Page 1


Nie istneje skrót do miejsc wartych dojścia.

Jak żyć, panie Redaktorze? A DA M P R Z E D P E Ł S K I

R E D A K T O R N A C Z E L N Y 2 01 1

ie ma lekko. Kolejne wydanie, kolejny deadline. Kalendarz wydawniczy zaplanowany na rok do przodu, umowy podpisane, wszystko musi być na czas, dopięte na ostatni guzik. I na koniec tekst otwierający numer. Mój ostatni. Niby rutyna, niby robiłem to nie raz, a jednak czuję niepokój. Pewnie dlatego, że to ostatnie słowo powinno być szczególne, wszak to po nim poznać można prawdziwego mężczyznę. W takim razie: co napisać? Podsumowanie roku i podziękowania dla wszystkich, którzy na nie zasługują? Na pewno o kimś zapomnę. A może pożegnać czytelników słowami pełnymi nadziei i satysfakcji? Po co? Znudzicie się w połowie zdania. Nawet po całym roku pracy nadal zadaję sobie pytanie: kim powinien być autor wstępniaka? Bardziej naganiaczem publiczności zapraszającym ją co miesiąc do wnętrza magazynu czy kaznodzieją sprzedającym własne, studenckie, przemyślenia na studenckie tematy? A może jednym, i drugim naraz?

N

Oto Czwarta Strona przestaje być wyłącznie moim królestwem. Dzieląc ją z innym samcem, jednoznacznie wskazuję – na mnie już czas.

Poszukiwanie właściwej odpowiedzi pozostawiam komu innemu. Tym razem chodzi o coś nieco bardziej prozaicznego. Oto Czwarta Strona przestaje być wyłącznie moim królestwem. Dzieląc ją z innym samcem, jednoznacznie wskazuję – na mnie już czas. Opuszczając swój matecznik uwalniam się tym samym od innych pytań bez odpowiedzi. Już nie muszę zastanawiać się, co zrobić, żeby MAGIEL pozostał dla Was ciekawy, ani jak sprawić, żeby poskładać do kupy redakcyjny bałagan. Reguły, które rządziły moim życiem przez ostatni rok, przestają obowiązywać. Niemniej, gdy myślę o tym wszystkim, co udało nam się wspólnie zrobić, to jestem dumny i pełen satysfakcji. Odchodzę spełniony i wiem, że zostawiam Was, drodzy Czytelnicy, w rękach godnego następcy. Piotrze, zapraszam Cię do odbycia największej przygody w Twoim dotychczasowym życiu. To, kim będziesz i jaki będzie MAGIEL, zależy już tylko od Ciebie. Powodzenia! 0

Wpłynąłem na suchego

przestwór oceanu

PIOTR FILIP MICUŁA

R E D A K T O R N A C Z E L N Y 2 01 2

uż mrok zapada, nigdzie drogi do kurhanu. Tak rozpoczynam swoje nowe urzędowanie w MAGLU - jako świeżo wybrany Redaktor Naczelny i Redaktor Prowadzący tego numeru - od kilku nieprzespanych nocy z krwią napsutą kofeiną i nikotyną. Co mogę obiecać na początku swojej kadencji? Mogę na przykład zaręczyć, że jeszcze uda mi się kogoś zaskoczyć! Także wprost z tronu maglowego, drodzy czytelnicy, zapowiadam Wam: biorąc przykład z naszych dziennikarskich braci z Superaka i Faktu w tym miesiącu dominującym tematem będzie seks i przemoc. Dlaczego seks? Bo jak donosi Redaktor Nieodpowiedzialny: na uczelni brakuje skandalu. W związku z tym postanowiliśmy wyjść naprzeciw oczekiwaniom studentów. Zaznaczam jednak, szanowni panowie, że nie chodzi o udokumentowanie na rozkładówce dorodnych owoców płci pięknej. Porzućcie więc wszelką nadzieję, bo-

J

04-05

wiem na myśli mam tekst okładkowy tego numeru, który wprowadza czytelników w świat romansów między studentami a wykładowcami. A już podążając za tezą stawianą w artykule – i tak komu pikanterii brakuje, ten resztę historii sobie dopowie. Natomiast co z przemocą? Przemoc też będzie, ponieważ wkraczamy właśnie w okres przedsesyjny. Niestety uczelnia nic nam teraz nie zaoferuje poza krwią i potem, więc żeby utrudnić Wam życie jako redakcja MAGLA postanowiliśmy wydać nowy numer jeszcze przed ruszeniem systemu eliminacji studentów. W sam raz by zamiast bezproduktywnie się uczyć w sposób produktywny zmarnować trochę więcej czasu. Bieżący numer jest więc podwójny, bo styczniowo-lutowy. Zupełnie tak jak co najmniej podwójny będzie wysiłek konieczny do włożenia w najbliższym czasie w celu utrzymania się na studiach. Nie oglądając się dłużej za siebie jedźmy więc, bo nikt nie woła! 0

Biorąc przykład z naszych dziennikarskich braci z Superaka i Faktu w tym miesiącu dominującym tematem będzie seks i przemoc.


/ ciężkie życie studenta Czy to się przyda? Nie, jak wszystko, czego się uczymy na tym wydziale.

Egzamin, kolokwium, zaliczenie i...

praca

Ostatnio babcia mojej koleżanki była zszokowana, gdy ta, studiując dziennie na UW, zaczęła pracować na pełen etat. Do czego to doszło, żeby być zmuszonym godzić masę nauki z pracą? Dziecko, ja ci dam te pieniążki, tylko nie pracuj, bo przecież długo tak nie pociągniesz. Ale czy studenci pracują, bo muszą? A może studia dzienne po prostu nie są dziś tak zajmujące, by nie móc ich pogodzić z dodatkowym zarobkiem? T E K S T:

DAG M A R A R O D E

kazuje się, że młodzi ludzie studiujący dziennie coraz częściej decydują się na godzenie pracy i nauki. Studia nie absorbują zanadto ich wolnego czasu, który wolą przeznaczyć na zarobek niż słodkie lenistwo. Do tej pory standardem dla wielu było godzenie pracy i studiów zaocznych. Jak więc radzą sobie studenci, którzy uczęszczają na codzienne zajęcia od rana?

O

Pracuję, bo… Olga, studentka II roku europeistyki na UW, poszukiwała pracy od dłuższego czasu. Kwestia jej znalezienia nie okazała się jednak olbrzymim problemem. Pracę w księgarni znalazłam dzięki jednemu z serwisów internetowych. Odpisałam na ofertę, którą na nim zamieszczono. Zaproszono mnie na rozmowę, zrobiłam dobre wrażenie i zo-

Drugim bardzo ważnym aspektem jest doświadczenie zawodowe. Każdy student wie, że to właśnie ta rubryka w CV najbardziej interesuje pracodawcę. Żacy poszukują więc miejsc, w których mogliby odbyć praktyki lub staż. Często okazuje się, że olbrzymi nakład czasu i pracy nie wiąże się z żadnym wynagrodzeniem, mimo to większość studentów decyduje się na zatrudnienie. Weronika, która studiuje dziennikarstwo na UW, odbywała bezpłatne praktyki w zeszłym roku. Przede wszystkim chciałam mieć co wpisać w CV, które świeciło pustkami. Poza tym wiele się nauczyłam. Pisałam artykuły o studentach do jednego z portali internetowych, pomagali mi przy tym doświadczeni dziennikarze. Po czym dodaje: Chyba nieźle mi szło, bo po odbyciu praktyk zaproponowano mi płatny, wakacyjny staż. Choć miałam już plany, bez problemu mogłam dopasować swój grafik do zarezerwowanej wcześniej wycieczki do Paryża, a przy okazji, trochę zarobić

stałam przyjęta. Jak sama przyznaje, choć jej posada nie jest bezpośrednio związana z przyszłością zawodową, sprawia wiele satysfakcji. Na pewno w najbliższej przyszłości będę starała się znaleźć zajęcie bardziej zbliżone „tematycznie” do mojego kierunku studiów, ale na razie jestem zadowolona. Co popycha studentów do poszukiwania pracy? Na to zagadnienie należy spojrzeć z dwóch punktów widzenia. Pierwszy to oczywiście zarobek. Każdemu studentowi przyda się zastrzyk finansowy, szczególnie w dużym mieście, jakim jest stolica. Wtedy w grę wchodzi każde zajęcie, które uda się dopasować do planu zajęć i które usatysfakcjonuje wynagrodzeniem. Jest wiele miejsc, które zatrudniają samych studentów, więc o pracę nietrudno. Są to przede wszystkim kina, kawiarnie lub punkty handlowe, takie jak choćby księgarnia, w której pracuje Olga.

06-07

fot. t-florie, sxc.hu, CC

Spokojnie, daję radę! Podstawowe pytanie, jakie przychodzi na myśl w przypadku pracujących studentów dziennych brzmi: jak udaje im się pogodzić wszystkie obowiązki? Okazuje się, że nie jest to takie trudne. Dzisiejszy tryb studiowania różni się zasadniczo od studiów naszych rodziców i dziadków. Studia stacjonarne i niestacjonarne (jak z uporem maniaka różne uczelnie nazywają studia dzienne i zaoczne) w gruncie rzeczy różnią się głównie systemem odpłatności. Jednak realia są takie, że studenci mieszają się w grupach zajęciowych, a często nawet ciężko rozpoznać po planie zajęć na jakie studia uczęszcza dana osoba. Ponadto, system wyboru grup przez studenta (w przypadku UW, na większości wydziałów za sprawą USOS-a) powoduje, że bez problemu można liczbę dni zajęciowych


law & art/

zawęzić do trzech, czasem nawet dwóch. Młode umysły spokojnie przetrwają cały dzień na uczelni, często nawet od 8 do 19, by móc zyskać dodatkowy dzień wolny. Nie wszyscy jednak mają ten komfort. Plan zajęć na uczelniach technicznych jest tak skonstruowany, że ciężko pozwolić sobie na dodatkowy zarobek. Zazwyczaj nawet firmy oferujące programy stażowe nie chcą słyszeć o zatrudnieniu studenta w trakcie roku akademickiego. Nie jest to jednak reguła. Przemek, student II roku informatyki na Politechnice Warszawskiej, zaczynał od wakacyjnej pracy na pełen etat, a po rozpoczęciu kolejnego roku studiów pozostał na stanowisku w mniejszym wymiarze godzin. Dzięki temu, że pracuję w bardzo elastycznym i niepełnym wymiarze godzin, który dodatkowo umożliwia stosunkowo duży nakład pracy zdalnej, jestem w stanie połączyć dzienne studia i pracę, a do tego wcale nie narzekać na brak wolnego czasu. Przemek pracuje w branży, z którą chciałby związać się w przyszłości, co dodatkowo podkreśla, że dla chcącego nic trudnego. Zdaje sobie jednak sprawę, że gdyby musiał nadal

pracować na pełen etat, nie dałby rady. Wydaje mi się to po prostu fizycznie niemożliwe.

Czy to w porządku? Co zmieniło się na przestrzeni kilku ostatnich lat, że studenci coraz chętniej podejmują pracę, pomimo dziennego trybu studiów? Są bardziej ambitni, potrzebują więcej pieniędzy, a może trudniej znaleźć zatrudnienie po studiach? Na pewno w każdej odpowiedzi tkwi ziarno prawdy. Olga, Weronika i Przemek zgadzają się co do jednego: ich praca jest wynikiem chęci, a nie przymusu. Nie musiałam pracować za pieniądze, moi rodzice pomagają mi w opłatach, dostaję też stypendium. Gdybym nie lubiła mojej pracy, nie zgodziłabym się na przedłużenie jej o kolejne trzy miesiące, nawet przy wysokiej stawce – przyznaje studentka dziennikarstwa. Godzenie pracy ze studiami dziennymi okazuje się więc kwestią dobrej organizacji czasu. Na pewno skutkuje to zmęczeniem i ograniczeniem spotkań z bliskimi i znajomymi, ale warto. Czy jednak zaburzenie standardowego po-

strzegania studenta pracującego jako osoby studiującej zaocznie jest w porządku? Zdaniem starszego pokolenia poziom studiów musiał zdecydowanie się obniżyć, skoro żacy studiujący dziennie nie mają większych trudności z godzeniem nauki i pracy. Rodzice zgodnie przyznają, że cieszą się z zaradności swoich dzieci, jednak nie widzą w tym momencie sensu studiów zaocznych. Młody człowiek, który szybko zdobywa umiejętności, na pewno dodatkowo punktuje studiami dziennymi w swoim CV. To spory problem na rynku pracy dla absolwentów studiów zaocznych. Zaoczni studenci do pracy, dzienni do nauki – to stereotyp, który jest bardzo krzywdzący dla obu tych grup – podsumowuje Olga. Każdy student dzienny ma prawo znaleźć zatrudnienie i jeśli tylko uda mu się to pogodzić ze studiami , to dobrze. I na odwrót – nie każdy student zaoczny musi być kojarzony z byciem pracownikiem. Pozostaje więc powiedzieć stop! stereotypom i nauczyć się umiejętnie gospodarować swym studenckim czasem. Ci, którzy zdobędą tę umiejętność, na pewno zyskają. 0

Wanna be in L.A.? 15 grudnia 2011 roku w Galerii Fibak na Krakowskim Przedmieściu odbyła się inauguracja interdyscyplinarnego projektu koła naukowego Law & Art. T E K S T:

W I K TO R I A JA R O M S K A

15 grudnia 2011 roku w Ga lerii Fiba k na K ra kowsk im Przedmieściu odbyła się inauguracja interdysc yplinarnego projektu koła naukowego Law & A rt. Wojciech Fiba k w yg łosił specja lny w yk ład inaugurac yjny, którego w ysłucha li pomysłodawc y i uczestnic y projektu. Studencka inicjat y wa A lek sandr y Drożdż, Sonii Jaszczyńsk iej i Mikołaja Wolsk iego skupia się na pog łębieniu wiedzy z pogranicza prawa, sztuk i i biznesu. Sk ierowana jest do studentów prawa, historii sztuk i, ekonomii, SGH i MISH-u, a ta kże wszystk ich innych osób, zainteresowanych tematem. Opiekunem projektu jest prof. Maria Poprzęcka, polska histor yk sztuk i, wieloletnia dyrektor Inst y tutu Historii Sztuk i Uniwersy tetu Warszawsk iego, k ierownik Podyplomowego Studium Muzea lniczego IHS U W

ora z k ierownik Za k ładu Dziejów Myśli o Sztuce, prezes Stowarzyszenia Histor yków Sztuk i. Warto zauwa żyć, że niewiele z organizacji naukow ych, które ogniskuje nasza A lma Mater, może pochwa lić się ta k bogat ym spektrum możliwości. W ofercie znajdują się m.in. spotkania z w yjątkow ymi gośćmi, sta że i pra kt yk i, konferencje i publikacje, programy podw y ż szania przyszłych k wa lif ikacji zawodow ych, a kt y wne uczestnict wo w warszawsk im życiu kultura lnym, net work ing, a ta k że t worzenie konta któw z wartościow ymi podmiotami. Dla osób, które bardzo niepewnie czują się w temacie zwią zanym ze sztuk ą, zachęcające powinny być słowa organizatork i: Spotykamy się nie dlatego, że wiemy, ale dlatego, że chcemy wiedzieć więcej. Więcej informacji szukajcie na Facebooku. Vita brevis, Ars longa! 0

styczeń – luty 2012


/ vagina day UW

Emocje są kobietami Już wkrótce studenci UW będą mieli szansę wybrać się na spektakl Monologi Waginy. Brzmi ciekawie? To jeden z elementów studenckiej kampanii V-Day UW 2012, która ma za zadanie zwrócić uwagę na problem przemocy wobec kobiet. To dobra okazja, by zrozumieć różne aspekty kobiecości. T E K S T:

DAG M A R A R O D E

onologi Waginy, wystawiane przez studentki Uniwersytetu Warszawskiego, oparte są na książce Eve Ensler – amerykańskiej dramatopisarki i aktywistki, inicjatorki ruchu przeciwko przemocy wobec kobiet. Eve zadaje ponad dwustu kobietom pytania dotyczące stosunku do własnej seksualności oraz doświadczeń z seksualnością związanych. Pytania te stają się pretekstem do snucia najróżniejszych historii. Podczas spektaklu usłyszymy o zagrożeniach, jakie czyhają na kobiecość – nie tylko na wojnie, ale i we własnym domu, w środowisku, które pozornie zapewniać ma bezpieczeństwo. Będzie dramatycznie, wzruszająco, a chwilami również zabawnie. Przede wszystkim – będzie mądrze i bez zbędnego moralizatorstwa. Będzie emocjonalnie – mówią organizatorzy. Traktowane początkowo jako eksperyment artystyczny Monologi... odnoszą ogromny sukces w wielu krajach na całym świecie. Do Polski trafiły w zeszłym roku za sprawą studentki kulturoznawstwa UW, Karoliny Urbańskiej. Po pierwszym spektaklu, na Facebooku V-Day UW pojawiło się wiele komentarzy, m.in.: Na początku nie byłam przekonana do idei słucha-

M

sie Centralnym Uniwersytetu Warszawskiego. Nowe aktorki i nowa reżyserka (Hanna Kłoszewska) to zupełnie nowy sposób przedstawienia. Powinni zobaczyć zarówno Ci, którzy pokochali Monologi… w zeszłym roku, jak i Ci, którzy ze spektaklem i ruchem V-Day stykają się po raz pierwszy. Warto, nie tylko dla osób zaangażowanych w działalność dotyczącą kobiet, ale dla wszystkich, którzy pragną spojrzeć na kobiecość z nowej, szerszej perspektywy. Być może interesujące będzie także zaangażowanie się w pozostałe akcje organizowane w ramach V-Day. Kampania swoim działaniem obejmuje już ponad 140 państw na całym świecie. Do tej pory zebrano 85 milionów dolarów, wspierając międzynarodowe programy edukacyjne i społeczne. Akcja na UW potrwa w tym roku od 9 do 30 marca, a jej otwarciem stanie się właśnie spektakl Monologi Waginy. W ramach kampanii przeprowadzone zostaną także badania dotyczące przemocy, cykl warsztatów, pokazów filmów, paneli dyskusyjnych i akcji animacyjnych. Odbędzie się również zbiórka pieniędzy. Jeśli chcecie znać więcej szczegółów, zapraszamy na stronę www.facebook.com/vdayuw 0 2011: kampania V-DAY po raz pierwszy w Polsce. Jak wypadnie druga edycja, przekonamy się już w marcu.

