Page 1

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

numer 01/2012 (1) MAGAZYN BEZPŁATNY

Spełniona

Grażyna Wolszczak O pięknie:

Najsztub, Czubaszek, Lew-Starowicz, Bralczyk

Szczygielski: Odczuwam potrzebę prowokacji

Piszą dla nas:

Kalicińska / Nowak-Ibisz / Odija

In vitro

cud czy grzech?


Jako jedyna klinika w Polsce zostaliśmy trzykrotnym Laureatem Programu Quality International (2010, 2011, 2012) oraz Zdobywcą Perły QI 2012 ISO 9001:2008 / PN-N-18001:2004


P i ę k n o t o pewność siebie.

. . . s z k o d a życia na kompleksy Druga dekada na rynku medycznym Wysoko wykwalifikowana kadra medyczna Tysiące zadowolonych pacjentów na całym świecie Wysoka jakość oferowanych usług potwierdzona wieloma nagrodami


04

|pozytywne

foto: Adam Fedorowicz

od redakcji

strony życia

Od kilku lat świat intensywnie zalewa nas informacjami. Najlepiej „sprzedają się” złe wiadomości i dramaty potęgujące nasz strach. Budząc się pewnego dnia, powiedziałam: „stop”. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że nie jestem osamotniona w odczuciach i postanowieniach, że otaczają mnie ludzie, którzy podobnie patrzą na życie. To był katalizator, który zainicjował skład zespołu redakcyjnego. Odczuwamy potrzebę złapania oddechu, odbicia się od dna kryzysu autorytetów, moralności i ideałów. Fiodor Dostojewski stwierdził: „Życie to raj, do którego klucze są w naszych rękach”. Redakcja magazynu postanowiła sięgnąć po nie. Wierzymy, że słowo drukowane jest nadal przyjacielem człowieka i na przekór innym chcemy dzielić się z Państwem pozytywnymi elementami życia. Naszą misją jest pokazanie dróg, które pozwolą zagłębić się w różne aspekty ciała, umysłu i duszy człowieka. Pierwsze litery tych trzech słów układają się w słowo „cud” – wydało nam się to dobrym znakiem. Chcemy inspirować, pomagać w rozwoju i spełnieniu. Pokazać, że świat przy właściwym spojrzeniu nie jest taki zły... I choć JeanPaul Sartre powiedział kiedyś, że „Wszystko zostało wymyślone, z wyjątkiem tego, jak żyć”, postaramy się za pomocą magazynu dać wskazówki, w jaki sposób można afirmować istnienie. Z samych sentencji dotyczących losów ludzkich można ułożyć księgę mądrości. Byłby to z pewnością opasły tom zawierający białe i czarne strony, poprzetykane odcieniami szarości. Podobnie nasz magazyn – będzie poruszał tematy od wzniosłych, przez pozornie prozaiczne, do trudnych. Pomiędzy bieguny śnieżnej bieli a grafit wpleciemy odcień popielaty – sprawy codzienne, dotyczące każdego z nas. Mam nadzieję, że chwile poświęcane na lekturę naszego magazynu staną się dla Państwa rytuałem i będą szczęśliwie spędzonym czasem. Bo jak powiedział Umberto Eco: „Kto czyta, żyje podwójnie”. I to jest prezent, jaki chcemy Państwu podarować.

Alicja Kapturska


05

10

Współczesne kobiety w pogoni za pięknem wpędziły się do obozu koncentracyjnego pod tytułem: „Jak ja wyglądam?”.

spis treści

36 PIĘKNYM ŻYJE SIĘ ŁATWIEJ

26 | Felieton: Kobieta Idealna pisze Basia Grabowska 27 | Felieton: Tata mówił Gałczyńskim pisze Małgorzata Kalicińska 28 | Między słowami: Czas i czasy pisze Elżbieta Olechowska

22

Nigdy się nie śmiała, chociaż mówiła doskonałe dowcipy. Nie śmiała się, bo jak mawiała – „śmiech to zmarszczki”.

06 | Warto wiedzieć popularne wydarzenia i ciekawostki 08 | Praktyczne i piękne gadżety poleca Anna Nowak-Ibisz

LUDZIE 10 | Znani mówią...: Czym jest piękno? Szulim, Najsztub, Czubaszek i inni… 17 | Pytanie do eksperta: E(ste)tycznie o pięknie prof. Jerzy Bralczyk 18 | Temat z okładki: Grażyna Wolszczak Szklanka do połowy pełna 22 | Portret: Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej Poetka, wróżka, kobieta

ZDROWIE I URODA 30 | In vitro w religiach: Grzech czy cud? 36 | Medycyna, a sztuka: Pięknym żyje się łatwiej rozmowa z dr. Maciejem Kuczyńskim 40 | Dlaczego chcemy być piękni o kulcie pięknego ciała

UMYSŁ I DUSZA 42 | Jezus ubiera się u Armaniego biblijny dress code 44 | Reportaż: Serca topnieją w zimie akcje charytatywne w Polsce

PIĘKNO 50 | Piękno oczami… Jerzego Bednarskiego akty z przesłaniem 56 | Piękne miejsca: W klimacie lat 20. Hotel Rialto w Warszawie

MĘSKIM OKIEM 58 | Rozmowy przy kawie Rafała Podrazy: wywiad z Marcinem Szczygielskim 61 | Felieton: Aż pisze Daniel Odija


06

foto: Mario Sorrenti

Warto warto wiedzieć

Brad Pitt & Chanel

Po Marilyn Monroe, Catherine Deneuve czy Nicole Kidman przyszedł czas na mężczyznę. I to jakiego! Twarzą kultowych perfum Chanel No. 5 został Brad Pitt. Hollywoodzki aktor jest pierwszym mężczyzną, który swoim wizerunkiem firmuje damski zapach. „Wdzięk, osobowość oraz pozycja Brada jako aktora i reżysera, czynią go główną postacią światowego kina i męską ikoną, co współgra z filozofią kampanii Chanel No. 5. – czołowej marki wśród perfum”- czytamy na oficjalnej stronie Chanel. Warto dodać, że aktor dotychczas odmawiał wszystkim podobnym propozycjom reklamowym. Reżyserem spotu reklamowego jest Joe Wright, współpracujący z marką od 2006 roku. Ma on w swoim dorobku ekranizację „Dumy i uprzedzenia”, a także filmy „Solista” i „Pokuta”. Najnowsza reklama zrealizowana przez Wrighta przedstawia Brada Pitta, który, jak się może najpierw wydawać, zwraca się do kobiety. W rzeczywistości jednak przemawia do perfum.


07

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Seks jak lekarstwo

Udane pożycie z partnerem jest nie tylko przyjemne, ale działa także na nasz organizm jak cudowny środek. Seks wpływa na zdrowie i urodę. To dlatego, że podczas stosunku wydzielają się endorfiny, czyli hormony szczęścia. Dzięki temu poprawia się jakość snu, kondycja serca, giną także zbędne kilogramy.

Kosmetyki

od Christiana Louboutina Mistrz szpilek z charakterystyczną czerwoną podeszwą już niedługo wypuści na rynek swoją pierwszą linię kosmetyczną.

Produkty będą do kupienia już w 2013 roku. Marka Christian Louboutin Beauté powstaje we współpracy z Batallure Beauty LLC. Na początku będą to kosmetyki do makijażu: szminki, cienie do oczu, lakiery, tusze, podkłady. Słynny szewc zapowiada, że nowa marka ma skupiać się przede wszystkim na tym, by sprawiać kobietom jeszcze więcej przyjemności.

17 lat odchudzania

Właśnie tyle czasu statystyczna kobieta poświęca na dbanie o linię.

Kobiety górą!

Teraz są już naukowe dowody na to, że panie są lepsze od panów. Po raz pierwszy od stu lat kobiety uzyskały lepsze wyniki w testach na inteligencję, deklasując tym samym mężczyzn. Badania przeprowadzono wśród obywateli Europy Zachodniej, USA, Kanady, Nowej Zelandii, Argentyny i Estonii. Po przeanalizowaniu danych okazało się, że kobiety są bardziej błyskotliwe. Nie zawsze jednak tak było. Od kiedy wynaleziono testy na IQ, płeć piękna systematycznie osiągała gorsze wyniki. Różnice dochodziły do średnio 5 punktów. Dopiero w tym roku damskie wskaźniki poszybowały w górę.

Naukowcy obliczyli, że panie w ciągu całego życia tracą na wadze średnio 9 razy. Decyzję o przejściu na dietę podejmują zazwyczaj wtedy, kiedy zbliżają się ważne wydarzenia albo kiedy nie czują się komfortowo ze swoją dotychczasową sylwetką. Nie zawsze jednak wystarcza im motywacji oraz silnej woli. Z badań zebranych przez Kevina Dorrena z portalu dietetycznego Diet Chef, wynika, że prawie 1/3 ankietowanych boryka się ze słomianym zapałem. Tylko 1% pań utrzymuje program odchudzania przez rok.

Tak pachną gwiazdy Do fanów kosmetyków Ormonde Jayne należą m.in. Goldie Hawn, Will Smith, Elton John i Bryan Ferry. Produkty tej brytyjskiej marki, mimo że na rynku istnieją zaledwie od 1998 roku, często goszczą w kosmetyczkach celebrytów. Firma działa w Londynie, gdzie powstają luksusowe perfumy, kremy, żele oraz balsamy. Produkowane są tradycyjnymi metodami, a ich nuty zapachowe powstały na bazie samych klasycznych olejków.


foto: WBF

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

08

Praktyczne i piękne! Anna Nowak-Ibisz

foto: materiały prasowe

Tropicielka gadżetów, bez których nie może obejść się nowoczesna kobieta. Nie boi się wyzwań – specjalnie dla swoich widzów testuje żelazka, kremy, sprawdza próg bólu przy depilacji i prezentuje przedmioty idealne dla kobiet, czyli to, co piękne i przydatne.

yDealne kosmetyki Kto by pomyślał, że niedaleko Władysławowa, w starym folwarku, należącym kiedyś do zakonu cystersów, powstanie fabryka najczystszych ekologicznych kosmetyków, które staną się marką i obiektem pożądania na całym świecie? Tak właśnie się stało. Fridge by yDe – nazwa równie intrygująca jak opakowanie i zapach tych preparatów. Kiedy po raz pierwszy otworzyłam krem, miałam wrażenie, że stoi przede mną miska świeżych truskawek. Tak pachniał olejek wyciskany z maleńkich pestek tych owoców, dodany do kremu. Kremy z olejkiem z płatków róży (do wyprodukowania 1 kilograma olejku eterycznego potrzeba 4 ton płatków!) też robią wrażenie. W tych kosmetykach nie ma syntetycznych składników – silikonów, konserwantów, alkoholu, barwników. Przechowywanie – tylko w lodówce i tylko przez dwa i pół miesiąca. W sklepie firmowym stoją lodówki z kosmetykami, a za specjalną szybą zlokalizowano minilaboratorium. Na własne oczy można zobaczyć, jak pakowany jest najczystszy ekologicznie krem. Możemy być dumni, bo to pierwsza taka minifabryka na świecie!

Żelazko 3D Szwajcarska firma LauraStar, zajmująca się od 30 lat żelazkami, wymyśliła coś, co wprawiło mnie w zachwyt – żelazko ze stopą trójwymiarową 3D. Przyznam, że wybuchła między nami miłość od… pierwszego prasowania. Z tym żelazkiem nie boję się falbanek, plis, sztywnych spodni czy garniturów, których nie mogłabym uprasować. Nie muszę regulować temperatury, nie obchodzą mnie informacje dotyczące materiału, cekiny, naklejki aplikacje, nadruki. Dotykam ich żelazkiem – i co? I nic – jest super! W czasach, kiedy pracowałam w Niemczech w kultowym (28 lat emisji) serialu „Lindenstrasse”, dostałam na urodziny biografię Isabelli Rossellini. I cóż się okazało? Wielka gwiazda kina, mama Isabelli, Ingrid Bergmann uwielbiała prasować i zawsze robiła to sama, a miała dwójkę dzieci i męża! Swoje zamiłowanie do deski i żelazka tłumaczyła podobnie jak ja – natychmiastowym efektem. Ingrid Bergmann z pewnością zakochałaby się w „moim” gadżecie.


09

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

„Naprawdę istnieje tylko jedna radość: obcowania z ludźmi” Antoine de Saint-Exupéry


Znani mówią...

10

Agnieszka Szulim, dziennikarka, prezenterka telewizyjna Gdy akceptujemy siebie, zdecydowanie łatwiej nam żyć i dokonujemy lepszych wyborów. Nigdy nie patrzyłam na siebie samą jak na kogoś brzydkiego. Oczywiście są gorsze i lepsze chwile. Mogę nie być zadowolona ze zbyt płaskich pośladków czy brzucha, ale to nie wpływa w żaden sposób na moje życie. Gdy jednak czegoś zdecydowanie nie akceptuję – zmieniam to. Oczywiście chodzi nie tylko o wygląd. Kiedyś byłam niezadowolona ze swoich piersi, jak się później okazało, chirurg „naprawił” to w niecałą godzinę…


11

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

CZYM JEST PIĘKNO? POPROSILIŚMY ZNANYCH DZIENNIKARZY, AKTORÓW I PSYCHOLOGÓW, BY SPRÓBOWALI ODPOWIEDZIEĆ NA PYTANIE: „CZYM JEST PIĘKNO?”. JEDNI POTRAKTOWALI JE Z PRZYMRUŻENIEM OKA, INNI PRZYTOCZYLI NAM OSOBISTE HISTORIE. ILE LUDZI, TYLE PIĘKNYCH SKOJARZEŃ…

TEKST: Izabela Magiera-Jarzembek / FOTO: Paweł Sroka


Znani mówią...

12

Piotr Najsztub, dziennikarz, publicysta Współczesne kobiety w pogoni za pięknem wpędziły się do obozu koncentracyjnego pod tytułem: „Jak ja wyglądam?”. Tkwią w tym obozie latami, wyprawiając różne rzeczy ze swoim ciałem. Powiem dobitnie: „Kobiety, wyjdźcie, bo nikt was tam nie pilnuje! Strażnikami jesteście tylko i wyłącznie wy same”. Żyjemy w takich czasach, że ludzie mogą zrobić ze swoim ciałem niemal wszystko. Parę wieków temu sztuczna szczęka była zarezerwowana tylko dla króla Francji. Co prawda gniła mu regularnie co trzy miesiące, ale tylko on ją miał. Dzisiaj protetycy, chirurdzy plastyczni są na wyciągnięcie ręki i oczywiście trzeba z tego korzystać, byle mądrze. Ja już pewnie tego nie dożyję, ale wierzę, że za jakiś czas, tak jak dzisiaj stoją na ulicach bankomaty, będą też dostępne „pięknomaty”. Wejdziemy, włożymy kartę, wstukamy PIN, maszyna nas zeskanuje, po chwili wyjdziemy zupełnie odmienieni. A wtedy ludzkość, masowo korzystająca z takiego „fotoszopa na życie”, wróci do podstawowego pytania, które zadawali sobie starożytni myśliciele: „Kim jestem?”. I tak oto nastanie czas filozofów…


13 Marta Sienkiewicz, dziennikarka telewizyjna Gdy koleżanka zapytała mnie, co mój mąż na to, że zdecydowałam się na operację zmniejszenia piersi, odpowiedziałam: „nie interesuje mnie to”. Powinien mnie kochać bez względu na to, czy mam małe piersi, czy duże, czy też nie mam ich w ogóle! Zabieg robiłam tylko i wyłącznie siebie, nie dla męża, nie dla pana z budowy, który gwizdał za mną, gdy szłam na spacer w bluzce z dekoltem. Miałam dosyć tych gwizdów, zerkania i oglądania się z a moimi „wielkimi cyckami”. Teraz mam małe piersi i w końcu liczy się to, kim jestem.

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA


Znani mówią...

Julia Pietrucha, aktorka Czym jest dla mnie piękno? Wewnętrznym stanem. Czymś w rodzaju harmonii. Taki rodzaj piękna emanuje również na zewnątrz. Pozwala urodzie rozkwitnąć. Ładna twarz i piękne ciało szybko przemijają, a wewnętrzne piękno pozostaje. My, kobiety, jesteśmy postrzegane przez pryzmat naszej urody i czasem mamy trudniej, gdyż próbujemy umniejszać to, jak wyglądamy, na korzyść tego, co sobą reprezentujemy.


15

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Maria Czubaszek, poetka, dziennikarka Profesor Zbigniew Lew-Starowicz, seksuolog, psychiatra Marlena Dietrich powiedziała kiedyś, że te najpiękniejsze kobiety mają najmniejsze szanse na zdobycie wartościowego mężczyzny i chyba coś w tym jest. Moim zdaniem istnieje mieszanka trzech kobiecych cech, która prowadzi do samotności: „atrakcyjna, inteligentna i sexy”. To mieszanka, która wytwarza lęk i poczucie zagrożenia u mężczyzn. Jeżeli jest bardzo atrakcyjna, to na pewno będzie miała wielu adoratorów, a po drugie będzie bardzo dbała o wygląd, a to… kosztuje!

