Issuu on Google+

1[35]2013

styczeń

>>HERBA O N I T N A R A T >> >>ŁĄKI ŁAN


{ } słowo wstępne

>>wstępniak

Drodzy Czytelnicy!

T

rzy lata temu, kiedy światło dzienne ujrzał pierwszy numer „Musli Magazine”, drżeliśmy i zastanawialiśmy się, czy damy radę, czy Wy polubicie gazetę, czy wreszcie charytatywna praca po godzinach nie osłabi naszego zapału i entuzjazmu. Udało się! Z numeru na numer przybywało nam nowych czytelników, a my z początkujących wydawców i dziennikarzy wyrośliśmy na zgraną ekipę coraz bardziej profesjonalnych penetratorów kulturalnej rzeczywistości. Droga Redakcjo, bardzo Wam za to dziękujemy. Wszystkim bez wyjątku — i tym, którzy są z nami od początku, i tym, którzy odeszli, i tym, którzy dołączyli do nas niedawno. W sumie udało nam się wydać 35 numerów, w których przedstawiliśmy galerie aż 64 artystów. Odkrywaliśmy nowych twórców, którzy udzielali nam swoich pierwszych wywiadów. Dzisiaj jest o nich głośno, z czego ogromnie się cieszymy! Z listów i sygnałów od Was wiemy, że szczególnie lubiliście felietony. Bardzo nas to cieszy, bowiem jest to jedna z najtrudniejszych — wymagająca najwyższej finezji pióra — form dziennikarskich. Od samego początku promowaliśmy lokalne inicjatywy kulturalne, imprezy i artystów. Dział nowości bacznie obserwował rynek wydawniczy, muzyczny i filmowy. Mieliśmy też fantastycznych rozmówców, między innymi: Julię Marcell, Mikę Urbaniak, Romę Gąsiorowską, Marię Sadowską, Gabę Kulkę, Anię Dąbrowską, Anję Orthodox, Jakuba Żulczyka, Anię Dziewit, Renatę Przemyk, Lao Che, Johna Portera, Sylwię Chutnik, Paris Tetris, Très.b i Rafała Bryndala. Przychodzi jednak moment wyczerpania, w którym lepiej zdecydować o tym, aby zamrozić projekt, niż robić coś wbrew sobie. Inicjatywa nasza od samego początku miała być bowiem dobrą zabawą grupy Przyjaciół, którym zamarzyło się wypełnienie prasowej niszy. Nie mówimy jednak „do widzenia”. Podczas tych trzech lat zaraziliśmy swoim apetytem na dobre dziennikarstwo kilka osób, które zdecydowały, aby powołać do życia nowy tytuł. Pojawi się niebawem, a zatem razem z pierwszymi oznakami wiosny wypatrujcie też nowej gazety, która będzie kontynuowała misję „Musli Magazine”. Najbardziej cieszy nas to, że na czele nowego tytułu staną nasi Przyjaciele z redakcji: felietonista Marek Rozpłoch i redaktor teatralny Arek Stern. Drodzy Czytelnicy, zatem oby do wiosny! MAGDA WICHROWSKA & SZYMON GUMIENIK

>>2

musli magazine


[:]

>>spis treści

>>2

wstępniak. drodzy czytelnicy!

>>4

wydarzenia. ARKADIUSZ STERN, ANIAL, (SY)

>>12 >>14

fotorelacja. Bella Women In Art Festival FOT. MO WIECZORKOWSKA (WIECZORKOCHA)

okiem krótkowidza. kto pozostał — bohaterowie 2012 KATARZYNA TARAS

>>15

gorzkie żale. robić nie ma komu. ANNA ROKITA

>>16

filozofia w doniczce. przekleństwo realności. IWONA STACHOWSKA

>>17

a muzom. asceza, samoograniczenie. MAREK ROZPŁOCH

>>18

porozmawiaj z nimi... trzecie wyjście z łanu Z WŁODZIMIERZEM DEMBOWSKIM (PAPRODZIADEM) I PIOTREM KOŹBIELSKIM (MEGA MOTYLEM) Z ZESPOŁU ŁĄKI ŁAN ROZMAWIA MAŁGORZATA DRĄŻEK

>>22

portret. Quentin Tarantino. bękart kina. MAGDA WICHROWSKA

>>28

zjawisko. torunianki

>>50

porozmawiaj z nimi... moda. sztuka tworzenia siebie MARIA SADOWSKA, ANNA DEPERAS-LIPIŃSKA, KATARZYNA PAWŁOWSKA, JULIA JARMULSKA

>>58

galeria. GOSIA HERBA

>>72

nowości [książka, film, muzyka]. (MR), (AL), ARBUZIA, (SY)

>>75

recenzje [książka, film, teatr, muzyka] ANNA ROKITA, ANNA LADORUCKA, MAREK ROZPŁOCH, ARKADIUSZ STERN, ANDRZEJ MIKOŁAJEWSKI

>>78

galeria. ALINA FILIPOIU

>>92

warsztat qlinarny. let it snow. MARTA MAGRYŚ

>>94

redakcja

>>95

słonik/stopka

OKŁADKA: IL. GOSIA HERBA

>>3


>>wydarzenia

9.1

4.1

9.1

DWÓR ARTUSA

NRD

OD NOWA

FOT. MATERIAŁY PRASOWE

ALL GENERATION Dwanaście lat temu powstał zespół Cool Kids of Death — rewolucyjny głos „Generacji Nic”. Co prawda czasy już dawno się zmieniły, a nowe pokolenia przewartościowały stare ideały, ale wpływ muzyki na kolejne generacje zawsze pozostanie ten sam. Muzyka nie tylko bowiem łagodzi obyczaje, ale przede wszystkim łączy, o czym będziemy mogli się przekonać już 4 stycznia w toruńskim klubie NRD. Grupa CKOD powstała w Łodzi i jak dotychczas wydała 4 albumy — wszystkie entuzjastycznie przyjęte przez fanów i krytyków muzycznych. Na fali sukcesów zespołu powstał też bardzo ważny dokument Generacja CKOD w reżyserii Piotra Szczepańskiego, który przez 2 lata towarzyszył grupie z kamerą. Dzięki zagranicznym koncertom i anglojęzycznej płycie zespół cały czas zbiera pozytywne opinie w zachodniej prasie, regularnie też koncertuje za granicą (do tej pory CKOD zagrał m.in. w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Holandii, Francji, Czechach czy na Litwie i Węgrzech). Ich anglojęzyczny płyta została wydana w Niemczech i Japonii. Najnowszy album zespołu z 2011 roku pt. Plan Ewakuacji za-

SAMOSIE JOANNY KONDRAT skoczył wszystkich — panowie trochę wyhamowali i totalnie zmienili swoje brzmienie, tym samym dając świadectwo niesamowitej odwagi i świadomości artystycznej. Oby tak dalej. Wszystkich, niezależnie od przynależności pokoleniowej czy muzycznej, zapraszamy na koncert do NRD. (SY) Cool Kids of Death 4 stycznia NRD

>> >>4

Nowy rok 2013 w Dworze Artusa otworzy Joanna Kondrat — bez wątpienia nadzieja polskiej muzyki pop. Skromna, równie piękna, co utalentowana wokalistka, autorka tekstów, która została dostrzeżona i doceniona przez najbardziej wybrednych krytyków muzycznych. Laureatka nagrody imienia Anny Jantar za zajęcie pierwszego miejsca w konkursie Debiuty 2012 49. Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, a także prestiżowej nagrody specjalnej przyznawanej przez Program Trzeci Polskiego Radia na tym samym Festiwalu. Jej debiutancki krążek Samosie, dostrzeżony przez krytyków muzycznych, redakcje rozgłośni radiowych i telewizyjnych, zebrał kilkadziesiąt znakomitych recenzji i został zaprezentowany we wszystkich telewizyjnych programach poświęconych kulturze. W Dworze Artusa artystka zaśpiewa piosenki ze swojej debiutanckiej płyty, możemy się również spodziewać kilku muzycznych niespodzianek, tym bardziej że wokalistce towarzyszyć będzie zespół wybitnych instrumentalistów (Maciej Tubis — fortepian, Łukasz Borowiecki — kontrabas i Przemek Pacan — perkusja).

JAZZ Z NAJWYŻSZEJ PÓŁKI 9 stycznia w Od Nowie wystąpi zespół Tone Raw. Grupę tworzą młodzi muzycy, studenci Akademii Muzycznych w Berlinie i Odense, działający pod szyldem Tone Raw od roku. Muzyka formacji to przede wszystkich klasyczny jazz. Artyści nie stronią jednak od romansów z muzyką ludową. Wskutek połączenia brzmień krajów germańskich, skandynawskich i słowiańskich z własnymi pomysłami powstaje mieszanka tradycji i nowoczesności. Tone Raw są nagradzani na festiwalach i konkursach: European Jazz Contest w Rzymie, Novum Jazz Festival, Jazz Juniors w Krakowie, Tarnów Jazz Contest oraz na Przeglądzie Młodych Zespołów Jazzowych i Bluesowych. Debiutancka płyta grupy, zatytułowana po prostu Tone Raw, powstała m.in. dzięki wsparciu Urzędu Marszałkowskiego Województwa Kujawsko-Pomorskiego. ANIAL Tone Raw 9 stycznia, godz. 20.00 Od Nowa

ARKADIUSZ STERN Joanna Kondrat / Samosie Dwór Artusa / Sala Wielka 9 stycznia musli magazine


>>wydarzenia

11.1

11-27.1

DWÓR ARTUSA

12.1

WOZOWNIA

OD NOWA

BARBARA SOSNOWSKA-BAŁDYGA / PĘTLA-KONTRAPUNKT

STANISŁAW BAŁDYGA / PRZESTRZENIE VII

CEZIK & KLEJNUTY CeZik, czyli Cezary Nowak, urodził się w Gliwicach w 1985 roku. Od tamtej pory, z małymi przerwami, brzdąka, stuka, buczy, huczy i wyje! Szerszej publiczności dał się poznać w 2009 roku w programie „Szymon Majewski Show”, jednak szybko znudziło go tylko śpiewanie od tyłu. Mógł być inżynierem, ale został gwiazdą internetu, dzięki czemu teraz na swych koncertach zapełnia sale po brzegi. Jak przed dwoma laty, gdy w mroźny lutowy wieczór rozgrzał publiczność Dworu Artusa z formacją Me Myself and I, 11 stycznia, niestety w Sali Małej (liczba miejsc ograniczona!), CeZik wystąpi w koncercie Kameralny Akt Solowy, podczas którego w swym nowym projekcie — KlejNuty — zaprezentuje skomponowane przez siebie utwory z wykorzystaniem gitary, komputera, mikrofonu i oczywiście oceanu możliwości własnego głosu. Nie ulega wątpliwości, że artysta znany z wielu „porąbanych pomysłów”, miłośnik kobiet z grzywką i tym razem niebywale rozkręci toruńską publiczność! ARKADIUSZ STERN CeZik & KlejNuty Dwór Artusa / Sala Mała 11 stycznia

ANIA BAWI SIĘ ŚWIETNIE

DIALOG W WOZOWNI Nowy sezon wystawienniczy w Galerii Wozownia zainauguruje wystawa znanej w Polsce i na świecie pary grafików: Barbary Sosnowskiej-Bałdygi i Stanisława Bałdygi. Ich prace będzie można zobaczyć od 11 stycznia. Stanisław Bałdyga mówi, że poszukuje przestrzeni, światła, formy, harmonii i struktury, które stara się odnaleźć w przyrodzie i otaczającej go rzeczywistości. Manipuluje naturą, nadając jej nowy kształt. Przejrzystość, przestrzenność i umiejętne operowanie światłem tworzą unikalny i charakterystyczny styl prac. Detal prac jest drobiazgowo wykonany, dzięki czemu mają one swój wyjątkowy nastrój. Przyroda w pracach Bałdygi jest niezależną wartością, artysta świadomie nawiązuje do więzi człowieka z przyrodą i jego funkcjonowania w ramach natury. Niedawno artysta obchodził 40-lecie pracy twórczej. Studiował grafikę na Wydziale Sztuk Pięknych UMK. Uczestniczył w ponad 300 wystawach. Obrazy graficzne Barbary Sosnowskiej-Bałdygi zrealizowane zostały w zupełnie odmiennych technikach. Artystka oprócz tradycyjnego suchorytu zajmuje się także grafiką komputerową. Świat jej grafik, jak to określił Kazimierz Parfianowicz, to: „Świetliste, poskręcane i od-

bijające światło, perfekcyjnie doskonałe w swych matematyczno-geometrycznych, przestrzennych formach metaliczne taśmy, jakby konkretne, a przecież abstrakcyjne, materializacje wyrafinowanych bytów ze świata wirtualnej techniki…”. Dzięki możliwościom komputera artystka miękko modeluje formy za pomocą niezwykle subtelnych gradacji światłocienia. Barbara Sosnowska-Bałdyga studiowała grafikę na Wydziale Sztuk Pięknych w Toruniu w latach 1965— —1970. Brała udział w licznych wystawach w kraju i zagranicą. Do 27 stycznia w Wozowni będzie można zobaczyć pierwszą część kameralnej wystawy Karoliny Komasy Obiekty do wchodzenia, a 11 stycznia artystka zaprasza na drugą, większą i właściwą część wystawy — eksponowaną w dolnej sali Galerii. Komasa zajmuje się obiektem, rzeźbą i instalacją, w 1998 roku ukończyła ASP w Poznaniu, gdzie obecnie wykłada na Wydziale Rzeźby Uniwersytetu Artystycznego.

12 stycznia kolejna odsłona cyklu „Od Nowa na obcasach”. Tym razem na scenie zobaczymy, a przede wszystkim usłyszymy, Anię Dąbrowską. Od debiutu wokalistki minęło już 8 lat. Album Samotność po zmierzchu, który ukazał się w 2004 roku, zdobył ogromne uznanie krytyki i publiczności. Kolejna płyta Ani pojawiła się dwa lata później. Kilka historii na ten sam temat to zabawa konwencją lat 60. ubiegłego wieku. Po tym wydawnictwie styl retro stał się znakiem rozpoznawczym twórczości artystki. 19 października premierę miał kolejny krążek Ani Dąbrowskiej. Bawię się świetnie, jak zgodnie twierdzą ci, którzy mieli okazję tę płytę przesłuchać, jest najlepszą w dorobku wokalistki. Ania postanowiła odejść od stylu retro i zwrócić się w kierunku współczesnych brzmień. Efekty tej metamorfozy będziemy mogli ocenić 12 stycznia.

>> ARKADIUSZ STERN

Dialog Barbara Sosnowska-Bałdyga / Stanisław Bałdyga

ANIAL

Ania Dąbrowska 12 stycznia, godz. 20.00 Od Nowa

Obiekty do wchodzenia. Wybory Karolina Komasa 11–27 stycznia Galeria Sztuki Wozownia

>>5


>>wydarzenia

15.1

od 14.1 DWÓR ARTUSA

OD NOWA

Pierwszą noworoczną wystawą w Galerii Artus będzie podwójna ekspozycja prac dyplomowych absolwentów Sztuk Pięknych UMK. Pochodzącego z Armenii Karena Broyana i Michała Głowackiego, obecnie doktoranta oraz pracownika Zakładu Malarstwa Wydziału Sztuk Pięknych. Nad pracą dyplomową obu artystów czuwał dobrze znany w toruńskim światku artystycznym — profesor Piotr Klugowski. Ponadto ich punktami wspólnymi są przede wszystkim pasja i głębokie oddanie sztuce. W malarstwie w centrum zainteresowań obaj stawiają przede wszystkim człowieka, a wraz z nim poruszają trudne i często niewygodne tematy. Wystawa w Galerii Artus zawierać będzie cykl dyplomowy Broyana — Było, jest, nie minęło, który jest swoistym wehikułem czasu. Obrazy, mimo różnorodności tematycznej, tworzą spójną całość, bowiem ukazują zjawiska społeczne i ludzkie zachowania. To między innymi ludobójstwo na Ormianach przez Turków, problem feminizacji społeczeństwa czy problem głodu, którego symbolem wciąż jest Afryka. Swoistym uzupełnieniem artusowej wystawy będą płótna Micha-

ROWER NA BEZDROŻACH ła Głowackiego, toruńskiego artysty mającego na swym koncie kilkanaście wystaw, zarówno indywidualnych, jak i zbiorowych. W trakcie ekspozycji zaprezentowane zostaną nie tylko prace pochodzące z świeżo obronionego dyplomu, ale również inne dokonania. ARKADIUSZ STERN Karen Broyan i Michał Głowacki / 2 dyplomy, 2 artystów Dwór Artusa / Galeria Artus 14 stycznia–8 lutego

>> >>6

FOT. NADESŁANE

MICHAŁGŁOWACKI

MASKARADA / KAREN BROYEN

DWA DYPLOMY, DWÓCH ARTYSTÓW

W kolejnej odsłonie Wieczoru Podróżnika spotkanie z Adamem Wiśniewskim, który jak sam twierdzi, wychował się na rowerze. Jako mały chłopiec wyruszył z rodzicami i klubem rowerowym UKTR Vagabundus w podróż po Europie Środkowej i Wschodniej. Lata mijały, a on podróżował coraz częściej i coraz dalej. Przemierzył Mongolię, Afrykę i Andy. Jest autorem serii książek Rowerem Pisane. Współpracuje z magazynem „Rowertour”. Pasjonuje się także żeglarstwem. Jest prezesem Fundacji Ocean Marzeń organizującej szkołę pod żaglami dla dzieci z domów dziecka. Uczestnicy spotkania wysłuchają opowieści z wypraw po dalekich zakątkach świata, a także będą mogli zakupić książki z autografem ich autora. ANIAL Wieczór Podróżnika / spotkanie z Adamem Wiśniewskim 15 stycznia, godz. 20.30 Od Nowa

musli magazine


>>wydarzenia

16.1

16.1

OD NOWA

18.1

OD NOWA

Z CYKLU „ANARCHIA” W Toruniu nie brakuje artystów niepokornych i niekonwencjonalnych. Jednym z nich bez wątpienia jest Jacek Zieliński. 16 stycznia w Galerii 011 torunianie będą mogli zobaczyć jego prace. Zieliński tworzy przede wszystkim w technikach suchej igły, suchorytu, miedziorytu, kolografii, monotypii i kolażu. W kręgu jego estetycznych fascynacji znajdują się przede wszystkim cztery żywioły. Artysta zajmuje się także fotografią. Wystawa Jacka Zielińskiego odbędzie się w ramach cyklu „Anarchia”. Wstęp wolny! ANIAL Wystawa prac Jacka Zielińskiego 16 stycznia, godz. 19.00 Od Nowa / Galeria 011

OD NOWA

NA GORĄCO

ECHO, ECHO!

