Page 1

POZY T Y WNE STR ONY ŻYCIA

numer 03/2013 (4) M AG A Z Y N B E Z P Ł AT N Y ISSN 2084-1574

Krystyna Janda Kilku rzeczy żałuję

Twarze:

Historia Anny Jantar

Zdrowie i uroda: Implanty piersi Fakty i mity

Wydarzenia: Agnetha Fältskog - Gwiazda ABBY powraca

Maria Siemionow Pierwsza na świecie!


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA


foto: Adam Fedorowicz

od redakcji

S

ztuka może leczyć, a medycyna – może być sztuką! I nie ma w tym ani grama przesady! Czym, jeśli nie sztuką, nazwać można bowiem transplantację twarzy lub implantację piersi? Obie dziedziny medycyny wymagają od zajmujących się nimi specjalistów nie tylko umiejętności chirurgicznych, ale także estetycznego smaku, który pacjentom i pacjentkom pozwala cieszyć się zmianami w wyglądzie, a niejednokrotnie przywraca im wiarę w siebie. 15. maja 2013r. przeprowadzono w Gliwicach pierwszą transplantację twarzy w Polsce. Na świecie pierwszą zgodę na dokonanie przeszczepu twarzy otrzymała dziewięć lat wcześniej prof. Maria Siemionow, z którą rozmawiamy o kulisach pierwszej na świecie operacji i o tym, jak od tego czasu rozwinęła się transplantologia twarzy. Dr nauk med. Tomasz Dydymski, specjalista chirurgii ogólnej i chirurgii plastycznej, rozwiewa, natomiast, mity o implantach piersi, opowiadając od podstaw, jak wygląda kwalifikacja do tego zabiegu, na czym zabieg polega oraz w jaki sposób należy się do niego przygotować, podejmując decyzję o powiększeniu piersi. O tym, jak leczyć duszę może muzyka, opowiadają w numerze powracające na rynek muzyczny po dziesięcioletniej przerwie z nowymi płytami: Agnetha Fältskog – gwiazda ABBY i Eleni, której nowy krążek „Miłości ślad”, to podziękowanie dla fanów za to, że zawsze towarzyszyli artystce w nawet najtrudniejszych chwilach życia. Ważna jest też wiara w to, że nawet najdrobniejszy gest może czasem uratować czyjeś życie. Lekarze i artyści zjednoczyli siły: w poznańskiej „Drużynie Szpiku” współdziałają od lat, aby upowszechniać transplantacje szpiku, ratujące życie chorym na białaczkę. Zjednoczyła ich Anna Wierska, której wiara w ludzi mimo ciężkiej choroby do dziś jest fundamentem działalności wciąż powiększającej się grupy. Medycyna i sztuka przenikają się w życiu każdego z nas nie tylko w swoich najbardziej oczywistych postaciach. O tym właśnie piszemy w letnim wydaniu naszego magazynu, nie zapominając jednak i o samych nadchodzących, gorących dniach... Po szczegóły zapraszam do lektury!

4

redaktor naczelna

Alicja Kapturska


W NUMERZE

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

12 6

7

AGNETHA FÄLTSKOG

PIERWSZA NA ŚWIECIE

Warto wiedzieć: wydarzenia i ciekawostki

LUDZIE 7

Temat z okładki: Pierwsza na świecie wywiad z prof. Marią Siemionow

12 16

Gwiazda ABBY powraca wywiad z Agnethą Fältskog O sobie: Nie zauważyłam upływającego czasu wywiad z Eleni

23

Felieton: Przekraczanie czasu pisze Daniel Odija

24

Felieton: Czas wolny, czyli... zajęty pisze Małgorzata Kalicińska

25

Felieton: Wakacje będą znów pisze Barbara Grabowska

31

PIĘKNO

ZDROWIE I URODA 26

Na zdrowie: Lato, słońce i... czerniak

28

Nie tylko medycznie: Wygrała dla innych

31 35

Medycyna w pigułce: Implanty piersi - fakty bez mitów wywiad z dr. nauk med. Tomaszem Dydymskim Z pogranicza medycyny: Felinoterapia

37

Piękną być: Włosy jak z bajki

UMYSŁ I DUSZA 40

Reportaż: Czy nowe media zmieniają Kościół Katolicki?

Implanty piersi

44

O sobie: Kilku rzeczy żałuję wywiad z Krystyną Jandą

48 50

Praktyczne i piękne: Gadżety, które spełniają marzenia’ poleca Anna Nowak-Ibisz Galeria: Witkacy w Słupsku

52

Wspomnienie: Jadwiga Witkiewicz

MĘSKIM OKIEM 55

Z mojej półki: recenzje literackie

56

Wywiad: Stan Borys

61

Z mojej półki: recenzje muzyczne

5


WARTO WIEDZIEĆ

Dieta z pamięcią w tle Medyczny tatuaż Kontrolowanie funkcji życiowych płodu i dokładne rejestrowanie pracy serca, mięśni i fal mózgowych u dorosłego człowieka może być łatwe i szeroko dostępne dzięki przypominającemu tatuaż urządzeniu elektronicznemu, skonstruowanemu i udoskonalanemu przez zespół Todda Colemana z University of California. Na konferencji Cognitive Neuroscience Society w San Francisco poinformowano, że urządzenie wychwytuje sygnały na poziomie dokładności podobnym do EEG (encefalogramu). Komponenty, z których składa się urządzenie, są produkowane na masową skalę, a to pozwala znacząco obniżyć jego cenę. Łatwa jest też jego aplikacja – jest przytwierdzane do skóry jak naklejany tatuaż. Naukowcy pracują obecnie nad dostosowaniem urządzenia do potrzeb osób z depresją i alzheimerem, oraz kobiet w ciąży. Dane odczytywane przez medyczny tatuaż będą przekazywane m.in. na smartfony

„Powiedz mi, co zjadłaś, a powiem Ci... jak schudnąć”. Dietetycy po takim zdaniu zastanawialiby się nad ograniczaniem kalorii. Naukowcy na łamach American Journal of Clinical Nutrition potwierdzają jego słuszność w zupełnie inny sposób. Twierdzą, że pamiętanie o wcześniejszych posiłkach sprzyja jedzeniu mniejszych porcji kolejnych posiłków. Ważne jest też tzw. „jedzenie świadome”, czyli takie, podczas którego nie rozprasza nas np. oglądanie telewizji, czytanie gazety, albo rozmowa. Technikami wspomagającymi jedzenie mniejszych porcji posiłków są – zdaniem doktora Erica Robinsona – przygotowywanie notatek na temat składu i ilości zjedzonych porcji, i zachowywanie pustych opakowań po użytych produktach. „Mając w pamięci swój ostatni posiłek, a przy tym pamiętając, że był on smaczny i sycący, kolejnym razem jemy mniej” - konkluduje swoje badania dr Robinson.

Warzywo młodości Może być ostra, albo przeciwnie – ze słodkim posmakiem. Zależnie od rodzaju i przygotowania. Ale każda jest smaczna i zdrowa, a w dodatku jest znakomitym, nie tylko wzbogacającym smak, ale i wygląd potraw, letnim warzywem. Ostre, zawierające kapsaicynę, papryczki, mogą wspomagać dietę, ponieważ powodują szybszą przemianę materii. Chili nie należy jednak spożywać w nadmiarze ze względu na możliwość toksycznego działania alkaloidu. Zdrowsza jest papryka duża. W najbardziej powszechnej w Europie czerwonej papryce znajduje się najwięcej wartości odżywczych. Jest ona też źródłem energii. Zawiera dużo witaminy C i wzmacniającą naczynia krwionośne rutynę, oraz zaspokaja ponad 70% dziennego zapotrzebowania człowieka na beta-karoten. Najmniej kaloryczna z papryk – zielona, polecana jest kobietom w ciąży ze względu na dużą zawartość kwasu foliowego. Papryka pomarańczowa i żółta, to, z kolei, źródło wspomagających prawidłowe widzenie luteiny i zeaksantyny. Smacznie i kolorowo!

Opracował: Andrzej Gross Zdjęcia: sxc.hu, fotolia.com

6


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

temat z okładki

Pierwsza na świecie

W XXI wieku chirurgia plastyczna na ogół kojarzona jest z zabiegami ogólnie nazywanymi „upiększającymi”, którym poddają się osoby z często nie zagrażającymi życiu rzeczywistymi lub odczuwanymi defektami ciała. Transplantologia jest, natomiast, w społecznym odczuciu utożsamiana z organami wewnętrznymi, takimi jak serce, wątroba, czy nerki. Najważniejszym aspektem obu dziedzin jest jednak pomoc tym, którzy w wyniku urazów stracili zarówno funkcjonalność, jak i estetykę ciała. Ta pomoc stała się możliwa dzięki wieloletnim badaniom naukowym, a w wymiar praktyczny wprowadziła ją profesor Maria Siemionow, która jako pierwsza na świecie przeprowadziła w 2008 roku rozległą transplantację twarzy.

7


temat z okładki Andrzej Gross: Pani Profesor, grudzień 2008 roku w pewien sposób zmienił Pani życie. Przede wszystkim zmienił jednak życie kobiety zakwalifikowanej do przeprowadzanej przez Pani zespół operacji. Przeprowadziła Pani wtedy operację transplantacji twarzy: czwartą na świecie, pierwszą w USA i pierwszą na tak rozległej, bo blisko osiemdziesięcioprocentowej powierzchni twarzy. Jak długo przygotowywała się Pani do tej operacji? Prof. Maria Siemionow: Do samej operacji przygotowywałam się ponad dwadzieścia lat. Ten czas poświęciłam prowadzeniu badań eksperymentalnych i doświadczalnych w laboratorium, na różnego rodzaju modelach przeszczepu twarzy i kończyn. Prowadzone przeze mnie badania dotyczyły również opracowania odpowiednich protokołów, mających zapobiegać odrzucaniu przeszczepów. Były to skomplikowane przygotowania, które rozpoczęły się od badań doświadczalnych na zwierzętach, w modelu eksperymentalnym, i poprowadziły do badań na zwłokach ludzkich w laboratorium anatomii, które były niezbędne do tego, by przekonać się, ile rzeczywiście skóry, kości, elementów twarzy i czaszki jest potrzebnych, aby przeszczepić całą twarz. Jaka była Pani droga do transplantacji twarzy? Dlaczego zainteresowała się Pani właśnie tą dziedziną? Z wykształcenia jestem chirurgiem, mikrochirurgiem, chirurgiem ręki i chirurgiem ortopedą. Zainteresowanie wszelkiego rodzaju urazami jest więc naturalnym zainteresowaniem związanym z moją specjalizacją. Pacjenci, którzy stracili ręce lub twarz, to ludzie, którymi się opiekuję i których widzę w swojej przychodni codziennie. Po trzech latach pracy na oddziale chirurgii ręki i oddziałach na których badaliśmy pacjentów z m.in. wrodzonymi wadami rąk i poparzeniami twarzy, nauczyłam się tego, jak przyglądać się możliwościom rekonstrukcyjnym, których w danym momencie nie mamy, a które mogłyby pomóc odtworzyć brakujące elementy kończyn i twarzy w sposób nowy i niekonwencjonalny. Muszę zapytać zatem o pewną, pojawiającą się zawsze przy Pani biografii, historię: historię o młodej, polskiej lekarce na stażu w Helsinkach, do której na dyżur trafia drwal z obciętą ręką, a ona mu ją przyszywa i to właśnie ma wpływ na jej dalszą karierę medyczną. Prawda, czy historia medialna? Oczywiście, prawda. W czasie, gdy to się działo, bardzo niewiele ośrodków na świecie wykonywało zabiegi replantacji, zespalania tętnic i żył po amputacjach urazowych takich, jak wspomniane obcięcie ręki. Jest to nadzwyczajna możliwość rekonstrukcji,

8

która bezwzględnie zostawia ślad na całe życie. Po wielu godzinach zszywania pod mikroskopem tętnic, żył i nerwów, ręka, która przez wiele godzin była całkowicie bezwładna, blada, biała, bez krwi, zostaje nagle z powrotem ożywiona i daje możliwość powrotu wszystkich funkcji pacjentowi, który w przeciwnym razie byłby bez ręki. To niesamowite! Ale dodam, że już wtedy byłam lekarzem pracującym w klinice chirurgii ręki w Poznaniu. Ta praca była moją specjalizacją. Byłam już wtedy wykształconym lekarzem, który dodatkowo interesował się „podspecjalizacją”, jaką jest mikrochirurgia. I właśnie w tej unikalnej w tamtych czasach „podspecjalizacji” kształciłam się dalej. Zgodę na przeprowadzenie transplantacji twarzy w Cleveland Clinic otrzymała Pani 15. października 2004 roku, a walka o nią trwała ponad rok. Poprzedziły ją długie dyskusje i rozważanie wszystkich aspektów zabiegu. Czego obawiano się najbardziej? Zgoda komitetu eksperymentalnych badań klinicznych naszej Instytucji była pierwszą tego typu zgodą na świecie. W 2004 roku medycyna nie znała jeszcze żadnych praktycznych doświadczeń w tej dziedzinie. Stąd wynikła, słuszna zresztą, obawa komitetu, gdzie zasiadają nie tylko lekarze, ale i etycy, prawnicy i przedstawiciele stowarzyszeń obrony pacjenta, o to, że operacja może wiązać się z poważnymi komplikacjami. Nie było wiadomo, w jaki sposób przekazać potencjalnemu pacjentowi fakt jego narażenia na tak duży zabieg. Nie mogliśmy powiedzieć potencjalnemu pacjentowi, jaka jest szansa na przyjęcie przeszczepu, ponieważ takiego przeszczepu jeszcze nigdy nie było. Nie mogliśmy powiedzieć kandydatom, w jakim czasie po zabiegu wyjdą do domu, ponieważ nie wiedzieliśmy tego. Nie wiedział tego jeszcze wtedy nikt na świecie. Istniało duże zagrożenie i ryzyko z punktu widzenia technicznego dla nas, zespołu chirurgów, ale również z punktu widzenia etycznego. Potrzebne było przygotowanie procedur poinformowania pacjenta o tym, na jaką eksperymentalną wtedy operację, wyraża zgodę. Kiedy w mediach pojawiła się informacja o tym, że zespół prof. Marii Siemionow przygotowuje się do transplantacji twarzy, dość szybko okazało się, że mniejszych zespołów z aspiracjami na nieco mniejszą skalę, ale przygotowujących się do transplantacji twarzy, jest kilka. Ostatecznie pierwsza operacja odbyła się we Francji. Jak Pani to przyjęła? Zupełnie normalnie. Operacja we Francji odbyła się wcześniej, ponieważ w Europie i Stanach Zjednoczonych funkcjonują zupełnie inne normy zgody na donację organów do przeszczepu. We


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Francji, podobnie, jak w Polsce, jeśli za życia nie zgłosi się sprzeciwu dotyczącego pobrania organów po śmierci, i sprzeciwu nie zgłosi rodzina zmarłego, dawcą zostaje się niejako automatycznie. W Stanach Zjednoczonych jest inaczej. Trzeba na prawie jazdy osobiście wyrazić i podpisać zgodę na pośmiertne pobranie organów. Dlatego w USA nie ma tak wielu dawców, jak w Europie, a zgoda na pobranie twarzy jest znacznie bardziej skomplikowaną procedurą. We Francji operacja częściowego przeszczepu twarzy odbyła się rok po uzyskaniu zgody przez mój zespół, czyli w roku 2005, i było to naturalne. Każda innowacja w medycynie jest na tyle rozpowszechniona, że wielu ludzi i wiele zespołów na świecie jest nią zainteresowanych. Ale dodam, że w roku 2004, kiedy my mieliśmy zgodę i już przygotowywaliśmy się do operacji, nikt na świecie nie miał jeszcze nawet zgody na przeprowadzenie transplantacji twarzy.

Tak, jak wszyscy pacjenci po przeszczepach, Connie Culp pozostanie naszą pacjentką do końca życia. Pacjentów po przeszczepach trzeba monitorować: sprawdzać m.in. poziomy związanych z pobieraniem leków przeciwko odrzutowi przeszczepu zmian we krwi, i to, czy pacjenci są psychicznie i psychologicznie stabilni.

Czterdziestosześcioletnia wówczas Connie Culp przed tym, jak trafiła w Pani ręce, przeszła około trzydziestu operacji rekonstrukcyjnych. Te operacje nie przywróciły jej jednak możliwości spożywania pokarmów stałych, oddychania przez nos i mówienia. Od zmarłej dawczyni przeszczepiła Pani ze swoim zespołem powieki, nos, policzki oraz górną wargę. Był to pierwszy tak rozległy i skomplikowany przeszczep na świecie. Jak doszło do wyboru pacjentki i jakie były poszczególne etapy operacji?

Koszt transplantacji twarzy, to około 250.000 dolarów. Operacja wciąż w wielu krajach nie jest refundowana. Przeciętny Polak, aby na operację nierefundowaną zarobić, musiałby tylko na nią pracować przez ponad 21 lat. Czy Pani zdaniem istnieje szansa na to, aby transplantację twarzy w całej Europie i Stanach Zjednoczonych wpisać na listę zabiegów refundowanych? Jakie argumenty przemawiają za takim rozwiązaniem?

Pacjentka sama wyraziła zainteresowanie przeszczepem twarzy. Zgłosiła się do nas, ponieważ wcześniej przez cztery lata była już pacjentką Cleveland Clinic. Dzięki temu wiedziała odpowiednio szybko, że nasz zespół posiada zgodę na operację. Po prawie trzydziestu konwencjonalnych operacjach rekonstrukcyjnych, które ze względu na kompleksowość uszkodzenia twarzy nie były w stanie odtworzyć brakujących elementów, przeszła przez proces oceny dwudziestu pięciu ekspertów z różnych dziedzin: m.in. chirurgów, psychiatrów, psychologów, transplantologów, specjalistów anestezjologii, intensywnej terapii, neurologii i chorób zakaźnych. Każdy z zespołów ekspertów przed operacją transplantacji twarzy musiał zbadać pacjentkę. Dopiero po wielokrotnych spotkaniach i badaniach, cały, dwudziestopięcioosobowy zespół zebrał się jednego dnia w jednym pokoju, i każdy odrębnie wyraził zgodę i określił, że ta pacjentka jest odpowiednim kandydatem na przeszczep twarzy. Kolejnym etapem było szukanie dawcy, które od momentu wpisania pacjentki na listę transplantacji trwało około trzech i pół miesiąca. Minęły cztery lata. Co działo się przez ten czas. Czy Connie nadal pozostaje pod Pani opieką? Czy były niezbędne kolejne interwencje medyczne po przeszczepie?

A w jakim stanie znajduje się obecnie Connie Culp? Czy przeszczep twarzy można ostatecznie po tych latach określić jako stabilny? Tego nie można powiedzieć nigdy o żadnym przeszczepie. Przeszczepy nerek u 30% pacjentów są odrzucane w ciągu kilku lat po transplantacji. Ryzyko związane jest z każdym przeszczepionym narządem. Ale Connie w tej chwili czuje się bardzo dobrze, nie ma żadnych objawów odrzutu przeszczepu i prowadzi zupełnie normalne życie.

Nie pokusiłabym się przede wszystkim na przeliczanie kosztów, w każdym kraju będą one bowiem zupełnie inne. W USA transplantacja nerek kosztuje około 50.000 dolarów, a wątroby – 80 do 90 tysięcy USD. W Polsce są to rutynowo wykonywane i w stu procentach refundowane przeszczepy... Nie powinniśmy więc straszyć pacjentów przeliczając koszty operacji w Stanach Zjednoczonych na koszty operacji w Polsce. A refundacji transplantacji twarzy jest coraz więcej. W części krajów europejskich już jest ona wpisana na listę zabiegów refundowanych, np. we Francji jest to zabieg tak samo pokrywany przez lokalne firmy ubezpieczeniowe, jak transplantacja nerki i wątroby. Wiem też, że niedawno uzyskano zgodę na transplantację twarzy w Polsce, i że została ona zaaprobowana przez odpowiednie władze medyczne. Koszty, to jedno, a przygotowane do wykonania transplantacji twarzy zespoły medyczne, to zupełnie inna historia. Liczba zespołów przygotowanych do wykonania tak skomplikowanej operacji jest wciąż ograniczona, prawda? Stworzenie zespołu, który będzie spełniał warunki bezpieczeństwa dla pacjenta z transplantacją twarzy, jest rzeczywiście niezmiernie trudne. Najważniejsze jest to, aby mieć zabezpieczenie ze strony

9


temat z okładki zespołów transplantologii i chirurgii rekonstrukcyjnej. Dodatkowo liczba chirurgów, którzy uczestniczą w tego typu zabiegach, jest wysoka i liczy od ośmiu do dziesięciu specjalistów. Stąd ograniczenia w liczbie ośrodków, które mogą podjąć się tej operacji. Ale w Stanach Zjednoczonych liczba zespołów przygotowanych do transplantacji twarzy jest wystarczająca. Powstaje tu coraz więcej ośrodków zainteresowanych nie tylko transplantacją twarzy, ale i kończyn – przede wszystkim rąk. W Europie również jest ich już sporo. Transplantacja twarzy i kończyn jest już długo wykonywana we Francji i Hiszpanii, a niebawem rozpocznie się także w Polsce. Czy po czterech latach od operacji Connie Culp Maria Siemionow w dalszym ciągu koncentruje się na transplantacjach twarzy, czy też Pani naukowe i medyczne działania zmierzają już w innym kierunku? Moje zainteresowania kliniczne nadal koncentrują się na pacjentach i selekcji kandydatów kwalifikowanych do transplantacji twarzy i ręki. Moje badania naukowe koncentrują się, natomiast, na tworzeniu nowych protokołów immunosupresji, które nie będą tak szkodliwe, jak leki, które muszą przyjmować wszyscy pacjenci po transplantacji twarzy. W moim laboratorium od ponad dwudziestu lat pracuję również nad nowymi lekami: białkami, które są znacznie mniej obciążające dla organizmu po przeszczepie zarówno twarzy, jak i ręki. Mam nadzieję, że właśnie te badania będą bardzo ważnym przyczynkiem do stosowania nowych terapii po zabiegach transplantacji nie tylko twarzy i ręki, ale również narządów takich, jak serce, wątroba oraz nerki. Na ile czuje się Pani polską, a na ile amerykańską uczoną? Da się to wymierzyć? Wolę tego nie mierzyć. Ja z Polski nie wyemigrowałam i nie czuję się emigrantką. W Stanach Zjednoczonych mam doskonałe warunki m.in. prowadzenia skomplikowanych i bardzo drogich badań doświadczalnych, na które uzyskałam wielomilionowe granty z departamentu obrony USA. Są to warunki, jakich w Polsce nie udałoby się stworzyć. Ale po wielu latach pobytu w Stanach Zjednoczonych jestem w stanie mówić poprawnie w języku polskim, dobrze daję sobie radę także z językiem angielskim. Może więc jestem teraz polsko-amerykańską hybrydą? (śmiech) Nie lubię, kiedy ktoś mówi o mnie, że „wracam do Polski”. Przyjeżdżam do kraju często. Odwiedzam ośrodki, w których przedstawiam swoje badania i prowadzę wykłady. W wielu z tych ośrodków jest też grupa lekarzy, którzy u mnie się kształcili, bo wykształciłam w moim laboratorium ponad czterdziestu chirurgów polskich, którzy pracowali ze mną m.in. nad badaniami nowych terapii komórkowych.

