Issuu on Google+

MAGNIFIER Nr 1 (01)/2014

Kiedy ubrać się w PIDŻAMĘ?

Mgliste Magiczne Poranki

Czyste Nieczyste

Na skraju świata


A w szy stk o za częło si ę przy k a w i e. . .

Od pomysłu do realizacji długa droga. I tak przy hektolitrach kawy, główkowaniu, dwojeniu się i trojeniu, powstał MAGNIFIER. Postawiliśmy na prostotę. Przynajmniej na razie, ale tak jak każdy człowiek wraz z  nabyty doświadczeniem i wiedzą się zmienia, tak i  zmieniać się będzie to czasopismo. Czy każdy znajdzie coś dla siebie? Nie wiem, gusta są przecież różne, jednak będzie różnorodnie! Każdy ma inne podejście do świata i  na co innego zwraca uwagę. MAGNIFIER to LUPA, a więc my będziemy się przyglądać różnym sprawom, czy to społecznym, czy też kulturowym. Choć nasza ekipa, jak na razie jest mała, tak każdy dał z siebie tyle ile był w stanie. Streszczanie i chwalenie się tym co jest w środku nieco mija się z celem. Przecież gdy ktoś zechce, to i tak zajrzy i przeczyta, a jeśli nie, to skończy oglądanie na okładce. Parę działów o przewrotnych nazwach, kilkanaście tekstów, zahaczających m.in. o kino, teatr, muzykę, literaturę i sprawy społeczne. Nie powinno oceniać się po okładce, dlatego zachęcam do przejrzenia. Może ktoś jednak znajdzie coś interesującego dla siebie. Polecam! Redaktor Naczelna Klaudia Chwastek

Redaktor naczelny: Klaudia Chwastek Zastepca redaktora naczelnego: Paulina Kosowska Redakcja: Mundek Koterba, Paula Gotszlich, Michał Kózka Korekta: Karolina Korbut, Katarzyna Dziuba, Agnieszka Kryca, Weronika Panecka Grafika: Betina Bożek, Paulina Kosowska Kontakt: redakcja.magnifier@gmail.com https://facebook.com/czasopismomagnifier

http://instagram.com/czasopismomagnifier

2


MAGNIFIER 1/2014

SPIS TREŚCI: Miniaturka Człowieka 6 Wszyscy jesteśmy klientami 11 Młody nie znaczy zły 14 Z plecakiem przez świat 18 Kac Kraków 24 Transfuturo 29 Molier trzyma się mocno 32 Na skraju świata 35 Kiedy ubrać się w PIDŻAMĘ? 39 Zamach na koncert 41 Podaruj książce drugie życie 44 Mgliste Magiczne Poranki 47 Czyste, Nieczyste 52

3


Młodość nie nadaje się do uwodzenia, to wiek, w którym powinno się być uwodzonym. Colette


5


M I N I A T U R K A C ZŁO W I E K A Z doktor nauk medycznych Beatą Rzepecką­Węglarz, ordynatorem Oddziału Neonatologicznego Szpitala Ujastek w Krakowie, rozmawiała Klaudia Chwastek.

Klaudia Chwastek: Z wykształcenia jest Pani pediatrą neonatologiem, czyli zajmuje się Pani tymi najmniejszymi pacjentami. To w Pani ręce trafia noworodek zaraz po urodzeniu? Beata Rzepecka-Węglarz: Tak. W ośrodku mamy trzeci stopień, co oznacza, że przyjmujemy dzieci nie tylko urodzone o czasie, czyli pomiędzy trzydziestym ósmym a czterdziestym drugim tygodniem, ale też przyjmujemy wcześniaki sprzed trzydziestego czwartego tygodnia. W związku z tym wszystkie dzieci, czy urodzone o czasie, czy wcześniaki trafiają w ręce moje albo mojego zespołu. Czy na przestrzeni ostatnich lat uległ zmianie proces zajmowania się dziećmi tuż po urodzeniu? Bardzo. Dawniej mama widziała dziecko w zasadzie chwilkę po urodzeniu i tuż przed wypisem do domu. W tym czasie było ono praktycznie cały czas na oddziale. Natomiast teraz przykłada się bardzo dużą wagę do tego, aby matka była cały czas z  dzieckiem. Jeżeli są to noworodki urodzone o  czasie, to mama może właściwie zaraz po porodzie przystawić dziecko do piersi. I to się zmieniło przede wszystkim. Nie godzinę, dwie, trzy po urodzeniu. Może się do malucha przytulić. Takie przytulanie nazywamy „kangurowaniem”, czyli „skóra do skóry”, i w zasadzie, o ile nie ma żadnych przeciwwskazań, aby dziecko było z  matką, to do momentu wyjścia ze szpitala dziecko jest z nią cały czas. Jest to system rooming in – nieprzerwany kontakt dziecka z matką. I  w  takich schematach powinny pracować wszystkie oddziały neonatologiczne. 6

A wcześniaki? Troszkę inaczej jest z wcześniakami albo nawet z  takimi dziećmi, które urodziły się o czasie, ale mają problemy z układem oddechowym lub pokarmowym. Są to przyczyny, które powodują, że mama nie może być z dzieckiem. Te dzieci trafiają wtedy na oddział patologii noworodka albo oddział intensywnej terapii. Charakter tych oddziałów jest troszkę inny. Mama przychodzi w wyznaczonych godzinach, aby pobyć z maluszkiem. U mnie na oddziale intensywnej terapii nawet te najmniejsze dzieci, które ważą 500–700 gramów, są przytulane nie tylko przez mamę, ale też przez tatę. Nazywamy to „kangurowaniem”, czyli tak jak wcześniej powiedziałam, jest to kontakt „skóry do skóry”. Polega to też na tym, że jeżeli mama rodzi dziecko wcześniej, to więź nawiązywana pomiędzy matką a nim jest troszkę zaburzona, ponieważ matka nie ma go wtedy przy sobie. W związku z  tym jeżeli przychodzi na oddział do swojego malucha, a jego stan na to pozwala, nawet jeśli dzieci są zaintubowane czy wspomagane oddechowo w systemie nCPAP, mama je przytula pod kontrolą naszych pielęgniarek. I przede wszystkim jest to dobre dla rodziców, bo u nas tatusiowie też przytulają. Można też zauważyć, jaki ma to wpływ na zachowanie dzieci. Te, które mają na przykład tachykardię, są niespokojne, kiedy nie ma mamy, natomiast gdy się je przytula, szczególnie gdy przytula mama lub tata, uspokajają się. Dzieci znają głos mamy, słyszą bicie serca, znają je przez osiem, dziewięć miesięcy, co powoduje, że są spokojniejsze. W tej chwili w  krajach zachodnich, a także u nas, staramy się, aby w momencie, gdy coś robimy u tych dzieci, na przykład wkłuwamy się czy zakładamy wejścia


MAGNIFIER 1/2014

centralne, mama trzymała je przy sobie (o ile się dzieje w tej ciąży, jest jakieś zagrożenie. Jeśli oczywiście jest to możliwe), ponieważ jest to dla kobieta czuje jakieś dodatkowe ruchy w trakcie ciąży, w szóstym, siódmym miesiącu czy wcześniej, niego mniejszy stres. to podaje się leki, które mają pomóc w dojrzewaniu Czyli „kangurowanie” ma przede układu oddechowego. Podaje się sterydy lub jeśli wszystkim wpływ na zachowanie towarzyszą kobiecie jakieś zachorowania, które też mogą stymulować poród przedwczesny, takie jak noworodka w takim momencie? Działa przeciwbólowo, przez co dziecko się zakażenia pochwy czy zakażenia układu uspokaja, a także nawiązuje się jego więź z mamą moczowego, można podawać antybiotyki. Trzeba robić badania w czasie ciąży, aby się o tym i tatą. przekonać. Jakie są główne przyczyny wcześniejszych urodzeń? Czy można to Jakie są główne problemy zdrowotne przewidzieć bądź zapobiec u wcześniaków? Przede wszystkim wcześniak, który się rodzi, jest wcześniejszemu porodowi? Nie można przewidzieć porodu przedwczesnego, nie tylko małym człowiekiem, ale jest w całości natomiast można przeciwdziałać, kiedy wiemy, że niedojrzały. Czyli dzieci, które rodzą się poniżej na przykład w rodzinie była tendencja do tego, że trzydziestego tygodnia, są ekstremalnie małe rodziły się wcześniaki albo była niekorzystna i  mają każdy układ – układ oddechowy, układ przeszłość położnicza u mamy. Czyli jeżeli druga, krwionośny, skórę, przewód pokarmowy – trzecia ciąża kończyła się porodem niedojrzały. Zatem nie jest to tylko miniaturka przedwczesnym, to wtedy jest duże człowieka, która waży mniej, ale jest to człowiek prawdopodobieństwo, że ta też skończy się całkowicie niedojrzały. Jeżeli poród miałby się wcześniaczym porodem. Wtedy, jeżeli cokolwiek skończyć w trzydziestym tygodniu, to tyle by

fot. Klaudia Chwastek

7


trwała ciąża, a my mamy aż tyle tygodni ponad to, czyli osiem albo nawet dwanaście, i nie ma możliwości, aby wszystkie organy były w pełni dojrzałe. Jednak największym problemem u  wcześniaków jest układ oddechowy, ponieważ dojrzewa w czterech cyklach i jeśli noworodek rodzi się wcześniej, nie ma nie tylko prawidłowo wykształconych pęcherzyków płucnych, ale też naczyń, które oplatają pęcherzyki. I co wtedy dzieje się z takim wcześniakiem? Trzeba mu pomóc. Trzeba go wtedy zaintubować, trzeba mu podać specjalny preparat – surfaktant, który wypełnia pęcherzyki płucne, albo jeżeli ma napęd oddechowy i radzi sobie z tym, to trzeba go tylko wspomóc. Wtedy mówimy o tak zwanym nieinwazyjnym wspomaganiu oddechu, czyli nCPAP-ie. Obecnie lekarze są w stanie uratować malucha, który waży dużo poniżej 1000 gramów. Dzięki czemu mogą to zrobić? To zasługa postępu w medycynie czy w technologii? To są dwie rzeczy. Czyli właśnie postęp nauki, bo neonatologia w ciągu piętnastu lat przeszła od zera do osiemdziesięciu procent. Piętnaście lat temu wiedzieliśmy bardzo mało na temat tego, jak postępować z tymi ekstremalnie małymi noworodkami. Teraz oczywiście też nie wiemy wszystkiego, ciągle się uczymy, ale wiemy dużo lepiej, jak pomóc dzieciom. Natomiast drugą rzeczą jest to, że musimy mieć wysoko wyspecjalizowany sprzęt, taki jak inkubatory otwarte czy zamknięte, które maja imitować macicę, co oznacza, że jest tam odpowiednia wilgotność, temperatura, światło albo brak tego światła, bo my zacieniamy. Oprócz tego respiratory, czyli urządzenia do inwazyjnego wspomagania oddechu i nCPAP-y do jego nieinwazyjnego wspomagania. Bez tego nawet gdybyśmy mieli tę wiedzę, nie potrafilibyśmy tych maluchów uratować. Bardzo ważna jest także możliwość obrazowania. Piętnaście lat temu nie było tak dobrych aparatów USG, żeby można było obejrzeć zaraz po urodzeniu głowę dziecka, na podstawie czego moglibyśmy wykluczyć wady wrodzone, czyli takie jak wady przewodu pokarmowego czy wady kardiologiczne, które 8

wymagają wspomagania zaraz po urodzeniu i  stosowania odpowiednich leków. Wtedy musieliśmy czekać na objawy, które wystąpią, i na nie reagować. W momencie kiedy możemy to wcześniej zdiagnozować, jesteśmy na to przygotowani. Jednak nie zawsze udaje się uratować noworodka. Co czuje lekarz, który starał się zrobić wszystko, by uratować takiego malucha? Bezsilność? Nie tylko. Zawsze zadaję sobie pytanie, czy na pewno wszystko zdiagnozowałam, czy na pewno zrobiłam tak jak trzeba, czy może można było zrobić coś więcej. Zawsze na oddziale intensywnej terapii jest taka zasada, że trudne przypadki, jeżeli to nie jest dyżur, omawiamy wspólnie. Ktoś przecież może zwrócić uwagę na coś, co się wcześniej przeoczyło. W związku z tym bardzo ważne jest, jeśli nie wychodzi nam leczenie, coś złego się dzieje, żeby to konsultować z zespołem, omawiać taki przypadek, bo wtedy uczą się nie tylko młodzi, rezydenci czy stażyści, ale też my. Każdy z nas ma inne spostrzeżenia i każdy z nas może mieć czasem różne pomysły. Natomiast każdy z nas przeżywa śmierć dziecka, tak jak przeżywają ją rodzice. Nie można wyjść tak jak się wychodzi z biura i powiedzieć: „więcej mnie nie interesuje”. Zawsze gdzieś w nas to siedzi, dlatego intensywna terapia jest bardzo stresogenną dziedziną medycyny. A rodzice? Czy w przypadku, gdy życie ich dziecka jest zagrożone, dostają jakąś specjalistyczna opiekę? Tak. Na oddziale intensywnej terapii czy patologii noworodka powinien być, tak jak u nas, psycholog, który nie tylko w momencie śmierci dziecka pomaga rodzicom, ale także przychodzi codziennie na oddział, rozmawia z lekarzem, który dany oddział prowadzi i pyta o stan dziecka – czy uległ on polepszeniu, czy pogorszeniu – i wtedy z tymi rodzicami rozmawia. Pyta, czy życzą sobie takiej opieki i jak może im pomóc. A potem, wiedząc, jakie to dziecko ma problemy, może udzielić im pomocy.


MAGNIFIER 1/2014

fot. Klaudia Chwastek

A noworodki urodzone w terminie? Jakie są ich najczęstsze problemy zdrowotne? Wady wrodzone niezdiagnozowane wcześniej albo wady, których nikt nie widział albo nie dało się ich skorygować wcześniej wewnątrzmacicznie. Czyli na przykład wady przewodu pokarmowego, wady kardiologiczne, genetyczne. To są najczęstsze problemy. Można je wykryć badaniami prenatalnymi? Nie zawsze. Badania prenatalne są to badania obrazowe, podczas których można zobaczyć jak wyglądają wszystkie kończyny, jak wygląda głowa, brzuszek, sprawdzić, czy nie ma wodogłowia. Ale czasem dziecko tak się układa, że nie ma takiej możliwości. Poza tym niektórych wad kardiologicznych nie widać i można je wykryć dopiero po urodzeniu. Niektóre wady przewodu pokarmowego też są niewidoczne albo mało widoczne. Dla kogoś, kto mało ogląda, a  szczególnie dla młodych lekarzy, mogą być zupełnie nieuchwytne do zdiagnozowania.

Badania prenatalne są w stu procentach wiarygodne? Nie. Czyli może zdarzyć się tak, że wady wykrytej podczas badań prenatalnych po porodzie nie będzie? Żeby być w stu procentach pewnym – szczególnie dotyczy to ewentualnej terminacji ciąży – w  badaniach prenatalnych, które składają się z kilku części, można zrobić amniopunkcję, czyli pobranie płynu owodniowego. Mówi nam o tym, jaki jest kariotyp dziecka, i można wykluczyć pewne wady letalne – i wtedy to jest sto procent. Nie można jednak wykryć mikrodelecji, czy różnych innych zmian. Wtedy badania na pewno nie są w stu procentach wiarygodne. Cały czas dużo mówi się o in vitro. Czy miała Pani u siebie na oddziale dziecko poczęte w ten sposób? Kilkoro.

9


Czy proces zajmowania się takim dzieckiem wygląda tak samo? Czy znajdują się one w grupie podwyższonego ryzyka? Absolutnie nie. I nawet gdybym wiedziała, że te dzieci są z in vitro, nie poddałabym ich żadnym innym badaniom niż dzieci urodzone o czasie czy wcześniaki.

