Page 1

ISSN 1739-1688 marzec/kwiecień 2016

Życie z pasją Czy życie artysty to dobry pomysł na biznes?

Miasto Wzorcowe Katowice Miastem Muzyki Unesco

Syntax Error

Organizacje studenckie bez tajemnic

Studia w Izraelu

Współpraca, kultura, tolerancja


w tym numerze

Edytorial

Ten numer nastawiliśmy na kulturę. Mamy dla Was dużo nowych grafik, a teksty zmieniły nieco swoją formę. U Was też jakieś zmiany? Może chcecie zrobić sobie tatuaż? Coraz więcej młodych ludzi się na niego decyduje. Zazwyczaj jest pewnym odzwierciedleniem osobowości. Proces jego powstawania dla niektórych pozostaje zagadką. Bartek Wortolec przeprowadził wywiad z OhMarly. Wyciągniecie z niego wiele informacji, które w przyszłości mogą się przydać, a przy okazji dowiecie się, czy można utrzymywać się ze swojej pasji. Stella natomiast ścięła włosy, a co za tym idzie – ma nowy pogląd na niektóre sprawy. Na uczelnię dojeżdżasz pociągiem albo autobusem? Dominik wytłumaczy Ci, dlaczego warto słuchać podcastów, a Szymon powie, na jaką imprezę warto się wybrać. Postawiliśmy sobie wiele pytań i staramy się odpowiadać na nie w przystępny i ciekawy sposób. Mamy nadzieję, że ten numer „Suplementu” będzie znikał z uczelnianych stojaków równie szybko, jak poprzedni. Wierzymy w Was. Miłej lektury i powodzenia w semestrze letnim! Jakub Jurkiewicz Magazyn Studentów Uniwersytetu Śląskiego „Suplement” Wydział Nauk Społecznych, ul. Bankowa 14, pokój 410A, 40-007 Katowice e-mail: magazyn.suplement@gmail.com Redaktor Naczelny: Jakub Jurkiewicz (jakub888jurkiewicz@gmail.com). Z-ca Red. Naczelnego: Martyna Gwóźdź (martynaewagwozdz@gmail.com). Zespół Redakcyjny: Jakub Jurkiewicz, Martyna Gwóźdź, Agnieszka Żeliszewska, Alicja Francikowska, Dominika Gnacek, Ewa Zagdan, Ilona Ptak, Jakub Paluszek, Justyna Kalinowska, Michał Denysenko, Monika Szafrańska, Stella Kostyła, Szymon Szulczyński, Weronika Warot, Dominik Łowicki, Agata Skaba, Paweł Czechowski, Bartłomiej Wortolec. Współpracownicy: Katarzyna Anuszkiewicz (Biuro Karier UŚ). Zdjęcia: Kasper Szwaja, Krzysztof Wątroba. Korekta: Ilona Ptak, Monika Szafrańska Redaktor techniczny: Adrian Bobak (bobak.adrian@gmail.com). Skład: Adrian Bobak. Okładka: Adrian Bobak. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść publikowanych reklam.

2

marzec/kwiecień 2016

facebook.com/magazynsuplement


Fundusz Prostude ncki 201 6

Fundusz Prostud trum O encki to bsługi inicjaty Studentó celem je w, które wa Censt umoż j główn li wienie W Waszyc ym h pomy am zrea słów. O lizowan malarsk rganizu ia i i potr jecie ko zebujec na nag nkurs ie dofi rody? n P ansowa lanujec potrzeb nia ie y proje ktu nau zakupić sprzęt prostu kowego n macie ? Może a ochotę prezę? na inte po W plan g racyjną ach jes 14 proje t dofina imktów, ka nsowan żdy do syłajcie ie aż 500zł. P do 14 m omysły a Więcej przeinforma rca. cji na: www.stu dent.us .edu.pl/ fundusz -prostud encki-2 016

mini” w Capge tó n le e T t. „Szkoła TalenProjekt p t. „Szkoła

w III projekt p studentó auguruje in i in m e wany do iów uzupełg ro p ie a sk C st a Firm stud który je I i II roku le Filogemini”, kich oraz a Wydzia c n tów Cap ja ę c si n h e c y lic c aruną w W ió łc . d h ta u c roku st rskich ksz atowica K te is w g a o mość g m jo h Śląskie jest zna niającyc iwersytetu ictwa w projekcie n zięcie U w ę m si y d logiczn B2. Prze uczestn . in m y m mini zn ie c g p ie z Ca e poziom kiem kon kspertów eściu zajęć kiego na e ls z ie e g rz n p a języka cyklu sz adzenie cji, MS przeprow grupy studentów w korpora denzakłada j e n se a n a w to fin u , ru st k e si e ie e zr n n wśród ostarcze ja w biz oznania ktu jest d munikac p je o k ro . im p .in m ie n (m ie ele łównym c dzy oraz umożliw firmie CapgemiExcel). G hw j wie c e y n zn a c w ty testu jęo k CV oraz ch realiz tom pra y ie w w so ka e st n d biz po drogą ele procesów ja odbywa się na ży zgłosić apgemini. le a n c a ta tw ni. Rekru uczestnic olatalentow.pl@c o. Chęć ail: szk -m zykoweg e s re na ad troniczną i apgemin . com ięcej na: elentow-c -t w la ę si o k z d sz Dowie jekt-ptdu.pl/pro www.us.e

icach Katow w 6 1 0 gu 2 uje wy ń Móz rganiz i psyTydzie ląski o

tŚ ką ersyte ognitywisty k y Uniw towym , m ia ią d w g ś ió lo s e z io z b ra do Już po zane z neuro ie związanie ją się od 14 n a ią g e w w o o z by darz kłady dy od A. Wszystkie To wy ła k . y ią W g iB ózgu. cholo ej CIN ładow Czajniem M Tygod a w sali wyk Rafała i dr r d , rc ola ha 18 ma . a Hoh a Jac y ateusz , dr Łukasz 17 owan M ie s r in d re z y e d y amy aint ałot z h c M c ją y u łu la d s s ż Wy dr Karo lskiego. Ka aleźć intere iałby , o g ie kowsk łąwa Toma zie mógł zn Kto nie chc icie ys m gły. o św e t będ rz P tuden res jest rozle wlaka wie z labos m e świat h zak niemo i nauki ora n , bo ic , co mózg h? To kamie ć temat uchac ie iu rt z n a d f e z ie w d w się do iu i gła wców zeka! łupan ch jaskinio o o iBa c lb y a pełn ięc CIN h w c , a a ri tyw rato a inicja l ciekaw iniba.edu.p www.c

facebook.com/magazynsuplement

marzec/kwiecień 2016

3


kultura

Śmierć, która zakończyła dzieciństwo Gdy 14 stycznia 2016 roku w mediach ukazała się informacja o śmierci Alana Rickmana, zrozumiałam, że pewien etap w moim życiu dobiegł końca. Razem ze mną hołd wielkiemu aktorowi - a dla mnie przede wszystkim profesorowi Snape’owi - oddały rzesze oddanych fanów Harry’ego Pottera Charyzmatyczny Anglik stworzył za życia dziesiątki wspaniałych postaci. Począwszy od jego błyskotliwej kariery w Royal Shakespeare Company, przez role Hansa Grubera (Szklana Pułapka), szeryfa Nottingham (Robin Hood: Książę Złodziei) czy szalonego stylisty fryzur (Dwa w jednym); nie dawał o sobie zapomnieć i w takich produkcjach jak To właśnie miłość czy Sweeney Todd. To jednak kreacja w filmach o czarodziejach, przez wielu bagatelizowanych czy też spłycanych do „bajki dla dzieci”, zapewniła mu nieśmiertelny pomnik. Dzięki znienawidzonemu nauczycielowi eliksirów o podwójnej tożsamości, lecz jedynym w swoim rodzaju głosie Alan Rickman ZAWSZE będzie moim pierwszym skojarzeniem ze światem magii i czarodziejstwa. Kilka dni po śmierci aktora kolega ze studiów zapytał mnie: O co tak w ogóle chodzi z tym Rickmanem? Grał w tym Potterze, i co jeszcze?. Jak to wytłumaczyć osobie, która nie wystawała godzinami pod księgarnią, czekając na chwile ucieczki w świat magii? I to – o ironio – nie sam młody czarodziej stał się bohaterem pokolenia. J.K Rowling dołożyła wszelkich starań, aby to właśnie Snape zdobył serca czytelników – i widzów – na całym świecie, w przypadku tych drugich właśnie dzięki legendarnej kreacji Alana Rickmana. Począwszy od Kamienia filozoficznego profesor eliksirów ukazuje się w prostej roli – jest wrednym, uprzedzonym nauczycielem, który uwziął się na Pottera i dokłada wszelkich starań, żeby uprzykrzyć życie chłopcu i jego przyjaciołom. On wygląda na takiego – podsumowuje go pierwszy poważny książkowy antagonista, opętany przez Voldemorta profesor Quirrel. Wierzymy w to razem z Potterem przez kilka ładnych lat – aż do Zakonu Feniksa. Przełomem jest wspomnienie Snape’a, w którym jako młody czarodziej pada obiektem okrutnego żartu Pottera seniora. Wtedy widzimy także, że Lily, matka Harry’ego, z jakichś względów nie była mu obojętna. Jego sytuacji nie poprawia uśmiercenie Dumbledore’a, poczciwego dyrektora Hogwartu. Kto mógł wiedzieć, że zaplanowane? Wiedziała Rowling, która pod koniec sagi zrzuciła na nas prawdziwą „bombę”. Snape przez całe lata grał rolę podwójnego agenta – był czołową postacią w zastępie Śmierciożerców, podobnie jak w Zakonie Feniksa, grupie sprzymierzonych przeciw Lordowi Voldemortowi. Poświęcił własne życie dla większego dobra. I dla Lily Evans. We wspomnieniu, zawartym w ostatniej łzie Severusa, wyczarowuje patronusa – łanię – taką samą, jak Lily.

4

marzec/kwiecień 2016

– Szpiegowałem dla ciebie, kłamałem dla ciebie, narażałem dla ciebie życie, a wszystko to robiłem, by zapewnić bezpieczeństwo synowi Lily. A teraz mówisz mi, że hodowałeś go jak prosiaka na rzeź. – To bardzo wzruszające, Severusie – powiedział z powagą Dumbledore. – A więc w końcu dojrzałeś do tego, by przejmować się losem tego chłopca? – Jego losem? – wykrzyknął Snape. – Expecto patronum!. Z końca jego różdżki wystrzeliła srebrna łania. Wylądowała na podłodze, przebiegła przez pokój i wyskoczyła przez okno. Dumbledore patrzył, aż jej srebrna poświata zniknęła w ciemności, a potem odwrócił się do Snape’a. Oczy miał pełne łez. – Przez te wszystkie lata?... – Zawsze. [J.K. Rowling, Harry Potter i Insygnia Śmierci] Obraz Snape’a ewoluował przez lata. Przez siedem książek J.K. Rowling odkrywała przed nami kolejne cząstki jego skomplikowanej postaci. Okazał się bohaterem, prawdziwym sercem historii, oddając życie nie z zemsty czy nienawiści. Przez całe życie, a było ono pasmem upokorzeń

facebook.com/magazynsuplement

i frustracji, kierowała nim skomplikowana, dwuznaczna, jednak prawdziwa miłość. Nieodwzajemniona, więc najtrudniejsza. Alan Rickman powiedział kiedyś: „Gdy będę miał osiemdziesiąt lat, będę siedział w swoim bujanym fotelu i czytał Harry’ego Pottera. Moja rodzina będzie pytać: Przez te wszystkie lata? A ja odpowiem: Zawsze”. Trudno osobie „postronnej” zrozumieć, co dla milionów młodych i starych na całym świecie znaczy postać Snape’a. Trudno mi dopuścić do siebie myśl, że nie zasiądzie za tych dziesięć lat w fotelu i nie otworzy Zakonu Feniksa. Najtrudniej jednak żyć ze świadomością, że odszedł i już nigdy nie zaczaruje kolejnej ekranowej istoty swoim przeszywającym głosem. Mój łamie się, gdy odczytuję na głos zapisane słowa. Zakończył się etap wielkiego „Harry’ego Pottera”. Umarł człowiek, który tchnął życie w całą historię. Na otarcie łez, a może na wywołanie ich kolejnej fali, pozostaje mi myśl, że zawsze będę mogła włączyć film, otworzyć książkę i przeżyć tę historię jeszcze raz. Zawsze. Agata Skaba a.skaba@onet.eu


Wyspiański student z Krakowa

„Chopin, gdyby żył, toby pił,” a Stanisław Wyspiański zapewne pisałby dziś o nas: „Miałeś chamie złoty róg, ostał ci się ino sznur” (i pięćset złotych na dziecko) Jakże ponadczasowe są jego dzieła, prawda? W poprzednim numerze „Suplementu” pisałam o Stanisławie Ignacym Witkiewiczu i nie bez przyczyny sięgam teraz akurat po Wyspiańskiego. Ktoś mógłby się doszukać analogii, w końcu obaj panowie mieli tak samo na imię. Ktoś powie, że obaj panowie tworzyli za pomocą pasteli. Jednak łączy ich jeszcze inna sprawa, a mianowicie − Polska. Chcę pisać tutaj o polskich artystach, bo Polacy nie gęsi i swoich artystów też mają. Choć trudno streścić biografię i twórczość na jednej stronicy, chcę przypomnieć (jak sądzę − podczas długiego wykładu), że Stanisław Wyspiański istniał i istnieć powinien − w naszej świadomości. Nie ukrywam, że po godzinach spędzonych na wydziale w Sosnowcu i jakże cudownym Wydziale Nauk Społecznych, również zachwycam się reprodukcjami twórców z tak zwanej „zagranicy”. Ileż to razy podziwialiśmy topiące się niczym ser zegary, odcięte ucho, tajemniczy uśmiech! Ile razy zachwycaliśmy się (albo i nie) Śpiącym Stasiem czy Chochołami? Może raz w szkole, może drugi w muzeum, może wcale. A szkoda. Przecież to nasze! Jednakże ten, co wyżej wymienione dzieła stworzył, również się nie naszymi dziełami zachwycał. Nie można mieć mu tego za złe. Wręcz przeciwnie − należałoby pogratulować. Któż bowiem z nas studentów ma w swoim gronie znajomego, któremu sam Jan Matejko przyznaje stypendium? Wyspiański zostawił światu liczne portrety, pejzaże i witraże. Spod jego pióra wyszły wielkie dramaty narodowe, wiersze oraz rapsody. Jednak, czy zdajemy sobie sprawę z tego, że był...

Studentem?

Równolegle z nauką w Szkole Sztuk Pięknych Wyspiański rozpoczął studia na Wydziale

Filozoficznym w Krakowie. Ciekawe, czy w 1887 roku istniało coś takiego jak indywidualna organizacja studiów. Może (skoro nie było wtedy Facebooka) miał na nie wystarczająco dużo czasu. Musiał wygospodarować go również na nadzór artystyczny nad pracami w świątyni Mariackiej. Zadanie to zlecił studentowi Matejko. Po półrocznej pracy przy polichromii twórca Bitwy pod Grunwaldem umożliwił studentowi uzupełnienie wykształcenia za granicą. Wyspiański podziwiał dzieła Tycjana w Wenecji, później zawitał do Szwajcarii, by pod koniec, a raczej na początek swej nowej drogi życia, przybyć do Paryża. Wyobraźcie to sobie! Rok 1890 w samym sercu Francji, katedra Notre Dame w blasku słońca (skąd ta moja pewność, że wtedy była ładna pogoda?), Luwr w blasku księżyca. Wyspiański podziwiający dzieła Ingres`a i Delaroche`a, czytający Woltera nad brzegiem Sekwany. To musiało robić wrażenie. Zapomniałam o najważniejszym − wrażenie! Przecież to była Francja impresjonistów (i bez dżihadystów). Żyć, nie umierać, zachwycać się sztuką, podziwiać ją i chłonąć. Wisienką na torcie była podróż Wyspiańskiego do Monachium, gdzie wielokrotnie uczęszczał do Starej Pinakoteki, zwiedzał Bawarskie Muzeum Narodowe, a wieczory spędzał w teatrze. Europejska podróż artysty zakończyła się w tym samym roku, w którym się zaczęła. Jednakże Wyspiański nie dał za wygraną. W maju 1891 roku powrócił do Francji, przyłączając się do swojego wieloletniego przyjaciela, również wybitnego artysty − Józefa Mehoffera. Polecam oderwać się na chwilę od czytania „Suplementu” i wygooglować sobie Dziwny ogród. Chociaż nie, obraz jest tak urzekający, że nie dokończycie mojego tekstu. I jak, piękny, prawda? Wróćmy do opowieści o studencie z Krakowa! Wyobraźmy go sobie studiującego dzieła Nicolasa

facebook.com/magazynsuplement

Poussina w Luwrze, uczęszczającego do Académie Colarossi... Chwila, to nie może być tak piękne. Wyspiański jest przecież studentem, a stypendia też mają swoje granice. Kłopoty finansowe zmusiły go najpierw do przeprowadzki do skromnego pokoju przy Pont-Neuf. W końcu zdecydował się opuścić Paryż, by powrócić do Krakowa. Dokładnie 17 października 1892 roku przekroczył bramy miasta. Zmienił się bardzo, zmężniał i wypiękniał. Wąs mu się puścił suty blond-rudawy i broda pełna − co przy ściągłej twarzy i niebieskich dużych oczach bardzo interesująco wygląda... Gdy wąs do góry podczesze, miękki filcowy kapelusz na ucho nałoży, wygląda jak młody Rubens − a gdy na przykład muzyki słucha milczący i zadumany i wąs mu przy tym obwiśnie, wtedy jest trochę Chrystusowaty. Zresztą usposobienie to samo − zapalny jak iskra, wrażliwy jak płomień świecy na wietrze, wymowny tą wymową, która więcej wyrazem twarzy i gestem niż słowami działa − napisze Lucjan Rydel o odmienionym po podróżach Wyspiańskim. Artysta, jeśli nie ciałem, będzie powracał do Paryża duchem, swoimi wspomnieniami. W 1895 roku pisał w liście do Henryka Opieńskiego: Kraków mi za mały. Nie uwierzysz nawet, jak się stęskniłem za Paryżem. Bywam w Comédie-Française, w operze, spaceruję po bulwarach (...) ba! nawet spotykam znajomych...i to przez imaginację. Opisując ten krótki okres z życia Stanisława Wyspiańskiego, wydobywam tak banalną tezę, że nawet najwięksi artyści minionej epoki podczas studiów mogli mieć podobne pragnienia, problemy i tęsknoty co my, współcześni. Może znajdziemy między wierszami cząstkę siebie. Może znajdziemy między studiami czas na Wyspiańskiego. Tego nam, wszystkim studentom, życzę! Alicja Francikowska francikowskaalicja@gmail.com

marzec/kwiecień 2016

5


kultura

Romantycznie rozważna Jacy są prywatnie autorzy powieści, które uwielbiamy? Czy nie przypadkiem tacy sami jak ich bohaterowie? A co, jeśli i my jesteśmy do nich bardzo podobni? Zakochana Jane

Biografię twórczyni najbardziej rozpoznawanych, kobiecych książek można z łatwością porównać do fabuł, które niegdyś spisywała. Żyjąca na przełomie XVIII i XIX wieku Jane Austen marzyła, by zostać poczytną pisarką. Chciała pisać dla kobiet takich samych jak ona: wierzących w miłość, romantycznych, chcących coś w życiu osiągnąć. Co prawda autorka nigdy nie wyszła za mąż, jednakże nie ominęło jej uczucie, którego tak bardzo pragnęła. Przelała ona swe doświadczenia na papier i tak powstały jedne z najbardziej popularnych powieści na świecie – Rozważna i romantyczna, a następnie Duma i uprzedzenie. Jane zawarła w nich trafne spostrzeżenia dotyczące ówczesnej społeczności, zachowując przy tym swoje pragnienia, humor i klasę.

 lejada Pottera P z Tajwańczykiem w tle

Jaka literatura współcześnie kojarzy nam się bardziej z kulturą angielską niż saga o Harrym Potterze? Tak też kilkadziesiąt lat temu czytelniczkom kojarzyła się Rozważna i romantyczna. Nieprzypadkowo więc do ekranizacji obu tych książek zaangażowano niemalże identyczną plejadę znakomitych aktorów. Emma Thompson, zmarły niedawno Alan Rickman, Gemma Jones czy Imelda Staunton to esencja brytyjskości. Sprawdzili się w obu adaptacjach. Poza nimi ważne role w Rozważnej i romantycznej odegrali także: Kate Winslet, Hugh Grant czy Greg Wise. By całej sytuacji dodać odrobinę smaczku, wyreżyserował ją Ang Lee, który kilka lat później stworzył takie hity jak: Przyczajony tygrys, ukryty smok oraz Życie Pi.

