Page 1

MAGAZYN Z BESKIDU NISKIEGO Wolumin Lato

2019

01

No.

01

Wydanie elektroniczne

Podążaj za sercem Beskidu Niskiego


Skwirtne, fot. K. Miernik-Pietruszewska

W Ĺš ROD K U


MAGAZYN

Z BESKIDU NISKIEGO Podążaj ze sercem Beskidu Niskiego

Zdjęcie na okładce - Lackowa, najwyższy szczyt Beskidu Niskiego; fot. Andrzej Klimkowski


fot. Andrzej Klimkowski

W Ś ROD K U

Drodzy Czytelnicy, z początkiem lata oddajemy w Wasze ręce pierwszy numer „Magazynu z Beskidu Niskiego”. Powstał on z potrzeby podzielenia się tym, co my, cztery dziewczyny z miasta kiedyś pokochałyśmy w Beskidzie Niskim i dzięki czemu postanowiłyśmy tutaj zamieszkać ze swoimi rodzinami. Każda z nas przyjechała tu z innego powodu, w innym czasie, więc nasze historie się różnią. Powody pozostania na tych terenach, zachwyt nad tymi okolicami były jednak podobne. Wszystkie pokochałyśmy puste doliny, przydrożne krzyże i kapliczki, drewniane cerkwie i kościółki, wielokulturowość beskidzkich ziem, dziką przyrodę i łemkowską architekturę. Do tej pory każda z nas na własną rękę fotografowała i publikowała piękne zdjęcia beskidzkich krajobrazów i lokalnej architektury. Opowiadałyśmy o tutejszym życiu, prowadząc

blogi o ekologii, wydarzeniach kulturalnych, trasach pieszych i rowerowych czy o lokalnej tradycyjnej kuchni. Dokładnie trzy miesiące temu, podczas jednego ze spotkań przy kawie, powstał pomysł połączenia sił i wspólnego wydania czasopisma. W „Magazynie z Beskidu Niskiego” chcemy pisać nie tylko o kulturze i wydarzeniach lokalnych, ciekawych ludziach, trudnej historii tych ziem czy o trasach pieszych i rowerowych, ale także o ekologii i życiu z dala od miasta w beskidzkiej wsi oraz o kuchni opartej na sezonowych produktach. Poruszamy tu tematy, które są bliskie nie tylko nam, ale również wielu mieszkańcom i turystom odwiedzającym Beskid Niski. Piszemy i będziemy pisać o najpiękniejszej i najbardziej magicznej krainie Polskich Karpat. Was, drodzy Czytelnicy, zapraszamy do czytania i oczekiwania na kolejne wydania.

Lato 2019

Magda Rzeźnik


W Ś ROD K U

KULTURALNIE

WYCIECZKOWO

07 KALENDARIUM  09 WYDARZENIA Teatr na końcu świata

31

NA PIECHOTĘ Trudna droga na szczyt

39 NA ROWERZE Bobrowym szlakiem

15 LUDZIE Cuda z czarodziejskiej pracowni

47 MIEJSCA Cerkiewne dzwony

23 WYWIAD Muzyka drewna i dłuta 83

W PRZYRODZIE

CZYTAMY CZARNE

75 ZWIERZĘTA Polubić bobra, czy nie?

SMAKOWICIE

79 GRZYBY Piękny i wonny

53 KULINARIA Na jagody

fot. Andrzej Klimkowski

67 EKOLOGIA Wałówka bez śmieci

3


fot. K. Miernik-Pietruszewska

W Ĺš ROD K U

Lato 2019


RE D A K C JA

Dorota Czopyk

Marlena Moździńska

Filolog orientalny i nauczycielka języka polskiego dla obcokrajowców, która w 2015 roku przeprowadziła się z Krakowa w Beskid i żyje tu bez samochodu. Z zamiłowania rowerzystka, ogrodniczka i wegetariańska kucharka. Uwielbia spacerować w przyrodzie, ćwiczyć jogę, tworzyć rękodzieło i czytać książki. Pisze bloga EkoEksperymenty, by podzielić się doświadczeniami nabytymi podczas prób życia w zgodzie z otaczającymi ją środowiskiem i ludźmi - obserwacjami, przemyśleniami, trudnościami i dylematami.

Wszelkie doświadczenia życiowe, przyjaźnie i pasje zaprowadziły ją do miejsca, o którym marzyła od zawsze, czyli na wieś. Od 5 lat mieszka w Beskidzie Niskim, gdzie wraz z mężem prowadzi małą agroturystykę “Nasza Polana”. Miłośniczka podróży, wypraw górskich i rowerowych, ale także wszelako pojętej kultury. Ostatnio sporo śpiewa po łemkowsku, ale weszła też na drogę teatralną, o czym również zawsze marzyła. Od wielu lat prowadzi bloga www.naszapolana.blogspot.com.

Kasia Miernik-Pietruszewska

Magda Rzeźnik

Politolog, która nie wychodzi z kuchni. W Beskid Niski przeprowadziła się niemal dekadę temu, choć beskidzkiego bakcyla złapała już jako dziecko. Prowadzi rodzinną restaurację Stary Dom Zdrojowy w Wysowej, trochę gotuje, głównie jednak piecze chleby i tworzy słodkości. Gdy już wychodzi z kuchni, z aparatem fotograficznym biega po górach, łąkach i lasach, w poszukiwaniu ciszy i łapie to, co ulotne. Uwielbia wymyślać nowe receptury, czytać książki, zbierać grzyby i jeździć na nartach.

Miłośniczka Beskidu Niskiego, do którego przyjechała ponad 15 lat temu i tu została. Z mężem i trójką dzieci przemierza beskidzkie szlaki, opuszczone doliny, szukając wśród dzikiej przyrody śladów wypędzonych Łemków. Uwielbia zwiedzać Beskid na rowerze lub biegówkach. W zależności od pory roku. Prowadzi w Ropkach agroturystykę Stara Farma, która stała się dla niej i jej męża sposobem na życie po przeprowadzce z miasta.

Piszą z nami: Barbara Mirek-Michalska Barbara Piech Korekta: Małgorzata Milian-Lewicka

Fotografowie Natalia Pacana-Roman Andrzej Klimkowski Paweł Pachla Wiesław Plata Maciej Rzeźnik

Rysunki: Kurku

Skład: Kasia Miernik-Pietruszewska 5


InNowica, fot. Andrzej Klimkowski

W Åš ROD K U

Lato 2019


K A LE N D A RIUM

TEGO LATA:

lipiec

04.08

TRANSSMISJA

ŚWIĘTO MAZIARZY ŁOSIAŃSKICH

NOWICA

ŁOSIE

15.06

06.07

BIATHLON DLA KAŻDEGO

WAKACYJNE SPOTKANIE Z OPERĄ

WYSOWA-ZDRÓJ

REGIETÓW

19-21.06

06.07

15.08

INNOWICA 2019

III BIEG ŚW. JANA Z DUKLI

FESTWIAL KOLORÓW

SPOTKANIA TEATRALNE

DUKLA

GORLICE

21-23.06

14.07

17-18.08

VI WYŚCIG MA Ł ASTOWSKI

MUZYKA ZAKLĘTA W DREWNIE

WYSOWA PACHNĄCA ZIOŁAMI

KWIATOŃ

WYSOWA-ZDRÓJ

NOWICA WWW.INNOWICA.PL

MAGURA MA Ł ASTOWSKA GÓRSKIE SAMOCHODOWE MISTRZOSTWA POLSKI

21-23.06

12-13.07

GORLICKA REWIA SMAKÓW

XXI AMBIENT FESTIWAL GORLICE

GORLICE

19-21.07 WATRA - ŚWIĘTO KULTURY ŁEMKOWSKIEJ ZDYNIA

7

BAWCIE SIĘ DOBRZE!


fot. Andrzej Klimkowski

W Åš ROD K U

Lato 2019


WYD A RZE N IA

T E AT R NA KOŃCU ŚW IATA Innowica

9


W YD A RZE N IA

Jest w sieci taki film, który nosi tytuł „W Nowicy na końcu świata”. Opowiada o pewnej niezwykłej wsi w Beskidzie Niskim, a ten tytułowy zwrot faktycznie mówi o tym miejscu wszystko. Do Nowicy bowiem z każdej strony jest dość daleko. Prowadzą do niej trzy drogi i każda wiedzie przez odległe puste tereny, tylko po to, aby nagle człowiek znalazł się w krainie fizycznie oderwanej od reszty świata. Jednak jest kilka dni w roku, gdy Nowica zamienia się w INNOWICĘ i wtedy wioskę tę ogarnia prawdziwie teatralny szał. Spotkania Teatralne INNOWICA to jeden z fajniejszych festiwali tego typu w Południowo-Wschodniej Polsce i od lat przybywają na niego tłumy.

tekst: Marlena Pachla zdjęcia: Andrzej Klimkowski W Beskidzie Niskim na pozór nie dzieje się zbyt wiele. Typowych atrakcji turystycznych jak na lekarstwo. Mieszkańcy zaś, ci lokalni i ci przyjezdni z miast, cenią sobie fakt, że dookoła w zasadzie góry, lasy, łąki, bezdroża, nieistniejące już wsie i cisza. Łatwo zgadnąć, że krajobrazy przyciągają artystyczne dusze i sporo takowych już od dawna zamieszkuje Nowicę. W tej prawie wszędzie nie ma bowiem zasięgu, wszyscy są offline i jest szansa, że mogą cieszyć się prawdziwym spotkaniem z naturą. Owo spotkanie właśnie jest też główną ideą INNOWICY tego nietypowego przeglądu spektakli plenerowych i nie tylko. A spotkań jest wiele i to różnorodnych. Przyjeżdżają do Nowicy teatry profesjonalne i amatorskie, są koncerty, wystawy malarstwa i fotografii, są liczne warsztaty, jest rękodzieło i smakowita oferta kulinarna. A wszystko to w atmosferze totalnego luzu, sielanki, pikniku wręcz. Wjeżdżając podczas INNOWICY do wioski można mieć czasem problem z zaparkowaniem, ale większość i tak tutaj raczej spaceruje, chodzi i wędruje.

