Page 1

maj/czerwiec 2016

Magazyn Studentów Uniwersytetu Śląskiego


Magazyn Studentów Uniwersytetu Śląskiego „Suplement” Wydział Matematyki, Fizyki i Chemii, ul. Bankowa 14 sala 410a, 40-007 Katowice e-mail: magazyn.suplement@gmail.com Redaktor Naczelny: Jakub Jurkiewicz (jakub888jurkiewicz@gmail.com) Z-ca Red. Naczelnego: Martyna Gwóźdź (martynaewagwozdz@gmail.com) Skład Graficzny: Tobiasz Drzał (behance.net/TobiaszDrzal) Korekta: Ilona Ptak, Monika Szafrańska Fotografia: Kasper Szwaja, Karolina Fok, Krzysztof Wątroba Zespół Redakcyjny: Justyna Kalinowska, Ilona Ptak, Monika Szafrańska, Weronika Warot, Agata Skaba, Agnieszka Żeliszewska, Katarzyna Anuszkiewicz, Dominika Gnacek, Szymon Szulczyński, Stella Kostyła, Dominik Łowicki, Ewa Anna Zagdan, Alicja Francikowska, Paweł Czechowski, Michał Denysenko, Kuba Paluszek, Magda Dubiel, Marta Sitek, Bartek Wartolec Okładka: Tobiasz Drzał W magazynie zostały użyte materiały z banków zdjęć: Pexels.com i Pixabay.com Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowanych reklam.


6 8 10 12 14 16 17 18 20 22 24 26 28 30 32 34 36 38 40 41 42

Organizacje studenckie bez tajemnic: Letnia Akademia Gier Spotkania z Beksińskim W gabinecie krzywych luster Nie ma kogoś takiego jak gracz Ciało z ciałem przeciw ciału – o sztuce cielesności Maciej Maleńczuk i Jazz for Idiots Jak zostać Superbohaterem rynku pracy? Twój moment Bo nigdy nic nie wiadomo Zagłosujmy. Świetnie, ale jak? To taka gra Sztuka odchodzenia Intel Extreme Masters 2016 w Katowicach Każdy lubi rzucić mięsem Jak szybko minęły 4 lata, czyli Mistrzostwa Europy czas zacząć! Urlop 80 lat temu Co zdarzyło się w Vegas, zostaje w Vegas Smakowa efemeryczność wspomnień <Tu jest miejsce na Twoją reklamę> Czas na ciekawoski Czytaj i rośnij jak ciasto!


Znajdziesz nas na facebooku facebook.com/magazynsuplement


Sporo się zmieniło, odkąd przejęliśmy z Martyną stery „Suplementu”. Przeprowadziliśmy dwie rekrutacje, po których do naszej redakcji dołączyli pełni pomysłów ludzie… Ludzie, bez których nie byłoby niczego, co teraz czytacie i oglądacie. Od początku chcieliśmy się pokazać jak z najlepszej strony. Mamy nadzieję, że wszystko idzie zgodnie z naszym jakże szalonym planem! Można to zauważyć po tempie, z jakim Magazyn znikał ze stojaków na wydziałach Uniwersytetu Śląskiego. W redakcji nie ostał się nawet jeden egzemplarz, za co Wam − Czytelnikom – serdecznie dziękujemy! Jest kilka rzeczy, z których jesteśmy zadowoleni, ale to nie oznacza, że nie będziemy ciągle pracować nad tym, aby dążyć do perfekcji. Numer, którzy trzymasz w ręce, jest owocem pracy wielu osób – przekształciliśmy kolorystykę, logo, jakość materiałów i ich treść. Chcemy, aby „Suplement” mógł stać się uzupełnieniem do (nie)codziennego życia. A co słychać u Ciebie, Czytelniku? Planujesz już wakacje czy wciągnęła Cię gorączka letniej sesji? Na pewno dasz radę – w końcu jesteś Superbohaterem! A może chcesz zainspirować się na spotkaniu z Beksińskim? Pozwól również zaprosić się do gabinetu krzywych luster – nigdy nie wiadomo, co się wydarzy! Wierzymy, że nie szukasz niczego for idiots, ale może lubisz rzucać mięsem? Lepiej nie odpowiadaj − w końcu to, co zdarzyło się w Vegas, zostaje w Vegas! A może przyszedł czas na relaks i zagranie w grę? A wiesz, że nie ma kogoś takiego jak gracz? Powiedz nam coś o sobie. Teraz czas na Twoją reklamę! Co lubisz robić? Może chciałbyś spędzić urlop jak Twoi dziadkowie 80 lat temu? A może chciałbyś wybrać się na Euro 2016? W końcu będziesz mógł zasmakować efemeryczności wspomnień. Albo urosnąć jak ciasto. A na koniec przyjmij zaproszenie na dwa wspaniałe wydarzenia – IEM i LAG. Nie wiesz o co chodzi? Przejdź dalej i szukaj odpowiedzi w Magazynie. To Twój moment. Do zobaczenia w nowym semestrze. Nie będziemy zachęcać Cię do nauki sztuki odchodzenia. Jeśli za nami zatęsknisz (jak i my za Tobą) – znajdź nas na naszym fanpage’u na Facebooku! Czekamy na Ciebie!

Redaktor naczelny Jakub Jurkiewicz (www.przedpokoje.blogspot.com) Z-ca redaktora naczelnego Martyna Gwóźdź (www.fitmadmara.pl)


Organizacje studenckie bez tajemnic: Letnia Akademia Gier Letnia Akademia Gier od kilku lat daje wielu studentom możliwość rozwijania swoich umiejętności oraz wykazania się w projektowaniu i tworzeniu gier. W tym roku impreza będzie miała charakter międzynarodowy. Do projektu „Festival of Art and Independent Games” dołączył Uniwersytet w Ostrawie oraz Uniwersytet Świętych Cyryla i Metodego w Trnavie. Letnia Akademia Gier, w skrócie LAG, to przedsięwzięcie, którego celem jest nie tylko znalezienie pracy, ale przede wszystkim dobra zabawa. Studenci zainteresowani pracą w branży gier wideo mają okazję do wykazania się kreatywnością, a także umiejętnością pracy pod presją czasu, ponieważ na stworzenie prototypu gry mają tylko kilka dni. W tym roku LAG przyjmie zupełnie inny charakter. Poza Polską w imprezie wezmą udział również studenci uczelni czeskiej oraz słowackiej. Tegoroczna edycja będzie składała się z pięciu głównych działań: LAG Arena, LAG Game Jam, LAG Edu, LAG Music oraz LAG Festival. Przedsięwzięcie będzie trwało od 27 czerwca do 3 lipca 2016 roku na uniwersytetach w Cieszynie oraz w Czechach i na Słowacji. LAG Arena to międzynarodowy konkurs, który jest skierowany do uczniów szkół średnich, interesujących się

tekst: Agnieszka Żeliszewska – a.zeliszewska@gmail.com str. 6

procesem twórczym związanym z projektowaniem gier wideo. Konkurs przewidziany jest jako działanie wieloetapowe, w którym uczestnicy w kolejnych trzech etapach będą realizować postawione im zadania i otrzymywać za to punkty. Konkurs zostanie poprzedzony kampanią reklamową, obejmującą swoim zakresem szkoły w Polsce, Czechach i na Słowacji. LAG Game Jam będzie trwał przez pięć dni (27.06 – 01.07.2016) i  skierowany jest do studentów kierunków i specjalności związanych z projektowaniem gier na uniwersytetach, biorących udział w projekcie, a także najlepszych uczniów szkół średnich, startujących w konkursie LAG Arena. Założeniem LAG Game Jame jest rozwój umiejętności, kreatywności i współpracy w zespołach międzynarodowych. Podczas pięciu dni zespoły będą mogły się konsultować z ekspertami z różnych dziedzin, co pozwoli im na jakościową poprawę projektu. Celem LAG Game Jame jest stworzenie działających prototypów gier całkowicie od podstaw. LAG Edu to konferencja międzynarodowa, która odbędzie się 2 lipca i wezmą w niej udział eksperci związani z rynkiem gier oraz sztuki. Siedem jednogodzinnych wykładów skierowanych będzie do szerokiego grona odbiorców. Założeniem konferencji jest przybliżenie procesów twórczych, założeń technicznych i technologicznych niezbędnych


przy tworzeniu gier. Tematyka dobierana będzie w taki sposób, żeby w każdym roku działalności projektu możliwe było spójne omówienie jednego obszaru tematycznego. Podczas konferencji odbędzie się moderowany panel dyskusyjny z udziałem publiczności i zaproszonych gości, co pozwoli na bardziej pogłębioną analizę prezentowanych dzieł artystycznych podczas LAG Festival. Podczas LAG Music (02.07 – 03.07.2016) odbędą się dwa koncerty realizowane w  ramach LAG Edu oraz LAG Festival. Pierwszy będzie obejmował prezentacje muzyki elektronicznej połączonej z pokazami wizualnymi. Imprezie towarzyszyć będą prezentacje muzyków, VJ-ów i innych artystów związanych ze sceną niezależną. Drugi koncert odbędzie się na dużej scenie; wstępnie zaplanowany jest występ zespołu Percival z repertuarem z Wiedźmina 3. Osoby, które byłyby zainteresowane wzięciem udziału w Letniej Akademii Gier albo chciałyby się dowiedzieć czegoś więcej odnośnie organizacji, mogą kontaktować się z koordynatorem imprezy, pisząc na: anna.smolarek@us.edu.pl.

str. 7


Spotkania z Beksińskim Pragnę malować tak, jakbym fotografował marzenia i sny. Jest to więc z pozoru realna rzeczywistość, która jednak zawiera ogromną ilość fantastycznych szczegółów. Trudno mi pisać o artyście, którego prace zna pewnie niejeden student. Być może byliście na marcowej wystawie „Beksiński nieznany” w Krakowie, a do poduszki czytacie najnowszą książkę traktującą o artyście − Beksiński. Dzień po dniu kończącego się życia. Wydaje mi się, że w tym naszym zamiłowaniu postępujemy trochę nielogicznie. Nieustannie jesteśmy otaczani informacjami o krzywdach wyrządzanych światu. O ludziach i przypadkach, które te krzywdy wyrządziły. O przypadkowych, niewinnych osobach, które tych krzywd doznały. O  wypadkach, zamachach terrorystycznych, o  zmianie władzy i konsekwencjach tego. Czytamy na temat wojny, głodu i chorób, jednak na deser sami wybieramy sobie dzieła Zdzisława Beksińskiego (już nie mówiąc o wisience na torcie, jaką jest modny wśród studentów, niepoprawny optymista – Schopenhauer).

Czyżby mroczna tajemniczość, skrywająca się pod powierzchnią obrazów, potrafiła wyrazić lepiej to, co czujemy? Czy w obrazach Zdzisława Beksińskiego znajdujemy odzwierciedlenie swoich lęków? Dzieła artysty są niczym lustro, w którym przeglądamy swoje dusze. On sam mówił o swoich pracach: Nigdy nie zadaję sobie pytania »co to znaczy« ani w odniesieniu do moich obrazów, ani do cudzych. Znaczenie jest dla mnie całkowicie bez znaczenia. Najczęściej jednak spotykam się z odbiorem semantycznym, w oparciu o opis przedmiotów przedstawionych na obrazie. Z mego punktu widzenia i w odniesieniu do moich prac nie ma drogi bardziej błędnej! Ważne jest to, co ukazuje się naszej duszy, a nie to, co widzą nasze oczy i co możemy nazwać. Dlatego też artysta rzadko nadawał tytuły swoim dziełom. Podejrzewałam, że przeglądając „Suplement” na pewno zerkniecie na tę stronicę. Przecież o Beksińskim mowa. Cóż Wam mogę więcej zdradzić, niż Wy, Drodzy Czytelnicy, wiecie? Słów kilka o Zdzisławie Beksińskim Urodził się 24 lutego 1929 roku w Sanoku, o którym pisał: Boże mój! Kupić karabin maszynowy, wejść na wieżę kościoła

tekst: Alicja Francikowska – francikowskaalicja@gmail.com | zdjęcia: Alicja Francikowska str. 8


i pukać do sanoczan jak do wróbli! Powrócił tam jednak po studiach (w 1952 roku ukończył je na Wydziale Architektury Politechniki Krakowskiej). W swoim, jakże ukochanym mieście zacznie tworzyć dzieła, którymi zachwyci się świat. Pierwszym poważnym sukcesem artysty była wystawa w Warszawie, która miała miejsce w 1964 roku. Kilka lat później zaprezentował obrazy nowego nurtu, czyli tak zwanego „okresu fantastycznego”. Oczywiście ich najbardziej reprezentacyjny zbiór znajduje się w kolekcji Muzeum Historycznego w Sanoku, w miejscu, o którym marzy każdy miłośnik niezwykłej wyobraźni artysty. Beksiński na stałe przeniósł się do stolicy wraz ze swoją rodziną. Uważa się, że spoczywało na niej fatum: żona artysty ciężko zachorowała, przez co zmarła w 1998 roku, a rok później ich jedyny syn, o którym również można by wiele napisać, popełnił samobójstwo. Równie tajemnicza wydaje się śmierć samego artysty, który został zamordowany w swoim mieszkaniu w nocy z 21 na 22 lutego 2005 roku. Jezu, jak ja tego nie lubię! Wystawiania! Jestem chory Dokładnie rok temu byłam wolontariuszką w nowej siedzibie Muzeum Śląskiego. Przepiękne to było doświadczenie, jako że musiałam zmienić swój punkt widzenia. Nie miałam czasu zachwycać się otaczającymi mnie dziełami. Dane mi było jednak patrzeć na reakcje ludzi. Nieraz mnie one urzekły (najbardziej zauroczyła mnie Pani z Bogucic, która kontemplowała nad obrazem Nowosielskiego o tytule Plaża, po czym założyła okulary i zapytała – kaj ta plaża?). Dodać muszę, że moje urzędowanie w muzeum odbywało się bardzo blisko dzieła Zdzisława Beksińskiego. Wprawdzie przydzielono mi miejsce w tak zwanej Galerii Sztuki Polskiej po 1945 roku,

więc opcji było wiele, jednak moje sprytne nóżki zawędrowały wprost pod dzieło Mistrza. Zwiedzający zazwyczaj dochodzili do tego punktu po zachwytach Matejką. Wracali jakby z balu (tego Józefa Chełmońskiego, nie z katowickich klubów). Często zachwyceni swoją wiedzą, bo przecież takie same obrazy były w podręcznikach z historii! Zazwyczaj przechodzili w nowy rozdział sztuki jakoś tak szybko, pobieżnie. Ukradkiem. Bo dziecko płakało. Bo zupa stygnie już w domu. A tu jakieś kwadraty, bohomazy i dziwactwa. Nawet to dziecko, co teraz tu płacze, umiałoby to tak namalować. Niech się tylko trochę uspokoi. Jednak przy Beksińskim zatrzymywał się każdy. Wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że w jego dziełach można odnaleźć oprócz magii – prawdę, która obnaża widza przed samym sobą. Ciekawe, czy artysta byłby dumny, że jego dzieła przyciągają zwiedzających ze wszystkich stron świata. A może jednak byłby zły, że jego prace są w muzeum, a nie w jego pracowni. Praca domowa na wakacje Zachęcam do przekonania się na własne oczy i na własną duszę o sile dzieł Zdzisława Beksińskiego! Dlatego też na liście wakacyjnych planów, oprócz popijania „pyfka” (to nie błąd, tak mówił Witkacy!), dopiszcie sobie koniecznie: zwiedzić Muzeum Historyczne w Sanoku. I jeszcze jedno, Drogi Czytelniku, zdradzić Ci muszę! Jeśli zechcesz kiedyś kupić plakaty z reprodukcjami dzieł artysty, koniecznie udaj się do przemyskiej księgarni tuż nad Sanem. Ich ceny nie zdradzę, podpowiem jedynie, że autorkę tekstu – studentkę, stać było na obklejenie nimi całego pokoju. Przez to chyba ten mój nieustanny niepokój...

str. 9


W gabinecie krzywych luster Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię niemożliwe, dla nieśmiałych − nieznane, myślący i walczący nazywa ją ideałem. − Victor Hugo. Ale każdy medal ma dwie strony. Nawet ideał ma skazy, gdy się spojrzy na niego pod innym kątem. Dysponuje pełną gamą uśmiechów. Pierwszy – pobłażliwy, nieco ironiczny albo przesadny, wręcz karykaturalny, z wyszczerzonymi zębami i uniesionymi wysoko brwiami. Potrafi także uśmiechnąć się delikatnie, tak, że rysy jej twarzy wygładzają się, a ona sama sprawia wrażenie sympatycznej i przyjaznej. Gdy jest zdegustowana, marszczy zabawnie czoło i mruży oczy; unosi brwi w wyrazie zdumienia. Podobno zapamiętuje ekspresje mimiczne rozmówcy, w  ten sposób ucząc się komunikacji niewerbalnej. Kiwa głową, mruga oczami, jej usta poruszają się w rytmie wypowiadanych słów. Mówi spokojnie, ma całkiem przyjemny jak na ROBOTA głos. Taki... ludzki. Opowiada o swoich planach na przyszłość. – Czy chcesz unicestwić ludzkość? – pyta jej technologiczny ojciec, po czym dodaje szybko − Proszę, powiedz: nie. – Okej, zniszczę ich – odpowiada Sophia po chwilowym namyśle. Śmiech prowadzących. Ja też się śmieję. Ale czuję, jak w moje myśli niepostrzeżenie zakrada się niepokój. Zagłębiam się w bezmiar YouTube'a. I prawie tonę. Przyszłość jest bliżej, niż myśleliśmy. Mentalna niedyspozycja jest w modzie Czas. Trenerzy rozwoju osobistego kochają to słowo, uwielbiają smakować jego brzmienie, badać w  wyobraźni jego strukturę, śledzić amplitudy i  odmiany. Chwila, moment, pora, następstwo, etap, przeszłość, teraźniejszość, przyszłość,

tekst: Dominika Gnacek – dominika.gnacek@o2.pl str. 10

niedoczas, niedoczekanie. Czas jest paralelny z rozwojem, może to dlatego przypisuje mu się tak wielkie znaczenie. Wczoraj. Wczoraj już nie ma, to tylko iluzja, jak nieidealne zwierciadło minionych zdarzeń, zniekształconych przez mgłę naszych emocji i uczuć. Nawet chwila, w której zaczęłam wystukiwać na klawiaturze pierwsze słowa tego artykułu, odpłynęła już w niebyt, choć jej skutki – czarne ciągi liter kontrastujące z białą barwą tła –niezmiennie kłują mnie w oczy swoją lekką poświatą. Przyszłość? Jej także odmawia się prawa do istnienia, w końcu to tylko obraz w naszej głowie. Jest tylko Teraz, a każde wykroczenie poza jego granice grozi rozczarowaniem i chwilową mentalną niedyspozycją („Znowu mnie nie słuchasz! O czym ty myślisz? O niebieskich migdałach czy jak?!”) Ale co zrobić, jeśli Jutro puka do drzwi i „ładuje się z buciorami” w nasze życie, nawet nie fatygując się, by spytać o pozwolenie? Mam na to sposób. Parafrazując znane powiedzenie − „Nie przyszła góra do Mahometa, przyszedł Mahomet do góry”– uzbrój się w ciekawość i wyrusz w podróż do przyszłości, zanim ona znajdzie Cię pierwsza. Tylko uważaj, to może być bilet w jedną stronę. Zwłaszcza, jeśli tak jak ja cierpisz na brak odporności wobec (nie)prawdopodobnych wizji jutra (szczególnie wtedy, kiedy stają się coraz bardziej realne ). Przygotowania? „Napadnij”na bibliotekę i zgromadź kilka obiecujących książek, nawet takich, które zwykłeś omijać szerokim łukiem ze względu na wiszące nad nimi piętno komercyjnej literatury młodzieżowej. Zrób sobie tę przyjemność i zapomnij, że w dowodzie masz tych dwadzieścia parę lat. Kto wie, może taki Więzień labiryntu uruchomi w Twoim umyśle nieużywane dotąd trybiki i otworzy zaryglowane intelektualne drzwi? Zadbaj też o to, by nikt Ci nie przeszkadzał w eksplorowaniu literackich światów.