Rozwaga vs Romantyzm

Elinor Dashwood jest najstarsza z rodzeństwa. Chętnie zajmuje się domem, w wolnym czasie maluje,

6

marzec/kwiecień 2016

a wieść o wyprowadzce z domu rodzinnego przyjmuje z prawdziwą pokorą. To ona po śmierci ojca staje się głową rodziny. Opiekuje się matką oraz dwiema siostrami. Pewnego dnia poznaje Edwarda Ferrarsa, którego zaczyna darzyć ogromnym szacunkiem. Oboje są do siebie bardzo podobni: zrównoważeni, mało wylewni oraz sympatyczni. Marianne Dashwood jest kompletnie inna. Szaleńczo zakochuje się w Johnie Willoughbym i wszystkim wokół daje do zrozumienia, iż jest bardzo szczęśliwa. Odrzuca zaloty starszego pułkownika, gdyż ten nie podziela jej zainteresowań. W Johnie widzi perfekcyjnie pasującego do niej przyszłego męża. Płacze całymi dniami i ciężko choruje, gdy mężczyzna postanawia odejść. Tak oto Jane zestawiła ze sobą dwie, skrajnie różne sylwetki. Nie występują one w takiej postaci w dzisiejszym świecie, lecz czy któraś z nich jest bliższa naszej mentalności? Lubię przyglądać się ludziom i z moich obserwacji wynika, że górę bierze pierwsza z cech. Obecnie osoby o romantycznej duszy stanowią mniejszość. Wynika to z tempa naszego życia, obowiązków i chęci zrobienia zawrotnej kariery. W tych czasach Marianne nie miałaby racji bytu.

(Nie) zawiodłem

Zarówno książka, jak i film, opowiadający wyżej opisaną historię, bardzo mi się podobały. Scenariusz, jak na warunki filmowe, dobrze odzwierciedla dzieło Austen. Emma Thompson otrzymała za niego Oscara. Kostiumy, plenery i konwenanse bohaterów zostały wiernie zachowane. Postać Elinor budzi w widzach ogromne zamiłowanie do pokory i subtelności. Ponadto współczujemy jej, gdyż cierpi z powodu niezdecydowanego i nieśmiałego mężczyzny. Kate Winslet udaje się stworzyć charakterne, wrażliwe, lecz przy tym irytujące oblicze Marianne. W tym przypadku jeszcze bardziej litujemy się nad jej losem, gdyż

facebook.com/magazynsuplement

bezduszny Willoughby z premedytacją rozkochuje ją w sobie, po czym rzuca z bardzo trywialnych powodów. I tutaj właściwie na chwilę chciałabym się zatrzymać. W filmie postanowiono zrezygnować z jednej, bardzo istotnej w moim mniemaniu sceny. Sprawia to, iż produkcja otrzymuje duży minus. Czytając powieść, odbiorca napawa się wspomnianym obrotem spraw. Daje on kobiecie satysfakcję i przeświadczenie, iż okrutny niewdzięcznik długo będzie żałował swych czynów. Mowa o scenie, w której John przychodzi do posiadłości, w której przebywają panny Dashwood i przyznaje się do błędu. Willoughby wie, że zawiódł i będzie musiał z tym żyć do końca swoich dni. Większość kobiet w głębi duszy pragnie takiej zemsty.

Elinor bez krzty romantyzmu?

Napisałam wcześniej, że Marianne była romantyczna, a Elinor rozważna, ale czy na pewno? Czy Jane Austen, która bez wątpienia zaliczała się do pierwszej grupy, udało się do cna okroić swą bohaterkę z romantycznych uczuć? Moim zdaniem nie. Ogromny szacunek to epitet jakiego Elinor używała w stosunku do Edwarda. Nie umiała swej miłości do niego nazwać po imieniu. Zarówno w książce, jak i w filmie, uczucie widać w jej spojrzeniu, gestach, oddechu, aż w końcu w ostatniej scenie, gdy wybucha płaczem, słysząc dobre wieści. Zarówno Elinor jak i Marianne są dziś wśród nas. Śmiem stwierdzić, iż niezależnie jakie wartości wyznajemy, w każdym z nas znajdziemy choć skrawek romantyka. Czasem tę iskrę zagłuszamy, ale któż nas w głębi duszy nie pragnie miłości? Justyna Kalinowska (www.filmystic.pl) justyna_kalinowska@onet.eu


paweljermak.com

Miasto Wzorcowe

Do niedawna tylko nadzieja, dziś już rzeczywistość. Katowice oficjalnie stały się Miastem Muzyki UNESCO Kilka lat temu, a dokładniej w 2009 roku, Katowice podjęły wyzwanie o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Początkowo nie dawano im żadnych szans, lecz w niespełna rok, dzięki staraniom katowickiego biura ESK (Europejskiej Stolicy Kultury), miasto zmieniło się nie do poznania. 13 października 2010 roku wybrano pięć polskich miast, które przeszły do drugiego etapu. Wśród nich znalazły się Katowice, dzięki czemu uzyskały one miano czarnego konia konkursu. Mimo wielkich nadziei i starań, 21 czerwca 2011 roku miasto przegrało walkę z Wrocławiem o szansę bycia Europejską Stolicą Kultury. Nie zniechęciło to jednak władz miasta i dzięki namowom członków komisji ESK, w lipcu 2015 roku został złożony wniosek aplikacyjny o przyznanie Katowicom tytułu Miasta Muzyki. Jak donoszą źródła, wniosek nie miał sobie równych. W ten sposób, 11 grudnia przemysłowa stolica Śląska dołączyła do prestiżowego grona Miast Kreatywnych. Ze strony UNESCO czy innych organizacji, lecz nie o w tym chodzi. Inspiruje do pewnych projektów, które będzie konstruowało z innymi miastami tej sieci – podkreśla Piotr Zaczkowski, dyrektor Instytucji Kultury Katowice – Miasta Ogrodów.

Wielka feta!

18 grudnia, z okazji wielkiego sukcesu na Placu Teatralnym, miała miejsce fala koncertów. Już od godziny 16.00, katowiccy artyści wraz z mieszkańcami świętowali tę wiekopomną chwilę. Jako pierwsi zagrali RGG − jazzowe trio, które od piętnastu lat zdobywało sobie pozycję jednego z najbardziej cenionych zespołów z kręgu muzyki improwizowanej. Następni w kolejce ustawili się VOŁOSI, reprezentujący region beskidzki, lecz ujarzmiony przez absolwentów katowickiej szkoły muzycznej. Gwiazdą wieczoru była legenda polskiego hip-hopu − ABRADAB, którego nikomu nie muszę przestawiać. Właściciele Spodka również dołączyli do świętowania i z tej okazji od godziny 17.00 do 21.00,

rozbrzmiewał on Orawą Wojciecha Kilara uzupełnioną o efekty świetlne.

Co dalej?

Jednym z projektów realizowanych w tym roku we współpracy z Krakowem (miastem kreatywnym w dziedzinie literatury), Mannheim oraz Heidelbergiem, będzie koncert hiphopowy połączony z poetyckim slamem. Literatura z muzyką we współczesnym, ekspresyjnym wydaniu? Brzmi naprawdę obiecująco. Kolejnymi pomysłami realizowanymi wspólnie z Sewillą są inauguracja tegorocznego festiwalu Art Naif, (którego motywem przewodnim jest właśnie Hiszpania) i koncert znakomitego zespołu flamenco. W 2017 roku przewidziane jest muzyczne Expo w Międzynarodowym Centrum Kongresowym, które w przyszłości ma się stać miejscem rozmów pomiędzy muzyką a biznesem. Plany obejmują również budowę Centrum Innowacji SoundLab, gdzie artyści i projektanci we współpracy z inżynierami dźwięku oraz programistami będą pracować nad rozwiązaniami służącymi poprawie jakości życia mieszkańców. Oprócz tego powołane zostanie także Baroque Factory. Jest to projekt, którego celem będzie spopularyzowanie muzyki dawnej, a także jej połączenie ze współczesnymi działaniami artystycznymi.

Nadchodzące wydarzenia

UNESCO wyznaczyło 30 kwietnia Międzynarodowym Dniem Jazzu. Z tej okazji Od 25 do 30 kwietnia Miasto Muzyki zmieni się w polski Nowy Orlean. Dziesiątki trąbek, saksofonów, fortepianów i perkusji na terenie całych Katowic zaprezentują jazz w jego najróżniejszych odmianach. Od brzmienia klasycznego po współczesne, przez awangardowe na elektronicznym kończąc, i to wszystko w duchu improwizacji. Tak właśnie prezentuje się Katowicki JazzArt Festival. Dzięki takim festiwalom jak OFF Festival czy Tauron Nowa Muzyka, lato w mieście nie brzmi tak źle. Mnogość artystów, wiele gatunków

facebook.com/magazynsuplement

muzycznych oraz niezapomniane wspomnienia − tak można w skrócie opisać te dwa wydarzenia. Pierwszy, wyżej wspomniany event pod nadzorem Artura Rojka (byłego wokalisty zespołu Myslovitz), obejmuje szeroko rozumianą muzykę alternatywną. Na swoim koncie ma prestiżową nagrodę European Festival Awards w kategorii Najlepszy Festiwal Średniej Wielkości, jak również międzynarodową nagrodę Green’n’Clean. Póki co, na tegorocznym OFF Festivalu potwierdziły swoją obecność takie sławy jak: Napalm Death, Flatbush Zombies, Brodka, Clutch oraz Beach Slang. Cała zabawa zacznie się 5 sierpnia, a skończy 7. Wracając natomiast do nieco mniejszego festiwalu, jeśli chodzi o skalę, to Tauron Nowa Muzyka miał swoje początki również w 2006 roku i nie ustępuje na krok swojemu rówieśnikowi, jeśli chodzi o nagrody. W 2010 roku otrzymał on tytuł Najlepszego Małego Festiwalu w Europie, przyznawany przez European Festival Awards. Rodzaj muzyki, granej na tym wydarzeniu, jest jednak inny. Główną ideą twórców była chęć pokazania polskiej publiczności tego, co najciekawsze we współczesnej muzyce z pogranicza jazzu, elektroniki i tanecznych rytmów, udowadniając jednocześnie, że brzmienia praktycznie całkowicie nieobecne w krajowych mediach mogą przyciągnąć rzesze fanów z Polski, jak również z zagranicy. W tym roku, od 18 do 21 sierpnia w Muzeum Śląskim zagrają m.in. King Midas Sound x Fennesz, Fat Freddy’s Drop czy Battles. Niedługo po zakończeniu wakacji, bo już 27 września, rozpocznie się pięciodniowy Ars Independent Festival. Będzie to jego szósta edycja. Jest to festiwal filmu, animacji, gier wideo i muzyki. W ramach niego odbędą się cztery międzynarodowe konkursy – Czarny Koń Filmu, Czarny Koń Animacji, Czarny Koń Gier Wideo, a także − po raz pierwszy − Czarny Koń Wideoklipu. Zrezygnowano z dotychczasowego wyłaniania zwycięzców. Tę rolę jury przekazują publiczności. Szymon Szulczyński szymones3@gmail.com

marzec/kwiecień 2016

7


kultura

Przeszłość? Wszystkimi zmysłami! Muzea. Gdy byłem mały, podchodziłem do nich bardzo negatywnie. W końcu ileż można oglądać jakieś obrazy wiszące na ścianach i wpatrywać się w zawartości kolejnych gablotek? W każdym razie moja mama potrafiła zajmować się tym bardzo długo, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Biedne dziecko musiało w tym czasie czekać...

Teraz moje nastawienie do muzeów nieco się zmieniło. Z własnej, nieprzymuszonej woli chętnie odwiedzam przeróżne wystawy. Rozumiem jednak tych, którym nie podobają się statyczne ekspozycje, przeznaczone jedynie do oglądania. Poza tym taki sposób prezentowania zbiorów, choć nadaje się do pokazywania sztuki, jest kiepską drogą do ukazywania historii, a przede wszystkim do budzenia w gościach zainteresowania przeszłością. Na szczęście mamy XXI wiek i jak grzyby po deszczu wyrastają obiekty, które sprawiają, że zgłębianie dawnych dziejów staje się atrakcyjne niemal dla wszystkich. Teraz już bez problemów można na przykład przeciskać się kanałami niczym powstaniec, wejść do suwnicy Anny Walentynowicz czy nagle znaleźć się w pokoju przeniesionym prosto z PRL. Jak to możliwe? Cóż, wystarczy wybrać się do jednego z nowoczesnych muzeów, które pozwalają dotknąć oryginalnych eksponatów lub ich świetnych replik, zachwycają rozmaitymi instalacjami pomagającymi zrozumieć historię i dbają o uzupełnienie wiedzy poprzez plansze lub ekrany z tekstami, zdjęciami, a nawet materiałami wideo. Takich miejsc pojawia się coraz więcej i chyba nie sposób opisać je wszystkie. Wybrałem więc trzy, którymi jestem naprawdę zachwycony. Oto one:

63 dni chwały...

Muzeum Powstania Warszawskiego. Chyba polski prekursor pokazywania historii w sposób, jaki mam na myśli. Byłem tam co najmniej trzykrotnie i mógłbym wracać jeszcze wiele razy. Kto był, nie powinien mi się dziwić. To muzeum wciąga, a jednocześnie porusza patriotyczną stronę duszy. Zaraz po wejściu natrafia się na telefony z czasów wojny, przez które można posłuchać autentycznych wspomnień uczestników powstania warszawskiego. Na parterze wśród najciekawszych eksponatów warto wymienić replikę niemieckiego bunkra, oryginalne opaski powstańcze i drukarnię, w której znajdują się maszyny powielające i najróżniejsze publikacje z okresu okupacji. Warto dodać, że zwiedzający mają możliwość wydrukowania sobie własnego egzemplarza obwieszczenia o rozpoczęciu walk. Ponadto na tym

8

marzec/kwiecień 2016

poziomie można zobaczyć fragment elektrowni tramwajowej, która przed wojną znajdowała się w budynku muzeum. Atrakcyjna jest także sala kinowa, gdzie wyświetlane są materiały filmowe nagrane podczas powstania. Na parterze największe wrażenie robi jednak podwieszona tuż nad nim wierna replika samolotu Liberator B-24J, wykonana w skali 1:1. W model ten wmontowano autentyczne fragmenty takiego samolotu, zestrzelonego przez Luftwaffe podczas powrotu ze zrzutów nad Warszawą. Dzięki umieszczonym pod repliką interaktywnym ekranom, Liberatora można dokładnie obejrzeć z każdej strony. Dla mnie osobiście najlepsze na poziomie 0 jest jednak zejście do podziemi. Tam, obok wystawy „Niemcy w Warszawie”, można znaleźć rekonstrukcję fragmentu miejskich kanałów o wysokości około 110 centymetrów. Przejście tym tunelem, stanięcie w nim na rozwidleniu bardzo dobrze uświadamia, że taki sposób przemieszczania się po mieście był ryzykowny ze względu na łatwość utraty orientacji, a jednocześnie bardzo męczący z powodu konieczności ciągłego garbienia się. Moim zdaniem właśnie to miejsce bardzo przybliża zwiedzających do zrozumienia, co naprawdę oznaczało bycie powstańcem. Poświęcenie i ryzyko. Z kolei na pierwszym piętrze muzeum oglądający poznaje kontekst historyczny powstania i zapoznaje się z różnymi jego aspektami, takimi jak na przykład poczta powstańcza czy łączność radiowa. Gość może też obejrzeć mnóstwo zdjęć z czasów wojny i z bliska przyjrzeć się wspomnianemu już Liberatorowi. Bez wątpienia ciekawostką jest także kawiarenka „Pół Czarnej”, której wystrój odpowiada czasom międzywojnia. Z pierwszego piętra wiedzie prosta droga na antresolę, na której prezentowane są między innymi życie codzienne oraz służba medyczna podczas powstania. Można tu także obejrzeć kolejne kroniki filmowe oraz dowiedzieć się nieco więcej o wykorzystaniu kanałów przez powstańców. Zwiedzanie warto zakończyć na wieży, z której dzięki zdjęciom i dokładnym opisom współczesną panoramę Warszawy można skonfrontować z tą przedwojenną. Dodam jeszcze, że ciekawym pomysłem jest zbieranie podczas wizyty porozwieszanych po całym muzeum kartek

facebook.com/magazynsuplement

z kalendarza, które opisują powstanie dzień po dniu. To całkiem niezła pamiątka i skrócona lekcja historii. Z kolei po wyjściu z budynku dobrze jest podejść jeszcze do stojącego tuż przy nim Muru Pamięci. Tam wyryto nazwiska poległych powstańców, a lista ta jest wciąż uzupełniana. To miejsce także porusza, uświadamiając wielką skalę tej akcji zbrojnej. Muzeum Powstania Warszawskiego serdecznie polecam każdemu. Pozwala ono odczuć powagę powstania, ale nie nudzi i daje możliwość zwykłego zobaczenia „jak to było”. W zasadzie jedynym mankamentem tego obiektu jest jego rozmiar. Czasem można się pogubić, a poza tym obejrzenie, posłuchanie i przeczytanie wszystkiego jest w zasadzie niewykonalne. Każdy jednak powinien być w stanie z całej ekspozycji wykroić jakiś kawałek dla siebie.

