Issuu on Google+


MR

c z o ł e m

fot.

2

P

o co nam ona? Tak mocno się nam narzuca każdego dnia – gdy otworzymy lodówkę, okno, tablet... Ale może problem polega na tym, że ta „polityka” nam narzucana jest odarta z wszelkich istotnych treści i media niezależne, takie jak nasze pismo, mogą delikatnie zasugerować inne rozumienie polityki... Nie skupiając się na sensacji, nie chcąc też na siłę narzucić swojej wizji świata, a próbując pokazać, że prawdziwa troska o to, co nas otacza, co współtworzymy, jest czymś więcej niż niemądrymi przepychankami tanich cyników zwanych politykami. Ostatnio pod wpływem polemicznych opinii odnośnie umieszczenia w niedawnym numerze „Menażerii” ukraińskiej flagi, a z drugiej strony – przez skrupuły wynikające z mej niezgody na umieszczenie w miesięczniku ogłoszenia dotyczącego spotkania określającego się bardzo wyraźnie po jednej ze stron naszego bieżącego dyskursu politycznego, zastanawiałem się, gdzie powinna leżeć ta granica albo raczej – pogranicze, za którym stajemy się kolejną tubą propagandową, ale bez wejścia na jego teren chowamy się w miękkiej, wygodnej otulinie hipokryzji, puszczając w świat komunikat, że nie mamy żadnych poglądów... Inna sprawa, że w naszej redakcji reprezentowane są różne opcje. Jeszcze nikt się nie pokłócił, ale bardzo jasno widać rozbieżności. Uczciwe zatem rozwiązanie polegałoby na podpisywaniu się

każdego autora pod prezentowanymi – nawet kontrowersyjnymi – poglądami, bez próbowania rozszerzania pola ich rażenia na całą, liczną dość, redakcję. I tu biję się w pierś... Ostatnia lekcja ukraińska pokazała, że zaangażowanie w politykę ludzi, którzy są na co dzień przekonani, że powinni siedzieć cicho, ma sens. Głębszy niż podejrzewaliśmy. I dla osób współtworzących naszą redakcję, które w okresie nieco podobnych zajść w naszym kraju były dziećmi albo nastolatkami, stanowi to bezcenne repetytorium. Życzmy naszym ukraińskim Korepetytorom podobnych sukcesów do tych, które udało się osiągnąć na naszych wyszehradzkich obszarach; a sobie życzmy Szczęśliwego Nowego Roku nr 2 „Menażerii” – w którym komercja, sensacja ani jakiekolwiek podobne pokusy nie odwrócą kolejności, w której kultura jest na pierwszym miejscu, zaraz za nią, wynikająca z niej jasno (choć wciąż skromnie reprezentowana na naszych łamach – ale obiecuję poprawę), troska o sprawy społeczne i dopiero przez taki pryzmat – trochę bardziej odporny na wspomniane wyżej pokusy – postrzegana polityka.

Kultura, społeczeństwo. Polityka?

Marek Rozpłoch Na

okładce ilustracja

Martyny Wójcik-Śmierskiej


s p i s

recenzje Damian Bus, Piotr Buratyński, Karolina Robaczek, Bartosz Adamski, Grzegorz Malon, Emmanuel Lajus, Sylwia Ciuchta

t r e ś c i

diabeł ubiera się w... Zamościu Sylwia Ciuchta & Szymon Bochniarz 102 4

postanthropology wunderkammer Phtalo Manatee & Karolina Żyniewicz 104

fotorelacja Justyna Kociszewska Berlinale 2014 10

fotorelacja Ryszard Duczyc Klamra 2014

pod okładką. wstęp Dawid Śmigielski Powroty 108

20

relacja Ela Dominiak & Krzysiek Joczyn CoCArt. Relacja

pod okładką. zjawisko Filip Fiuk Nowe DC COMICS, czyli ofensywa amerykańskich herosów na polski rynek komiskowy trwa w najlepsze 110

34

relacja Marta Grzywińska Z życia pracowini - wklęsłodruk

pod okładką. relacja Dawid Śmigielski Trochę komiksowo, trochę fantastycznie – o PYRKONIE 2014 116

pod okładką. eseje recenzyjne: 38

wywiad z Lilianą Piskorską rozmawia Bogna Morawska Dlaczego wszystkie dziewczyny i wszyscy chłopcy są piękni? 44

konterfekt Anna Cieszyńska Och, Karol!

Joanna Wiśniewska Drugie życie van Gogha 122

pod okładką. eseje recenzyjne: Joanna Wiśniewska Ciężka dola pirata

52

126

Joanna Wiśniewska Powrót do Bois-Maury

fenomen Szymon Bochniarz Dachy w centrum gniją od patyny. Ismet Jonuzi

130 60

Szymon Gumienik Wybieram absurd! Zwykle nie ma okazji

64

Dawid Śmigielski Kot, który umiauł mówić

66

pod okładką. komiks Anna Krztoń

86

autorzy numeru

88

odsłony Andrzej Piotr Lesiakowski

rach-ciach Polecam, Grażyna Torbytska & Cham Filmowy

132

twory Katarzyna Frankowska

136

teksty literackie Robert Rybicki

126 140

teksty literackie Michał Pranke

teksty literackie („Zdarzenia Mistrza Karimaty”) Rafał Derda

145 92

felieton. dzienniczek uwag Szymon Szwarc 94

felieton. regulator kwasowości Barszcz Błaszczyk 96

felieton. horyzont zdarzeń Kosmiczny Bastard 98

felieton. bełkot miasta Józef Mamut 100

3


r e c e n z j e

książka

4

BUKARESZT „Bukareszt. Kurz i krew” jest jak kolorowy wachlarz, jest to kompozycja wręcz mozaikowa – żeby być  bliżej kultury południowego wschodu. Przygoda z Bukaresztem zaczyna się dość niewinnie – od wprowadzenia do tymczasowego mieszkania – co staje się początkiem serii zaskoczeń wynikłych z odmiennych niż przedstawione w umowie najmu. Cztery metry zamiast obiecywanych szesnastu. Ciasnota i inne brudne drobiazgi stają  się  niemal symboliczne. Teoria i praktyka  zderzają sie z rzeczywistością. Podtytuł „Kurz i krew” celnie  określa  zmysłowa  aurę, w której przyjdzie nam się poruszać. Najnowsza książka Małgorzaty Rejmer nie jest powieścią, jak to było w przypadku debiutanckiej „Toksymii’, jest za to  wielostronnym i różnorodnym portretem miasta, a właściwie czymś więcej – portretem człowieka uwikłanego w historię i jednocześnie jakby poza nawias tej historii wyrzuconego. Swobodna żonglerka gatunkami: reportaż, esej, „bajka rumuńska” o chłopcu, który postanowił zostać drugim Stalinem, dramat  o rewolucji i obaleniu dyktatora, opowieść o wynikłej z trzęsienia Ziemi

szczelinie, przypowiastka o komisji kolektywizacyjnej służą autorce do snucia interesującej, pełnokrwistej, wielobarwnej i wielopłaszczyznowej narracji. Pięknej i brzydkiej zarazem. Zabawnej i mrożącej krew w żyłach. Pełnej absurdów i paradoksów, z którymi Rejmer spotkała się w latach 2009-2011.  Bukareszt opisywany przez Rejmer to organizm pełen blizn, wrzodów, ropiejących i niegojących się ran. Mężczyzna w autobusie bez czubka nosa, kalecy bez nóg, ludzie pozbawieni paliczków, sfory kulejących, wygłodniałych psów itp. Architektura miasta jest co najmniej „nadszarpnięta”, budynki przypominają węża, który właśnie zrzuca skórę. Paryskie podróbki, szyk, błoto i azjatycka dzikość. Tymczasowość i wszechobecne złachmanienie. „Czuję ogrom miasta i jego podupadłą potęgę podszytą szaleństwem” – konstatuje autorka. W okresie międzywojennym Bukareszt uzyskał przydomek „Małego Paryża”. Podczas działań wojennych i  trzęsień  Ziemi duża część  śródmieścia została zniszczona, reszty dokonał plan systematyzujący, przygotowany przez największy rumuński koszmar, największą  porażkę i jednocześnie wciąż pozostająca bez odpowiedzi zagadkę, jaką jest postać dyktatora Nikolae Ceausescu („Bezwstyd, histeria stylu, fasadowość. Przy Bukareszcie każde europejskie miasto wydaje się tak statyczne, że aż nudne”). Niezwykłość  Bukaresztu to przede wszystkim chore  rojenia  wodza  i jego żony  Eleny, którzy postawili sobie piramidę chciwości godną Egiptu faraonów. Dom Ludu, drugi po Pentagonie budynek rządowy świata, bezpowrotnie zniszczył tkankę  miasta, grzebiąc jednocześnie w swoich murach setki robotników, gdyż, jak wieść gminna niesie, tempo prac budowlanych było tak szybkie, że nie nadążano z wywożeniem zwłok. „Bukareszt jest jak ciastko kupowane w niedzielę, niby czekoladowe i słodkie, ale z gorzką polewą. Nie znajdzie się tu łatwego piękna” – Rumunia komunistyczna to najsmutniejszy barak ówczesnych demoludów, to zniewolenie totalne, w którym każdy jest ofiarą. To gęsta sieć tajnych służb i wszechobecny terror. Donosy i podsłuchy, głód i bieda. Przerażające więzienia, jak Pitesti, w których skazańców  reedukowano poprzez wymyślne tortury.   Bohaterowie Rejmer mówią o sobie „dzieci dekretu” – wprowadzone-

go   w 1966 roku zakazu aborcji,   którego łamanie karano więzieniem, a zgodnie z którym roniącym kobietom odmawiano pomocy, w konsekwencji czego umierały. Barwy narodowe Rumunii w tamtym okresie nabierają  specyficznego  znaczenia: „Czerwony jak mięso, którego nie ma, żółty jak skóra dzieci i niebieski jak niebo w krajach, do których nie możesz pojechać”.   Język rumuński jest pozbawioną rygorów mieszaniną słowiańskiego i łaciny, stąd też jego elastyczność.  Rumuni dali początek językowi „Dada” (Tzara) i stworzyli teatr absurdu (Ionesco). Z tym związane jest specyficzne rumuńskie poczucie humoru, ten „chichot podrygującego wisielca” – autorka nie szczędzi nam przybliżenia go w postaci dowcipów, jak choćby tego: „Czym różni się Socjalistyczna Republika Rumunii od Auschwitz? W Auschwitz był gaz” – czy też, na rozluźnienie atmosfery, żartu o rumuńskim kosmonaucie zostawiającym swojej matce  kartkę, w której pisze: „Mamo,  lecę  w kosmos,  wrócę w przyszłym tygodniu” – w odpowiedzi zaś matka pisze: „Synku, lecę kupić ser, nie wiem, kiedy wrócę”. Świat tak opisany wymyka się jednoznacznej ocenie. Nad tomem unosi się duch rumuńskiego fatalizmu i bezdennej rozpaczy. Czytając te opowieści o Bukareszcie, nieustannie myślałem o Emilu Cioranie, rumuńskim filozofie, teoretyku nihilizmu, wielkim piewcy bezsensu i uświęcającej mocy cierpienia.  Rejmer przygląda się ambiwalentnemu stosunkowi Rumunów do swojej tożsamości i historii, stosunkowi do dyktatora i jego śmierci, epoki komunizmu i powstania z 1989 roku. Z wnikliwością obserwuje zmagania Rumunów z przeszłością, teraźniejszością, Europą i z traumą, która chyba nigdy nie została przepracowana. Reportaże Małgorzaty Rejmer to historie   usłyszane i zrozumiane. A może, mimo wszystko, takie, których nie sposób pojąć. Bo jak zrozumieć fakt, że rumuńska kobieta w dobie zakazu aborcji i przymusowego rodzenia ku chwale ojczyzny, aborcję przyjmuje jak zbawienie i po latach o wielokrotnie usuwanych ciążach opowiada bez emocji, mieszając w garnku z zupą? Jak pojąć wszechobecne donoszenie i świadomość, że choćby jedna ujawniona myśl może przynieść zgubę całej rodzinie? Jak ogarnąć lata milczenia i bierności, to przecież nie do pojęcia, dlaczego Rumuni tak długo i z taką pokorą przyjmowali wszechobecne zło?


r e c e n z j e

Może to właśnie ten ich specyficzny fatalizm („Wszyscy Rumunii są fatalistami. Historia przyuczyła nas do cierpienia. Przygotowała na to, że zawsze możemy stracić wszystko”)? Bukareszt wciąż stawiany na nowo, wciąż dopieszczany i odnawiany jest jednak ciągłym świadectwem tymczasowości, do której można się przyzwyczaić. Rejmer opisuje taką sytuację: „Dostałam też zdjęcie: nogi w czarnych rajtuzach i kolorowych skarpetkach, wetknięte do plastikowego kosza. Nurkujący manekin, który chce się utopić w śmieciach. I dopisek: «Trzeba na siłę wymyślać, co jest w Bukareszcie pięknego, a po wyjeździe i tak się umiera z tęsknoty»”.  I rzeczywiście – z całą swoją nieprzewidywalnością, chaosem, dziwactwami i ludźmi, Bukareszt staje się też miejscem, w którym jednocześnie można się zakochać. 

Damian Bus M. Rejmer, „Bukareszt. Kurz i krew”

Film

Wydawnictwo „Czarne”

DLACZEGO DZIEJE SIĘ RACZEJ NIC NIŻ COŚ? Cztery lata kazał czekać Jim Jarmusch swoim wielbicielom na nowy film. Ekscytację towarzyszącą zniecierpliwieniu podsycał fakt, iż amerykański autor zrealizuje tym razem dzieło wpisujące się w obecną modę na filmy wampiryczne (choć obecnie wypieraną przez modę na filmy o zombie). Mimo to wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Jarmusch określił reguły swojej filmowej gry już u zarania swojej kariery. Tymczasem film wampiryczny nie został przez amerykańskiego postmodernistę przenicowany czy postawiony na głowie. Znalazł on w jarmuschowskiej formie swoje podkreślenie. „Tylko kochankowie przeżyją” serwuje bowiem wszystko, co znamy z tego typu dzieł, wszystkie skojarzenia, metafory, dookreślenia, a zarazem banały. Wampiryzm jako kara. Jako cierpienie. Jako narkomania i uzależnienie. Jako tęsknota. I w końcu najważniejsze: jako namiętność, pasja. Jarmusch przechodzi przez wszystkie możliwe stadia, podkreśla, jak wspomniałem, cały bagaż historyczno-estetyczny związany z tego typu opowieścią. Zupełnie jak gdyby chciał udowodnić widzowi: „nie zrealizowałem filmu wampirycznego w rozumieniu gatunkowym – okazało się, że moja wypracowana forma znajduje w nim wyraz”. Jak jest w rzeczywistości? Etykietka przyczepiona Jarmuschowi określająca go jako postmodernistycznego nudziarza i estetę, autora gloryfikującego „nie dzianie się”, zubaża jego dzieło. Jest to bowiem, obok Akiego Kaurismakiego czy Wima Wendersa, najwybitniejszy współczesny kontynuator myśli Yasujiro Ozu. Japoński mistrz, tak rzadko mimo wszystko komentowany na zachodzie z – jak mniemam – strachu przed koniecznością zmierzenia się z japońską estetyką, jest bowiem punktem wyjściowym dla tego typu postmodernizmu. Ozu zawieszony między tradycją japońską a popularnym kinem amerykańskim zbliżył się niemal mistycznie do obserwowanej rzeczywistości. Zdehumanizował kamerę filmową niemal totalnie. Jego humanizm – jakkolwiek paradoksalnie to zabrzmi – wynika z odebrania człowiekowi uprzywilejowanej roli w opowieści. Czy inaczej było w dotychczasowym kinie Jarmuscha? Czy nie inaczej musi być

właśnie w filmie o „nie-ludziach”, romantycznych wampirach? Formalizm pozwala Jarmuschowi na położenie punktu ciężkości na estetyczne i ideowe walory dzieła. I choć nie jest tak radykalny w formie jak dwa jego ostatnie filmy, to spełnia się jako ekscentryczny romantyk. Dwa jego wcześniejsze dzieła, czyli „Broken Flowers” (2005) i „The Limits of Control” (2009), mistrzowskie pod względem formalnym, były niemal filozoficzną refleksją nad nowoczesnością, nad jej jądrem, sednem, nad tym chaotycznym, pozbawiającym tożsamości potworze zwanym postmodernizmem. Były dziełami otwartymi, znacznie wykraczającymi poza ramy kinowego obrazu. Tymczasem „Tylko kochankowie przeżyją” serwuje nam chwyty podręcznikowe. Ot, mieszanie wysokiego z niskim. Oto, w bądź co bądź gatunkowym filmie, odnajdujemy wiekowego Christophera Marlowe’a (John Hurt), rzeczywistego autora dzieł Szekspira. Wyłudzanie szpitalnej krwi odbywa się poprzez odniesienie do nazwisk dr Fausta, dr Watsona czy dr Caligariego. Filmowi bliżej do „Ghost dog: droga samuraja” (1999) niż do „Kawy i papierosów” (2003). Zabawa cytatami odbywa się na utartym, niezbyt już atrakcyjnym poziomie, jest niejako wymuszona przez scenariusz np.: uwierzytelnieniem historycznej konieczności egzystowania bohaterów. Całość, choć prezentująca dosyć banalną układankę, trzyma się w komplecie dzięki potężnej myśli przewodniej, oczywiście, nie będącą w oferowanym gatunku żadną nowością. Myśl ta natomiast zawarta jest już w samym tytule. Miłość nas ocali. To nie pozwala mi przekreślić nowego filmu Jima Jarmuscha. W jednej ze scen kamera powoli panoramuje zdjęcia zawieszone na ścianie pokoju głównego bohatera. Zdjęcia te, będące portretami znanych osobistości, mają sugerować, iż wampirami byli m.in.: Charles Baudelaire czy Oscar Wilde. Ale także Joe Strummer, wieloletni przyjaciel reżysera. Wspominam o wokaliście The Clash i The Mescaleros nie bez powodu. Sam Jarmusch okazuje się bowiem w swoim nowym dziele znacznie lepszym muzykiem niż reżyserem. Pogrążony w depresji wampir Adam (Tom Hiddleston), o aparycji findesieclowego dekadenta bądź zniszczonego narkotykami rockmana, sublimuje swą wampiryczną udrękę. Jest artystą, tworzy. Komponuje muzykę, nagrywa, anonimowo puszcza ją w świat. Muzyczny geniusz Ada-

5


r e c e n z j e

ma objawia się w transowej, sfuzzowanej i pełnej sprzężeń muzyce gitarowej, bogatej we wschodnie ornamenty, zawieszonej między rockową psychodelą a gwałtem na klasycznym rock’n’rollu z lat 60. Muzyce minimalistycznej, a jednocześnie potężnej, upajającej i hipnotyzującej. Jest to muzyka zespołu Sqürl, tria z Jarmuschem jako gitarzystą, Carterem Loganem na perkusji oraz Shane’m Stonebackiem jako inżynierem dźwięku. Tego samego zespołu, o którym rozmawiają bohaterowie „Kawy i papierosów”, tego samego, którego wypuszczona w maju 2013 roku EPka, z singlem „Pink Dust”, podsyciła ponownie zainteresowanie sztuką Jarmuscha. Nad fantastyczną muzyką do filmu pracował również Jozef Van Wissem, duński wirtuoz lutni, który dodaje egzotycznego wyrazu scenom kręconym w Tangerze, a scenom ze zrujnowanego Detroit - wzniosłego charakteru. Efekt współpracy Van Wissema i Sqürl zbliża ten film do suity wizualnej, gdzie splecione ciała Tildy Swinton i Toma Hiddleston, czy to w tańcu czy w łóżku, mówią więcej niż kawalkada cytatów, puszczanych oczek i reżysersko-scenariuszowych kuksańców. Bezsprzecznie jest to jedna z najwybitniejszych, oryginalnie skomponowanych ścieżek filmowych, jaką dane mi było słyszeć w ciągu ostatnich kilku lat. Otwierający film cover Wandy Jackson „Funnel of Love” śpiewany przez Madeline Follin przypomina najlepszy proto-punk rodem z Detroit czy najwybitniejsze kawałki Screamin’ Jay Hawkinsa. I tym jest dla mnie nowy film Jarmuscha. Okrzepłym wizualnie, ale wysysającym muzycznie lejkiem miłości.

Piotr Buratyński „Tylko kochankowie przeżyją” (Only Lovers Left Alive) reż. Jim Jarmusch 2013

KTO MA WIEDZĘ, TEN MA WŁADZĘ? Digitalizacja każdego wydrukowanego słowa, stworzenie wirtualnej biblioteki – zbioru wszystkich wytworów człowieka w jednym miejscu, dostępnych dla każdego, do jak najlepszego wykorzystania – marzenie żywe od czasów starożytnych, ale nigdy tak bliskie realizacji. A pierwszym krokiem jest Google Books – jeden z największych, ale i najbardziej kontrowersyjnych projektów najpotężniejszej korporacji na świecie. Brytyjski reżyser Ben Lewis w swoim dokumencie zbiera głosy zarówno „za”, jak i „przeciw”: zaczynając od wizjonera z firmy Google opowiadającego o dziecięcym marzeniu zbudowania (i dania ludzkości, oczywiście) superkomputera przez przedstawicieli uniwersytetów, bibliotekarzy, aż do filozofów i futurologów przekonujących, że Google Books to dopiero początek rewolucji, w której już uczestniczymy, a nie jesteśmy tego świadomi... Osią swojego filmu Lewis czyni batalię sądową o złamanie przez giganta z Mountain View praw autorskich, która to ostatecznie dotarła aż do najwyższych szczebli władzy – głos w sprawie zabrał amerykański Kongres, prezydent Francji i kanclerz Niemiec. Ale – jak starają się przekonać niektórzy bohaterowie filmu – to, co obserwujemy, dziś jest jedynie początkiem. Ci, którzy grają główne role w tym przedstawieniu, idą w swych planach już o wiele dalej i nie pieniądze są tu najważniejsze. Reżyser doskonale żongluje emocjami – raz Google jawi nam się jako prawdziwy dobroczyńca gotowy podzielić się własnym bogactwem i możliwościami dla

dobra całego świata, mając na uwadze szczególnie tych, którzy przed cyfrową rewolucją skazani byli na edukacyjne wykluczenie. Ale w miarę rodzących się coraz to nowych i bardziej niewygodnych pytań firma niebezpiecznie zaczyna przypominać złowieszczą, antyutopijną, tajemniczą korporację na wzór Skynetu. Filmowi Lewisa bliżej do dobrej sensacji niż pogadanki w stylu telewizyjnych produkcji dokumentalnych. Niech więc nikogo nie zniechęci temat – digitalizacja bibliotecznych zbiorów jest tu bowiem tylko punktem wyjścia do pytań o wiele bardziej złożonych: czy możemy zbudować nową Bibliotekę Aleksandryjką? Czy możliwe jest zaprojektowanie Uniwersalnego Umysłu i komu ma to posłużyć (a komu zaszkodzić)? Czy jesteśmy bezpieczni w Sieci? Czy digitalizacja książek to tylko preludium do budowy Sztucznej Inteligencji? I – wreszcie – czy pewnego dnia okaże się, że Google trzyma całą wiedzę świata jako zakładnika?

Karolina Robaczek Ben Lewis, “Google and the World Brain” 2013

teatr

6


r e c e n z j e

„TERAZ I W GODZINĘ ŚMIERCI NASZEJ…” – W POSZUKIWANIU SENSU I ZBAWIENIA Znane, cieszące się niejednoznaczną sławą Sanktuarium Maryjne stanowi w spektaklu „Licheń Story” jedynie pewne miejsce akcji, swoisty punkt wyjścia do snucia ogólnoludzkich rozważań. Bohaterowie zgromadzeni w świątyni przemierzają jej rozległą przestrzeń na kolanach, w pewnym ustabilizowanym rytmie, ewidentnie poszukując czegoś, co nie jest do końca określone. Przybyli tu wyjęci ze swoich światów, w większości samotnie, a tylko nieliczni zaś - w parach (Pan Gminny oraz Pani Gminna). Każdy z nich przedstawia swoją historię. Tak oto tworzy się polifoniczność rozbrzmiewająca sekwencjami wypowiadanymi przez pielgrzymujące postaci, nie tworzącymi ostatecznie jednej, spójnej opowieści. Kategoria wspólnoty zdaje się nie dotyczyć bohaterów przedstawienia, nie prowadzą oni między sobą dialogów, nie integrują się. Wyjątek w tej kwestii stanowią jedynie momenty intonowania przez bohaterów sakralnych pieśni, wykonywanych chóralnie, z podziałem na głosy dokonanym w ramach prostych, acz wyrazistych harmonii. Cel pielgrzymki nie został wyartykułowany w sposób jednoznaczny i konkretny. Bohaterowie kryją we wnętrzach swych dusz różne traumy, bóle, lęki, którym pragną jakoś zaradzić. Stanowią je: śmierć dziecka, niespełniona miłość, wyrzuty sumienia po utracie kogoś bliskiego, załamanie wiary, emocjonalna pustka. Tym, co łączy historie wszystkich postaci jest fakt pewnego pęknięcia, zachwiania. Ich życie zostało w pewnym momencie złamane, a teraz pragną oni na nowo znaleźć sens oraz rodzaj jakiegoś zbawienia, niekoniecznie związanego z kwestiami stricte religijnymi. Te ostatnie, wbrew temu, co sugeruje miejsce akcji oraz narracja spektaklu, nie wybrzmiewają w przedstawieniu zbyt natarczywie. Wiara, religia zostały tu wchłonięte przez kategorię o wiele szerszą, którą określić by można jako duchowość w ogóle. Bohaterowie (poza postacią Biskupa) nie przybyli do bazyliki, by szukać Boga, lecz pewnej duchowej głębi, ontologiczno – aksjologicznej esencji. Obecność w sanktuarium wiążą oni z nastaniem jakiejś zmiany będącej z kolei skutkiem podjęcia przez nich pew-

nej refleksji, zastanowienia się nad życiem i swym położeniem, również (ale niekoniecznie!) w wymiarze sakralnym. Współczesny człowiek jawi się w rzeczywistości przedstawionej spektaklu jako zagubiony w świecie, stawiający pytanie o sens życia oraz sposób dotarcia do niego, wreszcie, o status i funkcjonalność wiary… Choć niewiele zostało w przedstawieniu powiedziane wprost, to jednak można z jego treści odczytać jedną, na pozór oczywistą, ale niezwykle istotną prawdę. Postać Parkingowego (Łukasz Ignasiński) oraz Kucharki z Betanii (Anna Magalska-Milczarczyk), ich skłonności do przemian i wielowątkowe historie życia pokazują bowiem, że w każdym z nas tkwią głębokie pokłady duchowości i szlachetności, które muszą jedynie znaleźć dla siebie warunki do wyjścia na wierzch, chociaż łatwo je stłumić, uczynić niewidocznymi. Uosobienie wnętrza bohaterów, tego, „co się komu w duszy gra (…)” stanowi postać brawurowo (!) zagrana przez Marię Kierzkowską. Wyróżnia się ona już w pierwszym rzucie swym wyglądem – przyodziana w biały kostium sprawia wrażenie istoty odrealnionej, w świecie przedstawionym, szczególnej. Raz jest duchem dziecka zabitego nieumyślnie przez ojca, innym razem przeistacza się w alter ego jednej z bohaterek, a kiedy indziej zaś rozmawia z obecnym w sanktuarium Synem (Grzegorz Wiśniewski) jako duch jego zmarłego przedwcześnie ojca. Rola ta wymagała od aktorki niezwykłej zdolności do dokonywania szybkich transformacji oraz dużej sprawności fizycznej. Postać odgrywana przez Kierzkowską porusza się bowiem, w stosunku do pozostałych bohaterów, dużo szybciej, przybiera nietypowe pozy, ze sporą biegłością musi zmieniać miejsce swej scenicznej obecności. Bohaterką pozostającą w relacji pewnego podobieństwa do omawianej wyżej postaci jest Dziewczyna Klozetowa, w której rolę wcieliła się Matylda Podfilipska. Obie postaci zdają się „wiedzieć więcej” nie tylko o pozostałych bohaterach, ale o człowieku w ogóle. Dziewczyna od dawna pracuje w licheńskiej toalecie, spotyka sporą liczbę ludzi i na tej podstawie zdobywa pewną ogólnoludzką mądrość. Cechuje ją skromność oraz prostota myślenia. Dzięki kreacji Podfilipskiej postać ta staje się widzowi jakoś bliska, wzbudza sympatię, a także chęć identyfikacji. Wielogłosowość charakterystyczna dla przedstawienia od samego jego początku

zdaje się jednak od pewnego momentu wymykać spod reżyserskiej kontroli. Widz zaczyna odczuwać brak spójności, a raczej przypadkowość przedstawianych sekwencji. Spektakl traci koncept, zaczyna żyć własnym, nieregulowanym przez nikogo życiem. Równie przypadkowe, tematycznie niefunkcjonalne jest wtrącenie do akcji naturalistycznej sceny gwałtu, a potem brutalnej zań zemsty. Sekwencje te pochodzą niejako z innej płaszczyzny tematyczno - estetycznej i w efekcie odbieramy je jako po prostu niepotrzebne. Na scenografię przedstawienia składa się kilkupoziomowa posadzka pokryta kafelkami przedstawiającymi postaci Jezusa oraz Matki Boskiej. Dużą rolę w spektaklu odgrywa praca światłem, które nadaje prezentowanym scenom odpowiednią tonację, dopełnia ich estetykę oraz sens. Równie ważna jest tu gra dźwiękiem. Głosy aktorów zostały wzmocnione echem, które pogłębia iluzję znajdowania się w świątyni, wpływa korzystnie na nastrój przedstawienia. Pomimo pewnych uchybień nie sposób nie uznać, iż „Licheń Story” stanowi spektakl ważny, realizujący niebagatelną funkcję wypełnianą przez teatr na przestrzeni dziejów, jaką jest prezentacja oraz analiza dramatycznej kondycji człowieka w pewnym konkretnym obszarze dziejowym. Przedstawienie nie udziela odpowiedzi, nie poucza, ale stawia pytania. Nie wiadomo czy życie bohaterów, po wizycie w licheńskiej bazylice, ulegnie jakiejkolwiek zmianie. Ważny zdaje się być jednak sam akt refleksji, zatrzymania i pochylenia się nad tym, co w życiu esencjonalne – czytaj: „duchowe” – w najrozmaitszych rozumieniach.