08-09

nia przez ponad godzinę czegoś, co nazywa się „Monologi waginy”, ale teraz muszę przyznać, że taki spektakl działa jakoś oczyszczająco i zdrowo na psychikę. I myślę, że im mniej ktoś ma ochotę słuchać o waginach, tym bardziej powinien spróbować. W tym roku mamy szansę obejrzeć Monologi… aż trzy razy – 9, 16 i 30 marca w gmachu Starego BUW-u na Kampu-


metro „uniwersytet” /

Następna stacja: „Uniwersytet” Samorząd Studentów Uniwersytetu Warszawskiego skierował oficjalne pismo do władz Warszawy z prośbą o to, by stacja metra przy skrzyżowaniu Nowego Światu i Świętokrzyskiej nosiła nazwę „Uniwersytet”. Radni, choć nie są przekonani, nie powiedzieli jeszcze „nie”. DAG M A R A R O D E

fot. kiclaw, sxc.hu, CC

T E K S T:

grudniu 2011 r. Przewodniczący Zarządu Samorządu Studentów, Piotr Müller, skierował oficjalne pismo do Pani Prezydent m.st. Warszawy, Hanny Gronkiewicz-Waltz, oraz Przewodniczącej Rady Miasta, Ewy Malinowskiej-Grupińskiej. Studenci swój postulat argumentują faktem, że to właśnie Uniwersytet jest instytucją najbardziej kojarzoną z pobliską okolicą. Ponadto, kiedy II linia metra zostanie otwarta, codziennie na stacji będzie wysiadało nawet kilkanaście tysięcy studentów UW. W oficjalnym piśmie znajdziemy też argument mówiący, że nadanie stacji Metra nazwy największej warszawskiej uczelni podkreśliłoby istotną rolę Uniwersytetu w życiu miasta i kraju. Niewątpliwie dobrym wzorem są inne kraje Europy i świata. W większość aglomeracji i dużych ośrodków akademickich nazwy stacji metra pochodzą od nazw uczelni, np. w Londynie, Neapolu, Moskwie czy Paryżu. Studenci podkreślają także, że Politechnika Warszawska ma swoją stację, w związku z czym Uniwersytet też na nią zasługuje. Kwestia nazewnictwa stacji metra jest wciąż nierozwiązana. Anna Nehrebecka, szefowa komisji nazewnictwa Rady Warszawy, informuje: Sprawa nazw stacji metra trafiła znów do zespołu ekspertów. Czekamy na ich opinię. Jednak eksperci już raz opiniowali propozycję zmian i są im przeciwni. W dyskusji udział wzięli także varsavianiści. Przyjęliśmy zasadę, że nazwy stacji bierzemy od tradycyjnych nazw obszarów miasta. Dzięki temu na Bielanach udało się na przykład ochronić nazwę Słodowiec przed zniknięciem ze świadomości warszawiaków. Tam, gdzie nie da się wskazać takiej nazwy, decydujemy się na nazwę przecznicy, którą przecina metro – mówi jeden z nich, Jarosław Zieliński. Dodatkowym ar-

W

gumentem przeciw zdaje się być fakt, że Uniwersytet nie znajduje się bezpośrednio przy planowanej stacji metra. Przy stacji Nowy Świat jest jeszcze Ministerstwo Finansów i Polska Akademia Nauk, a w ślad za studentami UW z pewnością chętnie poszliby studenci Akademii Sztuk Pięknych. Poza tym, jest już przystanek autobusowy „Uniwersytet”, kilkaset metrów od stacji – przekonuje Zieliński. Zespół nazewnictwa borykał się również z pomysłami innych instytucji, m.in. Centrum Nauki Kopernik, odnośnie nazwy stacji „Powiśle”. Takie apele i twierdzenie, że w danej okolicy nasza instytucja jest najważniejsza, mają w sobie sporą dozę zarozumialstwa. Naprawdę trudno uznać, że nazwa „Nowy Świat” jest mniej związana z okolicą stacji przy Świętokrzyskiej. W przeciwieństwie do uczelni, która ma budynki w całym mieście, jest też jednoznaczna. Poza tym w Warszawie są jeszcze dwa inne uniwersytety – argumentuje varsavianista. Ostateczny werdykt zapadnie już wkrótce. Zespół nazewnictwa oceni wszystkie propozycje, a Rada Warszawy podejmie decyzję – zapowiada Olga Johann, radna Prawa i Sprawiedliwości, zasiadająca w zespole nazewnictwa. Zapowiada także, że jego członkowie będą usiłowali ustalić jednolity system nazywania stacji, by uniknąć problemów w przyszłości. Wśród studentów, zarówno UW, jak i innych warszawskich uczelni, zdania są podzielone. Choć wielu uważa, że to dość spore uproszczenie, by twierdzić, że Uniwersytet jest w bezpośrednim sąsiedztwie stacji, z drugiej strony, ta nazwa ułatwiłaby życie turystom. „Nowy Świat” sprawia problem w wymowie dużej liczbie obcokrajowców. Teraz możemy jednak już tylko spekulować. Czas pokaże czy uda się usłyszeć Następna stacja: „Uniwersytet” 0

styczeń – luty 2012


/ sezon na poprawki

Poprawka - płacimy czy nie? Dla studentów rok 2012 rozpoczął się od bardzo przyjemnej informacji. Ministerstwo Nauki ogłosiło, że od teraz poprawki będą całkowicie darmowe. Studenci już zaczęli świętować, a jednak przepis okazał się niejednoznaczny i kontrowersyjny. Część uczelni uznała bowiem, że nowości obejmują tylko nowo przyjętych studentów. Czy aby na pewno? DAG M A R A R O D E

fot. datarec, sxc.hu, CC

T E K S T:

marcowej nowelizacji ustawy Prawo o Szkolnictwie Wyższym jasno określono katalog usług, za które uczelnia nie może pobierać opłat. Klarownym zdaje się być więc, że owa nowelizacja dotyczy wszystkich szkół wyższych. Interpretacja niektórych uczelni mówiąca, że przepisowi podlegają tylko studenci rozpoczynający naukę w roku akademickim 2012/2013 jest więc błędna. Przepis art. 99a powinien dotyczyć również studentów, z którymi podpisano umowy przed 1 października 2011 r. – podkreśla Bartosz Loba, rzecznik Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Z tego względu uczelnie, które nadal pobierają opłaty za usługi wymienione we wspomnianym artykule, od 1 stycznia 2012 r. muszą od nich odstąpić. Ponadto, nowelizacja przewiduje również brak opłat m.in. za: rejestrację na kolejny semestr lub rok akademicki, egzamin, w tym egzamin poprawkowy, ale także egzamin komisyjny czy dyplomowy. Studenci odetchnęli z ulgą, ale mają wątpliwości. Uczelnie interpretują przepisy jak chcą i jak

W

10-11

im wygodnie. Szczerze mówiąc, nie zagłębiałam się w nowelizację, ale nie mam pewności czy naprawdę znikną wszelkie opłaty – mówi Weronika, studentka psychologii. Dlaczego wykładnia zmienionej ustawy jest aż tak różna? Przyczyna, ale i rozwiązanie problemu tkwi w art. 29 nowelizacji – wyjaśnia Marcin Chałupka, ekspert prawa o szkolnictwie wyższym. Zgodnie z nim studenci przyjęci na studia przed 1 października 2011 r. oraz w roku akademickim 2011/2012 wnoszą opłaty na dotychczasowych zasadach do końca okresu studiów przewidzianego w ich programie i planie. Czy zmiana kwestii opłat poprawek i innych egzaminów zmienia więc obowiązujące opłaty? Okazuje się, że student ma szansę przekonać sąd, że art. 99a wykracza poza „dotychczasowe zasady”, a więc czynności w nim wymienione nie mogą podlegać opłatom. W tym wypadku przepis chroni już studiujących. Według Tomasza Lewińskiego z biura prawnego Parlamentu Studentów RP opłaty, o których mówi art. 99a, są opłatami administracyjnymi, a nie

za kształcenie, co ustawodawca wyraźnie rozgranicza. Niejasności budzą kontrowersje, wciąż nie wiadomo więc, czy aby na pewno we wszystkich ośrodkach studenci będą mogli liczyć na darmowe poprawki. Jak zwykle, na własną rękę, trzeba bardzo uważnie obserwować wszelkie zmiany na uczelni i nie dać się zwieść, a w razie potrzeby walczyć o swoje prawa. A najlepiej nie mieć poprawek. 0

Ombudsman na UW W razie jakichkolwiek wątpliwości, po pomoc można zgłosić się do ombudsmana, rzecznika akademickiego do spraw studenckich i pracowniczych, Anny Cybulko. Stanowisko to jest nowe na UW, ale na uczelniach zagranicznych funkcjonuje prężnie od wielu lat. Rektor zapewnia, że każdy studencki problem zostanie wysłuchany i rozpatrzony Kontakt z ombudsmanem UW można nawiązać za pośrednictwem maila ombudsman@uw.edu.pl, telefonicznie (22 55 27 214) lub na dyżurze (poniedziałki i czwartki, godz. 11.00-14.00, ul. Dobra 68/70, pok. 5).


wywiad /

Gospodarka wielkością narodu

Wspomnienie rodziny o Ignacym Tadeuszu Baranowskim Nowoczesny apartamentowiec położony niedaleko centrum stolicy. Trzynaste piętro, przytulne mieszkanie. Pomieszczenie pełne antyków, półki uginają się pod ciężarem albumów o sztuce, a ściany ozdobione są obrazami. Pomiędzy okazami malarstwa nowoczesnego znajdują się portrety przodków. Rozmowa o jednym z nich, Ignacym Tadeuszu Baranowskim, samoistnie przeistacza się w opowieść o krótkim, ale bardzo intensywnym życiorysie niezwykłego człowieka. Opowiadają dwie kobiety – Elżbieta Murawska i Larysa Jaromska, wnuczka i prawnuczka. Udowadniają, że choć, być może, właśnie po raz pierwszy w życiu czytasz o Ignacym Tadeuszu Baranowskim, warto pamiętać o przodkach, którzy przyczynili się do rozkwitu ojczyzny. R OZ M AW I A Ł A :

W I K TO R I A JA R O M S K A

MAGIEL: Kim był Ignacy Tadeusz Baranowski? LARYSA JAROMSKA: Pochodził z prawniczej ro-

dziny. Stosunkowo szybko stał się jednak sierotą. Opiekę nad nim przejął jego stryj – profesor medycyny, Ignacy Baranowski. Człowiek o wspaniałym życiorysie – filantrop i patriota, umieszczony przez Prusa w Anielce. Ignacy Tadeusz otrzymał nadzwyczaj staranne wychowanie. Toteż, mimo że w środowisku uczonych uznawano go za niezwykle uzdolnionego, widać było, że to zalety jego charakteru wniosły największy wkład w jego życie. ELŻBIETA MURAWSKA: Ignacy Tadeusz Baranowski nazywany jest twórcą pojęcia polskiej historii gospodarczej.

Chyba powinnyśmy umieścić go w konkretnych ramach czasowych.

łożycieli Towarzystwa Miłośników Historii oraz członkiem Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. Ignacy Tadeusz odznaczał się niezwykłym zamiłowaniem do podróżowania. W okresie gimnazjalnym uczęszczał do szkół w Rydze i Petersburgu. Studia zaś ukończył na Uniwersytecie Moskiewskim oraz na Uniwersytecie w Lipsku. Jako pracownik Biblioteki Ordynacji Krasińskich odbył wraz z Edwardem Krasińskim podróże do Niemiec, Austrii, Belgii i Francji, w celu zapoznania się z nowoczesnym budownictwem bibliotecznym i organizacją pracy w bibliotekach. Ich konkluzje stanowiły podstawę do rozwiazywania problemów, z którymi Związek Bibliotekarzy Polskich musiał się zmierzyć po odzyskaniu przez Polskę niepodległości.

Urodził się w 1879… i żył zaledwie 38 lat.

Jak wielu osiągnięć możemy się zatem spodziewać po osobie, która odeszła tak szybko? Wielu! Pracował w Archiwum Skarbowym w Warszawie, gdzie zetknął się z dokumentami dotyczącymi historii gospodarczej Polski. Wiemy, że dalszą pracę naukową związał z dziejami wsi polskiej oraz zagadnieniami historii gospodarczej i społecznej ojczyzny wraz z ziemiami litewsko-ruskimi. Był dyrektorem Biblioteki Ordynacji Krasińskich, funkcję tę piastował aż do śmierci. Pod koniec życia został pierwszym przewodniczącym Związku Bibliotekarzy Polskich, który istnieje do dziś. Wykładał historię średniowiecznej gospodarki w warszawskim Towarzystwie Kursów Naukowych. Otrzymał także doktorat na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie także nauczał. Był jednym z za-

Młodzież powinna szukać leku na sączącą się ranę gospodarczej zapaści w historii.

Ignacego był ostatni rektor Uniwersytetu Wileńskiego, Profesor Stefan Ehrenkreutz, zakatowany później przez KGB.

Wróćmy jednak może do dorobku naukowego. Jedna z najdoskonalszych prac naukowych, Przemysł Polski w XVI w., wydana została przez oficynę Wyszyńskiego w 1919 roku, po śmierci Ignacego, dzięki zebranym rękopisom. Ignacy postawił w niej tezę, że Rozwój gospodarczy kraju stanowi o wielkości narodu i państwa.

To zdaje się być aktualne, szczególnie w dobie kryzysu… Owszem, Baranowski przeprowadził szczegółowe uzasadnienie owej tezy, poprzez użycie arystotelesowskiej logiki. Marzył, a w zasadzie dowodził, o możliwości odbudowy Polski złotych czasów. Warto sięgać do jego dzieł, ponieważ opierają się one na prawdzie z materiałów źródłowych, które uległy zagładzie podczas II wojny światowej. Kto udzieli dziś, w trakcie specyficznej „wojny ekonomicznej”, odpowiedzi na pytania o przyszłość polskiej gospodarki? Nie wiadomo. Właśnie dlatego młodzież powinna szukać leku na sączącą się ranę gospodar-

Ignacy T. Baranowski A znane są szczegóły jego życia prywatnego? Żonaty był z Heleną Gadomską, secondo voto Łopacińską. W dzień jej urodzin, równo o północy, składał jej życzenia i obdarowywał eleganckim prezentem. Kochali się nad życie. Owocem ich małżeństwa była trójka dzieci. Jedyny syn, adwokat, zginął w obronie Warszawy. Bliskim przyjacielem

Ignacy Tadeusz Baranowski (1879–1917) historyk polski, bibliotekoznawca, specjalista nowożytnej historii gospodarczej Polski, przeprowadził zmiany w Bibliotece Ordynacji Krasińskich. Interesował się problematyką feudalizmu i spraw agrarnych w Polsce od XV do XVIII w. Jest autorem wielu książek dotyczących gospodarki Polski m.in.

Wieś polska w okresie między Unią Lubelską a Konstytucją 3 Maja czy Przemysł Polski w XVI wieku (1919)

styczeń – luty 2012


/ 12 lat różnicy

sami „dla śmiechu” dopowiadała co pikantniejsze szczegóły – w ogóle nie przejmowałam się tym, co ludzie powiedzą. Jak ktoś się mną za bardzo interesował, to zaczynałam opowiadać takie niestworzone rzeczy, że wszyscy się peszy-

Jeśli za profesjonalizm uznaje stricte edukacyjne relacje i nie dopuszcza innych, to jest to jasne i nie wymaga tłumaczenia. li. Każde spotkanie z wykładowcą było coraz bardziej namiętne. Po kilku tygodniach wyjechali razem na weekend pod Warszawę. Spędzili dwa dni w Radziejowicach. Potem coś się zmieniło. Wspólnie uznali, że to chyba nie to, czego szukali. To nie był facet dla mnie. Zbyt pochłonięty karierą naukową, trochę mało zaradny. Ale do dzisiaj mamy jako taki kontakt ze sobą. Mam świetne wspomnienia. W końcu z młodości trzeba korzystać. Studia to najlepszy czas na szaleństwa, bo kiedy jak nie teraz? – dodaje Ola.

