Page 1


Na jesienne wieczory… W

Fot. Dominika Mosio-Mosiewska

rzesień i październik raczej nas nie rozpieszczały. Jesień przyszła zdecydowanie za szybko, a wieczory się wydłużyły. Dlatego my mamy dla Was coś do poczytania! O ludziach, a w zasadzie o nas samych, o tym, że nie zawsze jest tak kolorowo, jak sądzimy i że życie w XXI wieku ma za­ równo swoje plusy i minusy. Anna Chomiak zaś pisze o os­ tatniej (normalnej) rodzinie i wcale nie chodzi o Bek­ sińskich. A kobiecie w popkul­ turze przyjrzy się Aleksandra Miaskowska. Natomiast Grzegorz Stokłosa przyjrzy się nowemu pokoleniu, które już nadeszło!

Zapraszam do lektury! Klaudia Chwastek Redaktor Naczelna Magnifier Redaktor naczelna: Klaudia Chwastek Redakcja: Tomasz Jakut, Grzegorz Stokłosa, Joanna Wrona Współpraca: Aleksandra Miaskowska, Anna Chomiak, Mateusz Tkaczyk, Krystian Juźwiak Korekta: Tomasz Jakut Skład: Klaudia Chwastek Zdjecie na okładce: Klaudia Chwastek Kontakt: redakcja@e­magnifier.pl www.e­magnifier.pl Facebook: @czasopismomagnifier Instagram: @czasopismomagnifier Twitter: @magnifier__ Poglądy wyrażone w artykułach są wyłącznie poglądami ich autorów i nie mogą być uznane za poglądy Redakcji Czasopisma Magnifier. Przedruki, kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie dozwolone jest tylko za uprzednią zgodą wydawcy. Wydawca: Klaudia Chwastek, Kraków

2


SPIS TREŚCI LUDZIE Pochwała męskości 6 W ciekawych czasach żyjemy 9 Ostatnia (normalna) rodzina 12 Pan Ergo rezygnuje 15 Permanentna reforma edukacji 17 Trudny patriotyzm 21 Przechodząc do nieperfekcyjnej perfekcji 23

KULTURA O dwóch takich, którzy napadli na bank, na dwa głosy 28 Być kobietą w popkulturze 33 Pies, którego każdy chciał zabić 40 Tęcza Argentyny 43 A słowo stało się obrazem 46 Nowe pokolenie 48 Dla grafika font nie czcionka, a szeryf nie bez znaczenia 52

3


Pochwała męskości Od dłuższego czasu bacznie przyglądam się współczesnym facetom. Moje naiwne wyobrażenie z dzieciństwa o tym, jaki powinien być prawdziwy mężczyzna, pękło się niczym mydlana bańka. Czy to bolało? W pewnym sensie na pewno, dojrzewanie zawsze jest procesem dosyć bolesnym. Ból dorastania Która z nas nie marzyła o księciu na białym koniu, rodem z disneyowskich ba­ jek? Piękny, zadbany, kosmicznie bogaty, niezbyt rozmowny, ale idealny w każdym calu. Fundujący nam słynne „żyli długo i szczęśliwie” bez wnikania w zbędne szczegóły. Kiedy wyrosłam z bajek, moje wyobrażenie o idealnym chłopaku zastąpił Ken. W końcu każda z nas miała w swojej kolekcji kilka lalek Barbie. A te, które w latach 90. mogły pochwalić się również Kenem w swojej kolekcji, były po prostu szczęściarami. Tutaj zaczęłam rozumieć, że mój „Jedyny” powinien być przede wszystkim opalonym, umięśnionym bru­ netem o nienagannej sylwetce. Jeżdżący najszybszym i najdroższym autem. Ub­ rany prosto od Prady, tak by wzbudzać zachwyt wszystkich koleżanek na ulicy, gdziekolwiek by się nie pojawił. Czasem wyrosłam z bawienia się zabawkami w ogóle.

6

Jednak trudny okres dojrzewania był kolejnym etapem kształtowania się mojego wyobrażenia o „Facecie Właś­ ciwym”. Nastoletnia smarkula z lekką nadwagą, niemodnymi ubraniami i ro­ mantycznym usposobieniem mola książkowego zaczęła lokować swoje uczu­ cia w idolu wszystkich małolat. Smak miłości platonicznej, która z nas tego nie przerabiała? Najwspanialszy wydawał mi się zbuntowany, trochę zaniedbany facet z przydługimi i niezbyt zadbanymi włosami, który grał prawdziwego rocka. Nie liczyła się kasa, wygląd fizyczny, wyk­ ształcenie, pochodzenie, dobre maniery. Żyłam chwilą, tylko tu i teraz. Oczekiwania kontra rzeczywistość Twarde lądowanie zaliczyłam po raz pierwszy, kiedy okazało się, że spon­ taniczny seks w toalecie wcale nie jest fa­ jny. Ani to romantyczne, ani miłe, ani higieniczne, a na pierwszy raz po prostu


tragiczne. Taka jest cena miłości. Pier­ wszej, wydawałoby się prawdziwej, je­ dynek tej na zawsze, aż po kres istnienia świata. Bzdura, nonsens, czyste szaleńst­ wo. Dowiedziałam się o tym szybciej niż każda wrażliwa i zakompleksiona dziew­ czyna mogłaby w ogóle przypuszczać. Kolejny stopień wtajemniczenia Na studiach uchodziłam za niezłą sztukę. Nie myślcie sobie, że moja atrak­ cyjność ograniczała się wyłącznie do wal­ orów fizycznych. Co to, to nie. Miałam ambicję, w końcu nie po to wyrwałam się z małej pipidówy zabitej dechami, żeby być jak każda, której sodówa uderzyła do głowy po pierwszych zarobionych pien­ iądzach w mieście. Obkuta na blachę na każde zajęcia, perfekcyjnie wystylizowana, z zadbanym ciałem, najmodniejszym makijażem i promiennym uśmiechem – taka byłam. Chętnie podzieliłam się not­ atkami, nie żałowałam niczego. Byłam duszą towarzystwa, zaliczałam wszystkie domówki, modne lokale, ale nadal nie mo­ głam spotkać faceta z moich snów. Niedostępna dla mięczaków, nieodpow­ iednia dla lamusów, czekałam na jakiś ciekawszy egzemplarz. Facet od tej pory musiał być idealny: oczytany, konkretny, zadbany, modny, z oryginalnym hobby, kasą i perspektywami…

Seria męskich pomyłek Rówieśnicy potrafili być słodcy w tej swojej naiwności, kiedy próbowali mi zaimponować recenzją najnowszego filmu Almodovara. Kilku profesorów z roku miało u mnie wysokie noty, jednak przy bliższym kontakcie okazywało się, że mają żony, dzieci albo od dawna wiodą samotny żywot starego kawalera – obowiązkowo w duecie z kotem. Obcokra­ jowcy z wymiany studenckiej byli dobrym pocieszeniem na chwilę. Egzotyczna uroda i południowa namiętność przysłaniała braki w tak prozaicznych sprawach jak pieniądze i plany na przyszłość. Byli słodką chwilą zapomnienia, wakacjami od szarej, smutnej rzeczywistości. Love story I pewnie nadal bym tkwiła w tym impasie, gdyby nie fakt, że moja najlepsza kumpela z roku zaliczyła wpadkę. Co prawda w czerwcu miałyśmy bronić ma­ gisterkę, ale mimo wszystko ta informacja wywróciła mój światopogląd do góry no­ gami. Dziewczyna nie była specjalnie urodziwa. Fakt, ładna, proporcjonalna buzia, za bardzo zaokrąglona na mój gust, ale faceci lubią takie blond aniołeczki, które pachną wanilią i ptasim mleczkiem.

7


Asia miała w sobie to „coś”, co po­ wodowało, że wszyscy ją lubili. Swojego przyszłego męża i ojca dziecka poznała w fast foodzie. Rozumiecie to? Nie, nie była tam po to by coś jeść. Po prostu w czasie studiów zaczepiła się w KFC czy innym McDonaldzie, żeby sobie dorobić. Piotrek początkowo ją irytował. Zamknięty w sobie, nieśmiały, ale mimo wszystko niesamowicie męski. Świata po za nią nie widział, ona zresztą poza nim też. Nie traktowałam ich do końca serio. Nikt nie dawał im większych szans, wiecie, love story jak z jakiejś taniej komedii ro­ mantycznej… Męskość niejedno ma imię Nie widziałam ich dobre kilka lat. To, co zobaczyłam, zmieniło na zawsze moje pojmowanie męskości. Zauważyłam Piotra ­ bo nie wypada nazywać mianem Piotrka trzydziestoparoletniego, dobrze zbudowanego, zadbanego i „zrobionego” (tak to się teraz mówi o mężczyznach modnych i na czasie) faceta. Wracając z pracy zawsze mijam niewielki plac za­ baw. Mój wzrok przykuł niesamowicie przystojny mężczyzna, który z zaangażow­ aniem tłumaczył coś swojej córeczce. Mała była niesamowita: śliczne blond loki, idealnie okrągła buzia i duże niebieskie oczy. Przypominała mi kogoś – była po

8

prostu wierną kopią Aśki. Chwilę mi zajęło zanim skojarzyłam, że to przecież facet mojej Asi ze studiów. W jednej chwili zro­ zumiałam, czego tak naprawdę szukałam całe życie. Ideał Męskość to nie uroda, wzrost, wyrobione mięśnie na siłowni. Prawdziwy facet nie musi znać się na modzie. Mężczyzna z krwi i kości wcale nie musi zarabiać milionów, mieć najszybsze auto i dom w najmocniejszej dzielnicy w mieście. Męskość to coś, co kiełkuje w małym chłopcu, dojrzewa w młodym chłopaku, żeby w kulminacyjnym mo­ mencie osiągnąć apogeum i stać się po prostu dorosłym, samodzielnym i odpow­ iedzialnym bytem. Najbardziej męskie w mężczyźnie jest jego oddanie – kobiecie swojego życia. Dobroć, czułość i zaangażowanie dla własnej rodziny to coś tak prozaicznego, a jednak nadal ulotnego i bardzo rzadko występującego w przyrodzie. Mówiłam już wam, że od dłuższego czasu obserwuję mężczyzn. Dziś już wiem, że prawdziwy facet z krwi i kości ma w sobie coś, co nazwałabym pochwałą męskości.

Anna Chomiak nieidealnaanna.com


W ciekawych czasach żyjemy J

akby się tak zastanowić, to żyjemy w ciekawych czasach. Każdy ze starszego pokolenia prawdopodobnie powie nam, że cudowne życie przed nami. W końcu ubiegły wiek nie należał do na­ jlepszych, a teraz? Można by powiedzieć – żyć, nie umierać! Mamy dostęp do wszystkiego, w za­ sadzie niczego nam nie brakuje, bo wszys­ tkiego mamy pod dostatkiem. Sklepy pękają w szwach, otwarte 24/7. Możemy wybierać, przebierać – nawet jeśli zamar­ zy nam się coś egzotycznego do zjedzenia, prawdopodobnie dostaniemy to w pier­ wszym lepszym supermarkecie. Wszys­ tkiego mamy pod dostatkiem. Problemów z komunikacją brak – z drugim końcem świata możemy porozmawiać w ciągu ułamków sekund. Wyjechać też nie prob­ lem – wsiadamy w samolot i lecimy, gdziekolwiek chcemy. Możemy robić, co chcemy. Można założyć własny biznes. Jak nie mamy kasy, nie ma problemu – jakaś dotacja się znajdzie. Praca zdalna – nawet z plaży. Ponownie: żyć nie umierać!

Nikt nie narzuca nam, jak mamy żyć, co robić czy mówić. Żyjemy w wolnym kraju, w wolnym świecie – wolno nam wszystko. Ale czy na pewno? Może to tylko pozory? Spójrzmy wstecz, nie jakoś daleko. Przykładem mogą być właściwie ostatnie miesiące. Czy jest tak cudownie? Jakoś nie bardzo. Może i to wszystko nas nie dotyczy bezpośrednio, ale gdzieś tam z tyłu głowy zapala się żółta, ostrzegawcza lampka. W zasadzie nie ma dnia, byśmy nie byli poinformowani o jakiś tragicznych wydarzeniach. Czasem nam to już umyka: kolejny napad z bronią, porwanie, wzięcie zakładników, jakieś bombardowanie. To umyka, dopóki coś rzeczywiście drastycznego się nie stanie, nie zostanie nam pokazane wprost to, co się stało. Wszyscy pamiętamy chyba zdjęcie chłopca z Aleppo. Brudny, skulony, niebędący nawet w stanie płakać – wojna w Syrii. Tłumy imigrantów uciekających przed wojną do lepszego świata… A to tylko jeden przypadek z wielu. Nie brak


kolejnych ataków terrorystycznych, w których giną ludzie, tacy jak każdy z nas. I to nie gdzieś daleko, ale obok nas, w cywilizowanym kraju, na kon­ cercie. Niektórych to, mówiąc wprost, rusza. Inni współczują... Ale są też tacy, którzy nic sobie z tego nie robią. Nawet w przypadku zagrożenia, słusznego bądź i nie, gdy jest ogłoszona ewakuacja, niektórzy nic sobie z tego nie robią, nadal chcą kontynuować zakupy, łazić po sklepach. Albo zamiast się ewak­ uować, lecą najpierw po samochód – w końcu trzeba pilnować swojego do­ bytku. To zagrożenie pojawia się coraz częściej. I o ile paniczny lęk zdecydow­ anie nie jest wskazany, powinniśmy jed­ nak brać pod uwagę to, że to zagrożenie istnieje, nie bagatelizować alarmów i samemu zwracać uwagę na swoje otoczenie. Kolejny przykład? Mało to jest katastrof na które nie mamy wpływu? Powodzie, pożary, tsunami? A z tym nic nie zrobimy. Można się jakoś bronić, przeciwdziałać, ale bywa i tak, że z ży­ wiołem nie wygramy. Zabijają nas kolejne choroby. Co chwilę widzimy informacje o jakiejś ak­ cji czy zbiórce charytatywnej, na ciężko chore dziecko czy osobę dorosłą, dla której jedyny ratunek to leczenie za granicą albo kupno bardzo drogich leków. Mimo gigantycznych postępów w medycynie, choroby i tak nas wykańcza­ ją. Rak potrafi zabić tak szybko, że cza­ sami jakiekolwiek leczenie nie ma sensu. W polityce trwa jakaś jedna wielka wojna, nie tylko u nas zresztą. Kłócą się, choć to i tak za mało pow­ iedziane. Jednak co z tego, że oni dogadać się nie potrafią, jak my sami ze sobą nie jesteśmy w stanie w sposób cy­ wilizowany i kulturalny rozmawiać – czy to w Internecie, czy twarzą w twarz. Gi­ gantyczne różnice społeczne, nie tylko na naszym podwórku, ale całym świecie. Jedni harują jak woły, by mieć za co żyć, innym wszystko przychodzi z łatwością i pławią się w luksusach. Różnice są drastyczne, ale na nie nie mamy wpły­

wu. W końcu świat jakoś podzielił się odgórnie – na część bogatą i kraje trze­ ciego świata. O tych złych rzeczach, konf­ liktach, sporach w telewizji, radiu czy Internecie jesteśmy informowani na okrągło. Czy chcemy, czy nie. Jednak spychamy to na sam koniec naszego umysłu, by się tym nie przejmować, nie zamartwiać. By ten szum informacyjny ograniczyć. Każdy ma w końcu swoje własne problemy, po co nam jeszcze problemy całego świata? Żyje nam się dobrze. Postęp technologiczny jest gi­ gantyczny, mamy wszystko. Co prawda poziom, na którym żyjemy, też się drastycznie różni, ale jest okej. Ale to tylko pozory. Wystarczy tak właściwie chwila zastanowienia, by dojść do wniosku, że nie jesteśmy wolni, nie możemy żyć pełnią życia i mieć wszys­ tkiego, a nasze życie nie jest nieskończone. Ta miejsca dżungla jest pełna zakamarków i niebezpieczeństw dla wszystkich. Nieważne czy jesteśmy u progu dorosłości, żyjemy już pół wieku, czy powoli kończy się nasza ży­ ciowa droga. Owszem, możemy pow­ iedzieć, że w ciekawych czasach żyjemy, jednak wszystko zależy od tego, jak sło­ wo „ciekawe” zinterpretujemy.