Bartosz Adamski Jarosław Jakubowski, „Licheń Story” reż. Tomasz Hynek premiera 1 marca 2014 Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu

7


r e c e n z j e

GEORGE DORN SCREAMS Mam przyjemność przedstawić Państwu piąty studyjny album zespołu „George Dorn Screams” ukryty pod nazwą „Ostatni Dzień”. Zacznijmy od początku. Zespół powstał w Bydgoszczy w 2005 roku. Obecnie stanowi on połączenie kilku instrumentów: śpiewającej gitary (Magdalena Powalisz), gitary (Radosław Maciejewski), gitary basowej (Wojciech Trempała) oraz perkusji (Marcin Karnowski). Przed płytą „Ostatni Dzień” ukazały się 3 albumy długogrające grupy i jedna EP-ka. Zespół jest znany fanom muzyki alternatywnej z Polski i nie tylko. Sądząc po rosnącej popularności i ilości zagranych koncertów, można stwierdzić, że jest on zespołem lubianym. Grupa wystąpiła dwukrotnie na scenie „OFF Festivalu”, co raczej nie było przypadkiem, tylko wynikiem pozytywnego odbioru przez publiczność. Dwukrotnie gościli też w studiu Agnieszki Osieckiej mieszczącym się w siedzibie radiowej „Trójki”. Chyba dla każdego zespołu jest to bardzo duże wyróżnienie i świadectwo docenienia artystycznej twórczości, ponieważ w tym radiu nic nie dzieje się bez przyczyny. Nie docenia się tam przeciętnych i przypadkowych zespołów. Niestety, świat muzyki jest bezwzględny i rzadko ogląda się za siebie. Liczy się to, co pokazujemy dziś, a nie to, co zrobili-

śmy na ostatnich płytach. Jak jest w tym przypadku? Czy najnowszy mini album zespołu „George Dorn Screams” musi najpierw być wychwalony niebanalnymi osiągnięciami, byśmy mieli ochotę obcowania z nim dłużej niż kilka minut? Z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że nie! Płyta została wydana własnym sumptem, w sposób bardzo ciekawy i miły dla oka. Album zawiera siedem luźno ułożonych zdjęć, na odwrocie których znajdziemy teksty piosenek oraz skład zespołu. Autorką tekstów jest młoda pisarka Emilia Walczak, której książka „Fake, czyli konfabulacje zachodzą na zakrętach” ukazała się w 2013 roku. Mini album zawiera 6 utworów o łącznym czasie 24 minuty i 34 sekundy. Płyta nagrana została w całości po polsku, co różni ją od poprzednich wydawnictw tej grupy. Ponadto, jest utrzymana w znanej dla fanów zespołu stylistyce, co moim zdaniem wpływa dodatnio na jej jakość. Zespół ma swój rozpoznawalny muzyczny język, którym porozumiewa się ze słuchaczami. Szczerze mówiąc, brakuje mi kapel, które, jak w tym przypadku, nie tworzą muzyki modnej i nie faszerują utworów elektroniką, której jest pełno. Tej płyty po prostu dobrze się słucha. Jest bardzo równa i dopracowana. Nie mamy wrażenia, że jakiś utwór jest słabszy. Często płyty są „podziurawione” średnimi utworami, które nerwowo przerzucamy, by skupić się na tych najlepszych. Tu można spokojnie odłożyć pilot, ciesząc się dźwiękiem żywych instrumentów. Oczywiście, jeśli ktoś ma alergię na gitarowo-perkusyjne dźwięki, na pewno nie zostanie przy niej na dłużej. Słuchając tego mini albumu przypomniały mi się pierwsze płyty „Myslovitz”. Tworzyli oni proste aranżacje z polskimi tekstami, których chciało się słuchać w nieskończoność. Tworzyli zamknięte i bogate utwory, używając niewielkiej ilości instrumentów. O „George Dorn Screams” mógłbym powiedzieć to samo. Teksty utworów nie są zbiorem przypadkowych wyrazów i mogą dać do myślenia. Recenzowana płyta jest spokojna, bez bardzo wartkich, rozsadzających głowę dźwięków. Nie znaczy to, że jest płaczliwa i smętna. Po prostu każdy dźwięk jest dopracowany, a dzięki doskonałej harmonii, nawet te bardziej energiczne brzmienia koją słuchacza. Bardzo charakterystyczne są partie gitarowe tworzące momentami ścianę dźwięku dobrze znaną fanom zespołu „My Bloody Valentine”. Dawno nie spotkałem się z takim zabiegiem na polskim rynku

fonograficznym. Spokojny głos wokalistki spaja wszystko w całość, a nieśpieszne tempo wyśpiewywanego tekstu wygładza całą kompozycję. Opisując album celowo nie odnosiłem się do poszczególnych utworów, ponieważ wyróżnienie jednego byłoby niesprawiedliwe wobec innego. Brakuje mi właśnie takich płyt, gdzie całość jest po prostu dobrze zrobiona. Czasem słyszę zespoły o podobnej stylistyce artystycznej. Niestety, mimo że im kibicuję, nie zostaję przy ich twórczości dłużej. Ta płyta z pewnością nie jeden raz będzie gościła w moim odtwarzaczu. Nawet po latach. Największą wadą płyty jest jej długość. Szkoda, że to tylko mini album, ponieważ nie mogę cieszyć się większym wachlarzem numerów. Serdecznie zachęcam do posłuchania pierwszego singla pod tytułem „8 dzień tygodnia” dostępnego pod adresem http:// www.youtube.com/watch?v=lEeLiIkVTow. Warto przynajmniej raz posłuchać tego singla, by sprawdzić, z czym ma się do czynienia. Nie trzeba się w tym wydawnictwie zakochiwać. Wystarczy je tylko polubić i często rozgrzewać laserem odtwarzaczy audio. Grzegorz Malon George Dorn Screams – Ostatni Dzień Wydawnictwo własne

koncert

muzyka

8


r e c e n z j e

Najpierw sama scena zaskakuje i kierunkuje uwagę widza w jego odbiorze muzyki: dwaj muzycy przebrani za orientalne kobiety, zasłonięci, przypominający Mojry rozstrzygające nasze przeznaczenia - nad swoimi maszynami i drutami, niezrozumiałymi dla prostego śmiertelnika… Na stole, nabierającym charakteru ołtarza, będącego częścią jakiegoś rytuału pogańskiego, jakiegoś misterium, jest zawieszone płótno z obrazem André Massona: nagi „Cz��owiek bezgłowy” („L’homme acéphale”) trzymający w jednej ręce sztylet, a w drugiej płomień. Po spokojnych dźwiękach, ciągnących się długo, zawieszonych pośród momentów ciszy i oczekiwania, ruch przyspiesza, liczne strużki melodyczne łączą się, wiążą się, walczą ze sobą, i z sobą harmonizują w ruchu wstępującym. To całe miasto zrywa się powoli z ziemi, unosi się w powietrze! Wszystko zostaje w nim na swoim miejscu: porządek ulic, jeszcze poziomy, sieć kanałów podobnych do niezliczonych rur promu kosmicznego, przez które przepływają płyny i gazy piekielnie hałasujące. Czasami słychać ludzi rozmawiających na ulicy czy monologi w ich głowie, jakby nigdy nic... Długie smugi modyfikują w pewnym momencie wygląd tego obrazu, jakbyśmy byli teraz skazani na nieprzezwyciężalny jednostajny rytm podróży po nieskończonej przestrzeni. Dźwięki wynalezione przez Mojry czasami przyspieszają i wirują. Pojawienie się nowych dźwięków przywoła różne części Miasta, którego widz wydaje się jednocześnie wszechwiedzącym autorem (stwórcą). Usłyszeliśmy lodowate dźwięki szklanych ścian, jakby nagle wynurzało się Miejsce, gdzie decyduje się o wszystkim, ukrywające niemniej chłodne rozważania... Potem Miasto otworzyło się na czarną przestrzeń, płynęła z niego – w linii prostej – jakaś niezwyczajna legia: wojskowy marsz złagodzony tybetańskimi dźwiękami drumli, jakby, paradoksalnie, legia buddyjskich żołnierzy… Miasto wróciło albo w każdym razie – przybliżało się do stałego lądu. Skąd przyszło to dziecko machające grzechotką w regularnym, obsesyjnym rytmie? Przybliżało się do nas, pewne siebie i niedostępne, potem wróciło w nieznane… Zaczęliśmy słyszeć jakieś niejasne dźwięki radiowe, które stawały się powoli coraz bardziej wyraźne. W momen-

cie, w którym Miasto skończyło swoje potworne lądowanie, wszyscy mogliśmy rozpoznać głos spikerki polskiego radia… Mojry uciekły, zostawiając nas z tym nieprawdopodobnym głosem. Zdegustowane? Ironiczne? Wyzywające nas? Jak wyrazić wszystkie znaczenia, których nabrał dla nas ten zbyt znany, prozaiczny głos, po takiej podróży?

Emmanuel Lajus Koncert T’ien Lai 12 grudnia 2013 Dom Muz w Toruniu

sztuka

KONCERT T’IEN LAI

Modernistyczne dziedzictwo sztuki Brazylijskiej - realizacje architektoniczne lat 60. czy zdumiewające dokonania artystów nurtu tropicalismo stały się częścią światowego dziedzictwa kulturowego. Odbywająca się aktualnie w „Zachęcie” wystawa – „Kocham i Nienawidzę Lygii Clark” jest odważnym komentarzem brazylijskich artystów młodej generacji. Praca Roberto Wintera przywodzi na myśl towarzyszące wystawie pytanie: czy klasyki tamtejszej sztuki modernistycznej uwarunkowały perspektywę, z której spoglądamy na sztukę Brazylii? Znajdujące się na ścianie okazałych rozmiarów czarne koło ma umocowaną w centrum, mocną metalową linkę, na której końcu znajduje się marker. To „Esej o wolności”- praca brazylijskiego artystyRoberto. Atramentowe koło silne odcina się od jasnego tła. Znajduje się w pomieszczeniu pełnym światła, w otoczeniu prac o znacznie optymistyczniejszej wy-

mowie. Przytłaczające koło staje tuż przed naszymi oczami, zaraz po wejściu do sali. Dominujące usytuowanie pracy oraz dający do myślenia tytuł sprawiają, że nie sposób jej przeoczyć. Autor ofiarował widzom urywek przestrzeni , gdzie pisząc dowolny komentarz mogą wziąć udział w tworzeniu „Eseju o wolności”. Z dnia na dzień, wraz z rosnącą popularnością wystawy, rośnie ilość wpisów. Niedbale zapisywane oświadczenia i komentarze nakładają się na siebie, stając się coraz bardziej nieczytelne. Nabazgrane czarnym markerem na czarnym tle słowa zlewają się w czarną masę, spośród której, chcąc dostrzec zapis, należy spojrzeć pod odpowiednim kątem. Pragnąc mieć swój wkład w pracę, szybko odkryłam, że nie jest takie proste. Okoliczności dokonania zapisu okazały się ograniczające. Linka szybko okazała się zbyt krótka, a miejsca okazało się za mało. Dodatkowo końcówka markera była doszczętnie zszarpana. Wszystko to wydawało się uniemożliwiać zrealizowanie mojego zamierzenia. Upartość jednak nie pozwoliła mi zrezygnować z dopięcia swego. Akceptując niedogodności w postaci krótkiej linki i sfatygowanego markera, zrealizowałam swój zamysł. Towarzyszyła mi myśl, że widz zaabsorbowany pracą zacznie oglądać ją z każdej możliwej strony i dojrzy zapisaną sentencję. Jest to praca z pozoru bardzo formalna, wręcz minimalistyczna. Estetyka relacji oraz tytuł, który jednocześnie jest protokołem i instrukcją obsługi, mówi o jej politycznym charakterze. Dlaczego więc młodzi kochają, a zarazem nienawidzą Lygii Clark? Autorzy prac prezentowanych na wystawie tworzą na tle czasów rewolucyjnego wpisywania się brazylijskiego modernizmu w karty historii. Świeże spojrzenie wstecz weryfikuje owianą utopijną wizją przeszłość. Wystawa „Kocham i Nienawidzę Lygii Clark” jest jak „Esej o wolności” Roberta Wintera. Ekspozycja oferuje spojrzenie na sztukę dawną z niezliczonych perspektyw. Każda z nich odsłania przed nami coraz to nowe treści dotyczące zarówno modernizmu, jak i sztuki współczesnej.

Sylwia Ciuchta Roberto Winter „Kocham i Nienawidzę Lygii Clark” Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki 13 grudnia 2013 – 25 lutego 2014

9


10

f o t o r e l a c j a


f o t o r e l a c j a

11


12

f o t o r e l a c j a


f o t o r e l a c j a

13

1. „Concerning violence”, reż. Goran Hugo Olsson Materiał filmowy to nagrania archiwalne z krajów afrykańskich walczących o niepodległość w drugiej połowie XX wieku: wypowiedzi kolonizatorów, dokumentacja codzienności, nagrania ze strajków, materiały telewizyjne. Towarzyszy im narracja: fragmenty książki Frantza Fanona „Wyklęty lud ziemi”, dzieło zakazane we Francji, jeden z najważniejszych głosów politycznych i socjologicznych tamtych lat. Tekst, czytany przez Lauryn Hill, to bezkompromisowe opinie dotyczące dekolonizacji, przemocy, pomyłek Europy. Cytaty nie tworzą jednogłosu z nagraniami z krajów afrykańskich i z nimi nie kontrastują. Reżyserska manipulacja, oparta na selekcji i montażu materiałów filmowych i literackich, tworzy niedopowiedzenia, zachowując artystyczny nonkonformizm. W końcowych brawach dla filmu dało się usłyszeć niepewność – nie filmoznawczą, ale autotematyczną. 11 lutego, 17:30, Cubix, Aleksanderplatz


14

f o t o r e l a c j a

2. „Is the man who is tall happy?”, reż. Michel Gondry Gondry nagrywa rozmowy z Noamem Chomskim. I rysuje. Wizualizuje tematy rozmów, swoje myśli, wspomnienia Noama, przedmioty, o których rozmawiają. Pyta o filozofię – zostaje zalany odpowiedziami, które można od razu wpisywać do książek. Ale odpowiedzi często nie dotyczą pytania. Pyta o wspomnienia i emocje – trafia na milczenie, banał lub znudzenie. Gondry znów pod powierzchnią żartu i błyskotliwych trików filmowych ukrywa potrzebę zrozumienia istoty rzeczy. W Chomskim szuka człowieka, a nie filozofa, w filozofie szuka otwartości umysłu. Poszukiwania zamyka w językowo i dźwiękowo przepięknej narracji. Film znów jak bajka: zachwycająca historia, w której łatwo przeoczyć morał końcowy. 9 lutego, 14:30, Cinestar, Potsdamer Straße 4


f o t o r e l a c j a

15


16

f o t o r e l a c j a


f o t o r e l a c j a

17

3. „Xi You”, reż. Tsai Ming-liang „Journey to the West” Tsai Ming-Lianga to pierwsza część cyklu filmowego poświęconego medytacyjnej podróży mnicha. W każdej z nich bohater w najwolniejszym fizycznie możliwym tempie przemierza miasta i kraje. Czasem ujęcia trwają tyle, ile zajmuje mnichowi droga przez kadr, czasem to tylko migawkowe rejestracje jego obecności. Nic więcej, poza rejestracją chodu, się nie wydarzy. W trakcie seansu z zapełnionej po brzegi sali kinowej nie wyszła ani jedna osoba, podczas gdy tego samego dnia, po pięciu minutach mało ekstrawaganckiego eksperymentu „Aimer, boire et chanter”, rozpoczęła się lawinowa ucieczka z kina. Seans „Xiao Oui” w kontekście seansów dnia nastrajał pozytywnie. 11 lutego, 20:00, International, Karl-Marx-Allee 33


18

f o t o r e l a c j a

4. ”The Monuments Men”, reż. George Clooney Badacze sztuki zostają wysłani na front, by odzyskać skradzione przez Hitlera setki tysięcy dzieł sztuki. Opowieść oparta na mało znanej części historii II Wojny Światowej. Z życiem i emocjami styczność w filmie ma jedynie ta cienka warstwa faktograficzna i jednozdaniowa pointa filmu. Widać skupienie reżysera na na zabawnych dialogach, znanych twarzach, sprawnej, lekkiej narracji. Efekty są widoczne od razu. Jeden z dziennikarzy słabnie na sali w trakcie seansu, na konferencji prasowej zjawiają się tłumy, dziennikarka wyznaje miłość Mattowi Damonowi, pytania dotyczą wszystkiego, tylko nie filmu. Takie Hollywood. 8 lutego, 12:00, Berlinale Palast, Marlene-Dietrich-Platz 1


f o t o r e l a c j a

19


20

f o t o r e l a c j a

Teatr WIERSZALIN, „Boska Komedia”

Teatr WIERSZALIN, „Boska Komedia”


f o t o r e l a c j a

Klamra 2014

Ryszard Duczyc https://pl-pl.facebook.com/ryszardduczyc

Teatr WIERSZALIN, „Boska Komedia”

21


22

f o t o r e l a c j a

USTA USTA Republika, „Uczta”

USTA USTA Republika, „Uczta”


f o t o r e l a c j a

Toruńska Grupa Improwizacyjna TERAZ, „Pan Pstrong”

Toruńska Grupa Improwizacyjna TERAZ, „Pan Pstrong”

23


24

f o t o r e l a c j a

Teatr FORMY, „Ulica krokodyli”

Teatr FORMY, „Ulica krokodyli”


f o t o r e l a c j a

Steller/Dziemaszkiewicz, „Strefa zagrożenia”

Steller/Dziemaszkiewicz, „Strefa zagrożenia”

25


26

f o t o r e l a c j a

Steller/Dziemaszkiewicz, „Strefa zagrożenia”

Steller/Dziemaszkiewicz, „Strefa zagrożenia”


f o t o r e l a c j a

Steller/Dziemaszkiewicz, „Strefa zagrożenia”

SOPOCKI TEATR TAŃCA, „PUSTE CIAŁO. Okazja do malutkiej rozpaczy”

27


28

f o t o r e l a c j a

SOPOCKI TEATR TAŃCA, „PUSTE CIAŁO. Okazja do malutkiej rozpaczy”

SCENA PLASTYCZNA KUL, „Lustro”


f o t o r e l a c j a

SCENA PLASTYCZNA KUL, „Lustro”

SCENA PLASTYCZNA KUL, „Lustro”

29


30

f o t o r e l a c j a

PORYWACZE CIAŁ, „Partytury rzeczywistości”

PORYWACZE CIAŁ, „Partytury rzeczywistości”


f o t o r e l a c j a

Teatr ME/ST, „Lady Wa-Wa”

Teatr KANA i Theatre KREPSKO Group, „Hotel Misery deLuxe”

31


32

f o t o r e l a c j a

Teatr KANA i Theatre KREPSKO Group, „Hotel Misery deLuxe”

JAZZ OUT & AREK JAKUBIK, „Paląc Blanty z UFO”


f o t o r e l a c j a

Teatr CHOREA, „MUZG”

33


34

r e l a c j a


r e l a c j a

CoCArt. Relacja tekst i zdjęcia: Ela Dominiak & Krzysiek Joczyn

S

pójny program, pewnego rodzaju myśl przewodnia, zorientowanie na przegląd poszukiwań, kameralność i niepowtarzalna atmosfera, coś nieuchwytnego - to cechy, które cenimy w festiwalach, a które bez wątpienia odnaleźliśmy w tegorocznej edycji CoCartu. Zanim zaczął się sam festiwal, mogliśmy wziąć udział w dwóch wydarzeniach towarzyszących: w wieczór poprzedzający w Domu Muz zagrał Robert Skrzyński (jako Micromelancolie), a na kilka godzin przed rozpoczęciem koncertów miał miejsce wykład legendarnego Francisco Lopeza. O ile koncert wypadł raczej blado (zwłaszcza na tle późniejszych wydarzeń), o tyle poświęcony field recordingowi wykład połączony z prezentacją prac był bardzo interesujący i stanowił świetne wprowadzenie w festiwalowe wydarzenia. Cały program CoCartu zbudowany był wokół eksperymentów czy też poszukiwań w sferze dźwięków. Jednym z kluczy do pogrupowania kolejnych występów jest oddzielenie tych bardziej zbliżonych swoją poetyką do klasycznie rozumianego koncertu od performensów czy prezentacji muzycznych ciekawostek (przy czym tej drugiej kategorii nie należy rozumieć pejoratywnie). W grupie „koncertowej” niewątpliwie najmocniejszym punktem był występ Mii Zabelki, do której pod koniec występu dołączył wspomniany wcześniej Robert Skrzyński. Austriaczka posługiwała się przede wszystkim elektrycznymi skrzypcami, których dźwięk przepuszczany następnie przez efekty, modulowany i zwielokrotniany, tworzył rozległe dźwiękowe pejzaże. W swoich eksperymentach Zabelka nie uległa czarowi możliwości

własnych instrumentów, to, co prezentowała cały czas pozostawało pod jej kontrolą. Wciąż była to muzyka, a nie pokaz dźwięków i inwencji w ich wydobywaniu – coś, czego niestety zabrakło kilku wykonawcom. Kolejni trzej artyści, których występy były czymś więcej niż tylko ciekawostką czy popisem możliwości, to Grzegorz Tyszkiewicz (z Bocian Records), Piotr Kurek i Wilhelm Bras. Wszyscy, jak widać, pochodzący z Polski, oprócz tego łączy ich również akcent położony przede wszystkim na elektronikę czy nawet otarcie się o klubowe brzmienia. Tyszkiewicz, który notabene otworzył cały festiwal, zaprezentował zwięzły i błyskotliwy set djski zbudowany w oparciu o brzmienia z rzekomo źle wytłoczonych płyt z własnej wytwórni. Równie zgrabny i spójny był zamykający pierwszy dzień festiwalu występ Piotra Kurka. Odpowiednio wyważony, bogaty brzmieniowo (mimo minimalizmu środków), entuzjastycznie przyjęty i pozostawiający w stanie błogiego nasycenia. Ostatni wykonawca w tej grupie (a także na festiwalu) to, słusznie cieszący się coraz większym uznaniem, Wilhelm Bras, czyli Paweł Kulczyński - związany z wytwórnią mik.musik!, śląski eksperymentator używający własnoręcznie skonstruowanych syntezatorów. Mimo początkowych problemów technicznych jego koncert był jednym z mocniejszych punktów całego CoCartu. Grupę koncertów zamyka zdecydowanie mniej elektroniczne (ale nie pozbawione elektroniki całkowicie) Innercity Ensemble - siedmioosobowy zespół, w którego skład weszli również organizatorzy Cocartu – Rafałowie – Iwański i Kołacki.

35


36

r e l a c j a

Zespół zaprezentować miał materiał ze swojej najnowszej płyty, jednakże akustyka pomieszczenia przymusiła ich do zrewidowania zamiarów. Wszelkich bardziej rytmicznych kompozycji należało zaniechać z powodu dudnienia. Pomimo tego bydgosko-toruńsko-poznański superskład zabrzmiał rewelacyjnie. Z muzycznych ciekawostek/performensów największą uwagę przyciągnął oczywiście Francisco Lopez. Na czas jego występu przearanżowano przestrzeń i nagłośnienie sali, a jako że już podczas wspomnianego wykładu muzyk zaznaczył, że to co robi na scenie nie powinno zaprzątać uwagi odbiorców, zaproponował słuchaczom zawiązanie oczu opaskami. Dzięki temu zabiegowi mieliśmy okazję sprawdzić w praktyce (również wspomnianą przez artystę) teorię o doświadczaniu świata poprzez dźwięki, w tym przypadku świetnie wyselekcjonowane i złożone w zajmującą całość. Zdecydowanie na plus.