10


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

W Pani zespole od zawsze pracowali i do dziś pracują Polacy. Kim są? W jaki sposób udaje się Pani znaleźć właśnie polskich uczniów i współpracowników? Jestem otwarta na zainteresowanie młodych lekarzy polskich pracą w moim laboratorium. Zawsze preferencyjnie przyglądam się aplikacjom z Polski. Jest to, jednak, bardzo konkurencyjna praca ze względu na to, że uzyskuję około 40 – 50 aplikacji na jedno, czy dwa miejsca, które mam w moim laboratorium rocznie. Ale były takie osoby, które pracowały ze mną długo: po sześć, siedem lat. Dziś wielu lekarzy polskich obroniło prace doktorskie oraz uzyskało habilitacje na podstawie tych badań, które wykonali u mnie w laboratorium, wróciło do Polski i kształcą nowe pokolenia. Na koniec zapytam o Pani życie prywatne. Jest Pani tytanem pracy i osobą tak zajętą, że mogłoby się wydawać, że nie zostaje Pani zbyt wiele czasu na nie związane z pracą hobby i życie prywatne. Czy udaje się Pani znaleźć czas dla siebie? Jak spędza Pani czas wolny? Na życie rodzinne na szczęście zawsze znajduję czas (śmiech). Mam już dorosłego syna, który jest ortopedą, chirurgiem kręgosłupa. Bardzo dużo podróżuję. Razem z mężem podróżujemy ze względów zawodowych i z reguły przy tej okazji staramy się wygospodarować czas na chociaż jedno- albo dwudniowe wakacje. Poza tym interesuje mnie historia, pasjonuję się sztuką nowoczesną i fotografią. Na tyle, na ile jest to możliwe, staram się realizować moje pasje podczas wyjazdów. W Cleveland mamy także doskonałą, jedną z najlepszych na świecie, orkiestrę symfoniczną, do której bardzo często chodzimy na koncerty.

Rozmawiał: Andrzej Gross, foto: udostępnione przez Prof. Marię Siemionow

prof. Maria Siemionow – światowej sławy chirurg, pionierka i specjalistka w transplantologii twarzy; profesor wydziału chirurgii i dyrektor oddziału chirurgii plastycznej i mikrochirurgii w Klinice Kolegium Medycyny w Cleveland (USA); odznaczona Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.

11


ludzie

„A”, jak Agnetha

12


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Na swoim koncie ma osiem albumów studyjnych z zespołem i dwadzieścia dwa solowe. Największą, światową popularność przyniosły jej piosenki z okresu 1973 – 1981. ABBA, zespół, który współtworzyła, od lat jest ikoną piosenki pop na całym świecie, gromadząc wśród słuchaczy płyt coraz to nowe pokolenia. Po dziesięciu latach milczenia wraca na rynek muzyczny z nową płytą: „A”. „A”, jak Agnetha Fältskog. Muzyka w Twoim życiu obecna była od zawsze. Swój pierwszy zespół, trio: The Chambers, założyłaś z koleżankami mając dziesięć lat. Skąd wzięła się Twoja pasja muzyczna? Zdecydowanie, z domu. Mój ojciec prowadził swój własny balet, komponował i pisał teksty piosenek. Ja, mając pięć lat, już próbowałam komponować. Mój pierwszy występ odbył się, gdy miałam sześć lat. A kiedy miałam 7 lat, rodzice kupili mi pianino. Wtedy muzyka zawładnęła mną całkowicie. Trzy lata później śpiewałam już w swoim pierwszym zespole. Kiedy byłaś nastolatką, w Szwecji nie było wyboru wśród stacji radiowych. Swoje muzyczne typy i fascynacje poznawaliście tylko poprzez Public Broadcast Radio i słuchając winylowych płyt w sklepach muzycznych.

Po takich wizytach w sklepie siadałam sobie przed lustrem, śpiewałam piosenki Connie Francis i marzyłam, że kiedyś i ja będę znaną piosenkarką. Słuchałam wtedy piosenek i muzyki wielu angielskich, amerykańskich i francuskich artystów, m.in. Cilli Black, P.J.’a Proby i Jamesa Lasta. Siedziałaś przed lustrem, śpiewałaś piosenki ulubionych artystów, marzyłaś, że będziesz piosenkarką. Tak robi wiele młodych dziewcząt, ale Ty zrobiłaś kolejny krok i od marzeń przeszłaś do rzeczywistości. Zaczęłam śpiewać w zespole grającym muzykę taneczną i wyjeżdżać z tym zespołem w trasy. Taśma z moim nagraniem przez jednego z kolegów trafiła do stockholmskiego producenta i piosenkarza, Bernta Enghardta, a ten zaprosił mnie do współpracy, bo – jak mówił – zakochał się w moim głosie i w moich tekstach. (śmiech) I Twoja kariera solowa się rozwijała. Koncertowałaś w całej Szwecji, wydawałaś solowe płyty... Dlaczego zatem zdecydowałaś się dołączyć do grupy, znanej później jako ABBA?

13


ludzie

14


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

także posiadać takie cudowne wspomnienia o tamtych czasach i ludziach. ABBA przestała istnieć w 1982 roku. Co było potem? Nagrałam dwa albo trzy albumy. Nie wiem, jak to się dzieje, ale cały czas pojawiają się jakieś nowe projekty. Bardzo ciężko jest się tak po prostu na nie zamknąć i postanowić sobie, że już nie zaśpiewam. Chociaż myślę, że i taki dzień, i taka decyzja w końcu przyjdą. Na razie śpiewanie jest wciąż częścią mojego życia i wielką dla mnie przyjemnością. 14. maja na całym świecie miała miejsce premiera Twojego nowego albumu: „A”. Jak doszło do jego powstania? Jest to Twoja pierwsza płyta po dziesięciu latach...

W maju 1969 roku, w programie telewizyjnym, poznałam Björna (Ulvaeusa – przypis red.). W tym samym czasie Frida (Anni-Frid Lyngstad – przypis red.) poznała Benniego (Anderssona – przypis red.). To nie było tak, że nagle wszyscy zrezygnowaliśmy z solowych karier i założyliśmy zespół. Najpierw obie nagrywałyśmy chórki dla chłopaków, a później, bardzo naturalnie, nasza współpraca przeszła na inny poziom. Wspólnie nagraliśmy „People need love”, potem „Waterloo”... I poszło... A właściwie: „Zaczęło się”. Ciężko było solistce przystosować się do śpiewania w zespole? Nie. (śmiech) Ale to było naturalne także dlatego, że w tym czasie tworzyliśmy dwie pary w życiu prywatnym. Mogliśmy ze sobą przebywać, razem śpiewać i robić rzeczy na które mieliśmy ochotę. A sukces nie przyszedł od razu. Zaczynaliśmy od małych koncertów w Szwecji, na które wcale nie przychodziło zbyt wiele osób. Potem nieoczekiwanie przyszedł światowy sukces. Nawet dzisiaj trudno mi pojąć ogrom tej popularności. Ona wydaje się ciągle odradzać, przyciągając kolejne pokolenia słuchaczy.

Po wydaniu mojej poprzedniej płyty nie miałam żadnych nowych planów. Na co dzień żyję bardzo zwyczajnym, przeciętnym życiem. Mam własną farmę, a ponieważ jestem miłośniczką psów, żyję sobie z nimi na mojej farmie. (śmiech) Ale któregoś dnia zadzwoniła moja przyjaciółka, i powiedziała, że Jörgen Elofsson i Peter Nordhal chcieliby zaprezentować mi trzy nowe utwory, napisane dla mnie. Swój ostatni album nagrałam rzeczywiście aż dziesięć lat temu i wtedy rzeczywiście sądziłam, że już nigdy więcej nie będę nagrywać, ale kiedy spotkałam się z producentami i wysłuchałam piosenek, zakochałam się w nich i pomyślałam: „O Boże, ja muszę to nagrać!” Problemem dla mnie było jednak to, że nie śpiewając od lat, martwiłam się o to, żeby nie brzmieć, jak starsza pani . (śmiech) Przed wejściem do studia wzięłam kilka lekcji śpiewu, trenowałam mięśnie brzucha i przeponę, aby mieć siłę śpiewać nie nadwerężając gardła. Kiedy weszłam do studia, usłyszałam: „To niewiarygodne, ale głos Ci się w ogóle nie zmienił!”. Po pewnym czasie sama uznałam, że chyba nie jest tak źle. (śmiech). I spędziliśmy w pracy nad albumem prawie półtora roku. Mam nadzieję, że dziesięć nowych piosenek, które są efektem naszej pracy, spodoba się mojej publiczności. Do przesłuchania płyty wszystkich serdecznie zapraszam.

Jakie są Twoje najlepsze wspomnienia związane z ABBĄ? Koncertowanie jest bardzo męczące, więc najmilej wspominam nagrywanie płyt. Ale, oczywiście, wspaniale było spotykać się z publicznością, być na scenie... i przeżywać to wszystko na żywo. Miło jest

Tekst na podstawie materiałów udostępnionych przez Universal Music Polska opracował Andrzej Gross Tłumaczenie: Magdalena Ferber Zdjęcia: udostępnione przez Universal Music Polska

15


ludzie

Nie zauważyłam upływającego czasu...

W swoim dorobku fonograficznym ma siedemnaście płyt autorskich, jedną – debiutancką – z zespołem „Prometeusz”, trzy składanki największych przebojów oraz dwie płyty z polskimi kolędami. Od początku swojej artystycznej kariery jest niekwestionowaną gwiazdą polskiej sceny muzycznej, na której z powodzeniem promuje muzykę swojej drugiej ojczyzny – Grecji. Jej dwupłytowy album „Miłości ślad” na rynku ukazał się 19. marca 2013 roku i jest pierwszym wydawnictwem Eleni po aż jedenastoletniej przerwie. Andrzej Gross: „Coś z Odysa”, czyli dziś już przedostatnia Pani płyta, na rynku ukazała się w roku 2001. Od tego czasu fanom Eleni przyszło na nowe piosenki czekać bardzo długo. Choć kilka z nich wykonywała Pani na koncertach, płyta ukazała się dopiero kilka miesięcy temu. Co spowodowało tak długą przerwę w nagraniach? Eleni: Szczerze mówiąc, ja w ogóle tej przerwy nie zauważyłam. Aż do momentu, kiedy podczas któregoś koncertu powiedziałam, że sześć lat temu nagrałam ostatnią płytę... Pod sceną zrobił się szum, a chwilę

16


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

potem moi fani odpowiedzieli na to: „Pani Heleno, nie sześć, a dziesięć. Prawie jedenaście”. W pierwszej chwili odpowiedziałam ze sceny: „Niemożliwe” (śmiech). Po koncercie sprawdziłam to i uświadomiłam sobie, że czas biegnie bardzo, bardzo szybko, a my nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że mijają lata. Wtedy powiedziałam sobie, że przyszedł ten czas, w którym powinnam wejść do studia. Ale ze sceną nigdy nie straciłam kontaktu. Przez tych ponad dziesięć lat bardzo dużo koncertowaliśmy. Mieliśmy regularne trasy w Polsce, byliśmy w Australii, Kanadzie i Stanach Zjednoczonych, i cały czas spotykaliśmy się z naszą publicznością. Do studia weszłam w lutym 2012 roku, a po roku powstała płyta. „Zostawiłam smutek i żal. Gdy dla Was śpiewam, radość jest we mnie” - to cytat z jednej z Pani najnowszych piosenek: „Zostawiłam miłości ślad”. Czyżby nowa płyta była rozliczeniem z ostatnimi latami? Przede wszystkim jest to podziękowanie mojej publiczności za to, że ciągle jest przy mnie i towarzyszy mi w drodze poczynań artystycznych. Moi fani byli także obok mojego życia prywatnego, kiedy przeżywałam osobistą tragedię... Przez cały ten czas rodziły się we mnie słowa i uczucia, które zapragnęłam wyśpiewać. A efekt jest zaskakujący. „Miłości ślad”, to duża dawka muzyki stylizowanej na grecką i pozytywnych, popowych ballad, czyli tego, z czego znamy Eleni, ale nie tylko. W otwierającej pierwszy krążek „Aleksandrii” i kończącej album piosence „Eleni zwą mnie”, słyszymy m.in. echa dość zaskakujące - echa orientu. Do tego dochodzi m.in. hiszpańska „Ślę Ci ten list”... Skąd te nowe w Pani muzyce inspiracje? Powodów jest kilka. „Aleksandria” powstała dlatego, że jeszcze do tej pory zamieszkują tam Grecy, więc jest to ukłon w ich stronę. Teraz znów mamy trudny dla Grecji czas i ponowną emigrację Greków także w tamte strony, więc pomysł piosenki zrodził się spontanicznie z wydarzeń na świecie. Muzyka, którą do tej piosenki napisał Kostas Tzokas, jest bardzo tęskna i dużo jest w niej nostalgii. „Ślę Ci ten list” i Hiszpania, to także rytmy, które grają w mojej duszy, ponieważ muzyka grecka i hiszpańska mają ze sobą stylistycznie wiele wspólnego. Pomyśleliśmy, że akcent w takim stylu ubarwi płytę. Na krążku znalazły się też nagrane kilka lat temu kompozycje Seweryna Krajewskiego oraz piosenki napisane i skomponowane już z myślą o nowej płycie. Podczas nagrań zaprosiłam do jej współtworzenia dwóch znakomitych muzyków greckich, zaprosiłam mieszkającego obecnie w Niemczech byłego członka mojego zespołu, Mariusza Rybickiego i młodego kompozytora tytułowej piosenki „Miłości Ślad” Filipa Wałcerza,

zaprosiłam także moich stałych muzyków, z którymi współpracuję już 37 lat. Różnorodność płyty powstała więc też dzięki temu, że śpiewam na niej piosenki różnych kompozytorów. Warto więc zwrócić też uwagę na to, że Pani manager i kompozytor większości Pani piosenek, Kostas Tzokas, zamienił pianino na pióro i napisał część tekstów na tę płytę. I w dodatku to jest jego debiut (śmiech). Ja się cieszę, że poczuł wenę i napisał dla mnie teksty. Ale, oczywiście, nie jest jedynym autorem tekstów na nowej płycie. Teksty napisali na nią także m.in. Leszek Konopiński i Jacek Bukowski. Jest Pani stuprocentową Greczynką, bo Grekami byli Pani rodzice, ale jest też Pani stuprocentową Polką, bo urodziła się Pani w Bielawie i właśnie z Polską związała Pani całe swoje dorosłe życie. A jednak tak się nie da, bo 100 i 100,

17


ludzie to 200%, czyli za dużo. Kim więc czuje się Eleni? To trudne i łatwe zarazem pytanie: czuję się i Greczynką, i Polką. Urodziłam się w Polsce, tu się wychowałam, tu mam swoich znajomych i przyjaciół, tu mam swoich fanów, tu założyłam rodzinę. Ale bardzo kocham też Grecję, więc nie mogę wybierać! Zawsze byłam i jestem trochę rozdarta wewnętrznie, ale zawsze powtarzam, że dzięki temu, że mam dwie Ojczyzny, jestem duchowo bogatsza. Myślę, że mam w sobie wiele cech obu moich ojczyzn. Z cech greckich najważniejszą jest miłość do muzyki. Grecy są bardzo spontaniczni i wyrażają muzyką swoje emocje – taka jestem i ja. Urodziłam się w Polsce, ale ponieważ moi rodzice nie znali języka polskiego, rozmawiali z nami wyłącznie w języku greckim. Do szóstego roku życia, dopóki nie poszłam do szkoły, mówiłam więc tylko w tym języku. Znałam tylko pojedyncze polskie słowa, których uczyłam się w zabawach z polskimi dziećmi. Gdy rozpoczęłam jednak edukację w polskiej szkole, bardzo szybko opanowałam język polski i – podobnie, jak moi rodzice – pokochałam Polskę. Grecji, choć nie znałam od dziecka, uczyłam się po zajęciach szkolnych. Wszystkie dzieci greckie, które urodziły się w Polsce uczęszczały w Bielawie popołudniami na zajęcia z języka greckiego i historii Grecji. To, oczywiście, nie było dla nas łatwe, bo nasi rówieśnicy odpoczywali i bawili się w domach, a my wędrowaliśmy ze szkoły do szkoły. Ale z perspektywy lat jestem bardzo wdzięczna i rodzicom, i nauczycielom, za to, że pielęgnowali tradycje i język grecki, żeby dzieci nie zapomniały, skąd pochodzą. Pani rodzice do Grecji ostatecznie wyjechali w 1987 roku za dziećmi. Wcześniej wyjechało sześcioro z Pani rodzeństwa. Pani w tym czasie była już w Polsce gwiazdą, która wydawała swoją jedenastą płytę. Czuła się Pani wtedy rozdarta? Myślała Pani o wyjeździe? To był trudny okres nie tylko dla mnie, ale i dla mojego rodzeństwa, i dla moich rodziców, którzy bardzo związali się z Polską, w której spędzili ponad trzydzieści lat. Mój ojciec mimo, że co roku powtarzał, że za rok wszyscy spotkamy się w Grecji, kiedy przyszło do wyjazdu powiedział, że jego serce zostanie tutaj. I rzeczywiście tak było, bo Grecja po tylu latach była już zupełnie inna, niż ta, którą rodzice zapamiętali. Ja zostałam w Polsce całkiem świadomie. Tu się urodziłam i tylko Polskę znałam. Grecję znałam w tym czasie jedynie z opowieści. Była i jest dla mnie drugą ojczyzną, ale nawet przez chwilę nie pomyślałam nigdy o rozstaniu z Polską. Zaraz po maturze zdawała Pani do Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Zielonej Górze i chciała Pani zostać nauczycielką muzyki. Nie dostała się Pani na studia bo... jak wieść

18


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

niesie, stwierdzono, że nie ma Pani słuchu muzycznego? (śmiech) Na szczęście ta historia jest bardziej anegdotą, niż prawdą. Wynikła z żartu. Kiedyś w jednym z wywiadów powiedziałam, że oblałam z rytmiki, ale to nie było tak. Razem z moją przyjaciółką złożyłyśmy dokumenty na uczelnię w Zielonej Górze i nie dostałyśmy się do tej szkoły, bo zabrakło miejsc. Żeby nie tracić roku, złożyłyśmy więc obie dokumenty do Wrocławia, na informatykę. Ale nie dane mi było zajmować się komputerami, bo w międzyczasie mój obecny manager, Kostas Tzokas zaproponował mi pracę: śpiewanie w greckim zespole „Prometeusz”, który już na polskich scenach pracował zawodowo, czyli otrzymywał wynagrodzenia za koncerty. Pomyślałam wtedy, że przez rok, aż do ponownego naboru na studia, mogę pomóc rodzicom finansowo i trochę ich odciążyć, bo duża gromadka dzieci, to i duże wydatki. Stało się tak, że ten rok przedłużył się do trzydziestu siedmiu lat i trwa do dziś. Zamiast uczyć śpiewu, trafiłam na scenę i zostałam piosenkarką. Śpiewanie miało być na rok, ale zadebiutowała Pani wokalnie jeszcze przed „Prometeuszem”. Najpierw były „Niezapominajki” i wokalny tercet „Ballada” w szkole średniej, więc... do śpiewania ciągnęło Panią już wcześniej? Ja bardzo mocno angażowałam się w śpiewanie w szkolnych zespołach. Uczestniczyłam w różnych pokazach i akademiach szkolnych, a muzyka towarzyszyła mi od zawsze, od najmłodszych lat. Bardzo dużo śpiewaliśmy przecież w domu. Ale nigdy nie marzyłam o karierze piosenkarki. Nie brałam nigdy pod uwagę tego, że kiedyś będę śpiewać profesjonalnie i, że będzie to mój zawód. Zespół „Prometeusz” z wokalistką Eleni na pewnym etapie przestał istnieć. Jak doszło do decyzji o zmianie i o tym, że już nie będzie zespołu z wokalistką, tylko solistka z zespołem? Nie było żadnej mocno przemyślanej marketingowo decyzji o zmianie. Zespół rozwiązał się w chwili, gdy jego część wyjechała do Grecji. Wtedy Kostas Tzokas zapytał, czy nie jestem zainteresowana kontynuowaniem śpiewania, ale już rozpoczynając karierę solową. Oczywiście zainteresowana byłam. Nagrałam pierwszą płytę, a po niej nagrywałam kolejne. Ale był jeszcze jeden powód kontynuowania kariery muzycznej? Był (śmiech) i jest do dzisiaj. Mojego męża, Fotisa, rzeczywiście poznałam w zespole. Ale to, że chcę śpiewać zawodowo, dotarło do mnie już wtedy, gdy z „Prometeuszem” nagraliśmy płytę „Po słonecznej stronie życia”. Mimo wielu trudnych wyborów, przed którymi

stanęła Pani w życiu i mimo osobistej tragedii – utraty córki, jest Pani bardzo pozytywną, bardzo ciepłą osobą. Skąd czerpie Pani siły? Jestem osobą wierzącą, więc przede wszystkim czerpię siły z mojej wiary, która zawsze mi pomagała i pomaga w trudnych chwilach. Ale i z natury jestem osobą bardzo pogodną. Każdy oglądał chyba film „Grek Zorba”, gdzie widzimy sceny, kiedy wszystko wokół się wali, a jednak w człowieku jest jakaś siła, która pozwala przetrwać i się podnieść. Wiele pomogły mi wartości, które wyniosłam z domu rodzinnego. Moi rodzice przekazali nam umiejętność kochania drugiego człowieka niezależnie od tego, kim jest i co zrobił. Zawsze potrafili wybaczać, więc i ja ukształtowana zostałam na osobę, która potrafi udźwignąć swój ból. Nie jest to łatwe, ale zawsze należy pogodzić się z wolą bożą, a wtedy łatwiej jest dźwigać brzemię swojego bólu. Każde, nawet bardzo tragiczne wydarzenie w naszym życiu bardzo rowija wewnętrznie. A czy te wydarzenia spowodowały jakiś zwrot także w Pani karierze muzycznej? Być może znalazły swój oddźwięk w moich piosenkach. Nadal śpiewałam o miłości i o nadziei, ale moje piosenki stały się bardziej refleksyjne. Takie, przy których każdy z nas powinien się na chwilę zatrzymać i zadać sobie pytanie, co jest najważniejsze w naszym życiu, żebyśmy przypadkiem nie przegapili w nim czegoś naprawdę ważnego. Tego, jak ważna jest rodzina, jak ważne są relacje między dziećmi, a rodzicami, jak ważna jest miłość. I tego, że te wszystkie wartości człowiek wynosi z domu rodzinnego, w którym od dziecka uczymy się, jak żyć. Rozmawiał: Andrzej Gross, foto: z archiwum Eleni, foto sesyjne: udostępnione przez EMI Music Poland

Prezent dla czytelników

Dla naszych czytelników przygotowaliśmy zestawy płyt: najnowsze płyty Eleni (z autografem artystki) i Agnethy Fältskog (pełne wydanie) ufundowane przez EMI Music Poland i Universal Music Polska. Aby wziąć udział w losowaniu płyt, wystarczy przesłać na adres redakcja@pragnieniepiekna.pl krótki e-mail z imieniem i nazwiskiem, krajem i miastem zamieszkania, oraz krótką recenzją... naszego magazynu. Z wylosowanymi osobami (po jednej z Polski, Niemiec i Wielkiej Brytanii) skontaktujemy się mailowo.

19


ludzie

ANIA UWIELBIAŁA FESTIWALE! była piosenkarką i w jej otoczeniu te wady były powszechne. Wtedy często płakała, traciła apetyt. Na szczęście przygnębienie mijało szybko i ponownie stawała się silną, radosną dziewczyną. Ania należała do ludzi bezkonfliktowych, zawsze starała się rozładować nieprzyjemną atmosferę uśmiechem, żartem albo dobrym słowem. Kochała poezję, szczególnie wiersze Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Lubiła też moją kuchnię. – Przez twarz pani Haliny przebiega delikatny uśmiech. - Specjalnie dla niej szykowałam ruskie pierogi i karpia w szarym sosie. Wszystko zmieniło się po urodzeniu Natalii. Ania spoważniała, stała się bardziej odpowiedzialna. Córeczka była jej radością, całym światem. Zawsze, gdy wracała z koncertów, najpierw szła do pokoju Natalki, by ją ucałować. Dziś, patrząc na wnuczkę, widzę Anię. Podobny charakter, sposób bycia, gesty, ogromna wrażliwość.

