Page 1

Biuletyn podProgowy

kwiecień/czerwiec 2012

Goblin MASTODON AIR Eddie Van Halen SPINAL TAP Rob Zombie Józef Skrzek POPOL VUH Minimaticon MUZYKA FILMOWA

Przegląd zjawisk łaczących kino z muzyką rockową

ELP – BRAIN SALAD SURGERY– Przerost

formy nad treścią czy progresywne arcydzieło?

GOBLIN

Krew, pot i zmasakrowane ciała ofiar, czyli włoski Goblin w służbie giallo

VI FESTIWAL ROCKA PROGRESYWNEGO W GNIEWKOWIE

rozmowa z organizatorami: Sławkiem i Januszem Bożko oraz artystami: Retrospective, Ananke, Yesternight, Votum, Figure Smile, The Skys

Felieton: Tymczasem w Krakowie, na

ulicy Gołębiej... | Trybik na Pegazie – 3D Artykuł: Galahad Wywiady: Poutatorvi Recenzje książek i DVD | Progstreeming.com | Kanon75.


kwiecień/czerwiec

W

marcu jak w garncu, kwiecień plecień, a w maju jak... W majowym, czy raczej majowo-czerwcowym, numerze nowego Biuletynu podProgowego tematem numeru uczyniliśmy przegląd zjawisk filmowo-muzycznych, z naciskiem na: rockowo-filmowych. Pod lupę nasi autorzy wzięli filmy fabularne okraszane ciekawymi soundtrackami, filmy typowo muzyczne zostawiając na inną okazję. Przegląd ten jest, jak to mawia jeden z naszych recenzentów, cholernie subiektywny. Nie aspirowaliśmy do syntetycznego ujęcia, ale raczej do ukazania różnorodności tematu. Symfonik, metal, folk, neoprog, krautrock... Związki kina i świata muzyki to jednak nie tylko ścieżki dźwiękowe. Ile to razy muzycy rockowi na swych albumach dawali przykłady fascynacji „dziesiątą muzą”? Babe Ruth na debiucie z 1972 roku wpletli w piosenkę The Mexican fragment kompozycji Ennio Morricone do filmu Za garść dolarów więcej. Titus Groan, ukrył w swojej twórczości motyw przewodni z serialu Mission: Impossible. Brian May, do spółki m.in. z Eddiem Van Halenem, nagrał swoisty tribute dla japońskiego serialu sci-fi dla dzieci. Jak tu nie wspomnieć o Slashu, grającym na koncertach Guns N’ Roses solo gitarowe oparte na muzyce z Ojca chrzestnego? Jak też nie wspomnieć o Janie Hammerze z Mahavishnu Orchestra, który stworzył Crockett Theme, znany Policjantów z Miami? Przykłady można mnożyć. Do tego dochodzi tekstowe przenikanie się światów muzycznych i filmowych (każdy fan kina grozy słyszał zapewne – a przynajmniej powinien – nagranie zespołu Bauhaus zatytułowane Bela Lugo-

si’s Dead). Odrębną kategorią będą komentarze i opinie o muzyce rockowej wygłaszane przez bohaterów filmowych. A te bywają komiczne (vide tekst z filmu Głupi i głupszy o Beatlesach), bywa też, że rzucają światło na bardziej skomplikowane zagadnienia (np. rozmowa o Creedence Clearwater Revival w Szklanej pułapce 4.0 a problem konfliktu pokoleń). Kino fabularne nie ma oczywiście wyłączności na stosowanie muzyki rockowej, którą bez problemu odnajdziemy też w... kreskówkach. Heavy Metal animowany film z 1981 roku będzie tu najlepszym przykładem. Dzieło to zostało zresztą genialnie sparodiowane w swoim czasie przez twórców serialu South Park. Nie wolno jednak zapomnieć o słynnych przygodach Wilka i Zająca, czyli radzieckiej kreskówce Nu, pogodi! Tam w ramach ścieżki dźwiękowej usłyszymy m.in. fragmenty kompozycji Popcorn Gershona Kingsleya (mającej swe miejsce w historii Mooga, zarysowanej w  niniejszym numerze Biuletynu) i Spinning Wheel Blood, Sweat & Tears (którzy, swoją drogą, popełnili w 1971 roku soundtrack do komedii romantycznej z B. Streisand w roli głównej). Materiału, jak widzicie, starczyłoby na doktorat... Temat numeru to jednak nie wszystko, co przygotowaliśmy dla Was w nowym Biuletynie. W środku czeka gratka dla fanów ELP, coś dla tych, którzy chcieliby zapoznać się bliżej z Frankiem Zappą, sporo tekstów niejako zapowiadających zbliżający się dużymi krokami festiwal w Gniewkowie i cała masa innych atrakcji. Przyjemności płynącej z lektury życzy Redakcja

Redakcja Biuletynu podProgowego Marcin Łachacz, Jacek Chudzik autorzy numeru: Krzysztof Baran, Paweł Bogdan, Jacek Chudzik, Aleksander Filipowski, Mikołaj Grażul, Michał Haase, Michał Jurek, Aleksander Król, Krzysztof Michalczewski, Bartosz Michalewski, Konrad Niemiec, Krzysztof Pabis, Paweł Tryba stali współpracownicy: Jan Włodarski kontakt: www.ProgRock.org.pl, email: progrock@progrock.org.pl, tel: 501 655 103

2

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec

Spis treści

kwiecień / czerwiec  2012

Temat numeru

Od Raga do Rocka, czyli kilka słów o muzyce filmowej Popol Vuh – krautrockowy świat Herzoga Krew, pot i zmasakrowane ciała ofiar, czyli włoski Goblin w służbie giallo Rockowe aktorstwo Mastodon, Eddie Van Halen, Spinal Tap, Rob Zombie, Air, Minimatikon, Józef Skrzek

24 26 38 40 28

Brain salad surgery – Przerost formy nad treścią czy progresywne arcydzieło?

06

Wywiady

Poutatorvi SeQ i Prince Olo Sławek i Janusz Bożko Retrospective Ananke Yesternight Votum Figure Smile The Skys

Sylwetki

Zappa Galahad

16 47 52 54 56 58 60 62 64 20 48

Recenzje 31

OSI Gavin Harrison & 05Ric The Mars Volta Meshuggah It Bites Paul Nelson

Felietony

Tymczasem w Krakowie, na ulicy Gołębiej... Trybik na (Pe)gazie – 3D

Recenzje Książki i Filmy 360 płyt dookoła świata cz.IV Kanon biuletyn podProgowy

04 05 75 42 50 3


kwiecień/czerwiec

Tymczasem w Krakowie, na ulicy Gołębiej...

K

inematograf, kinematograf, kinematograf i gramopathefon. Bęc. Biuletyn filmowy – zacna rzecz. Na spotkaniu redakcyjnym udało mi się podejrzeć wstępniak. Mowa tam m.in. o sytuacjach, w których to na srebrnym ekranie dzielni bohaterowie dysputują o muzyce, o rocku. Od razu pomyślałem, że znam ja jedną taką scenę i muszę ją nakreślić przed oczami duszy waszej. Film stosunkowo młody, bo z roku 2008. Reżyser – Darren Aronofsky. Tak: The Wrestler, znany u nas pod tytułem Zapaśnik. W roli tytułowej wystąpił Mickey Rourke. Jego partnerką na planie była Marisa Tomei. W jednej ze scen siedzą oboje w barze. Za oknami jeszcze jasno. W lokalu niemal nikogo nie ma. Z głośników w pewnym momencie zaczyna lecieć piosenka Round and Round, pierwotnie nagrana w 1984 roku przez zespół Ratt. Rourke wczuwa się w nastrój. Zaczyna śpiewać i gibać się do rytmu. Do zabawy wciąga początkowo zażenowaną całą tą sytuacją Tomei. Piosenka kończy się. Rourke zaczyna z rozżewnieniem wspominać rock/metal lat 80. Wymienia Mötley Crüe, Guns N’ Roses, po czym z jego ust pada znamienne: „And then that Kurt Cobain pussy had to come and ruin it all”. Na co odpowiada mu główna bohaterka: „Like there was something wrong with having a good time!”. Yea! Damn right! Nie o tym jednak miało dziś być. Chciałem się – znowu – odwołać do wstępniaka, tyle że z poprzedniego numeru Biuletynu podProgowego. Padła tam zapowiedź o realizacji numeru poświęconego związkom rocka i piłki nożnej. Żart, żartem, ale rękawica została rzucona. Czas podjąć wyzwanie! Głowy, ani żadnego innego mego członka, nie dam sobie uciąć, ale mam niejasne wrażenie, że kiedyś, gdzieś (za górami, za lasami...), czytałem socjologizujące zestawienie futbolu i rocka. A może mi się przyśniło? Już pobieżny rzut oka na zagadnienie dostarcza nam sporo materiału do badań komparatystycznych. Zarówno w przypadku kultury piłkarskiej, jak i rockowej mamy klarowny podział na bohaterów (drużyny, zespoły) oraz na tych, którzy ich wielbią (kibice, fani). Bycie kibice/fanem często pomaga w zaspokojeniu potrzeby przynależności do grupy (jak w przypadku większości stadnych odruchów pojawić się tu mogą patologiczne zjawiska, jak np. agresja względem innych grup). Identyfikacja z daną grupą manifestuje się m.in. poprzez noszenie określonych barw (koszulki, szaliki, logotypy). Zarówno fanów rockowych, jak i kibiców gromadzą przedstawienia: sportowe lub muzyczne. Owe spektakle często rozgrywają się w tej samej przestrzeni – na stadionach.

4

Zostawmy jednak dywagacje natury ogólnej i przejdźmy do przykładów. Chociaż kilku. W 1945 roku na Broadway’u zagościł musical Carousel autorstwa spółki kompozytorskiej Richard Rodgers-Oscar Hammerstein II. Jedna piosenka z tego przedstawienia zrobiła oszałamiającą karierę, a przyczynił się do tego zespół Gerry and the Pacemakers, który nagrał ten utwór w roku 1963. You’ll Never Walk Alone, bo o nim mowa, szybko stał się piłkarskim szlagierem, a z czasem hymnem F.C. Liverpool. Utwór You’ll Never Walk Alone śpiewany chóralnie przez kibiców usłyszymy także w utworze Fearless z płyty Meddle Pink Floyd. Odnotować jednak trzeba dla porządku, że Roger Waters nie jest fanem Liverpoolu, a Arsenalu. Lider Pink Floyd nie jest w swej piłkarskiej pasji wyjątkiem wśród muzyków rockowych. Piłka nożna jest na Wyspach niezwykle popularna, mimochodem więc brytyjscy muzycy będą w mniejszym lub większym stopniu kibicami futbolu. Kibicem Arsenalu jest Rod Steward, Manchesterowi kibicuje Liam Gallagher (Oasis, Beady Eye). Całe Deep Purple jest „piłkarskim” zespołem, jego muzycy często sami grywają w piłkę, co dokumentuje m.in. teledysk do utworu Perfect Strangers. Z Iron Maiden jest podobnie, a ciekawscy bez trudu na youtubie znalajdą filmik pokazujący, jak to zespół gra na scenie w piłkę podczas awarii zasilania. Zresztą słynne „Up the Irons” wywodzi się ponoć w prostej linii od zawołania kibiców West Ham United, któremu to klubowi wierny jest Steve Harris (Dave Murray jest z kolei kibicem Tottenhamu Hotspur). Na koniec wypada jeszcze powrócić do wątku piłkarskich piosenek. We are the Champions zespołu Queen, grane jest chyba wszystkim wygrywającym w jakichkolwek zawodach, w tym Premiere League i Champions League. Oczywiście, nie wszystkie piłkarskie piosenki były równie udane. W 1978 roku zespół Slade popełnił kawałek Give us a Goal, który – jeśli mnie pamięć nie myli – miał ponieść reprezentację Anglii do tryumfu w mistrzostwach świata. Nasi biało-czerwoni otrzymali ostatnio Koko Euro spoko. Cóż... Co kraj, to obyczaj? Przełknę jad i powstrzymam się od brnięcia w ten temat. Bo Koko jest spoko. Zwłaszcza gospoda Koko w centrum Krakowa, którą strudzonym i głodym szczerze polecam. Tylko jakiegolowiek „euro” jest tam jak na lekarstwo. Ale może to i dobrze... Jacek Chudzik

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec

Trybik na (pe)gazie

D

3 R

Dawniej zaś frajda cała

Tkwiła w czym innym zgoła: Jeśli reżyser zdołał

Tak przykuć mą uwagę

Choć wstyd mi przyznać się

Bym przełknął jego blagę,

Jestem pewnie za stary,

Przy UFO z PCW,

Nie kręci mnie 3D.

By mi zabrakło tchu

Bo wszelkie Awatary,

Bym nagle poczuł mdłości

To dla mnie zwykłe ściemy.

Wierzył w maszkary z gumy

Z wrażenia, gdy szarżuje

Lubiłem dać się zwieść

Conany, Iron Many

Nie przeczę - podskakuję

Widząc z plastiku kości,

- W tym powód jego dumy!

Z ekranu na mnie armia.

Gdy scenariusz miał treść

Gdy szyi mej jest bliska

Aktorów gra wspaniała

Wspaniałe widowisko!

Lecz nastał okres taki,

Nieraz mnie strach ogarnia, Potwora macka śliska.

Albo gdy tuszowała

Technologiczne braki.

Lecz to niestety wszystko…

Gdy skrypt może być marny,

Obrazy te są bowiem,

Jest celem samym w sobie

Protezą wyobraźni!

By film nabrał rumieńców

Gdy wszystko mi opowie

Cóż, pozostała mi

Mierzi mnie kino nowe,

Powiedzmy to wyraźnie, Cóż mi po własnej głowie Grafika doskonała?

biuletyn podProgowy

Bo to efekt specjalny A nie tylko sposobem

Mam dosyć multipleksów! Kolekcja DVD.

5


Brain Salad Surgery


PRZEROST FORMY NAD TREŚCIĄ CZY PROGRESYWNE ARCYDZIEŁO? nikami fuzji rocka z muzyką klasyczną. Według ich opinii wypaczało to bowiem samą istotę rocka, który powinien pozostać prosty i bezpretensjonalny. Eksperymenty ze sztuką wyższą były ich zdaniem zaprzeczeniem tej idei, ponadto świadczyć miały o snobistycznych i megalomańskich zapędach ich twórców. Znany krytyk amerykański, Lester Bangs oświadczył arbitralnie w 1974 roku na łamach New Musical Express: ,,Każdy wie, że rock klasyczny nigdy się nie sprawdza’’.

I. WSTĘP Brain salad surgery to jeden z klasycznych albumów rocka progresywnego. Płyta ta może posłużyć jako znakomity materiał do wiwisekcji estetyki progresywnego idiomu. Skupia bowiem w sobie pewne fundamentalne cechy tego muzycznego zjawiska, które w latach 70-tych polaryzowało opinie muzycznej krytyki i milionów fanów rocka na całym świecie. Płyta ta aż kipi od wszelakich kontrowersji, jej powstaniu towarzyszyło wiele konfliktowych zdarzeń i incydentów (by wspomnieć tylko o takich sprawach jak tytuł roboczy płyty i jej szata graficzna). Sama muzyka także była niejednokrotnie skrajnie różnie oceniana, w zasadzie do dzisiaj nic w tej mierze się nie zmieniło. Niniejszy tekst jest próbą spojrzenia na ten problem niejako z dwóch stron barykady. Przeczytałem sporo różnych tekstów i opinii na temat tego albumu, które ukazały się na przestrzeni lat w prasie polskiej i zagranicznej oraz w innych źródłach, szczególnie instruktywne były te, które powstawały w pierwszej połowie lat 70-tych, opisujące to zjawi-

sko niejako na gorąco. Konfrontacja z opiniami wyrażanymi po latach tylko tę optykę wzbogaciła, poszerzając bazę poznawczą i horyzont refleksji. Sam znam ten album od dokładnie 25 lat, słuchałem go wielokrotnie, mam zatem także własne przemyślenia w tej kwestii, które postaram się przedstawić. Grupa Emerson, Lake and Palmer to jeden z najwybitniejszych przedstawicieli rocka progresywnego. Formacja, która odegrała niezwykle istotną rolę w procesie kształtowania się art rockowej stylistyki. Sam Emerson to jeden z prekursorów całego gatunku, który w latach 60-tych wraz z grupą The Nice współtworzył estetyczne podglebie dla jego rozwoju, odwołując się do bogatej skarbnicy muzyki klasycznej. Zespół ten był częstokroć diametralnie różnie oceniany przez krytykę muzyczną, jego twórczość była przedmiotem wielu polemik i sporów. Już po jednym ze swoich pierwszych występów na słynnym festiwalu rockowym na Isle of Wight słynny prezenter muzyczny John Peel tak oto podsumował ich koncert: ,,Tragiczna strata czasu, talentu i elektryczności’’. Grupa szczególną antypatią była darzona przez krytyków, którzy nie byli zwolen-

Ponieważ Emerson i jego koledzy z zespołu byli tą fuzją szczególnie zainteresowani, dlatego nie dziwi fakt, iż ich muzyka była często na cenzurowanym. W zasadzie tak jest do dnia dzisiejszego. Obecnie intensywność tych polemik nie jest już może aż tak ognista, jednak nadal nie brakuje tematów związanych z działalnością artystyczną tej formacji, które nie stały by się przedmiotem ostrego sporu. Jednym z najbardziej konfliktogennych obszarów tego sporu jest próba obiektywnej recepcji czwartego studyjnego albumu formacji Brain salad surgery. Dla jednych jest to wzorcowy przykład wynaturzenia grupy, która z jednej strony wykazuje się tu ekwilibrystyczną wirtuozerią, zdającą się nie mieć umiaru, natomiast z drugiej, bazując w nadmiernym stopniu na technologicznych nowinkach, tworzy antyhumanistyczny wariant rocka. Inni są natomiast przekonani, iż właśnie ten album to opus magnum zespołu. Wedle ich przekonania, muzykom udało się tu stworzyć nie tylko wyrafinowany i ekscytujący ekstrakt muzyczny, ale także wykazali się oni kreatywnością w dziedzinie wyzyskiwania najnowszych nowinek technicznych, by wymienić tylko prekursorskie wykorzystanie polifonicznego syntezatora Mooga i syntezatorowego zestawu perkusyjnego.


kwiecień/czerwiec

II. POWSTANIE PŁYTY Album rodził się w ogromnych bólach. Muzycy byli już w tym okresie ze sobą trzy lata, pracując niezwykle intensywnie. Czasu na odpoczynek mieli zazwyczaj bardzo mało. Całe ich ówczesne życie wyznaczały ciągnące się nieustannie trasy koncertowe, przerywane jedynie na sesje nagraniowe do następnych albumów studyjnych. Na początku 1973 roku Keith Emerson w jednym z wywiadów przyznał szczerze:

,,Chyba utraciliśmy kreatywność, tę łatwość wspólnego tworzenia, jaka towarzyszyła nam podczas realizacji pierwszego albumu. Nie mamy w tej chwili żadnych pomysłów, które by nas usatysfakcjonowały’’. Początkowe trudności twórcze, o których wspominał w wywiadzie Emerson, zostały dość szybko przezwyciężone. Okazało się, iż członkowie grupy dosłownie tryskają nowymi pomysłami. Najpierw ukończyli oni pierwszą część Karn evil 9oraz Toccatę, którą wykonywali już w marcu 1973 roku w czasie swojej trasy koncertowej. Najwięcej problemów dostarczał oczywiście najdłuższy utwór na płycie Karn evil 9. Dzięki wielogodzinnym improwizacjom w nowej sali prób udało się w końcu wypracować satysfakcjonujące rozwiązania formalne i aranżacyjne dla tej kompozycji. Greg Lake nie czując się zbyt mocnym w pisaniu tekstów poprosił o pomoc swojego starego przyjaciela z King Crimson, Petera Sinfielda, który razem z nim napisał dwa teksty na płytę (Benny the bouncer i 3rd Impression). W początkowej fazie powstawania płyty muzycy borykali się z permanentnymi problemami, związanymi z odpowiednim miejscem na próby. Gdy czynili to w jednym z kościołów natychmiast spotkali się z niechętną reakcją pobliskich mieszkańców. Szczególnie jeden z nich był wyjątkowo zdesperowany, częstokroć zgłaszał skargi na policję oraz monitował władze lokalne. Miał ponoć stwierdzić w czasie jednej z takich skarg na komisariacie, iż w czasie, gdy bierze kąpiel, hałas z pobliskiego kościoła jest tak ogromny, że wytwarza fale w jego wannie! Zespół musiał więc opuścić kościół i poszukać sobie innego miejsca. Kolejne także okazało się jednak nieodpowiednie. Było to zaplecze dużej restauracji, warunki były tam fatalne, brakowało miejsca, ponadto było tam mnóstwo myszy, które regularnie przegryzały kable. W takich oto warunkach narodził się pomysł, aby zakupić opuszczone kino Odeon. Zna-

8

lazła tam także swoje miejsce siedziba nowej wytwórni płytowej Manticore, którą artyści założyli właśnie w tym czasie. Dzięki niej mogli uzyskać o wiele większą niezależność artystyczną. Greg Lake wspominał także o tym, iż zależało im na tym, aby poprzez działalność ich macierzystej wytwórni umożliwiać nagrywanie albumów wykonawcom, którzy reprezentują wysoki poziom artystyczny. W Manticore nagrywali choćby tacy wykonawcy jak Premiata Forneria Marconi i Banco del Mutuo Soccorso, a więc elita włoskiego rocka progresywnego. Ponadto to właśnie ta wytwórnia wydała jedyny solowy album Petera Sinfielda Still, na którym w utworze tytułowy zaśpiewał sam Greg Lake.

Praca w studiu nad albumem przebiegała wyjątkowo długo i mozolnie. Artystom zależało bardzo na tym, aby wszystkie elementy tej muzycznej układanki były perfekcyjnie dopracowane. Założyli sobie także, iż ten album będzie ich najambitniejszym przedsięwzięciem, próbą dalszego poszerzenia języka estetycznego oraz wzbogacenia arsenału środków wyrazu. Album nagrywano między czerwcem a wrześniem 1973 roku w dwóch studiach: Advision Studios i Olympic Studios, mieszczących się w Londynie. Łącznie muzycy spędzili w studiach 650 godzin, było to więcej niż łącznie w czasie nagrywania trzech wcześniejszych albumów studyjnych! Wszyscy muzyczni architekci tego projektu podkreślają zgodnie, że czas powstawania Brain salad surgery był znakomitym okresem w historii zespołu, był to bowiem czas, gdy relacje interpersonalne między nimi były jeszcze przyjacielskie. Greg Lake w wywiadzie z Penny Valentine z Sounds tak oto ukazał relacje panujące w grupie w tym okresie:

,,ELP jest dla mnie jak rodzina. Zespół nie pracuje na zasadzie towarzystwa czy zwykłych pracowników. Jesteśmy bardziej związani ze sobą niż jakikolwiek inny zespół, w którym

byłem wcześniej i nawet więcej, niż jakikolwiek zespół, który znam. Istnieje między nami taka osobista delikatność, jaką spotyka się tylko w rodzinie. To rośnie i rozwija się w miarę upływu czasu i sądzę, że odbija się także w muzyce. Podejrzewam, że dzięki temu staje się ona mniej mechaniczna, a bardziej ciepła. Nie mieliśmy dotąd kłótni, więc myślę, że nasza agresja wyzwala się w muzyce”. Płyta powstawała więc w bardzo dobrej atmosferze, jeśli nawet pojawiały się jakieś kontrowersje, odmienne wizje, zawsze starano się rozwiązywać je na zasadzie twórczego i demokratycznego podejścia, tak aby ostateczna formuła była do przyjęcia dla wszystkich. Kontrowersje wokół tego albumu obejmowały nie tylko kwestie muzyczne. Już sam tytuł roboczy płyty Whip some skull on yer (jest to slangowe określenie związane z seksem oralnym) narobił sporo zamieszania. Szefowie wytwórni Atlantic stwierdzili zdecydowanie, iż nie wydadzą płyty z pornograficznym tytułem. Ostatecznie zmieniono go, choć faktem jest, iż ten nowy de facto oznaczał to samo, tyle że w nieco łagodniejszej formie. Przy okazji warto wspomnieć, iż właśnie ten tytuł został zaczerpnięty z fragmentu tekstu Dr. Johna i jego hitu z początku 1973 roku Right place, wrong time. Inny problem dotyczył okładki płyty, którą zaprojektował słynny szwajcarski surrealista Hans Ruedi Geiger, wówczas jeszcze postać anonimowa. Znany był on wówczas tylko w kręgach szwajcarskiej artystycznej socjety, było to wszak jeszcze kilka lat przed jego słynnym projektem postaci monstrum z filmu Ridleya Scotta Alien (1978). Projekt okładki do Brain salad surgery sprawił, że jego nazwisko stało się bardziej rozpoznawalne na arenie międzynarodowej w kręgach artystycznych. Wytwórnia płytowa absolutnie nie chciała zaakceptować pierwotnej wersji okładki z penisem w stanie erekcji. Podobno cała afera rozpoczęła się od tego, iż jedna z kobiet, pracujących w tłoczni winyli, zauważyła zarys fallusa na okładce i natychmiast doniosła o tym swoim pryncypałom. No i zaczęło się… Dopiero po ciężkich rozmowach z artystą, który początkowo nie chciał nawet słyszeć o jakichkolwiek zmianach (Geiger: ,,Nie mam

zamiaru pozbyć się penisa. Penis jest częścią tego obrazu’’), udało się nieco zmienić jej

wersję na możliwą do zaakceptowania. Co ciekawe, autorstwo tego projektu przywłaszczył sobie Fabio Nicoli, pracujący także przy szacie graficznej tej okładki. To on wpadł na pomysł, aby do okładki wewnętrznej na albumie dostawało się

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec poprzez wrota z części zewnętrznej. Sam Geiger tak wspomina ten incydent na swojej stronie internetowej:

„Chciał przysporzyć sobie chwały i w miejsce mojego nazwiska, jako projektanta albumu wstawił swoje. Byłem wściekły. Niemniej wybaczyłem mu, wszak chwilę później stracił życie w wypadku samochodowym”. Płyta ostatecznie ujrzała światło dzienne 19 listopada 1973 roku. W Anglii dotarła do 2 miejsca na liście najlepiej sprzedających się albumów, natomiast w USA dzięki spektakularnej trasie koncertowej osiągnęła 11 miejsce na liście Billboardu.

III. ZAWARTOŚĆ ALBUMU 1. Jerusalem – tekst pochodzi z począt-

kowego fragmentu Miltona Williama Blake’a, autorem muzyki jest natomiast Hubert Parry. Piękny, podniosły hymn, wersja zespołu jest bardzo bliska oryginałowi. Muzycy podeszli do tematu dość ostrożnie, obawiali się bowiem, aby nie szargać narodowych świętości. Problemy pojawiły się i tak, gdyż konserwatywni szefowie z BBC uznali to za świętokradztwo i zabronili prezentowania tego utworu w tej szacownej rozgłośni. Artyści myśleli początkowo nawet o tym, aby wydać go na singlu, jednak,,opór materii” był tak duży, że szybko porzucili pomysł. To właśnie w tym utworze Keith Emerson po raz pierwszy wykorzystał polifoniczny prototyp syntezatora Mooga Apollo, przygotowany specjalnie dla niego przez samego konstruktora. W prasie muzycznej także zdarzały się krytyczne opinie w związku z wykorzystaniem tego utworu, na łamach Music Scene recenzent określił go jako „cholerne świętokradztwo”.

jego utworów przez innych twórców, szczególnie tych z kręgu muzyki popularnej. W tym wypadku zrobił wyjątek. Przekonali się o tym później inni rockowi twórcy, którym Ginastera odmawiał. W tej kompozycji Carl Palmer wykorzystał po raz pierwszy syntezatorowy zestaw perkusyjny, można go usłyszeć w środkowej części utworu. Palmer często mówił o tym, iż niemal każdy kto słyszał ten fragment utworu był pewny, że to syntezator. Sound jaki udało mu się tu uzyskać jest rzeczywiście innowatorski i frapujący.

3. Still you turn me on – kolejna z kla-

sycznych ballad Lake’a, jedna z najlepszych w jego dorobku. Żelazny punkt każdego koncertu grupy przez wiele lat. Utwór ten promował płytę w radiu, choć nie był sprzedawany jako typowy singiel. Wytłoczono tylko egzemplarze dla stacji radiowych i darmowe sztuki dla fanów. Wynikało to z tego, iż muzycy uważali, że ta piosenka nie jest dobrym odzwierciedleniem ich muzycznego stylu oraz zawartości Brain salad surgery.

4. Benny the bouncer – piosenka utrzy-

mana w wodewilowym klimacie, kolejny przykład muzycznego żartu, dość typowego dla zespołu, który na każdej płycie umieszczał taki drobiażdżek, aby nieco rozładować przyciężką i pompatyczną atmosferę. Akurat ten utwór niezbyt wyszedł muzykom, nie tylko tworzy on dysharmonię z klimatem i stylistyką płyty, ale także jest dość nijaki, nazbyt eklektyczny (można w nim ponownie usłyszeć polifoniczny prototyp Mooga Apollo, który nie specjalnie pasuje do knajpianej atmosfery utworu).

IV. KRYTYCZNE OPINIE NA TEMAT PŁYTY

2. Toccata – w tym wypadku mamy do

czynienia z adaptacją IV części I koncertu fortepianowego Alberto Ginastery, argentyńskiego kompozytora muzyki współczesnej. Aby uzyskać zgodę na wydanie tego utworu na płycie Emerson musiał polecieć osobiście do Genewy, gdzie mieszkał kompozytor. Utwór został odtworzony w jego domu i zrobił na jego twórcy ogromne wrażenie. Ginastera stwierdził :

,,To niewiarygodne! Udało wam się uchwycić esencję mojej muzyki. Nikomu do tej pory się to jeszcze nie powiodło’’. Ginastera miał podobno zasadę, iż nigdy nie wyrażał zgody na wykorzystywanie

biuletyn podProgowy

nych stylistyk, środków wyrazu, forma kompozycji jest bardzo skomplikowana, oparta na wariacjach, które są częstokroć trudne do wychwycenia w poszczególnych częściach. Utwór świadczący o sporej erudycji, szczególnie Emersona, wystarczy wsłuchać się w 2nd Impression, w której objawia się on nam jako muzyk znający doskonale tradycję XIX wiecznej pianistyki w muzyce klasycznej, nie obce są mu również elementy XX wiecznej muzyki współczesnej (słychać nawiązania do Bartoka). Ponadto niemało tu także rozwiązań parajazzowych, 2nd Impression to szczególnie dobra egzemplifikacja tych tendencji. W 1st Impression może nieco razić nadmierny eklektyzm kompozycji, jednak jako całość jest jak najbardziej przekonywująca. Utwór broni się mnogością ciekawych pomysłów muzycznych, niebanalną aranżacją, kapitalnymi improwizacjami, frapującą warstwą brzmieniową oraz intrygującym klimatem. Wszystko to sprawia w rezultacie, że słuchanie tej kompozycji dostarcza sporej satysfakcji artystycznej. W czasie sesji powstały jeszcze trzy inne kompozycje, które nie zmieściły się na płycie. Trafiły one ostatecznie w 1977 roku na płytę Works 2, która zawierała odrzuty z sesji nagraniowych z lat 1973-1977 plus rarytasy, jak choćby wielki przebój solowy Grega Lake’a z 1975 roku I believe in Father Christmas. Kompozycje, które nie zmieściły się na płycie to: When the apple blossoms bloom in the windmills of your mind I’ll be your valentine, Tiger in a spotlight oraz Brain salad surgery. O ile te dwa ostatnie były dość przeciętne i słusznie stały się odrzutami z sesji to pierwsza z nich na to z pewnością nie zasłużyła.

5. Karn evil 9 – główna kompozycja

albumu, trwająca niespełna 30 minut. Jej tytuł wymyślił Peter Sinfield, który był współautorem tekstu do 3rd impression. To właśnie ten utwór jest główną osią sporu wokół tej płyty. Rzeczywiście muzycy nagromadzili tu multum rozlicz-

Emerson, Lake and Palmer nigdy nie mieli dobrej prasy. Tak było od samego początku, gdy objawili się światu jako pierwsza rockowa supergrupa lat 70-tych. Muzykom nie zależało na specjalnie bliskich kontaktach z prasą, dziennikarze nie byli zapraszani na koncerty, nie były także finansowane ich pobyty w czasie tras koncertowych, co było wówczas czymś powszechnie spotykanym. Notabene dzisiaj nie jest bynajmniej inaczej, to niejako stały element muzycznego marketingu. Trio zamieszczało w prasie znikome ilości reklam. Wszystko to doprowadziło wkrótce do fatalnych

9


kwiecień/czerwiec

Sesja Brain salad surgery była czymś wspaniałym. Wtedy miałem poczucie, że tworzymy prawdziwą sztukę. Brain salad surgery to największa perła w dorobku zespołu. (Carl Palmer, Teraz Rock, 1995)

relacji na linii zespół – prasa muzyczna. Atmosfera stała się do tego stopnia nieprzyjemna, że Emerson po kolejnym muzycznym paszkwilu w prasie postanowił zupełnie zaprzestać udzielania wywiadów. Najczęściej czynił to Greg Lake (co ciekawe, to właśnie on mógł liczyć na w miarę pochlebne opinie na swój temat, co było sporym kontrastem na tle wizerunku Emersona, z którego dworowano sobie nagminnie, niejednokrotnie w mało wybredny sposób). W środowisku muzycznym często krążyła w pierwszej połowie lat 70-tych opinia, jakoby dziennikarze obiecali zespołowi, że zrobią wszystko, aby nigdy żaden ich album nie dotarł do pierwszego miejsca na liście najlepiej sprzedających się płyt. Ciekawa sprawa miała potem miejsce w przypadku Tarkusa, który w jednych czasopismach muzycznych figurował na drugim miejscu, natomiast w innych na pierwszym, do dzisiaj nie wiadomo do końca, skąd te rozbieżności. Niektórzy wiązali ten fakt właśnie z tą obietnicą. Muzyków karcono niejednokrotnie za brak autentyzmu, odejście od wzorców pewnej specyficznej plebejskości, która jest immanentną cechą rockowej estetyki. Sukcesy komercyjne miały oczywiście ten brak autentyzmu jeszcze pogłębiać. Cie-

10

kawie odniósł się do tej kwestii Edward Macan, który w swojej Rocking the classics zauważył:

„Podejrzenia krytyków wobec zespołów cieszących się komercyjnym powodzeniem znowu zdają się brać z ich innego rozumienia pojęcia „autentyczności”. Krytycy nigdy w sposób satysfakcjonujący nie wyjaśnili jak to ich wcześniejszym ulubieńcom (The Beatles, The Rolling Stones, Dylanowi) udało się zachować „autentyczność” przy sprzedawaniu dziesiątków milionów płyt”. Po wydaniu Brain salad surgery surowej ocenie poddano oczywiście kolejną próbę melanżu rocka z muzyką klasyczną, padały od dawna używane argumenty związane z zasadnością takiej syntezy. Dave Marsh wyartykułował następujące credo w tej kwestii, mające świadczyć o aberracji całego nurtu progresywnego rocka:

,,To co prawdziwie marginalne, to rock progresywny, który stworzył wiele albumów i niewiele, jeżeli w ogóle, przebojowych singli. Ten gatunek brzmi dla mnie sucho, bo za daleko już posunął swój rozbrat z głównym korzeniem rock’n’rolla – rhythm and bluesem’’.

W duchu tej samej optyki wypowiedział się również najbardziej zajadły krytyk ELP, amerykański dziennikarz muzyczny Lester Bangs, który na łamach Creem zarzucił grupie, że: ,,podstępnie sponiewierała

wszystko to, co w rocku jest rynsztokowo najczystsze’’.

Ten populistyczny rys krytyki był wielce charakterystyczny, celowało w tym szczególnie amerykańskie pismo Rolling Stone. Wszystko to sprowadzało się do tego, iż zadowalająca synteza muzyki klasycznej i rocka jest niemożliwa. Wszyscy, którzy próbują taką fuzję uskuteczniać skazani są na drastyczny rozbrat z istotą estetyki rock’n’rollowej. Miało to także świadczyć o braku umiaru i megalomanii twórców. Taka muzyka, zdaniem jej adwersarzy, była pozbawiona naturalności, gubiła pierwotną szorstkość i autentyzm na rzecz elitarnych i snobistycznych pretensji, strojąc się w artystyczne piórka. Co zatem było pozytywną alternatywą dla wynaturzonego rocka progresywnego spod znaku ELP? Ciekawe są tu uwagi Willa Strawa, który swego czasu analizował numery Rolling Stone’a pod kontem muzycznych preferencji pracujących tam dziennikarzy muzycznych. Zdecydowanie dominuje tam atencja dla twórców prostego, bezpretensjonalnego rocka,

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec bazujących na formie piosenkowej, unikających w warstwie tekstowej poetyckiego wyrafinowania. Straw zauważa:

,,Przy ponownym czytaniu Rolling Stone’ów, począwszy od pierwszych numerów z 1967 roku do tych z połowy lat 70-tych, zauważyć można wciąż utrzymujące się wysokie poważanie dla takich wykonawców jak Bruce Springsteen, Emmylou Harris, Tom Waits czy też artystów jak Lou Reed, którzy świadomie bawili się rock’n’rollowa obrazowością’’. Tuż po wydaniu Brain salad surgery Lester Bangs, dyżurny krytyk zespołu, pisał w taki oto sposób o poczynaniach tria:

„Emerson, Lake & Palmer muszą być największą grupą na świecie. To nie tylko kwestia ich albumów, które są sensacjami na listach. To, co rzeczywiście czyni ELP wielkimi, to skala hałasu, który emitują. Razem z nimi wejdziemy w wiek totalnego rocka technologicznego. Jest to muzyka robota zmiksowana przez moduły ludzkie. Widok ogromu arsenału ELP ogrzałby schłodzone kości H. G. Wellsa. Syntezatory i jeszcze nie wiadomo co, a czarodziej Keith ma nie tylko swój rekwizyt w postaci komputera, ale także własny odbiornik TV. Palmer ma pierwszy na świecie syntezatorowy zestaw perkusyjny, który zawdzięcza przyjacielowi Keith’a Moog’owi. Kryzys energetyczny ich nie dotyczy. Sprzęt składa się z ponad 200 elementów, wartych ponad 100 tysięcy funtów. Pięć godzin trwa rozpakowanie go i przygotowanie do gry. Pięć godzin spakowanie. Emerson ma trzynaście różnych instrumentów klawiszowych”. Ponownie pojawia się zatem krytyka wykorzystywania nowinek technicznych. Brain salad surgery faktycznie pod tym względem była niezwykle zaawansowana, tyle że tutaj mamy krytykę samego faktu jej używania. Ocenie należałoby raczej poddać efektywność jej stosowania i wpływ na końcowy rezultat artystyczny płyty. Takich opinii próżno jednak szukać, trochę szkoda, gdyż wtedy można by lepiej zrozumieć intencje adwersarzy. W prasie muzycznej tuż po ukazaniu się Brain salad surgery przeważały opinie krytyczne na jej temat, aczkolwiek we wpływowym Sounds w grudniu 1973 roku Pete Erskine napisał dość przychylną recenzję, chwaląc różne rozwiązania muzyczne na płycie, zdystansował się również od wielu dyżurnych inwektyw, padających zazwyczaj pod adresem zespołu. Billboard także pokusił się o dość umiarkowaną rekapitulacje albumu, co

biuletyn podProgowy

stanowiło kontrast z Rolling Stone’em, który tradycyjnie dworował sobie z grupy, przedstawiając zarzuty z pozycji populistycznych. W Melody Maker dostało się z kolei autorowi dwóch tekstów z płyty, Peterowi Sinfield’owi, któremu zarzucono, iż jego liryki są banalne i pretensjonalne. Nie przebierał natomiast w słowach inny recenzent z Sounds Matthew Gocher, który określił album w krótkich żołnierskich słowach jako „nudny, okropny,

mdły i jałowy”.

Jak odebrali te opinie muzycy? Oto ich wypowiedzi, które ukazały się wówczas w brytyjskiej prasie:

Keith Emerson: ,,Zamierzam się napić i zapomnieć całą tą sprawę’’. Greg Lake: „Moja odpowiedz na słowa tej krytyki jest taka, iż powinni oni najpierw pomyśleć, a potem dopiero wypisywać te wszystkie rzeczy. Nie dotyczy to zresztą tylko nas, ale także wielu innych zespołów. Myślę, że taka postawa sprawia, iż większość dobrych zespołów w tym kraju obawia się rozmawiać z prasą”. W innym wywiadzie Lake skonstatował:

,,Nigdy nie mieliśmy dobrej prasy. Nie czytam już recenzji naszych płyt”. Carl Palmer zapytany czy czytał krytyczną opinię na temat Brain salad surgery, która ukazała się w Melody Maker powiedział tak:

,,Nie, ale słyszałem o niej. Nie obchodzi mnie krytyka, nikogo nie obchodzi, ale wydaje mi się, że ktokolwiek to napisał, chodziło mu o zespół, a nie o płytę. Każdy może mieć własne opinie, ale ten facet użył recenzji do ataku na grupę. Jakie ma znaczenie to, że Keith prowadzi sportowe samochody, a Greg stoi na perskim dywanie. To nie ma związku z albumem, więc nie ma nawet sensu o tym wspominać”. Zazwyczaj ostrze krytyki wobec Brain salad surgery skupione było na Karn evil 9. Zarzuty wobec Toccaty i Jerusalem pojawiały się rzadziej, ponadto nie były nasycone aż takim ładunkiem agresywnej napastliwości, umiarkowani krytycy tria potrafili zdobyć się na ciepłe słowa wobec tych utworów. Jerusalem jeśli był przedmiotem krytyki to nie z powodów czysto muzycznych, ale raczej z faktu, że muzycy odważyli się sięgnąć po narodową świętość, jaką jest ta pieśń. Benny the bouncer to z kolei utwór, który gremialnie był oceniany jako niewypał, nie pasujący sty-

listycznie do płyty, ale był także po prostu mało udany w warstwie muzycznej. Ballada Still you turn me on w zasadzie także nie budziła większych kontrowersji, stała się zresztą jednym z największych przebojów w historii zespołu, z pewnością przyczyniła się także do dobrej sprzedaży albumu. Karn evil 9 to najczęściej postponowany utwór z tego albumu. Zarzuty były tu zresztą dość różnorodne. Często zwracano uwagę na brak koherentnego tekstu w tej kompozycji, impresja pierwsza i trzecia mają zupełnie inny charakter w warstwie literackiej. Inny zarzut to pewna niejasność jego przekazu (3rd Impression), złośliwie zwracano uwagę, iż aspekt związany z dehumanizacją podjął zespół, który w tak dużym stopniu korzysta z technologii. Krytycznie wyrażano się o konstrukcji kompozycji, wskazując, że jest dość mętna, brakuje jej przejrzystości, wskazywano, że być może wynika to z niedopracowania koncepcji artystycznej. Tradycyjnie dostało się także muzykom za skłonności do wirtuozerii, przedstawiano to jako klasyczny przykład przerostu formy nad treścią. W Karn evil 9 wskazywano także na jego nadmierny eklektyzm, który sprawia ponoć, iż kompozycji brakuje koherentnego kształtu. Wynikało to według krytyków z tego, iż muzycy chcieli się popisać swoją erudycją, pokazując multum różnych inspiracji ze świata klasyki i jazzu. Podkreślano monstrualną długość utworu, trwającego ponad 29 minut, co także nie ułatwiało ogólnej percepcji tej złożonej kompozycji. Pojawiały się także opinie, iż na tej płycie zespół zaczyna się już powtarzać, wskazywano na brak nowych pomysłów, muzycznych idei, które nadałyby tej nowej propozycji zespołu jakiś nowy, świeży wymiar. Niektórym brakowało tej atmosfery wyluzowania i relaksu, jaki emanował z poprzedniego wydawnictwa Trilogy (1972), na Brain salad surgery dominował dość neurotyczny i apokaliptyczny klimat, który niektórym po prostu nie przypadł do gustu. Problem z wieloma zarzutami radykalnych krytyków ELP jest często tej natury, iż trudno jest się do nich odnieść na płaszczyźnie merytorycznej, gdyż są pisane zazwyczaj w jadowitym tonie, widać w nich wyraźnie sporą niechęć do wykonawcy, ponadto nierzadko mają one charakter ataku personalnego. Jak bowiem odnieść się do słów Lestera Bangsa, który w recenzji z koncertu z trasy Brain salad surgery porównał artystów do zbrodniarzy wojennych! W podobnym duchu wtórował mu inny zaciekły przeciwnik tria Robert Christgau,,który w swojej re-

11


kwiecień/czerwiec

,,Ten album ukazał nas jako muzyków, którzy jeszcze bardziej poszerzają granice swoich poszukiwań, dalej niż było to do tej pory. Kiedy słucham tej płyty dzisiaj zastanawiam się, jak udało nam się tego dokonać cenzji albumu Trilogy, oceniając dorobek zespołu z pierwszych płyt napisał:

,,Ci faceci są tak głupi, jak ich najbardziej pretensjonalni fani”. Na szczęście można także w ówczesnych latach odnaleźć krytykę merytoryczną, która daje do myślenia, wskazującą ciekawe obszary do przemyśleń na temat artystycznych poczynań spiritus movens grupy Keitha Emersona. Do tego nurtu należy z pewnością wypowiedz wybitnego krytyka jazzowego Joachima Ernsta Berendta, który jeszcze kilka miesięcy przed ukazaniem się Brain salad surgery tak oto pisał o sztuce syntezatorowej Emersona:

,,W świecie rocka szeroka publiczność uznałaby zapewne, że Keith Emerson najlepiej gra na syntezatorze i ogólnie na instrumentach klawiszowych, ponieważ wspiera go potęga wielkiego reklamowego przekazu. Emerson jest jednym z tych doskonałych muzyków, którzy jednak mylą wkład pracy z ekspresją. Często tworzy fantastyczne brzmienia, których nie osiągnął do tej pory żaden muzyk, zbyt jednak rzadko te brzmienia są organicznie zintegrowane z muzyką – pozostają gagami. Keith Emerson gra na swoich licznych instrumen12

tach klawiszowych m. in. organach, fortepianie, syntezatorze, wyposażonych w dodatkowe akcesoria w bombastycznym ‚’wagnerowskim stylu’’ dosłownie zniewalającym widownię efektami grania, nastawionymi jedynie na komercyjny zysk”. Pozytywną alternatywą wobec tego emersonowskiego efekciarstwa jest dla Berendta Sun Ra, który wedle niego, potrafił najbardziej twórczo i efektywnie wyzyskać możliwości syntezatora, doskonale integrując go jednocześnie z materią muzyczną konwencjonalnego instrumentarium. Jak widać z powyższych opinii, wachlarz krytyki wobec grupy i ich płyty był zaiste dość szeroki. Pojawiło się tu wiele istotnych aspektów związanych nie tylko z działalnością ELP ale także szerzej z całym nurtem rocka progresywnego.