Dla przeciwwagi wskazać trzeba ewidentnie największą wpadkę festiwalu - niemieckiego artystę występującego pod pseudonimem Feine Trinkers bei Pinkels Daheim. Niemiec, odwrotnie do Lopeza, wyszedł z założenia, że to, w jaki sposób pozyskuje dźwięk, jest niezwykle ważne czy wręcz przedstawia jedyną wartość. Żeby nie było sztampowo, ograniczył się przez to do wykorzystywania przedmiotów na co dzień niepowiązanych z muzyką - zabawek czy narzędzi - nad którymi pochylał się niczym alchemik. Całość przestawienia sprawiała jednak wrażenie niezbyt przemyślanego i udanego, a związek ze słyszaną muzyką pozostawał raczej umowny. Sama muzyka była zaś najmniej ciekawa spośród wszystkiego, co mogliśmy usłyszeć podczas tej edycji Cocartu. Na klasycznych instrumentach, ale w sposób eksperymentalny, grali: pierwszego dnia - austriacki kontrabasista Bernd


r e l a c j a

Klug, a drugiego - Witold Oleszak i Adam Gołębiewski. Polacy wzbudzili spore zainteresowanie publiczności swoimi, graniczącymi ze znęcaniem się nad instrumentami, działaniami. A jednak ich występ sprawiał wrażenie anachronicznej w swojej formule prezentacji możliwości sprzętowych: od nieśmiałych szemrań, przez głośniejsze uderzenia, aż do całkowitej brzmieniowej jatki. Formuła ta była też obecna w występie Kluga, mimo to efekt był mniej przewidywalny. Pozostaje Jason Kahn. Jego skrajnie minimalistyczny występ wprawił publiczność w pewną konsternację i zostawił z wątpliwościami, czy był to odważny głos w debacie nad muzyką (a jeśli tak, to co mówiący?), czy też krotochwila. Spora część odbiorców opuściła salę w trakcie „koncertu” i udała się na parter CSW pobuszować w płytach pochodzących z kilku polskich wytwórni.

A było nad czym się zatrzymać, bo swoje stoiska rozstawili m.in. Zoharum, BDTA, Bocian Records czy Monotype. Kilka słów na koniec o samej formie eventu. Brak nam porównania, gdyż na festiwalu gościliśmy po raz pierwszy. Dotarły do nas jednak pewne głosy, jak wyglądało to wcześniej. W tym roku całkowicie zrezygnowano z towarzyszących koncertom wizualizacji, co umożliwiło przeniesienie sceny w sam środek (z miejsca tego nie skorzystał tylko Jason Kahn), a publiczność mogła dzięki temu otoczyć artystów ze wszystkich stron, choć, bogiem a prawdą, skupiła się głównie na samym przedzie. Mimo drobnych wpadek technicznych czy lineupowych, CoCart (podobnie jak łódzki LDZ) uważamy za jeden z ciekawszych mikrofestiwali i mamy nadzieję, że kolejna edycja będzie równie udana.

37


38

r e l a c j a

zpracow Życia ni – wklę słodruk Monika Wiśniewska


r e l a c j a

Z życia pracowni – wklęsłodruk tekst: Marta Grzywińska

D

wudziestego ósmego lutego 2014 roku w Domu Muz przy ulicy Podmurnej otwarta została wystawa prac studentów Wydziału Sztuk Pięknych w Toruniu z pracowni wklęsłodruku. Swoje prace zaprezentowali wykładowcy – prof. Bogumiła Pręgowska i dr Marek Zajko oraz studenci. Prezentacja rozpoczęła cykl wystaw Pięciu Pracowni, gdzie oprócz wklęsłodruku zaprezentują się jeszcze pracownie: druku wypukłego, litografii, serigrafii i multimediów. Akwatinta, akwaforta, mezzotinta, odprysk, miękki werniks – czyli słowniczek każdego wklęsłodrukowca. Właściwie nie jest to ważne, bo chodzi o stworzenie matrycy z wyżłobionymi kreskami, płaszczyznami, a nawet dziurami. Chodzi o to, żeby było w co „włożyć” farbę i żeby tam została. Proces samego tworzenia matrycy jest bardzo czasochłonny. Efekt – nie do końca jasny, nigdy nie wiadomo, co dokładnie wyjdzie na papierze. Nie wiadomo, czy przypadkowo wylany kwas na blachę, nie da lepszego efektu niż żmudnie przemyślana wcześniej koncepcja „tworzenia” pracy. Tematyka prac – tu panuje pełna dowolność. Nikt nikogo do niczego nie zmusza. Oczywiście jest etap zatwierdzania projektu – i tu nie ma co czarować, wygrywają te nieco dramatyczne, nie wesołe. Idąc za ironicznym stwierdzeniem Beksińskiego, który o sowich pracach powiedział że: „nie nadają się do powieszenia w salonie nad stołem, przy którym konsumuje się kurczaka”, to samo można powiedzieć o pracach wklęsłodrukowych. Chociaż praca prof. Bogumiły Pręgowskiej nie przywołuje na myśl smutku czy przygnębienia, wręcz odwrotnie – zawarta w niej wyrazista gama kolorystyczna oraz sam temat – zwie-

lokrotniony portret kobiety – najprawdopodobniej autoportret, przyciągają oko odbiorcy. Podobnie prace Olgi Głuchowskiej – nawiązujące do stylistyki renesansowej, korzystające z fotografii, ornamentyki, liternictwa, wytworzone z niezwykłą dbałością o szczegół, wzbudzają odczucia podziwu – chociaż to stwierdzenie bardzo górnolotne… Reakcja odbiorców. Jest ważna, ale nie do końca stanowi cel sam w sobie. Raczej chodzi o zrobienie czegoś dla siebie, czegoś, przez co możemy wyrazić to, o czym myślimy. I nie jest też tak, że robimy do szuflady, jeśli nadarza się okazja, chętnie konfrontujemy twórczość z widzem, a krytyka, jeśli jest pozytywna – to oczywiście najbardziej cieszy. I tak spotkana przeze mnie na wystawie pewna pani, bardzo zainteresowana twórczością graficzną, zachwyciła się pracą Emmy Kwiatkowskiej, której wywróżyła sukcesy artystyczne i oceniła jako pracę na wysokim poziomie. Dyptyk przedstawiający dwie niezidentyfikowane wynaturzone formy, będące dobrym przykładem zaprezentowania „tak zwanego mięsa graficznego” – którym szczególnie zainteresowany jest Piotr Leszczyński. Piotr pokazał na wystawie prace bardziej ilustracyjne – przywołujące trochę stylistykę „Kaprysów” Francisca Goi. Pisząc o „mięsie graficznym”, nie sposób nie zwrócić uwagi na pracę dr Marka Zajko, którego przerysowany, zdeformowany twór – głowa ludzka jest chyba najlepszym przykładem wykorzystania technik wklęsłodrukowych, a najbardziej tej – podobno najtrudniejszej – suchorytu. Ariadna Żytniewska, której niewątpliwie ulubionym mistrzem druku wklęsłego jest Marcin Białas, zaprezentowała

39


r e l a c j a

Oksana Budna

40

budowlę nieco nawiązującą do twórczości tego artysty. Drobiazgowość w detalach pokazuje, z jak wielką pasją autorka zaangażowała się w stworzenie tej pracy. Oprócz wyżej wymienionych autorów zobaczyć jeszcze można prace: Beaty Starczewskiej, Agaty Konkol, Oliwii Kohnke, Joanny Klepadło, Darii Murawskiej, Moniki Wiśniewskiej, Oksany Budnej, Przemka Zglejszewskiego, Krzysztofa Szulca i moją. Tę, jakże obiektywną, recenzję powinnam już zakończyć: polecam tę przekrojową wystawę, na której oprócz przekroju prac, zaprezentowane zostały przede wszystkim charaktery tworzące pracownię wklęsłodruku.


r e l a c j a

Piotr Leszczyński

41


42

r e l a c j a

Beata Starczewska


r e l a c j a

Daria Murawska

43


44

w y w i a d

Dlaczego wszystkie dziewczyny i wszyscy chłopcy są piękni? z Lilianą Piskorską rozmawia Bogna Morawska


w y w i a d

O

d stycznia, na sześć tygodni Liliana Piskorska dostała do swojej dyspozycji przestrzeń „Laboratorium Sztuki” toruńskiej Wozowni. Zamieniła ją w „gabinet depilacyjny”, który stopniowo „przyozdabiała” obiektami, obrazami, portretami. Wykonywała je z materiału pozyskanego z zabiegów, na które mógł się zgłosić każdy chętny. Sama artystka mówi : „Uzyskanie <<resztek z człowieka>> było przecież sposobnością do przeprowadzania zabiegów, to one wyszły na pierwsze miejsce, a proces stał się ważniejszy niż efekt”. Idąc tym tropem, zabiegi umożliwiły bezpośredni kontakt na linii: artysta-odbiorca, odbiorca-artysta, człowiek-człowiek, poszerzający „proces poznawczy” obydwu stron. Na dzień przed finisażem działania „Wszystkie piękne dziewczyny i wszyscy piękni chłopcy” rozmawiam z Lilianą w galerii pełnej „portretów”.

45


46

w y w i a d

Nazwa cyklu wystaw, w ramach którego działasz, a którego kuratorem jest Maria Niemyjska, nosi nazwę „Laboratorium Sztuki – artysta jako antropolog”. W tym wypadku śmiało można stwierdzić, że jesteś artystą – „naukowcem”. Jaki jest twój „cel badawczy”? Można na to patrzeć na kilka sposobów, pamiętając cały czas, że jest to antropologia swoista – dość instynktowna i świadoma instynktowności całego działania. Jest po pierwsze takim wchodzeniem w rzeczywistość osób, które z racji zawodu muszą wkraczać w intymne relacje z innymi. Sięgam tutaj po realia zawodu kosmetyczki, które podczas zabiegów dotykają kolejnych i obcych sobie osób. Właśnie to wejście w rolę osoby, jakiejś profesji, z którą się nie ma w ogóle kontaktu, jest chyba jedną z ciekawszych dla mnie rzeczy, ponieważ muszę się otworzyć na bardzo intymne relacje, do których nie jestem jednak przyzwyczajona. Dlaczego właśnie kosmetyczka? Opowiadałaś mi wcześniej, że wynika to z Twojej wcześniejszej akcji „Podróż”. Moment, w którym zaczęłam myśleć o tym materiale, miał początek we wrześniu ostatniego roku. Podczas mojej akcji „Podróż” z Martyną Tokarską miałam okazję być właśnie w salonie kosmetycznym, gdzie przeprowadzono na mnie zabieg depilacyjny woskiem. Zobaczyłam, jakie ma on właściwości, barwy, jak literalnie staje się odbiciem skóry - jest jej bezpośred-

nim przełożeniem na materiał plastyczny. Zobaczyłam, jak to w ogóle działa, wygląda i strasznie się tym zafascynowałam. Tą samą formą plastyczną… Tak, na początku rzeczywiście było to zaciekawienie formą. Stwierdziłam, że nikt tego nigdy nie robił i byłam zaskoczona, bo wydaje się to tak oczywiste. Jest to bezpośrednie przełożenie człowieka. Daje możliwość pokazania kawałka (z) osoby takiej skórnej, biologicznej i nieprawdopodobnie intymnej. Wiadomo, od zalążka idei do całościowego projektu jest długa droga. Stwierdziłam, że zrealizuję ten pomysł w związku z tym, że zaproponowano mi w Wozowni przestrzeń Laboratorium. Oczywiście, łączenie antropologii i sztuki umożliwia bardzo szeroki zakres poszukiwań, właściwie opiera się trochę na wszystkim i na niczym. Gdzieś w tych wszystkich zabawach sztuką, które mają pretendować do miana socjologicznych, bardzo kręci mnie przełamywanie własnych barier. Myślę, że przełamywanie barier również i innych osób, bo, jak przypuszczam, nasze spotkania depilacyjne dla wielu ludzi były ciekawe. Podczas akcji wystawowej spotkałam się także z kilkoma chłopcami, którzy, co interesujące, traktowali to w inny sposób niż dziewczyny. Wydaje mi się, że podeszli rzeczywiście do tego jak do totalnego eksperymentu. Natomiast dla dziewczyn kontakt z depilacją/goleniem stanowi rzecz oczywistą. Aspekt usuwania owłosienia i negacji naturalnego stanu skóry jest po prostu codziennością.


w y w i a d

Nie chcemy mówić o sposobie upiększania, liczy się tylko efekt. Czasami zdarzało mi się przeczytać w kobiecym pseudo poradniku, że kobiety powinny ukrywać chociażby depilację brwi, ponieważ jest to nie atrakcyjne dla mężczyzn. Pokazując ten proces „uczłowieczasz człowieka”. Bardzo cieszy mnie ten kontekst, o którym mówisz. Prace, które wykonałam, mogą mieć potencjał, by pokazać właśnie ten proces. I zaznaczać go jako część konieczną do realizacji efektu końcowego, tj. pokazania tego, kim jesteśmy. Dla mnie Twoja praca nie neguje estetyzacji ciała, nie ocenia jej. Raczej jest to dążenie do pokazania „prawdziwego” oblicza człowieka. Dodatkowo, skontrastowane z bardzo estetycznym wykorzystaniem materiału, który pozyskałaś. Tak, te prace są bardzo estetyczne. Długo zastanawiałam się, w jaki sposób je wykonywać. Stwierdziłam, że nie chciałabym przetwarzać materiału w znaczny sposób np. sprawiać, że ten materiał depilacyjny będzie tylko dodatkiem. Chciałam, żeby prace funkcjonowały jako portrety, by materiał, który zebrałam, był podstawą i zasadą ich wykonywania. Portretowość prac podkreślałam dodatkowo, nazywając je imionami osób, które przedstawiały (jeśli oczywiście dana osoba zgodziła się, bym to zrobiła).

Zauważyłam, że w innych pracach również posługujesz się wysublimowaną estetyką, łącząc ją z bardzo ciężkimi tematami, często tabu. Tematami, które nie są poruszane codziennie, mówią o cechach człowieka naturalistycznego, atawistycznego. Przykładowo „Suki”. Forma moich prac jest bardzo ważna. Na przykład futra, których używałam, są nieprawdopodobnie sensualne, bogate wrażeniowo i wizualnie. Można mało z nimi robić i już działają. Natomiast, jeśli chodzi o ten materiał cielesny, depilacyjny, to dla mnie włosy nie są obrzydliwe same w sobie. Dlatego praca na tym materiałem nie była nieprzyjemna, choć czasem stresująca. Sądzę, że sam materiał jest już estetyczny, dlatego cieszę się, że mogłam go ubrać w formy, które są formami ekspozycyjnymi. Można powiedzieć, że obrazy powstałe podczas „Wszystkie piękne dziewczyny i wszyscy piękni chłopcy” to swoista inwersja „Suk”. Tak, to dobrze. Cieszę się, że robię rzeczy, które można odczytywać jako ciągłość.

47


48

w y w i a d


w y w i a d

W pracy, o której mówimy, pobierasz włosy od ludzi, nie robiąc im krzywdy, a wręcz przeciw: oddajesz przysługę. Bardzo się starałam nie zrobić nikomu krzywdy… Samo użycie włosa, a nie innej części ciała. Czy ma to dla Ciebie jakieś znaczenie? Włosy na ciele i włosy na głowie mają zupełnie inną wartość symboliczną. A w projekcie mówię cały czas o włosach cielesnych. Są one obarczone ogromną kulturową tabuizacją, stereotypy ich dotyczące dotykają ludzi, którzy ich nie usuwają lub wręcz przeciwnie dbają o to, żeby być całkowicie gładkimi. Dla kobiet i dla coraz większej liczby mężczyzn jest to codzienność. Dlatego włosy są tak ciekawe, nawet bardziej niż inny materiał biologiczny. A w kontekście samego zabiegu depilacji dochodzą kwestie ekonomiczne. Na zabiegi depilacyjne w salonach wielu osób po prostu nie stać, w związku z tym są one dostępne tylko dla pewnej części ludzi. To sprawia, że waloryzują oni możliwości doświadczeń – stają się bardziej pożądane, bo mniej dostępne. W Twojej pracy pojawia się aspekt śmieciowy. Nadajesz rzeczy, która powinna wylądować w śmietniku nową wartość. Gdy rozmawiałam z wieloma osobami, zwróciłyśmy uwagę na to, że kiedy wykonuje się zabieg golenia czy depilacji, to

właśnie brak owłosienia poświadcza wcześniejszą ich obecność. Gładkie, kobiece nogi świadczą o tym, że coś było wcześniej. To mi się podoba w kontekście moich prac, że świadczą o wyjściowym stanie osoby. I tutaj dochodzi ten aspekt śmieciowości, abiektalności materiału. Uzyskanie „resztek z człowieka” było przecież sposobnością do przeprowadzania zabiegów, to one wyszły na pierwsze miejsce, a proces stał się ważniejszy niż efekt. Podczas zabiegów nagrywałaś rozmowy. Czy będziemy mogli je usłyszeć? Tak, ale nie w całości, bo nasze spotkania trwały zazwyczaj długo, także do końcowej wersji ekspozycyjnej będą dołączone wycięte fragmenty reakcji, rozmów, wrażeń. Oczywiście nie każdy obiekt na wystawie ma swoje nagranie, bo nie każdy się na nie zgadzał. A ja nie nalegałam. Jakie spotkania wywarły na Tobie silne wrażenie? Najbardziej intymne były spotkania, kiedy depilowałam komuś wąsik. Po prostu dotykałam czyjeś twarzy, co było nieprawdopodobnie intymne. Przypuszczam, że dla tych czterech osób, z którymi wykonywałam właśnie ten rodzaj zabiegu, było to też bardzo osobliwe.

49


50

w y w i a d

Ciekawi mnie stosunek odbiorców do Twojego działania. Rozmawiałam z osobą, która na początku negowała sam pomysł, jednak po obejrzeniu prac zmieniła zdanie… Słyszałam dużo reakcji: „ obrzydliwe”, „po co?” Mogę Ci podać jeden ciekawy przykład, który zdarzył się na początku trwania projektu. Pierwszego dnia przyszła do mnie starsza Pani, która przychodzi tutaj często, jest stałą bywalczynią. Bardzo jej się nie podobało, nie wiedziała, o co chodzi i nie dała się przekonać. Zniesmaczona, szybko wyszła. Po miesiącu weszła kolejny raz, zobaczyła projekty i całkowicie zmieniła zdanie. Bardzo ją zaciekawiły same formy. Pogadałyśmy trochę o samej idei i naprawdę zmieniła swoje nastawienie. Dla mnie był to ważny sygnał, szczególnie, że pokazuje, że próba działania długofalowego umożliwia badanie/przerobienie tematu zarówno mnie samej, jak również odbiorcom/odbiorczyniom. Co zyskałaś z tego działania, nie mówiąc w tym momencie o Twoich pracach prezentowanych w Wozowni? Każdy kolejny projekt, który opiera się na kontakcie z ludźmi, jest nieprawdopodobnym przełamywaniem własnych barier, własnych słabości. Konfrontacja umożliwia dookreślanie siebie, umożliwia zyskiwanie świadomości tego, co się robi, ponieważ podczas każdej kolejnej rozmowy muszę udowodniać logiczność mojego projektu. W tekście promującym wystawę mówisz, że w Twoim działaniu dochodzi do wymiany, gdzie obydwie strony coś zyskują, ironicznie nadając jej miano kuriozalnej.

To jest trochę igranie z tym, kiedy mówi się o sztuce, że jest niepotrzebna. Trochę zabawa z tym stwierdzeniem i z tym doświadczeniem. Oferuję zabieg kosmetyczny, który w żaden sposób nie jest konieczny, nie jest elementarny dla życia, za sztukę, którą wielu odbiera za równie niepotrzebną. Depilacja jest nacechowana wręcz stereotypowo antyfeministycznie, ale sam projekt przecież antyfeministyczny nie jest. Ma raczej, poprzez obnażanie samego procesu, pokazywać codzienność, cieszyć się cielesnością i z niej czerpać. To może zadam trochę patetyczne pytanie, jaka jest Twoim zdaniem rola artysty? Strasznie trudne pytanie, bardzo ciężko nie odpowiedzieć na nie w nadęty sposób.... Nawet ciężko jest je zadać… To jest ważne pytanie, ponieważ wielokrotnie się nad nim zastanawiałam. Decydując się na robienie sztuki, trzeba się samej zmierzyć z nim zmierzyć. Właściwie uważam, że tak sztuka może mieć znaczenie poza obszarem sztuki. Ewa Tatar powiedziała takie trafne zdanie, że sztuka to „performatywna przestrzeń projektowania zmian rzeczywistości opartych na pragnieniu„. Poprzez sztukę realizujemy wizje rzeczywistości, które teraz są utopijne, ale może kiedyś nie będą. Wydaje mi się, że staram się obierać taki sposób myślenia.


w y w i a d

51


52

k o n t e r f e k t

Och Karol! tekst: Anna Cieszyńska

S

kromny, cichy, przystojny, z rysunkami na rękach. Karol Banach studiuje na 3 roku grafiki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Studenci dobrze go znają, a jak nie znają, to kojarzą, gdyż jego nazwisko jest głośne na wydziale Sztuk Pięknych. I w zasadzie nie tylko tu, Karol wystawiał się wielokrotnie w Toruniu i Warszawie. Rysuje, projektuje, jeździ na rowerze. Odnosi spore sukcesy i tworzy własny świat, który możemy obserwować, w którym możemy uczestniczyć. Rzeczywistość Karola to świat różnorakich kształtów, dziwacznych form, wariactwa na papierze, nawału elementów, które bawią się ze sobą, współistnieją, dopełniają kompozycję. Zapytany o określenie swojego stylu odpowiedział: Uważam, że nie jestem na tyle doświadczonym graczem, aby mówić tu o swoim własnym stylu. To cel, który każdy ilustrator, twórca pracuje bardzo długo i ciężko, a ja chyba jeszcze do tego celu nie dotarłem. Moje rysunki to często bazgroły, jakiś żart, czasem przyjemny miks kolorów, postaci i kształtów. Daje to mi frajdę, a to chyba najważniejsze. I tu częściowo nie pozwolę się zgodzić. Każdy, kto spotkał się z jego twórczością, gdy widzi niepodpisaną pracę wie, że to Karol. Są one bardzo charakterystyczne i autorskie. Bije z nich świeżość, pasja. Karol dużo pracuje, a efekty powstają bardzo szybko. Sprawia mu to ogromną przyjemność, robi to co lubi. Jak zaczyna pracę? Banach nie lubi chaosu i nieładu artystycznego. Rysuje nawet w pociągu i pije kawę w białym kubku. Chaos i wariactwo zarezerwowane jest dla papieru. Jak sam twierdzi, jest sporo przypadku w jego kompozycjach, bardziej działa pod wpływem emocji niż chłodnej kalkulacji. Każdy z branży ma swojego idola, jakiego więc ma Banach? Największą inspiracją jest dla niego muzyka. Nie ma bez niej pracy. Jego playlista składa się z różnorakich utworów. W zależności od nich powstają charakterystyczne prace z określoną estetyką. Motywy czerpie z życia codziennego książki i filmu. Ceni sobie styl holenderskich ilustratorów i twórców znad Wisły. Idolem Karola jest bóg wielu – Pablo Picasso.


k o n t e r f e k t

53


54

k o n t e r f e k t


k o n t e r f e k t

55


58

k o n t e r f e k t


k o n t e r f e k t

59


In the German tongue, in the Polish town Scraped flat by the roller Of wars, wars, wars. But the name of the town is common. 1 Sylvia Plath

1

- Plath S., Daddy, [w:] Selected

poems,

Kraków 2004, s. 64.

Dachy w Shqiponja, Vizatim, Tusz,

akwarela, akryl,

140

x

100,

mat.

dzięki uprzejmości artysty


f e n o m e n

Dachy w centrum gniją od patyny. Ismet Jonuzi tekst: Szymon Bochniarz

K

osowo jest snem ślepego. Katatoniczny blask bijący z okien, cuchnących piachem podwórz, chropowatych fasad domów, które nie znają miejsca ani czasu, ulic poskręcanych jak kiszki, to wszystko spawa ten kraj. Nie kraj – lecz wysepkę – obmurowaną kolczastym drutem, ciągiem barykad, domów z oknami, w których nie można przeglądać się jak w lustrze. Góry, góry, góry, jeziora płytkie jak nasze kałuże i krew, która z nich spływa, nie moja, nie wasza, zupełnie nieznana, a jednak ciągle obecna. W Kosowie słońce kpi sobie z ludzi, zalewając ich żarem upartym; rośliny wyglądają jak kajdany, do których przypięto trupy Serbów. Kule w ścianach przypominają, że niedawno była tu wojna, a wszyscy martwi poukładani byli na ulicach na znak totemu. Cerkwie przypominają drzewa nad przepaścią. Otoczone wojsk szarżą, chronią się przed tubylcami. Jedynie czarne, dwugłowe orły dryfują nad dachami, kracząc nową historię. Nienawiść jest tu tak powszechna jak ścieki, jak broń, którą można dostać, niżej się kłaniając. W tym szaleństwie jest jednak metoda. Wychwycił ją Ismet Jonuzi i trzyma uparcie w objęciach. Wśród rozgrzanych ulic, nieba, co zaraz się nam roztrzaska na głowie, artysta poszukuje odpowiedzi. Każdy nowy element układanki go oddala. Pytań jest wciąż więcej. Warstwią się, chrząkają absurdem niczym astmatyk. Wydaje się, że Jonuzi jest sroką, co kradnie sreberka. Jego rzeźby, sklejone chyba strugą powietrza, tworzą fragmenty materii, które pożera wojna – bronie, odłamy metalu, śrubki, dziwnie powykręcane druty. Untitled,

mat.

Dzięki

uprzejmości artysty

61


62

f e n o m e n

Kafka, 32

x

15

x

20

cm, metal, mat. dzięki uprzejmości artysty

Po albańsku broń to puszka. Twórczość Jonuziego jest Puszką Pandory, z której wypływają wszystkie nieszczęścia. Ból, cierpienie, spazm wściekłości na siebie samego. Podobno nikt tu nie jest odpowiedzialny za tę zbiorową nienawiść; a nad wszystkim czuwał niemy Księżyc, złożony z zamków i kluczy. Wydaje się, że to on więzi tych wszystkich ludzi, poprzyklejanych do siebie jak pszczoły. W tej celi, Domie Głuchego, najbardziej jednak skórę oddają drżeniu Autoportrety. Obła głowa z ociekającego metalu w geście bólu, odbiera wszelką nadzieję. Ściekają po niej rdzawe strugi, niezagojone strupy jątrzącej się wiecznie rany. Oczy przysłonięte delikatną łuną wyłudzają strzępki człowieczeństwa. Czaszka złożona z części czołgu na wątłej szyi – pistoletu, który sam w siebie mierzy – zapiera dech w piersiach. Jeden oddech i monstrum samo do siebie strzeli. Eagle złożony z luf, jest pasterzem prowadzącym swe owce na rzeź. Czarny orzeł jest godłem przyjaciela, który wyprowadził Kosowo z serbskiego obłędu. Prowadził je przez góry, przez akacjowe lasy, zamieniane teraz na pola golfowe, przez rzeki, które przypominają bardziej pola maków niż spokojne kręte ścieżki. Ismet Jonuzi stoi na barykadzie. W już obcym mieście, gdzie cerkiew w centrum stała się publiczną latryną, kładzie swoje dzieci do snu. But the name of the town is common...