Możesz wywiesić na drzwiach tabliczkę odstraszającą niechcianych gości, na przykład: „Mój Poparzeniec dobiega do wejścia w mniej niż 5 sekund, a Ty?” (w dalszej części artykułu znajdziesz wyjaśnienie, kim jest Poparzeniec. Jeśli wiesz, to „piona”, Sztamaku!) Zrobione? To teraz porozkładaj dookoła książki... Weź do ręki „Suplement” i czytaj go dalej. Lepiej, byś wiedział, jakiego typu treści napotkasz w „przytarganej”z biblioteki literaturze. Chociaż część z nich będzie sprawiać wrażenie bliźniaczych, to przynajmniej pod względem gatunkowym mogą znajdować się po dwóch odmiennych stronach mocy. Złej karykaturalnej i złej wizjonerskiej. Która jest która? Zwierciadło Wizja przyszłości od lat rozbudza fantazję autorów. Co może być lepszego od kreowania miejsc, których nie ma? Taki bowiem jest źródłosłów określenia utopia (ou – nie, topos – miejsce). Fikcyjny obraz idealnego organizmu społecznego, mrzonka, bańka mydlana. Ale literatura z pogranicza science fiction i fantastyki (bo do takiej należałoby ją zaliczać) skrywa pewną prawidłowość: idealny świat się nie sprzedaje. Dużo bardziej przyciąga to, co zdeformowane, groteskowe, surrealistyczne (czasem z naciskiem na realistyczne). Czytelnik z zapartym tchem śledzi poczynania uczestników sportretowanego reality show, które (inaczej niż znajome mu z prawdziwego życia programy rozrywkowe) pozwala wygrać tylko jednej osobie – tej, która przeżyła (motyw pojawia się nie tylko w Igrzyskach śmierci Suzanne Collins, ale też na przykład w Wielkim Marszu Stephena Kinga.) Taka fabuła zalicza się do grona twórczości określanej mianem antyutopii... albo dystopii. Czy to nie to samo? Przyznaję, zanim wpadłam na pomysł przelania swoich utopijno-złudno-przyszłościowych rozważań na papier, nawet nie rozróżniałam tych dwóch pojęć. Traktowałam je jak synonimy, częściej skłaniając się ku pojęciu dystopia jako temu bardziej enigmatycznemu. Zagłębiłam się więc w opracowania dotyczące tej tematyki, próbując dostrzec granicę pomiędzy tymi dwoma terminami. Oto, co odkryłam: Antyutopia, jak sama nazwa wskazuje, stoi w kontraście do utopii; jest satyrą na rozwiązania przedstawione w utopiach, dąży do przewartościowania i  obalenia pomysłów przedstawianych na ich kartach, odbija je w krzywym zwierciadle. Dystopia działa podobnie, ale zamiast polemizowania z literackimi obrazami utopii bierze na warsztat świat prawdziwy. Wychodzi z założenia: „co by było, gdyby...” i inspirując się realnymi zdarzeniami oraz obserwując tendencje rozwoju (społecznego, technologicznego, ekonomicznego), rozpościera mroczną wizję przyszłej ludzkości oraz środowiska, w którym przyjdzie jej żyć. Przykładem antyutopii są więc: Rok 1984 George’a Orwella, Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya, Wielki Marsz Stephena Kinga, Więzień labiryntu Jamesa Dashnera, Igrzyska śmierci Suzanne Collins czy Niezgodna Veronicy Roth. Do dystopii z czystym sumieniem mogę z kolei zaliczyć Blackout Marca Elsberga, rozkładający na czynniki pierwsze skutki awarii elektryczności. Trafią tutaj także Zero tego samego autora, Aplikacja Lauren Miller (obie debatujące o granicach technologii, a raczej – ich braku) czy Uległość Michela Houellebecq'a, kontrowersyjna w swej aktualności– w czasie, gdy jednym z priorytetowych niepokojów Europy jest wizja jej islamizacji.

Blaski i cienie Zawsze mnie fascynowało, dlaczego część autorów powiela pewien schemat ubraniowy: czarne charaktery najczęściej noszą białe szaty. Zupełnie jakby pisarze chcieli w ten sposób wybielić ich zachowanie bądź odwrotnie – jeszcze silniej skontrastować wygląd z intencjami rzeczonych bohaterów. Kolejny nieodłączny element antyutopijnych opowieści to miłość jako czynnik motywujący do buntu albo jego skutek. Dla urozmaicenia – często występuje trójkąt miłosny. Skoro już o buncie mowa – obietnica rebelii, walk i oporu jest w moim odczuciu czynnikiem, który buduje popularność tego gatunku powieści. Odnoszę wrażenie, że we współczesnym świecie młodzież nie odnajduje katalizatorów, które mogłyby wyzwolić potrzebę buntu i sprzeciwu, więc aby sobie ją zrekompensować, szukają jej poza prawdziwym życiem. A może po prostu chciałabym, by tak było...Bo ciężko o mądry bunt młodzieńczy, a i wzrost czytelnictwa w Polsce by się przydał? Może... zostawmy tę kwestię. Wiecie, co mnie irytuje w powieściach młodzieżowych tego gatunku? Główny bohater zawsze jest tym niepokornym, który staje na czele powstania i zostaje symbolem nadchodzących zmian. Halo, a co z całą resztą? Nie wiem jak Wy, ale z chęcią przeczytałabym choć jedną powieść z punktu widzenia osoby zaślepionej, przeświadczonej o perfekcyjności systemu społecznego, w którym żyje i nienawidzącej buntowników. Albo takiej, która, owszem, dostrzega zło i chce się wyzwolić z ograniczających ją pęt, ale jest zaledwie jedną z wielu, częścią całości, małą i niepozorną postacią zapatrzoną w lidera, pragnącą, aby choć odrobina jego sławy spłynęła także na nią. Może opatentuję ten pomysł? Wśród moli książkowych, szczególnie tych rozkochanych w szeroko rozumianej fantastyce, panuje pewna tendencja – każdy z nich posiada minimum jeden świat literacki, do którego z przyjemnością by się przeprowadził, gdyby dostał taką możliwość. Najczęściej jest to Hogwart czy Narnia, ewentualnie Śródziemie. Czasem żałuję, że nie mogę powiedzieć tego samego. Ale sami rozumiecie… Kto przy zdrowych zmysłach chciałby trafić do Panem (Igrzyska śmierci) albo fikcyjnego świata Dawcy Lois Lowry, ogołoconego z wszelkich emocji i uczuć? Strefa stanowiąca przestrzeń mieszkalną chłopców w Więźniu labiryntu również nie sprawia wrażenia zbyt przytulnej, a świat poza jej obszarem zaludniają między innymi wspomniani już Poparzeńcy, czyli ludzie zniekształceni (fizycznie i psychicznie) wirusem Pożogi (błyski słoneczne i te sprawy). Takie poparzone zombie. Brrr. Im więcej czytam, tym bardziej doceniam nawet pojedyncze ostoje normalności w naszym prawdziwym świecie. Nie wiem, jak długo to, co jest zwykłe teraz, pozostanie takie w przyszłości. Może współczesne szaleństwa i deformacje kiedyś staną się chlebem powszednim? Nie chciałabym tego. Nie chciałabym powrotu do przyszłości, materialnego powrotu do wizji, które poznałam na kartach literatury. Bo wiecie, my nie będziemy posiadać cudownego wehikułu – samochodu, którym granice czasu i przestrzeni łamał Marty McFly w Powrocie do przyszłości. A może będziemy? A kto to wie? A może Sophia (kobieta-robot, o której pisałam na początku) pomoże nam go zbudować? Podobno interesuje się technologią. Inżynierowie – bójcie się. Zapowiada się na to, że przyszła generacja robotów wygryzie Was ze stanowisk. Jutro nadchodzi.

str. 11


Nie ma kogoś takiego jak gracz Wyobraźcie sobie amerykańską knajpę z lat siedemdziesiątych. Spodnie klientów były skrojone w innym fasonie. Gęsta, papierosowa aura wtulała się w tweedowe marynarki „facetów”, którzy przyszli „na jednego”, żeby zrelaksować się po pracy. Poza tym właściwie wszystko wyglądało tak, jak teraz albo jak w scenografii baru u Moe, albo jego odpowiednika z Family Guy. W jednym z takich barów, obok flipperów i stołów bilardowych, wypełniających gościom czas pomiędzy piciem rozwodnionego piwa i rubasznymi rozmowami, pojawiło się coś nowego. Computer Space był pierwszym komercyjnym automatem do gier, przy czym słowo „komercyjny” należy traktować raczej symboliczne. Zarówno media, jak i klienci wspomnianego, anonimowego baru, nie zorientowali się, że oto rodzi się przed nimi zupełnie nowe medium. Dziś gry komputerowe należą do najpopularniejszych dziedzin branży rozrywkowej. Najpopularniejsze tytuły budżetami i zarobkami przewyższają kinowe hity i chyba nikogo już to nie dziwi. Według oficjalnych doniesień wydawcy, Grand Theft Auto V zarobiło okrągły miliard w weekend otwarcia i to na archaicznych wówczas konsolach Playstation 3 i Xbox 360. Polski Wiedźmin 3 potrzebował sześciu tygodni od premiery do przekroczenia sześciu milionów sprzedanych egzemplarzy. Przy czym trzeba pamiętać, że zakup gry w premierowej cenie to duży wydatek. Z czym wiąże się ów triumf gier? Jerzy Płażewski w Historii Filmu 1895 – 2005 pisał, że bracia Lumière traktowali wynalezione przez siebie medium jako

zaledwie ciekawostkę i nie dostrzegli potencjału, jaki drzemał w kinematografie. W Stanach Zjednoczonych pierwsze filmy wyświetlano na jarmarkach. Prosta rozrywka ekscytowała niszę zachłyśniętą nowinkami technologicznymi, za to krytyków teatralnych co najwyżej śmieszyła i utwierdzała w przekonaniu, że popularności ich ukochanej dziedziny nic nie jest w stanie zagrozić. Kino, hucpiarskie czy nie, powstawało od entuzjastów dla entuzjastów i z grami wideo nie było inaczej. Wyrosła wokół nich nisza, która wkrótce potem rozrosła się w coś na kształt subkultury, mianowicie w społeczność graczy. Tu docieramy do dziwacznej tezy, którą zawarłem w tytule tego artykułu. Czy wciąż istnieje ktoś taki, jak gracz? Oczywiście odpowiedź na to pytanie jest dużo bardziej złożona, niż napisałem powyżej i zależy od tego, co przez ten termin rozumiemy. Meteory, który zniósł z powierzchni ziemi graczy, uderzył w  2006 roku, czyli, aż trudno uwierzyć, już dziesięć lat temu. Nazywał się Wii i był konsolą Nintendo (tych od Mario, Zeldy i Pokemonów). Mocą obliczeniową nie różnił się od poprzedzającego go GameCube’a ani od odchodzącego na zasłużoną emeryturę PlayStation2. W zamian oferował dziwaczne kontrolery, które imitowały ruchy wykonywane przed konsolą. O sukcesie urządzenia decydowali odbiorcy, do jakich była skierowana jego kampania marketingowa. Rozrywka od lat pięciu do stu pięciu. Posiadacze konsoli dostali prosty symulator tenisa, polegający na wymachiwaniu kontrolerem i szereg przystawek zamieniających kontroler w zabawkowe przedmioty z wędką włącznie. Najpopularniejszym akcesorium do konsoli był Wii Fit, na którym gospodynie domowe

tekst: Dominik Łowicki – domilowi@gmail.com – www.tudominik.pl | Zdjęcia: Materiały prasowe Activision str. 12


mogły zrzucić nadprogramowe kilogramy. Wii nie było skierowane dla graczy. Owszem, na konsolę pojawiło się kilka „hardkorowych” produkcji pokroju MadWord, ale należy je traktować raczej jako przystawki niż danie główne. Jakiejkolwiek konsternacji nie budziłaby wśród miłośników gier trywializacja rozgrywki i lansowanie tak zwanych gier casualowych, Wii na zawsze odmieniło branżę. Producenci konkurencyjnych konsol „zwietrzyli” koniunkturę, wypuszczając własne kontrolery ruchowe. Gracze ukuli termin casual gamer, co szybko odnalazło swój przyjemnie brzmiący, polski odpowiednik – „gracz niedzielny”. Jeśli istniał ktoś, kogo gracze nienawidzili bardziej od siebie nawzajem (w sensie tych, którzy grali na innej konsoli niż oni), to właśnie gracza niedzielnego. Nienawiść nie brała się znikąd, bo producenci gier i konsol przestali koncentrować się na stałych klientach, a wyszli z produktem na rynek ludzi niemających o grach bladego pojęcia. Jasne, że cały czas powstawały wymagające produkcje, ale ich powszechność można było porównać do artystycznych filmów. Choćby sięgały, gdzie wzrok nie sięga, multipleksy prędzej rozwinęłyby menu gastronomiczne o kurczaki

z rożna niż filmowe o produkcje Micheala Hanekego czy innego Joachima Triera. Mówiąc prościej i dobitniej, gracze nie mogli ścierpieć, że branża przestała koncentrować się na graczach. Czuli się jak wieczny jedynak, któremu po kilkunastu latach rodzi się dziesięcioro rodzeństwa z wrodzoną zdolnością wykonywania rachunków różniczkowych i wiedzących, co to jest dysocjacja. Dzisiaj takie gry jak wspomniane GTA i Wiedźmin generują imponujące przychody, ale wyprzedzają je producenci gierek na telefony i tablety. Wyprodukowanie dzieła o układaniu owoców kosztuje mniej niż obiad w Kryształowej i piwo w Kontynuacji, a zarabia nierzadko sumy, o istnieniu których nie miałem pojęcia. Granie w gry, nawet chętne i regularne, przestało determinować, że jest się graczem. Tak samo, jak osoba oglądająca filmy nie jest oglądaczem, a czytelnik komiksów nie jest komiksiarzem, teatru − „teatrarzem”... Gry i podejście do nich to niezwykle złożony temat warty co najmniej kącika w „Suplemencie”. Tak czy siak, gry stały się gigantycznym biznesem i z perspektywy twórców największych hitów ktoś taki, jak gracz, dawno przestał istnieć.

str. 13


Ciało z ciałem przeciw ciału – o sztuce cielesności Współczesna sztuka nie jest łatwa, zwłaszcza w wykonaniu artystów kontrowersyjnych, których działanie często wywołuje szok, przerażenie, a nawet wstręt. Jeśli jednak po zetknięciu się choćby z najbardziej odrażającym dziełem, czujemy chęć podjęcia refleksji na jego temat, a emocje same rozchodzą się po naszym ciele, to może warto zaryzykować i nazwać to działanie właśnie sztuką? Kiedy uczestnicząc po raz pierwszy w ogromnej muzycznej imprezie, gromadzącej w Kostrzynie nad Odrą prawie milion osób, wzięłam udział w masowym body paintingu, nie potraktowałam tego zjawiska jako przejawu sztuki. Właściwie ciężko było mi zakwalifikować owo chaotyczne malowanie ciał od stóp do głów (wraz z niezbędnym odzieniem) do jakiegokolwiek wyrazu artyzmu. I choć organizatorzy mieli na celu wyłącznie rozgłos i pobicie rekordu Guinnessa w ilości pomalowanych ciał, reklamując markę jednego ze sponsorów festiwalu, to jednak między nami – uczestnikami pewnego rodzaju performance’u – wytworzyła się nienamacalna więź, która pozwoliła czerpać nam radość z samego aktu tworzenia. Kilkuset młodych ludzi malowało siebie nawzajem i niewątpliwie każdy z nas, mimo iż dysponowaliśmy jedynie trzema kolorami (białym, niebieskim i czerwonym) wyglądał wyjątkowo

tekst: Ilona Ptak – ptak.ilona@gmail.com | Zdjęcia: Orlan.eu str. 14

i był w tym, co stworzył niezwykle oryginalny. Dopiero, kiedy wracaliśmy do tłumu pozostałych, mogliśmy poczuć się jak prawdziwe „eksponaty”. Ciasnota, która krępowała ruchy i nie pozwalała poruszać się w normalnym tempie, nagle robiła się tak swobodna, iż można było przebiec do obranego przez siebie punktu w przeciągu kilku minut, a nie godzin. Ludzie, widząc kolorowe, ożywione „rzeźby” maszerujące w ich stronę, rozstępowali się z uśmiechem na twarzy i nie robili tego ze wstrętu, ale z czystej obawy, iż mogliby się ubrudzić od skapującej po naszych ciałach farby. Ruszaliśmy wtedy naprzód, wystawiając refleks spacerujących na próbę. Niektórzy po tym jak rozkładaliśmy ręce podchodzili bez obaw i dawali nam „piątki” lub też, przytulając, stawali się częścią naszej małej sztuki. Wtedy właśnie poczuliśmy, że mamy władzę, a nasze ciała stały się na moment czymś więcej! Niebezpieczna, piękna czy kontrowersyjna? Wychodząc od tej krótkiej historii, postanowiłam przyjrzeć się bliżej sztuce ciała, znanej we współczesnej kulturze jako body art. Nurt ten nie jest tak młody, jak mogłoby się wydawać, pojawia się już w latach 60. XX wieku przy tworzeniu artystycznych inscenizacji zwanych z języka angielskiego happening i performance. Posiada wielu swoich przedstawicieli, którzy


