Page 1


KSIĘGA STULECIA NIEPODLEGŁOŚCI


KSIĘGA STULECIA NIEPODLEGŁOŚCI 1. / 1918-1944

WARSZAWA 2018


Kadr z plakatu autorstwa Bogdana Nowakowskiego z 1918 roku. Fot. Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie


SPIS TREŚCI Racja stanu 1918. 13 Punkt 1918. Akt Brzeski 1918. Ambasada Narodu 1918. Listopad 1919. Kształt Państwa 1919. Stan graniczny 1919. Racje Wersalu 1920. Front wschodni 1920. Wiktoria 1921. Marzec stanowiący 1922. Śmierć I Prezydenta 1923. Granica wschodnia 1924. Siła pieniądza 1926. Węzeł polityczny 1929. Porządki pomajowe 1930. Pacyfikacje 1934. Siła władzy 1935. Śmierć Marszałka 1936. Kondycja Państwa 1937. Status quo 1938. Z pozycji siły 1939. Katastrofa 1939. Sukcesja 1939. Sojusz okupantów 1940. Odebranie Kresów 1941. Sowieci sojusznikiem 1942. W imię Rzeszy 1943. Wizja powojnia 1943. Koniec Kresów 1944. Lato 44 Spis źódeł

6 8 16 24 32 40 48 56 64 72 80 88 96 104 112 120 128 136 144 152 160 168 176 184 192 200 208 216 224 232 240 248


1918

LISTOPAD Jesienią 1918 wszystkie zasadnicze siły, wewnętrzne i zewnętrzne, składają się na Rzeczpospolitą. Kończenie się wojny uruchamia nową energię społeczną i polityczną, żywiołowo zmienia relacje między narodami, dotąd określone przez dominację mocarstw. Całkowity upadek carskiej Rosji, rozpad Austro-Węgier, klęska militarna Niemiec – oznaczają dla Europy Środkowo-Wschodniej szansę stanowienia porządku sprawiedliwego, uwzględniającego odrębne tożsamości. Polska powraca jako państwo zintegrowane wolą społeczeństwa polskiego, lecz zarazem w roli silnego potencjalnie konkurenta dla wszystkich sąsiadów, którzy też ustanawiają ramy swego istnienia. Emocjonalną jedność kraju, wspieraną przez Aliantów, naruszają napięcia polityczne – ze strony dwóch zwalczających się formacji, a także graniczne, gdy narasta wrogość wobec narodów ościennych.

I WOJNA

32 Stefan Jankowski (działacz społeczny) Niemcy proszą o pokój! Polska będzie zjednoczona! […] Dla nas już to, co zaszło, ma niesłychane znaczenie. Wszakże to Niemcy godzą się – między innymi – na punkt trzynasty Wilsona, który opiewa, że Polska ma być niepodległa, zjednoczona, z wolnym dostępem do morza. Więc zjednoczenie Polski nie ma dziś – teoretycznie biorąc – przeciwników. Warszawa, 4 października 1918 [129]

kopertę i podał mi ją. […] Po przeczytaniu pierwszych zdań pisma, coś dziwnego stało się ze mną. Litery biegały mi przed oczami. Rozkaz brzmiał wyraźnie: „Jutro, tj. dnia 2 bm., o godzinie 2 (po południu) rozbroić oddziały wojska austriackiego, komendy, posterunki, żandarmerię itd.”. Sprawdziłem podpis i pieczęć – nie ulegało wątpliwości, że prawdziwe. Po przeczytaniu instrukcji co do rozbrojenia i przejęcia władzy w nasze ręce, na razie, chwil parę, siedziałem jak odurzony. A więc już… Boże! Że też ja dożyłem tych dni. Puławy, 1 listopada 1918 [186]

Maria Kasprowiczowa (żona poety Jana Kasprowicza) w dzienniku To, co się dzieje, wygląda na wspaniały epilog. Epilog, który dał wyraz najdalej idącym tęsknotom. Fakty układają się tak zdumiewająco, że przestajemy się dziwić. Jakim powróci człowiek z tej wędrówki, przypominającej wędrówkę Dantego po krainie, skąd – wedle jego własnych słów – nie ma powrotu? Człowiek nie umie już się cieszyć. Właśnie to rzuca się przede wszystkim w oczy. Polacy nie stanowią wyjątku. Na progu nowego życia otwierają wczoraj jeszcze na siedem spustów zamkniętą dla nich Księgę i trochę zmęczoną ręką wypisują w nagłówku: Rozdział I Historii Zmartwychwstałej Niepodległej Zjednoczonej Polski. Lwów, 30 października 1918 [135]

Władysław Szczypa (członek tajnej Polskiej Organizacji Wojskowej) Kurier wyjął ukrytą za podszewką, zapieczętowaną

Jędrzej Moraczewski (członek Polskiej Komisji Likwidacyjnej, tymczasowej polskiej władzy w Galicji) W każdym mieście, ba – miasteczku tworzono samorzutnie oddziały wojskowe, bez związku z sobą, bez planu, bez komendy ogólnej, dopóki starczyło broni i mundurów. Inicjator mianował się sam komendantem miasta czy okręgu i uważał się za właściciela wojska przez siebie lub wokoło siebie zgrupowanego. Galicja, początek listopada 1918 [213]

Herman Lieberman (adwokat, poseł do parlamentu austriackiego) W pociągu, którym […] zdążałem do kraju, znajdowali się także posłowie ukraińscy z Galicji – z nimi posłowie polscy i ja nawiązaliśmy rozmowę, aby sobie wyklarować stosunek wzajemny Polaków i Ukraińców po upadku Austrii. Usiłowaliśmy nawet wyszukać drogę kompromisu, aby rzucić fundament


Galicja [182]

Zofia Romanowiczówna (działaczka społeczna) w dzienniku Dziś w nocy Ukraińcy zbrojnie zajęli Lwów. Więc nowy wróg, może jeszcze gorszy od tamtych, więc złe żywioły wzięły górę! A ja tak wierzyłam w zwycięstwo dobrego, w pojednanie i dobre stosunki z bratnim ludem – wszak w ostatnich czasach nieraz odzywały się, nie tylko wśród nas, ale i wśród nich, głosy nawołujące do porozumienia się, do braterstwa i zgody. Lwów, 1 listopada 1918 [293]

Kpt. Antoni Kamiński (dowódca Komendy Okręgowej tworzącego się Wojska Polskiego) Nie ma dla nas wyboru: jesteśmy żołnierzami Niepodległości Polski, jesteśmy na polskiej ziemi; mamy obowiązek bronić jej – prawo nasze wynika z naszego obowiązku. Mamy prawo na gwałt zadany naszej ziemi odpowiedzieć po żołniersku, twardo; uczynić wszystko, aby obowiązek obrony wykonać dobrze – a zgoła nie troskać się następstwami politycznymi, bo one obciążą tych, co nas, żołnierzy, wtrącili w sytuację, z której jest jedno tylko wyjście: strzelać. Lwów, początek listopada 1918 [238]

Władysław Leopold Jaworski (polityk konserwatywny, poseł Koła Polskiego w parlamencie austriackim) w dzienniku W południe rozeszło się po Krakowie osobne wydanie z zawiadomieniem, że mocarstwa centralne przyjmują warunki Wilsona i proszą o zawieszenie broni. Wrażenie jest widoczne.

Jędrzej Moraczewski Niepodobna oddać tego upojenia, tego szału radości, jaki ludność polską w tym momencie ogarnął. Po 120 latach prysły kordony! Nie ma „ich”! Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo! Na zawsze! Chaos? To nic! Będzie dobrze. Wszystko będzie, bo jesteśmy wolni od pijawek, złodziei, rabusiów, od czapki z bączkiem, będziemy sami sobą rządzili. W ciągu dwóch dni nie było śladu po symbolach panowania Austriaków. Kto tych krótkich dni nie przeżył, kto nie szalał z radości w tym czasie wraz z całym narodem, ten nie doznał w swym życiu najwyższej radości. Cztery pokolenia nadaremno na tę chwilę czekały, piąte doczekało. Od rana do wieczora gromadziły się tłumy na rynkach miast. Robotnik, urzędnik porzucali pracę, chłop porzucał rolę i leciał do miasta, na rynek, dowiedzieć się, przekonać, zobaczyć wojsko polskie, polskie napisy, orły na urzędach; rozczulano się na widok kolejarzy, ba – na widok polskich policjantów i żandarmów. Galicja [213]

Jan Gawroński (słuchacz Szkoły Podchorążych Piechoty) Wraca z Niemiec Komendant. Lada chwila spodziewany pociąg – wybiegam, jeszcze ciemno. Na peronie czeka [regent] Zdzisław Lubomirski – stoi sam z adiutantem Stanisławem Rostworowskim, inne grupki czekających nie zbliżają się do niego. […] Podchodzę; serdecznie jest zdziwiony moją tu obecnością […]. Zaczynamy gawędzić, wyglądając pociągu – „Co za szczęście, że zdołaliśmy uzyskać zwolnienie Piłsudskiego! To ostatnia nadzieja. Może on potrafi opanować sytuację”. Warszawa, 10 listopada 1918 [81]

Mieczysław Jankowski (działacz społeczny)

Wierzono, że teraz, w Polsce niepodległej, wszystko zło zostanie naprawione, że nic nie stanie na przeszkodzie ku temu; w każdym Polaku upatrywano brata, sługę sprawiedliwości społecznej i politycznej. To rozbudzenie się uczuć braterskich sprawiło, że wszelacy szpicle, służący przedtem wiernie Austriakom, i krzywdziciele rozmaitego rodzaju – uniknęli kary. W całym powiecie nie było w owym czasie ani jednej ofiary zemsty.

Warszawa żyła w tych dniach na ulicy. Zrozumiałe podniecenie ogarnęło wszystkich. Każdy chciał się czegoś dowiedzieć, na ulicach tworzyły się grupki ludzi omawiających żywo wypadki. […] Niemców spotykało się niewielu i nie mieli już tak butnych min, jak poprzednio, większość z nich miała już na mundurach czerwone, rewolucyjne kokardki […]. Ludność samorzutnie zaczęła rozbrajać żołnierzy, którzy poddawali się temu przeważnie bez protestu. Zaraz na ulicy Wareckiej spotkałem jakiegoś wojskowego niemieckiego, silnego, rosłego mężczyznę, za którym biegł mały 12–13-letni uczniaczek. Gdy go dogonił, zatrzymał go i kazał mu oddać broń, a duży Niemiec bez słowa odpiął pas i oddał mu szablę.

Krynica, początek listopada 1918 [186]

Warszawa, 11 listopada 1918 [378]

Kraków, 5 listopada 1918 [130]

Franciszek Żurek (komendant POW w Krynicy)

33 LISTOPAD

dla stworzenia zgodnego i na zasadzie słuszności opartego współżycia. Ukraińcy jednak nam wciąż odpowiadali: „Dużo krwi się poleje”.


Maria z Łubieńskich Górska (ziemianka) w dzienniku Pierwszy to dzień prawdziwie niepodległej Polski, oczyszczonej od Moskala i Niemca, jesteśmy nareszcie sami, co marzone – ziszczone, co kochane – otrzymane… Pan Bóg zrobił dla nas wszystko; obyśmy dzieła Jego nie psuli. […] Wojsko niemieckie, idąc za przykładem Berlina, bez oporu broń rzuca. Mamy więc już i karabiny, i kartaczownice, i amunicję, i duże zapasy surowców, żywności, ubrań, samochodów. Łatwa ta zdobycz upaja miasto, ulice przepełnione, ludzie płaczą z radości, ściskają się nieznajomi. „Mamy Polskę!” – mówią głośno. […] Radość ogólna, dzień to przepiękny, cudowny, o którym tylko w snach się marzyło. Warszawa, 11 listopada 1918 [110]

w Lublinie. Z Ignacym do ładu dojść nie mogę. Rozmawia ze mną, jak gdyby był na wiecu w ujeżdżalni. Gniewem ludu mi grozi i barykadami. Nie rozumie i nie widzi, co stoi przed nami: że musimy myśleć o całych dzielnicach kraju, gdzie wpływ lewicy jest minimalny; że musimy zorganizować nie tylko Radę Ministrów, ale cały aparat administracyjny; że musi powstać skarb; że trzeba uruchomić fabryki; osłonić się wojskiem, które trzeba uzbroić, nakarmić, odziać. Że na to wszystko trzeba ogromnego wysiłku i trzeba zaprząc wszystkie siły, wszystkich ludzi, których lewica ma właśnie najmniej. Nie myśli o tym, że będziemy potrzebowali pomocy, pomocy z zewnątrz; że Paryż jest ważny, nie tylko Warszawa i Kraków. Świat na nas patrzy i musimy mu się zaprezentować jako naród zdolny do pełnego wysiłku, a nie gromada skłóconych gadułów, gotowych strzelać do siebie o podział strzępów władzy. Warszawa, 12 listopada 1918 [203]

Rada Regencyjna w odezwie do narodu polskiego

I WOJNA

34

Wobec grożącego niebezpieczeństwa zewnętrznego i wewnętrznego, dla ujednolicenia wszelkich zarządzeń wojskowych i utrzymania porządku w kraju, Rada Regencyjna przekazuje władzę wojskową i naczelne dowództwo wojsk polskich, jej podległych, brygadierowi Józefowi Piłsudskiemu. Po utworzeniu Rządu Narodowego, w którego ręce Rada Regencyjna, zgodnie ze swymi poprzednimi oświadczeniami, zwierzchnią władzę państwową złoży, brygadier Józef Piłsudski władzę wojskową, będącą częścią zwierzchniej władzy państwowej, temuż Rządowi Narodowemu zobowiązuje się złożyć, co stwierdza podpisaniem tej odezwy.

Naczelny Wódz Józef Piłsudski w odezwie do społeczeństwa polskiego Obywatele i obywatelki! […] Okupacja w Polsce przestaje istnieć. Żołnierze niemieccy opuszczają naszą Ojczyznę. Rozumiem w pełni rozgoryczenie, jakie we wszystkich kołach społeczeństwa obudziły rządy okupantów. Pragnę jednak, abyśmy nie dali się porwać uczuciom gniewu i zemsty. Wyjazd władz i wojsk niemieckich musi odbyć się w najzupełniejszym porządku. […] Obywatele! Wzywam Was wszystkich do zachowania zimnej krwi, do równowagi i spokoju, jaki powinien panować w narodzie pewnym swej wielkiej i świetnej przyszłości. Warszawa, 12 listopada 1918 [250]

Warszawa, 11 listopada 1918 [156]

Maria Dąbrowska (pisarka) w dzienniku

Józef Piłsudski

Przez cały dzień na ulicach tłumy. Ruch tramwajowy normalny. Wszędzie samochody z naszymi żołnierzami. […] W tym wszystkim wstaje Polska. I nikt nie widzi, jak jest piękna. Nikt nie spostrzega w tym zgiełku.

Miałem wtedy ciągle do czynienia z próbą wytworzenia jakiegoś centralnego rządu. Wszystkie usiłowania zbliżenia ludzi do siebie, zmuszenia ich do współpracy z sobą, pękały mi w ręku w jednej chwili, gdym tego zagadnienia dotykał. Nikogo namówić nie mogłem, […] aby Polacy zechcieli się zastanowić nad koniecznością współpracy, nad koniecznością umowy i nad koniecznością ugody już nie z zaborcą, lecz z samymi sobą. […] Dwa ciężkie dni spędziłem na katorżnej robocie, aby słuchać „gettowych” określeń jednej i drugiej strony, które w żaden żywy sposób punktu stycznego nie zachodziły, bo słowa jednych wzbudzały u drugich od razu słowa przeciwne, bo mur sprzeczności wyrastał natychmiast. […] Zdawało mi się, że mam do czynienia z ludźmi, z których każdy mówi innym językiem, chcąc widzieć w słowach to, czego w tych słowach nie było.

Warszawa, 11 listopada 1918 [50]

Bogusław Miedziński (referent polityczny sztabu POW) Już 24 godziny po przybyciu do Warszawy [socjalisty, premiera Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej, działającego w Lublinie 7–11 listopada] Ignacego Daszyńskiego, Komendant, wracając późnym wieczorem z całodziennych konferencji, zauważył mnie w poczekalni, przywołał do siebie, odszedł ze mną na bok i przyciszonym głosem powiedział: – Macie już skutki waszego „mądrego” pośpiechu

Warszawa, połowa listopada 1918 [252]


Jako Wódz Naczelny armii polskiej, pragnę notyfikować rządom i narodom wojującym i neutralnym istnienie państwa polskiego niepodległego, obejmującego wszystkie ziemie zjednoczonej Polski. Sytuacja polityczna w Polsce i jarzmo okupacji nie pozwoliły dotychczas narodowi polskiemu wypowiedzieć się swobodnie o swym losie. Dzięki zmianom, które nastąpiły wskutek świetnych zwycięstw armii sprzymierzonych – wznowienie niepodległości i suwerenności Polski staje się odtąd faktem dokonanym. Państwo polskie powstaje z woli całego narodu i opiera się na podstawach demokratycznych. Rząd polski zastąpi panowanie przemocy, która przez 140 lat ciążyła nad losami Polski – przez ustrój zbudowany na porządku i sprawiedliwości. Opierając się na armii polskiej pod moją komendą, mam nadzieję, że odtąd żadna armia obca nie wkroczy do Polski, nim nie wyrazimy w tej sprawie formalnej woli naszej. Jestem przekonany, że potężne demokracje Zachodu udzielą swej pomocy i braterskiego poparcia polskiej Rzeczpospolitej odrodzonej i niepodległej. Warszawa, 16 listopada 1918 [210]

Kazimierz Wierzyński (poeta) Każdy wiedział, że to początek nowych dziejów. […] Nie umiem znaleźć innego słowa, aby określić ówczesny nastrój – niż uniesienie. Kto chodził wtedy po Warszawie, nigdy nie zapomni pierwszych kro-

Warszawa, listopad 1918 [385]

Józef Piłsudski podczas spotkania ze współpracownikami Historia powiedziała już swoje; niezależnie od tego, kto, co i jak przewidywał, faktem jest, że stanęła przed nami wolność i życie niepodległe z jego ogromnymi i zupełnie nowymi zagadnieniami. Skutki przeszłości […] są takie, że nie ma stronnictwa czy partii, która by mogła powiedzieć, że własnymi siłami potrafi dać radę wszystkim trudnościom. A czas przed nami jest krótki i tylko wspólnym wysiłkiem możemy zdecydować, w jakich granicach naszą wolność obwarujemy i jak silnie staniemy na nogach, zanim dojdą z powrotem do siły i pełnego głosu nasi sąsiedzi ze wschodu i zachodu. Warszawa, 29 listopada 1918 [203]

35 LISTOPAD

Józef Piłsudski w telegramie do rządów alianckich, państw neutralnych oraz Niemiec

ków na obszarze wolności. […] Istnieją doświadczenia, które wchodzą w ludzi tak głęboko, że potem trwają w nich poza pamięcią. […] Budują nas, przywiązują do miejsca i prowadzą w świat. […] Nic nigdy nie odbierze mi tej niedzieli 10 listopada. […] Nic nigdy nie odbierze jej pokoleniu, które zaznało szczęścia, że listopad przestał być niebezpieczną dla Polaków porą. […] Jak długo trwało to uniesienie? […] Pierwszy oddech nowego państwa, pierwsze jego pospieszne i gorliwe ruchy? Fortuna, która przetoczyła się wówczas po Europie nie skąpiła nam oczywiście trosk i zawodów, ponad tym unosiła się jednak radość, niepowtarzalna radość gromadzenia ziemi polskiej, utrwalania granic, lepienia własnego kształtu życia.


II RP

60

01


02

61 01.

Kozienice, 1919 rok. Zgromadzenie przed Obwodową Komendą Policji. Na gmachu wywieszony portret Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego. Fot. Sz. Berman / Archiwum Akt Nowych

02.

1919 rok. Bezpłatny gabinet dentystyczny w Domu Żołnierza Polskiego. Fot. Biblioteka Narodowa

03.