Nowa walka o wolność

Europejskie Centrum Solidarności otwarto w 2014 roku. Ten wielki gmach, który powstał w Gdańsku na terenie dawnej stoczni, to siedziba organizacji pozarządowych, przestrzeń dla przeróżnych wydarzeń i miejsce na wystawy czasowe. Jak jednak można przeczytać na stronie Centrum, sercem nowej siedziby ECS jest wystawa stała, dedykowana historii Solidarności i ruchów opozycyjnych, które doprowadziły do przemian demokratycznych w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Opowiada ona tę historię w sposób dokładny, a przy tym bardzo wciągający. Budynek robi wrażenie już z daleka, nie tylko z powodu rozmiaru, ale także dlatego, że z zewnątrz pokryto go blachą corten w kolorze rdzy, co ma nawiązywać do stoczniowej przeszłości okolicy. Sama wystawa stała mieści się natomiast na pierwszym i drugim piętrze budynku i składa się z sześciu sal historycznych, opisujących lata 70. i 80. ubiegłego wieku oraz jednej kontemplacyjnej, którą to odwiedza się na końcu. Już na samym początku zwiedzania goście natrafiają miedzy innymi na wspomnianą już suwnicę Anny Walentynowicz, tablicę ze słynnymi 21 postulatami, a także instalacje z kasków i czapek stoczniowców. Z kolei na zmieniającej się ciągle mapie można dokładnie przeanalizować kolejność wybuchania strajków podczas Sierpnia 1980.


Kolejne sale pokazują między innymi życie w komunistycznym państwie, przybliżają historię protestów z grudnia 1970 roku, a także opisują czas odwilży po podpisaniu porozumień sierpniowych, ówczesny rozwój legalnej już „Solidarności” oraz bogate życie kulturalne w PRL. Wielką atrakcją jest też na pewno pomieszczenie poświęcone stanowi wojennemu. W nim już na wejściu stoi prawdziwy wóz milicyjny otoczony imitującą funkcjonariuszy instalacją z tarcz. Zaraz za nim znajduje się rekonstrukcja staranowanej bramy stoczni, a dalej między innymi cele, w których w tamtych czasach trzymano licznych dysydentów. W następnej sali można natomiast dowiedzieć się więcej o końcówce lat 80. oraz o przyczynach podjęcia wtedy dialogu przez władzę i opozycję. Zwiedzając tę część, ma się na przykład możliwość zajęcia jednego z miejsc przy Okrągłym Stole, a potem zobaczenia, jak niemal cały naród zmobilizował się przed wyborami w czerwcu 1989. Z tego, że zgodne działanie przyniosło zamierzony skutek, zdaje sobie sprawę każdy, kto choć trochę uważał na lekcjach historii. Ostatnie z pomieszczeń poświęconych niedawnej przeszłości pokazuje gościom rozpad bloku wschodniego, który to rozpoczął się właśnie od polskich wyborów. Tam też zwiedzający mogą na białej lub czerwonej karteczce zapisać swoje przesłanie dla świata i dołożyć je do innych, układających się w wielki napis „Solidarność”. Warto dodać, że pośród tych wszystkich, bardzo atrakcyjnych eksponatów umieszczono całe mnóstwo interaktywnych ekranów i paneli, na których można między innymi przeczytać szczegółowe opisy historyczne odnoszące się do niemal każdego pokazywanego zagadnienia, przejrzeć bogatą kolekcję zdjęć, zapoznać się z wypowiedziami mniej lub bardziej znanych ludzi oraz na wiele innych sposobów pogłębić swoją wiedzę i zrozumieć przeszłość. Właśnie z tego mogę ewentualnie uczynić jeden z moich dwóch zarzutów wobec wystawy. Prezentowanych informacji jest po prostu za dużo i człowiek nie jest w stanie przyswoić ich wszystkich. O ile na początku starałem się zapoznawać ze wszystkim, co dany ekran oferował, to po kilku godzinach kolejne panele przeglądałem już bardzo selektywnie i skrótowo. Inaczej się nie dało. Druga z moich uwag dotyczy natomiast złamanej chronologii. Zwiedzanie, jak już wspomniałem, zaczyna się od sierpnia 1980, by później cofnąć się do lat 70., potem przeskoczyć do momentu zalegalizowania „Solidarności” i dopiero od tego miejsca poruszać się zgodnie z kalendarzem. Nie jest to może bardzo problematyczne, ale wprowadza pewne zamieszanie. Mimo wszystko wystawę stałą w Europejskim Centrum Solidarności rekomenduję wszystkim czytelnikom. Dotyczy ona spraw, które, jak sądzę, powinny nas obchodzić, a zrobiona jest w sposób atrakcyjny, intrygujący i myślę, że każdy potrafi znaleźć w niej coś, co go zainteresuje.

Dobre, bo śląskie!

Ostatnim muzeum, które prezentuję, jest nasze, katowickie Muzeum Śląskie, którego nową siedzibę otwarto w czerwcu ubiegłego roku przy

ulicy Tadeusza Dobrowolskiego. Właśnie tam, wśród innych znakomitych ekspozycji, kryje się wystawa „Światło historii. Górny Śląsk na przestrzeni dziejów”. To ona w prześwietny, nowoczesny sposób prezentuje gościom historię naszego regionu. Wszystko zaczyna się od przejścia przez kopalnianą szatnię łańcuszkową, która już na samym początku podkreśla górniczą przeszłość Śląska. Potem następuje skok w przeszłość i opisane są dzieje najdawniejsze, średniowiecze oraz epoka przedindustrialna. Czasom tym poświęcono stosunkowo mało miejsca, ale warto zwrócić uwagę na spory model cieszyńskiej rotundy z XII wieku, a w wirtualnej księdze poczytać o miejscowych książętach, śląskich Piastach. Niektórych z pewnością zainteresuje też przejrzysta wizualizacja maszyny parowej, bo to od tego mechanizmu zaczęły się na Śląsku głębokie przemiany. Dalsza część ekspozycji opisuje XIX wiek, zwłaszcza rozwój przemysłowy w tym czasie, rozrastanie się miast i wyrastanie nowych osiedli, a także ukazuje życie codzienne Ślązaków. Uwagę zwraca imitacja eleganckiej kawiarni oraz zrekonstruowany fragment ubogiego domu z tego okresu. Idąc dalej, natrafia się już na fragment ekspozycji poświęcony wojnom światowym oraz dwudziestoleciu międzywojennemu. Duże wrażenie robi kawałek ulicy z tego okresu z fantastycznymi witrynami sklepowymi oraz szyldami po polsku i niemiecku. Nie zapomniano także o plebiscycie. Szczegółowa mapa dokładnie pokazuje, jak głosowano w poszczególnych miejscowościach, a na uwagę zasługuje także instalacja złożona z plakatów agitujących, które spokojnie mogłyby wisieć w tamtych czasach na ulicach śląskich miast. Dalej, już w części zajmującej się drugą wojną, wyjaśniono między innymi kwestię volkslisty oraz zaprezentowano gilotynę, na której w tamtym okresie Niemcy ścinali Polaków. Zaraz potem ekspozycja pozwala na pogłębienie wiedzy na temat powojennych przesiedleń. Tu uwagę przyciąga spory wagon towarowy, bo przecież w takich podróżowali repatrianci. Końcówka wystawy prezentuje losy Śląska w komunistycznej Polsce. Oprócz zapoznania się z historią wielkich inwestycji i ważnych zdarzeń, można też wejść do pokojów przeniesionych jakby wprost z hotelu robotniczego i ze zwykłych mieszkań. Meblościanka, wersalka, liczne proporczyki, winyle i wycinki z gazet u starszych budzą sentyment, a młodszym przybliżają nieodległą przeszłość. To ciekawe, ale mi osobiście jeszcze bardziej spodobał się model bloku mieszkalnego, przy którym można przez okna zaglądać ludziom do mieszkań i obserwować ich krzątaninę. Atrakcją jest też pomarańczowy „maluch” na środku i ukryte w nim papierosy oraz ciemnia fotograficzna urządzona w łazience. Niewielki fragment ekspozycji skupia się na tragedii Dziewięciu z Wujka, a na sam koniec można przyjrzeć się jeszcze kolekcji popularnych swego czasu drobiazgów, w tym różnych zabawek. Narracja kończy się mniej więcej u schyłku PRL i, moim zdaniem, trochę szkoda. Chociaż kawałeczek tej długiej wystawy można

facebook.com/magazynsuplement

było poświęcić czasom najnowszym, gdy przed Śląskiem otwierają się nowe perspektywy. Należy zaznaczyć, że przez całą trasę ekspozycji „Światło historii. Górny Śląsk na przestrzeni dziejów” wszelkim obiektom i instalacjom towarzyszą liczne plansze z wyjaśnieniami i opisami. Gęsto rozmieszczono też interaktywne ekrany, na których można przeczytać więcej i obejrzeć te zdjęcia, których nie umieszczono na ścianach wystawy. Tak przedstawionych informacji, choć mniej niż w Europejskim Centrum Solidarności, jest i tak bardzo dużo. Moim zdaniem nie sposób zaznajomić się ze wszystkimi. Próbowałem, ale poległem, a samą ekspozycję zwiedzałem na raty i łącznie zajęło mi to dobre kilka godzin. Za fantastyczną sprawę uważam natomiast efekty dźwiękowe, które towarzyszą gościom przez niemal całe zwiedzanie. Do poszczególnych fragmentów wystawy dopasowano przeróżne głosy, które nawołują, krzyczą czy dyskutują. Przy części o repatriantach są to na przykład głośno wyrażane obawy czy opinie na temat celu podróży. W moim odczuciu wykorzystanie w ten sposób dźwięku sprawia, że można poczuć się jak uczestnik poznawanej historii. Znajdą się jednak pewnie tacy, którym głosy te będą przeszkadzały w zwiedzaniu. Cóż, nie da się zadowolić każdego. Ja w każdym razie jestem usatysfakcjonowany. Ostatni smaczek, o jakim chciałbym wspomnieć w kontekście wystawy historycznej w Muzeum Śląskim, to fakt, że oprócz tego, że wszelkie opisy pojawiają się tam po polsku, angielsku i niemiecku, to przy niektórych panelach interaktywnych dodatkowo jako język można wybrać śląski. Uważam to za bardzo miły akcent.

Do muzeów marsz!

Nie oszczędzając słów, opisałem tu trzy wystawy, które przybliżają historię, czy to regionu, wydarzenia czy całej ich serii. Choć jedna z ekspozycji znajduje się na południu Polski, druga w centrum, a trzecia na północy, to łączy je to, że przedstawiają przeszłość w sposób barwny, ciekawy i interaktywny, pozwalający poczuć się uczestnikiem wydarzeń. Robią to poprzez otwarcie eksponatów na ludzi, dobre rekonstruowanie brakujących obiektów oraz przy wykorzystaniu nowych technologii. To mieszanka prawie doskonała. Na koniec należałoby zaznaczyć, że tego typu muzeów jest w Polsce coraz więcej. Wystarczy wymienić krakowskie Podziemia Rynku, które w naprawdę wciągający sposób opisują historię dawnej stolicy lub przywołać Muzeum Historii Żydów Polskich, którego co prawda jeszcze nie miałem okazji odwiedzić, ale chętnie zrobię to przy najbliższej okazji, bo wygląda naprawdę obiecująco. Nie trzeba zresztą szukać tak daleko. Muzeum Historii Katowic także oferuje bardzo atrakcyjne wystawy, chociażby te pokazujące z bliska, jak kiedyś mieszkano na Śląsku. Warto przekonać się samemu! Michał Denysenko (www.cogryziedenysa.blog.pl) michal.denysenko@gmail.com

marzec/kwiecień 2016

9


społeczeństwo

Całuję lepiej, niż gotuję Gdybym przypadkiem poznała obłąkanego milionera, który postanowiłby płacić zbankrutował, a ja już nigdy nie musiałabym sprzedawać tekstów redaktorowi nad głową widmo literackiej sławy Dwa tygodnie temu obcięłam włosy. Na krótko. Na chłopca. (Musicie się przyzwyczaić do tego, że moje teksty zawsze będą balansować na skraju nieakceptowalnej prywaty a artykułu o dość miernej zawartości merytorycznej). Pozbyłam się zbędnych kilkuset gramów kłaków o nieco marnej jakości. Zgubiłam jedną z cech charakterystycznych. Niedługo miałam przekonać się o tym, że na własne życzenie zrzekłam się też prawa do kobiecości. Sama byłam tak nieskończenie zadowolona ze swojej decyzji, że nawet nie przyszło mi do głowy, że pojawi się człowiek, który znajdzie powód do przerwania tej niepoprawnej radości. Niestety − już tego samego dnia przeżyłam przykre zderzenie z rzeczywistością. Najczęstszy komentarz związany z wynikiem wizyty u fryzjera kłóci się z moim sposobem logicznego odbioru świata. No trudno. Odrosną. O ile mi wiadomo, poza skrajnymi przypadkami związanymi najczęściej z niefortunnymi dolegliwościami skóry głowy, włosów nie obcina się po to, żeby odrosły. Obcina się je po to, żeby były krótkie. Niesamowicie dziwi mnie fakt, że w czasach Męskiej Regulacji Brwi kobieta ścinająca włosy wciąż wzbudza powszechne rozżalenie. Okrutnie oskarżona o dobrowolne pozbycie się jednego z czołowych atutów, zaczęłam zastanawiać się nad tymi, które mi pozostały. Doszłam do przykrego wniosku. Większość z nich obecnie nie jest społecznie akceptowana.

 kok wstecz, S czyli co myślę o Twojej babci

Kiedyś kobiety od samego początku wychowywane były właśnie na kobiety. Nie mówię tu

10

marzec/kwiecień 2016

o odległych czasach, kiedy nie mogłyśmy nawet marzyć o głosowaniu w wyborach czy prowadzeniu pojazdów. (Czasem myślę, że jedno z wymienionych praw jednak powinno zostać nam raz na zawsze odebrane). Już w pokoleniu naszych dziadków możemy znaleźć przykłady, które mnie interesują. To do babci idziesz, kiedy potrzebujesz skrócić spodnie, upiec drożdżowe ciasto czy własnoręcznie zrobić na drutach przesłodzony walentynkowy szalik dla swojego chłopaka. Idziesz do babci, bo kiedy ona była młoda, Facebook, Tinder, karnety fitness jeszcze nie istniały, a kobieca prasa nie stała się jeszcze tak bezdennie głupia. Twoja babcia brała pod uwagę to, że kiedyś wyjdzie za mąż i to na nią spadnie obowiązek prowadzenia domu. Nie odbierała tego jako ujmy na honorze i ataku na jej niezależność. Wiedziała, że to zwyczajny element życia, który w żaden sposób nie ogranicza jej możliwości do równoległego samorozwoju. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu do przeciętnego człowieka nie przylepiała się jak rzep chorobliwa, przerośnięta, często sztucznie narzucona ambicja.

COSMO-BZDURY

Na skutek działania różnych ruchów pseudoreformacyjnych, których obiegowych nazw nie będę tutaj przytaczała, na każdym kroku jesteśmy narażone na przymusową rywalizację z płcią przeciwną. Skrupulatnie podkreślana niezależność z prawa powoli staje się obciążeniem − podatkiem, który nieodwołalnie musisz składać na poczet rozwoju myśli współczesnej. Chorobliwe podkreślanie znaczenia indywidualizacji jednostki sprawia, że wszystkie jesteśmy już takie same. Każda z nas przecież przez całą świadomą część istnienia próbuje wypracować w sobie umiejętność wstawania

facebook.com/magazynsuplement

przed świtem, spożywania pięciu racjonalnych posiłków dziennie, pozytywnego myślenia i układania sobie życia bez względu na przeciwności losu.

 ikt nie spodziewa się N Sportowej Inkwizycji

We współczesnej „literaturze niskiej”, do której zaliczam teksty publikowane w internecie, popularną prasę i wysokonakładowe „lekkie” książki, jakie znajdziesz na półce bestsellerów w każdej przeciętnej księgarni, dostrzegam tendencję do kreowania dwóch kontrastowych wizerunków statystycznej kobiety współczesnej. Pierwszy z nich tworzą najczęściej same przedstawicielki płci pięknej, które swoją wiedzę na temat świata i relacji międzyludzkich opierają głównie na serialach typu Desperate Housewives. Cechą charakterystyczną tego stylu jest przejmowanie ideologii popularyzowanych przez pewną trenerkę, która pomogła w zrzuceniu kilku kilogramów co drugiej Polce. Powtarzanie powszechnie znanych banałów w połączeniu z bezpośrednimi zwrotami do adresata tworzą jednolitą papkę, która wraz z wyrzutami sumienia wleje się w każdy możliwy otwór Twojego ciała. Wyparuje razem z potem, wypłynie razem ze łzami bólu i zmęczenia. Nie neguję w tym momencie starego przysłowia: w zdrowym ciele zdrowy duch, bo sama uważam, że ciężko czerpać pełnię radości życia, zaniedbując samą siebie, jednak mam wrażenie, że z dnia na dzień kładziemy na to coraz większy nacisk. Nocami nie chcę zasypiać, bo boję się, że o świcie obudzi mnie Sportowa Inkwizycja, która siłą wywlecze mnie z ciepłego łóżka i zaciągnie na najbliższą siłownię. Brzmi to absurdalnie, ale przecież nikt nie spodziewa się tej Sportowej Inkwizycji. Innym znakiem pozwalającym rozpoznać ten


mi za każdy absurdalny wybór i pochopnie podjętą decyzję – biedny facet by naczelnemu tego pisma. Żartuję. Nic nam nie płaci, robimy to przez krążące typ jest wypracowana niezależność i umiejętność wyciszania i sztucznego rozbudzania swojej strefy emocjonalnej. Na co dzień musisz być silną, pewną siebie kobietą sukcesu. Przy swoim facecie słodką, wrażliwą księżniczką. Chyba, że Cię zostawi. Wtedy masz o nim zapomnieć ot tak, szybciutko. Jesteś w końcu opanowana, rozsądna i trzeźwo podchodzisz do swoich zakłamanych i przelotnych rozstrojów serca. Samowystarczalność, samodyscyplina, samorozwój, samolubność. Samozwańcza Królowa Życia. Samotność. Samozagłada.

 iałaś już być moją żoną, M ale dalej bez zmian

Drugi popularny wizerunek kobiety XXI wieku to wyjęty z Trójkąta Warszawskiego obiekt westchnień Taco Hemingwaya. (Odwołuję się do popularnej ostatnio twórczości, bo na próżno byłoby szukać wizerunku kobiety współczesnej w dziełach minionych, które, mimo że charakteryzują się większa wartością literacką, raczej nie mają za wiele wspólnego ze współczesnością. Przykro mi). Ten typ białogłowy możemy też łączyć w pewien sposób z poprzednim, bo tak, jak mówiłam wcześniej – masowo docierają do nas te same wzorce, które prowadzą do częściowego ujednolicenia, więc ciężko tu nawet o wyraźne granice między dwoma wyodrębnionymi odmianami przedstawicielek płci pięknej. Wyniosła, nieco wulgarna Jola Nielojalna. Taka, która nie odbiera telefonów, a on zachęcony odrzuceniem wysyła listy. Niedostępna. On bez przerwy ściga ją po wieczornej Warszawie, codziennie przemierzając ten sam szlak nocnych klubów i miejsc, gdzie za barem krząta się pan Roman. Podmiot liryczny opowiadający swoją śmierdzącą papierosowym dymem historię

niczym bohater Gry w klasy Julio Cortázara chodzi, nie szukając jej, ale wiedząc, że chodzi po to, żeby ją znaleźć. Ogląda swoją byłą ukochaną jako bohaterkę mniej lub bardziej dostojnych scen rodzajowych. Szedłem za tobą i widziałem mnóstwo. Na przykład jak znikasz z nim tanią taksówką. Na przykład jak kroczysz jak prawdziwe bóstwo, a krok twój wyraźnie huśtany jest wódką. Ciężko byłoby doszukać się choćby trzech pozytywnych cech kobiety, w której kocha się młody Warszawiak, jednak dzięki odpowiedniej kreacji anonimowa, pozbawiona imienia panna X jawi się nam jako ósmy cud świata.