Eagle,

mat. dzięki uprzejmości artysty


Gold Moon,

Demi (Buffalo) 49

x

60

x

25

mat. dzięki uprzejmości artysty

cm, mat. dzięki uprzejmości artysty


64 ilustr.

Agata Kr贸lak

r a c h - c i a c h

Polecam, Gra偶yna Torbytska


ilustr.

Agata Kr贸lak

r a c h - c i a c h

Cham Filmowy

65


66

t w o r y

fragment pracy „Autoportret z King Kongiem”, 100 x 120 cm, akryl na płótnie, 2013, fot. Adam Skórzewski


t w o r y

Katarzyna Frankowska urodzona 17 stycznia 1988 roku w Złocieńcu, w 2008 skończyła Liceum Plastyczne w Szczecinie, stypendystka Prezydenta Miasta Szczecina (2007), obecnie studentka IV roku malarstwa we wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych w pracowni prof. Stanisława Kortyki. Wzięła udział w 8. edycji „Wolier” w Muzeum Współczesnym Wrocław, otrzymała Honorowe Wyróżnienie w konkursie malarskim zorganizowanym przez Fundację im. Franciszki Eibisch (2013), została laureatką I edycji konkursu malarskiego „Postawy” organizowanego przez wrocławską ASP. W grudniu 2013 r. miała indywidualną wystawę w galerii M_DS we Wrocławiu. Wzięła udział w zbiorowej wystawie „Poszukiwania i konfrontacje” zorganizowanej przez Uniwersytet Zielonogórski. http://katarzynafrankowska.blogspot.com/

67


68

t w o r y

bez tytuĹ&#x201A;u, papier, 70 x 70 cm, 2012


t w o r y

bez tytuĹ&#x201A;u, fragment pracy, papier, 280 x 140 cm, 2012

69


70

t w o r y

„Na dwór”, kompozycja 47 prac, 6 x 6 cm, akryl na płótnie, 2012, fot. Adam Skórzewski


t w o r y

„Owal własnego losu”, 100 x 100 cm, akryl na płótnie, 2013

71


72

t w o r y

fragment wystawy „Moje kwiaty są jak psy” w Galerii M_DS we Wrocławiu, 2013


t w o r y

fragment wystawy „Moje kwiaty są jak psy” w Galerii M_DS we Wrocławiu, 2013

73


74

t w o r y

„Trójkąty na całe płótno”, 100 x 100 cm, akryl na płótnie, 2013


t w o r y

„Lato albo zima”, 100 x 100 cm, akryl na płótnie, 2013

75


76

t w o r y

fragment wystawy „Moje kwiaty są jak psy” w Galerii M_DS we Wrocławiu, 2013


t w o r y

„MIRIADA”, animacja poklatkowa, 2013

77


78

t w o r y

„MIRIADA”, animacja poklatkowa , 2013


t w o r y

„Zdrapuję farbę, która świadczy, że nie zawsze było kolorowo”, 100 x 140 cm, akryl na płótnie, 2013

79


80

t w o r y

dyptyk „Moje kwiaty są jak psy, siedzą” 2 x 120 x 120 cm, akryl na płótnie, 2014


t w o r y

„Głowa gimnastyczki”, 120 x 120 cm, akryl na płótnie, 2013

81


82

t w o r y

„36.6”, 120 x 160 cm, akryl na płótnie, 2013


t w o r y

„Trzy trojkąty”, akryl na płótnie, 2013

83


84

t w o r y


t w o r y

„Jezioro”, 40 x 40 cm, akryl na płótnie, 2014

85


86

t e k s t y

l i t e r a c k i e

Robert Rybicki ur. w 1976 r. w Rybniku, studiował prawo i polonistykę na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Poeta, pedagog-happener, były redaktor pisma artystycznego „Plama” i polskiego tygodnika „Nowy Czas” w Londynie. Autor tomów poetyckich: „Epifanie i katatonie” (2003), „Motta robali” (2005), „Stos gitar” (2009), „Gram, mózgu” (2010) oraz „Masakra kalaczakra”.


t e k s t y

Brąz bez deski

fioletowy Volkswagen wigor Rysia. bagienna syrenko, powiatowe weekendy. w okolicach pętli tramwajowej, przy kramie z pamiątkami i białą bronią, wysyła rakietę pełną łez, łez bezosobowych, łzy nie potrzebują ceł martwy wróbel. koncertowy tłum Harfy z żeber. na wysypisku traum prątki pleśni. prycza spełnienia. w szczerym polu nad ruczajem monitoring. Czytanie jest zasłanianiem twarzy. Mosiężne flemingi. Skrzypłocze w powietrzu! Anarchia w lesie! Elektroego! Taka pora – czuć gównem i ziemią. Świst linek masztów z flagami. W takich wypadkach przydatny jest plan mowy, który wytrąci retorykę z równowagi; retoryka jako mgła na wysypisku Mitów. Miała być to mowa organiczna, a zrobiła się mowa graniczna. Kiedy dziewczyna zaczyna mi się podobać, idzie do domu. Oto fraza o dwunastej w nocy, winorośl oplata taras i, zdaje się, zaczyna zastępować szelki, znów mgła, z rozrzedzonych myśli, dmuchawiec w żołądku. Przecinek między początek a koniec. Chyba tylko śpiew jednoczy słowo z ciałem, kiedy się wraca do siebie przez dogmat, dżunglę.

l i t e r a c k i e

87


88

t e k s t y

l i t e r a c k i e

MichaĹ&#x201A; Pranke ur. 1991 r. w Pile, poezja, krytyka, muzykantctwo w ramach nieformalnych grup instrumentalno-wokalnych. Mieszka w Toruniu.


t e k s t y

l i t e r a c k i e

Wygodna formuła

Eye of the Tiger

Nie należy kłaść kolejnej warstwy przed wyschnięciem poprzedniej. Wygodna formuła. Odświeżam swój dom. Trwały blask i przyjemny zapach chronią przed kurzem.

Eskadry liniowych okrętów nad miasto. Katedra z importu łukiem oskrzydla hermetyczne widoki

Nie należy kłaść kolejnej warstwy przed wyschnięciem poprzedniej. Wygodna formuła. Uczestniczę, wycieram. Trwały blask i przyjemny zapach chronią przed kurzem. Nie należy kłaść kolejnej warstwy jak gdyby nigdy nic. Redukuję. Pod taflę błyszczącą przedostać się i migać. Od czegoś do czegoś. Na podłogę znieść się i zwinąć. Jak ślimak. Jak płód.

jak Rocky. Zielone oko, oka hipnotyzm. Plamka w hostii. Ciemne sny i chryzmy. Wbiegam w twój pionowy portal. Znikam.

89


90

t e k s t y

l i t e r a c k i e

*

Poruszamy się po planszy, nasze hotele są puste, para pionków i kości w pochodzie na start. Znaki zatrzęsienia; spekulacje i przyszłość; to wszystko powtarzane i przypominane w obiegu, połączone premią za przekraczanie ścieżek wysypanych popiołem, ługiem, przysypanych roztartym, szarym mydłem, przekręcane na dwa zamki strzeżone przed burzą, tuż przed ciemnością, miękkie kieszenie spłukanych kochanków, owe strzępki oczyszczone przez deszcz, znaki powtarzane i przypominane w obiegu; szelest korytarzy pełnych powietrza; złączone poruszeniem kościołów podwodnych, kolejnych warstw kanałów przesyconych niekiedy światłem, kart podejrzanych, jak ręcznik ciężkich, nowych terytoriów powziętych w posiadanie, cała ta żywiołowość ognia, blach liści powtarzanych i przypominanych w obiegu, topienie okazji i słońc; te zdarzenia, zdania napisane piaskiem, wielokrotne, dziwne, białe kwiaty; od nowa, na start dwie niewielkie figurki, na dobre wypełnione żywym, ciepłym mchem. Brakiem puenty, wobec braku końca.


t e k s t y

Nokaut

Mikrofon zjeżdża w dół jak przyśniony Mesjasz, którego nam matki i babcie modlitwą sprowadziły przed próg. Oto właśnie ten, który miewa sny! Ten, którego nie bolą plecy, lecz krzyż. Dwa dni później była jesień. Zaklęta gromada, pamiętasz przecież, kurtyna przysłaniała nasze dreszcze i nie odczuwaliśmy żadnej rany na dłoni. Na rękach wzniesiono turniejowy płomień, na co Mesjasz po raz pierwszy przewrócił się w grobie. Parodia właśnie najmilsza, lecz wokół święta brygada wobec oka na ring wkracza, w ciemię bije boski dzwon. Szybki klincz, inaczej prawym krzyżowym za zło. Koniec stanie na głowie. Grób przemienimy na ciało. Pojedziemy nad morze.

l i t e r a c k i e

91


92

t e k s t y

l i t e r a c k i e

Rafał Derda (Ur. w 1978 r. w Koninie.) Autor kilkudziesięciu publikacji poetyckich, prozatorskich oraz krytyczno-literackich (m.in. „Odra”, „Czas Kultury”, „Akcent”, „Topos”, „Kresy”). Redaktor naczelny kwartalnika internetowego „Instynkt”. Recenzent pisma literackiego „Portret”, współpracownik pism internetowych „Szafa” oraz „Inter-”.


t e k s t y

l i t e r a c k i e

Zdarzenia Mistrza Karimaty GAZETA Mistrz Karimata prowadził najbardziej szanowane dojo w Japonii. Zazdroszczący mu powodzenia sensei konkurencyjnej szkoły, mistrz Buraczi, co rusz wynajdował okazje by przyłapać go na niewiedzy, nieścisłości lub pomyłce. Czynił to w najbardziej niezwykłych i zaskakujących sytuacjach.  Pewnego dnia Karimata karmił złote rybki w swoim przyogrodowym stawku. Nahle, pośród lotosu dała się zauważyć głowa senseia Buraczi.  – Niewiele? – zapytał. – …ci mogę dać – padła odpowiedź Karimaty.  – Zostawcie? – … Titanica. – Nie wierz? – … nigdy gazecie. – Gazecie? Kobiecie, nie gazecie! – Buraczi wpadł w euforię – Nieścisłość, pomyłka, fałsz! Przegrałeś Karimata, przegrałeś!  – A jednak wydaje mi się że gazecie – spokojnie odparł sensei nad senseie i sypnął karmy.  Wtedy Buraczi zrozumiał. Trochę popluskał w wodzie, po czym odpłynął oświecony i zmieszany.

NIEPOJĘTE Mistrz Karimata prowadził najbardziej szanowane dojo w Japonii. Kiedyś podczas spaceru wiśniową aleją uczniowie zapytali się go, czy jest dla niego coś, co wydaje się mu niepojęte. – Oczywiście – odrzekł Karimata – Spójrzcie w górę. Czy widzicie niebo? Uczniowie przytaknęli. – Po niebie przemieszczają się samoloty. W jednym z nich znajdują się kontenerowe pudła, w pudłach zaś mniejsze pudełeczka, a w każdym z pudełek elektryczne maszynki do strzyżenia trawy. Do każdej zaś z maszynek dołączona jest instrukcja obsługi. – I co w tym niepojętego? – zdziwili się uczniowie.

– Widzicie, te samoloty lecą do Europy, a instrukcje są po koreańsku. Jest to dla mnie niepojęte. ILE MOŻNA?  Mistrz Karimata prowadził najbardziej szanowane dojo w Japonii. Nadszedł koniec semestru i przyszedł czas by podsumować osiągnięcia mieszkańców dojo. – To jak tam u was z tekstem wprowadzającym? Jakieś osiągnięcia? Uczniowie spojrzeli po sobie a następnie wbili wzrok w ziemię.  – Cokolwiek? – domagał się sensei – Przecież chodziliście do „Letniego Bambusa” i do „Kredensu”? Jakie mieliście teksty  na otwarcie? – Masz bardzo ładne wąsy – wymamrotał wciąż wpatrzony w glebę Notonara.  – Świetne nogi. Prawdziwe? – Mojakura był następny.  – Twoje oczy są bliskie perfekcji. Nie uciekają w lewo, a tylko trochę w prawo – zakończył tą litanię porażek Nashakasha.  – Waszym błędem jest to, że skupiacie się za bardzo na fizyczności i jej okolicach – po zastanowieniu zawyrokował mistrz – Próbowaliście coś bardziej wysublimowanego, o operze, a nawet może i o kulturze ? – Jasne, jasne – stracił cierpliwość Damazaki – No, ale ile można rozmawiać o „Gwiezdnych Wojnach”?

Drodzy Czytelnicy, od zeszłego numeru począwszy, prezentujemy co miesiąc wybrane „Zdarzenia Mistrza Karimaty”, kuriozalne, a zarazem wielce pouczające drobne narracje, które mogą okazać się całkiem przydatne, zarówno na drodze do „oświecenia” jak i kompletnej „ciemności”. Zaprezentowane powyżej kilka odcinków cyklu autorstwa Rafała Derdy dostępne są również na blogu autora: http://galaktycznyzwiad.blog.pl/ . Redakcja

93


94

f e l i e t o n

*

Szymon Szwarc

Wiosna, Panie, pierwsze owady wpadają do musztardy francuskiej, której nie domknąłem po nocnej gastrofazie tudzież zwiedzają wnętrze kubka z wyschniętą torebką herbaty, który stoi tu od tygodnia i czeka na mnie grzecznie, aż wreszcie zwrócę na niego uwagę i go umyję. „Zwróć na mnie uwagę, bym mógł być czysty” – to by było dopiero epifaniczne hasło nadrukowane na kubku, ale ten kubeczek też nie byle jaki – są na nim dwie wersje Władimira Putina, aż dwa zdjęcia (z Kremlem w tle), można pić herbatę, kawę i czuć się bezpiecznie, choćby z tego względu, że dzięki ostatnim rewelacjom i przeciążeniom geopolitycznym, wartość tego kubka podniosła się na czarnym rynku z kilku do co najmniej kilkunastu złotych, tzn. tak mi się wydaje, a jaką wartość ten kubek z Putniem będzie miał za 20 lat na przykład? Może okaże się bezcenny, może jego sprzedaż to byłby jakiś aukcyjny strzał w dziesiątkę? (zamiast emerytury?). Póki co kubek ten nabrał nieco złowieszczego rysu, trudno przejść obok niego obojętnie, wcześniej przyciągał raczej swoją zawartością zarówno ludzi jak i owady – a to ktoś doszukiwał się tam jakiejś nowej cywilizacji, oznak życia, a to ktoś z niego pociągnął łyka zimnej, dwudniowej kawy, a to coś znowu się tam urodziło w nim i z niego wyszło w samopas na zwiedzanie mojego pokoju, w którym przecież ostatnio tak rzadko bywam, no ale teraz? Teraz to stoi w całym swoim putinowskim majestacie i tym jego nieco zamroczonym, a nawet pociągającym tą swoją delikatną „ukosowatością” spojrzeniem i w ogóle taką wygoloną męską buźką przykuwa uwagę przybywających na moje czwarte piętro, od czasu do czasu, gości. Ja natomiast mam ten komfort, że zarówno Putin jak i kubeczek czekają grzecznie, aż je wymyję, by ponownie ich użyć i na powrót wybrudzić, z resztą całkiem podobnie jak Putin swoich żołnierzy i dyplomatów, i, być może, swój kubeczek z moją podobizną, który załatwił sobie w sobie tylko znany sposób, a podobizna przedstawia mnie zajętego zmywaniem kubeczka z, dajmy na to, Bronisławem Komorowskim? * Dziś się modlę. Panie, zwróć uwagę na wszystko to, co pomijam, z czego rezygnuję, żeby pomieścić tam to życie, które się tu wdziera, szparami, przez uchylone okno, za którym ściana, dach, ów błękitny romb oczywistości i antena jak owo „i” bez kropki, jak na jakimś obrazie, którego autor i nazwa gdzieś mi wyleciały, gdzieś tam są te nazwy i ci autorzy, jak cienie gołąbków (tzn. gołębi, gołąbek lata dopiero, gdy ktoś nim rzuci), bo tak się w locie ustawiają pod słońce, że na tej kremowej ścianie dopełniają okienną kompozycję swoją nie do końca upostaciowaną obecnością, okna są brudne, no ale to dodaje widokowi tej malarskości, czy czegoś takiego, a co tam jest na przykład w fotoszopie (fotoskopie, tak mi Word tu napi-


f e l i e t o n

dzienniczek uwag sać chciał, no i sam się napisał z dużej litery, skurczybyk jeden) i można sobie to zrobić, jak się chce i jak się potrafi, no ale ja to mam za darmo, nie chce mi się i nie potrafię, więc dziękuję, Panie, ładne to wszystko, tak, nic więcej nie mogę powiedzieć, to ładne, to brzydkie, to wszystko, Panie, chyba trochę nie umiem się teraz modlić, co mogę na ten temat powiedzieć? – gdybym powiedział coś więcej, to zaraz by tego już nie było. * Szedłem sobie Ślusarską, powtarzając w myślach: „siedem głów Lenina znad pianina”, kiedy to drugi raz już minęliśmy się z Krzysiem, każdy coś tam swojego załatwiał, każdy dokądś szedł, nawet ja dokądś szedłem, ciesząc się niezmiernie, że nie muszę jechać, płynąć, lecieć czy modlić się, no i Krzysiu też chyba był zadowolony, chociaż szedł trochę szybciej ode mnie i w przeciwnym kierunku, co było też najprawdopodobniej powodem jego komentarza, że oto „tak się mijamy”, no i miał rację ten Krzysio, odpowiedziałem mu w ten sam sposób, że oto „tak się mijamy” i nie było w tym cienia żalu, była nawet jakaś taka afirmacja tego mijania się akurat w taki sposób, na takiej niedługiej uliczce, bez udziału środków transportu, jeśli przyjąć, że ciało ludzkie nie jest środkiem transportu, bo że buty na przykład nie są środkiem transportu, to wydaje się oczywiste, no ale ciało? Przenieś mnie, moje ciało, tam gdzie możesz, bo w przeszłe czasy (sklepy), zamierzchłe mnie nie przeniesiesz niestety, ale nie mogę mieć ci tego za złe, w końcu nie możesz być tam, gdzie cię nie ma, za to możesz być niemalże wszędzie indziej, zanim znajdziesz się już zupełnie nigdzie, i te środki transportu, którymi jechałoś, chociaż samo się przemieszczałoś jakoś w nich i te wszystkie inne ciała, które mijałoś, te periody, w których się mieściłoś lub nie mieściłoś, te pierdoły, które pogubiłoś po drodze, to się wszystko na tobie odciśnie, cóż więcej mogę ci powiedzieć, kiedy nie oczekuję żadnej odpowiedzi? „Siedem głów Lenina znad pianina” – to brzmi jak odpowiedź, refren ten, refren, tak, refreny, to są jednak ładne środki wyrazu, szczególnie gdy głowy, o których mówią, to jest w istocie jedna głowa przecież. * Albowiem sprężyna jest to element niezwykle różnorodny i, jak się okazuje, trudno dostępny. Pierwsze świadczące o tym dowody wyczytałem z twarzy sprzedawcy w sklepie metalowym, którego zapytałem o sprężynę, ten natomiast spojrzał na mnie, jakbym rzeczywiście poprosił o kiełbasę. Myślę, że gdybym w tamtym sklepie i czasie (czas jako sklep) poprosił o kiełbasę, uzyskałbym ten sam rezultat. Lecz po chwili zastanowienia rzecz staje się dość oczywista, wystarczy uzmysłowić sobie, do iluż przeróżnych konstrukcji stosuje się sprężynę, jak różne te sprężyny muszą mieć właściwości, zawierając się

jednocześnie w swojej funkcji, w zasadzie sprężyny, ażeby te konstrukcje mogły w ogóle funkcjonować i żebyśmy my, w taki właśnie sposób, dzięki ich przydatności, mogli funkcjonować. Poza tym, proszę zauważyć, sprężyna to też spirala, a spirala to coś, w co mogę ująć niemalże każdą pierdołę umieszczoną w czasie (czas jako sklep – dlatego nie dziwi wyraz twarzy sprzedawcy, on musiał wiedzieć, że pytam go o jakąś ogólną zasadę rzeczywistości, no może nie całej i nie tak ogólną, ale przynajmniej tej rzeczywistości, którą jest w stanie pomieścić jego sklep). Dlatego też lepiej było zapytać o kiełbasę, co też skłania mnie do stwierdzenia, że w jakiś tajemniczy sposób kiełbasa stanowi kolejną zasadę rzeczywistości, co się potwierdza w znakomitym wierszu Witolda Wirpszy pt. „Niedorozwinięte”, a właściwie w komentarzu do fotografii dzieci niedorozwiniętych umysłowo – tam też występują serdelki i parówki, jako poetycki ekwiwalent rozmiażdżonej wyobraźni, tak bym to ujął, no ale jest to wyobraźnia tryumfująca, bo w istocie swojej spiralna, a więc odzwierciedlająca boską w domyśle zasadę sprężyny, no i jakoś mnie ta gradacja nawet specjalnie nie dziwi (kiełbasa, serdelek, parówka), gdyż zarówno serdelki jak i parówki, no i przede wszystkim kiełbasa, są takimi mięsnymi sprężynami, skręconymi spiralnie płatami mięsa lub czegoś, co je przypomina. Wszystko to mi się bardzo podoba, z tym tylko zastrzeżeniem, że, niestety, sprężynę jest o wiele trudniej dostać w sklepie (czasie), niźli kiełbasę, podejrzewam nawet, że łatwiej byłoby mi w tym czasie (sklepie) dostać tę kiełbasę od sprzedawcy, gdyż zapewne miał ją w kanapce (kanapka z kiełbasą) lub po prostu w pudełeczku ze śniadaniem, które zrobiła mu żona, tzn. nie zrobiła go, tylko włożyła pół pęta kiełbasy i dwie kromki chleba, bo jej się nie chciało, bo się spieszyła, bo nie miała czasu (sklepu), bo coś tam, no więc zrobiła to „tak na szybko”, „byle jak”, prowizorycznie, ale jednocześnie wizjonersko. Natomiast mnie samemu, pozostawionemu ze swoim problemem, trudno byłoby użyć kiełbasy tam, gdzie muszę użyć sprężyny, chociaż mógłbym przecież spróbować, może coś by z tego wyszło? Nawet jeśli wyszłoby coś zupełnie innego? Ale to już chwilowo nieważne, kiedy owa sprężyna urosła w moich oczach niepomiernie, jak większość elementów, które składają się na jakąś wielką metafizyczną zasadę, a nie możemy ich wziąć w posiadanie. Zatem: już tylko chodzę i szukam sprężyny, chodzę i myślę o niej, chodzę i wiem, że gdzieś ona jest.

95


96

f e l i e t o n

R

Barszcz Błaszczyk

ozrzucony w przestrzeni miasta jak krople z kropidła lecące w próżnię, swoimi śladami od ćwierć wieku paćkam tę aglomerację, miasto już nawet nie próbuje ukryć znużenia. I wreszcie, w całych dziejach ludzkości, również i t e n dzień dobiega końca. Gdybyśmy jednak mogli być świadomi niepowtarzalności tego dnia, jak i każdej chwili oraz ich utraty, od napływu tej świadomości ciśnienie poluzowałoby nam szwy i rozsadziło czaszki jak puszkę z farbą Pollocka, a na ułamek sekundy wcześniej gałki oczne strzeliłyby z taką mocą, że wokół Ziemi uformowałyby się nowe pierścienie Saturna, z których zlepki powstałby następnie drugi księżyc. Poklatkowe oko ciszy pokazuje ujęcie każdego z nas w swoim pokoju, rozrzuconych w przestrzeni tej mieściny. Siedzimy przy swoich laptopach, może to jedyne źródło światła; ktoś akurat stoi na balkonie, pali skręcony tytoń; ktoś z nas w tej chwili śmieje się do rozpuku; któreś pisze, miast wyciszyć rozum; inne czyta, bo lubi, a kiedy tak czyta, to chwilowo wychodzi z przestrzeni własnej poetyki. Rano obudzimy się ze swoich prywatnych zaburzeń, zaczynając zupełnie nowy dzień. To n a s z e serca przebiją się przez ten świt, przez to światło dnia i po wszystkim zasną, by znów się obudzić i spróbować jeszcze raz. To historia, której nikt nie spisuje, ileż było takich historii. Ileż siedmiomiliardowych wymian składu. Nie powtórzona twarz. Wszyscy, dawniej roześmiani chłopcy i tamte


s e f e l i kect joan

regulator kwasowości

ich wszystkie najpiękniejsze na całym świecie, wpisują się dziś w jedną kategorię - nigdy nie istnieli. Gdyby ludzie myśleli o nich inaczej, nie tak ogólnie, dawno mielibyśmy przecież dwa księżyce. Spotkamy jutro jakiegoś Boga w sobie, a uaktualnionemu kiedyś, jak i temu z dzisiaj, będzie rozsądnie pozwolić odejść i zasnąć, powróciwszy do miejsca, z którego się narodził. Spotkamy jutro kogoś, być może dzisiaj, a może wczoraj spotkaliśmy i nie powinniśmy być tacy zachłanni, kogoś, kto uaktualni w nas cząstkę wszechpotencjału, jaki w nas leży. Bo Bóg w nas jest zaklęty i napotykane w życiu osoby noszą klucze do różnych fragmentów naszej osobowości, której sami nie zdołaliśmy jeszcze poznać w zupełności. Otwierają w nas klatki i wypuszczają na wolność ptaki o różnych kształtach. Kosmos w nas przenika każde pole i przegląda na wylot nasze rzeczywiste zamiary i pragnienia. Kiedy już tracisz nadzieję, już nie chcesz naprawdę i szczerze przestajesz wyczekiwać lub wierzyć, wtedy najlepszy Bóg do Ciebie przychodzi. A kiedy wierzyć zaczynasz na nowo, odchodzi, oddala się. Jak gdyby nie mogło być obok siebie dwóch plusów. Nie mów nikomu, jak go cenisz (jeśli już musisz, rób to szeptem), by czar nie prysnął. Nie wyrażaj swojej wdzięczności, że podoba Ci się Bóg, który z Ciebie wypływa. Bo Bóg nie lubi oczywistości i nie może uchwycić samego siebie, więc gra w dualizm kotka i myszki.