V. BRAIN SALAD SURGERY – PRÓBA APOLOGII. W poprzednim rozdziale niniejszego eseju przedstawiłem krytyczne opinie na temat grupy i jej albumu. Czas zatem

na spojrzenie z drugiej strony barykady. Brain salad surgery jest wszak albumem uważanym za jedno z klasycznych dokonań rocka progresywnego. Zdaniem niemałej części krytyki oraz fanów zespołu to najwybitniejsze i najbardziej dojrzałe osiągnięcie tria, koronujące ich artystyczne dokonania w pierwszej połowie lat 70-tych. W 2005 roku znane czasopisma muzyczne Q i,,Mojo ogłosiły listę 40 najlepszych albumów „kosmicznego rocka”. W zestawieniu nie zabrakło oczywiście Brain salad burgery, który zajął wysokie 5 miejsce, zwyciężył, a jakże, Pink Floyd i jego The dark side of the moon. Jerusalem i Toccata to wyśmienite przykłady transkrypcji klasyki. Do dzisiaj dziwię się, dlaczego radio BBC zakazało prezentowania tego pierwszego, zarzucając mu banalizację i wulgaryzację szacownej klasyki, tak ważnej dla Anglików. Wersja ELP jest w gruncie rzeczy dość kanoniczna, fakt, że muzycy nadali jej nieco więcej rockowej ekspresji, jednak pozostał w niej nadal ten zniewalający patos. Wykorzystanie po raz pierwszy w tym utworze polifonicznego syntezatora Mooga przydało mu jeszcze kolorytu.  Natomiast Toccata to, moim zdaniem, jeden z najwspanialszych przykładów transkrypcji muzyki klasycznej. Czasami podnoszono zarzut wobec ELP, iż nazbyt

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec często uciekali się oni właśnie do takich zabiegów. Wedle tej optyki formacja z progresywnej ekstraklasy nie powinna posiłkować się obcą twórczością. Coś w tym jest, jednak w tym wypadku wystarczy posłuchać oryginału Ginastery i wersji ELP, aby przekonać się w jak twórczy i oryginalny sposób podeszli muzycy do tej kompozycji. Z pierwotnej wersji pozostały ledwie strzępy głównego tematu melodycznego, reszta to już inwencja tria. Środkowe perkusyjne interludium Palmera to całkowicie pomysł drummera. Rezultaty, jakie udało się tu osiągnąć były iście imponujące, to niewątpliwie jeden z najbardziej frapujących przykładów wykorzystania syntezatorowego instrumentu perkusyjnego. W połączeniu z nowatorskim brzmieniem syntezatora Emersona dało to temu utworowi nową estetyczną jakość. Istotne jest także to, że zespół odważył się tu sięgnąć po utwór kompozytora ze świata muzyki współczesnej a nie muzealny zabytek z doby klasycyzmu czy też baroku. Sam Ginastera podobno odniósł się do tej wersji pozytywnie, choć na początku był niemal zszokowany.  Benny the bouncer to rzeczywiście straszny sęk tej płyty, ewidentnie do wywalenia. To poważny błąd repertuarowy tego albumu. Wielka szkoda, że nie został zastąpiony odrzutem z sesji When the apple blossoms bloom in the windmills of your mind i’ll be your valentyne, kolejnym ciekawym tematem instrumentalnym z intrygującymi modulacjami syntezatorowymi Emersona.  Jeśli chodzi o Karn evil 9 to pewnym problemem jest sfera tekstowa. Nie rozumiem na przykład, co ma łączyć tematycznie pierwszą impresję z trzecią, która zawiera totalitarną wizję społeczeństwa przyszłości, ukazując jednocześnie walkę człowieka z jego prześladowcą i ciemiężycielem, czyli komputerem. Być może był to świadomy zabieg, aby przeciwstawić nieco ludyczną 1st Impression tej apokaliptycznej, budzącej niepokój 3rd Impression. Forma utworu może budzić kontrowersje, ale musimy pamiętać, że mamy tu do czynienia z utworem monumentalnym, to blisko 30 minut muzyki. Zważywszy, że rozbudowane kompozycje często składały się z części mocno się między sobą różniących, w końcu taka była natura suity i formy sonatowej, nie może zanadto dziwić fakt, iż w tym wypadku poczucie niespójności może także występować. Przywołam tu tylko jeden z najświetniejszych przykładów rozbudowanej formy na gruncie muzyki rockowej, czyli suitę King Crimson Lizard. Tam w ramach jednej kompozycji wykorzystano tyle

biuletyn podProgowy

różnorodnych stylistyk, że mogły one sprawiać wrażenie swoistej schizofrenii stylistycznej. Począwszy od przesiąkniętego patosem i klasycyzującego Prince Rupert awakes, droga wiodła poprzez nowoczesne jazzowe improwizacje oparte na nowoczesnym kontrapunkcie (Bolero – The peacock’s tale). Następnie zespół raczył nas w Last skirmish zmasowanymi fakturami mellotronowymi, kojarzącymi się z późnym neoromantyzmem, po chwili przechodziło to w zgiełkliwy legatowy monolog gitary, by w finale zamiast patetycznego zakończenia wybrzmieć cyrkowo – jarmarcznym postludium (Big top). Ktoś powiedziałby, że to totalny eklektyzm, który rozsadza w posadach formę kompozycji, a przecież jak to zachwycająco brzmiało, biorąc pod uwagę całokształt! Takich wieloczęściowych utworów progresywnych można by przywołać tu więcej, cechujących się nagromadzeniem różnych technik i stylistyk (Living in the heart of the beast Henry Cow czy też The plague of the lighthouse keepers VdGG). Karn evil 9 nie jest tu zatem wyjątkiem. Kompozycja ELP zwraca uwagę bardzo wyrafinowaną techniką wariacyjną, która sprawia, że te poszczególne części są powiązane ze sobą w logiczny sposób.  Generalnie rzecz biorąc zarzut eklektyzmu wobec takich zespołów jak ELP nie jest do końca zasadny, bowiem, wedle mojego przekonania, nie można zapominać o fakcie, iż jedną z fundamentalnych cech rocka progresywnego jest właśnie szeroka synteza różnych nurtów muzycznych. To sprawia, że ten melanż stylistyczny jest niejako immanentnie związany z istotą całego gatunku Dotyczy to zresztą różnorodnych odmian tej muzyki z lat 70-tych, począwszy od grup bardziej mainstreamowych (Yes, Genesis) aż do wykonawców eksplorujących bardziej eksperymentalne obszary, którzy także mieli niejednokrotnie eklektyczne inklinacje (Henry Cow, wczesny Soft Machine). Krytycy syntezy rocka z muzyką klasyczną, twierdzący, iż jest to skazane na niepowodzenie, zapominają czasami o tym, iż takie fuzje miały już miejsce w przeszłości w innych gatunkach muzycznych i bynajmniej wcale nie kończyły się one zawsze artystyczną katastrofą. Ba, zdarzało się czasami, że kreowały one nowe obszary estetycznych środków wyrazu, przyczyniając się do powstawania nowych gatunków muzycznych. Sprawa nie jest tu zatem wcale tak jednoznaczna. Oto, co napisał na ten temat Edward Macan:

,,Perspektywa transmutacji rocka i klasyki w nowy styl oczywiście sprawiła, że krytycy

poczuli się niezręcznie. Stanowisko krytyków wykazywało zaledwie niewielką historyczną świadomość faktu, że wcześniejsze style afroamerykańskie, jak ragtime i jazz, wyniknęły właśnie z fuzji kultury wyższej z tą niższą. Mimo to krytycy i tak atakowali wszelkie próby fuzji”. Zalet Brain salad surgery doszukiwałbym się w różnych sferach. Pierwszą może być na przykład bardzo nowoczesne, jak na ówczesne czasy, brzmienie, w dużym stopniu jest to związane z instrumentarium i świetną produkcja albumu. Kapitalną pracę wykonali tu odpowiedzialni za produkcję Greg Lake, Geoff Young i Chris Kimsey. Często podkreślano w recenzjach, iż płyta ma krystalicznie czysty sound, znakomicie udało się na niej uchwycić przestrzenność i selektywność poszczególnych dźwięków, co pozwala delektować się różnymi niuansami. Co jednak najistotniejsze, album brzmi równie świeżo i nowocześnie po latach, mało jest płyt, które w tak dużym stopniu oparłyby się nieubłaganie przemijającemu czasowi, nie tracąc wielu swoich walorów. A jest to wszak jeden z najważniejszych elementów oceny płyty po latach, czas jest bowiem znakomitym weryfikatorem wartości muzyki. Zespół na płycie w interesujący sposób prezentuje nowoczesny język harmoniczny. Wiele rozwiązań w tej sferze daleko odbiega od rockowej sztampy. Objawia się to wyraziście w transkrypcji Toccaty, gdzie nieomal futurystyczna faktura brzmieniowa kompozycji jest doskonale zespolona z nowoczesnym językiem harmonicznym, najeżonym dysonansami, a wszystko to okraszone frapującymi eksperymentami sonorystycznymi. Brain salad surgery to znakomity przykład na to, jak dalece można w ramach rockowej estetyki rozwinąć arsenał rozwiązań rytmicznych. Oprócz bogactwa harmonicznego i brzmieniowego album wzbogacony jest bowiem złożonymi rytmami Palmera, który na tym albumie jest po prostu fenomenalny (zjawiskowe połączenie wyśmienitej techniki, nowatorskie brzmienie bębnów, mnogość ciekawych podziałów rytmicznych). W tej sytuacji nie dziwi fakt, iż to właśnie on w tamtych latach był wybierany przez czytelników wielce wpływowego Melody Maker najlepszym perkusistą rockowym (nieprzerwanie w latach 1970-1978!). Na odrębny wątek zasługuje sztuka syntezatorowa Emersona. Ten album to w zasadzie ukoronowanie jego eksperymentów. Dzięki wykorzystaniu po raz pierwszy syntezatora polifonicznego wzbogaceniu uległy

13


kwiecień/czerwiec tekstury kompozycji. Płyta zawiera sporo intrygujących eksperymentów sonorystycznych z Moogiem, instrument ten jest wykorzystywany w bardzo pomysłowy sposób. Brzmienie Emersona jest od razu rozpoznawalne, udało mu się tu dokonać rzeczy niezwykle istotnej, przydać temu instrumentowi specyficzny, indywidualny sound. Jego sztuka syntezatorowa na tym albumie to prawdziwe dźwiękowe laboratorium, kapitalny przykład jak w kreatywny sposób można wdrożyć nowinki techniczne do muzyki rockowej, tworząc tym samym nową wartość estetyczną w obrębie tego idiomu. Brain salad surgery to dla mnie jeden z najlepszych syntezatorowych albumów w tamtej dekadzie muzycznej. Emerson zdystansował w tej dziedzinie ,,szkolę berlińską’’ elektronicznego rocka, która wówczas była jeszcze w powijakach, biorąc pod uwagę ten instrument. W momencie, gdy tacy muzycy jak Klaus Schulze, Peter Baumann, Edgar Froese czy też Conrad Schnitzler dopiero odkrywali uroki elektronicznych pejzaży, Emerson na Brain salad surgery osiągnął już artystyczną doskonałość, wytyczając nowe obszary dźwiękowych eksperymentów. Aby nie być gołosłownym. Emerson po raz pierwszy używa Mooga na debiucie ELP (Tank, Lucky man) z 1970 roku, na Tarkusie (1971) brzmienia syntezatorowe występują już niemal we wszystkich kompozycjach w większym natężeniu. Na Trilogy (1972) w wielu partiach płyty instrument ten staje się już dominujący np. Abbadon’s bolero (w kulminacyjnym momencie utworu Emerson umieścił syntezatory jednocześnie na 15 równoległych ścieżkach, tworząc niezwykle złożone polifoniczne faktury keyboardów). Ukoronowaniem tego procesu staje się Brain salad surgery (1973), zwraca uwagę użycie po raz pierwszy syntezatora polifonicznego, który umożliwił dalsze wzbogacenie tekstury kompozycji.  Tymczasem jak wyglądało to w przypadku ,,szkoły berlińskiej”?  Tangerine Dream po raz pierwszy sięga po syntezator na Alpha centauri (1971), najlepiej słychać go w kompozycjach Sunrise in the third system i Fly and collision of Comas Sola. Na Zeit syntezator występuje już na całym albumie. Pierwszym w pełnym tego słowa znaczeniu albumem syntezatorowym jest właściwie Atem (1973), tyle że na nim ta paleta kolorystyczna nie jest jeszcze nazbyt imponująca. Dopiero Phaedra (1974) przyniesie pełne rozwiniecie dojrzałej estetyki elektronicznego rocka z masą subtelnych odcieni elektronicznych keyboardów, tworząc nowe pejzaże dźwiękowe.  Klaus Schulze na swoim debiucie Irrlicht

14

(1972) korzystał tylko z organów, pierwszym albumem syntezatorowym był dopiero Cyborg z 1973 roku. Pełne wykształcenie syntezatorowego stylu artysty nastąpi jednak dopiero w drugiej połowie lat 70-tych. Jeżeli chodzi o innych czołowych twórców rocka elektronicznego, tworzących już poza „szkołą berlińską”, to Kraftwerk sięgnie po raz pierwszy po syntezatory dopiero w 1973 roku na płycie Ralf und Florian (tutaj jeszcze na bardzo niewielką skalę), natomiast grecki mistrz klawiatury Vangelis uczyni to dopiero na krążku Heaven and hell (1975). Nie chodzi tu zresztą tylko o sam fakt prekursorstwa w sensie technologicznym. Najbardziej istotne jest to, iż Emerson szybko wypracował własny, oryginalny styl gry na tym instrumencie, bardzo umiejętnie wdrażając dźwięki syntezatorowe w materię kompozycji, która dużo zyskała na tym szczególnie w warstwie kolorystycznej. Godna podkreślenia jest także jego inwencja sonorystyczna, którą potwierdzali nawet jego przeciwnicy. Na Brain salad surgery mamy do czynienia z mnogością interesujących rozwiązań aranżacyjnych, uwagę zwraca wykorzystanie elementu ciszy jako składnika urozmaicającego narrację kompozycji, ponadto niekonwencjonalne użycie fortepianu (vide początek 1st Impression). Warto wspomnieć o partii solowej Lake’a na gitarze w 1st Impression, zaskakująco udanej i ekspresyjnej, w swoich momentach kulminacyjnych wręcz porywającej, co jest bardzo miłym zaskoczeniem. Stanowi to także ciekawe urozmaicenie materii muzycznej, tak zdominowanej zazwyczaj przez keyboardy. Nigdy wcześniej, ani potem Lake nie obdarzy nas już czymś tak ekscytującym, jeśli chodzi o jego sztukę gitarową. Myślę, że ten wątek także wart jest docenienia. Album zawiera także znakomite partie fortepianowe Emersona, kłania się tu szczególnie instrumentalna 2nd Impression. Emerson objawia się w niej jako pianista dysponujący bogatym gestem melodycznym, świetnie czujący się w różnych konwencjach stylistycznych. Kapitalne jest tu operowanie kontrastami dynamicznymi, zderzenie subtelnego pianissimo z huraganowymi, ekspresyjnymi partiami improwizowanymi. Jeszcze raz wychodzi tu charyzma muzyka, jego ekspansywny i przykuwający uwagę styl. Niektórych może razić tu pewna eklektyczna maniera, jednak należy pamiętać, że była to w gruncie rzeczy immanentna cecha jego stylu. Zaskakuje w tej części quasi karaibskie interludium, jest ono tyleż nieoczekiwane, co frapujące w warstwie brzmieniowej.

Z muzyki zawartej na Brain salad surgery emanuje ogromna energia i pasja, słychać, że Panowie starali się tu dać z siebie wszystko. Jest w tej ekspresyjności i ekstrawagancji, która wyziera z tego albumu, jakiś pierwiastek szaleństwa, słychać ogromne ambicje muzyków, czego Toccata i Karn evil 9 są najlepszym ucieleśnieniem. Muzyka z tego krążka świetnie łączy elementy tradycji z awangardą, zespół nigdy już nie stworzy rzeczy równie nowoczesnej, oryginalnej i nośnej. Już następny album Works, wprawdzie jeszcze udany, jednak na swój sposób nieco staroświecki, będzie tak naprawdę spojrzeniem wstecz. Brain salad surgery wybiegał natomiast zdecydowanie w przyszłość, był to projekt par excellence progresywny. A co do przerostu formy nad treścią, który jest tu chyba najczęściej podnoszony to, moim zdaniem, akurat ten album nie jest tu najlepszym przykładem. Owszem, mamy tu karkołomne popisy instrumentalne, tyle że są one okraszone całym mnóstwem ciekawych pomysłów. Możemy tu odnaleźć sporo pięknych melodii, niebanalnych czy też wręcz innowatorskich brzmień, płyta posiada bogaty i urozmaicony język harmoniczny, muzycy zaprezentowali także sporo niebanalnych zabiegów i rozwiązań aranżacyjnych. W warstwie formalnej bynajmniej nie dostrzegam tu jakiegoś chaosu. Zwraca na przykład uwagę znakomita dramaturgia w 3rd Impression. Brak na tym albumie typowego grania na czas, partiom solowym trudno zarzucić rozwlekłość, są one znakomicie wyważone i wprzęgnięte w materię kompozycji. Emerson zagrał tu kilka swoich klasycznych partii solowych, by wymienić tylko wyborne improwizacje na fortepianie w 2nd Impressiom czy też brawurowe solo na Hammondzie w 3rd Impression. Nie podzielam poglądu jednego z krytyków albumu, jakoby był on niedopracowany i że muzykom zabrakło tu weny twórczej. Jeśli chodzi o ten pierwszy wątek to jest wręcz odwrotnie. Jest to najbardziej przemyślany i dopracowany album grupy. Powstawał on przez ponad 6 miesięcy, był szlifowany w studiu z jubilerską precyzją. Jego nagranie zajęło muzykom więcej czasu niż rejestracja wszystkich albumów studyjnych razem wziętych z lat 1970 – 1972. Może nam się nie podobać koncept artystyczny tej płyty, jednak zarzut niedopracowania uważam za chybiony. Artyści w wywiadach podkreślali, że nad żadnym albumem nie spędzili tyle czasu i nie włożyli w niego więcej wysiłku niż właśnie w ten. O braku weny twórczej w wypadku Karn

biuletyn podProgowy


VI. PODSUMOWANIE Warto także wspomnieć o opiniach samych artystów na temat tego albumu. Wszak to oni są jego twórcami, ich spojrzenie może być także dla nas dość instruktywne. Co ciekawe, ich przemyślenia są ze sobą dość zbieżne. Oto garść ich wypowiedzi: Keith Emerson zapytany w 1997 roku przez Wiesława Królikowskiego o tą płytę podsumował ją krótko:

,,To był nasz czas, pomysł gonił pomysł. Po prostu zasuwaliśmy. Mieliśmy nadmiar pomysłów, gdy sesja dobiegała końca”.

Kilka lat później przy okazji kolejnej remasterowanej edycji tego dzieła stwierdził:

,,Ten album ukazał nas jako muzyków, którzy jeszcze bardziej poszerzają granice swoich poszukiwań, dalej niż było to do tej pory. Kiedy słucham tej płyty dzisiaj zastanawiam się, jak udało nam się tego dokonać. (…) Myślę, że stało się tak dlatego, iż byliśmy wtedy najbardziej chłonni na różne nowe idee, osiągnęliśmy także apogeum naszej kreatywności”. Z kolei perkusista Carl Palmer w czasie swojego pobytu w Polsce w 1995 roku udzielił wywiadu Wiesławowi Weissowi z Tylko rocka. Zapytany o Brain salad surgery powiedział tak:

,,Sesja Brain salad surgery była czymś wspaniałym. Wtedy miałem poczucie, że tworzymy prawdziwą sztukę. Brain salad surgery to największa perła w dorobku zespołu”.

,,Myślę, że gdybym miał identyfikować się z jednym albumem, który byłby naszym najwybitniejszym osiągnięciem, to musiałby to być Brain salad surgery. Dla mnie to był ten czas, gdy stworzyliśmy naszego Sgt. Pepper’s. Robiliśmy wtedy różne dziwne rzeczy, poszerzaliśmy granice eksperymentów, stosowaliśmy różne nowatorskie techniki nagraniowe”. Kończąc rozważania na temat tej jakże kontrowersyjnej płyty, wypadałoby pokusić się o jakąś konkluzję. Nie jest to jednak rzecz łatwa. Dużo do myślenia dają tak skrajne opinie na temat tego albumu, artykułowane na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Skłaniają one bowiem jeszcze raz do refleksji na temat krytyki rockowej. Lektura wielu tekstów ukazuje częstokroć bardzo emocjonalne i skrajnie subiektywistyczne podejście autorów do opisywanej muzyki. Brakuje czasami pewnej bardziej obiektywnej i zdystansowanej próby namysłu nad ocenianą płytą. Niejednokrotnie jedynym weryfikatorem albumu jest gust autora, który determinuje globalną ocenę recenzowanej płyty. Wielu rockowych krytyków przyznaje się wprost do swojej niewiedzy w kwestii muzykologicznej czy też nikłej znajomości historii muzyki klasycznej. Myślę, że podniesienie standardów merytorycznych w tej kwestii mogłoby umożliwić bardziej rzeczową i wiarygodną ocenę muzyki rockowej. To już jednak materiał na zupełnie inne rozważania, które wykraczają poza temat niniejszego tekstu. Jak mamy zatem po blisko 40 latach ocenić Brain salad surgery? Czy mamy tu do czynienia z klasycznym przerostem formy nad treścią, kiczem zespolonym z technologiczną aberracją? A może jest to jednak jeden z pomnikowych przykładów ambitnego, oryginalnego i wyrafinowanego dokonania rockowych twórców, którzy chcieli udowodnić, iż ten gatunek w swoich najlepszych przejawach może dostarczyć wymagającemu słuchaczowi artystycznej satysfakcji. Album jest zaiste dość ekstrawagancki i niepospolity w swoim charakterze, niechaj więc każdy, słuchając go w domowym zaciszu, sam wyrobi sobie na jego temat własny pogląd.

Biuletyn podProgowy

evil 9 także trudno jest mówić. Ten utwór dosłownie kipi rozlicznymi pomysłami, jego śmiała i ekstrawagancka forma oraz charakter mogą natomiast budzić obiekcje, to mnie bynajmniej nie dziwi. Ten album zresztą generalnie skupia w sobie w wyjątkowo intensywnym natężeniu te najbardziej istotne cechy rocka progresywnego, za które jedni ten gatunek uwielbiają natomiast inni darzą awersją. Jest to na pewno jedną z istotnych przyczyn, dlaczego do dzisiaj tak bardzo polaryzuje on opinie słuchaczy.

archiwalia

kwiecień/czerwiec

Aleksander Filipowski

Po latach zapytany ponownie o ten album z okazji jej kolejnej edycji płytowej stwierdził:

biuletyn podProgowy

15


kwiecień/czerwiec

POUTATORVI Freaki w kosmosie

POUTATORVI

Solarphonic Shock Waves Powstały w 2005 roku fiński zespół Poutatorvi określa własną twórczość, jako hiperenergiczną, wyimaginowaną muzykę, która ma sprawić, że nasze mózgi pójdą w tany. Na początku 2012 roku ukazał się drugi album formacji, zatytułowany Solarphonic Shock Waves. I co by nie powiedzieć, to nie można Finom zarzucić, że rzucają słowa na wiatr. Nowe dzieło Poutatorvi to 40 minut pozytywnych, nieźle bujających, wibracji, to niezwykła mieszanka styli, powstała w jednym, jedynym celu: rozkręcania dobrej zabawy. Rozwlekłe kompozycje, niekończące się smęcące solówki, zawodzący wokaliści... Tego tu nie znajdziecie. Świat Solarphonic Shock Waves to mnóstwo zwięzłych partii solowych, nawleczonych na proste, taneczne rytmy raz przypominające ska (sam zespół mówi o „arctic ska”, innym razem żołnierskie marsze, a jeszcze innym staroświecką (tę, której

16

bliżej to Gorączki sobotniej nocy, niż Lady Gagi) dyskotekę. A całość, za sprawą elementów elektroniki, chwilami przypomina soundtrack do jakiegoś kiczowatego filmu science fiction. Najbardziej reprezentatywnym utworem – o ile o takim w ogóle w przypadku tej płyty można mówić – jest numer drugi na liście odtwarzania, Equipped With Wave Crusher. Za jednostajnym, tanecznym rytmem (który na całym albumie odgrywa doniosłą rolę) kryje się cała masa zwięzłych i melodyjnych solówek, okraszonych elektronicznym efekciarstwem, które dodaje temu utworowi (jak i całemu albumowi) specyficzny, kiczowaty połysk. Efekt ten to nie wypadek przy pracy. Jest on w pełni świadomy i dopełnia on (obok samej muzyki, oprawy graficznej i tekstowej) poetykę tego albumu. Są utwory, w których elektronika dochodzi do głosu w dużo większej mierze, np. Ballon Ride). Są momenty, które mogą bardziej podrażnić konserwatywne ucho, jak np. kawałek Nightclub Lady Lover, który znakomicie imituje klimat dyskoteki z końca lat 70. Na Solarphonic Shock Waves bywa odrobinę podniośle, choć nie bez przymrużenia oka (Double Bladed Sword, Disco Owl Will Rise), bywa że album lekko skręca w stronę folku (Devil’s Afterparty). Cokolwiek jednak Poutatorvi nie wyprawiają, efekt końcowy zawsze jest kapitalny.

Za ten przedziwny twór, jakim jest Solarphonic Shock Waves, odpowiedzialni są: Timi-Artturi Mäkelä (bas, syntezatory), Markus Pajakkala (saksofon, klarnet, flet, syntezatory, perkusja), Jussi Prusti (perkusja), Pekka Laiho (gitary), Tapio Keihäs (syntezatory, akordeon, charango) oraz kilku ich gości, których usłyszymy na wokalu (w jednym utworze), a także grających na perkusji, pianinie i puzonach. Radość ze wspólnego grania? O, tak. Usłyszycie ją tu na każdym kroku. Komu może przypaść do gustu taka mieszanka dźwięków? Trudne pytanie. To zależy od indywidualnych uwarunkowań odbiorcy – jego poczucia humoru, muzycznej otwartości, zgody na rytmiczne uproszczenia. Jeśli po przygodach z wielogodzinnymi suitami macie ochotę na coś rześkiego, jeśli potrzebujecie zastrzyku pozytywnej energii, jeśli nie wstydzicie się bawić (nawet gdy zabawę definiujecie jako machanie palcem w bucie) to ten album jest dla was. Szalony świat Finów z Poutatorvi to niezobowiązujące, ale powalające swym autentyzmem, granie. Nie ma tu blagi, udawania czegokolwiek, nadymania się w imię wielkiej sztuki. Jest za to czysta i porywająca rozrywka. I ja to kupuję. Jacek Chudzik

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec Czy arktyczne ska jest popularnym gatunkiem muzycznym w Finlandii? Pytam ponieważ interesują mnie korzenie, z których wyrasta muzyka Poutatorvi. Jak wpadliście na pomysł wymieszania ze sobą elektroniki, jazzu, disco i progresywnych elementów?

talne szaleństwo zostaje w jakiś sposób zorganizowane – to naprawdę był przemyślany wybór. Poza tym nie jesteśmy zespołem, który podczas koncertów stoi w miejscu i wpatruje się we własne palce u stóp! Nie boicie się sytuacji, w której zostaniecie zaklasyfikowani, jako grający muzykę „za prostą”, będącą „tylko rozrywką”?

Poutatorvi: Właściwie to my nie wpadliśmy na ten pomysł nagle, ale powstał on jako wypadkowa naszych indywidualnych upodobań stopionych w jedno. Graliśmy ze sobą przez wiele lat, więc nasz styl miał czas się wykształcić, przechodząc po drodze przez różne fazy. Arktyczne ska to właściwie termin wymyślony przez nas i zdaje nam się, że staje się, że zyskuje on tutaj na popularności. Tańczenie arktycznych warunkach nie ma na celu wyluzowania się, chodzi o to, że musisz się ruszać jak szalony, aby utrzymać temperaturę ciała.

Muzyka disco naprawdę nie musi być prosta, a każdy kto widział nas na żywo wie, że daleko nam do bycia „wyłącznie rozrywkowym” zespołem. Nam chodzi o czystą, brutalną siłę muzyki i jej freakowatość! Jest pewnym wyzwaniem przesłuchać cały nasz album i zachować trzeźwość umysłu.

Najbardziej zaskakująca na Solarphonic Shock Waves jest właśnie ta domieszka disco i ska. Chwilami wydaje się, ze składacie tu hołd muzyce tanecznej przełomu lat 70. i 80. Dlaczego postanowiliście postawić na disco? Puls disco sprawia, że muzyka staje się taneczna, a także sprawia, że instrumen-

Kto w Waszej opinii powinien zdecydowanie sięgnąć po Solarphonic Shock Waves? Każdy, kto lubi muzykę energetyczną, rytmiczną i zróżnicowaną. Wśród naszych fanów znajdziecie żyjących w zgodzie hipisów, nerdów czy metalowców. Zaznaczyć jednak musimy, że naszą podstawową grupą docelową są kosmiczni superbohaterowie, którzy potrzebują muzyki, by móc dokonywać swych heroicznych czynów.

To była kolosalna praca dla nas, ale nie napotkaliśmy na żadne specjalne trudności. Pozwoliliśmy by produkcja i miksy trwały tyle, ile musiały trwać i nie chcieliśmy przyspieszać tych procesów. Mówi się, że Poutatorvi zyskało status kultowej grupy podczas występów na żywo. Jak narodził się ten kult? Na początku był jeden naśladowca, sklonowaliśmy go i – po jakimś czasie – klony zaczęły się same mnożyć. Muzyka z Solarphonic Shock Waves mogłaby posłużyć jako ścieżka dźwiękowa do jakiegoś filmu sci-fi klasy B. Jaka byłaby fabuła takiego dzieła? Akcja takiego filmu zdecydowanie działaby się w przyszłości i w kosmosie. Fabuła opowiadałaby o superbohaterach noszących pingwinie maski, którzy przybywają na Ziemię, by – używając łamacza fal oraz miecza o dwóch ostrzach – uchronić ludzkość przed solarnofonicznymi falami wstrząsowymi. Rozmawiał: Jacek Chudzik

Nagranie albumu zajęło Wam około sześciu miesięcy. Były z tym jakieś trudności? fot. Touko Hujanen

biuletyn podProgowy

17


kwiecień/czerwiec

Mellotron W

e wczesnych latach sześćdziesiątych kilku inżynierów dźwięku opracowało nowy instrument klawiszowy. Zamiarem było możliwie jak najwierniejsze odtworzenie brzmienia poszczególnych sekcji orkiestry symfonicznej. Jak często w takich przypadkach bywa, okazało się, że instrument zamiast imitować, ma swoje własne, bardzo charakterystyczne brzmienie. Nazwali go mellotron. Był rok 1963… Nie podejrzewali że w stosunkowo krótkim czasie stanie się on jednym z najlepszych i najbardziej poszukiwanych instrumentów na rynku a jego charakterystyczne brzmienie stanie się wizytówką kilkudziesięciu zespołów, które zwykliśmy określać mianem kanonu rocka progresywnego. Swoje magiczne dźwięki tworzyli na mellotronach zarówno King Crimsin, Yes i Genesis, jak i ich odpowiedniki we Włoszech, czyli Banco Del Mutuo Soccorso, Premiata Forneria Marconni, Museo Rosenbach i Celeste. Mellotrony pokochały zarówno zespoły, jak

1968r.

The Moody Blues Days of Future Passed Tu jeszcze grupa nie do końca rozumiała możliwości mellotronu, bo zaangażowała orkiestrę… Ale mimo wszystko współbrzmienie tych klawiszy i orkiestry wyznaczyło pewien dobrze znany nam kierunek w rocku na kilkanaście kolejnych lat.   Recenzja

i słuchacze na kontynencie północnoamerykańskim, w Australii, Nowej Zelandii, Japonii, Korei i w Ameryce Południowej (Brazylia, Argenyna. Chile) w Europie Środkowej (Niemen, Modry Efekt). Nieco później magia mellotronu dopadła Skandynawię i resztę Europy. Instrument był produkowany aż do roku 1986 roku przez angielską firmę Streetly Electronics. Z rynku wyparły go dużo prostsze w użyciu (i w produkcji) syntezatory. Jednak już po kilku latach muzycy zrozumieli, że żaden, nawet najlepszy, syntezator nie jest w stanie podrobić w 100 procentach charakterystycznego, ciepłego brzmienia oryginalnego mellotronu. Ciekawostką jest fakt, że nawet dziś są grupy z powodzeniem używające tego instrumentu (Wobbler, Morte Macabre czy też nasz Hipgnosis). Poniżej w krótkich słowach postaram się przedstawić kilkanaście płyt, na których w sposób dla mnie wręcz bajkowy wykorzystano mellotron.

King Crimson i jedna z pierwszych płyt w historii, gdzie na taką skalę wykorzystano mellotron. Epitaph po prostu zmiażdżyło publiczność i krytyków, a podstawą brzmienia tegoż utworu są właśnie mellotrony.   Recenzja Inne płyty King Crimson, na których niezwykle ważnym instrumentem był mellotron:

1972r. Yes Close to the Edge Przez wielu uznawana za największe osiągnięcie grupy. Rick Wakeman, który już na poprzedniej płycie (Fragile) zademonstrował swój nowy instrument, dopiero tu pokazał, na co go stać. Zarówno jego, jak i mellotron.   Recenzja Inne płyty YES, gdzie pierwszoplanowym instrumentem był mellotron:

Inne płyty Moody Blues, na których dominującą rolę odegrały mellotrony: 1970r. Gracious Gracious! 1969r. King Crimson In the Court on the Crimson King Płyta legenda, najwybitniejsze dzieło

18

Doskonała płyta, a klawiszowiec Martin Kitcat po wspólnym koncercie z King Crimson zakupił mellotron. Muzycznie oscyluje pomiędzy wczesnym King Crimson a Genesis, z dużym rockowym zacięciem. Recenzja

1972r. Genesis Foxtrot Również Tony Banks wykorzystał te klawisze na poprzedniej płycie (Nursery Cryme), jednak – podob-

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec nie jak Wakeman – dopiero po pewnym czasie zrozumiał, jakie cudo ma w swoim arsenale. I pokazał światu…   Recenzja Inne płyty Genesis z mellotronem w roli głównej:

1972r. Premiata Forneria Marconi Storia di un Minutto Włosi natychmiast poznali możliwości jakie daje „nowy parapet”. Od 1971 roku chyba wszystkie progresywne grupy z Italii miały go w składzie, ale to, co zrobił z nim Flavio Premoli na tej płycie, przechodzi ludzkie pojęcie. Recenzja Inne płyty PFM z mellotronem :

1976 r. Celeste Celeste Baśniowa płyta, gitara akustyczna, mellotron i flety… Jedna z piękniejszych, klimatycznych płyt w historii, kanon włoskiej Złotej Ery, a mellotron jest jej podstawą.   Recenzja 1976r. Schicke, Furhs & Frohling Symphonic Pictures Nieco zapomniana, znakomita instrumentalna debiutancka płyta legendarnego tria z Niemiec. Mellotron, Hammond i syntezatory w równych proporcjach. Pycha!   Recenzja 1973r. Clearlight Symphony

1972r. Banco Del Mutuo Soccorso Darwin Jedno z najwybitniejszych dzieł w historii gatunku, przez wielu uważane za największą płytę Złotej Ery. Cudowne połączenie mellotronu i Hammonda.   Recenzja Inne płyty Banco z wielkim mellotronem:

1973r. Museo Rosenbach Zarathustra Jedyna płyta tej grupy nagrana w epoce. Tej muzyki nie da się do czegoś porównać – znając cały europejski progres, można się narazić ortodoksom, twierdząc, że przy nich Genesis grają jak ubodzy krewni, Emerson to szkółka niedzielna, King Crimson – fajne, ale za

biuletyn podProgowy

1998r. Morte Macabre Symphonic Holocaust

proste... To oczywiście żart, ale... posłuchajcie a potem sami oceńcie.   Recenzja

Również i we Francji doceniono ten instrument. Wspaniały album mało znanej u nas grupy. Wszystkim, którzy nie mieli okazji poznać, proponuję nadrobić zaległości, bo połączenie piana z mellotronem w ich wykonaniu to absolutne mistrzostwo świata. A poza tym płyta piękna i wspaniała.   Recenzja 1975r. Druid Toward the Sun Doskonała, yessopodobna płyta, z mellotronami w tle od pierwszych minut do końca.   Recenzja 1977 r. England Garden Shed Kolejna znakomita grupa z kategorii postyessowskiej. Debiutancka płyta, mocno przypominająca Close to the Edge, fantastyczne klawisze – oczywiście mellorton również.   Recenzja

Niesamowita płyta, niesamowity zespół. I aż trzy mellotrony w składzie. Skandynawski prog to – obok włoskiego – światowa czołówka, szkoda, że stosunkowo mało znana w Polsce. Recenzja 1993r. Anekdoten Vemod Sensacyjnie dobry debiut tej grupy dosłownie rzucił na kolana progresywny świat, zwłaszcza ten od „karmazynowych” klimatów. Znakomita płyta, z mellotronem w roli głównej. Recenzja 1992r. Anglagard Hybris Genialny debiut, genialna płyta, genialne mellotrony. Zespół wydał trzy płyty – wszystkie znakomite, aktualnie pracuje nad kolejną.   Recenzja 2011r. Hipgnosis Relusion Polski akcent na koniec. Dwa zestawy klawiszy sugerują (i słusznie) dużą dawkę elektroniki. A mellotron jest ulubionym parapetem wszystkich członków grupy.   Recenzja

Wirtuozi Mellotronu Nicklas Berg Anekdoten, Morte Macabre Simon Nordberg Landberk

Rick Wakeman Yes Thomas Johnson Anglagard

Ian McDonald King Crimson

Gianni Noceni Banco del Mutuo Soccorso

Robert Fripp King Crimson

Flavio Premoli Premiata Forneria Marconi

Tony Banks Genesis

Pit Corradi Museo Rosenbach

19


kwiecień/czerwiec

Zappa

drogowskazy

Kiedy chcecie iść nieznaną drogą szukacie zawsze jakiś drogowskazów. Punktów, znaków, które pomogą Wam w obraniu właściwego kierunku, skierują na właściwą drogę. Oczywiście wielu ludzi lubi drogi „na przełaj”, przez dzicz i głuszę. Można i tak. Wszystko jest kwestią gustu i zainteresowań. Ten tekst jest dla tych, którzy przed wejściem do wody, lubią sprawdzić gdzie jest dno. Jak poprowadzić ludzi w gąszcz twórczości Mistrza Franka Zappy? Jakie przyjąć kryteria? Jak pogodzić wszystkich? To zawsze pytania bez konkretnych odpowiedzi. Zbyt wiele niewiadomych. Ja przyjąłem własną drogę i zapraszam Was do wędrówki po meandrach twórczości Geniusza. Żeby się nie zgubić i w razie konieczności móc wrócić po własnych śladach – zostawiajmy znaki. Może następni poszukiwacze pójdą tą samą trasą…

Początki Omawiając twórczość Zappy, musimy jak w każdym opracowaniu zacząć od początku. Od tego co było źródłem, z którego powstała rzeka. Zappa od zawsze był postacią nietuzinkową, chadzającą własnymi ścieżkami. Miał wizję swojej muzyki i do jej urzeczywistnienia potrzebował odtwórców. Nie żądał od nich za wiele. Ot, po prostu odrobiny małego geniuszu muzycznego. Tak niewiele i wiele zarazem. Dlatego muzycy, którzy z nim grali zawsze byli wysokiej klasy instrumentalistami z poczuciem humoru. Ponuraków raczej u boku Zappy nie było. I tak to w 1966 roku przyłączył się do grupy przyjaciół, którzy już wtedy grali razem, został leaderem i stworzył The Mothers. Tak w skrócie wyglądały narodziny tej grupy. Zaczynając poznawać twórczość Franka Zappy nie można pominąć debiutu, choć on dla mnie nierozerwalnie łączy się z drugą płytą. I tak zaczynamy wędrówkę od płyt Freak out i Absolutely Free.

20

To były punkty zwrotne w muzyce i pierwsze poważne dzieło Mistrza. Dzisiaj, z upływem czasu, zauważamy, że płyty te odrobinę się zestarzały. Już nie mają takiego potencjału wywrotowego jak dawniej. Warstwy tekstowe miejscami się zdezaktualizowały, a miejscami wręcz przeciwnie. Muzycznie był to nowy wówczas głos pokolenia „Freaks”. Każdy szanujący się szperacz muzyczny

musi przejść przez ten chrzest bojowy. W tych czasach Zappa objawiał światu swoje zwariowane oblicze kontestatora, prześmiewcy, kpiarza, ale i twórcy muzycznego. Celowo nie piszę – muzyka, bo to, co robił Frank wykraczało poza ramy samej muzyki. Koncerty The Mothers Of Invention to były performansy. Spektakle z  dodatkiem dźwięków granych na żywo. I tak mogłoby to

trwać gdyby nie natura Geniusza. Te dwie płyty wyznaczyły nowy kierunek i rozpoczęły wielki pochód Zappy przez świat.

Wczesna dorosłość Zappa szybko dorósł i jak mawiali krytycy wydoroślał. W 1969 roku wydał jedną ze swoich najlepszych płyt – Hot Rats.

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec ków The Mothers i solowego Hot Rats. Kompletnie inne oblicze Mistrza. Znakomity okres dobrego humoru tryskającego ze sceny. Wszyscy bawili się znakomicie.

gitarowe, popisy niedoścignionego Jeana Luca Ponty’ego na skrzypcach i znakomite rockowe kompozycje nadawały kolorytu tej niesamowitej płycie.

Wielki jazz To kolejny zwrot w karierze Mistrza. Ostra jazzowo-bluesowo-rockowa płyta była całkowitym zaprzeczeniem wcześniejszych dokonań. Muzyczne wirtuozerstwo, geniusz artystyczny bez cienia kpiny i śmiechu. Płyta „na poważnie”, która na zawsze wyznaczyła pierwszą prędkość kosmiczną Zappy dla wszechświata. Dla fanów była objawieniem, dla krytyków mistrzostwem świata. Obok niej nie można przejść obojętnie. A że wtedy objawił się kolejny syndrom Franka – szukamy nowego tworzywa – zatem płyta nagrana nie pod szyldem The Mothers Of Invention i z innymi muzykami. Znakomitymi instrumentalistami. Wielkie dzieło.

Śmiech to zdrowie Kiedy świat już myślał, że Zappa spoważniał, On dał o sobie znać w kolejnej odsłonie The Mothers, gdzie prym wiedli dwaj frontmani grupy The Turtles: Eddie i Flo. Na prawie 2 lata zawładnęli umysłem Franka, znowu tworząc rockowy pastisz-show. Tutaj najlepszym przykładem jest płyta Live At The Fillmore East.

Nie minął rok i Zappa znów pokazał światu, że raczej ciężko oczekiwać od niego by tworzył przez całe życie podobne do siebie płyty według jednego, sprawdzonego schematu. Pomysły go rozpierały. I tak w 1972 roku pojawił się kolejny jazzrockowy, jakże nowatorski w swojej wymowie album Grand Wazoo.

Wielka płyta, wielkiego człowieka. Duża sekcja dęta, ciężkie riffy i jazz-rock na bardzo wysokim artystycznie poziomie. Trudne dźwięki, złożone kompozycje, totalnie zaskakujące rozwiązania harmonicznie. Znów pojawiła się nowa grupa fanów, która poznała Zappę tylko z tej, jakże wyśmienitej strony. Nowe dźwięki, nowe brzmienia. Muzyka trudniejsza w odbiorze niż prześmiewcze początki czy humorystyczne Fillmore. Ale jak powstał nowy świat Zappy? Ów przechodził rekonwalescencję w domu i nie mógł znieść bezczynności. I tak to z nudów stworzył arcydzieło.

Czas na rocka

Dużo śmiechu, głupawych konwersacji, opowiadań, ale i kawał naprawdę wspaniałego grania. Jakże różna od począt-

biuletyn podProgowy

1973 rok przygwoździł nas kolejnym wcieleniem Geniusza. Ostry, ciężki rock z elementami jazz-rocka prezentowała płyta Overnite Sensation. Niewiele ponad 35 minut muzyki, ale o jakim ciężarze gatunkowym. Znakomite solówki

Taki styl na długie lata zawitał do twórczości Zappy. To tutaj odkrył swoje pokłady energii, która pozwalała mu wyżywać się w rockowej ekspresji. To teraz zaczęły się dla Franka Złote Lata Siedemdziesiąte. Płyta, którą można słuchać bez końca i nucić bezwiednie wiele jej fragmentów. A jaka odmiana po Wazoo. Skąd Ten Człowiek brał te wszystkie pomysły?

Gitara w rękach mistrza Kolejnym krokiem na drodze zrozumienia Zappy jest bez wątpienia pierwsza w świecie płyta z samymi solówkami. Tylko tak nietuzinkowy artysta mógł sobie pozwolić na taki krok. Geniusz Franka objawiał się m.in. w tym, że każda jego koncertowa solówka gitarowa była improwizowana. Nie spotkamy w historii dwóch identycznych solówek na żadnym koncercie Zappy. Dzięki temu, że każdy swój koncert nagrywał, to materiału na wydanie kilku setek płyt miał bez liku. I tak to powstała trzypłytowa seria Shut Up And Play Yer Guitar.

Apogeum Geniuszu Moim skromnym zdaniem swoje apogeum Zappa osiągnął na płycie Zappa In New York. To kolejny zwrot w karierze i w sposobie pojmowania muzyki.

Duży rockowy big-band, pokręcone rytmy, nietuzinkowe kompozycje i wirtuozeria wykonawcza, to było to, co decydowało o atmosferze tych koncertów. Według mnie najlepszy skład zespołu Franka w historii. I znów jakby powrót do starych czasów z dużym składem muzyków, lecz w konwencji bardziej rockowo-jazzowej. Znakomici muzycy. Jazzrockowa awangarda. Płyta wszechczasów.

Nowe dzieło Mistrza, nowy kierunek i nowa jakość w twórczości. 100% improwizacji. Ciężko to zrozumieć wiedząc, że artysta ten dążył do perfekcji i przed każdą trasą trenował zespół przez kilka tygodni. Nieustannie ćwiczyli materiał, który miał być zaprezentowany na scenie. Ale w tym żelaznym schemacie było miejsce na improwizacje i to właśnie słychać na tych płytach. Trudna pozycja, ale nie sposób jej nie poznać, poznając „dzieła wybrane”.

Muzyka poważna W tym miejscu uważny czytelnik mógł powiedzieć: no, to już chyba wszystko słyszałem. A jakże mylne by to było stwierdzenie... Wszak tworzenie muzyki współczesnej nie kończy się tylko na odgrywaniu jej na instrumentach elektrycznych. A gdzie orkiestry? Proszę – są i orkiestry. A do tego komplet-

21


kwiecień/czerwiec nie klasyczny repertuar. Każdy z twórców rockowych ma w swoich ambicjach zapisane, że prawdziwym muzykiem staje się wtedy, kiedy napisze się utwór klasyczny – czytaj – coś z muzyki poważnej. Czy jest to wyższa szkoła jazdy czy chęć dotarcia do innego grona słuchaczy, tego nigdy nie rozstrzygniemy. Faktem jest, że muzyka klasyczna traktowana jest jako coś lepszego niż zwykły rock’n’roll, a więc jest darzona większą atencją. I tak to nasz Zappa wkroczył także na drogę klasyczną nagrywając swoje utwory przy wykorzystaniu Londyńskiej Orkiestry Symfonicznej.

Zacna i ceniona w świecie orkiestra sprostała wymogom Mistrza i zagrała wiele jego rytmicznych łamańców. A kiedy to tego dołożymy jeszcze rockowego pałkera – wyjdzie mariaż niespotykany w świecie. I tak to Frank znów objawił światu swe kolejne oblicze. Podsumujmy zatem. Było prześmiewczo i kpiarsko, kabaretowo, była jazz i blues, jazz-rock, było bardzo rockowo, awangardowo i big bandowo, solowo na gitarze i symfonicznie. I to wszystko w ciągu 17 lat działalności. Nie wiem czy taki zwykły np. kameleon poradziłby sobie z tyloma tak radykalnymi zmianami w tak krótkim czasie. Myślicie, że to wszystko?

pienia Broadway The Hard Way.

Utwory stare i nowe, ale zaaranżowane na modłę Broadwayu. Znów nowe oblicze artysty i pierwsza płyta Zappy oficjalnie wydana w... Czechosłowacji! Fanem Franka był sam Vaclav Havel zatem Czesi dostąpili zaszczytu wydania tej płyty, ale dopiero w 1991 roku. Płyta ma znakomity klimat, a na wersji CD dodatkowo utwór zaśpiewany z goszczącym na koncercie Stingiem (jednym z wielu artystów, którzy pojawiali się na koncertach Franka). Kapitalna wiązanka utworów, których słucha się znakomicie mając przeświadczenie, że ten artysta nigdy nie robił niczego innego, tylko pisał tak świetne kawałki. Bo w sumie to prawda.

Geniusz w gąszczu Do tej beczki miodu należy dolać łyżkę dziegciu. Nie wszystko co stworzył Zappa było łatwe i szybko przyswajalne. Tak to już z Geniuszami bywa, że często wyprzedzają epokę i dopiero następne pokolenia moją w pełni docenić jego dary. W przypadku Franka taką płytą może być Civilisation Phase III.

22

ków sportów ekstremalnych do odnalezienia płyty Uncle Meat, Orchestral Favorities, Francesco Zappa, The Yellow Shark czy Greasy Love Songs.

Mistrz nowatorstwa Na koniec jeszcze jedna nowatorska perełka. Płyta wydana pośmiertnie – Quadrophiliac.

To perełka, która pokazuje Zappę jako nowatora i eksperymentatora. Początek lat 70, a Frank nagrywa dźwięk w systemie kwadrofonicznym, ale przy kompletnie nowatorskim rozumieniu przestrzeni. Rozstawia mikrofony w różnych miejscach i nagrywa instrumenty tak, by mikrofony czuły odległość i kierunek! My słyszymy, że instrumenty stoją obok nas i jak zamkniemy oczy możemy je dostknąć i wskać gdzie dokładnie były usytuowane. W odniesieniu do brzmienia był to kamień milowy.

Zamiast zakończenia

Wodewil na Broadwayu A czy możecie sobie wyobrazić big band śpiewający w stylu broadwayowskich wodewili? Z trasy 1988 roku Zappa wykroił 3 bardzo różne płyty, ale najbardziej zaskakującą była bez wąt-

Frank, że aż ciężko powiedzieć, co Go skłoniło do nagrania czegoś takiego? Znam osobiście ludzi, którym się to podoba, ale poznając kolejne drogowskazy, uważajcie żeby nie zabrnąć w ślepą uliczkę. Niby jest tam światełko, ale czy o taką jasność nam chodziło? Tak czy inaczej płyta ta, to kolejny krok do poznania Mistrza. Krok dzięki któremu poznajemy już dzieło pośmiertne, ale tworzone za życia.

Płyta tak trudna i tak mało zrozumiała, a przy tym tak różna od wszystkiego co stworzył

To tylko garść drobnych drogowskazów dla chcących poznać twórczość Mistrza Zappy. Każdy z tych drogowskazów praktycznie pokazuje inny kierunek twórczości, za którym kryje się kilka płyt artysty. Teraz sami możecie wybierać w tym co lubicie. A dla poszukiwaczy i miłośni-

Konrad Niemiec

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec

OD RAGA DO ROCKA, CZYLI KILKA SŁÓW O MUZYCE FILMOWEJ

T

a parafraza tytułu książki Joachima Berendta doskonale opisuje też drogę jaką przebyła muzyka w filmie od początku kina, aż do drugiej połowu XX wieku kiedy zaczęła się historia rock’n’rolla. Muzyka stała się nieodłącznym elementem sztuki filmowej jeszcze przed erą filmu dźwiękowego i można powiedzieć, że jest częścią filmu prawie od początku istnienia kinematografii. Już na jednym z pierwszych płatnych seansów filmowych z 1896 roku obecny był akompaniator. Jednak początkowo w czasie projekcji filmu dźwięk był odtwarzany najczęściej z gramofonu lub pianoli. W tym ostatnim przypadku człowiek jedynie napędzał mechanizm, który pozwalał na odtwarzanie muzyki z rolek perforowanego papieru. Powodowało to liczne problemy techniczne, a muzyka nie była dobrze zgrana z prezentowanym obrazem. Ciekawym sposobem udźwiękowienia filmu, wykorzystywanym jeszcze niekiedy obecnie w niezależnych kinach stała się osoba tapera. Był to pianista grający na żywo w czasie projekcji. Mógł on na bieżąco dostosowywać muzykę i jej nastrój do treści filmu. W tym okresie podkład muzyczny do filmu tworzyli nie tylko pianiści ale także orkiestry. Jednak pierwsza kompozycja stworzona specjalnie dla potrzeb filmu powstała w roku 1906. Włoski kompozytor Romolo Baccini skomponował ją do filmu Malia dell’Oro. Włochy stały się też pierwszym krajem, w którym na większą skalę tworzono muzykę filmową podczas gdy w innych krajach pisanie na zamówienie muzyki do filmu rozpowszechniło się dopiero kilkanaście lat później. Oprócz pianina zaczęto też wykorzystywać organy. Były to słynne organy kinowe firmy Rudolph Wurlitzer Company, które stworzono w roku 1910. Symboliczne z punktu widzenia późniejszej o kilkadziesiąt lat obecności rocka w filmie może się okazać to, że markę Wurlitzer wykupiła firma produkująca gitary Gibson. Na początku XX wieku nową erę w historii kina otworzyło natomiast powstanie filmu dźwiękowego. Pierwsze słowa w filmie padły w Śpiewaku jazzbandu (1927), w reżyserii Alana Croslanda i brzmiały: „Say, ma, listen to this”. Była to jednocześnie pierwsza piosenka stworzona specjalnie do filmu i pierwsza filmowa piosenka zarejestrowana na płycie. Zaśpiewał ją znany wówczas amerykański aktor Al Jolson, który w wykonał w tym filmie kilka utworów.