Kobieto, puchu marny!

W tym momencie mój podział zaczyna się coraz bardziej komplikować, bo okazuje się, że ten typ jest też częstym elementem artykułów na jednym z popularnych blogów podejmujących wątek relacji damsko-męskich obecnego pokolenia. Niestety, tym razem z wypowiedzi zarówno właściciela bloga, jak i nadsyłanych przez czytelników listów wynika, że normalnych kobiet już nie ma. Wszystkie są zepsute do szpiku (coraz wyraźniej wystających) kości przez pracoholizm, czerwone wino, głupawe przyjaciółki, kompleksy i poczucie niespełnionej ambicji. Kobiety stają się tu jednolitą szarą masą, która sztucznie usiłuje nadać sobie więcej sensu. Poszczególne jednostki próbują wybić się, wyłamać, wyróżnić, ale wszystko na nic, bo w ich naturze leży niezdecydowanie, nieumiejętne ocenianie sytuacji, nierozważność, niewierność, nie, nie, nie… Ogólnie wszystko jest beznadziejne. Mężczyźni, pomimo najlepszych chęci, skazani są na traktowanie nas przedmiotowo. Taka jest kolej rzeczy. Jasne.

facebook.com/magazynsuplement

Wnioski zostały obcięte.

Kiedy zaczynałam pisać ten tekst, miałam dokładnie ustaloną treść przesłania, które chcę w nim zawrzeć. Niestety minęło kilka godzin i nie jestem już pewna swojego zdania. W końcu też jestem kobietą i mam niezbywalne prawo do nieracjonalnych zmian decyzji. Zostawiam Was z totalną swobodą w interpretacji powyższych wywodów. W ramach konkluzji pozwolę sobie zacytować jedną z moich najbliższych przyjaciółek: Przerąbane jest być kobietą. W sumie facetem też. W ogóle przerąbane jest być. Dziewczyny, miejcie na uwadze to, że świat próbuje wciskać nas w wyimaginowane ramy. Może to, że jakiś mężczyzna patrzy na Ciebie nieprzychylnym wzrokiem, nie zawsze jest spowodowane tym, że przyleciał z Marsa i nie umie się poznać na Twoim uroku. Może w pogoni za jędrnymi pośladkami i wysoką pensją zapomniałaś o swoich mniej namacalnych atutach. Może zmarnowałam kilka godzin z życia na pisanie kolejnego tekstu, który tak naprawdę nic nie wnosi, a Ty kilka minut na czytanie wypocin literackich niespełna dwudziestoletniej kobiety, która w dodatku nie ma już długich włosów. Mężczyźni, chwalcie nas częściej, bo ciężko jest być. Nie pozwólcie, żeby desperacja popychała nas do klikania niezliczonej liczby zielonych serduszek na Tinderze tylko po to, żeby utwierdzić się na nowo w przekonaniu, że ktoś nas jednak docenia. Nie tędy droga. No to… którędy? Stella Kostyła (www.stelciak.blogspot.com) Oferty matrymonialne proszę kierować na stelciak@gmail.com PS Nie jestem zmotoryzowana

marzec/kwiecień 2016

11


społeczeństwo

MEMENTO Na początku było słowo. I obraz. I czasami dźwięk. Po prostu na początku był mem. I wszystko zostało oddane mu we władanie... Nasi Drodzy Czytelnicy prawdopodobnie podchodzili ostatnio do sesji, dzięki czemu tematyka memów nie jest im obca. Bo to właśnie w świat obrazków z Kwejka, tudzież innego 9gaga najchętniej uciekają ci, którzy powinni raczej przeglądać dwudziestostronicowe skrypty pełne ważnej, naprawdę WAŻNEJ wiedzy. Gdy jednak spędzimy już nad pierwszym zdaniem tekstu około trzech minut, nadchodzi idealna pora, by zobaczyć śmieszny wizerunek kota. Mało kto jednak zastanawia się nad istotą tego niezwykle czasochłonnego zjawiska.

Johnny Memetic

Niech więc zrobi się na moment poważnie. W genetyce istnieje pojęcie jednostki ewolucji biologicznej. A mówiąc po ludzku, mamy do czynienia z genem. Istnieje jednak także teoria ewolucji kulturowej, zwana memetyką, w której jednostką doboru jest... Tak, zgadliście. Co ważne, mem jest nieodłącznie powiązany z naśladownictwem, kopiowaniem − to też brzmi znajomo, prawda? Mówimy tu o jednostce informacji, która może zostać zapisana na nośnikach sztucznych, takich jak płyta CD, pendrive w kształcie hamburgera albo w najzwyklejszej w świecie książce. Może też być zapisana w mózgu każdego z nas (chociaż czasami powątpiewam w to stwierdzenie...). Co ciekawe, istnieje również pojęcie pokrewne − „wirus umysłu”, które zostało opisane w książce o tym samym tytule, autorstwa Richarda Brodiego. To nic innego, jak bezużyteczne zespoły memów, replikujące się w ludzkich jaźniach. W ten sposób dochodzimy powoli do ulubionego miejsca każdego z nas − INTERNETU.

 ook at my meme, L my meme is amazing

Idea internetu jako wirtualnego miejsca, w którym miała zostać zebrana cała wiedza

12

marzec/kwiecień 2016

i całe dotychczasowe doświadczenie ludzkości, była nader szlachetna. W praktyce internet to jednak miejsce, gdzie zdecydowaną większość treści stanowi pornografia we wszelkich możliwych konfiguracjach, a następnie mniej lub bardziej humorystyczne obrazki, filmiki i gify. Czy to źle? Możliwe. Czy stanowi źródło rozrywki pod każdą szerokością geograficzną? Z całą pewnością. Ciężko jest określić, kiedy pojawiły się pierwsze memy w formie zbliżonej do tych teraźniejszych. Większość sieciowych weteranów jako jeden z najstarszych wskazuje Hampster Dance. Była to strona zawierająca całe szeregi gifów przedstawiających tańczące chomiki. Jako tło muzyczne wykorzystano... no wiecie, di - di - da - di - di - do - do i temu podobne. Wraz z rozwojem internetu rozwinęła się także memetyka. Wkrótce po tym, jak coraz więcej gospodarstw domowych wyposażono w szerokopasmowe łącza sieciowe, a kafejki internetowe spotkał niechybny koniec, internauci zaczęli przelewać swoją kreatywność w filmy i grafiki. Pokolenie lat 90. i późniejszych na własne oczy mogło się przekonać, jak kolejne wirtualne mody i fenomeny zyskują popularność, a potem zamieniają się w mgliste wspomnienia. Jak ludzie tracą czas najpierw na bash. org.pl, potem na Demotywatorach, a następnie na Kwejku, podczas gdy ich matki albo szefowie krzyczą coś o obowiązkach. No, a jak to się mawia, z wielkim facetem śpiewającym Numa Numa przed kamerą przychodzi wielka odpowiedzialność. Czy jakoś tak.

[ZOBACZ MEMY]

Jak rozpoznać, że coś jest mainstreamowe i nie można się już tym pochwalić w Starbucksie? Media głównego nurtu biorą to na tapetę. Na najpoważniejszych, zdawałoby się, portalach,

facebook.com/magazynsuplement

w gazetach, a nawet w telewizji coraz częściej serwuje się nam treści, które w „internetach” w błyskawiczny sposób zdobywają popularność. Efekt jest przeważnie nieciekawy, bo to tak, jakby Wasz wujek Janusz próbował Wam zaimponować, nosząc airmaxy i fullcap. Nim w telewizji śniadaniowej pojawi się Harlem Shake, na YouTubie ludzie już zdążą wylać sobie na głowę kubełek pełen lodowatej wody w ramach ice bucket challenge. Ale jest to jednak wyraźny sygnał, że bez kopiowania pewnych informacji nie jesteśmy już w stanie żyć. Zrozumiał to także świat biznesu, który w ramach marketingu wirusowego sprawia, że klienci sami z siebie reklamują dany produkt. Przykład? „No to frugo” sprawiło, że ludzie byli gotowi wydłubać sobie nawzajem oczy, byleby tylko zwykły sok wrócił na półki sklepowe. No a przecież reklama internetowa, dzięki korzystaniu z bardzo mądrych algorytmów, może z łatwością dotrzeć do odpowiedniej osoby... Twórcy reklam doskonale to rozumieją. Nie każdy jest jednak w stanie pojąć pewne zjawiska, które zachodzą na ekranie komputera.

Sztuka trollowania

Znalazłem na Facebooku pewną stronę. Nazywała się Konie są tępe. Wrzucano tam treści wyśmiewające konie − po prostu. Fanpage ten jednak w sposób intencjonalny podburzał dwunastolatki do ataków histerii, które kierowały w stronę twórców. Teraz więc mała odezwa do Czytelników. Nie bądźcie umysłowymi dzieciakami, które dają się trollować − a takie przypadki spotykam codziennie. Cieszcie się memami i nie dajcie sobie zepsuć przez nie dnia. Bawcie się dobrze. Skoro dawno już przestaliście robić coś pożytecznego, lenie. Paweł Czechowski czechowskipj@gmail.com


Dobrze posłuchać

podcastu Dopóki kierowanie samochodami należy do kierowców, polska radiofonia żyje i ma się dobrze. Jasne, na deskach rozdzielczych coraz częściej pojawiają się telewizory, ale póki co ich zastosowanie nie jest szczytem wygody ani tym bardziej rozwagi Podczas porannej szamotaniny, skupienie się na ekranie jest równie kłopotliwe jak w trakcie prowadzenia samochodu – na tym polu radio może nawiązać równą walkę z telewizją, albo nawet ją przebić. Czego słuchamy w obu powyższych przypadkach zamiast radia? Muzyki – nieważne, czy z kompaktu czy z serwisu streamingowego, w przeciwieństwie do radia, sami decydujemy, co rozbrzmi w naszych głośnikach. Szkopuł w tym, że radio to nie tylko muzyka, niemniej istotną częścią składową są audycje. Czym byłoby radio bez ciepłego głosu radiowca? Na polu pierwiastka ludzkiego radio również nie okazuje się bezkonkurencyjne. Istnieje kilka teorii, skąd wzięło się określenie podcast – najwiarygodniej brzmi kombinacja słów broadcast (audycja) i iPod, bo na tych małych odtwarzaczach „empetrójek” podcasty zadebiutowały. Były oparte o odchodzącą do lamusa technologię RSS, dzięki której każdy słuchacz mógł nadążyć za kolejnymi odcinkami. Podcast to w zasadzie audycja radiowa. Jedyną różnicą jest fakt, że nie słucha się go na żywo, ale na dowolnym urządzeniu odtwarzającym pliki mp3. Czy w takim razie nagraną audycję radiową można nazwać podcastem? Jak najbardziej! Co więcej, wiele światowych radiostacji udostępnia w ten

sposób swoje audycje. To nic wobec ilości i różnorodności podcastów powstających oddolnie, dzięki niespełnionym radiowcom i hobbystom. Niezmiennie od skoku popularności w 2005 roku, podcast jest bardzo popularną formą – szczególnie w Stanach Zjednoczonych. W Polsce powstaje mnóstwo podcastów na rozmaite tematy, ale mało kto ma świadomość o istnieniu tego medium. Żeby nie zostawić Czytelnika z niczym, polecę kilka polskich podcastów. Przyjąłem kryterium, że będę polecał tylko te, których słucham regularnie, a że sporo gram i interesuję się popkulturą, to będą wyłącznie audycje dla geeków. Zainteresowani innymi dziedzinami bez przeszkód odszukają coś dla siebie na polskiepodcasty.pl, podcast.pl czy po prostu na App Store. Forumogadka - najpopularniejszy i najbardziej kultowy podcast o grach prowadzony w luźnej, kumpelskiej atmosferze, a przy tym całkiem merytoryczny. Comics Weekly- to stosunkowo świeża rzecz, ale szybko zdobyła popularność eksplorując niszę komiksów od DC i Marvela. Prawdziwa gratka dla początkujących komiksiarzy. Dwóch i Ten Trzeci – w każdym odcinku, poza prowadzącymi, pojawia się gość z branży polskich twórców gier i growych dziennikarzy. Gratka dla

Niezmiennie od skoku popularności w 2005 roku, podcast jest bardzo popularną formą – szczególnie w Stanach Zjednoczonych. W Polsce powstaje mnóstwo podcastów na rozmaite tematy, ale mało kto ma świadomość o istnieniu tego medium

facebook.com/magazynsuplement

chętnych do przyjrzenia się branży gier wideo od kuchni. After the Credits – podcast portalu moviemag. pl wyróżnia profesjonalizm i obeznanie prowadzących w temacie filmów. Prowadzą oni rzeczowe dyskusje o filmach bez rozróżniania na kino ambitne i popcornowe. Chciałbym nagrać coś swojego – prędzej czy później taka myśl nachodzi wielu słuchaczy podcastów. Dla niektórych przygoda kończy się na wymownym westchnięciu i słowach, że „fajnie by było, ale się nie nadaję”. Pozostałym wystarczy uzbroić się w mikrofon i znaleźć kompana lub kompanów do rozmowy, a od biedy nagrać ją samemu. Na początek w zupełności wystarczy tani headset. Większe inwestycje przyjdą z czasem. Nagrywać można dosłownie o wszystkim, a co do predyspozycji, umiejętność rozmawiania jest całkiem powszechna. Jeżeli radiowcy-amatorzy nie są w stanie nagrywać w jednym pomieszczeniu, zawsze można nagrać rozmowę za pomocą jednej z darmowych wtyczek do Skype, a później już tylko obciąć zbytki w służącym do tego programie, na przykład Audacity i udostępniać! To szlachetne medium. Jest intymne, stanowi idealną przestrzeń dla długich rozmów i potrafi wciągnąć do reszty. Bywa, że nie mogę doczekać się kolejnej podróży, choćbym wyjeżdżał na uczelnię w okolicach piątej nad ranem, bo akurat wyszedł nowy odcinek któregoś z moich ulubionych podcastów. W prawdzie raptowne wybuchy śmiechu, kiedy jadę pociągiem z słuchawkami, trochę niepokoją współpasażerów i nie zawsze udaje mi się zasymulować kaszel, ale przynajmniej każdą podróż spędzam w doborowym towarzystwie. Dominik Łowicki (www.tudominik.pl) domilowi@gmail.com

marzec/kwiecień 2016

13


społeczeństwo

Życie z pasją Ma 22 lata. Pochodzi z Dąbrowy Górniczej. Tatuażem zajmuje się prawie od dwóch lat, a nazywa się – Marta Kozińska. Bardziej znana pod pseudonimem OhMarly. Jak wygląda jej praca? Jaki ma stosunek do tatuaży? Jak nauczyła się tej sztuki? Czy życie artysty to dobry pomysł na biznes? Sprawdźcie sami! O czym myślisz podczas tatuowania? Kiedy tatuuję, głównie rozmawiam z klientem, poznaje go bliżej. Jednak w większości czasu skupiam się na tym, co robię, aby praca została dobrze wykonana. Dlaczego zostałaś tatuażystką i kiedy zorientowałaś się, że chcesz robić to na co dzień? Sam pomysł pojawił się z dnia na dzień. Choć już wcześniej interesowały mnie tatuaże i oglądałam pracę innych artystów. Jednak nigdy nie myślałam, że mogłabym się tym zajmować na poważnie. Na etapie, gdy robiłam projekty na T-shirty pomyślałam – dlaczego by nie spróbować? Skoro interesowałam się malarstwem i grafiką już od najmłodszych lat. W ciągu dwóch miesięcy od pomysłu rzuciłam dotychczasową pracę, zakupiłam sprzęt i otworzyłam studio. Jak zareagowała Twoja rodzina na ten fakt?

