Page 1

11[33]2012

listopad

>>PRZEMYK A K S L U H C A H C >> >>LAO CHE


Listopadowe rozmowy!

A

by przetrwać listopadową niepogodę, oddajemy w Wasze ręce wyjątkowo bogaty numer (aż 142 strony!). Na imponujących gabarytach jednak nie poprzestajemy! Podczas kolegium redakcyjnego zastanawialiśmy się, jak umilić Wam chłodną jesień… I chyba znaleźliśmy receptę — ciekawe rozmowy! I tak, Huberta „Spiętego” Dobaczewskiego przepytała dla Was wieczorkocha, Karstena Behra zaprzyjaźniona z redakcją historyczka sztuki Marta Kowalski, Janusza R. Kowalczyka Marek Rozpłoch, a Marka Turka Szymon Gumienik. Mnie spotkała przyjemność szczególna, czyli rozmowa z artystką, którą cenię od wielu lat — Renatą Przemyk. Jak zwykle w „Musli Magazine” prezentujemy także znakomitych artystów. Tym razem fotografie Edyty Chachulskiej i Dominika Śmiałowskiego. Z kolei w ko_MODZIE kapitalna historia rodzinna, czyli Aga Prus i jej buty. Nie zawiodą Was też recenzje, felietony i Marta Magryś, która w tym numerze z przeszkodami dotarła do redakcyjnej kuchni. istopad to miesiąc wspomnień. O niezwykłym człowieku — o. Janie Berezie pisze Marek Rozpłoch, z kolei ja wspominam nie tak dawne ekscytacje filmowe tegorocznej edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Tofifest. And last but not least… Ania Rokita na tropie Mamy w Mieście!

L

MAGDA WICHROWSKA


[:]

>>2 >>4 >>20 >>22

>>spis treści wstępniak. listopadowe rozmowy! wydarzenia. ARKADIUSZ STERN, ANIAL, GRZEGORZ WINCENTY-CICHY, (SY), MAREK ROZPŁOCH

relacja. Tofifest. głód kina i trzęsienie ziemi! MAGDA WICHROWSKA porozmawiaj z nim... pasą się, pasą. Z JANUSZEM R. KOWALCZYKIEM ROZMAWIA MAREK ROZPŁOCH

>>26

na kanapie. subiektywizm, obiektywizm czy prawda autora? vol. 2. MAGDA WICHROWSKA

>>27

gorzkie żale. w szambie słów. ANNA ROKITA

>>28

filozofia w doniczce. ciało, cielej, najcielej IWONA STACHOWSKA

>>29

a muzom. pełna dyskrecja. MAREK ROZPŁOCH

>>30

porozmawiaj z nią... nie ma już ściany dźwięku, za którą można by się schować. Z RENATĄ PRZEMYK ROZMAWIA MAGDA WICHROWSKA

>>36

zjawisko. mama w mieście. ANNA ROKITA

>>42

portret. Jan Bereza OSB. oddechem. MAREK ROZPŁOCH

>>46

porozmawiaj z nim... bliżej von Triera niż Tarantino Z HUBERTEM „SPIĘTYM” DOBACZEWSKIM (LAO CHE) ROZMAWIA WIECZORKOCHA

>>58

porozmawiaj z nim... nigdy nie wiem, co wyskoczy z pudełka. Z MARKIEM TURKIEM ROZMAWIA SZYMON GUMIENIK

>>66

fotografia. EDYTA CHACHULSKA (EDYCH)

>>94

porozmawiaj z nim... etapy poznania świata i siebie Z KARSTENEM BEHREM ROZMAWIA MARTA KOWALSKI

>>104

nowości [książka, film, muzyka]. (MR), (AL), ARBUZIA, (SY), ANIAL

>>107

recenzje [film, muzyka, książka, komiks, teatr] MAREK ROZPŁOCH, SZYMON GUMIENIK, ANNA LADORUCKA, IWONA STACHOWSKA, ARKADIUSZ STERN

>>113

ko_moda. Aga Prus. MAGDA WICHROWSKA

>>116

fotografia. the pilot’s melancholy. DOMINIK ŚMIAŁOWSKI

>>138

warsztat qlinarny. warsztat, którego miało nie być MARTA MAGRYŚ

>>140

redakcja

>>141

słonik/stopka

OKŁADKA: FOT. EDYTA CHACHULSKA / STRONA 2: IL. ŻANETA ANTOSIK

>>3


Po październikowym preludium, w rytm muzyki Lorenca i Turnaua, wśród fotografii prasowej i belferskich wspomnień Pszoniaka, w listopadzie w Dworze Artusa na Forte Artus Festival czeka na nas o 100 procent większa dawka wspaniałych przeżyć. Miesiąc ten rozpocznie się koncertem Leszka Możdżera. 2 listopada w ramach Zaduszek jazzowych ten wybitny artysta wystąpi z solowym programem zatytułowanym Od Chopina do Komedy. Twórczość tych wybitnych kompozytorów jest szczególnie bliska pianiście. Nagrał on znakomite płyty Chopin Demain − Impressions i Komeda, której miesięcznik „Jazz Forum” przyznał nagrodę Płyty Roku 2011. Albumy Leszka Możdżera to prawdziwe perły w zbiorach wielu melomanów, jednak nic nie zastąpi wspaniałych koncertów, do których przyzwyczaił nas pianista. Dwa dni po refleksyjnym występie Możdżera Forte Artus Festival proponuje coś na poprawienie humoru: spotkanie autorskie z Grzegorzem Halamą. Podczas tego nietypowego wieczoru artysta nie tylko opowie o swojej karierze, jej nieznanych i znanych chwilach, ale także zaprezentuje swoje najlepsze kabaretowe piosenki (Śpiworki) i skecze.

>> >>4

Kolejny wieczór autorski z pewnością będzie wielką gratką dla wszystkich ceniących sobie zdrowy styl życia. Kto słucha Radiowej Trójki, temu bohaterki wieczoru nie trzeba specjalnie przedstawiać. Grażyna Dobroń — prezenterka i autorka cieszącej się ogromną popularnością audycji Instrukcja obsługi człowieka − podczas toruńskiego spotkania postara się udzielić odpowiedzi na pytania: jak żyć, co robić, by być sobą w pełni, jak zachować zdrowie, dobrze jeść i właściwie odpoczywać. Kolejnym festiwalowym wydarzeniem, w sam raz na Święto Niepodległości, będzie intrygujący koncert Justyny Steczkowskiej. Artystka wystąpi w ekskluzywnym i niezwykle rzadko prezentowanym programie jazzowym, stworzonym z myślą o zaspokojeniu potrzeb słuchaczy, którzy potrafią rozsmakować się w dźwiękach jazzu i niczym nieograniczonej artystycznej interpretacji. Do tego muzycznego przedsięwzięcia zostali zaangażowani znani muzycy, którzy na żywo tworzą niezwykłe jazzowe aranżacje piosenek Steczkowskiej (w tym takich przebojów, jak: Dziewczyna Szamana, Oko za oko, słowo za słowo czy też Jej portret). Forte Artus Festival to także wydarzenie będące ukło-

RAY WILSON

JUSTYNA STECZKOWSKA

LESZEK MOŻDŻER

FORTE ARTUS FESTIVAL TRWA!

>>wydarzenia

nem w kierunku teatru alternatywnego. Podczas jednego z wieczorów widzowie będą mogli podziwiać awangardowe przedstawienie węgierskiego Teatru Malko. Artyści zaprezentują spektakl-performace Elada Pinio i czas, stanowiący połączenie obrazów, myśli, muzyki, malarstwa i ruchu. Słuchacze ceniący sobie inteligentny humor i melancholijny nastrój piosenki aktorskiej nie mogą ominąć koncertu Piotra Machalicy, który w Dworze Artusa promować będzie swoją nową płytę Moje chmury płyną nisko. Ten znany i lubiany aktor zaprezentuje premierowe piosenki do tekstów Jana Wołka, nie zabraknie też utworów należących do klasyki polskiej poezji śpiewanej jak choćby Życie to nie teatr do słów Edwarda Stachury czy Alkoholicy z mojej dzielnicy do tekstu Wojciecha Młynarskiego. Wzorem ubiegłorocznego festiwalu także i w tym roku podczas jednego wieczoru scena Dworu Artusa zostanie oddana we władanie artystce, którą można nazwać nadzieją polskiej muzyki. Obdarzona charakterystycznym mocnym głosem Maja Kleszcz, wraz ze swoim zespołem IncarNations, doceniona została zarówno przez publiczność, jak i krytyków, a utwory takie jak Nasza musli magazine


FOT. MATERIAŁY ORGANIZATORA

GRAŻYNA DOBROŃ

MAŁGORZATA KALICIŃSKA

>>wydarzenia

MAJA KLESZCZ & INCARNATIONS

miłość ma skrzydła czy Rebeka, na co dzień pojawiają się w Radiowej Trójce. W Toruniu zespół da koncert, podczas którego usłyszymy zarówno piosenki z pierwszej (Radio Retro), jak i drugiej płyty (Odeon). Niedziela 25 listopada będzie z kolei gratką dla miłośników literatury kobiecej. W Dworze Artusa zagości Małgorzata Kalicińska, powieściopisarka, scenarzystka, autorka bestsellerowych powieści dla kobiet, z których największy sukces odniosła saga rodzinna, na którą składają się trzy powieści: Dom nad rozlewiskiem, Powroty nad rozlewiskiem i Miłość nad rozlewiskiem. W Toruniu pisarka opowie o swojej nowej książce zatytułowanej Lilka. Ostatnim wydarzeniem w ramach Forte Artus Festival będzie koncert Raya Wilsona, niekwestionowanej gwiazdy festiwalu, który zastąpił przy mikrofonie Phila Collinsa w legendarnej grupie Genesis. Artysta wystąpi w akustycznym koncercie Genesis Classic prezentującym największe przeboje kultowej grupy. Publiczność usłyszy m.in. takie hity jak: Follow you follow me, Solsbury Hill, Mama, Invisible touch, In the air tonight, Ripples, Inside, Not About Us czy Another day in paradise.

Listopadowy program Forte Artus Festival zapowiada się imponująco. Z całych sił naszych płuc polecamy FORTE! ARKADIUSZ STERN Forte Artus Festival Dwór Artusa / Sala Wielka

2 listopada Leszek Możdżer / Od Chopina do Komedy / zaduszki jazzowe 4 listopada Grzegorz Halama / spotkanie autorskie

PIOTR MACHALICA

>>

9 listopada Grażyna Dobroń / spotkanie

11 listopada Justyna Steczkowska / koncert jazzowy

15 listopada Teatr Malko /Elada Pinio i czas / performance w jednym akcie

18 listopada Piotr Machalica / Moje chmury płyną nisko / koncert

23 listopada Maja Kleszcz &Incarnation / koncert

25 listopada Małgorzata Kalicińska / spotkanie autorskie

TEATR MALKO

28 listopada Ray Wilson / Genesis Classic /koncert

>>5


>>wydarzenia

6.11

3.11

OD NOWA

FOT. MATERIAŁY PRASOWE

FOT. MATERIAŁY PRASOWE

OD NOWA

NRD

NOWY WILK

DUB W PASKI 13 października ukazała się długo oczekiwana płyta składu Zebra Sound System. Electronic Heart dowodzi ewolucji, jakiej uległa grupa od momentu powstania w 2007 roku i wydania pierwszego krążka Dream Walking. Zacznijmy jednak od początku.

Zebra narodziła się pięć lat temu w Krakowie — z połączenia talentu i pasji tworzenia Natalii Norko i Zdzisława Orłowskiego. Obecnie grupa działa we Wrocławiu, a głównym jej celem są eksperymenty nad szeroko pojętym dubem. Zebra z sukcesami występowała na licznych festiwalach (i to nie tylko tych organizowanych na polskiej ziemi). W ciągu dwóch lat sound system zagrał ponad 100 koncertów i stawał się coraz bardziej rozpoznawalny. Wystarczy wspomnieć, że utwory Zebry można było usłyszeć w hiszpańskich i francuskich stacjach radiowych. Ostatnio Zebra rozmnożyła się i dziś pod jej szyldem działa już osiem osób. To pozwoliło na wprowadzenie do składu bogatego, żywego instrumentarium i stworzenie mocniejszego i bardziej dojrzałego brzmienia. Nadarza się okazja, by przekonać się o tym na własnej skórze.

LAS BLONDYNAS NA SZLAKU

Listopad w Od Nowie czas zacząć. Na dobry początek koncert zespołu Kim Nowak. W roku 2008 Michał Sobolewski, Bartek Waglewski i Piotr Waglewski postanowili powołać do życia nowy projekt. Debiutancki album ujawnił, jaką drogą muzycy zdecydowali się podążać. Twórczość Kim Nowak to żywa, pozbawiona komputerów, wręcz brudna muzyka, wypełniona mocnymi, gitarowymi riffami wspieranymi przez garażową sekcję rytmiczną. W tekstach nie unika się tematu śmierci, przemijania, a z drugiej strony emocji i miłości. Po paru latach Kim Nowak przypomina o sobie nowym wydawnictwem Wilk. Zespół wyruszył w trasę koncertową promującą nowe 12 utworów. Kim Nowak nie ominie oczywiście toruńskiej Od Nowy.

>> ANIAL

Zebra Sond System 2 listopada, godz. 20.00 NRD

>>6

SALAR DE UYUNI (SOLNISKO) W BOLIWI

2.11

ANIAL

Kim Nowak 3 listopada, godz. 20.00 Od Nowa

Ile czasu potrzeba, by przemierzyć Wenezuelę, Kolumbię, Ekwador, Peru, Boliwię, Chile, Argentynę, Australię, Indonezję, Singapur, Malezję, Wietnam, Tajlandię, Sri Lankę i Indie? Niektórym na taką podróż życia nie starczy. Tymczasem trzy przyjaciółki udowodniły, że jeśli naprawdę się chce, można objechać pół świata zaledwie w sześć miesięcy. Ania Witkowska, Marta Kosmowska i Ola Kolasiewicz to koleżanki z jednej szkolnej ławki, które wyruszyły w daleką wyprawę. Spotkanie z globtroterkami odbędzie się w Od Nowie w ramach nowego cyklu „Wieczór podróżnika”. Uczestnicy będą mogli dowiedzieć się, co sprowokowało trzy blondynki do tak odważnej decyzji i jak udało im się spełnić podróżnicze marzenia. Mogą także liczyć na garść porad dotyczących podróżowania bez komplikacji. Podczas spotkania Ania, Marta i Ola podzielą się z nami zdjęciami, przytoczą dowcipy, mrożące krew w żyłach opowieści oraz opowiedzą o przygodach, które zapamiętają na całe życie. ANIAL Las Blondynas / Wieczór podróżnika 6 listopada, godz. 20.30 Od Nowa musli magazine


>>wydarzenia

KINO POD KOCYKIEM Co robić w chłodne i ponure listopadowe popołudnia? Jak spędzać przygnębiające jesienne wieczory? Odpowiedź jest jedna — pod kocykiem! Jeśli oprócz przyjemnego ciepełka liczymy na moc kulturalnych doznań, niech będzie niebieski. Kino Studenckie „Niebieski Kocyk” zaprasza na listopadowe pokazy. Na pierwszy ogień pójdzie film W drodze. Ekranizację książki Jacka Kerouaca zobaczymy 5 listopada. Tytuł nie jest mylący, mamy do czynienia z kinem drogi. Troje głównych bohaterów, młody pisarz Sal Paradise, jego przyjaciel i były więzień w jednym Dean Moriarty oraz jego wyzwolona dziewczyna Marylou, wyruszają w podróż po Ameryce w poszukiwaniu samych siebie. Wszystkim czującym niedosyt warto polecić projekcję, która odbędzie się kolejnego dnia. 6 listopada na ekranie Kina Studenckiego „Niebieski Kocyk” Siostra twojej siostry. Fabułę filmu można podsumować w krótkich żołnierskich słowach — ich troje w domku na odludziu. Brzmi intrygująco? I tak będzie! W końcu na jaw wyjdą ukrywane uczucia i pragnienia. 12 listopada zobaczymy hit frekwencyjny — Jesteś Bogiem. Reżyser Leszek Dawid wziął na warsztat historię legendarnej grupy Paktofonika, skupiając się przede wszystkim na uwieńczonej tragiczną śmiercią historii członka zespołu, Magika. Od zachwytu po ostrą krytykę — opinie o filmie są różne, może więc warto wyrobić sobie własną? 13 listopada na ekranie objawi się Pina. To filmowa biografia zmarłej przed dwoma laty choreografki Piny Bausch. Obraz ten to subtelny pean na cześć sztuki. Warto wspomnieć, że nie padają w nim niemal słowa, a głównym środkiem wyrazu jest taniec. Marina Abramović: Artystka obecna — film, który zostanie pokazany 26 listopada, to opowieść o życiu i twórczości ikony body artu i performance’u. Abramović od kilkudziesięciu lat — konsekwentnie — rewolucjonizuje sztukę. To ta pani, która przesiedziała dużą cześć roku 2010 na krześle w nowojorskim Museum of Modern Art, nawiązując spontaniczne relacje ze zwiedzającymi. 27 listopada Nietykalni — prawdziwa historia przyjaźni, która nieoczekiwanie połączyła sparaliżowanego milionera i chłopaka z przedmieścia zaczynającego życie po odsiadce. Wszystkie listopadowe projekcje rozpoczną się o godz. 19.00. Zapraszamy! ANIAL

>>

>>7


>>wydarzenia

ZŁOTA JESIEŃ W LIZARD KING 13.11

8.11

4.11

LIZARD KING

CLOSTERKELLER / FOT. MATERIAŁY PRASOWE

Listopad w klubie Lizard King rozpocznie się klimatycznym rockiem czołowych przedstawicieli tego gatunku na polskiej scenie — grupy Closterkeller. Tej jesieni, w przededniu swego 25-lecia, zespół zagra aż w 33 miastach Polski (w tym również w jaszczurczej jaskini nad Wisłą). W ramach swojej trasy zespół po raz pierwszy zdecydował się na ukłon w stronę publiczności, oferując jej koncert będący kompilacją wszystkich największych przebojów grupy — począwszy od pierwszych jaskółek z płyt Purple i Blue, przez okupujące listy przebojów hity z płyt Violet, Scarlett, Cyan i Graphite, mroczną Nero i złote Aurum, aż po najbardziej uznane utwory z wydanej rok temu płyty Bordeaux. Liderką zespołu założonego w 1988 roku jest Anja Orthodox — jedna z czołowych polskich wokalistek rockowych, obdarzona charakterystycznym głosem, charyzmą i manierą wokalną, która uczyniła z niej wzorzec do naśladowania dla wielu młodych solistek tego gatunku. Teksty Anji (mroczna i pełna metafor poezja) stanowią równie ważny atut zespołu i zapewne wraz z muzyką rewelacyjnie wpiszą się w listopadowy klimat klubu. Cztery dni później w ramach swego tournée po kraju do

Lizarda zawitają o trzy lata starsi koledzy Closterkeller — zespół Voo Voo, promujący swą świeżutką płytę nazwaną najprościej jak można — Nowa płyta. „Będzie jak zwykle… trochę smutasów, trochę pogody ducha, trochę wolnych (najpierw) i trochę szybkich (po rozpędzeniu), trochę starego, ale trochę i nowego”. Obecny skład Voo Voo tworzą: Wojciech Waglewski — kompozytor, autor tekstów, gitarzysta, wokalista i producent muzyczny; Mateusz Pospieszalski — kompozytor, multiinstrumentalista, wokalista i producent muzyczny; Karim Martusewicz — basista i producent muzyczny; Piotr „Stopa” Żyżelewicz — perkusista. 13 listopada usłyszymy z kolei Zero absolu — jednoosobowy projekt muzyczny, nowoczesny one men band. Metoda twórcza francuskiego artysty polega na łączeniu ze sobą stworzonych wcześniej oraz tworzonych na bieżąco pętli (loops) muzycznych, które w miarę trwania utworu narastają i rozbudowują się. Początkowo minimalistyczne dźwięki ewoluują w wielowątkowe aranżacje. W ścieżkach muzycznych przeplatają się elementy post rocka, math rocka i elektroniki. Występ Zero absolu to nie tylko koncert, ale także coś o charak-

>> >>8

18.11

LIZARD KING

29.11

LIZARD KING

VOO VOO / FOT. PEPITO

LIZARD KING

LIZARD KING

terze performance, w trakcie którego odbiorcy będą świadkami całego procesu powstawania utworu (wstęp wolny). 18 listopada na scenie Lizard King wystąpi pARTyzant — postać znana nie tylko fanom tappingu oburęcznego (wydobycie dźwięku poprzez odpowiednie uderzanie strun palcami), ale także wszystkim, którzy śledzą polską scenę blues-rockową. Od wielu już lat występuje aktywnie na największych polskich scenach festiwalowych, grając zarówno solo, jak i z zespołami (np. Dżem, Zdrowa Woda czy Ptaaki). W szerokim repertuarze artysty znajdziemy kompozycje własne oraz oryginalne interpretacje muzyki filmowej, klasycznej, rockowej czy jazzowej. Na perkusji — nie ze względu na pokrewieństwo, lecz umiejętności — towarzyszy gitarzyście 14-letni syn Mikołaj Toczko. W Lizard King nie należy bać się szarej jesieni, bo w tym roku kolorować będzie tutaj Łąka. A właściwie Łąki Łan — w nowej koncertowej odsłonie. „Po znakomitym występie na Przystanku Woodstock, po którym do dziś trwają spory, czy The Prodigy wystarczająco rozgrzało publiczność przed występem Łąki Łan, zespół promuje DVD z tego wiekopomnego koncertu!”. Próbując wygenerować namiastkę Przystankowej energii, Łąki

25 listopada ruszą w trasę, podczas której już cztery dni później zazielenią publiczność Lizarda chlorofilem pompowanym z głośników wprost do jej serc. W styczniu 2011 roku grali w Od Nowie, teraz zobaczymy, co też ciekawego Poń Kolny, Bonk, Megamotyl, Paprodziad, Zając Cokictokloc i Jeżus Marian szykują w Lizardzie! Owadzia mać! Dla mrocznych klimatów, starych i nowych rozpędów, muzycznych pętli, tappingu i nektaru kwiatowego — w listopadzie lecimy do Lizarda! ARKADIUSZ STERN

Closterkeller / 4 listopada Voo Voo / 8 listopada Zero absolu / 13 listopada pARTyzant / 18 listopada Łąki Łan / 29 listopada

musli magazine


>>wydarzenia

7.11

OD NOWA

8.11

ŁĄKI ŁAN / FOT. RAFAL NOWAKOWSKI

FOT. MATERIAŁY PRASOWE

NRD

5-10

LISTOPADA

TORUŃSKIE SNY Między 5 a 10 listopada w Toruniu będzie można natknąć się na instalacje dźwiękowo-zapachowe Justyny Gruszczyk. Instalacje będą składały się ze snów mieszkańców Torunia, a także ze specjalnie na tę okazję przygotowanego zapachu — portretu miasta. Projekty te znajdziemy w kilku miejscach, m.in. w Cafe Draże, Aksamitnym Atelier czy księgarni Hobbit. Wszystko to objęte jest patronatem Galerii Sztuki Wozownia. Mapki ze szczegółami lokalizacji znajdziemy na ulotkach akcji. Imperium snu jest realizowane dzięki Stypendium Miasta Torunia, zaś autorem formuły zapachowej jest Piotr Kempski. GRZEGORZ WINCENTY-CICHY Justyna Gruszczyk / Imperium snu 5–10 listopada Toruń

DUET Z FEELINGIEM Jazz Club Od Nowa zaprasza na koncert formacji Przemysław Strączek&Teriver Cheung. Jednym z członków tego interesującego duetu, jak nietrudno się domyślić, jest Przemysław Strączek — jazzowy gitarzysta, aranżer, pedagog i kompozytor. Strączek jest laureatem Mistrzowskiego Konkursu Gitarzystów Jazzowych im. Marka Blizińskiego w Warszawie, a także jako jedyny Europejczyk finalistą ogólnoświatowego konkursu solistycznego Thailand International Jazz Conference Solo Competition. Teriver Cheung to z kolei pochodzący z Hongkongu, mieszkający w Nowym Jorku, obiecujący gitarzysta młodego pokolenia. Muzycy spotkali się w 2011 roku. Na kanwie współpracy powstała płyta Evans z kompozycjami pianistów Billa Evansa, Fryderyka Chopina (Mazurek F-Dur) i Jima Halla (Waltz New).

POTWÓR NA BROWARNEJ Dead Snow Monster wraz ze swoim pełnowymiarowym debiutanckim albumem I Wanted to See a Monster rusza właśnie w długą podróż, zwaną przez niektórych także trasą koncertową. Swoje gościnne występy potwór będzie dawał zarówno w Polsce, jak i za granicą. Zamiast przerażenia będzie siał ogólny zachwyt, pod warunkiem że będzie go słuchać publiczność lubująca się w surowych, garażowych dźwiękach i punkowym podejściu do muzycznej materii. Jak bardzo Dead Snow Monster potrafi punkowo podejść do muzycznej materii na scenie, na żywo, warto przekonać się osobiście — 8 listopada grupa zagra bowiem w klubie NRD, gdzie zaprezentuje swój debiutancki materiał. Zespół powstał 6 grudnia 2009 roku we Wrocławiu, a kilka dni później zagrał swój pierwszy koncert. W tak krótkim czasie, bez doświadczenia scenicznego i bez miesięcy prób miał tylko dwa wyjścia — albo mieć talent i się spodobać, albo nie. Reakcja publiczności, charakteryzująca się odczuciami raczej dalekimi od przerażenia, spowodowała, że muzycy wchodzący w skład śnieżnego potwora postanowili grać dalej. Na efekty długo

nie trzeba było czekać, bo już w kilka miesięcy od scenicznego debiutu zespół nagrał pierwszą epkę i zagrał kilka koncertów. W kolejnym roku pojawiły się: druga epka, składanka muzyczna Piotra Stelmacha — Offensywa 4 (z numerem DSM Get Your Guns) oraz występy na takich festiwalach jak Baraque Festival, PiotrkOFF Art Festival oraz najważniejszym — Open’er. I Wanted to See a Monster muzycy zarejestrowali w pięć dni w warunkach polowych, nagrywając utwory na „setkę” podczas jednego podejścia. Jeżeli ktoś stawia emocjonalność muzyki nad profesjonalność produkcji, na pewno się nie zawiedzie. „Musli Magazine” hołduje takim tradycjom, dlatego też objęło nad koncertem patronat. Serdecznie zapraszamy na ulicę Browarną, przyjmijmy ciepło śnieżnego potwora.

>>

ANIAL

Przemysław Strączek&Teriver Cheung 7 listopada, godz. 20.00 Od Nowa

(SY)

Dead Snow Monster 8 listopada, godz. 21.00 NRD

>>9


>>wydarzenia

9.11

9-11.11

9-11.11 KINO CENTRUM

FOT. SŁAWOMIR NAKONECZNY

ANNA MONDRZEJEWSKA / V FESTIWAL PERFORMANCE KOŁO CZASU

CSW

OD NOWA

STRACH SIĘ BAĆ STRACHÓW

ŚWIĘTO PERFORMERÓW

9 listopada sceną Od Nowy zawładną Strachy Na Lachy. O tym, że jest to grupa założona przez założycieli Pidżamy Porno, wie chyba każdy. To, że Grabaż to jeden z najbardziej cenionych, współczesnych rockowych poetów, wyjaśniać nikomu nie trzeba. O tym, że koncerty Strachów to zjawisko, będziemy mieli okazję przekonać się już niebawem. Pierwsza płyta Strachów to piosenki Grabaża uzupełnione o klasyczne szlagiery, takie jak utwór z serialu Stawiam na Tolka Banana czy kompozycja Krzysztofa Komedy do słów Agnieszki Osieckiej Nim wstanie dzień z „toruńskiego” westernu Prawo i pięść. Później przyszedł czas na albumy Piła Tango i Autor (z piosenkami Jacka Kaczmarskiego). Krążek Zakazane piosenki tylko umocnił pozycję zespołu na polskiej scenie. Od premiery płyty Dodekafonia minęły już ponad dwa lata, utwory nie zestarzały się jednak wcale. Jeśli ktoś, mimo szczerych chęci, nie dotrze na koncert, w ramach pocieszenia powinien zarzucić sobie na odtwarzacz, świeżutkie jak chlebuś od Bartkowskich, pierwsze w historii zespołu koncertowe DVD zatytułowane Przejście.

Toruński festiwal sztuki performance wymyślony i powołany do życia w 2007 roku przez Mariana Stępaka jest ciekawą i jedyną w swoim rodzaju propozycją w naszym mieście skierowaną do twórców oraz osób bardziej lub mniej zainteresowanych tą formą przekazu artystycznego. Autorami przekazów będą zarówno uznani artyści, od wielu lat zajmujący się performancem, jak i studenci akademii artystycznych (i nie tylko artystycznych). Przez trzy dni ponad czterdziestu twórców będzie zachęcało odbiorcę do interakcji albo przynajmniej do życzliwego bądź krytycznego łypnięcia okiem. Obojętność niewskazana.

>> MAREK ROZPŁOCH

VI Festiwal Performance Koło Czasu 9–11 listopada CSW „Znaki Czasu”

NOWE HORYZONTY W TORUNIU Nie licząc na to, że Festiwal T-Mobile Nowe Horyzonty zechce kiedyś przenieść się do Torunia, ale ciesząc się, że jego objazdowa odmiana nie omija grodu pierników i Kopernika, warto zapoznać się z proponowanym przez nią repertuarem. W ramach tournée zobaczymy m.in. nowe zaskakujące przedsięwzięcie filmowe Przemysława Wojcieszka — Sekret, w którym reżyser próbuje zmierzyć się z tematem trudnej przeszłości relacji polsko-żydowskich. Prezentowani będą także zdobywcy głównych nagród wrocławskich Nowych Horyzontów: Od czwartku do niedzieli Domingi Sotomayor Castillo, Sąsiedzkie dźwięki Klebera Mendonçy Filho, Donoma Djinna Carrénarda oraz inne godne polecania i obsypane nagrodami filmy: Holy Motors Léosa Caraxa, Za wzgórzami Cristiana Mungiu i Post tenebras lux Carlosa Reygadasa. MAREK ROZPŁOCH 4. edycja T-Mobile Nowe Horyzonty Tournée 9–11 listopada Kino Centrum / CSW „Znaki Czasu”

ANIAL

Strachy Na Lachy 9 listopada, godz. 19.00 Od Nowa

>>10

musli magazine


>>wydarzenia

10.11

FOT. JACEK POREMBA

OD NOWA

MIKA NA OBCASACH Od Nowa zaprasza na kolejny koncert na obcasach. Po Kari Amirian przyszedł czas na charyzmatyczną Mikę Urbaniak. Będąc córką Urszuli Dudziak i Michała Urbaniaka, jest się z góry skazaną na karierę muzyczną. Mika wychowywała się wśród dźwięków, co obudziło w niej ogromną muzyczną wrażliwość. Myli się jednak ten, kto twierdzi, że wokalistka odcina kupony od twórczości rodziców. Mika znalazła własny styl i konsekwentnie podąża obraną przez siebie drogą. Zaczynała od jazzu, z czasem odkrywając w sobie skłonność do muzyki soul, r’n’b i hip-hop. Podlewając tę mieszankę sosem ambitnego popu, stworzyła lekkostrawne, a jednak wykwintne danie. Artystka zadebiutowała w 2009 roku albumem Closer. Fanów i krytyków do tego stopnia zachwyciło światowe brzmienie krążka, że Mika Urbaniak odebrała Fryderyka w kategorii Album Roku Pop. Najnowsza płyta wokalistki, Follow You, to zabawa muzyką, cały wachlarz brzmień i gatunków. Mika Urbaniak współpracowała także z innymi wykonawcami, takimi jak Andrzej Smolik, O.S.T.R., Kayah, Tatiana Okupnik i Grzegorz Markowski.