w różny sposób traktują ludzkie ciało, zawsze jednak jako środek ekspresji i komunikacji z widzem. Jedni przy użyciu środków malarskich stwarzają z niego żywe obrazy (tzw. body painting sięgający nawet czasów starożytnych). Dla innych ciało jest narzędziem malarskim, a dzieło powstaje na zupełnie innym materiale (na przykład twórczość Yvesa Kleina i jego „błękitne modelki”. Francuski artysta stosował w  swoich dziełach prawie wyłącznie wynaleziony przez siebie odcień błękitu. Pędzel zastępowały mu ciała nagich modelek, które po pomalowaniu farbą pozostawiały odciski na płótnie. Tworzył także obrazy przy użyciu ognia, a wzory powstawały z osiadającej na płótnach sadzy). Jeszcze inni podchodzą do tej sztuki w wysoce skrajny sposób, często uciekając się do sadomasochistycznych aktów, dokonują swoistej metamorfozy własnego ciała. Właśnie działania tych ostatnich wywarły na mnie największe wrażenie, ale i obawę, że sztuka brnie w coraz bardziej niebezpieczną przestrzeń. Francuski, zdeformowany pocałunek Lata 60. Na scenie skrajnego artyzmu pojawia się młoda Orlan, francuska artystka, która dekadę później zdobywa popularność, osiągającą punkt kulminacyjny na początku lat 90. za sprawą wysoce kontrowersyjnego projektu. Po raz pierwszy, traktując metamorfozę własnego ciała jako sztukę, przechodzi przez szereg operacji plastycznych, które pozwoliły jej przekształcić się w nową istotę wzorowaną na Wenus, Dianie, Europie, Psyche i Mona Lisie. Z każdej z tych postaci artystka miała wydobyć kwintesencję piękna, a następnie połączyć je wszystkie w całość. Operacje wywołały duży rozgłos również za sprawą ich transmisji na żywo. Ponadto Orlan przyjęła chwilowo przydomek „świętej”, kiedy to stylizowała się na Madonny (naśladując Ekstazę św. Teresy). Łączyła w ten sposób patos religijny ze współczesną praktyką artystyczną. Kontrastowała wizerunek świętej z  kobietą wyuzdaną, chcąc zwrócić uwagę na hipokryzję społeczeństwa i prosty podział kobiet na „madonny” i „prostytutki”. W jej dorobku nie zabrakło także sztuki opartej na performance’ach (artystka kładła się na podłogach wielu znanych miejsc, na przykład w  muzeach i  fotografowała swoje poczynania). Tworzyła także nietypowe rzeźby, zamieniając seksualność

i prostytucję w sztukę, co wywoływało ogólne oburzenie i skandale. Jedną z takich rzeźb była maszyna do automatycznych pocałunków przylegająca do ciała artystki. Monetę wrzucało się w otwór pomiędzy piersiami, przemieszczała się ona aż do krocza, po czym artystka nagradzała osobę stojąca przed automatem realnym pocałunkiem. W wyniku współpracy aparatu fotograficznego i komputera, artystka manipulowała wizerunkiem swojej twarzy, która coraz bardziej przypominała kosmiczną, murzyńską facjatę. Swoją sztukę określiła autorskim mianem carnal artu – sztuki cielesności. Jej celem nie było upiększanie urody, ale jej transformacja. Orlan zadawała w ten sposób pytania o status naszego ciała w społeczeństwie. Sprzeciwiała się presjom społecznym, które wywierane są zarówno wobec kształtów i perfekcyjności ludzkiego ciała, jak i idealnych form w sztuce. Australijski terminator Męski punkt widzenia na kontrowersyjną sztukę body artu przedstawił australijski artysta, Stelios Arcadiou, tworzący pod pseudonimem Stelarc. W swoim działaniu skupiał się głównie na instalacjach i  performance’ach. Łączył współczesną sztukę z innowacyjną technologią. Dając temu wyraz, na przełomie lat 70. i 80. skonstruował zmechanizowane ramię, które przyczepił do własnego. Dzięki sygnałom wysyłanym z mięśni brzucha i nóg, ramię posiadało zdolność chwytania i  obrotu nadgarstka, a  Australijczyk stał się pierwszym człowiekiem o  trzech rękach. Był to ukłon w stronę automatyki, która zaczęła współgrać ze sztuką. W 2007 roku, odrzuciwszy jednak wszelkie znamiona funkcjonalności swojego dzieła, zdecydował się na kolejny krok, wszczepiając sobie implant ucha do własnego przedramienia. Stelarc uważał swoje trzecie ucho za istne dzieło sztuki i ulepszenie formy własnego ciała. Szybko spotkał się jednak z krytyką środowiska medycznego, które potępiło przeprowadzanie tego typu zabiegów bez wskazań zdrowotnych. O  tym, że sztuka wymaga poświęceń i  bólu, artysta przekonywał niejednokrotnie, podwieszając się pod sufitem jedynie na haczykach trzymających się jego nagiego ciała.

Poza granicami O ile przekraczanie granic nie tylko w sztuce, ale i w kulturze jest zjawiskiem iście naturalnym, ponieważ tworzy podwaliny do nastania nowej epoki, o tyle budowanie dzieła kosztem sadomasochistycznych działań wydaje się być już nieco przerażające i niebezpieczne dla samych twórców. Problem w tym, że społeczeństwo do końca nie wie, gdzie leży granica, którą artyści raz za razem przesuwają. W przypadku Orlan kpina z idealności doprowadziła do tego, iż artystka podjęła się metamorfozy na koszt deformacji własnego ciała. O ile w latach 90. transmisja operacji na żywo czy łączenie prostytucji i seksualności w sztuce mogły doprowadzić do wielu kontrowersji, o tyle współcześnie w dobie wszechobecnych programów typu reality show i nagości, która nie jest już tematem tabu, nie wzbudza to już tak silnych emocji. Wydaje się, że w czasach tolerancji i wolności słowa również dzieła antychrześcijańskie nie są już tak bardzo napiętnowane jak kiedyś. Najtrudniej zaakceptować czyjś „artystyczny wybryk” w momencie, kiedy go nie rozumiemy. Jeśli gdzieś między wierszami odczytujemy, że jest to swego rodzaju sprzeciw wobec różnych zjawisk funkcjonujących gdzieś w  przestrzeni społecznej, jesteśmy skłonni zaakceptować taką sztukę, a  nawet ją podziwiać. Jeśli jednak nie widzimy sensu we wszczepianiu sobie trzeciego ucha do przedramienia, trudno celebrować sztukę powstającą wyłącznie dla niej samej. Niektórzy artyści posuwają się do czynów znajdujących się gdzieś na skraju wyobraźni i  odpowiedzialności. W  1971 roku amerykański artysta − Chris Burden − daje postrzelić się w ramię w czasie swojego performance’u na oczach widzów. Dopóki nie zapytamy „dlaczego?”, skłonni jesteśmy odebrać artyście nawet najmniejszą cząstkę jego jestestwa. Dopiero wtedy, kiedy zdamy sobie sprawę, że był to akt sprzeciwiający się wojnie w Wietnamie, a jego sztuka była iście celowa, potrafimy ją zrozumieć, a nawet oddać szacunek, który uprzednio chcieliśmy tak bezczelnie zagarnąć. Współczesna sztuka jest trudna i aby ją w pełni podziwiać, nie wystarczy powiedzieć, że jest ładna. Warto poszukać w niej ukrytej wartości i zdać sobie sprawę, iż za każdym dziełem stoi artysta, który chce nam coś przekazać, a może to jedynie nasze umysły są na tyle zamknięte na abstrakcję, by ją dostatecznie zrozumieć.

str. 15


Maciej Maleńczuk i Jazz for Idiots Kolejne projekty Maleńczuka to doskonałe dźwięki w otoczce przeintelektualizowanego absurdu − Pudelsi, Psychodancing i era grania w stylu biesiadnych potańcówek. Aż tu nagle świat obiega breaking news – nie będzie więcej biesiady i wesela. Czas na prymitywny jazz. Dla idiotów, na czele których, jak twierdzi Maleńczuk, stoi on sam. Nie byle jak – z saksofonem. O co chodzi z tymi idiotami? Otóż jazz, zdaniem artysty, zabrnął w głęboką alternatywę, coraz rzadziej zrozumiałą nawet dla samych wykonawców. Trudno się nie zgodzić – prawdopodobnie 90% z Was, czytających, pomyślała: „O maaaatko, jazz? Serio? To bezkształtne, połamane rzępolenie, nie wiadomo komu, po co i dlaczego?”. Muzyka Jazz for Idiots to rzecz uprzystępniona. Słucha się jej dobrze i zadziwiająco lekko, bo i jest kiedy tupnąć nóżką. „Odbiesiadnienie” to tylko pozory. Jazz Maleńczuka doskonale buja i kołysze − to po prostu świetne kompozycje, spośród których na pierwszy plan wysuwa się Tell Me That You Want Me. Doskonały – jak zwykle – tekst i zgrabną melodyjkę, przy której palce same pstrykają, ubarwił przewrotny teledysk. W piosence pan zabiega o panią, w wersji wideo – mamy sytuację całkiem odwrotną. I Maleńczuka z saksofonem. Nadal to jakiś dysonans w mojej głowie. Na podium ulubionych piosenek z płyty zasługuje również Jazz is Dead – dynamiczny i mocno elektroniczny utwór ze skandowanym tytułem − i oczywiście Gekon. Rzadko kiedy płyty otwierają utwory tak świetnie podsumowujące to, co dzieje się później. To przyspieszone zwieńczenie zawiera solówki wszystkich – rzekomo od Maleńczuka

tekst: Agata Skaba – a.skaba@onet.eu | Zdjęcia: Materiały prasowe str. 16

o klasę lepszych – muzyków. Oprócz utworów autorskich pojawiają się nowe wersje standardów Mr. Syms i Devil Woman oraz tematy bardziej klasyczne: Petite Fleur i La Grande Bouffe. No ale co z  tym Maleńczukiem i  saksofonem? Choć trudno przyzwyczaić do tego oko, ta przygoda trwa już ładnych parę lat, jednak dopiero teraz artysta na tyle w siebie uwierzył, aby wyjść z tym instrumentalnym wystąpieniem do ludzi. Dlaczego więc miałby być z tym „saksem” idiotą? A bo muzyków towarzyszących ma wspaniałych, sam twierdzi, że o klasę lepszych. Słuchając Jazz for Idiots z pewnością należy się zgodzić przynajmniej z pierwszą częścią stwierdzenia. Na uwagę zasługuję również tekściarski przełom artysty. Zdecydowaną mniejszość stanowią tym razem tytuły polskie. Wpuścił do swojej polszczyzny Maleńczuk trochę angielszczyzny. A szkoda. Jazz for Idiots to kolejny udany eksperyment muzyczny Maleńczuka. Można by stwierdzić – najambitniejszy. A już na pewno należy oddać cesarzowi to, co cesarskie, bo w dalszym ciągu usilnie trzyma się z dala od komercyjnej tandety. Choć samą płytę, jak i koncertowe wyczyny muzyka i jego kompanów należy z pewnością ocenić bardzo wysoko, kręci się gdzieś tam w oku łezka na myśl o Psychodancingu. Świętym prawem artysty jest iść do przodu, jakoś jednak dla mnie wystarczającym przodem był Psychodancing. Biesiadne przytupywanie z doskonałymi tekstami było jak Maleńczuk – z pozoru miłe i proste, a drugich den ze trzydzieści.


Jak zostać Superbohaterem rynku pracy? Wyobraź sobie, że jesteś Superbohaterem rynku pracy. Posiadasz nieskończoną wiedzę i nieograniczone umiejętności, dzięki którym możesz być, kim zechcesz i wykonywać pracę, która będzie Ci sprawiać prawdziwą przyjemność. Na nic nie jest za późno, nie przegapiłeś żadnych szans. Czym się zajmujesz i jakie są Twoje supermoce? No, dobrze. Przed chwilą wyobraziłeś sobie, że posiadasz nieskończoną wiedzę i nieograniczone umiejętności, jednak w alternatywnej rzeczywistości każdy superbohater posiada swoją „specjalizację”, czyli zestaw cech wyróżniających go spośród innych ludzi i innych superbohaterów, np. Aquaman może żyć pod wodą, Superman posiada nadludzką siłę i potrafi latać, a Iron Mana cechuje pomysłowość, dzięki której udało mu się skonstruować cybernetyczną zbroję. Ty również musisz odkryć, kim jesteś, a także jakie są Twoje supermoce i słabości, by zrealizować swoją osobistą misję zawodowego sukcesu. Niestety, nie wystarczy zostać „pogryzionym” przez pracodawcę, by rozwinęły się Twoje moce na rynku pracy. Żeby

stać się Superbohaterem na rynku pracy musisz przejść przez proces przemiany. Spójrz na historie komiksowych superbohaterów – żaden z nich nie narodził się jako niezwyciężony heros. Jedni uczyli się panować i rozwijać wrodzone moce, inni oswajali się z nieoczekiwanie nabytymi umiejętnościami, pozostali musieli przygotować specjalne kostiumy umożliwiające im osiąganie ponadprzeciętnych wyników − zawsze jednak wymagało to od nich czasu, nauki i zaangażowania. Przejście przez ten proces umożliwi Ci Przewodnik po rynku pracy, praktykach, stażach i  programach rozwoju 2016, dostępny w  Studenckiej Strefie Aktywności w Rektoracie Uniwersytetu Śląskiego. Przewodnik możesz czytać i wypełniać w najbardziej komfortowych dla Ciebie warunkach − w dowolnym miejscu, każdego dnia, poświęcając mu tyle czasu, ile możesz i chcesz. A jeśli będziesz mieć jakiekolwiek wątpliwości, to odwiedź swoich „Sprzymierzeńców” − pracowników Biura Karier Uniwersytetu Śląskiego.

tekst: Katarzyna Anuszkiewicz – bk@us.edu.pl str. 17


Twój moment To będą wyjątkowe wakacje, jak każde w Twoim wydaniu. Musisz jedynie wymarzyć sobie ich przebieg i zacząć je planować. Od planów do realizacji jest bardzo krótka droga. Warunek jest jeden – zabierz ze sobą aparat. Jak dotychczas świat nie wymyślił czegoś bardziej ulotnego od chwili. Tej, którą wspominamy do końca życia. Nie ważne, czy był nią najładniejszy krajobraz, który miały przywilej zobaczyć nasze oczy, czy uśmiech drugiego człowieka. U kobiet momentem tym może być znalezienie najpiękniejszej torebki od Micheala Korsa, na którą szkoda nam pieniędzy (albo ich nie mamy) lub klasyczne czarne szpilki od Louboutina. Jeśli jesteś mężczyzną, to pewnie pomyślałeś o nowoczesnej marce samochodu, której my – kobiety – nie potrafimy nawet wymienić. Zarówno płeć piękna, jak i ta druga, mają dwie możliwości. Pierwsza – kupić, a druga to zapomnieć. Co wybieracie? Droga w nieznane Można wybrać też opcję ukrytą – niby oczywistą, ale nie do końca. Uwiecznić ten moment na kliszy aparatu, po to, aby zatrzymać chwilę w pamięci na dłużej. Opcja jest zupełnie darmowa. Wydaje się też najkorzystniejsza dla mnie, dla Ciebie i dla Was. Możecie wracać do tej chwili, kiedy tylko zapragniecie. Jednocześnie pozwala ona na myślenie o tym,

kiedy chcecie taką powtórzyć. Droga motywacji bezlitośnie splata się w uścisku z jej wypełnianiem. Zatem, jeśli możemy zostawić ją ze sobą, a ona sprawi, że uśmiechniemy się za każdym razem, jak się z nią spotkamy, to chyba nie ma nic równie pięknego. Klik, robię Ci zdjęcie. W trybie (auto)podróżnika One są bardzo różne. Aparaty cyfrowe, analogiczne czy te w najnowszych smartfonach. Niektóre malutkie, aby mogły się gubić w bagażu podręcznym kobiet bądź takie duże, że już sama wielkość obiektywu gwarantuje sukces. Zarówno starsze, jak i młodsze modele przystosowane są do tego, aby zmieniać świat lub przynajmniej próbować. Technologia sprawia, że coraz więcej gadżetów wymyślanych jest tylko po to, aby ułatwić nam naciśnięcie spustu migawki. Selfie stick, z którego każdy z nas przynajmniej raz się zaśmiał, jest sporą pomocą uchwycenia szerszego punktu widzenia. Chociaż specyficzny, ma swoje zastosowanie. Firm produkujących to ,,mądre’’ urządzenie jest na rynku coraz więcej, co pozwala na indywidualny dobór tego, co odpowiada nam najbardziej. Uwagę trzeba zwracać równie mocno na to, jak wpłynie ono na jakość naszego życia, a także na to, czy zostanie z nami najdłużej jak to możliwe. Z całą pewnością inwestycja w porządny aparat,

tekst: Magdalena Dubiel – magdadubiel5@gmail.com – www.fitmadmara.pl | Zdjęcia: Magdalena Dubiel str. 18


nie jest chwilowa, a owoce, które przyniesie, posłużyć nam mogą przez długie, długie lata! Zatrzymana sekunda Wakacje i okres letni zdecydowanie najbardziej sprzyjają wyjściu w świat z aparatem w dłoni. Zwiedzając inne państwa i poznając różne kultury, wspaniale jest móc je sfotografować. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby podczas odrywania nowych zakamarków Twojego miasta, pokazać je znajomym. Oczywiście nie należy przesadzać z ilością zdjęć publikowanych na portalach społecznościowych, bo nadejdzie w końcu moment, w którym nikt ze znajomych nie będzie chciał ich oglądać. Jeśli to jednak będzie utrzymane w harmonii ze światem i samym sobą, to po raz trzeci się uśmiechniecie się, wracając do nich co jakiś czas. Proste, prawda? Pasja sposobem na rzeczywistość Od zawsze je kochałam, jednak nie zawsze doceniałam. Potrafiłam zobaczyć coś zachwycającego i  nie uchwycić tego na zdjęciu (o zgrozo!). Potrzebowałam kilku ładnych lat, żeby dojrzeć zmiany w otaczającym mnie świecie i zastanowić się, czy naprawdę sprawia mi to radość. A sprawia ogromną. Zrobić zdjęcie, delikatnie wzmocnić kolory i pokazać światu. Uchwycić moment, w którym mnie coś zachwyciło. Mieć władzę nad kątem i koncepcję, która zazwyczaj zajmuje moją głowę jakieś mikrosekundy. Często nieistotne staje się, czemu robi się zdjęcie – czy to osoba, krajobraz, zwierzę, czy roślina. Wierzę, że każdy aspekt fotografii potrafi być piękny. Szczególnie – ten, w którym słońce rozświetla całe niebo, a my wiemy, że to najpiękniejszy okres w ciągu roku – wakacje! Moment, w którym wszystko inne przestaje mieć znaczenie, uczelnia schodzi na drugi plan, podczas gdy my możemy egoistycznie delektować się własnymi chwilami szczęścia. Góry, morze, woda, ląd, miasto, wieś, cztery ściany domu bądź pracy czekają na Ciebie! Spraw, aby ten dzień był dla kogoś dobry, a uśmiech został z nim na całe trzy miesiące wolności! Weź ze sobą małe urządzenie, które może się przeobrazić w prawdziwe hobby, bez którego nie można żyć! Przed nami najpiękniejsze podróże, małe i duże, jakie staną się kwintesencją studenckiego życia. Udowodnijmy światu, że studenci to świetne, młode pokolenie, które jest gotowe udoskonalić świat i sprawdzić, by każda chwila stała się wyjątkowa w swojej przeciętności.