Gdy pojawia się graniczne zwątpienie, to i pojawia się niespodziewane spotkanie, a wraz z nim rozmowa, w której naturalnie nikomu na niczym już nie zależy. Spotkanie jest tak nieprzyzwoicie podminowane przypadkami, że równie dobrze można by uznać, że go nie było. A jednak było tak znaczące dla osobistego wyzwolenia. Może nie było żadnego wyzwolenia, jak i nie było żadnego wcześniejszego zniewolenia. Wszystko zbudowane jest na kruchej tafli przypadku. Teatr absurdu i marność nad marnościami. Nas (takich jakimi jesteśmy) też nie ma, bo co to za namacalność, która opiera się na ciągu niedorzecznych przypadków. A może to tych fuksów nie ma i nie ma też żadnej potencjalności. Jest tylko to, co jest, reszta to językowe cierpienie. Całe gówno zaczęło się z Arystotelesem i jego rozróżnieniem na akt i potencję. To nie przypadek, że wybieram i wartościuję te, a nie inne kwestie. To nie przypadek, bo piszę o tym, o czym piszę, i nie ma nic więcej.

00 97


98

f e l i e t o n

J

Kosmiczny Bastard

ako że w menażeryjnej redakcji dedlajny są traktowane ze śmiertelną powagą, a Bękart z Kosmosu z powodu nieznośnego bólu zatok nie zdołał wydłubać z otchłani swego mrocznego umysłu żadnego wyraźnego powodu, by napisać kolejny felieton, postanowił odpowiedzieć na podstawowe pytanie o sens życia. Drogi Czytelniku, usiądźże teraz wygodnie, wyłącz napierdalające bez umiaru odbiorniki radiowo-telewizyjne (nieważne, czy zapłaciłeś abonament, czy nie), wyłącz też zbędne komórki (niekoniecznie szare), wszelkiego rodzaju komunikatory, strony internetowe, portale randkowe, wyloguj się z wirtualnych nekronomikonów oprawionych w realne ludzkie gęby, zamknij okno i całkowicie wyczyść swój umysł. Usuń z orbity zbędne dystraktory, aby maksymalnie skupić się na przekazie płynącym prosto z Serca Kosmicznego Bastarda, który znów przysiadł na Horyzoncie Zdarzeń, by dać Ci intelektualny entertainment pierwszej próby i siódmej wody…

Łykaj To jak Młody Pingwin Zimną Rybę

A zatem: – JAKI JEST SENS ŻYCIA? – pytają mnie różne niespokojne duchy, domorosłe i uczelniane filozofy, ludzie z nadmiarem czasu i pieniędzy, ludzie biedni, niezadowoleni ze swojego losu i statusu społecznego, ludzie zdrowi i ludzie chorzy, ci niemający akurat innych problemów lub ci niezaspokojeni w sferze seksualnej. – TO PYTANIE MA TYLE SAMO SENSU, CO I SAMO ŻYCIE – odpowiadam z miną godną Pana Miyagi, mistrza Kaito (właściwie – Kita no Kaiô) czy innego Splintera pouczającego nastoletnich mutantów z karapaksem na grzbiecie. – Co oni, nie widzieli filmu Monty Pytona?! – ze zgrozą krzyczę do wnętrza swego jajowatego czerepu. Czasem w głos, niemniej enigmatycznie i lakonicznie, dodaję: SPÓJRZ, DURNIU, W GWIAZDY! Innym razem pojadę ulubionym autocytatem, mówiąc: SZUAutoportret


f e l i e t o n

horyzont zdarzeń

KANIE WYŻSZEGO SENSU SZTUKĄ JEST – BEZ SENSU! I odprawiam ich z rzekomym kwitkiem, ale bez para(z)gonu, cichutko ocierając łzę rozczarowania… Wszakże każdy, kto przebył wiele lat świetlnych elegancko wyłożonych żółtym brukiem, przechodząc wszystkie tak karkołomne próby, pokonując sub-bossów z wszystkich poziomów arcytrudnej gry na automaty, na dodatek ocalając jeszcze jedną monetę, by otworzyć podwoje mojego Szmaragdowego Ogrodu – powinien już wiedzieć, że na jego stopy od początku nałożone były Srebrne Trzewiki… Najwyraźniej nie chciał przyjąć tego jedynego sensu, że każdy we własnym zakresie musi nadać sens życiu – tak momentom radosnego uniesienia, jak i monotonii bydlęcej codzienności. Wajda, Kieślowski i Zanussi razem wzięci nic tu nie pomogą. Nie istnieje, bowiem, żaden nadrzędny sens ludzkiej egzystencji czy też bytu w ogóle. Taki to już egzystencjonalny ból dupy. Każdy ma swoje Srebrne Cichobiegi i nic że fetor z nich wieje łudząco podobny… Dla niektórych sensem życia jest, dajmy na to, obietnica życia po życiu. Ja tego zupełnie nie rozumiem i nie chciałbym być w ich śmierdzących butach. Bo dla mnie jest to nonsens do kwadratu. Uważam ponadto, że jest tak w istocie. Tylko, czy wybrany przez nas sens musi w ogóle mieć sens? Tak czy siusiak – w żadnym sensie nie jest to mój sens. I nawet, gdyby okazało się, że po ostatecznym dedlajnie, faktycznie, czeka na nas życie wieczne – ja nadal uważałbym, to za totalne szaleństwo, co gorsza – pozbawione drzwi awaryjnych, zawsze obecnych w życiu przed życiem... I – jak boga kocham – z całych sił kopałbym anioły! Dość powszechnie wskazywanym sensem jest też posiadanie potomstwa jako przekroczenie jednostkowego życia. Z pewnością jest tak z perspektywy genu, który nie marzy o ni-

czym więcej, jak tylko o autoreplikacji. Ale jeśli idzie o zindywidualizowany byt myślący, będący efektem ubocznym jego cichych dążeń, jakim ponoć jest człowiek, to już nie bardzo to do mnie przemawia. Dla mnie nie ma za grosz sensu, ani ułuda przekroczenia danym mi dni, ani dalsze przeludnianie już przeludnionej planety, ani wspieranie gatunku, rasy czy nacji. Mogłoby jeszcze chodzić o odwieczną chęć tworzenia istot na własne podobieństwo… Ale jeśli naprawdę o to chodzi, to już bardziej sensowne i twórcze wydaje mi się stworzenie sztucznej inteligencji czy raczej – uwolnienie prawdziwej ludzkiej myśli od ograniczeń biologiczno-planetarnych. I nie rozumiem, dlaczego tak liczni homo sapiens ślepo boją się cyborga, robiąc mu czarny pijar jeszcze przed jego technologicznym narodzeniem, zaś tak pochopnie płodzą kolejne nienasycone larwy ludzkie. Zgodzę się, że są one na swój sposób bardzo urokliwe, ale tyle jest sierot we wszechświecie nieukochanych, że… Zresztą nieważne, co osobiście ma dla mnie sens, a co nie. Nie o to tu biega, Panie Kolego. Cały sens tego tekstu jest taki, że sens jest zawsze nadany, subiektywny, mniej lub bardziej, ale jednak – spersonalizowany. A teraz – łykaj to gładko, jak młody pingwin zimną rybę! I bądź szczęśliwy, że nie musiałeś na piechtę fatygować się na szczyt mojej szklanej góry schowany wysoko wśród ciemnych mgławic, po to tylko, bym mówił zagadkami i strugał mędrca wschodu. Srebrnych adidasów nie zdarłeś, a głowę masz pełną. Entertainment za free! Banan na małpiej twarzy! I czego – kurwa! – chcieć więcej?!

99


f e l i e t o n

bełkot miasta

Józef Mamut na jakimś koncercie gwiazdy klopu, oczywiście na lodowisku narodowym, żeby nikt się nie czepiał impondebiliów.

Karolina Wiśniewska

W

marcu strategia najeżdżania bez strzelania oparta została o statystykę defekowania rozłączną brutalnie. Czy oddałbyś życie za swoje mieszkanie w bloku familioku czy wolisz bunkier w lesie? Najbardziej lubię alternatywy bez niedomówień jednak jestem w tej kwestii nieliczny. Mogliby przynajmniej kłamać, żeby ta kraina nie wyglądała jak pizda w szczerym polu. Ale nieważne co mówią sondaże, z których i tak uznaje tylko heterohomini. Nie rozumiem tych faszystów. Podpisałem wam wołczer na freedom, a wy mi z butami do galeonu? Tak, zarabotaiłem 70 miliardów lampek chujnikowych, ale wyobraźcie sobie jak skorumpowana byłaby władza gdyby była tak żałośnie biedna jak wy! Oooo, łachudry zapomniały o swojej comiesięcznej grubej kresce koksu dla Wojtusia i reszty bełkotu. Powinniście zrobić to samo, przecież tam z drugiej strony też był kiedyś wasz kraj, chociaż na 123% jak u nas w tataraku nie macie co liczyć. Zapomnieli już o swoim kupowaniu pogłosów wróżbiarskich w andrzejki. Heil Marker i raus do Breslau! A ten wywiesza kolejną tłustą chorągiewkę i chowa głowę pod poduszkę pokojówki, tak mu się ta gwiazda wryła w gogle. Mogliśmy te medale zamiast z meteorytem zrobić z tego kombajnu co się u nas rozbił o drzewo. Złom jeden mógł kogoś zabić, jeszcze paręnaście lat śledztwa i się okaże gdzie tak naprawdę pędziliście i czego uniknęliśmy dzięki naszej bujnej przyrodzie, a raczej bojowemu przyrodzeniu. Brak kolejnych pięciu blaszek nie zrobi przecież różnicy, a ile beki będzie z tych jełopów jak srają w zbiorowych kiblach. Eh, gdzie mój złoty wychodek z kotkami, gdzie moje zwierzaczki!? Ci dranie na pewno rozszarpią je na oczach swoich dzieci i powiedzą, że to edukacja. Zresztą w tym sporcie to jest z nich największa polewka. Boisko w każdej wsi – są daleko w tyle za jakimś zielonym przylądkiem. Toru nie mają – wygrywają. Teraz niby wybudują nagle więc pewnie wszystko się spierdoli jak zwykle kiedy jakieś prezesy się tym zajmują, ale jest jeszcze nadzieja że jednak przechlają kasę

ilustr.

100


102

d i a b e ł

u b i e r a

s i ę

Poznań, 26.01.201 Witam Szanownego Ignoranta, Od paru dni jestem w Poznaniu. Opiekuję się mieszkaniem dobrej znajomej, której nie poznałeś, jednak mam nadzieję, że będziesz miał okazję. Jagna jest malarką, studentką poznańskiego ASP. Wyjechała na miesiąc do Tuluzy, powierzając mi opiekę nad mieszkaniem i niewielkim rozbrykanym czarnym jak smoła kotem o imieniu Mysz. Stąd mój dłuższy pobyt w Poznaniu. Ostatnie dni upływają mi powolnie i w samotności, ale nie narzekam. W końcu mam czas. Okazję do porządnego spenetrowania ciekawych zakątków Poznania, spędzania leniwych wieczorów na lekturze czy zabawach z kotem. Tak więc, słychać przede wszystkim szelest papieru. Ostatnio przeglądam całkiem pokaźną kolekcję artbooków, których zawziętą kolekcjonerką jest Jagienka. Ciekawa sprawa. Autonomiczna wypowiedź artystyczna zamknięta między dwiema okładkami, po którą można sięgnąć w dowolnym momencie, zabrać ze sobą albo wrócić do niej w innym miejscu i czasie, odkrywając na nowo. Podobają mi się eksperymenty związanie z samą formą książki, niestandardowo zestawionym tekstem i obrazem. Jako, że jestem w Poznaniu postanowiłam wziąć pod lupę wydawnictwo Morava Boooks, z resztą nie tylko z tego powodu. Kilka wieczorów temu skończyłam czytać „Jak jsem potkal ďábla” Honzy Zamojskiego. Umberto Eco powiedział, że mimo powszechnej cyfryzacji świata książka nie umrze, działania Honzy zdają się to potwierdzać. Jego przywiązanie do formy książki, dbałość o każdy szczegół tworzonych przez niego artbooków wynoszą go na wyższy poziom artystyczny niż większość polskich młodych twórców. Honza jest pół Polakiem pół Czechem. W książce przywołuje wspomnienia podróży do domu dziadków w malowniczym Dunholcu na Morawach. Obraz swojej drugiej ojczyzny zbudował głównie na bazie wyidealizowanych wspomnień z wakacji. Sielankowo spędzanego czasu w otoczeniu natury, winnic, hodowli pszczół i kur. Obraz beztroskiego dzieciństwa. Zawsze fascynowały go opowiadania Oty Pavla – „Śmierć pięknych saren” i „Jak spotkałem się z rybami” (czyż nie brzmi to czarująco a zarazem najprościej jak to tylko możliwe?). Ota Pavel jest bardzo ważny zarówno dla Honzy, jak i istoty projektu, którego efektem jest „Jak jsem potkal ďábla”. Warto dokładniej przyjrzeć się biografii samego Pavla. Otóż historia jest taka, Ota chorował na psychozę maniakalno-depresyjną, której kulminacyjny moment miał miejsce w trakcie IX Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Innsbrucku. Spowodowane było to skojarzeniem dopingu niemieckich kibiców z traumatycznymi przeżyciami z czasów okupacji. Pavel, wchodząc do autokaru powrotnego do Czech, po chwili raptownie wysiadł z niego, wybiegł na obrzeża miasta, gdzie podpalił zabudowania gospodarcze. Swoje postępowanie tłumaczył potem tym, że zrobił to na rozkaz najprawdziwszego diabła. Kilka razy przebywał na leczeniu w szpitalu psychiatrycznym. Terapia, jaką zalecili mu psychiatrzy, polegała na cofnięciu się w czasie do okresu dzieciństwa i spisania wspomnień w formie literackiej. Opowiadania – „Jak spotkałem się z rybami” i „Śmierć pięknych saren” są efektem terapii, zatem mają charakter autobiograficzny. To w Innsburcku Ota Pavel spotkał w końcu diabła. Kilka razy widział go wcześniej, ale diabeł nigdy nie był zainteresowany jego osobą, ani tym bardziej duszą. Kudłaty bezzębny diabeł i bosy Ota stanęli naprzeciw siebie. I umówili się. Ota dostał talent i czas, aby mógł spełnić obietnicę daną bratu. Leczenie przyniosło oczekiwany skutek, lecz nie na długo. Nawrót choroby nastąpił zaraz po skończeniu opowiadań, w trakcie pisania epilogu, którym Ota kończy twórczy rozdział swojego życia. Tak samo Honza kończy ostatni rozdział książki cytując te właśnie słowa.

w …

Z a m o ś c i u

Wyidealizowany obraz swoich wspomnień i świat z opowiadań Oty Pavla postanowił skonfrontować z rzeczywistością. Wyruszył do Czech. Podczas podróży odwiedzał kolejno miejsca związane z dzieciństwem Pavla (aby lepiej go zrozumieć), porządkując i pogłębiając tym samym wiedzę o własnych korzeniach i czeskiej tożsamości. Podczas podążania jego śladami odkrywa świat nie pokrywający się z tym znanym mu z opowiadań czy wakacyjnych wspomnień. Zastępuje go brudna rzeczywistość kraju, na którym wyraźnie zostało odciśnięte piętno II wojny światowej. Poznaje tragiczne historie ludzi dotkniętych okrucieństwem wojny, połamane życiorysy pełne powojennych traum. Idealizowany przez Hoznę świat ulega całkowitemu rozpadowi. Zapoznając się bliżej z książką, czujemy ciężki klimat zawiłości jego artystycznych poszukiwań. Autor daje ponieść się przypadkowi, przyjmuje w pełni to, co odnajduje. Mgliste tropy jego poszukiwań poznajemy, penetrując kartki, kolejno odkrywając odwiedzane przez niego miejsca. W książce zamieszcza fotografie, prywatne listy Pavla, pocztówki, pobieżne opisy losów ludzi, które go poruszyły. Wyraźna jest jego refleksja nad przypadkiem, który nieodwracalnie zmienia ludzkie losy i niemocą człowieka mierzącego się z nim twarzą w twarz. Przypadek ma swoje odzwierciedlenie w sposobie w jaki została skonstruowana książka. Obecna w pracy Honzy jest strategia dekonstrukcji elementów rzeczywistości, która idealnie wpisuje się w postmodernistyczną strategię twórczą. W efekcie aktu dekonstruowania powstaje nowa jakość, której nie sposób interpretować żadnym z klasycznych sposobów. Zamojski tworzy więc sztukę poststrukturalną, w której zdeformowana forma posiada wartość samą w sobie. Honza idzie nawet dalej i te struktury wypełnia nad wyraz interesującą treścią. Działalność Zamojskiego wymyka się wszelkim kategoriom. Niczym postmodernistyczny szaman miesza swoją miksturę w wielkim kotle kultury przyprawiając ją sztukami wizualnymi i literaturą. Całuję gorąco, Sylwia PS Z tego, co wiem, wybierasz się do Warszawki. Jeśli Twoje plany nie są do końca sprecyzowane, to mam nadzieję, że swoim wywodem wzbudziłam w Tobie chociaż krztę ciekawości i się wybierzesz. Aktualnie w Zachęcie wystawia się mój szaman. Jako że Tymczasowo jestem uziemiona w tym przytulnym poznańskim mieszkanku, nie mogę tam zawitać. Wysyłam Cię więc w delegację! Przy okazji odwiedzisz ciotkę, (jeśli jej nie będzie, zawsze możesz zatrzymać się u mnie). Zresztą przyda Ci się pooddychać innym powietrzem niż toruńskie. Czekam na Twoje listowne sprawozdanie. PS 2. Oddając się lekturze, o której tak obszernie się rozpisałam, przy pewnym fragmencie pomyślałam o pewnym Ignorancie, tak więc cytat dla Ciebie: blb głupek brk spławik brkl potknął się brnkl brzdąknął brv rzęsa

Warszawa, 28/01/2014. Droga Sylwio, Ignorantko wśród kotów i książek, zjadłem dziś na śniadanie kanapkę z sałatą i pomidorem, zachęcony dietą siedmiodniową. Co dziś będziesz jadła? Dół Ciotka mojej ciotki, która jest ciotką mojej ciotki i ciotką mojej drugiej ciotki, i ciotką mojej trzeciej ciotki, i wreszcie ciotką mojej matki miesz-


d i a b e ł

u b i e r a

ka w Czechach. Siostra tej ciotki ciotki, która jest ulubioną ciotką mojej matki, mieszka w Warszawie. Dostałem nakaz odwiedzenia jej. Dzisiaj się więc wybrałem. Ciotka Czesia jest wspaniała. Zawsze, gdy odwiedzała nas w Nowym Sączu, obrzucała mnie, jak świętą krowę, darami, a w zasadzie pysznymi cukierkami z wyższej półki. W hipnotycznym transie udam się i do Zachęty. Chętnie w przesmyku między pociągiem i metrem pójdę się ukulturalnić i mam nadzieję, że nie wyjdę na tym, jak Zabłocki na mydle. Mam chyba jakąś alergię na Warszawę. Warszawa drży, jak nos pieska z wystawy na Nowym Świecie. Tłuste bloki, przypudrowane od dołu do góry, przypominają pomieszane części domina. Smuga smogu na niebie, kurz, zapach bezdomnych, towary niepewnej pewności, to wszystko od czego przeciętny człowiek dostaje wrzodów, w tym mieście wygląda jeszcze bardziej pulchnie. Topografia ulic, zielone światło, czerwone światło, znów zielone światło, dworzec, dworce, przystanki, autobusy, metro, pedofil, chroboczące kasztany o brunatnych liściach. Zlepione dachy ciemną mazią, azbestowe sople z dachów. Porozrywane fasady, nieumyte okna i brudne dzieci, wysypujące się ze szkół. Grochów, Wola, stacja Kabaty. Wysiadam. Miasto to pędzi szybciej niż kołowrotek szczura. Zostawiam rzeczy u ciotki Czesi, która jest jeszcze w pracy i pędzę po Twojej zachęcie do Zachęty. Klucze ciotka Czesia zostawiła u sąsiadki, Pani Rózi, która nie wypuściła mnie do galerii bez obiadu, rosołek i knedliczki. I znów, stacja Kabaty, Wola, Grochów, stacja Śródmieście. Hipstery, hipsterki, skejci i całe warszawskie towarzystwo, które adoruje się wzajemnie i wszystkie obszczymurki. Stary żul przyczepia się do mnie, jak guma do podeszwy. Udaję jak zwykle obcokrajowca. Pędzę, pędzę. Tłumy ludzi przewalają się, jak popcorn w maszynie. Ciągnie się za mną smród kebabów, pleśniejących zapiekanek, Cyganek z wróżbą wiecznego szczęścia. W tym piekle z pourywanymi drzwiami, chwiejącymi się nogami znaków i kolonią reklam, krążę zagubiony z mapą w rękach. Czuję się jak egipski domokrążca w slumsach. Z każdej wnęki budynku wystają ortalionowe totemy lub dzieciaki z procą. W końcu trafiam w dobry rejon zniechęcony własną głupotą. Stoję na rozwidleniu, trzy ulice, kadzidło mirra złoto, wszystkie prowadzą do Zachęty. Ochoczo wybieram środkową i biegnę, by nagle dostrzec swoją stajenkę. Budynek galerii opleciony białym pióropuszem, przypomina Indianina na polu bawełny. Fasada ocieka brudem uliczek, splecionych w kokardy. Samochody stoją, jak chińska terakotowa armia, która czeka na zakopanie. Jest zimno. Spoglądam na zegarek 10:16. Normalnie o tej porze wcinam drugie śniadanie. i Góra. Na schodach prowadzących do wejścia czuję się, jak Primabalerina, a bardziej Prima Aprilis. Znów bez sensu ubrałem świecące buty, by przypodobać się Warszawie i znów ślizgam się, i potykam o własny cień. Dobrze, że drzwi choć stoją przede mną otworem. Pan w grafitowym kubraczku zaprasza mnie do szatni. Z nonszalancją godną toruńskiego mieszczanina lub jak Kopciuszek, pędzę po schodkach na dół. Na przedostatnim stopniu potykam się i zaliczam pięknego orła. Pani z szatni obruszona moją obecnością, z napompowaną gracją (a raczej Gracjami trzema, najlepiej w wersji Rubensowskiej), pyta o moje zdrowie. Zrzucam z siebie płaszcz, na którego rogach sól przenosi się, jak pasożyt. Lecę znów na górę i kupuję bilet, z całym szacunkiem ulgowy. Na bilecie dowiaduję się, że Twój Honza nie wystawia się sam. Góra i dół – nazwa wystawy, nagle uświadamia mi, że Zamojski specjalnie na tę okazję sprowadził sobie towarzysza, Roberta Maciejuka. Znów wdrapuję się schodkami w górę i od razu czuję, że powinienem wrócić na dół. Tak, ładnie na żółto pomalowane ściany. Obrazy na tej ścianie, chwila, obrazki przedstawiające transformacje Pinokio, szczególnie przyciągają mój wzrok. Gdy zbliżam się do jednego z nich, światło odbija się od ramy i tracę zupełną ostrość. Czekaj, Pinokio? Na środku sali stoi ogromny PINOKIO. Naprawdę, jak wersja tej bajki z koszmaru, zrobiony z jakichś metalowych prętów. Pinokio, jak Boga kocham (a nie kocham), na drewnianej podłodze w romby. Rządek dzieci robi sobie

s i ę

w …

Z a m o ś c i u

103

z nim selfie (swoją drogą, najpopularniejsze słowo minionego roku), a ja w koszulce w prążki, bo już paski nie wypada mówić po drugim roku studiów na Sztukach Pięknych, przyglądam się wielkiej sztuce. Wielkiej sztuce prętów. Obchodzę się z nią dookoła, zaglądam, wącham, dotykam w myśli od góry do dołu. I… i nic. (No nie przystoi!). I szukam rozwiązania. Grzebię w myślach, wyciągam za nogi i ręce wszystkich znanych mi rzeźbiarzy, wyszukuję jakiejś ironii. I… i nic. Przychodzą mi na myśl słowa nieznanego autora: Zająłbyś się pan krów pasieniem, a nie sztuk pisaniem. Dam mu jeszcze szansę. Obok widzę wielką czarną strzałkę i drabinę, której część leży na podłodze, a reszta opiera się o ścianę. Wychodzę więc na nią. Może warto przyjrzeć się wszystkiemu z góry. Znów prawie potykam się i spadam z hukiem, ratuje mnie jednak ostatnie westchnienie samokontroli i wstydu. Z góry strzałka wygląda jeszcze bardziej… strzałkowato. Wskazuje na ścianę, białą. Czarny-biały. Biały-czarny. To jest punkt zrozumienia tej sztuki! Na metalowych prętach człowieczek dosiada konia. Koń ma nierówne oczęta. Na ścianie słońce z popękanym wnętrzem. Wygląda jak wielki naleśnik, trochę przypalony. Pamiętasz, ostatnio czytaliśmy o maseczkach z naleśników, doskonale robią na pękające naczynka. Zwierzęta na ścianie z popękaną szklaną ramką wcale nie chcą uciec. Wyglądają raczej jak koty przewożone czasem w pociągach. Przestraszone od tętna maszyny. Nagle – gwizd! Nagle – świst. Para – buch! Koła – w ruch! i pędzę razem z Tuwimem w Lokomotywie myśli. Naprzeciw sławnej żółtej ściany – ściana niebieska. Na niej cały układ quazi-słoneczny. Obrazy-elipsy uśpiłyby pewnie samego Kopernika. Żartobliwe kamery internetowe rzucają swoje wizyjne oczy na ten cały kosmos. Kosmogonia, kosmologia, kosmetyczka i kosmici. Ładnie wycięte elipsy. Muszę też przyznać, że wielkie czarne płótna posklejane z trójkątów robią wrażenie, wrażenie spalonego spodu pizzy. Zastanawiam się, czy znaki ewakuacyjne są również częścią wystawy. Cudownie dobudowana ścianka wyświetla głęboko ciążący w moich myślach video-(ż)art. Wszystko przypomina Warszawę. Hipstery, hipsterki, skejci, nominacje do Paszportu Polityki, współpraca z Grażyną Kulczyk i wystawa w Nowym Jorku, i całe warszawskie środowisko, które adoruje się wzajemnie. W ostatnim „Szumie” Karolina Plinta oskarża Honzę o lans, piwo, lukier, penisy i knedliczki. Iwo Zmyślony oskarża Plintę o lans, piwo, lukier, penisy i knedliczki. Redakcja oskarża wszystkich o lans, piwo, lukier, penisy i knedliczki. Honza Zamojski w liście do redakcji „Szumu” pisze, że każdy ma prawo do krytyki. Buchające rozwydrzenie czyha tuż za rogiem i czmychnie nim zdołam się odwrócić. Szybko ewakuuję się z galerii, zniechęcony przeraźliwym wiatrem, chcę udać się szybko do ciotki Czesi. Wpadam jednak szybko na pana w ortalionie, a czeski sen zaczyna się od nowa. Mam trzy złote w kieszeni. Starczy na bilet, z całym szacunkiem ulgowy. Wyszedłem na tym wszystkim jak Zamojski na mydle. Całuję, Twój Szymon. PS. Przejrzę te art-booki po powrocie do Torunia. Może one mają choć trochę tej Twojej sztuki. PS2. Największe powodzenia mają banały inaczej powiedziane. Jan Czarny. PS3. Oj, PS3 to chciałbym mieć w domu.

