Diamonds: A Tribute To Pink Floyd.

W tym przypadku nie mamy do czynienia dosłownie z czerpaniem wzorców, ale z oddaniem hołdu jednemu z największych zespołów w historii muzyki, bowiem rzeczone wydawnictwo to, jak sama nazwa wskazuje, tribute. Tyle, że tribute wyjątkowy, który nie jest po prostu suchym zestawem mechanicznie odegranych utworów, ale bogatą tęczą unikatowych improwizacji czy też swoistych wariacji na temat wielu ważnych dzieł grupy. W dodatku utworzoną przez trzydziestu dwóch rekinów sceny rockowej takich jak między innymi Adrian Belew i Tony Levin z King Crimson, Alan White i Chris Squire z Yes, Glenn Hughes i Steve Mor-

se z Deep Purple, Bruce Kulick z Kiss, Ian Anderson z Jethro Tull, Keith Emerson z ELP oraz Nik Turner z Hawkwind. Pokaźna grupa muzyków urodzonych w Wielkiej Brytanii i  Stanach Zjednoczonych zarejestrowała łącznie dwadzieścia sześć utworów Pink Floyd w skład których weszły wszystkie kompozycje z Dark Side Of The Moon, a także wybrane utwory z A Saucerful Of Secrets, Ummagumma, Meddle, Obscured By Clouds, Wish You Were Here oraz The Wall. W sumie nieco ponad 130 minut muzyki umieszczonej na dwóch krążkach. Z pewnością można szczególnie żałować nieobecności utworów z Animals oraz The Division Bell, ale jakość całego materiału rekompensuje wszelkie straty. Niemniej pewnym niedopatrzeniem wykazał się autor grafiki, niejaki Didier Scohier z ArtCore Desing, który zarówno na poziomie okładki, jak i artworków stworzył obrazki budzące skojarzenia – poza materiałem wykorzystanym na płycie – z Animals, Atom Heart Mother oraz A Momentary Lapse Of Reason. Ewentualnie można zakładać, że w między czasie zmieniła się koncepcja realizatorów nagrań albo czegoś niedogadała belgijska Music Avenue, która odpowiada za dystrybucję albumu. To jednak, jak już zdążyłem wspomnieć, zaledwie drobiazgi wobec porządnego tribute. Takie materiały po pierwsze dają możliwość zapoznania się z twórczością Pink Floyd w nieco zmienionych aranżacjach, z  innymi aktorami, którzy w swoich rolach nadają często innego wymiaru (częściej odcieniu) poszczególnym utworom. Po drugie wprowadzają w retrospektywny stan, podszyty rzecz jasna nowoczesnym brzmieniem, ale prowokującym wyobraźnię

Album holenderskiego Zloty Progmetal bujnie pleni się Squadra Omega to Włochy 4. Dawai Teleopsis Belzebuth 5. we Włoszech, czego kolejnym 6. w wersji awangardowej. Dwa to porcja improwizowanego avantdowodem jest debiutanki album albumy do pobrania. formacji IV Luna.

proga.

pobierz

56

pobierz

pobierz

do odkrywania nowych granic w muzyce Floydów. W przypadku A Collection Of Delicate Diamonds: A Tribute To Pink Floyd na uwagę zasługuje również ciekawe rozmieszczenie poszczególnych kompozycji. Album zaczyna się klasycznie od Speak To Me łączonego z Breathe, zaś jego pierwszą część wykańcza pierwszy Another Brick In The Wall, który przechodzi do drugiego na początku drugiej części albumu. Natomiast album został zamknięty niepokojącym Careful With That Axe, Eugene, tak jakby autorzy wydania chcieli skontrastować dwa różne wymiary emocji. Jeśli zaś chodzi o sam kształt kompozycji od strony technicznej to muszę przyznać, że anglosascy muzycy najwierniej odwzorowali utwory z Dark Side Of The Moon, w których dosyć rzadko pojawiły się znaczące wariacje, jak choćby wolność saksofonowa Edgara Wintera w  Money czy zupełnie inaczej zinterpretowany wstęp do Speak To Me/Breathe. Za to znacznie mniej siły zanotowałem w wokalach niejakiej C. C. White w porównaniu do Clare Torry ze słynnego The Great Gig In The Sky. O wiele więcej urozmaiceń pojawiło się w pozostałych interpretacjach floydowskiej twórczości, w przearanżowanym Welcome To The Machine (doskonała praca Dereka Sheriniana), bluesujących jak nigdy Have a Cigar i Young Lust (świetne wokale Glenna Hughesa!), powyciąganym na wszystkie strony Run Like Hell, zminiaturyzowanym i zindustrializowanym Echoes, jeszcze bardziej tajemniczym Obscured By Clouds czy przygnębiającym Set The Controls For The Heart Of The Sun. Natomiast równowagę w naturze zachowały zbliżone oryginałom Shine On You Crazy Diamond oraz Mother. Epigonów Dream Theater 7. wszędzie pełno. Także na Ukrainie. Mindplotter wyróżnia się chojniejszą niż przeciętnie dawką eletroniki.

pobierz

biuletyn podProgowy


marzec  2012 Podsumowując odsyłam wszystkich fanów Pink Floyd to tego obszernego wydawnictwa. Bez cienia wątpliwości A Collection Of Delicate Diamonds: A Tribute To Pink Floyd stanowi jeden z najlepszych albumów dedykowanych twórczości legendarnego zespołu, co mam nadzieję udało mi się wykazać w tej recenzji. 8/10 Konrad Sebastian Morawski

Lunatic Soul Impressions

Miał być dyptyk, a jest… trylogia? Nie, to chyba niewłaściwe określenie, bowiem trzeci studyjny album spod szyldu Lunatic Soul wcale nie jest trzecią częścią dychotomicznej historii znanej z dwóch poprzednich albumów, ale swego rodzaju ich efektem ubocznym. Mariusz Duda, przynajmniej w najbliższym czasie, nie skupiał się na pisaniu kolejnych historii do Lunatic Soul, ale ktoś uznał iż rzeczony „efekt uboczny” stanowi podstawę do wydania godnego materiału. Czy słusznie? Wybornie. Po zapoznaniu się z Impressions sam przestałem mówić o efekcie ubocznym, a  zacząłem formułować zdania o pełnoprawnym, natchnionym własnym życiem materiale. I nie jest to życie, które w pełni znamy z czarnego i białego Lunatic Soul, a kilka nowych gwiazd na widnokręgu zainteresowań muzycznych Mariusza Dudy. Owe impresje wydobyły się z muzycznej ponowoczesności w postaci trip hopu oraz ambientu, a także z „egzotycznych” instrumentów stanowiących nie od dziś spektrum zainteresowań uznanego biuletyn podProgowy

multiinstrumentalisty, wokalisty i kompozytora. Koncepcja zderzenia czarnego z białym – z niezwykłą wymownością zasygnalizowana z  poziomu okładki – na pewno przy Impressions nie została pominięta. Tyle, że Mariuszowi Dudzie prawdopodobnie chodziło o to, że utwory z  tego krążka powstały właśnie w trakcie prac nad dyptykiem. Tym bardziej, że klimat Impressions przenosi w nieusystematyzowane rejony muzyki: pomiędzy minimalistycznymi elektronicznymi formami a misternie budowaną ekspresją. Usłyszeć tu można całe mnóstwo elektronicznych patentów korespondujących z akustyczną gitarą i partiami klawiszowymi (w tej drugiej roli Maciej Szelenbaum), bogate rozwinięcia i  mroczne wyciszenia, a także w gruncie rzeczy klimat przygnębionego miasta. Wcale niebezzasadne są skojarzenia z Peridition City Ulver czy Dead Cities The Future Sound Of London. Świetne, nomen omen, wrażenie tworzą również liczne efekty, szczególnie te mniej standardowe jak szum oceanicznych fal czy zmieniające się stronice książki (swoją drogą ciekawe która lektura wzięła udział w tym albumie?). Album sprawia wrażenie dopracowanego i starannie przygotowanego. Ma głębię. Swego rodzaju innością jest to, że w ośmiu właściwych utworach zawartych w trackliście Impressions nie uświadczymy warstwy lirycznej, ale sam Mariusz Duda zdecydował się zarejestrować wokalizy, które jednak w  moim odczuciu zostały podane z dużą oszczędnością. Warto by uwolnić ten głos na dłużej! Niemniej naturalne wokale Mariusza Dudy można usłyszeć w remixach skądinąd znanych utworów Gravestone Hill i Summerland, które również znalazły się na tym wydawnictwie. Jakkolwiek by ten album nie był rozpatrywany w przyszłości, jako trzecia część Lunatic Soul, efekt uboczny czarnobiałej rzeczywistości lub epilog do herme-

tycznej historii, to należy oddać mu jego wielkość. Mariusz Duda jest nie tylko utalentowanym, ale i odważnym muzykiem, który nie boi się realizować swoich inspiracji. Myślę, że Impressions będzie znaczącym dowodem potwierdzającym tę tezę. Bardzo dobry album. 9/10 Konrad Sebastian Morawski

Maciej Dawidek Multiverse

Widek, a właściwie Maciej Dawidek, to młody 24-letni gitarzysta z północnych rejonów Polski, który mówi o sobie, że jest amatorem samoukiem zafascynowanym w progresywnym metalu ze szczególnym naciskiem na niskie brzmienie gitary. Część ze swoich fascynacji gitarzysta zdążył zaprezentować na EP-ce zatytułowanej Multiverse. Wspominany materiał to właściwie zbiór utworów nagranych przez Macieja Dawidka w 2011 roku. W skład Multiverse weszły łącznie cztery numery rozłożone na mniej więcej dwanaście minut muzyki. Zgodnie z fascynacjami twórcy EP-ka została zdominowana przez charakterystyczne gitarowe brzmienia, które wśród osób rozeznanych z muzyczną nomenklaturą powinny przywołać skojarzenia ze spopularyzowanym ostatnimi czasy djent. Poza gitarami autor nagrał wszystkie partie pozostałych instrumentów, wyłączając jednak perkusję, która została zaprogramowana w konwencji podobnej do Forsaken autorstwa innego polskiego artysty młodego pokolenia jakim jest Bartosz Ogrodowicz. W instrumentalnej „mieszance

metalu progresywnego, niskiego brzmienia gitary i łagodnych klawiszowych brzmień” zawartej na Multiverse Maciej Dawidek zaprezentował kilka naprawdę fajnych riffów, które szczególnie przekonująco zabrzmiały w tytułowym Multiverse oraz Ghost Resurrection, a więc w konkretnych i – we wiodących fragmentach – szybkich numerach. Autor postawił na intensywne i dosadne brzmienie gitary, a przy tym nie popadł w jednostajność. Materiał jest wciągający aczkolwiek dosyć egzotyczny wstęp do umiejętności Macieja Dawidka został zawarty w krótkim Injection, a więc w nieco odstającym od konwencji Multiverse utworze. Wszak jego pierwsze sekundy przywołują raczej skojarzenia ze stoner rockiem, a zawarte w  jego środkowej części chichoty zniekształcają ogólny przekaz EP-ki. Natomiast znacznie bardziej interesującą zmianę od przyjętej konwencji stanowi utwór pt. Enter Through The Sun, który został zarejestrowany przy wsparciu niejakiego Piotra Gruszki, będącego autorem jednej z solówek gitarowych. W tym utworze Maciej Dawidek, ustępując szybkiemu tempu i  zadziorności, pozwolił sobie na znacznie więcej refleksji czy wręcz niemalże sentymentalnego prog metalu. Przyznam, że przy tego typu „produkcji” zaskoczyło mnie dobre brzmienie, które wcale nie przywołuje skojarzenia z piwnicą. Nie powala na kolana, ale jest wyczyszczone z wszelkich brudów i niedoskonałości. Warto dodać, że poza ekspozycją gitarowych umiejętności Maciej Dawidek na Multirverse wykorzystał też kilka innych pomysłów, w tym przede wszystkim tych związanych z instrumentami klawiszowymi. Obok odważnych gitarowych wycieczek Maciej Dawidek utworzył kilka klimatycznych teł, które doskonale współgrają z szalejącą gitarą, a niekiedy i stanowią nastrojową przerwę pomiędzy jej poszczególnymi partiami. Całość brzmi korzystnie. Niemniej w finalnej konkluzji

57


marzec  2012 niezwykle trudno ocenić Multiverse, bowiem materiał jest krótki (…nawet jak na standard EP-ki), a przez to wprowadza w poczucie niedosytu. Tym bardziej owe poczucie jest większe, bo cztery utwory, w których zdążył się zaprezentować Maciej Dawidek pozwalają raczej sądzić iż jest on profesjonalistą z solidnym zapleczem i oryginalną wizją muzyki. Także jeśli wystarczy Widkowi wytrwałości to pomysły z Multiverse aż same proszą się o rozwinięcie. Trzymam kciuki! 7/10 Konrad Sebastian Morawski

Lacuna Coil Dark Adrenaline

Po zmasakrowaniu przez Lacunę Coil legendarnego Losing My Religion z repertuaru R.E.M. doszedłem do wniosku, że zespół z Italii musi cierpieć niedostatki inwencji twórczej. Z tym większą trwogą podszedłem do szóstego studyjnego albumu Lacuna Coil pt. Dark Adrenaline, na którym właśnie znalazł się rzeczony cover… Poza wymienionym sekstet z Cristiną Scabbią zaproponował jedenaście już w pełni autorskich utworów. Łącznie trzy kwadranse muzyki, która na stałe odrzuciła jakiekolwiek romanse z progresją i art rockiem, a jeśli coś zostało w niej naprawdę heavy to tylko makijaż wokalistki. Jaka zatem jest nowa płyta Lacuny Coil? Chwytliwa i niegroźna. Do jakiegoś stopnia przebojowa. Tak jak było to na poprzednim albumie zespołu pt. Shallow Life. Tyle, że na premierowym krążku Lacuna Coil jeszcze odważniej wykorzystała

58

pomysły prawdopodobnie zasygnalizowane przez Dona Gilmore, będącego od 2009 roku producentem płyt zespołu. Można odnieść wrażenie, że duet wokalny Cristina Scabbia – Adnrea Ferro wystarcza za cały album. To nie jest zarzut, bowiem żeńsko-męskie partie wokalne doskonale ze sobą współgrają. Zarówno Scabbia, jak i Ferro dysponują głosami, które pewnie bez oprawy instrumentalnej utworzyłby coś wartego uwagi, co przecież nie jest żadną tajemnicą. W materii wokalnej na Dark Adrenaline zachwycają liczne wymienności, wtrącenia czy nawet wspólny śpiew, którymi raczy wspominany duet. O ile Scabbia, pomimo jej kilku ewidentnych wpadek, stanowi gwarancję dobrego poziomu wokalnego, o tyle Ferro z każdym materiałem robi duże postępy. Jego wokal jest mocny i soczysty. Tyle, że niezbyt dobrze wyeksploatowany na Dark Adrenaline. Nie jestem w stanie wytłumaczyć sobie oprawy instrumentalnej tego albumu, która w zasadniczej części płyty jest naiwna. Rozczarowują proste i przewidywalne kompozycje, które pewnie mogłyby ozdobić wesele którejś ze stereotypowych fanek gothic rocka (Trip To The Darkness, Kill The Light, Give Me Something More, End Of Time czy Fire). Emanuje jakiś nieuzasadniony skoczny klimat, któremu instrumentaliści zespołu wydają się zupełnie podporządkowani. Materiał został poprowadzony w oparciu o mdłe, niewyraźne riffy, które sporadycznie z marazmu próbuje wyciągać jakaś mniej lub bardziej udana solówka albo klawiszowe efekty. Oprócz tych “weselnych” kompozycji pojawiła się również zamykająca album perełka (My Spirit), o której krążą pogłoski iż stanowi inspirację twórczością Type O Negative… o co chodzi? O tym, że instrumentaliści Lacuna Coil potrafią napisać interesującą muzykę świadczą, o paradoksie, choćby utwory zawarte na tym krążku (Upsidedown, I Don’t Believe In Tomorrow czy

Intoxicated). Nie tylko Scabbia i Ferro zaprezentowali się w nich korzystnie, ale też i oprawa instrumentalna na poziomie gitar i perkusji nie budzi zastrzeżeń. Szczególnie jeśli chodzi o gitary Cristiano Migliore i Marco Biazzi, co tylko wchodzi w kontrast ze słabą jakością pozostałej części materiału. Być może moja ocena Dark Adrenaline jest zaniżona z tego powodu, że przed poznaniem całego materiału miałem okazję przesłuchać beznadziejny cover Losing My Religion, ale wcale nie jest wykluczone, że szósty studyjny album Lacuna Coil to po prostu przeciętny materiał. Odnoszę wrażenie, że dawny blask grupie przywróciłby powrót Waldemara Sorychty w roli producenta. Pod jego okiem Lacuna Coil odnosiła wielkie sukcesy. I wcale nie chodzi mi o zdjęcie na okładce popularnego magazynu dla ogrodników. 5/10 Konrad Sebastian Morawski

Iland Poranek na Ziemi

No patrzcie państwo, od każdej reguły są wyjątki! Regułą jest, że ambientowe granie z odchyłem na progres, które ostatnio pleni się na potęgę, głównie dzięki wytwórni K-Scope (patrz: No-Man, Nosound, Slow Electric itp., no, w każdym razie wszystko, w czym palce maczają razem lub osobno Giancarlo Erra albo Tim Bowness) po kilku odsłuchach zaczyna mnie nudzić, bo nic nie jestem w stanie zapamiętać. Melodie nazbyt rozmyte, wokaliści nazbyt natchnieni (nikt tak pięknie nie wzdycha jak Tim Bowness...), jest tak

pięknie i idealnie, że aż chce się spać... Wyjątkiem od tej reguły jest Iland. Skromna, niszowa formacja z Ostródy, której trzon stanowią: grający na akustyku kompozytor Ziemowit Sosiński i tekściarz-wokalista Miłosz Sosiński, wydała niedawno swoją drugą płytkę (nie wiem, jak ją traktować, chyba jako minialbum) która z K-Scope muzycznie ma sporo wspólnego, a podoba mi się znacznie bardziej. Na Poranku na Ziemi Iland zawarli siedem niedługich, piosenkowych kawałków. To w sumie jedyna różnica w porównaniu z debiutanckim Najdłuższym Latem, tam zdarzały się i utwory instrumentalne. Poza tym jest tak, jak dotychczas. Bracia Sosińscy sprokurowali wspólnymi siłami utwory, które spokojnie dałby radę wykonać na scenie jeden człowiek z gitarą. Delikatne, nienarzucające się, leniwe. Bez – bądźmy szczerzy – jakichś odkrywczych tekstów. Za to z pewnością są to teksty krzepiące – może z nutką melancholii, ale na pewno nie depresji. A i wokal Miłosza Sosińskiego jest sympatyczny, ale niepozbawiony fałszów, zwłaszcza, gdy próbuje śpiewać falsetem. Byłaby to w sumie propozycja nadająca się na festiwal piosenki poetyckiej (którego to gatunku w jego chemicznie czystej, „Kaczmarskiej” postaci nie trawię), ale panowie dokooptowali m.in. trębacza i wiolonczelistę, tworząc delikatne, ale bardzo gustowne aranże. Powstało coś, co mógłbym nazwać polską odpowiedzią na Memories Of Machines – zbiór folkowo-ambientowych ballad (tyle, że Iland robił coś takiego, zanim Erra i Bowness zdecydowali się na wspólne granie, hehe).Czym bracia Sosińscy wygrywają z zagranicznymi tuzami? Paradoksalnie – ograniczonym budżetem! Primo – żadnej elektroniki, żadnej milusiej klawiszowej otuliny. Sam akustyczny rdzeń grany przez żywych muzyków. Dzięki temu nie ma się wrażenia klinicznej sterylności. Słychać gdzieniegdzie drobne niedociągnięcia instrumentalistów - i bardzo dobrze! Dzięki biuletyn podProgowy


marzec  2012 temu Iland brzmi autentycznie. Jak zespół, a nie orkiestra symfoniczna w składzie: bateria klawiszy i ProTools. Gdzieś tu obok Jester miał opisać najnowszy hicior z K-Scope. – Not The Weapon, But The Hand duetu Hogarth/ Barbieri. Jak go znam – pochwali. Też tej płyty słuchałem i jakoś nie mam ochoty do niej wracać, bo mam wrażenie, że już sto razy takie granie słyszałem. A do Iland wracam z ochotą. Oceny wystawiać nie zamierzam, bo jest to album z gatunku tych, które lubi się pomimo ich słyszalnych mankamentów. Nie da rady nie lubić! I nie można nie polecić! Paweł Tryba

Ketha 2nd Sight

Zespół Ketha nie spieszył się z wydawaniem drugiej pełnowymiarowej płyty – 2nd Sight Rzeszowianie pichcili dobre cztery lata. W rocku to niemal epoka. Tyle, że Ketha nie jest grupą, która chciałaby się w jakiś ogólny krajobraz epoki wpisywać. Oni kreślą wizje na przyszłość. I to przyszłość rysującą się w jak najczarniejszych barwach. Pogmatwana, gęsta materia muzyczna lokuje kwartet w kręgu poszukujących (a wręcz wojujących za pomocą dźwięków) grup postmetalowych. Nie będę ściemniał o zmianach które zaszły od czasów pierwszego albumu (przekornie zatytułowanego IIIa), bo ten niestety mi umknął. Skupię się na tym co słyszę teraz i powiem krótko: o jasny gwint! Dawno nie słyszałem płyty tak… monolitycznej! Ketha odpuściła biuletyn podProgowy

sobie całkowicie strukturę piosenkową, dzięki czemu te krótkie, ale za to wściekle intensywne kawałki zlewają się w  jeden potężny trzydziestopięciominutowy wygrzew. I proszę nie narzekać, że płyta jest krótka, bo po pierwsze stężenie agresji zbliża się na niej do najwyższej dopuszczalnej dawki, a po drugie upchano na niej tyle treści i  pomysłów, że co poniektórym kapelom starczyłoby na niezły album dwupłytowy. Rządzi matematyka – skomplikowane podziały rytmiczne i nietypowe riffy to dla Kethy podstawa. Do tego dochodzi ciężki jak walec growl Maćka „Mrtripa” Janasa, który brzmi jak wyjątkowo wkurzony Vorph z Samael. Ale też należy dodać, że jest to album na jakiś przewrotny sposób… przystępny! Matematyka cały czas jest tu w służbie muzyki, nigdy odwrotnie (co zdarza się czasem np. uprawiającemu podobna stylistykę Samo). 2nd Sight wciąga, zmusza do coraz to nowych przesłuchań, przy których odkrywa się coraz to nowe smaczki – a to jakieś nawiedzone szepty na drugim planie, a  to zagęszczenie tu i tam faktury industrialnymi samplami, a to króciutki hołd dla „kolorowych” albumów King Crimson w Thcnd, a w Take 2 solo na – o zgrozo!!! – akordeonie. W roli akordeonisty – Vogg z Decapitated, nie pierwszy już zresztą raz (pamiętacie Autoscopię Blindead?). Innym znamienitym gościem jest gitarzysta Maciej Miechowicz, człowiek dla polskiego math metalu zasłużony jak mało kto dzięki grze w Kobong i Neumie. Oczywiście pisząc o przystępności 2nd Sight mam na myśli komunikatywność dla ograniczonego kręgu odbiorców, dla których metal na Slayerze się nie kończy (albo może raczej: na Meshuggah dopiero się zaczyna). A i ci miłośnicy sportów ekstremalnych muszą siąść i posłuchać tego albumu na spokojnie. Żadnych prac domowych, żadnego piwka, nawet machanie banią odpada. Skupienie jak w filharmonii. Ta muzyka

zdecydowanie jest adresowana do osób myślących. Niestety, wydaje się, ze pogłowie tychże jest szacowane przez zespół na drastycznie niskie, bo płyta wychodzi w limitowanym nakładzie 500 egzemplarzy nakładem offowej Instant Classic. Aż szkoda, tym bardziej że grafiki autorstwa Janasa naprawdę robią wrażenie. Facet ma swój styl, to pokręcone liternictwo, znane choćby z Journey Through The Hidden Gardens Disperse, jest nie do podrobienia. No cóż, tak to już jest z zespołami, które wbrew trendom próbują grać ambitnie i po swojemu. Tym większy szacunek należy się rzeszowskiemu kwartetowi. Ale i tak żal. Płyta kapitalna, nagrana przez zespół, który może stawać w szranki z każdą furiacką ekipą zza Oceanu (Ketha dzieliła zresztą scenę choćby z Minsk), a realia i tak są takie, jakie są – 2nd Sight na pewno odbije się szerokim echem na muzycznych forach, ale ilu ich użytkowników album nabyło czy choćby LEGALNIE ściągnęło empetrójki – to już inna sprawa. Daję dziewięć punktów – do absolutu naprawdę niedaleko. A do psychiatryka jeszcze bliżej. Paweł Tryba

Also Eden Think Of The Children!