16 stycznia na małej scenie w Od Nowie może być gorąco, a to za sprawą koncertu zespołu Warm Quintet w składzie: Wojciech Piórkowski — saksofon; Adam Lemańczyk — pianino; Kasper Łbik — gitara basowa; Mateusz Krawczyk — perkusja; Rafał Dubicki — trąbka. Początki grupy sięgają 2011 roku. Członkowie Warm Quintet są studentami Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Na co dzień grają w innych składach — El Jazz Big Band, Big Band 75’ Pałacu Młodzieży oraz Omnivore. Muzycy umiejętnie łączą jazz tradycyjny z elementami elektroniki. Jaki jest efekt takich eksperymentów? Laury w Ogólnopolskim Konkursie Big Bandów w Nowym Tomyślu, FAMA Festiwal czy Konkursie Improwizacji w Bydgoszczy. Warm Quintet pracuje obecnie nad swoją debiutancką płytą.

Styczeń w Od Nowie to m.in. koncert zespołu Echo. Grupa funkcjonuje zaledwie od 2010 roku, jednak jej działalność można określić mianem bardzo prężnej — ma na koncie kilkadziesiąt koncertów. Zespół okrzyknięty został mianem warszawskiego objawienia. W maju Echo nagrało debiutancki album, który ukaże się w pierwszym kwartale tego roku. Echo to przede wszystkim grupa koncertowa, której znakiem rozpoznawczym jest energia, spontaniczność i improwizacja. W Toruniu Echo zagra utwory z nadchodzącej płyty, rockowe covery oraz kawałki, które powstały z myślą o następnym krążku.

>> ANIAL

Echo 18 stycznia, godz. 20.00 Od Nowa

ANIAL

Warm Quintet 16 stycznia, godz. 20.00 Od Nowa

>>7


>>wydarzenia

19.1

PREMIERA

19.1

19.1 DWÓR ARTUSA

OD NOWA

HORZYCA

FOT. BOGDAN KREZEL

ŁEMKOWSKI LEMON Powstanie zespołu LemON miało związek z zakwalifikowaniem się muzyków do programu telewizyjnego „Must Be The Music”. Telefon z Polsatu zadzwonił, LemON się narodził. Opłaciło się. Zespół w ostatnim odcinku edycji mógł cieszyć się ze zwycięstwa i zdeklasowania tysięcy konkurentów. Jaka jest muzyka grupy? Jej członkowie sami nie potrafią zdefiniować swojego stylu. Bez wątpienia jednak twórczość LemON przepełniona jest emocjami. Coś, co wyróżnia zespół to obecność w muzyce wpływów kultury łemkowskiej, w której wychowała się część muzyków tworzących LemON. Artystów łączy szczególna wrażliwość wyczuwalna w ich twórczości. Bez wątpienia głębokie emocje udzielą się także publiczności, która pojawi się w Od Nowie, by posłuchać LemON na żywo.

JORGOS SKOLIAS W DWORZE ARTUSA Niewątpliwą gwiazdą styczniowych propozycji kulturalnych w Dworze Artusa będzie Jorgos Skolias, który w Sali Wielkiej 19 stycznia wystąpi ze swym solowym koncertem. Tego typu wydarzenie to bez wątpienia także ciekawostka: nieczęsto zdarza się bowiem recital, w którym jedynym instrumentem nadającym rytm i linię melodyczną jest ludzki głos. Tak też będzie w Dworze Artusa. Znakiem rozpoznawczym artysty urodzonego w Zgorzelcu, potomka greckich uchodźców politycznych, jest nie tylko silny, mocny głos, ale także śpiew techniką harmoniczną (równoległe prowadzenie trzech głosów). Skolias jest przede wszystkim muzykiem poszukującym. Nie szuka jednak tylko i wyłącznie indywidualnej formuły na zastosowanie głosu jako instrumentu, ale również inspiracji w domenie bluesa, jazzu, rocka, w muzyce etnicznej — od Grecji poprzez Afrykę do Indii. Ogromny wpływ na tak ukierunkowaną twórczość artysty miała bliska współpraca ze środowiskiem rockowo-bluesowym Wrocławia w latach 70. ubiegłego wieku. Zwłaszcza udział w projektach zespołów m.in. Dżem, Osjan i Tie Break

>> ANIAL

LemON 19 stycznia, godz. 19.00 Od Nowa

>>8

oraz artystów: Tomasza Stańko, Tomasza Szukalskiego, Bogdana Hołowni i Zbigniewa Namysłowskiego. Jak wielka siła tkwi w ludzkim głosie i w jak nietypowy sposób można go wykorzystać, dowiemy się już niebawem! ARKADIUSZ STERN Jorgos Skolias / recital Dwór Artusa / Sala Wielka 19 stycznia

PIĘĆ RÓŻ DLA JENNIFER Teatr im. Wilama Horzycy w cyklu Dramat XXI w. — Nowy Wspaniały Świat? zaprezentował sztukę Pięć róż dla Jennifer Annibale Ruccello. Czytanie dramatu zostało przyjęte przez publiczność entuzjastycznie, w związku z tym aktorzy postanowili przygotować go w ramach Sceny Propozycji Aktorskich. Akcja sztuki rozgrywać się będzie w mieszkaniu transwestyty Jennifer, która od trzech miesięcy czeka na telefon od Franca, inżyniera z Genui, którego poznała w jednym z nocnych lokali. Codziennie przygotowuje uroczystą kolację na jego przyjazd. Telefony na osiedlu uległy jednak dziwnej awarii i wszystkie połączenia kierowane są do Jennifer. Ciągłe pomyłki coraz bardziej wytrącają Jennifer z równowagi. Jej frustrację potęguje jeszcze bardziej powtarzająca się co chwilę w radiu informacja o maniaku mordującym transwestytów. Z godziny na godzinę niepokojąco wzrasta liczba ofiar. Jej lęki wyostrzają się dramatycznie po pojawieniu się innego transwestyty, Anny. Życie Jennifer zawieszone jest między marzeniami a samotnością, między tym, kim jest, a kim chciałaby być. Pięć róż dla Jennifer napisana lekko musli magazine


>>wydarzenia

21.1

21.1 DWÓR ARTUSA

WOZOWNIA

FOT. NADESŁANE

i zabawnie jest czarną komedią o poszukiwaniu przez człowieka własnej tożsamości. Spektakl reżyseruje Maria Spiss, reżyserka i autorka kilku dramatów. Jako reżyserka zadebiutowała w 2007 roku w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie Ajasem Sofoklesa. W tym samym teatrze wyreżyserowała także spektakle Pani Bóg Halina Marka Millera i Sędziów Stanisława Wyspiańskiego. Przygotowała także m.in. Małego Eyolfa Henryka Ibsena w Teatrze Nowym w Krakowie oraz Skiz Gabrieli Zapolskiej w Teatrze Ateneum w Warszawie. W spektaklu wezmą udział: Małgorzata Abramowicz, Anna Romanowicz-Kozanecka, Jarosław Felczykowski i Paweł Tchorzelski. ARKADIUSZ STERN Scena Propozycji Aktorskich Pięć róż dla Jennifer / Annibale Ruccello reż. Maria Spiss prapremiera polska: 19 stycznia 2013 Teatr im. Wilama Horzycy / foyer II piętra

NIE TYLKO O MIŁOŚCI — ZAPROŚ BABCIĘ I DZIADKA! Padam padam, Deszcz (I tak się trudno rozstać), Besame mucho, Ta ostatnia niedziela, Już nie zapomnisz mnie, Don’t get around anymore, For all we know, True colors, Fields of gold, Cheek to cheek, Jak na lotni. A także repertuar Andrzeja Zauchy, Evy Cassidy, Roda Stewarta, M. Foga, E. Piaf i wiele innych... To fragment programu koncertu z okazji Dnia Babci i Dziadka prezentujący również najpiękniejsze polskie przeboje pochodzące z filmów z lat 20. i 30. Zaśpiewają je dwie utalentowane wokalistki: Katarzyna Gucajtis i Ilona Morawska, którym towarzyszyć będzie zespół w składzie: Leszek Miliński (fortepian), Łukasz Rafiński (trąbka), Krzysztof Sypek (kontrabas), Grzegorz Weręgowski (perkusja). Niecodzienny i różnorodny program koncertu zadowoli nie tylko gusta obchodzących swoje święto Babć i Dziadków, ale także ich wnuków — melomanów.

HALO, TU ARCHITEKT JOANNA… „Polskie kino w końcu lat 50. i początku lat 60. XX wieku ze względu na uwarunkowania polityczne stało się medium, w którym mieliśmy możliwość oglądania obrazu Polski, Polaków oraz architektury współczesnej w pewnym nie do końca realnym ujęciu. Ta nienaturalna tendencja przyczyniła się do tego, iż świat zamknięty w obrazie filmowym stawał się pewnego rodzaju nierzeczywistą krainą piękna, radości i spełnienia. W tym czarodziejskim świecie architektura, a także ludzie ją tworzący, byli częstym motywem dopełniającym fabułę filmu. Niniejsza prezentacja ma na celu ukazanie, w jaki sposób architektura współczesna lat 60. XX wieku była postrzegana jako element ikonosfery filmowej oraz w jaki sposób jej odbiór wpływał na gusta architektoniczne Polaków w tym okresie. Obraz filmowy stał się zapisem epoki, ale także dał możliwość utrwalenia obiektów architektonicznych, znaczących dla historii architektury polskiej w ich naturalnym środowisku” — tak swój wykład w Wozowni zapowiada Adam Nadolny. Młody (rocznik 1976) dr hab. inż. architekt, absolwent Wydziału Architektury

Politechniki Poznańskiej, od 2006 roku adiunkt w Zakładzie Historii Architektury i Urbanistyki na Wydziale Architektury Politechniki Poznańskiej. Opublikował ponad 70 prac z zakresu historii architektury, urbanistyki i planowania przestrzennego, m.in. na łamach „Kwartalnika Architektury i Urbanistyki”, „Archivolty”, „Autoportretu”, „Czasopisma Technicznego”. Jest wiceprezesem Oddziału Poznańskiego Towarzystwa Urbanistów Polskich, członkiem Komisji Architektury XX wieku polskiego oddziału PKN ICOMOS (Międzynarodowej Rady Ochrony Zabytków), a także członkiem reprezentującym Polskę w stowarzyszeniu Associazione Storia della Città. Zainteresowania naukowo-badawcze Adama Nadolnego to historia budowy miast, architektura modernistyczna, architektura i miasto w przestrzeni filmowej, urbanistyka i architektura Poznania XX wieku.

>>

ARKADIUSZ STERN

Dzień Babci i Dziadka w Dworze Artusa: Nie tylko o miłości 21 stycznia Dwór Artusa / Sala Wielka

ARKADIUSZ STERN

ARCHITEKTURA W WOZOWNI Halo, tu architekt Joanna. Architektura w polskim filmie lat 60. XX wieku Adam Nadolny 21 stycznia, godz.17.00 autorka projektu: Teresa Dudzińska

>>9


>>wydarzenia FOT. NADESŁANE

25-26.1 OD NOWA

31.1

LIZARD KING

20.1

LIZARD KING

17.1

RAP, METAL, POP I JAZZ W LIZARD KING „To my Polacy” — śpiewali w 2004 roku 52 Dębiec feat. Ascetoholix. Kto nie zna, niech posłucha ich tekstu, gdyż nad Wisłą brzmią aktualnie (i niestety boleśnie) nawet po 9 latach. Tego raperskiego hymnu wysłuchamy zapewne podczas pierwszego w nowym roku koncertu w klubie Lizard King, gdzie 52 Dębiec wystąpi razem z duetem Konrad W. & Młodszy. Po silnej dawce rapu, trzy dni później, przyjdzie czas na energetyzujących metalowców z brodami! Formacja Alastor (z mitologii starożytnej Grecji: mściciel — duch zamordowanego) powstała w 1986 roku w Kutnie. Muzycy grają thrash metal, a w Lizardzie zaprezentują materiał ze swej najnowszej, szóstej studyjnej płyty Out of Anger. Zespół w składzie: Mish Jarski (wokal), Artur Banach i Mariusz Matuszewski (gitary), Jakub Kubasiński (bas) oraz Sławomir Bryłka (bębny) wystąpi z zaproszonymi gośćmi: Rusted Brain i Infliction. Fani brzmienia spod znaku Machine Head, Metalliki czy Testament zapewne świeży album Alastor już mają, teraz czas na thrash metal na żywo. 24 stycznia Lizard King zaprasza na świetny akcent toruński!

LIZARD KING

Rzadko się zdarza, aby tutejszy zespół zdobył aż tyle pochlebnych recenzji swojej płyty (m.in. w grudniowym „Musli Magazine”). Mowa o progmetalowym zespole Logic Mess z Torunia, którego większość muzyków od 2009 roku udzielała się pod szyldem Crystal Lake. Potem nastąpiły zmiany i Logic Mess w składzie: Marcin Gawełek (gitara), Łukasz Bieńkowski (bas), Piotr Wypych (klawisze), Krzysztof Owsiak (wokal) i Piotr Majka (perkusja) zrealizował album Element of the Grid. Czas, by posłuchać ich live! Obok Logic Mess tego wieczoru posłuchamy także grupy Aero, grającej progressive pop, skupiający w sobie takie gatunki jak: rock, pop i metal umoczone w elektronicznym sosie. Styczniową scenę zamknie koncert Leny Romul Industrialnie. „Śpiewająca saksofonistka”, absolwentka Wydziału Jazzu Akademii Muzycznej we Wrocławiu w klasie saksofonu, jak i Wydziału Jazzu Zespołu Szkół Muzycznych w Warszawie w klasie wokalu jazzowego, laureatka wielu nagród muzycznych zaprezentuje jeden ze swych projektów pt. Industrialnie, będący odzwierciedleniem dwojakiej natury artystki.

>> >>10

Od rapu do metalu, od progresywnego popu po jazz — słowem, jaszczur miksuje tak, że ten styczeń musi być gorący! Zagrzewamy, polecamy. ARKADIUSZ STERN 52 Dębiec / Konrad W. & Młodszy 17 stycznia Alastor i goście 20 stycznia Logic Mess 24 stycznia Lena Romul 31 stycznia Lizard King

W TORUNIU DLA SUDANU Trudno w to uwierzyć, a jednak. To już 23. edycja kultowego festiwalu Afryka Reggae Festiwal. Podobnie jak w latach ubiegłych dochód z imprezy zostanie przeznaczony na budowę nowych studni w południowym Sudanie, rejonie szczególnie narażonym na brak wody pitnej. Kto pojawi się na scenie? Tradycyjnie czołówka polskiej sceny reggae. Dla publiczności i ludności w Sudanie zagrają Izrael, Junior Stress&Sun El Band, Cała Góra Barwinków, Paraliż Band, Raggafaya, Jamal, The Bartenders, Dubska, Alians i Tabu. Organizatorami festiwalu jest Stowarzyszenie „Toruńska Grupa Inicjatywna — Nowe Społeczeństwo”, Akademickie Centrum Kultury i Sztuki „Od Nowa” oraz Polska Akcja Humanitarna. ANIAL Afryka Reggae Festiwal 25–26 stycznia, godz. 19.00 Od Nowa

musli magazine


>>wydarzenia

KINO POD KOCYKIEM Początek roku 2013 jawi się filmowo. Na ekranie Kina Studenckiego Niebieski Kocyk zobaczymy wiele nowości, a także dzieła, które współtworzą historię polskiej kinematografii. Na początek coś nowego. 7 stycznia Niebieski Kocyk zaprasza na Obławę Marcina Krzyształowicza. Zawiła intryga i mroczna tajemnica to główne walory historii losów czwórki bohaterów. Warto zwrócić także uwagę na obsadę. Marcin Dorociński, Maciej Stuhr, Sonia Bohosiewicz, Weronika Rosati to w końcu rodzima aktorska czołówka. Tej zimy zobaczymy również Bez wstydu. Film wzbudził liczne kontrowersje. Filip Marczewski podjął się trudnego zadania — pokazania kazirodczych relacji brata i siostry, zdecydowanie wykraczających poza obyczajowe normy miejscowej społeczności. Ciekawi efektu powinni odwiedzić Niebieski Kocyk 8 stycznia. Kochankowie z księżyca to film, do obejrzenia którego zapraszamy 14 stycznia. Osadzona w latach 60. XX w. historia zakochanych w sobie nastolatków, którzy postanawiają uciec z rodzinnego miasteczka. Dużo humoru, ironii, absurdu, bajkowych ujęć i bajecznego… Bruce’a Willisa. Czego chcieć więcej? 15 stycznia niespodzianka od rodzeństwa Wachowskich. Atlas chmur uważany jest za jedno z największych, jeśli nie największe, widowisko filmowe 2012 roku. Postaci z różnych epok, odległe zakątki świata i ważne przesłanie — nasze obecne decyzje nie pozostają bez

wpływu na przeszłość. Melodramat, komedia i science fiction w jednym, a w obsadzie Tom Hanks i Helle Berry. Akcja kolejnego filmu, który będzie można zobaczyć w styczniu na ekranie Kina Studenckiego Niebieski Kocyk, rozgrywa się w latach 50. XX w. Głównym bohaterem filmu Mistrz jest przywódca sekty religijnej żyjący wspomnieniem II wojny światowej. Opowieść o władzy, mrokach ludzkiej duszy, lecz nie tylko. Pokaz zaplanowano na 21 stycznia. Spotkanie z klasyką to propozycja Niebieskiego Kocyka na 22 stycznia. Na ekranie dzieła Wojciecha Jerzego Hasa — Sanatorium pod Klepsydrą oraz Rękopis znaleziony w Saragossie. Kto jeszcze nie widział, powinien niezwłocznie nadrobić zaległości. 28 stycznia zobaczymy zaskakujący film Ixjana braci Skolimowskich. Głównym bohaterem jest utalentowany pisarz Marek. Podczas przyjęcia przesadza z używkami i traci przytomność. Następnego dnia próbuje sobie przypomnieć, co zaszło. Obrazy, które podsuwa mu pamięć, nie napawają optymizmem. Pisarz wie jedno — zabił przyjaciela. W ramach cyklu „Kino autorek” zapraszamy na film Agnieszki Holland Całkowite zaćmienie ze znakomitym Leonardo Di Caprio w roli Arthura Rimbauda. Film o marzeniach, miłości, poezji i poszukiwaniu sensu życia.