My robimy takie spotkania „Blisko siebie”. To są spotkania, które są organizowane raz w roku i  zapraszamy na nie wszystkie wcześniaki, które urodziły się w naszym szpitalu. Kiedy widzimy, że Bartuś, który ważył 500 gramów, bo urodził się w dwudziestym piątym tygodniu, był ekstremalnie mały i tak naprawdę nie wiedzieliśmy, czy przeżyje – ma w tej chwili trzy latka, biega, zachowuje się ładnie, widzi, reaguje na nasze polecenia, to Obecnie matki z dziećmi mogą być możemy tylko się z tego cieszyć. To daje bardzo wypisywane już po ośmiu godzinach po dużego powera do tego, żeby pomagać tym porodzie. Czy na pewno jest to dzieciom najlepiej, jak się da. bezpieczne dla matki i dziecka? Wszystko zależy od tego, czego chce mama. Takie Czyli utrzymuje Pani cały czas kontakt wypisanie nastąpi tylko wtedy, gdy nie będzie z tymi dzieciakami? żadnych zastrzeżeń co do noworodka, jeżeli mama Tak. Myślę, że neonatologia po prostu to wymusza, będzie umiała sobie z nim poradzić. Myślę, że te aby człowiek widział, jakie dzieci wypuszcza i jak wcześniejsze wypisywania nie będą z góry te dzieci się dalej rozwijają. Oczywiście nie jest tak, ustalone w każdym szpitalu, tylko zostaną wydane że sto procent dzieci przeżywa i że sto procent na prośbę matki i za zgodą lekarza prowadzącego. tych, które wypisujemy, nie ma uszczerbku na I tylko wtedy ma to sens. Jest to dobra decyzja dla zdrowiu. Bo to by było piękne. Tak nie jest, ale matek, które urodziły drugie, trzecie czy czwarte duża część tych dzieci, które wychodzą, naprawdę dziecko, które będą umiały zająć się noworodkiem, rozwija się prawidłowo. i na które rozłąka z poprzednimi dziećmi źle wpływa. Jednak za tym musi pójść opieka nad Jest jakiś pacjent, który szczególnie maluszkiem, który jest wypisywany do domu. Mam utkwił Pani w pamięci? na myśli to, że niektóre wady kardiologiczne Jest dużo takich pacjentów. Właśnie wspomniany ujawniają się dopiero w trzeciej, czwartej dobie. W Bartek, który rok temu na spotkaniu „Blisko związku z tym mama musi być poinstruowana o siebie” przybiegł do mnie z bukietem kwiatów tym, co może się stać, na co ma zwrócić uwagę w i  powiedział „dziękuję”. I to są takie chwile, na tym czasie: na zachowanie dziecka, zabarwienie które człowiek czeka. skóry, na tor oddychania. Ale za tym musi też iść opieka specjalisty. Po skończonej pierwszej, A jakie rady dałaby Pani rodzicom drugiej, trzeciej dobie powinna nastąpić wizyta wcześniaków? lekarza albo pielęgniarki środowiskowej. Aby wierzyć i mieć nadzieję, ale też pamiętać, że droga od urodzenia do wyjścia takiego malucha Aż tak przywiązała się Pani do swojej jest długa. Ale potem też długa trasa. Bo każdy pracy? wcześniak, szczególnie ten ekstremalnie mały, to Nie. Neonatologia jest specyficzną dziedziną. W jej zawsze jest dzieciak, przy którym potrzeba dużo zakresie są jakby trzy inne. Mamy troszkę pracy. Szczególnie pracy rodziców, na której opiera anestezjologii, pediatrii, a oprócz tego chirurgii. się wczesna rehabilitacja dająca szansę na to, że Neonatolog musi umieć zaintubować, musi umieć maluch będzie się rozwijać prawidłowo. zinterpretować wyniki, musi umieć zaopatrzyć odmę, musi potrafić nakłuć serce. Robi dużo chirurgicznych rzeczy. I fascynujące jest to, że maleństwo, które waży 500–600 gramów, za kilkanaście miesięcy przeistacza się w człowieka i  on potrafi przyjść na własnych nóżkach i podziękować. Większość takich szpitali, które ma trzeci stopień, ma kontakt ze swoimi pacjentami.

10


MAGNIFIER 1/2014

WSZYSCY JESTEŚMY KLIENTAMI K la u d i a Ch w a stek

K

ażdy z nas ma do czynienia z obsługą klienta. Rzadziej bądź częściej, ale jednak ma i nie da się od tego uciec. Czy to w urzędach, prywatnych firmach bądź telefonicznie. Cechą charakterystyczną jest stanie w kolejkach albo oczekiwanie na połączenie, co idealnie zobrazował Maciej Stuhr w swoim skeczu pt. Rozmowa telefoniczna, w którym pokazał z jednej strony rozmowę z samym sobą, a z drugiej – co trzeba przeżyć, by coś załatwić. I gdy już wystoimy swoje, i wreszcie przychodzi nasza kolej, okazuje się, że to wcale nie był wierzchołek góry lodowej. Czasem to nie na stanie w kolejce przeznaczamy najwięcej czasu, tylko na użeranie się z osobą, która w teorii powinna nam pomóc. Niekompetencja goni niekompetencję Gdy w końcu dobrniemy do wymarzonego „okienka”, mamy nadzieję, że pani/pan rozwiążą nasz problem, udzielą wyjaśnień, przyjmą wniosek/skargę/reklamację albo po prostu w przystępny sposób wyjaśnią nam, co i jak należy zrobić. Spodziewamy się na tych stanowiskach osób kompetentnych, cierpliwych i znających się na tym, co robią. Jestem osobą, która dość często ma styczność z  obsługą klienta i to w naprawdę różnych instytucjach. Mając jakąś sprawę, nie oczekuję ani, że ktoś mi obieca gruszki na wierzbie, ani że obdaruje mnie szerokim uśmiechem zadowolenia. W pełni rozumiem, że ośmiogodzinne użeranie się z ludźmi nie jest wymarzoną pracą dla osób, które pewnie mają wyższe wykształcenie, jednak sytuacje, jakich byłam świadkiem, nie pokazują, by były to kompetentne osoby. Proszę chwileczkę zaczekać... Po urzędnikach państwowych można się naprawdę spodziewać różnych rzeczy. To oni są guru, a nie ty – mały, szary człowieku, który przyszedłeś coś załatwić. Na to jestem jeszcze w stanie przymknąć oko. Są wielce zapracowani, dlatego trzeba odstać swoje w kolejce bądź nie czekać w żadnej, tylko po prostu czatować pod drzwiami, aż znajdzie się dla ciebie czas. A taką ważną sprawą może być na przykład rozmowa dwóch pań urzędniczek o piciu alkoholu, która odbywała się w mojej obecności. Obie kobiety tak pochłonęły rozważania o tym, iż lepiej pić w piątek, bo do poniedziałku bez problemu da się wytrzeźwieć, a z dnia na dzień jest ciężko, że prawie w ogóle nie zwróciły uwagi na moją

rys. Betina Bożek

11


obecność. Nie zważając na nic, nadal dyskutowały, a ja nie wiedziałam, czy im przerwać tę pogawędkę, czy też uświadomić, że to, o czym rozmawiają, jest oczywiste. W innych przypadkach styczności z osobami obsługującymi interesantów albo ktoś nie był w  stanie normalnie się porozumiewać, tylko coś mruczał pod nosem, albo myślał, że potrafię czytać w myślach, bo nie odezwał się ani słowem. Nie wiem, być może nikt tym osobom nie uświadomił, że podstawą ich pracy jest komunikacja z klientem. Czy wiesz może... O ile praca w urzędzie jest taka, a nie inna, to jednak wydawać by się mogło, że w firmach prywatnych powinna wyglądać zgoła odmiennie. Ogłoszenia są przeróżne i każde przedsiębiorstwo ma inne wymagania. Na takie stanowiska zatrudniane są osoby z wykształceniem i o ile nie należy od nich wymagać „cudów”, to jednak wypadałoby, aby posiadały choć podstawową wiedzę potrzebną do pracy. Jednak tak nie jest. Nie

rys. Betina Bożek

12

potrafią zrobić banalnych rzeczy, z którymi powinni być zaznajomieni; ich wiedza powinna wynikać z funkcjonowania w XXI wieku. Przykładem może tu być obsługa poczty elektronicznej. I pomijając fakt, że pani pytała o to kolegów z pracy w obecności klientów sklepu, to nikt jej nie pomógł, no bo przecież każdy pilnuje własnego podwórka, dba o własny interes i z jakiej racji ma pomagać koledze z pracy. Trwający wyścig szczurów w połączeniu z niekompetencją może zwiastować tylko katastrofę. Gdybym zaczęła przytaczać kolejne przykłady, pokazałabym już tylko głupotę tych ludzi. Zupełnie inną kwestią jest to, że gdy klient chce coś załatwić, wie znacznie więcej (np.  o  obowiązującej ofercie) niż osoba, która pracuje w danej firmie i powinna posiadać tę wiedzę. Chcąc coś załatwić, mamy nadzieję na profesjonalną obsługę, a nie dokształcanie kogoś. Czy to przy rozmowie twarzą w twarz, czy też przy załatwianiu czegoś przez telefon, już kilkakrotnie zdarzyło się, że wiedziałam więcej niż pan czy pani, z którymi rozmawiałam. Nie wiem, z czego to może wynikać, bo to nie był pojedynczy przypadek, a ja nie wymagałam niemożliwego. Jeszcze chwileczkę, jeszcze momencik Faktem jest, że czasami załatwienie konkretnej sprawy dłuży się niemiłosiernie. Z jednej strony stoi za tym biurokracja i  spisanie/wypełnienie/podpisanie kilkunastu papierków. Z drugiej jednak strony ciągłe wykonywanie telefonów przez pracownika firmy w  celu upewnienia się, co zrobić, również jest czasochłonne, a co za tym idzie – denerwujące. Klient chce być szybko i sprawnie obsłużony, a  ciągłe telefony z dopytywaniem, co i jak, tylko przeszkadzają i przedłużają całą sprawę. Nie mam tu na myśli dopytywania się o bardzo skomplikowane kwestie, to byłoby zrozumiałe, ale o problemy błahe, które każdy pracownik powinien umieć rozwiązać. Klienci tylko się denerwują, zarówno ci, którzy już odstali swoje, jak i ci, którzy nadal wyczekują w kolejce. A jest to wyłącznie brak szacunku dla czasu osób oczekujących. Zgodnie z zasadami wzorowej obsługi klienta dostępnymi na różnych portalach internetowych osoby pracujące w sektorze usług powinny być kompetentne, cierpliwe i wyrozumiałe oraz obsługiwać w miarę szybko. Niestety, zasady zasadami, a w praktyce bywa zupełnie inaczej. Takim osobom często brakuje wiedzy z zakresu pełnionych obowiązków, są nieuprzejme, a klienta


MAGNIFIER 1/2014

nie traktują z należnym szacunkiem wyglądać odmiennie. Osoby pracujące za biurkiem pewnie i nie są w stanie postawić się w sytuacji postrzegają tę kwestię zupełnie inaczej, jednak od czasu do osoby, którą obsługują. czasu wypadałoby, żeby postawiły się w roli klienta i pomyślały o tym, jak same chciałyby być traktowane. A może nowego iPhone'a? Gdy jednak obsługa klienta polega na Ale! sprzedaży, naprawdę dzieją się cuda. W tym całym „obsługowym biznesie” zdarzają się też wyjątki. Oczywistym jest, że ta praca to Niektórzy się uśmiechną, pożartują i nawet pomogą wypełnić „wciskanie” towarów klientom. Kto wniosek. Są cierpliwi i odpowiedzą na nurtujące pytania. więcej sprzeda, ten więcej zarabia. Ale Sprawdzą, co trzeba, i upewnią się, czy aby na pewno czy wpychanie na siłę produktu wszystko jest w porządku, a na koniec życzą miłego dnia. W naprawdę powinno mieć miejsce? takich warunkach sprawy załatwia się o wiele przyjemniej Ludzie młodzi są jeszcze w stanie się i szybciej, nawet jeśli trzeba przejść pół budynku, by osiągnąć przed tym bronić. Zwracają uwagę na cel. Czasami zależy to od nas samych i naszego podejścia do „haczyki”, wiedzą, o co pytać i czego tego, co zamierzamy uzyskać. Nie zawsze jest miło nie podpisywać. Jednak gdy to osoba i  przyjemnie i po prostu, najzwyczajniej w świecie, trzeba starsza pada ofiarą naciągania na kupno mieć na uwadze swój własny interes. np. nowego smartfona, nie ma jak się bronić. Handlowcy biorą na litość. Usiłują sprzedać coś, co zupełnie nie jest potrzebne starszej pani na emeryturze. Gdy z kolei przyjdzie takiej osobie np. zrezygnować z podpisanej umowy bądź złożyć reklamację, też nie jest jej łatwo. Nie wie, co ma robić, a  pracownik raczej nie pomaga. Wszystko się dłuży, przeciąga, tylko dodaje staruszkom więcej nerwów. Kruczki, gwiazdki, drobne druczki Jedno jest pewne. Chcąc coś załatwić, należy dbać o swój interes. I choć Ameryki tym nie odkryłam, to naprawdę trzeba mieć się na baczności. Kolejek nie ominiemy, załatwiania naszych spraw też nie. A poprawa obsługi nie leży w kwestii zwykłych ludzi, tylko pracodawcy. Kruczki, gwiazdki, drobne druczki – należy na nie uważać i nie dać się nabierać na „cudowne” promocje. Mimo że już część spraw rzeczywiście można zrealizować przez Internet, to w  większości przypadków nadal trzeba załatwiać wszystko osobiście. Konsument ma swoje prawa, ale należy brać pod uwagę wszystkie podejrzane kwestie, by potem nie spędzać w kolejce kolejnych godzin na rozwiązywaniu problemów i nie tracić niepotrzebnie nerwów. Każdy medal ma dwie strony. W zależności od przysłowiowego „punktu siedzenia” wszystko może

rys. Betina Bożek

13


M Ł O D Y N I E

C

Z N A C Z Y

zęsto się słyszy, że młodzi są źli, niewychowani, niekulturalni, chamscy i właściwie to tylko piją i palą, a jedyne, co im w głowie, to imprezy. Nie ustępujemy miejsca w tramwajach, wszędzie nas pełno i według starszych osób przydałaby się nam wszystkim porządna kindersztuba. Wszystkich wrzuca się do jednego worka z napisem „źli”. A to błąd! Znaczna część młodych ludzi jest bardzo dobrze wychowana i zdaje sobie sprawę, jak się zachować, a przede wszystkim, że należy ustąpić starszej pani miejsca w tramwaju. Jednak nie zawsze jest to możliwe. Młodość nie w każdym przypadku oznacza bycie w stu procentach zdrowym. Każdy może mieć gorszy dzień, źle się czuć bądź wracać po harówce od świtu do nocy i najzwyczajniej w  świecie ma prawo do bycia zmęczonym. Starsi w  tramwajach patrzą na takie młode osoby, które zajmują miejsca, jakby te wyrządzały im wielką krzywdę. Będą stać, sapać, podczas gdy dwa metry dalej jest wolne miejsce. W tramwajach dzieją się różne „cuda”. Weźmy pod uwagę, że nieważne, o  której godzinie wsiądzie się do tramwaju, osoby starsze będące na emeryturze tam są. Lekarze, zakupy, ale czy wszystkie babcie i dziadkowie jeżdżą codziennie do przychodni i szpitali? Traktowanie wszystkich młodych ludzi tak samo jest niesprawiedliwe. Wielu z nich jest bardzo uzdolnionych, kreatywnych, posiadających pasje. Dążą do urzeczywistniania swoich marzeń w życiu. Mają pomysł na siebie i go realizują, by potem nie zaliczać się do bezrobotnych, bo trzeba niestety wziąć pod uwagę, że w kraju, w którym żyjemy, ciężko jest dostać pracę. Młody człowiek 14