Istnieje takie bardzo mądre przysłowie: „Człowiek uczy się na swoich błędach”. Na co dzień mierzymy się z nimi właściwie codziennie. Doświadczenia nasze są różnorakie: od drobnych potknięć po zdarzenia, które odciskają piętno na naszym życiu. W 2010 roku w takiej właśnie sytuacji znalazł się frontman i

autor tekstów angielskiego zespołu Also Eden, Rich Harding. Uległ on bardzo ciężkiemu wypadkowi motocyklowemu. Wystarczyła chwila brawury i nieuwagi, by przez kilka kolejnych dni muzyk balansował pomiędzy życiem a  śmiercią. Szczęśliwie wyszedł z opresji i to na tyle, by móc znów występować ze swym zespołem. Dochodząc do siebie po fatalnym zdarzeniu, miał zapewne mnóstwo czasu, by przemyśleć, jaką wartością jest życie i jak wiele można stracić, a także jak dużo bólu zaaplikować swoim najbliższym poprzez chwilę szaleństwa i nieuwagi. Wszystkie te przemyślenia skłoniły Richa do napisania bardzo osobistych tekstów, które złożyły się na bardzo wyjątkowy koncept najnowszego albumu Also Eden. Zespół Also Eden powstał w 2005 roku. Przez kilka ostatnich lat wydał trzy albumy studyjne, poruszające się wokół kanonów rocka neoprogresywnego. Słuchając poprzednich płyt, nie da się ukryć, że muzycy zespołu są pod dużym wpływem takich zespołów jak: Marillion, IQ czy Genesis. Wiele osób, słysząc te porównania, zapewne powie: „zespół, jakich teraz wiele...!”. Nie w tym przypadku! Gotów jestem się założyć, że docierając do najnowszej pozycji w  dyskografii Anglików z Gloucestershire, wiele osób dostrzeże coś więcej niż nostalgię za wymienionymi wykonawcami. Also Eden gra muzykę przepięknie zaaranżowaną, dopieszczoną niemal w każdym calu, niezwykle melodyjną, dość łatwo wpadającą w ucho. Klasyczny neoprogres? Owszem, ale jest w tym materiale coś więcej. Coś, co przykuło moją uwagę od pierwszego przesłuchania albumu. Przyznam się szczerze, że ostatnio niewiele wydawnictw płytowych balansujących w podobnych klimatach poruszyło mnie tak bardzo, jak nowy krążek Also Eden, zatytułowany Think of the Children!. Już sam tytuł może mocno skojarzyć się ze słynnym Misplaced Childhood Marillion. W istocie, słuchając obydwu płyt do-

59


marzec  2012 strzeżemy mnóstwo punktów wspólnych (drugie porównanie to Clutching At Straws tego samego zespołu). W muzyce Also Eden dostrzegam jednak jeszcze wiele innych, ciekawych fascynacji. Z całą pewnością słychać tu echa kilku innych zespołów, odnoszących niemałe sukcesy w latach 80-tych. Simple Minds czy Rush to porównania, które nasunęły mi się najszybciej. Wspomniany przeze mnie na wstępie frontman Also Eden to postać bardzo ciekawa. Jest fanem Marillion z krwi i kości. Należy do oficjalnego fan-clubu zespołu, a także grywa w oficjalnych cover-bandach, grających utwory legendy z Aylesbury: Misplaced Neighbourhood, Lords Of The Backstage oraz Skyline Drifters. Posiada jednak jeszcze coś, co łączy go bardzo mocno z Marillion z lat 80-tych. Głos! Jego śpiew jest tak bardzo charakterystyczny i do złudzenia podobny do barwy głosu samego Fisha, że gdy odtworzyłem swego czasu płytę jednemu z przyjaciół, ten zapytał krótko: „Fish wrócił do Marillion?”. W istocie, barwa głosu i charyzma, z jaką śpiewa swoje osobiste teksty, bardzo mocno kojarzy go z legendarnym frontmanem sprzed 30 lat. Pozostali instrumentaliści zresztą także grają bardzo charakterystycznie. Co wcale nie oznacza, że odgrywają tylko jak maszynki partie do złudzenia podobne do tych proponowanych w przeszłości przez zespół na M. Posiadają bowiem wyjątkowy zmysł do tworzenia naprawdę udanych, wpadających w ucho melodii. Ogromny atut zformacji to bardzo duże umiejętności techniczne, które kipią na każdym kroku. Skład zespołu zmieniał się wielokrotnie na przestrzeni ostatnich sześciu lat a jego stałymi członkami okazali się być tylko: Ian Hodgson (instrumenty klawiszowe) oraz Simon Rogers (gitary). I rzeczywiście, gra gitarowo-klawiszowa jest jak gdyby stałą, niezmienną wizytówką zespołu z Anglii. Skład zespołu uzupełniają obecnie: basista Steve Dunn oraz perkusista Lee Nicholas.

60

Album Think of the Children! jest zbudowany jak typowy concept-album. Właściwie nie ma przerw pomiędzy utworami. Mamy tu bardzo dużo partii instrumentalnych, prowadzonych przez klawisze i gitarę solową. Pojawiająca się często gitara akustyczna dodaje muzyce potrzebnej głębi, której często brakuje na wielu płytach współczesnych wykonawców. A zabieg to przecież taki prosty. Poszczególne segmenty rozwijają się bardzo przyjemnie dla ucha. Melodie, które zmieniają się raz po raz w materiale, na dość długo zapadają w pamięć. Złapałem się na tym, gdy pewnego ranka zupełnie nieświadomie nuciłem sobie pod nosem fragment płyty. Kiedy zdałem sobie sprawę z tego, co nucę, doszedłem do wniosku, że album Think of the Children! to faktycznie nietuzinkowy materiał. Już samo wprowadzenie do płyty (Think Of The Children I i Hiding In Plain Sight) nakazuje rozsiąść się wygodnie w fotelu, transportując z głośników mnóstwo przyjemnych dla ucha melodii. Mamy tu do czynienia z formami przebojowymi (Oversight). Jest nieco iskier a’la Rush (Cifers). Są także przepiękne, rozbudowane, kipiące przestrzenią i melodiami utwory, tworzące rozemocjonowaną suitę: The Greater Game (majstersztyk!) i  jego rozwinięcie w postaci nieco ostrzejszego Stealth, a następnie dla równowagi spokojniejszego Dream Without a Dream (kłania się IQ) oraz 1949. Płytę kończy delikatny, akustyczny finał Think Of The Children II oparty na tej samej melodii, co początek płyty. Współczesne postrzeganie albumów z neoprogresywnego podgatunku sprowadza się do porównań z przeszłością oraz wytykania muzykom niskiego poziomu inwencji twórczej i nachalnego kopiowania tego, co już kiedyś usłyszeliśmy. Ja patrzę na to wszystko w zupełnie inny sposób. Słucham muzyki, która sprawia mi przyjemność. Gdybym miał dostrzegać w niej wyłącznie porównania i ency-

klopedyczne, suche definicje, to właściwie mógłbym nie słuchać jej już w ogóle. Działając w ten sposób, nigdy nie poznałbym albumu Think Of The Children!, który w moim mniemaniu jest jedną z najlepszych ostatnio wydanych pozycji we współczesnym rocku neoprogresywnym. Cieszę się bardzo, że muzycy zespołu Also Eden oparli melodie na tuzach lat 80-tych: Marillion, IQ, Rush czy Simple Minds. Zrobili to, na co mieli ochotę, w taki sposób, by sprawiło im to wyłącznie przyjemność, bo płyta ta z pewnością sukcesu komercyjnego z wiadomych powodów nie osiągnie. Poprzednie albumy Also Eden były udane, ale nierówne. Ten jest znakomity od deski do deski i pozostaje mi go gorąco polecić słuchaczom, dla których muzyka jest codzienną przyjemnością. Ocena: 8/10 Krzysiek „Jester” Baran

Steve Hogarth & Richard Barbieri Not the Weapon But the Hand

O zespołach Marillion i Porcupine Tree w obecnej postaci wielu współczesnych muzyków mówi jako o wielkiej inspiracji. I chyba wiele osób zgodzi się ze mną, że na przestrzeni ostatnich 15 – 20 lat te dwa zespoły wprowadziły wiele nowego do muzyki. Do takich współczesnych twórców nowych brzmień obok Marillion i popularnych Porków dołożyłbym z pewnością Radiohead, Anathemę, Sigur Ros, No-Man oraz jeszcze co najmniej kilku innych wykonawców. Wszystkie te zespoły w ostatnim czasie dołożyły cegiełkę dość dużych rozmiarów w budowie nowych

brzmień, dając inspirację kolejnym, nowym wykonawcom. Daleko nie szukając, jako główną inspirację wymieniają owe nazwy członkowie dobrze już znanego norweskiego Gazpacho oraz nowe projekty, takie jak: Sun Domingo, Memories Of Machines, Paatos, Blackfield itd. itd. Scenę tą ochrzczono nawet ładnie brzmiącą nazwą: Rock Atmosferyczny. Charakteryzuje się on wykorzystaniem równowagi pomiędzy delikatnym brzmieniem akustycznym oraz nowoczesnymi bajerami elektroniki. Są także nawiązania do muzyki folkowej i delikatnego jazzu. Muzycy nie boją się obcować z takimi zjawiskami i terminami jak: chillout, ambient, sampling czy soundscapes. Chętnie też korzystają ze starych, wypróbowanych i często zapomnianych już instrumentów jak chociażby syntezatory analogowe. Baczny obserwator, czytając te wszystkie nazwy zespołów, zauważy bez trudu, że działający pod ich egidą muzycy dość często spotykają się przy okazji tych wszystkich przedsięwzięć, wzajemnie się wspomagając. Coraz więcej mamy też projektów (przeważnie) jednorazowych, za którymi stoją najbardziej znane nazwiska. Jeden z takich duetów kiełkuje już od ładnych paru lat. Steve Hogarth i Richard Barbieri poznali się kawał czasu temu. Ich zespoły grywały razem wspólne koncerty, a obaj panowie poszli nawet o krok dalej, współpracując min. przy solowym albumie mr. H. Ostatnio od jakiegoś czasu próbowali się „złapać”, by nagrać kolejne wspólne wydawnictwo. Niestety nieliczne wolne terminy kolidowały ze sobą i wspólny projekt wciąż leżał na półce. Wreszcie w 2011 roku udało się obydwu muzykom wykorzystać przerwy w działalności Marillion i Porcupine Tree. Hogarth i Barbieri jako pracowici i doświadczeni muzycy nie potrzebowali dużo czasu, by złożyć i zarejestrować album, który nosi tytuł „Not The Weapon But The Hand”. Czego można spodziewać się po mieszance obydwu panów, biuletyn podProgowy


marzec  2012 chyba nie trudno się domyślić. Richard Barbieri, który z niejednego pieca chleb jadł (min: neo romantyczny Japan, psychodeliczny Porcupine Tree, art-rockowy No-Man) za zestawem klawiszowym chyba potrafi wyczarować wszystkie dźwięki świata. Współtwórca albumu, Steve Hogarth, można rzec, idealnie pasuje osobowością, barwą głosu i muzyczną przeszłością (pop-rockowy The Europeans, neoprogresywny Marillion i rozmaite epizody z wieloma, często odległymi od siebie stylistycznie, artystami). Wyszła z  tych doświadczeń muzyka, która jest jednocześnie smutna i wesoła, rockowa i nie-rockowa, progresywna i  popowa, chwilami zrozumiała, a chwilami kompletnie nie do zniesienia. Ale wszystko to – paradoksalnie - w jak najlepszym znaczeniu. Przeważają tu formy elektroniczne, linie basu i instrumenty perkusyjne oraz głos Hogartha, który należy zakwalifikować także jako… instrument. Dźwięki najbardziej charakterystycznego instrumentu rocka, czyli gitary, pojawiają się tu głównie w formie elektronicznego samplingu. Przeważają rytmy chilloutowe i ambient. Perkusja bije wybitnie transowo, ale nie ma w tym nic dziwnego, skoro za jednym z zestawów zasiada Chris Maitland, były perkusista Porcupine Tree! Za drugim zestawem bębnów zasiada Arran Ahmun. Muzyka raz to relaksuje i odpręża, by za chwilę podnieść słuchaczowi ciśnienie, stając się dziką i nieokiełznaną. Nie znajdziecie tu odjechanych solówek klawiszowych, nie mówiąc już o charakterystycznych zacnemu panu Progowi odjazdach gitarowych. Linie gitary i basu (Dave Gregory) oraz kontrabasu (Danny Thompson) naprowadzają muzykę w kierunku jazzu. Głos Steve’a Hogartha wprowadza zaś pierwiastek opium, senny spokój i nutkę pozytywnych promieni słonecznych. Bardzo ważna częścią i barwą brzmienia paradoksalnie są też zwyczajne chwile ciszy. Pojawiają się ona dokładnie wtedy, gdy na nie czekamy. biuletyn podProgowy

Podsumowując ten udany album, nie sposób nie zauważyć, że obydwaj główni pomysłodawcy projektu są na tym albumie przede wszystkim sobą. O ile Steve Hogarth w swoim macierzystym zespole, Marillion, jest jego suwerenną częścią, mającą do powiedzenia tyle samo, co inni, o tyle Richard Barbieri, współpracując z władczym Panem Wilsonem, czasem zapewne musi dusić w sobie pewne pomysły, których z pewnością posiada bez liku. Sądzę, że taka płyta, na której Barbieri może być i jest wolnym artystą, była temu muzykowi bardzo potrzebna. Myślę, że Rick potrzebował też właśnie współpracy z człowiekiem zupełnie wolnym, patrzącym na muzykę bardzo luźno, nie przez pryzmat kolejnego sukcesu, ściągania na koncerty tysięcznych widowni, spływających zewsząd laurów i pochwał oraz ścigania się z Opeth i Dream Theater. Takim wolnym artystą właśnie jest Steve Hogarth. -postać zawsze nastawiona pozytywnie do życia i do tego, co robi na co dzień. Album Not The Weapon But The Hand przynosi nam osiem kompozycji, z których ostatnia jest właściwie krótką repryzą. Zachwyca produkcją i dbałością o każdy najdrobniejszy szczegół. To zbiór kompozycji uszyty w  sam raz na okres przełomu zimy i wiosny, gdy zmęczeni zimną i wietrzną szarością poszukujemy promieni słonecznych, czystego błękitu nieba i  soczystej zieleni. Te ostatnie barwy wyraźnie kiełkują na tej płycie właśnie pośród odcieni szarości i półmroku, które są jak gdyby jej tłem. Muzyka, brzmiąca chwilami lekko dołująco, jednak zawiera wyraźną dawkę optymizmu. Miejmy nadzieję, że słuchając jej, szybko doczekamy się ciepłej wiosny. Ja życzę także wiosny w duszy Richardowi Barbieriemu, który z całą pewnością ją na tej płycie poczuł. O Steve’a Hogartha się nie martwię, bo ten facet to bateria optymizmu! Krzysiek Jester Baran

The Black Noodle Project Dark & Early Smiles

Zespół The Black Noodle Project poznałem przy okazji albumu Ready To Go jakieś dwa lata temu i wywrócił on totalnie moje mniemanie na temat współczesnych wykonawców, których inspiruje muzyka Pink Floyd. Na co dzień, przeglądając mnóstwo materiałów, artykułów i recenzji różnych wykonawców, spotykamy się ze stwierdzeniami typu: „...grają jak Pink Floyd”. Zaryzykuję stwierdzenie, że wiele osób po zetknięciu z The Black Noodle Project znacznie chłodniej będzie patrzeć na tego typu porównania. Bo to właśnie Francuzi, kierowani przez Jérémiego Grimę, robią to z największą klasą, czerpiąc inspirację zarówno z Floydowskiej studni jak i z głębi swoich serc. Zaręczam, że wychodzi z tego niesamowita mieszanka, której nie powstydzą się panowie Gilmour, Waters, Barrett, Wright i Mason. The Black Noodle Project swoją działalność rozpoczęli w pierwszej połowie minionego dziesięciolecia. W 2004 roku ukazał się ich debiutancki album, zatytułowany And Life Goes On... Od samego początku tworzyli go trzej instrumentaliści: Jérémie Grima (gitary, wokal), Matthieu Jaubert (instr. klawiszowe) oraz Anthony Létévé (bas). W składzie zmieniali się jedynie perkusiści (Arnaud Rousset, Franck Girault a ostatnio Fabrice Berger), a jedynym nowym instrumentalistą, jaki pojawił się w składzie w ostatnim czasie, jest drugi gitarzysta Sebastien Bourdeix (notabene stary dobry znajomy lidera zespołu ze wspólnego projektu Stereoscope). Francuzi wydawali kolejno albumy: Play Again

(2006), Eleonore (2008) oraz Ready To Go (2010) – wszystkie przesycone nostalgią za brzmieniem i  muzycznym charakterem muzyki Pink Floyd, ale, jak już wspomniałem, nie tylko. W kompozycjach na kolejnych albumach pozostawiali za każdym razem cząstkę siebie, przez co muzyka rozpinała się na wielu muzycznych orbitach, wędrując psychodelicznym slalomem pośród kosmicznych gwiazd błyszczących w kilku galaktykach rocka. Taką właśnie muzyką, graną z głębi duszy oraz wyraźnie zainspirowaną klasyką mistrzów wszech czasów, zawładnęli sercami nas, Polaków, za sprawą serii koncertów w naszym kraju. Owocem występów nad Wisłą było koncertowe wydawnictwo zatytułowane And Live Goes On... In Poland. Mało kto wie, że zanim zawiązał się pierwszy, pełny skład The Black Noodle Project, Jérémie Grima miał za sobą dziesiątki sesji nagraniowych, w których szlifował w pojedynkę muzyczny kierunek swego dziecka, jakim w zamyśle miał być zespół. Pisał muzykę, nagrywał utwory demo, poszukiwał kolejnych muzycznych punktów zaczepienia, które znajdował nie tylko w rocku progresywnym i jego przepastnej historii. Jako artysta uniwersalny napisał min. muzykę do programu francuskiej telewizji, zatytułowanego Helios. Nagrał także w międzyczasie pierwsze oficjalne demo w postaci materiału ‚Dark Smiles’, które obok floydowskich inspiracji balansuje chwilami gdzieś wokół muzyki gotyckiej oraz dark & wave, osiągając miejscami niemal industrialny pułap (kłania się min. Lacrimosa). Rodzące się w bólach początki The Black Noodle Project przenosiły się wielokrotnie później na kolejne albumy zespołu. Jérémie Grima, gdy napotkał już bratnie dusze, które wspomogły go w projekcie, dzięki swej solowej działalności w latach 2003-2005 miał mnóstwo asów w rękawie. Jego muzyczne archiwum zatem z  pewnością kryło mnóstwo instrumentalnych perełek.

61


marzec  2012 I oto leży przede mną egzemplarz bardzo wyjątkowego dokumentu. Jest nim specjalna kompilacja Dark & Early Smiles – Demos from ‚03 to ‚05, umieszczona na dwóch przepastnych dyskach, wypełnionych właśnie dokumentami z tych pierwszych czasów działalności francuskiego multiinstrumentalisty. Podwójny album Jérémie podzielił na dwie dość wyraziste części. Pierwszy krążek zatytułowany Early Smiles wypełniają materiały brzmiące bardziej optymistyczne i melancholijnie. Stąd też zapewne biała barwa pierwszego dysku. Zawiera on min. muzykę do wspomnianego dokumentu TV, zatytułowanego Helios. Choć kolejne utwory są tak naprawdę muzycznymi miniaturkami, to jednak całość nie sprawia kompilacyjnego chaosu. Wręcz przeciwnie, gdy zamknąć

oczy, muzyka przenosi nas we wspaniałą muzyczną podróż. Wytrawne ucho słuchacza, który otarł się już o twórczość The Black Noodle Project, wychwyci sporo fragmentów, będących zaczątkami do utworów zawartych na kolejnych, oficjalnych już albumach zespołu. Drugi krążek, zatytułowany Dark Smiles, pomalowano czarną farbą. Podobnie jak na pierwszym CD widnieje na nim nadruk symbolizujący tarczę zegara, na której rozsypały się wskazówki. Drugi krążek (jak przystało na jego podtytuł) zawiera muzykę w odbiorze nieco ciemniejszą, mroczniejszą. Jego lwią częścią jest materiał demo, zatytułowany tak jak nazwa drugiego albumu: Dark Smiles. Jak już wspomniałem wcześniej, było to pierwsze oficjalne demo firmowane przez markę

Pendragon

Passion (2011) Praca recenzenta nie jest łatwa. Bardzo często natrafia się na płyty, o których tak naprawdę nie wiadomo co napisać. Nie posiadają one wyrazistej tożsamości, cechuje je bylejakość, nie wzbudzają żadnych kontrowersji. Często mam problemy z takimi albumami, ale po dłuższym z nimi obcowaniu, po pewnym czasie pojawia się tzw. wena twórcza, odkrywają się niezauważone wcześniej niuanse i szczegóły. Są też płyty, które posiadają tak wiele elementów, o których można by dyskutować, że pisać o nich można by było bez końca i w sumie można się za nie zabierać od każdej strony. Do takich płyt należy właśnie Passion zespołu Pendragon. Przygotujcie się więc na długie, sądzę że ciekawe i dość intrygujące dysputy starego, wiernego fana Pendragon.