Nie ma wielkich sal teatralnych, nie ma profesjonalnych scen, a mimo to wszystko działa. Nawet jeśli czasem z powodu pogody albo innej przyczyny, organizator nagle zmienia miejsce wydarzenia lub godzinę danego występu, to jakoś wszyscy bez mrugnięcia okiem to akceptują. A z każdym rokiem INNOWICA rozrasta się, by w tym roku zaprezentować się po raz dwunasty.

Widzowie między spektaklami i koncertami mają szansę pogadać na trawce z artystami, więc toczą się na łąkach i polanach duchowo-filozoficzne dysputy. Inni korzystają z promyków słońca i medytują przy dźwiękach muzyki dobiegającej z innego zakątka wsi. Nawet jeśli ktoś straci coś z bogatego programu festiwalowego, to przecież nie o zaliczanie wszystkich przedstawień tu chodzi ale o to, by być, by się spotkać, by poczuć tę niepowtarzalną atmosferę. Kto raz tu był, albo wraca, albo przynajmniej pamięta to doświadczenie na zawsze.

Kto nigdy nie był na INNOWICY, niech ma świadomość, że na deskach skromnych innowicowych scen można było obejrzeć Jana Peszka z monodramem „Scenariusz dla jednego nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego”, Przemysława Bluszcza w „Samospaleniu”, bywały Teatry Gardzienice, Węgajty, Porywacze Ciał czy Teatr Sejneński z dalekiej Suwalszczyzny. Jest też całe mnóstwo innych, mniej znanych ale prezentujących godny poziom, amatorskich trup. Muzycznie INNOWICA też nigdy nie zawodzi, bo bywały kapele Pogodno,

INNOWICA potwierdza teorię, że nie ma rzeczy niemożliwych, wystarczy zebrać grupę pasjonatów z zacięciem artystyczno-organizacyjnym, którzy wdrożą to wszystko w życie. Niby proste, ale organizatorzy zapewne nie raz stawali na głowie, żeby to wszystko spiąć zarówno logistycznie, jak i finansowo, bo jeśli idzie o dotowanie kultury, nie zawsze jest to takie oczywiste. Były chude lata i pewnie program bywał nieco uboższy ale organizatorzy robili wszystko, aby widzowie i artyści nie odczuli tego tak mocno. Wspierani projektami crowdfundingowymi, nie odwołali żadnej edycji i nadal zapraszają najlepszych.

Lato 2019


K A LE N D A RI U M

Chłopcy kontra Basia, Osjan, Lech Dyblik oraz Julia Doszna z Antonim Pilchem. Do Nowicy przyjeżdżają performerzy z Białorusi, Ukrainy, Słowacji, Węgier, a nawet z Luksemburga. Podsłuchałam, że w tym roku ma przybyć nawet kapela punkrockowa z Londynu.

Spotkań Teatralnych są Mateusz Sora, Piotr Bussold i ks. Jan Pipka. W powstawanie kolejnych edycji INNOWICY angażują się także mieszkańcy Nowicy, właściciele agroturystyk oraz przyjaciele tej wsi, którzy wiele działań wykonują wolontariacko i bezinteresownie. Pewnie jedynym interesem, jaki w tym wszyscy mają jest to, żeby te spotkania trwały i odbywały się niezmiennie każdego roku, bo to, że wpisały się już na stałe w kalendarz imprez kulturalnych nie tylko Beskidu Niskiego, ale i całego środowiska artystów, jest faktem.

Na koniec warto dodać, że INNOWICA to impreza niebiletowana, że za tym wydarzeniem stoi Stowarzyszenie Przyjaciół Innowica i Bractwo Młodzieży Greckokatolickiej SAREPTA. Osobami bezpośrednio zaangażowanymi w organizację

11


Skwirtne, fot. K. Miernik-Pietruszewska


fot. Paweł Pachla

W Ś ROD K U

Lato 2019


LUDZIE

CUDA Z CZ ARODZIEJ SKIEJ PRACOW NI Pracownia BI

15


LUDZIE

Beskid Niski kryje w sobie moc tajemnych miejsc. Wiele z nich nie jest oznaczonych na żadnych mapach, nie prowadzą do nich drogowskazy i aby do nich trafić trzeba albo mieć szczęście, albo dowiedzieć się o nich pocztą pantoflową. tekst: Marlena Pachla

zdjęcia: Paweł Pachla

Jednym z takich miejsc jest czarodziejska pracownia na Podkarpaciu. Małżeństwo Bogdan i Iga prowadzą tu od lat „Pracownię Ceramiczną BI”, tworząc niepowtarzalne przedmioty wybitnej urody. Na tych artystów natknęliśmy się z mężem przez przypadek na jednym z lokalnych jarmarków. Od początku wiedzieliśmy, że koło tych prac nie przejdziemy obojętnie i już, zanim staliśmy się ich posiadaczami, widzieliśmy oczami wyobraźni, gdzie dokładnie zamieszkają w naszym domu. Przyjeżdżamy do małej miejscowości na Podkarpaciu. Domek Igi i Bogdana położony jest na skraju wsi, a w krajobrazie dookoła dominuje góra Cieklinka, która zapewne sprzyja kontemplacji, pobudza wyobraźnię, a co za tym idzie, jest sprzymierzeńcem dla twórców. Od pierwszych minut spotkania wyczuwalne są spokój i ciepło rodzinne panujące w domu. Dzięki temu czujemy się swobodnie, a rozmowa z Igą i Bogdanem przebiega lekko. Odnosimy wrażenie, że już się kiedyś się poznaliśmy. Z każdej strony uśmiechają się do nas ceramiczne dzieła sztuki. I uśmiechają się dosłownie, bo zerkają na nas kocury, ptaszyska i ryby. Donice, talerze, miski, patery i podstawki pod kubeczki to też prace gospodarzy. Iga i Bogdan są małżeństwem plastyków, absolwentami Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych we Wrocławiu na kierunku malarstwa. Jednak po latach to właśnie ceramika skradła ich serca i jak sami mówią o sobie, dryfują pomiędzy rękodziełem, unikatem a sztuką. To dryfowanie wychodzi im całkiem nieźle. Potrafią wydobyć z gliny kształty niepowtarzalne i ten, kto raz ujrzał ich prace, w przyszłości z pewnością rozpozna ich styl. Mają swój niepowtarzalny klimat. Wpływ na to z pewnością ma ostateczny koloryt gliny.

Jest jednocześnie dopieszczona a z drugiej strony niepozbawiona pierwotnej surowości. Prace tworzone są z gliny szamotowej a Iga i Bogdan nadali jej swój własny wyjątkowy wygląd. Także kolory szkliwa, którymi zdobią swoje prace, inspirowane są przyrodą i naturą. Iga podkreśla, że lubi ludowość i sztukę naiwną. Prace z Pracowni Bi są bardzo subtelne i wyczuwamy podczas rozmowy, że są odzwierciedleniem duszy i temperamentów tej pięknej pary. Dowiadujemy się, iż to spod ręki Igi wychodzi większość ceramicznych prac, ale jednak widać też elementy o zupełnie innym charakterze. I okazuje się, że autorem tych ostatnich jest Bogdan. Mąż Igi jest także muzykiem. Gra na harmonijce i wraz z przyjaciółmi dają często koncerty dla małych kameralnych grup. Nie szukają poklasku ani rozgłosu, samo granie daje im wiele satysfakcji. A owa muzyka powraca i odbija się czasem w ceramicznych pracach Igi. Sztuka w takiej czy innej formie jest w tym domu obecna cały czas. Co więcej, jest elementem codzienności, bo jest stałym wystrojem domu Igi i Bogdana. Dom, w którym mieszkają, jest domem rodzinnym Igi, a stara stodoła sąsiadująca z domem stała się ich pracownią. Nieco przebudowana, zyskała charakter domku pracy twórczej. Są tam stół z widokiem na Cieklinkę, piec do wypalania gliny oraz galeria, gdzie prezentowane są prace. Okazuje się, że małżeństwo nie odeszło tak do końca od malarstwa, bo na ścianach pracowni prezentowane są też obrazy każdego z nich. Style Igi i Bogdana różnią się od siebie znacząco. U Igi dominuje przyroda, a jej kolory to zielony i niebieski. Bogdanowi bliższa jest sztuka nowoczesna a kolorystyka jest różnorodna.

Lato 2019


LUDZIE

Jednak pracownię wypełniają przede wszystkim prace ceramiczne. Królują tam wspomniane ptaszyska, owce, barany i cała rodzina aniołów oraz maleńkich kapliczek. Próbujemy dowiedzieć się, ile czasu poświęca się średnio jednej pracy, ale jest to trudne do oszacowania. Iga opowiada za to, że praca z ceramiką przenika się z życiem. Czasami wchodzi do pracowni i zapomina o tym, że płynie czas, jednak obowiązki rodzinne muszą się zmieścić gdzieś pomiędzy aniołami i kurami. Dawniej, zanim powstała pracownia w stodole, ich pracownią był dom. Wtedy ceramika była obecna w ich życiu właściwie non stop. Każde z tych mini dzieł jest wyjątkowe, niezależnie od tego, gdzie został stworzone. Nigdy nie powstają dwie identyczne prace, a Iga przyznaje, że bardzo niechętnie wykonuje cokolwiek na zamówienie. Tego

typu rzemiosło musi wychodzić prosto z serca i nie może być ograniczane żadnymi zewnętrznymi czynnikami czy preferencjami zamawiającego. W Pracowni Bi oprócz Igi i Bogdana mieszka czwórka ich dzieci, mama Igi oraz dwa koty i pies Bazyl. Wszyscy zdają się żyć w pięknej symbiozie. Tych kilka godzin spędzonych w otoczeniu tak twórczych i życzliwych ludzi są niezapomnianą przygodą przez ceramiczny świat. Jednocześnie pozostajemy pod wrażeniem ich prostego, zwykłego i niezwykłego życia, którym zdają się cieszyć i radować każdego dnia. Bo każdy dzień to nowa wizja kolejnych jedynych w swoim rodzaju i niepowtarzalnych przedmiotów, które Iga powołuje do życia.