Z Ł Y K la u d i a Ch w a stek

zaraz po studiach zazwyczaj nie ma kilkuletniego doświadczenia, nie zna perfekcyjnie kilku języków, a w przypadku młodych kobiet, nie zamierza przesuwać zakładania rodziny o kilkanaście lat. Dlatego każdy, jeśli oczywiście chce, radzi sobie jak może. Młodzi ludzie, przynajmniej ich część, nie czekają, aż ktoś ich znajdzie i  zechce zatrudnić, tylko radzą sobie sami na tyle, na ile potrafią. Można się śmiać, ale założenie bloga modowego i  zarabianie na nim też jest sposobem na siebie. Każdy ma inne zainteresowania, a jeśli chce je realizować i dodatkowo na nich zarabiać, niech to robi. Forma ośmiogodzinnej pracy w biurze raczej przechodzi już do lamusa. Można powiedzieć, że każdy musi dbać o siebie i nie oglądać się na innych, jeśli chce w życiu coś osiągnąć. Jednak młodzi ludzie potrafią myśleć nie tylko o  sobie. Wielu z nich angażuje się w różnego rodzaju wolontariaty i akcje na rzecz innych. Idealnym przykładem może tu być zorganizowany przez grupę znajomych turniej charytatywny w piłce ręcznej; ten odbył się, by zebrać pieniądze na rehabilitację Daniela, który uległ wypadkowi w  sierpniu ubiegłego roku. Organizację tego przedsięwzięcia wsparła duża liczba ludzi, nie tylko znajomych. Pomogły nawet takie osoby, których nikt nie podejrzewałby o zaangażowanie się. Postanowiły bezinteresownie wziąć udział, poświęcić swój czas i wspomóc, nawet jeśli nie finansowo, całą akcję. Organizacja tego typu imprez staje się coraz częstsza. Namówienie zespołu bądź zorganizowanie wśród znajomych kilku muzyków, lokalu i zachęcenie ludzi do przyjścia (gdzie bilet


MAGNIFIER 1/2014

wstępu to koszt około dziesięciu złotych), to niewiele. Budżetu studenta zbytnio nie uszczupli, a może dużo zdziałać. Rzadkie choroby, wypadki spotykają też młodych ludzi, nie tylko starsze panie, które w ramach rozrywki podróżują tramwajami po mieście i obrzucają wściekłymi spojrzeniami młodych, którzy nie ustępują im miejsca, bądź komentują tak, by każdy w tramwaju mógł je usłyszeć iż młodzi są niewychowani. Podczas wspomnianych wcześniej akcji uzbieranie nawet niewielkiej sumy pomoże, być może w niewielkim stopniu, ale jednak. Gdy chodzi o kupno lekarstw czy rehabilitację osoby ciężko chorej, liczy się każdy dzień i każdy grosz. Młode osoby – wbrew powszechnej opinii – potrafią działać bezinteresownie. Angażują się, nie mając z tego korzyści majątkowych, a jedynie satysfakcję, że udało im się zrobić coś dobrego. Na dodatek do pomocy przy tego typu wydarzeniach potrafią zgłosić się nawet nastolatkowie. Uważani za buntowników, są zdolni do bycia wolontariuszami i pomagania przy różnych zbiórkach. Poświęcają swój czas, choć równie dobrze mogliby siedzieć przed komputerem.

Jednak akcje charytatywne to nie tylko pieniądze. Można wesprzeć chore dzieciaki nawet kartką urodzinową. To nic nie kosztuje, a jest w stanie wywołać uśmiech na twarzy bardzo często poważnie chorej osoby. Liczba fundacji w Polsce jest dosyć duża. Część zajmuje się zbiórką funduszy, inne starają się spełniać marzenia. Każdy ma prawo zaangażować się w co chce. Może dobrowolnie wspomóc chociażby niewielkim gestem. Bardzo często to właśnie ludzie młodzi wychodzą z taką inicjatywą. Możliwe, że nie zdają sobie w pełni sprawy, jak ich zaangażowanie jest istotne. Ale robią to, bo chcą. Ludzie są różni, zwłaszcza ci młodsi. Mają czasami odmienne podejście do życia. Jedni muszą się wyszaleć na imprezach, drudzy wolą robić coś dobrego dla innego człowieka. Możliwe, że niezrozumienie przez starsze osoby to tylko różnica pokoleń. W ich czasach świat wyglądał inaczej. Obecnie żyjemy znacznie szybciej, życie wygląda całkowicie odmiennie. Każdy ma prawo żyć jak chce. Z drugiej jednak strony nikt nie powinien zapominać o tym, że „ci niedobrzy nastolatkowie” też mają dobre serca. Potrafią

fot. Klaudia Chwastek

15


pomagać wtedy, kiedy trzeba, a akcje charytatywne mogą wiele zdziałać. Sam fakt istnienia Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka: choć ma i zwolenników, i  przeciwników, nie można zaprzeczyć, że gdyby nie ona, polskie szpitale nie byłyby w stanie ratować ludzi. To młodzi zbierają pieniądze i choć nie mają z tego nic poza własną satysfakcją, ich działalność w minimalny nawet sposób przyczynia się do uratowania czyjegoś zdrowia. Wolontariusze tegorocznej WOŚP zbierali datki także dla seniorów, więc gdy kolejna „babcia” zwróci komuś uwagę, że nie ma gdzie usiąść w tramwaju, powinna się zastanowić, czy przypadkiem któraś z  tych młodych osób nie przyczyniła się (albo może przyczyni) do jej leczenia. Wszystko jednak ma też swoje drugie oblicze. Nie wszystkie „babcie” są takie same. Zdarzają się też takie, które zaczepią, bo po prostu chcą porozmawiać. O tym, jak w ich czasach wszystko wyglądało, że w tym świecie ciężko im się odnaleźć, że ledwo wiążą koniec z końcem, że na lekarstwa pieniędzy brak, a do lekarza trzeba

czekać pół roku. To raczej typ nadmiernie opiekuńczej babci, która uwielbia swoje wnuczęta. I choć czasami takie sytuacje mogą denerwować, to można przecież z uśmiechem na nią spojrzeć i posłuchać o jej latach młodości. Takiej osobie bez wątpienia będzie miło, że ktoś zdecydował się ją wysłuchać. Można takiej starszej pani wnieść wózek na zakupy do tramwaju bądź pomóc z niego wysiąść, a ona z pewnością będzie takiemu młodemu człowiekowi wdzięczna. Tak jak młodych ludzi nie można wrzucać do jednego worka, i starszych osób nie można traktować na równi. Ludzi schorowanych, którzy rzeczywiście powinni zająć miejsce w tramwaju, widać na odległość. A młodzi powinni we własnym sumieniu rozstrzygnąć, czy potrafią zrobić coś dobrego, czy też nie.

fot. Paulina Kosowska

16


17


Z PLECAKIEM PRZEZ ŚWIAT Paulina Kosowska

C

złowiek od zawsze był ciekawy świata, chciał wiedzieć, co kryją niepoznane dotąd lądy, jak zachowują się mieszkańcy innych kontynentów. Ludzie pragnęli wypełniać białe plamy na mapie naszej planety, prześcigali się w dalekich wyprawach; kto będzie pierwszy, kto więcej pozna, a kto na wieki pozostanie sławnym odkrywcą. Historia podróży sięga starożytności, kiedy to odbywały się wyprawy do miejsc świętych, a także te o charakterze poznawczym. Pierwsze nie miały zbyt wiele wspólnego ani z współczesnymi, ani z tymi, które zaczęły być coraz popularniejsze kilka wieków później. Odkrywcze wyprawy przyniosły sławę załogom wielkich statków takich jak Santa Maria, na której Krzysztof Kolumb dotarł na San Salvador, odkrywając nieświadomie Amerykę w roku 1492. Cieszył się tylko z bogactwa, które może spłynąć na Hiszpanię właśnie dzięki niemu. Kolumb nie poprzestał na jednej wyprawie; ponownie obrał ten sam kierunek. O ile nie było zbyt wielu ochotników do udziału w pierwszej, to gdy już zyskał sławę, mógł wybrać odpowiadającą mu załogę. Na statku znaleźli się poszukiwacze przygód, a nawet misjonarze. Kolejnym powodem, dla którego nasi przodkowie zaczęli podróżować, był poprzedzony odkryciem nowych lądów kolonializm, który rozwijał się na przełomie XV i XVI wieku. Warto wspomnieć także o wyprawach wojennych niosących za sobą śmierć wielu ludzi, spustoszenie podbijanych obszarów, niewolę mieszkańców 18

i  wiele innych negatywnych skutków. Jest to jednak najmniej chlubna część podróżowania w całej jego historii. Podróże przeważnie dotyczyły wyższych sfer, ludzi wykształconych, którzy przemieszczali się w obrębie krajów Europy w  celach edukacyjnych, np. poszukiwania najlepszego uniwersytetu, później pracy, miejsca, w którym mogliby kontynuować swoją naukową czy zawodową karierę. Podróże niższych sfer w  owym czasie były raczej lokalne, związane z drobnym handlem. Z definicji: „podróż” to zmiana miejsca pobytu na odległe, dlatego słowo to kryje w sobie tak wiele. Jeszcze kilka lat temu wyraz „podróżnik” przywodził na myśl obraz człowieka nieco szalonego, specyficznie ubranego, najczęściej płci męskiej. Odważnego i całkowicie pochłoniętego swoim hobby. Takiego, który bez względu na niebezpieczeństwa, jakie mu grożą, podejmuje ryzyko i organizuje kolejne wyprawy. Jednym z prekursorów polskiego podróżowania był zmarły w 1998 roku Tony Halik, a właściwie Mieczysław Sędzimir Antoni Halik. Swoją pierwszą samodzielną podróż odbył w wieku czternastu lat; zakończyła się ona odstawieniem młodego Halika do domu pod eskortą Straży Granicznej. Podczas II wojny światowej służył on w  Wojsku Polskim, zestrzelony (po raz drugi) szczęśliwie wylądował na francuskiej farmie, gdzie pomocy udzieliła mu jego przyszła żona – Pierrette Andrée Courtin, z którą wyemigrował do Argentyny. W ten sposób rozpoczął swoją wieloletnią przygodę z podróżą. Pierwsze wyprawy w głąb dżungli obudziły w nim fascynację


MAGNIFIER 1/2014

fot. Paulina Kosowska

19


plemionami Indian. Dzięki współpracy z mediami mógł realizować swoje marzenia i dzielić się z  innymi swoimi odkryciami. Uczestniczył w  obrzędach, rytuałach rdzennej ludności. Mieszkańcy Amazonii nadali mu miano „Białego Indianina”, co dla Halika było ogromnym wyróżnieniem i napawało go dumą. Nie podróżował jednak tylko w okolice zamieszkiwane przez Indian. Jego największą podróżą była ta z  Ziemi Ognistej aż na Alaskę, o której możemy przeczytać w książce 180 000 kilometrów przygody. Z Polską związał się na nowo dzięki swej drugiej żonie, którą poznał w Meksyku, Elżbiecie Dzikowskiej. Ze wspólnych podróży przywieźli ponad trzysta filmów, które emitowane były w  Telewizji Polskiej i gromadziły przed odbiornikami wielu widzów w różnym wieku. Oprócz wypraw podróżniczych odbyli też archeologiczną do Peru. Odniosła ona wielki sukces – dostarczyła dowodów na to, że peruwiańska Vilcabamba jest legendarną stolicą Inków. Przygodom Halika towarzyszyło wielkie ryzyko, wiele razy otarł się o śmierć, choćby podczas wojny czy w trakcie wycieczek w głąb dżungli, gdzie groziły mu ukąszenia jadowitych węży, pająków czy skorpionów. Nigdy jednak się nie poddawał. Przyjaciele wspominają, że był uśmiechniętym, pogodnym, otwartym na innych człowiekiem. Kolejnym, bardziej znanym i popularnym przykładem podróżnika jest Wojciech Cejrowski znany z dalekich wypraw, charakterystycznych kolorowych koszul i bosych stóp. Nazywa on siebie „poszukiwaczem ginących plemion Amazonii”. Chyba każdy z nas chciałby kiedyś mieć na swoim koncie tyle podróży, ile ten pięćdziesięcioletni mężczyzna, chyba każdy chciałby tak swobodnie czuć się w innych krajach i tak uparcie poszukiwać czegoś nowego, mimo że dotarł już do prawie każdego zakątka świata. Cejrowski jest jednak bardziej komercyjną postacią, która dzięki sponsorom i stacjom telewizyjnym nie musi dbać o  fundusze na realizację swoich planów. Obecnie jego podróże nierzadko są organizowane na zamówienie, co odbiera im charakter przygody, pozbawia spontaniczności. Przygotowane podczas tych wypraw nagrania zawierają wiele ciekawostek, ale czy autor bez presji płacącej mu stacji telewizyjnej chciałby się nimi podzielić? Szaleństwo podróżowania ogarnia coraz

20

więcej osób. I nie chodzi tylko o wyżej wspomniane tygodniowe urlopy w ciepłych krajach. Młodzi ludzie, bo to oni coraz częściej decydują się na wyjazdy, zaczynają od krótkich i  oczywiście niezbyt drogich podróży do krajów Europy. Żyjemy w świecie, gdzie po kilku godzinach możemy znaleźć się na drugim końcu kontynentu, a nawet przenieść na inny. Jest to możliwe dzięki tanim liniom lotniczym, które oferują loty już za kilkanaście złotych, np. do Oslo czy do Sztokholmu. Błędy na stronach internetowych przewoźników, które zdarzają się dość często, pozwalają nawet na przelot do Stanów Zjednoczonych za bardzo niskie kwoty: polska blogerka znana jako The Adamant Wanderer wykupiła bilet za 170zł. Powrót kosztuje już znacznie więcej, ale całkowity koszt i tak jest do przyjęcia. Krótkie wyjazdy zaszczepiają w  człowieku ciekawość świata, pozwalają na nawiązywanie nowych znajomości, które mogą być podtrzymywane przez kolejne lata, co potwierdzić może moje własne doświadczenie. Wracając w  pewien letni dzień, już prawie dwa lata temu, z  mglistego Krakowa w moje rodzinne okolice w  busie poznałam chłopaka. Był w drodze do Oświęcimia, bo mimo że studiował w Polsce od dwóch lat, nigdy wcześniej nie zdobył się na zwiedzenie Państwowego Muzeum AuschwitzBirkenau. Ciemnoskóry paryżanin zajął miejsce obok mnie, po kilku minutach zaczęliśmy rozmawiać o muzyce. Nasza znajomość trwa nadal mimo dzielących nas ponad 1500 kilometrów. Mam nadzieję, że wkrótce i mnie trafi się okazyjny lot do Paryża za kilkanaście złotych i wreszcie będziemy mogli powiedzieć, że znamy się także w świecie rzeczywistym, nie tylko online. W sieci, na najpopularniejszym z portali społecznościowych, przeczytałam, że mój znajomy wybiera się do Indii. Od razu poczułam zazdrość, która po głębszym wczytaniu się w szczegóły zamieniła się w przerażenie i podziw, gdyż dowiedziałam się, że podróż ta odbędzie się dość nietypowym, jak mi się wydawało, sposobem – autostopem. Patryk zdecydował się na przemierzenie trasy dawnego Jedwabnego Szlaku i  przedostanie się do Indii przez góry Karakorum. Nie jest to jego pierwsza podróż autostopem, lecz poprzednie odbywały się na krótszej trasie. W 2013 roku udał się w ten sposób na festiwal Przystanek Woodstock, a później do Warszawy, by odebrać