Czy piękne jest dobre? Moim zdaniem nie. Uważam, że brzydsi ludzie są lepsi, bo muszą się bardziej starać. Często jest tak, że piękna kobieta uważa, że nie musi już robić absolutnie nic, że jej uroda wystarczy, dlatego bywa, że ta brzydsza jest milsza, bardziej uprzejma i w konsekwencji bardziej interesująca. Krąży taka obiegowa opinia, że nie jest ważny wygląd, liczy się to, co jest w środku. Ale przecież zanim mężczyzna dotrze do tego wnętrza, to patrzy na to, co jest na zewnątrz. Na pytanie: „Lepiej być pięknym czy mądrym?”, odpowiem, że na dłuższą metę lepiej być mądrym na tyle, by w pewnym wieku… zdecydować się na botoks!


16

Maria Rotkiel, psycholog, terapeuta My, terapeuci, często pokazujemy ludziom, jak polubić siebie, ale polubić w mądry sposób. Ma to polegać na tym, że dostrzegamy swoje wady i potrafimy je podzielić na dwie grupy: na te, które akceptujemy, i inne, które przeszkadzają w życiu. Te drugie należy likwidować tak, by nie odbyło się to zbyt dużym dla nas kosztem. Lifting twarzy może sprawić, że poczujemy się lepiej, ale „lifting osobowości” , czyli praca nad sobą, samodoskonalenie, pozostanie w nas na zawsze.

Kazimierz Sowa, duchowny rzymskokatolicki, dyrektor Religia TV Piękno nie powinno być wartością samą w sobie i nie może być postrzegane na poziomie tego, co odbierają nasze zmysły. Musi być czymś większym, głębszym. Wtedy jest szansa, że staje się wartością, którą bym umiejscowił pośród tych najważniejszych. Na pewno jednak nie postawiłbym piękna na pierwszym miejscu.

Wypowiedzi z filmu „Pragnienie Piękna”

Znani mówią...


17

Pytanie do eksperta

fot. Leszek Zych

E(ste) tycznie o pięknie

Piękno towarzyszy nam przez całe życie. Czy jednak potrafimy je zdefiniować? O istocie, a także o pragnieniu piękna opowiada prof. Jerzy Bralczyk. TEKST: Andrzej Gross

Pragnienie piękna to coś pozytywnego i wartego rozważania, choć jednocześnie coś bardzo ulotnego. Pragnienie dla każdego będzie miało inne znaczenie, ale zawsze związane jest z oczekiwaniem doznania pozytywnego. Czym jest samo pragnienie? Jest to chęć otrzymania czegoś lub kontaktu z czymś. Najczęściej jest to życzenie, by to coś samo do nas przyszło, a nie tego, żebyśmy coś osiągnęli czy na to zapracowali. Pragniemy na przykład miłości, ale czy zawsze dążymy do miłości? Niestety nie. Pragnienie nie zawsze wiąże się w naszej świadomości z „dążeniem do”, a dopiero połączenie pragnienia z dążeniem będzie ideałem. Co znaczy słowo „piękno”? Są różne wyznaczniki piękna, uzależnione od kontekstu. Najczęściej poprzez słowo „piękno” rozumiemy nasze pozytywne wrażenia estetyczne. Już w dzieciństwie, kiedy uczymy się języka, wartości estetyczne, przynajmniej w mowie, stawiamy bardzo wysoko, nawet nad wartościami etycznymi. Mówimy „cacy” i „be”. „Cacy” – to coś ładnego, a „be” – brzydkiego. Mówimy np. „Brzydki jesteś, uderzyłeś kotka” – w przekazie dla dziecka estetyka bierze górę nad etyką, bo dziecko nie jest brzydkie, „brzydki”, czyli „niedobry”, jest jego uczynek. Podobnie, kiedy dziecko postąpi dobrze – rzadko mówimy do dziecka „dobrze postąpiłeś”, częściej mówimy: „postąpiłeś ładnie, pięknie”. W dorosłym życiu nawyki pozostają i mówimy na przykład o „pięknym umyśle”, lub „brzydkim zachowaniu”, choć wcale nie chodzi nam o bezpośrednie doznania estetyczne, a o wysoko ocenione zachowanie, uczynek lub

„prowadzenie się”. Możemy więc powiedzieć, że „pięknem” jest to, co uważamy za słuszne i mądre. Innym znaczeniem słowa piękno jest estetyczność”, którą odbieramy zmysłami wzroku, słuchu i węchu. Mówimy o „pięknej kobiecie”, „pięknej muzyce”, „pięknym zapachu”. Nie mówimy natomiast o pięknie w odniesieniu do pozostałych zmysłów: nie ma „pięknego dotyku” czy „pięknego smaku”, bo dla „piękna” zarezerwowana jest w naszej świadomości estetyka najwyższa, powiązana z najprzyjemniejszymi dla nas odczuciami. Trzeba jednak pamiętać o tym, co powiedzieliśmy sobie na początku: piękno zawsze jest odczuciem indywidualnym: to, co się podoba jednemu, nie musi się podobać drugiemu, dlatego też, mówiąc o pięknie, ja mogę mieć na myśli wspaniałe wysokościowce, ktoś inny może myśleć o polach ze zbożem, a jeszcze inny o wzburzonym oceanie. Istnieją, oczywiście, kanony piękna, ale i one są indywidualne, choć ustalane przez większość. To, że istnieją kanony, dodatkowo pokazuje, jak ważne jest dla nas piękno, czyli estetyka naszego życia. Czym jest więc pragnienie piękna? Chęcią posiadania lub obcowania z tym, co przyjemne, pozytywne i ważne. W naszym życiu istnieje triada: „prawda”, „dobro” i „piękno” – za prawdę można poświęcić życie, za dobro i piękno nie każdy życie poświęci, ale nie wyobrażamy sobie bez nich życia.

Prof. Jerzy Bralczyk – wiceprzewodniczący Rady Języka Polskiego PAN, wykładowca UW, specjalista w zakresie języka mediów, reklamy i polityki


Temat z okładki

18


19

Grażyna Wolszczak polska aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna. Obecnie mieszka w Warszawie, gdzie gra w Teatrze Komedia i na Scenie Prezentacje. Współautorka książki „Jak być zawsze młodą, piękną i bogatą” (wyd. 2008). W filmie „Wiedźmin” zagrała czarodziejkę Yennefer. Gra także w telenowelach: w „Pierwsza miłość” (Polsat) oraz w „Galerii” (produkcja TVP).

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

SZKLANKA DO POŁOWY PEŁNA

Każdy ma takie chwile w życiu, że wszystko wydaje się beznadziejne. Trzeba wtedy puknąć się w głowę i zobaczyć swoje zmartwienia w kontekście prawdziwych nieszczęść. Nie użalać się nad sobą. Bo człowiek ma tyle szczęścia, na ile sam sobie pozwoli – mówi gwiazda naszej okładki Grażyna Wolszczak. TEKST: Izabela Magiera-Jarzembek / FOTO: Grzegorz Gołębiowski

Jaka jest Grażyna Wolszczak? Ujmuje serdecznością, zadziwia niewiarygodnie młodym wyglądem. A także pogodą ducha. Już po chwili rozmowy czuję się, jakbym rozmawiała z dobrą znajomą. Gwiazda? Nie lubi tego określenia. – Gwiazdą jest Krystyna Janda. To ona ma Złotą Palmę z Cannes, ona zagrała w kilku najważniejszych filmach polskich. Jestem tylko w miarę popularną aktorką, znaną z seriali i ekranizacji współczesnych polskich bestsellerów. Na bankietach bywa sporadycznie. Po całym dniu intensywnej pracy, nierzadko na obcasach, marzy o odpoczynku. Gdy wraca do domu, przebiera się w podkoszulek, szlafrok i skarpetki i „zlega” na kanapie przed telewizorem. – Jak żyję, nie byłam bohaterką żadnego skandalu, nie robiłam nic, żeby specjalnie wpaść tabloidom w oko – chyba że za sprawą tych kilkunastu okładek, na których wyglądam naprawdę bajecznie – śmieje się aktorka. – Żyję spokojnie, bez skandali. Paparazzi nie czatują pod moimi oknami.


PRAGNIENIE PIĘKNA N U M E R 01 / 2 012

20

Do wszystkiego dojrzewałam długo, może dlatego role amantek w filmie sypnęły mi się dopiero około czterdziestki!

W WIEKU, W KTÓRYM AKTORKI-AMANTKI KUŚTYKAJĄ NA EMERYTURĘ…


21

Zdarza się, że jej partner życiowy, scenarzysta filmowy Cezary Harasimowicz, który pracuje w domu, stara się wyciągnąć ją do ludzi. Wtedy albo ona się mobilizuje, albo udaje jej się namówić Czarka na wyjście z jakąś koleżanką. Ryzykują wtedy, że rozejdą się plotki o ich rozstaniu. – Kiedyś zadzwoniła do mnie znajoma dziennikarka i pełnym troski głosem oznajmiła, iż „chodzą słuchy po mieście”, że mamy kryzys. Zaczęłam się śmiać: „wiesz, ja też o tym słyszałam”! Ale ona tylko westchnęła i powiedziała: „Doda i Nergal też dementowali na początku, a później się rozstali”. Marek – Filip – Czarek Wyszła za mąż za aktora Marka Sikorę, urodził się syn Filip. Byli młodym małżeństwem z małym dzieckiem i świeżo wybudowanym domem, gdy z dnia na dzień wszystkie plany i marzenia runęły. Marek umarł nagle na wylew w wieku 37 lat. Straciła poczucie bezpieczeństwa. – Nie wiedziałam, czy dam sobie radę sama. Ale szybko musiałam stanąć na nogi, otrząsnąć się z depresji, dla siebie, ale przede wszystkim dla syna – wspomina. Parę lat była sama. Któregoś dnia znajomy fotograf pokazywał jej swoje portfolio. Zobaczyła tam zdjęcia Czarka Harasimowicza z tatuażem, który ją zdumiał. – Kiedyś graliśmy w jednym filmie, nawet całowaliśmy się służbowo – śmieje się aktorka. – Na zdjęciu dostrzegłam wytatuowane azteckie słońce na jego ramieniu, które prezentował z tajemniczym uśmiechem. Zadzwoniłam, żeby pożartować z nowego wizerunku starego znajomego, ale moment na żarty okazał się fatalny. Po 20 latach jego małżeństwo rozpadało się. Minął rok bez żadnego kontaktu, aż niespodziewanie dostałam SMS-a od Czarka. Okazało się, że rozwiódł się, mieszka z mamą i ona kupiła pismo ze mną na okładce. Zaczęliśmy się spotykać. Wierzę, że ktoś na górze ułożył ten scenariusz, ja tylko mogłam w lot złapać szansę albo ją przegapić. Recepta na młodość Bardzo długo nie przyjmowała do wiadomości tego, że jest ładna. Jak mówi, za nic nie chciałaby mieć znowu osiemnastu lat. Jej stopień niezadowolenia z siebie był wówczas ogromny. – Pisałam w pamiętniku: „Jestem brzydka, jestem okropna. Nie cierpię swojej gęby” – opowiada. – Nie nosiłam też bluzek z odsłoniętymi ramionami, wstydziłam się swoich kościstych, jak mi się wydawało, ramion. Wszystko zmieniało się stopniowo. Pierwszy raz dotarło do niej, że jest ładna, gdy kolega zrobił jej sesję zdjęciową, innym razem w jakimś piśmie zobaczyła modelkę z figurą podobną do własnej. Dopiero wtedy, grubo po trzydziestce, zrezygnowała

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

z bezkształtnych worków, zaczęła odsłaniać ramiona i podkreślać talię. – Po czterdziestce byłam już pewna, że wszystko ze mną OK. Późno, dużo czasu zmarnowałam na te kompleksy. Większość niedoskonałości była urojona, do tych prawdziwych się przyzwyczaiłam, a kilka skorygowałam. Na przykład byłam chyba najstarszą pacjentką mojego ortodonty. Półtora roku nosiłam aparat na zęby. Do wszystkiego dojrzewałam długo, może dlatego role amantek w filmie sypnęły mi się dopiero około czterdziestki! W wieku, w którym aktorki-amantki kuśtykają już na emeryturę… Stosuję różnorodne zabiegi pielęgnacyjne. Jestem w komfortowej sytuacji, bo przyjaźnię się z Maciejem Rogalą, właścicielem Gold Clinic. Kiedy zabiegana długo się zaniedbuję, przystojny doktor prośbą i groźbą ściąga mnie do gabinetu. No… może trochę przesadziłam z tą groźbą. Wystarczy, że opowie mi o nowym urządzeniu, które właśnie trzeba wypróbować, a lecę jak na skrzydłach. Jestem kobietą, jestem aktorką, to oczywiste, że chcę dobrze wyglądać. Dlatego też prowadzi zdrowy, higieniczny tryb życia. – Kiedyś kupowałam dużo słodyczy, które po dwóch dniach znikały. Teraz w domu są suszone owoce i orzechy, gorzka czekolada i batoniki muesli. Dietą nie katuję moich bliskich. Sami zaakceptowali zmiany, jakie wprowadziłam. Nie pijemy krowiego mleka, obywamy się prawie bez cukru i białej mąki. Stosujemy diety oczyszczające, niekiedy także głodówki. Ale bez ortodoksji – zdarza mi się złamać wszystkie zasady i zjeść z wielkim smakiem na przykład kawałek tortu. Pycha! Optymistka Sama siebie określa jako urodzoną optymistkę. – Ważne, by nie użalać się nad sobą. Każdy ma takie chwile w życiu, że wszystko wydaje sie beznadziejne. Trzeba wtedy puknąć się w głowę i zobaczyć swoje zmartwienia w kontekście prawdziwych nieszczęść, takich jak śmierć, kalectwo czy nieuleczalna choroba – uważa. – Kiedy ktoś z rzeczy drobnych robi tragedię, proponuję mu terapię szokową. Sama jej doświadczyłam na planie serialu „Na Wspólnej”. Kubuś, mały synek Basi Brzozowskiej, którą gram, poważnie zachorował. Zdjęcia mieliśmy na oddziale dziecięcej onkologii. Grałam zrozpaczoną matkę, a wokół działy się prawdziwe ludzkie dramaty. To wtedy powiedziałam sobie, że nie tylko powinnam, ale mam nawet obowiązek być szczęśliwą, bo moje dziecko, mój Filip i ja jesteśmy zdrowi. Mówi o sobie, że jest pogodną, szczęśliwa i spełnioną kobietą. – I taką – dodaje – która szklankę zawsze widzi do połowy pełną.


Portret

22

Poetka,

WRÓŻKA I KOBIETA PORTRET MARII PAWLIKOWSKIEJ JASNORZEWSKIEJ

TEKST: Izabela Magiera-Jarzembek / FOTO: archiwum Rafała Podrazy

„Czarownica z Krakowa”, „polska Safona”, córka i wnuczka wybitnych malarzy – Wojciecha i Juliusza Kossaków, ale też prawdziwa kobieta z krwi i kości. Jaka była naprawdę?


23

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

La précieuse Widzę cię, w futro wtuloną, wahającą się nad małą kałużą z chińskim pieskiem pod pachą, z parasolem i z różą... I jakżeż ty zrobisz krok w nieskończoność? Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, z domu Kossak, urodziła się 24 listopada. Rok jej narodzin był mniej znanym faktem. Poetka pilnie strzegła tych czterech cyfr (1906). Wraz z siostrą Magdaleną Samozwaniec „zafałszowywały” swoje daty urodzenia, chcąc się odmłodzić. Wymogły nawet na ojcu Wojciechu Kossaku, aby na słynnym portrecie córki artysty na bryczce przemalował datę z 1906 na 1911 r., jako że obraz był przecież malowaną metryką ich urodzenia! Była nieprzeciętnym dzieckiem. Jasnowłosy, barokowy aniołek z wielkimi niebieskimi oczami w wieku sześciu lat czytał już bezbłędnie, a mając siedem już komponował wierszyki. Niezwykła ta dziewczynka od dziecka malowała też akwarelki, a na nich nimfy, wróżki i sylfidy. Ojciec małej Marii, która sama siebie nazywała Lilką, zdumiewał się nad precyzją rysunków i przepowiadał jej wybitną karierę malarską. I faktycznie stała się wybitną, ale… poetką. „Z Lilusią szalenie się kochałyśmy i zarazem szalenie kłóciłyśmy” – pisze we wspomnieniach jej siostra Magdalena Samozwaniec. „Pogodzone płakałyśmy z rozczulenia, zupełnie jak dwie wariatki… Mój Boże, co myśmy wyrabiały! Nic dziwnego więc, że Kraków patrzył na nasze zachowanie – mówiąc oględnie – dziwnie. Biedna nasza mama, ileż to się nasłuchała o długości spódnic, fryzurach panienek, poglądach i towarzystwie w jakim panienki Madzia i Lila się obracają. Zgroza!”.

Barwny motyl Czy była ładna? Opinie krążyły różne. Na pewno bardzo dbała o urodę. Raz w tygodniu korzystała z usług manikiurzystki, była stałą bywalczynią luksusowej perfumerii krakowskiej pana Głogowieckiego, u którego rodzina Kossaków miała otwarty rachunek. Tam wybierała najdroższe francuskie perfumy Guerlaina, pachnące mydła angielskie, kremy Elisabeth Arden. Gdy była panną, za to wszystko płacił hojny i rozrzutny Tatko, który swojej córce niczego nie potrafił odmówić… Brała więc a konto Kossakowych obrazków nie tylko kosmetyki, ale też buciki, kapelusze, suknie. Chowała się przed pannami sklepowymi, które przychodziły jedna po drugiej z rachunkami i wekslami na Kossakówkę, bo rodzina bardzo niechętnie spłacała rachunki.