Warszawa, 6 sierpnia 1919. Kobiety dekorują kwiatami mundury żołnierzy Wojska Polskiego. Fot. Polska Akademia Nauk

03

03


II RP

62

Suchodoły (obwód lwowski), październik 1919. Fot. Biblioteka Kongresu, sygn. LC-DIG-anrc-04314


1922

ŚMIERĆ I PREZYDENTA Zgodne z nową Konstytucją (z marca 1921), wybory parlamentarne w listopadzie 1922 ustanawiają Sejm wybitnie rozproszony (17 ugrupowań). Obok mocnej prawicy (blisko 1/3 posłów), znaczącą reprezentację zyskują mniejszości narodowe: Żydzi, Ukraińcy, Niemcy, Białorusini. 9 grudnia 1922 Zgromadzenie Narodowe wybiera pierwszego w historii Prezydenta Rzeczpospolitej. Za Gabrielem Narutowiczem – 186 głosów polskich i 103 innych narodowości; przeciw – 256 głosów polskich. Ten rozkład głosów wynika z dotychczasowego podziału społecznego i politycznego kraju (choć Konstytucję przyjęto jednomyślnie), zarazem jednak znacząco pogłębia ideologiczną polaryzację. Krew Prezydenta dzieli Polskę. Jego zabójca, Eligiusz Niewiadomski, ogłasza w dniu swojej śmierci: „Umieram szczęśliwy, że dzieło zbudzenia sumień i zjednoczenia serc polskich już się spełni”.

II RP

88 Stanisław Thugutt (prezes PSL „Wyzwolenie”) Było niemal pewne, że stronnictwa lewicy postawią kandydaturę Piłsudskiego, o ile nie nastąpi z jego strony wyraźny sprzeciw. Dopiero publiczne oświadczenie Naczelnika Państwa na kilka dni przed Zgromadzeniem Narodowym było tym wyraźnym sprzeciwem i dopiero od tego dnia, w ostatnich już niemal chwilach zaczęto szukać kandydata. [...] Trudności ze znalezieniem właściwego człowieka były istotnie duże. [...] Trzeba było kandydata bezpartyjnego. W tych warunkach postawiona przeze mnie na parę dni przed terminem Zgromadzenia w klubie PSL „Wyzwolenie” kandydatura Narutowicza przyjęta została po bardzo krótkiej dyskusji. [...] Narutowicz [...] wymawiał się brakiem zdrowia, nieznajomością stosunków, niechęcią narażenia się komukolwiek. [...] Ostatecznie zgodził się po długim i upartym oporze. [...] Niestety, osiągnięcie jednomyślności w stawianiu kandydatury przez stronnictwa lewicy okazało się niemożliwe. [...] Widoki naszej kandydatury stawały się mało realne. Mieliśmy przeciwko sobie „Piasta”, oba stronnictwa robotnicze [PPS, NPR], Piłsudskiego, który jeszcze w dzień wyborów rano odradzał Narutowiczowi kandydowanie. [...] Będąc tak odosobnionymi, musieliśmy szukać oparcia w klubach mniejszości narodowych. [...] Niemcy i oba kluby słowiańskie [Ukraiński i Białoruski] udzieliły nam poparcia bez wahań i bez żadnych zastrzeżeń. [...] Dłuższą i nieco trudniejszą była rozmowa z Kołem Żydowskim, które obiecało wprawdzie swoje głosy, ale proponowało zarazem nasze wypowiedzenie się na temat stosunku do

sprawy żydowskiej. Sądziłem, że jest to zbyteczne, wystarcza bowiem stwierdzenie, że w sprawie mniejszości żydowskiej [...] stoimy na gruncie Konstytucji i demokratyzmu, czego rękojmią jest nasze dotychczasowe postępowanie. Na tym stanęło. Warszawa, początek grudnia 1922 [78]

Z artykułu Inwazja w „Gazecie Warszawskiej” Po cichu i niepostrzeżenie dokonał się w ostatnich dniach naszego życia politycznego fakt niezmiernie doniosłej wagi: nawiązanie jawnego i coraz ściślejszego kontaktu radykalnej lewicy z antypaństwowymi grupami mniejszości narodowych, kierowanymi przez Żydów. [...] Równocześnie z akcją sejmową Klubu Żydowskiego, który całkiem otwarcie gotuje skoncentrowany atak przeciw zwartości i sile państwa, idzie [...] inwazja finansów żydowskich. [...] Inwazja żydowska na Polskę nie jest wymysłem szowinistycznym [...]. Jest to wielka, zorganizowana akcja, kierowana przez ludzi o wyszkoleniu taktycznym, rozporządzających ogromnymi środkami i wpływami. Akcja ta rozwija się tak szeroko i skutecznie, ponieważ Polska nie posiada wyraźnej i zwartej większości sejmowej, zdana jest na rządy ludzi słabych, poddających się łatwo wszelkim wpływom. Warszawa, 8 grudnia 1922 [92]

Stanisław Wojciechowski (poseł PSL „Piast”, kandydat na prezydenta) Wobec dużego rozproszenia głosów, potrzebnych było aż pięć głosowań dla uzyskania wymaganej


Warszawa, 9 grudnia 1922 [390]

Z artykułu w „Gazecie Warszawskiej” Przed gmachem sejmowym przez czas trwania Zgromadzenia Narodowego gromadziła się młodzież polska, czekając na rezultaty głosowania. Na wieść, iż prezydentem ma zostać Narutowicz, zwolennik Belwederu [Piłsudskiego], który uzyskał większość dzięki głosom Żydów, Niemców i innych „mniejszości narodowych” – z piersi młodzieży wydarł się żywiołowy krzyk: „Nie chcemy takiego prezydenta! Nie znamy go! Precz z Żydami!”. Okrzyk ten przeleciał przez ulice Warszawy i wkrótce utworzył się wielki pochód, do którego przyłączyła się młodzież stojąca u wrót Sejmu. [...] Pochód urósł do imponujących rozmiarów, do młodzieży przyłączały się rzesze warszawian z ulicy i tramwajów. Na ulicach rozbrzmiewały gromkie okrzyki, najczęściej: „Precz z Żydami!”. Warszawa, 9 grudnia 1922 [93]

które głosowały za Narutowiczem, nie puszczano do Sejmu. Kazano im zawracać, nie szczędząc przy tym obelg, szturchańców i szyderstw. Szczególnie brutalny szturm przypuszczono na zdążających do Sejmu sędziwego senatora Bolesława Limanowskiego i posła Ignacego Daszyńskiego, obu z PPS. Musieli oni schronić się do bramy na placu Trzech Krzyży. Wieść o tym doszła do Sejmu, skąd kilku posłów pospieszyło towarzyszom na pomoc, ale tłum rzucił się na przybyłych i pobił ich dotkliwie. Tymczasem na pomoc swym posłom zaczęły zdążać gromady wzburzonych robotników. Niedaleko bramy, w której oblegano Limanowskiego i Daszyńskiego, doszło do walki. Padły strzały rewolwerowe. Warszawa, 11 grudnia 1922 [276]

Adam Pragier (członek Rady Naczelnej PPS, poseł na Sejm) Wyszliśmy przed Sejm, aby powitać nadjeżdżającego Prezydenta. Przybył w otwartym powozie, w otoczeniu plutonu szwoleżerów [...]. Premier Julian Nowak stchórzył i nie chciał z nim jechać. Narutowicz miał kilka plam na płaszczu od grud brudnego śniegu, którym go obrzucono w Alejach Ujazdowskich; siedział prosto, z kamienną twarzą i uchylił cylindra w odpowiedzi na nasze powitalne okrzyki. Ceremonia przysięgi była wstrząsająca w swojej ponurej grozie, w sali zapełnionej zaledwie do połowy, w świadomości, że przeżywamy chwile prawdziwego niebezpieczeństwa. Warszawa, 11 grudnia 1922 [270]

Stanisław Stroński (publicysta związany z ruchem narodowym) w artykule Ich Prezydent w „Rzeczpospolitej”

Z artykułu w „Gazecie Warszawskiej”

Czy pan Gabriel Narutowicz nie ma poczucia niewysłowionej krzywdy, jaką wyrządza narodowi polskiemu, przyjmując wybór dokonany z podeptaniem najsłuszniejszych zasad tego narodu, który walczył z pokolenia na pokolenie, aby sam, naprawdę sam o swych losach rozstrzygać? [...] Wybór ten, zdumiewająco bezmyślny, wyzywający, jątrzący, wytwarza stan rzeczy, z którym większość polska musi walczyć i na podstawie którego żadną miarą nie stanie do pracy państwowej, bo byłoby to tylko utrwaleniem rozstroju i zagładą podstawowych pojęć, którymi stoją narody.

Przetrwaliśmy niewolę obcą, potrafimy się wyzwolić i z sieci, w jakiej nas trzyma żydostwo przy pomocy, niestety, obałamuconej części naszego własnego społeczeństwa. Do czynu! Do walki!

Warszawa, 10 grudnia 1922 [94]

W sobotę odbywało się doroczne otwarcie Salonu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. Narutowicz od rana zajęty był rewizytami. Miał być u kardynała [Aleksandra Kakowskiego], a później zajechać do Zachęty. [...] W przedsionku wystawy zebrana była liczna publiczność [...]. Zauważyłem posła [ambasadora] angielskiego, włoskiego, czechosłowackiego, bułgarskiego, rumuńskiego i wiele innych osób z dyplomacji zagranicznej. Był obecny również dyrektor proto-

Adam Próchnik (działacz PPS) Na ulicach prowadzących do gmachu sejmowego zebrały się tłumy, [...] przeważała młodzież. Posłów i senatorów zdążających na posiedzenie atakowano brutalnie, badano ich legitymacje, stwierdzano, do jakiego stronnictwa należą i zwolenników partii,

Warszawa, 12 grudnia 1922 [94]

Jan Skotnicki (malarz, dyrektor Departamentu Kultury i Sztuki w Ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego)

89 ŚMIERĆ I PREZYDENTA

przez Konstytucję bezwzględnej większości. [...] Podczas przerw czynione były próby porozumienia – nadaremnie. [...] Gdy moja kandydatura odpadła w czwartym głosowaniu, klub „Piasta” postanowił w następnym głosowaniu oddać swoje głosy na Narutowicza. Taką samą decyzję powzięły głosujące dotychczas na mnie kluby NPR i PPS. Wobec tego wynik piątego głosowania nie ulegał wątpliwości. Narutowicz otrzymał bezwzględną większość głosów.


II RP

108

Warszawa, maj 1925. Prace rozbiรณrkowe Soboru Aleksandra Newskiego na placu Saskim. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe


109


II RP

110

01

01.

Kraków, 1925 rok. Bankiet w Grand Hotelu podczas Zjazdu Budowniczych. Fot. Antoni Pawlikowski / Narodowe Archiwum Cyfrowe

02.

Warszawa, grudzień 1925. Kobiety przed wejściem do pomieszczenia Misji Dworcowej na Dworcu Głównym. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe


111

02


1938

Z POZYCJI SIŁY W ślad za skutecznymi aneksjami III Rzeszy wobec Austrii i Czechosłowacji, władze II RP postanawiają skorzystać z aury stanowczej polityki między narodami. W marcu 1938 incydent na granicy z Litwą staje się pretekstem do złamania jej oporu wobec nawiązania stosunków dyplomatycznych z Polską. Wojsko manifestuje gotowość do interwencji, lecz litewskiej granicy nie przekracza. Natomiast na początku października Rzeczpospolita odbiera Zaolzie, wprowadzając tam armię. Uległość Litwy i Czechosłowacji wzmacnia w kraju złudne poczucie mocarstwowości. Propaganda rządzącej sanacji przekonuje Polaków, że ich państwo potrafi nie tylko radzić sobie z narastającymi konfliktami wewnętrznymi, ale otwiera się na dalsze podboje. Liczebność członków Ligi Morskiej i Kolonialnej, żądających kolonii zamorskich, zbliża się do miliona.

II RP

168 Z komunikatu Polskiej Agencji Telegraficznej W nocy 10/11 marca, [...] na odcinku Marcinkańce granicy polsko-litewskiej [...] patrol KOP [Korpusu Ochrony Pogranicza] w składzie dowódcy i żołnierza spostrzegł na terytorium Polski dwóch osobników, którzy właśnie przekroczyli nielegalnie granicę. Kiedy patrol wezwał ich do zatrzymania się, osobnicy zaczęli uciekać – jeden w głąb terytorium polskiego, drugi w kierunku terytorium litewskiego. Dowódca patrolu zaczął ścigać pierwszego, gdy drugi był ścigany przez żołnierza Stanisława Serafima. Ten ostatni zbłądził w ciemności i znalazł się po drugiej stronie granicy, gdzie w odległości 3 metrów od linii granicznej został ostrzelany przez [...] policję litewską. Żołnierz Serafim zmarł z odniesionych ran. [...] Ten incydent jest nieuniknionym skutkiem z jednej strony nienormalnego stanu, istniejącego na granicy polsko-litewskiej z powodu upartej odmowy rządu litewskiego ustanowienia normalnych stosunków między obu krajami, a z drugiej strony – wrogiej atmosfery w stosunku do Polski, starannie utrzymywanej przez rząd litewski po tamtej stronie granicy [od czasu zajęcia Wilna przez Polskę w 1920 roku].

Stanisław Cat-Mackiewicz (publicysta) w artykule w „Słowie” Normalizacja stosunków polsko-litewskich staje się konieczna. Musimy to żądanie postawić Kownu w sposób kategoryczny, ultymatywny. Państwa reprezentujące Ligę Narodów, Anglia i Francja, muszą wybierać pomiędzy namówieniem Litwy kowieńskiej do nawiązania normalnych stosunków dyplomatycznych i konsularnych z Polską i otwarciem normalnych stosunków na granicy a nieobliczalnymi konsekwencjami. Wzmocnienie naszego sąsiada [Niemiec po aneksji Austrii] bez jednoczesnego wzmocnienia nas, byłoby dla nas katastrofą, przed którą musimy bronić się wszystkimi sposobami. Wilno, 14 marca 1938 [316]

Michał Römer (prawnik, rektor Uniwersytetu Litewskiego w Kownie, Polak z pochodzenia) w dzienniku

Poruszająca wiadomość o zajęciu Austrii przez Hitlera. Cóż to za niesłychane rzeczy dzieją się teraz na świecie.

Sytuacja polityczna, w jakiej się znalazła Litwa, nie jest dobra. Zabór Austrii przez Hitlera podniecił i rozpętał wszelkie pożądania zaborcze. Rozzuchwalił apetyty i poczucie bezkarności gwałtu. Że może to działać na Polskę i na te w niej czynniki, które mają dosyć „krnąbrności” Litwy i chciałyby z nią skończyć metodami faktów dokonanych – to pewne. […] Nastroje agresywne, narastające w atmosferze europejskiej […] są zaraźliwe. […] Na Wileńszczyźnie – nowa fala mityngów masowych antylitewskich, heca napaści i domagań się. Zbiera się burza.

Warszawa, 12 marca 1938 [51]

Kowno, 15 marca 1938 [294]

Warszawa, 11 marca 1938 [88]

Maria Dąbrowska (pisarka) w dzienniku


Na Zamku [u Prezydenta] postawiłem sytuację tak: [...] sąsiedztwo z państwem, które wzbrania się utrzymywać z nami stosunki dyplomatyczne – staje się rzeczą niebezpieczną. Incydent graniczny [...] musi być potraktowany szczególnie poważnie, gdyż tak łatwo obecnie o większe komplikacje. Jeśli postawimy sprawę stanowczo wobec Litwinów, to ogólne naprężenie sytuacji europejskiej wzmacniać będzie nasz krok. Jeśli żądania postawimy bardzo umiarkowane i nienaruszające interesów istotnych Litwy, to 1) będziemy mieli szanse przyjęcia naszych żądań, a 2) szybko doprowadzimy do uspokojenia. Wobec tego zaproponowałem nadać naszemu krokowi formę ultimatum, ale zażądać tylko nawiązania normalnych stosunków dyplomatycznych, granicznych i sąsiedzkich, jako jedynego środka pozwalającego pokojowo zlikwidować incydent. Warszawa, 16 marca 1938 [24]

Gen. Statys Raštikis (Naczelny Wódz Litewskich Sił Zbrojnych) Rząd litewski w pełnym składzie zebrał się w Pałacu Prezydenckim. [...] Mój wniosek był następujący: tymczasem nasza armia samodzielnie nie może z powodzeniem podjąć walki z całym wojskiem polskim; gdyby była potrzeba, moglibyśmy się tylko bronić albo dokonać demonstracji militarnej. Kowno, 19 marca 1938 [302]

Z artykułu w „Polsce Zbrojnej” W ciągu całej nocy i rana przez Wilno przeciągały oddziały piechoty, kawalerii, artylerii i wojsk zmotoryzowanych w kierunku granicy litewskiej. Zgromadzona na ulicach publiczność na widok maszerujących oddziałów wznosiła entuzjastyczne okrzyki na cześć wojska. Warszawa, 19 marca 1938 [262]

Z noty ultymatywnej rządu polskiego do rządu Litwy z żądaniem nawiązania stosunków dyplomatycznych Rząd polski oświadcza […], że za jedyne załatwienie, odpowiadające powadze sytuacji, uważa natychmiastowe nawiązanie normalnych stosunków dyplomatycznych, bez żadnych conditions préalables [warunków wstępnych]. Jest to jedyna droga do uregulowania spraw sąsiedzkich dla każdego rządu, który jest ożywiony rzeczywiście dobą wolą uniknięcia niebezpiecznych dla pokoju wydarzeń. […] Rząd polski pozostawia rządowi litewskiemu 48 godzin dla przyjęcia powyższej propozycji. […] Powyższa propozycja nie może być przedmiotem dyskusji ani co do formy, ani co do treści, jest ona propozycją ne varietur [niepodlegającą negocjacji]. Brak odpowiedzi lub jakiekolwiek zastrzeżenia czy dodatki będą uważane przez rząd polski za odmowę. Rząd polski w tym negatywnym wypadku słuszne interesy swego państwa zabezpieczy własnymi środkami. Warszawa, 17 marca 1938 [209]

Z informacji w wileńskim „Słowie” Na placu Marszałka Piłsudskiego zgromadził się kilkunastotysięczny tłum, podzielony na cały szereg organizacji, z wielką ilością sztandarów i transparentów […]: „Ukarać zbrodniarzy litewskich!”, „Serce Polski – to Wilno”, „Marszałku Śmigły, prowadź nas na Kowno!”, „Niech żyje unia Litwy z Polską!”, „Zmusić Kowno do uregulowania stosunków polsko-litewskich”, „Obalić mur, dzielący Litwę od Polski”. Warszawa, 17 marca 1938 [317]

Maria Dąbrowska w dzienniku Niespodziewanie – przynajmniej dla nas, szarych ludzi – wybuchnął konflikt z Litwą. W ogromnym napięciu czekamy na odpowiedź na polskie ultimatum, żądające nawiązania normalnych stosunków dyplomatycznych z tym krajem. Biedna Litwa nie rozumie, że – z Wilnem czy bez – może być niepodległa tylko, o ile istnieje Polska. Wreszcie, o pierwszej dodatek nadzwyczajny, że Litwa przyjęła polskie warunki. Ogromna ulga. Warszawa, 19 marca 1938 [51]

Michał Römer w dzienniku W warunkach, w jakich to ultimatum nastąpiło, było ono ciosem ogromnym i brutalnym. Najjaskrawszy był moment międzynarodowy, bezpośrednio po brutalnej aneksji Austrii przez Hitlera, która rzuciła cień złowieszczy na całą atmosferę stosunków międzynarodowych i zerwała ostatecznie wszelkie resztki pozorów prawa, traktatów, odpowiedzialności międzynarodowej, solidarności, wiążącej państwa w organizacji Ligi Narodów, a natomiast uwydatniła panowanie czynnika przemocy, faktów dokonanych, woli jednostronnej i dyktatury siły. […] Brak wszelkich stosunków bezpośrednich między Litwą a Polską trwa już lat około 20, właściwie od samego powstania niepodległej Polski i Litwy, a już przynajmniej od zaboru przez Polskę Wilna w roku 1920 – i stał się aksjomatem całej polityki litewskiej, aksjomatem wprost narodowym Litwinów, na któ-

169 Z POZYCJI SIŁY

Józef Beck (minister spraw zagranicznych)


1941

SOWIECI SOJUSZNIKIEM Wojska niemieckie przytłaczającą siłą przekraczają linię demarkacyjną z Sowietami. Od 22 czerwca 1941 posuwają się na wschód, nie natrafiając początkowo, dzięki zaskoczeniu, na poważną obronę. Przedwojenne polskie ziemie wschodnie szybko trafiają pod okupację Niemiec. Decyzja Stalina, by w tych warunkach wejść w antyhitlerowski sojusz z aliantami, powoduje, iż Rząd Polski w Londynie zmuszony zostaje do nawiązania stosunków dyplomatycznych z Kremlem. Zasadniczym tłem negocjacji staje się potencjalna granica polsko-sowiecka. Dzięki doraźnie uzgodnionej umowie, na wolność z łagrów czy zesłań wychodzą jednak tysiące obywateli polskich (obok Polaków, także Żydzi). Uformowana zostaje Armia Polska na Wschodzie, do której wielu mobilizowanych nie dociera z wycieńczenia.