Klaudia Chwastek


Ostatnia (normalna) rodzina Wbrew pozorom to nie będzie kolejna recenzja filmu o rodzinie Beksińskich, nic z tych rzeczy. Natch­ niona ostatnią kampanią reklamową IKEA (tej dużej szwedzkiej firmy od mebli, które są tanie jak barszcz i znajdziesz je w prawie każdym polskim domu), postanowiłam bliżej się przyjrzeć rodzinie. Wspomni­ ane reklamy emitowane w mediach zostały uznane za: „kontrowersyjne, niesmaczne, obnażające i in­ tymne”. Dlaczego nasze społeczeństwo tak mocno spięło pośladki i jest oburzone?

12


Plastik fantastic Szum wokół kampanii ukazującej prostotę i oblicze prawdziwej polskiej rodziny nie spodobał się wielu osobom. Naród estetów uznał, że mówienie wprost o ciąży, potrzebach fizjologicznych i swobodnym życiu pod jednym dachem to za wiele. Oczywiście, lepiej jest żyć wyo­ brażeniem o tym jacy wspaniali i piękni jesteśmy bez całej tej obrzydliwej otoczki w postaci fizjologii, chorób, starzenia się i w konsekwencji przemijania (nie chciałam być brutalna i mówić wprost o śmierci). Skoro instagramowa estetyka podpowiada nam, że mamy wyglądać jak klon Natalii Siwiec, to nic dziwnego, że ciężarna paradująca bezwstydnie w rozpiętych dżinsach po domu, przewijająca niemowlaka na własnym łóżku i rzucająca zasranego pampersa małżonkowi tak mocno nas razi. Zapom­ niałam, że w dzisiejszych czasach neguje się występowanie takich zjawisk jak: kupa, miesiączka, przeziębienie, poród, połóg itp. Pewnie w czasie stosunku zamiast nasienia wypływają diamenty i brylanty…

Rozluźnić portki A gdyby tak podejść do tematu na luzie, bez zbędnej spinki i nadymania pośladków? No bo niby co złego w tym, że pokazuje się w końcu w reklamach prozę dnia codziennego? Czy naprawdę żyjemy w czasach, w których kobieta bez makijażu wzbudza tyle sensacji? Przykro mi, ale w większości przeciętnych rodzin żona i matka marzy o dodatkowym kwadransie drzemki. Zamiast wstawać o 5 rano i krę­ cić wałki oraz robić staranny make­up, pewnie tak jak ja wstaje 5 minut po dzieciach i z fryzurą w stylu „każdy włos żyje własnym życiem” stacza się z łózka i z przymkniętymi oczami przemieszcza się w kierunku WC w celu zrobienia por­ annego siusiu… Pewnie tym wszystkim rodzinom zdarza się, że w czasie gdy mąż oddaje się porannemu goleniu, wpada dziecko, które chce i musi zrobić teraz kupę. Jestem więcej niż pewna, że od kiedy zamieszkali razem on wie, kiedy ona ma okres i bez mrugnięcia okiem i za­ jąkania w sklepie wybiera jej ulubione podpaski. To, że ona czasem śpi w jego bokserkach, bo nie wyschła jej piżama nie

13


jest nowością. Od kiedy zostali rodzicami widok gołego cycka stracił na wartości – nie stanowi afrodyzjaka zachęca­ jącego do łóżkowych igraszek, teraz ona chodzi z odkrytymi piersiami non stop, bo dziecko na nich wisi i je. Jej partner bez żalu i pretensji podaje jej tetrową pieluchę, żeby znów nie zalała podczas nocnego karmienia łózka mlekiem. Samo życie Gdy zamieszkali razem, to na początku każde z nich krępowało się zrobić w swoim towarzystwie siusiu… Z cza­ sem wspólne prozaiczne sprawy typu: prysznic, posiedzenie „na tronie”, katar, lub zabrudzone prześcieradło po porannym seksie przestały w nich wzbudzać konsternację. Ot, proza dnia codziennego. Przestali negować istnienie po­ trzeb fizjologicznych. Przestali udawać, że są idealni, zawsze zadbani, pachnący i wyfiołkowani. Odetchnęli, ulżyło im i zaczęli skupiać się na tym co najważniejsze – po prostu byli ze sobą. Z przymrużeniem oka Przez życie, szczególnie w rodzinie, nie da się przejść będąc ultra poważnym. Najważniejsze to mieć wspólne rytuały i nie robić wielkiej afery z byle powodu. Jeśli twój partner ma zbyt długie paznokcie u stóp i istnieje obawa, że porysuje wasz parkiet, poproś go żeby je skrócił po prostu. Gdy twoja pani ma miesiączkę i zapomni w pośpiechu wyrzucić zużytą podpaskę do kosza, zrobisz to za nią. Gdy tobie zabraknie maszynki do porannego golenia, bez wstydu poratujesz się jej golarką do depilacji łydek. Dziecko wyci­ erające gluty o kanapę jest tylko dzieckiem i kiedyś z tego wyrośnie. Kot zwracający suchą karmę już was nie obrzydza tylko denerwuje. I tak mogłabym wymieniać bez końca. Przełomowy moment w rodzinie następuje wtedy, kiedy zdarzy ci się przypadkowo puścić bąka w towarzystwie miłości swojego życia. Co robić w tak krytycznej sytuacji? Strategii jest wiele: zwalić na psa, udawać, że nic się nie wydarzyło lub po prostu przeprosić. Nieważne, którą drogę wybierzesz, wiedz że jedyna słuszna reakcja na zaistniałą „sytuację” to spontaniczny wybuch śmiechu – w końcu nic nie poprawia tak atmosfery w domu jak wspólne obnażanie własnych niedoskonałości, a to wszystko w imię miłości. Anna Chomiak nieidealnaanna.com

14


Pan Ergo rezygnuje P

an Ergo zawsze należał do tych osób, które nie sprawiały większych kłopotów. Bezkonfliktowy, przyjaźnie nastawiony do otoczenia. Ot, sąsiad jakiego każdy normalny człowiek chciałby mieć. Był jednak krótki okres w jego życiu, podczas którego Pan Ergo – mimo swych najszczerszych chęci – mimo wszystko problemy sprawiał. A wszystko to zaczęło się całkiem niewinnie. Było właśnie jedno z tych niezwykle upalnych lat, w których człow­ iek nie wystawia nawet palca z domu, święcie wierząc, że mordercze słońce od razu go spali na popiół. Niemniej pustynne słońce nie przeszkadzało w niczym Panu Ergo. Jego przyjazne nastawienie dotyczyło także i morderczych sił natury, pragnących zemścić się na człowieku za jego długie wieki rządów ter­ roru. Pan Ergo zatem codziennie udawał się do swojego ogrodu, by tam doglądać swoich pięknych, niezwykle zadbanych roślin i usiąść od czasu do czasu pod rozłożystą koroną jednego ze swoich licz­ nych drzew.

I jakież było jego zdziwienie, gdy podczas jednego z takich spacerów odkrył, że znikają gdzieś jego wiśnie! Początkowo był pewien, że upadły gdzieś w wysoką trawę (wszak wszyscy wiedzą, że ogrody w stylu angielskim – a zatem naturalne – są najładniejsze i najwspanialsze!) i szukał ich wytrwale z kilka godzin. W końcu jed­ nak musiał pogodzić się z myślą, że owoce po prostu zniknęły. I wówczas po raz pier­ wszy Pan Ergo zaczął zastanawiać się jakich to perfidnych ma sąsiadów, którzy to nie mają żadnych skrupułów przed kradzieżą jego w pocie i znoju wyhodowa­ nych owoców. Postanowił zatem zaradny Pan Ergo założyć pułapkę na złodzieja. Przy drzewach, które najbardziej ucierpiały przez ten haniebny czyn, rozwiesił cienką linkę, niewidoczną z daleka. Gdy nieo­ strożny złodziej za bardzo przybliży się do drzewa, zahaczy nogą o linkę i BUM! rozwali swój nos o twardy pień drzewa. To łajdaka nauczy szacunku dla czyjejś ciężkiej pracy! Zadowolony ze swojego remedium na ogrodowe kłopoty, Pan Ergo poszedł spać. Rano wstał rześki i niezwykle podniecony. Czym prędzej

15


dokonał porannej toalety i wyskoczył czym prędzej do ogrodu, by podziwiać efekty swojego dzieła zniszczenia. Z przerażeniem jednak stwierdził, że wiśnie znów zniknęły, a linka wokół wiśni jest nienaruszona. Wpadł zatem Pan Ergo we wściekłość. Jakże to: bezmyślny, głupi idiota, który kradnie jego jabłka, wykazał się większym sprytem niż on, Pan Ergo? Tej zniewagi Pan Ergo darować nie mógł! Postanowił odwiedzić po kolei każdego ze swoich sąsi­ adów, u każdego poszukując choćby śladu swoich wiśni. I tak chodził od domu do domu, wyzywając od złodziei każdego, kto miał czelność mieć w swoim domu jakąkolwiek wiśnię. Wkrótce ludzie odwracali się plecami do Pana Ergo i po cichu szeptali, że oszalał. A Pan Ergo, widząc szepczące, odwrócone postacie, wietrzył wielką konspirację mającą na celu odebranie mu reszty wiśni. Odgrodził się zatem od reszty sąsiadów i nikogo nie wpuszczał do swojego domu, lecz to nie pomogło – wiśnie dalej znikały. W końcu Pan Ergo wybudował gruby i wyso­ ki mur wokół swojego domu. Bezskutecznie. Wiśnie jak znikały, tak znikały. Aż Pan Ergo nie zamocował mik­ roskopijnego alarmu w każdym ze swoich owoców. Tym razem musi złodzieja złapać! Pan Ergo nie spał całą noc, czujnie wysłuchując dźwięku alarmu. I gdy w końcu nadszedł ranek, usłyszał upragniony dźwięk. Teraz dorwie złodzieja! Chwycił strzel­ bę i wybiegł czym prędzej do ogrodu. Biegł szybko w stronę atakowanej wiśni, lecz – o ironio! – zapomniał, że zwod­ nicza linka wciąż jest wokół niej rozpięta. Zahaczył o nią nogą i wyrżnął z całej siły nosem o pień swojego drzewa, waląc się jak kłoda na ziemię. A ptak siedzący na drzewie spojrzał na niego zdumiony, po czym połknął kolejną wiśn­ ię, narobił Panu Ergo na głowę i odleciał. I tak oto Pan Ergo zrezygnował – po raz pierwszy w swym życiu. Tomasz Jakut

16


Permanentna reforma edukacji J

ak żyję, nie zaznałem jeszcze czasów, w których panowałby powszechny społeczny konsensus w sprawie edukacji. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat kilka razy zmieniały się rządy, które wspólnie (choć zarazem osobno) powtarz­ ały: „w edukacji potrzebne są reformy”. I, rzeczywiście, reformowano szkoły, pro­ gramy edukacyjne, nawet szkolne sklepiki (a czemu nie?). Niekiedy bardziej, innym razem mniej. Jak przy każdej zmianie: są jej ofiary i beneficjenci. Sam jestem (tak mi się przynajmniej zdaje) beneficjentem powstania gimnazjów. Poszedłem wtedy do szkoły w większej miejscowości, pozn­ ałem nowych ciekawych ludzi, z którymi założyłem zespół rockowy. Czas gim­ nazjum wspominam jako okres, w którym działy się w moim życiu na ogół rzeczy pozytywne. Znam jednak i inne przypadki moich rówieśników, którym nowe gim­ nazjalne znajomości bardziej zaszkodziły

niż pomogły. Potrafię więc zrozumieć obawy konserwatystów, którzy w zmianie środowiska widzą także (byle nie tylko!) zagrożenia dla młodego człowieka. Dawno, dawno temu, w 1999 roku, a zatem kiedy autor tego tekstu miał 7 lat, inni reformatorzy postanowili przejść z dwustopniowego systemu szkolnictwa do trójstopniowego. Powstały wtedy gim­ nazja. Stały się one z miejsca – to pam­ iętam już znacznie lepiej – obiektem odwiecznej polskiej demonologii i histerii (w mniejszym stopniu balcerowiczologii – choć to chyba właśnie na tym stopniu edukacji po raz pierwszy usłyszałem, że powinienem być przedsiębiorczy i umieć się sprzedać). Od teraz wszystkie patologie systemu edukacji miały jedną przyczynę: powstanie gimnazjów. Z tego etapu edukacji zrobiono przysłowiowego „chłopca do bicia”. Nie było to zbyt ped­ agogiczne. Oczywiście nie wszyscy tak myśleli, choć ideolodzy przeciwni gimnaz­ jom dość szybko trafili pod strzechy.