Propozycja dla doktora Z drugiej strony mamy kadrę naukową. Młodych, atrakcyjnych, ale już doświadczonych doktorów. Doktor Zarządzania z SGH w rozmowie telefonicznej zdradził nam z rozbawieniem, że zdarzyło mu się odebrać dwuznaczne sygnały od studentek. Przyznał, że na studiach nie da się zapomnieć o tak drobnym szczególe jak podział na płcie. Niezależnie od zajmowanego stanowiska, zajęcia, hierarchii, w dalszym ciągu jesteśmy kobietami i mężczyznami. Ergo naturalnie stworzeni byliśmy, aby okazywać sobie zainteresowanie. W środowisku uczelnianym odbywa się to w dość subtelny sposób (choć jak przyznaje większość studentek – nie ma w tym nic złego). Doktor jasno stwierdził, że tu nie o moralność chodzi, ale o profesjonalizm i o to, jakie granice wytycza sobie wykładowca. Jeśli za profesjonalizm uznaje stricte edukacyjne relacje i nie dopuszcza innych, to jest to jasne i nie wymaga tłumaczenia. Kiedy jednak uważa, że kontakty ze studentkami (jak sam wspomniał, odbiera różne sygnały, zdarzało mu się nawet dostawać dwuznaczne maile – to samo opowiadali mu jego koledzy z uczelni) nie wpływają na jego bycie profesjonalnym, a moralność nie ma tu znaczenia, tu

18-19

pojawiają się odmienne zdania i opinie. Nie wszyscy są wszak zgodni. Na studiach wszyscy są dorośli i o ile strona studencka nie wdaje się związek dla korzyści, istnieje opinia, że to prywatna sprawa, co kto robi za własnymi drzwiami. Jednak takie związki budziły i będą budzić dużo emocji, bo ludzie lubią sensacje. I czego nie wiedzą, to dopowiedzą.

Od psałterza do ołtarza Wszystkie koleżanki były wpatrzone w niego jak w obrazek. Innym przeszło, a mnie zostało – mówi Ania, żona historyka literatury z wydziału Polonistyki UW. Była studentką wykładowcy przez semestr pierwszego roku, ale ich zbliżenie nastąpiło dopiero po kilku latach. Przyjaźniła się z osobą, która znała jej obecnego męża. Tak nawiązała się jakaś relacja, która wyszła poza UW. Moja żona jest koncertującym muzykiem, gra na organach – dodaje doktor. Któregoś razu dostałem zaproszenie na jej występ. To była muzyka dawna. Łączyła się z moimi zainteresowaniami, chętne poszedłem na ten koncert. I tak to się zaczęło. Ania coraz częściej przychodziła na dyżury swojego wykładowcy bez powodu, tak żeby pogadać. To były rozmowy bez podtekstów. Niewprawny obserwator nie wychwyciłby kierunku, w jakim zmierzała znajomość, która zdecydowanie się ocieplała. Byłam wtedy na czwartym albo piątym roku. Bywałam na wydziale raz w tygodniu. Nie było krępującej sytuacji, że doktor prowadził mi zajęcia albo był moim promotorem. To dużo upraszczało. Wydawało nam się, że nikt nie wie – wspomina ze śmiechem była studentka. Najważniejsze było zachowanie dyskrecji. Niepotrzebne było dawanie otoczeniu powodów do niezdrowego zainteresowania. Ale i tak na temat uczelnianej pary powstawały różne plotki. Mówiono, że Ania jest dopiero na pierwszym roku, gdy w rzeczywistości kończyła studia magisterskie. Niektórzy zastanawiali się, czy związek z wykładowcą ułatwia jej studiowanie. Chcieliśmy tylko, żeby to była nasza historia, a nie opowiedziana przez osoby trzecie – wspomina historyk literatury. Jakimś rodzajem problemu była kwestia, jak na nasz związek zareagują najbliżsi. Pochodzimy z różnych środowisk, dzieli nas różnica wieku – 12 lat, mamy różne historie życia. Ania ma wspaniałą, ciepłą rodzinę, a ja wręcz przeciwnie. Wiele godzin przegadaliśmy o tym, jak im to powiedzieć. Ale bardziej się baliśmy, niż było potrzeba. Wszyscy przyjęli nas z sympatią. Ania i polonista UW są małżeństwem od pół roku. Dla młodej żony różnica wieku nie była nigdy problemem. Jej rodziców dzieli osiem lat, to dla niej normalne. Różnica 12 lat nie budzi emo-

cji. Choć wszystko zależy od indywidualnego podejścia. Coraz częściej czytamy o związkach, które dzieli nawet kilka pokoleń. Takie relacje rodzą szereg stereotypów, np. interesowność ze strony partnerki. To śmieszne – mówi doktor. Trudno mi to sobie wyobrazić, no bo jak długo można promować młodą dziewczynę. Wyobraźmy sobie interesowność polegającą na tym, że studentka wiąże się ze sowim wykładowcą, bo chce zdać jeden bardzo trudny egzamin. I co dalej, jak już go zda? Młoda żona zdecydowanie się z tym zgadza: Na piątym roku nie utrzymywałam raczej kontaktów z ludźmi ode mnie z roku. Z nikim nie zaprzyjaźniłam się na tych studiach, więc i nikt nie wiedział za dużo o moim życiu. Nie zdarzyło się, żeby ktoś wprost zarzucił mi, że mam łatwiej, bo jestem z wykładowcą. Sytuację ratowało to, że Ania nie miała ze swoim mężem zajęć. Dzięki temu mogli się skupić tylko na sobie, a nie na ukrywaniu związku. Rozwijała się więź wobec siebie nawzajem, a nie wobec świata. Nie musieli zastanawiać się, czy wypada im iść blisko siebie lub trzymać się za rękę. Chociaż pamiętam, że mieliśmy taką sytuację, że spotkaliśmy moją koleżankę na ulicy. Nikt nic nie powiedział, za szybko się minęliśmy. A ja przez pół dnia przeżywałam to spotkanie. Miałam zakodowane, że nikt nie powinien nas widzieć – przypomina sobie była studentka. A jak dzisiaj wygląda życie „uniwersyteckiego” małżeństwa? Przyznają, że wzajemnie się dopełniają. Dla jednego literatura dawna to praca, dla drugiego hobby. To co na początku było punktem stycznym, teraz jest tylko linią startu relacji. Najlepiej wspominają oderwanie się od tego punktu, od UW i poznawanie poza murami uczelni. Okazało się, że mam ludzką stronę, jakieś myśli i doświadczenia nie związane z nauką – śmieje się doktor.

Gdy nadszedł egzamin i przyszła kolej Natalii, ja po prostu wyszedłem z sali i zastąpił mnie ktoś inny. Nigdy nie sprawdzałem jej prac czy testów. Miłość kwitnie na polonistyce To nie jedyna historia na wydziale Polonistyki UW, która miała zakończenie na ślub-


/ co zamiast atomu? Jak nazywa się żona wykładowcy? Wykładzina!

Misja: porzucić atom! Decyzja kanclerz Niemiec, Angeli Merkel, o stopniowym zamknięciu elektrowni atomowych, podjęta na początku zeszłego roku, miała nie mieć wpływu na gospodarkę, a jedynie poprawić bezpieczeństwo obywateli. Jak wyglądają te obietnice w konfrontacji z rzeczywistymi kosztami? T E K S T:

KAROL MAZUR

rótko po katastrofie atomowej w Fukushimie, elektrowni nuklearnej usytuowanej w pobliżu obszaru zwanego Pacific Ring of Fire (gdzie ryzyko wystąpienia trzęsienia ziemi lub tsunami jest szczególnie wysokie), Angela Merkel podjęła decyzję o gwałtownej zmianie w strukturze produkcji energii elektrycznej swojego kraju. Krok ten wydaje się być zagrywką czysto wyborczą, biorąc pod uwagę wyniki badań opinii publicznej nt. atomu, przeprowadzonych po katastrofie w Japonii. Docelowo reaktory atomowe mają zostać wyłączone do 2022 roku. W dużym stopniu mają je zastąpić źródła odnawialne, w tym farmy wiatrowe, których opłacalność na chwilę obecną jest wątpliwa.

K

atomu trend może okazać się podobny w obliczu ostatniej decyzji Niemiec, katastrofy w Japonii i awarii we Francji.

… i czemu tak drogo? Czy lądowe farmy wiatrowe zdołają poprawić swoją wydajność do tego czasu? Firmy produkujące energię z tego źródła na pytanie czy nadal inwestowałyby w wiatraki, gdyby ceny za ich elektryczność były ustalane rynkowo, odpowiadają zgodnie i krótko – nie.

szczytu produkować elektryczność za pomocą turbin. Redaktorzy „Der Spiegel” donoszą, że takie zbiorniki powstają już z inicjatywy m.in. RWE w regionie Hochschwarzwald. Podobne rozwiązanie stanowią elektrownie szczytowopompowe, które nawet nie wymagają istnienia zapór, takie jak Elektrownia Wodna Żarnowiec. Czy to może pomóc?

Reakcja gospodarki

fot. Allgau, CC BY-SA

Warto spojrzeć na dotychczasowy wpływ decyzji Angeli Merkel na gospodarkę niemiecką. Faktem jest, że kraj na co dzień eksportujący prąd stał się w jej wyniku krajem importującym. Co więcej, ryzyko nie zostało zredukowane, a jedynie przeniesione na inne kraje. Przykładowo, elektrownia nuklearna Temelin (Czechy) przesyła Ile to kosztuje…? codziennie ok. 1,2 GWh elektryczności do Słowa pani kanclerz szybko obrócono w Niemiec, a wśród innych eksporterów znajczyny. Pod koniec 2010 roku 39 proc. elekduje się m.in. Francja słynąca z produkcji tryczności wyprodukowanej w Niemczech energii jądrowej. Rynek energii w Niempochodziło z węgla, 22 proc. z elektrowni czech zareagował bardzo szybko – w poatomowych, 16 proc. ze źródeł odnawialprzednich miesiącach cena prądu na Euronych, 13 proc. z gazu, a 10 proc. z ropy nafpejskiej Giełdzie Energii w Lipsku wzrosła towej i jej pochodnych. Po decyzji kanco ponad 10 proc.! Nie obyło się to bez lerz, do lipca bieżącego roku udział energii wpływu na wzrost gospodarczy – Federalodnawialnej wzrósł o 4,8 punktu proc. do Czy rozwiązania w stylu Elektrowni Wodnej w Żarnowcu ny Urząd Statystyczny donosi, iż niemiec20,8 proc.! Plan Angeli Merkel zakłada pomogą zwiększyć efektywność turbin wiatrowych? ki PKB był w drugim kwartale 2011 roku wzrost tego udziału do ambitnych 35 proc. niższy o 0,1 proc. głównie z powodu zamknięprzed rokiem 2022. Do lipca tego roku ilość Zgodnie z szacunkami koszt wytworzenia 1 cia kilku elektrowni atomowych. prądu wyprodukowanego w elektrowniach kWh przez lądowe farmy wiatrowe to 6-7 euroatomowych spadła o 15 proc. centów. Oczywiście technologia jest nieustannie Inwestor decydujący się na budowę lądowej ulepszana, co powinno poprawić opłacalność Pozytywne przykłady? farmy wiatrowej dostaje od rządu gwarancję produkcji, ale tempo tych zmian wydaje się być Istnieją oczywiście kraje w większości zaspokupna tej energii po stałej cenie, zmniejszająrozczarowujące. Co więcej, stare farmy w Niemkajające swoje zapotrzebowanie energetyczne ze cej się jednak każdego roku o 10 proc. Przyczech są zastępowane przez nowe, o zwiększoźródeł odnawialnych, takie jak Kostaryka, gdzie kładowo, w tym roku za 1 kWh wyprodukonych możliwościach produkcyjnych. Dzierżapozyskuje się z nich 93 proc. całej energii elekwanej w ten sposób energii producent dostaje wienie lub wykup nowych ziem pod inwestycje trycznej. A jednak poziom bogactwa ich spo9 eurocentów, za rok będzie to już 8,1 euronie ma miejsca, co może wskazywać na wciąż niłeczeństw jest o wiele niższy od mieszkańców centa. Dla porównania, koszt 1 kWh energii ską opłacalność tych inwestycji. większości krajów Europy Zachodniej. Jest to wyprodukowanej za pomocą węgla to mniej Problem nie tkwi jednak w samych koszargument wielu ekspertów twierdzących, że w więcej 4 eurocenty, a za pomocą atomu 4,5 tach, a w fakcie, że prąd jest produkowany wtedługim okresie Niemcy powrócą do elektroweurocenta. Ocenia się że ceny prądu z wymiedy, gdy wieje odpowiedni wiatr, a nie wtedy, ni atomowych – racjonalne społeczeństwo nienionych źródeł zrównają się już w 2018/2019 gdy jest potrzebny. Częściowym rozwiązaniem mieckie nie zaakceptuje obniżenia poziomu żyroku, z możliwością opóźnienia o 1-2 lata. A są sztuczne zbiorniki wodne utworzone w gócia w długim okresie. Tym bardziej, że Europa przecież Unia Europejska zapowiada stopniorach przy tamach wodnych. Tania energia jest Środkowa nie jest obszarem aktywnym sejsmiczwą rezygnację z węgla, co może doprowadzić używana do pompowania wody do wyższego nie i elektrownie atomowe nie niosą ze sobą tak do spadku ceny tego surowca. W przypadku zbiornika, aby po jej uwolnieniu w godzinach wielkiego zagrożenia jak w Japonii. 0

20-21


przeciwko ograniczaniu emisji /

Klimatyczna hipokryzja Przy okazji ostatniej konferencji klimatycznej ONZ w Durbanie nasuwa się pytanie: czy rzeczywiście przez dwa wieki mogliśmy aż tak wpłynąć na klimat, który zmienia się nieprzerwanie od miliardów lat? I czy warto tyle płacić, by odwracać skutki wpływu, którego nie jesteśmy pewni? Coraz więcej naukowców ma co do tego wątpliwości. T E K S T:

PAW E Ł WOJ C I EC H OW S K I

edia bombardują nas informacjami o tym, że dwutlenek węgla produkowany przez ludzkość prowadzi do ocieplenia klimatu. W rzeczywistości głównym gazem cieplarnianym jest para wodna, a CO2 odpowiada za ok. 1/5 efektu cieplarnianego. Obalić należy także mit, że człowiek jest głównym producentem dwutlenku węgla. Roczna ilość CO2 wytwarzana w wyniku działalności ludzkiej wynosi ok. 30 gigaton, co daje ok. 1/30 całej emisji. Pozostałe 97 proc. produkowane jest naturalnie przez m.in. aktywność wulkaniczną, wymianę gazową między oceanami a atmosferą oraz florę i faunę. Nie dziwi wobec tego fakt, że wśród naukowców zaczyna przeważać opinia, że źródłem ostatnich zmian klimatu nie musi być efekt cieplarniany. Coraz częściej wskazuje się na wpływ plam słonecznych, których mała liczba spowodowała w XVII wieku spadek temperatury o ok. jeden stopień Celsjusza, przez co okres ten został nazwany „małą epoką lodowcową”. Występowanie plam słonecznych zaczął wtedy mierzyć niemiecki astronom Christopher Scheiner, a wyniki obserwacji prowadzonych przez kolejne wieki posłużyły ostatnio do wykazania wielkiego wpływu Słońca na temperaturę na Ziemi. Gdy liczba plam spadała, wraz z nią obniżała się temperatura na naszej planecie. Tak było

M

w okresach zamarzania Bałtyku (tzw. minimum Maundera, z tego okresu pochodzą historie o karczmach na pełnym morzu) oraz w czasie Wielkiej Zimy w Rosji za czasów Napoleona (minimum Daltona).

Unia wie lepiej Pomimo wszystkich tych wątpliwości, w dniach 28 listopada – 11 grudnia w Durbanie odbyła się konferencja klimatyczna ONZ. W jej wyniku postanowiono przedłużyć obowiązywanie protokołu z Kioto do czasu, gdy podpisane zostanie nowe porozumienie o ograniczeniu emisji, co nastąpić ma do 2015 roku. Takie postanowienie wydaje się być mało istotnym w porównaniu z pierwszym milowym krokiem, który w 2008 roku zrobiła Unia Europejska, sygnując pakiet klimatyczny 3x20. Zakłada on ograniczenie emisji CO2 o 20 proc. w stosunku do 2005 roku, zmniejszenie zużycia energii o 20 proc. oraz wzrost udziału energii ze źródeł odnawialnych do 20 proc. z dotychczasowych 8,5 proc. Teraz UE chce doprowadzić do rozszerzenia działania pakietu na resztę świata. Jest to konieczne, gdyż pakiet zdecydowanie obniża konkurencyjność europejskich gospodarek zmuszonych do inwestowania w technologie ograniczające zatruwanie środowiska. Za przykład podać można składowanie CO2 pod ziemią: sam

projekt pilotażowy przy elektrowni w Bełchatowie kosztować ma 2,5 mld euro.

Kto za to zapłaci Według znanego polskiego geologa, prof. Leszka Marksa, wdrażany przez Unię projekt będzie stanowił rażące marnotrawstwo środków rzędu od 0,07 proc. PKB we Francji do 0,63 proc. PKB w Polsce. Zapłaci za to podatnik, o czym świadczyć może prognozowany udział wydatków na zmniejszenie emisji CO2 w koszcie energii elektrycznej w roku 2030. Przykładowo, w naszym kraju wyniesie on ok. 48 proc. (wg prognoz PGNiG). Ponadto dane te nie zawierają społecznego i gospodarczego kosztu wszystkich zmian, ponieważ unijny sposób liczenia uwzględnia tylko bezpośrednie koszty wprowadzenia reform. Znikomy wpływ dwutlenku węgla na środowisko oraz kosztowność całego przedsięwzięcia stawia pod znakiem zapytania sensowność jakiegokolwiek ograniczania emisji. Zmiany klimatu występowały zawsze i będą występować nadal, bo wszystko wskazuje na to, że zależą one w głównej mierze od Słońca. Zamiast więc walczyć o kolejne dotacje na zieloną energię, powinniśmy skupić się na trapiących Europę problemach gospodarczych, takich jak rosnący dług publiczny. 0

Rozmowa z prof. Leszkiem Marksem z Polskiego Instytutu Geologicznego M A G I E L : Spalanie paliw kopalnych, a także rosnąca z każdą minutą liczba samochodów i samolotów powoduje wydzielanie się ogromnych ilości CO2. Czy rzeczywiście wpływa to na klimat w takim stopniu, iż trzeba z tym walczyć? L E S Z E K M A R K S : Jeszcze w okresie plioceńskim, tj. ok. 3 mln lat temu, gdy zawar-

tość CO2 w atmosferze była o ok. 75 proc. wyższa niż obecnie również temperatura była trochę wyższa. Stanowi to przykład działania zjawiska, które sprawia, że powinniśmy cieszyć się z występowania gazów cieplarnianych w atmosferze. Gdyby ich nie było, temperatura na Ziemi wynosiłaby kilkanaście stopni poniżej zera, a nasza planeta nie nadawałaby się do życia. Przyczyniałyby się do tego również wysokie wahania temperatury w dzień oraz w nocy, dokładnie jak na pustyniach. Bardzo często efekt cieplarniany jest zestawiany z efektem szklarni. Jest to jednak porównanie niewłaściwe, ponieważ szklarnie, posiadają na ogół zamknięty obieg powietrza, natomiast w atmosferze ziemskiej występują ruchy powietrza, często bardzo intensywne (np. huragany). Co więcej, nie jest ona systemem hermetycznym – część energii cieplnej emitowana jest w przestrzeń kosmiczną.