– Lilka, chowaj się do ogrodu, głęboko w krzaki! Idzie panienka z rachunkiem za twój kapelusz – wołała Madzia. Lilka na czworakach wpełzała w krzaki bzu czy jaśminu i tam przykucnięta czekała, aż niebezpieczeństwo minie. – Madzia, ostrożnie wyjrzyj – czy już poszła, czy jeszcze nie? Poetka miała też swoją stylistkę, panią Schreiberową, właścicielkę sklepu tekstylnego, która była wielbicielką jej poezji. Lilka często wpadała do jej sklepu, kupowała szyfonowe i jedwabne materiały na suknie, a gdy miesiącami zalegała z zapłatą – w ramach zadośćuczynienia przesyłała swojej wielbicielce bilety na premiery swoich sztuk granych w krakowskim Teatrze Słowackiego. „Naprzód uderzała jej uroda. A właściwie źle mówię, naprzód uderzała jej uprzejmość. Była jak figurka z saskiej porcelany – kruchutka, różowa i biała, lubiąca wachlarze i róże” – wspomina ją przyjaciółka, pisarka Irena Krzywicka. „Czasy młodości to suknie sprowadzane prosto z Paryża, które dumnie nosiła na salonach, obnosząc swą delikatną pastelową urodę, bardziej liryczną niż uderzającą”. „Jej największym atrybutem były włosy – opisywała siostrę Magdalena Samozwaniec. „Ach jak ja jej zazdrościłam! Z figurą było gorzej, miała krzywicę, a wtedy nie umieli tego leczyć. Zrobili jej krzywdę, co zaciążyło na jej późniejszym życiu. Nosiła ortopedyczny gorset. Maskowała go woalami, szalami, pelerynami i właśnie włosami. Włosy miała popielate, szalenie bujne i gęste, ale zrobiła sobie krzywdę, bo kiedy zaczęły być modne krótkie fryzury, to kazała sobie idiotka te przepiękne włosy obciąć. Potem bardzo tego żałowała…”. „Ta prześliczna głowa o profilu kamei wychylała się zawsze z obłoków tiulów, lubiła zwierzęta, zwłaszcza koty, uwielbiała cacka artystyczne, bibeloty, drobiazgi wzorzyste, tiule, kolorowe peniuary, japońszczyznę. Nie cierpiała tłumów, poruszała się w swoim świecie na prawach barwnego motyla” – tak o Marii pisał jej przyjaciel, poeta Jalu Kurek. Ojciec był jedną z największych miłości w życiu Marii. Był stałą w jej życiu pełnym mężów i przelotnych romansów. Wywarł ogromny wpływ na całe życie Marii i jej siostry Magdaleny. „Gdy skrytykował nową suknię którejś ze swoich córek, ta więcej jej na siebie nie kładła” – pisała Magdalena. „Gdy spojrzawszy zza gazety rzekł nagle: »Nie podoba mi się twoje uczesanie!«, Lilka lub Madzia natychmiast biegły przeczesać się. Ach ten Tatko, cóż to była za straszna konkurencja dla wszystkich mężów i adoratorów córek! Bo któż mógł iść w porównanie z jego wdziękiem, dowcipem i musującą inteligencją?”.


Portret

24

Nigdy się nie śmiała, Emancypantka Lubiła szokować strojem, nosiła barwne sukienki ledwo za kolana, mocno pomalowane oczy jak aktorka, czym szokowała skostniały i tradycyjny Kraków. Gdy obie siostry, Maria i Magdalena Samozwaniec, były młodymi mężatkami, zapanowała moda na tak zwane „sisters”. Lubiły ubierać się podobnie i podobnie malować. Wynikało to z drobnych zazdrości, bo jak jedna sobie coś kupiła, to druga chciała mieć to samo. „A że nie mogły i nie chciały wyrzec się niczego, a na szmatki trzeba było sporo pieniędzy, więc starały się je jakoś zdobyć. Szukały dochodów poprzez twórczość sceniczną. I nie jest to oburzające, wręcz przeciwnie – dowodzi ich emancypacji i zaradności” – czytamy we wspomnieniach Lidii StarowieyskiejMorstinowej, znajomej poetki.

Śmiech to zmarszczki Poetka nie bała się śmierci, ale obsesyjnie bała się starości, co uwidacznia się w jej poezji. Powiedziała kiedyś do siostry: „Wiesz Madzia… ja nigdy nie będę stara”. „Nie mów tak” – odparła siostra. „Nie chcesz przecież umrzeć młodo”. „Nie” – odparła Pawlikowska – „ale nimfy się nie starzeją”. Lilka była bardzo zmienna. Nastrój, w jakim się znajdowała w danej chwili, zależał od tego, co w danej chwili przeżywała. Gdy była szczęśliwie zakochana, była wesoła, promienna, a gdy była nieszczęśliwie zakochana czy porzucona, była smutna, melancholijna, kapryśna. „Nikomu się nie zwierzała, nawet mnie. Jeśli już, to bardzo, bardzo rzadko. I nigdy się nie śmiała, chociaż mówiła doskonałe dowcipy. Nie śmiała się, bo jak mawiała – »śmiech to zmarszczki«” – pisała Magdalena Samozwaniec. Lilka chwytała się różnych sposobów na zachowanie młodości i zdrowia, była okresowo jaroszką, interesowała się ziołolecznictwem, unikała alkoholu, tylko czasem pozwalała sobie na kieliszek czerwonego wina. Co dzień po kolacji za jej namową cała rodzina piła ziółka: rumianek, miętę, skrzyp. „Kiedyś jednak przyłapałam siostrę na alkoholowym uczynku” – wspomina Magdalena Samozwaniec. „Wstąpiłam do Hawełki (kultowej knajpki przedwojennego Krakowa) i nagle ujrzałam moją siostrę, siedzącą samotnie i popijającą kieliszek anyżówki. Była tak pogrążona w myślach, że mnie nie dostrzegła. Zapłaciłam

chociaż mówiła doskonałe dowcipy. Nie śmiała się, bo jak mawiała – „śmiech to zmarszczki”. szybko i wyszłam, pełna radości i triumfu, że moja eteryczna siostra-poetka też lubi sobie czasem po kryjomu »golnąć«…”. Nie chciała mieć nigdy dziecka. Dlaczego? Teorie są różne. Może bała się o swoją figurę, a może po prostu z powodu kalectwa nie mogła zajść w ciążę? „Jej stosunek do macierzyństwa jest bardzo skomplikowany, o dziecku nie pisze nigdzie, natomiast o macierzyństwie – często, zawsze z przerażeniem, odrazą i obrzydzeniem, ale zarazem i fascynacją” – uważała Lidia Starowieyska-Morstinowa.

I zostanie tylko fotografia… Miała trzech mężów. Najbardziej w niej zakochany był ostatni mąż – Stefan Jasnorzewski – Lotek. Był wsparciem, przyjacielem, opiekunem do końca jej ziemskich dni. Dopiero przy nim żyła szczęśliwym spokojnym życiem bez burz i nawałnic. „Zbrzydła trochę i zszarzała, ponieważ Lotek staroświecki, jeżeli chodziło o poglądy na kobietę, powyrzucał, spalił wszystkie róże, pudry, tusze do rzęs. Był bardzo o nią zazdrosny i nie chciał, żeby podobała się innym…” – pisze Magdalena. „Choć wysoko ceniła małżeństwo, jedną stroną swojej istoty tylko nadawała się do niego. Interesowała ją tylko i wyłącznie miłość, wszystko inne – dom, dzieci, rodzina, życie uładzone nie tylko jej nie interesowało, ale nawet odpychało i pobudzało do buntu. Jedyną formą domu, którą znosiła, była Kossakówka, stanowiąca symbiozę domu i obozu cygańskiego” – mówiła Lidia Starowieyska-Morstinowa. Przyszła II wojna światowa i brutalnie wtargnęła w życie tej wielkiej poetki. Lilka wyemigrowała do Anglii nie tylko ze względu na męża – lotnika, ale również i przez swoją twórczość antyhitlerowską. Musiała zapomnieć o pięknych strojach, francuskich perfumach i liliowych szalach i bibelotach. Wojna zabrała jej nie tylko dobra materialne, ale przede wszystkim to, co kochała najbardziej – Polskę, za którą strasznie tęskniła i rodzinę, której już nigdy nie dane było jej zobaczyć.


Źródła: Magdalena Samozwaniec, „Maria i Magdalena”, „Zalotnica niebieska”, „Z pamiętnika niemłodej już mężatki” / Mariola Pryzwan, „Lilka. Wspomnienia o Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej” / Rafał Podraza, „Magdalena, córka Kossaka. Wspomnienia o Magdalenie Samozwaniec”

25 POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

INTERESOWAŁA JĄ TYLKO I WYŁĄCZNIE MIŁOŚĆ, WSZYSTKO INNE – DOM, DZIECI, RODZINA, ŻYCIE UŁADZONE NIE TYLKO JEJ NIE INTERESOWAŁO, ALE NAWET ODPYCHAŁO I POBUDZAŁO DO BUNTU.


fot. archiwum autorki

Felieton

No, przynajmniej Mulatką. I że będę miała proste, czarne włosy aż do pasa, długie smukłe nogi i wielkie usta. Muszę takie mieć! Muszę koniecznie, bo takie ma ona – Bogini. Kobieta doskonała. Naomi Campbell. Kilka lat trwała moja fascynacja Naomi, którą uważałam za kobietę absolutnie i nieskazitelnie piękną. Ideał, którego z moim słowiańskim pakietem genów nigdy nie będę miała szansy doścignąć. 15 lat. Hebanowoskóra bogini wędruje do szuflady, a na ścianie zamiast niej pojawia się lustro. Zupełnie nie przypominam Naomi. Jestem zwykła i zdecydowanie niepiękna. Tak mi mówi lustro. Na horyzoncie pojawiają się pierwsi chłopcy. W telewizji pojawiają się pierwsze komedie romantyczne, a w piórniku naklejki z ulubionymi aktorami. Christopher Lambert – bezkonkurencyjny, „Nieśmiertelny” o tajemniczym spojrzeniu. Żeby tak na mnie kiedyś spojrzał! Żeby ktokolwiek tak na mnie kiedyś spojrzał! Pojawia się pierwsze romantyczne marzenie – chciałabym, nieśmiało, ze wstydem niemal, żeby ktoś kiedyś powiedział mi „jesteś piękna”. Najwspanialsze słowa na świecie, prawda? Coś absolutnie magicznego. Spełnienie. Szczyt szczęścia. Żeby tak patrzył i się zachwycał… Mną… Mam 20 lat. Pierwszy mężczyzna mówi „jesteś piękna”. O JEZU! Naprawdę to powiedział! Spłynęło na mnie długo wyczekiwane szczęście! Rozpływam się, ściekam z kanapy na podłogę jak roztopione masło. Z tego szczęścia. Tę chwilę pamiętam do dziś i jestem mu za ten pierwszy raz wdzięczna. Lat 27. – Czy mówił ci ktoś kiedyś jaka jesteś piękna? – Taaa, jasne… 30 – już za miesiąc. Spędziłam aktywny dzień. Momentami przyjemny, momentami nerwowy. Na pewno bardzo pracowity! Nikt nie zaprzeczy, że zasłużyłam na chwilę

26

KOBIETA IDEALNA

Mam jakieś 8 lat. Patrzę na naklejony na ścianie plakat z gazety i marzę… Marzę z całą dziecięcą naiwnością, wiarą, determinacją i nadzieją, że jak dorosnę, to będę… Murzynką! odpoczynku. Więc leżę. On leży obok mnie. Patrzy na mnie i mówi: „piękna jesteś”. Po co on tak mówi? Przecież nie po to, żeby mnie zaciągnąć do łóżka – nie musi. Ładne parę miesięcy temu mnie zaciągnął i już się do tego łóżka dość mocno przywiązałam. Przepraszać nie ma za co. Może coś chce ode mnie? Nie. „Przestań” – odpowiadam z łagodnym uśmiechem oraz dojrzałą – jak mi się wydaje – świadomością swojego ciała i swojej wartości. „Jestem dość ładna, ale piękna to na pewno nie”. Nic nie odpowiedział. Nie mam pojęcia, o co mu chodzi. Czasem zapominam, że tu, w Australii, na drugim końcu świata, mówi się innym językiem. Ten język niesie ze sobą inne znaczenia, których czasem nie jesteśmy świadomi. Kiedy wsłuchasz się w rozmowy, skupisz na przekazie, możesz wyłapać kwestie, które do tej pory całkiem ci umykały. Z zakamarków pamięci, zasłyszanych rozmów, szumu dialogów i monologów po kawałku wynurza się moje małe olśnienie. „Proszę przekazać kucharzowi, że przegrzebki są absolutnie PIĘKNE”. „To mój przyjaciel – nieco narwany, ale jak się go bliżej pozna, to naprawdę PIĘKNA osoba”. „O matko! To ty to sama wszystko przygotowałaś?? Jaka ty jesteś PIĘKNA!” Nie wiedziałam. Głupia i niedouczona, nie wiedziałam, co dla niego i tej części świata znaczy „beautiful” i zgodnie ze swoimi doświadczeniami sprowadzałam do wąskiego zakresu mojej przeciętnej słowiańskiej twarzy. Dobra, wspaniała, kochana, mądra, wartościowa, imponująca, inspirująca, ulubiona, smakowita, niezwykła, nieprzeciętna, bajeczna… właśnie tyle i pewnie milion jeszcze innych znaczeń niesie tu ze sobą słowo „piękna”, stając się tym samym komplementem wyższym, pełniejszym, pojemniejszym i jakże, w całym tym swoim znaczeniu, pięknym! Niedługo mam urodziny. On uważa, że „piękna” jestem teraz. Zdmuchując świeczkę, będę życzyła sobie jednej rzeczy – chcę być tak piękna na zawsze.

Basia Grabowska – córka Małgorzaty Kalicińskiej. W tym roku wydała wraz z mamą swoją debiutancką powieść (a właściwie swoją połowę powieści) pt. „Irena”. Aktualnie dosłownie i w przenośni postawiła swoje życie na głowie i przeprowadziła się do Australii.


Felieton

fot. Magda Krasińska-Wiśniewska

27

Małgorzata Kalicińska – polska powieściopisarka. Była m.in. researcherką w TVP1 w programie „Kawa czy herbata”. Współtworzyła program „Forum nieobecnych”, współpracowała przy redagowaniu programu „Żyć bezpieczniej”. Ma dwoje dzieci: Stanisława i Barbarę. Jest autorką bestsellera „Dom nad rozlewiskiem” – współczesnej sagi rodzinnej dziejącej się na Mazurach (książka dostała m.in. nagrodę księgarzy „Witryna 2006”). Napisała również „Powroty nad rozlewiskiem” i „Miłość nad rozlewiskiem” oraz „Fikołki na trzepaku” i „Lilkę”.

TATA MÓWIŁ GAŁCZYŃSKIM Najprościej byłoby zacząć cytatem z Cypriana Kamila Norwida (…) „Cóż wiesz o pięknem?... Kształtem jest Miłości”(…). Ja jednak powołam się na Ronalda Russella, brytyjskiego polityka, autora ładnego cytatu o dziecku. Oto ostatnie zdanie mogące żyć własnym życiem: „Dzisiejszy człowiek, który żyje miłością i pięknem, to dziecko, które wczoraj żyło radością”. Pochodzę z dość ubogiego domu, w którym było ciepło i miłośnie. Rodzice kochali się bardzo, więc i ja kąpałam się w ich miłości do mnie, mimo że wychowywana byłam surowo, a czasem wręcz obrywałam po tyłku. Nie pozostawiło to na mnie ciężkiej traumy, bo w wielkiej przewadze nad tymi drobnymi „aspektami wychowawczymi” była ogólna atmosfera w domu. Tatko, prosty chłopak z Pragi, usłyszał był podczas swoich wojennych wędrówek Czajkowskiego i wpadł jak śliwka w kompot! Jego zmysł piękna, śpiący dotąd, oszalał i nastawił czułki na muzykę. A gdy usłyszał Gałczyńskiego, to był drugi piorun sycylijski, od którego rozmiękło tatowe serce i dusza. Zaczęło się poszukiwanie, pogoń za pięknem słowa, dźwięku, a wkrótce i obrazu, rzeźby. Tatko był samoukiem, poszukiwaczem i wdzięcznym odbiorcą sztuk pięknych. W naszym skromnym domu był adapter i kolumny zrobione przez tatę, były też płyty, regał z książkami, na którym stały wiersze Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego Broniewskiego – liryka, Staffa, Asnyka, Norwida i Poświatowskiej, i Szymborskiej, bo i mama polonistka dostawiła swoje książki i zbiorki innych pisarzy, poetów. Mama erudytka nauczyła mnie słyszeć piękno języka. Zwracała uwagę na stawianie prawidłowych akcentów, czyli melodię języka. Wyczuliła na słowo. Na regałach pamiętam wielkie ojcowe skarby: albumy sztuki, na które nie żałował pieniędzy. Kiedy chorowałam jako dzieciak na jakieś anginki czy inne dziecięce choróbska, siedziałam w piżamce, na tapczanie

rodziców, w ciepłych piernatach, zapewne z obwiązanym gardłem i kubeczkiem herbatki z miodem na nocnej szafce, i oglądałam zdjęcia zbiorów z Luwru, Muzeum Prado, Ermitażu, pięknie wydane albumy Wyspiańskiego, Rubensa, Szyszkina i bajecznie sfotografowane wszelkie szczegóły ołtarza Wita Stwosza. Jako mały glut wiedziałam, jak malował Monet, i że był też Manet, że był ktoś taki jak Michał Anioł, Leonardo da Vinci, El Greco i Goya, i Mehoffer, Mucha. Bywało, że tatko mówił do mamy słowami Ildefonsa, podając jej bukiet kwiatków kupionych na działkach, sam pisał wiersze gałczyńskopodobne, a wieczorami, gdy mama poprawiała klasówki a tatko odpoczywał, w tle snuł się Chopin albo Grieg, Schumann, Bruch. Tak osłuchałam się w klasyce, nasiąkłam nią, i dzisiaj, jak mój ojciec, kocham Czajkowskiego, Vivaldiego, Chopina i tych wszystkich, bez których życie byłoby smutniejsze i brzydsze po prostu.