62

The Black Noodle Project. To właśnie ono dało zaczątek francuskiej formacji. Kilka z tych miniaturek dostało się m.in. na pierwszy album zespołu, zatytułowany And Life Goes On... Do starannie wydanego, podwójnego wydawnictwa dołączono książeczkę, w której Jérémie Grima pokrótce, ale bardzo przejrzyście opisuje zarówno historię poszczególnych demówek, jak i pierwsze tchnienia jego zespołu. Co ważne, kompilacja Dark & Early Smiles – Demos from ‚03 to ‚05 jest wydawnictwem limitowanym, ręcznie numerowanym, wydanym w ilości zaledwie 500 sztuk! Trzeba zatem bardzo się spieszyć, by nie przegapić tego niezwykłego materiału, bowiem może w przyszłości nie zostać już wznowiony. Dokumentuje początki jednego z najważniej-

Grać cały czas tego samego bez końca się nie da. Ewolucja formacji muzycznych jest bardzo wskazana, choć często przynosi kontrowersje. Rzućmy okiem na nam współczesne Heritage Opeth czy Anno Domini High Definition Riverside. Formacje słusznie zdecydowały się w pewnym stopniu odciąć się od swych poprzednich dokonań by móc się muzycznie rozwijać, dać ujście wenie twórczej, uciec od powtarzalności. Podobnie postąpiła formacja Pendragon. Rzućmy okiem na historię zespołu. Lata 90. przyniosły prawdziwy rozkwit stylu grupy począwszy od The World (1991) po wysoko cenione The Masquered Overture (1996). Świetnie, choć z pewnymi oznakami zmęczenia materiału, prezentował się kolejny Not of this World (2001). Już na kolejnym, mało udanym Believe, Nick Barrett dość wyraźnie, choć jeszcze nieśmiało, zaczynał mówić: „Czas na zmiany!” Te przyszły na wydanym w roku 2008 Pure – krążku niezwykle udanym, który z jednej strony utrzymywał rozpoznawalny styl zespołu, z drugiej wprowadził do muzyki Brytyjczyków więcej energii, a wręcz metalowego zacięcia (z potężną sekcją perkusyjną roli głównej). Nick Barrett podniósł w hierarchii gitarowe riffy spychając na drugi plan charakterystyczne dla zespołu melodie, zrzucił z piedestału klawiszowe partie Cliva Nolana eksponując perkusyjne gonitwy. Zmieniło, unowocześniło się brzmienie, ostatecznie zerwano z

szych, moim zdaniem, współcześnie działających na progresywnych scenach zespołów. Choć w wielu fragmentach bije w słuchacza niedostatek techniczny tychże nagrań, to jest to wydawnictwo bardzo wyjątkowe. Paradoksalnie, w moim odczuciu te niedociągnięcia dodają niesamowitego uroku muzyce Jérémiego Grimy. Lider The Black Noodle Project się ich nie wstydzi, bo i nie ma czego! Porusza się po ścieżkach, które kiedyś już zostały wytyczone. Karczuje je, nadając im nową jakość i z całą pewnością może być z tego dumny. Rzadko oceniam materiały demo, ale ten zrobił na mnie bardzo duże wrażenie! Ocena: 8/10 Krzysiek „Jester” Baran

typową dla Pendragon szatą graficzną. Przy Pure Barrett niemal przewrócił zespół do góry nogami, eksponując jeszcze nieśmiałe smaczki zawarte na Believe. Nie przeszkodziło to jednak w nagraniu zdecydowanie jednej z lepszych płyt w dorobku Pendragon – płyty innej od poprzedniczek, jednak zachowującej pierwiastek rozpoznawalnego stylu Brytyjczyków. Skoro ryzykowany krok się powiódł, to dlaczego nie zrobić następnego w tym samym kierunku? Zgodnie z oczekiwaniami Nick Barrett zapowiedział kolejny album jako kontynuację ścieżki obranej na Pure. Właśnie takim muzycznym progresem grupy miał okazać się wydany w kwietniu 2011 roku Passion. Krążek opowiadający o pasji, o jej negatywnym aspekcie w życiu człowieka, o sprawach, dla których nie warto tracić życia. Przyznam się, że Pendragon należy do ścisłej czołówki moich ulubionych zespołów, a album The WIndow of Life zaliczam do najbardziej wartościowych krążków. Rock neoprogresywny ogólnie jest mi zresztą dość bliski. Z pewnego rodzaju grymasem przyjmowałem do wiadomości informacje, o nowej muzycznej ścieżce formacji Nicka. Nie ma co ukrywać, że poprzez Passion zespół po części odciął się od swojego dziedzictwa. Ze zmianami stylu gry zawsze wiąże się pewne ryzyko. Zawsze na taki zespół (nie bacząc na końcowy efekt) spada fala krytybiuletyn podProgowy


marzec  2012 ki od ortodoksyjnych fanów. Z muzycznym oświadczeniem jednak dochodzimy do pewnego rodzaju przemyśleń, które pomagają zrozumieć ten z jednej strony przykry dla fana zespołu proces, z drugiej strony samej formacji potrzebny. W takich momentach trzeba odrzucić wszelkie uprzedzenia, podchodzić do nowego materiału jak do wydanego przez jakby inny, nowy zespół, choć nie jest to takie łatwe. To tak jak z dorastaniem – kochałem dzieciństwo, był to mój ulubiony okres w życiu, ale wiem, że czas płynie, wszystko się zmienia, więc dzieciństwo też upłynęło; teraz jestem w takim wieku, jakim jestem i mimo tego, że to poprzednią epokę w swoim życiu uwielbiałem i wspominam ją bardzo ciepło, to przecież obecny etap mojego życia przynosi ze sobą wiele pozytywów, nowych możliwości, urozmaiceń i ma naprawdę wiele walorów. Ubóstwiałem Pendragon lat 90., ale dlaczego mam patrzyć spod oka na odświeżoną twórczość formacji ostatnich lat? Na krążku otrzymujemy niecałe 55 minut muzyki podzielonej między siedem kompozycji. Przyglądając się układowi utworów zauważymy pewne analogie do Trick of the Tail Genesis. Na Passion też energiczne utwory (1,3,5,6) są poprzecinane tymi delikatniejszymi opartymi na emocjach (2,4,7). Warto wspomnieć o wspaniałym wydaniu albumu oraz o tym, że w wersji rozszerzonej zawiera dysk DVD z filmem dokumentalnym poświęconym pracy zespołu w studiu nad albumem. Warto dodać, że Passion został dodatkowo wydany na winylu. Co do okładki (zmienionej zresztą niemal w ostatniej chwili na lepszą wersję), to spełnia ona swoją funkcję prezentacji muzycznej zawartości albumu w formie plastycznej. Do mnie akurat okładka Passion szczególnie nie przemawia i nie jest to szata graficzna wpasowująca się w mój gust, ale nie mam zamiaru stwierdzić, że jest brzydka lub nieatrakcyjna. Jak kto lubi. Przejdźmy do muzyki. Pamiętam jak świeżo po wydaniu albumu toczyłem na forum progrock.org.pl małą wojenkę twierdząc, że Passion to album bez ducha, krążek w którym Pendragon zatracił swe wszystkie walory... Zanim jednak do oceny przyjdzie, na chłodno przyjrzyjmy się elementom charakteryzującym Passion i wyróżniającym go na tle poprzednich albumów formacji. Produkcja i brzmienie albumu stoi na najwyższym światowym poziomie. Pendragon zdecydowanie odciął się od głębokiego, plastycznego i poniekąd magicznego, rozmarzonego brzmienia charakteryzującego rock neoprogresywny i samą formację w  latach 90. Zresztą podobny proces przechodzenia z tego klasycznego neo-brzmienia w  XXI biuletyn podProgowy

wieczne standardy z łatwością można zauważyć, nie sięgając daleko, zerkając na produkcje płytowe IQ, Areny czy Marillion ostatnich lat. W przypadku Passion mamy do czynienia z krystalicznie czystym, dopieszczonym w najdrobniejszych szczegółach, skondensowanym, bardzo wyrazistym masteringiem i produkcją albumu. Instrumentarium? Tak szalenie rozpoznawalne, magiczne, górnolotne solówki Barretta poszły w zapomnienie. Album charakteryzują mocne riffy, nieszablonowe zagrywki i choć niekiedy pojawia się typowe dla Barretta gitarowe prowadzenie muzycznego tematu (jak przykładowo w Empathy), to szczególnie się nie wyróżniają na tle całego muzycznego spektrum. Clive Nolan z niezwykle wyróżniającej się postaci został poniekąd zdegradowany i nie ma aż tak dużego wpływu na muzykę zespołu jak to było „kiedyś”. Warto jednak zauważyć, że na Passion używa zupełnie innych muzycznych środków niż to było w przypadku chociażby Pure. Nolan swoje klawiszowe pasaże zamienia na elektroniczne błyskotki, eksperymentuje, bawi się, ciągle poszukuje i odkrywa nowe muzyczne przestrzenie dotąd przez niego niespenetrowane. Na Passion bardziej wyraziście niż zwykle brzmi gitara basowa, a grający na perkusji Scott Higham został już całkowicie spuszczony z smyczy i nawet jego przejścia na dwie stopy oraz perkusyjne kanonady są tu rzeczą najzwyklejszą pod słońcem. Zapewne czujecie, że powyższy opis niejako pokrywa się z tym, co napisałem we wstępie o Pure. Zgadza się. Warto jednak aby uświadomić sobie, że we wszystkich elementach Pendragon poszedł o krok dalej. Passion to zwiększenie natężenia niejako rewolucyjnych dla zespołu pomysłów z poprzedniego krążka. Wszystkie innowacje są na interesującym nas krążku rozwinięte, bardziej wyeksponowane, wyjaskrawione, podkolorowane. Passion to jednym słowem kolejny krok naprzód w rozwoju zespołu. Krok jeszcze bardziej oddalający zespół od klasycznych The Window of Life czy The Masquerade Overture. Sądzę, że w miarę ogólnie udało mi się przedstawić zawartość krążka. Wypada jednak co nieco powiedzieć o poszczególnych utworach. Ja Passion dzielę na dwie części: utwory niezwykle ciekawe i utwory poniekąd mętne. Do tych pierwszych zaliczę z całą pewnością Empathy, This Green and Pleasent Land, Your Black Heart, do tych drugich Passion, Feeding Frenzy, It’s Just A Matter Of Not Getting Caugh oraz Skara Brae. Zapewne zwróciliście uwagę na fakt, że do pierwszej kategorii zaliczyłem utwory spokojniejsze, delikatniejsza, za to

do drugiej te bardziej żywiołowe. Sam zastanawiam się z czego to wynika... Może z moich prywatnych upodobań? Może z tego, że rzeczywiście Barrett ma talent w tworzeniu właśnie tych emocjonalnie nacechowanych utworów? Może to fakt, że w tej pierwszej grupie więcej jest „starego” Pendragon, który zawsze trafiał prosto do mojego serca, ma na to taki wpływ? Sądzę, że prawda leży w każdym z tych stwierdzeń. W krążek ciężko było mi się wgryźć. Początkowo najlepsze wrażenie robił This Green and Pleasent Land (zresztą najbardziej wpadający w ucho). Często jednak wrażenia koncertowe wywracają naszą hierarchię utworów do góry nogami. Pamiętam biłgorajski koncert Disperse, kiedy na moim faworycie Let me Get my Colours Back się odrobinę zawiodłem, za to rozłożył mnie nieoczekiwanie przez mnie trochę niedoceniony Far Away. Podobnie było z koncertem Pendragon w warszawskiej Progresji – This Green and Pleasent Land nie wypadł tak dobrze jakbym tego oczekiwał, za to Empathy mówiąc potocznie tego wieczoru „pozamiatał”, nie dając szans rywalizacji ze sobą innym utworom (nawet tym klasycznym). Poprzez ten koncert cała magia tej fantastycznej kompozycji do mnie dotarła i przestałem się dziwić, dlaczego została umieszczona na początku albumu. Empathy to bez wątpienia jedno z lepszych dzieł, jakie zespołowi udało się stworzyć i utwór niesamowicie wyróżniający się na przestrzeni całego krążka. Warto pochwalić niezwykle melodyjny This Green and Pleasent Land, szybko wpadający do ucha, ale też szybko z niego wyskakujący. Bardzo dobre wrażenie robi delikatny, początkowo niepozorny, zamykający album Your Black Heart. Spory wkład w  jego brzmienie ma tutaj dobrze słyszalny Clive Nolan. Pozostałe cztery kompozycje to utwory, w których Pendragon pokazuje swoje bardziej zdecydowane, energetyczne oblicze. Mi ich ocena przychodzi z trudem. Nie są to utwory słabe, jednak według mnie, czegoś w nich brakuje. O ile Pendragon zawsze w mojej głowie zostawiał trwały ślad, zaznaczał swoją obecność tak, że po dziś dzień jestem im „wierny” i „oddany”, to większość materiału zawartego na Passion jednak na te niezwykle wartościowe elementy nie zasługuje. Dlaczego? Postaram się odpowiedzieć w kolejnym akapicie. Na początku zaznaczę: Passion jest dobrym albumem. Zarówno produkcja, brzmienie, kompozycje, teksty czy instrumentalna część krążka stoi na naprawdę wysokim poziomie. Pochwalam decyzję o podążaniu artystyczną ścieżką zmian, rozwoju formacji i  poszukiwaniu nowych muzycznych doznań.

63


marzec  2012 Nie mam nic przeciwko odejściu zespołu od stylistyki, którą przecież tak uwielbiałem. Sądzę, że pozwala mi to w sposób poniekąd niezależny i neutralny ocenić zawartość odświeżonego stylistycznie materiału formacji. Musze przyznać, że mimo wszystko zespół poprzez swe zmiany coś zatracił. O ile wcześniej formacja znajdowała się w samym epicentrum moich muzycznych zapotrzebowań, to w przypadku Passion przeskoczyła na jego obrzeża lub całościowo z niego wyskoczyła. Pendragon zawsze charakteryzowała niebywała magia, baśniowa atmosfera, kipiące emocje i te jedyne w swoim rodzaju melodie. Na Passion po prostu tego nie ma& albo jest, lecz w ograniczonych ilościach.

Albatros

Ursus (2011) Hiszpania – ciepły klimat, Real Mardryd, FC Barcelona, corrida, katedra Sagrada Famíli, Miguel de Cervantes i jego Don Kichot, Penelope Cruz, kryzys finansowy, flamenco... Czy komukolwiek do głowy by przyszło wymienić przy tych terminach charakteryzujących Hiszpanię tytuł „rock progresywny”? Szczerze wątpię, a warto wiedzieć, że tenże kraj ma całkiem ciekawą historię związana z  tym gatunkiem muzycznym. Działające w latach siedemdziesiątych zespoły takiej jak Iceberg, Triana, Los Canarios, Mezquita czy Maquina oraz nam współczesne Senogul, Amarok, Mago de Oz, Kotebel bądź October Equus są przykładami na to, że o ile hiszpańska muzyka progresywna w sumie nigdy nie wydała zespołu klasy światowej, to rynek muzyczny tego gatunku posiadała całkiem bogaty i dalej ma czym się pochwalić. Jednym z przedstawicieli hiszpańskiej sce-

64

Nie ma tu żywej ekspresji, muzyka zespołu w większości nie wzrusza, nie fascynuje, nie trzyma w napięciu. Zdarza się że jest mdła i przekombinowana. Co ciekawe album zatytułowano mianem Pasja. Ja już wielokrotnie zadawałem sobie pytanie: „Gdzie na tym krążku jest ta pasja?!” Niestety mimo wielu prób jej odszukania nadal przychodzi mi to z trudem i choć z perspektywy czasu muzykę Pendragon na Passion wchłonąłem, zrozumiałem i nauczyłem się z nią obchodzić, to nie wywiera ona na mnie takich emocji jak ta chociażby z The Window of Life czy z Pure. Osobiście nie podzielam zachwytów recenzentów nad Passion, dających albumowi niemal najwyższe noty (w sumie w sieci

odnalazłem jedynie dwie polskie recenzje podzielające mój punkt widzenia na wydawnictwo Pendragon). Passion jest albumem niewątpliwie innym od poprzedników, różniących się sporo chociażby od Pure z roku 2008. Ciężko mi stwierdzić czy wydawnictwem Pendragon jestem zawiedziony, bo zły album to nie jest. Czegoś mu jednak brakuje i to zespół sam pozbawił się cech, które tak do niego przyciągały i czym zdobywał sobie rzesze fanów. W każdym razie, uczciwie przyznam, że dziwnym trafem dość często do Passion wracam. Chociażby dla samego delektowania się fenomenalnym Empathy, warto. Paweł Bogdan

ny XXI wieku jest pochodzący z roku 2000 Albatros. Formację obecnie tworzą Javi Fernández, Marc González, Tolo Gabarró, Marc Mateu oraz Joan Gabriel. Zespół po ośmiu latach wydał debiutancki materiał pod nazwą Pantadelia (do pobrania za darmo ze strony internetowej zespołu) po czym zabrał się za kolejny krążek wydany już w roku 2011 pod nazwą Ursus. W skład wydawnictwa wchodzi 7 kompozycji wahających się w swej długości od czterech do jedenastu minut, wszystkie teksty śpiewane są w języku hiszpańskim. Warto zwrócić szczególną uwagę na bardzo klimatyczną oprawę graficzną krążka. Już okładka wprowadza nas w stan pewnego rodzaju zaciekawienia, lecz to dopiero praca grafika zawarta w środku książeczki pokazuje niezwykle intrygujące sceny. Ja jestem fascynatem takich psychodelicznych, niejednoznacznych obrazów z pewnego rodzaju przesłaniem więc sama oprawą graficzną Albatros od razu u mnie zapunktował. Niełatwo jednak było dojść do znaczenia tytułu albumu. Jak się okazało pochodzi on od książki Jeana M. Auela pt. Klan Niedźwiedzia Jaskiniowego (książka została zekranizowana w 1986

roku). Dzieło opowiada historię dziewczynki żyjącej w epoce lodowcowej, która zostaje osierocona w wyniku trzęsienia ziemi. Bohaterka trafia do krainy, którą zamieszkuje plemię o nazwie Klan Niedźwiedzia Jaskiniowego, a dziewczyna jako „nowa” i „obca” podejmuje próby dołączenia do nieufnego jej grona. Bohaterka całkowicie różniąca się od członków plemienia wyglądem i osobowością jest zmuszona nauczyć się nowych zasad zachowań, nowej interpretacji otaczającego ją świata, adaptacji w nieznanym jej środowisku. Teksty nawiązują do treści książki i opowiadają między innymi o tym, że człowiek XXI wieku także nie raz jest zmuszony do przystosowania swoich zachowań, swojego prawdziwego „ja” i własnych pragnień czy marzeń do standardów i wymagań społeczeństwa. Przejdźmy jednak do spraw czysto muzycznych. Już parę przesłuchań krążka od razu upewnia nas w tym, że Albatros to zespół z innego kręgu kulturowego niż dochodząca do Polski szerszymi strumieniami muzyka. Czuć pewnego rodzaju powiew świeżości w  muzyce Albatros, choć co nieuniknione ma ona spory bagaż odniesień do zespołów muzycznych znanych szerzej nie tylko z czasów nam współczesnych, ale również z dziedzictwa lat 70-tych. Określić jednoznacznie to, co grają Hiszpanie, nie przychodzi jednak łatwo. Najbliżej twórczości Albatros jest z pewnością do progresywnego hardrocka, choć ta szufladka jest zdecydowanie za wąska dla tegoż zespołu. Dużo tu wpływów psychodelii, folku czy rocka neoprogresywnego. Ważne jednak, że muzyczna zawartość Ursus brzmi niezwykle świeżo, bardzo otwarcie i nie straszny jej jest szeroki wachlarz muzycznych odniesień oraz różnorodność. Jeszcze raz wspomnę o tym, że wszystkie teksty oprócz tego z utworu Planeta Prohibido (zresztą twórcą tekstu tylko do tego biuletyn podProgowy


marzec  2012 utworu nie jest Javi Fernandez, a Marc Gonzalez) śpiewane są w języku hiszpańskim. Oczywiście utrudnia to dość mocno odbiór i interpretację krążka (jakie szczęście że mój lokator bardzo dobrze posługuje się językiem hiszpańskim!), jednak niemal całkowity brak języka angielskiego dodaje całości niebywałego smaczku i pewnego rodzaju odmienności. Dodajmy jednak, że warstwa wokalna jest tutaj dość skromna i w sumie… to dobrze. Śpiew Javiego Fernandeza jest jakby uzupełnieniem muzyki Albatros, został dość schowany za warstwą instrumentalną. Bardzo dobrze że zdecydowano się na takie rozwiązanie, bo wysokiej klasy głosem Pan Fernandez raczej nie może się pochwalić, a instrumentalizm zespołu jest tak wysokiej próby, że zbytnie grasowanie Fernandeza na Ursus nie jest potrzebne. Ta praca jaką wykonuje tu swym śpiewem pasuje do zawartości krążka jak ulał, a chórki Judit Robles świetnie się z nią komponują. Wspominałem o tym, że Ursus to płyta w większości instrumentalna oparta na progresywnych wariacjach muzyków. Warto tutaj pochwalić szczególnie jedną osobę, a jest nią klawiszowiec Red Perill. Jeżeli miałbym wymienić jedną rzecz, na którą przy słuchaniu krążka należy zwrócić uwagę szczególną, to byłaby jego gra na klawiszach. Hammon-

dowy dźwięk sieje na krążku takie spustoszenie, że aż zapiera dech w piersiach. Perill nie ogranicza się jednak tylko do tego, bo na swoim sprzęcie wyczynia też inne cudeńka korzystając z różnych barw syntezatorów. Wywiera to wszystko niemal zbawienny wpływ na całą zawartość krążka i świetnie współgra z gitarami, które bądź co bądź prowadzą muzykę zespołu. Słucha się całego materiału naprawdę z  dużą przyjemnością. Pierwsze przesłuchania mogą przynieść mieszane wrażenia, ale z każdym kolejnym jest coraz lepiej. Jakoś muzyczna wydawnictwa przez całe trzy kwadranse nie spada poniżej pewnego, wysokiego poziomu artystycznego i choć co prawda od czasu do czasu zdarzają się formacji pewnego rodzaju nietrafione pomysły, to w perspektywie całego krążka gubią się, oddając pole tym najprzyjemniejszym muzycznym chwilom. Można odrobinę ponarzekać, że w ostatecznym rozrachunku album traci trochę początkowego pędu i może odrobinę nużyć, ale bądź co bądź chce się do niego wracać. Dodajmy również, że wypada dobrze nie tylko w całości, ale również poprzez wyciągnięcie z niego poszczególnych kompozycji. Warto jeszcze wspomnieć że materiał zawarty na Ursus charakteryzuje klimatyczna spójność, a jednocześnie duża

różnorodność granego przez zespół materiału. Słuchacz odnajdzie sentymentalne momenty w El Camino De Swann, szczyptę eksperymentalizmu i psychodelii w Ícaro czy muzyczną pogoń i energię w Loki oraz El Rey Lombriz. Dzieje się tu dużo, jednak zespół ciągle trzyma się pewnego klimatycznego schematu, dzięki czemu Ursus ma pewnego rodzaju osobisty, muzyczny wyraz. Ja mogę Ursus tylko zarekomendować. Rzecz jasna nie jest to płyta szczególnie wybitna, ale osobiście ustawiłbym ją w czubie produkcji progresywnych roku 2011. Może to dlatego, że brzmi dość inaczej niż brytyjskie, francuskie czy skandynawskie wydawnictwa? Sądzę że dla słuchaczy zmęczonych powtarzalnością pewnego rodzaju schematów Ursus może być swoistym wybawieniem i ciekawym muzycznym urozmaiceniem i  choć Albatros nie nagrał jakiejś nowatorskiej czy też zupełnie odbiegającej od muzycznych szablonów płyty, to na mnie zrobił naprawdę spore wrażenie i coś zasugerował. Mianowicie to, że na rynkach muzycznych krajów progresywnie niemal anonimowych znajduje się więcej dobrej muzyki, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Szukajcie a znajdziecie! Paweł Bogdan