17


Okazali się nadspodziewanie skuteczni. I ja po wielokroć słyszałem narzekania na gimnazja. A obrońcy gimnazjów siedzieli cicho, myśląc pewnie, że i tak zostanie jak jest, bez zmian. No to teraz mają. A jednak permanentna polska edukacyjna reformacja przybrała na sile po ostatniej zmianie u steru władzy. Dziś już nikt nie musi cicho w domu szeptać o „patologicznej gimbazie”, szukać archi­ walnych artykułów potwierdzających kryminalny rys gimnazjów. Zmiana ta oznacza jednak powrót na stare śmieci. „Niech będzie tak jak było przedtem: szkoła podstawowa i liceum!” – usłysza­ łem ostatnio z ust dużo starszego ode mnie członka rodziny. Tak, pytanie, czy otrzymamy coś nowego, czy wręcz prze­ ciwnie – cofniemy się do tego, co było? O minionym i zarazem przyszłym sys­ temie łatwo mówić z nostalgią starszym pokoleniom. Co z pokoleniem uczniów, których zadaniem będzie przecierać szlaki innym? Bo skoro osiem klas podstawówki i cztery lata szkoły średniej nie było złe, powstaje pytanie: komu to przeszkadzało?

18

Zapewne komuś, kto postanowił to zmien­ ić. I teraz wydaje się być podobnie. Zatem do końca nie wiemy dlaczego jeden system miałby być lepszy od drugiego. Wiemy za to komu przeszkadza likwidacja gimnazjów. Protestuje przede wszystkim Związek Nauczycielstwa Polskiego. Broni on, rzecz jasna, miejsc pracy w oświacie, co jest w pełni uzasadnione – wszak od tego są związki zawodowe. Zwolnienia nauczy­ cieli, mimo zapewnień władzy, wydają się nieuniknione. Nauczyciele skarżą się też na tryb przeprowadzanej reformy. Czują się niedoinformowani, zszokowani jej tempem (tak duża zmiana w tak krótkim czasie?). Niezadowoleni są też z formy konsultacji społecznych, które w zasadzie sprowadzały się do poinformowania ich przez decydentów o założeniach reformy. Czyli jak zawsze mamy władzę, która, owszem, słucha obywateli, ale chyba brzuchem, bo na pewno nie uchem. I nawet szumna konferencja prasowa pani minister Zalewskiej, pełna ogólników i za­ pewnień o słusznym kierunku zmian,


jakoś niespecjalnie trafiła do głównych zainteresowanych. Nie wiemy co dobrego z tej reformy wyniknie, da się za to wskazać pewne minusy. Na początku pow­ inniśmy przygotować się na niemały chaos. Nikt, chyba oprócz samych reform­ atorów, nie wierzy, że w tak krótkim czasie da się płynnie przejść od jednego systemu do drugiego. Powstaje tu też pytanie: czy rzeczywiście, aby zreformować system edukacji, trzeba likwidować gimnazja? Wydaje mi się, że nie. Istnieją chyba lepsze wzorce poprawy sytuacji w szkołach. Na pewno trzeba zatrzymać niebezpieczny trend for­ sowany przez poprzedników – polegający na likwidowaniu szkół w małych miejscowościach. Niż demograficzny, zamiast klęską, powinien być wykorzys­ tany jako atut. Problemem wielu szkół jest to, że klasy są przepełnione. Trzydzieści parę osób przypadających na jedną klasę i – co bardzo ważne – na jednego nauczy­ ciela, to nie są optymalne warunki dla nauczania dzieci i młodzieży. W tłumie łatwo być anonimowym, a w nauczaniu

chodzi przecież o to, aby starać się wydobyć z każdego ucznia to, co w nim najwartościowsze. Klasy pękające w szwach to zmora współczesnej edukacji. Jako uczeń doświadczyłem tego na włas­ nej skórze. Nie chciałbym doświadczać tego jako nauczyciel. Wprowadzenie drugiego nauczy­ ciela wspomagającego też wydaje się lepszym rozwiązaniem niż powrót do sys­ temu sprzed 1999 roku. Istnieją szkoły – zazwyczaj określane mianem „ekspery­ mentalnych”, choć wydaje mi się, że te ek­ sperymenty trwają u nas za długo – gdzie lekcje w klasie (o wiele mniej licznej niż w wielu szkołach publicznych) prowadzi para nauczycieli. Pozwala to na bardziej indywidualną pracę z uczniem. Z tego co mi wiadomo program re­ formy, oprócz jak najbardziej słusznego postulatu powstrzymania likwidacji szkół w mniejszych miejscowościach, nie za­ kłada ani wprowadzenia nauczyciela wspomagającego, ani limitu uczniów w klasie. Na to miejsce proponuje ogrom­ ną zmianę systemu kształcenia, skomp­

19


likowaną nie tylko pod względem lo­ gistycznym, ale i trudną dla samych nauczycieli, a kto wie czy nawet nie uczn­ iów? Nic więc dziwnego, że zapowiadana z uśmiechem i hurra­optymizmem re­ forma napotyka na słowa krytyki. Płyną one, dodajmy, z różnych stron. Nie tylko opozycja kręci nosem, nie tylko ZNP szuka dziury w całym, ale i członkowie rządzącej koalicji, w tym Rządowe Centrum Legis­ lacji, opiniują projekt minister Zalewskiej krytycznie, kręcąc już nie tylko nosem – lecz całą głową. Czy dzisiejsi reformatorzy wyciągną z tego wnioski? Pożyjemy, zobaczymy. Rok szkolny 2017/2018 ma być pierwszym rokiem nowej edukacji. Co zmieni się oprócz likwidacji gimnazjów? Z pewnością znów… programy nauczania. Według za­ powiedzi ministerstwa nauczyciele mają mieć mniej swobody w doborze materiału. Nie wiem co to oznacza w naukach ścisłych, domyślam się za to, że lista lektur z języka polskiego zostanie wydłużona. Nad wieloma pozycjami pojawią się gwiazdki – oznaczające, że dana książka

20

jest obowiązkowa. Oby tylko reformatorzy nie zapomnieli o czytelniczych preferenc­ jach dzieci i młodzieży. A te od lat po­ zostają niezmienne. Mam tu na myśli literaturę fantasy. Sam nie jestem jej zwolennikiem. Przeczytałem w życiu może jedną, może dwie książki z tego gatunku, lecz – jako być może przyszły nauczyciel języka polskiego – widzę, że uczniów od fantastyki nie sposób oderwać. Brak fant­ astyki w szkole, mimo osobistej niechęci do tego gatunku, uważam za posunięcie najgorsze z możliwych. O ile o miejsce w kanonie dla Sienkiewicza i poety Wo­ jtyły jestem spokojny, o tyle drżę, czy zna­ jdzie się tam kąt dla Harry'ego Pottera czy Sapkowskiego. I, jak zawsze, marzę o Gombrowiczu.

Mundek Koterba


Trudny patriotyzm O

statnimi czasy można odnieść nieodparte wrażenie, że tematyka związana z patriotyzmem i szeroko rozu­ mianą miłością do ojczyzny stała się modna. I choć to słowo w takim kon­ tekście brzmi wręcz obrazoburczo, myślę, że jest nad wyraz adekwatne. A przynajm­ niej tłumaczy, dlaczego pewne zachowania zostały doprowadzone do całkowitego ek­ stremum. I choć temat aż tak świeży nie jest, a jego apogeum nastąpiło tuż po europejskim kryzysie migracyjnym, to pewne tendencje wciąż są silnie zauważal­ ne. Udawało mi się je przez długi czas ig­ norować, przechodząc do porządku dziennego nad przejawami modnego pat­ riotyzmu… aż w końcu mimo wszystko nie wytrzymałem. A wszystko przez (jak zresztą zawsze) pewien komentarz pod artykułem na – a jakże! – Onecie. Ko­ mentarz, który był całkowicie niezwiązany z komentowanym artykułem, ale i tak był najbardziej „załapkowany”. Komentarz w swojej wymowie pasywnie agresywny i opierający się na swoistym paradoksie. Brzmiał mniej więcej tak:

Co to jest „dizajn”? Nie jesteśmy angielską kolonią i u nas istnieje „wzornictwo”. Prawdę mówiąc dopiero, gdy ten komentarz przeczytałem, uzmysłowiłem sobie, że faktycznie – w artykule użyto formy „dizajn”. Co bardziej czuli na punkcie czystości języka polskiego od razu zauważą, że jest to forma dopuszczalna je­ dynie w języku potocznym, podczas gdy forma oficjalna brzmi po prostu „design”. Przeczytałem komentarz powtórnie i za­ cząłem się zastanawiać. No bo przecież komentujący doskonale zrozumiał, o co chodzi w słowie „dizajn” – tak samo jak wszyscy doskonale rozumieją, gdy ktoś pisze „czcionka” zamiast „font”. Dlaczego zatem całkowicie komunikatywna forma powoduje tak duży opór? Dlaczego ofic­ jalnie występująca w słowniku języka polskiego forma „design” najprawdo­ podobniej budziłaby podobny? I czemu w końcu jako ekwiwalent „dizajnu” zostało podane „wzornictwo”, które jest słowem mimo wszystko posiadającym nieco inne (węższe) znaczenie, a tradycja naszego języka wiąże go z zupełnie innym kontek­ stem użycia? Niektórych słów niemal nie

21


da się przetłumaczyć na inny język – a jeśli się da, to tworzy się niepotrzebne, sztuczne twory językowe. Programiści od lat wiedzą o tym doskonale. Dla nich „framework” zawsze jest frameworkiem a nie choćby „zrębem aplikacyjnym” (co brzmi równie poetycko, co dziwacznie). I chyba najprostszą odpowiedź daje wtrącenie o angielskiej kolonii. „Dizajn” (i „design”) są złe, bo… nie są polskie. Zjawisko to nie występuje jednak tylko w języku. Widać je w wielu różnych dziedzinach życia. Już nawet w zwykłym handlu zaczyna panować moda na „tylko i wyłącznie polskie produkty”. Święta też muszą być nasze, narodowe, tradycyjne. Halloween jest wymysłem zepsutego Zachodu i rywalizuje z naszymi Wszys­ tkimi Świętymi. Polski przemysł upada, bo importujemy z zagranicy. Unia też jest zła, bo nie jest nasza. I problem pojawia się wówczas, gdy uświadomimy sobie, że tak po prawdzie mało co jest nasze. Wszys­ tkich Świętych jest wszak tak samo przyniesione ze „zgniłego Zachodu” jak Halloween, a konotacja tego święta jako naszego wynika z wciąż dużej żywotności mitu Polaka­katolika (i tylko nie każcie mi

22

zaczynać z dziadami!). Nawet swojsko brzmiący „kościół” słowem naszym nie jest. Nie wspominając o produktach rdzennie polskich firm, które często bez niepolskich produktów nigdy by nie powstały. Aż chciałoby się zakrzyknąć „no kurwa!” – i to na szczęście naprawdę jest nasze. Istnieje bardzo cienka granica między umiłowaniem tego, co swoje, i kultywacją tradycji a dążeniem do os­ tracyzmu. Jak funkcjonują całkowicie zamknięte społeczeństwa, bardzo łatwo można się przekonać, patrząc na górną połowę pewnego państwa od wieków podzielonego na pół. I jeśli moda na pat­ riotyzm będzie podążać w takim kierunku, po prostu odrzucając wszystko, co niepol­ skie, mam pewne obawy co do tego, gdzie w takim sposób dojdziemy. Skoro matka doskonale wie o tym, że zachłanna miłość krzywdzi dziecko, wypadałoby ten sam macierzyński instynkt przenieść na nasze relacje z ojczyzną. Bo rozsądnie kochać wbrew pozorom jest trudno.

Tomasz Jakut


Przechodząc do nieperfekcyjnej

perfekcji

Chodzenia na obcasie, podstaw savoir­vivre'u czy makijażu nie wynosimy ze szkoły. Zapewne nawet nikomu przez myśl nie przeszło, by tego uczyć współczesne nastolatki. Jednak są to umiejętności, po które sięgają kobiety w każdym wieku, o czym rozmawiałam z Anną Filipiak. Klaudia Chwastek: Jesteś założy­ cielką Szkoły Wdzięku Perfec­ tion(is)Mine. Co sprawiło, że zdecydowałaś się ją założyć? Anna Filipiak: Po pierwsze to, iż miejsc takich jak moja Szkoła Wdzięku nie ma prawie w ogóle w Polsce, a nawet pok­ usiłabym się o stwierdzenie, że TAKIEGO drugiego nie ma wcale! Zatem decyzja była dosyć prosta. Oprócz tego, chęć szerzenia misji, pomocy kobietom w nabi­ eraniu pewności siebie były we mnie tak silne, że musiały mieć gdzieś ujście. Wiedziałam, że to ja muszę się tym zająć i tak powstała Szkoła Wdzięku Perfec­ tion(is)Mine.

Czym zajmuje się szkoła? Szkoła zajmuje się uczeniem kobiet tego, czego nie nauczyły się do tej pory, a co nie jest naturalnie wpisane w bycie kobietą, czyli: chodzenie na obcasie, indywidualna nauka makijażu, zakupy ze stylistką, przegląd szafy, nauka savoir­vivre'u i wiele innych, a każde z tych zajęć jest pod­ budowane właśnie tą naszą naczelną misją – aby dawać kobietom pewność siebie, uczyć je tak, aby były kobietami świeżymi, naturalnymi… wdzięcznymi. Przykładowo: makijaż makijażowi nie jest równy. Można nauczyć tę samą kobietę rodzajów makijaży tak odmiennych, że całe jej postrzeganie się całkowicie zmieni.

23


My proponujemy tę stronę jak najbardziej naturalną. To odróżnia nas od innych miejsc, które proponują podobne usługi. Dlaczego tego typu kwestie są po­ trzebne kobietom? Co dzięki temu zyskują? Przede wszystkim wspomniane przeze mnie wcześniej: pewność siebie, sam­ oświadomość – czyli świadomość swojego ciała, wyglądu, pewność swoich zachowań – wszystko to, co daje nam swoistą wolność i bezpieczeństwo. Los może nas wrzucać w bardzo różne sytuacje, a my na każdą z nich jesteśmy doskonale przygo­ towane! Kobiety w jakim wieku są waszymi klientkami? Czego u was szukają? W bardzo różnym wieku, w związku tym też szukają zupełnie innych rzeczy! Na­ jmłodsza nasza klientka miała 14 lat, a najstarsza 50+ (póki co – czekamy na

24

więcej!). Najmłodsze klientki są kierow­ ane do nas przez swoje zatroskane mamy, które chcą, aby córki wchodziły w dorosłość z wiedzą, której dostarczamy – np jak pielegnować nastoletnią skórę, jak wykonać pierwszy makijaż czy postaw­ ić pierwsze kroki na obcasach. Starszym nastolatkom – ok. 18 roku życia – taki kurs chodzenia na obcasie, czy makijażu może być bardzo przydatny np. przed studniówką! Następna grupa to kobiety 25­40, które są przed ślubem i chcą przed tym ważnym wydarzeniem nauczyć się jeszcze poruszać na obcasach, dowiedzieć kilku podstaw z savoir­vivre'u weselnego czy nauczyć pierwszego tańca. Są też Panie w trakcie robienia kariery, które z naszych usług korzystają, aby poprawić swój biznesowy wizerunek. Kobiety nieco starsze są zwykle najwspanialszymi kli­ entkami, gdyż biorą one z życia pełnymi garściami, a z naszych usług korzystają tylko dla siebie i dla zabawy!