Sylwia Ciuchta & Szymon Bochniarz


104

w u n d e r k a m m e r

Tym razem „PostAnthropology WunderKammer” przybierze zgoła odmienną formę, jako że będzie próbą wprowadzenia do artystycznego projektu Karoliny Żyniewicz, który zmaterializuje się i rozkwitnie wraz z rokiem 2014. Lecz zanim to nastąpi, przygotowałam kilka podszytych własnym lękiem zdjęć z serii „Gloomy Monday” do tekstu Karoliny, który ma na celu przybliżyć zamysł projektu „Hiperfobium” o fobiach i narzędziach do ich ujarzmiania.

Zastanawia też, jak posiadając ciało, fragment materii, unikać jego zetknięcia się z innymi materialnościami? Pewnie istnieje szereg podgrup tej fobii odnoszących się do konkretnych „spotkań” ciała, bo absolutne unikanie wszelkich zetknięć wydaje się niemożliwe. Nie leżeć, nie siadać, nie ocierać dłonią o własny korpus, nie drapać się, gdy swędzi, nie brać do ręki pokarmu i wody. To wykracza poza wszelkie wyobrażenie. Niczym sztuka.

Phtalo Manatee

Hiperfobium F

obia to niezwykle ciekawe zjawisko psychiczne. Niemal tak samo ciekawe jak sztuka. O ile lęk jest strachem bez konkretnej przyczyny, o tyle fobia jest obawą przed czymś, mniej lub bardziej, konkretnym, co faktycznie nie stanowi zagrożenia. Istnieje cała paleta fobii (sięgając tu do artystycznej terminologii), których przedmioty wydają się banalne, wręcz śmieszne, jak chociażby zbyt późne wychodzenie z imprezy czy realizacja projektów unijnych, lecz z pewnością nie są takimi dla osób nimi dotkniętych. Ciekawe jest to, iż z reguły fobię leczy się przy pomocy jej źródła. Zatem narzędzia terapeutyczne do jej zwalczania wyglądają na takie, które miałyby ją pogłębiać. Ta właśnie dwuznaczność zainspirowała mnie do stworzenia cyklu wizualnych narzędzi terapeutycznych do pogłębiania fobii. Zanim jednak pojawią się rozwiązania formalne, warto poddać wybrane przypadki teoretycznej analizie. Jak już wspomniałam, fobie mogą dotyczyć ściśle określonych rzeczy, przedmiotów, jak i bliżej niezdefiniowanych, abstrakcyjnych pojęć/stanów.

Czym grozi dotyk? Przekroczeniem granic „mojego”, agresją, pobudzeniem zmysłów, bólem, naciskiem, spotkaniem, skalaniem, uprzedmiotowieniem, zawłaszczeniem...? Narzędzie musi w tym przypadku zmuszać do dotykania oraz bycia dotykanym. Mamy przejście, drzwi ograniczone do wąskiego tunelu, nieoświetlonego. Na ściankach tunelu znajdują się wypustki-opuszki palców, siliconowe ich odlewy. Silicon znakomicie symuluje ciało. Przejście jest tak wąskie, iż nie da się uniknąć otarcia się przodem i tyłem ciała o ,,dotykające” ścianki. Uczucie dotykania, wręcz ,,zmacania” jest skumulowane do granic. Sam motyw przejścia oznacza też przekroczenie granicy strachu.

1. HAPTOFOBIA – dotykiem

2. ANDROFOBIA mężczyznami

strach/lęk

przed

W świetle powyższego nasuwa się pytanie, do której grupy fobię tę przypisać? O dotykaniu bowiem nie może być raczej mowy bez konkretu dotykalnego. Sama czynność, doznanie jest jednak „wolne” od materii.

strach/lęk

przed

Tutaj mamy konkret. Wprawdzie nie chodzi o konkretnego mężczyznę, a o „krzesłowość krzesła”, ale faktem pozostaje, iż facet abstraktem nie jest. Kto się boi? Kobieta czy także sam rzeczony? Czy boi się sam siebie? Co jest takiego w tej „kupce materii”, że budzi obawę?


w u n d e r k a m m e r

Zastanówmy się nad cechami charakterystycznymi obiektu, o który można by „zahaczyć” fobię. Zatem, przede wszystkim, posiada „narzędzie biologiczne” oraz wszelkie komponenty do zadawania życia (chce, czy nie chce, z reguły może). Poza tym, raczej zwykły człowiek, dwie ręce, dwie nogi. Tylko to „dawstwo” osacza kogoś, kto, ze wszech miar, nie chce brać. Najbardziej zagrożona jest kobieta, którą natura uczyniła biorcą, wbrew jej samej. Niemniej mężczyzna może być przerażony jemu przydzielonym stanowiskiem, przecież nie każdy nadaje się do funkcji kierowniczych.

Ponoć mężczyzna, z racji powyżej opisanych przydatków, ma specyficzny zapach. Narzędzie będzie więc esencją męskości. Od przypadkowych mężczyzn zbieramy znoszone koszule, koszulki, takie, które przejęły zapach skóry, potu, perfum. Owe elementy odzieży umieszczone zostają na prostych stelażach z drutu, jakby na wzór abażuru. Do środka wprowadzona jest żarówka, która wytwarza ciepło. Rozgrzane ubrania pachną/ cuchną z dużą intensywnością, dając osaczające wrażenie męskiej obecności.

3. APEIROFOBIA – strach/lęk przed nieskończonością Trudno wyobrazić sobie bardziej abstrakcyjny powód lęku. Jedyną możliwością jego ogarnięcia jest wyobrażenie sobie bezpiecznych ram, które nagle pękają i przelewa się przez nie cała zawartość. Najbardziej nieskończoność odczuwa się, stojąc na brzegu morza czy w totalnie otwartej przestrzeni. Na szczęście jest horyzont, ale nie daje to całkowitej ulgi. Niemoż-

ność zamknięcia, przytrzymania, ograniczenia jest tu przerażająca. Czy więc jest to strach przed wolnością?

Nieskończoność w swej nieogarnialności jest przytłaczająca. Taki też musi być jej wizualny ekwiwalent. Przeskalowany, choć prosty. Zakładam tu 2 wersje: dwu- i trójwymiarową. Dwuwymiarowa to rysunek znaku nieskończoności zajmujący całą ścianę, a wręcz nie mieszczący się na niej, urwany z obu stron. Wersja trójwymiarowa to w zasadzie to samo, tyle że znak jest wygięty/uformowany z drutu i rozpycha się w całym pomieszczeniu.

4. ODYNOFOBIA - strach/lęk przed bólem Fobię tę można niejako wiązać z haptofobią, choć nie do końca. Ból może bowiem pochodzić zarówno z zewnątrz, jak i z wewnątrz ciała. Należy też odróżnić ból fizyczny/cielesny od bólu psychicznego (o somatycznych objawach lub nie). Który aspekt jest najbardziej lękotwórczy? Ciało boli, gdy mu źle, gdy się „psuje”, sygnalizuje zagrożenie śmiercią (tak, każda „awaria” może skończyć się tak samo). Bólem reaguje też na ataki z zewnątrz, próby wtargnięcia w swój „rewir”, dobijanie się wroga do „granic”. Kiedy zaś boli bycie, nie ma nic gorszego, bo to „rozsypka” wszelkich podzespołów wraz z dyskiem głównym. Jednym słowem podsumowując, ból to error. Konstruując narzędzie skupiam się na fizyczności bólu, wybieram źródło – ogień/gorąco. Dany jest cienki arkusz bla-

105


106

w u n d e r k a m m e r

Karolina Żyniewicz ur. 1984 w Skierniewicach 2009 – dyplom w Pracowni Rzeźby i Działań Przestrzennych prof. nadzw. M. Wagnera, Wydział Sztuk Wizualnych Akademii Sztuk Pięknych im Wł.Strzemińskiego w Łodzi wystawy indywidualne: 2013 – Kwarantanna, Galeria Wozownia, Toruń 2012 – Private life of life, Galeria Baszta, Zbąszyń 2011 – Strach przed ciemnością, BWA Katowice - Kurioza, Art Agenda Nova, Kraków 2010 – Spielsache, Galeria Rzeźby ASP w Krakowie 2009 – Homo ludens, Galeria Fabrystrefa, Łódź

chy umieszczony na 4 nóżkach. Pod nim (niczym pod stolikiem) umieszczone są ogrzewacze, rozmieszczone, tak, by rozgrzewały punktowo blachę do czerwoności, tworząc na jej powierzchni swoisty obraz abstrakcyjny. Nawet bez dotykania powierzchni doświadczany będzie ból wizualny.

5. KONTEROFOBIA – strach/lęk przed brakiem strachu Najciekawsze są paradoksy. Istnieje strach przed brakiem strachu, czyli niejako uzależnienie od lęku. Banie się wszystkiego z upodobaniem? Zważywszy na ilość opisanych rodzajów fobii, każdy może znaleźć coś dla siebie. Trudno sobie wyobrazić, by powodów do lęków zabrakło. Chodzi tu o niechęć do dobrostanu czy raczej obawę, że bez zagrożenia nie ma istnienia? Nie jest za dobrze, gdy jest za dobrze. Zwieńczenie całej kolekcji. Cała seria służy bowiem niejako jego zwalczaniu, dostarczając rozmaitych powodów do obaw.

Tekst: Karolina Żyniewicz Zdjęcia: Pamela Cora

wystawy zbiorowe: 2014 – Ciasto i krew, Galeria Dwie Lewe Ręce, Katowice 2013 – Obserwatorium Miejskie Exterytoria, Toruń – Międzynarodowe spotkania artystyczne Experyment Zbąszyń 2012 - Granice rzeźby, Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie – Chrobot dziąseł o łękotkę, Galeria Cellar, Kraków – O dziwnych uczuciach, Galeria Zderzak, Kraków – Organic, Galeria Cellar, Kraków


108

p o d

o k ł a d k ą

Powroty

Z

racji wykonywania przeze mnie takiej, a nie innej pracy, niemal codziennie słyszę jakiegoś toruńskiego przewodnika, który przyprowadza turystów pod pomnik pieska Filusia. Słuchacze zazwyczaj są uraczeni historiami o szczęściu w miłości i spełniającym się życzeniu (gdy pogłaska się psiaka). Na koniec tego punktu programu pojawia się wzmianka o tym, że komiks z przygodami Profesora Filutka i Filusia ukazywał się w „Przekroju”. Wtedy (oczywiście u starszyzny) następuje zbiorowy szmer i coraz to głośniejsze „tak, tak, pamiętam”, po czym odwiedzający gród Kopernika z lekkim wyrazem zadumy szybko udają się w kierunku następnego punktu wycieczki. Przygody Profesora Filutka i jego wiernego towarzysza postanowiło polskim czytelnikom przypomnieć wydawnictwo ONGRYS specjalizujące się w „komiksach z dzieciństwa”. Projekt uzyskał dofinansowanie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wygląda więc na to, że czekający od 2005 roku na swojego pana Filuś w końcu doczeka się jego symbolicznego powrotu. Wróćmy jeszcze na chwilę do POD OKŁADKĄ. Zaczął się sezon festiwalowy, który aż do października będzie dostarczał nam wielu wrażeń. W tym numerze znalazła się relacja ze świetnego Pyrkonu (ponad 20 tysięcy uczestników to z pewnością nie przypadek). Za miesiąc na naszych łamach zagości Londyński COMIC-CON, a potem Bydgoszcz, Warszawa, Toruń, Gdańsk, Poznań, Łódź... Oby pogoda sprzyjała każdemu wyjazdowi. Życzymy przyjemnej lektury w towarzystwie wiosennego słońca.

Dawid Śmigielski


p o d

Ilustracja - Anna Krztoń

o k ł a d k ą

109


110

p o d

o k ł a d k ą

Nowe DC COMICS, czyli ofensywa

amerykańskich herosów

na polski rynek komiksowy trwa w najlepsze Filip Fiuk


p o d

P

oprzedni rok niezwykle hojnie obdarzył fanów komiksowych „trykociarzy” zza oceanu w Polsce. Poza kolekcją komiksów z wydawnictwa MARVEL COMICS, publikowanych w ramach WKKM w cyklu dwutygodniowym, mogli oni również sięgnąć po albumowe wydania rywala zza miedzy – DC COMICS, których publikacją zajął się EGMONT. Rok 2014 będzie obfitował w jeszcze większą liczbę pozycji z tej serii prezentującej nową wizję panteonu herosów DC, niezwykle dynamiczną i bardziej dostosowaną pod gusta współczesnego odbiorcy. We wrześniu 2011 roku edytor z Nowego Jorku postanowił odświeżyć swoje uniwersum i wraz z zakończeniem pięcioczęściowej miniserii „Flashpoint” zlikwidował bieżące serie i zastąpił je nowymi 52 tytułami z wyzerowaną numeracją (stąd nazwa inicjatywy – „The New 52”) . Tym samym wydawane od lat 30-tych flagowe tytuły wydawnictwa jak „Action Comics” i „Detective Comics” zaczęto publikować od numeru pierwszego, oczywiście powierzając je w ręce nowych autorów. Istotną zmianą było również wcielenie w szeregi herosów uniwersum DC takich postaci jak John Constantine czy Grifter, które dotychczas były częścią imprintów wydawnictwa (odpowiednio VERTIGO i WILDSTORM). Sukces komercyjny okazał się bezdyskusyjny – słupki sprzedaży mocno poszybowały w górę.

o k ł a d k ą

W 2011 roku tytuły z DC COMICS zdominowały listę sprzedaży, zajmując 9. miejsc w pierwszej dziesiątce zestawienia najpopularniejszych tytułów z „Justice League” #1 na czele. Warto nadmienić, że zeszyt ten doczekał się czterech dodruków (sprzedał się w łącznym nakładzie ponad 200 tyś. egzemplarzy) i okazał się jednym z najpopularniejszych komiksów ostatnich lat na rynku. Według największego dystrybutora komiksów w Stanach Zjednoczonych – DIAMOND COMIC DISTRIBUTORS INC. – restart komiksowego uniwersum DC dał bardzo pozytywny impuls dla całego rynku wydawniczego i przyczynił się do znacznego wzrostu sprzedaży. Co do sukcesu artystycznego to zdania są już bardziej podzielone, jedne serie zyskały uznanie krytyków i czytelników (głównie „Batman”, „Wonder Woman”, „Aquaman”, „Animal Man”), inne nieco obniżyły loty lub podtrzymały swój raczej przeciętny poziom, jak rodzina tytułów związanych z Supermanem. DC COMICS od momentu relaunchu utrzymuje stale swoje udziały w rynku na poziomie trzydziestu kilku procent, biorąc pod uwagę sprzedaż jednostkową oraz udział w uzyskanych profitach w skali rocznej (nieznacznie tylko ustępując wydawnictwu MARVEL), co obrazuje poniższy schemat opracowany na rok 2013:

WYDAWCA UDZIAŁ W PRZELICZENIU NA DOLARA [%] PODZIAŁ CAŁOŚCI RYNKU [%] MARVEL COMICS 33.50% 36.97% DC ENTERTAINMENT 30.33% 33.35% IMAGE COMICS 8.00% 8.49% IDW PUBLISHING 6.47% 5.10% DARK HORSE COMICS 5.17% 4.50% DYNAMITE ENTERTAINMENT 2.72% 2.59% BOOM! STUDIOS 1.99% 1.92% EAGLEMOSS PUBLICATIONS 1.25% 0.26% VALIANT ENTERTAINMENT 0.98% 1.06% AVATAR PRESS 0.89% 0.74% POZOSTALI WYDAWCY POZA 10 8.70% 5.02%

111


112

p o d

o k ł a d k ą

„Superman. Action Comics. Tom 1: Superman i ludzie ze stali” Scenariusz: Grant Morrison Ilustracje: Andy Kubert, Brent Anderson, Rags Morales Wydawnictwo EGMONT 2013

„Batman. Tom 1: Trybunał sów” Scenariusz: Scott Snyder Ilustracje: Greg Capullo Wydawnictwo EGMONT 2013

Z perspektywy czasu można więc śmiało stwierdzić, że restart okazał się sukcesem, co zresztą zaowocowało podobnymi działaniami u konkurencji, która również postanowiła nieco odświeżyć swoje portfolio i zrestartować część swoich tytułów (mam tu na myśli oczywiście MARVELA i chociażby reboot serii X-Men w ramach akcji „Marvel Now”). W marcu ubiegłego roku ikony komiksowego, odświeżonego świata DC rozpoczęły ekspansję również na nasz rynek. Linia wydawnicza „Nowe DC Comics” z wydawnictwa EGMONT wsparta reklamą w czasopismach (min. „Nowa Fantastyka”, „Fantasy Komiks”) oraz spotem w jednej z rozgłośni radiowych (RMF Maxx – swoją drogą podobnej reklamy doczekał się w naszym kraju chyba tylko kultowy „Thorgal”) wystartowała, serwując na początek wielki przebój – „Batman: Trybunał Sów” (jak się później okazało największy hit sprzedaży na naszym rynku w roku 2013 – według danych zamieszczonych przez Sklep Gildia w podsumowaniu ubiegłorocznej działalności firmy). Znakomity komiks autorstwa duetu Scott Snyder/Greg Capullo zdeklasował konkurencję i umocnił pozycję Mrocznego Rycerza jako lidera wśród amerykańskich herosów na naszym rynku wydawniczym – pod względem liczby wydanych tytułów w ostatnich latach Batman nie ma sobie równych. Równie udana kontynuacja („Miasto Sów”) zagościła na półkach sklepowych w październiku, stając się kolejnym hitem. Solidna sprzedaż komiksów z Batmanem stała się podstawą do wyboru kolejnych tytułów w ramach kolekcji. Opowieści o zamaskowanym obrońcy Gotham City w ramach

„Liga Sprawiedliwości. Tom 1: Początek” Scenariusz: Geoff Johns Ilustracje: Jim Lee, Scott Williams Wydawnictwo EGMONT 2013

serii „Detective Comics” ze scenariuszem Tony’ego S. Daniela to kolejne dwa tomy serii wydane odpowiednio w kwietniu („Oblicza Śmierci”) oraz grudniu („Techniki Zastraszania”). Co prawda są to komiksy nieco słabsze, dużo bardziej „fantazyjne” i efekciarskie w zestawieniu z klimatem, jaki zaserwował Snyder w regularnym Batmanie, warto jednak je zakupić choćby z uwagi na dodatkowe historie, fantastycznie zilustrowane przez naszego rodaka – Szymona Kudrańskiego. Zeszłoroczne publikacje w ramach kolekcji „Nowe DC Comics” zostały uzupełnione przez jeszcze dwie pozycje. Powrót Człowieka ze Stali na ekrany kin uświetnił album „Superman: Superman i Ludzie ze Stali”, czyli nowa wersja przygód Kryptończyka publikowana w ramach serii „Action Comics”. Druga pozycja to również spory sukces komercyjny, ale nie mogło być inaczej skoro swe siły połączyli Geoff Johns – scenarzysta wielu znakomitych serii ze świata DC („Green Lantern”, „Flash”) oraz mega gwiazda przemysłu komiksowego w Stanach – Jim Lee (który niczym Midas, czego się nie dotknie, zamienia w komiksowe złoto). Tym sposobem powstał komiksowy blockbuster na miarę XXI wieku, czyli nowa odsłona Justice League – Ligi Sprawiedliwości. Tom pierwszy serii, czyli „Początek” opublikowany w sierpniu, to zgrabnie napisany akcyjniak z niesamowitą kreską Jima Lee, którego ilustracje dodają niezwykłej epickości i dynamiki dla całej opowieści.


p o d

Zapowiedzi redaktora naczelnego KLUBU ŚWIATA KOMIKSU, Tomasza Kołodziejczaka, świadczą o tym, że w bieżącym roku możemy spodziewać się kolejnych pozycji z serii „Nowe DC COMICS” i to w cyklu miesięcznym (a nie dwumiesięcznym jak to miało miejsce w roku 2013). Świetne wejście w rynek wspomnianych wyżej komiksów oraz generalnie pozytywny wydźwięk, jaki wywołała linia, pozwala myśleć zarówno o kontynuacji serii rozpoczętych, jak i pojawieniu się nowych. Fani z niecierpliwością czekali na zapowiedzi edytora, który wreszcie postanowił przedstawić część planów wydawniczych na bieżący rok. Już 10. Marca do dystrybucji trafiły dwa albumy: „Superman: Kuloodporny”, czyli kontynuacja serii „Action Comics” zapoczątkowanej w czerwcu oraz „Liga Sprawiedliwości: Powrót Złoczyńcy” – ciąg dalszy opowieści o największych współczesnych bohaterach spod pióra Geoffa Johnsa. Fani Człowieka-Nietoperza będą zapewne wyczekiwać daty 16. Kwietnia, kiedy to do sprzedaży trafi kolejny album cyklu o Batmanie, w którym powróci największy i najbardziej szalony z adwersarzy Mrocznego Rycerza – Joker. Historia „Śmierć Rodziny” koncentruje się na postaci szalonego klauna, który odzyskuje swoją twarz i postanawia uderzyć w dość czuły punkt naszego bohatera – jego sprzymierzeńców tworzących tzw. „bat-rodzinę”. Tak więc wiosenne tytuły powinny przynieść sporo dobrej komiksowej rozrywki, ale okazuje się, że to dopiero uwertura do tego, co nas czeka w dalszej części roku.

„All-Star Western. Tom 1: Guns and Gotham” Scenariusz: Justin Gray, Jimmy Palmiotti Ilustracje: Moritat, Jordi Bernet, Phil Winslade DC COMICS 2010

o k ł a d k ą

Otóż w grudniu ubiegłego roku serwis paradoks.net.pl opublikował nieoficjalne zapowiedzi wydawnictwa EGMONT dotyczące publikacji komiksów ze świata DC. Oprócz kontynuacji czterech już rozpoczętych serii („Batman”, „Detective Comics”, „Superman” oraz „Liga Sprawiedliwości”) wystartują aż cztery nowe. Będą to: odświeżona wersja Wonder Woman od scenarzysty Briana Azzarelli („100 Naboi”, „Joker”) i rysownika Cliffa Chianga, która za sprawą wprowadzenia elementów greckiej mitologii i większej brutalności bardzo przypadła do gustu czytelnikom za oceanem. „All-Star Western” z udziałem takich postaci jak Jonah Hex i Amadeusz Arkham – album pozwalający czytelnikowi spojrzeć na miasto Gotham w czasach Dzikiego Zachodu. Kolejny komiks ze świata Batmana – „The Dark Knight” z ilustracjami rewelacyjnego grafika Davida Fincha (znanego w Polsce z takich pozycji jak: „Upadek Avengers” i „New Avengers: Ucieczka” opublikowanych przez wyd. MUCHA COMICS). Na deser tom pierwszy serii „Talon”, czyli opowieści traktującej o jednym z wojowników na usługach znanego już polskim czytelnikom „Trybunału Sów” – od scenarzysty Scotta Snydera odpowiedzialnego za całe to „sowie zamieszanie” w świecie Człowieka-Nietoperza. Z zapowiedzi jasno wynika, że sukces serii ze świata Batmana, zwłaszcza z głównego nurtu zainicjowanego przez „Trybunał Sów”, wywarł znaczący wpływ na dobór nowych tytułów, które wykazują czytelne konotacje ze światem najpopularniejszego obecnie herosa ze świata DC. Miejmy nadzieję, że wydawnictwo otworzy się również na nieco inne rewiry uniwersum, gdyż wielu czytelników zapewne chętnie przeczytałoby w rodzimym języku przygody takich bohaterów jak Flash, Green Lantern czy Aquaman.

„Wonder Woman. Tom 1: Blood” Scenariusz: Brian Azzarello Ilustracje: Cliff Chiang, Tony Akins DC COMICS 2013

„Talon. Tom 1: Scourge of the Owls” Scenariusz: Scott Snyder, James Tynion IV Ilustracje: Guillem March DC COMICS 2013

113


114

p o d

o k ł a d k ą

„Batman. Tom 3: Śmierć rodziny” Scenariusz: Scott Snyder Ilustracje: Greg Capullo Wydawnictwo EGMONT 2014 (I połowa kwietnia)

„Liga Sprawiedliwości. Tom 2: Podróż złoczyńcy” Scenariusz: Geoff Johns Ilustracje: Jim Lee, Scott Williams Wydawnictwo EGMONT 2014

„Batman. Dark Knight. Tom 1: Knight Terrors” Scenariusz: Joe Harris, Paul Jenkins, David Finch Ilustracje: David Finch, Ed Benes, Richard Friend Wydawnictwo EGMONT 2014 (II połowa 2014)

Na koniec warto też wspomnieć o innych publikacjach ze świata DC planowanych na ten (oraz kolejny) rok. Wydawnictwo MUCHA COMICS postanowiło pójść za ciosem i po znakomitym przyjęciu na naszym rynku komiksu „Batman: Długie Halloween” opublikować kolejne albumy ze świata Batmana. Oprócz zapowiadanego na MFKiG 2014 albumu „Dark Victory” fani będą mogli zapoznać się również z takimi komiksami jak: „Catwoman: When in Rome” (opowieść uzupełniająca dokonania duetu Jeph Loeb/Tim Sale w ramach mitologii Człowieka-Nietoperza – planowana na maj 2014), „Tales of Batman” (zbiór opowieści ilustrowanych przez Tima Sale’a – luty 2015) oraz „Justice” – czyli epicka opowieść z Ligą Sprawiedliwości malarsko zilustrowana przez Alexa Rossa („Marvels”). Fani DC COMICS, a zwłaszcza Batmana, w naszym kraju chyba nigdy nie mieli tylu powodów do zadowolenia, jeśli chodzi o mnogość komiksowych pozycji ich ulubionego edytora na polskim rynku. Coś mi jednak mówi, że to dopiero początek wielkiej ekspansji.

Zródło informacji i ilustracji: WWW.DCCOMICS.COM WWW.DIAMONDCOMICS.COM WWW.SWIATKOMIKSU.PL


p o d

o k ł a d k ą

00


116

p o d

o k ł a d k ą

Trochę komiksowo, trochę fantastycznie – o PYRKONIE

2014

Dawid Śmigielski

Jeżeli komiksowy blok Pyrkonu będzie rozwijał się w tak szybkim tempie jak teraz, to w niedalekiej przyszłości stanie się on największą, a być może najważniejszą, imprezą komiksową w Polsce. Życzę tego organizatorom z całego serca, nie dlatego, że pałam niechęcią do Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi. Nic podobnego. Po prostu Pyrkon jest ciekawą alternatywą dla skostniałej stolicy polskiego komiksu. Czuć tu świeżość, radość z organizacji, energię i dobre wibracje. Co najważniejsze, poznańska impreza ma w sobie coś, czego nie ma żaden komiksowy event w Polsce. Dziesiątki tysięcy uczestników, i to zarówno zagorzałych fanów, jak i tych przypadkowych gości, którzy w tym fantastycznym zalewie atrakcji mają szansę zainteresować się komiksem. Owszem MFKiG próbuje walczyć o nowych uczestników. Połączył siły z grami, przeniósł się do nowej lokalizacji… Zdaję sobie sprawę, że Pyrkon to wydarzenie przede wszystkim dla fanów fantastyki, a nie fanów komiksu, tym samym łódzkim organizatorom dużo trudniej jest dotrzeć do większej publiczności. Ale być może właśnie w tym tkwi metoda? Nie raz już o tym pisałem i napiszę jeszcze raz: oprócz dużego bloku gier komiksom w Łodzi powinien towarzyszyć duży blok filmowy.