„Dotychczas znałem dwie piosenkarki obdarzone tak czystym głosem i silną ekspresją. Były to: Vici Leanderos i Nana Muscouri. W Castelbar, na festiwalu „Cisco’74” poznałem trzecią – Polkę, Annę Jantar.” Les Reed – kompozytor piosenek dla Toma Jonesa „Irish Independent”, 1974

- Przyjedź koniecznie z Natalią na lotnisko – kończyła rozmowę z mężem (Jarosławem Kukulskim) kilka minut przed odlotem samolotu, 13 marca 1980 roku. Niestety, już nie dane jej było zobaczyć ukochanej córki, dla której skróciła pobyt w Stanach Zjednoczonych. Anna Jantar zginęła w katastrofie lotniczej, w piątek, 14 marca 1980 roku. Dochodził kwadrans po jedenastej. W chwili śmierci artystka nie miała nawet trzydziestu lat… BYŁA WRAŻLIWA - Była wrażliwa – zaczyna swoją opowieść o córce Halina Szmeterling. – Nie mogła patrzeć na ludzki ból. Od dziecka bezpośrednia, szybko nawiązywała znajomości. Była ufna i otwarta na ludzi. Wierzyła im, chociaż wiele razy została przez nich wykorzystana. Nienawidziła fałszu, chamstwa i kłamstwa. Niestety,

20

NIEPOTRZEBNIE SŁUCHAŁA PLOTEK NA MÓJ TEMAT - Ania uwielbiała festiwale – zaczyna swoją opowieść o Annie Jantar mąż piosenkarki, Jarosław Kukulski. Jego wspomnienia, nagrane niegdyś przeze mnie na taśmę magnetofonową, tym bardziej mają swoją wartość dziś, po jego śmierci. – Festiwale mobilizowały Anię do pracy. W swej przygodzie z piosenką zdobyła wiele prestiżowych nagród na festiwalach w Polsce i zagranicą. Była pełna życia i radości, choć w głębi wyczuwało się ulotny smutek. Zawsze życzliwa i dobra dla innych. Nie mogła znieść otaczającego ją wokół zła. Ania była osobą bardzo skromną i pokorną, często byłem zmuszony uświadamiać jej, że jest gwiazdą, że ma dużo do powiedzenia w polskiej piosence lat siedemdziesiątych. Pracowita i sumienna, znakomicie radziła sobie w studiu przy pracy nad nowymi piosenkami. Dobierając repertuar chętnie słuchała rad przyjaciół. W wolnych chwilach ulegała muzyce Arethy Franklin, Olivii Newton-John, The Beatles, Pink Floyd i Led Zeppelin. Nie gardziła także polskimi muzykami, słuchała Budki Suflera i Perfectu – zespołów, z którymi współpracowała. Dużym szacunkiem darzyła Niemena i Sośnicką. Sama ciągle szukała czegoś nowego w muzyce. Nie potrafiła i nie chciała utrzymać się w jednym nurcie – eksperymentowała. Lata spędzone z Anią żyją nadal we mnie, były szczęśliwe, tak w życiu rodzinnym, jak i zawodowym. Najbardziej żal mi tego, co mogło być. W 1980 roku miały odbyć się: Światowy Festiwal w Tokio i nagrania dla angielskiej wytwórni fonograficznej. Na moje pytanie o problemy małżeńskie, kompozytor odpowiedział zdawkowo: - Problemy były, ale kto


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

ich nie ma. Ania niepotrzebnie słuchała plotek na mój temat… Bzdurą jest, że ją biłem! NIEWIELU LUDZI WIE, ŻE PISAŁA ZNAKOMITE WIERSZE Inaczej na Annę Jantar patrzy jej wieloletni przyjaciel i autor tekstów, Janusz Kondratowicz. – Pisząc piosenki, staram się je tworzyć dla przyjaciół i ludzi, których znam i szanuję. Taką osobą była Anna. Poznałem ją w 1972 roku. Nie była jeszcze popularna. Można powiedzieć, że dopiero szykowała się do kariery zawodowej piosenkarki. Jarek Kukulski zadzwonił do mnie, prosząc o kilka tekstów, napisałem wtedy „Tyle słońca w całym mieście”. Piosenka okazała się wielkim przebojem, choć w Opolu tylko publiczność doceniła jej walory. W konkursie przepadła z kretesem. Anię z miejsca uczyniła jedną z najpopularniejszych piosenkarek w Polsce. Anna, Jarek i ja spędzaliśmy ze sobą wiele czasu. Wspólnie jeździliśmy na wakacje, koncerty, festiwale. Zawsze staraliśmy się trzymać razem. Często rozmawialiśmy, a nasze dyskusje trwały do późnego wieczora – twarz Janusza Kondratowicza nagle poważnieje. – Dzięki tym rozmowom mogłem poznać Annę od zupełnie innej strony. Niewielu ludzi wie, że pisała znakomite wiersze. Uważam, że gdyby nie muzyka, osiągnęłaby sukces literacki. Później, pod koniec lat siedemdziesiątych, nasze drogi trochę się rozeszły. „Popowa” Anna Jantar „odpłynęła” w rock. BYŁA OPTYMISTKĄ - Kiedy wspominam Anię, staje mi przed oczyma obraz młodej, uśmiechniętej dziewczyny, pachnącej dobrymi perfumami – szeptem zaczyna bliska przyjaciółka piosenkarki, Alicja Woy-Wojciechowska. – Gdy ją poznałam, była już gwiazdą, kochaną przez publiczność. Mimo ogromnej popularności, nadal była skromna i życzliwie nastawiona do otoczenia. Sądy o innych ludziach Ania formułowała bardzo oględnie i delikatnie. Wierzyła, że w każdym człowieku drzemie dobro, tylko trzeba do niego dotrzeć. Była optymistką, ciekawą życia i nowych ludzi. Miała ciągłą potrzebę poznawania. Pamiętam wieczory, gdy snułyśmy plany na przyszłość, gdy zastanawiałyśmy się, jakie będziemy za parę lat, jakie będą nasze dzieci. W grudniu 1979 roku odprowadziłam ją na lotnisko, tego dnia Ania była radosna. Z tarasu lotniska widziałam jeszcze tylko pożegnalne machnięcie ręką w moją stronę – i koniec. Ania zniknęła w samolocie. Kto mógł przypuszczać, że widzą ją po raz ostatni... Niezgoda na tę śmierć tkwi we mnie od tylu lat. KOLEŻANKA W KAŻDYM CALU - Annę Jantar poznałem przypadkiem – odpowiada, na moje pytanie o „bursztynową” dziewczynę, kolega i autor jednej z jej ostatnich piosenek, Zbigniew

21


ludzie Hołdys. – W latach siedemdziesiątych muzyki rockowej nie „trawiła” władza. Dlatego nie mogliśmy organizować koncertów, działaliśmy w podziemiu, grając w drugorzędnych kafejkach. Perfect wielokrotnie też przygrywał ówczesnym gwiazdom na koncertach, przy nagraniach płytowych. Przed wyjazdem do Stanów, dotarła do nas wiadomość, że jest możliwość współpracy z jedną z największych gwiazd ówczesnej polskiej estrady – Anną Jantar. Mieliśmy występować z nią jako zespół akompaniujący. Propozycję przyjęliśmy, gdyż dla nas oznaczało to dodatkowy pieniądz. W naszych kontaktach zawodowych bliżej poznaliśmy prawdziwą Annę. Koleżanka w każdym calu, nie miała w sobie nic z gwiazdy, co było w tym czasie rzadkością. Wiele razy po koncertach przygotowywała dla nas kanapki, parzyła herbatę. Kiedy wyjechaliśmy do Stanów Zjednoczonych na występy dla Polonii, przez „Pagart” zaprosiliśmy Ankę na występy do Stanów. Na miejscu zachodziła do nas często z pytaniem, czy czegoś nie kupić, bo właśnie wychodzi do sklepu. Zaprosiła nas kilka razy do siebie na obiad. Zachowywała się jak normalna kobieta, a nie wielka gwiazda. Wspólnie słuchaliśmy muzyki, nasze gusta jednoczyły Pink Floyd i Led Zeppelin. W ostatnim okresie jej życia często rozmawialiśmy o przyszłości, nowych planach artystycznych. Bardzo tęskniła za córką, której chciała poświęcić więcej czasu. Potrzebowała stabilizacji, pragnęła zasmakować prawdziwego życia rodzinnego, dlatego dziwią mnie opinie, że po powrocie ze Stanów Zjednoczonych chciała zmieniać styl, wejść w nurty rockowe. Z naszych rozmów wynikało coś innego. Anka chciała wycofać się z branży na dłuższy czas. Wiedziała, że sława i popularność kiedyś przeminą. Szukała więc pracy, która pozwoliłaby jej na normalne życie i zapewniła możliwość większego zaangażowania się w wychowywanie Natalki. Myślała o występach w klubach lub na statkach, gdzie zakontraktowana gaża dawałaby jej o wiele więcej pieniędzy, niż ówczesny polski rynek muzyczny. W ten sposób pragnęła zabezpieczyć córkę i siebie, ale są to sprawy, o których nie chciałbym mówić… 14 marca 1980 roku w radiu usłyszałem, że w Warszawie rozbił się samolot lecący z Nowego Jorku, i że wszyscy pasażerowie zginęli. Powiedzieli, że zginęła lecąca na mecz do Polski drużyna amerykańskich bokserów,. Tchnęło mnie złe przeczucie, przecież ze Stanów miała wracać Anka! Wiedziałem o tym, gdyż dzień wcześniej dzwoniła do nas z lotniska i zapowiadała przylot. Aby nie powodować w domu nieuzasadnionej jeszcze tragedii, z przydomowej kawiarni zadzwoniłem do Andrzeja Marca, który z ramienia „Pagartu” zajmował się zagranicznymi występami polskich artystów. On rozwiał moje nadzieje, że Anka może zmieniła plany i wysiadła w Bander, gdzie samoloty tankują paliwo, pasażerowie zaś mogą zaczerpnąć świeżego powietrza, spóźniając się czasem, a nawet rezygnując z dalszego lotu. Niestety, złowróżbne przeczucie się potwierdziło…

22

ANIA CHCIAŁA SIĘ ROZWIEŚĆ - Życie Anny Jantar, choć krótkie, nie było nudne. Przypominało sinusoidę. Raz na górze, raz na dole dopowiada mi w innej rozmowie sprzed lat nieżyjący już przyjaciel Anny, Bogusław Mec. – Ostatni okres jej życia to czas poszukiwań, czas niezbyt dobrych relacji między nią, a Jarkiem. Ania chciała się rozwieść. Nie układało im się. Stąd wyjazd do USA, by zarobić pieniądze na życie, mieszkanie i… operację. Natalia miała poważną wadę wzroku. Trzeba było dużo pieniędzy, by zrobić korektę. Ania odeszła w momencie, kiedy chciała się muzycznie zmienić. Jestem ciekaw, co by z tej przemiany wyszło. Córka piosenkarki, Natalia Kukulska, dzisiaj żona i matka dwóch cudownych szkrabów, zapytana niegdyś przeze mnie o Annę Jantar, odpowiedziała zdawkowo, że niewiele pamięta. Ale często ogląda zdjęcia, słucha piosenek, czyta wywiady, a przede wszystkim słucha wielu wspomnień o mamie. To wszystko powoduje, że Anna Jantar jest jej bardzo bliska. ANNA NADAL MIESZKA TU! Biografka Anny Jantar – Mariola Pryzwan - cieszy się, że nadal, mimo tylu lat od tragicznej śmierci, dużo mówi się o „bursztynowej” dziewczynie. Książka o Niej „Słońca jakby mniej” miała trzy wznowienia i kolejne będzie niebawem. Organizuje się koncerty Jej poświęcone, kolejni artyści dedykują Jej swoje piosenki, a poeci – wiersze. Jej nazwisko utrwala się w nagrodach muzycznych, nadal wznawia się płyty, odnajduje niepublikowane nagrania, a radio i telewizja emitują piosenki Anny Jantar, o które proszą coraz to młodsi fani Jej talentu. Parafrazując więc tytuł piosenki Haliny Frąckowiak, dedykowanej niegdyś „Jantarce” - Anna nadal mieszka tu! Tekst: Rafał Podraza, foto: ze zbiorów prywatnych Marioli Pryzwan


Felietony

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Przekraczanie

CZASU

Zapach suszonych pestek dyni wskrzesza we mnie obecność babci Helci. Znowu widzę mieszkanie na Pomorskiej, patrzę z okna na ogródki, widzę zawsze tę samą smugę słońca rozjaśniającą pokój z paprociami, czuję smak słonej zupy mlecznej… Blizna na dłoni przypomina mi słoneczny dzień, gdy grałem na podwórku w kapsle, a w piaskownicy było szkło. Wbiło się w moją rękę. Poprzez bliznę cofam się w czasie i widzę kamienicę i podwórko z garażami, ponad którymi unosi się budka strażnicza miejskiego aresztu. Gdy chodziłem do liceum, więźniowie zbuntowali się i weszli na dach. Na tym dachu koczowali cały dzień. Z powrotem do cel strażnicy zagonili ich gazem łzawiącym. Pamiętam, że gdy szedłem do sklepu po chleb i mleko, strasznie szczypały mnie oczy. Od gazu. Wiele ze wspomnień wywołują skojarzenia. Choćby muzyka. Za każdym razem, gdy słyszę „Kayleigh” Marillion przenoszę się do imprezy z czasów liceum. W ciemnym pokoju tańczy kilka par. „Smells like teen spirit” Nirvany, to urodziny kumpla sprzed dwudziestu lat, gdy próbowałem przeskoczyć stół, ale źle wyliczyłem i wylądowałem w bigosie. Do dziś nie przeskakuję przez stoły, co pewnie jest konsekwencją tamtego zdarzenia. Wspomnienie kompromitacji może uchronić nas przed jej powtórką. Muzyka mocno naznaczyła moje życie. Miałem nawet zespół rockowy, który pozwolił mi uwierzyć w siebie na tyle, by nie bać się mówić, a nawet wyśpiewywać tego, co chciałem powiedzieć innym. Dość szybko przerzuciłem się na mówienie pisaniem. Ale wspomnienia prób zespołu i koncertów wciąż do mnie wracają. Bo chyba już tak jest, że pewne obrazy z przeszłości wracają do nas wbrew naszej woli. Ja, gdy tylko zobaczę pioruny, natychmiast staję się dziewięciolatkiem na kolonii w Michałowicach. Jest noc, leżę w kilkunastoosobowej sali i przez okna zajmujące

fot. autor

Za każdym razem, gdy mijam mieszkanie, w którym się wychowałem, a które kilka lat temu zostało przerobione na gabinety lekarskie, wracam do dzieciństwa. Moja pamięć wyłuskuje kilka zdarzeń, które sprawiają, że ta ulica i ten budynek są w pewnym sensie moje. Jestem właścicielem świata nieistniejącego dla innych, lecz wciąż żyjącego we mnie. Bo moje wspomnienia należą wyłącznie do mnie. Teraźniejszość mi ich nie zabierze.

przeciwległą ścianę, przyglądam się panoramie szczytów górskich. Srebrne nitki piorunów strzelają i odbijają się od nich rykoszetami. Z każdą burzą na nowo przeżywam tamten lęk dziewięciolatka, przemieszany z fascynacją surową urodą wyładowań atmosferycznych. Dużo wspomnień wywołują miejsca, do których wracamy po latach. I wtedy odżywa młodzieńczy uśmiech na kochanej twarzy, gest niepowtórzony już nigdy później albo nieprzyjemna przygoda, która mogła skończyć się źle, a teraz z perspektywy lat zatarła się jej groza i wywołuje zaledwie grymas pobłażania wobec pokonanych przeciwności losu. Bo chyba nie znajdzie się człowiek bez wspomnień. Szczęśliwy, kto wspomina chwile dobre, ale każde wspomnienie poszerza przestrzeń naszego życia. Dzięki nim przekraczamy czas. I nasz oddech nie trwa tylko w danej chwili, ani nie krztusi się wybieganiem w przyszłość. Zanurza się też w tą sferę, która jest nieskończonym oceanem obrazów, zyskujących w nas wciąż nowe kształty. Kto ma co wspominać, żyje dłużej i więcej niż odlicza mu kalendarz. Daniel Odija – polonista, dziennikarz; pisarz nominowany w 2004r. do nagrody Nike za powieść „Tartak”. Laureat Pomorskiej Nagrody Artystycznej za debiut roku 2001. Jego twórczość zaliczana jest do tzw. „Prozy Północy”.

23


fot. Magda Krasińska-Wiśniewska

Felietony

Czas wolny, czyli … zajęty! Od słowa „urlop” zdecydowanie wolę słowo „wakacje”. Wakacje, to czas wolny w szkole, urlop, przerwa w pracy przewidziana przepisami prawa. Brzmi sucho, choć każdy normalny człowiek czeka na urlop z utęsknieniem stokroć większym, niż na cokolwiek. Nawet awans... Wakacje – niby to samo, ale dla dzieci – też wyczekane, upragnione i wytęsknione, mają dla mnie więc milszy smak niż dorosły „urlop”. Zdjęcia w broszurach i na portalach oferujących urlopy zagraniczne kuszą błogim lenistwem, uświęconym i namalowanym najpiękniejszymi barwami photoshopa. Oto plaża z bieluśkim piaseczkiem, palma (lub kilka palm), samotna chatka na palach z lustrem wody pod nią, bo z sypialni jest zejście schodkami wprost do ciepłego, lazurowego morza… Luksus taki, że można piszczeć z zachwytu. I tylko dręczy mnie jedna myśl – co ja miałabym tam robić?! Jeden, góra trzy dni: opalanie, pływanie, spanie i sączenie owocowego drinka z lodem, a potem?! Ja nie umiem nic nie robić! Najserdeczniej w sercu kołyszę nie jakieś „dorosłe” urlopy w Polsce, czy za granicą, w ośrodkach, ale wakacje z dzieciństwa, spędzane z racji ubóstwa rodziców na małej wsi. Dwa miesiące totalnej wolności od tabliczki mnożenia, kapci, porannego wstawania zimą o ciemnym poranku. Dwa miesiące laby, ale… jak mawiała mama: „najpierw obowiązek, potem przyjemność”, bo skoro gościliśmy u miłych gospodarzy, wypadało im pomagać. I dla mnie była to wielka frajda: sianokosy, żniwa, a w międzyczasie pielenie ziemniaków i oporządzanie zwierząt. Dopiero po obowiązkach, jakże innych niż w mieście, cudowne uczucie, że zasłużyliśmy na frajdę, więc szybka wyprawa nad Biebrzę, żeby wykapać się i umyć po pracy, popływać, poskakać do wody z brzegu, pogapić na skowronki, popiszczeć, gdy chłopcy pryskają na

24

nas wodą ponownie zapraszając do wody i zagrać z nimi w niby siatkówkę starą piłką. Wieczorem wyjście „na wieś”, żeby przekomarzać się albo potańczyć przy płytach pocztówkowych, albo posłuchać jak Jurek fajnie grał na akordeonie guzikowym. Całe lato było szczelnie wypełnione zajęciami obowiązkowymi i radościami. Grzybobrania, wyprawy na jagody, prace w obejściu, wypady na targ do Goniądza, zabawy w starych schronach, pasanie wsiowych krów (każda rodzina pasła wspólnie zbierane krowy przez kilka dni), spanie na sianie, uczestniczenie w wiejskich świętach – weselach, chrzcinach i pogrzebach. Pyszne, proste jedzenie – świetny chleb na zakwasie, mleko i zsiadłe mleko, śmietana i twarogi, jajka i dżemy z zeszłego roku, ciasto z kruszonką, miód i ogórki z ogrodu. Opalenizna, podrapane kolana i taka światłość w oczach, nawet gdy zmęczeni wracaliśmy pod wieczór skrzypiącym wozem od żniw. Moja mama siedząca w wolnej chwili w cieniu pod gruszą i haftująca obrus, mój tatko zazwyczaj na rybach, ale podczas deszczu (bo i deszcze się zdarzały) czytający nam wszystkim na głos „Pana Tadeusza” (szkolna lektura – jak w sam raz!). Jakie miejsce w wypasionych ośrodkach all inclusive i animatorami zabaw dziecięcych dałoby mi tyle wrażeń i frajdy? Gdzie przez dwa miesiące miałabym tak ściśle wypełniony czas zarówno pracą, jak i zabawą tak, że ani sekundy nie czułam znudzenia, a przy okazji wiele się uczyłam? Poznawanie życia na wsi, jej zwyczaje, wspólna praca i zabawa z miejscowymi dzieciakami, to wielkie bogactwo jakie w sobie mam. Nawet nie zazdrościłam koleżankom kolonii nad morzem albo wyjazdów z rodzicami nad Balaton i do Dubrownika. Chyba one mi zazdrościły bardziej, bo opowiadać o moich wakacjach na wsi mogłam cały rok. O pływaniu łodzią, gotowaniu rybnej zupy, o weselnych obyczajach, o jeździe wozami z wielkimi kopami siana albo snopami zboża, ogniskach i ziemniakach z parnika, buszowaniu po lesie i huśtaniu się na cienkich olszynach. O gęsiach które syczą i straszą, o koniu który poniósł, chłopakach straszących nas nocą … To przecież moje najpiękniejsze wspomnienia! Dziś lubię spędzać wakacje aktywnie: wędrując, poznając, zaglądając w zakamarki, próbując kuchni i słuchając ludzi. I, czy to agroturystyka w Polsce, czy wakacje gdzieś w pięknym świecie – leżeć i sączyć drinka przez kilkanaście dni pod palmą – nie potrafię! Małgorzata Kalicińska – polska powieściopisarka; autorka bestsellera „Dom nad rozlewiskiem” - współczesnej sagi rodzinnej (książka została nagrodzona „Witryną 2006”).


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

WAKACJE BĘDĄ ZNÓW... Piąte... Dziesiąte... Piętnaste... Urodziny. To, że wakacje występują co roku, współistniejąc z trymestrem letnim, to rzecz oczywista, tak jak to, że 2+2=4. A potem zaczynają się schody… Najpierw zaczynasz zarabiać swoje pierwsze pieniądze. Zwykle w wakacje, bo przecież w roku szkolnym trzeba zająć się nauką. Kelnerowanie, ulotkowanie, sprzedawanie, sprzątanie, koszenie, mycie, wyprowadzanie, pilnowanie i dowolne inne usługi, które zmieniają cudowną beztroskę lata w czas „poznawania wartości pieniądza” absorbują czas wolny bez reszty. Wakacje na razie zawieszasz. Jak sobie odłożysz, to pojedziesz. Pierwsza „poważna” praca. Wychodzona, cudem znaleziona, może nawet w wymarzonej branży: jakieś biuro, urząd, albo bank. Dopiero zaczynasz, jesteś na dole łańcucha pokarmowego i chcesz się wykazać. Należny urlop traktujesz ostrożnie i z rezerwą. Jeśli już jedziesz, na wszelki wypadek zawsze jesteś pod komórką. I ona dzwoni! W końcu po to dałeś prywatny numer, żeby dzwoniła! Wakacje trwają jakieś 5 dni. Tyle ci na ten moment przysługuje, bo wcześniej na urlopie była Jola a zaraz potem idzie Wojtek. Dłużej nie można. Ewentualnie możesz wziąć wolne pod koniec października, kiedy już są luzy, bo wszyscy już ze swoich urlopów wrócą. Ale przecież któż nie uwielbia Helu późną jesienią.... Deszcz jest taki romantyczny... Wspiąłeś się. Specjalistą jesteś, młodszym kierownikiem, junior managerem – gratulacje! Ciąży na Tobie duża odpowiedzialność. – Dopiero co zbudowałeś sobie zespół i wspólnie pracujecie na sukces. Wszystko to jest jednak jeszcze nieco niestabilne, dopiero się przecież poznajecie: Hania jest na razie na okresie próbnym, przetarg jest jeszcze w toku, budżet nadal rozpatrywany, nie dostaliście jeszcze spodziewanej dotacji, a papiery leżą u prezesa na biurku i nie wiadomo, kiedy znajdzie czas, żeby je podpisać. Czyli jednak nie... z urlopem na razie poczekasz, aż się wszystko uspokoi, ustabilizuje. I premia wpłynie. Może wpłynie… No, ale jak już wpłynie, to dopiero sobie zrobisz wakacje! Pracujesz już tak i pracujesz. Od paru lat. Tamte pierwsze sukcesy odeszły już dawno w niepamięć. Po nich były kolejne, ale były też wpadki do nadrobienia. I tak się ciągnie. Cykl roczny wyznaczają pity, rozliczenia budżetów i ewaluacje pracownicze. A należne wakacje? Przecież były! Byłeś przecież na majówce w Zegrzu i prawie cały tydzień w Pradze.