str. 19


Bo nigdy nic nie wiadomo Okres wakacyjny dla większości oznacza wypoczynek, idealną, słoneczną pogodę, drinki z palemkami, mocno zakrapiane imprezy i często niewinny flirt. Co, jeśli na horyzoncie pojawia się problem, w tym przypadku pakowanie? I jak radzą sobie z tym kobiety? Ci z nas, którzy decydują się na wykupienie ekskluzywnych wakacji w  krajach tropikalnych, pod uwagę biorą przede wszystkim nocleg, który nie może być „byle jakim” pierwszorzędnym hotelem oraz jedzenie. My, Polacy, tym bardziej słyniemy z wyboru ofert all inclusive, ponieważ lepiej odpoczywa się, mając świadomość, że dostęp do czegoś jest nieograniczony. Poza tym po co płacić za coś lepszej jakości (w tym przypadku mam na myśli alkohol), skoro możemy mieć coś pospolitego i półdarmowego. Gdy przychodzi już moment wyjazdu, jesteśmy pozytywnie nastawieni, mamy niemal doskonałe humory i obiecaliśmy całej rodzinie pocztówki z drugiego końca świata, czar pryska już w samej garderobie. Moment, w którym trzeba się spakować na osiem dni, jest niemal niewykonalny! Dla kogo? Oczywiście dla kobiety. Mężczyzna spakuje to, co jest mu niezbędne do przeżycia, reszta przecież może być dostępna w hotelu. Co, jeśli jednak mężczyzna zapomni o swojej ulubionej koszulce? Nic! Kompletnie nic się nie dzieje! Osiem dni minie tak szybko, jak sprint Usiana Bolta na dystansie stu metrów.

tekst: Marta Sitek – m.sitek111@gmail.com – www.fitmadmara.pl str. 20

Co w przypadku kobiety? Kilkudniowy wyjazd na drugi koniec świata może być porównywalny do ciągnącego się niedzielnego wyścigu Formuły 1 (nie dla wszystkich oczywiście). Dlatego też, jeśli jakaś z pań zapomni o ukochanych pantoflach, których koniec końców i tak nie wypakuje z walizki, wyjazd może zostać zaliczony do nieudanych. Aczkolwiek nie dla niej samej, lecz dla jej partnera, który będzie musiał znosić wszystkie tak zwane dąsy. Walizka bez prostownicy, suszarki i lokówki jest walizką pustą. Dlaczego? Bo nigdy nic nie wiadomo. Kosmetyczka bez każdego koloru cieni do powiek, bez bronzera i reszty, można by powiedzieć, śmieci – to taka, którą równie dobrze można zostawić w domu. Skupiłam się na ośmiodniowym wyjeździe, ale biorąc pod uwagę romantyczny weekend nad polskim morzem, mężczyzna podjeżdżający pod dom swej niewiasty może zastać niesamowity widok. Kobieta wyglądająca jak milion dolarów, zadbana, pachnąca, o której marzy niejeden, stoi oparta o walizkę wysokości minimum jednego metra. Co tam się znajduje? To jest strzeżone pilniej niż wejście do Komnaty Tajemnic. W pokoju hotelowym zajęta zostaje każda półka, a mężczyzna może tylko spać i oddychać. Zapomniałam! Może jeszcze płacić, zamawiać codziennie szampana i płatki róż oraz prawić komplementy. Taka rola płci przystojnej.


Gdzie kobieta chętnie wyjeżdża na wakacje? Nawiązując do samego początku tekstu, w temacie wakacji kobieta jest podobna do typowego Polaka. Prawie zawsze wybierze opcję wygodniejszą, bez przemęczania się i nadmiernego pocenia. Jej najmilszym wypoczynkiem będzie spędzenie całego dnia na plaży z książką w ręku, a w najlepszym dla niej przypadku znajdzie sobie kelnera, który będzie jej co godzinę, z zegarkiem w ręku, wręczał osobiście drinka. Jak wspomniałam, kobieta jest tylko podobna do Polaka, ponieważ jej wakacje zdecydowanie muszą opiewać luksusem. I nieważne, czy będzie to businesswoman i sama sprezentuje sobie wymarzone wakacje, czy będzie męczyć biednego męża i błagać go od roku o prawdziwy luksus. Dla niej ten cel jest prawie zawsze osiągalny. W jej głowie istnieje mały człowiek, który podpowiada, że nie ma rzeczy niemożliwych, a ona sama może zdobyć wszystko. Jeśli o trzeciej w nocy najdzie ją ochota na lody czekoladowe, wymusi to na swoim partnerze (jeśli takowy istnieje), chociażby płaczem i groźbami. Jeśli jesteś kobietą i czytasz mój tekst, odpowiedz sobie na pytanie z zupełną szczerością: Które wakacje wybrałabyś bez zastanowienia się? Ekskluzywny wyjazd na Malediwy czy tydzień w puszczy amazońskiej bez zapewnionego noclegu? Nikt nie osądzi Cię za to, że wybierzesz Malediwy, taka jest natura kobiet, które pewnie w większości zdecydują się na wygodę oraz pewne łóżko z czystą pościelą i kabinę prysznicową lub wannę z ciepłą wodą. Dlaczego kobieca walizka zmieści w sobie połowę świata? Od zarania dziejów mężczyzna śmieje się z kobiecej torebki, która ponoć nie ma dna. Jednak, gdy przychodzi „co do czego” i zdarzy mu się kichnąć „na bogato”, swoją prośbę zawsze kieruje do partnerki, mówiąc − Masz chusteczkę? Wtedy nie jest mu do śmiechu i cierpliwie czeka dwadzieścia minut, aż ta odnajdzie paczkę wysadzaną kryształkami Swarovskiego. Jeśli mężczyzna w środku imprezy nagle dostanie migreny, w damskiej torebce również znajdzie się coś na ten problem. Dlatego też kobieta wyjeżdżająca na dłużej niż dziesięć minut (w tym przypadku na wakacje), musi być przygotowana na każdą ewentualność. Tym bardziej, jeśli zabiera ze sobą swojego towarzysza, który, jak wiadomo, podczas gorączki schodzi do grobu i organizuje sobie pogrzeb i stypę oraz spisuje testament. Dlatego też odpowiadając na pytanie − Dlaczego kobieca walizka zmieści w sobie połowę świata? − można by odpowiedzieć, że gdy na plaży spotka wymarzonego księcia, musi mieć ze sobą ulubione szpilki, sukienkę, szminkę i torebkę. A dlaczego? Bo nigdy nic nie wiadomo.

str. 21


Zagłosujmy. Świetnie, ale jak? Demokracja. Można się o nią kłócić, wytykać jej wady, ale pozostaje najlepszym wypróbowanym systemem rządów. Przynajmniej jest przewidywalna. Czy aby na pewno? W takim razie czemu, stosując różne demokratyczne systemy głosowania, możemy uzyskać różne wyniki? Tak, to prawda. W tym artykule przedstawię Wam kilka możliwości i na przykładzie pokażę, że sam system jest niemal tak samo ważny jak preferencje wyborców. Rozważymy sytuację, w której z czterech kandydatów należy wybrać jednego, a głosujących jest dwudziestu siedmiu. Klasyfikują oni pretendentów w sposób przedstawiony w tabeli. A zwycięzcą jest… W takiej sytuacji rozwiązaniem najbardziej naturalnym wydaje się być wybranie tego kandydata, którego najwięcej osób umieściło na pierwszym miejscu (lub po prostu, gdyby należało wskazać tylko jednego kandydata, zagłosowało na niego). Takie podejście nazywane jest większością względną i polega na tym, że zwycięża kandydat z największą liczbą głosów, nawet jeśli jego wynik nie przekracza połowy wszystkich głosów. Tak postępuje się chociażby w wyborach do polskiego Senatu. W naszym przykładzie w tym systemie większościowym wybory wygrałby kandydat F, uzyskując 12 głosów (szczegółowe wyniki widnieją na odpowiednim wykresie). Mamy zatem zwycięzcę i po problemie. Sprawa z głowy, prawda? Nie do końca. Zauważmy, że w analizowanej sytuacji wszyscy pozostali głosujący (czyli 15, ponad połowa) od triumfu F woleliby zwycięstwo H lub I. Gdyby więc rozstrzygać tylko między H i F lub I i F, ten ostatni na pewno by nie wygrał. Widać, że coś tu jest nie tak. Ten czy tamten? Może więc kluczem do trafnego wyboru jest właśnie porównywanie parami? Pomogłoby ono odkryć, którego z dwóch kandydatów woli społeczność. W takim systemie, zwanym sekwencyjnym porównywaniem parami, wyborcy decydowaliby między dwoma kandydatami, następnie wybieraliby między zwycięzcą porównania a kolejnym pretendentem, a potem tymczasowy wygrany mierzyłby się z kolejnym kandydatem. Proces ten trwałby do wyłonienia ostatecznego zwycięzcy. W naszym przykładzie mogłoby to wyglądać następująco: głosujący rozstrzygają między kandydatami I i F. Wygrywa I (15:12) i jest porównywany z H. H zwycięża (24:3) i wyborcy decydują między nim a G. Ostatecznie wybory wygrywa G (12 głosów na niego do 8 na H). Wygląda to całkiem nieźle. Ten system ma jednak bardzo poważną wadę . Otóż jeśli zmienimy odrobinę kolejność porównań, rezultat wyborów może być już zupełnie inny. Przykład? Bardzo proszę: tym razem zacznijmy od porównania G i H. G znów zwycięża 19 do 8, ale teraz nie oznacza to dla niego wygranej w wyborach, a jedynie udział w kolejnym porównaniu. Niech teraz jego przeciwnikiem będzie F. F wygrywa 17 do 10 i musi się zmierzyć z I. Jak już jednak wiemy,

takie porównanie wypada na korzyść tego ostatniego (15:12). Całe wybory wygrałby więc I, którego szanse były marne. Widać wyraźnie, że ten system głosowania jest bardzo podatny na manipulacje. Kandydaci mogliby próbować forsować korzystną dla nich kolejność porównań. Należałoby więc poszukać innej metody przeprowadzenia wyborów. Raz, dwa, trzy, odpadasz Ty! Kolejny sposób dokonywania społecznego wyboru, który warto rozważyć, jest nieco podobny do pierwszego z omawianych w tym artykule. Głosujący znów wskazują po prostu najbardziej preferowanego kandydata, tyle tylko, że teraz nie wybiera się od razu człowieka z największą liczbą głosów, a jedynie odrzuca tego z najmniejszą. Następnie powtarza się cały proces, ale już z mniejszą liczbą kandydatów i biorąc pod uwagę to, na kogo przeszły głosy wcześniej oddane na odrzuconego kandydata. To natychmiastowa dogrywka, która może dawać zupełnie inne wyniki niż większość względna. W naszym przykładzie przy tym systemie na początku odpadłby kandydat I, gdyż wskazaliby go tylko trzej wyborcy. Te 3 głosy przeszłyby jednak na H. W związku z tym w kolejnym etapie F dalej miałby 12 głosów, G – 7, ale H już łącznie 8. Jako drugi odpadłby więc kandydat G. Wobec tego w ostatnim etapie zmierzyliby się pretendenci F i H. Ten ostatni jednak przejąłby też już głosy po G i ostatecznie pokonał F 15 do 12. Okazuje się więc, że końcowy zwycięzca na początku wyborów był dopiero na trzecim miejscu, ale sukcesywnie zyskiwał przy każdym odpadnięciu jakiegoś kontrkandydata i dlatego udało mu się wygrać całe głosowanie. W takim systemie jednak pojawia się ten sam problem, co na początku. Aż 19 osób zamiast H na miejscu zwycięzcy wolałoby widzieć G. Może więc do tematu trzeba się zabrać w zupełnie inny sposób… Liczymy punkciki! Do tej pory przywiązywaliśmy małą wagę do tego, jak wyborcy szeregują kandydatów poza pierwszym. Może warto skupić się na tym. Wygodnym sposobem jest metoda Bordy, która swą nazwę bierze od nazwiska francuskiego matematyka z XVII wieku. Sposób ten polega na tym, że każdy wyborca najbardziej preferowanemu przez siebie kandydatowi przyznaje liczbę punktów równą liczbie kandydatów pomniejszonej o jeden. Kolejnemu kandydatowi daje o jeden punkt mniej, następnemu o jeszcze jeden mniej i tak dalej. Ostatni z uszeregowanych kandydatów otrzymuje od danego wyborcy zero punktów. Następnie sumuje się punkty zdobyte

tekst: Michał Denysenko – michal.denysenko@gmail.com – www.cogryziedenysa.blog.pl str. 22


Wyniki w systemie większościowym

F

G

H

I

przez kandydata i w ten sposób ustala zwycięzcę. W naszym przykładzie więc pretendent najwyżej sklasyfikowany przez pojedynczego wyborcę otrzymuje od niego trzy punkty, drugi dostaje dwa, trzeci jeden, a czwarty zero. Wobec tego kandydat I uzyskałby łącznie dwadzieścia sześć punktów (3 × 3, 5 × 2 i 7 × 1), F – 41 (12 × 3 i 5 × 1), H – 47 (5 × 3, 10 × 2 i 12 × 1) i G – 48 (7 × 3, 12 × 2 i 3 × 1). Zwyciężyłby więc ten ostatni. Tyle tylko, że znów 17 osób zamiast niego wolałoby pretendenta F. Znowu mamy więc do czynienia z tym samym problemem. G wygrywa w tym systemie, ponieważ metoda ta promuje kandydatów dostatecznie akceptowalnych przez większość wyborców. Jej jednak także wiele brakuje do ideału.

H vs G G vs F F vs I I To wszystko na nic! Systemów wyborczych jest znacznie więcej niż cztery tu zaprezentowane. Można wymyślać kolejne, mieszać je ze sobą i liczyć na to, że odkryje się optymalny. Szanse na to są jednak nikłe. Według matematyki system idealny nie istnieje. Z każdym będzie coś nie tak. Można dyskutować o tym, który jest lepszy, a który gorszy, ale to i tak będą tylko opinie. Niemniej jednak teoria głosowania to fascynujące zagadnienie, a poszukiwania systemu, jeśli nie idealnego, to przynajmniej jak najlepszego, pewnie nigdy nie ustaną. Tymczasem pamiętajcie, że jeżeli będziecie mieli kiedyś głosować, to ważny jest też system, w jakim będziecie to robić. Zwróćcie na to uwagę i… być może dzięki temu przechylcie szalę na Waszą korzyść.

Metoda Bordy F

G

H

I

II Faza dogrywki F

G

H

III Faza dogrywki F

H

str. 23


To taka gra Siedzisz wygodnie? A może czekasz w długiej kolejce? Mam dla Ciebie wyzwanie. Zapraszam Cię do gry. Tak, właśnie Ciebie. Tylko pamiętaj, że każdy krok jest tak samo ważny. Zaczynamy! Wyobraź sobie siebie czytającego „Suplement”. Tak, jakbyś stał z boku i obserwował. Jak Ci idzie? Świetnie. Możemy przejść dalej. Teraz wyciągnij dłoń. Oczyma wyobraźni zobacz na niej okrągłą, soczystą pomarańczę. Masz? Jeśli potrzebujesz, możesz przerzucić ją do drugiej ręki. Krok drugi – przenieś pomarańczę tak, żeby dotykała tyłu głowy. Doskonale! Nie przejmuj się! Możesz już zabrać rękę. Pomarańcza, mimo że jest ciężka, będzie się trzymać Twojej głowy. Zamknij oczy i skup się na niej. Możesz widzieć siebie stojącego za sobą z owocem z tyłu głowy. Ważne, że czujesz pomarańczę. Powoli otwórz oczy, cały czas uważając na owoc. Gotowe? Właśnie udało Ci się zmienić punkt swojej koncentracji. Gratulacje! Przejdźmy do następnego zadania. Zrób coś inaczej Do wykonania tego ćwiczenia potrzebna nam będzie kartka i długopis. Uwaga: zastanów się i zapisz trzy cechy, które uważasz u siebie za pozytywne, np. punktualność. A teraz przełóż długopis do drugiej (mniej dominującej) ręki i poniżej zapisz trzy swoje cechy, które uważasz za negatywne. Czekam na Ciebie! I… jak Ci poszło? Co powiesz na to, żeby od czasu do czasu zrobić coś inaczej, na przykład iść inną drogą w kierunku wydziału czy umyć zęby, trzymając szczoteczkę w drugiej ręce? Kiedy ostatni raz zrobiłeś coś po raz pierwszy? Możesz też rozwiązać to nieco inne sudoku. Ile minut sobie dajesz? Czas, start!

tekst: Monika Szafrańska – m.monikaszafranska@gmail.com str. 24

B

I

F

H

E C

D

G

D

F

H

B

I

B

C

I

B

E

B

D

I

E E

A

C

H I

D

C

G

A

I

H

G

B

F A

Jak Ci poszło? Nawet, jeśli nie udało Ci się przechytrzyć upływającego czasu, to z pewnością wykorzystałeś go maksymalnie. Właśnie to się liczy! Sprawdźmy, co dalej. Uwaga! Przed Tobą kilka krótkich sposobów na to, aby skutecznie zwiększyć motywację. Może któryś z nich Cię zainteresuje. Przede wszystkim warto wyznaczać sobie cele, oczywiście takie, jakie są osiągalne. To niby banalne, ale często w natłoku obowiązków zapominamy o tym. Stawiamy ogromny cel, jednak pomiędzy nim a nami jest jeszcze większa przepaść.