17


Regietรณw, fot. K. Miernik-Pietruszewska


fot. Paweł Pachla

LUDZIE

Lato 2019


WYWIA D

MUZYK A DREW NA I DŁU TA Bogdan Kareł

23


WYWIA D

Żyjemy w czasach, gdy komputery i maszyny pozostawiają już niewiele miejsca na pracochłonne rzemiosła, które dawniej wychodziły z trudem spod pracy rąk miejscowych artystów. Snycerstwo też odchodzi po woli do lamusa a większość prac zdobniczych, które powstaje są już obróbką komputerową. Nie wszyscy jednak godzą się na taki obrót sprawy. Bogdan Kareł, artysta snycerz pochodzący z Łosia k/Gorlic, od 3 lat prowadzi w Beskidzie Niskim warsztaty snycerstwa i jest szansa, że sztuka ta jednak przetrwa.

rozmawia: Marlena Pechla zdjęcia: Paweł Pachla Spotykamy się w w Wiejskim Domu Kultury w Klimkówce, gdzie Bogdan Kareł prowadzi warsztaty snycerskie, na które od 3 lat uczęszczają mieszkańcy okolicznych wiosek. Atmosfera warsztatowa jest radosna i pełna humoru. Widać, że grupa jest ze sobą zżyta a to co ich połączyło jest ich pasją oraz sposobem na odskocznię od codziennych czynności. Bogdan, mimo iż grupa rzeźbi pod jego okiem od prawie trzech lat, nadal zerka na nich czujnym spojrzeniem i koryguje ewentualne błędy. Bogdan, od naszej ostatniej rozmowy minęły ponad dwa lata. Pamiętam jak wtedy opowiadałeś o tym, że planujesz założenie szkółki snycerskiej, no i mimo iż nie macie jeszcze stałej siedziby to widzę, że się udało? Tak, zaczęło się od projektu „Mistrz Tradycji”, który trzy lata temu napisała Klaudia Zbiegień z Zagrody Maziarskiej w Łosiu. Ówczesny Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego dał na ten cel fundusze, pozwalające na utworzenie grupy, z którą prowadziłem warsztaty dla początkujących. Finałem tego projektu był wspaniały wernisaż, na który zaprosiliśmy miejscowych i turystów, aby przypomnieć o tradycji snycerstwa. Grupa moich uczniów spotyka się jednak do dziś, mimo iż jedni odeszli, to przyszli nowi i z tą samą pasją uczestniczą w zajęciach. Jest jeden uczeń, który jest ze mną od początku. Podsumowując mam wrażenie, że idea szkółki snycerskiej jakoś się realizuje, bowiem mimo iż nie mamy już wsparcia Ministra Kultury to był czas, kiedy mieliśmy fundusze z gminy Ropa, pomagało nam finansowo również

Stowarzyszenie Klub Gorliczan, a uczniowie finansują sami te zajęcia.

teraz

Bogdan jesteś snycerzem samoukiem i można stwierdzić, że amatorem, bo nie masz przecież wykształcenia artystycznego. Z zawodu jesteś metaloznawcą, jednak ponad 30 lat temu postanowiłeś zmierzyć się pierwszy raz z kawałkiem drewna. Jak to się zaczęło? W odróżnieniu od moich uczniów, ja nigdy nie miałem mistrza. Uczyłem się z książek i na własnych błędach. Gdy po paru miesiącach wykonałem swoją pierwszą pracę na zamówienie, przyznaję bez fałszywej skromności iż wyszło to całkiem nieźle. Mogę śmiało powiedzieć, że amatorstwo szybko przemieniło się w profesjonalne podejście do tematu. Moja miłość do rzeźby sprawiła, iż oddawałem się swojej pasji nawet po 16-18 godzin dziennie. Sztuka snycerstwa stała się dla mnie niczym narkotyk. Codziennie marzyłem o tylko o tym, że jak wrócę do domu to wezmę choć na moment do ręki dłuto i przez chwilę będę rzeźbił. Nie potrafiłem ju ż bez tego żyć i tak jest do dzisiaj. Przypłaciłem to niestety osłabieniem wzroku, ale nie żałuję i rzeźbię do dziś. Twoje upór i konsekwencja dały piękne efekty. Wielogodzinne spotkania z pracą nad drewnem, zaowocowały przecież licznymi autorskimi wystawami i nagrodami. Tak, okazało się, że to co robię ma sens i przynosi efekty. Dodatkowo wystawiałem

Lato 2019


LUDZIE

19


WYWIA D

swoje prace na wystawach. Obecnie większość moich prac znajduje się w rękach prywatnych kolekcjonerów a moje ikony zdobią m.in. greckokatolicką cerkiew na Słowacji w Ladomirovej. Moje prace kolekcjonuje również mój syn. Mam z tego powodu wiele satysfakcji. Wróćmy jeszcze do Twojej grupy warsztatowej: po tych kilkudziesięciu latach samodzielnej pracy postanowiłeś przekazać dalej swoją wiedzę. Jak różne jest to doświadczenie? Jak odnajdujesz się w roli nauczyciela? Ooo, to dobre pytanie bowiem praca w grupie jest fajna i dzięki tym spotkaniom nawiązuje się wiele ciekawych znajomości, prowadzimy rozmowy o sztuce, o życiu, dużo się śmiejemy ale zawsze powtarzam, że praca rzeźbiarza to samotność. Mierzysz się z drewnem, z czasem, z tym co Cię natchnie. Wielokrotnie obserwuję jak ten grupowy brak koncentracji wpływa na efekty. Musze ich czasem przywoływać do porządku mimo iż sam często narzucam atmosferę rozmowy i ogólnego rozluźnienia. Jednak pilnuję tego aby przekazać im fach, wyrobienie sobie dobrych nawyków w rzeźbieniu, nauczenie ich samodzielności w podejmowaniu decyzji, w jaki sposób pokierować dłutem aby osiągnąć oczekiwany efekt. Ale nie jestem typowym nauczycielem. Nie tworzę dystansu, mimo iż często nazywają mnie per „mistrzu” (śmiech) to raczej jesteśmy fajną zgraną paczką, którą łączy pasja do snycerstwa. Spotykamy się też poza warsztatami. To naprawdę zbliża. A co z natchnieniem? Czy drewno można tak okiełznać wyobraźnią żeby przejść z mechanicznego wykonywania ruchów do uniesienia artystycznego? Natchnienie przychodzi z czasem. Nauka pracy z dłutem to trochę jak nauka jazdy samochodem. Z czasem przestaje się myśleć o wrzuceniu odpowiedniego biegu, zauważamy znaki i sygnalizację świetlną ale ten proces odbywa się jakby poza naszą świadomością. To samo jest z rzeźbieniem. Gdy dojdzie się do wprawy, mięśnie rzeźbią bez naszego udziału, tak naprawdę rzeźbi głowa. I kilku z moich uczniów jest już na takim etapie. To jest bardzo krzepiące. Bogdan a jak Ty byś opisał sztukę snycerstwa? Snycerstwo to pogranicze sztuki i rzemiosła. To często sztuka zdobnicza. Przykładami mogą być ramy, wykończenia mebli, przedmioty użytkowe jak np. zdobione talerze, patery, półmiski. Uczestnicy warsztatów na początku

poznawali ten fach na przykładzie prostych prac choć tak naprawdę dla każdego było to coś zupełnie nowego. Dziś moi uczniowie rzeźbią ikony, powstają zbiorowe prace, które w połączeniu tworzą jedną całość. Uczniowie sami proszą o trudniejsze projekty, które będą wymagały coraz większego zaangażowania. Tutaj trzeba przypomnieć, że pierwsze ruchy nie przychodziły im bez trudu. Niefachowe trzymanie dłuta skutkowało zadrapaniami i drobnymi ranami ale po kilku godzinach praktyki, dłonie przyzwyczaiły się do narzędzi a ruchy stały się płynniejsze. Co Was inspiruje? Jakie projekty powstają najczęściej? Nasze spotkania odbywają się w pięknych okolicznościach przyrody. Czasem rzeźbimy na terenie Zagrody Maziarskiej w Łosiu, czasami w Domu Kultury ale zdarzało się też spotykać w domu u jednego z uczestników, na łące, z widokiem na wzgórza Beskidu Niskiego. Atmosfera pracy jest niezwykle ważna. Kontakt z przyrodą dodatkowo inspiruje i przenosi niejako w inny wymiar. To stąd biorą się pragnienia, inspiracje, wizje nowego przedmiotu. Czy do snycerstwa specjalny talent?

trzeba

mieć

jakiś

Moim zdaniem trzeba mieć w sobie poczucie piękna i pociąg do sztuki ale w zasadzie snycerstwem może zajmować się każdy. Na moich warsztatach fach zdobywają zarówno kobiety jak i mężczyźni, na początku byli też młodzi adepci, którzy wyjechali już na studia do Krakowa, rzeźbili leśnik i absolwentka ASP. Obecnie przychodzą właściciele lokalnych agroturystyk, od początku jest Paweł – fotograf, są kobiety, które na co dzień zajmują się wychowywaniem dzieci i pragną czasem wyjść z domu i rozwijać swoje pasje. Oczywiście są osoby, które mają mniejsze i większe predyspozycje ale przede wszystkim snycerstwo to praktyka i jeszcze raz praktyka. Nie wolno robić sobie przerw, trzeba systematycznie pracować i utrwalać zdobytą wiedzę a co za tym idzie czuć materiał, w którym się rzeźbi. Potem człowiek, który pokocha ten warsztat nie będzie mógł żyć choćby bez chwili z tą sztuką. Dla mnie ta muzyka drewna i dłuta stała się sensem życia a warsztaty, które prowadzę są pewnego rodzaju podsumowaniem jakiegoś etapu przygody ze snycerstwem. Fajnie jeśli ktoś zajmie się tym na poważnie, będzie szukał w drewnie własnej drogi, indywidualnego spojrzenia na materiał a może z czasem też przekaże tę sztukę dalszym pokoleniom. Najważniejsze żeby rzemiosło żyło.

