PO GODZINACH
Tak mi się myśli
WALUTA CZASU Sądzę, że pomysł napisania tego tekstu przyszedł mi do głowy przynajmniej ze 2 lata temu. Dlaczego piszę go więc dopiero teraz? Nie miałam czasu...
MAŁGOSIA ZYCH (Pani Creativica)
Zauważyliście może, że w dzisiejszych czasach posługujemy się głównie dwoma stwierdzeniami: „nie stać mnie” oraz „nie mam czasu”? Wiadomo, mamy mniej lub bardziej ograniczone zasoby finansowe i czasowe. Jednak trzeba mieć świadomość, że zarówno nasz czas jak i pieniądze wciąż w coś inwestujemy, podejmując w każdej chwili różne decyzje. Sęk w tym, że tysiące rzeczy zabiegają o naszą uwagę, kradnąc nam skrawki czasu. W zamian otrzymujemy niezwykle krótkotrwałe zadowolenie, które znika równie szybko, jak towar z półek podczas rzekomo wyśmienitej promocji. Tak działa np. internet, który w zamian za nasz czas daje możliwość podglądania i komentowania poczynań innych ludzi. Tkwiąc tam godzinami stajemy się też niezwykle podatni na wszelką reklamę, która przyciąga naszą uwagę do rzeczy, których tak naprawdę
1
nie potrzebujemy. Ci złodzieje czasu czają się wszędzie i jeśli nie będziemy wystarczająco czujni, to zaraz wpadamy w ich sidła, dzięki temu niektórzy ludzie zarabiają podczas gdy my bezpowrotnie tracimy czas. Te zmarnowane chwile już nie wrócą..., a w ilu z nich mogliśmy zrobić coś naprawdę ważnego..., coś dla innych..., a może wreszcie coś prawdziwego dla siebie samych?
TU, TAM CZY TERAZ Ostatnio niezwykle modne jest hasło „tu i teraz”. Ale co to niby znaczy w praktyce? Przecież jestem tu, choć wcale tego nie chcę. Chcę być tam, gdziekolwiek by to nie było. Tam jest na pewno wygodniej niż tu. Jestem teraz, ale to „teraz” mi się nie podoba bo właśnie mam do rozwikłania jakiś problem, więc ja nie chcę już tu być. Chcę być później. Może wieczorem, bo wtedy mogę przysiąść w fotelu z kawą i książką. Może jutro? Albo za tydzień, bo wtedy idę na te fajne zakupy. Albo najlepiej, gdyby już był urlop. Tak bardzo potrzebuję natych-
miast odpocząć! Siedzę tak i odpływam we własne poplątane myśli, zegarek konsekwentnie popycha wskazówki w prawą stronę, a mnie tu nie ma. Dla odmiany nie siedzę w internecie tylko we własnej głowie, która rozkręconym myśleniem także skutecznie konsumuje mój czas. Odbijam się od rozpuszczonych obrazów przeszłości, które nie są w stanie wskrzesić we mnie żadnych dobrych odczuć, to znowu jestem w przyszłości, która mami mnie bardziej wyrazistymi obrazami tego, co wydaje
PO GODZINACH
się być po stokroć bardziej atrakcyjne niż to dziwne tu i teraz. W końcu wstaję, żeby przerwać tę chaotyczną gonitwę myśli. Robię sobie kawę i przysiadam z nią blisko okna. Na chwilę zapominam o problemie. Wraz z nim zostawiam też moją przeszłość i przyszłe plany. Zatapiam się w widoku budzącej się spokojnie do życia przyrody, przemykających ludzi i samochodów. Nagle, jakby ukradkiem, zauważam, że kawa jest dziś bardziej wyśmienita niż wtedy, gdy machinalnie wlewam ją do buzi, jednocześnie licząc coś na kalkulatorze i słuchając porannych wiadomości. Biorę kilka głębokich oddechów. Chaos umysłu wycofał się. Już wiem, że za chwilę wrócę do problemu, który zostawiłam przy biurku, ale już mnie to nie przeraża. Wrócę tam i po prostu to załatwię. To jest właśnie tu i teraz. Przez chwilę, stojąc tak z kawą koło okna byłam całą sobą w chwili teraźniejszej. Przyjemne to.