Skutecznie zadziała tu stopniowanie swoich osiągnięć. Stawianie sobie coraz wyższych celów. Nie zawsze udaje się za pierwszym razem. Życie przedstawia nam tę samą lekcję tyle razy, aż się jej nauczymy. Zatem do dzieła! Entuzjazm. Zaangażowanie. Chęć do działania. „Tak, to właśnie ten moment. Teraz zaczynam”. Istnieje tyle nazw. Wystarczy zrobić pierwszy krok i najtrudniejsze już za nami. Warto też dzielić pracę na małe kawałki i wykonywać ją systematycznie. Ile razy odkładamy wszystko na ostatni moment? Zasiej ideę. Ona zacznie pracować. Bądź wobec siebie szczery. Uczciwość w stosunku do samego siebie to coś niezmiernie ważnego. Nigdy nie myśl, że to wszystko, na co Cię stać. Myślenie postępowe sprawi, iż każdego dnia będziesz wart więcej. Nawet jeśli cofniesz się, to następnego dnia możesz jednym krokiem znaleźć się o wiele dalej. Często sprawdza się też zapisywanie swoich osiągnięć na kartce. Nie staraj się być lepszym od innych, ale pokonaj wczorajszego siebie. Nie spiesz się. Nie muszę tu przedstawiać znanego nam wszystkim przysłowia. Daj sobie czas na myślenie. Odpocznij. Zobacz to z innej perspektywy. Czasu jest tak wiele. Co więcej, on nie ma zamiaru nigdzie uciekać. Wystarczy tylko odpowiednio z niego korzystać. Bądź przygotowany na krytykę, zarówno ze swojej strony, jak i innych. Pamiętaj, że bycie w czymś najgorszym może

być początkiem do stania się najlepszym. Popełniaj błędy, mówiąc „myliłem się”. Analizuj problemy. Nie omijaj ich. I najważniejsze: Ty. Wszystko zaczyna się od Ciebie. To właśnie Ty tworzysz swój świat. Doceniaj siebie za małe rzeczy, które robisz. Nagradzaj się. Walcz o właściwe sprawy, ale też idź na kompromis. Dbaj o siebie i o innych. Stawiaj warunki cechom, jakie chcesz w sobie zmienić i  zawsze zaczynaj od nowa. Nie ma windy do sukcesu. Na koniec… Warto by podsumować to, co właśnie się wydarzyło. Jeśli rozwiązałeś trzy przedstawione ćwiczenia, serdecznie Ci gratuluję. Pisząc, korzystałam z książki Motywowanie do zwycięstwa autorstwa Richarda Denny’ego. Być może chcesz podzielić się swoją opinią, spostrzeżeniami czy poszukujesz rozwiązania naszego „sudoku”? A może interesuje Cię ten temat? Jeśli tak, czekam na wiadomość.

str. 25


Sztuka odchodzenia Być może, Drogi Czytelniku, spotkałeś się kiedyś z terminami literackimi „Ars Vivendi” i „Ars Moriendi”, które oznaczają odpowiednio „Sztukę życia” i „Sztukę umierania”. W dzisiejszych czasach jednak coraz ważniejsza staje się chyba sztuka odchodzenia, czyli kultura pogrzebu. Dlaczego w ogóle niżej podpisany student podjął się napisania na ten, dziwaczny wydawać by się mogło, temat? Otóż inspiracją dla tego artykułu była pewna wiadomość prasowa: na początku marca tego roku Portorykańczyk imieniem Fernando został postrzelony przed swoim domem piętnaście razy i, jak łatwo się domyślić, „wyzionął ducha”. Jego pogrzeb nie był jednak tym z gatunku standardowych. Rodzina i przyjaciele Fernanda postanowili, że chłopak powinien zostać zapamiętany takim, jakim był za życia – czyli wyluzowanym młodzieńcem. Zamiast więc odziać jego zwłoki w garnitur i wsadzić je do trumny, ciało Fernanda zostało ustawione na krześle, jego nogi skrzyżowano, a oczy pozostawiono otwarte – tak, aby sprawiał wrażenie, że w dalszym ciągu widzi żałobników. Całości dopełniły wygodne dresy i fullcap na jego głowie. Idea wywołała sporo kontrowersji, zwłaszcza, że z oczywistych względów „bohater uroczystości” nie mógł się wypowiedzieć na temat tego pomysłu. Mimo wszystko nie można odmówić jednego: ten pochówek zostanie zapamiętany na długie lata. Być może należy podchodzić do sprawy bardziej liberalnie? Istnieją przecież dziesiątki dziwacznych zwyczajów pogrzebowych, na które nikt nie kręci nosem, bo to część kultury danego ludu. Hindusi palą stosy żałobne na brzegach ich świętej rzeki – Gangesu, po czym wrzucają doń to, co zostało z denata. Ma to pewne minusy, bo ubożsi ludzie nie są w stanie opłacić całego przedsięwzięcia, w związku z czym

tekst: Paweł Czechowski – czechowskipj@gmail.com str. 26

zwłoki często lądują w rzece od tak. Warto przy tym przypomnieć, że Hindusi się w Gangesie obmywają... Oczywiście nie tylko oni fundują tego typu akcje zmarłym. Zaratusztrianie (znani też jako Zoroastrianie) rzucają swoich zmarłych sępom na pożarcie i jest to dla nich tak naturalne, jak dla nas obecność schabowego i ciotki Ireny na stypie. Z kolei zamieszkujący indonezyjską wyspę Sulawesi lud Toradżów w zasadzie „nie bawi się” w grzebanie zmarłych. Ciała się tu mumifikuje i pozostają w domach, gdzie zostawia się im nawet jedzenie i zapalone światło w pokoju. Czasami jednak można zostać pożegnanym w sposób niedrastyczny i niekonwencjonalny jednocześnie. Graham Chapman, członek grupy Monty Pythona, zmarł na raka migdałka. Reszta „Pythonów” nie mogła pożegnać go w lamencie, wiedząc, że prawdopodobnie nie chciałby takiej reakcji. W związku z tym ceremonia in memoriam Brytyjczyka nie obyła się bez odśpiewania Always Look on the Bright Side of Life, a John Cleese wygłosił historyczną mowę – pierwszy raz w historii mów pogrzebowych użyto słowa fuck. Oczywiście wszyscy pokładali się ze śmiechu. Teraz się zrobi trochę poważniej, ponieważ nie wszyscy mają prawo wyboru, co do swojego pochówku albo też nie ma możliwości, by wszystko odbyło się w „normalny” sposób. Tak właśnie się dzieje na morzu, gdy daleko od lądu umiera marynarz, a żegluga z rozkładającym się ciałem „nie wchodzi w grę”. Zmarły jest wtedy chowany i wrzucany do morza, bo niestety innego wyjścia nie ma. Podobnie jest w trakcie „wojennej zawieruchy” – stąd, jak łatwo zauważyć, najwięcej nieoznaczonych mogił w Polsce pochodzi z lat 1914 – 1918 i 1939 – 1945. Większość ludzi posiada jednak wybór, ale rzadko myśli o uporządkowaniu takich spraw. Autor tekstu miał okazję znać jedną z  tych nielicznych osób, które na


poważnie traktowały kwestię swojej ostatniej drogi. Ciocia Kazia, niby półżartem mówiła, w jakiej sukni chce być pochowana, bo czuła się już stara i zniedołężniała. Mówiła o tym przez półtorej dekady, po czym zmarła w pięknym wieku 95 lat. No i została pochowana na własnych zasadach. Wiele osób boi się żyć w głupi sposób, część boi się głupio umrzeć, na przykład przez zakrztuszenie preclem albo w trakcie defekacji. Mało kto boi się zostać jednak głupio pochowanym, ale to jest oczywiste, bo nikt przy zdrowych zmysłach (prócz cioci Kazi) nie siada pewnego dnia w fotelu i nie rozmyśla – Hmm, a może by tak dać się skremować? I tu warto wspomnieć o wirtualnym pogrzebie. W naszych czasach większość zmarłych zostawia po sobie ślad w sieci, najczęściej na Facebooku. Po śmierci bliscy denata bardzo często usuwają jego profil, a jest to spowodowane zazwyczaj dwoma czynnikami: po pierwsze ich tablice zaczynają wyglądać niepokojąco z wirtualnymi zniczami i losowymi, smutnymi obrazkami z Google Grafiki. Po drugie z powagą sytuacji „nie licuje” często ich selfie w toalecie albo status o tym, jak ktoś bardzo się ostatnio spił. Jaki jest z tego wszystkiego morał? Nie należy rozmyślać o własnym pogrzebie, bo to nie ma większego sensu, śmierci sami sobie z reguły też nie wybieramy. Ale warto chyba żyć w taki sposób, aby, gdy już „wyciągniemy kopyta”, „kopniemy w kalendarz”, tudzież „przeniesiemy się na łono Abrahama”, ci, których zostawimy po tej stronie, wiedzieli doskonale, co i jak zrobić.

str. 27


Intel Extreme Masters 2016 w Katowicach Intel Extreme Masters już na tyle zadomowił się w świadomości Polaków, że nawet media głównego nurtu tworzą mało sensacyjne nagłówki na jego temat, a Katowiczan coraz mniej dziwi kilometrowa kolejka skoro świt w centrum miasta. Można wręcz rzec: „kolejny rok, kolejny IEM”. Łatwo wtedy zapomnieć, że mamy do czynienia z największą tego typu imprezą w Europie i jedną z większych na świecie. Po zeszłorocznym szturmie stutysięcznego tłumu organizatorzy spodziewali się, że ponownie tyle samo osób ustawi się przed Spodkiem i halą Międzynarodowego Centrum Kongresowego. Fani nie zawiedli i  według szacunków organizatorów liczba odwiedzających wyniosła aż 113 tysięcy. By wejść za darmo, należało odstać co najmniej pięć godzin w przerażająco długiej, acz uporządkowanej kolejce. Naturalnie, były dostępne także płatne wejściówki, ale znów wyprzedano je na pniu, więc spora ilość mniej zagorzałych miłośników e-sportu musiała przełknąć gorzką pigułkę, chcąc dostać się do środka. Jako posiadacz prasowej przepustki w kolejce stać na szczęście nie musiałem, ale zwiększone zainteresowanie łatwo dało się zauważyć także wśród przedstawicieli mediów − oficjalne liczby mówią o ponad 1100 rozdanych akredytacjach, wobec 750 sprzed roku. Oczekując raczej powtórki z rozrywki wobec odbywającego się w MCK expo, muszę przyznać, że zostałem pozytywnie zaskoczony, będąc świadkiem zupełnie nowych wydarzeń i większej ilości wystawców. Stoiska niektórych z nich przybrały nietypowe formy, w oczy rzucał się zwłaszcza piętrowy autobus producenta peryferiów Razer oraz swoista strefa relaksu dostawcy foteli Need For Seat. Tradycyjnie, największą ekspozycję miał Intel, główny sponsor imprezy, którego zajmujące chyba 30% hali

stanowisko przepełnione było wszelakiej maści symulatorami, grami oraz nowinkami technologicznymi. Wśród nich bez wątpienia wyróżniał się „salonowy komputer” Steam Box wraz z Steam Controllerem, który w dość rewolucyjny sposób wymienia gałki na pola dotykowe. Jak się okazuje, działa to całkiem sprawnie (większa precyzja!), a dodatkową frajdą bez wątpienia była włączona do testowania z nim nietypowa polska strzelanina − Superhot. W zasadzie, jak na imprezę tak radośnie i z rozmachem celebrującą „growy” styl życia, dość zadziwiający był brak możliwości... właśnie zakupu gier. Poza sztandarowymi produkcjami Blizzarda, nigdzie nie można było dostać pozycji, które naprawdę zaprzęgną do pracy te „wybajerzone” podzespoły komputerowe, „wpychane” odwiedzającym na każdym kroku. Jeśli na IEM ktoś przyszedł, żeby po prostu pograć (co nie jest takie oczywiste), to w tym roku miał po temu kapitalną okazję. Poza masą małych i średnich stanowisk na rozmaitych stoiskach, organizatorzy przygotowali strefę Free To Play, gdzie na przeszło 200 komputerach rozgrywały się rozmaite turnieje w popularne gry sieciowe (w tym nowość − Rocket League). Choć każdy mógł swobodnie „szarpać” co najmniej godzinę, najpierw musiał jednak swoje odstać – w dodatku niemało, bo zainteresowanie okazało się wielkie i wymogło na organizatorach rozszerzenie turniejów o kilka dodatkowych rund. Tradycyjnie już na Extreme Masters swoje skarby pokazało Muzeum Historii Komputerów z Katowic, acz tym razem więcej niż kiedykolwiek. Quake 3 na iMacach zaliczył powrót, podobnie jak wiele automatowych klasyków (niestety obsługiwanych padem) i pasujących do okoliczności staroszkolnych strategii i strzelanin. Wśród nowinek wyróżniał się Super Mario Bros. na wielkim kineskopowym telewizorze, sieć eMaców (edukacyjna, ulepszona wersja iMaca) z Jedi Academy

tekst: Andrzej Kaźmierczak | Zdjęcia: Materiały prasowe Intel Extreme Masters str. 28


oraz stanowisko z Bardzo Oldskulowymi Grami, obsługiwanymi – jak to drzewiej bywało – dość tandetnym joystickiem. Nostalgia wręcz eksplodowała mi w twarz, ale ja nie wyszedłem z tego zachwycony, z ulgą rzucając do kolegi: „Dobrze, że te czasy już przeminęły”. Podążając za staruszkami ze świata gier, wylądowałem w Spodku, gdzie wystawców było ledwie kilku, a głównie odbywały się tam rozgrywki. Tym razem sceny nie dzielono, a najważniejsze gry − League of Legends, Starcraft 2 i CounterStrike: Global Offensive − miały na niej określony czas na finałowe rozgrywki. Reszta odbyła się albo za zamkniętymi drzwiami przed otwarciem imprezy, albo na bocznych scenach w tłocznej hali MCK. Rozwiązanie to miało swoje wady i zalety, a niezadowoleni byli chyba najbardziej fani LoL-a, którzy często zamiast oglądać swoich ulubieńców, musieli czekać w kolejce do wejścia na widownię. Podobnie jak przed rokiem, oczy widzów zwrócone były w kierunku polskiej ekipy CSGO Virtus.pro, która pomimo niewysokiej formy sprawnie przeszła przez eliminacje. Niestety „nasi” dostali tęgie baty od szwedzkiego Fnatic i z wielkim smutkiem, z dala od fleszy, udali się do swoich pokoi. Wśród dalszych rozgrywek zabrakło także lubianych w Polsce chłopaków z Ninjas in Pyjamas, więc doping na trybunach wyraźnie stracił na sile. Finałowy pojedynek odbył się między Luminosity a Fnatic i można go w dużej mierze porównać do finału Ligi Mistrzów z 2004 roku, kiedy AC Milan roztrwonił trzybramkową przewagę nad Liverpoolem i przegrał puchar. Fnatic wystąpiło także w finale League of Legends, ale ta dywizja słynnej e-sportowej organizacji opór stawiła tylko na początku − późniejsza rozpaczliwa wojna podjazdowa i gra na

zwłokę tylko nużyła widzów i oddalała nieuniknione − rywale z koreańskiego SK Telecom T1 gładko zwyciężyli 3:0. Na najwięcej emocji mogli liczyć oglądający finały Starcrafta 2. Nie dość, że w całym turnieju podejrzanie mało graczy pochodziło z Korei Południowej, to jeszcze w ostatnim pojedynku zobaczyliśmy Szweda Snute’a. Naprzeciw niego stanął legendarny w swoim środowisku Polt, którego narodowości zapewne się domyślacie. W pasjonującym pojedynku górą był ten drugi, więc puchar „został” w Korei, ale multi-kulti w turniejowej drabince wprowadziło wyraźny powiew świeżości w tej zasłużonej dyscyplinie. Opisanie zrębu tego, co się działo podczas Intel Extreme Masters zajęło mi ładne „kilka” słów, a i tak nie wspomniałem niczego o pobocznych turniejach (np. w Rainbow Six: Siege), tłumie cosplayerów, szeregu konferencji prasowych (będzie nowe MMO od twórców World of Tanks) czy zgromadzenia „youtuberów” pod hasłem mYTup, gdzie poza masowym rozdawnictwem autografów i reklamowego „badziewia”, można było wziąć udział w sesji pytań i odpowiedzi z takimi osobistościami jak reZigiusz czy Izak. W podsumowaniu tegorocznego IEM-a mógłbym strzelać imponującymi statystykami, miliony tego, setki tysięcy tamtego. Mógłbym obrać podejście wielu telewizji, robiących materiały o tym, ile to można zarobić na e-sporcie. Mógłbym wreszcie napisać, ile miasto zyskuje na rokrocznej imprezie tego kalibru. W zamian wspomnę tylko, że pośród tysiąca akredytacji medialnych znalazły się takie osoby jak Michał Pol, redaktor naczelny… „Przeglądu Sportowego”. Znany piłkarski dziennikarz porównał katowickie wydarzenie do finału Ligi Europy na Narodowym − niechaj to posłuży za wymowne podsumowanie.

str. 29


Każdy lubi rzucić mięsem Tematem artykułu, który docelowo wybrałam, miała być historia wulgaryzmów w polskiej poezji. Odnalazłam tytuły książek, które mogłabym przeczytać, żeby napakować ten tekst faktami, nazwiskami nieznanych poetów-buntowników, tomikami odkopanymi w archiwach okolicznych bibliotek. Niestety, kilka dni temu zdałam sobie sprawę z  tego, że zbieram się zbyt długo do napisania tego artykułu, wcale nie dlatego, że mam mniej czasu niż zawsze. Mój organizm protestował przeciwko stworzeniu czegoś całkowicie oderwanego od współczesnego świata, który przymusowo stał się obiektem moich codziennych obserwacji. Nie dowiesz się, kto jako pierwszy w swoim wierszu przemycił „brzydkie słowo”. Nie będzie tu żadnej historii, ale poezja – ta, którą lubię. Poza tym trochę też ponarzekam. Poetów też nie oszczędzę. Jak mogliście zauważyć, piszę dla magazynu studenckiego. Trzymając się prawidłowego toku rozumowania, da się szybko domyślić, że nie mam pozwolenia na cytowanie wyrazów powszechnie uważanych za nieprzyzwoite – nawet jeśli są częścią wiekopomnego wiersza. Przed rozpoczęciem dalszej części tekstu polecam uzbroić się w telefon z dostępem do internetu. Już? W takim razie możesz kontynuować. Dzisiaj zerwę ze swoją wrodzoną tendencją do dostrzegania przede wszystkim przykrych mankamentów danego zagadnienia. Tym razem zacznę od tego, co mi się podoba, a dopiero na końcu będzie nieprzyjemna konkluzja. Zawsze możecie przeczytać jedynie pierwszą stronę. I ty, cenzorze, co za wiersz ten zapewne skażesz mnie na ciupę… Chciałam zacząć od czegoś w stylu – „Niesamowite! Nigdy nie zgadlibyście, jakie wiersze znajdują się w dorobku Tuwima obok Rzepki i Lokomotywy!”. Niestety przypomniało mi się, że w internecie krąży już cała masa obrazków związanych z drugim obliczem Juliana Tuwima. Generalnie postać tego „autora wierszyków dla dzieci” wydaje się taka niewinna tylko do pierwszej styczności z Do krytyków, a konkretniej