II WOJNA

208 Premier gen. Władysław Sikorski w przemówieniu radiowym Stało się to, czego oczekiwaliśmy, lecz czego nie spodziewaliśmy się w tak szybkim czasie. Prysnął związek hitlerowsko-bolszewicki, będący u początku tej straszliwej katastrofy, której ofiarą padła Polska. Od świtu 22 czerwca są ze sobą w wojnie niedawni sprzymierzeńcy. Taki rozwój wydarzeń jest dla Polski wysoce korzystny. Zmienia i odwraca dotychczasową sytuację. [...] Możemy chyba przypuszczać, że Rosja uzna za niebyły pakt z Niemcami z 1939 roku. Logicznie wprowadza nas to z powrotem na grunt traktatu zawartego w Rydze przez Rosję z Polską 18 marca 1921. [...] Za miłość do narodu, wolności i honoru tysiące Polaków i Polek cierpi dotąd w więzieniach rosyjskich. Setki tysięcy są narażone na śmierć powolną z nędzy oraz głodu. Ćwierć miliona jeńców wojennych marnieje bezczynnie w obozach. Czyż nie byłoby rzeczą uczciwą i celową przywrócić tym ludziom swobodę? Londyn, 26 czerwca 1941 [372]

Z pisma Komisariatu Ludowego Spraw Zagranicznych ZSRR do Iwana Majskiego (ambasadora ZSRR w Londynie) 1. […] Rząd sowiecki wyraził zgodę na utworzenie komitetów narodowych i narodowych jednostek wojskowych, na udzielenie Polakom, Czechom i Jugosłowianom pomocy w uzbrojeniu i umundurowaniu tych jednostek.

2. W kwestii odbudowy państw narodowych Polski, Czechosłowacji i Jugosławii winniście kierować się następującymi wytycznymi: a) opowiadamy się za utworzeniem niepodległego państwa polskiego w granicach Polski etnograficznej, włączając niektóre miasta i okręgi niedawno inkorporowane do ZSRR, przy czym kwestię ustroju państwowego Polski rząd sowiecki uznaje za wewnętrzną sprawę samych Polaków [...]. 3. Możecie wszystko to przekazać [ministrowi spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii Anthony’emu] Edenowi, a także Sikorskiemu, […] oświadczając mu, że jeśli wyrazi takie życzenie, rząd sowiecki nie sprzeciwia się zawarciu z nim umowy o wspólnej walce przeciwko hitlerowskim Niemcom. Do Waszej wiadomości przekazuję, że w ZSRR nie ma i nie było 300 tysięcy polskich jeńców wojennych; jest ich zaledwie 20 tysięcy. Moskwa, 3 lipca 1941 [372]

Z protokołu posiedzenia Rady Ministrów RP Prezes Rady Ministrów [gen. Sikorski] przestrzega panów ministrów, że przeżywamy chwilę wyjątkowej decyzji historycznej, wymagającej dużo charakteru i poczucia odpowiedzialności za losy narodu. Decyzja musi być równie stanowcza, jak przemyślana. Nie chodzi o słowa, lecz o rzeczy istotne. Pragnąc w tej przełomowej chwili mieć za sobą pełne poparcie sprzymierzonej Wielkiej Brytanii, lepiej będzie pomijać niepopularny na tutejszym gruncie termin „Traktat Ryski”, a natomiast twardo domagać się oficjalnego przekreślenia przez Sowietów umów sowiecko-niemieckich z sierpnia i września 1939.


Londyn, 5 lipca 1941 [372]

Z protokołu spotkania gen. Władysława Sikorskiego z ambasadorem Iwanem Majskim Pan Majski powiedział, że jego Rząd popiera sprawę utworzenia niepodległego, narodowego państwa polskiego, […] nie może jednak wyraźnie uznać granic z 1939 roku. Prawdopodobnie jednak nie jest rzeczą konieczną mówić o tym teraz i sprawa ta może pozostać otwarta. […] Gen. Sikorski powiedział, że może się zgodzić, aby sprawa ta nie była dyskutowana obecnie szczegółowo. Nie mógł jednak się zgodzić na oświadczenie Związku Sowieckiego, że granice z 1939 roku nie zostaną przywrócone. Londyn, 5 lipca 1941 [372]

Gen. Kazimierz Sosnkowski (przewodniczący Komitetu Ministrów do Spraw Kraju) w liście do gen. Władysława Sikorskiego Przyszły ambasador [w Związku Sowieckim] na pewno nie będzie w stanie wyręczyć rządu w niektórych podstawowych punktach: w sprawie niedwuznacznego uznania przez Sowiety granic Polski sprzed września 1939, a co za tym idzie i w sprawie definicji, kogo uważać należy w stosunkach wzajemnych za obywatela państwa polskiego. Bez rozstrzygnięcia tych spraw w umowie polsko-sowieckiej kreowanie ambasad jest przedwczesne, a sytuacja każdego obywatela Polski w Moskwie będzie nijaka. Salcombe (Wielka Brytania), 20 lipca 1941 [322]

Karol Estreicher (sekretarz gen. Władysława Sikorskiego) w dzienniku Ci, co wysuwają maksymalistyczne żądania, […] nie widzą, że Rząd emigracyjny, nie mogąc wymóc na Sowietach przyznania nam Traktatu Ryskiego i zadowalając się formułą kompromisu, czyni to jako kontrahent, co wojnę przegrał. Polacy tego nie widzą i ciągle tak mówią, jakby to oni byli silni lub mieli wygraną w kieszeni. A tymczasem tę wojnę to wygra bądź Anglia, bądź Ameryka (co pewniej), a nam zostaje politykować. Londyn, 22 lipca 1941 [77]

Z protokołu posiedzenia Rady Ministrów RP Generał Sikorski odbył długą i ciężką rozmowę z Ministrem Edenem, który, stwierdziwszy absolut-

ną niemożliwość uzyskania czegokolwiek więcej od rządu sowieckiego, […] zgodził się na przedstawienie Brytyjskiej Radzie Gabinetowej projektu noty rządu JKM do Rządu Rzeczpospolitej, zawierającej gwarancję nienaruszalności naszych granic. [...] Równocześnie jednak Minister Eden zaznaczył szczerze i otwarcie, że odrzucenie podpisania układu […] podcięłoby obecne stanowisko Polski w świecie anglosaskim. Wobec tego Prezes Rady Ministrów, z całym poczuciem odpowiedzialności, oświadcza, że musimy się obecnie zdecydować: albo przyjąć układ w tej formie, albo go odrzucić. Nie ma i być nie może żadnej nadziei uzyskania dziś czy jutro zgody Sowietów na zmianę tekstu w sensie dla nas korzystniejszym. Nie ma żadnej nadziei zachowania poparcia brytyjskiego w tej sprawie w razie odrzucenia układu [...]. Na dalszy ciąg posiedzenia RM nie zjawili się ministrowie: [minister bez teki] generał Sosnkowski, [minister spraw zagranicznych August] Zaleski i [minister sprawiedliwości Marian] Seyda, zgłaszając równocześnie swoje dymisje. Rada Ministrów […] jednomyślnie wypowiedziała się za podpisaniem układu. Londyn, 25 lipca 1941 [372]

Z układu między rządem ZSRR a rządem polskim Art. 1. Rząd ZSRR uznaje, że traktaty sowiecko-niemieckie z roku 1939, dotyczące zmian terytorialnych w Polsce, utraciły swą moc. […] Art. 2. Po podpisaniu tego układu zostaną przywrócone stosunki dyplomatyczne między obydwoma Rządami. [...] Art. 4. Rząd ZSRR wyraża swoją zgodę na utworzenie na terytorium ZSRR Armii Polskiej, której dowództwo będzie mianowane przez Rząd Polski w porozumieniu z Rządem ZSRR. [Z dołączonego protokołu jawnego] Rząd sowiecki udzieli amnestii wszystkim obywatelom polskim, którzy są obecnie pozbawieni wolności na terytorium ZSRR, bądź jako jeńcy wojenni, bądź na innych podstawach. Londyn, 30 lipca 1941 [326]

Z protokołu posiedzenia Izby Gmin Kapitan [John] McEwen: Czy słusznie sądzę, że w rezultacie tego porozumienia Rząd Jego Królewskiej Mości nie podejmuje się żadnych gwarancji w stosunku do granic w Europie Wschodniej? [...] [Minister] Eden: Nie ma – jak już powiedziałem – żadnego zagwarantowania granic. Londyn, 30 lipca 1941 [326]

209 SOWIECI SOJUSZNIKIEM

Tym samym runie cała konstrukcja pseudo-prawna pretensji sowieckich do ziem okupowanych przez Sowiety na zasadzie tych umów.


Winston Churchill (premier Wielkiej Brytanii) Po przystąpieniu Rosji do walki z Niemcami u naszego boku, nie mogliśmy zmusić nowego i poważnie zagrożonego sprzymierzeńca do wyrzeczenia się, choćby na papierze, okręgów przygranicznych od pokoleń uważanych przez Rosję za żywotne dla jej bezpieczeństwa. Nie było wyjścia z sytuacji. Trzeba było rozwiązanie problemu terytorialnego Polski odłożyć do lepszych czasów. Londyn [370]

Adam Pragier (członek powołanego na emigracji Komitetu Zagranicznego PPS)

II WOJNA

210

Ani dymisja trzech ministrów polskich, ani nawet odmowa Prezydenta dania pełnomocnictwa do podpisania układu – nie zdołały przeważyć wpływu Churchilla i Edena. Oni stanowili nie tylko o treści, ale także o tempie decyzji polskich. Londyn [270]

Pchor. Jan Kazimierz Umiastowski (jeniec obozu dla polskich żołnierzy) Głośnik obozowy ogłosił komunikat o porozumieniu Rządu RP z Sowietami; szczegółów nie podano, tyle że ma powstać armia polska dowodzona przez polskich oficerów, lecz podporządkowana strategicznie naczelnemu dowództwu rosyjskiemu. Żołnierze komentują to podporządkowanie i wietrzą w tym jakieś nowe oszustwo bolszewickie. […] Dochodzi do scysji z politrukiem. Zaczął mówić o amnestii, a chłopcy odpowiadają: „To dobre dla przestępców, ale nas nie może dotyczyć amnestia. Musicie nas puścić na mocy umowy, jeśli to prawda”. Juża (obwód iwanowski), 3 sierpnia 1941 [373]

Gen. Władysław Anders (więzień NKWD) Otwierają się drzwi celi z zapytaniem: – Kto tu na literę A? Żwawo, żwawo, zbierajcie się na przesłuchanie. […] Zaczęła się długa rozmowa, jacy to Niemcy są wiarołomni, jak zdradziecko napadli na Związek Sowiecki, że teraz trzeba żyć w zgodzie, położyć krzyżyk na przeszłość, bo najważniejszą rzeczą jest pobicie Niemców. Dlatego zawarto traktat z Brytyjczykami i podpisano umowę z Polską. Wszyscy Polacy będą „amnestionowani”, a w myśl umowy zostanie stworzona armia polska; przy czym, za zgodą rządu sowieckiego, zostałem przez władze polskie mianowany jej dowódcą. Moskwa, Łubianka, 4 sierpnia 1941 [3]

Zygmunt Nowakowski (członek Rady Narodowej RP) w artykule w „Wiadomościach Polskich, Politycznych i Literackich” Kraj będzie kiedyś ratyfikował tę umowę. Kraj i setki tysięcy zesłańców, zaludniających (miejmy nadzieję, że nie potrwa to już długo) siewierokazachstańskie czy semipałatyńskie obłasti. […] Dobrymi Polakami są ci, którzy zgodzili się na tę ugodę, równie jak dobrymi Polakami są ci, którzy widzą w niej przede wszystkim luki bolesne czy zgoła tragiczne. Pierwsi utrzymują, że działał w tym wypadku wielki nacisk, że rozejmu domagała się racja stanu, że ugodę nakazywał realizm, wynikający z faktu przegrania przez nas wojny, że w Rosji miliony zesłańców czeka ratunku. […] Ratunek zesłańców stanowi istotnie najbardziej pozytywny punkt umowy. Londyn, 10 sierpnia 1941 [383]

Gen. Stefan Rowecki (komendant główny ZWZ) w raporcie Wybuch wojny przyjęty z radością, nie bez początkowej życzliwości dla Sowietów, po czym powrót do równowagi. Ustaliła się ocena, że dwaj wrogowie wyniszczają się wzajemnie. Zawarcie umowy przyjęto ogólnie przychylnie (jeńcy, wojsko) – rozumiane przede wszystkim jako konieczność wojenna. Rozczarowanie co do granic, niepokój co do użycia i losów wojska. Lekceważenie treści politycznej paktu i ujemna ocena propagandy rządowej pod tym względem. Warszawa, 28 sierpnia 1941 [372]

Gen. Władysław Anders Wyjechałem do obozu w Tockoje. Małe namioty położone wśród lasów. Powstała tam 6. Dywizja Piechoty. Po raz pierwszy zetknąłem się z 17-tysięczną rzeszą żołnierską, która oczekiwała mego przybycia. Do końca życia nie zapomnę ich wyglądu. Ogromna część bez butów i bez koszul. Wszyscy właściwie w łachmanach, częściowo w strzępach starych mundurów polskich, wychudli jak szkielety. Większość pokryta wrzodami, wskutek awitaminozy. Ale, ku zdumieniu towarzyszących mi bolszewików z gen. [Gieorgijem] Żukowem na czele, wszyscy byli ogoleni. Tockoje, 14 września 1941 [3]

Jan Ciechanowski (sekretarz generalny MSZ RP) Nota sowiecka komunikowała: „Zgodnie z dekretem Prezydium Rady Najwyższej ZSRR, wszyscy mieszkańcy zachodnich obszarów ukraińskich i białoruskich Związku Sowieckiego [...] uzyskali obywatelstwo Związku Sowieckiego [...]. Zgoda


rządu sowieckiego uznawania osób polskiego pochodzenia za obywateli polskich [...] dowodzi jego dobrej woli, w żadnym wypadku nie może jednak służyć za podstawę do analogicznego uznawania obywatelstwa polskiego osób innego pochodzenia, zwłaszcza ukraińskiego, białoruskiego i żydowskiego, gdyż sprawa granic między Związkiem Sowieckim a Rzeczpospolitą Polską nie jest jeszcze załatwiona”.

ich stanu z 1941 roku. [...] Musiałem wielokrotnie powtarzać, że nie możemy uznać teraz granic Rosji z 1941 roku, gdyż sprawa ta dotyczy i innych krajów, z których jeden, Polska, jest naszym aliantem. Powiedziałem Stalinowi, że nie mogę się zgodzić na definiowanie granic bez łamania obietnic poczynionych innym narodom i nie w tym celu przybyłem. Stalin powiedział tylko: „Szkoda”. Klin (okolice Moskwy), 19 grudnia 1941 [370]

Moskwa, 1 grudnia 1941 [370]

Sikorski: Oświadczenie o amnestii nie jest wykonywane. Dużo i to najcenniejszych naszych ludzi znajduje się jeszcze w obozach pracy i w więzieniach. Stalin (notując): To jest niemożliwe, gdyż amnestia dotyczyła wszystkich i wszyscy Polacy są zwolnieni. Anders: Nie jest to zgodne z istotnym stanem rzeczy. Posiadam w wojsku ludzi, których zwolniono zaledwie przed paru tygodniami i którzy stwierdzają, że w poszczególnych obozach zostały jeszcze setki, a nawet tysiące naszych rodaków. Sikorski: […] Mam ze sobą listę około 4 tysięcy oficerów, których wywieziono siłą i którzy znajdują się jeszcze obecnie w więzieniach i w obozach pracy. […] Ci ludzie znajdują się tutaj. Nikt z nich nie wrócił. Stalin: To niemożliwe. Oni uciekli. Anders: Dokądże mogli uciec? Stalin: No, do Mandżurii. Moskwa, 3 grudnia 1941 [404]

Michał Sokolnicki (ambasador RP w Turcji) w dzienniku Rząd sowiecki posługuje się w stosunku do Polski podwójną taktyką nacisków i obietnic. Z jednej strony radio, prasa sowiecka [...] po długiej przerwie posługują się terminologią w rodzaju „sowieckie miasto Lwów”, a nawet w korespondencji oficjalnej powołują się na plebiscyty we Wschodniej Polsce i protestują przeciw określaniu panowania sowieckiego mianem „okupacji”. Z drugiej strony znaczna część przyrzeczeń złożonych Premierowi jest przez rząd sowiecki wykonywana. Ankara, 15 stycznia 1942 [320]

Karol Estreicher w dzienniku Wzrost popularności i znaczenia Sowietów [wśród aliantów], wskutek ich sukcesów [na froncie]. […] Uleganie żądaniom sowieckim stawia całą Europę Środkową przed dylematem: III Rzesza czy Sowiety; podczas gdy postawić się winno pytanie: III Rzesza czy wolność? Londyn, 10 marca 1942 [77]

Gen. Stefan Rowecki w piśmie do Cyryla Ratajskiego (Delegata Rządu na Kraj) Jeśli w wyniku wojny siły zbrojne Rosji nie zostaną rozbite lub przynajmniej tak zniszczone, że będą niezdolne nawet do ograniczonych działań zaczepnych, to musimy liczyć się z możliwością najazdu rosyjskiego. Pakt polsko-sowiecki, obecny akt przyjaźni, nie daje nam żadnej gwarancji, że zdołamy uniknąć tego konfliktu. Musimy pamiętać, z jakim partnerem mamy do czynienia. Wszystkie akty dyplomatyczne czy propagandowe w ciągu doby mogą stracić wszelką wartość. Warszawa, 15 grudnia 1941 [13]

Minister Anthony Eden w relacji ze spotkania z Józefem Stalinem Stalin zaczął pokazywać pazury. Rozpoczął od żądania, abyśmy niezwłocznie uznali granice Rosji, mające figurować w traktacie pokojowym według

Michał Sokolnicki w dzienniku Obawiam się, że my, Polska, pomimo wszystkich gestów i pozorów jesteśmy w „drugim rzędzie”. Ciąży na nas, zarówno wobec wrogów naszych, jak wobec sojuszników, klątwa przegranej. Vae victis [Biada zwyciężonym]. Jesteśmy pierwsi, którzy przegrali. Poprzez i ponad nasze ziemie podają sobie ręce Rosja i Anglia, podobnie jak dopiero co Rosja i Niemcy, podobnie zupełnie jak w lecie 1939, w zamierzonym acz nieurzeczywistnionym związku Rosja, Francja, Anglia. „Nic o nas bez nas” – w imię tego hasła wtenczas się oparliśmy i do dziś nam tego nie darowano. Siły nasze nie były na miarę naszych haseł. Ulegliśmy. Pomału, stopniami dźwigamy się sponad grobu. Wiele czasu i wiele wysiłków będzie potrzeba, abyśmy zdołali osiągnąć to, co zdawało się nam tak bliskie, w ustawionych kunsztownie rusztowaniach polityki Becka: równouprawnienie w świecie. Ankara, 12 czerwca 1942 [320]

211 SOWIECI SOJUSZNIKIEM

Z protokołu rozmowy gen. Władysława Sikorskiego i gen. Władysława Andersa z Józefem Stalinem


01.