A czy wśród klientek pojawiają się kobiety, które mają niskie poczucie własnej wartości i w ten sposób chcą się poczuć pewniejsze, silniejsze, a także piękniejsze? Oczywiście, że tak! Po to właśnie jesteśmy! Są to osoby, które najbardziej utwierdzają nas w przekonaniu, że nasza praca jest słuszna. Cudownym jest móc przyczynić się do tego momentu, w którym Panie wy­ chodzą z uśmiechem na ustach i podnie­ sioną brodą wyżej niż przed przyjściem! Tak jak mówiłam – po to właśnie jesteśmy! Wiele się mówi ostatnio o kobietach i zachęca się je do tego, żeby wi­ erzyły w siebie i były pewne siebie. Jak wygląda taki proces (bo tego z pewnością nie osiągnie się jednym spotkaniem)? Który krok jest dla kobiet najtrudniejszy?

jest w stanie to zmienić, w zależności od tego skąd ta niepewność się wzięła i na czym polega. Z jakich możliwości, które daje twoja Szkoła Wdzięku, kobiety korzystają najczęściej? Najchętniej uczęszczanym kursem w tej chwili jest nauka chodzenia na obcasie, to prawdziwy hit! Jest bardzo wiele kobiet, które zwyczajnie nie czują się dobrze na wysokich obcasach, nie znają kilku podstawowych technik i męczą się… i tu z pomocą nadchodzimy my! Poza naszą szkołą nie ma zbyt wielu miejsc w Warszawie (a nawet w całej Polsce!), w których można nauczyć się chodzenia na obcasach bez tańca i bez chodu modelki – tak zwyczajnie.

Och, nie odpowiem chyba na to pytanie. Tutaj potrzebna byłaby chyba wiedza psy­ chologiczna… Myślę, że jedno spotkanie

25


Czy opanowanie tego zajmuje kobi­ etom jedno spotkanie, czy muszą się spotkać więcej razy? Czy takie spotkanie jest indywidualne oraz jak finansowo to wygląda?

należało rzeczywiście popracować, w zasadzie od początku do końca? Uwierzenie w siebie, zdobycie pewności i poczucia wartości to jed­ nak długotrwały proces.

Większość proponowanych przez nas usług jest jednorazowa, choć wystarcza­ jąca. Jeśli klientka ma wrażenie, iż potrze­ buje więcej nauki, to można spotkanie po prostu wydłużyć o kolejne godziny, bez potrzeby umawiania kolejnego. Wyjątkiem są kursy ruchowe (chodzenie na obcasie i taniec), ale i te można zrealizować jednego dnia, nie tracąc za bardzo rezultatów. Nasze kursy/szkolenia/lekcje prowadzimy w trybie indywidualnym, a tryb grupowy pozostawiłyśmy na wieczory panieńskie, eventy lub dla firm. Cenowo wygląda to bardzo różnie w zależności od liczby wybranych godzin czy wariantu. Więk­ szość usług kosztuje 150zł za godzinę, a kursy ruchowe to 449zł za cały kurs. Polecam zajrzeć na naszą stronę , gdzie jest pełna oferta, szczegółowe opisy i kwoty.

Nie trafiły do nas jeszcze żadne przypadki beznadziejne, to na pewno. Z reguły nie działamy całościowo (choć i tak się zdarza na życzenie!), tylko częściej w ramach poszczególnych usług, to naprawdę te kilka godzin z nami jest z reguły wystar­ czające, aby nauczyć się tej jednej dziedz­ iny. Oczywiście po wyjściu od nas trzeba ćwiczyć i praktykować! Chciałabym za­ uważyć, że Kopciuszek zamieniła się w księżniczkę w ciągu jednego spotkania!  Bo uwierzyła.

Jednak w ciągu jednego spotkania Kopciuszek nie zamieni się w księżniczkę. Czy zdarzyło się, że w twojej szkole pojawiła się dziew­ czyna czy kobieta, która przyszła do was z prośbą o pomoc i nad którą

Tyle że ta wiara nie każdemu przy­ chodzi łatwo. Dlatego czy kobiety do was wracają na inne kursy? Jedne tak, prawda, że tego potrzebują. Są i takie, którym niestety przydałoby się przy­ pominać cyklicznie o ich wartości, jednak są i takie panie, którym wystarczy pokazać małe światełko w tunelu, a one wiedząc już dokąd zmierzać ­ dojdą same.

Rozmawiała: Klaudia Chwastek Zdjęcia: Szkoła Wdzięku Perfection(is)Mine

Szkoła Wdzięku Perfection(is)Mine http://www.perfectionismine.pl

26


O dwรณch takich, ktรณrzy napadli na bank, na dwa gล‚osy 28


T

ytuł ten niewiele mówi, ale w pewien sposób wprowadza nas do his­ torii pokazanej w filmie Aż do piekła. Na początku poznajemy dwóch braci. Od razu czujemy, że pomiędzy rodzeństwem jest bardzo silna więź. Niewiele o nich wiemy, praktycznie tylko tyle, że muszą uregu­ lować długi, pod groźbą odebrania ziemi ich matki. Nasi bohaterowie stwierdzili, że najlepszą i najszybszą formą zdobycia pieniędzy będzie okradanie banków. Robili to jednak z głową, napadając tylko na lokalne oddziały, a pieniądze zdobyte w wyniku rabunków prali w kasynie. Film jest trochę oldschoolowy. Nie przypomina kryminałów, które znamy. Od początku wiemy, kto jest przestępcą. Na szczególną uwagę zasługują dwa duety pokazane w filmie.. Pierwszy to wspomni­ ani wcześniej dwaj bracia. Drugi to polic­ janci, którzy pracują nad sprawą złodziei.

Postacie te bardzo przyjemnie ogląda się na ekranie ze względu na to, jak różne typy osobowości prezentują. Z jednej strony mamy Toby'ego, w którego wcielił się Chris Pine. Jest to facet w średnim wieku, ojciec i rozwodnik. Odzywa się tylko wtedy, kiedy ma do powiedzenia coś naprawdę ważnego. Spokojny i opanow­ any, woli kalkulować na chłodno niż dzi­ ałać spontanicznie. Sam aktor zasługuje na pochwały, gdyż świetnie wykreował postać Toby'ego. Słychać u niego tek­ sański, prowincjonalny akcent. Przypom­ ina kowboja z Dzikiego Zachodu i znakomicie wpasowuje się w swoje śro­ dowisko. Jego brat Tanner (w tej roli Ben Foster) jest zupełnie inny. Lubi działać impulsywnie, dużo mówi i to on jest goś­ ciem od tzw. brudnej roboty. Swoje życie spędził głównie w zakładach karnych, jest osobą, która nie przejmuje się możliwymi konsekwencjami.

29


Tak jak już wspomniałem, w filmie występuje też druga para. Tym razem mamy do czynienia z dwójką przyjaciół pracujących jako policjanci. Marcus (Jeff Bridges) to zbliżający się do emerytury, lubiący zażartować stróż prawa. Jego poczucie humoru najbardziej odbija się na jego koledze, gdyż ten bardzo lubi mu docinać. Marcus jest niezwykle cierpliwy, nie stanowi dla niego problemu czekanie w jednym miejscu przez kilkanaście godz­ in. Odniosłem wrażenie, że to właśnie on jest tym bystrzejszym policjantem. Jego partner, Alberto (Gil Birmingham), to, można powiedzieć, taki typowy gliniarz. Nie jest tak cierpliwy i rzadziej wpada na dobre pomysły. Mimo tego ma duże doświadczenie, co sprawia, że nieźle wykonuje swoją prace. Na pierwszy rzut oka ta relacja jest bardzo szorstka. Tak naprawdę o tym, jak bardzo przyjaźnili się ci bohaterowie, przekonujemy się dopiero w kulminacyjnych scenach filmu. Na uwagę z pewnością zasługują zdjęcia. W Aż do piekła możemy podzi­ wiać piękne teksańskie krajobrazy. Śmiało można też postawić plusa reżyserowi, Davidowi Mackenziemu. Swoje zadanie spełnił dobrze, sprawiając, że widz skupia się tylko na filmie, nie rozpraszają go

żadne zbędne zabiegi. Muzyka też jest świetna. Sprawia ona, że czujemy klimat Teksasu, ropy, potu a także samochodów z silnikiem V8. W filmie nie podobało mi się kilka rzeczy. Przede wszystkim zabrakło mi przeszłości naszych głównych bohaterów. Dowiadujemy się co prawda, z jakiego po­ wodu kradli, ale ja czułem niedosyt, tych informacji było za mało. Drugi – mniejszy – minus to przewidywalność filmu. Prak­ tycznie od początku przeczuwamy, jaki będzie finał tej historii. Nie mniej jednak Aż do piekła jest produkcją wyjątkową, odbiegającą od obecnych trendów. Ten indywidualizm służy filmowi. Bardzo zachęcam do tego, żeby poznać braci Howard oraz depczą­ cych im po piętach policjantów. Gwarantuję Wam, że się nie zawiedziecie i spędzicie niecałe dwie godziny na bardzo dobrej zabawie.

Mateusz Tkaczyk


M

oja opinia o Aż do piekła jest diametralnie różna od zdania Mateusza. Film wcale mi się nie podobał oraz, co najgorsze, prawie zanudziłam się na nim na śmierć. Treść mniej więcej już znacie, nie będę więc dublować i przed­ stawiać, o co w nim chodzi. Dodam tylko parę swoich uwag w kontekście tego, co napisał wyżej mój kolega. Po pierwsze: silna więź między braćmi? Nie jestem przekonana. To zn­ aczy tak, może silna, ale według mnie wynikająca tylko z tego, jak mocno łączą ich długi. Podobnie jak w znanym powied­ zonku, że małżeństwo najbardziej łączy hi­ poteka. Tak naprawdę mam wrażenie, że mają do siebie sporo niewypowiedzianych wprost pretensji, żalu. Moim zdaniem bracia nie lubią się. Kochają się miłością, jaką bezwarunkowo darzy się zazwyczaj

rodzeństwo, ale na dłuższą metę nie nada­ ją się do wspólnego życia, nie przepadają za sobą. Po drugie: napady na bank? Ci, którzy od teraz będą oczekiwać pełnych grozy scen, broni maszynowej, żądań, za­ kładników i negocjatorów, bardzo się za­ wiodą oglądając Aż do piekła. Napady nie są spektakularne, momentami są tak żałosne i proste, że widz ma wrażenie, że sam mógłby teraz wyciągnąć siłą małą sumkę z bankowej kasy od pani z okienka. Nuda, a mówiąc dosadniej: tylnej części ciała nie urywa! Co do znakomitych duetów... Drogie panie, lojalnie up­ rzedzam – żaden z tych mężczyzn nie jest szczególnie przystojny, czego być może przynajmniej od tych niegrzecznych rab­ usiów byśmy wymagały. Lecz zabieg zestawienia dwóch par wspólników po dwóch różnych stronach sporu jest moim zdaniem trafiony. Ale czy przyjemnie się


ich ogląda? Nie przesadzałabym: może i przyjemnie, ale nadal podtrzymuję, że nudno. Poza tym: Samo zestawienie par tak... Ale połączenie skrajnie różnych osobowościowo braci to moim zdaniem bardzo banalna i oklepana konwencja. Nie twierdzę, że jednoznacznie zła, bo takie coś oczywiście ożywia widza, przyciąga jego uwagę, ale sądzę, iż na szczególne wyróżnienie nie zasługuje na pewno. Film jest prosty. Zarówno w treści, jak i w wykonaniu – Mateusz pisał o braku specjalnych efektów, a co za tym idzie, o maksymalnym skupieniu widza na his­ torii dwojga braci i policjantów. Taaak… Widz rzeczywiście jest w pełni skupiony tylko na akcji, która jest moim zdaniem nijaka i dlatego się nudzi. Przynajmniej ja się nudziłam. Czy dalej brak zabiegów, efektów, to plus? Natomiast w jednym z moim rozmówcą muszę się zgodzić w stu procentach: brak przeszłości bohaterów jest tu główną wadą. Tak naprawdę w filmie nie ma nakreślonej fabuły, jest tylko czas akcji właściwej, dziejącej się tu i teraz. Nie podobało mi się to, więcej in­ formacji, o co właściwie będzie chodziło, wyciągnęłam z opisu produkcji na Film­

32

webie niż z całego czasu spędzonego w kinie! Sądzę, że, na przykład, wplecione zabiegi retrospekcji pociągnęłyby ten film i bardziej zainteresowały mniej wys­ makowanego widza, który nie zwraca pierwszej uwagi na zdjęcia. Co do przewidywalności… Powiem tak: ja jestem co do Aż do piekła na nie. Film mi się nie podobał, nudził mnie i nie pojmuję in­ tencjonalności jego nakręcenia. Z powodu tego nagromadzenia złych emocji nie mi­ ałam nawet ochoty wybiegać myślami do zakończenia, bo chciałam, aby w końcu coś się ciekawego na tym ekranie zadziało! Aż do piekła jest produkcją prze­ ciętną, pozbawioną trendów (w dużej mierze pozbawioną czegokolwiek). Ów in­ dywidualizm nie służy temu filmowi. Nieszczególnie zachęcam do poznania braci Howard i depczących im po piętach policjantów. Gwarantuję, że się mocno za­ wiedziecie i spędzicie niecałe dwie godziny nudząc się, przysypiając albo nerwowo wyczekując końca. No chyba że lubicie takie kino. O gustach się nie dyskutuje.