Przyznam się szczerze, że gdy dotarłem do poprzedniego wydawnictwa niemieckiej grupy Sylvan, Force Of Gravity, byłem nieco zatroskany o los zespołu z Hamburga. Pomimo faktu, że na albumie było kilka udanych kompozycji, to nieco niepokoił mnie muzyczny bałagan, jaki zapanował w muzyce Sylvan. Z dużą niecierpliwością i ciekawością zarazem czekałem na długo zapowiadany nowy album Niemców, zatytułowany Sceneries. Nie dość, że niepokoiłem się o to, co na nim usłyszę, to jeszcze dotarła do mnie wiadomość, że nowa płyta będzie wydawnictwem podwójnym. Dziś, po kilkukrotnym zmierzeniu się z tym materiałem stwierdzam, że swoje obawy mogę wyrzucić w kąt, a muzyka zaserwowana na albumie Sceneries przyjemnie wypełni mi jeszcze niejeden wieczór. Zespół Sylvan to na dzisiejszej mapie rocka progresywnego zespół już niemłody. Powołany do życia w 1991 roku, początkowo nosił

roboczą nazwę Chamäleon, a jego założycielami byli koledzy ze szkolnej ławy: gitarzysta Kay Söhl, klawiszowiec Volker Söhl oraz perkusita Matthias Harder. W pierwszej połowie lat 90-tych gdy grupa działała jeszcze zupełnie amatorsko, z Chamäleon śpiewał i  grywał na basie także Marko Heisig, ale jego przygoda z zespołem była dość krótka. Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy do grupy w 1995 roku dołączył Marco Glühmann. To właśnie wtedy muzycy z Hamburga postanowili zmienić nazwę na Sylvan. W nazwie tej kryje się także niemała ciekawostka. Silvanus bowiem w Mitologii Rzymskiej był postacią krnąbrną, owianą aurą tajemniczości i strachu. Przedstawiany był jako silny starzec w wieńcu z bluszczu, odziany w wieśniaczy strój, z sierpem w ręku i towarzyszącym psem. Był uznawany za boga lasów i dzikiej przyrody, a później także i pól, trzód, sadów, zagajników, rolnictwa. Wielu Rzymian upatrywało w nim także opiekuna domostwa i majątku. Podobno często pojawiał się na szlakach handlowych, by dokuczać wędrowcom i handlowcom. Rzymianie straszyli nim także dzieci. Zespół Sylvan nie grał jednak muzyki, którą chciał straszyć słuchaczy. Wręcz przeciwnie, od samego początku Niemcy grali mieszankę

rockowej, niemal metalowej mocy oraz klimatycznej melancholii, która zgrabnie równoważyła emocje w kompozycjach zespołu. Debiut płytowy zespołu w postaci albumu Deliverance, wydanego w 1999 roku, wielkiego rozgłosu zespołowi nie przyniósł. Muzyka balansowała gdzieś pomiędzy tuzami rocka neoprogresywnego, a nieco mocniejszą stroną rocka proponowaną przez Queen, Queensryche a nawet Dream Theater. Na drugiej płycie, Encounters, wydanej w  rok później, Sylvan określili się niemal jako progmetalowcy. To właśnie podczas nagrania tego albumu do zespołu dołączył basista, Michael Harnack, który zresztą gra z zespołem do dziś. Sylvan w tym czasie sporo koncertował w Europie, docierając nawet za ocean, aż do Meksyku. Sukces trasy koncertowej szybko podsycił apetyty muzyków i w 2002 roku ukazał się kolejny album, zatytułowany Artifical Paradise. W parze z coraz dojrzalszym brzmieniem szły także coraz ciekawsze tematy, jakich zespół sięgał w swych tekstach. Artifical Paradise dotykał dla przykładu problemów społecznych, będąc rozprawą nad ludzką hipokryzją, dwulicowością, chciwością, nietolerancją i  zakłamaniem, jakie rządzi współczesnym światem.

biuletyn podProgowy

65


marzec  2012 W 2004 roku pojawił się album, który ukazał po raz pierwszy pełnię dojrzałości muzycznej artystów z Hamburga. Płyta X-Rayed V zebrała znakomite recenzje, a kilka utworów z tego albumu na zawsze weszło do koncertowego materiału zespołu. Tym razem na koncept albumu składały się krótkie opowieści – nowele, które łączyło jedno: rozterki emocjonalne przeciętnych ludzi. Takich, których na co dzień mijamy na ulicach miast, a w raz z nimi tysiące problemów, w których być może moglibyśmy im pomóc – niestety, mijając te osoby, zaprzepaszczamy szansę ku temu. Przypieczętowaniem albumu była trasa koncertowa po Niemczech, a następnie po całej Europie. W 2005 roku zespół znów popłynął za ocean, tym razem do Phoenixville w USA, biorąc udział w Rites Of Spring Festival, a następnie już w niemieckiej Kolonii – supportując Marillion – zespół, na którym także wyraźnie się wzorowali. Sukcesy szły w parze z wytężoną pracą i w 2006 roku muzycy Sylvan znów byli w studiu, pracując nad kolejnym albumem. Tym razem artyści postanowili porwać się na coś jeszcze potężniejszego. Jak się później okazało, nagrali koncept-album, który stał się ich prawdziwą wizytówką. Wydany w 2006 roku Posthumous Silence opowiadał smutną historię wysoko postawionego urzędnika państwowego, który poprzez swoje obowiązki zupełnie nie dostrzegał problemów swojej córki. Gdy ta przegrała walkę z narkotykami i samą sobą, zupełnie niespodziewanie umierając, samotny ojciec, siedząc na szpitalnym korytarzu, przeżywał tytułowe „pośmiertne chwile ciszy”, czytając pamiętnik dziewczyny i dostrzegając nie tylko tragedię córki, ale także i swoją, potęgowaną poprzez zakręty kariery politycznej ludzką ślepotę, w jaką sam zapadł. Temat był porównywany do konceptu, jaki ponad dziesięć lat wcześniej zaproponował słuchaczom zespół Marillion na albumie Brave, opowiadając historię narkomanki, która postanowiła popełnić samobójstwo. Wiele osób postrzegało historię zawartą w pamiętniku bohaterki Posthumous Silence jako dokończenie historii sprzed lat. Tragiczny temat pośród wielu

66

fanów rocka progresywnego stał się niemal przedmiotem kultu, a pełna emocji trasa koncertowa, promująca ten niezwykły album, zakończyła się ogromnym sukcesem zespołu. Przypieczętowało ją wydawnictwo DVD, dokumentujące ogromne postępy sceniczne, jakie osiągnęli muzycy Sylvan. Okres ten to także spore zmiany stylistyczne w muzyce zespołu, do której przenikało coraz więcej elementów symfonicznych. Po dawce emocji i męczącej trasie koncertowej muzycy Sylvan zdecydowali się odpocząć w… studiu. Postanowili nagrać tym razem album, na który składać się będą znacznie prostsze w odbiorze piosenki. Nie oznacza to, że wydany w 2007 roku materiał Presets przynosił pop-rockowe utwory. Muzyka niezmiennie broniła się niezwykle bogatą budową, choć tu i ówdzie hamburczycy postanowili obcować z nieco większą dawką elektroniki czy też nawet elementami brit popu. Po nagraniu Prestes nastąpiła chwila rozprężenia. Choć Sylvan nie zniknęli zupełnie, od czasu do czasu koncertując, min. w Polsce. Pojawił się także podwójny album koncertowy – Leaving Backstage – Live in Kampnagel. Podczas tej trasy koncertowej nastąpiła także zmiana gitarzysty. Dotychczas grającego w zespole Kaya Söhl’a zastąpił Jan Petersen, grający ostatnimi czasy z Sylvan jako muzyk sesyjny. W 2009 roku zespół powrócił do studia, by rozpocząć pracę nad swym siódmym albumem studyjnym. Apetyty wśród fanów sięgały zenitu i wreszcie światło dzienne ujrzał album Force Of Gravity – płyta, która po kilku znakomitych wydawnictwach zespołu nie do końca mnie przekonała, choć i na niej znalazłem sporo dobrej muzyki. Poczułem jednak także wspomnianą na wstępie dozę niepokoju o dalsze losy Sylvan. Tytułowa siła grawitacji ściągnęła zespół na troszkę inne tory: bardziej subtelne, przepełnione symfonią i zastosowaniem dość odległych dotąd ich muzyce elementów. Pojawiły się kobiece wokale, smyczki oraz subtelne kompozycje, w których karty rozdaje pianino. Po nagraniu siódmego albumu Sylvan znów nieco dłużej odpoczywali. Po pewnym czasie pojawiły

się głosy, że nowy album będzie wydawnictwem podwójnym. Jedni się cieszyli, inni (min. ja) poprzez pryzmat ostatniej płyty patrzyli na to wszystko z niepokojem. Dziś, słuchając nowego albumu Sceneries, mogę już powiedzieć, że zespół Sylvan ma się bardzo dobrze. Płyta trwa ponad półtorej godziny. Wypełnić taki czas muzyką i nie znużyć słuchacza to zadnie dość karkołomne. Na dwa krążki składa się pięć rozbudowanych kompozycji. Każda z nich opowiada o emocjach, które powstają poprzez postrzeganie otaczającego nas świata w duszach poszczególnych członków zespołu: wokalisty Marco Glühmanna, gitarzysty Jana Petersena, klawiszowca Volker Söhla, basisty Sebastian Harnacka oraz perkusisty Matthiasa Hardera. Każdy z nich ma swój fragment na płycie, zamknięty w  rozbudowanej kompozycji. Dziś też dostrzegam, że wspominany wcześniej album Force Of Gravity był okresem przejściowym w historii zespołu. Muzycy Sylvan poszukiwali na nim punktu ciężkości w swojej muzyce. Na Sceneries proponują nam zarówno rozbudowane formy, w jakich lubowaliśmy się na takich albumach jak: Posthumous Silence czy X-rayed V, jak i nieco bardziej wyważone, niemal piosenkowe elementy, znane nam z dwóch ostatnich albumów Sylvan. Trzy lata oczekiwań na nowy album Sylvan dla fanów z pewnością były okresem bardzo długim. Zespół w  nagrodę zapowiada dość intensywną trasę koncertową, promującą „Sceneries”. Pozostaje nam tylko mieć nadzieję, że niemieccy muzycy nie ominą Polski. Mają tu przecież sporą rzeszę fanów, którzy po przyswojeniu najnowszego materiału studyjnego z pewnością wypełnią koncertowe sale. Tego i sobie, i Wam życzę! Krzysiek „Jester” Baran biuletyn podProgowy


marzec  2012

Sceneries (2012) Stare dobre porzekadło mówi: „każdy szanujący się zespół progresywny musi wydać dwupłytowy album”. Co prawda, jest to sformułowanie poniekąd żartobliwe, ale wystarczy tylko zerknąć w dyskografie typowo progresywnych grup muzycznych, by zauważyć, że taki materiał jest dość charakterystyczny dla progresywnych formacji. Te starsze, bardzo dobrze znane (Yes, Jethro Tull, Genesis, Pink Floyd, Soft Machine), te starsze, mniej znane (Burnin Red Ivanhoe, The Incredible String Band, Chicago, Pete Brown & Piblokto!, Jericho Jones) czy te pochodzące z czasów nam współczesnych (Dream Theater, Marillion, IQ, Porcupine Tree, Symphony X, Millenium) mogły i mogą się pochwalić wydaniem takich dwupłytowych albumów. Przyszła więc i pora na niemiecki Sylvan, który trzyletni czas oczekiwania na swój kolejny krążek postanowił fanom wynagrodzić większą niż zwyczajnie ilością materiału. Wewnątrz Sceneries dwie płyty, nieco ponad 90 minut muzyki i pięć potężnych kompozycji. Z zewnątrz dość zachowawcza artystycznie okładka, subtelna oprawa graficzna, gdzie głównym elementem wystroju jest książka, a może raczej masa opasłych tomów. Jak zapowiadali muzycy, Sceneries miał być najbardziej osobistym wydawnictwem w dyskografii Sylvan i przypatrując się tytułom poszczególnych utworów (choćby „Dziel świat ze mną” czy „Słowa, które skrywasz”) oraz samym tekstom i przesłaniom kompozycji, rzeczywiście czujemy, że Sylvan stara się poprzez swą muzykę odnaleźć wartości, dla których po prostu warto żyć. Marco Gluhmann na Sceneries śpiewa o uczuciach, ludzkiej wrażliwości, miłości i przyjaźni. Od razu zaznaczę, że muzyka idealnie komponuje się z tekstami zespołu, czyli jest dość delikatna, subtelna i bardzo wyważona.

biuletyn podProgowy

Na krążek, jak wspominałem, składa się pięć niezwykle długich kompozycji. Zespół, by ułatwić słuchaczom odbiór całości, podzielił każdy z nich na kilkuminutowe części. Od razu warto zwrócić uwagę na to, że utwory ze Sceneries są raczej zlepkiem poszczególnych krótszych utworów, które można traktować z powodzeniem jako suwerenne części, niż spójnymi, przemyślanymi progresywnymi suitami. Sylvan postąpił tu trochę jak Pendragon przy swoim Not of this World czy Queen of Hearts, z tym że utworów Brytyjczyków dzielić naprawdę nie warto, a w przypadku Sylvan na taki ruch możemy sobie pozwolić. Muzycznie jest dość subtelnie. Jest to płyta poświęcona ludzkim uczuciom, więc, rzecz jasna, ten tekstowy przekaz musi udzielać się muzyce, w której przeważają podniosłe, delikatne momenty. Na Sceneries króluje gitara akustyczna i fortepian, zespół nie szasta używanymi muzycznymi środkami. Rzecz jasna, nie brakuje też bardziej energicznych, żywych muzycznych momentów, ale są one jakby w mniejszości, oddając pola tym delikatniejszym (a może są one po prostu bardziej zapamiętywane?). Trzeba przyznać, że zespołowi niesamowicie dobrze udało się przemycić wiele emocji. Posłuchajcie choćby takich utworów jak The Words You Hide (part 2), Share the World with Me (part 3) czy Farewell To Old Friends (part 4). Na odległość bije od nich niesamowity urok, a słuchanie ich przywodzi nam do głowy wspomnienia, aż rwiemy się do tego, by wziąć za rękę naszą drugą połowę i poprosić do tańca. Co prawda, od czasu do czasu można odczuć wrażenie, że emocje wzbudzane przez Sylvan są dość sztuczne czy niejako wymuszone i bardzo daleko im od kipiących szczerymi uczuciami The Dark Side of the Moon lub Brave, ale Niemcom często udaje się słuchacza złapać za serce i mocno opatulić rękami. Decydujący wpływ na to ma bardzo dobry wokal Marco Gluhmanna i sposób, w jaki nim włada. Wokalista świetnie wpasowuje się w muzyczny klimat zbudowany przez instrumentalistów Sylvan i gustownie modeluje swój głos, czym zdobywa słuchacza. Wiele razy ze świetnej strony pokazuje się również Jan Petersen, grający na gitarze, który może zbytnio nie daje upustu swoim gitarowym umiejętnościom, ale gdy już wychodzi na pierwszy plan, robi fantastyczną robotę. Biorąc na warsztat jego solówki i talent w wyciąganiu z  człowieka

najgłębszych pragnień serca, można je ocenić na światowym poziomie klasy B (przy klasie A dla Gilmoura czy Rotherego). Przepiękne klawiszowe melodie pochodzą z rąk Volkera Sohla, któremu wiele razy udaje się wprowadzić słuchacza w stan ukojenia i odprężenia. Zdarzają się też płycie wpadki, pewne muzyczne fragmenty są jakby nie do końca przemyślane i część pomysłów zespołu przez to traci swój potencjał, niektóre muzyczne momenty są tak irytujące (nie będę wskazywał które) że z niemal zgrzytaniem zębów przychodzi mi je znosić w oczekiwaniu na muzyczną zmianę warty. Nie będę jednak szczery, jeśli nie przyznam, że mimo wszystko formacji można w pełni zaufać, bo choć co prawda wpakuje nas czasami w jakąś kałużę czy nierówności terenu, to ostatecznie pewnie i konsekwentnie prowadzi nas do upragnionego celu – muzycznej satysfakcji. Mimo wszystko sądzę, że zespół chyba powinien wybrać ze Sceneries te najbardziej smakowite kąski i wydać album jednopłytowy. Album bądź co bądź po pewnym czasie traci wartkość (pierwszy krążek sprawia dużo lepsze wrażenia niż drugi) i muzyczne przyciąganie, choć jak rasowemu, doświadczonemu bokserowi udaje mu się dotrwać do końcowego gongu i mimo że poobijany, wygrywa swą walkę na punkty. Ostatecznie podsumowując Sceneries to bez wątpienia najlepsza produkcja Sylvan od czasów Posthumous Silence i choć prawda nie jest to album do końca równy, to trzeba formację pochwalić szczególnie za jedną rzecz. Udało jej się obronić przed syndromem dwupłytowych wydawnictw, których głównym przekleństwem w dużej części przypadków są niezwykle duże wahania artystycznego poziomu, postępujące znudzenie słuchacza materiałem, problemy z  odsłuchaniem krążka w całości od początku do końca. Sylvan tych cech w dużej mierze uniknął za co należy mu się duży szacunek i choć co prawda znajdziecie na jego najnowszym wydawnictwie sporo mankamentów i elementów na które można wodzić nosem, to jestem w pełni przekonany, że wydawnictwo będzie wymieniane jednym tchem wśród najlepszych wydawnictw roku 2012. Na Sceneries fani Sylvan oraz neoprogresywni zapaleńcy z pewnością nie będą mieli prawa narzekać, a sądzę że i pozostali słuchacze znajdą na tym krążku coś dla siebie. Ja narzekać z pewnością nie mam zamiaru! Paweł Bogdan

67


n o n a K 74.


marzec  2012

Refugee

Refugee

Refugee był zespołem-efemerydą, założonym w styczniu 1974 roku przez panów Lee Jacksona i Briana Davisona, czyli sekcję rytmiczną The Nice, oraz człowieka, który nigdzie na dłużej miejsca nie zagrzał (i muzycznie, i życiowo), czyli pianistę Patricka Moraza. Mimo że zespół rozpadł się, zanim jeszcze na dobre zaczął działać, to pozostawił po sobie jedną z ważniejszych progresywnych płyt lat 70. Refugee to przede wszystkim obraz niezwykłych umiejętności Moraza. Płyta brzmi bardzo bogato, bowiem pan Patrick gra chyba na wszystkich ówcześnie dostępnych instrumentach klawiszowych. I to jak gra! Na otwarcie mamy Motylka, który wyraźnie nawiązuje do Lotu trzmiela Nikołaja Rimskiego-Korsakowa. Ten sam pomysł, równie genialne wykonanie. Po tym dość figlarnym początku następuje już bardziej poważne Someday, w którym pan Lee obiecuje, że któregoś dnia „wsiądzie do pociągu byle jakiego”, a  wtedy ta niecna kobieta pożałuje. Całkiem fajne nagranie (klawisze!), choć Lee Jackson wybitnym wokalistą nie jest i to, niestety, słychać. Ale nic to, bo oto mamy szesnastominutowy Wielki Kanion, opus magnum grupy. Jest tu wszystko, co każda progresywna suita powinna mieć. Podniosłe intro i powoli budowane napięcie na instrumentach klawiszowych są tylko przygrywką do szalonego lotu przez kanion. Patrick Moraz gra po prostu fenomenalnie, ile mu dodatkowych rąk wyrosło, nie chcę nawet zgadywać. I pomyśleć tylko, że biuletyn podProgowy

na początku swojej zawodowej drogi był dyrektorem wykonawczym w firmie naftowej... Sekcja rytmiczna również nie odstaje, a nerwowa pulsacja basu i perkusji przygotowuje nas do szalonych powietrznych ewolucji. Gdyby ktoś jeszcze nie wczuł się w klimat, to wokalista tłumaczy łopatologicznie, że, nieprawdaż, jako ten orzeł przez kanion i w ogóle... Jestem może nieco zgryźliwy, ale to dlatego, że śpiew Jacksona nie współgra mi z piękną muzyką. Mogli panowie znaleźć jakiegoś rasowego wokalistę. Wszystko rekompensują wspomniane już szalone pasaże Moraza, który rozkręca się na dobre w okolicy 11 minuty. Zaiste, 4 i 5 część Wielkiego kanionu to największe perły na tej płycie. Trzeba posłuchać! Chwilę wytchnienia daje Ritt Mickley, żart słowny i muzyczny Moraza (ponoć w ten sposób pan Patrick wymawiał angielskie „rhythmically”). Ale proszę, niech każdy band nagrywa takie jazzujące żarty! Brzmi to świetnie, instrumenty klawiszowe rządzą (klawinet, melotron, nieco Hammonda), a sekcja rytmiczna je mężnie wspomaga. Nagranie nieźle buja, podsypane szczyptą funky. I tak docieramy do drugiej na płycie suity Credo, trwającej 18 minut. No cóż, znowu pomarudzę, że z lepszym wokalistą i tak dalej... Ale muzycznie jest świetnie. Po instrumentalnym wstępie pan Jackson dzieli się refleksjami na temat życia i śmierci, i muszę przyznać, że tekstowo to chyba najlepsza część płyty. Ale to, co robi Moraz, przerasta wszelkie wyobrażenie. Monumentalne brzmienie instrumentów klawiszowych wbija w  podłogę, a szybkość z jaką przeplatają się poszczególne pasaże, przyprawia o ból głowy (zwłaszcza w części 5, burzliwym Agitato i w wariacyjnej części 7). Brak po prostu słów, by opisać bogactwo rytmu i melodii, aż dziw, że nie eksplodowały organy Katedry Św. Albana, na których nagrywano część partii. Debiut Refugee to niedoceniona płyta niedocenionego zespołu.