Kraków, lato 1942. Mieszkańcy getta w drodze do obozu zagłady w Bełżcu. Fot. Józef Grudziński / Muzeum Historyczne Miasta Krakowa

02.

Warszawa, 1942 rok. Handel uliczny. Fot. Archiwum Państwowe w Warszawie

03.

Warszawa, po 19 kwietnia 1943. Kobieta wyskakuje z płonącego budynku podczas powstania w getcie. Fot. United States Holocaust Memorial Museum

II WOJNA

228

01


229

02

03


1944

LATO 44 Zbliżająca się do Warszawy ofensywa sowiecka zmusza polskie władze i w Londynie, i w kraju do rozstrzygnięć strategicznych. Groźba pacyfikacji Polski przez Sowietów staje się oczywista, gdy po skutecznym ataku na Wilno, w lipcu 1944, aresztują oni akowców, z którymi wspólnie zdobywali miasto. Mimo że potwierdza się, iż nadchodzi nie „sojusznik sojuszników”, lecz totalitarny agresor, podejmowane przez polskie dowództwo decyzje mają wykazywać waleczność i lojalność wobec koalicji antyniemieckiej. Powstanie wybucha 1 sierpnia w źle wybranym momencie, gdy – obok wielkiej ochoty do walki całego podziemia niepodległościowego – brakuje broni, by mierzyć się z nierozbitą nadal armią niemiecką. Sowieci zatrzymują się na przedpolu stolicy, czekając, aż Niemcy wymordują miasto i jego ludność. Całopalny gest wobec Zachodu, mający zwiększyć jego sojuszniczą wrażliwość, nie przynosi skutku.

II WOJNA

240 Płk Józef Kazimierz Pluta-Czachowski „Kuczaba” (członek Sztabu Komendy Głównej Armii Krajowej) [Gen. Leopold] Okulicki [I zastępca szefa Sztabu KG AK] […] powiedział, […] że trzeba wywołać powstanie w chwili opuszczenia stolicy przez wojska niemieckie, a przed przybyciem Armii Czerwonej. […] Walka ta – według niego – będzie głośna na cały świat i poruszy niewątpliwie sumienie aliantów. Odpowiedziałem mu, że nie możemy ryzykować zniszczenia Warszawy […], on jednak utrzymywał, że Warszawa powinna zaprotestować, „nawet gdybyśmy wszyscy mieli zostać pogrzebani pod gruzami”. Warszawa, pierwsze dni lipca 1944 [357]

Jan Szczepański (socjolog) w dzienniku Ofensywa sowiecka wali na zachód. Na Kowno, Grodno, Brześć. Wilno otoczone. Świat wstrzymał oddech. […] Rząd polski w Londynie robi wielkie wysiłki, by osiągnąć porozumienie ze Związkiem Sowieckim. Za późno. Teraz, kiedy Czerwona Armia wlewa się już prawie do środkowej Polski – Polska będzie czerwona. Wiedeń, 11 lipca 1944 [364]

Według stanu na godzinę 16.00 rozbrojono 3500 osób, w tym: 200 oficerów i podoficerów. […] Polskich oficerów i szeregowców kieruje się pod konwojem do punktów zbornych, a broń zwożona jest do magazynów. Jednostki biorące udział w operacji prowadzą dalsze rozpoznanie, ściganie i rozbrajanie oddziałów polskich. Moskwa, 18 lipca 1944 [368]

Antoni Górecki (żołnierz AK) 6 lipca przyszedł rozkaz szturmu na Wilno. Atak rozpoczęliśmy nocą, przywitała nas potworna nawała ognia. Później dowiedziałem się, że uderzyliśmy w samo czoło niemieckiej obrony, przygotowanej na przyjęcie armii sowieckiej. […] Wieczorem tego samego dnia na tereny opuszczone przez nasze oddziały weszły wojska sowieckie. Przez pewien czas staliśmy obok siebie. Rozbrajać nas zaczęli dopiero w jakieś dwa tygodnie później. Otoczyli puszczę, dokąd już się wycofaliśmy – i zaczęli stopniowo wszystkich wygarniać. […] Przesłuchania odbywały się nocą. Naturalnie z biciem […]. Śledczy [sowiecki] ciągle chciał prawdy. Że byłem w oddziale AK, że skończyłem działalność pod Wilnem, to było za mało. I tak co noc – bił, wymyślał od faszystów i bandytów. Puszcza Rudnicka [108]

Ławrientij Beria (ludowy komisarz spraw wewnętrznych ZSRR) w raporcie dotyczącym Wileńszczyzny Dzisiaj o świcie przystąpiliśmy do przeczesywania lasów [Puszczy Rudnickiej], w których, według naszych danych, znajdowali się Polacy. […]

Józef Stalin w liście do Winstona Churchilla (premiera Wielkiej Brytanii) PKWN [powołany przez Stalina Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, mający pełnić funkcję rzą-


Moskwa, 23 lipca 1944 [269]

Jan Nowak-Jeziorański (emisariusz Komendy Głównej AK i Rządu RP w Londynie) Rosjanie po przekroczeniu Bugu i zajęciu Chełma [21 lipca], pierwszego miasta na zachód od linii Curzona, ogłaszają utworzenie PKWN. Jeszcze jedno posunięcie Stalina, zmierzające do strącenia niepodległego rządu polskiego z szachownicy i zastąpienia go swoimi pionkami. […] Stalin, ostrożny gracz, nie nadał jeszcze swojej kreacji nazwy rządu. Pozostawia widocznie furtkę otwartą do jakiegoś kompromisu. Ale jakiż może to być kompromis, jeżeli zajmie większą część albo i całą Polskę? Brindisi (Włochy), 24 lipca 1944 [230]

Gen. Tadeusz Bór-Komorowski (dowódca AK) Na zebraniu Komisji Głównej Rady Jedności Narodowej, w obecności Delegata Rządu i Przewodniczącego Rady, zapytałem zebranych, czy uważają, że wkroczenie wojsk sowieckich do Warszawy winno być poprzedzone opanowaniem stolicy przez Armię Krajową. Odpowiedziano mi jednogłośnie – tak. […] To stanowisko przedstawicieli Rady Jedności Narodowej było dla mnie rozstrzygające.

Jan Nowak-Jeziorański Komendant Główny postanowił przyjąć mnie natychmiast [po moim przybyciu do Warszawy]. […] Wybijam bardzo mocno fakt, że [przyszłe] zony okupacyjne Anglosasów i Rosjan [w pokonanych Niemczech] zostały już ustawione i wytyczone, bez względu na to, gdzie będzie przebiegać linia frontu w chwili upadku Trzeciej Rzeszy. Obecność oddziałów Aliantów zachodnich na terytorium polskim nie jest przewidywana. Anglicy i Amerykanie odmówili wysłania do Polski nawet misji obserwatorów wojskowych. […] Obecni przy stole, karmieni dotychczas przeważnie lakonicznymi depeszami i podtrzymującymi ducha audycjami Londynu, słuchają w milczeniu, z natężoną uwagą i rosnącym przygnębieniem. […] Obecni zastanawiają się wyłącznie nad tym, czy już zaczynać, czy jeszcze czekać. Staje się jasne, że kości zostały rzucone, decyzja powzięta i wypadki przybrały bieg nieodwracalny. Warszawa, 29 lipca 1944 [230]

Gen. Kazimierz Sosnkowski w depeszy do gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego W obecnych warunkach jestem bezwzględnie przeciwny powszechnemu powstaniu, którego sens historyczny musiałby z konieczności wyrazić się w zmianie jednej okupacji na drugą. […] Wiadomość o podróży moskiewskiej [premiera Stanisława Mikołajczyka] w sytuacji wytworzonej przez sowieckie fakty boleśnie wstrząsnęła duszami żołnierzy II Korpusu [Polskiego]. Ja planu i celu tej podróży nie znam ani nie rozumiem. Bez znajomości jej wyników nie widzę żadnej możliwości nawet rozważania sprawy powstania. Front włoski, 29 lipca 1944 [269]

Warszawa, 24 lipca 1944 [142]

Płk Kazimierz Iranek-Osmecki (szef Oddziału II Komendy Głównej AK) Gen. Kazimierz Sosnkowski (Naczelny Wódz) w depeszy do Prezydenta RP Władysława Raczkiewicza Co do Kraju, to w sytuacji stworzonej przez rozwój zdarzeń przez sowieckie gwałty i fakty dokonane, wszelka myśl o powstaniu zbrojnym jest nieuzasadnionym odruchem – pozbawionym sensu politycznego, mogącym spowodować tragiczne, niepotrzebne ofiary. W tym duchu depeszuję do dowódcy Armii Krajowej. Wedle mego zdania, władze naczelne Rzeczpospolitej z biegu wypadków winny wysunąć nieodparty wniosek, że eksperyment ujawniania i współpracy z Armią Czerwoną nie udał się.

Wpadłem na „Bora”. […] – Wydałem rozkaz do rozpoczęcia walk. […] – Popełnił pan błąd, panie generale. Informacje „Montera” [komendanta AK w Warszawie gen. Antoniego Chruściela, że czołgi sowieckie widziane były pod Warszawą] nie są ścisłe. Otrzymałem właśnie ostatnie raporty od moich miejscowych agentów. Dementują wyraźnie pogłoski, że przyczółek mostowy na Pradze został rozbity. Przeciwnie – potwierdzają wszystko to, o czym mówiłem rano: Niemcy przygotowują się do kontrnatarcia. […] Wybrał pan najgorszy moment. Trzeba odwołać rozkaz. […] – Za późno, nie możemy już nic poradzić.

Front włoski, 28 lipca 1944 [15]

Warszawa, 31 lipca 1944 [357]

241 LATO 44

du na terenach zajętych przez Armię Czerwoną] zamierza przystąpić do tworzenia administracji na polskim terytorium i mam nadzieję, że to zrealizuje. Nie znaleźliśmy w Polsce żadnych innych sił, które mogłyby stworzyć polską administrację. Tak zwane organizacje podziemne, kierowane przez Rząd Polski w Londynie, okazały się efemerydami pozbawionymi wpływów. Nie mogę uważać Polskiego Komitetu za rząd polski, możliwe jest jednak, że w przyszłości posłuży on jako trzon dla utworzenia tymczasowego rządu polskiego z sił demokratycznych.


Karol Estreicher (historyk sztuki) w dzienniku Radio poranne podaje wiadomość, że Mikołajczyk wylądował w Moskwie. Na lotnisku czekali go ambasadorowie Stanów Zjednoczonych i Anglii, tam podkreślając, że dają mu „a full suport” [pełne wsparcie] i stoją za nim. Ale równocześnie prasa przynosi wieści o konieczności rewizji granic (linia Curzona) oraz zmian w łonie Rządu, gdzie odejdą ministrowie nieprzychylni Rosji. „Times” podkreśla konieczność porozumienia między komitetem [PKWN] a Rządem etc. Słowem – Anglicy chcą ze strony polskiej jak najdalej idących ustępstw. Londyn, 1 sierpnia 1944 [77]

Gen. Tadeusz Bór-Komorowski w rozkazie

II WOJNA

242

Żołnierze stolicy! Wydałem dziś upragniony przez Was rozkaz do jawnej walki z odwiecznym wrogiem Polski, najeźdźcą niemieckim. Po pięciu blisko latach nieprzerwanej i twardej walki prowadzonej w podziemiach konspiracji, stajecie dziś otwarcie z bronią w ręku, by Ojczyźnie przywrócić wolność i wymierzyć zbrodniarzom niemieckim przykładną karę za terror i zbrodnie dokonane na ziemiach Polski. Warszawa, 1 sierpnia 1944 [157]

Wspólny rozkaz Adolfa Hitlera i Heinricha Himmlera (ministra spraw wewnętrznych III Rzeszy) wydany siłom niemieckim w Warszawie po wybuchu powstania Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią i w ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy.

Gen. Władysław Anders (dowódca II Korpusu Polskiego) w szyfrogramie Osobiście uważam decyzję dowódcy Armii Krajowej za nieszczęście. Front włoski, 3 sierpnia 1944 [403]

Józef Stalin w rozmowie z premierem Stanisławem Mikołajczykiem Jeśli będą istniały dwa polskie rządy i dwa systemy, może to przynieść ogromną szkodę walce Armii Czerwonej z Niemcami. Jeśli rząd polski w Londynie ma zamiar i uważa za celowe dogadać się z PKWN i stworzyć jeden polski rząd, to Rząd Sowiecki jest gotów w tym pomóc. Jeśli rząd polski uważa to za niepożądane, to Rząd Sowiecki będzie zmuszony współpracować z PKWN. […] Rząd Sowiecki uważa, iż wschodnia granica Polski powinna biec wzdłuż linii Curzona, zachodnia – na rzece Odrze. Moskwa, 3 sierpnia 1944 [245]

Jan Stanisław Jankowski (Delegat Rządu na Kraj) i Kazimierz Pużak (przewodniczący reprezentacji politycznej Państwa Podziemnego – Rady Jedności Narodowej) w depeszy do przebywającego w Moskwie premiera Stanisława Mikołajczyka Od chwili rozpoczęcia walki o Warszawę na jej przedpolu Armia Czerwona zaprzestała wszelkich działań bojowych. Kompletne zacisze trwa nawet obecnie, gdy już drugi dzień Niemcy ciężko bombardują z samolotów miasto. Słowem – nie ma żadnej interwencji sowieckiej. Warszawa, 5 sierpnia 1944 [15]

Berlin, 1 sierpnia 1944 [158]

Michał Sokolnicki (ambasador RP w Ankarze) w dzienniku

Jan Nowak-Jeziorański Mieszkańcy pobliskich domów, bez żadnego rozkazu z góry, zupełnie spontanicznie budują wzdłuż ulicy barykadę, która ma zamknąć drogę czołgom. […] Wtem z dala ukazuje się zdobyty samochód pancerny z wymalowaną kotwicą „PW”, obwieszony naszymi żołnierzami. Następuje wybuch szalonego entuzjazmu. Ludzie […] jak na komendę rzuconą przez kogoś niewidocznego zaczynają śpiewać Warszawiankę. Śpiewa cała ulica, od placu Napoleona aż po Marszałkowską. […] Ogarnia mnie uniesienie. […] Byliśmy znowu wolni na tym małym skrawku warszawskich ulic i domów, przed kilkunastu godzinami wyrwanych wrogowi własnymi siłami. Warszawa, 2 sierpnia 1944 [230]

Armia sowiecka zatrzymała się […]. Na co czeka? Ma się rozumieć na to tylko, aby Niemcy w myśl intencji i interesów Rosji dokonali całkowitego zniszczenia stolicy polskiej, jako ośrodka niepodległości polskiego państwa. […] Już 2 sierpnia dowódca Armii Krajowej zwrócił się do Londynu z usilnym apelem o pomoc – nade wszystko o broń i amunicję. Ponowił ten apel w formie alarmującej dzisiaj rano. Dotychczas pomoc w żadnej formie jeszcze nie nadeszła. […] Bez żadnego znaczenia jest podróż i pobyt Mikołajczyka i [ministra spraw zagranicznych RP Tadeusza] Romera w Moskwie: wszystko, o czym tam mówili lub nie mówią, wszystko, czego tam nie zrobili lub co jeszcze zrobić są zdolni. W tej dziedzinie


Yeniköy (Turcja), 8 sierpnia 1944 [319]

Józef Stalin w depeszy do Stanisława Mikołajczyka Bliższe zaznajomienie się ze sprawą przekonało mnie, że akcja warszawska, która podjęta została bez wiedzy i łączności z dowództwem radzieckim, stanowi lekkomyślną awanturę, […] [od której] dowództwo radzieckie postanowiło otwarcie odciąć się. Moskwa, 16 sierpnia 1944 [278]

Jan Stanisław Jankowski i Kazimierz Pużak w depeszy do premiera Stanisława Mikołajczyka – do przekazania Franklinowi D. Rooseveltowi (prezydentowi USA) i Winstonowi Churchillowi Już trzy tygodnie prowadzimy krwawą walkę zdani wyłącznie na własne siły, nie zasilani dostatecznie w broń i amunicję, bez pomocy lotniczej. W tym samym czasie meldunki ze wszystkich okupowanych przez Sowiety terenów Polski, kwestionowanych i niekwestionowanych, donoszą, że Sowiety internują, aresztują lub osadzają w słynnym obozie [koncentracyjnym] Majdanku ujawniającą się administrację cywilną i AK. [...] Czyż wielkie narody Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii mogą się biernie przyglądać tej nowej hekatombie zaprzyjaźnionej z nimi Polski? Czyż nawet polskich sił lotniczych nie wolno użyć na ratunek ginącej Warszawy? Warszawa, 23 sierpnia 1944 [15]

Mathi Schenk (żołnierz Wermachtu) Weszliśmy do środka [szpitala] z nastawionymi bagnetami. Ogromna hala z łóżkami i materacami na podłodze. Wszędzie ranni. Oprócz Polaków, leżeli tam ciężko ranni Niemcy. Prosili, żeby nie zabijać Polaków. […] Ale za nami biegli już dirlewangerowcy [żołnierze 36 Dywizji Grenadierów SS „Dirlewanger”]. […] Esesmani rozstrzelali wszystkich rannych. Rozwalali im głowy kolbami. […] Potem dirlewanerowcy rzucili się na siostry, zdzierali z nich ubrania. […] Wieczorem na Adolf Hitler Platz [placu Piłsudskiego] żołnierze wszystkich formacji […] przez plac pędzili pielęgniarki z tego lazaretu, nagie, z rękami na głowie. Po nogach ciekła im krew. […] Szli pod szubienicę, na której kołysało się już kilka ciał. Warszawa [176]

Gen. Tadeusz Bór-Komorowski Otrzymawszy wiadomość o upadku Mokotowa, zwołałem wieczorem naradę starszych oficerów sztabu. Wzięli w niej ponadto udział Delegat Rządu […] i „Monter”. Zebranym przedstawiłem sytuację, bezowocne starania nawiązania łączności z dowództwem sowieckim i wyczerpanie się możliwości kontynuowania walki wobec braku amunicji i zużycia resztek żywności. W naszych rękach pozostawały jeszcze Śródmieście i Żoliborz. O ile nie zwyciężą nas Niemcy, zwycięży nas głód. Na pomoc z zewnątrz nie można było liczyć. Wszyscy zebrani wypowiedzieli się, zgodnie stwierdzając, że prowadzenie dalszej walki jest bezcelowe i że wobec tego należy ją zakończyć. Warszawa, 28 września 1944 [142]

Teodor Mytych (działacz konspiracji) w dzienniku Atmosfera jeszcze duszniejsza jak za Niemców, bo wtedy znaliśmy wszystkich szpiclów, konfidentów, a dziś nie wiemy, kogo się obawiać. Powyłaziły kanalie i szuje gdzieś spod ziemi i z pięknymi frazesami na ustach głoszą zagładę reakcji i faszyzmu. Nie ma rzeczy, którą by uszanowali, jeśli tylko nie jest ona związana z PKWN i PPR. […] Aresztowania […] trwają w dalszym ciągu. Kolbuszowa, 29 października 1944 [277]

Sabina Sebyłowa (pisarka) w dzienniku Naród spieszy nad Wisłę. […] Nie rozglądamy się po Pradze. Pragniemy zobaczyć niewidzianą od 1 sierpnia Warszawę. To jest byłe miasto. Przeogromne rumowisko. Nie widać ani żywej duszy. Przymusowe opuszczenie Warszawy przez jej mieszkańców okazało się pełną prawdą. Nie wiem, czy jedno pokolenie zdoła prześnić tyle okropnych snów, ile grozy zobaczyliśmy przez tę pierwszą godzinę. Niewyrażalnej. Warszawa, 17 stycznia 1945 [301]

Maria Dąbrowska (pisarka) w dzienniku Po katastrofie warszawskiej i wobec złowrogiego faktu najazdu rosyjskiego, kraj wita chwilę wyzwolenia spod Niemców w zupełnym odrętwieniu i bierności. Dąbrowa (okolice Łowicza), 18 stycznia 1945 [52]

243 LATO 44

istnieje dla mnie tylko jedno – palący wstyd, że w takiej chwili i w obliczu takiej zastawionej na Polskę pułapki znajdują się oni w Moskwie.