14

marzec/kwiecień 2016

Początkowo rodzice nie byli przekonani do tego pomysłu na życie, ponieważ – nie ukrywajmy – był to skok na głęboką wodę. Jednak, kiedy wszystko zaczęło się rozwijać, wiedzieli, że jest to coś, czym chcę się zajmować. Bardzo mi pomagali i wspierali w moich działaniach. Swoją drogą, mój tata uwielbia tatuaże. Nosi na sobie dwie moje prace. Dlatego myślę, że rodzice są zadowoleni z faktu, iż córka robi to, co kocha. Jak nauczyłaś się sztuki tatuażu? Jestem samoukiem. Do wszystkiego doszłam sama, poprzez czytanie forów i ćwiczenia. Jak wyglądają takie ćwiczenia? Wykonujesz tatuaż na sztucznej skórze bądź bananach i mandarynkach. Pierwszy tatuaż na ludzkiej skórze zrobiłam sama sobie. Później zaczęłam tatuować ludzi, którzy bezproblemowo zgłaszali się ze świadomością, że przychodzą do

facebook.com/magazynsuplement


młodej i uczącej się osoby. Wykonując tatuaże, za każdym razem odkrywałam coś nowego, a najwięcej uczyłam się na własnych błędach. Jakie predyspozycje musi mieć osoba, która chce zacząć to robić? Na pewno musi mieć dużą wyobraźnię oraz wielkie samozaparcie. Taka osoba nie może się poddawać. Jeśli coś jej nie wyjdzie, to po prostu musi jeszcze więcej ćwiczyć. Wiele osób myśli, że przede wszystkim musi świetnie rysować. Fakt, to pomaga, ale znam wielu świetnych tatuażystów, którzy przygotowują projekty w programach graficznych. Tatuaż to pasja czy raczej pomysł na życie? Myślę, że oba te pojęcia można ze sobą powiązać. Skoro masz pasję, to chcesz z nią związać jak najwięcej własnego czasu – czyli swoje życie. Gdyby nie ona, to nie byłabym w tym miejscu, w którym obecnie się znajduję. Nie rozwijałabym się. Ta pasja sprawia, że mam motywację, aby robić coraz lepsze prace i projekty. Natomiast, jeśli traktowałabym tatuowanie jako sam sposób na życie, zarobek, to ludzie również by to zauważyli, przez co nie oddawaliby się w moje ręce. Każdego klienta traktuje indywidualnie. Dużo z nim rozmawiam na temat projektu i angażuje się w każdy z nich w takim samym stopniu. Od jak dawna zajmujesz się profesjonalnym tatuowaniem? Nie uważam się za profesjonalistkę. Człowiek uczy się całe życie. Również w tym zawodzie nie da się stać w miejscu. Trzeba się ciągle rozwijać i uczyć czegoś nowego. Samym tatuowaniem zajmuje się od prawie dwóch lat. Ciężko założyć własną działalność gospodarczą? Nie. Założenie własnej działalności gospodarczej to prosta sprawa. Oczywiście trzeba poświęcić na to trochę swojego czasu. Najlepiej znaleźć jakąś osobę, która się na tym zna i będzie mogła w razie wątpliwości po prostu doradzić. Czy napotykałaś jakieś trudności podczas zakładania biznesu? Nie wiem, czy możemy nazwać to trudnością, ale najwięcej czasu zajęły mi rzeczy techniczne i sanepid. Na pewno trzeba być cierpliwym i wytrwałym. Czy miałabyś jakieś porady dla osób, które chciałyby założyć swoją działalność gospodarczą? Niekoniecznie związaną z tatuażem. Kto nie ryzykuje, ten nie ma. Warto jest spróbować, ponieważ założenie działalności nie jest trudną rzeczą, a jeśli się nie uda, to w każdym momencie można ją po prostu zamknąć. Wiem, że aktualnie tatuujesz w salonie piękności. Jak reagują klientki, kiedy przychodzą i widzą wytatuowaną dziewczynę, która właśnie robi „dziarę” innej osobie? Tak, to prawda. Nie spotkałam się jednak z tym, aby któraś z klientek kosmetyczki źle zareagowała. Zazwyczaj są to stałe klientki, które już mnie znają i z zafascynowaniem patrzą, co robię. Po prostu są ciekawe. Czy planujesz w przyszłości rozwinąć swój salon? Przeprowadzka? Większy lokal? A może zatrudnisz ludzi? Kiedy zaczęłam swoją przygodę z tatuażem, założyłam salon ze swoim przyjacielem, który zajmował się piercingiem. Niestety nie potrafiliśmy się dogadać i nasze drogi się rozeszły. Dlatego musiałam znaleźć jak najszybciej nowe miejsce, gdzie mogłam tatuować. Ze względu na to, że otworzenie nowego salonu nie wchodziło w rachubę (trwałoby to około pół roku), znalazłam

ciąg dalszy na s. 16 ► facebook.com/magazynsuplement

marzec/kwiecień 2016

15


Źycie z pasją

ciąg dalszy s. 15 ► pomieszczenie u kosmetyczki. Wszystko po to, aby nie przerwać działalności. Aktualnie mam dwie pracownie – w Będzinie i Krakowie. Planuję za jakiś czas założyć studio w Krakowie, jednak nie chce nikogo zatrudniać. Czy odmawiasz wykonania jakiegoś tatuażu? Tak, często zdarza się, że odmawiam zrobienia jakiegoś projektu. Zazwyczaj są to prace realistyczne, których nie wykonuje. Zajmuje się głównie grafiką i tylko w tym stylu mogę stworzyć pracę. Czy w branży zdarzają się trudni klienci? Ludzie są różni. Zdarzają się klienci wymagający, którzy chcą obejrzeć projekt dużo wcześniej. Są też tacy, którzy dają mi wolną rękę, jedynie opisując swój pomysł i piszą – rób, co chcesz. Nie można powiedzieć, że klient jest trudny. Po prostu każdy ma swoje wymagania. Szczególnie, jeśli robisz coś, co będzie mu towarzyszyć do końca życia. Dlatego klienci chcą mieć stuprocentową pewność przed zrobieniem tatuażu. Czy opłacalne jest podążanie za pasją w taki sposób, aby zarabiać na życie? Jeżeli ktoś startuje z przekonaniem, że to, co będzie robić, będzie tylko po to, aby zarobić pieniądze – moim zdaniem niczego nie osiągnie, albo ta kariera będzie trwała bardzo krótko. Aby coś wyszło, trzeba dać z siebie wszystko. Robić coś z sercem i przyjemnością. Czy można dorobić się na tatuowaniu? Kiedyś czytałam, że zawód tatuażysty to jeden z najbardziej opłacalnych zawodów. Jak najbardziej mogę się z tym zgodzić. Oczywiście wszystko zależy od stażu, pracy i zaangażowania. Niektórzy myślą, że zaczną „dziarać” i będą od samego początku zarabiać „gruby hajs”! Nic bardziej mylnego… Czy zawód tatuażysty jest ciężki? Tak, jest to ciężka praca, wymagająca dużego skupienia, precyzji i spokoju. Trzeba być zaangażowanym w to, co się robi, aby nikomu nie zrobić krzywdy. Trzeba również liczyć się z tym,

16

marzec/kwiecień 2016

że jest to praca 24 godziny na dobę. Nie ma tak, że przychodzi się po pracy do domu i można leniuchować. Kiedy wracam z salonu, odpisuję na wiadomości, a następnie robię projekty na kolejny dzień. Nie ważne, czy jest dzień, noc, niedziela czy święta. Ludzie oczekują odpowiedzi na swoje pytania. Jest jakaś część ciała, na której nie zrobiłabyś sobie tatuażu? Jak na razie nie mam w planach wytatuowania sobie klatki piersiowej. Jest to dla mnie atut kobiecości, którego nie chcę zasłaniać. Natomiast bardzo podoba mi się wytatuowana szyja. W przyszłości to moje małe must have! Jaki jest Twój stosunek do tatuaży na głowie? „Dziary” na twarzy coraz mniej zadziwiają, przynajmniej osoby, które mają większą styczność z tatuażem. Coraz więcej ludzi, w tym alternatywni modele i modelki robią sobie małe tatuaże na twarzy. Zazwyczaj na skroniach lub nad łukiem brwiowym. Nie powiem, czy to zdobi czy też szpeci. Niektórym to nawet dodaje urody i charakteru. Osobiście nigdy nie zrobiłam nikomu tatuażu na twarzy, jednak gdyby ktoś przyszedł z takim pomysłem, to z chęcią bym się tego podjęła! Gdzie widzisz siebie za dwadzieścia lat? Myślisz, że nadal będziesz tatuować? Nie myślę o tym, co będzie za dwadzieścia, trzydzieści lat. Wolę skupiać się na teraźniejszości, spełniać się i dawać z siebie jak najwięcej. Żyję tak szybko, że szkoda mi czasu na zamartwianie się, co kiedyś będę robić. Przez ostatnie półtora roku moje życie obróciło się o 180 stopni, wydarzyły się rzeczy, których nie planowałam. Dlatego staram się nie planować przyszłości. Na pewno chciałabym robić to, co kocham, jak teraz. Czy każdy tatuaż musi coś oznaczać? Każdą pracę wykonuję tylko raz, aby dana osoba wiedziała, że wzór jest oryginalny, tylko dla niej i nie będzie się powielał. Wiele osób opisuje mi swoje pomysły, część swojego życia, pasje. Na

facebook.com/magazynsuplement

tej podstawie tworzę projekt. Istnieją także osoby, którym po prostu podoba się dany motyw, ale niekoniecznie ma on symbolikę. Jednak wybór tatuażu tylko dlatego, że nam się podoba, mimo wszystko wiele o nas mówi. Jak reagujesz na słowa „trendy w tatuażu”? Jaki masz stosunek do gwiazdek, znaczków nieskończoności czy piórek? Tatuaż jest formą sztuki. Na przestrzeni wieków pojawiał się w różnych formach, lecz z roku na rok poprawia się technika, zwiększa się wachlarz możliwych do uzyskania efektów. Tatuażu nie można nazwać trendem. Ludzie sami wybierają artystów i wzór, który chcą mieć na swoim ciele. Myślę, że dopiero zaczyna się okres rozwoju tatuażu. Przede wszystkim dlatego, że zwiększa się na nie tolerancja. Ludzie otwierają się na coraz bardziej kreatywne wzory, pozwalają działać inwencji artysty, do którego się zgłosili. Co do wzorów, o które pytałeś – nikogo nie oceniam. Jeśli dla kogoś te symbole coś znaczą, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby sobie je zrobić. Osobiście odmawiam zrobienia takich wzorów, ewentualnie proponuję coś bardziej oryginalnego. Lubię się rozwijać i tworzyć nowe wzory, dlatego wybieram takie projekty, którymi chętnie pochwalę się w swoim portfolio. Zajmujesz się czymś jeszcze oprócz tatuowania? Zawodowo – nie. Tatuowanie to jedyna rzecz, z której czerpię dochody. Natomiast dla przyjemności studiuję w Krakowie projektowanie ubioru, jednak nie planuję wiązać z tym przyszłości. Czego można Ci życzyć? Na pewno nie połamania rąk! Oprócz zdrowia, życzę samych sukcesów, rozwoju zawodowego i jeszcze więcej klientów. Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia! Do zobaczenia! Rozmawiał: Bartłomiej Wortolec (www.wortodoksie.pl) wortodoksie@gmail.com


Czytelniku,

spójrz tutaj, proszę

„Nie wiem, co to są zasady, chyba że tak nazwiemy prawidła, które przepisuje się innym, a nie sobie… ” [Denis Diderot]

Drogi Czytelniku, przedstawiam Ci kilka historii dotyczących językowego savoir-vivre’u i nie tylko Biała, puszysta kołdra pokryła zieleń traw. Zofia stała przy oknie. W kominku palił się ogień, a jego ciepły blask odbijał się od lustra ustawionego w rogu pokoju. Wszyscy domownicy udali się na przechadzkę, żeby złapać ostatnie tego dnia promienie słoneczne. Została tylko ona. Pomimo swojego wieku cieszyła się dobrym zdrowiem. Jednak dziś nie miała ochoty opuszczać domu. Ze srebrnego dzbanka, ustawionego na okrągłym, hebanowym stoliku, unosiła się srebrno-szara para. To było pierwsze popołudnie od bardzo dawna, które mogła spędzić sama. Tylko ona. Pokój wypełnił mocny aromat herbaty. Minęło już tyle lat, a to samo lustro wciąż odbijało życie Zofii. W końcu stanęła przed nim. Robiła to już tyle razy. Teraz patrzyła spokojnym wzrokiem. Zawsze się spieszyła, biegła. Tym razem to ona była lustrem swego życia. Sekunda za sekundą, chwila za chwilą, wspomnienie za wspomnieniem. Obrazy odbijały się w oczach kobiety z dwóch stron zwierciadła.

Jak cię widzą, tak cię piszą

Czasem ustala się opinię o człowieku na podstawie tego, co sam o sobie mówił, a jeszcze częściej na podstawie tego, co inni o nim mówili, nie zostawiając sobie czasu na namysł i osąd [Jane Austen]. Czy to nie zabawne? Ile pierwszych wrażeń można zrobić w swoim życiu? To przecież tylko kilka sekund. Czasem chciałoby się je cofnąć i zastąpić przemyślanymi zachowaniami. Dobrze, że nie można tego zrobić. Inaczej człowiek − nawet taki, który ma zamiar poprawić tylko ten jeden moment – wciąż ulepszałby każdą setną sekundy. Tak bez końca. Po stworzeniu idealnego pierwszego wrażenia, odetchnąłby ze spokojem, ale… tylko na chwilę. Wkrótce znów okazałoby się, że coś trzeba poprawić. Paradoksalnie ciągle cofalibyśmy się w czasie, chcąc go przyspieszyć. A tak mamy tylko jedną

możliwość. Starajmy się w pełni ją wykorzystać. To nie zawsze jest takie proste, ale czy… musi być?

Faux pas

Życie wydaje się zbyt krótkie, by spędzać je na pielęgnowaniu nienawiści i zapamiętywaniu krzywd [Charlotte Brontë]. Nigdy Ci tego nie zapomnę! – krzyknęłam, po czym dodałam w myślach – choć bardzo bym chciała… Potrzebujemy światła w ciemności. Pragniemy słońca, kiedy niebo jest zachmurzone. Czekamy na spełnienie marzeń, a wystarczy jedna sekunda, aby na zawsze odeszły. My – idealni, wciąż dążący. Ty i ja, zasady i konwenanse… My − siedzący grzecznie w różowym pudełku. „Mała Zasada” w zaplecionych równo warkoczach, która bawi się lalkami, spogląda na nas przez sztuczne okienko. Zaciągam czym prędzej firanki z chusteczki, ale ona czuwa i czeka na następne słowo. Jej wzrok jest o wiele głębszy od najpiękniejszego spojrzenia błękitnych oczu. Tylko w tym się topię. Tonę. Targam włosy. Wymachuję rękami i nogami we wszystkie strony, ale to pogrąża mnie jeszcze bardziej. Co robić? Mądry głos w mojej głowie podpowiada mi, że mam spojrzeć. Na co? Gdzie? Jak to… w siebie? Widzę już. Zrobiłam pierwszy krok. Zauważyłam i zdałam sobie sprawę z tego, co się wydarzyło. Nie szarpię się już. Teraz pozostaje tylko płynąć w górę. Powierzchnia.

 uprzejmości W jest wdzięk i korzyść

Co, gdyby Alicja nie wpadła do króliczej norki? Z pewnością wypiłaby wiele pysznych herbat w swoim życiu. Nigdy jednak nie miałaby okazji spędzić podwieczorku w towarzystwie Kapelusznika i usłyszeć jego słów, brzmiących tak: Czas nie lubi, gdy się go zabija. Widzisz, gdybyś

facebook.com/magazynsuplement

utrzymywała z nim lepsze stosunki, on zrobiłby z twoim zegarkiem, co byś tylko chciała [Lewis Carroll]. Jeśli nauczymy się uprzejmości w stosunku do samych siebie, to wtedy zyskamy możliwość bycia kimś miłym dla innych. Uśmiechnij się dziś, poślij komuś promienne spojrzenie. Życz mu dobrego dnia. Jeśli nie możesz kupić kwiatów, narysuj je i wręcz. Słowa? Często to nie one, a prawdziwy Ty wyrażasz więcej niż tysiące kwiecistych wyrazów. Zmień coś w swoim życiu, przeżywaj je od początku, i od początku, i od początku. Właśnie dziś. To Twój czas. Oddychasz, kiedy śpisz, ale czy to znaczy, że musisz spać, kiedy oddychasz?

Zasady łamania zasad

Im człowiek starszy, tym jest ważniejsze, aby nie miał złych manier; wszelka wybuchowość, brak okrzesania, niezdarność stają się jeszcze bardziej rażące i wstrętne. To, co można darować za młodu, staje się w późniejszym wieku nieznośne [Jane Austen]. Proszę bardzo! Nawet zasady mają swoje zasady tylko po to, aby móc je łamać. Ha! Ale najpierw trzeba je znać. Jeśli znajdziesz chwilę, wybierz się na wyprawę do biblioteki, zdobądź mapę tajemnych korytarzy, skieruj tam swoje kroki oświetlane przez pochodnię pragnienia wiedzy. Zdejmij księgę dobrego wychowania i zdmuchnij z niej drobiny złocistego kurzu. Otwórz na przypadkowej stronie, a odpowiedź znajdzie się sama.

Mądrej głowie dość dwie słowie

Miły Czytelniku, pozostawiam Ci te słowa i znikam w króliczej norce. Jeśli tylko masz ochotę, możesz podzielić się ze mną swymi spostrzeżeniami. Monika Szafrańska m.monikaszafranska@gmail.com

marzec/kwiecień 2016

17


Obrona za kwadrans, a Ty nie masz pracy? Jest lipiec 2016. Budzik w telefonie upomina się o Ciebie już trzeci raz! Zwlekasz się z łóżka, ubierasz białą koszulę i galową resztę. Lustro w Twojej łazience krzyczy litanie do żelazka. Prasujesz ubranie. Grzebień dziś przydaje się dwukrotnie. Musisz dobrze wypaść. Wyjątkowo zjadasz śniadanie, choć trochę ściska Cię w dołku z nerwów. Biegniesz na autobus, tramwaj, do samochodu. Jak zwykle korki, ale już o krok od uczelni. Wbiegasz po schodach i widzisz tłum równie zestresowanych kolegów. Promotor właśnie wywołuje Twoje nazwisko. Wchodzisz, zasiadasz przed komisją. Groźni ludzie zza biurka spoglądają na Ciebie, aż w końcu pada pytanie: Gdzie Twoja praca dyplomowa? O nie… wiedziałeś, że czegoś zapomniałeś! Kilka miesięcy wcześniej…

Lato. To czas, na który nawet najambitniejsi studenci tylko teoretycznie odkładali czytanie książek do pracy, którą obronią dopiero w przyszłym roku. Góry, plaża, morze, rower, łąki, lasy, parasolki, kufle, grille, imprezy, muzyka… książki? Beletrystyka, proszę bardzo, ale literatura badawcza pasuje mi tu jak oksymoron! Jesień. Co niektórzy dopiero ostatecznie deklarują promotora. W głowach innych rodzą się zalążki tytułów prac, ale tyle teraz spraw studenckich do załatwienia. Oczywiście pierwszeństwo mają integracje, trzeba przecież dbać o rozwój interpersonalny swoich kolegów! Właściwie do obrony jeszcze tyle miesięcy, a za oknami uczelni robi się coraz ciemniej i ciemniej. Zima. Tytuł pracy po trzykrotnej zmianie można teoretycznie uznać za ostateczny. Przy dobrych wiatrach (i promotorach) posiadamy już może nawet plan, wstęp czy bibliografię, które i tak ulegną diametralnym zmianom lub w ostateczności trafią do kosza. Pisanie pracy odkładamy na „najlepszy” do tego okres, jakim jest bożonarodzeniowa przerwa świąteczna. Już za chwilę beztrosko świętujemy Sylwestra, mając mocne postanowienie noworoczne – pisać pracę! Oczywiście w nowym roku wracamy na seminarium z niczym. Wiosna. Terminy i deklaracje związane z pracą dyplomową gonią! Zimą słowa „Ja tam jeszcze nic

18

marzec/kwiecień 2016

nie mam!” brzmiały dumnie, teraz zaczynają nas już trochę martwić. Staramy się wierzyć starszym kolegom, że napisanie pracy na dwa tygodnie, ba (!), w tydzień przed obroną jest całkiem realne. Świąteczny czas Wielkiej Nocy, jak już wiemy, wcale nie jest „najlepszy”. Musimy stawać przed dylematem, czy odmówić majówkę u znajomych? Ach, majówka… Termin obrony we wrześniu wydaje się coraz bardziej kuszący. Zwłaszcza, że przed nami jeszcze tyle niepotrzebnych i wyjątkowo trudnych (jak na ostatni semestr!) przedmiotów do zaliczenia… Tym, którzy w tym momencie decydują się na opcję jesiennej obrony i snują w głowie plan działań letnich, polecam powrót do punktu pierwszego, bowiem w istocie to lato wcale nie będzie różniło się od poprzedniego. Podobne atrakcje, jeszcze lepsza pogoda i niestety te same oksymorony! Tym, którzy czują, że stoją w martwym punkcie, a już za około dwa miesiące chcą otrzymać tytuł inżyniera/licencjata/magistra, polecam czytać dalej.