Dwa lata temu. Aaaa... i przecież jeszcze bite dziesięć dni w Chorwacji! Fakt, przez pierwsze 2 dni nadal sprawdzałeś służbową pocztę, a potem jeszcze 3 dni spędziłeś z laptopem podłączony zdalnym dostępem do firmowego serwera, bo była afera w pracy i musiałeś pomóc im to wszystko ogarnąć... ale wyjazd był. Szkoda, że tak krótko, i że wróciłeś w sumie bardziej zmęczony, niż wyjechałeś. Założyłeś własną firmę. Jesteś już w takim wieku, że doświadczenie zawodowe pozwala ci na zarządzanie innymi. I przecież jako prezes możesz pozwolić sobie na znacznie więcej, niż szeregowy pracownik, nawet jeśli znalazłeś się już w pionie kierowniczym, czy dyrektorskim. Tylko czemu twój telefon dzwoni od wczesnego rana do późnego wieczora? Czemu na biurku piętrzą się stosy papierów znacznie większe, niż te z czasów, kiedy byłeś pracownikiem? I czemu swój dom oglądasz tylko wtedy, kiedy kładziesz się spać, a urlop kojarzy ci się wyłącznie z dokumentem podpisywanym dla własnych pracowników?... Wakacje będą znów… niech zgadnę: jak się nieco sytuacja w pracy uspokoi, jak już odłożysz trochę pieniędzy, jak się skończy ten piekielny projekt, jak awansujesz, jak zapłacą w końcu tę fakturę, jak tylko firma zacznie działać stabilniej... Prawda? Gwarantuję ci, że ten moment nigdy nie nastąpi. Sam sobie na to nie pozwolisz. Przestań więc podtrzymywać tę fatamorganę, zwolnij, odpuść, zabukuj bilety i JEDŹ W KOŃCU NA WAKACJE. Bo one po prostu muszą być. Udanych urlopów życzę :)

Barbara Grabowska – córka Małgorzaty Kalicińskiej.

W roku 2012 wydała razem ze swoją mamą debiutancką powieść pt. „Irena”. Wcześniej dosłownie i w przenośni postawiła swoje życie na głowie i przeprowadziła się do Australii.

25


ZDROWIE I URODA Lipiec i sierpień, to dwa letnie miesiące, podczas których wypoczynek i spędzanie wolnego czasu związane są ze „słonecznymi kąpielami”. Zapełniają się plaże i tereny wypoczynkowe, ze słońca korzystamy także w przydomowych ogrodach. A, kiedy pojawia się już upragniona opalenizna, nie chcąc stracić jej zbyt szybko, gdy słońca na dworze coraz mniej, odwiedzamy solaria. Cena, jaką przychodzi płacić za modną i estetyczną opaleniznę, bywa jednak bardzo wysoka. Nadmierna ekspozycja skóry na promienie ultrafioletowe wiąże się bowiem z wysokim ryzykiem wystąpienia nazywanego „cichym zabójcą” czerniaka. Statystyki są zatrważające. Wzrost zachorowalności na czerniaka złośliwego w Polsce tylko w ostatnich latach wyniósł blisko pięć procent. Obecnie co roku notuje się około dwóch tysięcy przypadków nowych zachorowań. Blisko połowa chorych – umiera. Czerniak – co to jest? Na pozór nic groźnego: niewielkie, pojawiające się na skórze znamię, nie wywołujące w pierwszej fazie choroby żadnych dodatkowych objawów. Ale właśnie dlatego niezmiernie groźne. Najczęściej występująca odmiana choroby: czerniak szerzący się powierzchownie (ok. 70% wszystkich przypadków zachorowań) jest w pełni wyleczalna, jeśli wykryta zostanie we wczesnym stadium, kiedy nowotwór nie przekracza warstwy naskórka. Ale dostrzec ją jest niezmiernie trudno, ponieważ znamię pojawia się często w nie obserwowanych na co dzień uważnie miejscach: na plecach lub

Lato, słońce i. w okolicach intymnych. Nowotwór, nie powodując dodatkowych objawów, rozszerza się, z warstwy naskórka wnikając kolejno do warstwy brodawkowatej skóry, warstwy siateczkowatej skóry, wreszcie: do tkanki podskórnej. Po przebiciu się w głąb skóry poniżej podskórnej warstwy tłuszczowej może (odmiennie, niż większość nowotworów) zaatakować najbliższy węzeł chłonny. Stąd szybko przenosi się do całego układu limfatycznego, a następnie do krwi, powodując przerzuty do nawet odległych organów, m.in. wątroby i nerek. Czerniaki są niewielkie i często mylone z naturalnymi znamionami. Dlatego w rozpoznaniu choroby i – przede wszystkim – w walce z nią, ważna jest profilaktyka, polegająca na cyklicznym obserwowaniu zmian skórnych. Kiedy do lekarza? Zdecydowanie nie należy, a nawet nie wolno bagatelizować żadnych zauważonych na skórze zmian.

26


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Podstawowym czynnikiem wywołującym tę chorobę jest jednak zawarte w promieniach słonecznych i lampach solarnych promieniowanie ultrafioletowe. Z największym problemem mamy do czynienia wtedy, gdy chęć uzyskania modnego, brązowego odcienia skóry, przysłania konieczne działania profilaktyczne, związane z ekspozycją na promienie UV. Należy pamiętać o tym, aby nie przyspieszać powstawania opalenizny przez rezygnację z korzystania z filtrów, ani przez spędzanie na słońcu lub w solarium nadmiernej ilości czasu. Ważne jest także zwracanie uwagi na swoją karnację i nie dostosowywanie czasu spędzanego na słońcu lub w solarium do czasu powstawania opalenizny u partnera, partnerki, czy przyjaciół. Osoby z karnacją jasną wchłaniają promieniowanie ultrafioletowe znacznie szybciej, niż posiadacze karnacji ciemnej i właśnie u nich najczęściej dochodzi do występowania rumieni, poparzeń i pojawiania się mogących mieć charakter przedrakowy czerwonych znamion na skórze. Dermatolodzy zwracają uwagę także na znacznie wyższe ryzyko powstania chorób nowotworowych u osób korzystających z solariów, niż u osób opalających się w promieniach słonecznych. Urządzenia solarne wydzielają około dwudziestokrotnie wyższe promieniowanie, niż słońce, a dodatkowo, ze względu na znacznie mniejszą odległość źródła promieniowania, skóra w krótkim czasie wchłania z nich znacznie wyższą dawkę promieni. Opalać się bezpiecznie

... czerniak Do dermatologa lub onkologa warto udać się niezwłocznie, kiedy zauważy się każdą nie istniejącą wcześniej na skórze narośl. Istnieje jednak kilka cech, po których najłatwiej rozpoznać nowotwór. Jeśli wielkość znamienia przekracza sześć milimetrów, jego brzegi są nierówne lub postrzępione, znamię jest asymetryczne, czarne, bardzo ciemne, zmieniające kolor lub wielokolorowe, gdy pojawia się zaczerwienienie wokół znamienia lub znamię zmienia kształt, ryzyko, że jest to czerniak, jest bardzo wysokie. Znamię wykazujące choćby jedną z opisanych cech należy jak najprędzej wyciąć, nawet, jeśli później w badaniach histopatologicznych miałoby okazać się, że nie było w nim komórek nowotworowych. Dlaczego ja? Do powstawania czerniaka przyczynić się może szereg czynników, m.in. wirusy HPV i HIV, zaburzenia genetyczne i działanie środków chemicznych.

Najlepsza jest profilaktyka. Godzina opalania się na słońcu, powtórzona 2 – 3 razy w tygodniu, w zupełności wystarczy – radzi WHO (Światowa Organizacja Zdrowia). Dobrze jest też przed wystawieniem się na promieniowanie ultrafioletowe zaopatrzyć się w okulary przeciwsłoneczne, pamiętając o tym, że czerniak złośliwy namnażać się może także w komórkach barwnikowych gałki ocznej. Posiadacze jasnej karnacji i włosów, oraz dużej ilości zmian barwnikowych na skórze (w tym piegów) powinni przed opalaniem się stosować kremy z filtrem SFP = 50; wysoki faktor kremu znacząco wydłuży czas uzyskiwania opalenizny, ale uchroni przed wnikaniem promieni w głębokie warstwy skóry. Osoby o karnacji ciemnej mogą stosować niższe filtry, na równi jednak z tymi, których karnacja jest jasna, pamiętać muszą jednak, że promieniowanie UV skutecznie przebija się przez chmury, zatem krem z filtrem stosować należy nie tylko w bardzo słoneczne, ale także pochmurne dni. A w solarium – filtr dla każdego im większy, tym lepszy.

Andrzej Gross, zdjęcia: fotolia.com Konsultacja medyczna: dr Ewa Soczawa - dermatolog

27


ZDROWIE I URODA

Wygrała dla innych „Białaczka”. Nawet w XXI wieku to słowo dla chorego brzmi, jak wyrok. Mimo zaawansowanych metod leczenia śmiertelność chorych na białaczkę, na całym świecie, wciąż jest wysoka. Głównym tego powodem jest późna wykrywalność choroby. Objawy przewlekłej białaczki szpikowej w pierwszej, trwającej nawet kilka lat, fazie, mogą bowiem być wzięte za symptomy innych chorób lub intensywnego życia. Dla chorego często jedynym ratunkiem jest przeszczep szpiku. A szpiku wciąż brakuje...

WYGRAŁA DLA INNYCH DIAGNOZA: RAK Białaczka, to nowotworowa choroba krwi, podczas której w sposób niekontrolowany w szpiku kostnym lub krwi obwodowej namnażają się złośliwe, mniej lub bardziej agresywne wobec organizmu chorego, komórki. Niekontrolowane namnażanie komórek wypiera niemal w całości prawidłowe komórki ze szpiku, powodując zaprzestanie produkcji krwi, anemię i małopłytkowość. Choroba ogólnie dzielona jest na postać ostrą i przewlekłą. Pierwsza z nich, to bardzo agresywna choroba nowotworowa, objawiająca się w sposób nagły. Objawy ostrej białaczki pojawiają się w ciągu kilku dni do kilku tygodni od zachorowania. Należą do nich: bladość, osłabienie, zła tolerancja wysiłku, przyspieszone bicie serca i oddech, zawroty głowy i szum w uszach. Kolejno pojawiają się później wspomniane: anemia i małopłytkowość. W przewlekłej postaci białaczki początkowa, wyniszczająca faza choroby może trwać nawet kilka lat, a jej objawy mylone są ze stanami stresowymi lub przemęczeniowymi. Są to: zmęczenie, osłabienie, zmniejszenie apetytu i stopniowa utrata masy ciała. Dopiero po kilku latach objawy nasilają się, z czasem przypominając objawy charakterystyczne dla białaczki ostrej. Ostre białaczki, to choroby w pełni uleczalne, choć z tendencjami nawrotowymi, o pełnym wyleczenia można mówić dopiero wtedy, gdy choroba nie nawraca przez około pięciu lat. Przewlekłe białaczki, to, mimo nowych terapii, wciąż choroby nieuleczalne. Czas przeżycia chorego można jednak wydłużyć o co najmniej 3 – 5 lat.

28

Anna Wierska zachorowała niespodziewanie. Zawsze aktywna i pełna optymizmu Poznanianka nawet po diagnozie, którą była przewlekła białaczka szpikowa, zachowała pogodę ducha i wiarę, w przezwyciężenie choroby. Walka z chorobą trwała blisko dwa lata. W tym czasie niemal codziennie przyjaciele Anny słyszeli z jej ust słowa: „Mój dawca jest blisko, muszę Go tylko znaleźć”. I szukała. Nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Rozmawiała z młodzieżą, uświadamiając młodych ludzi, jak ważnym dla drugiego człowieka może być Dar Szpiku. Po roku dawca ze zgodnością antygenów znalazł się w Stanach Zjednoczonych. Jego stan zdrowia nie pozwolił jednak na transplantację. Anna nie otrzymała swojej własnej szansy. Po sobie pozostawiła jednak fundację, która od pięciu lat upowszechnia pomoc osobom z białaczką poprzez propagowanie pozyskiwania dawców szpiku. ZOSTAŃ DAWCĄ „Gotowość niesienia pomocy to nadrzędny cel naszej Drużyny. Choć nie każdy zostanie wezwany, to każdy jest gotowy na takie wezwanie. Dla jednych będzie to oddanie szpiku lub mówienie o tym, na czym polega przeszczep. Dla innych, to bieganie maratonów w naszych koszulkach. Wszyscy są potrzebni, bo ta Drużyna, to po prostu łańcuch składający się z ogniw, z których każde ma swoje zadanie.” - mówi prezes poznańskiej Fundacji „Dar Szpiku”, Dorota Raczkiewicz. Fundacja przede wszystkim uświadamia nie tylko młodym ludziom na czym polega przeszczep szpiku kostnego i jak ważne jest to, aby w polskim Centralnym Rejestrze Niespokrewnionych Potencjalnych Dawców Szpiku i Krwi Pępowinowej


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

sercu, częściowo i czasowo: epilepsja, nadciśnienie, łuszczyca i ciąża. Po wypełnieniu ankiety medycznej i przebadaniu przez lekarza oddajemy 10 ml. krwi. Następnie wyniki badania i dane osobowe zapisane zostają w bazie kandydatów Poltransplantu na dawcę szpiku kostnego. Telefon może nigdy nie zadzwonić, ale może zadzwonić nawet dzień po rejestracji. Istnieje możliwość, że ktoś od miesięcy czeka na unikalną zgodność antygenów. SPOSOBY SĄ RÓŻNE 20. maja 2013r. w Wielkopolskim Urzędzie Wojewódzkim, w Poznaniu, odbyła się wielka zbiórka krwi i rejestracja potencjalnych dawców szpiku kostnego, która uroczyście zainaugurowała pięciolecie działania Drużyny Szpiku. W ramach jubileuszu odbywają się także spotkania edukacyjne i imprezy sportowe, powiązane z m.in. maratonem pisania listów do chorych. Podobne imprezy Fundacja „Dar Szpiku” organizuje nieustannie. Dla wciąż przybywających podopiecznych i dla wszystkich, którym cierpienie innych ludzi nie jest obojętne. figurowało jak najwięcej nazwisk i kontaktów. W Polsce, aby zostać dawcą, wystarczy udać się do najbliższego Punktu Krwiodawstwa. Tam należy wypełnić ankietę medyczną. Przeciwwskazaniami dyskwalifikującymi potencjalnego dawcę, są: zakażenie wirusem HIV lub przynależność do grupy zwiększonego ryzyka zakażenia tym wirusem, obecność antygenu Hbs i przeciwciał anty HCV przy obecności HCV RNA, aktywna gruźlica w okresie minionych pięciu lat, cukrzyca i aktywna astma przy trwającej farmakoterapii, przebyty zawał serca lub zabiegi naczyniowe na

Andrzej Gross, fot. udostępnione przez Fundację im. Anny Wierskiej „Dar Szpiku”

29


ZDROWIE I URODA

Podziel się życiem Z Dorotą Raczkiewicz - Prezesem Fundacji im. Anny Wierskiej „Dar Szpiku”; szefową Drużyny Szpiku rozmawia Andrzej Gross. Ile osób i instytucji liczy obecnie Drużyna Szpiku. Czym te osoby zajmują się na co dzień? Kilkadziesiąt, kilkaset, kilka tysięcy członków... a może nawet więcej. Drużyna Szpiku nie jest w żaden sposób sformalizowana. Nie prowadzimy rejestrów, nie sprawdzamy listy obecności i – przede wszystkim – nikogo do niczego nie zmuszamy: ani do działania, ani do noszenia koszulki. Naszym głównym założeniem jest przenoszenie konkretnej idei do domów, miejsc pracy, różnych środowisk. Wszędzie tam, gdzie warto mówić o przeszczepach i rozwiewać krążące na ich temat mity. Na początku Drużyna Szpiku składała się wyłącznie z biegaczy: maratończyków i półmaratończyków, którzy startowali w biegach odbywających się w całej Polsce, w naszych czerwonych koszulkach. Dziś jest to znaczna grupa osób, które dodatkowo prowadzą działania edukacyjne, spotykają się z chorymi, organizują zbiórki pieniędzy i krwi, wskazują i uświadamiają, w jaki sposób można stać się dawcą szpiku. I nie są to osoby przypadkowe. Znaczną część Drużyny stanowią dawcy i biorcy szpiku, czyli osoby zarejestrowane w Centralnym Rejestrze Dawców i osoby chore na białaczkę, poszukujące dawcy. Kilkunastu naszych dawców już uratowało komuś życie; w Drużynie jest m.in. pierwszy Polak – dawca szpiku dla chorego z zagranicy. Do Drużyny Szpiku dołączyć może każdy, kto widzi swoje miejsce w naszej codziennej pracy. Zapraszam do kontaktu z nami poprzez stronę internetową: www. darszpiku.pl.

Wśród osób wspomagających działanie Fundacji, znaleźć można sporą liczbę osób znanych. Są to m.in. Katarzyna Bujakiewicz, Magdalena Stużyńska, Sylwia Grzeszczak, Mezo, Doniu... i liczba ta wciąż rośnie. Czy w ślad za tym rozszerza się działalność Fundacji? Tak, ponieważ każda z tych osób upowszechnia naszą działalność w inny sposób i w innym miejscu: przede wszystkim w miejscach swojego zamieszkania, ale z racji tego, że są to osoby znane, także na skalę ogólnopolską. Po pięciu latach działania nie ma chyba żadnego biegu w Polsce, w którym nie wystartowałby ktoś z naszą koszulką, a spotkań edukacyjnych jest coraz więcej, podobnie, jak spotkań z chorymi i inicjatyw dla chorych. Rozwija się nasza działalność i przybywa znanych osób. Ale są to ludzie, którzy są z nami, ponieważ popierają nasze działania: jeżdżą z nami na oddziały szpitalne do chorych, są „twarzami” spotkań w szkołach, a część z nich, to również dawcy szpiku. Nie potrzebujemy w naszej drużynie gwiazd, które są łapaczami koszulek, bądź dobrego wizerunku. To mają być ludzie, którzy wiedzą, jak bardzo ważne jest to, abyśmy otworzyli się na drugiego człowieka. Którzy - na przykład - pojadą z nami na oddział do chorych dzieci i spędzą z nimi czas. Czy z prośbą o pomoc edukacyjną mogą zgłaszać się do Państwa inne, mniejsze ośrodki, fundacje, szkoły? Kilka lat temu, to my dzwoniliśmy do szkół i instytucji, i pytaliśmy, czy możemy zorganizować spotkanie z Drużyną Szpiku, i opowiedzieć o przeszczepach. Teraz niemal codziennie odbieramy telefony z całej Polski, z prośbą o przyjazd. I jeździmy, choć wyjazdy planujemy już z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Zdjęcia: udostępnione przez Fundację im. Anny Wierskiej „Dar Szpiku”, fotolia.com

Fundacja im. Anny Wierskiej „Dar Szpiku” kontakt: biuro@darszpiku.pl www.darszpiku.pl

30


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Implanty piersi – fakty bez mitów

Z dr n. med. Tomaszem Dydymskim – specjalistą chirurgii ogólnej i chirurgii plastycznej rozmawia Andrzej Gross Andrzej Gross: Panie Doktorze, kiedy mówimy o chirurgii plastycznej, pierwszym skojarzeniem, jakie przychodzi na myśl potencjalnym rozmówcom, jest powiększenie biustu. Analogicznie pierwszym pytaniem, jakie powinienem Panu zadać w poświęconej powiększaniu biustu rozmowie jest pytanie, czy rzeczywiście ten zabieg stał się w ciągu ostatnich lat zabiegiem wiodącym w chirurgii plastycznej? Dr Tomasz Dydymski: Prawie wiodącym, bo statystycznie najczęściej wykonywane operacje plastyczne, to operacje nosa. Powiększanie piersi niezmiennie, od lat, utrzymuje się na drugim miejscu. Statystycznie około siedemdziesięciu procent kobiet, które trafiają do klinik chirurgii plastycznej na całym świecie, to nie przypadki kliniczne pourazowe, ale kobiety, które chcą powiększyć piersi ze względów psychologicznych lub estetycznych i kobiety z defektem wrodzonym. Tę grupę również podzielić można na podgrupy, kultura masowa spowodowała bowiem, że implantacja piersi jest zabiegiem modnym. Czy zawsze i dla każdej kobiety jest też zabiegiem bezpiecznym? Jakie są kryteria oceny pacjentki przed implantacją?