KSIĘGA STULECIA NIEPODLEGŁOŚCI


KSIĘGA STULECIA NIEPODLEGŁOŚCI 2. / 1945-2018

WARSZAWA 2018


Plakat z 1945 roku. Fot. Ośrodek KARTA


1947

POZÓR LEGITYMACJI Brutalna pacyfikacja Polski przez Sowietów i oddanych im polskich komunistów, początkowo maskowana, staje się z czasem oczywistością. Jednak, dla zachowania choćby formalnych pozorów, zaprowadzany przez nich system totalitarny trzyma się werbalnie demokratycznej fasady, przydatnej propagandowo. Zastosowany na masową skalę terror, niszczący opozycję polityczną i zbrojną, ma obezwładnić społeczeństwo – tak, by straciło nadzieję na wolność obywatelską i niepodległość państwa. Referendum, przeprowadzone przez komunistów 30 czerwca 1946, mające być potwierdzeniem ich prawa do rządzenia, zostaje drastycznie sfałszowane. Cały system oszustw wewnętrznych zostaje wzmocniony przez ekipę sowieckich fałszerzy, która wypełnia na nowo blisko połowę protokołów: klęskę referendum zamieniają w sukces. Podobnie komuniści wygrywają wybory. Podstawą ich władzy jest kłamstwo.

POWOJNIE

30 Zygmunt Augustyński (redaktor naczelny „Gazety Ludowej”, wydawanej przez Polskie Stronnictwo Ludowe) Komuniści […] postanowili, wbrew zobowiązaniu danemu w Poczdamie [latem 1945], przesunąć termin wyborów [w Polsce] w przyszłość na razie nieokreśloną, a tymczasem zatrudnić społeczeństwo w tzw. referendum, zwanym też szumnie głosowaniem ludowym – i mieć dla wielkich mocarstw argument, dlaczego wybory sejmowe na razie odbyć się nie mogą. To były cele jawne. A cel ukryty i najważniejszy był ten, ażeby przy referendum wypróbować metodę fałszerstwa wyników głosowania na wielką skalę. Komuniści rozumowali, że o wyniki referendum żadne obce mocarstwo nie będzie się upominać, gdyż nie są to przecież wybory, które w myśl zaleceń Jałty i Poczdamu powinny być wolne i nieskrępowane. Warszawa [12]

Ignacy Matuszewski (publicysta) w emigracyjnym „Dzienniku Polskim” Naród najpierw musi być niepodległy, a potem wybierać. „Wybory” w narodzie pozbawionym niepodległości są i być muszą wyrazem zgody na pozbawienie go jej. […] Będą bowiem rozpisane po to tylko, by postawić na aktach złożenia do grobu niepodległego Państwa Polskiego pieczęć, której przybicia odmówił Rząd RP [na uchodźstwie]. […] W Polsce „koncesjonowano” tylko te partie polityczne, które przyjęły uchwały jałtańskie. Należenie do stronnictw, które odrzuciły Jałtę, jest wzbro-

nione, jest karalne więzieniem, zesłaniem, śmiercią, każdą karą, którą przemoc bezprawnie wymierzy. Detroit (USA), 9 marca 1946 [235]

Karol Popiel (prezes Stronnictwa Pracy) w dzienniku Pytania [referendum: „Czy jesteś za zniesieniem Senatu? Czy chcesz utrwalenia w przyszłej konstytucji ustroju gospodarczego zaprowadzonego przez reformę rolną i unarodowienie podstawowych gałęzi gospodarki krajowej, z zachowaniem ustawowych uprawnień inicjatywy prywatnej? Czy chcesz utrwalenia granicy zachodniej Polski na Odrze i Nysie Łużyckiej?”] ułożone są tak, że wynik musi wytworzyć pozory zaufania narodu dla tymczasowych władz. Nawet pytanie o jedno- czy dwuizbowy parlament może przynieść pożądaną przez inicjatorów odpowiedź. Ale też tylko ten punkt może stworzyć okazję do zamanifestowania prawdziwej opinii. Wystarczy tylko rzucić hasło, że umownym znakiem manifestacji będzie wypowiedzenie się za dwuizbowością. Tak też się stało. Cały kraj wie, w którym punkcie należy powiedzieć: „nie”! Warszawa, 28 maja 1946 [346]

Kpt. Zdzisław Broński „Uskok” (dowódca antykomunistycznego oddziału Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”) Na tydzień przed referendum w terenie rozlokowały się specjalnie przygotowane oddziały wojska i UB. Na terenie każdej gminy stacjonowało parę takich oddziałów. [...]


Powiat lubartowski, koniec czerwca 1946 [35]

Zygmunt Klukowski (ordynator szpitala) w dzienniku Słupy i ściany zalepiono plakatami („3 x tak”). Na rynku odbył się wiec propagandowy, na którym aż nadto wyraźnie ujawnił się nastrój ludności. Mówcom wciąż przerywano, wyśmiewano ich i gwizdano. W kilku miejscach rozlepiono na mieście ręcznie wykonane plakaty: „Bolszewickie referendum” – z karykaturą Stalina oraz odpowiednimi napisami i hasłami. U dołu każdego plakatu napis: „Za zerwanie plakatu – kara śmierci” albo „Ja cię obserwuję”. Przed tymi odezwami publiczność zatrzymywała się przez cały dzień. I rzeczywiście nikt ich nie zerwał. Szczebrzeszyn, 29 czerwca 1946 [182]

Z protestu PSL do Generalnego Komisarza Głosowania Ludowego Prawie powszechną rzeczą było niezachowanie przepisu o tajności głosowania, a nawet nakłanianie ludzi przez przewodniczącego lub członków komisji, by oddawali niewypełnione kartki. […] Mamy wiadomości o wypadkach, że po ukończeniu głosowania, a przed obliczeniem głosów, przewodniczący Komisji Okręgowych odwoływali przewodniczących lub członków Komisji Obwodowych, którzy uprzednio oświadczali, że będą pilnowali czystości wyborów – i na ich miejsce wyznaczali członków PPR. […] Obliczanie głosów odbywało się wbrew przepisom ustawy, a mianowicie w sposób umożliwiający dorzucanie głosów i usuwanie kart z odpowiedziami negatywnymi. Warszawa, 3 lipca 1946 [374]

Arthur Bliss Lane (ambasador USA w Warszawie) Urzędnicy państwowi wysokiego szczebla oraz Służba Bezpieczeństwa wydali władzom wyborczym bezprawny rozkaz przekazania urn przed przeliczeniem głosów do miejscowych siedzib pełnomocników rządu. Komisja wyborcza w Krakowie została

najwyraźniej uprzedzona o zamiarach rządu i po przeliczeniu głosów ogłosiła wyniki referendum, zanim dotarły instrukcje o przekazaniu urn. Rząd był zmuszony przyznać, że w Krakowie 84 procent wyborców głosowało „nie” na pierwsze pytanie. Warszawa [214]

Stanisław Mikołajczyk na posiedzeniu Rady Ministrów Nie zakryjecie prawdy, nie zatuszujecie tego, że na pierwsze pytanie 85 procent narodu odpowiedziało „nie”. […] Mam prawo podawać do wiadomości wynik referendum i panowie nie zatuszujecie tych wyników ani przed krajem, ani przed światem. Wiem, że chcecie wysyłać karne wojskowe ekspedycje, to nie droga, panowie, zastanówcie się, czy możecie iść przeciw 85 procent narodu. Zamiast się pienić, szyderczo uśmiechać, gdy my mówimy o mordach, popełnianych na naszych ludziach, tylko się zastanówcie.

31

Warszawa, 5 lipca 1946 [66]

Z artykułu w konspiracyjnej „Polsce Niezawisłej” Referendum dało Polsce możność powiedzenia „nie” – i Polska słowo to wypowiedziała. Sposób sformułowania zagadnień nie odegrał żadnej roli. Właściwie nikt nie odpowiadał na pytania – chodziło o słowo „nie”, o skrzyknięcie się Narodu w tym słowie. […] Pomimo iż pytania były sformułowane w ten sposób, że niemal wykluczały odpowiedź negatywną, referendum stało się legalną demonstracją opozycyjnego stanowiska Polski wobec Rosji Sowieckiej i Rządu Jedności Narodowej. Warszawa, 6 lipca 1946 [336]

Z artykułu w emigracyjnym tygodniku „Orzeł Biały” Naród nasz istotnie nie prowadzi walki o to, by odpowiedzieć twierdząco lub przecząco na podchwytliwe, podstępne, a mało istotne pytania, postawione w „referendum”. […] Inne są zagadnienia, które dręczą dusze Polaków. Na inne pytania chcieliby oni odpowiedzieć jak najprędzej i jak najgłośniej. Czy chcecie, aby wojska sowieckie opuściły Polskę? Czy chcecie, aby tajna i obca policja przestała terroryzować naród? Czy chcecie, aby więźniowie polityczni odzyskali wolność? Czy chcecie powrotu do kraju legalnych władz polskich i wojska polskiego? Czy chcecie samodzielnych gospodarstw chłopskich? Czy chcecie wolności robotniczej? Czy chcecie wolności prasy? Czy chcecie Wilna i Lwowa? Londyn, 7 lipca 1946 [308]

POZÓR LEGITYMACJI

„Tymczasówka” stanowiła trzy pytania, na które naród miał odpowiedzieć w „nieskrępowanym” głosowaniu. [...] Komuniści propagowali odpowiedź „3 razy tak”. [...] Nasza, podziemna propaganda zalecała głosować: na pierwsze i drugie pytanie „nie”, a na trzecie „tak”. Propaganda Narodowych Sił Zbrojnych, tam gdzie się pojawiała, zalecała wszystkie trzy odpowiedzi „nie”. I właściwie ci ostatni mieli najwięcej racji, bo – o co tu chodziło? Sens wszystkich trzech podstępnych pytań można było z czystym sumieniem umieścić w jednym: czy zgadzasz się z polityką komunistów?


PEEREL

58

Warszawa, wiosna 1956. Przechodnie na ulicy Marszałkowskiej. Fot. Zbyszko Siemaszko / Narodowe Archiwum Cyfrowe


59


PEEREL

60


61 02

01

01.

Poznań, 28 czerwca 1956. Uczestnicy antyrządowych protestów. Fot. Instytut Pamięci Narodowej

02.

Warszawa, lata 50. Chłopiec przed witryną sklepu spożywczego. Fot. Irena Jarosińska / Ośrodek KARTA

03.

Warszawa, lata 50. Klienci kiosku z piwem na Pradze. Fot. Irena Jarosińska / Ośrodek KARTA

03


1976

ALTERNATYWA SPOŁECZNA 24 czerwca 1976 władze zapowiadają drastyczne podwyżki cen żywności. Następnego dnia w blisko stu zakładach pracy wybuchają strajki i demonstracje, najgwałtowniejsze w Radomiu. Reakcja jest brutalna – zatrzymanych zostaje 2,5 tysiąca osób w całym kraju, są bestialsko bici, więzieni, zwalniani z pracy (w Radomiu niemal tysiąc robotników). Powołanie Komitetu Obrony Robotników, na rzecz wsparcia prześladowanych, staje się głównym ogniwem zorganizowanej, jawnej opozycji. Gdy kardynał Karol Wojtyła zostaje papieżem (w październiku 1978), wiele przedsięwzięć i inicjatyw opozycji tworzy już strukturalną alternatywę wobec władz. Podczas pierwszej pielgrzymki do kraju Jana Pawła II społeczeństwo ponownie (po Milenium) postrzega siebie samo poza ramami istniejącego państwa. Zbiorowe doświadczenie wolności otwiera perspektywy zmian.

PEEREL

110 Jacek Kuroń (działacz opozycyjny) Był „Bal u Prezydenta”, czyli imieniny [opozycjonisty] Jana Józefa Lipskiego. Na bal przybył kwiat Warszawy – wybitni ludzie nauki, kultury i sztuki. […] Wszyscy goście tuż przed spotkaniem dowiedzieli się z radia, że Sejm PRL na wniosek premiera [Piotra] Jaroszewicza uchwalił […] podwyżkę cen żywności. Już z czyjejś głupoty, bo chyba nie dla dodatkowego rozdrażnienia ludzi, dodano do tego wiadomość, że od poniedziałku, czyli tak czy owak post factum, podwyżki te skonsultuje się ze społeczeństwem. Chodziłem między gośćmi Jana Józefa i zadawałem pytania – 1. Czy zdaniem pytanej przeze mnie osoby dojdzie w tej sprawie do wybuchu społecznego protestu? 2. Czy jeżeli tak się stanie, to zgodzi się na podpisanie zbiorowego wystąpienia solidarnościowego? Zebrani na pierwsze pytanie odpowiedzieli nie, a na drugie – tak. Warszawa, 24 czerwca 1976 [207]

Z Apelu do społeczeństwa i władz PRL wystosowanego wraz z powstaniem Komitetu Obrony Robotników Robotniczy protest przeciw wygórowanym podwyżkom, który był wyrazem postawy całego niemal społeczeństwa, pociągnął za sobą brutalne prześladowania. […] Ofiary obecnych represji nie mogą liczyć na żadną pomoc i obronę ze strony instytucji do tego powołanych, np. związków zawodowych, których rola jest żałosna. Pomocy odmawiają też agendy opieki społecznej. W tej sytuacji rolę tę musi wziąć na siebie społeczeństwo, w którego interesie wystąpili prześladowani. Społe-

czeństwo bowiem nie ma innych metod obrony przed bezprawiem, jak solidarność i wzajemna pomoc. Dlatego niżej podpisani zawiązują Komitet Obrony Robotników, celem zainicjowania wszechstronnych form obrony i pomocy. Niezbędna jest pomoc prawna, finansowa, lekarska. Nie mniej istotna jest pełna informacja o prześladowaniach. Jesteśmy przekonani, że jedynie publiczne ujawnienie poczynań władzy może być skuteczną obroną. Warszawa, 23 września 1976 [136]

Jacek Kuroń w artykule Myśli o programie działania Komitet [Obrony Robotników] wyrósł z działania kilkunastu grup ruchu studentów i inteligencji, ale w krótkim czasie skupiło się wokół niego wiele tysięcy osób. Zbierających i ofiarowujących pieniądze, gromadzących informacje, przepisujących oraz rozpowszechniających komunikaty i inne materiały Komitetu. […] Jest to niewątpliwie pierwszy krok na drodze współdziałania robotników i inteligencji. […] Trzeba się porozumieć i wysuwać żądania, ale – podkreślamy to – ważniejsza od żądań jest solidarność. […] Każda sprawa, którą ludzie dobrej woli uznają za własną, może stać się okazją do powstawania ruchu społecznego. Warszawa, listopad 1976 [274]

Bohdan Cywiński (publicysta, historyk, działacz opozycyjny) Wpadłem na pomysł zorganizowania spotkania działaczy KOR-u z kardynałem [Karolem] Wojtyłą.


Warszawa, 18 listopada 1976 [53]

Z Apelu do społeczeństwa polskiego wystosowanego wraz z powstaniem Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela Prawa człowieka i obywatela są nienaruszalne, niezbywalne i nie można się ich zrzec. Nie może być prawdziwie wolnym naród, którego członkowie rezygnują z korzystania i obrony swoich praw – jak tego dowiodły doświadczenia historyczne, także Polski i Polaków. […] Nie tworzymy organizacji ani stowarzyszenia. Inicjatywę naszą dyktuje pilna potrzeba społeczna. […] Zwracamy się do wszystkich ludzi w Polsce o moralne poparcie, o współdziałanie i pomoc, zwłaszcza w uzyskaniu niezbędnych dla naszej działalności informacji o naruszaniu praw człowieka i obywatela. Warszawa, 25 marca 1977 [306]

Jan Walc (publicysta, współpracownik KOR-u) w artykule w podziemnym „Głosie” Polska istotnie niepodległa – jak każdy niepodległy kraj – to Polska niepodległych obywateli, ludzi będących podmiotami życia społecznego, nie zaś niewolnikami, poddanymi jakiejkolwiek władzy. […] Jeśli dziś myślimy serio o niepodległości Polski, to chodzi w pierwszym rzędzie – jeżeli nie wyłącznie – o niepodległość jej obywateli, o to, by każdy z nich był świadom swoich obywatelskich praw, płynących nie z pańskiej łaski, z dobrotliwego nadania władzy, ale immanentnie tkwiących w kondycji ludzkiej. Warszawa, październik 1978 [447]

Józefa Radzymińska (poetka) w dzienniku Gdy szliśmy do tramwaju, jakaś pani nas zatrzymała: „Czy Państwo wiedzą, że kardynał Wojtyła został papieżem?”. Grom we mnie strzelił radosny! Ale jeszcze nie wierzyłam. Dopiero w „Dzienniku Telewi-

zyjnym” wzruszonym głosem oznajmiono o białym dymie z kominów watykańskich i o papieżu Janie Pawle II. Myślę, że w wielu grom strzelił – nie zawsze radosny. Warszawa, 16 października 1978 [366]

Sławomir Mrożek (pisarz) w liście do Wojciecha Skalmowskiego (mieszkającego w Belgii) A może to będzie początek czegoś? […] Może początek opamiętania, odwrócenia kierunku? Może już wszyscy są tak zmęczeni idiotyzmem i nicością […] (nawet nie zdając sobie sprawy), że coś się choćby nieco odmieni? Może stał się już powszechny głód czegoś, choćby i niedokładnie wiadomo czego, ale co nie jest tym, co niby ma wystarczać i bardzo smakować? Na podstawie doświadczenia wierzę w prawo serii i może coś więcej jeszcze się zdarzy, co będzie pociechą. Paryż, 22 października 1978 [271]

Stefan Kisielewski (pisarz, działacz polityczny) w „Kulturze” paryskiej Wybór Papieża Polaka, czego nikt się nie spodziewał, wywołał wstrząs dusz i umysłów: uśpionym od lat, zapatyczniałym krajem przebiegł dreszcz, autentyczny zryw masowy po dziesięcioleciach biernego łykania drętwej propagandy. […] Wiatr historii powiał nad krajem, gdzie, wydawało się, historia stanęła w miejscu od lat trzydziestu. Lud przebudził się w ciągu godziny, na co ze zdumieniem patrzyli stumanieni funkcjonariusze partyjni, którzy nigdy nie widzieli autentycznej, masowej manifestacji, przywykli do mechanicznych, wypranych z emocji urzędowych spędów. […] Naród się ocknął, ocenił wagę wydarzenia, demonstrował bezinteresownie, bez nakazu i strachu. On jeszcze żyje ten naród. Warszawa, listopad 1978 [181]

Jacek Kuroń Celem zasadniczym, z którego w żadnym razie nie wolno nam zrezygnować jest demokracja parlamentarna i niepodległość państwa. [...] Realizujemy program stopniowych przemian dokonywanych przez ruchy społeczne i ich jawne instytucje i zarazem coraz to bardziej jesteśmy przygotowani do skorzystania z szansy nagłego zdobycia niepodległości i ustanowienia ładu demokratycznego. Przy tym rozwój i osiągnięcia niezależnych ruchów społecznych w Polsce pobudzają analogiczne procesy w innych krajach tzw. obozu i w ZSRR – co stanowi zasadniczy czynnik zewnętrzny wszelkich demo-

111 ALTERNATYWA SPOŁECZNA

[…] Postanowiłem zaprosić na spotkanie Jana Józefa Lipskiego, Jacka Kuronia i Antoniego Macierewicza – wtedy to byli najciekawsi politycznie ludzie z KOR-u. […] Czwartą osobą został Piotr Naimski. […] Wyznaczonego dnia kazałem im przychodzić do mnie indywidualnie. Byli pół godziny wcześniej. Wtedy wyszedłem z domu, wsiadłem w samochód, pojechałem po kardynała na Wiślaną do sióstr urszulanek i przywiozłem na Akacjową. […] Spotkanie trwało z półtorej godziny. Wszyscy kolejno zabierali głos. […] Po paru dniach MSW wystąpiło z oficjalnym protestem do sekretarza Episkopatu, arcybiskupa Bronisława Dąbrowskiego, że kardynał Wojtyła spotyka się w prywatnym mieszkaniu z najbardziej wrzaskliwą częścią opozycji.