MAGNIFIER 1/2014

wizy potrzebne do podróży do Indii. Nie robi tego, by stać się popularnym wśród znajomych; spełnia w ten sposób swoje marzenie. Na swojej drodze spotyka ludzi o wielkich sercach, którzy wspierają go finansowo w realizacji zamierzonego celu. Zdarzają się i tacy, od których od razu chce uciec, wie jednak, że ich spotkanie może być jedyną szansą, by przebyć kilka, a nawet kilkadziesiąt kilometrów. Jego podróż wiąże się z poznawaniem ludzi w krajach, w których przebywa. I nie są to kelnerki w drogich restauracjach czy recepcjonista w pięciogwiazdkowym hotelu, ale prości ludzie, którzy widząc zmęczonego, ale uśmiechniętego chłopaka z wielkim plecakiem, zapraszają go do swojego samochodu, umożliwiając kontynuowanie podróży. Po wizycie w Iranie Patryk podkreślał, że wartością tego kraju są właśnie otwarci na przybyszów ludzie. Podobnie było w innych krajach. O jego podróży możemy dowiadywać się na bieżąco z bloga, który stara się regularnie prowadzić, co nie jest jednak takie łatwe. Miejscem jego snu jest najczęściej park lub skrawek zieleni, na którym nocą rozbija namiot; pozostałą część

dnia stara się wykorzystać na zmierzanie ku celowi podróży. Patryk zrealizował swój zamiar, dotarł do Indii i właśnie poznaje kulisy lokalnej kultury. W świecie Internetu pojawia się wielu podróżników-amatorów korzystających z  przywilejów naszych czasów: tanich lotów, darmowych noclegów u couchsurferów (osoba użyczająca nieodpłatnych noclegów innym i sama korzystająca z takich ofert), pomocy bardziej doświadczonych wirtualnych znajomych. Jest to na pewno łatwiejszy i bezpieczniejszy sposób. Pozwala on także na poznanie nowych kultur i  elementów, które się na nie składają. Skarbnicą wiedzy są ludzie, z którymi przychodzi przebywać podróżującym. Wspomniana już wcześniej Ula z  The Adamant Wanderer dzięki swojej pasji poznała wiele osób, z którymi nadal utrzymuje kontakt, a jeśli tylko przy okazji nowej podróży ma szansę ich odwiedzić, bez wahania to robi. Z  przewodników nigdy nie dowiemy się tylu rzeczy, ile od drugiego człowieka. Dlatego wielu blogerów, planując podróż, prosi swoich czytelników o porady, gdzie w danym mieście zjeść

fot. Paulina Kosowska

21


coś wyjątkowego, gdzie udać się do muzeum, na koncert, która dzielnica jest ciekawa, której lepiej się wystrzegać. W ten sposób tworzy się wirtualny przewodnik, w którym znajdziemy więcej miejsc, szczegółów i zdjęć niż w tym klasycznym, kupionym w księgarni. Bardzo cenne są też uwagi dotyczące sfery kulinarnej, bo chyba każdy z nas, będąc poza swoim rodzinnym regionem, chce zjeść coś z kuchni lokalnej. By trafić na coś naprawdę dobrego, także warto zasięgnąć wiedzy osób, które przed nami odwiedziły to konkretne miejsce i  mogą polecić nam małą kawiarenkę na uboczu, w  której serwowane jest najlepsze tiramisu w całym mieście. XXI wiek pozwala nam na podróże w każdej chwili, te planowane miesiącami oraz te spontaniczne. Najczęściej jednak ograniczamy się do wakacyjnych wyjazdów poza granice naszego kraju. Wybieramy wygodę: podróż samolotem, hotele o najwyższych standardach usytuowane w  centrum popularnego w danym roku miasta. Przywozimy setki zdjęć, chwalimy się nimi przed znajomymi; wzrasta wtedy nasza pozycja w  towarzystwie, największym sukcesem zaś jest odpowiednia liczba wszystkim znanych polubień na niebieskim portalu. Obecnie podróż utożsamia się głównie z wakacyjnym wyjazdem czy feriami spędzonymi w górskiej miejscowości. Dla mnie jest to zaprzeczenie idei podróżowania, wyeliminowanie z niej przygody, i raczej powinno się zmienić nazwę tego zjawiska na „wyjazd rekreacyjny”. Wiele osób spełnia marzenia poprzez osiągnięcie celu swej podróży. Każdy chce wynieść z niej inne korzyści. Jedni chcą po prostu jakiś czas odpocząć, inni poznać kulturę czy kuchnię danego regionu. Może być to także podróż w jedną stronę, w poszukiwaniu swego miejsca na ziemi, lepszego środowiska, które będzie bardziej odpowiadało naszemu temperamentowi. Większość jednak decyduje się na podróże w celu poznania danego obszaru i wzbogacenia swego doświadczenia. Mamy wiele wzorów do naśladowania, poradniki mówiące, co ze sobą zabrać, jakich gestów unikać w danej kulturze oraz jak radzić sobie w trudnych sytuacjach bez znajomości lokalnego języka. Może więc każdy z nas powinien pozwolić ponieść się emocjom, spakować plecak i wyruszyć, by spełniać marzenia? Obrać cel, który zawsze tkwił gdzieś głęboko w naszej podświadomości, i po prostu go

22

osiągnąć. Nie zważając na innych, pracę, obowiązki. Wziąć taki urlop od życia i zwyczajnie pobyć ze sobą, poczuć smak prawdziwej wolności, wyłączyć się z komercyjnej rzeczywistości, w  której tak ważne jest, by „mieć”. Byłoby to na pewno trudne, ale nie niemożliwe. Bądźmy odważniejsi, bo dzięki temu możemy poznać bardzo wiele.

fot. Paulina Kosowska


K

K A C K R A K Ó W K la u d i a Ch w a stek

fot. Klaudia Chwastek

24

raków – miasto stare, miasto piękne, miasto bez dwóch zdań magiczne. Udając się do samego serca Krakowa, raczej nie znajdziemy takiego miejsca, które nie miałoby swojej historii. To „krakusy” wychodzą „na pole” (z czego cała Polska się śmieje), mają swoją własną kulturę, choć w  ostatnich latach ta krakowska obyczajowość zaczyna się mieszać z innymi. Przyczyn tej wielokulturowości może być bardzo wiele i aby powiedzieć o wszystkich jej przyczynach, prawdopodobnie należałoby przytoczyć większość historii naszego kraju. Jest Kazimierz – dzielnica żydowska, która do początku XIX w. stanowiła osobne miasto. Miejsce przenikania się kultury chrześcijańskiej i  judaistycznej, gdzie znajdziemy cztery kościoły, siedem synagog i dwa żydowskie cmentarze. To tam dawna kultura religijna przeplata się obecnie z  życiem towarzyskim krakowian. Lecz teraz ta wielokulturowość w Krakowie ma inne znaczenie. Kraków co chwilę zajmuje wysokie miejsca w różnego rodzaju światowych rankingach, czasami nawet wygrywa z takimi miastami jak Paryż, Wenecja czy Barcelona. Turyści chwalą sobie stolicę Małopolski, a niektóre jej elementy wpisały się już na stałe w przewodniki. Kiełbaska z nyski pod Halą Targową, czy zapiekanka na Placu Nowym są obowiązkowymi punktami na liście zwiedzania Krakowa. Z kolei sam obwarzanek lub – jak kto woli – precel krakowski został wyparty przez inne przysmaki. W 2013 roku do Krakowa przyjechało ponad dziewięć milionów turystów. Oczywiste jest, że w takich przypadkach jego władze i mieszkańcy się cieszą – tylko w 2012 roku odwiedzający pozostawili tu trzy i pół miliarda złotych, co jest równowartością rocznego budżetu miasta. Natomiast w roku 2013 odwiedzający wydali tu prawie pięć miliardów złotych. To naprawdę dużo. Nic zatem dziwnego, że Miasto Kraków stara się ułatwić turystom zwiedzanie, lecz gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla rodowitych mieszkańców? Mnie jako krakowiance czasem ciężko jest się odnaleźć wśród tłumów turystów. Ponieważ mieszkam niemalże w samym centrum Krakowa, stykam się z nimi codziennie i niestety bardzo często zdarza się, że przeszkadzają mi w  codziennym życiu. W ostatnich latach hostele wyrastają jak przysłowiowe grzyby po deszczu.


MAGNIFIER 1/2014

fot. Paulina Kosowska

Tanie latanie sprzyja weekendowym wypadom do Krakowa, a należy również wziąć pod uwagę, że na przykład dla takiego Brytyjczyka w Polsce drogo nie jest. To właśnie Brytyjczycy są co piątymi turystami odwiedzającymi Kraków – a to w celu zorganizowania sobie brytyjskiego Kac Kraków na wzór amerykańskiego Kac Vegas. Anglików można spotkać dosłownie wszędzie i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby zachowywali się normalnie. Ale niestety tak nie jest. W krajobraz Krakowa już chyba na stałe wpisały się grupki Anglików, którzy idą całym chodnikiem, nie zważając ani na innych ludzi, ani na przepisy drogowe. Są głośni, słowo na „f ” słychać u nich co chwilę, jakby było przecinkiem, a  dogadać się z nimi czasem lepiej po jednym głębszym niż na trzeźwo. To jednak i tak nic w  porównaniu z tym, jak czasem chodzą ubrani – i  nie mam na myśli tego, że w lutym czy marcu mają na sobie tylko koszulki z krótkimi rękawami. Ich weekendy kawalerskie wiążą się zazwyczaj z  różnego rodzaju zakładami i właśnie dlatego można spotkać Anglika przebranego za kobietę, czasem biegającego w szpilkach lepiej niż niejedna przedstawicielka płci pięknej. Ubrani są w  lateksowe kostiumy, stroje sadomasochistyczne,

suknie ślubne lub też są owinięci papierem toaletowym niczym mumie. Raz nawet spotkałam Różową Panterę, a także całą grupę przebraną za Power Rangers – ci stanowili niezłą atrakcję dla obserwujących ludzi. Zdarzyło się nawet przebranie za prezerwatywę. W mediach co chwilę pojawia się informacja o różnych zakładach wyspiarzy i pomału przestaje mnie dziwić informacja o kolejnym turyście biegającym po Rynku Głównym w stroju Adama. Anglicy czują się w Krakowie jak u siebie. Szaleją jak nigdzie indziej. Nikt ich tu nie zna, dlatego mogą sobie na to pozwolić, a jedyna kara, jaka ich może spotkać, to mandat. Na szczęście nie wypożyczyli sobie jeszcze żadnego zwierzęcia, jak to się zdarzyło w Paryżu, gdzie lama podróżowała tramwajem. Ale kto wie, może i to kiedyś nastąpi. Poza Brytyjczykami są też Azjaci, którzy stanowią chyba drugą co do wielkości grupę turystów w  Krakowie i dosyć łatwo ich rozpoznać wśród innych ludzi. Na szczęście nie szaleją jak Anglicy. Ich domeną są zdjęcia. Aparat, telefon czy tablet to obowiązkowy element ich wyposażenia. Fotografują wszystko, wszystkich i wszędzie. Nieważne, czy to koń, czy grupa uczniów w  tradycyjnych mundurkach szkolnych. Muszą

25


mieć udokumentowany każdy szczegół swojej wycieczki. Zwykłych ludzi traktują niczym dziwne okazy, a taki szary człowiek może jedynie wykonywać slalom między ich uniesionymi w górę rękami z aparatami. Obowiązkowym elementem wyposażenia Azjatów poza aparatem jest plecaczek i – w zależności od pogody – czapeczka z daszkiem lub parasolka chroniąca przed słońcem. Nie ma dnia, by przez centrum miasta nie przemknęło kilkanaście wycieczek, a przewodnicy nie wymachiwali kwiatkami, parasolami bądź innymi przedmiotami, które dawałyby grupie znać, gdzie iść. Dla mnie jest to istny tor przeszkód pomiędzy tymi wszystkimi grupami turystów bardzo często niewiedzących, co ze sobą zrobić. Czasami mam wrażenie, że przyjezdni patrzą na krakowian i nasze miasto jak na jakiś inny, zupełnie obcy gatunek, a przecież żyjemy w środku Europy. Kiedy idzie się przez centrum miasta, jeszcze jedna rzecz rzucająca się w oczy. Liczby knajp, restauracji i kawiarni chyba nie da się zliczyć, a każdy z lokali zachęca nas do tego, by wstąpić do środka. I tak oto z rana atakuje nas English breakfast, w południe lunch, a potem już wszędzie happy hour. Na szybach restauracji powypisywane jest menu, oczywiście po angielsku, bo po co nam język polski? Widząc witryny pozapisywane z góry na dół kolorowymi pisakami, mam wrażenie, że jedynym, kto może tam zjeść, jest turysta. Właściciele restauracji zapominają o „krakusach”, którzy czasem też chcieliby do nich wstąpić na jakiś obiad; z każdej strony atakuje się nas językiem angielskim, nie wspominając o tym, że polskie jedzenie w dobrej cenie ciężko znaleźć. Z  każdej strony pizzerie, włoskie czy francuskie restauracje, nie mówiąc już o kuchniach azjatyckich. Czasem się słyszy, że turystom bardzo smakują pierogi czy bigos, dlaczego więc zachęcamy ich do kuchni włoskiej? Inną sprawą są ludzie reklamujący te restauracje, bary, knajpki i kawiarnie. O każdej porze dnia starają się nas zaczepić, zagadać i  zaprosić do polecanego przez siebie lokalu. Rozdają ulotki i na siłę próbują zainteresować człowieka. Sytuacja, która spotkała mnie pewnego razu, pomogła mi zrozumieć, jaki mają sposób na odróżnienie turysty od Polaka. Jednakże nie zawsze ich metoda jest skuteczna.

26

W pewną niedzielę w porze obiadowej, kiedy szłam z moim ojcem ulicą Grodzką, zostałam zaczepiona przez chłopaka reklamującego jedną z restauracji, który chciał mnie zachęcić, bym wstąpiła tam na obiad. Zagaił po polsku, całkiem dowcipnie, jednakże podziękowałam mu. Po chwili zagadnął mojego ojca idącego dwa metry za mną. Po angielsku próbował go zachęcić do zjedzenia obiadu w restauracji, dla której pracuje. Szok na twarzy chłopaka, gdy mój ojciec odpowiedział po polsku, że obiad czeka na niego w domu, był niewiarygodny. Dwudziestolatek próbował polemizować z moim tatą – twierdził, że ten nie może być Polakiem. Utrzymywał, że nie wygląda jak Polak i z pewnością jest Włochem. Nie ten ubiór, nie ta fryzura. Chłopaka nic nie przekonywało do tego, by zmienił zdanie. Historia autentyczna. Z jednej strony śmieszna, z drugiej pokazująca, w jaki sposób rozpoznać potencjalnego klienta. Dodatkowo idealnie pokazuje, iż turyści mieszają się z mieszkańcami w  taki sposób, że nie da się odróżnić jednych od drugich. Nieco inaczej jest z wycieczkami meleksami po Krakowie. Kierowcy nie zważają na narodowość i zaczepiają ludzi, zwracając się do nich w języku, w jakim im wygodnie. Większość preferuje angielski, jednak zdarzyło się, że pytano mnie po rosyjsku lub niemiecku, czy nie mam ochoty na wycieczkę. Zaczepiają dosłownie każdego. Kiedy biegam po mieście, wyglądam przecież jak typowa studentka, a również jestem zachęcana do przejażdżki po centrum i Kazimierzu. Czasami mnie to śmieszy, czasami wręcz irytuje, no bo czy tak trudno rozpoznać swojego? Jestem w pełni świadoma, że Kraków żyje głównie z turystyki. Liczba przyjezdnych i pozostawiane przez nich pieniądze doskonale o tym świadczą. Nie wyobrażam sobie również, by turystów w  ogóle nie było. Wtopili się już całkowicie w  krajobraz miasta i w większości przypadków są bardzo mili i pozytywnie nastawieni do naszego kraju, a rozmawiając z nimi, można odnieść wrażenie, że są bardzo sympatyczni. Kraków jest miastem starym i bardzo pięknym, z ogromną liczbą zabytków, dlatego nie ma się co dziwić, że tylu ludzi przyjeżdża zwiedzić byłą stolicę Polski. Trudno jednak zaakceptować fakt, że Urząd Miasta i inne jednostki zarządzające nim starają się ułatwić życie turystom przebywającym