Lato 2019


LUDZIE

19


Lackowa, fot. Wiesław Plata


Lackowa i Izby, fot. Andrzej Klimkowski

LUDZIE

Lato 2019


N A PIE C H OT Ę

T RUDNA DROGA NA SZCZYT Lackowa

31


N A PIE C H OT Ę

Górująca nad beskidzki krajobrazem Lackowa w całości zalesiona jest buczyną. Przepięknie prezentuje się zwłaszcza jesienią, gdy buki złocą się i czerwienią w słońcu. Z powodu charakterystycznej sylwetki nie sposób jej pomylić z innym szczytem. Z jednej strony jest stroma, z prawie pionowym zboczem, a z drugiej łagodnie schodzi ku dolinom. Ta beskidzka dama określana bywa jako bardzo kapryśna i trudna do zdobycia z powodu jednego z podejść na jej szczyt. Czerwony szlak na Lackową uznawany jest za najbardziej stromy w polskich górach i ustępuje pierwszeństwa pod tym względem jedynie tatrzańskiej drodze na Rysy. Chociaż trasa jest momentami bardzo wymagająca, pokonać mogą ją nie tylko wytrawni piechurzy, ale także dzieci.

tekst: Magda Rzeźnik zdjęcia: Maciej Rzeźnik, Andrzej Klimkowski, Wiesław Plata Lackową zdobyliśmy jako ostatni szczyt Beskidu Niskiego. Wcześniej z mężem i trójką naszych dzieci mieszkaliśmy w innej części gór i zawsze było nam do tego szczytu nie po drodze. W trasę wybraliśmy się wczesną wiosną, gdy na bukach jeszcze nie pojawiły się liście, ale jednocześnie nie było już śniegu na szlaku. Zdecydowaliśmy się na wejście od Izb, czyli najtrudniejszą i najbardziej stromą drogą na szczyt. Uznaliśmy bowiem, że lepiej wdrapywać się po stromiźnie, niż z niej schodzić - zwłaszcza z małymi dziećmi, u których łatwo o kontuzje. Początek trasy, po skręcie z drogi w kierunku szczytu, był łagodny i dosyć nudny. Niewątpliwie największą atrakcją dla maluchów były liczne kałuże, a zwłaszcza pływające w nich kijanki oraz traszki, czyli beskidzkie płazy, które są pod ochroną. Po przejściu pierwszego odcinka dostrzegliśmy kolejny etap naszej wędrówki. Muszę przyznać, że w tamtej chwili nie było nam do śmiechu. Przed nami wyrosła nagle stroma góra. Do pokonania było około 240 metrów wzwyż na odcinku o podobnej długości. Jękom i płaczom najmłodszych piechurów nie było końca, ale nie odpuściliśmy i ruszyliśmy ku górze. Mamy taki zwyczaj, że gdy dzieci marudzą i nie chcą iść, to my ruszamy sami, a oni mimo protestów idą za nami. W tamtej sytuacji nie szliśmy, a raczej wszyscy poruszaliśmy się na czworakach, sapiąc i co chwilę odpoczywając.

Łapaliśmy się wystających korzeni i zwisających gałęzi bez oglądania się za siebie… Ten stromy odcinek jest nie lada wyzwaniem dla każdego górskiego piechura. Krążą nawet opowieści, że pod Lackową przyjechała kilka lat temu Justyna Kowalczyk i w ramach treningu wbiegała na szczyt góry właśnie naszą morderczą trasą. Po pokonaniu podejścia kolejny etap marszu jest przyjemnością. Na szczyt Lackowej idzie się bowiem dosyć długim, płaskim i jednostajnym odcinkiem prowadzącym grzbietem wzdłuż polsko-słowackiej granicy. Tutaj nasze dzieci znowu miały okazję do zabawy, ponieważ co chwilę zmieniały trasę i co rusz były albo po polskiej, albo po słowackiej stronie. My zaś próbowaliśmy znaleźć jakąkolwiek przecinkę buczyny, z której rozpościerałby się widok na beskidzki pejzaż. Pomiędzy nieulistnionymi gałęziami drzew dostrzegliśmy po słowackiej stronie najwyższy szczyt Beskidu Niskiego, czyli Busov (1002 m n.p.m.), a po polskiej beskidzką panoramę. Sam szczyt Lackowej pewnie byśmy przeoczyli gdyby nie tablica z napisem „Lackowa 997 m n.p.m”. Na szczycie zrobiliśmy przerwę na herbatę i ciastko. Wspólnie postanowiliśmy wtedy, że nie wracamy tą samą trasą. Myśl o zejściu z dziećmi w dół tym stromym szlakiem nie wzbudziła w nas radości. Zdecydowaliśmy się więc zejść z Lackowej poza szlakiem do doliny Bielicznej,

Lato 2019


fot. Maciej Rzeźnik

Lackowa i Izby, fot. Andrzej Klimkowski

N A PIE C H OT Ę

33


fot. Maciej Rzeźnik

LUDZIE

„A w Bielicznej trawa aż po pas Nad Bieliczną Lackowa stoi w chmurach Nad Bieliczną rosną lasy pełne malin i borówek Nad Bieliczną płacze dobry Bóg”. To tekst Krzysztofa Kleszcza o najpiękniejszej, moim zdaniem, dolinie Beskidu Niskiego. O tym jednak następnym razem…. Lato 2019

fot. Maciej Rzeźnik

czyli dawnej łemkowskiej wsi, gdzie zachowała się jedynie murowana cerkiew. Trasa była bardzo przyjemna i dosyć łatwa. Po pierwsze - szliśmy w dół, po drugie - droga biegła wzdłuż górskiej rzeczki. Co chwila musieliśmy ją przechodzić, a wiadomo, że to niewątpliwa atrakcja dla dzieci. Dosyć szybko zaczęły ukazywać się nam połemkowskie, kamienne piwniczki i podmurówki stanowiące pozostałości po domach, a także zdziczałe sady z jabłoniami, śliwami i czereśniami. Doszliśmy do Bielicznej.


Cerkiew w Bielicznej, fot. Wiesław Plata

N A PIE C H OT Ę

33


Czertyżne, fot. Wiesław Plata


Regietów Wyżny, fot. K. Miernik-Pietruszewska

LUDZIE

Lato 2019


N A ROW E RZE

B O B ROW YM SZLAKIEM Na rowerze

39


N A ROW E RZE

Bobrowy szlak najlepiej przejechać na rowerze górskim. Dobrze jest dokładnie wczytać się w opis trasy i przed wyruszeniem w drogę, zapoznać się z nią na mapie, bo wiele kawałków nie prowadzi ani drogą asfaltową, ani szlakiem turystycznym. Atrakcją trasy są bobrowe cuda architektoniczne – tamy i piętrowe baseny, a także rozlewiska w miejscach, gdzie bobry kiedyś mieszkały... Z uwagi na kilka brodów warto przejechać tę trasę w słoneczny i ciepły dzień, tak by stopy miały szansę się ogrzać, a buty wyschnąć. Albo po prostu wziąć do plecaka kalosze!

tekst: Dorota Czopyk zdjęcia: Kasia Miernik-Pietruszewska, Wiesław Plata Trasa nie jest bardzo wymagająca technicznie, a trudniejsze fragmenty można przejść pieszo, prowadząc rower. Szlak obfituje także w piękne zabytki architektury, więc jeśli znajdziecie czas, warto zatrzymać się przy mijanych cerkwiach kapliczkach i drewnianych chatach. Na mapie zaznaczono bobrowiska. Mijane miejscowości i miejsca: Kwiatoń – góra Banne – Regietów – przełęcz pod Jaworzynką – Blechnarka – Wysowa Zdrój – Ropki – Hańczowa – przełęcz między Kiczerką a Polaną – Kwiatoń Długość trasy: 35 km Przewyższenia: 750 m Nawierzchnia: drogi asfaltowe, i nieutwardzone.