Pacjentki można podzielić na dwie grupy. Pierwsza z nich, to młode kobiety, których natura nie obdarzyła dużym biustem i które mają z tego powodu kompleksy lub po prostu nie czują się dobrze ze swoim naturalnym rozmiarem. Druga, to kobiety nieco starsze, które poddają się rekonstrukcji biustu po porodzie i karmieniu piersią. Powiększanie piersi jest zabiegiem bezpiecznym. Może mu się poddać każda pacjentka, która może być operowana w znieczuleniu ogólnym, możemy więc mówić jedynie o kryteriach ogólnozdrowotnych. Drugim, bardzo ważnym kryterium, jest natomiast ocena psychologiczna i psychiczna pacjentki. Przed każdym zabiegiem lekarz z psychologiem poznają powody decyzji pacjentki oraz oceniają jej stabilność psychiczną i psychologiczną. O powiększaniu piersi myślą nie tylko pełnoletnie i nie tylko młode kobiety. Coraz częściej na forach internetowych pytania o poradę w tej kwestii umieszczają czternasto- i piętnastolatki. Zdarzają się także kobiety, których wiek przekracza pięćdziesiąt i sześćdziesiąt lat. Czy wiek gra rolę przy kwalifikowaniu do operacji? I tak, i nie. Pacjentki powyżej 50 roku życia, o ile anestezjolog zakwalifikuje je do zabiegu, mogą bezpiecznie poddawać się powiększaniu piersi. To nie są, zresztą, rzadkie przypadki: sam miewałem pacjentki w tym wieku. Najstarsza miała 69 lat. Co do pacjentek poniżej 18 roku życia – to jest bardziej

31


ZDROWIE I URODA

skomplikowane. W Polsce nie ma klarownych uregulowań prawnych w tej kwestii, więc domniemywa się, że zabieg wykonać można, jeśli zgodę wyrażą rodzice lub prawni opiekunowie. I niektórzy lekarze takie zabiegi wykonują. Renomowane kliniki chirurgii plastycznej najczęściej odmawiają jednak powiększania piersi nastolatkom, ponieważ u nich cały czas trwa jeszcze proces dojrzewania. Piersi mogą rosnąć jeszcze w wieku nawet dwudziestu lat. Małe piersi u nastolatki lub osiemnastolatki mogą też być wynikiem problemów z układem endokrynnym, niedoboru hormonów, więc do podjęcia decyzji w przypadku nastolatki lub nawet osiemnastolatki niezbędna jest opinia endokrynologa, poparta szczegółowymi badaniami. Ja, z reguły, nie podejmuję się operacji pacjentek niepełnoletnich, nawet, jeśli przychodzą z rodzicami, a rodzice wyrażają zgodę na zabieg. Jest jeszcze jeden problem, z którym już w początkowym etapie kwalifikacji do operacji zmaga się chirurg: wyobrażenia pacjentki, związane z wyglądem po operacji w konfrontacji z możliwościami wykonania zabiegu. Jak dobierane są implanty? Czy pacjentka może zażyczyć sobie dowolnego rozmiaru piersi? Nigdy nie dobieramy implantów ani „na oko”, ani

32

według życzeń pacjentki. Implanty dobieramy do budowy ciała, szerokości klatki piersiowej, szerokości piersi, ilości i przewidywanego napięcia skóry po implantacji. Jeśli oczekiwania pacjentki są większe, niż fizyczne możliwości, zdarza się, że zabieg rozkładamy na kilka etapów. Powiedzmy, że oczekiwania pacjentki, to implant 800 – 900 ml., a możliwości – 400 ml. Wykonujemy pierwszy zabieg, wszczepiając mniejszy implant, a następnie czekamy, aż skóra rozciągnie się na tyle, aby móc go powiększyć. Najczęściej trwa to około pół roku. Innym problemem dotyczącym wielkości implantu jest obciążenie kręgosłupa, ponieważ duże implanty mogą zwiększyć je o nawet dwa kilogramy. Ale ten problem występuje bardzo rzadko. Jeśli już mamy z nim do czynienia, prosimy o konsultację ortopedyczną. Więc zdarzają się takie sytuacje, w których lekarze odmawiają wykonania zabiegu z przyczyn nie typowo zdrowotnych, a anatomicznych? Zdecydowanie, tak. Jeśli oczekiwania pacjentki są nieproporcjonalne do jej budowy anatomicznej, żaden chirurg zabiegu nie wykona. Pierwsze operacje powiększenia piersi odbyły się pod koniec XIX wieku. Czeski chirurg, Vincent Czerny, jako wypełnienia użył własnej


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

tkanki tłuszczowej pacjentki. Metody ewoluowały – można powiedzieć, że metodą prób i błędów. Jako materiału do wypełnienia używano m.in. parafiny i gumy arabskiej, a w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku stosowano bezpośrednie iniekcje żelu silikonowego. Obecnie w Ameryce jako zamiennik operacji plastycznej stosuje się zabiegi iniekcji preparatami kwasu hialuronowego. Czy to nie jest przypadkiem powrót do lat pięćdziesiątych i stworzenie ryzyka podobnego do związanego z iniekcją silikonową? Silikon podawany w postaci iniekcyjnej zupełnie się nie sprawdził. Miałem pacjentkę, która kilkadziesiąt lat temu powiększyła sobie piersi tą metodą, a następnie silikon zgromadził się jej w podbrzuszu. Substancja przemieszcza się w ciele i tworzy grudki. Nie zapewnia ani trwałego efektu estetycznego, ani bezpieczeństwa zdrowotnego. Dlatego, zresztą, zaniechano jej stosowania, podobnie, jak innych wspomnianych metod. Wypełnianie piersi preparatami kwasu hialuronowego też nie jest rzeczą nową. W Europie, także w Polsce, boom na tego typu zabiegi miał miejsce 5 – 7 lat temu. Teoretycznie był to świetny zamiennik operacji: metoda nieoperacyjna, bez żadnych blizn, bez przebywania w klinice. W praktyce okazało się, że ten zamiennik nie jest doskonały. Pierwsi zabronili używania kwasu hialuronowego Francuzi. Powodem była duża liczba powikłań oraz „grudkowanie” preparatu. W Polsce Macrolane został zakazany w roku 2012. Metoda ta była, zresztą, wyjątkowo nieekonomiczna. Zabieg kosztował tyle samo, co powiększenie piersi implantami, a jego trwałość wynosiła rok, do dwóch lat. Implanty są trwalsze. Część z nich posiada nawet dożywotnią gwarancję. Czy to oznacza, że w ogóle nie trzeba ich wymieniać? Tak. Ale trzeba dodać, że tylko trzy firmy produkujące implanty dysponują na tyle odległymi czasowo badaniami, aby móc udzielić dożywotniej gwarancji. Dwie z nich udzielają takiej gwarancji dla wszystkich produkowanych przez siebie implantów, jedna – dla kilku rodzajów. Obok implantów z gwarancją dożywotnią są, oczywiście, dostępne także implanty, dla których gwarancja wynosi 10 - 15 lat. Są one odpowiednio tańsze, ale w perspektywie są też dużo mniej ekonomiczne, bo ich wymiana wiąże się z kolejnym zabiegiem. Od początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku do powiększania piersi używa się wszczepów wypełnianych cieczą: w Europie, a dokładniej we Francji, pojawiły się wtedy implanty wypełnione solą fizjologiczną, a w Stanach Zjednoczonych – silikonem. Oba typy implantów z modyfikacjami w technologii wykonania są stosowane do dziś. Czym różnią się technologie i wykonane w nich implanty?

Z perspektywy czasu możemy powiedzieć, że przede wszystkim implanty solne i silikonowe różnią się trwałością. W Stanach Zjednoczonych przez dwadzieścia lat zabronione było używanie implantów silikonowych, ponieważ podejrzewano, że mogą przyczyniać się do wzrostu ryzyka zachorowania na nowotwory. Podejrzenia się nie potwierdziły, ale przez ten czas rozwinęła się szeroko produkcja implantów solnych. Te implanty, jak pokazał czas, ulegały i ulegają rozszczelnieniu, a czas ich trwałości, to zaledwie kilka lat. Można je, oczywiście, dopompować cieczą, ale efekt jest daleki od oczekiwań estetycznych pacjentek. A implanty silikonowe się nie rozszczelniają? Sól fizjologiczna, w przeciwieństwie do silikonu, rozkłada się w organizmie i nie powoduje w przypadku nieszczelności implantu konsekwencji innych, niż utrata kształtu piersi. Silikon, o czym już mówiliśmy, powoduje konsekwencje zdrowotne... Nie słyszałem o żadnym przypadku rozszczelnienia obecnie używanych implantów silikonowych. Przez dwadzieścia lat firmy produkujące te implanty tak udoskonaliły technologię, że ich produkty są całkowicie bezpieczne. Skoro dobraliśmy rodzaj implantu, kolejne pytanie, które zadaje sobie i lekarz, i pacjentka, brzmi: jak implant umieścić. Podmięśniowo, czy podskórnie? I jaki rodzaj cięcia jest dla pacjentki najmniej inwazyjny? 80 – 90 procent chirurgów stosuje obecnie jako najmniej okaleczające i najbezpieczniejsze dla pacjentki cięcie w fałdzie podpiersiowym, które pozostawia nieznaczne blizny, ale nie eliminuje czucia w brodawce, jak popularne jeszcze niedawno cięcie wokół brodawki. Podobnie wystandaryzowane zostało na świecie podmięśniowe umieszczanie implantu, które powoduje bardziej naturalny wygląd piersi, a jednocześnie jest mniej inwazyjne, bo podczas implantacji nie manipulujemy gruczołem piersiowym. Ostatni dylemat, przed którym stoi pacjentka dobierająca z lekarzem implant: okragly, czy anatomiczny? I dlaczego? Ten wybór miał znaczenie przy wszczepianiu podskórnym. Wtedy zdecydowanie wszyscy lekarze polecali implanty anatomiczne, które gwarantowały bardziej anatomiczny kształt piersi. Przy implantacji domięśniowej ten rodzaj nie ma większego znaczenia, choć lekką przewagę mają implanty okrągłe. Implanty anatomiczne, kiedy się obracają, a ma to miejsce nawet u 20% pacjentek, wymagają interwencji chirurgicznej. Kiedy obróci się implant okrągły, pacjentka nawet tego nie zauważy. Dodam też, że implanty okrągłe są tańsze. Z jakimi kosztami powinna liczyć się pacjentka decydująca się na powiększenie biustu i, czy są to koszty związane jedynie z zabiegiem, czy

33


ZDROWIE I URODA niedoświadczonych chirurgów. I tyle. Po wyjściu do domu należy pamiętać o tym, żeby nie doprowadzić do powikłań estetycznych, np. przesunięcia się implantu: nie podejmować zbyt szybko wzmożonego wysiłku fizycznego i stosować się do indywidualnych zaleceń lekarza. Największy ból towarzyszy pacjentce zaraz po samym zabiegu i jest spowodowany rozciąganiem tkanek, mięśnia i skóry. Ból, czasem dość dotkliwy, utrzymuje się 48 – 72 godzin. Później ustępuje. Po trzech dniach, najdalej tygodniu, powinien ustąpić całkowicie. Po jakim czasie możemy zobaczyć efekt końcowy i - co ważniejsze dla pacjentki - czy ten efekt końcowy, który w lustrze będzie widoczny po operacji, utrzyma się przez całe życie?

również z gojeniem pooperacyjnym? W większości klinik koszty pobytu i koszty operacji są sumowane. Ich głównym elementem jest cena implantów i, z wielu powodów, o których mówiłem wcześniej, nie warto na nich oszczędzać, bo może się okazać, że pozorna oszczędność wygeneruje z czasem o wiele wyższy wydatek, związany np. z wymianą implantów. Średnio ceny w Polsce kształtują się na poziomie 15 – 20 tysięcy złotych i zawierają w sobie koszt operacji, pobytu i wizyt kontrolnych. Trzeba także uważnie przyglądać się klinice, w której nastąpi operacja, zdarza się bowiem, że zabieg powiększania piersi wpisują do swojej oferty medycznej kliniki lub szpitale, w których operują chirurdzy ogólni. Bywa, że przeprowadzane tam zabiegi, są nawet kilka razy tańsze, niż w klinikach chirurgii plastycznej. Ale sugerowanie się wyłącznie ceną często obraca się przeciwko pacjentowi.

Przez pierwsze dwa miesiące u części pacjentek może występować obrzęk, który maskuje wygląd piersi. Po tym czasie można zaryzykować stwierdzenie, że zobaczymy efekt końcowy, choć gojenie po implantacji może trwać nawet do pół roku. Efekt powinien być i jest trwały. Nieznaczne zmiany w wyglądzie mogą nastąpić po 10 – 15 latach, kiedy proces starzenia się skóry i organizmu spowoduje, że, podobnie, jak piersi naturalne, implanty lekko opadną. Rozmawiał: Andrzej Gross Foto: archiwum kliniki Artplastica w Szczecinie, fotolia.com

Zabieg powiększenia piersi nie trwa długo. Pacjentka najdalej po 48 godzinach jest już w domu. Jak przebiega sama operacja, jakim obarczona jest ryzykiem, jak wygląda gojenie pozabiegowe i, przede wszystkim, czy zabieg obarczony jest wysokim stopniem bólu? Zabieg operacyjny jest przeprowadzany w znieczuleniu ogólnym i trwa około godziny. Pacjentka profilaktycznie pozostaje w klinice do 48 godzin, aby ograniczyć możliwe powikłania do absolutnego minimum. Ilość możliwych powikłań jest, zresztą, niewielka. Może powstać krwiak, który doprowadzi do przesunięcia implantu i deformacji piersi, ale zdarza się to bardzo rzadko, ponieważ po operacji na dwa dni zakładane są dreny, którymi wyciekają płyny. Może powstać infekcja, gdyż nawet najbardziej sterylny implant jest ciałem obcym. To także zdarza się niezmiernie rzadko, ponieważ stosuje się zapobiegawczo kurację antybiotykową. Niewprawny chirurg może doprowadzić podczas zabiegu do powstania odmy płucnowej – temu należy zapobiegać już podczas doboru kliniki i nie oddawać się w ręce

34

dr n. med. Tomasz Dydymski – specjalista chirurgii ogólnej i chirurgii plastycznej, specjalizację z chirurgii plastycznej uzyskał w renomowanym ośrodku chirurgii plastycznej w Polanicy Zdroju pod kierunkiem dr. nauk medycznych, prof. Kazimierza Kobusa; stypendysta światowej sławy chirurga plastycznego i transplantologa prof. Marii Siemionow.


Felinoterapia, czyli jak Mruczek terapeutą został... „Ludzi można z grubsza podzielić na dwie kategorie: miłośników kotów i osoby poszkodowane przez los.” - Oscar Wilde.

B

lisko sześć tysięcy lat po zaprzyjaźnieniu się z psem, człowiek dostrzegł bliskiego przyjaciela także w innym czworonogu: drapieżniku-indywidualiście, który jednak udowodnił, że potrafi być niezastąpionym towarzyszem. Kariera kota była wyjątkowa: od sprzymierzeńca w gospodarstwie domowym, przez przyjaciela, do czczonego i wielbionego zwierzęcia-boga. Przez wieki rola kota zmieniała się i ewoluowała razem ze zmianami w kulturze człowieka. Sporną kwestią pozostaje jednak to, kto kogo pierwszy zauważył.

Kot - urodzony łowca, doskonale radził sobie bez naszej pomocy. Ludzie, gdy ich życie przybrało tryb osiadły, zaczęli tworzyć pierwsze osady i zajmować się rolnictwem. Wtedy dostrzegli problem braku skutecznej ochrony swoich plonów i zapasów żywności przed drobnymi gryzoniami. Początkowo człowiek tylko tolerował obecność kotów, jednak w niedługim czasie zaczął dostrzegać korzyści wynikające z tej „przyjaźni”. Do udomowienia kota doprowadziła więc symbioza: człowiek karmił kota, który chronił jego dobra. Nawet dziś znajdziemy ludzi, którzy rolę kota sprowadzają wyłącznie do polowania na przydomowe szkodniki. Poprzez liczne mity i legendy utrwalił nam się wizerunek tego zwierzęcia, jako przebiegłego i nielojalnego, a przy tym dbającego wyłącznie o swoja wygodę. Niekiedy nawet można spotkać się z opinią, że kot jest niebezpieczny dla przyszłych matek i należy się go pozbyć dla dobra matki i dziecka. Nic bardziej mylnego: oczywiście – rozprzestrzeniająca się niemal wyłącznie przez koci mocz toksoplazmoza jest niebezpieczna, jednak, aby uniknąć zakażenia, wystarczy wystrzegać się bezpośredniego kontaktu z kocią toaletą. Osoby które zaprzyjaźniły się z kotami i je polubiły, wiedzą, że są to oddani przyjaciele, a nawet... terapeuci. Prowadzone od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku badania dowodzą, że nawet krótkie obcowanie ze zwierzętami ma pozytywny wpływ na zdrowie i psychikę człowieka. Terapeutami stały się więc psy, konie, osły, delfiny i koty.

W wielu państwach stworzono profesjonalne programy felinoterapii wspomagające leczenie osób starszych, chorych psychicznie, dzieci autystycznych, a nawet resocjalizację więźniów. Kontakt z kotem działa wyciszająco i uspokajająco. Głaszcząc kota i wsłuchując się w jego jednostajne mruczenie możemy się zrelaksować i odprężyć, a co za tym idzie, ukoić nerwy. Ma to bezpośredni wpływ na obniżenie ciśnienia, trójglicerydów i cholesterolu we krwi. Może mieć też wpływ na zmniejszenie ryzyka chorób układu krwionośnego, a nawet zmniejszać ryzyko zawału serca. Z drugiej strony, przebywanie z kotem prowokuje u człowieka ruch i aktywność, co przy współczesnym, konsumpcyjnym stylu życia, jest nieocenionym działaniem terapeutycznym. Dowiedziono, że aktywna zabawa z kotem skutkuje m.in. obniżeniem poziomu cholesterolu, mniejszym ciśnieniem krwi i unormowaniem rytmu serca, co ryzyko zawału zmniejsza nawet o kilka procent. Koty mogą też pomóc w uśmierzaniu bólu, gdyż wyczuwają bolesne miejsca na ciele i układają się na nich. Przeciwnie zjonizowane: sierść kota (ujemnie) i chore miejsca (dodatnio) powodują działanie przeciwbólowe, ogrzewające i uspokajające. Niektórych rodzajów felinoterapii często zupełnie nieświadomie doświadczamy na sobie samych w domowym zaciszu. Często Mruczek staje się nieocenionym terapeutą dla ludzi starszych. Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak korzystna jest „codzienna gimnastyka” przy karmieniu kota, schylanie się aby go podnieść, czy pogłaskać. Kot doskonale wypełnia także pustkę u osób samotnych, niemalże całkowicie likwidując poczucie osamotnienia, a przy tym nie jest, jak wiele psów, nachalny, hałaśliwy, ani nazbyt wymagający. Godny uwagi jest również fakt, że kot doskonale ogrzewa zmarznięte dłonie, gdyż naturalna

35


UMYSŁ I DUSZA

temperatura kociego ciała wynosi przeszło 37 stopni. Głaszcząc lub trzymając go na kolanach możemy liczyć na dodatkowy bonus w postaci przyjemnego ciepła. Osoby chorujące na reumatyzm lub starsze, u których stawy nie są już tak sprawne, mają przy okazji głaskania kota dodatkową, jakże cenną gimnastykę dla stawów. Za granicą koty wykorzystywane są głównie w domach opieki i domach seniorów jako zwierzęta potrafiące nawiązać niepowtarzalną więź z mieszkańcami tych placówek. U osób chorych na Alzheimera koty pomagają uruchomić pamięć wsteczną. Pacjenci głaszcząc kota i skupiając na nim swoją uwagę zaczynają sobie przypominać swoje życie i opowiadać o nim. Bardzo trudne jest dotarcie do świata dzieci dotkniętych autyzmem. Potrzeba wiele cierpliwości i opanowania, aby nawiązać porozumienie z chorym dzieckiem, jednak kotu świetnie się to udaje. Dzięki spokojnemu usposobieniu kot nawiązuje wspólny język z dzieckiem i pozwala mu na lepszy kontakt z otaczającym światem. Kot nie straszy i nie wymusza zainteresowania. Można powiedzieć, że swoją obecnością wytwarza niezwykle spokojną i odprężającą

36

atmosferę, która małym pacjentom ułatwia otwarcie się na otoczenie. Podobnie nieoceniony jest wpływ kota na dzieci dotknięte ADHD. Spokój i opanowanie Mruczka w pewien sposób udziela się dziecku i pomaga mu się wyciszyć. Dzieci, nie tylko dotknięte chorobą, dzięki kontaktom z kotami uzyskują też wyższą, niż rówieśnicy, empatię i wrażliwość. Doskonale rozpoznają wysyłane przez koty w naturalny sposób sygnały i reagują na nie. Niezaprzeczalną przewagą felinoterapii jest też to, że kot – w przeciwieństwie do innych, wykorzystywanych w zooterapii zwierząt, nie wymaga tresury. Jest obecnie jedynym zwierzęciem, w przypadku którego terapię stanowi jego naturalne zachowanie. A, poza wszystkim, kot „działa” także poza terapią: jego głaskanie, drapanie, czy przytulanie, prowokuje ludzki organizm do wzmożonej produkcji nazywanych „hormonem szczęścia” endorfin. Warto więc przemyśleć, czy w domu nie znajdzie się miejsce dla na pozór tylko chodzącego własnymi drogami kota. Korzyści wynikające z codziennego z nim obcowania, są bowiem znacznie większe, niż nauczyliśmy się o nich myśleć. Małgorzata Maksjan, fot. fotolia.com


ZDROWIE I URODA

„Fryzjer”, brzmi... profesjonalnie Po pierwsze: nie szkodzić z Piotrem Kmiecikiem, fryzjerem, ubiegłorocznym zwycięzcą polskiej edycji Wella Trendvision Award (w duecie z Jackiem Łukasikiem), właścicielem szczecińskiego Studia Fryzur „Modern Design” rozmawia Małgorzata Maksjan Jesteś fryzjerem, czy stylistą? Piotr Kmiecik: Przede wszystkim fryzjerem. Nie zajmuję się dobieraniem ubioru, ani wizażu. Ale w zawód fryzjera wpisane jest, oczywiście, nie tylko obcinanie włosów (śmiech). Zajmujemy się m.in. doborem koloru włosów i fryzury odpowiedniej do kształtu twarzy. Przede wszystkim dobry fryzjer powinien jednak umieć dobrać fryzurę, która będzie spójna nie tylko z anatomicznym kształtem, ale także z temperamentem i charakterem klientki. Czyli być też trochę... psychologiem?

„Stylista” na pewno. Rzadziej „Kolorysta”. Tak o sobie mówi całkiem spora grupa fryzjerów, którzy najwyraźniej nazwy swojego zawodu się wstydzą. Na szczęście nie wszyscy. Na szczęście, bo obie nazwy we fryzjerstwie użytkowym są wyjątkowo nietrafione. Z czym kobieta przychodzi do fryzjera? Najczęściej chodzi o modelowanie fryzury, zmianę długości i koloru włosów. Oczywiście, część fryzjerów, to także artyści, którzy z włosami potrafią zrobić cuda... ale z fryzurą na co dzień cuda te niewiele mają wspólnego. Z całą pewnością możemy sobie więc powiedzieć, że wszystkich tych usług ani „stylista” (nie fryzjer), ani tym bardziej „kolorysta” nie wykona. Stylista wizerunkiem zajmuje się kompleksowo – podobnie jak „personal shopper” (czyli osobisty doradca w zakupach – brzmi ciekawie, prawda?) postrzega bowiem swoją klientkę zarówno przez pryzmat włosów, jak i makijażu, ubioru, i doboru dodatków. Dodać należy, zresztą, że jeśli o poradę poprosimy kilkoro stylistów, każdy z nich zbuduje inny, zgodny z własnym odczuciem piękna, wizerunek. Kolorysty o poradę lepiej nie prosić... Zgodnie ze słownikiem języka polskiego „kolorysta” jest albo „artystą, przywiązującym w swoich pracach szczególną wagę do koloru”, albo „kompozytorem, którego utwory cechuje bogata kolorystyka”, albo „kimś, kto koloryzuje w opowiadaniach”. A fryzjer, to rzemieślnik. I nie ma w tym nic obraźliwego!

Nie „trochę”, ale nawet „bardzo”. W opowieściach o kobietach i mężczyznach, którzy na fotelu fryzjerskim otwierają się nawet bardziej, niż na kozetce psychologa, wcale nie ma przesady. I bardzo dobrze, bo fryzjer poznając klienta, łatwiej może mu coś zaproponować. A zwłaszcza kobiety znane są z tego, że zmiana fryzury lub koloru włosów często towarzyszy zmianom w życiu: osobistym lub zawodowym. Ważne jest to, aby umieć wyczuć, czy klientka jest na tę przemianę naprawdę gotowa i naturalnie dopasować przemianę zewnętrzną do zmian życiowych. Trochę tak, jak w medycynie: „Po pierwsze – nie szkodzić”. Nawet wtedy, gdy klientka się domaga? Zdarzają się zapewne takie sytuacje, że klienci proszą np. o kolor, który na ich włosach zwyczajnie nie wyjdzie. Nawet wtedy. Ale samo odmówienie wykonania usługi nie wchodzi w grę. Klientka pójdzie do kolejnego, i kolejnego, i kolejnego fryzjera... może ktoś się w końcu „zlituje”, i ten kolor położy. I co dalej? Możliwe, że klientka spojrzy na efekt i... wróci do tego, który odmówił, żeby ratował sytuację. Albo kolor położy sobie sama. A najtrudniej poprawia się po kimś. Kiedy klientka sama farbuje włosy, niestety, często zdarza się, że nie osiąga zamierzonego efektu. Włosy po takim farbowaniu bywają mocno zniszczone i wręcz oblepione farbą. Trudno jest zrobić z nimi cokolwiek, można je jedynie... obciąć i czekać, aż odrosną. Całą mądrością fryzjera jest wtedy na tyle umiejętne pokierowanie zniszczoną fryzurą, aby dla klientki czas oczekiwania na wymarzoną długość był jak najmniej

37


ZDROWIE I URODA uciążliwy. I, oczywiście, przekonanie klientki do takiego rozwiązania. Nie wolno oszukiwać i obiecywać cudów. Na kruczoczarnych włosach platynowy blond bez poważnego uszczerbku dla kondycji włosów nigdy nie wyjdzie. Jak więc wybrać tego właściwego specjalistę. Czy jest coś, na co warto zwracać szczególną uwagę? Przede wszystkim trzeba mieć szczęście. Fryzjer, który będzie najlepszy dla Twojej najlepszej koleżanki, nie będzie równie doskonały dla Ciebie. Z perspektywy lat wiem, że każda klientka dopasowuje sobie fryzjera. Spokojna i wyważona kobieta będzie szukała tych właśnie cech w doborze fryzury. Klientki „szalone” powinny mieć natomiast „szalonych” fryzjerów-eksperymentatorów. Wbrew pozorom wyczucie i dopasowanie mentalne jest w tym zawodzie bardzo ważne. Strzyżenie, czesanie, modelowanie, zmiana koloru włosów – z czym klientki przychodzą do fryzjera najczęściej? Odpowiem pytaniem na pytanie: ile znasz kobiet, które nigdy nie zmieniły koloru włosów? Bywają, oczywiście, klientki przywiązane do „swojego”, jednego koloru, ale najczęściej właśnie farbowanie jest tym elementem pracy fryzjera, który kobiety interesuje najczęściej. Bo nic tak nie postarza, jak siwizna. I nic, jak mówią psychologowie, nie przyciąga uwagi mężczyzn tak, jak włosy. Nic dziwnego, że kobiety farbowały je już w starożytności, rozjaśniając cytryną lub barwiąc na czerwono hną. Pierwsze receptury na środek farbujący do włosów według francuskich chemików, którzy odtworzyli i zbadali tę substancję, powstały w starożytnym Rzymie, na bazie siarczku ołowiu. Hny, to wyciągi roślinne oblepiające łuskę włosa Czy były zdrowsze od dzisiejszych farb? I tak, i nie. Nawet dziś na półkach sklepowych znajdziemy ziołowe substancje do farbowania włosów, jednak musimy pamiętać, że po takich zabiegach często nie ma możliwości ufarbowania włosów innym, chemicznym środkiem. Współczesne farby na bazie wody amoniakalnej, to substancje o silnym działaniu, które wnikają we włos i rozchylają jego łuskę, dlatego wymagają później zakwaszania odpowiednim środkiem. Nie istnieją „zdrowe”, czy „bezpieczne” farby. Każda substancja: i ziołowa, i chemiczna, jest ingerencją w naturalną strukturę włosa. Czas idzie do przodu. Techniki farbowania zmieniają się razem z nim. Lepiej iść z duchem czasu, niż cofać się z metodami farbowania do minionych epok.