Co zrobić, aby się zmobilizować?

Na szybkie pisanie pracy złotej rady nie ma. Pomijając najlepszą z możliwych, jaką jest systematyczność i nie zostawianie wszystkiego na ostatnią chwilę, co − nie oszukujmy się − udaje się przecież tylko niewielu studentom. W tym miejscu zamierzam im pogratulować, a tym,

facebook.com/magazynsuplement

którzy nie mogą wyjść z pisarskiego dołka, przedstawić kilka pomocnych kroków, które pozwoliły mi napisać pokaźny licencjat, a teraz (mam nadzieję) pozwolą dokończyć pracę magisterską.

Po pierwsze... zbiorowy nokaut

Jeśli już zdasz sobie sprawę z trudnej sytuacji, w której się znajdujesz, musisz jak najszybciej nastawić się na pozytywne myślenie o rychłym sukcesie Twojej obrony. Na początku nic nie pomoże Ci w tym tak, jak pocieszająca myśl o tym, że inni mają gorzej albo chociaż podobnie jak Ty. Rozejrzyj się! Nie jesteś jedyny! Wśród Twoich kolegów tylu nie ma jeszcze pomysłu jak zacząć albo wyjść z martwego punktu. Nie jesteś sam! Skoro już się dowartościowałeś, czas ruszać do pracy, aby nie zostać w tym zbiorowym nokaucie zbyt długo na łopatkach.

Po drugie… zdrowy energetyk

Twoim najlepszym energetykiem na dni, w których brak Ci sił do pisania czegokolwiek, są produkty bogate w węglowodany złożone, kwasy tłuszczowe, a także kilka różnych witamin. Nie znajdziesz ich w słodkich, buzujących napojach gazowanych z tauryną i kofeiną. Aby nabrać ochoty do pisania, pobudzaj swoje myślenie gorzką czekoladą lub kakao (magnez). Większe skłonności do nauki wywoła

Źródło: Pixabay

Sprawy studenckie


witamina C. Wbrew pozorom to nie cytryna dostarcza jej najwięcej, a porzeczki, czerwona papryka i natka pietruszki. Miłośnicy ryb poprawią u siebie koncentrację, pracę mózgu, a nawet humor (witamina D, kwasy omega, fosfor). Natomiast energię do pracy zapewnią węglowodany, które wolniej się rozkładają, obecne w pełnoziarnistym pieczywie (to także źródło witaminy B), muesli, roślinach strączkowych czy pospolitych ziemniakach. Niewątpliwie pamięć poprawią także orzechy, brokuły i inne zielone warzywa. A banany, winogrona, pomarańcze i pomidory dotlenią twój mózg. Cynk, którego większe ilości występują u ludzi o wybitnej inteligencji, dostarczysz, pochłaniając pestki dyni. Nie zapomnij o czerwonym mięsie – źródle żelaza, którego niedobór osłabia zdolność uczenia się i rozumowania.

Po czwarte… selekcja

Kiedy już nabierzesz trochę sił i udasz się do biblioteki, pamiętaj, że dźwiganie ze sobą sterty książek to nie najlepszy pomysł! Może jedynie przysporzyć Ci wstrętu do literatury i bólu kręgosłupa. Skorzystaj z kilku z nich na miejscu, ale pamiętaj − to nie czas na czytanie „od deski do deski”. Szukaj literatury selektywnie. Weź parę książek, a zobaczysz, że znajdziesz w nich dużo przypisów i prac,

do których będziesz chciał sięgnąć lub które pomogą Ci zbudować szybko bibliografię. Spis treści to Twój przyjaciel, wybieraj tylko te rozdziały, w jakich najprawdopodobniej znajdziesz potrzebne informacje, reszty nie czytaj, odłóż to na kolejne lato… (i oczywiście patrz punkt pierwszy).

Po piąte… odrealnienie

Nic tak skutecznie nie rozprasza naszej uwagi, jak sieci społecznościowe, które za pomocą aplikacji na naszych telefonach co rusz dają nam znać o nowościach u naszych znajomych. Jeśli chcesz, aby pisanie jednej strony pracy nie zajmowało Ci kilku (a nawet kilkunastu) godzin, musisz na ten czas dezaktywować małe ikonki z literą „F”, „t” czy aparatem fotograficznym w Twoich urządzeniach mobilnych. Komputer nie stanowi tu wyjątku! Ciężko będzie znaleźć Ci pożądaną ciszę, która mogłaby pomóc przy koncentracji – zamień ją na słuchawki i „mało absorbującą” muzykę. Bez względu na gatunek, który ubóstwiasz, musisz wybrać coś, co pozwoli Ci odciąć się od rozpraszającej rzeczywistości, a jednocześnie nie odpłynąć zbyt daleko czy nie zedrzeć gardła przy śpiewaniu. Polecam muzykę instrumentalną, pozbawioną słów, które mogłyby Cię rozpraszać. Nie masz pomysłu – sięgnij do chilloutowych kawałków, klasyki lub muzyki filmowej!

facebook.com/magazynsuplement

 o szóste… małe sukcesy P są wielkie!

Psychologia na pewno ma dużo do powiedzenia na ten temat, a mnie przyszło wiele razy sprawdzić słuszność teorii: zacznij od rzeczy najłatwiejszej. Nie stawiaj sobie zbyt ambitnych celów, które zablokują Cię już na starcie. Jeśli zaczniesz od rzeczy prostych i je sfinalizujesz, poczujesz ulgę i satysfakcję! Choćby pomijając kolejność rozdziałów przy pisaniu, wrzucając cytaty na „chybił trafił” do pracy, pisząc z pominięciem poprawnej polszczyzny (którą prędzej czy później poprawisz) albo gromadząc materiały przyjemniejsze (np. obrazki z sieci, wypowiedzi internautów) od tych wywołujących niechęć (np. analiza literatury). Każdy mały sukces zbliża Cię do globalnego sukcesu, jakim jest napisanie wiekopomnego dzieła, upamiętniającego koniec Twoich studiów.

I „po ostatnie”… samodzielność!

Pamiętaj, że obrona pracy, której jesteś samodzielnym autorem, oznacza w praktyce gwarancję pozytywnego wyniku! Wszelkie nieuczciwe praktyki mogą doprowadzić do tego, że stojąc przed komisją, która będzie trzymała w rękach kilkadziesiąt stron solidnie przygotowanego nie przez Ciebie tekstu, wciąż będziesz czuł, że czegoś zapomniałeś… honoru! Ilona Ptak ptak.ilona@gmail.com

marzec/kwiecień 2016

19


sprawy studenckie

Licencjat ze współpracy, magisterka z kultury a doktorat z tolerancji Jeżeli za nic macie spokojne i monotonne życie, za to chcielibyście znaleźć się w centrum wielokulturowej mieszanki ludzi, która potrafi tworzyć jedność, mimo że wszędzie indziej na świecie wydaje się to niemożliwe, wyjedźcie na studia do czyli do Izraela

Wielokulturowy tygiel

Państwo Izrael nie ma spokojnych sąsiadów: od północy Liban, obok Syria, od wschodu Jordania a bardziej na zachód Egipt. Nie bez znaczenia jest też sąsiedztwo Palestyny, czyli Zachodni Brzeg oraz Strefa Gazy kontrolowane przez tymczasową strukturę administracyjną: Palestyńskie Władze Narodowe zwane potocznie Autonomią Palestyńską. Zewnętrzne granice Palestyny są kontrolowane przez władze izraelskie. Jak wiemy, wyżej wymienieni sąsiedzi nie zapewniają spokojnego snu, jednak Izrael i wewnętrznie jest bardzo zróżnicowany. Przy stosunkowo niewielkiej powierzchni jest bardzo złożony demograficznie. W populacji liczącej 7,66 miliona ludzi większość z nich to Żydzi (75%). Drugą, co do wielkości grupę stanowią Arabowie (20%). Mniejszą grupą etniczną są Samarytanie. Pod względem wyznaniowym w Izraelu występuje duże zróżnicowanie – obok wyznawców Judaizmu mieszkają również Muzułmanie, Chrześcijanie i Druzowie, jak również inne, mniejsze grupy religijne.

Piątka z wiary

System edukacji w Państwie Izrael jest odrobinę inny niż w Polsce. Pod względem długości nauki obowiązkowej plasuje się na drugim miejscu w Azji (zaraz za Japonią), obowiązek szkolny trwa do 18-stego roku życia, ale od... trzeciego. Przyjęte w 1953 roku Państwowe Prawo Edukacji podzieliło izraelski system edukacji na pięć typów szkół: świeckie, religijne, ultraortodoksyjne, komunalne i arabskie. Najliczniejszą jest grupa szkół publicznych świeckich, do których uczęszcza największa liczba uczniów żydowskich i niearabskich. Klas w szkole jest 12 i ta ostatnia zakończona jest egzaminem maturalnym (Te’udat Bagrut). Aby go zdać trzeba wykazać się biegłością w następujących dziedzinach: matematyka, Biblia, język hebrajski i literatura powszechna, język angielski, historia i wiedza o społeczeństwie. W szkołach arabskich, chrześcijańskich i druzyjskich, egzamin z Biblii jest zastąpiony egzaminem o dziedzictwie Islamu, Chrześcijaństwa lub Druzów. Przyznać się, kto jeszcze narzeka na naszą maturę?

20

marzec/kwiecień 2016

facebook.com/magazynsuplement


Bagnet na broń!

W krajach gdzie o zasadniczej służbie wojskowej już dawno zapomniano, praktyka Izraela w tym temacie wydaje się odrealniona, a jednak, tam właśnie służba wojskowa dla młodych obywateli jest absolutnym obowiązkiem. I co najdziwniejsze unika jej o wiele mniejszy odsetek, niż miało to miejsce w naszym kraju. Służba wojskowa, którą muszą odbyć młodzi Izraelczycy, trwa trzy lata, dla dziewczyn „tylko” dwa. Po zakończonej służbie wojskowej przyjęto zwyczaj udawania się na półroczną podróż do Indii, w celu odpoczynku i dojścia do siebie. Izraelczycy wracają do życia społecznego w wieku 23-24 lat.

Dojrzałe decyzje

W tym wieku większość z nas naprawdę wie, co chciałaby w życiu robić i świetnie, jeżeli pokrywa się to z wyborami, których dokonaliśmy w wieku 15 lat, kiedy np. wybieraliśmy profil liceum. Izraelczycy maja tę przewagę, że dopiero wtedy idą na studia i wybierają naprawdę interesujący ich kierunek. O wiele łatwiej im zatem wybrać coś co szczerze ich interesuje. Potrafią też skupić się o wiele bardziej na nauce i dążyć do celu, jakim jest dyplom. Studia mogą wybrać na jednym z ośmiu państwowych uniwersytetów. Najstarszym jest Uniwersytet Hebrajski w Jerozolimie (także siedziba największej biblioteki żydowskiej na świecie). Uniwersytety Izraelskie niezmiennie goszczą w rankingach najlepszych uniwersytetów świata. Przeznaczają też ogromne fundusze na badania i stypendia dla zagranicznych studentów.

facebook.com/magazynsuplement

 ykształcone, patriotyczne W społeczeństwo

Nie jestem pewna czy wielu moich polskich znajomych, w obliczu zagrożenia naszego Państwa, bez mrugnięcia okiem udałoby się na front. Obawiam się, że niewielu. W Izraelu takie myśli nie przechodzą im chyba nawet przez głowy. Kiedy w zeszłym roku na horyzoncie decyzji politycznych pojawiła się ta o skoszarowaniu rezerw, młodzi Izraelczycy byli gotowi zostawić swoje prace, uczelnie i rodziny, aby służyć państwu. I żaden, nawet w prywatnych rozmowach nie myślał jak tego uniknąć. Zdawać by się mogło, że jeśli nie służą ojczyźnie to się uczą. Obywatele Izraela są drugim najlepiej wykształconym narodem świata. Wprawdzie nauka jest płatna na wszystkich uniwersytetach, około 9000 zł za rok, ale w rzeczywistości jest to średnia miesięczna płaca wykształconej osoby, pracującej w swoim zawodzie (!).

Keep calm and study, don’t fight!

Studia w Izraelu będą na pewno lekcją tolerancji, historii, ale też nauką o naszej własnej tożsamości jako Polaków (bardzo aktywnie działa tam mniejszość Polska). Jeżeli ktoś zdecyduje się na studia np. w Tel Avivie, będzie mieć do tego jeszcze wspaniały klimat, morze i niezapomniane wrażenia. Pamiętajmy, że studia to nie tylko teorie i podręczniki, ale chłonięcie wszystkiego, co nas otacza. A warto dać wchłonąć się Izraelowi w nas. Ewa Zagdan ewazagdan@gmail.com

marzec/kwiecień 2016

21


sprawy studenckie

Organizacje studenckie bez tajemnic:

Syntax Error

Interesowały Cię kiedyś nowinki techniczne? Byłeś lub ciągle jesteś ciekaw tego, jak funkcjonują? Przy Instytucie Fizyki grupa studentów informatyki stosowanej niedawno rozpoczęła działalność koła naukowego Syntax Error, zajmującego się tematyką robotyki oraz wszelkich nowinek technicznych. Rozmawiałam z Patrykiem Strugaczem, przewodniczącym koła, aby dowiedzieć się czegoś więcej o działalności owej organizacji studenckiej Czym się zajmujecie? Zajmujemy się wszystkim, co jest ciekawe. Obecnie skupiamy się na dronach i tym, co z nimi związane. Mamy nadzieję, że w przyszłości uda nam się zaprogramować drona, który będzie zdolny do samodzielnego lotu. Póki co skupiamy się na prostych projektach, by później podnosić sobie poprzeczkę i doskonalić się z każdym doświadczeniem. W ramach koła prowadzone są zajęcia dotyczące fizyki lotu, budowy oraz zastosowań wielowirnikowców, czyli dronów, które mają zazwyczaj od czterech do sześciu śmigiełek. W naszej grupie jest także grono osób interesujących się programowaniem na arduino. To bardzo prosty komputer, a konkretnie drukowana płytka z mikrokontrolerem i jego wyprowadzeniami. Jest zdolna obsługiwać urządzenia zewnętrzne np. sterowniki silników, wyświetlacze czy rolety okienne. W zakresie naszych zainteresowań znajduje się także konfigurowanie serwerów, takich jak chmury obliczeniowe. Na Waszym fanpage’u na Facebooku można zauważyć relacje z wizyt w Śląskim Międzyuczelnianym Centrum Edukacji i Badań Interdyscyplinarnych (ŚMCEBI). Na czym polega Wasza współpraca z nimi? Wielokrotnie pomagaliśmy przy organizacji i przeprowadzaniu warsztatów w ŚMCEBI. Część członków koła pokazywała uczniom liceów, jak programować roboty lego, kontrolować ich tor jazdy na podstawie danych z czujników. Natomiast w osobnej sali pozostali pokazywali zainteresowanym podstawy języka python. Co sprawiło, że zainteresowaliście się tematem nowinek technicznych? Ciężko powiedzieć, ponieważ każdy z nas kierował się czymś innym, jeżeli chodzi o wybór studiów. Niektórzy mają hobby związane z elektroniką, a inni lubią rozwiązywać problemy za pomocą programowania. Sama informatyka nie musi się skupiać wyłącznie na nowinkach technicznych, bo czasem stare i sprawdzone rozwiązania są najlepsze. Jak wyglądają Wasze spotkania? Poza zgłębianiem wiedzy o coraz nowszej technologii zajmujecie się czymś jeszcze? Zazwyczaj podczas spotkań zamawiamy pizzę i rozwiązujemy jakieś zadania, za każdym razem

22

marzec/kwiecień 2016

ucząc się czegoś nowego. Często korzystamy ze strony www.codingame.com, aby zastosować w praktyce umiejętności, które zdobyliśmy na zajęciach z programowania. Czasami zdarza się tak, że po prostu uczymy się na zajęcia lub poruszamy tematy niekoniecznie związane z naszym kierunkiem. To wszystko zapowiada się naprawdę wspaniale. Życzę Wam powodzenia i dziękuję bardzo za poświęcony czas na rozmowę. Ja także dziękuję. Rozmawiała: Agnieszka Żeliszewska Jeśli chciałbyś dowiedzieć się czegoś więcej o działalności KN Syntax Error, odwiedź stronę: www.facebook.com/ kolosyntaxerror albo wyślij e-mail na adres: syntaxerror@smcebi.edu.pl

facebook.com/magazynsuplement


historia

Ciche orły

Zrzutkowie, ptaszki czy − jak kto woli − Cichociemni, obok Henryka Sienkiewicza i Feliksa Nowowiejskiego, to patroni bieżącego roku. Należy zwrócić uwagę na to, że w lutym mija 75 lat od pierwszego zrzutu naszych spadochroniarzy na ziemie ojczyzny. Jednak czy wszyscy pamiętamy, kim oni byli? Najlepsza polska jednostka wojskowa podczas II wojny światowej? Chyba każdemu od razu przychodzą na myśl. Cichociemni. Mistrzowie sabotażu, dywersji, perfekcyjności, a przede wszystkim wielkiej gracji podczas walki z okupantem. Cała historia najlepszych polskich spadochroniarzy zaczyna się zaraz po przegranej kampanii wrześniowej w 1939 roku. Tych, którzy przeżyli, bądź nie dali się schwytać do niewoli, czekało tylko jedno rozwiązanie − przedostać się za granicę. Tylko gdzie ? Otóż mieli kilka możliwości.

Co wybrać? Co dalej?