MAGNIFIER 1/2014

fot. Paulina Kosowska

27


w  Krakowie, utrudniając przy tym życie mieszkańcom, którzy na co dzień muszą poruszać się po mieście. Przykładem jest chociażby zmiana nazw przystanków. Jednym z głównych argumentów, aby je zastąpić innymi, było właśnie ułatwienie turystom przemieszczania się po Krakowie. Według władz dużym udogodnieniem dla odwiedzających byłoby oznaczenie przystanków według nazw ulic, a nie obiektów, które się tam znajdują. I tak dla przykładu przystanek Hala Targowa miałby się zmienić w  Aleję Daszyńskiego. Osobiście nie jestem przekonana, czy rzeczywiście taka zmiana ułatwiłaby turystom życie, pomijając już fakt, że gdzie Aleja Daszyńskiego, a gdzie przystanek oznaczony nazwą Hala Targowa. Jednakże, gdyby tak się stało, mieszkańcy Krakowa mieliby znacznie trudniej. Nazwy przystanków już dawno wtopiły się w strukturę miasta. Zmiana ich nie byłaby dobra tym bardziej, że nowe nazwy nie kojarzyłyby się tak jak dawniej. Każdy krakowianin od razu zlokalizuje Jubilat czy Halę Targową i bez problemu wskaże turyście poruszającemu się komunikacją miejską, na którym przystanku ma wysiąść. Ten przykład bez wątpienia obrazuje, w  jaki sposób władze miasta chcą ułatwić życie wycieczkowiczom, zapominając o własnych mieszkańcach. Jest to z pewnością problem, jak bowiem ułatwić życie turystów, nie utrudniając życia miejscowych? Nie wydaje mi się jednak, aby stawianie zadowolenia odwiedzających ponad dobro mieszkańców było dobrym pomysłem. Mimo wszystko mam wrażenie, że tak się dzieje. Bycie mieszkańcem Krakowa bywa czasami skomplikowane, zwłaszcza gdy w grę wchodzą turyści. Jest ich mnóstwo, bywa i tak, że utrudniają życie. Ale nie da się ich uniknąć. Kraków szczyci się tym, że jest miastem starym i pięknym, i dziwne by

było, gdyby nie walczył o to, by coraz więcej turystów go odwiedzało. Idealnym przykładem było EURO 2012, kiedy to obcokrajowcy świetnie się bawili nie tylko w Krakowie, ale w całej Polsce. Ludzie wyjeżdżali stąd zadowoleni i obiecywali, że wrócą. I bardzo dobrze. Nikogo już nie dziwi na ulicach Krakowa widok Azjaty czy osoby czarnoskórej. Wszystkie kultury w Krakowie zaczynają się mieszać. Co roku są organizowane liczne atrakcje prezentujące na przykład kuchnie z różnych stron Europy i świata. Nawet na targach świątecznych są budki ze specjałami regionalnymi z różnych krajów. Organizujemy liczne festiwale, które pozwalają poznać inne kultury, chociażby Festiwal Kultury Żydowskiej. Czasami odnoszę wrażenie, że jesteśmy bardziej międzynarodowi niż polscy. Może to i dobrze, ale jak już wcześniej wspominałam, nieco razi to, że w centrum miasta częściej używa się angielskiego niż polskiego. Zapominamy o tym, co jest nasze i czym powinniśmy się szczycić przed innymi narodowościami. Ułatwiamy im funkcjonowanie, zapominając o sobie. Czy normalne jest, że pani ekspedientka w sklepie zwraca się do mnie po angielsku? Żyjemy w Europie i nie da się już uniknąć tego, co się dzieje w Krakowie. Mieszanie wielu kultur pomału następuje i chyba nie będziemy w stanie tego powstrzymać. Ale w tej ogromnej mieszance nie powinniśmy jednak zapominać o  naszych tradycjach i kulturze, bo są one bez dwóch zdań piękne. Nie powinny nas atakować z  każdej strony English breakfast, happy hour czy souvenirs. Powinniśmy znaleźć jakiś punkt równowagi pomiędzy tym, co nasze, a tym, co obce, by kiedyś w przyszłości tego, co polskie, nie oglądać tylko w muzeum.

fot. Paulina Kosowska

28


MAGNIFIER 1/2014

TRANSFUTURO K la u d i a Ch w a stek

Czasy Zielonego Balonika to już przeszłość. Młoda Polska i  dwudziestolecie międzywojenne to okresy, o których wspomina się tylko w szkole. Już brak szaleńców, literatów i twórców na miarę stolika przy Ziemiańskiej w Warszawie – większość pewnie by tak stwierdziła. Mamy XXI wiek, Internet, smartfony, kto by się tam przejmował pisaniem wierszy? Jest jeszcze ktoś taki. Na szczęście (a  może nie) istnieją transfuturyści. Nazwa może nieco przewrotna, ale – jak sami o sobie mówią – są inni. Piszą, że nie wierzą w wyczerpanie sztuki,  inspirują się awangardą, wychodzą  poza „ironiczny cytat” i  są  zafascynowani wielkim miastem. A w praktyce? Trzeba ich zobaczyć, by spróbować zrozumieć, choć to nie będzie takie łatwe. I tak oto Zielony Balonik przemienił się w Zielony Kontrabas – to miejsce drugiego publicznego wystąpienia transfuturystów, które odbyło się 22  kwietnia. Od progu wita nas Sabinka (a raczej Sabinek) w sukni ślubnej, a po chwili rzuca się w oczy Narcyza Belenuks z koloratką. Mimo że wyczekiwany przez nich Klub Gazety Polskiej nie dotarł na wystąpienie, przybyli inni towarzysze broni i ci, którzy chcieli przekonać się na własnej skórze, co to znaczy być transfuturystą, a trzeba przyznać, że jest to dość interesujące. Na małej przestrzeni zebrali się ci, którzy chcieli wysłuchać wyżej wymienionych i zgodzić się (bądź nie)

z ich postulatami. Ta szóstka śmiało wyraża swoje poglądy, mimo że czasem nie zgadzają się nawet między sobą. Zaczęło się od krótkiego filmu, choć  film to zdecydowanie zbyt duże słowo. Przedstawienie baru mlecznego, który wyglądał niczym PRL-owska stołówka, nie jest produkcją na miarę Hollywood, wzbudziło jednak w widzach niemałe zainteresowanie. Stworzyła warunki do tego, by wreszcie wszystko na serio się zaczęło. Mundek Koterba bądź – jak kto woli – Narcyza Belenuks, powitał wszystkich zebranych. Jak się okazało transfuturyści to nie tylko Kraków, to nie tylko Polska, ale także Belgrad, Kuba i Rosja. Połączenie internetowe, a  raczej genialne wyreżyserowanie i wkręcenie widza, że wszystko działo się naprawdę, wyszło idealnie. Przy bliższym poznaniu okazuje się, że transfuturyzm to manifesty, poezja, dialogi i sztuka. Uczestnicy deklarują jednoznacznie swoje poglądy na gender, politykę, transport i kwestie związane z miastem. Recytują, śpiewają i mają nadzieję na

rys. Betina Bożek

29


stworzenie punkrockowego zespołu. Są inni, ale i genialni w  tym, co robią. Nie wstydzą się przebrać za osobę płci przeciwnej, wyrazić siebie w zupełnie oderwany od  rzeczywistośc i sposób. Wiersze mogą jednego oburzyć, a  drugiego rozbawić do łez. rys. Betina Bożek Transfuturyści skandują hasła i nie boją się mówić głośno tego, co myślą. Podczas tego poezokoncertu, jak niektórzy wolą go określać, można było usłyszeć ich twórczość. Wiersz Galopem po nacjonalistach. Marsz brzmiał niczym Lokomotywa Tuwima, a największe poruszenie wśród publiczności wzbudziła Justynka – wiersz opisujący zafascynowanie przypadkowo spotkaną kobietą. Z jednej strony sposób ich wyrażania siebie jest dziwaczny. Ich  podejście do twórczości jest zupełnie inne niż reszty  współczesne go świata. Idealnie odnaleźliby się między Słonimskim, Tuwimem, Lechoniem, Iwaszkiewiczem i  Wierzyńskim w kawiarni Pod Pikadorem. Z drugiej jednak strony są wręcz brutalni w swej szczerości. Nie można też zapomnieć o  wystawie ich kolaży. I to nie byle jakich kolaży, bo rys. Betina Bożek

30

dzieł inspirowanych twórczością Witkacego. Nie była to zwykła wystawa, bo najkrótsza na świecie. Choć zapowiadali, że będzie trwać aż pięć minut, trwała najwyżej dwie. Transfuturyści tworzą istny kabaret, podczas którego człowiek słucha i dobrze się bawi. Trzeba jednak zrozumieć ten klimat. Wczuć się w sytuację, która panuje dookoła i nie przejmować się tym, że wokół są dziwni ludzie przebrani w  suknie ślubne, noszący świńskie ryjki bądź okulary jak z PRL-u. To wszystko ma swój niepowtarzalny urok. Jak zapowiadają – to dopiero początek. Niech drżą kołtuni i hipsterzy wszystkich krajów. Transfuturyści są młodzi, zdolni i silni. Ironizują, wyśmiewają, krytykują. Nastawieni są na teraźniejszość i przyszłość, którą sami zamierzają kreować. W dzisiejszym świecie może być im ciężko się przebić, mają jednak w sobie coś, co ich wyróżnia. Sposób bycia, ukazywanie sztuki, która już nie funkcjonuje. Dominuje mainstream, a oni nim nie są. Są prości, ale na miarę początku XX wieku, co jest genialne. Bawią się słowem, czynem i  sztuką. Nie są produkcją wysokobud żetową, ale niszową, która zbiera datki na tacę, by móc dalej się rozwijać. rys. Betina Bożek

https://facebook.com/transfuturo


31


MOLIER TRZYMA SIĘ MOCNO M u n d ek K o ter b a

W Narodowym Starym Teatrze w Krakowie, gdzie według przedstawicieli klubu pewnej gazety z „Polską” w tytule znajduje się siedlisko artystycznego (a więc i moralnego) zepsucia i  dekonstrukcji (patrz: spektakl Do Damaszku), a  jeśli dekonstrukcji, to i dekadencji, a pod każdą sceną w roli suflera występuje diabeł, obejrzałem klasyczny spektakl. Reżyserka Ewa Kutryś postanowiła raz jeszcze przypomnieć słynny XVIIwieczny dramat Moliera pt. Szkoła żon, budzący w  tamtych czasach spore kontrowersje głównie ze względu na satyryczne pokazanie nierównych stosunków społecznych pomiędzy kobietą i  mężczyzną oraz skrytykowanie moralności panów. Co przy okazji spektaklu można powiedzieć, a właściwie powtórzyć, o samym dramaturgu? Chyba tylko to, że popularność sztuk Moliera objawiająca się w mnogości interpretacji i  ciągłej obecności na scenach teatrów, pozwala nam uznać go za wzór twórcy uniwersalnego, do którego można przypisać, niczego nie naddając, horacjańską sentencję: „Non omnis moriar”. Sugestia, jako że miałaby to być uwspółcześniona wersja dramatu, nasunęła mi pytania: jak współcześnie powinna być pokazana zależność kobiet od mężczyzn? I czy w dobie systematycznego zdobywania przez kobiety wcześniej niedostępnych obszarów przestrzeni społecznej nadal za punkt wyjścia uznamy 32

negatywne oddziaływanie patriarchatu, w  praktyce przejawiające się chociażby nadal dosyć wyraźnym przymusem do małżeństwa? Uzyskana po obejrzeniu spektaklu odpowiedź na drugie pytanie jest twierdząca. Dlatego – jak zaznaczyłem na wstępie – będąc w teatrze, obejrzałem tak naprawdę klasycznego Arnolfa i  klasyczną Anusię. I o ile jestem w stanie zaakceptować postać Arnolfa jako skonwencjonalizowanego przedstawiciela mężczyzn, ich wad (naszych wad), których źródłem jest właśnie utrwalony społecznie stereotyp męskości, o tyle uciśniona, stłamszona przez apodyktycznego opiekuna bohaterka przedstawia – jak chcę wierzyć – dość ekstremalny typ kobiety, by nie rzec – archiwalny. Niemniej jednak nie patrzyłbym na ten spektakl i na przedstawione w nim problemy jak na wielki rezerwuar anachronizmów. Owszem, zmieniliśmy się jako społeczeństwo, dlatego literalne odczytywanie tekstu Moliera już pewnie bardziej nas śmieszy, niż budzi chęć społecznego buntu przeciwko niesprawiedliwości i obłudzie. Po prostu rozstrzygnięcie pewnych problemów staje się dla nas oczywiste. To prawda, że mężczyźni nie zamykają kobiet w klasztorach i nie zmuszają w ten sposób do małżeństwa. Z kolei kobiety nie liczą tylko do dziesięciu, by prawidłowo wyklepać tyleż zdrowasiek. Jednak nadal mamy do czynienia z wykorzystywaniem przez mężczyzn mniejszej


MAGNIFIER 1/2014

stabilności ekonomicznej kobiet, którym ze względu na ich płeć płaci się mniej. W konserwatywnych środowiskach kobiety nadal mają całą litanię praw i obowiązków, nierzadko są to powinności wobec męża. Krótko mówiąc: to mężczyzna jest głową rodziny, a kobieta wszystkim innym, najbardziej nogami, które winna rozchylać, gdy w małżonku budzi się chuć bądź instynkt tacierzyński, oraz rękami, którymi ma pracować na dwa etaty: w  miejscu zatrudnienia i  w  domu. Przy czym praca w  domu odbywa się w  ramach wolontariatu. Dlatego sferę rozważań nad sensem Szkoły żon i jej współczesnymi teatralnymi interpretacjami przenieść należy na drogę metafory, co z kolei budzi w nas uczucia ambiwalentne: pierwsze – to dobrze, że stosunek mężczyzn do kobiet uległ zmianie, drugie – w jak wielu jeszcze sferach nierówny start determinowany jest właśnie płcią? Wobec takiej rzeczywistości zaczynającej powoli próchnieć i skrzypieć buntują się kobiety współczesne wyznaczające sobie za cel główny runięcie i pogrzebanie tej chyboczącej się konstrukcji, jaką jest patriarchat. Reżyserka jednak nie zdecydowała się wykreować postaci Anusi na taką właśnie współczesną kobietę. Bohaterka nie chce wcale, by konstrukcja runęła, pragnie jedynie zmienić jej elementy. Kieruje się przy tym autentyczną miłością, a więc wartością tłumioną w niej przez apodyktycznego opiekuna mającego wobec niej zamiary raczej erotyczno-matrymonialne niż uczuciowe. Niby z  jego ust padały słowa: „Kocham! Kocham!”, ale czyny i gesty (znakomicie wyeksponowane!) mówiły coś zupełnie innego. Krytyką czego zatem może być dzisiaj

Szkoła żon? Może skostniałych i opresyjnych stereotypów płciowych wytworzonych przez długi okres hegemonii stosunków społecznych opartych na patriarchacie i przewodniej roli mężczyzn w procesach dziejowych? To oczywiście nie jedyna droga interpretacyjna, niemniej jednak wydaje się ona interesująca choćby dlatego, że zostawia za nami odcinek, jaki pokonaliśmy na drodze do równouprawnienia płci; pokazuje, na jakim etapie jesteśmy i – co pewnie najważniejsze – ile kroków jeszcze nam zostało. W teatrze występują aktorzy, których nie można pominąć przy dzieleniu się  wrażeniami ze  spektaklu, a już kardynalnym błędem  byłoby niewspomnienie o  rolach zagranych w  sposób znakomity, co miało miejsce tego  wieczoru, kiedy  odwiedziłem scenę przy ulicy Starowiślnej. W  przedstawieniu wspaniałą kreację głównego bohatera stworzył Krzysztof Globisz. Z  trzech  Arnolfów, których miałem okazję oglądać na przestrzeni kilku ostatnich lat, ten zagrany przez Globisza najbardziej odpowiadał mojemu wyobrażeniu o tej postaci. Aktor zagrał komicznie, czego oczekiwałem, lecz ów komizm połączył z  drugą ważną cechą, którą obdarzony jest bohater Moliera, a mianowicie ze złem. Tak, Arnolf to postać jednoznacznie negatywna, czego nie można zasłaniać (zakłamywać) komizmem. Główny bohater nie tyle jest śmieszny, co obśmiewany, a obśmiewany jest, bo źle postępuje. Postać Arnolfa grana przez Jerzego Stuhra