38


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

„Z duchem czasu” oznacza także to, że farby do włosów znajdują się na półkach w każdym markecie i włosy każda kobieta ufarbować sobie może sama… Ufarbować może… ale nie zna się na tym, więc może też zrobić sobie krzywdę. Większość farb dostępnych w sklepach, to agresywnie działające na włos substancje na bazie wody amoniakalnej. Są to środki produkowane taśmowo. Każdy z nich zawiera taki sam procent utleniacza. A, żeby uzyskać wymarzony kolor, trzeba brać pod uwagę wiele czynników, takich jak pigment we włosie, jego kondycja i struktura. Warto przy tej okazji wspomnieć, że zdarzają się osoby uczulone na substancje chemiczne zawarte w farbach. Ich używanie dla osoby uczulonej w najlepszym razie skończy się wysypką i nadmiernym wypadaniem włosów. W najgorszym - śmiercią. Co więc zrobić, żeby nie zniszczyć włosów, a cieszyć pięknie ufarbowaną fryzurą? Pójść do fryzjera! Nie dajmy się zwieść pozorom i nie szukajmy oszczędności tam, gdzie ich nie ma. Naprawianie, czy wręcz ratowanie skutków domowej koloryzacji bywa kosztowne i, niestety, zgubne dla

włosów. Tylko w salonie fryzjerskim jesteśmy w stanie odpowiednio zadbać o bezpieczeństwo włosa w trakcie i po zabiegu. Rozchylona farbowaniem łuska włosa wymaga wspomnianego wcześniej zakwaszenia odpowiednim środkiem. Jest to finalizacja procesu farbowania, powodująca zamknięcie pigmentu we włosie. Fryzjer zawsze doradzi też odpowiednie dla nas kosmetyki do stosowania w domu, po procesie farbowania. Załóżmy jednak, że farbujemy same i… mamy problem. Część producentów reklamuje środki powodujące przyspieszone odrastanie i tzw. „ratunek dla włosa”, czyli kurację keratynową. Czy rzeczywiście środki te są skuteczne? Kolejny raz: i tak, i nie. Tego typu środki to doskonały chwyt marketingowy producenta. Działają jednak dotąd, dopóki je stosujemy. Później wszystko wraca do dawnego stanu. „Czarodziejskiej różdżki” na wypadanie i wzrost włosów po prostu nie ma. Jeśli występuje problem, warto udać się po poradę do odpowiedniego lekarza. Małgorzata Maksjan, fot. udostępnione przez studio „Modern Design, fotolia”

39


UMYSŁ I DUSZA The medium is the message:

Czy nowe media zmieniają Kościół Katolicki?... Umberto Eco w „Apocalittici e integrati” zauważa, że gdy pojawiają się jakieś nowe wynalazki gwałtownie zmieniające naszą rzeczywistość, pojawiają się również dwie skrajne postawy, które możemy nazwać myśleniem apokaliptycznym i zintegrowanym. Pasuje to doskonale do nowych technik komunikacji, które serwują nam co rusz jakieś nowe „medium” w postaci technologicznego cacka potrafiącego coraz to więcej i więcej oraz otwierającego – przynajmniej potencjalnie – nowe kanały komunikacji. Zwolennicy myślenia apokaliptycznego lansują tezę, że powstaje właśnie coś niebezpiecznego i należy się temu z całą siłą i stanowczością przeciwstawić. W opozycji do nich stają „zintegrowani”, którzy zobaczą w nowym medium istny palec Boży, otwierający nowe możliwości uszczęśliwiające ludzkość, a przynajmniej tę jej część, którą na tę nowość akurat będzie stać. Jak zresztą pokazuje historia, takie postawy pojawiały się zawsze, gdy powstawał jakiś rewolucyjny wynalazek. Tak było na przykład, gdy w starożytnej Grecji stawała się powszechna kultura piśmiennicza. Platon w swoim dziele

„Fajdros” ostro krytykował wynalazek pisma w dialogu między Teutem i Tamuzem. Ale, jak widać, Platon, piętnując wynalazek pisma, nie omieszkał dokładnie zapisać swoich argumentów. I to właśnie pismo spowodowało, że dotrwały one do naszych czasów. Błąd zarówno zwolenników widzenia zmian w apokaliptycznych barwach, jak i zintegrowanych fascynatów

40


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

rewolucyjnych nowinek, polega na braku należytej, pogłębionej refleksji przed wydaniem należytego osądu. Jedni i drudzy dali się ponieść powierzchownej fascynacji lub strachowi przed nowością, jaki niosą ze sobą rewolucyjne wynalazki. Taka postawa jest właściwa wszystkim środowiskom i grupom społecznym, dlatego również i w Kościele pojawienie się nowych, masowych środków przekazu, zwanych powszechnie mediami, wywoływało u jednych poczucie zagrożenia i niebezpieczeństwa, u innych zaś uczucie fascynacji z otrzymania Bożego daru w postaci różnych mediów masowych, dzięki którym teraz możemy lepiej ewangelizować. I tak podczas, gdy jedni przerażeni są np. mnogością obecnych w przestrzeni Internetu treści ewidentnie sprzecznych nie tylko z Ewangelią, ale w ogóle z poszanowaniem naturalnej godności należnej każdemu człowiekowi, inni będą podziwiać możliwości obecności ewangelicznego przekazu w tejże internetowej przestrzeni i udowadniać konieczność budowania nowych portali ewangelizacyjnych. Zarówno więc kościelni apokaliptycy, jaki i zintegrowani zwolennicy nowych mediów, ograniczają się w swojej refleksji tylko do przenoszonej przez te kanały komunikacji zawartości (treści) nie dostrzegając, że już samo medium niesie ze sobą przesłanie tak silne, że żadna wtłaczana w nie zawartość nie zdoła tego przesłania zmienić.

41


UMYSŁ I DUSZA „The medium is the message”, jak twierdzi największy badacz wpływu mediów masowych na kulturę, Marshall McLuhan, w jednym ze swoich fundamentalnych dzieł „Understanding media”. Aby to zrozumieć, a zarazem zobaczyć mechanizm, za pomocą którego media zmieniają nie tylko Kościół, ale również wszystko wokoło nas i po części nas samych, posłużmy się za McLuhanem metaforą pociągu. Wprowadzenie do społecznej rzeczywistości kolei żelaznej nie wniosło tak naprawdę żadnej osobliwej nowości; przemieszczanie się i ruch były znane, koło też wynaleziono znacznie wcześniej, transport jako zjawisko również istniał od zarania dziejów, a droga jako szlak komunikacyjno-transportowy była od czasów rzymskich normalną rzeczywistością, o którą troszczyli się władcy. Co zatem wywołało taką rewolucję? Przecież nie przewożona pociągami zawartość, bo ta była taka sama, jak transportowana wcześniej zwykłym „wozem z koniem”, czy bardziej elegancko - dyliżansem. Otóż pojawiło się nowe medium, które przyśpieszyło znacznie i rozszerzyło wymiar funkcjonowania transportu jako takiego w skali państw i społeczeństw, a nawet wychodząc ponad nich w wymiar globalny ówczesnego świata. Przenosząc się teraz w świat środków społecznego przekazu (tzw. mass mediów) można zauważyć, co działo się w zwykłych domach i rodzinach gdy zostało wprowadzone w przestrzeń domu „nowe” medium – radio. W przestrzeni, która miała swój rytm pracy i odpoczynku oraz swoje centralne miejsca

42

spotkań i innych aktywności, wprowadzenie tego medium spowodowało kopernikańską rewolucję geografii i funkcjonowania domu rodzinnego. Radio stało się miejscem centralnym, wokół którego domownicy zbierają się, aby np. posłuchać wiadomości. W momencie pojawienia się tego medium nie było jeszcze sprzętu nagrywającego, więc do ulubionego programu trzeba było dostosować nie tylko geografię domu, ale również cały rozkład dziennych aktywności, aby móc o oznaczonej godzinie zgromadzić się przy radioodbiorniku. Niezależnie zatem od przekazywanych treści przekaz (the message), jaki wprowadziło radio, spowodował zasadnicze zmiany zachowań w życiu każdego rodzinnego domu, niezależnie od tego, czy nam się to podoba, czy też nie. Zmiana ta nastąpiła na skalę globalną całego społeczeństwa. Podobnie później stało się z telewizją analogową. Dopiero wprowadzenie cyfryzacji mediów masowych i internetu zaczęło wyzwalać od koniecznego przy korzystaniu z mediów analogowych przywiązania czasowo-przestrzennego. Cyfryzacja mediów powoduje, zresztą, nowe zjawiska, jak np. przedefiniowanie telefonu komórkowego, który już jest nie tylko „telefonem bez kabla” lecz przenośnym terminalem zarządzania kanałami komunikacyjnymi użytkownika, będącym w stanie zastąpić w pewnym zakresie nawet komputer. Odpowiedź zatem na pytanie, czy media masowe zmieniają Kościół, po tak naszkicowanej naturze samego zjawiska masowej komunikacji, jest


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

oczywiście twierdząca. Tym bardziej, że Kościół, to wspólnota wiernych, a, nie tylko – jak wielu błędnie twierdzi –duchowieństwo. Warto przy tym zauważyć, że przecież i duchowieństwo wyrasta i wychowuje się w rodzinach, których życie zmienia się dynamicznie pod wpływem mediów masowych. Błąd patrzenia na zmiany polega na koncentrowaniu się wyłącznie na treści przekazów i nauczania Kościoła. Tutaj nie będziemy dostrzegać zmian, bo ich być nie może. Kościół jako depozytariusz wiary ma ją przekazać nienaruszoną, więc nie będzie jej zmieniał, lecz tłumaczył na współczesne warunki. Nie popełniajmy zatem błędu wspomnianych wcześnie apokaliptyków i zintegrowanych fascynatów, bo nie w treści jest zmiana, ale w metodzie. Kościół podjął systematyczną i naukową refleksję nad zjawiskiem komunikacji. W Rzymie znajdują się dwa papieskie uniwersytety z wydziałami komunikacji społecznej: Uniwersytet Świętego Krzyża i Uniwersytet Salezjański, które kształcą dla Kościoła nie tylko dziennikarzy i rzeczników prasowych, ale również strategów komunikacji. W swojej komunikacji wewnętrznej Kościół od lat stosuje Internet, zarówno w wymiarze poszczególnych diecezji do komunikacji między biskupem i centralnymi urzędami (wydziały kurii biskupiej) a poszczególnymi parafiami i kapłanami, jak i również w wymiarze powszechnym (globalnym) w komunikacji między Stolicą Apostolską i poszczególnymi diecezjami. Rozbudowana jest również komunikacja zewnętrzna. W diecezjach

powoływani są rzecznicy prasowi. Istnieją diecezjalne strony internetowe oraz portale poszczególnych zakonów i ruchów kościelnych, powiązane z ich profilami na facebooku i twitterze. W wielu sytuacjach kryzysowych Kościół potrafi już właściwie reagować. Zmienia się też podejście do dziennikarskich pytań i widoczne jest więcej otwartości w udzielaniu informacji. W przestrzeni medialnej ma miejsce także promocja wydarzeń religijno-kulturalnych. A jeszcze 6-7 lat temu decydującym kanałem przekazu informacji w Kościele były... ogłoszenia parafialne. Badacz i znawca myśli Marshala McLuhana, wykładowca wspomnianego już Wydziału Komunikacji Społecznej i Instytucjonalnej Uniwersytetu Świętego Krzyża w Rzymie, ks. Dariusz Gronowski, podejmując systematyczną refleksję nad wyzwaniami, jakie przed Kościołem stawiają media masowe, zwraca uwagę na to, że pojedyncze działania z trudem mogą przynieść wymierne efekty na większa skalę. Potrzebne jest przemyślenie całej strategii komunikacyjnej Kościoła. W dzisiejszym świecie – świecie marketingu idei – walka toczy się o wszczepienie w dzisiejszą kulturę dominujących symboli i znaczeń. W tym kontekście popatrzmy na koniec na akcję Noc Konfesjonałów ”www.nockonfesjonalow. pl”, zachęcającą do spowiedzi przed Wielkanocą. Już czwarty rok jest to jeden z obowiązkowych tematów ostatniego tygodnia Wielkiego Postu w mediach tzw. głównego nurtu, zaś ze strony Kościoła w ostatnią akcję nocnego spowiadania przed samymi Świętami Wielkanocnymi włączyło się 130 parafii z całej Polski. Mamy więc treść przekazu starą, jak Kościół, ale opakowanie nowoczesne i zachęcające młodego, zinternetyzowanego odbiorcę. Na głównej sesji ubiegłorocznego Kongresu Profesjonalistów Public Relations, związanej z tematem nowoczesnych technologii w public relations, Adam Łaszyn, prezes zarządu Alert Media Communications i wykładowca na London School of Public Relations, w corocznym rankingu 10 najważniejszych wydarzeń, które wpłynęły na branżę public relations i social media, na drugim miejscu wymienił właśnie Noc Konfesjonałów argumentując, że „Kościół zaczął mówić językiem generacji V, efektem czego było więcej ludzi w kościołach”. Jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale na szczęście medialnych akcji Kościoła jest coraz więcej. I to właśnie o taką zmianę iść powinno.

Ks. dr Sławomir Zyga – wykładowca technologii informacyjnej w Wyższym Arcybiskupim Seminarium Duchownym w Szczecinie, kanclerz Kurii Metropolitalnej Szczecińsko-Kamieńskiej. fot. fotolia.com

43


O SOBIE

KILKU RZECZY ŻAŁUJĘ

Z Krystyną Jandą, multiprofesjonalistką rozmawia Rafał Podraza

Rafał Podraza: Krystyna Janda to dziś instytucja; założycielka i dyrektor artystyczny Teatru „Polonia”, pisarka, felietonistka, aktorka, reżyser, producent, piosenkarka, do tego matka i babcia... Czy nie czuje się Pani tym wszystkim momentami zmęczona? Krystyna Janda: Bardzo i to nie tylko momentami, ale w ogóle. Powoli staram się ograniczać swoją działalność. Na razie nie mogę mniej grać, ale poza zajęciami w mojej Fundacji, wybieram i eliminuję aktywności zawodowe - te niekonieczne, tak bym to nazwała. Nasze teatry w tej chwili nie wymagają już ode mnie aż takiego zaangażowania w ciągu dnia i stałej obecności. Poza tym nie mam już ani takiej siły, ani nawet takiej determinacji, jak dawniej. Ale radość z tego co robię zachowałam.

44

Zawsze wybiegała Pani przed szereg. W wielu działaniach wyprzedzała epokę: nowatorski sposób gry, pamiętnik w Internecie, własny teatr, spektakl grany w Warszawie, na placu Konstytucji w godzinach szczytu... Lubi Pani wyzwania? Przy każdej z tych aktywności, kiedy ją podejmowałam, nie zdawałam sobie sprawy, że jest nowatorska, ani że niezwykła. Zawsze robię to, co wydaje mi się aktualne, na co jest czas, a jednocześnie co mnie interesuje. Wydaje mi się, że generalnie robię wszystko bez specjalnego wysiłku i napięcia, mimo że z zewnątrz moje wybory, działania wyglądają na wielkie wyzwania. Ja tego tak nie odbieram. Agnieszka Osiecka powiedziała przed laty: „Janda jest perełką, której w tym kraju się nie docenia, której nie pozwala się przez różnego rodzaju układy, zawiść - rozwinąć”. Zgadza się Pani z tym stwierdzeniem?


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Chyba nie... Czuję się doceniona. Wszelkie ograniczenia pokonałam w momencie, kiedy stworzyłam własną scenę i to ja dokonuję suwerennie wyborów. Oczywiście wcześniej zdarzały się nieprzyjemności, szczególnie od kiedy zaczęłam reżyserować, ale przeżywa je chyba każdy twórca składający propozycje produkcyjne czy to w teatrze, czy w telewizji. Odmowy są wliczone w zawód reżysera. Agnieszka Osiecka uważała też, że „Na Zakręcie”, „Nie żałuję”, „Zamiast”, „Niech żyje bal”, to najlepsze teksty, jakie napisała. Maryla Rodowicz i Edyta Geppert wracają do tych piosenek i co rusz odnajdują w nich coś innego. Czy Pani, słuchając dzisiaj „Na Zakręcie”, także odkrywa coraz to nowe znaczenia? To jest oczywiste. Ja też się zmieniam i wiele rzeczy rozumiem głębiej czy choćby inaczej. Legenda Agnieszki Osieckiej rośnie z roku na rok, a Jej twórczość pięknieje i przybiera na znaczeniu. Gram wciąż „Białą bluzkę” Agnieszki, tę nową wersje, po latach i widzę każdego wieczora teatralnego jak ten tekst i te piosenki „działają”. Agnieszka nie ma, poza tym, następczyń. Po niej jest wyraźna przerwa, brak. Brakuje i Jej talentu, i obecności we współczesności. Jej „oka”, poczucia humoru, delikatności i Jej „komplikacji spraw”. Kilkakrotnie sprzedała Pani swój wizerunek reklamie. Czy reklama dziś, dla polskiego aktora, to szybkie pieniądze, czy środki na przetrwanie? Ja pieniądze, jak to pan określił - na przetrwanie mam. Honorarium za udział w reklamie, to - w moim przypadku - szybkie i spore pieniądze na inwestycje. Choćby na nowe przedsięwzięcia teatralne. Suknia balowa godna Marii Antoniny, na głowie peruka o nieokreślonej wysokości… Oto Pani strój na porodówce, do dzisiaj ochoczo omawiany przez pielęgniarki jednego z warszawskich szpitali… No tak… Telefon z informacją, że moja córka rodzi, złapał mnie na planie Teatru Telewizji. Natychmiast, tak jak stałam, udałam się do szpitala. Nikt się nawet nie zdziwił moim wyglądem, wszyscy uznali to za… naturalne. To było miłe. To była szczęśliwa noc. Często podejmuje Pani decyzje pod wpływem impulsu? Bardzo często! Jestem kobietą, a do tego bardzo emocjonalną a moich wyborów , nawet tych podejmowanych w afekcie, nigdy tego nie żałowałam. Nie jestem za to ani zbyt narwana, ani nierozsądna. Nie jestem też awanturnicą. Wydaje mi się poza tym, że szybko myślę i umiem przepraszać, kiedy nabroję. W każdym razie NIGDY nie mam złych intencji. Od początku kreowała Pani role kobiet niezależnych; Agnieszka w „Człowieku z marmuru”, Krystyna Traczyk w „Kochankowie mojej

mamy”, Antonina Dziwisz w „Przesłuchaniu”, Marlena Dietrich w monodramie „Marlena”, Maria Callas w „Lekcji śpiewu”, Danuta Wałęsowa w „Danucie W.”. Nie miałaby Pani ochoty, tak dla kontrastu, zagrać roli słodkiej blondynki? Gram, jak muszę. Z przyjemnością zresztą. Ale to nie moje emploi. Słodka blondynka, to zresztą, rozkosz do zagrania. I w teatrze zagrałam kilka takich ról. Nazwijmy je „pierwsza naiwna”, bo tak one się w żargonie teatralnym nazywają. Mój debiut teatralny choćby, to Aniela w „Ślubach Panieńskich”, będąca wręcz symbolem naiwności i romantycznego „zagapienia”. W pewnym sensie moja przedostania rola filmowa - pani Jadwiga Stańczakowa - naiwnością i słodyczą przewyższała to emploi. Pani epizody w „Niani” czy „Superprodukcji” udowadniają, że ma Pani do siebie dystans. Czy to role godne aktorki, która za życia jest już legendą? Godne? A co to za sposób myślenia? Nadal żyję, nadal pracuję, nadal gram – ryzykuję… bawię się. Mam do siebie spory dystans i duże – tak mi się przynajmniej wydaje – poczucie humoru. Aktorstwo to zawód. Dziś umiem zagrać wszystko, no prawie wszystko. Traktuję ten zawód śmiertelnie poważnie, ale też, kiedy propozycja na to zasługuje, umiem się bawić i śmiać, najczęściej sama z siebie. „Danuta W.”, to kolejny sukces. Bilety wyprzedane. Pani Wałęsowa zadowolona. Krytycy chwalą. Czy wszystko w spektaklu - według Panu - jest tak jak sobie Pani wymarzyła? Chyba tak. Do współpracy zaprosiłam Janusza Zaorskiego i Andrzeja Wolfa - obaj w czasach Solidarności byli blisko wydarzeń, Gdańska i państwa Wałęsów. Spektakl jest złożony z dwóch warstw: ja opowiadam historię pani Danuty, w pierwszej osobie, ale za mną, w całym oknie sceny, pokazujemy prawie dwugodzinny film, złożony z materiałów dokumentalnych, archiwalnych i współcześnie nakręconych. Dzięki temu opowieść pani Danuty pokazuje się w szerokim kontekście. Jest to spektakl o Polsce i pani Danucie Wałęsowej: żonie, matce, Polce, kobiecie, prezydentowej, uczestniczce tamtych wydarzeń i współczesnej postaci historycznej. Jestem autorką adaptacji, to były trudne wybory, z prawie 500-stronicowej książki powstał tekst teatralny 80-stronicowy i to jest „moja” Danuta Wałęsowa, lubię Ją i jestem z niej dumna. W grudniu obchodziła Pani jubileusz. Jubileusze, to niewątpliwy czas podsumowań. Czy jest coś, co gdyby Pani tylko mogła, na pewno zmieniłaby w swoim życiu, karierze? W życiu? Nie wiem, nie lubię teoretyzować. Tak, kilku rzeczy żałuję, ale jestem tylko człowiekiem i to mnie w zupełności usprawiedliwia. Poza tym nie ma, nie

45


O SOBIE

46


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

było wielkich błędów. W życiu zawodowym? Żal mi kilku ról, o których marzyłam, a ich nie zagrałam, ale to nie była moja wina, tak się ułożyło. Czym dla Krystyny Jandy jest piękno? Harmonią. Ale na piękno składa się też brzydota i niedoskonałość. Piękno dla mnie to też prawda o ludziach, rzeczach i miejscach. Uczuciach. Złożoność jest piękna. Joanna Szczepkowska, co rusz, powraca do świadomości Polaków, najczęściej jednak te

„powroty” podszyte są szokującymi wypowiedziami, albo zachowaniami. Czy Pani zdaniem, to dobry sposób na ratowanie ulatującej popularności? Nie chciałabym tego komentować, ani w ogóle odzywać się na ten temat. Dziękuję za rozmowę.