PEEREL

132

Katowice, 16 grudnia 1981. Ludzie uciekają przed ZOMO podczas pacyfikacji strajku w kopalni „Wujek”. Fot. Marek Janicki / Ośrodek KARTA


133


1990

INSYGNIA WŁADZY W drugiej połowie 1990 roku zwycięska „drużyna Wałęsy” (Obywatelski Klub Parlamentarny, Komitet Obywatelski) dzieli się wobec planowanych wyborów prezydenckich. Przeciw Lechowi Wałęsie postanawia stanąć Tadeusz Mazowiecki, co przynosi mu klęskę wyborczą, a ponadto doprowadza do rozpadu dotychczasowej lojalnie współpracującej formacji opozycyjnej. Walka o indywidualny i grupowy udział w strukturach władzy doprowadza do rozdrobnienia sceny politycznej. 22 grudnia 1990 dochodzi do przekazania symboli państwowości między II Rzeczpospolitą a III RP. Ostatni prezydent na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski przekazuje w Zamku Królewskim w Warszawie nowo wybranemu prezydentowi Lechowi Wałęsie insygnia władzy. Wraz z tym aktem kończy działalność przedstawicielstwo Rzeczpospolitej Polskiej na uchodźstwie (Paryż, Londyn 1939–90).

III RP

158 Jerzy Turowicz (redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”) w artykule Po rozłamie w Komitecie Obywatelskim Dojrzewający od pewnego czasu kryzys w łonie Komitetu Obywatelskiego przy Przewodniczącym NSZZ „Solidarność” doprowadził do rozłamu. Zmiany w składzie tego Komitetu, a w konsekwencji zmiana jego koncepcji i jego politycznej orientacji, doprowadziły do podziałów, które trudno byłoby przezwyciężyć. Na ostatnim niedzielnym zebraniu tego Komitetu [24 czerwca], sześćdziesięciu kilku jego członków zgłosiło rezygnację z członkostwa. [...] Skoro wejście na drogę prowadzącą do pełnej demokracji oznacza rozwój pluralizmu politycznego, trzeba uznać za rzecz naturalną i słuszną kształtowanie się rozmaitych, konkurencyjnych względem siebie, opcji politycznych – pod warunkiem, że będzie to rywalizacja programów, a nie ambicji czy roszczeń personalnych lub grupowych oraz że nad różnicami opcji politycznych będzie dominowała troska o dobro wspólne całego społeczeństwa. Kraków, 1 lipca 1990 [436]

Robert Kaczmarek (publicysta) w „Kulturze” Dożyliśmy więc możliwości wyboru pomiędzy dwoma ugrupowaniami politycznymi, to jest grupą Wałęsy z jednej, a grupą rządową z drugiej strony. Różnice, jakie przypisuje się obu grupom, sięgają już historii. [...] Na dłuższą metę dzisiejsi władcy RP, rząd, „Solidarność” i komuniści po społu muszą odejść, ponieważ stanowią część upadającego reżimu, sublimację

jego konstruktywizmu i roszczeń, schyłkowy produkt groteskowego ustroju, który radził sobie, dopóki dysponował represyjną siłą, a po jej utracie afiszuje nagą resztę, ból istnienia w normalnym świecie, całkowitą nieumiejętność przekształcenia. Ile czasu trzeba, by przyszli nowi? Jacy nowi? Może z tego pokolenia, które w okresie przejściowym skazane jest na zmarnowanie własnych zasobów, najgłębszą frustrację osobistej przedsiębiorczości i szans życiowych, daninę niespełnionych osiągnięć zawodowych i pragnień konsumpcyjnych, tak jak ich poprzednicy – dzisiejsi luminarze – składali w innym okresie przejściowym daninę oporu? Paryż, 26 lipca 1990 [166]

Zbigniew Romaszewski (senator z ramienia Komitetu Obywatelskiego) w „Kulturze” paryskiej Żmudny i czasochłonny proces legislacyjny, wyczerpywanie się autorytetu „Solidarności”, brak koncepcji niekonfliktowej przebudowy ruchu antytotalitarnego w dysponujące własnym programem partie i ugrupowania polityczne – to wszystko, w połączeniu z pogłębiającymi się trudnościami życia codziennego i etatystycznym programem gospodarczym, doprowadziło społeczeństwo do apatycznego oczekiwania, co też tam w górze wymyślą i kiedy wreszcie skończy się reforma, aby móc normalnie uczestniczyć w życiu gospodarczym kraju. [...] Politycy [...] nie są w stanie dostrzegać trudności dnia codziennego i marazm przyjmują za wyraz aprobaty dla jedynie słusznego programu. Rozpoczyna się alienacja. Warszawa, lipiec 1990 [379]


Jak wytłumaczyć, że w Polsce nastąpiło pospolite ruszenie wszystkich przeciwko wszystkim, jakby wolność zerwała tamy solidarności, przyzwoitości, zdrowego rozsądku. Bez psychologii tego nie rozbierzesz. Przeszedł po nas komunistyczny walec i nie tylko trzeba od nowa budować z miazgi, ale również dawać imiona i samookreślać się. Najłatwiej to czynić poprzez konflikt. Jeżeli ten konflikt nie rozkruszy naszej ruiny, to zacznie się kiedyś proces scalania. [...] Wszyscy wspólnie, twórcy wielkiego mitu „Solidarności”, drą go dzisiaj na strzępy. I mam ochotę krzyczeć: bijcie się po mordach, ale „Solidarność” zostawcie. Sztokholm, sierpień 1990 [157]

Z oświadczenia zespołu „Gazety Wyborczej” Zdejmujemy znaczek „Solidarności”. „Gazetę Wyborczą” stworzyli półtora roku temu ludzie „Solidarności” z wielu pism podziemnych. Nikomu wówczas nie przychodziło do głowy, by kwestionować prawo używania przez nas symbolu „Solidarności”. Znaku, z którym się identyfikujemy. […] „Solidarności” nie da się sprowadzić jedynie do niezależnego i samorządnego związku zawodowego. To coś znaczenie szerszego. Częścią tej wspólnoty jest też „Gazeta Wyborcza”. Nadchodzi czas ważnych rozstrzygnięć dla Polski. Czas, w którym na ciężką próbę zostanie wystawiona kultura polskiego życia politycznego. Warszawa, 6 września 1990 [25]

Zdzisław Najder (przewodniczący Komitetu Obywatelskiego, doradca Lecha Wałęsy) Skoro wybór Prezydenta RP ma być instytucjonalnym i ideowym otwarciem III Rzeczpospolitej – trzeba go połączyć z uregulowaniem, nareszcie, stosunku władz krajowych do tych, którzy na wychodźstwie przechowali ciągłość Polski Niepodległej. […] Na płaszczyźnie symboli sprawa miała wymiar najwyższy. […] Prezydent Ryszard Kaczorowski miał w swoich rękach, i całkiem prawowicie, insygnia II Rzeczpospolitej. […] Wysunąłem więc pomysł […], że polecę – jako przewodniczący KO – do Londynu i przedstawię Prezydentowi Kaczorowskiemu następującą propozycję: Lech Wałęsa oświadczy, że jeżeli zostanie wybrany na prezydenta, to zaprosi Kaczorowskiego do przybycia do Polski i przekazania insygniów

Londyn, 12 października 1990 [276]

Jerzy Turowicz w „Tygodniku Powszechnym” Od kilku tygodni kraj nasz znajduje się w stanie ostrego przesilenia politycznego, związanego z otwarciem kampanii prezydenckiej. Sądzę – na pewno nie ja jeden – że nie jest to dobra sytuacja. Byłoby lepiej, gdyby u nas odbyły się najpierw – na podstawie nowej ordynacji wyborczej – wybory parlamentarne, likwidując obecny parlament, wybrany nie w pełni demokratycznie, na podstawie zdezaktualizowanych już porozumień Okrągłego Stołu. By ten nowy […] parlament uchwalił nową konstytucję, określającą wyraźnie prerogatywy i kompetencje prezydenta i by na tej podstawie dokonano wyboru prezydenta RP. Stało się jednak inaczej. […] Rozpoczęta kampania „przyspieszenia” wywołała już pewną destabilizację polityczną w kraju, zakłóciła trudny proces reformy państwa, spowodowała też osłabienie wiarygodności naszego kraju na terenie międzynarodowym. Kraków, 28 października 1990 [435]

Tomasz Jastrun w „Kulturze” paryskiej Większość już nie interesuje się polityką, a wróci do niej na chwilę w czasie wyborów prezydenckich, jak do piłkarskiego meczu. To jeszcze jakiś czas temu byli zwolennicy „Solidarności”, którzy wzięli rozwód z polityką, gdy okazało się, że wolność nie rozwiązuje żadnego z problemów, które krępują im szyje i piersi. [...] Całe nasze dyskusje, biadolenia, gniewy, rozpacze, złe krwie, naukowe rozprawy – to wszystko X. ujął w jednym zdaniu: „My teraz po prostu nic nie umiemy”. [...] Wymycie profesjonalizmu z naszej gleby przez potop sowieckiego socjalizmu jest większe, niż spodziewali się najwięksi pesymiści. Sztokholm, październik 1990 [158]

159 INSYGNIA WŁADZY

Tomasz Jastrun (poeta, dyrektor Instytutu Polskiego w Sztokholmie) w „Kulturze” paryskiej

II RP. W ten sposób zamknięta, a zarazem uhonorowana będzie misja władz RP na obczyźnie – a zarazem dojdzie do przerzucenia mostu między II i III Rzeczpospolitą. Sprawę chciałem ustawić tak, by nie była jakimś kontraktem między „Londynem” a Wałęsą, ale otwarciem możliwości każdemu wybranemu w Polsce prezydentowi. […] Prosto z londyńskiego lotniska pojechałem do siedziby Rządu RP na obczyźnie. […] Podpisaliśmy wspólnie komunikat: „[…] Prezydent wyraził swoją gotowość – po dokonaniu wyboru, w głosowaniu powszechnym, Prezydenta RP w Polsce – udania się, na zaproszenie nowo wybranego Prezydenta, do Warszawy, by przekazać insygnia prawowitej władzy prezydenckiej II Rzeczpospolitej”.


Wiktor Kulerski (wiceminister edukacji narodowej) Kiedy Wałęsa rzucił hasło „wojny na górze” i sformułował swoją definicję demokracji, że jest to wojna wszystkich ze wszystkimi – [...] łudziłem się, że zostaną one przez społeczeństwo odrzucone, jako nieprawdziwe, niesłychanie destrukcyjne i niszczące właśnie demokrację. [...] W innych społeczeństwach polityk, który ośmieliłby się coś takiego powiedzieć, musiałby odejść, byłby w ogóle skończony, a u nas – nie. […] Polacy poczuli się zagubieni. Warszawa [431]

Dariusz Fikus (redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”) w artykule Lekcja pokory

III RP

160

Tego nie przewidzieliśmy. Zdawaliśmy sobie sprawę, iż prawdopodobnie dojdzie do drugiej tury wyborów, ale sądziliśmy, iż będzie to rozgrywka między Wałęsą i Mazowieckim, a nie między Wałęsą i [biznesmenem działającym na terenie Ameryki Północnej i Południowej Stanisławem] Tymińskim [...]. Te wyniki pierwszej rundy [z 25 listopada, którą wygrali Wałęsa i Tymiński] są ostrzeżeniem, że nie jest to już powtórzenie marszu ze sztandarami do zwycięstwa z ubiegłego roku. Takim sygnałem ostrzegawczym była niska frekwencja w tegorocznych wyborach samorządowych. To był sygnał, że społeczeństwo jest zdezorientowane i zaniepokojone narastającym konfliktem w obozie rządzącym, który mógł spowodować odwrócenie sympatii społeczeństwa od jego przywódców. Jeszcze na wiosnę sondaże popularności wskazywały, że około 70 procent ludzi sympatyzuje z nimi. Tymczasem w ciągu zaledwie paru miesięcy sympatie te stopniały do niepokojąco niskiego poziomu. Na rodzinnym sporze Wałęsa–Mazowiecki skorzystał „czarny koń”. Jest to porażka zarówno Mazowieckiego, jak i Wałęsy. Warszawa, 26 listopada 1990 [89]

Donald Tusk (wiceprzewodniczący Kongresu Liberalno-Demokratycznego) w „Gazecie Wyborczej” Ponad 20 procent głosów oddanych na Tymińskiego pokazuje, jak wielka jest w społeczeństwie niepewność jutra, rozgoryczenie i potrzeba utopii. Boję się powtórki z historii. Dzisiejsza Polska przypomina Republikę Weimarską. Fakt, że Tymiński mógł za pomocą umiejętnie prowadzonej kampanii reklamowej zdobyć tak dużą popularność, stanowi wielkie ostrzeżenie dla elit. Wybory pokazały też, że kończy się magia szyldów. „Solidarność” coraz częściej będzie zniechę-

cała zamiast przyciągać. Nawet Wałęsa, człowiek legenda, traci moc oddziaływania. To bardzo zła informacja – szczególnie, że brakuje nam instytucji mających pełne zaufanie społeczne. [...] Dalsze trwonienie autorytetu Wałęsy byłoby głupotą. Konieczna jest współpraca obozu „Solidarności”. [...] To nie Lech zagraża demokracji, tylko stan umysłów w Polsce. Warszawa, 27 listopada 1990 [437]

Gustaw Herling-Grudziński (pisarz) w dzienniku Wyniki wyborów prezydenckich w Polsce wzbudziły „niepokój”. Blade i mdłe słówko! Słowem właściwym jest WSTYD. Tak, głęboki wstyd, że w Polsce, podziwianej wszędzie w ciągu minionego dziesięciolecia, jedna czwarta elektoratu głosowała na Króla Ubu z Peru […], który obiecał, że w razie wygranej nauczy rodaków, jak się zarabia dolary. […] Istnieje jednak odwrotna strona wstydu. Jest nią nagłe odkrycie (nie dla mnie), że polskie elity polityczne wzbiły się w stratosferę, naród pozostawiwszy na padole łez. I to właśnie ten płaczący z bezsilnej wściekłości, zgrzytający zębami naród, który od czasów Magdalenki [rozmów przygotowujących Okrągły Stół] trzymano w niewiedzy, uczepił się w 23 procentach ostatniej deski ratunku w postaci zamorskiego milionera, co to „zna się przynajmniej na rzeczy i coś tu może zmienić”. Neapol, 30 listopada 1990

Jedyny morał wyborów prezydenckich [wygranych w drugiej turze przez Lecha Wałęsę] wskazuje nie tyle na „niedojrzałość” społeczeństwa (niezbyt zaskakującą po 45 latach rządów komunistycznych), ile na niedojrzałość elit politycznych. Począwszy od Okrągłego Stołu, poprzez czerwcowe wybory do parlamentu, obranie Jaruzelskiego prezydentem i utworzenie rządu Mazowieckiego, elity polityczne zrobiły minimalny wysiłek, by społeczeństwo z zamkniętego stało się naprawdę otwartym społeczeństwem, któremu objaśnia się cierpliwie, bez żadnych obsłonek i wykrętów, co, dlaczego i jakim kosztem zostaje przedsięwzięte dla wyjścia z komunizmu. Powstało groźne w takich sytuacjach uczucie, że „ci na górze” rządzą i planują, lekce sobie ważąc udręki, ofiary i obawy „tych na dole”, masy rządzonych. Neapol, 13 grudnia 1990 [139]

Ks. Stanisław Musiał w „Tygodniku Powszechnym” Po przeszło 50 latach Polska posiada znowu prezydenta, wybranego w sposób wolny przez społeczeństwo. Jest to wydarzenie na miarę historii. [...] Cieniem na pierwszych wyborach demokratycznych w powojennej Polsce okazał się fakt, że nie wzięła w nich udziału znaczna część społeczeństwa:


Kraków, 16 grudnia 1990 [443]

Ryszard Kaczorowski (Prezydent RP na uchodźstwie) w orędziu 29 czerwca 1945 ówczesny Prezydent Rzeczpospolitej Władysław Raczkiewicz wydał w Londynie orędzie do narodu polskiego. W orędziu tym Prezydent oświadczył, że przekaże swój urząd następcy wyłonionemu przez naród w wolnych i nieskrępowanych wyborach, skoro tylko można je będzie przeprowadzić. Na ten dzień Polska czekała przeszło 45 lat. Moi poprzednicy na urzędzie Prezydenta Rzeczpospolitej – August Zaleski, Stanisław Ostrowski, Edward Raczyński i Kazimierz Sabbat – ponawiali oświadczenie Władysława Raczkiewicza. […] Oddając jutro Lechowi Wałęsie na Zamku Królewskim w Warszawie urząd Prezydenta Rzeczpospolitej i związane z nim insygnia, oddam mu w opiekę całą, niepodległą, wolną, demokratyczną i sprawiedliwą Polskę, o którą walczyli żołnierze

Września 1939, Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i bohaterskiej Armii Krajowej. […] Oddam Prezydentowi Lechowi Wałęsie zwierzchnictwo nad emigracją niepodległościową, która dopełniła swojej misji, przechowując pieczołowicie ideę Polski Niepodległej. Londyn, 21 grudnia 1990 [78]

Prezydent Lech Wałęsa w przemówieniu podczas uroczystości na Zamku Królewskim Na Pana ręce, Panie Prezydencie, pragnę złożyć podziękowanie. […] Bez pracy bezimiennej rzeszy Polaków, bez poczucia wspólnoty rozciągającej się ponad granicami nie byłoby też łatwo zwalić dzielące nas mury. Nieśliście dumnie sztandar wolności. Spełniliście największy patriotyczny obowiązek względem Ojczyzny. Polska z tej dziejowej próby wyszła zwycięsko, w swych prawach nieuszczuplona. Do normalności jeszcze nam daleko. Jesteśmy na jej początku. Warszawa, 22 grudnia 1990 [78]

Tomasz Jastrun w „Kulturze” paryskiej Nie zmieniło się prawie nic, a przede wszystkim nie zmieniło się – co tak różni nas od Zachodu, a co w pełni widać dopiero teraz – smutek i niekompetencja. Nasz świat obrócił się przez ten rok o kilka stopni, ale wszyscy młodzi znajomi zostali w dawnych bezradnych pozach, a zardzewiałą osią tego ruchu są – smutek i niekompetencja. […] W ciągu jednego roku dramatycznie kręta stała się droga naszej elity. Od miłości do Wałęsy do nienawiści – i oto w ciągu kilku dni nienawiść poddana niezwykłemu ciśnieniu zmieniła się w heroizm zaakceptowania historycznej konieczności. Sztokholm, grudzień 1990 [159]

161 INSYGNIA WŁADZY

w pierwszej turze wyborów prawie 40 procent, a w drugiej niemal połowa obywateli. Co więcej – wydaje się, że obecny prezydent został wybrany przez nie więcej, jak jedną trzecią osób uprawnionych do głosowania [...] Najtrudniejszym jednak zadaniem będzie to, które prezydent-elekt nałożył sam na siebie podczas kampanii wyborczej: zaspokojenie rozbudzonych przez siebie olbrzymich oczekiwań społecznych, związanych z jego osobą czy też w ogóle z urzędem prezydenta. Oczekiwań, które można by streścić w jednym: że uda się w szybkim czasie wyciągnąć kraj z kryzysu. Niedobrze się stało, że podczas kampanii prezydenckiej wykreowano prezydenta, jako takiego, do roli cudotwórcy, zbawcy narodu, osoby posiadającej receptę na wszystkie bolączki społeczeństwa. Zbawcą Narodu może być tylko sam Naród dla siebie, o ile mu się uda zespolić swe wysiłki w duchu solidarności i gotowości do wyrzeczeń.