>> ANIAL

Mika Urbaniak / Od Nowa na obcasach 10 listopada, godz. 20.00 Od Nowa

>>11


>>wydarzenia KONIEC

14.11

14-17.11

OD NOWA

EKSPERYMENTY Z JAZZEM 14 listopada na małej scenie Od Nowy zaprezentują się Laboratorium i Kubiak Quartet. Pierwszy z zespołów to jeden z najważniejszych wykonawców lat 70. Sekretem długowieczności i wyjątkowości grupy są poszukiwania własnego brzmienia. Zespół odrodził się jak feniks z popiołów w roku 2007, dając świetny występ podczas Zakopiańskiej Wiosny Jazzowej. Sukcesem okazało się także wydanie dziesięciopłytowego box-u Laboratorium Anthology 1971—1988. Nagrania wszystkie. Laboratorium zagra w składzie: Marek Stryszowski — saksofon altowy, sopranowy, wokal, Janusz Grzywacz — instrumenty klawiszowe, Krzysztof Ścierański — gitara basowa, Grzegorz Grzyb — perkusja, Marek Raduli — gitara. Obok Laboratorium zobaczymy i usłyszymy Kubiak Quartet — młody polsko-brytyjski zespół, łączący w swej twórczości elementy jazzu, klasyki, folku i poezji śpiewanej.

HORZYCA -------------------------

TEATR HORZYCY

>> ANIAL

Laboratorium / Kubiak Quartet 14 listopada, godz. 20.00 Od Nowa

>>12

KONIEC

27-30.11 TEATR HORZYCY

– POŻEGNANIE Z TYTUŁAMI W listopadzie z repertuaru Teatru im. Wilama Horzycy na zawsze znikną dwa najlepsze przedstawienia ostatnich sezonów: Caritas. Dwie minuty ciszy i Mroczna gra albo historie dla chłopców. Caritas. Dwie minuty ciszy jest autorskim projektem Lies Pauwels, belgijskiej reżyserki, znanej polskiej publiczności z prezentacji na Festiwalu Kontakt 2005 przedstawienia White Star, które otrzymało wówczas Grand Prix. Zaproszona do współpracy z Teatrem im. W. Horzycy Pauwels w marcu 2010 roku zrealizowała spektakl, jakiego w Toruniu dotąd nie było! Jak pisała recenzentka „Teatru dla Was”, Anita Nowak: „Spektakl po trosze ma formę konkursu piękności, po trosze eliminacji do popularnego programu telewizyjnego »Mam Talent«, a po trosze też psychodramy czy nawet spowiedzi [...]. Współczesny świat pokazany jest tu jako zdominowana przez głupotę i popkulturę mielizna. Rzeczywistość opętana przez kult młodości i urody, absolutnie wyprana z empatii i współczucia — świat odczłowieczanych kukieł i manekinów”. Do tego świetna eklektyczna muzyka i „jakby warlikowska” gra aktorska — warto zobaczyć ten

spektakl po raz ostatni, choćby dla samej wstrząsającej kreacji Agnieszki Wawrzkiewicz w finale! Szkoda tylko, że toruński Teatr nie pokazał tego przejmującego przedstawienia na żadnym z festiwali. Uwaga — co bardziej wrażliwi i nie szesnastoletni: niech lepiej wybiorą inne pożegnanie… ze spektaklem Mroczna gra albo historie dla chłopców w reżyserii Iwony Kempy. Zmieniająca od 1 stycznia 2013 roku Toruń na Kraków, dyrektor artystyczna Teatru Horzycy, właśnie tam w ubiegłym sezonie wyreżyserowała spektakl dyplomowy studentów PWST pt. Mroczna gra albo historie dla chłopców Carlosa Murillo, który na krótko trafił do repertuaru toruńskiego Teatru. „To intrygująca opowieść o dwóch kilkunastoletnich chłopcach, którzy w świecie Internetu szukają tego, czego brakuje im w rzeczywistości. Kiedy jeden z nich — Adam — zamieszcza na czacie ogłoszenie »Chcę się zakochać«, drugi — Nick — podejmuje z nim niebezpieczną grę, w której zmieniając tożsamość i manipulując Adamem, będzie próbował odpowiedzieć sobie na pytanie: »o co chodzi z tym KOCHAĆ?«. Historia rozpoczyna się w świecie wirtualnym, musli magazine


>>wydarzenia

16-18.11

16.11

15.11

CSW

FOT. KOBAS LAKSA / SUPERSAM MUSIC

FOT. MATERIAŁY PRASOWE

NRD

OD NOWA

EJ, CHODŹ NA HEY! ale swój tragiczny koniec znajduje w rzeczywistości” — pisze o swoim spektaklu Iwona Kempa. Porażający świeżością, talentem dziewięciorga początkujących aktorów i muzyką grupy Archive zyskał taką popularność, że bilety na kolejne „wizyty” Młodych Zdolnych w Horzycy w ubiegłym sezonie znikały w kilka godzin. To właśnie dzięki rewelacyjnej kreacji w Mrocznej grze… w Toruniu pozostał Arkadiusz Walesiak, to tutaj zadebiutował także Antoni Paradowski — świetnie znany widzom serialu Hotel 52 (znajomy Natalii z Paryża). Kto nie widział dotąd obu schodzących w tym miesiącu z afisza spektakli, ma ostatnią okazję, by się przekonać, że Horzyca na swe spektakle nie zaprasza tylko pokolenia 50+. ARKADIUSZ STERN Caritas. Dwie minuty ciszy reż. Lies Pauwels 14–17 listopada 2012 Mroczna gra albo historie dla chłopców/ Carlos Murillo reż. Iwona Kempa 27–30 listopada 2012 Teatr im. Wilama Horzycy

20 lat minęło jak jeden dzień… Jak to możliwe, że zespół ma więcej lat niż niejeden jego fan, a jednocześnie w ogóle się nie starzeje. Nadarza się okazja, by zapytać o to u źródła. 15 listopada Katarzyna Nosowska z kolegami odwiedzą Toruń. Hey ma na koncie dziesięć albumów studyjnych i pięć koncertowych. Wydawnictwa grupy sprzedały się w liczbie ponad 1,25 mln egzemplarzy! Co ciekawe, popularność Hey nie słabnie z upływem czasu, a zespół jest stale nagradzany. Grupa zgarnęła m.in. 30 statuetek Fryderyków i 69 nominacji do nagrody. Nikomu dotychczas nie udało się pobić tego rekordu. Lada moment ukaże się najnowsza płyta zespołu i to właśnie z jej promowaniem ma związek koncert w Od Nowie. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że uda się powtórzyć sukces związany z poprzednim albumem — Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!, który pokrył się podwójną platyną.

NOWE POKOLENIE

KOLACJA DLA WYBREDNYCH

Grupy Cool Kids of Death nikomu specjalnie przedstawiać nie trzeba. To jeden z najbardziej cenionych młodych zespołów sceny alternatywnej. A wszystko zaczęło się w Łodzi w roku 2001. O zespole było głośno już za sprawą debiutanckiej „żółtej” płyty. Została ona okrzyknięta manifestem pokoleniowym, a utwory na niej zapisane, jak choćby Butelki z benzyną i kamienie, na stałe weszły do kanonu polskiej muzyki rockowej. CKOD nie kazał długo czekać fanom na kolejne wydawnictwo. Rok po debiucie do rąk słuchaczy trafił krążek 2. Z kolei 2006 to tytuł trzeciej studyjnej płyty zespołu, a zarazem rok jej wydania. Po niej było Afterparty z roku 2008. CKOD to jednak nie znajomi, po których niczego nowego spodziewać się już nie można. Dowodem na tę tezę może być ostatnia płyta Plan Ewakuacji, która nie jest bezpieczną, oczywistą kontynuacją wcześniejszych dokonań. To zupełnie nowa jakość, przemyślany i kunsztowny album. Dowodów należy szukać w toruńskim klubie NRD, który gościć będzie Cool Kids of Death w listopadzie.

Wstęp wolny i wysoki poziom prezentowanych dzieł powinny zachęcić miłośnika X muzy do wybrania się na pokazy filmów krótkometrażowych w Kinie Centrum w dniach 16—18 listopada. Trzy pokazy i trzy bloki tematyczne: „Aperitif”, „Main course” i „SuperDesery CANAL+”, w ramach których zaprezentowane zostanie dwadzieścia jeden „szortów” i najciekawszych dostępnych obecnie propozycji krótkometrażowych. Smacznego! Pełne menu z opisami znajdziecie na stronie: csw.torun.pl.

>>

ANIAL

Hey 15 listopada, godz. 20.00 Od Nowa

MAREK ROZPŁOCH

Pokazy Szortów 2012 16–18 listopada Kino Centrum / CSW „Znaki Czasu”

ANIAL

Cool Kids of Death 16 listopada NRD

>>13


>>wydarzenia

16-17.11 OD NOWA

ŚWIĘT0 BLUESA Toruń Blues Meeting to jeden z najstarszych festiwali bluesowych w Polsce. W tym roku odbędzie się już po raz 23. Niektórzy uczestnicy to stali bywalcy imprezy, inni pojawią się na Toruń Blues Meeting pierwszy raz. Wszystkich łączy jedno — za rok wrócą w to samo miejsce, by poczuć znów tę wyjątkową atmosferę. Toruński festiwal to młodość i doświadczenie, blues w niejednym wydaniu. Ze sceny zabrzmi blues elektryczny i akustyczny, boogie, jump, west coast, blues-rock, country blues i blues chicagowski. Podczas poprzednich edycji Toruń Blues Meeting gościł takie sławy, jak: Tadeusz Nalepa, Dżem, Ireneusz Dudek, Martyna Jakubowicz, Easy Rider, Kasa Chorych, Mira Kubasińska, Keith Dunn, Carlos Johnson, John „Broadway” Tucker, Michael Roach, Mike Russell, Guitar Crusher, Eddie Turner i Earl Green oraz wykonawcy z Wielkiej Brytanii, Francji,

Holandii, Austrii, Niemiec, Szwecji, Finlandii, Włoch, Węgier, Czech, Słowacji, Litwy, Białorusi, a nawet Australii i Brazylii. Jednak największymi z gwiazd, które dotychczas odwiedziły toruński festiwal, są bez wątpienia amerykańska legenda Johnny Winter i Muddy Waters jr., syn Muddy Watersa. Kto zachwyci spragnioną muzycznych doznań publiczność w tym roku? Na pewno Stan Skibby, wybitny gitarzysta z USA, porównywany do samego Jimiego Hendrixa. Ponadto wśród wykonawców zespoły z całej Europy, a wśród nich polscy weterani: Dżem, Tortilla, Easy Rider, Cree i wiele innych. A kiedy zgasną prawie wszystkie światła, na małej scenie klubu rozpocznie się jam session…

>> >>14

17.11

17.11

CZARNE TAŚMY

TEATR PLUS MINUS

WOAK

CAFE DRAŻE

ANIAL

Toruń Blues Meeting 16–17 listopada, godz. 19.00 Od Nowa

The Black Tapes istnieją od dobrych sześciu lat. Pierwsza epka wydana rok po uformowaniu zespołu (2007) zwróciła uwagę wielu dziennikarzy muzycznych, w tym — co najważniejsze — tych z Polskiego Radia. Ci zaś umieścili kilka ich nagrań na składance Offensywa. W roku 2009 światło dzienne ujrzała, zarejestrowana rok wcześniej w Sztokholmie, płyta długogrająca The Black Tapes. Potem był Open’er i Jarocin, a rok później już kolejne wydawnictwo — tym razem o wdzięcznym tytule Shipwreck. Każde z nagrań było promowane trasami koncertowymi w całym kraju. Zespół znów jest w rozjazdach, co oznacza kolejną epkę — Middle Class. GRZEGORZ WINCENTY-CICHY The Black Tapes 17 listopada, godz. 20.00 Cafe Draże

Wojewódzki Ośrodek Animacji Kultury w Toruniu od kwietnia (z przerwą wakacyjną) organizował cykl szkoleniowy Teatr PLUS MINUS — projekt współfinansowany przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu Edukacja Kulturalna. Uczestnikami szkolenia byli instruktorzy teatralni, pedagodzy, psycholodzy, pracownicy socjalni, terapeuci oraz studenci podejmujący pracę w różnego rodzaju ośrodkach terapeutycznych i ośrodkach kultury. Ostatnie spotkanie szkoleniowe zaplanowane jest na 17 listopada. Będą to warsztaty teatralno-plastyczne Niech żyje komedia dell’arte. Zajęcia, prowadzone przez Agnieszkę Piasecką i Magdalenę Jasińską, zostaną poświęcone masce teatralnej i jej obecności w teatrze osób niepełnosprawnych. Warsztaty poprzedzi prezentacja multimedialna i wstęp teoretyczny do tradycji maski i komedii dell’arte oraz dotychczasowej roli maski w teatrze pojętym jako narzędzie terapii. Zajęcia praktyczne polegać będą na przygotowaniu odlewu gipsowego, a następnie — na jego podstawie — wykonaniu maski papierowej i ozdobieniu jej musli magazine


>>wydarzenia

19-21.11

KINO NA TALERZU zgodnie z konwencją komedii dell’arte. Nazajutrz odbędzie się forum dyskusyjne zamykające projekt Teatr PLUS MINUS. Koordynatorką całego projektu jest Agnieszka Piasecka — instruktor teatralny WOAK, absolwentka teatrologii na Uniwersytecie Łódzkim oraz Podyplomowego Studium Arteterapii. ARKADIUSZ STERN Niech żyje komedia dell’arte / warsztaty teatralno-plastyczne 17 listopada Wojewódzki Ośrodek Animacji Kultury

od 23.11

22.11

OD NOWA

Jak wygląda kino przez kuchenne okno, a może raczej kuchnia na kinowym ekranie, przekonamy się w dniach 19—21 listopada. Dobrze znany festiwal Przejrzeć wraca w czwartej odsłonie: Kino od Kuchni. Czego mogą spodziewać się łasuchy i kinomaniacy w jednym? Przede wszystkim filmów o tematyce okołokulinarnej, nie zabranie jednak atrakcji dodatkowych, takich jak konferencja naukowa „Kino od kuchni”, warsztaty „Food Art” oraz Jarmark Kulinarny z wprowadzeniem znawcy historii jedzenia, prof. Jarosława Dumanowskiego. Gościem specjalnym imprezy będzie Karol Okrasa, jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich kucharzy. Podczas festiwalu nie zabranie także doznań muzycznych. Tych dostarczy White Chocolate Trio, najnowszy zespół harmonijkarza Mieszka Służewskiego, zwycięzcy Festiwalu Harmonica Bridge 2011. Towarzyszyć będą mu Agata Leśniewska (śpiew) i Marek Grącki (gitara). Wszystkich połączyła miłość do białej czekolady i muzyki, oczywiście.

OD NOWA

WOZOWNIA

T.LOVE Z BLUESOWYM ZACIĘCIEM

PRZYPADEK ANTONINY L…

T.Love to jeden z weteranów polskiej sceny muzycznej. Choć Muniek Staszczyk z kolegami chętnie zaglądają do grodu Kopernika, tym razem pojawią się w charakterze jubilatów. Dla T.Love rok 2012 to 30. rok spędzony na scenie. Ukoronowaniem tego faktu ma być nowa płyta Old Is Gold, która ma być prezentem nie dla zespołu, a dla wszystkich wiernych fanów, którzy są z grupą od lat. Nowe wydawnictwo grupy to płyta wyjątkowa, inspirowana klasycznym bluesem i takimi ikonami muzyki, jak: John Lee Hooker, BB King, Bob Dylan, Johnny Cash i Elvis Presley. Do rąk fanów trafiły 22 utwory powstałe w latach 2008—2012. Zespół obecnie jest w trasie promującej najnowszy krążek, w ramach której zajrzy także do Torunia.

Przypadek Antoniny L… to pierwsza tak duża wystawa Izabelli Gustowskiej w Toruniu, a jej charakter będzie nieco inny od wcześniejszych propozycji artystki. Szkicując koncepcję wystawy, Gustowska zanotowała: „Od dawna miałam ochotę na zrobienie wystawy lekkiej, a nawet frywolnej, a może nawet trochę infantylnej, na dodatek w kolorze różowym (a przyznaję, że tego koloru wyjątkowo nie lubię). Już parę lat temu zrobiłam pewną przymiarkę, stwarzając młodą artystkę Antoninę de Lodi (włoskie nazwisko mojej babci). To Ona była autorką pracy Przyjaciele pokazaną na Art Poznań w 2005, to Ona była też jedną z poszukiwanych kobiet w Media Story She, realizowanej w Starej Rzeźni w 2008 (…). I widziałam Ją jako jedną z panien młodych w Love Stories na Festiwalu Urban Legend w 2009. Pomyślałam, że złożę te różne odpryskowe sytuacje i w przestrzeni galerii pokażę epizody z życia Antoniny, a właściwie ukryję ją wśród paru młodych kobiet”. Na wystawie w Wozowni zobaczymy m.in. różowy pokój z projekcjami widmowych cytatów z filmów i programów telewizyjnych, które artystka

>>

ANIAL

4. Festiwal Filmowy Przejrzeć: Kino od Kuchni 19–21 listopada, godz. 17.00 Od Nowa

ANIAL

T.Love 22 listopada, godz. 19.00 Od Nowa

>>15


IZA GUSTOWSKA / TROJACZKI CZERWONE / FOT. MATERIAŁY ORGANIZATORA

>>wydarzenia

oglądała w latach 70. i 80., wymieszany z aktualnościami wziętymi z You Tube. Hip-hopowe dziewczyny, bliźniaczki w czerwonych dresach, zasłuchane w popularnej nieznanej im piosence z lat 40. 18-letnie trojaczki o prerafaelickiej urodzie wpatrzone w wyskakującego z cylindra białego królika z pracy Noisy Boy z 2007. „To wszystko taka utopia, składanka — story zanurzona w różu i czerwieni i wiecznie padającym sztucznym śniegu. To taka trochę Różyczka jak z Obywatela Kane’a Orsona Wellesa. Lekkie story o młodości, do której nie można już wrócić” — pisze Izabella Gustowska — artystka, pedagog, urodzona w 1948 roku w Poznaniu. Uprawia malarstwo, grafikę, fotografię, realizuje instalacje, performances, wideo-performances; w większości prac wykorzystuje różne media. Uzyskała dyplom w poznańskiej PWSSP, od 1991 roku posiada tytuł profesora zwyczajnego, prowadzi Pracownię Działań Performatywnych i Multimedialnych na Wydziale Komunikacji Multimedialnej UAM oraz uczy na kierunku grafika w Wyższej Szkole Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa. Uważana za jedną z najciekawszych polskich artystek posługujących się techniką

wideo. Jej prace znajdują się m.in. w kolekcjach Contemporary Graphics Collection w Edmonton, Graphische Sammlung Albertina — Museum Moderner Kunst Stiftung Ludwig w Wiedniu, Victoria and Albert Museum w Londynie czy Zachęty w Warszawie. Jako kuratorka przygotowała wiele wystaw i wydarzeń artystycznych. ARKADIUSZ STERN Przypadek Antoniny L… / Izabella Gustowska kuratorka: Małgorzata Jankowska 23 listopada–9 grudnia Galeria Sztuki Wozownia

>> >>16

23-25.11 BAJ POMORSKI

27 TORUŃSKIE SPOTKANIA TEATRÓW W dniach 23—25 listopada w Baju Pomorskim odbędzie się ostatni z czterech corocznych festiwali teatralnych w naszym mieście — 27 Toruńskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora. Podczas trzech dni TSTJA zobaczymy jedenaście monodramów w wykonaniu zarówno wielce doświadczonych aktorów, jak i już tradycyjnie laureatów Turnieju Teatrów Jednego Aktora SAM NA SCENIE w Słupsku. Spotkania w piątek otworzy monodram Psalmy Dawida w wykonaniu samego prezesa ZASP — Olgierda Łukaszewicza. Mistrz bardzo transcedentalnie podchodzi do zjawiska „one man show” i jasnego rozgraniczenia monodramu od recytacji. Jak sam pisał: „W Psalmach Dawida, prowadząc dialog wyobrażony, sięgając po teksty zarezerwowane dla ołtarza, zadawałem pytania, które miały spełniać funkcję katarktyczną. Akt tego obnażania się podczas tego spotkania polegał na zdejmowaniu z siebie zasłon: oto jest tylko aktorstwo, oto jest tylko płacz, oto rozpacz (…)”. Tego samego dnia aktor Teatru im. Wilama Horzycy — Sławomir Maciejewski — zaprezentuje swój monodram pt. COSI, GDZIESI, KAJSI, KTOSI na podstawie Wesela Stanisława Wyspiańskiego. Bez Panny Młodej, Pana Młodego, drużbów, druhen i rodzin nowożeńców, ale za to z… orkiestrą. To będzie także swo-

iste pożegnanie aktora z Toruniem przed wyprowadzką do Krakowa. Drugiego dnia TSTJA zobaczymy aż pięć monodramów, w tym dwa laureatów Turnieju Teatrów Jednego Aktora SAM NA SCENIE w Słupsku z lat 2011 i 2012: TEATRALNOŚĆ Mateusza Nowaka i Nie-winną? Kamili Winkler. Następnie swój monodram Patryk K. (na podstawie fragmentów trzech powieści Jerzego Pilcha) zaprezentuje znakomity aktor Krzysztof Grabowski, wielokrotnie nagradzany na festiwalach i przeglądach, m.in. w 2010 r. w Toruniu. Monodram Patryk K. to uteatralizowana wersja coraz bardziej popularnego w Polsce stand-up comedy. „Jest to próba wytyczenia i zatarcia granicy między tym, co śmieszne, a tym, co tragiczne. To autobiograficzna opowieść z pozoru normalnego człowieka, w której rodzi się czy też odsłania dewiant”. Następnie Ewa Dąbrowska z Teatru Żydowskiego w Warszawie zaprezentuje monodram Mur autorstwa Ryszarda Marka Grońskiego, poświęcony Irenie Sendlerowej. Drugi dzień TSTJA zamknie monodram Caryl Swift pt. Matka Mejra i jej dzieci. Aktorka wcieli się w rolę Bośniaczki, która podczas czystek etnicznych w byłej Jugosławii straciła swoje dzieci. Oczami Matki Mejry obserwować będziemy pracę antropolog sądowej, która zajmuje się ekshumacją i identyfikują musli magazine


>>wydarzenia

JEDNEGO AKTORA szczątków ofiar wojny w Bośni i Hercegowinie. Trzeci międzynarodowy dzień Spotkań rozpocznie promocja publikacji z serii poświęconej ruchowi teatrów jednego aktora CZARNA KSIĄŻECZKA Z HAMLETEM. BIRUTE MAR. Bez Maski, prezentującej życiorys artystyczny wybitnej monodramistki litewskiej — Birute Marcinkevićiute, która tego dnia wystąpi także w monodramie Antygona. Następnie na scenie Baja Pomorskiego zobaczymy armeńskiego aktora Roberta Hakobyana w monodramie Najstarsza profesja. 27 TSTJA zamknie recital Krzysztofa Daukszewicza Polska jest najśmieszniejsza. Tradycyjnie na Toruńskich Spotkaniach Teatrów Jednego Aktora najlepszych aktorów uhonoruje Kapituła Nagrody Publiczności oraz po raz pierwszy swą prywatną nagrodę dla najciekawszej kreacji aktorskiej przyznają Danuta Wieczorek i Aleksandra Kalisz z firmy Nerro. ARKADIUSZ STERN 27 Toruńskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora 23–25 listopada 2012 Teatr Baj Pomorski

>>

>>17


>>wydarzenia

30.11

29.11

30.11 DWÓR ARTUSA

OD NOWA

OD NOWA

THE CUTS Z PIŁĄ ELEKTRYCZNĄ Gitary, elektro, indie rock — tak w krótki sposób można scharakteryzować brzmienie The Cuts. Grupa ma na koncie trzy ciepło przyjęte płyty, a wszystko zaczęło się w 2006 roku w Pile… The Cuts to formacja nagradzana (Człowiek Roku 2008 w dziedzinie „Kultura”, przyznawany przez Polskapresse) i obecna (TOPTrendy 2008, 46. Krajowy Festiwal Piosenki w Opolu). Obecnie The Cuts podróżuje po kraju w ramach trasy „Elektro-Rockowy Festiwal Objazdowy Piła Elektryczna”. Wśród 20 miast, które zespół odwiedzi, nie zabrakło także Torunia. Grupa promować będzie najnowszy album Zimne słońce, który miał premierę 17 września. Ale podczas wizyty w mieście piernika i Kopernika z pewnością nie zabranie starszych szlagierów. Z zespołem zagrają m.in. Dass Moon, Black Tower, DJ Hiro Szyma, Half Light.

KAMIL I JEGO BEDNAREK

PIOTR BUKARTYK

Kamil Bednarek to młodzieniec, którego się kocha lub nienawidzi. Wprowadził „na salony” (choć polskiemu szoł-biznesowi bliższe są raczej „obory”) i pod strzechy muzykę reggae. Wykonawca wystąpi w Toruniu z nowym zespołem Bednarek podczas koncertu związanego ze Światowym Dniem Walki z AIDS, który obchodzony jest 1 grudnia. Ale wróćmy do Kamila i Bednarka, który powstał wskutek zastąpienia gitarzystów StarGuardMuffin weteranami ze Stage of Unity. Obecnie Kamil Bednarek pracuje nad nowym albumem, który zapewne przekuje w kolejny komercyjny sukces.

>> ANIAL

The Cuts 29 listopada, godz. 20.00 Od Nowa

>>18

ANIAL

Bednarek 30 listopada, godz. 19.00 Od Nowa

Koncertem Piotra Bukartyka Dwór Artusa uświetni XXVI edycję Konkursu Poetyckiego O liść konwalii im. Zbigniewa Herberta. Konkurs organizowany we współpracy z Urzędem Miasta z roku na rok zdobywa coraz większe rzesze sympatyków i uczestników. Spośród nadsyłanych wierszy jury wybierze najlepsze utwory lub zestawy poetyckie. Na zwycięzcę czeka nie tylko nagroda finansowa, ale przede wszystkim udział w obradach podczas kolejnej edycji konkursu. W tym roku oprócz Jacka Dehnela, Marcina Woźniaka i o. Wacława Oszajcy w gronie jurorów zasiada również laureat zeszłorocznej odsłony Liścia konwalii — Janusz Radwański. Tuż po uroczystości wręczenia nagród na scenie pojawi się osoba nietuzinkowa… Piotr Bukartyk, którego krytycy i dziennikarze muzyczni na próżno próbują zaszufladkować. Był on już okrzyknięty „poetą rocka”, a także „elektrycznym bardem”, jednak tylko powierzchownie opisuje to jego fenomen. Bukartyk wygrał niemal wszystkie przeglądy i festiwale, w których nagradza się przymioty tekstu piosenki. Jego twórczość to swego rodzaju zabawa języ-

kiem ojczystym. Kwintesencją są chociażby komentarze prasowe traktujące teksty artysty jako słowną mechanikę precyzyjną, wyrazową chirurgię plastyczną oraz literackie krawiectwo na najwyższym poziomie. Dlatego też koncert Piotra Bukartyka będzie idealnym zwieńczeniem święta poetów i znakomicie odda charakter oraz ducha poezji unoszącego się w Andrzejki w Dworze Artusa. ARKADIUSZ STERN Piotr Bukartyk 30 listopada Dwór Artusa / Sala Wielka

musli magazine


>>wydarzenia

POROZMAWIAJMY O KULTURZE! W listopadzie zapraszamy do Bydgoszczy wszystkich tych, którym bliski jest rozwój kultury i owocna burza mózgów na jej temat. Instytut Kulturoznawstwa, Studenckie Koło Inicjatyw Innowacyjnych w Kulturze „Other Way” Wyższej Szkoły Gospodarki w Bydgoszczy wraz z Regionalnym Obserwatorium Kultury w Bydgoszczy i Fundacją Pro Cultura zapraszają na interdyscyplinarną konferencję: „Kultura — od wizji do praktyki”.

Kultura przechodzi dzisiaj wyjątkowy proces — staje się przedmiotem zainteresowania nie tylko teoretyków i polityków, ale także w coraz większym stopniu pozostałych obywateli. Skutkuje to rozwojem rozmaitych form aktywności kulturalnej. W takiej sytuacji niezwykle ważnym, ale i nie mniej frapującym zadaniem staje się refleksja nad modelami organizowania i zarządzania kulturą. Od przenikliwych i wieloaspektowych analiz mo-

deli zarządzania kulturą zależy, czy miejskie, regionalne, a nawet krajowe systemy kultury będą się rozwijały, angażując coraz więcej osób. Jak mówią organizatorzy wydarzenia: „Chcemy dyskutować o nowych strategiach zarządzania kulturą. W rozwiązaniach tradycyjnych chcemy oglądać ich potencjalne perspektywy strategiczne, zaś w praktykach nowych, innowacyjnych — testować ich wizyjność, skierowanie na przyszłość. Przed-

miotem konferencji chcemy uczynić zarówno praktyki poszczególnych instytucji, jak i regionalne polityki kultury”. Patronem konferencji organizatorzy uczynili Andrzeja Szwalbego, wybitnego działacza kultury, dzięki którego wizjonerstwu Bydgoszcz w bardzo niedługim czasie stała się instytucjonalną mekką życia muzycznego. Szczegóły: www. wizjakultury.byd.pl.