To dzięki rodzicom umiem podziwiać piękno, które mnie otacza... wzdychać z zachwytu, gdy widzę mgły nad pastwiskami, pszczołę, która została na noc w kielichu krokusa (mam ją na zdjęciu!) i rosę, która udaje brylantową kolię, rozwieszoną na pajęczynach. Widzę piękno na świecie gdy wyjeżdżam i to nie tylko wizytując Taj Mahal, ale też na spacerze w koreańskiej świątyńce, gdy wkoło październik umalował stoki górskie na kolorowo (jak w naszych Bieszczadach), w Goniądzu nad Biebrzą czy na Złotej Uliczce w Pradze. Jeżdżę samochodem, słuchając Dwójki PR, wdychając przez uchylone okno zapach ognisk jesiennych z pól, na których palą się ziemniaczane łęty. Widoki jak z Chełmońskiego. Piękno jest wszędzie, widzę je i słyszę tak samo, jak widzę i słyszę brzydotę. Tato, Mamo i Wy wszyscy Wielcy obecni w moim życiu – dziękuję!


Między słowami

28

CZAS i CZASY Tekst: Elżbieta Olechowska / Rysowała: Justyna Domaradzka Trzydzieści lat temu na ekranach kin pojawił się dokumentalny film „Koyaanisqatsi”. Początkowe sekwencje, ukazujące przepiękne, magiczne krajobrazy, nieskalane ingerencją człowieka, w dalszej części zostały brutalnie skonfrontowane z widokami wielkich miast z ich słupami wysokiego napięcia, dymiącymi kominami fabryk, wszechobecnymi reklamami, ulicznymi korkami i ciągłym pośpiechem. W języku Indian Hopi ko.yaa.nis.qatsi oznacza wariackie, niespokojne życie, egzystencję zaprzeczającą prawom natury i wrodzonym predyspozycjom rodzaju ludzkiego. W latach 80. był to głos wołającego na puszczy. Świat przeżywał wówczas fascynację kulturą yuppie. Miliony mieszkańców wielkich miast żyły w szalonym pędzie, chlapiąc kawą na wynos, tak jakby najlepszym sposobem na życie było szybkie i maksymalnie bezrefleksyjne dobiegnięcie do śmierci. „Liczy się prędkość, a nie trwanie” – narzekał prof. Zygmunt Bauman w swojej książce „Płynne życie”. Z czasem wyszło na jaw, że prędkość ma swoje granice. Concorde już szybciej nie poleci, a olimpijczycy nie wyśrubują bardziej wyników osiągniętych na igrzyskach. Na szczęście rodzaj ludzki ma szczególną zdolność adaptacji do nowych warunków. Zamknął więc szybką linię transatlantycką, zachwycił się igrzyskami paraolimpijskimi i zastąpił kawę w papierowym kubku zieloną herbatą z subtelną nutą owoców tropikalnych. Współcześni dorośli, urodzeni i wychowani w biegu przez wiecznie zapracowanych rodziców, nie chcąc fundować swoim dzieciom podobnego losu, opuszczają miasta i wyprowadzają się na wieś, tworząc społeczność nowych wieszczan. Z czasem obowiązującą odpowiedzią na pytanie „jak żyć?” stało się: „wolniej”. Wbrew pozorom to jedno słowo zawiera wielkie bogactwo znaczeń. Jeśli żyjemy wolniej, żyjemy bardziej świadomie. Zauważamy znacznie więcej aspektów naszego istnienia oraz świata, który nas otacza. Starych nawyków nie da się jednak łatwo wykorzenić. Szafujemy naszym czasem tak beztrosko, jakby miał się nigdy nie wyczerpać.

„Rok nieprzestępny liczy 8760 godzin – oblicza skrupulatnie Umberto Eco w »Zapiskach na pudełku od zapałek«. – Osiem godzin na sen, jedna na dźwignięcie się z łóżka i zabiegi toaletowe, pół godziny na rozbieranie się i postawienie na stoliku nocnym wody mineralnej, nie więcej jak dwie godziny na posiłki i mamy 4170 godzin”. Czyli blisko połowę roku. A co z resztą? – Płaci pan osiem i pół tygodnia – komunikuje kelnerka, przynosząc rachunek za śniadanie bohaterowi filmu „Wyścig z czasem”. W przedstawionym tam fikcyjnym świecie czas jest walutą. Gdyby ktoś zaproponował nam wydanie całego urlopu i połowy dni świątecznych na jedno śniadanie, postukalibyśmy się w głowę. A czy wydalibyśmy blisko 60 lat na luksusowe auto? Praktycznie i tak to robimy. Wymieniamy nasz czas na pieniądze, za które możemy kupić nie tylko rzeczy, lecz często także zdrowie, urodę, a być może również dodatkowe lata życia. Czas ma swoją cenę, a my mamy tego świadomość. Czasami tylko przegląd minionego lub mijającego właśnie roku może być niemiłym zaskoczeniem. Możemy bowiem odkryć, że pędziliśmy jak wariaci przez 12 miesięcy, goniąc kredyt, budowę domu, kursy akcji, remont kuchni lub zmierzając do wymarzonej wagi, która powinna być 5 kilo mniejsza od aktualnej. I nawet pamiętamy dokładnie, jak obiecywaliśmy sobie, że jeszcze tylko tę jedną sprawę załatwimy i wtedy będziemy chwytać dzień i żyć pełnią życia. No, ale jakoś się nie złożyło i podsumowanie smętnie wykazuje, że spędziliśmy kolejny rok równie efektywnie jak w poczekalni u dentysty. Wartością samą w sobie musi stać się droga, a nie cel. Ciesząc się drogą, zacznijmy się rozglądać na boki, a wówczas być może odsłonią się przed nami zupełnie nowe horyzonty. Wolniejsze życie może stać się synonimem pięknego życia, o ile damy sobie na nie szansę. Nie chciałabym ponuro krakać, ale to może być ostatni dzwonek. Europejscy ekonomiści z coraz większą zazdrością podpatrują dynamicznie rozwijające się gospodarki azjatyckie i lada chwila może się okazać, że znów jesteśmy w siodle i kłusujemy w gangnam style ku mgliście rysującej się przyszłości.


29

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

ZDROWIE I URODA „Nic tak nie wpływa na ducha jak ciało” Witold Gombrowicz


In vitro w religiach

30


31

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

In vitro – GRZECH CZY CUD?

Dla niektórych dziecko to dar od losu, inni o ciążę muszą się bardzo starać. Statystyki mówią wyraźnie – co szósta para w Polsce ma problemy z niepłodnością. Gdy zawiodą wszystkie inne sposoby leczenia, pozostaje in vitro – metoda zapłodnienia pozaustrojowego. Choć medialny szum wokół sprawy jest ogromny, w Polsce nadal nie ma prawa regulującego ten temat. O wypowiedź poprosiliśmy przedstawicieli różnych religii oraz osobowości świata nauki. Postanowiliśmy sprawdzić jakie jest ich zdanie na temat in vitro. TEKST: Andrzej Gross / Daria Prochenka / Izabela Magiera-Jarzembek


In vitro w religiach

32

„NAJWAŻNIEJSZE W ŻYCIU JEST POSIADANIE DZIECKA” – UWAŻA PROFESOR ROBERT EDWARDS, WYNALAZCA METODY IN VITRO, LAUREAT NAGRODY NOBLA

Najważniejsze w życiu jest posiadanie dziecka – z takiego założenia wyszedł brytyjski prof. Robert Edwards, który przez długie lata szukał sposobu, by pary zmagające się z problemem niepłodności mogły zostać rodzicami. W 1978 roku opracował w końcu metodę, dzięki której do dziś przyszły na świat cztery miliony ludzi. W 2010 roku za swoją działalność otrzymał Nagrodę Nobla. Komitet Noblowski tak uzasadnił wybór: „Jego prace uczyniły możliwym leczenie niepłodności jako defektu medycznego, dotykającego w świecie już co 10. parę”. Takie jest zdanie nauki w sprawie in vitro. A co na to religia? Do wyrażenia opinii zaprosiliśmy przedstawicieli buddyzmu, judaizmu, prawosławia, Kościoła ewangelicko-augsburskiego oraz Kościoła katolickiego.

Zgodnie z sumieniem Buddyzm rozpatruje każdy przypadek bardzo indywidualnie. Dotyczy to także określenia, czy zapłodnienie in vitro jest czymś dobrym, czy złym. – Dla buddysty może być ono jednym i drugim, zależnie od punktu widzenia, bowiem każdy aspekt życia jest przez buddystów rozpatrywany indywidualnie – wyjaśnia Dariusz Gatniejewski, przewodniczący Ośrodka Buddyzmu Diamentowej Drogi w Słupsku. Judaiści uznają, że posiadanie dzieci jest rzeczą bardzo ważną. Procedury, które pomagają w prokreacji, generalnie są dozwolone, a czasem nawet zalecane przez rabinów. Istnieją jednak pewne

ograniczenia. – Jeśli kobieta starająca się o dziecko jest zamężna, zgodnie z tradycyjnym rozumieniem prawa żydowskiego – Hallachy, lepiej jest, by dawcą nasienia był mąż kobiety. Unikane, choć nie jednoznacznie zakazane, jest noszenie płodu przez surogatkę, a na zabiegowe pobranie nasienia decyduje się tylko część środowisk żydowskich – wyjaśnia Miriam Gonczarska, sekretarz Rady Religijnej Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w Polsce. W każdym takim przypadku praktykujący, a czasem też świeccy Żydzi konsultują się ze swoimi rabinami. Jest to podyktowane kwestiami etycznymi i troską o status dziecka po jego urodzeniu. W całym procesie uczestniczyć może rabin lub religijny ekspert specjalizujący się w tej dziedzinie medycyny. Wspólnie z pacjentem ustalają, czy podejmowane procedury medyczne są zgodne z prawem żydowskim, indywidualnymi uczuciami i zasadami etycznymi. – Żydów obowiązuje też dina de-malchuta dina – czyli, poza skrajnymi sytuacjami (np. państwo totalitarne), obowiązuje nas prawo państwa, w którym się znajdujemy – dodaje Miriam Gonczarska. – Przeprowadzane zabiegi muszą więc być zgodne z przepisami kraju, w którym dany zabieg jest dokonywany. Kościół prawosławny dopuszcza możliwość zapłodnienia in vitro, jeśli problem poczęcia dotyczy pary małżeńskiej. – Warunkiem tego dopuszczenia jest jednakże zadbanie o to, aby nie zabijano zarodków, które zostały zapłodnione – mówi ks. Henryk Paprocki, rzecznik Kościoła prawosławnego w Polsce.


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

33

Prof. Rafał Kurzawa, szef Sekcji Płodności i Niepłodności Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego oraz Kliniki Medycyny Rozrodu i Ginekologii UM w Szczecinie, szef kliniki VitroLive Temat in vitro jest aktualnie bardzo gorący, nie tylko z punktu widzenia medycyny, ale także politycznie, a co za tym idzie – również religijnie. Większość Polaków jest wyznania katolickiego, a jak wiemy religia ta sprzeciwia się zapłodnieniu in vitro. Szanuję tę wiarę, choć się nie zgadzam z tak radykalnym podejściem. Każdy Kościół ma swoje stanowisko, ale decyzja o zapłodnieniu in vitro to bardzo indywidualna sprawa. Do mojej kliniki przychodzi wiele par wyznania katolickiego. Nie oceniam jednak nikogo. Dla mnie ważne jest, aby przeprowadzić całą procedurę jak najbardziej bezpiecznie i w sposób odpowiedzialny. Chciałbym, aby każda para decydująca się na zabieg dokładnie dowiedziała się, na czym polega procedura zapłodnienia pod względem naukowym, nie opierała się wyłącznie na ideologii. Należy jednak zwrócić uwagę na to, że w nowoczesnych społeczeństwach, do których także należy Polska, spada naturalna płodność. Mamy taki trend, że kobiety rodzą dzieci coraz później. 20 lat temu kobiety zachodziły w ciążę, mając około 25 lat. Dzisiaj średnia to 29 lat. Prognozuję, że za kilka lat będzie jeszcze gorzej. A warto pamiętać, że u kobiet po 25. roku życia powoli zaczyna maleć płodność. Drastycznie spada po 35. roku życia. Za kilka lat nawet in vitro nie rozwiąże problemów rozwiniętych społeczeństw.

Mój apel jest jeden: Panie zachodźcie w ciążę!

prof. dr hab. n. med. Krzysztof Łukaszuk, kierownik Klinik Leczenia Niepłodności INVICTA Trudno jest mi zrozumieć, dlaczego Kościół katolicki tak jednoznacznie piętnuje in vitro. Zwłaszcza że większość argumentów wykorzystywanych przez przeciwników metody bazuje na fałszywych założeniach i braku wiedzy merytorycznej. Myślę, że często jest to bardzo krzywdzące dla osób dotkniętych niepłodnością. Szanuję jednak odmienny punkt widzenia i kiedy do kliniki zgłaszają się pary wyznania katolickiego przeciwne in vitro, staram się zaproponować działania medyczne zgodne z ich przekonaniami. W naszej klinice pacjenci sami decydują o tym, z jakich metod będą korzystać. Inna sprawa, że dla wielu par zapłodnienie pozaustrojowe to jedyna szansa na posiadanie własnego potomstwa. Skala problemu, jakim jest niepłodność, rośnie – to choroba cywilizacyjna. Kobiety coraz później decydują się na dziecko, a wraz z wiekiem ich płodność spada. Panowie coraz mniej dbają o siebie, a jakość ich nasienia się obniża. Z jednej strony istotne jest rozwijanie metod leczenia, z drugiej jednak – edukacja i uświadamianie społeczeństwu problemu. Zmiana postaw i rozpoczęcie starań o dziecko w młodszym wieku mogą wiele zmienić.


In vitro w religiach

34

Profesor Marian Szamatowicz ( z prawej) z laureatem Nagrody Nobla, twórcą metody in vitro, prof. Robertem G.

– Chrześcijaństwo ma wyraźne stanowisko w kwestii poczęcia życia; zgodnie z nim zapłodniony zarodek uznajemy za żywy i za upoważniony do traktowania z należytym szacunkiem. Kościół nie akceptuje więc tworzenia i zamrażania dodatkowych zarodków. Podobne zdanie na ten temat ma ks. Wojciech Pracki, rzecznik Kościoła ewangelicko-augusburskiego w Polsce. – Nasz Kościół dopuszcza formę zapłodnienia in vitro dla małżeństw, które mają problem z poczęciem – opiniuje. – Stworzona w procesie zabiegu liczba zarodków powinna być jednak określona i wszystkie zarodki powinny być wszczepione matce. Nie dopuszczamy możliwości wszczepienia zarodków i noszenia ciąży przez surogatkę. Kościół nie zgadza się także na to, żeby tworzyć dodatkowe zarodki i je zamrażać.

Kategorycznie – nie Najbardziej kategoryczny w swoim zdaniu o in vitro jest przedstawiciel Kościoła katolickiego. – W „Katechizmie Kościoła katolickiego” czytamy, że dziecko nie jest czymś należnym, ale jest „największym darem małżeństwa” i osobą ludzką. Pragnienie dziecka jest bardzo szlachetne, ale posiadanie dziecka za wszelką cenę jest oceniane negatywnie – uważa ks. prof. dr hab. Wiesław Dyk, specjalista filozofii przyrody i bioetyki, wykładowca akademicki. – W kwestii in vitro Kościół, mając na względzie dobro i godność osoby ludzkiej, zajmuje negatywne stanowisko. Prawo naturalne gwarantuje każdemu tożsamość i niedysponowalność biologiczną, poczęcie na sposób ludzki i życie. Prawa te w procedurze in vitro zostają zaniechane. Jan Paweł II w „Evangelium vitae” pisze: „techniki sztucznej reprodukcji, które wydają się służyć życiu i często są stosowane z tą intencją, w rzeczywistości stwarzają możliwość nowych zamachów na życie. Są one nie do przyjęcia z punktu widzenia moralnego, ponieważ oddzielają prokreację od prawdziwie ludzkiego kontekstu aktu małżeńskiego, a ponadto stosujący te techniki do dziś notują wysoki procent niepowodzeń: dotyczy to nie tyle samego momentu zapłodnienia, ile następnej fazy rozwoju embrionu, wystawionego na ryzyko rychłej śmierci. Ponadto w wielu przypadkach wytwarza się większą ilość embrionów, niż jest to konieczne dla przeniesienia kogoś z nich do łona matki, a następnie tak zwane embriony nadliczbowe są zabijane lub wykorzystywane w badaniach naukowych, które rzekomo mają służyć postępowi nauki i medycyny, a w rzeczywistości redukują życie ludzkie jedynie do roli materiału biologicznego, którym można swobodnie dysponować”.