drogi

leśne

utwardzone

Startujemy spod cerkwi w Kwiatoniu, jedziemy główną drogą w stronę Smerekowca, ale na pierwszym skrzyżowaniu skręcamy w prawo na Skwirtne. Za drewnianym mostem skręcamy w lewo w polną drogę. Po krótkim kawałku przez łąki wjeżdżamy do lasu i cały czas tą samą drogą jedziemy aż na szczyt góry Banne. Po długim podjeździe czeka nas równie długi i przyjemny zjazd. Po dotarciu do asfaltu skręcamy w prawo. Asfaltem jedziemy do samego Regietowa. Na skrzyżowaniu w centrum wsi jedziemy prosto, lekko w górę, wzdłuż potoku. Tu zaczynamy się

rozglądać, bo bobry czasem wychodzą z rzeki i biegają po podwórkach okolicznych gospodarstw. Po jakimś czasie wieś się kończy, a asfalt ma coraz więcej dziur, kałuż i błota. Mijamy skrzyżowanie z Głównym Szlakiem Beskidzkim (czerwonym), studencką bazę namiotową pod Rotundą, dom sołtysa i pniemy się w górę. Towarzyszą nam piękne widoki, zapachy i cisza. Na rzece, wzdłuż której jedziemy, można zobaczyć wierzby ścięte przez bobry, liczne tamy lub dna bobrowych basenów po tym, jak wezbrane rzeki owe tamy przerwały. Wspinamy się w górę, to znów odpoczywamy na wypłaszczeniach. Po lewej mijamy cmentarz. Kiedy w oddali widzimy starą samotną dzwonnicę – odbijamy w żółty szlak rowerowy w prawo. Jedziemy po polnej drodze przez łąkę, cały czas lekko pod górę. Przed wjazdem do lasu warto się zatrzymać, odbić lekko z lewo i... zobaczyć wielopiętrowe baseny utworzone tam przez bobry. Dziwne sterty gałęzi na ich brzegach to prawdopodobnie jamo-żeremia. Wracamy na szlak i kierujemy się nim cały czas pod górę. Podjazd może nastręczać trudności, nawet gdy jest sucho i nie ma błota. Kiedy teren się wypłaszcza, to znak, że jesteśmy na przełęczy pod Jaworzynką. Czeka nas terenowy zjazd. Trzeba uważać – w lesie jest wiele połamanych gałęzi. Dojeżdżamy do niebieskiego szlaku, który towarzyszy nam tylko przez moment. Jedziemy na dół wzdłuż potoku, który stał się bobrowym królestwem. Szczególnie imponujące są budowle

Lato 2019


33


Cerkiew w Kwiatoniu, fot. Wiesław Plata

LUDZIE

przed skrzyżowaniem z żółtym szlakiem, który prowadzi na Słowację. Przejeżdżamy przez Blechnarkę, gdzie warto się zatrzymać, by podziwiać kolejne bobrowe rozlewiska w okolicach cmentarza. Docieramy do Wysowej i wypatrujemy niebieskiego szlaku pieszego, przed kościołem odbijamy w lewo na Ropki. Przejeżdżamy niebieskim szlakiem przez piękną, rzadko zabudowaną wieś. Kilkadziesiąt metrów za mostem możemy podziwiać wielkie rozlewisko i bobrową tamę zbudowaną na betonowym stopniu wodnym. Dalej docieramy do asfaltu. Skręcamy w prawo na Hańczową, a na kolejnym skrzyżowaniu w lewo. Będziemy teraz jechać szerokim asfaltem lekko w dół. Gdy wieś się skończy, wypatrujemy modrzewiowego młodnika po prawej stronie. Za nim powinien być szlaban i coś przypominającego parking lub punkt zwózki drewna, jedziemy aż do wody. Zsiadamy z rowerów, idziemy w górę rzeki. Jeszcze dwa lata temu była tu imponująca tama o szerokości ponad dwudziestu metrów. Dziś pozostały tylko ślady, Wierzbowe pnie. Liczne patyki na brzegach. Szerokie wyschnięte rozlewiska, zarastające łąką i młodymi wierzbami dno rzeki…

Wracamy do brodu i przekraczamy go. Po stromym podjeździe skręcamy w prawo, w leśną drogę. Jedziemy nią lekko w górę, wzdłuż rzeki. W pewnym momencie droga odbija w lewo w stronę grzbietu góry, robi się coraz stromsza i bardziej zarośnięta. Podążamy nią podziwiając piękne stare buki po lewej stronie. Docieramy do grzbietu, na którym jest też skrzyżowaniem leśnych dróg. Jedziemy prosto, w dół, po błocie, koleinach i kamieniach. Przed nami kolejne skrzyżowanie, tym razem z utwardzoną drogą i drogowskazami zielonego szlaku konnego. Skręcamy w prawo, kierujemy się na dół. Mijamy polanę, na której znajduje się biały budyneczek, z daleka przypominający kapliczkę, wkrótce okaże się, że to budynek wodociągów. Zjeżdżamy aż do samej rzeki i przekraczamy ją. Dojeżdżamy do asfaltu, skręcamy w prawo. Trzy obroty korbą i jesteśmy znów pod cerkwią w Kwiatoniu! Mapę, na której zaznaczyliśmy trasę proponowanej wycieczki rowerowej, otrzymaliśmy dzięki uprzejmości wydawnictwa Compass.

Lato 2019


33


Hańczowa, fot. Wiesław Plata


fot. Andrzej Klimkowski

LUDZIE

Lato 2019


MIE JS C A

CE RK IE WNE DZWONY Cerkiew w Owczarach

47


fot. Natalia Pacana-Roman

Legenda głosi, że pierwotna cerkiew w górnej, rusińskiej części dawnego Rychwałdu, a dzisiejszych Owczar, zapadła się w pobliskim bagnie. Co roku w Wielki Czwartek dobiegają ponoć z niego dźwięki cerkiewnych dzwonów. Nowa świątynię zbudowano na podmurówce z pniaków potężnych jodeł, które wycięto z pobliskiego lasu.

tekst: Magda Rzeźnik zdjęcia: Magda Rzeźnik, Andrzej Klimkowski, Natalia Pacana-Roman Grekokatolicka cerkiew pw. Opieki Bogurodzicy jest jednym z najpiękniejszych i najlepiej zachowanych obiektów sakralnych w Beskidzie Niskim. Stoi na końcu wsi Owczary, która do 1949 roku nosiła nazwę Rychwałd, w dolinie potoku Siary wśród zalesionych pagórków. Została wybudowana w 1653 roku i należy do najstarszych łemkowskich cerkwi.

wieku. Zachowany w oryginalnym układzie, ale odnowiony przedstawia układ ikon w łemkowskich cerkwiach. Najcenniejsze ikony namiestne są autorstwa Jana Medyckiego. Ta przedstawiająca Chrystusa w bocznym ołtarzu pochodzi z 1664 roku. Ściany oraz sufit cerkwi pokrywa piękna polichromia z 1938 roku namalowana z okazji 950. rocznicy chrztu Rusi.

Odznacza się zrębową i trójdzielną konstrukcją oraz wieżą o pochyłych ścianach. Całość pokryta jest gontem. Charakterystyczne łamane, namiotowe dachy znajdują się tylko nad prezbiterium i nawą. Wieża, dobudowana w 1783 roku przez słowackiego cieślę, nawiązuje do stylu cerkwi słowackich, innych niż po polskiej stronie Beskidu Niskiego. Wstawiona jest ona do wnętrza babińca, zamiast obejmować go od zewnątrz.

Cerkiew w 2013 roku została wpisana na listę światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO. Jest ona również jedną z atrakcji na Szlaku Architektury Drewnianej w Małopolsce. Na co dzień jest współużytkowana przez wiernych obrządków rzymsko- i grekokatolickiego. W każdy niedzielny poranek o godzinie 9.00 odprawiane jest nabożeństwo grekokatolickie, a o 12.00 msza rzymskokatolicka. Latem odbywają się w niej koncerty muzyki poważnej. W tym roku w ramach cyklu „Muzyka zaklęta w drewnie” planowany jest koncert 14 lipca o godzinie 17.00.

We wnętrzu świątyni zachował się bogato rzeźbiony i złocony ikonostas z przełomu XVII i XVIII

Lato 2019


fot. Andrzej Klimkowski

fot. Magda Rzeźnik

fot. Magda Rzeźnik

MIE JS C A

49


Skwirtne, fot. Wiesław Plata


LUDZIE

Lato 2019


K UL IN A RIA

NA JAGODY Kuchenne zapiski

Przepisy i zdjęcia: Kasia Miernik-Pietruszewska

Lato mogłoby trwać bez końca. A zawsze ucieka tak prędko. Wakacje są zawsze za krótkie. Choć ja lubiłam wracać do szkolnej ławki. W ciepłe letnie dni, siedziałam pod gruszą u Dziadka Antka i czytałam wszystkie lektury do następnej klasy. Te nadobowiązkowe też. Latem zbieraliśmy z mamą maliny, które później, ku oburzeniu Dziadka, sprzedawaliśmy na placu. Popołudniami chadzaliśmy z Babcią Helcią do lasu na jagody.

Uśmiechnięci wracaliśmy do domu. Dumnie nieśliśmy emaliowane bańki na mleko wypełnione mniej lub bardziej czarnymi kuleczkami jagód. Chwilę później Babcia zarabiała na swojej wysłużonej stolnicy ciasto i razem lepiliśmy pierogi. Ugotowane w lekko osolonej wodzie. Polane stopionym masłem i posypane cukrem. Albo z miodem. Nie czekajcie do jesieni! Pora na jagody jest właśnie teraz!

53


LUDZIE

Lato 2019


K UL IN A RIA

MIG DAŁOWA TARTA Z JAGODAMI Wstaję wszesnym rankiem, gdy wszyscy jeszcze śpią. Wsiadam na rower i ciesząc się z porannego chłodu, pędzę do lasu po świeże jagody. Kilkanaście zjadam prosto z krzaczków, resztę pakuję do słoików. A w drodze powrotnej wymyślam nowe receptury. Składniki (tarta o średnicy ok. 28 cm):

Przygotowanie:

Ciasto: 225 g zimnego masła 150 g cukru pudru szczypta soli 375 g mąki pszennej 50 g mączki migdałowej 1 jajko 1 żółtko

Ciasto: Do misy miksera wsypać mąkę pszenną i migdałową. Dodać zimne masło pokrojone w kosteczkę, cukier i sól. Miksować mieszadłem aż powstanie drobna kruszonka (lub siekać składniki na stolnicy), następnie dodać jajko i żółtko i połączyć składniki w jednolite ciasto. Uformować kulę, rozpłaszczyć ją, zawinąć w folię i włożyć do lodówki na pół godziny. Równomiernie wylepić ciastem natłuszczoną masłem formę (ciasto można wcześniej rozwałkować na podsypanej lekko mąką stolnicy). Ciasto ponakłuwać widelcem i wstawić do lodówki na 15 minut.