<< Kultura – od wizji do praktyki 30 listopada Bydgoszcz / APK (Wyższa Szkoła Gospodarki)

>>19


{

>>relacja

Tofifest. Głód ki Geraldine Chaplin

Jakub Gierszał

Za nami dziesiąta, a zatem jubileuszowa, odsłona toruńskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Tofifest. Filmowa uczta trwała siedem dni, podczas których publiczność za sprawą wehikułu magicznego X Muzy wędrowała po szerokich drogach kina środka i bezdrożach kina artystycznego. Balans poetyki filmowej trafił w punkt i gusta publiczności, która od dziesięciu lat wiernie towarzyszy imprezie nabierającej coraz większego rozpędu. Zaczęło się — jak u Hitchcocka — od trzęsienia ziemi, czyli przyjazdu Geraldine Chaplin, która podczas Gali Otwarcia odebrała Złotego Anioła za Całokształt Twórczości. Po tym wydarzeniu napięcie stopniowo rosło — aż do piątkowego werdyktu, nagród i oklasków publiczności. Do kogo powędrowały nagrody? Jury Międzynarodowego Konkursu On Air na najlepszy pełnometrażowy debiut lub drugi film fabularny przewodniczył Zbigniew Zamachowski, towarzyszyli mu: rumuńska reżyserka Anca Damian, belgijska reżyserka Rachel Lang, krytyk filmowy Piotr Kletowski oraz reżyser Bodo Kox. Ich obrady zaowocowały słusznym

We mgle

werdyktem, aby Grand Prix Tofifest 2012 przyznać filmowi Kuma z Austrii w reżyserii Umata Daga. Jury w uzasadnieniu napisało: „Film dzięki oryginalnej konstrukcji narracyjnej wydobywa zaskakujące, a przy tym prawdziwe relacje międzyludzkie we współczesnym, międzykulturowym społeczeństwie”. Nagroda za reżyserię trafiła z kolei do Ivety Grofovej ze Słowacji, reżyserki filmu Až Do Mesta Aš. Jury doceniło „bezkompromisową i odważną formalnie reżyserię, unikającą uproszczeń w ukazywaniu losów głównej bohaterki wrzuconej w przestrzeń ludzkiej degradacji”. Nagrodę za Najlepszą Scenę Filmową im. Zygmunta Kałużyńskiego przyznano Siergiejowi Łoźnicy za scenę z filmu We mgle. Jak czytamy w werdykcie: za „mistrzowski mastershot, wprowadzający od pierwszego kadru w świat filmu Sergeia Loznitsy ukazujący grozę wojny uchwyconą w jednym ujęciu”. W jury Międzynarodowego Konkursu Filmów Krótkometrażowych Shortcut w tym roku zasiedli: Peter Muszatics, dyrektor festiwalu Ciunegfest w węgierskim Miszkolcu; Natalia Lesz, aktorka i piosenkarka; oraz re-

Až Do Mesta Aš


>>relacja

ina i trzęsienie ziemi! Michał Urbaniak

żyser Kuba Czekaj. Złoty Anioł powędrował do Węgra Attili Tilla za obraz Csicska. Jury doceniło w nim „obdarzone niesamowitą siłą zobrazowanie ludzkiego poniżenia”. Specjalne wyróżnienie powędrowało do Michaela Rittmannsbergera z Austrii za Abgestempelt. W konkursie polskim From Poland nagroda trafiła zasłużenie do rąk Piotra Trzaskalskiego za film Mój rower z brawurową kreacją filmowego naturszczyka Michała Urbaniaka. Specjalnego Flisaka Tofifest, Kujawsko-Pomorską Nagrodę Filmową przyznawaną przez prezydenta Torunia Michała Zaleskiego, wręczono po raz pierwszy człowiekowi spoza branży filmowej. Otrzymał ją dziennikarz „Nowości” Szymon Spandowski, który wykazał się szczególną wrażliwością i determinacją w odkrywaniu lokalnych tropów filmowych. Drugi Flisak trafił do rąk Jakuba Gierszała, znanego z obiecujących kreacji w obrazach: Sala samobójców, Wszystko, co kocham i Yuma. Aktor dodatkowo otrzymał Złotego Anioła Tofifest dla Wschodzącej Gwiazdy Kina Europejskiego. Do grona

Csicska

Maria Peszek

nagrodzonych Tofifestu dołączyła Krystyna Janda, która wyjechała z Torunia ze Złotym Aniołem za Niepokorność Twórczą. And last but not least… należy wspomnieć o rzeczywistości pozakonkursowej festiwalu, która dostarczyła nie mniej emocji! Jak co roku dyrektor festiwalu Kafka Jaworska zadbała o właściwie skomponowaną symfonię niepokornych sekcji. W ramach cyklu „Mistrzowie” publiczność poznała mało znany w Europie dorobek twórczy gwiazdy indyjskiego kina Smity Patil. Tradycyjnie nie zabrakło też narodowych retrospektyw. Tym razem zaprezentowano najnowsze wykwity kina Austrii i Węgier. „Forward!” podczas 10. edycji festiwalu upłynął w rytmie osobliwej poetyki kina filipińskiego. Publiczność zachwyciły również tegoroczne „Zjawiska”, czyli przegląd filmów kina afroamerykańskiego z nurtu Blaxploitation. „Forum 11/12” przypomniało spóźnialskim piętnaście najlepszych filmów minionego sezonu, a „TOP 9” najciekawsze obrazy poprzednich edycji festiwalu (2003—2011). Nie byłoby też Tofifestu bez „Lokalizacji”, które za cel stawiają sobie prezentację

Abgestempelt

Krystyna Janda

i promocję lokalnych twórców, oraz bez „Filmogrania”, czyli ukłonu w stronę najmłodszych kinomanów. O muzyczną oprawę wydarzenia zadbała równie niepokorna co filmowe menu Maria Peszek! Po raz kolejny też bez czerwonych dywanów i wieczorowych kreacji — co chętnie podkreślają autorzy wydarzenia — udało się w Toruniu wytworzyć klimat twórczego fermentu filmowego. Aby to sprawić, potrzeba słuchu absolutnego, który wyczuwa nastroje kina i oczekiwania publiczności. Droga niepokornych z Torunia mimo zmiany terminu festiwalowego przystanku okazała się sukcesem. Kapryśny październik dogrzała atmosfera gorących spotkań i filmowych emocji. Tegoroczna edycja udowodniła też, że w mieście panuje głód dobrego kina. Oby więcej takich okazji, by wypełnić filmowe toruńskie menu po brzegi! MAGDA WICHROWSKA 10. Międzynarodowy Festiwal Filmowy TOFIFEST 20–26 października Toruń


>>porozmawiaj z nim...

Pasą się, pasą z Januszem R. Kowalczykiem – autorem książki „Wracając do moich Baranów” – rozmawia Marek Rozpłoch

>>14

musli magazine


>>porozmawiaj z nim...

FOT. ALEKSANDRA KOWALCZYK

>>23


>>porozmawiaj z nim...

Tegoroczny Między narodowy Festiwal Teatrów La lek SPOTKANIA w Teatr ze Baj Pomorski obfitowa ł w wiele wydarzeń towarzys zących, takich jak warsztaty dla dzieci, koncerty dla dorosł ych itp. Jednym z takich zd arzeń było spotkanie z Janusz em R. Kowalczykiem prom ujące jego książkę „Wracając do moich Baranów”, połączo ne z występem dwóch kabaretowych grup aktorek i aktorów Baja preze ntujących program satyryczn y inspirowany piosenkami z kręgu Piwnicy pod Baranami (i tymi pio senkami przeplatany). Po sp otkaniu udało mi się przeprowad zić wywiad z autorem książki

>>Pierwsze pytanie. Skąd potrzeba różnorodności gatunkowej w Pana książce, czy to konieczność zamknięcia w jednym tomie całości Pana doświadczeń z Piwnicą pod Baranami, czy bardziej chodzi o przystępny przekaz dla czytelnika? To jest bardzo dziwne zjawisko ta Piwnica pod Baranami — bo niezależnie od tego, ile książek by się o niej nie napisało, i tak zawsze można napisać nową. Ja starałem się swoim spojrzeniem na czas, kiedy w Piwnicy byłem, i późniejszy, gdy inne wyzwania życiowe od kabaretu mnie odciągnęły, opisać Piwnicę i siebie — szczególnie to, po co tam byłem. A byłem jednym z Piwnicznych satyryków, pisane więc jest to z nieco egoistycznego punktu widzenia. (Rozmowę przerywa pukanie do drzwi — przyp. red.) Proszę bardzo! W tej chwili wchodzi do sali pan Krzysztof Zaremba, wybitny artysta, muzyk, aktor, który podczas promocji książki dokonał cudu scenicznego — te utwory, które były grane przez Koniecznego, Pawluśkiewicza, Grechutę, Walewskiego, Preisnera, pan Krzysztof swoim opracowaniem wspaniale uprzystępnił w swoich interpretacjach. Wielka to też zasługa artystów Baja Pomorskiego — bardzo serdecznie dziękuję. Wracając do pytania o różnorodność… Moja różnorodność w Piwnicy była ograniczona — zajmowałem się gadaniem. Pisałem teksty istotne w tym czasie, które ukazać mogły się tylko w podziemiu. I osobiście odczuwałem ten kabaret jako rodzaj podziemia — nomen omen mieścił się w podziemiu. Potem też miałem związki z drugim obiegiem i trochę o tym też wspominam w książce, ale to już późniejszy okres. Wchodząc do Piwnicy, byłem studentem teatrologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, czułem się skonfundowany, że jestem taki osobny, ale też podobnie osobny okazał się Andrzej Pacuła — młodszy brat Marka Pacuły, który po śmierci Piotra Skrzyneckiego prowadził Piwnicę. Stworzyliśmy razem zgrany duet. >>Zasadniczy trzon tej książki zaczął powstawać od razu

po Pana odejściu z Piwnicy, czy jest to jednak zamysł ostatnich lat? Ktoś mi już zadał to pytanie wcześniej: ile lat to pisałem? Ja odpowiedziałem, że 20 lat i 2 miesiące. Przez 20 lat pracowałem jako dziennikarz, krytyk teatralny — w „Rzeczpospolitej” głównie — i pisałem w tym czasie o Piwnicznych artystach, mych kolegach, >>18

musli magazine


>>porozmawiaj z nim...

głównie portrety aktorów i autorów. Trzon książkowych wspomnień to na nowo opracowane te właśnie teksty dawne. Jest ich chyba kilkadziesiąt, jeśli nie setka. Te dwa miesiące, które dodałem do rachuby, poświęciłem na to, by wszystko scalić, uporządkować, uprzystępnić. Jaki efekt? O efekcie nie mnie się wypowiadać…

>>Czy przekształcenie się Piwnicy w mit, jej sakraliza-

cja — były czymś nieuchronnym, czy czuło się to już w tamtych czasach? I czy taki wizerunek nie zamazuje tego, co niegdyś było najważniejsze — zabawy, radości życia? Piwnica pod Baranami istnieje w legendzie, w micie — bardzo często wspomina się początki, Ewę Demarczyk, Zygmunta Koniecznego, który stworzył odmianę polskiej piosenki, zyskującej wówczas olbrzymią sławę, mianowicie piosenkę poetycką. To był pomysł Piotra Skrzyneckiego i Zygmunta Koniecznego, którzy specjalnie brali teksty z najwyższej półki, znaleźli też fenomenalną Ewę Demarczyk. Potem doszły i inne wykonawczynie — ale cały mit powstał na barkach Skrzyneckiego, Koniecznego i Demarczyk. Są dwa aspekty Piwnicy — legenda i życie codzienne. W książce starałem się je pogodzić. Moje wspomnienia to lata siedemdziesiąte, kiedy się tam znalazłem, i bardzo trudne lata osiemdziesiąte, które nie zostały jeszcze w zasadzie opisane. Wspaniały album Joanny Olczak-Roniker to jest rzecz fundamentalna, taki filar. Moja książka to głos z boku, ale są w niej rzeczy, o których ona nie pisała. W tym okresie przychodziła już tylko okazjonalnie, była trochę z boku, czasem pomagała literacko, na przykład przy Wnijściu Xięcia Józefa Poniatowskiego do Krakowa, jakichś jubileuszach, rocznicach…

tach improwizowane — co cenzura zmieniała, to i tak przechodziło. Były też różne interwencje na rzecz złagodzenia cenzury w Piwnicy: premier Cyrankiewicz przyjeżdżał do Piwnicy, bo Piwnicę kochał. Przez profesorów, ludzi z prawdziwego świecznika kultury próbowano załatwiać odblokowanie głupich i szkodliwych decyzji… Bo pewnych rzeczy zatrzymać się nie da, ludzi nie wolno tłamsić, ludzie mają prawo do swobodnej wypowiedzi. Artystom nie można nakładać kajdan. Nie wszystko im wolno, oczywiście musi być jakiś porządek, ale nikt z zewnątrz nie może go narzucać — muszą sami go sobie wyznaczyć. I Piwnica wkomponowała się właśnie w taki porządek anarchii, która była wolnością. Awangarda, która potem okazała się podziemiem, bez wydziałów kultury czy komitetów centralnych. Każdy mógł się okazać artystą — na własną miarę, co jednym wychodziło lepiej, drugim zaś gorzej… Przez Piwnicę przewinęły się setki artystów. Sam boję się powiedzieć, że byłem artystą. Byłem raczej trybikiem… Gdybym nie napisał tej książki, w Piwnicy by o mnie pewnie zapomniano. Tymczasem Piwnica pod Baranami trwała, trwa i trwać będzie.

>>Czy wielkość i ranga Piwnicy to głównie zasługa osobo-

wości twórców, czy też fenomen taki mógł funkcjonować w ten właśnie, a nie inny sposób tylko w trudnych peerelowskich warunkach? Jest takie powiedzenie: „wentyl bezpieczeństwa”. Czasy były trudne, wszystko było reglamentowane, kontrolowane — władza w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych. Nawet po 1956 roku… To w ogóle fenomen, że taki kabaret mógł wtedy powstać, po Październiku 56. Cenzura próbowała działać, ale nie można było tego poskromić. Mówiło się wszystko poza nią — to, co cenzura zaklepała, było odkręcane. Występy były w dziewięćdziesięciu pięciu procen>>25


>>na kanapie

Subiektywizm, obiektywizm czy prawda autora? Vol. 2 >>

Magda Wichrowska

Wiernym czytelnikom „Musli Magazine” przypomnę, że moje zawirowania subiektywno-obiektywne i rozczulenie nad prawdą zaowocowało już felietonem w numerze październikowym. Niewtajemniczonym wypada przytoczyć tezę, jaką spointowałam ostatni felieton: „A zatem nie bez satysfakcji i na przekór obiegowym głupstwom powiem, że obiektywizm autora widzę, paradoksalnie, w absolutnie subiektywnej postawie otwartości na rzeczywistość, wielości rozwiązań i możliwości”. Temat dojrzewał przez miesiąc. I tak sobie wykombinowałam, że myśl tę znakomicie obrazuje wiersz Julii Hartwig Raz jeden. To chyba najpiękniejsze, jakie znam, nawoływanie do pozbycia się przesądów o świecie i podejścia bliżej, chęci poznania z innej, mniej oczywistej perspektywy i zrozumienia. Mówił też o tym Krzysztof Kieślowski. Chociaż najważniejszy był dla niego autor, który w żadnym wypadku nie powinien rezygnować z własnego komentarza do rejestrowanej rzeczywistości, to równie często podkreślał, że nie powinien on w rzeczywistość ingerować i prowokować jej, jedynie cierpliwie obserwować, by znaleźć się możliwie blisko, lepiej zrozumieć i w konsekwencji mieć szansę na jej poznanie. Co tu dużo mówić. Relacja reżyser—rzeczywistość jest zazwyczaj relacją człowieka ze środowiskiem mu znanym, którego jest integralną częścią, do której ma emocjonalny lub jakikolwiek stosunek. Ma więc autor absolutne, zupełnie naturalne, niezbywalne prawo do własnego spojrzenia, ale także obowiązek respektowania obiektywnej rzeczywistości, podchodzenia do niej bez założeń, odrzucając stereotypy, tak aby nie odwrócić się od niej ku własnej kreacji. Perspektywa subiektywna jest autorską formą poznawania rzeczywistości, nie stroni od emocji i osobistych wniosków, bo też nie ma powodu, by z tego rezygnować. Realizacja filmu — niezależnie od tego, czy jest to film fabularny czy dokumentalny — jest serią subiektywnych wyborów reżysera, począwszy od wyboru tematu a skończywszy na sugestii ustawienia kamery. Utożsamienie perspektywy subiektywnej tylko z filmem

„ >>26

fabularnym jest ogromnym nadużyciem. Fikcja filmowa, która w oczywisty sposób wiąże się z filmem fabularnym, nie ma z pojęciem subiektywizmu nic wspólnego. Zatem rozróżnienie i przyporządkowanie filmowi fabularnemu subiektywizmu a filmowi dokumentalnemu obiektywizmu trzeba uznać za nie tyle bezzasadne, co błędne. Pozostaje jednak palące pytanie: dlaczego zestawianie filmu dokumentalnego z postawą obiektywizmu jest tak powszechne? Otóż wydaje się, że winę za taki stan rzeczy ponosi historia. Podobnie jak pojawienie się fotografii w połowie XIX wieku, w czasie wielkiego kryzysu prawdy, tak też narodziny kina kilkadziesiąt lat później łączono z przełomem poznawczym, możliwością dotarcia do rzeczywistości, bezpośredniego i przezroczystego w nią wglądu, kontaktu z nią, co — jak wiadomo — w obu przypadkach możliwe nie jest. Wiek XIX w filozofii to panowanie myśli scjentystycznej, która utrzymywała, że rzeczywistość ma charakter poznawalny. Narodziny kina też utożsamiano z walorami poznawczymi nim zeszło na manowce rozrywki. Dzisiaj funkcje informacyjne w dużej mierze przejęły telewizyjne programy. To, co pozostało po palącej potrzebie poznania świata przez kino, to film dokumentalny, od którego niekiedy, absolutnie bezzasadnie, oczekuje się spełnienia ludzkiego marzenia o kinie obiektywnym, które zastąpi nam prawdziwe (bezpośrednie) poznanie otaczającego świata. „Kiedy fotografuję, to otwartym okiem patrzę na świat, a zamkniętym spoglądam w siebie” — powiedział kiedyś Henri Cartier-Bresson. Oko twórcy nie jest okiem opatrzności, jest jednym z wielu patrzących na świat ludzkich oczu. Reżyser wobec chaosu świata, nieustannie przepływającej rzeczywistości, próbuje zatrzymać się, znaleźć — także w sobie — pewien centralny punkt i wydobyć z niego porządek, który często utożsamia z prawdą. Nie zawsze jest on jednak tożsamy z tym, co dla dokumentalisty pozostaje trofeum najwyższym. Film dokumentalny jest zaledwie jednym ze sposobów wydobycia prawdy z rzeczywistości, nigdy natomiast jej gwarantem. musli magazine


W szambie słów >>

>>gorzkie żale

Anna Rokita

Świat zamknięty w sieci nadal nie przestaje mnie zaskakiwać. Oczywiście głównie negatywnie. Do tego stopnia, że włączam komputer tylko wtedy, kiedy muszę, czyli w robocie. Niekiedy jednak, chyba z pobudek masochistycznych, postanawiam podryfować po oceanie głupoty. Nie jestem odosobniona w tym, że dzień zaczynam od kawy i rozeznania, co też w trawie piszczy. Polega to głównie na przeglądaniu wiadomości w portalach informacyjnych i — rzecz jasna — podglądaniu, co tam ciekawego do powiedzenia na forum mają znajomi bliżsi i dalsi. Muszę się przyznać do bycia fejsbukowym pasożytem. Od siebie taki nic nie da, ale za to chętnie pożeruje na innych. Choć może nie do końca. Po prostu wydaje mi się, że jeśli nie ma się nic mądrego w danej chwili do powiedzenia, lepiej zamilknąć (albo napisać raz w miesiącu felieton i dać se siana). Niestety, nie wszyscy biorą sobie do serca myśl, że milczenie jest złotem i demaskują się ze swoją śmiesznością, by nie użyć słów bardziej dosadnych. Wydawało mi się, że łatwiej jest skompromitować się zdjęciem, o czym już pisałam parę numerów wstecz. Dziś wiem, że nie trzeba przed całym światem prężyć się w przedpokoju, wypinać na półkotapczanie, obnażać w egipskich basenach, żeby być posądzonym o problemy z głową. Wystarczy wyrzucić z siebie parę słów, a nawet mniej. Na kilku znajomych naprawdę się zawiodłam. Mam na myśli szczególnie tych, którzy udzielają się najczęściej. W ich przypadku prawdopodobieństwo zrobienia z siebie głupka jest większe. Co ciekawe, padają ofiarą tej prawidłowości nie tylko na własne życzenie, ale też bez zażenowania. Gdybym miała stworzyć ranking najbardziej irytujących wpisów, na pewno jedno z pierwszych miejsc zajęłyby statusy enigmatyczne. Taki tekst nic nie wnosi, a jego znaczenie jest znane jedynie osobie, spod ręki której wychodzi. Co ma na celu ów wpis? Przede wszystkim autor chce zaintrygować znajomych i uruchomić lawinę pytań, czyli po prostu pragnie zwrócić na siebie uwagę. Jak rozpoznać taką próbę? Może to być status o treści: „12 dni”, „:-)”, „byle do czwartku”. Nikt nie będzie wiedzieć, o co chodzi, ale twórca zaspokoi potrzebę podzielenia się z całym światem… No właśnie czym? Odnoszę wrażenie, że ludzkość opanowała epidemia ekshibicjonizmu, wręcz publicznego onanizmu. Wszystko dla wszystkich. Rąbki są uchylane bez

wyraźniej sugestii z drugiej strony. Tu mamy wpis enigmatyczny podszyty potrzebą obnażenia się. Bo jeśli nie chce się być zdemaskowanym, to po co kusić, w jakim celu intrygować? To gorsze chyba nawet od kolejnej kategorii irytujących wpisów, które określiłabym mianem fizjologicznych. W tym wypadku autor relacjonuje czytającym przebieg najbardziej intymnych czynności. Przeczytamy „wstałem”, „idę spać”, „na obiad gulasz” i oczywiście zalewające tablicę w niedzielne przedpołudnie stwierdzenia „więcej nie piję”, „moja głowa”, „będę rzygać”, „kackupa”. Zastanawiam się tylko, czy mają one wywołać współczucie, czy może zazdrość. Czytający powinien pomyśleć „Jakie on ma ciekawe życie” czy raczej „Jak to dobrze, że sobotni wieczór spędziłem w domu, kisząc ogórki”. Nie mogę znieść statusów filozoficznych. Przy tym wiodącym myślicielem jest zazwyczaj Paulo Coelho. Na kolana nie rzucają mnie także żenujące internetowe złote myśli, zazwyczaj zaczynające się słowami „miłość to”, „kobiety są” lub „gdybym”. Rozrywkę związaną z przeglądaniem serwisów społecznościowych psują mi tak zwani hejterzy. Jeśli negują wszystko dla jaj i samego negowania, nie mam pretensji. Ale są i tacy, zamknięci w domu z mamami, którzy nienawidzą wszystkich, a najbardziej siebie samych i swoją frustracją próbują zarażać. Obwiniają innych o to, że dobrze zarabiają, mają kolegów i powodzenie u płci przeciwnej. Czasem ktoś próbuje poskromić nienawistnika, lecz próżne starania, ten już przygotował odwet — usunięcie z listy znajomych. Użytkownicy portali społecznościowych sporo miejsca poświęcają także na przechwałki, promowanie swoich dokonań, które — często niewielkie — w ustach, a raczej palcach piszącego urastają do miana szczepionki na raka lub przekroczenia prędkości dźwięku. Rozumiem, że ktoś może chcieć podzielić się swoim szczęściem przed dwoma tysiącami „najbliższych” znajomych, ale ile można. Co ciekawe, te osoby często zmieniają zdjęcie profilowe — czyli wszystkie chwyty dozwolone, byle tylko zwrócić na siebie uwagę. Zmusza to do refleksji, że wirtualny świat przypomina szambo, w którym brodzimy w poszukiwaniu złotego pierścionka, pogodzeni z faktem, że najpewniej znowu trafimy na gówno.

>>27


>>filozofia w doniczce

Ciało, cielej, najcielej >>

Iwona Stachowska

Show Me Yours, I’ll Show You Mine. Być może niektórzy z Was kojarzą to hasło i sympatyczną austriacką artystkę Marlene Haring. Być może niektórym z Was udało się wejść do jej szafy. Być może niektórzy dokonali w niej wymiennej transakcji i zgodnie z umową ściągnęli dolną część garderoby. Być może niektórzy wrócili do domu z trofeum przypominającym im o ich… No właśnie, czym? Bezpruderyjności, otwartości, ciekawości, dystansie i poczuciu humoru czy może głupocie bądź uległości? „Niemożliwe, świeciłaś gołym zadkiem w CSW?” — tak skomentowała mój wkład w sztukę współczesną jedna ze skądinąd bardziej wyzwolonych (jak dotąd sądziłam) koleżanek. „Wstydu nie masz!” — dało się słyszeć między wierszami. I tłumacz się, że owszem, pokazałaś co nieco, ale przecież nie na środku sali wystawienniczej i nie przed oczami tłumu, lecz w specjalnie do tego celu zaaranżowanej, przychylnej przestrzeni. Wyjaśniaj, że w całej tej sytuacji owszem, chodziło o obnażenie, ale nie części intymnych, lecz siedzących w naszej głowie konstruowanych społecznie mechanizmów kontroli nad własnym ciałem i nagością. Przekonuj, że transakcja wymienna, do której doszło we wspomnianej szafie, nie była czymś sztucznym i krępującym, a wszystko to za sprawą artystki, która nawet z opuszczonymi spodniami prowadziła z gościem przyjazną rozmowę. Koleżanka pozostaje niewzruszona i nadal kręci nosem z dezaprobatą. Zgoda, nie bez znaczenia jest miejsce prezentacji. Przyznaję, że okoliczności są tutaj wyjątkowe. Inna sprawa pokazać się bez majtek w sypialni, w saunie czy pod prysznicem, inna w miejscu przeznaczonym do ekspozycji sztuki. Przestrzeń galerii z pewnością rozsadza ramy podziału na to, co prywatne i to, co publiczne, stawiając nas w zgoła niekomfortowej sytuacji. I zapewne o to chodziło artystce. Ten sam klucz zastosowała dekadę temu Julita Wójcik, obierając ziemniaki w warszawskiej Zachęcie i wywołując tą prozaiczną czynnością falę dyskusji na temat znaczenia, funkcji i definicji Sztuki. Posłużenie się dychotomią publiczne—prywatne to zabieg wprawdzie nie nowatorski, ale jak widać skuteczny. Na jego kanwie z powodzeniem można by kontynuować intelektualną epopeję o przygodach ciała. Scenariusz Norbert Elias, reżyseria Michel Foucault, w rolach głównych oprócz tytułowego ciała występują normy obyczajowe, zakazy społeczne, a także wygnani

„ >>28

z raju, na gwałt poszukujący wierzchnich okryć Adam i Ewa. Akcja filmu toczy się w czymś na kształt Benthamowskiego panoptikonu. Fabuła jest wartka, pełna napięć i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Nie brakuje w niej seksu, władzy, polityki, dobrych i złych bohaterów. Ostatecznie wolność zwycięża. Ale to tylko powierzchowna ocena. Wprawny widz dostrzeże, że za zasłoną swobody kryje się stłamszone, poddane ciągłemu nadzorowi ciało publiczne i prywatne. Wracając do pracy Marlene Haring. Ciągle nie daje mi spokoju osobiste pytanie, dlaczego, pomimo świadomości i wiedzy na temat narzucanych z zewnątrz reguł, miałam opory i wątpliwości, by wejść do szafy austriackiej artystki? Skąd to skrępowanie? Co mnie powstrzymywało? Z czym tak naprawdę przyszło mi się zmierzyć? Dlaczego tak trudno stanąć sauté jednej kobiecie przed drugą? I tu wychodzi na jaw prawda o sobie samej. Nic, że kilkanaście lat temu razem z grupą znajomych próbowaliśmy wcielić w życie hippisowskie ideały, że zaczytywaliśmy się W drodze Kerouaca i chcieliśmy żyć tak jak Dean Moriarty czy Sal Paradise, że poinstruowani lekturą Wilhelma Reicha podjęliśmy próbę zbudowania orgazmotronu. Wszystkie młodociane wysiłki zaprzeczenia mieszczańskiej, pruderyjnej moralności na starość (dojrzałość) i tak trąciły konserwą. Czyli jednak wstyd. To tę strunę poruszyła we mnie Marlene Haring. Nie był to jednak strach przed obnażeniem fizyczności, lecz przed odkryciem samej siebie, przed upublicznieniem tego, co osobiste, wewnętrzne. Max Scheler, Gabriel Marcel czy Józef Tischner przyklasnęliby z zadowoleniem, obserwując moje zmagania. Dla nich byłby to namacalny dowód nie tylko mojej przyzwoitości, ale przede wszystkim świadomości własnej wartości i przywiązania do tego, co najbardziej moje, a więc ciała właśnie. Ale przypominam, że ostatecznie skusiłam się, uległam, weszłam w tę przestrzeń zakazaną. I co?! Nie namawiając nikogo do działania wbrew sobie, mogę powiedzieć, że zamykając za sobą drzwi od szafy austriackiej performerki, przekonałam się, że czasami wstyd ma wielkie oczy, a bezwstyd nie zawsze jest wadą.

musli magazine


Pełna dyskrecja >>

>>a muzom

Marek Rozpłoch

Masoneria to jeden z ulubionych tematów miłośników spiskowych teorii dziejów. Szczególnie w krajach, w których nie jest ona liczna, a narosłe przez wieki obiegowe opinie nie są jej zanadto przychylne. Wątpię, by na obszarach anglosaskich były aż tak rozwinięte systemy hipotez, tez, wniosków i obserwacji dotyczących wolnomularstwa, które stanowi w tych krajach jedną z popularniejszych form najzwyklejszego zrzeszania się, działalności w trzecim sektorze — często o charakterze charytatywnym. W Polsce wolnomularstwo miało zazwyczaj postać elitarnych klubów, a wiadomo, że nieufność wobec elit, połączona z nieprzychylnością Kościoła wobec tego typu działalności, tworzy atmosferę wyjątkowo sprzyjającą popularności paranoicznych wizji działań masonów. Owszem — osoby o poglądach konserwatywnych, uznające postęp za miraż, ku któremu ludzkość nie powinna dążyć, z jasnych i oczywistych względów jakąkolwiek działalność jawną lub tajną tej opcji uważać powinny za niewłaściwą. Po prostu promuje ona obce im wartości. Jednak zupełnie czym innym jest przypisywanie organizacji, o której nic się nie wie albo wie się to, co wieść gminna niesie, wszelkiego możliwego zła. Wydaje mi się, że im więcej rzetelnej wiedzy, tym bliżej przekonania, że organizacja to bardziej osobliwa niż podejrzana. W sposób dość dziwny dla współczesnego człowieka rozwija w swoich członkach poczucie odpowiedzialności za dobro ludzkości i jej postęp. Tym dziwniejszy, że paradoksalnie bardzo konserwatywna pozostaje w przestrzeganiu ustalonych parę wieków temu reguł, które przez bogactwo rytuałów i symboliki mogą wydać się osobliwe. Wtedy należy jednak zdać sobie sprawę z tego, że wszyscy i niemal zawsze jesteśmy zanurzeni w morzu rytuałów i świecie symboli, jednak nie zdajemy sobie z tego najczęściej sprawy; tu zaś mamy do czynienia (zresztą podobnie jak w religii) ze świadomym obcowaniem z rytuałem, symboliką — zresztą jakże głęboko powiązanymi z tym, co w naszej kulturze istotne (tu też bym zachęcał wyznawców spiskowych teorii do rzetelnego zapoznania się z faktami). Jedyną rzeczą, która może rodzić pytania, jest tajny charakter pewnych elementów wiedzy wymagających głębszego — nomen omen — wtajemniczenia. I nie jest to już pytanie

dotyczące jedynie wspomnianej wyżej organizacji, a znacznie bardziej fundamentalne, odnoszące się do wszelkich dziedzin życia, w których trzeba decydować, czy wartością nadrzędną jest jawność, czy też dyskrecja. Czasy nie sprzyjają dyskrecji, wszystko, co zakryte i ukrywane, jest co najmniej podejrzane, a raczej istnieje wręcz przekonanie a priori o ciążącej winie ukrywającego cokolwiek. Ma to rzecz jasna i swą dobrą stronę: wymóg jak najdalej idącej jawności działań władz chroni demokrację przed pokusami, które mogłyby się wykluć pod osłoną tajemnicy. Wszelkie autorytaryzmy opierały się na zakłamaniu polegającym na rażącej rozbieżności między propagandą a utajnianymi zbrodniczymi faktami. Stąd może przewrażliwienie na tajność i dyskrecję w sferze publicznej. Przykłady patologii rodzinnych w rodzaju Josefa Fritzla wskazywałyby na potrzebę daleko idącej jawności życia prywatnego. Jednak i tu dochodzimy do kolejnego zagrożenia: państwa totalitarne inwigilowały obywateli, nie szanując w żaden sposób prywatności czy potrzeby osobności. Wydaje się, że trzeba szukać bardzo ostrożnie granicy między potrzebą jawności a potrzebą przeciwną. Choć może, zwróciwszy uwagę na przypadki nieskrajne, w których zawiera się większość naszego współczesnego codziennego doświadczenia, uznamy, że ten margines niejasności, gdzie nie da się jednoznacznie wytyczyć granicy, jest dość szeroki. W relacjach twarzą w twarz trzeba brać nade wszystko pod uwagę taką relację (czy wartość) jak zaufanie. Tu już zaczyna się gąszcz wszelkich możliwych rozważań, uwarunkowań, uprzedzeń, urazów, uczuć pozytywnych, afirmacji itp., które decydują o tym, kogo i w jakiej sytuacji darzyć zaufaniem. Całkowity jego brak prowadzi do piekła za życia i upośledzenia wszelkich relacji z drugim człowiekiem, nadmierna zaś ufność skazuje ufnego na rozliczne zranienia… Przenosząc kwestię zaufania na szczebel bardziej publiczny — nadmierne, pozbawione krytycyzmu zaufanie prowadzić może w skrajnych przypadkach do zaślepionej afirmacji władzy totalitarnej, brak zaufania zaś do obłędu teorii spiskowych.