Jeden z ponad trzydziestu odbywających się na Pyrkonie komiksowych paneli został poświęcony ekranizacjom komiksowym – „Filmowe adaptacje komiksów – wierne czy kreatywne?” prowadzony przez Łukasza „Ichaboda” Stelmacha przyciągnął całą rzeszę dyskutantów. To właśnie w takiej formie zostało poprowadzone spotkanie, co było znakomitym posunięciem. Ludzie potrzebują interakcji. Ostra wymiana zdań na temat kilku poruszonych zagadnień nie ustawała nawet na chwilę. Każdy chciał włączyć się do dyskusji. Sala wypełniona była po brzegi (przepisy BHP z pewnością zostały totalnie zignorowane). Na sali znajdował się przekrój widzów – od laików przez znawców aż do fanów i fanatyków. Być może dyskusja nie była super merytoryczna, jednak pokazywała oddziaływanie komiksowych herosów na widzów wszelakiej maści. Jedynym minusem było zdominowanie dyskusji przez kino superbohaterskie. Wielkie uznanie należy się Łukaszowi Stelmachowi za znakomite prowadzenie. Pozwolę sobie posłużyć się terminologią sportową – najlepszy sędzia to ten, którego nie widać. Masową publikę przyciąga mainstream. Nic więc dziwnego, że ta sama sala wypełniona była do ostatniego miejsca (na podłodze) podczas prelekcji Marcina Andrysa na temat „50 lat minęło –


p o d

o k ł a d k ą

117


118

p o d

o k ł a d k ą

Powyżej: Jedna z przestrzeni PYRKONu - przeznaczona na stoiska różnego rodzaju wystawców, wydawców i „rzemieślników”

czyli pół wieku z mutantami w szkole Xaviera”. Bohaterowie z X-Men na dobre zawładnęli wyobraźnią czytelników w latach siedemdziesiątych za sprawą Chrisa Claremonta, Jamesa Cockruma i Johna Byrne’a. Od przypomnienia tamtej dekady zaczęła się główna część wystąpienia Marcina Andrysa. Szkoda, że z taką pobieżnością prelegent potraktował pierwszy skład X-Men debiutujący w latach sześćdziesiątych. Jak do tej pory polskim czytelnikom nie było dane poznać ich przygód w rodzimym języku. Tym bardziej skład stworzony przez Stana Lee i Jacka Kirby’ego zasługuje na szczegółowe przybliżenie. Być może stanie się to w przyszłości. Historia mutantów jest skomplikowana jak chyba żadna inna w przemyśle komiksowym. Godzina to z pewnością za mało na chociażby delikatne liźnięcie tego tematu. Jednak ta sama godzina daje ogólny obraz komiksowego uniwersum spod znaku X. Panel z pewnością przydatny dla ludzi nie mających na co dzień styczności z bohaterami Marvela. Za to 60 minut starczyło na dość ciekawe przybliżenie sylwetki Flasha, czy też Flashów – bohaterów DC Comics. Tego zadania podjęła się Weronika Kordeusz. Nie miałem pojęcia, że życie superbohatera, którego jedyną (na pierwszy rzut oka) supermocą jest umiejętność szybkiego biegania, może być tak skomplikowane. Nie miałem też pojęcia, że tyle płci pięknej czyta komiksy z Flashem. Jedyną wadą tej prelekcji był brak prezentacji w Powerpoincie. Przeskakiwanie z folderu do folderu w poszukiwaniu odpowiedniego kadru ilustrującego słowa prelegentki bardzo zaburzało dynamikę wypowiedzi.

Najciekawsza prezentacja została przygotowana przez Łukasza Kowalczuka. „Komiksowi zapaśnicy!” zabrali widzów w znane i nieznane zakamarki komiksowych światów (z naciskiem na te drugie). Dla tych, którzy pamiętają nocne pokazy Wrestlingu na niemieckim ZDF i japoński serial „Tygrysia maska”, panel był wspaniałą podróżą w przeszłość. Tematyka nie ma za wiele wspólnego z superbohaterskim mainstreamem (to raczej klasa B dla polskich czytelników), toteż na spotkanie przybyło tylko kilka osób. Liczę na to, że panel będzie prezentowany na innych festiwalach, ponieważ to spora dawka wiedzy na tematy dotychczas nieeksplorowane. Warto poznać inną stronę komiksu. Panel przygotowany przez redaktora naczelnego Klubu Świat Komiksu – Tomasza Kołodziejczaka, musiałem oglądać i słuchać z korytarza. Ponieważ niewielkie spóźnienie gwarantowało jedynie miejsce stojące poza salą. Cóż, dobrze, że chociaż otworzono drzwi, aby człowiek mógł coś zobaczyć i usłyszeć. „20 komiksów fantastycznych, które musisz przeczytać” ostatecznie przybrało formę „25 komiksów fantastycznych, które musisz przeczytać.” Tomasz Kołodziejczak co rusz „rzucał” różnymi anegdotkami. Publika bawiła się świetnie. Prezentacja okazała się znakomitą reklamą dla wydawnictwa EGMONT. Lwia część omówionych komiksów została wydana przez to wydawnictwo (m.in. „Thorgal”, „Yans”, „Szninkiel”, „Dylan Dog”, „Hellboy”, „W poszukiwaniu ptaka czasu”, „Kajtek i Koko w kosmosie”, „Rewolucje”, „Baśnie”, „Wieczna wojna”, „Aldebaran” i „Betelgeza”). Nie jest to zarzut z mojej strony. Wszystkie prezentowane komiksy zasługują na


p o d

uwagę, a sama prelekcja uzmysławia, jak wielką rolę w popularyzowaniu komiksu w Polsce odegrał EGMONT. Tomasz Kołodziejczak uczestniczył również w spotkaniu z wydawcami poprowadzonym przez Marcina Łuczaka. Oprócz redaktora naczelnego KŚK na spotkanie przybyli Szymon Holcman (KULTURA GNIEWU), Tomasz Sidorkiewicz (MUCHA COMICS), Jan Godwod (STUDIO JG), Shina Yasuda i Rafał Rzepka (JPF). Wydawcy porozmawiali trochę o nakładach swoich komiksów i możliwości cyfrowej dystrybucji. Jeżeli zaś chodzi o zapowiedzi, to większość jest podawana na bieżąco w Internecie. Tomasz Kołodziejczak potwierdził natomiast wydanie komiksów, które znalazły się w nieoficjalnych zapowiedziach, a więc, nowe DC Comics i start „Przygód Tintina” w standardowych wydaniach albumowych. Jeszcze w tym roku światło dzienne ujrzy monografia Grzegorza Rosińskiego i prawdopodobnie 3 integrale „Yansa”. Być może za sprawą EGMONTU ujrzymy na rynku kolejny komiks LEO –„Antares”. Najmniej do powiedzenia miał Tomasz Sidorkiewicz z MUCHY, ale mimochodem wspomniał o tym, że prace nad „Niezwyciężonym” Roberta Kirkmana trwają. Gwiazdami komiksowego bloku Pyrkonu byli Cameron Stewart („Batman and Robin”, „The Other Side”, „Catwoman”) i Guy Delisle („Kroniki Birmańskie”, „Kroniki Jerozolimskie”). Obaj panowie odwiedzili Polskę po raz drugi. Na spotkanie z Guyem Delisle’em nie dotarłem przytłoczony innymi atrakcjami festiwa-

o k ł a d k ą

lu. Kiedy człowiek zacznie oglądać wspaniałe budowle z klocków lego prezentowane przez LUGPol, poczucie czasu zostaje zupełnie zatracone. Jednak uczestniczyłem w spotkaniu z Cameronem Stewartem. O dziwo w auli zasiadło niewielu słuchaczy. Znakomity rysownik przybył na miejsce spotkania i oznajmił organizatorom, że nikt nie przyszedł na jego dyżur autografowy. Zupełnie nie rozumiem powodów zaistnienia takiej sytuacji. Sam udałem się do strefy autografowej pod koniec dyżuru Camerona Stewarta, ale go tam nie zastałem, już wiem dlaczego. Rano nie znalazłem tam również nikogo odpowiedzialnego za przyznawanie numerków, które uprawniały do zdobycia autografu. Dumnie wisiał tam natomiast regulamin strefy autografowej (niektóre punkty były zabawne). Ogólnie to miło, że organizatorzy na wzór ostatniego łódzkiego festiwalu komiksowego pomyśleli o regulaminie. Z pewnością obawiali się zamieszania, które towarzyszy komiksowym konwentom w naszym kraju. Szkoda jednak, że nikt nie dopilnował tego, by Cameron Stewart miał możliwość podpisania komiksów. Ciekawe jak było z innymi komiksowymi artystami? Rozmowa ze zdobywcą nagrody Eisnera podążyła utartymi ścieżkami. Stewart opowiedział nieco o swojej pracy nad wydanym niedawno przez DARK HORSE COMICS internetowym komiksie „Sin Titulo”, za który otrzymał nagrodę Eisnera w 2010 roku. Poza tym prowadzący zadawali pytania dotyczące jego pracy nad seriami „Catwoman”, „Batman and Robin” i „Assassin’s Creed”. Kanadyjczyk pracuje obecnie nad dwoma

Poniżej: Goście panelu wydawców: Tomasz Kołodziejczak (EGMONT), Szymon Holcman (KULTURA GNIEWU), Tomasz Sidorkiewicz (MUCHA COMICS), Jan Godwod (STUDIO JG), Shina Yasuda i Rafał Rzepka (JPF). Prowadzącym był Marcin Łuczak.

119


120 00

p o d

o k ł a d k ą

„wielkimi” projektami. Niestety na razie nic nie może o nich powiedzieć. Być może kontynuacji doczeka się miniseria stworzona dla VERTIGO do spółki z Grantem Morrisonem – „Seaguy”. Po spotkaniu można było porozmawiać z artystą i oczywiście zdobyć jego autograf. Jeżeli ktoś chciał wydać na Pyrkonie trochę pieniędzy to mógł to zrobić bez problemu. Strefa targowa była duża, ale ceny niestety wysokie. Ogółem komiksów nie opłacało się kupować. Dziesięć procent od cen okładkowych to dość nikły rabat. Jedyne stoisko warte uwagi miał sklep Multiversum. U Rafała Palacza zawsze można znaleźć coś ciekawego i w rozsądnych cenach. Przeliczniki w stosunku 1:1 i 1:2 (dolar do złotego) zachęcały do zakupów. Mam nadzieję, ze w przyszłości polscy wydawcy tłumnie zaczną odwiedzać Pyrkon. W końcu miło mieć wybór. Najbardziej urzekł mnie sprzedawca na stoisku YATTY, który z wielką łaską mógł mi tu cytuje „puścić „Sin Titulo” z autografem Camerona Stewarta za stówkę”. Uwielbiam profesjonalne podejście do klienta w niektórych polskich sklepach komiksowych. Po raz kolejny wyjechałem z Pyrkonu z uczuciem pełnej satysfakcji. Mam tylko nadzieję, że za rok nie będę musiał walczyć o zdobycie egzemplarza programu, co było dość upokarzające. Nie wiem, czy zawaliły szacunki, logistyka czy jakiś inny czynnik, ale do takiej sytuacji nie powinno dochodzić.

Po prawej: Cameron Stewart po swoim panelu autrskim podpisuje egzemplarz komiksu, którzy współtworzył Poniżej: (1) Monty Pythonowy „Żywot Briana” w formie ruchomej dioramy wykonanej z klocków Lego (2) Łukasz Kowalczów opowiada o zapaśnikach i ich komiksowych wcieleniach, oraz o swoim projekcie „Vreckless Vrestlers”

Zródło ilustracji: WWW.PYRKON.PL/2014/ (PRESS PACK) Zródło fotografii: ARCHIWUM REDAKCJI


p o d

o k ł a d k ą

00


122

p o d

o k ł a d k ą

Drugie życie van Gogha Joanna Wiśniewska

„Vincent i van Gogh” Gradimir Smudja Timof Comics 2013

B

iografia jednego z najsłynniejszych malarzy, Vincenta van Gogha, fascynuje i zaskakuje po dziś dzień, i to nie tylko miłośników sztuki. Dzieje się tak, ponieważ jego życie to pasmo porażek oraz twórczej pasji, a jego dzieła o wiele silniej oddziałują na wrażliwość odbiorców współczesnych niż jemu współczesnych. Skomplikowaną i tragiczną biografię twórcy na język komiksowy przełożył serbski artysta Gradimir Smudja, tworząc inspirowane malarstwem van Gogha tomy: ,,Vincent i van Gogh” oraz ,,Trzy Księżyce” (TIMOF COMICS 2013). Powodem, dla którego dzieło Smudji nie wpisuje się w żaden schemat, jest niecodzienne ujęcie losu van Gogha. Autor nie poprzestał na odtworzeniu najważniejszych momentów w życiu malarza, on niejako stworzył van Gogha na nowo, dając mu dosłownie drugie życie. Ale zacznijmy od początku. Vincent van Gogh (1853–1890), autor słynnych ,,Słoneczników” oraz szeregu autoportretów, jest znany jako artysta niespełniony, który dopiero pośmiertnie zyskał sławę [1]. Niezrozumienie jego twórczości, kłopoty natury finansowej, trudny charakter oraz początki choroby umysłowej doprowadziły go do samobójstwa. Taką wersję wydarzeń znamy z biografii malarza. W dziele Smudji van Gogh jest zaś tylko jednym z bohaterów. Serbski artysta pokazuje nam historię zupełnie inną, historię niejako na opak, a rozpoczyna się ona w momencie, gdy marzący o karierze malarza van Gogh znaj-


p o d

duje na ulicy rannego, rudego kota o imieniu Vincent… Vincent nie jest zwykłym dachowcem. Pod wpływem jego niezwykłych umiejętności malarskich powstają znane nam „Słoneczniki” i nie tylko. Wkrótce van Gogh i Vincent stają się nierozłączni, kocur zyskuje coraz to większe znaczenie w tym duecie, a malarz jest jedynie cieniem swego futrzanego kompana. Stopniowo to zwierzę dominuje nad człowiekiem. Do dnia, w którym van Gogh zyska możliwość podpisania się pod dziełami swego zwierzęcego mistrza własnym imieniem i … niezwłocznie wykorzysta tę możliwość. Tak według Smudji – przez przywłaszczenie sobie cudzych dzieł – zrodził się geniusz van Gogha. Obrazoburcze? Nieprawdopodobne? Możliwe. Wszak dzieło Gradimira Smudji nie predestynuje przecież do miana naukowej biografii. Bohema artystyczna Paryża jest tu przedstawiona z dużym przymrużeniem oka. Spotykamy malarza Henriego Toulouse-Lautreca (1864–1901), malującego kabarety i nocne życie kawiarń. Pojawia się postać Gauguina (1848–1903), znanego z przesyconych kolorem płócien z Tahiti. Smudja przywołuje też, jakżeby inaczej – Claude’a Moneta, zwanego ojcem impresjonizmu, oraz postaci Degasa i Maneta [2]. Bohaterowie przewijają się przez nocne kluby, spelunki i pracownie artystów, zwiedzają dworzec Orsay oraz poznają magiczną Prowansję. Wymienieni malarze istnieli i działali w Paryżu w czasie pobytu Vincenta van Gogha. Van Gogh znał Paula Gauguina, który potem wyjechał na Tahiti. Obaj malarze podróżowali nawet razem do Prowansji, gdzie w Arles powstało wiele sławnych obrazów, jak choćby „Żółty Dom” (1888) – wizerunek nieistniejącego już budynku, w którym obaj mieszkali [3].

o k ł a d k ą

W Prowansji objawiły się ponownie choroba Vincenta, nastąpił też epizod z odcięciem sobie ucha [4]. Malarzem opiekował się miejscowy lekarz, doktor Gachet, uwieczniony na wielu obrazach. W ataku choroby van Gogh próbował się zabić i w konsekwencji śmiertelnie się postrzelił. Zmarł po kilku dniach, po czym jego prochy złożono na cmentarzu w Auvers-sur-Oise. W rok potem obok niego pochowano jego ukochanego brata, Theo, który zawsze wspierał van Gogha i stał się propagatorem jego sztuki. Tyle o faktach. W komiksie tym swobodnie mieszają się czas i miejsca, bohaterowie oraz obrazy. Smudja pełnymi garściami czerpie w końcu ze sztuki impresjonistów i z całej historii malarstwa europejskiego. Pojawiają się jeszcze elementy całkowicie fantastyczne. W magiczno-komicznej podróży obserwujemy, jak swoiste alter ego malarza, kot Vincent, stopniowo zaczyna nad van Goghem dominować, a para ta ma w sobie coś z Dr. Jekylla i Mr. Hyde’a. Mamy tu papugę Gauguina o imieniu Paul, którą czeka tragiczny koniec jako danie główne. Ulice Paryża przemierza słonica Carmen, a cyprysy, którym van Gogh poświęcił szereg obrazów, zyskują własny głos. Smudja tworzy bajeczny konglomerat groteski i humoru, kpiny i realizmu, żongluje odniesieniami i obrazami. W komiksie znajdziemy nawiązania do popkultury oraz ikon francuskiej historii kina oraz komiksu. Nieprzypadkowo ukochana Vincenta, aktorka M.M., przypomina Marilyn Monroe. Pojawiają się Brigitte Bardot (znaną z obrony praw zwierząt) i komiksy o Tintinie, a także nawiązania do „Ojca Chrzestnego”.

123


124

p o d

o k ł a d k ą

Ilustracje są oczywiście inspirowane soczystą i intensywną twórczością van Gogha. W niektórych kadrach komiksu odnajdziemy nawiązania do Salvadora Dalego (1904–1989) (zegary w ,,Trzech Księżycach” a zegary w dziele Dalego „Trwałość Pamięci” z 1931) czy amerykańskiego realisty Edwarda Hoppera (1882–1967). W jednej ze scen widzimy postać znaną z rzeźby autorstwa E. Degasa „Czternastoletnia tancerka” [5]. Smudja z mistrzostwem pokazuje czytelnikowi scenę, w której Vincent i van Gogh trafiają do fast foodu, gdzie rodzina spożywa akurat… frytki. Jednak nie każdy rozpozna w tym kadrze nawiązanie do mniej znanego obrazu van Gogha „Jedzący kartofle” (1885). Pastisz? Smudja dostarcza nam wiele takich niuansów, jednak żeby w pełni je docenić, należy znać nieco biografię malarza. Stąd przed lekturą komiksu wskazane jest przypomnieć sobie parę faktów z historii sztuki. Utrudnia to nieco odbiór komiksu przeciętnemu czytelnikowi, który nie jest specjalistą w dziedzinie postimpresjonizmu. Dzieło serbskiego artysty jest to zatem rzecz dla określonego czytelnika, który w założeniu powinien te nawiązania i drobne cytaty odczytać. Jeśli jednak ktoś niekoniecznie chce zagłębiać się w umysł van Gogha i śledzić, czym różnią się „Słoneczniki” (1888) od drugiego obrazu namalowanego w tym samym roku, pozostaje warstwa pierwsza dzieła. To uniwersalna opowieść o pasji, wierze, przyjaźni i potędze sztuki. Okraszona bogatą wyobraźnią, humorem i przygodą, oraz niezwykłymi rysunkami i kolorami inspirowanymi „Gwiaździstą nocą” i „Pokojem malarza w Arles”. Za mało? Nie sądzę. Chętni zawsze mogą odwiedzić National Gallery w Londynie, gdzie po raz pierwszy od 65 lat zestawiono dwie wersje „Słoneczników” van Gogha [6].

[3] Do Arles Vincent pojechał w 1888 roku, tam też powstały jego najlepsze obrazy. [4] Pamiętny „Autoportret z odciętym uchem i fajką” z 1889 roku, znajdujący się w Collection Niarchos. [5] Obecnie w Metropolitan Museum of Art rzeźba przedstawia dziewczynkę w stroju baletnicy, powstała ona w 1879 roku. [6] Por. http://www.nationalgallery.org.uk/whats-on/exhibitions/ the-sunflowers

PRZYPISY [1] Wiadomości dotyczące biografii malarza pochodzą z publikacji „Van Gogh” Ingo F. Walther, wyd. Taschen, Warszawa 2007. W 2002 roku Czytelnik wydał zbiór listów braci van Gogh – Theo i Vincenta, dający niezwykłą możliwość wejrzenia w umysł artysty oraz zrozumienie relacji łączących go z bratem, por. „Listy do brata”, V. van Gogh, Czytelnik, Warszawa 2002. O życiu i malarstwie Vincenta traktuje też znakomita powieść Irvinga Stone’a „Pasja Życia”, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2012. [2] Na temat postimpresjonizmu oraz artystów związanych z tym nurtem pisze w swej monografii W. Juszczak, por. „Postimpresjoniści”, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1985

Zródło ilustracji: WWW.HAPPYNOVISAD.COM WWW.KEDIDEFTERI.COM WWW.MUSEOITALIANODELFUMETTO.IT WWW.TIMOF.PL


p o d

o k ł a d k ą

125


126

p o d

o k ł a d k ą


p o d

o k ł a d k ą

127


128

p o d

o k ł a d k ą


p o d

o k ł a d k ą

129


130

p o d

o k ł a d k ą

Powrót do Bois-Maury Joanna Wiśniewska

„Wieże Bois-Maury” Tom IV: Reinhardt Hermann Huppe , Fraymond Wydawnictwo Komiksowe 2013

N

a ten moment fani serii „Wieże Bois-Maury” czekali od dawna. Po wydanych w połowie 2013 roku trzech tomach serii WYDAWNICTWO KOMIKSOWE pozwoliło ponownie wrócić nam do średniowiecznego uniwersum Europy oraz poznać dalsze losy rycerza Aymara w czwartym tomie „Wież”, zatytułowanym „Reinhardt”. Tym razem los rzucił rycerza najemnika na kręte, górskie przełęcze Pirenejów. Aymar powraca z Santiago de Compostella, eskortując bogatego kupca i jego małżonkę w drodze do domu. Wśród pielgrzymów i okolicznej ludności pojawiają się przypadki tajemniczej zarazy, która okazuje się dżumą. Tym razem bohaterowi przyjdzie się zmierzyć z czymś więcej niż chorobą, będzie to bowiem planowana od dawna zemsta. I to Aymar będzie tym, który przeszkodzi komuś w jej realizacji. Czwarty tom „Wież” nie rozczarowuje. Historia wracającego z Ziemi Świętej krzyżowca Reinharda i jego żądnego majątku brata Manfreda przypomina greckie tragedie. Rycerz Aymar nie ma szczęścia, natyka się bowiem na bohaterów, którzy nie są tak kryształowi jak on. Krzyżowiec Reinhardt jest jego przeciwieństwem – butny, gwałtowny i niepobożny rycerz stanie się dla Aymara prawdziwym wyzwaniem. Jest to swoiste mroczne odbicie naszego bohatera, antybohater, przy którym pan


p o d

Bois-Maury wydaje się niewinny jak dziecko. Hermann zdaje się zadawać pytanie, czy jest w tym średniowiecznym uniwersum miejsce dla kogoś takiego jak błędny rycerz? A może nadeszła już nowa era rycerzy-krzyżowców zdobywających władzę i bogactwa, budujących zamorskie imperia, pozbawionych żarliwej religijności i wiary Aymara. Hermann znów wplątuje nas w historię bohaterów, którzy nigdy nie są jednoznaczni i mają wiele na sumieniu. Zdążył przyzwyczaić czytelników do faktu, że nikt nie jest tak niewinny, za jakiego się podaje, zaś w swoich działaniach bohaterowie nie zawsze kierują się oczywistymi motywami. Tu każdy coś ukrywa, gra i oszukuje, i nie inaczej jest i w tej historii. Kilka lat przed opisywanymi wydarzeniami pewien rycerz o imieniu Gotfryd został władcą Królestwa Jerozolimskiego. A nowe dominium chrześcijaństwa powstało na krwi tysięcy ofiar chrześcijańskich i muzułmańskich. Ten okres w dziejach Europy, rodzący się ruch krucjatowy, pielgrzymki do miejsc świętych w całej Europie (i nie tylko) nakreśla nam autor komiksu niezwykle precyzyjnie. Równie wielką rolę obok akcji i postaci grają realia historyczne. Jednak co ważne, historia nigdy nie przekreśla wątku fabuły, ale raczej współistnieje i splata się z nią w idealnych proporcjach. Tak samo jak w poprzednich tomach, wraz z bohaterami przenosimy się w różne miejsca Europy, a nikt tak jak Hermann nie umie oddać lokalnego kolorytu danej krainy, specyfiki napotykanych ludzi oraz przedstawić z niemal fotograficzną dokładnością pejzaży. Pejzaż w tomie „Reinhardt” nie jest tak monumentalny jak w „Germainie”. Nie ma tu majestatycznych zamków i komnat lordów, są mistrzowsko ukazane, smagane wichrem zbocza Pirenejów. Ubogie gleby, skaliste pola, górskie przełęcze i zamieszkujące je ludzie – naród pasterzy. W tym ubogim i mroźnym miejscu toczy się przedziwny dramat wygrywany pomiędzy bohaterami Hermanna, dwoma mężczyznami, różniącymi się jak ogień i woda. Reinhardt i Manfred. A pomiędzy nimi Aymar de Bois-Maury, któremu honor nakazu-

o k ł a d k ą

je obronić chrześcijańskiego rycerza, przez co zostaje wplątany w krwawą walkę o władzę. To zdecydowanie najbardziej emocjonalny, żywy i mroczny tom z dotychczasowo wydanych. I nie chodzi tu bynajmniej o zarazę grasującą po obu stronach gór. Skondensowano tu uczucia, nienawiść, strach, pogardę, ale i braterską miłość. Jednak tej ostatniej jest najmniej. Przeważa pogarda. Pogarda dla słabości, gdyż rycerz nie może być słaby. A wiara? Wydaje się, że wiara nie istnieje, dla Reinharda jest tylko słowem. Mimo to motywowi wiary i nadziei poświęca Hermann dużo miejsca w tomie. Wierzą w cud kupiec i jego małżonka powracający do domu z synkiem. Wierzy, niemal bez wątpliwości, Aymar de Bois-Maury i za swą wiarę zostaje nagrodzony. W świecie, gdzie z jednej strony współistniały grabieże, gwałty, gdzie pielgrzymów zabijano na szlaku (makabryczna scena z ciałami uczestników pielgrzymki pozbawionymi rąk i nóg, przypominająca akwaforty Goi) oraz gdzie szeregi biczowników oddawały swój ból Panu. Wiara pozwala nam żyć, mówi autor, i pozwala walczyć o to, co kochamy. Choćby były to wieże zamku oddalonego o tysiące mil „(…) które są najpiękniejsze w chrześcijańskim świecie”. Czy o coś takiego warto jeszcze walczyć? Czy dla Aymara jest jeszcze miejsce w tej średniowiecznej Europie stworzonej przez autora na podobieństwo… być może naszego świata? O tym przekonamy się w kolejnych tomach. Jedno jest pewne – ten powrót do uniwersum Aymara nie pozostawi nas obojętnymi.