Joanna Wrona


Być kobietą w popkulturze Od roli panien w opałach i pokornych mężatek po wojowniczki i femme fatale. Bohaterki kobiece przeszły długą drogę, żeby stać się pełnoprawnymi charakterami dzieł popkultury. Disney, filmy o Bondzie i gry komputerowe od początku były zwierciadłem relacji społecznych, miejsc gdzie kobiety musiały walczyć o swoje prawa, by obecnie w czasie równouprawnienia i feminizacji części kultury stanąć obok głównonurtowych postaci męskich i pokazać środkowy palec stereotypom. Przy okazji wyrwały z płytkiego bagna psychologicznego także mężczyzn, choć do końca tej światopoglądowej podróży jeszcze daleko. Księżniczka być księcia Królewny Śnieżki nie muszę przed­ stawiać. Wcieleń zresztą miała tyle, że ciężko zliczyć. Tylko czym one tak naprawdę były? Realizacją nie tyle postaci, co pewnego archetypu funkcjonującego w kulturze masowej, do której zaliczają się filmy, gry, książki, komiksy i przede wszystkim bajki Disneya. Niewiele ma ona wspólnego z oryginałem, który wedle wer­ sji braci Grimm zawiera niedoszły kani­ balizm i taniec w butach z rozgrzanego żelaza. Bajkowe księżniczki, te powstałe z wierzeń ludowych rzecz jasna, mają nieco mniej przyjemne doświadczenia,

które zwykle kończą się krwawo i wyjątko­ wo boleśnie. Tak zresztą zwykł wyglądać los córek średniowiecznych królów, a im swoją drogą bliżej było do Anny Boleyn z Dynastii Tudorów (2007­2010) niż niewinnej Śnieżki. Skąd więc, podkolorowany, ub­ abrany lukrem, obraz królewien w pop­ kulturze? Ano stąd, że gdy na ekrany kin wchodziła Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków (1937), dzieciom nie wypadało opowiadać o pożeraniu ludzkich serc, obcinaniu palców czy mordowaniu sióstr, by za wszelką cenę dostać się do królewskiego rozporka. Czasy się zmieniły

33


34

i, choć w tamtym okresie świat spływał kr­ wią milionów ludzi, w bajkach nie wypadało poruszać tematów drażliwych i prezentować naturalistycznych obrazów. Za to stereotyp głupiutkiej i pięknej księżniczki, mieszkającej za siedmioma lasami i siedmioma górami, przyjął się tak dobrze i doskonale wpasował w potrzeby odbiorców, mających walczyć o niewinne duszyczki młodych dziewczynek, że wgryzł się w podświadomość na niemal sto lat. To co masowe, przeznaczone dla statystycznego każdego, musiało mieścić się w pewnych normach, a przecież grupą docelową były dzieci i zatroskani rodzice. Wśród nich także chłopcy, którzy podob­ nie jak dziewczynki, otrzymali pewną rolę – ratującego, księcia na białym koniu. Ona była bezbronna, pozbawiona jakich­ kolwiek negatywnych przymiotów (no, poza byciem nudną) i gdyby nie On, nigdy nie ocknęłaby się z wiecznego snu. Książę był lekarstwem biernej na własną krzywdę księżniczki. Dominował nad nią, a ona to przyjmowała, otrzymując w zamian miłość do końca życia. Obraz nierealny i sprzeczny z logiką, ale która z nas nie marzyła o księciu? Problem w tym, czy naprawdę chciałybyśmy zostać jego księżniczką.

Umotywowany kulturowo i społecznie stereotyp funkcjonował nieprzerwanie. Zestawiając produkcje Disneya, w których występowały os­ ławione arystokratki, można prześledzić jak powoli i mozolnie postępował proces zmiany. Jednocześnie nie ma chyba lepszego przykładu, na to jak kultura masowa dopasowuje się do norm obycza­ jowo­społecznych, obowiązujących w najszerszej i najbardziej pożądanej grupie konsumentów. Bo kiedy mężczyźni szli na front, często nie wracając, kobiety przejmowały pałeczkę i składały pociski w fabrykach. Z tego powodu po wojnie sytuacja kobiet była diametralnie różna od lat wcześniejszych, a wraz z drugą falą feminizmu (lata 60. i 70. XX wieku) nastąpił niewyobrażalny dotąd postęp. Wzrosła rola kobiety w społeczeństwie, więc jej oczekiwania również. Rosło zapo­ trzebowanie na silne bohaterki, na ar­ chetyp reprezentujący nie uległość wobec księcia, a samowystarczalność i siłę. Śnieżka przestała być na topie. Tak oto, przechodząc od Kop­ ciuszka (1950) i Śpiącej królewny (1959) do Kto wrobił królika Rogera? (1988) i Pocahontas (1995), dotarliśmy do punktu zwrotnego, czyli kobiety wciąż pięknej,


lecz potrafiącej się o siebie zatroszczyć, niebojącej się korzystać z przymiotów ciała oraz ducha. Chłopcy wciąż mogli do niej wzdychać (bo kto nie kochał się za młodu w Dolores?), a dziewczynki nie mu­ siały już utożsamiać się z owianymi woalem, skazanymi na mężczyzn trzpi­ otkami. Był to jednak dopiero początek, a w miarę jak rosło znaczenie równ­ ouprawnienia, to okazało się, że w księżn­ iczkach dalej za dużo męskich fantazji i trzeba wprowadzić nieco realizmu. Czas mijał, stopniowa ewolucja i ciągłość w produkcji filmów animowanych sprawiły, że obecnie Śnieżkę czy nieco bardziej niezależną Piękną zastąpiły Elsa i Anna. Przykład o tyle ciekawy, że w filmie Karina Lodu (2013) nie uświadczymy baśniowej miłości między kochankami i to nie książę uratuję swoją królewnę, lecz jej własna siostra. Wygrywa już nie relacja mężczyzna­kobieta, a miłość siostrzana. „Wciąż grała nastolatkę w operze mydlanej. Grała ją, póki jej nie zabili, po­ tem obsadzali ją w rolach matek i wdów. Kobiety w opowieściach zawsze definiowano poprzez ich relacje z innymi.” Fatum i furia Lauren Groff

Wszystkie kobiety Bonda Wraz z nadejściem XXI wieku na duży i mały ekran tanecznym krokiem wstąpiły kobiety, które nie musiały być określane poprzez relację z drugą osobą (wdowa, kochanka, matka, córka), bo definiował je charakter. Cersei Lannister, będąca przykładem świetnie napisanej i zagranej postaci, nie jest jedynie siostrą Jaimiego (czy jego kochanką, to chyba wszyscy już wiedzą) albo matką Joffreya. Jako postać z ogromnym potencjałem jest na tyle interesująca, że dawno wybiła się ponad przedmiot, na którym warto zaw­ iesić oko. Stała się podmiotem. Nieistotne są realia w jakich żyje, bo choć epoki by­ wały mizoginiczne, to nawet w śred­ niowieczu mieliśmy okres, kiedy Rzymem rządziły kochanki papieży, czyli tzw. pornokrację (kobiety dookreślane, a jed­ nak potężniejsze od dopełnienia). Podobna sytuacja nie miałaby miejsca, gdyby przedstawicielki płci pięknej fak­ tycznie stanowiły tylko ozdobę, jak przez lata starały się to udowodnić filmy z Jamesem Bondem. Ta passa została przerwana dopiero przez odświeżenie marki z Danielem Craigiem w roli głównej.


W serii filmów o Jamesie Bondzie również obserwujemy ewolucję społecznej roli kobiety, począwszy od Doktora No (1962) aż do rewolucyjnego GoldenEye (1995), gdzie w rolę M wcieliła się Judi Dench. Można by powiedzieć, że szef MI6 niejako zmienił płeć i wyszło to filmom na dobre, ponieważ wybór okazał się trafny, a sama Dench pokazała klasę jako akt­ orka. W przeciwieństwie do roli męskiej, jej zapadała w pamięć i na ekranie w końcu pojawiła się postać kobieca, którą chcieliśmy ujrzeć ponownie, lecz nie ze względu na jej wdzięk. Po raz pierwszy mieliśmy styczność z sytuacją, gdzie skra­ jnie samcze kino uchyla furtkę dla femin­ izacji. Towarzyszki Bonda dalej ginęły, a on bez chwili refleksji znajdował sobie nowe i zapominał o górze trupów, które wcześniej lubił poklepać po pośladkach, ale sytuacja się zmieniła. Szefowa, obdar­ zona przez Bonda szacunkiem i niebędąca dla niego kolejnym biustem na szpilkach, została jedyną osobą zdolną utrzymać go w ryzach. Jak matka besztająca i poucza­ jąca niesfornego synka, który sam jest zbyt nierozgarnięty, żeby bez nadzoru bawić się bronią. Realia się zmieniły i schemat bon­ dowskiej fabuły stał się archaiczny. Pod­ nosiło się coraz więcej głosów sprzeciwu wobec stosunku Agenta 007 do pań. Na ratunek tonącemu przybyli Martin Camp­ bell i Daniel Craig, budząc swym po­ jawieniem się nie lada kontrowersję. Wielu sądziło, że Craig nie sprawdzi się jako Bond, bo z aparycji odstawał od swoi­ ch poprzedników – jak to mawiano: brakowało mu klasy. Casino Royale (2006) pokazało, że przeciwnicy Craiga nie mieli racji. Mimo tego nie był on standardowym Bondem, tym wesołym lekkoduchem i zabijaką, który odpływał na myśl o pięknych kobietach, drogich sam­ ochodach i wstrząśniętym niemieszanym. Odsłona z 2006 roku była niejako zaprzeczeniem starych filmów, które obecnie budziły już nie podziw, a śmieszność. W Casino Royal Bond pokazywał pierwsze oznaki zmęczenia, był bardziej dekadencki. I co stanowiło ot­ warte przeciwstawienie się konwencji –

36

zakochał się. Vesper Lynd była pierwszą towar­ zyszką, której strata wstrząsnęła Bondem. Była też pierwszą, która nie została uwiedziona, a sama uwiodła. Zrobiła to dzięki silnej, magnetyzującej osobowości, prześcigając pozostałe miłostki. Vesper emanowała seksapilem i przyciągała charakterem, czyniąc kochankę Bonda – popowego ideału mężczyzny – intensy­ wniejszą oraz, co ciekawsze, jeszcze bardziej pociągającą dla męskiej części widowni. Była przykładem na to, jak duch czasów potrafi przywrócić masowemu odbiorcy kobietę w formie podmiotu i dalej urzekać. Wbrew wszystkiemu okazało się, że naładowane testosteronem filmy nie odrzucają kobiecości w formie "ponad opakowania" i ich fani wcale nie są seksistowscy, bo gdyby faktycznie tak było, odrzucono by M i Vesper, pragnąc powrotu do starych dobrych czasów, kiedy to złotowłose modelki mdlały na widok futra na klacie Connery’ego. Stało się in­ aczej, a Bondy z Craigiem określane są mi­ anem lepszych, również ze względu na walory estetyczne. Tak dla męskiej jak i żeńskiej części widowni. Bond (o nowym drinku): Nazwę go Ves­ per. Vesper: Przez tę goryczkę? Bond: Bo jak go raz spróbujesz, nie chcesz pić nic innego. Vesper: Nie dopuścisz mnie do siebie? Znów chowasz się w skorupie? Bond: Nie mam już skorupy. Odarłaś mnie z niej. Z nimi lepiej nie zadzierać Istnieje test, nazwany testem Bech­ del, który jest używany jako wskaźnik ak­ tywnej obecności kobiet w treściach kultury. Stosuje się go w celu pokazania braku równości między płciami. Żeby go zdać, film (lub inny tekst kultury) musi spełnić trzy warunki: 1. Muszą pojawić się co najmniej dwie postaci kobiece, 2. prowadzące ze sobą rozmowę, 3. dotyczącą czegoś innego niż mężczyźni.


Źródło: http://thewitcher.com/pl/

Pomyślicie: nic prostszego, przecież niemal każdy to zdaje. Otóż – nie. Prawie połowa tekstów kultury, jak określono tu rozmaite nośniki, oblewa. W tym Gwiezdne Wojny, Władca Pierścieni i Harry Potter. Nic to jednak nie oznacza, ani nie dyskwalifikuje tworu w wyścigu o plakietkę z napisem „Patrzcie jaki ze mnie fajny film”. Natomiast mówi to sporo o schematach, według których tworzone są opowieści, bez względu jakiego medium dotyczą. Zwykle na takie rzeczy nie zwraca się uwagi i ja także tego nie robiłam, ale po przeanalizowaniu wyników pojawiają się pewne wnioski: niszowość kobiety w kulturze jest na tyle silna, że przeciętny widz traktuje jako rutynę fakt, że żadna z bohaterek nie rozmawia o sprawach innych niż faceci. A czy komedie romantyczne przeznaczone dla damskiego grona odbiorców nie sprowadzają się właśnie do tego, co auto­ matycznie czyni je bardziej seksistowskimi niż filmy o Jamsie Bondzie? Wychodziłoby na to, że wiele tworów tzw. kina kobiecego oraz young adult skierowanego do kobiet uprzedmiotawia panie silniej niż współczesne kino tzw. męskie. Ciekawe, czyż nie? O zdanie testu Bechdel łatwiej, kiedy mamy do czynienia z grą kom­

puterową, ponieważ interaktywność i możliwość wprowadzenia mnogości wątków wpływa na pogłębienie psycholo­ gii postaci. Obecna technologia umożliwia tworzenie niemal realistycznych symu­ lacji, co ułatwia przedstawienie żeńskiego bohatera. Doskonale znany jest przykład ostatniej odsłony Wiedźmina, która jest przykładem produkcji z udziałem silnych, często destrukcyjnych charakterów kobiecych. Jako przykład niech posłuży (nie)możliwość romansu z obiema czar­ odziejkami (Triss Merigold i Yennefer z Vengerbergu), które z prawdziwą przyjemnością ukarzą Geralta za niecną próbę. Udowodnią, że można albo mieć, albo zjeść ciastko, bo choć pieszczą zmysły, same decydują o tym jak, z kim, gdzie i na jakich warunkach. Czarodziejki z uniwersum Wiedźmina, także te książkowe, wbrew apelom jakoby było to dzieło seksistowskie, stanowią swoisty przykład feminizacji bohaterek i zdają test Bechdel. To już nie są towarzyszki rycerzy z szeroko pojętej fantastyki, a pełno­ prawne baby, co życie utrudnią, ale jak okażesz szacunek, to i buziaka dadzą. O ile oczywiście będą miały ochotę. Branża gier, choć popychająca wózek z napisem „współczesna kultura masowa”, dalej ma kilka problemów

37


z prezentacją kobiet. Stąd fenomen tzw. przeseksualizowania, który ja nazywam po prostu marketingiem. Sporo tytułów, zwłaszcza z kultury azjatyckiej, gdzie nagość i kobiecość traktuje się w innych kategoriach, gdzie przeciwnie do stand­ ardów europejskich przemoc razi silniej niż negliż, powstają takie modele jak Quiet z Metal Gear Solid 5: The Phantom Pain. Jej wygibasy na długo podbiły inter­ net, a obecni gimnazjaliści latami będą opowiadać o scenie spod prysznica. Obrazek tak nierealistyczny, że wręcz śmieszny, ale co kultura oraz marka, to standardy i choć Quiet jest do bólu przesadzona w wielu aspektach, to nie odmówiono jej przymiotów niezbędnych dla zabójczyni: inteligencji, bezwzględ­ ności oraz sprytu. Co dalej czyni ją "czymś więcej" niż blond księżniczką z Mario i plasuje na wyższym miejscu, jeżeli chodzi o ewolucję roli kobiety w popkulturze. Inaczej ma się sprawa komiksów, które jakby nie mogły się zdecydować, mając ambiwalentny stosunek do

38

kobiecości, choć dalej postępowy. Ciężej jest je jednak ocenić, ponieważ, podobnie jak w literaturze, nowe tytuły wyrastają jak grzyby po deszczu i są tak różnorodne, że każdy znajdzie coś dla siebie, w tym także bohaterkę będącą zaprzeczeniem krzywdzących stereotypów odnośnie kobiecości. Jest jednak pewien schemat, z dumą wybijający się na przód szeregu, a chodzi tu o komiksy z tzw. mainstreamu. Z założenia wszystkie mainstreamowe su­ perbohaterki powinny być kobietami silnymi, pewnymi siebie i potrafiącymi radzić sobie w każdej sytuacji. Dalej jed­ nak, choć panom zdjęto już gatki z ra­ jtuzów, one do walki udają się w strojach kąpielowych. Jest jak w memach o kobiecej zbroi w grze RPG, która za­ słania jedynie najbardziej intymne obsz­ ary, a statystyki ma takie, jak płytowy „czołg” dla panów. Z jakiegoś powodu przeciwnicy nigdy nie trafiają odsłonię­ tych części, choć są o niebo liczniejsze. Najpewniej półnagi biust tak ich oślepia, że nie są w stanie dobrze celować.