Zdjęcia: z archiwum Krystyny Jandy

47


PRAKTYCZNIE I PIĘKNIE

Gadżety,

które spełniają marzenia

Anna Nowak-Ibisz - tropicielka gadżetów, bez których nie może obejść się nowoczesna kobieta. Nie boi się wyzwań – specjalnie dla swoich czytelników i widzów testuje żelazka, kremy, sprawdza próg bólu przy depilacji i prezentuje przedmioty idealne dla kobiet, czyli to, co piękne i przydatne.

Kobiety kochają biżuterię. Ja też. Uwielbiam ją dostawać oraz kupować sobie samej w prezencie, żeby nagrodzić się za szczególną dzielność w życiu. Lubię oglądać te małe cuda i marzyć, że może kiedyś kupię sobie dokładnie ten pierścionek, od tego właśnie projektanta. W warszawskim butiku HOS&ME można podziwiać biżuterię Ole Lynggaard, Ti Sento i RITA&ZIA. Właśnie te marki od dłuższego czasu najbardziej przykuwają moją uwagę. Ole Lynggaard Copenhagen, to luksusowa marka, znana w całej Danii. Każda szanująca się Dunka bierze sobie za punkt honoru posiadanie choćby najmniejszego drobiazgu od Lynggarda, bo jego biżuterię nosi Duńska Rodzina Królewska. To prawie, jak sięgnąć korony.

Firma została założona w 1963 roku przez Ole Lynggaarda i do dnia dzisiejszego pozostała w całości spółką rodzinną. Ole projektuje razem ze swoją córką, Charlotte Lynggaard. Pracują na najlepszej jakości materiałach, takich jak 18 karatowe złoto w kolorach: czarnym, żółtym i, bardzo modnym teraz, różowym. Do tego brylanty oraz kamienie szlachetne, a wśród nich niebieskie topazy, kamień księżycowy i ... kupowany w Polsce bursztyn. To jest biżuteria unikatowa, ponadczasowa, wyrafinowana, elegancka i dopracowana w najdrobniejszym szczególe. Na zdjęciach w salonie i w internecie zobaczymy piękną Helenę Christensen, ubraną w zestawy biżuterii, którą ja osobiście założyłabym raz i nigdy się z nią nie rozstała. Niestety, Ole Lynggaard Copenhagen, to luksusowa marka z koroną Rodziny Królewskiej w swoim logo, a to kosztuje. I nie są to ceny, do których jesteśmy przyzwyczajone. Mnie wystarczy popatrzeć, przymierzyć i pomarzyć: „Kiedyś kupię sobie dokładnie ten pierścionek, założę go na palec i już nigdy nie oddam !!!” Ti Sento Milano po włosku oznacza „czuję Cię”. Inspiracją projektantów są pragnienia kobiet. To holenderska marka biżuteryjna, której projekty wykonane są ze srebra rodowanego, czyli odpornego na zarysowania i matowienie. Dodatkowo nacieszymy oko wysokiej jakości kamieniami półszlachetnymi, kryształami oraz perłami. Firma powstała w 2005 roku i idealnie wypełniła niszę związaną z zapotrzebowaniem kobiet na piękną biżuterię za przystępną cenę. Kolekcje obejmują 750 wzorów, a najnowsza z nich - wiosenna, to Portofino ... no właśnie, kto był, ten wie o co chodzi. Wyobraźcie sobie kolory zatoki w Porto di Portofino. Jasne, letnie wille i barwny styl życia tej małej, nadmorskiej miejscowości. Do dzisiaj mam

48


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

zdjęcie, które zrobiłam w porcie. Para niezwykle eleganckich staruszków, siedzących na ławce i obserwujących kolory zatoki, jachty pyszniące się luksusem. „Inny świat” - pomyślałam wtedy i to wrażenie zostało we mnie do dziś. „Inny świat”, to dobre określenie trzech kolekcji biżuterii Portofino. Pierwsza: Champagne. Zestaw bransoletek w stylu pave. Kwintesencja luksusu i elegancji. Przymierzyłam, jak zwykle, tę najdroższą. Rodowane srebro, a w nim ręcznie utkanych 877 sztuk szampańskich cyrkonii. Efekt piorunujący! Kolejny styl w kolekcji Portofino, to Jet Set, na wieczorne wyjścia. Przepiękny pierścionek z kamieniem w ciemnozielonym kolorze, otoczony bąbelkami szampana czyli srebrnymi, delikatnymi kuleczkami. Patrzył na mnie i puszczał do mnie oczko. Przysięgam! Mogłam niemalże usłyszeć jak szepcze: „Kup mnie i zabierz do Portofino, nie pożałujesz!” Chyba miał rację … jeszcze raz pójdę go odwiedzić. Kolekcja zawiera 550 sztuk rodowanej, srebrnej biżuterii oraz kilka elementów ozdobionych detalami ze złota i z różowego złota. No cóż, nie ułatwiają nam życia... Na koniec biżuteria RITA&ZIA. Genewska projektantka Sandrine Barabinot tworzy we własnym mieszkaniu. Jej wyobraźnia dała nam trzy niesamowite kolekcje. Egzotyczną, jak kamień zwany amazonitem, kamień rzeczny lub turkus. Luksusową, a w niej bransoletki z różowego i czarnego złota oraz diamentów. Te dwie kolekcje nazwałabym: Dziki obłęd!!! Trzecia, to kolekcja Duchowa - jak czarny agat zwany onyxem i naszyjniki inspirowane różańcami buddyjskich duchownych, pełne symboli nieskończoności, węzłów szczęścia czy ręki Fatimy. Nie wyobrażacie sobie, jak dobrze się tę biżuterię kolekcjonuje! Powiem Wam na ucho, że to lepsze od kart Champions League, z uwielbianym, przez chłopców kopiących piłkę, Leo Messim na czele.

Tekst: Anna Nowak-Ibisz fot. udostępnione przez HOS&ME

49


PIĘKNO

Witkacy Stanisław Ignacy Witkiewicz - Witkacy (1885-1939), Autoportret, 1930 rok, pastel, papier, nr inw.MPŚ-M/625.

Z Beatą Zgodzińską - historykiem sztuki; kustoszem kolekcji Witkacego w Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku; autorką dwóch książek i kilkunastu tekstów o twórczości Stanisława Ignacego Witkiewicza rozmawia Andrzej Gross Zakopane, Warszawa, Szczecin i Słupsk, to cztery miasta, które po śmierci Stanisława Ignacego Witkiewicza przypominają o nim, udostępniając zbiory w formie fotografii, dokumentów i obrazów. Te ostatnie eksponowane są w największej liczbie, w słupskim Muzeum Pomorza Środkowego. Jaka jest historia tej kolekcji? Jak doszło do tego, że miasto nie powiązane z Witkiewiczem rozpoczęło kolekcjonowanie i ekspozycję Jego prac? Rzeczywiście, dziś w słupskim muzeum jednorazowo można obejrzeć więcej obrazów Witkacego niż na wystawach stałych w pozostałych polskich muzeach razem wziętych. Zawdzięczamy to w dużej mierze decyzji Janusza Przewoźnego, dyrektora MPŚ w 1965 roku, który 110 pastelowych prac Witkiewicza odkupił jednorazowo od mieszkającego wówczas w Lęborku Michała Białynickiego-Biruli, syna Teodora - zakopiańskiego lekarza i bliskiego przyjaciela Witkacego. Po tej decyzji słupskie muzeum konsekwentnie rozszerzało swoją kolekcję i robi to

50

w

Słupsku

do dziś. Ciekawostką całej sytuacji jest fakt, że słupskie muzeum wcale nie było pierwszym, do którego Białynicki-Birula zgłosił się z ofertą sprzedaży prac. Zakupem w tamtym czasie okazały się zupełnie niezainteresowane m.in. muzea w Zakopanym i Warszawie. Ile prac Witkiewicza liczy obecnie słupska kolekcja? Nasza kolekcja to 262 obrazy i rysunki z wszystkich okresów twórczości Stanisława Ignacego Witkiewicza. Jednorazowo prezentujemy około połowy dzieł. Co roku zmieniamy część ekspozycji stałej. Gromadzimy również dokumenty i pierwodruki książek. Posiadamy także niewielki zestaw projektów scenograficznych i projektów kostiumów do sztuk Witkacego, autorstwa różnych artystów. Od 1994 roku Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku organizuje sesje naukowe poświęcone Witkacemu. Odbywają się one co 5 lat. Mają charakter międzynarodowy, przy czym językiem obrad pozostaje język polski. Słupskie sesje są otwarte i każdy może w nich uczestniczyć jako słuchacz. Ponadto muzeum prowadzi działalność wydawniczą - niedawno ukazał się tom materiałów z ostatniej sesji. Chętnie dajemy zgody innym wydawcom, którzy chcą reprodukować wybrane prace z naszych zbiorów. Rozmawiał: Andrzej Gross

Foto Galeria: udostępnione przez Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku, z opracowaniem Beaty Zgodzińskiej


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Stanisław Ignacy Witkiewicz - Witkacy (1885-1939), Portret Marii Nawrockiej, 1925 rok, pastel, papier, nr inw. MPŚ-M/682.

Stanisław Ignacy Witkiewicz - Witkacy (1885-1939), Portret Ireny Raciborskiej, 1937 rok, pastel, papier, nr inw. MPŚ-M/557.

Stanisław Ignacy Witkiewicz - Witkacy (1885-1939), Portret Neny Stachurskiej, 1929 rok, pastel, papier, nr inw. MPŚ-M/47.

Stanisław Ignacy Witkiewicz - Witkacy (1885-1939), Autoportret, 1931 rok, pastel, papier, nr inw. MPŚ-M/1479.

51


PIEKNO „Z mariażu Ninki bardzo się tu cieszymy, bo rzeczywiście szans miała bardzo mało, a tak ma Zakopane za darmo…”

Wojciech Kossak: Listy do żony i przyjaciół, WL 1988 KOSSAKÓWNA

Niewiele osób wie, ale Jadwiga z Unrugów Witkiewiczowa była spokrewniona z rodziną Kossaków. Jej matka była córką Juliusza Kossaka – znanego malarza, a siostrą Wojciecha. Nota bene Wojciech Kossak był chrzestnym ojcem Jadwigi i po przedwczesnej śmierci siostry posyłał siostrzenicy co miesiąc znaczną sumę pieniędzy na życie. Kuzynki: Jadwiga Witkiewiczowa, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Magdalena Samozwaniec i Zofia Kossak-Szczucka w dorosłym życiu często się kontaktowały. Korespondowały ze sobą, wspólnie wyjeżdżały na wycieczki zagraniczne. Stosunki Jadwigi z córkami Wojciecha: Marią Pawlikowską-Jasnorzewską i Magdaleną Samozwaniec, popsuły się jednak pod koniec lat dwudziestych, kiedy ta pierwsza wdała się w romans z mężem Jadwigi. WITKACY Jadwiga Unrużanka i Stanisław Ignacy Witkiewicz… W rodzinie Kossaków mówiło się, że było to przedziwne małżeństwo. Pełne sprzeczności, zdrad, awantur, ale i wielkiej miłości. Młodzi poznali się w 1922 roku. Jadwiga przebywała wówczas na kuracji w Zakopanem. Zauroczona Witkiewiczem powróciła do kurortu w lutym roku następnego, by dwa miesiące później zostać jego żoną. Sielanka nie trwała jednak długo. Dwa lata później Jadwiga wyjechała do Warszawy, zaś Witkacy pozostał w Zakopanem. Od tej pory widywali się zaledwie kilka razy w roku. Wczesną wiosną i jesienią do stolicy zjeżdżał Staś, zaś Jadwiga, nazywana Ninką, odwiedzała męża latem i zimą. Jadwiga, mieszkając w Warszawie, pełniła rolę impresaria męża. Zbierała dla niego zamówienia na obrazy, dbała o jego sprawy wydawnicze, pilnowała czasopism, by płaciły za zamówione teksty, wcześniej przepisując je na maszynie. Wyznacznikiem ich miłości była korespondencja, bardzo obfita i szczegółowa. Witacy pisał do żony prawie codziennie, pisał jej o wszystkim, o pogodzie, zdradach, o narkotykach, malowanych obrazach, rozprawach filozoficznych, lekturach. Czasami też prosił o radę, czy powinien zadawać się z jedną czy drugą panną! WOJNA, RATOWANIE SPUŚCIZNY, PONIEWIERKA Życie Jadwigi wywróciło się w jednej chwili wraz z niespodziewaną śmiercią męża. Witkacy na wieść

52

JADWIGA, NAZY


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

YWANA NINKĄ o wkroczeniu wojsk sowieckich do Polski w 1939 roku popełnił samobójstwo na terenie dzisiejszej Ukrainy. Jadwiga była wówczas w Warszawie. Kiedy pięć lat później wybuchało powstanie, z narażeniem życia udało się jej ocalić od zniszczenia większość rękopisów sztuk teatralnych Stasia, które z początkiem kampanii wrześniowej ukryła w piwnicy ich domu, a teraz gołymi rękami wykopywała spod palących się gruzów. TRUDNE ŻYCIE PO WOJNIE Rok 1945 zastał Witkewiczową w Krakowie. Do matecznika Kossaków (Kossakówki) zaprosiła ją Magdalena Samozwaniec. Niestety, życie kuzynek pod jednym dachem dalekie było od sielanki. Lubiąca rządzić Jadwiga próbowała narzucić domownikom swój styl i wymagania. Kielich goryczy przelała próba uwiedzenia przez wdowę po Witkacym męża Magdaleny – Zygmunta Niewidowskiego. Miał być to odwet za romans Marii ze Stasiem. W akcie furii Magdalena wyrzuciła kuzynkę z domu. Dzięki Stefanowi Flukowskiemu, ówczesnemu prezesowi krakowskiego oddziału ZLP, Witkiewiczowa otrzymała przydział na pokoik w Domu Literatów przy Krupniczej 22, skąd została niebawem wyrzucona przez następcę przeniesionego do Warszawy Flukowskiego – Adama Polewkę, którego drażniła swoją wyniosłością. Bezdomną i załamaną Jadwigę ściągnęli wówczas do Warszawy Stanisław i Maria Flukowscy. Pomogła im – mimo ogromnego żalu do ciotecznej siostry – Magdalena. Wywalczyła u ówczesnego ministra kultury rentę dla kuzynki, gdyż ta nie miała dosłownie środków do życia. Doszło do tego, że, by ratować się przed śmiercią głodową, Jadwiga ponad siły pracowała jako maszynistka. Flukowscy zajęli się nią bardzo ofiarnie. Nie zwracali uwagi na jej złośliwości, wielkopańskie wymagania i nieprzyjemny w obejściu charakter, którym tak zrażała do siebie ludzi. BEZ ADRESU W 1948 roku Jadwiga, dzięki Flukowskim, zamieszkała w Warszawie. Nie dane jej było jednak zaznać spokoju. W ciągu dziewiętnastu lat życia w stolicy wielokrotnie zmieniała miejsce zamieszkania. Nadal ledwo wiązała koniec z końcem. By nie umrzeć z głodu część pamiątek po mężu sprzedała wrocławskiemu Ossolineum. Z perspektywy czasu dziwnym może wydać się

53


PIEKNO brak poczucia więzi Zofii i Magdaleny z kuzynką. Zofii Kossak-Szczuckiej jakby zupełnie nie interesował los Jadwigi. Magdalena wystarała się dla niej o rentę, później o jej podwyżkę. Mimo to nie utrzymywały bliższych kontaktów. Jadwiga bowiem nie akceptowała męża Magdaleny i uważała, że kuzynka, wychodząc za Zygmunta, zdeklasowała się. TA, CO OCALIŁA SPUŚCIZNĘ WITKIEWICZA Z WOJENNEJ POŻOGI Taki napis znajduje się na tablicy nagrobkowej na Pęksowym Brzyzku, gdzie pochowana jest wdowa po Witacym. Teatry w Polsce i za granicą po dziś dzień wystawiają sztuki Stanisława Ignacego Witkiewicza. Te niegdyś przez nią uratowane z pożogi. I mimo, że tylko trzy lata czerpała korzyści pieniężne (prawa autorskie, które przysługiwały jej po mężu wygasły w 1959 roku) czuła się dumna i szczęśliwa, że ocaliła pamięć o Stasiu i jego twórczości. OSTATNI PRZYSTANEK W 1961 roku Magdalena Samozwaniec, poparta przez Xawerego Dunikowskiego, ponownie upomniała się o kuzynkę. U Cyrankiewicza, z którym się przyjaźniła, wyprosiła dla niej kolejną podwyżkę renty i mieszkanie. Nie było to duże lokum. Ot, niespełna dwudziestometrowa kawalerka przy Brackiej, ale wreszcie Jadwiga mogła powiedzieć, że ma swój kąt. Zgromadziła na tych kilkudziesięciu metrach mnóstwo pamiątek po Witkacym. Jego sztuki, rysunki, listy, zdjęcia. Wszystko to, z powodu małego metrażu, leżało upchane, gdzie tylko było to możliwe. Jadwiga Witkiewiczowa zmarła w 1967 roku po krótkim pobycie w szpitalu. Wszystkie pamiątki po Stasiu przepisała Flukowskim. Dziś, na mocy testamentu Marii Flukowskiej, znajdują się one w Książnicy Pomorskiej, w Szczecinie. Rafał Podraza,

fot. udostępnione przez Książnicę Pomorską w Szczecinie

54

Specjalne podziękowania składam p. Cecylii Judek sekretarzowi naukowemu Książnicy Pomorskiej w Szczecinie za pomoc przy artykule o Jadwidze Witkiewiczowej.


Z MOJEJ PÓŁKI Rafał Podraza - dziennikarz, poeta, redaktor książek Magdaleny Samozwaniec: „Z pamiętnika niemłodej już mężatki”, „Moja siostra poetka” i jej siostry, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej: „Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939-1945”; odznaczony medalem „Zasłużony dla Kultury Polskiej” (2013).

Gustaw Holoubek

„Wspomnienia z niepamięci”

Marginesy, 2013

Mariola Pryzwan

Zacznę ostro. Nie lubiłem, nie cierpiałem Gustawa Holoubka! Drażnił mnie swoją flegmatycznością, manierą – nota bene często parodiowaną przez młodych kabareciarzy z Maćkiem Stuhrem na czele. Z oporami sięgnąłem więc po jego książkę „Wspomnienia z niepamięci”. Zrobiłem to z dwóch powodów. Primo: mimo niechęci chciałem poznać człowieka w jego wspomnieniach. Secundo: chciałem skrytykować i postawić symboliczną kropkę nad „i” w moich sądach o Holoubku. Tak się jednak nie stanie... Książka napisana jest piękną, prawdziwie literacką, polszczyzną! A ja to cenię. I tu sprostowanie, nie jest to autobiografia Gustawa Holoubka. To bardziej luźne wspominki wiekowego człowieka. Pięknie opisane są miejsca, szczególnie Kraków, gdzie wychował się Holoubek, sylwetki rodziców, znajomych, mistrzów teatru. Do tego znakomita ikonografia: afisze sztuk teatralnych, zdjęcia rodzinne, dokumenty. Słowem „perełka”, po którą powinni sięgnąć ci, którzy cenią język polski i ci, którzy chcą się czegoś dowiedzieć lub przypomnieć sobie kraj sprzed epoki PRL-u Oczywiście, nie wiem, jak wyglądały oryginalne zapiski aktora, a ile sił oraz energii w ich opracowanie włożyła Dorota Koman, jedna z najlepszych redaktorek w naszym kraju (nie od dziś wiadomo, że największym skarbem autora jest redaktor, który często pisze książkę na nowo), ale efekt wyszedł z tego znakomity.

„Cybulski o sobie”

MG, 2012

Zbyszek Cybulski, czyli polski James Dean, doczekał się wielu publikacji, gdzie Jego imię, życie prywatne i zawodowe przez wielu aktorów, i reżyserów uważających się za jego przyjaciół i powierników najskrytszych tajemnic, było odmieniane przez wszystkie przypadki. A działo się tak przy okazji kolejnych rocznic tragicznej śmierci aktora, w artykułach wspomnieniowych, albo wywiadach prasowych i radiowych. Dzięki Marioli Pryzwan Cybulski wreszcie przemówił własnym głosem. Jej książka „Cybulski o Sobie” to fragmenty wywiadów prasowych, radiowych i telewizyjnych, których w trakcie swojej kariery udzielił Zbyszek. W pracy nad książką autorka skupiała się głównie na wynalezieniu w przepastnych archiwach telewizji, radia i prasy interesujących rozmów. Później ubrała je w tytuły. Następnie wprowadziła podział na tematy przewodnie, z których wyłoniła się historia życia, opowiedziana przez samego bohatera. To pewnego rodzaju wirtualna autobiografia. Rzecz niezwykle ciekawa i, co najważniejsze, odkrywcza. Podążamy za aktorem, ale częściej za Zbyszkiem, by odkryć, co lubił robić w wolnych chwilach, jakich autorów czytał, kogo nie znosił, a kogo cenił. Dowiadujemy się o czym marzył i jakie miał plany na przyszłość. Dzisiaj te wspomnienia wyzierające ze skompilowanych wypowiedzi wywołują niedosyt i żal. Zamykając książkę, czytelnik pewnie wolałby, by Zbyszek Cybulski zrealizował się jako aktor. Na pewno w sposobie gry aktorskiej, w sposobie pojmowania roli kina, wyprzedzał swoją epokę i by zapisać się na zawsze w historii polskiego filmu, niepotrzebna była mu tragiczna śmierć… Niestety los chciał inaczej. Żal tylko, że do końca nie poznaliśmy jego możliwości. Z drugiej jednak strony pamiętajmy: „wybrańcy bogów odchodzą młodo”.

55


MĘSKIM OKIEM

WIEM, DOKĄD IDĘ!

Rok 1971. Trzydziestoletni Stan Borys ma już na swoim koncie przeboje nagrane z grupami: „Blackout” i „Bizony”. Ale po rozstaniu z ostatnim zespołem czuje się zagubiony. Po koncercie w „Studiu na Pięterku” podchodzi do niego nieznany człowiek i mówi: „Mam dla Pana piosenkę. Teraz wiem, że tylko Pan może ją zaśpiewać”. Piosenka nosiła tytuł „Jaskółka uwięziona w gdańskim kościele mariackim”. Tym samym, do którego Stan Borys uciekał uczyć się recytacji przed konkursami. Wróciły wspomnienia. Powstała piosenka, która do dziś jak magnes przyciąga całe rzesze nowych słuchaczy. Kazimierz Szemioth mówił prawdę. „Jaskółkę uwięzioną” mógł zaśpiewać tylko Stan Borys.