>>29


Nie ma już ściany dźwięku, za którą można by się schować

z Renatą Przemyk o miłości do muzyki, wzruszeniach, życiu z dala od obiektywów i nowej płycie rozmawia Magda Wichrowska


FOT. E. SCHONFELD


>>porozmawiaj z nią...

>>Miło wraca się do swoich dawnych utworów? Wiele z nich gramy nieprzerwanie z dużym składem w rozbudowanych aranżacjach, ale ciekawie było usłyszeć je w wersji na trio. Niektóre faktycznie graliśmy po raz pierwszy na żywo, bo dopiero na dwie gitary brzmiały tak jak chciałam. >>Ciekawi mnie, czy płyta Akustik TRIO to dla Pani podróż

sentymentalna, czy może odnalezienie w dobrze znanej historii czegoś nowego? To na pewno wielka przygoda, zmierzenie się z inną wersją samej siebie. Dopiero po moich doświadczeniach teatralnych, po zagraniu w spektaklu muzycznym Terapia Jonasza roli śpiewanej, granej i tańczonej nabrałam odwagi na spełnienie marzenia o parateatralnym programie, gdzie robię na scenie coś więcej poza śpiewaniem. Na potrzeby tego projektu zaczęłam się uczyć grać na bębnach, opowiadam historie, dobieram rekwizyty. No i mało że pozwoliłam sobie i muzykom na improwizację, to jeszcze czerpię z tego ogromną radość. Bardzo się przy tym projekcie rozwinęłam.

>>No właśnie, na Pani nowej płycie ze zdumieniem odkry-

łam zupełnie inny ładunek emocjonalny dawnych numerów. Zadziorne muzycznie i literacko piosenki sprowadziła Pani w zupełnie nowe rejony wrażliwości. Gdzieś dyskretnie pobrzmiewają dzwonki tybetańskie, cymbałki… Złagodniała Pani? Gdzie podziała się dobrze mi znana rockowa dziewczyna?

>>32

To nie jest kwestia łagodności, ale uważności i dojrzałości. Nie ma już ściany dźwięku, za którą można by się schować, słychać każde westchnienie, najmniejszą zmianę w dynamice. Jest obnażenie emocjonalne i techniczne. I tym większa bliskość ze słuchaczem. To wymagało przejścia na kolejny poziom. I odwagi.

>>A skąd pomysł na instrumenty etniczne i jak znalazły

się w Waszym posiadaniu? To efekt podróży? Podróży emocjonalnych na pewno, ale i tęsknoty za najpiękniejszym, najbardziej źródłowym wyrażaniem kobiecości. Odkrywam ciągle niesamowitą głębię w etnicznych brzmieniach. Ten rodzaj muzyki powstawał głównie po to, by nawiązywać kontakt. Musiało być nośnie. Nie tylko w sensie głośności. Cieszę się, że udało mi się zarazić moim entuzjazmem w tej kwestii moich muzyków. Teraz sami wyszukują co ciekawsze instrumenty i razem eksperymentujemy z brzmieniami. A ich umiejętności pozwalają nam poszaleć. (uśmiech)

>>Efekt jest już znamy. Jest fantastyczny. Proszę zatem

opowiedzieć, jak wyglądała Pani akustyczna podróż z Błażejem Chochorowskim i Maciejem Mąką? Gramy razem od kilku lat, z Maćkiem trochę krócej, i od początku polubiliśmy wspólną pracę. Zapalili się do mojego pomysłu z Trio i od pierwszych prób wiedzieliśmy, że to był dobry ruch, że wyczuwamy się wzajemnie i dobrze nam się razem gra. W tak małym kameralnym składzie to szczególnie istotne, musli magazine


>>porozmawiaj z nią... FOT. MAGDALENA BIEDZIUK

>>33


>>porozmawiaj z nią...

bo we trójkę musimy zapełnić muzycznie i emocjonalnie całą przestrzeń sceny i sprawić, żeby publiczność odpowiedziała na nasze zaproszenie. To kwestia doboru naturalnego, intuicja, pewnych rzeczy nie da się nauczyć. Trzeba się odnaleźć.

>>Pracowaliście nad materiałem razem jak prawdziwe trio,

czy narzucała Pani raczej instrumentalistom swoją wizję? Jednym słowem — kto był szefem? Trudno się powstrzymać po długich latach stawiania na swoim. (śmiech) Tym razem pojawiła się demokracja i każde z nas miało ważny głos. Maciek i Błażej mieli tyle ciekawych pomysłów, że praca sama szła. Zaryzykowałam, oddając część pola i efekt wszystkim nam się spodobał. Musieliśmy tylko dokonać wyboru którejś z wersji danego utworu, bo pomysłów na każdy z nich było czasem kilka.

>>A trudno było dokonać selekcji piosenek? Co zdecydowało o ostatecznym wyborze numerów na płytę? Zostały te, które sami oceniliśmy jako najciekawsze, dające pole do rozwoju, oraz te, które najbardziej spodobały się publiczności.

>>Było miejsce na improwizację, czy projekt był od początku do końca przemyślany i zaplanowany? Pytam o to, bo słuchając płyty, czuję ogromną energię i spontaniczność, która zazwyczaj towarzyszy muzykom na koncercie, a nie w projektach studyjnych. To jego ogromna siła!

>>34

Długo zwlekaliśmy z nagraniem tej płyty mimo nacisków ze strony słuchaczy. Po każdym koncercie były pytania, gdzie można kupić taką płytę. Te piosenki ciągle ewoluowały i czekaliśmy na idealną wersję. W końcu trzeba było podjąć decyzję o zarejestrowaniu wersji aktualnej, takiej na dziś, jednej z kilku możliwych. Na każdym koncercie dajemy sobie pole manewru. Piosenka ma określony szkielet, na którym możemy nabudowywać kolejne elementy, przedłużać, ubarwiać — zależnie od nastroju czy dnia. To świetna zabawa i niesamowita wymiana energii. Dajemy sobie cynk i utwór wędruje dalej. To pierwsza moja taka przygoda z improwizacją, ale na pewno nie ostatnia, bo odnalazłam się też jako muzyk.

>>Cofnijmy się teraz o dwadzieścia dwa lata. Singlem

promującym projekt jest piosenka Babę zesłał Bóg. Jak powstał? Jako jedna z trzech piosenek napisana przez Sławka Wolskiego na Studencki Festiwal Piosenki w 1989 roku dla młodej zadziornej dziewczyny, która tupetem i prowokacją nadrabiała nieśmiałość. Wiadomo było tylko, że ma silny głos i nie zamierza nikogo kopiować. (śmiech) No i miała, jak widać, sporo szczęścia.

>>Także szczęścia do ludzi. Od wielu lat współpracuje

Pani z Anną Saraniecką, która była Pani menedżerką i jest autorką tekstów. To chyba rzadkość, taki staż showbiznesowy. Układ idealny? musli magazine


>>porozmawiaj z nią... FOT. MAGDALENA BIEDZIUK

Ze Sławkiem nagraliśmy tylko tę jedną płytę. Potem wolałam teksty Anki, głębsze i bardziej kobiece. Przez wiele lat była też naszą menedżerką. Wiedziałam, że prowadzi zespół jak własne dziecko, z oddaniem i zaangażowaniem. To duży komfort. Ale jej podstawowym powołaniem jest pisanie i musi mieć na to czas. Na tym polu pracujemy do dziś. Jej teksty są znakomite, poetyckie, mądre, ale też bardzo muzyczne i nośne. Kwestiami organizacyjnymi i promocyjnymi zajmuje się od kilku lat Karina Zawada.

>>Skoro jesteśmy w temacie showbiznesowym. Od wie-

lu lat udowadnia Pani swoimi wyborami, że nie trzeba „bywać”, by publiczność nie zapomniała. Ale nie korciło Pani nigdy, by iść na łatwiznę, zrobić wokół siebie szum medialny i zamiast BYĆ — „bywać”? Wiem, że to może zabrzmieć banalnie, ale ja naprawdę kocham muzykę i z tego też powodu się nią zajmuję. (uśmiech) Popularność zawsze mnie krępowała. Wzrusza mnie, kiedy słuchacze mówią mi po koncertach, że któraś piosenka czy płyta miała duży wpływ na ich życie, że kogoś z kimś połączyła czy wywołuje jakieś ciepłe wspomnienia. Ale nigdy nie miałam zadatków na celebrytkę. Zdarza mi się gdzieś bywać, na przykład w związku z jakąś akcją charytatywną, i wtedy z godnością znoszę trudy zabawy, spotykając przy tym zazwyczaj dawno niewidzianych znajomych. Po tylu latach na scenie nie jestem już dzikuską uciekającą przed aparatem. Potem wracam sobie spokojnie na swoją wieś, skąd mam wystarcza-

jąco daleko do obiektywów, i mogę żyć skandalicznie, bo i tak nikt o tym nie napisze. (śmiech)

>>Od początku Pani obecności muzycznej wiele się zmie-

niło, także publiczność. Czuje Pani więź z młodym pokoleniem? Pytam o to, bowiem w moim odczuciu Pani muzyka odrzuca metryczki. Kto przychodzi na koncerty? Nie wiem co to starość, od środka człowiek może się nie zmieniać przez całe życie. Dopiero choroba mogłaby mnie spowolnić, a ta może się zdarzyć w każdym wieku. Jestem ciekawa świata, ciągle się uczę nowych rzeczy i mam w sobie aż za dużo naiwności, by się ciągle czymś wzruszać i zachwycać. Widzę, że moja publiczność funkcjonuje podobnie. Na koncerty przychodzą ludzie w każdym wieku. Wzruszające jest, kiedy starzy bywalcy przyprowadzają swoje dzieci albo rodziców.

>>Co dalej? Ma już Pani zaplanowaną trasę koncertową? W październiku było kilkanaście koncertów, trochę mniej będzie w listopadzie. Jest duże zainteresowanie, co mnie ogromnie cieszy. Po szczegóły zapraszam na naszą stronę internetową www.renataprzemyk.art.pl. >>A usłyszymy Panią w Toruniu?

Graliśmy już kilkakrotnie. Ostatnio na LuLu jakiś miesiąc temu. Mam nadzieję, że niedługo znowu się pojawimy. To magiczne miasto! >>35


Mama w >>zjawisko

>>36

musli magazine


w Mieście

>>zjawisko

Jest październik, rok 2007. W niewielkiej sali Klubu Vademecum Na Skarpie w Toruniu zbiera się kilkanaście mam. Piją kawę, rozmawiają. Nie wiedzą, że dzięki tym pozornie niewiele znaczącym spotkaniom poczują się nie tylko lepszymi matkami, ale także spełnionymi kobietami. Projekt „Mama w Mieście” adresowany jest do pań, które nie chcą zapomnieć o swoich potrzebach i pasjach. Pomaga im uświadomić sobie, że samorealizacja nie musi odbywać się ze stratą dla dziecka. W końcu spełniona mama to szczęśliwa rodzina. Dwie torunianki, Joanna Dardzińska i Małgorzata Musiał, postanowiły udowodnić, że macierzyństwo to nie tylko pieluchy, zupki i kupki. Od kilku lat starają się pokazać kobietom inne oblicze macierzyństwa, organizując spotkania w ramach jednego z pierwszych w Polsce „klubów mamowych”. Z okazji jubileuszu projektu parę pytań zadaliśmy Joannie Dardzińskiej, współzałożycielce „Mamy w Mieście” i Stowarzyszenia „Rodzina Inspiruje!”. Tekst: Anna Rokita Zdjęcia: Joanna Ziółkowska

>>37


>>zjawisko

>>To już pięć lat „Mamy w Mieście”. Od czego wszystko się

zaczęło? Skąd wzięła się potrzeba zrzeszenia toruńskich mam pod wspólnym szyldem? Wszystko zaczęło się od tego, że na świecie pojawiły się nasze dzieci, a tym samym my zostałyśmy mamami. Zawsze mówimy, że to frustracja popchnęła nas do działania. Byłyśmy młodymi dziewczynami, które czynnie uczestniczyły w życiu towarzyskim, kulturalnym, a tu nagle okazuje się, że po porodzie, wraz z pojawieniem się dziecka, zamyka się nam ta możliwość. Nie mamy dokąd wyjść z domu, zresztą nie wszystkie miejsca, które dotychczas nas fascynowały, nadal były w zasięgu naszych zainteresowań. Spotykałyśmy się więc w domu i widziałyśmy, że pomagają nam zwykłe rozmowy o rodzicielstwie i nie tylko. Zobaczyłyśmy, że są tematy, w których jako mamy rozumiemy się bez słów. Dodatkowo po urodzeniu dziecka obudził się w nas wielki apetyt na rozwój — chciałyśmy robić też coś dla siebie, na chwilę oderwać się od dzieci, by z jeszcze większą energią do nich wracać. „Mama w Mieście” miała być takim miejscem, w którym mamy przede wszystkim spędzają czas we własnym gronie. Często nie temat spotkań jest najważniejszy, tylko właśnie ta bardzo ludzka potrzeba wyjścia do ludzi, porozmawiania. Po urodzeniu dziecka wiele mam zamyka się w czterech ścianach. „Mama w Mieście” od samego początku stawiała na to, by wyciągać je z domów, by mogły pomyśleć o swoim rozwoju — na takim podejściu korzysta bowiem cała rodzina. >>38

>>Jak żyje się mamom w Toruniu?

Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi i nie odważyłabym się zabierać głosu w imieniu innych mam. Mogę powiedzieć za siebie. Mnie osobiście żyje się bardzo dobrze. Bardzo lubię Toruń, nie tylko jako mama, jako zwykła mieszkanka także. Jasne, że zawsze można się do czegoś przyczepić — a to, że szkoły fajnej dla dziecka nie znalazłam, a to, że klubów mam mało, tylko co to da? Mogę to zauważyć i zacząć działać w tym obszarze, by coś zmienić i tak też robię. Myślę sobie, że zawsze dobrze tam, gdzie nas nie ma. A jak tylko pojadę gdzieś poza Toruń, to słyszę, jak to właśnie u nas w Toruniu fajnie i ile się dzieje!

>>Czy przez te lata udało się Wam zmienić świadomość

mieszkańców Torunia i samych mam? Działamy od pięciu lat i mam nadzieję, że nasze działania chociaż trochę wpłynęły na świadomość mieszkańców, a także lokalnych władz. Początkowo podchodzono do nich z dystansem i podejrzliwością — jakieś tam mamy spotykają się, piją kawę — wielka mi rzecz! Powiem więcej, mamy zastanawiały się, czy w tym wszystkim jest jakiś podstęp. Ładna ulotka, fajny temat spotkania, opieka dla dzieci i wszystko za darmo — hmm… brzmi podejrzanie. Może to jakaś sekta? Może po krótkim spotkaniu ze specjalistą rozpocznie się prezentacja jakiejś firmy i wciskanie produktów do kupienia? musli magazine


>>zjawisko

>>39


>>zjawisko

>>40

musli magazine


>>zjawisko

Z czasem to się zmieniało. Dzisiaj widzimy, że coraz więcej osób poważnie traktuje to, co robimy i rozumie potrzebę tworzenia takich inicjatyw. Edukacja rodziców, spotkania dla mam, rozwój dzieci przestały być tematami pobocznymi, mało ważnymi. Mamy coraz częściej pozwalają sobie na czas dla siebie, na pamiętanie o swoich potrzebach i o tym, że oprócz tego, że są mamami, są też kobietami, dorosłymi osobami, które potrzebują kontaktu z innymi dorosłymi osobami. To po prostu zdrowe. Mamy też nadzieję, że pokazujemy, iż pojawienie się na świecie dzieci nie jest końcem nas, że to czas, kiedy otwierają się nowe możliwości. To właśnie rodzicielstwo może być bardzo twórczym i pięknym okresem życia.

>>Kim są dziewczyny uczestniczące w projekcie „Mama

w Mieście”? Oczywiście poza tym, że są mamami… „Mamy w Mieście” to różne kobiety — niektóre pojawiają się i zostają na dłużej, inne są na chwilę, a potem odchodzą. Zdecydowanie przeważają mamy dzieci małych (czyli do 7. roku życia). Są wśród nich zarówno pracujące zawodowo, jak i te, które po urodzeniu dziecka zostały w domu. Mamy różne zawody, różne zainteresowania i to jest największe bogactwo tych naszych spotkań.

>>Jak można podsumować Waszą działalność od 2007 roku? Przez te pięć lat w ramach projektu „Mama w Mieście” działo się naprawdę dużo. Bardzo obszerny i popularny dział stanowią od początku naszego działania spotkania ze stylistką Anią Deperas-Lipińską. Można by je wrzucić do jednego worka pod nazwą „Piękna Mama”. Te spotkania zmieniły niejedną mamę, jej szafę, sposób postrzegania siebie. To bardzo budujące, gdy

widzimy, jak mamy po spotkaniach rozkwitają. Niektóre tematy to: analiza kolorystyczna, analiza sylwetki, makijaż w 5 minut itp. Od ponad roku jedna z mam, Asia Ziółkowska, organizuje cykliczne spotkania dla mam zainteresowanych fotografią pt. „Foto Matki”. Mamy też za sobą ok. 10 Mamowych Wymienialni Ubrań i kilkadziesiąt spotkań na przeróżne tematy — zaczynając od warsztatów, np. z tańca brzucha, przez samoobronę, gotowanie czy tworzenie biżuterii. Tematy nigdy się nie kończą. Mnie osobiście marzy się jakiś kobiecy klub filmowy.

>>Jakie macie plany na przyszłość?

Chyba pierwszy raz w życiu nie mam planów co do „Mamy w Mieście”. Lada moment urodzę czwarte dziecko i to jest mój priorytet. Spotkania będą się odbywały, ale tematyka zależeć będzie od osób, które na chwilę przejmą pałeczkę — już się takie mamy ujawniają, na pewno nie będzie nudno. I tak to się u nas kręci. Warto zaznaczyć, że „Mama w Mieście” była początkiem czegoś większego, czyli Stowarzyszenia „Rodzina Inspiruje!”. Dzisiaj jest tylko jednym z projektów w jego ramach, a nasza działalność zatacza coraz szersze kręgi. A wszystko zaczęło się od mam i podobno mało ważnego picia kawy.

W listopadzie 2009 roku projekt „Mama w Mieście” został laureatem konkursu „Rodzynki z pozarządówki” na najlepsze inicjatywy społeczne województwa kujawsko-pomorskiego. Dziesiątego czerwca bieżącego roku odbyło się oficjalne otwarcie Centrum „Rodzina Inspiruje!”. W pawilonie „Maciej” przy ul. Konstytucji 3 maja 10 powstało nowe miejsce spotkań i edukacji dla rodzin z małymi dziećmi.

Już w grudniu Bella Women In Art Festival zaprasza wszystkie mamy i dzieci do udziału w warsztatach artystycznych. Wydarzenie patronuje akcji “Zabierz dziecko na festiwal!”. Szczegóły na: womeninartfestival.blogspot.com >>41


>>portret

>>36


>>portret

Jan Bereza OSB. Oddechem Tekst: Marek Rozpłoch Ilustracje: Gosia Herba

U

znałem, że zmarłemu w zeszłym roku ojcu Janowi Berezie należy się artykuł na łamach naszego magazynu. Poszukiwania materiałów postanowiłem ograniczyć do zasobu tekstów, nieco tylko rozszerzonego, które czytałem przez ostatnie lata i które każdorazowo zmuszały mnie do zastanowienia się, ciekawości i podziwu. Odkurzyłem archiwalne artykuły i wywiady z „Tygodnika Powszechnego”, ponownie zajrzałem na stronę Ośrodka i klasztoru w Lubiniu, przeczytałem wywiad Magdaleny Menzel ze strony dobrypasterz.pl, obejrzałem niejeden archiwalny materiał audiowizualny zawierający wypowiedzi zakonnika, wszystko od nowa przemyślałem i zadaję sobie teraz pytanie, czy przedstawiony przeze mnie — jakże ułomny i wybiórczo subiektywny — wizerunek ojca Berezy w podobny sposób zaciekawi Czytelnika…

P

omimo wielkiego podziwu mój stosunek do bohatera artykułu nie jest bałwochwalczy ani bezkrytyczny; nieraz dziwi mnie łatwość, z jaką bardzo pewnie stwierdza coś, co wymagałoby bardziej rzeczowego uza-

sadnienia. Zaraz jednak przypominam sobie, jak był przywiązany do pochodzących z różnych tradycji odmian sokratejskiego stwierdzenia: „Nie wiem”, „Wiem, że nie wiem”. Droga jego rozwoju była zawsze dość niestandardowa jak na przyszłego i aktualnego już duchownego katolickiego. W czasie studiów filozoficznych w ATK chodził na zajęcia z filozofii indyjskiej, interesował się zen, jogą, wyjechał w podróż do Indii w poszukiwaniu natchnienia duchowego. Ale wybrana szkoła wyższa była katolicka; z zakonem benedyktynów — z jego tynieckim klasztorem — bliższe kontakty zaczął nawiązywać w 1979 roku, a w roku 1982 wstąpił do benedyktynów w Lubiniu, który miał się odtąd stać jego domem i miejscem pracy do końca niedługiego życia. Jednak zainteresowania Wschodem nie uległy osłabieniu, a wręcz odwrotnie — wraz z pogłębianiem religijnego doświadczenia chrześcijańskiego intensywniej i poważniej zajmował się naukami duchowymi z tamtego regionu; konsekwencją było przekonanie o potrzebie dialogu międzyreligijnego.

W

rócę do kwestii wyboru drogi życiowej — życia monastycznego w tradycji stworzonej przez św. Benedykta. Był to wybór bardzo świadomy, uzasadniony między innymi tym, co stanowiło o wyjątkowości drogi założyciela, czyli szukaniem światła na Wschodzie; to ze Wschodu właśnie pochodziła monastyczna tradycja chrześcijańska, św. Benedykt tę wschodnią nowinę osadził na gruncie Kościoła łacińskiego. To, czym żyli mnisi benedyktyńscy, bliższe było tradycji Ojców Pustyni niż nauki później powstałych zakonów katolickich. Ojcowie Pustyni kultywowali duchowość znacznie bliższą niechrześcijańskim tradycjom monastycznym, z buddyjską na czele. >>43


>>portret

W praktyce benedyktynów zachowały się też ślady bardziej wschodniej, choć głęboko chrześcijańskiej tradycji modlitewnej. Ale tylko ślady — głównie w postaci krótkich wezwań modlitewnych powtarzanych wielokrotnie w ciągu dnia. Na chrześcijańskim Wschodzie była to modlitwa bardziej przypominająca znane na kontynencie azjatyckim praktyki medytacyjne: wezwanie modlitewne albo pojedyncze słowo kierujące myśli ku transcendencji, wplecione w rytm oddechu pomagało modlącemu się osiągnąć pełne wyciszenie i otwarcie na to, co najistotniejsze w duchowości.

M

onastycyzm wymusza konieczność wspólnotowości. Ojciec Bereza postanowił spróbować rozszerzyć tę wspólnotowość, sięgając do wschodnich źródeł modlitwy zakonnej, i zaproponować zjednoczenie w modlitwie medytacyjnej z wyznawcami innych religii, opierających modlitwę na podobnych zasadach. I wielokrotnie takie zjednoczenie następowało, stając się głębszą podstawą dialogu międzyreligijnego. Dialogu — nie chodzi bowiem o synkretyzm, stworzenie nowej religii, ale — przez oparcie się w tak ważnym punkcie na tym, co głęboko wspólne — o umożliwienie w pozbawiony jakiejkolwiek wrogości sposób ukazania swej różnorodności. Z myślą o trwalszym i konsekwentnym ponawianiu prób medytacji i dialogu między religiami o. Bereza stworzył w 1988 roku w swym lubińskim klasztorze Ośrodek Medytacji Chrześcijańskiej. Ośrodek ten regularnie zapraszał spragnionych wyciszenia i pełniejszej modlitwy, zapraszał też przedstawicieli innych religii, głównie tradycji buddyjskich — tybetańskiej i zen.

W

roku 2006 ojciec Bereza czuł się już na tyle niedobrze, że zrezygnował z opieki nad Ośrodkiem. Misja dalszego jego prowadzenia została powierzona o. Maksymilianowi Nawarze. Ośrodek mimo śmierci założyciela wciąż działa; w dialogu międzyreligijnym postanowiono jednak skupić się wyłącznie na pogłębionych kontaktach z tą tradycją religijno-filozoficzną, w której ranga medytacji podkreślana jest chyba bardziej niż w innych systemach — z zen. Do Ośrodka można przyjechać na weekendową sesję medytacyjną. Tak wygląda harmonogram dnia pierwszego sesji: 16:45 — wprowadzenie dla tych, którzy są na sesji po raz pierwszy 17:05 — formalne rozpoczęcie sesji >>44

17:30 — nieszpory 18:00 — kolacja 19:00 — medytacja (2 × 20 min) 20:00 — modlitwy wieczorne 21:00 — medytacja (2 × 25 min). Jeszcze nigdy nie dotarłem do tego ośrodka, ale kto wie… Na przykład Tadeusz Sobolewski nie raz tam dotarł, i wielu, wielu innych. Starania o. Berezy zostały docenione. W 1998 roku stał się członkiem Komitetu Episkopatu Polski do spraw Dialogu z Religiami Niechrześcijańskimi, a mistrz tradycji zen roshi Jakusho Kwong tak mówił: „Czymś zupełnie wyjątkowym jest fakt, że znajduje się tutaj sala do medytacji — miejsce, gdzie dwie wielkie kultury mogą obcować ze sobą. Lubiń to szczególne miejsce. Zazwyczaj nie zdajemy sobie sprawy z tego, co mamy i jak jest to blisko nas”.

O

jciec Bereza lubił przywoływać przypowieści pochodzące z różnych tradycji religijnych, te bliższe chrześcijanom — Ojców Pustyni, jak również żydowskie i rzecz jasna pochodzące z tradycji wschodnich, próbując zaś pełniej uzmysłowić coś słuchaczowi, używał języka poetyckiego: medytacja jest milczeniem tańcem i śpiewem oddechem trudem i mieszkaniem Na swojej drodze szukania punktów wspólnych z tradycjami Wschodu nie był pierwszym śmiałkiem, choć bez wątpienia najważniejszym w naszym kraju. Niemiecki jezuita Hugo Enomiya-Lassalle (1898—1990) łączył tradycję chrześcijańską i zen, będąc nauczycielem zarówno jednej, jak i drugiej tradycji duchowej. John Main (1926—1982), benedyktyn nauczony przez hinduskiego musli magazine


>>portret

mnicha medytacji, postanowił sięgnąć w głąb tradycji chrześcijańskiej i znalazł u Ojców Pustyni to, co zostało przez zachodnie chrześcijaństwo zapomniane — stworzył wraz z drugim benedyktynem Laurence’em Freemanem, który obecnie kontynuuje misję, klasztor w Montrealu, stanowiący teraz jedno z najważniejszych centrów medytacji chrześcijańskiej.

O

jciec Bereza podkreślał, jak ważne dla funkcjonowania religii jest łączenie różnych tradycji, wzajemne przejmowanie tego, co głębsze i lepiej wskazujące drogę rozwoju duchowego. Wywodzące się z tradycji żydowskiej chrześcijaństwo przyswoiło przecież wiele elementów kultury antycznej, w niektórych krajach zaś dostosowało się do lokalnych tradycji — wszystko to tylko mu służyło. Współczesność domaga się od religii dialogu. >>45


Bliżej von Trier

z Hubertem „Spiętym” Dobaczewskim o mieszaniu styló ostatnim słowie Eddiego Stevensa i nie odcinaniu kupon rozmawia wieczorkocha


ra niż Tarantino

ów, ścieżkach do nieistniejących filmów, nów od sukcesu


>>Macie w dorobku pięć płyt, każda jest inna. Tacy z Was

eksperymentatorzy? Nie przywiązujecie wagi do gatunków, nie interesuje Was stworzenie jednorodnego stylu i zakorzenienie się w nim? Interesuje nas przede wszystkim dobra i ciekawa sztuka, autorska sztuka. Powinniśmy zdać sobie sprawę, że gdyby było na świecie milion zespołów, to byłoby też milion gatunków — jeśli mówimy tutaj oczywiście o uprawianiu sztuki w sposób autorski. Bo taka jest prawda, że gdy chce się zrobić rzecz, która nie wpisuje się w jakiś kanon czy formę już gdzieś wcześniej zapoczątkowaną, to chyba nie jest to najlepsze rozwiązanie dla sztuki i w ogóle dla rozrywki, jaką jest uprawianie sztuki. Staramy się robić płyty, które różnią się od siebie, ale staramy się również być zespołem, który różni się od innych. I to ciągle się zmienia, ciągle ewoluuje. Nabieramy doświadczenia, uczymy się nowych rzeczy i mamy z tego frajdę. Na tym nam zależy i często to podkreślamy.