Edwardsem (z lewej) fot. materiały prasowe

CZY NAPROTECHNOLOGIA JEST ALTERNATYWĄ DLA IN VITRO? Zgodnie ze stanowiskiem Kościoła katolickiego naprotechnologia jest uznawana za metodę leczenia niepłodności, która ma stanowić alternatywę wobec zapłodnienia pozaustrojowego. Opiera się ona m.in. na analizie fizjologicznej i biochemicznej cyklu miesiączkowego kobiety, z uwzględnieniem jej gospodarki hormonalnej, co następnie jest podstawą do innych działań leczniczych, np. zastosowania technik laserowych czy mikrochirurgii. Zdaniem zwolenników tej metody leczenia bezpłodności jest ona alternatywą dla in vitro. O opinię poprosiliśmy profesora Mariana Szamatowicza, który w 1987 roku dokonał pierwszego w Polsce udanego zabiegu zapłodnienia metodą in vitro. – Naprotechnologia w żadnej mierze nie zastąpi zapłodnienia in vitro. Nie pomoże kobietom z niedrożnością jajowodów, zaawansowaną endometriozą, a także wtedy, gdy przyczyna niepłodności leży po stronie mężczyzny. Możemy zatem mówić o co najmniej 50 procentach przypadków niepłodności, gdy pomocne może być jedynie in vitro. Stosowanie naprotechnologii w przypadkach, w których jest ona nieskuteczna, jest wręcz kradzieżą okresu reprodukcyjnego kobiety. Trzeba pamiętać, że z powodu starzenia się jajników u kobiet maleją z wiekiem szanse na zapłodnienie. Po 35. roku życia ich płodność spada dramatycznie. Gdy po dwóch latach nie udaje się uzyskać ciąży i nie wiadomo, jaka jest przyczyna kłopotów z płodnością, zalecane jest poddanie się zabiegowi zapłodnienia pozaustrojowego.


fot. materiały prasowe

35

dr n. med. Michał Radwan z Kliniki Leczenia Niepłodności Gameta Szpital www.gameta.pl

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Większość par, które od wielu lat zgłaszają się do nas, to katolicy. Tylko pojedyncze osoby mają opory przed zastosowaniem metody in vitro. Gdy przedstawiamy tym pacjentom fakty naukowe i prawdziwe zasady leczenia tą metodą, bez wątpliwości zgadzają się na leczenie, które często przynosi im największe szczęście – narodziny długo oczekiwanego dziecka. Moim zdaniem nie możemy mieszać radykalnych, niepopartych naukowo poglądów katolickich z wiedzą medyczną i problemami niepłodnych par. Zawsze na końcu są cierpiący pacjenci, którym radykalne poglądy szkodzą. Leczenie metodą in vitro nie jest i nie może być dla niczego alternatywą. U par, u których stosujemy tę metodę, to absolutna konieczność, ponieważ szansa na ciążę innymi sposobami jest niemożliwa albo zbliżona do zera. Czy problem z obniżeniem płodności narasta? Myślę, że tak. Powodów jest wiele. Jednak najważniejszym czynnikiem zmniejszającym płodność pary jest wiek kobiety. Obecnie zgłaszają się do nas pary, w których kobieta ma mniej więcej 34 lata. Oznacza to, że w ciągu ostatnich 17 lat istnienia naszej kliniki średnia wieku kobiet starających się o dziecko wzrosła o 3 lata! Niestety wynika to z odkładania decyzji o macierzyństwie. Zdajemy sobie sprawę z konieczności edukacji pacjentów, zanim problem się pojawi. Musimy zachęcać pary do jak najszybszego zachodzenia w ciążę. Odkładanie decyzji o zajściu w ciążę na tzw. właściwy czas bardzo często powoduje konieczność leczenia. Niestety wraz z wiekiem leczenie jest mniej skuteczne, a w niektórych sytuacjach niemożliwe, nawet metodą in vitro.


PRAGNIENIE PIĘKNA N U M E R 01 / 2 012

36


37

Rozmowa

MEDYCYNA TO SZTUKA... PIĘKNYM ŻYJE SIĘ ŁATWIEJ Polacy chcą wyglądać atrakcyjniej i młodziej. Żyjemy w czasach, w których starość jest „niemodna” i od dawna dotyczy to nie tylko kobiet –

fot. Andrzej Świetlik

mówi Maciej Kuczyński, specjalista chirurgii plastycznej.

Lek. med. Maciej Kuczyński jest szefem Sekcji Chirurgii Estetycznej i wiceprezesem Polskiego Towarzystwa Chirurgii Plastycznej, Rekonstrukcyjnej i Estetycznej oraz szefem polskiego oddziału ISAPS


PRAGNIENIE PIĘKNA N U M E R 01 / 2 012

Izabela Magiera-Jarzembek: Jak zmienił się w ciągu ostatnich lat stosunek Polaków do chirurgii plastycznej? dr Maciej Kuczyński: Na pewno dzieli nas przepaść od lat 60. minionego wieku. Operacje estetyczne były niezgodne z filozofią tamtego okresu. Przykładny obywatel musiał starzeć się z godnością, a księża nie chcieli chować chirurgów plastycznych w poświęconej ziemi! Brzmi to jak powieść sensacyjna, ale jest faktem. O operacjach estetycznych mówiło się z wypiekami na twarzy. Nazywani byliśmy szamanami i szarlatanami… Na szczęście mówimy o zamierzchłej przeszłości. W latach 90. zaczęło się rodzić ogromne zainteresowanie Polaków tym tematem i trwa nieprzerwanie do dziś. Na całym świecie pacjentów klinik chirurgii plastycznej przybywa. Czy w Polsce jest podobnie? Oczywiście że tak. Polacy się zmienili, jeżdżą po świecie, obserwują, porównują. Chcą wyglądać atrakcyjniej i młodziej. Żyjemy w czasach, w których starość jest… „niemodna” i od dawna dotyczy to nie tylko kobiet. Dobry wygląd potrzebny jest także w pracy. Łatwiej przekonuje się do siebie i swoich pomysłów, rozsiewając wokół aurę sukcesu, młodości i witalności. Zgodzę się z tym, że w marketingu, gdzie trzeba sprzedać produkt czy usługę, dobry wygląd to atut. Nie tylko w marketingu. Recepcjonistka też musi dobrze wyglądać, bo jest wizytówką firmy, sprzedawczyni w butiku, perfumerii także. Ludzie zauważyli, że pięknym żyje się łatwiej. Kiedyś widok osoby bez przedniego zęba nie był szokujący. Teraz to jest nie do pomyślenia! A co z pacjentami z zagranicy? Czy nadal chętnie nas odwiedzają? Obcokrajowców do Polski przyciągała cena i bardzo dobra jakość usług, ale ceny powoli się wyrównują i nie jesteśmy już tak konkurencyjni jak kiedyś. Państwo skutecznie tłumi nasze usługi podatkami. Przegrywamy w tym cenowym wyścigu np. z Czechami. Wprowadzenie 23% VAT-u na zabiegi chirurgii plastycznej to był strzał w stopę i kolejna populistyczna decyzja rządu, która tak naprawdę przynosi więcej strat niż korzyści polskiej gospodarce. Usługi są droższe, my

38

mamy mniej pacjentów, więc logiczne jest, że odprowadzamy mniej podatków. Tracą też hotele, restauracje, które mogłyby podejmować zagranicznych gości. Kompletna głupota i brak perspektywicznego myślenia! Co Pan sądzi o polskich chirurgach plastycznych? Czy Polska szkoli dobrych chirurgów, czy raczej muszą szlifować swoje umiejętności za granicą? Polscy chirurdzy są znakomici, a ich poziom wiedzy bardzo wysoki. A to, że wyjeżdżają za granicę i uczą się w najlepszych klinikach na świecie jest normalną sprawą. Zabiegi powiększania piersi to standard. A jakich innych operacji robi Pan najwięcej? Bardzo dużo nosów, mnóstwo przeszczepów tłuszczu. Jeżeli mam do wyboru, żeby powiększyć piersi tłuszczem czy implantem, to wybieram tłuszcz – to nie tylko wypełniacz, ale i niesamowite bogactwo komórek macierzystych. Bardzo popularna jest plastyka warg sromowych. Oczekiwania wobec seksualności się zmieniły, nie robi się już tego z zamkniętymi oczami. Czy duże implanty piersi są nadal modne? A kto powiedział, że kiedykolwiek były modne? Słyszałam niejedną opowieść o tym, jak kobiety przychodziły do lekarza ze swoimi partnerami, a oni prosili o większe implanty… Jeżeli kobieta decyduje się na zabieg dla mężczyzny, to jest… niepoważna. A chirurg w takiej sytuacji powinien wyprosić ją z gabinetu. My, lekarze, musimy dbać o to, by ciało pozostawało proporcjonalne, a dobrze wykonany zabieg to taki, który nie rzuca się w oczy. Ale chyba nie wszyscy się stosują się do tej zasady, skoro widzimy na ulicy zbyt wydatne usta czy nienaturalnie duże piersi… Niestety, nie zawsze lekarze potrafią odmawiać. Asertywność przychodzi z wiekiem. Kiedyś pacjentki były zbyt naciągnięte, teraz są zbyt napompowane. Miałem pacjentkę z makabrycznie powiększonymi ustami – wyglądała jak glonojad. Potrzebowałem pięciu zabiegów, żeby doprowadzić ją do ludzkiego wyglądu.

Rozmawiała Izabela Magiera-Jarzembek


JEŻELI KOBIETA DECYDUJE SIĘ NA ZABIEG DLA MĘŻCZYZNY, TO JEST… NIEPOWAŻNA A chirurg w takiej sytuacji powinien wyprosić ją z gabinetu. Niestety, nie zawsze lekarze potrafią odmawiać.


Zdaniem psychologa

40

DLACZEGO CHCEMY BYĆ PIĘKNI?

Czy do pełni szczęścia niezbędne jest piękne ciało? Temat, w okresie prężnego rozwoju chirurgii kosmetycznej oraz globalnego kultu ciała i wyglądu zewnętrznego, budzi kontrowersje i emocje, zarówno w obozie przeciwników, jak i zwolenników. Beata Dobińska, psycholog Czy chirurgia plastyczna to tylko dobrze zdefiniowany produkt, który znajduje coraz większą rzeszę odbiorców? Czy doskonały wygląd to wymóg czasów, sposób redukowania kompleksów i lęku, czy może świadoma droga do pełni szczęścia i równowagi psychicznej? Współczesny świat wymaga od nas sukcesów. Sukces kojarzony jest ze zdrowiem i estetycznym wyglądem. Chirurgia plastyczna wychodzi naprzeciw tym potrzebom i proponuje różnorodne formy upiększania naszego ciała… i często ducha.

jest efektem aureoli. Związek atrakcyjności fizycznej z poczuciem atrakcyjności w ogóle jest najsilniejszy u kobiet. Kobiety częściej łączą wyobrażenie na swój temat z wyglądem. To także powoduje, że subiektywne postrzeganie własnej atrakcyjności jest kołem zamachowym samooceny i samoakceptacji. A przecież, jak wskazują badania psychologiczne, osoby atrakcyjne i ładne częściej jesteśmy skłonni postrzegać jako osoby o wyższej samoocenie wobec osób nieatrakcyjnych i brzydkich.

Wiadomo nie od dziś, że nie należy oceniać ludzi po wyglądzie. Przecież nie wszystko złoto, co się świeci i musimy z kimś zjeść beczkę soli, aby tę osobę poznać… Tyle, czy aż tyle, w kwestii deklaracji. Rzeczywistość wygląda inaczej. Wygląd okazuje się dla ludzi bardzo istotny. To wygląd w dużej mierze jest przecież odpowiedzialny za efekt pierwszego wrażenia. Jak cię widzą, tak cię piszą – potwierdzają psychologowie i zwracają uwagę, że atrakcyjny wygląd jest często równoważny z pięknem zewnętrznym.

Także świat mediów często promuje ideał piękna trudny do osiągnięcia. Dlatego coraz częściej szukamy sposobu na młodość i dobry wygląd, będący jednoznacznym synonimem szczęścia i zadowolenia. Od wczesnego dzieciństwa poddawani jesteśmy treningowi skojarzeń „piękne jest dobre”. To przecież już w bajkach dobre postacie zwykle są urodziwe, miłe i sympatyczne. Nawet jeśli pozytywny bohater jest brzydki, jest to skutek rzuconego zaklęcia. Kiedy zaklęcie przestaje działać, naszym oczom ukazuje się piękny bohater, któremu pozostaje żyć długo i szczęśliwie. Współczesna chirurgia estetyczna to skuteczny sposób zdejmowania z nas „zaklęcia” nieakceptowanego wyglądu. Czy jednak zapewnia długie i szczęśliwe życie?

Badania psychologiczne wskazują na to, iż wygląd fizyczny ma wartość wzmocnienia pozytywnego i zwiększa w sposób istotny wzajemną atrakcyjność (szczególnie w relacjach męsko-damskich). Atrakcyjny wygląd generuje pozytywne emocje. Wynikałoby stąd, że atrakcyjność fizyczna jest cechą psychologicznie bardzo pożądaną. W myśl stereotypu, że „piękne jest dobre”, jesteśmy skłonni lubić bardziej ludzi ładnych i przystojnych (niż nieładnych) i przypisywać im dobre cechy. Zjawisko to w psychologii nazywane R E K L A M A

Pięk n o t o f u r t k a d o s z c z ę ś c i a . . .

Pozytywne i negatywne odpowiedzi na to pytanie piszą historie życiowe wielu pacjentów chirurgii plastycznej. Dopóki ingerencja chirurgiczna poprawia jakość życia, niewątpliwie możemy mówić o jej pozytywnym wpływie.


41

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

„Człowiek nie jest duszą używającą ciała, lecz kom­po­zycją duszy i ciała” św. Tomasz z Akwinu

UMYSŁ I DUSZA


Subiektywnie

42

JEZUS UBIERA SIĘ U ARMANIEGO

„Odzieżowa” metaforyka w odniesieniu do nawrócenia, zbawienia, przy jednoczesnej abnegacji wobec własnej garderoby, stawiałaby Jezusa… w bardzo niekorzystnym świetle – uważa dr hab. nauk teologicznych Kalina Wojciechowska. – Jak bowiem uwierzyć komuś, kto nawołuje do przywdziania nowych szat, a sam chodzi w zniszczonym ubraniu? Zwłaszcza w środowisku, gdzie obowiązywał dość rygorystyczny dress code. Z kim kojarzy się nam asceta? Zazwyczaj z wychudzoną postacią w rozpadających się łachmanach, ostatkiem sił sięgającą po bicz, aby jeszcze bardziej doświadczyć swe grzeszne ciało. Czasem i tego było mało, więc święci mężowie i równie święte kobiety wyrzekali się życia w normalnych warunkach i udawali się na pustynię lub zamykali w mikroskopijnych celach umieszczonych w niedostępnych miejscach, by nic nie zakłócało im kontaktu z Bogiem. Rozkwit tego typu praktyk w chrześcijaństwie miał miejsce od IV do VI w. Z tym ascetycznym naśladowaniem Jezusa wiąże się jednak kilka problemów. Pierwszy polega na tym, że męczeństwo ogranicza się do naśladowania ostatniego tygodnia z życia Jezusa, a nie roku czy kilku lat Jego publicznej działalności. Jest więc nieco wybiórczym potraktowaniem Jego życia i dokonań. Drugi problem polega na tym, że Jezus w istocie nie prowadził ascetycznego trybu życia. Trzeci wiąże się z drugim i dotyka kwestii integralności i wiarygodności postaci Jezusa, który był zarówno mesjaszem, potomkiem Dawida, mędrcem, nauczycielem, prorokiem, sędzią, jak i cierpiącym sługą Pańskim, ofiarą i ofiarnikiem, a przede wszystkim Bogiem i człowiekiem. Nie wypada więc podkreślać jednego tylko aspektu chrystologii, tu akurat tego związanego z męką.