24

W krótkim czasie muzyka stała się bardzo ważnym elementem kina. Coraz częściej zaczęli pojawiać się też kompozytorzy specjalizujący się niemal wyłącznie w muzyce filmowej. Zwiększyła się też różnorodność muzyki filmowej i już na początku istnienia muzyki rockowej zaczęła być ona wykorzystywana w filmach. Nie należy tu zapominać o specyfice muzyki filmowej, która często musi stosować się do pewnych zasad i mieścić się w pewnych określonych ramach. Po pierwsze muzyka filmowa może, a nawet powinna wywierać na oglądającego film widza silny i określony wpływ. Kompozytorzy tworząc ją muszą też brać pod uwagę to, że muzyka ta powinna niekiedy wzmacniać reakcje widza. Poszczególne instrumenty różnie oddziałują na psychikę człowieka, a twórca muzyki filmowej dużo lepiej musi umieć manipulować emocjami. Znany kompozytor muzyki filmowej Zygmunt Konieczny mówił w wywiadzie sprzed kilku lat: „U mnie zmysł słuchu jest bardzo silnie związany z wzrokiem. Słyszę obrazami” Pokazuje to specyfikę tworzenia muzycznych ilustracji w filmie i ich silny związek ze sferą wizualną. Kompozytor w filmie musi podkreślać obraz filmowy, a więc dopasowywać charakter muzyki to tego co dzieje się aktualnie na ekranie. Wymaga to więc specyficznych umiejętności i szczególnej wrażliwości, którą nie każdy muzyk posiada. Można się też zastanawiać czy muzyka filmowa jest integralną częścią filmu czy też może być traktowana jako niezależne dzieło. Wydaje się, że nie istnieje jedna ostateczna odpowiedź na to pytanie. Niemniej jednak to właśnie muzyka rockowa w filmie chyba najczęściej funkcjonowała niezależnie od obrazu. Z drugiej strony często można się spotkać z przekonaniem, że obraz jest najważniejszy, a muzyka w filmie schodzi na dalszy plan. Alfred Hitchcock uważał, że dobra muzyka filmowa „to taka której nie słychać”. To idealne zgranie muzyki z filmem oraz pełne panowanie treści i obrazu nad warstwą dźwiękową wydaje się pozornie oczywiste. Jednak film nie zawsze jest sztuką przede wszystkim wizualną. Czasem zdarza się, że muzyka staje się elementem niemal tak samo istotnym. Filmowa muzyka rockowa miała swoje wielkie chwile już w latach sześćdziesiątych chociażby w postaci muzyki Pink Floyd z albumów More i Obscured by Clouds przygotowanych do filmów Bar-

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec beta Schroedera zatytułowanych More i La Vallee. Obydwie płyty pozostały klasykami rocka progresywnego podczas gdy same filmy wraz ze swą specyficzną poetyką w znacznie mniejszym stopniu wytrzymały próbę czasu, choć niewątpliwie dla miłośników lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych są nadal pozycją obowiązkową. W pewnym sensie podobnym filmem również przesiąkniętym kulturą lat sześćdziesiątych jest Zabriskie Point Michelangelo Antonioniego, w którym również wykorzystano utwory wykonawców takich jak Pink Floyd, Grateful Dead czy Kaleidoscope. Warto też pamiętać, że pierwotnie w filmie miał się też znaleźć utwór The Doors L’America, który ostatecznie znalazł się na albumie L.A. Woman. W tym wypadku Antonioni nie wykazał sie w pełni wyczuciem, które tak często nie zawodziło go wcześniej i sam zrezygnował z tego utworu choć niewątpliwie doskonale pasuje on do sennego klimatu filmu. Jednym z najciekawszych przykładów wykorzystania rocka w filmie jest nurt Blaxploitation Movies, w ramach którego powstały płyty łączące rocka, funk i soul, a które były przygotowywane specjalnie do filmów. Do najciekawszych z nich należą Shaft (Isaac Hayes), Super Fly (Curtis Mayfield) i Blacula (Gene Page). Co ciekawe jako obraz filmowy w zbiorowej świadomości funkcjonuje już tylko ten pierwszy tytuł natomiast muzyka do nich nadal budzi żywe zainteresowanie. Ciekawy obraz Londynu końca lat sześćdziesiątych pokazuje Antonioni w Powiększeniu choć trzeba przyznać, że słynnej scenie, w której możemy usłyszeć i zobaczyć zespół The Yardbirds, jeszcze z Jimim Pagem w składzie brakuje nieco autentyzmu. Po pierwsze to nie Jeff Beck ale Pete Townshend i Jimi Hendrix byli znani z niszczenia na scenie gitar. Po drugie żywiołowemu występowi zespołu towarzyszy pasywna reakcja publiczności, która w zamierzeniu reżysera miała podkreślać dekadencję ówczesnej młodzieży choć tak naprawdę nie wydaje się mieć wiele wspólnego z rzeczywistością. Niemniej jednak pozostała ona jedną z bardziej wyrazistych scen w historii kina i jednocześnie dokumentem upamiętniających jeden z najciekawszych zespołów lat sześćdziesiątych. Specyficznym przykładem wykorzystania muzyki w filmie są biografie znanych muzyków lub zespołów. W takiej sytuacji muzyka konkretnego wykonawcy jest przez cały czas obecna w filmie i stanowi element prawie tak ważny jak obraz i treść filmu. Jednym z najciekawszych obrazów tego typu jest The Doors Olivera Stonea, w którym Val Kilmer sam śpiewa utwory Morrisona i trzeba przyznać, że robi to doskonale. Poza tym film stanowi ciekawy, choć momentami może nieco ubarwiony obraz tego okresu. Pojawiają się w nim postacie takie jak Andy Warhol, związana z The Velvet Underground Nico, a także współtwórca sukcesu The Doors w osobie Paula Rothschilda. Prawdziwy Rothschild występuje zresztą w jednej ze scen filmu.

biuletyn podProgowy

Nietypowym przykładem połączenia muzyki z obrazem jest film Alana Parkera The Wall będący w istocie ilustracją i swoistym wydłużonym teledyskiem do płyty zespołu Pink Floyd, który jednocześnie w specyficzny sposób łączy kulturę rockową lat siedemdziesiątych w postaci Pink Floyd, z nową falą rocka w osobie grającego Pinka Boba Geldofa. Ten ostatni podkreślał, że nie przepadał specjalnie za Pink Floyd w tym zwłaszcza nie lubił tekstów ich piosenek. Zwracał też uwagę, że do udziału w filmie przekonało go to kto jest jego reżyserem. Z kolei filmy z  członkami zespołu The Beatles, które miały być dodatkowym elementem promocji albumów słynnej czwórki z Liverpoolu w zasadzie nie miałyby racji bytu gdyby nie muzyka. Są też reżyserzy, dla których muzyka staje się jednym z bohaterów, a nie tylko dodatkowym środkiem wyrazu poszerzającym odbiór filmu o sferę dźwiękową. Przykładem mogą być filmy Davida Lyncha. Od lat współpracuje on przy swoich produkcjach (np. Tween Peaks ogniu krocz za mną i Mulcholland Drive) z kompozytorem Angelo Badalamentim, a sam niekiedy gra w utworach wykorzystanych w swoich filmach. Muzyka u Lyncha staje się równie ważna jak obraz. Nawet gdy nie jest to tylko specjalnie skomponowana do filmu ścieżka dźwiękowa ale wykorzystany jest jedynie zestaw wybranych utworów. Przykładem może tu być Zaginiona autostrada gdzie utwory takich wykonawców jak David Bowie, Lou Reed, Rammstein czy The Smashing Pumpkins wypełniają całe fragmenty filmu i wydaje się, że stają się wtedy nawet ważniejsze niż jego warstwa wizualna przy czym jest to efekt w pełni przemyślany i zamierzony. Jednak dobra muzyka rockowa nie jest w filmie częstym zjawiskiem. Wraz z postępującą komercjalizacją kina pojawiła się komercyjna, często bardzo prosta i schematyczna muzyka. W latach 80 i 90 XX wieku rozpowszechniła się w filmie konwencja muzyki nastawionej na masowego widza i słuchacza. Był to też tak naprawdę koniec naprawdę dobrej muzyki rockowej w filmie. Jednak z drugiej strony na tym tle muzyka rockowa w filmie wypada dużo lepiej gdyż niezależność muzyków rockowych od wielkiej machiny filmowej sprawia, że częściej mogą powstawać projekty znacznie ciekawsze od tych tworzonych na zamówienie. Warto też zauważyć, że coraz rzadziej rock przebija się w świecie kina, a jeśli już to trafia do obrazów grupowanych w nurcie kina niezależnego i najczęściej nie są to albumy przygotowane specjalnie z myślą o filmie. Być może więc, że najlepszą rockową muzyką filmową ostatnich lat jest płyta zespołu Lebowski napisana do nieistniejącego filmu. Krzysztof Pabis i Katarzyna Wajnberg

25


kwiecień/czerwiec

Popol Vuh krautrockowy świat Herzoga Muzyka filmowa ma to do siebie, że trudno oderwać ją od obrazu. Jej piękno trwale złączane jest z filmem, który ilustruje. Bardzo rzadko zdarza się, żeby ścieżka dźwiękowa do filmu była bytem sama w sobie, żeby samodzielnie budowała jakąś opowieść, zrozumiałą nawet dla tych, którzy nie widzieli filmu. Popol Vuh Floriana Fricke współpracował z Wernerem Herzogiem przy pięciu filmach. Poniekąd część obrazów Herzoga odbiera się jako dzieła trójki Herzog, Kinski, Fricke. Tym bardziej niezwykłym jest fakt, że muzyki Popol Vuh z każdego z tych filmów (ale przede wszystkim (Aguirre, Szklane Serce i Nosferatu) doskonale słucha się saute, nawet bez znajomości filmów.

P

ierwsza kolaboracja Frickego z Herzogiem to ścieżka dźwiękowa do filmu Aguirre, Gniew Boży z 1972. Słyszymy tutaj Popol Vuh w jego wczesnym, elektrycznym wydaniu. Zimne, elektroniczne motywy, budujące charakterystyczny dla zespołu tajemniczy, mistyczny nastrój fantastycznie współgrają z filmem. Dzięki chłodnym, sterylnym dźwiękom wydobywanym z syntezatora Mooga film zmienia się z historii chciwości wiodącej ku samozagładzie w opowieść o ludzkiej samotności. Mam wrażenie, że to właśnie za sprawą muzyki do filmu wkradają się to, co metafizyczne, zamieniając go w mit. Prawdopodobnie z soundtrackiem autorstwa Ennio Morricone (takie było pierwotne założenie) odbierałoby się go zupełnie inaczej. Muzykę do Aguirre usłyszałem na długo zanim zobaczyłem film. Dlatego też ten album był dla mnie od początku czymś oddzielnym. Zresztą on poniekąd jest czymś innym, niźli tylko ścieżką dźwiękową. Wydany w 1975 roku, a więc w trzy lata po premierze filmu, album zawiera wiele materiału, którego próżno szukać w dziele Herzoga. Z nowych i starych elementów (znajdują się tutaj fragmenty z wcześniejszych płyt – Einsjäger und Siebenjäger i Seligpreisungen) Florian Fricke zbudował niezwykle barwną, niejednorodną opowieść, biegnącą od ciepłych, niemal sielankowych, hippisowskich motywów, po medytacyjne, ponure tematy elektroniczne. Ta dwuwarstwowość nadaje płycie dodatkowych barw, sprawia, że mocno pobudza wyobraźnię słuchacza. Z drugiej strony można zastanawiać się, czy Fricke nieco nie przedobrzył i czy nie lepiej byłoby wydać Aquirre w wersji bliższej tej filmowej, która była dziełem bliskim doskonałości i chyba nie było potrzeby poprawiania jej.

26

S

zklane Serce (1976) to opowieść o zbiorowym szaleństwie, osadzona w scenerii snu, mgły i gór. Muzyka, którą Popol Vuh wzbogacił ten obraz jest właściwie taka sama. Przywodzi na mWyśl majestat górskich potoków i piękno krajobrazów. Jest to muzyka na ogół spokojna, do pewnego stopnia monumentalna, choć czasem nieco mniej medytacyjna niż zazwyczaj. Gros motywów wykorzystanych w Herz aus Glas pochodzi z płyty Letzte Tage – Letzte Nächte, ale trudno robić z tego wielki zarzut w obliczu tego z jak spójnym dziełem mamy do czynienia. Po raz kolejny Fricke w trafny sposób łączy wschód z zachodem. To niezwykłe jak dokładnie brzmienie sitaru uzupełnia tutaj alpejskie krajobrazy. Komponując Herz aus Glas Florian Fricke po raz kolejny stworzył coś więcej, niż tylko tło dla obrazów filmowych. Jego dzieło posiada własną dramaturgię, opowiada osobną historię. Muzyka z tego albumu jawi się jako przyjemna i kojąca, a więc daleka od quasi apokaliptycznych wizji Herzoga. O ile w filmie spotykamy wizję umysłowego niepokoju w błogiej, pięknej scenerii, o tyle dzieło Popol Vuh zawiera bardzo niewiele niepokojących tematów, jest raczej muzyczną sielanką.

N

osferatu – wampir (1979) to mój ulubiony film Herzoga, a zarazem mój ulubiony soundtrack. Niebywałe jest na jak podobnych falach nadawali Herzog i Fricke! Niezwykłość tego filmu opiera się moim zdaniem na bardzo specyficznym podejściu do mroku, który tutaj z jednej strony

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec

zdaje się niemal cuchnąć rozkładem, zaś z drugiej epatuje samotnością, ale też refleksyjnością. Ten mrok stanowi kwintesencję zarówno filmu, jak i albumu, sprawiając, że są one tak urokliwe i poruszające. Problem ze ścieżką dźwiękową do Nosferatu polega na tym, że występuje ona w dwóch wersjach: Nosferatu: Brüder des Schattens – Söhne des Lichts oraz Nosferatu (On the Way to a Little Way), z czego najlepiej chyba znać obie. Ten chaos wydawniczy utrudnił dziełu Popol Vuh zdobyć należną sobie pozycję, ale przecież nie wpłynął na jego jakość. Zespół doprowadził tu do perfekcji swoją muzykę chłodu i przestrzeni. Niezwykła medytacyjność w połączeniu z nastrojem grozy i przygnębienia robi niesamowite wrażenie. Uwagę przykuwają piękne, subtelne melodie, dzięki którym nastrój płyty przepełnia człowieka głębiej, staje się mniej abstrakcyjny. Film ma to do siebie, że trudno oglądać go w kółko, po kilku razach człowiek jest już syty. Natomiast muzyka jest tak wspaniała, że można jej słuchać bez końca. Pomijając dziwactwa fonograficzne śmiało możemy uznać Nosferatu za jedno z najwybitniejszych dzieł muzycznych lat 70. Dzieło, które choć złączone zostało z filmem, to znakomicie radzi sobie bez niego.

mniej bez dwóch zdań większą przyjemnością jest słuchanie trzech poprzednich.

I tym właściwie mógłbym skończyć, pokazując duet Herzog-Fricke wyłącznie jako geniuszy i arcymistrzów. Niestety na Nosferatu współpraca tych artystów się nie kończy i zmuszony jestem do wspomnienia o dwóch niezbyt ciekawych soundtrackach.

Współpraca Wernera Herzoga i zespołu Popol Vuh przyniosła zarówno arcydzieła, jak i twory dość słusznie zapomniane. Jednak te wielkie albumy: Aguirre, Herz aus Glas i Noferatu poruszają głębią klimatu, niezwykłością dźwięku i zupełnie unikalnym pokrewieństwem stylu Herzoga, jako reżysera, i Frickego, jako kompozytora. Osobiście nie słucham muzyki filmowej, bo w większości przypadków przynosi to mniej więcej takie doznania, jak wąchanie kwiatków przez szybę. Niemniej znam kilku geniuszy, którzy komponując do filmu potrafili stworzyć coś, co z  jednej strony będzie wypełnieniem obrazu, a z drugiej samodzielnym dziełem – i to naprawdę dużych lotów. Twórczość Frickego będzie tu najlepszym przykładem. Ta muzyka bez filmu nadal jest genialna. Z drugiej strony przypuszczam, że Szklane Serce, czy Nosferatu – wampir z muzyką kogokolwiek innego byłyby płytsze i bardziej dosłowne. Dlatego przez pryzmat muzyki filmowej Fricke jawi się jako artysta jeszcze większej miary od Herzoga.

N

akręcony w 1981 Fitzcarraldo z całą pewnością jest filmem wybitnym, jednakże przez samą jego koncepcję zabrakło w nim miejsca, w którym Florian Fricke mógłby nabrać rozpędu. Jako, że film opowiada o przedsiębiorcy-marzycielu pragnącym po środku amazońskiej dżungli wybudować operę to i muzyka w większości jest tu operowa, między innymi Verdiego i Ryszarda Straussa. Wkład Popol Vuh ogranicza się do czterech kompozycji pochodzących z albumów Sei still, wisse ich bin i Die Nacht der Seele. Utwory są dobre, ale niestety ścieżka dźwiękowa do Fitzcarraldo w żadnym razie nie jest dziełem samoistnym. Trudno w ogóle oceniać ten soundtrack, nie-

biuletyn podProgowy

P

roblematyczna jest też ocena muzyki do filmu Cobra Verde (1987). Sam film średnio przypadł mi do gustu, jakby brakowało w nim tej niezwykłej aury, która otacza Nosferatu, czy Aguirre. Z muzyką niestety jest bardzo podobnie. Fricke przyniósł Herzogowi utwory z albumów Spirit of Peace oraz Sei still, wisse ich bin, dopisał kilka nowych i tak powstał średni soundtrack do średniego filmu. Gdyby nie zamykający album, nieobecny w filmie Hab mut, bis daß die Nacht mit Ruh’ und Stille kommt płyta Cobra Verde byłaby ciężka do obrony. Zresztą fakt, iż jest ona dość trudna do dostania zarówno w wersji winylowej, jak i kompaktowej, a także, że doczekała się tylko jednego wznowienia, świadczy wyraźnie, że nie znalazła ona zbyt wielu amatorów. Oczywiście Popol Vuh poniżej pewnego poziomu nie schodził, ale akurat to wydawnictwo można polecić wyłącznie zagorzałym fanom grupy.

Bartosz Michalewski

27


kwiecień/czerwiec

Mastodon JONAH HEX

Grupę, która popełniła ten soundtrack, kojarzycie na pewno. Z filmem pewnie gorzej. No, chyba że jesteście maniakami amerykańskich komiksów (jak niżej podpisany). Jonah Hex to jeden z filarów Vertigo – linii wydawnictwa DC (tego od Supermana i Batmana) przeznaczonej dla starszych, bardziej wymagających i bardziej skrzywionych odbiorców. Zawdzięczamy jej także takie serie jak Sandman (tak, ten o którym myślicie – niejaki Kirk Hammett też uwielbia komiksy) czy Hellblazer (który zyskał na popularności po takiej sobie ekranizacji z  Keanu Reevesem). Czyli ponure historie dalekie od głównego źródła dochodów DC – opowieści o  harcerzykach w za ciasnych rajtuzach i pelerynkach. DC w kategorii ekranizacji swoich komiksów pozostaje lata świetlne za swoim głównym rywalem – Marvel Comics. No, Batmany dają radę (nie licząc tych z Kilmerem i  Clooneyem), ujdzie jeszcze wspomniany Keanu jako uwędzony w tytoniu John Constantine, ale już wszystkie części Supermana z Christopherem Reeve zestarzały się niemożebnie (że o nietrafionym remake’u sprzed kilku lat nie wspomnę), a zeszłoroczny Green Lantern to jedna z największych kich w historii filmu superbohaterskiego, tylko dla masochistów. Jonah Hex też nie wpisał się na listę udanych przedsięwzięć kinowych DC. Opowieść o straszliwie zeszpeconym weteranie Wojny Secesyjnej, który dzięki przyjaciołom Indianom zyskuje szamańskie umiejętności wpisuje się niestety w serię filmowych porażek DC. Ostatnio z każdego filmu akcji próbuje się zrobić Matrix. Ma być dynamicznie, widowiskowo, a kule, sztylety czy co tam jeszcze mają latać w zwolnionym tempie. Tak też potraktowano Jonah Hexa, choć taka estetyka nijak nie pasuje do konwencji

southern gothic, w którą Hex niewątpliwie się wpisuje. Nie pomogły efektowne sztuczne blizny i niezła gra Josha Brolina, John Malkovich jako „ten zły” ani nawet biust Megan Fox. No dobrze, ale przecież nawet beznadziejny film może mieć ciekawą ścieżkę dźwiękową! Jeśli reżyser Jimmy Hayward miał jakiś dobry pomysł to było to zaproszenie do współpracy swojej ulubionej kapeli. Mastodon w jakiś niezwykły sposób udało się w swojej muzyce połączyć dwie stylistyki, których w warstwie wizualnej Hayward nie potrafił ze sobą pogodzić. W instrumentalach, jakie kwartet popełnił na okoliczność filmu łączy się brutalność i tajemnica. Ołowiane riffy ciągną się powoli, w niemal żółwim tempie, tworząc ponure psychodeliczne tło – w sam raz na zilustrowanie ujęć pustej amerykańskiej prerii. Mastodon wieszczy swoją grą apokalipsę, wprowadza nawiedzoną atmosferę – naprawdę, przy tej płycie można sobie wyobrazić spalone miasto w środku stepu albo gromadę wykolejeńców wyłaniającą się na koniach zza linii horyzontu. Monotonia tych dźwięków na dłuższą metę przytłacza, dlatego EPka wydaje się dla nich formatem optymalnym. Z pewnością nie jest to album do słuchania na co dzień, ale jeśli chcecie wprowadzić się w morderczy trans – polecam (o ile potem nie oskarżą mnie o współudział). Paweł Tryba

spinal tap

OTO SPINAL TAP Kiedy mowa o filmach fabularnych związanych z rockiem nie można nie wspomnieć o zespole Spinal Tap i filmie mu dedykowanym z 1984. Obraz Oto Spinal Tap (reż. Rob Reiner) nie wpisuje się jednak w klasyczny nurt biografii filmowych. To bardziej paradokument, satyra i jednocześnie studium kultury rocka. Dlaczego? Ponieważ dotyczy on fikcyjnego zespołu. Jak wiele ciekawych zjawisk, zarazem podobnie do wielu prawdziwych zespołów, Spinal Tap powstało przez przypadek. Parodia grupy heavy metalowej miała być gagiem w jednym z  programów telewizyjnych w 1979 roku. Nikt się nie spodziewał, że ten niepozorny skecz szybko znajdzie rzeszę fanów (i to w czasach, gdy nie było Youtube’a). Podstawowy skład grupy tworzyli aktorzy i komicy zarazem: Michael

28

McKean, Christopher Guest i Harry Shearer. Prawdziwym debiutem tej fikcyjnej formacji był soundtrack do filmu Oto Spinal Tap. Co ciekawe, zespół wydał jeszcze oprócz tego twa albumy Break Like the Wind (1992) i Back from the Dead (2009), co dowodzi ich niesłabnącej popularności.

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec „Oficjalna” historia Spinal Tap zaczyna się dużo wcześniej, bo w roku 1964 (a dyskografię otwiera album z 1967 r.) i jest to klasyczna opowieść o grupie młodych zapaleńców, którzy postanowili zostać gwiazdami. Wzloty i upadki, stylistyczne wolty, gonienie najnowszych trendów, roszady personalne, problemy osobiste – to wszystko jest udziałem bohaterów Oto Spinal Tap. Film ten ukazuje funkcjonowanie niegdyś legendarnego, a dziś podrzędnego, heavy metalowego zespołu od środka. Wszystko jest tu ukazane z przymrużeniem oka. Bohaterowie są, jak na parodię przystało, przerysowani. Przyglądając się ich zmaganiom, ich walce o powrót na szczyt, nie sposób nie trzymać za nich kciuków.

To w gruncie rzeczy sympatyczni poczciwce: są głupkowaci, nadęci, butni, są wreszcie pełni wiary swoje artystyczne powołanie. Czy są jednak aż tak oddaleni od prawdziwych rockowych wykonawców? Odrobina dystansu do rocka pozwoli każdemu przeżyć pasjonującą przygodę razem z zespołem Spinal Tap. A muzyka? Klasyczny heavy metal z jedną z jego największych przywar – wystarczy zgrabnie przemieścić w nim kilka elementów, by był parodią samego siebie. I taka jest dyskografia Spinalnych: melodyjna, ostra, gitarowa i z humorem. Jacek Chudzik

rob zombie

BĘKARTY DIABŁA Rob Zombie, w heavy metalowym światku znany m.in. jako lider formacji White Zombie, zadebiutował w roli reżysera filmowego w 2003 roku. Jego pierwszym filmem, do którego napisał także scenariusz i dobrał muzykę, był Dom 1000 trupów z 2003 roku. Dom... to ciekawie zrealizoany, ale w gruncie rzeczy stereotypowy film gore. Bez problemu odnajdziemy to, co dla obrazów Zombiego stało się z czasem charakterystyczne: dbałość o wizualną stronę filmu, upodobanie do makabry i groteski, fascynację starymi horrorami. Jego drugi film, powstałe w 2005 roku Bękarty diabła, jest nietypową kontynuacją debiutu. Na tyle nietypową, że niektórzy traktują ten film jako samoistne dzieło. Rzecz w tym, że fabuła Domu... stała się jedynie punktem wyjścia dla Bękartów..., jest jedynie dodatkiem do historii głównych bohaterów. Co więcej, Bękary diabła, choć są filmem niezwykle brutalnym, zawierającym elementy gore, nie są horrorem jako takim. Zombie nie poszedł na łatwiznę, kręcąc kolejną sztampową „sieczkę”, ale postanowił zaskoczyć widzów. Czym? Dając im film drogi, mający więcej wspólnego z westernem czy filmem sensacyjnym, niż z produkcjami typu Teksańska masakra piłą mechaniczną, której to m.in. hołdował Dom 1000 trupów. Pierwszy film Zombiego oparty był na zgranej, totalnie przewidywalnej i uwielbianej przez miłośników horrorów fabule, w której to grupa młodych ludzi podróżująca przez Stany Zjednoczone trafia na bezludzie, do tytułowego domu. Co tam się wyprawia? To już zostawiam Waszej ciekawości lub wyobraźni... Fabuła Bękartów diabła zaczyna się 18 maja 1978 roku, kiedy to szeryf Quincey Wydell poprowadził zastępy policji na farmę, ów sławetny Dom 1000 trupów, w celu aresztowania lub eksterminacji rodziny Firefly (czyli tytułowych bękartów). Po tym mocnym, hitchcockowskim początku, śledzimy z jednej strony losy uciekających bękartów, z drugiej zaś – podążającego ich tropem szeryfa Wydella, opętanego rządzą uśmiercenia całej tej piekielnej gromadki.

biuletyn podProgowy

Ambicją Zombiego, decydującego się na konwencję filmu drogi/westernu było pogłębienie psychologii postaci morderców (wspominał, że inspirował się takimi obrazami, jal Bonnie and Clyde A. Penna i Dzika banda S. Peckinpaha). Paradoksalnie jednak najczęstszym zarzutem wobec Bękartów diabła był... brak pogłębionej psychologii postaci (m.in. magazyn Entertainment Weekly). Warto jednak pamiętać, że mamy do czynienia z filmem klasy „niższej”, nie aspirującym do panteonu klasyki kina. Biorąc poprawkę na ten skromny fakt można odnieść wrażenie, że postacie Bękartów... i tak naszkicowane są o wiele lepiej, niż np. wycięci z papieru bohaterowie Funny Games M. Hanekego. Jakiej jednak psychologii można oczekiwać od urodzonych morderców? Bękarty to wulgarne, prostolinijne postacie, niepozbawione jednak swoistego poczucia humoru (często tożsamego z sadyzmem). Z kolei recenzent „New York Timesa” zarzucił obrazowi Zombiego, że w swej istocie jest pusty. W porównaniu jednak z wieloma horrorami, tanią sensacją czy nawet innymi filmami Zombiego, w Bękartach... – oprócz krwawej rzeźni, okraszonej mnóstwem wulgaryzmów – odnaleźć można kilka ciekawych motywów, pozwalających uchwycić akcję filmu na innym planie. Próbując rozsupłać nieskomplikowaną metaforykę Bękartów... można powiedzieć, że film ten ukazuje świat, jako arenę walki dobra ze złem. Wypowiedzi bękartów w stylu „jestem diabłem i robię to, co do diabła należy” zostają wprost przeciwstawione modlitwie szeryfa Wydella,

29


kwiecień/czerwiec który – w scenie nawiązującej do Taksówkarza M. Scorsesego – wypowiada następujące słowa: „Panie, jestem Twoją ręką sprawiedliwości, Twoją chęcią zemsty, dodaj mi sił”. Dodatkowo pojawia się w filmie krytyka koncepcji niesprzeciwiania się złu (vide postać Roy’a Sullivana). Z pewnością mocną stroną filmu, stawiającą go ponad podobne produkcje, jest aktorstwo. Wyróżnić trzeba przede wszystkim fenomenalnego Williama Forsythe’a w roli szeryfa Wydella. Świetna, budująca nastrój filmu, jest praca kamer (zdjęcia często są kręcone z ręki, mamy do czynienia z licznymi zbliżeniami). Wykorzystanie specjalnego rodzaju klisz pozwoliło także uzyskać ciekawy, ziarnisty obraz, z jednej strony dający efekt retro, przenoszący nas w końcówkę lat 70., z drugiej, podkreślający duszny klimat południa Stanów Zjednoczonych. Jednak tym, za co chwalono Zombiego wszem i wobec po premierze Bękartów diabła była ścieżka dźwiękowa. Zombie sięgnął tu po utwory „z epoki”, po kawałki, które można było usłyszeć w 1978 roku w  radiu. Jego talent do odpowiedniego wyboru kompozycji, tak by najlepiej pasowały do obrazu, by nie były wyłącznie wypełniaczem plumkającym w tle, porównać można do Quentina Tarantiono. Wśród autorów, których kompozycje wzbogaciły film Zombiego znajdziemy m.in. Elvina Bishopa, Otisa Rusha, Davida Essexa, Joe Walsha czy Three Dog Night. Z całej ścieżki dźwiękowej warto wyszczególnić kilka utworów, które zdają się komentować to, co się dzieje na ekranie, stanowiąc swoisty, oczywiście strywializowany, stasimon. Zaraz po wspomnianej już obławie na siedzibę bękartów, widzimy uciekającą parę bękartów: Otisa B. Driftwooda (granego przez Billa Moseley’a) i Baby Firefly (graną przez żonę reżysera – Sheri Moon Zombie). Na ujęcia z nimi nałożone są napisy tytułowe, a z głośników usłyszymy dłuższy fragment utworu z 1970 roku – Midnight Rider z repertuaru grupy Allman Brothers Band. Tekst piosenki jest aż nazbyt wymowny: Well, I’ve got to run to keep from hiding, And I’m bound to keep on riding. And I’ve got one more silver dollar,

30

But I’m not gonna let them catch me... Celem uciekających bękartów, ich bezpiecznym schronieniem, jest powiatowy przybytek rozkoszy, prowadzony przez brata Kapitana Spauldinga, głowy chorej rodzinki Firefly. W trakcie swej wędrówki bękarty są niezwykle lekkomyślne, co wynika z ich przekonania o własnej wyższości. Znamienna jest scena, w której dochodzi między nimi do sporu o to, czy zatrzymać się w przydrożnej lodziarni. Gdy na ekranie oglądać będziemy bezwzględnych morderców zajadających się lodami z samochodowego radia usłyszymy przebój z 1970 roku, Funk#49 zespołu James Gang. Tekst tej piosenki okaże się nie tylko komentować poczynania bohaterów filmu, ale także wieścić im zbliżającą się konfrontację z szeryfem Wydellem: Sleep all day, out all night I know where you’re goin’ I don’t think that’s actin’ right You don’t think it’s showin’ [...] If you’re gonna act that way I think there’s trouble brewin’. Jedną z najlepszych scen filmu, gdy idzie o dobór muzyki, jest ta, w której szeryf Wydell dokonuje nalotu na melinę bękartów. Wyciszone zostają wszelkie dźwięki, a  jedyne, co słyszymy, to przejmująca pieśń Terry’ego Reida To Be Treated Rite, z jego płyty Seed of Memory z 1976 roku. Oh we are what we are when in danger And we are as we stand head in hand When a friend brings to light On a cold silver knife You can stare your fate right into his hand [...] Oh we are what we are when we’re made to Be the soul-owning guardians of land [...] Some of us are out to win [...] Oh we are what we are when we’re praying In our own way of seeking some light. W ostatniej scenie filmu (w prosty sposób nawiązującej do westernu Butch Cassidy and Sundance Kid, reż. G. Roy Hill) zobaczymy trójkę bękartów w samobójczym szale szturmującą barykadę policyjną. Po raz kolejny wyciszony zostanie dźwięk, a słyszeć będziemy jedynie muzykę. Na ekranie pojawią się też przebłyski wspo-

mnień bękartów z ich szczęśliwych dni. Piosenką, która nam będzie w finałowej scenie towarzyszyć będzie Free Bird Lynyrd Skynyrd (1974). Jej zwiewność i świetne partie gitarowe idealnie wpasują się w obraz, który zobaczymy na ekranie, a tekst – zreinterpretowany w kontekście Bękartów diabła – uwydatni przejawiający się w filmie motyw fatalizmu ciążącego na bohaterach Roba Zombiego. If I leave here tomorrow Would you still remember me? [...] Things just couldn’t be the same ‘Cause I’m as free as a bird now [...] And this bird you can not change Lord knows, I can’t change. I jeszcze jedna perełka. Podczas napisów końcowych oglądać będziemy drogę wijącą się wśród amerykańskiej prerii oraz dziki, niezaludniony krajobraz. Z głośników ponownie dobiegnie nas głos Terry’ego Reida. Tym razem będzie to piękna, tytułowa kompozycja z przywoływanego już wcześniej albumu Seed of Memory. Brave Dreams That Are Kindled From Ashes Rise Out Over All The Battle Below Spread Wings Over All That He Passes So His Life Can Stay Immortal To His Country [...] And Now That The Battle Is Done And You Wake Up In The Morning With The Sun Up In The Sky... Bękarty diabła Roba Zombiego są filmem dość specyficznym, jak na swoją kategorię B (a może i niższej klasy). „Wszystkim” nie polecam go w żadnym wypadku, bo jego uroki docenić mogą jedynie sympatycy mocnego i pozbawionego większych ambicji kina. Fakt jest jednak faktem – Zombie dobrał do niego muzykę fenomenalnie. Rockowe i southern rockowe klasyki udało mu się fantastycznie połączyć z obrazem, dzięki czemu podziwiać możemy w tym – dla wielu zapewne prostackim i okropnym – filmie swoiste wideoklipy, w których muzyka wnosi do obrazu, ale i obraz do muzyki, nowe znaczenia. Jacek Chudzik

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec

Minimatikon

BCABINET OF DR CALIGARI

Orange The Juice to dopiero są pracusie! EPka w oczekiwaniu na zapowiadany od dawna album Messiah Is Back – to zrozumiem. Ale żeby tak na boku przygotować pełnowymiarowy album??? I to dobry! Fakt, z rockiem nie ma to wiele wspólnego, to soundtrack do klasycznego niemego horroru Gabinet doktora Caligari. Choć w sumie materiał ten odlezał swoje w oczekiwaniu na wydanie – całość skomponowali jeszcze w 2009ttym roku, ich dzieło było wielokrotnie wykorzystywane podczas pokazów w  niezależnych kinach. Na dodatek nie do końca jest to album Orange The Juice – panowie dokooptowali dwóch dodatkowych muzyków i na tę okoliczność powstałą formację ochrzcili mianem Minimatikon. W sumie trafna nazwa, bo w porównaniu z dotychczasową twórczością OTJ jest to muzyka wykonana znacznie skromniejszymi środkami. Niektóre to muzyka z epoki, Them Birds prowadzone przez impresjonistyczny fortepian czy oparte na skrzypcach Them Roses to najlepsze przykłady. Ale już Them Skies podszyte jazzujacą gitarą nijak by się w czasach republiki weimarskiej nie odnalazło. Tym bardziej syntezatorowy ambient z Them Delusions. Długachne Them Journeys zahacza wręcz o ambitniejszą muzykę klubową, taką w duch Trottel Stereodream Experience. Można tak brnąć w analizę, brać pod lupę każdy kawałek tylko po co? Soundtrack, o dziwo, stanowi zwartą całość, zachowuje jednolitą atmosferę,

biuletyn podProgowy

a wszystko dzięki dźwiękowej ascezie. Tylko niezbędne instrumenty, zero ozdobników – za to maksimum muzycznej treści. Czynnikiem porządkującym płytę, spajającym ją w jeden organizm, jest właśnie ten dostrzegalny już po kilku utworach zamysł twórców. Ważną rolę pełnią sugerujące kontekst sample – tu świergot ptaków, gdzie indziej upiorny śmiech. To tylko wspomaga wyobraźnię słuchacza, pozwala mu wyświetlić sobie przed oczami własny film. Bo płyta sprawdza się także bez obrazu – a to już świadczy o jej randze jako dzieła samodzielnego, Ten album, poza niewątpliwymi walorami artystycznymi, stanowi dowód erudycji członków Orange The Juice,ich obeznania z rozmaitymi stylistykami. Zresztą to akurat rzucało się w uszy już na debiutanckiej You Name It, tyle, że tam kolejne gatunki zmieniały się jak w kalejdoskopie naście razy w jednym (o dziwo, wciąż zwartym kompozycyjnie) utworze. Tu każdy kawałek to od początku do końca inna bajka, muzykom nigdzie się nie spieszy Nie jestem jakimś wielkim kinomanem (no, chyba że idzie o  ekranizacje komiksów), ale na potrzeby tej recenzji postanowiłem zmierzyć się z dziełem Roberta Wiene. Strona plastyczna i gra aktorska, hmmm – cztery epoki temu mogły robić wrażenie, ale scenariusz do dziś jest intrygujący i może przerazić. Moim zdaniem oszczędna w  dźwięki oprawa Minimatikonu sprawdza się w  przypadku Gabinetu… lepiej niż pierwotna, trochę jarmarczna oprawa orkiestrowa. Niestety, techniczne ograniczenia nie pozwoliły mi podłożyć dzieła alter ego Orange The Juice pod obraz, ale i bez tego da się zauważyć, że znacznie tu więcej mroku i suspensu. Od oceny się powstrzymam, ale muszę zaznaczyć, że ta płyta to jeszcze jeden dowód, że Orange The Juice mogą zagrać wszystko na co mają ochotę. I że z tej okazji ochoczo korzystają. Paweł Tryba

jÓzef skrzek METROPOLIS

Coś ostatnio wykonawcy z kręgów może nie tyle progresywnego, ale w ogóle ambitniejszego rocka chętnie wchodzą w konszachty z kinem niemym, które – o ironio! – im pozwala na wypowiedź nader swobodną. Gdzieś obok przeczytacie recenzje niedawnych na tym polu dokonań Air czy rodzimego Orange The Juice, warszawiacy z Signal To Noise Ratio co jakiś czas grają na żywo muzykę do starego filmu grozy Furman Śmierci. Mogą młodsi, może i Nestor! Muzyka filmowa to dla Józefa Skrzeka nie pierwszyzna, że przypomnę choćby obraz Piotra Szulkina Wojna Światów. Różnica polega na tym, że tu musiał się odnieść do już istniejącego, ba!, obrosłego legendą dzieła – Metropolis Fritza Langa. O tym filmie napisano już chyba wszystko, a i, podejrzewam, nagrano do niego przez lata sporo soundtracków. Jak Skrzek poradził sobie w konfrontacji z pierwszą kinową dystopią? Znakomicie! Tym bardziej, że ta płyta to zapis live. Panie i panowie, oto muzyka filmowa dosłownie In statu nascendi! Co dostajemy? Najprościej powiedzieć, że elektroniczną suitę. Moog, sekwencery, dźwięki organowe i cała masa innych niezidentyfikowanych przeze mnie parapetów łączą się tu w bogatą brzmieniowo całość, która owszem, podzielona jest na poszczególne fragmenty, ale raczej umownie niż na serio. Skoki dynamiki, płynne przechodzenie od jednych plam dźwiękowych do drugich, mają miejsce wielokrotnie w obrębie poszczególnych utworów. Przez większość czasu jest gę-

31


kwiecień/czerwiec sto i duszno, ale momentami ze Skrzeka wychodzi progresywny wyga i zaczyna się symfoniczne bujanie w duchu, powiedzmy, Follow My Dream SBB. A przecież są jeszcze te organy, czasem o bardzo sakralnym brzmieniu. W efekcie dostaliśmy fascynującą wyprawę pomiędzy kilkoma muzycznymi światami, w których Skrzek czuje się jak u siebie. Słychać, kto jest autorem, bo trochę tu i SBB i Pamiętnika Karoliny i płyty U stóp Krzyża. To nie jest relaksujące plum-plum, w Metropolis trzeba się wsłuchiwać uważnie i wielokrotnie. To płyta zdecydowanie wielorazowego użytku, ale też uzależniająca jak narkotyk. Wciąga swoim posępnym klimatem i podobnie jak Langowskie miasto przyszłości ma kilka poziomów, drugie dno. A może i trzecie i dalsze, jak chińska szkatułka. Świetnie sprawdza się nie tylko jako ilustracja, ale także jako dzieło w pełni autonomiczne. Muzyka pierwszej młodości nie jest. Koncert Skrzeka w katowickim Kinoteatrze Rialto miał miejsce w 2009 roku, a album ukazał się w 2010. Ale po pierwsze aż grzechem byłoby nie wspomnieć o nim w filmowym numerze naszego Biuletynu, a po drugie kto wie czy dziś nie jest bardziej aktualny niż w  momencie realizacji. Co miałoby się zmienić przez niespełna dwa lata – zapytacie. A zmieniło się i to sporo, a już na pewno w Polsce. Przez ten czas coraz śmielej sobie zaczęło poczynać i w piórka porosło Hipgnosis – zespół, który w dużej mierze opiera swoje brzmienie na patentach, które „elektroniczny” Skrzek stosował od dawna. Nie zdziwiłbym się gdyby popularność krakowian popchnęła miłośników niebanalnej elektroniki do poszukiwań, także w obrębie rodzimej historii. Paweł Tryba

32

air

LE VOYAGE DANS LA LUNE

Dawno mnie nic tak nie ucieszyło, jak nowa płyta Air. Ostatni album, Love 2, był – co tu kryć – przeciętny. Obawiałem się, że francuski duet na dobre ugrzązł na mieliźnie popowego banału i efekciarskiej, acz pustej, muzyki. Na szczęście panowie Dunckel i Godin zdecydowali się powrócić do korzeni retro-elektro z lekką nutką psychodelii. W efekcie powstała płyta, która co prawda jest ścieżką dźwiękową do filmu pod tym samym tytułem, ale z powodzeniem można ją postawić na półce między najlepszymi dokonaniami Air, takimi jak Moon Safari, Talkie Walkie czy The Virgin Suicides, która to ostatnia płyta również jest przecież soundtrackiem. Ale Wyprawa na księżyc (Le voyage dans la lune), bo o tej płycie właśnie mowa, wyróżnia się nawet na tle wspomnianego albumu The Virgin Suicides. Jest bowiem Wyprawa… ścieżką dźwiękową do niemego filmu Georgesa Méliésa. Film swoją premierę miał pierwotnie 1902 roku, ale w 110 rocznicę odrestaurowano go i zaproszono panów z Air, by skomponowali doń muzykę. Wprawdzie film trwa ok. 16 minut, jednak francuskiemu duetowi na tyle spodobała się praca nad ścieżką dźwiękową, że nagrali nieco ponad pół godziny muzyki. I tyle też mieści się na albumie Le voyage dans la lune. Już od pierwszych nut wręcz „rzuca się na uszy” instrumentalne bogactwo, jakie wykorzystał duet na omawianej płycie.

Czego tu nie ma: wibrafony, sitary, melotron, moog, stare pianina i syntezatory pozwalające uzyskać niespotykane dziś brzmienie. Na nic byłyby jednak zastępy klawiatur, gdyby brakowało pomysłów. Na szczęście, słucham już Le voyage dans la lune któryś raz i wiecie co? Płyta w ogóle nie nuży. Jasne, to nie jest jakieś przełomowe dzieło, które zapisze się złotymi literami w historii muzyki, ale też i od duetu Air nie tego zwykło się oczekiwać. Francuzi są bowiem mistrzami kunsztownie zaaranżowanych, eleganckich, lekko melancholijnych, acz bezpretensjonalnych melodii. Wprawdzie na dwóch ostatnich płytach jakby już trochę brakło weny, jednak na Le voyage dans la lune udało się panom Godinowi i Dunckelowi powrócić do wysokiej formy. Ale trzeba od razu zaznaczyć, że – po pierwsze – Le voyage dans la lune zawiera muzykę ilustracyjną, i tak też powinno się ją traktować, a po drugie – nie ma tu tak superprzebojowych killerów jak Cherry Blossom Girl na przykład. Dużo tu natomiast psychodelii niczym z lat sześćdziesiątych, odlotów na kwasie, czy klawiszowych brzmień niemal żywcem wyjętych z hippisowskiej epoki. Nękani permanentnym brakiem wyobraźni recenzenci od razu doszukali się w muzyce francuskiego duetu zawartej na Le voyage dans la lune podobieństw do Pink Floyd (widać niektórym Pink Floyd kojarzy się dosłownie ze wszystkim), ale to z kolei zbyt daleko idące uproszczenie. Co więc znajdziemy na recenzowanej płycie? Paletę różnorodnych dźwięków. Będzie wśród nich głębokie dudnienie kotłów w otwierającym płytę, nerwowo pulsującym Astronomic Club. Znajdzie się miejsce też dla łopoczącej perkusji w piosenkowym i bardzo przestrzennym Seven Stars, w którym panów Godina i Dunckela wspiera wokalnie, acz nienachalnie, pani Victoria Legrand (siostrzenica Michela). A w tle męski głos odlicza czas do startu rakie-

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec ty kosmicznej... Nie umkną uwagi słuchacza piękne fortepianowe miniatury, jak Retour Sur Terre, Décollage czy Lava. A już rozmarzone, senne dźwięki Moon Fever po prostu kładą na łopatki (dosłownie i w przenośni) przypominając, że to jest ciągle ten sam pełny powietrza Air, jaki słuchacze znają i kochają. Głębszego łyku niepokojącej psychodelii dostarczy natomiast Who Am I Now, z tekstem, w którym angielskie fragmenty płynnie przechodzą w ojczystą mowę francuskiego duetu. Nie da się jednak ukryć, że największe wrażenie robi najdłuższe na płycie nagranie z bardzo adekwatnym do zawartości tytułem: Sonic Armada. Pobrzmiewają w nim echa Sexy Boy czy może nawet bardziej Kelly Watch The Stars, choć nie ma mowy o autoplagiacie. Mnóstwo tu natomiast efektów dźwiękowych, dziwnych brzmień, basowej pulsacji i gitarowych akordów. Mam wrażenie, że panowie z Air puszczają trochę oko do słuchaczy, bo nagranie jest bardzo wesolutkie. Równie udane jest drugie moje ulubione nagranie na tej płycie, czyli Cosmic Trip. Zaczyna się natchnionym zaśpiewem pana Dunckela, a potem pięknie się rozwija, kusząc syntezatorowymi odjazdami i  zapraszając do kosmicznej wyprawy. Trudno się oprzeć. Nie ukrywam, że płyta Le voyage dans la lune przypadła mi do gustu. Oczywiście, można mieć parę zastrzeżeń, przede wszystkim do ograniczonego czasu trwania albumu. Nie da się tez ukryć, że część kompozycji można by jeszcze dopracować, inne zaś są przesadnie efekciarskie. W kilku utworach panom z Air udało się jednak po raz kolejny przywołać tę niezwykłą, oniryczną, obezwładniającą atmosferę z pogranicza snu i jawy, w kreowaniu której są przecież mistrzami. Dobrze, że po nudnawej i sterylnej płycie Love 2 duet wrócił na właściwy kurs. Oby go utrzymał także na kolejnych albumach. Michał Jurek

biuletyn podProgowy

józef skrzek

WOJNA ŚWIATÓW

„Czy wiecie za co mnie lubicie? Im głupszy był mój program, tym wy czuliście się mądrzejsi.” Iron Idem Jest 28 dzień grudnia 2000 roku. 12 dni wcześniej w Kraju wylądowali Marsjanie. Za kilka dni rozpocznie się następne stulecie. Przybyli w imię miłości i tej samej oczekują od Ziemian. Ich nieco groteskowy wygląd nie budzi zaufania, a tym bardziej nie zachęca do miłości. Są niżsi od ludzi; ubrani w srebrnego koloru puchowe kurtki; chodzą w tych samych wysokich butach typu Relax; na głowach mają identyczne głęboko nasunięte na oczy czarne wełniane czapki, pod którymi widać pomarszczone o dziecięcym wyrazie twarze. Ale od czego jest telewizja? Na jej czele stoi potężny i wszechwładny Dyrektor (Mariusz Dmochowski). To on pociąga za sznurki i to pod jego dyktando żyją ludzie. Motto stacji telewizyjnej brzmi – „To my tworzymy rzeczywistość.” Telewizyjni redaktorzy przekonują Ziemian o dobrych intencjach przybyszy z Czerwonej Planety. Wśród nawołujących do miłości ziemsko-marsjańskiej jest Iron Idem (Roman Wilhelmi) – autor programu Iron Idem’s Independent News. Jak bardzo jego wiadomości są non independent przekona się wkrótce. Goryl Dyrektora (Stanisław Tym) zmusza go do wygłoszenia przed kamerami apelu, w którym zachęca ludzi do dobrowolnego oddawania krwi. Nie wie jeszcze, że „czerwoni bracia” odżywiają się ludzką

krwią. Po programie interweniuje u Dyrektora, domaga się wyjaśnień i protestuje przeciwko ingerencji w treść jego wiadomości. Następnego dnia rano w jego apartamencie pojawiają się „nieznani sprawcy”. Uprowadzają żonę Irona Sweet (Krystyna Janda), demolują mieszkanie, a jego samego wyrzucają na ulicę. Na odchodne napastnicy kolczykują Idema. Nosiciel bydlęcego kolczyka traktowany jest jak przyjaciel Marsjan i tym samym zwalnia się go z obowiązku dobrowolnego oddawania krwi i udziela bonifikaty przy opłacaniu abonamentu telewizyjnego. Jeszcze Wczoraj był popularnym i wielbionym przez tłum dziennikarzem. Dzisiaj sam jest cząstką tłumu, pospolitym szarakiem trwożliwie przemykającym pod ścianami budynków. Błąka się po mieście. Raz po raz napotyka ambulans, przy którym gromadzą się ludzie i cierpliwie czekają na swoją kolej, by móc „dobrowolnie” oddać krew. Wszechobecni brutalni policjanci dbają o to, żeby akcja krwiodawstwa przebiegała sprawnie. Spotyka Starego (Wiesław Drzewicz) złorzeczącego telewizji i rzucającego kamieniami w monitory telewizyjne umieszczone na rogach ulic. Telewizja pokazuje właśnie lidera zespołu The Instant Glue (Józef Skrzek) w najnowszym przeboju Porno Magazine. Stary próbuje namówić Idema do zamachu na stację. Obaj panowie spotkają się jeszcze w noclegowni i przed budynkiem stacji telewizyjnej. W wieczornych wiadomościach dziennikarz zdaje relację z kolejnego dnia pobytu Marsjan na Ziemi, ale pod presją Dyrektora przemilcza prawdziwy powód ich wizyty. Słowem nie wspomina o akcji krwiodawstwa. Po programie spotyka prostytutkę Geę (Krystyna Janda), której podobieństwo do Sweet jest uderzające. W jej apartamencie spędza noc. Następnego dnia patrolujący miasto policjant (Zbigniew Buczkowski) zatrzymuje Ide-

33


kwiecień/czerwiec ma i odwozi do noclegowni dla bezdomnych. Bohater filmu łamie obowiązujące tam przepisy i w ramach kary, mimo kolczyka w uchu, musi oddać krew. W noclegowni odnajduje go adwokat (Jerzy Stuhr). Dowiaduje się od niego, że zablokowano mu konto na poczet alimentów – oficjalna wersja wydarzeń jest taka, że Sweet odeszła od Irona. Zdruzgotany Idem wraca do apartamentu Gei. Tam znajduje jej ciało pozbawione krwi. Jest już 30 grudnia 2000 roku. Wizyta Marsjan na Ziemi powoli dobiega końca. Telewizja przygotowuje pożegnalne widowisko. Za bilet wstępu na to wydarzenie trzeba zapłacić własną krwią. Idem bez przeszkód dostaje się do gmachu stacji. W telewizyjnej ubikacji spotyka Marsjanina i w przypływie gniewu zabija go. Ten przed śmiercią prosi go szeptem o „czerwonego cukierka”. Nie bacząc na scenariusz telewizyjnego show dziennikarz wdziera się na scenę i wygłasza przemówienie, w którym nawołuje zebraną publiczność do buntu przeciwko najeźdzcom z kosmosu. W odpowiedzi słyszy śmiech, zebrani traktują jego słowa jak żart. Służby porządkowe siłą wyprowadzają go za kulisy. Tam na ekranie telewizora obserwuje spreparowane sceny z masakry, jaką przybysze z Marsa urządzili Ziemianom. Ludzie zobaczą je dopiero następnego dnia. Przed budynkiem telewizji Idem spotyka Starego. Ten właśnie szykuje się do podłożenia ładunku wybuchowego pod znienawidzoną przez siebie stację telewizyjną, sprawczynię wszelkiego zła. Przeczuwając prowokację próbuje odwieść go od tego zamiaru, ale Stary jest zdeterminowany, nie chce odstąpić od swojego planu. Zjawiają się tajniacy i na oczach dziennikarza wysadzają Starego w powietrze. 31 dzień grudnia 2000. W kolejnej scenie widzimy Irona osadzonego w celi. Ogląda wiadomości telewizyjne, z których dowiaduje się o krwawej rzezi, jaką Marsjanie przed odlotem

34

sprawili Ziemianom. Wśród ofiar znalazł się Stary. Telewizja nazywa go bohaterem, ponieważ usiłował zniszczyć rakiety najeźdźców. Dowiaduje się też, że będzie sądzony za kolaborację z wrogiem. W końcu to on tak entuzjastycznie witał Marsjan. O winie i karze zdecydują w głosowaniu widzowie. To tylko formalność – można im wmówić wszystko. Czeka go kara śmierci przez rozstrzelanie. Przed śmiercią chce jeszcze zobaczyć żonę. Pokazano mu pozbawione krwi ciało Sweet zapakowane w czarny worek. 1 stycznia 2001 roku. Idem staje przed plutonem egzekucyjnym. Na miejscu tego wydarzenia są oczywiście kamery telewizyjne i przekazują relację na cały świat. Padają strzały. Telewidzowie widzą jak jego ciało bezwładnie osuwa się na ziemię. Myślą – sprawiedliwości stało się zadość... Iron Idem bezpiecznie opuszcza miejsce egzekucji. Z bardziej znanych osób w filmie wystąpili jeszcze: Janusz Gajos (robotnik z wodociągów), Witold Pyrkosz (sędzia), Marek Walczewski (rejestrator w komisji), Czesław Majewski (recepcjonista), Bożena Dykiel (pielęgniarka), Joanna Żółkowska (kobieta z psem). Film Wojna światów – następne stulecie powstał w 1981 roku. Nakręcił go Piotr Szulkin według własnego scenariusza. Był to rok szczególny w dziejach Polski. Kilka miesięcy wcześniej, w sierpniu 1980 roku, rozpoczęły się masowe strajki robotników i rolników. Zakończyły się one sukcesem – protestujący i strona rządowa podpisali porozumienia w Gdańsku, Szczecinie i Jastrzębiu-Zdroju. Największym osiągnięciem tamtych dni było powstanie wolnych związków zawodowych. Władza komunistyczna była w odwrocie, a cenzorzy mniej aktywni i bardziej pobłażliwi. Powiało wolnością, nadzieją i entuzjazmem. Polacy całymi rodzinami zapisywali się do Solidarności, która powoli przestawała być związ-

kiem zawodowym, a stawała się partią polityczną. Według niektórych źródeł liczyła ona nawet 10 milionów członków. Wydawało się, że naród polski odzyskuje suwerenność. Niestety, w kilkanaście miesięcy później, w grudniu 1981 roku, Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego wprowadziła stan wojenny na obszarze całego kraju. Chociaż Piotr Szulkin zadedykował swój obraz Herbertowi Wellsowi – autorowi powieści Wojna światów, to zaliczenie go do filmów science fiction wydaje się być nieporozumieniem. Tym bardziej, że fantastyki naukowej nie ma tu zbyt wiele. Szulkin akcję swojego filmu umieścił w niezbyt odległej przyszłości, tylko po to żeby określić jej czas i miejsce. Wojna światów nie jest też wyłącznie pamfletem na schyłkowy okres PRL-u, jak chcą niektórzy. W filmie aż roi się od aluzji na ten temat, ale są one nazbyt dobrze czytelne. Nie potrzeba zbytniej przenikliwości umysłu, by zorientować się czym jest Czerwona Planeta, kim są Marsjanie i nieznani sprawcy, czym jest bydlęcy kolczyk w uchu i dobrowolne oddanie krwi, co oznacza hasło „To my tworzymy rzeczywistość” kim jest Iron Idem albo co oznacza nazwa kartki na obiad. Wojna światów Piotra Szulkina jest klasycznym dramatem politycznym opisującym historię samotnej jednostki występującej przeciwko władzy i całkowicie podporządkowanemu jej społeczeństwu. Niebagatelną rolę w tym filmie odgrywa telewizja, którą rządzący bezwzględnie wykorzystują do komunikowania się ze społeczeństwem i manipulacji nim. Nie jest to nowy pomysł, wykorzystał go Peter Hayms w pochodzącym z 1978 roku filmie Koziorożec 1 (z powodu awarii statku kosmicznego amerykańscy astronauci nie mogą odlecieć na Marsa, NASA nie przyznaje się do błędu i przygotowuje specjalne studio telewizyjne, z którego codziennie nadaje relacje