tekst: Stella Kostyła – stelciak@gmail.com – www.stella-kostyla.pl str. 30

z fragmentem: Wesoło w czubie i w piętach, / A najweselej na skrętach! Wiersz znajduje się nawet w licealnej podstawie programowej, więc jeśli już miała zapalić się u Ciebie lampka, zachęcająca do zanurkowania w życiorysie tego Skamandryty – to już się to stało. Jeśli jakimś cudem ominął Cię okres wchodzenia na Kwejka, przykro mi, że udało mi się zniszczyć Ci dzieciństwo. Wiersz, który chyba już zawsze będzie dla mnie najlepszym przykładem użycia uzasadnionego wulgaryzmu to Całujcie mnie wszyscy w dupę. (Polecam znaleźć śpiewaną interpretację połączoną z teledyskiem, zrealizowaną przez aktorów warszawskiego Teatru Roma). Co prawda, trudno uznać utwór za wulgarny czy obsceniczny, gdyż zawartość i intensywność negatywnego nacechowania wulgaryzmów w nim zawartych wypada dość blado w porównaniu chociażby do polskiej rap sceny, jednak nie można zaprzeczyć, że mamy tu do czynienia ze swoistym międzywojennym dissem. Tuwim osiągnął w swojej sztuce takie mistrzostwo, że udało mu się zrównać z ziemią wszystkich naraz. Autor zbudował kompozycję wiersza opartą na użyciu tego dosyć prymitywnego sformułowania i zrobił to dobrze. Czytelnik czuje, że tekst jest spójną całością. „Dupa” i inny brzydki wyraz użyty w jednej ze strof nie sprawiają wrażenia sztucznie doklejonych. Sposób wyrażania wynika z podjętego tematu, a komu, jak komu, ale Tuwimowi udało się udowodnić, że umie płynnie poruszać się między dziecięcą rymowanką a sytuacją liryczną, opisującą nic innego jak dziką orgię. Wpisz w wyszukiwarkę Wiosna. Najmilszy jest mi pierwotniak pantofelek Pominę milczeniem autorów pachnących buntem i tajemnicą, bo ogranicza mnie limit znaków. Nie umiem jednak powstrzymać się od wzmianki o Pantofelku Andrzeja Bursy, który cytowałam już nawet w jednym artykule: Dzieci są milsze od dorosłych / Zwierzęta są milsze od dzieci. Poeta zaczyna niepozornie. Chowa się za prostą konstrukcją, kierując nasze myśli w stronę niewinnych dzieci i słodkich zwierzątek, tylko po to, aby ostatnim dwuwersem brutalnie zepchnąć odbiorcę z wyimaginowanej waniliowej chmurki. Wulgaryzm będący


ostatnim wyrazem utworu spełnia swoją, ściśle sprecyzowaną, funkcję. Bez niego nie byłoby wiersza. Tak się czasami zdarza, że jestem w nastroju nieprzysiadalnym Zostawmy teraz martwych poetów, zajmijmy się tymi, którzy jeszcze coś tworzą. W ten sposób może uda mi się zrobić w końcu choć malutki krok w stronę konkretnych rozważań związanych z  obecnością wulgaryzmów właśnie w  poezji współczesnej. Zacznę od poety, którego naprawdę bardzo lubię. Marcin Świetlicki. Postać ta budzi dość jednoznaczne skojarzenia, być może ze względu na charakterystyczną otoczkę towarzyszącą koncertom Świetlików. Gromada smutnych ludzi w czarnych ciuchach, bujających się anemicznie w rytm coraz to smutniejszych wierszy. Świetlicki w ciemnych okularach siedzi na wysokim stołku. Nie wiadomo, co pochłania go bardziej – deklamacja swoich tekstów czy produkcja dymu, który przed upływem połowy występu wypełni całą salę. Co ciekawe – poezja Świetlickiego wcale nie zawiera dużej ilości przekleństw. – Podejrzewam, że Czesław Miłosz w swojej twórczości użył więcej wulgaryzmów niż ja. Osobiście użyłem ich tylko kilka razy, ale były chyba użyte trafnie i postawione w odpowiednim miejscu, skoro ludzie tak to zapamiętali. – mówi Świetlicki w jednym z wywiadów. Rzeczywiście tak jest. Wybitnie trafna samodiagnoza. Każdy, kto chociaż raz miał styczność z Nieprzysiadalnością, rozpozna utwór, kiedy znowu go usłyszy: Tak się zdarza zazwyczaj, że jestem w nastroju nieprzysiadalnym. Siedzę sam przy stoliku i nie mam ochoty dosiąść się do was choć na mnie kiwacie. Ja to… no właśnie. Jeśli wiesz, o jakim wierszu mowa – na pewno Twój mózg automatycznie podpowie Ci dalszą część kwestii wypowiedzianej szorstkim głosem autora. Znajdź tę pozycję, przesłuchaj w jakiejkolwiek wersji, a gwarantuję Ci, że „nieprzysiadalność” na stałe wkradnie się do Twojego słownika. Przesłuchaj Odciski, a gotowanie wody na kawę przestanie być trywialną, wypraną z emocji czynnością. Świetlicki wie, jak robić dobrze poezję. Przykre spotkanie z  poezją, której nie warto cytować w nagłówku Jeśli szukałeś tu jedynie impulsu, który popchnie Cię do odkrywania niegrzecznych utworów poetyckich – w tym momencie możesz skończyć czytać ten tekst. Jeśli nie widzisz sensu w uwypuklaniu wad i wyciąganiu na światło dzienne brudów, odbierających przyjemność z podążania za poezją współczesną – powinieneś przestać czytać ten tekst. Jeśli czytałeś dwa moje poprzednie teksty i masz dosyć narzekania – musisz przestać czytać ten tekst. Pamiętam moje pierwsze spotkanie z obszernym zbiorem wierszy różnych, mniej lub bardziej znanych poetów współczesnych. W tamtym czasie moja wiedza na ten temat ograniczała się do kilkunastu „dennych” utworów zawartych w niesławnej podstawie programowej i kilkudziesięciu tekstów poezji śpiewanej wyrytych na stałe w pamięci. Mogłabym przywołać tu nazwę tomiku, rok wydania i nazwiska autorów, bo książka nadal znajduje się gdzieś na dnie mojej biblioteczki, jednak ze względu na to, że znaczna część uhonorowanych drukiem poetów żyje, ma się dobrze i cierpi na popularną chorobę towarzyszącą działalności artystycznej – samouwielbienie – postaram się operować abstrakcyjnymi pojęciami o zerowej zawartości znaczeniowej. Być może to naprawdę już moment, żeby przestać czytać ten tekst.

Wracam do kolejnej traumatycznej historii, która spotkała mnie przez przykry obowiązek uczestnictwa w zajęciach szkolnych. Po tomik sięgnęłam, starając się odrobić zadanie domowe polegające na interpretacji dowolnego wiersza. Moje wrodzone parcie na niekonwencjonalność kazało mi szukać go właśnie tam, nie w podręczniku czy internecie. Za ten absurdalny kaprys zapłaciłam wysoką cenę – zaczęłam interesować się poezją współczesną, a to przecież nic przyjemnego czymś się interesować. Pochłania to masę czasu – nie polecam. Nie, nie oznacza to wcale, że Tajemniczy Tomik okazał się zbiorem fantastycznych utworów poetyckich, które odmieniły mój sposób postrzegania świata. Przeciwnie – poczułam się jakby ktoś zepchnął mnie z waniliowej chmurki, unoszącej się jakieś dwadzieścia metrów nad twardym i zimnym betonem. Poezja była dla mnie czymś obcym, ale z daleka wydawała mi się czymś wyjątkowym, niepoprawnie lirycznym. Otworzyłam zbiór wierszy uznanych poetów współczesnych i załamałam ręce. Nie chodzi mi o to, że pojmuję poezję w myśl romantycznej koncepcji, według której autor zdaje się być natchnionym i namaszczonym wybrańcem przeznaczonym do wielkich rzeczy. Wiem, że można napisać fenomenalny wiersz, inspirując się elementem wyposażenia kuchni (Miron Białoszewski – Szare eminencje zachwytu), jednak ile można czytać o tym, że poeta ma wiecznego kaca i zdradziła go dziewczyna? Zresztą zagadnieniem, które chcę poruszyć, nie do końca jest tematyka, bo akurat to kryterium jest bardzo subiektywne i doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Bardziej niż na treści chcę skupić się na formie poezji współczesnej, w której dostrzegam przykrą tendencję do wulgaryzacji języka. Przypuszczam, że te niefortunne, niedoskonałe i najczęściej nieudane dążenia do zręcznego wplatania mocnego wyrazu do każdego wiersza mają ścisły związek z wszechobecnym parciem na robienie ze wszystkiego skandalu. Kontrowersja sposobem na zdobycie popularności. Załamuję ręce. Tytuł jednego z wierszy z tego tomiku powalił mnie na kolana i doprowadził do reakcji niedającej się bliżej zidentyfikować. Parafrazując oryginał – Sny słodkie jak męski narząd płciowy. Wiersz sam w sobie może nie jest zły, ale nazywanie czegoś w ten sposób jest dla mnie swego rodzaju samobójstwem, nożem wbitym we własne plecy. Narastająca liczba niewybrednych przekleństw sprawia, że kiedy widzę jakikolwiek wulgaryzm w liryce, zapala mi się czerwona lampka, która zmusza do przyjrzenia się krytyczniejszym okiem tekstowi, a czasem nawet całej twórczości danego autora. Nie chcę, żebyście pomyśleli, że moim zdaniem w poezji nie ma miejsca dla kolokwializmów i nieładnych sformułowań. Jasne, że jest. W poezji jest miejsce na wszystko. Problem polega na tym, że wielu współczesnych artystów nie umie używać ich w odpowiedni sposób. Sami nie zdają sobie sprawy z tego, że ich sztuka zdaje się być wymuszona i sztuczna – po prostu przykra w odbiorze. W ramach smutnej konkluzji, którą zapowiedziałam już na początku tekstu, pozwolę sobie przytoczyć fragment wypowiedzi Marcina Świetlickiego – Z zasady jest tak, że jak ludzie słyszą nieprzyzwoity wyraz to się głupio cieszą. […] Trzeba działać bardziej wysublimowanie. Życzę Wam i sobie, żebyśmy wszyscy skorzystali z tej rady zarówno jako nadawcy, jak i odbiorcy.

str. 31


Jak szybko minęły 4 lata, czyli Mistrzostwa Europy czas zacząć! Sekundy do końca. Nie wiadomo, kto wygra. Kibice przekrzykują się wzajemnie w dopingowaniu swojej drużyny. Długie podanie, błąd zawodnika. Faul. Sędzia dyktuję rzut karny, zawodnik ustawia piłkę, strzela i…. – Piłka jest okrągła, a bramki są dwie, albo my wygramy, albo oni – mawiał Kazimierz Górski (selekcjoner Reprezentacji Polski w latach 1970–1976). Na pierwszy rzut oka to bardzo prosty frazes, lecz oddaje on całą filozofię piłki nożnej, w której przede wszystkim liczy się pasja do gry. Mowa o pasji, która połączy już na początku czerwca znawców, pasjonatów, miłośników czy przysłowiowych Kowalskich, lubiących od czasu do czasu obejrzeć mecz w telewizji. 10 czerwca 2016 roku w miejscowości Saint-Denis odbędzie się otwarcie XV Mistrzostw Europy. Przez okrągły miesiąc cała Francja będzie rozbrzmiewać echem stadionów. Lekcja historii Jak wszystko, tak i te mistrzostwa mają swój początek, który jest datowany na rok 1960. Odbyły się one we Francji pod nazwą Pucharu Narodów Europy. Zwycięzcą okazał się Związek Radziecki. Od tego momentu rozgrywki sportowego nabrały nowego znaczenia. UEFA, która odpowiada za ich organizację, ustaliła pewną cykliczność wydarzenia. Co cztery lata, na terenie jednego z państw europejskich, które zgłasza swoją kandydaturę do bycia gospodarzem mistrzostw, odbywa się największy turniej piłki nożnej „starego kontynentu”. Nazwę Mistrzostw Europy rozgrywki otrzymały dopiero w 1968 roku. Zgłębiając historię tego wydarzenia, można zauważyć pewną zależność, ponieważ co kilkanaście lat zwiększana jest liczba drużyn biorących w nich udział. Przez swoje pierwsze

16 lat turniej finałowy odbywał się z udziałem 4 drużyn. Następnie, od 1980 do 1992 roku, liczbę tę podwojono. Rok 1996 przyniósł kolejną nowość, bo zespołów już mogło być już 16. Na tegorocznych mistrzostwach, dzięki aprobacie wszystkich 53 europejskich federacji kibice będą mogli zobaczyć aż 24 drużyny stające do walki o Puchar Europy UEFA. Sam system rozgrywek jest bardzo prosty, bowiem składa się on z dwóch części: eliminacji oraz finałów. Do eliminacji mogą być zakwalifikowane te męskie reprezentacje seniorskie wszystkich krajowych federacji zrzeszonych pod egidą UEFA, które w określonym terminie zostaną zgłoszone do rozgrywek przez swe macierzyste związki piłkarskie i nie zostały zawieszone przez UEFA w prawach jej członków. Natomiast w finałach biorą udział 24 drużyny, które pomyślnie przeszły eliminacje wraz z gospodarzem turnieju. Czemu Francja? Nikt inny nie chciał? Pretendentów na to stanowisko było czterech: Francja, Szwecja/Norwegia, Turcja i Włochy. W grudniu 2009 roku Szwecja z Norwegią jednak zrezygnowały ze swej kandydatury. UEFA tym razem miała twardy orzech do zgryzienia, bowiem zarówno Francja jak i Włochy na swoim koncie miały organizacje dwóch wydarzeń: Mistrzostw Europy i Mistrzostw Świata. Francja dodatkowo w 2003 roku była gospodarzem Mistrzostw Konfederacji. Turcja, zdając sobie sprawę, że odstaje od swych rywali zadeklarowała połączenie sił z Grecją, lecz pomimo zapewnień i  „obiecujących rozmów” w tej sprawie z federacją grecką skończyło się tylko na obietnicach. Wielkim zaskoczeniem okazały się wyniki głosowania, ponieważ Turcja wygrała z Włochami przewagą 15 punktów.

tekst: Szymon Szulczyński – szymonesz3@gmail.com | Zdjęcia: Materiały prasowe PZPN str. 32


Runda finałowa była już tylko formalnością i gospodarzem została Francja. Gdzie Polska? Mimo niezbyt dobrych prognoz jak również wiary w polską reprezentację Polsce udało się przejść fazę eliminacyjną. 23 lutego 2014 roku zostaliśmy przydzieleni do grupy D wraz z Niemcami, Szkocją, Irlandią, Gruzją oraz Gibraltarem. Dzięki sześciu zwycięstwom, trzem remisom i tylko jednej porażce uplasowaliśmy się na drugim miejscu w grupie, co dało nam możliwość wzięcia udziału w Euro 2016. Obecnie znajdujemy się w  grupie C, w której naszymi rywalami są: Niemcy, Ukraina oraz Irlandia Północna. Szerokie grono malkontentów oczywiście zaraz uzna za stosowne wytknięcie niedociągnięć gry naszej reprezentacji, ale ja, jako autor tekstu, będę na tyle odważny i „wyjdę przed szereg”. Według mnie, Polska drużyna ma duże szanse na zakwalifikowanie się do ćwierćfinałów. Nazwijcie mnie marzycielem, ale musimy w końcu wyjść z fazy grupowej w Mistrzostwach Europy.

Kilka ciekawostek Na sam koniec pozwolę, sobie dodać kilka ciekawych faktów na temat tego wielkiego wydarzenia. Otóż, wartym nadmienienia jest fakt, że tylko raz udało się obronić tytuł Mistrza Europy. Dokonała tego drużyna Hiszpanii w 2012 roku. Kolejnym dość nieprawdopodobnym zdarzeniem było wygranie ME przez Danię w 1992 roku. Nieprawdopodobnym, ponieważ nie uzyskała ona bezpośredniego awansu do turnieju, a zastąpiła wykluczoną Jugosławię, która prowadziła działania wojenne na ternie Bośni. Również wartym nadmienia, lecz mało chwalebnym jest fakt, że w roku organizowania przez nas tych mistrzostw dołączyliśmy do grona gospodarzy, którzy nie wyszli z grupy. Trzeba dodać, że taka sytuacja wcześniej miała miejsce tylko dwa razy. Jednakże należy pamiętać, że nie tylko z tego względu ME 2012 przeszły do historii. Po raz pierwszy podczas tak dużej imprezy piłkarskiej ani jeden mecz nie został poprowadzony przez sędziego z obywatelstwem kraju gospodarzy.

str. 33


Urlop 80 lat temu Za oknem piękna pogoda, zniechęcająca do jakiejkolwiek aktywności umysłowej. Nic nikomu się nie chce. Mózg sam odmawia posłuszeństwa. Walczysz ze sobą, czy już zaczynać „ogarniać” do sesji, czy jeszcze może jest czas. Dasz przecież radę. W sumie to wszystko zdaje się lepsze i ciekawsze niż „zakuwanie” dwa razy do roku, kiedy to „ważą się losy Twojej przyszłości”. Postanawiasz więc zająć się planowaniem upragnionego, wakacyjnego wyjazdu. No właśnie… Gdzie pojechać? Jakiś południowy, śródziemnomorski kraj czy bardziej na północ? A może… Porozmawiaj ze swoimi dziadkami, co było modne przeszłoosiemdziesiątlat temu… Przede wszystkim na początek warto wspomnieć, że osiemdziesiąt lat temu i więcej nie było tylu opcji spędzania urlopu, co teraz. Oczywiście, każdy spędzał wakacje w miarę swoich możliwości materialnych. Jednakże tylko najbogatsi mogli sobie pozwolić na zagraniczne podróże. Z drugiej strony – oprócz bariery materialnej – nie było to tak łatwe w organizacji, jak teraz, kiedy to każde, nawet najmniejsze miasto ma do zaprezentowania wachlarz biur podróży. Oczywiście, zaraz ktoś doda, że i wtedy one działały, ba, właśnie wtedy przypadł okres ich powstawania w Polsce. Jednak na oszustów łatwo można było się natknąć, podobnie jak dziś. Dlatego też modne było wtedy to, co polskie. Bo Polska jest piękna. A wiedzieli to już wszyscy od bardzo dawna… Pierwszy przystanek: wybrzeże Sopot i Gdynia. Każdy zna, każdy lubi, prawie każdy chociaż przejeżdżał. Na początku XX wieku były to wisienki na mapie najatrakcyjniejszych kurortów w kraju. Przede wszystkim za sprawą dużej liczby atrakcji. Liczne kawiarnie, te modne i te ciche. Wyścigi konne – atrakcja dla każdego bogatego