Potrzeba ascezy Jeśli sięgnąć po podstawowe znaczenie czasownika „askein”, okaże się, że podkreśla ono element treningu, ćwiczenia, czy – dosłownie – obróbki. Asceta zatem to ktoś, kto poddaje się ćwiczeniu, aby osiągnąć doskonałość w jakiejś dziedzinie, niezależnie od tego, czy dotyczy to ciała, czy ducha. W większości religii praktyki ascetyczne – powstrzymywanie się od jakiegoś rodzaju pokarmów (zazwyczaj mięsa), alkoholu, współżycia seksualnego, czasem okresowe

lub stałe milczenie – miały na celu wyćwiczenie się w opanowywaniu duchowych żądz i pragnień, aby móc całkowicie oddać się niczemu niezakłóconej modlitwie, nawiązać bezpośrednie relacje z bóstwem, a nawet doprowadzić do mistycznego z nim zjednoczenia. Tymczasem Jezus absolutnie nie potrzebował tak rozumianej ascezy. Z Bogiem-Ojcem łączyła go więź, więc mógł odrzucić „sztuczne” ascetyczne pośrednictwo. Ewangelie wielokrotnie podkreślają tę jedność i ojcowsko-synowską relację (J 10,30; 17,11.2123), co więcej – podobny model proponuje się również wyznawcom Jezusa. Nieprzypadkowo jedyną modlitwą, jakiej nauczył uczniów Jezus, jest „Ojcze nasz”. Jezus nie musi ćwiczyć się i doskonalić ani w modlitwie, ani w cierpliwości, ani w wytrwałości, ani nawet w pokorze i posłuszeństwie; nie musi trenować przed debatami z uczonymi w Piśmie i faryzeuszami, dążyć do doskonałości i mistrzostwa. On już jest mistrzem. Tak zresztą zwracają się do niego uczniowie (Łk 5,5; 8,24.45; 9,33.49; 17,13) i tak On sam mówi o sobie, podkreślając jednocześnie dystans dzielący Go od pretendentów do mistrzowskiego tytułu: „Nie chciejcie, aby was nazywano mistrzami, ponieważ jeden jest wasz mistrz – Chrystus” (Mt 23,10). Choć sam Jezus rozpoczyna swoją publiczną działalność od czterdziestodniowego pobytu na pustyni i postu, to nie czyni z tego sposobu na życie. Przeciwnie. Pobyt na pustyni ma znaczenie symboliczne, a powrót do świata anonsowany jest wzmianką o usługujących aniołach (Mt 4,2-11). Anielską służbę można tu rozumieć w kategoriach liturgicznych, ale nie da się uciec od wizji zastawionego stołu, przy którym Jezus zaspokaja głód, a niebiescy duchowie tylko zmieniają talerze i podsuwają coraz to nowe dania. Konotacje „kelnerskie” są bowiem wpisane w grecki czasownik diakoneo, którego podstawowe znaczenie odnosi się właśnie do podawania, usługiwania przy stole.


43

Najnowsza kolekcja Staranny, odświętny ubiór jest zatem symbolem nowej rzeczywistości wykraczającej poza doczesność. Dobrze oddaje to rozumienie scena przemienienia Jezusa (Mk 9,2-13), w której Jezus prezentuje nowe szaty tak lśniąco białe, jak ich żaden farbiarz na ziemi wybielić nie zdoła. Ostatnia fraza wskazuje, że suknia Chrystusa jest dziełem boskiego – nomen-omen – kreatora. Choć wydaje się to zaskakujące, Nowy Testament zdaje się odwoływać do obrazu Boga-projektanta mody, który na sezon eschatologiczny przygotowuje nową kolekcję. Dotychczasowy kształt wszechświata kiedyś stanie się passé, a wtedy Kreator zwinie stare niebiosa jak płaszcz czy niemodną odzież i stworzy coś nowego (por. Hbr 1,11-12). Jaki z tego wniosek? „Odzieżowa” metaforyka w odniesieniu do nawrócenia, zbawienia, przy jednoczesnej abnegacji wobec własnej garderoby, stawiałaby Jezusa… w bardzo niekorzystnym

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

świetle. Jak bowiem uwierzyć komuś, kto nawołuje do przywdziania nowych szat, a sam chodzi w zniszczonym ubraniu? Zwłaszcza w środowisku, gdzie obowiązywał dość rygorystyczny dress code. Na szczęście Jezus dostosowuje się do ówczesnych reguł. Choć ewangelie nie mówią o tym wprost, można przypuszczać, że strój Jezusa nie tylko podkreślał różne jego funkcje społeczne i religijne, ale też zmieniał się w zależności od tego, w jakiej roli Jezus występował i jaką czynność wykonywał. Aby podkreślić swoją mądrość, czystość i boskie pochodzenie – wzorem innych nauczycieli, mędrców, filozofów i przedstawicieli wyższych klas – zakładał szaty białe. Jako mesjasz, którego dotyczyły starotestamentowe proroctwa, pokazywał się w powłóczystej wspaniałej sukni (Za 3,3-4), której piękno i przepych, jak we wspomnianym już momencie przemienienia, nawiązywały też do boskiego majestatu i chwały opisanych przez Izajasza (Iz 6,1). Dając przykład pokory i posługiwania, kiedy mył nogi swoim uczniom, występował w lnianej tunice, jaką nosili niewolnicy (J 13,4). Ale przystępując do wieczerzy, założył bardziej uroczystą szatę, dość ogólnie określoną jako himation. Prawdopodobnie interpretując Proroków i Pisma, w synagodze ubrany był inaczej, staranniej niż podczas codziennych wędrówek.

rysowała: Justyna Domaradzka

Nośnikami największej ilości symboli były jednak szaty, jakie Jezus miał na sobie podczas męki: lśniąca, wspaniała, może nawet ozdobna suknia, w którą kazał odziać Go Herod (Łk 23,11), wskazywała na Jego godność mesjańską. Szkarłatny płaszcz wojskowy narzucony Mu na ramiona przez rzymskich żołnierzy (Mt 27,28) kojarzył się z mesjaszem-wodzem. Purpura i/lub purpurowa tunika wyraźnie nawiązują do królewskości nie tylko za sprawą koloru, ale też kosztowności tak barwionej materii. Wreszcie własna, tkana suknia Jezusa, która sporządzona była bez szwów, musiała być również cenna, skoro żołnierze rzucali o nią losy. Tutaj można się spierać, czy chodziło o wartość materialną, czy o wartość magiczną, mającą dla zabobonnych Rzymian równie wielkie znaczenie. Dość że tunika ta stała się przedmiotem pożądania, a potem doczekała się własnej legendy i literackiego opracowania (por. Lloyd C. Douglas, „Szata”). Odarcie Jezusa z szat o bogatej symbolice i skazanie Go na noszenie łachmanów w imię źle rozumianej ascezy wydaje się zatem nieporozumieniem. Nie tylko niszczy integralność Jego osoby, ale też zniechęca wiernych do podjęcia decyzji o nawróceniu. Jak bowiem można namawiać chrześcijan, by przyodziali się w Chrystusa (por. Ga 3,27), jeśli prezentuje się im mało zachęcający wizerunek Jezusa w starych, zniszczonych łachach?

dr hab. nauk teologicznych Kalina Wojciechowska – biblistka i autorka, jest wykładowcą warszawskiej Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej oraz Ewangelikalnej Wyższej Szkoły Teologicznej we Wrocławiu


Reportaż

44

Serca

TOPNIEJĄ W ZIMIE TEKST: Andrzej Gross


Jest grudzień, wielkimi krokami zbliżają się święta. Na ulicach zimno, śnieżnie, szybko zapada zmierzch. W domach zupełnie inaczej – ciepło, przytulnie, czuć już zapach świątecznych potraw, a w kątach pochowane są prezenty. Świąteczny nastrój, który emanuje z nas w okresie Bożego Narodzenia, sprawia, że przestajemy myśleć o własnych problemach, rozglądamy się dookoła i dostrzegamy tych, którzy potrzebują naszej pomocy. Akcje charytatywne w okresie bożonarodzeniowym organizowane są w całej Polsce. Najuboższym pomagają wszyscy: fundacje, instytucje, studenci i przedsiębiorcy. Część z organizowanych w tym czasie akcji – zwłaszcza miejskie, otwarte wigilie – dotyczy samych świąt Bożego Narodzenia. Dają szansę osobom ubogim, chorym i samotnym spróbować choć namiastki tej wyjątkowej atmosfery, którą pamiętamy z dzieciństwa.

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Pomagajmy przez cały rok! – O ile organizacje kościelne funkcjonują niezależnie od świąt, przez cały rok, o tyle część środowisk świeckich rzeczywiście budzi dopiero dzwonek adwentowy i przygotowanie do Bożego Narodzenia. Dobrze więc, jeśli w tym okresie uda się zebrać tyle, żeby pomagać przez cały rok – mówi posłanka na Sejm RP Jolanta Szczypińska. W jej biurze poselskim drzwi dla potrzebujących są otwarte zawsze, a proszących o wsparcie nie brakuje, szczególnie zimą. foto: archiwum Jolanty Szczypińskiej

45

Caritas – dzieło wielu milionów Celem największej akcji w Polsce – „Wigilijnego Dzieła Pomocy Dzieciom” – jest pozyskiwanie funduszy na dożywianie, leczenie oraz rehabilitację najmłodszych. Dzięki uzyskanym pieniądzom średnio 50 000 dzieci rocznie wyjeżdża na wakacje. Idea narodziła się w 1994 roku podczas zebrania dyrektorów diecezjalnych Caritas w Rusinowicach. Dyrektor Caritas Polska, ks. dr Marian Subocz, zaproponował oparcie świątecznej akcji na polskiej tradycji wigilii, w której na stole ustawiana jest świeca symbolizująca życie. Świeca z logo Caritasu z jednej strony miała pomóc pozyskać fundusze, z drugiej – wspomóc akcję marketingową organizacji i przypomnieć o tradycjach katolickiego Caritasu, w tym czasie odbudowywanego po latach niebytu w okresie PRL-u. Już w pierwszym roku rozprowadzane w  przykościelnych sklepikach świece zagościły na wielu tysiącach stołów w całej Polsce, a  organizacja mogła na niespotykaną dotąd skalę sfinansować pomoc dzieciom. Wystarczyło zaledwie kilka lat, aby „Wigilijne Dzieło Pomocy Dzieciom” stało się jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek w Polsce. Do akcji przyłączyły się: Diakonia Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP, Metropolitalny Ośrodek Miłosierdzia ELEOS Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego oraz Diakonia Kościoła Ewangelicko-Reformowanego w RP. „Wigilijne Dzieło Pomocy Dzieciom” otrzymało także szerokie wsparcie medialne. Od 2009 roku liczba rozprowadzanych przez uczestników akcji świec przekroczyła trzy miliony rocznie. Caritas, to nie tylko jedna akcja. Organizacja prowadzi dziesięć akcji ogólnopolskich. Równie ważne są działania podejmowane w okresie świąt przez Caritasy parafialne i diecezjalne – m.in. organizacja w niemal każdym mieście kolacji wigilijnych dla samotnych i ubogich, dla których często wspólna kolacja wigilijna jest jedyną z prawdziwym, ciepłym posiłkiem, bo na własną ich po prostu nie stać.

Jolanta Szczypińska, posłanka na Sejm RP – Coraz częściej spotykam się z sytuacjami, gdy ludziom brakuje środków finansowych na podstawową żywność, na wykupienie niezbędnych leków lub zapłacenie rachunków za czynsz i energię... Starszych ludzi, często samotnych lub chorych, nie stać też niestety na to, żeby kupić sobie choćby worek węgla i są zmuszeni przebywać w zimnym domu. Trzeba im pomóc... Jolanta Szczypińska pomaga, ale stara się, żeby pomoc jak najmniej obciążała obdarowywanych, bo ludzie biedy się wstydzą. Kilka lat temu podczas wigilii dla osób samotnych w Słupsku spotkała swoich przyjaciół z dawnych lat. – Ucieszyłam się, że mogłam się tam z nimi spotkać, bo przez dłuższy czas nie utrzymywaliśmy ze sobą kontaktu, ale odczułam dystans w naszych relacjach. Oni – choć wcale tak nie myślałam – czuli się gorsi, bo ja byłam współorganizatorką tej wigilii – opowiada, wyciągając wnioski i starając się pomagać anonimowo, bo ludzie czują wdzięczność, kiedy otrzymują pomoc, ale czują też dyskomfort, gdy przychodzi spotkać się z obdarowującym. Chyba że zamiast spotkania darczyńca składa życzenia w świątecznej paczce...


Edyta Drozdowska, specjalista do spraw PR i marketingu projektu „Szlachetna Paczka” – Są tacy darczyńcy, którzy spotykają się ze sobą tylko raz w roku, z powodu wspólnego przygotowywania paczek. Na przykład znajomi ze studiów, dla których wspólne wybieranie rodziny i listopadowe zakupy stały się rytuałem i pretekstem do wspólnego zrobienia czegoś dla innych.

Pomagają ludzie, nie rzeczy – W czasie rozpakowywania paczek pani Zosia znalazła kartkę z życzeniami. Wzięła ją do rąk i pocałowała. Przestała oglądać inne rzeczy i drżącym głosem, prawie uroczyście odczytała życzenia – opowiada Bożena, wolontariuszka. – Wolontariusze zaraz po okresie wakacyjnym ruszają do potrzebujących – w „Szlachetnej Paczce” są to rodziny, które nie są roszczeniowe, które same zmagają się ze swoją biedą, często wstydząc się poprosić o pomoc. Znalezienie takich ludzi jest wyzwaniem, docieramy niejednokrotnie do takich osób, które od nikogo nie otrzymują wsparcia, a pytanie o marzenia wywołuje u nich łzy albo długą ciszę – dodaje specjalista do spraw PR i marketingu projektu „Szlachetna Paczka” Edyta Drozdowska. W „Szlachetnej Paczce” praca trwa przez cały rok. Od lutego do czerwca organizator projektu – Stowarzyszenie „Wiosna” – prowadzi kampanię 1% oraz przygotowuje kampanię na bieżący rok. Latem szkoleni są liderzy, których zadaniem jest koordynacja projektu w regionach i zrekrutowanie wolontariuszy. W październiku kończy się rekrutacja: w 430 lokalizacjach w Polsce odbywają się spotkania z wolontariuszami, którzy docierają bezpośrednio do potrzebujących. 17 listopada na stronie internetowej www.szlachetnapaczka.pl znaleźć można opisy potrzeb rodzin, do których dotarli wolontariusze. Od tej chwili pomóc może każdy – wystarczy odwiedzić stronę internetową, zapoznać się z problemami i potrzebami rodzin, do których dotarli wolontariusze, a następnie przygotować dla nich wymarzoną paczkę świąteczną. Paczki przekazywane są do Fundacji 7 i 8 grudnia – w tych dniach w magazynach projektu w całej Polsce spotykają się wolontariusze i darczyńcy. Później wolontariusze zawożą paczki przygotowane przez darczyńców do potrzebujących. – Zdarzają się często takie sytuacje, że pomoc dla konkretnej rodziny przygotowywana jest przez więcej niż jedną osobę, ponieważ różne są potrzeby: jedni potrzebują ciepłych swetrów, inni – np. lodówki.

46

„Szlachetnej Paczce” pomagają przedsiębiorcy, osoby znane, celebryci, ludzie dobrej woli. Akcja pozwala na materialną pomoc potrzebującym, ale – co ważniejsze – obdarowywanym pozwala uwierzyć w to, że nie są sami, że ich problem interesuje innych: dziś jest to już projekt, który co roku łączy tysiące osób: wolontariuszy, rodziny w potrzebie, darczyńców i dobroczyńców. To tysiące spotkań, które odbywają się w przyjaznej atmosferze wzajemnej otwartości i pełni zrozumienia człowieka dla człowieka. Potrzebujące rodziny opowiadają o swojej trudnej sytuacji wolontariuszom, spotkanym po raz pierwszy w życiu, darczyńcy z pasją przygotowują konkretną pomoc dla nieznajomych i spełniają ich marzenia! Wybieram Ciebie, Ty wybierasz mnie „Tu bez powodu nic nie dzieje się, zagadką jest ten świat. Wybieram Ciebie, Ty wybierasz mnie. W podróż życie bierze nas” – napisał rok temu Marek Kościkiewicz w świątecznej piosence – niecodziennym przedsięwzięciu charytatywnym, które wsparło rozwój działalności artystycznej podopiecznych Fundacji Anny Dymnej „Mimo Wszystko” oraz uczestników konkursu Festiwalu Zaczarowanej Piosenki. W przedsięwzięciu udział wzięli m.in. Małgorzata Ostrowska, Magda Femme i Michał Milowicz, a patronowała mu Irena Santor. Te słowa doskonale oddają uczucia, które towarzyszą nam wtedy, gdy możemy podarować innym choćby odrobinę radości. – Dochód z dzwonków i wszelkich ściągnięć świątecznej piosenki był przeznaczony na Fundację Anny Dymnej. Zaśpiewała cała wspaniała grupa wokalistów i aktorów. Cieszę się, że udało się nam spotkać i zrobić coś dobrego. Fajnie jest pomagać – mówi Marek Kościkiewicz.

foto: materiały prasowe

foto: materiały prasowe

Reportaż

Marek Kościkiewicz, kompozytor, muzyk, założyciel zespołu De Mono – Zawsze uważałem, że trzeba wspierać tych, którzy potrzebują pomocy. „Wigilijne Dzieło Pomocy Dzieciom”, „Szlachetna Paczka”, „Prezent pod choinką” – myślę, że takie akcje są wiarygodne i mogą nieść realną pomoc. Zwłaszcza wspieranie dzieci jest dla mnie ważne, bo często znalazły się w trudnej sytuacji z winy dorosłych. Zawsze też staram się pomagać chorym dzieciom. Sam jestem ojcem i wiem, że choroba dziecka boli najbardziej.


47

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

W POLSCE MIESZKA 38,5 MILIONA LUDZI. JEŚLI POŁOWA POLAKÓW PRZEZNACZY W OKRESIE ŚWIĄTECZNYM NA POMOC INNYM TYLKO ZŁOTÓWKĘ, WYSTARCZY TO NA DOSTATNIĄ PACZKĘ ŚWIĄTECZNĄ DLA PRAWIE DWUSTU TYSIĘCY POTRZEBUJĄCYCH!