2004

FEDERACJA Ani Polska powrześniowa, ani pojałtańska nie jest traktowana jako podmiot w wymiarze geopolitycznym. Deklaracja Rzeczpospolitej udziału w Unii Europejskiej staje się aktem gotowości wejścia do federacji krajów kontynentu, które przyjmują wspólne demokratyczne reguły. Rozdroże: udział w strukturach Zachodu czy odrębny kraj, zdefiniowany „narodowo” – stanowi kanwę debaty przedakcesyjnej. Referendum, będące głosowaniem „za” czy „przeciw” udziałowi w federacji, kończy się zwycięstwem zwolenników Unii. Protesty przeciwników, wieszczących kolejną utratę suwerenności, przez następne lata okazują się zabiegiem propagandowym, mającym chronić ich partykularne interesy. Z czasem społeczeństwo polskie, oceniając rozwój państwa sfederowanego, staje się euroentuzjastyczne.

III RP

198 Premier Jerzy Buzek w Sejmie

Poseł Jan Łopuszański (Nasze Koło)

Po 50 latach oddzielania się od Europy, a tym samym słabnięcia Polski, mamy jedyną szansę, aby znów wraz z innymi narodami czuć i podzielać uczucia braterstwa. Czuć, budując tym samym siłę i dobrobyt naszego kraju. [...] Rozpoczynamy dziś narodową debatę nad tempem i strategią uczestnictwa Polski w strukturach europejskich. Zwieńczeniem tej debaty będzie referendum, w którym naród podejmie ostateczną decyzję. [...] W polskiej debacie publicznej na temat członkostwa w organizacjach międzynarodowych szczególnie ważne miejsce zajmuje kwestia suwerenności państwa. Przyczyny tego są oczywiste dla każdego, kto choćby pobieżnie zna nasze dzieje. Chcę jednak podkreślić, że obecność w strukturach europejskich umacnia, a nie osłabia polską suwerenność. Jej gwarantem jest przecież siła państwa i zamożność jego obywateli, a nie izolacja. We współczesnym świecie – a Europa nie jest tu wyjątkiem – decyzje podejmowane przez jedne państwa wpływają na inne. Jeśli za miarę suwerenności uznać – w drodze wolnego wyboru – zdolność do zapewnienia bezpieczeństwa i dobrobytu narodu, to integracja europejska jawi się jako forma zbiorowego wzmocnienia suwerenności, bo państwa mogą wiele zadań lepiej i skuteczniej podjąć wspólnie niż w odosobnieniu. [...] Znamy może lepiej niż inne narody wysoką cenę osamotnienia. Przez uczestnictwo w decyzjach i instytucjach europejskich staniemy się podmiotem, a nie przedmiotem podejmowanych decyzji. Współczesne współzależności polityczne i gospodarcze sprawiają, że to najlepsza forma realizacji drogiej nam zasady: nic o nas bez nas.

Nie rozumiem logiki osób, które twierdzą, że uszczuplenie suwerenności Polski na rzecz Unii Europejskiej prowadzi do umocnienia suwerenności Polski. Poprzednio tego typu argumenty słyszeliśmy, gdy zabierali głos sekretarze Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, twierdzący, że umocnienie tak zwanej przyjaźni ze Związkiem Radzieckim prowadzi do umocnienia niepodległości Polski.

Warszawa, 8 września 1999 [145]

Polska zmierza do członkostwa pełnoprawnego,

Warszawa, 8 września 1999 [145]

Poseł Adam Słomka (KPN) Wejście do Unii Europejskiej nie ma nic wspólnego z pozycją geopolityczną Polski; ma wyłącznie związek z rachunkiem ekonomicznym – zysków i strat. Albo nam się to opłaca, albo się nie opłaca. Trzeba to sobie uczciwie powiedzieć i przestać okłamywać własne społeczeństwo. [...] Mamy nadzieję, że te negocjacje z Unią Europejską, cały ten proces oparty o wielce górnolotne słowa, nie zakończy się tak, jak w przypowieści, którą usłyszałem wczoraj w pociągu. Jeden z pasażerów powiedział: „To wygląda tak, że rząd obiecuje, iż po wejściu do Unii Europejskiej każdy dostanie mercedesa, tylko zapomniał dodać, że każdy dostanie mercedesa do umycia”. Warszawa, 8 września 1999 [145]

Prezydent Aleksander Kwaśniewski w przemówieniu inaugurującym drugą kadencję


Warszawa, 23 grudnia 2000 [446]

Włodzimierz Cimoszewicz (minister spraw zagranicznych) w Sejmie Przeciwnicy wstąpienia Polski do Unii Europejskiej powinni rzetelnie powiedzieć obywatelom naszego kraju, jaką realną alternatywę chcą Polsce zaproponować. Polska poza Unią, do której wstąpią nasi bliżsi i dalsi sąsiedzi, to kraj skazany na marginalizację. Nie tylko nie będziemy sami mieli dostępu do korzyści, w tym finansowych, wynikających z członkostwa, ale będziemy podwójnie tracili dystans wobec tych, którzy w tym systemie się znajdą. [...] Przypomnijmy sobie mapę Europy. Czy chcemy jako jedyni, ze szczególnym wyjątkiem Norwegii i Szwecji, pozostać poza zintegrowaną Europą, wyłącznie w towarzystwie naszych wschodnich sąsiadów? [...] Tylko członkostwo w Unii Europejskiej, i to członkostwo szybkie [...] daje nam szansę na pomyślny i harmonijny rozwój naszego kraju. Tylko członkostwo pozwoli nam brać udział, ze wszystkimi europejskimi narodami, w podejmowaniu decyzji dotyczących całej Europy, a naszym obywatelom zapewni większe poczucie bezpieczeństwa zarówno wewnętrznego, jak i zewnętrznego. Warszawa, 29 listopada 2001 [402]

ność? Wolimy stare polskie przysłowie: dom ciasny, ale własny. Negocjacje rządu RP sprowadzają się do szybkiego marszu na kolanach. Warszawa, 29 listopada 2001 [402]

Z artykułu w „Gazecie Wyborczej” Eurosceptycy rosną w siłę, co wyraźnie pokazały wybory lokalne. Środowiska rolnicze buntują się przeciw – jak to mówią – „członkostwu drugiej kategorii”. Słyszymy głosy, że wejście do Unii nie może być dogmatem. Że trzeba znacznie poprawić warunki członkostwa. I wreszcie, że prymatu Moskwy nie należy zamieniać na prymat Brukseli. Polakom podobają się nawet te buńczuczne wezwania. Pobrzmiewa w nich stara, lecz jara nuta sarmackiej zadziory. [...] Trzeba więc jasno i uczciwie powiedzieć sobie, że zostając poza Unią tracimy historyczną szansę znalezienia się w obozie wygranych. Jak przyznaje minister ds. europejskich Danuta Hübner, ryzykujemy poważny kryzys gospodarczy, gdyż gospodarka rozkręcona jest myślą o członkostwie. W dostosowania włożyliśmy miliardy złotych, restrukturyzację przypłaciliśmy wysokim bezrobociem, czeka nas gwałtowna zmiana struktury zatrudnienia na wsi, która – jak wiadomo – jest buforem bezrobocia. Członkostwo w UE ma być dopełnieniem tych wysiłków, ale i naszą premią. Czy mamy to wszystko stracić? 2 grudnia 2002 [321]

Z wiersza „Służalcy i Unia” przedstawionego przez słuchaczkę na antenie Radia Maryja Unia brukselska, śmiercionośna, wielka, nierządnica europejska.[...] zniszczyć chce maryjny lud, tak, by Polska nie istniała, by się sama zatracała, z mapy świata wymazała. 10 grudnia 2002 [275]

Poseł Roman Giertych (LPR) w Sejmie Powiedzcie więc narodowi jasno: chcecie, aby Polska przystąpiła do innego państwa, państwa o nazwie Unia Europejska. [...] Czy to państwo jest państwem europejskim? [...] Upadek moralności, pornografia, narkotyki i więcej budowanych meczetów niż kościołów. [...] Czy Polacy jako naród, który tyle poniósł ofiar w walce o wolność, mają oddać tę wolność w zamian za obietnicę pieniędzy? Czy przystąpienie do państwa, jakim jest Unia Europejska, nie stanowi zaprzeczenia krwi tych, którzy podczas II wojny światowej oddali swoje życie za naszą wol-

Z artykułu w „Studiach Medioznawczych” W poglądach wyrażanych na antenie Radia Maryja Unia Europejska jest od dawna stałym tematem […]. Zdaniem gości i słuchaczy, Unia jest najpoważniejszym zagrożeniem dla polskiej tożsamości, suwerenności, kultury, religii, narodu i uosabia wszystkie grzechy współczesnego świata: permisywizm, ateizm, cywilizację śmierci opartą na aborcji i eutanazji. Jest zagrożeniem dla rodziny, bo dopuszcza małżeństwa homoseksualne, deprawuje młodzież przez edukację seksualną, jest wreszcie kolejnym wciele-

199 FEDERACJA

w którym zarówno obowiązki, jak i prawa zrównywać nas będą z innymi krajami. Pierwsze sukcesy na tym polu już osiągnęliśmy. Ale przecież przed nami jest jeszcze bardzo wiele pracy. Przede wszystkim trudne negocjacje w takich kwestiach, jak polityka rolna, ochrona środowiska, swobodny przepływ osób i kapitału, czy polityka regionalna. […] Czeka nas również referendum na temat wejścia do Unii. Wierzę, że potwierdzi ono w sposób bezsprzeczny, iż miejsce Polski jest w zjednoczonej Europie. Ufam, że będzie to głos świadomy, pełny przekonania, wsparty determinacją szerokiego spektrum i sił politycznych, i środowisk obywatelskich. Chciałbym, żeby ten głos był oddany ze zrozumieniem, że Unia Europejska to nie gotowa recepta na sukces, ale szansa rozwojowa, którą sami musimy wykorzystać.


niem odwiecznego niemieckiego ekspansjonizmu, zagrażającego polskiej ziemi i jej mieszkańcom. […] Wejście do struktur unijnych oznaczać będzie śmiertelne zagrożenie dla tradycyjnych wartości, religii, rodziny, ojczyzny i dla całego narodu. […] Wobec największego od lat zagrożenia, jakim jest wejście Polski do Unii, prawdziwi patrioci powinni się zjednoczyć i zrobić wszystko, aby do tego nie dopuścić, bo skutki tej decyzji będą tragiczne. Przemysł padnie, ziemia zostanie wykupiona, będziemy „niewolnikami u bauera” lub „obywatelami drugiej kategorii”. […] Z anteny można się też było dowiedzieć o sekretnych planach unijnych, z których wynika, że ludność Polski ma się znacznie zmniejszyć, więc będzie stosowana eutanazja, utracimy niepodległość, a większość rodzin skazana zostanie na nędzę i poniżenie. 2003 [328]

Papież Jan Paweł II w przemówieniu do uczestników Narodowej Pielgrzymki

III RP

200

Wiem, że wielu jest przeciwników integracji. Doceniam ich troskę o zachowanie kulturalnej i religijnej tożsamości naszego Narodu. Podzielam ich niepokoje związane z gospodarczym układem sił, w którym Polska – po latach rabunkowej gospodarki minionego systemu – jawi się jako kraj o dużych możliwościach, ale też o niewielkich środkach. Muszę jednak podkreślić raz jeszcze, że Polska zawsze stanowiła ważną część Europy i dziś nie może wyłączać się z tej wspólnoty, która wprawdzie na różnych płaszczyznach przeżywa kryzysy, ale która stanowi jedną rodzinę narodów, opartą na wspólnej chrześcijańskiej tradycji. Wejście w struktury Unii Europejskiej, na równych prawach z innymi państwami, jest dla naszego Narodu i bratnich Narodów słowiańskich wyrazem jakiejś dziejowej sprawiedliwości, a z drugiej strony może stanowić ubogacenie Europy. Europa potrzebuje Polski. Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej! Rzym, 19 maja 2003 [340]

Lech Kaczyński (prezydent Warszawy) w wywiadzie Jestem za Unią, ale nigdy nie poprę koncepcji federacji, która w Europie zaczyna brać górę. Odzyskaliśmy niepodległość nie po to, by z niej po kilkunastu latach rezygnować [...]. Unia tak, ale czeka nas walka o model Unii. Warszawa, 3 czerwca 2003 [212]

ze złowrogiej władzy przypadku i – jak to się dzieje w rozwiniętych krajach Zachodu – uzyskali silniejsze rządy nad swoim losem. W przedreferendalnych wezwaniach do powiedzenia „tak” widzę jeszcze, jak wspólne i silne jest marzenie Polaków, by porzucić zawieruchy dziejowe, wielkie historyczne zmiany i wybić się na zwykłe, bezpieczne życie, które można jakoś przewidzieć i zaplanować. Warszawa, 3 czerwca 2003 [17]

Stefan Chwin (pisarz) Narody wschodniej Europy lgną do Unii, bo chcą uciec od Rosji. Potwierdza to wynik referendum na Litwie, gdzie właściwie nie było żadnej kampanii informującej, czym Unia jest naprawdę, a prawie wszyscy głosujący poparli akcesję. Wybór jest prosty: albo Bruksela, albo Moskwa. I to jest także nadzieja Polaków: że Europa, jeśli Polska stanie się członkiem Unii, nigdy nie pozwoli na drugi Katyń. Warszawa, 4 czerwca 2003 [44]

Piotr Pacewicz (publicysta „Gazety Wyborczej”), komentując frekwencję w pierwszym dniu referendum Na Litwie, która tak jak my po raz pierwszy głosowała w ciągu dwóch dni, po pierwszym było już 23 proc. głosów. Drugiego dnia dzięki ogromnej mobilizacji polityków, mediów, Kościoła (a nawet supermarketów) do urn poszło półtora raza więcej ludzi. I udało się. Żeby nam się udało, musi dziś zagłosować prawie dwa razy Polaków więcej niż wczoraj. [...] Klapa referendum byłaby sygnałem, że coś w tych naszych 13 latach niepodległości gruntownie się nie udało. Warszawa, 7 czerwca 2003 [315]

Z komentarza „Gazety Wyborczej” po drugim dniu głosowania Gdyby Polska zagłosowała na nie... Gdyby frekwencja nie przekroczyła tych magicznych 50 procent... Jednak zagłosowaliśmy na tak. Z całą nieufnością, jaką może mieć społeczeństwo przez tyle dziesięcioleci niewolone przez obce mocarstwa, tak wiele razy oszukiwane przez własne i przez narzucone rządy, więzione w piwnicy historii. Ale też z ogromną nadzieją, z radością, z wiedzą, że tej możliwości wyboru – czy chcemy wejść, czy nie – nikt nam nie dał i nikt nie narzucił. Warszawa, 8 czerwca 2003 [51]

Marek Beylin (publicysta) w felietonie Gdy dziś obserwuję, jak różne, na co dzień skłócone środowiska, apelują o wejście do UE, myślę sobie, że wszystkie ujmują się nie tylko za elitami, lecz także za tym, by dzisiejsi wykluczeni wyrwali się

Jan Nowak-Jeziorański To absolutnie przełomowy punkt w możliwościach rozwoju kraju. […] To jak gdyby osiągnięcie ostatniej


Warszawa, 8 czerwca 2003 [52]

Danuta Hübner (ministra ds. europejskich) 1 maja byłam w Sztokholmie. Zostałam zaproszona, jako jedyny zresztą przedstawiciel państw przystępujących do Unii Europejskiej, żeby spotkać się na ratuszu z tymi, którzy świętowali rozszerzenie Unii. [...] A więc zaczęłam ten nowy etap w historii Polski właśnie tam, w Sztokholmie, choć noc z 30 kwietnia na 1 maja spędziłam, tak jak wielu warszawiaków, na placu Zamkowym, potem na placu Teatralnym, po prostu się ciesząc. [...] A w całej Europie pogoda 1 maja była dobra, nie tylko w Sztokholmie. Było słońce, była pogoda dla integracji. To był dzień, który tak naprawdę oznaczał koniec podziałów w Europie. Także tego podziału najboleśniejszego, najtrudniejszego, o którym nie my sami zadecydowaliśmy, a który został nam narzucony w wyniku II wojny światowej. Podziału, który nam uniemożliwił uczestniczenie w początku integrowania się Europy. Zrobiliśmy to z 50-letnim opóźnieniem. Ale stało się i nadszedł ów dzień. Sztokholm, 1 maja 2004 [143]

Witold Gadomski (publicysta) w „Gazecie Wyborczej” Do UE wchodzą dwie Polski. Pierwsza jest zasobna, nieźle wykształcona, zna Europę i uważa, że teraz otwiera się wielka szansa. Druga ma wykształcenie podstawowe lub zawodowe, niskie dochody, mieszka w małym miasteczku lub w blokowisku większego miasta, w którym upadły prawie wszystkie zakłady pracy. Czasami żyje z nierejestrowanego handlu lub pracy na czarno. Jest sfrustrowana, gdyż nie dostrzega w swym otoczeniu żadnych szans na lepsze. [...]

Wejście do Unii musi zmienić tkankę społeczną. To, w jakim kierunku pójdą zmiany, zależeć będzie od umiejętności adaptowania się do nowych warunków. Procesem tym nie da się skutecznie sterować, jesteśmy raczej skazani na ruchy żywiołowe, których kierunek można prognozować jedynie w przybliżeniu. UE wymusza postęp cywilizacyjny, co na dłuższą metę podnosi efektywność gospodarowania. Istnieje jednak obawa, że po drodze ten „pociąg postępu” opuści trochę pasażerów. Warszawa, 1 maja 2004 [91]

Witold Orłowski (ekonomista) w „Gazecie Wyborczej” Równo 21.543 dni od zakończenia II wojny światowej (co można symbolicznie uznać za początek komunizmu w Europie Środkowej), 8644 dni od podpisania porozumień gdańskich (co można symbolicznie uznać za początek jego końca), 5234 dni od rozpoczęcia w Polsce rynkowych reform i 505 dni od zakończenia negocjacji członkowskich wstępujemy do Unii Europejskiej. [...] Do wspólnego pokoju, w którym zamieszkało pół wieku temu sześć krajów (słowo „pokój” można tu rozumieć na wiele sposobów), najpierw stopniowo dokwaterowało się kolejnych dziewięć, teraz zjawia się aż dziesięć, a kolejnych kilka czeka w przedpokoju na walizkach. Zgoda, pokój udało się tymczasem wyremontować, powiększyć, spowodować, że wszystkich 25 lokatorów może w nim całkiem komfortowo żyć (właściwie nie jest to już wspólny pokój, ale cała willa). Jednak mimo wszystko zamieszkanie z kimś niemal nieznanym w jednym pokoju jest sporym przeżyciem, a tak długo, aż nie nabierze się do siebie wzajemnego zaufania i nie nauczy się naprawdę żyć razem – ciężkim doświadczeniem. W Europie jest jednak dla nas wszystkich dosyć miejsca. I jestem przekonany, że za dziesięć lat nikt już nie będzie pamiętał o dzisiejszych lękach, a wszyscy będą cieszyć się, że rozszerzenie nastąpiło. Warszawa, 1 maja 2004 [307]

201 FEDERACJA

fazy marzeń – niepodległość, demokracja, dobrobyt. Dożyłem spełnienia wszystkiego, czego można było oczekiwać, czego można było się domagać. Reszta zależy od nas.