Zaraz po zakończeniu wspominanej kampanii wrześniowej, żołnierz skazany na emigrację miał kilka możliwości − kierowano się w stronę państw neutralnych w obliczu całego konfliktu z III Rzeszą. Mieli oni do wyboru: Węgry, Litwę, Łotwę, Rumunię lub Francję, gdzie gen. Sikorski tworzył Wojsko Polskie. Jednak kilka miesięcy później, po klęsce we Francji, musiano się ewakuować do Wielkiej Brytanii, gdzie tworzono Polskie Siły Zbrojne. Na wyspach, a mianowicie w Londynie, działał również rząd polski. Niestety, trudne w wykonaniu było sterowanie działaniami obronnymi spoza kraju, z tego chociażby względu, że jedyną drogą komunikacji z krajem była droga lotnicza, przez co wykorzystywano spadochroniarzy. Dlatego też dwóch kapitanów: Jan Górski i Maciej

Kalenkiewicz chcieli stworzyć lotniczą jednostkę desantową. Początki były trudne − poszczególni dowódcy nie patrzyli na ten pomysł łaskawym okiem. Jednak przełomem dla całej tej sprawy stał się wrzesień 1940 roku, kiedy to gen. Sikorski wydał pozwolenie na utworzenie takiej jednostki oraz wydziału studiów i szkolenia wojsk spadochronowych.

„ Szukasz śmierci? Wstąp na chwilę”

Gdy tylko wydano stosowne pozwolenie, przystąpiono do rekrutacji „chomików”. Poszukiwano ochotników z wszelkich oddziałów: począwszy od ułanów, a skończywszy na łącznościowcach. W sumie zgłosiło się powyżej dwóch tysięcy ochotników, z czego kurs ukończyło 703 członków. Szkolenia, zarówno sprawnościowe, jak i wstępne spadochronowe odbywały się w ośrodku Largo House w Szkocji, powstałym latem 1941 roku. Potocznie nazwano go Małpim Gajem. Wybudowano go w dużej mierze ze środków finansowych pochodzących od samych uczestników szkolenia. Już od samego wejścia każdy ochotnik wiedział, na co się pisze „Szukasz śmierci? Wstąp na chwilę” − właśnie takie zdanie witało każdego chętnego. Cytat ten oddawał poziom trudności poligonu sprawnościowego. Dla spadochroniarza sprawność fizyczna była rzeczą pierwszorzędną, dlatego kładziono na nią taki nacisk. Jednak mimo rozwijania mięśni, rozum

facebook.com/magazynsuplement

nie mógł pozostawać w tyle. W końcu cichociemni walczyli na każdym szczeblu działalności Armii Krajowej.

Pierwszy skok i dalsze losy

W nocy z 15 na 16 lutego 1941 roku odbył się pierwszy skok cichociemnych. Miało to miejsce na Górnym Śląsku, na terenach wcielonych w skład III Rzeszy. Pierwszy skok miał de facto wymiar bardziej symboliczny, będący odzwierciedleniem pamięci o rodakach pozostawionych w kraju i nadziei na polepszenie ich sytuacji. Uczono się przede wszystkim obsługi sprzętu, topografii terenu oraz układu rozmieszczenia sił przeciwnika. Dopiero dalsze skoki przynosiły poważne sukcesy. Między innymi przemycano środki finansowe pod różną postacią do dowództwa pozostającego na terenach Polski oraz walczono z wrogiem. Jeśli chodzi o sylwetki cichociemnych, warto wymienić tu nazwiska tych najwybitniejszych: gen. Leopold Okulicki (ostatni komendant główny AK), płk Kazimierz Iranek - Osmecki (szef Oddziału II KG AK), Jan Piwnik „Ponury” (dowódca partyzancki z Gór Świętokrzyskich), mjr Bolesław Kontrym „Żmudzin” (stojący na czele Centrali Służby Śledczej Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa). Warto też dodać, że Cichociemni walczyli w czasie powstania warszawskiego. Kilkoro z nich zostało straconych w powojennej Polsce. Weronika Warot waarot@op.pl

marzec/kwiecień 2016

23


zjawisko

„Wolność? Kocham i rozumiem!” „Wolność słowa” brzmi już jak truizm. Mądry, ale zawsze truizm. W Polsce po raz pierwszy te dwa znaczące słowa zostały użyte przez Kazimierza Wielkiego w 1347 roku. Mimo rażących perturbacji, prawo do wyrażania własnych myśli zostało ujęte w Konstytucji z 1997 roku. Mów, byleby Twoje słowa nie były sztyletem wbitym w poglądy innych. W końcu, podążając za francuskim myślicielem Alexisem de Tocqueville’em – „wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego”. Jeśli jesteś parezjastą, to wiesz, że możesz mówić wszystko. Szczerze, otwarcie i nieskrępowanie. Wstajesz z łoża zakazów i dzięki pluralizmowi kreujesz własne poglądy. Kontestujesz rzeczywistość, stojąc po stronie swoich racji. Brawo Ty! Nieograniczona wszechmoc słów może zaprowadzić Cię na szczyty popularności, zrewolucjonizować Twój świat, jak i stać w opozycji do tych, którzy głoszą nieprawdę. Biada im! Naszym przodkom szło jak po grudzie. Musieli zapracować na to, aby uniknąć cenzury prewencyjnej. W licznych manifestach przelewali nie tylko swoje wnętrze, ale czasem i krew. W XXI wieku wolność słowa jest dla nas chlebem powszednim. Byleby się nim nie przejeść. Jak więc korzystamy z wolności słowa niespełna 669 lat po Kazimierzu Wielkim? Ślad po poetach wyklętych zaginął jakiś czas temu... Nie wylogowali się z życia, pozostawiając niebagatelny przekaz chaotycznych myśli. W ich twórczości można doszukać się drugiego dna, które niczym lustro odbija znak tamtych czasów. Andrzej Bursa, Edward Starucha, Rafał Wojaczek i wielu innych to polscy poeci prowadzący niemoralne życie – przełamali obyczaje swoich czasów, nie stroniąc od używek. Parafrazując słowa Kartezjusza – „buntuję się, więc jestem”.

24

marzec/kwiecień 2016

facebook.com/magazynsuplement


„Nauka chodzenia” Tyle miałem trudności z przezwyciężeniem prawa ciążenia myślałem że jak wreszcie stanę na nogach uchylą przede mną czoła a oni w mordę nie wiem co jest usiłuję po bohatersku zachować pionową postawę i nic nie rozumiem „głupiś” mówią mi życzliwi (najgorszy gatunek łajdaków) „w życiu trzeba się czołgać czołgać” więc kładę się na płask z tyłkiem anielsko-głupio wypiętym w górę i próbuję od sandałka do kamaszka od buciczka do trzewiczka uczę się chodzić po świecie [Andrzej Bursa] Wolnomyśliciele szokują obecnie coraz mniej. A może to adresaci ich twórczości zostali obdarci z jakiejkolwiek pokrywy zgorszenia, akceptując wszelakie formy eksponowania własnego Ja? Przesunięta granica tolerancji zdaje się wykraczać poza nasze zdolności matematyczne. Wokół wszechobecna i nieskończona wolność. Nonkonformiści wkupili się w łaski odbiorców, przekazując treści w sposób niezbyt kontrowersyjny. Rządzi minimalizm. Treść ponad formą. Przykładem może być popularny na całym świecie ruch „Loesje” – zrzeszenie osób wyrażających swoje myśli w krótkiej formie: w internecie, na murach miast, a także tradycyjnie – na kartkach papieru rozwieszonych na ulicach. „Loesje” starają się przykuć uwagę społeczeństwa na problemy współczesnego człowieka. Globalizacja przestaje być wadą, ponieważ dzięki niej zapoczątkowany w Holandii pomysł założenia „Loesje” może wędrować po wielu państwach. Działania wolnomyślicieli są synonimem kreatywnego rozumienia oraz progresywnego wyrażanie poglądów. Z pozoru banalne, krótkie, nierzadko ironiczne zdania otwierają umysły 24 h/dobę. Minimalizm to nowy maksymalizm. Kolejnym wolnomyślicielem jest działający w pojedynkę „Bohater” z polskiego podwórka – fikcyjna postać stworzona przez Małgorzatę Helber (autorkę książki Najgorszy człowiek na świecie). Są to „wesołe” przygody ziemniaka skrzyżowanego z mrówkojadem. „Bohater” to pozytywna postać w negatywnym świecie. W opozycji do stereotypowego bohatera, „Bohatera” cechuje apatia, aspołeczność, niekryta krytyka i bunt przeciwko standardowym formom życiowej aktywności. Jeśli czasem czujesz się niepasującym elementem układanki zwanej życiem albo jeśli odczuwasz nieustaną ambiwalencję między światem doczesnym a wewnętrznym – „Bohater” może stać się również bohaterem Twojego życia. Teksty stworzone przez Małgorzatę Helber wyrażają bunt przeciwko modzie na życie insta. Fast car, fast sex, fast food? Nigdy! „Bohater” stoi w opozycji do pięknych ciał posiadających niezbyt piękne umysły. To minimalistyczny bunt przeciwko krzykliwym, neonowym napisom „bądź lepszą wersją siebie”. Nie bądź lepszy. Nie bądź wersją. Bądź po prostu sobą.

ciąg dalszy na s. 26 ► facebook.com/magazynsuplement

marzec/kwiecień 2016

25


zjawisko

„Wolność? Kocham i rozumiem!”

ciąg dalszy s. 25 ► Wolnomyśliciele XXI wieku są bliżej nas. Unikają medialnej kontrowersji, nie szokują, acz zrywają z jednowymiarowym, tunelowym myśleniem. To od Ciebie zależy, jak zrozumiesz i co zrobisz z owym przekazem. Oni tworzą, ale to Ty kreujesz myśli. Subiektywny odbiór próbuje przeniknąć rzeczywistość, tworząc lepszą jakość. Jakość prawdziwą, obdartą ze słodkich kłamstw i czułych słówek. Najważniejsza jest wolność. Może być adekwatna z działaniem, jak w przypadku „Loesji” – rozwieszania plakatów, organizowania warsztatów, tworzenia murali na całym świecie. Ale także w formie „Bohatera” – wolność to ironiczna pochwała przyjemnej stagnacji, która nie nakazuje ciągłego pędu za lepszym niczym. W zamian promując kreowanie swoich 365 dni w roku w dowolny, indywidualny sposób. Wolność to pobudzenie do kreatywnego, nieszablonowego myślenia. Wyjdź ze swojego mikroświata. Rozejrzyj się. 669 lat po Kazimierzu Wielkim nieustannie uczymy się redefiniować „wolność słowa” – nie zapominając, że powinny być przede wszystkim czasownikiem dopasowanym do każdego podmiotu. „Ty daj myśli myśleć”. Jak? Jak chcesz. Martyna Gwóźdź (www.fitmadmara.pl) martynaewagwozdz@gmail.com

26

marzec/kwiecień 2016

facebook.com/magazynsuplement


Instrukcje do lamusa

Wszyscy jesteśmy graczami Pamiętasz Tomka Sawyera? Przypomnij sobie, jak za karę malował płot. Czy bardzo się namęczył? Nie. Czy przejął się drwiną kolegów? Nie. Czy czegoś się nauczył? Tak. Czy dokończył malowanie? Nie. A czy mimo to ciocia był zadowolona? Tak. Dziwne? Tomek był sprytny. Bądź jak Tomek Hej, nie denerwuj się! Wiem, że owo popularne sformułowanie irytuje. Bądź taki lub owaki. Nikt z nas nie lubi narzucania wzorów do naśladowania. Wolimy wybierać je sami. Ale gwarantuję, że tym razem to Ci się opłaci. Spójrz. Zadanie malowania płotu pozornie nie miało nic wspólnego z rozrywką. Mimo to Tomek postanowił sprawiać wrażenie, jakby czuł się zaszczycony powierzeniem mu tak niecodziennej pracy. W efekcie jego koledzy, początkowo nastawieni szyderczo, poczuli, jak w ich serca zakrada się zazdrość i ciekawość. Wyprosili, by zgodził się oddać im pędzel oraz farby, aby sami mogli dokończyć malowanie. Na czym polega sekret? Percepcja to słowo klucz. Sposób, w jaki postrzegamy swoje obowiązki, wpływa na nasze podejście do nich, a także na osiągane przez nas rezultaty. Tomek potraktował malowanie jak najlepszą zabawę. Dzięki takiemu nastawieniu nie musiał „bawić się” sam. Chcesz być jak Tomek? Wystarczy konsekwentnie dorzucać szczyptę rozrywki do wszelkich czynności, których częste wykonywanie sprawia, że powszednieją (np. sprzątanie), bądź takich, jakie zawsze wrzucamy do worka o nazwie „zło konieczne”. Odkryłam Amerykę? Skądże. Witaj we współczesnym świecie. W świecie grywalizacji.

Igrzyska kreatywności

Grywalizacja. Pobawmy się! Zasady? Z liter podanego na początku tego akapitu wyrazu utwórz jak najwięcej innych słów. Spróbuj zrobić to szybciej, niż kolega zaglądający Ci przez ramię. Czas, start! Prawdopodobnie zastanawiasz się, czy w to słowo nie wkradła się literówka, bo pierwsze, co Ci przychodzi do głowy to... rywalizacja? To nie błąd, chociaż faktycznie współzawodnictwo stanowi istotny komponent umożliwiający funkcjonowanie tego zjawiska w społeczeństwie. Dalej? Gra! Tak, gry to nie tylko ważny element, ale jednocześnie inspiracja. Racja. Oczywiście, że mam rację. Kobiety zawsze ją mają. Jawa? Rzecz

jasna, wszystko dzieje się z udziałem świadomości. Wiza. Chwila… jaka wiza? Ja mam ubiegać się o wizę?! OK, ta gra potoczyła sie za daleko, kończymy! Aaa, wizja? Dobrze, rozumiem, po prostu nie dosłyszałam. Zgadzam się, trzeba mieć w sobie coś z wizjonera, by zastosować grywalizację w swoim życiu prywatnym czy zawodowym.

Jest interakcja? Jest zabawa!

Gratuluję, dzięki aktywnemu udziałowi w zabawie uzyskałeś dostęp do dalszej części artykułu. Pozwól, że uchylę teraz rąbka tajemnicy na temat tego, czym grywalizacja jest tak naprawdę. Uwaga, skup się. Gotowy? Grywalizacja, zwana także gamifikacją (ang. gamification) albo gryfikacją, to nic innego, jak przenoszenie pewnych mechanizmów wykorzystywanych w grach na grunt życia codziennego. Uważasz, że takie mieszanie realnego świata z rzeczywistością fikcyjną, przykładowo z gier komputerowych, nie ma prawa bytu? Weź do ręki smartfon, odblokuj go i przejrzyj jego zawartość. Ile aplikacji masz w nim zainstalowanych? Z ilu regularnie korzystasz? Niezależnie od tego, jak bardzo opierasz się nowinkom technologicznym, zalewającym nas ze wszystkich stron, na pewno kojarzysz Endomondo. Nawet jeśli go nie używałeś, to prawdopodobnie nieraz widziałeś mapkę, którą opublikował na swojej facebookowej tablicy Twój dbający o formę kolega, chwaląc się w ten sposób pokonanym w trakcie treningu dystansem. Program umożliwia dzielenie się osiągnięciami sportowymi oraz rywalizację ze znajomymi. Pojawia się tutaj nawet gratyfikacja – nic bowiem nie cieszy tak, jak duża liczba polubień pod postem. Niewielu z nas jednak zdaje sobie sprawę z istnienia bardziej rozbudowanej, ciekawszej wersji aplikacji dla entuzjastów biegania. To Zombies, run! Tutaj dodatkowej motywacji dostarcza scenariusz gry. Użytkownik otrzymuje misję ratowania świata, a niezwykły podkład muzyczny imituje odgłosy ścigających go zombie. Nie wiem, jak Wy, ale... biegałabym.

facebook.com/magazynsuplement

Nie lubię instrukcji. Jeśli mam być szczera, to właściwie nigdy ich nie czytam. Najczęściej proszę o pomoc brata, tatę lub przyjaciół, a jeśli coś sie zepsuje... to − cóż − nie moja wina. Grywalizacja znalazła sposób także na ten znienawidzony bloczek kartek zapisanych drobnym maczkiem. Za przykład posłużyć może tutaj specjalna wtyczka, tzw. Level Up For Photoshop. Po jej zainstalowaniu użytkownik otrzymuje dostęp do trzech poziomów wyzwań, na których są po cztery zadania. Poziomy odpowiadają umiejętnościom konsumenta w obsłudze programu. Nauka następuje podczas użytkowania i pozwala przyswoić konkretne informacje stopniowo. Dodatkowo zdobywaniu kolejnych etapów towarzyszą nagrody w postaci zabawnych odznak. Taka metoda, instruująca jak posługiwać się danym produktem, to onboarding. Czyż nie jest to dużo przyjemniejszy sposób „powitania na pokładzie”?

Gra w grze

Intrygująco można powitać również potencjalnych pracowników – grywalizacja odnalazła swoje zastosowanie także w sektorze rekrutacyjnym. Wielu z nas aplikuje na przeróżne stanowiska z poczuciem niepokoju, że nie zdołamy się odnaleźć w nowej roli; świadomością, że nie znamy realiów towarzyszących funkcjonowaniu w danym zawodzie ani oczekiwań – czy to pracodawcy, czy społeczeństwa. A teraz wyobraźcie sobie, że możecie wirtualnie spróbować swoich sił w grze strategicznej, która stanowi element rekrutacji. Brzmi obiecująco? Takim systemem posłużyły się już m.in. firma Danone oraz Kampania Piwowarska. Oczyma wyobraźni widzę, jak Twoje oczy, Czytelniku, zabłysnęły przy drugiej nazwie. Zgadnij, jaki tytuł nosił pierwszy etap selekcji. Gra o browar? Jesteś blisko. „Gra o Bro”. Kandydaci tworzyli profile, rozwiązywali quizy z wiedzy o mediach społecznościowych oraz poddawali próbie swoje dziennikarskie umiejętności, bowiem celem rekrutacji było znalezienie redaktorów do portalu internetowego poświęconego tematyce ulubionego trunku studentów.