Wonder Woman jest flagowym przykładem (który niestety przy ostatniej odsłonie Batman v Superman (2015) został doszczętnie spartaczony), kobiety reprezentatywnej dla myśli femin­ istycznej, o ile nie jej radykalniejszej wer­ sji. Dalej jednak jest to mocno infantylne i sama ideologia jest raczej przykrywką albo wręcz zbędnym elementem, który wyciąga się lub nie – zależy komu to aktu­ alnie pasuje. Diana wychowała się na wyspie Amazonek, w atmosferze dyskrym­ inacji i demonizacji patriarchatu ze świata zewnętrznego. Szkopuł w tym, że z początku jej sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Ona także przeszła metamorfozę, zaczynając w świadomości szerszego grona jako telewizyjna modelka bikini, dla której łapanie przestępców było jedynie pretekstem, żeby ubrać się w seksowne ciuszki. Mowa o Lyndzie Carter, która wcielała się w Dianę w latach (1975­1979). Obecnie coraz częściej odchodzi się od pierwowzorów kobiecych kostium su­ perbohaterskich i przerzuca jako taki nat­ uralizm na światy komiksowe, jak było chociażby w przypadku serialowej Jessici Jones (2015), która nie biega po mieście w obcisłym trykocie tylko bluzie z kapturem i skórzanej kurtce, co jest swoją drogą przedmiotem żartów z jej strony i stanowi doskonałe odniesienie do komiksowego dziedzictwa. Ubiór kobiet popkultury coraz rzadziej nawiązuje do skąpo odzia­ nych panienek, mających dotrzeć do młodszej i przede wszystkim męskiej części odbiorców, ale zaczyna być określany przez swoją użyteczność. Bo przecież w piętnastocentymetrowych szpilkach ciężko cokolwiek zawojować, chyba żeby je zdjąć i wbić komuś oczy. Są jednak tereny, na których czeka­ ją nieprzetarte szlaki. Mianowicie w pop­ kulturze jest swoistego rodzaju posucha jeżeli chodzi o interesujące kobiece czarne charaktery. Herosom w przeciwległym narożniku niejednokrotnie częściej towar­ zyszą mężczyźni. Naprzeciw temu wyszedł G. R. R. Martin oraz Stieg Larsson. Obu udało się utorować drogę kobietom, z którymi lepiej nie zadzierać. Lisbeth Salander odstraszała nie tylko skłonnoś­

ciami do przemocy, ale także aparycją. Cała w kolczykach, krzywo obcięta, nieat­ rakcyjna wedle ogólnoprzyjętych stand­ ardów, a jednak losy tej antybohaterki można było śledzić z zapartym tchem. Tu nastąpiło zupełne zerwanie z archetypem kobiecości, który w swym szaleństwie reprezentuje Harley Quinn, pozostając przy tym seksowną i uzależnioną od Jokera. Okazało się, że masowy odbiorca nie potrzebuje być pieszczony wizualnie, żeby żywić sympatię do żeńskiego antybo­ hatera. Kobieta nie musiała już być apetyczna w odbiorze, wystarczyło, że była ciekawa i chemia jakoś sama się znaj­ dowała. Na zakończenie Postać kobieca przeszła długą dro­ gę, sprzężoną ze zmianami społeczno­ obyczajowymi. Wyszła dzięki temu z cienia lepiej kreślonych bohaterów męskich, przestając być obiektem mor­ alizowanym, przedmiotem i archetypem niepokalanej lub odwrotnie wizualnie odpychającej, a przez to z automatu złej. Oczywiście feminizacja kultury była obecna od początku ruchów emancypacyj­ nych. Obecnie opadły maski i media zyskały możliwość kreowania kobiet w zu­ pełnie nowy, mniej stereotypowy sposób, jednocześnie obalając mit jakoby płeć była dominantą w sprawach przemocy, umiejętności logicznego myślenia czy możliwości awansu tak społecznego jak i materialnego, kładąc nacisk na psycholo­ gię i cechy charakteru. Zaspokojono w ten sposób nie tylko widownie męską, ale również żeńską, nie dzieląc tekstów kul­ tury ze względu na płeć docelowego odbiorcy tak zażarcie, jak robiono to w pierwszej połowie XX wieku. Czasy po­ zorów odeszły, być może na dobre, teraz częściej opowiada się o tym, jak łatwo mo­ gą mylić. Zaś kobiety nie muszą być całowane przez księcia, by wstać z łóżka. Podnoszą się, bo mają ku temu moty­ wację, chcą spełniać pragnienia, nawet jeżeli jedyne, czego pragną, to wyglądać pięknie i zniszczyć świat.

Aleksandra Miaskowska

39


Pies, którego każdy chciał zabić

Źródło: gamespot.com

Przyjaciel człowieka. Członek rodziny. Towarzysz zabaw. Może być mały i słodki. Może być rasowy. Może być też zwykłym kundelkiem z przyklapniętym uszkiem. Niemniej ten zwierzak zawsze jest synonimem szczęścia i radości. No, może poza jednym, cholernym gnojem…

40


Źródło: gamespot.com

A

le od początku… 16 paździ­ ernika 1985 roku japońskie studio Intelli­ gent Systems wydało grę o nazwie Duck Hunt była ,,Kaczki’’. I w takiej właśnie formie przetrwała do dziś w pamięci milionów graczy. Rozgrywka była diabelnie prosta. Wystarczyło zestrzelić wylatujący zza bujnej trawy drób. Im więcej trafień, tym więcej punktów. Proste i logiczne. Duck Hunt oferował graczowi trzy tryby rozgrywki. W klasycznym trybie A po prostu wylatywała jedna kaczka. Tryb B był o tyle bardziej zawansowany, że na ekranie pojawiały się już dwa fruwające cele. Tryb C, zwany z angielska Clay Shooting, był najtrudniejszy z zaoferowa­ nych nam przez japońskie studio. Tu zamiast tytułowych kaczek prujemy z pistoletu do wylatujących dys­ ków. Te latają szybciej i znikają w oddali, co sprawia, że dużo trudniej trafić je an­ iżeli ptaki. Mimo to, większość graczy traktowała go po macoszemu. Przecież nie po to włącza się Kaczki, żeby strzelać w pikselowe krążki. Popularność Duck Hunta była ogromna. Grę wydano na dziesiątkach tysięcy kartridży. Społeczność GameSpot oceniła tę prostą grę na 9,1 (gdzie 10 to maksimum), 1UP.com przyznał ocenę 8,7 również w 10 stopniowej skali. Ponadto Kaczki zajmują 77 pozycję w rankingu 200 najpopularniejszych gier w historii. Skąd taka popularność tej sz­ ablonowej gry? Po pierwsze, Nintendo

zrobiło świetny ruch marketingowy wrzu­ cając Kaczki na kartridż razem z Super Mario. Te dwie gry były dla tego ja­ pońskiego przedsiębiorstwa jak gaz dla Rosji. Druga przyczyna niezwykłej popularności Duck Hunta to pistolet. Legendarny NES Zapper. Plastikowa spluwa, Move, czyli nowoczesnego kontrolera od PlayStation. Taka technologia w latach 80. XX wieku jeszcze nie istniała, choć oba urządzenia wydają się podobne. Zapper jest jednak dużo prostszy. Pistolet zawiera w lufie fotodiodę lub fototranzystor. W momencie wciśnię­ cia spustu ekran telewizora jest wygaszany (krok 1), a następnie malowany jest na bi­ ało cel (krok 2). Jeśli punkt ekranu, w który wycelowana była fotodioda w (1) i (2) był czarny – nie trafiłeś. Jeśli w (1) czarny, a w (2) biały – – kaczkę zastę­ pował biały kwadrat. Ale oprócz słynnego pistoletu kaczki miały jeszcze jeden element, który uczynił je nieśmiertelnymi – bezimien­ nego psa. Ów czworonóg nie wpisał się kanon przyjaciela człowieka. Irytował, drażnił, doprowadzał do szewskiej pasji.

41


42

Cofnijmy się jednak o 16 lat przed powstaniem Duck Hunta. W 1969 roku Joseph Barbbra pt. Dastardly and Muttley in their Flying Machines. ’”asów”’ przest­ worzy i jego pies Muttley. On, tak jak i psisko z Duck Hunta, bywale wredne stworzenie. Nigdy nie pomaga swojemu panu, gdy ten jest w tarapatach. No chyba, że ten obiecuje mu medal. Jednak gdy Dasterdly’emu dzieje się krzywda, to Muttley tylko stoi i śmieje się jak hiena. Kreskówka powstała w 1969, więc 16 lat przed popularnymi Kaczkami i łączy je postać psa. Choć twórcy gry z Intelligent System nigdy nie powiedzieli głośno, iż pies z Duk Hunta był wzorowany na Muttleyu, to internauci sami do tego doszli. Pikselowy kundel, podobnie jak ten z kreskówki, jest łasy na medale. Z tym, że zamiast złotego krążka zbiera kaczki. Gdy jednak nie trafisz, usłyszysz ten przebrzy­ dły rechot hieny, który skończył życie nie ednego Zappera. Pies pojawiał się tylko w Trybach A i B, przez co wiele osób po prostu nie wybierałoyopcji C ze strzelaniem do dys­ ków. Psina miała być źródłem motywacji dla gracza. Jednak stała się źródłem ner­ wów. Dziennikarze ScrewAttack, Games­ Radar i IGN uznali paa za najbardziej irytującą postać w historii gier. Prak­ tycznie każdy gracz próbował zabić tą drenującą zwierzynę. I choć nie powinno

się denerwować człowieka ze strzelbą, to czworonóg wiedział co robi, gdyż po prostu był nieśmiertelny. Mimo szewskiej pasji, do jakiej graczy z uśmiechem na ustach doprowadzał, pies został też wyróżniony w bardziej pozytywnych rankingach. 1UP.com umieściło go w rankingu 10 na­ jlepszych psów w historii gier, a dziennik „Nintendo Magazine” umieścił śmiech pasa w ‘Najlepszych momentach w historii wideogier’. Fenomen psa docenili także twórcy m.in. odzieży i zabawek. Powstał nawet budzik, który wyrywa nas z objęć Mor­ feusza charakterystycznym rechotem. Jakby tego było mało, to wyłącza się go strzelając do niego z pistoletu w stylu Zap­ pera. Istniała legenda o tym, żz Duck Hunt Doga da się zabić zaraz na starcie gry. To mit. Jednak jeśli przeżyliście kat­ orgę słuchając jego śmiechu, to można sobie odreagować przy bijatyce Super Smash Bros. Jest to prosta gra a la Street Fighter gdzie jedną z grywalnych postaci jest pies z Kaczek. Co prawda nie da się go zabić, ale można mu solidnie oklepać pysk. A jak to za mało, to w Internecie roi się od przerób Kaczek, gdzie zamiast drobiu zza trawy wylatują psy!

Krystian Juźwiak


Tęcza Argentyny O

h, what a circus... Uwielbiam teatr. Cenię sobie operę i operetki. Kocham kino. Czy możliwe jest, by wszystkie te formy móc zebrać w jednym miejscu i czasie? Jak widać tak. W dodatku miałem przyjemność oglądać to przedsięwzięcie. 26 października, w Centrum Kon­ gresowym ICE Kraków odbyło się niezwykłe widowisko. Poznański Teatr Muzyczny przybył, by zaprezentować krakowskim widzom swój spektakl – mu­ sical Evita. Historia „Gwiazdy Argentyny”, czyli dzieło z 1976 roku. Większość za­ pewne najlepiej pamięta filmową wersję w reżyserii Alana Parkera. To właśnie w tej wersji ujrzeliśmy duet Madonny i Antonio Banderasa. Nagrodzony Oscarem za na­ jlepszą piosenkę film to mój ulubiony mu­ sical z dzieciństwa. Nikogo zatem nie zdziwi, że na tym spektaklu moja obecność była obowiązkowa. Kim jest tytułowa Evita? To druga żona pułkownika Juana Per­ óna,wojskowego, a także polityka, który po wojnie sprawował w Argentynie urząd prezydenta. Przyszła na świat w ubogiej rodzinie, w równie biednej wiosce. Szybko jednak zrozumiała, że chcąc cokolwiek os­

iągnąć, móc choć myśleć o spełnianiu własnych marzeń i ambicji, musi opuścić rodzinne strony. Za cel swojej ucieczki obrała Buenos Aires. I tam rozpoczęła się jej kariera aktorska, a jeśli wierzyć choć połowie plotek, karierę tę rozwijała poprzez długą i burzliwą podróż między sypialniami różnych wpływowych person. I tym sposobem, dzięki popularności, trafiła na imprezę charytatywną, której or­ ganizatorem był jej przyszły małżonek – pułkownik Perón. Zakochani szybko wzięli ślub, a następnie Evita włączyła się w kampanię prezydencką swego męża. I to jest niezwykłe. To jest wręcz magiczne i niespotykane. Bo María Eva Duarte de Perón jest podręcznikowym dowodem na to, że polityk nie musi mieć pojęcia o polityce, by ją uprawiać. Nie musi też mieć pojęcia o gospodarce, o finansach, o służbie zdrowia czy jakiejkolwiek innej dziedzinie, przynajmniej w teorii, istotnej dla państwa. Wystarczy by był niezłym aktorem, o ładnym uśmiechu i – na­ jważniejsze – złotym języku, a z jego ust musi płynąć potok słów, które niczym na­ jpiękniejsze dźwięki będą trafiać do ust wszystkich obywateli, bez wyjątku! I tym sposobem Eva przekonała wyborców, głównie związki zawodowe, klasę robot­ niczą i biedotę, że jest dokładnie taka jak

43


Fot. R. Lak/ Źródło: http://www.teatr­muzyczny.poznan.pl

oni! Jak wspaniałą rolę potrafią odegrać wspomnienia z biednej wioski, gdzie spędziła kilkanaście wiosen. I tak – bu­ dując ów pomost między Perónem, a ubóstwem – Evita pomogła małżonkowi w objęciu najwyższego urzędu w państwie. Lud ją ukochał, uważał za niemal świętą. Do dziś w Argentynie mówi się o niej z ogromnym szacunkiem, mimo że rządy jej męża i, nie oszukujmy się, Evity przyniosły Argentynie ogromne problemy gospodarcze, nie wspominając o krwi niewinnych, która spłynęła w ramach politycznej walki. Zmarła przedwcześnie, w wieku 33 lat. Zabił ją rak.