2005

HISTORIA A POLITYKA Pogłębiająca się polaryzacja polityczna w Polsce opiera się w większym stopniu na deklarowanej przez rywalizujące ugrupowania aksjologii, niż na różnicach w sposobie zarządzania państwem. Dogodnym polem mobilizacyjnym okazuje się stosunek do przeszłości – istotna staje się nie sama historia, lecz taka jej interpretacja, która pozwala definiować postawy współczesne. Z czasem polaryzacja, wzmacniana przez partie, doprowadzi do podziału całego społeczeństwa. 90. rocznicę odzyskania niepodległości Rzeczpospolita obchodzi w stanie kohabitacji – przedstawiciele dominujących ugrupowań dzielą władzę. Oba środowiska polityczne potrafią – w 2008 roku po raz ostatni bez ostentacyjnej wrogości – wspólnie uhonorować historię polskiej państwowości. Napięcie wzrasta z każdym rokiem i już w czerwcu 2009 Święto Wolności organizuje głównie ruch społeczny.

III RP

214 Marek Czyżewski (socjolog) Od jesieni 2005 [gdy wybory parlamentarne wygrało Prawo i Sprawiedliwość] wektor nowej, tym razem jawnie państwowej polityki historycznej [...] ulega, jak się zdaje, przestawieniu. Dotychczasowy kierunek myślenia był dwutorowy. Z jednej strony dopuszczano, a częściowo nawet zalecano samokrytycyzm w odniesieniu do relacji wobec zbiorowości etnicznych Innych (Żydzi, Ukraińcy, Niemcy) [...]. Z drugiej zaś strony stosowano podejście „rozumiejące” i w pewnym stopniu usprawiedliwiające w odniesieniu do Peerelu. [...] Nowy kierunek myślenia historycznego […] jest również dwutorowy. Tym razem obydwa tory wiodą jednak w innym kierunku, niż to miało miejsce dotychczas. Publiczną prawomocność uzyskuje z jednej strony tor unikania samokrytycyzmu i – niejako w zamian – nagłaśniania historii narodowej dumy i chwały w relacjach ze zbiorowościami odmiennymi etnicznie; z drugiej zaś strony – skontrastowany z pierwszym – tor nagłaśniania historii hańby w obszarze Peerelu (w szczególności w kontekście lustracji). Łódź [57]

Marek Jurek (marszałek Sejmu, polityk PiS) podczas debaty „Polska polityka historyczna” Przyszedł już czas, żebyśmy przypomnieli, że polityka ma wymiar historyczny. Polityka, zapominając o nieuregulowanych sprawach przeszłości, pozostawia kwestie otwarte, które muszą powrócić. [...] Czas też porzucić tę okropną doktrynę transforma-

cji ustrojowej. Wolna Polska, jeżeli ma być urzeczywistnieniem niepodległości i pełną realizacją jej szans, musi być po prostu niepodległym państwem, odbudowanym w nawiązaniu do tradycji II Rzeczpospolitej, Polski Walczącej, emigracji niepodległościowej, opozycji demokratycznej i „Solidarności”, ale na pewno nie może być stransformowanym PRL. [...] Przez te piętnaście lat zbudowaliśmy fundamenty i ściany nowego państwa, ale to jest proces, który trzeba dokończyć. Warszawa, 30 marca 2006 [337]

Arkadiusz Rybicki (poseł PO) podczas debaty „Polska polityka historyczna” Należę do tej grupy, która ma wątpliwości, czy należy historię wpleść w bieżącą politykę. Polityka, która dzisiaj nie ma prestiżu w Polsce, jest uważana za domenę brudnej gry, a określenie „klasa polityczna” sugeruje ludzi, którzy działają w złej wierze – może „zepsuć” historię, zniechęcić do niej. […] Oto kandydat na prezydenta Donald Tusk miał dziadka w Wehrmachcie. To, czy wcielono go przymusowo – podobnie jak ludność z ziem polskich, włączonych do Rzeszy – czy poszedł dobrowolnie, działał na froncie czy w oddziałach pomocniczych, które budowały tory kolejowe, było nieistotne. Tu prawda historyczna nie ma znaczenia. Ważne było słowo „Wehrmacht”, które służyło pognębieniu przeciwnika. To jest przykład, jak fałszywa polityka prowadzi do fałszowania historii, albo fałszywa historia daje złą politykę. Ten najbardziej rażący przykład jest ostrzeżeniem. Warszawa, 30 marca 2006 [337]


Spór o politykę historyczną w ostatnim czasie staje się jedną z głównych ideowych kontrowersji między dwoma obozami: obrońcami III Rzeczpospolitej a jej radykalnymi krytykami, którzy zwykle występują w roli zwolenników budowy nowego, lepszego państwa – IV Rzeczpospolitej. Według tych ostatnich w okresie po 1989 roku państwo wyrzekło się zupełnie – albo było w tej dziedzinie zanadto bierne – jednej ze swoich fundamentalnych ról. Jest nią aktywne odwoływanie się do historii i tradycji narodowej dla wzmacniania postaw patriotycznych i obywatelskich. […] Polityka historyczna powinna – mówiąc obrazowo – zejść z głównej linii strzału, przestać być jedną z linii frontu. […] Prowadzą ją wszystkie nowoczesne państwa, demokratyczne czy dyktatorskie. Nie musi – choć oczywiście może – wiązać się z manipulacją i zagrożeniem dla wolności. […] Zwolennicy „polityki historycznej” powinni przestać jej używać jako obucha, którym się wali w głowy obrońców III RP. Warszawa, 20 kwietnia 2006 [229]

Jarosław Kaczyński (prezes PiS) w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Myślę o ludziach związanych z tradycją AK. Tych ze starszego pokolenia i pokolenia ich dzieci i wnuków, którzy tę tradycję znają i cenią. Trochę takich ludzi znam, bo z tego świata pochodzę. PiS nie jest tam źle przyjmowane. [...] My nie musimy tam szukać poparcia. My je tam mamy. Ja tych ludzi znam. To jest jedno z tych autentycznie inteligenckich środowisk w Polsce. [...] Jest tradycja, do której naprawdę nawiązuje ta część inteligencji, która pała do nas silną niechęcią. To głęboko przekształcona tradycja Komunistycznej Partii Polski, radykalnej lewicy. Tradycja tych, którzy potem przynajmniej przez jakiś czas akceptowali PRL, także w najbardziej brutalnym jego okresie. Warszawa, 12 maja 2007 [217]

Prof. Zdzisław Krasnodębski (filozof i socjolog) podczas debaty w Fundacji Batorego W Polsce mamy do czynienia ze starciem dwóch modeli pamięci. W pewnym sensie żyjemy w kraju niedokończonej wojny domowej. W Polsce w XX wieku dokonywała się radykalna wymiana elit. Dzielimy się na tych, których rodzice lub dziadkowie byli związani z II Rzeczpospolitą, i na tych, którzy ją zwalczali. Wciąż dzielą nas dramatyczne losy II wojny światowej. Oczywiście, można starać się przełamywać podziały, ale nie wolno zapominać o ich ist-

Warszawa, 4 lipca 2007 [198]

Prof. Marcin Król (historyk idei) podczas debaty w Fundacji Batorego Po co istnieje władza? Dla utrzymania wspólnoty politycznej. Aby ją wspierać, władza może i powinna zrobić wiele, także w niektórych okolicznościach manipulować pamięcią. […] Obecna władza manipuluje nieskutecznie, a tym samym jej działania nie spełniają podstawowego zadania: nie służą jedności wspólnoty politycznej. [...] Próbą świadomej manipulacji była tzw. gruba linia (nie „gruba kreska”, co zawsze staram się przypominać) Tadeusza Mazowieckiego. Jaki był cel? Mazowiecki, [...] pamiętając o wszystkich różnicach historycznych i politycznych, chciał zakończyć spór. Pragnął przekonać: zacznijmy budować Polskę, wielką i wspaniałą ojczyznę. Machnijmy ręką na to, kto był ubekiem, a kto nim nie był. Zajmijmy się wspólnie tworzeniem przyszłości. Próba okazała się politycznie nieskuteczna. [...] Nie mam pretensji o to, że władza w Polsce próbuje manipulować pamięcią. Przeciwnie, uważam, że są to działania naturalne i słuszne. Mój zarzut jest inny: ta praktyka w wydaniu Prawa i Sprawiedliwości naruszała solidność wspólnoty politycznej. Innymi słowy: manipulując pamięcią, władza dzieliła, a nie łączyła. Zgodziłbym się nawet z koniecznością dokonania tych podziałów. Jednak po nich musi nastąpić szybkie zasypanie rowów. Warszawa, 4 lipca 2007 [199]

Prof. Paweł Machcewicz w „Gazecie Wyborczej” Używanie brutalnego języka w walce politycznej jest zjawiskiem powszechnym. Stosowanie kostiumu historycznego prowadzi jednak do „upartyjnienia” tych kart narodowej przeszłości, które – jak tradycja AK czy różnych nurtów opozycji wobec PRL-u – winny pozostać wyłączone z bieżących sporów. Czy przedstawianie zwolenników rządzącej partii jako Polski „akowskiej”, mówienie o jej działaczach czy kandydatach na radnych w ostatnich wyborach samorządowych jako ludziach o „patriotyzmie zawartym w genach” nie sugeruje, że rywale tego patriotyzmu mają mniej, a może wcale? […] Historia, która miała budować obywatelską solidarność, okazała się narzędziem do piętnowania i wykluczania z narodowej wspólnoty. Warszawa, 14 września 2007 [228]

215 HISTORIA A POLITYKA

Prof. Paweł Machcewicz (historyk) w „Gazecie Wyborczej”

nieniu i nie należy sądzić, że znikną one bez śladu. […] Państwo polskie uprawia i będzie uprawiało politykę historyczną. […] Poważnym tematem nie jest odpowiedź na pytanie, czy państwo ma zajmować się kształtowaniem pamięci, ale jak powinno to robić i jaki obraz polskiej historii należy promować.


Przemysław Miśkiewicz (przewodniczący Stowarzyszenia „Pokolenie”) podczas debaty w Domu Spotkań z Historią W przyszłym roku nastąpią trzy ważne rocznice: 70. utraty niepodległości, 20. jej odzyskania i 65. zwycięskiej bitwy pod Monte Cassino. Przez pięćdziesiąt lat Polska nie była krajem niepodległym i wydaje się, że uświadamianie tego faktu byłoby z punktu widzenia polityki historycznej sprawą niezwykle ważną. Jeśli nie wykorzystamy tej okazji, nie wywrzemy nacisku na Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Kultury; jeżeli nie spowodujemy tego, że Sejm podejmie uchwałę, która ogłosi rok 2009 rokiem zwycięstwa nad komunizmem – to na zawsze pozostanie w świadomości europejskiej, że komunizm obalili Niemcy. Warszawa, 3 czerwca 2008 [334]

III RP

216

Marek A. Cichocki (filozof i politolog) w „Tygodniku Powszechnym” Wciąż brak nam państwa jako akceptowanej, przyswojonej formy, która skanalizowałaby obywatelską energię w efektywne politycznie działanie. Od kilku lat Polska przechodzi burzliwą przemianę. Poziom intensywności tego zjawiska jest chwilami tak ogromny, a towarzyszące mu emocje tak rozchwiane, że zaczyna przypominać jakiś rodzaj polsko-polskiej wojny religijnej. […] Dwie trzecie dwudziestolecia III RP upłynęło w logice postkomunistycznej transformacji. Proces ten wytworzył dość szczególny system gospodarczo-polityczny, wewnętrznie spójny i funkcjonalny, akceptowany przez świat zewnętrzny, a nawet wspierany. Na pewno jednak trudno byłoby ten system nazwać „normalnym” lub „zachodnim”, tak jak chcieli to widzieć jego twórcy i zwolennicy z lat 90. Pozwolił on na dynamiczne przekształcenia własnościowe, wzrost gospodarczy, zmiany ustrojowo-polityczne, wreszcie na wejście do kluczowych struktur zachodniego bezpieczeństwa oraz gospodarczej współpracy, takich jak NATO czy UE. Obarczony był jednak wieloma kosztami, a z punktu widzenia społecznej energii, zaufania, akceptacji, oczekiwań czy wreszcie – zwykłych potrzeb, okazał się zaskakująco mało efektywny. […] Polska stała się w sensie politycznym półfabrykatem. Składają się na niego autonomiczne partie polityczne, zewnętrzna struktura Europy i rodzimy katolicyzm. Te główne formy starają się wykorzystać lub skanalizować uwolniony po 2005 roku żywioł. W nadchodzących latach przekonamy się, czy Polacy pozostaną już dłużej na takim poziomie politycznego półfabrykatu, czy też pokuszą się o coś więcej. Kraków, 21 października 2008 [46]

Ks. Adam Boniecki (redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”) 11 listopada oznacza wyjście Polski z niebytu. Kalendarium frenetycznej działalności tamtych listopadowych dni uzmysławia nam budowanie zrębów przyszłości. To bynajmniej nie musiało się udać. […] Czy można porównywać nasze prawie dwudziestolecie niepodległości z tamtym? Spory, podziały, ich zaciekłość – przetrwały do dziś. Jednak szczęśliwie nie mieliśmy morderstwa prezydenta ani ministra. Nie mamy czegoś takiego jak Bereza Kartuska, sytuacja na wsi ma się nijak do wiejskiej biedy sprzed wojny. Nie zbudowaliśmy wprawdzie Gdyni i mamy kłopoty ze stoczniami, ale jednak mnóstwo zbudowaliśmy. Na pytanie, jakie jest pokolenie naszego (prawie) dwudziestolecia, czy jest tak silne, jak tamto, będzie można odpowiedzieć dopiero w perspektywie historycznej. Kraków, 4 listopada 2008 [32]

Paweł Lisicki (redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”) We wtorek Święto Niepodległości. Wydaje się, że to doskonały czas na zawieszenie sporów i zastanowienie się nad sensem suwerenności. Tymczasem nie. „Dziś jednak – pisze w «Gazecie Wyborczej» profesor Andrzej Romanowski – jak gdyby nigdy nic prezydent RP zaprasza do obchodów 90-lecia. Dziękuję, nie skorzystam. Święto Niepodległości z prezydentem Lechem Kaczyńskim to na pewno nie jest moje święto”. Oto jak na dłoni widać podstawowy problem polskiego państwa, problem, który kiedyś nazwałem państwowym nihilizmem. Bunt elit, które, nie godząc się z demokratycznymi wyborami, podważają instytucje tylko dlatego, że na ich czele znalazły się niewłaściwe, ich zdaniem, osoby. Skoro Romanowski nie akceptuje Kaczyńskiego, a Kaczyński świętuje 11 listopada, to do diabła z 11 listopada! Skoro Kaczyński obchodzi Święto Niepodległości, to do licha z niepodległością. Warszawa, 8 listopada 2008 [220]

Dominik Zdort (dziennikarz) w „Rzeczpospolitej” Taki dzień powinno mieć każde państwo. Dla Polaków to okazja, aby wszyscy choć raz do roku mogli zerknąć w przeszłość i uświadomić sobie, że niepodległość nie jest nam dana na zawsze. […] W dniu Święta Niepodległości wolno – a nawet należy – używać patetycznych słów. Oczekujemy takich słów od polityków. Ale powinniśmy oczekiwać więcej. Aby – bez względu na polityczne barwy – pokazali, że akurat tego dnia Polska jest jedna. Aby Lech Kaczyński


Warszawa, 10 listopada 2008 [470]

Z artykułu w „Rzeczpospolitej” Przemówienie, jakie Lech Kaczyński wygłosił przy okazji obchodów Święta Niepodległości przed Grobem Nieznanego Żołnierza, mogło zaskoczyć wiele osób przyzwyczajonych do ostrych, konfrontacyjnych słów prezydenta. Tym razem mówił zupełnie inaczej. Nie tylko podkreślał, że 11 listopada to radosne święto. Chwalił również III RP. „Po roku 1989 zbudowaliśmy III Rzeczpospolitą. Nie będziemy jej dzisiaj oceniać. Ma jedną cechę pozytywną – jest naszym państwem, jest Polską niepodległą. Ma swoje wady. Należy je naprawiać, należy być w tym energicznym. Nie należy zapominać o tym, że nie wszystko, co złe, zginęło. Ale nasz kraj się rozwija, zrealizowaliśmy swoje strategiczne cele – wejście do NATO i Unii Europejskiej” – podkreślał prezydent. […] „Doskonale wyczuł klimat tego święta” – uważa Norbert Maliszewski, psycholog społeczny z Uniwersytetu Warszawskiego. Jego zdaniem, polski 11 listopada z czasem ma szansę stać się czymś na wzór amerykańskiego Święta Niepodległości, które napawa Amerykanów dumą i radością. Warszawa, 11 listopada 2008 [144]

Marek Ziółkowski (wicemarszałek Senatu, polityk PO) Dzień 4 czerwca 1989, choć jest także datą w pewnym sensie umowną, będąc jednym z członów ca-

łego łańcucha wydarzeń, rozpoczął okres budowy niepodległej Rzeczpospolitej; okres, który mimo takich czy innych słabości jest generalnie olbrzymim sukcesem, najbardziej chyba udanym okresem w historii naszej Ojczyzny od pierwszej połowy XVII wieku, czyli bez mała od 400 lat. [...] 4 czerwca 1989 jest niewątpliwie jednym z najważniejszych dni polskiej, ale także europejskiej historii. Warszawa, 4 czerwca 2009 [472]

Igor Janke (publicysta) w „Rzeczpospolitej” Stała się rzecz zaskakująca. Wczoraj niemal wszyscy w Polsce świętowali upadek komunizmu. Bo niezależnie od oceny tego, czy komunizm skończył się 4 czerwca, czy później, tego dnia miliony Polaków głosowały przeciwko komunistycznemu reżimowi. Ten fakt za znaczący uznają zarówno przeciwnicy Okrągłego Stołu (i jego konsekwencji), jak i zwolennicy drogi dojścia do wolności, jaką obrała III RP. Dlatego wczorajszą rocznicę obchodzili i Donald Tusk, i Lech Kaczyński. I Lech Wałęsa, i Kornel Morawiecki. Imprezy w całej Polsce przyciągnęły tłumy ludzi. Organizowały je rozmaite środowiska. Nie było jednomyślności, wznoszono różne toasty, ale miliony Polaków tego dnia wspominały jedno wydarzenie: jak to 20 lat temu wspólnie „pogoniliśmy czerwonego”. […] Na wysokości zadania nie stanęli polscy przywódcy. Niepotrzebne były ataki prezydenta na rząd wplecione w okolicznościowe przemówienie. Jeszcze gorzej, że liderzy dwóch najsilniejszych formacji politycznych wywodzących się z „Solidarności” nie stanęli wczoraj obok siebie na jednej uroczystości, co miałoby symboliczny wymiar. Warszawa, 5 czerwca 2009 [152]

217 HISTORIA A POLITYKA

potrafił zaprosić na obchody święta Lecha Wałęsę. Aby Donald Tusk tej gali z pogardą nie bojkotował. Bo to nie jest święto ani Wałęsy, ani Tuska, ani Kaczyńskiego. To Święto Niepodległości.

KSIĘGA STULECIA NIEPODLEGŁOŚCI  

Kluczowym momentem programu rocznicowego Ośrodka KARTA „Nieskończenie Niepodległa” jest ukazanie się 12 października KSIĘGI STULECIA NIEPODL...

KSIĘGA STULECIA NIEPODLEGŁOŚCI  

Kluczowym momentem programu rocznicowego Ośrodka KARTA „Nieskończenie Niepodległa” jest ukazanie się 12 października KSIĘGI STULECIA NIEPODL...

Advertisement