<<

ANIAL

>>13


FOT. MO WIECZORKOWSKA (WIECZORKOCHA)


>>okiem krótkowidza

Kto pozostał — bohaterowie 2012 >>

Katarzyna Taras

Którego z bohaterów filmów, które miały premierę w zeszłym roku, najbardziej… Polubiłam? Znienawidziłam? Któremu zazdroszczę ? I czego? O kim nie mogę zapomnieć? A dlaczego mam takie parcie na bohaterów, dlaczego to im się przyglądam, o nich piszę? Bo to bohater jest najważniejszy w opowieści. Bez dobrze skonstruowanego bohatera nie ma dobrego scenariusza. Bo „action is character”. Zeszły rok obfitował w dobre filmy i fantastycznych bohaterów. Pomijam Leopolda Sochę z W ciemności (nigdy wcześniej mnie tak nie schlastano w Internecie, jak po napisaniu recenzji filmu Agnieszki Holland i Jolanty Dylewskiej), bo to raczej nie moja bajka. Ale za chwilę przyszedł Brandon ze Wstydu Steve’a McQuinne’a i Seana Bobbita, któremu — dwa palce na sercu — wywróżyłam Europejską Nagrodę Filmową za Zdjęcia i w którym zakochałam się po piętnastu sekundach rozmowy. (Lubię sposób, w jaki operatorzy patrzą na świat i na swojego rozmówcę, i to, że mało mówią, ale kiedy już coś powiedzą, to warto było czekać na te kilka słów). Brandon, obdarzony fizycznością Michaela Fassbendera, aktora totalnego, jest bohaterem naszych czasów. Woli kupić, niż się zaangażować i odsłonić. I kupuje seks, który w żadnym momencie nie daje mu zapomnienia. Tak bardzo chce poczuć, w ogóle coś poczuć, że decyduje się na erotyczne eksperymenty wbrew sobie, i niczego nie czuje — sekwencja w klubie gejowskim, a potem z dwiema prostytutkami. Twarz Fassbendera, bo twarz jest tu najważniejsza, wyraża pustkę, która ustępuje nadludzkiemu cierpieniu. A może inaczej — dopiero w tym cierpieniu objawia się człowiek. Ale Steve McQuinn nie pozostawia nas bez nadziei, bo jest mędrcem i artystą, a nie tylko rzemieślnikiem. To ujęcie na nadbrzeżu, ten szept… Potem pojawili się zagrani przez tego samego aktora, Marcina Dorocińskiego, Tadeusz z Róży Wojtka Smarzowskiego i Piotra Sobocińskiego jr. (po Róży też w necie zagrzmiało, ale tym razem wypomniano mi tylko wiek, płeć i doświadczenia historyczne, w których zdaniem trollo-hatera uczestniczyłam; szczęśliwie darowano mi udział w bitwie pod Grunwaldem) i kapral Wydra z Obławy Marcina Krzyształowicza i Arka Tomiaka, którego po DAAS Adriana Panka nazwałam Mistrzem RED-a, nie wierząc, że TO zrealizowano na elektronice (ale jak użytej), a teraz dodaję do tego tytuł Mistrza Alexy. Tak, Obława też powstała przy użyciu kamery cyfrowej, cze-

„ >>14

go absolutnie się nie widzi i nie czuje. I jak nie nazywać autorów zdjęć alchemikami, jak nie podejrzewać ich o konszachty z podejrzanymi siłami, skoro to, co niemożliwe, staje się możliwe. Tadeusz i Wydra są podobni nie tylko dlatego, że zagrał ich Dorociński, dzięki czemu obydwaj bohaterowie zyskali rys inteligenckości, co jest walorem zwłaszcza Obławy. Wydra Więckiewicza byłby zupełnie inną postacią. Łączy ich przede wszystkim to, że obydwaj się podnoszą. Obydwaj potrafią przekroczyć unurzanie śmiercią — jak Tadeusz, który jest impregnowany na zło (i to jest wizualnie i emocjonalnie wiarygodne!), a akty przemocy, jakich się dopuszcza, wiążą się tylko z obroną; i zanurzenie w śmierci — jak kapral Wydra, który zdradza, bo pożąda, wykonuje wyroki śmierci (Krzyształowicz pokazuje, że obcowanie z każdą śmiercią, nawet jeśli jest to wyrok, kala i kaleczy), ale potrafi wybaczyć. Wybaczenie, jakim Wydra obdarowuje Pestkę (bardzo dobra i bardzo niedoceniona Weronika Rosati), jest równoznaczne z obdarzeniem samego siebie szansą na nowe życie. Podobną siłę ma Tadeusz, który z zesłania wraca po córkę Róży i razem odchodzą. I pewnie coś zbudują. Te ostatnie ujęcia w filmach Smarzowskiego zdradzają tęsknotę za porządkiem, za Kimś, kto to wszystko widzi. Skąd ci mężczyźni wzięli tyle siły? Nie wiem. Takie pytanie powinnam zadać temu całemu cudownemu pokoleniu, które przeżyło wojnę. Wojnę autentyczną, a nie wydumaną, na słowa, prowadzoną w mediach. Najpierw się pokrzyczy w programie telewizyjnym, potem pomaszeruje, a w finale wracamy do ciepłego mieszkanka. O to, skąd brać siłę, by się podnieść, dać sobie szansę na nowe otwarcie, na miłość, rodzinę, powinnam zapytać tych wszystkich, dzięki którym jesteśmy, bo nasze babcie spotkały dziadków, albo — jeśli jesteśmy późnymi dziećmi dojrzałych rodziców — nasz tata spotkał naszą mamę. Nas potrafi dobić korek, w którym utknęliśmy, samochód, który nie zapalił, facet, który był złudzeniem, a nie partnerem, lub choćby inspiracją. Młodsi mają jeszcze gorzej i dlatego nie obszedł mnie bohater Sali samobójców, jego rodzice również. Moi (filmowi) bohaterowie 2012 roku to Róża (Agata Kulesza), która nie straciła godności mimo koszmaru, jaki przeżyła, i miała siłę, by trwać i jeszcze raz po tym wszystkim pokochać. To Tadeusz i kapral Wydra. Zazdroszczę im siły, by bez względu na okoliczności i doświadczenia, dalej być. A rok 2013 już ma dla mnie twarz Julii Kijowskiej, czyli Marii z Miłości Fabickiego i Szczepańskiego. musli magazine


Robić nie ma komu >>

>>gorzkie żale

Anna Rokita

Żyjemy w czasach, które wymagają od nas, byśmy byli młodzi, ambitni i nastawieni na sukces. O ile na to pierwsze zazwyczaj nie mamy wpływu, to ambicja i perspektywa sukcesu potrafią działać na nasz mózg niczym młynek do mięsa. Nie wiem, o co chodzi, ale odnoszę dziwne wrażenie, że wszystkim się ostatnio w dupach poprzewracało. Każdy stara się coś udowodnić innym. Zapotrzebowanie na bycie szarym, zwyczajnym obywatelem nie istnieje. Parcie na „niezwykłość” jest za to ogromne. Ponadprzeciętność jak nigdy w cenie. W efekcie każdy jest wyjątkowy, przez co nudny i jakby odbity przez kalkę. Wszystko to pozwala skonstruować śmiałą, a zarazem przerażającą tezę: to nie jest świat dla przeciętniaków. Nie nadążasz — odpadasz. Czekamy już w blokach startowych, by wziąć udział w kolejnym wyścigu szczurów. Nie śpimy nocami, zastanawiając się, jak wyróżnić się spośród tłumu. Co zrobić, by zwrócić na siebie uwagę? Jakich słów użyć, chcąc wywołać dyskusję? Jak żyć i nie pozostać niezauważonym? Jesteśmy obecni, świadomi, na fali, na czasie, z ręką na pulsie, tu i teraz. Paradoksalnie — robiąc tak wiele, nie robimy prawie nic, a nasz brak aktywności nadrabiamy robieniem dobrego wrażenia. Każdy czuje się stworzony do rzeczy wielkich i we własnym mniemaniu ma kwalifikacje do bycia na świeczniku. Sami wybitni. Nie można przejść się do kiosku po gazetę, nie potykając się o fotografów, blogerów, gwiazdy rocka, kreatorów smaku i stylu, polityków, strongmanów. I nieważne, że ów fotograf aparatem kupionym przez rodziców zrobił parę zdjęć koleżankom — jest profesjonalistą i może występować nie jako Anna Rokita robiąca zdjęcia, tylko Anna Rokita Photography. Jak to brzmi! W społeczeństwie widać postępującą profesjonalizację. Lubię sobie pograć na gitarze? Zakładam zespół i gwiazdorzę. Lubię obejrzeć program informacyjny albo zapodać trochę publicystyki — zostaję politykiem. Mogę się nim również stać, jeśli wszystko, co potrafię, to darcie ryja i czytanie gazety. Jeśli studiować, to tylko na dwóch lub więcej kierunkach. Jeśli pracować, to także po godzinach. Dziś doskonale radzą sobie spadkobiercy Nikodema Dyzmy. Nic nie potrafię, ale nikt nie musi o tym wiedzieć. A jeśli jestem do dupy w każdej dziedzinie, zostanę np. kierownikiem

albo od razu dyrektorem! Gdy mam kolegów skorych do pomocy albo takich, którzy mają dług do spłacenia, nie będzie najmniejszego problemu ze zdobyciem ciepłej posadki. Któż nie zna takiego eksperta od siedmiu boleści? Wystarczy rozejrzeć się dokoła lub odwiedzić pierwszy lepszy urząd. Niektórzy w swojej spektakularnej karierze mogą pochwalić się epizodami w dziedzinach, a raczej obszarach, jak to zgrabnie nazywają, które nie mają ze sobą nic wspólnego. A jednak w pełni realizują się na każdym polu i zawsze na wyższym niż inni stołku. Nie ma czemu się dziwić, wszak żyjemy w czasach, kiedy Nagrodę Nobla daje się na odwagę albo zachętę… A co mogą zrobić ci, którzy chcą stać z boku, nie mają ambicji, nie czekają na życiowy sukces? Czy jest gdzieś dla nich miejsce, a może czeka ich wyłącznie wyjazd na wozie z gnojem? Do niczego nie dojdą, niczego nie osiągną. Mogą jedynie pomstować, że nie ma sprawiedliwości na tym świecie albo że w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z ich wykształceniem. Bo nie każdy ma kwalifikacje do bycia czopkiem. Nie wszyscy muszą bardziej i najlepiej. Czy każdy powinien być menedżerem? A jeśli chcę wypasać owce? Albo jeść ziemię? Dlaczego ktoś decyduje za mnie? Nie nadążamy, dusimy się, gubimy, a jednak by nie zostać w tyle, przemy naprzód. I rację ma Kononowicz, że nie ma niczego. Co ma być, jak robić nie ma komu?

>>15


>>filozofia w doniczce

Przekleństwo realności >>

Iwona Stachowska

„Być może współcześnie kontakt z realną osobą z krwi i kości, przyjemność, którą znajdujemy w dotykaniu innej ludzkiej istoty, nie są czymś oczywistym i można je znieść o tyle, o ile ten inny wkracza w strukturę fantazji podmiotu. Być może to, co konstytuuje rzeczywistość, to minimum idealizacji, jakiej potrzebuje podmiot, aby znieść potworność Realności”. Taką opinię wygłosił na początku XXI w. Slavoj Žižek. W tym samym tonie wypowiedział się również Marcel Hénaff, konstruując metaforę „oka bez powieki wyczerpanego patrzeniem i byciem widzianym”. Oczywiście w samym fakcie idealizacji nie ma jeszcze nic zdrożnego, wszak ludzki gatunek od zarania dziejów skłonny był chować się za zasłoną fantazji. Tyle że słoweński krytyk kultury nie taki rodzaj idealizacji miał na myśli, nie to wzbudziło jego niepokój. Obaj filozofowie zdają się twierdzić, że rzeczywistość okraszona szczyptą fantazji może być zabiegiem stosowanym bezkarnie o tyle, o ile wiemy, gdzie przebiega granica między tym, jak jest, a tym, jak chcielibyśmy, aby było. Problem pojawia się wtedy, gdy granice ulegają subtelnemu zatarciu bądź zlewają się ze sobą, tworząc dziwną dwugłową hybrydę. Pytanie — którą głowę, bez cienia wahania, odcięlibyśmy tej bestii, a którą skłonni bylibyśmy zachować i zaakceptować. Realność contra fantazja. Tylko czy Žižek i Hénaff mają słuszność, stojąc na stanowisku, że kultura zachodnia jest już zmęczona, a wręcz wyczerpana patrzeniem na brutalną, odpychającą i ośmieszającą swą mechanicznością, jak również powtarzalnością realność, w tym na ciało bezskutecznie stawiające opór czasowi? Czy faktycznie zadowala nas tylko to, co budzi nasz zachwyt i nie narusza naszego poczucia smaku? Jakiś czas temu skłonna bym była uznać, że uczestnik kultury współczesnej jest już znudzony hasłem „estetyzacji”, że zbiera się mu na mdłości, gdy sprzedaje się mu wyidealizowaną, upiększoną, przeestetyzowaną wizję życia codziennego, że wcale nie ma ochoty na to, by mamić go subtelną wonią, gdy wokół unosi się swąd spalenizny i nieświeżych skarpetek (jak to proponuje jedna z reklam). Bo niby dlaczego ma mi pachnieć Wersalem, gdy stoję po kolana w gnojówce?! A pamiętajmy, że odraza, wstręt, sartrowskie mdłości czy histeryczny śmiech są pierwotnymi mechanizmami obronnymi.

„ >>16

Muszę jednak zweryfikować swoje stanowisko i przyznać, że potrzeba estetyzacji jest ciągle na topie, co więcej, jest potrzebą permanentną, zawłaszczającą wszelkie dotychczasowe bastiony realności. Do zmiany opinii skłoniły mnie zajęcia poświęcone reklamie społecznej, na których studenci zgodnie przyznali, że nie przekonują ich kampanie społeczne operujące zbyt dużą dozą realności. Obrazy cierpienia, choroby, śmierci, ubóstwa są przez nich trudno akceptowane i napotykają na bariery kulturowe, fizjologiczne, estetyczne. Za to chętnie przyjmą te same treści przekazane nie wprost, opakowane w przyjemną dla oka fizjonomię Brada Pitta lub Angeliny Jolie. Czy to oznacza, że wcale nie tęsknimy za realnością?! A rosnące zainteresowanie literaturą faktu?! A popularność programów medycznych, pokazujących od kuchni np. zabiegi chirurgii estetycznej?! Czy one nie są zwiastunem odwrotnego trendu?! Chyba jednak nie. Naszą odporność (czy może obojętność) na rzeczywistość odartą z grubych szat idealizacji potwierdzają powracające jak bumerang dyskusje towarzyszące zasadności pokazywania materiałów takich jak docenione przez jury World Press Photo w 2010 roku zwycięskie zdjęcie Jodi Bieber przedstawiające okaleczoną przez męża młodą Afgankę czy opublikowane przez telewizję CNN nagranie ostatnich chwil życia dwuletniego chłopca, rannego w syryjskim mieście Homs. Czyli wychodzi na to, że Žižek i Hénaff, a wraz z nimi całe grono medioznawców mają rację, przekonując, że dzisiejsi uczestnicy kultury żądają wizualizacji podporządkowanej wygórowanym standardom estetycznym, nawet kosztem złudzenia, pozoru, że ta podrasowana, a często wręcz przerysowana informacja jest bardziej rzeczywista niż ich własne doświadczenia i obserwacje. A teraz przefiltrujmy tę uogólnioną górnolotną tezę i szczerze odpowiedzmy sobie na pytanie — czego oczekujemy jako odbiorcy? Czy rzeczywistość odarta z iluzji faktycznie stała się dla nas przekleństwem? I czy estetyzacja jest jedynym antidotum na potworność realności?

musli magazine


Asceza, samoograniczenie >>

>>a muzom

Marek Rozpłoch

Zastanawiam się, czy bardziej fascynują mnie ludzie, którzy dotarli do czegoś ciekawego przez samoograniczanie się, czy wręcz przeciwnie — tacy, którzy osiągnęli to przez rozrywanie więzów krępujących ciało i ducha… Wydawało mi się niegdyś, że należałoby podążać tą drugą ścieżką, jako że cała masa patologii i zaburzeń ma swe źródło właśnie we wszelkich umocowanych głęboko blokadach wewnętrznych, kajdanach duszy. Można by uznać, że asceza byłaby afirmacją tychże kajdan, że to, co powinniśmy z siebie niezwłocznie zrzucić, staje się naszym narkotykiem. Ale może jest inaczej, może jedno z drugim nie musi się kłócić i można wyzwalać się ze złych uwikłań, a świadomie nakładać na siebie ograniczenia? Właśnie świadomość byłaby tu chyba najistotniejszym wyznacznikiem tego, co słuszniejsze. Nieustannie pielęgnowana, podlewana, przycinana i pielona refleksja nad własnym postępowaniem, nad swym życiem i jego ścieżkami. W którą stronę by nas nie zaprowadziła, byłaby ta droga — przynajmniej nieco — właściwsza od drogi bezrefleksyjnej. Choć może się mylę, może posłuszeństwo, intuicja albo bezrefleksyjny poryw, odruch — albo tzw. odruch serca — byłyby częściej słuszniejszymi drogowskazami? Asceza ma bardzo silne związki z religią i to nie tylko z tradycją judeochrześcijańską, ale zapewne ze wszystkimi innymi religiami. Miałaby być ścieżką doskonalenia się w obrębie określonej religii i być wartościowa przez wzgląd na cel wyznaczony przez religię. Niewiele tu miejsca na refleksję własną, więcej na zawierzenie i posłuszeństwo. Chociaż i one mogą być efektem refleksji; i refleksja nie musi wygasnąć wraz z wtajemniczeniem religijnym. Są jednak religie, które takiego wygaśnięcia wymagają… Dlatego w tym miejscu szukałbym innych, pozareligijnych dobrodziejstw (lub zagrożeń?), które może nieść ze sobą asceza, samoograniczanie. I może nie szukałbym jakoś specjalnie w rejonach związanych ze zdrowiem czy kulinariami — co prawda i to jakże ważne, jednak daleko można by zabrnąć, odchodząc od sedna sprawy. Już ciekawszym przykładem samoograniczeń byłyby te dotyczące formy, które nakładają sobie artyści; ograniczeń, które są nie tylko po to, by je przełamywać, ale po to też, by to, co bezkształtne, na dnie duszy twórcy mogło stać się przekazem

docierającym do odbiorcy. Na obszarze, który pozwala się wyzwolić temu, co tłumione, rozbić to, co zniewala, trzeba się samoograniczyć. Wiedzą to dobrze muzycy muszący latami dostrajać się do instrumentu, by z niego i z siebie za jego pośrednictwem coś ciekawego wydobyć. Jednak ostatecznym celem byłoby uwolnienie, odkrycie czegoś wcześniej niedostrzeganego. Ale byłoby to niemożliwe bez ćwiczenia siebie, bez samoograniczenia. Takim samoograniczeniem byłoby też wyciszenie, koncentracja na tym, co proste, ciche, drobne, niedostrzegalne w zgiełku, pomijane bez ograniczenia się choćby na chwilę. Wreszcie skojarzenie historyczne. Samoograniczająca się rewolucja, jaką była działalność Solidarności w latach osiemdziesiątych. Rewolucja skuteczniejsza, bardziej nieodwracalna w pozytywnych skutkach od rewolucji krwawych i niepozostawiająca zniszczeń. I jeszcze myśl o samoograniczeniu się — już niehistorycznym, indywidualnym — ze względu na drugiego człowieka, innych ludzi: by iść swoją drogą, nie powodując zniszczeń. Ale też by pozwolić sobie na wyzwolenie.