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec z Czerwonej planety, miliony Amerykanów, w tym rodziny astronautów, oglądają je na ekranach swoich telewizorów). Władcy od zawsze manipulowali poddanymi, a możliwości w tej dziedzinie są wprost nieograniczone. Wykorzystywali w tym celu trzęsienie ziemi, wybuch wulkanu, zaćmienie słońca (Faraon Bolesława Prusa), walki gladiatorów w Koloseum, igrzyska olimpijskie starożytne i nowożytne, parady, święta narodowe itp. i manipulują nadal – dzisiaj za pośrednictwem telewizji. Ludzie wierzą w to co widzą, kłania się słynne – „w telewizji pokazali”. Mimo przemian demokratycznych w naszym kraju, a trwają one już 23 lata, dzisiejsza telewizja niewiele różni się od tej z 1981 roku. Każda partia polityczna po zwycięstwie wyborczym zaczyna traktować ją jak swój łup wojenny. Partyjni wodzowie natychmiast dokonują zmian w jej kierownictwie. Wiedzą dobrze, że rządzi ten kto ma za sobą telewizję. Nieprzypadkowo mówi się o  niej, że jest trzecią władzą („To my tworzymy rzeczywistość”). Nowe kierownictwo szybko pozbywa się niewygodnych dziennikarzy, tłumacząc się niską oglądalnością ich programów. Zatrudnia uległych i  posłusznych, których zwolni kolejne nowe kierownictwo. Tak uformowana telewizja każe nazywać się publiczną i domaga się daniny od posiadaczy telewizorów, tj. abonamentu. Tak zwana telewizja publiczna bardzo nie lubi redaktorów odpornych na naciski polityczne. Samodzielni, niezależni i wolni redaktorzy przenoszą się ostatnio do internetu. Niestety, ich tropem podążają politycy i rozkładają tam swoje stragany. Jak bardzo telewizja publiczna zafałszowuje rzeczywistość i manipuluje widzami można było przekonać się po tragicznej śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W ciągu kilku godzin narracja programów telewizyjnych tak bardzo się zmieniła, że śp. Lech Kaczyński z wroga publicznego numer

biuletyn podProgowy

jeden stał się czułym mężem, ojcem i dziadkiem oraz prawdziwym mężem stanu. Na powrót stał się człowiekiem. Zadziwiająca historia! Rozparci wygodnie na kanapach i syci telewizyjną papką widzowie nie zdają sobie nawet sprawy z tego, że mogą rozstrzygać o kształcie telewizji publicznej. Nie chcą tego wiedzieć! Sprzeciw obywatelski, tak jak w przypadku ACTA, może uczynić telewizję publiczną wolną od wpływu polityków. Chociaż od premiery filmu minęło prawie trzydzieści lat, to nie stracił on nic ze swojej aktualności i uniwersalności. Nie, to nie Piotr Szulkin okazał się być prorokiem. To ludzie władzy i ludzie tworzący telewizję zmienili się niewiele. Pod koniec 1981 roku film był gotowy i gdyby nie stan wojenny trafiłby do kin. Przeleżał na półce dwa lata. Władza bardzo chciała pokazać narodowi ludzką twarz. W 1983 roku sam generał Wojciech Jaruzelski zgodził się rozpowszechnianie Wojny światów. Władza przemówiła do narodu za pośrednictwem filmu, którego autor krytykował ten rodzaj komunikacji ze społeczeństwem. Dystrybucję ograniczono do kin studyjnych i klubów studenckich. Mimo tych ograniczeń w bardzo krótkim czasie film obejrzało pół miliona widzów. W 1980 roku trio SBB zakończyło działalność nagraniowa i koncertową. Apostolis Anthimos wyjechał do Grecji, udzielał się tam jako muzyk sesyjny i od czasu do czasu wracał do Polski, by zagrać na płytach Tomasza Stańki. Jerzy Piotrowski grywał z różnymi muzykami, między innymi można było znaleźć go w składzie Kombi. Józef Skrzek nagrywał kolejne płyty solowe. Do wcześniejszych – Pamiętnik Karoliny ( 1979 ), Ojciec chrzestny Dominika ( 1980 ), dołożył kolejne – Józefina ( 1981 ), Ogród Luizy ( 1981 ) i Wojna światów – następne stulecie ( 1982 ). Ta ostatnia zawiera muzykę napisaną do filmu Piotra Szulkina. To chyba najbardziej rockowa

płyta pośród solowych dokonań Józefa Skrzeka. Przeważają na niej ostre i szybkie kompozycje utrzymane w konwencji hard rocka – Porno Magazin, Interception, 65th St. Sermon, Wonderful Sky-Ride, The War Of The Words. Obok nich znalazły się tu jeszcze bluesrockowy „ The Gig, folkowy Fade Away, jazzujące Dla Aliny i Szakal oraz poetycka pieśń Nieznany list (do wiersza Tadeusza Różewicza). Wymienione wyżej utwory nie są w jakiś szczególny sposób powiązane z treścią filmu. Z jedenastu tylko cztery zostały wykorzystane w filmie – The War Of The Worlds, Porno Magazine, Interception i 65th St. Sermon. Trudno jednoznacznie rozstrzygnąć co było pierwsze – obraz czy muzyka? I nie ma to specjalnego znaczenia, bo oba te byty żyją swoim własnym życiem, wzajemnie się uzupełniając. Nie tak łatwo upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. Obok Józefa Skrzeka (śpiew, gitara basowa, instrumenty klawiszowe) na albumie zagrali jeszcze: Jan Skrzek (harmonijka ustna), Robert Gola (gitara), Hubert Rutkowski (perkusja), Tomasz Szukalski (saksofony) i Janusz Ziomber (perkusja). Angielskie słowa piosenek napisali: T. Winter i T. Cunnighan. Wojna światów – następne stulecie jest znakiem swoich czasów. W tamtych latach brakowało wszystkiego, również papieru. Płytę wydano w  opakowaniu zastępczym, wykorzystano okładki albumów, które nie znalazły nabywców. Taką obwolutę rozklejano, przekładano na drugą stronę i ponownie sklejano. Mojemu longplayowi trafiła się okładka płyty z piosenkami z festiwalu w Sopocie z 1975 roku. A mówi się, że PRL był krajem zacofanym i zapóźnionym. W 1982 roku Europie zachodniej recykling nawet się nie śnił. Krzysztof Michalczewski

35


kwiecień/czerwiec

THE WICKER MAN Hasło: Wicker Man. Odzew: Your time will come. Na wstępie wyjaśnijmy: nie będzie to tekst o Iron Maiden. Świat się na nich nie kończy. Niech jednak stanowią oni (i ich przebój z płyty Brave New World) dla nas tu punkt oparcia, dając asumpt do zgłębienia tajemnicy Wiklinowego Pana. The Wicker Man w reżyserii Robina Hardy’ego (był to jego debiut i jeden z trzech filmów jakie w życiu nakręcił) ujrzał światło dzienne w roku 1973. Autorem scenariusza powstałego na podstawie powieści Rytuał Davida Pinnera był Anthony Shaffer. Ten brytyjski film grozy opowiada historię policjanta Neila Howiego, który pewnego dnia otrzymuje anonim mówiący o zaginięciu dziewczynki na wyspie Summerisle. oczywiście, Howie bez wahania postanawia udać się na Summerisle w celu przeprowadzenia śledztwa. Na miejscu okazuje się, że sprawa nie będzie prosta. Howie, będący chrześcijaninem, trafia w sam środek społeczności wyznającej odmianę jednego z  dawnych celtyckich kultów, żyjącej według własnych zasad, w swym autonomicznym świecie, którego granice wyznaczają brzegi wyspy. Howie, niezrażony niechęcią tubylców (choć zdziwiony i przerażony ich pogańską wiarą), postanawia odnaleźć zaginione dziecko za wszelką cenę... Dziś The Wicker Mana określa się mianem filmu, nomen omen, kultowego. Nie jest to zasługa wyłącznie scenariusza, ale raczej wielu elementów, które idealnie dopasowane dały dzieło unikalne i w przedziwny sposób magnetyzujące. Jednym z tych elementów jest

36

obsada i gra aktorska. Na tej płaszczyźnie skonfrontowani zostali wybitni aktorzy z naturszczykami, grającymi zwykłych mieszkańców wyspy. Pojedynek aktorski, a w ramach fabuły filmu – pojedynek charakterów, stoczyli tu ze sobą Edward Woodward (angielski aktor teatralny) i Christopher Lee. Ten drugi miał się nawet zgodzić zagrać w Wicker Manie za darmo i do dzisiejszego dnia ponoć twierdzi, że to najlepszy film w jakim występował. Oczywiście, kilka zdań poświęcić należy muzyce, która jest integralną częścią filmu. Jej autorem jest Paul Giovanni, muzyk i autor sztuk teatralnych. Dla potrzeb Wicker Mana napisał zbiór urzekających piosenek inspirowanych folklorem brytyjskim. Część z nich oparł na XVIII-wiecznych tekstach Roberta Burnsa. Stworzył też zespół nazwany Magnet, który nagrał całą ścieżkę dźwiękową. Giovanni pojawia się na ekranie w jednej ze scen, wcielające się w grajka, śpiewającego piosenkę zatytułowaną Gently Johnny. Najsłynniejszą piosenką z  Wicker Mana jest tzw. Willow’s Song, określana również mianem „pieśni syreny”. Do dziś trwa spór o to, kto śpiewa tę piosenkę. Pewne jest jedno: płynący z ekranu głos nie należy do pięknej kusicielki – Britt Ekland. Najprawdopodobniej słyszymy tu Rachel Verney, choć niektórzy wskazują na szkocką wokalistkę jazzową, Annie Ross. Willow’s Song była również często wykonywana przez innych artystów, jak choćby Death in June, czy Sneaker Pimps. Problem z ustaleniem wokalistki śpiewającej w danym utworze to zaledwie szczyt góry lodowej, gdy mówimy o  wszelkich ciekawostkach związanych z Wicker Manem. One również w dużej mierze

przyczyniły się do popularności tego obrazu. Cześć z nich to plotki, część jest prawdziwa – razem potęgują aurę tajemniczości i niesamowitości filmu. O gaży Christophera Lee była już mowa. Warto wspomnieć tu choćby o perypetiach samego filmu, którego klisze co rusz to ulegają zniszczeniu lub ginął w niewyjaśnionych okolicznościach (Lee widzi w tym nawet jakąś konspirację). The Wicker Man został ciepło przyjęty przez krytykę. Pojawiły się też pełne entuzjazmu głosy, mówiące, że to „Obywatel Kane wśród horrorów”. Od chwili premiery sukcesywnie rośnie także grono nie tylko fanów, ale wręcz fanatyków filmu, którym zdarza się np. spotykać w miejscach kręcenia The Wicker Mana i na nowo odgrywać jego niektóre sceny. Popularność filmu próbowano w ostatnich latach wykorzystać kręcąc jego remake (Kult, 2006). Z kolei w 2011 do kin trafił obraz The Wicker Tree w reżyserii... R. Hardy’ego. Od 2001 roku odbywa się również The Wicker Man Festival, określany mianem festiwalu szkockiej muzyki alternatywnej. W jego ramach podziwiać można było dotychczas m.in Aereogramme, Dream Machine, Hayseed Dixie, czy Arthura Browna. Choć muzyka Wicker Mana będzie szczególną gratką dla sympatyków folku we wszelkich jego odmianach (psych-, neo-), to gorąco polecem ten zjawiskowy film wszystkim, którzy go jeszcze nie znają. Ten tekst miał być tylko małą zachętą. Zainteresowanym, którzy zechcą wejść w świat Wiklinowego Pana mogę obiecać jedno: przed wami jeszcze wiele do odkrycia. Jacek Chudzik

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec

Eddie van halen SACRED SIN

Co poniektórzy z Was, drodzy Czytelnicy, uważają zapewne, że w latach 2004-2011 Edward Van Halen popadł w twórczą hibernację. Że od momentu popełnienia kilku nowych utworów na składankę Van Halen The Best Of Both Worlds aż do premiery A Different Kind Of Truth (która, jak wieść gminna niesie, wcale aż taka premierowa nie jest, bo ma zawierać na nowo nagrane odrzuty z dawnych sesji zespołu) wirtuoz gitary zajęty był jedynie zmaganiem się z nałogami. Nic bardziej mylnego! Eddie miał w tym czasie owocny epizod współpracy z inną gałęzią sztuki, mianowicie – filmem. Fakt, nie pierwszy to romans mr. Van Halena z dziesiątą muzą. Już w roku 1984 popełnił soundtrack do obrazu Camerona Crowe’a The Wild Life. Do historii kina popularnego przeszła też scena z Powrotu do przyszłości, w której podróżujący w czasie Marty McFly budzi swego jeszcze-nie-ojca dźwiękami gitary Eddiego (nota bene zaprezentowane tam solo nigdy nie zostało opublikowane na żadnej płycie). Ale tego, co Van Halen zrobił w 2006tym roku, nie spodziewał się chyba nikt. Dotychczas romansował z hollywoodzkim mainstreamem, tym razem zaangażował się w kino niszowe. Przeznaczone dla ograniczonego kręgu odbiorców. Od 18go roku życia wzwyż. Eddie, ni mniej, ni więcej, współtworzył ścieżkę do filmu porno… Informacja gruchnęła w lipcu. Van Halen postanowił wspomóc wieloletniego przyjaciela, reżysera Michaela Ninna

biuletyn podProgowy

tworząc dwa utwory do jego dzieła Sacred Sin. Mało tego! Został również jego producentem! Eddie porównywał swojego kumpla do Stevena Spielberga, pod niebiosa wychwalał zmysłowość jego produkcji. Niepotwierdzone do dziś plotki głoszą, że gitarzysta wyłożył też pieniądze na kilka innych filmów porno, a nawet pozwolił nakręcić kilka scen w swojej posiadłości. Każda okazja, by podreperować nadwątlony kosztownymi nałogami i rozwodem budżet była jak widać dobra. Zwłaszcza, gdy siły twórcze też już nie te. Tylko dwa utwory! Nawet nie cały soundtrack – dwie ścieżki, z czego tylko jedna, Rise, była autorskim dziełem Eda. Bo już Catherine była nową wersją tytułowego tematu jednego z wcześniejszych dzieł Ninna, napisanego przez Loren Alexander. Według reżysera Van Halen bardzo polubił tę melodię, podszedł do niej po swojemu, zachowując ducha oryginału, ale też robiąc z niej coś na kształt Zeppelinowego Kashmiru. W praktyce oznaczało to dodanie ścieżki gitary. Wkład Eddiego można ocenić oglądając na youtube klip do Catherine, oczywiście wyreżyserowany przez Ninna. Półnagi heros gitary zatracający się w granej w studio solówce – obraz zaiste archetypiczny. Ale samo solo – oddajmy sprawiedliwość – zacne! Istnieje też druga wersja teledysku, wzbogacona o sceny z Sacred Sin – oczywiście dostępna tylko na stronie firmy producenckiej Michaela Ninna. Warstwa wizualna Catherine pokazuje jednak nieubłaganie, że fizyczna kondycja Eddiego była wówczas, delikatnie mówiąc, niezadowalająca. Wzrok mętny,

włosy w strąkach, muskulatura wymagająca odbudowy… Może dlatego w video do Rise unikano już zbliżeń, a gitarzysta narzucił na nagi tors marynarkę. Scenografia klipu była zdecydowanie bardziej wystawna – cmentarz nocą, gotycko ucharakteryzowane aktorki obficie obdarowane przez naturę/chirurga, lubieżnie uśmiechnięte diabły. Miało to, zdaje się, korespondować z  fabułą (sic!) Sacred Sin – historią kobiety, która opuszcza ziemską płaszczyznę egzystencji po tym jak po śmierci swego dziecka przeklina Boga (co, jak mniema niżej podpisany, stanowić miało pewnie pretekst do serii intensywnych zbliżeń z  demonami, sukubami i innymi piekielnymi amantami). Cały ten godny Castle Party sztafaż nie uratował niestety kompozycji Van Halena – zwyczajnie słabej, bez zapamiętywanej melodii. Gitarowa ekwilibrystyka to jednak nie wszystko. Jako, że nazwisko Eddiego to wciąż magnes dla fanów mocnego rocka, obydwa teledyski dodano do bonusowego DVD Sacred Sin, a sam guitar hero uświetnił swoją obecnością obowiązkowe po ukończeniu filmu firmowe party firmy NinnWorx, na którym nie zabrakło dobrego rocka – wystąpił sam Billy Idol z zespołem. Kroniki nie podają niestety, czy Eddie miał odwagę wskoczyć na scenę i stanąć w szranki ze Stevem Stevensem, gitarzystą zawołanym i wciąż w pełni sił twórczych. Van Halen zrobił to, co zrobił. Jego sprawa. Przy Evanie Seinfeldzie z Biohazard jego niewinny romans z pornografią to i tak małe piwo, nieprawdaż? Paweł Tryba

37


kwiecień/czerwiec

Krew, pot i zmasakrowane ciała ofiar, czyli włoski Goblin w służbie giallo

R

ównolegle ze światem dźwięków rozwinął się inny świat. Świat obrazów. Początkowo egzystowały osobno, nie podejrzewając nawet, że kiedyś celibat zamienią na związek małżeński. Niezwykle trwały i w niektórych przypadkach oparty na wzajemnym poszanowaniu, wzajemnej fascynacji a nawet, choć ciężko w to uwierzyć – na wierności… Dawno, dawno temu, w odległej, słonecznej i niemal baśniowej krainie, żyło kilku ludzi zakochanych w świecie obrazów, potocznie zwanym kinem. Przez przypadek byli muzykami… Znali się już wcześniej, próbowali coś nagrywać. I to z powodzeniem. Nazwali się Cherry Five i wydali cudowną płytę… W 1975 roku przyjęli nazwę Goblin. Było ich pięciu: ●  Maurizio Guarini obsługiwał „parapety”. Muzyczny geniusz i wizjoner. ●  Agostino Marangolo – czarodziej rytmu. Perkusista. ●  Massimo Morante – gitarzysta. Fanatyk gibsona. ●  Fabio Pignatelli – basista. ●  Claudio Simonetti – organy, fortepian, Clavinet, Mini-Moog i smyczki. Szaleniec. Kościelne organy były największą miłością jego życia. Profano Rosso (1975) Przez absolutny przypadek podczas rejestracji materiału w studio, dostali możliwość nawiązania współpracy z Giorgio Gaslini zajmującym się projektem filmowym Profondo Rosso. Wykorzystali swoją szansę… Skomponowali muzykę w ciągu jednej nocy, a w ciągu następnego dnia ją nagrali. Nieprawdopodobne! Tym bardziej że powstała płyta doskonała, zaliczana do ścisłego kanonu Włoskiego Rocka Symfonicznego. Mike Oldfielda, Focus, ELP z dużą dawką improwizowanego jazz-rocka. Ponad milion sprzedanych płyt, wszystkie możliwe na-

38

grody, pierwsze miejsca zarówno singli jak i LP… Profondo Rosso, Deep Red w bardziej zrozumiałym języku.. Niezły film, ale na pewno nie przetrwałby w pamięci milionów widzów. To Goblin uczynił go nieśmiertelnym. Roller (1976) Grupa „poszła za ciosem” i już w następnym roku na rynek trafiło kolejne dzieło pt. Roller. Równie wielkie i wspaniałe jak debiut… a dla niektórych szczytowe osiągnięcie zespołu. Fakt, to fenomenalna płyta, z doskonałymi, innowacyjnymi klawiszami, oczywiście również zaliczana do kanonu Włoskiego Rocka Symfonicznego. Po olbrzymim sukcesie Profano Rosso przyszły kolejne, już całkowicie świadome kontrakty na muzykę filmową. W sumie grupa wydała 21 płyt z czego tylko dwie (m.inn. właśnie Roller) nie były soundtrackami. Grupa wyspecjalizowała się w muzyce do włoskich horrorów, które może nie były szczytem światowej kinematografii, ale pozwalały na muzyczne wędrówki w rejony niedostępne dla twórców muzyki do np. romansów lub westernów. O popularności tych dźwięków i tym samym jakości tej muzyki niech świadczy liczba aż czternastu składanek które rozeszły się w wielomilionowym nakładzie! Perche Si Uccidono (1976) Rok 1976 przyniósł jeszcze jedną płytę Goblina – muzykę do filmu Perche Si Uccidono – La Merde. Film niezwykle kontrowersyjny, wręcz szokujący jak na tamte czasy. Został napisany i wyreżyserowany przez Mauro Macario. Ze względów obyczajowych, ścieżka dźwiękowa ukazała się oryginalnie nie jako Goblin lecz pod pseudonimem Il Reale Impero Bri-

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec tannico i była kolejnym wielkim sukcesem grupy. Nazwa Goblin na tej płycie pojawiła się dopiero na wydaniach z lat dziewięćdziesiątych.. Suspiria (1977) Jeszcze w tym samym roku przyszła kolejna propozycja od Daria Argenta, który właśnie kończył zdjęcia do przerażającego horroru Suspiria i postawił wytwórni warunek – albo muzykę robi Goblin, albo on filmu nie kończy. Stanęło na Goblinie… Powstało dzieło ponadczasowe, balansujące na krawędzi awangardy, dźwiękowego chaosu, eksperymentalnej elektroniki, jazz-rocka i rocka symfonicznego. Olbrzymią rolę odgrywa tu rytm i instrumenty perkusyjne. Płyta jest fragmentami bardzo trudna w odbiorze, ale jeśli już przebrniemy przez wszystkie eksperymenty dźwiękowe, pozostaje nam kawał solidnego progresu z absolutnej czołówki światowej. Il Fantastico Viaggio Del Bagarozzo Mark (1978) Rok 1978 grupa przywitała kolejnym niefilmowym albumem . Il Fantastico Viaggio Del Bagarozzo Mark – pod takim tytułem ukazało się to dzieło. Piszę „dzieło”, jako że płyta to znakomita, znów absolutny klasyk gatunku. Wspięli się na wyżyny swoich możliwości, nagrali płytę, którą rzucili na kolana pół świata. I co ciekawe – u nas o niej słyszeli jedynie maniacy… Doskonałe, emersonowskie klawisze, świetna gitara, łamańce rytmiczne, dużo akustyki, szczypta psychodelii. Od tej pory grupa napisała muzykę do szesnastu filmów, łącząc w niej element elektroniki, popu, rocka, klasyki, jazz-rocka i progresu. Nie są to już dzieła mogące nawiązać jakością do pierwszych płyt, ale i wymagania producentów były inne – o ile na początku mieli „wolną rękę”, to po 1978 roku musieli już dostosować się do wymogów branży. Szkoda. Wielka szkoda, bo inwencję twórczą mieli wielką i mimo kiepskich filmów i tak wychodzili z tego z podniesioną głową. Powrót do „Wielkiej Muzyki” nastąpił w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych za sprawą Solamente Nero (1996) Solamente Nero (1996) Teraz znów nikt im niczego nie narzucał, aczkolwiek to nie były już lata w których mogli by stworzyć coś porównywalnego z Roller’em. Publiczność również nie oczekiwała rocka progresywnego… Kolejnymi płytami udowodnili, że chyba nikt nie potrafi tak budować elementów grozy jak oni. Jednak mimo wszystko jest pewna różnica pomiędzy pierwszymi płytami a tymi nowymi – wczesne były fantastyczne muzycznie, można je słuchać „bez wizji” i niewtajemniczona część słuchaczy nawet nie podejrzewała, że to muzyka do filmu. Nowsze płyty już nie. Są ściśle robione „pod” obraz i jeśli słuchamy ich nie wiedząc nic o filmie, często bijemy głową w mur zadając sobie pytanie o co tu chodzi…? Jednak Goblin mimo wszystko to fenomen. Nie ma na świecie chyba innej kapeli która by zrezygnowała z płyt autorskich i z koncertów i egzystowała od ponad trzydziestu pięciu lat. Nie ma drugiej kapeli która w tak niezwykły sposób potrafiłaby przekazywać emocje nie tworząc nowej płyty, lecz muzykę do ruchomych obrazków… I to jest prawdziwy związek małżeński. Niezwykle trwały i w niektórych przypadkach oparty na wzajemnym poszanowaniu, wzajemnej fascynacji a nawet, choć ciężko w to uwierzyć – na wierności… Aleksander Król

biuletyn podProgowy

Profondo Rosso (Głęboka czerwień)

– włoski film z 1975 roku w reżyserii Dario Argento, który również jest współautorem jego scenariusza. Profondo Rosso jest przedstawicielem kina grozy, bywa określany thrillerem, a nawet horrorem, natomiast dość często w jego kontekście pada nazwa „giallo”, jako specyficznego gatunku filmowego. Dzieło Argento uchodzi za czołowego przedstawiciela tego typu filmów. Giallo, jako gatunek, jest połączeniem kryminału i horroru (istotne wydają się tu zwłaszcza elementy gore, charakterystyczne dla typowych slasherów). Fabuła Profondo Rosso nie porywa, a scenariusz nie jest wolny od błędów. Oto kobieta posiadająca zdolności telepatyczne podczas jednego ze spotkań wyczuwa na widowni mordercę. Ten niebawem zjawia się w jej apartamencie by pozbawić ją życia. Świadkiem morderstwa staje się przypadkowy przechodzień, pianista jazzowy, Marc Daly. Razem z, również przypadkowo poznaną, dziennikarką ruszają w pościg i, posiłkując się nie do końca logicznymi tropami, próbują ustalić tożsamość mordercy. Nie brak w filmie scen, czy ujęć niepotrzebnie go rozwlekających. Różnie można odbierać humorystyczne elementy filmu, jak i efekty specjalne. Irytować możne dość nachalne i mylące widza sugerowanie przez cały film, kto jest mordercą. Odrobinę rozczarowanym można być oglądając finał, w którym okazuje się, że nie mamy do czynienia z przebiegłym, wyrafinowanym złym charakterem, ale raczej z „maniakiem” o słabej konstrukcji psychicznej (o jego naiwnej motywacji nie wspinając). Mimo pewnych mankamentów pamiętać trzeba, że całe Profondo Rosso należy oceniać przez pryzmat gatunku i czasów, w których powstał. Na szczęście w kluczowych momentach filmu Argento okazuje się mistrzem stopniowania napięcia (ach te sceny, w których widz patrzy oczyma przyczajonego mordercy...). Warta uwagi jest gra aktorska, zwłaszcza David Hemmings w roli Marca wypada znakomicie. Film jest także bardzo ładnie nakręcony. O świetnej muzyce wspominać nie wypada. Jacek Chudzik

39


kwiecień/czerwiec

rockowe aktorstwo Mick Jagger Mick Jagger wokalista i lider The Rolling Stones wystąpił jako aktor w kilku filmach. Jednym z ciekawszych jest Freejack z roku 1992, gdzie gra on najemnika – Victora Vacendaka. Mick nigdy nie był wielkim aktorem, ale mimo to na ekranie zawsze przykuwa uwagę widza.

w filmie Zagadka nieśmiertelności, gdzie gra on starzejącego się wampira, który daremnie próbuje odzyskać młodość. W filmie tym partneruje on samej Catherine Deneuve. Jest to także jeden z najlepszych obrazów w dorobku reżysera Tony’ego Scotta, brata znanego ze zrealizowanych z dużym rozmachem superprodukcji Ridleya Scotta.

Tom Waits i Iggy Pop

David Bowie Jako aktor sprawdził się także David Bowie. Spośród stosunkowo licznej filmografii tego artysty na uwagę zasługuje rola

40

Rockowy bard Tom Waits zagrał w filmie Francisa Forda Coppoli Drakula, gdzie wcielił się w nieco odrażającą postać zwiedzionego przez wampira i pełniącego rolę jego sługi R.M. Renfielda. Ponadto Waits wystąpił wraz z Iggym Popem w filmie Jima Jarmusha Coffee & Cigarettes, gdzie obaj panowie zagrali samych siebie.

Sting

Florian Fricke Florian Fricke, będący czołową postacią zespołu Popol Vuh i znany także z grupy Gila nie tylko był odpowiedzialny za przygotowanie kilku płyt z muzyką do filmów Wernera Herzoga, ale także zagrał w jednym z nich niewielką rolę. Był niewidomym pianistą z Zagadki Kaspara Hausera z  roku 1974 – filmu, opowiadającego historię tajemniczego chłopca, który całe swoje przypadające na początek XIX wieku dzieciństwo spędził w kompletnej izolacji.

Wokalista zespołu The Police, Sting, zagrał ciekawą rolę w fantastycznym filmie Davida Lyncha Diuna, a także wcielił się w rolę właściciela klubu muzycznego w obrazie Stormy Monday, którego tytuł nawiązuje do klasycznego bluesa T-Bone Walkera. W tym wyreżyserowanym przez Mike’a Figgisa filmie oprócz znanego muzyka wystąpiła także plejada gwiazd: Melanie Griffit, Tommy Lee Jones i Sean Bean.

Phil Collins Również Phil Collins próbował swoich sił jako aktor. Chyba najbardziej popularna stała się rola w komedii kryminalnej Buster z roku 1988. Za piosenkę Two Hearts, którą przygotował właśnie do tego

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec filmu, zdobył też nominację do Oskara.

oszołamiającym sukcesie właśnie tego wykorzystanego w filmie utworu Presleya. Zmiana tytułu i udział Elvisa przyniosły temu obrazowi olbrzymi sukces. Nigdy chyba nie zrozumiem potęgi marketingu.

Keith Richards Znany ze swej nieprzeciętnej urody Keith Richards wcielił się w postać pirata i jednocześnie ojca granego przez Johnnego Deppa kapitana Jacka Sparrowa w trzeciej części Piratów z Karaibów. Rockman zasmakował widać w aktorstwie, gdyż pojawił się także w kolejne części tego cyklu.

Paweł Kukiz Paweł Kukiz, znany z zespołu Aya RL a także swoich dokonań solowych, zagrał w filmie Juliusza Machulskiego Girl Guide. Osobiście zawsze uważałem ten film za nienadający się do oglądania, ale prawdopodobnie się mylę, gdyż został on nagrodzony Złotymi Lwami, a Paweł Kukiz został dodatkowo uhonorowany nagrodą Fundacji Kultury Polskiej za najlepszy debiut.

Elvis Presley W licznych filmach zagrał też król rock’n’rolla. Elvis Presley. Karierę filmową rozpoczął od filmu Love Me Tender, którego planowany tytuł, The Reno Brothers, został zmieniony po

biuletyn podProgowy

Bob Dylan Bob Dylan zagrał niewielką rolę w filmie Pat Garrett i Billy Kid, w którym wykorzystano jeden z jego najsłynniejszych utworów: Knocking on Heaven’s Door. Reszta przygotowanej przez niego ścieżki dźwiękowej nie jest tak porywająca, ale niewątpliwie dobrze sie stało, że ten obraz Sama Peckinpaha zainspirował Dylana do napisania tej piosenki, chyba ostatniej tak doskonałej w jego karierze.

Steven Adler Steven Adler, perkusista Guns N’ Roses, który grał między innymi na ich słynnym albumie Appetite for Destruction, wcielił się w ofiarę seryjnego mordercy w filmie Dahmer vs. Gacy, przygotowanym przez mało znanego reżysera, Forda Austina. Swoje ekranowe życie zakończył w wyniku kontaktu głowy z wiertarką. Wydaje mi się pewne, że jedynymi widzami, którzy zasiedli na widowni, byli zagorzali fani Guns N’ Roses. Krzysztof Pabis

P

owyższe zestawienie to tylko kilka przykładów, kiedy to rockmani stawali przed kamerą, próbując swych sił w aktorskim fachu. Mnożyć takie przypadki można jeszcze długo, a gdyby oddalić się od rocka, to natrafilibyśmy na takich gigantów kina i estrady, jak na przykład Frank Sinatra czy Dean Martin. Ale całą sytuację można też odwrócić i  przeszukać rubrykę „hobby” a CV znanych aktorów. Wielu z  nich wpisałoby tam: muzyka... By wymienić kilku, Russell Crowe w połowie lat 80. występował jako Russ Le Roq. Nagrał wówczas piosenkę o  znamiennym tytule: I Want To Be Like Marlon Brando. Jako wokalista i gitarzysta współtworzył rockową kapelę 30 Odd Foot of Grunts, której nawet udało się wydać kilka płyt. Jego przygoda z muzyką trwa do dziś.

Znanym muzykującym aktorem jest także Bruce Willis. Aktor ma na koncie takie albumy, jak Return of Bruno czy If It Don’t Kill You It Just Makes You Stronger.

Znanym aktorem-gitarzystą jest weteran kina akcji, Steven Segal. Jego pierwszy album ukazał się w 2005 roku (Songs from the Crystal Cave) i określany bywa jako mieszanka pop, country i bluesa.

A gdy już o bluesie mowa to wspomnieć trzeba o dwóch aktorach: John Belushi i Dan Aykroyd, czyli The Blues Brothers. Kultowy już dziś film o ich przygodach powstał w 1980 roku, ale niewiele osób pamięta, że grupa Blues Brothers to nie twór filmowy, ale prawdziwy zespół założony już w 1977 roku. Ścieżki muzyków i filmowców przecinają się często. W tym kontekście wspomnijmy jeszcze frontmana Iron Maiden, Bruce’a Dickinsona. Jako popularna gwiazda wielokrotnie pojawiał się na małym ekranie, ale w 2008 roku postanowił dorzucić swoją cegiełkę do historii kinemaografii. W tym roku bowiem ukazał się film zatytułowany Chemical Wedding, którego Dickinson jest współscenarzystą. Temat Chemical Wedding nie powinien nikogo zaskoczyć, jest to bowiem film grozy, czasem klasyfikowany jako horror, a  opowiada – z grubsza rzecz ujmując – o reinkarnacji Aleistera Crowleya.

Jacek Chudzik

41


360 płyt dookoła świata cz.IV

tekst: Aleksander Król


Turcja

Z

bliżały się wakacje – pora, która wzbudzała u mnie przerażenie, jako że w przypływie głupoty obiecałem mojemu ślicznemu dziewczęciu, że spędzimy je razem. I do tego w ciepłych krajach… Próbowałem różnych podstępów, uników i wymówek, symulowałem chorobę, potem wyjazd służbowy, ale wszystko na nic! Ze słodkim uśmiechem powiedziała tylko jedno słowo – Antalya. A potem dodała: od 2  września. 3 tygodnie… Rany boskie! Co to jest i gdzie?! Wszystko załatwiła, wszystko kupiła, resztę zarezerwowała, a jutro z Sylvią (podobno znam i lubię!) jadą kupować kostiumy kąpielowe. Oczywiście, Sylvia ze swoim menem przez przypadek też tam jadą! Będzie cudownie… Akurat! Zapowiedziałem, że biorę wędki, gitarę do ćwiczeń i że wołami mnie nie wyciągnie na plażę… O dziwo, zgodziła się! No więc zacząłem kombinować, gdzie jest ta Antalya. Turcja! Tam mnie jeszcze nie było… Pooglądałem mapy – może przeżyję, nie wyglądało to źle: jest co zwiedzać, kilka innych miejscowości bardziej „historycznych” było w zasięgu, więc się nie zanudzę na śmierć… O wędkarstwie w Turcji nic nie wiedziałem. Ale się dowiem! Przyszedł wreszcie ów wrzesień. Samolotem do Berlina, tam przesiadka bezpośrednio do Antalyi. Sylvii jakoś dziwnie nie mogłem sobie przypomnieć, a jej facet po trzech minutach stwierdził, że jeszcze dziś idzie na plażę i to jest jego główne hobby życiowe, czym zachwycił dziewczęta, ale sprawił, iż cieszyłem się, że lecimy samolotem i nie mam broni… Obudziło mnie lądowanie. Taksówka do hotelu to też przeżycie, potem odbiór pokoju, umiejscowionego – jak się okazało – pod olbrzymim wentylatorem, więc mała wojna z obsługą o zmianę apartamentu, zakończona pełnym zwycięstwem. Teraz mieliśmy pokój z cudownym widokiem na zatokę i z działającą klimą. Obiad, po nim całe towarzystwo pomaszerowało na plażę, a ja w drugą stronę, czyli pozwiedzać miasto. Setki zatoczek, tysiące jachtów, uliczki, a przy nich cudowne kamieniczki 15 metrów od wody, miliony kawiarenek… Czyli KAWA! Po turecku! Skusiłem się… Jazgot miejscowej muzyki był nie do zniesienia, ale folklor to folklor. Nagle moją uwagę przykuła jedna z łodzi, z której gramoliło się trzech gości… z wędkami! A jeden z nich niósł

rybkę… takie metrowe maleństwo. Zaczynało mi się podobać w Turcji… Musieli przejść obok mnie, innej drogi nie było, więc czekałem spokojnie jak pająk w sieci. Wreszcie doszli. Zagadnąłem grzecznie o potwora, którego niosą i okazało się, że to Czesi! Wypiliśmy po kolejnej kawie i zaprosili mnie jutro na ryby! Teraz Turcja już była piękna… Powałęsałem się do zachodu słońca, po czym grzecznie wróciłem do hotelu ku uciesze mojej towarzyszki. Rano, zgodnie z umową, stawiłem się na molo. Czesi już byli, przywitali mnie Pilznerem i radosnymi okrzykami. Wyjąłem Danielsa, więc ogólna wesołość była jeszcze większa. Wypłynęliśmy. Miejscówkę mieli niedaleko, więc po 20 minutach kotwica poleciała do wody. Przez 3 godziny radośnie walczyliśmy z bliżej nieokreślonymi rybami i Pilznerem, potem przyszła pora na Danielsa, którego też pokonaliśmy. Podczas krótkiego powrotu usłyszałem, że wieczorne połowy będą poprzedzone wizytą w sklepie płytowym, bo mają odebrać zamówione płyty. Słuch mi się wyostrzył natychmiast… Jakie płyty?! Okazało się, że Ivo jest prezenterem jakiegoś radia i wielkim czeskim kolekcjonerem płytowym. Mój żeś ty… Przykleiłem się do nich na cały dzień, bo z tego, co mówił, to miał odebrać jakieś ultrarzadkie tureckie płyty progresywne(!) A tego przegapić nie mogłem… Wreszcie po obiedzie poszliśmy do owego sklepu. W życiu bym tam sam nie trafił. Sklepik istotnie malutki, ale zaopatrzony nawet nieźle. Sprzedawca położył na ladzie dwie płyty z miną Araba, który ostatnią kozę oddaje na rzeź i wie, że przez to skazuje rodzinę na śmierć, po czym nastąpił 15-minutowy monolog, a właściwie to wykład, opisujący mrożącą krew w żyłach historię zdobycia tych płyt. Martyrologia bliska drugiej wojnie światowej. Słuchałem w skupieniu, wiedząc że zaraz po tym cyrku usłyszymy cenę, która musiała być adekwatna do poniesionego wysiłku i przeżytych niebezpieczeństw. I tak się stało. 200 dolców to chyba dobra cena za takie płyty, a także za narażanie życia przy ich zdobywaniu… Zastanowiło mnie, że ani razu nie wspomniał o muzyce. Ale Czesi byli zachwyceni! To byli chyba jacyś ichniejsi milionerzy, bo nawet nie próbowali się targować, czym również zaskoczyli Araba. Przyjrzałem się płytom – Asia Minor. Nie znałem, ale czułem że się z nimi zapoznam. Jedno spojrzenie


kwiecień/czerwiec w arabskie oczy i już wiedziałem, że ma ich pół zaplecza. A on zrozumiał, że ja wiem… Wieczorny połów to powtórka z porannego, z tym że Danielsy były już dwa. Rano pochłonąłem śniadanie i ruszyłem na poszukiwanie owego sklepiku. Ciężko było, ale po prawie dwóch godzinach znalazłem. Miałem wrażenie, że Arab się skulił za ladą, rozpoznając wczorajszego milczącego klienta. Wyszeptałem złowieszczo dwa słowa: Asia Minor… Teraz był jeszcze mniejszy! Ukłonił się nisko i nie zmieniając tej postawy, zniknął na zapleczu. Zastanawiałem się, z czym wróci – z kałachem, maczetą czy płytami? Widać, odruchy samozachowawcze jeszcze miał, bo wrócił z płytami. Okazało się, że gdy zdobywał heroiczną walką dwa egzemplarze dla swoich przyjaciół z Czech, przez przypadek ratując życie biednemu sierocie, wdzięczni krewni zdobyli specjalnie dla niego drugą parę tych płyt, które on chętnie odda przyjacielowi swoich przyjaciół (czyli mnie!) i już wcale nie musi być to całe 200 dolarów, bo on, człowiek ze wszech miar uczciwy, zadowoli się skromną kwotą 180 dolców. Mój wzrok szybko go sprowadził na ziemię, więc natychmiast zmienił opcję na 150. Nadal nie wiedziałem, co gra owa Asia Minor… ale zaproponowałem „w ciemno” 2 dolary. Jego barania mina była warta każdych pieniędzy… Zaproponowałem również, że jak mi to włączy, będzie fajne i do tego poda kawę (tylko dobrą), to rozważę wyższą kwotę. Natychmiast pierwsza z płyt wylądowała w odtwarzaczu, a sprzedawca zniknął na zapleczu. Pierwsze dźwięki ucieszyły moje uszy, a po chwili poczułem boski zapach czarnego płynu… Wiedziałem, że to nie Skandynawia i tu się pija kawę po turecku, czyli właściwie ekstrakt, gdzie woda jest tylko małym dodatkiem, więc picie wiadrami kończy się zejściem – i to szybkim, bo pikawa tego nie ma prawa wytrzymać. Filiżanka, którą przyniósł sprzedawca, była trochę większa od naparstka, ale pachniała zacnie. Tymczasem muzyka rozkręcała się w równie dobrym kierunku. Słuchaliśmy pierwszej płyty, Crossing the Line, wydanej w 1979 roku.

Asia Minor Crossing the Line (1979)

Byłem zaskoczony muzyką – świetny, nieco symfoniczny prog, doskonałe umiejętności muzyków i bardzo dobre kompozycje. Coś z Camela, coś z King Crimson, ale najwięcej z Asia Minor. Piękny flet, niezła gitara, dobre klawisze i fajna, kreatywna sekcja, do tego elementy orientu. Pyszne to było. To w filiżance też… Poprosiłem o drugą. Płytę, bo po drugiej TAKIEJ kawie chyba bym umarł. Natychmiast w odtwarzaczu wylądował kolejny dysk. Znów fajna muzyka! Jakby kontynuacja debiutu, ale nieco inna, choć równie dobra. Pozostawała kwestia ceny… Trzy dolary. Pantomima sprzedawcy trwała jakieś 10 minut, ale znając ten typ handlu, niespecjalnie się tym przejmowałem, spokojnie oglądając gabloty. Wreszcie zrozumiałem, że z powodu zbliżającego się jakiegoś święta pobożny Arab jest gotów opuścić cenę do 25 dolarów, a to tylko dlatego, że kocha Czechy (widać brał mnie również za Czecha). Byłem głęboko wzruszony. Zaproponowałem 5 dolców… Znów oszalał, ale gdy zauważył, że ta metoda nie działa, szybko mu przeszło.

44

Asia Minor Between Flesh and Divine (1980)

Zastanawiałem się, co wymyśli tym razem, ale że nie miałem ochoty spędzać reszty dnia w jego sklepiku, wyjąłem banknot 10 dolarowy i położyłem na ladzie, biorąc jednocześnie obie płyty, czym skutecznie przerwałem monolog. Na pożegnanie rzuciłem mu międzynarodowe „A hoj!” i wyszedłem. Prosto do hotelu, gdzie miałem discmana, a potem na plażę, czym wprawiłem w osłupienie moją przyjaciółkę. Teraz już mogłem spędzić z nią trochę czasu… z słuchawkami na uszach, oczywiście…

Bahrain Dziwny jest ten świat, śpiewał kiedyś wielki Czesław. Dziwne są losy ludzi, czasem totalnie zakręcone i niespodziewane. I dzięki temu czasami trafi się człowiekowi coś kompletnie idiotycznego, ale jednocześnie niemal zbawczego. Rok 1985 przyniósł mi wyjazd do Azji. Ale nie tej wielkiej i znanej, tylko do czegoś co nazywało się Al-Manamah i było stolicą Królestwa Bahrainu. Nie miałem pojęcia gdzie to jest, czego się spodziewać ani komu podpadłem… Studiowanie encyklopedii niewiele zmieniło. Dowiedziałem się tylko, że cały Bahrain to pustynia i słone bagna. Prawie żadnej roślinności (poza sucholubnymi palmami) i prawie żadnych zwierząt. W stolicy mieszka 120 tysięcy Arabów, najwyższy szczyt ma wysokość połowy Pałacu Kultury i w całym kraju nie ma ani jednaj rzeki. Przeczuwałem katastrofę. Kultura arabska jest mi obca, widok kompletnie pozasłanianych kobiet, w czarnych szatach nawet na głowie, przy temperaturze + 42 stopnie jest lekko szokujący dla europejczyka przyzwyczajonego do nagich pępków i biustów… Do tego ustawowa prohibicja… Byłem coraz bardziej przerażony. Jednak międzynarodowe lotnisko Al Muharraq troszeczkę mnie uspokoiło – długo jeszcze takiego nie będziemy mieć. A więc jest tu „normalna” cywilizacja! Co prawda gdzieś zniknął mój bagaż, ale po 45 minutach odnalazł się cały i kompletny. Hotel extra, standardy europejskie więc jest OK. Z okien autobusu mignął mi bazar i ciąg sklepików, była więc nadzieja że nie umrę z nudów… Po zakwaterowaniu i obiedzie musiałem trochę popracować żeby zadowolić szefostwo, ale wieczór był mój! Pognałem „na miasto”. Arabskie miasta o zachodzie słońca to piękne miejsca, większość budowli jest śnieżnobiała co na tle czystego niebiesko-granatowego nieba robi piorunujące wrażenie. Wylatując z Polski nie miałem pojęcia że Bahrain

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec to aż tak bogaty kraj. Ropa jednak zrobiła swoje, mijałem sklepiki z luksusowymi ciuchami, garniturami po 10 000 dolarów i sukienkami przy których gubiłem się licząc zera na metce.. Muzyka Bahrainu to tradycyjne arabskie dzwięki grane na dwóch instrumentach – jeden to coś co przypomina fletnię pana, a drugi to rodzaj gitary, tyle że jednostrunowej. Jednak sklep ze sprzętem hi-fi mocno mnie zastanowił – takiej muzyki nikt nie słucha na zestawach hi-endowych za paręnaście tysięcy dolarów! Zacząłem „węszyć”… Sympatyczny arab z tego sklepu pokazał mi kilka płyt, oczywiście europejskich, i setkę miejscowych, ale muzycznie jedno i drugie było sieczką. To mnie nie satysfakcjonowało, ale też nie spodziewałem się niczego innego. Wtedy mój wzrok padł na plakat grupy Osiris reklamujący ich koncert. Spytałem araba o to zjawisko i rozpętała się burza… Gadatliwość tej nacji jest ogromna, a jeśli już mają nadzieję że cokolwiek ci sprzedadzą… Oczywiście usłyszałem że to najlepsza grupa na świecie, Pink Floyd brali u nich lekcje a Genesis miał być suportem, ale coś nie wyszło… Koncert jest za trzy dni, bilety od roku wysprzedane, ale On, z pomocą Allacha załatwi mi bilet i to za jedyne 100 dolarów. Zaciekawiło mnie to że gość znał Pink Floyd i Genesis i że porównywał je do owego Osirisa, który jednak był od nich o niebo lepszy… Zaproponowałem za bilet 10 centów co wprawiło araba w ruch wirowy. Spokojnie odczekałem aż spektakl się skończy, po czym podwoiłem cenę. Potoki słów które na mnie spływały, też nie zrobiły na mnie wrażenia, ale cena spadła już do 50 dolców. W przypływie szaleństwa zaproponowałem dolara! Po kolejnym tańcu wokół lady, wzywaniu Allacha na świadka, próbach rwania sobie brody i włosów, dowiedziałem się że ze względu na wielką sympatię do przybyszy z Europy odda bilet za 10 dolarów, choć z tego powodu jego liczna rodzina będzie głodować a kozy przestaną dawać mleko… Ale przy okazji zrozumiałem że ów Osiris to grupa z Bahrainu!!! Na plakacie faktycznie było widać „miejscowych” ale sprzęt mieli dobry, więc jak się bawić, to się bawić – zainwestowałem owe 10 dolców! Poza tym ciekaw byłem arabskiego folkloru granego na elektrycznych gitarach… Dwa dni zleciały szybko, i po godzinie 19;30 zasiadłem w wielkim amfiteatrze. koncert miał być za godzinę, a byłem sam. Jednak na scenie był sprzęt więc była nadzieja że coś się będzie działo. Nagle dotarło do mnie że ów sprzęt to czołówka światowa! Zobaczymy, zapowiadało się coraz ciekawiej. Powoli zaczęła się pojawiać publika. Ale o dziwo nie ta miejscowa – arabów było podejrzanie mało, większość stanowili chyba europejczycy. No cóż, przedstawicielstw handlowych dużych zachodnich firm było tam setki… Nad sceną delikatnie powiewało duże białe prześcieradło z czarnym napisem OSIRIS. Kompletnie nie wiedziałem czego się spodziewać. Z głośników leciało arabskie disco… Wokół sami faceci, może to jest zlot gejów…? Byłem coraz bardziej przerażony…. Nagle na scenie pojawiło się siedmiu gości. Dwóch „założyło” gitary, jeden zasiadł za perkusją, kolejnych trzech za klawiszami i fortepianem a ostatni stanął przy mikrofonie. Rzucił krótkie „hello” i zagrali… Czysty, piękny progres!!! Był to rok 1985 – a takich dźwięków nie słyszałem od kilkunastu lat! Coś pomiędzy starym dobrym Camelem a Genesis z domieszką Caravanu! Po prostu oniemiałem…. Fantastyczni muzycy – improwizacje były powalające. Dwie godziny koncertu – chyba najbardziej niesamowitego jaki przeżyłem.. Oczywiście po koncercie dołapałem ich i przepytałem o płyty – owszem wydali dwie i nawet je mieli ze sobą! Byli bardzo zdziwieni że ktoś chce je kupić… Kupiłem. Obie. Po 5 dolców…

biuletyn podProgowy

Osiris Osiris (1981)

W hotelu – słuchawki na uszy, whisky w dłoń i uczta do rana… Pierwsza płyta. 8 utworów, 46 minut muzyki. Muzyki naprawdę świetnej. Nie lubię noeprogresu poza kilkoma wyjątkami. Rocznik 81 sugeruje że to właśnie neoprogres, ale ich debiut to po prosta kawał art-rocka tylko pózno wydany. Fantastyczne solówki klawiszowe i gitarowe oraz świetna melodyka zadowolą każdego fana progresu.. Doskonała płyta, pachnie trochę Camelem, ale jest znacznie bardziej ostra, choć i lirycznych momentów nie brakuje. Wokal, doskonały i po angielsku. Bardzo dobre, czysto europejskie, soczyste, miejscami żywiołowe granie. Skąd taka kapela w muzułmańskim Bahrainie?! I kim są ludzie którzy ją tworzą…?