W chwili wydania przeszła bez echa, a zespół po zagraniu kilku koncertów się rozpadł. Lee Jackson i Davis dali sobie spokój z graniem praktycznie aż do reaktywacji The Nice, a Moraz już w sierpniu 1974 roku wytransferował się do Yes, a później do The Moody Blues, ale to już inna bajka. Refugee pozostaje fascynującym świadectwem współpracy tria i zarazem obowiązkową pozycją na półce każdego miłośnika rocka progresywnego. Kanon, i tyle... Ocena: 5/5 Michał Jurek

Robert Wyatt

Rock Bottom

Dziś znów mnie naszło, aby zrecenzować wyjątkową płytę wyjątkowego artysty. Płyty, która jest wynikiem poszukiwań przez Wyatta własnej drogi artystycznej, poszukiwań recepty, na muzykę piękną i ponadczasową, której uroki nie przemijają niezależnie od mody. Muzyki, która nie podąża za modą, ale która też przez to nigdy się nie wydaje przestarzała. Kilka walorów Rock Bottom powoduje, że ten album zasługuje na określenie „fenomenalny”. Walory te wynikają zazwyczaj z pewnych kontrastujących ze sobą cech. Po pierwsze, mamy tu muzykę awangardową, a więc nie stroniącą od nowoczesnych rozwiązań i eksperymentów. Ale, w przeciwieństwie do wielu avant-rockowych płyt nie jest to prosty zapis eksperymentów oddany słuchaczowi do oceny, lecz bardzo skrupulatnie skomponowane i przemyślane dzieło. Po drugie, mamy tu świadectwo niezwykłej muzycznej eru-

dycji autora, a z drugiej album niesamowicie spójny w odbiorze. Można powiedzieć z jednej strony: czego tam nie ma? a z drugiej: to jest w 100% czysty Wyatt i nikt inny. Po czwarte, wydaje się, że aby móc dokonać porządnej analizy tej muzyki, zrozumieć wszystko, o co tam chodzi, trzeba byłoby być przynajmniej takim samym erudytą jak sam Wyatt, co jest opcją zarówno dla autora tej recenzji, jak i większości słuchaczy niedostępną. Z drugiej strony wydaje się, że płyta jest dość oczywista w odbiorze na bezpośrednim, emocjonalnym poziomie. Awangardowa zabawa technikami komponowania i wydobywania dźwięku kontrastuje tu z dość jednorodnym melancholijnym nastrojem, infantylna, dadaistyczna zabawa z poważną tematyką. Wydaje się, że Wyatt wykorzystał tu cały swój warsztat, wiedzę i talent, by stworzyć swoje opus magnum, z drugiej zaś – powie ktoś – to przecież sześć piosenek, niezwykłych, awangardowych, ale wciąż piosenek. Aby zachęcić czytelników, którzy nie mają specjalnego doświadczenia z awangardą, przedstawię krótką analizę pierwszego utworu Sea song, który jest najprostszą w odbiorze kompozycją. Jest to piękna progresywna ballada, której melodyka może budzić skojarzenia z twórczością Petera Hammila i Van Der Graaf Generator. Początkowo – świetna melodia i oszczędne dźwięki pianina i instrumentów imitujących jakby łagodnie rozkołysane, migające odblaski słońca, czy też księżyca na powierzchni wody. W trakcie trwania utworu morze się burzy – pojawia się coraz więcej atonalnych wstawek, by w części instrumentalnej zamienić się prawie całkowicie w awangardowy kontrolowany chaos. Sztorm mija, morze się uspokaja, chaos milknie, słyszymy kojąco brzmiące, rozkołysane chórki. Cudowne, nieprawdaż? Tyle smaczków w  jednej, niedługiej, w miarę prostej w odbiorze rockowej piosence. Mam nadzieję, że zachęciłem

69


marzec  2012 Ciebie, Drogi Czytelniku, do sięgnięcia po ten niezwykły album. Jeśli jeszcze nie znasz tej muzyki, wierz mi – warto poznać. Liczę, że podobnie jak i ja, po zapoznaniu się z zawartym na niej materiałem, nie będziesz mógł sobie już wyobrazić świata muzyki rockowej bez Roberta Wyatta. Mikołaj Gołembiowski

Kansas

Kansas

W 1974 roku panowie z Kansas weszli do studia, by zarejestrować debiutancki album. Nie znaczy to jednak, że muzycy byli nowicjuszami w branży: Kansas zaistniał już na początku lat siedemdziesiątych, zapisując się w świadomości słuchaczy jako suport The Doors. Tego okresu działalności zespołu nie dokumentują jednak żadne nagrania, bo panowie się poprztykali i podzielili na White Clover (z panami Hope’em i Ehartem) i  Kansas (z panem Livgrenem), z  tym, że ten Kansas, nazwijmy go Kansasem pierwszym, bardzo szybko poszedł w rozsypkę. Natomiast formacja White Clover po licznych perturbacjach przekształciła się w Kansas właściwy, przyjmując w swoje szeregi panów Walsha i Steinhardta. Na końcu doszlusował Kerry Livgren, przynosząc – jako wiano – nazwę zespołu. Wydanie debiutu nie było sprawą łatwą, bo na początku lat siedemdziesiątych amerykańska publiczność jeszcze nie zdążyła rozsmakować się w rocku progresywnym. Wydanie płyty z taką muzyką było sporym ryzykiem. Nic więc dziwnego, że menadżer zespołu, Don Kirshner,

70

ciął koszty, żeby zminimalizować ewentualne straty. Nowojorskie studio zostało wynajęte tylko na dwa tygodnie, a  muzykom polecono nie zabierać swoich instrumentów, żeby było jeszcze taniej. Panowie z Kansas musieli więc grać na pożyczonym sprzęcie. Zaskakujące, że mimo tych niesprzyjających warunków powstała całkiem dobra płyta, zawierająca kilka perełek. Trzeba się jednak na nie naczekać, bo otwarcie płyty jest dość miałkie: rytmiczny, skandowany Can I Tell You nuży, mimo ładnej partii skrzypiec. Zbyt jednokopytne to nagranie, nic dziwnego, że nie zawojowało list przebojów, mimo że wytypowano je na singiel. Równie dynamicznie i rock’n’rollowo jest w następnym Bringing It Back. Progresu tu jednak ze świecą szukać, bo to przecież cover J.J. Cale’a. Skrzypce znowu szaleją i dzięki nim oraz zacnej partii organów utwór się broni. Balladowe Lonely Wind już bardziej pasuje do stylistyki następnych płyt Kansas: subtelne, z ładną partią skrzypiec i fortepianu, wzbogacone całuśnymi chórkami. Aż się chce zapalniczki zapalać i w powietrzu machać, kołysząc się do taktu*. Balladowy nastrój szybko znika, bo następny Belexes to już ukłon w stronę Wishbone Ash (choć zamiast dwóch gitar prowadzących mamy tu gitarę + skrzypce) i Deep Purple (masywne organy Hammonda). Z powyższego wynika, że pierwsza połowa debiutu Kansas jest przeciętna. Ale począwszy od Journey From Mariabronn zaczynają się dziać rzeczy wielkie. Journey... po prostu powala organowymi pasażami i  wibrującymi solówkami gitarowymi. Skrzypce Robbiego Steinhardta fruwają tu w sposób zupełnie nieprawdopodobny. Steve Walsh śpiewa tak, jakby chciał roznieść studio w pył. A w środkowej części utworu zespół po prostu odjeżdża, gnając na złamanie karku aż do finałowej kulminacji, w której walshowskie „destiny fulfilled, their words will burn an eternal flame” i to,

co pan Steve robi potem z wokalem, sprowadzają do parteru wszystkich, którzy jakimś cudem jeszcze tam nie są. Genialne nagranie! Niestety, potem jest nieco słabiej, bo The Pilgrimage niebezpiecznie skręca w  stronę country i sztampowego southernowego grania. Nie jest złe, ale po Journey... wypada bardzo blado. Szczęściem kolejne Apercu to znowu powrót do progresywnych form. Nagranie wyróżniają zaskakujące zmiany tempa i melodii, szaleńcze pasaże organowe, a  także bez pardonu wymiatające skrzypce. Gdy jeszcze w trzeciej minucie Steve Walsh przejmuje główną partię wokalną, robi się magicznie. A potem już tylko skrzypce, zabierające słuchaczy gdzieś wysoko i gonitwa na złamanie karku całego zespołu, aż do finału ze skrzypcową solówką, na określenie której brak mi już słów. Szkoda tylko, że przełamuje ją ostra gitara, ale i tak jest pięknie. Ostatnie w zestawie Death of Mother Nature jest bardziej ciężkie i  momentami wręcz hard rockowe, wyróżniające się splecionymi skrzypcowo-gitarowymi pochodami. Do jednego mógłbym się tylko przyczepić: do tego mianowicie, że nagranie to miało chyba w zamyśle być taka próbką umiejętności członków zespołu i każdy dostał swoje przysłowiowe kilka (-dziesiąt) sekund na partię solową. Trochę to burzy nastrój, wprowadzając nieco chaosu. Ale z drugiej strony: grzeją panowie, jak się patrzy. Debiut Kansas nie jest równy. Nie jest to też album tak wyrównany jak np. Leftoverture, czy Point of Known Return. Bezsprzecznie jednak warto po niego sięgnąć chociażby po to, żeby wysłuchać Journey..., Apercu i Death.... I pomyśleć tylko, że panowie z Kansas nagrali te nagrania w kilka dni na półamatorskim sprzęcie. Już choćby za to bez ochyby należy się: 4/5. * Był to drugi singiel z tej płyty i, niestety, podzielił los poprzednika (na listy utwór ten wszedł dopiero w wersji koncertowej, po wydaniu Two For the Show). Michał Jurek

Magma

Köhntarkösz

Znawcom progresu zespołu Magma przedstawiać raczej nie trzeba. No chyba, że mamy do czynienia z nieszczęsnymi ofiarami medialnej indoktrynacji, gdzie temat – muzyczna awangarda wciąż pozostaje tabu. Jednak każdy, kto odciął medialną pępowinę i stał się sam sobie żeglarzem i okrętem eksplorującym nieznane lądy na prog-rockowym oceanie, zdążył się już na ten zespół natknąć i czegoś tam z jego bogatego repertuaru posłuchać. Problem w tym, że stykając się z tego rodzaju muzyką, w pierwszym momencie często zupełnie nie wiemy, o co w tym u licha chodzi. Przecież prog, to była dla nas do tej pory rockowa muzyka, próbująca dorównać finezją fugom Bacha a rozmachem – romantycznej muzyce programowej, a tu nagle dobiegają do nas jakieś dziwne dźwięki, sprawiające raz wrażenie monotonnego pokrzykiwania, innym razem dziecinnych wygłupów, albo tańca dzikich wokół ogniska. Zamiast „głębokich” tekstów o spóźnionym dzieciństwie, barierach między ludźmi, okrutnym przemyśle rozrywkowym, artyście cierpiącym za miliony, słyszymy okrzyki w jakimś dziwacznym bliżej niezdefiniowanym języku, wokalizy. Zamiast kolekcji zmiennych, rozbudowanych piosenkowych melodii, kontrastów, słyszymy transowe rytmy. Gdyby ktoś o odpowiednio wielkim talencie literackim zechciał spisać odczucia miłośnika radiowego proga, który nagle zostaje skonfrontowany z muzyką Vandera i spółki, mógłby powstać np. bestseller zatytułowany biuletyn podProgowy


marzec  2012 Cierpienia młodego fana Jeżozwierzy, albo coś w podobnym guście. Tym, którzy już usłyszeli Magmę, ale nie wiedzą, co z tym począć dedykuję następujące wyjaśnienie: muzykę tego zespołu najlepiej moim zdaniem porównać do podróży. Gdy spojrzysz przez okno pociągu krajobraz wydaje się jednostajny. Odległe punkty na horyzoncie zdają się poruszać niezwykle powoli, raz po raz migają za oknem słupy trakcyjne. A jednak ciągle zmieniasz swoje położenie, pojawiają się niepostrzeżenie nowe elementy krajobrazu, stare zostawiasz za sobą. Stacja na której wsiadłeś i stacja docelowa to już dwa różne zupełnie miejsca na Ziemi, tak jak Warszawa i Kraków, albo Szczecin i Wrocław. Czymś podobnym jest właśnie muzyka Magmy – taką fascynującą podróżą, ciągłą, lecz niezauważalną zmianą, opowieścią, która ma swój punkt wyjścia i  punkt dojścia. Ta koncepcja nie jest oczywiście bliska standardowemu myśleniu o utworze rockowym. I bardzo dobrze, gdyż w moim przekonaniu jest pomysłem o wiele ciekawszym niż struktura zwrotka-refren, albo sklecona na siłę z kilku quasi-piosenek suita. Köhntarkösz to płyta zdecydowanie mniej żywiołowa niż M.D.K., a przez to poniekąd trudniejsza w odbiorze. Partie instrumentów mają często charakter minimalistyczny. Dominują bardzo krótkie powtarzające się motywy, zmieniające się w sposób niemalże niedostrzegalny oraz rozciągnięte w czasie pojedyncze tony. Akcja rozwija się powoli, leniwie, a niekiedy chciałoby się rzec – ociężale. Partie wokalne mają zdecydowanie bardziej kontemplacyjny wymiar (momentami wręcz mantryczny), nie mają wiele wspólnego z szaleństwem poprzednich płyt. Wieść ta może ucieszyć tych, którzy niechętni są Orffowskiemu monumentalizmowi, wolą coś spokojniejszego i bardziej subtelnego, np. w stylu Popol Vuh. Może zmartwić tych, którzy cenią Magmę biuletyn podProgowy

głównie za nieokrzesaną energię, szaleńcze tempo i wirtuozerię Vandera, bo tych elementów jest tutaj jakby mniej. Nie zmienia to faktu, że jest to znakomita płyta i obowiązkowa pozycja dla każdego miłośnika awangardowych odmian proga. Nowicjuszom, którzy o muzyce Magmy nie mają pojęcia, poleciłbym raczej wcześniejsze 1001° Centigrades, M.D.K., lub późniejsze Üdü Wüdü, albowiem Köhntarkösz może okazać się dla nich za ciężkie jak na początek. Ocena: 5/5 Mikołaj Gołembiowski

Quella Vecchia Locanda

Il Tempo Della Gioia

od delikatności idącej jednak w kierunku coraz większej drapieżności. Un Giorno, un Amico charakteryzują dynamiczne skrzypcowe szaleństwa i świetna gra na perkusji oraz wspaniałe partie klarnetu. Utwór jest miejscami jazzujący, ale zdobią go także przepiękne fragmenty wokalne. Ostatni utwór rozpoczyna się od nieco mrocznej partii chóru i cały osadzony jest raczej w bardziej ciemnych rejonach. Podsumowując można tylko powiedzieć, że tak jak w przypadku większości włoskich płyt ta również jest stosunkowo krótka i pozostawia lekki niedosyt. Z drugiej jednak strony są to aż 33 minuty wspaniałej muzyki. Niewielką długość albumu rekompensuje jego piękno i zróżnicowanie. Płyta zasługuje na najwyższą możliwą ocenę. Krzysztof Pabis

który zwala z nóg już przy pierwszym podejściu... Połamane rytmy, zmiany tempa, błyskawiczne przejścia z hardu w balladę, potem w  progres i synphonic towarzyszą nam od pierwszych sekund do ostatnich fragmentów. Setki pomysłów muzycznych.. Jaki geniusz to wymyślił, skomponował, połączył i zagrał...? To jest jedna z płyt dzięki którym włoski rock progresywny wyewoluował na oddzielny podgatunek, absolutna czołówka i  kanon włoskiego proga. Moim zdaniem – jedna z „pierwszej piątki” – ­­­­­­­­­­­polecam każdemu, a dla wielbicieli włoszczyzny – BIBLIA , KORAN i TORA w jednym. Aleksander Król

Faust

Faust IV

Biglietto Per L’Inferno

Biglietto Per L’Inferno

Il Tempo Della Gioia to album będący typowym przedstawicielem włoskiego grania z lat siedemdziesiątych. Jak dla mnie jest to płyta, która należy do pierwszej trójki włoskiego rocka progresywnego zaraz obok jedynego albumu Museo Rosenbach i płyty Felona E Sorona grupy Le Orme. Widać, że ukształtował się tu już styl zespołu i mniej widoczne są nawiązania do klasyków takich jak Jethro Tull czy Genesis. Płyta jest delikatna i spokojna, ale jednocześnie nadal obecne są ciekawe zmiany tempa i nastroju. Album urzeka melodyką. Rozpoczyna go delikatny, można wręcz powiedzieć rzewny utwór oparty głównie o delikatne brzmienie skrzypiec i instrumentów klawiszowych. Drugi utwór przynosi odniesienia do muzyki barokowej. W tle pobrzmiewają partie chóru. Utwór trzeci to z kolei ciekawe zmiany nastroju i tempa począwszy

Rok 1974, ostatni rok Złotego Wieku Włoskiego Rocka Symfonicznego uraczył nas jeszcze jedną wspaniałą płytą – Biglietto Per L’Inferno grupy o tej samej nazwie. Niesamowita płyta. hard rock, synphonic rock, progres, ballada – wszystko wymieszane, perfekcyjnie zagrane i zaśpiewane. Znakomite kompozycje, znakomici muzycy. Niesamowita dramaturgia, emocje i piękno... Hammondy, syntezatory i flet.. Świetna gitara, momentami hard-rockowa, momentami progresywna. I tradycyjnie u Włochów doskonała sekcja rytmiczna. 6 utworów, 38,5 minuty progresywnego wysokoprocentowego koktajlu,

Często opisuję w swoich recenzjach albumy, po które większość polskich miłośników progresu raczej nie będzie miała ochoty sięgnąć. Zdarza mi się nawet pokrzykiwać z irytacją, wołać: „fan proga musi to i to znać”, czasem wciskam ludziom płyty awangardowe niemal na siłę. I generalnie uważam, że dobrze robię, tylko, akurat w  wypadku tego albumu i w ogóle grupy Faust sytuacja wygląda nieco inaczej. To znaczy, oczywiście, że jak ktoś mieni się fanem progresu musi wiedzieć, że jest taki zespół. Tyle tylko, że muzyka, którą gra Faust, chociaż w zasadzie progresywna, zbyt mocno różni się w swej istocie nie tylko od Yes i King Crimson, ale nawet od innych grup krautrockowych, żebym mógł wymagać, aby progheadzi ją rozumieli. Krautrock wywodził się z rocka psychodelicznego – to jest

71


marzec  2012 jasne. Tylko, że fakt iż rock psychodeliczny końca lat 60. był stylem wewnętrznie bardzo różnorodnym, już nie każdemu jest wiadome. Przyjmując pewne uproszczenie, inaczej grały zespoły angielskie, z Beatlesami na wizytówce, z Soft Machine i Pink Floyd na czele, inaczej grało się na amerykańskim Zachodnim Wybrzeżu (The Doors, Jefferson Airplane, Quicksilver Messenger Service) a inaczej w Nowym Jorku (Silver Apples, Godz, czy nawet The Velvet Underground). I mam wrażenie, że dla fanów proga wszystko jedno czy tych od Camel i Genesis, czy od Magmy i Henry Cow, psychodelia Wschodniego Wybrzeża jest najcięższa do ogarnięcia. I to nawet nie dlatego, że była jakaś wyjątkowo trudna, bo przecież Ummagumma nie jest zbyt łatwym albumem, a nie brak jej zwolenników. Rzecz w tym, że, nazwijmy to umownie, Nowy Jork znalazł bardzo nielicznych kontynuatorów w obrębie tej muzyki, której fani proga słuchają najczęściej. Przyznam się, że kiedy kilka lat temu zapoznałem się z Faustem, zabrałem się za Czwórkę, jako za ich opus magnum i po wysłuchaniu tego nagrania od razu odpadłem. Nie dlatego, że muzyka mnie przytłoczyła, nie dlatego, że była zbyt niemiła dla ucha – nie, po prostu wydała mi się nudna i nijaka. Moja opinia o Fauscie zmieniła się, kiedy zainteresowałem się post-punkiem (nawiasem mówiąc nie wiem, które pojęcie jest bardziej nieprecyzyjne: progres czy post-punk). Bo właśnie tam zespół ten znalazł kontynuatorów. I właśnie dlatego bez trudu zrozumiem, jeśli Faust IV nie będzie wam się podobał. Nie wiem, czy znajdzie się tu ktoś, kogo to, co za chwilę napiszę zachęci, a nie zniechęci do opisywanej przeze mnie płyty, ale zaryzykuję. Jeśli szukalibyśmy pomostu, którym muzyka zaproponowana przez Velvet Underground na pierwszych trzech płytach dotarła do takich grup jak The Fall, This Heat, czy nawet Swans, to w dużej mie-

72

rze byłby nim Faust. Specyficzne podejście do muzyki grupy z  Hamburga definiowały nie tylko krautowy trans i eksperyment, ale też brud, naturalność, swoiste duchowe wyzwolenie, a więc cechy charakterystyczne dla rewolucji schyłku lat 70. i  jej kontynuatorów. Estetyka, w  której Faust się porusza nie tylko bliższa jest Jesus Lizard niż EL&P, ale w gruncie rzeczy nie przystaje nawet to tego, co proponowała znaczna część innych grup krautrockowych, takich jak Amon Düül II, czy Agitation Free. I ta właśnie stylistyka, ta nieprogrockowa duchowość Fausta tak bardzo utrudnia wgłębienie się w jego muzykę. Faust IV to bardzo dobra płyta. Uważam, że tak czy inaczej warto ją znać, jako jeden z absolutnych kanonów krautrocka, których swoją drogą nie ma aż tak wiele. Ale mam świadomość, że dla bardzo wielu osób i to nie tylko tych szczelnie zamkniętych w progresywnym mainstreamie będzie to muzyka tak odległa, a przez to tak niezrozumiała, że ciężko będzie im ją polubić. Tutaj nie ma żadnych wielkich eksperymentów, nie ma kakofonii, nie ma bezustannego łamania rytmu, brzmienie nie jest bardziej męczące niż u King Crimson, ale sama natura tej muzyki daleka jest od tego, co u większości progresywnych grup możemy znaleźć. Polecam ten album tym, którzy szukają czegoś kompletnie nowego, oraz tym, którzy nie boją się spróbować. Zdecydowanie warto! Ocena: 5/5 Bartosz Michalewski

W dniach 6 – 7 lipca do małego Gniewkowa na Kujawach znów zawita muzyka z wielką duszą. Ponieważ w ubiegłym roku pomysł się sprawdził, VI edycja Festiwalu Rocka Progresywnego znów zostanie rozłożona na dwa dni. W każdy, festiwalowy wieczór na scenie zagrają trzy polskie zespoły. Znamy już trzech wykonawców, którzy na pewno zawitają do Gniewkowa. Będą to: Ananke, Figuresmile oraz Joseph Magazine. Można zatem powiedzieć, że to mieszanka doświadczenia i rutyny z powiewem świeżego spojrzenia na obecne trendy. Zespół Ananke ma swoje korzenie w kultowej w latach 90-tych grupie Abraxas. Już sam fakt, że w zespole występują Adam Łassa i Krzysztof Pacholski wzbudza ogromny apetyt. Zresztą podsycił go debiutancki album tej formacji, zatytułowany Malachity, zbierając mnóstwo pozytywnych recenzji. Muzycy Ananke zapowiadają, że w Gniewkowie pojawią się z nowym materiałem. Figuresmile istnieje już od ponad 10 lat, przejmując schedę po zespole Three Wishes. Właściwie to niemal ten sam zespół, a jednak... Nowy album In Between jest kontynuacją stylistyki z lat poprzednich, ale podaną w o wiele dojrzalszy sposób. Joseph Magazine to można by rzec, sensacja ostatnich miesięcy. Zespół szturmem wdarł się do czołówki polskiej sceny rocka progresywnego albumem Night Of the Red Sky, prezentując dość ostre, techniczne, prog metalowe, ale jednocześnie niepozbawione melodii oblicze muzyki podniesionej do rangi sztuki. Z pewnością udowodnią, że szum wokół grupy to nie przypadek. Pozostałych trzech wykonawców poznamy niebawem. Organizatorzy starają się, by impreza była jak najciekawszym przeglądem tego, co dzieje się obecnie na naszym progresywnym podwórku. Dla wszystkich osób przyjezdnych organizatorzy przygotują m.in. pole namiotowe. Wszelkie informacje techniczne udzieli Wam pod adresem e-mail: progfestiwalgniewkowo@progfestiwalgniewkwo.pl Prezes Stowarzyszenia – Sławek Bożko. Potencjał organizacyjny i zapał osób odpowiedzialnych za działanie Stowarzyszenia PROGRES jest bardzo duży, jednak wiele spraw wciąż spędza sen z oczu, zwłaszcza strona finansowa. Przedsięwzięcie ma już kilku stałych patronów i darczyńców. Wciąż jednak do ideału daleko. Festiwal Rocka Progresywnego w Gniewkowie jest i będzie zawsze imprezą darmową, gdyż z założenia ma promować muzykę z gatunku rocka progresywnego. W związku z tym, jeśli ktoś ma ochotę i nie jest mu obojętna taka inicjatywa, może wspomóc imprezę finansowo. Każda dodatkowa wpłata od darczyńców wpływa na podnoszenie poziomu festiwalu. Poniżej podajemy dane organizatora: Stowarzyszenie Inicjatyw Niezależnych „PROGRES” ul. Dworcowa 5, 88-140 Gniewkowo Rachunek: Bank Zachodni WBK. S.A. we Wrocławiu O/Gniewkowo o numerze 44 1090 1069 0000 0001 1639 5343. biuletyn podProgowy


Oto przed wami bardzo subiek­ tywny ranking tego co warte przy­ pomnienia i posłuchania z ostatnich 10 lat. Ranking dokonany przez jedną osobę, w dodatku, nierzadko mocno odbiegający od rocka prog­ resywnego. To raczej spojrzenie na muzykę wartościową, urzekającą, intrygującą ­ bez patrzenia na szu­ fladki. Myślę, że prawie każdy coś tu znajdzie dla siebie ­ jest i indie, elektronka, metal w różnych odcie­ niach, jazz, bardziej eksperymen­ talne mieszaniny i oczywiście rock progresywny. Produkcje głośne i te cichutkie, docenione przez nieli­ cznych. Czy to zestawienie NAJLEP­ SZYCH płyt? Zapewne nie, wszakże każdego dnia naszej uwadze ucieka conajmniej kilkanaście ­ prawdo­ podobnie dobrych, lub bardzo do­

brych albumów. Nie sposób do wszystkiego dotrzeć, wiele zostało do odkrycia, a ten zestaw za 2 lata albo i szybciej będzie zdawał się coraz płytszy i coraz bardziej niedokończony. Taki to już niewdzięczny los rankingów ­ szybko ulegają przewartościowaniu. Jeżeli jed­ nak komuś posłuży to za dro­ gowskaz do dalszych poszukiwań to.. chyba ciężko wyobrazić sobie lepszą nagrodę za ciężką pracę. Bo to zawsze jest wyzwaniem. Kilkadziesiąt “teoretycznie” naj­ lepszych i masa pominiętych. Nawet teraz się zastanawiam nad tym wyborem. Jak pewnie zauważysz, to nie jest top100, ani top50 ­ to 15 stron tekstu o płytach. Też okrągła licz­ ba, prawda? :) Miłego czytania!