Krem migdałowy: 125 g miękkiego masła 125 g cukru kryształu 60 g mączki migdałowej 60 g mąki pszennej 2 jajka

Krem: Miękkie masło utrzeć z cukrem na jasną masę (ok. 4 minuty). Dodać jajko i ubijać jeszcze przez ok. 3-4 minuty na puszystą masę. Dodać mielone migdały oraz mąkę, połączyć składniki mieszając łyżką. Na schłodzone ciasto wyłożyć połowę krem migdałowego, następnie umyte pod bieżącą wodą i osuszone jagody i wszystko przykryć pozostałym kremem. Piec w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni C przez ok. 30 minut, aż ciasto się zezłoci. Lekko przestudzić. Podawać z lodami waniliowymi

250 g jagód

55


LUDZIE

Lato 2019


K UL IN A RIA

CIASTO Z JAGODAMI I KARDAMONOWĄ KRUSZONKĄ Jagody lubią się z wszelkimi przyprawami korzennymi. A to z goździkiem i cynamonem, a to z anyżem czy kardamonem. I choć “korzenie” sypiemy bez umiaru głównie zimą, by się rozgrzać, warto “podkręcić” smak rodzimych jagód odrobiną egzotyki również latem.

Składniki (tortownica ok. 24 cm):

Przygotowanie:

Ciasto: 100 g miękkiego masła 115 g gęstego jogurtu* skórka otarta z 1 cytryny 2 jajka* 135 g cukru 185 g mąki pszennej 2 łyżeczki proszku do pieczenia szczypta soli

Kruszonka: Wszystkie składniki zmiksować w mikserze lub połączyć palcami w grubą kruszonkę, odstawić do lodówki. Ciasto: Do misy miksera przełożyć miękkie masło i ucierać z cukrem przez 7-8 minut, aż powstanie jasna, puszysta masa. Ciągle miksując, wbić jajka. Następnie dodać jogurt i sypkie składniki oraz skórkę z cytryny. Wszystko zmiksować do połączenia składników. Dodać jagody i lekko wymieszać łyżką. Ciasto przelać do natłuszonej foremki. Na wierzchu rozłożyć kruszonkę. Piec w piekarniku nagrzanym do 170 stopni C przez ok. 25 minut (do suchego patyczka). Odstawić do wystudzenia.

150 g jagód Kruszonka: 2 łyżki mąki pszennej 2 łyżki cukru 1/2 łyżeczki kardamonu 25 g masła *wszystkie składniki powinny być ogrzane do temperatury pokojowej

57


LUDZIE

Lato 2019


K UL IN A RIA

CYTRYNOWY DROŻDŻOWIEC DO ODRYWANIA Uwielbiam to ciasto. Delikatnie cytrynowe, chrupiące z wierzchu i miękkie, maślane w środku. Z rozpływającymi się jagodami, które można dodawać bez opamiętania! Do zabrania na piknik albo na wakacyjny podwieczorek. Składniki (dwie keksówki 10x20 cm):

Przygotowanie:

Ciasto: 420 g mąki pszennej 60 g cukru 20 g drożdży 1/2 łyżeczki soli 85 g mleka 60 g miękkiego masła 60 g wody 1/2 łyżki mielonej wanilii 2 jajka

Ciasto: Przygotować rozczyn: Drożdże pokruszyć do misy miksera, dodać łyżkę mąki, mleko, cukier i wszystko wymieszać. Odstawić na kilka minut. Dodać pozostałą mąkę, sól, wodę, mieloną wanilię i jajka. Wyrabiać ciasto hakiem miksera przez 8 minut i odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut (aż podwoi swoją objętość). Nadzienie: W miseczce wymieszać cukier z otartą skórkę. Odstawić na bok. Foremkę wyłożyć papierem do pieczenia lub natłuścić.

Nadzienie: 120 g cukru skórka otarta z 2 cytryn 60 g roztopionego masła 1/2 szklanki jagód

Wyrośnięte ciasto przełożyć na lekko oprószony mąką blat i rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x55 cm. Ostrym nożem pociąć wzdłuż na 6 pasków i w poprzek również na 6 części. Każdą część układać jedna na drugiej, smarując je roztopionym masłem, przesypując cukrem ze skórką cytrynową i przekładając jagodami. Ułożony stosik podzielić na dwie równe części i delikatnie przełożyć do foremek. Jagody i cukier, które się wysypały na blat, zebrać i wcisnąć między warstwy. Ciasto odłożyć do wyrośnięcia na 30-45 minut. Piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni C. Z cukru pudru, mleka i soku z cytryny przygotować lukier. Upieczone ciasto wystudzić i polać lukrem.

Lukier: 1 szklanka cukru pudru 1 łyżka mleka 1 łyżka soku z cytryny

59


LUDZIE

Lato 2019


K UL IN A RIA

KO NFIT U RA JAGODOWA Z ANYŻEM Konfiturę jagodową robię zazwyczaj tylko z jagód i cukru. Nie dodaję do niej pektyny. Czasem wrzucę jednak kilka gwiazdek aromatycznego anyżu. Wychodzi wtedy dosyć rzadka, ale nietuzinkowa w smaku konfitura, która fantastycznie smakuje z kozim serem!

Składniki (2 słoiczki po 250 ml):

Przygotowanie:

600 g jagód 1 łyżka wody 5 gwiazdek anyżu 200 g cukru

Jagody przebrać, opłukać pod zimną, bieżącą wodą i włożyć do rondelka lub na patelnię. Wlać 1 łyżkę wody, dodać anyż i podgrzewać na małym ogniu, mieszając co chwilę. Gdy jagody puszczą sok, pogotować je jeszcze przez około 20 minut na małym ogniu i wsypać cukier. Gotować mieszając przez kwadrans lub do czasu aż konfitura będzie odpowiednio gęsta. Gotową konfiturę przelać do czystych słoików, zakręcić i odwrócić do góry dnem lub zapasteryzować w piekarniku.

61


LUDZIE

Lato 2019


K UL IN A RIA

PIE RO GI Z JAGODAMI To wakacyjny MUST HAVE. Bo czy ktoś z tu obecnych nie lubi pierogów z jagodami?! Owszem... Lepienie nie należy do najprzyjemniejszych czynności. Ale co powiecie na pierogowe spotkanie z koleżankami i lepienie przy ploteczkach? Przygotowanie:

Składniki: 300 g mąki pszennej szczypta soli 200 ml wrzącej wody 30 g masła

Mąkę przesiać do miski, dodać sól. W gorącej wodzie roztopić masło i stopniowo wlewać ją do mąki, mieszając składniki łyżką lub palcami. Ciasto wyłożyć na podsypaną mąką stolnicę. Zagniatać przez ok. 7 minut, podsypując w razie konieczności mąką. Ciasto powinno być gęste i odchodzić od dłoni. Uformować kulę, przełożyć do miseczki i okryć wilgotną ściereczką na ok. pół godziny.

Nadzienie: ok. 150 g jagód (świeżych lub mrożonych*) 1 łyżka mąki ziemniaczanej 1 łyżka cukru kryształu Dodatki: osłodzona śmietana, serek waniliowy, gęsty jogurt, miód, bułka tarta na maśle

Świeże jagody delikatnie opłukać i dokładnie osuszyć na sitku lub ściereczce. Mrożone jagody wyjąć przed samym lepieniem pierogów. W miseczce wymieszać je z mąką i cukrem. Wyłożyć ciasto na stolnicę, podzielić na 3-4 części. Kolejno rozwałkowywać każdą na cienki placek, podsypując lekko mąką. Małą szklaneczką wycinać kółka, na środek każdego nakładać po jednej łyżeczce nadzienia. Składać ciasto na pół i zlepiać dokładnie brzegi pierożków. Pierogi gotować w dużej ilości osolonej wody przez ok. 2 minuty, licząc od czasu wypłynięcia ich na powierzchnię wody.

*łatwiej lepi się pierogi z mrożonymi jagodami

Podawać gorące dodatkami. 63

z

ulubionymi


Bieliczna, Bieliczna, fot. fot. Andrzej Andrzej Klimkowski Klimkowski


fot. K. Miernik-Pietruszewska

LUDZIE

Lato 2019


E KOLOG IA

WAŁÓ W KA BEZ ŚMIECI I w drogę!

67


E KOLOG IA

Wybieramy się na całodzienną wycieczkę do lasu. Do plecaka wkładamy kurtkę przeciwdeszczową (na wypadek, gdyby padało – w Beskidzie Niskim pogoda nieraz zmienia się z godziny na godzinę), mapę, aparat fotograficzny i… wałówkę! Jest przecież duże prawdopodobieństwo, że przemieszczając się o własnych siłach, szybko zrobimy się głodni, a w Beskidzie Niskim nierzadko trudno o sklep przez całe kilometry. teskt: Dorota Czopyk zdjęcia: Kasia Miernik-Pietruszewska W poniższym artykule chciałabym zachęcić do tego, żeby jedzenie zabrane na całodniową wycieczkę było nie tylko smaczne i pożywne, ale też spakowane w sposób całkowicie bezśmieciowy. Dlaczego? • Żeby produkować mniej śmieci. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, przeciętny Polak produkuje sporo ponad trzysta kilogramów śmieci rocznie, co daje prawie kilogram odpadów na dzień. Na wakacjach i podczas wyjazdów jest tego więcej, bo częściej korzystamy z małych opakowań i jednorazowych rozwiązań. Będąc poza domem z reguły pozbywamy się śmieci w pierwszym napotkanym koszu, by nie nosić ich ze sobą. Mimo że chociaż część naszych odpadów dałoby się posegregować i przetworzyć, nie zostanie to zrobione, gdy trafią do zmieszanych. Z kosza na śmieci, odpady wędrują na wysypisko. Są składowane lub spalane – niestety, żadne z tych rozwiązań nie jest przyjazne dla środowiska.