W Kopenhadze podpisany został protokół z Kioto, później w Unii powstał pakiet klimatyczny tzw. 3x20. Jakie będą skutki podpisania tego pakietu? Unia Europejska próbuje grać pierwsze skrzypce (postanowiono w 2008 roku, że do 2030 roku emisja CO2 przez kraje unijne zmniejszy się nie o 20 a o 30 procent!), ale efekt tego działania, bardzo kosztownego zresztą, będzie minimalny. Państwa UE produkują ok. 15 proc. CO2 wytwarzanego przez ludzi. Ocenia się, że antropologiczny dwutlenek węgla to ok. 1/30 tego, co wytwarzane jest w sposób naturalny. Weźmy też pod uwagę fakt, że ograniczenia, które Unia zamierza wprowadzić, stanowią redukcję do 30 proc. w 2020 roku, a ponadto dwutlenek węgla wpływa na 1/5 efektu cieplarnianego. Jeżeli to sobie dokładnie wyliczymy, to ograniczenia proponowane przez Unię przyniosą zmniejszenie efektu cieplarnianego w skali globalnej o jakieś 0,03 proc., przy kosztach od 170 mld do prawie 300 mld euro rocznie. 0

styczeń – luty 2012


/ diagnoza dla Rosjan

Oddział chorych na raka A.D. 2011

Popularny ostatnio w Rosji żart opowiada o tym, jak po placu Bołotnym w Moskwie – miejscu opozycyjnych wieców – młody mężczyzna roznosi ulotki. Na pytanie milicjantów, dlaczego nic na nich nie napisał, odpowiada: Po co pisać? Przecież i tak wszyscy wiedzą, o co chodzi. WOJ C I EC H E N G E L K I N G

owcip, szczególnie ten o wydźwięku politycznym, jest instytucją cenioną w Rosji od dawna: nie tylko jako „broń bezbronnych”, ale też jako szczególna odmiana narzędzia władzy, miernik temperatury społecznych nastrojów. O ile jednak termometr ten w ostatnich 20 latach nie sygnalizował aparatowi państwowemu zbytniego zagrożenia, o tyle powyższy żart, który bije ostatnio w Rosji rekordy popularności, odznacza się na nim czerwoną kreską. Próżno bowiem szukać w nim łagodnego tonu, który zdominował polityczny humor okresu dotychczasowych rządów Jednej Rosji. Ukrytą pod płaszczykiem żartobliwej kontestacji akceptację działań władzy zastąpiło zrezygnowanie. Jego przyczyn należy szukać w pozornie niewinnym wydarzeniu z 7 grudnia 2011 roku: chodzi o publiczne przekazanie Dmitrijowi Miedwiediewowi wyników ostatnich wyborów, którego dokonał szef Centralnej Komisji Wyborczej, Władymir Czurow. Usłyszawszy dane dla Jednej Rosji, korzystne o wiele bardziej niż przewidywały sondaże, Miedwiediew miał rzec Czurowowi: Pan jest niemal czarodziejem. Szczególnie twierdzą tak liderzy niektórych partii. Opisując Rosję doby Mikołaja I, francuski podróżnik, markiz De Custine, stwierdził, że godność Rosjan nigdy nie zgodzi się, by oświadczono jej prosto z mostu, że się nią pomiata. Pod tym względem przez półtora wieku niewiele się zmieniło.

D

24-25

PR, sacrum i iPhone’y Nie można oczywiście dopatrywać się w powyborczej wypowiedzi Miedwiediewa jedynego zarzewia ostatnich protestów. Proces, w którym wysokie notowania Jednej Rosji słabły, był raczej długotrwały. Należy więc zadać pytanie: co sprawiało, że przez długi czas portrety byłego prezydenta wisiały w większości rosyjskich domów?

fot. misha maslennikov, CC BY-NC-ND 2.0

T E K S T:

Odpowiedzi trzeba szukać we wstydzie, jaki zdominował polityczne emocje Rosjan pod koniec prezydentury Jelcyna. Obywatele Federacji dość już mieli „swojego chłopa”, który tańczył na publicznych uroczystościach, a przez zachodnich przywódców traktowany był co najwyżej z politowaniem. Namaszczony w 1996 przez Jelcyna na urząd prezydenta były oficer KGB prezentował się inaczej: wysoki i szczupły, znał języki i deklarował, że nieczęsto zagląda do kieliszka. Już w pierwszych miesiącach urzędowania media nadały mu tytuł silnego przywódcy, który podnosi Rosję z kolan. Na szczególną uwagę zasługuje film z zaprzysiężenia Putina. Zamkniętymi ulicami Moskwy pancerny mercedes pędzi na Kreml, gdzie następnie prezydent maszeruje długimi korytarzami pałaców, wypełnionymi po brzegi bijącymi mu brawo przedstawicielami elit. Wśród rosyjskich politologów utarło się określenie „sakralizacja władzy”, zaś amerykańscy dyplomaci, jak informują ujawnione przez Wikileaks depesze, ochrzcili Putina „samcem alfa”. Przyczyną ostatniego wyborczego niepowodzenia Jednej Rosji był fakt, że w pewnym momencie Putin „samcem alfa” być przestał, a władza straciła swój sakralny wymiar. Winę za ten błąd ponoszą PR-owcy Kremla. O ile poprzednie zabiegi marketingu politycznego robiły wrażenie na statystycznym Rosjaninie, o tyle trudno nimi olśnić młodych, wykształconych przeważnie za granicą obywateli, którzy teraz protestują w Moskwie i Petersburgu. Ich już nie dało się kupić ocierającym się o nowoczesne samodzierżawie sposobem prowadzenia polityki. Stosowany przez ostatnie trzy

O ile poprzednie zabiegi marketingu politycznego robiły wrażenie na statystycznym Rosjaninie, to trudno nimi olśnić młodych, wykształconych obywateli, którzy teraz protestują w Moskwie i Petersburgu.


diagnoza dla Rosjan /

lata zabieg PR-owy polegał na dostosowaniu wizerunku Putina i, niejako na doczepkę, Miedwiediewa do świata przesyconego erotyką i nowoczesnymi technologiami. Premier pokazał się więc na wakacjach z roznegliżowanym torsem, jeżdżąc konno po Syberii. Z kolei prezydent podczas spotkania z Nicolasem Sarkozym wyjął iPhone’a, a w Moskwie przybył na koncert Deep Purple. Podobny zresztą wymiar ma ostatnia propozycja Putina, który, by zapobiec fałszerstwom podczas wyborów prezydenckich, zaproponował zainstalowanie kamer internetowych przy urnach.

Krzywa Gaussa przeciw władzy

Oddział chorych na raka W wielkiej paraboli Aleksandra Sołżenicyna Oddział chorych na raka punkt widzenia przeciętnego Rosjanina wobec wszelkich zmian po-

fot. Zurab Zawachadze, Voice of America

Co jednak znamienne, urodzeni u schyłku ZSRR Rosjanie nie tylko nie kupili marketingu kremlowskiej ekipy, ale wręcz poczuli się nim urażeni. Nie oczekiwali sztafażu, ale faktycznych, daleko idących zmian: na „magię czarodzieja Czurowa” odpowiedzieli na ostatnich wiecach krzywą Gaussa (matematycznie dowodzącą, że wyniki wyborów nie mogą przedstawiać się tak, jak zostały podane do wiadomości). Choć wolnorynkowa gospodarka, twierdzą, pozwoliła im wyjść na swoje, doniosłych finansowo interesów robić nie mogą, o ile nie są dziećmi wysoko postawionych członków partii. Młoda inteligencja protestująca na placu Bołotnym nie widzi w Putinie nic ponad sentymentalny zlepek samodzierżawcy i biurokraty przyozdobiony drogimi gadżetami oraz karnetem na siłownię. Podobnie jak ich rodzice wstydzili się za prostactwo Jelcyna, tak oni – za arogancję Putina i marionetkowość Miedwiediewa.

Należy jednakowoż pamiętać, że w Rosji jest jeszcze drugi gatunek białych kołnierzyków – ci, którzy, pracując i obracając się w Moskwie, nadają ton myślenia rosyjskiemu ludowi. Ze względu na tę szczególną funkcję gwiazdy mediów i sportu dotychczas były przez Jedną Rosję hołubione. Starczy przypomnieć znanego piosenkarza, Aleksandra Jelina, który dwa lata temu zasłynął jako autor piosenki Takiego jak Putin, w której dwie roznegliżowane starletki zachwalały rosyjskim kobietom męskie walory urzędującego premiera, czy też Bożenę Rynską, prowadzącą popularne kroniki towarzyskie. Dotychczasowa popularność Putina w dużej mierze gwarantowana była poparciem celebrytów: nietrudno się domyślić, jakie emocje wśród kształtowanego telewizją rosyjskiego ludu rozbudza Rynska, dzisiaj publicznie tłumacząca milicjantom hańbę bicia opozycjonistów, albo Jelin, wychodzący z nową opozycyjną piosenką Nasz dom wariatów głosuje na Putina. Jego utrzymany w konwencji discopolo utwór za sprawą swej chwytliwej melodii zdobywa rosyjską prowincję, a dzięki skierowanym przeciwko rządzącym słowom dociera do mieszkańców wielkich miast. Co jednak znamienne, tekst piosenki nie jest pozbawiony pytania, w którym można się dopatrywać nie tyle niechęci do faktycznej zmiany ustroju, ile sentymentu do dawnego Putina-boga. Pytanie to brzmi: gdzie jesteś, wodzu?

Prezydent Miedwiediew miał powiedzieć szefowi Centralne Komisji Wyborczej, Władymirowi Czurowowi: Pan jest niemal czarodziejem. Napis na zdjęciu: Putin musi odejść.

litycznych w jego kraju wypowiada Oleg Kostogłotow, urk i zesłaniec: Dlaczego rości sobie pani – pyta lekarki – prawo do decydowania za innego człowieka? Przecież to straszne prawo, może wyrządzić więcej zła niż dobra! (…) dwadzieścia lat temu też naświetlała pani jakiegoś tam Kostogłotowa, który bał się leczenia, a pani zapewniała, że wszystko w porządku, bo nie wiedziała jeszcze pani o chorobie popromiennej. (…) Niech mnie pani wypisze. Chcę wyzdrowieć o własnych siłach. Przesłanie wypowiedzi Kostogłotowa jest jasne: nawet jeśli terapia jest dobra, nie należy do niej podchodzić ze zbyt wielką ufnością, bowiem może oznaczać zmiany na gorsze. Na pytanie czy nieufność przeszło stumilionowego narodu w dniach buntu przeciw Putinowi jest podobna, odpowiedzieć można ostatnią zwrotką wspomnianej już piosenki Jelina: Słałem listy do Białego Domu – że mamy tu rabusiów, / Że masoni chcą mnie spalić na stosie, / Że niechlujstwo, złodziejstwo tu i rozłam, / żadnej odpowiedzi – lepszy zastrzyk w tyłek. Dążenie ku stereotypom, którego sile poddaje się nie tylko twórca tego utworu, ale i większość narodu rosyjskiego, nie pomoże demokratycznej frakcji wiecujących na placu Bołotnym. Młodzi przedsiębiorcy, zbuntowani przeciwko korupcji i nepotyzmowi aparatu władzy dla mieszkającego za Uralem chłopa nie różnią się niczym od beneficjentów tejże korupcji – oligarchów i polityków; są tak samo „zachodni”. I choć istnieje szansa, że Putin nie wybije się na tej stereotypizacji na nowo, istnieje też niebezpieczeństwo, że skorzystają na niej ci politycy, którzy nie starają się ukrywać pod maską okcydentalizmu. Rosja ponownie, by zacytować Woltera, zgnije nim zdąży dojrzeć. Kiedy w 1991 rozpadał się Związek Radziecki, Zbigniew Brzeziński zaproponował Reaganowi i Gorbaczowowi podział Rosji na kilka mniejszych, demokratycznych państw, by w ten sposób wykształcić w każdym z nich elitę polityczną. By zrozumieć wagę zaprzepaszczonego pomysłu Brzezińskiego, trzeba było 20 lat, po których demokratyczna partia Jabłoko nie weszła do Dumy, natomiast nacjonaliści Władymira Żyrinowskiego poprawili w ostatnich wyborach swój wynik. Zryw, jaki proponują Rosji liberałowie z placu Bołotnego, jest przewrotem wymagającym zaangażowania całego narodu, podczas gdy poważniejszych protestów w ostatnich tygodniach nie odnotowano nigdzie poza Moskwą i Petersburgiem. Możemy więc oczekiwać, że jeśli przewrót w Rosji okaże się buntem puszkinowskim − bezmyślnym i bezlitosnym, czyli obojętnym, pozwalającym sięgnąć po władzę tym, których brak pozornego nawet umiarkowania, to będzie on o wiele groźniejszy od rządów Władimira Putina. 0

styczeń – luty 2012


/ Zbigniew Ziobro pod lupą MAGLA

ziałalność publiczna byłego ministra sprawiedliwości to wiele lat konsekwentnego budowania wizerunku młodego, zdolnego szeryfa, siejącego postrach wśród świata przestępczego i kłamliwych elit III Rzeczpospolitej. Początek idealnie układającej się narracji przypada na okres PRL-u – polityk często podkreśla, że jako jedyny w klasie nie przystąpił do Towarzystwa Przyjaźni PolskoRadzieckiej. Antykomunistyczne poglądy miał w niego wpoić dziadek, były oficer kontrwywiadu AK. Takie wychowanie naturalnie wciągnęło mnie w politykę w życiu dorosłym – mówił niedawno w wywiadzie dla „Vivy”. Genetyczny antykomunizm rodziny Ziobrów budzić może jednak pewną wątpliwość – ojciec ministra, Jerzy Ziobro, przez wiele lat pełnił funkcję głównego lekarza sanatorium w Krynicy. Jako członek PZPR blisko związany był z lokalną elitą władzy, co zapewniało rodzinie wysoki, jak na realia PRL, standard życia.

D

Szeryf

w opałach Jeszcze do niedawna typowany na następcę Jarosława Kaczyńskiego, dziś Zbigniew Ziobro walczy o polityczne przetrwanie. Listopadowa secesja od PiS może okazać się najpoważniejszym błędem w karierze krakowskiego polityka, który do tej pory zwinnie wspinał się po szczeblach politycznej drabiny, zostawiając w tyle swych kolejnych patronów. T E K S T:

PAW E Ł M AZ U R

Były liberał Trudno powiedzieć w jakim stopniu studenckie zainteresowania intelektualne wpłynęły na dzisiejszy światopogląd eurodeputowanego. W jego publicznych wystąpieniach rzadko pobrzmiewają dowody na wnikliwą analizę felietonów Stefana Kisielewskiego, którą wspomina przy wszelkich nadarzających się okazjach. Nie wiadomo też, czy zgodziłby się obecnie z tezami swej pracy magisterskiej: Poglądy Alexisa de Tocqueville’a na miejsce i rolę decentralizacji w procesie demokratyzacji. Jego wolnościowe przekonania uległy daleko posuniętej ewolucji. Zdecydowane poglądy na zaostrzenie prawa karnego późniejszego ministra być może wykrystalizowały się pod wpływem doświadczeń związanych z krótkotrwałym związkiem z prokuraturą (rozpoczął aplikację na Śląsku). Stwierdziłem, że wolę łapać przestępców niż zarabiać pieniądze. Przez to rozpadł się zresztą mój związek z ówczesną narzeczoną. Mówiła, że ja chcę być takim doktorem Judymem wymiaru sprawiedliwości – wyjaśniał w jednym z wywiadów.

Pierwsze szlify w działalności publicznej młody absolwent prawa zdobywał u boku Jana Rokity – zdaniem niektórych to właśnie późniejszy działacz Platformy Obywatelskiej wprowadził go w świat polityki. Zbigniew Ziobro nie zdołał jednak zbudować silnej pozycji w otoczeniu egocentrycznego lidera Stronnictwa Konserwatywno – Ludowego. Najwyższym dowodem uznania było zaproszenie na ognisko, na którym członkowie jego sztabu wyborczego świętowali sukces w wyborach 1997 roku. Rozstanie się obu polityków ostatecznie przyśpieszyła sprawa

26-27

fot. DrabikPany, CC BY 2.0

Polityczne dziecko Rokity

Ziobro nie uzyskał wsparcia Radia Maryja, za którego pupila zawsze uchodził. Ojciec Rydzyk, chłodno kalkulując, postanowił trzymać sojusz z mimo wszystko silniejszym Kaczyńskim.