33


w spektaklu Teatru Telewizji, choć bawiła, to odniosłem wrażenie, że nie ów humor był przyczyną negatywnego stosunku widza do poczynań bohatera. Wszystko dlatego, że w postaci granej przez Stuhra niedostatecznie wyeksponowane zostało zło, co spowodowało, że śmialiśmy się bardziej z osobowości postaci niż z jego wad. Z kolei Andrzej Seweryn w spektaklu zrealizowanym przez Jacquesa Lassalleʼa rozczarował mnie zupełnie, gdyż nie był ani śmieszny, ani obśmiewany. Orientując się w dorobku aktora, nie śmiem twierdzić, że pozbawiony jest on charyzmy, jednak jego Arnolf jest, co by tu dużo mówić, nijaki. Rolę Anusi w spektaklu Ewy Kutryś znakomicie opanowała i wykreowała Magda Grąziowska. Trzeba przyznać, że uczyniła, co mogła, by jej bohaterka przebijała się przez dominującą postać Arnofla i bohaterów drugoplanowych – również zdominowanych przez mężczyzn. Według mnie postać Anusi, choć nie przebiła się do współczesności w taki sposób, w jaki bym sobie wyobrażał (co absolutnie nie jest winą aktorki, a nawet reżyserki, mającej widocznie inną wizję, którą akceptuję, choć nie przyjmuję jako własnej), to jednak właściwie bezbłędnie odsłoniła obraz kobiety z jednej strony zniewolonej, a z drugiej – co znakomicie widać w scenach przedrzeźniania Arnolfa – zbuntowanej i przebiegłej, a co za tym idzie, świadomej swojej niezależności. To właśnie ta druga strona jej charakteru, ów bunt powodujący działanie, wydaje się bardziej przystawać do współczesnego obrazu kobiety, dlatego też żałuję, że nie był on dostatecznie pokazany. Nie wiem, czy dałoby się pokazać w dramacie Moliera figurę kobiety zbuntowanej nie tylko przeciwko konkretnemu mężczyźnie, ale w ogóle przeciwko całej ich „korporacji”. Być może uda się to zrobić w czasach, gdy znikną pozostałości po patriarchacie. Tylko czy wtedy Szkoła żon ulegnie dezaktualizacji, stanie się jedynie echem przeszłości i  zniknie z desek teatru? Na razie patriarchat stoi – gdzieniegdzie na jednej nodze, w Polsce na trzech – dlatego Molier i jemu podobni szydercy nie mogą spać spokojnie: jeszcze wiele razy będą śmieszyć, obśmiewać, prowokować i budzić refleksje na temat relacji damskomęskich i ich wzajemnego społecznego pożycia.

34


MAGNIFIER 1/2014

N a s k r a j u ś w i a ta K i n o po ls k i e po tr a n s f o r m a cj i i o tr a n s f o r m a cj i M u n d ek K o ter b a

W

ydarzeń z najnowszej historii naszego kraju i Europy, a szczególnie tych z roku 1989 nie trzeba nikomu przedstawiać. Przypominają nam o nich co jakiś czas odbiorniki telewizyjne, książki, gazety czy podsłuchane na przykład w pojazdach komunikacji miejskiej rozmowy rodaków, w których zazwyczaj ścierają się dwa hasła. Pierwsze z nich, powtarzane przede wszystkim przez starszych, że „za komuny było lepiej”, w dużej mierze jest dla wypowiadających sentymentalnym, magicznym zaklęciem powodującym powrót do czasów młodości i  względnej beztroski. Jednak oprócz sentymentu za tym powiedzeniem kryją się z pewnością też dużo bardziej materialne i społeczno-ekonomiczne przyczyny. Sens drugiego zdania powtarzanego w  tramwajowych rozmowach jest mniej więcej taki: „Jest źle, bo nadal rządzą czerwoni”. Jak szybko można skonstatować, oba stanowiska dzieli przepaść. Łączy je jedno: rok 1989 i spotkanie przy okrągłym stole dwóch żyjących obok siebie grup tworzących dwie różnie rzeczywistości. Efektem tych spotkań była próba stworzenia rzeczywistości jednej, wspólnej. Czy się udało? Nie to miejsce i nie ten czas na odpowiedź. W odniesieniu do kinematografii należy się zgodzić, że tak przecież ważny moment historyczny, którym była Jesień Ludów rozpoczęta

w 1989 roku, powinien budzić zainteresowanie ludzi sztuki, w tym również reżyserów. Niemniej jednak, patrząc choćby na polską kinematografię fabularną po 1989 roku, można zauważyć pewne niedoszacowanie tego tematu. Jeżeli nawet prób zmierzenia się z tematem transformacji było więcej niż nam się wydaje, to dojrzałych owoców tych wysiłków już wcale tak dużo nie ma. Zaznaczam jednak, że chodzi mi o kinematografię fabularną. Filmów dokumentalnych o tym gorącym w Polsce i Europie Wschodniej okresie powstawało wiele, dlatego można powiedzieć, że dokumentaliści bardziej wykorzystali potencjał drzemiący w spotkaniu rzeczywistości przed i po Okrągłym Stole. Na największą uwagę zasługują oczywiście obrazy Andrzeja Fidyka, jednego z  najważniejszych polskich dokumentalistów ostatnich lat. Jego dokument z 1990 roku zatytułowany Ostatki rejestrował ostatni zjazd Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Dokument zaczyna się znaną piosenką, w której brzmią sentymentalne słowa:

Upływa szybko życie, jak potok płynie czas. Za dzień, za noc, za chwilę, razem nie będzie nas.

35


żródło: filmweb.pl

Z kolei jednym z najbardziej medialnych filmów o transformacji jest Nocna zmiana Jacka Kurskiego i Michała Balcerzaka. Chociaż nie opowiada on bezpośrednio o roku 1989, a o słynnej „nocy teczek” z początku lat dziewięćdziesiątych i  odwołaniu gabinetu premiera Olszewskiego, to jednak jego konkluzja jest jednoznaczna: Okrągły Stół był zmową solidarnościowców zwerbowanych do współpracy przez Służbę Bezpieczeństwa z samymi komunistami. Ciekawe, czy gdyby dzisiaj zapytać o tamte wydarzenia posła Kurskiego w  eleganckim gabinecie poselskim lub luksusowym, szybkim samochodzie, to potwierdziłby swoje wcześniejsze poglądy czy zasłonił się wizją artystyczną. W każdym razie film ten polecam wszystkim, którzy w tramwajach powtarzają jak mantrę: „Precz z komuną!” Zupełnie inny, mniej zideologizowany, a  bardziej nastawiony na socjologiczną interpretację obraz transformacji przedstawiła w  swoim dokumencie Pokolenie '89 Maria ZmarzKoczanowicz. Reżyserka rozmawia w nim z  przedstawicielami pokolenia, które dorastało 36

w  ponurej atmosferze lat 80. Przekaz autorki jest jasny, choć niekoniecznie prawdziwy. Spełnione i  zadowolone osoby na temat przeszłości wypowiadają się w nowym systemie jednym głosem w wiadomy sposób. Reżyserska pokazała w  tym dokumencie jedną stronę medalu. Tak się złożyło, że tę bardziej błyszczącą. Ponieważ, jak już wcześniej wspomniałem, filmów fabularnych traktujących o początkach transformacji (mam tu na myśli sam moment transformacji, a nie jego konsekwencje) nie było zbyt wiele, dla wyrównania rachunku postanowiłem przyjrzeć się im bliżej. Robię to w  momencie, gdy z ekranów polskich kin właśnie zszedł film Andrzeja Wajdy o Lechu Wałęsie, który, prawdę mówiąc, winien traktować o całej Solidarności. Tak się jednak nie stało. Wajda wybrał koncepcję chyba bliższą współczesnemu kinu, a mianowicie koncepcję superbohatera ocalającego świat. Robotniczy strój, w który ubrany jest przywódca Solidarności, stał się peleryną polskiego Supermana, zasłoną maskującą prawdę o tamtych wydarzeniach. Niemniej jednak – jeśli pisać zgodnie z prawdą – jest to obraz


MAGNIFIER 1/2014

niewątpliwie ujmujący moment zmiany ustroju, dlatego przytaczam go jako przykład. Warto również, jako przykład filmu, który uchwycił moment transformacji, przywołać Ucieczkę z kina „Wolność” Wojciecha Marczewskiego z 1990 roku. Zrealizowany świeżo po transformacji, porusza on problem wolności sztuki i jej wyzwolenia się spod nakazów, prawideł i obowiązków nadanych przez ludzi. Bunt aktorów grających w filmie przywołuje nam na myśl liczne momenty obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec władzy społeczeństw w krajach byłego bloku wschodniego znane z niedalekiej przeszłości. Dziełem, które postanowiłem omówić szerzej, a co za tym idzie, wyróżnić je z grupki produkcji o przełomie roku '89, jest obraz wspomnianej już reżyserki Marii ZmarzKoczanowicz nominowany do Złotych Lwów – Kraj świata z 1993 roku. Porównywany – jak najbardziej słusznie – do Rejsu Marka Piwowskiego przede wszystkim ze względu na fragmentaryczną konstrukcję, nielinearność fabuły, a także użycie niekonwencjonalnych dialogów czy anegdot pokazuje nam w pigułce chaotyczny stan społeczeństwa polskiego w dniu pierwszych wolnych wyborów do Sejmu RP. Widzimy z jednej strony gorączkowe zabieganie kandydatów o  państwowe urzędy, obiecujących przysłowiowe gruszki na wierzbie, a z drugiej – resztę społeczeństwa stojącego w przedsionku zmian, wciąż czekającego w długich kolejkach. Widzimy ludzi niekiedy zdezorientowanych, niepewnych czy − jak w przypadku tłumu wiernych „zaczadzonych kościelnym kadzidłem” − nabożnie trwających i wypatrujących cudu na jednym z  drzew. Niejako obok nich zmieniającą się rzeczywistość obserwują i komentują niepewni swoich dalszych losów literaci (w tych rolach Jan Nowicki i Olaf Lubaszenko). Stosunek literatów do nowej rzeczywistości przypomina podejście ich starszych kolegów po roku 1945, które barwnie określił Czesław Miłosz, pisząc że: „pisarze zachowywali się trochę jak dziewice: chętnie, ale bojaźliwie”[Zob. Cz. Miłosz, Zniewolony umysł, Kraków 1999]. Występują też między nimi nieznaczne różnice, a widać to choćby w  momencie, gdy jeden z mężczyzn zaczyna rozważać emigrację. Spacerują po mieście i  z  dystansem obserwują to, co się dzieje w  tytułowym kraju świata, rozmawiają ze sobą,

a  jeden opowiada drugiemu anegdotę o Murzynie Żmijewskim. Jak można zauważyć po pobieżnej charakterystyce postaci, bohaterem zbiorowym jest całe społeczeństwo o jeszcze w miarę równym statusie ekonomicznym, niemniej jednak ideowo podzielone, a do tego pogrążone w marazmie, mgle przeszłości, która mimo nowych, demokratyzujących się czasów, wcale nie musi się rozwiać. Zmarz-Koczanowicz zderzyła ze sobą komedię mocno przesyconą surrealistyczną groteską z dramatem. Dało to z jednej strony znane ze wspomnianego Rejsu poczucie absurdu, a  z drugiej pewien niepokój, zamknięty w  klaustrofobicznej przestrzeni lęk, co zbliża jej dzieło chociażby do twórczości filmowej Tadeusza Konwickiego. Nie można też oprzeć się wrażeniu, że owa fragmentaryczność czy epizodyczność filmu powoduje, że znajdujemy się nie tylko na skraju świata, ale także na skraju gatunków: filmu fabularnego i reportażu. Oglądając Kraj świata, nie należy się spodziewać ostatecznego rozstrzygnięcia perypetii bohaterów, spektakularnej puenty czy rozwiązania jakiejś drzemiącej w kodzie metafory zagadki. Lepszym sposobem na zrozumienie a zarazem docenienie wartości filmu będzie skupienie się na poszczególnych scenach oraz ich asocjacjach. Z  pewnością tym, co je ze sobą spaja, będzie dominująca scena, czyli tak zwana próba stworzenia łańcucha czystych serc przez jednego z  kandydatów startujących w wyborach. Ten doskonały, symboliczny fragment pokazuje ponowną próbę stworzenia społecznej utopii w  momencie, gdy poprzednia utopia właśnie skończyła swój żywot. Mit solidarności międzyludzkiej, a także tej przez duże S – Solidarności „drużyny Lecha” i innych, zdaje się dogasać. Bardzo wymowne są również ostatnie kadry filmu, w których korowód trzymających się za rękę ludzi tworzących łańcuch czystych serc dochodzi, wbrew postanowieniu samego inicjatora, na wiec największego chyba liberała (dziś powiedzielibyśmy pewnie: ekstremisty) Janusza Korwin-Mikkego. Obok scen, w których raczkuje już gdzieś nowa rzeczywistość, pojawiają się momenty kategorycznego rozliczenia się przeszłością, jak w przypadku obalenia pomnika Feliksa Dzierżyńskiego symbolizującego upadek PRL-u. W niewybredny sposób jest również

37


przedstawiona karykatura kolejnego mitu polskiego barda, styropianowego wieszcza (w tę rolę wcielił się poeta Bronisław Maj) śpiewającego na nutę Pierwszej Brygady piosenkę o  internowanych działaczach podziemia antykomunistycznego. Na uwagę zasługuje również zasygnalizowanie przez reżyserkę problemu polskiego antysemityzmu, który przechował się w  zbiorowej świadomości naszego społeczeństwa tak jak przechowują się narodowe mity. Dlatego scena z plakatem Jacka Kuronia, w której prześmiewa się ów antysemityzm, jednocześnie potęguje obraz Polski mentalnie zastanej, pogrążonej w mitach i zabobonach jeszcze z  okresu II RP, a nawet wcześniejszego. Polski, której, jak się zdaje, nie zmieni nawet nowy ustrój gospodarczo-społeczny. Pomiędzy tymi wszystkimi scenami ujawnia się szary obraz rzeczywistości. Na ławce para pijaczków, a za nimi wyjęty z ust Himilsbacha napis na ścianie bloku: „Jest dobrze”. Czy rzeczywiście jest dobrze? Transparenty zachęcające obywateli do pójścia na wybory dają wyraźny komunikat: będzie dobrze! Ale czy rzeczywiście będzie? Na nastrój filmu wpływa również w dość znaczący sposób muzyka skomponowana przez Zygmunta Koniecznego. Bardzo oszczędna, jednostajna i znakomicie dopasowana do filmu zapada widzom w pamięć. Jest jakby przełożeniem na język muzyki atmosfery, którą widzimy na ekranie. Omówiony film Marii Zmarz-Koczanowicz wyłamuje się z ogólnego i powierzchownego schematu polskiego kina lat 80. i 90., którego przeskok z jednej rzeczywistości w drugą można pokazać na przykładzie ewolucji serialu Czterdziestolatek. Główny bohater, inżynier Karwowski, z budowniczego socjalizmu w  pierwszej części przeobraża się w biznesmena

38

w drugiej, nie poddając właściwie głębszej analizie samego momentu zmiany systemu. Dość wspomnieć, że pierwsza część serialu była emitowana w latach 1975−1978, a druga w  1993−1994, tym samym pomijała najbardziej newralgiczne momenty ówczesnej historii kraju. Na szczęście dzięki wyżej wspomnianym filmom, a  szczególnie dzięki dziełu Marii ZmarzKoczanowicz, punkt '89 na mapie kinematografii polskiej został godnie zaznaczony. Jak jakieś paskudne natręctwo nasuwa się pytanie, skąd u reżyserów (z wyłączeniem tych, o  których mowa w tekście, plus jeszcze może dwóch-trzech innych nazwisk) brak zainteresowania bardzo istotnymi z punktu widzenia społeczeństwa wydarzeniami z roku 1989? Jako odpowiedź, którą jednak należy traktować z dystansem, przytoczę obraz przywódcy byłej Jugosławii, towarzysza Josipa Broza Tity, który wyłania się z dokumentalnego filmu Cinema komunisto. Otóż w filmie przeprowadzany był wywiad z bliskim współpracownikiem Tity, który bardzo często sprowadzał dla swojego szefa taśmy filmowe z  jugosłowiańskich kin i przygotowywał dlań prywatne projekcje, podczas których towarzysz Josip i jego żona, towarzyszka Jovanka, oddawali się przyjemności oglądania filmów. Według notatek skrupulatnie sporządzanych przez tegoż współpracownika w jednym roku przywódca Jugosławii potrafił obejrzeć nawet trzysta sześćdziesiąt pięć filmów! Jego ulubionymi obrazami były, rzecz jasna, te wojenne, pokazujące bohaterską walkę partyzantów bałkańskich na frontach II wojny światowej. W Jugosławii kręcono wówczas bardzo wiele filmów. A w Polsce po roku 1989? Czy zabrakło nam przywódcy-kinomana? Lechu i jego drużyna siedzieli w knajpie Victoria zamiast w przestrzennej kinowej sali. Pewnie dlatego, że najpopularniejsze kino w Warszawie nazywało się Moskwa.