POŻYCZONY CZAS Jeśli jednak nie pozwolę sobie na taką chwilę oddechu, to mój umysł dalej wyświetla mi „niespokojny film” skutecznie zabierając mnie z chwili, która właśnie jest. Tak oto żyjemy na kredyt: w pożyczonym czasie. Przecież tego czasu, o którym już myślimy jeszcze nie ma. Nie nadszedł. Ale głową już tam jesteśmy. A gdy wreszcie docieramy wraz z kalendarzem, zegarkiem i ciałem do tych upragnionych: wieczora, jutra, za tydzień czy w wakacje, to znowu okazuje się, że przybyliśmy tu za późno. Naszych myśli już tu nie ma. Ciało jest znowu bezsilnie spóźnione. Nasz umysł znużony oczekiwaniem na ciało znowu biegnie do przodu, nie zważając na to, że oderwał się od reszty. Można by powiedzieć, że żyje on własnym życiem. Czyż tak nie jest? Rano myślisz o tym, co będzie, gdy nadejdzie wieczór. Wieczorem
planujesz zakupy w następnym tygodniu. A gdy nadchodzi z kolei czas zakupów, błąkasz się mechanicznie wśród sklepowych półek, podczas gdy w tym czasie twój umysł planuje już zawzięcie wakacje. Myślisz, że gdy nadejdą zdołasz w ogóle wypocząć? Najpierw będziesz się przestawiać z trybu życiowego kołowrotka i wytwarzać w sobie poczucie winy, że porzuciłeś tyle ważnych spraw. Gdy już się od tego uwolnisz pojawi się w twojej głowie strach przed tym, że twoje wakacje zaraz się skończą, a ty znowu będziesz musiał wrócić do tego wszystkiego, od czego chciałeś uciec choćby na ten wyczekiwany urlop. Znowu żyłeś przeszłością i przyszłością, a teraźniejszość urlopu w tym samym czasie ci bezpowrotnie umknęła...
MOJE DWIE METODY Nie wydaje się Wam, że trzeba coś z tym zrobić? Podzielę się z Wami dwiema metodami, które dobrze się sprawdzają u mnie i myślę, że jeśli je poczujecie to mogą też zadziałać u Was. Pierwsza polega na odpowiedzeniu sobie na pytanie: za co lubię wakacje? Niby proste. Następnie próbujemy sobie przypomnieć stany odczuwania towarzyszące tym ulubionym aktywnościom. Dalej wystarczy już tylko dopasować podobne stany odczuwania, które towarzyszą nam na przykład wtedy, gdy oddajemy się naszym pasjom. Jeśli wykonamy tę drobną pracę detektywistyczną to może się okazać, że podobne stany, jak te podczas weekendowych czy wakacyjnych wypadów, możemy osiągnąć nie ruszając się z własnego domu. W czasach dystansu społecznego takie odkrycie może się okazać wręcz nieocenione. Skoro już pandemia odebrała nam wiele nawyków, ale jednocześnie oddała sporo czasu to możemy go z powodzeniem przekierować właśnie teraz na nasze zapomniane czy porzucone zainteresowania. A gdyby ktoś miał problem z namierzeniem tego, co daje mu prawdziwą, długotrwałą satysfakcję, to mogę się podzielić pewnym sposobem, który wpadł mi kiedyś do głowy, a który staram się uskuteczniać regu-
larnie, gdy czuję, że obniża mi się odczuwana radość czy motywacja do działania. Jest to druga ze wspomnianych metod. Wsiadam wówczas np. do autobusu (można też do samochodu albo na rower) włączam ulubioną muzykę i wyobrażam sobie tak jeżdżąc po Warszawie, że to nie jest miasto w którym się urodziłam, lecz takie, do którego przed chwilą przyjechałam i właśnie je zwiedzam. Staram się oglądać je oczami zachwyconego dziecka. Włącza się wtedy ciekawość, która towarzyszy mi dużo dłużej niż sama wycieczka i pomaga spojrzeć na wszystko w czym jestem, zupełnie nowym wzrokiem. Nie mogę obiecać, że patrzenie oczami zaciekawionego dziecka uda się Wam za pierwszym razem ale pomyślałam, że ta – może dość niecodzienna – metoda przywracania sobie ciekawości, zaangażowania we własne życie i motywacji do działania nie może być jedynie dla mnie. ■
2