Zbigniew Ziobro pod lupą MAGLA/

unieważnienia wyroków ciążących na pułkowniku Kuklińskim (chodziło o przekazywanie tajnych informacji na temat Bloku Wschodniego zachodniemu wywiadowi w czasach PRL), której niedoszły „premier z Krakowa” nie uważał za szczególnie ważną. Zbigniew Ziobro rozpoczął natomiast swą pierwszą ofensywę medialną, publikując na łamach „Rzeczpospolitej” płomienny artykuł wzywający do oczyszczenia pułkownika. Co ważniejsze, młody prawnik zrozumiał, że jego szanse na rozwój u boku indywidualisty takiego jak Rokita są bardzo ograniczone. Ziobro nie zrezygnował z budowania pozycji politycznej na zabieganiu o względy polityków. Jego kolejnym protektorem był Wojciech Hausner, poseł Akcji Wyborczej Solidarność. Największą zaletą młodego działacza było wykształcenie – w słabej kadrowo krakowskiej AWS absolwent prawa był na wagę złota. Jego pozycja uległa dodatkowemu wzmocnieniu po sporządzeniu dla swego przełożonego opinii do projektu ustawy zaostrzającej przepisy antynarkotykowe. Aspiracje polityczne Ziobry szybko jednak wykroczyły poza możliwości Hausnera, zajmującego się głównie harcerstwem i polityką lokalną. Przestał być mu już zresztą potrzebny, dysponował bowiem silnym narzędziem autopromocji – założył Centrum Pomocy Ofiarom Przestępstw „Kanton”, które dzięki wytężonej pracy i politycznym kontaktom Ziobry szybko zbudowało sobie silną pozycję w Krakowie.

szło sześciogodzinne przesłuchanie Leszka Millera, zakończone wiekopomną konstatacją premiera: Pan jest zerem, panie Ziobro. Ostro ścierał się również z Anitą Błochowiak i innymi reprezentantami SLD w komisji. Co być może najważniejsze, to jego raport, w atmosferze politycznej wojny i w dość przypadkowych okolicznościach, przyjęto jako końcowy. Tym samym stał się jednym ze współautorów wyborczej klęski SLD w 2005 roku. W świetle tych wydarzeń nie dziwi jego spektakularny sukces wyborczy – jeden z najlepszych wyników w skali kraju otwierał szeroko drzwi do gabinetów w gmachu ministerstwa sprawiedliwości przy Alejach Ujazdowskich. W czasie działalności ministerialnej Ziobro stał się jedną z najpotężniejszych osób w państwie. Jego stronnicy zajęli najwyższe funkcje w prokuraturze oraz administracji wojewódzkiej w Polsce południowej. Już początek jego urzędowania pokazał, że nie będzie wahał się podej-

Zmęczony czekaniem na objęcie spadku po Kaczyńskim i zniechęcony polityczną zsyłką do Parlamentu Europejskiego, Ziobro zdecydował się na konfrontację.

Od zera do… Milowym krokiem na drodze do najwyższych politycznych honorów było dla Ziobry zaangażowanie w prace nad zaostrzeniem kodeksu karnego we współpracy z Kazimierzem Ujazdowskim. To właśnie on po kilku latach zaproponował ministrowi sprawiedliwości Lechowi Kaczyńskiemu uczynienie młodego polityka swym doradcą. Przyznać trzeba, że Ziobro z wielkim oddaniem i zaangażowaniem rozpoczął współpracę z nowym przełożonym, wdając się w publiczną polemikę na łamach „Gazety Wyborczej” z jego czołowymi krytykami. Po takich zasługach sam poprosił ministra, by uczynił go podsekretarzem stanu. Zaangażowanie w tworzenie struktur nowo powstałego Prawa i Sprawiedliwości w Małopolsce rychło zamieniły go w jednego z najbardziej wpływowych przedstawicieli prawicy w regionie. Pozwoliło to na rzucenie rękawicy byłemu protektorowi, Janowi Rokicie, w wyborach na prezydenta Krakowa w 2002 roku. Rozbicie prawicy spowodowało jednak klęskę obu kandydatów i przyniosło sukces związanego z lewicą Jacka Majchrowskiego. Praca w „komisji Rywina” uczyniła ze Zbigniewa Ziobry jednego z najbardziej rozpoznawalnych polityków w Polsce. Do historii prze-

mować kontrowersyjnych decyzji (mocno zaangażował się w uwolnienie sprawców linczu we Włodowie). Minister nie zrezygnował z pieczołowitego kreowania swego medialnego wizerunku – zyskanie szerokiego poparcia społecznego równoważyć miało ataki ze strony najwybitniejszych przedstawicieli nauk prawnych, na czele z Fryderykiem Zollem i Stanisławem Waltosiem. Istotnym instrumentem w walce o vox populi była toruńska rozgłośnia ojca Tadeusza Rydzyka, której przychylność dodatkowo wzmacniała jego pozycję wśród polityków prawicy. Popisowymi działaniami ministra było szumnie zapowiadane wprowadzenie sądów 24godzinnych, orzekających w najdrobniejszych sprawach i dążenie do zaostrzenia kodeksu karnego. Do historii przeszło spektakularne zatrzymanie doktora Mirosława Garlickiego, o którym w czasie konferencji prasowej minister grzmiał Już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie. Wydarzenie, które miało zaprezentować skuteczność nowo powstałego Centralnego Biura Antykorupcyjnego i rozpocząć akcję przeciw skorumpowanym lekarzom, ściągnęło na ministra falę krytyki. Kontrowersję wzbu-

dziły przede wszystkim okoliczności zatrzymania lekarza – w czasie pracy i w świetle kamer. Te dwuznaczne działania nie zaszkodziły jednak wizerunkowi polityka – dziennik „Fakt” pisał: oto ofiara doktora mordercy i doktor zabijał w rządowym szpitalu, uwiarygodniając tym samym wizerunek Ziobry jako obrońcy „zwykłych ludzi” przed nadużyciami, a nawet zbrodniami uprzywilejowanych elit. Nic więc dziwnego, że w wyborach w 2007 roku ponownie osiągnął najwyższy wynik w okręgu krakowskim, co pozwoliło mu z powodzeniem ubiegać się o fotel wiceprezesa Prawa i Sprawiedliwości.

Walka o przetrwanie Parlament Europejski jest dobrym miejscem na polityczną emeryturę, a nie dla polityka, którego aspirację sięgają prezydentury. Dlatego wystawienie Ziobry w wyborach w 2009 roku uznać można za rodzaj politycznej zsyłki. Lider Prawa i Sprawiedliwości publicznie napominał ambitnego działacza, by uczył się angielskiego i izolował od polityki krajowej. Ziobro, zmęczony czekaniem na objęcie spadku po Kaczyńskim, zdecydował się na obranie kursu konfrontacyjnego. Realna groźba wydziedziczenia wzmacniała dodatkowo zawziętość krakowskiego polityka. Klęska Prawa i Sprawiedliwości w kolejnych wyborach wydawała się doskonałą okazją do odbudowania pozycji w partii przez zepchnięte na margines środowisko „ziobrystów”. Determinacja prezesa okazała się jednak silniejsza niż się spodziewano – wykluczenie kilku polityków z partii postawiło ich w trudnej sytuacji. Utworzenie nowej formacji na prawicy nie będzie łatwe, tym bardziej, że Ziobrze brakuje jasnej koncepcji. Z jednej strony powtarza hasła o konieczności otwierania się na nowe środowiska i deklaruje współpracę z proeuropejskim PJN, z drugiej w radykalizmie ściga się ze swą partią-matką, spychając całą prawicę do ściany. Ponadto Ziobro nie uzyskał też wsparcia środowiska Radia Maryja, za którego pupila zawsze uchodził. Wynika to prawdopodobnie z chłodnej kalkulacji ojca Tadeusza Rydzyka, chcącego utrzymywać sojusz z silniejszym, mimo wszystkich różnic dzielących go z Kaczyńskim. Choć przykład Ruchu Palikota uczy, że w polskiej polityce wszelkie prognozy wykraczające ponad kilka miesięcy są trudne, wydaje się, że samodzielny start Solidarnej Polski zakończyłby się katastrofą i wypchnąłby Ziobrę za polityczną burtę. Jedyną realną perspektywą jest więc zaciśnięcie zębów i powrót w pokutnej włosiennicy przed oblicze prezesa przed kolejnymi wyborami. W tym kontekście trafny może okazać się kolejny bon mot niezawodnego Leszka Millera: Prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy. 0

styczeń – luty 2012


/ wokół Zielonej Wyspy

Tygrys znów ostrzy pazury Już przeszło rok mija rok od udzielenia Irlandii przez Unię Europejską i Międzynarodowy Fundusz Walutowy pomocy finansowej w wysokości 85 mld euro. Pieniądze te pozwoliły wesprzeć upadający w tym kraju system bankowy, a samo państwo ocalić przed bankructwem. Gdzie teraz znajduje się kraj do niedawna nazywany „Celtyckim Tygrysem”? T E K S T:

ROBERT SZKLARZ

ospodarka Irlandii, oparta przede wszystkim na eksporcie i budownictwie – dwóch gałęziach, które w kryzysie ucierpiały najbardziej – została w 2008 roku poważnie poturbowana. Banki, które intensywną akcją kredytową pompowały boom na rynku budowlanym, stały się niewypłacalne, gdy kredyty hipoteczne przestały być spłacane, a zabezpieczające je nieruchomości okazały się bezwartościowe. Rząd nie pozwolił upaść bankom, wpierając cały system poprzez nacjonalizacje i rekapitalizacje, które okazały się zbyt kosztowne dla budżetu tego, niewielkiego przecież, państwa. Rynki finansowe powoli traciły wiarę w kraj, który osiągnął potężny deficyt budżetowy wynoszący w 2010 roku ponad 12 proc. Wtedy pojawiła się Unia Europejska ze swoją pomocą.

G

Na popyt wewnętrzny także nie ma co liczyć, gdyż ten nadal pozostaje słaby. Po załamaniu w branży budowlanej bezrobocie wciąż pozostaje na wysokim, przekraczającym 14 proc. poziomie, a ci, którzy pracy nie stracili, spodziewają się nadejścia ciężkich czasów i zamiast wydawać na konsumpcję, wolą oszczędzać.

Grecja vol. 2? Irlandia była kolejnym po Grecji krajem, który skorzystał z pomocy międzynarodowych instytucji, aby uniknąć niewypłacalno-

Po dofinansowaniu banków Irlandia znalazła się na najlepszej drodze do wyjścia z kryzysu. Gospodarka znów weszła na ścieżkę wzrostu, zdumiewając analityków swoją dynamiką. Wpływy z rekordowego eksportu zaczęły napełniać kieszenie inwestorów zagranicznych, nęcąc zyskami kolejnych, takich jak Google czy Coca-Cola. Zielona Wyspa pozostaje dla międzynarodowych korporacji atrakcyjnym miejscem do lokowania kapitału dzięki zachowaniu podatku korporacyjnego na niezmienionym, najniższym w Europie poziomie, nawet pomimo drakońskich programów oszczędnościowych narzuconych na kraj przez pożyczkodawców. Ma to kluczowe znaczenie dla zachowania konkurencyjności przez „Celtyckiego Tygrysa”. To właśnie dzięki inwestycjom zagranicznym i rosnącemu eksportowi Irlandia może poszczycić się dziś tak znakomitymi wynikami swojej gospodarki. Niestety, w obecnych, burzliwych czasach nie są to trwałe fundamenty wzrostu. Druga fala kryzysu i widmo recesji wiszące nad Unią Europejską sprawiają, że coraz trudniej jest znaleźć zagraniczny zbyt na dobra produkowane na Zielonej Wyspie, co zagraża dalszemu wzrostowi gospodarczemu w przyszłości.

28-29

fot. Redmofrazer, CC BY-ND 2.0

Jednak zielona wyspa

Pomoc irlandzkiego rzadu dla banków rozdęła dług publiczny, wywołując falę niezadowolenia. ści. Zaletą takiego rozwiązania jest dostęp do środków finansowych po koszcie niższym od rynkowego, co jednak pożyczkodawcy rekompensują sobie wymaganiami względem polityki budżetowej prowadzonej przez upadający kraj. Głównym warunkiem wsparcia jest przyjęcie daleko idących programów oszczędnościowych, co przy uwzględnieniu dwucyfrowych deficytów budżetowych beneficjentów wydaje się rozsądne. Głównym celem pomocy jest przecież ułatwienie wyjścia z kryzysu, czego nie da się zrobić bez wyeliminowania nadmiernego zadłużenia.

Z drugiej jednak strony, ograniczenie stymulującej interwencji poprzez podwyższanie podatków i cięcie transferów, skutkuje jeszcze większym osłabieniem popytu wewnętrznego, a co za tym idzie, dalszym pogłębianiem recesji. Właśnie z taką sytuacją mamy do czynienia w Grecji, która znalazła się w błędnym kole, gdzie wysoki deficyt powoduje konieczność dokonania cięć budżetowych, co skutkuje kurczeniem się gospodarki, a to z kolei zwiększa deficyt. Sytuacja w Irlandii na szczęście jest nieco inna. Jej problemy nie są wynikiem wieloletnich zaniedbań ujawniających się dopiero w czasie kryzysu, tak jak w krajach basenu Morza Śródziemnego, a efektem głębokiego załamania gospodarki. W ciągu zaledwie trzech lat dług publiczny wzrósł tam ze wzorowego poziomu 25 proc. PKB w połowie 2008 roku do niemal 110 proc. obecnie. Z drugiej strony, sama poprawa koniunktury nie wystarczy, aby powrócić do sytuacji sprzed kryzysu, ponieważ ten okazał się na tyle głęboki, że pochłonął jeden z filarów gospodarki, czyli przemysł budowlany, który z kolei pociągnął za sobą w przepaść system bankowy. Huragan pozostawił po sobie potężny dług i ogromne bezrobocie – problemy, z których wybrnąć można jedynie przy pomocy znacznych zmian strukturalnych.

Co za rok? Dziś Irlandia balansuje na linie, którą bez przerwy trzęsą kraje strefy Euro, znacznie gorzej niż Zielona Wyspa radzące sobie z własnymi finansami. Z jednej strony jest ona na jak najlepszej drodze, aby wyjść na prostą, jednak do tego potrzebuje wzrostu gospodarczego, który umożliwiłby regularną spłatę zobowiązań bez nadmiernej ingerencji w popyt wewnętrzny. Z drugiej strony mamy niepewną sytuację w eurolandzie, widmo bankructwa Grecji i rozpadu unii walutowej. Stanowi to serię niekorzystnych wydarzeń, która może zaburzyć kruchą równowagę gospodarczą kraju i pociągnąć go w przepaść. Jakkolwiek mocno Irlandczycy by nie walczyli o odzyskanie miana „Celtyckiego Tygrysa”, główne batalie rozegrają się na parkietach bitewnych Londynu i Frankfurtu oraz w salach konferencyjnych położonych poza granicami państwa. 0


/ odyseja filmowa 2011 “Ktoś widzi kolor zielony jako czerwony, a ja nigdy tego nie sprawdzę.” – Stefan Kisielewski

Odyseja filmowa 2011

Takiego sezonu dawno nie było. 319 premier w 365 dni. Chcąc zobaczyć wszystko, należało odwiedzać kina prawie codziennie. A w dni wolne urządzać domowe seanse, bo kilka tytułów wcale nie trafiło do szerokiej dystrybucji, ale były dostępne na nośnikach DVD. Trudno znaleźć murowanych faworytów, bo poziom artystyczny był równy, ale i zadziwiająco wysoki. Niemal każdy tydzień obfitował w warte obejrzenia premiery. Większość z nich pełna była definiujących kino atrybutów - dobrej zabawy oraz magii opowieści. Bez wątpienia królowały emocje. I to klucz, według którego przyznaliśmy nasze wyróżnienia. M AC I E J JA B ŁO Ń S K I

GUILTY PLEASURE

AKTORKA

AKTOR

T E K S T:

30-31

U panów silna konkurencja. Świetne

stąpił w najlepszej komedii romantycznej

role w dorobku mogą zapisać Gary Old-

roku (Kocha, lubi, szanuje), najlepszym

man (Szpieg ) i Brad Pitt (Drzewo życia,

f ilmie politycznym roku (Idy marcowe)

Moneyball), ale to inna para zdominowała

oraz w najlepiej zrealizowanym f ilmie w

kina na całym świecie. Pierwszy z tej pary

ostatnich dziesięciu latach (Drive)! Obaj z

zagrał kolejno: uzależnionego od seksu

łatwością kradną dla siebie kinowy ekran

30-latka w kontrowersyjnym Wstydzie ,

i uwielbienie widzów. Ten drugi czyni to

komiksowego superbohatera w nowych

minimalnie skuteczniej. Dlatego Michael

X-menach , tajemniczego XIX-wiecznego

Fassbender o włos przegrywa z królem

arystokratę w Jane Eyre i słynnego psy-

kin A.D. 2011 - Ryanem Goslingiem.

chiatrę Carla Junga w Niebezpiecznej me-

todzie . Wszędzie zachwycił. Drugi wy-

Miniony rok należał do pań zwłaszcza w

lanusie, Take shelter, Texas killing f ields

aspekcie f inansowym. Dwa największe

(trzy ostatnie nie miały dotąd premiery

kasowe sukcesy za Oceanem - Druhny

w Polsce). Jak na 12 miesięcy - imponu-

oraz Służące - to f ilmy, które rozgrywają

jący repertuar. A ona wszędzie była prze-

się w kobiecym środowisku. Kilka aktorek

konująca, zjawiskowa, magnetyzująca.

pokazało się z ciekawej strony, m.in. Kir-

Ma 31 lat, nazywa się Jessica Chastain,

sten Dunst w Melancholii czy Viola Davis

lubię ją na Facebooku i to był jej rok.

właśnie w Służących . Nasza zwyciężczyni też zagrała w tym drugim f ilmie. I dodatkowo w Długu, Drzewie życia, Corio-

Mnóstwo kandydatur, trzy warte podkre-

śli nie widzieliście tych f ilmów, serdecz-

ślenia. O północy w Paryżu - cukierkowa

nie polecam. Szczególnie na wieczorny

pocztówka ze stolicy Francji i magiczna

seans we dwoje. Jeśli natomiast nie wi-

podróż po miejscach spotkań tamtejszej

dzieliście Drive, lepiej się nie przyznawaj-

przedwojennej bohemy, od produkują-

cie. Ten f ilm na nowo def iniuje gatunek

cego f ilmy taśmowo Woody'ego Allena.