MAGNIFIER 1/2014

Kiedy ubrać się w

Pi dża m ę? Michał Kózka

M

y Polacy uwielbiamy wracać do korzeni. Zawsze wybornie wychodzi nam: powtarzanie zasłyszanych wcześniej opinii, krytyka tego co nowe i nieznane, wreszcie krzywiąc się na nowość muzyczną słuchamy tego co jest już nam znajome i uznane za dobre. Chciałoby się rzecz, że w genach mamy ten konserwatyzm. Jeżeli już jesteśmy przy muzyce warto zaznaczyć, że w jej wieloletniej historii było kilkaset (jak nie kilka tysięcy) tak zwanych „powrotów”. Po latach artyści wracają do kapel, w  których zyskali sławę, zapominając o  wzajemnych zaszłościach. Jeżeli chcemy być szczerzy to Polska przoduje w rankingach muzycznych reaktywacji – o ile takowe były w ogóle prowadzone. W katowickim spodku, niespełna 4 lata temu, zagrała legendarna grupa Judas Priest. Był to jedyny koncert w oryginalnym składzie. Do dziś zespół Roba Halforda gra na żywo i chyba świetnie się ma. Doskonale jest nam znany powrót na scenę po długim milczeniu Agnieszki Chylińskiej. Artystka zmieniła swój image i styl śpiewu. W muzycznej niszy głośny jest przypadek zespołu Tomka ‘Lipy’ Lipnickiego. Kapela Illusion w 2008 roku po dość długim – bo 9 - letnim - zawieszeniu instrumentów na hak ogłosiła jedyny koncert w Polsce. Po tym

czasie grupa zagrała kilkadziesiąt koncertów, a  w  kwietniu tego roku wydała nową płytę. Wreszcie już w lipcu na festiwalu w Jarocinie swoje 30 – lecie pracy artystycznej będzie miał najbardziej popularny grabarz w Polsce, Krzysztof ‘Grabaż’ Grabowski. Z tej okazji wystąpi Pidżama Porno, po raz ostatni w oryginalnym składzie.

Ktoś powie: wara od artysty, wolno mu! Tak, oczywiście, wolno. Ale dlaczego tak się dzieje? Nie można jasno odpowiedzieć na postawione wyżej pytanie. Należy domniemywać, przyjąć ścieżkę rozumowania, którą każdy z nas będzie podążał. Będziemy krytykować, albo cieszyć się, że po raz kolejny zobaczymy swoich ulubieńców na scenie. Tak, zdecydowanie to dwa rozwiązania, jest jednak jeszcze jedno: alternatywne. Nie czuję się kompetentny aby wytykać komuś przywary i błędy jakie popełnia, ale nie da się ukryć, że w całej sprawie trochę śmierdzi, a nie powinno, bo petunia non olet. W  jednym z wywiadów Grabowski zapytany o reaktywację Pidżamy Porno odpowiedział, że nie miałoby to żadnego sensu. Dlaczego więc co jakiś czas słyszymy o kolejnych koncertach kapeli? 39


Kolejno w 2010, 2011 (dwa koncerty), 2012. Czy nie jest tak, że jeden występ w roku ulubionej kapeli zbierze olbrzymią rzeszę widzów? Znacznie większą niż klubowe trasy? O tych ostatnich Grabaż doskonale wie, bo często jeździ w trasy z formacją Strachy na Lachy. Kluby są pełne, a fani zachwyceni inną – od punkowej Pidżamy – muzyką. Skąd więc pomysł koncertowania z Pidżamą? Trzeba też trzymać się faktów: Grabaż pisząc pisma, prosił radę miasta Poznania o zgodę na plenerową, darmową imprezę 30-lecia działalności. Ta się nie zgodziła. Poznań odmówił, Jarocin przyjął ofertę. Szkoda, bo na tym Festiwalu

Pidżama już grała, poza tym od kilku lat jest on płatny, w przeciwieństwie do festiwalu Woodstock w Kostrzynie nad Odrą. Ma to być ostatni koncert w  oryginalnym składzie dlaczego więc jest tak daleko, dlaczego na festiwalu, gdzie aż roi się od kapel… i  ludzi, którzy niekoniecznie muszą być fanami Pidżamy. Na swój własny koncert formacja sprosiłaby ludzi, którzy – tak jak ja – wyczekiwali reaktywacji Pidżamy już dzień po rozwiązaniu jej działalności . Organizatorom zależy na zbiorowym misz- marszu, większym zainteresowaniu, czy powiedzmy wprost: pieniądzach? Może nie tyle artyści chcą na nas zarobić, ile managerowie na artyście? Może jedno z drugim żyje w  symbiozie? Wybierając się na koncerty swoich idoli warto przemyśleć te kwestie. Bardzo prawdopodobne, że gdy zaistnieje taka potrzeba znów usłyszymy o kolejnym ostatnim koncercie…

"Ty pięknie wyciągasz swoją dłoń Po bukiet kwiatów z bankomatu" Egzystencjalny Paw Pidżama Porno

rys. Betina Bożek

40


MAGNIFIER 1/2014

ZAMACH NA KONCERT M u n d ek K o ter b a

N

a wszystkich fanów dobrego rockowego grania zza naszej wschodniej granicy dosyć nieoczekiwanie spadła informacja o  planowanym zakończeniu działalności artystycznej grupy Lapis Trubieckoj. Po niespełna ćwierćwieczu obecności na wielu muzycznych scenach, zespół – ustami lidera Siarhieja Michałoka – zapowiedział zakończenie występów. Jeżeli muzycy będą konsekwentni w swoim postanowieniu, to wschodnia scena muzyczna z  pewnością straci jedną z najbardziej rozpoznawalnych w Europie kapel rockowych. Kilkanaście albumów, wśród których wyróżnić warto Kapitał (2007), Kultproswiet (2009) czy stosunkowo nowy Rabkor (2012), pokazuje nam niezwykłą płodność artystyczną zespołu. Historia rosyjskiego Leningradu, grupy, do której Lapis Trubieckoj bardzo często bywa porównywany, pozwala nam założyć, że deklaracja samorozwiązania wcale nie musi być ostateczna. Rosyjscy muzycy w 2008 roku zakończyli swoją działalność, szybko jednak dokonali reaktywacji zespołu. Dość wspomnieć, że na zeszłorocznym Przystanku Woodstock dali wspaniały koncert na dużej scenie. Wracając do zespołu z Białorusi, trzeba napisać o tym, że w ostatnich miesiącach był on w Rosji gorącym tematem, nie tyle muzycznym, co politycznym. W marcu tego roku muzycy wydali płytę, której tytuł Matrioszka winien budzić raczej pozytywne skojarzenia z kulturą Rosji, a także – w  szerszej perspektywie – Białorusi czy Ukrainy. Stało się jednak inaczej. Tuż przed planowaną trasą koncertową promującą nowe wydawnictwo w  osobach rosyjskich polityków znaleźli się „recenzenci”, którzy uznali najnowsze piosenki

grupy za antyrosyjskie i zaczęli nawoływać do bojkotowania ich koncertów. Jak się jednak wydaje, to wcale nie twórczość bądź co bądź odważnej, anarchistycznej formacji była główną przyczyną bojkotu, a fakt, iż zespół w grudniu ubiegłego roku zagrał spontaniczny koncert dla społeczności protestującej na ukraińskim Majdanie, tym samym dając wyraz solidarności z rewolucjonistami. I to właśnie dlatego jeden z najbardziej „obrażonych” za ten występ polityków, deputowany Siergiej Kozłow z obwodu tiumeńskiego, mocno sprzeciwiał się występom promującym nową płytę, twierdząc nawet, że muzycy depczą swoją twórczością groby radzieckich żołnierzy [Artykuł  dostępny online http://72.ru/text/newsline/767380.html?full=3 (01.05.2014)]. To oczywiście subiektywna, niemająca wiele wspólnego z rzeczywistością ocena deputowanego. Niestety apel polityka znalazł odzew i koncert grupy w tym regionie został odwołany. Tym samym Rosja wkroczyła na drogę, którą przetarła ojczyzna muzyków, Białoruś, gdy trzy lata temu umieściła ich na „czarnej liście”, co oznaczało całkowity zakaz koncertowania na terenie kraju. Co ciekawe, wspomniana już płyta zespołu z 2012 roku zawierała chociażby utwór Puti naroda, w którym nie brak aluzji do obecnej sytuacji kraju rządzonego przez Władimira Putina. Jednak dopiero teraz zespół doświadczył wyraźnej krytyki władz rosyjskich, dlatego trudno nie wiązać decyzji o odwoływaniu koncertów z aktualnymi wrogimi relacjami politycznymi Rosji i Ukrainy. Ale czy ich twórczość jest antyrosyjska? Absolutnie nie. Krytyczny stosunek do rzeczywistości wyrażany w formie sztuki nie powinien budzić tak gwałtownych emocji i  wywoływać tak jednostronnych reakcji. Od lat 41


wiadomo, że muzycy tworzący Lapis Trubieckoj to nie pop-rockowi malcziki śpiewający o „kolorowych snach”. Ich niejednokrotnie bardzo zideologizowane teksty krytyczne nie wobec konkretnej formacji politycznej, czy polityka, a  wobec całego systemu, bliskie ideom anarchizmu, obrazowały odwagę w wyrażaniu swoich przekonań, łamiąc stereotyp siedzącego cicho Białorusina głosującego na Łukaszenkę. Artyści nie boją się też projektować lepszej teraźniejszości, odmiennej wobec tej, w której przyszło im żyć i tworzyć. Te alternatywne rzeczywistości, futurystyczne wizje bardzo widocznie ujawniają się w teledyskach stanowiących w swojej stylistyce kompilację białoruskiego folkloru z rewolucyjną sztuką radziecką, tworząc tym samym bardzo awangardowe i odważne obrazy. Krótko mówiąc, twórczość zespołu nie uznaje kompromisów, nie ma w niej miejsca na słabostki, artystyczne potknięcia wymuszone sytuacją polityczną czy obecną koniunkturą sztuki niezaangażowanej. Z  takiej strony ich anarcho-punk przypomina polską punkową nową falę lat 80. Słuchając tej muzyki i tekstów wokalisty Siarhieja Michałoka, nie sposób nie pokusić się o  porównanie grupy do rosyjskiego Leningradu, a  także polskiego Kultu. Wszystkie te zespoły oprócz gatunku muzycznego, który w tym kontekście należy rozumieć szeroko, łączy jeszcze kilka rzeczy: niezwykła płodność niemająca jednak negatywnego przełożenia na poziom artystyczny,

podobne instrumentarium i specyfika tekstów. W muzyce Lapisa Trubieckoha i pozostałych wyżej wymienionych grup dużą rolę w aranżacji utworów odgrywają instrumenty dęte. Teksty piosenek odnoszą się krytycznie do rzeczywistości, nierzadko korzystając przy tym z wulgarnego języka. Na ich podstawie możemy dopatrzyć się w  tej twórczości wyraźnych cech kontrkulturowych. Jest to perspektywa znacznie szersza niż ta, którą zaprezentował deputowany Kozłow, próbując upolitycznić ich twórczość. Anarchizmu nie da się jednak upolitycznić. Kto nie zna Lapisa, a czuje klimat „muzycznego cyrku” Siergieja Sznurowa, lubi wciśnięte mocno w ziemię rockowe granie i sporą ilość dętych fanfar, ten bez wątpienia powinien zapoznać się z ich dorobkiem artystycznym. Jeszcze jakiś czas temu myślałem, że może ta białoruska kapela mogłaby zastąpić formację Leningrad na tegorocznym festiwalu w Kostrzynie nad Odrą. Jednak informacja o zakończeniu działalności każe mi wątpić, czy zespół jeszcze kiedyś przyjedzie do Polski jak uczynił to w 2011 roku, kiedy wystąpił w warszawskiej Stodole. Mam jednak nadzieję, że muzycy ten jeden raz pójdą na kompromis, kompromis z nie byle kim, bo ze swoimi fanami, którzy w sieci specjalnymi petycjami próbują wymusić na zespole zmianę decyzji. Na takie kompromisy nawet anarchiści mogą sobie pozwolić.

źródło: lyapis.com

42


43


PODARUJ KSIĄŻCE DRUGIE ŻYCIE Paulina Kosowska

fot. Paulina Kosowska

44


MAGNIFIER 1/2014

C

zym jest wspólne przedsięwzięcie Krakowskiego Biura Festiwalowego oraz portalu Bookeriada – Drugie Życie Książki, o którym słyszymy coraz częściej? Jest to wydarzenie cykliczne skierowane do tych, którzy chcą nieco odświeżyć swoją domową biblioteczkę. Każdy miłośnik literatury doskonale wie, że sam widok półki uginającej się pod ciężarem książek wywołuje uśmiech. Ale wśród wielu tytułów znajdują się też takie, które darzy mniejszym sentymentem, po które sięgał wielokrotnie, lecz nigdy nie skończył lektury. Zdarzają się także pochopne zakupy, nietrafione prezenty oraz książki, których po prostu nie wypada nam już czytać ze względu na wiek. Krakowskie Biuro Festiwalowe wyszło naprzeciw mieszkańcom miasta, stworzyło bowiem sprawnie działający system, który pozwala na całkowicie darmową wymianę książek. Ale nie tylko! Podczas spotkań w  ramach przedsięwzięcia możemy poznać nowych ludzi i spędzić miłe popołudnie wśród wielbicieli słowa pisanego, którzy cenią sobie szelest kartek przy oddawaniu się lekturze. Inicjatywa ta pomaga dać zakurzonym tytułom drugie życie w rękach innego właściciela i zachęca krakowian do wyjścia z własnych czterech kątów. Książka, której nikt nie czyta, traci swoją moc, a na to nie można pozwolić! Co trzeba zrobić? Wystarczy w  podanym przez organizatorów terminie (daty nadchodzących wymian znajdziecie na stronie internetowej www.drugiezycieksiazki.pl) pojawić się w  Centrum Obsługi Ruchu Turystycznego (ul. Powiśle 11) z co najmniej jedną książką do wymiany, pamiętając, by była ona w dobrym stanie. Sceptyków, którzy sądzą, że ludzie przynoszą tylko starocie, które każdy czytelnik już dawno ma na swojej liście książek przeczytanych, zapewniam, że jest wręcz przeciwnie. Na stołach znajdziemy mnóstwo nowych wydawnictw; sama wróciłam do domu z inspirującą pozycją Jesteś cudem Reginy Brett oraz Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk. Tak więc byłam,

fot. Paulina Kosowska

fot. Paulina Kosowska

fot. Paulina Kosowska

45


sprawdziłam i szczerze polecam! Prócz tradycyjnej wymiany pomysłodawcy organizują także edycje specjalne, na przykład Najedzeni Fest!, podczas której wymieniano się tylko książkami kucharskimi. Spore zainteresowanie wzbudziła także primaaprilisowa odsłona – zainteresowani wiedzieli o książce tylko tyle, ile poprzedni właściciel napisał na papierze, w który była owinięta. Czy Kraków doczeka się kiedyś kolejnych podobnych inicjatyw i wymienić będziemy mogli także płyty z muzyką i filmami? Czekamy z niecierpliwością.