>>17


>>porozmawiaj z nimi...

Trzecie wyj

>>18

musli magazine


>>porozmawiaj z nimi...

jście z łanu Nie brak im pomysłu na siebie, pozytywnej energii i coraz większego grona fanów na koncertach. O pracy nad nową płytą, wielkiej gąsienicy i steranych membranach z Włodzimierzem Dembowskim („Paprodziadem”) i Piotrem Koźbielskim („Mega Motylem”) z zespołu Łąki Łan rozmawia Małgorzata Drążek Zdjęcia: Błażej Żuławski >>19


>>Za kilka chwil kolejny Wasz koncert w Toruniu. Będzie

kolorowo jak zawsze? PAPRODZIAD: Zdecydowanie! Powiem więcej: będzie jeszcze bardziej kolorowo niż zawsze.

>> Skąd bierzecie tyle sztucznych kwiatów na każdy koncert? PAPRODZIAD: Z cmentarza. (śmiech)

>>Powiedzcie nam coś o kulcie wielkiej gąsienicy. PAPRODZIAD: No cóż... Jednych się poznaje po wielkim nosie, innych po wielkim aucie, a jeszcze innych po wielkiej, pluszowej gąsienicy. Tak jest z nami. >>Za Wami trzecie wyjście z łanu. Kolejna płyta, kolejna

trasa koncertowa. Jak wspominacie pracę nad Armandą? MEGA MOTYL: To jest dobre pytanie. Atmosfera podczas pracy nad płytą była nad wyraz piorunująca. Nagrywaliśmy ją w bardzo specyficznym miejscu, właściwie „na czubku góry”. Pojechaliśmy tam na miesiąc, miesiąc byliśmy zamknięci w studiu i staraliśmy się robić to, co zrobiliśmy. Efektów można posłuchać na nowej płycie. PAPRODZIAD: Faktycznie, było to fantastyczne! Dookoła siebie >>20

mieliśmy wszystko, co nas interesuje — przyrodę, ogromną przestrzeń i muzykę. Polecam wszystkim takie pomieszanie.

>>Określają Was jako kosmiczny funk i słowiańsko-mię-

dzygalaktyczne brzmienie. Jakbyście sami opisali swoją muzykę osobie, która nigdy wcześniej Was nie słyszała? PAPRODZIAD: Disco-pole! MEGA MOTYL: Pąk-rok! PAPRODZIAD: Łąki-funk!

>>Wracając do koncertów — dwa lata pod rząd graliście dla

woodstockowiczów, za drugim razem tuż po The Prodigy. Jak Wam się grało przed tak liczną publiką? MEGA MOTYL: Grało się wyśmienicie. Koncert woodstockowy był, moim zdaniem, najlepszym, jaki nam się przydarzył, właśnie ze względu na obecność tak wielu ludzi. Jak wiadomo, energia, którą dajesz z siebie, wraca do ciebie z powrotem, czasami z wielokrotnie zwiększoną siłą. I to jest właśnie to koło, które nakręca zarówno nas, jak i publiczność... PAPRODZIAD: ...i przecież cały czas do nas wraca! Koncert na Woodstocku odbił się szerokim echem, co dla nas jest balsamem na nasze sterane membrany (śmiech). Jeżeli ktoś chce się dowiedzieć, jak było na Woodstocku, to polecam nasze musli magazine


wydawnictwo właśnie z tego koncertu. Dwupłytowy zestawik koncertowy DVD i jeszcze płyta audio. Może być do samochodziku, może być do posłuchania w domu. (śmiech)

>>Na koncertach jesteście wulkanami energii. Zawsze

ciekawiło mnie, jak wyglądają Wasze próby — czy jest to taka kolorowa zabawa w improwizację, czy raczej bardziej usystematyzowana praca? MEGA MOTYL: Kolorowa zabawa w improwizację — zostałbym przy tym, zdecydowanie podoba mi się to określenie. Ta cała spontaniczność jest podczas samego tworzenia. Podczas koncertów improwizacji jest jednak niewiele. Owszem, pojawiają się czasem zaskakujące sytuacje i nowe pomysły, ale większość jest ustalona wcześniej. Mimo to staramy się nie zamykać i dać się ponieść publiczności, której na koncertach jest mnóstwo. I chwała jej za to! Nasi fani to nasza pozytywna energia i siła podczas całego tego skakania po scenie. (śmiech)

>>Każdy z Was ma na koncie granie we wcześniejszych

projektach. Jak oceniacie kondycję polskiego rynku muzycznego? MEGA MOTYL: Dla mnie to jest temat rzeka i myślę, że nie wyczerpiemy go dzisiaj na pewno. Bez wątpienia są pewne uwa-

runkowania, które rządzą tym rynkiem. Pewne blokady należy przeskoczyć i pewne rzeczy, dla których trzeba się poświęcić. Muzyka jest sztuką, a sztuka przecież rządzi się swoimi prawami. Przede wszystkim trzeba robić to, co sprawia ci frajdę! Jeżeli nie jesteś do końca zaangażowany w to, co robisz, i rozdrabniasz się w niewłaściwym kierunku, to nie osiągniesz nic. My mamy za sobą dwanaście lat ciężkiej pracy, która doprowadziła nas do tego momentu właśnie, że możemy tutaj dzisiaj stać i z wami rozmawiać. Fajne jest to, że możemy grać dla tych młodszych i tych starszych, i tych zupełnie małych. I wszystkim możemy coś przekazać, powiedzieć coś, co może wywrzeć na nich jakieś pozytywne wrażenie. Kto wie, może znajdą u nas coś, co spowoduje, że się uśmiechną i będą mogli zapomnieć o tym, co gdzieś ich tam gnębi, o tych wszystkich rzeczach, które odsuwają od prawdziwego, takiego rdzennego ja. Przecież każdy z nas je ma, tylko czasami trzeba po prostu wyhamować i poszukać go w sobie, a my staramy się być takim małym ogniwkiem, które pomału nakręca to energetyczne koło. Takim Sprite’em chcemy być. (śmiech) PAPRODZIAD: Tylko ja nie chcę być Pragnienie!

>>A tak poza tym — co w trawie piszczy...? PAPRODZIAD: ...to uważaj! >>21


Quentin

>>portret

Tarantino a n i k t r a Bęk Tekst: Magda Wichrowska Ilustracja: Żaneta Antosik W styczniu na ekrany polskich kin wchodzi Django – długo oczekiwany film mistrza pastiszu, dialogu i prowokacji Quentina Tarantino. To dobra okazja, by przyjrzeć się motywowi przewodniemu wszystkich jego obrazów – przemocy. >>23


>>portret

W

spółczesność przyniosła nam różnorodność sposobów prezentowania przemocy na ekranie, ale to Tarantino zmienił kontekst jej wykorzystywania, skupiając się na efekcie pastiszu i parodii. Wykorzystał do tego — z właściwą sobie wirtuozerią i swadą — kino gatunków. Klasyczne obrazy rozebrał na czynniki pierwsze i skonstruował raz jeszcze. Zwłaszcza jego wczesne filmy pełne są zabiegów tasowania, mozaiki montażowej i narracyjnej, cytatów, zapożyczeń i trudnych do przeoczenia inspiracji klasyką kina gatunków. Kolaż, który niewątpliwie kreuje, ma swe źródła w historii samego reżysera. Tarantino nie skończył żadnej szkoły filmowej, jego edukacja ograniczała się do oglądania filmów video z wypożyczalni, w której pracował zanim został reżyserem. Z historii kina Tarantino wybiera zatem to, co charakterystyczne dla danego gatunku — mitologię, sztampę, stereotypy i tradycję, by następnie wszystkie je wyśmiać. Widz czeka na doskonale znaną mu matrycę klasycznej intrygi, tymczasem zderza się nieoczekiwanie z filmową makietą utkaną z parodii tradycji i hollywoodzkich oczywistości. Przemoc w obrazach Quentina Tarantino ubrana jest w ramy groteski i czarnej komedii. Świat, który reżyser zdaje się budować od podstaw, jest w pełni sztuczny i wykreowany. Śmierć w jego filmach jest często absolutnie przypadkowa i bezsensowna. Wbrew filmowej iluzji autora nie są to jednak zabiegi przypadkowe i pozbawione znaczenia, a wręcz przeciwnie — prezentują prawdziwe oblicze kultury masowej. Tarantino nie tylko oskarża społeczeństwo o zobojętnienie na przemoc, ale także — co ważniejsze — oskarża kino gatunków o taką właśnie kondycję widza.

>>24

W

ędrówkę po meandrach osobliwości kina Tarantino zacznijmy od filmu, który przyniósł reżyserowi uznanie i rozgłos. Wściekłe psy (1992) to pełna obrazów przemocy i okrucieństwa historia porachunków gangsterskich. Co można wycisnąć ze zgranej konwencji, która ma już swoich mistrzów? Okazuje się, że sporo, kiedy postawi się na bezczelną w swej prostocie intymność z widzem. Jeśli dodatkowo autor wpuszcza widownię w maliny gorączkowych poszukiwań krwawych obrazów w szufladkach pamięci, polegliśmy! Jesteśmy kupieni i emocjonalnie (chcemy czy nie chcemy) zaangażowani. Do rzeczy! W jednej z najokrutniejszych scen (odcinanie ucha policjantowi) kamera raptownie zwraca się ku pustej ścianie. Co robi widz? Traci dystans, komfort i bezpieczeństwo, w głowie projektując to, czego nie zobaczył na ekranie. Kim się staje? Cynicznym reżyserem kina gatunków czy bohaterem filmu? Bez wątpienia aktywnym uczestnikiem wydarzenia. Utrata równowagi i brutalne wytrącenie widza z utartych szlaków kina gatunków we Wściekłych psach było jednak tylko preludium do rewolucji, która spotkała kinematografię dwa lata później. Pulp Fiction (1994) przez krytyków filmowych i badaczy historii X muzy jednoznacznie został sklasyfikowany jako majstersztyk żonglerki mitem, stereotypem i — co ważniejsze — montażem. Świat stworzony przez Tarantino odurza widza błyskotliwym dialogiem i mistrzowsko poprowadzoną narracją. Spragniony sztampy łatwego i przyjemnego odbioru krwawych scen przeciętny widz trafia na bałagan zabawy konwencją, przypadkowość śmierci i groteskę w prezentowaniu przemocy. W mieszaninie czasoprzestrzen-

musli magazine


>>portret

nej, w patosie scen i odrealnionej rzeczywistości filmowej gubi się i w konsekwencji odrzuca tę sztampę. Reżyser burzy tutaj spokój widza i pobudza go do myślenia. Czy potrzeba lepszej pointy? Entuzjaści filmów Tarantino wyczekiwali jej w kolejnym pełnometrażowym obrazie reżysera, który wielu przyniósł rozczarowanie. Czy słusznie? Moim zdaniem nie. Jackie Brown (1997) to błyskotliwa i niezwykle wciągająca historyjka kilku osób wyjętych spod prawa. Film delikatnie muska wątek psychologiczny, momentami bezceremonialnie obnażając bezsens, szarość i wbrew pozorom monotonię życia filmowych „herosów”. Nie spotykamy w tym obrazie bohaterów, którymi chcielibyśmy stać się choć przez chwilę. Zło nas nie kusi, nie uwodzi. Czy wszystko im się udaje? Nie. Czy są piękni i bogaci? Niekoniecznie. Przestępca, jakiego nierzadko prezentowało kino gatunków, ulega demitologizacji, Tarantino po raz kolejny odrzuca tego typu estetykę. Przestępcom nie towarzyszy blask, ale problemy dnia codziennego, które zbliżają ich do przeciętnego widza z sali kinowej.

P

o wyśmianiu mitu filmowych herosów, Tarantino sięgnął po kino zemsty. Kto i na kim mści się? Kill Bill (2003, 2004) opowiada historię panny młodej, która podczas próby swojego ślubu zostaje skatowana i postrzelona przez członków klanu zawodowych morderców, do których niegdyś należała. Po czterech latach budzi się ze śpiączki i postanawia zemścić na oprawcach, a przede wszystkim na ich szefie Billu, z którym była w ciąży podczas próby morderstwa. Jak nietrudno się domyślić, Kill Bill nie jest klasycznym filmem zemsty. Jest raczej wnikliwą analizą tego, co działo się podczas kilkuletniej absencji reżysera w branży filmowej. Wcześniej Tarantino wyśmiewał kino gatunków — zarówno w swoich filmach, jak i w obrazach, do których napisał scenariusz, naigrywał się z konwencji westernu (Urodzeni mordercy), kina drogi (Od zmierzchu do świtu) i kina gangsterskiego (Wściekłe psy). Koniec lat 90. XX wieku i początek XXI wieku to niewątpliwe zainteresowanie dalekowschodnią kinematografią. Wyczuwając nastroje widowni, Tarantino postanowił złożyć hołd jej najważniejszym nurtom. Mamy zatem w Kill Bill i szczyptę kung fu, i dramat samurajski, i ciekawe nawiązanie do yakuza movies. Uma Thurman pożycza dres od Bruce’a Lee, a na ekranie pojawiają się gwiazdy kina kung fu i Chia Hui Liu jako kapitalny Pai Mei, którego pamiętamy z 36 komnaty Shaolin. Cytatów i filmowych tropów jest tu więcej, ale skupmy się na samej przemocy, bowiem tym obrazem Tarantino postanowił nie tyle otworzyć kolejne drzwi, co je wywarzyć. Dobrą pointą niech będzie tytuł piątego rozdziału części pierwszej Wielka jatka w Domu Błękitnych Liści. Jatka, a właściwie krwawa >>39


>>portret

jatka to idealne podsumowanie (fruwające kończyny i fontanny krwi). Groteska i camp to poetyka, którą tym razem postanowił posłużyć się reżyser w epatowaniu przemocą. Dostarczona w końskiej dawce, przejaskrawiona i zahaczająca o finezję języka komiksu przemoc w filmie Kill Bill bardziej bawi, niż straszy i zaskakuje.

T

rzy lata później, w roku 2007, reżyser objawił światu projekt Grindhouse. W skład filmowej dylogii wchodzą obrazy: Death Proof Quentina Tarantino i Planet Terror Roberta Rodrigueza. Oba filmy inspirowane były niezwykle popularnym nurtem exploitation movies — niskobudżetowych filmów klasy B wyświetlanych zazwyczaj w kinach samochodowych, zwanych grindhouse właśnie. Ich wielki boom to bez wątpienia lata 70. W momencie, kiedy Tarantino pojawił się na filmowym firmamencie, nurt ten właściwie zanikł, dlatego też reżyser po raz kolejny postanowił złożyć hołd historii i tradycji kina. I tym razem zrobił to w sposób dość przekorny. Zacznijmy od tego, że już sam fenomen exploitation movies jest tematem niezwykle kuszącym. Tanie horrory, amatorskie projekty realizowane przez fanatyków gatunku i naszpikowane do granic możliwości przemocą, okrucieństwem, wynaturzeniami i seksem, podane w wyjątkowo wulgarnej i bezpardonowej odsłonie to idealna pożywka dla zakochanego w ekranowej przemocy wirtuoza postmoderny Tarantino i jego wiernego filmowego kompana Rodrigueza. Jeśli dodamy do tego pointujący Death Proof wątek feministyczny (choć dużo bardziej poręczne będzie tu określenie „dziewczyński”), wywracający konwencję, dostajemy filmowy „dowód życia” reżysera. Jest i ma się świetnie! >>26

musli magazine


>>portret

O

statnim obrazem Tarantino, jaki dotarł na polskie ekrany, były Bękarty wojny (2009). Warto zaznaczyć w tym miejscu pewną prawidłowość, która w filmach autora Pulp Fiction wraca od 2003 roku jak bumerang. Zarówno w Kill Bill, jak i w Death Proof pojawiają się postacie mścicielek. Ten niezwykle efektowny patent materializuje się także w Bękartach wojny w osobie Shosanny. Jest i przemoc — dzielne Bękarty biorą w potężne łapska kije bejsbolowe, niezłomny porucznik Aldo Reine ściąga kolejne skalpy nazistom (wybrańcom serwując gustowne swastyki na czole), a eteryczna i rządna krwi Shosanna planuje makabryczną pułapkę w kinie. Kino wymierza sprawiedliwość, kino kończy wojnę. Płonie taśma celuloidowa, czujemy spełnienie i rozbawienie. Jest jednak Quentin Tarantino sprawcą nie tylko kina rozrywkowego. Nie byłby sobą, gdyby i w Bękartach wojny nie wywrócił do góry nogami pewnego porządku. O ile filmy pokroju Listy Schindlera były utartym zbiorem cytatów kultury na temat Zagłady, o tyle Tarantino udało się skonwencjonalizować ten temat, pozwolić, by dyskurs ten mógł być pożarty przez kulturę popularną. Czy uznamy to za wartość, czy też niesmaczny żart, pewne jest, że zostanie zapamiętany. 18 stycznia poznamy historię Django. Czym tym razem zaskoczy nas reżyser? Jedno jest pewne, każda na pozór filmowa wydmuszka Tarantino to głęboka refleksja nad wydmuszką, jaką jest kultura popularna. To ona wypełnia wszystkie jego obrazy, to jej stawia pomniki, by następnie z hukiem rozsadzić je od środka. Mam wielką nadzieję, że i tym razem znajdę w obrazie twórcy Wściekłych psów dwa stopnie wtajemniczenia — pierwszy, który wciągnie mnie bezczelnie mackami we frapującą historię, i drugi, który pozwoli wykpić własne przyzwyczajenia i fascynacje. >>27


>>zjawisko

Torunianki „Torunianki 2013” to projekt fotograficzny, którego celem jest ukazanie współczesnego obrazu kobiet mieszkających i działających w tym mieście. Zdjęcia wykonywane są przez twórców skupionych w Stowarzyszeniu Toruńskie Spacery Fotograficzne. Na marzec 2013 roku planowana jest wystawa w toruńskim Dworze Artusa współorganizowana przy pomocy Fundacji Nie Tylko Matka Polka. „Portrety powstają praktycznie już od 2 lat, kiedy to pojawiła się idea projektu. Początkowo myślałem, żeby cykl zdjęć wykonać samodzielnie, później zachęciłem do tego moich przyjaciół z TSF — wyjaśnia Zbyszek Filipiak, prezes Stowarzyszenia Toruńskie Spacery Fotograficzne. — Niezmienione pozostały założenia akcji: chodzi o portrety kobiet najróżniejszych roczników, postaci zarówno bardziej znanych, jak i anonimowych dla ogółu. Ważny jest dla nas autentyzm, stąd unikamy upiększeń i staramy się ukazać modelki w naturalnym środowisku, nierzadko podkreślając ich pasje, zainteresowania, działalność publiczną. Na wystawie postaramy się o podpisy pod zdjęciami opowiadające o naszych Toruniankach. Wszystkie fotografie są czarno-białe, ewentualnie lekko tonowane”. Uwagę zwraca szacunek i sympatia, z jaką toruńscy fotograficy podeszli do portretowanych kobiet. Niewątpliwie powstaje cenny dokument dla społecznego życia miasta. Wyrazem uznania dla realizatorów projektu — Stowarzyszenia Toruńskie Spacery Fotograficzne oraz Fundacji Nie Tylko Matka Polka — było przyznanie im w grudniu 2012 roku w głosowaniu internautów skupionych wokół portalu Kulturalny Toruń „Kulturalnego krawata” — nagrody dla osobowości kulturalnej miasta.