Osiris Myths & Legends (1984)

Włączyłem drugą płytę. Znów kapitalne klawisze przywodzące na myśl Genesis z najlepszego okresu, znów kapitalna gitara… Znów świetne, żywiołowe granie, znów świetna melodyka… Lata osiemdziesiąte uważam za koszmarne w progresie, poza kilkoma wyjątkami oczywiście. Osiris jest takim wyjątkiem. Świetna grupa… Bahrain pożegnałem dwa dni później. Całą drogę do Polski spędziłem z słuchawkami na uszach, nie dowierzając do końca, że zdobyłem dwie cudowne płytki z kraju po którym spodziewałem się koziego mleka i placków kukurydzianych. Nigdy więcej nie widziałem tej grupy. Dziś, w dobie Internetu, wiem że nagrali jeszcze dwie płyty studyjne i dwie koncertowe. Jedną – rok temu… Ale u nas, jak zwykle są nie do zdobycia… Dziwny jest ten świat…

Australia Ponieważ stosunkowo rzadko dociera do nas coś fajnego ze sceny australijskiej, myślę że przybliżenie wszystkim wspaniałego Sebastiana Hardie’go jest niemal obowiązkiem. Na trop kapeli trafiłem jakieś 9-10 lat temu w… Szwecji. Przebywała tam dość liczna grupa Australijczyków, z którą szybko nawiązałem dość bliską znajomość. Ich ogromne niezado-

45


kwiecień/czerwiec wolenie wzbudzał fakt, że ogólnodostępne piwa w Szwecji mają śladowe ilości alkoholu. Wymieniliśmy grzecznościowe uwagi na temat pomysłu „wychowania w  trzeźwości” po czym podzieliłem się z nimi moimi zapasami złotego płynu które to poczyniłem jeszcze na promie, wiedząc o tej dziwnej przypadłości Skandynawów. Opłaciło się. Spędziliśmy cały wieczór bez końca rozmawiając na temat muzyki i muzycznych różnic pomiędzy Europą a Australią. Wtedy poznałem i skrzętnie zapisałem nic mi nie mówiące nazwy: Kahavas Jute, Tamam Shud, Twilights, Cleves, Coloured Balls, Fanny Adams, Master’s Apprentices, Pirana, Sebastian Hardie, Spectrum, Aztecs, Bakery i Blackfeather. Oczywiście rozmawialiśmy o tym nieco ambitniejszym rocku, a latami osiemdziesiątymi moi współbiesiadnicy prawie się brzydzili. Z polskich rzeczy znali Niemena, Exodus i TSA – bo to dla nich takie europejskie AC/DC (no tak, to przecież ich ‚narodowy’ zespół). Oni też notowali polskie nazwy: SBB, Breakaut, Test, Budka Suflera, Laboratorium. Zapiski z tej nocy przegoniły mnie po sztokholmskich sklepikach płytowych, ale niewiele wskórałem. Wreszcie w jednym „wydłubałem” Tamam Shud i Fanny Adams mocno zadziwiając brodatego Szweda, który był pewien, że te pozycje pozostaną stałym elementem dekoracji jego sklepiku.

Tamam Shud Evolution (1969)

Tamam Shud Goolutionites and the Real People (1970)

Tamam Shud to fantastyczna grupa „początków” hard rocka. Rewelacyjny debiut to czysty hard, podlany esencją psychodelii. Przesterowane gitary, świetne kompozycje, doskonała melodyka – coś jakby Cream zmieszany z późnymi Beatlesami z domieszką Hendrixa… Potęga! Natomiast druga płyta to już odjazd w bardziej progresywne klimaty, z zachowaniem wszystkich zalet debiutu. Momentami pachnie nawet Wishbone Ash’em…

46

O reszcie mogłem tylko pomarzyć. Ale wreszcie udało się, ZDOBYŁEM tą płytę którą Australijczycy wychwalali chyba najbardziej – Four Moments grupy Sebastian Hardie.

Sebastian Hardie Four Moments (1975)

Przyznaję – płyta jest znakomita! Nagrana w 1975 roku zdobyła w Australii ogromną popularność. Była to chyba najlepsza australijska formacja uprawiająca tzw. symfoniczny prog. Muzycznie jest to pomieszanie Pink Floyd z Genesis i  Camelem. Tytułowe Four Moments to przeszło dwudziestominutowa suita składająca się z czterech. Faktycznie, pachnie tu starym Camelem, a utwory są zaaranżowane z genesisowskim rozmachem. Do tego dochodzi doskonała gitara hacketowsko-gilmourowska i wspaniałe klawisze. 1975 rok to już syntezatory, ale tu jednocześnie nie zrezygnowano z klasycznych Hammondów i absolutnie genialnego melotronu, które cały czas „mruczą” w tle. Wokalu jest nie za dużo, a jeśli się pojawia to jest fajnie wkomponowany. Druga strona czarnej płyty, a na cd utwory 5 i 6, to kawałki instrumentalne z gitarą w roli głównej. Sześciominutowa Rosanna i trzynastominutowy Openings to takie dwa brylanciki w przepięknej australijskiej kolii. Każdy instrument zasługuje na pochwały – o gitarze już pisałem, dodam tylko, że gra na niej Mario Millo (również śpiewa) i ma niesamowity talent do pięknych melodii. Nieczęsto się zdarza wysłuchać na jednej płycie tyle ciekawych, pięknych i niezwykle melodyjnych solówek. Basista Peter Plavsic również gra bardzo melodyjnie. Bas jest instrumentem którego rola w zespole jest bardzo niewdzięczna – prawie nikt go nie słucha, robi tylko tła i współpracuje z perkusją. Klasę basisty poznajemy po tym, że wyłapujemy jego grę i wsłuchujemy się w nią – a tak jest w przypadku Petera. W spokojniejszych fragmentach ten gość gra na basie mini solówki! Niesamowite! Na perkusji brat Petera – Alex Plavsic – również znakomity od początku do końca. Na klawiszach Toivo Pilt – mistrz nastroju, malarz dźwięku... W swoim arsenale ma: Moog, mellotron, piano i hammond. Czyż może istnieć lepszy zestaw? Wszyscy miłośnicy naszego (czyli europejskiego) znanego i kochanego Wielbłąda będą zachwyceni. A ci co nie znają – MUSZĄ odrobić zadanie domowe i poznać. Naprawdę warto! Podobnie jak ich kolejne dzieło wydane rok później Windchace będące kontynuacją debiutu.

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec

Dobre prognozy dla

ROCKA

Wieść gminna niesie, że w Krakowie grają proga: na żywo, a do tego cyklicznie. Niesłychane? Przedstawiamy krótką rozmowę, jaką Jacek Chudzik przeprowadził z Prince Olo i SeQ, muzykami Hipgnosis, odpowiedzialnymi również za organizację koncertów odbywających się w krakowskim klubie Zaścienek pod wspólnym szyldem: ProgGnozy. Na ProgGnozach zagrali już: Hipgnosis, Nemesis, Jerzy Górka Artkiestra, Brain Connect, After..., A. Dudziak, Structure of reason, Lebowski, Xanadu i Figuresmile. A impreza dopiero się rozkręca... Skąd pomysł na ten cykl koncertów? Pomysł zrodził się w naszych chorych głowach prawie 3 lata temu. Robocza nazwa – „Hipgnosis przedstawia...”. W zamyśle miały to być koncerty zespołów, które wnoszą coś nowego i ważnego w magiczny świat dzwięków. Po naszym występie w Lorelay zadaliśmy sobie pytanie: a dlaczego nie w Krakowie? Muzyka to nasza pasja, nasz świat i nasze życie, dlaczegóż więc nie zrobić czegoś, co kochamy...? Czegoś, co łączyłoby się z Krakowem i z Hipgnosis…? Czegoś, co być może rozruszałoby koncerty, bo z tym jest w Polsce dramat. Znamy grupy, naprawdę dobre, które po wydaniu świetnej płyty zagrały jeden koncert, na który przyszli znajomi i osoby, które wygrały zaproszenia w radiu… Jednak Polska jest Polską i to co nam wydawało się oczywiste, wcale takie nie jest. Tłukliśmy łbami w mur obojętności urzędniczej , walczyliśmy z tępotą ludzi „decyzyjnych” i odbijaliśmy się od drzwi każdego klubu, w którym przedstawiliśmy naszą propozycję. Wreszcie przypadek, opatrzność, albo szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że człowiek z ProgRocka (Paweł Tryba – pozdrawiamy…) podesłał mi namiary na kogoś, kto „dużo może” w krakowskich klubach studenckich. I wcale

biuletyn podProgowy

nie chodziło o cykl koncertów, tylko o jeden , wspólny koncert Hipgnosis i Apple Bells, w której to grupie ów człowiek jest basistą. Pogadaliśmy. Zaiskrzyło. Mamy ProgGnozy. Jak oceniacie pierwsze odsłony ProgGnoz? Cały czas się uczymy. Jednak entuzjazm jest wielki, zarówno nas jako organizatorów, naszych gości, czyli zaproszonych kapel i publiczności – mocno spragnionej takiej muzyki. Atmosfera jest wspaniała, po początkowych problemach z dzwiękiem jest zdecydowanie lepiej. Publiczności z każdym koncertem przybywa, recenzje też są dobre, a co dla nas najważniejsze – „rozeszło się” po kraju, że w Krakowie warto zagrać, bo publiczność świetna, organizacja niezła i fajne noclegi dla przyjezdnych grup… A co do muzyki ? Wszyscy nasi goście, zarówno znani, mający na swoim koncie udane płyty, jak i grupy, które dopiero startują fonograficznie, reprezentowały naprawdę wysoki poziom i bardzo zróżnicowaną, ale zawsze DOBRĄ muzykę. Słyszałem, że listę wykonawców macie już zamkniętą na cały 2012 rok...? No, aż tak cudownie to nie jest… Listę chętnych do zagrania mamy długą, ale proces doboru zespołów, dogrywania terminów itp. jest dość skomplikowany i czasochłonny. Pracujemy nad tym cały czas, tym bardziej, że przychodzą propozycje zagraniczne. Umiejscowienie trzech różnych grup na scenie to nie lada wyzwanie, oczywiście przy tej muzyce. Czym innym jest nagłośnienie kapeli typu dwie gitary i perkusja, a czym innym dwa zestawy klawiszy, cztery sample, i „mieszana perkusja (akustyczno-elektroniczna), trzy gitary, dwa wokale itp. I jeśli mają to być trzy

takie zestawy na jeden koncert, to nasz akustyk osiwieje. Bo po pierwszych dwóch ProgGnozach wyłysiał... Czy nie baliście się ryzyka związanego z organizowaniem biletowanych koncertów progrockowych, w soboty i to na miasteczku studenckim? Załóżmy, że jestem studentem, mam wolny weekend i chcę miło spędzić czas – dlaczego miałbym wybrać się na ProgGnozy? Nie. Po pierwsze ceny biletów są symboliczne, po drugie jeśli ktoś chce zobaczyć np. Lebowskiego i ma do wyboru albo jechać do Gdańska, albo zostać na sobotę – to chyba wybór jest prosty. Dzięki temu na koncertach jest bardzo mało osób przypadkowych, co skutkuje fantastyczną atmosferą… Zresztą zauważ, że Kraków jest „ciężkim” miejscem na koncerty – codziennie jest tego mnóstwo, ale proga jest mało. Ta publiczność jest wyposzczona. Trafiliśmy w „czarną dziurę”. Zresztą najlepszym dowodem były pytania o koncerty w wakacje, bo niektórzy chcieli tak zaplanować wyjazdy, żeby nie stracić ani jednych ProgGnoz!!! Nieprawdopodobne... Jak rozumieć samą nazwę cyklu koncertów? Czy „ProgGnozy” to nawiązanie to nazwy Hipgnosis, przypadkowa gra słow, czy może manifest światopoglądowy twórców tej imprezy? Hmmm… Wszystkiego po trochę… Szukaliśmy nazwy, która będzie się kojarzyła z  Hipgnosis i będzie na tyle oryginalna, że po dwóch, trzech edycjach będzie natychmiast kojarzona z dobrą muzyką. Propozycje były różne (np. ProgGnosis), ale stanęło na ProgGnozach. I chyba słusznie. I wiesz co? – za cholerę nie wiemy kto to wymyślił…

47


kwiecień/czerwiec

Kilka legend z warzywami i owocami w tle… Galahad 1985-2012

N

iemal każdy dobry zespół rockowy ma jakąś swoją legendę – historię, która na zawsze pozostaje w pamięci zarówno samych muzyków, jak i ich najwierniejszych fanów. Historia zespołu, o którym będzie mowa w niniejszym artykule, zawiera co najmniej kilka niezwykłych zakrętów, które urosły niemal do rangi legend. Nic w tym dziwnego, skoro przez zespół Galahad (bo o nim mowa) przewinęło się łącznie 21 muzyków, w tym aż sześciu klawiszowców (Yes rozłożone na łopatki) i, jak powtarzał nie raz Stuart Nicholson, niemal każdy z nich pozostawił po sobie jakiś kawałek historii, której się nie zapomina. Zespół Galahad na początku przyrównywano do tuzów neoprogresywnego odrodzenia z lat 80-tych. Po wielu latach nie dość, że muzycy z Dorset wypracowali swój własny, niepowtarzalny styl, to jeszcze niejeden z zespołów, do których zawsze byli przypinani, po prostu przyćmili – i to z ogromną łatwością i wielką klasą. Legend w historii Galahad znajdziemy z łatwością kilka. Oto pierwsza z nich. W 1985 roku, kiedy to Marillion zdobywali ogromną popularność, w małym miasteczku Dorset Stuart Nicholson zauważył maleńki anons muzyka (dokładnie gitarzysty), który podpisywał się nazwiskiem Roy Keyworth. Ów młody muzyk poszukiwał wokalisty do swego zespołu a tak się właśnie składało, że Stu całkiem nieźle śpiewał. W efekcie poznali się i postanowili zrobić coś razem. Zespół to jedno, ale nazwa to już większy problem. Minęło trochę czasu, zanim Roy wpadł na tę

48

jedną, jedyną, pracując w… hurtowni warzyw i owoców! Pewnego dnia w jego ręce wpadła faktura opatrzona nazwą firmy Galahad Produce. Pierwszy człon tak bardzo spodobał się założycielom zespołu, że powstała nazwa, którą znamy do dziś. I – co ważne – nie ma ona nic wspólnego z legendą o królu Arturze, której bohaterem był niejaki Sir Galahad – rycerz okrągłego stołu. Pierwszy koncert Galahad zagrali w sierpniu 1985 roku. Później koncertowa machina ruszyła do przodu, choć lata 80-te były dość trudnym okresem dla zespołów grających rock progresywny. Co prawda, kilku wykonawców z tego kręgu radziło sobie bardzo dobrze, ale dla początkujących wykonawców takich jak właśnie Galahad czy Jadis pozostawały tylko koncerty w małych salach oraz udziały w lokalnych festynach. Galahad radzili sobie zupełnie nieźle, grając podczas koncertów sporo coverów swoich ulubionych wykonawców. Spektrum było dość szerokie, bo muzycy podziwiali nie tylko muzykę neoprogreswynych tuzów: Marillion, IQ czy Twelfth Night, ale także i legendarnych Genesis, Pink Floyd, Zeppów czy Rush a nawet nowofalowych U2. Autorskie kompozycje powoli dojrzewały, ale przełomu wciąż nie było. Pewnego dnia, co wszyscy doskonale wiemy, Fish postanowił opuścić wielki wówczas Marillion. Pozostała czwórka instrumentalistów tego zespołu rozpoczęła żmudne poszukiwania nowego frontmana. Ambitny Stuart postanowił spróbować swych sił w  przesłuchaniach kandydatów na miejsce po Rybie. Bogu

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec dzięki, przegrał z Hogarthem, choć (co wielokrotnie powtarzał) wcale nie zamierzał opuścić Roya i kolegów z zespołu. Bardziej chodziło mu o sprawdzenie samego siebie a przy okazji zrobienie małego szumu wokół wciąż nieznanego zespołu. Kto wie? Może trochę właśnie dzięki temu zabiegowi muzykom Galahad udało się wreszcie wejść do studia i nagrać pierwsze materiały demonstracyjne z prawdziwego zdarzenia? Należy też zauważyć, że to właśnie w tym okresie w zespole pojawił się perkusista, Spencer Luckman, który działa z zespołem po dziś dzień! Sukcesy przyszły z przełomem lat 80 i 90-tych. Ukazały się wspomniane materiały demo, singiel Dreaming From The Inside, a w 1991 roku debiut w postaci albumu Nothing Is Written – typowa dla tamtego okresu muzyka. Kilka spokojnych, bogato zaaranżowanych utworów oraz kilka rozbudowanych kompozycji, w których wyraźnie było czuć, że muzycy mają papiery na granie. Galahad nawet ocierali się o stacje radiowe, co nie każdemu zespołowi wtedy się udawało. W efekcie zarejestrowano nawet kilka sesji radiowych, które wypełniają dziś rozmaite dodatkowe wydawnictwa zespołu. Już wówczas dostrzegano ogromny potencjał w zespole z Dorset. W 1992 roku w składzie Galahad pojawił się nowy basista, niejaki Neil Pepper. Przesympatyczny facet i – jak się później okazało – znakomity basista. To kolejna legenda zespołu przez duże L. Grał w zespole bez przerwy do 2002 roku, by powrócić w 2009 roku i nagrać z zespołem najnowszy album Battle Scars, którym możemy się właśnie dziś delektować. Niestety, jemu samemu premierą nowego albumu cieszyć się nie będzie dane. Neil zmarł bowiem 4 września 2011 roku, po długiej chorobie na raka. Do samego końca pracował z zespołem, nie poddawał się – niestety choroba okazała się silniejsza… Kolejne ciekawostki z historii Galahad są równie ciekawe. Jedna z nich dotyczy utworu Suffering Silence. Zespół poświęcił ten kawałek do celów promujących… jeden z pierwszych w Anglii magazynów komputerowych, do których dołączano płytę CD-rom. W jednym z jego numerów właśnie na dołączonej płycie można było znaleźć to nagranie w postaci bonusowego pliku audio. Był to rok 1994. W tym okresie Galahad obcowali także z muzyką akustyczną, nagrywając pod egidą Galahad Acoustic Quintet płytę Not All There.... Nieco wcześniej wydali także drugi, „elektryczny” album In A Moment Complete Madness. Wreszcie nadszedł rok 1995, w którym muzycy zespołu zafundowali nam prawdziwy horror. Album Sleepers przesycony był wprost mrożącymi krew w żyłach historyjkami, w których pojawiały się postaci przeklęte (psychopaci i demony), niezbyt lubiana przez pacjentów, choć bardzo urodziwa pani dentystka oraz leżąca w kostnicy dziewczyna, którą znamy z okładki płyty. Album Sleepers jest o tyle legendą w historii Galahad, że był to istotny przełom w muzyce zespołu. Grupa zyskała nowe grono fanów, a materiał w formie kasety nawet dotarł do naszego kraju (albo raczej został wydany na licencji przez Rock Serwis). Wówczas to właśnie Galahad zaczęli grać własne trasy koncertowe i coraz częściej wyruszali poza granice Zjednoczonego Królestwa. Kolejny przełom miał miejsce pod koniec lat 90-tych. Wówczas to na rok zespół opuścił Roy Keyworth, przez co Stu został jedynym członkiem Galahad, który grał we wszystkich jego składach. Wówczas też do zespołu dołączył Dean Baker – znakomity klawiszowiec, prawdziwy elektroniczny maniak, który miał prze-

biuletyn podProgowy

ogromny wpływ na dojrzewanie charakterystycznego brzmienia zespołu. O ile album Sleepers był przełomem, o tyle wydany w 1998 roku album Following Ghosts był krokiem milowym naprzód. Wykrystalizowało się brzmienie, w którym rządzili niepodzielnie wszyscy muzycy, dokładając coś od siebie. Stuart pisał wspaniałe teksty, Roy grał na gitarze raz bardzo subtelnie, a za chwilę ostro tak, że buty spadają z nóg. Dean wycinał na syntezatorach niesamowite partie symfoniczne, by za kilka chwil uderzyć w słuchacza dźwiękami z nowoczesnego pogranicza muzyki industrialnej a nawet (!!!) techno. Spencer i Neil spinali to wszystko nienaganną grą rytmiczną, dostosowując się do frywolnych chwilami harców kolegów z zespołu. Kolejna legendarna historyjka odnosi się do roku 2001. Wtedy to właśnie muzycy zespołu postanowili skupić się na odpoczynku i nagrywaniu nowej płyty. Dotąd byli tytanami występów koncertowych. Zagrali ich od 1985 roku setki, by właśnie w 2001 roku nie zagrać ani jednego! W efekcie nowy album wydany w rok później nosił tytuł Year Zero, podkreślając te 12 miesięcy z zerowym stanem koncertowym na liczniku. W 2005 roku w zespole pojawiła się kolejna ciekawa postać – basista Lee Abraham, zastępujący miejsce po odejściu Neila Peppera. Był to facet raczej mało wówczas znany, ale sam fakt, że w przeszłości współpracował min. z Martinem Orfordem i Karlem Groomem chyba mówi bardzo wiele. Lee nagrał w barwach Galahad tylko jeden album, ale za to jaki! Płyta Empires Never Last wprost powaliła fanów zespołu świeżym, soczystym brzmieniem i wszechobecną energią, która jawiła się setkami rozbłysków wokół widocznych na okładce zgliszczy zburzonego miasta i sztandaru wciąż trwającego imperium. Dziś mamy w odtwarzaczu album, który także może stać się Galahadową legendą. Płyta Battle Scars jest kontynuatorką brzmienia zespołu z poprzedniej płyty Empires Never Last. Tyle że ktoś (czyli Karl Groom) na stole mikserskim podbił suwaki w górę, a Roy Keyworth zagrał na gitarze ostrzej niż kiedykolwiek. W dodatku partie klawiszowe także brzmią jakby je raził piorun! Wszystko to oczywiście w jak najlepszym tego słowa znaczeniu, zamknięte w baterii niesamowitych emocji. Emocji skondensowanych w 40 minutach znakomitej muzyki z jedynym i niepowtarzalnym brzmieniem zespołu Galahad. Płyta zawiera siedem premierowych kompozycji plus dodaną w bonusie nową wersję nagrania Sleepers, utrzymaną także w podobnej konwencji brzmieniowej, co pozostałe utwory. Płyty słucha się jednym tchem. Chwilami niemal taranuje słuchacza Niagarą dźwięków. Szczerze mówiąc, po doskonałym poprzednim albumie nie spodziewałem się aż tak znakomitego materiału i bardzo się cieszę, że się myliłem. Battle Scars to także kolejna płyta – symbol, bowiem dotąd dobry duch zespołu, przesympatyczny człowiek o wspaniałym sercu, Neil Pepper, okazał się być także wziętym kompozytorem. Dotąd raczej rzadko udzielał się jako autor utworów. Tuż przed śmiercią był prawdziwym tytanem pracy. Pozostawił po sobie jeszcze mnóstwo nagranych partii basu, z których już za całkiem niedługo będziemy mieć jeszcze co najmniej jedną pociechę. Ale o tym za kilka tygodni… Ps. Neil! Dziękujemy za Wszystko! Cześć Twojej pamięci! Krzysiek „Jester’”Baran

49


kwiecień/czerwiec

GALAHAD PŁYTA PO PŁYCIE W NIECO SUBIEKTYWNYM ZARYSIE

NOTHING IS WRITTEN (1991) Debiut płytowy zespołu z Dorset. Płyta trochę nierówna, osadzona w typowym dla tamtego okresu stylu neoprogresywnym, z mniej lub bardziej udanymi kompozycjami, z których kilka wybijało się zdecydowanie przed szereg. Face To The Sun, Room 801, Aqaba czy zagrany z rozmachem Richelieus Player to punkty obowiązkowe do poznania. Ogólnie album niezły jak na debiut, zdradzający zwłaszcza nieprzeciętne umiejętności kompozytorskie muzyków, odkrywający znakomity głos Stuarta Nicholsona i wysoki kunszt gitarowy Roya Keywortha.  3,5/5

IN A MOMENT OF COMPLETE MADNESS (1993) Druga w dyskografii, trochę nietypowa płyta. Dlaczego? Bo w chwili gdy została wydana, wcale nie zawierała wyłącznie premierowego materiału. Wręcz przeciwnie, cofała nas w czasie nieco wstecz. Nawet jeszcze przed debiutancki album! Większość kompozycji zawartych na tym albumie to po prostu utwory pochodzące z sesji nagraniowej z 1989 roku! Są jednak też na tym albumie nagrania zupełnie nowe. I słychać to dość wyraźnie. A gdy jeszcze zapoznamy się z  następną płytą studyjną Sleepers, wyraźnie poczujemy jej posmak w tych kilku utworach.  3,5/5

NOT ALL THERE… (1995) Chyba najmniej znana płyta, firmowana w dodatku nieco inną nazwą Galahad Acoustic Quintet. Niby płyta akustyczna, choć nie do końca, bowiem pojawiają się tu zdecydowanie „elektryczne” keyboardy. Mimo to muzyki zawartej na Not All There… słucha się bardzo dobrze. Pachnie ona bardzo mocno wyspami Zjednoczonego Królestwa. Chwilami jest angielsko konserwatywna a za chwilę rozbujana w celtyckim śnie o wolności. To jednocześnie swoisty równoważnik dusz muzyków zespołu, którzy po tym albumie krok po kroku wzmacniali brzmienie swojej muzyki.   4/5

50

SLEEPERS (1995) Horror, dreszczowiec, jakiego nie powstydziłby się sam Hitchcock. Już na wstępie mamy tytułowy utwór, który sprawia, że buty spadają z nóg. A później kolejno odwiedzamy same mrożące krew w żyłach miejsca (kostnica, gabinet dentystyczny). Pojawiają się bardzo niegrzeczne postaci i surowe porady mistrza gry słów, Stuarta. A muzyka zyskuje zupełnie nową jakość: nowe brzmienie instrumentów klawiszowych, bardzo dojrzale prowadząca sekcja rytmiczna (para Pepper–Luckman jest genialna!) a gitara powoli wyrywa się z  grzecznych ram. Chyba jakiś diabełek nawiedził duszę Roya. Wszystko to poparte znakomitą produkcją, jakiej nie powstydziłby się niejeden album wydany dziś. Tylko ten Amaranth trochę za długi, ale niech tam…  4,5/5

FOLLOWING GHOSTS (1998) Niezapomniany Tomek Beksiński napisał o tym albumie pewne bardzo adekwatne zdanie: „Gotów jestem zaryzykować stwierdzenie, że jest to pierwsza w pełni progresywna płyta ostatniego dziesięciolecia”. Słuchając tej znakomitej płyty, nie sposób się z Mistrzem nie zgodzić! Tym albumem Galahad pokazał, że „bycie progresywnym” w muzyce rockowej to nie tylko wspominanie odległej przeszłości z magicznych i klasycznych lat 70-tych. To także zaglądanie w przyszłość, a przynajmniej bycie za pan brat z teraźniejszością. Na albumie zatem jest chwilami ostro, a za chwilę melancholijnie. Jest akustycznie, a po chwili mocno elektronicznie. Raz słuchamy piosenki, a za moment długaśnego, rozbudowanego majstersztyka jak chociażby Bug Eye, zahaczającego o bardzo nowoczesne formy elektroniczne (zasługa Deana Bakera, który właśnie dołączył do zespołu). Mistrz Beksiński jeszcze dodał na koniec: „Brawo, Sir Galahad! Jako pierwszy z nowych Rycerzy Progresywnego Stołu udowodniłeś, że w pełni zasługujesz na tytuł szlachecki”. Nic dodać nic ująć!  5/5

YEAR ZERO (2002) Album podkreślający nietypowy w historii zespołu rok 2001, podczas którego koncertowo wyszli na zero, bo… nie zagrali ani jednego koncertu. Płyta kontynuowała zabiegi, jakich Galahad chwycili się na albumie Following Ghosts. Bardzo dużo tu obcowania z syntezatorami, przez

co chwilami w ogóle nie odczuwa się rockowej formuły, jaką znaliśmy z wcześniejszych płyt. Album dziwny (mamy tu nawet chwile jazzującego swingu!), okraszony ciekawym konceptem, z kilkoma fajnymi numerami, ale ta elektronika… Czy jest jej za dużo? Na pierwszy rzut ucha tak, ale kiedy się dobrze wsłuchać w ten album, to okazuje się, że jest to kawał cholernie dobrej i bardzo oryginalnej muzyki.  4/5

EMPIRES NEVER LAST (2006) Długo kazali czekać na kolejny album. Całe 5 lat! Kiedy już płyta się ukazała, nikt nie kręcił nosem, że tak długo musiał czekać. Nowy Galahad! Mocny, chwilami wręcz metalowy, a jednak znów progresywny w ten bardzo oryginalny sposób. Utwory na płycie mają pewną moc przyciągania, sprawiając, że od tego materiału naprawdę trudno jest się oderwać! Świetne teksty, symbolika bijąca z okładki, wszechobecne emocje (chociażby fragmenty przemówień Martina Luthera Kinga czy George’a W. Busha) i muzyka, obok której nie da się przejść obojętnie! Jest tu kilka takich melodii, które pamięta się latami i od czasu do czasu nuci się pod nosem. Bo nie tylko przebojowe piosenki zapadają w pamięć. Tego dowiedli muzycy Galahad na albumie Empires Never Last. Majstersztyk? Zdecydowanie tak! Po takim albumie można tylko krzyknąć „I have a dream…”!  5/5

BATTLE SCARS (2012) Tym razem 6 lat czekania… Przyznam się szczerze: po znakomitej poprzedniczc, na nowy album czekałem z lekkimi obawami. W międzyczasie przekonałem, się co nawyprawiał z muzyką Pendragon, jak wtórne zrobiło się Porcupine Tree i jak na siłę kilka płyt zrobiło wiele zacnych zespołów, w wielu przypadkach rozmieniając się na drobne. Płytę ze strachem wrzuciłem do odtwarzacza i… znów odjechałem. Ostro, chwilami bardzo ostro. 40 minut zupełnie wystarczy, by zawładnąć słuchaczem na maksa. Taka jest właśnie nowa płyta Galahad! Przemyślana na każdym kroku. Dopracowana do granic możliwości, albo raczej do granic rozsądku, żeby po prostu nie przedobrzyć. Ten i ów powie, że to formuła kontynuowana po Empires Never Last. Nic odkrywczego… I co z tego! Bo i po co zmieniać coś, co jest cholernie dobre i wciąż sprawia ogromną przyjemność w słuchaniu?!  5/5 Krzysztof „Jester” Baran

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec

Festiwal Rocka Progresywnego organizowany jest przez niewielką liczbę osób. Od kilku lat ma swoich stałych partnerów, patronów i sponsorów. Początki imprezy pamięta kilka osób, które po dziś dzień działają przy jego organizacji. Ojcami imprezy są dwaj fascynaci rocka progresywnego, bracia Sławek i Janusz Bożko. Sławek jest także Prezesem Stowarzyszenia Inicjatyw Niezależnych PROGRES. Oto krótki wywiad z Szefem Festiwalu w Gniewkowie.

Kiedy zapragnęliście zorganizować coś na miarę imprezy cyklicznej, jaką stał się Festiwal? Czyj to był pomysł? Pomysł był mój i mojego starszego brata Janusza. Narodził się około roku czasu przed pierwszym festiwalem, więc w sumie jakieś siedem lat temu. Kochamy ten rodzaj muzyki i chcieliśmy ją promować. Naszym najważniejszym zadaniem jest dotrzeć z nią do jak największego grona odbiorców. Uważaliśmy, że formuła festiwalu będzie się do tego nadawała najlepiej, tym bardziej, że chcieliśmy coś zrobić również dla zespołów grających tą muzykę. Od dawna bolało nas, że promuje się miernotę, a wspaniałych wykonawców z nurtu rocka progresywnego mało kto zna. Z pewnością od samego początku imprezy bywało sporo problemów. Jaki trzeba mieć w sobie upór żeby to wszystko poskładać ze sobą? Ile czasu poświęcaliście kolejnym edycjom festiwalu? Z której edycji organizacją było najwięcej problemów? My festiwal robimy z potrzeby serca. Problemów, pracy jest zawsze sporo, ale my ich nie kodujemy i nie pamiętamy. Jak się coś kocha, to można bardzo dużo poświęcić, czasu, zdrowia, pieniędzy itd. Każdy festiwal przygotowujemy rok czasu. Po zakończeniu każdej edycji, już myślimy o następnej. Potwierdzam jednak, że upór

52

trzeba mieć w sobie bardzo duży. Widzę to po innych próbach robienia festiwali. Była jedna, ewentualnie druga edycja i koniec. Ja też miałem nie raz chwilę zwątpienia. W tedy zaczynałem słuchać moich ulubionych kawałków i siły od razu wracały. Wspomnij pierwszą edycję. Czy wtedy nasuwała się Wam już myśl, że w przyszłości Festiwal stanie się imprezą dwu-dniową i będzie skupiał czołówkę polskiej sceny? Pamiętam pierwszą edycję doskonale. Od początku żyliśmy marzeniami i cały czas się one spełniają. Cieszymy się bardzo, że festiwal się z każdym rokiem rozwija. Dla nas nawet ten pierwszy festiwal był spełnieniem jakiś tam marzeń. Co prawda były tylko dwa zespoły, ale sam projekt festiwalu został zrealizowany. Zespoły zagrały wyśmienicie. Wśród nich był przecież zespół Osada Vida. Każdy by chciał zaczynać jakiś raczkujący projekt z takim zespołem. Kolejne edycje gromadziły zarówno coraz więcej zespołów, jak i coraz większą publiczność. Co się czuje kiedy widzisz ten postęp? My nie robimy festiwalu dla jakiś konkretnych wyników, choć oczywiście się bardzo cieszymy, że możemy gościć coraz więcej zespołów i publiczności. Odpowiadając wprost na pytanie, to chyba może-

my wnioskować, że praca idzie w dobrym kierunku. Najwięcej problemów z pewnością jest z zebraniem odpowiednich środków na organizację imprezy. Przez ten cały czas Festiwal dorobił się kilku stałych partnerów i sponsorów… To jest niestety prawda. Tu przytoczę moją ulubioną wypowiedź na ten temat, mojego przyjaciela Olka Króla, że „łatwiej zrobić walentynki dla 100 tysięcy baranów, niż festiwal dla 1000 ludzi”. Mimo to, faktycznie festiwal dorobił się stałych partnerów i sponsorów. Można się z nimi wszystkimi zapoznać na naszej nowej stronie internetowej www.sinprogres.pl. (Przy tej okazji chciałbym bardzo podziękować Radkowi Ratomskiemu za jej wykonanie). Wypada mi wymienić Urząd Marszałkowski Województwa Kujawsko-Pomorskiego oraz firmę I.T.I Poland, choć chcę podkreślić, że każdego dobroczyńcę traktujemy tak samo. Jesteśmy im wszystkim bardzo wdzięczni. W ubiegłym roku, żeby móc wciąż organizować imprezę postanowiliście założyć Stowarzyszenie Inicjatyw Niezależnych PROGRES. Czy gdyby nie ten fakt, to festiwal zniknąłby zupełnie z kalendarza imprez?

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec W tamtym roku było faktycznie takie zagrożenie. W związku z tym, żeby być coraz mniej zależnym od innych instytucji, postanowiliśmy założyć stowarzyszenie. Dzisiaj już mogę powiedzieć, że to był bardzo dobry krok. Choćby dlatego, że możemy pisać sami projekty i starać się o dotacje.

urokliwe miejsce. Dużo zieleni, zapach przyrody. Jest to miejsce sprawdzone od wielu lat. Bardzo dużo imprez miejskich odbywa się właśnie na tej scenie.

Co takiego jest w Gniewkowie, że udaje się to Wszystko razem udoskonalać z dnia na dzień, organizować i działać? Jak festiwal postrzegają mieszkańcy miasteczka i okolic, samorząd? Czy w Gniewkowie oprócz Festiwalu odbywają się jeszcze jakieś duże imprezy kulturalne w plenerze?

Zespół The Skys sam się do nas zgłosił. Na początku byliśmy trochę niezdecydowani, ponieważ w naszym zamyśle ma to być festiwal dla polskich zespołów. Później jednak stwierdziliśmy, że Litwini mogą wystąpić w charakterze gościa specjalnego. Z takich okazji nie można rezygnować. Bardzo się cieszymy, że będziemy gościć ten zespół. Kto ich słuchał na płycie, na pewno wie, że jest to zespół godny uwagi. W ten sposób będzie to kolejna nowość festiwalowa.

Może z zewnątrz się wydaje, że tu jest jakiś specyficzny klimat w tym względzie. Otóż tak nie jest. Dużo zależy od wspomnianego wcześniej uporu. Może jedynym plusem jest fakt, że Gniewkowo jest małym miasteczkiem, a ja z bratem od bardzo dawna pracujemy społecznie na rzecz różnych inicjatyw. Po prostu jesteśmy bardziej rozpoznawalni, a to sprzyja.

Jak doszło do tego, że zaprosiliście The Skys?

W tym roku padnie kolejny rekord. Wystąpi aż siedem zespołów: sześć z polski oraz jeden zza granicy! Jak wyglądają przygotowania do imprezy? Podobno przenosicie festiwal w zupełnie nowe miejsce… Obecnie przygotowania do festiwalu wchodzą w ostatnia fazę. Jest to okres największej, systematycznej pracy. Co do kwestii nowego miejsca, to się w zupełności zgadza. Festiwal po raz pierwszy zawita do Parku Wolności, oczywiście w Gniewkowie. Szczególnie latem jest to bardzo

biuletyn podProgowy

Wszystkich gości witamy bardzo serdecznie w Gniewkowie. Dla mniej wymagających proponujemy noclegi na polu namiotowym obok Zasadniczej Szkoły Zawodowej oraz w samej szkole, ale nie gwarantujemy łóżek. Trzeba mieć ze sobą materace lub karimaty. Dla bardziej wymagających proponujemy zaprzyjaźniony Zajazd Harasówka (firma gastronomiczno-hotelowa). W Parku Wolności również swoje usługi gastronomiczne będzie świadczyła firma cateringowa. Stowarzyszenie PROGRES to nie tylko Festiwal, choć jest on główną częścią całej operacji. Opowiedz nam co jeszcze ciekawego dzieje się w strukturach Stowarzyszenia?

Ile osób jest najbardziej zaangażowanych w organizację przedsięwzięcia? Jak dzielicie obowiązki? Są to osoby ze stowarzyszenia. Niestety nie ma ich wciąż za dużo. Mimo to nie chcę ich wszystkich wymieniać, bo zawsze jest groźba, że kogoś pominę. Oni wiedzą o kim myślę. Na pewno muszę wymienić trójkę z nich: Janka Yano Włodarskiego, Krzyśka Jestera Barana, którzy non stop żyją festiwalem, no i oczywiście mojego brata Janusza. Jestem im wszystkim bardzo wdzięczny za to co robią. Pracować z takimi ludźmi, to sama przyjemność. Każdy sam wie, co ma robić. Są to również wielcy pasjonaci, więc nie trzeba na nich nakładać obowiązków.

Wiemy, że do Gniewkowa wybiera się dość liczna ilość osób z całej Polski. Jak jest w Gniewkowie z bazą noclegową i gastronomiczną? Czy macie dla przyjezdnych jakieś udogodnienia?

Czym kierowaliście się zapraszając te a nie inne polskie zespoły? Myślę, że podstawowym kryterium było to, aby były to zespoły, które wcześniej u nas nie występowały. Przy tej okazji chcę poinformować, że oficjalnych zgłoszeń do wzięcia udziału w tegorocznej edycji festiwalu, mieliśmy od ponad trzydziestu zespołów. Wszystkie reprezentowały wysoki poziom swoich umiejętności. Chciałbym w tym miejscu bardzo serdecznie podziękować wszystkim zespołom za dokonane zgłoszenia. Chcę również bardzo przeprosić te zespoły, których nie daliśmy rady zaprosić ze względów organizacyjnych. Mam nadzieję, że nadrobimy to w przyszłości.

Tak, festiwal jest głównym motorem i tak ma być. Oprócz niego mamy wiele innych pomysłów. Wszystkie działania mają na celu promowanie rocka progresywnego. Oczywiście robimy je na miarę naszych możliwości. Organizujemy koncerty w ramach projektu Progressive Tour. Od tego roku przyznajemy nagrodę im. Roberta Roszaka za najlepsze polskie wydawnictwo roku w gatunku rocka progresywnego. Pierwszym laureatem został zespół Hipgnosis z Krakowa. Jako ciekawostkę zdradzę fakt, że mimo, iż ogłoszenie laureata odbyło się w marcu, to członkowie zespołu odbiorą wyróżnienie podczas tegorocznej edycji festiwalu. Taka była Ich wola, a my się z tego powodu bardzo cieszymy. Dziękujemy bardzo za udzielenie nam wywiadu. Zarekomendujcie na koniec raz jeszcze VI Festiwal Rocka Progresywnego w Gniewkowie. Życzymy powodzenia! Zapraszamy bardzo serdecznie na VI Festiwal Rocka Progresywnego w Gniewkowie 2012. Wstęp jest darmowy, więc prawdziwi fani nie mają zbyt wielu wymówek, aby się nie stawić. Wystąpią same świetne zespoły. Pokażmy, że jest spora grupa osób, która słucha dobrej muzyki.

53


kwiecień/czerwiec

Odpływamy w swój świat „Retrospective” rozmowa z Alanem Szczepaniakiem, gitarzystą zespołu

R

etrospective to nazwa od kilku już lat dość dobrze znana słuchaczom polskiego rocka progresywnego. W muzykach z Leszna pokłada się spore nadzieje na przyszłość, poparte bardzo dobrze przyjętym debiutanckim albumem „Stolen Thoughts”, wydanym w 2008 roku. Przez ostatnich kilka miesięcy dość dużo wydarzyło się w zespole, choć muzycy z rzadka wychodzili na scenę, by grać koncerty. Teraz sytuacja ta wydaje się odmieniać. Retrospective zapowiadają wydanie drugiego albumu, którego obszerne fragmenty obiecują zagrać podczas VI Festiwalu Rocka Progresywnego w Gniewkowie. Zatem aż mnie świerzbił język, by wypytać o kilka kwestii Alana Szczepaniaka, gitarzystę Retrospective. Zespół Retrospective od kilku już lat jest wymieniany pośród najciekawszych formacji grających szeroko rozumianą muzykę progresywną w Polsce. Po udanym albumie debiutanckim ‘Stolen Thoughts’ jednak kazaliście swym fanom dość długo czekać na kolejne, bardziej energiczne (dynamiczne/rzutkie/ zdecydowane) posunięcia. Co się działo z zespołem przez ten czas? Miło nam, że wiele osób zalicza nas do tego zacnego grona. Przyznać muszę, że niekiedy dorównać choć w połowie dźwiękom, które powstają w Polsce, jest niezwykle trudno. Wiele osób uważa Polskę za kraj posiadający największą ilość najciekawszych zespołów grających muzykę progresywną i okołoprogresywną, z czego – trzeba przyznać – my jako Polacy możemy być dumni. To tak tytułem wstępu .

54

Wracając do pytania, nasze pierwsze (i jak do tej pory jedyne) oficjalne wydawnictwo Stolen Thoughts opowiadało o człowieku, który wkracza w dorosłość i nie wiem, czy było to proroctwo, czy taka kolej rzeczy, ale dotknęły nas również problemy dorosłości. Brak takiej ilości wolnego czasu, jaką mieliśmy wcześniej, zdecydowanie nie ułatwiał nam zadania a do tego dochodziło ciągłe niezadowolenie z  powstających utworów. Śmiało mogę powiedzieć, że posiadamy ponad 20 godzin nagrań naszych improwizacji a zarazem nowych utworów w najróżniejszych wersjach, które powstawały podczas naszych prób. Przyszedł wreszcie czas, gdy stwierdziliśmy, że nie ma sensu dłużej siedzieć i wymyślać, bo i tak zawsze coś będziemy zmieniać. Dzięki temu znów wyszliśmy z sali prób. Próbowaliście nowego wokalu  w zespole, w dodatku kobiecego, ale Kuba

Roszak jednak wrócił do zespołu. Czy jego głos jest niezastąpiony? To prawda, przez pewien czas śpiewała u nas Anna Spławska, ale – jak się okazało – mieliśmy inne zdania na pewne tematy. Powodem odejścia Kuby były sprawy prywatne i tak się złożyło, że po odejściu Anny pierwszą osobą, do której odezwaliśmy się w sprawach wokalnych, był Kuba. Nie wiem, czy to był przypadek, ale chwilę po naszym odzewie Kuba oświadczył nam, że z wielką chęcią powróci za mikrofon. W  Retrospective dla nas najważniejsze jest to, jak się czujemy ze sobą, co ze sobą przeżywamy. Traktujemy siebie jak rodzinę (nasze rodziny też tak uważają) i obojętnie, czy Kuba potrafiłby śpiewać, czy nie, i tak byłoby nam dobrze. Całe szczęście, po powrocie nie fałszuje, tylko jest lepiej. Wiem, że nagrywacie nowy materiał. Jaka będzie nowa płyta? Zmieniacie styl czy też nadal podążacie wypróbowaną wcześniej ścieżką? Czego fani mogą się spodziewać po nowym materiale? Tak, materiał jest już nagrywany, partie bębnów oraz gitary basowej zostały już zarejestrowane a teraz jesteśmy w fazie nagrywania gitar. Jaka będzie nowa płyta? Moim zdaniem ciekawsza i bardziejrozwi-

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec

nięta pod względem muzycznym i emocjonalnym. Ciężko jest podążać wypróbowaną ścieżką, ponieważ wciąż takiej nie odkryliśmy. Wszystko, co tworzymy, jest owocem naszych improwizacji i efektem tego, co w danej chwili przeżywamy i  co nam w duszy gra. Jeżeli chodzi o stylistykę nowego materiału, jest jeszcze bardziej „rozstrzelony” w różnych gatunkach muzycznych niż to, co do tej pory pojawiło się na naszym LP Stolen Thoughts jak i EP Spectrum of the Green Morning. Jest więcej cięższego grania niż do tej pory, słychać sporo przestrzennych gitar, jest mnóstwo motywów, przy których aż chce się zamknąć oczy i przenieść w inny wymiar, jest szept, wrzask, krzyk... jednym słowem wszystko, a to wszystko staraliśmy się przez ten czas spędzony w sali prób połączyć w całość. Nie potrafię określić, co tak naprawdę stworzyliśmy – zresztą zawsze uważałem, że muzyki należy słuchać, a nie czytać o niej. Łatwiej będzie pozostawić opinię na temat nowego materiału słuchaczom, którzy w każdym utworze znajdą coś interesującego dla siebie. Czy nowy materiał będzie zawierał jakiś temat koncepcyjny? Ciężko mi odpowiedzieć, czy album będzie zawierał jakiś temat koncepcyjny. Za każdym razem, kiedy czytałem teksty do nowych utworów oraz słuchałem, o czym Kuba śpiewa, odkrywałem w tych tekstach coś nowego. Nie mogłem skupić się nigdy na jednej rzeczy, jednej opowieści. Teksty te są wielowątkowe i jestem pewien, że każdy będzie odbierał je na swój sposób. Być może też (tak jak ja) słuchacz będzie odkrywał w nich coś nowego, coś innego. Jedyną prostą do zauważenia rzeczą, łączącą te wszystkie teksty, jest to, że opowiadają one o otaczającym nas świecie. Jak wyglądają Wasze prace nad nową muzyką? Kto jest głównym dostarczycielem pomysłów kompozytorskich? A może odpowiada za to cały zespół? Kto pisze teksty? Głównym kompozytorem, a zarazem dostarczycielem naszych pomysłów jest Improwizacja. Zasiadamy w naszej sali prób i zaczynamy sobie grać. Czasem ktoś rzuci jakiś pomysł – wtedy zaczyna się burza mózgów i burza dźwięków. Jeżeli coś nam się spodoba – kontynuujemy pracę nad utworem lub też zostawiamy go na „lepsze czasy”. Jeśli coś nie spodoba się komuś z nas, to, niestety, odchodzi w zapomnienie. Podczas tworzenia materiału

biuletyn podProgowy

Retrospective: Maciej Klimek (guitar), Robert Kusik (drums), Beata Łagoda (keyboards), Łukasz Marszałek (bass guitar), Jakub Roszak (vocals), Alan Szczepaniak (guitar)

na nową płytę powstało tyle pomysłów, że na ich odsłuchanie w skupieniu potrzeba poświęcić naprawdę sporo czasu. Jeżeli chodzi o teksty – jedynym pisarzem w naszym gronie jest Kuba. Nikt nigdy jeszcze nie wtrącił mu się do tego, co stworzył, bo według nas robi kawał świetnej roboty. Macie za sobą koncerty w Niemczech. Jak wrażenia po tej przygodzie? Niesamowite. Przyznam szczerze, całkowicie nas zamurowało, jak zobaczyliśmy, ilu mamy fanów na Zachodzie i jak reagują na naszą muzykę podczas koncertów. Pierwszy nasz koncert miał miejsce w małej kameralnej salce, która wypełniła się prawie po brzegi. Z tego, co pamiętam, na naszym koncercie wówczas było więcej osób niż ta mała miejscowość liczyła mieszkańców! Zdecydowaną większością na koncercie nie byli jednak słuchacze, mieszkający na co dzień w tej miejscowości, lecz ludzie z całych Niemiec. Niektórzy z nich przyjechali naprawdę sporo kilometrów specjalnie na nasz koncert. Drugi występ miał miejsce w ramach 5th Anniversary Of Progressive Promotion. Był to festiwal, na którym pojawili się tacy artyści jak Fish, Lazuli, Riverside, Nemo i jeszcze wiele innych wspaniałych zespołów oraz… my! Na miejscu spotkaliśmy kilka osób, które przybyły specjalnie ze względu na nasz występ, przez co nogi trzęsły nam się trochę mocniej. Trema przed rozpoczęciem koncertu była, ale z pierwszymi dźwięka-

mi odpłynęliśmy w swój świat „Retrospective” i już wszystko było tak, jak trzeba. Oj, trzeba to jeszcze kiedyś powtórzyć! Zagracie na VI Festiwalu Rocka Progresywnego w Gniewkowie. Czy graliście już kiedyś na wolnym powietrzu? Czego mogą się spodziewać fani po Waszym występie? Zagramy i bardzo się z tego cieszymy! Już od kilku lat mieliśmy nadzieję, że nadejdzie ten dzień, kiedy na plakatach pojawi się nasza nazwa i ten dzień (a raczej rok ;)) nareszcie nastał! Na wolnym powietrzu mieliśmy już okazję kilkukrotnie występować i przyznam, że ja osobiście lubię takie koncerty plenerowe. Przeważnie więcej miejsca jest na scenie i człowiek nie musi zastanawiać się, czy zaraz nie wpadnie na kogoś na scenie lub czy nie wejdzie na perkusję, a i też podczas takich koncertów zawsze znajdzie się ktoś „nowy”, kogo można zainteresować swoją muzyką. Jeszcze trochę czasu do festiwalu pozostało i nie wiemy jeszcze, co dokładnie zagramy. Jedno jest pewne – damy z siebie wszystko, postaramy się dać najlepszy koncert w naszym życiu i zrobimy wszystko, by wprowadzić Was w stan rozterki emocjonalnej nad skradzionymi myślami, barwami, jakie pojawiają się podczas zielonego poranka i czymś zupełnie nowym... Rrozmawiał: Krzysiek ‘Jester’ Baran

55


kwiecień/czerwiec

Są pośród polskich muzyków postaci, owiane nutką tajemniczości. Jedną z takich osób z pewnością jest Adam Łassa, współzałożyciel i charyzmatyczny wokalista legendarnego już Abraxas, a obecnie współtwórca zespołu Ananke. W zespole tym postaci kiedyś związanych z Abraxas zresztą jest więcej. Daleko nie szukając, Krzysztof Pacholski, który także miał epizod w słynnym zespole. Obaj muzycy Ananke zgodzili się na wywiad, w którym opowiedzieli specjalnie dla nas zarówno o swej bogatej przeszłości, jak i o tym czego możemy się spodziewać po najnowszym albumie Ananke, który już niebawem zapuka do naszych odtwarzaczy.

tarach. W sesji uczestniczył z nami Wojtek Burghard na basie. Można więc rzec, że Ananke dokonało zmian wręcz rewolucyjnych i trudno, żeby nie miało to odzwierciedlenia w muzyce. Nie wiem, na ile nowy materiał nawiązuje do nagrań Abraxas, ale wiem na pewno, że jesteśmy bardzo zadowoleni z efektów naszej pracy i wierzę, że nasz kolejny album jest dojrzały i przemyślany. Brzmienie bardziej osadzone, a sama muzyka bardziej urozmaicona i bogatsza pod wieloma względami. Sam jestem ciekawy, jaki będzie ostateczny kształt płyty i finalne brzmienie, ponieważ jesteśmy w trakcie produkcji, a to niezwykle istotny element zamknięcia płyty. Tak więc, kiedy pytasz jak będzie, z czystym sumieniem mogę odpowiedzieć, że nawet dla nas to jeszcze zagadka.