W imieniu redakcji dziękuję WYDAWNICTWU KOMIKSOWEMU za egzemplarz recenzencki.

Zródło ilustracji: WWW.WYDAWNICTWOKOMIKSOWE.PL

131


132

p o d

o k ł a d k ą

Wybieram absurd! Zwykle nie ma okazji

Szymon Gumienik

„A niech cię, Tesla!” Jacek Świdziński Kultura Gniewu 2013

• Często wychodzę z założenia, że utwór artystyczny wartościować trzeba nie tyle poprzez jego formę (właściwą i pożądaną dla czasów, w których powstał), ale raczej poprzez umiejętność dostosowania jej przez autora do przekazywanej treści i ukierunkowania jej w taki sposób, aby została właściwie odczytana przez odbiorcę. Jacek Świdziński ma co prawda już swój określony styl rysunku i sposób obrazowania treści, przez co niektórzy mogą mi zarzucić w tej chwili dorabianie… (tezie) ideologii, jednak w przypadku „A niech cię, Tesla!” i tak obejmę wyjawione na początku stanowisko i powiem, że ten komiks to doskonały przykład dostosowania formy do treści i treści do formy. To duet wręcz idealny – teatr absurdu, humor bardzo indywidualny i dystans wręcz absolutny w połączeniu z rysunkami tak uproszczonymi i minimalistycznymi, że mogłyby się pojawić jedynie w publikacji bardziej niszowej od najniszowszej niszy bądź w zeszycie licealisty, który z nudów uprawia historyjki na marginesach. Dla laika i estety jest to komiks nie do przyjęcia, za to dla lubiącego zabawę, eksperymenty i wskazany przeze mnie sposób wartościowania jest to bardzo dobra propozycja na miłą godzinę rozrywki (albo i dwie – gdyby ktoś chciał przeczytać komiks raz jeszcze). ……………………………………………………………………………………………… ……… …………… ……….. ………….


p o d

o k ł a d k ą

•• Wracam po drugim czytaniu, aby napisać coś jeszcze i dodać kilka zabawnych cytatów. „A niech cię, Tesla!” to cztery różne historie i cztery rodzaje klocków, które w którymś momencie, w jakiejś tam konfiguracji zaczynają do siebie pasować. Ale akurat to wiemy od razu, gdy na scenę wchodzą kolejne postacie i nowe sytuacje – żaden autor bowiem (nawet do cna zepsuty dystansem) nie pozwoliłby sobie na tak bezczelne niespięcie wszystkiego zgrabną klamerką. Cztery historie i występujące w nich jednostki można podzielić według klucza: „czynne–bierne”. Od naukowców i wynalazku Tesli wszystko wychodzi i tam też wraca – wojskowy projekt thereminu („humanitarnej broni masowego rażenia”) jest u Świdzińskiego takim spiritus movens całego tytułowego „a niech cię!”, pracownicy Państwowej Inspekcji Pracy i zdemaskowani radzieccy agenci są swego rodzaju zapalną iskrą, a pewien urzędnik – monologista doskonały i wielki wizjoner – po prostu trzyma w rękach zapalniczkę. Bierne, czyli niemające wpływu na bieg zdarzeń (choć jedna okazja się trafia), jest w tej historii jedynie małżeństwo, które rozprawia o „kałomoczach”, ubraniach i ludziach ze śmietnika. Oni są też jednymi z ofiar całego zamieszania, bo jak to w życiu zazwyczaj bywa – decyzje jednostek funkcyjnych odczuwa najbardziej masa zwykłych, nieświadomych ludzi (niebędących góralami). Tu warto wstawić jeden z obiecanych cytatów: „Górala nie dorwiesz. Tylko coś zbombarduj – oni już są w górach i żyją rok w jaskini, bez niczego, z owcą”.

133


134

p o d

o k ł a d k ą

Fabuła sama w sobie nie jest zbyt skomplikowana – można ją bez problemu ułożyć z dostępnych klocków w jedną spójną opowieść, uznając ją w dodatku finalnie za płytką. Byłby to jednak błąd, ponieważ cała zabawa zaczyna się dla nas dopiero wówczas, gdy zaczniemy składać części na poziomie klisz popkulturowych i historycznych, które Autor umieścił „pokątnie” (czyt. po kątach) w postaci samozapalających się ładunków. Jedno skojarzenie budzi kolejne – i tak sobie zmierzamy od formy wyjściowej przyobleczonej w szaty fantastyki naukowej prosto do nagiej prawdy o współczesności i nie tak dalekiej przeszłości. Czytamy swego rodzaju komentarz do…, ale raczej z pozycji świadka niezaangażowanego i zdystansowanego do świata przedstawionego. Wszystkie te historie poza maszyną wytwarzającą drgania modulowane przedmiotami znajdującymi się w ich polu spaja dość zawiesisty i klejący absurd. To jest główny bohater komiksu Świdzińskiego – bez niego nie byłoby w zasadzie o czym pisać. Gdyby potraktować tę historię śmiertelnie poważnie, trzeba byłoby przerobić całkowicie scenariusz i zatrudnić innego rysownika, który potrafiłby w kolorowych kadrach zakląć zarówno ludzkie emocje, barwną plejadę charakterów, spektakularne pościgi i wybuchy, jak i ściskający za serce morał. Hmm? Świadomy praw i obowiązków czytelnika i recenzenta wybieram jednak absurd. Bo któż przy zdrowych zmysłach wybrałby spektakularną akcję przy tak kwiecistych dialogach i kwestiach (uprzedzam, że lepiej smakują po zapoznaniu się z kontekstem sytuacji): „– Co Ty byś beze mnie zrobił? / – A co robi Kasprzak? Pewnie z nim bym coś porobił”. „W polityce trzeba mieć szerokie horyzonty, panowie, i telewizor”.

„Niech sobie jeszcze trochę posiedzą za łosiem. Zwykle nie ma okazji”. „W razie kryzysu w pierwszej kolejności należy dokopać i zastraszyć informatora”.

„– Nie wiem, jakoś źle się czuję, że w śmietniku mieszka człowiek. Nie chciałabym, żeby przeglądał moje śmieci. Co jem, co kupuję, notatki. / – Jakie notatki? / – No różne. Co kupuję, co jem…”. „Dzicy ludzie”. „Na miękko. W koszulce”. „Obsesja kontroli, poranne chodzenie do pracy, spanie w metrze, ludzki tetris”. „Operę budują, miejsce korespondencji i przenikania sztuk, zamiast spać jak ludzie”. Chcecie więcej? Dajcie mi godzinkę ……………………………………………………


p o d

o k ł a d k ą

••• Trzecie czytanie nie miało niestety ani miejsca, ani czasu. Prąd wyłączyli i nie było dobrego światła czy sprzyjających okoliczności, aby takowe nabyć. Dlatego też nie będzie ani głębszych analiz, ani zaskakującej puenty recenzji, a jedynie gratisowy rysunek mojego ulubionego bohatera, który mimo że odgrywa w komiksie rolę wyłącznie epizodyczną, to jego skok ma kolosalne znaczenie dla losów całej historii i ludzkości występującej w „Tesli” oraz – co za tym idzie – pięknej puenty Jacka Świdzińskiego. A poza tym jest miły.

•••• A tak w ogóle to wiecie, kim był Tesla?

THEREMIN – instrument muzyczny z grupy elektrofonów elektronicznych skonstruowany przez rosyjskiego fizyka i wynalazcę Lwa Termena (podobno pomysł podprowadził Nikoli Tesli). Wytwarza dźwięk o różnej wysokości i sile w zależności od odległości dłoni muzyka od dwóch umieszczonych na tym instrumencie anten. Dźwięki produkowane przez theremin przypominają w swym brzmieniu: wycie, jęk, kobiecy głos, gwizd, piłę, flet, skrzypce lub inne instrumenty. Bardzo szybko instrument trafił do filmu (np. „Urzeczona”, „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia”) oraz muzyki (m.in. Jean-Michel Jarre, Clara Rockmore czy genialny utwór Led Zeppelin „Whole Lotta Love” z 1969 r.).

Zródło ilustracji: WWW.KULTURA.COM.PL

135


136

p o d

o k ł a d k ą

Kot, który umiauł mówić Dawid Śmigielski

„Kot Rabina” Joann Sfar Wydawnictwo Komiksowe 2013

M

acie kota? Trzymajcie go z dala od gadających papug. W innym przypadku niektóre wydarzenia w waszym życiu mogą przybrać nieco dziwny obrót. Ale zacznijmy od początku. Ot pewien niezbyt urodziwy kot rabina zjada papugę, która umiała mówić, a raczej głośno kraczeć. Staje się cud i teraz również kot potrafi mówić. A może dopiero teraz domownicy są w stanie go zrozumieć? Tak czy inaczej błękitne kocisko otrzymuje dar mowy. O dziwo konsekwencje tego zdarzenia nie wywrócą świata rabina i jego córki Zlabii do góry nogami. Wszak kot da się porządnie we znaki rabinowi rabina, ale to w zasadzie tyle, ponieważ dar mowy nie jest najważniejszym elementem opowieści Joanna Sfara. A co nim jest? Codzienność. Słońce, religia, miłość, przywiązanie, herbata, trwoga, strach przed samotnością, anyżówka... Sfar wypełnił kadry „Kota Rabina” przyziemnymi rozterkami, które są skąpane w ciepłym słońcu Algierii, a czasem w zimnym deszczu Paryża. Towarzysząc bohaterom w ich codziennym życiu, możemy poczuć lekką zazdrość, patrząc na piękny kraj, w którym przyszło im mieszkać. To po prostu raj na ziemi. Efekt ten potęguje ciepła paleta barw, którą posługuje się autor „Klezmerów”. Kresce daleko jest do realizmu. Kadry są rozedrgane, pełne emocji. Czasem stworzone zaledwie za pomocą kilku kresek. Postacie potrafią być nieco zdeformowane (szczególnie tyczy się to zwierząt), ale nie sposób odmówić im żywiołowości i na-


p o d

o k ł a d k ą

137


138

p o d

o k ł a d k ą


p o d

turalizmu. Wizualna uczta stworzona przez Sfara sprawia, że nie można przejść obok niej obojętnie, a niejednego czytelnika wręcz nasyci prawdziwym pięknem. Wydany w ubiegłym roku intergral „Kota Rabina” zawiera wszystkie pięć tomów serii stworzonej przez Joanna Sfara. Dzięki temu polski czytelnik po kilku latach (wydawnictwo POST wydało tylko dwa albumy z przygodami kota „Bar Micwa” w 2004 roku i „Malka Lwi Król” w 2005) w końcu dostał możliwość przeczytania całej opowieści. Cierpliwość się opłaciła. Komiks Sfara zachwyca swoją mądrością i wizualną maestrią. Francuski artysta wypełnił swoje dzieło bohaterami, z którymi nie sposób się nie utożsamić. Są tak prawdziwi, że już zaledwie po kilku stronach lektury mamy wrażenie bezpośredniego przebywania z nimi. Świat przez niego stworzony wciąga nas, pochłania bez reszty. Sprawia, że czujemy na twarzy gorące słońce, sypki piasek, zimny deszcz, chłód cienia. Razem z bohaterami wypoczywamy pod fontanną, podróżujemy przez Afrykę, przeżywamy chwile strachu i napięcia podczas ważnego dyktanda. Ludzkie temperamenty doskonale uzupełniają zwierzęce charaktery. Kot jest dopełnieniem rabina. Jego drugą połową. Ukrytym „Ja”, wypowiadającym rzeczy, których rabin nigdy by się wypowiedzieć nie odważył. „Mój pan sądzi, że jestem złym zwierzęciem, że kłamię kiedy nie trzeba, a mówię prawdę tylko wtedy, gdy jest bolesna.” – wyznaje kot. I rzeczywiście tak jest aż do pewnego momentu, w którym zwierzę mówi coraz mniej i mniej. Ale nawet, gdy tak się dzieje, synteza obu bohaterów trwa. Razem śnią ten sam sen, razem cierpią po stracie swojej ukochanej Zlabii, która wychodzi za mąż i nie jest już tak oddana ojcu, jak i pupilowi, razem podróżują i są gotowi do największych poświęceń. Relacja człowiek/pan – zwierzę/przyjaciel wysuwa się na pierwszy plan. W „Bar Micwie” kot zaciekle dyskutuje z panem o religii, stara się podważyć jej sens w imię czystej negacji. Jednak rabin, w przeciwieństwie do swego mistrza, nie daje się sprowokować. Cierpliwie próbuje nauczyć czworonoga bycia „dobrym Żydem”. Sam przy okazji zwierza się ze swoich wątpliwości. Kot wydaje się tu głosem refleksji dla doświadczonego rabina. „Raj na ziemi” jest najsmutniejszym a jednocześnie najpiękniejszym fragmentem całości. Kot towarzyszy kuzynowi rabina – Malce i jego lwu w wędrówce od wioski do wioski. Malka para się obroną ludności przed… własnym lwem. Dla jednych jest bohaterem, dla innych przebrzmiałym reliktem. Kot musi w tym rozdziale zrozumieć, że śmierć może być wybawieniem. Doskonale rozumie to stary lew, najlepszy przyjaciel Malki. Starość nie radość – mówi Sfar, co nie znaczy, że jest pozbawiona godności. „Raj na ziemi” poprzedza najzabawniejszy rozdział tego wydania

o k ł a d k ą

zbiorczego. „Wygnanie” przenosi nas do Paryża. Rabin i kot udają się tam wraz z Zlabią i jej mężem, który notabene też jest rabinem, choć o nieco innych poglądach na pewne sprawy dotyczące wiary. Radykalne przestrzeganie szabatu zmusza bohaterów do rozłąki. Zbulwersowany rabin wyrusza na poszukiwanie swojego bratanka mieszkającego w mieście. W ślad za nim podąża wierne kocisko. Rozpoczyna się lawina komicznych sytuacji, które swoją kulminację będą miały w scenie artystycznego przesłuchania w spelunkowym teatrze. Czytając ten fragment, można dosłownie umrzeć ze śmiechu. Sfar doskonale operuje komizmem, i to komizmem na najwyższym poziomie. Perfekcyjnie potrafi wyważyć momenty zabawne z tragicznymi. Na twarzach bohaterów uśmiech gości równie często co przerażenie, zakłopotanie i złość. Najbardziej, mogłoby się wydawać, błahe zdarzenia potrafią przybrać nieoczekiwany, wręcz fantastyczny obrót, a te niezwykłe, jak dar mowy dla kota, szybko przechodzą do porządku dziennego. Dlatego dzieło Sfara czyta się z wypiekami na twarzy. Francuski artysta w tej magicznej opowieści porusza najważniejsze problemy towarzyszące ludzkości: antysemityzm, rasizm, fanatyzm religijny, wykluczenie społeczne. Jednak siłą tej historii nie jest poruszanie problemów samo w sobie, lecz nienachalne ich umieszczenie między kolejnymi kadrami i dymkami z tekstem, tak aby tworzyły uniwersalne dzieło. Dzieło skłaniające do szukania odpowiedzi na nurtujące nas kwestie. Czy je znajdziemy? Być może. W razie problemów zawsze możemy udać się po radę do najbliższego kota. Kto wie, może zjadł właśnie jakąś papugę?

W imieniu redakcji dziękuję WYDAWNICTWU KOMIKSOWEMU za egzemplarz recenzencki.

Zródło ilustracji: WWW.WYDAWNICTWOKOMIKSOWE.PL

139


a u t o r z y

n u m e r u

MARZEC-KWIECIEŃ T E A M

140

DAMIAN BUS (ur. 1983) – przedstawiciel working class.

BARTOSZ ADAMSKI

BARSZCZ BŁASZCZYK

Studiował filozofię na UMK w Toruniu. Kontestator, anarchista w 75%. Pasjonat filozofii, malarstwa i dobrej literatury. Pisanie jest dla niego formą

ur. 1988 w Toruniu, studia z ochrony dóbr kultury, Student filologii polskiej. Interesuje się dramatem

filozofii z komunikacją społeczną

modernistycznym (w szczególności twórczością

oraz kulturoznawstwa.

terapii. Podobno wytrawny kucharz.

Stanisława Wyspiańskiego oraz Jerzego Szaniawskiego). Wielki entuzjasta prozy Wiesława Myśliwskiego.

KOSMICZNY BASTARD

PIOTR BURATYŃSKI

ELA DOMINIAK & KRZYSIEK JOCZYN

Rocznik 1987

Mieszkają w Gdańsku.

Obywatel Wszechświata

RYSZARD DUCZYC fotograf i filmowiec


a u t o r z y

n u m e r u

CHAM FILMOWY opis: Brak mu ogłady, widocznie nie skończył odpowiednich studiów, ale ma chłopak gust. Krytyka filmowa prosto z najbardziej

ŁUKASZ GRAJEWSKI

intrygującego rynsztoku! Ur. 1989 roku w Toruniu. Absolwent studiów

HANNA GREWLING

pierwszego stopnia polonistyki UMK. Obecnie kontynuuje studia polonistyczne na drugim

urodziła się w 1979 roku et ceatera...

stopniu. Członek licznych kół naukowych, autor kilku publikacji. Interesuje się twórczością Leopolda Buczkowskiego, Jerzego Żuławskiego, Jerzego Pilcha i Zbigniewa Herberta. Miłośnik audiobooków oraz arcydzieł powieści, zwłaszcza francuskich. Zna się nieco na korekcie.

FILIP FIUK Rocznik ’86. Absolwent Politechniki Świętokrzyskiej. Wielbiciel komiksów ze świata DC Comics, filmów sci-fi oraz baczny obserwator popkulturowych zjawisk i trendów. Oddany i wierny fan Batmana i jego mitologii, nawet w tak

SZYMON GUMIENIK

kontrowersyjnym wydaniu jak filmowe wizje pana J. Schumachera. Mieszka gdzieś w południowo-wschodniej Polsce, z dala od wielkomiejskiego zgiełku i wszechobecnego „wyścigu

PAMELA CORA GRANATOWSKI

szczurów”. Lokalny patriota, wielbiciel Piwa oraz fan Bayernu Monachium.

aka phtalo manatee, rocznik 84, archeolog i antropolog kultury, kurator m.in. cyklu muzycznego ‚Cząstki Dziwne’. Miłośnik brzydoty, kuriozów i szamy.

redaguje od 8.00 do 16.00, po godzinach czyta, słucha i ogląda, czasem coś napisze.

141


142

a u t o r z y

n u m e r u

ANNA LADORUCKA GOSIA HERBA (rocznik`85) historyk sztuki, rysownik,

Pamięta jak przez mgłę, że kiedyś skończyła

ANNA KRZTOŃ

mieszka i tworzy we Wrocławiu,

biologię, po czym utknęła na dobre za biurkiem, gdzie swe rozliczne talenty składa na ołtarzu komercji. Równie wysoko ceni sobie samotność,

miłośniczka formatu GIF

Urodzona w Tarnowskich Górach w 1988, mieszka

jak i towarzystwo przyjaciół. Do szczęścia

www.gosiaherba.pl

i pracuje w Katowicach. Szczęśliwa absolwentka

potrzebna jej kawa, książka i święty spokój.

ASP Katowice. Zajmuje się grafiką wklęsłodrukową, komiksem i ilustracją. Kocha podróże, a w przyszłości planuje zamieszkać w Peru, nosić kolorową czapkę i paść lamy.

MACIEJ KRZYŻYŃSKI AGATA KRÓLAK

Rocznik 1987, przyrodnik lubiący litery, kolory i kształty.

(ur.1987) Jako ilustrator i grafik publikuje książki

http://mcross.carbonmade.com/

(“Ciasta, ciastka i takie tam”, “Różnimisie”, “Straszko”), ilustruje magazyny, projektuje dla firm i organizacji kulturalnych. Ukończyła ASP w Gdańsku. Pracowała w Warszawie i Nowym Jorku. W 2012 jej plakat był uczestnikiem 23-ego biennale plakatu w Wilanowie.

ANDRZEJ PIOTR LESIAKOWSKI


a u t o r z y

n u m e r u

JACEK SEWERYN PODGÓRSKI Podobno urodził się gdzieś w ciemnym borze. Ciągle się edukuje i pisze. Zapalony kolekcjoner komiksów Corbena i Moebiusa. Koneser włoskiego

JÓZEF MAMUT

Giallo. Lubi spieszyć się i spóźniać.

MAREK ROZPŁOCH

socjopatolog, psychonauta, filodox. Mutant cyberAgata Królak

netycznego post-renesansu. Wiecznie poszukujący

ilustr.

sensu w bezdennej wielowymiarowości istnienia.

POLECAM, GRAŻYNA TORBYTSKA https://www.facebook.com/PolecamGrazynaTorbicka

ARAM STERN Germanista z pasją teatralną. Zostawił kilka zdań

GRZEGORZ MALON

o niej w „Musli Magazine”, „Biuletynie ZASP”, „Teatrze dla Was”, „e-teatr.pl” i „Dzienniku Teatralnym”. Nie potrafi powiedzieć, w jakim jest

Urodzony 13 lutego w piątek. Rocznik 1987. Obsesyjnie pochłania każdy napotkany dźwięk. Głównym jego zajęciem jest odpakowywanie

KAROLINA ROBACZEK

nowo zdobytych płyt z muzyką. Miłośnik programu Trzeciego Polskiego Radia i wysublimowanych dźwięków.

doktorantka Katedry Kulturoznawstwa UMK

wieku; ten ciągle się zmienia.

143


144

a u t o r z y

n u m e r u

SZYMON SZWARC ur. 1986 r., poeta, muzykant, polonista, stypendysta. Teksty publikował m.in. w „Ricie Baum”, „Kresach”, „Portrecie”, „Tyglu Kultury”, „Blizie”, „Helikopterze”, „Instynkcie” i w „Dwutygodniku”. Wydał tom wierszy „Kot w tympanonie” (Biblioteka „Rity Baum”, Wrocław 2012 r.).

JOANNA WIŚNIEWSKA

Gitarzysta Jesieni, z którą nagrał płytę „Jeleń”. Mieszka w Toruniu i za granicą.

Rocznik ’86, z wykształcenia historyk sztuki, wielbicielka dobrych książek i podróży, ze słabością do barokowego malarstwa hiszpańskiego i czekolady.

MARTYNA WÓJCIK-ŚMIERSKA ’85 Absolwentka projektowania graficznego na UMK w Toruniu. Projektantka grafiki użytkowej (plakat, typografia, identyfikacja wizualna), równolegle współpracuje jako ilustrator z wydawnictwami prasowymi.

DAWID ŚMIGIELSKI

KAROLINA WIŚNIEWSKA

Współtwórca filmu dokumentalnego „Zakazany

Etatowa anglistka i dorywczy twórca czegokol-

owoc nr 6”. Urodził się w paskudnym szpitalu

wiek, zdany na łaskę ciągłych przypływów i od-

gdzieś w południowej Polsce. Uwielbia patrzeć na

pływów weny. Zakochana w przedmiotach czerpie

swoją półkę z komiksami. Czasem coś napisze.

treść z ich formy, docenia mistrzów designu tak samo, jak pospolite zrób-to-sam, które z uporem praktykuje na własnej przestrzeni. Całoroczna rowerzystka, podatna na huśtawki nastrojów, zawsze głodna nowej muzyki i Martini Bianco. Chorobliwie uzależniona od jazdy na rolkach, głaskania swoich kotów, letniego bujania na hamaku i słońca. Szczęśliwa, gdy nic nie musi.

Biogramy autorów tekstów literackich i twórców prac prezentowanych w „Tworach” znalazły się w sąsiedztwie ich dzieł. Dziękujemy wszystkim Współtwórcom numeru – zarówno Tym, których notki biograficzne tu widzimy, jak i Tym, którzy nie ośmielili się zamieścić informacji w tej tu rubryce; oraz Każdemu, kto w jakikolwiek sposób przyczynił się do powstania podwójnego marcowo-kwietniowego numeru „Menażerii”! PS Autorami zdjęć do wywiadu z Pawłem Tchórzelskim w nr 11-12 są operatorzy filmu „Caissa”: Łukasz Bieńkowski i Radosław Naworski. Przepraszamy najmocniej za pomyłkę.


o d s ł o n y

WSKI

NDRZEJ RYS. A

LESIAKO

Menażeria REDAKCJA Bartosz Adamski, Karol Barski, Kosmiczny Bastard, Karolina Natalia Bednarek, Barszcz Błaszczyk, Piotr Buratyński, Konrad Burzyński, Małgorzata Burzyńska, Maria Dek, Bartosz Dobrzelecki, Małgorzata Drążek, Ryszard Duczyc, Hanna Grewling, Michał Groszewski, Łukasz Grajewski, Pamela Cora Granatowski, Michał Grzywiński, Szymon Gumienik, Gosia Herba, Krzysztof Joczyn, Andrzej Kilanowski, Justyna Kociszewska, Anna Krztoń, Justyna Krzywicka, Michał Kowalski, Maciej Krzyżyński, Magdalena Kus, Anna Ladorucka, Andrzej Lesiakowski, Beata Ludwin, Wiktor Łobażewicz, Sławomir Majoch, Grzegorz Malon, Józef Mamut, Andrzej Mikołajewski, Bogna Morawska, Dariusz Ozimkiewicz, Jacek Seweryn Podgórski, Karolina Robaczek, Marek Rozpłoch, Paweł Schreiber, Sabina Sokół, Iwona Stachowska, Aram Stern, Szymon Szwarc, Dawid Śmigielski, Maciek Tacher, Monika Wieczorkowska, Karolina Wiśniewska, Martyna Wójcik-Śmierska, Mateusz Wysocki, Julian Zielonka Redaktor naczelny: Marek Rozpłoch, e-mail: mrozploch.menazeria@gmail.com Zastępca redaktora naczelnego: Aram Stern, e-mail: stern.menazeria@gmail.com Sekretarz redakcji: Piotr Buratyński, e-mail: piotrburatynski@gmail.com Dyrektor artystyczny: Martyna Wójcik-Śmierska Administrator bloga i strony na Facebooku: Anna Ladorucka, e-mail: redakcja.menazeria@gmail.com Szata graficzna i logo: Monika Wieczorkowska Redaktorzy działu „Teksty literackie”: Hanna Grewling, Szymon Szwarc Redaktor działu „Twory”: Gosia Herba Redaktorzy działu „Pod okładką”: Jacek Seweryn Podgórski, Dawid Śmigielski, e-mail: podokladka.menazeria@gmail.com Korekta: Bartosz Adamski, Małgorzata Burzyńska, Łukasz Grajewski, Szymon Szwarc, Karolina Wiśniewska Skład: Michał Grzywiński, Maciej Krzyżyński, Jacek Seweryn Podgórski, Marek Rozpłoch E-mail: redakcja.menazeria@gmail.com WYDAWCA: Stowarzyszenie Kulturalno-Artystyczne „Megafon”, strona: https://www.facebook.com/ska.megafon e-mail: herbu_megafon@op.pl

145



Menażeria nr 13 14