>>Tym razem zainspirowani klasycznymi albumami z mu-

zyką filmową postanowiliście nagrać własny Soundtrack. Ciekawy koncept — zazwyczaj to muzyka filmowa ma ponieść obraz, Wy tę hierarchię odwróciliście. Tak się po prostu złożyło. W sumie zawsze byliśmy zespołem, który robi albumy quasi-ilustracyjne. Zawsze też posługiwaliśmy się wyobrażeniem obrazu, do którego próbowaliśmy następnie dołożyć muzykę. Tak było na przykład w przypadku płyt Gusła czy Powstanie Warszawskie, ale w zasadzie i wszystkich naszych pozostałych albumów. Zawsze to obraz pojawiał się w głowie jako pierwszy, a potem były dźwięki, które mogłyby ten obraz opisać. Tutaj poszliśmy zupełnie w domenę filmową. Ponieważ oglądamy dużo filmów, będąc w trasie chociażby, często zwracamy uwagę na muzykę w nich wykorzystaną. Zazwyczaj są to takie amerykańskie produkcje, może nie do końca undergroundowe czy wyszukane. Te nawet nośne i w pewien sposób komercyjne, na przykład filmy Tarantino — głośne i wciąż dobre. One mają fajnie skonstruowane ścieżki dźwiękowe, będące kompilacją ciekawie podanej muzyki z różnych epok, różnych zespołów, o różnej tematyce czy stylistyce. Pomyśleliśmy — „Kurcze, może zróbmy taki album, w którym będziemy mieszać style w ramach każdej kompozycji?”. Chociaż już wcześniej robiliśmy muzykę w ten sposób, że w ramach jednej kompozycji pojawiało się kilka stylów. Zaczynaliśmy na przykład pulsacją quasi-reggae’ową, a potem przechodziliśmy

do punk rocka. Teraz chcieliśmy, żeby z kompozycji na kompozycję zmieniać się w inny zespół stylistycznie, dlatego płyta jest tak zróżnicowana — ma w sobie hip-hop, funk, rock, trip hop, ale też daab czy reggae. Jak byśmy wyobrazili sobie ten film, do którego mielibyśmy robić muzykę, tę jego różnorodność, dotarlibyśmy do klasycznych obrazów, takich jak Pulp fiction, Urodzeni mordercy, Kill Bill czy brytyjski Snatch. To były wyznaczniki, które spowodowały, by płytę podać w podobny sposób.

>>Do czyjego filmu pasowałby Wasz Soundtrack?

Nie wiem, czy von Trier nie byłby za ciężki, ale mimo wszystko bliżej mu chyba von Triera niż wspomnianego już Tarantino. Bo wychodząc od muzyki, nie mieliśmy jeszcze treści. One dopiero potem się pojawiły i okazały się niespecjalnie sensacyjne. Nie byłby to zatem ani film sensacyjny, ani komediowy, ani w żaden sposób rozrywkowy — jest to raczej rzecz oparta na dramaturgii.

>>Pracowaliście nad albumem jako całościową ścieżką

dźwiękową do nieistniejącego filmu, czy każda piosenka ma osobną filmową inspirację? Każda piosenka ma inspirację swoją, niezależną i integralną. Myślę jednak, że pisząc teksty, kierowałem się również tym, aby atmosfera była wspólna dla wszystkich kompozycji, a przynajmniej miała jakiś wspólny pierwiastek. Tym pierwiastkiem jest nie tyle czające się niebezpieczeństwo, co wisząca w powietrzu zmiana. Nadchodzi koniec czegoś, kres, pojawia się jakiś suspens, nie wiadomo, czy ten koniec daje początek czemuś nowemu, czy nie — i tu jest pytanie postawione w napięciu... Zmierzcha się na tej płycie i nie jest różowo, nie jest kolorowo. Może nie upiornie czy dramatycznie, ale nie wiadomo jak. A jeśli nie wiadomo jak, to pojawiają się spekulacje, pojawia się obawa, trochę lęku i generalnie człowiek jest targany rozterką.

>>Brzmi jak dreszczowiec lub horror. Nie do końca. Na pewno nie jest to horror, choć piosenka singlowa Zombie to taka zabawa absurdem, rozrywką i makabrą. Jednak reszta utworów jest zupełnie inaczej serwowana. To film obyczajowy. Nie chcę powiedzieć „dramat”, bo nie wydarza się w nim nic dramatycznego — jest natomiast obyczajowość, czyli inaczej zmaganie się z materią, rozterki i pytania. Mam tylko nadzieję, że w całości elementy te nie są


specjalnie duszne, nie są podane w sposób nieprzystępny. To rzeczy, z którymi człowiek zmaga się na co dzień, ale wciąż głowę trzyma w górze.

>>Spięty, skąd napływają do Ciebie treści? Tutaj nie ma klucza. To się po prostu dzieje. Zazwyczaj jest tak, że jak kończę jedną rzecz, to zaczyna mi się układać taki ogólny zarys czegoś nowego. Pojawiają się na przykład słowa, sentencje, które mnie ciekawią i które chciałbym umieścić w przyszłych tekstach. To się zbiera powoli, gdzieś to sobie zapisuję, tworząc miejsce i pole dla nowych rzeczy. Ważne jest jednak, by odpocząć. Nie jestem bowiem twórcą płodnym, żeby rzucać się na pomysły albo mieć szufladę pełną skończonych wierszy czy tekstów. Muszę odpocząć, zmienić się, coś


w głowie zresetować czy wygasić płomień, który nieciłem przy poprzedniej — jak gdyby — wyprawie. Wtedy jestem w stanie pójść nową ścieżką. Na tym mi zależy, żeby pokonywać bariery i ruszać ciągle w podróż. Żeby się nie nudzić, mieć frajdę z tego, co robię i wciąż stawiać sobie nowe wyzwania.

>>W trakcie pracy nad płytą padł pomysł realizacji filmu,

którego scenariusz opierałby się na Waszej muzyce i tekstach. Do projektu ostatecznie nie doszło, choć prace trwały. A jak to miało wyglądać? Niezależnie od tego projektu mieliśmy swoją muzykę oraz pomysł pierwotny, aby stworzyć dźwięki do nieistniejącego obrazu. Skomponowaliśmy piosenki i nagraliśmy je w fazie demo. Komuś się to spodobało i na kanwie tego postanowił zbudować jakiś obraz. Oczywiście przystaliśmy na to. W zamyśle miał to być film z regularnym scenariuszem, z obyczajowością,


z aktorami. Wątpliwości budziła jedynie kwestia, czy zrobić dłuższy, czy krótszy metraż — w zależności od możliwości technicznych osób za to odpowiedzialnych. Rzecz co prawda stanęła w miejscu, ale my poszliśmy dalej swoją drogą, czyli nasze założenia i pomysł pierwotny zostały spełnione.

>>Dlaczego tak mało macie teledysków? Teledysk dzisiaj

to promocja samonośna. Tym bardziej że album o takim tytule aż sam się prosi o ilustrację wizualną. Rzeczywiście, prawie nie mamy. Pojawił się za to jeden teaser odnośnie płyty — w filmowej stylistyce. W przygotowaniu jest kolejny, powinien pojawić się w ciągu dwóch tygodni od premiery (premiera Soundtracku 19 października — przyp. red.). W przypadku tego albumu obraz faktycznie jest istotny i będzie się on uaktywniał. To tylko taka chwila ciszy przed burzą.

>>Skąd pomysł, by Wasz Soundtrack produkował Eddie

Stevens, brytyjski muzyk i producent związany m.in. z Moloko, Roisin Murphy i Zero 7? W prosty sposób. Wymarzyliśmy sobie producenta, który działałby na rynku zagranicznym, bo nasz polski jest dość ograniczony. Jest kilka nazwisk, które są oblegane, kilka osób, które są — można powiedzieć — momentami przemęczone produkcjami. Chcąc postawić na świeżość, pomyśleliśmy: „A może ktoś z zagranicy?”. Okazało się, że Eddie Stevens bywa czasami w Polsce z zespołem Paris Tetris. I tak nieśmiało zaproponowaliśmy mu mailowo współpracę, a facet się do nas fajnie zwrócił, wszedł na stronę internetową Lao Che, odsłuchał muzykę i poprosił o demo nowego projektu. My mieliśmy już wszystko przygotowane, więc od razu wysłaliśmy mu materiał, a on odpowiedział obficie i bardzo szczegółowo. Widać było, że zaangażował się już w fazie wstępnej. A my chcieliśmy właśnie takiego producenta pozyskać, który będzie zaangażowany całym sobą w każdy dźwięk i w cały projekt. Eddie się absolutnie wpisał w to wszystko i spełnił nasze marzenia o osobie, która z innej kultury przychodzi i ma w nosie to, co robiliśmy wcześniej, na świeżo podchodzi do zespołu i buduje rzecz, która jest przez to mocno inna od tego, co wcześniej robiliśmy. A dla niego to też była gratka, bo płyta została przygotowana z pomysłem, zespół też już z jakimś dorobkiem, z jakąś pozycją, mający wielu słuchaczy, którzy z niecierpliwością czekają na nowy album.

>>Wniósł od siebie coś znaczącego, zaskoczył Was własnymi propozycjami? Oczywiście. Jest umieszczony nawet w kredytach — muzyka Lao Che i Eddie Stevens. Bo faktycznie było tak, że my przygotowaliśmy piosenki, a on je przearanżowywał, dokładał swoje melodie i pomysły. Miał ogromny wkład, przez co stał się jedną siódmą składu Lao Che, takim siódmym muzykiem. A jeśli chodzi o projekt i nagranie, można powiedzieć, że stał się jego liderem, osobą, która w świecie funkcjonuje w ten sposób, że ma carte blanche i prawo do decydowania o całokształcie. Eddie to robił, ale w sposób uzasadniony, dyskusyjny. To były rządy nie tyle twardej ręki, ile ręki zdecydowanej i popartej doświadczeniem.


>>Odpowiada Wam chyba taka forma lekkiego autorytary-

zmu, skoro mówisz, że producent ma wnieść coś nowego od siebie i wpłynąć na to, by płyta różniła się od poprzednich. Wasze wcześniejsze albumy produkował za każdym razem ktoś inny... No właśnie. Wcześniejsze płyty też troszeczkę sami produkowaliśmy. Trzy pierwsze płyty są współprodukowane przez nas (podpisani producenci: Powstanie Warszawskie — Filip „Wieża” Różański, Gospel — Sławek Janowski — przyp. red.). Przy Prądzie stałym / Prądzie zmiennym pojawiły się zakusy, żeby to był producent w szerokim tego słowa znaczeniu. Nie do końca tak się jednak stało, gdyż Marcin Bors — co prawda — zaangażował się w produkcję, ale tylko do pewnego etapu. W konsekwencji chcieliśmy, by piąty album robił już ktoś, kto wejdzie w niego całym sobą. I to się udało osiągnąć.

>>Ale zazwyczaj prace nad materiałem przebiegają demokratycznie? To chyba sztuka niełatwa przy tak licznej załodze — spiąć luźne pomysły sześciu chłopa w spójną całość?

Zespół pierwociny miał zawsze demokratyczne, i tak zostało do dzisiaj. Natomiast decydującą osobą dla naszego najnowszego projektu, dla tego, co się ukazało dźwiękowo, był Eddie. On się pod tym podpisywał, więc miał też ostateczne słowo. Oczywiście polemizowaliśmy, jeśli nam się coś nie podobało, sugerowaliśmy inne rozwiązanie. Czasem się zgadzał, czasem nie. Wszystko działo się na zasadzie dżentelmeńskiej współpracy.

>>Płyta Gospel, którą sami określaliście jako najbardziej

popową w dorobku, dotarła do 3. miejsca na polskim OLISie. Nagrania uzyskały status platynowej płyty za sprzedaż ponad 30 tysięcy egzemplarzy. Otrzymaliście też za nią „Mateusza” — Nagrodę Muzyczną Programu Trzeciego Polskiego Radia. To był chyba Wasz największy sukces masowy w kontekście popkulturowym. Nie mieliście zakusów, żeby kontynuować tę drogę? Pewnie teraz powiesz, że nie pracujecie dla poklasku, ale jednak odbiór ludzi i to, że jest się przez nich przychylnie przyjętym i dobrze zrozumianym jest jedną z form imperatywu twórczego. Zespół musi mieć dla kogo grać...


To nie tyle imperatyw, co marzenie, żeby ktoś się w to granie wsłuchiwał. Faktycznie, było tak zawsze, że chcieliśmy, a nawet marzyliśmy o tym, by odnieść jakiś sukces. Cieszy nas to, gdy płyty się sprzedają, gdy ludzie chodzą na koncerty — absolutnie normalna rzecz. Przy okazji tej płyty też mamy takie marzenia. Ale nie możemy i nie chcemy robić takich odcinających kupony ruchów, polegających na tym, że skoro mamy cztery różne płyty, to wybieramy z nich album, który się najbardziej wszystkim spodobał i dalej podążamy tą wydeptaną już ścieżką. Gdyby tak się stało, byłby to koniec Lao Che i skończyłaby się sztuka. Nie mamy powrotu do żadnego ze źródeł. I tak jesteśmy zbiorem skończonym, więc te wszystkie płyty są nasze, są zrobione od serca i każda się z innymi w jakiś sposób przenika. Statek płynie dalej, a my próbujemy ciągle nowych rozwiązań, marząc o takim pozytywnie pojętym sukcesie. Oczywiście jakby się przy tym pojawiła kasa, to też byłby człowiek szczęśliwy. Aktualnie cieszymy się jednak z tego, że udało nam się tę płytę skończyć. Za nami dwa lata pracy — i to z rodzaju tych trudnych, bo napotkaliśmy sporo problemów po drodze. Produkcja była duża, a i producent z zagranicy, więc to wszystko trzeba było kompatybilnie razem ułożyć. Płytę nagrywaliśmy w marcu w Polsce, a miksowaliśmy we wrześniu w Londynie — logistycznie sprawa skomplikowana i dla nas niebagatelna. Ale zawsze udawało nam się pozbierać i konsekwentnie iść do przodu. Jesteśmy najzwyczajniej szczęśliwi. Płyta nam się podoba, spełniliśmy też swoje artystyczne ambicje. Teraz zobaczymy, co się będzie działo i jak ją ludzie odbiorą.

>>Za Powstanie Warszawskie otrzymaliście w tym roku

z rąk prezydenta odznaczenie państwowe — Srebrny Krzyż Zasługi za popularyzację i upamiętnienie Powstania Warszawskiego. Ważny moment w historii Lao Che? Trudno powiedzieć. Niewątpliwie wyróżnienie, ale takie — mimo wszystko — systemowe. A zespół był zawsze z boku tego całego zgiełku i mając pochodzenie undergroundowe, niespecjalnie w mariaż z systemem wchodził. Natomiast odznaczenie to było inicjatywą Muzeum Powstania Warszawskiego, w stosunku do którego mieliśmy pewne zobowiązania dżentelmeńskie. Pomogli nam przy okazji płyty Powstanie Warszawskie wypłynąć na szersze wody — w czerwcu 2005 roku zorganizowali bowiem duży i piękny koncert, który był pierwszym ważnym występem Lao na dużej scenie. Wtedy to było dla nas całkiem spore przeżycie. Uznaliśmy, że jesteśmy zobowiązani wobec ich pozytywnie pojętego mecenatu. Skoro to oni wyszli z inicjatywą, abyśmy zostali odznaczeni orderem, byłoby nie fair w stosunku do nich po prostu nie pojawić się. I takie sugestie też były, żeby nie jechać, że to może być kwaśna impreza. Okazało się jednak, że doborowe towarzystwo przyszło — sami powstańcy i żołnierze Armii Krajowej, z którymi pośpiewaliśmy razem piosenki z Powstania Warszawskiego. W takim towarzystwie po raz pierwszy zespół się pojawił, więc mieliśmy flash back do czasów, w których komponowaliśmy tę płytę z wypiekami na twarzy, śpiewając piosenki właśnie o tych ludziach. Było to podszyte takim dreszczem emocji. Poza tym fajnie mieć coś takiego w domu. Córka moja trzyletnia czasami sobie założy na szyję i po domu chodzi. (uśmiech)


Lao Che to chiński milioner występujący w pierwszych scenach filmu Indiana Jones i Świątynia Zagłady. Próbuje wyłudzić od Indiego drogocenny diament, a następnie organizuje na niego zamach. Jest właścicielem linii lotniczych sygnowanych jego nazwiskiem. Płoccy muzycy przewrotnie jego imieniem nazwali w 1999 roku swój crossoverowy zespół, którego trzon stanowili byli członkowie operującej w gatunkach hiphopowych grupy Koli: Hubert „Spięty” Dobaczewski, Gustaw Pszczelarz (dzisiaj Mariusz „Denat” Denst) oraz Michał (wtedy „Splesz”) „Dimon” Jastrzębski (pisaliśmy o nich w numerze 5/2012 „Musli Magazine” — w artykule pt. Szemrani). Wywodzą się z płockiej sceny metalowej. Ich obecna muzyka jest koktajlem stylistycznym, mieszaniną gatunków i konwencji, tworzeniem za każdym razem nowej artystycznej i formalnej wizji muzycznej. Potrafią spinać organiczne sprzeczności i zazgrzytać tam, gdzie człowiek spodziewałby się ładu i harmonii. Nieustannie zaskakują. Do tej pory wydali 5 płyt: debiutancki album Gusła (styczeń 2002), Powstanie Warszawskie (marzec 2005), które osiągnęło status złotej płyty, Gospel (luty 2008) — platynowa płyta, Prąd stały / Prąd zmienny (marzec 2010) i Soundtrack (premiera 19 października 2012). Dostępne też są dwa wydawnictwa koncertowe DVD — Powstanie Warszawskie (2006), zawierające 2 koncerty: w Muzeum Powstania Warszawskiego i warszawskim klubie Proxima, oraz Przystanek Woodstock (2008). Wielokrotnie nagradzani, skromnie się z tym nie obnoszą. Warto wspomnieć jednak, że słuchacze Programu Trzeciego Polskiego Radia uznali Powstanie Warszawskie za najlepszy album 2005 roku. Płyta została też nominowana do nagrody Fryderyki 2005 w kategorii Album Roku — Muzyka Alternatywna. Lao Che otrzymali także: Złotego Bączka na Przystanku Woodstock (2006), „Mateusza” — nagrodę Programu Trzeciego Polskiego Radia imienia Mateusza Święcickiego (2008) za „energię i pasję tworzenia oraz umiejętność prowokowania ludzi do myślenia na temat natury ludzkiej” oraz nagrodę Artystyczną Miasta Torunia im. Grzegorza Ciechowskiego (2008). W 2008 roku słuchacze Trójki (Polskie Radio, audycja Radiowy Dom Kultury) ponownie wybrali album zespołu — tym razem Gospel — jako „najlepszą płytę z muzyką”. W kolejnym roku do rąk Lao Che trafiła „Gwarancja Kultury” przyznawana przez TVP Kultura, natomiast 31 lipca 2010 roku grupa otrzymała Nagrodę m.st. Warszawy przyznawaną dla wybitnych warszawiaków działających na rzecz rozwoju stolicy: ludzi kultury, nauki i sztuki. W tym samym roku klip do utworu Życie jest jak tramwaj autorstwa Łukasza Rusinka został wybrany najlepszym klipem animowanym 19 Yach Film Festiwal. 30 lipca br. prezydent Bronisław Komorowski odznaczył muzyków Srebrnym Krzyżem Zasługi za „zasługi na rzecz popularyzacji i upamiętniania Powstania Warszawskiego”.

ZDJĘCIA: WIECZORKOCHA KONCERT W TORUŃSKIM KLUBIE MUZYCZNYM „LIZARD KING” 28 PAŹDZIERNIKA 2012

Obecnie Lao Che to sekstet, który tworzą: Rafał Borycki Mariusz Denst Hubert Dobaczewski Maciek Dzierżanowski Michał Jastrzębski Filip Różański


>>porozmawiaj z nim...

Nigdy nie wiem,

co wyskoczy

z pudełka

z Markiem Tur kiem o wyjątkowośc i komiksu, nowym wydaw nictwie „NeST”, naturze bazyliszka, wpływie techno logii na twórców, szufla dkach z absurdem i k olorach rozmawia Szymon Gumie nik

Autoportret >>59


>>porozmawiaj z nim... Fastnachtspiel

>>Ile już lat jest Pan czynnym „komiksiarzem”? To zależy, jak liczyć. Usiłuję rysować komiksy od 1992 roku — pierwsze komiksowe plansze wysyłałem na 3. Ogólnopolski Konwent Twórców Komiksu w Łodzi, publikuję od 1996 roku — krótkie formy w ówczesnych magazynach komiksowych, dłuższymi formami zajmuję się natomiast od 1999 roku — pierwsze plansze do trylogii Sothis. >>A biernym? Pamięta Pan swój pierwszy komiks? Pierwsze świadomie „konsumowane” komiksy? Podobnie jak większość komiksiarzy z mojego pokolenia w roku 1976 czytałem historie na ostatniej stronie „Świata Młodych” i pierwsze numery magazynów komiksowych „Relax” i „Alfa”. >>Co było impulsem, co spowodowało, że zajął się Pan

na poważnie tworzeniem opowieści graficznych? Dlaczego właśnie komiks? To nie tyle impuls, co kumulacja różnego typu doświadczeń. Zajmowałem się w życiu różnymi rzeczami. W strefie działań, nazwijmy je „artystycznymi”, próbowałem swoich sił m.in. w literaturze, jednak kontakt z twórczością takich autorów jak Jacek Dukaj czy Marek S. Huberath skutecznie wyleczył mnie z wszelkich aspiracji na tym polu. Była też muzyka, którą bawię się do dzisiaj w domowym zaciszu. Jednak to właśnie dopiero w komiksie poczułem się wystarczająco komfortowo, żeby zająć się tym na poważnie. Komiks, o czym wspominam praktycznie przy każdej okazji, jest jedną z tych nielicznych form, która pozwala na bardzo osobistą, autorską wypowiedź za pomocą wielu różnych środków równocześnie. Autor komiksów, o ile oczywiście chce, może zrealizować cały projekt samodzielnie, może być pisarzem, >>60

musli magazine


>>porozmawiaj z nim...

Bajabongo

poetą, malarzem, grafikiem, muzykiem, drukarzem, dziennikarzem, fotografem i tak dalej, i tym podobne — i z wszystkimi tymi działaniami zmieści się w jednym komiksie. To, co dla mnie najbardziej kuszące w tworzeniu komiksów, to potencjał, możliwości robienia rzeczy, których jeszcze nikt nigdy nie robił. Inne dziedziny sztuki są już dosyć mocno wyeksploatowane, a w komiksie właściwie cały czas „dzieje się”.

>>Tworzy Pan bardzo osobne prace, jeśli chodzi o polski

rynek komiksowy — zarówno fabularnie, jak i graficznie. Co Pana inspiruje? Zaznaczam, że nie pytam jedynie o sztukę komiksu. Wszystko. Życie, praca, przypadkowe zdarzenia i przemyślane wybory, sztuka, historia, przyroda i nauka. Wszystko. I nigdy nie wiem, co za chwilę wyskoczy „z pudełka”.

>>Jak Pan pracuje? Od—do czy w wolnych chwilach i mo-

mentach natchnienia? Jest Pan Wodnikiem, jak ja, więc zakładam, że to drugie… (uśmiech) Jestem zodiakalnym Wodnikiem z ascendentem w Wodniku, to zdecydowanie determinuje moje podejście do pracy nad komiksem.

>>Nie da się ukryć, że Pana prace cechują właśnie szcze-

gólna niezależność, nowatorskość podejmowanych tematów i duża kreatywność w omijaniu utartych schematów. Widać to choćby w najnowszym komiksie NeST. Czekaliśmy na niego całą dekadę. Jak Pan wspomina czas, w którym komiks powstawał? Były po drodze jakieś zmiany koncepcji, poprawki?

NeST powstawał kawałkami, w czasie przerw w pracy nad innymi albumami, jednak w warstwie fabularnej trzymałem się wstępnych założeń, podobnie jak w pozostałych komiksach. Zazwyczaj przed rozpoczęciem rysowania wiem, co ma być na początku, jak się ma skończyć i którędy dojść do tego końca. Pozostaje kwestia, jak to zrobić, a w komiksie z tym „jak” jest najwięcej zabawy. W przypadku NeST musiałem zrezygnować z jednego początkowego założenia — mianowicie akcja komiksu miała się rozgrywać w konkretnej lokalizacji, czyli miasteczku Orador-sur-Glane, jednak ze względu na jego wielkość, całość historii byłaby znacznie bardziej kameralna, a zależało mi na zaprezentowaniu odrobinę „rozbuchanej” grafiki. Ostatecznie ten komiks to kompromis — straciłem ciekawy kontekst wydarzeń, ale zyskałem większą przestrzeń do rozegrania całej historii.

>>Skąd pomysł połączenia historii II wojny światowej

z legendą o bazyliszku? Okres istnienia państwa Vichy jest dosyć starannie — i wstydliwie — omijany szerokim łukiem nawet przez samych Francuzów, co aż się prosi o ulokowanie historii w tym miejscu i czasie. A bazyliszek? No cóż, wiecznie te smoki, wampiry i wilkołaki, a on zawsze gdzieś tam w cieniu, chyłkiem przemyka — taka już jego natura. Stwierdziłem, że dam mu szansę na rolę pierwszoplanową.

>>NeST wykorzystuje elementy powieści kryminalnej, thrillera, ale i motywy typowe dla szeroko pojętej fantastyki. Który z tych gatunków jest Panu najbliższy i dlaczego? Staram się „ogarniać” jak najwięcej, bez podziału na gatunki. Od lat czytam symultanicznie kilka powieści, na przykład Jo Nesbo przekładam Nealem Stephensonem, podczytując

>>61


>>porozmawiaj z nim...

równocześnie Georga R.R. Martina i na dokładkę serwuję sobie Laurenta Bineta.

>>Całkiem ładny zestaw. W NeST pojawiają się także

inne tropy i odniesienia. Od graficznych, w postaci na przykład odwzorowania bazyliki Sagrada Família w Barcelonie, przez fabularne — wnikanie do świata stworzonego w umyśle przestępcy w celu rozwikłania zagadki, aż po estetyczne, przywołujące choćby atmosferę prac Moebiusa. Jest ich jednak dużo więcej. Czy składał Pan te puzzle według z góry określonego planu? Tak, fabuła wymusiła pojawienie się określonych elementów. Oczywiście trzeba było to wszystko dopasować do siebie, uwiarygodnić — o ile można mówić o wiarygodności w takiej formule — i zgrać te wszystkie kawałki, jednocześnie opowiadając własną historię, a nie jedynie zlepek cudzych pomysłów i cytatów. O potrzebie użycia niektórych odniesień wiedziałem od początku, inne pojawiały się w trakcie — dla przykładu potencjał narracyjny komiksu abstrakcyjnego uświadomiłem sobie w pełni gdzieś na przełomie lat 2008 i 2009, podobnie jak kilka innych inspiracji graficznych, które po prostu pojawiły się w odpowiednich momentach.

>>Właśnie — warstwa graficzna NeST. Bardzo ciekawa

technika, przypominająca miejscami drzeworyty i siedemnastowieczne emblematy. Zdradzi nam Pan jej tajniki?

>>62

Technika rodem z XXI wieku, ale efekt końcowy przypomina drzeworyty i scratchboard. Najpierw klasyczny szkic ołówkiem na papierze, następnie rysowanie negatywu za pomocą tuszu, skanowanie, uzyskanie pozytywu w programie graficznym i dalsze rysowanie, tym razem na ekranie, za pomocą tabletu graficznego. Taki sposób niesie ze sobą sporo niespodzianek — o tym, co właściwie narysowałem, mogłem się przekonać dopiero po wrzuceniu grafiki na komputer. Nie pozostaje po tym niestety fizyczny ślad w postaci oryginalnych plansz, faktycznym oryginałem stają się wszystkie wydrukowane egzemplarze komiksu.

>>Pana kreska zmienną jest. Ciężko porównać na przy-

kład Sothis z Fastnachtspiel czy późniejsze Bajabongo z NeST. Która z tych technik wymaga największego nakładu pracy i w której z nich czuje się Pan najlepiej? I jeszcze, czy nowe narzędzia, niedostępne w latach 90. XX wieku, dają obecnie większe możliwości twórcom komiksowym? Zawsze staram się dopasować styl i technikę rysunku do charakteru opowieści, jednocześnie zachowując pewne elementy, które powodują, że moje prace są dla większości czytelników rozpoznawalne na pierwszy rzut oka. Największego nakładu pracy wymaga to, nad czym siedzę obecnie — tak, kolejny album, rysowany znowu „trochę inaczej”… Jestem z gatunku tych dziwaków, którzy za każdym razem sami podnoszą sobie poprzeczkę jeszcze wyżej. musli magazine


>>porozmawiaj z nim...

NeST

A nowe narzędzia? Cóż, technologia niestety rozleniwia i powoduje unifikację. Coraz trudniej o twórców takich jak Richard Corben czy Dave McKean, którzy traktują ją jak kolejne narzędzie, pozwalające na nowe rozwiązania graficzne, eksperymenty, personalizację stylu etc. Mamy za to masowy wysyp bardzo sprawnych grafików, dla których komputery, oprogramowanie, tablety i cała reszta to tylko coraz tańsze i łatwiejsze w obsłudze narzędzia, które służą jedynie przyśpieszeniu procesu twórczego. Ale to niestety szerszy problem, dotykający także muzykę, fotografię, filmy, animację i tak dalej — tam, gdzie twórcy odwracają się od technologii, wciąż pojawiają się nowe rzeczy, ale coraz mniej jest oryginalnych, spersonalizowanych dzieł uzyskanych za pomocą nowych technologii. Absurdalnie wychodzi na to, że im łatwiej, tym gorzej.

>>A co gorsza — więcej i gorzej. Wróćmy jednak do Pana

prac. Historie powstają w Pana głowie od początku do końca, czy raczej dopisuje Pan tę swoją charakterystyczną niesamowitość do zaobserwowanych już zdarzeń z rzeczywistości? Historie splatają mi się samoistnie. Nie wyszukuję jakoś specjalnie rzeczywistych zdarzeń, które mógłbym przenieść na karty komiksu, nie siedzę też godzinami, wysilając się nad stworzeniem wyabstrahowanej opowieści w mojej głowie.

>>Pytam o to, ponieważ trudno wyobrazić mi sobie życie

w stworzonym przez Pana świecie, tak złowieszczym, bez-

względnym, ale też nieco groteskowym i absurdalnym. Aż dreszcz przechodzi, podobnie jak niegdyś w czasie lektury Procesu Franza Kafki. A Pan wszedłby bez wahania do miejsca wykreowanego ręką Marka Turka? Większość moich historii nawiązuje do rzeczywistych zdarzeń czy miejsc, zdeformowanych, przekształconych, ale jednak będących w naszym świecie. Ba, często mam wrażenie, że nasza rzeczywistość bywa znacznie bardziej pokręcona, absurdalna i okrutna. I wbrew opinii niektórych recenzentów moich komiksów, którzy wolą je analizować jako abstrakcyjne wizje tworzone pod wpływem środków halucynogennych, co jest dla mnie o tyle intrygujące, że od dawna ograniczam się do kawy, papierosów i sporadycznej konsumpcji alkoholu, moje „wykreowane światy” są niczym więcej, jak tylko bladym odbiciem tego, co nas otacza, co dzieje się, czasami bardzo daleko, kiedy indziej tuż obok nas. A Proces Kafki? Przecież właściwie nie ma dnia, żeby nie pojawiały się informacje o takich „procesach”, i to nie w jakichś odległych krajach, tylko tutaj, u nas w kraju.