56


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Andrzej Gross: Swoją karierę rozpoczął Pan jeszcze jako nastolatek, ale nie od początku związany był Pan z muzyką, która przyniosła Panu międzynarodową sławę. A przecież chciał być nie muzykiem, a aktorem? Muzyka nie interesowała mnie wtedy tak bardzo, jak aktorstwo. Mając 17 lat zagrałem już główną rolę w „Cyruliku Sewilskim”, w amatorskim Teatrze Rybałtów. Jeździliśmy po Bieszczadach, tam, gdzie teatr w ogóle nie docierał. Później byłem już poważniejszym adeptem aktorstwa, bo recytowałem wiersze różnych poetów, jeździłem na konkursy recytatorskie i z nich właśnie trafiłem do zawodowego teatru poezji i później do teatru Wandy Siemaszkowej. Ale w tym teatrze nie zostałem od razu aktorem. Najpierw pracowałem jako rekwizytor, potem jako statysta i aktor w rolach epizodycznych. Następnym krokiem w karierze też nie był Pański sukces muzyczny, ale sukces... poetycki. I poezja – obok muzyki – została w Pańskim życiu. W 2009 roku wydał Pan swój tomik poezji, w którym znalazł się też pierwszy Pański wiersz, który został uhonorowany w sześćdziesiątych jeszcze latach. Skoro już cofamy się do moich korzeni, to rzeczywiście – z Rzeszowa wyjechałem w 1960 roku i później wróciłem do miasta zupełnie przypadkowo, To był bardzo burzliwy okres w moim życiu. Najpierw zacząłem pisać wiersze. Po okresie z zespołem Blackout eksperymentowałem z wierszami, recytowanymi na podkładzie muzycznym. Jest taki fragment w „Annie” i w piosence „Wiatr od Klimczoka”. Nieskromnie uważam zresztą, że śpiewałem poezję dużo wcześniej, niż pojawiło się określenie „Poezja śpiewana”, bo wszystkie teksty , które śpiewałem z Blackoutem pisał poeta Bogdan Loebl. Jeśli chodzi, natomiast, o moje prawdziwe próby poetyckie: otwierały się drzwi, otwierał się umysł, otwierała się wyobraźnia i trzeba było wylać to, co się we mnie zbierało. Ale poezję z muzyką łączę tylko w tekstach innych poetów. O śpiewaniu własnych wierszy jeszcze nigdy nie myślałem i nie wiem, czy nadają się do śpiewania. Jeśli ktoś kiedyś napisze do nich muzykę i je zaśpiewa, na pewno się ucieszę. A jak zaczęła się Pańska kariera muzyczna? Moja kariera muzyczna zaczęła się także od teatru. W Rzeszowie był teatr Rybałtów , potem jako adept sztuki teatralnej przeszedłem przez wspomniany Teatr Wandy Siemaszkowej, przedtem byłem w Studium Teatralnym przy Uniwersytecie Ludowym we Wzdowie, po ukończeniu którego mogłem pracować

jako kaowiec (instruktor kulturalno-oświatowy – przypis red.) – to było takie bardzo dumne stanowisko, które polegało na zrzeszaniu młodzieży jeszcze niezrzeszonej, żeby mogła wyzwolić swoje zamiłowania artystyczne. I właśnie w tym okresie, w 1965 roku, znowu zupełnie przypadkowo, powróciłem do muzyki. Musiałem m.in. stworzyć sekcję muzyczną w Klubie Łącznościowca przy Poczcie Polskiej. W tamtym czasie ludzi do zespołu szukał Tadeusz Nalepa i... połączyliśmy siły. Od tego czasu mieliśmy możliwość prób na prawdziwej scenie w tym klubie w którym pracowałem. Do szkoły muzycznej chodziłem w wieku 12 lat na skrzypce, potem na klarnet, ale nie udało mi się jej skończyć. Pierwszy koncert odbył się w Pana dwudzieste czwarte urodziny. Publiczny koncert, tak. Dokładnie trzeciego września 1965 roku. I współpraca z Tadeuszem Nalepą szybko zaowocowała: powstały pierwsze przeboje i dość szybko stało się tak, że staliście się zespołem znanym nie tylko w Rzeszowie. Nawet bardzo szybko i – przede wszystkim – niespodziewanie. Od razu namawiałem Loebla i zapraszałem go do pisania dla nas, ale nie było to łatwe. Na początku w ogóle nie był współpracą zainteresowany. Kiedy dał się namówić, a publiczność zaczęła śpiewać jego słowa, zmienił zdanie i zaczęło się robić ciekawie. Poza tym, Nalepa co chwilę tworzył coś nowego. Sypał pomysły, jak z rękawa, a każda piosenka, którą śpiewaliśmy, stawała się przebojem. Nasz klub stał się tak bardzo popularny, że w weekendy nawet autobusy musiały zmieniać trasę, bo w środku klubu bawiło się 350 osób, a na zewnątrz stało i słuchało 3000. Trzy miesiące po debiucie zostaliśmy zaproszeni na nagrania do radiowej „Trójki”. Dodam, że mieliśmy wtedy zupełnie przypadkowy sprzęt, zbierany z różnych miejsc, stroje niemal przerabiane z materiału na firanki... A kiedy wymyśliłem nazwę zespołu: „Blackout”, stałem się częstym gościem na czerwonym dywanie, w urzędzie cenzury, gdzie musiałem tłumaczyć się z tego „co to znaczy po angielsku, i w ogóle co to jest”. Można powiedzieć, że jakoś to z buntu powstało i buntem istniało. Aż do czasu, kiedy się rozleciało. (śmiech). Kiedy się rozleciało, pojawiły się Bizony, a po Bizonach zdecydował Pan, że rozpocznie karierę solową. Dlaczego? Moje wewnętrzne poczucie sprzeciwu i buntu zawsze okazywało się czymś dobrym dla mnie. Miłosz

57


MĘSKIM OKIEM tam do Kościoła Mariackiego, w którym zawsze była idealna akustyka. Ale kościół był całkiem pusty. Widziałem ptaki, które wlatywały do kościoła przez rozbite okna, a potem, szukając wyjścia, obijały się o szyby. To samo zobaczył malarz i poeta Kazimierz Szemioth i napisał piosenkę o uwięzionym ptaku, który pragnie wolności. I o tym, że nigdy jej nie zazna. Pozostanie na „wieczne wirowanie i niezaznanie piękna”. Poczułem się z tym tekstem bardzo związany. Te słowa wstrząsnęły mną. Poczułem, że to jest o mnie.

kiedyś napisał w wierszu….”Jakaś ręka bierze twoją dłoń i każe pisać swoje dzieje”. Ja nie zgadzałem się na taką pracę. Poddawałem się nakazom kierowników zespołów do pewnego czasu, a kiedy przebrała się miarka, zamykałem drzwi i odchodziłem. Zawsze robiłem tak, że nie walczyłem z nikim i z niczym. Po prostu zamykałem drzwi i otwierałem kolejne. Szukałem własnej tożsamości, własnej drogi. Miałem szczęście do ludzi, których poznawałem. Dzięki nim zawsze mogłem iść dalej i rozpoczynać coś nowego. Po rozstaniu z „Bizonami” śpiewałem „Ikonę” w Studiu Piosenki na Pięterku w Hotelu Bristol Któregoś dnia podszedł do mnie nieznany człowiek i powiedział: „Mam dla Pana piosenkę.” Kiedy ją przeczytałem, przypomniałem sobie konkursy recytatorskie w Gdańsku. Kiedy ćwiczyłem recytację, uciekałem

58

Wyjechał Pan z Polski u szczytu kariery. Kiedy rozpoczął Pan trasy zagraniczne, kiedy posypały się nagrody, Pan zdecydował, że rzuci to wszystko i wyprowadzi się z Polski na stałe. Był jakiś powód tej decyzji, którego jeszcze nie znamy z Pańskiej biografii? Za granicą, gdzie prawie nikt mnie nie znał, byłem traktowany lepiej, niż w kraju. Tutaj byłem oporny, nieposłuszny, niewygodny. Byłem inny, niż chcieli mnie widzieć decydenci od kultury. Na mnie wywarł wpływ wizerunek hippisów, który przychodził z Zachodu. Wszyscy byliśmy, zresztą, pod jego wrażeniem. A w Polsce kazano mi ściąć włosy i zgolić brodę, bo „źle się kojarzyłem na scenie”. Przypominałem postaci biblijne. Więc ja, przeciwnie, zapuszczałem włosy coraz dłuższe i wciąż szukałem wolności artystycznej. W kraju musiałem się tłumaczyć z każdego


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Z uczeniem się Ameryki takiej, jaka ona jest naprawdę. Wiedziałem, że tam będę żył i muszę się w ten kraj „wtopić”. W Stanach powstało trochę Pańskiego repertuaru anglojęzycznego, ale jednak zdecydował się Pan także śpiewać po polsku, będąc już tam...

koncertu, z tekstów piosenek, z mojego wyglądu. Pomyślałem, że to podniecające – wyjadę. Więc marzyłem o Ameryce. Od młodości, zresztą, wiedziałem, że cokolwiek będę robił, to i tak w końcu tam trafię. Na łaskę wyjechania legalnie do Ameryki, przez Ministerstwo Kultury i Pagart, gdzie trzech dyrektorów w mundurach wydawało paszporty, czekałem prawie półtora roku. Ostatnia moja piosenka, którą nagrałem w Polsce, w czasie tych wyczekiwań, nosiła tytuł „Idę drogą nieznaną”. W końcu, po wyczekiwaniach i prośbach, dyrektorzy spojrzeli na moją piosenkę i powiedzieli: „To jak on nie wie, dokąd idzie, to niech idzie”. (śmiech) I dostałem zgodę. A wyjazd do Chicago nie zaszkodził Panu w kontynuowaniu kariery w Polsce? Ja nie myślałem o tym, co mi pomoże, a co zaszkodzi. Ja wyjechałem na stałe. I wszystko, co było związane ze mną w Ameryce, wręcz mi w karierze pomagało. Przez ponad dwa lata śpiewałem w klubie, w Nowym Jorku, a później - już dla większej publiczności - w Chicago. Chciałem się wyśpiewać w klubach. Traktowałem to jak pracę, a nie zawód artystyczny. Tam zauważyłem, jak ważny jest warsztat: wszyscy są świetnymi muzykami - rzemieślnikami, a żeby być artystą, to trzeba dojrzeć do tego i tworzyć zupełnie coś innego, niż wszyscy. Po wyjeździe do Stanów zaczął się więc dla mnie okres szacunku do pracy. Śpiewałem przez trzy dni w tygodniu, więc zostawało mi bardzo dużo czasu na robienie czegokolwiek. To „cokolwiek” związane było głównie ze sportem, z kulturą fizyczną i z uczeniem się nowych tekstów.

Angielski, to był sprawdzian samego siebie. Spotykałem wielu muzyków i producentów muzyki. Pisałem teksty i chciałem sprawdzić, jak dam sobie radę z repertuarem anglojęzycznym. Część tych tekstów znajduje się teraz w moim tomiku wierszy. Miałem szczęście spotykać fajnych ludzi, miałem okazję reżyserować na Uniwersytecie sztukę, którą napisał Tymoteusz Karpowicz. Sztuka była o Norwidzie, więc wiadomo, że po polsku. Miałem okazję też grać w teatrze amerykańskim, w sztuce Bertolda Brechta „The Good woman of Satzuan”. I była to cudowna nauka i doświadczenie. A moje śpiewanie po polsku w klubach dawało mi szanse przeżycia i opłacania rachunków. W końcu przyszedł taki okres, że te kluby, w których śpiewałem, zawsze były pełne. Czy z perspektywy czasu może Pan powiedzieć, że Pańskie dokonania w Stanach Zjednoczonych, to właśnie to, co Stan Borys chciał osiągnąć w swojej karierze? Z tego materiału, który chciałem wyprodukować w sposób autorski, w Stanach Zjednoczonych, powstały trzy płyty - płyta „Niczyj”, która nagrałem z muzykami amerykańskimi, nawet dość znanymi w kręgach bluesowych i jazzowych. Na tej płycie są ludzie, którzy grali ze Stingiem, czarni muzycy z Buddy Guy Legend oraz chóry gospel. Nagrywałem też z grupami alternatywnymi. Owiane mgłą tajemnicy jest to, gdzie znajduje się azyl Stana Borysa. Na początku w Ameryce mieszkał Pan w Nowym Jorku, Chicago i Toronto Las Vegas, czyli w wielkich metropoliach. A teraz? Teraz lubię zmieniać adresy i dobrze czuję się w podróży. Dobrze czuję się w Bieszczadach, ale też w kanionach Kalifornii, gdzie przebywam najczęściej. Uwielbiam tajemnice natury i przyrody amerykańskiej. Teraz spędza Pan w Polsce dużo więcej czasu, jest Pan w niej – można powiedzieć, że tyle samo czasu, co w Stanach. Czy rozerwanie między dwoma kontynentami nie jest dla Pana uciążliwe?

59


MĘSKIM OKIEM

Zupełnie nie. W Polsce spędzam więcej czasu, niż w Stanach. Od kwietnia do końca roku koncertuję regularnie w Polsce z moją grupą „Imię Jego 44”. A na zimę lecę tam, gdzie słońce, ciepło i przyroda. Tam także sporo koncertuję i uprawiam sport, podróżując pomiędzy Florydą, a Kalifornią. Gram w tenisa i golfa. A medytacje nad brzegiem Pacyfiku i w kanionach San Diego, gdzie przebywam najwięcej, są dla mnie niebiańskim szczęściem. Oprócz tenisa i golfa, jest jeszcze joga i coś, co nie ma związku ze sportem, ale brzmi bardzo interesująco: sztuka motywacji, którą także zajął się Pan niemal zawodowo. Jeśli ktoś wnikliwie mnie obserwuje, zauważy, że bez motywacji, bez jogi i bez oddychania Stan Borys właściwie nie istnieje. Człowiek nie istnieje, jest jednostką organicznie skomplikowaną, z którą w jakiś sposób należy się pogodzić, którą należy rozgryźć

60

i uczyć się. Trzeba uczyć się samego siebie, bo najwięcej czasu spędzamy z samym sobą, nie zawsze siebie szanując. Ulegamy wielu pokusom i łatwo nas zmanipulować. Łatwo nas zarazić toksynami, których jest coraz więcej w tym bardzo skorumpowanym i scywilizowanym świecie. Dlatego jestem zwolennikiem czystego i zdrowego stylu życia. Ciągle się uczę opanowania samego siebie. Joga i medytacja, to dla mnie rytuał codzienny. Medytować można, zresztą, i jadąc na rowerze, i grając w tenisa, i nawet śpiewając na scenie. Staram się w życiu uciekać od tego, co dla mnie niedobre. Przecież i tak bardzo krótko żyjemy na tej ziemi... Dlaczego więc mamy ulegać czemuś, co nie jest dla nas dobre, prowadzi do chorób i w końcu nas zabija? Szkoda tracić życie.

Rozmawiał: Andrzej Gross Foto: archiwum Stana Borysa, Andrzej Gross


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Z MOJEJ PÓŁKI

Andrzej Gross – dziennikarz prasowy i telewizyjny, redaktor; autor nominowanej do nagrody PIKE „Kryształowy Ekran” serii audycji muzycznych: „Tylko o mnie”, w latach 20022012 emitowanej na antenie telewizji regionalnych i lokalnych.

Agnetha Fältskog

„A”

Chris de Burgh

Universal Music Group, 2013

Sama Agnetha Fältskog opowiada, że kiedy usłyszała pierwsze trzy napisane na tę płytę piosenki, „zakochała się w nich i nie mogła ich nie nagrać”. Po przesłuchaniu płyty nie da się nie przyznać jej racji. Jörgen Elofsson, autor i współautor większości piosenek, przygotował zestaw złożony z przebojowych ballad i popowych piosenek, nastrojowo prowadzących słuchacza w stonowane, a jednocześnie pełne wyrazu brzmienia. Dominują ballady: od delikatnych „I was a flower”, „Bubble” i „I keep them on the floor beside my bed”, do przebojowych „The one who loves you now” i „I should’ve followed you home” z tanecznym refrenem, w duecie z Garym Barlowem – wokalistą zespołu Take That. Płyta jest pełna delikatnej ekspresji, a kompozycje zdecydowanie zapadają w pamięć i wzywają do przesłuchania krążka kolejny raz. Pozycja w domowych płytotekach... obowiązkowa!

Mash Mish

„Moonfleet and other stories”

Universal Music Group, 2010

Od pewnego czasu płytę tę internetowe sklepy muzyczne w Polsce sprzedają za bardzo niewielkie pieniądze (poniżej dziesięciu złotych). Jeśli ta decyzja związana jest z próbą możliwie najszerszego upowszechnienia dzieła Chrisa de Burga – rozumiem. Jeśli powody są inne, warto ją kupić, zanim znów wróci do „dawnej” ceny i na wysokie miejsca list sprzedaży. Bo, bez wątpienia, jest jednym z najlepszych krążków irlandzkiego piosenkarza i muzyka. Połączenie ponad dwudziestu różnych elementów muzycznych, stworzenie na bazie książki J. Meade Falknera swoistego słuchowiska z narracją i przebojowymi, przypominającymi czasy „Spanish Train” piosenkami... właściwie „piosenką” („Have a care”, „Treasure And Betrayal”) i lekkimi, charakterystycznymi dla de Burgha, balladami, powoduje, że płyty słucha się niemal fizycznie wkraczając w świat istniejący w musicalu. Obraz malowany muzyką? Albo „film, nakręcony bez kamery”... Warto „obejrzeć”

„Mash Mish” W telewizyjnych programach, oceniających talenty wokalne, bywa czasem tak, że naprawdę zwycięża niekoniecznie ten, kto staje na podium. Wiedzą o tym doskonale (dziś) gwiazdy: Monika Brodka i Ania Dąbrowska; wiedzą ich fani; wiedzą ci, którzy programy te śledzą z każdą edycją. Duet Mash Mish, czyli wokalistka Gosia Bernatowicz i pianista Marcin Kuczewski (finaliści II edycji programu „Must be the Music”), ma sporą szansę dołączyć do grona tych, którzy mimo teoretycznej porażki w programie, wygrali wydaną płytą. Debiutancki krążek zespołu, który jesienią ubiegłego roku trafił do sklepów, to rzeczywiście misz masz. Połączenie polskich, angielskich i hiszpańskiego tekstu. Połączenie muzyki klasycznej z popem, jazzem, rockiem i flamenco. Wybuchowa mieszanka, która tylko na pozór jest spokojna i melancholijna. Ja czekam na kolejną płytę. Pierwszą – gorąco polecam!

Universal Music Polska, 2012

61


MAGAZYN PRAGNIENIE PIĘKNA ZNAJDZIESZ W WIELU WYJĄTKOWYCH MIEJSCACH W CAŁEJ POLSCE, MIĘDZY INNYMI: - Artplastica, Klinika Chirurgii Plastycznej, Szczecin, ul. Wojciechowskiego 7 - Beauty4Ever, Warszawa, ul. Wołodyjowskiego 52 - Centrum Konferencyjno-Wypoczynkowe Camproverde, Łódź, ul. Grabińska 43 - Centrum Medyczne Kaszubska, Szczecin, ul. Kaszubska 59/1 - Chili Cafe, Szczecin, Deptak Bogusława 2/1 - Centrum Leczenia Kręgosłupa, Przecław, ul. Pod Zodiakiem 3/7 - Columbus Coffee Galaxy, Szczecin, CH "Galaxy", II piętro - Concha Aparaty Słuchowe, Szczecin, ul. Kaszubska 17 - Cukiernia Czekoladowa, Szczecin, CH "Ster" - Dolina Charlotty Resort&Spa, Słupsk, Strzelinko 14 - Dr Chruściel Poradnia dla Kobiet, Szczecin, ul. Szafera 190 - Dom Lekarski, Centrum Medyczne, Szczecin, CH "Turzyn" - Fanaberia Salon Rozmaitości, Szczecin, ul. księcia Bogusława X 5 - Gabinet dermokosmetyczny FB Naturalne Piękno, Wrocław, ul. Na Ostatnim Groszu 2 - Hotel Amber Baltic, Międzyzdroje, Promenada Gwiazd 1 - Hotel Atrium, Szczecin, al. Wojska Polskiego 75 - Hotel Aquarius, Kołobrzeg, ul. Kasprowicza 24 - Hotel Kongresowy - Business&SPA, Kielce, al. Solidarności 34 - Hotel Magellan, Bronisławów, ul. Żeglarska 35/3 - Hotel Malinowy Zdrój. Solec-Zdrój, ul. Leśna 7 - Hotel Park, Szczecin, ul. Plantowa 1 - Hotel Radisson Blu, Szczecin, Plac Rodła 10 - Hotel Sarmata, Sandomierz, ul. Zawichojska 2 - Hotel Senator, Dźwirzyno, ul. Wyzwolenia 35 - Instytut Zdrowia i Urody Sharley Medical SPA, Warszawa, ul. Jana Pawła II 75 - Interglobus Tour Biuro Podróży, Szczecin, ul. Kolumba 1 - Kawiarnia Kolonialna, Szczecin, CH "Ster" - Jean Louis David, salon fryzjerski, Szczecin, CH "Ster" - La Mania, Warszawa - Katowice - Laser Studio, Szczecin, ul. Jagiellońska 85/1 - Make Up Institute, Szczecin, ul. Targ Rybny 4 - Medicus, Spółdzielnia Pracy Lekarzy Specjalistów, Szczecin, pl. Zwycięstwa 1 - Modern Design, studio fryzjerskie, ul. Jagiellońska 93/3 - NANTES Nanolaboratory, Bolesławiec, ul. Dolne Młyny 21 - Oddysey Club Hotel Wellnes&SPA, Masłów, ul. Dąbrowska 3 - Ośrodek Chirurgii Plastycznej Dr. Macieja Kuczyńskiego, Lublin - Nałęczów - Rzeszów - Polska Filharmonia "Sinfonia Baltica", Słupsk, ul. Jana Pawła II 3 - Sandra SPA, Pogorzelica, ul. Wojska Polskiego 3 - Sekret Day SPA, Kielce, ul. Żytnia 12/2 - Skin Clinic Med&Beauty, Warszawa, ul. Żaryna 7 - SPAandGO, Warszawa, ul. Marynarska 15 - Studio Soul Contour, Wrocław, ul. Gajowicka 170/2 - Unity Line, biuro podróży, Szczecin, Plac Rodła 8 - Zakład Leczniczy "Uzdrowisko Nałęczów", Nałęczów, ul. Małachowskiego 5 - Zespół Zamkowo-Parkowy, Baranów Sandomierski, ul. Zamkowa 20 MAGAZYN DOSTĘPNY JEST TAKŻE w 450 PUNKTACH SPRZEDAŻY PRASY I SKLEPACH POLSKICH w NIEMCZECH i WIELKIEJ BRYTANII

Numer 03/2013 (4) Magazyn bezpłatny www.pragnieniepiekna.pl Redakcja: ul. Wojciechowskiego 7 71-476 Szczecin tel. +48 502 592 345 mail: redakcja@pragnieniepiekna.pl Redaktor naczelna: Alicja Kapturska Redakcja: Justyna Domaradzka, Magdalena Ferber, Barbara Grabowska, Małgorzata Kalicińska, Małgorzata Maksjan, Anna Nowak-Ibisz, Andrzej Gross, Daniel Odija, Rafał Podraza, Tomasz Ziomek, ks. Sławomir Zyga Redakcja językowa i korekta: Róża Czerniawska – Karcz Skład: Tomasz Ziomek tomasz.ziomek@pragnieniepiekna.pl Druk: ARTiS Poligrafia S.C. Wydawnictwo: Strefa Ciało Sp. z o.o. Spółka Komandytowa ul. Wojciechowskiego 7 71-476 Szczecin tel. +48 502 592 345 Dyrektor Wydawniczy: Andrzej Gross mail: andrzej.gross@pragnieniepiekna.pl Dział Reklamy: Małgorzata Maksjan mail: reklama@pragnieniepiekna.pl Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam. NA OKŁADCE:

SZUKAJ NAS TEŻ NA STRONIE WWW.PRAGNIENIEPIEKNA.Pl

62

prof. Maria Siemionow, fot. z archiwum Marii Siemionow


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

PRAGNIESZ SKUTECZNEJ REKLAMY?

ZAMÓW REKLAMĘ W „PRAGNIENIU PIĘKNA” Odbiorcy i prenumeratorzy naszego magazynu mogą skorzystać z preferencyjnych stawek reklamowych. Reklama w dwumiesięczniku „Pragnienie Piękna” gwarantuje dotarcie do profilowanej grupy odbiorców w Polsce, Niemczech i Wielkiej Brytanii, a cykl wydawniczy ustalony jest w sposób umożliwiający długotrwałą skuteczność reklamy. Zmieniamy się dla Państwa - dokładamy wszelkich starań, aby sprostać oczekiwaniom naszych czytelników i partnerów biznesowych.

Aby dowiedzieć się więcej, wystarczy skontaktować się z naszym biurem reklamy. Nasi specjaliści odpowiedzą na Państwa pytania i przedstawią korzystne warunki współpracy. Biuro Reklamy magazynu „Pragnienie Piękna” e-mail: reklama@pragnieniepiekna.pl Zaprenumeruj „Pragnienie Piękna” i co dwa miesiące otrzymuj nasz magazyn do domu lub biura. Zapytaj o szczegóły: prenumerata@pragnieniepiekna.pl

63


Pragnienie Piękna 3/2013  

Magazyn nie tylko dla kobiet - wydanie ogólnopolskie i szczecińskie; lifestyle, rozrywka, zdrowie i uroda.

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you