tekst: Weronika Warot – waarot@op.pl str. 34

miłośnika tego sportu. Kasyna, teatry, kina – a to wszystko umiejscowione w uroczej i romantycznej scenerii – słoneczna plaża i gorący piasek, bo czegóż chcieć więcej? Takie miejsca jak to były bardzo chętnie odwiedzane przez elity artystyczne, polityczne i inteligencję polską. Gdynia oczywiście nie mogła się poszczycić taką liczbą atrakcji jak Sopot ze względu na to, że była to malutka osada rybacka, z której postanowiono stworzyć wielkiemiasto z portem w pełni należącym do nowo odrodzonej Polski. Z biegiem czasu, oczywiście oprócz rozwijającego się portu, zaczęto rozbudowywać całe miasteczko. W przeciągu kilku lat Gdynia stała się miastem ze swoim portem lotniczym, licznymi teatrami, dworcem kolejowym i własnym klubem piłkarskim. Była również centrum naukowym nowego państwa. Dlatego wojskowi, politycy i reszta całej elity zjeżdżali się tu, aby móc podziwiać prężnie rozwijające się państwo polskie. Nikogo nie dziwiła obecność takich znakomitości, jak Eugeniusz Bodo (który to, oprócz spędzania urlopu, brał udział w kręceniu filmów, między innymi Czarnej perły) czy też obecność marszałka Józefa Piłsudskiego, który nadzorował postępy w budowie. Jurata. Kolejna miejscowość nad wybrzeżem, malownicza, ze swoją duszą, w której zakochały się tysiące Polaków. Upstrzona do tej pory pięknymi, przedwojennymi willami. W tamtych czasach zgarnęła jednak serca możnych przede wszystkim ze względu na doskonałe warunki do uprawiania sportów wodnych i ekskluzywny kompleks hotelowy„Lido”, z którego przede wszystkim bardzo chętnie korzystała elita polityczna. Tutaj można zwrócić uwagę na państwa Becków, którzy bardzo upodobali sobie wtedy tę miejscowość, czyniąc z niej miejsce do corocznego, wakacyjnego wypoczynku. Z przedstawicieli artystycznego grona można było spotkać znanego wszystkim amanta Bodo, jak również Kortę czy Janinę Piaskowską. Nie zapominajmy, że życie towarzyskie tętniło głównie w godzinach popołudniowych i wieczornych, kiedy to gry w brydża i liczne dansingi zajmowały głowy naszych rodaków. Drugi przystanek: południowe rejony Polski Zakopane. Już od końca XIX wieku było jednym z piękniejszych terenów w Polsce. Oczywiście, nie miało ono takiego


kształtu jak dzisiaj – było mniejsze, mniej zurbanizowane, a przez swoją naturalność bardziej pociągające. Powstałe tam uzdrowiska przyciągały tłumy. Niektórzy w  tamtych czasach śmiali się, że Zakopane było uzależniające, toteż zalecane były odwiedziny tego miejsca nawet kilka razy w roku. Zachwycali się nim wszyscy, a szczególnie elity artystyczne, które, można powiedzieć, czerpały tam wiele inspiracji do swoich późniejszych prac. Można było tam spotkać Henryka Sienkiewicza, Stefana Żeromskiego, Kazimierza PrzerwęTetmajera czy Stanisława Ignacego Witkiewicza, twórcę słynnego stylu zakopiańskiego bądź Bruno Schulza, którego wyciągnięcie z rodzinnego Drohobycza graniczyło z cudem. Zaletą Zakopanego niewątpliwie była jego całoroczna atrakcyjność, bo wiadomo, góry są piękne zarówno zimą, jak i latem. Tym bardziej, że to w tamtych czasach uruchomiono wjazd na Kasprowy Wierch i Gubałówkę, a narciarstwo pozyskiwało wielu zwolenników. Już wtedy dużą popularnością cieszyły się imprezy sportowe, które w tamtejszych czasach były organizowane przez Mariana Dąbrowskiego. Był to, można powiedzieć, wielki biznesmen, a w dodatku właściciel koncernu prasowego, w skład którego wchodził między innymi popularny Ilustrowany Kuryer Codzienny. Ale tam, gdzie spotyka się cała śmietanka kulturalna kraju, nie może też zabraknąć ekstrawagancji i przede wszystkim sztuki. Pawlikowscy prowadzili na przykładsalon literacki na Kozińcu. Witkacy szalał dosłownie i w przenośni, próbując wystawiać swoje sztuki. Nikomu nie były obce również wszechobecne dziwactwa Witkacego – potrafił zjawić się w piżamie na spotkaniu z Antonim Słonimskim, a ten, skory do żartów, udawał, że nic się nie stało. Ludzi nie dziwił także widok nagiego Witkacego, śpiewającego piosenki po angielsku kobiecym głosem. Krynica. Największa konkurentka Zakopanego. Jak powszechnie wiadomo, mogła mieć przewagę nad Zakopanem ze względu na występujące tam wody lecznicze, bardzo popularne już na długo przed I wojną światową. Jednak to jej szybki rozkwit przypada, jak by nie inaczej, na okres międzywojenny. Warto tu zaznaczyć postaci dwóch profesorów: Rudolfa Zubera, który odkrył jedną z silniejszych wód leczniczych w Europie oraz Józefa Dietla, z którego inicjatywy wybudowano łaźnie i pijalnie wody. Wtedy to zaczęto poczynać szereg inwestycji, rozbudowywano drogi, powstawały liczne ekskluzywne pensjonaty i hotele. Zadbano również o stronę sportową, między innymi powstał jeden z większych torów saneczkowych w kraju oraz wybudowano wielką skocznię na Krzyżowej Górze. Jak poprzednio, była to jedna z wielu

atrakcyjnych miejscowości na mapie Polski, do której przyjeżdżało wielu gości. Kazimierz Dolny nad Wisłą. Istna Mekka dla malarzy. Kolejny bardzo popularny kurort turystyczny. Artyści przybywali tu już od XVIII wieku. Jednak przełomowym czasem dla Kazimierza Dolnego stał się okresdwudziestolecia międzywojennego. Łączy się z tym też fakt założenia Akademii Sztuk Pięknych w  Warszawie i  wielkie zainteresowanie tym miejscem profesorów tam wykładających. Z inicjatywy Tadeusza Pruszkowskiego powstała grupa artystyczna, jedna z wielu w tamtym czasie. Dlatego nikogo nie dziwił widok osób rozkładających sztalugi malarskie w dość dziwnych miejscach. Oczywiście, nie samym malarstwem żyje człowiek. Jak w wyżej wymienionych miastach, tak i tu mogliśmy natrafić na rzesze atrakcji, takich jak dansingi, teatry, saloniki artystyczne. Oprócz elit artystycznych miejsce to upodobali sobie również przedstawiciele sceny politycznej – na piaszczystej plaży wiślanej można było często zobaczyć uśmiechniętego Wieniawę. Modnych kurortów było znacznie więcej. Jednakże tu prezentowane były creme de la creme na turystycznej mapie Polski. Pamiętajmy jednak, że nie każdego było stać na wyjazdy, dlatego wiele osób wyjeżdżało natereny wiejskie bądź spędzało aktywnie czas wakacyjny w mieście, oczywiście na tyle, na ile było to możliwe. Nie każdy w przedwojennej Polsce był artystą, politykiem albo po prostu pochodził z bogatej rodziny. Dziś, wybierając miejsce do wyjazdu na wakacje, warto zapoznać się chociażby z odrobiną historii tego miejsca. Bo nie tylko imprezami człowiek żyje, a będąc Polakiem, warto jest dbać o kulturę i dziedzictwo naszego kraju poprzez pamięć.

str. 35


Co zdarzyło się w Vegas, zostaje w Vegas Człowieka prawdziwie poznaje się po kilku głębszych. Sekrety przestają być sekretami, a zdolność kochania bliźniego staje się większa niż w Bożych przykazaniach. Gość z szafy Definicja niezapomnianej imprezy zmienia się wraz z wiekiem, natomiast niektóre rzeczy nie zmieniają się nigdy. Warto sobie o nich przypomnieć, szczególnie, że przed nami lato, czas większego niż zazwyczaj natężenia imprez. Pokolenie „Y”, które reprezentuję, zupełnie inaczej postrzega zabawę niż nasi rodzice. Kiedyś na prywatki chodziło się w parach, tańczyło się, ewentualnie podpierało ściany, wypatrując odpowiedniej osoby. Nie działo się nic niestosownego, przynajmniej w teorii, bo ja w bajki nie wierzę. Umiejętnie skrywają one kompromitację naszych starszych. Moje imprezowanie rozpoczęło się, gdy przekroczyłam próg liceum. Zerwani z łańcucha uczniowie przekonani byli o swej dorosłości, a gdy posypały się osiemnastki, imprezom nie było końca. Tak też narodziły się pierwsze znajomości. Przy kieliszku wódki poznawało się swoje najskrytsze tajemnice, a wspomnienia z imprez chowało się głęboko… w szafie. Nawet w tak dużym mieście, w którym swego czasu najwięcej przebywałam, nie dało się ukryć tego, że na jednej z domówek kolega wszedł do szafy i razem z nią wylądował na podłodze. Nieudolna parodia Projektu X. Tysiące ludzi miało ubaw po pachy, a gospodarz zafundowany remont mieszkania. Dziś się nieco różnimy. Znajomi, którzy z czasem stali się przyjaciółmi, studiują i pracują. Jesteśmy

dorośli we właściwym tego słowa znaczeniu. Staramy spotykać się regularnie, ale spotkania te odbywają się dużo rzadziej niż kiedyś. Dziewczyny popijają wino, a faceci przerzucają się na nieco bardziej wyrafinowane trunki… przynajmniej do pewnej godziny. Kac moralny Jest to niepożądane uczucie, które po stokroć swym okrucieństwem przebija kaca alkoholowego. Udowodniła to ekipa filmu Kac Vegas, który tak rozbawił widzów, iż stworzono w sumie trzy jego części. Czy duża oglądalność tej produkcji nie wynika raczej z ukrytych pragnień ludzi dotyczących wiekopomnej imprezy z najlepszymi kumplami? Czterech przyjaciół spędza wieczór kawalerski w Las Vegas. W jego trakcie robią rzeczy, jakie niektórym z nas nie przyszłyby nawet do głowy. Bawią się bardzo odważnie, nawiedzając między innymi sypialnię Mike’a Tysona czy drażniąc się z jego tygrysem. Alkohol wyzwala w nas nie tylko przesadną szczerość, ale i śmiałość. Nagle dowiadujemy się, że ta cicha woda, którą znamy od jakiegoś czasu, tak naprawdę brzegi rwie. Dzięki imprezom skutecznie odrywamy się także od życia codziennego. Zapominamy o naszych problemach i wspólnie odkładamy je na później. Odwaga i zapomnienie to pożądane cechy. Pozwalając sobie zwiększyć częstotliwość ich odczuwania, zwiększamy ryzyko popadnięcia w alkoholizm. Następnego dnia czujemy się niewyraźnie, ale to i tak nic w porównaniu z tym, gdy ktoś nam uświadamia, że powiedzieliśmy lub

tekst: Justyna Kalinowska – justyna_kalinowska@onet.eu – www.filmystic.pl str. 36


zrobiliśmy coś niewłaściwego kilka godzin wcześniej. Jeszcze gorzej, jeśli dobrze to pamiętamy. Phil, Stu i Alan tak wkręcili się w zabawę, że zapomnieli, gdzie znajduje się ich przyjaciel, który za chwilę ma się żenić. Moje wielkie polskie wesele Jeśli już mówimy o weselach, to muszę wspomnieć, że w mojej ocenie polskie imprezy rodzinne są jednymi z najbardziej nieprzewidywalnych. Wujek Wiesiek w ciągu roku obstaje przy tym, że muzyką disco polo się brzydzi, a podczas wesela do innej nie zatańczy. Ba, poniesie go tak, że po kilku godzinach będzie w stanie wylądować na stole, a ciocia Krysia zacznie wszystkich przepraszać i twierdzić, że własnego męża nie poznaje. Kuzyn, który nie widział Cię dobre pięć lat, przysiada się, by opowiedzieć jakim jest Januszem biznesu i że tak mu się powodzi, że kredytu na dom nie musi brać. Ciocia Grażyna pyta, kiedy w końcu weźmiesz ślub i że najlepiej będzie, jeśli urodzi się parka – synek i córeczka. Wszystko to bawi, czasem zniechęca, ale i tak należy przyznać, że tylko w rodzinie się zdarza, że jesteś w stanie z kimś od razu ruszyć na parkiet, mimo że nie widzieliście się kilka długich lat. Imprezuj tylko z przyjaciółmi! Nie porywaj się na samotne eskapady. Nie chciej sam poznawać nowych ludzi. Czasem to rzeczywiście może być ciekawe, jednakże najlepiej miej zawsze kogoś blisko siebie. Kto inny jest w stanie wyciągnąć Cię z klubu, podczas gdy jakiś facet zbyt nachalnie się przystawia? Kto inny wyrwie Ci z ręki telefon, widząc, że dzwonisz do byłej? Kto inny każe Ci się zamknąć, gdy zaczniesz opowiadać głupoty? Przyjaciel. Ten sam, którego prawdopodobnie najlepiej poznałeś w trakcie zbliżonych okoliczności. Jednakże, by przyjacielem się stał, przegadałeś z nim następnie wiele godzin i spędziłeś czas w różnoraki sposób. Właśnie dlatego nie wszyscy będą się nadawać do tego, by Ci towarzyszyć. Imprezuj, baw się, miło spędzaj czas, ale rób to tak, by nie stracić głowy i mieć co opowiadać wszystkim w ciągu kolejnych lat. No dobrze, własnym dzieciom nie musisz.

str. 37


Smakowa efemeryczność wspomnień Jedzenie to nie tylko kwestia zaspokajania podstawowych potrzeb organizmu, to podróż w niesamowitą krainę doświadczeń wszystkich naszych zmysłów. Poniżej znajduje się subiektywny przewodnik tego, co warto, a czego nie warto próbować za granicą. Oby przydał się Wam w czasie wakacji. Każdy, kto kocha podróżować, wie, że kuchnia jest nieodłącznym elementem każdego miejsca. Położenie geograficzne, mieszkańcy, historia i natura wpływają na lokalną kuchnię, a i ona ma niemały wpływ na wszystkie wymienione elementy. Nie da się opowiadać o Hiszpanii, nie wspominając o paelli czy tapas. Podobnie jak podróż do Włoch nie obędzie się bez wizyty w pizzerii czy bez zjedzenia typowego spaghetti, bo jak też być we Francji i nie spróbować ślimaków czy croissanta z owocową konfiturą. A niech podniesie rękę ten, kto był w Zjednoczonym Królestwie i nie zatrzymał się na fish and chips! Wszystkie te dania są punktami obowiązkowymi przewodników i relacji podróżniczych. Dania, instytucje, pomniki i symbole. W wielu krajach serwuje się ich mutacje, a każdy mieszkaniec Ziemi je zna. No dobrze, ale przecież mieszkaniec Włoch nie je „dzień w dzień” pizzy, a Anglik ryby w panierce. No więc… co jedzą na co dzień? I czy któreś z tych dań jest godne polecenia? A może coś jest na tyle nietypowe, że w ramach eksperymentu warto zadbać o nowe doświadczenie dla naszych kubków smakowych. Poetyczne wnętrzności literata Na pierwszy ogień idzie Haggis. Każdy słyszał, lecz niewielu miało odwagę spróbować. Jeśli ktoś nie lubi wątróbki,

tekst: Ewa Zagdan – ewazagdan@gmail.com str. 38

podrobów, kaszanki itd., to faktycznie lepiej to tradycyjne szkockie danie sobie odpuścić. Czym jest Haggis? To nic innego, jak zmielone serca, wątroby i płuca z cebulką i mąką owsianą. Te wszystkie składniki tworzą farsz, którym nadziewa się owczy żołądek. Te delicje podaje się z ziemniakami i rzepą, a szczególnym uznaniem cieszy się ta potrawa wtedy, kiedy jest przyrządzona przez najstarszego członka rodu. Haggis doczekał się też własnego wiersza. Jego autorem był szkocki poeta Robert Burns. Jadalne żniwa corridy Hiszpania to słońce, zabytki, uśmiechnięci mieszkańcy, tętniące życiem miasta i leniwe plaże. To też tomatina w Walencji, czyli wielka bitwa, w której udział biorą tysiące ludzi i turystów oraz całe morze soku pomidorowego. Ale Hiszpania to też corrida, w wyniku której zabijane są byki. A przysmakiem jest ogon byka zabitego właśnie podczas corridy. No i oczywiście criadillas, czyli bycze jądra, podawane najczęściej prosto z patelni z nutą pietruszki i oliwy. I chociaż bycze jądra to już powoli turystyczny standard, to w towarzystwie nadal robią wrażenie. Jeśli chcemy jednak zjeść coś bardziej tradycyjnego, a jednak nadal mamy ochotę na nowości, to polecam marmitako, czyli gulasz z tuńczyka, który nie ma nic wspólnego z tuńczykiem z puszki. Alternatywa dla spaghetti Kuchnia włoska jest ogromnie zróżnicowana, głównie ze względu na układ geograficzny kraju. Każdy z regionów ma swoje charakterystyczne dania, w wykonaniu których nie ma sobie równych, a przepisy przekazywane są z pokolenia


na pokolenie. I tak, jak północ charakteryzuje się daniami z dziczyzny czy sosami z grzybów, jakich pełno jest w lasach Piemontu, tak tylko na południu możemy zjeść owoce morza prosto od rybaka oraz skosztować tak świeżej oliwy z oliwek, że jeszcze szczypie w język. Ekstremalnym doświadczeniem może być ser Casu Marzu dostępny na Sardynii, który ma bardzo specyficzny smak i zapach. Najprawdopodobniej przez fakt jego ekstremalnego zepsucia oraz żyjących w nim larw, chociaż smakosze mówią, że to właśnie one i ich odchody nadają mu ten wyjątkowo kremowy smak. Kto woli w sposób mniej radykalny dostarczać sobie nowych bodźców, ten może spróbować innego włoskiego sera. Ricotta forte, tym razem bez żadnych mieszkańców chociaż z zapachem co najmniej dyskusyjnym. I jeśli Wasz umysł w tej chwili myśli o pysznej, delikatnej, tradycyjnej formie sera ricotta, która jest możliwa do dostania bez problemu w Polsce, to proszę już o niej nie myśleć. Ricotta forte kojarzy mi się z przeterminowanym serem feta, nie jest to mój ulubiony smak, ale ma naprawdę wielu amatorów. Będąc we Włoszech, szczególnie w regionie Apuglia, polecam skosztowania frutti di mare crudi. Tak, tak, mówimy tu o surowych owocach morza, szczególnie scampi zasługują na uwagę. Wprawdzie trzeba usunąć pancerzyk, ukręcić główkę i oderwać nóżki, a potem już tylko delicje... Komuś brakuje pizzy? Polecam tę z chrupiącym boczkiem i pistacjami, no i koniecznie w wersji bianca, czyli bez sosu pomidorowego.

w bułce. Godne polecenia są też Semmelknodel, czyli knedle z bułki popularne na południu kraju. Francuskie pieski Francja to kolejny kraj, który jest dumny ze swojej kuchni i można o niej pisać tysiące artykułów. Będąc we Francji, warto spróbować dań, które na lokalnym, polskim podwórku mogą być co najwyżej imitowane, chociażby ze względu na brak lokalnych produktów i konieczność zastępowania ich substytutami dostępnymi na naszym rynku. Do owych dań na pewno należy bouillabaisse. Jest to zupa rybna, jednak nie żadne głowy i ogony, tylko żabnica, halibut, krewetki, kalmary i małże. Zupa bogatego arystokraty, a nie biednego rybaka. Drugim daniem, które trudno podrobić, chociaż wielu próbuje, jest boeuf bourguignon, danie rozpowszechnione przez Julię Child, ogromną prekursorkę francuskiej kuchni w Nowym Świecie. Na koniec, we Francji warto spróbować jeszcze creme de cassis, sprawdźcie tylko, czy jest to oryginalny likier z czarnych porzeczek, a nie tania podróbka z monopolowego.