>>Pana komiksy to zawsze autorskie projekty. Nie spotkał

Pan jeszcze na swojej drodze scenarzysty, który miałby podobną wyobraźnię? Spotkałem kilku, ale jakoś najczęściej mi z nimi nie po drodze. Chociażby dlatego, że nie jestem rysownikiem, a zakres moich umiejętności graficznych jest raczej ograniczony. Nie nadaję się do tworzenia komisów w duecie, męczę się i nudzę, siedząc nad gotowym scenariuszem, który powstał w cudzej >>63


>>porozmawiaj z nim...

głowie. Traktując komiks jako hobby, wolę robić to, co sprawia mi więcej radości i potrafi zaskoczyć. A zresztą, po co mam rysować cudze pomysły, skoro inni autorzy realizują się lepiej w duetach, a swoich pomysłów mam taki zapas, że życia może mi zabraknąć na ich narysowanie?

>>Słusznie. A czy zrezygnował Pan kiedykolwiek

z jakiegoś pomysłu po skonfrontowaniu go z realiami komiksowymi w Polsce i tak zwaną opinią publiczną? Innymi słowy, czy myślenie o odbiorcy podczas tworzenia komiksu ma w ogóle znaczenie w Pana przypadku? Odbiorca jest w tym wszystkim najważniejszy, ale już „opinia publiczna” to w naszych realiach taki synonim określenia „wszyscy, czyli nikt”. Mam o tyle komfortową sytuację, że pracuję w konwencji, w której właściwie mogę wszystko i rzeczywiście pozwalam sobie na prawie wszystko. A ludzie, którzy potencjalnie mogliby poczuć dyskomfort w kontakcie z tymi „kontrowersyjnymi” pomysłami, nawet jeżeli trafiają na moje komiksy, umiejętnie odwracają wzrok, wrzucając to, co dla nich niewygodne, do szufladek z „absurdem”, „wydumaną abstrakcją” czy innymi „narkotycznymi wizjami”.

>>Myślał Pan kiedykolwiek o całkowitej zmianie konwencji

czy umasowieniu, uproszczeniu swoich historii? Lata temu, przez chwilę, ale szybko zrezygnowałem z tak głupiego pomysłu. To nie moja bajka.

>>Eksperymentuje Pan z czernią, co sprawia, że Pana ko-

miksy są jeszcze mroczniejsze i bardziej przytłaczające. Skąd taki wybór konwencji? Świadomość bardzo ograniczonych umiejętności i braków warsztatowych. Ale cały czas ćwiczę i próbuję, jest więc nadzieja, że kiedyś odważę się narysować coś w kolorze, na przykład dodając do czerni i bieli czerwień. Albo coś zielonego.

>>Może być ciekawie… Pana kreska jest też trochę grote-

skowa i surrealistyczna, ale przez swoje uszczegółowienie i dokładność cieniowania sprawia, że w ten mrok aż chce się wejść, wpaść, kontemplować go jak najdłużej, fascynować się nim. To taki paradoks światów strasznych, ale pięknie odrysowanych. Patrzył Pan tak na swoje plansze, czy już jest to zbyt daleko posunięta interpretacja?

>>64

Prawie nie patrzę na to, co już narysowałem. Rysując jeden komiks przez kilka lat, człowiek ma już naprawdę dosyć patrzenia na własne wypociny. Ale bardzo ochoczo zanurzam się w takie światy wykreowane przez innych.

>>Czyli coś w tym jednak jest…

Wróćmy do rzeczywistości. Od pewnego czasu jest Pan związany z Kulturą Gniewu — jednym z lepszych wydawnictw komiksowych w Polsce, które ostatnio wypuściło na rynek reedycję starszych prac Krzysztofa Owedyka vel. Prosiaka. Planuje Pan wydać ponownie zbiór Fastnachtspiel i Sothis? Wielu czytelników by się pewnie ucieszyło. Fastnachtspiel jest wstępnie zaplanowany do wydania w jednym tomie, taki integral z narysowanym dodatkowo jednym rozdziałem, liczącym 52 strony, i kilkunastoma stronami pełnymi „smakowitych bajerów” — łącznie prawdopodobnie 300 stron. Z Sothis dałem już sobie spokój, jeżeli już, to wrzucę całość, razem z kilkunastoma ukończonymi stronami ostatniej części, do sieci.

>>Bardzo dobry pomysł! Chciałbym tym miłym akcentem

zakończyć rozmowę, jednak zapytam jeszcze o plany na najbliższą przyszłość. Począwszy od jutra… Biograficzny album o Hansie Bellmerze, oczywiście niemy i rysowany po mojemu. A równocześnie zakończenie Fastnachtspiel i wywiązanie się z kilku zaległych zobowiązań „niealbumowych”. Muszę też w końcu sfinalizować realizację płyty z muzyką, nad którą siedzę od kilku ładnych lat, i jeszcze film animowany, i dzieci trzeba odchować, i pieniądze na życie jakieś zarobić, a co z podróżą dookoła świata? Albo przynajmniej dłuższą wyprawą do Paryża? Lizbony? Barcelony? Londynu? Rzymu?

>>Czego życzyłby Pan sobie i innym twórcom komiksowym

w Polsce? Zdrowia dużo. I cierpliwości, bo że pieniędzy i sukcesów zawodowych, to chyba oczywiste. Aha, i żeby w końcu udało nam się wyjść z tego „komiksowego grajdołka”, tak normalnie, na zdrowych zasadach, a nie jako „tania siła robocza”. Ale to chyba dotyczy wszystkich w naszym kraju, a nie tylko twórców komiksów. musli magazine


>>porozmawiaj z nim...

NeST Marek Turek Kultura Gniewu 2012

NeST to najnowsza propozycja Marka Turka, autora niezwykłej tetralogii Fastnachtspiel oraz „niemego” komiksu Bajabongo. Ze szczelnie zamkniętego miasta i jedynego w swoim rodzaju kurortu przenosimy się tym razem do pewnego francuskiego miasteczka A.D. 1940, w którym zaczynają dziać się bardzo dziwne rzeczy. Od pewnego czasu szerzy się w nim szczególna epidemia, która zamienia ludzi w kamień. Władza ukrywa dowody w odpowiednio do tego celu przygotowanym magazynie, a cała reszta społeczeństwa żyje w błogiej nieświadomości. Przyczyny są nieznane, a policja jest bezradna. Gdy zawodzą wszelkie logiczne próby wyjaśnienia, zainteresowani rozwiązaniem zagadki — inspektor policji Reflet i profesor Visser — sięgają po mniej racjonalne formy prowadzenia śledztwa. Co wyniknie z próby szpiegowania umysłu przestępcy, z podróży do świata stworzonego w jego umyśle? I kim okaże się tajemniczy „bazyliszek”? Odpowiedzi na wszystkie te pytania znajdziecie oczywiście w komiksie. Ale nie tylko. NeST to bowiem historia pełna fabularnych tropów i graficznych odwołań, które skumulowane zostały na 80 stronach plansz stworzonych z wielką pieczołowitością. Prawie każdy kadr zapada tutaj w pamięć, a szczegóły pojedynczych elementów rysunku przyciągają wzrok czytelnika na dłużej — być może dlatego czekaliśmy na to wydawnictwo blisko dekadę. Czas ten nie jest, niestety, wprost proporcjonalny do czasu, w jakim wręcz połyka się ten komiks, co z kolei powoduje pewien niedosyt i wrażenie niezbyt dokładnego rozwinięcia niektórych scen czy tematów. W ostatecznym rozrachunku jest to jednak bardzo ciekawa pozycja, która dzięki samej historii i zastosowaniu tak nowatorskiej na naszym rynku techniki graficznej na długo zapada w pamięć. Od strony fabularnej jest to nietypowy kryminał z mocno rozwiniętym pierwiastkiem niesamowitości, metafizyki i absurdu. Jednak to praca Marka Turka, więc nie mamy się czemu dziwić i czego obawiać. To tylko trochę „niewygodna” podróż w ciemne zakamarki ludzkiej jaźni. Nic wielkiego, a jednak! (SY) >>65


(edych) Edyta


Chachulska


Edyta Chachulska (edych) – rocznik ‘87, człowiek orkiestra. Zajmuje się projektowaniem graficznym, ilustracją, fotografią, architekturą wnętrz, konstruowaniem przedmiotów użytkowych. Tworzy animacje oraz strony www. Oprócz tego komponuje, pisze scenariusze, kręci teledyski i filmy. Zaśpiewa, ale nie zatańczy. Jej praca napiętnowana jest humorem i ideologią. Historie fotograficzne przygotowuje sama. Poczynając od pomysłu i zaaranżowania przestrzeni, poprzez stylizacje, wizaż, fotografię, po tzw. set design. Wyliczając osiągnięcia, wymienia wydanie książki dla dzieci pt. „Przygody Rózi i chłopca o imieniu dziadek” z jej ilustracjami i typografią oraz publikacje edytoriali fotograficznych w zagranicznej prasie. www.edych.pl


KARSTEN VOR DER WAND / WANDERLEBEN ESSEN / 2012 / FOT. MANUEL BANGEMANN

Karsten


Behr/

etapy poznania świata i siebie

z artystą i aktywistą ruchu Transition Town rozmawia Marta Kowalski


>>porozmawiaj z nim...

>>Ostatnio dużo mówi się o ruchu Transition Town, który

również w Polsce staje się coraz bardziej popularny. Jak go definiujesz z Twojej, artystycznej, perspektywy? Transition Town, zrzeszający coraz więcej ludzi, ma nadać naszej ewolucji zdrowy kierunek. Jako podstawę przyjmuje opowiadanie się za czymś, a nie przeciwko czemuś. Jego działacze często wywodzą się z ruchów protestacyjnych, z organizacji pokojowych, z ruchów na rzecz ochrony środowiska... Już w dzieciństwie rodzice zabierali mnie na różne demonstracje. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych demonstrowaliśmy zawsze przeciwko czemuś: przeciwko zbrojeniom atomowym, elektrowniom jądrowym, wojnie, kwaśnym deszczom, kapitalizmowi, niszczeniu środowiska, autostradom itd., zawsze przeciwko... To wszystko mnie ukształtowało, ale i mocno znużyło. Kilka lat temu dzięki Transition Town udało mi się odejść od tej wysysającej energię postawy i przejść do innych rozwiązań, które są w zasięgu ręki. Już nie potrzebujesz być przeciwko — możesz stawać po stronie pokoju, odnawialnych źródeł energii, zdrowej żywności, całościowego systemu kształcenia, długofalowej polityki drogowej itd. „Sam bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie” — tak powiedział Gandhi. To zdanie wraz z alternatywnymi propozycja-

>>54

mi Transition Town ma sens. Dobrym początkiem będzie założenie ogrodu wraz z innymi zainteresowanymi.

>>Wytłumacz nam, proszę, Twój projekt „Gesellschaft-

kunst”. Z jakiej inicjatywy powstał i co kryje się pod jego nazwą? To projekt artystyczny w Wuppertalu, w który z radością się zaangażowałem. Wraz z Andreasem Bangemannem, kierownikiem ośrodka imienia Silvia Gesella (ośrodek ten jest miejscem obrad) za pomocą instalacji i obiektów prezentujemy na dwuhektarowym obszarze (obejmującym również w dużej części las) zagadnienie „Wszystko płynie, trwa, przemija”. Jest to odzwierciedlenie idei Silvia Gesella. Gesell, który w tym roku skończyłby 150 lat, systematycznie pomijany przez ekonomistów, w swoim czasie opracował humanitarny system finansowy bez odsetek. „Gesellschaftkunst” jest grą słów, gdyż Silvio Gesell jest moim niebezpośrednim „zleceniodawcą”, a przy okazji wszyscy żyjemy w społeczeństwie (Gesellschaft), więc z jednej strony można ten projekt tłumaczyć jako ‘Silvio Gesell tworzy sztukę’ (Gesell schafft Kunst), z drugiej jako ‘sztuka, która ma trafiać bezpośrednio do społeczeństwa’.

musli magazine GESELLSCHAFFTKUNST / WUPPERTAL / 2012


>>55

GESELLSCHAFFTKUNST / WUPPERTAL / 2012

>>porozmawiaj z nim...


>>porozmawiaj z nim...

>>54

musli magazine


>>porozmawiaj z nim... >>Czy Silvio Gesell był wizjonerem i przewidział obecną

sytuację na rynku finansowym? Gesell przewidział wiele zmian, których skutki teraz odczuwamy, i przypisał je głównie oprocentowaniu. Ponieważ procenty jednych są długami innych, bajką jest również stwierdzenie, że „pieniądz może pracować”. Jest to ulubiony slogan reklamowy banków

— swoiste kłamstwo, gdyż pracować może tylko człowiek. Niedługo będziemy musieli pracować do siedemdziesięciu lat, żeby finansować bogactwo innych. Pieniądz musi płynąć, pieniądz jest energią. Na szczęście coraz więcej ludzi to rozumie i tworzy komplementarną, regionalną walutę. Najbardziej kreatywny projekt idący w tym kierunku to „Minuto”.

>>W jaki sposób przekazujecie odwiedzającym ideę Silvia

Gesella? Reaktywowaliśmy zniszczony amfiteatr, który w latach dwudziestych ubiegłego stulecia został stworzony przez humanistów, wolne

>>55 DESIGN: KARSTEN BEHR / FOT. A.R.


>>porozmawiaj z nim...

ptaki i osoby bardzo związane z naturą. W latach trzydziestych idea ta została zakazana przez nazistów, w czasie wojny zmarł również architekt tego amfiteatru. W miejscu tym jest wiele skarbów dawnej kultury, którą czuje się w nim na każdym kroku. Moim zadaniem jest przekształcanie obszaru w centrum ruchu Transition Town. Prowadzę zajęcia na ten temat i daję ludziom przestrzeń, w której mogą gromadzić się i zmieniać. Widzę się jako artystę Transition, prekursora sztuki związanej z tworzeniem w ziemi i wokół niej.

>>Jesteś bardzo zaangażowany politycznie. Nad jakim pro-

jektem obecnie pracujesz? Czy mógłbyś nam przybliżyć ideę bedingungsloses Grundeinkommen (‘podstawowy dochód’)? Jest to bardzo ciekawa i wiekowa już idea. Jej głównym założeniem jest to, aby każdy otrzymywał od państwa podstawowy dochód i dzięki temu mógł godnie żyć. Wszystkie świadczenia typu renta, emerytura, zasiłek dla bezrobotnych nie byłyby potrzebne, gdyż każdy otrzymywałby podstawowy dochód. To pomogłoby ludziom samorealizować się i być bardziej odpowiedzialnymi za własne życie.

>>Czy nie ma zagrożenia, że otrzymując podstawowy do-

chód, przestalibyśmy pracować, podejmować się jakichkolwiek działań? W naturze człowieka leży wrodzona chęć do pracy. Czy jesteśmy w ogrodzie, w domu, czy gdziekolwiek indziej, jesteśmy ciągle zajęci i chcemy coś zmieniać. Niestety, większość ludzi podejmuje się bezsensownych prac, byle tylko móc się utrzymać. Często nie towarzyszy im żadne pozytywne uczucie. Kto z nas nie zna umęczonych twarzy w metrze, ludzi jadących do pracy lub wracających z niej? Kulturowy impuls, który wychodzi z podstawowego dochodu, jest wręcz nie do zmierzenia. Pojawia się pytanie: Jaką pracę byś wybrał, gdybyś miał zapewniony byt? Tylko nieliczni odpowiadają, że poszliby rano do pracy. Wielu natomiast twierdzi, że zajęliby się działalnością terapeutyczną, charytatywną lub kreatywną. Argument, że leżelibyśmy wtedy leniwie w hamaku, jest błędny, z ankiet bowiem wynika, że nikt tego nie mówi o sobie — raczej inni są leniwi i nie mieliby ochoty nic robić.

>>Jesteś sztukatorem z zawodu i tworzysz wnętrza o organicznym charakterze. Twoje ściany wyglądają jakby umiały „oddychać”, w ich strukturach jest miejsce dla roślin i innych żywych organizmów, także na przykład dla ognia. Próbujesz ideowo przenieść naturę do wnętrz czy Twoje formy sztukaterii mają bardziej estetyczny charakter, związany z ich wystrojem? Kiedy w latach osiemdziesiątych przyuczałem się do zawodu sztukatora, dość szybko zadałem sobie pytanie: Gdzie jest >>100

musli magazine


>>porozmawiaj z nim...

miejsce dla sztukaterii naszych czasów? Musiałem jedynie restaurować fasady i stropy pochodzące z dawnych czasów, barokowe, secesyjne lub inne. Zapytałem: Dlaczego w moim zawodzie mam mieć do czynienia tylko z przeszłością? I wtedy stwierdziłem, że sztukator naszych czasów tynkuje ściany jedynie na gładko lub używa płyt gipsowo-kartonowych, a współczesna sztukateria to powrót do tapety typu Raufaser (gruzełkowatej). Na szczęście trafiłem na Gaudiego i Hundertwassera. Od tego momentu droga była dla mnie jasna: połączyłem moje umiejętności z życzeniem tworzenia piękna i harmonii. Ściany, które tworzę, są „doświadczalne”. Można ich dotknąć i je pogłaskać. Ludzie, którzy to robią, doświadczają przy tym często wręcz erotycznych uczuć. Moje ściany są również pomostem z naturą. Można je przyozdobić roślinami lub postawić na nich coś pięknego, osobistego, jak kryształy czy świece.

>>Mówisz o przemianach, które powinny zajść w społeczeństwie, w myśleniu i świadomości. W jaki sposób miałyby one nastąpić? Od naszych narodzin podlegamy ciągłym przemianom. Dzisiaj obowiązują zasady i zachowania, które kiedyś były nie do przyjęcia, i odwrotnie. Najważniejsze jest, jak je najlepiej wykorzystać. Nazywamy to Reskilling. Chodzi o to, by odzyskać dawne technologie, dawną wiedzę, która z powodu industrializacji zaczyna zanikać. Upiecz chleb, zrób sweter, swój dom zbuduj z gliny. Naprawdę potrzebujesz samochodu? A jeśli tak, to dlaczego? Dziel się z innymi, dziel się sobą. Mieszkasz od lat w jednym domu i nawet nie znasz swoich sąsiadów? Nie wiesz, jak wykorzystać rośliny, które rosną w twoim otoczeniu, nie znasz ich nazw? Czy jesteś świadomy bycia jedynie konsumentem? Dlaczego nie masz czasu? Wiesz dokładnie, co jesz i pijesz? Jak T-shirt może kosztować 3 euro? Żyjesz świadomie czy tylko egzystujesz? Kiedy zaczynamy zadawać sobie te pytania, zauważamy również, że nie jesteśmy bezradni. Dla mnie właśnie ten rok jest czasem odkrywczym, rokiem przebudzenia. Wszystko wychodzi na jaw, cały ten brud, ale i wiele dobrego. Założyłem sobie pewien plan: kiedy umrę, chcę, aby mówiono „Karsten pozostawił po sobie wiele dobrego, a to, co zrobił, jest piękne”. Można pozostawić bardzo wiele dobrego, można opowiadać się za odnawialną energią, czystszą wodą, zdrową żywnością, lepszym systemem oświatowym. KARSTEN BEHR / WWW.WANDERLEBEN.DE

>>Jakich etapów poznania siebie i świata doświadczasz

w trakcie tworzenia? Obecnie znajduję się na czterdziestym trzecim etapie, co odpowiada mojemu wiekowi. Według antropozofii jestem obecnie w siódmej dekadzie (42—49). Spostrzeżenia i doznania wstępują we mnie każdego dnia, czasami jako ciepły letni deszcz, a innym razem jako lodowate gradobicie. Moja dusza chciała się przemienić w człowieka, którym jestem. W pierwszej kolejności widzę w sobie człowieka. Stałem >>101


>>porozmawiaj z nim...

się artystą, ponieważ uważam, że świat, który tworzy człowiek, jest bardzo brzydki. Tylko tam, gdzie człowiek jeszcze nie dotarł, można odczuć świat pierwotny. Kocham Ziemię, bo to piękna i mądra kobieta. Chcę ją obdarować czymś równie pięknym. Zbieram śmieci, którymi została obrzucona. Całuję ją i biorę w ramiona. Próbuję ją chronić, gdyż jest ze wszystkich stron zatruwana. I jak to bywa z piękną i mądrą kobietą, która jest okłamywana i zdradzana — może się kiedyś odwrócić i odejść. Wtedy jednak nie będziemy mieli już prawa istnieć i wymrzemy. Może przybędą po nas inne stworzenia i będą ją traktować z szacunkiem. Natura jest perfekcyjna. Każdy człowiek ma szanse w swoim krótkim życiu zrozumieć, że nosimy w sobie cząstkę bardzo starej duszy, która pojawia się tutaj, by coś pojąć i w najlepszym wypadku dać wiele miłości. Miłości do drugiego człowieka i miłości do Ziemi.

>>Na swojej stronie pokazujesz zdjęcie, na którym przeglądasz się w lustrze. Zatytułowałeś je Rdza przemienia się w złoto. Czy określasz się w nim jako artystę? Używasz lustra do apercepcji? Czy może pokazujesz w ten sposób swoją przynależność do ukrytego świata, który tylko za sprawą odbiorcy wychodzi na światło dzienne? W tej instalacji ważne było dla mnie pokazanie, na ile zwykłe lustro jest drogą do innej rzeczywistości. Może cały czas postrzegamy naszą rzeczywistość przez lustrzane odbicie? Pojmujemy świat bezpośrednio czy nasz odbiór jest może zniekształcony? Czy na pewno zrozumieliśmy, czym jest życie, Ziemia i sens tego wszystkiego? Czym jest złoto? Na pewno jest cenne? Potrzebujemy jeszcze tego bożka? Trzeba stłuc lustro, żeby dotrzeć do prawdziwej rzeczywistości? Czy to, co wydaje nam się najcenniejsze, może tak łatwo stracić na wartości? Czy jesteśmy niewolnikami naszych bożków? Czy to wszystko jest nam tak naprawdę potrzebne?

>>Poruszasz w swoim projekcie temat „Wszystko płynie,

trwa, przemija”. Jak sam mówisz, przybliżasz go na „dwuhektarowym leśnym płótnie”. Czy znajduje się w nim początek i koniec w boskim rozumieniu, czy jest to rodzaj cyrkulacji natury, która zamyka się w świadomości i samopoznaniu człowieka? Jeden i drugi aspekt jest prawdziwy. W naszym rozumieniu narodziny oznaczają początek, a śmierć — koniec. A czas pomiędzy zależy od tego, jak go ukształtujemy. Ryba pływa całe życie w morzu i żyje swoim rytmem. Nagle trafia w sieci rybaków, zostaje wyłowiona, patrzy w oczy zmęczonym ludziom i umiera ze słowami: „Bóg, widzę Boga”. A potem już tylko będzie przerobiona na filet i dostarczona >>102

do supermarketu. Architekt amfiteatru też miał plany, a został w czasie II wojny światowej zamordowany w Rosji. W miejscu, gdzie spoczywają jego kości, stoi teraz zapewne krzyż albo centrum handlowe. Chodzimy codziennie po milionach kości i czaszek. Nasza planeta wszystko przetwarza, wszystko ulega na niej transformacji i rozpadowi. Tak właściwie to my formujemy i przyczyniamy się do rozpadu. Formujemy się w brzuchu i rozpadamy w trumnie. Żeby nie oszaleć, wierzymy w duszę, która tworzy ciało i kości, by potem móc z powrotem odlecieć. Taka teza uspokaja ludzi i tworzy religie. W lesie uświadamiam sobie, że istnieje pewien rozbudowany plan, którego nie jesteśmy w stanie pojąć. Rozumiem, że można z tym problemem uciekać w religię, ale jest to krótkowzroczne. Przynajmniej nigdy nie widziałem ryby w ornacie papieskim, która błogosławiłaby inne ryby. Można się jednak zbliżyć do tajemnic tego odwiecznego planu, kiedy połączymy się z naturą za sprawą medytacji.

>>Swoją stronę internetową nazwałeś wanderleben (‘ścia-

na/wędrówka życia’). Widzisz siebie zawsze w podróży, nigdzie na dłużej? Czy Twoja podróż ma jakiś cel? Czy ważniejsza jest chwila obecna? Wiąże się z tym również musli magazine


>>porozmawiaj z nim... GESELLSCHAFFTKUNST / WUPPERTAL / 2012

pytanie: Ile w tym samospełnienia w procesie twórczym i jak ważny jest dla Ciebie rezultat Twojej pracy? Wanderleben jest także grą słów. Z jednej strony moje życie to ciągła wędrówka, z drugiej (Wand — ściana, erleben — przeżyć) można „przeżyć” uformowane przeze mnie ściany. Ja tylko próbuję żyć świadomie w chwili obecnej. Chcę żyć, kochać, tworzyć teraz... Nie chcę się zastanawiać nad przeszłością lub tym, co będzie potem. Przeszłości już nie ma, a przyszłość jest iluzją. Po co snuć plany, ubezpieczać się, jak na drugi dzień można zginąć w wypadku? Żyję i działam teraz. Owoce mojej pracy mają upiększać otoczenie, co znów sprawia, że mamy piękniejsze myśli, że chcemy zacząć grę miłosną. Nasza codzienna wędrówka ma pchnąć nas ku temu, abyśmy zaczęli żyć w pełni, a nie tylko egzystowali.

>>Wybrałeś miejsce swojej pracy artystycznej w naturze,

bo jest ona „naga”, uwolniona od społecznych ograniczeń? Czy ma to głębszy duchowy charakter? To miejsce odnalazło mnie samo, ale i ja go szukałem. Od półtora roku żyję na zewnątrz, w sensie, że nie chcę już mieć

mieszkania. Kocham przyrodę i chcę się w niej pławić jak ryba w wodzie. Nie słyszałem też nigdy o rybie, która miałaby mieszkanie, tapety, skrzynkę pocztową czy ekspres do kawy. Ryby żyją raczej w małych jaskiniach, które mają ściany podobne do tych formowanych przeze mnie, lub przez całe życie wędrują. Moje życie zwolniło, odkąd coraz bardziej zagłębiam się w przyrodzie. Żeby rozpalić ognisko, muszę zebrać drewno; nie każde drewno się jednak nadaje — musi być wysuszone. Wtedy mogę rozpalić ogień i nastawić wodę na herbatę. Od pomysłu zrobienia herbaty do jej wypicia mija godzina. W mieszkaniu wystarczy wcisnąć przyciski, a nasze myśli zagłusza w tym czasie reklama w radiu. W obcowaniu z przyrodą szybko sobie uświadamiasz, że jesteś wobec niej niczym. Natura może być wobec ciebie łaskawa lub sprzątnąć cię z powierzchni Ziemi. Zbrodnią jest fakt, że człowiek ciągle podnosi na nią rękę. Wiem, że niedługo umrę, i proszę codziennie Ziemię o wybaczenie krzywd, które jej wyrządziłem. Czasami wydaje mi się, że wzbudziłem jej zaufanie, i wtedy wynagradza mnie bardziej, niż uczyniłyby to najbardziej drogocenne bogactwa tego świata. Wynagradza mnie swoją miłością. >>103


>>nowości książkowe

książka NOWOŚCI

Wywiad z władzą Oriana Fallaci Świat Książki 7 listopada 2012 54,90 zł

Listy Allen Ginsberg, Jack Kerouac Wydawnictwo Czarne 26 listopada 2012 55,99 zł

Zdaje się, że lubiana w naszym kraju, choć powszechnie uznana za postać kontrowersyjną — głównie ze względu na antymuzułmańskie wystąpienia w ostatnich latach życia — Oriana Fallaci znana była przede wszystkim jako wybitna dziennikarka, mająca na swym koncie arcyciekawe wywiady z postaciami współcześnie najistotniejszymi. Kolejny tom jej wywiadów przetłumaczonych (tłum. Hanna Borkowska) na język polski ukaże się 7 listopada. Fallaci rozmawia w nim m.in. z Chomeinim, Kaddafim, Deng Xiaopingiem, Dalajlamą i Lechem Wałęsą. Warto chyba zainteresować się tą książką…

Sięgnę zapewne po zbiór ponad dwustu listów, które są jednym ze śladów wieloletniej przyjaźni Allena Ginsberga i Jacka Kerouaca. Bożyszcz niezależnej kultury amerykańskiej XX wieku nie trzeba chyba przedstawiać, a na pewno nie da się tego uczynić w tak krótkim tekście. Cieszę się, że w dniu, o którym — ze względu na pewne urodziny — powinienem pamiętać, ukaże się książka przetłumaczona przez Krzysztofa Majera, której zawartość opracowana została przez Billa Morgana i Davida Stanforda. Zawsze mam opory przed czytaniem upublicznionej prywatnej korespondencji, ale nieraz je przełamuję.

(MR)

(MR)

Cwaniary Sylwia Chutnik Świat Książki 7 listopada 2012 30,49 zł

Wciąż od nowa Diane Keaton Bukowy Las 7 listopada 2012 38,99 zł

>> Zgrana paczka bojowo nastawionych kobiet postanawia na własną rękę rozprawić się z przekonanymi o swej bezkarności brutalami, oszustami i wyzyskiwaczami. Tytułowe warszawskie cwaniary nie dają sobie w kaszę dmuchać i radzą sobie bez trudu z każdym napakowanym testosteronem osiłkiem. Ale czy nie posuną się za daleko, reagując przemocą na przemoc? Pierwowzór Cwaniar publikowany był w odcinkach na blogu Sylwii Chutnik i na bieżąco komentowany przez czytelników. Ilustratorką zarówno blogowej, jak i książkowej wersji powieści jest Marta Zabłocka, jedna z osób komentujących blog. Jej ascetyczne, dowcipne rysunki celnie uzupełniają treść książki. W grudniu Sylwia Chutnik będzie gościem na toruńskim Bella Women In Art Festival. (AL)

>>104

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Diane Keaton: jej droga do sławy, związki z fascynującymi mężczyznami — Woodym Allenem, Warrenem Beattym, Alem Paccino, a także wieloletnia walka z bulimią. Aktorka spisała swe wspomnienia w formie dialogu z pamiętnikami matki, Dorothy Hall. Matka i córka, obie utalentowane i wrażliwe, każda z własnym pomysłem na życie. Jak się okazuje, żaden z nich nie jest lekiem na pustkę i samotność. Zaskakujące jest powielenie się obsesji, lęków i bólu u obu kobiet. Pamiętniki matki pozwoliły Diane lepiej zrozumieć samą siebie. Zdobytą w ten sposób mądrość przekazuje ona swym adoptowanym dzieciom oraz czytelnikom. (AL) musli magazine


>>nowości filmowe

film książka NOWOŚCI

Czarny koń reż. Todd Solondz obsada: Jordan Gelber, Selma Blair, Christopher Walken, Mia Farrow 23 listopada 2012 84 min

Miłość reż. Michael Haneke obsada: Jean-Louis Trintignant, Emmanuelle Riva, Isabelle Huppert, William Shimell 2 listopada 2012 126 min

Co tym razem zafunduje nam mistrz filmowego hardcore’u Todd Solondz? Podobno wskoczył w kapcie i zrezygnował z fabularnych ekscesów. Czarny koń to jednak z dowcipem i lekkością opowiedziana historia nieco neurotycznego trzydziestoparoletniego Abe’a (Jordan Gelber), który zasiedział się w domu rodzinnym. Trudno mu się dziwić, kiedy weźmiemy pod uwagę to, że rodzicielską opiekę nad dorodnym synkiem sprawują fantastyczni: Mia Farrow i Christopher Walken. Na domiar złego Abe pracuje w firmie ojca. Nic nie zwiastuje zatem zmiany i przecięcia pępowiny, aż do momentu, gdy Abe poznaje na weselu Mirandę. Czy jest szansa na happy end? Sprawdźcie!