• Żeby przyjemniej było jeść. Wyobraź sobie, że zamiast zjeść kanapkę z foliowego worka stojąc pod drzewem na środku ścieżki, rozkładasz kocyk lub wyciągasz serwetki, nalewasz herbaty z termosu i siadasz na trawie wśród zieleni… A może rozkładasz piknik na mapie? Samotne lub wspólne biesiadowanie dodaje tylko uroku górskim wędrówkom! • Żeby było zdrowiej.

• Żeby nie zgubić nic po drodze. Puste foliówki, plastikowe lub papierowe torebki czy styropianowe pudełka są tak lekkie, że lubią wyfruwać z koszy na śmieci ustawionych przy szlaku, z bocznych kieszonek plecaka, a nawet z ręki, gdy mocno wieje. Możemy zgubić je przypadkiem, nawet o tym nie wiedząc. Często zdarza się, że przydrożny kosz na śmieci zostanie podarty, wywrócony lub opróżniony przez dziką zwierzynę. Śmieci zalegające w przyrodzie szkodzą glebie, wodom powierzchniowym i gruntowym, faunie i florze, niektóre z nich mogą wywołać pożar. • Żeby nie pobrudzić innych rzeczy.

Kto lubi nosić w plecaku pustą puszkę po zjedzonych sardynkach, foliowy woreczek cały w lukrze z drożdżówki lub majonezie, który wypłynął z kanapki, albo kubeczek po jogurcie? Jeśli rzeczy zabrane przez nas na wycieczkę będą opakowane w foliówkę, plastikową lub papierową torebkę, styropianowe pudełko lub metalową puszkę, to otwarte, niedojedzone lub puste opakowania trudno jest zabezpieczyć tak, żeby nic nie pobrudziły. Wielorazowe pudełka zwykle można zamknąć szczelnie.

Jest coraz więcej badań, które potwierdzają, że jedzenie przechowywane lub transportowane w szkle, wysokiej jakości stali nierdzewnej lub naturalnej tkaninie jest zdrowsze niż to, które miało kontakt z plastikiem. Nawet opakowania plastikowe różnią się między sobą, a część z nich nadaje tylko do jednorazowego użytku w kontakcie z żywnością, nie powinna mieć kontaktu z temperaturą wyższą niż pokojowa i promieniowaniem słonecznym. Jak zatem zapakować napoje, kanapki, owoce, ciasto, a może nawet cały obiad tak, by zmieścił się w plecaku i nie pobrudził nam niczego? Co warto ze sobą zabrać, a z czego zrezygnować? Gdzie zaopatrzyć się w jedzenie bez opakowań?

Lato 2019


E KOLOG IA

67


LUDZIE

Lato 2019


E KOLOG IA

rys. Dominika Karzkowiak /autorka rysunków o przygodach Kurku, które można znaleźć na fanpage’u FB/KurkuBlog oraz na Instagramie @kurku.art i @kurku.blog.

jakaś sałatka. Zdarza mi się też kupić coś do własnego szczelnego pudełka w lokalnej restauracji lub barze, wtedy są to na przykład pierogi. Jeśli marzymy o ciepłym posiłku pośród niczego, możemy ugotować go sami, na turystycznej kuchence gazowej albo spakować posiłek do termosu obiadowego. W takim wypadku nieodzowne będą też sztućce, ja noszę ze sobą najzwyczajniejszy nóż i łyżkę zabrane z domu.

Pierwszą rzeczą, jaka przychodzi mi na myśl, gdy myślę o ekologicznym ekwipunku na wycieczkę, jest bidon z wodą lub/i termos z herbatą albo innym napojem. Woda z kranu lub czajnika nalana do własnej wielorazowej butelki to nie jeden śmieć mniej, ale też oszczędność finansowa. Jeśli wiemy, że na wycieczce będzie więcej ludzi i będziemy chcieli podzielić się z nimi naszymi napojami, warto wziąć ze sobą metalowy kubeczek. Przyda się on także do zbierania dzikich malin, ostrężyn, poziomek i borówek wypatrzonych po drodze.

Bezśmieciowa wałówka na długą wędrówkę wymaga trochę myślenia, planowania i zgromadzenia podręcznego zestawu przedmiotów, na szczęście większość z nich każdy ma w domu. Być może miłośnik butelkowanej wody mineralnej będzie musiał nie tylko przypomnieć sobie o bidonie na dnie szafy, ale też przeprosić się ze smakiem kranówki. W piekarni trzeba będzie poprosić, by zapakowano nam pieczywo do własnych opakowań, a w sklepie owoce i warzywa zważyć luzem. A nuż, zamiast kupować opakowany batonik zdecydujemy się na drożdżówkę lub kawałek domowego ciasta zawinięte we własną ściereczkę. Kto wie, czy nie okaże się, że powrót do tego, jak pakowały prowiant nasze babcie, uczyni naszą wycieczkę po górskich ciekawszą i klimatyczną, a smak herbaty i domowego ciasta, niesionych na własnych plecach wynagrodzi wszelkie trudy. Co by nie było, warto spróbować! Choć raz!

Kanapki, drożdżówki, ciasta, bakalie oraz miękkie sezonowe owoce możemy spakować do wielorazowych pudełek na żywność. Twardsze owoce, takie jak jabłko można wziąć luzem lub zawinąć w ściereczki. Rzeczy, które nie brudzą, ale jednak chcielibyśmy odizolować je od reszty przedmiotów w plecaku, warto spakować do bawełnianych lub lnianych toreb czy woreczków. Materiałowe serwetki i torebki mogą posłużyć nam jako obrus, a ponadto okazać się pomocnymi do transportowania grzybów i ziół znalezionych po drodze. Osobiście bardzo lubię wędrować po górach z pożywnym obiadem. Czasem robię go sama i zwykle jest to jednogarnkowe danie na bazie kaszy, ryżu lub makaronu oraz warzyw albo 71


Skwirtne,fot. fot.K. K.Miernik-Pietruszewska Miernik-Pietruszewska Skwirtne,


fot. Andrzej Klimkowski

LUDZIE

Lato 2019


ZW IE RZĘ TA

PO LUB IĆ BOBRA , CZY NIE? Castor fiber

75


ZW IE RZĘ TA

Bóbr – dla większości z nas jest sympatycznym zwierzęciem. Ładnym, dużym gryzoniem z pięknym połyskującym futrem, charakterystycznym płaskim ogonem i sympatyczną mordką. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że posiada on wyjątkowe przystosowania i zdolności, a także historię. Ale czy rzeczywiście jest „uroczym pluszakiem”?

tekst: Barbara Mirek-Michalska zdjęcia: Andrzej Klimkowski Jest jednym z najlepszych inżynierów w świecie zwierząt. Działa instynktownie, a także logicznie. Jest zwierzęciem silnie terytorialnym, rodzinnym i zasadniczo monogamicznym, czyli bardzo „ludzkim”. Dzięki temu bóbr został bohaterem wielu bajek dla dzieci, ciekawych opowieści, przysłów i powiedzonek ludowych. Któż z nas nie mawia: „Płakać jak bóbr” albo „Spać jak bóbr”. Bóbr stanowił obiekt szczególnej troski królów i książąt polskich. Bolesław Chrobry zabronił polowania na te zwierzęta na podległych mu terenach łowieckich. Ustanowił nawet urząd bobrowniczego oraz straż bobrowniczą, która dbała o bobry stanowiące własność królewską. W kolejnych wiekach liczebność tych zwierząt zaczęła spadać. Statuty litewskie z 1529 roku uwzględniały ochronę bobrów, wprowadzając zasady ochrony żeremi i samych zwierząt. Tak zdefiniowana ochrona obejmowała je aż do 1840 roku. Niewiele później, bo już w 1881 roku Józef Łoziński, autor monografii bobra, pisał: „Czy i gdzie on [bóbr – przyp. red.] dzisiaj u nas istnieje, nie wiadomo. Zdaje się, że należy do zwierząt zupełnie wytępionych, nigdzie bowiem o nim wzmianki nie znajdujemy”. Pod koniec XIX wieku bobry prawie wyginęły… Powrót bobra Dzisiaj jest inaczej. Liczebność bobrów jest duża dzięki wprowadzonej w połowie XX wieku ochronie czynnej tego gatunku. Pierwszych planowych reintrodukcji, czyli ponownego wprowadzania zwierząt do środowiska naturalnego, dokonano w 1949 roku z inicjatywy zootechnika prof. Mieczysława Czai i zoologa prof. Augusta Dehnela. W 1958 roku działalność rozpoczęła ferma bobrów w Zakładzie Doświadczalnym PAN w Popielnie. Od tego momentu reintrodukcja odbywała

się w całej Polsce, również na terenie Beskidu Niskiego i Beskidu Sądeckiego. W latach1980-1984 53 bobry zamieszkały nad rzeką Wisłoka koło Gorlic i nad Popradem w okolicy Krynicy. W 1999 roku do rzek i potoków Beskidu Niskiego trafiły kolejne 63 bobry. Niechciane ślady W Beskidzie Niskim często spotykamy ślady bytowania bobrów, jednak samo zwierzę jest trudne w obserwacji. Jest ostrożne, prowadzi nocny tryb życia i żyje w dwóch środowiskach – w wodzie oraz na lądzie. Potrafi również przystosować środowisko do własnych potrzeb, co nie zawsze podoba się ludziom. Ponieważ potrzebują wody, budują tamy, spiętrzając wodę na rzekach i potokach. W ten sposób powstają zbiorniki wodne określane mianem „stawu bobrowego”. Chociaż bobry powalają drzewa nie dla zabawy, ale aby dostać się do cienkich, mających największą wartość energetyczną gałęzi, ich działalność jest źródłem konfliktu z człowiekiem. Na szkody w lasach i na polach skarżą się leśnicy i rolnicy. Nory bobrów mogą także naruszać stan grobli i wałów przeciwpowodziowych. W ubiegłym roku rodzina bobrów żyjąca w Wysowej na Ropie osiedliła się tuż nad komunalnym ujęciem wody. Zmieniając środowisko po swojemu, spowodowała jednak zanieczyszczenie wody, która okazała się niezdatna do picia. Ostatnio zwierzęta te zjadły również bukową uprawę na Sidławie w leśnictwie Zdynia. Bobry w Beskidzie W okolicach Wysowej bobry żyją na głównych ciekach wodnych Ropy i Białej Tarnowskiej. Ich obecność dostrzec można także na ich dopływach np. na Zdyniance. Liczebność bobrów zależy od ilości wody w cieku, ale również od bazy żerowej.