>>Strona na facebooku z informacjami

i zdjęciami Projektu: http://www.facebook.com/torunianki.2012

>>28

POLA pasjonatka fotografii, plastyk. W rozjazdach musli magazine


arolina FordoĹ&#x201E;ska


NATALIA kulturoznawca, teatrolog, tancerka


SĹ&#x201A;awomir JÄ&#x2122;drzejewski

KINGA emerytka o pogodnym usposobieniu


KORNELIA studentka Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych. Obecnie na ekonomicznym uchodźstwie w Irlandii

DANUSIA wiecznie uśmiechnięta właścicielka „Serdelka”


ZUZANNA barmanka w piwnicy artystycznej „Niebo”. Lubi jazz i dobrą kawę


ALEKSANDRA mieszkanka Bydgoskiego Przedmieścia. W młodości modelka (pozuje tu ze swoimi zdjęciami z tamtych czasów)


KASIA

arta Kowalska

kiedyś d ciągnie Kiedy śp


A

dziennikarka radiowa, potem tłumaczka i poetka, dziś w branży medycznej, ale ją do fotografii. Od zawsze zanurzona po uszy w muzyce. Kiedy nie śpi — myśli. pi — to śpi

Natalia Miedziak

IRENA jeden z najlepszych stomatologów w mieście. Wolny czas spędza pracując w swoim ogrodzie oraz nałogowo chodząc do kin, teatrów, na wystawy i koncerty


Mateusz Rzewuski

HALINKA uczennica Gimnazjum nr 9 w Toruniu. Fascynuje się muzyką


HELENA razem z mężem prowadzi Dom Rodzinny. Ma pod opieką dwanaścioro dzieci. Rodzicielstwem zastępczym zajmuje się od 10 lat


KRYSTYNA legendarna działaczka Solidarności. Poetka, laureatka m.in. nagrody literackiej Radia Wolna Europa. Opisywana przez Hannę Krall w tomie reportaży literackich To ty jesteś Daniel. Nonkonformistka


Zbyszek Filipiak

GOSIA poetka, nauczycielka wuefu. Posiada dwa koty i czarny pas karate


KASIA opiekunka psów w schronisku dla zwierząt


MADZIA studentka ochrony środowiska. W wolniejszych chwilach fotografuje, pałaszuje szpinak, słucha metalu, jazzu i nie tylko


MARTA jedna z najsympatyczniejszych pracowniczek Biblioteki Głównej UMK. Książki uwielbia też po godzinach, a także m.in. szynszyle i muzykę electro


MAGDALENA kiedyś animatorka kultury. Teraz prowadząca gospodarstwo agroturystyczne w Przecznie pod Toruniem


MAGDA

Alicja Piotrowska

kompozytorka, dyrygentka, pedagog i krytyk muzyczny. Także carillonistka i pomysłodawczyni festiwalu Tour de Carillon, którego jest dyrektorem artystycznym. Miłośniczka gwiazd

MARIA aktorka Baja Pomorskiego, członek jury ZASP-u Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Lalek „Spotkania”. Zasłużona dla Kultury Polskiej. Prywatnie żona i matka artystycznego klanu Smużnych


WERONIKA

nna Kwiatkowska

uczennica SzkoĹ&#x201A;y


y Podstawowej nr 2

Jakub Piotrowiak

EWELINA uczennica Zespołu Szkół Przemysłu Spożywczego w Toruniu


>>porozmawiaj z nimi...

Moda. Sztuka

>>48

musli magazine


a tworzenia siebie


>>porozmawiaj z nimi...

Początek grudnia w Toruniu upłynął w atmosferze twórczego fermentu, rozmów o sztuce i aktywności kobiet w ramach premierowej edycji Bella Women In Art Festival. Literatura, muzyka, film i… moda zagościły w przysypanej śniegiem Od Nowie. Sponsorem tytylarnym wydarzenia była marka Bella. Na panelu Moda jako sztuka użytkowa spotkały się cztery fantastyczne dziewczyny: Maria Sadowska, Gość Specjalny BWIAF i autorka kolekcji Sadowska Fashion; Anna Deperas-Lipińska, stylistka; Katarzyna Pawłowska, blogerka modowa i Julia Jarmulska, fotografka modowa. O czym rozmawiały? Zdjęcia: wieczorkocha

>>52

>>Każda z was ma bardzo odmienny stosunek do mody.

Marysia, mimo że stworzyła ciekawą kolekcję, mówi o ubraniach „szmaty”, a na przemysł modowy patrzy z przymrużeniem oka. Ania i Julia bardzo profesjonalnie podchodzą do tematu, ponieważ jest to ich praca. Mamy wreszcie Kasię, która jest blogerką i bawi się modą. A czy traktujecie modę jako rodzaj sztuki? Maria Sadowska: Oczywiście, że moda jest sztuką. To sztuka tworzenia samego siebie. W pewnym sensie każdy z nas jest dziełem sztuki, a to, w jaki sposób sprawiamy, że świat nas postrzega, jest też rodzajem naszej codziennej pracy. Żyjemy w czasach, kiedy z jednej strony mamy ogromną różnorodność i ogromną możliwość wyboru — daje nam to Internet, daje nam to wiele sklepów — z drugiej strony mam wrażenie, że w zasadzie wszędzie jest to samo i że jednak dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa nie korzysta z tej możliwości samokreacji i zabawy modą. Niedawno byłam w trasie z filmem w Stanach i w Europie i odniosłam wrażenie, że ludzie są bardzo zachowawczy, że w większości lubimy się chować za takim typowym, szarym kostiumem...

>>Chyba nie wszyscy. Ulice są coraz bardziej kolorowe…

Maria Sadowska: Na szczęście jest sporo osób, które bawią się modą. Polska wypada pod tym względem całkiem nieźle. Podczas podróży specjalnie przyglądałam się, jak wyglądają ludzie na ulicach. I naprawdę uważam, że my w Polsce nie mamy się czego wstydzić. Jest dużo osób z fantazją. Daleko nie trzeba szukać, o proszę — oto wspaniały przykład wielkiej fantazji i wielkiej pracy włożonej w swój wygląd (wskazuje na Katarzynę Pawłowską — przyp. red.). Z drugiej strony jako muzyk i reżyser podchodzę do mody troszkę z przymrużeniem oka. Moda to wielki przemysł, za którym stoją ogromne pieniądze. W tej chwili na pewno jest to większy przemysł niż przemysł kulturalny, jakim jest film czy muzyka. Projektanci są większymi gwiazdami niż niejeden muzyk, nie mówiąc o filmowcach. Z drugiej strony wywołuje mój sprzeciw ten cały szał na punkcie ciuchów i to, że ludzie łatwiej wydadzą 30 złotych na bluzkę niż na płytę. Podobnie jak kompletny szał na punkcie drogich, markowych rzeczy. Jeżeli już za coś płacić, to za oryginalność! Jak patrzę na ciuchy projektantów, tych z najwyższej półki, to dokładnie to samo widzę w sieciówkach, może z trochę gorszego materiału. A umówmy się, że to jest modne przez pół roku — za pół roku i tak tego nie założysz, w momencie gdy przez cały czas musimy tę szafę zmieniać. Ja jestem przykładem celebrytki, która nie ma w szafie ani jednej markowej rzeczy. I szczycę się tym. Głównie mam ciuchy z second-handu. Najlepsze zakupy robię na wsi, gdzie mieszkamy przez pół roku, musli magazine


>>porozmawiaj z nimi...

Bardzo lubię ciuchy kolorowe, lubię przegiąć, poruszać się na granicy kiczu

w Sajnach na Suwalszczyźnie. Tam po prostu są wspaniałe ciucholandy. Bardzo lubię to przekopywanie się, wyszukiwanie jakichś fajnych rzeczy. Generalnie jestem przeciwna takiemu szaleństwu, żeby wydać na bluzkę jakieś 700—800 złotych, bo choćby nie wiem jaki był to materiał, to i tak jest to przecież kawałek szmatki (śmiech).

>>W takim razie jaki jest klucz do twojej szafy?

Maria Sadowska: Mam taki trochę dziwaczny swój styl. Bardzo lubię ciuchy kolorowe, lubię przegiąć, poruszać się na granicy kiczu. Jestem daleka od klasycznej elegancji. Wiadomo też, że inaczej się ubiorę na koncert jazzowy, inaczej do klubu, na koncert klubowy, a jeszcze inaczej na plan, gdzie jestem reżyserką. Zmieniam swój wizerunek, by go dopasować do ról życiowych, które pełnię w danym momencie. Ale generalnie dążę do bycia poza modą. Staram się o trochę swojego stylu. Tak jak mówiłam, nie jest to dla mnie najważniejsza rzecz na świecie. Boli mnie, że w moim zawodzie i w moim środowisku sukienka nieraz jest ważniejsza niż piosenka. Kiedy idę na te tak zwane celebryckie imprezy, to tam kompletnie nie interesuje nikogo, co masz w głowie, co masz do powiedzenia, tylko co masz na sobie. I to jest jakiś totalny szał po prostu. Żyjemy w świecie obrazkowym. To jest doprowadzone do granic absurdu, że musisz powiedzieć, jakie masz buty, jakie masz kolczyki, jaki masz pierścionek, od kogo, skąd, za ile. Dla mnie to kompletnie bez

sensu. Rozumiem, że ludzie się tym fascynują, ale trochę mnie boli, że kwestia ciucha czy wizerunku jest ważniejsza od tego, co masz w środku. Ania Deperas-Lipińska: Ja bym wyszła zupełnie od czegoś innego — zdefiniowałabym, czym jest moda. Modne jest to, w czym się dobrze czujemy, to, co wybieramy, żeby zdefiniować swój styl, i tyle. Bardzo mocno naciskam na ludzi, z którymi się spotykam, żeby na siłę nie gonili za modą i nie wybierali czegoś, tylko dlatego, że jest modne. Wybierajmy to, co nam pasuje, w czym wyglądamy dobrze. Marysia powiedziała, że żyjemy w świecie obrazkowym. Nie możemy od tego uciec, no niestety. Jak cię widzą, tak cię piszą. To jest wszechogarniające, bo pierwsze wrażenie jest czasami bardzo istotne. Dlatego ważne jest, żebyśmy dobrze wyglądali, ale przede wszystkim dobrze się w tym czuli. Kto lubi styl kolorowy, tak jak Kasia, niech będzie kolorowy. Ja uwielbiam te kolorowe ptaki na naszych ulicach, ale musimy się w tym dobrze czuć. Więc niech każdy znajdzie swoją drogę, żeby wyglądać dobrze. Ważna jest świadomość kolorystyczna i świadomość fasonów, żebyśmy dobrze wyglądali, żebyśmy nie wyglądali śmiesznie i żebyśmy się nie przebierali, tylko ubierali. Ale czy coś jest modne? Dla jednych wciąż jest modny płaszcz Audrey Hepburn, dla innych płaszcz z piór. Moda jest tym, czym my sami wypełniamy to słowo. >>53


>>porozmawiaj z nimi...

Bardzo lubię ubrania produkowane w Polsce, a gdy mam świadomość, że są to rzeczy zrobione gdzieś przez lokalną firmę odzieżową, to jeszcze bardziej się cieszę i je wspieram Julia Jarmulska: Jak najbardziej zgadzam się z tym, że najważniejsze jest to, w czym się dobrze czujemy. To jest w zasadzie punkt wyjściowy. Prawdą również jest to, że w obecnych czasach niemalże wszystko zostało pokazane i co jakiś czas pojawiają się odwołania do mody z przeszłości. Rzadko zdarzają się indywidualności, które potrafią zawojować rynek mody. Katarzyna Pawłowska: Skoro w tym gronie zostałam jednoznacznie zaszufladkowana jako jakiś tam „kolorowy ptak” blogowy (śmiech), to muszę powiedzieć, że bardzo dobrze, bo ja faktycznie tak się czuję. Dla mnie moda na mój własny użytek jest o tyle fajna i pozytywna, że sprawia mi przyjemność wymyślanie, co włożę jutro, pojutrze czy na jakąś imprezę, na przykład na Bella Women in Art Festival. Sprawia mi przyjemność również to, że codziennie ktoś przy ekspresie do kawy powie mi coś miłego na temat moich butów, czy na przykład dzisiaj przed imprezą, ktoś stwierdzi: „O, jak świetnie, na przekór pogodzie ubrałaś się zupełnie na jasno, a wszyscy jesteśmy jakoś na szaroburo, od razu lepiej nam się zrobiło!”. Właśnie to jest dla mnie ta wartość użytkowa mody, że owszem jest wiele, wiele trendów, ale to ode mnie zależy, to ja mam tę swoją wolność, ja sobie wybieram to, co mi się podoba, co mi pasuje do mojego nastroju dziś, jutro, pojutrze, bo przeszłością nie żyję, zawsze żyję do przodu. To jest dla mnie sens mody użytkowej.

>>Ta pozytywna energia, którą czujemy od Ciebie, bije też z modowych blogów. Na czym polega ich fenomen? Katarzyna Pawłowska: Myślę, że ich fenomen polega na niczym nieskrępowanej możliwości wyboru, na tym, że dziewczyny mogą przeglądać inne blogi modowe, nie tylko polskie, płynnie między nimi podróżować. Zrobię tu taką małą dygresję. Przyznam się, że >>54

kiedy po raz pierwszy zobaczyłam kilka blogów modowych, to nie mogłam się od nich oderwać przez co najmniej trzy czy cztery miesiące. Po prostu każdą wolną chwilę, pół każdej nocy spędzałam na tym, żeby wchodzić w coraz to nowe, przez kolejne ciekawe blogi modowe do kolejnych ciekawych blogów... Mogę się zainspirować kimś, kto się ubiera w Australii, Tajlandii; niedawno spodobała mi się spódnica dziewczyny, która piękną stylizację stworzyła w Nowym Jorku… albo na przykład Macademian Girl. To dopiero kolorowy ptak w polskiej blogosferze.

>>Najbardziej rozpoznawane modowe blogi to fotoblogi,

choć nie zawsze profesjonalne, często i chętnie komentowane. Julia Jarmulska: W obecnych czasach fotografia stała się ogólnie dostępna, dlatego możemy spotkać tak wielu fotografów albo pseudofotografów. Ale z drugiej strony, nawet jeśli ktoś nie ma znacznego doświadczenia, to ważne jest to, że fotografia modowa sprawia mu przyjemność. Czasami nie warto poddawać ciężkiej krytyce tych prac. Generalnie jeśli chodzi o fotoblogi, to jest to dobra opcja dla osób, które chciałyby się w pewien sposób wypromować, by w przyszłości zająć się tym na poważnie. Mogą się gdzieś pokazać, musli magazine


>>porozmawiaj z nimi...