Text and design: Michał Haase


MARS VOLTA De-Loused in the Comatorium

Universal, 2003

Trudna muzyka także

może się sie sprzedać.

Brawurowe połączenie punkrocka, nierzadko jazzowej rytmiki i prog-rocka przy jednoczesnym zachowaniu chwytliwości to była rewolucja. Zauważona i obsypana entuzjastyczną krytyką. Szumu narobili co niemiara i bardzo dobrze, bo okazuje się, że trudna muzyka także może się dobrze sprzedać, nawet jeżeli stworzona z dziwnie znajomych puzzli. Energia, mnóstwo odjazdów w kosmos, improwizacje, ale to wszystko podprządkowane stabilnym utworom. Później ładu zaczęło niestety brakować i zaczęło się nieprzyzwoite wręcz kombinowanie (ocierające się wręcz o atonalność i free jazz). Solowe albumy Omara Rodrigueza to też zupełnie inna bajka - zresztą często mocno niezjadliwa. Oczywiście, to nie znaczy, że twórczość Mars Volty skończyła się na pierwszej płycie, ale debiut wciąż pozostaje niezrównany. I jako taki jest doskonałym zaproszeniem do zwariowanej twórczości zespołu. Modny eklektyzm? To zapewne jego wizytówka.

THE DILLINGER ESCAPE PLAN Ire Works

Relapse Rec, 2007

Na czysty czad panowie złużyli już tylko połowę czasu.

Radiohead sceny metalowej. Jeżeli jest coś czego nie słyszałeś w muzyce metalowej, to pewnie znajdziesz to tu. Od jazgotliwego, ultra-ciętego, zakręconego wymiatania (na bazie punkowej energii), po zakręcone loopy, trzaski, jazzowe struktury i miałki pop. Każdy utwór to osobna całość i ciężko stwierdzić co odbędzie się w następnym kawałku. Z pewnością na czysty czad panowie złużyli już tylko połowę czasu. Mike Patton mógłby się uczyć (zresztą docenił zespół i parę razy wszedł w kooperację). Płyta absolutnie skończona (z epickim finałem, do którego dołożyły się dźwięki pianina) i diablo wciągająca. No i pierwsza zupełnie dojrzała/ świadoma w ich dyskografii. Rzesza naśladowców już jest na posterunku.


ARCADE FIRE

BLUR

OPETH

SHINING

MACHINE HEAD

Universal, 2007

Pomaton Emi, 2003

Roadrunner, 2007

Indie Recordings, 2010

Roadrunner, 2007

Blur bez gitary Grahama Coxona? A jednak, mimo absolutnej władzy pana Albarna (albo właśnie dzięki niej), to najlepszy i najambitniejszy album grupy. Daleki od zawadiackiego, energetycznego stylu, za to pełen dostojności, refleksji i skojarzeń z zupełnie innych bajek. Ponadto trochę orientu (bo i nagrana w miejscu egzotycznym). Oczywiście, jest tu też kilka minut czadowania, ale nie tędy droga. To raczej pokaz talentu Albarna, który za chwilę zabłyśnie z eklektycznym Gorillaz i np. The Good, the Bad & the Queen. Zawiedzionych takim zwieńczeniem kariery Blur, zapraszamy do solowych płyt Coxona.

Właściwie chciałem dać bezkompromisowy Deliverance, ale to nie o taki Opeth chodzi. W 2007 roku osiągnęli swój styl w trybie definitely. Czyli wciąż ta sama mieszanka death-metalu i starego, dobrego prog-rocka, ale na kompozycyjnej wyżynie. No i stylowe, vintage k lawisze, które dodały masę analogowego ciepła i przestrzeni - to coś czego potrzebowali już dawno. To Opeth zdefiniowany, który jednak wciąż ma ambicje piąć w górę - tylko, że w sposób zaplanowany i nie wjeżdżający na manowce.

Neon Bible

To nie jest wybitny zespół. Ta płyta (podobnie jak poprzednia) też nie jest wybitna. W dodatku pretensjonalna. Ale twórczość tego zespołu to taki symbol. Zbiór podniosłych piosenek, które nie są prog-rockowe, ale mają sznyt artystyczny na równi ze starymi mistrzami. Tylko target inny. Arcade Fire to indie-hymny młodych na cześć rzeczy może i naiwnych albo dość nieważnych, ale jednak w takiej formie poruszających. Wszystko ubogaca szerokie, starannie dobrane instrumentarium, żarliwość wykonania i zamienne, żeńskie wokalizy. Wszystko to czasem brzmi na granicy przegięcia formalnego i totalnego patosu, ale jednak spełnia rolę - po prostu intrygując. Tak do końca obojętnie to nikt tędy nie przejdzie. Takich brzmień oczywiście trochę narosło w tej dekadzie i na to miejsce można by też postawić British Sea Power czy Broken Social Scene, ale AF mnie ruszają najbardziej.

Think Tank

Ghost Reveries

Blackjazz

Totalnie wybuchowa mieszanka jazzu (prawdziwego, z trąbk ami), industrialnej otoczki i mocno blackowego metalu. Ekstremalnie eklektyczny, ale jednak czad. W dodatku oblany brzmieniem, którego nie powstydziłoby się Ministry, czyli jakby inna bajeczka. Na żywo doskonali, co jest pozytywną argumentacją materiału. Ciężkiego, ale finezyjnego. Na 200% to nie może być na serio - raczej projekt kilku otwartych głów, które wiedzą jak się bawić muzyką... a przy okazji dowalając do pieca. No i na deser cover.. King Crimson. Nie wiem co na to Fripp, ale taki np. Coltrane słysząc takie partie trąbki obok wzmacniacza włączonego na full, chyba przewróciłby sie w grobie. Z uśmiechem. PS: Zaznajomieni wiedzą, że niedaleko pada jabłko od “Jagga Jazzist” jabłoni.

The Blackening

Nie jest to wielce orygin a l ny m ate r i a ł, a l e bezkompromisowość, maestria wykonania i świetna dyspoz ycja kompozycyjna, tworzą ten materiał jednym z najważniejszych na metalowej scenie dekady. Wp a d a j ą ce w u c h o melodie, ciężar i świetna produkcja, to elementarz obowiązkowy – jednak to przede wszystkim zwieńczenie poszukiwań MH przez lata. Dryfowali juz na różnych falach, uderzając o brzegi industrialnego łoskotu, numetalowej przebojowości, czy trashowej furii. Tutaj można znaleźć elementy wszystkich wariacji, jednak bez nadmiernego eksperymentu – w końcu najważniejszy jest tu riff i jako taki jest odpowiednio wyeksponowany dla nowej, metalowej młodzieży, która juz uznała ten album za metal pokolenia - mimo istnienia takich tuzów gatunku jak Lamb of God, Avenged Sevenfold, ShadowsFall i parę innych. Większość utworów trwa tutaj powyżej 6ciu minut, cały album tworzy więc dość epickie doznania (na żywo - efekt zdwojony). Ciężka, ale satysfakcjonująca podróż - ożywiająca zwłaszcza w szare dni.


ULVER Blood Inside Jester Records, 2005

Narkotyczny trip

mielący wszelkie terminy.

Poruszający album od muzyków, którzy - niech to cholera zaczynali od black metalu. Strefa geograficzna tej płyty jest całe setki kilometrów od zwykłych norweskich wyjców. To album awangardowy, nietuzinkowy, poszukujący, niepokojący, bogaty brzmieniowo i .. trudny też. Nie wpuszcza słuchaczy niepowołanych, biletu ze zniżką próżno szukać. Wizja zespołu jest dość bezkompromisowa i ciężko przewidzieć co stanie się za chwilę. Taryfy ulgowej nie stwierdzono, cały materiał to podporządkowanie sztuce przez duże S i to oznacza brak skrótów myślowych. Właściwe nie bardzo wiadomo co nawet grają (w kwestii szufladki), myślę że jednak wielu uważnych słuchaczy znajdzie tu coś dla siebie, choć ci starsi fani mogą czuć się nieco nieswojo. Mniej tu klawiszowej, ambientowej, przestrzennej ornamentyki, mniej nostalgii i takiego sennego podróżowania jak to było na np. Perdition City, tudzież soundtrackach Ulvera. Jest za to sporo chropowatości, brudu, tarcia po uszach. Ponadto element szoku. Narkotyczny trip mielący wszelkie terminy w jedną, nieco schizofreniczną masę. Taka apokalipsa zagrana na deskach teatru, gdzie reżyserem dziwak i wizjoner. Albo hochsztapler - zależy od opinii. Nie rozumiem do końca o co tu chodzi, ale podoba się. Nie tylko mi. Aha, nie wiem czy tylko ja tak uważam, ale otwarcie albumu jest WYBITNE!

KAYO DOT

Choirs of the Eye Tzadik, 2003

Bliżej tutaj do awangardy niż metalu sensu stricte, ale siła ataku z jakim może ta płyta zaskoczyć, nie pozwala mi tego włożyć do innej szufladki. Mnóstwo tu post-rockowego zamyślenia i lirycznego malowania dźwiękiem (plus żeńskie wokale), ale to jak się szybko okazuje, to tylko jedna strona medalu. Ta druga wygląda groźnie i ma pazury. Siłą tej płyty są gwałtowne kontrasty. Od niemalże muśnięć, aż po ścianę dźwięku (hałasu) i cięte riffy. Zaskakujące jak dużo niezwykłego piękna wyłania sie po każdym takim ataku - i jak naturalnie użekające są niektóre nuty. Zwykłe metalowe głowy zapewne uciekną z krzykiem - te bardziej otwarte będą zachwycone. Toby Driver it’s a very underrated artist.

Gwałtowne kontrasty.


TOOL

SLEEPYTIME GORILLA MUSEUM Grand Opening and Closing

Zoo Rec, 2001

The End Records, 2001

Lateralus

Wyprawa z Toolem to jak podróż w głąb mroku duszy. Niepokojąca, nieco schizofreniczna opowieść. I bezdusznie zagrana - hipnotycznie, technicznie, z niewielką dawką melodii. A im dalej w las tym bardziej pochłania. To długi (bardzo) materiał, ale to takie rozwleczenie można wybaczyć po odsłuchaniu całości. Po prostu tak miało być, czyli klimat i budujące napięcie na pierwszym miejscu. Wymaga cierpliwości i odpowiedniego nastawienia - później już nie pozostaje nic jak tylko dać się pochłonąć.Tool to nie tylko muzyka, ale też otoczka - teledyski, teksty i sam Keenan (i jego wokal). Nie do zapomnienia, bo przecież to woda na młyn ambitnego metalu.

I znowu daleko od klasycznego łomotu, a bliżej awangardowego snobizmu. Ale takiego nie na granicy pretensjonalności, tylko stonowanego. Kontrolowany artyzm na tle warczących gitar (przy okazji wzbogacony o bogate instrumentarium). Do tego można jeszcze dołożyć teatr groteski i piekielny cyrk. To wszystko w ramach jednego z ciekawszych albumów dekady. To bardzo konkretyzujący materiał, w którym wszystkie cząstki ich stylu - od wyciszenia po czad i psychodelię - są wymieszane w równym stopniu. To gar melodycznej zupy, którego nie trzeba wiele doprawiać. Ich albumy następne wcale nie są gorsze, ale wydają się być trochę rozmemłane - rozpływają się w gdzieś w poszukiwaniach. Tutaj panowie jeszcze potrafią przykrucić pas eks perymentu jeszcze jest miejsce na cięższe gitar y i sugestywny wokal. Wartościowy początek oryginalnej kariery, a i ładna spuścizna po Mr. Bungle.

SIEGES EVEN Pa ra m o u n t Inside Out, 2007

Wyróżnienie temu niedocenianemu zespołowi się należy. Po latach sporego (lub mniejszego) błądzenia na obrzeżach techmetalu, wrócili w 2003 roku i nagrali w kilka lat 2 świetne płyty. Takie na pograniczu skomplikowanego, kombinującego grania i pięknych melodii. Jest i sporo mocniejszego uder zenia, ale i sporo refleksji, dobrych tekstów i ogólnego zadumania. Paramount to szczyt ich możliwości (niestety więcej nie będzie) - to płyta dla tych co nie boją się instrumentalnej ekwilibrystyki, ale i mają zdolność do wzruszania się przy bardziej emocjonalnych momentach. A tych na Paramount jest sporo. Piękna i szlachetna wirtuozeria? Niemożliwe czasem staje się możliwe. PS: Warto mieć dobre głośniki - brzmienie jest rewelka!

PHIDEAUX

PAATOS

Bloodfish Media, 2007

Stockholm Rec, 2003

Doomsday Af te r n o o n

Zrzynać od najlepszych każdy może, ale nie każdy potrafi. To jeden z niewielu przykładów układanek w stylu retro, które są dobrze obcykane a jednak bawią niemalże tak samo dobrze! Ponadto nikt tu się nie sili na emulowanie retro-brzmienia (jak setki wykonawców niszowych) - jak trzeba to jest nowocześnie, choć daleko od studyjnego, modniarskiego wypolerowania (klawisze jednak jak sprzed 30 lat). Mieszanina Pink Floyd, Eloy, Curved Air, Jethro Tull i pewnie jeszcze parę innych by się znalazło źródeł, ale jest to zagrane z takim polotem, że nie może nie chwycić. Folkprog w XXIw. wydaje się jakimś nieporozumieniem.. dopóty nie zaczyna się tego nucić.

Ti m e l o s s

Kolejna szwedza perełka. Jak zazwyczaj - mroźna, ale kusząca by podejśc bliżej. Piękna i jednocześnie oryginalna mieszanka brzmień. Zgodna z progiem lat 70tych (King Crimson), ale mająca też duży pierwiastek triphopowy. Echa The Gathering też są słyszalne. Piękne, analogowe brzmienie wzmaga klimat retro - i to jest pozytywna strona wydawnictwa, co nie zawsze jest takie oczywiste. Cudnie niepokojąca, cudnie zaśpiewana - i niestety później olana formuła. :/


GORDIAN KNOT

Emergent

Sensory Rec, 2003

Technika grania (prze-świetna) służy tylko kompozycji.

To wciąż najlepszy projekt w stylu fusionprog ostatnich lat. Nie tak dobry jak debiut z 1998 roku, ale i tak mało kto im dorasta kunsztem. Dużo na tym albumie wirtuozów (i dużych nazwisk jak np. Bill Brufford), ale cały ten wesoły, kooperatywny skład (na czele z Seanem ”Cynic” Malone) wiesza swoje ewentualne megalomanie na wieszaku i gra po prostu świetne, emocjonalne kompozycje, gdzie technika grania (prześwietna) służy tylko i wyłącznie kompozycji. Pejzaż dźwiękowy (o zróżnicowanym nastroju, często bardzo nostalgiczny), który wciąż bawi. Dla koneserów smakowania przemyślanych, instrumentalnych partii.

PANZERBALLET Hart Genossen Von Abba Bis Zappa

Act, 2009

Zabawa z muzyką.

Panzerballett to jeden z najlepszych coverbandów pod słońcem. Przyczyna jest prosta - wszystkie aranżacje mieszczą się w strukturze fusion/metal/prog. W dodatku to fusion momentami zmierza bardzo mocno w czysto-jazzowe formy. Wystarczy posłuchać parti trąbki i skojarzenia od razu nakierowują na klasyczne wzorce. Oprócz tego podwójna stopa, cięte riffy, rytmika jak z Meshuggah, funkowy luz, be-bop w kilku momentach, przede wszystkim jednak humor i zabawa z muzyką. Bez zadufania i scigania się. Motyw z Simpsonów, Meine Teil Rammsteina, Zappa medley, Gimme Gimme Abby - wszystko to w jednym miejscu? Ta płyta to przyjemność!


FROGG CAFE

TORTOISE

SIGUR ROS

THE GATHERING

Takk

MOUSE ON MARS Varcharz

Creatures

Standards

Prog Rock records, 2003

Thril Jockey, 2001

EMI, 2005

Ipecac, 2006

The End, 2006

Ta płyta to dobry dowód, że takie groźne terminy jak Rock in Opposition i Avant-prog mogą być całkiem przyjazne. Doskonały, niezwykle muzykalny miks jazzowych wpływów, folku, awangardowej dekadencji, akustyków - i o dziwo - świetnych melodii. Aż iskrzy od pomysłów aranżacyjnych i przy okazji elegancko wchodzi w ucho. To jedna z lepszych i bardziej wysmakowanych progresywnych potraw dekady, danie które zostało wykreowane przez były cover-band Franka Zappy. Szybko stali się odrębną bajką, ale jego pozytywny duch ciągle obecny i słyszalny.

Biblia post-rocka. Dekonstrukcjonizm formy piosenkowej i wszystkich “s t a n d a rd ów ” z tym związanych, stał się niemalże manifestem artystycznym Tortoise. To album, który spełnia wszystkie normy formuły pierwotnej idei post-rockowego grania - czyli grania NIErocka za pomocą stricte rockowych instrumentów. Do tego zmieszać jeszcze rytmikę jazzową, fakturę IDMu, ciętą elektronikę i mamy Tortoise - na tej płycie w szczytowej formie. Bardzo eklektyczny materiał, wymagający jednak nieco wiedzy teoretycznej - nawet bardziej niż samych emocji. Płyta muzycznych intelektualistów dla intelektualistów.

W tej dekadzie to najlepszy materiał pochodzący od smutnych Islandczyków. Styl zdefiniowany i znany już większości - leniwy post-rock o progresywnej, wzrastającej strukturze. To po prostu równy, wysokiej jakości materiał dla melancholików prawie jak tabletka dająca życie. Dalej nie wiadomo o czym śpiewają i bardzo dobrze, bo ta bańka mogłaby łatwo peknąć. Chłopaki im starsi tym weselsi co udowadniają pewnymi zmianami na następnym alb u m i e, a l b o co pokazuje Jónsi na solowej płycie, ale to chyba maska. Chłopaki zawodowe smucenie mają we krwi i za daleko od tej strefy niech lepiej nie uciekają.

Być może część miała wątpliwości czy Myszy są jeszcze mistrzami wykręconej elektroniki, zwłaszcza, że ich repertuar stawał się niekiedy zupełnie lekki i skoczny na swój sposób. Po tym albumie wątpliwości nie ma. To najbardziej pocięty, zakręcony i pomieszany kawałek elektroniki jaki wyszedł z ich rąk . Wciąż dość daleki od ektremalnego podziemia, ale i daleki od nośnych, modnych klubów. W dodatku zadziwiająco rockowy brzmieniowo. Dla fanów gatunku, biblia absolutna. Nawet Autechre się rumieni. Więcej słów nie trzeba.

Czasami bywa tak, że płyta odzdziałowuje na nas mocniej niż można się było spodziewać przed wciśnięciem “play”. Tak było w moim przypadku z Home. The Gathering w wersji nie-metalowej zasłynęło albumami How to Measure a Planet czy Souvenirs i przy tych też płytach, krytycy byli najbardziej hojni w sypaniu wysokimi notami. Ja najchętniej w swoim top3 postawiłbym Home, gdyż nieoczekiwanie, poziom emocji jaki wypływa z tych dźwięków jest naprawdę wyższy. To płyta nieco inna niż poprzednie - już nie dołuje tak natrętnie jak to było na przykład na Souvernirs, nie zamyka się już na promyki nadziei, nie wpędza w depresje “bo tak jest trendy”. Home jest nastrojowy w sposób filozoficzny. To płyta pełna przemyśleń, refleksyjna tak mocno jak to tylko możliwe. To poszukiwanie własnej drogi, odnajdywanie właściwych śladów, pogodzenie się z duchami i znalezienie swojego domu. Owszem, to też płyta o spełnieniu i nadziei. Anneke von Giersbergen spodziewała sie wówczas dziecka i stąd zapewne takie teksty - łagodzące to co było i ufnie oczekujące nowego. Czy muszę też dodawać, że zaśpiewała cudnie? Wokal to niewymuszony, bez zadufania, operetki kiczowatej, z głębi serca. Aranże wpasowują się umiejętnie - dużo studyjnego przetworzenia, ale bez utraty realności sekcji rytmicznej. Gitary są wciąż obecne, ale nie metalizują programowym przesterem, a raczej podkreślają ton, kiedy należy. Są też wycieczki w ambient i sferę nieco laptopową. Wśród eksperymentów nie brakuje jednak czystego piękna fortepianiu, prostych akustyków i Anneke oczywiście. Można się dosłyszeć tutaj The Cure, Slowdive, nawet Cardigans (pierwszy utwór jest nieco mylący - dość skoczny i równy) - żródeł pewnie można by znaleźć więcej, ale to nie plagiat. Płyta nie atakuje niczym oczywistym, jest tu sporo sekretów/ smaczków, których wyłuskiwanie kosztuje nieco czasu. Ale kiedy już się wejdzie, to ciężko tę płytę porzucić. Tym większa szkoda, że po wydaniu albumu (i koncertach) drogi tej cudnej wokalistki i zespołu, rozeszły się na dobre. Wygląda na to, że - patrząc z dystansu - ani Gathering ani Anneke, nie zyskali na tym zbyt wiele. Owszem, po obu stronach powstały niezłe płyty (nieco cieplej od strony A.), ale chyba nic więcej. Home to pamiątka i koniec pewnego rozdziału. Krytycy, choć ciepło się wypowiadali, to jednak nie szaleli na punkcie tej płyty, ale jak już rzekłem.. czasem nie wiadomo co złapie za gardło.. Jeżeli nie wzruszysz się przy finalnym Forgotten (Reprise), to znaczy, że prawdopodobnie nie oddychasz.