Lato 2019


E KOLOG IA

rodzeństwo. Dorosłe bobry po przyjściu na świat potomstwa, stają się agresywne wobec intruzów - odstraszają ich ostrzegawczymi sykami lub warczeniem i kłapaniem zębów, a w ostateczności przenoszą młode w bezpieczne miejsce

Nowe kolonie wędrują w górę rzek, sięgając prawie do ich źródlisk. Wędrując szlakami turystycznymi w Beskidzie Niskim można więc często spotkać owe „stawy bobrowe”, które w zależności od ukształtowania terenu mogą zajmować powierzchnię nawet kilku hektarów, a także bobrze nory z komorami mieszkalnymi, do których wejście znajduje się pod poziomem wody. To tam żyją rodzinne kolonie i wychowują kolejne pokolenia. Bobry są zwierzętami aktywnymi przez cały rok, w związku z czym jesienią, pod powierzchnią wody, gromadzą zapasy żeru na całą zimę. Zimna woda działa jak chłodziarka, dzięki czemu aż do wiosny, mają dostęp do świeżego pokarmu. Najchętniej odżywiają się korą, łykiem, młodymi pędami, gałązkami oraz liśćmi. Bez trudu przegryzają gałąź o grubości kilkunastu centymetrów i obalają drzewa o średnicy ok. 70 cm. Zazwyczaj drzewo o grubości kilkunastu centymetrów jest ścinane w ciągu jednej nocy, grubszymi zajmują się systematycznie, dochodząc do celu bez trudu. Ścięte przez bobry drzewo najpierw zostaje pozbawione gałęzi, a następnie pocięte na kawałki używane później jako pale w konstrukcji tam. Wierzby i topole osiki to ich przysmaki.

Rodziny bobrów żyją w Dolinie Łopacińskiego w Wysowej, przy drodze do Hańczowej, przy zielonym szlaku turystycznym przez Kozie Żebro oraz przy żółtym szlaku rowerowym. Nadleśnictwo Łosie zbudowało w dolinie nawet ścieżkę dydaktyczną z wiatami, miejscem na ognisko i tablicami edukacyjnymi. Ścieżka prowadzi wzdłuż potoku Szumniak, gdzie kamienne przegrody wybudowane na potoku tworzą kaskady i zarosłe szuwarami rozlewiska. W Polsce toczy się dyskusja czy bóbr jest szkodnikiem, czy zwierzęciem pożytecznym. Potrafi on bowiem poprawić stosunki wodne podwyższając poziom wód gruntowych i zwiększając retencyjność terenu przez spowolnienie nurtu rzeki. Zwiększa atrakcyjność terenów dla innych gatunków roślin i zwierząt, lawinowo zmieniając bioróżnorodność.

W rodzinie siła

W Beskidzie Niskim stanowi niewątpliwie obiekt zainteresowania zarówno wśród turystów, jak i mieszkańców. Jest to bowiem jedno z ciekawszych zwierząt żyjących w naszym kraju.

Zaniepokojony bóbr nurkuje w wodzie, alarmując pozostałych członków rodziny silnym klaśnięciem ogona o wodę. Młodymi bobrami opiekują się oboje rodzice oraz starsze 77


G RZYB Y

Lato 2019


G RZYB Y

PIĘ K NY I WONNY Okratek australijski

teskt: Barbara Piech zdjęcia: Wiesław Plata Urody odmówić mu nie można; wyglądem przypomina czerwoną rozgwiazdę. Cóż to takiego? Ano grzyb, okratek australijski (Clathrus archeri). W Europie pojawił się na początku XX. w. Przypuszczalne jego zarodniki przemierzyły ocean wraz z jakimiś towarami sprowadzanymi z Australii. Prawdopodobnie nigdy nie uda się odtworzyć historii jego podróży. Tak czy inaczej, od tamtego czasu pojawia się w Europie, ostatnio nawet dość licznie. Można go spotkać także w wielu polskich lasach. Wygląda dość atrakcyjnie, niektórym kojarzy się z czerwoną rozgwiazdą czy ośmiornicą, innym z egzotycznym kwiatem. O jego zapachu trudno powiedzieć coś pochlebnego, na ogół wzbudza wstręt, a nierzadko przyprawia o mdłości.

Okratek australijski ma jeszcze jednego piękne go kuzyna – to okratek czerwony (Clathrus ruber). Ten gatunek też wyrasta z jaja, jajo jest białawe, z zewnątrz pokryte grubo siatkowatym wzorem. Sam grzyb jest nieco jaśniejszy i zamiast ramion tworzy rodzaj ażurowej kuli. Forma ciekawa, ale woń przypomina padlinę. W Polsce był już notowany, jednak jest znacznie rzadszy niż okratek australijski. Pewno wynika to z jego większych wymagań. Lubi ciepełko, dlatego łatwiej go spotkać w krajach śródziemnomorskich. Jak dotąd nie stwierdzono żadnych specyficznych właściwości tego grzyba. Atlasy zgodnie podają go jako gatunek niejadalny. Nic dziwnego, kiedy tak cuchnie. Gdzieś natknęłam się na wzmiankę, że jest wyjątkowo niesmaczny, ale „w okresie głodu i braku innej żywności” można go jeść.

Wyrasta ze skórzastego jaja, zwykle gładkiego zabarwionego bladoszarobrązowawo. Tworzy 4-6 czerwono wybarwionych ramion, których wewnętrzna powierzchnia pokryta jest zielonobrunatną mazią. Zielonobrunatna substancja jest nośnikiem zarodników i to ona w głównej mierze odpowiada za przykry zapach tego grzyba. Natura celowo wyposażyła okrataka w ten zapach. Ma on za zadanie przywabić owady (szczególnie muchy) które rozniosą zarodniki po świecie, a przez to przyczynią się do przetrwania i poszerzenia zasięgu występowania tego gatunku.

Na wystawach prezentujemy go zawsze w szczelnych, przezroczystych pojemnikach. Niezmiennie powoduje to ciekawość. Dlaczego w zamknięciu? Dlaczego nie tak, jak inne grzyby? To proste. Zapach jednego owocnika można wyczuć z około 10 m. Gdyby zostawić je w otwartych pojemnikach – nikt nie odwiedziłby wystawy. Obsługa też by długo nie wytrwała na stanowisku. Zapach jest tak uciążliwy, że jedyną radą jest zamknięcie ich w szczelnych pojemnikach. Tylko pod takim warunkiem można podziwiać ich piękno, inaczej woń nas pokona.

79


ZA POWIE D Ź


C ZYTA MY

WYDAWNICTWO CZARNE Co czytamy...

Monika Sznajderman

Jędrzej Pasierski

PUSTY LAS

ROZTOPY

Żyjąc, zajmujemy miejsce tych, którzy byli przed nami, taka jest oczywista kolej rzeczy. Jak jednak żyć w miejscu, w którym garstka ludzi zajmuje miejsce po ośmiuset, jak wypełnić taką przestronną pustkę? Szczególnie gdy tych ośmiuset nie odeszło tak, jak nakazuje czas, lecz zmiotła ich historia? Pusty las to opowieść autorki o życiu w Wołowcu, beskidzkiej wsi, z której kolejno znikali szukający szczęścia za oceanem biedacy, wizjonerscy nafciarze, Żydzi, Cyganie, Łemkowie. To także jej hołd dla tego miejsca na ziemi, jego historii, przyrody i jego mieszkańców.

Gdy po wczesnej zimie do Bukowców, małej wsi w Beskidzie Niskim, przychodzą roztopy, policja znajduje w lesie zwłoki. Kim jest ofiara i jaki związek ma brutalne zabójstwo z Joanną Pascho, warszawską lekarką, która niedawno przeprowadziła się w góry? Odpowiedzi na te pytania szuka Nina Warwiłow, szykująca się do powrotu do pracy śledczej po długiej przerwie. Żeby rozwiązać zagadkę zbrodni, będzie musiała odkryć sięgające głęboko w przeszłość mroczne sekrety beskidzkiej wioski. Po świetnie przyjętym debiutanckim Domu bez klamek Jędrzej Pasierski powraca z kolejną książką o Ninie Warwiłow.

81


MAGAZYN

Z BESKIDU NISKIEGO Podążaj za sercem Beskidu Niskiego

W NASTĘPNYM NUMERZE: Beskidzkie cmentarze Dużo grzybów

Ropki, fot. K. Miernik-Pietruszewska

Redyk

REDAKCJA : magazyn@beskid-niski.com Facebook/magazynzbeskiduniskiego Instagram/magazyn_z_beskidu_niskiego

KONIEC Miłego lata i do zobaczenia jesienią!

Profile for Magazyn z Beskidu Niskiego

Magazyn z Beskidu Niskiego nr 1 - Lato 2019  

Magazyn z Beskidu Niskiego to pismo o kulturze, tradycjach, inspirujących ludziach, przyrodzie i kuchni tego regionu.

Magazyn z Beskidu Niskiego nr 1 - Lato 2019  

Magazyn z Beskidu Niskiego to pismo o kulturze, tradycjach, inspirujących ludziach, przyrodzie i kuchni tego regionu.

Profile for mzbn
Advertisement