Więcej szczęścia w dawaniu niż w braniu Tegoroczne motto akcji „Prezent pod choinką”, organizowanej od 2000 roku przez Centrum Misji i Ewangelizacji Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego, oddaje to, co czujemy, mogąc podzielić się z innymi i dobrem materialnym, i świątecznym przesłaniem.

Dlaczego Kościół ewangelicko-augsburski przygotowuje prezenty dla ukraińskich dzieci? – Bo te prezenty są jedynymi, jakie trafiają do ich rąk – odpowiada Mariola Fenger koordynatorka. – Za naszą wschodnią granicą Boże Narodzenie nie jest celebrowane tak jak w Polsce, a prezenty przekazywane przez Centrum przydają się w ciągu całego roku.


Reportaż

48

Mariola Fenger, koordynator krajowy Centrum Misji i Ewangelizacji Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego Dawanie ubogaca. A dlaczego obdarowujemy się prezentami

Prezenty są różne, tak jak różni są ich fundatorzy: uczniowie, nauczyciele, pracownicy firm, członkowie różnych kościołów. Czasem są to drogie zabawki, najczęściej – ubrania, słodycze, przybory szkolne i artykuły codziennego użytku. Tylko w ubiegłym roku w domach dziecka, szpitalach, szkołach i parafiach do rąk najmłodszych trafiły 5184 paczki. Była to, jak do tej pory, liczba rekordowa, którą organizatorzy mają nadzieję w tym roku powiększyć. Akcję można wesprzeć bardzo prosto: wystarczy przygotować dowolny prezent i przynieść go do wybranej parafii ewangelickoaugsburskiej na terenie całej Polski. Informacje o akcji: miejsca, listę i koordynatorów lokalnych można znaleźć także na stronie internetowej www.prezent.cme.org.pl – tam można wspomóc też akcję poprzez wirtualne prezenty. – Osoby, które nie mają czasu samodzielnie przygotować prezentu, a chcą dołączyć do naszej akcji, mogą przesłać pieniądze na konto i na miejscu, w Dzięgielowie, prezenty zostaną przygotowane przez naszych wolontariuszy. Oczywiście, przesyłając pieniądze, można określić, czy prezent ma być przeznaczony dla chłopca, czy dla dziewczynki. Wirtualne prezenty obejmują wyłącznie grupę najstarszą, czyli dzieci od 12. do 15. roku życia. W ubiegłym roku takich prezentów przygotowaliśmy 255 – opowiada Mariola Fenger.

Tradycja i biologia W Polsce mieszka 38,5 miliona ludzi. Jeśli połowa Polaków przeznaczy w okresie świątecznym na pomoc innym tylko złotówkę, wystarczy to na dostatnią paczkę świąteczną dla prawie dwustu tysięcy potrzebujących! To tak, jakby obdarować nagle wszystkich bez wyjątku mieszkańców Gliwic, Kielc albo Torunia. Czy to możliwe? Tak, bo święta z punktu widzenia procesów angażowania się są okresem bardzo specyficznym. – Na podstawie współczesnych badań nad mózgiem, które są wykorzystywane m.in. w neuromarketingu, można powiedzieć z dużą dozą trafności, że jest to święto, którego rytuały najpowszechniej i najmocniej poruszają tzw. podkorowe programy, decydujące o otwarciu serc u ludzi i o ich pozytywnym zaangażowaniu – mówi psycholog Jacek Santorski. W tym czasie nasze zachowania w pewien sposób determinowane są bardzo silnymi, pozytywnymi wspomnieniami dzieciństwa, w którym sami czekaliśmy na prezent od świętego Mikołaja, z którego pamiętamy zapach choinki, świeczek i wigilijnych potraw, pieczołowicie przygotowanych przez rodziców i dziadków, brzmienie kolęd i piosenek świątecznych.

foto: archiwum Values Grupa Firm Doradczych

w Boże Narodzenie? Bo jest to czas, w którym obdarowując innych, odpowiadamy na dar samego Boga w postaci nowo narodzonego Zbawiciela. Zwłaszcza ważne jest to w tradycji polskiej, gdzie Boże Narodzenie nierzadko postrzegane jest jako jedno z najważniejszych świąt.

Jacek Santorski, psycholog społeczny i biznesu, prowadzi z Dominiką Kulczyk-Lubomirską firmę doradczą Values – Wspomnienia powodują, że w naszych mózgach wydziela się bardzo dużo hormonów, takich jak dopamina, która nas lekko euforyzuje, czy oksytocyna, która jest kobiecym hormonem czułości, ale w określonych przypadkach wydzielana jest także przez mózgi mężczyzn. W przedświątecznym czasie jesteśmy pozytywnie poruszeni – w domu, w pracy, na ulicach i w sklepach – pokazują to media. W ten sposób powstaje społeczny rezonans, uruchamiający w naszych mózgach tzw. neurony lustrzane, wzmacniając dodatkowo odruchy serca. Można powiedzieć, że natura i kultura sprzęgają się w okresie świątecznym tak, że biologia i psychologia warunkują nas do tego, by się otworzyć, zaangażować, zorientować na to, co dobre, i odwzajemniać, czyli dawać i dzielić się prezentami. Serca topnieją w zimie. Kruszy je każde pozytywne wspomnienie Bożego Narodzenia, które w tradycji polskiej jest najbardziej rodzinnym i utożsamianym z dobrocią ze wszystkich świąt. Zaangażowanie w przygotowanie świątecznej atmosfery we własnych domach, jak i w pomoc potrzebującym, jest nieporównywalne z żadnym innym okresem. Warto więc zatrzymać się na chwilę, dostrzec drugiego człowieka i odkryć dobro w sobie.


49

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

„Tajemnica życia leży w poszukiwaniu piękna”

PIĘKNO Oscar Wilde


Piękno oczami… Jerzego Bednarskiego

50

KAŻDA KOBIETA MA SWOJĄ TAJEMNICĘ TEKST: Izabela Magiera-Jarzembek / FOTO: Jerzy Bednarski

Jerzy Bednarski – kielczanin, fotograf, biznesmen. Jak mówi, kocha każdą fotografię z przesłaniem czy próbą zrozumienia istoty życia.


51

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA


Piękno oczami… Jerzego Bednarskiego

52

NAGOŚĆ MODELKI ROZBIJA SKUPIENIE, PRZYCIĄGA, ZASTANAWIA, INTRYGUJE Cechą charakterystyczną jego zdjęć są czarno-białe obrazy kobiet w oszczędnych, minimalistycznych wnętrzach. Ciało fotografowane jak pejzaż kształtowany przez światło i cień. Kobiety nieoczekiwanie zatrzymane w pozach jak rzeźby, wyizolowane z otoczenia, a czasem z tym otoczeniem współgrające.


53

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Większość najlepszych plenerowych prac powstała na Półwyspie Helskim. To jego drugi dom i miejsce na ziemi. – Znajduję tam wszystko, co potrzebne jest do zrobienia doskonałej fotografii: czas, przestrzeń, wolność i sprzyjające okoliczności przyrody – mówi Jerzy Bednarski.


Piękno oczami… Jerzego Bednarskiego

Z taką samą ciekawością i zainteresowaniem traktuje akt, pejzaż i portret. W wielu przypadkach akt jest rodzajem pejzażu. – Nagość modelki rozbija skupienie, przyciąga, zastanawia, intryguje – mówi. Z jego zdjęć emanuje spokój, podszyty jednak lekkim metafizycznym niepokojem. – Moje fotografie nie potrzebują wyjaśnienia, wszystko zależy od nastroju, chwili, otoczenia, humoru modelki. Każda kobieta ma swoją tajemnicę, ja staram się ją wyłapać – komentuje. Uważa, że w momencie naciśnięcia spustu migawki zdjęcie powinno już być praktycznie gotowe. Uznaje tylko drobne korekty. Uważa, że magia obrazu na kliszy, jej ziarno i warstwy są nie do zastąpienia przez fotografię cyfrową.

54


55

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Swoje prace prezentował na kilkudziesięciu wystawach w kraju. Był wielokrotnie wyróżniony w konkursie magazynu „Playboy” – „Fotoerotica”, w 2008 roku zdobył główną nagrodę. Marcin Meller, redaktor naczelny „Playboya”, powiedział wtedy, że jury nie miało żadnych wątpliwości, że są to najlepsze zdjęcia.


Piękne miejsca

56 P R O M O C J A

W klimacie lat 20.

W poszukiwaniu wyjątkowych miejsc warto skierować wzrok ku zbiegu ulic Wilczej i Emilii Plater. W odrestaurowanej kamienicy z początku XX wieku znajduje się pierwszy hotel w Warszawie typu boutique – hotel Rialto. W jego wnętrzach poczujesz ducha wielkich artystów: Tamary Łempickiej, Josefa Hoffmana, Gustava Siegla, Michaela Thoneta czy Franka Lloyda Wrighta. Hotel Rialto nawiązuje swoim stylem do najlepszych architektonicznych tradycji wnętrzarskich i artystycznych dawnej Warszawy. Jest utrzymany w wyszukanej stylistyce art déco. Eleganckie wnętrza wyróżnia dbałość o detale wystroju, zwraca uwagę staranne rzemiosło stolarskie, wykorzystujące szlachetne materiały – mahoń, kamień, nikiel. Pomieszczenia wyposażone są w oryginalne unikatowe meble z lat dwudziestych, wyszukiwane na aukcjach w całej Europie. Każdy pokój został urządzony w odmiennym stylu, choć spójnym dla całości hotelu. Znajdują się tu pokoje z inspiracjami wiedeńskimi, afrykańskimi, brytyjskimi i belgijskimi. Odpowiednio dobrane zasłony, obicia mebli i wenecka mozaika łazienkowa z różnorodnymi wzorami czynią każdy z pokoi swoistym dziełem sztuki użytkowej. Klimat tego miejsca podkreślają barwne witraże, stylizowane na epokę wyłączniki światła wykonane z bakelitu oraz winda wzorowana na tej z legendarnego wycieczkowca „Stefana Batorego”. Wszystkie te elementy tworzą wspaniałą atmosferę lat dwudziestych. Znakiem rozpoznawczym hotelu Rialto jest spójność stylistyczna. To jedyne takie miejsce w Warszawie.

Do dyspozycji gości pozostają sale konferencyjne wyposażone w najnowocześniejsze urządzenia techniczne, a także pomieszczenia aromaterapeutyczne oraz fitness i sauna. Koneserzy cygar mogą oddawać się przyjemności w saloniku cygarowym, gdzie do ich dyspozycji pozostaje barek zaopatrzony w różne koniaki. W hotelowej bibliotece, obok klasycznych pozycji literatury polskiej, anglojęzycznej a także rosyjskiej, znajdują się albumy o sztuce, codzienna prasa i międzynarodowe kolorowe magazyny. Rialto to także smaki międzywojennej Warszawy. Paweł Suchenek, szef kuchni restauracji Rialto, przygotował kompletne menu oparte na oryginalnych przepisach z okresu międzywojnia. W karcie można znaleźć potrawy z książki Wiesława Wiercickiego „Wspomnienia o warszawskich knajpach” oraz z „ Najnowszej kuchni warszawskiej” Anieli Opoczyńskiej (wydanie z 1914 r.). To jedno w niewielu miejsc na kulinarnej mapie stolicy, gdzie można zasmakować tego rodzaju potraw w najlepszym wydaniu.

Adres: Wilcza 73, Warszawa, telefon 22 584 87 00


57

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

MĘSKIM OKIEM „Ideal­ny mężczyz­na po­winien zaw­sze mówić więcej niż myśli i zaw­sze więcej myśleć niż mówi” Oscar Wilde


58

fot. archiwum Marcina Szczygielskiego

Rozmowy przy kawie Rafała Podrazy

ODCZUWAM POTRZEBĘ

PROWOKACJI Nie cierpię sztampy i głupoty. Irytują mnie ludzie, którzy myślą schematycznie i nie stać ich na własną opinię – mówi Marcin Szczygielski

Rafał Podraza: Bardziej czujesz się pisarzem czy dramaturgiem? Marcin Szczygielski: Pisarzem. Choć może to wynikać z tego, że pisaniem sztuk zajmuję się dopiero od niedawna, a książek już od dziesięciu lat. Pisanie sztuk zresztą niewiele się dla mnie różni od pisania powieści. To, w czym czuję się najlepiej i co tworzy mi się najszybciej, to dialog. Kiedy piszę książkę, dialogi układają się same, natomiast to, co pomiędzy nimi, wymaga ode mnie pewnego skupienia. Sztuki to książki bez narracji, a ich pisanie dostarcza mi sporej rozrywki, bo bardzo często postaci mnie samego zaskakują tym, co mówią i do czego ich dialogi prowadzą.

Wielki boom na twoją twórczość i zainteresowanie Twoją osobą nastąpiły przy promocji „Berka” połączonej z coming outem Tomka Raczka. Czy Twoim zdaniem to był odpowiedni moment? Wielu złośliwych stwierdziło, że był to zabieg czysto promocyjny, by sprzedać książkę. Jeśli miałby to być zabieg promocyjny, niewiele warta byłaby skórka za wyprawkę. Trochę to tak, jakby strzelać z armaty do wróbla, tym bardziej że moje wcześniejsze książki sprzedawały się całkiem nieźle. Paradoksalnie mój debiut, czyli „PL-BOY”, sprzedał się w niemal identycznym nakładzie jak „Berek”, jeszcze przed coming outem Tomka. Niezależnie jednak od książki, myślę, że moment


59

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Marcin Szczygielski - Pisarz, grafik, dziennikarz i projektant wnętrz. Dyrektor artystyczny polskiej edycji miesięcznika „Playboy” (1998-2000) oraz wydawnictwa Gruner + Jahr Polska (projektował m.in. makietę graficzną „Gali”) oraz Instytutu Wydawniczego „Latarnik”. Jego prace publikowało wiele pism, m.in. „Playboy”, „Newsweek” oraz „Nowa Fantastyka”. Jako dziennikarz pisał we „Wprost” oraz „Playboyu”. Opublikował 15 książek m.in.: „PL-BOY”, „Berek”, „Bierki”, „Poczet królowych polskich”, „Furie i inne groteski”, „Kallas”.

był jak najbardziej odpowiedni, zarówno dla nas, jak i historycznie, a najlepszym potwierdzeniem tego jest rozwój wypadków i pozytywne reakcje ludzi. Lubisz szokować? Nie cierpię sztampy i głupoty. Irytują mnie ludzie, którzy myślą schematycznie i nie stać ich na własną opinię. Odczuwam potrzebę prowokacji, ale nie nazwałbym tego potrzebą szokowania, bo prowokacja zmusza do myślenia, a szok blokuje ten proces. Twoja sztuka „Kallas” wywołała wiele kontrowersji. Doszło nawet do próby wstrzymania wystawienia przedstawienia przez syna Violetty Villas. Skąd taka sytuacja? Czyżbyś zbyt ostro skreślił rolę V.V.? Wręcz przeciwnie! Wiele osób, które znało Violettę, zarzucało mi, że próbowałem zrobić z niej intelektualistkę, która jak równa z równą mierzy się z Kaliną. Sama sztuka nie wzbudzała wielkich kontrowersji, bardziej kontrowersje budził temat, a przede wszystkim osoba Villas. I Kalina, i Violetta to były gwiazdy przeklęte, budziły skrajne emocje, były na równi wyszydzane, nienawidzone, a zarazem uwielbiane i stawiane na piedestałach. Ciążyła nad nimi klątwa i mam wrażenie, że ta klątwa ciąży nad nimi także po ich śmierci, obejmując moją sztukę. Trudności były niewyobrażalne, kłopoty sypały się lawinowo, zarówno te wynikające ze złej woli, jak i czysto losowe. Ostatecznie jednak wszystko się udało, a spektakl, choć nie miał jeszcze swojej oficjalnej premiery, jest już z powodzeniem grany na deskach teatrów. Violetta Villas, Kalina Jędrusik, Ina Benita to kobiety, któ-

rym poświęciłeś w swojej twórczości specjalne miejsce. Czym Cię „kupiły”? Przede wszystkim tym, że były niezłomne, unikalne i obdarzone wyjątkowymi talentami. Ponadto postępowały w zgodzie ze sobą i nie rezygnowały z własnych przekonań dla świętego spokoju. Robiły to, w co wierzyły, nawet jeśli spotykała je krytyka, a nawet represje. Kto jeszcze zagości na stronach Twoich książek? Nora Ney. W latach trzydziestych z powodzeniem konkurowała ze Smosarską. Była wielką gwiazdą, a potem skrzętnie wymazano ją z naszej historii, choć przeżyła wojnę, wróciła do Warszawy i marzyła o powrocie na ekran. Ta dziewczyna miała niewiarygodne życie! Żydówka z białostockiego tartaku, która z domu uciekła przez okno w wieku 17 lat, by w ciągu czterech lat podbić stolicę i zdobyć status gwiazdy polskiego filmu. Była celebrytką, dyktowała mody, przyjaźniła się z największymi osobowościami naszego kraju, rok w rok organizowała bale, na które chcieli dostać się wszyscy, którzy coś znaczyli. Zesłana na Syberię z córeczką, wróciła do Polski, z której ją wyrzucono. Ostatecznie zamieszkała w USA, gdzie pracowała jako… pomoc domowa! To materiał nie tylko na sztukę czy książkę, ale i na hollywoodzki film. Nora Ney musi jednak poczekać, bo teraz przygotowuję się do książki o historii Filipinek. Czy bycie synem Filipinki (Iwony Racz -przyp. red.) pomagało Ci w funkcjonowaniu w polskim show-biznesie? Mało kto pamięta dziś ten zespół. Dziewczyny z Filipinek po rozwiązaniu zespołu zerwały kontakty z show-biznesem i prowadziły spokojne życie. Dla mnie samego było to jednak ważne i zawsze byłem dumny z tego, co robiła moja mama. Od najmłodszych lat