44

Don't cry for me… Nie miałem wcześniej przyjemności przebywać w ICE Kraków. Tym większe było to dla mnie przeżycie, albowiem słyszałem o owej hali same świetne opinie. Już z zewnątrz robi ogromne wrażenie. Nie określę stylu wykonania, jak dla mnie późne ROKOKOKO, lecz wygląda naprawdę zjawiskowo. Nieregularne kształty, które ostatecznie tworzą wyjątkową kompozycję. W środku wy­ gląda jeszcze lepiej, a sala… Coś

niezwykłego. I tym sposobem, znalazłszy odpowiednie miejsca, czekałem na „godz­ inę zero”. Na początku pojawiła się orkiestra. Nagrodzona gorącymi brawami, rozsiadła się na odpowiednich miejscach pod sceną, by ostatecznie sprawdzić brzmienie in­ strumentów. Po chwili na scenę wkroczyły istotne persony, by, zgodnie ze starym zwyczajem, podziękować wszystkim or­ ganizatorom, sponsorom i osobom zaangażowanym w to przedsięwzięcie. Po przemówieniach zgasły światła, a na scen­ ie pojawili się aktorzy. Jeden z nich pod­ szedł do elementu scenografii przedstawiającego ówczesny radiood­ biornik i włączył go. Po chwili widzowie usłyszeli komunikat. Pamiętne słowa, które wspominam z filmowej wersji, jed­ nak tym razem wygłoszone w języku pol­ skim. „Eva Perón nie żyje”. I zaraz po tym żałoba opadła na scenę. Jednak tylko na chwil kilka. Nie od razu poznałem kogo gra mężczyzna wysuwający się na środek. Jeśli chodzi o sylwetkę, nieco odbiegał od Anto­ nio Banderasa, stąd moje nieprzekonanie. Jednak stanowczo podkreślam, że moje


na bardzo wysokim poziomie. Dopracow­ ana pod każdym względem. Również akt­ orka, która wcieliła się w rolę Evity, choć może nie była to Madonna, zdecydowanie sprostała zadaniu. Wysoki mocny głos, piękna twarz, która zawróciła widzom w głowie, tak jak Evita podbiła serca ar­ gentyńskiego ludu. I właśnie w takiej at­ mosferze minęły dwie godziny i trzydzieści minut. Niestety, przychodzi moment, gdy ponownie zapalają się światła, a obsługa zaprasza do wyjścia. Nie mogę powiedzieć tu o uczuciu niedosytu. Zostałem za­ skoczony pod każdym względem. Twórcy i aktorzy zgotowali mi przeżycie zachwyca­ jące, przy którym wiele dotychczasowych widowisk doprawdy straciło blask. I chyba właśnie dlatego z bólem opuściłem salę. Bo chciałem, by to trwało nadal. Bym jeszcze kilka chwil mógł spędzić w muzycznym świecie Evity.

Grzegorz Stokłosa

Fot. R. Lak/ Źródło: http://www.teatr­muzyczny.poznan.pl

zwątpienie było błędem. Aktor, odtwórca roli Che, to prawdziwy mistrz. Wspaniały, mocny głos, który już po kilku chwilach wyśpiewał nam spolszczoną wersję Oh what a circus, jednej z najbardziej zna­ nych piosenek z Evity. I wierzcie mi, siła z jaką uderzyły we mnie wspomnienia cza­ sów, gdy pierwszy raz usłyszałem tę pi­ osenkę, zaowocowały potężną falą wzruszenia. I wtedy poczułem niepokój… Czy wytrzymam do końca spektaklu bez łez ściekających po policzkach?! Bo wi­ erzcie mi – pierwsza piosenka była świet­ na, a potem… Potem było już tylko lepiej. Kolejni aktorzy wychodzący na scenę zachwycali. Wspaniałe kostiumy, fantastyczna choreografia i bajeczny śpiew. Nic do czego mógłbym się przyczepić. Nie przypominam sobie, bym na jakimś widowisku siedział równie zach­ wycony, równie oniemiały, nie myśląc o niczym innym, skupiając całą uwagę na widowisku. Bałem się, że jakikolwiek dźwięk czy myśl, która odwróci moją uwagę, spowoduje niedostrzeżenie lub ominięcie jakiegoś szczegółu. Chciałem czerpać ile się tylko dało. Bo była to sztuka

45


A słowo stało się obrazem „G

46

ranice mego języka są granicami mego świata”. Przynajmniej tak głosi słynna myśl austriackiego filozofa Ludwiga Wittgensteina. Na pewno nie raz (i nie dwa) słyszeliście ją z ust nauczycieli albo widzieliście plakaty z takim hasłem w pracowniach językowych – sama mi­ ałam okazję napatrzeć się na takowy przez trzy lata edukacji w szkole średniej. Tylko czy w 2016 roku jest w tej myśli jeszcze choć ziarno prawdy? Podobno statystyczna kobieta wypowiada około 20 tysięcy słów dzien­ nie, mężczyzna – około 3 razy mniej. Obawiam się, że niedługo dane te będzie trzeba mocno zaniżyć (podobnie jak zdezaktualizować słowa Wittgensteina). Nie wiem, czy doprowadzi to do zaniknię­ cia mowy wśród płci męskiej, ale wiem, że powód do obaw istnieje: obecna era jest erą dominacji obrazu nad słowem. Chcesz się pochwalić przyjaciółce cudownymi wakacjami w Bułgarii? Dzisiaj raczej nie wyślesz jej stamtąd listu, lecz –

nazwijmy to – internetową pocztówkę. Czyli konkretnie selfie ze Złotych Piasków i to najlepiej za pośrednictwem Ins­ tagrama, Facebooka albo Snapchata. Po co wysyłać do jednej? Niech od razu dow­ iedzą się wszyscy nasi znajomi (lub nie) followerzy! Ewentualnie opatrzymy nasze zdjęcie krótkim komentarzem albo kilkoma hashtagami, ale to już naprawdę jako gratis, nie jako wymóg konieczny. Nie było cię na zajęciach i kumpela dopytuje się na Messengerze co się stało? Nie mus­ isz nic pisać. Wystarczy, że odeślesz jej emotkę, nad którą unosi się dymek z nap­ isem „zzz” i już wiadomo, że po prostu za­ spałaś. Kolega pyta, czy idziecie wieczorem na piwo? Wysyłasz tzw. okejkę. I tyle, wystarczy tylko dogadać szczegóły. Zresztą podobnie jest z prawie każdą emocją, a także z niektórymi czynnoś­ ciami. Jest kilka rodzajów buziek smut­ nych, wesołych, złych, zaskoczonych, przerażonych; mamy kawałek pizzy, kiel­ iszek z drinkiem, samochodzik, samolot, rower a nawet – za przeproszeniem –


uśmiechniętą kupę. Jak więc widać, zasób emotikonów np. w aplikacji Messenger (ale nie tylko) jest tak ogromny, że więk­ szość chwil i towarzyszących im emocji można przedstawić za pomocą tych wirtu­ alnych znaczków. Bez używania żadnego zdania. Ba, bez napisania nawet jednego wyrazu. Konkluzja? Na pewno niezbyt odkrywcza, ale bardzo ważna i aktualna: obecna era jest erą obrazu. Ikony. Pikto­ gramu. Pikseli. Nie potrzeba nam już traf­ nych porównań, kwiecistych metafor czy nawet zasad językowego savoir­vivre’u. Teraz w komunikowaniu liczy się szyb­ kość, a możliwość posłużenia się obrazkiem, emotikonem czy otagowanym zdjęciem tę szybkość zapewnia. I o ile język zawsze dążył do ekonomii, o tyle jej obecna wersja nieco mnie przeraża. Mam wrażenie, że niedługo dwunastolatkowie nie będą znali podstaw ortografii, składni i interpunkcji, ale bardzo dobrze będą umieli komunikować się za pomocą prymitywnych obrazków z internetowych aplikacji.

Pozostaje pytanie, czy da się wrócić do tego co było – do wartości słowa? Moim zdaniem nie. Epoki, ery nie cofają się pod względem technicznym czy komunikacyjnym. Jedyna nadzieja w modzie. To dzięki niej wiele rzeczy z przeszłości powraca i staje się „cool” w teraźniejszości. Może za kilka lat długie, pisane ręcznie listy do ukochanej znowu będą w modzie, a emotikony staną się passé? Jednak bardziej przerażające jest zapytanie o to, co będzie dalej. Czy jeśli nadejdzie kolejna era komunikacyjna, będzie to – o zgrozo – era całkowitego milczenia w realu?

Joanna Wrona

47


Nowe pokolenie O

ni odeszli… Biorąc pod uwagę ostatni rok, trudno jest bez obaw patrzeć w przyszłość showbiznesu. Odeszła ogromna liczba wspaniałych artystów. Skupmy się na kinie. Chyba zawsze będę wspominać gen­ ialny głos Alana Rickmana, aktora wybit­ nego, który pewnie przez wielu jest kojarzony jako Severus Snape z Harry'ego Pottera, jednakże, dla mnie to zawsze będzie Metatron z Dogmy. Świat kina stracił również George’a Kennedy'ego, na­ grodzonego Oscarem za Nieugiętego Luke'a. Rok 2016 to także Gene Wilder, którego nasi rodzice z pewnością wspom­ inają z ról komediowych takich jak Młody Frankenstein czy Willy Wonka i fabryka czekolady. To tylko kilka z wielu nazwisk, które z pewnością zasługują na to, by je wspominać. Jednak już one, w połączeniu z ubiegłymi latami, pokazują jak wielu wspaniałych aktorów odchodzi. Ci, którzy budowali współczesne kino, umierają. To normalne, taka jest kolej rzeczy, lecz po­

48

jawia się refleksja: kto ich zastąpi? Czy ist­ nieje już faktyczne nowe pokolenie? Jakie są szanse i jaka jest przyszłość kina? Nowe pokolenie W założeniu chciałem pisać o naprawdę młodych aktorach, którzy wykazują spory potencjał na przyszłość. Niestety, kolejne nazwiska, które chciałbym umieścić na tej liście, to ludzie po czterdziestce. Oczywiście, nie twierdzę, że czterdzieści lat to już ostatnia prosta do grobu i dobrze zdaję sobie sprawę, że ci aktorzy jeszcze nieraz nas zachwycą jakąś rolą. Jednak chciałbym się skupić na akt­ orach, którzy z pewnością są dopiero na rozbiegu swojej kariery. Zatem na gran­ iczny wiek obralem trzydzieści pięć lat, włącznie! Mam nadzieję, że Christian Bale mi to wybaczy… Don Jon, Looper, Snowden… Osobiście pamiętam go z roli Tommy'ego w serialu Trzecia planeta od Słońca. To był jeden z seriali mojego dzieciństwa. Zabawne perypetie kos­ mitów, którzy przybywają na Ziemię, by poznać zwyczaje ludzi, wcielając się w ich


ciała i usiłując, często z zabawnym niepo­ wodzeniem, wtopić się w tłum. Joseph Gordon­Levitt, trzydziestopięcioletni akt­ or rodem z Ameryki. Aż trudno mi uwi­ erzyć, że młody Tommy już dobił takiego wieku! I przez długi czas nie widziałem go w zbyt wielu interesujących produkcjach. A na pewno nie przesadnie głośnych. Po­ tem pojawił się w Incepcji, ale tak naprawdę na nowo dostrzegłem, że robi się o nim głośno, gdy zagrał młodego policjanta w filmie Mroczny Rycerz powstaje. Namaszczony przez Chrisitana Bale'a, wcielającego się w tytułową rolę, na swojego następcę – nowego strażnika praworządności w Gotham. Patrząc na kolejne tytuły i coraz więcej filmów, w których gra główną rolę, jestem przekonany, że jego kariera właśnie nabi­ era rozpędu. Jeżeli nie spieprzy tego złą rolą lub rolą w słabej produkcji, to będziemy o nim słyszeć, jako o poważnym aktorze, jeszcze przez długie lata. Pierwiastek piękna… Ma dopiero trzydzieści jeden lat. Już zdążyła zagrać w wielu głośnych seriach filmowych, u boku wybitnych akt­ orów, a finalnie sama stała się, w opinii wielu, aktorką wybitną. Keira Knightley, aktorka, którą niektórzy mogą uznać za gwiazdę, która miała już swoje pięć minut. Jednak z każdą kolejną rolą, Brytyjka potwierdza, że jej warsztat nadal się rozwija. To piękna Pani Pirat z Piratów z Karaibów, tytułowa bohaterka Księżnej i Anny Kareniny. Widzieliśmy ją również w świetnej roli w Grze tajemnic, gdzie była jedyną kobietą w zespole Turinga. Dla mnie zasługuje również na szczególne brawa za krótką, ale znaczącą i bardzo wyrazistą rolę w zeszłorocznym Evereście. Knightley wcieliła się tam w w ukochaną Roba Halla, która czekała na alpinistę w domu, będąc w ostatnim etapie ciąży. Niestety, córeczka nie poznała ojca, a os­ tatnia rozmowa telefoniczna to prawdziwy wyciskacz łez. Myślę, że któregoś dnia ujrzymy Keirę odbierającą statuetkę Oscara. Jednak mam nadzieję, że nie za dorobek czy „bo wypada”, ale za prawdzi­ we arcydzieło.

Dziewczyna z talentem Przyznam, że obecnie to chyba moja ulubiona aktorka. Wielki talent, świetne role i „to coś”, co wyróżnia ją spośród innych gwiazd kina. Pamiętam ją z interesującej roli u boku jednej z na­ jwiększych aktorek kina – Meryl Streep. To właśnie w Diabeł ubiera się u Prady pierwszy raz ją dostrzegłem. Później po­ jawiała się w kolejnych ciekawych filmach, różnego gatunku, w których ukazywała coraz większy talent aktorski. Emily Blunt, piękna kobieta, wspaniała aktorka, odnaj­ dująca się niemal w każdej roli. W Diabeł ubiera się u Prady Blunt wcieliła się w złośliwą z początku Emily, sekretarkę Mirandy, która niechętnie uczy Andy (Anne Hathaway) jak wygląda świat po drugiej stronie lustra. Czy była to wybitna rola? Zapewne nie, choć sam fakt, że można ją było zapamiętać przy duecie Streep–Hathaway, świadczy już o wyraźnym potencjale aktorskim. Następnie świetna rola tytułowa w Młodej Wiktorii, kostiumowym dziele, nagrod­ zonym Oscarem właśnie za kostiumy.