fot. Paulina Kosowska

46


MAGNIFIER 1/2014

MGLISTE MAGICZNE PORANKI Paulina Kosowska

fot. Paulina Kosowska

47


P

fot. Paulina Kosowska

fot. Paulina Kosowska

48

ierwszym z serii Dobrych Adresów, o  którym przeczytacie na łamach czasopisma jest Hala Targowa, znana jako giełda staroci. W dni robocze miejsce ciche, tylko czasem słychać pojedyncze plotki wymieniane przez panie sprzedające świeże owoce czy kolorową prasę, oraz wypełnione zapachem krakowskiego kumpira − ziemniaka z różnymi dodatkami. Nie mogę także nie wspomnieć o legendarnej kiełbasce z niebieskiej nyski, która pojawia się na Hali Targowej tuż po zmroku. Bazar, jakich coraz mniej w kraju, bo wolimy wejść do sklepu, wyciągnąć dłoń i dostać to, czego akurat potrzebujemy, bo tak jest wygodniej. W niedzielny poranek zwykła hala targowa w magiczny sposób zmienia się w miejską wersję babcinej piwnicy, która skrywa tajemnicę i dużą liczbę pięknych przedmiotów mających własną historię. To jedna z nielicznych już giełd, która zachowała charakter tradycyjnego targowiska. Cechuje ją zróżnicowanie, niska cena towarów do nabycia i możliwość negocjowania jej nawet o  połowę, uśmiech oraz przyjazne nastawienie sprzedawców. W pełni budzi się do życia po zimowym śnie wiosną, kiedy pierwsze promienie słońca zaczynają ogrzewać zmarznięte porankiem twarze. Klimat tego miejsca tworzą ludzie, którzy bywają na terenie Hali Targowej − zaspani, z  kubkami ulubionej kawy na wynos w dłoniach. Osoby w różnym wieku, od młodych, poszukujących ciekawych drobiazgów z duszą do swoich mieszkań, aż po ludzi starszych, którzy dzięki wystawionym przedmiotom przypominają sobie lata młodości. Właściciele układają swoje skarby na starych kocach na betonie, a przechodzący podziwiają je i cieszą oczy lub zabierają perełki do domów. W tym miejscu łatwo się zakochać i każdy chciałby mieć cząstkę tego świata na własność. Niewiele jest w Krakowie obszarów, na których obok starego gramofonu możemy spotkać też piękną zastawę i gazety wydane jeszcze przed wojną. Urocze, ręcznie zdobione − za co ręczy właściciel − pudełko na biżuterię i lśniące perły, których historii możemy się tylko domyślać, co także jest ciekawym zajęciem podczas tych tłocznych poranków. Prócz zbieraczy pojawiają się także kolekcjonerzy monet, znaczków, przypinek czy nawet zabawek z Kinder niespodzianek uważający niedzielne poranki za najlepszą okazję do powiększenia swoich zbiorów czy nawiązania nowych znajomości w obrębie


MAGNIFIER 1/2014

swojego hobby. To także świetne miejsce dla miłośników płyt winylowych, gdyż jest ich tam dość dużo i są w całkiem dobrym stanie. Hala Targowa to także miejsce, gdzie prócz skarbów i ślicznych bibelotów znajdziemy rzeczy, których nikt nigdy nie kupi. Stare, zniszczone meble, zużyte obuwie i zegary, które nigdy nie wskażą już godziny. Ciekawa jest także legenda dotycząca Hali Targowej, według której, jeśli w Krakowie zostanie skradziony nasz rower, z pewnością w  kolejną niedzielę będziemy mogli go odkupić właśnie tam. Ale czy to prawda? Obym nigdy nie miała okazji się o tym przekonać! Jaka pora jest najlepsza na odwiedzenie Hali? Szczęściarzem jest ten, który pojawi się najwcześniej, czyli już około 6−7 rano, i uniknie tłumów, gdyż w okolicach południa indywidualne podziwianie jest bardzo utrudnione. Panuje ścisk, musimy więc przemieszczać się wraz z masą i mamy tylko tyle czasu na przyjrzenie się przedmiotom, ile poświęcają go osoby idące za nami. Dodatkowym plusem wczesnego przybycia jest to, że oferowany towar jest atrakcyjniejszy i to właśnie ranne ptaszki wracają z najszerszymi uśmiechami na twarzach, gdyż odnajdują starocie swoich marzeń. Niedzielny „rupieciarnik” pod Halą Targową to z jednej strony szukanie przysłowiowej igły w stogu siana, a z drugiej świetna okazja na zdobycie czegoś w stylu vintage.

fot. Paulina Kosowska

fot. Paulina Kosowska

fot. Paulina Kosowska

49


Istnieje mniej sposobów uprawiania miłości, niż się mówi, lecz dużo więcej, niż się myśli. Colette


Jedna ksiażka, dwa różne głosy... Na początek Colette i jej

Czyste, Nieczyste

52


Czy ste, n i eczy ste Pa u la G o tszli ch

Na moje własne życzenie książka nosząca pierwotnie tytuł „Te rozkosze…” będzie odtąd zatytułowana „Czyste, nieczyste”. Gdybym miała w jakiś sposób uzasadnić tę zmianę, mogłabym jedynie przywołać moje głębokie umiłowanie krystalicznych dźwięków, a także awersję do wielokropka ograniczającego niedomówienie tytułu – powody niemające w gruncie rzeczy większego znaczenia. Sidonie-Gabrielle Colette[1]

J

uż na pierwszej stronie utworu Colette zaznacza, jak wielką wagę przywiązuje do języka. Niczym Roman Jakobson tworzy własną Magię dźwięków mowy i wspomina: „Dla mnie słowo wystarcza, aby odtworzyć zapach, kolor przeżytych godzin, słowo jest dźwięczne i pełne, i tajemnicze jak muszla, w której szumi morze”. Tworząc niebanalne opisy, kreuje niebanalne postaci. Jedną z nich jest Charlotte, kobieta mająca „[…] delikatny, szczery uśmiech wspaniałych oczu, o mętnej zieleni morskich kałuż pozostających na brzegu w czasie odpływu”. Taka plastyczność jest u  Colette bardzo częsta, rzadko nużąca. Autorka unika używania utartych sformułowań i tak oto, zamiast wykorzystania prostego zapisu: „D. skłamał”, tworzy ona zdanie: „D. wykonał ręką gest, jakby chciał oddzielić to, co zostało powiedziane, od prawdy uczuć”. Owa niebezpośredniość sprawia, że tekst, choć miejscami jest nieco zawiły, staje się na pewno dużo ciekawszy. Prócz Charlotte i Don Juana, który w chwilach szczerości i zadumy stwierdzał, że „[…] nigdy nie powinno się sypiać z kimś, kogo się kocha, ponieważ to niszczy wszystko”, książka Colette jest poświęcona głównie charakterystyce osób homoseksualnych. Jak jednak słusznie zauważa we wstępie Maria Janion, stworzony przez autorkę obraz homoseksualnej miłości jest

zbyt powierzchowny i niebezpiecznie uogólniający. Sporządzenie uniwersalnego opisu każdego uczucia jest niemożliwe i z góry skazane na porażkę. Colette próbuje zaś wpisać miłość w  pewien schemat, co może wyrastać z jej przekonania o tym, iż odmienny pociąg fizyczny musi wiązać się z innym odczuwaniem i odmienną sferą duchową. A przecież każdy z nas ma indywidualne sacrum, którego nie można i nie warto uzależniać od orientacji. Dociekanie, na czym polega homoseksualna więź i czy rzeczywiście oparta jest jedynie na podobieństwach ciał i dusz, o których pisze Colette, jest więc zajęciem nieprowadzącym do odnalezienia żadnej ogólnej prawdy. Nie twierdzę przy tym jak autorka wstępu, że „fantazmat bliźniactwa” i „sobowtórowość” są środkami wyrazu niewiarygodnymi, bo przedstawiającymi zjawisko wyidealizowane (o miłości godzi się przecież pisać jedynie w przesadny sposób), lecz dostrzegam niebezpieczeństwo związane z samym faktem uogólnienia. Uczucia jednostki są na tyle niepowtarzalne, że na zawsze powinny pozostać fenomenem. Warto zwrócić uwagę na czasy, w jakich książka została wydana. We Francji, pod znanym nam dzisiaj tytułem, ukazała się w roku 1941, czyli w okresie wzmożonej walki faszystów z  homoseksualizmem. Na uznanie zasługuje więc odwaga autorki, która śmiało pochyla się nad problemem zakazanej miłości i używa przy tym wielu pięknych słów. Czyste, nieczyste polecam czytelnikom wrażliwym na te słowa. Sentencjonalny i  synestezyjny język wprowadza w melancholijny, refleksyjny nastrój, który skłania do własnych – czystych i nieczystych – przemyśleń na tematy zmysłowości, miłości oraz życia. Colette tworzy z  pasją i choć twierdzi, że jest „[…] w stanie spojrzeć bezstronnym i dyskretnym okiem na to, co wydaje się prawdziwie delikatne i przejmujące w związku dwóch istot […]”, zebrane przez nią wnioski są zawsze subiektywne i sprawiają wrażenie oczekujących na naszą reakcję. ----------------------[1] Wszystkie cytaty pochodzą z wydania: Colette Sidonie-Gabrielle: Czyste, nieczyste. Przeł. K. Bartkiewicz. Wstępem poprzedziła: M. Janion. Warszawa 2009.

53


Czy ste, n i eczy ste r o zk o sze M U N D EK K O TER B A

N

agłówek mojego artykułu nie jest przypadkowy. Stanowi on kompilację dwóch tytułów, pod którymi znana jest powieść autobiograficzna Sidonie- Gabrielle Colette. Pierwszy z nich to oczywiście Czyste, nieczyste, drugi – nota bene pierwotny – Te rozkosze. Co Colette nazywa rozkoszą? Zmysłową, fizyczną miłość mogącą objawiać się w dwóch zestawionych postaciach: homoseksualnej i heteroseksualnej. Szczególnie tej pierwszej – jako obcej sobie, odrzucanej przez hetero normatywne społeczeństwo, a zarazem fascynującej – autorka poświęca najwięcej uwagi. Kilka atutów powieści Colette zasługuje na wymienienie. Wspomnieniowy, pierwszoosobowy typ narracji prowadzonej z wyraźnej perspektywy czasu, tworzący dystans, który wydaje się niezbędny do „ostudzenia” niektórych sądów o  opisanych ludziach, i który pozwala autorce na chłodną analizę tego, co za Judith Butler można by nazwać „uwikłaniem w płeć”. Niejaką opozycję do tej zdystansowanej perspektywy stanowi język, jakim posługuje się pisarka. Cechuje go poetyckość, sentencjonalność, a z drugiej strony – sprawozdawczość. Wypowiedź nie jest pozbawiona głębokich refleksji i ocen sytuacji przez piszącą, 54

przez co w pełni zrealizowane są założenia hybrydyczności gatunkowej, a utwór pozwala umiejscowić się pomiędzy powieścią obyczajową a autobiografią. Prowadząca narrację bohaterka, sytuując siebie w społeczeństwie w jednym szeregu z mężczyznami, tak naprawdę wprowadza tam nie tylko siebie, ale i współczesną generację kobiet. To równouprawnienie płci widoczne jest już od pierwszych stron książki. Ta – dziś już na szczęście coraz bardziej powszechna perspektywa – w  czasach, w których tworzyła i o których pisała Colette, musiała jeszcze budzić złośliwie ironiczne uśmiechy sporej ilości zagrożonych takim obrotem spraw mężczyzn. Colette jest oczywiście orędowniczką równouprawnienia płci, popiera (a  nawet wspiera) w swojej twórczości związki homoseksualne, a zarazem wydaje się również obrończynią tego, co męskie, i tego, co kobiece. W  szczególności – zapewne przez wzgląd na własną płeć – dużo głębszej analizie i refleksji poddaje miłość między dwiema kobietami. Pisząc o niej, trudno wyjść autorce poza binarny system męskości i kobiecości. Popiera autentyczną miłość lesbijską, ale już nie związek, w którym silniejsza jednostka – co w myśleniu współczesnym Colette, a pewnie i jeszcze niekiedy współczesnym nam –


upodabnia się niejako do mężczyzny, przyjmuje rolę „męskiego pierwiastka” w związku, co w praktyce oznacza po prostu osobę dominującą. Inną ciekawą rzeczą, którą warto zauważyć, czytając Czyste, nieczyste, jest stosunek autorki do idei libertynizmu, wyrosłej na gruncie kultury francuskiej i tam też najbardziej rozwiniętej. Jak można przypuszczać, emancypującym się osobom homoseksualnym naturalnie bliskie były postulaty wolności seksualnej. Opisana w powieści historia związku Eleanor Butler z Sarah Ponsonby, pokazuje, że wierność w  parach jednopłciowych jest jak najbardziej możliwa. Inne przedstawione w powieści relacje homoseksualne nastawione są tylko na sferę erotyczną, gdzie naczelną zasadą jest idea wolności obyczajowej, i pokazują, że tak naprawdę wolność wcale nie prowadzi do szczęścia i poczucia spełnienia. Czytając opowieści o kolejnych napotkanych przez narratorkę osobach, można dojść do konkluzji, że w dużo bardziej pozytywnym świetle ukazany jest związek oparty na – nazwijmy to umownie – tradycyjnych wartościach, takich jak miłość, wierność, a także zmysłowość, której istotą jest intymność, a nie ekshibicjonistyczne manifestowanie swojej seksualności. Przykład pań z  Llangollen doczekał się również krytycznych sądów, dotyczyły one jednak rzekomej dominacji starszej nad młodszą, chęcią przejęcia przez nią pozycji mężczyzny w związku, a nie samej ich ucieczki od nietolerancyjnej powierzchni świata i libertyńskiego podziemia. Zaznaczone jest także istnienie zazdrości będącej nie tylko konsekwencją decyzji o podjęciu związku monogamicznego, ale obecnej również w parach żyjących w myśl zasad libertyńskich. Miłosne podboje Don Juanów i spowodowana nimi frustracja („męskie lamentacje”), ich mizoginizm i nietolerancja dla tego, co nazywają w kobietach cechami „męskimi” – to jest: na kobiecy homoseksualizm – odkrywa nagą prawdę o nich samych: pokazuje, że o wiele trudniej jest potencjalnie silniejszym jednostkom zaakceptować odmienność słabszych. Kobieta – według nich to obiekt żądz, którym nie powinna się przeciwstawiać. Stanowczy opór lesbijek wyzwala w tego typu mężczyznach złość i pogardę dla „niezdobytej ofiary”. Taką postawę Colette nazywa „nieczystą”, krytykuje ją, punktuje jej wady, osłabiając tym samym kulturowo mocną pozycję mężczyzn. Głos Colette w debacie o równouprawnienie par jednopłciowych jest o tyle ważny, że nie należy do osoby zorientowanej homoseksualnie. Ta wypowiedź „z zewnątrz” pokazuje, że dzięki zaangażowaniu się w sprawy, które bezpośrednio nas nie dotyczą, zachowujemy „czystość”. Colette nie rezygnuje z rozróżnienia na „męskie” i „kobiece” – co może być dzisiaj uznawane za podział anachroniczny – niemniej jednak uświadamia sobie i czytelnikom istnienie kulturowego wymiaru płci, co z kolei wydaje się odkrywcze. Co istotne, Colette pokazuje kobietom możliwości działania, podejmowania inicjatyw, przede wszystkim w  sferze relacji uczuciowych, i ujawnia, że źródło ich siły nie pochodzi z  tego co w nich najbardziej „męskie”, a przeciwnie – z tego, co autentycznie kobiece.

55



MAGNIFIER nr 1