Home


KATE BUSH Aerial

2005, EMI Takie powroty to kochamy. Obraz artystki doświadczonej i znającej swoje możliwości to wizja dość zróżnicowana, ale stabilna stylowo. Spokojna, sklaryfikowana. Dostojna i sexy. Intymne dzieło w formie 2cd to nie jest wartość przesadzona. Są tu zgrabne piosenki i suita na drugim cd - z pełnoprawnym zespołem, tudzież tylko w towarzystwie pianina. W takiej czy innej formule, przekonuje niemaże w całości. Fani starych płyt mogą czuć pewien zawód, że Kaśka odpuściła sobie pisanie

BASS COMMUNION Molotow and Haze

2008, Tonefloat Records Albumów ambientowych wychodzi masa każdego roku. Oczywiście większość ma do zaoferowania nic lub prawie nic nowego. W tej dekadzie trochę interesujących (lub przynajmniej przyjemnych w odbiorze) płyt ambientowych powstało. Można by wymienić coś z repertuaru Markusa Reutera (bardziej znanego z Centrozoon czy Tunera), Coil, Jeffa Pearce’a, Fennesza czy starszych mistrzów pokroju Steve’a Roacha. Ostatecznie wybrałem nietypowo, bo Stevena Wilsona, który w takiej roli, sprawdza się nawet lepiej niż jako lider Porcupine Tree. Bass Communion to taka baza

przebojów. Nie zaszalała też z nadmierną ekspresją wokalną. Zaprezentowała za to bogato zaaranżowane skarby dźwiękowe, które są w pełni świadomym krokiem artystki dojrzałej, której nie muszą już obchodzić naciski fanów, producentów, pismaków itp. Efekt końcowy jest w pełni autorski z dala od chęci pozowania do fleszu. Kate Bush swoje 5 minut ma dawno za sobą i prawdopodobnie dlatego, nie tracąc nic, sprawiła sobie samej najlepszy prezent pod słońcem - nagrała prawie że najlepszy album w karierze. Album zgodny z jej ego – czyli wielowarstwowy i pełen smaczków aranżacyjnych/brzmieniowych, balansujący pomiędzy bogactwem i wyciszeniem. To płyta, przy której trzeba trochę dłużej posiedzieć by wejść w klimat. Kwintesencja wrażliwości, nastroju i swoistej kobiecości – zdecydowanie niektóre panie są jak wino. Im starsze tym lepsze. Konkurencja jest w dalekim tyle (z dość nijaką Tori Amos na czele).

pomysłów, które później można usłyszeć w pełnej formie w innych projektach Wilsona, ale to nie znaczy, że muzycznie ten jego ambient jest bezwartościowy. To nie tyle kartka szkicownika, co raczej pełnoprawna podróż do krainy Wilsonowskiej melancholii. Ktoś to kiedyś nazwał symfonią rozpaczy - fakt, Wilson co by nie nagrał, zawsze ma w tym część swojej duszy, czyli lekkiego smutasa. Tutaj idea jest klarowna - fundamentem płyty jest gitara przetworzona przez masę gałek, filtrów, efektów. Jednocześnie funkcjonuje tu zasada kontrastu - płyta podzielona jest na część drapieżną, hałasującą, noise’ową i tą przestrzenną, stricte melacholijną. To tylko 4 utwory, więc żeby nie było czarno-biało, hałas i nostalgia są tu zamienne (łopatologicznie - raz taki utwór, raz taki ) - fajna idea. No tak, ale gdyby zadać pytanie, czemu akurat ta płyta, miałbym problem z konstruktywną odpowiedzią. Po prostu trzeba posłuchać. Myślę, że nie każdy potrafi wydobywać tyle emocji z muzyki pasywnej, a Wilson jak się okazuje, czuje tą formułę jak mało kto. Dla fanów eterycznych dźwięków (ale też i noise’u), to mus!


Devin uchodzi za szalonego doktora metalu i to najlepszy komplement na jaki mógłby zasłużyć. Gatunki muzyczne to dla niego klocki z których tworzy, zróżnicowane, kolorowe mozaiki. Zawsze wsparte potężnym brzmieniem. Na tej płycie Devin zupełnie odleciał w progresywne, epickie krainy, ale fan ciężaru także ma czego szukać - choć niekoniecznie tego rodem z Strapping Young Lad. Ta płyta jest jak symfonia z wykopem i pełnym luzem (którego jednak mocno zabrakło na podobnej Terri). Luz to zresztą słowo klucz, bo nawet na bluegrass i polkę znajdzie się tu miejsce. Ironiczne kiedy trzeba, ale także miażdżąco epickie przy finale. Słowem - “wariat” miał się dobrze, mimo depresji której się wówczas (z nawału pracy w dwóch projektach) nabawił.

Laurka dla francuskiej sceny metalowej, która ostatnio zakwitła w sposób znaczny. Gojira to techniczna, perfekcyjnie (wręcz bezdusznie) rozplanowana, ciężka maszyna krocząca. Majestatycznie gniecie słuchacza, który na początku jest dość nijako nastawiony. Krystaliczna produkcja uwydatnia masę szczególików dla dociekliwych. Walcowate, ale niezwykle nośne, “groovy” granie z synkopowym przytupem (ale także oczywiście z karabinową stopą). Trochę gdzieś tam Meshuggah pobrzmiewa, ale umówmy się, w tej dekadzie Gojira rozdała karty na tym poletku (także na poprzedniej płycie) i ciężko znaleźć coś bardziej zapadającego w pamięć.

Krytycy klękneli w błogostanie, że w końcu ktoś wrócił do korzeni i zaczął grać metal jak Mr. Tommy Iommi nakazał. Czyli bez fajerwerków produkcyjnych, nadmiernej wirtuozerii (choć ta jest tu obecna, przede wszystkim w postaci perkusisty) i z wzmacniaczem lampowym. To rasowe, klasyczne granie metalowe w zgodzie z tradycją (głównie Black Sabbath, ale i trochę trashu też jest) jakie zaprezentowali panowie, szybko znowu się stało popularne za sprawą innych zespołów jak Baroness, Kylesa czy Electric Wizard. Ale to Mastodon zasiał ziarno. Niestety, panowie za bardzo zaczęli kombinować na następnych płytach, co niekoniecznie wpływało zawsze na jakość kompozycji - na Leviathanie to po prostu metal, czyli “butem po trzewiach”. Nie oznacza to bynajmniej jakiejś prostej sieczki w schemacie zwrotka-refren. To myślenie muzyczne wzięte raczej z lat 70tych tak więc jest tu budowanie napięcia, trochę żarliwych solówek, groove i granie powyżej 10 minut, jeżeli należy. Zabawa nie dla prostaków.

Bez Radiohead nie ma porządnego rankingu. Tutaj panowie trochę swoje dźwięki bardziej uczynili konwencjonalnymi niż np. na Amnesiac, ale do prostoty to jeszcze daleka droga. Tak naprawdę to mało tu przewidywalności, nawet jeżeli tak się to rozpoczyna. Jest to materiał bardziej rockowy i zwarty, ale jest i wciąż miejsce na techno-elektronikę, nastrojowy fortepian i co nieco trzasków, gdzieś na czwartym planie. No i wciąż sympatyczne jęczenie Yorka - nie do podrobienia. Następny album In Rainbows też jest wart posłuchania, ostatecznie stawiam jednak na poprzednika. Reasumując, Radiohead w tej dekadzie nie zamilczał. Wręcz przeciwnie, choć już nie tak charakterystycznie i donośnie.

Zapomniany już trochę zespół i zapomniana płyta, a niesłusznie. Kwartet owy w światku indie narobił więcej rumoru (niestety, tylko za sprawą debiutu) niż liczni następcy, którzy wyłonili się parę lat później. The Music to fani Led Zeppelin, czy Rush (posłuchajcie wokalisty!), ale także psychodelii z lat 60tych, shoegaze’u i co najważniejsze, brzmienia Madchester spod znaku Stone Roses (czy o tanecznej elektronice z lat 90tych trzeba wówczas wspominać?). Tu wszystko ma flow, płynie, porywa do tańca. I hipnotyzuje. W chwilach spokoju trochę natchnionych partii gitar, czy powoli wystudiowane budowanie napięcia. Jest i hard rock i producencki, nowoczesny sznyt. Wszystko oblane przestrzenią, nabiera dużej lekkości. W końcu, bardzo dobre kompozycje i umiejętności muzyków, mocno wybiegające poza akordowe granie indierockerów. Jedyne do czego można sie przyczepić to trochę wydłużony czas większości kawałków. No ale na imprezie nikt raczej tego nie zauważy - przecież chodzi o trans. Klaxons, Kasabian i reszta rave’owej/ taneczno rockowej zgrai miała się od kogo uczyć - może nie w prostej linii, bo The Music zamiast końcówki lat 80tych, jednak z większą pieczołowitością odkurzają po prostu, stary, dobry hard-rock. Czystej wody następców nie stwierdziłem (Wolfmother może.. ale to inna śpiewka), niestety.


ANTHONY AND THE JOHNSONS I’m the Bird Now secretly canadian, 2005 W pogoni za nowym i nieuchwytnym, człowiek traci rozeznanie w tym co odwiecznie piękne. Anthony ze swoim głosem szybko sprowadza na ziemie i przypomina, że gdzieś pomiędzy monumentami ludzkich poszukiwań i odkryć, jasnymtt światłem tli się prostota. Tutaj jest to fortepian i wokal. Jakaś tam sekcja. Folkowe wieszczenie i wyczucie melodii. Wreszcie piosenka jako dominanta, choć trudno połączyc to z hasłem “łatwy odbiór”. Sam termin “piosenka” stał się, swoją drogą, w pewnych kręgach, synonimem sodomy i gomory. Pytanie jest tylko jedno ­ kto potrafi zrobić dobry pop? Ilu ich zostało i czy więdzą co to hasło oznacza? Chwytliwość nie dyskwalfikuje piękna naturalnego. Niewymuszona sztuka pochodząca z głębi serca to może być też pop. Oczywiście, ten szlachetny, staromodny, daleki od miałkości komercyjnego radia, czy indie nonszalancji. Tutaj są same emocje i dusza na wyciągnięcie ręki. Intymność, ale momentami także z patosem współgrająca. Blues i soul, tak niemodne, znowu mogą zadziałać. Dziesięć piosenek bez stroszenia piór, obwieszczania nowych horyzontów i epatowania wirtuozerią to prawie jak biały kruk. No i ten wokal co to więcej ma kobiety w sobie niż mężczyzny i teksty o dwoistości płci ­ dla wielu to znak jakiejś perwersji, kontrowersji, nieposzlakowania. Owszem. A teraz posłuchajcie tego fortepianu. Ewenement z otoczką bez znaczenia. Wokal i tak przejdzie do historii.

SCOTT WALKER The Drift 4AD, 2006

Podtrzymuje napięcie.

Scott Walker to legenda, która isnieje na rynku muzycznym od 40 lat. We wczesnym okresie, Scott przyzwyczaił słuchaczy do barokowego popu, świetlistych aranżów, Spectorowskiego rozmachu i co ważniejsze, swojego manierycznego, jakby operetkowego głosu. Wszystkie te el­ ementy mieściły się w ścisle zaplanowanej miksturze, nie wychodzącej poza szlachetny pop. Tak było aż do lat 80tych kiedy to artysta objawił sie jako dusza poszukująca, igrająca ze słuchaczem, która oprócz głębokich melodii, czerpie także garściami z awangardy i muzyki am­ bientonalnej. W latach 90tych jeszcze bardziej pogłębił ten odrębny wizerunek, znacznie dosadniej nurzając sie w eksperymencie i muzyce sctricte soundtrackowej. W końcu, w 2006 roku, nadszedł The Drift ­ płyta przerażająco głęboka, mroczna i wręcz przerażająco denerwująca. Słuchacz nie ma tu lekkiego życia. Ci co uważnie śledzili karierę muzyka, mogli spodziewać się dalszego eksperymentowanaia, jednak ciężko było przewidzieć to w aż tak radyklanej formie. Walker, który przyzwyczaił nas do podniosłych aranżów, przestrzeni i wyrazistego, na przód wyciągniętego bassu, z płytą Drift, zaprzecza wszystkiemu ­ kpi również z poszanowania do melodii. Utwory są połamane, rozpadają sie w swojej nikłej strukturze, poważnie ocierają się o atonalnośc i rozpietą monotonię. Intrumenty służą tu często jeno do wybijania jednej albo dwóch nut, stawiają na hipnotyczny rytm niż klasyczne harmonie. Systematyczność owej rytmiki też burzy konwenanse. Album lubuje się w kontrastach ­ wśród dominującego minimalizmu, potrafi nagle zaatakować nagłym zgiełkiem, niedbałym brudem rodem jakby z Velvet Underground i nieczystym akordem ­ na przykład z tłem perkusyjnym, wybijanym tak topornie, że aż zęby bolą (zwłaszcza tych przyzwyczajonych do wirtuozerii i rozplanowania kompozycyjnego). Na tle tego rozgardiaszu, stoi głos Walkera. Cierpiętniczy, zchrypiały, gestykulujący, nie zawsze trzymający sie głównej melodii. Momentami prawie że obojętnie przeżuwa słowa, ale jednak ­ co dziwne ­ ciągle podtrzymuje napięcie. Bo i o to głównie chodzi. Klimat jest tutaj mroc­ zny, zawiesisty, idealnie nadawałby się do ilustracji twórczości Edgara Alana Poe. Scott W. oddając się bez tchu eksploracji swoich własnych demonów, dość naturalnie pokonuje na tym polu Nicka Cave’a czy choćby Lou Reeda, który płytą Raven w końcu także (otwarcie) oddał hołd Poemu. Drift to trudna płyta dla słuchacza uważnego. Tą wydzielinę wszakże tylko z uwagą należy kosztować. I tylko jedno pytanie ­ czy ostatnia płyta Swans nie była aby tym materiałem zainspirowana? Cóż, do inspiracji przyznał się na razie tylko... Mikael Åkerfeldt.


Pani i pani White ze swoim korzennym, minimalistycznym, nieco nawet naiwnym materiałem zawojowało dekadę. Prawdopodobnie dzięki nim, gitara elektryczna (taka rasowa, nie wirtuozerska) znowu zaczęła lśnić blaskiem nieprzejednanym. Rock’n’roll odżył i ciągle ma się dobrze. Blues, country, folk i instrumentarium tak minimalistyczne jak tylko można, to cechy rozpoznawalne od razu. No i brzmieniowy garaż. To White Stripes w pigułce, którzy - o dziwo - dopiero na tej płycie pokazali pełnię kunsztu. I szersze spojrzenie. Jak się wsłuchać to już nie jest tak to wszystko oczywiste. Obok klasycznego, ciągle obecnego hołdu dla Led Zep i ogólnie blues/hardrocka, sa psychodelizujące klawisze, trąbki meksykańskie, rozhisteryzowany śpiew, więcej akustyków. Na pewno najbardziej eklektyczny materiał w ich karierze - i na pewno najbardziej wciągający. Po odważniejsze odjazdy zapraszamy jednak do Dead Weather czy Racounters. WS swoje już zrobili, ale nie wątpię, że sam Jack White ma jeszcze sporo do powiedzenia.

Płyta, której się nie spodziewałem. Ile można słuchać stonera, czy rzeżącego psych/hardrocka. Niby znowu powtórka z lat 70tych, ale ten materiał po prostu kopie 4 litery. Świetny, hipnotyzujący, unoszący w chmury materiał. Efekt jak na dopalaczach... dopóki nie dorzucą dziarsko do pieca. Bo uderzenie jest i to brudne. Soczyste riffy, solówki i analogowy wzmacniacz. Szkoda, że wraz z następnymi płytami stają się po prostu, kolejnym, progresywnym epigonem, ale debiut jest świetny. Zespoły typu Oceansize czy masa nowych stonerów - oni musieli słyszeć choć raz ten album.

Jestem przeciwny wkładania punkowych bandów do jakichkolwiek rankingów ze względu na dość nierozwojowy styl uprawianej muzyki. Green Day pokazał granie innego rodzaju. W zgodzie z ideałami, z tą samą energią, ale w oprawie iście epickiej. To taki “Tommy”The Who na wiek XXI. Opowieść w formie niemalże suity. Takiej, którą i młodzież łyknie (i łyknęła). Muzyka cholernie przebojowa i z niegłupią treścią, obrazującą amerykańskie społeczeństwo w dość nieprzychylny sposób. Fani punku kręcą nosem że przedobrzone i może faktycznie z deczka jest, ale i tak miejsce na podium Green Day w wielu rankingach, uzyskali. Oczywiście, stali się dzięki temu albumowi, więźniami swojego stylu, co może stać się ich zmorą, bo jak wiadomo, do tej samej rzeki nie sposób wejść

Dla mistrzów neo-psychodelii musi być miejsce, tym bardziej, że ich konkurencja stała w ostatnim 10leciu dość nieciekawie. Zastanawiałem się czy ten album, czy może równie znakomity (ale bardziej elektroniczny) Yoshimi Battles the Pink Robots. Embryonic bardziej mi się podoba za mroczniejszy i bardziej refleksyjny klimat - nie oznacza to jednak, że zabrakło miejsca na kawałek wisielczego humoru. Zgraja “palaczy” zawsze miała smykałkę do niekonwencjonalnych pomysłów (ich koncerty to inny temat na rozmowę) i naprawdę potrafią pozwolić sobie na wiele (np. własna wersja Dark Side of the Moon). Tak więc - jest nastrojowo, groteskowo, epicko i poszukująco - ale z dystansem do siebie. Taka sztuka z przymrużeniem oka, z delikatną nutą pastiszu. Czyli stara dobra formuła zespołu, ale w doskonale zachowanej formie. Nie wiem kto powinien uchodzić za Pink Floyd XXIw., ale TfL mogą spokojnie walczyć z Archive.

Steven Wilson po raz drugi, ale w innym miejscu muzycznej krainy. Przede wszystkim odrzuca tutaj status pozycji absolutnego lidera, na rzecz kreatywnego kolektywu z Timem Bownessem – właścicielem jednego z bardziej wrażliwych głosów w muzycznym biznesie. No-Man – jako przykład kunsztu i wrażliwości - pojawić się musi. Każdy pewnie obstawiłby Returning Jesus i ja też miałem taki zamiar, ale jednak częściej wracam dziś do płyty następnej. Rozwój ciągle jest obecny - właściwie z albumu na album, duet Wilson/Bowness (i goście) proponuje swój styl, ale w ciągle modyfikowanej wersji. Returning Jesus to muzyka szlachetna i dostojna - Together We are Stranger to niemalże to samo, ale mniej gładko, płynnie. Jest za to więcej niedopowiedzenia, jakiegoś sennego urojenia i niepokoju. To wszystko jakieś brudne takie i zimniejsze (pewnie przez bardziej eksperymentalną produkcję). Ale mimo zgrzytów, dysonansów i faktury nieoczywistej jest tu przede wszystkim miejsce dla intymnej refleksji. Wszystko tutaj jest – co u No-Man niezmienne od lat – natchnione i piękne jak diabli. Właściwie nie nazwałbym tego czymś co wciąga i wpada w ucho. To raczej podróż z odrobiną niewiadomego. I kończy się bez wielkiego finału. W sam raz, żeby jeszcze raz zacząć tym glitchowym szumem i obejrzeć ten stan duszy utraconej.. Bo nagle sie okazuje, że każdy ma tą cząstkę.


Dawid w ostatnich latach odszedł na bok, po cichutku zamykając za sobą furtkę od swojej krainy mroku. Powody zawsze te same - osobiste. Nie warto tego rozgarniać, przecież najważniejsze jaka wynikła z tego muzyka. Toć ból najlepszym twórcą.. przynajmniej bardzo często wynikaj�� z tego rzeczy dobre. Dawid S. stworzył muzykę do jakiej nas przyzwyczaił - piękną, ale chyba nigdy wcześniej nie była ona tak przejmująca. To nuta rezygnacji sensu stricte - walka zaprzestana, pogodzenie sie z losem, trwanie z własnym

Kevin Moore to specyficzny facet, ponoć bez poczucia humoru. Albo odwrotnie, cyniczny z dobra maską. Tak czy siak, słuchając jego osobistych płyt, ciężko uwierzyć, że facet miał cokolwiek wspólnego z Dream Theater. Mike Portnoy po pierwszej kooperacyjnej płycie OSI, znowu nie wytrzymał i odszedł twierdząc, że z Kevinem jako ponurakiem, raczej ciężko pracować. Fakt, minorowy klimat do Kevina pasuje jak dobrze skrojony garnitur. Na tej płycie chyba nawet jeszcze bardziej. To dziwny, zakręcony i na pewno nietuzinkowy materiał,

bólem. Nikt w momentach samotności, nie oczekuje symfonii i przepychu. Na Blemish nie ma nawet melodii - konia z rzędem kto je odnajdzie i zanuci z lekkością. To rodzaj melorecytacji, deklamacji dźwiękiem - bliżej folkowej wrażliwości. Każdej nucie pozwala sie tu wybrzmieć do granic, ale nie znaczy to, że jest ich tu mało. Jest to jednak rodzaj ekspresji minimalistycznej, w dodatku, często na granicy atonalnej improwizacji. Właściwie nie ma tu miejsca na kompozycje zaplanowane, raczej jest ubarwianie dźwiękiem słowa,

który w dodatku jeszcze jest soundtrackiem do starego, równie dziwnego filmu z 1955 roku - Age 13. Właściwie części składowe są dobrze znane - czyli stara dobra melancholia w barwach post-rockowych, ambientowych, laptopowych, ale postać w jakiej zostało to stworzone to raj dla fanów smaczków brzmieniowych. Normalne to wszystko nie jest - hałasy za ścianą, śmiech/lament, daleko-wschodnia ornamentyka, pocięta rytmika, pogrzebowy fortepian. To album nagrany w domu (z pewną pomocą gości i

które jest tu królem. Fennesz swoją elektroniką wzbogacił głos i gitarę Sylviana, tworząc jedncześnie duet zrozumienia i skupienia, bez chęci dominacji. Jeśli jest tu jakiś pierwszy plan to należy do wokali. To trudna płyta, nawet bardzo, ale przecież i takie są potrzebne. Wierzę, bardzo chcę wierzyć, że więcej artystów na świecie podążyło tą drogą ekspresji, ale cóż.. Sylviana znamy nie od dziś i miło, że postanowił podzielić się takimi dźwiękami narażając w sumie swoją karierę na niebyt. Bo to jednak była kariera, prawda? Ilu się odwróciło?

żywych instrumentów) i nie ma wątpliwości, że Kevin jest tu władcą swoich demonów. A te są niepokojące, męczące no i .. intrygujące. Wymaga wielu przesłuchań i wcale nie daje to gwarancji, że Ci się spodoba. Ja słuchałem kilka wieczorów pod rząd, odkrywając rąbki kolejnej tajemnicy. Ponoć z filmem całość jest pełniejsza (idealnie współgra z obrazem) i warto chyba byłoby rozejrzeć się za tym rarytasem. To oniryczny album, który pewnie nie został zamieszczony w żadnym rankingu na świecie. Zamieszczę więc ja.


Wioleczela, akustyczna gitara, wokale, dzwonki.. ale zesamplowane. Muzyka duetu Nicka Zammuto i Paula de Jonga to w istocie zabawa samplami - całymi partiami zaprogramowanymi, pobcinanymi, obrobionymi, ale z zachowaniem melodii i klimatu. Niby nic nowego, ale w takim wykonaniu... Kompletnie zwichrowane, ale jednak wrażliwe to granie. Z szacunkiem dla klasycznych instrumentów, ale i otwartymi oczami na kluby i technologię. Warto posłuchać, bo to taka definicja poszukiwań na nowy wiek. A czemu ta płyta? Cóż, to mogła by być którakolwiek z ich 4 płyt, ale debiut najbardziej zaskakuje.

Dość zaskakująca kolaboracja (RIP) Marka Linousa i Christiana Fennesza. Spotkanie się dwóch światów - tego alternatywnego i tego elektronicznego, nie zaowocowało jednak jakąś eklektyczną miksturą. To luźny eksperyment, gdzie wrażliwy wokal i melodie Linousa są przemielone przez dziwny świat dźwięków Fennesza prawdopodobnie nic nie było planowane, jeno nagrywane pod wpływem chwili z pomocą laptopów, samplerów i gitar. Niepokojący, duszny klimat ma jednak dużo intymnego piękna w sobie. Jest w tym jakiś pomruk czystego smutku, ale też dziecięcej naiwności i plumkania po obrzeżach wyobraźni. Zatopione w przesterze i pogłosie dźwięki, uwalniają coś czego słuchacz mógłby się nie spodziewać. Cała współpraca chyba była czymś kreatywnym dla obu panów - do tego stopnia, że doszło do kilku występów na żywo. Teoretycznie więcej tu Fennesza, ale to przez wokalizy Linousa i skrawki jego piosenek, płyta nabiera innego charakteru. Panie Marku, do zobaczenia po tamtej stronie.