Ananke znów w studiu. Tytułu nowej płyty nie chcecie na razie zdradzić. Okładka też jest tajemnicą. Czego mogą się spodziewać po nowym materiale słuchacze? Czy fakt, że w składzie zespołu jest o jednego ex-członka Abraxas więcej (Marcin Mak) wpłynie na charakter Waszej twórczości?

Krzysztof Pacholski: Te wspomniane tajemnice, które przytaczasz – tytuł, okładka, zawartość płyty itd. – z ich odkryciem jeszcze musimy chwilę poczekać – z przyczyn obiektywnych prace realizacyjne nad płytą nieco nam się przedłużyły. Na finalny album zatem czekamy i z tej perspektywy nie chcę go jeszcze podsumowywać. Mogę jednak powiedzieć, że nagraliśmy materiał, którego jesteśmy w pełni świadomi, który czujemy. To ważne. Nowi członkowie Ananke – Michał Sokół i Marcin Mak – wnieśli bardzo dużo w

Adam Łassa: Fakt, że Marcin dołączył do nas, na pewno w pewnym sensie zmienił oblicze zespołu. Podobnie jak obecność Michała Sokoła oraz Karola Oparki na gi-

56

przygotowanie nowego materiału i rozwój zespołu (ekspresja, brzmienie, pomysły aranżacyjne, energia) .Co warte podkreślenia – Ananke dziś to ludzie z różnych zakątków kraju pochłonięci na co dzień różnymi swoimi sprawami – tym bardziej cenne jest to , iż pomimo wielu przeciwności tworzymy grupę, która rozumie się często bez słów i każdy jest gotowy do poświęceń, by nasze przedsięwzięcie się rozwijało. Czy teksty na nowym albumie znów będą polskojęzyczne? Czy będzie to koncept album? A.Ł: W materii tekstów niewiele się zmieniło. Pozostałem wierny swoim przemyśleniom i ufam, że nasz nowy album zadowoli fanów swoją warstwą merytoryczną i ogólnym przesłaniem. Teksty pisałem po polsku, bo po polsku myślę i to się chyba nie zmieni. Oczywiście jestem świadomy, że w dobie wszechmocnej komercji nie jestem trendy, raczej passe... ale przynajmniej jestem szczery i rumieniec wstydu mnie zalewa, jak słyszę poskładane na kolanie teksty o niczym, nad którymi ludzie z radia i telewizji przechodzą do porządku dziennego, często z uporem maniaka to promując. Szkoda, że zapomnieli o swej misji... Wracając do tekstów, to jest pomysł na anglojęzyczne wersje kilku kawałków, ale

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec to zależy od wielu czynników, które muszą zostać spełnione. Jeśli chodzi o samą płytę, to planujemy również miłą niespodziankę w postaci wprowadzenia do poszczególnych utworów pewnej narracji odautorskiej… to również ukłon w stronę osób, które zdecydują się kupić nasz nowy album, aby otrzymać coś więcej niż tylko muzykę.

W zespole oprócz wspomnianego perkusisty, Marcina Maka pojawiły się jeszcze inne nowe twarze. Opowiedzcie nam o nich. A.Ł: Tak jak wspomniałem wyżej, zmiany, których dokonaliśmy, miały istotny wpływ na muzykę i pewien kierunek, który obraliśmy. Sądzę, że jesteśmy teraz trochę bardziej rockowi, drapieżni i świadomi twórczości Ananke. K.P: Marcin, Michał – to pełni pasji ludzie, tak jak my wyrażający swoje emocje poprzez muzykę. Dotyczy to również kolegów, którzy grają z nami niejako gościnnie – w studio czy na scenie. Przy okazji promocji płyty na pewno szerzej ich przedstawimy. Jak będzie przebiegała promocja nowej płyty? Czy macie już jakieś plany koncertowe? A.Ł: Planujemy pewne posunięcia, które pozwolą nam dotrzeć do naszych fanów, ale również osób, które nigdy nie słyszały naszej muzyki. Oczywiście w tym wszystkim należy realnie ocenić swoje możliwości i potencjał. W skrócie mówiąc, ideałem byłoby uspokoić swoje sumienie, że zrobiliśmy w tej materii wszystko, co było możliwe do zrobienia. Cała reszta to przychylność ludzi zajmujących się organizacją koncertów oraz promocją muzyki nie tylko komercyjnej. Powróćmy do albumu Malachity, który wciąż jest Waszą ostatnia płytą. Dużo tam tekstów symbolicznych, ale jeden szczególnie zwrócił naszą uwagę. Pytanie zatem do Adama: Co Ciebie tak ujęło w grze As-

biuletyn podProgowy

sassin’s Creed że aż jej poświęciłeś tekst Asyżu. A.Ł: Assassin’s Creed to mój fetysz jeśli chodzi o gry wszelkiego rodzaju. Właściwie nawet nie traktuję tego dzieła w kategoriach gry. Myślę, że wchodząc w zakon i reguły, które rządzą światem Assasynów, trudno czasami oddzielić rzeczywistość od fikcji. W prostym ujęciu nie można usprawiedliwić skrytobójczych morderstw i filozofii Assasynów, ale kiedy zrozumiesz motywy i nadrzędny cel oraz misję w ich rozumieniu, to nic już nie jest takie jednoznaczne. Twórcy całej sagi o Assasynie znaleźli klucz do mojego świata, a zawiłość fabuły i bogata warstwa różnych idei, które przewijają się również w naszym życiu, nie pozostawiły mnie obojętnym już na zawsze. Bogini Ananke patronuje pewnemu zaburzeniu osobowości. Czy jesteście przesadnymi perfekcjonistami jak ludzie z osobowością anankastyczną?

liśmy do żadnych informacji na ten temat. Poza tym mam wrażenie, że ktoś mocno pracuje na promocję swojego imienia, bo to pytanie wraca jak bumerang... zgodnie z zasadą, że nie ważne co, ale ważne, że się mówi cokolwiek... Pytanie do Krzysztofa: jak z perspektywy lat oceniasz płytę projektu Anyway, w którym uczestniczyłeś, a której reedycję niedawno wydała Kuźnia? K.P: Anyway – to był nieco inny pomysł na muzykę. Myślę, że płyta Chambers przetrwała próbę czasu i dla mnie to ważny punkt w mojej muzycznej przygodzie. W tym co wtedy nagraliśmy, byliśmy wiarygodni – a to podstawa. Jako ciekawostkę dodam, iż ta koncepcja twórcza pod szyldem Anyway miała swój ciąg dalszy w kolejnych latach po wspomnianej płycie – stworzyliśmy kolejne utwory w „anyway’owskich” klimatach z – jak się wydaje – większym wyrazem. Wylądowały one z różnych powodów w szufladzie, może jeszcze kiedyś będą odkurzone. Zagracie na VI edycji Festiwalu Rocka Progresywnego w Gniewkowie. Czy słyszeliście wcześniej o tej imprezie? Czego mogą spodziewać się fani po Waszym występie na festiwalu?

A.Ł. Hmm... wolałbym, żeby obłęd nie stał się moim przeznaczeniem, ale każdy kto nie ma zaburzeń osobowości niech rzuci kamieniem... Myślę, że w mniejszym czy większym stopniu każdego dopada pewna schizofrenia i pytanie, jakie trzeba sobie wówczas zadać, to czy jeszcze potrafimy znaleźć w sobie dystans i rozum, aby to ocenić realnie?

K.P. Oczywiście, że słyszeliśmy wcześniej o Festiwalu w Gniewkowie. Jego ranga rośnie z roku na rok. Wspaniale, że jest grupa ludzi, którzy z pasją i wielką determinacją promują w ten sposób muzykę, która nie króluje na co dzień w eterze. Jest nam bardzo miło, iż otrzymaliśmy zaproszenie na Festiwal. Na koncercie zagramy

Swego czasu funkcjonował w Polsce zespół Ananke prowadzony przez Mirka Gila. Nie wkurzał się, że podebraliście mu nazwę? A.Ł. Nie siedzę w jego głowie, ale jeśli doznał takich uczuć, to znaczy, że jest tylko człowiekiem i to jest w porządku. Jednak co do faktu „podebrania” tej nazwy, jak to ładnie ująłeś, to żeby tak się stało, musi być spełniony przynajmniej jeden warunek. Zespół o takiej nazwie musi być choć w minimalnym stopniu znany. Ze smutkiem stwierdzam, że kiedy ochrzciliśmy zespół na Ananke, z całym szacunkiem, ale poza jakimś włoskim projektem nie dotar-

głównie utwory ,które znajdą się na naszej nowej płycie, ale sięgniemy również po kawałki z pierwszego albumu Ananke – Malachity. Postaramy się też o jakieś niespodzianki dla naszych sympatyków. Rozmawiał: Krzysztof „Jester”Baran

57


kwiecień/czerwiec

Z

espół Yesternight otworzy tegoroczną edycję VI Festiwalu Rocka Progresywnego w Gniewkowie. Stanie się to w piątek, 6-go lipca około godz. 18.00. Jest to jedyna formacja w składzie festiwalowym, która jeszcze nie wydała swojego oficjalnego materiału debiutanckiego w formie longplaya. To wcale nie oznacza, że Yesternight ot grupa anonimowa! Ma na swym koncie udany materiał demo, wydany w 2009 roku oraz bazę doświadczeń w postaci koncertów oraz uczestnictwa w kilku przeglądach muzycznych. O ekipie z Bydgoszczy od wielu miesięcy bardzo ciepło wypowiadają się recenzenci i osoby, które z Yesternight się już zetknęły. Jedno jest pewne! Występ zespołu z pewnością będzie sporą ciekawostką dla fanów. Oto krótka rozmowa z zespołem.

1

Zespół Yesternight po wydaniu swojego demo 3 lata temu… troszkę nam zniknął ze sceny. Ostatnio jednak widać w Waszym zespole wyraźne ożywienie. Co się przez ten „cichy” czas działo z zespołem? Faktycznie nie graliśmy zbyt wielu koncertów, jednak wbrew pozorom wiele się wydarzyło. Przede wszystkim przygotowaliśmy i dopracowaliśmy materiał, który znajdzie się na naszej debiutanckiej płycie. Co prawda był okres krótkiej przerwy w graniu, jednak uzależniony tylko i wyłącznie od sytuacji życiowych jakie nas spotkały. Ostatnie dni przyniosły zmiany w składzie – z zespołu odszedł Paweł i obecnie poszukujemy klawiszowca. Gdy tylko znajdziemy nowego muzyka, zrobimy wszystko, żeby wreszcie nagrać płytę. Oczywiście najważniejszym celem na dzień dzisiejszy jest dla nas koncert na VI Festiwalu Rocka Progresywnego w Gniewkowie.

58

2

Większość z Was ma przeszłość w innych zespołach. Jak to się stało, że postanowiliście założyć Yesternight? Wszyscy studiowaliśmy na tym samym kierunku muzycznym – tam też padł pomysł założenia zespołu. Po pierwszej próbie okazało się, że oprócz tego, że jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, równie dobrze się nam razem gra i podobnie „czujemy” muzykę. Skład zespołu zmieniał się kilkakrotnie, jednak póki co do Yesternight zawsze trafiał człowiek, którego znaliśmy od dawna.

3

Ostatnio bierzecie udział w przeglądach muzycznych. Czy będziemy teraz mieli okazję zobaczyć Was częściej na żywo? Jeśli tylko uda nam się znaleźć kompana do grania, zamierzamy pojawiać się na scenie jak najczęściej. Największe pokłady energii wykorzystamy jednak na nagranie płyty.

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec

4

Sporo osób słuchających prog rocka z pewnością zna Waszą muzykę z materiału Demo. Ale zapewne są osoby, które o Was jeszcze nie słyszały. Mówi się o Was, że stawiacie na melodię, harmonię i refleksję. Scharakteryzujcie swoją muzykę. Opowiedzcie o swoich fascynacjach muzycznych. Nam samym trudno jest dokładnie scharakteryzować to co gramy – jest to po prostu wypadkowa naszych licznych inspiracji. Na pewno jest w tym trochę rocka i muzyki progresywnej, zdecydowanie chętniej gramy jednak utwory, których... dobrze słucha się nocą. Kochamy nastrój i przestrzeń. W naszej muzyce stawiamy głównie na harmonię i rytm – staramy się, żeby każdy kawałek wniósł jakieś ciekawe rozwiązania harmoniczne i rytmiczne. Nasz styl, jeśli w ogóle możemy już o tym mówić dopiero się kształtuje, jednak przy tworzeniu nowych utworów wymienione przez nas wyżej elementy to rzecz najważniejsza. Fascynacji muzycznych jest wiele, każdy z nas jest po części trochę z innej bajki, jednak odnajdujemy dużo cech wspólnych. Marcin to bluesman z krwi i kości, Bartek wyrósł na Pink Floydach, Kamil i Bartek jak na sekcję rytmiczną przystało uwielbiają romanse pomiędzy stopą a basem.

5

Wydaje się, że Wasze kompozycje powstają pod okiem producentów, którzy w życiu zetknęli się z wieloma artystami, trendami, barwami... Jak to jest, że tak ciekawa oferta muzyczna jaką serwujecie, do tej pory nie odnalazła swojego odbicia w płycie długogrającej? Przede wszystkim dziękujemy za miłe słowo, to bardzo zaskakująca i jednocześnie nobilitująca uwaga. To, że ten materiał nie pojawił się na płycie długogrającej to tylko i wyłącznie sprawa finansów – materiał jest już gotowy. Chcemy, żeby nasza płyta brzmiała zawodowo, a to niestety wiąże się ze sporym wkładem finansowym, który na dzień dzisiejszy jeszcze nas przerasta. Poza tym, nie chcemy nagrywać płyty banalnej, dlatego daliśmy sobie dużo czasu na aranże. To wszystko decyduje o tym, że na naszą płytę trzeba czekać tak długo.

6

Rynek muzyczny, media, coraz częściej będą sugerować wykorzystanie polskich tekstów w twórczości rodzimych wykonawców... czy Yesternight jest na to przygotowane? Czy polegałoby to na napisaniu nowych

biuletyn podProgowy

tekstów do istniejących już kompozycji, czy raczej całkowicie nowym materiale? Wielokrotnie zastanawialiśmy się nad tym tematem i mamy mieszane uczucia. Jesteśmy oczywiście za polskimi piosenkami, ale uważamy, że należy odróżnić piosenki – jako określoną formę muzyczną od utworów o nieco innej stylistyce. Z jednej strony zarzuca się polskim wykonawcom, że nie grają w rodzimym języku, z drugiej daje się nikłe szanse na zaistnienie, konsekwentnie dyskryminując młode zespoły grające po angielsku. Gdyby nasze demo było polskojęzyczne, to w dzisiejszych czasach i tak nie byłoby nas w mediach. To lekka hipokryzja – wymaga się pisania tekstów w języku polskim jednocześnie tworząc muzykę ślepo na wzór amerykańskich produkcji. Jesteśmy za wolnością muzyczną, nie chcemy ograniczać się jakimikolwiek przyjętymi normami – tylko wtedy nasza muzyka będzie szczera. Dlatego będziemy tworzyć po swojemu. Jeśli nasze teksty kiedykolwiek miałyby być po polsku, nasza muzyka na pewno byłaby inna.

7

Co zmieniły w działalności zespołu (na co wpłynęły?) osiągnięte już sukcesy, uznanie w oczach i uszach słuchaczy ale i tzw. kolegów z branży?!

Każdy sukces na pewno bardzo pomaga – otwiera drogę dalej, ale przede wszystkim motywuje do dalszej pracy. Jednak nie zawsze trzeba wygrywać – już nie raz przekonaliśmy się, że mimo braku wygranej można zostać docenionym. Tak było np. na Rock Open Air Festival w Siedlcach, gdzie mimo nie zdobycia nagrody jako jedyni zostaliśmy zaproszeni do udziału w części recitalowej kolejnej edycji festiwalu.

8

Otworzycie VI Festiwal Rocka Progresywnego w Gniewkowie. Czy słyszeliście już wcześniej o tej imprezie? Czego mogą spodziewać się po Waszym koncercie fani, którzy przyjadą na imprezę? Oczywiście, że słyszeliśmy – śledzimy festiwal i jego rozwój w Internecie. Z tym większą przyjemnością zagramy, a zaproszenie odbieramy jako duże wyróżnienie – nie wydaliśmy przecież płyty długogrającej. Publiczność może się spodziewać odświeżonego Yesternight, który jak zawsze da z siebie 100%. Do zobaczenia! Rozmawiał: Krzysztof „Jester”Baran

59


kwiecień/czerwiec

Votum

to z całą pewnością jeden z najbardziej rozpoznawalnych zespołów ze stawki Festiwalowego Line-Up’u. Grupa przecież za rok obchodzić będzie X rocznicę swego istnienia, zaznaczyła się już na mapie polskiego prog rocka dwoma udanymi albumami długogrającymi oraz mnóstwem koncertów, które zawsze zbierały bardzo dobre recenzje. Zbigniewa Szatkowskiego udało nam się złapać w biegu, bowiem Votum przygotowują właśnie swoje kolejne wydawnictwo studyjne. Oto co nam w krótkim wywiadzie powiedział klawiszowiec zespołu Votum. 1. Powoli zbliżacie się do jubileuszu X-lecia grupy. Od powstania Votum minęło już 9 lat, w tym czasie wydaliście dwa pełnoprawne krążki. Ja moglibyście ocenić ten czas spędzony w zespole i pozycję Votum na polskim rynku muzycznym. Zbigniew Szatkowski: ja miałem okazję przypatrywać się początkom Votum z perspektywy słuchacza, a sam uczestniczyłem dopiero w rewolucji, która zmieniła Votum 1.0, które poszukiwało sposobu do zdobycia tytułu królów heavy metalu do Votum w wersji 2 z zacięciem do ekspery-

60

mentów. Kiedy zostałem zwerbowany do zespołu chłopaki przymierzali się do powstania ‘nowego’, co zaowocowała Time must have a stop, co mnie bardzo ucieszyło, bo zdałem sobie sprawę, że niezależnie, co będzie się działo zespół jest otwarty na poszukiwanie nowych dróg i nie będzie zamykał się w jednej określonej stylistyce. To nie zmieniło się od tamtej pory. Jeśli zaś chodzi o pozycję zespołu, to z przyjemnością mogę stwierdzić, że cały czas kroczymy do przodu. Nie zależnie czym w danym momencie się zajmujemy, konsekwentnie pniemy się w górę. Uważam, że dzieje się tak dlatego, że bardzo szanujemy ludzi, którzy odbywają z nami taką muzyczną podróż, przychodząc na nasze koncerty, słuchając naszych płyt i kibicują temu co robimy. Staramy się dbać o tych ludzi i w zamian dostajemy ich zaufanie, a to jest nie do przecenienia. 2. Jak wiemy, w drodze jest już szykowana przez Was kolejna płyta o tytule Harvest Moon. Jak moglibyście ją określić? Czym różni się od poprzedniczek?

Zbigniew Szatkowski: słychać na niej nasze dojrzewanie, słychać na niej również jak bardzo dużo różnych i nietypowych pomysłów wnosi każdy z nas do całości. Nie będzie to typowa płyta gatunku do którego byliśmy przyporządkowaniw przeszłości. Pojawiają się eksperymenty z klimatem, formą, środkami przekazu, ale ciągle wyraziście i w naszym stylu. Jestem pewien, że zarówno dynamiczne i mocne kompozycje, jak i delikatne twory ambientowo-balladowe przypadną do gustu tym, którzy przypatrywali nam się wcześniej, a różnorodność i zdecydowanie nowych kompozycji przyniesie nam zainteresowanie nowych słuchaczy. 3. Czy mamy spodziewać się konceptu, zwartej muzycznej opowieści czy raczej luźnego zbioru piosenek? Zbigniew Szatkowski: Z punku widzenia twórców jest dla nas niezwykle ważne by całość danej płyty była ze sobą spójna. Pracowaliśmy nad całościami i konceptami zarówno przy Time must have a stop jak i przy Metafiction i na trzecim krążku będziemy trzymać się tej tradycji. Każ-

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec

dy z nas lubi by płyty były owiane filmową atmosferą i chcemy by odbiorca dostał produkt, który jest rozbudowany i przemyślany od samego początku do końca. 4. Wiemy, że niezwykle długo pracowaliście nad ostatecznym kształtem płyty. Jak możecie ocenić proces tworzenia kompozycji na album i pracę w studio nad samą płytą? Zbigniew Szatkowski: Dynamiczny. Czasami miałem wrażenie, że ciążyła nad nami jakaś klątwa. Problemy techniczne pojawiały się jak grzyby po deszczu – i mimo tego, że już przy Metafiction zaliczyliśmy setki absurdalnych anomalii, jak na przykład chroniczny rozpad piecy gitarowych, zalanie sali prób czy spalenie się jej okablowania – to dopiero przy Harvest Moon odkryliśmy, co to jest jest złośliwość rzeczy martwych. Dodatkowo doszedł do tego fakt, że każdemu z nas bardzo zależało na pewnych elementach płyty – fragmentach, których często nie dało się pogodzić z wizją całości. To była wielka nauka pokory, a ponieważ złożyło się tak, że były to ciężkie czasy dla nas personalnie jestem pewien, że te emocje można będzie odczytać z utworów, które stworzyliśmy.

– mam tu na myśli zarówno kwestie techniczne, jak druk i tłoczenie jak i warunki marketingowe, które dyktują pewne momenty na premiery danego gatunku. Wystarczy nie wstrzelić się w odpowiedni moment i trzeba odczekać do otwarcia kolejnego „okna wydawniczego”. Jeśli dobrze szacuje płyta pojawi się na jesieni tego roku. W najmniej oczekiwanym momencie, ale zapewniam, że warto wypatrywać tego albumu. Będzie on pięknym ukoronowaniem zbliżającego się wielkimi krokami końca świata.  7. Mieliście niezwykle długą przerwę w koncertowaniu. Rozumiem, że po wydaniu płyty postaracie się w tym względzie udobruchać zniecierpliwionych fanów. Czy macie już plany dotyczące przyszłych występów na żywo? Zbigniew Szatkowki: oczywiście przerwa była, jednak nie zeszliśmy ze sceny kompletnie. Pojawiały się kilkukrotnie opcje koncertowe i zawsze staraliśmy się z nich

jekt studyjny – przydaje się to później, gdy rozpoczynamy trasy promocyjne. Gdy tylko cały krążek zostanie dopięty w takiej formie jaka będzie nas satysfakcjonowała wrócimy do częstszych podróży, a plany koncertowe już są w przygotowaniu. 8. Nad czym obecnie się skupiacie i jakie są Wasze plany na tą bliższą, jak i dalszą przyszłość? Zbigniew Szatkowski: Harvest Moon przyniósł nam mnóstwo wyzwań i stanowi ukoronowanie bardzo trudnego, pracowitego, ale za razem ekscytującego etapu w  naszym muzycznym życiu. W tej chwili – z jednej strony trwają ostatnie miksy płyty – a z drugiej przygotowujemy się do promocji tego albumu. Będą koncerty, będzie teledysk, ale na pewno pojawią się również z naszej strony aktywności „w stylu” poprzednich płyt. Przy Time must have a stop rozbudowaliśmy treść płyty o komplementarne wizualizację, którymi „dopowiadaliśmy historię” podczas koncertów, przy Metafiction na początku nietypowy blog studyjny, a chwilę później wernisaże z grafikami inspirowanymi historią wyśpiewaną i zagraną na płycie. Wielokrot-

5. Co symbolizuje niezwykle intrygująca okładka albumu? Zbigniew Szatkowski: Duża część frajdy w słuchaniu tej płyty będzie w łączeniu i odkrywaniu elementów fabularnych, więc najpewniej powinniśmy zachować to chwilo w tajemnicy. Zapewniam jednak, że nic nie pojawia się tam bez przyczyny i zachęcam do zapoznania się z warstwą tekstową utworów na Harvest moon by odkryć dlaczego na okładce pojawiają się te konkretne elementy graficzne. 6. No i podstawowe pytanie – kiedy będziemy mogli zobaczyć Wasz najnowszy krążek na półkach sklepowych? Zbigniew Szatkowski: Mam nadzieje, że jak najszybciej. Na datę premiery składa się wiele elementów. Po pierwsze fakt, że chcemy by wszystko było jak najlepiej zrealizowane od strony produkcyjnej – a to wymaga czasu. Ucho musi się do pewnych rzeczy przyzwyczaić, od innych odpocząć by mieć pewność, że rzeczy brzmią tak jak powinny. Po drugie kwestie wydawnicze

biuletyn podProgowy

korzystać. Na przykład mieliśmy przyjemność zamykać festiwal Warszawa Brzmi Ciężko organizowany w Proximie, gdzie pojawiło się kilka kompozycji z nadchodzącego krążka – niejako test na żywym organizmie, czego możemy się spodziewać w kwestii odbioru nowych kompozycji. Staramy się trzymać formę „do grania na żywo” niezależnie od tego czy w danym momencie jesteśmy zaangażowani w pro-

nie mieliśmy szanse rozmawiać z naszymi słuchaczami, dla których możliwość zobaczenia wizualnego rozwinięcia fabuły płyt była sporą frajdą. Teraz również będziemy poszukiwać nietypowych rozwiązań i kontynuować tradycję zaskakiwania. Ze Zbigniewem Szatkowskim, klawiszowcem Votum rozmawiał Paweł Bogdan.

61


kwiecień/czerwiec

P

olska scena rocka progresywnego jest bardzo ceniona za granicą, i to już nie tylko w samej Europie! Dla przykładu wiemy już, że na Festiwalu w  Gniewkowie pojawią się min. goście z Niemiec i z Belgii. Pośród zespołów, które powinny w przyszłości z dużą łatwością wybić się po za granice naszego kraju jest z  pewnością zespół Figuresmile z Wodzisławia Śląskiego. Koncerty tej grupy zbierają bardzo pochlebne, a nawet entuzjastyczne recenzje. Najnowszy album In Between z pewnością potwierdza, że w jednym miejscu i czasie spotkała się czwórka facetów, którzy świetnie się rozumieją i  wiedzą jak się powinno grać dobrą muzykę rockową. Wszyscy muzycy śląskiego zespołu są bardzo fajnymi ludźmi o czym będziecie się mogli przekonać w Gniewkowie, a dziś zapraszamy do przeczytania wywiadu z Krzyśkiem Borkiem, który pamięta wszystkie wcielenia oraz składy personalne swojego zespołu. Oto co nam opowiedział o zespole Figuresmile. 1. Czas leci! Ile to już lat grasz na scenie razem z Marcinem? W jakich okolicznościach doszło do tego, że postanowiliście założyć zespół? Czy przed Three Wishes były jeszcze jakieś inne formacje? Opowiedz trochę o tej całej historii. Ja zacząłem bawić się w zespół w wieku 16 lat czyli... dawno. Pierwszym zespołem jaki założyliśmy razem ze Zbyszkiem to była kolaboracja o wyszukanej nazwie MAYBE. Ciekawostką jest, że na basie grał z nami mój obecny szwagier J. Mieliśmy trzy swoje kompozycje a nieudolność kompozycyjną zapełnialiśmy coverami głównie polskimi (Kobranocka, Proletariat itp.). Potem przyszedł czas na poważny zespół WHISPER, z którym odnieśliśmy dość spory sukces lokalny a naszą współpracę zwieńczyliśmy nagraniem płytki demo pt. Odpychając Przeznaczenie. Zrezy-

62

gnowałem ze śpiewania w zespole po tym jak zaczęliśmy niebezpiecznie podążać w kierunku power metalowych zagrywek (śmiech). W 2000 roku wraz ze Zbyszkiem Marczakiem i Marcinem Dziobą założyliśmy THREE WISHES, którego historia jest już mniej więcej znana. W 2001 bodajże wydaliśmy epkę By The Flash Of Will, w 2006 płytę Towards The Light a w 2011 roku zmieniliśmy nazwę THREE WISHES na FIGURESMILE i  urodziliśmy In Between. Tyle ja. Wojtek Gnus, przed zasileniem szeregów Three Wishes, długi czas występował w Wodzisławskim zespole BADINAGE, z którym również wydali płytę demo i zagrali serię koncertów między innymi supportując ACID DRINKERS. Marcin Dzioba, nim zaczął bębnić „u nas”, także grał w kilku lokalnych zespołach, z  których najważniejszy to NECROLAST. Wojtek Kościelny, zanim się z nami skontaktował, wydał solowy album pod szyldem Zant Kerk a wcześniej także udzielał swojego „głosu” w lokalnych zespołach. Między innymi w  zespole DYNAMITE oraz B-12, z  którym wydał album Polska 2000. Z tego co wiem tworzył także muzykę do spektakli teatralnych. Chyba z grubsza wszystko. 2. Co się dzieje z byłymi członkami zespołu Three Wishes? Czy macie z nimi jakiś kontakt? Ludzie, którzy tworzyli różne wcielenia zespołu już w większości nie zajmują się muzykowaniem. Z Tomkiem Królem i Arturem Łosiem, którzy brali udział w powstaniu By The Flash Of Will nie mamy obecnie kontaktu więc nie odpowiem co z nimi się dzieje. Robert Bar, nasz pierwszy gitarzysta, sprzedał graty i pożegnał się z muzyką ale utrzymujemy dość dobry kontakt natomiast Zbyszek Marczak, współzałożyciel zespołu, jest z nami bardzo blisko. Jeździ z nami na koncerty i pilnuje za konsoletą naszego brzmienia live.

3. Dlaczego postanowiliście zmienić nazwę zespołu na Figuresmile? Na to pytanie już kilka razy przyszło mi odpowiadać. Zmieniliśmy nazwę aby nie być mylonym z innymi zespołami, które również zdecydowały się nazwać Three Wishes. Ot co. Żadnej głębszej ideologii a pewnego rodzaju uporządkowanie. Z mojej strony mogę jedynie dorzucić, że nigdy nie byłem zwolennikiem tej nazwy. Jest trudna do prawidłowego wypowiedzenia i dlatego przyszło już nam grać koncerty jako np. „Trzy wiedźmy” czy „Życzenia drzew” J. Figuresmile brzmi o niebo lepiej. 4. Przed koncertami, w ramach rozgrzewki śpiewasz do mikrofonu różne piosenki. Ja sam słyszałem utwory z repertuaru zespołów: Metallica, Pink Floyd i bodaj R.E.M. W późniejszych rozmowach opowiadałeś mi, że w sumie to nie wiesz dlaczego Figuresmile zalicza się do zespołów grających rock progresywny. Jaką zatem muzykę gra Wasz zespół? Odpowiedź na takie pytanie brzmi zazwyczaj „Każdy z muzyków słucha różnej muzyki a to co gramy jest wypadkową naszych fascynacji” (śmiech). To taki trochę frazes jednak trudno nie zgodzić się z jego sensem. Prawdopodobnie tak to po prostu wygląda i nie stanowimy w tej kwestii wyjątku. Co do tego czy gramy progresywny rock to też zależy co rozumiemy pod tym pojęciem. Mi taka etykieta stawia przed oczami zespoły pokroju Spock`s Beard czy Flower Kings i faktycznie taka muzyka jest nam zupełnie obca. Jakbym miał się pokusić o porównania to osobiście uważam, że najbliżej nam do Anathemy i generalnie zespołom, których głównym atutem nie jest warsztat a same kompozycje. Naszą siłą jest melodia.

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec 5. In Between czyli „pomiędzy”, „pośrodku”… Co według Was, w przenośni oznacza tytuł płyty? Czy odnosi się on do zmian w zespole i w muzyce – która notabene przeżyła dość spore przeobrażenie. On nie oznacza niczego w przenośni a wprost (śmiech). Jesteśmy „In Between” jeśli chodzi o wiek. To takie nasze trochę Jethrotullowe „Too old to rock`n roll but too young to die” (śmiech). Jesteśmy “In Between” jeśli chodzi o nasze muzyczne fascynacje – pośrodku tych fascynacji oraz możliwości. Jesteśmy, mam nadzieję, „In Between” jeśli chodzi o naszą karierę muzyczną bo z małych klubów udaje nam się docierać do większej grupy ludzi, na większe sceny, co cieszy. Przede wszystkim jednak jestem ja, jako autor tekstów, „In Between” gdyż przechodzę pewnego rodzaju metamorfozę osobowościową, o której jednak wolałbym nie mówić, gdyż jest to sprawa zbyt osobista właśnie. Okładka silnie koresponduje z tytułem. Podmiot liryczny walczy i oby wygrywał. 6. Jeden z utworów na In Between zadedykowaliście swojemu przyjacielowi i niedoszłemu menadżerowi, Robertowi Roszakowi... Jak doszło do Waszego spotkania w przeszłości? Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, spotkanie było dość przypadkowe. Bodajże Zbyszek skontaktował się z RoRo w sprawie koncertu w miejscowości Turek. Bardzo wtedy przypadliśmy sobie do gustu jako ludzie i z czasem nasze relacje stawały się coraz cieplejsze a Robert stał się naszym fanem i kibicował nam zawsze. Był pierwszą osobą, której zależało, żeby o Three Wishes było głośno. Pod jego rządami, w Oskardzie, zagraliśmy najwspanialsze koncerty w swoim życiu. Zwieńczeniem tej znajomości miała być nasza stała współpraca. Byliśmy bardzo podekscytowani, że będziemy mieli fachowca od spraw marketingu. Robert był wspaniałym człowiekiem z pasją a ponad wszystko był naszym Przyjacielem. Chwila jak przyszło nam stanąć nad Jego grobem była jednym z najsmutniejszych zdarzeń w całym moim życiu. 7. O czym opowiada jedyny na płycie instrumentalny numer SunG. Słychać w nim dość wymowne odgłosy. Również Wojtek K. w tym utworze gra nieco inaczej na gitarze… Opowiada o życiu (śmiech). Zamiast słów jednak użyliśmy swoistych „fotografii”

biuletyn podProgowy

dźwiękowych, które nie pozostawiają złudzeń co do kolejności naszych poczynań. Wojtek faktycznie dostał tutaj pole do wyżycia się bo generalnie był na In Between hamowany gdy kompozycje niebezpiecznie się wydłużały. Tutaj nie było reguł więc zaszalał (śmiech). 8. Kto jest głównym kompozytorem utworów Figuresmile? Czy pracuje nad nimi cały zespół, czy też jest osoba, która trzyma nad tym główną pieczę? Na In Between dwa numery skomponował Wojtek Gnus a resztę ja. Tak to wygląda i wcześniej wyglądało podobnie. Większość zagrywek, riffów, melodii powstaje na moim akustyku jednak wersja finalna kompozycji to ciężka praca całego zespołu i nikomu nie chcę tutaj umniejszać. Jesteśmy kolektywem i razem odpowiadamy za nasze dźwięki. 9. Czym zajmujecie się na co dzień, po za muzyką (hobby, zainteresowania). Wojtek Gnus jest wziętym fotografem… A reszta ekipy? Ja bardzo lubię dobrą książkę, film oraz od 15 lat z wypiekami na twarzy przyglądam się zmaganiom kierowców Formuły pierwszej (śmiech). Poza tym mam wspaniałą rodzinę, którą trudno traktować w kategoriach hobby, jednak jest coś wspaniałego w możliwości przebywania z osobami, które kocham oraz kształtowania osobowości swojego dziecka, więc nie sposób pominąć tego faktu. Wojtek, tak jak mówiłeś, fotografia oraz kolarstwo. Wojtek drugi, czyli Kościelny myślę, że wpisuje się w podobne ramy do moich i tak samo Marcin. Raczej wychodzi więc, że to muzyka jest naszym najgłówniejszym z głównych hobby. I oby tak zostało bo czuję, że dużo możemy jeszcze nabroić (śmiech). 10. Wiele razy wspólnie narzekaliśmy na frekwencję podczas polskich koncertów. Co wg Ciebie jest przyczyną takiego stanu rzeczy? Przecież o polskiej scenie ambitnego, rockowego grania fachowcy i fani za granicą wypowiadają się bardzo dobrze! Nie wiem. Po prostu nie wiem tego. 11. Wybieracie się teraz na VI Festiwal Rocka Progresywnego w Gniewkowie gdzie zagracie na wolnym powietrzu. Czy graliście już kiedyś koncert pod chmurką?

W obecnym składzie nie a w całej karierze zdarzyło się nam to może dwa razy. Ale umówmy się. Sam fakt grania w Gniewkowie jest dla nas potężnie elektryzujący i na drugi plan schodzi tutaj forma tego występu. 12. Kiedy dowiedzieliście się o tej imprezie? Czego się po niej spodziewacie? Co możecie ze swej strony obiecać fanom, którzy pojawią się pod sceną w Gniewkowie? O imprezie dowiedzieliśmy się oczywiście z „fejsa”. Takie to już czasy nadeszły, że o mało czym dowiadujemy się skądinąd (smiech). Jeśli chodzi o oczekiwania to nie chcę zapeszać więc nie powiem nic jednak mogę obiecać, że zamierzamy zagrać najlepszy koncert w życiu i dołożymy wszelkich starań, żeby tak właśnie było! 13. Jakie są plany zespołu po za Festiwalem? Koncerty, a może kolejna płyta? Nie myślimy jeszcze o nowej płycie chociaż wiem, że każdy coś w domu pogrywa. Ja mam na przykład mnóstwo plików z riffami w komórce (smiech) oraz napisałem dwa teksty. Na razie koncerty. Ale takie ważniejsze bo jesteśmy już jednak trochę „Too old” na granie w każdej dziurze za żadne pieniądze. Pytanie do Wojtka Kościelnego: 14. Wojtku, po koncercie w Piotrkowie Tryb. opowiadałeś mi o swoim solowym projekcie muzycznym, którym zajmujesz się po za Figuresmile. Mówiłeś, że to zupełnie inna muzyka. Opowiedz nam o niej, oraz o swej przeszłości muzycznej – tej przed Figuresmile. W 2009 roku jako ZANT KERK nagrałem i wydałem płytę pod tytułem „Space Energy”. Jest to instrumentalny, rockowy albumem z muzyką gitarową. Przez dobrych kilka lat przerwy w aktywnym graniu, miałem kilkadziesiąt różnych pomysłów i kompozycji. Większość była raczej piosenkami niż utworami instrumentalnymi. Postanowiłem wybrać te, w których widziałem potencjał „energetyczny” i ubrać je w formę gitarowych rockowych melodii, doprawionych oczywiście sporą porcją solówek. Obecnie album rozchodzi się (i to jak! – śmiech) praktycznie wyłącznie na naszych koncertach Figuresmile. Rozmawiał: Krzysztof „Jester”Baran

63


Tylko wtedy, gdy jesteśmy niezależni, możemy iść w swoim kierunku

Zespół The Skys z Litwy z pewnością będzie sporą ciekawostką VI Festiwalu Rocka Progresywnego w Gniewkowie. Wszak bardzo niewiele wiemy o scenie rockowej naszego północno-wschodniego sąsiada. Trochę to zastanawiające, bowiem przecież akurat z Litwą tak bardzo wiele nas łączy. Muzyka, jak żadne inne zjawisko, potrafi budować mosty i przypominać o starych, dobrych tradycjach. Zwłaszcza, że kilkoro spośród członków zespołu z Wilna to… Ale o tym w poniższym wywiadzie, jaki miałem przyjemność przeprowadzić z muzykami zespołu The Skys: Bożeną Bujnicką, Jonasem Ciurlionisem, Justasem Tamaseviciusem oraz Alexandrem Liutovinskim. Bożeno! Na początek pytanie może mniej związane z muzyką, które zadało mi w Polsce już kilkanaście osób. Świetnie mówisz i piszesz po polsku, nazwisko Twoje także brzmi znajomo… Czy to oznacza, że masz polskie korzenie?

najwięcej po litewsku, a teraz prawie nie rozmawiam po polsku na Litwie. Ale chyba to nie zaszkodziło mojej znajomości tego języka (śmiech). Oprócz mnie w zespole polskie korzenie ma Aleksandr Liutvinskij, a babcia Jonasa była z rodziny Chmielewskich!

Bożena: Jestem Polką i korzenie mojej rodziny od setek lat są rdzennie polskie, ale czuje się obywatelką świata. Interesują mnie kultury różnych krajów. Czerpię z nich wszystko, co najlepsze, staram się je zrozumieć i połączyć. Polski język – to mój pierwszy język. Rozmawiałam tylko po polsku do 6 roku życia, a potem w szkole

Od jak dawna występujesz w zespole The Skys i jak do niego trafiłaś?

64

Bożena: W zespole The Skys występuję od roku 2008. Jonas (gitarzysta i wokalista zespołu) napisał maila do mnie. To było coś takiego: „Cześć, Bożeno. Zespół The Skys szuka klawiszowca. Słuchałem

Twoich utworów, ale chyba sama nie będziesz miała czasu... Czy możesz kogoś zaproponować?” Wtedy odpowiedziałam, że muszę pomyśleć, bo wieczorem miałam koncert w Polsce i nie miałam na to czasu. Kiedy wróciłam, to napisałam do Jonasa, że przyjdę osobiście. No i tak się zaczęło... (śmiech) Na swojej stronie internetowej podajecie bardzo dużą listę festiwali oraz koncertów, które zespół zagrał na całym świecie. Czy to oznacza, że żyjecie wyłącznie z muzyki? Bożena: I tak, i nie (śmiech). Oprócz działalności w zespole każdy z nas ma swoją prace. Ktoś pracuje w szkole, ktoś pracuje na uniwersytecie, ktoś jest specjalistą IT… Justas: Na tym etapie ja jestem niezależny od  wpływów  z muzyki,  ale myślę, że dla takiego zespołu jak the Skys to jest bardziej  plusem  niż minusem. Braliśmy udział  w wielu  festiwalach i koncertach, ale żebyśmy mogli żyć z muzyki, musielibyśmy przystosować się do lokalnego rynku muzycznego.  Ale jak jesteśmy od tego niezależni, to możemy iść w swoim kierunku muzycznym i wykonywać ten rodzaj muzyki, która nam się podoba.

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec Z którego z festiwali macie najmilsze wspomnienia? Opowiedzcie nam trochę o Waszych podróżach po świecie i ogólnie o historii zespołu. Jonas: Każdy festiwal i na nim spędzony czas, występ, słuchanie innych zespołów jest czymś bardzo miłym. Dużo pozytywnych emocji było w Nowym Yorku, na festiwalu „New York International music festival“. W Stanach Zjednoczonych zespół zdobył prestiżową nagrodę – „Best International Group. Bardzo pozytywnym przeżyciem dla mnie był udział w „Woodstocku” w Rosji (odpowiednik polskiego „Przystanku Woodstock” – przyp. KB) – festiwal „Pustye Holmi”, na którym było 45.000 widzów. Teraz bardzo oczekuję festiwalu w Gniewkowie. Justas, Aleksandr: Dla nas najmilsze wspomnienia są po festiwalu Crescendo – to 3 dniowy festiwal na wybrzeżu Oceanu Atlantyckiego. Bożena: Każdy festiwal jest dla mnie bardzo ważny i każdy udział w koncercie daje ważne, cenne doświadczenia. A co do naszych podróży, to dla przykładu podczas każdego przejazdu przez Warszawę dzieją się bardzo dziwne rzeczy (śmiech). Nigdy nie możemy trafić na tę drogę, która jest nam potrzebna: czasem dojeżdżamy do lotniska Chopina, czasem udaje się obejrzeć wszystkie mosty, czasem centrum Warszawy, ale nigdy nie udaje się trafić na właściwą, najkrótszą drogę (śmiech). Jak wygląda scena rockowa na Litwie? Czy dużo jest zespołów grających rock progresywny. Jak wielu jest u Was odbiorców i słuchaczy takiej muzyki?

Justas: Muzycy litewscy  niestety tylko  konkurują między sobą, nie próbując  wyjść  na  szersze  wody  i  osiągnąć poziomu   zachodniej sceny. Może gdzieś w podziemiu jest jeden albo drugi obiecujący zespół, ale większość z nich jest i pozostanie pod wpływem lokalnych „gwiazd” muzycznej   sceny. Wielu młodych muzyków poddaje się, bo jeszcze nie mają swoich muzycznych poglądów  i  tak stają się szarą masą w lokalnych klubach. Progressive  rock – to słowo na Litwie  ostatnio  stało się bardzo popularne, ale, niestety,  najbardziej pod flagą progrocka  działają zespoły, które nie mają  nic wspólnego z tym stylem. „Kolory Pustyni” – ciekawy tytuł i ciekawa okładka z wymownym obrazem pustyni i z kwiatem goździkiem. O czym tak naprawdę opowiada ta płyta? Jonas i Bożena: To droga... Historia świata od czasów dawniejszych do ostatnich lat. Historia o miłości i wierze, o słabościach  i cierpieniu, o wojnie i pokoju, o życiu i śmierci, o radości, nadziei i etc. Kwiat pośrodku pustyni jest symbolem tego wszystkiego. Gracie muzykę dość trudną do zakwalifikowania. Bardzo dużo w Waszej twórczości jest nawiązań do wielu znakomitych wykonawców. Jakiej muzyki słuchają poszczególni muzycy zespołu? Aleksandr: Mnie teraz najbardziej podoba się twórczość Rogera Watersa i Pink Floyd. Na początku swej drogi muzycznej słuchałem The Beatles, The Doors, Cre-

edence Clearwater Revival, Led Zeppelin i tak dalej. Potem (kiedy dołączyłem do zespołu The Skys) zaznajomiłem się jeszcze bardziej z rockiem progresywnym. Wtedy trafiłem na King Crimson, Eloy, Genesis, Yes, Fish’a… Jonas: Oprócz klasyki progresywnego rocka intersują mnie różne rodzaje muzyczne. Lubię słuchać młodych, nieznanych zespołów. Słucham takich stylów jak: prog rock, blues, metal, pop, alternative. W każdym z tych stylów jest coś dobrego, ale bardzo często zdarza mi się też słuchać ciszy. Bożena: Interesują mnie różne rodzaje muzyki: od folku do hip-hopu. Najbliższa jest mi muzyka, która przenika do duszy. Często słucham dźwięków przyrody. Mieszkam za miastem, dlatego mam możliwość słuchać śpiewu ptaków, zwłaszcza teraz – wiosną (śmiech) Zaprosiliście do udziału w nagraniach płyty wielu znakomitch muzyków i uznanych producentów. Jak udało się Wam ściągnąć tak wiele znanych nazwisk? Jak wyglądała współpraca z nimi? Jonas: Za to jesteśmy bardzo  wdzięczni naszemu dobremu  przyjacielowi, Johnowi  Youngowi,  który zaoferował  swoje wsparcie dla nas kilka lat temu. Gdy dojrzeliśmydo albumu, napisałem do Johna i  wtedy rozpoczęlismy rozmowy o tym, kiedy moglibyśmy rozpocząć wspólną pracę. Po tym, jak nie udało się z perkusistą, który był wynajęty do nagrań, przypomniałem sobie o „Frosti”  czyli o Martinie  Beedle (Cutting Crew przyp. KB),

Jonas: Muzyka rockowa jest  na Litwie bardzo smutna  z wielu powodów. Przede wszystkim doprowadziła do tego represja sowiecka muzyki rockowej, ze względu na to nie mamy szkoły muzyki rockowej. Bożena: W latach sześćdziesiątych w Polsce było wiele zespołów rockowych, a na Litwie była tylko estrada i folk. Ani grama zapachu muzyki rockowej tu nie było.

biuletyn podProgowy

2010-08-25, Crescendo Festival

Jonas: Muzyka litewska jest bardziej zorientowana na pop, folk i jazz niż rock. W sferze rocka progresywnego The Skys od wielu lat jest absolutnym liderem. Ale bardzo miło, że nasza droga do sukcesu jest wzorem dla młodych zespołów i dla starych wykonawców, którzy powrócili do progrocka albo do podobnych klimatów muzycznych.

65


kwiecień/czerwiec z którym  zaznajomiłem się  w 2007 roku, na festiwalu Baltic  ProgFest. Zapytałem Johna, czy zgodziłby się, by zagrał u nas Frosti. Odpowiedz Frostiego była pozytywna i on razem z Johnem oraz fantastycznym reżyserem dźwięku, Stevem Rispinem, przylecieli do Wilna i tak się to zaczęło. W czasie nagrań powstał pomysł, by zaprosić takich ludzi jak: Dave Kilminster, Snake Davis i Anne Marie (częściowo ze względu na  fakt, że  nie  znaleźliśmy  odpowiedniego  wokalu na  Litwie). O  Tonym Spada  (Holding Pattern) myśleliśmy  wcześniej,  ponieważ wydawało się, że styl jego gry  wspaniale  podchodzi w  niektórych miejscach. Po dwóch tygodniach w Wilnie praca przeniosła się do Liscombe Park studio (UK), gdzie pracują takie zespoły jak Uriah Heep i Asia. Praca  była bardzo  intensywna  – od rana do wieczora,  z przerwą  na lunch. Jednak to był wspaniały czas i twórcza atmosfera – wesoła,  ale i również bardzo poważna (śmiech). Kto w zespole jest głównym kompozytorem utworów? Kto pisze teksty? Jonas:  większość  muzyki  i tekstów  napisałem ja, ale  bardzo dużą pomoc wniosła  Bożena. I nie tylko chodzi mi o to, że  utwory Bożeny znajdują się na  płycie, ale też współpracowaliśmy razem w procesie tworzenia całej płyty, na przykład przy utworze Walking Alone.

kiedy już była przygotowana większa cześć utworów do płyty Colours of the Desert. Oprócz twórczości w The Skys studiuję na wydziale kompozycji i ostatnie moje utwory są na orkiestrę smyczkową – „Proslogion” i kwartet smyczkowy. To także przydało się przy realizacji płyty. Co sądzicie o polskiej scenie rocka progresywnego? Które zespoły z Polski są najbardziej znane na Litwie? Czy występowaliście już u boku któregoś z polskich zespołów? Jonas, Bożena: Występowaliśmy z takimi zespołami, jak Indukti i naszymi przyjaciółmi Appleseed. Na Litwie znanym zespołem jest Riverside. Fani progresywnego rocka u nas znają wiele znakomitych polskich zespołów. Polska jest bogatym krajem jeśli chodzi o ten nurt muzyki. Dała światu wiele znakomitych zespołów: w przeszłości SBB i Czesław Niemen. Obecnie znani są u nas: After, Xanadu, Believe, Lebowski i wiele innych. Z ekipą The Skys ostatnio dużo słuchalismy Breakout z unikalną Mirą Kubasińską. Fantastyczne polskie zespoły wystąpią na festiwalu w Gniewkowe. Jesteśmy bardzo dumni z tego, że mamy takiego sąsiada jak Polska, która ma czym się szczycić!