Prawdą również jest to, że w obecnych czasach niemalże wszystko zostało pokazane i co jakiś czas pojawiają się odwołania do mody z przeszłości

udaje im się nawiązać dobre kontakty, które owocują później bardzo ciekawymi sesjami... Maria Sadowska: To taki pęd do kreacji i aktywności. Bardzo pozytywny! Zwłaszcza że zajmują się tym również osoby z malutkich miasteczek. Wiele tych blogów nie wymyśla niczego nowego i idzie wręcz bardzo utartymi szlakami, jednak wśród nich znajdują się osoby, które wykraczają poza typowe sieciówkowe ubieranie się i szukają czegoś nowego. Takie blogi bardzo często odnoszą sukces dlatego, że się wyróżniają. Natomiast sam fakt, że mamy aparaty w komórkach, pobudza nas do aktywności i tworzenia. Katarzyna Pawłowska: Właśnie ta ulotność chwili jest najfajniejsza. Maria Sadowska: Ja bardzo się cieszę, że dziś na wybiegu nie było modelek, ale za to poszły dziewczyny, z których każda jest kimś ciekawym (przed rozmową odbył się pokaz kolekcji Sadowska Fashion, w którym w roli modelek wystąpiły: Teresa Stępień-Nowicka i Matylda Podfilipska, aktorki teatru Wilama Horzycy w Toruniu; Anna Kroplewska-Gajewska, kustosz Muzeum Okręgowego w Toruniu; Asia Czajkowska, wokalistka; Magdalena Kujawa, redaktorka miesięcznika kulturalnego „Ikar”; Justyna Bieluch, autorka cyklu „Od Nowa na obcasach” i szefowa kina Niebieski Kocyk — przy. red.). Nie chodzi o to, żeby chodziły modelki, żeby wszystko było super profesjonalne, tylko o to, by to było blisko ludzi, którzy będą w tych ciuchach chodzić. Katarzyna Pawłowska: Uzupełniając to, co Marysia mówi, powiem wam, że w konkursach modowych organizowanych przez markę Bella często dowiadujemy się o dziewczynach, które jeszcze nie prowadzą swoich blogów, ale w stylizacjach, które przesyłają, widać początek

ich osobowości modowej. Czasami taka wygrana w konkursie Bella jest początkiem czegoś, co im się narodzi w życiu. Wracając zaś do blogów i ich oryginalności, prawdą jest, że nad notką na blogu trzeba popracować, zanim się ją opublikuje, tak aby był w niej charakter, żeby oddawała osobowość blogerki. Co do zdjęć — jeżeli nie ma fotografa, możemy je sobie spokojnie zrobić same, ze statywu lub komórką. I one wcale nie są gorsze, jeśli pokazują jakiś fajny strój, pomysł i osobowość. Maria Sadowska: Ale to jest właśnie najciekawsze w modowych blogach, że wy sobie same robicie zdjęcia, że ty jesteś gwiazdą swojego bloga, że nie są to bezosobowe modelki, piękności z pustymi oczami, tylko to jesteś ty, taka, jaka jesteś. Tak naprawdę wszystkie blogerki modowe robią zdjęcia głównie sobie. Katarzyna Pawłowska: I wcale nie są to „miss polonie”. Maria Sadowska: I o to chodzi, że są to normalne dziewczyny! Z różnego typu figurami. I to jest obalanie tego mitu, że moda musi być taka wypieszczona, wyfotoszopowana, daleka od człowieka. Katarzyna Pawłowska: Ale też nie zapominajmy o podstawowych zasadach dobrego wyglądu. Ja mam zawsze taką refleksję w głowie, coś, co jest w warsztacie pracy Ani, czyli stylistki, która wie, co to jest uroda, typu zima, lato, jesień, prawda? Ja chciałabym to wiedzieć, ale jakoś nigdy do końca się nad tym nie zastanawiam, stawiam na intuicję. Mam koleżanki w pracy, bardzo blisko, które zastanawiały się nad tym, a może nawet do ciebie, Aniu, trafiły, które potrzebują takiej konsultacji. Nie wszystkie dziewczyny mają w sobie taką intuicję modową i potrzebna im jest właśnie taka konsultacja — i po to jest Ania. >>55


>>porozmawiaj z nimi...

Maria Sadowska: Są dziewczyny, które naprawdę są ładne, a ubierają się strasznie. Aż masz ochotę podejść i zdjąć im ten chałat i założyć coś fajnego, pomóc im znaleźć siebie. Nie każdy rzeczywiście ma tę intuicję. Katarzyna Pawłowska: A bywa też wręcz przeciwnie — dziewczyny, które niekoniecznie grzeszą, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, urodą — wydobywają ze swojego wnętrza za pomocą różnych tricków modowych coś takiego, co tworzy jakąś fajną, ogólną całość.

>>Wróćmy do tematu spotkania: Moda jako sztuka użytko-

wa. Julio, zajmujesz się profesjonalnie sesjami zdjęciowymi. Powiedz, jak ty traktujesz modę — jako sztukę użytkową czy jako sztukę przez duże „S”? Julia Jarmulska: Do pewnego stopnia jest to sztuka użytkowa, bo robi się ją w celach na przykład reklamowych. Oczywiście sztuka przez duże „S” jest mi bliska z racji studiów, jakie skończyłam tu na wydziale. Ta świadomość i wiedza z zakresu sztuki z pewnością pomaga. Wracając do warsztatu fotografa, największą przyjemność sprawia mi praca, w której kreuję modelkę od początku do końca. To jest bardzo satysfakcjonujące, że mogę najpierw zaprojektować, jak to wszystko ma wyglądać, zrobić modelce makijaż, fryzurę, odpowiednią stylizację, dobierając detale i zamknąć to w obrazie fotografii. To sprawia mi zdecydowanie najwięcej radości.

>>A czy pochodzenie ubrania ma dla Was znaczenie? Nie

myślę o marce, ale o etyce zawodowej wielkich koncernów. Anna Deperas-Lipińska: Ja bardzo lubię ubrania produkowane w Polsce, a gdy mam świadomość, że są to rzeczy zrobione gdzieś przez lokalną firmę odzieżową, to jeszcze bardziej się cieszę i je wspieram. Nie ukrywam, że korzystam również z wielkich koncernów, wielkich firm odzieżowych, bo nie da się korzystać wyłącznie z marek produkowanych gdzieś za płotem. Padło już dziś stwierdzenie, że wielkie sieciówki szyją gdzieś daleko. I faktycznie, jak widzę, skąd jest to ubranie, to przez głowę przechodzi mi, kto to mógł robić. Oczywiście praca dzieci wywołuje u mnie wewnętrzny sprzeciw, podobnie praca za marne grosze.

>>Warto też wspierać młodych utalentowanych polskich projektantów. Od kilku lat coś się w tej przestrzeni ruszyło.

>>56

Maria Sadowska: Jak mówiłam wcześniej, nie mam markowych rzeczy, ale mam mnóstwo ciuchów od startujących polskich projektantów. Na przykład mam sukienkę z taśmy VHS, która przeżyła ze mną dobre kilka koncertów. Czasami zastanawiam się, z jakiego filmu została zrobiona — muszę to kiedyś sprawdzić (śmiech). W Internecie można kupić bardzo dużo bardzo fajnych, oryginalnych rzeczy polskich projektantów. To nie są jakieś straszne ceny, są porównywalne do tego, co jest w sklepach. W ten sposób wspieramy tych młodych ludzi, ich kreatywność, a jednocześnie mamy coś oryginalnego, coś, czego nie noszą wszyscy. I zgadzam się z tym, żeby szukać rzeczy naszych, polskich. Bo my mamy taką trochę tendencję, że wydaje się nam, że to, co zagraniczne, jest lepsze. A moim zdaniem jest wręcz przeciwnie. Katarzyna Pawłowska: W świecie blogów jest bardzo dużo dziewczyn, które nie tylko chodzą po second-handach i fajnie dobierają rzeczy, ale same szyją. I to często nie po żadnych szkołach, gdzie szyć uczyły się od A do Z, lecz po prostu z własnej pasji, z tego, co czuły w środku, same siadały do maszyny. Mają bardzo wielką uciechę z tego, że zbierają sobie kasę na maszynę do szycia, po czym siadają i realizują swoje pomysły, które mają w głowie, i z tego wychodzi naprawdę coś! Mało tego, później znajdują osoby, które to doceniają i to nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Jadą na kilka dni do Londynu dzięki tanim liniom lotniczym i robią sobie profesjonalne sesje zdjęciowe. Nagle okazuje się, że z ich pasji, niekoniecznie podpartej wiedzą zdobytą w szkole szycia, rodzi się nowa marka.

>>Przed chwilą mieliśmy okazję uczestniczyć w pokazie Sa-

dowska Fashion. Interesuje mnie, co cię skłoniło do tego, żeby zająć się modą. Skąd inspiracja etno i pomysł, żeby robić tego typu stroje? Maria Sadowska: Zawsze lubiłam się bawić modą. Moja mama bardzo dobrze szyje. Gdy byłam dzieckiem, szyła mi wiele ubrań na podstawie moich pomysłów. Kreowanie dla siebie rzeczy, które są inne niż wszystkie, było częścią mojego życia. Nie był to główny nurt, ale gdzieś to zawsze było. Tak też było z tymi bluzami, które mi się przyśniły. Po obudzeniu, mówię do Adriana (partner Marysi — przyp. red.): „Muszę sobie uszyć takie bluzy. Wymyśliłam, jak to ma być”. Dwie takie bluzy uszyła mi znajoma krawcowa. Prototypy były w kolorze białym i czerwonym. Gdy chodziłam w tych bluzach, zaczepiały mnie dziewczyny na ulicach, miałam falę nagabywań, skąd mam te ciuchy. W tamtym okresie były modne chusty, wszyscy w nich chodzili. musli magazine


>>porozmawiaj z nimi...

Właśnie to jest dla mnie ta wartość użytkowa mody, że owszem jest wiele, wiele trendów, ale to ode mnie zależy, to ja mam tę swoją wolność, ja sobie wybieram to, co mi się podoba, co mi pasuje do mojego nastroju dziś, jutro, pojutrze, bo przeszłością nie żyję, zawsze żyję do przodu

Katarzyna Pawłowska: Ja tu zrobię mały wtręt. Już z Anią (Deperas-Lipińska — przyp. red.) wspominałyśmy, ze swoich lat młodości, jak w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych szyłyśmy sobie minispódniczki, tnąc na połowę taką chustę z motywem góralskim. Maria Sadowska: No więc pomyśleliśmy, że skoro tyle osób się tym interesuje, to może spróbujemy rozkręcić taką firmę. W naszym przypadku to jest niewielka działalność, tak więc ja nie chcę nazywać siebie projektantką, bo wszystko, co wymyśliłam do tej pory, to te bluzy. Mam dużo pomysłów, ale dla mnie na pierwszym planie są film i muzyka, nie mam za bardzo czasu, żeby się tym zająć, ale myślę, że powolutku będzie się to rozwijać. Zaczęliśmy od strony internetowej. W naszym przypadku samo ogarnięcie tego, żeby mieć pełną rozmiarówkę, żeby się dogadać z producentami, żeby to wreszcie ruszyło, to nam zajęło strasznie dużo czasu, i żeby nie

kosztowało 700 złotych. Chociaż i tak uważam, że te bluzy są za drogie, staramy się robić, co się da, żeby obniżyć ich cenę. Teraz powolutku wypuszczamy nową serię bluz tańszych, takich do noszenia na co dzień, na których są motywy z wycinanek połączone z motywami muzycznymi. Mamy też super kapcie, ręcznie robione przez naszą babcię, a właściwie prababcię. Są niezwykłe, wyglądają jak kolorowe baletki. Każda para jest inna. Sprzedajemy je z numerem seryjnym. Jest ich tylko kilkadziesiąt sztuk. Oczywiście marzy mi się cała, normalna kolekcja. Ale na to potrzebne są fundusze, jest to niestety droga zabawa. Ciężko jest nawet mnie, chociaż jestem osobą publiczną, a wydawałoby się, że powinno mi być troszkę łatwiej, z racji nazwiska, dotrzeć do pewnych mediów. Ale mimo to rozkręcić swoją firmę, sprawić, żeby działała i przynajmniej zarabiała na siebie, to jest bardzo duży wysiłek. Stąd mam szacunek dla młodych projektantów w Polsce, bo nie jest to łatwy chleb. >>57


Go


(rocznik ‘85) ukończone szkoły: PLSP we Wrocławiu, Uniwersytet Wrocławski (historia sztuki) ilustratorka, grafik, rysownik żyje i tworzy we Wrocławiu miłośniczka formatu GIF

Gosia Herba


maĹ&#x201A;pa


wenus i pegaz


wymazywanie


rękawica


zĹ&#x201A;ota krowa


lina


danae


festen


>>nowości książkowe

książka NOWOŚCI

Szaleniec z Placu Wolności Hasan Blasim Biuro Literackie 31 stycznia 2013 37 zł

Radości Grzegorz Kwiatkowski Biuro Literackie 17 stycznia 2013 cena nieznana

Irak znamy z doniesień prasowych, newsów telewizyjnych czy reportaży pisanych z mentalnej euroamerykańskiej perspektywy. Tutaj mamy do czynienia z wypowiedzią stamtąd — do tego użyczającą na stronach książki głosu tym, których już nikt nigdy nie usłyszy. Mieszkający w Finlandii Irakijczyk Hasan Blasim próbuje zmierzyć się z pokładami trudnej pamięci kraju, którego obecność na pierwszych stronach gazet wcale nie pociąga za sobą głębszego zrozumienia jego specyfiki i mentalności jego mieszkańców. Dzięki przetłumaczonym na polski opowiadaniom Blasima będziemy mogli przynajmniej trochę powalczyć z tą ignorancją.

To już kolejny tom wierszy gdańskiego poety i muzyka (zespół Trupa Trupa) Grzegorza Kwiatkowskiego (dwukrotnie zgłoszonego do Paszportów „Polityki”), który nieraz już gościł na łamach „Musli Magazine”. Poezja z bardzo wysokiej półki — dająca do myślenia. Podobnie jak we wcześniejszych tomach, w wierszach odzywają się często postaci na moment wskrzeszone z odmętów niedobrej historii albo pamięci kultury. Zawsze brzmią przejmująco — nie histerycznie, ale tak, że przekaz może zaboleć. (MR)

(MR)

Sophia Loren: życie jak film Silvana Giacobini Społeczny Instytut Wydawniczy Znak 23 stycznia 2013 30,49 zł

>> Życiorys Sophii Loren zafascynował już niejednego biografa. Jak trafnie wskazuje podtytuł książki, życie tej wyjątkowej aktorki jest równie interesujące jak niejeden film z jej udziałem. Ta najnowsza i najaktualniejsza biografia Sophii to nie tylko opowieść o zachwycającej karierze filmowej niezwykle utalentowanej laureatki dwóch Oscarów, będącej obiektem uwielbienia takich znakomitości jak Cary Grant, Peter Sellers czy Marcello Mastroianni. Przede wszystkim to historia kobiety z krwi i kości, jej rodzinnych problemów, romansów, przyjaźni i jej marzeń o macierzyństwie. (AL)

>>72

Zmiany Mo Yan Wydawnictwo W.A.B 23 stycznia 2013 21,49 zł

Do momentu przyznania mu Literackiej Nagrody Nobla Mo Yan był mało znanym w Polsce pisarzem z zaledwie dwiema przetłumaczonymi na nasz język powieściami. Teraz, na fali nagłego wzrostu popularności, mamy okazję zapoznać się z jego autobiografią. Ten ceniony na całym globie pisarz przyszedł na świat w chłopskiej rodzinie. Musiał przebyć długą drogę — poprzez wydalenie ze szkoły, służbę w wojsku, karierę akademicką i pierwsze próby pisarskie — aby zyskać obecny status. Wielkie przeobrażenia, jakim uległy Chiny na przestrzeni lat, przedstawione są z punktu widzenia prostego człowieka, bez dywagacji politycznych i prób rozliczenia reżimu. (AL)

musli magazine


>>nowości filmowe

film książka NOWOŚCI

Django reż. Quentin Tarantino obsada: Jamie Foxx, Christoph Waltz, Leonadro DiCaprio, Don Johnson 18 stycznia 2013 165 min

Holy Motors reż. Leos Carax obsada: Denis Lavant, Eva Mendes, Kylie Minogue, Michel Piccoli 11 stycznia 2013 110 min

Quentin Tarantino ponownie odrabia lekcję historii, jednak tym razem pozostaje na amerykańskiej ziemi. Południe Stanów Zjednoczonych tuż przed wybuchem wojny secesyjnej — a zatem gorąco! Temperatura nie spadnie Wam także, kiedy zagłębicie się w długą listę gwiazd, które pojawiły się w Django. W roli tytułowej zdobywca Oscara Jamie Foxx, a później jest już tylko lepiej: odkrycie Tarantino — Christoph Waltz; niegdyś boski Leo, a dziś charakterny Leonadro DiCaprio; dawno niewidziany, a nawet zapomniany policjant z Miami — Don Johnson; and last but not least… Ziomal Quentina Samuel L. Jackson. Fabuła nieźle pokręcona, a atmosfera podkręcona. Czekamy!

Ten obraz polska publiczność mogła już zobaczyć na kilku międzynarodowych festiwalach, m.in. w Toruniu podczas Tofifest. Ci, którzy go widzieli, wybiorą się do kina zapewne raz jeszcze. Tych, którzy seans przegapili, gorąco namawiam na fantastyczne 110 minut z Leosem Caraxem. Holy Motors to wciągająca historia Oskara, ekscentrycznego milionera, który z upodobaniem wciela się w role innych osób, odrzucając własną tożsamość. Jak to jest wejść w czyjeś buty, poczuć obce sobie emocje i dotknąć rzeczywistości jako ktoś inny? To pytania, które zadaje sobie każdy z nas, będąc dzieckiem. Czeka Was cudowna surrealistyczna jazda bez trzymanki. Enjoy!

ARBUZIA

Pragnienie miłości reż. Michel Franco obsada: Tessa Ia, Hernán Mendoza, Gonzalo Vega Jr., Tamara Yazbek 4 stycznia 2013 103 min

>> Meksyk. Do stolicy przeprowadza się szef kuchni Roberto i jego nastoletnia córka Alejandra. Powodem tej zmiany jest nieznana widzowi na początku fabuły tragedia, której możemy się jedynie domyślać. Nowe otoczenie powinno dać życiowym rozbitkom nadzieję na odrodzenie. Tak się jednak nie dzieje. Dziewczyna odrzucona przez nieznane środowisko rówieśników staje się ofiarą seksualną. Temat przemocy wśród nastolatków był podejmowany przez reżyserów wielokrotnie, jednak tym razem jest tak bardzo wyciszony i tak bardzo sprzyja kontemplacji każdej ze scen (dzięki długim sekwencjom), iż wychodzimy z kina porażeni. Mocne, niezwykle surowe studium ludzkiej samotności. ARBUZIA

ARBUZIA

Siła kobiet reż. JR film dokumentalny 25 stycznia 2013 80 min

Pod koniec stycznia do polskich kin trafi niezwykły dokument. Jego autorem jest artysta ukrywający się pod inicjałami JR — tajemnicza postać street-artu, fotograf, rozpoznawalny dzięki projektowi, w którym wykorzystuje sugestywną moc ludzkiego spojrzenia. Autor fotografuje ludzkie oczy, a następnie wielokrotnie je powiększa i umieszcza w nietypowych miejscach przestrzeni miejskiej. Oczy JR spoglądają na nas z opuszczonych budynków, dachów, ścian wieżowców, pociągów i ponurych stacji metra. Siła kobiet to obraz poświęcony nieznanym kobietom, bohaterkom codzienności z dzielnic biedoty Globalnego Południa. Znakomite kino, dalekie od poetyki „gorącego tematu”. ARBUZIA

>>73


>>nowości płytowe

muzyka NOWOŚCI

Arc Everything Everything Sony Music Entertainment 15 stycznia 2013 42,99 zł

The 7th Floor Accessory To Armaggedon Firma Księgarska Jacek i Krzysztof Olesiejuk 28 stycznia 2013 26,99 zł

Rock spod znaku independent niezmiennie króluje na listach przebojów. Kolejnym kandydatem do brytyjskiego tronu indie jest grupa Everything Everything, która stawała już u boku takich panujących jak Snow Patrol czy Muse. 15 stycznia zespół zaprezentuje swój najnowszy krążek Arc. Znajdzie się na nim 13 nowych utworów studyjnych (w wersji deluxe — 17), z których znane są już singlowe Cough Cough i Kemosabe. Znając te utwory i pamiętając, że debiut Everything Everything z 2010 roku przyniósł im nominacje m.in. do Mercury Prize, Ivor Novello Awards czy Q Awards, nowy krążek można brać w ciemno.