Złota Palma na festiwalu w Cannes i nazwisko reżysera — Michaela Hanekego to wystarczające wabiki, by wybrać się w listopadzie na Miłość. Na tym jednak bonusy się nie kończą. Po pierwsze — obsada. W głównych rolach cudowni Jean-Louis Trintignant, niezapomniany Jean-Louis Duroc z filmu Kobieta i mężczyzna, oraz gwiazda filmu Hiroszima, moja miłość — Emmanuelle Riva. Po drugie — zdjęcia, które fenomenalnie budują nastrój filmu. Za kamerą stanął znakomity operator Darius Khondji, autor zdjęć do filmów Davida Finchera, Romana Polańskiego, Wong Kar-Waia i Woody’ego Allena. Po trzecie — historia. Pozycja obowiązkowa, nie tylko dla wielbicieli talentu Michaela Hanekego.

ARBUZIA

Mistrz reż. Paul Thomas Anderson obsada: Philip Seymour Hoffman, Amy Adams, Joaquin Phoenix, Laura Dern 16 listopada 2012 137 min

>> Paul Thomas Anderson wraca do polskiej publiczności po głośnym obrazie Aż poleje się krew. Czy i tym razem będzie głośno? Wszystko na to wskazuje. Powodem wrzawy wokół jego nowego filmu Mistrz jest głośna dyskusja w prasie na temat sekty scjentologów, dodatkowo podsycana doniesieniami z frontu Holmes—Cruise. Film opowiada o życiu mistrza, przywódcy sekty Lancastera Dodda, którego postać — jak deklarują twórcy — była inspirowana prawdziwą historią L. Rona Hubbarda, guru scjentologów. Niezależnie jednak od gorącego tematu dzieła warto wybrać się na Mistrza z powodu genialnych kreacji aktorskich, zwłaszcza duetu mistrz—uczeń (Philip Seymour Hoffman—Joaquin Phoenix). ARBUZIA

ARBUZIA

Na zawsze Laurence reż. Xavier Dolan obsada: Melvil Poupaud, Suzanne Clément, Monia Chokri, Nathalie Baye 9 listopada 2012 159 min

Kanada, końcówka lat 80. Laurence obchodzi swoje trzydzieste urodziny. To dobry moment, aby zdmuchując trzydzieści świeczek na torcie, zastanowić się nad tym… co dalej. Laurence ma pewne marzenie, ale — jak dotąd — nie mówił o nim głośno. W końcu zbiera się na odwagę i mówi swojej dziewczynie, że chciałby być kimś innym — kobietą. Od tego momentu dla pary rozpoczyna się długa droga (także dla widza, film trwa 159 minut!) układania życia od nowa. Czeka ich odrzucenie przez otoczenie i bliskich oraz zwątpienie w sens bycia razem. Jak poprzednie filmy Dolana, także ten zachwyca warstwą wizualną oraz kapitalnie dobranym tłem muzycznym. Dramaturgicznie to jednak już całkiem inna historia. ARBUZIA >>105


>>nowości płytowe

muzyka NOWOŚCI

III Crystal Castles Universal Music Polska 6 listopada 2012 54,99 zł

Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan Hey Mystic Production 6 listopada 2012 42,99 zł

Crystal Castles w natarciu — elektropunkowy duet z Kanady wydaje swoją trzecią płytę. Założenia przy III są podobne do tych obowiązujących przy poprzednich wydawnictwach — żadnych komputerów i sztucznie generowanych dźwięków. Ma być tradycyjnie, analogowo i oldschoolowo, z materiałem nagranym bezpośrednio na taśmę. Ale w tym właśnie tkwi cały urok Kanadyjczyków, a ich surowe, miejscami brudne, brzmienie bije o całe kilometry świetlne inne zespoły poruszające się w podobnej estetyce. Dopracowanie jest bowiem wrogiem emocji, które nierozerwalnie łączą się z pojęciem muzyki. I tutaj Ethan Kath i Alice Glass postanowili pójść o krok dalej: „Ograniczyliśmy się tylko do jednokrotnego nagrania każdego utworu, ponieważ wierzymy, że pierwsza próba jest zawsze żywym wyrażeniem pomysłu”.

Hey na przestrzeni swojej dwudziestoletniej działalności nigdy się nie zestarzał i nigdy nie obniżył poprzeczki osiągniętych już możliwości. Dlaczego? Bo członkowie grupy nieustannie wytyczają nowe kierunki, ciągle szukają nowych doświadczeń i zawsze dostosowują swoją twórczość do pojawiających się coraz to nowych środków wyrazu (tym razem będzie elektronicznie, elektrycznie i akustycznie). Czy jest to wartość dodatnia czy ujemna? Biorąc pod uwagę fakt, że Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan to już 10 studyjny krążek grupy, niezaprzeczalnie dodatnia, bo ten nieustanny twórczy ferment nie powoduje u słuchaczy ani nudy, ani zmęczenia powtarzaną wkoło poetyką. A powrócić do starych nagrań grupy można przecież zawsze… Przedtem jednak proponuję „zedrzeć” ich całkiem nową płytę. Hey!

(SY)

Wilk Kim Nowak Universal Music Polska 6 listopada 2012 42,99 zł

>> Kiedy dwa lata temu Fisz zdecydował się na mały skok w bok, zdradzając hip-hop z tradycyjną muzyką gitarową, nikt do końca nie wiedział, czego może się spodziewać po nowym projekcie braci Waglewskich i Michała Sobolewskiego. Debiut Kim Nowak podzielił wówczas publiczność i krytyków, którzy z jednej strony uznali oryginalność podjętego przez muzyków tematu, z drugiej zaś zarzucili im stylistyczną wtórność. Czy chłopacy zdążyli już okrzepnąć? Wszystko na to wskazuje, bowiem Wilk przynosi materiał bardzo zróżnicowany, gdzie obok charakterystycznych riffów czy szybkiego garażowego grania (charakterystycznych dla debiutanckiego krążka) można usłyszeć także bardziej stonowane, spokojne, a przy tym o wiele mroczniejsze kompozycje. Razem z Wilkiem idziemy w noc! (SY)

>>106

(SY)

Diabeł z powyłamywanymi rogami Butelka Black Bottle Records 19 października 2012 20 zł

Na tę płytę czekało wielu. I wreszcie jest! Diabeł z powyłamywanymi rogami — nowe wydawnictwo toruńskiego zespołu Butelka. Co powinien wiedzieć meloman, zanim wrzuci krążek do odtwarzacza? Przede wszystkim to, że na płycie znalazły się zarówno nowe kawałki, jak i te starsze, kultowe już utwory (Mięso czy To mnie wkurwia). Jak dowiedzieliśmy się u źródła, nowość Butelki stylistycznie bliższa jest wcześniejszym dokonaniom grupy niż poprzedniej płycie Demonarchia. „Nie mamy ambicji, by komuś coś udowadniać” — powiedział „Musli Magazine” Grzegorz Kopcewicz, ojciec dyrektor zespołu Butelka. A jednak coś udowodnić się udało. Butelka ma się dobrze i w najbliższym czasie się to nie zmieni. Jak zdradził nam sam MC Butelka, zespół ma już gotowe cztery utwory na kolejny krążek. ANIAL musli magazine


>> film

RECENZJA

Droga wyboista (ale przejezdna)

Czekałem na ten film z niecierpliwością — od pojawienia się pierwszych, niepewnych jeszcze, wiadomości o tym, że Walter Salles będzie kręcił Kerouaca. Zauroczony Dziennikami motocyklowymi i doceniając pierwowzór literacki, czekałem na małe objawienie. Może z powodu tej wysoko postawionej poprzeczki nie w pełni uznaję zalety tego obrazu… A zalety ma. Ale najpierw o wadach. Obawiam się, że w kluczowych momentach twórcy filmu niepotrzebnie idą na kompromis z komercją. W zestawieniu z dość szorstkim i pozbawionym sentymentów przekazem książkowym film okazuje się ckliwy i nastawiony na wywołanie zbyt prostych reakcji u mniej wymagającego widza. Scena pogrzebu i inne w niewyszukany sposób wzruszające elementy psują nieco to dzieło. W takich momentach wydaje się, że całkiem przecież ciekawie (o czym za moment) nakręcony film powstaje głównie po to, by stać się zgraną płytą, opowiadającą kolejną szablonową historię kina drogi, skrojoną na potrzeby przeciętnego odbiorcy. Do tego mało wyrafinowane przedstawienie aktu twórczego. Pisarzowi-bitnikowi rodzą się w głowie od razu gotowe zdania, do tego

>>recenzje

zmieszane z motywami jazzowymi i stukotem maszyny do pisania — banał przypominający mi umiarkowanie dobry Skowyt Epsteina i Friedmanna (choć i w nim można doszukać się zalet, ale nie tylu, co w obrazie W drodze) i kontrastujący z bardzo ciekawie nakręconą tytułową drogą Sama Paradise’a i Deana Moriarty’ego. Parę razy słyszałem zarzut, że sceny są przydługie, że za dużo tego dobrego… Nie zgadzam się — wszystko, co wychodzi poza konwencję hollywoodzką, działa na korzyść filmu, a właśnie wszelkie dłużyzny łamią komercyjne standardy. Przy powtarzalności pewnych sytuacji, podobnych zachowań bohaterów, mnogości scen motoryzacyjnych trzeba cierpliwości oraz wrażliwości, które pozwoliłyby widzowi uchwycić bogactwo niuansów i przybliżyć sobie każdą postać, każdy wycinek życia. Bez pewnej nadwyżki czasowej mielibyśmy do czynienia z pustym, rozrywkowym kinem przygodowym. Bardzo ciekawie zagrane role, bardzo dobre zdjęcia, dbałość o szczegóły historyczne, obyczajowe, językowe (chociażby matka Paradise’a mówiąca po francusku). Do tego dochodzi pewien rodzaj wyczucia: przekaz płynący z filmowego W drodze nie potrafi już ani szokować, ani wywołać skandalu. I też właśnie historia nie jest opowiedziana tak, by epatować tym, co w latach pięćdziesiątych szokowało, a to, co kiedyś było przejawem odwagi obyczajowej, teraz jest nieodłącznym elementem życia postaci, który przeplata się z przygotowywaniem śniadań, obiadów, celebrowaniem świąt, zwykłymi i niezwykłymi ludzkimi rozmowami. Czy da się to, co widać na ekranie, docenić w oderwaniu od kontekstu powstania i popularności powieści Kerouaca, zapominając też o kluczu do tej powieści? Może można usprawiedliwić zabiegi krytykowane przeze mnie jako ukłon w stronę komercji — bo dzięki nim historia, która obecnie nie może być już opowiedziana na modłę w pełni bitnikowską, mogła wybrzmieć na nowo w roku 2012… Nie wiem. Zastrzeżenia utrzymuję w mocy. Ukłony też. MAREK ROZPŁOCH W drodze reż. Walter Salles Gutek Film 2012

***

Nie po raz pierwszy wprawdzie bezczelnie pozwalam sobie na pisanie o filmie, którego premiera odbyła się nieco dawniej (choć bez przesady), ale po raz pierwszy w takich nadzwyczajnych okolicznościach porywam się na jednego z tych — przynajmniej w mych oczach, są bowiem tacy, co mają go za szarlatana kina — Wielkich. Boję się trochę, że to, co tu napiszę, będzie tekstem na klęczkach, choć mam nadzieję, że jednak i mimo wszystko nie… Koszula bliższa ciału i jako pierwszy — wątek polski. To, co wypowiadane po polsku, wydaje się mroczniejsze, posępniejsze, bardziej diaboliczne. Zarazem jest tu grana przez Karolinę Gruszkę zagubiona dziewczyna — uosobienie jakiejś niedającej się usunąć poza obręb świadomości tęsknoty, smutku. Osoba jakby nie z tej ziemi. I od razu skojarzenie polskie — Podwójne życie Weroniki. Weronika, która spotyka Veronique. Dziewczyna i jej siostrzane dusze w Nikki/Susan. Choć jest to — bardziej niż lustrzane — odbicie w krzywym zwierciadle. I na kilku najważniejszych opozycjach — parach jakości, które przenikają się wzajemnie, a czasem unieważniają, nieraz podkreślają przeciwieństwa, a nieraz znoszą i zacierają granice, opiera się ten film. Bywa, że jedna rzeczywistość kpi sobie z tej drugiej. Rzeczywistość polska, zimowa i oniryczna, jako sen o przeszłości, rzeczywistość zakamarków podświadomości; Kafkowska, odrealniona. A zarazem widzimy >>107


>> w niej zagubioną dziewczynę, która zdaje się obserwować wszystko z bardziej realistycznej perspektywy niż uczestnicy przedstawionych zajść. Sen okazuje się jawą, po czym znowu snem. Realność okazuje się fikcją filmowaną przez kamerę, po czym zdajemy sobie sprawę, że w fikcji było coś realnego, a sama ukazana realność jest przecież fikcją filmu, który oglądamy. Długość filmu i nieustanne przechodzenie z jednej rzeczywistości w drugą zmuszają do postawienia sobie pytania: co chciał Lynch obudzić, jakie wątpliwości, jakie refleksje… Jednak nie chodzi o prostą manipulację, wywołanie wrażenia przez oszołomienie, przez zahipnotyzowanie odbiorcy, a o wprowadzenie go w pewien świat i jeszcze głębiej — w pewne postrzeganie świata. Zdaje się, że Lynch chce przedstawić całe niemalże spektrum danej nam rzeczywistości i przez przeskakiwanie z jednego stanu w drugi, z jednej interpretacji w jej zaprzeczenie, chce pokazać coś, co nie da się zwerbalizować. Szukając odpowiedniego języka filmu, Lynch próbuje wypowiedzieć coś niedającego się uchwycić za pomocą kategorii, do których jesteśmy przyzwyczajeni — każda z nich umyka, ledwo uchwycona. Podobnie jest z taką oto parą przeciwieństw — obecnością grozy i jej brakiem. Film grozą nie epatuje — ta, która się pojawia, okazuje się śmieszna, karykaturalna. Ale groza czaić się może i tam, gdzie z pozoru wszystko gra. Również powaga i humor wzajemnie się przenikają, unieważniają. Kamera cyfrowa sprawia, że w umiarkowanym stopniu działa na nas dawna magia Lynchowskiego kina. Wszystko jest już odczarowane… Choć zapewne tylko pozornie. Może się pojawić pytanie: skoro wszystkie te sprzeczne i nieprzystające do siebie wątki w przenikających się wzajemnie rzeczywistościach łączą się w jedną opowieść, to co te rzeczywistości spaja? MAREK ROZPŁOCH Inland Empire reż. David Lynch Kino Świat 2007

>>108

muzyka RECENZJA

Nagie emocje

Ewolucja, eksperyment, przeskakiwanie samego siebie czy raczej wierność sprawdzonym schematom i podążanie już wydeptaną i pewną ścieżką? Sam nie wiem, czego oczekiwałem od nowego materiału The xx, ale po premierze Coexist przestałem się nad tym zastanawiać. Powód jest prosty — dostałem coś, co mnie w pełni zadowoliło. Z jednej strony to bardzo konsekwentnie rozwinięta koncepcja znana z debiutu (z wszystkimi jego chwytami), z drugiej zaś próba ugryzienia tego samego tematu z trochę innej, „podrasowanej” bardziej zdecydowanym minimalizmem, strony. Czy jest to możliwe? Melancholijni londyńczycy udowodnili nam, że nie ma minimalizmu doskonałego i zawsze można pójść o krok dalej w ciszę, poruszając jeszcze większe jej pokłady i wydobywając z niej jeszcze bardziej nagie emocje. Ideę nostalgicznego i delikatnego grania, z mrocznymi i depresyjnymi elementami ciemnej strony miłości, The xx postanowili zachować za wszelką cenę, subtelnie zmieniając jedynie jej formę (czyt. instrumentarium) — tym razem postawili na dolne rejestry dźwięków, zastępując bębny bitami spod znaku dubstepu i klubowych klimatów. Całość brzmi zatem bardziej miarowo, łagodniej, skromniej, ale i dokładniej, a maksymalnie zwalniając tempo, muzycy dostosowali je do rytmu ludzkiego serca (które zostało nota bene wykorzystane też jako podkład utworu Missing) i całkiem sprawnie zagrali na naszych

>>recenzje emocjach. I w tym tkwi siła The xx, którzy zdążyli nas już przyzwyczaić do swojego spokoju i w pełni od niego uzależnić. Dodajmy do tego niewymuszone, ciche i jednocześnie bardzo przestrzenne wokale Romy Madley Croft i Oliviera Sima, echa gitary, organiczne, kojące wręcz syntetyzatory czy pulsujące bity i mamy projekt, który na długo zostaje w głowie. Już sam początek (Angels) porywa swoją melodią i wokalizami, by za chwilę przejść w rytmiczne, transowe Chained i jeszcze bardziej zaskakujące Try, gdzie pobrzmiewa powracający motyw wygenerowanego dźwięku syreny. Dalej jest co prawda i lepiej, i gorzej, ale najważniejsze, że z całą gamą motywów — od tych naprawdę świetnych, wbijających się w głowę od pierwszych taktów (pulsujące basami Reunion czy wspomniane już Try i Missing), przez szczególnie „taktowne” (bardziej gitarowe Fiction, rytmiczne Tides czy rozbudowane kompozycyjnie basowe Swept Away), po zbyt stonowane, przez co trochę ginące w całości (zbyt klubowy jak dla mnie Sunset, mało charakterystyczny Unfold czy kończący album Our Song, który paradoksalnie przez swój wyciszony nastrój lekko wybudza z hipnozy Coexist i spina klamrą całe wydawnictwo). W warstwie tekstowej pozostajemy w jednej, jedynej i oddanej miłości, z jej całym sztafażem krzywd, pretensji oraz żalów, o których opowiada nam dwójka wokalistów. Jest to swoista rozmowa, dialog, który jest dość rzadki w tego rodzaju muzyce — do granic introwertycznej, neurotycznej i osobistej (choć miejscami atmosfera jest taka, że można by ją kroić nożem). Emocjonalność wokalu idealnie łączy się tu z warstwą dźwiękową, która z jednej strony jest miarowa i rytmiczna jak bicie serca, z drugiej zaś łamie się, zmienia bieg niczym wspomniany organ tuż po silnym wybuchu emocji. Raz wstydliwie i delikatnie wybrzmiewa przy wtórze automatu perkusyjnego, innym razem pełny rozedrgania ulatuje wraz z drażniącymi strunami gitar. Aby jednak rozróżnić te wszystkie napięcia Coexist, musimy w pełni skupić uwagę, inaczej będziemy mieć wrażenie wysłuchania jednego 38-minutowego utworu, po którym nie zostaje w świadomości ta szczególna chwila obcowania z dobrym materiałem, jakim w rzeczywistości jest nowe wydawnictwo The xx. Proponuję zatem wszystkim zainteresowanym skupić się i wyłowić z płyty zarówno te pożądane, jak i niepożądane musli magazine


>> dźwięki — po prostu będziemy raz ginąć w świecie The xx, raz wychodzić na powierzchnię i wracać do rzeczywistości. Ale może to nawet lepiej, że na albumie gdzieniegdzie znajdziemy także małe mielizny, bo inaczej wsiąknęlibyśmy w ten niewiadomy, senny świat na dobre. A tak jest miło, ciepło i kojąco z nieodzowną opcją przebudzenia. Dzień dobry! SZYMON GUMIENIK

Coexist The xx Sonic Distribution 2012

Komu w drogę, temu Noctourniquet

Pierwsze skojarzenie po szybkim zapoznaniu się z Noctourniquet to niebywały rozmach — połamany i miejscami karkołomny, ale jednak rozmach. Nic w tym jednak dziwnego, wydawnictwo firmuje bowiem zespół The Mars Volta, który już od dawna w swoich utworach eksploruje różnorodne obszary muzycznej aktywności, bez wahania zdobywając te tereny, które są bardziej nierówne i trudne do przebycia dla innych. O płaskich krajobrazach na planecie Mars Volty nie może być zatem mowy. Chyba że mamy tu na myśli rozległą i nieobiecującą niczego przestrzeń — nieograniczone pola interpretacji i muzycznej percepcji. Idźmy jednak dalej, bo we wspólną wędrówkę z Mars Voltą na pewno warto się wybrać. Grupa pod wodzą Omara Rodrigueza-Lopeza i Cedrica Bixlera-Zavali może być dla nas bardzo inspirującym towarzyszem podróży, o ile będziemy gotowi

przyjąć ich ogólne podejście do materii dźwięku czy szalonych korelacji stylistycznych oraz gatunkowych, realizowanych nieustannie na nowo już od ponad 10 lat. W zasadzie każda płyta muzyków z El Paso niosła ze sobą inny ciężar gatunkowy, zmierzając bardziej do antytezy niż syntezy tzw. własnego stylu i charakterystycznego dźwięku. Coś jednak w dokonaniach zespołu jest takiego, że mimo stylistycznego bałaganu zawsze odnajdujemy w Mars Volcie stałe stężenie marsvoltowości. A składników tego nieładu było i jest zawsze wiele — zaczynając od punkowej mentalności, idąc przez jazzowe i psychodeliczne improwizacje, elektroniczną regularność i ambientowe klimaty, a na typowo hardrockowej spuściźnie i progrockowej wyobraźni kończąc. Mając na uwadze powyższe, trzeba jednak przyznać, że najnowsze wydawnictwo Teksańczyków odbiega trochę od ich osobliwych i dzikich początków, na których to zbudowali swój autorytet na muzycznej scenie alternatywnej. Noctourniquet jest bardziej melodyjne, ułożone i przystępniejsze dla nienawykłego do „kontrolowanej kakofonii” słuchacza, do tego jeszcze kompozycyjnie i instrumentalnie trochę okrojone i uproszczone (mam tu m.in. na myśli zmiany i pomniejszenie składu zespołu czy budowanie utworów na standardowym schemacie zwrotka—refren), jednak to cały czas Mars Volta, co więcej — Mars Volta w bardzo dobrej kondycji. Dokładając do tego „sukces” poprzedniego krążka, mogę z czystym sumieniem zaprosić wszystkich chętnych w epicką podróż po nieregularno-synchronicznych (sic!) dźwiękach spod znaku gitary, bębnów, klawiszy, syntetyzatorów i wysokiego wokalu sir Cedrica Bixlera-Zavali. Zatem w drogę! Już na samym początku wyprawy jej przewodnicy jasno dają nam do zrozumienia, co tym razem będzie motywem przewodnim i głównym punktem programu. Pierwszy utwór The Whip Hand od razu ustawia elektronikę i jej atrybuty w awangardzie, dając jej pierwszeństwo w każdym niemal utworze. Jej dyktatura na Noctourniquet podobna jest do tej ogólnej, Omarowskiej, obecnej od początku w strukturach grupy (choć widać, że lider coraz bardziej dopuszcza do głosu swoich kolegów). Tak więc dominujące na poprzednich albumach gitary Omar sprawnie zamienił na klawisze, które przez ostatnie lata zdążył dość dobrze poznać. W zdecydowanej większo-

>>recenzje ści na płycie słychać generowane przez niego typowo industrialne brzmienia, choć i ciche echa krautrocka mają swoje udane wejścia. Zespół zdecydował się zatem zaserwować nam podróż nie tylko po nieskończonej przestrzeni dźwięków, ale i w czasie samoodnawiającej się muzycznej historii. Jak dla mnie, to bardzo miłe reminiscencje… Nie sposób tu opisać całej podróży z najnowszym składem Mars Volty, szkoda też psuć jej charakter, zdradzając każdą górkę, mieliznę czy przystanek. Można jedynie powiedzieć, że będzie to ciekawa wyprawa, na pewno bardzo różnorodna i zorganizowana dla wszystkich (żadnych specjalnych sprawności przewodnicy nie wymagają). Kto lubi inteligentne połączenie mocnej elektroniki z rockowym szaleństwem, ten się nie zawiedzie. Kto szuka w muzyce eksperymentów, też będzie usatysfakcjonowany podjęciem tematu i wytrwaniem do końca drogi. Nawet ten, kto lubi czasem odpocząć po mocnych przeżyciach, znajdzie wytchnienie przy kilku balladowych utworach. Reasumując i abstrahując od poprzednich dokonań Teksańczyków, ich rotacji w zespole i innych muzycznych doświadczeń, muszę przyznać, że Noctourniquet to dobrze przygotowana płyta, niepotrzebująca porównań czy odniesień do jakkolwiek frapującej i złożonej historii zespołu. Spodoba się większości — sprawi to jej przebojowość i pewne oderwanie od obecnych propozycji tzw. alternatywy. Co mówi o przyszłości zespołu? Na pewno daje chęć poznania jego kolejnego głosu. Czy twórcy go nam zaprezentują? Wszystko w ich rękach i chęci wyruszenia z nami w kolejną podróż. Tymczasem idźmy dalej, bo już dawno motoryczna elektryka, rozbuchane gitary, rytmika sekcji basowo-perkusyjnej i typowe hardrockowe wokalizy nie zagrały dla nas w tak spójnej, koncepcyjnej całości. Noctourniquet to album na dłuższą i spokojną drogę. Do zsynchronizowania z naszym własnym rytmem. SZYMON GUMIENIK Noctourniquet The Mars Volta Warner Music Poland 2012

>>109


>> książka RECENZJA

Zanim zajdzie słońce

Obrazek, który zna chyba każdy z nas: babcia lub dziadek snuje przy szklance herbaty opowieści z minionych dni. I my, zasłuchani po raz kolejny w tej samej historii, bo to, co znane, tym bardziej lubimy, wyłapując nowe smaczki, a czasem podrzucając pominięte przez opowiadającego szczegóły. Zazwyczaj tych ulubionych, po wielekroć opowiadanych historii jest zaledwie kilka. Jacek Dehnel miał to szczęście, że jego babcia była obfitym źródłem anegdotek, dykteryjek i historii, ona zaś miała to szczęście, że jej wnuk postanowił te opowieści spisać, w ten sposób zapewniając jej nieśmiertelność. Babcia, czyli pani Helena Bieniecka, przyszła na świat w 1919 roku w Kielcach. Z powodu rodzinnych zawieruch musiało upłynąć aż 5 lat, zanim rodzina ponownie zorganizowała się na tyle, by dziewczynkę ochrzcić i nadać jej imię. Wcześniej — z racji wyjątkowej urody — wołano na nią „Lala” i Lalą dla bliskich pozostała. Rodzina Lali to ludzie wykształceni, obdarzeni zmysłem artystycznym, zakochani w sztuce. Jacek Dehnel jest godnym ich potomkiem. Od dziecka >>110

przysłuchiwał się dyskusjom i wykładom o filozofii, literaturze i muzyce. Tym możemy tłumaczyć jego wrażliwość i kulturę, niespotykaną w tak młodym wieku — Lalę napisał, mając zaledwie 22 lata! Muszę przyznać, że pierwsze strony nie zapowiadały tak urzekającej lektury. Czułam się niemal tak, jakbym czytała książkę telefoniczną. Trudno było spamiętać, kto z tabunów przewijających się postaci jest czyim stryjem, teściową czy kochankiem. Ale wkrótce wszystko się wyklarowało i przybrało formę cudnej, barwnej kołdry patchworkowej. Chociaż główny nurt opowieści ma układ chronologiczny, to wplatane w niego dygresje swobodnie przeskakują całe epoki, zbliżając powieść do gawędy. Pojawiające się w książce postaci zarysowane są z dużym talentem. Autorowi wystarcza kilka zdań, by tchnąć w nie życie. Każda z nich posługuje się innym językiem — czy to gwarą żydowską, czy chłopską, czy piękną, dawną polszczyzną, chociaż wszystkie mówią głosem babci Lali. Wszystkie tak barwne i pełne życia, że przy nich osoby współczesne autorowi wydają się przezroczyste, jakby to one były duchami, nie zaś tamte, które dawno odeszły. Lala jest też hymnem na cześć przedmiotów — cennych, pięknych lub tylko drogich przez wspomnienia i sentymenty. Buciki z wystawy, na których kupno zabrakło pieniędzy, dawno już przeżyły swoją historię i obróciły się w proch, a w opowieściach babci Lali nadal lśnią czerwienią. Te bibeloty, kryształy, obrazy i fotografie, a nade wszystko książki, do cna zniszczone przez huragan historii. Czytając, czułam ból, że tyle piękna poszło na zatracenie. Myślałam też o tym, że skoro jedna polska rodzina straciła tak wiele bezcennych przedmiotów, jak niewyobrażalnie wiele w takim razie stracił cały nasz kraj. A może te wszystkie wachlarze, serwantki i kryształy trafiły do „raju przedmiotów” z wyobraźni kilkuletniego Jacka? Z biegiem opowieści babcia Lala starzeje się, jej pamięć podupada. Historie zaczynają plątać się ze sobą, znikają z nich ludzie. Postępuje też jej zniedołężnienie fizyczne. Dehnel nie oszczędza czytelnikowi naturalistycznych opisów kąpieli staruszki, zakładania pampersów i różnych starczych dolegliwości, czyni to jednak z czułością. Ta część Lali najbardziej mnie poruszyła i ujęła bijącą z niej niekłamaną miłością pisarza do babki.