B-movies. Praktycznie nie ma fabuły,

Dodatkowo okraszona prześmieszny-

praktycznie nie ma dialogów, jest prze-

mi epizodami aktorskimi (Michael She-

sycony przemocą, pełen klisz, a przy tym

en jako wszystkowiedzący inteligent ,

wysmakowany jak dzieło sztuki. To re-

Owen Wilson jako Woody Allen w wersji

żyserski, wizualny i dźwiękowy (sound-

2.0. czy Adrien Brody w roli Salvadora

track roku deklasujący pozostałe już na

Dalego zafascynowanego nosorożcem).

starcie!) majstersztyk. To pierwszy f ilm,

Kocha, lubi, szanuje - najlepsza komedia

który po napisach końcowych chciałem

romantyczna od czasów 500 dni miłości.

natychmiast zobaczyć ponownie. To bło-

Ciepła, szczera, zabawna, inteligentna.

gosławieństwo dla producentów wykała-

I tandem Carell-Gosling w konf iguarcji,

czek i tandetnych ortalionowych kurtek.

której nie do końca się spodziewacie. Je-

No więc jak go tu nie kochać?


POLSKA

liczyć w poczet zeszłego sezonu, bo swoje premiery mają w styczniu 2012 roku. Rozstrzygnięcie może być więc jedno Sala Samobójców Jana Komasy. Nawet jeśli ma luki fabularne, to opowiedziana w Sali historia nadal jest interesująca, świeża, zrealizowana przy użyciu nowatorskich technik animacji i przede wszystkim nie różni się niczym od f ilmów z Hollywood. A to przecież debiut reżysera! I dowód na to, że Polak potraf i.

Najciekawsze reżyserskie debiuty 2011 roku (Submarine, Four lions, The guard ) na premierę u nas muszą poczekać. Pierwsze dwa do zobaczenia w lutym, ostatni wciąż nie ma dystrybutora. O palmę pierwszeństwa walczą inne tytuły. O Sali samobójców napisano już wiele. Głównie dlatego, że to pierwszy polski f ilm nakręcony według hollywoodzkich standardów realizacyjnych. Francuskoszwedzka koprodukcja Nieściszalni wygrała Warszawski Festiwal Filmowy w

roku 2010. Tym sposobem wiosną ubiegłego roku traf iła do normalnego, pozafestiwalowego repertuaru, zasługując na kandydaturę w tej kategorii. A le przyjmując za kryterium oceny ekranowe emocje, zwycięzcą jest Chciwość J.C. Chandora. Inne atuty? Doborowa, świetnie poprowadzona obsada oraz aktualny, nie dość jeszcze szeroko podejmowany temat światowego kryzysu f inansowego.

Tu niestety też bryluje obraz made in

ordynarną opowiastką, zbyt płaską inte-

Poland. O nim za chwilę, bo innych roz-

lektualnie jak na standardy, które reży-

czarowań, jak w przypadku sequela Kac

ser narzucił sobie wcześniejszymi obra-

ROZCZAROWANIE

Kolejny mały krok w stronę światowych standardów produkcji wykonany. Ale wiele zostało do zrobienia. Pokazuje to zestawienie pierwszej polskiej produkcji 3D z podobnym wybrykiem Martina Scorsese, dotychczas umiarkowanego antagonisty trójwymiaru. Nasza Bitwa warszawska aspiruje do miana klapy roku. Amerykański Hugo poważnie powalczy o Oskara. Dwóch prawdopodobnie najlepszych obrazów z krajowego podwórka (Róża Wojtka Smarzowskiego i W ciemności Agnieszki Holland) nie możemy za-

DEBIUT

odyseja filmowa 2011 /

Vegas w Bangkoku należało się spodzie-

zami. Jako dwudziestominutowa etiuda

wać. Przedstawione gagi wciąż bawią,

Baby sprawdziłyby się znakomicie. Jako

ale przepisanie co do joty scenariusza

półtoragodzinny f ilm fabularny, znako-

pierwszej części zakrawa na żart z wi-

micie rozczarowały. Nie sposób również

dza. Z zagranicznych produkcji najmoc-

zapomnieć głupiego zachowania Larsa

niej zawiódł mnie f ilm Jestem Bogiem .

von Triera podczas festiwalu w Cannes

Niewątpliwie duży potencjał tej histo-

oraz słabszego niż zwykle Warszawskie-

rii zabiły fabularne sprzeczności oraz

go Festiwalu Filmowego. W jego progra-

urwane zakończenie. A niechlubną wik-

mie po raz pierwszy od wielu lat trudno

torię w tej kategorii odnoszą Baby są ja-

było znaleźć propozycje, które koniecz-

kieś inne. Satyra Marka Koterskiego na

nie trzeba zobaczyć.

relacje damsko-męskie okazała się być

Najbardziej intensywne emocje, poza

ry kochał się ścigać. Całe jego życie było

Złotego Niedźwiedzia na Berlinale 2011,

Drive (tuż, tuż za podium), oferuje poniż-

jakby reżyserowane i miało tragiczny,

jak żaden inny uzmysławia, że ludzi od-

szy tercet. Miejsce trzecie to wymienia-

przedwczesny, niemal symboliczny ko-

miennych płci, ras czy wyznań, w kwe-

ne już w tym tekście kilka razy Służące .

niec. Zobaczcie dlaczego. Senny nie było

stiach fundamentalnych różni bardzo

Opowieści Tate’a Taylora o dyskryminacji

w krajowej dystrybucji, ale od lipca 2011

niewiele. Rozstanie - f ilm roku 2011 -

czarnych pomocy domowych przez białe

roku można go dostać na DVD. Dla fanów

chwyta za gardło, jest jak zasłużony

gospodynie, najbliżej klimatem do kulto-

sportów motorowych pozycja obowiąz-

policzek wymierzony każdemu widzo-

wego Forresta Gumpa. Służące uderza-

kowa, dla wszystkich innych – jeszcze

wi z osobna i nie pozwala otrząsnąć się

ją w najprostsze struny ludzkich uczuć.

bardziej.

na długo po seansie. Ale okropna świa-

Dlatego choć tło wydarzeń jest dla dzi-

A wybór zwycięzcy najmocniej wa-

domość tego, że w identycznej sytuacji

siejszego widza odległe (lata 50., se-

runkuje chyba miejsce akcji dramatu As-

sami możemy znaleźć się zaraz po po-

gregacja rasowa), historia zyskuje uni-

ghara Farhadiego. Jego wielowymiarowa

wrocie do domu idzie w parze z przyjem-

wersalny wymiar, a my śmiejemy się i

opowieść rozgrywa się w muzułmańskim

ną pewnością, że właśnie obejrzeliśmy

płaczemy razem z bohaterami.

Iranie. I dobitnie pokazuje, że nad kłam-

arcydzieło.

Na miejscu drugim dokument Senna

stwem nie da się zapanować, sprawiedli-

o genialnym brazylijskim kierowcy For-

wość zależy od statusu społecznego, a

muły 1, Ayrtonie Sennie. Historia proste-

każdy wybór niesie za sobą niewyobra-

go, gorliwie wierzącego człowieka, któ-

żalne konsekwencje. Ten f ilm, zdobywca

FILM ROKU

styczeń – luty 2012


/ recenzje

Mój syn jest potworem początku nie znosiła płaczu chłopca, a ukojenie przynosiło jej słuchanie pracy młota pneumatycznego na ulicy. Z powodu dziecka musiała zrezygnować zarówno z szalonego życia obieżyświata, jak i z wygód mieszkania w centrum wielkiego miasta – za namowami męża zgodziła się przenieść do posiadłości w małym miastecz-

xxxxz

ocena:

ku. Poświęcała czas Kevinowi. W dużej mierze chyba z obowiązku, ale przynajmniej robiła to. Starała się. Turlała piłeczkę, uczyła dodawać, czytała bajki. Ale Kevin tego nie doceniał. Nie chciał rozmawiać, a nawet odmawiał korzystania z toalety. Evę czasami aż rozsadzała złość, co na pewno nie pozostało bez wpływu na Kevina. Ale czy to jej zachowanie sprawiło, że chłopak dokonał masakry na swoich szkolnych kolegach? Czy może od chwili urodzin był on po prostu wcieleniem zła?

Musimy porozmawiać o Kevinie to f ilm, który nie pozostawia nikogo obojętnym. Sama wyszłam z niego z głębokim przeświadczeniem, że nie każda kobieta musi

Musimy porozmawiać o Kevinie (USA 2011) Reż. Lynne Ramsay

Premiera: 13 stycznia 2012 (Polska) 12 maja 2011 (Świat)

mieć instynkt macierzyński i nie każda powinna zajmować się dziećmi. Zaczęłam też zastawiać się, czy oby na pewno chcę mieć potomstwo. Co jeśli urodzę potwora? A co jeśli potwora wychowam? Czy będę w stanie żyć z takim poczuciem winy i, tak jak Eva, funkcjonować na marginesie społeczeństwa i bez przerwy odtwarzać f ilm ze wszystkimi błędami, które popełniłam?

Musimy porozmawiać o Kevinie, bo Kevin zrobił coś naprawdę złego. Pewnego dnia

Ten nieustający replay w głowie Evy jest niezwykle sugestywny i poruszający.

przyszedł do szkoły z baterią najpotężniejszych kłódek i sprezentowanym przez

Głównie za sprawą fenomenalnego aktortwa Tildy Swinton i świetnej roli Ezry Mil-

rodziców łukiem strzeleckim. Tego dnia część uczniów z ranami postrzałowymi

lera. Myślę, że po tym f ilmie Tilda ma olbrzymią szansę na kolejnego Oscara, a dla

traf iła z lekcji prosto do szpitala. Teraz Kevin (Ezra Miller) siedzi w więzieniu, a jego

młodziutkiego Ezry będzie to przełomowy moment w karierze.

matka Eva (Tilda Swinton) została napiętnowana jako ta, która urodziła mordercę.

ANNA KALINOWSKA

Eva dźwiga jednak nie tylko brzemię samej tragedii, ale też ogromny żal i poczucie odpowiedzialności za czyny syna. Kevin był wpadką, a ona, sławna podróżniczka, nie czuła się przygotowana do macierzyństwa. Może dlatego od samego

Powojenna zawierucha z innymi. Jednak zbliżenie się do drugiej osoby okaże się niezwykle trudne, gdyż wojna okaleczyła oboje, pozostawiając szkice ludzi, którymi byli kiedyś, niezdolne do naturalnych i otwartych relacji. Opowiadana historia nie robiłaby takiego wrażołnierzu, która dla Polaków wracających na Ziemie Odzyskane jest Niemką, czyli

xxxxz

ocena:

żenia, gdyby nie istotne tło historyczne. Róża jest Mazurką, wdową po niemieckim osobą odpowiedzialną za ich cierpienia wojenne. Z drugiej strony dla autochtonów, rodowitych mieszkańców Mazur, zdrajczynią, bo w jej domu stacjonowała rosyjska armia. W tamtej rzeczywistości nikt nie mógł być pewny, że nie zostanie przez kogoś posądzony o zdradę. Trudno się w tym wszystkim było połapać, kto jest kim i z kim trzyma. Obrazuje to zagmatwaną historię i prawdę o tamtym rejonie oraz czasach, tworząc w pewnym stopniu f ilm historyczny. Dla mnie to przede wszystkim f ilm o kobiecie w czasie wojny; została zhańbiona, zastraszona, a jednak nie

Róża (Polska 2011)

Reż. Wojciech Smarzowski

Premiera: 3 lutego 2012 (Polska) 9 czerwca 2011 (Świat)

odpuściła i starała się za wszelką cenę ocalić życie (niekoniecznie swoje). Wszyscy wiemy, że wojna była nieludzka, ale dopiero ukazanie pojedynczej historii powoduje, że zauważamy to bezgraniczne cierpienie i niesprawiedliwość, bo, cytując Stalina, śmierć jednej osoby to tragedia, miliona to statystyka .

To nie jest f ilm, na którym można spokojnie objadać się popcornem. To jedna

Należy tutaj dodać, że obsada f ilmu jest rewelacyjnie dobrana i nie znajdziemy

z tych produkcji, gdzie na napisach końcowych wciąż siedzi się w fotelu i

przeciętnie zagranej roli. Przede wszystkim Agata Kulesza, która stworzyła nie-

potrzebna jest chwila, żeby wziąć się w garść. A le nikt chyba nie spodziewał

zwykle przekonującą kreację. Nie można zapomnieć o Marcinie Dorocińskim, który

się czegoś innego po twórcy Wesela czy Domu złego .

za rolę Tadeusza otrzymał Złotego Lwa na ostatnim festiwalu w Gdyni. W specy-

Róża jest f ilmem o miłości, ale o miłości w czasach pozbawionych jakichkolwiek

f icznej dla siebie poetyce Smarzowski prezentuje f ilm intrygujący i pobudzający

uczuć, kiedy jedyną rzeczą, która ma jakieś znaczenie, jest kwestia przetrwania.

do ref leksji.

Jest lato tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej. Do krainy Wielkich Jezior

KAROLINA PIERZCHAŁA

przybywa były żołnierz AK, który chce oddać rzeczy niemieckiego wojskowego jego żonie, tytułowej Róży. To spotkanie okaże się dla nich kluczowym. Z początku oschli i podejrzliwi, zaczynają pokonywać bariery, które sami zbudowali w relacjach

32-33


/ recenzje

Rum, Portoryko i... Johnny Depp ideałów, czy pomóc mu w inwestycji, otrzymując spory zastrzyk gotówki i wpływy, będąc świadomym, że doprowadzi to do zniszczenia dziewiczego stanu wysp. W grę wchodzi też uczucie Paula do pięknej i zmysłowej Chenault (Amber Heard), poznanej przypadkowo, która okazuje się być dziewczyną Sandersona.

xxxzz

ocena Magla:

Film ten to prosta opowieść o kontrastach między biedą zwykłych ludzi – wszak sam główny bohater mieszka u swojego przyjaciela Sali (Michael Rispoli) w rozpadającym się domu, bez wody i z niezapłaconymi rachunkami – a bogactwem skorumpowanych biznesmenów, między kulturą amerykańską a portorykańską. Pada w nim też ważne pytanie, czy niezależność dziennikarstwa to wartość, której nie wolno sprzedać. Wszystko to okraszone jest ogromem wątków komediowych i litrami alkoholu, szczególnie rumu, który nieustannie towarzyszy głównym bohaterom.

Dziennik zakrapiany rumem nie powala wartką akcją czy przesadnie wciągającą

Dziennik zakrapiany rumem (USA 2011)

fabułą, miejscami wręcz może nudzić. Jednak świetne role jak zwykle doskonałego

Premiera: 30 grudnia 2011 (Polska) 13 października 2011 (Świat)

warto wybrać się na niego do kina. Piękne krajobrazy portorykańskich plaż i miej-

Dziennik zakrapiany rumem to ekranizacja powieści pisarza Huntera S. Thomp-

bać się niejednemu miłośnikowi kina. Szczególnie warte podkreślenia są sceny z

sona, opublikowanej przypadkowo pod wpływem wizyty i namowy przyjaciela au-

codziennego życia miejscowych ludzi – spotkania przy alkoholu w barach, gorące

tora, Johnny’ego Deppa. Na kanwie Dziennika rumowego powstał f ilm, w którym

dyskoteki, jak i walki kogutów oddają niezwykłość prostoty tego miejsca. Cieka-

główną rolę odgrywa nie kto inny jak sam Depp. Paul Kemp przybywa do Portoryko

wostką jest, że w produkcji f ilmu ma swój niemały udział również i Polak – Dariusz

z Nowego Jorku, aby objąć posadę dziennikarza w lokalnej gazecie, która powoli

Wolski jest autorem świetnych zdjęć do f ilmu.

podupada. Tam interesuje się nim bogaty amerykański przedsiębiorca Sanderson

AGATA FRYDRYCH

Reż. Bruce Robinson

Deppa oraz Aarona Eckharta, ale również i ich kolegów, sprawiają, że w wolnej chwili scowości, tak samo jak stylizacja miejsc i wyglądu postaci na lata 60. może spodo-

(w tej roli świetny Aaron Eckhart), który planuje wybudować sieć hoteli na niezabudowanych rajskich wyspach. Paul musi zdecydować, czy woli bronić swoich

Co trzeba wiedzieć o wojnie liwe, że powstało już poczucie, że o Holocauście, eksterminacji Żydów i nazistowskich mordach powiedziano w Liście Schindlera i Pianiście już wszystko. Może o samym Holokauście nikt już mówić nie chce, a temat się zużył i wyczerpał. Nie możRoberta Więckiewicza, czy przede wszystkim genialnych zdjęć Jolanty Dylewskiej,

xxxxy

ocena Magla:

na oczywiście nie docenić kunsztu i wyczucia Agnieszki Holland, kreacji aktorskiej które przez praktycznie cały czas zatrzymują widza w półmroku lwowskiego kanału, ale W ciemności to przede wszystkim poruszająca, autentyczna historia, oparta na wspomnieniach dziewczynki, która wielomiesięczne życie w kanale przeżyła i opisała w książce Dziewczynka w zielonym sweterku . Niewielu obejrzałoby 2,5godzinny f ilm tylko dla reżyserskiego kunsztu. Jak pokazuje f ilm – w życiu liczy się zupełnie co innego. Główny bohater, Leopold Socha, to ani polski kapuś, ani bohater. Żadna z nie-

W ciemności (Polska 2011) Reż. Agnieszka Holland

Premiera: 5 stycznia 2012 (Polska) 2 września 2011 (Świat)

go Irena Sendlerowa. Na tragedii Żydów, których wedle nazistowskiej propagandy uważa za ludzi drugiej kategorii próbuje po prostu zarobić. Razem z nim poznajmy losy rodzin, które ratuje. Przywiązuje się i poświęca z narażeniem życia. Nie jest to bohater, który spodoba się polskiemu patriocie. Nie jest to też bynajmniej f ilm o polskich patriotach. Holocaust to nie była nasza tragedia i kilkunastu sprawiedli-

Jeżeli zaczynasz gubić się w monotonii kolejnego projektu, który masz

wych na pewno tego nie zmieni.

do zrealizowania, rozckliwiasz się nad bezsensownością swojego życia i

Historia ludzi, którzy w najgorszej nędzy i brudzie przeżyli 14 miesięcy w kanale

potrzebujesz emocjonalnego szoku, to najnowszy f ilm Agnieszki Holland

to swoisty pomnik dla ludzkiej woli walki, chęci przetrwania i życia. W ciemności

może być dla Ciebie nawet zbyt silnym lekarstwem. Bo to f ilm o nieszczę-

pokazuje jednak, że ludzkie potrzeby nie idą jednotorowo, erotyka w podziemnej

ściu i cierpieniu jakiego nie znasz, upadku człowieczeństwa i o najgorszej

scenerii pojawia się równie często, co sceny nazistowskich masakr. Szokuje i napa-

z ludzkich tragedii.

wa zniesmaczeniem, daje uczucie pogardy dla ludzkiej natury, choć uświadamia, że

Polskie media wyśpiewują peany na cześć reżyserki, której f ilm jako jedyny z rodzimych produkcji ma szansę dostać nominację do Oskara (nawet nie Oskara, ale samą nominację), zapominając niekiedy o przekazie i samej tematyce f ilmu. Moż-

34-35

nigdy nie pozbędziemy się człowieka z człowieka.