Accessory To Armageddon powstał na początku 2012 roku. Założycielami projektu byli Krzysztof Warzecha oraz Marcin Maksymiec, do których po jakimś czasie dołączyła też wokalistka — Aleksandra Kuna. Dokładnie rok po narodzinach formacja może pochwalić się pierwszym materiałem. The 7th Floor to siedem pulsujących utworów, które można umieścić na granicy trip hopu, house’u i dark ambientu (jednak gatunki te nie wyczerpują w pełni stylu wypracowanego przez ATA — projektu bardziej poszukującego i rozwijającego się, niż z góry definiującego swoją gatunkową przynależność). „Kim będziemy jutro, jeszcze nie wiemy, ale na pewno usłyszycie to w naszej muzyce”. Lepszej zachęty nie potrzebuję.

(SY)

(SY)

Django Unchained Various Artists Universal Music Polska 15 stycznia 2013 54,99 zł

>> Tak jak umiejętnie Quentin Tarantino w swoich obrazach skleja schematy i klisze filmowe, tak równie celnie tworzy do nich ścieżki dźwiękowe. Przygotowane przez niego soundtracki każdorazowo zaskakują idealnym dopasowaniem do tematu i stylistyki filmu. Pulp Fiction, Kill Bill, Dead Proof czy choćby Jackie Brown to perełki muzycznych składanek, a pochodzące z nich utwory już dawno zyskały status nieśmiertelnych. Tym razem będziemy mieli okazję posłuchać takich wykonawców jak np. Rick Ross, Tupac, James Brown, Anthony Hamilton czy Ennio Morricone. Gratką dla konserwatystów jest wykorzystanie przez reżysera oryginalnych nagrań z winyli. (SY)

>>74

Industrialnie/Instynktownie Lena Romul Captain Earth 22 stycznia 2012 34,99 zł

22 stycznia nakładem Captain Earth ukaże się debiutancki krążek Leny Romul — śpiewającej saksofonistki, która szerszej publiczności dała się poznać w IV odsłonie programu „Mam Talent”. Wywiad z wokalistką pojawił się wcześniej także w numerze styczniowym „Musli Magazine” z 2011 roku, dlatego tym bardziej patronujemy temu wydawnictwu. Album Lena Romul Industrialnie/Instynktownie jest efektem projektu „Industrialnie”, w który oprócz artystki zaangażowali się: Jerzy Markuszewski, Tomasz „Żaba” Mądzielewski, Artur „Boo-Boo” Twarowski, Artur Bogusławski oraz Patryk Kraśniewski. Singlem promującym jest utwór Wierzę. (SY)

musli magazine


>> książka RECENZJA

Nie tylko taniec

Do przeczytania tej książki zostałam niejako zmuszona. No, może zachęcona, zmobilizowana. Wszystko po to, żebym miała o czym rozmawiać z autorką podczas spotkania w ramach pierwszej edycji Bella Women In Art Festival. Jeśli coś zrobić muszę, choćby nie wiadomo jak było przyjemne, w związku z przymusem właśnie cała radość z tym związana znika jak wypłata z konta. Tym razem było inaczej, głównie dlatego, że książka okazała się ogromnie wciągająca. Nie wracałam więc do niej, kiedy naprawdę, ale to naprawdę nie miałam co robić. Zagłębiałam się w lekturze, nawet gdy miałam wiele do roboty. Po prostu — dla przyjemności. Disko jest powieściopisarskim debiutem Anny Dziewit-Meller. Po książkach pisanych na spółkę (Głośniej! Rozmowy z pisarkami, Teoria trutnia i inne. Rozmowy z mężczyznami — obie razem z Agnieszką Drotkiewicz; Gaumardżos. Opowieści z Gruzji — wspólnie z mężem Marcinem Mellerem) autorka postanowiła sama chwycić za pióro i napisać dokładnie to, co chce. Trzeba przyznać, że nie poszła na łatwiznę. Wymyśliła sobie temat trudny, wręcz kontrowersyjny. Głównym bohaterem książki uczyniła człowieka o nieakceptowalnych skłonnościach. Paweł Kozioł to — pisząc wprost — pedofil. Mężczyzna zatrudnia się w jednej ze śląskich podstawówek w roli

>>recenzje

instruktora tańca tylko po to, by mieć łatwy dostęp do nieletnich. Swój plan gładko wciela w życie. Nikt nawet nie podejrzewa, że za brzydką fizjonomią kryje się jeszcze brzydsza natura. Paweł Kozioł to człowiek do granic możliwości zły. Na próżno w nim szukać czegoś pozytywnego, choćby odruchu, zwyczaju. To typ, który po przebudzeniu demonstracyjnie drapie się po jajach, na pytanie „Co?” odpowiada „Gówno!”, a z prysznica rezygnuje na rzecz old spice’a. Czytelnik skreśla go od początku i nie daje choćby małych szans na rehabilitację. Podobnie Anna Dziewit-Meller, która przyznała, że to zabieg celowy, negatywna kumulacja, której uosobieniem jest Paweł Kozioł właśnie. Próżno w Disko szukać bohaterów pozytywnych. Autorka była bezlitosna. Dyrektorka szkoły Elżbieta Wąż — dewotka, babcia Agnieszki będącej celem pedofila — dewotka do kwadratu, ojciec dziewczynki — leser, a zdaniem swej teściowej wręcz „potomek kozojebców”. Anna Dziewit-Meller nie tylko chciała napiętnować zło, które ucieleśnia Paweł Kozioł, przy okazji obnażyła też hipokryzję, która aż się wylewa z ust i myśli bohaterów. Każdy tu ma coś na sumieniu, nawet molestowana Agnieszka, która odpycha od siebie przyjaciółkę, by bez przeszkód grzać się w cieple zainteresowania, jakim obdarzył ją oprawca (a raczej, jak Agnieszce się wydaje, „jej chłopak”). Autorce udało się uniknąć patetycznego tonu. Nie grozi palcem, nie grzmi gdzieś z góry. Udowadnia, że o „takich sprawach” można pisać dowcipnie, na luzie, bez nadęcia. Odkryła patent na książkę trudną, a zarazem lekką, łatwą i przyjemną w odbiorze. Osobny akapit należy poświęcić wulgaryzmom, których na tych prawie trzystu stronach nie brakuje. Anna Dziewit-Meller przyznała, że uwielbia „się wyrażać”, choć nie wygląda. Nie żałowała więc sobie. I dobrze. Jest autentycznie, nie z pozycji narratora, a bohatera, który na pewno nauk u prof. Miodka nie pobierał. Obowiązuje język prosty i dosadny. Bohaterowie, historia, język, świat — wszystko jest w Disko takie nasze — smutne, szare, brudne i brzydkie — na zewnątrz, a przede wszystkim w środku. ANNA ROKITA Disko Anna Dziewit-Meller Wielka Litera 2012

Ballada o cwaniarach z Mokotowa

Czytając zapowiedzi Cwaniar, miałam wrażenie, że będzie to coś w rodzaju groteskowego kryminału, lektura poniekąd lekka. Kobiety lejące mięśniaków z siłowni — to przecież nie może być nic poważnego, prawda? Jednak bardzo szybko musiałam zrewidować swoją opinię. Wystarczyło przeczytać dostępne w sieci fragmenty, poruszające i niepokojące swą brutalnością. Dwie sponiewierane przez los młode prawie-wdowy („prawie” — gdyż straciły narzeczonych, a nie mężów), o znamiennych nazwiskach — Celina Cios i Halina Żyleta, znajdują nietypowy sposób na odreagowanie, a mianowicie pokazują szowinistycznej części męskiej społeczności, gdzie jej miejsce. Wyposażone w „noże, kastety, siekiery i kije. Paralizatory, proce, rurki i scyzoryki. Pięści, podkute buty, twarde czoło” ruszają w miasto, w noc, by siać zemstę. „Za wszystko, co macie w głowach, za wszystko, co chcielibyście z nami zrobić, i jeszcze za to, że jesteście”. Celina i Halina to twarde zawodniczki, niestraszne im osiłki z siłowni, łyse karki czy barczyste, długowłose małpoludy. Halinie nie przeszkadza nawet zaawansowana ciąża; wystarczy jej łyknąć setkę wódki i życie się prostuje, wzrok wyostrza, a krew szumi jak trzeba. Pod ich ciosami padają napakowane testosteronem tępaki, damscy bokserzy, naciągacze i oszuści. A że czasem z rozpędu oberwie też jakaś kobieta — no cóż, tak bywa. Spirala agresji nakręca się sama, a gdy się rozkręci na dobre, nie ma od niej ucieczki. >>75


>> A w tle walki Warszawa — miasto przedstawione z pewną dozą ironii, ale z wyczuwalną miłością. Jedyne w swoim rodzaju miejsce, zlepek dzielnic, z których każda jest inna pod względem społecznym. Tu Mokotów, a tam Bródno, różne światy, które łączy tylko cmentarz. Miasto przeobrażające się własną siłą witalną, strącające z siebie stare mury, po których kiełkują nowe, a obywatele produkowani są w tajnej fabryce. Najciekawsze fragmenty powieści to malownicze opisy miejsc i obyczajów tam kultywowanych. Znakomity opis cmentarza Bródnowskiego zawarty w prologu stanowi karykaturalny obraz rytuałów cmentarnych, przez który mimo wszystko przebija nostalgia i smutek ostateczny. Dużo bardziej bezwzględnie przedstawiona jest społeczność „kościółkowa”, co to nawet zbytnio nie dbając o zachowanie pozorów, mszę niedzielną traktuje czysto towarzysko. Przezabawny jest natomiast opis szkoły czy raczej sekty rodzenia, chociaż nawet w takim miejscu pojawia się motyw odrzucenia społecznego, w osobie Haliny przyprowadzającej ze sobą matkę, podczas gdy reszta kobiet ma wsparcie swoich mężczyzn. Powieść zawiera bardzo wiele analogii do wojny, do powstania. Główne bohaterki — Halina, Celina, Bronka i Stefa, noszą imiona znanych partyzantek. Swoją działalność tłumaczą tak: „A walczę o to samo, o co walczyli ci wszyscy w hełmach i panterkach. O siebie walczę, o swoje koleżanki. O sprawiedliwość”. Innym razem, wykonując wyrok na mężczyźnie maltretującym żonę, oświadczają: „W imieniu Kobiet Podziemnych, bitych i torturowanych, wykonujemy na tobie wyrok zemsty”. Mit powstańczy, uwspółcześniony, przedstawiony jest jako rebelia superbohaterek, buntujących się przeciwko wszechobecnym wykluczeniom. Czy to ze względu na płeć, pochodzenie, wiek, czy różnego rodzaju patologie. Bardzo istotnym elementem książki są ironiczne komentarze graficzne Marty Zabłockiej, nieco przypominające ilustracje Bohdana Butenki. Kreślone w prosty sposób, za to bardzo wyraziście, czasem potęgują wymowę powieści, a czasem delikatnie ją łagodzą, co Zabłocka osiąga ze znakomitym wyczuciem. Warto wspomnieć, że pierwowzór powieści powstawał w formie odcinkowej, na blogu Sylwii Chutnik. Ten ciekawy zabieg umożliwił autorce bieżące śledzenie reakcji czytelników na powstającą powieść. Cwaniary sprawiają wrażenie komiksu, z ledwo zarysowanymi postaciami i zdarzeniami. Jednak zawarta w powieści proble>>76

>>recenzje

matyka obejmuje tak wiele zagadnień, że trudno uwierzyć, że zdołały zmieścić się w tej niewielkiej książeczce. Po połknięciu książki jednym haustem pozostał mi niedosyt — będę z niecierpliwością oczekiwać kolejnej książki Sylwii Chutnik. ANNA LADORUCKA Cwaniary Sylwia Chutnik Świat Książki 2012

film

RECENZJA

Siła fatalna

Jest to film, który ma w sobie jakąś siłę przyciągania, chce mi się do niego wracać — nie tylko myślami. Zastanowić się jednak muszę, skąd ta siła się bierze. Wydaje się, że jak na Wima Wendersa nie jest to film wybitny… Nie żywioł obrazu porywa, a coś innego. Nie wiem, czy to atmosfera miejsca, Wuppertalu, teatru Piny Bausch, mnogość różnych charakterów, języków — oszołomienie poczuciem światowej sławy tak skromnej i delikatnej postaci? Może wreszcie sama postać Piny Bausch — ta wyłaniająca się z wypowiedzi i z tańca uczniów, jak i znienacka, od czasu do czasu pojawiająca się w filmie we własnej osobie… Ale zostaje jeszcze taniec i jego siła — której opis wymyka się autorowi re-

cenzji filmowej; musiałbym nieumiejętnie szukać odpowiednich słów. Wenders próbuje stworzyć niepowtarzalne aranżacje filmowe pewnych układów choreograficznych w sceneriach Wuppertalu i okolic. Kamera jest w stanie uchwycić bliskość: widz ogląda taniec z różnych perspektyw. Więc może ostatecznie to jednak film byłby tym nośnikiem tajemnej siły....? Tym bardziej że Wenders nie nakręcił go w sposób prosty, narzucający się automatycznie reżyserowi chcącemu stworzyć portret autentycznej postaci. Można przecież wyobrazić sobie dokument biograficzny albo fabułę opartą na biografii. Albo też dokument o historii Tanztheater… A dostajemy zaskakująco mało informacji. Obraz też nie zmusza do poszukiwania brakujących ogniw informacyjnych, a jedynie zachęca — kierując naszą uwagę bardziej na sztukę i fenomen Piny Bausch. I nie tylko fenomen. Wydaje mi się, że chodziło o uchwycenie żywej Piny, nie w tym, co najoczywistsze, ale w tym, co stanowi jej emanację. W naturalny sposób taką emanacją każdego zmarłego są wspomnienia, jego żywy obraz w pamięci osób, którym był nieobojętny. Jest też żyjące wciąż dzieło Piny Bausch — które przez samą swą specyfikę jest rodzajem afirmacji życia. Byłoby to chyba w wizji Wendersa jej własne życie przelane w dzieło, w którym udział miałyby wszystkie osoby to dzieło współtworzące... Pragnienie pokazania, czym było, jest, to właściwe i niekończące się życie Piny Bausch — czy też próba uchwycenia ostatnich chwil, kiedy to, co wokół niej, tak bardzo jej życiem było przesiąknięte…? Zawsze w takich przypadkach — osób charyzmatycznych, osób emanujących sobą na rzeszę wielbicieli, wyznawców zastanawiam się, na ile jest to sytuacja im odpowiadająca, a na ile powodująca dyskomfort... Pojawiająca się z rzadka w filmie Pina Bausch nie sprawia wrażenia osoby, która by misternie budowała swój wizerunek postaci charyzmatycznej; po prostu nią była. MAREK ROZPŁOCH Pina reż. Wim Wenders Stowarzyszenie Nowe Horyzonty 2011

musli magazine


>> teatr

RECENZJA

Światło dla Klary

Klara, atrakcyjna czterdziestolatka bez męża, ale za to z kochankiem, zaborczą matką i gadającym kotem, ma na ścianie swego mieszkania kilkanaście włączników do światła — żaden jednak nie działa. Tak jak jej życie, którego fragmenty oglądamy na dużej scenie Teatru im. Wilama Horzycy. Patrzymy — gdyż widoki przed nami ładne, ale trudno skupić się na banalnym tekście. Dramat Klara powstał na bazie książki Izy Kuny o tym samym tytule, którą sama autorka określa mianem swej „wprawki literackiej”. Mimo bardzo ciekawych zabiegów adaptacyjnych Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk (np. ożywienia ścian i mebli mieszkania Klary), mimo wspaniałej scenografii Mirka Kaczmarka — tekst nie wnosi niczego nowego w warstwie rozważań nad losem współczesnej kobiety. Praktycznie nie porusza, choć jest bardzo smutny i rozedrgany. Tak jak wiele spektakli o podobnej tematyce, do których była dyrektor artystyczna Teatru Horzycy Iwona Kempa miała wyjątkową słabość. Oddanie reżyserii Klary w ręce tym razem mężczyzny — Piotra Kruszczyńskiego, świetnego i doświadczonego inscenizatora wielu współczesnych dramatów, sugerować mogło zgoła rewolucyjne podejście do tematu, tak się jednak nie stało. Na scenie widzimy kilkanaście migawek (w większości nocnych) z rozklekotanego życia Klary, przerywanych to sądem nad nią, ferującym wyroki z loży bocznej, to dużo ciekawszymi scenami „z życia” otaczających ją sprzętów. Klara (sprawnie kreująca tę rolę Anna Kociarz z Teatru Wybrzeże) walczy nie tylko z własną niemocą w kwestii miłości do żonatego Aleksa (Paweł Kowalski), ale i z gadającym ginem (Paweł Tchórzelski), demonicznym rudym kotem (Jolanta Teska), łyka xanax… i miota się jak poplątane frędzle w czołgu. Czy mamy na to patrzeć, jak na poważną traumę, czy może traktować całość jako sceniczny żart? Może tak będzie łatwiej: zostawiam wobec tego nocne mary Klary na boku. Bowiem o wiele ciekawszym elementem niż treść tego spektaklu jest jego scenografia i związana z nią wyjątkowa dynamika. Na dużej scenie dzieje się niesamowicie dużo. Mirek Kaczmarek zaprojektował pokój Klary rodem z filmów Davida Lyncha: ściany wytapetowane fotografiami, rząd lamp, boczne wejścia w kształcie ludzkich sylwetek, ruchome meble i dywan wypuszczający na proscenium gigantyczne frędzle. Z tyłu sceny stara toaleta, na