>>recenzje Po zakończeniu lektury trudno mi pozbyć się uczucia melancholii na myśl o tych wszystkich historiach rodzinnych odchodzących na zawsze wraz z tymi, którzy je tworzyli. Uwieczniajmy je, póki nie jest za późno. ANNA LADORUCKA Lala Jacek Dehnel Wydawnictwo W.A.B. 2006

Terra Incognita

Przeczytałam gdzieś zdanie: „Prędzej czy później wszystko zniknie”. To egzystencjalne credo dotyka nas na co dzień. Ale w kwestiach bardziej istotnych niż żywot komara, muchy czy plotkarskiego newsa raczej odkładamy jego nieuchronność na bliżej nieokreślone potem. Jakimś dziwnym trafem skłonni jesteśmy sądzić, że tempo znikania jest odwrotnie proporcjonalne do wagi (obiektywnie i subiektywnie mierzonej) danego obiektu. Zgodnie z przyjętą miarą należałoby założyć, że co jak co, ale miasta i miasteczka nie znikają z mapy tak ochoczo. Szczególnie te z kilkuwieczną tradycją. Mogą zmienić nazwę, opustoszeć, ale nie zniknąć. A jednak. Filip Springer w swoim reportażu, za który został nominowany do tegorocznej nagrody literackiej Nike, próbuje odtworzyć historię jednego z takich miejsc. musli magazine


>> Losy Kupferberg — Miedzianki, niewielkiego górniczego miasteczka otoczonego ramionami Kotliny Jeleniogórskiej, Pogórza Kaczawskiego i Kotliny Kamiennogórskiej, zostały opowiedziane przez pryzmat historii tych, bez których przestrzeń miejska obyć się nie może — jego mieszkańców. Uroki tego zakątka i jego niepowtarzalny klimat poznajemy rekonstruując w myślach wielokilometrowe korytarze sztolni, gwar Ratuszowej gospody, szczery smak piwa serwowanego przez lokalny browar Georga Franzkiego, aromat świeżo pieczonego chleba z piekarni mistrza Wilhelma Fladego czy ostre dźwięki fryzjerskich nożyc Adolfa Friebego. Cóż takiego stało się z Miedzianką, że pozostało po niej zaledwie kilka opuszczonych domów? Tereny pogranicza mają to do siebie, iż często padają ofiarą dziejowych zawieruch, i tak prawdopodobnie (przyczyny zniknięcia tego miejsca ciągle pozostają owiane tajemnicą) było też z Miedzianką. Pierwsza wojna światowa obeszła się z nią łaskawie, za to druga odcisnęła na jej ziemiach wyraźne piętno i pozostawiła niezabliźnioną, jątrzącą się, pustą ranę. Według danych, na które powołuje się Springer, na losach Miedzianki zaważył splot okoliczności historycznych i geologicznych, a dokładnie rzecz ujmując — prowadzone przez Rosjan w latach 1948—1952 rabunkowe wydobycie uranu, które nadwerężyło — i tak już zmęczoną górniczą przeszłością — tkankę miasta. Przeorana korytarzami ziemia zaczęła się zapadać, a wraz z nią zapadł się Kupferberg. Mieszkańców przesiedlono, a domy i kościoły zniszczono. Kupferberg to miejsce szczególne, ale tereny, o których pisze Springer, daleko bardziej rozlegle naznaczone są fenomenem zanikania. Wystarczy odwiedzić któreś z mniej znanych miasteczek leżących nieopodal Jeleniej Góry. Opustoszałe budynki, w tak charakterystycznym dla tych terenów piaskowym kolorze, niszczejące fabryki, zamknięte schroniska turystyczne, zarośnięte szlaki. I tylko jedno pozostaje niezmienne — oszałamiające piękno przyrody, niekwestionowana życzliwość mieszkańców, geologiczne bogactwa, które z niejednego poszukiwacza uczyniły kalekę, oraz echa niemieckich korzeni, które raz po raz dochodzą do głosu — chociażby w postaci zasłyszanych od mieszkańców historii o odwiedzających te tereny potomkach niemieckich osadników, szukających nocami w okolicznych sadach pamiątek zakopanych w pośpiechu przez migrujących przodków.

>>recenzje

Wszystkie opowieści, podobnie jak książka Springera, ocalają te miejsca od zapomnienia, przywracają im utraconą tożsamość. A że warto mieć swój wkład w proces odwracania przeszłości, tak jak niektórzy zwiedzają Dublin z Ulissesem Joyce’a, a inni poznają zakamarki Petersburga z Dostojewskim pod pachą, ja najbliższe wakacje mam zamiar spędzić z Filipem Springerem na Rudawach Janowickich, depcząc po piętach mieszkańcom Miedzianki. IWONA STACHOWSKA Miedzianka. Historia znikania Filip Springer Wydawnictwo Czarne 2011

Happy end z trupami w tle

„Byłem pewien tylko jednego: bohater na końcu będzie się uśmiechał” — mówi Marcin Podolec o swoim najnowszym komiksie Wszystko zajęte. Cóż, muszę powiedzieć, że autor swoje zamierzenie spełnił, dzięki czemu i my, skończywszy lekturę, możemy się uśmiechnąć. Co prawda jedynie nieznacznie i nonszalancko, ale dokładnie tak jak uśmiechamy się po zwycięstwie nad samym sobą… Wychodząc z tego założenia i zaczynając — paradoksalnie — od końca, można powiedzieć, że komiks Podolca jest właśnie o tym — niezależnie od tego, co się stanie w naszym życiu, jak nas doświadczy, w jaką matnię wpadnie-

my, na końcu i tak musimy się uśmiechnąć, znaleźć granicę, za którą budzimy się ze snu pełnego żalów, niespełnionej miłości i lęków, i z czystym sumieniem, ze świadomością, że już nic stracić nie możemy, pójść po prostu dalej. Kluczem do takiego sukcesu jest próba pogodzenia się ze sobą, zaakceptowania swojego losu i wyrwania się z emocjonalnego impasu. Takie też właśnie uczucia towarzyszą ostatnim kadrom komiksu Wszystko zajęte, które stają okoniem do poprzednich plansz — bogatych w ciemne emocje i zdarzenia. Zacznijmy zatem od początku, wyjdźmy z mroku wprost w nieodkrytą przestrzeń miasta, na ulice, którymi (swoimi drogami) chodzą ludzie pełni zwątpienia, zawiści, zazdrości, tęsknoty czy smutku. Popatrzmy, jak bardzo chcieliby się schować, skryć w jakimś ciepłym, przytulnym miejscu, choćby stworzonym i wykreowanym we własnej głowie. Jedną z takich osób jest główna postać komiksu Podolca — przedstawiciel funeralnego biznesu, który prowadzi wspólnie z bratem (on kroi, szyje i ubiera martwych ludzi, krewniak z kolei przygotowuje ich ciała do ostatniej wędrówki); jedyne miłe chwile życia główny bohater spędza z kochanką. Co prawda musi się nią dzielić z innymi mężczyznami, ale przynajmniej nie musi płacić za jej usługi, co jest dla niego o tyle nie bez znaczenia, że ostatnio w jego interesie nieco — nomen omen — zamarło. Ludzie przestali umierać, przez co szuflada z pieniędzmi w zakładzie żadnym sposobem nie chce się zapełnić. W dodatku są jeszcze długi u kochanki, permanentnie wiszące nad głową czarne chmury, przymus zastawienia swojej ulubionej płyty For Your Pleasure i mieszkanie z nieznośną współlokatorką (długo nie jesteśmy pewni, jaką dokładnie spełnia ona rolę w życiu naszego bohatera). Nie wspominając już o zawikłanych relacjach rodzinnych, współzawodnictwie braci, wspólnej niechęci czy niezbyt honorowym postępowaniu. Zwrot akcji następuje w chwili, gdy mieszkańcy miasta zaczynają nagle umierać, a przedsiębiorstwo pogrzebowe zaczyna dobrze prosperować. Tę epidemię śmierci zapowiada niejako jedyna klientka zakładu, do którego przychodzi z coraz to nowymi zdechłymi zwierzętami w pudełku. Jej rola jest tu zasadnicza, i choć nie do końca wyjaśniona czy w pełni uzasadniona, to gdzieś tam podskórnie czujemy jej niezbyt „czystą” proweniencję. I gdy wydaje nam się, że nagłe zgony ukierunkują w pełni fabułę komiksu, szybko schodzą >>111


>> na drugi plan, odsłaniając kolejną matnię, w którą wpada bohater — kiedy zaczyna brakować miejsca dla zmarłych i gdy w końcu może odżyć, odłożyć na „ładne, lecz drogie” kolczyki i spłacić swój wstydliwy dług, z ust kochanki słyszy, że ona również ma „wszystko zajęte”. Jak rozwiąże ten problem, zdradzać nie zamierzam, bo każdy sam powinien poznać i zinterpretować na swój sposób całą historię. Zresztą sam autor nam to sugeruje poprzez zabawę warstwami fabularną i graficzną komiksu, przez eksperymentowanie formą (kadrowanie, swobodna kreska, ograniczona paleta barw) i naginanie przyjętych komiksowych konwencji (oczywiście konwencji w bardzo umownym sensie). Pełno tu niedomówień, niewiadomych, niezamkniętych sytuacji, ukrytych znaczeń, uciętych kadrów, niejasnych spojrzeń czy niedopowiedzianych słów — dialogi praktycznie nie istnieją, są jedynie tłem historii opowiadanej stosownie dobranymi, „chłodno” pokolorowanymi i skadrowanymi obrazami. Jednym słowem, to bardzo nowatorska praca, wymagająca od czytelnika skupienia mimo niezbyt rozbudowanej warstwy dialogowej (a może właśnie dlatego) oraz poprzez postawienie na niejednoznaczne relacje postaci i wynikające z nich sytuacje. Pewnym utrudnieniem w odbiorze jest też trochę szarpana i miejscami nieprzemyślana narracja. Sam już kilkakrotnie sięgałem po ten album, albo szukając we fragmentach nowych znaczeń (vide białe drzewo w miejscu, do którego bohater może wejść, będąc jedynie szczęśliwym), albo próbując na nowo zinterpretować przyjęte za pewnik sytuacje i motywy (wspomniane miejsce będące swoistym wyimaginowanym azylem bohatera czy narysowany przez niego Autoportret z jedyną klientką). Aby konwencji stało się zadość, recenzję muszę zakończyć kolejnym cytatem: „Gdybym skończył rysować komiks miesiąc wcześniej, byłaby to zupełnie inna opowieść” — mówi autor. Gdybym ja miał napisać tę recenzję miesiąc później, zapewne także byłaby to zupełnie inna historia… I w obu przypadkach mogłaby być, bo jestem pewien, że niezależnie od znaczeń, jakie by ze sobą niosła, tak samo snułaby się sennie w mojej głowie bez końca. Najważniejsze, że u jej kresu bym się uśmiechnął. Autor zapewne też. SZYMON GUMIENIK Wszystko zajęte Marcin Podolec Kultura Gniewu 2012 >>112

teatr

RECENZJA

Koncert krótkiej historii

Polskiej muzyki rozrywkowej — Koncert życzeń w Teatrze im. W. Horzycy. Czego życzy widzom i sobie ten eklektyczny twór muzyczny? Że choć już i tak „dziwny jest ten świat”, to „śpiewać każdy może”. A że tak mu wychodzi („czasem lepiej, a czasem gorzej”), to nic — widz i tak będzie się dobrze bawił, bo przecież zna, bo śpiewa (ostatnio najczęściej przy grillu) polskie piosenki — ba, nawet muzykom grupy Rammstein zza Odry są przecież znane Czerwone Gitary i Czesław Niemen. Ona w odrętwieniu pyta, „gdzie ci mężczyźni”, oni jej na to: „cała jesteś w skowronkach”; chór śpiewa: „wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał”, a Tomasz Mycan odpowiada: „nie stało się nic”. Rzeczywiście się nie stało, nie bolało za bardzo i nawet było wesoło. Koncert życzeń przygotowała żegnająca się z Toruniem dyrektor artystyczna Teatru Iwona Kempa z pomocą Jacka Bończyka, ze świetnym bandem muzycznym i prawie całym zespołem aktorskim. Tego, że jedni śpiewać będą lepiej, a inni tak sobie, można było się spodziewać: wszak nie każda aktorka teatru dramatycznego musi być Małgorzatą Abramowicz, a jej koledzy równie cudnie szaleć przy mikrofonach jak aktorzy Baja Pomorskiego. Kilka miłych niespodzianek się jednak zdarzyło. Pewnie byłoby ich więcej, gdyby wszystkie piosenki rewelacyjny band pod dyrekcją Igora Nowickiego zaaranżował tak, jak choćby lirycznie Nie pytaj o Polskę — dla Aleksandry Bednarz czy bluesowo Poszłabym za Tobą dla Jolanty Teski. Przy nich dreszcz wpadł przez uszy i przebiegł po plecach. Koncert podzielono na kolejne muzyczne dekady: tę najstarszą pamiętają najlepiej nasi rodzice i dziadkowie, młodzi w latach sześćdziesiątych. W zdecydowanie najbardziej dowcipnej części wieczoru wysłuchamy niezłego wykonania — i zobaczymy kapitalną choreografię — piosenki Heleny Majdaniec Rudy rydz (trio: Ewa Pietras, Teresa Stępień-Nowicka i Agnieszka Wawrzkiewicz) oraz równie dobre trio męskie — Tomasz Mycan, Arkadiusz Walesiak i Paweł Kowalski, śpiewające o wspo-

>>recenzje mnianych na wstępie skowronkach. Słychać wyraźnie, że aktorzy Horzycy lepiej się czują i wypadają nie solo, choć jest wyjątek od reguły. Tak doświadczony wyga sceny (choć debiutant przy mikrofonie!) jak Niko Niakas radzi sobie absolutnie rozbrajająco w piosence Wasowskiego i Przybory Adio pomidory. Jest zawsze wesoło, gdy zestawi się małego z dużym, czyli Grzegorz Wiśniewski i Jarosław Felczykowski, a w środek wstawi jeszcze Arkadiusza Walesiaka. Gdy panowie zaśpiewają Tango zalotne przeleć mnie — widownia szaleje. Tylko robi się jakoś tak prowincjonalnie smutno, gdy w przerywnikach aktorzy prezentują z ekranu swoje garderobiano-prywatne wywody. To zdecydowanie najsłabszy punkt Koncertu życzeń: zabrakło ciekawych animacji w tle, same płyty analogowe „zmieniane” co dekadę i życzenia aktorów to troszkę za mało. W latach siedemdziesiątych niewiele ciekawych interpretacji. Są jednak wyjątki: nigdy nie byłem przekonany do Jesteśmy na wczasach Wojciecha Młynarskiego, tymczasem po świetnym wykonaniu tej piosenki przez Agnieszkę Wawrzkiewicz zmieniam zdanie. Wrażenie pozytywne, choć zgoła inne (bo też to i pieśń arcytrudna) robi także występ Pawła Kowalskiego z Jaskółką uwięzioną Stana Borysa. Również ukłon za odwagę dla Matyldy Podfilipskiej, która zmierzyła się z hitem Niemena. Od lat osiemdziesiątych robi się już bardzo głośno: prawdziwa wokalistka Małgorzata Abramowicz lepiej niż w bardzo oczekiwanym Boskim Buenos wypada „dekadę później”, w piosence Byłam różą Kayah. Widać wyraźnie, że toruńska publiczność była spragniona rozrywki trochę innego lotu: śpiewających aktorów nagradza owacją na stojąco i nie chce wypuścić bez bisów. Choć Teatr Horzycy ciągle nosi miano dramatycznego, Koncertu życzeń zupełnie nie można traktować w kategoriach piosenki aktorskiej, ot zwyczajnie — prosta żonglerka znanymi piosenkami, w równie znanych interpretacjach, stricte czysta rozrywka i szczera zabawa… w sam raz na sylwestra. Scena muzyczna niejednokrotnie już ratowała z roku na rok coraz bardziej monotonny repertuar Teatru im. Wilama Horzycy — jednak czy od razu musi zamieniać się w estradę? ARKADIUSZ STERN Koncert życzeń. Krótka historia polskiej muzyki rozrywkowej opieka artystyczna: Iwona Kempa i Jacek Bończyk aranżacje i kierownictwo muzyczne: Igor Nowicki premiera: 7 października 2012 Teatr im. Wilama Horzycy musli magazine


>>ko_moda

Aga Prus Kto?

>>

Aga Prus, projektantka obuwia szytego ręcznie, właścicielka warszawskiej marki Aga Prus handmade shoes. Jej dziadkiem był Brunon Kamiński — słynny warszawski szewc, którego klientkami były: Irena Santor, Grażyna Szapołowska i Beata Tyszkiewicz. Dziadek szył dla Gomułki i dla Papieża, współpracował z kultową Modą Polską. To po nim Aga przejęła zasadę, że w bucie najważniejsza jest nieskazitelna linia i perfekcyjne wykonanie. Jej marka odwołuje się do szewskich tradycji starej Warszawy, ale sama działa jak nowoczesna projektantka.

>>113


>>ko_moda

Co? Buty, szyte ręcznie w rodzinnej pracowni przy Nowym Świecie w Warszawie. Powstają w krótkich seriach, zgodnie z regułami tradycyjnego rzemiosła. W ofercie jest obecnie 8 modeli w 15 rozmiarach (pełne i połówki — od 35 do 42), dzięki czemu można właściwie dobrać rozmiar. Jeśli but nie leży idealnie, projektantka proponuje indywidualne pasowanie do stopy. Klientki mają możliwość wyboru rodzaju skóry dla swojej pary. Modele są w większości klasyczne, oparte na ponadczasowych krojach, a to, co stanowi o ich wyjątkowości, to dopracowanie formy i detalu. Każda para szyta jest z dbałością o najmniejszy szczegół. Buty powstają w krótkich seriach, wyłącznie z naturalnych skór. Każde szycie, łączenie jest przemyślane. Projektantka wprowadza asymetrię w kroje, łączenia na obcasach, lamówki i bizy, oczka, malowane podeszwy. Ważny jest też dobór skór. Oprócz nowych, które pochodzą głównie z włoskich garbarni, Aga wykorzystuje też skóry po dziadku, które są niepowtarzalne.

>> >>114

Jak? Najpierw szkice na papierze, potem linie szycia w kawałku skóry naciągniętym na kopyto, tak aby sprawdzić, czy pomysł z papieru sprawdza się w bryle. Aga projektuje, natomiast buty wykonują już doświadczeni rzemieślnicy. W tradycyjny proces powstania obuwia zaangażowani są cholewkarz i szewc. Cholewkarz szyje wierzch i podszewkę (tak zwaną futrówkę), a szewc odpowiedzialny jest za konstrukcję kopyta, wykonanie pozostałych części buta (podpodeszwa, podeszwa, obcas, podnosek, zakładka...) oraz montaż — cholewkę trzeba dobrze zaćwiekować na kopycie, by nie było zmarszczek. W zależności od kroju cholewki etap ten może zająć cały dzień pracy szewca. Szewcem Agi Prus jest jej tata, który uczył się u dziadka Agi, swojego teścia. musli magazine


>>ko_moda

Dlaczego? Aga pochodzi z szewskiej rodziny, wyrosła w domu pełnym butów i od zawsze miała do nich specjalny stosunek. Choć z wykształcenia jest architektem wnętrz, a z zawodu grafikiem, w pewnym momencie zdecydowała, że chce kontynuować rodzinne tradycje. Dlaczego? Najważniejszymi powodami tej decyzji są: potrzeba przywrócenia do życia starego rzemiosła, które charakteryzowało się zawsze dobrą jakością produktów, oraz konieczność poszerzenia oferty butów na zamówienie o buty damskie (szewcy głównie szyją dla mężczyzn). Aga Prus chce pokazać kobietom, że buty „od szewca” także mogą być piękne.

Gdzie?

>> zdolnych twórców polskiej modowej przestrzeni łowi dla Was Magda Wichrowska

Buty Aga Prus sprzedaje osobiście w atelier na Nowym Świecie 22 w Warszawie oraz na stronie: www.agaprus.pl.

>>115


DOMINIK ŚM


MIAĹ OWSKI

www.smialowski.net www.behance.net/smialowski www.dominiksmialowski. viewbook.com

Kontakt: mail: dominik@smialowski.net mobile: +48 608 468 391


PROJEKT POWSTAŁ PRZY WSPÓŁPRACY Z JOANNĄ PAWŁOWSKĄ, BEZ NIEJ PILOT KULAŁBY NA OBIE NOGI


>>warsztat qlinarny

Warsztat, którego miało nie być

MARTA MAGRYŚ Kulturo- i zabytkoznawczyni, muzealniczka. Z zamiłowania kucharka i amatorka kuchni fusion

Kilka razy chciałam napisać dzisiejszy warsztat. Wszelkie przeciwności losu powodowały, że przez moją głowę przemaszerowało wiele tematów, przez żołądek wiele dobrych dań, a przez psychikę wiele pytań — „dlaczego?”. Brzmi to może trochę traumatycznie i nieco filozoficznie, ale w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że przywiązuję się do swoich rzeczy. Jestem w stanie zrozumieć i przyjąć do swojej świadomości zniknięcie jakiejś sumy pieniędzy, ale nigdy nie będę mogła pogodzić się z tym, że można komuś zabrać rzecz, która obrosła już jakimś osobistym sentymentem. Przeżywałam ten dylemat wtedy, gdy ukradli mi rower, przeżywałam też ostatnio, kiedy magicznym sposobem zniknął mój aparat fotograficzny z całym osprzętem. Sprawa okazała się dosyć prosta do wyjaśnienia i — jak widać — odzyskałam moje rzeczy. I tym razem okazało się, że czary nie istnieją, a mój magik nie był nawet wytrawnym iluzjonistą… Wierzcie mi, że najadłam się wiele strachu i myślałam, że nie będę mogła już dla Was gotować! Dzisiaj miało być o liściach. Kiedy myślałam, z czym kojarzy mi się listopad, przypomniał mi się obraz z dzieciństwa. Pamiętam dokładnie małą salę w przedszkolu i jakieś zajęcia w kółeczku. Nie istniało wtedy pojęcie wychowawczyni, tylko dostojne „pani”. Także ta pani kazała nam, dzieciom, powiedzieć, z czym się nam kojarzy listopad. Nie pamiętam, co mówili inni, ale kiedy pani kilka razy powiedziała „listopad”, „listopad”, „list-opad”, ja dumnie wymyśliłam, że to miesiąc liści. Jak przystało na czteroletnią dziewczynkę elokwentnie opowiedziałam o zmieniającej się jesiennej przyrodzie i czułam się wtedy niemal jak zwycięzca maratonu. Nigdy później nie było już tak łatwo z powodu spadających liści nasłuchać się tylu pochwał.

>> >>138

Zawsze lubiłam jesień. Jestem przekonana, że Wam to już mówiłam. W tym roku jednak ciemne poranki i szybko nadchodzące wieczory mocno zniechęciły mnie do tej pory roku. Czuję się zagubiona. Gdyby ktoś mnie przysypał górą brązowozłotych liści, zgniłabym razem z nimi pod listopadową pluchą. Albo zamieniłabym się w kasztana i czekała aż ktoś mnie przygarnie. W mojej rodzinnej miejscowości jest zabytkowy park, który dzisiaj jest dosyć zaniedbany, a jeszcze te dwadzieścia lat temu przyciągał do siebie liściastymi ramionami. Może i wtedy strach było tam wchodzić, ale ja zapamiętałam wielkie kasztanowce i dęby, gdzie z tatą zbieraliśmy elementy jesiennych ludzików. Ku mojej uciesze, robiliśmy ich bardzo dużo! Po ludzikowym szaleństwie czekało się już tylko na świętego Mikołaja, śnieg i sanki z różowym kocykiem. Byłam śmiesznym dzieckiem, bo kiedy coś przeskrobałam i mama pytała, kto mi na to pozwolił, to z pełną świadomością mówiłam, że sama sobie pozwoliłam. Uwielbiałam oglądać horrory. Nasza przedszkolna siostra zakonna zapytała nas kiedyś — „dlaczego lubimy niedzielę?”. Dzisiaj pytanie to brzmi dosyć tendencyjnie. Wszyscy opowiadali o Gumisiach w niedzielny wieczór, kotletach schabowych na obiad i rosole, a ja, chcąc być oryginalna, powiedziałam, że po dobranocce na drugim programie są zawsze horrory, i ja je uwielbiam! Siostra nakrzyczała na mnie i orzekła, że dzieci Boże nie oglądają horrorów. Musiałam więc długo myśleć, czy to aby nie znaczy, że jako jedyna z przedszkolnej grupy nie jestem dzieckiem Bożym. Nie lubiłam jeść. Chyba większość dzieciaków przechodzi ten etap. Nie cierpiałam jabłka ze skórką, a ze schabowego wyjadałam tylko panierkę. Do tego jadłam najwolniej ze wszystkich dzieci. Może lubiłam się delektować przedszkolnymi specjałami? List-opad. Dzisiaj nie mogę się obudzić. Marzę o zieleni. O zielonych liściach, przyrodzie budzącej się do życia — kwiatek po kwiatku, drzewo po drzewie. A najlepsze, co może mnie od początku miesiąca spotkać, to wygodne kozaki, ciepły płaszcz i gołąbki na Wszystkich świętych mojej mamy. A ona robi najlepsze! List-opad. Czas wspominania nie tylko tych, którzy odeszli, ale czas wspomnień w ogóle. Przypominamy sobie letnie szaleństwa, rozpamiętujemy wiosenne pobudki, a nawet, o dziwo, zaczyna nas obchodzić zeszłoroczny śnieg — kiedy spadł, czy to już trzeba wymieniać opony na zimowe, czy wyciągać już z szafy grube swetry i ciepłe skarpety? Coraz bardziej zaczynamy doceniać przetwory, coraz częściej sięgamy do importowanej żywności i mrożonek. I ja sięgam! List-opad. Wykorzystałam do dań liście. Są bardziej wiosenne niż jesienne, soczystozielone, ale nie mam ochoty na kolejną dawkę szarości. Wspominamy dzisiaj duże liście szpinaku, soczystą bazylię i dziką miętę. Prosto i szybko. Smacznego! musli magazine


>>warsztat qlinarny

KREM ZE SZPINAKU Z PARMEZANEM 400–500 g szpinaku (może być mrożony) 2 łyżki masła 2 ząbki czosnku skórka od parmezanu 100 g startego parmezanu 1–1,5 l bulionu drobiowego (zależy jak gęsty krem chcemy uzyskać) sól pieprz gałka muszkatołowa

Pod koniec przygotowywania bulionu wrzucamy skórkę parmezanu i gotujemy całość, by nabrała serowego smaku. Szpinak podsmażamy na maśle. Dodajemy rozgniecione ząbki czosnku, doprawiamy solą i pieprzem oraz gałką muszkatołową. Przekładamy do bulionu. Gotujemy 15 minut, a następnie wyciągamy parmezanową skórkę. Całość blendujemy. Krem podajemy posypany obficie tartym parmezanem.

ŁOSOŚ Z SOSEM MIĘTOWYM 200 g jogurtu greckiego 1 spory ogórek ząbek czosnku łyżka listków mięty 2 dzwonki łososia sól pieprz

Łososia przyprawiamy solą i pieprzem. Trzemy ogórka na tarce o grubych oczkach, następnie solimy go i po 10 minutach odciskamy wodę. Dodajemy listki mięty i jogurt, mieszamy i przyprawiamy pieprzem. Sos chłodzimy w lodówce. Łososia smażymy na patelni grillowej. Polewamy miętowym sosem. Doskonale smakuje z pieczonymi ziemniakami!

>>

BRZOSKWINIE Z BAZYLIĄ POD KRUSZONKĄ 4 brzoskwinie lub jedna puszka brzoskwiń w syropie 1 łyżka brązowego cukru 1 łyżka bazylii pół łyżeczki utartej skórki z cytryny szczypta soli

KRUSZONKA: 1 łyżka cukru 1/3 szklanki posiekanych migdałów 1/4 szklanki mąki szczypta soli 3 łyżki zimnego masła

Rozgrzewamy piekarnik do 200ºC. Kroimy obrane brzoskwinie na ósemki i mieszamy je z cukrem, bazylią, solą i skórką z cytryny. Kruszonkę można przygotować ucierając wszystkie jej składniki palcami. Rozkładamy brzoskwinie do kilku żaroodpornych kokilek i posypujemy kruszonką. Piec około 25 minut na złoty kolor. Doskonale smakuje z kleksem śmietany.

>>139


>>redakcja MAGDA WICHROWSKA

SZYMON GUMIENIK

filozofka na emeryturze, kinofilka w nieustannym rozkwicie, felietonistka, komentatorka rzeczywistości kulturalnej i niekulturalnej. Kocha psy, a nawet ludzi.

zaczął być w roku osiemdziesiątym. Zaliczył już studia filologii polskiej, pracę w szkole i bibliotece. Lubi swoje zainteresowania i obecną pracę. Chciałby chodzić z głową w chmurach, ale permanentnie nie pozwala mu na to jego wzrost, a czasami także bezchmurny nastrój...

WIECZORKOCHA

GRZEGORZ WINCENTY-CICHY

-grafia. Inspiracja. Inkwizycja. Pigmalionizm przewlekły. Freudyzm dodatni. Gotowanie, zmywanie, myślenie: Import-Export. Prowadzi bezboleśnie przez życie bez retuszu. Lubi sushi, nieogarnięte koty i proces pleśnienia serów.

rocznik czarnobylski. Niedoszły, domorosły filozof. Wykonywał w życiu tyle różnych zawodów, że mógłby swoje Curriculum Vitae rozdzielić pośród kilku, niespecjalnie nawet nudnych, mężczyzn. W chwili obecnej, zgodnie z powołaniem, wykonuje wymarzony zawód aktora teatralnego. Silnie uzależniony od muzyki, niezależnie od bezsensownych podziałów gatunkowych. Brak szans na powodzenie odwyku. Wolałby oślepnąć, niż ogłuchnąć.

GOSIA HERBA

ANIA ROKITA

rocznik 1985

archeolog z wykształcenia, dziennikarz z przypadku, penera z wyboru. Zamierza wygrać w totka i żyć z procentów. Póki co, niczym ten Syzyf, toczy swój kamień. Jako przykładna domatorka stara się nie opuszczać granic powiatu, czasem jednak mknie pociągiem wprost w paszczę bestii. Uwielbia popłakiwać, przygrywając sobie na gitarze, oraz zgłębiać intensywny smak czarnego Specjala.

podgląda, podsłuchuje, rysuje www.gosiaherba.pl www.gosiaherba.blogspot.com

>>140

MARTA MAGRYŚ

IWONA STACHOWSKA

choć miała być lekarzem, z wykształcenia jest kulturo- i zabytkoznawczynią. Z zawodu muzealniczką. Z zamiłowania weekendową szefową kuchni. Uprawia pomidory i poziomki w doniczce. Marzy o wyhodowaniu drzewa cynamonowego oraz o napisaniu książki (niekoniecznie kulinarnej). Gdzie tylko może dojeżdża rowerem. Cierpi na chroniczny brak wolnego czasu. Wciąż nie może się zdecydować, czy woli wiosnę, czy też jesień. Ale chyba bardziej jesień. Bo jest brązowa.

z wykształcenia filozof, z zawodu nauczyciel od zadań specjalnych. Na co dzień wierna towarzyszka psa znanego ze skocznego podejścia do przestrzeni otwartych i zamkniętych. Wielbicielka dżdżystej aury, gorzkiej czekolady i kawy po turecku. Nade wszystko fanka Dextera.

ARKADIUSZ STERN

MAREK

germanista i hedonista. Ma cień, więc jeszcze jest. Wielbiciel ciepłych klimatów, słoni i piwa z dymkiem. U przyjaciół ceni otwarty barek. Skrywa się często pod skrzydłami Talii i Melpomeny, nie bryluje na salonach, lecz w galeriach (sztucznych), kinem delektuje się samotnie. W pracy zajmuje się wbijaniem do głów chętnych i niechętnych mowy Dietera Bohlena. Poza pracą zajmuje się głównie tym samym. W przerwach w pracy zajmuje się czymś innym.

ROZPŁOCH

rocznik 1980, filozof i ktoś lub coś w rodzaju dziennikarza. Mieszka w Toruniu.

musli magazine


WSKI SIAKO EJ LE NDRZ RYS. A

{

>>słonik/stopka

}

MUSLI MAGAZINE redaktor naczelna: Magda Wichrowska zastępca redaktora naczelnego: Szymon Gumienik art director: wieczorkocha redakcja: Gosia Herba, Anna Ladorucka, Marta Magryś, Ania Rokita, Marek Rozpłoch, Iwona Stachowska, Arkadiusz Stern współpracownicy: Adam Blank, Krzysztof Koczorowski, Andrzej Mikołajewski, Grzegorz Wincenty-Cichy, Marcin Zalewski korekta: Justyna Brylewska, Edyta Chmielewska, Magda Szczepańska, Andrzej Lesiakowski

>>141


Musli Magazine Listopad 2012  

Musli Magazine Listopad 2012

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you