Hip-hopowy skład łączący ściany drone’ów i rapowe deklamacje, to ewenement równie rzadki co zmiany w polskiej piłce. W dodatku na tej płycie, brzmienie nabrało jeszcze cięższego i złowrogiego wymiaru. Apokaliptyczne, depresyjne teksty o kondycji człowieka i polityki XXIw. mają tutaj solidne oparcie w odpowiedniej warstwie elektronicznej. Sam wokal też mógły służyć za instrument. W dużej części jest dość stonowany, beznamiętny, jakby obojętnie wypluwający słowa. Z tej powłoki wyłania się jednak także gniew klimat bywa zagęszczony, hałas w tle nabiera niemal doom-metalowego ciężaru. Same utwory trwają często powyżej 7 minut co nie wpływa pozytywnie na samopoczucie - to jak trans, który wciąga i zagłusza tłustym, ciężkim bitem, tudzież zanieczyszczoną elektroniką. Prócz tej płyty, warto też rozejrzeć się za kooperacją Daleka z krautrockowym Faustem - to także wartościowa płyta.

Duet electro, The Knife zawsze balansował na granicy delikatnego (albo i większego) kiczu, proponując nieco schizofreniczne kawałki na imprezę - o dość zróżnicowanym klimacie i różnoraką produkcją. Płyta solowa połowy duetu, czyli pani Karin Dreijer, to inna para kaloszy. Mroczna, duszna, bardziej psychodeliczna, przypominająca nieco Bjork, muzyka. To także otoczka - jak zawsze odjechana, tym razem jednak pełna symboliki. Indianie, plemienność, śmierć, groteska, brzydota - to liczne maski, które objawia nam pani Karin, czy to w muzyce czy to na swojej twarzy. Ten świat inspiruje i wciąga swoją pokrętną grą. Wiadomo, że to mrugnięcie okiem, ale dreszcz pozostaje. To też po prostu, fajne, melodyjne i nieco odjechane piosenki.. do słuchania, niekoniecznie tańczenia.

W ostatnich latach nazbierało się nieco rytmicznych, elektycznych estremistów w świecie muzyki klubowej/eletronicznej, że tylko wspomnieć dokonania Amona Tobina. Nikt jednak z tej elity swoistej nie wyrobił tak rozpoznawalnego stylu co Squarepusher. Dziwak nie rozmawiający z dziennikarzami, nieczęsto wychodzący poza wrota swojego mieszania, oferuje dość zasakujący melanż brzmień. Diabelnie zdolna postać, która tworzy muzykę klubową, jednocześnie objawia się jako świetny basista (do Pastoriusa porównywany), producent, perkusista, gitarzysta jazzowy i cholera wie kto jeszcze. Wg. zacnej idei “do it urself” nagrywa płyty nie patrząc na nikogo, niezgodne z trendami, za to w pełni podporządowane swojej zwichrowanej, mocno chaotycznej wizji artystycznej. Z ektremisty drum’n’basowego, jest w stanie przeształcić się w smakosza akustycznej gitary, tudzież energetyka strzelającego frazami funkowego basu jak serią z karabinu. Jest i spokój, ale też masa totalnie pociętego, glitchowego, obrobionego rzężenia po uszach. Trudna, momentami ekstremalna płyta, ale jak to u tego artysty bywa, pełna humoru i dystansu. Laurka dla ambitnej elektroniki XXIw.


AYREON

ANEKDOTEN

FJIERI

ARK

Burn the Sun

Six Degrees of Inner Tutbulence

Inside Out, 2004

Virta, 2003

Forward Music Italy, 2010

Inside Out, 2001

Elektra Records, 2002

Niewiele dobrych concept-albumów było w tej dekadzie. Ten jest na to pie wykonawczym i kompozytorskim. Mniej tu dominacji syntezatorów jak to bywało w przeszłości, za to dużo żywego instrumentarium (skrzypce choćby). Bywa też ciężej, bardziej metalowo. No i goście wśród których Anneke van Giersbergen, James LaBrie czy Devin Townsend (ten ostatni wyprodukował album, ale też powydzierał gardziołko w kilku momentach). Całość sprawia wrażenie jakby mogłaby istnieć w formie musicalu do wykonywania na deskach teatru. Warto!

To kolejny piękny przykład szwedzkiej muzyki progresywnej - z najwyższej, uznanej już dawno półki. Znowu retro w stylu King Crimson, jednak nie o dźwiękowy labirynt tu chodzi, a wciągające, poruszające kompozycje. Klimat pierwsza klasa by go wyczuć trzeba jednak płyty posłuchać w całości. Mimo młodego wieku, panowie (i pani) z Anekdoten sprawiają wrażenie jakby prog z lat 70tych mieli we krwi. Albowiem grać to jedno, a czuć to inna sprawa. Można tu przytoczyć inne zespoły - Wobbler, Overhead, Gargamel. Jeżeli możliwym jest mówić o zaistnieniu jakiejś specyficznej, niszo wej mody na retro granie, to Anekdoten pozostaje wciąż najbardziej rozpoznawalny. Wokal natchniony i łatwość w tworzeniu zapamiętywalnych melodii, stawia ich na czele.

Najlepsi prawdopodobnie spadkobiercy idei Porcupine Tree z lat 90tych, tudzież brzmień około-orbitowych w stylu Jansen/Barbiei/Karn. Czyli wysmakowany pop i przestrzenny, space’owy prog, który generalnie ma wysyłać słuchacza w kosmos. Klawiszowiec Stefano Panunzi ze swoimi markowymi, subtelnym, klawiszowym przestrzeniami, nagrał też zacne płyty solowe, ale tutaj słychać przede wszystkim pełnoprawny zespół, a więc dynamikę i groove. Więcej tu wręcz zadziornych partii gitar i inteligentnej, zdecydowanej gry sekcji. Wciąż jednak nastrój ma najwięcej do zaoferowania i eteryczność (z kontrastami) jest fundamentem płyty. Nazwiska jak Tim Bowness (gościnne wokale) czy Richard Barbieri (produkcja) wydają się czymś naturalnym i nietrudnym do przewidzenia - ale to zaleta. Zwiewna, rozmarzona (ale nie rozmydlona), zask akująco dobra płyta. Niekoniecznie też zaskakująca, ale ciężko znaleźć lepsze, stylowe przykłady z ostatnich 10ciu lat.

Dowód, że prog-metal nie oznacza tylko “zrzynamy z Dream Theater”. Z ręką na sercu mogę rzec, że ten band jest jedyny w swoim rodzaju. Ich bazą jest klasyczne heavy, tudzież hard-rock podparty progresywnymi patentami, ale ile tu oryginalnych wtyków. Flamenco, psychodeliczne mo tywy, stopa perkusyjna zmiksowana w stukot opadającej monety (świetny motyw!), zamierzone fałsze wokalne, orientalizmy - i o dziwo - mało tu instrumentalnej popisuwy. Bez nadmiernej spinki, już po 15 sekundach wiadomo, że to zdolni muzycy. Kapitalne partie bassu, gitara o różnych odcieniach, no i ten wokal - Jorn Lande to mógłby być absolutny następca Dio, tudzież Coverdale’a. Poza tym to bardzo zróżnicowana, mocno melodyjna, momentami wręcz flirtująca z popem, dość refleksyjna płyta. Polecam i czekam na powrót zespołu, który się szykuje.

To najlepszy album DT w tej dekadzie. Najbardziej poszukujący, niedwuznaczny, eklektyczny. Chwilami zupełnie odjechany, na granicy stylów. Być może dla niektórych jest to przykład nieznosnego nadęcia i buńczuczności – bo łatwiej powiedzieć, czego na tym albumie panowie z DT nie zawarli. Są tu sample wszelakie, orkiestra, psychodelia, transowa elektronika, trash, słodka liryczność, instrumentalne pojedynki i epicki finał z 3-minutowym fade out (efekt boski, zwłaszcza dla tych co znają początek płyty nastepnej). Sporo, ale wszystko – o dziwo – mieści sie w stylistyce DT. Wszakże do monumentów ten zespół dążył od zawsze. Ta płyta to prawie finał ich drogi rozwojowej, zapakowany w obszerny kawał muzyki – to przecie 2cd, ale jest to wartościowy podział materiału na dwie całości. Obie równie dobre. I tylko szkoda, że chłopaki nie poszli bardziej w te NIEkonserwatywne rejony. Ich nastepny album, znacznie cięższy, mocno trashowy Train of Thought okazał sie też niemałą niespodzianką, choć patrząc wstecz na dyskografię zespołu, kształt płyty nie był aż tak trudny do przewidzenia. Od kolejnego, raczej nudnego Octavarium, DT zaczął niestety zsuwać sie po równi pochyłej, znikając w czeluści wysoce profesjonalnej, ale jednak nijakości. To wciąż króle prog-metalu, tyle, że w tej sytuacji to prawie jak jarzmo, niestety.

Human Equation

Gravity

Endless

DREAM THEATER


P

olskim wykonawcom też się należy co najmniej kilka słów, tym bardziej, że wraz z tą dekadą przyszło nam żyć w kraju, gdzie jednak obrosło ludźmi utalentowanymi, a samo myślenie o tworzeniu i produkowaniu muzyki - w porównaniu z raczkującym światkiem Polski lat 90tych - wzbiło się wysoko w górę. Posiadamy dzisiaj sporą grupkę wykonawców, którzy bez wstydu mogą promować nasz kraj poza granicami i to należy chwalić. Wciąż oczywiście, to co wartościowe odbywa się poza zainteresowaniem dużych mediów (choć należy tutaj pochwalić działalność Mystic), ale do tego chyba każdy już się przyzwyczaił. Jedna strona pomieści niewiele, ale to raczej forma suplementu niż oddzielny temat.

INDUKTI

Indukti sprawnie zareklamował w Polsce brzmienia z okolic Sleepytime Gorilla Museum i King Crimson, dodając sporo od siebie. Plemienne zaśpiewy, wokalne deklamacje i folkowe momentami nuty, idealnie współgrają z zdehumanizowaną, technicznie metalową masą. Ściana ciężkich dźwięków wprawia w stan hipnozy, ale i ukrywa sporo piękna. Mocna, trudna, wartościowa płyta. Strach pomysleć co będzie dalej.

COMA

Bo to świetny, monumentalny, prawie concept album o wzniosłej treści przekazywanej przez mocno ornamentową warstwę tekstową. Technicznie sprawnie zagrana, na pograniczu gatunków - wspaniałe wyjście z post-grungowego/juwenaliowego bagienka do ekstraligi polskiego rocka. Można nie lubić tej pretensjonalności, ale nie sposób przejśc obojętnie - otwierający, ponad 15tominutowy epos i zamykający, psychodeliczny odjazd, nie pozostawiają wątpliwości. A jest jeszcze miejsce na hity, utwory refleksyjne i regularne czady. Należy koniecznie odsłuchiwać płytę w całości, albowiem napięcie rośnie z utworu na utwór. Skończona całość!

Idmen, 2009

Zaprzepaszczone Siły wielkiej Armii świętych Znaków, 2006

PINK FREUD

Monster Jazz, 2010

Bo to najlepszy album, najważniejszego przedstawiciela polskiego nu-jazzu. Elektronika, motywy z Komedy, punkowa energia, transowość i humor. Wspaniały miks dla fanów nowego jazzu, nie bojących się poszukiwań.

RIVERSIDE

To juz dzisiaj oczywista, pierwsza liga prog rocka z Polski. Trochę Porcupine Tree, Pink Floyd, nieco też mocniejszego uderzenia. Nastepne albumy czasem osiadały na mieliźnie, tu za to jest perfekcyjnie. Bardzo nastrojowo, melodyjnie - niekoniecznie nowocześnie, ale ta nieco oklepana formuła, trochę neo-progresywna muzyka zadziałała z zadziwiająca mocą. Punkt zwrotny dla polish proga. Dzisiaj porównuje się do Riverside- także poza granicami!

JACASZEK

Niepokojący miraż muzyki współczesnej i ambientonalnych, elektronicznych tonów. Niemalże pogrzebowa melodyka wprowadza niezwykły nastrój. Nakierowuje na Kochanowskiego, ale to żaden szkolny concept. Całość trochę wolno idzie, ale nie sposób spodziewać sie czegoś innego. Aranże skromne i szlachetne są wzbogacane przez żeński wokal Mai Siemińskiej. Lament w pięknej oprawie dla cierpliwych i uważnych. Płyta stała się popularna i zwróciła uwagę wielu nietypowych słuchaczy. Promocja szlachetnych dźwięków może mieć i taki wydźwięk. Intryguje.

Out of Myself, 2003

Treny, 2008

ORANGE THE JUICE You Name It, 2008

SATELLITE

Into the Night, 2007

ŻYWIOŁAK

Nowa Ex-Tradycja, 2008

LAO CHE

Powstanie Warszawskie, 2005

Rewelacyjny (i niestety krótki) mix gatunków na modłę Mr. Bungle, Franka Zappy, Residents i wielu innych. Jest jazz (dęciaki obecne!), hardcore, metal, polski bigbeat z lat 60tych - całość oblana nieco schizoidalnym, kabaretowym humorem. Płyta kończy się w mgnieniu oka i nie sposób nie wcisnąć repeat! Wciąga jak bagno! O dziwo - skomplikowane może być nośne.

Rock progresywny bez patrzenia w tył i oczywistego naśladownictwa. Roi się tu od niebanalnych aranżów i wycieczek poza ograny styl. Ponadto lekkość świetnie przemyślanych, czasem niemalże popowych melodii wzbudza zachwyt. Mr. Szadkowski udowodnił, że wciąż należy do krajowej ścisłej czołówki i na Collage nigdy się nie skończyło.

Folkowa bomba. Artystyczny sukces gdzie udało się połączyć klasyczne folkowe nuty z elektroniką i także cięższym uderzeniem. Niepokoi i hipnotyzuje. Zasłużenie i obficie nagradzona płyta.

Niezwykłe spojrzenie na wciąż wzbudząjącą emocje historię wojennej Polski. Wizualizacja żołnierskich, emocjonalnych songów z powstania warszawskiego, w aranżu punkowo/alternatywnym? To się sprawdziło. Dzisiaj zespół jest szeroko rozpoznawalną gwiazdą, która nie musi się obawiać stylistycznych eksperymentów.

SKALPEL

LECH JANERKA

Sculpture, 2003

Fiu, Fiu, 2001

Niezwykle interesująca płyta dwóch DJów, którzy wzięli się za stary, polski jazz. Idealna propozycja do muzyki tła dla klubowej atmosfery. Nieco niepokojąca i niekoniecznie oczywista dawka nowoczesności, klasyki i nielicznych wokali. Ninja Tune docenił - kariera stoi otworem.

Lech im starzy tym lepszy. Wciąż zaskakująco celny tekstowo, ze sprawnym okiem obserwatora. Do tego niby popowe piosenki, ale z niebanalnym aranżem, plus ostatni utwór, niemalże progresywny o atmosferze tak natchnionej, że zaspokoi wymagające ucho. Rzadko Lech nagrywa, ale jak już się ukaże.. zawsze jest to całość nietypowa i intrygująca. PS: Na płycie są obecne szumy i sample powstałe spod palców dwóch członków Aural Planet.

Oprócz tego na uwagę zasługują: ARMIA - Ultima Thule BLINDEAD - ImpulseEP KOMBAJN DO ZBIERANIA KUR PO WIOSKACH - Ósme Piętro THE CAR IS ON FIRE - Lakes & Flames SISTARS - Aeiou BEHEMOTH - Evangelion KARBIDO - Music4Buildings vol 1 & 2 MONIKA BRODKA - Granda (tak!) QUIDAM - Pod Niebem Czas KORMORANY - La musica teatrale GEORGE DORN SCREAMS - O’Malley’s Bar GRZEGORZ TURNAU - Cafe Sułtan EWA BRAUN - Stereo


suplement Jak to zwykle bywa w rankingach, nie da sę nagrodzić wszystkich. Jako, że ta dekada, choć nie wybitna, obfitowała w sporą ilość dobrych płyt, warto zrobić mini­listę tych, które mimo, że nie wybitne, to jednak zdecydowanie są warte odsłuchu. INTERPOL-Turn on the Bright Lights (2002) TV ON THE RADIO - Desperate Youth, Blood Thirsty Babes (2004) DREDG - The Pariah, The Parrot, The Delusion (2009), albo El Cielo z 2002 PIANO MAGIC - Part Monster (2007) HOOD - Cold House (2001) KATATONIA - Night Is the New Day (2010) CYNIC - Traced in Air (2008) MINSK - The Ritual Fires of Abandonment (2007) FANTOMAS - The Director’s Cut (2001) BORIS/SUNN 0))) - Altar (2006) KINO - Picture (2005) RPWL - World through my Eyes (2005) OSI - Office of Strategic Influence (2003) MARILLION - Marbles (2004) RAIN - Cerulean Blue (2004) JOANNA NEWSOM - Ys (2007) PORTISHEAD - Third (2008) Zabrakło też miejsca dla Animal Collective - ich ekstatyzm do mnie nie przemawia. Sorry, Winnetou. :P

jazzem?

co z tym

Wypadałoby by napisać coś o płytach jazzowych - problem w tym, że nie widzę typów bezwzględnych, co gorsza, za dużo to ja tego nie słuchałem. Na pewno należy wymienić MOŻDŻER / DANIELSSON / FRESCO - The Time (2005), bo to płyta na światowym poziomie z Polakiem, który w tej dekadzie zasłużenie błyszczał. Chętnie odznaczę PATHA METHENY’ego i This Way Up (2005) - to najlepsza płyta tego składu w tej dekadzie, wciąż chwytliwa i rozpoznawalna, ale też z większą dozą eksperymetu studyjnego i miejsca dla improwizacji, których tu nie brakuje. Uczta dla ucha. Nieźle też poczynają sobie młodzi eklektycy z JAGGA JAZZIST - każda z ich płyt zasługuje na uwagę, najbardziej jednak jazzują na debiucie (2001) lub na płycie The Stix (2003) - obie polecam. Oczywiście, puryści nie mają tu za wiele do odsłuchania, ale rządni nowego, nowoczesnego spojrzenia będą uradowani taką wizją około-jazzową. Dla bardziej wymagających znajdzie sie propozycja szeroko-widzącego BILLA FRISELLA - History, Mystery (2008), gdzie kolektywny jazz nie kończy się na podróży po standardach porozumienia w improwizacji, ale odjeżdża w stronę innych brzmień - folku, bluesa, muzyki filmowej. Unurzane to wszystko w dość leniwym, niemalże post-rockowym graniu, nieodbiegające jednak zbyt daleko od struktury jazzowej. Kreatywne i poszukujące - perła dla dociekliwych. Bardziej monumentalnie zabrzmiał TERJE RYPDAL na płycie Lux Aeterna (2003) gdzie jazz miesza się z wpływami muzyki klasycznej, ale też pewien pierwiastek Roberta Frippa (solowego, późnego) jest tu wyczuwalny. Patrząc na kraje skandynawskie, trzeba tu odznaczyć cały label Rune Grammofon, który zacnie promuje artystów poszukujących i nietuzinkowych. Promowany jest tu nie tylko jazz, ale takowy w najróżniejszych odcieniach, jednak dominuje. Warto tu odznaczyc takie nazwy jak Supersilent, Jazzkammer, Food, Puma czy Spunk. Akustyczni ortodoksi ucieszą sie natomiast z albumu koncertowego, starego mistrza, KEITHA JARRETTA - Paris/London:Testament (2009) - jest to pierwszorzędnej urody pianistyka o setkach twarzy, odcieniach, zróżnicowanej dynamice i wrażliwości. Dla koneserów - do smakowania na lata. Przeciwieństwem formalnym jest propozycja HERBIE HANCOCKa - The Imagine Project (2010). Stosunkowo lightowy projekt z muzykami z całego świata (i gwiazdami) i materiałem... coverowym. Warstwa i aranżacja instrumentalna mistrzowska, sama treść nie zawsze, jednak trudno o tej płycie nie wspomnieć. Starzy wyjadacze ciągle są w stanie poszukiwać i kombinować.


Zapraszamy na ProgRock.org.pl z ostatniej chwili..... Lee Harvey and The Oswalds Tombola

Wiele rzeczy w życiu słyszałem. Nie miało to jednak wpływu na moje wielkie zaskoczenie po zapoznaniu się z materiałem zatytułowanym Tombola zespołu o dość kontrowersyjnej nazwie Lee Harvey and The Oswalds. Wszak nigdy bym nie przypuszczał iż tego typu nieokiełznana muzyka może wyjść z Niemiec. Czy to kontra wobec stereotypów albo po prostu erupcja muzycznych talentów? Prawdopodobnie jedno i drugie. Septet muzyków na płycie Tombola wykreował jedenaście utworów pełnych najlepszych rock n’ rollowych rozwiązań, jak i absolutnie namacalnych wpływów jazzu, death metalu, hard rocka, elektroniki, progresji, psychodelii, heavy metalu oraz country. Nie przesadzam! Na tym krążku znalazło się tak wiele różnych patentów, które sprawiły, że Lee Harvey and The Oswalds powinien być zespołem stanowiącym obowiązkową przygodę – bo inaczej tej muzyki nazwać nie można – dla wszystkich fanów niekonwencjonalnego grania. Przyznam, że w nutach niemieckiego zespołu kilkukrotnie poczułem się jak w cza-

sach najbardziej psychodelicznego okresu Voivod. Nie inaczej bowiem rozprawiać o  takich utworach jak Project 52 i The Sky Remains in Silence niż w kategorii psychodelii, trudnej z definicji progresji oraz zabrudzonego rocka. To bardzo przyjemne skojarzenie budzi się w samym środku płyty poprzedzonym na wstępie czymś co można określić rock n’ rollem z wpływami jazzu w utworze tytułowym (kapitalne partie saksofonu altowego i tenorowego!) oraz rock n’ death metalem w utworze Breakdown, a także wpływami southern rocka w Lost Train To Nowhere. Samo voivodowanie zaczyna się już przy utworze Travel, który poprzez Electric Storm wprowadza do magnetycznego klimatu. Obok znakomitych partii instrumentalnych świetne wrażenie robią zmieniające się wokale w postaci growlingu Floriana Batza oraz zadziornych partii Manuela Leupolda. Po kulminacyjnej części płyty następuje jeszcze kilka elektryzujących numerów na granicy hard rocka i heavy metalu pod postacią Path Of Time, Strawberry Cheesecake oraz Purple Ship. Trzeba nadmienić, że i w rzeczonych kompozycjach zagrała wyobraźnia niemieckich muzyków, bo chwilami mia-

łem wrażenie, że jestem w klimacie country, a chwilami, że oto Brudny Harry mierzy mi z magnum 44 w twarz. Całość wykańcza Lotus kapitalnie wypełniony partiami saksofonów. A co bardziej cierpliwi fani będą mieli jeszcze okazje posłuchać ukrytych dźwięków utrzymanych w elektronicznych klimatach, coś w stylu easter eggów też często serwowanych przez Voivod. Niestety ja sam natrafiłem na Tombolę zupełnie przypadkowo, bowiem przeglądając któryś z ostatnich katalogów Nuclear Blast przyciągnęła mnie interesująca okładka, która wzbudziła we mnie skojarzenia z najlepszym okresem lat studenckich. Nieco w drodze hazardu postawiłem na ten album, a samo ryzyko zostało nagrodzone w postaci wybornego materiału. Pojawiła się w nim bardzo szeroka paleta wpływów muzycznych, przemyślana struktura (w uproszczeniu: hard rockowe otwarcie – kulminacja w progresji i psychodelii – hard rockowe zamknięcie) oraz improwizacje, który sprawiły, że na mojej skórze pojawiły się przyjemne dreszcze. Ocena 9/10 Konrad Sebastian Morawski


03.2012 Biuletyn podProgowy BP8