Bożena: Jonas jest głównym kompozytorem. Ja dołączyłam do zespołu wtedy,

Przyjeżdżacie do Polski na VI Festiwal Rocka Progresywnego do Gniewkowa. Jak ze swej strony możcie zachęcić polskich fanów by przybyli na Wasz koncert? Czy macie jeszcze jakieś koncertowe plany

Nie będę ukrywał, że litewska scena rockowa jest mi kompletnie nieznana. Lubię wyszukiwać różne ciekawostki w rozmaitych krajach mniej kojarzących się z muzyką rockową, ale w okolicach Wilna nigdy nie węszyłem. Dziś wiem, że popełniałem wielki błąd bo nad Niemnem dzieje się

bardzo wiele ciekawych rzeczy. Daleko nie szukając, doroczny festiwal Baltic ProgFest, odbywający się właśnie w stolicy tego kraju, zgromadził na scenie wielu ciekawych wykonawców. Samo to wydarzenie gdzieś tam obiło mi się o uszy, ale nazwa The Skys była mi dotąd kompletnie nie znana. Do dnia, gdy splot zdarzeń sprawił, że skontaktowałem się z Bożeną Bujnicką, wokalistką i pianistką tej formacji. Miła korespondencja, w dodatku po polsku (wszak nazwisko też brzmi bardzo swojsko!) i płyta, jaką przyniósł Pan Listonosz sprawiły, że zacząłem kopać dalej. Zespół The Skys rozpoczął swoją karierę jeszcze w latach 90-tych. Właściwe pierwsze poważne ruchy formacji datowane są na rok 1995. Przez ten kawał czasu grupa nagrała kilka albumów studyjnych oraz wystąpiła w wielu miejscach świata, grając bardzo często na dużych festiwalach. ProgFarm w Holandii, Crescendo Festival we Francji, Posinger Open Air w Niem-

66

w Polsce w najbliższym czasie? Jonas, Bożena: W najbliższym czasie zagramy w Pabianicach. Do Gniewkowa zapraszamy wszystkich fanów rocka progresywnego, bo tam będzie wiele wspaniałych zespołów, wykonujących dobrą muzykę. Będzie świetny line-up i – z tego, co słyszeliśmy – wspaniała atmosfera, szczęśliwi, wspaniali ludzie, spokój i radość. The Skys ze swej strony zaprezentują płytę  „Colours of the Desert”  i będzie to  pierwsza oficjalna prezentacja dla polskich fanów progresywnego rocka. Jonas: Zagramy także dla tych ludzi, którzy wciąż myślą, że nie przywieziemy muzycznych smakołyków z Litwy. Te osoby tym bardziej zapraszamy na nasz wystep i cały festiwal! (śmiech) Bardzo dziękuję za wywiad także w  imieniu czytelników Biuletynu podProgowego i użytkowników serwisu ProgRock.org.pl. Ja osobiście nie mogę się doczekać Waszego koncertu. Pozdrawiam serdecznie! The Skys: Wielkie dzięki  za wsparcie i pomoc w promowaniu płyty „Colours of the Desert”. Powodzenia od The Skys! Serdecznie pozdrawiamy! Z Bożeną, Jonasem, Justinasem oraz Aleksandrem z zespołu The Skys rozmawiał Krzysiek „Jester” Baran.

czech czy UNESCO World Youth Festival to tylko niektóre z nich. Obecnie zespół gra w składzie: Jonas Čiurlionis (wokal i  gitary), Aleksandr Liutvinskij (gitara rytmiczna), Justinas Tamaševičius (bas), Božena Buinicka (instrumenty klawiszowe i wokal) oraz Ilja Molodcov (perkusja). Od samego początku przesłuchiwania najnowszego albumu „Colours Of The Desert” moją uwagę przykuła niezwykła uniwersalność muzyki. Zaryzykuję stwierdzenie, że niemal każdy znajdzie tu coś dla siebie. Przede wszystkim rzucają się w ucho wpływy z przełomu lat 70/80-tych. Przestrzenna gra instrumentów klawiszowych a’la Frank Bornemann z Eloy, bardzo dobry, charyzmatyczny wokal oraz znakomita gra gitar z soczystymi solówkami a’la Gilmour i Latimer. Nie przesadzam! Wszystko tu naprawdę słychać! Dodatkowo dyscyplina rytmiczna i budowa krótszych utworów przywołują w pamięci Alan Parsons Project. Nie oznacza to wcale, że muzyka nie

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec brzmi świeżo. Brzmi nowocześnie i bardzo eklektycznie. Taką drogą obecnie podąża między innymi australijska Unitopia, mieszając bardzo uniwersalnie te różnorakie muzyczne wpływy i smaczki. Dodatkowo na płycie pojawiają się znakomici goście, jakich może Litwinom pozazdrościć niejeden czołowy band w Europie! Ale o tym za chwilę. Na płycie mamy w sumie 9 utworów. Są formy dłuższe (6 – 9 minut) oraz utwory trwające poniżej 5 minut. Nie tworzą one jednak połączonej całości. Każdy z utworów zaczyna się i kończy sam w sobie. Najwięcej dzieje się, oczywiście, w tych najdłuższych nagraniach. Na pierwszy plan wybija się utwór numer cztery (Walking Alone), zagrany z ogromnym polotem, pełen emocji i zmian. Okraszony świetnymi partiami wokalnymi Bożeny i Jonasa, oraz z cudownym, gitarowo – klawiszowym rozwinięciem w finale, w którym za gitarę złapał min. sam Dave Kilminster, współpracujący kiedyś z Roger Waters Band! Płytę rozpoczyna utwór tytułowy (Colours of the Desert), który świetnie wprowadza słuchacza w klimat muzyki The Skys. Mamy i utwory krótsze, w których dzieje się także bardzo wiele. Drugie nagranie (Is This the Way?) schyla się brzmieniowo ku ostatniemu albumowi studyjnemu Pink Floyd (The Division Bell). W trzeciej, najkrótszej kompozycji (I… He…) doszukamy się śladów fascynacji King Crimson ery Beat. Utwór When the Western Wind Blows to nagranie nieco spokojniejsze, nawet chwilami sielankowe, bujające w obłokach. Okrasi je min. gra na saksofonie samego Snake Davisa, znanego nam ze współpracy z Eurythmics. Potem następuje utwór Calling Out Your Name z przebojowym refrenem i bardzo fajną, melodyjną grą instrumentalną. W tych dwóch utworach kłania się przede wszystkim Unitopia z krainy kangurów. Po chwilach sielanki znów mamy podniosłe emocje. Utwór The Pyramid to kolejny prawdziwy

biuletyn podProgowy

smaczek tej płyty. Muzyka bardziej schyla się tu ku Pink Floyd i Eloy. Poznajemy też pełnię nieprzeciętnych umiejętności wokalnych Bożeny Bujnickiej, która w tym utworze śpiewa z delikatnym gotyckim posmakiem, chwilami niczym Anneke van Giersbergen (The Gathering) czy Amy Lee (Evanescence). Zespół raczy nas kolejnym świetnym rozwinięciem, w którym rządzą gitara i klawisze. Choć nie tylko, bo pojawiają się też partie skrzypiec. Zupełnie inny jest utwór przedostatni (Lethal Kiss), w którym Jonas śpiewa do spółki z kolejnym gościem, Johnem Youngiem (ex-Scorpions, Bonnie Tyler) w bardzo spokojny, przestrzenny sposób przy wtórze muzyki płynącej jak gdyby z mozołem z głębi tytułowej pustyni. Dopiero w końcówce nagrania pojawia się głos Bożeny, który nawet chwilami dodaje nieco szaleństwa tej dotąd bardzo sennej kompozycji. Płytę kończy utwór What If, moim zdaniem idealny na pożegnanie z płytą. Znów pojawiają się saxy w wykonaniu Snake’a Davisa, otulone miłą, przestrzenną melodią. Kłania się tym razem Alan Parsons ze swych najlepszych lat. Jeśli mowa jest o gościach na płycie, to należy nadmienić, że przez cały czas trwania albumu za instrumentami perkusyjnymi udziela się Martin Beedle, którego wnikliwi słuchacze skojarzą z pop-rockową formacją Cutting Crew, znaną szczególnie w  drugiej połowie lat 80-tych. Ponadto pojawiają się tez partie gitarowe w wykonaniu Tony’ego Spandy (Holding Pattern) oraz chórki Anne Marie Helder (Mostly Autumn, Panic Room). Usłyszymy też dźwięki bardzo oryginalnego instrumentu o nazwie tampura (czterostrunowy instrument szarpany) na którym gra Anatolij Lomonosov. Wszystko to sprawia, że brzmienie płyty jest bardzo pełne. Okładkę albumu zdobi ciekawa grafika z  dość wymownymi elementami. Widzimy pustynię i jej bardzo wyraziste kolory. Charakterystyczny, piaskowy kolor równą

linią odcina się na horyzoncie, gdzie panuje błękit nieba. Jednak nie one są najważniejsze. Na pustynnym piasku bowiem niespodziewanie wyrósł symbol życia. Ów kwiat dość wyraźnie skojarzyć się może nam także z symbolem minionej epoki i systemu, który rozwiał się w naszym kraju ponad 20 lat temu. Tym kwiatem jest goździk, jeden z najstarszych hodowlanych kwiatów. Według muzyków symbolizuje on historię przetrwania największych skarbów ludzkości takich jak: życie, miłość, pokój, radość i nadzieja. Sam przecież walczy o przetrwanie w surowym krajobrazie. Zespół The Skys przyjedzie do Polski w  najbliższym czasie dwukrotnie. Pierwsza okazja, by poznać muzykę zespołu, nadarzy się 22 czerwca, w finale konkursu Rock Master organizowanego w Pabianicach. Będzie to jednak występ bardzo krótki. Zespół w pełnej krasie będziecie mogli poznać podczas odbywającego się w  dniach 6-7 lipca VI Festiwalu Rocka Progresywnego w Gniewkowie, którego Litwini będą gośćmi specjalnymi. Wówczas będą promować swój najnowszy album i po raz pierwszy zagrają go w Polsce w całości. Ciekawostką jest, jak poradzą sobie bez gościnnego udziału muzyków, których zaprosili do nagrania płyty. Sądząc jednak z korespondencji z The Skys oraz bijącej z tych wszystkich moich rozmów aury ogromnej radości z przyjazdu do naszego kraju, jestem przekonany, że będzie to ogromna atrakcja tegorocznej imprezy w Gniewkowie. Album Colours of the Desert przez swoją muzyczną uniwersalność powinien z łatwością trafić do wielu słuchaczy rocka progresywnego. Według mnie to jedna z ciekawszych ostatnio wydanych pozycji w tym gatunku. To materiał, który nie będzie musiał walczyć o  przetrwanie jak kwiat na pustyni i wiem, że często jeszcze do tej płyty powrócę. Krzysiek „Jester” Baran

67


kwiecień/czerwiec

Darmocha utwory i albumy warte zainteresowania, które artyści udostępniają nieodpłatnie w sieci

Portugalski duet 1. Flammarion kłania się tradycji lat 70tych, w jednym z utworów na płycie Ignition otwarcie oddają hołd Camel. Pobierz

Włoski Syncro2. mind Project na debiutanckim albumie

idzie utartą ścieżką dodawania pierwiastka progresji do power metalu. Pobierz

Kto lubi twórczość 3. Air na pewno zastrzyże uszami przy dźwiękach albumu Ampersand serbskiej formacji Villebrad. Pobierz

Debiut Finów 4. z Nauticus to porcja ciekawego heavy-proga w starym stylu. Pobierz

Nowy album 5. Galahad tuż-tuż. A w międzyczasie mo-

żemy się podelektować udostępnionymi przez klasyków neoprogresu bootlegami. Pobierz

Zespół American 6. Heritage musi nie lubić swej ojczyzny.

Jeśli jej dziedzictwem mają być wyłącznie najbardziej traumatyczne momenty poczynań Neurosis, wczesnego Mastodon czy High On Fire, to może warto pomyśleć o emigracji? Wspomniane urocze dźwięki wypełniły dotąd trzy albumy. Pobierz

Pochodzący z San 7. Diego zespół AeneA odwołuje się

do twórczości Textures czy Devina Townsenda – czyli nuda przy odsłuchu ich pierwszej EPki gozić nie powinna. Pobierz

68

OSI

Fire Makes Thunder Nie ukrywam, że jestem fanem duetu OSI (klawiszowiec, Kevin „eks Dream Theater/Chroma Key” Moore, i gitara z Fates Warning, Jim Matheos, plus zdolni goście – na początku min. Mike Portnoy i Sean Malone) od czasu niezwykle ciekawego debiutu. Jednocześnie nieco ubolewam nad faktem, że ewolucja zespołu (projektu?) podążyła w niekoniecznie takim kierunku, jakiego bym oczekiwał. Album Free pokazał, że panowie Matheos, Moore i reszta sympatycznej ekipy wyżej od atmosferycznych mieszanek gatunkowych cenią sobie bardziej konkretne kompozycje, gdzie pomiędzy metalowym riffowaniem a atmosferyczną aurą Kevina Moore’a stoi znak równości. Zawiodłem się, iż mocno oniryczna, eklektyczna, bardzo klimatyczna dźwiękowa mikstura debiutu (współtworzona w dużym stopniu przez Stevena Wilsona), w przewadze uleciała. Jednocześnie, choćbym chciał, ciężko coś negatywnego napisać o bardzo sprawnie napisanych, zwartych kompozycjach, jakimi obdarzono nas na trzecim albumie, Blood. Metalowy konkret tworzony przez fabrykę riffów Matheosa, zgrabnie uzupełniany

przez chirurgiczne granie perkusisty Gavina Harrisona (od Blood zastępuje Portnoy’a) i, jak zawsze, nieco zagadkowe, elektroniczne wizje Moore’a, okazał się zwartą, wypracowaną formułą, której panowie – co było do przewidzenia – będą sie trzymać w przyszłości. Owszem, Fire Make Thunder nic nowego nam nie objawia. Niestety, zabrakło tu tej iskry kreatywności, tych chwytliwych melodii, feelingu rytmicznego – na szczęście wciąż nie brak atmosferycznych momentów. Cold Call rozwija się zaskakująco długo jak na ostatnie standardy OSI. Brzmieniowo jest jednak znajomo – sample monologów, elektroniczne beaty, przetworzone partie czystych gitar. Po dwóch minutach wchodzi odpowiedni feeling – motoryczne riffy o wypośrodkowanym, raczej standardowym, prog-metalowym ciężarze, stabilno-rzemieślnicza perkusja Gavina Harrisona, w końcu beznamiętny głos Kevina Moore’a. Utwór ma swoje zwolnienia, ale także cięższe momenty. Nie brakuje także delikatnych ornamentów w  tle. Zakończenie także zatopione jest w nastrojowej elektronice

– całość to jeden z najmocniejszych momentów płyty. Guards to bardziej industrialny warsztat, ale i fajny, nieco rytmicznie zakombinowany refren, gdzie znowu władzę kompozycyjną nad elektroniką odzyskuje gitara pan Jima. To także przyciągające, synkopowe partie perkusji, gdzie jest miejsce dla bardziej agresywnej stopy, szeleszczących talerzy jak i  zmiennego metrum. Momenty bardziej konkretnego czadu są uzupełniane skromnymi partiami klawiszy. Należy tutaj wspomnieć, że OSI, współtworzone w końcu przez wirtuoza klawiszy, wciąż nie jest najlepszym miejscem do poszukiwania świecących wirtuozerią partii. Moore niezmiennie od lat obraca się w klimatach oszczędnych, bardziej laptopowych niźli klasycznie pianistycznych. Choć OSI jest dzisiaj bliższy prog-metylom niż kiedykolwiek, wciąż bardzo daleka to droga od dynamiki i patosu sztandarowych przedstawicieli gatunku, a Kevin Moore ze swoim odrobinę tajemnym feelingiem a’ la Chroma Key, wydaje się mieć niewidzialną, ale odczuwalną władzę, która nadaje tonu całości. Oczywiście, w tej z lekka depresyjnej odmienności tkwi siła projektu, ale czasem ich przywiązanie do własnego kanonu brzmieniowego, wprowadza muzyków na manowce, jak w Indian Curse. To utwór nijaki, ciężko powiedzieć o nim coś konkretnego, prócz faktu, że stara się delikatnymi środkami stworzyć klimat refleksji, nawet smutku. Niestety, ani środki użyte do tego (niemrawa gitara akustyczna i nieciekawa elektronika), ani bezpłciowa, niewyróżniająca melodia, nie są w stanie stworzyć czegoś silniej

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec zarysowanego. Nieco życia przynosi następny, instrumentalny Enemy Prayer. Są zmiany tempa, mocniejsza, nisko strojona gitara, która uczciwie riffuje jak na pana Matheosa przystało, nieco ciekawsza, przybrudzona elektronika, a także pojedyncze muśnięcia czystego pianina, co akurat w tym projekcie nie jest takie oczywiste. Sam Jim pozwala sobie na partie bliższe klasycznego sola. Jest żywo i do przodu, ale nie bez polotu. Prawdziwe piękności zaczynają się jednak przy balladującym Wind Won’t Howl, gdzie do gry wchodzą prawdziwe emocje. Utwór brzmi prawie jak eksperymentujący, „przeszkadzajkowy” Radiohead, a Jim Matheos gra tak proste, powtarzalne partie, że można go pomylić z post-indie rockowymi grajkami. Właśnie jednak w prostocie tkwi tutaj uroda. To chyba najbardziej refleksyjno-nostalgiczny utwór, jaki wypuścili panowie od czasu debiutu – efekt potęgują świetnie dopasowane partie pianina, delikatne, przybrudzone tło i – w końcu – świetna, zapamiętywalna melodia. Harrison też znakomicie znalazł sie w tej konwencji – świadomie gra oszczędnie, lekko tylko zagęszczając partie w newralgicznych momentach. Big Chief II nieco przypomina stylowy, klimatyczny rock, jaki gra aktualnie Katatonia, czyli riffowo-klawiszowe wejście, bardziej elektroniczna zwrotka z wokalem i agresywniejszy refren. Klawiszowe tła w klimacie nieco mellotronowym i sama melodyka ma prawo też przypominać ostatnie płyty Porcupine Tree. Całość jednak sprawia wrażenie najwyżej średnie, zwłaszcza, że utwór kończy się dość gwałtownie, jakby niefortunnie ucięty. Zabrakło celnego rozwinięcia, które by poniosło te dźwięki w bardziej nieprzewidywalne rejony. Mieszanego uczucia nie zaciera For Nothing. Niestety, parafrazując tytuł, zawiera takie ładnie brzmiące, ale jednak „nic”. Stylistycznie ociera się o klimaty minimalizmu z  krainy postrockowego Chroma Key, co byłoby zaletą, gdyby nie praktyczny brak melodii i jednostajność, która tutaj, niestety, nie jest zaletą. Owe 3 minuty

biuletyn podProgowy

sprawiają wrażenie nieskończonego szkicu. Dopiero kończący Invisible Man daje nadzieję. Nie tylko dla tego albumu, ale i dla przyszłości OSI. Bardzo udany to utwór – wielowątkowy, bliższy klasycznym progresywnym wzorcom. Bardzo klimatycznie się rozkręca, aż do atakujących riffów i interesującej melodii w środku. Od 6:40 następuje kolejna wolta rytmiczno-melodyjna, która może się trochę kojarzyć brzmieniowo z  Anesthetize Porcupine Tree. Od ok. ósmej minuty wchodzi niemalże ambient i – uwaga – prawie Floydowska, powłóczysta partia gitary Matheosa. Przestrzenny sos, oszczędnie tylko wzbogacony przez ostatnie słowa Moore’a, delikatnie odpływa w ciszę, zostawiając słuchacza w  delikatnej konsternacji – zwłaszcza po pierwszym przesłuchaniu płyty. Choć z każdym kolejnym odsłuchem jest lepiej (zupełnie podobnie było z Blood), to jednak uczciwie trzeba przyznać, że album najlepiej się zaczyna i... kończy. Znacznie gorzej jest z całą resztą. Prócz bardzo urokliwego Wind won’t Howl materiał jest przeważająco nijaki, w porywach niezły. Brakuje dobrych melodii albo nowych rozwiązań aranżacyjnych. Istniało ryzyko wyczerpania muzycznej formuły już na poprzedniej płycie i owe symptomy kompozycyjnej recesji właśnie oficjalnie stały się faktem. Następna płyta musi przynieść woltę stylistyczną i szczerze kibicuję, żeby chłopakom się ta sztuka udała. Oby klimat nie uleciał.   6/10 Michał Haase

Gavin Harrison & 05Ric The Man Who Sold Himself

Ciężki orzech do zgryzienia z tymi płytami. Gavin Harison (perkusi-

sta sesyjny, aktualnie najbardziej kojarzony z Porcupine Tree i King Crimson) i multiinstrumentalista o ksywce O5Ric postanowili, że nie będą iść na żadną łatwiznę. Poza jakimikolwiek klasyfikacjami, tworzą muzykę bardzo skomplikowaną formalnie, ale i z pierwiastkiem pewnych refleksji. Mnóstwo w tym zabawy konwencją, nastrojami, wreszcie zabawy samymi instrumentami. Kibicuję panom od pierwszej płyty, która zawierała skomplikowaną, ale bardzo interesującą muzykę na granicy eksperymentu i jazzu, ale też i refleksyjnej ballady (nieco pod King Crimson). Drugi album przyniósł nieco większą przystępność i bardziej rockowe środki wyrazu. Trzecia płyta to znowu coś innego – to już naprawdę trudny orzech do przegryzienia, ale także do przełknięcia w ogóle. Składniki główne zostały bez zmian. Wciąż są to utwory zagrane z głównie jazzowym feelingiem, ale też nie brak im bardziej drapieżnego odcienia (głównie za sprawą dość gęstego bębnienia Harrisona). Wszystkie kawałki, choć rozplanowane co do najmniejszego szczegółu, sprawiają wrażenie niemalże improwizacji – na The Man Who Sold Himself chyba nawet bardziej niż kiedykolwiek. Ciężko taką płytę opisywać. Czy jest sens zajmować się stroną techniczną? Spróbujmy – metrum ultrazmienne, prawie nie występuje w klasycznym 4/4 – raczej 6/8, 5/2, 7/4 i w innych mniej oczywistych, nieparzystych rozwiązaniach. To oczywiście jeno opis „na ucho”, bo Gavin lubuje się w  swojej technicznej ekwilibrystyce i zmienia metrum w sekundach – komplikując jeszcze ciętymi partiami uderzeń obu stóp, o zmiennej częstotliwości. To się nazywa matematyka w muzyce, w pełnym słońcu. Ric, absolwent Cambridge, nie ułatwia sprawy swoim mało emocjonalnym wokalem, który w dodatku tworzy spore komplikacje harmoniczne – wydaje się być momentami dokumentnie „z  boku”. Oprócz tego gra też skomplikowane, mocno „free” partie na rozszerzonym basie, gitarze i nieco na pianinie, gdzie bardziej się może

Nowości na Progstreaming.com

INNER EAR BRIGADE

Rainbro

Od pierwszych dźwięków płyta zapowiadał się bardzo ciekawie. Przewija się tu wiele stylistyk, lecz granica jest tu bardzo utarta. Ich płytę śmiało można postawić na półce z francuskim zespołem Nil. Jazz rockowy puls sekcji rytmicznej, unisona przemieszane są z ciężkimi w brzmieniu gitarami, czy nawet z formami zahaczającymi o free jazz. Na uwagę zasługuje bardzo subtelny damski głos, a szczególnie wokalizy. Posłuchaj

MOON SAFARI

The Gettysburg Address Moon Safari należy do zespołów, które brzmią świetnie nie tylko na płytach. Niezwykle sprawni instrumentaliści, ich wyjątkowe partie wokalne tworzą unikalne brzmienie. Można usłyszeć utwory z każdego okresu ich twórczości. Posłuchaj

A LIQUID LANDSCAPE

Nightingale Express

Płyta zespołu Nightingale Express utrzymana jest w klimacie melodycznego rocka z elementami progresu. Wśród utworów z „mainstreamowym zacięciem” znajdują się rasowe kompozycje jak Wanderers Log – Storm, co czyni płytę o wiele ciekawszą. Muzyka powinna zadowolić zwolenników zespołu 3 i Coheed and Cambria. Posłuchaj

69


kwiecień/czerwiec

kojarzyć z klasykami pokroju Chicka Korei czy Herbie Hancocka. Zazwyczaj jest gęsto, ale i znajdą się momenty swoiście pustej, delikatnie tylko wypełnianej przestrzeni. Zaskakuje fakt, że przy natłoku dźwięków, instrumentarium jest raczej minimalistyczne. Zazwyczaj gra tylko perkusja i bas. Pianino gestykuluje również raczej solo, w nieco mniejszym stopniu będąc pełnoprawnym kompanem perkusjonaliów. Gitara ujawnia się okazjonalnie, grając tez partie dalekie od rockowych szablonów – zazwyczaj to kolejny składnik improwizacji, gdzie cała przyjemność leży w  radosnym bieganiu po gryfie. Ciężko opisać każdy utwór z  osobna, gdyż żaden z nich nawet się nie przybliża do wyróżniającego schematu zwrotka-refren. Każdy jest bardziej zapisem pewnych pomysłów, akcentów, wolt, które się wyłapuje przy którymś tam przesłuchaniu. Wydaje się, że czasem chodzi o te sekundy, gdzie ucho się nastraja, ledwo nadążając za zmianą gęstości samego dźwięku/harmonii. Album niewątpliwie wymaga dużego skupienia. Jest wyzwaniem. Doskonały przykład pełnej dekonstrukcji przyzwyczajeń i  konwenansów. Pytanie, czy to wyzwanie nie mija się z sensem czerpania przyjemności z  muzyki. Powstaje podejrzenie, że muzycy w swojej zabawie gdzieś sie pogubili i na siłę zaczęli łamać szablony kompozytorskie. Z drugiej strony, album wzbudza szacunek, gdyż pozorna niemożliwość chaosu przynosi jednak idealne zgranie. W całym tym matematycz-

70

nym pokomplikowaniu znak równości ma sens. Jednak. Otwierający Prize to muzyczna pigułka duetu. Atakuje zgiełkiem gęstych dźwiękówna lekkim przesterze. Rozimprowizowane partie pianina przynoszą wręcz chwile spokoju. Perkusja nawija niemalże po swojemu, ale mieści się w metrum całości. Niski, cięty bas dodaje całości pewnej agresywności. Prize to także zmiany tonacji, i to dość drastyczne, ale i intrygujące tła klawiszy, które dodają utworowi drugiego dna. Identitas przynosi metrum, które doprawdy ciężko policzyć. Dużo tu grania kotłami i stopą – znacznie mniej zwykłym werblem. Całość jest nieco plemienna. Obok tego figurują z  lekka groteskowe, punktujące, pojedyncze nuty klawiszy a’la Hammond. Od drugiej minuty utwór dostaje nieco intrygującej przestrzeni, wspieranej przez perkusyjne pauzy i delikatne partie gitary na głębokim pogłosie. Przy całym tym uroku tonacje zmieniają się co chwilę – ciężko to ogarnąć. Przy czwartej minucie wraca plemienny trans i odrobina jazzowej gitary. Denerwuje wokal Rica – zdaje się specjalnie być momentami poza harmonią. Jeszcze większą dawkę atonalności przynosi utwór tytułowy. Wybitnie niekonwencjonalnymi rozwiązaniami harmonicznymi sprawia nawet trochę żartobliwe wrażenie. Na końcu znowu wkracza przestrzeń, która nieco koi skołatane uszy. OWN to zabawa rytmem sensu stricte. Zmiany przychodzą z  Body Temple – utwór ten, jeden z najlepszych

i przy okazji najbardziej przypominający klimaty debiutu, przynosi nieco elegijnej niemal refleksji i pełnego zamyślenia spokoju. O5Ric śpiewa momentami niemal jak Peter Hammil – w natchniony, rozedrgany sposób, powoli wyśpiewuje słowa, dużo wibrując wokalnie. Smaczkiem są kobiece chórki, które delikatnie zaznaczają swoją obecność w drugiej części utworu. Body Temple odznacza się także wyraźniej zaznaczoną melodią (akordowe akcenty też mają tutaj zdecydowanie więcej miejsca, by wybrzmieć w pełni), choć – rzecz jasna – nie jest to pełnoprawny, zamknięty zbiór nut do nucenia przy śniadaniu. Wherewithal przypomina leciutko niektóre bardziej zakręcone kawałki The Police – bardziej minimalistyczne partie gitary nakierowują delikatnie na stylistykę Andy’ego Summersa, choć nie są to oczywiście bezpośrednie skojarzenia. Awake znowu nieco zwalnia i oferuje kilka ciekawszych, modulowanych partii gitar. Przy okazji O5Ric dość nietypowoodnajduje się z wokalną stylistyką nieco zahaczającą o orientalizmy. Najciekawiej się dzieje w Illusion – utworze o największym stężeniu żywych emocji. Jest to rzecz najbardziej przestrzenna, zahaczająca momentami o ambientonalne tła. Gitary brzmią tutaj pełnymi nutami, tylko w  paru miejscach zapodają nieco większej dynamiki. Wszystko skrzy się zmiennymi barwami o rożnym stopniu natężenia. Do ulotnych warstw zpogłosowanych gitar wagi dodaje mięsisty bas, nieco w stylistyce Seana Malone. Całościowo może się to trochę kojarzyć z solowymi dokonaniami Roberta Frippa czy z co bardziej spokojnymi utworami francuskiego Spaced Out. Perła. Kończący Way to przeciwieństwo – niespecjalnie się wyróżnia i  zostawia nieco niedosytu. Czy to dobra płyta? Technicznie z pewnością. Gorzej, niestety, jest z samą muzyką. Nie ma tutaj tego pierwiastka, który ekscytuje, gdy słucha się,

na przykład, starych mistrzów fusion. Brak też bardziej zapamiętywalnych motywów czy nawet melodii. Płyta intryguje, ale nie jest w stanie zatrzymać na dłużej. Sprawia wrażenie straszliwie pociętej mozaiki pomysłów, z których tylko niektóre warte były podejmowania odważnych ruchów. Prawdopodobnie to jest ta granica, do której duet doszedł i nadszedł czas zastanowienia się, czy warto komplikować jeszcze bardziej. Czy muzyka powinna służyć tylko zaspokojeniu samego muzykującego? Płytę polecam, ale tylko odważnym i poszukującym.   5/10 Michał Haase

The Mars Volta Noctourniquet

Delikatne muśnięcia ostrzejszych barw. Skradające sie napięcie. Syntetyk. Zawijaste melodie. Modulacja. Zapętlenie. Cukier z nutą nieoczekiwanej goryczy. Podniosły ton. Nieoczekiwane zagranie. Te określenia-klucze pasują do nowego Mars Volty. Nie pasują: „brudny zgiełk, radosny chaos improwizacji, rzężenie”. A przynajmniej nie w takim JUŻ stopniu. Zmienia sie nam Mars Volta, tak jak zmienia się jej skład. Nie ma już panów Saiaha Owensa i Johna Frusciante – ten drugi chyba, z żywotną pasją, za cel obrał sobie bycie artystą only-solo, toteż taki ruch, choć smutny, nie zaskakuje nadmiernie – wszakże niedawno pożegnał się też z Papryczkami. Wciąż nie dane nam jest posłuchać rozimprowizowanych szaleństw saksofonisty Adriana Terrazasa – jego brak na poprzednim Octahedronie był już wyczu-

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec walny, tak samo jak dość głęboko drążące zmiany w brzmieniu zespołu. Wtedy to były mocno zaakcentowane akustyki i większa wrażliwość w smakowaniu delikatnych nut. Teraz pozostała ta delikatność (w znacznym stopniu), nieco gitar o różnym stężeniu i... mości Pan Syntetyk. Oczywiście, aż tak szokująco nie jest dla starych fanów-ekstremistów i Syntetyk odkrywa swoje karty powoli, z wyczuciem chwili. Mars Volta nie byłaby już tym samym bandem, gdyby nie zaatakowała w jakiś pokręcony sposób. Whip Hand to brzmieniowe modulacje, obrobiona perkusja i zgrzytliwe, półelektroniczne przestery – wszystko jednak z  jak najbardziej rockową mocą. Wali po uszach, choć nie bezpośrednio. Konstrukcja utworu jest dość pospolita – da się (niech mnie kule biją!) wyodrębnić coś na kształt zwrotki i refrenu. W  psychodelicznej chmurze, ale

jednak jest to coś stabilnie skonstruowanego. Aegis zaczyna się spokojnie, z tą typową dla MV nutką teatralnego nastroju i narastającego niepokoju. Refren jest natomiast mile melodyjny i energetyczny – dawno już nie było takiej przebojowości jak z debiutu. W tle delikatnie podkreśla się Pan Syntetyk, choć to wciąż delikatne zwracanie uwagi. Empty Vessels Make The Loudest Sound to psychodelia z  dziwnymi przeszkadzajkami w tle i napięciem wiszącym w powietrzu. Burza jednak przychodzi z dość połowicznym skutkiem… jest za to znowu, bardzo urokliwa, niemalże balladowa melodia.

biuletyn podProgowy

To jest ta Mars Volta z duszą, bez karkołomnego obliczania metrum i piętrowego aranżowania. Oczywiście, rzecz balladowa to określenie wymagające dużego cudzysłowu – fani klasycznych poducho-smętów lepiej niech uciekają, byle dalej. Utwór płynnie przechodzi w The Malkin Jewel – dość schizofreniczną wersję reggae, gdzie pojawia się nieco atonalności we wstępie. Jest też narastanie dźwiękowego zgiełku, bardziej krzykliwe wokale Cedrica i hałaśliwe zwieńczenie… brutalnie ucięte w  momencie kulminacyjnym. Lapochka to kolejna ładna melodia i pierwsze poważniejsze wejście Pana Syntetyka. W drugiej połowie pojawiają się długie, wyraźnie zaakcentowane, przestrzenne nuty, brzmiące jakby żywcem wyjęte z klasycznego syntezatora Juno 60. Prawdziwa rzeź zaczyna się z In Absentia. Rytmicznie zawikłana, oblana

spogłosowanymi partiami wokalnymi, obrobionymi syntezatorami i równie dziwnie brzmiącymi gitarami, tworzy siedmiominutowy, ultrapsychodeliczny majestat, gdzie pierwsza połowa powinna zadowolić nawet fanów starego industrialu z lat 80-tych. Druga połówka utworu – znacznie spokojniejsza – wskazuje wzorce niemalże na new-romantic plastiki, ewentualnie na nowych artystów nurtu indie-electro, z The Knife na czele. Dość szokująca całość, ostro zintegrowana ze studyjną mechaniką. Piękne, choć męczące. Ukojenia nie przynosi też Molochwalker. Tutaj pojawia się wyraźny ślad

starej, rozimprowizowanej gitary Omara Rozdrigueza – z początku wycina rozwibrowane partie solowe przy równie skomplikowanych podkładach perkusyjnych – prawie jak w domu. To zresztą bardzo rockowa całość, rzęzi, aż miło. Ma też przebojowy, nieco powerowy refren, w którym Cedric świetnie atakuje wokalem. W finale, gdzie jego wysoki śpiew idealnie współgra z tłami klawiszy, tworzy się prawie epicka atmosfera. Tak, na tej płycie MV delikatnie flirtuje z podniosłymi klimatami – z pozytywnym skutkiem. Duża w tym zasługa wspomnianego Cedrica, którego wokale – jedne z najlepszych w historii zespołu – sprawiają wrażenie osobnego, pełnoprawnego instrumentu. Nieco spokoju dodają Imago i Trinkets Pale of Moon – obie są pełne smaczków aranżacyjno-produkcyjnych i.. Pana Syntetyka, mocniej lub lżej się odzywającego (głównie w postaci regularnych klawiszy). Vedamalady to następna, choć refleksyjna, to jednak mocno psychodeliczna całość – znów na równi z melodią liczy się tutaj samo modulowane brzmieniem poszczególnych instrumentów. Teoretycznie w MV tak było zawsze – w rzeczywistości to na tej płycie wyłapywanie smaczków studyjnych daje najwięcej frajdy. Utwór tytułowy to powrót bardziej podniosłych nastrojów (refren!), dość dziwnie jednak współgrających ze skomplikowaną perkusją i z czysto klawiszowymi przerywnikami. Kończący Zed and Two Naughts jest niepokojący, ale i bardzo rockowo konkretny. Zadziwiająco konwencjonalny w schemacie zwrotka-refren, jednak przełamuje konwencje przez zwariowaną perkusję, bardziej wariackie gitary i kolejne patterny klawiszowe. Choć przebojowo, kończy się zgiełkliwie. Pan Omar i pan Cedric ciągle stoją na straży materiału Mars Volty i to słychać. Spora dawka szaleństwa i skomplikowania nie uleciała i, choć słuchacze muszą się zadowolić bardziej stabilną muzyką, w dodatku bardziej uzależnioną od produkcji niźli dzikiej improwizacji, to jednak o łatwej muzyce nie ma tutaj

Nowości na Progstreaming.com

SPOCK’S BEARD The X Tour Live Panowie ze Spock’s Beard pokazują, że mimo upływu lat oni wciąż grają rewelacyjne koncerty. Fenomenalną formę muzyków odzwierciedla entuzjazm publiczności śpiewającej dobrze wszystkim znane June. Posłuchaj

RPWL Beyond Man And Time

Muzycy RPWL poszli w trochę innym kierunku niż dotychczas. Długie i złożone kompozycje tworzą bardzo przemyślany muzyczny pasaż, w którym prym wiedzie wyjątkowy nastrój i melancholia. Na uwagę zasługują partie gitarowe Kalle Walnera, który powala na kolana w utworze The Fisherman. Według mnie jest to najbardziej udana płyta niemieckiego zespołu. Gorąco polecam! Posłuchaj

THE ADDICTION DREAM

Essence

Na debiutanckiej płycie grupy The Addiction

Dream Zespół jest niesamowicie zgrany, brzmią naprawdę świetnie. Na pierwszy plan wysuwają się niesamowite partie wokalne oraz piękne harmonie. Ich debiut rzeczywiście – uzależnia. Bardzo ciekawa płyta – mocno polecam. Posłuchaj

71


kwiecień/czerwiec mowy. Wymaga co najmniej kilku odsłuchań, by dotrzeć do istoty rzeczy. A istotą dzisiejszego Mars Volta jest melodia i pełnoprawna, stabilna kompozycja. Pan Syntetyk (to alter ego Omara!) dołożył też syntezatory – mniej lub bardziej szlachetnie brzmiące. O dziwo, świetnie pasujące. Możliwe, że wokół nich będzie się obracać przyszła twórczość zespołu. Miłośnicy gitar powinni czekać na powrót At the Drive In. Fani bezwstydnie eklektycznych materiałów niech zostaną przy Mars Volta. Wydaje się to niewiarygodne, ale ta fabryka szaleństwa nagrała jeden z lepszych albumów! Trudno to opisać, gdy wszystko skrzy się barwami o zmiennym odcieniu i natężeniu – lepiej posmakować osobiście.   8/10 Michał Haase

Meshuggah Koloss Kolos znów objawia swój majestat – tym razem po dłuższej przerwie. Czy nadal ma w sobie dość potęgi, by z tą samą siłą miażdżyć, tłamsić i obracać w proch wszelkie wątpliwości? Gdy kolosa imię to Meshuggah, wątpliwości nie powinno być żadnych. A jednak wciąż są obawy, czy formuła ultratechnicznego metalu, gdzie rytm i riff właściwie są wszystkim, może jeszcze zdać egzamin ten kolejny raz. Cóż, najwyraźniej coś, co zagrane jest dobrze, zawsze będzie dobre, tym bardziej, że o diabelski szczegół tutaj chodzi. Każda płyta Meshuggah ma swój specyficzny posmak, który ciężko wychwycić ot tak, w biegu. To ucho musi być już trochę wyrobione i gotowe wychwytywać

72

smaczki z brzmieniowej, bardzo nisko strojonej masy. Choć niby ciągle długowłosi Szwedzi grają to samo, to jednak po kolejnych przesłuchaniach zawsze wyłaniają się kolejne elementy puzzli. Na Koloss trochę zmian jest słyszalnych, choć – jak zwykle – nie od razu. Na niemalże tytułowym utworze otwierającym jest po prostu konkret. Charakterystyczny, skandujący growl Jensa Kidmana wchodzi już w 3. sekundzie. I już do końca utworu jest to dobrze znana, pocięta, dość arytmiczna, skomplikowana miazga, z nieco bardziej walcowatym brzmieniem w drugiej połowie. The Demons Name is Surveillance przynosi już nieco zmian. Przede wszystkim zaskakująco prosto (równomierne blasty) jadąca perkusja, delikatne wycieczki w wyższe rejestry melodyczne i całkiem psychodeliczna (nawet jak na standardy zespołu) solówka Fredrika. Do Not Look Down to już trochę inna para kaloszy – pojawia się wyraźny groove, utwór płynie do przodu i mimo zabawy rytmiką całość nabiera pewnego rodzaju przystępności. W środku pojawia się zaskakująco luźna solówka o niemalże hard-rockowym feelingu z podciąganiem strun na czele (oczywiście gdyby hard rock przepuścić przez psychodeliczny młyn) – w końcowych nutach całość nabiera także bardziej patetycznego kolorytu. Epickość to zresztą kluczowy składnik Kolossa. Nie ma tu tyle powtarzalności i transu co na Catch 33, nie jest to też tak ciężki album jak ObZen, co, oczywiście, nie znaczy, że świeżutcy fani metalu będa mieli tu łatwo – Szwedzi ciągle nie schodzą poniżej pewnej, dość wysokiej, dawki ekstremy. Behind the Sun atakuje potężną mocą, która z raczej wolnym tempem perkusji (nie licząc połamanych blastów) buduje niemal doom-metalowy majestat. The Hurt That Finds You First przynosi gwałtowne, wręcz punkowe przyspieszenie (oczywiście nie ma tutaj mowy o uproszczeniach metrum), ale od drugiej połowy stawia

na klimat – wpierw poprzez znane fanom „rozciągliwe”, ambientonalne tła gitar, które frapująco dopełniają cięte riffowanie, później zwalnia zupełnie i już w pełnoprawny sposób tworzy schizoidalny klimat. Jest to jeden z tych momentów, gdzie wkracza więcej spokoju, choć nie są to wyprawy w tak eksperymentalny minimalizm, jak to było w Catch 33. W każdym utworze gra praktycznie cały skład, Fredrik T. nie dostał więc żadnego momentu do swoich solo eksperymentów. Z dobrym skutkiem dla stabilności albumu. Marrow to techniczne wymiatane bez nadmiernego kluczenia w miejscu, przynosi także kolejną wykręconą, anty-melodyjną solówkę, która zadowoli fanów oryginalnego shreddingu. W podobnej tonacji jest Swarm, który przy okazji radosnego riffowania dodaje też sporo transu. Hipnotyzują także Break Those Bones Whose Sinews Gave It Motion i Demiurge, które swoją powoli kroczącą masą naprawdę miażdżą wszystkich maluczkich i ich świeżo kupione gitary. Przy całym tym ciężarze album posiada sporą dawkę melodyjnych partii i rytmicznego flowu – być może mistrzowie świadomi licznych epigonów jednak zerknęli w stronę zdolnych uczniów – prawdopodobnie na Francuzów z Gojiry, którzy chyba najbliżej są szansy odniesienia dużego sukcesu w  nieco oklepanym już poletku „djent/death/prog”(jak zwał, tak zwał). No właśnie, czy będąc twórcą pewnego nurtu, Meshuggah musi jeszcze coś kombinować i odkrywać na nowo? Okazuje się, że to robi. Kończący płytę The Last Vigil to chyba najspokojniejsza dawka muzyki, jaka przyszła spod tego szyldu. Meshuggah już delikatnie flirtował z elektronicznymi smaczkami, ale nigdy tak dosadnie nie zbliżył się do ambientowej przestrzeni – tutaj tworzonej przez modulowane partie gitar, muśnięcia talerzy i dopełniający, niski bas. Wszystko to zatopione w pogłosach, daje

autor: Michał Haase

ukojenie, budując piękny finał (co ciekawe, podobny zabieg wykorzystali na ostatniej płycie nasi rodacy z Decapitated) tego metalowego monumentu. Czyli kolos, choć wciąż miażdży i wzbudza trwogę, to jednocześnie z szacunkiem podchodzi do słuchacza. Po cichu chciałbym, żeby jednak ta bestia bardziej zdecydowanie pokazała nowe pazurki – może jeszcze bardziej elektroniczne, mocniej rozszarpujące konwencję, wbijające się gdzieś poza metal, tak jak to zaczęli robić niektórzy młodsi konkurenci. Antyfani argumentują, że Meshuggah od dekady gra ciągle ten sam utwór, w tej samej tonacji i z tym samym, niskim strojeniem gitar – jeno modyfikuje rytm i tempo. To bardzo ogólnikowe podejście do sprawy, ale jednak sporo w tym prawdy. Fani oczywiście będą zadowoleni – to mocny, wgniatający w ziemię materiał, z licznymi odstępstwami od normy. Sam jednak, stojąc gdzieś na neutralnym polu, trzeźwo czekam na więcej odważnych nowości.   7/10 Michał Haase

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec

It Bites Map Of The Past A może coś prostszego? Why not? Zatrważająca ilość epickich dzieł o wartości „niezaprzeczalnie ponadczasowej” atakuje nas co roku bez wytchnienia – daje to do zrozumienia, jak duża baza dźwiękowych wieszczów o nieskończonym ego, chce pozostawić swoje – wszakże jedynie słuszne i wierne prawdziwym umysłowym uniesieniom – ślady w naszym corocznym spektrum doznań i wręcz nakreślic naszymi dłońmi złote głoski w rankingach „najlepszych i najdonośniejszych”. I jakże tu nie pokłonić sie pokornie przed majestatem nieomylnych odnowicieli kultury muzycznej? Cóż my, malutcy ignoranci o stępionym ostrzu pióra, możemy wskórać naprzeciw wieczności Dzieł Istotnych? Gdzież my zdolni chocby do najlżejszej krytyki? Nie przystoi! Na szczęście w wolnych krajach mozna robic sobie przerwę. Nie każdy, na szczęście, stara się otwierać nowe drzwi doznań. Wystarczy, że robi swoje i to dobrze. Na przykład It Bites. Zespół niegłupi, ale i nie zhańbiony nadętym artyzmem. Jak w latach 80-tych, tak i teraz (wrócili po długiej przerwie z niezłym albumem Tall Ships z 2008 roku), głównym fundamentem ich brzmienia są dobre melodie. Popowe niemalże, ale jednak aranżacyjnie z progresywnym ogonem. Dla tych, co lubią porównania – doszukałbym sie tu wczesnego Spock’s Beard, Jadis i np. Mr. Mister. Choć zespół brytyjski, to jednak czuć tu amerykańską szkołę chwytliwości – zespół gra solidnie, z wyczuciem kompozycji, stabilnie i całkiem przebojowo. Nie ma też mowy o większych niespodziankach.

biuletyn podProgowy

Osobiście chętniej bym zobaczył kontynuację świetnego projektu Kino, gdzie poziom przebojowości i luzu przy jednoczesnym dużym nagromadzeniu aranżacyjnych smaków byl zatrważająco wysoki. Chyba żaden z neo-pierogów nie zblizył sie ostatnio do ich poziomu i trochę żal, że projekt został odłożony na półkę. Ostatecznie jednak i tu i tam pieczę kompozytorską dzierżyli wokalista i gitarzysta Joni „Arena” Mitchel oraz klawiszowiec John Beck (w It Bites od początku), więc teoretycznie można spodziewać się tego samego, prawda? Niestety, podobnie jak na poprzednim albumie, na Map of the Past nie ma tej iskry. Co nie znaczy, że jest źle. Ten album jest nieco poważniejszy od poprzedników. It Bites bierze się za bary z tematami trochę cięższego kalibru. Jest to rozliczenie z pewnymi rozdziałami historii Anglii, a punktem wyjścia jest... fotografia żołnierza z I wojny światowej, która zdobi okładkę. Album zdobią sample przemówień, strojenia radia z audycjami wojennymi – ogólny klimat retro spowity wyraźną nutką refleksji nad dawną, choć żywą historią. Własnie takim nastrojowym zamyśleniem album otwiera Man In The Photograph – klimat spodobałby się Rogerowi Watersowi. Wallflower to mocne przyspieszenie – z syntetycznych smyczków wyłania się konkretna sekcja i mocniejsze gitary. Mitchel śpiewa swoim typowym, nisko ułożonym, melodycznym wokalem, a refren to eleganckie, harmoniczne górki i motyw, który wpada w ucho. Utwór ma wyciszenia i gwałtowniejsze sekcje, gdzie tempo przyspiesza, a klawisze radośnie wyciskają solówki. It Bites pełna gębą. Efektownych melodii jest tu więcej – choćby w  nieco słodszych, ale przyjemnych Map of the Past i Clocks. Ten drugi, niestety, jest nieco przesłodzony, ale z drugiej strony, mozna dosłuchać się ciekawych zabiegów melodycznych, jakby z  okolic The Beatles. Flag to szybsze tempa, nieco zabawy rytmem i efektowne solo gitarowe w drugiej połowie. Przyjemnie i do przodu. Podobnie jest w Cartoon

Graveyard, gdze dochodzi nieco retro-brzmiących klawiszy. The Big Machine trochę się kojarzy z Kino – nieco bardziej patetyczny refren z efektownym zwolnieniem, bardzo udane, rozbudowane partie gitarowo-klawiszowe, gdzie tez więcej do powiedzenia ma sekcja rytmiczna. Podniosła rzecz, ale bez zbyt rozbudowanego zadęcia. Fani progresywnych brzmień będą zadowoleni, o ile nie szukają tylko 20-minutowych suit – It Bites nigdy w nich nie gustował i tutaj jest podobnie (utwory nie przekraczają 7 minut). Meadow And The Stream to podobna waga, a nawet jeszcze lepiej. Jest tu miejsce na wyciszenie z przytłumionym wokalem i  akompaniamentam pianina, są ożywienia melodyczne w stylu starego Yesa/Genesis. Niektóre partie jako żywo przypominają Tony’ego Banksa. Refren jest efektowny, uderza z pewną siłą, trochę w duchu podniosłych rzeczy Flower Kings – towarzyszy mu typowo progresywna, solująca partia klawiszy, prawie jak spod palców Cliva Nolana. Utwór poprzez powrót delikatnego pianina dość płynnie przechodzi w The last Escape. Kawałek to balladowy, ale o zdecydowanie bardziej szlachetnym odcieniu (tym razem uniknięto nadmiernego lukru) – Mitchel śpiewa w  naprawdę natchniony sposób (Neal Morse? To pan?), a jego gitara dopiero w drugiej połowie nabiera większej mocy. Fani rozpoznają tu echa Spock’s Beard ze starych dobrych czasów i nieco bardziej popowego Genesis. Exit Song to – jak nazwa wskazujejeno delikatny, akustyczny suplement do końca płyty. Szumy radiowe jak zaczynały, tak kończą. Nie ma co ukrywać – wszyscy lubimy być łechtani dziełami wielkimi, które są wyzwaniem dla naszej wrażliwości i percepcji słuchowej... ale czy ciągle? Śmiem twierdzić, że dobry, szlachetny pop to trudniejsze wyzwanie, niźli luźny, 30-minutowy, suitowy esej. It Bites mają rekę do melodii i dobrze czują się w zwartych kompozycjach, gdzie jednak ciągle jest miejsce dla progresywnej zabawy. Znowu przynieśli co najmniej kilka solidnych utworów, które fani

zespołu powinni przyjąc w swoich progach jak swoje. Znów też zabrakło niespodzianek czy elementu wybijającego się, ale chyba nie o to tutaj chodzi. So.. why not?   7/10 Michał Haase

Nowości na Progstreaming.com

FLYING COLORS

Flying Colors

W skład zespołu wchodzą Mike Portnoy, Steve Morse, Dave LaRue, Casey McPherson oraz Neal Morse. Wydawałoby się, że powstanie z tego progmetalowa bomba. Pomimo spotkania się wielkich indywidualności powstał materiał bardzo spójny i przyjemny. Debiutancki album zatytułowany Flying Colors jest utrzymany w klimacie melodyjnego art. rocka . Pozycja obowiązkowa! Posłuchaj

BEYOND THE BRIDGE

The Old Man And The Spirit

Płytę polecam dla ludzi lubiących styl Ayreona oraz projektów, za które jest odpowiedziany. Niemcy z Beyond the Bridge tworzą bardzo rozpiętą stylistycznie muzykę, zawierającą całą gamę brzmień: World of Wonders pachnie soulem, zaś Doorway to Salvation rozkręca się nawet do thrashowych elementów. Fani Stream of Passion i Jorna Lande powinni być zadowolony. Posłuchaj

73


kwiecień/czerwiec

Paul Nelson Look

Jeszcze kilka dni temu nie miałem pojęcia że ktoś taki jak Paul Nelson istnieje. To znaczy imię i nazwisko jest na tyle pospolite, że na świecie jest pewnie kilkuset Paulów Nelsonów. Ale ten jeden konkretny o którego mi chodzi to bardzo kompetentny gitarzysta, pełniący role drugiego wioślarza w zespole Johnny’ego Wintera. Potem zerknąłem na jego stronę w sieci i okazało się, że Nelson jako sideman zjawiał się tu i ówdzie w bardzo różnych projektach: bluesowych, folkowych, popowych etc., głównie na amerykańskiej ziemi, a nawet, o zgrozo, zahaczył o powermetalowe Liege Lord. Jest też od lat nadwornym producentem nagrań (tak studyjnych, jak i oficjalnych bootlegów) maestro Wintera – wszystko jak widać zostaje w rodzinie. Krótko mówiąc: kompetentny człowiek drugiego planu. Tacy ludzie mają jedną wspólną cechę – żeby być zawodowym muzykiem sesyjThick As A Brick w Berlinie – Ian Anderson (Jethro Tull), Tempodrom, 20.05.2012 Gdyby jeszcze kilka lat temu ktoś powiedział mi, że Ian Anderson, lider brytyjskiej grupy Jethro Tull, kiedykolwiek ponownie zaprezentuje na żywo słynną suitę Thick As A Brick w całości, od razu puknąłbym się w czoło. Dotychczas ta 44-minutowa kompozycja była wykonywana jedynie w trakcie oryginalnej trasy TAAB w latach 1972-73. Czujni kolekcjonerzy bootlegów Jethro Tull z tamtego okresu wiedzą, że nawet i wtedy zespół Andersona de facto pomijał kilka fragmentów longplaya. Przez następne 40 lat zarówno podczas występów Tull, jak i Iana Andersona solo, regularnie pojawiały się skrócone wersje TAAB. Żadna nie trwała dłużej niż 15 minut. W tym roku przypada 40. rocznica wydania wspominanego albumu. Flecista postanowił to uczcić wydaniem sequela, Thick As A Brick 2 (TAAB2), oraz monstrualną 18-miesięczną trasą w trakcie której, na większości koncertów, wykonuje kompletny materiał z obu Cegieł. Polska publiczność będzie miała okazję to zobaczyć i usłyszeć osobiście w zabrzańskim Domu Muzyki i Tańca, już 24 sierpnia. Ciekawe, czy będzie aż tak porywająco jak w berlińskim Tempodromie? Około trzytysięczna publiczność miała okazję obejrzeć niecodzienny spektakl. Tak, właśnie spektakl. Zespół Iana, w osobie niemieckiego gitarzysty Floriana Opahle, basisty

74

nym naprawdę musisz umieć grać, żadnej taryfy ulgowej. Dlatego słuchanie ich solowych dokonań to częstokroć większa frajda niż kolejne płyty Wielkich Nazwisk, na których płytach występują. Look to pierwsza próba indywidualnego wyżycia się Nelsona. Krótka ta płytka. EPka w sumie. Pięć kawałków, dwadzieścia dwie minuty. Tu w zasadzie kończy się lista moich zastrzeżeń. Choć zawodowo związany głównie ze sceną bluesową, na swoim debiucie Nelson postawił na brzmienia nieco nowocześniejsze. Nie, żeby zaczął uprawiać jakieś laptopowe dziwactwa w stylu Fennesza. Ot, jazz rock – klarowny, komunikatywny, wbrew tytułowi jednego z utworów niespecjalnie Complicated. Za to zagrany z wyczuciem konwencji i bez przesadnego gitarowego onanizmu. Nawet, gdy w kawałku, nomen omen, Full Blast idzie na całość i gdzieś tam przebija się w tle powermetalowa przeszłość muzyka, jego popisy nie kłócą się z kompozycją, a tylko ją sensownie uzupełniają (czy dodałem, że Nelson sprawdził się też na polu kompozytorskim?). Znajdzie się miejsce i na

granie bardziej nastrojowe, jak w Rocking Chair, najbardziej bluesowym tu utworze i na szczyptę funku w Diagonal Blue. Nie spodziewajcie się aranżacyjnych ekstrawagancji – rządzi rzecz jasna gitara, całość podbarwiają klawisze, sekcja rytmiczna nie sili się na przesadne łamańce wychodząc ze słusznego skądinąd założenia, że nie ona ten albumik firmuje swoimi nazwiskami. Tak sobie myślę, że Nelsonowi mógłby przybić piątkę choćby nasz gitarowy, as Marek Raduli. Pochwalić należy selektywne, ale też ciepłe brzmienie – oczywiście Paul wyprodukował całość sam. EPkę Nelsona kupiłem przy okazji koncertu jego pryncypała. Nie wiem, jak z dystrybucją, ale w dobie Internetu nawet sprowadzenie jej ze Stanów nie powinno być większym problemem, no i zawsze jest jeszcze Itunes. Naprawdę, warto ją poznać. Mam nadzieję, że jest punktem wyjściowym do dalszej solowej kariery Paula – po takim aperitifie mam ochotę na bardziej sycącego longplaya, że już nie wspomnę o trasie z własnym repertuarem (oczywiście z uwzględnieniem Polski w grafiku). Paweł Tryba

Davida Goodiera, pianisty/akordeonisty Johna O’Hary’ego i perkusisty Scotta Hammonda, został wzbogacony o dodatkowego wokalistę a także aktora i mima, Ryana O’Donnella. To w dużej mierze dzięki niemu, jego szaleństwom, przebierankom i maniakalnej gestykulacji, koncert zyskał wyraźnie teatralny wymiar. Nad sceną wyświetlane były projekcje wideo, dobrze pasujące do aktualnie wykonywanej muzyki. Mogę tylko krótko wspomnieć, że TAAB przerwane zostało rozmową telefoniczną z Anną Phoebe (później „połączyła się” za pośrednictwem Skype’a i zaczęła grać na skrzypcach), potem mogliśmy „zobaczyć” m.in. badanie prostaty. Gagów i żartów było więcej, już sam początek przedstawienia miał taki charakter, jednak nie chcę tego wszystkiego dokładnie opisywać, by nie psuć wrażeń tym, którzy wybierają się na sierpniowy koncert w Zabrzu. Jakość dźwięku była bardzo dobra, ale samo nagłośnienie zbyt ciche. Nie tylko to przeszkadzało mi w odbiorze występu. Byłem zmęczony po całonocnej 10-godzinnej podróży autokarem. Poza tym niepotrzebnie katowałem bootlegi i YouTuby z tej trasy. Wiedziałem czego dokładnie się spodziewać. Pomniejszyło to pozytywne doznania. Ach, ta moja iście dziecięca niecierpliwość... Thick As A Brick rzeczywiście został zagrany w całości, bardzo wiernie w stosunku do oryginału. Brzmienie klawiszy, gitar i fletu, wsparte solidną sekcją rytmiczną,

było niemal takie jak na płycie z 1972 roku. Wyjątkiem był znacznie słabszy wokal Andersona i dodatkowy głos Ryana O’Donnella. Śpiewali na zmianę. Niesamowite, że zespół był w stanie nauczyć się tak dużej porcji zakręconej progresywnej muzyki. Obyło się bez błędów (no, może pomijając kilka delikatnych fałszy na flecie), czy pomyłek w śpiewanych tekstach. W drugiej połowie koncertu, po około 20-minutowej przerwie, usłyszeliśmy wydaną niedawno Thick As A Brick 2 w całości. Nowy album Iana Andersona/Jethro Tull na żywo zyskał dodatkową energię i żywiołowość. Na początku jednego z moich jego ulubionych fragmentów, Kismet In Suburbia, Ian miał wyraźny problem z zagraniem kilku riffów na gitarze akustycznej. Młody Florian Opahle wykazał się niezłym refleksem i w ostatniej chwili zagrał te partie na swoim elektrycznym Gibsonie Les Paul. Ceglana formuła koncertu spowodowała brak bisów (mimo, że publiczność bardzo się ich domagała). Obyło się bez Aqualung i Locomotive Breath. I dobrze, bo wykonanie tych evergreenów, byłoby „od czapy”... Popsułoby Ceglany efekt. Ogólnie forma zespołu była bardzo dobra, wszystko podane w wyśmienitej i przezabawnej formie. Każdy fan Iana/Tull powinien to zobaczyć na własne oczy i usłyszeć na własne uszy. Więcej takich okazji może już nie być. Do zobaczenia latem w Zabrzu. Łukasz Wąś, Warszawa

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec

Recenzje

Książki i filmy

DVD

Led Zeppelin Led Zeppelin DVD, 2003

Led Zeppelin to jeden z najlepszych zespołów grających ciężkiego rocka. W czasie pierwszych lat kariery w studiu był niemal doskonały, natomiast koncerty niewiele ustępowały nagraniom znanym płyt. Choć od wydania na DVD zestawu materiałów z koncertów Led Zeppelin minęło już prawie dziesięć lat, to jednak warto przypomnieć to wydawnictwo, gdyż nadal jest ono jednym z najlepszych dokumentów prawdziwej, żywiołowej i nieposkromionej sceny rockowej lat siedemdziesiątych. Pierwszą płytę rozpoczyna materiał po-

biuletyn podProgowy

chodzący z jednego z najlepszych lat w karierze zespołu, nagrany w Royal Albert Hall w roku 1970. Koncert trwa ponad półtorej godziny, a utwory znacznie przekraczają objętość oryginalnych wersji. Z tego nagrania w pamięć zapada szczególnie How Many More Times, z doskonałymi partiami gitary Page’a – jednymi z najlepszych, jakie udało mu się nagrać. Majestatyczny Whole Lotta Love jak zawsze przyciąga dynamiką, jednak wypada słabiej niż na oryginalnym albumie. Koncert zamyka natomiast ciekawa wersja Bring It On Home. Bardzo fajne są też momenty pokazujące reakcje publiczności, które jeszcze lepiej pozwalają wczuć się w atmosferę tego występu.