Ja gram, Ty grasz, oni grają

Wymieńmy więc wszystkie składniki potrzebne, aby wprawić mechanizm grywalizacji w ruch. Pierwszy – zabawa. Kto nie potrafi zmienić swojej percepcji, ten nie pije szampana. Drugi – rywalizacja; bądź odwrotnie – współpraca. Po prostu: działania powinny zostać osadzone w kontekście społecznym. Kolejny – nagroda. Lubimy czuć się doceniani, dowartościowywani, bo wtedy zyskujemy poczucie, że to, co robimy, ma sens. To nasz feedback. Odwieczne pytanie: „Być czy nie być?” przez lata ewoluowało i przybierało coraz to bardziej wymyślne formy, odzwierciedlając ducha czasów. W XXI wieku coraz głośniej wybrzmiewa w następującej wersji: „Grać czy nie grać?” A odpowiedź? Na mnie nie patrzcie. Gdybym wam jej udzieliła, to nie byłoby frajdy. Nie mówię: game over. Artykuł się skończył, to prawda. Ale ciąg dalszy możecie dopisać sami. Dominika Gnacek dominika.gnacek@o2.pl

Korzystałam z książki autorstwa R.Paharia Lojalność 3.0 - jak zrewolucjonizować zaangażowanie klientów i pracowników dzięki big data i grywalizacji.

marzec/kwiecień 2016

27


zjawisko

Jeden człowiek z wizją (i pieniędzmi)

Geniusz, miliarder, wynalazca, filantrop, przedsiębiorca i (chyba) przede wszystkim nie posiada bowiem uzbrojonego, latającego pancerza. Chyba... Elon Musk. Czy to Wam coś mówi? A czy obiła się Wam o uszy nazwa serwisu PayPal? Wiecie, taka niszowa firma, z usług której korzysta jakieś… pół świata? Wyżej wymieniony pan jest jednym z założycieli tego właśnie serwisu. A kiedy dorobił się sporej sakiewki dukatów, założył swoją własną agencję kosmiczną. Bo kto bogatemu zabroni? I tak w 2002 roku powstał SpaceX. Jakby prywatna korporacja przemysłu lotniczego nie była wystarczająco imponująca, rok później pojawiło się jeszcze przedsiębiorstwo motoryzacyjne Tesla Motors, zajmujące się projektowaniem i produkcją elektrycznych samochodów.

Dobrze, ale co z tego?

Jest przecież wielu obrzydliwie bogatych ludzi, którzy dorobili się fortuny dzięki dobrym pomysłom na inwestycję swych pieniędzy. Co zatem czyni Muska takim specjalnym? Fakt, że on wie, co robi i dlaczego to robi. Praktycznie wszystkie inwestycje i projekty, które nadzoruje, mają na celu poprawienie w jakiś sposób sytuacji ludzkości i przyspieszenie postępu technologicznego. Nie muszę chyba mówić, jak dużym udogodnieniem jest dziś usługa PayPal − przelewy, internetowe zakupy, których dokonuje się na całym świecie − to mówi samo za siebie. Jak w takim razie ludzkość może zostać zmieniona przez Teslę Motors i SpaceX?

Ekologia − robisz to dobrze!

Samochody elektryczne były do niedawna traktowane jako ciekawostka, i to w dodatku kompletnie niewydajna w porównaniu do tradycyjnych, spalinowych maszyn dominujących od wielu lat na światowych szosach. Ale wtem pojawił się Elon w swojej Tesli − stylowym, błyszczącym wozie i nikt nie mógł uwierzyć, że coś tak pięknego i szybkiego jest napędzane elektrycznie

28

marzec/kwiecień 2016

i nie tworzy jednocześnie małego smogu przy odpalaniu. Muskowi udało się upiec dwie pieczenie na jednym (bardzo ekologicznym) ogniu. Po pierwsze, pokazał wszystkim, że bezpieczny dla środowiska samochód też może być „cool”, a po drugie, sprawił, że wehikuły marki Tesla zaczęły konkurować z jaguarami czy astonami martinami. Pojawia się jednak wątpliwość − siła samochodu ekologicznego tkwi między innymi w tym, że nie zanieczyszcza on środowiska. A jeśli Tesla to drogi samochód, to jakim prawem ma on korzystnie wpłynąć na ekosystem, skoro kupić mogą go aktualnie jedynie nieliczni? Na to pytanie Elon odpowiedział w jednym z wywiadów, mówiąc, że z komórkami było podobnie: kiedyś były duże, ciężkie, dosyć nieporęczne i bardzo drogie, a dziś praktycznie każdy chodzi z superkomputerem w kieszeni. I taki jest plan Tesli Motors − zacząć od samochodu poniekąd luksusowego i zmierzać z każdym modelem do coraz szerszego grona odbiorców. Pomysł nie jest oczywiście bez wad − aktualne modele Tesli ustępują w kwestii zasięgu swoim spalinowym konkurentom, ale i ten problem powinien zostać z czasem rozwiązany. Zamiast przywiązywać się do drzewa, ten człowiek po prostu próbuje coś zmienić.

 akiety? R A co mi po jakichś rakietach?!

To pytanie zadaje sobie wielu ludzi, ale to dobrze, bo ciekawość jest bardzo dobrym odruchem. Nawet jeśli to nie ciekawość stoi za tym pytaniem. O ile samochód jest obiektem, który widzimy na co dzień, z którego korzystamy lub w którym chociaż siedzimy (pozdrawiam wszystkich „zakorkowanych” na katowickich drogach!), o tyle rakiety są w naszej powszechnej świadomości czymś, co kojarzymy głównie z kinem science-fiction. Niby wszyscy wiemy, że człowiek lądował wiele razy na

facebook.com/magazynsuplement

Księżycu i mamy świadomość, iż po orbicie krąży Międzynarodowa Stacja Kosmiczna, a w planach od dawna jest załogowa misja na Marsa, to jednak… no właśnie − temat eksploracji kosmosu jest dla nas czymś abstrakcyjnym. I kiedy w wiadomościach przewija się news o tym, że firmie SpaceX udało się pomyślnie przeprowadzić całą sekwencję lotu rakiety Falcon 9, człowiek myśli sobie: „Fajnie, super”, po czym wraca do oglądania filmów ze śmiesznymi kotami. A tymczasem to, co dzieje się ostatnio w kwestii eksploracji kosmicznej, może być początkiem kolejnej rewolucji. Co jest takiego rewolucyjnego w projektach SpaceX? Żeby na to pytanie odpowiedzieć, trzeba zdać sobie sprawę, z jakimi trudnościami zmaga się aktualnie astronautyka. Pierwszym problemem są koszty lotu, drugim pieniądze, które trzeba przeznaczyć na lot, a trzecim ilość dukatów, jakimi trzeba sypnąć, aby rakieta mogła wznieść się w przestworza. Zaskakującym faktem jest jednak to, że to nie paliwo jest w tym całym przedsięwzięciu najdroższe, a sama rakieta (tu możecie zrobić zdziwione miny; ja zaczekam). Co zatem obmyślili Musk i jego wesoła kompania szalonych naukowców? Każmy rakiecie, która wynosi coś w przestrzeń kosmiczną, wrócić po wypełnionej pracy na Ziemię! W jednym kawałku! Żeby można ją było zatankować i wysłać ponownie, zamiast budować nową („Niemiec płakał, jak sprzedawał…”). Szacuje się, że dzięki takiemu zabiegowi loty kosmiczne staną się o około 99 procent (!) tańsze. Tylko, że… ponowię pytanie − po co to wszystko? Ziemia − nasz dom − nie jest zbyt gościnna . Globalne ocieplenie i uśpione superwulkany czają się dosłownie za rogiem. Do tego trzeba dodać „typowe” kosmiczne zagrożenia: rozbłyski słoneczne, zabłąkane asteroidy. No i w końcu my sami też jesteśmy dla siebie niebezpieczni − ciągle wisi nad nami groźba wojny nuklearnej,


− wizjoner. Nie, to nie tekst o marvelowskim Iron Manie. Osoba, o której mówię,

a technologia, której postęp przyspiesza z każdą dekadą, może kiedyś zwrócić się przeciwko nam. Jeśli w którejś z tych niezwykle przykrych okoliczności cała ludzkość skupiona będzie na jednej planecie… cóż. Powiedzmy tylko, że lepiej, jeśli to się nie wydarzy. Kluczem do tego są właśnie tańsze, bardziej ekonomiczne podróże w górę! I póki nie wymyślimy lepszego sposobu, trzeba maksymalne dopracować klasyczną technologię działającą na zasadzie − duży silnik, ogromna rakieta, dużo płomieni, a resztą niech zajmie się Newton i jego trzecia zasada dynamiki.

Krytyka i najbliższa przyszłość

Znajdą się cynicy, którzy stwierdzą, że to nie dobro ogółu kieruje Muskiem, a chęć zysku, bo ostatecznie przecież jest on miliarderem. Nie zostawia sobie jednak całego tego majątku i znany jest ze swojej działalności filantropijnej − w ramach organizacji Musk Foundation aktywnie wspiera rozwój technologii pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych czy postępy czynione na polu pediatrii. Wystarczy także zobaczyć pierwszy lepszy wywiad z Elonem i wsłuchać się, z jakim zaangażowaniem

facebook.com/magazynsuplement

opowiada on o swoich wizjach. Prowadzący nie rozmawiają z biznesmenem i absolwentem ekonomii na University of Pennsylvania oraz bogaczem, który umiejętnie inwestuje swoje pieniądze, ale z inteligentnym wizjonerem, absolwentem fizyki. To oczywiste, że wszystkie omówione wyżej przedsięwzięcia to nie pomysł i praca jednego człowieka, a zespołów genialnych ludzi. Wszystko to jednak nie istniałoby, gdyby nie jeden człowiek z wizją, pasją i pieniędzmi. On sam zachowuje jednocześnie skromność, przyznając szczerze w pewnym wywiadzie, że nie daje zbyt dużych szans na powodzenie swoim przedsięwzięciom, lecz ktoś jednak musi podjąć ryzyko. Zanim po raz pierwszy udało się odzyskać rakietę Falcon po udanej misji, było wcześniej dziewiętnaście innych lotów, podczas których czterokrotnie próbowano wykonać tę operację bez powodzenia. Jak stwierdził sam Musk: „Jeśli coś nie idzie nie tak, to znaczy, że metoda, którą stosujesz, nie jest wystarczająco innowacyjna”. Nawet, jeśli te pomysły się nie powiodą, Elonowi udało się rozruszać od dawna zatrzymany rozwój kosmonautyki i wymusić lekkie zmiany w rozwoju motoryzacji, sprawiając, że pozostali producenci samochodów coraz częściej i bardziej na poważnie rozważają kwestię ekologicznych pojazdów. Musk angażuje się ostatnio także w ideę stworzenia superszybkiej i (a jakżeby inaczej) supertaniej kolei Hyperloop. W planach SpaceX na najbliższe dekady jest budowa rakiety umożliwiającej pierwszą w historii podróż człowieka na Marsa. Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak powtórzyć krążącą po Internecie frazę: „In Musk we trust!”. Jakub Paluszek jakub.paluszek@gmail.com

marzec/kwiecień 2016

29


zjawisko

Ciekawostki nie z tej Ziemi Kartką papieru przez galaktykę!

Tak blisko, a tak daleko

Kosmos potrafi być przyjaznym miejscem

Rewolucyjny sposób na tanie podróże kosmiczne! Wziąć kartkę (wyjątkowo cienką − grubość 0,01mm będzie w sam raz) i złożyć ją na pół. Wspaniale! Świetnie Wam idzie! Teraz powtórzcie tę czynność jeszcze 44 razy, aby stworzyć stos o wysokości bardzo zbliżonej do odległości Księżyca od Ziemi. Bez rakiet! Tylko liczcie uważnie swoje złożenia, bo jeśli zrobicie o jedno za dużo, możecie nieco przestrzelić i znaleźć się dwa razy dalej!

Jeśli udało nam się trafić już na Księżyc, to proponuję odwrócić się i spojrzeć na Ziemię. Warto zauważyć, że jesteśmy od niej teraz tak daleko, że spokojnie można by w tę lukę upchnąć wszystkie pozostałe planety Układu Słonecznego i, przy pomyślnym ułożeniu tych dwóch ciał niebieskich, zostałoby jeszcze kilka tysięcy kilometrów zapasu. Tak na wszelki wypadek!

Proszę wycieczki - za chwilę znajdziemy się w pobliżu mgławicy G34.3. Dlaczego zasługuje ona na naszą uwagę? Ano dlatego, że podstawą jej struktury chemicznej jest… alkohol etylowy, czyli fundamentalny składnik wszelkiego rodzaju wyrobów spirytusowych. Na takie odkrycie nie pozostali bierni miłośnicy piwa, którzy obliczyli, że tamtejszych zapasów wystarczyłoby na produkcję złocistego trunku dla całej ludzkości przez najbliższy miliard lat. I nagle podbój kosmosu staje się priorytetem!

Na skraj Wszechświata i jeszcze dalej!

Wróćmy jeszcze na chwilę do naszej zmaltretowanej kartki. Jeśli mamy naprawdę (NAPRAWDĘ) dużo siły i jeszcze więcej odwagi, i postanowimy złożyć kartkę łącznie 103 razy, wtedy powstałe w wyniku tego tytanicznego wysiłku monstrum wykroczy poza granice znanego nam obecnie Wszechświata (którego średnica ma aktualnie ok. 92 miliardy lat świetlnych). A tak poważnie − jeśli uda Wam się złożyć tę kartkę na pół więcej niż 10 razy, powinniście być z siebie kosmicznie dumni!

30

marzec/kwiecień 2016

facebook.com/magazynsuplement


kariera

Biuro Karier

po godzinach Zmień wszystko, co chcesz Schudnę/ zacznę biegać/ będę oszczędzać/ zapiszę się na kurs/ przestanę się lenić (niepotrzebne skreślić). Obiecujemy sobie „zakasać rękawy” i wprowadzić pozytywne zmiany w swoim życiu. Niestety, zaledwie co dwudziestej osobie udaje się dotrzymać postanowień. Jak możesz stać się jedną z nich? Większość z nas wierzy, że zrealizuje wytyczone cele, jeśli wykaże się silną wolą. Niestety, zazwyczaj ta metoda prowadzi nas przez przygnębiający cykl: od entuzjastycznego zaangażowania się w dokonanie zmiany, poprzez spadek motywacji i powrót do starych nawyków, aż do obwiniania siebie za okazaną słabość. To beznadziejna pułapka, zniechęcająca do dalszych działań. Musisz wiedzieć, że podczas gdy Ty próbujesz poradzić sobie ze starymi nawykami stosując strategię „wytrwałości”, sześć źródeł wpływu sabotuje Twoje działania. Jak obrócić ich działanie na swoją korzyść? Odpowiedzi na to pytanie dostarcza eksperyment przeprowadzony w laboratorium Change Anything w USA.

Jak (nie) stać się utracjuszem?

W ramach eksperymentu dzieci, podzielone na dwie grupy, miały wykonać cztery proste zadania, za które otrzymywały po 10$. Naukowiec ostrzegł dzieci, że będą miały możliwość wydania zarobionych pieniędzy, ale powinny oprzeć się pokusie i w krytycznym momencie pomyśleć o tym, co chciałyby z nimi zrobić. Wszystkie dzieci były więc zmotywowane i miały plany na wydanie pieniędzy. Rozpoczął się eksperyment. Dzieci z łatwością wykonywały zadania i zarabiały pieniądze. Po każdym zadaniu zapraszano je do sklepiku ze słodyczami i zabawkami, których ceny były od 5-10 razy wyższe niż w normalnym sklepie - i dzieci doskonale zdawały sobie z tego sprawę. Pierwsza grupa oszczędziła mniej niż 13$, a druga grupa aż 34$. Podnieśmy kurtynę i sprawdźmy, skąd ta różnica. Otóż zespół badawczy manipulował różnymi źródłami wpływu, by oddziaływać na zachowanie dzieci - tymi samymi, które przez całą dobę

wpływają na nas. W przypadku pierwszej grupy źródła te propagowały wydawanie, a w przypadku drugiej - oszczędzanie. Jakie to źródła? 1: motywacja osobista. Najpierw odwołano się do istniejących pragnień dzieci - po wykonaniu pierwszego zadania grupie wydającej zaproponowano zjedzenie ulubionego smakołyku, a grupę oszczędzającą poproszono o przypomnienie sobie, co chciałaby kupić za zarobione 40$. Jak to wykorzystać? W krytycznych chwilach odwołuj się do swoich celów (np. podczas kryzysu w diecie spróbuj odwrócić swoją uwagę i wyobraź sobie szczupłego siebie). 2: umiejętności osobiste. Grupę oszczędzającą nauczono kontrolowania wydatków na kartce. Grupie wydającej umykał wypływ gotówki. Jak to wykorzystać? Zmiana długotrwałych nawyków zawsze wymaga opanowania nowych umiejętności (np. nauki liczenia kalorii). 3: motywacja społeczna. W trakcie eksperymentu do badanych dołączyły dzieci -„wspólnicy” z zespołu badawczego. Do pierwszej grupy dołączyły dzieci, które wydawały pieniądze tak szybko, jakby jutro miało nie nadejść. Natomiast do drugiej grupy - dziecko, które starało się oszczędzać i głośno zachęcało do tego samego. Jak to wykorzystać? Znajdź sobie „wspólników”, którzy będą Cię wspierać podczas wprowadzania zmian (np. zaangażuj członków rodziny, by kupowali zdrowe jedzenie). 4: umiejętności społeczne. Następnie „wspólnik” oszczędzających przypominał im, że ceny w sklepiku są skandaliczne i jeśli poczekają, to będą mogli

facebook.com/magazynsuplement

kupić więcej produktów za mniejsze kwoty. Wydający nie uzyskali takiej informacji. Jak to wykorzystać? Zmiana głęboko zakorzenionych nawyków wymaga informacji i realnego wsparcia ze strony innych osób (np. porad dietetyka lub trenera). 5: motywacja strukturalna. W końcu wykorzystano wpływ rzeczy - wydającym powiedziano, że zarobione pieniądze znajdują się na wirtualnym koncie, a oszczędzającym zapłacono twardą gotówką. Jak to wykorzystać? Wprowadź realnie oddziałujące na Ciebie nagrody oraz kary - i powiąż je z nowymi nawykami (np. jeśli uda Ci się osiągnąć cel nagródź się wizytą w SPA, jeśli nie - przelej pieniądze na rzecz Stowarzyszenia Walki z Otyłością). 6: umiejętności strukturalne. Podczas wykonywania zadań wydający przebywali w pokoju pełnym zdjęć słodyczy, natomiast oszczędzający nie widzieli takich fotografii. Jak to wykorzystać? Dodaj kilka wzrokowych wskazówek, które pomogą Ci skupić się na wyznaczonym celu (np. rozwieś motywujące plakaty, śledź proces utraty swojej wagi, usuń przekąski z zasięgu wzroku). Codziennie sztab ludzi pracuje w pocie czoła, by zachęcić Cię do wydania pieniędzy i otrzymania w zamian niechcianych kilogramów, chorób i debetu na koncie. Kiedy zrozumiesz działanie sił wpływających na Twoje działania, nie będziesz skazany na to, by padać ich ofiarą. Możesz świadomie tworzyć efektywne plany zmian. Katarzyna Anuszkiewicz

* opracowano na podstawie: K. Patterson i in., „Zmień wszystko co chcesz”

marzec/kwiecień 2016

31


Dołącz do nas! facebook.com/magazynsuplement

Suplement - marzec/kwiecień 2016  

Magazyn Studentów Uniwersytetu Śląskiego