MAGDA MALEC


recenzje/ Bow ties are cool – Doctor Who

się z nimi utożsamić, zbudowani są jak

intrygi. Brakuje trochę bardziej rozbu-

ludzie z krwi i kości. Każdy ma swoje za-

dowanych opisów. Jest podana historia

dawać się dość oklepana. Niezwyciężony

lety i przywary, podobnie jak postacie tła.

świata, ale podążając za losami postaci

wojownik ze swym wiernym towarzy-

Mieszane uczucia wzbudzają retrospek-

brakowało mi opisów lasów, przez które

szem złodziejem zarabiają na życie łotro-

cje. Wcześniejsze wydarzenia autor ser-

przejeżdżają, gór przez które wędrują,

stwem.

wuje nam w formie długich monologów.

ale być może to wina spaczenia twórczo-

Nasi bohaterowie zostają wplątani w

Nie każdemu taki styl może odpowiadać.

ścią Tolkiena.

zabójstwo króla, a uciekając przed sza-

Dialogów również nie można nazwać

Królewska Krew. Wieża Elfów nie jest

fotem z zaskakującym towarzyszem,

genialnymi, lecz niektóre serwowane

szczytem arcydzieła literatury fantasy.

zostają wplątani w aferę ze złym czar-

nam przez bohaterów gagi autentycznie

Jest za to przyjemną lekturą, wprost

noksiężnikiem, rozbudowaną organiza-

śmieszą, co jest niewątpliwym plusem.

idealną do długich dalekich podróży po-

cją kościelną pragnącą wpływać na losy

Świat, w którym toczy się akcja, moż-

ciągiem. Dlatego mimo swoich wad żaden

świata oraz starożytną bestią terroryzu-

na scharakteryzować w kilku słowach:

fan fantasy nie powinien czuć się zdegu-

jącą biedną wioskę.

Średniowiecze, złe elfy, rycerze, magia

stowany po kontakcie z nią.

oraz niecne kościelne plany i szlacheckie

PAWEŁ WOJCIECHOWSKI

Śledząc losy towarzyszy broni można

x x yz z

Historia niesławnego duetu Riyira, którą serwuje nam Sullivan, może wy-

ocena:

Magia i miecz, raz jeszcze

Królewska Krew. Wieża Elfów

Michael J. Sullivan Prószyński i S-ka 45,00 zł 736 stron

xxxxx

ocena:

Fatum samotności

Sto lat samotności

Gabriel Garcia Marquez Wydawnictwo Muza 34,99 zł 456 stron

Plemiona skazane na sto lat samot-

samym skraju myśli na Buendiów wpły-

ulegają, każdy z nich jest zawieszony w

ności nie mają już drugiej szansy na zie-

wają legendy, a każde zdarzenie okra-

przestrzeni w miejscu, gdzie nikt inny

mi , napisał Gabriel Garcia Marquez o ro-

szone jest szczyptą magii i niesamowi-

nie ma dostępu. Skazani na wymarcie,

dzie Buendiów, założycielach Macondo i

tości.

przepowiedziane już u zarania ich dzie-

bohaterach książki Sto lat samotności.

Gabriel Garcia Marquez wciąga czy-

Rodzie, który targany był kazirodczymi

telnika w świat bez pojęcia czasu, a ty-

Marquez karmi czytelnika przesiąk-

namiętnościami i naznaczony przekleń-

tułowe sto lat znika gdzieś w trakcie

niętym magią realizmem, który sięga

stwem samotności.

jów.

opowieści w burzy szaleństw i zbrod-

do wnętrza duszy i naciska najbardziej

Sto lat samotności to opowieść o po-

ni popełnianych przez kolejne pokole-

wrażliwe punkty. Napisał książkę, którą

wstaniu, rozkwicie i upadku rodu oraz

nia Buendiów. Członkowie rodu miotają

można nienawidzić, można kochać, ale

nierozerwalnie związanego z nim mia-

się między bezsennością, rewolucjami,

nie można przejść obok niej obojętnie.

steczka Macondo. Historia, w której na

zanikami pamięci. Rozmawiają z ducha-

ALEKSANDRA KOSIOR

porządku dziennym są wydarzenia wy-

mi dawno zmarłych przodków i ich przy-

kraczające poza naszą rzeczywistość,

jaciół. I pomimo ogromnych namiętno-

jest niezwykle realistyczna. Gdzieś na

ści i pokus, którym bez niemalże oporu

Nowości Oficyny Wydawniczej SGH ZARZĄDZANIE REPUTACJĄ W PRZEDSIĘBIORSTWACH SEKTORA NAFTOWEGO

CHAOS CZY TWÓRCZA DESTRUKCJA? Ku nowym modelom w gospodarce i polityce

Katarzyna Majchrzak wyd. I 70,00 zł 450 stron

Red. Anna Zorska wyd. I 45,00 zł 269 stron

INWESTOWANIE Instrumenty klasyczne i alternatywne Red. Agata Adamska, Andrzej Fierla wyd. I 49,00 zł 272 strony

styczeń – luty 2012


/ marzenia o księgarni

Sklep z książkami Czyli marzenia o księgarni z prawdziwego zdarzenia. T E K S T:

A N I TA G A D O M S K A

owoli otwieram ciężkie drzwi niewielkiego lokalu. Cichutki dzwoneczek nad nimi informuje o tym, że przekroczyłam próg tego wyjątkowego miejsca. W powietrzu unosi się zapach zadrukowanych stron. Wokół, na wysokich, drewnianych półkach piętrzą się książki wszelkiego rodzaju. Wszystkimi zmysłami mogę poczuć, że właśnie weszłam do przytulnej, warszawskiej księgarni. Zaczynam poszukiwania. Książkowy instynkt kieruje mnie w głąb pomieszczenia. Mijam masywne biurko, na którym siedzi czujny kot. Po chwili zjawia się sam Mistrz – to nie sprzedawca, to księgarz. Z  namaszczeniem pomaga wybrać mi tę jedyną pozycję. Sprawia wrażenie człowieka, który przeczytał wszystkie woluminy wokół nas. Potrafi dokładnie ocenić jakiej książki szuka nie klient, ale gość jego księgarni. Gdzie znajdziemy to niezwykłe miejsce, w  którym czas płynie wolno, a  książki to nie towar, a kawałek duszy autora? Nigdzie. Istnieje wyłącznie w  mojej rozgoryczonej wyobraźni czytelnika.

P

ny, gdzie po długim oczekiwaniu wskażą nam gdzie jest poszukiwana tasiemka czy książeczka. A nawet sprzedadzą bilet na Wielki Koncert Ryszarda Rynkowskiego. To dobrze, że jest miejsce ze wszystkim dla wszystkich. To nie dobrze, że nikt na tym wszystkim się nie zna.

Blisko, szybko i po drodze Jestem jednak częstym gościem Empików. Blisko, szybko i po drodze. Ostatnio, zachęcona szyldem nad jedną z półek: „Literatura piękna polska”, zapragnęłam kupić dobrą, polską lekturę. Dział obejmował całe dwa regały. Zgodnie z informacją, pięknie było tu na pewno – ze wszystkich górnych półek uśmiechały się do mnie długowłose kobiety z  okładek, było kolorowo, miło i  wesoło. Tylko nie mogłam doszukać się tej pierwszej części obietnicy – literatury. Bezsprzeczną królową najważniejszych regałów była „Stateczna i  postrzelona” Monika Szwaja. Serwowała głównie Zupę z ryby fugu, oczywiście Nie dla mięczaków. Po drugiej stronie wąskiej alei wita nas Katarzyna Michalak ze swoim Rokiem w Poziomce i Latem w Jagódce. A  tuż obok jej najnowsze dzieło Sklepik z  niespodzianką. Bogusia. z  psią mordką na okładce. Jak tu miło, jak uroczo! Jednak nie do końca, bo już na drugiej półce od góry mamy Wojnę żeńsko – męską, Klub niewiernych żon i Ja wam pokażę! Coś dla romantyczek, coś dla wyzwolonych czytelniczek. Literatura kobieca w każdej odsłonie. Pomimo wszystkich tych delicji, zdecydowałam się na lekturę Pawła Huelle. Ot, coś znanego, polskiego. W  natłoku barwnych grzbietów książek, upstrzonych wymyślnymi czcionkami, nie mogłam wybranego autora odnaleźć. Zdecydowałam się skorzystać z pomocy pracownika Empik Store. Pan Kry-

Jakież było jego zdziwienie gdy Huelle okazał się Polakiem.

Nienasycony potwór EMPIK Gdzie się podziały księgarnie z prawdziwego zdarzenia, prowadzone przez znawców i miłośników literatury? Owszem, spacerując po Warszawie znajdziemy przytulne miejsca, w  których możemy kupić książkę lub tylko oddać się lekturze. Tarabuk, czy Czuły Barbarzyńca to przemiłe miejsca, łączące księgarnię, czytelnię i  kawiarnię. Jednak jesteśmy w  nich zdani na samych siebie. Urocze dziewczęta prowadzące te miejsca są gotowe pomylić Pilha z Pilipiukiem. Ale ja wiem, co się stało z moją Prawdziwą Księgarnią z  Wyobraźni. Pożarł ją nienasycony potwór EMPIK. Rozgościł się na dobre w  naszej stolicy i  stał się głównym targowiskiem z  produktem „Kultura”. Na metalowych półkach znajdziemy na przemian: płyty, gazety, książki, farby, gry, pędzelki, misie, ołówki, kartki, tasiemki i  trochę kolorowych długopisów. Wszystko to błyszczące, oklejone folią, podpisane. Jest nawet punkt informacyj-

42-43

stian, z przypiętym na piersi tytułem „Doradca Klienta”, okazał się bardzo uprzejmy. Natychmiast zaprowadził mnie do działu „Literatura obca”. Jakież było jego zdziwienie, gdy Huelle okazał się Polakiem.

Popyt i podaż Może to ja źle zrobiłam. Należało podejść do kasy, poprosić o 3 kilo książek, a  wtedy jakiś miły sprzedawca zapytałby, czy to już wszystko, czy może zaproponować czekoladę w  promocyjnej cenie i  czy towar zapakować do torebki. To nie wina pana Krystiana, że Huelle to polski pisarz, a  na górnych półkach królują książki dla gospodyń domowych. To my – konsumenci, sami wybraliśmy. Natłok codziennych zajęć bywa tak męczący, że lektura po jaką sięgamy musi być lekka, prosta i przyjemna. Gdyby nie było popytu – nie byłoby podaży. To wcale nie zepsucie autorów i  zanik talentu. To upodobania kobiet XXI wieku sprawiają, że literatura kobieca jest pełna schematów, ubogiego języka, szalonych 40-latek i  puchatych szczeniaczków. A  gdzie literatura dla panów? Cóż, pozostaje im pełen wachlarz pism przyjemnych i  pożytecznych, jak „Auto świat”, „Auto moto”, czy „Zrób to sam”. Odwiedzajmy nasze sklepy z  książkami, ale nie bądźmy więźniami marketingu. Może gdy zaczniemy sięgać po pozycje z dolnych półek specjaliści ds. sprzedaży zauważą nowe tendencje i pewnego dnia zobaczymy książki Huellego na top place. Dziś mamy ponad 140 Empików, które należą do grupy zarządzającej markami takimi jak Aldo, Esprit, Chanel, Sephora, Zara, czy Smyk. To sporo tłumaczy. Szkoda tylko, że zapomniano o jego początkach, kiedy to jako Klub Międzynarodowej Prasy i  Książki, pozwalał w czasach PRL-u na obcowanie z prawdziwą literaturą. 0

Należało podejść do kasy, poprosić o 3 kilo książek, a wtedy jakiś miły sprzedawca zapytałby, czy to już wszystko, czy może zaproponować czekoladę w promocyjnej cenie i czy towar zapakować do torebki.


parę słów o rowerach /

Przeklęte krawężniki Snowboardziści narzekają na narciarzy, a narciarze na snowboardzistów. Rowerzyści zgodnie narzekają na krawężniki. Cóż, dopóki nie kupiłam własnego roweru myślałam, że każdy po prostu musi na coś narzekać. Dość szybko przekonałam się, że rowerzyści mają rzeczywiście wiele powodów do skarg. T E K S T:

OLGA CHOCHŁAKIEWICZ

zienniki rowerowe Davida Byrne’a na pewno nie są narzekaniem nudnego rowerzysty. Autor od trzydziestu lat dosłownie nie rozstaje się z rowerem (swoje obecne dwa kółka przewozi po złożeniu w walizce). Ten środek transportu stał się częścią jego życia, a eskapady na bicyklu są dla niego nieustannym źródłem inspiracji i  energii. Byrne to muzyk, znany z zespołu Talking Heads, który zajmował się także performance’ami czy fotografią. Założył bloga, na którym opisuje swoje podróże, relacjonuje koncerty i wystawy, przedstawia swoje wrażenia z rozmów z ludźmi. Często zamieszcza uwagi o  odmienności warunków życia i  sposobu myślenia, Dzienniki rowerowe są odzwierciedleniem iście kalejdoskopowej mnogości wrażeń autora (warto zajrzeć na http://journal.davidbyrne.com/). Książka jest właśnie serią notatek blogowych, które po poprawkach redakcyjnych zostały wydane. Możemy przeczytać o jego wrażeniach z pobytu w Berlinie, Stambule, Buenos Aires, Manilli, Sydney, Londynie czy San Francisco. I oczywiście nieco więcej refleksji o Nowym Jorku, gdzie mieszka na co dzień. Wspomnienia z licznych podróży, podczas których przemierzył prawie cały świat, są fantastyczną lekturą. Każdy czytelnik jest nieustannie zachęcany przez autora do bardziej wnikliwego spojrzenia na życie, do otworzenia się na bodźce i myśli, których istnienia czasem nie jest świadomy.

D

Lepsza perspektywa Same relacje z licznych podróży (bardziej lub mniej zawodowych) nie byłyby jednak tak interesujące, gdyby nie unikalny sposób patrzenia na świat autora. Kiedy Byrne przemieszcza się na dwóch kółkach obserwuje otaczającą go rzeczywistość z perspektywy siodełka rowerowego, z  którego widzi więcej niż z  okna samochodu czy zza autobusowej szyby. Nie tylko z powodu posiadania lepszej perspektywy od przeciętnego przechodnia. Nie wydaje się też być istotny fakt, że porusza się szybciej. Szczególny sposób obserwowania rzeczywistości Byrne zawdzięcza swojej wrażliwości i intelektowi. W przenikliwy sposób przygląda się życiu w  silnie zurbanizo-

wanych miastach, które odwiedza. Optyka siodełka rowerowego pozwala mu dostrzec to, co umyka przechodniom – miasta się zmieniają, przestają być potrzebne w swojej pierwotnej formie – mieszkańcy uciekają z centrum na przedmieścia. Ludzie zanurzeni w  schemacie życia opierającym się na ciągłym przemieszczaniu się z pracy do domu i po zakupy nie dostrzegają, że brakuje im przestrzeni, gdzie mogliby wspólnie spędzać czas. Każdy z nich żyje w swoim betonowym pudełku obciążonym kredytem. Wszędzie się spieszą, rzadko robią coś dla samej przyjemności, nie potrafią efektywnie odpoczywać (najczęściej mają siłę jedynie na przerzucanie kolejnych kanałów w telewizji). Byrne nie twierdzi, że jest to zły styl życia, pokazuje jednak, że można odpoczywać inaczej – wystarczy wsiąść na rower i  trochę pojeździć (tak jak on sam od początku lat osiemdziesiątych) i  zrelaksować się. Jak sam przyznaje, to najlepszy odpoczynek psychiczny, jaki mógł dla siebie znaleźć. Autor Dzienników rowerowych z  ogromnym entuzjazmem zachęca swoich czytelników do posmakowania przyjemności jazdy na dwóch kółkach. Byrne nie tylko jeździ na rowerze i  pisze bloga, ale również aktywnie zaangażował się w  działalność społeczną – lobbuje i  agituje za przystosowaniem Nowego Jorku do potrzeb rowerzystów. Swoimi działaniami pokazuje, że nie chodzi tylko o zbyt wysokie krawężniki, ale też o traktowanie rowerzystów jako tak samo ważnych uczestników ruchu drogowego jak piesi i  kierowcy. Ciągle stara się zarażać innych ludzi swoją pozytywną energią. I  wydaje się, że jest dość skuteczny w swoim działaniu.