49


Pamiętam również interesującą rolę w dość zagmatwanym dziele sprzed pięciu lat – Władcy umysłu. To tam, wraz z Mat­ tem Damonem, usiłują odnaleźć odpow­ iedź na pytanie „kto steruje ludźmi?”. Na szczególną uwagę zasługuje rok 2014 i dwie świetne role Emily. Pierwsza z nich to piekielnie seksowna Rita w Na skraju jutra, gdzie stworzyła świetną kreację w produkcji science fiction. Druga to, kolejny raz u boku Meryl Streep, w music­ alu Tajemnice lasu. Dla wielu nudna produkcja. Ja osobiście uważam, że mu­ sicale umarły, zostały zabite przez filmy akcji, masowe produkcje, w których budżet i efekty liczą się bardziej niż gra aktorska. Jednak dzięki Tajemnicom lasu Blunt pokazała, że nie tylko świetnie gra, ale ma także piękny głos. W bieżącym roku wcieliła się w tytułową bohaterkę thrilleru Dziewczyna z pociągu, a także Królową Freyę w Łowcy i Królowej Lodu. Dwie niezwykłe role, w dziełach, które (w mojej opinii) są niewykorzystanym po­ tencjałem.

50

Najmłodszy w zestawieniu Logan Lerman znalazł się tutaj z jednej przyczyny. Ten dwudziestocztero­ letni aktor już zdążył zagrać u boku kilku wielkich nazwisk ze świata kina, w kilku świetnych produkcjach. Ale po kolei. Rok 2000. Roland Emmerich po dwuletniej przerwie od Godzilli, tworzy nowe, wielkie dzieło. Patriota to świetny film i jeden z najbardziej rozpoznawanych tytułów. W obsadzie znalazły się takie gwiazdy jak Gibson, Ledger, Richardson, lecz również Lerman. Wtedy ośmioletni chłopiec, jego rola nie była główną, lecz fakt, że zaistniał w Patriocie to świetny start. W tym samym roku zagrał w filmie Czego pragną kobiety, gdzie wystąpił jako młodzieńcza wersja głównego bohatera. W roku 2007 zagrał syna głównego bohatera w thrillerze Numer 23. Świetny film, z Jimem Carreyem w roli głównej. Intrygujący, psychodeliczny film, o fobii numeru, który straszy głównego bohatera na każdym kroku. W końcu dostał


tytułową rolę w produkcji fantastycznej o Percym Jacksonie, synu Posejdona, jed­ nego z bogów olimpijskich. Młodzieniec musi poprowadzić przyjaciół ku przy­ godzie, która zadecyduje o losach całego świata. I w końcu rola, która przesądziła o umieszczeniu Lermana w tym rankingu. Norman Ellison to najmłodszy z załogi Furii, czołgu dowodzonego przez Dona „Zakapiora” Colliera (Brad Pitt). Nie mogę jednoznacznie orzec, czy ten film był tak wybitny jak wiele osób uważa. Dla mnie jest momentami przejaskrawiony, nieprawdopodobny, a nawet groteskowy. Jednak Logan Lerman zagrał w nim po mistrzowsku. W mojej opinii – to on był głównym bohaterem, to o nim jest ten film, to jego przemiana jest najistotniejsza w całej historii. Dawno nie widziałem równie dojrzałej roli. Przyszłość w jasnych barwach Patrząc na przytoczoną czwórkę, a także na wszystkich innych, którzy wpisują się we współczesną historię kina, mogę ze spokojem wyczekiwać kolejnych świetnych produkcji. Jest nadal wielu akt­

orów, którzy jeszcze przez kilka ładnych dekad będą nas zachwycać, a tuż za nimi rosą nowe gwiazdy kina. Chcąc uzupełnić powyższy tekst z chęcią przywołałbym nazwiska aktorów, którzy w tym mo­ mencie grają w największych produkcjach, a ich role zachwycają nieprzerwanie. Chciałbym wspomnieć tu Gyllenhalla, Hathaway, LaBeouf, a za rolę w Legionie samobójców Margot Robbie. Wielu spośród „cudownych, młodych” nie prz­ etrwało próby czasu. Co roku słyszymy nowe plotki o śmierci aktora, który zdobył serca wszystkich rolą Kevina. Również Haley Joel Osment, cudowne dziecko, nie zrobiło kolosalnej kariery, choć trzeba mu przyznać – nadal gra w różnych produkc­ jach. Osobiście nadal trzymam kciuki za jedną z najbardziej utalentowanych młodych aktorek, która zagrała pierwszą rolę w wieku siedmiu lat, Dakotę Fanning, która ogromny talent pokazała chociażby w Sile strachu. Wierzę, że jej kariera za­ płonie jeszcze kiedyś pełnym blaskiem! W końcu Dakota ma dopiero dwadzieścia dwa lata.

Grzegorz Stokłosa

51


Dla grafika font nie czcionka, a szeryf nie bez znaczenia Zdarza się, że w Internecie, na uczelni lub w pracy ktoś poprawi drugą osobę mówiąc „To nie czcionka, to font!” i najpewniej jest grafikiem, redaktorem lub kimś związanym z typografią tekstów. Skąd wynika jego nadgorliwość w edukowaniu in­ nych w tej materii? Ano stąd, że w życiu osób prac­ ujących z tekstem jest to sprawa oczywista. Podobnie zresztą jak różnica między fontem bez­ szeryfowym i szeryfowym, a żeby i dla pozostałych nie brzmiały jak określenia z kosmosu, należałoby te kwestię natychmiast naświetlić.

52


J

ak to jest tym z fontem Wystarczy wrzucić w google hasło „czcionka” i wyskoczy nam zastraszająca liczba wyników ze stronami, na których prawdziwych czcionek nie dostaniemy. Dostaniemy za to zestawy znaków graficznych, które możemy w prosty sposób pobrać i zainstalować na kom­ puterze np. uwielbiony przez memy Impact. Zapytacie: ale w takim razie w czym problem? Nie ma czcionek, ale można je pobrać? Otóż nie. Zestawy liter wszelakich to nic innego jak fonty, a określanie ich inaczej jest piętnowane przez wszelkiego rodzaju grafików i redaktorów. Błąd ten, w ich mniemaniu popełnia się notorycznie i to z pełnym przyzwoleniem społeczeństwa, ponieważ w pewnej chwili do języka potocznego wkradł się faux pas profesjonalisty jakoby czcionka i font należały do synonimów. Co zatem różni kłopotliwą dwójkę? Więcej niż można by sądzić. Po pierwsze czcionki były znane na długo przed wynalezieniem komputerów. Współcześnie używa się ich już tylko w druku artystycznym, w tradycyjnych pracow­ niach zacerskich, gdzie zamiast konfekcji powstają dzieła sztuki. Teksty są tam składane ręcznie, a używane do tego metalowe prostopadłościany z obecną na nim wypustką w kształcie pojedynczego znaku np. litery, trzyma się w kasztach i je właśnie określa czcionkami. Oczywiście ich budowa jest o wiele bardziej skomplikowana, nie ona jed­ nak jest w tej chwili najistotniejsza. Współczesne słowniki zaadaptowały czcionko­ fonty, ale żeby móc mówić o czcionce jak profesjonalista, należałoby uwzględnić, że w przypadku tekstów cyfrow­ ych także jest to to pojedynczy znak, na przykład cyfra. Natomiast zestaw komputerowych czcionek o jednakow­

53


ych cechach, chociażby takim samym kroju, nazywamy fontem i to o nim jest mowa, kiedy dumnie instruujemy kogoś, by do napisania CV nigdy w życiu nie uży­ wał Comic Sansu. Tylko dlaczego to takie ważne skoro nie szata zdobi człowieka i nie font wyznacza wartość merytoryczną tekstu?

54

Krój pisma dopasowany do potrzeb Istnieje pewna zależność między tym jak nas widzą i jak nas piszą. Ja do tej zasady mam ambiwalentny stosunek, ale nie mogę sprawić, by przestała być aktu­ alna. Uważam także, że bez względu na nośnik, z tekstem jak z człowiekiem i liczy się pierwsze wrażenie. Sposób jego rozmieszczenia (typografia) i krój pisma jaki dobierzemy mogą zaważyć na pozyty­ wnej lub negatywnej ocenie treści. Wys­ tarczy spojrzeć na ten artykuł, ponieważ z racji swojej długości i dystansu jaki ludzkie oko musi przebyć, prześlizgując się z początku do końca, został on zapis­ any fontem przyjaznym dla czytelnika. Zn­ aczy to tyle, że nie powinniśmy się męczyć w trakcie czytania. Obszerny tekst nie może do nikogo krzyczeć, a najlepiej, by

szeptał do uszka, nieważne jak kontrower­ syjna czy porażająca miała być zawarta w nim informacja. Nie może być przy tym nieczytelny, bo więcej zajęłoby jego roz­ szyfrowanie niż próba zrozumienia. Efekt ten łatwo uzyskać poprzez wybranie fontu szeryfowego dwuele­ mentowego, co dla osoby niewtajem­ niczonej w (nie do końca) ponurą sztukę edytorstwa brzmi jak zwykły bełkot. Czym więc są szeryfy i dlaczego elementy mają być dwa, a nie mogą cztery? To bardzo proste. Szeryfem określa się niewielką kładkę czy też kreskę, która nonszalancko wystaje poza brzegi znaku. Doskonale widać to w Times New Roman na przykładzie litery T, której daszek (i nie tylko!) wyposażony jest w dwa dodatkowe elementy skierowane prostopadle do pod­ stawy. Jeżeli jakiś font pozbawiony jest podobnych ozdobników, nazywa się go bezszeryfowym. Co zaś tyczy się dwuele­ mentowości, jest to kwestia zwężania się lub poszerzania danego znaku, gdzie również jako przykład dobrze podać Times, tylko literę wybrać inną np. E, w której pionowa kreska jest wyraźnie grubsza od poziomych. Magią tego typu


udziwnień jest upodobnienie kroju pisma drukowanego do tworzonego odręcznie, które łatwiej jest nam przyswoić. Jak to bywa w naturze tutaj także wszystko dąży do równowagi, a brak szeryfów i jednoelementowość przydaje się równie mocno, co ich przeciwieństwo. Jeżeli ważne jest, by komunikat był donośny i czytelny już z daleka, lepiej odpuścić sobie wymyślne kroje. Dlatego właśnie tytuły, nagłówki, banery reklam­ owe i wszystko, co ma przyciągać uwagę, powinno dążyć do zawsze modnej prostoty. Inaczej bardzo możliwe, że litery na okładce czasopisma czy książki zleją się z tłem, a co za tym idzie nie przywołają do siebie potencjalnego czytelnika. Jednak nic na wiarę, więc spójrzcie tylko na okładkę – jednej z moich ulubionych książek – Fatum i furii Lauren Groff. Na­ gromadzenie rozmytych elementów jest na niej tak duże, że gdyby nie rozmiar, kontrastująca biel i przede wszystkim jed­ noelementowy bezszeryfowy krój, tytuł utonąłby wśród tych wszystkich bałwanów rozszalałego błękitu. Gdzieś pośrodku tego całego zam­ ieszania znajdują się mniej lub bardziej udane próby stylizacji, a sprawny projek­ tant potrafi wyczarować wspaniałą i za­ padającą w pamięć okładkę nawet z użyciem fontu, który wedle podręcznika powinien zepsuć kompozycję. Tu kłania się psychologia odbioru i dobór targetu. Na słownikach nie uświadczymy zaw­ ijasów, a fonty będą proste, bo na­ jważniejszy jest przekaz: patrzcie, mam w sobie ponad tysiąc haseł w języku niemieckim! Inaczej będzie w przypadku magazynów i książek skierowanych do młodych kobiet, gdzie na tle jednolitych pastelowych kolorów często znajdzie się miejsce dla tzw. pisanki, która może być ozdobiona kwiatkami albo wyglądać eleg­ ancko niczym podpis XIX­wiecznego marszanda. Ważne, by nie było jej tam za dużo, bo jak zauważyliście, wystarczy kilka wyrazów za dużo i oczopląs gwarantow­ any. Skoro jesteśmy już przy dobieraniu krojów wedle preferencji odbiorców zwróćmy uwagę jak zmyślnie czaruje się

nas za pomocą skojarzeń. Wyobraźmy sobie teraz plakat filmu, a raczej dwóch różniących się stylistyką. Pierwszy to tradycyjna naparzanka, która dzieje się w świecie po wojnie atomowej, gdzie z nieba sypie się popiół, a Ziemia uległa skażeniu. Drugi jest thrillerem psycholo­ gicznym, którego akcja została osadzona na statku kosmicznym pełnym białego światła, wszędobylskiej Władzy, wysługującej się policją i doskonałych kor­ poracyjnych zombie zamiast ludzi. Z racji, że mamy do czynienia z kinem science­fic­ tion, fonty na plakatach będą fu­ turystyczne. Pierwszy dostanie jakieś ozdobniki np. naderwaną literę w kształcie płonącej opony, zabrudzone, rdzawe ko­ lory, ale z pewnością obedrze się go z szeryfów, stawiając dodatkowo na jed­ noelementowość. W przypadku drugiego plakatu font będzie równie sterylny, co sam film, smuklejszy, zachowany w kroju szeryfowym dwuelementowym, by nie wybijać się, tak jak człowiek nie wybija się ponad innych w kosmicznym reżimie. Kiedy następnym razem wybierzecie się do kina, zwróćcie na to uwagę. W dzisiejszych czasach lepiej nie być osobą, która nie ma doświadczenia z edytorami tekstu. Standardem stała się umiejętność obsługiwania Worda. Robimy to mechanicznie, będąc przyuczonymi jeszcze we wczesnym dzieciństwie i za­ pominamy, że najważniejsze to poruszać się w świecie pisma świadomie, a do tego niezbędna jest podstawowa wiedza. Jeżeli jej nie mamy może się zdarzyć, że pod wpływem osobistych preferencji i niezna­ jomości ludzkich zachowań uznamy, że koślawa pisanka będzie lepszym wyborem na ulotki reklamowe niż potężny, czytelny jednoelementowy krój i nikt nie skusi się na bycie naszym klientem, bo jak przyjść do kogoś, kogo nazwy nawet nie potrafimy rozczytać?

Aleksandra Miaskowska

55


Magnifier 6/2016  

Oto kolejny numer Magnifier, a w nim jeszcze więcej wiadomości ze świata kultury i ciekawych zagadnień społecznych!