Bardzo dobry jest też trzydziestominutowy, czarno-biały materiał nagrany dla duńskiego radia w roku 1969. Można powiedzieć, że dzięki niemu możemy obserwować tworzenie się legendy Led Zeppelin u samych źródeł. Choć wykonania są tu bardzo bliskie oryginałom, to jednak jakość nagrań jest bardzo dobra i można tu odnaleźć naprawdę interesujące smaczki. Zachwyca choćby urokliwa wersja Babe I’m Gonna Leave You. Na występ ten warto też spojrzeć od strony kreacji scenicznej Planta, który nie był tu jeszcze szalonym bogiem rocka, przeginającym się przed rozszalałą publicznością. Kolejnym ciekawym dodatkiem jest również pochodzące z roku 1969 wykonanie utworu Dazed And Confused – tym razem nagrane już w ko-

Urzekający jest też koncert nagrany w Earls Court w roku 1975: w dużej mierze akustyczny, delikatny, wspaniały... 75


kwiecień/czerwiec lorze i z bardzo różnych ujęć. Może to być dla niektórych osób zaskakujące, ale dużo większą przyjemność sprawia mi słuchanie znajdujących się na tej płycie dodatków niż koncertu głównego. Najwspanialszą energię i prawdziwą koncertową atmosferę przynosi jednak drugi dysk. Na dobry początek dostajemy dynamiczne, pełne gitarowych popisów wykonanie Immigrant Song z roku 1972. Na pierwsze miejsce wysuwa się jednak krótki (składający się z 4 utworów) zestaw z Madison Square Garden z roku 1973. Przygniatający swoją ciężkością riff z Black Dog jest chyba jeszcze bardziej drapieżny niż w oryginale. Światła i sposób zmontowania ujęć sprawia, że często zapominamy o tym, że koncert ten nagrano prawie 40 lat temu. Oglądając ten materiał, zdałem sobie sprawę, że właśnie taki koncert Led Zeppelin chciałbym zobaczyć. Solo na gitarze, rozpoczynające Since I’ve Been Loving You, jest po prostu obłędne i jeśli ktokolwiek miał wątpliwości co do tego, jak wspaniałym gitarzystą był Jimmy Page, to wersja ta powinna go ostatecznie przekonać. Urzekający jest też koncert nagrany w Earls Court w roku 1975: w dużej mierze

KSIĄŻKA

Kiedy Giganci chodzili po Ziemi Mick Wall

Kagra, 2012, 427pp.

Wiosną tego roku wydawnictwo Kagra wznowiło biografię zespołu Led Zeppelin, zatytułowaną Kiedy Giganci Chodzili Po Ziemi. W oryginale książka ta została wydana w roku 2008, a już rok później nakładem Kagry ukazało się pierwsze polskie wydanie. Autorem jest Mick Wall, były redaktor magazynu muzycznego Classic Rock oraz współpracownik kilku innych brytyjskich pism o muzyce rockowej. Warto podkreślić, że jest to pełna historia zespołu, sięgająca aż do koncertu w O2 Arena w Londynie z grudnia roku 2007. Autor przeprowadził liczne wywiady z członkami zespołu oraz wieloma osobami z ich otoczenia. Jak sam twierdzi, nie jest to grzeczna biografia. Trudno się jednak z nim nie zgodzić. Opisana jest w niej ze wszystkimi szczegółami zarówno droga zespołu na szczyt, jak i stopniowy upadek Gigantów, spowodowany przytłaczającym sukcesem. Zaletą książki jest jej drobiazgowość w opisie faktów z historii tej wspaniałej grupy. Ciekawy jest też zabieg

76

akustyczny, delikatny, wspaniały. Można tu zobaczyć i usłyszeć zupełnie inne oblicze Led Zeppelin – nie zespołu hardrockowego, ale w zasadzie folkowego. Oblicze, które było jedynie sygnalizowane na płytach studyjnych. Ten fragment zamyka urokliwe wykonanie Stairway To Heaven (i pomyśleć, że Robert Plant odmawiał potem śpiewania tego utworu). Ostatni koncert pochodzi z końcowego okresu działalności grupy, a więc z niesławnego festiwalu w Knebworth. Uroczy jest wstęp, pokazujący przybyłą na festiwal publiczność. Przypomina ono nieco filmy nakręcone w Woodstock. Koncert w Knebworth to nadal kawał niezłego grania, ale już nie tak dobry, jak pozostałe wykonania z tego zestawu. Na uwagę zasługuje Achilles Last Stand, gdzie gra Page’a nadal imponuje. W czasie wykonania Kashmir nadal widać też radość gry znaną z wcześniejszych występów. Była szansa, że koncerty w Knebworth uchronią Zeppelina od upadku, co widać w energii, jaka jeszcze tworzyła się między muzykami. Jednak już wkrótce

śmierć Johna Bonhama ostatecznie przypieczętowała los zespołu. Również na drugiej płycie znajdziemy kilka interesujących dodatków. Gratką dla fanów są wywiady, rozmowy i krótka konferencja prasowa z roku 1970 z udziałem Page’a i Planta, a także dwa promocyjne filmiki do Over The Hills And Far Away oraz Travelling Riverside Blues. Chyba najważniejsze w tym wydawnictwie jest jednak to, że pokazuje Led Zeppelin z wielu różnych stron i w różnych okresach funkcjonowania. Oglądamy zespół w wersji młodzieńczej (Danmarks Radio), jamującej (Royal Albert Hall), perfekcyjnej (Madison Square Garden), akustyczno-refleksyjnej (Earls Court) i w końcu schyłkowej (Knebworth). Jeśli jeszcze nie macie tego DVD na swojej półce, to czym prędzej udajcie się do najbliższego sklepu muzycznego. Jest to pozycja obowiązkowa nie tylko dla zagorzałych fanów Led Zeppelin, ale także dla wszystkich miłośników starego, ciężkiego grania.9/10 Krzysztof Pabis

autora, który co pewien czas wplata w tekst zasadniczy fragmenty pisane jakby z punktu widzenia członków zespołu (a także Petera Granta i Richarda Cole’a). Mamy więc wrażenie, jakby sami muzycy wspominali czasy, gdy rozpoczynała się ich kariera oraz okres, gdy zaczęli odnosić sukcesy z Led Zeppelin. Książka jest niezwykle wciągająca a momentami czyta się ją niemal niczym powieść sensacyjną. Taki charakter ma między innymi opowieść o  wypadku samochodowym Planta i jego rodziny na greckiej wyspie Rodos. Autor wgryza się też dokładnie w charakter zainteresowań Page’a okultyzmem, a także prezentuje nam sylwetkę mrocznej, ale ważnej dla gitarzysty Led Zeppelin postaci Aleistera Crowleya. W książce liczne są też opisy zabaw i ekscesów, jakie były udziałem muzyków Led Zeppelin w czasie długich tras koncertowych. Czytelnicy dowiedzą się, na czym polegał „numer z rekinem” (choć to historia dla osób o mocnych nerwach), a także dlaczego John Bonham ze wszech miar zasłużył sobie na miano Bestii. Zabawny jest też opis spotkania Zeppelinów z samym Elvisem Presleyem.

Uśmiech wywołuje też opowieść z samego początku formowania się Led Zeppelin, kiedy Bonham wymógł na Grancie, aby ten płacił mu nieco więcej, w zamian za co perkusista miał prowadzić samochód zespołu. W historii tej nie byłoby może nic niezwykłego gdyby nie to, że Bonham nie miał prawa jazdy. W książce nie brakuje podobnych opowieści, co sprawia, że jest to szczególnie barwna lektura, która sprawia, że czytelnik nie nudzi się nawet przez chwilę. Interesujące jest też dokładne opisanie historii powstawania wszystkich płyt i utworów zespołu, w tym także wszelkie szczegóły zapożyczeń czy wręcz plagiatów, jakie były udziałem Page’a i pozostałych członków grupy. Na koniec warto też powiedzieć kilka słów o technicznej stronie wydawnictwa. Książka wydana jest w ładnej, sztywne oprawie i na dobrym papierze. Miłym dodatkiem do niej są też kolorowe wkładki, przygotowane na papierze kredowym a prezentujące około 20 fotografii z różnych okresów istnienia zespołu. Niestety, w książce można znaleźć drobne wpadki związane z tłumaczeniem. Nie wpływają one jednak na odbiór tej pozycji. Warto wspomnieć

Biografia ta jest doskonałym uzupełnieniem ciekawej, bogatej i wspaniałej dyskografii Led Zeppelin biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec tylko o jednej z nich, która zmienia sens i znaczenie użytych określeń, a więc fragment, gdzie określenie Page’a CIA (Celtic, Indian, Arabic influences) przetłumaczono jako: celtyckie, indiańskie i azjatyckie (przy czym ostatni człon mógł być też wpadką samego autora w oryginalnym tekście, choć trudno sobie wyobrazić pomylenie słowa azjatycki i arabski). Natomiast sam Page z pewnością zdziwiłby się

KSIĄŻKA

Gabriel – Świat Sekretny, Świat Realny Maurycy Nowakowski GAD, 2011, 265pp.

Wydana niedawno przez wydawnictwo GAD biografia Petera Gabriela to ciekawa pozycja, którą warto polecić osobom, chcącym dowiedzieć się czegoś więcej o tym muzyku. Wydaje się, że nie będą oni rozczarowani. Z drugiej strony ta stosunkowo niewielka (265 stron wraz z katalogiem płyt) biografia pozostawia lekki niedosyt. Dlatego mogą znaleźć się i tacy czytelnicy, którzy po jej przeczytaniu będą mówili: „Chcę więcej!” Gdy porównamy tę książkę chociażby do wydanych niedawno biografii Johna Lennona czy Led Zeppelin, to musimy ocenić ją nieco niżej. Wynika to z tego, że autorzy tych pozycji mieli dużo lepszy dostęp do bardzo różnorodnych źródeł, w tym także niemal nieograniczonych kontaktów z muzykami i osobami z ich otoczenia. Należy jednak podkreślić także, że pasja autora pomogła mu do pewnego stopnia przezwyciężyć te trudności i stworzyć ciekawy obraz życia i twórczości Petera Gabriela. Charakter tej biografii dobrze określa jej tytuł. Autor starał się pokazać Gabriela jako popularnego muzyka, artystę, a jednocześnie zaprezentować jego wewnętrzny świat ze wszystkimi rozterkami i problemami, a więc świat spokojnego, nieco zamkniętego w sobie człowieka, wrażliwego artysty, który stopniowo zaczyna w  sobie odkrywać zarówno możliwości sceniczne,

biuletyn podProgowy

swoimi zainteresowaniami muzyką amerykańskich Indian. Książkę polecam wszystkim miłośnikom Led Zeppelin, a także osobom, dla których świat rockowych szaleństw lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych pozostaje niezmiennie fascynujący. W dodatku, nawet jeśli ktoś ma już na swoje półce wydaną kilka lat temu biografię autorstwa Stephena Davisa, zatytułowaną Młot bogów,

to i tak może, a wręcz powinien dodać do swojej muzycznej biblioteki również tę pozycję. Obie książki ciekawie się bowiem uzupełniają. Warto też wspomnieć, że Mick Wall konsultował się także z autorem Młota bogów. Dla fanów Led Zeppelin jest to lektura obowiązkowa. Kiedy Giganci Chodzili Po Ziemi to jedna z najlepszych rockowych biografii, jakie czytałem. 10/10 Krzysztof Pabis

jak i potencjał związany z tworzeniem muzyki. W książce nie brakuje ciekawych anegdot. Jedną z fajniejszych jest ta opowiadająca o tym, jak producent David Lanois zamknął Gabriela w jednym z pomieszczeń studia, aby ten zaczął pracować nad tekstami do piosenek, a następnie zaczął zabijać drzwi gwoździami. Zainteresować może opowieść o tym, dlaczego Gabriel musiał zejść ze sceny w czasie koncertu, odbywającego się przed występem Franka Zappy. Zaskakująca dla czytelników może też być historia o tym, co powiedział Ahmet Ertegun z Atlantic Records o trzeciej płycie Gabriela (znanej z takich przebojów jak Biko czy Games Without Frontiers), a właściwie o stanie psychiki jej autora. Książkę czyta się bardzo dobrze pomimo kilku drobiazgów. Przypisy są wprawdzie nieliczne, ale wydaje się, że większość z nich spokojnie można byłoby przenieść do właściwego tekstu. Można by też oczekiwać poszerzenia choć trochę części dotyczącej solowej kariery Gabriela. Pierwsze 100 stron przypada na okres współpracy z Genesis, a dalsza część kariery opisana jest na 130 stronach. Choć trzeba przyznać, że przy opisie czasów z Genesis autor skupia się przede wszystkim na roli, jaką odegrał Gabriel w zespole. Z drugiej

strony książka zaczęła dla mnie nabierać tempa i stała się w pełni wciągająca dopiero w jej drugiej części. Jako biolog zwróciłem też uwagę na inny drobiazg. Ciekawa jest opowieść o źródle powstania tekstu utworu The Return Of The Giant Hogweed, który opisuje pojawiającą się w ówczesnych doniesieniach prasowych inwazję rośliny zwanej barszczem Mantegazziego. W książce opisano groteskowość tego tekstu i podkreślono, że jest to „zwykła rodzina z rodziny selerowatych”, tymczasem warto wspomnieć, że tekst Gabriela nie jest bezpodstawny, a roślina ta nie jest wcale taka zwykła. Kontakt z nią może bowiem wywoływać poważne i rozległe oparzenia skóry, zwłaszcza w dni słoneczne, o czym nie zapomniał autor tekstu pisząc „They all need a sun to photosensitize their venom”. Podsumowując mogą powiedzieć, że z  pewnością nie wolno przegapić tej biografii Gabriela i pomimo drobnego niedosytu, o którym wspomniałem wcześniej, należy też pamiętać, że jest to dopiero druga na naszym rynku (po książce Misterny świat Spencera Brighta) pozycja opisująca życie i twórczość tego artysty. Życzę miłego czytania. 7/10 Krzysztof Pabis

Autor starał się pokazać Gabriela jako popularnego muzyka, artystę, a jednocześnie zaprezentować jego wewnętrzny świat ze wszystkimi rozterkami i problemami, a więc świat spokojnego, nieco zamkniętego w sobie człowieka, wrażliwego artysty, który stopniowo zaczyna w sobie odkrywać zarówno możliwości sceniczne, jak i potencjał związany z tworzeniem muzyki.

77


n o n a K 75.


kwiecień/czerwiec

YEZDA URFAUGEE

Boris

Kilkanaście lat temu, tropiąc we Francji moje ukochane starocie płytowe, w rozmowie z bardzo zaangażowanym sprzedawcą (też fanatyk staroci...) padła nazwa amerykańskiej wytwórni Syn-Phonic. Nie znałem. Pokiwał głową ze zrozumieniem i wyjął płytkę grupy Yezda Urfa pod tytułem Boris. Nauczyłem się przy wcześniejszych spotkaniach, że z tym gościem się nie dyskutuje, tylko prosi o jeszcze... Tak też zrobiłem i po chwili pędziłem do hotelu z zestawem 10-ciu płyt z Syn-Phonika. Zacząłem od wspomnianej Yezdy Urfy. Okładka paskudna, ale bardziej interesowała mnie zawartość. Słuchawki na uszy, napój w dłoń i poszło. Początek folkowo progresywny, ale jakiś taki nie do końca przekonujący, niby były dwie fajne solówki klawiszowe, ale rewelacją tego nazwać nie mogłem. A potem przyszła trzecia minuta i mój odtwarzacz oszalał! Ja też... Ależ to fantastyczny kawał muzy! Sięgnąłem po okładkę, jakoś zaczęła mi się bardziej podobać.. Środek piękny, dużo zdjęć. Szukałem składu, znalazłem i znów zaskoczenie – byłem przekonany że śpiewa wokalistka, a to facet! Rick Rodenbaught. Nie uwierzyłbym, gdyby nie zdjęcie. Brad Christoff na perkusji, Phil Kimbrough klawisze, mandolina i flety (przepiękne), Mark Tippins gitary i banjo, oraz Marc Miller – bas. Oryginalna płyta ukazała się w 1975 roku w powalającym nakładzie 300 egzemplarzy! Zbaraniałem. O co tu chodzi?! Jak to możliwe? Taka MUZYKA? Pierwszy utwór to cudowny

biuletyn podProgowy

progres będący połączeniem stylu Yes, Gentle Giant i Genesis. Kapitalne pomieszane rytmy, świetne wstawki akustyczne, dziesiątki doskonałych pomysłów muzycznych zagranych z ogromnym wyczuciem i lekkością. Drugi – to dwuminutowa... miniaturka – bardzo amerykańska czyli... progresywne country. Cudo! Dalej prawie dziewięciominutowy rewelacyjny utwór w stylu pierwszego, tylko dodatkowo cytaty z klasyki. No i flety – poezja. Kolejny utwór – blisko 11 minut. Nagle dociera do mnie, że oni nie grają w stylu Yesów, Gentle Giant i Genesis – oni grają jak Yezda Urfa! To nie byli debiutanci zapatrzeni w swoich mistrzów – to w pełni świadoma swoich możliwości znakomita kapela, która w  sposób absolutnie perfekcyjny grała SWOJĄ doskonałą muzykę. Zrozumiałem dlaczego nasze (europejskie) wielkie progresywne kapele nigdy nie zrobiły tam wielkiej kariery (poza Pink Floyd) – amerykanie mieli swoje grupy grające taką muzę (to dla niektórych będzie herezja) i to na dużo wyższym poziomie. Piąty (niestety ostatni) kawałek jest tego najlepszym dowodem – znów ponad 10 minut fantastycznego progresywnego szaleństwa, orgia fletów, nieprawdopodobnie połamane rytmy, fantastyczne sola klawiszy i arcyciekawa gra gitarzysty. Po ostatnich dźwiękach długo nie mogłem dojść do siebie.. Jak to jest możliwe że nikt tego nie zna? Czemu media o  tym milczą, nawet te które nie boją się ambitniejszej muzyki?! Yezda Urfa nagrała w  1975 roku coś, co jest absolutnym kanonem gatunku, jedną z dziesięciu najlepszych płyt rocka progresywnego w historii muzyki. I jaki diabeł przykrył to ogonem, tak dokładnie, że trzeba dużo wysiłku i samozaparcia żeby w ogóle usłyszeć nazwę tej kapeli? 14 lat później zespół ponownie spróbował swoich sił nagrywając kolejną płytę Secret Babon, utrzymaną w tym samym klimacie, ale końcówka lat osiemdziesiątych

to był zły okres dla takiej muzyki. I jakże miła niespodzianka – w tym roku ukazała się trzecia płyta Yezdy Urfy – live NEARfest 2010, ale jeszcze do niej nie dotarłem. Ileż trzeba mieć w sobie miłości do tych dźwięków żeby wytrzymać 37 lat bez sukcesu...? Płytę Boris polecam wszystkim. Powinna być puszczana w szkołach, muzeach, autobusach, szpitalach, przepisywana przez lekarzy chorym na wszystko i grana w świątyniach. Może wówczas ludzie usłyszeliby różnicę pomiędzy MUZYKĄ i tym, co dziś jest nazywane muzyką... Aleksander Król

IL VOLO

1975, a syntezatorów gitarowych jeszcze nie było! Jak on uzyskał takie brzmienie?! Do tego świetne iberoamerykańskie rytmy, kompletnie inne niż powszechnie stosowane. Sześć utworów, niespełna 31 minut muzyki. To jedna z najbardziej niedocenianych płyt Złotej Ery, o której nie wolno zapomnieć budując domową kolekcję. Polecam amatorom ambitnej formy miksu dobrego proga i fusion, a dla amatorów włoszczyzny – MUS!!! Aleksander Król

HARMONIUM

Si on avait besoin d’une cinquieme saison

Essere O Non Essere?

Rok po doskonałym debiucie, Il Volo, cichaczem, niemal „z zaskoczenia” uraczyło ludzkość drugą płytą. Bez żadnej reklamy, ot, tak po prostu, któregoś dna w sklepach pojawiła się niebieska okładka i mały, biały napis Il Volo... Musiał minąć prawie miesiąc zanim rzesze fanów zorientowały się, że mają drugą płytę w zasięgu ręki. A płyta jest... jeszcze lepsza od debiutu! To już nie są „prawie piosenki”, to kawał wspaniałego proga z elementami fusion. Nigdy nie zrozumiem dlaczego ta grupa przeszła prawie „bez echa”. Ta płyta stawia ich (oczywiście moim, cholernie subiektywnym zdaniem...) w jednym szeregu z PFM, Banco i LeOrme. Mamy tu zdecydowanie mniej wokalu z stosunku do debiutu, za to równie zdecydowanie więcej solówek. Gitara miejscami brzmi jak... Pat Metheny, tyle że był to rok

Rewelacja. Po prostu. Czekałem około dwóch lat na usłyszenie tego albumu od momentu w którym po raz pierwszy przeczytałem o nim na progarchives. Ale czekanie opłacało się i to jak! Trudno mi sklasyfikować tą płytę. Bo to taki kolaż. Dużo tu folku, sporo symfonii i zero rocka. Nie no może przesadzam… Oczywiście sporo daje tu mellotron i od razu rzucają się w uszy porównania do wczesnych King Crimson, Genesis oraz Spring. Gdy słucham tych nagrań czuje się jakbym przebywał w środku baśni. Mnóstwo pięknych i  delikatnych dźwięków, także częste zmiany klimatu. Zresztą nawet okładka jest taka pastelowo-baśniowa. Zajmijmy się na chwile poszczególnymi kompozycjami. Vert rozpoczynają dźwięki fletu. Potem dochodzi gitara, bas, klawisze, wokal i... o kurcze, nie ma perkusji!! Nie będzie jej z resztą w ogóle na tym albumie. I ten zabieg powoduje, że muzyka

79


kwiecień/czerwiec Harmonium posiada bardzo delikatną konstrukcję. Więc już wiemy... akustycznie, bez perkusji i baśniowo. Drugi kawałek jest taki kabaretowy. No i brzmi jakby zespół był faktycznie z Francji a nie z Kanady. W sumie to taki ładny muzyczny żarcik. I w tej układance całkowicie na miejscu. Widocznie zmieniliśmy bajkę. Ale, że to krótka opowiastka więc szybko zmieniamy klimat. Na jesienny, bardziej nostalgiczny. Pierwszy z dwóch długich utworów. Gdy w drugiej minucie klawisze zostają na chwilę same wydaje się jakbyśmy słuchali co najmniej Chopina. Ale już po chwili robi się bardziej „Springowo”. Cały czas jednak mamy do czynienia z bardzo oryginalnym zjawiskiem. I tak się zagłębiamy tą opowieść coraz bardziej i bardziej... póki nas czasami nie wyrwie z niej wokalista:) Ale to też taka jego rola co by nie pozwolić słuchaczowi odpłynąć zbyt daleko:) A, że głos ma ładny i śpiewać potrafi to nie ulega wątpliwości. Jeszcze nam panowie serwują trochę niepokoju w ostatnich 25 sekundach, ale po chwili wybija nas z niego utwór numer 4. Schemat oczywiście dalej ten sam. Tylko teraz jest tak bardziej Gensisowo i folkująco. W Polsce taka muzyka na pewno by nie zdobyła miana progresywnej, podobnie jak Skaldowie i Grechuta. No nic... Ostatni 17 minutowy utwór to majstersztyk. Podsumowanie całej płyty i wszystkich świetnych pomysłów na niej zawartych. Więc tu dźwięków klawiszy i tła niż w poprzednich kompozycjach. Bardzo dużo pięknej muzyki i  świetnych motywów. Tak na zmianę flet-gitara-klawisze-gitara-flet... Można słuchać bez końca. Wokaliście przypada tu tylko drobna rola. Piękne zwieńczenie pięknego albumu. Dla kogoś kto czasami ma dość zgiełku rocka i dla kogoś kto lubi czytać baśnie. Ja się zagłębiam w tą płytę i wszystkim radzę tak samo. Rafał Ziemba

80

CRUCIS

Crucis

Kilkanaście lat temu odkryłem Argentynę jako kraj gdzie tzw. rock symfoniczny (progresywny) istniał już we wczesnych latach siedemdziesiątych. Mało tego że istniał, to jeszcze przeważnie był na poziomie nieco wyższym od europejskiego, co już graniczyło z herezją. Jako że nie cierpię na „zespół nietolerancji językowej”, dialekty argentyńskie są dla mnie co prawda kompletnie niezrozumiałe, ale za to lekko strawne więc tamtejszy rock przyswajam bez problemów. Dlatego też, kiedy kilka lat temu zaprzyjaźniony i oswojony z moimi gustami Szwed, właściciel cudownego sklepiku z antykami (muzycznymi) w Sztokholmie położył przede mną jakieś dwie płyty na ladzie i mruknął, że to chyba najlepsza tego typu grupa z Argentyny – łyknąłem bez przepicia... Nazwa Crucis kompletnie nic mi nie mówiła, ale na usprawiedliwienie miałem to że w Polsce wtedy chyba nikomu nic nie mówiła. I niestety ten stan bardzo niewiele się zmienił. Jesteśmy nacją bardzo hermetyczną, nie dopuszczamy do siebie innych kultur. Widać to nie tylko w muzyce, ale też np w kinie. A szkoda, bo to kontynent gdzie dzieje się naprawdę dużo, a świetnych, progresywnych płyt nagrano tam setki. Po powrocie do hotelu, uzbrojony w szklaneczkę pyszności, odpaliłem disc-man’a żeby posłuchać owych wspaniałości. Początek mną nie rzucił o glebę więc pomyślałem, że Ejnar albo zwariował, albo Argentyna była cienka w te klocki... Ale tak od trzeciej minuty... Już wiedziałem że Ejnar jest

„normalny” a Argentyna wielka. Nieprawdopodobna muza! Coś jakby zmiksować stary dobry Focus z Yesami i doprawić lekko jazz rockiem... 7 utworów, 37 minut muzyki. Wspaniałej, w ogromnej większości instrumentalnej, cudownie rozimprowizowanej, z fantastycznymi solówkami, łamańcami rytmicznymi, bogatej aranżacyjnie i arcyciekawej muzycznie. Wielka, wspaniała i piękna płyta. Wokalu mało, ale jest on naprawdę dobry. Język hiszpański. Ale bez strachu – lekko strawny i fajny, doskonale pasujący do reszty. Polecam wszystkim otwartym na stare odgłosy. Wszyscy pochłaniacze strych dźwięków spod znaku Yes, Focus, Refugee, i miłośnicy starej włoszczyzny typu Banco, Semiramis, LeOrme itp zawyją ze szczęścia... Aleksander Król

OSJAN

Ossian (Księga Deszczu)

„Jam – nie Osjan! W zmyślonej postaci ukryciu Bezpiecznie śpiewam moją ze światem niezgodę! Tarczą złudy obronny – zyskałem swobodę, Której on by zapragnął, gdyby tkwił w tym życiu...”* Czarno-biała fotografia, na niej w dużym zbliżeniu twarze trzech długowłosych i brodatych młodych mężczyzn z przymkniętymi powiekami, jakby pogrążonych we śnie. Na ich szyjach, w ozdobionych haftem rozcięciach luźnych białych koszul, widoczne sznury koralików a nad ich głowami w lewym górnym rogu napis Ossian. W pierwszej połowie lat sie-

demdziesiątych ubiegłego wieku tak wyglądający plakat zapowiadał występy jednego z najbardziej oryginalnych i  ekscytujących polskich zespołów. W roku bieżącym mija czterdzieści lat od jego pierwszego publicznego występu. Oisin (ang. Ossian) to nie tylko wojownik i bard w mitologii celtyckiej, to też postać z  wiersza Bolesława Lesmiana Jam – nie Osjan! Zygmunt Konieczny opatrzył ten tekst muzyką specjalnie dla Ewy Demarczyk, która pieśń tę śpiewała w Piwnicy pod Baranami. W tym samym czasie w tej słynnej piwnicznej izbie występował Marek Grechuta z Anawa. Wśród jej członków byli JaceK Ostaszewski i Marek Jackowski i tam najprawdopodobniej usłyszeli imię Osjan po raz pierwszy. Angielska wersja tego imienia (Ossian) posłużyła im za nazwę dla zespołu, który założyli wiosną 1971 roku po rozstaniu się z Anawa. Ossian nie miał w zwyczaju chodzić po cudzych śladach i nie poruszał się po szlakach wytyczonych przez innych. Sam je przecierał i kiedy okazało się, że w Szkocji od 1976 roku działa zespół o tej samej nazwie, porzucił ją i od 1982 używa jej spolszczonej formy Osjan. Nie chciał być kojarzony z nikim i niczym. Muzycy nie zabiegali o popularność i unikali medialnego szumu. Występowali wszędzie tam, gdzie ich zapraszano. Były to małe sale, pałace, kościoły, więzienia, plaże i kluby studenckie. Od czasu do czasu ich muzyki można było posłuchać w radiowej Trójce. Próbki brzmienia Ossian można posłuchać już na płycie Korowód ( 1971 ) Marka Grechuty i Anawy. W środkowej części utworu tytułowego słychać folkową partię gitary, fletu i bębnów, którą przemycili Ostaszewski i Jackowski. Ossian jest zapisem fragmentu koncertu jaki trio w składzie Jacek Ostaszewski, Marek Jackowski i Tomasz Hołuj dało w sali PWSM w Warszawie 16 kwietnia 1975 roku. Bosi i odziani w białe powłóczyste szaty muzycy siadali zwykle

biuletyn podProgowy


kwiecień/czerwiec bezpośrednio na podłodze albo ziemi w niewielkiej odległości od siebie i na wprost siebie. Niezwyczajnym odzieniem i zachowaniem podczas występów zasłużyli sobie na opinię dziwaków. Opinię odmieńców podtrzymywała wykonywana przez zespół muzyka – różna od tej, jaką na co dzień grały rozgłośnie radiowe, trudna do nazwania i jednoznacznego zaklasyfikowania. Nazywano ją folkiem, doszukiwano się w niej inspiracji muzyką dalekiego Wschodu, odnajdywano wpływy muzyki buddyjskich ceremonii i trudno nie zgodzić sie z tymi propozycjami. Charakterystyczne stroje, gołe stopy, zachowanie sceniczne i instrumenty (tabla, gongi, dholak) mówią same za siebie. Powiedzieć jednak, że Ossian grał folka, to tak jakby rzec, że Pink Floyd grał rocka. To za mało. Dzisiaj muzykę Ossiana można by było określić jednym z terminów: new age, world music albo muzyka etniczna, ale każdy z nich zastosowany samodzielnie tylko w zadowalającym stopniu oddaje jej ducha. Ossiana nazywano też teatrem naturalnego dźwięku i to określenie dobrze opisuje muzykę zespołu, podkreślając jej pierwotny, uniwersalny, transkulturowy i medytacyjny charakter. A co na to wszystko muzycy? Oni mówili o muzyce fruwającej ryby. Tak „Po prostu”. Tylko czy ryby fruwają?** Albo muzykują? Niektórzy wierzą, że tak. Wyjątkowość muzyki Ossian polega na tym, że powstała ona w trakcie występów, za każdym razem od nowa. Pomysły rodziły się wprost na scenie i zależały one wyłącznie od niczym nieograniczonej wyobraźni, od aktualnego stanu umysłu artystów. Ich muzykowanie polegało na wsłuchiwaniu się w siebie, odnajdywaniu w sobie poszczególnych dźwięków i umiejętności słuchania partnerów. Z tych powodów każdy występ Ossiana był jedynym w swoim rodzaju spektaklem i unikalnym wydarzeniem. Muzyka Ossiana to nie tylko improwizacje, dowodem na to

biuletyn podProgowy

niech będzie Księga deszczu Vi, którego temat przewodni, piękna i nostalgiczna melodia, na długo zapada w pamięć i poruszy nawet najtwardsze serce. Brzmienie Ossiana było oszczędne, chwilami wręcz ascetyczne, a to za sprawą postych instrumentów: flet prosty, jedenastostrunowa gitara, tabla, gongi, dholak (rodzaj bębna pochodzącego z północnych Indii). I żadnej elektryczności albo elektroniki. Szkoda tylko, że ta piękna płyta trwa tak krótko. „...Za Niego, jakby rozpacz gnała Go po niebie Płacząc – w próżnię uchodzę, by marnieć – odłogiem! Nikt się nigdy nie dowie, czym byłem dla siebie! Dla was, co się modlicie, jestem tylko – Bogiem.”* Osjan okazjonalnie występuje nadal. W 2008 roku wydał swoją, jak na razie ostatnią płytę, zatytułowaną Po prostu. Dzisiaj w zespole grają: Jacek Ostaszewski (flety proste, śpiew), Wojciech Waglewski (gitara akustyczna, gitara dobro, śpiew) i Radek Nowakowski (kongi, duży bęben, gongi, instrumenty perkusyjne). Płyta Ossian doczekała się reedycji kompaktowych i są to: 1. Księga deszczu plus Pomaton EMI 1999, dodano utwory Wprowadzenie i Księga deszczu. 2. Ossian Milo Records 2006 * fragmenty wiersza Bolesława Leśmiana‚ Jam – nie Osjan, ** Ptaszor, zwany latającą rybą, tylko imituje lot Krzysztof Michalczewski

W roku 1974 na monolicie Złotej Ery Włoskiej Sceny progresywnej pojawiły się pierwsze pęknięcia. Następny rok przyniósł początek Ery Zmierzchu. Ale to właśnie wtedy ‚wystartowała’ fantastyczna grupa Maxophone wydając swój jedyny album pod takim samym tytułem. Dzięki takim płytom ten okres nazwany był Erą Zmierzchu a nie Erą Katastrof Muzycznych. Śmiało można powiedzieć, że to jedna z najlepszych płyt sympho-rocka w historii gatunku i oczywiście jedna z najlepszych progresywnych płyt włoskich. Niezwykła sprawność muzyków i nietypowe instrumenty (flety, obój, horn, klarnet i wibrafon) sprawiły że zespół natychmiast „wyróżnił” się brzmieniem. A muzycznie? To kierunek który drążyły takie potęgi jak ELP, King Crimson, Gentle Giant, PFM, lub Banco. 8 utworów. Aż 50 minut muzyki. Muzyki nawiązującej do korzeni włoskiego proga, ale zagranej już niemal współcześnie, co jednoznacznie pokazuje potęgę włoskiej sceny progowej i na ‚wyprzedzenie’ swojego czasu... Płyta jest bardzo melodyjna, wydana w dwóch wersjach – włosko i anglojęzycznej. Te dźwięki polecam jak zwykle amatorom włoszczyzny, a wersję angielską – wszystkim cierpiącym na „brak tolerancji językowej”... Aleksander Król

MANEIGE

Les Porches

MAXOPHONE

Maxophone

Jest kilka powodów, dla których można nie lubić Kanady. Na przykład jest tam zimno, walutą kraju są dolary, które

nie są prawdziwymi dolarami, z Kanadyjczyków ustawicznie drwią twórcy South Parku, a na dodatek muzycznym reprezentantem Kanady jest Celin Dion, której serce „will go on”. Przyznam się, że samemu niegdyś uległem ostatniemu z  tych argumentów i wszystko co kanadyjskie na mojej liście „do przesłuchania” bardzo często było wypierane przez to, co brytyjskie, włoskie, ukraińskie, czy nawet rumuńskie. Tymczasem muszę uderzyć się w pierś a głowę posypać popiołem i na kolanach ruszyć do muzycznej Mekki mieszczącej się przy Abbey Road. Oto bowiem zapoznałem się z albumem kanadyjskiej formacji Maneige zatytułowanym Les Porches i  wobec tego, co moje uszy usłyszały jedyne co mi pozostaje, to głosić wszem i wobec wspaniałość tego nagrania! Album otwiera dziewiętnastominutowa kompozycja. Pierwszą jej część to Ouverture, wstęp, w którym zostajemy zapoznani z tematem muzycznym całego utworu, granym na flecie. Jesteśmy w świecie muzyki dawnej, skojarzenia z Barokiem nasuwają się same, a patronat honorowy zdaje się sprawować sam Jan Sebastian. Z Ouverture wyszczególnione zostają trzy suity. Suitę pierwszą rozpoczyna fortepian z wiolonczelą w tle, który ustępuje po chwili miejsca fletowi, przedstawiającemu nam wariacje na temat z Ouverture. Kilka razy będziemy mieć tu do czynienia z mocniejszymi wejściami fortepianu tonowanymi przez flet wraz z instrumentami dętymi – ta spółka usilnie powracać będzie do wygrywania wariacji. Spokój, czy też powagę barokowego tematu podburzać będą także wszelkie instrumenty perkusyjne – różne, przedziwne, sowizdrzalskie dzwoneczki brzdąkające co jakiś czas w tle. Flet ze swoją świtą usilnie jednak będzie pilnować porządku, próbując zdominować utwór i rozwijać go po swojej myśli. Wszystkie te próby obrócą się w niwecz pod koniec trzeciej suity, kiedy w dziwny sposób melodia fle-

81


kwiecień/czerwiec tu zostanie przerwana i przez chwilę będzie można usłyszeć nawet elektryczny bas. Flet podejmie jeszcze jedną próbę restytuowania suity na własną, barokową modłę. Zabrzmi jednak gong i rozpocznie się druga cześć kompozycji – Desouverture... Na początku wyzwolony zostanie fortepian, który zabrzmi etiudą mogącą budzić skojarzenia z Chopinem, czy Rachmaninowem. Fortepian przejmie też rolę instrumentu wygrywającego główny temat, który w pewnym momencie wycofa się z pierwszego planu i stanie się akompaniamentem dla partii wokalnej, a następnie tłem dla wielkiego finału. Liryczna pieśń szybko bowiem przejdzie w kończące kompozycję klasyczne jazzowe polowanie, którego żywioł pochłonie trąbkę, saksofon i gitarę. Próbując innymi słowy ująć to, czym jest Les Porches de Notre-Dame – to misternie skomponowana suita, łącząca w swej harmonii wiele muzycznych wątków, czy wręcz światów, wspaniale wypełniając formułę muzyki określanej mianem fusion. Rzecz naprawdę piękna i warta uwagi. A to tymczasem dopiero połowa płyty... Drugi z dłuższych i bardziej rozbudowanych utworów to Les aventures de Saxinette et Clarophone, czyli Przygody Saxofonietki i Clarophona – miłosna opowieść z parą bohaterów w postaci dwóch instrumentów. Jest to już utwór stricte jazzrockowy, który podzielony jest na rozdziały i epizody, których odkrywanie pozostawiam już zainteresowanym... A zatem: słuchać, słuchać, słuchać! Prócz dwóch większych utworów znajdują się na Les Porches dwa mniejsze. Pierwszy z nich – La Grosse Torche – trwający zaledwie półtorej minuty, jest klasycyzującą miniaturką. Drugi, zamykający album, Chromo na przestrzeni swych czterech minut zamyka tyle, ile nieraz nie udaje się muzykom zamknąć w kwadransie... Różnorodność, w którą obfituje płyta Maneige jest doprawdy odurzająca. Każdy z tych

82

utworów istnieje samodzielnie i może być słuchany w oderwaniu od pozostałych kompozycji. Być może tak nawet wypadałoby ten album słuchać, nie ryzykując przedawkowania wrażeń, bowiem bogactwa zaprezentowanych tu światów nie sposób ogarnąć podczas jednorazowej wizyty w Przedsionkach Notre-Dame. Płyta warta każdej chwili jej poświęconej... i każdych pieniędzy!

HENRY COW

In Praise Of Learnings

Od jakiegoś czasu przymierzam się do napisania kilku zdań o grupie Henry Cow. Początkowo zastanawiałem się, który ich album jest najbardziej przystępny, ale doszedłem do wniosku, że nie ma to żadnego znaczenia. Bo Heniek Krowa to nie był żaden band flirtujący z awangardą, jak Gong czy VDGG. Tutaj normalnej muzyki – takiej dla ludzi – jest tak niewiele, że nie sposób się o coś zahaczyć. Nie da się, jak przy King Crimson przeczekać – od jednego miłego tematu do następnego – fal agresywnych dysonansów i dziwacznych tematów. Bo u Henry Cow chwile potocznie rozumianej melodyjności są jedynie rzadkim ozdobnikiem. Piszę o tym od razu, ponieważ jest to muzyka wyłącznie dla tych, których interesuje awangarda. Jeżeli ktoś szuka czegoś miłego, ładnego i gładkiego, to na In Praise of Learning szkoda jego czasu. W roku 1974 Henry Cow połączył się z innym awangardowym ansamblem – Slapp Happy. W stanie całkowitej fuzji nagrali dwa albumy: Despera-

te Straights zawierający głównie materiał Slapp Happy oraz In Praise of Learning, o którym za chwilę Wam opowiem. Obie płyty wyszły w roku 75’, obie mają niebagatelne znaczenie dla rockowej awangardy, z tym że In Praise... jest znacznie słynniejszy i w moim przekonaniu lepszy. To, co sprawia, że album ten jest wyjątkowy w dyskografii Heńka to odejście (tylko chwilowe, jak się później okazało) od konwencji prawie wyłącznie instrumentalnej. Jest tutaj wokal, a co za tym często idzie są piosenki. Dagmar Krause to wokalistka bardzo nietypowa, o rzadko spotykanej ekspresji. Jej śpiew jest potwornie ostry, chropowaty, czasem brzmi jakby miała dziewięćdziesiąt lat. Trudno go porównać z czymkolwiek. Ale jej sposób śpiewania wyśmienicie uwypukla jedyne w swoim rodzaju piękno muzyki Henry Cow. Oczywiście – jeżeli są piosenki są i teksty i tutaj muszę z przykrością wspomnieć, że są to teksty głęboko zaangażowane politycznie. Zespół uchodził i chciał uchodzić za skrajnie lewicowy, komunistyczny wręcz. Grając muzykę instrumentalną trudniej mu było eksponować swoje poglądy, teraz z wokalem i to tak wybitnym miał wreszcie pole do popisu. Ale trudno, nie ma róży bez kolców. In Praise of Learning to pięć utworów. Dwa z nich (Beginning: The Long March i Morning Star) to typowe dla zespołu instrumentalne free improvisation. Jazda bez trzymanki, naprawdę niełatwa do polubienia, ale też takiej muzyki słucha się nieco inaczej, raczej poprzez wyobraźnię i  intelekt. Nieco bliższe standardowej muzyce są trzy utwory z wokalem. Rozpoczynający płytę War to urzekający eksperyment z konwencją piosenkową. Wesoła, skoczna melodia kontrastuje z apokaliptycznym zawodzeniem Dagmary Krause. Cudownie to brzmi, ale nie ma się co dziwić, bo w końcu dla zespołu Slapp Happy, który przecież gra na tej płycie jest to niemal typowa stylistyka. Prawdziwą perłą

tego wydawnictwa jest mroczny, ponury, ale prawdziwie śliczny utwór Beautiful as the Moon – Terrible as an Army With Banners. Był to debiut Chrisa Cutlera w roli autora tekstów, muzykę napisał Fred Frith, wiodącą rolę odrywa tu Krause, więc w  pewnym sensie było to preludium do twórczości założonej przez tą trojkę grupy Art Bears. Największemu arcydziełu (na pewno z tej płyty, ale nie wykluczam, że z całej dyskografii Henry Cow) poświęcę osobny akapit. Tim Hodgkinson odpowiadający w grupie za instrumenty klawiszowe i dęte przedstawił reszcie muzyków niedokończoną, instrumentalną wersję utworu. On też uznany jest za głównego kompozytora Living In The Heart of the Beast, chociaż jeżeli w sesji nagraniowej uczestniczy jedenaście osób trudno cokolwiek przypisać tylko jemu jednemu. Utwór o którym mowa to piętnaście minut nieustannie zmieniających się, mrocznych, ciężkich motywów. Narracja tego dzieła pomimo swej płynności nieustannie zaskakuje. Nic, nawet linie wokalne, nigdy się nie powtarza, co sprawia że dzieło to wykracza swoim rozmachem poza ramy muzyki rockowej. Najbardziej zrozumiały dla fana art rocka jest tutaj finał, z poruszającym, cudownie rozwijającym się tematem, zwieńczonym niezwykle frippowskimi partiami gitary. Genialna rzecz, autentycznie uważam, że moment zagrywania tej płyty i tego numeru to były jedne z najjaśniejszych chwil w dziejach rocka! In Praise of Learning to bez wątpienia wielki album. W  żadnym wypadku nie jest to muzyka rozrywkowa, choć słychać tutaj jej ślady, więc jeżeli dla kogoś muzyka ma być miłą zabawą niechaj trzyma się od tej płyty i w ogóle od grupy Henry Cow jak najdalej. Jednak dla człowieka, którego ciekawi to bardziej niezwykłe oblicze sztuki ten album może być olśnieniem. Płyta bliska Absolutu! Bartosz Michalewski

biuletyn podProgowy


Zapraszamy na ProgRock.org.pl

06.2012 Biuletyn podProgowy BP9  

W majowym, czy raczej majowo-czerwcowym, numerze nowego Biuletynu podProgowego tematem numeru uczyniliśmy przegląd zjawisk filmowo-muzycznyc...

06.2012 Biuletyn podProgowy BP9  

W majowym, czy raczej majowo-czerwcowym, numerze nowego Biuletynu podProgowego tematem numeru uczyniliśmy przegląd zjawisk filmowo-muzycznyc...

Advertisement