Wszyscy na rowery! Dzienniki rowerowe nie są manifestem szalonego rowerzysty, który każe nam wszystkim przesiąść się na jednoślady napędzane siłą nóg. David Byrne jest wrażliwym społecznie człowiekiem, który nieustannie chce poznawać otaczający go świat. Ciekawią go zwykli ludzie i artyści, kultura i  krajobrazy, architektura i  historia. Chce zdobytą przez siebie wiedzą przyczynić się do poprawy warunków życia innych ludzi. Wydaje się niekiedy, że Byrne jest nieco naiwny i idealistyczny, ale mało który pisarz potrafi napisać książkę, po przeczytaniu której większość czytelników chce natychmiast wsiąść na rower i  ruszyć w świat. 0

styczeń – luty 2012


/ podróż do Nowego Jorku Amerykanie są żywym zaprzeczeniem kartezjańskiego ,,myślę, więc jestem”: nie myślą, a mimo to są – Julius Evola

Big, tasty Apple Potęga gospodarcza, technologiczna, artystyczna. Wszystko, co opatrzone jest znakiem made in the USA, uznawane jest na świecie za niemalże doskonałe. Nie dziwi zatem, że podróż do jakiegokolwiek miejsca w USA z pewnością będzie dla każdego wyjątkowym przeżyciem. MAGIEL zabierze Cię na wyprawę do miejsca, najbardziej jak tylko jest to możliwe, przesiąkniętego duchem Ameryki – Nowego Jorku. K ATA R Z Y N A B O R Z Y M Ten dar od Francuzów stał się chyba największym symbolem USA. Znajduje się on na, nomen omen, Liberty Island. Kiedyś był symbolem ziemi obiecanej, jaką dla rzesz imigrantów wydawały się Stany Zjednoczone. Dziś to tylko pomnik, któremu niezliczeni turyści wpadają zrobić zdjęcie. I oczywiście skomentować, że spodziewali się czegoś większego. Tu będziesz mógł zakupić masę tandetnych pamiątek, rodem z Nowego Jorku, choć oczywiście made in China. Obowiązkowo: hoodie, czyli klasyczna bluza z kapturem lub chociaż T-shirt ze słynnym napisem I<3NY! Jest w tym mieście jedno miejsce, które zawsze w sercach milionów Amerykanów będzie zajmować szczególną pozycję. Chodzi oczywiście o okolicę, gdzie przed 11 września 2001 roku stały bliźniacze wieże World Trade Center. Żaden, nawet najbardziej dramatyczny reportaż, nie działa na wyobraźnię tak, jak widok tego pustego miejsca wśród gąszcza innych wieżowców. Trudno sobie wyobrazić, jak w wąskich uliczkach, okalających okoliczne drapacze chmur, zmieściła się panika ludzi, którzy nagle zobaczyli samoloty wbijające się w budynki. Pomimo że od czasu tragedii upłynęło już ponad dziesięć lat, nowojorczycy nadal nie otrząsnęli się z szoku. W wielu miejscach na terenie całego miasta znajdziemy bowiem kłódki, umieszczone w, wydawać by się mogło, dziwnych zakątkach. Nie są one jednak symbolem miłości na wieki wieków (w wielu miejscach na świecie kłódki z imionami, zostawiane szczególnie na mostach, oznaczają właśnie parę zakochanych), a nieustannej pamięci o ofiarach zamachu. Niebawem powstanie tu nowy kompleks wieżowców, uwzględniający także miejsce na siedzibę fundacji upamiętniającej zamach z 11 września.

f I can make it there, I’ ll make it anywhere – śpiewał m.in. Frank Sinatra. I nie ma w tym ani grama przesady. Spróbujmy sobie wyobrazić choć jedną istotną dziedzinę życia, której stolicą nie byłby Nowy Jork. Sztuka? Każdy, kto widział choćby Metropolitan Museum of Art, wie, że tak nie jest. Moda? Nowojorski Fashion Week stanowczo należy do najbardziej prestiżowych. Teatr? Muzyka? Technologia? Polityka? Gospodarka?... Wyliczać można by w nieskończoność. Nowy Jork z pewnością Cię oczaruje, przynajmniej przy pierwszym kontakcie. Nie wielkością, bo przecież widziałeś już wiele miast. Nie oszołomi też nowoczesnością, a nawet nie tłumem anonimowych ludzi, którzy codziennie biegną ulicami w bliżej nieokreślonym kierunku. Czym? Sam nie do końca będziesz wiedział…

I

Let’s get it started! Intuicyjnym początkiem wizyty w Nowym Jorku będzie oczywiście rzut oka na Statuę Wolności.

fot. Wojciech Kuczek

Money, money, money

Statua Wolności to główny symbol Nowego Jorku.

50-51

Z pustego placu pozostałego po wieżach World Trade Center możemy przespacerować się do dzielnicy finansowej. Pamiętacie filmWall Street? Jeśli będziemy mieli trochę szczęścia, może trafimy na jakąś grubą rybę w aucie, na które nigdy nie będzie nas stać. Z pewnością natkniemy się za to na rzeszę bezpłciowych finansistów, którzy z trudnym do odgadnięcia wyrazem twarzy i pa-

fot. Wojciech Kuczek

T E K S T:

Na Rockefeller Center składa się kompleks 19 budynków mieszczących się pomiędzy Piątą a Szóstą Aleją. pierowym kubkiem ze Starbucksa śpieszą do budynku nowojorskiej Giełdy. Wysokość budynków w tym miejscu przytłacza. O ile zaplanujemy odpowiednio trasę naszej wędrówki, możemy nawet nie zobaczyć słońca. Kilkaset metrów dalej Wall Street przecina się z Broadway. Nie ma chyba szanującego się musicalu, który nie byłby tutaj grany. Co więcej, ogromna ich większość pokazywana na Broadwayach w innych amerykańskich metropoliach jest także wystawiana tutaj. To prawdziwa gratka dla miłośników tej formy teatralnej. Ceny biletów nie są jednak już tak zachwycające (60-150$), ale planując wyjście z kilkudniowym wyprzedzeniem, nie powinniśmy mieć problemów z ich zakupem.

Breakfast at Tiffany’s A skoro o zakupach mowa – Nowy Jork nie bez powodu jest uznawany za Mekkę wszystkich niewolników mody. Wszystko to za sprawą Fifth


/ oszczędzić na grach Dlaczego nie mam dziewczyny? Bo mam piędziesiąty level Sith Inquisitor.

54-55


/ Ryszard Bazarnik

gasili mój zapał. Na kolejne dziesiątki moich propozycji i rozwiązań słyszałem: „nie”, „to sprzeczne z normami wysokościowymi”, „spadną”, „to dobrzy muzycy – szkoda ich”. Koncert na Ścianie to właściwie zbiór pomysłów jak złamać 5000 norm wysokościowych na ponad setce budynków.

Teraz macie za sobą ponad 200 „ściennych” koncertów na całym świecie. Ogromną atrakcją są również występy na największym bębnie na świecie. Ilu ludzi jednocześnie może zagrać na takim instrumencie? Rekord to 152 osoby grające jednocześnie na jednej membranie. Wygodnie gra się na bębnie, gdy dookoła znajduje się nie więcej niż 100-110 osób.

Straszny z Ciebie efekciarz. Wszystko co robisz musi być największe, najlepsze, jedyne w swoim rodzaju… To prawda i w dodatku nie widzę niczego złego w efekciarstwie. Ważnym jest, aby było środkiem wyrazu, nie zaś celem samym w sobie. To jak podnosić głos, wołać głośniej, chcąc nadać swój przekaz szerzej, dalej. Ale przecież jeśli będziesz wykrzykiwał bzdury, ludzie i tak nie będą Cię chcieli słuchać. Wierzę święcie w powyższą harmonię. Formą najdłuższego - 72-godzinnego koncertu wołaliśmy o pokój. Świadomie nie zgłosiłem wydarzenia do Księgi Rekordów Guinnessa, by nie okłamywać siebie i innych. Jeśli przekaz jest szczery, ludzie zaufają.

Koncert na Ścianie rzeczywiście sprowadza tysiące widzów, którzy chcą zobaczyć muzyków stojących i grających na żywo na ścianie, ale nie łudźmy się, że gdy przyjdą, utrzymam ich przez 90-120 minut pełnowymiarowego koncertu, jeśli ze ściany nie popłynie muzyka zasługujaca na to, by zostać dłużej niż kwadrans. Jeśli nie rzucimy ludziom wystarczająco dużo energii obok dźwięków, uwierz mi, nie poproszą o bis. Garnki, krzesła, wkłady kominowe i szprychy też się same nie wybronią. Ciekawostka jest dobra na moment, potem musi trwać dobry koncert. Przedrostek „naj-” ma mi zatem pomóc tylko na wstępie, potem nie ma litości – wierzę w solidność i konkrety jakie muszą nastąpić chwilę później.

Który z występów zapadł Ci jakoś szczególnie w pamięć? Było ich sporo. Największą publikę mieliśmy na koncercie podczas festiwalu White Nights w Bukareszcie, na który przyszło ponad 30 000 widzów. Większość świetnie się bawiła i śpiewała razem z nami. Koncert na 2-lecie „Eye of Emirates” w Sharjah zagraliśmy na drugiej, co do wielkości karuzeli(czy raczej kole młyńskim) świata. Niewiarygodna wysokość. Przygotowania odbywały się w ponad 40 stopniowym upale. Brakowało lin, bo nie sposób było wyliczyć ze zdjęcia ile ich jest potrzeba, a organizator nie dał nam pieniędzy na transport zapasowych lin z Polski. Ciekawie było też podczas koncertu na 35-lecie Zjedn. Emiratów Arabskich w Abu Dhabi, gdzie za plecami tłumu widzów stały niewyobrażalnie długie limuzyny szejka z wiszącymi nad nimi helikopterami bojowymi.

Koncert na Ścianie to właściwie zbiór po-

mysłów jak złamać 5000 norm wysoko-

ściowych na ponad setce budynków.

Zgadza się. I to nawet mimo tego, że dziś łatwo sprawdzić, czy jest największy. To nie jest jednak najważniejsze. Jest super, gdy hasło „Największy” sprowadza więcej osób, ale potem te osoby muszą poczuć niezwykłość we wspólnym, ponad stuosobowym graniu. Jeśli usłyszą dźwięki gigantycznej membrany całym ciałem, nie tylko uszami, poczują, że to nie tylko muzyka i rytm, ale jakiś archetypowy trans nie pozwala im przestać grać. Jeśli po całym graniu ludzie spojrzą na siebie i poczują się bliżsi sobie, jeśli zobaczysz to w ich oczach, to dopiero poczucie takiej niezwykłości jest bezcenne.

56-57

A z tych w Polsce? Koncerty na ścianach ratusza w Jeleniej Górze oraz ratusza w Gdańsku, gdy parę tysięcy osób zaczęło skandować po koncercie słowo „dziękujemy”. To było niezwykle wzruszające.

Skąd czerpiesz pomysły na swoje nowe projekty? Pomysły przynosi życie, inspiracją są inni ludzie. Przykładem może być pan Czesław Lang, który zaprosił mnie bym zagrał na Tour de Pologne. Wymyśliłem więc, że zagram melodie na szprychach rowerowych.

fot. archiwum prywatne Ryszarda Bazarnika

Największy Bęben Świata też nie znajduje się w Księdzę Rekordów Guinnessa.


Ryszard Bazarnik /

Po co to wszystko? Nie jest to przerost formy nad treścią? Wierzę w intuicyjną mądrość publiczności, która się po prostu szczerze i bezlitośnie rozchodzi, gdy ze sceny wieje pustką, gdy „złote” opakowanie jest puste w środku. Jeśli publiczność wytrzymała do końca koncertu, jeśli życzy sobie czegoś na bis to znak, że proporcje pomiędzy formą i treścią jeszcze tym razem zostały zachowane.

rzecz wspólnej idei oraz najtrudniejszej umiejętności - wsłuchiwania się w innych ludzi. Uczę się tego od nowa za każdym razem.

Wyglądasz ciągle młodo. Czujesz się pewnie jeszcze młodziej. Czego, w najbliższym czasie, możemy spodziewać się po Ryszardzie Bazarniku?

Garnki, krzesła, wkłady kominowe i

Uważasz, że muzyka niesie ze sobą większe wartości niż tylko przyjemne doznania słuchowe? Jakie funkcje pełni dla Ciebie muzyka?

Czuję się na tyle infantylnie, że aż wstyd w to brnąć. Chcę zbudować kolejne niezwykłe instrumenty na bazie materiałów recyklingowych, by móc promować sam recykling - piękną ideę, która wciąż nie jest praktykowana w naszym kraju. Dążę też do zrealizowania paru mocno „przesuniętych” pomysłów, ale moje przesądy nie pozwalają mi na mówienie o nich przedwcześnie. 0

szprychy też się same nie wybronią. Ciekawostka jest dobra na moment.

Muzyka to dodatkowa grawitacja. Życie jest muzyką. Świat -również ten bez ludzi - jest pełen muzyki. Ja sam też świetnie się bawię. Muzyka jest dla mnie osobiście niezwykłym źródłem radości. Bardzo dbam o odpowiednio dużą dawkę radości w proporcjach dźwiękowych. Kocham koncerty interaktywne, czyli takie w których publiczność nie tylko słucha, jaki to „świetny” muzyk ze mnie, ale również gra, bierze czynny udział w tworzeniu muzyki. Taka forma szczególnie łączy ludzi, daje poczucie wielkości w tym, co tworzymy wspólnie.

Gdybyś dostał propozycję długoterminowego, spokojnego i dobrze płatnego tworzenia muzyki na potrzeby telewizji czy teatru, porzuciłbyś swoje projekty i „wrócił” do klasyki? Czy jednak potrzebujesz tego szaleństwa? Parę razy miałem propozycję pozostania w „złotej klatce” i za każdym razem wracałem do Polski. Mamy w naszym powietrzu szczególny feeling, którego nie warto oddać na dłużej. Czuję to za każdym razem, gdy wracam. Nawet po krótkiej nieobecności w kraju.

Który kolor wolisz: biały czy czarny? Istnienie obu kolorów ma głęboki sens. Nie odważyłbym się żadnego z nich wyeliminować z życia.

Chyba domyślasz się, dlaczego zadałem to pytanie. Co pociąga Cię w Afryce i kulturze państw afrykańskich? Co sprawia, że pociąga Cię bardziej niż europejska? To będzie prostacka odpowiedź: w kulturach południowych, nie tylko Afryki, jest więcej rytmu, a moje korzenie emocjonalne to perkusja.

Prowadzisz mnóstwo szkoleń dotyczących teambuildingu opartych na wielowiekowej kulturze. Uważasz, że znajomość pierwotnych plemion może się do czegoś przydać współczesnemu człowiekowi? My się nie zmieniliśmy przez poszczególne tysiąclecia. Odczuwamy tak samo radość, miłość, głód, strach. Integracja poprzez skamienieliny kulturowe: pierwotne rytmy, rytualne zaśpiewy, taniec plemienny wnika w nas głębiej, działa natychmiast, gdyż te same emocje, ten sam rytm, melodię i ruch wciąż w sobie nosimy. Współczesne skutecznie budowane relacje w pracy, nie różnią się od struktury plemiennej sprzed tysięcy lat. Behawiorystyka jest identyczna.

źródło: archiwum prywatne Ryszarda Bazarnika

·Biznesmen jest jak myśliwy na polowaniu? Tak. Dlatego inspirująca jest też znajomość etyki pierwotnego myśliwego. Przykładowo, przed wyjściem na polowanie modlił się, przepraszał ofiarę, jak też z góry przebaczał zwierzęciu, gdyby to on stał się potrawą. Zachowanie relacji: skuteczność i wewnętrzna harmonia, a także szacunek dla konkurencji są niezwykle ważne w przypadku długotrwałych polowań.

Animując ludzi czujesz, że Tobie też coś to daje? Wspólna gra jest multiplikowaniem energii życia. W transie muzyki każdy z nas otrzymuje wystarczająco dużo, jeśli tylko sam się zaangażuje. Budowana wspólnie muzyka to sztuka eliminacji własnego „ego” na

styczeń – luty 2012


SPORT


/ turystyka kulinarna Górnośląski Zakład Gazownictwa zaprasza zainteresowanych użytkowaniem gazu ziemnego na spotkanie połączone z degustacją.

60-61


sabor trubaca /

styczeń – luty 2012


galerie sztuki / Jaki jest najlepszy czas na prezent? Present perfect.


Numer 128 (UW) (styczeń/luty 2012)  

Niezależny Miesięcznik Studentów "MAGIEL"