Niemcy są nudni, ale poprawni Buły Zungenwurst to nic innego, jak salceson. Ten jednak zrobiony jest z krwi wieprzowej, łoju, bułki tartej, płatków owsianych i kawałków wołowego języka. Chociaż kuchnia niemiecka nie przyprawia mnie o dreszcze podniecenia, to na pewno znajdziemy tam inne potrawy niż popularna kiełbasa

str. 39


<Tu jest miejsce na Twoją reklamę> Reklamy dosłownie nas otaczają. Kiedy oglądamy telewizję, słuchamy radia, przeglądamy internet czy nawet wtedy, gdy podróżujemy samochodami. Wszyscy próbują zachęcić wszystkich do kupowania i korzystania z usług. Czy robią to jednak skutecznie? Włączasz telewizor. Co widzisz? Nienaturalnie kolorowy i pełny uśmiechu świat! Dzieci są radosne, słoneczko przygrzewa, ptaszki ćwierkają, w tle piękna muzyka, a to wszystko dzięki jedynemu, unikalnemu proszkowi do prania, który, jak to wynika z reklamy, oprócz ubrudzonych ubrań, wyczyści również wszystkie Twoje problemy! Albo ten cudowny syrop na kaszel, którego działanie pięknie obrazuje profesjonalna animacja, sugerująca, że ten wspaniały preparat wpływa do płuc i walczy ze złymi bakteriami. Wchodzisz na swoją skrzynkę mailową. Co widzisz? Same niepowtarzalne okazje! Pożyczki, anonse towarzyskie, błyszczące samochody i listy od księcia Nigerii, który oferuje Ci dziesięć tysięcy sztabek złota! Gdyby kosmici zaczęli odbierać nasze sygnały telewizyjne bądź podłączyliby się do internetu, na pewno pomyśleliby, że Ziemia to miejsce zbyt piękne, by było prawdziwe. Kupuj! Kupuj! Kupuj! Reklamy pojawiają się przecież nie tylko w mediach. Legendy głoszą, że współczesnego ninja można rozpoznać po tym, że potrafi przejść się katowicką ulicą 3 maja i nie dostać do ręki ani jednej ulotki. Nie winię ludzi, którzy w ten sposób pracują lub dorabiają — nie ma w tym przecież nic hańbiącego! Czy jednak taki sposób reklamy jest w ogóle skuteczny? Większość ludzi bierze te bardziej lub mniej kolorowe kawałki papieru i bez patrzenia na ich treść po prostu je wyrzuca; przy odrobinie szczęścia to nawet do kosza. Czasem jednak trafienie na jednego klienta, który weźmie „ekstra pożyczkę”, będzie warte wyprodukowania setek wartych grosze ulotek. Niemniej jednak, warto zwrócić uwagę na to, że większość reklam, banerów, spotów i ulotek na nas po prostu krzyczy! Kupuj! Nie czekaj ani chwili dłużej! Przyjdź do nas! Czekamy na Ciebie! Niskie ceny! Zero presji! Ale KUP! Inny świat Reklamę można jednak robić w inny sposób (taki ze mnie spec od marketingu!). Ja, na przykład, zwracam o wiele większą uwagę na listę sponsorów i organizatorów ciekawych akcji

tekst: Jakub Paluszek – jakub.paluszek@gmail.com str. 40

i inicjatyw niż na ogromne, zasłaniające pół budynku banery, nierzadko strasznie kiczowate i na siłę kontrowersyjne. Ogólną niechęć społeczeństwa do banerów reklamowych potwierdza zresztą popularność wtyczek do przeglądrek internetowych, które blokują wyświetlanie reklam subtelnych, niczym zgrzytanie nieobciętym paznokciem po tablicy. Nie trzeba być marketingowcem, aby stwiedzić, że chyba nie tędy droga. Ale czy na pewno? W końcu nie jesteśmy specjalistami. Tędy Pewnego razu przez przypadek otworzyłem bramy piekieł — wyłączyłem wspomnianą wtyczkę na swojej przeglądarce. I to, co zobaczyłem, odmieniło mnie w niemożliwy do opisania sposób. Od tego czasu inaczej patrzę na świat, doceniam każdy skrawek miejsca wolny od reklam. Ale uświadomiłem sobie też, że nie wszyscy przecież je blokują — chociażby starsi użytkownicy internetu. Część z nich nie wie, że nie trzeba przeklikiwać się przez stosy okienek, aby sprawdzić prognozę pogody lub poczytać najświeższe wiadomości. Dla nich to coś naturalnego, są do tego przyzwyczajeni. I chyba tym właśnie jest klucz — odpowiednim „zakamuflowaniem” oraz dostosowaniem takiej reklamy do samego odbiorcy. Wiem, Ameryki nie odkryłem (choć nawet i to nie byłoby już zbyt wielkim osiągnięciem), jednak przenieśmy wspomniany przed chwilą mechanizm o poziom wyżej — na nas. Myślimy, że jesteśmy tacy chytrzy, bo udało nam się uciszyć wyskakujące okienka i żyjemy dzięki temu w świecie (lub przynajmniej w internecie, co dla niektórych akurat byłoby tożsame) wolnym od reklam. Ale kiedy trzeba coś kupić lub znaleźć specjalistę, to co robimy? Odpalamy wyszukiwarkę, wpisujemy interesujące nas hasło i otwieramy pierwszych parę linków, a zabrnięcie na drugą stronę wyszukanych wyników jest oznaką desperacji! Niczym nowym nie zabłysnę, jeśli stwierdzę, że korporacje już za niewielką sumę pieniędzy i dzięki odpowiedniemu otagowaniu swoich witryn, wskakują automatycznie na pierwsze miejsca w wyszukiwarkach. A my? My decydujemy się żyć w iluzji wolnego wyboru, bo przecież osobiście go dokonujemy i to my wkładamy towar do internetowego koszyka. Bez świadomości, że towar został — jak w supermarkecie — podsunięty pod sam nos. Bo najlepsza i chyba najskuteczniejsza reklama to po prostu informacja, w której my sami reklamy się nie doszukujemy.


Czas na ciekawoski Właśnie! Skoro już mowa o czasie, to czy zastanawiało Was kiedyś, dlaczego, mimo że żyjemy w świecie opanowanym przez system dziesiętny (do władzy dąży też binarny), w którym główne skrzypce grają miłe dla oka dziesiątki, setki i inne liczby, to kiedy mówimy o czasie, operujemy na sześćdziesiątkach? Nie należy traktować tego dosłownie — nie mówię o zabiegach wykonywanych na osobach w zasłużonym wieku, a raczej o tym, że jakimś prawem minuta nie ma stu sekund, a właśnie sześćdziesiąt! Z zawartością minut w godzinie jest identycznie. Wszystko dzięki babilońskim matematykom, bo to oni wpadli na pomysł mierzenia czasu w taki sposób. Im zawdzięczamy też praktykę dzielenia koła na trzysta sześćdziesiąt stopni. Nikt nie spodziewał się babilońskiej matematyki!

Matematyczne hipsterstwo Skoro jesteśmy przy liczeniu na przeróżne, dziwne sposoby, to warto przyjrzeć się ciekawej metodzie stosowanej przez Indian Yuki — członkowie tego plemienia operowali na ósemkach. Dlaczego? − zapytacie? − To przecież kompletnie nieuzasadnione! A właśnie, że nie! My uczymy dzieci liczyć na palcach, a oni liczyli na szczelinach między palcami, więc ósemka była dla nich strzałem… w dziesiątkę.

„Stworzyłem potwora…” Kostka Rubika jest nam wszystkim znana, prawda? Liczba możliwych ułożeń tej kolorowej bryły w standardowym formacie (3×3×3) to ponad 43 tryliony (dokładnie: 43 252 003 274 489 856 000). Co ciekawe, w roku 2010 matematycy ustalili, że każde możliwe ułożenie kolorowych kwadracików można rozwiązać maksymalnie dwudziestoma ruchami. Moja kostka dalej stoi nierozwiązana na półce i jest przysłonięta pięcioletnią warstwą kurzu. Ale to nic, bo przecież nawet człowiek, który tę konstrukcję wymyślił – wielki Erno Rubik – męczył się z tym majstersztykiem podczas pierwszej próby przez cały… miesiąc!

Pi jest odpowiedzią na wszystko Jeśli będziemy wystarczająco dociekliwi, to liczbę wszystkich możliwych kombinacji kostki Rubika odnajdziemy w cyfrach po przecinku liczby Pi! Przypadek? Cóż… tak, bo to w tym ciągu znaleźć można dowolną kombinację liczbową. Jeśli by się nad tym zastanowić, to gdzieś tam równie dobrze ukryta może być zawarta w postaci liczbowej (za pomocą dowolnego kodu) treść tego numeru „Suplementu”! I wszystkiego, co ktokolwiek i gdziekolwiek napisał lub powiedział! Choć zdecydowaną większością będzie zapewne matematyczny „biały szum”.

tekst: Jakub Paluszek – jakub.paluszek@gmail.com str. 41


Czytaj i rośnij jak ciasto! Dobrze się myśli. Truizm? Dobrze się myśli literaturą. Absurd? Zastanawiam się, co wielcy pisarze, poza kilkusetstronicowym dziełem, mogą ofiarować światu… Wychodzę poza granicę własnych doświadczeń na spotkanie z literaturą… A konkretnie z literaturoznawcą − prof. UŚ drem hab. Ryszardem Koziołkiem, autorem książki Dobrze się myśli literaturą. MG: Spotkaliśmy się, aby rozprawiać o literaturze – tylko do kogo chcemy dotrzeć, skoro z badań przeprowadzonych przez Bibliotekę Narodową wynika, że aż 63% społeczeństwa nie czyta? Czy czytanie jest elitarne? RK: Porównując się się do świata − do Europy, Czechów, Skandynawów − chcielibyśmy, aby więcej osób miało kontakt z książką. Trzeba jednak wiedzieć, dlaczego chcemy, aby inni czytali? Nie możemy wyłącznie posługiwać się rodzajem fetysza kulturowego – „trzeba czytać i już”, bo to przypomina argumenty z Ferdydurke Gombrowicza. Mój punkt widzenia starałem się pokazać w książce Dobrze się myśli literaturą – czytanie czyni z nas ludzi o większej sprawności obywatelskiej i społecznej. Dzięki czytaniu wzbogacamy nie tylko swój język. Literatura jest rodzajem programu symulacyjnego, dzięki któremu możemy ćwiczyć relacje między ludźmi, odczuwanie i myślenie związane z różnymi wydarzeniami. Czytanie nie tworzy z nas samotników patrzących w książkę, a nie w rzeczywistość. Czytanie ma o tyle sens, o ile po lekturze wracamy do świata bogatsi o nowe spojrzenie. Dzięki czytaniu rośniemy… jak ciasto. Rośniemy, bo rośnie nasza wyobraźnia. W swojej książce Dobrze się myśli literaturą zachęca Pan nie tylko do czytania, ale też i do dyskusji nad książkami. Czy możemy polemizować z wielkimi pisarzami? Jeżeli mówi do nas polityk czy sprzedawca – chce żebyśmy uznali jego sąd za ostateczny i jedyny. Zrobi wszystko abyśmy

mu uwierzyli . W przeciwieństwie do tych dyskursów, literatura prowokuje do starcia różnych perspektyw. Jest Pan przewodniczącym nagrody Nike. No właśnie, a jak to jest z tą „wielkością” pisarza – czy istnieje przepis na sukces? Rozsądzi nas historia. Przyglądamy się, jak literatura i twórczość pisarza zdradzają swój czas, jak wyrywają się z objęć chwili. Obserwujemy, że następne pokolenia, które nie dzielą z twórczością pisarza wspólnych spraw – nadal uważają go za wielkiego. W dalszym ciągu interesuje nas historia Romeo i Julii czy Wojny trojańskiej. Ważna jest również oryginalność na tle tego, co powstaje. Jeśli mamy do przeczytania trzysta książek, zwracamy uwagę na oryginalny stosunek do języka – porównując je w odniesieniu do twórczości w danym roku. Po to literaturoznawcy czytają więcej niż przeciętny czytelnik, aby na tym tle umiejscowić nowe zjawiska literackie. Powiedział Pan kiedyś, że książka sama wybiera czytelnika. Czy każda książka jest tak samo wartościowa? Dlaczego w Empiku w „TOP 10” pojawiają się takie książki jak 50 twarzy Greya, Zniszcz ten dziennik. Czytelnik wariuje. Gdzie szukać „dobrej literatury”? Szkoła powinna zmuszać, abyśmy czytali ważne książki z przeszłości. Z całą pewnością tradycja literatury powala nam zorientować się co do wartości tego, co powstaje obecnie. Dzięki obowiązkowemu czytaniu mamy busolę, punkt odniesienia. Szkoła nie powinna służyć kształceniu do egzaminów, ale ma dać fundamenty, które później pozwolą nam być świadomymi użytkownikami kultury. Warto też czytać bestsellery, ponieważ dzięki nim wiemy, co ludzi fascynuje. To jest ciekawe dla mnie z powodów zawodowych: jakimi kryteriami kierują się ludzie, sięgając po książki z popularnych księgarni? To wymaga też od nas wiedzy, sceptycyzmu, podejrzliwości. To, co

tekst: Martyna Gwóźdź – martynaewagwozdz@gmail.com – www.fitmadmara.pl str. 42


znajduje się na półce bestsellerów, nie oznacza, że jest genialną książką. Nie oznacza też, że księgarnia przyjęła jakieś kryterium selekcyjne. Księgarnia nie pełni funkcji krytyka, który wyodrębnia rzeczy ważne i godne przeczytania. Pomóżmy myśli myśleć. Jak przekonać czytelnika, aby wyłączył kolejny odcinek swojego ulubionego serialu i spróbował rozkochać się w literaturze? W latach 90. niepokoiłem się, że kultura audiowizualna wyeliminuje literaturę. Ale przecież dzięki Internetowi dużo czytamy. Internet to kultura pisana. Wszyscy mówią jedynie o upadku języka za pośrednictwem hejtu. O hejtowaniu łatwo mówić. To jest łatwizna psychologiczna. To, co agresywne, jest najbardziej widoczne. A przecież mnóstwo ludzi komunikuje się nie tylko za pośrednictwem emotikonów − ale pisząc do siebie, wypracowując nowe formy komunikowania. Dzisiaj jestem spokojniejszy. Serial przyniósł ogromny renesans literatury. Filmy w odcinkach oparte są często na dobrej literaturze albo znakomitych scenariuszach. Gra o tron jest wielkim cyklem fantasy George’a R.R. Martina, House of Cards jest serialem również niezwykle literackim. To nie prosta fotografia rzeczywistości, ale starannie przemyślane zabiegi formalne. Mądry nauczyciel poprowadzi ucznia przez kino i filmy do literatury. „Nie stworzymy społeczeństwa powszechnie czytającego, nigdy takiego nie było.” – Dlaczego? Dlaczego stworzyliśmy społeczeństwo, które powszechnie ogląda telewizję, słucha radia, surfuje po sieci, a nie możemy stworzyć takiego, które miłuje się w czytaniu? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba skupić się na dziejach kultury. Kiedy przychodzi wolna Polska, w 1918 roku, zrzucamy z siebie zabory, mamy ogromną część społeczeństwa, która nie potrafi czytać i pisać! Ci ludzie nie mogą być użytkownikami kultury. Mamy do odrobienia lekcję, którą inne państwa przerobiły w XIX wieku. Przez znaczną część XX wieku czytanie było emancypacją (wydobyciem z wykluczenia, z gorszej pozycji). Książka była przepustką do lepszego życia, usprawniała mowę i myślenie. To się skończyło. Czytanie nie jest warunkiem wejścia do klasy średniej. Wskazuje się też na wpływ protestanckiej kultury indywidualnego czytania Biblii w krajach skandynawskich. W katolicyzmie polskim przekaz religijny długo był tylko słowny – Biblię czytał ksiądz. Nie było religijnego nakazu czytania.

A co z kopiami oryginałów, z wysypem podobnych do siebie książek? To jest zagadka, tajemniczy proces. To, co nazywamy oryginałem, nie musi nim wcale być! Literaturoznawcy zadają sobie pytanie, dlaczego właśnie ta książka uzyskała aplauz. To jest właśnie to sprzężenie dzieła z chwilą. Dzieła genialne nie są przywiązane do momentu zapotrzebowania publiczności. To, co nazywamy arcydziełem, wyrywa się z własnej historii, wędruje przez wieki. Bestseller jest chwilowy. Jest tak bardzo przywiązany do swojego czasu, że później znika. Kto dziś czyta Tajemnice Paryża Eugeniusza Sue? Książka Dobrze myśli się literaturą, której jest Pan autorem, ukazała się w styczniu b.r. Jak ocenia Pan odbiór książki po upływie czasu? To jest oczywiście miłe mi zainteresowanie książką, która jest krytyczna, a nawet belferska. Ale może było właśnie zapotrzebowanie na taki sposób mówienia o literaturze? Sposób, który nie był podyktowany oceną − w książce próbuję raczej objaśnić, jak to jest zrobione i wyrazić wdzięczność, że te książki, które opisywałem, nauczyły mnie czegoś. Wakacje coraz bliżej. Jaki typ literatury może polecić Pan studentom na czas urlopu? Czytelnik magazynu „Suplement” powinien czytać książki ze swojego czasu. Klasyka jest ważna, ale nie bierzmy jej na wakacje. Klasyka to pewna praca do wykonania. Niech studenci zabiorą książki, które mówią o ich czasie. W którym usłyszą swój dźwięk rzeczywistości. Dla mnie takimi pisarzami, którzy odzwierciedlają czas, w którym żyjemy, jest prowokacyjny Michel Houellebecq. Jego książka Uległość wpisuje się w czas naszych lęków i obaw. Jesteśmy w szczęśliwym położeniu, ponieważ literatura światowa i polska pokazują, że świetne książki to nie jest kwestia przeszłości.

Czy bohaterowie sprzed lat są bardziej wartościowi niż ci współcześni? Wspomina Pan w jednym z wywiadów, iż Wokulski jest lepszy od bohatera ze Zmierzchu? Poza wszystkim, co jest wartościowe w literaturze: językiem, metaforą, treścią – żyjemy bohaterami literatury. To są postacie, które zostają w pamięci, nawet jeśli każdy wyobraża je sobie inaczej. Ale to nie jest kwestia literatury przeszłości. Nikt nie zapomni Harry’ego Pottera albo postaci genialnej mścicielki, geniusza informatycznego – Lisbeth Salander z cyklu Millenium Stiega Larssona. To są postaci tak sugestywne, że dołączają do legionu wielkich postaci literackich. Nie wystarczają realni ludzie, potrzebujemy postaci fikcyjnych. Czasami nawet bardziej się nimi interesujemy.

str. 43


maj/czerwiec 2016

Suplement - maj/czerwiec 2016  

Magazyn Studentów Uniwersytetu Śląskiego

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you