>>recenzje

której zjeżdża w dół i porusza się po scenie kochanek; zmarła ciocia Marynia (Ewa Pietras) spaceruje w barokowej sukni; słowem — jest kolorowo i ironicznie. Tylko szczerego śmiechu całość nie wywołuje. Może poza jednym momentem: kiedy grający Stół Klary (Tomasz Mycan) walczy o traconą miłość do Białego Krzesła (Łukasz Ignasiński), które zdradza go z… taboretem z Bydgoskiej Fabryki Mebli. To zresztą niejedyny akcent gejowski w sztuce, ale już nie tak śmieszny. Choćby wyjście z szafy po polsku nie okazuje się tutaj łatwe: outing połowiczny, wyśpiewany rodzicom Stołu: Matce Teresie (Teresa Stępień-Nowicka) i Ojcu Tadeuszowi (Marek Milczarczyk) tak, by lepiej wszystkiego nie zrozumieli. I tu wracamy do powagi, do psychologii niektórych postaci, którym reżyser w całej ironii oplatającej spektakl nadał konkretne rysy. Paweł Kowalski w roli Aleksa jest bardzo przejmujący, idealnie wcielając się w rolę kochanka i męża, zagubionego drania, któremu trudno podjąć decyzję: czy odejść od żony (świetna Anna Magalska-Milczarczyk), czy może zostawić Klarę. I taki to śledzimy dysonans, huśtawkę nastrojów bohaterki, ale noc z xanaxem popijanym ginem pozwala to ciągnąć dalej i bawić się z przyjaciółką Wronką (zabawna Aleksandra Bednarz), by potem płakać. Wspomniana zabawa mogłaby być świetna, jeśli się jeszcze zważy, że Piotr Kruszczyński potrafi zaskakiwać pomysłami i kontrapunktami. Powstało jednak przestawienie z nierówno budowanym rytmem i tempem dramatu oraz międzyscenicznymi dziurami, oparte do tego na słabym tekście. To spektakl praktycznie bez muzyki, wizualnie piękny, ale z gdzieś zagubionym zatarciem dwóch planów, poważnego i zabawnego. Jednak warto zobaczyć Klarę, proszę pamiętać: obejrzeć — byle tylko nie wsłuchiwać się specjalnie w słowa! ARKADIUSZ STERN Klara / Iza Kuna reż. Piotr Kruszczyński Teatr im. W. Horzycy premiera 1 grudnia 2012

muzyka RECENZJA

Na czterech łapach To chyba najwyższy czas, by napisać o ostatnim albumie Grizzly Bear choćby kilka zdań. Shields właśnie został wybrany przez iTunes najlepszym albumem 2012 roku — zbierając zewsząd od momentu wydania

(wrzesień 2012) same ochy i sporadyczne achy. Najlepsza nowa muzyka według Pitchfork, pokłony na NCR, „powszechna aklamacja” za Metacritic — wnikliwe recenzje zewsząd atakowały niewyrobionego recenzenta Waszych wysokości. Cóż zatem składa się na tę wielką sumę dobra? Czwórka z Brooklynu zrobiła sobie półroczną przerwę od muzyki, idąc innym torem niż taki Animal Collective, czyli drugi z powszechnie hołubionych indie zwierzaków, który jak się w rozciągnięte taśmy zapędził, tak wyjść nie może. Trochę oddechu, spokój i finalnie grupowa praca (po raz pierwszy kompozycje powstawały prawdziwie zespołowo) dały intrygujący efekt, którego drugim imieniem: synergia. Brak na nowej płycie tak wysmakowanych aranży, plątań i chorałków jak wcześniej, dających wrażenie zanurzenia w wielokulturowym tłumie. Więcej tu rzeczy wprost — nausznie słychać, że te utwory mają za sobą drogę ścierania, układania, konfrontowania z każdym z czterech muzyków i dochodzenia do finalnej wersji. Demokratyczny konsensus czterech łap niedźwiedzia, który zdążył najeść się miodu. Razem z tą względną, wypracowaną prostotą słychać skromniejsze instrumentarium: więcej gitar, bębnów, fortepianu, w ogóle to najbardziej akustyczny w sensie doboru środków z albumów Grizzly Bear. Melodyjny, nieco rozmarzony głos Droste, często splątany z wokalem Rossena, eksponowane słowa, przyjazne kompozycje z wyraźną strukturą, wszystko jednocześnie lekkie i na miarę. Wspaniale się tego słucha, w samochodzie i w słuchawkach. Uwiodły mnie szczególnie The Simple Answer i Yet Again — melodią, tempem, zwolnionymi przejściami. Ach, och, co tu pisać, to jest dobre i chwała nowojorskiemu powietrzu, że chłopaki nie wychodzą z formy. ANDRZEJ MIKOŁAJEWSKI Shields Grizzly Bear Warp 2012 >>77


ALINA FILIPOIU


Alina Filipoiu ma 25 lat, jest włoską ilustratorką i architektką. Rok temu zaczęła działalność jako ilustratorka freelancerka, bo zdała sobie sprawę, że to głównie rysowanie ją uszczęśliwia. Marzenia to naturalna część jej codzienności. Wszystko, co potrzebne jej do życia, to rysowanie i przelewanie na papier swoich myśli. Inspiracje znajduje wszędzie, ale to głównie ludzie są ich źródłem. Pomysłów w jej głowie jest tak wiele, że życzy sobie, by starczyło jej czasu zarówno na ich realizację, jak i odpoczynek. Uwielbia wyzwania, dlatego gdy ilustruje artykuły do magazynów, urządza coś na kształt zawodów z samą sobą. Co przed nią? Chciałaby ewoluować, aby dojrzał jej osobisty styl wypowiedzi artystycznej (łatwy do rozpoznania) i aby doszła do takiego momentu akceptacji własnej twórczości, by patrząc na nią kilka miesięcy później, mogła powiedzieć: „Podoba mi się”. Co ją cieszy? Gdy ludzie reagują na jej prace – przystają na moment, wpatrują się, uśmiechają, zastanawiają.


>>warsztat qlinarny

Let it snow Święta, święta i po świętach. Odwieczne hasło mojej mamy. Karpia zjedliśmy już dawno. W sezamie — najlepszy! I już chciałabym myśleć, że to koniec zimy, a tu niestety przed nami jeszcze kilka miesięcy w grubej kurtce. Właściwie potrzebuję zimy jedynie dla świąt. No, może jeszcze dla sylwestra, by zmroziły mi się policzki, gdy zadzieram głowę i oglądam rozbłyskujące na niebie fajerwerki. Nie jeżdżę na nartach ani innych deskach. W dzieciństwie nawet moja przejażdżka na sankach polegała na tym, że ktoś ciągnął za sznurek, a ja spokojnie spoglądałam na zaśnieżone choinki. Nie lubiłam zjeżdżać z górki, bo albo tradycyjnie lądowałam w śniegu po uszy, albo ktoś nacierał moją twarz zlodowaciałą papką. Jeśli idzie o ślizganie po zamarzniętych kałużach, to najbardziej lubiłam wciskać obcasy w taflę lodu i cieszyć się charakterystycznych chrupnięciem. Marzyłam raczej o dużej kuchni z niskim, szerokim parapetem, kominku z tańczącym ogniem, kubku gorącej czekolady, przechadzającym się obok kocie i płatkach śniegu… za oknem. Lubię koty. Tylko kłopot z tym, że chyba one nie lubią mnie, niech więc te nasze wzajemne uczucia ograniczą się do głaskania lśniącego futerka nie mojego kocura. Za to nie lubię zimy. Może dlatego, że nigdy nie spróbowałam sportów zimowych. Ale szczerze mówiąc, poza jazdą na rowerze (nie tylko po mieście) i pływaniem (nie tylko na krytym basenie), ewentualnie jogą (nawet w parku, gdzie gryzą komary) niespecjalnie interesuje mnie sport. Zażywam tyle ruchu, by czuć się dobrze. Ale poziom endorfin skacze mi o wiele wyżej, kiedy zjem coś przepysznego, niż wtedy, kiedy przebiegnę pięć kilometrów. Wiosną poprzedniego roku postanowiliśmy właśnie biegać każdego wieczoru. Dojeżdżałam wówczas do pracy, co wymagało ode mnie ogromnej dyscypliny, włącznie z codzienną pobudką o godzinie 4 rano. Kto nigdy nie przeżył, jak to jest codziennie na oślep przemierzać uliczki do autobusu, a później do pociągu — nigdy tego nie zrozumie. Mimo że sypiałam wtedy po 5—6 godzin, bardzo chciałam wycisnąć z mojego życia coś więcej niż tylko stosy przeczytanych w pociągu książek. Zaczęliśmy biegać. Wskoczyłam w jakiś stary dres, ubrałam coś na kształt adidasów i może przez tydzień spełnialiśmy obowiązek aplikowania sobie wieczornej dawki świeżego miejskiego powietrza. Nie dla mnie jednak pulsująca w boku kolka! Chyba nie jestem wyposażona w jakąś sportową świadomość, ale niespecjalnie się tym przejmuję. W końcu nie będę biegać, kiedy na dworze leży po kolana śniegu albo kiedy nawet czapka nie jest w stanie powstrzymać czerwienienia moich uszu. Brrr! Dosyć hejtowania. To chyba polska cecha narodowa. Myślę, że jednak jest kilka rzeczy, za które lubię zimę. Płatki śniegu za oknem. O tym już mówiłam. Święta. Tak, o tym też. Myślę, że gdyby ich nie było, odsetek samobójstw o tej porze roku byłby dużo, dużo wyższy. Lubię nadchodzące wieczory — nie muszę się zastanawiać, gdzie by tu dzisiaj wyjść. Przecież jest za zimno. Do tego ta wspaniała perspektywa powoduje, że nie muszę sobie po raz kolejny uświadamiać, że nie ma dokąd wyjść w tym mieście. Plus dla zimy. Lubię chuchać, kiedy jestem na dworze. Mam wrażenie, że jest mnie więcej i staję się bardziej ekspansywna i władcza. Ot, jak wiele może sprawić prozaiczna para. Lubię patrzeć na przeładowane tramwaje, które mkną obok mnie, kiedy ja spokojnie idę sobie ulicą. Mimo wszystko potrzebuję trochę ruchu. Lubię okropną pogodę, która sprawia, że

>> >>92

jak zjem obiad, to mam ochotę się zdrzemnąć i robię to bez żadnych wyrzutów sumienia! Mogę w końcu obejrzeć mnóstwo filmów, na które nie miałam wcześniej czasu. Mogę piec dużo ciast, bo dzięki temu w domu jest jeszcze cieplej. Mogę patrzeć na biały świat i po prostu cieszyć się nim. I mogę się tą bielą inspirować w kuchni. Mam nadzieję, że macie śnieg za oknem, żeby się nim zainspirować i ubielić swoje talerze. A jeśli biały puch ominął Wasze podwórko, to nie ominie Waszego menu. Dzisiaj serwujemy biały krem ziemniaczano-porowy, na drugie danie kurczak w sosie z białym winem i oregano, a na deser białe bezowe kwadraty z malibu, przepis Marty Gessler. Let it snow! Smacznego. MARTA MAGRYŚ Kulturo- i zabytkoznawczyni, muzealniczka. Z zamiłowania kucharka i amatorka kuchni fusion musli magazine


>>warsztat qlinarny

KURCZAK W SOSIE Z BIAŁEGO WINA Z OREGANO KREM ZIEMNIACZANO-POROWY 1 duży por (tylko biała część) 4 ziemniaki 4 łyżki masła 1 l bulionu drobiowego 100 ml białego wytrawnego wina kilka gałązek świeżego tymianku

Ziemniaki obrać i pokroić w kostkę. Pora pokroić w plasterki. Na patelni roztopić masło i podsmażyć warzywa. Następnie dolać wino i zredukować. Całość wrzucić do gorącego bulionu, dodać tymianek i gotować około 30 minut. Zmiksować blenderem i serwować, póki gorące!

(2 porcje) 1 podwójna pierś z kurczaka suszone oregano 1 mała cebula 2 ząbki czosnku 100 ml białego wytrawnego wina 100 ml śmietany 30% 4 łyżki masła świeże oregano sól pieprz (najlepiej biały)

Piersi kroimy w paski, solimy i przyprawiamy oregano. Podsmażamy na maśle cebulkę i układamy na niej piersi. Następnie wlewamy wino i dusimy pod przykryciem. Kiedy wino się zredukuje, wyciągamy mięso, dodajemy na patelnię śmietanę i sporo świeżego oregano. Kiedy sos zgęstnieje, z powrotem wkładamy mięso, aby się podgrzało. Podajemy przybrane listkami świeżego oregano, z ryżem i ulubioną sałatką.

>>

BIAŁE BEZOWE KWADRATY Z MALIBU 250 ml śmietany 36% 1/2 łyżeczki żelatyny 2 łyżki cukru pudru łyżeczka soku z cytryny kilka bezowych spodów 25 ml malibu 25 g pokruszonej białej czekolady garść wiórków kokosowych

Schłodzoną śmietanę ubić na sztywno z cukrem. Pod koniec dodać sok z cytryny i odłożyć 1/3 gotowej bitej śmietany. Żelatynę rozpuścić w niewielkiej ilości gorącej wody. Śmietanę ubić z malibu i żelatyną. Bezowy spód posmarować kremem, posypać pokruszoną czekoladą, przykryć drugim kwadratem i wierzch posmarować bitą śmietaną. Udekorować wiórkami kokosowymi i czekoladą. Krajać w kwadraty.

>>93


>>redakcja

MAGDA WICHROWSKA

ANIA ROKITA

ARKADIUSZ STERN

KASIA TARAS

filozofka na emeryturze, kinofilka w nieustannym rozkwicie, felietonistka, komentatorka rzeczywistości kulturalnej i niekulturalnej. Kocha psy, a nawet ludzi.

archeolog z wykształcenia, dziennikarz z przypadku, penera z wyboru. Zamierza wygrać w totka i żyć z procentów. Póki co, niczym ten Syzyf, toczy swój kamień. Jako przykładna domatorka stara się nie opuszczać granic powiatu, czasem jednak mknie pociągiem wprost w paszczę bestii. Uwielbia popłakiwać, przygrywając sobie na gitarze, oraz zgłębiać intensywny smak czarnego Specjala.

germanista i hedonista. Ma cień, więc jeszcze jest. Wielbiciel ciepłych klimatów, słoni i piwa z dymkiem. U przyjaciół ceni otwarty barek. Skrywa się często pod skrzydłami Talii i Melpomeny, nie bryluje na salonach, lecz w galeriach (sztucznych), kinem delektuje się samotnie. W pracy zajmuje się wbijaniem do głów chętnych i niechętnych mowy Dietera Bohlena. Poza pracą zajmuje się głównie tym samym. W przerwach w pracy zajmuje się czymś innym.

jeżeli nie uczy i nie pisze, nie czyta i nie ogląda, to gada albo ratuje świat (koci). Głową w Warszawie, sercem w Toruniu. Kocha: kino, 20-lecie międzywojenne, dobrą współczesną polską prozę, tango, koty, psy i konie. Ma słabość do: Witkacego, filmów Wojciecha Jerzego Hasa, lat 20. XX w. w Republice Weimarskiej, malarstwa Gustawa Klimta, kina Luchino Viscontiego, Louise Brookes, Marleny Dietrich, garażowego brzmienia i… ciężkich butów. Lubi: kawę, czekoladę z podwójnym chilli, wieczorne spacery po deszczowym jesiennym Toruniu i zimowe poranki w Warszawie. Nałogi: perfumy, kupowanie książek. Nie lubi: zwodzenia, certolenia się i krygowania.

SZYMON GUMIENIK

zaczął być w roku osiemdziesiątym. Zaliczył już studia filologii polskiej, pracę w szkole i bibliotece. Lubi swoje zainteresowania i obecną pracę. Chciałby chodzić z głową w chmurach, ale permanentnie nie pozwala mu na to jego wzrost, a czasami także bezchmurny nastrój...

WIECZORKOCHA

-grafia. Inspiracja. Inkwizycja. Pigmalionizm przewlekły. Freudyzm dodatni. Gotowanie, zmywanie, myślenie: Import-Export. Prowadzi bezboleśnie przez życie bez retuszu. Lubi sushi, nieogarnięte koty i proces pleśnienia serów.

GOSIA HERBA

rocznik 1985. Podgląda, podsłuchuje, rysuje. www.gosiaherba.pl www.gosiaherba.blogspot.com

MARTA MAGRYŚ

choć miała być lekarzem, z wykształcenia jest kulturoi zabytkoznawczynią. Z zawodu muzealniczką. Z zamiłowania weekendową szefową kuchni. Uprawia pomidory i poziomki w doniczce. Marzy o wyhodowaniu drzewa cynamonowego oraz o napisaniu książki (niekoniecznie kulinarnej). Gdzie tylko może dojeżdża rowerem. Cierpi na chroniczny brak wolnego czasu. Wciąż nie może się zdecydować, czy woli wiosnę, czy też jesień. Ale chyba bardziej jesień. Bo jest brązowa.

>>94

GRZEGORZ WINCENTY-CICHY

ANNA LADORUCKA

pamięta jak przez mgłę, że kiedyś skończyła biologię, po czym utknęła na dobre za biurkiem, gdzie swe rozliczne talenty składa na ołtarzu komercji. Równie wysoko ceni sobie samotność, jak i towarzystwo przyjaciół. Do szczęścia potrzebna jej kawa, książka i święty spokój.

rocznik czarnobylski. Niedoszły, domorosły filozof. Wykonywał w życiu tyle różnych zawodów, że mógłby swoje Curriculum Vitae rozdzielić pośród kilku, niespecjalnie nawet nudnych, mężczyzn. W chwili obecnej, zgodnie z powołaniem, wykonuje wymarzony zawód aktora teatralnego. Silnie uzależniony od muzyki, niezależnie od bezsensownych podziałów gatunkowych. Brak szans na powodzenie odwyku. Wolałby oślepnąć, niż ogłuchnąć.

IWONA STACHOWSKA

z wykształcenia filozof, z zawodu nauczyciel od zadań specjalnych. Na co dzień wierna towarzyszka psa znanego ze skocznego podejścia do przestrzeni otwartych i zamkniętych. Wielbicielka dżdżystej aury, gorzkiej czekolady i kawy po turecku. Nade wszystko fanka Dextera.

MAREK ROZPŁOCH

rocznik 1980, filozof i ktoś lub coś w rodzaju dziennikarza. Mieszka w Toruniu. musli magazine


WSKI SIAKO EJ LE NDRZ RYS. A

{

>>słonik/stopka

}

MUSLI MAGAZINE redaktor naczelna: Magda Wichrowska zastępca redaktora naczelnego: Szymon Gumienik art director: wieczorkocha redakcja: Gosia Herba, Anna Ladorucka, Marta Magryś, Ania Rokita, Marek Rozpłoch, Iwona Stachowska, Arkadiusz Stern współpracownicy: Adam Blank, Krzysztof Koczorowski, Andrzej Mikołajewski, Grzegorz Wincenty-Cichy, Marcin Zalewski korekta: Justyna Brylewska, Edyta Chmielewska, Magda Szczepańska, Andrzej Lesiakowski

>>95



Musli Magazine Styczeń 2013