PRAGNIENIE PIĘKNA N U M E R 01 / 2 012

W moim drugim domu w Łukęcinie jestem sam. Na dwa, trzy miesiące odcinam się od wszystkiego, nie odbieram telefonów, nieczęsto zaglądam do maili. To doskonałe warunki do pracy. stanowiło to też dla mnie dowód, że jeśli człowiek odczuwa potrzebę działań artystycznych, powinien to robić. A jeśli będzie robił to dobrze, to na pewno zostanie zauważony. Filipinki zaczęły śpiewać w auli szczecińskiego technikum, wierzyły w to, co robiły, wkładały w to mnóstwo pasji i odniosły sukces. Miałem więc świadomość, że jeśli się chce i próbuje – to można. W tym sensie więc to mi pomogło. Jesteś bardzo twórczym i nagradzanym autorem: książki dla dorosłych, młodzieży, dzieci, sztuki teatralne wystawiane z powodzeniem i w znakomitej obsadzie. Czy masz jeszcze jakieś pole, na którym czujesz się niespełniony? Mnóstwo! Przede wszystkim chciałbym, aby coś wreszcie wyszło z ekranizacji moich książek. Sprzedałem prawa do prawie wszystkich tytułów, ale ciągnie się to niemiłosiernie. „PL-BOY” jest ekranizowany od ośmiu lat, „Nasturcje i ćwoki” od pięciu, „Berek” od trzech, „Czarny Młyn” od dwóch… Mieszkasz z wydawcą pod jednym dachem… Czy, korzystając z tego, publikujesz wszystko, co tylko zapragniesz, czy jednak dokonujesz selekcji? Mówię oczywiście o Twoich książkach. Oczywiście zastanawiamy się wspólnie z Tomkiem nad sensem wydania danej rzeczy, ale decyzja należy do mnie. Współpracuję też z innymi wydawnictwami. „Czarny Młyn” został wydany przez Stentora, a teraz w opracowaniu redakcyjnym jest moja następna książka „Czarownica piętro niżej”, którą wydaje Bajka.

60

…mylne decyzje? Oczywiście. Trudno niekiedy pogodzić elegancję i powściągliwość projektu z nieodzowną jego „zauważalnością” i koniecznością wybicia się spośród setek książkowych okładek, jakie co miesiąc pojawiają się w księgarniach. Jest wśród naszych tytułów kilka takich, z których okładek jestem zadowolony, ale okazały się mało „sprzedażowe”. Przykładem może być chociażby „Pusta woda” Krystyny Żywulskiej – wybitna książka, przedstawiająca jej losy w warszawskim getcie. Do projektu wykorzystałem jeden z rysunków autorki, w moim odczuciu doskonale oddający istotę powieści... Niestety publikacja zginęła pośród krzykliwych, wściekle kolorowych nowości. Kiedy piszesz kolejną książkę, uciekasz z Warszawy do Łukęcina. Czy na Cypryjskiej nie ma warunków do pisania? W domu pisze mi się z wielkim trudem. Na miejscu jest wydawnictwo, pracownicy, telefony się urywają. Bez przerwy ktoś czegoś ode mnie chce. W Łukęcinie jestem sam. Na dwa, trzy miesiące odcinam się od wszystkiego, nie odbieram telefonów, nieczęsto zaglądam do maili. To doskonałe warunki do pracy. Czym jest dla Ciebie piękno? Harmonią i zaskoczeniem. Gdy widzę coś, co jest – w moim odczuciu – piękne, przeżywam rodzaj euforii. Zarówno ze względu na to, że widzę coś tak harmonijnego, jak i ze względu na to, co w tym momencie czuję. Myślę, że tak długo, jak długo człowiek potrafi się zachwycać, tak długo jego życie ma sens. Dziękuję za rozmowę.

Projektowanie okładek Instytutu Wydawniczego „Latarnik” to fanaberia czy próba odreagowania od pisania? Założyliśmy Latarnika razem z Tomkiem i od początku zajmuję się szatą graficzną książek. Lubię to, pracuję szybko, nie musimy też szukać w tej dziedzinie współpracowników. To się po prostu opłaca czasowo, finansowo i marketingowo. Po tylu latach pracy w prasie i wydawnictwach wiem, co zwróci uwagę odbiorców, a co ich nie zainteresuje. Choć oczywiście czasami zdarzają mi się mylne decyzje.

fot. Krzysztof Stec

Stentor, Bajka, a czemu nie Latarnik? Bądź co bądź to Wasza firma rodzinna… „Czarny Młyn” napisałem na Konkurs Literacki im. Astrid Lindgren organizowany w ramach akcji „Cała Polska czyta dzieciom”. Książka otrzymała I nagrodę i jednocześnie Grand Prix konkursu. Wszystkie nagrodzone książki musiały być potem wydane w jednym z wydawnictw współpracujących z Fundacją – taki był warunek uczestnictwa. Bajka natomiast – moim zdaniem – jest najlepszym wydawnictwem na naszym rynku, specjalizującym się w książkach dla młodych czytelników.

Rafał Podraza - Dziennikarz, redaktor książek i poeta. Współpracował z tygodnikami: „Panorama Legnicka”, „Konkrety”, dziennikiem „Kurier Szczeciński”i magazynem „Prestiż”. Opublikował pięć tomików poezji oraz trzy książki m.in.: „Magdalena, córka Kossaka. Wspomnienia o Magdalenie Samozwaniec”, która została wznowiona pod tytułem „Córka Kossaka”. Przygotował także do druku m.in. „Z pamiętnika niemłodej już mężatki” Magdaleny Samozwaniec i „Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939-1945” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.


61

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Aż!

Przede wszystkim toaleta. Moja i Stacha trwa krócej niż kilka oddechów, co nie znaczy, że chodzimy brudni! Z kolei Iwony i Heleny około pół godziny – jeśli ten czas skrócimy o pośpiech do pracy lub szkoły (stanowczo należy go wydłużyć przy toalecie wieczornej). Czyli klasyka gatunku. Garderoba. Też raczej odpowiadamy wzorcowemu schematowi. Dziewczyny mają wszystkiego więcej, chłopaki wszystkiego mniej. A jeśli już chodzi o torebki, to dla mnie i Stacha takie zjawisko nie istnieje. Podobnie jak dla Iwony i Heleny nie istnieje zjawisko plecaków. Spójrzmy na jedzenie. Iwona i Helena są ciekawsze kulinarnych eksperymentów, ja ze Stachem mniej. Wniosek? U kobiet bardziej rozwinięte kubki smakowe? Możliwe, lecz jak wyjaśnić kucharskie gwiazdy telewizyjne, wśród których przeważają mężczyźni? Czyżby perspektywa mikro nie odpowiadała perspektywie makro? No to spójrzmy z drugiej strony. Więcej facetów jeździ samochodami i podobno jeżdżą lepiej. W naszej rodzince to Iwona jest kierowcą, a ja zaledwie pasażerem. I z perspektywy pasażera widzę, co wyprawiają kierowcy mężczyźni, gdy ich ego, rozbudzone osiąganą szybkością, zaślepia ich i zamienia w idiotów, zagrażających życiu. Z kolei nie obawiam się rozpędzonych kobiet, przede wszystkim dlatego, że… nie rozpędzają się! Dla nich szybkość raczej nie jest pokusą. Starają się po prostu konsekwentnie dotrzeć do celu. Ta konsekwencja jest wielkim atutem kobiet. Mężczyźni raczej działają zrywami spalającymi energię. Ten wniosek prowokuje do pytań oznaczonych ikonką: „powyżej szesnastu lat”. Potrzeba romantyzmu? Stawiam na kobiety. Dla większości facetów to strata czasu – choć zdaję sobie sprawę

fot. archiwum Daniela Odii

Układ w mojej rodzince jest mieszany. Dwa plus dwa. Czyli ja i Iwona oraz nasze dzieci, czternastoletnia Helena i dwunastoletni Stachu. Szczęśliwa mieszanka! Miks męsko-damski prowokujący do porównań. Do wyłapywania różnic i podobieństw (pomijając fizyczne), które łączą i dzielą świat dwóch płci.

z uproszczenia i wiem, że znalazłyby się męskie jednostki, które posądziłyby mnie o oszczerstwo. Ale raczej nie obawiam się zmasowanego ataku. Jest jeszcze druga strona tego samego medalu. Kobiety, pragnąc romantyzmu, oczekują go od mężczyzn, same rzadko siląc się na romantyzm. Potrzeba silnych wrażeń? Tu jestem głupio-mądry. Adrenalina jest hormonem wspólnym, a wytwarzanie nie zależy od płci. Czyli remis, nawet jeśli więcej facetów uprawia sporty ekstremalne. Kto wydaje więcej pieniędzy? Nie wyróżniałbym kto, ale stawiałbym na takie rozwiązanie – kobiety wydają więcej na drobnicę, a mężczyźni raz a dużo. Wspólne jest to, że wydawanie pieniędzy coraz częściej wynika z rozbudzonych namiętności niż potrzeb. I skoro już mowa o potrzebach i namiętnościach, to należy zadać sobie ostatnie pytanie porównawcze. Długość orgazmu? I krótka odpowiedź. Kobiety czują dłużej i mocniej. Skąd taki wniosek? Jak to skąd? Z doświadczenia! Żałuję, że tylko męskiego. A tak w ogóle to mamy szczęście, że oszczędzono nam zbytniego zawrotu głowy i nie ma płci trzeciej! Przecież komplikacje byłyby sześcienne! Nieograniczone możliwości trzech płci pozostawiłyby nas na zawsze głupimi co do naszych różnic i podobieństw. A tak jesteśmy głupi w pewnym stopniu. Jednocześnie nie możemy narzekać na nudę w swoim towarzystwie. Niech żyją kobieta i mężczyzna! Niech żyje dynamika podobieństw i różnic dwóch płci! Zaledwie dwóch płci? Aż!

Daniel Odija – polonista, dziennikarz, pisarz nominowany w 2004 r. do Nagrody Nike za powieść „Tartak”. Laureat Pomorskiej Nagrody Artystycznej za debiut roku 2001. Swoje opowiadania publikował w wielu periodykach literackich. Jego twórczość zaliczana jest do tzw. Prozy Północy.


MAGAZYN PRAGNIENIE PIĘKNA ZNAJDZIESZ W WIELU WYJĄTKOWYCH MIEJSCACH W CAŁEJ POLSCE, MIĘDZY INNYMI: Artplastica, Szczecin, ul. Wojciechowskiego 7 Air Charter Professional, Warszawa, Al. Jerozolimskie 96 Art. Clinique, Kraków, ul. Krakowska 39 Ambra Group, Kraków, ul. Pańska 20 A /2 Beauty4Ever, Warszawa, ul. Wołodyjowskiego 52 BIKOR, Gdańsk, ul. Piastowska 52 Centrum Konferencyjno-Wypoczynkowe Camproverde, Łódź, ul. Grabińska 43 Dolina Charloty Resort & Spa, Słupsk, Strzelinko 14 Gabinet dermokosmetyczny FB Naturalne Piękno, Wrocław, ul. Na Ostatnim Groszu 2 Głęboczek Vine Resort & Spa, Brzozie, Wielki Głęboczek 1 Helicopter.pl S. A., Warszawa, ul. Księżycowa 3 Hotel Amber Baltic, Międzyzdroje, Promenada Gwiazd 1 Hotel Atrium, Szczecin, al. Wojska Polskiego 75 Hotel Aquarius, Kołobrzeg, ul. Kasprowicza 24 Hotel Kongresowy - Business & SPA, Kielce, al. Solidarności 34 Hotel Magellan, Bronisławów, ul. Żeglarska 35/3 Hotel Malinowy Zdrój, Solec-Zdrój, ul. Leśna 7 Hotel Park, Szczecin, ul. Platanowa 1 Hotel Radisson Blu, Szczecin, pl. Rodła 10 Hotel Sarmata, Sandomierz, ul. Zawichojska 2 Hotel Senator, Dźwirzyno, ul. Wyzwolenia 35 Klinika Model – Med., Warszawa, ul. Mierosławskiego 19 Instytut Zdrowia i Urody Sharley Medical SPA, Warszawa, ul. Jana Pawła II 75 Jadwiga, Instytut Kosmetyczno-Medyczny, Laboratorium Bioodnowy, Dobroszyce, ul. Wojska Polskiego 25 Klinika VitroLive, Szczecin, al. Wojska Polskiego 103 Klinika VitroLive, Szczecin, ul. Kasprzaka 3A La Mania, Warszawa, ul. Wołoska 12 La Mania, Katowice, ul. Chorzowska 107 Make Up Institute, Szczecin, ul. Targ Rybny 4 Medycyna estetyczna dr Ilona Osadowska, Szczecin, al. Wojska Polskiego 92 Medycyna estetyczna dr Ilona Osadowska, Poznań, ul. Morawskiego 2c Medycyna estetyczna dr Ilona Osadowska, Warszawa, ul. Wiktorska 67C, Mokotów NANTES Nanolaboratory, Bolesławiec, ul. Dolne Młyny 21 Odyssey Club Hotel Wellness & SPA, Masłów, ul. Dąbrowska 3 Ośrodek Chirurgii Plastycznej Dr. Macieja Kuczyńskiego, Lublin, ul. Jaczewskiego 2 Ośrodek Chirurgii Plastycznej Dr. Macieja Kuczyńskiego, Nałęczów, al. Kasztanowa 6 Ośrodek Chirurgii Plastycznej Dr. Macieja Kuczyńskiego, Rzeszów, ul. Moniuszki 8 Pałac Mierzęcin, Dobiegniew, Mierzęcin 1 PAWO Sp. z o.o., Pabianice, ul. Sikorskiego 23/39 Polska Filharmonia „Sinfonia Baltica”, Słupsk, ul. Jana Pawła II 3 Sandra SPA, Pogorzelica, ul. Wojska Polskiego 3 Sekret Day Spa, Kielce, ul. Żytnia 12/2 Skin Clinic Med & Beauty, Warszawa, ul. Żaryna 7 SPAandGO, Warszawa, ul. Marynarska 15 Studio Soul Contour, Wrocław, ul. Gajowicka 170/2 Sun Flower, Police, ul. Piotra i Pawła 45 E Zakład Leczniczy „Uzdrowisko Nałęczów”, Nałęczów, Małachowskiego 5 Zespół Zamkowo–Parkowy, Baranów Sandomierski, ul. Zamkowa 20

SZUKAJ NAS TEŻ NA STRONIE WWW.PRAGNIENIEPIEKNA.PL

Numer 01/2012 (1) Magazyn bezpłatny www.pragnieniepiekna.pl REDAKCJA ul. Niedziałkowskiego 24 71-410 Szczecin, tel. 91 831 54 57 mail: redakcja@pragnieniepiekna.pl Redaktor naczelna Alicja Kapturska Zastępca redaktor naczelnej Izabela Magiera-Jarzembek tel. 501 970 888, mail: izabela.magiera@pragnieniepiekna.pl Współpraca: Rafał Podraza, Michalina Ewus, Małgorzata Kalicińska, Barbara Grabowska, Daniel Odija, Anna Nowak-Ibisz, Justyna Domaradzka, Elżbieta Olechowska, Kalina Wojciechowska Redakcja językowa i korekta: Małgorzata Duda / dudowie.pl Opracowanie graficzne i skład: Ewa Kaziszko Druk: Eurodruk-Kraków Sp. z o.o WYDAWNICTWO Strefa Ciało Sp. z o.o. spółka komandytowa ul. Niedziałkowskiego 24, 71-410 Szczecin www.strefacialo.pl Dyrektor wydawniczy Daria Prochenka tel. 519 055 888, mail: daria.prochenka@pragnieniepiekna.pl Dyrektor działu promocji Andrzej Gross, tel. 502 592 345, mail: andrzej.gross@pragnieniepiekna.pl REKLAMA mail: reklama@pragnieniepiekna.pl Koordynator ds. reklamy i dystrybucji Renata Goszkowska, tel. 503 111 066, mail: renata.goszkowska@pragnieniepiekna.pl Dział handlowy: WARSZAWA: Grzegorz Głogowski, tel. 501 088 190, mail: grzegorz.glogowski@pragnieniepiekna.pl ŁODŹ: Krystyna Kurzawska, tel. 600 270 822, mail: krystyna.kurzawska@pragnieniepiekna.pl Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam.

NA OKŁADCE: Grażyna Wolszczak / foto: Grzegorz Gołębiowski


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA


Pragnienie Piękna 1/2012  

Magazyn nie tylko dla kobiet - wydanie ogólnopolskie i szczecińskie; lifestyle, rozrywka, zdrowie i uroda.

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you